•  

    440409 - 234 - 350 - 534 = 439291

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski - dni 8-10 i podsumowanie

    Poprzednie części:

    Przygotowania
    Dzień 1-4
    Dzień 5-7

    MRDP Dzień 8
    234 km | 3739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159661619

    Pomimo że leżę bezpośrednio na trawniku, śpi mi się całkiem komfortowo. Nie trwa to jednak długo, bo wybudza mnie głos: „halo, wszystko w porządku?”. Tak, tak śpię sobie, dziękuję. „ Bo właśnie widzę że ktoś leży, ale rower nie taki byle jaki i myślałem że coś się stało”. Patrzę na zegarek – 3 z groszami. Gościu chyba lekko podpity, ale raczej niegroźny. Mówię, że jadę maraton dookoła polski i chciałbym się trochę przespać i jechać dalej. Przeprasza że mnie obudził. Mówię że nic się nie stało i miło że się zainteresował, ale chciałbym spać. „OK… ale jak to dookoła polski?!” Tłumaczę żeby sobie wszedł na MRDP.PL i tam jest wszystko. W końcu mogę spać dalej.

    Niestety okazało się, że moja miejscówka nie jest na uboczu jak myślałem, a leżę sobie zaraz przy uliczce biegnącej od rynku. Tym sposobem kolejną pobudkę mam już około 4, więc postanawiam się zbierać. Senność nie daje mi spokoju i po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów układam się na ławce w Stroniu Śląskim. Po jakichś 20 minutach budzi mnie deszcz. Szybko się zbieram i uciekam do jakiejś kamienicy. Jest trochę burzowo, ale przejściowo, więc postanawiam skorzystać z postoju i wyjadam zapasy. Puszka coli stawia mnie na nogi i gdy ruszam jedzie mi się całkiem przyjemnie. Drogi są mokre, ale chmury nie wyglądają już na takie co by chciały spaść na ziemię. Dalej jadę na południe, przedostając się w samo serce Kotliny Kłodzkiej. Kawałek za Damaszkowem, na łuku DK33 słyszę za sobą gwałtowny pisk opon. Odwracam się i widzę podwozie samochodu wylatującego z przydrożnego rowu i frunący w powietrzu akumulator. Zawracam i widzę że z rozbitego auta wyskakuje młody chłopak z dziewczyną. Ona cała roztrzęsiona, a chłopak mówi tylko żeby nie dzwonić do rodziców. Chodzą w kółko i mówią żeby zadzwonić po policję (?). Sytuacja jest niebezpieczna, bo z obu stron droga zwija się w zakręt, a my jesteśmy w dołku i samochody zjeżdżają wprost na nas, w ostatniej chwili hamując na mokrej drodze. Dzwonię po pomoc i przy okazji z daleka ostrzegam nadjeżdżające pojazdy. Chcę wyciągnąć trójkąt, ale bagażnik jest rozbity i nie daje się otworzyć. Z uwagi na wyciekające płyny zostaje wezwana straż pożarna i policja, której nadal się domagają. Dyspozytorka pyta czy jest potrzebna karetka. Każe zapytać poszkodowanych, skoro są „na chodzie”. Mówią, że nie potrzebują i że wszystko jest ok. Poleca zadzwonić gdyby się poczuli gorzej. Tymczasem oni chodzą i zbierają porozrzucane części. Martwią się co z tym akumulatorem. Widać że są w szoku. Każę im to zostawić i mówię żeby zeszli z drogi, bo jest niebezpiecznie. Dziewczyna cały czas płacze. Słyszę zbliżające się syreny, więc powoli oddalam się z miejsca zdarzenia.

    Przez najbliższe godziny nie umiem dojść do siebie. Mam czarne myśli, bo przecież kilka sekund wcześniej i ten samochód skosiłby mnie z jezdni. W takim nieciekawym nastroju, po pokonaniu długiego podjazdu w okolicach Zieleńca, docieram do Kudowy, gdzie kieruję się z pomocą Garmina do baru mlecznego. Gdzieś w centrum ponownie spotykam Daniela Śmieję, który akurat kończy swoja przerwę obiadową. Mówi coś o limicie, że trzeba się sprężać żeby zdążyć, ale ja jestem teraz jakiś obojętny. Kolega ucieka, a ja po posiłku zahaczam jeszcze Biedronkę, gdzie robię solidne zapasy.

    Tuż za miastem zaczynam podjazd Szosą Stu Zakrętów w głąb Gór Stołowych. Jechałem tędy niecałe 3 miesiące wcześniej podczas Maratonu Podróżnika, jednak w przeciwnym kierunku i nocą. Teraz mogę w końcu co nieco zobaczyć. Na jednym ze zjazdów jakiś kolarz macha do mnie i głośno dopinguje. Odmachuję mu z uśmiechem i przez nieuwagę łapię przednim kołem krawędź krawężnika. Ledwie ratuję się z opresji – gleba była bardzo blisko. Jakoś niedługo po tym zdarzeniu urywa mi się film ;) Dalszej drogi przez Sudety Wałbrzyskie nie mogę sobie przypomnieć. Za Mieroszowem znów doganiam Daniela i po chwili spotykamy kibiców w postaci forumowej Kahy z rodziną ;)

    Z dalszej drogi też nie pamiętam wielu szczegółów. Były ładne karkonoskie widoki i dobra pogoda. Trasa naszpikowana podjazdami i kiepska ostatnia noc z zaledwie drzemką na trawniku zaczęły odciskać swoje piętno. Wieczorem, już po zmroku, w okolicach Podgórzyna ponownie spotykam Daniela, który przygotowuje się na przystanku do nocnej jazdy. Trochę rozmawiamy i kalkulujemy. By myśleć o dotarciu na metę w limicie, raczej konieczne jest zarwanie również tej nocy. Daniel może sobie na to pozwolić, bo poprzedniej spał pod dachem. U mnie sytuacja wygląda kiepsko. Czuję się tak niedospany i zmęczony, że dalsza jazda to igranie z losem. Dzwonię pod numer telefonu z tabliczki oferującej noclegi. Niestety Pani jest w innej miejscowości, ale daje mi namiary na inne noclegi które mogę znaleźć przy mojej trasie. Niestety wszędzie zbywają mnie brakiem miejsc. Poszukiwania trwają ponad godzinę . W końcu pytam jakieś towarzystwo siedzące w imprezowym klimacie pod parasolem, czy się nie orientują w temacie noclegu. Wołają kolegę który za 40 zł oferuje bardzo fajny pokoik 1-osobowy z łazienką. Ostrzega że w nocy zapowiadają ulewne burze i żebym lepiej pospał do rana, gdy ma się już przejaśnić. Na niebie w oddali faktycznie widać błyski. Niestety maksimum na co sobie mogę pozwolić to 4h snu, więc budzik ustawiam na godzinę 4 i po szybkim ogarnięciu siebie ląduję w łóżku.

    MRDP Dzień 9
    350 km | 2265 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159664955

    Na szczęście nocne burze ominęły moje okolice. Wyruszam wcześnie rano i po kilku kilometrach od razu popełniam błąd. Za bardzo zapuściłem się w kierunku Szklarskiej i minąłem zakręt prowadzący pod Zakręt Śmierci. To ostatni tak solidny podjazd na trasie MRDP. Czas pożegnać się z górami na dobre. W zasadzie cała reszta trasy to miejsca w których będę pierwszy raz w życiu.
    Dalej przez Świeradów, Leśną aż do Zgorzelca jest głownie z górki, więc kilometry lecą dosyć szybko. Budzi to w głowie pewną nadzieję, że może jest jeszcze szansa trochę podgonić, że może się uda. Gdy wjeżdżam do Lubuskiego jest mi dane poznać osobiście legendarną jakość dróg tego obszaru. Ubzdurałem tu sobie, że cała trasa wzdłuż zachodniej granicy tak wygląda i nie mam szans by nadrobić zaległości. Postanawiam po prostu dojechać do przeprawy promowej w Połęcku przed ostatnim kursem o godzinie 20.

    W zasadzie wszystkie mijane przygraniczne miejscowości usiane są tablicami i szyldami w języku niemieckim. Czasem można się zapomnieć, że jest się w Polsce. Gdzieś po drodze mijam Macieja Skowronka z którym tasowałem się na prawie całej trasie. Jedzie w kategorii sport i często podczas poprzednich nocy widziałem jego zaparkowanego na poboczu kampera.
    Przed jednym z pierwszych dłuższych brukowych odcinków, mijam kolegów z jego ekipy, stojących w gotowości z drugim rowerem przygotowanym pod kiepskie nawierzchnie. Nie wiedziałem że ma aż takie wypasy ;)
    W dalszej części chamskie bruki (które staram się mijać bokiem - czasem nawet ściółką przez las;) ) przeplatają się z drogami, gdzie po prostu jedna część jezdni jest szutrowa. Czasem wydaje mi się, że jadę jakąś kompletnie zapomnianą drogą, po czym dojeżdżam do sporej miejscowości i okazuje się że to jest właśnie główna dojazdówka :) Czasem ślad do punktu kontrolnego prowadzi tak. Kulminacją tego odcinka jest jednak PK32 w Brodach. Te sterty kostki brukowej to jest po prostu kwintesencja ostatnich kilometrów i śmieję się pod nosem, że pewnie plac był kiedyś asfaltowy, ale władze postanowiły wyłożyć trochę bruku dla odmiany ;)

    Do przeprawy promowej na Odrze docieram chwilę przed 19. Czeka tu na mnie Paweł Ignasiak, który zorganizował serwisowy punkt wsparcia dla wszystkich zawodników. Nie znam gościa, ale siedzi tu kilka dni i czeka na każdego zawodnika by zaproponować wsparcie serwisowe – szacun. Od razu zabiera mój rower, każe się rozsiąść, a sam zaczyna czyścić maszynką łańcuch. Śmieje się, że w tym roztworze benzyny jest jeszcze smar od Kosmy ;) Podczas sympatycznych pogaduszek stwierdza, że jestem ostatnim zawodnikiem który ma szanse na dojazd w limicie. Myślę - jak to? Przecież nie ma już szans. Wprawdzie matematycznie jest to możliwe, ale przy takiej jakości dróg niewykonalne. Dodatkowo musiałbym zarwać kolejne 2 noce z rzędu. Paweł mówi że na wybrzeżu jest zachodni wiatr, więc muszę tylko dotrzeć do Międzyzdrojów i będzie w plecy aż do mety. Dodatkowo podobno najgorsze bruki mam już za sobą. Chwilę przed startem promu dociera kolega z kamperem i przeprawiamy się wspólnie .

    Za promem jakość dróg faktycznie ulega zdecydowanej poprawie. Wiatr cichnie i w końcu nie przeszkadza, więc jedzie się przyjemnie. W Cybince robię krótki postój na stacji i zmotywowany słowami Pawła zaczynam wszystko kalkulować na nowo. Pozostało niecałe 40 godzin i około 650 km. Na świeżo do zrobienia bez problemu, jednak przede mną jeszcze dwie całe noce, a deficyt snu mam już ogromny. Gdyby jednak na wybrzeżu faktycznie zawiało w plecy, a drogi były dobre… postanawiam spróbować. Żałuje jednak, że trochę odpuściłem przed promem, bo teraz każda godzina może mieć znaczenie.

    Po 5 godzinach jazdy ponownie łamie mnie senność. Pomimo że drogi są dobre i puste, gdzieś za Mieszkowicami po prostu zjeżdżam w leśną drogę i od razu kładę się na ściółce w opakowaniu. Po pół godziny wybudza mnie chłód, więc po prostu wskakuję na rower i jadę dalej. Niestety tego typu drzemki już nie pomagają i po zaledwie kilku kilometrach, skuszony przydrożną wiatą zajeżdżam na dłuższy sen. Ładuję się w śpiwór i układam na blacie stołu, bo ławeczki są za wąskie. Zasypiam z nadzieją, że nie spadnę ;)

    MRDP Dzień 10+
    534 km | 2487 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160525921

    Po niecałych 2 godzinach ruszam dalej. Na przejściu w Osinowie doskonale widać drugi brzeg Odry i zabudowę niemieckiego Hohenwutzen. W Cedyni siadam na jakiejś ławie. Czuję się bardzo źle. Dzwonię do małżonki i marudzę jakie to wszystko bez sensu. Motywuje mnie, ale ja bredzę i czuję się jak pijany. Jestem tak zmęczony, że pozostałe 500 km do mety jest dla mnie absurdem. Pomimo że jest 6 rano postanawiam szukać noclegu, bo nie jestem w stanie dalej jechać. Droga biegnąca przez Cedyński Park Krajobrazowy spowita jest mgiełką, a wokół kręci się mnóstwo ptactwa, mającego tu sporo siedlisk.

    W Piasku dostrzegam na bramie jednego z gospodarstw tabliczkę z napisem noclegi i numerem telefonu. Nie zastanawiam się długo tylko dzwonię. Tłumaczę Pani sytuację i mówię, że potrzebuję się przespać 3-4 godziny w ciszy i spokoju. „Ale moment, bo mnie Pan obudził. Jeszcze raz, bo chyba jeszcze źle kontaktuję. Chce pan nocleg TERAZ?” Odpowiadam że tak i stoję pod bramą ;) Pani każe mi wejść na podwórko i poczekać aż się ubierze i do mnie wyjdzie. Jest to agroturystyka urządzona w leśniczówce i wygląda na bardzo fajne miejsce. Po chwili wychodzi moja gospodyni, uśmiecha się i wskazuje łóżko oraz łazienkę. Na pytanie o cenę macha ręką. „Proszę się przespać”. Tak to wygląda z okna mojego pokoju. Postanawiam się przespać 3 godziny, więc ustawiam budzik i kładę się w śpiworze, żeby nie nadużywać gościny.
    Budzę się po może dwóch godzinach, cały spocony. Dosłownie czuję jak w żyłach buzuje mi krew. Już wiem, że nie ma szans na dalszy sen, więc zbieram się do dalszej jazdy. Do mety niecałe 500 km i ostatnia doba. Limit już mało realny, ale postanawiam zawalczyć, bo liczę na ten wiatr w plecy. Wiem już, że ostatniej nocy za bardzo przekombinowałem. Powinienem wziąć porządny nocleg, przespać te 6 godzin i ruszyć na „ostatnią prostą”. No ale łatwo oceniać po fakcie ;)

    Przejazd przez aglomerację szczecińską bardzo kiepski. Gorąc, zerwany asfalt i olbrzymi ruch, bo akurat trafiam na godziny szczytu. W Wolinie robię w biegu duże zakupy. Mój plecaczek jest wypchany po brzegi. Przygotowuję się do jazdy z jak najmniejszą ilością postojów. Niestety przez ostatnia dobę wiatr zmienił kierunek i zapowiada się, że znów będzie przeszkadzał. Utwierdzam się w tym po wyjechaniu za Międzyzdroje. Ostatecznie porzucam nadzieję na dojechanie w limicie czasu. Ale jakiś cel trzeba mieć, więc zakładam sobie, że muszę zobaczyć latarnię przed zmierzchem i zdążyć na wieczorną biesiadę.

    Niespodziewanie spotykam Darka Janeczka, który właśnie wychodzi na drogę z lasu po krótkiej drzemce ;) Pierwsze nocne kilometry jedziemy wspólnie. Fajnie się rozmawia, ale taka jazda męczy mnie podwójnie, bo nie pozwala złapać własnego rytmu. Umawiamy się na stacji benzynowej, a ja wyrywam do przodu. Kolega dociera gdy ja już kończę swojego Hot –Doga. Ruszam dalej, tu widzieliśmy się ostatni raz. Na nadmorskiej DW 102 trwają remonty, więc co chwilę pojawiają się odcinki z sygnalizacją wahadłową. W nocy ruch jest niewielki, więc w miarę możliwości wjeżdżam „pod prąd”. Około północy przejeżdżam przez Kołobrzeg. Senność ponownie mocno daje się we znaki. Na tyle mocno, że drzemka to konieczność. Zaczynam się rozglądać za jakąś wiatą, ale w okolicy Miłogoszczy, tuż przy remontowanej drodze znajduję walec drogowy. Chwytam za klamkę – otwarty! :) W środku na całej długości kabiny kanapa, więc wiele się nie zastanawiam, tylko ustawiam budzik i się kładę.

    Nie pamiętam ile snu sobie zaplanowałem, ale po około godzinie budzi mnie chłód. Nie spodziewałem się tak zimnej nocy i nawet nie wyciągałem śpiwora. Nie ma co kombinować, więc zmarznięty ruszam dalej. W Kazimierzu Pomorskim mijam zakręt i znów nadkładam troszkę drogi. W Mielnie, pomimo że jest 4 rano, można spotkać jeszcze kilku imprezowych niedobitków. Jadąc 10 km odcinkiem mierzei jeziora Jamno, jest mi przeraźliwie zimno. Mam ubrane na sobie już wszystko, ale jadąc wąskim pasem lądu pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi jest bardzo wilgotno, co wraz z olbrzymim zmęczeniem potęguje odczuwanie chłodu. Senność nie ustępuje i pomimo kiepskich warunków dosypiam kilka minut na jakiejś ławce. Tym razem budzi mnie sprzątaczka – pewnie myśli że jestem jednym z niedobitków ;) Coraz bardziej zły i zmęczony ruszam dalej. Na dobitkę w miejscowości Osiek ślad skręca w lewo w jakąś drogę z płytami ażurowymi przez pola. O ile nie złamały mnie lubuskie bruki i wschodnie dziurawe drogi, tak teraz klnę na Daniela że puścił tędy trasę. (O dziwo jest nawet w Street View ;) ). To chyba jedyny moment na maratonie, gdy klnę głośno do siebie. Na końcu tej drogi, z jednego z gospodarstw wybiega do mnie ujadający pies. Niestety trafił w złym momencie, bo miałem w sobie tyle złości, że pogoniłem dziada przednim kołem. Był tak zszokowany moją reakcją, że puścił strzałę prosto do jakiegoś rowu z przerażeniem w oczach i podkulonym ogonem. Przepraszam pan pies z Rzepkowa, że dałem upust w twoim kierunku ;)

    Bezchmurny poranek zapowiada ładną pogodę. Niestety wiatr wciąż przeszkadza. Przed Ustką mijam przejazd długiej kolumny wojskowej. Gdy wybija godzina 12:10, czyli 10 doba i tym samym limit ukończenia maratonu, do mety pozostaje mi 90 km. Z tym, że się nie zmieszczę w czasie pogodziłem się już wcześniej – teraz chcę tylko dojechać do końca i mieć to wszystko za sobą :) Droga wzdłuż wybrzeża jest pagórkowata i kiepskiej jakości. Utwierdzam się w przekonaniu, że wieczorna decyzja o odpuszczeniu jazdy na limit za wszelką cenę była słuszna. Na tego typu drogach strata była nie do odrobienia. Groziło to tylko niepotrzebną kontuzją/wypadkiem.

    W miarę jak słońce unosi się coraz wyżej nad widnokręgiem, wiatr zmienia kierunek. W końcu wieje w plecy! :) Migoczące między liśćmi światło bardzo męczy moje oczy. Na tyle, że na jednym z krótkich zjazdów czuję że odcina mi świadomość. Pomimo że do mety zaledwie 30 km, to postanawiam się jeszcze zatrzymać i chociaż zamknąć oczy na kilka minut. Siadam bod belą siana i odpływam może na 2 minuty. Pomogło!

    Podjazdy pod Jeziorem Żarnowieckim wciągam już dość żwawo. Ostatnie kilometry miedzy Karwią a Jastrzębią Górą to wręcz maraton w pigułce. Dziadowskie drogi, brukowe drogi i podjazdy :) Pod latarnię dojeżdżam o godzinie 16:28, czyli z czasem 10 dni 4 godziny i 18 minut. Łączny przejechany dystans to 3200 km. Czekają tu na mnie żonka z synem i osobiście wręcza statuetkę i inne fanty :)

    Wspólnie udajemy się do bazy maratonu, gdzie wieczorem ma się odbyć biesiada. Dostaję obiad i przy stole dzielimy się przeżyciami. Po około godzinie, gdy emocje trochę opadają, zaczyna mnie dopadać zmęczenie i ból nóg. Niestety do wieczornej biesiady nie dotrwam. Reprezentować mnie będzie jednak małżonka, a ja z synkiem udajemy się na naszą kwaterę ;)

    Kolejne dni spędzamy wspólnie nad w Jastrzębiej Górze. Zawodnicy zjeżdżają na metę jeszcze do czwartku. Kilku wyjeżdżamy przywitać pod latarnię. Bardzo fajna atmosfera i zasłużony odpoczynek.

    Na pociąg do Gdyni dojeżdżam na rowerze, po drodze zaliczając jeszcze gminę Kosakowo, którą trasa maratonu niefortunnie omijała ;)

    PODSUMOWANIE

    Przejechanie dystansu 3200 km zajęło mi 10 dni 4 godziny i 18 minut. Trasa maratonu wynosiła 3142 km, więc przejechałem gratis 60 km, a były to błędy nawigacji, krążenie po miejscowościach itp.

    Nie udało się zmieścić w limicie wyznaczonym przez organizatora, który wynosił 10 dni. Mimo wszystko ukończenie trasy dało mi ogromna satysfakcję. Przed startem wiele razy wątpiłem i nawet raz miałem definitywnie rezygnować ze startu. Pewien niedosyt jest, bo zabrakło przysłowiowej „kropki nad i”. Myślę, że brakujące godziny mógłbym zyskać stosując inną strategię noclegową. Można było zostawić cześć bagażu (materac, śpiwór) i korzystać wyłącznie z opcji pod dachem. To jednak nie jest mój styl jazdy, bo przede wszystkim lubię improwizować, a jazda od kwatery do kwatery odebrałaby mi dużo frajdy. Miałem tego świadomość. Na dzień dzisiejszy pojechałbym bardzo podobnie.

    Traktuję to jako otwartą furtkę do startu za 4 lata - o ile żona, zdrowie i okoliczności pozwolą ;)

    Cieszę się, że wziąłem udział w tej przygodzie. Zyskałem dużo doświadczenia, którego w inny sposób nabyć się nie da. Lepiej poznałem możliwości swojego organizmu. Odkryłem istnienie pewnych rezerw, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Zaskoczyła mnie szybkość regeneracji zarówno w trakcie, jak i po maratonie. W czasie dni odpoczynku śmigałem po okolicy na rowerze bez jakichś bóli czy dolegliwości. Oczywiście była zamuła, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie nabawiłem się żadnej kontuzji. Nawet bardzo popularne wśród innych zawodników drętwienia rąk mnie ominęły. Nareszcie udało się w miarę ujarzmić bóle ramion i karku, z którymi borykałem się na długich dystansach. Pomogły tutaj dodatkowe ćwiczenia, które wykonywałem w czasie przygotowań do startu, oraz w trakcie jego trwania.

    Sprzęt spisał się na 100%. Na całej trasie nie złapałem ani jednego kapcia :) Jedynie kilka razy smarowałem łańcuch.

    Trasa była trudna nie tylko ze względu na swoją długość i wymagający limit. Dużym utrudnieniem były drogi złej i bardzo złej jakości – było ich mnóstwo. Najlepiej było chyba pod tym względem w górach Podkarpacia, Śląska i Małopolski. Na trasie napotykaliśmy też wiele kilometrów remontów, czy też zerwanej nawierzchni.
    Była to jedna wielka, intensywna wyprawa, z trudnościami jakie można spotkać podczas wyjazdów w nieznane :)

    Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Kryzysy ma każdy – sztuką jest sobie z nimi radzić, czego ciągle się uczę. Była też euforia, złość (dostało się psu;) ), a nawet łzy. Bardzo mi pomagały słowa wsparcia, które spływały do mnie z różnych źródeł. Pisali do mnie rodzina, znajomi, a także nieznajomi ludzie. Czy to przez Facebooka, czy przez sms, czy nawet przez Wykop :) Nie będę tutaj wymieniał wszystkich - każdy kto mnie wspierał o tym wie i każdemu z osobna bardzo dziękuję :)

    Dziękuję też tym, którzy przebrnęli prze całość relacji – do usłyszenia w przyszłości ;)

    Mój tag - #byczysnarowerze

    Cała galeria zdjęć z opisami

    Pokrewne: #mrdp #rower #kolarstwo #zaliczgmine #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      @Ragnarokk hej :)

      1. Je się oczywiście również podczas jazdy. Ale to raczej rzeczy typu batony, banany itp. Ja na większe posiłki się zatrzymuję. Lubię zjeść przynajmniej raz na dzień normalny posiłek typu zupa, obiad itp. Jest to przy okazji chwila na odpoczynek i toaletę. Oczywiście im większe ma ktoś parcie na wynik, tym bardziej minimalizuje postoje i głównie jada podczas jazdy.

      Co do zdjęć, to ja się zawsze zatrzymuję na chwilę. SMS zdarza się podczas jazdy, ale tylko gdy droga na to pozwala. Najczęściej na podjazdach ;)

      2. To przede wszystkim kwestia wygody. Przy jeździe kilkanaście godzin na dobę, to ciężki plecak byłby porażką - obciążenie ramion, spocone plecy. Niektórzy jeżdżą z małymi plecakami z tzw. camelbak, czyli zbiornikiem z piciem i wprowadzonym na zewnątrz wężykiem. Sam myślę nad takim rozwiązaniem ostatnio.

      3. Na stacjach nie zapinam roweru, a przy sklepach czy restauracjach stosuję małe tandetne zapięcie na szyfr - chroni jedynie przed spontanicznym podprowadzeniem roweru. No i nie trzeba się bawić z kluczykiem.

      4. Wbrew pozorom jazda nocą przy zastosowaniu dobrego oświetlenia jest bezpieczniejsza od jazdy w dzień. Jest się lepiej widocznym, no i ruch jest oczywiście mniejszy. Trzeba jednak czasem zerknąć na licznik, bo często jedzie się wolniej niż by się mogło wydawać ;)

      Pozdr
      pokaż całość

    •  

      @byczys:
      1. Właśnie głównie chodziło mi o takie przegryzki typu batonów. Zastanawiałem się, czy to nie odbija się jakoś na żołądku takie jedzenie w czasie jazdy. Z drugiej strony sam na pieszych ultra jem takie rzeczy w marszu, więc podejrzewałem że jest właśnie tak.

      2. Właśnie myślałem sam teoretycznie o małych plecakach właśnie z camelbakiem i jakimiś lekkimi i dużymi objętościowo rzeczami - czyli zasadniczo głównie ubraniami. Ale że nigdy nie jechałem rowerem dłużej niż 2h na raz, to nie wiem jak plecak współgra z pozycją na rowerze. Zwłaszcza że na szosowym to nigdy w życiu nie jechałem :)

      3. W sumie z tym kluczykiem to logiczne - zapodzianie kluczyka na takiej trasie to prawdobieństwo graniczące z pewnością. A trochę problemów by robiło :)

      4. Co do widoczności, to tak podejrzewałem, ale zastanawiałem się, czy to nie jest problemem, że po ciemku gorzej widać nierówności, dziury na trasie. Tak trochę wizualizować sobie próbowałem siebie samego zmarzniętego i niewyspanego i w tej wizualizacji ciężko było mi widzieć siebie skupionego na dziurach w asfalcie :)

      Ogólnie tak pytam, bo kiedy w tym sierpniu ktoś wrzucił na wykop o MRDP zacząłem się trochę zastanawiać. Do tej pory bawiłem się w piesze, górskie ultra, ale teraz z małymi dziećmi to na wyjazd w góry, nawet na dobę chodzenia po górach, to minimum 2-3 dni, z dojazdem i wszystkim. I prościej będzie samemu wsiąść na rower gdzie w moich płaskich okolicach, zarwać może pół dnia, zrobić te 100 km, wrócić do rodziny. Więc wyciągnąłem rower, poczytałem/pooglądałem na YT bo moja wiedza o rowerze w zasadzie ograniczała się do tego, gdzie są koła a gdzie pedały, zacząłem nim jeździć - i zadałem teraz Tobie pytania na tematy, co nie widziałem żadnych informacji. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Dzięki wielki i pozdrawiam :)
      pokaż całość

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    716459 - 546 = 715913

    Pierwsza edycja Maratonu Tour de Silesia zaliczona!

    Trasa 540 km dookoła województwa śląskiego. Blisko, sporo znajomych nazwisk na liście startowej, więc nie mogłem odpuścić ;)

    Wraz z @Mortal84 i @bynon startujemy w piątej, ostatniej grupie. Tempo od razu jest wyżyłowane. Lecimy grupą około 10 osób po zmianach parami, a wskazanie prędkościomierza rzadko schodzi poniżej 40km/h. Szybko doganiamy resztę uczestników i wychodzimy na czoło całego maratonu. Na PK1 (37km) tylko podbicie pieczątek i w drogę. Na jednej ze zmian łapie mnie kolka, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło na rowerze. Wydaje mi się, że przyczyną jest zwiększona kadencja, jaką sobie przyjąłem jakiś czas temu, by oszczędzać stawy. Boli mocno, ale po kilku minutach udaje się to jakoś ogarnąć. A tempo ciągle jak na ustawkach szosowych, bo na drugim PK (106 km) średnia wskazuje ponad 36 km/h. Tutaj już kilka minut przerwy. Uzupełniamy bidony i kto gotowy rusza dalej. Nasza grupka liczy teraz 8 osób i w tym składzie przejedziemy kolejne 200 km, równo pracując na zmianach. Przed PK3 (170km) łapie nas zawierucha i deszcz. Wieje, leje, ale tempo maleje tylko nieznacznie. Ktoś proponuje przeczekać gdzieś największy deszcz, ale nie zyskuje aprobaty grupy ;) Na punkcie większość ubiera kurtki, choć w sumie już nie pada. Ja zostaję na krótko, z nadzieją że dzięki temu uda mi się lepiej przeschnąć przed nadejściem nocy. W Kłobucku, na 216 km trasy, mamy zorganizowany punkt żywieniowy. Smaczny obiad, trochę dłuższy odpoczynek, ale już słyszę jak grupa woła czy jadę dalej z nimi. Postanawiam jeszcze trochę pociągnąć z nimi, a gdy zaczną się większe pagórki, zacząć jechać już swoje.

    W dalszej części kilka razy jesteśmy filmowani przez drona. Fajna zabawka i pamiątka: https://www.youtube.com/watch?v=Q0qdS0DakdE&t=0s

    Zaraz za PK4 w Koniecpolu (280km), droga coraz bardziej zaczyna się piąć ku górze. Gdy na liczniku wybija 300 km, a średnia wskazuje 34,4 km/h stwierdzam że to już ten moment i na jednym z podjazdów po prostu odpuszczam. Dalsza próba trzymania tempa mogłaby się skończyć kontuzją, bo już lekko pobolewał mnie achilles. Szkoda było zaprzepaścić tak wypracowaną przewagę i zakończyć imprezę wycofką ;)

    Robi się ciemno, ale drogę doświetla piękny księżyc w pełni. Mniej więcej w tym samym czasie z mojej grupy odłączyły się jeszcze 2 uczestników. Jeden z nich zostaje z tyłu, a drugiego doganiam i sobie gawędzimy. Nie jedziemy po zmianach, a po prostu trzymamy się w miarę blisko siebie, bo tempo mamy podobne. W Olkuszu postanawiamy zatrzymać się na stacji benzynowej. Jemy hot-dogi i kolega rusza dalej, ale ja postanawiam jeszcze trochę odpocząć, bo doskwiera mi ból pleców.

    Wrzucam na siebie kurtkę, bo jest bardzo mgliście i ruszam dalej. Po chwili mijam jednego z uczestników, który coś kombinuje na przystanku. Pytam czy wszystko ok i gdy potwierdza, mknę dalej do przodu w kierunku punktu żywieniowego nr 2 w Bolęcinie (373 km). Tu zjadamy jakiegoś kuraka z ryżem i sałatką. Niestety jest to tak suche, że ledwo przechodzi mi przez gardło. Żuję i żuję, a kolega już się zbiera do odjazdu. Mi z tym żuciem schodzi jeszcze dobre 15 minut. Po prostu wmuszam to w siebie, bo szkoda mi tracić posiłku.

    Za cel stawiam sobie złapanie kolegi uciekiniera jeszcze przed górami. Cisnę więc i cisnę wśród mgieł i blasku księżyca, aż w końcu po dobrej godzinie zauważam czerwony migający punkt na horyzoncie. Chodź tu mój zajączku ;)

    Wyprzedam go, ale na PK5 w Wieprzu (403km) znów mnie dopada i rusza przede mną. Po chwili znów jestem z przodu i zaczynam pierwszy z większych podjazdów, czyli wspinaczka na Przełęcz Kocierską (718m). Robi się gorąco, ale nie ściągam jeszcze kurtki, bo wiem co mnie czeka podczas zjazdu. Zaczyna świtać, więc robi się rześko. W Węgierskiej Górce na PK6 (447km) postanawiam zjeść Hot-Doga, więc ponownie się spotykamy. Tym razem jednak wyruszam pierwszy. Góry witają mnie pięknym porankiem. Teraz czeka mnie długi, w zasadzie 30 km podjazd do Koniakowa. Możliwość oglądania takich widoków sprawia, że stwierdzam: "warto było się męczyć całą noc :)" Tym bardziej, że do mety już zaledwie setunia ;)

    Ostatni dłuższy podjazd pod Kubalonkę i zjazd do Wisły. W Ustroniu odbijam w lewo w kierunku Cieszyna, gdzie znajduje się ostatni, siódmy punkt kontrolny (507km). Ku mojemu zaskoczeniu spotykam tam 4 uczestników. Jeden leży na kafelkach, więc coś mi nie pasuje, bo przecież czołówka która była przede mną, by sobie nie robiła takiego popasu 35 km przed metą :) Okazuje się, że to chłopaki z dystansu 370 km. Trochę się z nimi zagaduję i zapominam o moim zajączku, który nagle wpada na stację, bije pieczątkę i od razu ucieka na ostatnią prostą. Szybko zeruję colę i udaję się w pościg. Po kilku km wyprzedam go i pozostaje tylko dociągnąć do mety. Dosyć szybko znika na horyzoncie, więc jeszcze pozwalam sobie na sik-stop. Analizuję godzinę i już wiem, że uda mi się zmieścić w czasie mniejszym niż 1 doba (a przed startem sobie takim przyjąłem jako ambitny cel).

    Na metę docieram z czasem 22 godziny 44 minuty, więc sporo poniżej oczekiwań. Ciepłe przywitanie przez żonę :) Zostajemy jeszcze na mecie dobre 2 godziny, dyskutujemy i witamy przybywających na metę. Próbuję sobie urządzić w namiocie drzemkę, ale jest za duszno, bo słońce już daje lampę. Udaje mi się trochę zdrzemnąć na hali gimnastycznej, po czym pakujemy majdan, żegnamy się i jedziemy do Rybnika na pociąg. Ufff... teraz trzeba trochę odespać, bo jutro powrót do rzeczywistości.

    Super organizacja i towarzystwo. Jeśli za rok trasa będzie poprowadzona inaczej (nie lubię jeździć tego samego), to będę obowiązkowo ;)

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    724187 - 653 = 723534

    Maraton Tour de Silesia, dystans 540 km.

    Zapisując się na maraton wiedziałem, że będzie szansa poprawić swoją ubiegłoroczną życiówkę. Ale co to za poprawa o ledwo 10 km. To się nie opłaca jechać. Postanowiłem więc na miejsce startu dojechać rowerem i tak samo wrócić później do domu.

    Wyjeżdżam chwilę przed 8.00 w sobotę rano i po dwóch godzinach jestem już w Świerklanach, w bazie maratonu, która ulokowana jest na terenie ośrodka sportu przy lokalnej szkole podstawowej i gimnazjum. Zaczynają zjeżdżać się zawodnicy startujący na długim dystansie. Wersja mini licząca 370 km ruszała o 7.30, więc na trasie już od kilku godzin byli m. im. @Arczi-S i @Limon2g.
    Na drugie śniadanie zjadam makaron z kurczakiem, który miałem ze sobą i kręcąc się po terenie spotykam @bynon'a, a później @byczys'a (pozdrowienia dla żony!). Coś tam pogadaliśmy i trzeba powoli przygotowywać się do startu. Wszyscy trzej jesteśmy w ostatniej, piątej grupie, czyli planowo powinniśmy ruszać o 11.20. Jeszcze jakaś przedstartowa odprawa Gustava, który jest jednym z głównych organizatorów i wypuszczane są poszczególne grupy. Każda liczy ok. 13 osób, w sumie startuje 60-kilka.

    Spodziewałem się szybkiego początku, ale to przypominało raczej typową ustawkę w tygodniu niż maraton dookoła województwa. Po kilku km wyprzedzamy pierwsze, pojedyncze osoby z wcześniejszych grup. Po kilkunastu całą czwartą grupę. Część osób przyłącza się do nas. Pierwszy punkt kontrolny, w Krzyżanowicach, to tylko wejście do sklepu po pieczątkę i szybko jazda, żeby nie zgubić grupy. Pomiędzy Raciborzem a Rudami widać skutki nawałnicy, która przeszła tutaj w piątek. Na poboczach dróg mnóstwo połamanych gałęzi i przewróconych drzew.
    PK2 mieścił się na Orlenie w Pyskowicach. Był to zdaje się 103 km trasy i średnia z tego odcinka przekroczyła 36 km/h. To było dla mnie trochę za dużo. Postanowiłem zrobić o kilka minut dłuższą przerwę i dalej jechać sam albo z kimś napotkanym po drodze. @byczys i @bynon pognali z grupą.
    Ruszamy ze stacji w kilka osób, ale po pierwszym podjeździe zostaję tylko z gościem w stroju Bałtyk-Bieszczady Tour. Jedziemy po zmianach i byłoby bardzo przyjemnie, gdy nie silny boczny wiatr. Po wspólnych 50 km łapie nas deszcz. Postanawiam zatrzymać się na przystanku i założyć ochraniacze na buty. Tamten pojechał dalej. W sumie w deszczu jadę jakieś 20 minut. Jest ciepło, więc drogi szybko wysychają i już na PK3 koło Olesna zdejmuję ochraniacze i wiatrówkę.
    Na stacji spotykam parę osób, ale one właśnie się zbierają. Kupuję jakąś tortillę, bo o hot dogach zapomnij, jeśli przed chwilą przewinęło się tutaj kilkunastu ludzi...

    Prawie cała droga do punktu żywieniowego w Kłobucku mija szybko za sprawą wiatru w plecy. Gdy skręcam do restauracji, @byczys i @bynon z grupą właśnie wyjeżdżają. Oferta obiadowa jest całkiem bogata, wybieram kurczaka z ryżem i zestaw sałatek. Do tego w pakiecie 2 litry wody i dwie saszetki izotoniku. Robię niecałą godzinę postoju i w dalszą trasę zabieram się z dwójką, która przyjechała tam jakiś czas przede mną.
    Spokojnym tempem jedziemy na wschód do Koniecpola, gdzie zlokalizowany jest kolejny punkt kontrolny. Czas mija nam głównie na rozmowach na tematy okołorowerowe. Jarek, który na maraton przyjechał spod Wrocławia, traktuje go jako przygotowanie do pełnego Iron Mana, w którym będzie startował na początku września w Malborku. Z Bartkiem znamy się trochę z naszej lokalnej ustawki - Czwartkowej Rundy.
    W Koniecpolu pieczątka na stacji, chwila odpoczynku i skręcamy na południe. Jest już grubo po zmroku, a trasa z płaskiej przechodzi w jurajskie pofałdowanie. Jedna hopka za drugą. Tempo siłą rzeczy spada, ale przynajmniej nie jest nudno i nie chce się spać. W okolicach Pilicy Jarkowi kończy się picie, ale jako że nie napotykamy żadnej stacji ani otwartego sklepu, ratujemy go własnymi zapasami i jedziemy dalej. Czynną stację znajdujemy dopiero w Kluczach i tam też robimy przerwę na kawę itp. Tego było mi trzeba, bo oko już zaczynało się niebezpiecznie przymykać.

    Po ok. półtorej godziny, który to czas upływa na bezustannej jeździe góra-dół, meldujemy się na drugim punkcie żywieniowym zlokalizowanym w Bolęcinie. Tutaj już wyboru nie ma i każdy dostaje filet drobiowy z ryżem i sałatkę. W sumie zjadłbym dwie takie porcje, gdyby dawali. Kolejna godzina odpoczynku. Jarek nawet przekimał kwadrans na podłodze, bo kryzys snu miał spory. Gustav coś tam nagrywał, więc może znajdziecie nas później w jakimś filmiku na jego kanale.
    Na start dostajemy temperaturę poniżej 10 st., mgłę i podjazd do Płazy. Ale to nawet dobrze, bo od razu się człowiek rozgrzał. Kawałek przed Wieprzem, gdzie na Orlenie jest kolejny PK, spotykamy @Kuchasz'a. Wcześniej umówiliśmy się, że po mnie wyjedzie i nie zawiódł ;)
    Od Andrychowa zaczynają się góry. Na dobry początek Kocierz. Pomimo 470 km w nogach, podjazd wchodzi całkiem nieźle. Na górze ściągam nogawki i czekamy z Rafałem chwilę na pozostałych kompanów. Zjeżdżamy do Żywca i dalej kierunek na Węgierską Górkę, gdzie standardowo na Orlenie mieści się punkt kontrolny.
    Jarek i Bartek są już mocno zajechani i postanawiają zrobić dłuższą przerwę przed czekającymi ich jeszcze podjazdami. Wcinam więc tylko dwa hot dogi, zapijam kawą i ruszamy z @Kuchasz'em do Milówki. Stamtąd drogą serwisową wzdłuż S1 jedziemy do Koniakowa. Droga wojewódzka 943 na tym odcinku to jest jakieś nieporozumienie. Nie dość, że dziury, łaty i muldy, to jeszcze kilkaset metrów bruku. Od Istebnej na szczęście jest już normalnie.
    Podjazd na Kubalonkę całkiem w porządku, chociaż różnica w "świeżości nogi" pomiędzy mną a @Kuchasz'em jest widoczna gołym okiem. Przez Wisłę i Ustroń kierujemy się na Cieszyn. Przejazd przez ten ostatni mocno nadszarpuje moje siły. W zasadzie całe miasto to seria krótkich, sztywnych podjazdów. Pieczątka na Orlenie, cola, lody i jedziemy dalej, zgarniając ze sobą napotkanego na stacji maratończyka.

    Ostatnie 40 km dłuży mi się niemiłosiernie. W końcu o 12.45 docieramy do bazy maratonu, gdzie odbieram pamiątkowy medal i kończę udział w zabawie z czasem 25h 31m. Podobno dało mi to 15. czas wśród startujących na dystansie mega. Nawet spoko, bo spodziewałem się, że z czasem powyżej 25h będę jednak w ogonie stawki.
    Zjadam dwie miseczki bogracza, bo kiełbasy z grilla bym nie przełknął, a tylko takie dania są dostępne. Jeszcze chwila odpoczynku, żegnam się z Gustavem i obsługą maratonu i ruszam do domu, bo do przejechania jeszcze ponad 50 km.
    Zaraz po wyjeździe na główną drogę Garmin informuje mnie, że "Wygrałeś! Trening ukończony" i... wyłączył się. Włączam go, a tam nie ma możliwości kontynuowania trasy, ani nawet samej trasy zapisanej! Fuuuuuuuuuuuck! No ale co zrobię? Nic nie zrobię. Trzeba w domu podpiąć do komputera i zobaczymy.
    Jedziemy z @Kuchasz'em spokojnie, bo też moje nogi nie chcą pozwolić na nic więcej, a w dodatku ciągle myślę o niezapisanej trasie. By to jasny ch... Cała radość z przejechanego maratonu wyparowała niczym przebity balonik. Wkurw na maksa.
    W Pszczynie robimy przerwę na lody, żegnamy się i ostatnie kilometry do domu jadę już sam.

    Pierwsze co, to oczywiście Garmin do komputera i szukam trasy. Jest! Ale tylko 270 km... Załamka :( Szczęśliwie @Marcin_od_Tribana dobrze ogarnia takie tematy, podsunął parę pomysłów i udało się odzyskać ślad trasy. Humor od razu poprawiony :D Bo wiadomo, że jak czegoś nie ma na Stravie, to tak jakby tego w ogóle nie było.

    W imprezie tego typu startowałem pierwszy raz, więc nie będę podejmował się oceny organizacji, bo nie wiem jak to powinno wyglądać ani jak wygląda gdzieś indziej. Mogę tylko powiedzieć, że niesamowicie mi się podobało, atmosfera była bardzo przyjazna i z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną edycję. A Gustav już zapowiedział, że łatwiej na pewno nie będzie.

    pokaż spoiler Jeszcze 2 tygodnie temu nie spodziewałem się, że Triban dostanie szansę przejechania czegoś więcej niż 100 km, a tu proszę. W pięknym stylu wrócił z emerytury. I po co te wszystkie karbony i elektroniczne przerzutki? ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #rower #szosa #wykoptribanclub #100km #200km #300km #400km #500km #600km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: TdS.jpg

  •  

    730992 - 542 = 730450

    Maraton Tour de Silesia!
    540km i 4000m przewyższenia w niecałe 21h
    https://www.strava.com/activities/1074847780

    Była to pierwsza edycja i generalnie zapowiadało się, że to bardziej rajd, ale nie:) Pierwsze kilometry dobitnie pokazały, że wyścig. Znalazłem się w grupie startowej z najmocniejszym składem w tym @Mortal84 i @byczys. Pierwsze 100km, średnia powyżej 35km/h, wyprzedamy wcześniej startujących. Nasza "ucieczka" ma długo kilkanaście osób, łapie nas porządna ulewa z wiatrem w mordę. Na szczęście przed zachodem słońca już podeschliśmy.
    W nocy przejeżdżamy Jurę, średnia cały czas powyżej 30, grupa kurczy się najpierw do 8, później do 6 osób. O 2 w nocy jesteśmy w Andrychowie, dopada mnie pierwszy kryzys snu, a najmocniejsza trójka odjeżdża na podjeździe na Kocierz. Na punkcie kontrolnym w Wegierskiej Górce jeszcze nasza 6stka się spotyka, jednak muszę walnąć kawę i hot doga, "podium" uzupełnia tylko płyny i batony i leci.
    Ostatnie 100km pokonuje już samotnie, po drodze góry o wschodzie słońca i walka z zasypianiem.
    Byłem pewny że na metę wjadę 4, jednak jeden weteran maratonów wyprzedził mnie jadąc trochę inną drogą.

    W tym tygodniu to już 693km!
    #rowerowyrownik #ruszkrakow #szosa #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: tds.jpg

  •  

    W osobtę wystartowałem w Pierścieniu Tysiąca Jezior, 610km na rowerze non-stop(zrobiłem 622 bo po 5cu kilometrach musiałem wrócić na start). Udało się ukończyć w mniej niż 30h co przy warunkach jakie panowały na trasie uważam za nienajgorszy wynik. Było zimno (nawet 10 stopni), mokro (deszcz padał przez jakieś 19h i te cholerne mazurski drogi. Łata na łacie. Jeszcze przez kilka dni pewnie będę miał zaniki czucia w dłoniach. Pagórki też zrobiły swoje - ok 4000m przewyższeń.
    Polecam wszystkim tę imprezę, świetny sposób na sprawdzenie się. Tym samym kwalifikacja na przyszłoroczny BBT zrobiona :)
    #rower #600km #500km #400km #300km #200km
    pokaż całość

  •  

    853448 - 500 = 852948

    Maraton Podróżnika 2017

    Czyli pętla 500 km spod Ślęży przez Sudety i Karkonosze. Dużo gór (ponad 6k przewyższeń), w tym podobno najtrudniejszy szosowy podjazd w Polsce, czyli Przełęcz Karkonoska. Udało się podjechać całość bez zatrzymania, choć po 130 km odcinku z szybkim tempem i w piekącym słońcu kosztowało mnie bardzo dużo. To nie nie był dobry pomysł, bo przede mną przecież było jeszcze 360 km.

    Trochę problemów z kolanem, ale ostateczkie udało się przejechać całość w czasie 24h15m :)
    Jestem zadowolony z rezultatu. Jak zwykle MP to świetne przygotowanie imprezy i super klimat jaki tworzą ludzie i organizatorzy.
    Niestety nie mam czasu na dłuższą relację, a już minął tydzień, więc wypadało dodać ten wpis.

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/1020142722

    Galeria zdjęć:

    https://photos.google.com/share/AF1QipM65uT-SAzvyVrKLpBiEoSCT7rtGSNuUs7_PNg6GI8oHE_YpKj_Lab9RyyrhSs5jg?hl=pl&key=Mkp5S1c3dzY2dHpVOFBpNEVqVnRlMURDSU9JcGlB

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 500km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

  •  

    93964 - 597 - 390 - 120 = 92857

    Maraton Północ - Południe

    Udało mi się ukończyć pierwszą edycję tego trudnego ultramaratonu, organizowanego przez zapaleńców z forum podróżników rowerowych. Start odbył się spod latarni morskiej w Helu, zaś meta mieściła sie w schronisku na Hali Głodówka k/Zakopanego.
    Trasa od długości 930 km przebiegała w miarę możliwości bocznymi drogami, prowadząc przez malownicze rejony Polski.
    Regulamin zakładał całkowitą samowystarczalność. Każdy z zawodników sam decydował gdzie i kiedy je, ewentualnie śpi itp. Żadne punkty żywieniowe nie były przewidziane. Jakakolwiek pomoc z zewnątrz była zabroniona.
    Strategie były więc różne. Osoby jadące na jak najlepszy wynik nie planowały spać w ogóle. Inni brali po drodze nocleg w kwaterach, hotelach itp. Osobiście wiozłem ze sobą śpiwór i alumatkę, by w odpowiednim momencie zaserwować sobie nocleg w dowolnym zasadzie miejscu. Nie do końca wyszło jak planowałem, ale o tym trochę później :)

    Limit czasu na ukończenie trasy wynosił 72 godziny. Ja planowałem dotarcie na metę przed 3 nocą, czyli zakładałem czas w okolicy 60 godzin.

    Ponieważ w piątek muszę się jeszcze zjawić w pracy, mam ograniczone pole manewru, by dostać się na Hel (start miał miejsce o godzinie 10 w sobotę). W Gdyni miałem być dopiero po godzinie 23. O tej porze żadne szynobusy już nie kursują, więc planowałem przenocować w Gdyni.
    Zapytałem na mikroblogu o jakieś opcje noclegu niedaleko dworca. Kolega @Ulica zaoferował jednak, że może mnie podrzucić o tej godzinie bezpośrednio na Hel. Tak też się stało i ostatecznie około 1 w nocy ląduję pod nieoficjalną bazą zawodów. Dzięki za pomoc :) Dziękuję również tym, którzy oferowali mi nocleg u siebie @Ilana @jak_to_mozliwe @alhakeem Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja się poznać :)

    Zgodnie z ustaleniami ze stróżem kempingowym, czeka na mnie otwarta przyczepa. Duży plus jest taki, że będę spał sam i nikt mi nie zrobi przedwczesnej pobudki. Ostatecznie zasypiam jakoś po 2.

    Wstaję po trochę szarpanych 5h snu. Ogarniam siebie i rower, oddaję plecak który organizatorzy przewiozą na metę i około 9:30 udaję się na miejsce startu, po drodze jeszcze zahaczając o sklep.

    Pod latarnią miła atmosfera. Odprawia nas sam burmistrz i punktualnie o 10 odbywa się wspólny start honorowy. Na odcinku do Władysławowa eskortują nas policjanci na motocyklach. W Jastarni następuje start ostry. Wcześniej jeszcze wypada mi bidon, który niewłaściwie umieściłem w koszyku. Wpadł pod resztę peletonu jadącego za mną. Sytuacja trochę groźna, ale na szczęście wszyscy jeszcze mieli jeszcze świeże i skupione umysły, więc obyło się bez kraksy :)

    Po starcie ostrym kieruję się ku początkowi stawki. Tempo wyraźnie rośnie. Po chwili formuje się grupa bodaj 12 osób i w takim składzie żegnamy się z policjantami na rondzie we Władysławowie.
    Po chwili wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Tempo maleje tylko nieznacznie, więc zdarza się kilka niebezpiecznych sytuacji w miejscach skrzyżowań z drogami, gdzie nastawiane są słupki. Jadąc za kimś na kole łatwo na któryś wpaść. Na szczęście w miarę możliwości ostrzegamy się nawzajem i udaje się przejechać bez incydentów.

    Po wjeździe w rejony Kaszub, grupa się uszczupla, szczególnie za sprawą wielu pagórków. Pierwszy punkt kontrolny znajduje się pod wieżą widokową "Kaszubskie Oko" niedaleko Jeziora Żarnowieckiego.
    Na poprzedzającym je podjeździe, zaczynam odczuwać w nogach bagaż, który ze sobą wiozę. Planowałem jednak pociągnąć w pierwszej grupie początkowe 100 km, więc trochę się jeszcze spinam i dołączam z powrotem do grupy, która liczy już tylko 5 osób. Wchodzenie na zmiany kosztuje mnie coraz więcej wysiłku i ostatecznie po jednej z nich odpadam na podjeździe.

    Na liczniku mam 115 km, więc założenie spełnione. Staję pod jednym ze sklepów, uzupełniam bidon i zaczynam swoją samotną jazdę. W końcu mogę na spokojnie podziwiać kaszubskie krajobrazy. Teren jest pagórkowaty, więc widoki są dosyć rozległe.
    Czasami nawet zatrzymuję się na fotkę.

    PK2 znajduje się w miejscowości Wdzydze Kiszewskie, niedaleko ładnego skansenu. Mija mnie tutaj jeden z uczestników. Doganiam go i kawałek jedziemy wspólnie. Gdzieś dalej mijam forumowego Emesa. Okazuje się, że zapomniał wgrać sobie trasy i musi się kogoś trzymać, by z niej nie zboczyć :)
    Samotnie jedzie się dość ciężko, ponieważ cały czas wieje dość silny czołowo - boczny wiatr. Jadę z nadzieją, że po zachodzie słońca ucichnie.

    PK3 znajduje się na moście w miejscowości Świecie. Tutaj łapie mnie zmierzch, więc postanawiam zjeść gdzieś obiad i przebrać się do nocnej jazdy. Rozkładam się w jakiejś orientalnej restauracji, lecz przy składaniu zamówienia pani informuje mnie, że czas oczekiwania to minimum 40 minut... Poniżej widziałem inny lokal, więc się przeprowadzam ;) Straciłem już jednak dobre pół godziny. Tutaj na szczęście jest już dosyć szybko i smacznie. Jem na spokojnie, więc w dalszą drogę ruszam dopiero po dobrych dwóch godzinach. Po wyjeździe za miasto muszę się ponownie zatrzymać, ponieważ ubrałem się zdecydowanie za ciepło, więc momentalnie jestem cały mokry. Gdy się przebieram, mija mnie grupa 4 osób. Doganiam ich wkrótce, jednak chłopaki zdecydowanie oszczędzają siły, więc po kilku kilometrach ruszam samotnie do przodu.

    Niestyety wiatr zamiast zelżeć, wręcz przybrał na sile. Po około godzinie, zaczynam widzieć na horyzoncie czerwone światełko. Gdy je dochodzę, okazuje się, że to jakiś starszy pan. Od słowa do słowa dowiaduję się, że to Stanisław Piórkowski, który brał udział w tegorocznym TCR. Wspólnie dojeżdżamy do PK4, który znajduje się w Dobrzyniu nad Wisłą. Jedziemy czysto towarzysko, bez żadnych zmian itp. za to czas upływa przyjemnie. Tempo jest spokojne. Okolo godziny 4 nad ranem, przed Płockiem, postanawiam zdrzemnąć się kilka minut na przystanku. Stasiu mówi, że czuje się dobrze, więc jedzie dalej. Więcej się na trasie nie spotkaliśmy :)

    Niestety z drzemki nic nie wyszło i po chwili ruszam dalej. Za Płockiem, po przedarciu się przez kilkaset metrów drogi bez asfaltu, postanawiam spróbować raz jeszcze tutaj. Na chwilę zasypiam, jednak budzi mnie zimny wiatr muskający moje spocone plecy. Jest już jasno, więc ruszam dalej.

    Na długiej i prostej drodze w kierunku Łowicza, podczas zmagań z wiatrem, marzy mi się porządne śniadanie. Gdy w końcu dojeżdżam do miasta, zauważam dwa rowery stojące pod hotelową restauracją. Widzę, że to "nasi" więc wchodzę do środka. Siedzą tam Daniel Śmieja i bodaj Krzysztof Kreft.
    Lepiej trafić nie mogłem, bo za 25 zł mam szwedzki stół, więc mogę jeść do oporu i na co mam ochotę :) Jajecznica to balsam na mój żołądek.
    Po uczcie ogarniam się jeszcze w ubikacji i ruszam pod wiatr w kierunku Skierniewic, gdzie znajduje się PK5.

    Po dotarciu na miejsce, postanawiam zobaczyć piękny park miejski. W tym momencie robi mi się ciepło, bo orientuję się, że nie mam portfela! To oznacza nie tylko straty finansowe, ale też koniec jazdy. Szybko znajduję numer do restauracji gdzie jadłem śniadanie, jednak pan stwierdza, że nikt nic nie znalazł. Proszę jeszcze, by zajrzał do ubikacji. Oddzwania po kilku minutach i jest! Zawracam więc do Łowicza, po drodze mijając się z forumowym Turystą, oraz ekipą z Michałem "Wilkiem" na czele.
    Odzyskuję zgubę i robię mały postój w sklepie. Cała ta akcja kosztowała mnie dodatkowych 50 kilometrów. Ale ważne, że mogę jechać dalej :)

    Kawałek za Rawą Mazowiecką spotyka mnie pierwszy deszcz. Sprawdzam prognozę i w teorii ma padać jedynie przez najbliższe 2 godziny. Stwierdzam, że to idealny czas na drzemkę i układam się w śpiworze pod wiatą przystankową.
    Niestety już po chwili okazuje się, że nie jest to dobre miejsce. Droga jest dość ruchliwa i przejeżdżające pojazdy nie dają mi zasnąć. Cała buda się aż trzęsie.
    Pomimo deszczu muszę jechać dalej - straciłem tu jedynie sporo czasu, a nic nie odpocząłem.
    Już po ciemku przejeżdżam przez Inowłódz, Opoczno, aż w końcu dojeżdżam do miejscowości Końskie, gdzie znajduje się PK6. Jest chwila po północy, a organizm domaga się snu, więc kawałek dalej podejmuję kolejną próbę przystankowego odpoczynku.
    Tym razem udaje mi się zasnąć, jednak około 2 budzi mnie jeden z uczestników, chowając się przed deszczem. Przeprasza i po chwili jedzie dalej. A może mi się to śniło? ;)
    W czasie gdy się pakuję mija mnie Kot, a po chwili nadjeżdża Wilk. Ruszam za nimi. Po kilku km zjeżdżam na stację, gdzie grasuje również Wilk (ukończył tegoroczny TCR ze świetnym wynikiem - tutaj jedzie raczej jako wsparcie dla Kota), który postanowił kupić wielki znicz, by wypełnić pustą przestrzeń w torbie podsiodłowej, by ta dalej pełniła funkcję błotnika. Może to z niewyspania, ale bardzo mnie ta sytuacja rozbawiła :) Po mojej sugestii zmienia znicz na paczkę chrupek.
    Niestety stacja nie oferuje nic ciepłego, więc zjadam rogalika i ruszam dalej.

    Na ciepłe śniadanie udaje mi się załapać w Koniecpolu. Cały czas siąpi deszcz. Łapie mnie największy dotąd kryzys. Uświadamiam sobie, że przede mną najtrudniejszy, najeżony podjazdami górski odcinek, a moja forma jest kiepska. Po chwili ponownie spotykam Kota z Wilkiem, którzy również korzystają z opcji śniadaniowej. Ogarniam się w toalecie i ruszam dalej.
    Gdy wjeżdżam na tereny Jury robi mi się lepiej. Znam dosyć dobrze te okolice, więc czuję się swojsko. Lepiej to mało powiedziane - ja po prostu przestaję czuć zmęczenie i jakikolwiek ból! Nie wiem jaką mieszankę chemiczną wpuścił mój mózg do krwiobiegu, ale muszę się nieźle hamować, by nie szaleć na pojazdach. Wiem, że ten stan nie będzie trwać wiecznie.
    W takim świetnym nastroju zaliczam PK7 w Bobolicach.
    W Olkuszu robię postój w Macu, gdzie zajadam się porządnie. Robię również spore zakupy, by do mety zajechać już bez większych postojów.
    Przejazd przez dolinki krakowskie bardzo przyjemny, choć ciągle trochę siąpi.
    Na zaporze w Łączanach spotykam Włóczykija. Stoi i spogląda w wodę. Pyta jak się obudzić, bo łamie go sen. Ja pytam o olej do łancucha, którego mi użycza. Trochę gawędzimy i chyba dobrze mu to spotkanie robi, bo wyraźnie ożywa :) Podobnie jak mój napęd.

    Przed Kalwarią Zebrzydowską pojawia się seria trzech ostrych ścianek. Jest ciężko, ale z moją górską kasetą daję radę. Asfalt jest kiepski, co szczególnie daje się odczuć na zjazdach. Dobrze, że nie trafiłem tutaj nocą.
    Przed kolejnym ostrym pojazdem, na Makowską Górę, zaczyna znów mocniej padać.
    Zbliża się wieczór, więc ubieram spodnie przeciwdeszczowe i długie rękawiczki. W tym momencie mija mnie ktoś, kogo wcześniej nie widziałem. Spotykamy się na szczycie, gdzie znajduje się PK8. A tym kimś jest Pirzu. W końcu można sobie trochę nawzajem ponarzekać ;)

    Wspólnie zjezdzamy w dół do Makowa Podhalańskiego. Dalej robimy jeszcze krótki postój na stacji i już po ciemku ruszamy na dwa najtrudniejsze dla mnie podjazdy. Pierwszy to Rdzawka. Kolega ma twardsze przełożenia, więc podprowadza. Ja jeszcze jakoś to wciągam, choć z postojem. Na szczycie, na PK9 sceny jak z filmu. Gęsta mgła, deszcz i migające światła radiowozów. Dwie ciężarówki leżą w rowach. Jest bardzo niebezpieczne. Ciężko się włączyć do ruchu.
    Zjazd nieźle nas wychładza. Mokre ciuchy potęgują odczuwanie zimna. Marzymy o jakimś podjeździe. Gdy już udaje nam się rozgrzać, zaczyna solidnie lać. Na podjeździe pod Gliczarów widzę tylko ścianę wody i asfaltu. Nie mogę uwierzyć, że może być tak stromo. Długotrwale przemoczone stopy pieką mnie bardzo mocno. Czuję rany. Ostatnie kilometry jechałem już na piętach, więc teraz tylko podprowadzamy mozolnie rowery. Nie mam już ochoty wsiadać na rower i najchętniej szedłbym pieszo do końca. Ale przed nami jeszcze 10 kilometrów. Wsiadamy na rowery i kulamy się powoli pod górę aż do mety. W końcu widać upragnione światła schroniska.

    Na miejscu miłe przywitanie oklaskami i ciepły makaron z sosem. Nareszcie mogę zdjąć z siebie cały ten gnój. Jeszcze trochę gawędzimy przy stole i około 2 w nocy, po ciepłym prysznicu zasypiam od razu.
    Na mecie licznik wskazuje 990 km. Czas łączny to 60:51
    Dodam tylko, że zwycięzca był na mecie dobę wcześniej :)

    Następnego dnia odbywa się wręczenie medali i miły wieczór przy kominku. W środę rano pogoda się lekko klaruje, więc postanawiam jechać do Żywca na kołach. Na podjeździe z Poronina pod Ząb zaczyna padać. Na Krowiarkach łapie mnie już konkretny deszcz, więc zjazd do Zawoi chłodny i niezbyt przyjemny. Znów jestem przemoczony, więc dzisiejsza trasa to taki maraton w pigułce ;) Po obiedzie w Żywcu wsiadam w pociąg i bezpośrednio wracam do domu.

    Sama trasa maratonu była trudna, ze względu na długość, jak i ilość i trudność podjazdów. Warunki pogodowe sprawiły, że zrobiło się bardzo ciężko. Matatonowi wyjadacze stwierdzili, że była to najcięższa impreza w tym sezonie. Dla mnie więc ukończenie jej w tym czasie, to duży sukces. Chciałem się sprawdzić i się udało :) Przede wszystkim zebrałem kupę doświadczenia.
    Towarzystwo bardzo miłe i pozytywne. Organizacja mistrzowska. Będę wracał!

    Dzięki za doping w formie sms od @Makyo i słowa wsparcia na Stravie w momencie kryzysu od @Ilana :)

    Cała trasa na Endo: https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/811227804

    Strava cz1: https://www.strava.com/activities/716755614

    Strava cz2: https://www.strava.com/activities/718454043

    Dojazd do Żywca: https://www.strava.com/activities/719881954

    Wpadło 51 nowych gmin do #zaliczgmine

    Mój tag -> #byczysnarowerze
    #rower

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: s10.postimg.org

  •  

    228 949 - 1025 = 227 924

    Poprzedni wpis był na szybko wrzucony nad ranem, jeszcze przed śniadankiem i pójściem spać. Ludziki pytały co i jak, co i kiedy bolało, itd. No to relacja po kolei. Będzie długo, ale sami się prosiliście...

    Dla pokolenia TL;DR linki do Stravy i Endomondo i bloga, gdzie jest kilka fotek więcej i w nieco lepszej rozdzielczości. W Endomondo nie działa mapa, bo nie przewidzieli, że można zrobić 1000+km, mają to naprawić. Dla tych co lubią poczytać cała reszta, a na samym dole galeria.

    Założeniem było pobić swoją dotychczasową życiówkę 737km jadąc nad morze. Zrobić to bez jazdy na kole, czyli nie chowając się za innym kolarzem (mniejszy opór powietrza, lżejsza jazda). Warunkiem niby niekoniecznym było 1000km, ale szkoda by było mając te ~800km nie próbować dokręcić dalej.

    Trochę nudnej chronologii

    Pobudka o 6 rano po jakichś 6h spania, ale z budzeniem się co chwilę. Organizm już nakręcony, więc spać smacznie się nie dało. Już jasno i w ogóle, ale nie było sensu zarywać snu, skoro i tak całe dwie noce jazdy przede mną. Śniadanko, spakowana Apidura (cywilne ubrania, trochę żarcia, dętki, etc.) na rower i o 7 start.

    Koło 15km spotykam @trace_error na wałach i śmigamy razem wzdłuż Wisły. Mniej więcej 20km dalej kolega zawraca do Krk, żeby zdążyć do pracy. Kawałek przed Alwernią pojawia się @Mortal84, mój towarzysz podróży na długo, a nawet dużo dłużej niż się zapowiadało. Pogoda póki co świetna, jedziemy w zasadzie non stop 33+km/h. Kawałek za Tychami dołącza do nas @makyo, którzy rzucił info, że na Pyrzowicach będzie lądował Antonov An-124-100. Jak wielkie jest to "bydle" można zobaczyć choćby na tym zdjęciu. Cieszyłem się jak dziecko, że taki zbieg okoliczności, że ja tu robię życiówkę i akurat tego samego dnia przyleciało cudo do Polski. Niestety wylądował 20 min przed planem i zobaczyliśmy go tylko zza płotu. Startować zaś miał o 3 nad ranem, więc sorry... W Myszkowie rozstajemy się @mayko i jedziemy dalej. Upał daje się już mocno we znaki (34.7°C w czasie jazdy, więc nie ma po co się nawet zatrzymywać, bo jeszcze gorzej), ale nie cierpimy jakoś przesadnie.

    Trochę błądzenia po łódzkim, bo primo momentami paskudne drogi, secundo remonty i zamknięte, a tertio Strava uznała, że jazda wzdłuż torowiska po jakimś szutrze to dobry pomysł. Może jednak nie. Dlatego też #zaliczgmine trochę dostało po uszach, bo została mi pojedyncza gmina w tamtych rejonach, taka brzydka dziura na mapie, czyli Ruda Maleniecka. Następnym razem. W tych też okolicach postój, bo robi się późno, a #drozdzowkarze coś muszą zjeść. I okazuje się, że obydwoje coś pokręciliśmy z matematyką i ja zgubiłem 100km, a @Mortal84 coś źle policzył czas. Ergo tak czy inaczej nie było szans, żeby dojechał do Wawy o normalnej godzinie na nocleg. Tu podziękowania dla @rdza i @masash za oferty przenocowania mojego pomocnika. Jedziemy do McD w Końskich i na miejscu okazuje się, że jak się myli Końskie z Koninem, to się je hot dogi na Orlenie.

    Nocna jazda z jedną pomyłką trasy, ale ogólnie jedzie się więcej niż dobrze. Tempo spada, ale tylko przez to, że nie widzimy ile jest na liczniku, jak sprawdzamy, to znów dociskamy ponad 30km/h. Noc ciepła, bezwietrzna, jakieś burze w oddali, ale nam nic nie przeszkadza. Rozstajemy się w Jankach. I tu koledze należą się wielkie podziękowania, bo ileż milej było jechać mając do kogo się odezwać. @Mortal84 też trochę na tym skorzystał, bo ze mną zrobił swoją pierwszą #400km, gdy jechaliśmy do Wawy w czerwcu, a teraz życiówkę #500km. Myślę, że siły na #600km też były, więc może coś pykniemy jeszcze w tym roku.

    Zaczyna się druga pięćsetka i to ta znacznie trudniejsza, bo już doba bez snu, jakieś tam skumulowane zmęczenie, ale noga podaje. Od samego rana #wmordewind. Jakby tego było mało @regyam ostrzega mnie przed ulewą w okolicach Sochaczewa, więc skręcam na południe, aby nie tracić czasu i uciec przed deszczem, licząc że sprawa rozejdzie się po kościach. Niestety front zamiast dawać nadzieję na poprawę, zrobił się znacznie gorszy. Decyzja o przebiciu się przez niego, bo inaczej nad morze nie dojadę. Niestety była to ulewa z gatunku świata nie widać, a człowiek pluje wodą. Przez godzinę, ale przemokłem już po 2min. Przez zmiany trasy musiałem nawigować nie po tym co zrobiła Strava, a wg Google'a, a zakazów dla rowerów na tony. Umarł powerbank i zaczęło się ostre oszczędzanie baterii co nie ułatwiało nawigacji. #wmordewind z gatunku tych, gdzie jechałem momentami 16-22km/h i to bynajmniej nie ze zmęczenia, bo gdy w nocy przestało wiać prędkość znów przekraczała 30km/h.

    Za to ta noc miała inną brzydką cechę. Temperatura spadła najpierw do 14 stopni, a chwilę później do 11. Ubrany w krótkie, letnie szmatki i mając tylko "folię" na deszcz na sobie myślałem, że zamarznę. Szczerze. Bez żadnego kolorowania, że było mi zimno. Myślałem, że zostanę w rowie i zamarznę. Straciłem przez to ze 2-3h. Na zatrzymywanie się na stacjach benzynowych, picie herbaty, jedzenie ciepłych rzeczy, schnięcie (bo mgła oblepiała paskudnie). Były też po prostu postoje na poboczu, gdzie skulony łapałem trochę ciepła. Niedaleko Gdańska spotkałem @Ilana i @jak_to_mozliwe, którzy wyjechali mi na przeciw i przywieźli ciepłą kurtkę. Mistrzostwo świata! Przestało mi być zimno po godzinie jazdy w niej, ale cóż za radość! Pojechaliśmy na Westerplatte i w drodze tam wybiło 1000km. Fotka nad morzem, pierwszy w moim życiu wschód słońca stojąc na plaży i szwędając się nieco po Gdańsku dojeżdżamy na ich mieszkanie około 6 rano, ciut przed upłynięciem 48h brutto. Prysznic, śniadanie, social media i około 3h snu. Pyszny obiad, kima jeszcze godzinkę i czas się zbierać. Dzięki Wojtkowi i Oli raz jeszcze za pomoc!

    Pendolino bez miejsc na rower, TLK bez miejsc na rower, więc nie zostaje nic innego jak jazda na partyzanta w TLK właśnie o 22. O 7 rano jestem na Dworcu Głównym w Krk. Pierwsza obserwacja jest taka, że poza mięśniem czworobocznym (lewa strona karku), który boli mnie zawsze, nawet po 100km, a teraz bolał po prostu znacznie bardziej, nie boli mnie nic innego. Nogi może nie świeże, ale nie ma problemu z kręceniem 30+km/h. Bardzo miła niespodzianka.

    Uwagi

    Pojawiały się pytania czy to bezpieczne? Nie sądzę i nie polecam nikomu. Sam mam związane z pracą długie doświadczenie niespania kilka dni z rzędu, więc dość dobrze to tolerowałem. Zadziwiająco dobrze. Spróbowałem się raz, przekroczyłem magiczną granicę i wystarczy.
    Nie było żadnych niebezpiecznych sytuacji niemniej jednak daleki jestem od zachęcania do takich wypadów. Trzeba cholernie dużo samokontroli. W tamtym roku było 737km. Wiedziałem na co się piszę.

    Nie robicie tego w domu. A tak na serio też tego nie róbcie. Już 24h jazda na pewno osłabia czas reakcji. Poza tym taki wypad szalenie daleki jest od bycia przyjemnym. Nieopisana jest jednakowoż satysfakcja z pokonania takiego dystansu. Czasem trzeba w życiu trochę zaryzykować.

    Co bolało? W zasadzie wszystko, ale poza wcześniej wspomnianym mięśniem czworobocznym, z którym problemy mam od lat, nic w sposób szalenie intensywny. Tyłek również nie. Jedyny problem z tyłkiem był taki, że po ulewach "pampers" mokry, więc skóra na tyłku też mokra i jakby bardziej miękka. Zaczęło to trochę przeszkadzać, tak jakby ktoś Wam robił pokrzywkę... tylko na tyłku. Bałem się, że pojawią się jakieś rany, ale w końcu wszystko wyschło i było ok. Mózg ma tak cudowną właściwość, że odcina bodźce bólowe inne niż ten najmocniejszy w danym momencie. Więc czasem bolał kark, czasem tyłek, czasem dłoń, czasem kolano, czasem znów coś innego, ale na szczęście nic w sposób, który choć przez moment stawiałby dalszą jazdę pod znakiem zapytania.

    Długofalowe problemy? Mimo lemondki, bez której byłoby znacznie gorzej, bo to zawsze dodatkowa pozycja za kierownicą. Wszystkie one ustąpiły po około 2 tyg:
    - brak, a przynajmniej ograniczone czucie w palcach serdecznych i środkowych obu rąk, od ucisku nerwu przez kierownicę,
    - czworoboczny uwierał bardzo poważnie przez kolejne dni,
    - "brak" czucia w połowie prawej stopy.

    Podsumowanie

    Czy było warto? Hell yeah! Czy to powtórzę? Chyba nie, choć tak na pewno to nigdy nic nie wiadomo. To nie jest przyjemna jazda, nie ma czasu na fotki, nie ma czasu na nic. Ciągle tyka zegar braku snu. Za dwa lata może spróbuję machnąć BB Bałtyk - Bieszczady czyli 1008km. A już za tydzień Everesting, więc trzymajcie kciuki!

    pokaż spoiler I tak tutaj nikt nie dotarł
    Musiałem dodać raz jeszcze, bo zapomniałem o równiku


    #rowerowyrownik #metaxynarowerze #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km #800km #900km #1000km (nr 1 i pewnie ostatni)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.08.08-full.jpg

  •  

    Ups I did it... #drozdzowkarze znów atakują... 1025km bez spania, bez przerw innych niż żarcie, fizjologiczne, sklepy itd. Również bez jazdy na kole. Z #krakow nad #morze. 39h netto, trochę ponad 26km/h średnia. 5164m w górę, żeby nie było za łatwo. Pierwszy dzień bajka, drugi pogodowa tragedia. Ale się udało. Dzięki za kibicowanie.

    https://www.strava.com/activities/670815950

    Wielkie dzięki dla @Mortal84 za towarzyszenie mi przez niemal połowę dystansu. Jechał z boku lub za mną, ale miło mieć z kim pogadać.

    @faramka dzięki za załatwienie mi wmordewind przez cały dzisiejszy dzień.
    @fvck dzięki za ulewę.
    @Ilana dzięki za bruk.
    Baby... Poza tym dzięki @Ilana i @jak_to_mozliwe za odebranie mnie, ciepłą kurtkę i gościnę.

    #metaxynarowerze #rower #szosa #polska

    I sztuka dla sztuki, ale z radością rozdziewiczam nowe tagi:
    #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km #800km #900km #1000km
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    290739 - 533 - 35 = 290171

    Towarzysząc @metaxy'emu podczas tysiąca, czyli Warszawa #2.

    @metaxy zaplanował pobicie swojego zeszłorocznego rekordu ciągłej jazdy, a jako że jeszcze mam urlop, to co mogłem zrobić innego, niż zaoferować pojechanie z nim "kawałek" dla towarzystwa ;) Chętnie przystał na taką propozycję.
    Wyjechałem z domu mniej więcej o tej samej godzinie, o której on wyruszył z Krakowa i tradycyjnie spotkaliśmy się w Alwerni. Od tego miejsca już razem, ale on zawsze z przodu, żeby nie było żadnego draftingu po jego stronie. Myślę, że ogólnie jakieś 80% trasy przejechaliśmy obok siebie, więc nie było tak, że przez pół Polski jechałem na jego kole.

    W Tychach dołączył do nas @makyo, który poprowadził nas przez Katowice. Zrobiliśmy rundkę wokół lotniska Pyrzowice, bo w południe miał startować Antonov AN-225. Jak się okazało, nie startował, tylko wylądował i nie w południe, tylko 20 minut wcześniej. Cyknęliśmy więc jedynie zdjęcia zza płotu.
    W Myszkowie @makyo odbił w swoją stronę, a my pojechaliśmy dalej przez wioski o przedziwnych nazwach i mocno dyskusyjnej nawierzchni. Wpadło kilka szybkich, typowo drożdżówkarskich pit stopów na uzupełnienie kalorii i picia w bidonach.

    Trasa przez województwa łódzkie i świętokrzyskie wygląda, jakbyśmy błądzili po pijaku, ale było to spowodowane raz nawrotką z racji rozkopanej drogi, dwa, że zaliczgmine.pl to poważna sprawa, a trzy, że route builder ze Stravy chciał nas prowadzić szutrówką wzdłuż torów.
    Pod sklepem w Rudzie Pilczyckiej zdaliśmy sobie sprawę, że moja część trasy była cosik źle policzona i przed północą na bank nie pojawię się w stolicy na umówiony nocleg (miałem wracać pociągiem we wtorek w południe). Serdeczne dzięki dla @masash i @rdza za oferty przekimania mnie!

    Pierwszy grubszy postój mieliśmy zaplanowany w Końskich. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na miejscu okazało się, że nie ma tam McDonalda! Tak to niestety jest, jak się myli Końskie z Koninem :D Na szczęście był Orlen i dwa hot dogi załatwiły sprawę.
    Od tego miejsca aż do Grójca jechało się po prostu rewelacyjnie. Noc była ciepła, żadnego wiatru, drogi praktycznie puste. Miałem założone rękawki i decathlonowego ultralighta, a momentami było mi za gorąco.
    We wspomnianym Grójcu emsidonald już musiał być. Ale żeby się niego dostać, musieliśmy nadłożyć kilka km, przeprowadzać rowery po piachu i przez dziurę w płocie. I tam też Rafał złapał kapcia. Przy okazji wyszło na jaw, że od nie wiadomo kiedy wożę ze sobą dziurawą dętkę... Dziękuję pan metaxy.

    Zestawy weszły jak złoto, uporaliśmy się z kołem i ruszyliśmy dalej. Jako że zbliżała się 3 w nocy, zrobiło się bardzo "rześko", a momentami po prostu zimno. Po kilku km zreflektowałem się, że nie widzę Wielkiego Wozu na zachodnim niebie, pytam więc Rafała kiedy wjedziemy znów na główną drogę. Bo zakładałem, że robimy kolejny mały objazd. Jak tylko spojrzał na mapę, z jego ust wyrwała się tradycyjna, soczysta kurwa. Zamiast na północ, pojechaliśmy na południowy wschód... Momentalnie odechciało nam się spać. Zrobiliśmy "niepotrzebne" 20 km, ale przy okazji wpadła mi tam jedna dodatkowa gmina i już nie musiałem się martwić o dokręcanie do 500 ;)

    Wróciliśmy na właściwą trasę i dalej "siódemką" już pod samą Warszawę. Pożegnaliśmy się w Falentach, gdzie @metaxy skręcił na zachód, a ja prosto na dworzec centralny. Jeszcze tylko parę zdjęć pod Pałacem Kultury, do kasy po bilet i do maca wrzucić coś na ząb. Pies trącał to ich menu śniadaniowe... Żeby nie można było jak człowiek zjeść McWrapa o 6 rano ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    Pół godziny później już siedziałem w wygodnym InterCity do Katowic i mogłem dodać na mirko informacyjny wpis, że moja część trasy spełniona. Haha, mój pierwszy wpis w gorących! Tego się nie spodziewałem :D

    W Katowicach pojawiłem się zgodnie z rozkładem, czyli chwilę po 10. A stąd jeszcze tylko 35 km do domu. Nie powiem, łatwo nie było. Nogi zastane przez kilkugodzinne siedzenie, więc każda górka stanowiła nie lada wyzwanie. Ale najbardziej oberwał tyłek. Ledwo dałem radę wysiedzieć.

    Kiedy dodaję ten wpis, @metaxy powinien mieć przejechane już ponad 800 km. Trzymaj się tam! Nad morze już tak niedaleko ;)

    Mój czerwcowy rekord poprawiony o 131 km. Marzyło mi się użycie tagu #500km, ale nie wiedziałem, że nastąpi to tak szybko :D

    #rowerowyrownik #rower #szosa #wykoptribanclub #100km (nr 62) #200km (nr 14) #300km (nr 4) #400km (nr 2) #500km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: pińset.jpg

  •  

    Mirki, mój trud skończony. Cel osiągnięty. Miała być Warszawa i jest, a że kilometrów wyszło trochę więcej... ;-)
    Trzymajcie kciuki za @metaxy, bo przed nim druga, czyli ta trudniejsza połowa dystansu. A kto może, niech go łapie na endo i pokręci z nim chociaż parę km.

    pokaż spoiler Pełna relacja wieczorem na równiku.


    #rower #szosa #wykoptribanclub #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

  •  

    411961 - 603 = 411358

    Druga próba zaliczenia #szejset, tym razem udana

    Próba zaczęła się już w piątek o godzinie 20, bo taki miałem plan. Mimo zapowiedzi złej pogody, postanowiłem nie odkładać startu na kolejny dzień czy kolejny weekend. Tak miałem zaplanowane! Los chciał, że na 95 kilometrze, na wyjeździe z Węgrowa, jakaś menda rozbiła butelkę na ulicy, a ja w ciemności zauważyłem ją za późno i przecinam tylną oponę. To był koniec jazdy. Opony zapasowej nie zabieram, za dużo waży i zajmuje wiele miejsca, a ryzyko jej zniszczenia jest niewielkie, jak widać, nie dość niewielkie. Wykonuję telefon, do kochanej i niezwykle wyrozumiałej żony i po niecałych dwóch godzinach siedzę w samochodzie w drodze powrotnej do domu. Jestem przekonany, że kolejna próba za rok, bo w tym nie znajdę już czasu. Rano podejmuję decyzję. Mimo zarwania nocy i zmarnowania sporej ilości energii postanawiam, że dziś wystartuję jeszcze raz, nie będę czekał kolejnego roku. Pogoda w sobotę jest strasznie paskudna, a więc to że w piątek miałem pecha, jest jednak trochę szczęściem, bo nie muszę z nią walczyć. W dzień próbuję trochę się przespać, bo mam na koncie tylko cztery godziny snu z nocy, ale nie udaje się, we krwi jest już za dużo adrenaliny.
    Przychodzi godzina dwudziesta i startuję. Wita mnie ciepła, pochmurna noc, choć pada mżawka. Jedzie się jak to w nocy. Niewielki ruch, nic nie widać, a raz na jakiś czas słychać dochodzące z lasu dźwięki łamanych gałęzi. Trzeba być maksymalnie skupionym, bo chwila nieuwagi może wiele kosztować, czego doświadczyłem dzień wcześniej. W Sokołowie uzupełniam bidony, przejeżdżam przez Bug, później Drohiczyn, którego nawet nie zauważam i dalej już w dół, wzdłuż granicy. Stacja Orlen w Sarnakach okazuje się nie być całodobową i muszę przejść w tryb oszczędzania picia, bo dolewki nie będzie. W Konstantynowie mają swoje dni i kręci się pełno pijanych ludzi. Jadę dalej i zonk. Widzę coś pięknego i ostro bogatego, Pałac w Janowie Podlaskim. No jest szał. Oświetlenie nocne robi wrażenie, ale telefon nie potrafi tego uwiecznić. Na wiadukcie nad trasą 62 dochodzi do groźnej sytuacji. Zakończony jest on dziwnymi kratkami. Ta na zjeździe łapie mnie za przednie koło i zrzuca z roweru. Szybkie oględziny, obręcz jest uszczerbiona, ale prosta. Można jechać dalej ograniczając używanie hamulca na tym kole. Trochę mniej szczęścia i byłby koniec wycieczki. Dojeżdżam do Terespola, gdzie w całodobowej (sic!) Biedronce, zaopatruję się prowiant. Na parkingu tylko wschodnie blachy, dziwna sytuacja. Jeszcze dziwniejsze jest to, ze na pobliskim blokowisku, ludzie trzymają rowery w stojakach na dworze. Co tam nie kradną? Jest już właściwie dzień, a kilkanaście minut później, słońce znajduje kawałek miejsca między chmurami, żeby pokazać, że już wstało. W drodze do Włodawy trafiam na GreenVelo. Nawet dobrze to zrobione. Asfaltowa ścieżka prowadzi przez kilkanaście kilometrów, do samego miasta. Na stacji paliw robię sobie bufet, zjadam dwie kanapki na ciepło, kawa i dalej, trzeba jechać, bo czasu nie ma. Ciężkie chmury zamieniają się w obłoczki, robi się ciepło i przyjemnie, choć wieje męczący wiatr. Kilometry lecą, okolice nudne, drogi słabej jakości, a do tego są problemy żeby naleźć otwarty sklep. Nie mogę się doczekać powrotu do cywilizacji, bo rejony Nadbużańskie, to prawdziwa pustynia. Trasy ubywa, ale nic się nie dzieje, jest nuda. W końcu mijam kopalnie Bogdanka i jestem w Łęcznej. Obmywam się w fontannie, bo upał już doskwiera mocno i pędzę do Garbowa, na bufet. Żona się zaoferowała, że przyjedzie z jedzeniem, więc zjem smaczne spaghetti, a nie byle co byle szybciej. Chwila rozmowy, odpoczynku i czas jechać dalej. Zostało do przejechania 135 kilometrów i prawie sześć godzin, raczej się wyrobię. Jak wiadomo, jak jest za dobrze, to coś się zepsuje. Za Nałęczowem trafiam do Wąwolnicy, fajny wąwóz, trochę pod górkę i na koniec szuter! Muszę prowadzić rower, żeby nie złapać kapcia. Do Kazimierza jadę czymś co tylko z nazwy jest drogę. Dziury, łaty i syf. Udaje się szczęśliwie pokonać ten ciężki odcinek, jednak tracę kilkanaście minut. Szybko, lawirując między masami ludzi, przeskakuję przez Kazimierz i już widzę [Puławy 12]. Za Puławami uzupełniam picie i kieruję się do Pionek. Przez kilka kilometrów jadę ruchliwą drogą. Kierowcy nerwusy i piraci. Zero mózgu i pojęcia jakie zagrożenie dla rowerzysty stwarzają. Przez Pionki tylko przejeżdżam i już jestem w Parku Kozienickim. Jest cień, dobry asfalt i mało samochodów. Raj. Jest też silne zmęczenie, które skumulowało się od piątku. Czuję, że doszedłem do granicy swoich możliwości i mimo, że nogi kręcą, to głowa już nie reaguje. Wiem, że w każdej chwili mogę stracić kontrole nad rowerem. Jedzenie już nie wchodzi, mogę tylko pić. Decyduję, że kończę jazdę na 600km w Warce. Dobrze, że zostało niewiele kilometrów. Przed samą metą pojawia się we mnie jakaś nowa energia, ale nie ufam jej i nie zmieniam zdania. Wyzwanie udaje się zaliczyć, dziś niczego więcej poza prysznicem już nie potrzebuję. Dałem z siebie wszystko. Mimo niesprzyjających okoliczności, podjąłem ogromne wyzwanie i udało się je ukończyć. Mogłem jechać do 650km, ale nawet ja, muszę czasem odpuścić!

    Statystyki:

    Dystans: 603 km
    Czas: ◷22:09:37
    Średnie tempo: 2:12 min/km
    Średnia prędkość: 27,19 km/h
    Kalorie: 25202 kcal
    Średni puls: ❤69.8bpm
    Maksymalny puls: ❤165bpm

    W tym tygodniu to już 603km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

  •  

    Relacja z ultramaratonu sprzed dziewięciu dni. Sam tekst, dużo samego tekstu, obrazków nie ma. Trzeba, jak jaskiniowiec, czytać.

    pokaż spoiler Wrzuciłbym od razu na rowerowy równik, ale nie zdążyłem w okienku.


    Ale wiem, że takich czytających dziwaków jest całkiem sporo, więc może komuś się będzie chciało.

    Relacja.
    Strava.

    #rower #szosa #500km #ultramaraton
    pokaż całość

  •  

    426272 - 515 = 425757

    Jest siedem dni na dodanie, więc z konieczności dopisuję.

    Niezbyt udany i przedwcześnie przerwany Pierścień Tysiąca Jezior, z którego zgoniły mnie upały i paskudna noc.

    Relację dorzucę na dniach, w osobnym wpisie.

    W tym tygodniu to już 741km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km #400km #500km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    480258 - 658 = 479600

    Katowice – Hel

    Trzecia próba dotarcia na rowerze nad Bałtyk, w trybie jazdy NON-STOP. Dwie poprzednie próby opisywałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/17567301/760-231-520-759-711-katowice-tczew-zawsze-chcialem/

    http://www.wykop.pl/wpis/17854537/649-870-480-649-390-czyli-druga-proba-dojazdu-z-ka/

    W końcu się udało! 

    Tym razem w planach miałem jakiś dziki nocleg po dotarciu do celu, więc dodatkowo zabieram ze sobą śpiwór i coś na kształt karimatki (złożony arkusz folii bąbelkowej o wymiarach na oko 1x1,5m).
    Pierwotny plan jest taki, że dojeżdżam do Sopotu, następnie do południa kimam ze 2-3h i jadę dalej (już jako osobna trasa) na Hel, by mieć przetarte gminy pod wrześniowy Maraton Północ – Południe  Bo założenie mam takie, że nie uznaję za zaliczone gmin, gdy dostałem się do nich w inny sposób niż rowerem. Chyba, że wcześniej zaliczyłem je bezpośrednio z domu. Przynajmniej na razie ;)

    Tak jak ostatnio, wyjeżdżam po w miarę przespanej nocy, czyli około 7 rano (za pierwszym razem popełniłem błąd wyjeżdżając w środku nocy, przez co docelowo miałem zarwane praktycznie dwie z rzędu). Prognozy pogody są dosyć optymistyczne, ma być max 20-25 stopni i jedynie po południu straszą przelotnymi burzami. Wiać ma z zachodu, więc generalnie dla mnie z boku.

    Do Częstochowy jadę w zasadzie na pamięć. Niestety okazuje się, że przytroczony pod siodełkiem śpiwór koliduje z moimi nogami w trakcie jazdy, przez co nie mogę przyjąć optymalnej dla mnie sylwetki do jazdy. Martwi mnie to, bo przy takim dystansie może to oznaczać wystąpienie niespodziewanych kontuzji. Na szczęście po kilkudziesięciu km jakoś się to układa i jedynie majtam nim na boki podczas ruchu. W trakcie całej trasy przyjdzie mi go poprawiać kilka razy, bo troki się luzują, a po każdej takiej poprawce musi się układać od nowa.
    W Częstochowie (ok 80km) szybki postój w Macu i menu śniadaniowe. Dalej kieruję się na Łask drogą 483, by trasa nie pokrywała się z tymi z poprzednich prób. Wiatr na tym odcinku faktycznie w większość wieje z boku, jednak często zmienia kierunek na trochę bardziej czołowy, by za chwile powiać bardziej w plecki. W miejscowości Buczek (ok 180km) staje na obiad w sprawdzonym zajeździe. Z tempa jestem zadowolony (w tym miejscu mam średnią 30km/h), więc nie spieszę się jakoś bardzo i zjadam go na spokojnie. Leżę chwilę na ławce dając odpocząć plecom.
    Kolejny cel to gmina Wartkowice więc odbijam trochę w kierunku zachodnim, celowo mijając szerokim łukiem aglomerację łódzką ;) Dalej kieruję się na Łęczycę, gdzie mam wjechać na DK91, czyli drogę znaną mi już z poprzednich aktów. Chodzi znów o to, by w nocy jechać po sprawdzonej drodze o niewielkim ruchu i z szerokim poboczem.
    To właśnie przed Łęczyca spotykam podróżującego Niemca o którym wspominałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/18271413/niemiec-napotkany-podczas-ostatniej-wycieczki-dowo/

    Trochę czasu jedziemy wspólnie, jednak jego tempo jest ślimacze, a rozmowny tez jakoś specjalnie nie jest. Żegnam się i wyrywam do przodu. W Lubieniu Kujawskim szybki postój na lody, bo spodobał mi się taki widoczek:

    https://lh3.googleusercontent.com/-9MojdmJs7g4/V2p8wcbmV6I/AAAAAAAAP1E/8_uMSqijmeYgWs_uFwpk7CPbGSAq4PeGACCo/s800/upload_-1

    W Kowalu zaopatrzam się w prowiant na noc i o zmierzchu melduję się we Włocławku (320km). Zjadam kolację , ubieram długie ciuchy i w drogę. Noc jest gwieździsta, a księżyc daje niezłe światło. W zasadzie całkowita poświata słońca przestaje być na horyzoncie widoczna dopiero około 1 w nocy, by w okolicy 3 znów się zacząć pojawiać.
    Przez Toruń przebijam się dosyć sprawnie i w Stolnie odbijam na KD55 w kierunku Grudziądza. Ponieważ wyjazd traktuję też turystycznie, a nie tylko z parciem na przód, postanawiam tym razem obejrzeć centrum tego miasta. Szybko się zniechęcam, bo drogi to istna brukowa katorga, a dodatkowo z jakiejś knajpy wybiega grupka kilku dresików i uciekają w jakąś obskurną bramę. Za chwilę z naprzeciwka biegnie trzech zamaskowanych typków. Robię odwrót i spadam stąd.
    Po powrocie na lewy brzeg Wisły (wcześniej przejechałem na prawy w Toruniu), łapie mnie pierwszy kryzys tej wycieczki. Wjeżdżam na serię pagórków. Prędkość leci ostro w dół, zaczyna mnie wszystko boleć i wyraźnie słabnę. Łamie mnie też sen i kulam się powoli, zastanawiając się co się dzieje. Wiem! Zrobiło się dużo chłodniej i całkowicie zapomniałem o piciu! Przecież nie piłem prawie nic od kilku godzin. Podpijam więc wodę i ślamazarnie odliczam kilometry pozostałe do słynnej stacji BP w Dobrym ;)
    Na miejscu standardowo pomidorówka z pieczywem i puszka coli. Wchodzi jak marzenie i fajnie mnie rozgrzewa. Po chwili łapie się na tym, że siedząc przy stole 2 czy 3 razy odcina mnie sen. Żeby nie zanurkować głową w talerzu dopijam colę i zbieram się w dalszą trasę.

    Po kilku kilometrach mijam miejsce, w którym ostatnio zakończyłem swój wypad z powodu awarii, jednak tym razem jadę dalej ;) Poranek jest piękny, więc morale lecą ostro w górę. Wszystkie niedogodności przechodzą i czuje się nieźle. Kilka km przed Tczewem robię sobie postój na jakimś przydrożnym miejscu postojowym i w promieniach słońca i przebieram się na krótko. Ahh co za cudowne uczucie zdjąć buty! Chodzę sobie w koło w samych skarpetkach, takie to przyjemne ;)

    Wiatr zgodnie z prognozami zmienia kierunek na południowy i około godziny 10 melduję się w Gdańsku. Uciekam z drogi na ścieżkę rowerową biegnącą wałem Kanału Raduni. Trochę brukowato, jednak dla mnie fajna alternatywa po wielu kilometrach jazdy z samochodami. Dodatkowo mój cel jest blisko, więc przechodzą w tryb relax. W ten sposób dojeżdżam do centrum, pstrykam fotki żurawiem, Neptunem itp. I próbuje przedostać się do Sopotu. Niestety tu zaczyna się logistyczna porażka. Miasto jest częściowo rozkopane, ścieżki dla rowerów często urywają się. Ruch się nasila, a kierowcy nie traktują tutaj rowerzystów zbyt przyjaźnie. Tłukę się więc po tych zdziadziałych ścieżkach, co chwilę się zatrzymując. Średnia z 28km/h leci dosyć szybko w dół, pomimo, że jest „mocna”, bo wyrobiona na dystansie ponad 500km.

    W Sopocie fotka przy molo itp. oraz pierwsze moczenie kół Awola w morskiej wodzie ;) Czuję się świetnie, więc postanawiam nie kończyć tutaj swojej wycieczki jak zaplanowałem, a dojechać prosto na Hel i stamtąd wrócić do Trójmiasta pociągiem. W Gdyni mijam stację PKP, na której widzę pociąg do Katowic, który ma odjechać za 20 minut. Przez chwilę myślę czy jednak do niego nie wskoczyć, jednak po chwili stwierdzam że bez sensu – przecież nie po to targam ze sobą tyle km śpiwór, żeby teraz po prostu wrócić i z niego nie skorzystać 
    Gdzieś przed Redą uzupełniam bidon resztą wody gazowanej której nie dopiłem pod sklepem, czego efektem był wystrzał wieczka. Od razu się zatrzymałem, jednak już po chwili jeden z samochodów mi po nim przejeżdża. Wkurzam się, bo bez niego mi się wszystko rozlewa i musze od tej pory jechać z wypełnioną max połową objętości. Po chwili nadciągają czarne chmury i zaczyna lać. Chowam się na przystanku i tu łapie mnie drugi z kryzysów – tym razem psychiczny. Mam czarne myśli: może trzeba było wsiąść w ten pociąg? Może sobie za dużo wyobrażałem? Może z tym Helem to już przesadziłem? Przecież teraz będzie już mokro i nieprzyjemnie, a do tego mam bidon inwalidę.

    Wykorzystuję przymusowy postój i zjadam zapasy jedzenia. Po około pół godziny przestaje padać, więc postanawiam powoli kulać się dalej i ewentualnie wsiąść w pociąg gdzieś wcześniej. Błotników brak, więc po chwili mam mokre plecy i śpiwór. Na szczęści pogoda się klaruje. Ba! Robi się pięknie i asfalty szybko wysychają.
    Kawałek za Puckiem wjeżdżam na ładną asfaltową ścieżkę rowerową. Pytam jakiegoś dziadka, czy przypadkiem zaraz się nie skończy, żeby nie władować się w jakieś szutry. Mówi, że jest asfalt do samego Władysławowa. Tym asfaltem okazują się jakieś stare puzzle, ale i tak nie żałuję, bo prowadzi ładnie wzdłuż wybrzeża, a na horyzoncie zaczyna być widoczna mierzeja.

    We Władysławowie odbijam na moja ostatnią prostą, na Hel pozostaje nieco ponad 30 km. W zasadzie to 30 km po drodze rowerowej identycznej jak ta do wcześniej. Tłukę się więc i podziewam nadmorskie krajobrazy. Wcześniej byłem tutaj tylko raz, w Jastarni. Spałem wtedy na polu namiotowym po którymś z Openerów, ale jakoś nie kojarzę okolicy ;)
    Na Hel docieram o godzinie 18, na godzinę przed ostatnim pociągiem. Zajeżdżam jeszcze pod latarnię, robię małe zakupy i ładuję się do przedziału, który jest już pełen innych rowerzystów. Na następnych stacjach ludzie z rowerami nie mają już gdzie wsiąść. Miałem nadzieję się tu zdrzemnąć, jednak pozostaje mi koczowanie na podłodze pod kiblem.

    W Gdyni jem kolację w dworcowym Macu (ochrona wyprasza mój rower na zewnątrz;)) i planuję w końcu jakiś nocleg. Początkowo chcę się dostać na plażę Babie Doły (kilkanaście km), jednak z uwagi na późną godzinę i wczesny odjazd pociągu (5:07), postanawiam znaleźć coś w pobliżu. Trafiam na plażę miejską, jednak jest tutaj sporo imprezujących grupek ludzi. Jadę więc do końca bulwaru, gdzie zaczyna się mały skrawek bardziej dzikiego wybrzeża. Ktoś pali ognisko, jednak z uwagi na późną porę postanawiam się gdzie ulokować. Wchodzę do śpiwora, buty pod głowę i około północy zasypiam.

    Jakoś parę minut po trzeciej budzi mnie szum fal. Robi się już jasno, więc postanawiam się zbierać, podziwiając przy tym wschód słońca:

    https://lh3.googleusercontent.com/-P_Dj169knCY/V2qA4HLYw9I/AAAAAAAAP28/MeSnaypAFGkAfA5HYbqC90AEb1YpwUPbgCCo/s912/upload_-1

    https://lh3.googleusercontent.com/-qP1E04oUio0/V2qA7-ge-XI/AAAAAAAAP28/u8w3rkXky6swcgQifNVs_7eGIZ6URSrIgCCo/s912/upload_-1

    W końcu wszystkie cele osiągnięte! Przejazd Katowice – Bałtyk w trybie non-stop i wschód witany na wybrzeżu  Satysfakcja z jego osiągnięcia ogromna. Udało się też trochę zobaczyć, więc turystyczny pierwiastek zachowany.

    Jeszcze kilka lat temu nawet bym nie wpadł na taki pomysł, a do niedawna wydawał mi się on trochę nierealny, ale gdzieś tam siedział z tyłu głowy i sobie kiełkował ;)

    Tutaj więcej zdjęć z telefonu. Nie są może super ekstra pokolorowane, ale przez to lepiej oddają faktyczny klimat miejsca:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/6298983967605420113#

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/614835759

    Endo (trochę zepsuty ślad):

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/749042203

    #byczysnarowerze #rower #100km #200km #300km #400km #500km no i pierwszy raz #600km (rekord przejazdu solo poprawiony o 138km)

    W tym tygodniu to już 658km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

  •  

    564 627 - 533 = 564 094

    Maraton Podróżnika, czyli 533 km w mniej niż dobę.

    Start w Maratonie Podróżnika był moją główną „imprezą“ jaką zaplanowałem na ten rok. Miał to być mój debiut na maratonie na dystansie 500km+ (choć wcześniej przejechałem podobny dystans solo). Kilka tygodni wcześniej wziąłem udział w Brevecie w Miechowie na dystansie 200 km, aby trochę obyć się w tego typu klimatach. Bo w zasadzie od zawsze jeździłem sam, a chciałem poczuć trochę rywalizacji i poznać na żywo trochę ludzi z forum, na którym wprawdzie udzielam się niewiele, jednak w miarę na bieżąco śledzę jego życie ;) Dodatkowo w miarę systematycznie czytuję relacje kilku osób, czerpiąc od nich inspiracje i niejako teoretyczne doświadczenie.

    Jako wsparcie pojechała ze mną żona, która została kierownikiem startu i mety w bazie Maratonu ;) Do Kielc dostajemy się pociągiem z Katowic, po drodze przesiadając się w miejscowości Tunel. Wieziemy ze sobą namiot, jednak na miejscu okaże się, że właśnie w domku w którym ja miałem zarezerwowane łóżko zwolniły się 2 miejsca, więc nie był on nam potrzebny. Do bazy mamy do przejechania 15 km, jednak postanawiamy jeszcze zahaczyć o McD, gdzie po chwili rozpoznaję forumowego Storma ze swoim rowerem poziomym, więc go zagaduję i dalej ruszamy już wspólnie.
    Na miejscu mały rekonesans, trochę biesiady przy ognisku i do spania.
    Rano budzę się w okolicy 5 i na spokojnie zaczynam przygotowania (musiałem odkręcić z Awola bagażnik itp.), a przed samym startem zjadam przygotowaną dzień wcześniej owsiankę z ryżem, makaronem i owocami.

    Startuję o godzinie 8:10 w trzeciej grupie. Początkowo jadę ostrożnie z tyłu, by z czasem systematycznie posuwać się do przodu, mijając kilka małych grupek. Ostatecznie dojeżdżam do kolegi, który od początku wypruł samotnie do przodu (niestety nie kojarzę teraz nazw forumowych, bo wszyscy byli dla mnie „nowi” i mi się to wszystko trochę miesza). Jedziemy we dwóch dosyć długo, po drodze zbierając na koło jakiegoś koleżkę, który od razu mówi, że nie da rady wchodzić na zmiany, więc ciągniemy go kolejny dłuższy odcinek. Po jakimś czasie, nie do końca pamiętam jak ;) kolega z koła gdzieś się gubi, a ja jestem już w 5-osobowej grupie, w której tempo wyraźnie rośnie. Mi się kończą zapasy prowiantu (miałem jedynie słodycze, które szybko mi zbrzydły), a dodatkowo chce mi się sikać, więc z utęsknieniem czekam na PK1 (100km), gdzie planuję uzupełnić zaopatrzenie i zrzucić balast. Jednak przychodzi mi się bardzo zdziwić, bo na tym punkcie nikt z mojej grupki wcale nie miał się zamiaru zatrzymać, więc ciągniemy temat dalej :) Powoli zaczyna mi jednak brakować picia, więc na około 150km pytam nieśmiało, czy ktoś tu w ogóle ma zamiar się kiedyś zatrzymywać. Po krótkiej dyskusji zgadzają się na szybki postój przy małym sklepie, który trwał dosłownie minuty! Zdążam tylko przelać wodę, złapać jakąś drożdżówkę i dalej ogień. Średnia na garminie pokazuje 34 km/h. Już wiem, że trafiłem do grupy jakichś szaleńców ;) i że nie dam rady tego ciągnąć zbyt długo bez uzupełnienia zapasów.

    Zaczynają się pierwsze poważniejsze podjazdy, nawierzchnia się trochę psuje, więc i tempo spada, a i grupka już nie pracuje na zmianach. Ja sam już w zasadzie nie pcham się na przód. Wyraźnie osłabłem i zaczyna mi doskwierać prawa noga. Mocne napieranie i podjazdy zaczynają budzić moją kontuzję. Postanawiam w miarę możliwości wytrzymać do PK2 (ok 200km) i tam odpuścić. Wcześniej dwójka wariatów wyrywa na podjeździe do przodu i tyle ich widziałem :) Kładę się na chwilę na trawie pod znakiem miejscowości Ryglice, by dać trochę ukojenia plecom, cykam fotkę i samotnie ruszam dalej. Po kilku kilometrach zajeżdżam do sklepu, gdzie nie mogę się zdecydować czy chcę wody, kefiru, soku pomidorowego czy coli, więc biorę wszystko i spijam pod sklepem po kolei do dna, zagryzając bananami :) Po chwili dołącza do mniej jeden z uczestników i po krótkiej przerwie ruszamy wspólnie dalej. Dojeżdża do nas mała grupa i następuje małe tasowanie, bo po kilku kilometrach jadę już z Tomstepem i nie wiem kim ;) Wspólnie stajemy pod sklepem. W tym czasie mija nas Turysta. Po szybkiej puszce pepsi dostaję zastrzyku energii i wyrywam do przodu. Widzę że Tomstep też się oderwał od kolegi, więc trochę zwalniam i już po chwili jedziemy wspólnie dalej. Przed Odrzykoniem dochodzimy Turystę i wspólnie zbliżamy się do PK3, czyli długo wyczekiwanego punktu żywieniowego. Ostatnie podjazdy to strome ścianki o nachyleniu ponad 20%. Niektórzy podprowadzają, jednak mi udaje się wciągnąć całość bez postojów – takie to plusy górskiej kasety ;)

    Na punkcie zostaję bardzo mile przyjęty. Od razu uraczono mnie sporą porcją makaronu z sosem, chciano uzupełniać bidon itp. Zjadam makaron i kawałek pysznego ciasta z truskawkami, po czym kładę się na materacu i chcę tam zostać. Punkt był zorganizowany przy małej agroturystyce w bardzo urokliwym miejscu. Jest pięknie! Ale to przecież dopiero połowa trasy. Zaczyna się zjeżdżać coraz więcej osób. Rozpoznaję forumowego Wilka z Marzeną. Zauważam, że towarzystwo z którym tu dojechałem już się rozjechało, więc ładnie dziękuję i ruszam dalej samotnie. Jedzie mi się bardzo przyjemnie, kolejne kilometry są bardzo malownicze, trasa prowadzi krętymi wąskimi ścieżkami. Staram się jednak nie odpuszczać tempa, jednak pozwalam sobie przy tym na krótkie postoje na zdjęcia. W ten sposób powoli doganiam jednostki które uciekły przede mną z punktu. Po krótkich pogaduszkach mknę dalej. Słońce chyli się ku zachodowi, więc temperatura leci w dół. Już po zmierzchu zatrzymuję się na jednym z przystanków gdzie przebieram skarpetki i przyodziewam długie ciuchy. W tym czasie wyprzedzają mnie dwie osoby. Daję znać żonie że żyję, wymieniam baterie w Garminie i chcę zmienić szkiełka w okularach na białe, jednak okazuje się, że zostały w domku w bazie, więc dalej jadę bez.

    Ruszam dalej swoim tempem i zaczynam wypatrywać czerwonych światełek na horyzoncie. W końcu się jakieś pojawia, więc mam „zająca” którego mogę gonić. Gdy w końcu się udaje (nie mam teraz pojęcia kto to był, może Hipek?), już po chwili widzę drugie światełko, więc śmigam dalej. Jakoś przed północą postanawiam na chwilę położyć się na wznak na przystanku, bo dac odpocząć plecom. Po chwili słyszę jakieś rozmowy i widze dwa poruszające się światełka. Pytają tylko czy to „nasi”, czy wszystko ok i po moim potwierdzeniu jadą dalej. Postanawiam do nich dołączyć i po krótkim pościgu jedziemy w trójkę polując na stację z hot dogami. W Kolbuszowej zajeżdżamy pod Orlen, który niestety okazuje się nieczynny. Robimy więc postój i pożywiamy się własnymi zapasami. Po około 10 km zajeżdżamy na stacje BP, gdzie czekają upragnione bułki w parówce i ciepła kawa / herbata. Przez ostatnie 200 km ciągle doskwiera mi ból nadwyrężonej mocnym początkiem nogi, dlatego postanawiam kupić ibuprom (ostatni raz jadłem cos przeciwbólowego kilka lat temu – unikam) i zjadam jedną tabletkę. W międzyczasie zjeżdżają się kolejni uczestnicy (m. in. Turysta, Emes), jednak ich postoje sa krótkie i wracają na trase przed nami. Poza Emesem, na którego chwilę czekamy i w czwórkę ruszamy dalej.

    Ból nogi trochę odpuszcza, na liczniku trochę ponad 400 km, a ja zdecydowanie odczuwam zastrzyk energii, więc postanawiam dalej jechać po prostu swoje. Kalkuluję czas i stwierdzam, że być może uda się złamać 23h, które przed startem były dla mnie wręcz absurdalnym wynikiem. Czuję się świetnie, a by dodatkowo poprawić motywację, za cel stawiam sobie dojście trzech osób, które wiem że sa w moim „zasięgu”. Poranek dodatkowo poprawia morale. Ostatnie 120 km jadę więc samotnie, sukcesywnie mijając każdego ze wspomnianej trójki. Na PK5 w Sandomierzu wysyłam tylko sms, robię zdjęcie i ruszam dalej. Na około 30 km przed metą czeka mnie jeszcze seria podjazdów. Przed ostatnim z nich (kilkaset metrów przed metą) wysyłam ostatniego sms:

    „Ostatni podjazd (do bazy) przede mna. Wciagne go z mila checia :)”

    Na mecie melduję się o godzinie 6:45 z czasem 22 godziny 35 minut, co daje mi 12 miejsce na 71 startujących w mojej kategorii.

    Średnia prędkość jazdy wyniosła 28,1 km/h (brutto 23,5km/h)

    Wynik grubo ponad wszelkie, nawet najbardziej ambitne założenia / plany :)

    Medal wręcza mi również zmęczona nocnym czuwaniem małżonka :)

    Podsumowując – było super! O dziwo nie miałem w zasadzie żadnego większego kryzysu (największy na PK2, po w zasadzie 200 km jazdy non-stop w szaleńczym tempie). Kryzysu snu również nie odczułem, a obawiałem się go najbardziej, bo lubię sobie dobrze pospać  Jednak adrenalina związana z jakąś tam rywalizacją zrobiła swoje. Zyskałem też kupę doświadczenia.
    Organizacja i klimat imprezy – cudo! Nie ma za bardzo do czego porównywać, jednak za bardzo nie ma się do czego przyczepić. Trasa bardzo urozmaicona i poprowadzona najczęściej bocznymi drogami o znikomym ruchu. Dodatkowo przecinała bardzo urokliwe rejony, Po prostu mój klimat! Bardzo dobrze czuję się na tego typu drogach.

    Link do Stravy:

    https://www.strava.com/activities/598816292

    Link do Endo:

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/739962973

    Trochę więcej zdjęć:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/6294137714774026737#

    Wpadło oczywiście sporo nowych gmin do #zaliczgmine

    #byczysnarowerze #100km #200km #300km #400km #500km #rower #pokazmorde

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    760 231 - 520 = 759 711

    Katowice - Tczew
    Zawsze chciałem wsiąść na rower w Katowicach i dojechać nad morze na wschód słońca.
    Byłem blisko, ale niestety nie udało się do końca. Ale po kolei.
    Wyruszam  w sobotę o 2 w nocy. Kieruję się znaną mi z poprzednich wyjazdów  trasą do Częstochowy, gdzie wita mnie świt i najniższa temperatura wycieczki - zaledwie 2 stopnie. Banany wystawione na pęd powietrza robią się twarde ;)
    Dalej kieruję się na Ładzice, gdzie zaliczam pierwszą nową gminę do #zaliczgmine (w sumie 40 nowych). Następnie odwiedzam najbogatszą gminę w Polsce - Kleszczów (ładne ścieżki rowerowe) i po ominięciu terenu kopalni robię pierwszy większy postój, w macu w Bełchatowie.
    Po chwili odpoczynku obieram kurs na Włocławek. Wjeżdżam w brzydką aglomerację łódzką, skąd chcę uciec jak naszybciej. Tym sposobem trafiam na DK91, która okazuje się całkiem przyjazna do jazdy - bardzo szerokie pobocze i niewielki ruch  (większość leci autostradą A1).
    Dzień się powoli kończy, więc postanawiam nie kombinować i trzymam się tej drogi praktycznie do końca, bo próby wjechania na boczne alternatywne drogi kończą się trzaskaniem po dziurach, co po ciemku nie byłoby już wcale wskazane. Ucinam trochę trasy odbijając na Grudziądz.
    Za Włocławkiem, na około 320 km trasy łapie mnie spory kryzys. Robi się ciemno i zaczyna się robić zimno. Perspektywa jazdy jeszcze co najmniej 250 km w tych warunkach dobija mnie. Dodatkowo zaczyna boleć mnie prawe kolano (bardziej jakby ściegno przy nim) i nie odpuszcza do samego końca. Tempo wyraźnie słabnie. To lewa noga musi grać pierwsze skrzypce.
    Około 21 obliczam sobie, że aby zdążyć na mój pociąg pozostaje mi 7 godzin na 150 km jazdy. Na liczniku już prawie 400, ale próbuję podjąć tę walkę.
    Temperatura leci cały czas w dół. Ubieram wszystko co mam, ale nawet krótkie postoje mnie wychładzają. Często myślę by odpuścić. Ciepły pociąg i sen to moje  marzenie.
    Około 1 w nocy wpadam na stację BP niedaleko miejscowości Nowe, z zamiarem walnięcia szybkiej coli na pobudzenie. Okazuje się, że jest tam cały bufet obiadowy. Nie mogę się powstrzymać by nie kupić gorącej pomidorowej z makaronem. Siadam i już wiem, że z morza nici - nie zdążę. Pomidorowa wygrała :) Dobieram jeszcze flaczki i pieczywo.
    Od teraz obieram za cel Tczew. Jest 30 km bliżej, oraz mój pociąg jest tam pół godziny później. Po dłuższym odpoczynku ruszam. Noga boli jeszcze bardziej. Ostatnie 60 km to prawie same górki. Jadąc z Górnego Śląska, największe góry mam nad morzem ;)
    Przed wschodem słońca robi się jeszcze zimniej. Prawie zasypiam na kierownicy. Siadam na jakiejś  ławce i próbuję zdrzemnąć się chociaż kilka minut. Udaje się może kilka sekund, bo przeraźliwy chłód który przeszywa moje mokre plecy szybko zrywa mnie na nogi i jadę dalej.
    Na dworcu jestem niecałe pół godziny przed odjazdem. Wszystkie sklepy w pobliżu zamknięte, więc na podróż biorę 2 snickersy z automatu.

    Podsumowując - nie udało się dotrzeć nad sam Bałtyk, jednak satysfakcja z dystansu i tak ogromna. Pobiłem swoją życiówkę solo o 110 km.
    Myślałem, że będzie trochę łatwiej. Nad morze jest przecież "z górki" i płasko.
    Okazało się, że nie było to takim atutem. Długie płaskie proste były bardzo monotonne. Wiało głównie z boku, ze wschodu. Na sporych odcinkach bardziej od przodu. W nocy wiatr osłabł, jednak zmienił kierunek na bardziej północny i delikatnie, ale skutecznie gnębił. Generalnie można było poczekać na lepsze warunki i przede wszystkim cieplejsze noce z taką trasą :)
    Decyzja o odbiciu na Tczew była dobra, bo teraz wiem, że bym nie dał rady zdążyć do Gdańska.

    Tak sobie myślałem w pociągu, że chyba za bardzo się wciągnąłem w te długie trasy i odszedłem od mojej ulubionej turystyki. Zaliczyłem te gminy, ale co z tego, skoro gówno widziałem. Bo albo ciemno, albo szkoda czasu na zwiedzenie okolicy. Ostatni brevet też mi pokazał, że szkoda zdrowia na ściganie się i sięganie w skrajności swoich możliwości (mocna końcówka do mety). Fajnie było spróbować, ale trzeba się oszczędzać ;)
    Czas  wrócić do bardziej turystycznej formy pedałowania.
    Z drugiej strony fajne doświadczenie obserwować wachod słońca 2 razy w trakcie jednej wycieczki. Ale następnym razem ten drugi będzie już może nad Bałtykiem ;)

    Tym samym zamykam kwiecień z również rekordowym miesięcznym wynikiem 2214 km.

     Endo i wiecej zdjęć:
    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/715827234

    Strava:
     https://www.strava.com/activities/561547851

    #100km #200km #300km #400km #500km #byczysnarowerze #rower

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

  •  

    260 618 - 737 = 259 881

    O dziwo udało się pobić życiówkę w jednym przejeździe. Trasa #krakow -> #gliwice -> #opole -> #wroclaw -> #kalisz -> #warszawa. Czas netto 28h 31min. 10 min snu w rowie zresetowało organizm zarówno wydolnościowo jak i zasypianie za kierownicą. Trasa dokładna w pierwszym komentarzu.

    Nie wyspałem się, bo mdliło mnie całą noc przed wyjazdem, nie dałem rady zjeść rano makaronu z tego samego powody, ale liczyłem, że w trasie przejdzie. Od startu upał (30 °C) i wmordewind od Niemca. Pierwsze 100km rzygania, ale zakładałem, że potem będzie tylko lepiej. Nie było, po 150km wizyta w aptece, dostałem jakiś lek i od 200km znaczna poprawa. 300km we Wrocku, cała noc jazdy i nad ranem niestety popsuły się plany, bo chciałem jechać nad morze odwiedzając po drodzę @KonniQ, ale front z deszczem przegonił mnie na wschód. Ostatnie 80km z @michnic - jednak obok siebie, więc bez draftingu, niemniej jednak miło było mieć z kim pogadać. Powrót pociągiem do Krakowa i jeszcze 8km do domu (czyli łącznie 745).

    Wracam do domu i o 1:30 nieoznakowana Insignia mnie zatrzymuje, panowie każą dmuchać - na pewno wyglądałem jak imprezowicz na kolarce i w stroju + Apidura z bagażami...

    W przyszłym roku pewnie do 1000 spróbuję podejść, bo gdyby nie senność, to nogi dawały jeszcze spokojnie radę. Dziś w zasadzie żadnych bolesności, trochę zmęczenia z niewyspania i nieco ciężkie nogi.

    #metaxynarowerze (są tam inne moje wypady) #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km (jakże miło rozdziewiczyć kolejny tag) #rower #szosa (ależ fura tagów) #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: 2015.08.29.jpg

  •  

    #100km #200km #300km #400km no i #500km. Pół królestwa i rentę królewny za łóżko i sen... A do Wawy jeszcze ponad 200km...
    #rower #szosa

    źródło: DSC_0587.JPG

  •  

    10 019 - 607 = 9 412

    Każdy chce wiedzieć jak mi wczoraj szło, jak to jest przejechać jednego dnia pół Polski na rowerze. Mam z tym spory problem, bo było to najintensywniejsze 25 godzin mojego życia i ciężko mi jest zebrać wszystko w całość. Spróbuję więc po kolei. Będzie długo, chociaż krótko jak tylko potrafię.

    W piątek po dziewiętnastej położyłem się spać. Udało mi się zasnąć tak wcześnie bez problemu, widać podświadomość już wiedziała na co się szykować. Pobudka po godzinie 23 i śniadanie czy nie wiem jak to nazwać. Ale posiłek, owsianka, bueee nienawidzę i zawsze jem na siłę. Pakowanie ostatnich rzeczy i 00:05 ruszam w drogę. Noc cieplutka, chyba z 18 stopni. Wyjazd z Warszawy wiódł przez całe miasto, non stop czerwone światło. W efekcie na wyjeździe, średnia prędkość 24km/h. Słabo, ale teraz już będzie szybciej. Jest ciemna noc, jadę przez wsie, lasy, łąki, pola… tzn. tak mi się wydaje, bo widzę tyle, co lampka oświetla, a więc jakieś 2 metry na boki i z 10 metrów do przodu. Ale jedzie się przyjemnie, jest chłodno i żadnego ruchu ulicznego. Jedynie niepokojące były odgłosy łamanych gałęzi gdzieś w ciemności. Coś dużego widać miało za ciasno. Ja pędzę dalej, na spotkanie z porankiem. W międzyczasie chcę zjeść kanapeczkę i okazuje się, że wcale nie jest chłodno. Ręce mam zmarznięte i zdrętwiałe na tyle, że nie potrafię nimi operować. Z trudnością sięgam do tylnej kieszeni. Trudno, czekam więc na promienie słońca, za kilka godzin mnie rozgrzeją. Jasno zaczęło się robić po godzinie trzeciej, a świt wita mnie na trasie o 4:30, jestem godzinę od Łomży. Jedzie się dobrze, ale jest to główna trasa na mazury, więc jest spory ruch samochodów, w tym tirów. Za Łomżą, zjeżdżam z głównej trasy i teraz nikt mi nie przeszkadza. Nadal jest jeszcze chłodno, humor jak najbardziej dopisuje, kilometry pochłaniam. Przed samym Rucianym-Nida chcę przy cwaniakować i postanawiam trochę przyciąć trasę. I to jest pierwszy błąd, którego konsekwencje mają wpływ na przyszłe decyzje. Droga którą wybrałem, okazała się strasznie nierównym szutrem. 5km dało się we znaki. Zamiast zyskać, straciłem, ale jestem na etapie, że nie widzę jeszcze problemu. to dopiero 230 kilometr. W Rucianem organizuję sobie pierwszy postój. Zjadam pól kilograma arbuza i mleko skondensowane, uzupełniam bidony i ruszam dalej. Zaczyna robić się ciepło, a właściwie gorąco. Po niedługiej chwili jestem w Mikołajkach. Ładuję się na most, robię fotki, przejazd przez ryneczek i dalej w drogę. Ponownie wracam na ruchliwą szosę, która wiedzie do Giżycka. Zdecydowanie najbardziej malowniczy odcinek dnia. Jadę często nad brzegami jezior i patrzę jak ludzie bawią się w wodzie. Ja się gotuję, mimo że pędzę. Jest Giżycko. Jadę na Twierdzę Boyen, do portu i coś zjeść. Tracę chwilę bo szukam jakiegoś lokalu, kończę w budzie z kurczakiem z rożna. W sumie pyszniejszego kurczaka nigdy nie jadłem, więc polecam tego przy rondzie w centrum miasta. Jeszcze tylko wizyta w sklepie po wodę i dalej w do Sztynortu. Tu właśnie pojawia się pierwsza wątpliwość, czy wyrobię się do północy. Jest połowa drogi, mam tylko 10 minut zapasu, a wiadomo, że zmęczenie będzie narastało. Staram się jechać nieco szybciej, żeby budować bufor. Nie jest łatwo. Upał szaleje, na horyzoncie pojawiają się pierwsze chmury i wiatr zaczyna się wzmagać. Na szczęście, głowa jeszcze jest w dobrym nastroju, więc i noga podaje. Przez chwilę myślę, czy nie zostawić Sztynortu i jechać od razu do Węgorzewa. Nie. Błąd ze mianą trasy przed Rucianem, spowodował, że już nie zmieniam trasy. W drodze powrotnej z mostu w Sztynorcie, jadę na plażę i robię sobie przerwę w wodzie. No miłe to było, umyć się i ochłodzić trochę. Niestety, po restarcie, przez długie kilometry, nie potrafię odzyskać tempa. Droga zaczyna być męczarnią. Jestem w Węgorzewie. Powietrze staje się gęste i nagle zaczyna padać deszcz. Robię więc sobie przerwę na puszkę Coli, a w tym czasie pogoda stabilizuje się. Mogę jechać dalej, ale już trochę brakuje radości. Jak to mówią, nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Więc robi się gorzej. Przed Gierłożą, droga zamienia się bruk, po którym nie da się jechać. Ratuję się 20cm piaskowego pobocza, ale tracę sporo czasu i masę energii. Okazuje się, że na bruku pęka opakowanie jednego z żeli, więc muszę zrobić porządek. Do tego power bank przestaje ładować telefon. Mam 73% baterii, co wystarczy mi na 8-9 godzin. Jestem mocno zniechęcony do wszystkiego. To już prawdziwe zmęczenie. Przebijam się przez ten kawałek i już wiem, że nie mam czasu na żadne postoje. Przejeżdżam Gierłoż i Kętrzyn. Przed wyjazdem, mówiłem że Mazurskie górki mnie nie zabiją. Pomyliłem się. Droga do Mrągowa, jest jakimś cudem ciągłym podjazdem. Tu miałem już absolutnie dosyć. W Mrągowie zatrzymuję się na kawę i dużą kanapkę. Muszę jakoś odbudować morale. Dzwonię do Stacha, że mam problem z prądem, ustalamy jak to rozegrać. Wracam na trasę, jakby trochę świeższy. Górki skończyły się, do nogi wróciła moc, a słońce nie dokucza jakoś strasznie, bo je chmury blokują. Pędzę ile potrafię, a goni mnie ilość energii jaka pozostała w telefonie. Robi się strasznie nudno. Nie mogę włączyć muzyki ani zadzwonić, bo oszczędzam prąd. Zaczyna zmierzchać. Czuję coraz większy ból w kolanach, ale tylko jak schodzę z roweru, więc nie schodzę. Droga do Przasnysza dłuży się niemiłosiernie. Tylko te różowe słupy, pozwalają trochę oderwać się od monotonni. Mijam odcinek drogi, na którym leżą drzewa powyrywane z korzeniami, a towarzyszą im te słabsze, połamane. Zdjęć nie robię, bo mam tylko 5% baterii, a nie wiem kiedy uda się ją naładować. Tyłek zaczyna domagać się wolnego, już nie potrafię znaleźć wygodnej pozycji. Jestem w Przasnyszu, ustalam ze Stachem gdzie na niego czekam. Pan w sklepie podłączył mi telefon do prądu. Jest jakaś poprawa sytuacji. Niestety, ale przerwa była za długa. Po 20 minutach odpoczynku, nie mam ochoty na dalszą jazdę. Boję się, że zostanę gdzieś w polu i padnę na ryj. Mam ochotę usiąść na krawężniku i płakać. Bolą mnie kolana i dupa, a jeszcze 100km do domu. Namawiam Stacha, żeby trochę podjechał ze mną (on na motorze), żebym się rozkręcił, a dalej to już pójdzie. Towarzystwo, to jednak cudowna rzecz. Obok Stacha jedzie mi się łatwiej, jest ciężko, ale kręcę. Z Elizą ustalamy, że nie będę jechał do samego domu, zabierze mnie z Legionowa. Stachu chce ze mną jechać do samego końca. Pewnie i lepiej, bo byłem potwornie zmęczony i mogło stać się wszystko. Udaje się dojechać do mety. Jest radość i duma. 25 godzin na rowerze i 607km dystansu. Zadanie zdecydowanie mnie przerosło, ale się nie poddałem. Kolejna granica została przekroczona, ale dziś boję się jeszcze wyznaczać kolejną.

    Dzięki wielkie dla Stacha, bo mi niemal życie uratował. Dozgonna wdzięczność.
    Dziękuję też Elizie, że mnie z piekła wyrwała.
    Dziękuję również wszystkim za troskę, motywację, gratulacje i słowa uznania. Czytałem po drodze wasze wpisy i wiem, że bez nich nie dał bym rady. Nie spodziewałem się, że społeczność ze strony ze śmiesznymi obrazkami, może być tak zaangażowana w sprawy jakiegoś nikogo. To miłe i daje dużo do myślenia.

    #szejset nie udało się, będzie o co walczyć, bo już wiem jak to zrobić dobrze
    Oficjalnie rozdziewiczam tagi #500km oraz #600km. Zapraszam kolegów ich użycia, to przyjemnie uczucie

    #rower #szosa #wykopfocusclub #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

  •  

    Niestety, klops. Głowa dała radę, nogi nie sprawiały problemów, zawiodła pachwina. Niby wszystko zrobione jak należy, topowe spodenki ze świetną wkładką, dopasowane siodło, specjalny krem do pośladków i chciałoby się powiedzieć dupa. Zrobił się krwiak na pachwinie i był sobie pękł. Wkladka zalana krwią jakbym okres miał (;
    Trochę słabo.
    Jak wrócę do domu i się opatrzę, napiszę dłuższe podsumowanie i usunę konto zgodnie z obietnicą.
    Smacznego.
    #szosa #500km #mlzakm
    pokaż całość

  •  

    Meldunek pierwszy z #500km . Noc źle wpływa na postrzeganie prędkości, myślisz że jedziesz 30± km/h, a tu nie - zenujaca średnia. Dla całego dystansu zakładałem avg na poziomie 27,5 km/h, więc nieco zapasu jest. Poza tym noc jest ciepła, wiatr boczny do przeżycia. Pozdro ze Zdzieszowic.

    Ps. Jest noc, więc nikt nie widzi, że zamiast shutuplegsow mam kompresje (;
    #szosa #mlzakm
    pokaż całość

  •  

    Siema #nocnazmiana, Wy mirkujecie, a ja właśnie idę na rower. Cel to minimum 500 km, choć wolałbym spać. Pod tagiem #mlzakm można dobić targu, ja przejeżdżam #500km , w zamian za donację 450ml krwi. Będą meldunki z trasy. Trzymajcie się i kciuki za mnie też.
    Przy okazji #pokazmorde
    #szosa #rower

  •  

    98 116 - 400 = 97 716

    TL;DR: #krakow - #warszawa na #rower, czyli #400km - historia prawdziwa. Będzie długa litania, więc przygotujcie się na ziewanie.

    Chyba najpoważniejsza wycieczka z cyklu #rowerowykrakow do tej pory. 2:45 start z domu - niestety zupełnie bez snu, bo mój organizm nie pozwala mi pójść spać wcześniej niż 1-2 w nocy. Nawet ze współlokatorem uskuteczniliśmy delikatnie %, coby ululało - nic z tego. Od razu przygoda z policją, bo przejechałem na czerwonym świetle (oczywiście zatrzymując się i upewniając, że nic nie jedzie). Panowie zapraszają do siebie i tłumaczę im, że ta krzyżówka nie wykrywa rowerzystów, a jest ciemna noc i nie są cykliczne. "Wizja lokalna" 3min stania na krzyżowce i udowadniania im, że się światło nie zmieni - puścili bez mandatu.

    @Wilier @cree @ar2oor i ja wystartowaliśmy o 3:05 spod Barbakanu. Jak wyjeżdżałem z domu termometr pokazał szalone 7 stopni, a okazało się, że o 5-6 rano potrafi być znacznie zimniej. W sumie tylko palce u rąk cierpiały mocno, ale do tego stopnia, że z @Wilier nie mieliśmy totalnie siły w palcach (np. wyłączenie lampki mnie przerosło) i napuchły - nauczka na zaś - wziąć rękawiczki.

    #100km wypadło pod sklepem w jakiejś wiosce, gdzie wykupiliśmy cały zapas pączków. Koło 180km wpadliśmy z @ar2oor w sakramencką dziurę w asfalcie. Na szczęście dla mnie 8.5 bar ograniczyło szkody do soczystej wiązanki, jemu zaś poszła dętka. Na 190km poszła druga i wtedy zostawiłem chłopaków, a samemu pojechałem zaliczać gminy do #zaliczgmine.

    #200km wybiło mi więc samemu. Nadłożyłem kilkanaście km, a w tym czasie oni ruszyli dalej w trasę, więc dogoniłem ich dopiero ok 245km. Poza tym na trasie mniejszych "skoków w bok" było więcej, bo często trasa przebiegała dość blisko kolejnych gmin, a nie chciałem chłopaków ciągać po bocznych drogach. W okolicach Grójca poszliśmy na szaber do sadu na jabłka. Droga 728 jest remontowana na odcinku pewnie 20-30 km i mieliśmy kilkanaście wahadeł (niektóre naprawdę długie 1km+) ze światłami.

    #300km to już okolice Piaseczna, które to (jak i ogólnie okolice Warszawy) ma strasznie dziurawe i paskudne drogi. Jechaliśmy koło Okęcia - trochę lepsze widoki na startujące samoloty niż na krakowskich Balicach.

    Na Centralnym wybiło 340km - trasa, nasze lśniące maszyny i mój szatan pod Pałacem Kultury. W odróżnieniu od @cree nie przepadam za Warszawą (choć byłem tam już nie raz) - Kraków jest spokojniejszy, bardziej swojski i gdyby nie smog to nie mam mu nic do zarzucenia, bo maczety to temat medialny, ale raczej leją się między sobą.

    Ogólnie był plan, że zrobię #400km jadąc do Warszawy, ale że nie jechałem sam, więc aż tak poszaleć nie mogłem. Toteż po powrocie do Krakowa pociągiem wsiadłem na rower i dokręciłem brakujące 60km - mieszcząc się jednak w jednym dniu. Spać poszedłem gdzieś koło 4 nad ranem co daje 45h bez snu i momentami na trasie dawało to o sobie znać. Dziś, poza delikatnym zmęczeniem i odrobinę sztywnym karkiem, w zasadzie nic nie boli (o dziwo).

    Z historyjek na trasie:
    - jako że jestem harpagan i czasem zdarzało mi się zapomnieć o reszcie grupy to mijał mnie z przeciwka starszy pan i krzyczy: "niech pan ucieka, doganiają pana" - tak "pro" wyglądaliśmy,
    - babcia klozetowa na Dworcu Centralnym myślała, że jestem babą, bo stukam obcasami (SPD-SL) i zrobiła mi cały wykład dlaczego to źle robię jeżdżąc tyle na rowerze, bo moim obowiązkiem jest znaleźć sobie takie hobby, żeby i moja żona mogła w nim uczestniczyć, a nie zostawiać ją samą w domu i na cały dzień jechać rowerem. Po pierwsze co ją to obchodzi (pewnie mąż z nią nie wytrzymuje i też znalazł sobie osobne hobby), po drugie nie wiedziałem, że mam żonę - najwyraźniej broda = stateczny mąż i ojciec.

    Jakże miło mi rozdziewiczyć tag #400km - zapraszam do używania - będę miał motywację do poprawy dystansu. #400km to było postanowienie na ten rok - udało się. Na przyszły idzie #500km i przebiegnę maraton. O ile maraton jest obowiązkowy to #500km się naprawdę mocno postaram. Chciałbym tylko przedstawić moją osobę jako zaprzeczenie atlety, programistę, tego co na WF był z grupy "weź mnie, weź mnie" i był wybierany gdzieś na końcu, choć nigdy nie miałem nadwagi. Po prostu taka tam pierdoła sportowa bez wydolności. Mimo to jak się chce to się da i da się wyrobić tężyznę fizyczną, o ile się tylko ma odpowiednio dużo samozaparcia.

    25 nowych gmin do #zaliczgmine (awans na pozycję 174, gonię powoli @byczys - 144 miejsce): Belsk Duży, Błędów, Drzewica, Gielniów, Gowarczów, Grójec, Końskie, Krasocin, Mogielnica, Moskorzew, Nowe Miasto nad Pilicą, Odrzywół, Opoczno, Pilica, Radoszyce, Raszyn, Rusinów, Secemin, Smyków, Szczekociny, Słupia (Jędrzejowska), Tarczyn, Włoszczowa, Łopuszno, Żarnowiec.

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: IMG_0016.JPG

    •  

      @Nirguna: mdli, ale do wszystkiego da się przyzwyczaić. Nie jadłem nic specjalnego poza kanapkami z domu, które nie były słodkie. Śledzę równik i prawie na pewno jest to rekord. Jak poprzednio jechałem sam to sen mnie rozłożył, ale wtedy powietrze miało 30+ a asfalt pod 70. Teraz było dość chłodno, więc ruch przebił senność.

      +: Rzuku
    •  

      Jakże miło mi rozdziewiczyć tag #400km - zapraszam do używania - będę miał motywację do poprawy dystansu. #400km to było postanowienie na ten rok - udało się.

      @metaxy: Szczerze gratuluję! Podniosłeś poprzeczkę. Mam nadzieję, że niebawem wyrównam, a czuję potencjał. Niech no tylko wyczuję nową zabawkę ;>

      +: Rzuku
    • więcej komentarzy (16)

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów