Przeszkadza Ci #polityka na Wykopie?
Zarejestruj konto i sam decyduj jakie tematy chcesz wyświetlać!
  •  

    Eh, przeglądam starannie Mirko od czasu ogłoszenia exit poll i jestem zażenowany poziomem #neuropa. Jak chcecie walczyć o liberalną dekorację, wałkując to kto głosował na Dudę?

    Dehumanizujecie ludzi starszych, mieszkańców wsi, gorzej wykształconych. Chcecie bronić demokracji czy powrotu modelu szlacheckiego?

    Dlaczego odmawiacie tym ludziom prawa do głosowania na Dudę? Co im liberalna demokracja zaproponowała, że macie pretensje "że są tacy głupi"? Zagłosowaliby na Trzaskowskiego i dzień po wyborach byście o nich zapomnieli albo nawet nie byłoby o tych ludziach mowy.

    Mimo, że jestem #bekazpisu to cały czas nie mogę wyjść z podziwu dla Kaczyńskiego za kunszt w jaki zaadresował swoją politykę. Ta grupa z której szydzicie była tak pominięta w debacie publicznej i debacie, do tego stopnia zignorowan, że już nigdy nie odzyskacie ich poparcia.

    Zastanówcie się, schowajcie emocje do kieszeni, obejrzyjcie Pana doktota Matczaka i wyciągnijcie wnioski czy macie rigcz i odpowiedzcie sobie na pytanie - chcemy liberalnej demokracji z miejscem dla wszystkich, nawet dla biednych mieszkańców wsi z gorszym wykształceniem czy modelu wręcz szlachty.

    BTW takim gadaniem o "biedocie (umysłowej też) " głosującej na Dudę wcale nie różnicie się od tvpis szczującego tych biednych na elity i gadającego o lotach do Brazylii czy ciastkach za 40 zł.

    Bądźmy tą mądrzejszą i bardziej odpowiedzialną grupą. Nie betonujmy podziałów!!!

    Żenada #neuropa

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu #polityka
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Repolonizacja mediów rozpocznie się od portali internetowych. I repolonizacja nie oznaczać będzie tylko wykup kapitału przez Polaków od zagranicznych korporacji ale także wykup od Polaków, którzy w narracji partii nie są Polakami (ergo szkodzą władzy).

    PiS ma ogromny problem z ludźmi korzystającymi intensywnie z internetu. Stąd też te dziesiątki, jak nie setki trolli, które w pocie czoła #60groszyzawpis. Już dawno zauważyli, że tępe masy można łatwo urabiać telewizją, ale w internecie wiele rzeczy jest do sprawdzenia i zweryfikowania. Ponadto jest masa ludzi którzy piszą komentarze, demaskując manipulacje itd.

    Oczywiście, żeby skierować jakieś medium na właściwe tory, nie trzeba od razu sprawiać, żeby zmieniło właściciela. Wystarczy, żeby właściciel polubił się z władzą. Można mu sypnąć reklamami po wysokiej stawce, można go zapraszać do publicznej telewizji w charakterze eksperta.

    Na pewno o ile portale krajowe łatwe będą do ogarnięcia, to problem pojawia się z takim Facebookiem, Twitterem, Instagramem czy YouTube. Nie znam strategii PiS, nie wiem jak chce osiągnąć sukces w manipulacji w sieciach społecznościowych. Na pewno jest to cała armia trolli, chwalących PiS, od kont młodych po "Grażynki". Podatek od cyfrowych gigantów takich jak Apple czy Google nie pojawia się tu też przypadkowo. Możliwe, że chodzi o to, żeby firmy te zaczęły zmniejszać zainteresowanie rozwojem w Polsce a docelowo - może się nawet wycofały. Tu by trzeba było śledzić legislację. W narracji władzy taki podatek od zagranicznych korporacji brzmi fantastycznie.

    Picrel bez związku.

    #anatomiapopulizmu #postkomunistycznepanstwomafijne #polityka
    pokaż całość

    źródło: EVlNNGxX0AEevxS.jpeg

    •  

      @tyrytyty: ale dalej to dziennikarz sportowy

    •  

      Określenie "troll" oznaczałoby, że jest to działanie zamierzone. A tymczasem media społecznościowe pełne są nierozgarniętych mas, które w ten, czy inny sposób korzystają z "dobrodziejstw" dobrej zmiany.
      Nie ma potrzeby ich dodatkowo opłacać bo już są na pasku z tytułu 500+, 13, 14, czy po prostu siedzą na posadzie.


      @qrak01: Tylko oni będą raczej bronili PiS-u za to, z czego korzystają, a nie będą lecieli partyjnym rozdzielnikiem żeby uzasadnić rozwalanie instytucji państwa. Chociaż są osoby, które myślę że kasy za propagandę nie dostają, a potrafią bronić tego, czego nikt o zdrowych zmysłach nie powinien. pokaż całość

    • więcej komentarzy (12)

  •  

    Hej #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    No i przegranko. Różnica jest na tyle duża, że żadne protesty wyborcze nie pomogą. Pewnie bez akcji typu "bitwa o wozy" i alert RCB byłoby równo 50:50, a bez TVP - 45:55. To są wszystko systemowe manipulacje, tylko co z tego? Sam akt wyborczy jest raczej nie do podważenia, po prostu zdobyli więcej głosów i wszyscy przyjmą to do wiadomości, nie da się masowo wytłumaczyć społeczeństwu tego rodzaju relatywnie (w porównaniu z majowymi wyborami) subtelnych manipulacji.

    Co będzie dalej pisałem w jednym z wariantów tutaj. Już widać orientowanie się na PiS np. Gowina, który zaczął dzień od "repolonizować media, ale po ludzku". Pozostałe prognozy (np. upadek Senatu za jakiś czas) pewnie też się spełnią. W PiSie jest teraz pewnie dyskusja czy iść na ostro czy nie na ostro i szczerze mówiąc nie wiem, co wygra. Wydawałoby się, że mając 3 lata mogą wreszcie działać w białych rękawiczkach, ale czy umieją, czy sytuacja z koronawirusem nie wymusi robienia piany? Jakobini zawsze mogą też powiedzieć, że ich metody (np. trzymanie Kurskiego w TVP) się sprawdzają. Z drugiej strony Kaczyński już nieraz pokazał (wymiana Szydło na Morawieckiego), że bierze pod uwagę zmianę struktury społecznej z biegiem czasu i - o ile okoliczności na to pozwolą - wolałby jednak iść w stronę Morawieckiego, a twardej prawicy używa głównie instrumentalnie. Ale to kwestia stylu, dalsze zmiany systemowe są nieuniknione. To nie jest tak, że ktoś złymi metodami przejmuje kontrolę, a potem robi dobre rzeczy. Nawet jeśli ktoś się w ten sposób oszukuje (być może Duda, ale po maju mamy twarde dowody, że już nie Kaczyński), to wewnętrzna dynamika procesów politycznych nie pozwala tak działać, system musi niejako naturalnie dążyć do zabetonowania się.

    A tak na poziomie osobistym? Jakaś tam niewielka część osób pewnie wyemigruje, choć szczerze mówiąc też się trochę śmieję z tych deklaracji. Oczywiście zdarzą się tacy, niemniej skala tego poza pewnymi bańkami nie będzie duża, liczą się dużo bardziej przyczyny gospodarcze i to nawet nie dynamika, a poziom bezwzględny wskaźników dobrobytu i bezrobocia, a te w Polsce niezależnie od polityki gospodarczej rządu są i chyba będą relatywnie znośne, bo w naszym regionie dominuje i jeszcze długo będzie dominował efekt konwergencji z bliskimi Niemcami. W efekcie największy drenaż liberalnej populacji już miał miejsce zaraz po wejściu do UE (za co swoją drogą do teraz płacimy też w wyborach) w zasadzie w izolacji od wewnętrznych powodów politycznych, no i ciągle - jak z całego biedniejszego świata - ten bogatszy podkrada nam najzdolniejszych, ale to są procesy równoległe. Nasza siła przyciągania imigrantów z biednego świata też już jest stosunkowo spora, a z biegiem czasu i pogarszania się sprawy z klimatem będzie jeszcze większa.

    Więc co będzie? Większość po prostu pogodzi się z losem i zajmie się swoim życiem. Tak szczerze mówiąc: cóż mi - skoro jestem heteronormatywny, zarabiam zdalnie, itd. - ten PiS może zrobić? Ano niewiele poza słabymi usługami publicznymi i wolniejszym rozwojem. No może jeszcze podatkami, ale kraje nie w pełni niedemokratyczne mają zasadniczo niższe podatki osobiste. I tak pomyśli wielu. Za komuny (choć to starszy termin i ma swój kontekst) miało to nawet nazwę - emigracja wewnętrzna.

    No dobra. Trzeba zadać sobie leninowskie pytanie - co robić? Eoneon wam powie. Temperatura bieżącego sporu politycznego siłą rzeczy osłabnie, bo poziom startu jest niebotyczny. Po półtora roku każdy ma już dość i to jest naturalne. Ja też muszę się zająć życiem osobistym i zawodowym, bo kto zaglądał na mój profil ten wie, że często łamałem różne "wykourlopowe" obietnice, ale to też dlatego, że chciałem po stoicku ( ͡° ͜ʖ ͡°) mieć spokojne sumienie, że swoje zrobiłem. Dlatego też licznej - zapewnie - grupie osób wybierających się teraz na emigrację wewnętrzną chciałbym powiedzieć, że ok, idźcie, zasłużyliście i to tak powinno być, ale pamiętajcie o trzech rzeczach:

    1. Długoterminowo ważniejsze niż bieżączka są procesy średniego i długiego trwania. Stan świadomości społecznej niezależnie od ustroju promieniuje na klasę polityczną, inny jest populizm w Rosji, inny w Polsce, a inny we Francji. Jeśli przekonacie większość do związków partnerskich, będą związki partnerskie. Klasa polityczna w demokracji, a nawet autorytaryzmie wyborczym, raczej wykorzystuje siły społeczne (jak np. Kościół) niż je tworzy; robi to co najwyżej przy okazji. W efekcie trzeba dbać przynajmniej o jakość swojego otoczenia, o to, żeby miało w miarę zdrowe poglądy. To jest podstawa i to zawsze się przyda - Polsce, Europie, światu. Zaniedbanie przez centrum nowych mediów (jak Wykop w 2007) sprawiło, że pojawił się Korwin i Kukiz, którzy utorowali drogę PiSowi. To jakie jest tło decyduje o tym, które kierunki ewolucji kraju są bardziej, a które mniej prawdopodobne. Praca u podstaw, po prostu. Umówmy się, że pierwsze dwie dekady III RP były kolosem na glinianych nogach, postkomunistyczne społeczeństwo było bombą z opóźnionym zapłonem.
    2. Wspierajcie jakieś media, NGOsy, dawajcie patronajty. Jeśli nie macie czasu, a macie jakieś środki, to wspierające ludzi pracujących nad społeczeństwem, żeby były jakieś niezależne ośrodki, bo przemoc ekonomiczna to podstawowy sposób walki z pluralizmem w naszej epoce. Ja wspieram.
    3. Miejcie gotowość zadziałać w świecie realnym (demonstracje?) na ewentualność jakichś większych przesileń, które zawsze mogą się zdarzyć.

    Poza tym żyjcie własnym życiem, każdy ma do tego prawo :). No chyba że ktoś jeszcze nic nie zrobił, a niedawno coś zrozumiał. Może teraz wasza kolej, żeby mocniej popracować, stworzyć jakiś tag, profil, vlog. Może taka dobrowolna i narzucona samemu przez siebie "służba wojskowa" to jest właśnie nowoczesny patriotyzm.

    PS: https://www.wykop.pl/wpis/41353461/jest-taka-ksiazeczka-o-tyranii-dwadziescia-lekcji-/

    #neuropa #polityka #wybory
    pokaż całość

    źródło: berlinpolicyjournal.com

    •  

      @gumiorek: Rozumiem. W porównaniu z rokiem 2015, kiedy ja wyjeżdżałem, warunki się mocno zmieniły. Wielka Brytania wyszła z UE, zaczyna się przepotężny kryzys i wiele osób traci pracę. To sprawia, że warunki do emigracji są raczej dalekie od luksusowych. No i pytanie jaki się ma kompetencje. Wyobrażam sobie, że przy zapaści wielu branży, w tym turystycznej, znalezienie pracy na zmywaku, czy w magazynie może nie być łatwe.

    •  

      @StaraPlomba: No ja jestem takim powiedzmy szeregowym korpoludkiem, ale mam też takie drugie zajęcie, bardziej hobbystyczne, ale dające mi pieniądze i nie ukrywam, że to z nim wiążę jakieś ew. nadzieje wyjazdowe. Natomiast właśnie zdaję sobie sprawę z sytuacji geopolitycznej, a też nie będę ukrywał, że ze względu na kwestie języków obcych najbardziej podchodzą mi właśnie UK i Irlandia w kwestii ew. emigracji - a jak teraz jest z UK każdy widzi i wyjazd tam też jest obarczony ryzykiem. I dlatego też w pierwszym wpisie w tym temacie zaznaczyłem, że też i w przypadku jakiejś większej fali emigracji ekonomicznej może być ten problem, że nie będzie w Europie chętnych na jej przyjęcie. pokaż całość

    • więcej komentarzy (68)

  •  

    Nie jestem zły. Jestem mega rozczarowany, że czeka nas teraz wiele lat dalszego wycofania z Europy, oddalania się od liberalnych wartości na rzecz wyimaginowanej walki z "prywaciarzami", "liberałami" i "zagranicznym kapitałem".

    Mam cichą nadzieję, że nie skończy się to chociaż wenezuelską inflacją i bezrobociem na poziomie Grecji z 2013 r. (28%), choć tak naprawdę to jedyny sposób, żeby się klimat polityczny zmienił.

    Dla Kaczyńskiego te wyniki to też sygnał, że ma zielone światło przed najbliższymi wyborami parlamentarnymi do uzyskania większości konstytucyjnej. Nie zdziwię się nic a nic gdy w przyszłym roku rozpocznie majstrowanie przy ordynacji wyborczej i/lub gdy zacznie grzebanie przy okregach. Może JOWy? To byłoby dla niego korzystne.

    Po prostu mi przykro, że strach przed "gejami gwalcącymi dzieci na ulicach" i niechęć do polityka, który kupuje mięso i ciastka za 40 zł zwyciężyła z możliwością budowania otwartego, mądrego i oświeconego społeczeństwa.

    I nie jestem też zwolennikiem podkreślania tego kto głosował na PiS. Wypominanie tego tylko pogłębia podziały i betonuje elektorat. Choć po prostu przykro, że nie udało się tych ludzi przekonać. Choć zabrakło starań o ten rodzaj elektoratu.

    PS. Teraz PiS zabierze się za rozmontowanie #konfederacja. Nie dziś, nie jutro, ale do wyborów nic z was nie zostanie, nie mam co do tego złudzeń. Oczywiście nie będą zamykać do więzień za działalność opozycyjną. Są subtelniejsze sposoby.

    #bekazpisu #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu #polityka
    pokaż całość

  •  

    Jeżeli masz opory moralne przez zagłosowaniem na opozycyjnego kandydata, to w zupełności Cię rozumiem. Mam 32 lata, też pamiętam co było pięć lat temu. Mimo wszystko, jeśli nie chcesz iść głosować, to proszę, abyś przeczytał(a) ten post. Postaram się jak najkrócej.

    Co się może realnie stać, jeżeli obecna partia dostanie kolejne 3 lata samodzielnych rządów? Dlaczego ludzie straszą, że "to mogą być ostatnie wolne wybory"? Ile razy już to słyszeliśmy? Temat jest trudny i nieoczywisty, dlatego zebrałem dla Was telegraficzny skrót tego, co stało się na Węgrzech gdy do władzy doszła autorytarna partia.

    Cóż, wybory parlamentarne za 3 lata na pewno się odbędą. Tylko że przez ten czas:

    - Można powierzyć organizację wyborów partyjnemu ministrowi z pominięciem wszelkich demokratycznych organów kontroli. Już prawie im się udało w maju! Zatrzymał ich Senat rzutem na taśmę. Na Węgrzech wszyscy nadzorcy wyborów są już wybierani przez partię.

    - Można wykupić Gazetę Wyborczą i TVN. Na Węgrzech się udało. U nas już próbowali i w końcu też się uda. Tylko najpierw trzeba te media obciążyć bardzo dużym podatkiem od przychodów z reklam (z którego zwolnione będą media "misyjne"). Na Węgrzech największą gazetę wykupiono i zamknięto.

    - Można zmienić prawo w taki sposób, żeby można było dowolnej opozycyjnej partii dowalić dowolną karę od której nie będzie się można odwołać. Na Węgrzech największa partia opozycyjna dostała trzy takie kary i jest na skraju bankructwa.

    - Można zmienić ordynację wyborczą w taki sposób, żeby 44% głosów dawało 66% miejsc w sejmie, czyli większość konstytucyjną. Takie były wyniki na Węgrzech w 2014 roku.

    A przed każdymi kolejnymi wyborami:

    - Można zachęcić do pójścia na wybory wozami strażackimi. Oczywiście tylko w małych gminach, gdzie ludzie zazwyczaj głosują na nas.

    - Można przegłosować kolejne dofinansowanie, które wypłacimy ludziom akurat tuż przed wyborami. Najlepiej w potrójnej wysokości na start jako "wyrównanie". Zrobiono to u nas i z 500+ i z dodatkowymi emeryturami.

    - Można dofinansować telewizję 2 miliardami złotych a potem emitować w wiadomościach o 19:30 spoty wyborcze partii. W końcu nikt nie ma więcej pieniędzy, niż państwo. Link w komentarzu.

    Każdy z tych przypadków jest realny. Każdy z nich już się wydarzył u nas, na Węgrzech lub w innym "demokratycznym" kraju. W Rosji przecież też są wybory, prawda? Ich obecny prezydent właśnie kończy czwartą kadencję i ma przed sobą dwie kolejne.

    Wybory parlamentarne za 3 lata na pewno się odbędą. Prawdopodobnie nikt realnie nie będzie już wtedy w stanie ani politycznie ani finansowo zagrozić obecnej władzy. Wtedy obwini się opozycję o nieudolność, bo przecież wszyscy mieli cały czas równe szanse.

    Opozycyjny prezydent jest w stanie zatrzymać każdą taką ustawę przez kolejne 5 lat. Z tego powodu ja pójdę i zagłosuję. Dla mnie tym "większym złem" jest niegłosowanie w tę niedzielę.

    ---

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu #polityka #wybory

    Pozdrowienia dla użytkowników @eoneon @Topkapi @papaj_21_37
    Wszyscy robicie bardzo solidną robotę, naprawdę mega szacun. Wasz content zainspirował mnie do zrobienia takiej ciut bardziej populisyczno-clickbaitowej kompilacji :)
    pokaż całość

    •  

      @wilku88: a co ja jestem? Jakiś rzecznik prasowy czy co? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Na tyle na ile ja o tym czytałem, to w 2007 i tak nie mieliśmy żadnego pola manewru, bo nie było żadnej alternatywy, a Rosja bardzo lubi używać szantażu energetycznego (zwłaszcza w zimie) jako środek nacisku.

      Tyle tylko, że po podpisaniu tej umowy wyciągnięto wnioski i rozpoczęto budowę gazoportu w Świnoujściu, aby mieć jakąś alternatywę (choćby w postaci atutu podczas negocjacji).

      I teraz dochodzimy do nieszczęsnego roku 2010, gdy umowa była renegocjonowana przez premiera Pawlaka. Gdzieś widziałem info, że delegacja pojechała na te negocjacje do Moskwy kompletnie nieprzygotowana, bez planu negocjacji, nawet bez zakresu kompetencji jakie posiadała. I tam dała ciała kompletnie. I w sumie to, że dała ciała aż tak bardzo to później obruciło się na naszą korzyść, bo podpisali coś, do czego nie mieli uprawnień i UE im tą umowę unieważniło. Tam w ogóle były ciekawe kwiatki, bo ponoć na stole leżała data dostaw do 2047 roku (czy coś w ten deseń). Już nie pamiętam, czy była ta datą podpisana, czy nie. Dodatkowo, skoro gazoport już był w budowie, to dalsze wydłużanie terminów i zwiększanie ilości dostaw było dla Polski niekorzystne, bo działało na szkodę gazoportu w Świnoujściu.

      W każdym bądź razie UE w pewnym momencie zauważyłam że ktoś wchodzi w jej kompetencje i umowę unieważniło. Do tego czasu budowę gazoportu ukończono, a jeszcze w 2014 (czy 2015) rząd Ewy Kopacz zaczął się starać i odszkodowanie, co ostatecznie doprowadziło do tego, że w 2016 rząd Polski (już wtedy Beaty Szydło) założył sprawę w Sztokholmie i ją wygrał.

      Post Sciptum: W roku 2020 Polska przestała importować gaz z Rosji w całości przestawiając się na import morski z wykorzystaniem gazoportu w Świnoujściu.
      pokaż całość

      +: wilku88
    •  

      @imateapot: Brzmi sensownie. A zapytam jeszcze @Arytmetyk co może do tego dodać?

    • więcej komentarzy (26)

  •  

    Polityczne morderstwo w białych rękawiczkach, czyli o tym jak Fidesz zatopił Jobbik i odesłał go w niebyt.

    Historia Jobbiku to jedna z najbardziej interesujących politycznych historii ostatnich lat oraz prawdziwy polityczny zwrot o 180 stopni.

    Jak się to wszystko zaczęło, czyli o Jobbiku słów kilka

    Jobbik został założony w 2003 roku. Przez pierwsze lata - pomimo radykalnego przekazu - raczej bez sukcesów, a ichniejszy żywot przebiegał dosyć spokojnie. Prezent od polityki dostali w 2006 roku - wyciek rozmowy Gyurcsányego (ówczesnego premiera Węgier), w której mówił o kłamaniu w dzień i noc, byleby zdobyć reelekcję w wyborach, a do tego kryzysy gospodarcze (najpierw mniejszy kryzys na Węgrzech w okolicach 2006 roku oraz późniejszy krach z 2008) były idealnym zapalnikiem dla radykalnej partii z prawej strony politycznej. Szczególnie, że Fidesz wtedy, o dziwo, uchodził za partię porządku prawnego i racjonalizmu politycznego, co podbudowywał swoją twardą postawą, że rządu obalać nie można (co realnie oczywiście miało inne powody - chodziło głównie o dogotowanie socjalistów i liberałów w kryzysie i rozprawienie się z nimi na dobre, a władzę przejąć z kilkuletnim opóźnieniem, ale ze zdecydowaną większością oraz na dłużej). Jobbik więc miał monopol na radykalny przekaz przeplatany wręcz przemocą.
    I żeby ktoś nie pomyślał, że upiększam epitetami na konieczność tego tekstu - przekaz naprawdę był radykalny, a swego czasu Jobbik był uważany za najbardziej radykalną nieplanktonową (czyli taką, której udało się wejść do parlamentu) partię w całej Europie. Jobbik wręcz stronił od regularnego i dyplomatycznego języka polityki - rozprowadzali ulotki, w których nawoływali do aresztowania Gyurcsányego, mieli własną organizację paramilitarną (Gwardię Węgierską, rozwiązaną później przez sąd, który argumentował decyzję tym, że działalność organizacji jest sprzeczna z prawami człowieka zapisanymi w węgierskiej konstytucji), owa organizacja paramilitarna lubiła sobie przejść węgierskimi wioskami w imię sprzeciwu wobec mniejszości romskiej (tu warto zaznaczyć, że sam Jobbik nawoływał do "rozwiązania problemu współistnienia Węgrów z Romami", jakkolwiek to nie brzmi) i ichniejszej przestępczości, a politycy partii potrafili w parlamencie wprost używali antysemickich nastrojów swojego elektoratu, zadając pytania tego typu w parlamencie:

    Ile osób żydowskiego pochodzenia, spośród tych zasiadających w parlamencie i rządzie węgierskim, stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Węgier?

    Po tych słowach doszło do kuriozalnej sytuacji, w której Fidesz wyszedł na protesty przeciwko antysemickim wypowiedziom wraz z lewicą (a to było już po zwycięstwie Fideszu w 2010 roku i kompromitacji wcześniejszych rządów), w dodatku o Jobbiku było głośno w całej UE.
    Jakby tego było mało, Jobbik postulował wyjście z Unii Europejskiej (potrafiąc uroczyście spalić flagę na demonstracji), NATO i odwrócenie się w stronę wschodu - czyli w kierunku Rosji, oraz, co ciekawe, w kierunku muzułmańskiej Turcji. Często przywoływali swoje słowa z początków działalności, kiedy to (jeszcze przed wejściem do UE) zadawali pytanie brzmiące: "Chcecie być w UE, czy chcecie być wolni?"

    Jobbik startował w wyborach w 2009 roku do PE, w 2010 do węgierskiego parlamentu - w obu odniosła sukcesy i ichniejsza pozycja na węgierskiej scenie politycznej zaczęła się stabilizować. Zdobywali bardzo duży rozgłos swoimi kontrowersyjnymi i radykalnymi wypowiedziami. Jednakże w okolicach 2013 roku poczuli, że mają szansę na wspięcie się jeszcze wyżej, więc zaczęli tonować przekaz. Oczywiście, nie odcięli się od swojej radykalnej twarzy, po prostu zaczęli przemycać coraz to więcej tej racjonalnego i spokojnego wizerunku. W wyborach 2014 roku nieco poprawili swój wynik i stali się najsilniejszą partią opozycyjną (dalej przegrali z koalicją lewicową, ale jako samodzielna partia byli już bezpośrednio pod Fideszem). I tutaj zaczyna się cała zabawa.

    Kryzys migracyjny, czyli jak zaryzykować i wykorzystać kryzys własnego ugrupowania do umocnienia się na scenie kosztem opozycji

    Początki 2015 roku nie zapowiadały się dobrze dla Fideszu. Po pierwsze - konflikt Orbana z Simicską (oligarchą mającym w rękach niemalże całe media) - Simicska publicznie Orbana obraził, a następnie przekierował swoje sympatie w stronę Jobbiku. Po drugie - Fidesz stracił większość konstytucyjną i potrzebował wsparcia opozycji do przegłosowania zmian wymagających 2/3 głosów. Następnie przyszedł kryzys migracyjny, który mocno poturbował publiczną opinię rządów Fideszu, a opozycja zaczęła z nadzieją patrzeć na rozwój sytuacji, bo Jobbik rósł w siłę jak nigdy. W szczytowym momencie zbliżył się do 30% w sondażach, a jego zysk odbywał się głównie kosztem Fideszu (z 55% zjechali na poniżej 40). Jak najbardziej były powody do patrzenia pozytywnym okiem w przyszłość i do pokładania nadziei w wyborach w 2018 roku. Oczywiście Orban zrobił wszystko, żeby opozycja nie miała powodów do radości. Ale nie uprzedzajmy faktów.

    Kryzys migracyjny, setki tysięcy osób pojawiające się w krótkich odstępach czasu przy granicach Schengen - raczej wszyscy to pamiętają. Tylko co się wtedy działo na Węgrzech? Uporządkujmy to chronologicznie.
    1. Początek: pojawienie się fali migrantów, Fidesz przechodzi do defensywy: buduje mur, który uniemożliwia wtargnięcie na teren Węgier, jednocześnie sprzeciwia się polityce kwotowego przydziału uchodźców z UE. Lewicowa opozycja solidaryzuje się ze zwolennikami przyjęcia wymaganych kwot, Jobbik pozostaje w martwym punkcie. Nie może już w jawny sposób przedstawiać radykalnej ksenofobii (ze względu przemiany w bardziej racjonalną i umiarkowaną opozycję), dzięki której pokazaliby bardziej radykalną twarz niż Orban, który postąpił bardzo twardo wobec UE, ale nie mogą też przejść w stronę lewicowej opozycji, bo podpisaliby na siebie wyrok śmierci. Koniec końców poparli działania Fideszu w sprawie kryzysu.
    2. W obliczu presji politycznej pochodzącej z UE, Orban decyduje się na ryzykowny krok i chce zorganizować referendum, w którym Węgrzy zadecydują o tym, czy kwoty uchodźców powinny zostać przez rząd przyjęte, czy odrzucone. Lewica nawoływała do bojkotu referendum (aby nie uzyskać kworum), Jobbik z Fideszem agitowały za głosowaniem. Jednocześnie Jobbik starał się kręcić bat na Fidesz, pielęgnując narrację, że jeśli referendum nie odniesie sukcesu, Fidesz powinien zrezygnować z rządzenia. Jobbik również starał się robić polityczne podchody, samemu oferując w parlamencie głosowanie za ustawą, która uzna nacisk na przyjęcie migrantów z innych krajów wbrew sprzeciwu Węgrów uznać za niezgodny z prawem. Orban propozycję odrzucił i postawił na swoim. Referendum nie uzyskało kworum, ze względu na około ~40% frekwencji (ale niemalże 100% udzielonych głosów było przeciwne kwotom).
    Referendum było umiarkowanym sukcesem Orbana, ale Jobbik otrzymał zauważalny cios. W ręce Fideszu wpadł silny demokratyczny argument przeciwko kwotom uchodźców, a opinia na temat rządzących wśród jego zwolenników się bardzo poprawiła i znów zjednoczyła cały elektorat wokół partii. Jednocześnie, Jobbik pozostał prawie nieobecny w kampanii (poza kilkoma głośniejszymi atakami na politykę Fideszu), co było całkowitym zaskoczeniem. Nikt nie spodziewał się, że ktoś jest w stanie zajść Jobbik od prawej strony i zostawić ich w kompletnej próżni.
    3. Referendum nie odniosło pełni zakładanego sukcesu, więc zaraz po nim trzeba było stanowczo działać. Orban bardzo szybko poszedł w kierunku, który Jobbik proponował wcześniej - czyli chciał zmiany, która uznawała nacisk na przyjęcie imigrantów wbrew woli Węgrów jako akt niezgodny z węgierskim prawem. Jobbik, który nie chciał się podkładać i dać politycznie wykorzystać, powiedział, że zagłosuje za ustawą tylko i wyłącznie wtedy, gdy zostanie dodana poprawka zakazująca imigrantom kupowanie obligacji wspomagających uzyskanie wizy Schengen. Orban nie dał się zatraszyć i postawił na swoim. A z racji, że większości potrzebnej do przegłosowania uchwały nie miał, projekt przepadł. Realia polityczne w społeczeństwie odebrały to wydarzenie jako zacementowanie Orbana i Fideszu jako jedynej godnej zaufania opcji, która postawi się UE oraz uchroni Węgry przed zalewem uchodźców.

    Nastąpił przełom w polityce prowadzonej przez Jobbik wymuszony sytuacją polityczną. Orban w jasny sposób przesunął się na prawą stronę polityczną i zagospodarował ją niemalże w całości, wypychając Jobbik w stronę centrum. Od kiedy stało się jasne, że Jobbik na prawej stronie nie ma szukać czego innego niż wojny na wyniszczenie (w której nigdy nie miałby szans), musiał skręcić w stronę centrum. O wychodzeniu z UE już nikt nie mówił, pojawiła się narracja, że zamiast opuszczać UE trzeba ją zreformować. Jobbik zaczął się dystansować od antysemickiej retoryki, nie było już widać w ichniejszych kręgach zainteresowania światem muzułmańskim. A na koniec prawdziwy gamechanger - Jobbik uznał marsz równości w Budapeszcie za podstawowe prawa człowieka do wolności, które to jest stale ograniczane przez rządzących. Z radykalnej prawicy, która z mównicy sejmowej, bez owijania w bawełnę, postawi pytanie, czy Żydzi nie są zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego Węgier, do centroprawicy, która będzie broniła marszów homoseksualistów argumentując to jako obronę podstawowych wolności obywatelskich. Zmiana się dopełniła.

    W marcu 2019 roku Jobbik demonstrował trzymając się za ręce z opozycją. Lewą rękę podali socjalistom, a prawą progresywnym liberałom. Na demonstracji pojawił się też oczywiście Gyurcsány, którego Jobbik jeszcze kilka lat temu chciał aresztować. Demonstracja odbywała się w proeuropejskich nastrojach, a w tle można było usłyszeć grający hymn UE. Czego domagali się demonstranci? Demokracji, rządów prawa oraz obrony wartości Unii Europejskiej.
    Tutaj warto zaznaczyć, że demonstrujacy Jobbik jest aktualnie trupem politycznym, bankrutem, żyje od pierwszego do pierwszego, a jeszcze niedawno władze partii rozważały jej rozwiązanie. I to wszystko poprzez polityczny geniusz premiera Węgier, który tak rozegrał Jobbik? Bynajmniej.

    Droga na bruk, czyli o tym jak ważne jest utrzymanie niezależnych od władzy organów

    Na początku 2015 roku patrzono z optymizmem w przyszłość. Wybory 2018 były celem opozycji, która upatrywała w nich swoje szanse na przełamanie monopolu Fideszu (oczywiście patrząc z nadzieją na świetnie radzący sobie Jobbik, który rósł w siłę i stale zmniejszał dystans do lidera sondaży). Żadnym zaskoczeniem jest, że poza politycznym rozgrywaniem partii opozycyjnych, Orban sięgnął po mniej moralne środki walki.
    W 2017 roku ÁSZ (przypadkiem kontrolowany przez Orbana) nałożyła ponad pół miliarda forintów kary na Jobbik. Powodem była preferencyjna cena reklam, które Jobbik zakupił od Simicski podczas wcześniejszej kampanii wyborczej (oczywiście chodzi tutaj głównie o kwestię osobistych porachunków Simicski z Orbanem). Zanim partia zdążyła się oswoić z problemami finansowymi i nowymi realiami, na początku następnego roku, ASZ nałożyła kolejną karę, tym razem w wysokości około 135 milionów forintów. Szybko się okazało, że grzywny są za wysokie, aby można było je zapłacić. Nawet zakładając, że cała subwencja byłaby przeznaczona na spłatę zobowiązań, dalej byłoby to za mało. A na horyzoncie były kolejne wybory.
    Jak łatwo się domyślić - owe wybory nie przyniosły realnej poprawy sytuacji Jobbiku w parlamencie, a Fidesz kolejny raz umocnił swoją władzę. I gdy przewidywania wskazywały, że walka z największą partią opozycyjną ustanie, Orban zaskoczył jeszcze raz. ASZ nałożyła kolejną grzywnę, która sprowokowała nadzwyczajne posiedzenie władz Jobbiku, podczas którego pod dyskusję poddawano całkowite rozwiązanie partii i zaprzestanie działalności.
    Smaczkiem w całej historii jest to, że nie ma podstawy prawnej, która pozwoliłaby ASZ nałożyć tak wysokie kary. A kto stoi na czele ASZ? Ciężko się nie domyślić - były poseł, który startował z list Fideszu.
    Aha, jeszcze jeden szczegół - od decyzji ASZ nie można się odwołać, jest ona ostateczna, bo prawo nie przewiduje możliwości odwołania się w innej instytucji. Podobnie, jak nie przewidywało tak dużych kar ( ͡º ͜ʖ͡º)

    I w taki sposób, z partii, w której wielu widziało wojownika godnego pojedynku z Orbanem, Jobbik został strącony w polityczny niebyt oraz na skraj bankructwa, a z 30% i nadziei na udział rządzie albo chociaż złamanie większości konstytucyjnej nie zostało nic poza wspomnieniami, bo ostatnie sondaże to raczej poparcie jednocyfrowe, przy ponad 50% dla Fideszu.

    Czy to odsobniony przypadek? Nic bardziej mylnego. W maju bieżącego roku Koalicja Demokratyczna utraciła finansowanie z budżetu decyzją właśnie ASZ, a wcześniej w podobny sposób rozprawiono się z partią Momentum. Dołóżmy do tego kwestie opisywane przeze mnie w przeszłości, czyli zmanipulowanie systemu wyborczego, stałe dokręcanie śruby opozycji i upartyjnianie kraju - i mamy przepis, który w odpowiednie manipulując rzeczywistością jest w stanie zapewnić sukcesję jedynej słusznej partii, a opozycja może jedynie sobie pomarzyć o wpływie na rząd - bo niezależnie od jej potencjału, zostanie rozegrana, a następnie dobita przy użyciu aparatu państwowego.

    To tak ku informacji, gdyby ktoś się jeszcze zastanawiał, czy wybór pewnego prezydenta i zabetonowanie systemu na kolejne kilka lat jest bezpieczne politycznie ( ͡º ͜ʖ͡º) szczególnie wyborcy schowani pod tagiem #konfederacja powinni to poddać pod przemyślenia, bo można dostrzec pewne paralele, a chyba lepiej mieć prezydenta z trochę innej bajki światopoglądowej, niż w 2023 roku wylecieć z Sejmu jako bankrut. I to oczywiście się tyczy wszystkich, którzy sympatyzują z różnymi opcjami opozycyjnymi - na browarka pod plener można skoczyć po oddaniu głosu, naprawdę warto poświęcić chwilę na zagłosowanie.

    Następny wpis będzie skupiony wokół języka przekazu oraz budowaniu tożsamości właśnie przy użyciu języka, oczywiście na przykładzie Węgier, Fideszu i opozycji wobec niego (oraz jej błędów). Mam nadzieję, że napiszę go jeszcze w tym miesiącu, ale nie obiecuję.

    A na koniec, wykorzystując okazję, jeszcze raz - poświęćcie trochę czasu i idźcie zagłosować, naprawdę, warto.

    Wcześniejsze wpisy o Węgrzech: 1; 2; 3.

    #anatomiapopulizmu #postkomunistycznepanstwomafijne #neuropa #polityka #wybory
    pokaż całość

    źródło: jta.org

  •  

    Bardziej boję się trzech gazet niż trzech tysięcy bagnetów - Napoleon Bonaparte.

    Tym oto cytatem, chciałbym kontynuować swój poprzedni wpis na temat demokracji w Polsce.

    Repolonizacja mediów czyli analiza: jak to zostanie zrobione, potencjalne zagrożenia i ryzyko jakie się z tym wiąże.

    Myślę, że ataki na Fakt i zarzuty o jego niemieckim pochodzeniu źródło. to dobry czas, na poważne poruszenie tematu repolonizacji mediów w debacie publicznej zwykłych obywateli, z dala od medialnego zgiełku i krzyku.

    Nie będę się tu rozpisywać na temat samego Ringier Axel Springier AG, które jest właścicielem Ringier Axel Springer Polska i na temat Henry’ego Kravisa, amerykańskiego miliardera wspierającego republikanów w Stanach Zjednoczonych (tj. m.in. Donalda Trumpa) i jego koneksjach z Ringier Axel Springer AG, bo te informacje można znaleźć w google w kilka sekund źródło

    Skupię się natomiast na bardzo nacjonalistycznym i narodowym spojrzeniu i haśle jakim karmi nas dziś PiS oraz Telewizja Polska pt. „Repolonizacja mediów”, „zagraniczny kapitał” itp.

    Po co chcemy repolonizować media?
    To jest doskonałe pytanie, na które odpowiedź jest jasna: jesteśmy Polakami, dumnym narodem środkowo-wschodniej Europy i jako ten dumny naród, chcemy sami decydować o jego losach, uważamy, że tylko polskie media będą dostatecznie bronić naszych interesów, będą działać zgodnie z naszą racją stanu, będą niezależne i będą tworzyć opinie zgodnie z naszym światopoglądem. Czy aby na pewno?

    Zatrzymaj się i posłuchaj
    Wyobraź sobie kraj, w którym państwowa telewizja przez kilka lat z rzędu nie wypowiedziała ani jednego słowa krytyki na działania rządu. Wyobraź sobie, że przez te kilka lat prezydent wspierany przez autorytarny rząd, który wygrał ostatnie wybory nie został ani razu skrytykowany za swoją służalczość. Wyobraź sobie w końcu, że aparatczycy telewizyjni dobrze żyją z politykami, będącymi blisko obozu władzy, że dzięki swojej ofiarnej służbie szybko awansowali w szeregach tegoż nadawcy państwowego, z szeregowego można powiedzieć, prezentera, na prezentera mogącego zarobić grube dziesiątki tysięcy w ciągu roku i mogącemu pokazywać się milionom telewidzów przed telewizorami kilka/naście razy w miesiącu.

    A teraz spójrz na Telewizję Publiczną i odpowiedz sobie na pytanie - jak bardzo daleki jest opis tych wyobrażeń od rzeczywistości, którą widzisz?

    Przykład? Proszę bardzo. Danuta Holecka za swoją wierną służbę ideałom PiS, od 2016 regularnie jest prowadzącą głównego wydania Wiadomości, po wielu latach prób, starań oraz ciężkiej pracy, została doceniona. Dziś zarabia około 40.000 zł plus VAT miesięcznie źródło

    Dużo? Niedużo? Prezenterzy TVN lub prowadzący programy śniadaniowe tej stacji zarabiają wg różnych źródeł (nie podam żadnego, bo są to typowe portale plotkarskie) kwoty o 20% wyższe. Jednak różnica jest taka, że TVN utrzymuje się z reklam, a Telewizja Publiczna - z podatków.

    Jak repolonizować media
    Oczywistym faktem jest, że repolonizacja mediów nie może nastąpić w drodze ustawy czy innej formy prawnej. To byłoby oczywiste, i, podobnie jak z przejęciem sądów, należy tego dokonać w sposób podobny do efektu mrożącego. Dlaczego? Ano dlatego, że różne organizacje pozarządowe czy nawet sama UE chętnie by się tym tematem zajęła, gdyby, ni stąd, ni zowąd, rząd lub Spółka Skarbu Państwa kupiła w podejrzany sposób którąś z gazet. Zwłaszcza mając twarde dowody, wręcz podane na tacy, jak ustawa czy rozporządzenie.

    Część wydawnictw chętnie sprzeda swoje tytuły bez większych oporów, o ile ktoś zaproponuje dobrą cenę. Są też i takie, które, ze względów ideologicznych, nie będą chciały tego zrobić, bo prócz dochodów, które osiągają, kierują się też prawdziwie ideową myślą piątej władzy i po prostu prócz kasy, liczy się dla nich coś więcej.

    Wtedy następuje efekt mrożący. Minister właściwy, wyznaczony do tego zadania, posiadający uprawnienia, może, dajmy na to, skupić swoje działania na przykład na regularnych, drobiazgowych i wystarczająco upierdliwych kontrolach skarbowych. Choć to dość drastyczny przykład.

    Ale przecież jest sposób, w którym można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Wystarczy podnieść opodatkowanie reklam. Media opłacane z naszych podatków poradzą sobie z tą chwilową niedogodnością. Ba, przepisy można skonstruować w taki sposób, żeby publiczni nadawcy w jakiś dziwny sposób, znaleźli się poza kręgiem środków masowego przekazu objętych nowymi, wyższymi stawkami podatku. Słynne „lub czasopisma” może być warte więcej niż tysiąc słów. W mediach przychylnych władzy dowiemy się za to, że rząd walczy z zagranicznymi korporacjami, mocno je opodatkowując, czym sprawia, że więcej pieniędzy zostaje w kraju. Na ideologicznych i emocjonalnie przywiązanych do kraju wyborców w zupełności to wystarczy

    I wtedy wchodzę ja, cały bez podatków
    I wtedy, gdy podatki już są tak wystarczająco wysokie, a nadawcy i wydawcy pozbawieni dużej części dochodu, zmuszeni do zwiększenia ilości reklam, zauważają, że następuje z tego powodu odpływ widzów lub czytelników. Spadają też ich dochody, zmuszeni są też do redukcji etatów, czym pogarszają jakość produktu finalnego. Cała ta seria zdarzeń nie następuje w tydzień, ani nawet w dwa, a jest to proces wieloletni, obliczony na konkretny długofalowy skutek.

    I wtedy przychodzi biznesmen, którego wcześniej nękaliśmy częstymi kontrolami skarbowymi a on dogaduje się nie do końca otwarcie, że w zamian za spokój ze strony instytucji państwowych, on bardzo chętnie kupi tamtą telewizję lub tamtą gazetę. Nie dość, że kupi ją stosunkowo tanio to w dodatku będzie mieć święty spokój od instytucji państwowych. Oczywiście pod warunkiem, że dane medium będące w jego posiadaniu, będzie produkować materiały zgodnie z linią rządową.

    Oczywiście taki biznesmen, może przyjść w dowolonym momencie, w końcu część wydawców sprzeda swoje produkty, o ile ktoś zaproponuje dostatecznie dobrą cenę.

    To zaczyna się powoli dziać na naszych oczach. Zygmunt Solorz lada moment stanie się właścicielem Interii a sam Solorz, który jeszcze kilka lat temu był dość neutralny w swojej opinii na temat władzy, dziś nie do końca pozostaje neutralny, źródło 2, źródło 3

    Nikt przecież nie będzie mieć wątpliwości, gdy powiemy, że Polsat ma 100% polski kapitał, prawda? Teraz to samo będzie można powiedzieć o Interii. I to się spodoba wyborcom, którzy nastawieni są na dumę narodową.

    Oczywiście to jeden ze sposobów na repolonizację danego medium, bo tych sposobów można opracować znacznie więcej, z mniejszą bądź większą skutecznością.

    Przykład „przejęcia” prywatnego biznesu na cele państwowe czy wręcz rządowe i to w sposób niekoniecznie bezpośredni mieliśmy parę lat temu na Węgrzech. W 2011 r. węgierski parlament uchwalił ustawę zakazującą umieszczania billboardów bezpośrednio przy drogach. Dziwnym zbiegiem okoliczności, najmocniej uderzyło to w jedną z firm, które były na celowniku Fidesu od dawna. Polecam wpis @tokapi który dość dobrze tłumaczy perypetie firmy ESMA z Węgier źródło o ESMA

    Jak zrepolonizowane media utrzymają się w gospodarce wolnorynkowej
    Powiecie, że przecież ludzie w większości nie są ślepi i głusi na propagandę rządowych mediów lub tych, które wspierają rząd. Oczywiście, poczytność wielu wydawnictw spadnie i to diametralnie, ale wtedy przychodzą Spółki Skarbu Państwa, które bardzo chętnie będą się w takich tytułach reklamować.

    Przytoczę tu dane z lat 2015 oraz 2018 dotyczące wydatków Spółek Skarbu Państwa na reklamy w kilku wybranych tytułach prasowych (tytuł, wydatki w 2015, 2018, różnica %)
    wSieci: 1.151 mln / 26,554 mln
    Do rzeczy: 1,829 mln / 13,062 mln
    Gazeta Polska: 0.091 mln / 8,882 mln
    Wprost: 7,132 mln / 10,992 mln
    Newsweek: 4,808 mln / 0,937 mln

    pełne zestawienie

    Spójrzmy teraz na sprzedaż tych wydawnictw średnio w 2014 / 2018 roku (nie nakłady a sprzedaż rzeczywista)
    wSieci: 77 557 / 44 215 szt.
    Do rzeczy: 60 992 / 34 519 szt.
    Gazeta Polska: 40 034 / 26 854 szt.
    Wprost: 59 673 / 17 283 szt.
    Newsweek: 119 578 / 85 357 szt.

    źródło za 2014 oraz za 2018

    Skutki długofalowe
    Społeczeństwo pozbawione pluralizmu medialnego, dostępu do szerszego spojrzenia na świat oraz opinii, będzie bardziej podatne na zapędy autorytarne władzy. Autorytaryzm opiera swój światopogląd na ograniczeniu możliwości wyboru osobom, które nie chcą tych wyborów dokonywać, w przedstawianiu świata na zasadzie zerojedynkowej, na wskazaniu ludziom co jest dobrem a co złem, gdzie jest wróg, jakie są nasze cele, nasza społeczność. Demokratyczne państwo pozbawione niezależnych mediów, stoczy się wprost w otchłań autorytaryzmu czy - jak to nazywa Viktor Orbán - nieliberalnej demokracji.

    Przyczynami tej zmiany [poparcie dla nieliberalnej demokracji - dop. papaj) są lęki i zagrożenia związane ze wzrostem złożoności i zmienności ponowoczesnego świata, z różnorodnością, z kryzysem uchodźczym oraz brak nadziei na awans społeczny młodej generacji, ale przede wszystkim poczucie odrzucenia przez liberalne elity

    Pisze prof. dr hab. Krystyna Skarżyńska z SWPS

    Co ważne, ten autorytaryzm w Polsce zaczyna się coraz bardziej uzewnętrzniać. Wystarczy spojrzeć na uczestników wieców wyborczych prezydenta Andrzeja Dudy i na osoby, które przyszły jakoby w opozycji do tych wieców, manifestować swoje poglądy. Nietrudno znaleźć w internecie rozentuzjazmowanych wyborców Andrzeja Dudy, którymi kierują głównie emocje, wyzywających oponentów politycznych od złodziei, Żydów, Niemców, agentów rosyjskich itp., ale i też ciężko znaleźć takowych po stronie Rafała Trzaskowskiego.

    Słowo na koniec

    Co ważne, z założenia, walka z autorytaryzmem nie może wzmacniać się na utrwalaniu podziałów, tak jak z gorszym i lepszym sortem. Nie należy podkreślać czyjegoś pochodzenia (z małych miasteczek np.) czy wykształcenia czy poglądów społecznych. Autorytaryzm odpowiada właśnie na tego typu potrzeby. Tworzy ich potrzebę uzewnętrznienia, budzi je. Potrzeby akceptacji, że ktoś jest z małej miejscowości, potrzeby akceptacji tego, że ktoś wierzy w Boga i jest katolikiem czy w końcu potrzeby akceptacji dla własnej seksualności, jeżeli ktoś jest heteroseksualistą, ale widząc w telewizji parady równości, stawia sobie pytanie: kim jestem? I zmusza do odpowiedzi na to pytanie. A tego wyborca chcący autorytaryzmu (choć nie zdaje sobie z tego sprawy) nie chce zrobić. Nie chce sobie odpowiedzieć na to pytanie, skoro jego rodzice tego nie robili, to i po co on ma to robić?

    Mało tego: nie należy tego wyśmiewać. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości nie są niczym gorsi od wyborców Szymona Hołowni czy Rafała Trzaskowskiego. Są to ludzie, którzy boją się dokonywać wyborów. Chcą, żeby ktoś za nich decydował. Liberalizm, taki jaki znamy, nie odpowiada na te potrzeby. Daje nam wolny rynek i mówi: „hej, masz tu wolny rynek, kupuj, sprzedawaj do woli!”, ale nie mówi co masz kupować i co masz sprzedawać ani tym bardziej za jakie pieniądze. I w tym wolnym rynku ci ludzie potrzebują pomocy i tego, by ktoś im pomógł wybrać.

    Wyborcy liberalni, demokratyczni, nie zastanawiają się nad tym, ponieważ oni potrafią i chcą decydować o kształcie przestrzeni wokół nich, potrafią się w niej odnaleźć, nie jest im potrzebny autorytet do funkcjonowania (jak np. Bóg, polityk, pisarz, showman, celebryta). W całym tym szaleństwie zapominają, że w tej liberalnej demokracji, której tak zaciekle bronią, jest też absolutnie miejsce dla ludzi, którzy tej liberalnej demokracji nie chcą. I powinni, zamiast szydzić i wyzywać w internecie, wyciągnąć do nich dłoń i powiedzieć: hej, my tu mamy swoją liberalną demokrację i wolny rynek, chodźcie do nas, pomożemy Wam, damy wam kasę i powiemy co powinniście robić, żeby być szczęśliwymi, mamy tak duży kraj, że na pewno się pomieścimy wszyscy. Nie wiem jak to powinni zrobić, to zadanie dla polityków liberalnych, demokratów, socjalistów i libertarian.

    Ale jeżeli oni tego nie zrobią, to przyjdzie autorytarny przywódca i powie: hej, wiemy, że liberalne elity miały Was gdzieś. Damy Wam zaraz pieniądze, prezydent przyjedzie i powie, że nie potrzebujemy w Polsce uchodźców a na koniec nauczymy Wasze dzieci jak mają myśleć i na pewno nie myśleć o tym, że chłop przebiera się za babę i udaje żonę i matkę jakiegoś niewinnego dziecka bożego. Będziemy udawać, że o Was myślimy i kochamy, poczujecie się potrzebni!

    #postkomunistycznepanstwomafijne #konstytucja #anatomiapopulizmu #polityka #konfederacja #4konserwy #neuropa #holownia
    pokaż całość

    +: b....a, vvertoi +574 innych
    •  

      @papaj_21_37: Dziekuje Ci bardzo za swietna prace. Niestety dla wielu Polakow to co napisales nic nie znaczy wielkiego, co innego ze Czaskowski chce ich dzieci uczyc onanizmu. Niestety to nie jest przerysowanie, rozmowa z wyborcami Dudy zawsze schodzi na LGBT (nimi sa autentycznie przestraszeni! - efekt TVP/rezimowych gazet), a ludzi kierujacych sie logika juz chyba wiecej w Polsce nie ma niz obecnie glosujacych na opozycje, jakakolwiek by ona nie byla...
      Czyli bedzie jak na Wegrzech i nic tego nie zmieni, nawet samospalenia osob swiadomych ( ͡° ʖ̯ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      taktyk zeby nie zapomniec

    • więcej komentarzy (41)

  •  

    600. numer! Polska 2020 od lewicy do prawicy [DEBATA & NOWA KSIĄŻKA]

    Przed nami finisz maratonu wyborczego, którego wynik określi kształt sceny politycznej co najmniej na następne trzy lata. Polaryzacja społeczna wydaje się sięgać zenitu. Niemal codziennie możemy zobaczyć materiały, na których zwolennicy opozycji lub rządu reagują na siebie coraz ostrzej, nierzadko wzajemną agresją.

    W tej trwającej od lat walce politycznej nie ma jednak symetrii. Od kilku lat to Prawo i Sprawiedliwość sprawuje pełnię władzy politycznej. Na przekór kreuje obraz „oblężonej twierdzy”. Jednak dla uważnych obserwatorów nie jest tajemnicą, że obóz rządzący część z konfliktów celowo prowokuje, by utrzymać wygodny dla siebie podział „my–oni”. Wraz ze sprzyjającymi mediami władza nie waha się atakować mniejszości czy oskarżać polską opozycję o wysługiwanie się obcym interesom itd.

    Znalezisko

    Wszystko to znamy aż za dobrze.

    Warto jednak spojrzeć na wydarzenia w Polsce z dystansu, co pomoże nam lepiej zrozumieć, jak i dlaczego znaleźliśmy się w obecnym punkcie.

    „Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że dla Polski historia się skończyła. Nasz kraj wydawał się dowodem na spełnienie obietnicy sformułowanej przez Francisa Fukuyamę o najlepszym ustroju, jakim jest liberalna demokracja. Jak to możliwe, że w państwie, które jeszcze kilka lat temu prezentowano jako największy sukces transformacji demokratycznych w Europie Środkowo-Wschodniej, dziś toczy się walka między przybierającym coraz bardziej zdecydowane formy despotyczne nieliberalnym populizmem a pozbawioną energii i wyobraźni liberalną opozycją?” – tak we wstępie do „The End of the Liberal Mind”, pierwszej anglojęzycznej książki wydanej właśnie przez „Kulturę Liberalną”, pisze Karolina Wigura z naszej redakcji.

    Odpowiedź na to pytanie znajdą państwo na kartach publikacji i w naszym jubileuszowym 600. numerze.

    Udało nam się zaprosić twórców najlepszych książek o polskiej polityce po 2015 roku, którzy w esejach tłumaczą przyczyny zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości oraz mechanizmy „dobrej zmiany”.

    Wśród nich są Jarosław Kuisz („Koniec pokoleń podległości) Tomasz Sawczuk („Nowy liberalizm”), Stefan Sękowski („Żadna zmiana”), Maciej Gdula („Nowy autorytaryzm”), oraz Rafał Matyja („Wyjście awaryjne”). Przedmowę do książki napisał słynny politolog Iwan Krastew.

    Debatę Autorów oraz Przyjaciół Redakcji publikujemy w aktualnym numerze.

    To obowiązkowa lektura przed niedzielnymi wyborami, która pozwoli zrozumieć obecne procesy polityczne – także w szerszym kontekście wydarzeń na świecie.

    Wspólnie próbujemy zastanowić się nad pewnym typem wrażliwości liberalnej – bezpośrednio związanym z doświadczeniem komunizmu – który odchodzi w przeszłość. Czas na restart i próbę budowania agendy polskiego liberalizmu na lata 20. XXI wieku.

    Jak tłumaczy Karolina Wigura: „Wybór Polaków z 2015 roku został, podobnie jak wybór Brytyjczyków z 2016 roku, potwierdzony w kolejnych wyborach parlamentarnych. Usunięcie Trumpa z fotela prezydenckiego metodą impeachmentu nie zakopie polaryzacji rozdzierającej amerykańskie życie publiczne, podobnie jak usunięcie PiS-u z dnia na dzień nie uzdrowiłoby polskiej polityki, ponieważ PiS jest tylko końcowym stadium pewnego dłuższego procesu, efektem problemów, a nie przyczyną. W społeczeństwach, które wybierają nieliberalnych populistów, trzeba zwrócić uwagę na znacznie więcej niż tylko na wyborcze «pomyłki» współobywateli czy wpadki proceduralne”.

    W numerze znajdą Państwo również tekst Tomasza Sawczuka, który zastanawia się, jakie będą konsekwencje zwycięstwa lub porażki Andrzeja Dudy. Szef naszego działu politycznego podkreśla: „Jeśli wygra Trzaskowski, stanie naprzeciw silnego obozu władzy, który sprawuje bezpośrednią kontrolę nad przytłaczającą liczbą instytucji publicznych. W takim scenariuszu PiS z pewnością może faulować i próbować ograniczać kompetencje prezydenta”, pisze Sawczuk.

    Bez względu na wyborczy rezultat „Kultura Liberalna” będzie patrzeć władzy na ręce i przedstawiać Państwu skomplikowaną rzeczywistość. My, Polacy, lubimy bujać w obłokach, żyć marzeniami.

    Naszą misją jest natomiast przebijanie „baniek społecznościowych” i współtworzenie prawdziwie pluralistycznej debaty publicznej. Próbowanie przecierania nowych ścieżek w myśleniu o Polsce i świecie. Aby dalej realizować te cele oraz szukać nowych przestrzeni dialogu, potrzebujemy Państwa pomocy. „Kultura Liberalna” rozwija się dzięki zaangażowaniu swoich Czytelników!

    Z okazji jubileuszowego numeru uruchamiamy profil na platformie Patronite. I zachęcamy Państwa do wsparcia naszej działalności i najnowszego pomysłu na jej rozszerzanie – stworzenia kanału wideopodkastów.

    Zostanie naszym Patronem to nie tylko pomoc dla nas, ale również wiele nowych możliwości i profitów: członkostwo w liberalnej grupie facebookowej stworzonej specjalnie dla naszych Patronów, otrzymanie zestawu książek z Biblioteki Kultury Liberalnej i wcześniejszy dostęp do wideopodkastów wraz z możliwością ich recenzowania.

    Zapraszamy do lektury!

    Znalezisko
    Wstępniak
    Dlaczego wydaliśmy „The End of The Liberal Mind”
    Debata o książce „The End of The Liberal Mind”
    Liberalny umysł żyje dalej
    #bekazpisu #neuropa #anatomiapopulizmu #polityka #liberalizm #kulturaliberalna #libdem
    pokaż całość

    źródło: kulturaliberalna.pl

    •  

      Dlaczego wydaliśmy „The End of The Liberal Mind”
      fragmenty:

      Im większą karierę robią tego rodzaju wyjaśnienia, tym większy niepokój powinno to wzbudzać. Po pierwsze dlatego, że prosty podział społeczeństwa na dwie części jest wynikiem folgowania najprostszym mechanizmom, wedle których działają nasze mózgi w momencie kryzysu i zagrożenia. Podział rzeczywistości (świata społecznego, grupy społecznej itd.) na dwie silnie wyodrębnione części jest ewolucyjnie uzasadniony, kiedyś bowiem służył do szybkiego podejmowania decyzji w sytuacjach zagrożenia, nie ma jednak wiele wspólnego z dobrze naostrzonymi narzędziami analitycznymi [1]. Po drugie i ważniejsze, wzbudza wątpliwości to, że ten typ wyjaśnień, pozornie mający wynikać z autokrytycznego nastawienia liberałów, tak naprawdę wprowadza wygodną dystynkcję, pozwalającą im poczuć się lepiej od wyborców głosujących na nieliberalnych populistów. Bo czyż przynajmniej częściowo nie jest ona oparta na wygodnym założeniu, że istnieją w społeczeństwie ludzie mądrzejsi i głupsi, lepiej i gorzej wykształceni? Przy czym ci mądrzejsi i lepiej wykształceni jakoś dziwnie głosują na liberałów, a mniej mądrzy i gorzej obeznani ze światem – na nieliberalnych populistów. Za tą wygodną dystynkcją, pozwalającą pozostać w poczuciu komfortu poznawczego, tak jak w przypadku pierwszego opisu rzeczywistości, idzie równie wygodne i magiczne rozwiązanie problemu. Podczas gdy w tamtym przypadku wystarczyło usunąć nieliberalnych populistów, aby wszystko wróciło do stanu poprzedniego (czytaj: pożądanego), tutaj wystarczyło, aby liberałowie zorientowali się, że pół społeczeństwa pozostawili samemu sobie i łaskawie na nie spojrzeli. I tak cały problem z populizmem miał się rzekomo zakończyć. W rzeczywistości jednak rośnie on przy takim myśleniu jeszcze bardziej, ponieważ rytualne argumenty, aby usunąć neoliberalizm, często służą lewicy do tego, by rozprawić się z liberałami właśnie i wtedy nagle okazuje się, że lewica staje tam, gdzie populiści – po stronie antyliberalnej. I tak zamiast bronić liberalizmu, a wraz z nim poszanowania dla wolności godności jednostki, dla rządów prawa, ten sposób myślenia – często mimochodem – przyłącza się do rozkładania liberalizmu na czynniki pierwsze.

      (...)

      Część komentatorów pogrążyła się w bezproduktywnym alarmizmie, bez zastanowienia strasząc na każdym kroku, że w Polsce mamy do czynienia z powrotem najgorszych ustrojów znanych z XX wieku: faszyzmu i komunizmu. Tego rodzaju twierdzenia wynikały co prawda z uzasadnionych obaw przed rozbrojeniem trzydziestu lat liberalnej demokracji. Jednak nie spełniały one swojej roli jako broń retoryczna. Po pierwsze, powtarzane zbyt często, bardzo szybko przestały na kimkolwiek robić wrażenie. Po drugie, trudno było uwierzyć w tego rodzaju gęganie kapitolińskich gęsi społeczeństwu, w którym ledwie 40 lat wcześniej miał miejsce wojskowy zamach stanu, a czołgi stały na ulicach. Wreszcie, ostrzeżenia te nie były satysfakcjonujące z punktu widzenia intelektualnego, ponieważ choć nieliberalny populizm może mieć jakieś punkty styczne z ustrojami znanymi z przeszłości, to jednak nie da się go zrozumieć, wyłącznie przykładając takie kryteria. Jest on nowym rodzajem politycznego zjawiska, nawet jeśli opartym na uwarunkowaniach historycznych.

      (...)

      Po pierwsze, rządy PiS-u w Polsce nie są przypadkiem. Istniały głębokie procesy społeczne i polityczne, które do tego wyniku doprowadziły i które sprawiają, że PiS utrzymuje władzę oraz zasadniczą przewagę nad rywalami w sondażach opinii publicznej. Jakie to procesy – co do tego istnieje już spór i każdy z Autorów, których eseje można przeczytać w naszej książce, ma na ten temat odmienne zdanie.

      Po drugie, niektóre z przyczyn, które złożyły się na zwrot polityczny w Polsce, mają charakter lokalny i jako takie powinny być analizowane i opisywane w kategoriach jednego kraju lub regionu. Niektóre jednak przyczyny są lokalnym odbiciem czynników globalnych i należy je precyzyjnie opisać, ponieważ może to przynieść lepsze zrozumienie tego, z czego wynika międzynarodowa popularność nieliberalnego populizmu i jak można się z nim zmierzyć.

      Po trzecie, sytuacja, z którą się mierzymy, ma charakter strukturalny, a nie epizodyczny. Jest wynikiem niedostatków funkcjonowania całego systemu politycznego tudzież kryzysu modelu liberalnej demokracji, jaki znamy. Oznacza to, że nie wystarczy wygranie wyborów prezydenckich czy parlamentarnych, aby wyjść z tej sytuacji. Należy zbudować na nowo scenę polityczną oraz określić główne cele polityki, źródła legitymacji ugrupowań partyjnych i sposoby partycypacji obywateli, a nade wszystko – znaleźć sposób na niwelowanie szalejącej polaryzacji politycznej, tak aby zapobiec powtarzaniu się rozwiązania wenezuelskiego, gdzie opozycja po dwóch latach od chwilowej wygranej z Hugo Chávezem pogrążyła się we wzajemnych kłótniach do tego stopnia, że ostatecznie Chávez powrócił na długo do władzy.

      Publikacja „The End of The Liberal Mind” zbiegła się z wyborami prezydenckimi w Polsce. Stawka tych wyborów jest wyjątkowo wysoka – zależy od niej zarówno polityczna przyszłość kolejnych trzech lat, w związku z mocą prezydenta, aby wetować ustawy, jak i kierunek rozwoju Polski jako kraju. Głęboka polaryzacja wydaje się nieuniknioną częścią składową naszej sceny publicznej, a jednocześnie siłą niszczącą demokrację i państwo. Nakłada się na nią dodatkowo trwająca wciąż pandemia, która jest rodzajem katastrofy naturalnej i jako taka również może mieć wpływ na demokrację. Można postawić ją w jednym rzędzie obok innych katastrof, które znamy z niedawnej przeszłości – choćby wybuchu bomby atomowej, jak w Hiroszimie, dramatycznego wypadku ze skażeniem radioaktywnym, jak w Czarnobylu, a nawet masowych mordów, jakie znamy z XX wieku. Przy wszystkich różnicach należy zauważyć także podobieństwa. Pandemia koronawirusa, podobnie jak te dwudziestowieczne katastrofy, ma potencjał spychania losu demokracji na plan dalszy wobec widma nadchodzącego kataklizmu. Zwycięstwo nad groźbą śmierci tysięcy ludzi nie może odbyć się kosztem demokracji.
      pokaż całość

  •  

    STRZEŻ SIĘ PAŃSTWA JEDNOPARTYJNEGO

    Czas po 1945 roku dla dużej części świata był (i może jest – jeszcze) najlepszym okresem w historii. Czas bez wojen, czas gospodarczej prosperity. A także - last but not least - czas aktywnej, dojrzałej demokracji. Demokracji liberalnej.
    Niektórzy traktują to hasło – demokracja liberalna – nie wiedzieć czemu, jako niepochlebny epitet. Bo to rozpasanie wolnego rynku, bo to nadmiar wolności, prowadzący do nihilizmu i terroryzmu.

    Tymczasem określenie demokracji jako liberalna oznacza tylko i aż demokrację rozumianą jako wolność jednostki bez szkodzenia innym. Jako pluralizm polityczny umożliwiający zrzeszanie się w dowolne jawne organizacje i prawo do głoszenia dowolnych poglądów (nawet niemądrych), poza rasistowskimi i totalitarnymi. Co, po doświadczeniach nazizmu, faszyzmu i komunizmu zostało powszechnie zaakceptowane.

    Demokracja liberalna to nieskrępowane prawo wyboru, to prawo rządzenia przez wygrywającą w demokratycznych wyborach większość. Ale także obowiązek ochrony mniejszości i tych , co mniej mogą.
    Demokracja liberalna to prawo przekonywania innych do własnych poglądów z nadzieją, że wygramy wybory. Ale także to prawdopodobieństwo niedostatecznej skuteczności argumentacji i możliwość bycia w opozycji. To – uznając zwycięstwo innych – czekanie na swoją kolejną szansę w następnych wyborach.
    Tylko w demokracji liberalnej obywatele mają możliwość zapoznania się z wieloma różnymi poglądami, różnymi koncepcjami rozwoju gospodarczego, modelami funkcjonowania państwa, z różnymi opcjami realizacji społecznych aspiracji cywilizacyjnych i kulturowych. I mają nieskrępowaną możliwość dokonania własnego, wolnego wyboru.

    Pod warunkiem, że takla demokracja liberalna rzeczywiście funkcjonuje i równe szanse i pluralizm wspiera i utrzymuje.
    Tymczasem Historia dostarcza dziesiątki przykładów, kiedy obywatele idą do demokratycznych, pluralistycznych wyborów i jeszcze nie mają świadomości, że są to ich ostatnie demokratyczne pluralistyczne i wolne wybory.
    - Gdy w 1922 roku król Wiktor Emanuel III zaproponował Mussoliniemu tekę premiera, ten miał w parlamencie włoskim poparcie raptem 22 posłów. 4 lata zajęło faszystom dojście do dyktatury.
    - Gdy w 1932 roku wybory w Niemczech wygrywała NSDAP Adolfa Hitlera, otrzymała 37% głosów, a w parlamencie było jeszcze 7 innych partii. A pół roku wcześnie były bezpośrednie wybory prezydenckie, w których bezapelacyjnie wygrał, z 53% głosów, Paul von Hindenburg. W marcu 1933 r odbyły się wybory do parlamentu, ostatnie wielopartyjne wybory. Nie minął kolejny rok i jedna partia oraz jeden dyktator mieli już całą władzę w swoich rękach.
    - Czy obywatele Czechosłowacji wiedzieli, że wybory w maju 1946 r. będą de facto ostatnimi demokratycznymi wyborami na kolejne 45 lat?
    - W Polsce, w tamtym czasie nie było nawet takiej szansy, bo niby-demokratyczne wybory parlamentarne w 1947 roku został sfałszowane przez bezpiekę przy pomocy NKWD. A w wyborach prezydenckich (wybierali posłowie w sejmie) kandydat był tylko 1 - agent Moskwy, Bolesław Bierut.
    - Czy obywatele Rosji mieli w 1990 roku świadomość, że ówczesne wybory były demokratyczne, pluralistyczne i… ostatnie. Bo wszystkie następne, aż do dzisiejszych czasów mają scenariusz pisany ręką Władimira Putina. A demokracja w Rosji ma kształt doskonale pokazany w ich gorzkim dowcipie: „Demokracja? Każdy Rosjanin zna definicję demokracji. To jeden głos – jeden człowiek. I my nawet wiemy, jak się ten człowiek nazywa.”
    - Być może Węgrzy żyją dziś w kraju dobrobytu i szczęśliwości. Tego nie wiem. Wiem co innego. Że jedna partia i jej lider mają tam pod kontrolą wszystkie organy władzy, kontrolują finanse państwa, sądy i czwartą władzę, czyli media. A także wszystkie instytucje które w demokracji powinny władze monitorować i kontrolować. I na pewno nie ma tam liberalizmu, a prawdopodobnie brakuje także demokracji.

    Jeżeli wszystkie ośrodki władzy kontroluje jedna partia (i jej akolici), jeżeli nie ma instytucji skutecznie blokujących bezprawie, jeżeli ta sam partia kontroluje kluczowe media i przekaz informacji – demokracja, taka, jak została wypracowana w drugiej połowie XX wieku przestaje istnieć.
    Pozostaje demokracja plemienna lub oligarchiczna. Prawo głosu i udziału w łupach mają członkowie zwycięskiej partii. Prawa mniejszości i ich głos nie są respektowane. Pluralizm poglądów nie jest zaletą. A wszelka aktywność niezgodna z interesem rządzącej monopartii, staje się powodem do szykan i represji.

    Rzeczpospolita szlachecka XVI-XVII wieku, do której się tak często odwołujemy i za którą marzymy, bo były to najpiękniejsze lata pierwszej Rzeczpospolitej, to była demokracja. Demokracja szlachecka. Czyli demokracja dla ok. 10 % obywateli Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Czyli wyłącznie dla herbowej szlachty i katolickiego kleru. A 90% nie miało praw żadnych (No, przesadziłem: prawie żadnych).
    Powiecie, że to słaba analogia? Być może. Ale proponuję byśmy nie dali innym szansy, by mniejszość zdobyła władzę absolutną. I byśmy sobie nie dali szansy , by żyć w kraju baz demokracji liberalnej, w objęciach jednolitej, monopartyjnej władzy. Jeszcze żyją ludzie, którzy pamiętają takie czasy. Porozmawiajcie z nimi, jeśli macie wątpliwości.
    „Partie, które zmieniły w końcu kształt państw i wyeliminowały rywali, nie były wszechmocne od samego początku.”

    (Ostatnie zdanie oraz tytuł niniejszego tekstu zaczerpnąłem ze znakomitej książki prof. Timothy Snydera – „O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku”. Polecam. Naprawdę warto.)

    #dip #polityka #demokracja #wybory #4konserwy #neuropa #polska #wegry #anatomiap #anatomiapopulizmu #prawo #totalitaryzm
    pokaż całość

  •  

    [OPINIE] Kto i jak gra naszymi uczuciami w polityce - artykuł dr Karoliny Wigury z Kultury Liberalnej

    Jak zatem Polaków pogodzić? Jedna z odpowiedzi na to pytanie dotyczy potężnej siły zawartej w ludzkiej psychice, jaką są emocje. W społeczeństwach na całym świecie, w tym w Polsce, opisuje się dziś wiele źródeł frustracji, niepewności, poczucia utraty i gniewu, spowodowanych szybko zmieniającym się, trudnym do przewidzenia światem współczesnym. Populiści starają się, w rodzaju rządzących dziś w Polsce, grają na emocjach, wyzwalając te pozytywne (rodzinność, wspólnotowość, swojskość), ale nie cofając się przed negatywnymi (niechęć wobec obcego, strach przed mniejszościami, resentyment wobec sąsiadów itd.). Przeciwnicy populistów, w obawie przed spustoszeniem powodowanym działaniami przeciwników, uznają często, że lepiej w ogóle wyłączyć emocje. Oferują politykę opartą na spokoju i racjonalności. Kłopot w tym, że w dobie mediów społecznościowych bardzo trudno jest o skuteczność takiej strategii. Nasza codzienna komunikacja, choćby właśnie w mediach społecznościowych, jest przesycona emocjami. Nie da się ich ignorować. Dlatego należy przyjąć to jako punkt wyjścia, zanim przystąpi się budowania politycznej strategii.

    Mądra polityka polega na wyborze tych uczuć, które mogą przyczynić się do budowy nieco lepszej wspólnoty politycznej. Takiej wspólnoty, w której ludzie czują się dostrzegani przez innych, mogą liczyć na solidarność i zrozumienie dla swojej wyjątkowości lub dla swoich słabych stron. Rozwiązaniem może być stawianie na empatię. Jak działa empatia i jej brak, widać dobrze na przykładzie obecnej kampanii polityków związanych z PiS przeciwko LGBT.

    Ale uwaga: jeśli ktoś z nich dzięki temu wygra, to rzeczywistość powie mu twarde: sprawdzam. Jeśli komuś bowiem uda się odsunąć PiS od władzy, to największe wyzwanie będzie polegało na tym, aby nie dopuścić to tego, by wyborcy PiS poczuli się w Polsce tak jak dziś społeczność LGBT – niechciani i wykluczeni.

    Karolina Wigura już wcześniej pisała o emocjach w polityce: https://www.wykop.pl/wpis/48950795/the-pushback-against-populism-reclaiming-the-polit/
    #anatomiapopulizmu #kulturaliberalna #polityka #neuropa #libdem #liberalizm
    pokaż całość

  •  

    Dziś kolejny wpis z krótkiej przedwyborczej serii mającej zobrazować na konkretnych przykładach, że reelekcja Dudy wcale niekoniecznie musi być czymś, co sobie po prostu przeczekamy i następnie zmienimy władzę na coś lepszego, co będzie nam odpowiadać.
    Część pierwsza, zachęcam do zapoznania się chociażby ze wstępem (tutaj już nie będę się na ten temat rozpisywał, skoro zrobiłem to tam).

    O tym jak łatwo można się przeliczyć na podejściu "nie ma mojego kandydata, więc nie ma sensu głosować, bo na mniejsze zło na pewno nie zagłosuję", jak zwykle przekonamy się na przykładzie węgierskim.

    Przed lekturą, informacyjnie: węgierski parlament jest wybierany w wyborach mieszanych, każdy wyborca oddaje dwa głosy, jeden na listę ogólnokrajową, drugi w jednomandatowym okręgu wyborczym. JOWów jest 106, listom partyjnym przypada 93 miejsca. Miejsca z list partyjnych są przeliczane metodą D'Hondta, a od niedawna wybory w JOWach są rozstrzygane w jednej turze, zamiast w dwóch.

    Niebezpieczeństwo w pozornie niewielkich i kosmetycznych zmianach dotyczących ordynacji wyborczej.

    Skoro w tych wyborach nie mam kandydata, który odpowiadałby mi swoimi poglądami, to nie ma dla mnie znaczenia, kto wygra. Nikt z nich nie będzie mi odpowiadał światopoglądowo i programowo, więc zostanę w domu i zagłosuję dopiero w następnych wyborach, gdzie najprawdopodobniej, taką osobę już znajdę. Zagłosujesz na pewno, tylko pytanie, jakie znaczenie będzie miał ten głos.

    Raczej nikogo nie dziwi, że od czasu do czasu pojawiają się głosy, że ordynacja nie jest optymalna, że potrzebujemy zmian - czy to w okręgach wyborczych, czy to w sposobie przeliczania mandatów, czy to np. wprowadzając ordynację mieszaną. Część z nas zapewne się z takimi głosami zgodzi - fanów niemieckiej ordynacji mieszanej jest garstka, aczkolwiek już większa grupa widzi zagrożenie w metodzie D’Hondta, która jest matką samodzielnych rządów PiSu od 2015 roku. Część z nas nawet by poparła kwestię lekkiej korekty obwodów, aby uwzględnić wyludnianie pewnych obszarów oraz przyrosty ludności w innych częściach kraju i z tego powodu poprawić nasz system, aby był bardziej sprawiedliwy i proporcjonalny. Problem jest jeden - w przypadku takich zmian trzeba dokładnie wiedzieć, co się de facto zmieni i jakie będzie miało to konsekwencje. Przyjęcie przez opinię publiczną bez większego zainteresowania takich zmian to widmo istnej katastrofy. Skuteczność precedensu oczywiście zaprezentował nam Fidesz.
    1. Wiedząc, że opozycja pomiędzy sobą jest podzielona, a ich możliwości szerokiej współpracy są bardzo niskie, solidnym ciosem była likwidacja dwóch tur w okręgach jednomandatowych. Rozbicie głosów opozycyjnych na różne opcje grzebie szanse na wiele mandatów, które dałoby się Fideszowi wyrwać w drugiej turze - dla zobrazowania, podobny rezultat miałoby nieodbycie się drugiej tury wyborów prezydenckich bieżącego roku w Polsce. Dla opozycji byłaby to krótka piłka - albo oddajemy Dudzie urząd za darmo, ale chowamy dumę do kieszeni i zostawiamy jednego kandydata. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że na ten moment, Duda pierwszą turę wygra, ale w drugiej, gdy opozycyjne siły się zjednoczą, Duda może ponieść porażkę.
    2. Zmiany w finansowaniu kampanii wyborczych. Złagodzenie warunków wysuwania kandydatów w JOWach miało na celu prostą rzecz - skoro już teraz opozycja jest podzielona i musi zawierać koalicje, to czemu by nie wrzucić do gry jeszcze jakiegoś miejskiego krzykacza, który opozycji trochę głosów zabierze i koniec końców dzięki temu wprowadzi posła Fideszu do parlamentu? System zrobił się bardzo hojny dla małych graczy, którzy wystawiali swoich kandydatów w małej liczbie okręgów w skali ogólnokrajowej. Efekty? Podczas jednej z kampanii, budżet wydał z publicznych pieniędzy ~4 miliardy forintów na finansowanie partii - udokumentowane wydatki to jakieś 10% tej sumy. Nikt nie wie, co się stało z około 3,5 miliarda forintów wypłaconych partiom na kampanię.
    3. Manipulacja okręgami wyborczymi i stałe ich zmienianie bądź likwidowanie było największym pomocnikiem Fideszu oraz ogromnym skokiem na uczciwość wyborów. Z 176 okręgów zostało 106, a dzięki starannie śledzonej geografii wyborczej, zmiany granic okręgów dokonywały się w taki sposób, aby dać jak największy bonus Fideszowi. Efekt zmian? Fidesz, który stracił władzę w 2002 roku i odzyskał ją dopiero w 2010 roku, po ogromnym kryzysie politycznym na Węgrzech, w ordynacji w obecnym kształcie, nie przegrałby żadnych wyborów po 1998 roku. A przecież w 2002 roku i 2006 znajdował się w opozycji.
    4. Fidesz dał możliwość głosowania Węgrom żyjącym w krajach ościennych na bardzo ugodowych warunkach. Gdy na Zachodzie Węgier często musi pokonać setki kilometrów i wydać kilkaset euro, aby oddać głos, w ościennych krajach głosowanie przechodzi bardzo sprawnie i bez żadnych problemów, bo może odbywać się listownie. I o ile już samo to jest dosyć niepokojące (bo wiadomo, z jakiego powodu jest taka różnica, oczywiście chodzi o fakt, że na Zachodzie Węgier przeważnie wybiera opozycję, w Rumunii wybierze Fidesz), to problem jest innego rodzaju. W trosce o bezpieczeństwo ościennych Węgrów, rząd nie publikuje listy tamtejszych wyborców ani nie publikuje liczby wyborców w podziale na kraje zamieszkania. W efekcie nie można zweryfikować prawdziwości setek tysięcy głosów. Wyniki głosowania podaje Narodowa Komisja Wyborcza, którą oczywiście kontroluje Fidesz. W przypadku sytuacji podobnej do naszej, gdzie wygrana kandydata opozycyjnego byłaby w zasięgu, ale przewagą kilkuset tysięcy, czy nawet kilkudziesięciu tysięcy głosów, wybory można by było bez problemu sfałszować, a nikt by nawet nie był świadomy, czy władza coś przy tym majstrowała, czy nie. I de facto mielibyśmy prezydenta wybranego przez władzę, a nie społeczeństwo.
    Jest to szczególnie ciekawy punkt z perspektywy wyborów korespondencyjnych, które nam groziły w maju oraz niewykluczeniu, że obszary, w których liczba zarażeń będzie zbyt duża, wyborów w lokalach może nie być, a zdecyduje o tym Szumowski.

    Jaki mają takie zmiany efekt w liczbach? W 2014 roku w wyborach do parlamentu, Fidesz zdobył 44% głosów, a Jobbik 20%. Fidesz zdobył 133 mandaty, a Jobbik 23.

    Jak sprawnie dokręcić śrubę w obszarach, które nie dotkną rządu, a wybiją opozycji broń z ręki.

    Ze względu na różne dziury w niektórych działaniach mających trzymać opozycję pod butem (np. możliwość zjednoczenia opozycji w JOWach, vide polski sukces z paktem senackim i odbiciem Senatu), czasem trzeba sobie pomóc innymi technikami, w taki sposób, aby zmiany w prawie były niepozorne, ale jednocześnie zabójcze dla opozycji.
    Pod koniec poprzedniego roku Fidesz zrobił trzy poważne kroki, które wiążą opozycji ręce, jednocześnie będąc w stanie uniknąć szumu medialnego - bo dla wielu mieszkańców kraju, którzy są polityką niezainteresowani, zmiany nie są nawet zrozumiałe. Co takiego zrobił Fidesz?
    1. Kluby parlamentarne muszą zachować nazwę 1:1 z tą, której używali podczas kampanii wyborczej. Oznacza to, że nie jest możliwe stworzenie szerszej koalicji, która w faworyzującym duże ugrupowania systemie D'Hondta wystartuje razem, by potem stworzyć np. dwa oddzielne kluby parlamentarne.
    2. Klub nie może się podzielić w trakcie kadencji, a nawet nie może zmienić nazwy - jak raz się zabetonujesz, to siedzisz w takim składzie aż do samego końca.
    3. Niezależni posłowie nie mogą dołączyć do klubów istniejących.

    Co to oznacza? W największym skrócie, uderzenie we wszystkie sztuczki, których mogłaby próbować antyfideszowska opozycja, jednocześnie nie zmieniając niczego w kwestii, które dotyczą Fidesz. Całość zmian można podsumować krótkim "dziel i rządź".
    Jeśli opozycja spróbuje utworzyć jedną listę krajową, gdzie według sił i szans na mandat porozkłada się swoich kandydatów, to w takim stanie będzie musiała siedzieć do końca kadencji. Przekładając to na warunki polskie - Lewica musiałaby trzymać się w jednym klubie z Konfederacją, bo jedyną alternatywą byłoby pozostawienie niezrzeszonych posłów lewicowych - którzy koniec końców nic by nie byli w stanie zdziałać, bo nie mieliby uprawnień klubu parlamentarnego i uprawnienia np. czasu wypowiedzi byłyby bardzo ograniczone.
    Jeśli opozycjoniści będą próbować startować jako niezrzeszeni, nie osiągną niczego, bo po wyborach nie są w stanie stworzyć klubów - muszą pozostać niezrzeszeni. Znów, sytuacja jak powyżej.
    Jeśli opozycjoniści się zbiją w bloki i nie wystawią w niektórych okręgach posłów (żeby startował tylko ten, który ma największe szanse), to i tak nie ma gwarancji wygranej (bo liberał będzie musiał głosować w niektórych przypadkach na socjalistę czy narodowca, więc będą problemy z mobilizacją), a poza tym, D'Hondt to wszystko zaora, bo Fidesz jako jednolite ugrupowanie będzie srogo promowany.

    Wygrane wybory nie dają władzy.

    Powyższe akapity i przykłady dosadnie podają problemy węgierskiej opozycji w próbach przejęcia władzy w kraju. Nawet w przypadku ogromnej koalicji od prawa do lewa, ciężko jest wygrać z Fideszem. Co by się jednak stało, gdyby Fidesz jakimś cudem wybory przegrał? Najprawdopodobniej w bardzo szybkim czasie wróciłby na swoje miejsce. Stałoby się tak dzięki rozmontowaniu bezpieczników ustrojowych i zapewnieniu sobie władzy nawet bez większości parlamentarnej.
    Przykłady:

    -Rada Budżetowa otrzymała prawo zawetowania uchwalonego przez parlament budżetu, a prezydent ma prawo rozwiązać parlament bezzwłocznie po uchwaleniu deficytu budżetowego. Oczywiście ma tylko takie prawo, a całkowitym przypadkiem rada otrzymała je po tym, jak Fidesz przejął nad nią kontrolę.
    -Zlikwidowano Sąd Najwyższy, jego przewodniczącego usunięto ze stanowiska, a w jego miejsce powołano Krajowy Urząd Sądownictwa, którego przewodnicząca jest żoną jednego z założycieli Fideszu. Prokuratura oczywiście jest w rękach Fideszu.
    -Z listy praw podstawowych wykreślono podmiotowość samorządów, a tym samym własność samorządową - w ten sposób praktycznie zabito samorządność lokalną i uzależniono samorządy od władzy centralnej.

    Konkluzja

    Zatrzymanie dominacji politycznej PiSu powinno być priorytetem każdej osoby o opozycyjnych sympatiach - niezależnie od tego, czy popiera się kandydata, który znajdzie się w drugiej turze, czy popiera się kandydata, który przygodę z wyborami zakończy na turze pierwszej. Jedno jest pewne - głos na mniejsze zło to dobrze wykorzystany głos. Wszystko to, co zostało opisane na górze, to realia węgierskiego systemu, do którego zmierza nasza władza. Zatrzymajmy ją, a ty idź na głosowanie, a jeśli masz możliwość zmobilizować np. niezbyt chętnie podchodzących do wyborów rodziców, to też postaraj się to zrobić. Może to być nie tylko najlepsza okazja na wybicie PiS z rytmu, ale też być może ostatnia okazja na to.

    W następnym wpisie (mam nadzieję, że go znajdę czas i chęci, by go napisać) pojawi się kwestia czarnej listy tematów, z którymi trzeba się obchodzić specjalnie - bo potrzeba specjalnej zgody na publikację artykułu, być może coś o Sorosie i o samorządach oraz o zmianie zasad przeprowadzania przetargów. Później może jeszcze krótszy wpis o tym, jak Fidesz traktuje partie opozycyjne i jak skutecznie potrafi je poturbować. Zainteresowanych zapraszam do śledzenia wpisów.

    #anatomiapopulizmu #postkomunistycznepanstwomafijne #neuropa #polityka #wybory
    pokaż całość

    źródło: n-3-8.dcs.redcdn.pl

  •  

    Dziś trochę o wyborach i o tym, jak ważne są one dla nas - oraz dlaczego śmiało można założyć, że w ważniejszych wyborach nie mieliście okazji głosować, a i całkiem możliwe, że nie przyjdzie wam głosować w ważniejszych przez najbliższe lata.

    W ostatnich latach (konkretnie: po 2015 roku) PiS implementował swoją wersję państwa. Rozdawnictwo, rozszerzanie programów socjalnych nie ze względu na prospołeczne przekonania - bo wtedy nie byłoby 500+, a wysokość świadczenia byłaby uzależniona od czynników ekonomicznych i wyliczeń matematycznych, a nie od sloganu, który szybko wpada w pamięć. Troski o emerytów nie wyraża się również wydaniem kilkunastu miliardów złotych na dodatek do emerytury akurat kilka tygodni przed wyborami. Dwuletnie reformowanie sądów i prokuratury nie skutkuje większą wydajnością tych organów, nie skutkuje też poczuciem bardziej sprawiedliwego wymiaru prawnego państwa. Procesy decyzyjne są tak samo nieporadne jak były przed 2015 rokiem, a i można byłoby stwierdzić, że zaszedł proces wręcz odwrotny do reklamowanego. Obszary, które były dotknięte reformami PiSu, stały się bardziej dysfunkcyjne, niż były na początku ich kadencji.

    Nie jest to odosobniony przypadek, w którym partia po objęciu niemalże pełni władzy w wyborach zaczyna dokonywać takich manewrów. Przychodzi z hasłami naprawy państwa, przywrócenia go w miejscach, gdzie zostało ono zabrane, bądź samo się usunęło (i to również w tych przypadkach, gdzie proces wycofywania się państwa jest po prostu tożsamy z demokratyzacją i dekomunizacją życia społecznego), a koniec końców pod przykrywą polityki silnego państwa następuje zgrabna zmiana planów - państwa się nie naprawia, tylko go zastępuje. Partią.

    Proces jest o tyle bolesny, że po ewentualnej zmianie władzy, zanim ktoś będzie w stanie zabrać się za faktyczne naprawianie kraju i jego obszarów, musi zmierzyć się z tą partią. W ekstremalnej sytuacji - może się okazać, że po wygranych wyborach de facto nie ma władzy, bo proces upartyjniania publicznych instytucji zaszedł zdecydowanie za daleko. Demokracja staje się fasadą, a w to miejsce implementowany jest system, który zamienia państwo we władzę jednej partii.

    Zatrzymanie tego procesu nie jest czymś niemożliwym, aczkolwiek trzeba działać zdecydowanie i jak najszybciej jest to możliwe. Dokonać restrukturyzacji politycznej w obszarach, w których z populistami się przegrało, dokonać rachunku sumienia i opracować strategię na walkę. Aczkolwiek to zadanie raczej dla osób aktywnie zaangażowanych w politykę - domyślnie, liderów partii opozycyjnych - ale ich wysiłki zdadzą się na nic, jeśli obywatele nie dołożą swojej cegiełki. Z tego powodu, nadchodzące wybory są tymi najważniejszymi, przy których trzeba dać z siebie wszystko, aby zagłosować w obu turach. Zwycięstwo kandydata opozycyjnego daje nam niemalże idealną konfigurację - PiS musi zacząć po sobie sprzątać, nie ryzykujemy stworzeniem mitu Gierka, jakoby za rządów PiSu były złote lata polskiego państwa i dobrobytu. Jednocześnie mając Senat oraz prezydenta istnieje wystarczająco dużo systemowych nacisków, aby PiS musiał wyciągnąć rękę do opozycji i w jakikolwiek sposób zaczął się z nią układać i rozmawiać. A to wyjdzie nam wszystkim na dobre, niezależnie od politycznych sympatii.

    Droga, którą zmierza PiS, nie jest drogą nową, nieznaną. To bardzo dobrze znane współczesnym niedemokratycznym siłom działania, których wizualizację w czasie rzeczywistym mamy na Węgrzech. I to Węgry będą bohaterem tego wpisu.
    Na trzech prostych, konkretnych przykładach, chciałbym pokazać, czym się kończy nieograniczona władza osób, dla których wartości liberalne i demokratyczne są frazesami.

    Partyjna władza vs prywatny biznes.

    Przewijały wielokrotnie mi się przed oczami opinie, czy to na wykopie, twitterze, czy gdzieś w innych mediach, że w sumie taki lekki autorytaryzm nie jest niczym złym, jeśli mamy dochowane standardy rynkowe w gospodarce i pilnuje się wolności gospodarczej. Nic bardziej mylnego. Niekontrolowana władza wyciągnie w końcu ręce po prywatną własność, jeśli tylko będzie jej potrzebna do walki politycznej.

    Jest jeden z niczym niewyróżniających się dni po przejęciu władzy przez Fidesz. Firma ESMA zajmująca się reklamą spokojnie sobie egzystuje w ramach wolnego rynku, trudząc się biznesem polegającym na umieszczaniu reklam na latarniach przy ulicach w Budapeszcie. Orbanowi był na gwałt potrzebny własny ośrodek reklamowy, dzięki któremu byłby w stanie prowadzić wojnę propagandową. ESMA byłaby idealnym nabytkiem.
    Fidesz zagrał swoją kartą "propozycji nie do odrzucenia", oferując zapłatę za firmę - dosyć hojnie, bo nie chodziło nawet o odsprzedanie, a zmienienie profilu swojej działalności na stricte polityczną. Po braku zgody właściciela (który miał przy okazji rozbieżne z Fideszem poglądy), władza przeszła do działania bez zwłoki. Nałogowe kontrole skarbowe i męczenie urzędnikami miało skłonić firmę do kapitulacji i odsprzedania.
    Właściciel pozostawał nieugięty i pomimo nasilających się ataków na firmę, ESMA nie chciała zmienić swojego właściciela ani obszaru działalności. Władza stwierdziła, że zgodnie ze starymi dobrymi metodami, skoro ktoś chciał na władzę rękę podnieść, to tę rękę trzeba mu odrąbać. W parlamencie został złożony (i oczywiście błyskawicznie przegłosowany) projekt, który ze względu na bezpieczeństwo ruchu drogowego zabraniał umieszczania wszelkich ogłoszeń na latarniach w odległości 5 metrów od jezdni. Działalność ESMA stała się z dnia na dzień po prostu nielegalna, a wartość firmy spadła do zera.
    Działanie było przeprowadzone tak błyskawicznie, że Fidesz zapomniał, iż sympatyzująca z rządem firma MAHIR również dostała po głowie. Dzięki bohaterskiej inicjatywie poselskiej bardzo szybko złożono poprawkę, która ten problem rozwiązała sprawną nowelizacją. Po paru latach walki i próby odbudowy, firma została przejęta przez osobę z otoczenia Orbana - i ESMA była gotowa do bycia trzonem walki propagandowej z niewygodnym oligarchą Simicską.
    Ale jak ESMA miała być gotowa do walki propagandowej, skoro jej działalność była nielegalna od dłuższego czasu? Ano tak, że całkowitym przypadkiem po przejęciu firmy przepisy uniemożliwiające ESMA działanie zostały wycofane. W ustawie budżetowej. Nie przypomina wam to czegoś? Tak, chodzi mi o zmiany ordynacji wyborczej pomiędzy akapitami tarczy antykryzysowej, mającej nieść pomoc przedsiębiorcom podczas kryzysu.

    Skuteczność strajków - jak pokazać pazury raz, a dobrze.

    Skoro władza zaczyna nadużywać swoich uprawnień, a jej działania zaczynają przeszkadzać życiu normalnych, szarych ludzi, jednocześnie wyciągając ręce po uprawnienia, których mieć nie powinna, zawsze można wyjść na ulicę. Nie można, a bynajmniej nie w zgranej i licznej grupie, bo twoi sojusznicy w walce z władzą będą wystarczająco się bać na tej ulicy się pojawić.

    Niezależne szkolnictwo jest przeważnie ostoją racjonalności i ochrony przed zamordystycznymi wycieczkami władzy. W dodatku - szkolnictwo jako instytucja, z którą styczność każdy obywatel czuje na własnej skórze, a potem często na skórze swoich dzieci - potrafi zmobilizować do strajku duże grupy ludzi i uzyskać szerokie poparcie w społeczeństwie. Vide chociażby polskie protesty nauczycieli, którzy odważnie postawili się w centrum uwagi nie zważając na nadchodzące matury i zyskali duże poparcie społeczne.
    Aczkolwiek takie rzeczy na rękę władzy nie były i nigdy nie będą, bo to zawsze ingerencja, po pierwsze w politykę państwa, po drugie w jego interesy, a do tego uderza w autorytet władzy. Na takie rzeczy zgody nie ma i Orban postanowił się z tym rozliczyć.
    Od 2013 roku na Węgrzech szkoły nie są podległe samorządom, tylko centrali. Wszystko jest zarządzane z Budapesztu - czyli de facto na widzimisię Fideszu. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej i niezbyt groźnie wyglądające opakowanie problemu.
    Pracodawcą każdego nauczyciela na Węgrzech nie jest dyrektor placówki, w której on pracuje. Jest nim państwowy monopol. Minister osobiście mianuje dyrektorów kilku tysięcy szkół, a w szkole nie dyrektor, a powiatowi urzędnicy decydują o zatrudnianiu nauczycieli. Szkołom odebrano uprawnienia pracodawcy i zarządzającego majątkiem, ograniczono swobodę kształcenia programu zajęć, zlikwidowano autonomię kadry nauczycielskiej, prywatne wydawnictwa książek zostały albo znacjonalizowane, albo zwalczone, dzięki czemu państwo ma monopol na podręczniki. Nauczyciele nie mogą się wypowiadać w mediach bez urzędniczego zezwolenia. Zwolnienie nauczyciela jest jednoznaczne więc z pozbawieniem go realnej możliwości wykonywania zawodu, a nie koniecznością szukania nowego pracodawcy.
    Jaką motywację musiałaby znaleźć w sobie nauczycielka na prowincji, żeby stawić się na antyrządowym proteście w takich warunkach? I nawet jeśli znajdzie w sobie tę motywację, to jak silna musiałaby być wola, żeby przełamać strach przed okrutnym systemem nie tylko zaimplementowanym, ale wręcz zabetonowanym?

    - Byliśmy pod wrażeniem tego, że większość nauczycieli w Polsce nie zgodziła się przyjąć oferty rządu. Niestety na Węgrzech taki poziom współpracy i oporu jest nie do pomyślenia - mówi Szucs. Wspomina, że kiedy 3 tygodnie wcześniej jego związek wszczął strajk, został całkowicie zignorowany przez resztę środowiska.

    Wyjątkiem był jedynie protest z 2016 roku, który odniósł umiarkowany sukces, ale tylko i wyłącznie dlatego, że miał wsparcie Komisji Europejskiej - chodziło o wycofanie tzw. przyjaznej segregacji, wedle której romskie dzieci miałyby być izolowane od węgierskich. Ale nawet wtedy ustępstwa w innych obszarach były symboliczne.

    Chiński system oceny obywateli w skromnej, ale europejskiej wersji.

    Jest rok 2004. Fidesz został niedawno odsunięty od władzy, ale nie ma zamiaru składać broni. Szykuje się referendum na temat podwójnego obywatelstwa i praw wyborczych dla Węgrów żyjących w krajach ościennych. Referendum oczywiście zostało poprzedzone huczną akcją zbierania podpisów, podobnie jak referendum socjalne z 2008 roku. Co oba referenda, a raczej zbieranie podpisów na nie, miały ze sobą wspólnego?
    W obu z tych hucznych akcji zbierania podpisów, złożone podpisy nie szły w eter, a były starannie kolekcjonowane i przechowywane. Fidesz stworzył tzw. listy Kubatova, w których ma ustrukturyzowane dane na temat obywateli węgierskich. Ale nie tylko suche dane osobowe - listy zawierają również jasno określony stosunek do działań Fideszu oraz ogólnie rządu, bo w następnych latach listy były rozszerzane o wszystkich obywateli, a nie tylko zwolenników Fideszu. Po odzyskaniu władzy listy zostały użyte do "narodowych konsultacji", czyli po prostu zatroskana władza zadawała konkretne pytania obywatelom, którzy - całkowicie nieświadomie - na własne życzenie aktualizowali dane o sobie w bazach. Z owych baz można sobie wybierać spośród milionów nazwisk, filtrując po sympatiach politycznych, aktywności politycznej, czy podziale regionalnym. Listy służą przeważnie do mobilizowania zwolenników, budowania bazy potencjalnych zwolenników, ale również - do starannej rejestracji przeciwników. Ostatnimi czasy, w świetle kryzysu związanego z koronawirusem pojawiły się również miejscowe i pojedyncze aresztowania, których źródło istnieje w krytycznych wypowiedziach wobec rządu na portalach społecznościowych. Brzmi nieciekawie, ale to żadna przepowiednia, a niemiła rzeczywistość.

    Konkluzja

    Władza niekontrolowana zawsze się zdegeneruje, prędzej czy później. Szczególnie taka, która już na samym początku nie ukrywa swoich sympatii do autorytarnych i wręcz zamordystycznych metod rządzenia krajem, a od samego początku widać, że jej plany na naprawę państwa to tylko zgrabnie opakowane dziecko działu marketingowego.
    Za niecałe dwa tygodnie staniesz przed wyborem - czy zezwolisz władzy na kontynuację drogi do powyżej wymienionych sytuacji, które przy pierwszym zderzeniu się z nimi wydają się tak bardzo absurdalne? Wybór jest w twoich rękach.
    Kieruj się pragmatyzmem, widząc, że zawsze jest lepsze wyjście z danej sytuacji. Nawet jeśli obaj kandydaci w drugiej turze ci nie odpowiadają poglądami, zagłosuj w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko radykalizacji w obozie władzy, do czego potrzebna jest reelekcja Dudy. Zaciśnij zęby i pójdź na drugą turę.
    Ale nie odpuszczaj też pierwszej. Pierwsza tura to najlepszy sondaż przed drugą turą, który pozwoli wyborcom prorządowym i opozycyjnym się policzyć - wyniki pierwszej tury będą miały ogromny wpływ na wynik drugiej. Skorzystaj z praw obywatelskich i dorzuć swoją cegiełkę do obrony systemu demokratycznego. To nie tylko najlepsza w ostatnim czasie, ale być może po prostu ostatnia szansa na to.

    #anatomiapopulizmu #postkomunistycznepanstwomafijne #neuropa #polityka #wybory
    pokaż całość

    źródło: bi.im-g.pl

    •  

      ​​​​​

      . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

      źródło: Screenshot_2020-06-09-20-44-47-085_io.github.feelfreelinux.wykopmobilny.jpg

    •  

      @Topkapi @loginnawykoppl @eoneon @penknientyjerz: Czytam - choć z przerwami bo to jednak dość ciężka lektura, gdy mieszka się w Polsce - "Anatomię Państwa Mafijnego" Magyara. I choć jestem tak w połowie książki, to przede wszystkim łapię się za głowę, jak to się mogło stać, że Orban dał radę tak omotać całe społeczeństwo. A potem patrzę na to, co dzieję się w naszym społeczeństwie. Na sondaże, które pomimo tego co się dzieje, dają Dudzie wciąż te ok. 40% w pierwszej turze i ok. 50% w drugiej i dochodzę do wniosku, że to chyba jednak nie tak trudne. To naprawdę będą chyba najważniejsze wybory w historii tego kraju. Ważniejsze niż te, które odbyły się 5 dni przed moimi urodzinami w 1989 roku i których nie pamiętam bo nie mam prawa.

      Od kiedy pamiętam, żyję w wolnej Polsce. Ze wszystkimi jej ułomnościami, z biedą lat 90., z patologiami, korupcją i gangami przełomu wieków. Miłość do tego kraju, to bardzo trudna miłość, ale robię wszystko żeby, nawet drobnymi rzeczami wykonywanymi na rzecz najmniejszych, lokalnych społeczności poprawiać życie mieszkających w nim ludzi. Chciałbym bardzo, żebyśmy ciężką pracą kontynuowali dołączanie - mentalne i finansowe - do zachodu Europy, żeby rzeczywiście nasz kraj rozwijał się, a poziom życia się podnosił. Jednocześnie mam świadomość, że prawdopodobnie nie nastąpi to za mojego życia, a może za życia moich wnuków.

      I tak naprawdę w przeddzień tych wyborów chyba pierwszy raz w życiu boję się, że ten naprawdę tytaniczny wysiłek całego kraju w ciągu ostatnich lat, który widzę choćby po moich rodzicach, którzy naprawdę wypruwali sobie żyły, żebyśmy z bratem mieli jak najlepszy start, choć sami byli tylko prostymi robotnikami (co absolutnie nie ma pejoratywnego znaczenia w tym momencie), że cała ta praca nad poprawą poziomu życia i dołączeniem do grona państw, gdzie ludzie żyją dostatnio i szczęśliwie może zostać zaprzepaszczona i wydana na pastwę typowych politycznych bmw, którzy chcą wygodnie umościć się "na państwowym" i stworzyć z kraju dojną krowę dla swojego towarzystwa. I przerażeniem napawa mnie myśl, że po tych wyborach Prezydent może się nie zmienić...
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Wywiad Sroczyńskiego z Radosławem Sikorskim
    ZNALEZISKO
    Sam RiGCz.
    I ZNALEZISKO - RPO wzywa do powstrzymania mowy nienawiści wobec osób LGBT

    #4konserwy #polityka #neuropa #bekazpisu #anatomiapopulizmu #sikorski #lgbt
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    Z różnych powodów nie będę mógł się zbyt intensywnie udzielać w nadchodzącym szczycie kampanii (ale mam nadzieję, że przez ostatnie 2 lata zrobiłem już swoje), więc napiszę już dziś.

    Wybory 28 czerwca i (zapewne) 12 lipca to - nie mam co do tego większych wątpliwości - najważniejsze wybory po 1989. Jeśli nie chcecie tu #postkomunistycznepanstwomafijne, to właśnie teraz jest ten moment, który wymaga największej możliwej mobilizacji.

    Ale jak to, dlaczego tak uważam? Czemu wybory np. w 2019 czy 2015 były mniej ważne?

    Bo te w 2015 odbywały się w niezwykle pechowych okolicznościach (wzbierająca globalnie fala populizmu, kryzys migracyjny, zmęczenie modernizacją i liberalnym konsensusem, itd.) i niewiele dało się z tym zrobić, a te w 2019 przez skalę uruchomionych transferów socjalnych de facto nie były do wygrania przez opozycję (choć były ultra ważne pod tym względem, że gdyby PiS mógł odrzucać weto prezydenckie, to teraz gra byłaby w pewnym sensie o pietruszkę, a było to w zasięgu; podobnie Gowin ze względu na mały margines większości uzyskał siłę blokującą; strata Senatu zaburzyła też dynamikę obozu władzy). Warto pamiętać, że na pograniczu nieliberalnej demokracji i autorytaryzmu wyborczego wybory nie służą już prawdziwej weryfikacji władzy, a tylko jej legitymizacji. Władza - zarazem konkurent i sędzia - pilnuje, żeby być pewniakiem. Jeśli trzeba, to dorzuci 80 mld z budżetu na jakąś "piątkę Kaczyńskiego", jeśli trzeba, to zorganizuje wybory nie przy pomocy PKW, a przy udziale wicepremiera i do niedawna wiceministra obrony, do pałowania stąd już krok. Wszystko zależnie od potrzeb, zgodnie z zasadą najmniejszych środków, które wystarczą, by wygrać, ale nie wzbudzając przy tym zbyt dużego rabanu. Mam nadzieję, że pamięć tego, co oni planowali w maju, nie zanika tak szybko, bo choć tym razem się im nie udało, to pokazuje to, jak na Nowogrodzkiej postrzegają demokrację i to nawet nie taką liberalną, ale najzwyklejszy akt wyborczy i do czego się mogą posunąć, jeśli będzie trzeba.

    I to jest główny powód ważności tych wyborów - obiektywna sytuacja związana z koronawirusem zachwiała całą konstrukcją zanim została dokończona, wprowadziła element realnej nieprzewidywalności. Inwestycje jak 13. emerytura w kwietniu i przykrywanie niewydolności strukturalnej służby zdrowia wielkim narodowym lockdownem w sytuacji przesunięcia wyborów okazały się nie do końca trafione. Pojawiło się prawdziwe "window of opportunity" dla opozycji, które nie było dane np. Węgrom, bo zanim co roztropniejsi się zorientowali co i jak, to system był domknięty. Sporo ukrytych rzeczy wyszło na jaw przez ostatnie 3 miesiące, już nie abstrakcyjnych jak trójpodział władzy, tylko zrozumiałych dla każdego. Te wybory są naprawdę do wygrania dla opozycji, a nie było tego w planach obozu władzy.

    Oczywiście nawet jeśli Duda ostatecznie wygra, to historia się nie skończy i nie ma co się załamywać, ani stawiać kreski na Polsce, ja absolutnie nie zamierzam. Ale bez wątpienia mając przed sobą 3 lata (powinny być 2, ale PiS - zapewne w tym celu - wydłużył kadencję i przesunął wybory samorządowe z 2022 na 2023) bez wyborów władza rozepchnie się jeszcze bardziej, a z opozycji ujdzie para. "Skoro teraz się nie udało, to nie uda się nigdy" - pomyślą jedni i przestaną działać. Inni udadzą się na wewnętrzną (a nieliczni nawet na fizyczną, choć tutaj bardziej niż idee decyduje gospodarka) emigrację. Jakieś wydarzenia typu pogłębiający się kryzys gospodarczy i sytuacja międzynarodowa mogą to zaburzyć, podobnie np. konflikty w obozie rządzącym, ale taki jest scenariusz bazowy. Widząc wygraną Dudy wszyscy (Gowin też) będą orientować się na następne kilka lat ich władzy i np. większość w Senacie będzie zagrożona (Stankiewicz na Onecie pisał dziś o kilku niepewnych senatorach, którzy mogą iść z opozycji do PiS w przypadku wygranej Dudy). A bez Senatu jesteśmy znowu w miejscu zupełnej niemocy jak w 2017, tylko dużo dalej od następnych wyborów.

    Jeśli zaś wygra kandydat opozycyjny, to na dobrą sprawę mamy praktycznie wymarzoną konfigurację. Rewolucja z konieczności zatrzyma się, a rząd będzie zmuszony do kompromisu. Z drugie strony będzie jeszcze przynajmniej przez chwilę rządził i będzie ponosił odpowiedzialność za swoją wcześniejszą niegospodarność, co jest długofalowo ważne, żeby nie powstał drugi mit Gierka ("a za PiSu to się żyło!").

    Wybory będą na ostrzu noża, więc każda mobilizacja się liczy. Przede wszystkim zmobilizowanie samego siebie - żeby nie przegapić terminów, żeby w wyborczą niedzielę nie zostać na działce i nie mówić do siebie "chciałem zagłosować, ale nie wyszło, w sumie mój jeden głos nic nie znaczy". Każdy ma też wpływ na swoje otoczenie - znajomych, rodzinę, niektórzy też mają jakieś dodatkowe kanały. Nie chodzi o to, żeby spamować bez umiaru wykop czy krindżowo truć ludziom głowę i psuć relacje przez politykę, ale czasem można tego i owego delikatnym pchnięciem w zależności od sytuacji zmobilizować (np. przypominając o terminach wyborczych), lekko przekierować (np. katolika z Dudy na Hołownię czy Kosiniaka), albo zdemobilizować ("to chociaż nie idź, przecież mają już dość władzy, a kradną nie mniej niż inni"). Setki tysięcy takich sytuacji zaważy na wyniku tych wyborów, każdy kto się jakoś interesuje polityką - nieważne czy Janusz oglądający TVP czy Mirek czytający mój wpis - jest lokalnym politycznym "liderem opinii".

    No i trzeba pamiętać, że liczą się obie tury, pierwsza również, bo zbyt wysoki wynik Dudy może zdemotywować ludzi w drugiej. Te relacje są dość skomplikowane, polecam w tym temacie artykuł.

    PS: Przypominam o wyjątkowo zagęszczonych datach. Jako że to wybory mieszane, to można tym razem zagłosować nawet jeśli ktoś będzie na wakacjach w niewiadomym miejscu, wystarczy ze swojego urzędu miasta/gminy wziąć zaświadczenie o prawie do głosowania w dowolnym lokalu, oczywiście jest też standardowa opcja dopisania się do spisu np. przez ePUAP (uwaga - dopisanie się w maju się nie liczy i trzeba to zrobić ponownie, chyba że ktoś się dopisał nie do spisu, a do rejestru za okazaniem dokumentu tożsamości):
    - do 15 czerwca - zgłaszanie do właściwego konsula zamiaru głosowania korespondencyjnego za granicą
    - do 23 czerwca - składanie wniosków o dopisanie do spisu wyborców w wybranym przez siebie obwodzie głosowania
    - do 26 czerwca - wydanie zaświadczenia o prawie do głosowania

    PPS: Mam swoją drogą nadzieję że bliżej 23 czerwca tradycyjnie będą jakieś znaleziska na głównej zachęcające do dopisywania się, choć oczywiście można robić to już teraz (a jeśli ktoś jest za granicą, to nawet trzeba).

    #wybory #polityka #4konserwy #neuropa #anatomiapopulizmu
    pokaż całość

    źródło: g8fip1kplyr33r3krz5b97d1-wpengine.netdna-ssl.com

  •  

    Współcześni analfabeci - wykształceni, ale ignoranci. O analfabetyzmie funkcyjnym.

    Spotkanie się z typowym analfabetą, który nie potrafi złożyć kilku sylab w słowo, nie jest czymś powszechnym. Jednak spotkanie osoby, która nie jest w stanie zrozumieć prostych komunikatów tekstowych już wcale nie jest tak trudne - i nie muszą być to osoby z absolutnych nizin społecznych tudzież dzieciaki z początków edukacji. Jeszcze prostsze jest spotkanie osoby, która nie ma absolutnych podstaw w wiedzy ogólnej, którą teoretycznie powinno się wynieść ze szkoły. Trójpodział władzy? No coś słyszałem, jakiś abstrakcyjny byt, ale dokładnie, to w sumie nie wiem. Czym się różni Sejm od Senatu? No w sumie tooo... Kompetencje prezydenta? Jeździ na spotkania i konferencje. Jakie podatki płacisz? To ja płacę podatki? A VAT? No to jest takie coś...

    I o ile powyższe rzeczy nie są przeważnie tak tragiczne w skutkach z perspektywy życia tej osoby, to kiedy takich osób robi się trochę więcej (np. kilka milionów w skali kraju), stajemy jako społeczeństwo i naród przed dosyć poważnym problemem. Po pierwsze, w jaki sposób mamy sprawnie zarządzać zdemokratyzowanym krajem, skoro większość osób w nim nie rozumie podstawowych konceptów? Państwo często oddaje pewne obowiązki samorządom, odciążając centralę i jednocześnie oczekując poprawy jakości implementacji pewnych programów bądź inwestycji - w imię zasady, że "lokalsi" lepiej się zatroszczą o siebie, aniżeli centrala. I idea, nie dość, że szlachetna, to pewnie ma całkiem sporo prawdy w sobie - tylko czy dalej będzie ona prawdziwa, skoro odpowiedzialni za realizację inwestycji nie mają pojęcia, jaka jest różnica pomiędzy procentem a punktem procentowym?

    I tutaj dochodzimy do bardzo poważnego zagrożenia - politycy zrozumieją, że takie problemy istnieją w społeczeństwie, zauważą skalę problemu, ale zamiast starać się problem zwalczyć, to po prostu cynicznie go wykorzystają. I widzimy to dziś, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach, np. na Węgrzech.

    [...] rodzi ona pytania fundamentalne: czy społeczeństwa, w których ogromny odsetek ludzi pozostaje na poziomie niemal przedszkolnym, są w stanie roztropnie się rządzić? Jaki sens ma demokracja, gdy tak liczni wyborcy nie rozszyfrowują podstawowych pojęć ekonomicznych, nie dostrzegają związków przyczynowo-skutkowych między wydarzeniami, nie rozszyfrowują języka polityki i mediów, nie czytają i nie liczą sprawnie?

    W Polsce też można zaobserwować reakcję na ten stan rzeczy, ale paradoksalną czy po prostu cyniczną: politycy jakby dostrzegli potencjał w tych niezmierzonych pokładach ignorancji. Jak pisaliśmy (POLITYKA 40), traktują wyborców jak ciemny lud. Niestety, to może być bardzo skuteczna strategia. Tuż przed wiosennymi wyborami prezydenckimi MTB pytała o konstytucyjne uprawnienia prezydenta w Polsce – wyniki wypadły żałośnie. Gdzie ucho przyłożyć, tam ujawniają się kompromitujące dziury w pamięci, archaiczne przekonania i nieumiejętność przeprowadzenia – wydawać by się mogło – elementarnych operacji umysłowych.

    Połowa Polaków sądzi, że ludzie żyli już w epoce dinozaurów. Dwie trzecie – że antybiotyki zwalczają wirusy. Tylko 30 proc. (w Danii 80 proc.) potrafiło wybrać właściwą spośród czterech odpowiedzi na pytanie, czym może skutkować obciążenie chorobą genetyczną w rodzinie. I choć Polacy generalnie opowiedzieli się za postępem naukowym, to pobili rekord, jeśli chodzi o nieufność wobec naukowców, najliczniej stwierdzając, że przekraczają oni granice etyczne – sądzi tak przeszło połowa spośród nas! Co trzeci wyraził przekonanie, że naukowcy kłamią i są niebezpieczni.

    Średnio w UE 63 proc. uważa, że człowiek i świat są raczej wynikiem działania ewolucji, 25 proc. – że to dzieło Boskie (reszta zdecydowanej odpowiedzi nie udzieliła). W Polsce 37 proc. skłoniło się ku ewolucji, 45 proc. opowiedziało za poglądem kreacjonistycznym. Jesteśmy pod tym względem wyjątkowi, bo nawet w tradycyjnie katolickich Włoszech i Hiszpanii więcej niż połowa badanych zadeklarowała ewolucjonizm. Bardziej kreacjonistyczni okazali się tylko Amerykanie (tam proporcja wypadła 30 do 60 proc.). Jednocześnie Polacy są największymi optymistami, jeśli chodzi o możliwość pogodzenia prawd wiary z wiedzą naukową.

    [...] gdyby oprócz wiary w moc siódemki i trzynastki polscy kredytobiorcy odróżniali jeszcze procent od punktu procentowego. Nie odróżnia 92 proc.! W badaniach Millward Brown dla Instytutu Wolności i Raiffeisen Bank w 2014 r. podobnie zaszokował inny wynik: tylko co trzeci Polak wie, że obecnie w naszym kraju obowiązują dwa progi podatkowe, a ledwie co piąty pojmuje zasadę, że wejście w wyższy próg nie oznacza zmiany naliczania podatku dla całego dochodu osiągniętego w danym roku. Poziom inflacji z ubiegłego roku prawidłowo podaje co czwarty.

    Na pierwszy rzut oka brzmi to przerażająco i tak ma brzmieć. Mamy ogromny problem (i nie tylko my) ze zwyczajnym zrozumieniem świata nas otaczającego. Jest to o tyle problematyczne, że dotknięte skutkami są również osoby, które nie mają w/w problemów. Bo żyjemy w systemie, w którym te osoby nie tylko głosują, ale też są wybierane w wyborach, a później mają decydujący głos w wielu sprawach. I nie można tego dalej ukrywać i lekceważyć - trzeba uruchomić całą maszynę, która będzie pracowała u podstaw, w interesie nas wszystkich. Pytanie - czy którekolwiek rządy ośmielą się to ruszyć wprost - bo jak widzimy po aktualnym stanie dyskusji publicznej, raczej każdy chcący wygrać wybory, będzie się gryzł w język podczas niepopulistycznych tematów jak chociażby podniesienie wieku emerytalnego, mimo że każdy w głębi wie, jak bardzo potrzebne są te zmiany.

    I na koniec, w obliczu zbliżających się wyborów - świadomy mirku, możesz dołożyć swoją cegiełkę

    To nawykowe przywdziewanie maski owocuje osobliwą postawą polityczną: ignorowaniem tej sfery życia. Niechodzeniem na wybory. „Bo to jedna wielka manipulacja”. „Bo ja na nic nie mam wpływu”. Język polityki jest za trudny, programy partii nieczytelne (w dosłownym sensie), akt wyborczy za skomplikowany (zwłaszcza gdy zdarzy się „książeczka”, jak przy ubiegłorocznych wyborach samorządowych). Manifestacyjne stanie obok polityki jest konsekwencją analfabetyzmu funkcjonalnego równie częstą jak uleganie populizmowi. Bo przecież w analfabetyzm wbudowany jest potężny kompleks, skrywane poczucie gorszości, noszone w sobie tabu. To żyzny grunt dla wszystkich, którzy chcą grać na emocjach, „zwracać godność” pokrzywdzonym, gorszym, wykluczonym. I budzić w nich ślepą chęć odwetu.

    Obyśmy jako społeczeństwo nie zignorowali problemu, gdy jeszcze nie będzie za późno na zmiany. Odwrócenie trendu jest jeszcze możliwe, a chociażby wzorem Zachodu, możemy wypowiedzieć problemowi otwartą wojnę.

    Inne wpisy dotyczące szkolnictwa i świadomości społecznej z politycznym spojrzeniem: #, #, #.

    #anatomiapopulizmu #neuropa #polityka #szkola
    pokaż całość

    źródło: demagog.org.pl

    •  

      Połowa Polaków sądzi, że ludzie żyli już w epoce dinozaurów

      @Topkapi: I chyba ma rację bo ptactwo to generalnie dinozaury( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Birds are a group of feathered theropod dinosaurs, and constitute the only living dinosaurs

      Polacy generalnie opowiedzieli się za postępem naukowym, to pobili rekord, jeśli chodzi o nieufność wobec naukowców, najliczniej stwierdzając, że przekraczają oni granice etyczne – sądzi tak przeszło połowa spośród nas

      To jest opinia a nie fakt przecież.

      Jakie podatki płacisz? To ja płacę podatki? A VAT?

      I te pytanie o płacenie podatków też jest kretyńskie, bo można to interpretować dwojako, przecież PiT i VAT nie są płacone osobiście. To już lepszym pytaniem było by czy te podatki wpływają na życie osoby prywatnej.
      pokaż całość

    •  

      @Topkapi: Od dawna zastanawiam się, czy właściwie da się rozwiązać ten problem? Jak do niego podejść, choćby teoretycznie.

      Polskie szkoły uczą szerokiej wiedzy ogólnej, więc gdyby wszyscy pamiętali to, czego się uczyli w czasie edukacji podstawowej, to problem byłby znacząco zredukowany. Skutkiem takiej nauki są wysokie poziomy w rankingu PISA. Średni wynik z matematyki, rozumienia nauk przyrodniczych i czytania ze zrozumieniem za 2018 rok to 10 miejsce na świecie. Jednocześnie widać, że w przeszłości osiągaliśmy zdecydowanie niższe wyniki.
      Być może z edukacją jest w tym momencie już zdecydowanie lepiej, ale na efekty trzeba jeszcze poczekać?

      Z drugiej strony, jak słusznie wskazuje Bartłomiej Sienkiewicz w Państwie Teoretycznym, nasz system edukacji kształtuje w nas wręcz antyobywatelskie postawy i w tym obszarze zamykamy europejskie rankingi. Zadaje retoryczne pytanie, czy nie lepiej mieć niższych wyników PISA, kosztem bardziej świadomych i chętnych do działania obywateli. Rodzi się we mnie jednak pytanie - czy wycięcie część godzin nauki nie wpłynie na analfabetyzm funkcyjny negatywnie? Czy może to, czego konkretnie się uczymy nie ma na niego wpływu?

      @CynicznyMarksista

      Połowa Polaków sądzi, że ludzie żyli już w epoce dinozaurów

      I chyba ma rację bo ptactwo to generalnie dinozaury( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Więc myślisz, że ten tok myślenia wystąpił u badanych? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Jak z inteligentów stawaliśmy się analfabetami?

    Niedawno wrzucałem wpis, którego tematem przewodnim były problemy systemowe polskiej edukacji. Bardzo ciekawe fragmenty wraz z moim komentarzem, które pokazują potencjalne problemy z trochę teoretycznej perspektywy, więc czas w końcu spojrzeć na tę praktyczną.

    Obecnie nawet ci, którzy sięgają po książki i ratują mizerny obraz czytelnictwa, rzadko czynią to dla przyjemności, a znacznie częściej z konieczności. Wedle standardów przyjętych w Polsce Anka – 16-letnia uczennica z warszawskiego liceum społecznego – należy do elity czytelników (zaliczają się do niej ci, którzy przeczytali w roku przynajmniej 7 książek, reszta to tzw. odbiorcy sporadyczni). [...] Czytanie we fragmentach, a nawet korzystanie przez uczniów z gotowych opracowań, czyli to co jeszcze do niedawna wydawało się zaprzeczeniem edukacyjnej funkcji szkoły, dziś staje się powoli normą. Znamienne są wyniki najnowszego sondażu przeprowadzonego przez IKiCz w warszawskich liceach. Okazuje się, że wciąż pierwsze w narodowym kanonie nazwiska Henryka Sienkiewicza i Adama Mickiewicza zajęły u nastolatków pierwsze miejsca na liście autorów najbardziej nielubianych.

    Smętnego obrazu nie poprawiają dane dotyczące innej, popularnej, wydawałoby się, formy kontaktu ze słowem pisanym. Warszawski Instytut Badawczy SMG/KRC, zajmujący się zbieraniem danych na temat czytelnictwa prasy, alarmuje, że w porównaniu z innymi krajami Europy czytelnictwo dzienników jest u nas jednym z najniższych i od lat wykazuje tendencję spadkową. Trzy lata temu czytanie przynajmniej jednego wydania w tygodniu jakiegokolwiek dziennika deklarowało 60 proc. Polaków między 15 a 75 rokiem życia. Obecnie wskaźnik ten wynosi 58 proc., co stawia nasz kraj na jednym z ostatnich miejsc na kontynencie (obok Grecji, Włoch i Portugalii). Dla porównania w 2000 r. kontakt z prasą codzienną deklarowało aż 95 proc. Duńczyków, 84 proc. Czechów i 79 proc. Niemców. Stabilnie natomiast wygląda obraz naszego rynku prasy tygodniowej. Przynajmniej raz w miesiącu popularne czasopisma przegląda 76 proc. czytelników, regularnie czyta je natomiast ok. 53 proc. Polaków. Najpopularniejszy w tej grupie jest „Tele Tydzień”, którego czytanie deklaruje 28 proc. Polaków.

    Nie rozumiemy tekstów pisanych, ale nie radzimy sobie także z obrazami, które docierają do nas z telewizora – podstawowego dla większości źródła informacji. – Polaków można podzielić na dwie grupy – mówi znawca mediów prof. Wiesław Godzic z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Do wąskiej elity należą ludzie młodzi, którzy znakomicie radzą sobie z obrazami, rozumieją ich znaczenia, potrafią się nimi posługiwać. Do drugiej, niezwykle rozległej, widzowie leniwi, którzy nie rozumieją sensu komunikatów. Nie chodzi już o to, że gdy widzą billboard albo reklamę telewizyjną, czują się zagubieni – tłumaczy profesor. Badania pokazywały przecież, że około 70 proc. nie rozumiało sensu słów pojawiających się w telewizyjnych wiadomościach. Jesteśmy też wyjątkiem wśród krajów europejskich: nie ma u nas bowiem żadnego systemu edukacji medialnej, a to na świecie jest normą.

    Mówiąc obrazowo: przeciętny Polak, gdy widzi komunikat o Unii Europejskiej, nie wie, czy to informacja, czy reklama albo jeszcze coś innego, a tempo wypowiedzi i zmienność obrazów sprawiają, że wiadomość taka jest kompletnie nieczytelna albo opacznie rozumiana. – Rozumienie telewizji – a pod tym względem większość naszego społeczeństwa to kompletni analfabeci – jest niezwykle istotne przecież ze względu na reguły demokracji – dodaje Wiesław Godzic. Pozornie na ekranie mamy wielość stanowisk i opinii, ale w gruncie rzeczy telewizja jest niezwykle uwodzicielska i perswazyjna i trzeba naprawdę poznać jej reguły, by świadomie uczestniczyć w toczącej się za jej pomocą debacie społecznej.

    Jak widać na poniższym screenie, od tego czasu trochę się poprawiło, ale chciałoby się powiedzieć, że jednak nie do końca. Wiele osób uznało, że przedarcie się w górę w rankingach oznacza, że problem został zażegnany. Nie został.
    W dobie świata, który dał nam taki dostęp do informacji, że informacja najzwyczajniej w świecie nas przytłoczyła, mamy coraz mniej czasu na skupienie się nad odrobinę dłuższym tekstem i przeczytaniem go (oraz zrozumieniem!) w całości. Skąd te wykopy z płomieniem na główną, gdzie tytuł i opis znaleziska są kompletnie sprzeczne z treścią dołączonego artykułu? Prosta kwestia - wielu ludziom wystarcza zwykłe przeczytanie nagłówku i można kopać.

    W tym miejscu dochodzimy do jeszcze jednej rzeczy, bardzo ważnej z mojej perspektywy, ale nieporuszonej w artykule - weryfikacja czytanej informacji. Lądujące na głównej artykuły, których źródła są bardzo wątpliwe jakościowo, to chleb powszedni. Ba, powiedziałbym nawet, że ujrzenie na mirko linku do znaleziska wraz z wyjaśnieniem, że znalezisko jest manipulacją oraz ujrzeniem stosownej belki w linku, nie dziwi stałych bywalców. I o ile nie można udawać, że świadoma dezinformacja i celowe promowanie takich znalezisk nie istnieje, o tyle jest wiele osób, które nieświadomie padają ofiarą takiej rzeczywistości.

    W tym momencie wypuszczenie ze szkoły człowieka, który potrafi czytać ze zrozumieniem to, co ma przed sobą, ale nieumiejącego zweryfikować tego, co dostał do przeczytania, robi z niego dysfunkcyjną osobę. I albo tego nauczy się na własną rękę, albo pozostanie podatnym na manipulacje, czy to zradykalizowanych grup, czy chociażby potulnej ekipy rządowej. Prosty przykład w tym miejscu. Człowiek, który swój historyczny kontent opiera na niedopowiedzeniach, przekłamaniach i manipulacjach ku uciesze swojej widowni ma ponad milion subów, a jego najpopularniejszy film to 3 miliony wyświetleń. A to tylko lekkostrawna forma naciągania i manipulacji. Realnie merytoryczne źródła muszą najpierw kreatywnie pomyśleć, jaki temat zainteresuje czytelnika/widza, potem znów przemyśleć, czy nie jest to poleganie na przekłamaniu/niedopowiedzeniu, następnie przemyśleć, w jakiej formie daną treść przekazać, a już podczas tworzenia materiału, trzeba uważać, żeby gdzieś się nie wjebać na minę i nie wrzucić po prostu kłamstwa, starannie tworząc bibliografię. A nasi ukochani z Uniwersytetu Youtube ze specjalnością żółtych napisów? No oni to przeważnie zamykają się na pierwszym kroku. Bo w taki sposób są w stanie zalewać treściami internet, co nabija im zasięgi, a w dodatku również pieniądze. Więc po prostu to robią. A Oskarek wraz z kolegą Łukaszem będą sobie wysyłać kolejne odcinki i debatować nad oraniem lewaków. I nie będą świadomi, że łykają zwykłą papkę, która z rzeczywistością ma wspólnego niewiele.

    Polska szkoła (a w szczególności odpowiedzialni za system, w którym ta szkoła funkcjonuje) powinna pamiętać o lekcji z początków lat 90, gdzie umiejętności czytania ze zrozumieniem oraz czytelnictwo Polaków poleciało na łeb - proces ulepszania edukacji i podnoszenia jej standardów jest procesem nie bez powodu, a zostawienie tego samopas, bez kontroli, to proszenie się o kłopoty. Od strony problematycznej trochę już ruszyłem temat we wpisie na górze, dziś był czas na dawkę realiów opartych statystykami.

    A dla osób chcących dyskredytować artykuł, ze względu na dawną datę oraz zażegnane problemy, powtarzam jeszcze raz - to dobra lekcja, z której można wyciągnąć parę wniosków oraz dodam jedną rzecz - poprawa stanu edukacji i nauki w Polsce jest faktem, ale faktem też jest, że z poprawy jego stanu korzystały dopiero kolejne pokolenia. Osoby, które uzyskiwały w 2000 roku tragiczne wyniki w czytaniu ze zrozumieniem aktualnie mają ~35 lat i stanowią trzon polskiego narodu, w którego rękach jest przyszłość. Chyba nie chcielibyśmy przekazywać go w ręce osób, którym przeczytanie dłuższego tekstu sprawia ogromne problemy? Skoro wkładanie do głowy Mickiewicza i Sienkiewicza nie działa, to może warto zastanowić się nad lekką zmianą, co może miałoby mniej wyniosłych plusów, ale przynajmniej skutecznie przytrzymałoby ludzi przy książce, zamiast ją obrzydzać od lat najmłodszych?

    Jedynie mirkoreklama na koniec, nie mojego wpisu - gdyby ktoś się zastanawiał, czy warto jeszcze te książki w ogóle czytać.

    #anatomiapopulizmu #neuropa #ksiazki
    pokaż całość

    źródło: scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net

  •  

    Tekst Karoliny Wigury i Jarosława Kuisza z Kultury Liberalnej na temat demokracji, populizmu oraz programów rozrywkowych.
    Dismantling democracy – the right to be entertained
    Fragmenty:

    It is often overlooked that today`s populists win not only by using radical statements, but also by providing them in an attractive form, adequate to the nature of mass media in our time. They are entertaining, not always in the sense of evoking laughter, but because they are able to gain and keep the audience’s interest and attention. This everyday populistainment is as global as the Covid-19 pandemic. It often leads its protagonists to electoral victories, and in those places where they succeed, they usually continue the media spectacle while at the same time deconstructing the basic elements of liberal democracy: the rule of law, the separation of powers, and free media. In our country, Poland, an example of this might be the spectacle of dismantling the independent judiciary that has been under way since 2015, with the national media and billboards across the country accusing judges of corruption, theft, and connections to the former communist system.

    The difference, however, is there and it is a matter of proportion. Amount turns into quality. Democratic politicians in past decades used entertainment to warm up their image, to appear more human. Entertainment was a supplement to ideology and traditionally understood party politics. Populists turned it all upside down, they made politics a supplement to entertainment and show business. Precisely this makes populistainment a new political phenomenon. It is as if they take politics as imagined by the fifteenth-century Italian philosopher Niccolo Machiavelli one step further. Machiavelli particularly unnerved his contemporaries by claiming that political action is justified only by its result and that its aim should be to preserve the wellbeing of the state. Populists’ political actions are justified only by their success in seizing power by means of an amusing spectacle, no matter what the actual effect on the state is.

    Current research in neuroscience shows why their strategy may have proven so effective. The human brain habituates to stimuli that are common and frequent. As a consequence, as recipients of the media, which are constantly coming up with new information, our brains are usually bored. Indeed, it is difficult to present political news as entertainingly as celebrity news. As a result, ever less attention is paid to the former. A good example of this is the research published in early 2020 in France on behalf of Kantar/La Croix. It shows that even in this highly educated society, people cease to follow political news. Fewer than 6 out of 10 French adults declare any interest in political news. The “entertainization” of politics has thus its rationality. If serving dopamine is the only way to catch the attention of a bored brain, it is no surprise that many politicians practice it. Just as in markets, where there is demand, supply follows.

    Another way is to have the courage to speak of things that cause citizens’ discontent. Populists often win because they are not afraid to speak of people’s emotions: their frustrations, anger, and resentment. That liberals have been wrong to ignore these emotions is proven by their bitter defeats at the ballot box. It is time for liberals to take the lead in speaking about people’s emotions and to have the courage to translate their anger into creativity and their uncertainty into hope. Learning from populists does not have to mean forgetting about the core of liberal identity. Classic liberal thinkers like John Stuart Mill argued that the freedom of an individual ends where the freedom of another person begins. This rule remains unchanged, but it is not enough anymore to call populists names. Calling them fascists ceased to make any impression on many of the voters. In order to win, liberals have to adopt entertaining tools and at the same time bring back and protect the ideological core of liberal politics: pluralism, tolerance, community, and the rule of law.

    link
    #neuropa #polityka #liberalizm #libdem #kulturaliberalna #anatomiapopulizmu
    pokaż całość

  •  

    Artykuł z Guardiana na temat BoJo i Cummingsa
    Cummings and Johnson evil geniuses? Hardly, just lazy and incompetent
    They didn’t doubt him because lies are so common in contemporary politics they blow past us like dust in the wind. No one checked, apart from Wiechers. “In retrospect, I could pretend I knew not to believe Cummings and Johnson,” he told me from Germany, where he watches British and American public life with a horrified fascination. “But I began by wondering what he had written on his blog last year.”

    He found that Cummings had posted on 4 March 2019 on the dangers of the Sars coronavirus in a wider piece on pandemics. Or so he wanted us to believe. The post struck Wiechers as a lazy piece of writing filled with extracts from the work of others. The now suspicious Wiechers checked Cummings’ blog on the Wayback Machine, a digital library that tracks changes to billions of web pages. It showed Cummings had added the reference to coronaviruses between 9 April and 3 May 2020. Further research showed Cummings’ own site recorded that the post was edited at 8:55pm on 14 April precisely, the day Cummings told the public he had returned from his trip to Durham.

    The man’s deviousness was breathtaking. His evidence that the media were running “false stories” against him was a false story. As striking was his ridiculous vanity: Cummings cared so neurotically about his reputation as a prophet that he forged the record so it appeared that he was warning of the “urgent need” to plan for a corona pandemic while the minds of lesser men and women were elsewhere.

    The vanity is more than striking, it is essential to the right’s attempt to maintain its power. Supporters of strongmen do not want populist leaders who are “just like us”. They want to believe their heroes are smarter and better. The manufacture of the myth of exceptional talent is as important to the strongman as the ability to turn their voters against journalists, judges and any other independent group that might check them. Liberals should not laugh at Trump’s boast that he is a “very stable genius”. Trump has persuaded his core supporters to believe that he is a superman, who can master any problem and cut any deal, ever since he first ran for president.

    Boris Johnson spent years showing off his superficial understanding of the classics by picking up Latin phrases from his well-thumbed dictionary of quotations and dropping them into his articles. A little learning was not a dangerous thing for him but a smart career move. It convinced conservative-inclined voters that Johnson had enjoyed the education of the old imperial ruling class and was not the lightweight he appeared to be. The fact that hardly any educated person studies Latin and Greek today made it easier for Johnson to bluff his way to the top when so few could see the vacuity behind the pose.

    His administration has presided over thousands of needless deaths. It has never got on top of the virus. A terrible recession is all but upon us, and it’s likely that Tory zealotry will destroy the chance of a decent deal with the European Union that a broken country needs. Now more than ever, Johnson wants Conservatives to believe in the illusion of his talent.

    Unlike Trump and Johnson, Cummings is not trying to fool the public but fool the fool who employs him – not the hardest of tasks, I grant you. He sinks to the level of the petty cheat because he must convince Johnson that he is a political mastermind.

    Don’t be fooled as well. Too many liberals see Cummings as a manipulative demon with supernatural powers, when the most frightening thing about him, and Johnson, is their pathetic inability to control events. They are not evil geniuses but lazy, dogmatic and incompetent men, whose shabbiness is revealed as much by their little deceits as grand blunders. Don’t inflate them into monsters, who can never be beaten. Draw courage from their littleness.

    W sumie wkleiłem prawie cały artykuł xD Ale pogrubiłem co nie co
    #polityka #brexit #neuropa #uk trochę #anatomiapopulizmu
    pokaż całość

  •  

    Przyczyn sukcesu PiS jest bardzo wiele. Nie da się tego zredukować do prostego 500+, mariażu z Kościołem czy graniu na emocjach i mówieniu populistycznym głosem tego, co elektorat chce usłyszeć. Na sukces składa się wiele składowych, a złączenie tego wszystkiego w całość daje powalający efekt.
    Ostatnio pojawiło się kilka wpisów, które niektóre z tych tematów brały na tapetę i trochę je objaśniały, coś pojawiło się ode mnie, polecam też od serca kontent w tym temacie od @eoneon : jeden, dwa, trzy, cztery, pięć.

    W tym wpisie chciałbym zwrócić uwagę jednak na same fundamenty, a mianowicie na opakowanie, w jakim ten populizm jest przez PiS przesyłany. Proces ten bardzo zgrabnie opisuje nie kto inny, jak Sienkiewicz, w swojej książce pt. "Państwo teoretyczne". (od razu z tego miejsca gorąco polecam się zapoznać, jeśli kogoś interesuje analiza procesów społecznych i politycznych na naszym podwórku)

    W jaki sposób my Polacy mamy się nauczyć własnego państwa, wolności, jakie ono nam rzekomo gwarantuje, i reguł w nim panujących, jeśli od maleńskości podlegamy takiemu, a nie innemu procesowi edukacyjnemu? W jaki sposób szacunek do prawa, umów społecznych ma być naszym odruchem, jeśli wystarczy wsiąść do samochodu, by się przekonać, jak w Polsce traktowane jest prawo? I jak można mieć zaufanie do własnego państwa, które w końcu zostawia obywatela na pastwę widzimisię księdza proboszcza? Państwo buduje się w świadomości obywateli od dołu, nie od góry. A na dole ono się nie sprawdza. Wybrałem do analizy arbitralnie trzy przypadki, rzadko wiązane z codzienną polityką, ale podobnych sfer jest przecież więcej. Są jeszcze stosunki pracy, przyjmujące zdziczałe formy, bez reakcji i bez współczucia. A jeszcze jest urzędnicza pycha, której tak łatwo można doświadczyć w administracji zorientowanej na własne trwanie, a nie pomoc obywatelom. Jeszcze są niepełnosprawni, których problemy to wstyd dla nas wszystkich bez wyjątku. I wiele, wiele podobnych kwestii skutecznie zniechęcających do uczestnictwa obywatelskiego, uczących obywatela bierności lub zupełnego lekceważenia państwa. Na koniec ta niemoc się kumuluje i zwraca przeciw niemu. Wystarczy, by znalazł się ktoś, kto potrafi tę obojętność lub gniew wykorzystać. Tym razem jest to Jarosław Kaczyński. Za jakiś czas może być ktoś inny, ale zasada będzie podobna - w pustkę po państwie wchodzą populiści, łudząc naprawą życia zbiorowego, a w praktyce sięgając po władzę absolutną i czyniąc z państwa partyjną wydmuszkę.

    Kryzys zwany "kryzysem liberalizmu" to nie kwestia jakiejś ideologii, bo w świecie Zachodu nie było innej demokracji niż liberalna, to problem słabości państw, porzucenia przez nie powinności, które dawniej brały na siebie. [...] Ale ludzie pozbawieni obecności bezstronnych i opiekuńczych struktur nieuchronnie szukają czegoś, co da im poczucie sprawczości i bezpieczeństwa. W tym sensie wszystkie państwa Zachodu stają się coraz bardziej "teoretyczne".

    "Silne państwo" jako flagowe zawołanie PiS-u jest odpowiedzią na zauważalny przez dekady proces wycofywania się państwa z wielu obszarów. Za część tego zjawiska odpowiadają naturalne procesy demokratyzacji po komunizmie - władza lokalna dla samorządów, inny system gospodarczy, rewolucja technologiczna upraszczająca komunikację. Ale część tego procesu dla Polaków miała charakter "ucieczki" państwa. [...] Problemy komunikacji publicznej, likwidacja urzędów, poczty, posterunku policji - niosły za sobą poczucie opuszczenia. Niezależnie od tego, jak racjonalnie by uzasadnić te zmiany, niekiedy konieczne i naturalne, w krajobrazie Polski poza wielkimi miastami państwo - w oczach swoich obywateli - sukcesywnie się wycofywało. Równocześnie na szczeblu centralnym, "gdzieś w Warszawie", stawało się coraz bardziej niezrozumiałe i obce. Ale też coraz bardziej bezradne wobec rzeczywistości.

    "Silnie państwo" PiS-u ma jednak inny niż lokalny wymiar i to on decyduje o całości prawicowej strategii. To swoisty mechanizm, stworzenie wrażenia, że państwo działa zdecydowanie, mocno. W przemówieniach Kaczyńskiego, Szydło czy Morawieckiego ten manifest siły państwa często pobrzmiewa i zwykle jest połączony z krytyką poprzedników, którzy dopuścili się do jego słabości. W istocie za rządów Zjednoczonej Prawicy nie zaszły żadne zmiany powodujące wzrost wydajności państwa, poprawę jego funkcjonowania. Dwuletnie reformowanie sądów i prokuratury nie skutkuje większą wydajnością tych organów ani poczuciem bardziej sprawiedliwego wymiaru prawnego państwa. Procesy decyzyjne są tak samo kulawe jak wcześniej, co częściowo zostało opisane w tej książce. Administracja nie stała się bardziej widząca, a centrum decyzyjne sprawniejsze. Bo strategia PiS-u nie zakłada reformy państwa, tylko jego zastąpienie. Zamiast państwa z jego regułami i procedurami tworzony jest system partyjny zamieniający państwo we władzę jednej formacji. [...] Wywołuje to wrażenie sprawczości, ale nie powoduje, że Polacy żyją w lepszym państwie. [...] Sukcesy rządu są zanurzone w sosie propagandy sprawiającej wrażenie, że państwo uległo magicznej odmianie jako całość. Tymczasem zmiana zaszła we fragmentach, a istota niesprawnego państwa pozostała taka sama.

    Warto pamiętać o takich sprawach, bo ta "tęsknota za PRL" to nie jest żaden frazes, który ma PiS zdyskredytować, ale też "tęsknota" sama w sobie to za mało, żeby uczciwie przedstawić sprawę i zrozumieć ten problem.

    #anatomiapopulizmu #polityka #neuropa pasuje jak ulał w sumie też do #postkomunistycznepanstwomafijne
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

    •  

      niektóre z tych tematów brały na tapetę

      @Topkapi: Ja tak tylko dygresją tudzież ciekawostką dla tych, którzy się zastanawiali co to powiedzenie o temacie na tapecie ma wspólnego z dekoracją ścian? Otóż nie ma.

      Nie na "tapetę" a na "tapet". Mieć jakiś temat na tapecie wzięło się od takiego zielonego sukna którym pokrywano stoły obrad zwanego właśnie tapetem. Tak, to są te same skądinąd znane "zielone stoliki" przy których załatwia się jakieś sprawy. Otóż "wziąć coś na tapet" oznaczało położyć teczkę z danym zagadnieniem na stole pokrytym tym materiałem (tapetem) i poddać go obradom. Tak więc coś na "tapet" (stół obrad), a nie na "tapetę" (dekorację ściany) pokaż całość

      +: Topkapi
    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Sebastianizm.

    Moderacja ubiła mi znalezisko z płomieniem, pod którym o tym pisałem (ach te duplikaty, które nie są do końca, a czasem nawet wcale, duplikatami), więc wrzucam jeszcze raz jako wpis, bo to (IMHO) bardzo ciekawe, a zupełnie szerzej nieznane zjawisko.

    Otóż od XVI do XIX wieku w Portugalii występował ruch "sebastianizmu" (tak, wszystko już było, nawet narodowy sebastianizm). Zaczęło się to tak, że dwudziestokilkuletni król Portugalii zaginął w 1578 na polu bitwy, ale jego ciała nie odnaleziono. Ten upadek jednocześnie zakończył prosperity Portugalii i "aktywizował" różnych wizjonerów i proroków. "Weszło" tak mocno, że jeszcze w XIX wieku brazylijscy (!) chłopi oczekiwali, że Sebastian wróci i pomoże im w walce z "bezbożną" Brazylią.

    W świadomości Portugalczyków Sebastian pozostał jako wielki patriota i bohater, O Encoberto – król w ukryciu, który pomoże krajowi w najczarniejszych godzinach. (...) Obecnie postać Sebastiana jest często przywoływana przez portugalskich polityków i intelektualistów, krytykujących różne aspekty życia kraju i społeczeństwo w ogólności, które tylko czeka na wybawiciela zamiast rozwiązywać zaistniałe problemy.

    ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Sebastianizm )

    Jak dla mnie, podobieństwa do #smolensk są uderzające i dziwi mnie, że polscy profesorowie (#pdk) tego nie wyciągnęli. Oczywiście sebastianizm to tylko jedno z wielu tego typu zjawisk w historii, że wspomnieć mesjanistyczne oczekiwania narodu żydowskiego czy samą historię Jezusa według przekazu chrześcijańskiego, ale pokazuje to, na jak bardzo potężnych strunach tutaj zagrano (inna sprawa - czy to naprawdę "zażarło"? Z jednej strony wydaje się że bardzo, z drugiej w pewnym momencie trzeba to było "schować", co może jest jakimś znakiem, że Polska się jednak zmodernizowała, ale to temat na inny wpis).

    PS: https://www.wykop.pl/link/5506437/polski-triumf-tanatosa-proroczy-tekst-agaty-bielik-robson-z-16-kwietnia-2010/ (wciąż na wykopalisku)

    #anatomiapopulizmu (trochę już się tutaj zebrało wrzutek) #ciekawostkihistoryczne #historia #portugalia #neuropa #bekazpisu
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Bardzo lubię wracać do pewnego wywiadu. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to wywiad z liderem chyba mojego ulubionego ugrupowania w całej Europie, przeprowadzony w języku polskim, a po drugie, w owej rozmowie pada wiele cennych informacji i przemyśleń, których na polskim podwórku trochę bardzo brakuje.

    Wczoraj wrzuciłem wpis, w którym starałem się zwrócić uwagę na rolę wychowania nas przez szkołę w bierności wobec rosnących autorytaryzmów, które nie rosną gdzieś daleko jeszcze za płotem sąsiada, ale u nas na podwórku. Oczywiście nie ucząc nas o tym wprost, ale mimo wszystko, osiągając ten cel pomiędzy wierszami.

    Polska opozycja, wydawałoby się, jest w tym momencie stracona. No bo w jaki sposób pokonać partię, której w sondażach nie rusza upartyjnianie bezpieczników ustrojowych i ich rozmontowywanie, która demokrację liberalną ma za niepotrzebny prezent od Zachodu, a nawet za przeszkodę w realizowaniu swojej wizji światopoglądowej i przede wszystkim wizji Polski? Protesty w obronie demokracji zgrabną grą PiSu są sprowadzane do absurdów, obywatele nie czują przywiązania do żadnej opcji politycznej i zjednoczenie ich do wyjścia na protest jest bardzo trudne. A nawet niemożliwe w obecnych warunkach ze względu na koronawirusa.
    W takim razie pojawia się pytanie - czy jest o co walczyć i w jaki sposób? Oczywiście, że sens jest, dopóki jest realna możliwość zawrócenia z drogi wytartej przez Orbana.
    Odnośnie sposobów - tych jest wiele, natomiast dzisiaj chciałbym rzucić uwagę na temat czegoś, czego bardzo mi w polskiej opozycji brakuje. Tej zwykłej, bezinteresownej i skutecznej pracy u podstaw.
    Większość ludzi głosujących w wyborach to są zwykli i prości ludzie, dla których mówienie, że PiS ma w rękach TK, rozmontował trójpodział władzy i świadomie łamie prawo w kolejnych politycznych decyzjach, to frazesy. Frazesy, które swoją drogą jest bardzo łatwo wytrącić, jeśli ktoś w praktyce nie rozumie, co oznacza brak niezależnego TK.

    I o ile nie mam zamiaru odmawiać opozycji starań w tym, żeby każdy człowiek usłyszał, że PiS prawo łamie, o tyle brakuje mi swoistego wytłumaczenia, dlaczego on to prawo łamie (tutaj mogę zrobić ukłon w stronę Hołowni, bo on jednak swoje kolosalne zasięgi wykorzystuje, żeby pomiędzy zwykłymi informacjami dotyczącymi kampanii tłumaczyć ludziom, o co w tym wszystkim chodzi). Tylko w taki sposób, który to hasło rozłoży na czynniki i przekaże w sposób zrozumiały zwykłej osobie. A nawet niekoniecznie zwykłej - bo przecież osoby niezainteresowane polityką wcale niekoniecznie muszą to tak dobrze rozumieć. Specjalista w jakiejś konkretnej dziedzinie może być oczytany i mieć szeroką wiedzę, ale niekoniecznie będzie to wiedza o systemie politycznym panującym w Polsce. Przypomnijmy sobie, w jaki sposób mieliśmy omawiane różne ustrojowe tematy na historii czy WOSie. Trójpodział władzy? A no pochodzi stąd i stąd, oznacza coś takiego. Eksperymenty myślowe obrazujące możliwości władzy, która da radę rozmontować chociaż jeden element? Brak, bo po co. Wytłumaczenie konceptu trójpodziału i próba zaakcentowania, dlaczego jest on tak ważny? Nie, to nie w polskiej szkole.

    Fajnie streszcza to Ivan Bartos, lider czeskich piratów we wspomnianym wyżej wywiadzie:

    Kiedy twoja pralka się psuje i nie stać cię na naprawę, a wszystko, co ci zostaje, to chwilówka, kiedy nie możesz pozwolić sobie na najpotrzebniejsze rzeczy – to znaczy, że w twoim kraju coś nie gra. W państwach Europy Środkowo-Wschodniej ta najbardziej podstawowa wolność – zobrazujmy ją sobie jako elementarne potrzeby materialne w piramidzie potrzeb – nadal nie jest zaspokojona. Nie trzeba już dzisiaj walczyć w Czechach o przetrwanie, ale pensje pracowników wciąż są niskie, ludzie nie mają oszczędności, a dziesiątki tysięcy osób wyeksmitowano z domów. Teraz już rozumiesz, dlaczego szwedzki program nie mógł zadziałać? Jak nauczać o wolności internetu czy o demokracji, gdy głównym zmartwieniem rodzin jest comiesięczne związanie końca z końcem? Nie chodzi o to, że ludzie w naszym regionie nie są zainteresowani swobodami, kwestiami filozoficznymi czy politycznymi, bo są. Ale jestem przekonany, że progresywna polityka musi zacząć się od zapewnienia bezpieczeństwa i w pierwszej kolejności przejść przez najniższe piętra tej piramidy.

    [lewica] Przegrywa je [wybory], bo ta sama protekcjonalność, skłonność do pouczania i osądzania innych, jaka zgubiła Zielonych w Czechach, ciągnie też na dno lewicę w innych miejscach. Ja nie oceniam i nie pouczam ludzi o konserwatywnych poglądach. Może dlatego nam się powiodło? My przyjęliśmy ich lęki i przekonania takimi, jakimi one są, bo zmienić je może tylko otwartość, edukacja i dyskusja. Byłem w regionach i podróżowałem po Czechach. Kiedy jedziesz na Północne Morawy, to za największe problemy społeczne ludzie winią żyjących tam Romów. Pewnie, mogłem z łatwością wrócić do Pragi i powiedzieć w telewizji, że ci ludzie to rasiści. Ale ja mam w głowie odpowiedzialniejsze i wymagające czasu zadanie. [...] Naprawdę mi zależy, by oni pewnego dnia zmienili zdanie.

    Dlaczego opozycja nie próbuje wzmocnić swojego przekazu przy samych fundamentach? Niezależnie od tego, jak bardzo masz rację i jak bardzo wszyscy się mylą, nikt nie przyzna ci racji, jeśli nie zrozumie, co masz tak naprawdę do przekazania. Taki sam mechanizm działa tutaj. No ok, PiS coś tam zrobił, ale to inni tak nie robili? A co to właściwie znaczy? To są pytania, które dostaje się od osób, dla których polityka to jest coś tam odległego, dziejącego się w Warszawie, w oderwaniu od rzeczywistości zwykłej osoby. W dodatku jest to potęgowane przez fakt, że dla wielu ludzi to jest żaden priorytet w porównaniu do bezpieczeństwa finansowego, którym tymczasowo dał radę omamić ich PiS.
    Sporo osób, pomimo wcześniejszej znieczulicy na takie wydarzenia, zaczyna dostrzegać, czym grozi nam PiS. Tylko, że to dalej nie jest większość, a oczekiwanie na to, że większość to sama zrozumie, to proszenie się wprost o to, aby większość zrozumiała dopiero wtedy, kiedy już będzie za późno. Bo to nie jest wieczna przeprawa przez problemy, a przeprawa, która w pewnym momencie kończy się systemem dobrze znanym jako #postkomunistycznepanstwomafijne z Węgier.

    #anatomiapopulizmu #polityka #wybory #neuropa
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    Aktualne wydarzenia w Polsce denerwują naprawdę wielu ludzi i doprowadzają niektórych do zwątpienia w to, czy w Polsce może jeszcze być normalnie. Przekraczane są kolejne granice, czy to działań rządu, czy to rządowej propagandy w #tvpis. Nie ma absolutnie żadnego wstydu za kolejnymi materiałami puszczanymi wieczorami o 19:30 na jedynce, a propaganda zrzuca winę za bezprawne drukowanie kart wyborczych i stratę milionów na działania opozycji. Nikogo to już nawet nie dziwi, a bukmacherzy proponują zakłady o absurdalne paski podczas emisji Wiadomości.
    Dwójka szeregowych posłów umawia się co do wizji wyborów i bez żadnych podstaw prawnych ogłasza sobie porozumienie pomiędzy skłóconymi osobami i wypracowany kompromis. Kompromis, nad którym trzeba zrobić milion fikołków prawnych, aby to w ogóle mogło zostać za uznane. Odbywają się wybory, których nie ma, a jeszcze kilkadziesiąt godzin przed wyborami nie było nawet wiadome, czy się odbędą.

    Jaka jest reakcja społeczeństwa? Praktycznie żadna. PiS pomimo swoich działań i tworzenia w kraju quasi autorytaryzmu nie tylko utrzymuje władzę, ale uzyskuje jeszcze lepszy procentowo wynik, niż w 2015 roku, a liczebnie wypada rekordowo jak na ostatnie czasy w Polsce. Kandydaci opozycyjni w wyborach zyskują poparcie na poziomie kilkunastu procent, a urzędujący prezydent, któremu można najzwyczajniej w świecie postawić poważne zarzuty, kręci się w okolicach zwycięstwa w pierwszej turze.

    Powodów bierności wobec rosnącego autorytaryzmu jest sporo, ale dziś bym chciał zwrócić uwagę na kwestie wychowawcze, które takie zachowania w nas kreują. Nie ze względu na wychowanie, które przekazują nam nasi rodzice, a państwowe instytucje, a w tym konkretnym przypadku, szkoła.

    Świetnie wyjaśnia to Sienkiewicz w swojej książce pt. "Państwo teoretyczne".

    Nauczanie linearne jak z XIX-wiecznych reguł szkolnych, nadmiar faktów i dat bez znaczenia dla rozumienia procesów historycznych i przemian społecznych, zupełna prawie nieobecność wydarzeń najnowszych - to normy tego systemu. Kluczowe wydarzenie w naszych dziejach najnowszych, jakim było powstanie "Solidarności" (i jej uniwersalne przesłanie), jest omawiane marginalnie lub bałamutnie. Nie istnieje żaden pomost między historią a współczesnością. W ten sposób przeszłość jest oddzielona od współczesności, a tym samym - od odpowiedzialności za "tu i teraz". Pozbawieni refleksji obywatelskiej, niezdolni do opowiedzenia historycznej drogi do czasów teraźniejszych (zasługujący na pamięć żołnierze wyklęci, tak promowani przez PiS, z tą drogą nie mają przecież nic wspólnego i mówię to jako historyk, a nie polityk) młodzi Polacy będą coraz rzadziej chodzić na wybory, a idea wspólnoty zawarta w państwie i jego regułach będzie dla nich coraz bardziej obca i niezrozumiała.

    Samorząd uczniowski nie jest samorządny, ponieważ ma opiekuna ze środowiska nauczycielskiego i jest przez niego sterowany, rada rodziców podlega nierzetelnym manipulacjom ze strony wychowawców i dyrektorów, którzy wymuszają wtórne opodatkowanie na rzecz szkoły publicznej, na przykład na ksero, wycieczki czy nawet sprzęt komputerowy. Natomiast radą pedagogiczną kieruje dyrektor, czyli pracodawca, co jest absurdem. To tak, jakby na czele Sejmu stał premier rządu.

    [system szkolny] Jest nauką konformizmu, podporządkowania się, tym bardziej szkodliwą, że odbywa się to za parawanem rzekomej samorządności. Nikt w polskiej szkole nie ma zamiaru dzielić się władzą z uczniami lub rodzicami, o czym wiedzą prawie wszyscy Polacy, którzy przepuścili już swoje pociechy przez powszechny system szkolnictwa. Ale starannie pudrowany jest przekaz, że takie ciała są autonomiczne. Skutek jest taki, że uczniowie w zdecydowanej większości polskich szkół czerpią wiedzę, jak się odnaleźć w systemie zakłamanym, nieprawdziwym, pełnym hipokryzji. Rodzice z kolei są świadomi, że szkoła przetrzymuje zakładników - ich dzieci - więc się nie wychylają. Nie wychylać się, udawać, że wszystko jest w porządku i brać udział w fikcji - oto przestroga i lekcja przekazywana uczniom i ich rodzicom. To nauka autorytaryzmu w miękkiej postaci, posługującego się szlachetną formą dla ukrycia opresyjnej treści.

    Bartłomieja Sienkiewicza można nie lubić i można mu wiele zarzucić, ale nie można mu odmówić oczytania, sprawnego, analitycznego umysłu oraz ponadprzeciętnej inteligencji. Powyższe fragmenty pochodzące z rozdziału zatytułowanego "Folwark dziecięcy" w bardzo jasny sposób opisują problemy polskiej edukacji, które mają katastrofalne skutki w przyszłości. W dodatku jest to jeden z niewielu głosów, które faktycznie rozumieją problemy polskiej edukacji - bo jej głównym problemem nie jest to, czy uczeń będzie siedział w siódmej klasie podstawówki, czy w pierwszej gimnazjum, ale raczej to, w jaki sposób i jaką wiedzę on przyjmie oraz jak zostanie zbudowane środowisko, w którym przyjdzie mu siedzieć. Zmiana opakowania nie zmieni jego zawartości. Problem jest niestety na pokolenia, a nie na jedną kadencję. Z tego powodu, niestety, kapitału politycznego na sprawie nie da się tak łatwo zbudować - a co za tym idzie - mało kto jasno postawi to w gronie priorytetów programowych. Byleby takie coś nie przyniosło nam #postkomunistycznepanstwomafijne, bo na to definitywnie mamy potencjał.

    #anatomiapopulizmu #szkola #polityka #neuropa
    pokaż całość

    źródło: bi.im-g.pl

    •  

      Sienkiewicz w książce w wielu miejscach posypuje głowę popiołem i krytykuje PO i jej pomysły.

      @Topkapi: Widać będę musiał przeczytać by polemizować dalej, skutecznie ją zareklamowałeś :)

      Już nie wspominając o tym, że trochę dziwnym podejściem jest atakowanie tego, co zostało powiedziane, poprzez dyskredytację persony, a nie tego, co powiedziała - w dodatku w bardzo infantylny sposób, bo zakładający, że osoba, która popełniła błąd w przeszłości, nie może być w tym momencie głosem rozsądku w jakiejkolwiek sprawie.

      Ja nigdzie nie dyskredytuję persony Sienkiewicza i nie atakuję go osobiście, nie wmawiaj mi tego, bo sprowadzasz dyskusję na niski poziom! Przecież napisałem wyżej, że wydaje się inteligentny ale mało skuteczny. Rozchodzi mnie się o to, że z jego przemyśleń i inteligencji nic nie wynikło wcześniej gdy był w rządzie ani nic nie wynika teraz, mimo, że jest posłem. Nawet zakładając, że będąc ministrem jednego z najważniejszych resortów nie miał nic do powiedzenia na posiedzeniach rządu (tak, nie wiem czy wiesz ale jest coś takiego jak posiedzenie rządu, ministrowie nie muszą ze sobą rozmawiać "gdzieś na kawie czy spacerze po korytarzu sejmowym"), to i tak miał potencjalny wpływ na rządy o niebo większy niż Ty czy ja. Ja też mam tysiące przemyśleń ale na razie jestem niemal równie skuteczny jak Sienkiewicz ;)

      A i pomijając to, to przez te dramatyczne osiem lat Polska była jednak naprawiana, co odzwierciedlają wszystkie rankingi gromadzące dane z tego okresu, co oczywiście może być kontrowersyjne dla niektórych, ale statystyki nie kłamią ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Ale znowu wmawiasz mi coś, czego nie napisałem. Rozumiem, że ja nie mogę krytykować PO ale Sienkiewicz może?
      Statystyki może i nie kłamią ale skutkiem była największa w historii wygrana opozycyjnego PiS i utworzenie rządu więszkościowego. Więc chyba jednak coś poszło nie tak. Moim zdaniem - co pisałem wyżej i się powtórzę, jeśli nie zrozumiałeś - zabrakło właśnie pracy od podstaw i tłumaczenia wizji liberalnej Polski wszystkim obywatelom (włączając prowincje). Zamiast tego PO skręciła w jakąś dziwną stronę ciepłej wody w kranie, braku wizji i odkrywania przez Tuska w sobie socjaldemokraty.

      Dobra, rozpisałem się, ale chyba niepotrzebnie, bo dyskusja nie ma sensu, skoro jakąkolwiek krytykę czy Sienkiewicza czy PO odbierasz jako infantyle ataki na nich. EOT z mojej strony.
      pokaż całość

    •  

      taktyczny szatan obserwacji

    • więcej komentarzy (21)

  •  

    Czy Rosja przetrwa? - znalezisko

    Powyższe to nowy filmik (osadzony w kontekście obecnych kłopotów okołokoronawirusowych Rosji) na rozkręcającej się od paru miesięcy platformie newsowej/youtubowej Obywateli RP. Fajnie że zabrali się za robienie takich treści. Jedne z pogadanek na kanale są ciekawsze (jak ta), inne mniej, ale w stosunku do tego, co było kilka miesięcy temu, kiedy do nich pierwszy raz zajrzałem, widzę spory postęp, też techniczny.

    Jakiś czas temu przy okazji omawiania neuropejskich podcastów narzekałem, że neuropa "nie umie w wideo". Zresztą bodajże Bodnar ostatnio też mówił, że bardzo w Polsce brakuje "poważnego youtuba". Innymi słowy - wiele osób dostrzega, że należałoby zrównoważyć jakoś te wszystkie prawicowe telewizje i pogadanki internetowe, które mają łącznie jakieś grube miliony odsłon tygodniowo, tylko nie bardzo jest komu to zrobić.

    Więc jeszcze raz - polecam rozważyć wzmocnienie tych, którym się chce, choćby subem. Idealnie by było jakby dołączyli do nich albo zabrali się za to podobnie jak na prawicy też "natywnie internetowi" trzydziestolatkowie, bo to byłby bardziej atrakcyjny multigeneracyjnie miks, i zbudowali coś na wzór "The Young Turks" (tylko bardziej merytorycznego), no ale z aktywizacją polityczną lepiej radzącej sobie części polskiego pokolenia transformacji nie jest łatwo, więc wspierajmy to, co realne, a nie wyobrażone (zwłaszcza że ja też w tym momencie narzekam zamiast robić).

    PS: Z poważnych pogadanek o zabarwieniu neuropejskim i większym zasięgu kojarzą mi się tylko "Imponderabilia":
    https://www.youtube.com/channel/UCoXxgqIOTa8qCM7Hd7RiURw/videos

    PPS: Przegląd neuropejskich podcastów ode mnie:
    https://www.wykop.pl/wpis/46728609/o-tym-ze-neuropa-nie-umie-w-wideo-i-o-renesansie-p/

    #rosjawstajezkolan #anatomiapopulizmu #swiat #rosja #neuropa #ropa #polskiyoutube
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    •  

      @Andreth: Niektóre z nagrań rzeczywiście są trochę krindżowe, ale ja jestem z tych, co cenią ludzi, którym się chce nad tych, którzy tylko recenzują. Poza tym doceniam starania i kierunek, a to wideo pokazuje, że jest potencjał.

      Oczywiście nie obejdzie się też w końcu od zrobienia czegoś podobnego przez ludzi urodzonych w latach 80. i 90, ale jak widać nie ma na razie chętnych, a kilka projektów lepsze niż jeden. Zresztą np. Klub Ronina jest od zawsze nieco emerycki, co nie przeszkadza mu mieć sporych zasięgów.

      PS: Dzięki za dalsze rekomendacje, rozejrzę się.
      pokaż całość

    •  

      @eoneon: @Andreth: kiedyś jeszcze Kuba Wątły działał na youtube mocno. Jest agresywny, ale liberalny no i jego program w superstacji, a w szczególności goście których zapraszał, byli bardzo fajni.

      Teraz to głównie chyba radiem się zajmuje i wrzuca blogi na ten kanał. Still neuropa tho.

      źródło: youtube.com

      +: eoneon
    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę? - znalezisko

    Mający już parę lat [2006] ale IMHO niezmiennie aktualny i bogaty w wiedzę artykuł. Z takich ciekawszych odniesień, to przywołuje interesujący opis plemienności, za Vonnegutem nazywany "Grupą zewnętrzną granfalonu":

    Anthony Pratkanis i Elliot Aronson w swym bestsellerowym „Wieku propagandy” jeden z rozdziałów – tylko pozornie z przymrużeniem oka – formułują właśnie w formie instrukcji: „Jak zostać przywódcą sekty”. Twierdzą, że sekty religijne czy parareligijne owe techniki uzależnienia człowieka od grupy i jej guru stosują „w sposób szczegółowy i pełny”. Lecz analogie do wszelkich zbiorowości, jakie ludzie zawiązują – politycznych, wyznaniowych, zawodowych, nawet towarzyskich – są tu w pełni uprawnione (...)

    Punkt pierwszy owej instrukcji brzmi: wykreuj własną rzeczywistość społeczną. Chodzi o taki obraz świata, który posłuży potem do interpretowania wszystkiego, co się dzieje wewnątrz grupy, a zwłaszcza na zewnątrz. Ten zewnętrzny świat musi być bez najmniejszej wątpliwości zły. Tylko wewnątrz grupy jest bezpiecznie; tylko tu doznasz wybawienia. Taki jednoznaczny podział na grupę wewnętrzną (wyznawców) i zewnętrzną (wrogów, obiekt stałej nienawiści) w naukach społecznych zwykło się nazywać kreowaniem granfalonu.

    ( Więcej: https://en.wikipedia.org/wiki/Granfalloon , https://pressto.amu.edu.pl/index.php/ikps/article/download/9933/9526/ )

    Porównanie PiS do sekty nie zdziwi nikogo, kto próbował przekonać jakiegoś stereotypowego zatwardziałego PiSowca. Trafia się nie tylko na inny fantazmat, ale też na ścianę. bo rewizja poglądów dla kogoś takiego wymagałaby przyznania zmarnowania lat życia; może nie jak w sekcie całego, ale jednak sporej ilości utopionej energii. Poza tym taki ktoś zostałby sam na sam ze złożonością świata. Fajnie o tym (w kontekście tradycyjnego katolicyzmu) pisał kiedyś w "Kulturze Liberalnej" Piotr Kieżun:

    Dlaczego ci ludzie, skoro są tacy fajni, głosują zatem na PiS? Cienką czerwoną linią, która w wielu sytuacjach mnie od nich odgradza, nie jest ich głupota ani konformizm, lecz głęboka potrzeba ram, które uporządkowałyby im w przejrzysty sposób płynny świat nowoczesności. W dziewięciu na dziesięć przypadków daje im to katolicyzm. Nie Jezus Chrystus, nie Maryja zawsze Dziewica, nie Duch Święty, ani żadne metafizyczne skoki na główkę w stylu Kierkegaarda, ale katolicyzm rozumiany jako forma. Z tej perspektywy nie mają znaczenia wszystkie niekonsekwencje doktrynalne polskich zwolenników prawicy. Jedni mogą patrzeć przychylniej na związki homoseksualne, bo w rodzinie ktoś jest gejem lub lesbijką, drudzy na rozwody, bo właśnie syn się rozwiódł, trzeci mogą chodzić do kościoła tylko w święta i się nie spowiadać, większość być za obowiązującym kompromisem aborcyjnym. Summa summarum wszyscy jednak ochrzczą dzieci, wezmą ślub kościelny, urządzą bliskim katolicki pochówek i zagłosują na PiS, który zapewni, że utrzyma – rozumiane dosłownie i w przenośni – granice.

    ( https://kulturaliberalna.pl/2019/10/22/dlaczego-fajni-ludzie-glosuja-na-pis-kiezun/ )

    PS: W powiązane wrzuciłem fragment tekstu Kalukina o języku Kaczyńskiego, też z "Polityki". Może jednak warto kupować tygodniki? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #anatomiapopulizmu #polityka #dobrazmiana #spoleczenstwo #bekazpisu #neuropa
    pokaż całość

    źródło: static.polityka.pl

  •  

    Jego [najbardziej bodaj znanego przedstawiciela i propagatora teologii politycznej - Carla Schmitta] wywód prowadzi od ewangelicznego przesłania, zawierającego nakaz miłowania nawet nieprzyjaciół, do tezy o nieuchronności podziału ludzi na przyjaciół i wrogów jako podstawy ładu politycznego. Nakaz miłowania bliźniego ma według tej wykładni zastosowanie jedynie w relacjach osobistych, personalnych, ale nie w stosunkach politycznych. Odwoływanie się do Biblii czy Ewangelii dla uprawomocnienia takich czy innych form regulacji tych stosunków jest jednak zbędne, skoro przyjmuje się, że treść owych świętych ksiąg do nich akurat się nie stosuje. Podobnie zresztą wywodzili i wywodzą polscy nacjonaliści deklarujący się jako gorliwi katolicy — że uniwersalizm i altruizm ewangeliczny nie ma zastosowania do stosunków politycznych, rządzących się względami partykularnymi i egoistycznymi na wzór darwinowski.

    Luc Ferry z niepokojem i troską zastanawia się, czy jest możliwe nadanie demokracji żywotności i dynamiki bez odwoływania się do jakiegoś wyższego porządku i systemu wartości. „Polityk republiki islamskiej może czerpać swą siłę z faktu, że jest wcieleniem Absolutu. Przywódca nacjonalistycznego państwa może ciągle w oczach swoich współziomków uchodzić za reprezentanta wyjątkowego geniuszu swego narodu, świętości wyższej niż wszyscy poszczególni jego członkowie […] Przywódca rewolucyjny zachowuje słabsze lub silniejsze poczucie, że dana mu jest święta misja. Bóg, Ojczyzna, Rewolucja uświęcają «wielkie plany». Natomiast polityk w kraju laickim i demokratycznym musi stać się jedynie drobnym urzędnikiem […] Czyżby nasze gnuśne demokracje były tak mało podniecające, że nie mogą wywołać w nas już żadnych uczuć?”. I sam sobie odpowiada: „Spójrzmy jednak na inne regiony świata: od Algierii do Iranu, od Serbii do Rwandy, od Sudanu do Indii czy Kambodży, poprzez Egipt, integryści wszelkiej maści z takim okrucieństwem przelewają krew swoich narodów, że mamy wszelkie powody, aby cieszyć się z naszej uprzywilejowanej sytuacji” [Ferry 1998, 154–155].

    Zgadza się jednak z Taylorem, że żeby utrzymać i poprawić tę sytuację, nie można pozwolić na zastąpienie integryzmu czy fundamentalizmu teocentrycznego przez materialistyczny i redukcjonistyczny naturalizm, dlatego proponuje humanizm spirytualistyczny, zachowujący perspektywę transcendentną, ale wpisaną w immanencję ludzkiej świadomości. W ten sposób zostaje uratowana nie tylko duchowość, ale i duch wspólnoty, oparty jednak nie na przymusie tradycji lub przynależności, ale wspólnotowo (transcendentnie) zorientowanej świadomości indywidualnej (świadomym życiu we wspólnocie). „Jeśli dodamy, że to ludzie nadają wartość owym niedogmatycznie pojętym transcendencjom, to będziemy mogli włączyć je do kategorii świętości, czyli czegoś, co sprawia, że poświęcenie jest w ogóle możliwe” [tamże, 174]. To nie tylko postulat czy pobożne (nomen omen) życzenie, lecz faktycznie zachodzące procesy. Na przykład „jednym z ważnych przesunięć w światopoglądzie nowej duchowości było przeniesienie sacrum z transcendencji do immanencji […] W tych ujęciach nie tylko nowa duchowość, ale i różne «świeckie» formy duchowości, które odgrywają rolę sensotwórczą, zapewniają poczucie wspólnotowości i pozwalają na realizowanie wartości uznawanych za pozytywne” dla tych wspólnot [Pasek 2013, 101, 108].

    Jak się okazuje, w rankingach standardów życia politycznego najwyższe miejsca zajmują regularnie państwa najbardziej zlaicyzowane, respektujące rozdział kwestii politycznych od religijnych. W pierwszej dziesiątce takich rankingów plasują się państwa skandynawskie, kraje Beneluksu oraz Szwajcaria, a z pozaeuropejskich Nowa Zelandia, Australia i Kanada. Na ogół to właśnie „człowiek, który odwraca swą uwagę od świata nadprzyrodzonego i skupia spojrzenie na świecie doczesnym i czasie obecnym (saeculum oznacza przecież również «obecna pora, doba») podejmuje wysiłek urzeczywistniania ideałów pluralizmu i tolerancji oraz stara się zapobiec narzucaniu partykularnych wizji świata środkami przypisywanej im [tym wizjom] władzy” [Zabala 2010, 27].

    Natomiast w społecznościach ludzi skoncentrowanych na świecie nadprzyrodzonym i z niego czerpiących dyrektywy postępowania, w tym również polityczne — czego przykładem liczne kraje muzułmańskie — na ogół dochodzi do narzucania owych partykularnych wizji świata środkami autorytarnymi. Dzieje się tak, ponieważ — jak stwierdza Cupitt — lokalne tożsamości oparte na religijnej przynależności nie są już w stanie zyskać akceptacji dzięki swej atrakcyjności. Tracą ją, więc usiłują podtrzymać swe istnienie i wpływy siłą [Cupitt 1998, 145].

    (za: Janusz A. Majcherek, Bóg bez znaczenia, Warszawa 2015)

    PS: O książce już kiedyś pisałem. Pomijając jej główny problem (zbyt trudna dla kompletnych laików, ale nie naukowa) mogę ją z czystym sercem polecić. Majcherek bardzo dużo cytuje, to trochę tak, jakby czytać 20 książek naraz, co pozwala odkrywać różne idee i autorów. Ot, przegapiony polski głos w debacie o "nowym ateizmie" z pozycji pluralistycznych, liberalnych.

    PPS: Czymże mógłby być ten humanizm spirytualistyczny? Ja mam parę typów: odkurzenie dziedzictwa greckiego (np. Platon, epikureizm, stoicyzm, itd.), kwakryzm (how cute and adorable!) czy wreszcie "duchowość ateistyczna" Luca Ferry'ego, Comte-Sponevilla i Jonathana Haidta. Zresztą, katolicyzm otwarty też się tu odnajduje, mamy nawet tego typu kandydata w wyborach (inna sprawa, że to słaby ruch).

    #anatomiapopulizmu #ksiazki #czytajzwykopem #4konserwy #neuropa #dobrazmiana #religia #ateizm
    pokaż całość

    •  

      No pewnie że słaby, ruch intelektualistów któremu, jak mam wrażenie, brak odwagi. Nie sposób mi się uwolnić od myśli że typowy otwarty katolik sam nie wierzy w to co mówi. Brakuje im zwyczajnie intelktualnego wigoru, życia, zresztą nie są w stanie przekazać swoich poglądów właściwie nikomu, nawet swoim dzieciom. Kwestią czasu jest jak to towarzystwo roztopi się w ogniu współczesnych tendecji do sekularyzacji.

      @Neptune: Łap tekst.

      Inna sprawa, że akurat Hołowni energii nie brakuje, ale może to cecha osobnicza :).

      Ja nie widzę zaczątków niczego nowego wśród moich dwudziestokilkuletnich znajomych

      @Neptune: To nigdy nie będzie (ani też nie było w przeszłości) dominujące w społeczeństwie, niemniej np. subreddit stoicki ma już prawie 300k członków i dynamicznie rośnie. Nie widzę powodu, żeby i w Polsce nie było miejsca na takie rzeczy w podobnej (relatywnie) skali w ramach próżni po laicyzacji. W swoim czasie, bo na razie to dopiero zaczęliśmy zbiorowo konsumować.

      Ruch w takiej skali mógłby (nie mówię, że tak będzie) wystarczyć jako punkt odniesienia dla części elity i klasy średniej, zasadne jest pytanie co z "masami". Ale lud też chyba nigdy nie był do końca schrystianizowany.

      Do tego w naszej ironicznej kulturze jakakolwiek forma duchowości nie pomaga w utrzymaniu się wysoko w hierarchii społecznej, przeciwnie

      @Neptune: Prawda, ale tkwi tu pewien paradoks, tzn. o ile jakiś niemodny "rozwój duchowy" niechybnie zmniejsza szanse na osiągnięcie sukcesu wg popularnych kryteriów, to przez zmianę percepcji jednostki może ją uczynić mimo to dużo bardziej spełnioną i pomóc jej znosić sytuacje graniczne. Samo przyzwyczajenie do mniejszej konsumpcji daje spore poczucie bezpieczeństwa.

      BTW, starożytni mędrcy (pamiętam taki passus u Seneki czy tam Epikteta) raczą zbytnio się z własnym "filozofowaniem" nie afiszować. Nie jest to zresztą specjalnie trudne, bo nie o to chodzi, żeby przestać być nagle człowiekiem współczesnym, tylko żeby mieć odrobinę więcej zrozumienia i porządku wewnętrznego niż jeśli by żyć bez jakiejkolwiek "filozofii życiowej".
      pokaż całość

    •  

      @eoneon: Dzięki za artykuł, ciekawy i w sumie dosyć ponury (bez jasnej konkluzji czy propozycji wyjścia z sytuacji) zważywszy na to, że Znak to pismo katolickie.

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Z najnowszego Economista ( ͡° ʖ̯ ͡°).

    Jak widać, pieprzy się w wielu miejscach naraz, Polska się nawet nie załapała do tabelki i zbioru artykułów (choć była w numerze tydzień temu).

    Tu dwa artykuły okładkowe - 1, 2.

    Mnie szczególnie dotknęło to, co się dzieje w Hong Kongu. Interesowałem się sprawą przed pandemią, ale jakby nie Economist, to w ogóle by się informacja o tym, co się tam wyprawia, do mnie nie dostała, przykryta koronawirusem.

    PS: Paywall działa jeśli wyłączyć javascripta, choć nieodmienie zachęcam do prenumeraty próbnej.
    PPS: Ktoś pytał w PW czy papier dochodzi normalnie. Póki co jak tak - choć jak zwykle z parodniowym opóźnieniem względem wersji elektronicznej (czyli ten Economist sprzed chwili dojdzie koło wtorku).

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    #polityka #koronawirus #4konserwy #neuropa #swiat #economist #theeconomist
    pokaż całość

    źródło: image.png

  •  

    Najnowsze wydarzenia polityczne w Polsce (i trochę na na Węgrzech) z tego co widzę na SG i w gorących coraz większej liczbie osób uświadamiają, z jakim zjawiskiem mamy od paru lat do czynienia. Szkoda, że zrozumienie przychodzi po szkodzie, a nie przed szkodą (choćby w 2015-2017, kiedy rozgrywała się walka o wierchuszkę sądownictwa), ale dobre i to.

    Za pomocą "taktyki salami" (czyli kroczek po kroczku, w sposób niedostrzegalny dla laika) wykręcane są odpowiednie bezpieczniki, aż w pewnym momencie nie ma się nawet do kogo odwołać o pomoc, bo te - hehe - przemożne elity już nic nie mogą, szczególnie w sytuacji kryzysu.

    Ja już w ciągu dwóch ostatnich lat napisałem o tym wystarczająco dużo, więc wklejam gościnnie wpis pewnego byłego użytkownika Wykopu, który przystępnie, a może inaczej ode mnie, to tłumaczy na poziomie filozofii prawa. Może rozwinięta tam metafora pomoże też komuś wytłumaczyć to ludziom, którzy jeszcze wciąż tego, co się dzieje, nie rozumieją. Enjoy.

    ==

    Czy Jarosław Kaczyński jest królem? A gdyby nim był, to czy powinien móc robić wszystko, co zechce, tak jak to królowie mają w zwyczaju?

    Choć te pytania mogą wydać się absurdalne, to oddają istotę spustoszenia, jakie od kilku lat dzieje się w Polsce.

    Na pierwszy rzut oka nic nie jest bardziej odległe niż monarchia i demokracja. Z jednej strony widzimy jedynowładztwo, z drugiej strony - władzę wszystkich obywateli. Ale tak naprawdę mamy do czynienia z tą samą rzeczywistością. Żeby się o tym przekonać wystarczy zaznajomić się z tym, co zrobił Rousseau. Do jego czasów suwerenem, czyli kimś kto rządzi i ma ostatnie słowo, był król. Rousseau stwierdził natomiast, że suwerenem jest lud, a nie król. Że to do "ludzi" należy ostatnie słowo. W pewnym sensie to przekształcenie jest rewolucyjne i nie ma potrzeby tego negować. Niemniej jednak to tylko proste odwrócenie dawnej formuły ustanawiającej suwerennego monarchę rządzącego z woli Boga.

    Czy taki monarcha powinien mieć władzę absolutną? Są tacy, którzy powiedzą, że tak. Jednak wielu było też takich, którzy starali się ograniczyć monarszą wszechwładzę, próbując ją spętać za pomocą praw. Wielu dawnych prawników nie uznawało, że król może i powinien robić wszystko, co zechce. Wręcz przeciwnie, twierdzili, że istnieją granice, których przekroczyć mu nie wolno. W średniowieczu zastanawiano się na przykład, czy król może złamać umowę albo naruszyć prawo naturalne. Czy mógłby naruszyć zasadę, że syn nie może poślubić własnej matki? I odpowiadano, że nie.

    Dlaczego to jest ważne? Bo Rousseau jest w polskiej konstytucji: "Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu" (art. 4 ust. 1). Właśnie dlatego pytanie o to, czy średniowieczny monarcha, może łamać prawa i umowy trzeba zadać także w kontekście polskiego Narodu w 2020 roku, bo jako suweren jest tym samym, co król z XV wieku.

    Oczywiście sytuacja jest bardziej skomplikowana teraz niż kilkaset lat temu, bo w konstytucji istnieje inny przepis: "Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio" (art. 4 ust. 2). W praktyce suwerenem jest więc parlament, co w obecnych realiach politycznych Polski oznacza, że suwerenem stał się Jarosław Kaczyński.

    Dyskusja nad tym, czy prawo powinno określać granice działania suwerennej władzy, nie zakończyła się rzecz jasna w średniowieczu. Trwa do dzisiaj. W nowoczesnej formie i dzisiejszej Polsce przybrała postać sporu o państwo prawa.

    Jarosław Kaczyński stoi w tym sporze na stanowisku dawnych ambitnych monarchów i nowoczesnych dyktatorów, twierdzących, że prawo nie może ograniczać władzy, że prawo jest i powinno być jedynie narzędziem woli politycznej. Że jak chcemy złamać umowę taką, jak konstytucja albo traktat z Lizbony, to powinniśmy to zrobić. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem Jarosław Kaczyński jest intelektualnym dzieckiem komunistycznego autorytaryzmu - ukształtowany przez swojego mistrza Stanisława Ehrlicha, uważającego, że prawo ma być jedynie przyrządem do budowy nowego socjalistycznego świata, postępuje dzisiaj kropka w kropkę wedle tego wzorca. Z tą tylko różnicą, że budowany dzisiaj autorytaryzm nie jest koloru czerwonego.

    Po drugiej stronie sporu mamy prawników wierzących w to, że król Jarosław I Kaczyński nie może zrobić wszystkiego, co tylko mu się przyśni. Wspaniale pasują tu słowa innego wielkiego Francuza - Tocqueville'a: "Nawet despoci nie przeczą, że wolność jest doskonała. Tyle że chcą jej tylko dla siebie i twierdzą, że wszyscy inni są jej zupełnie niegodni. Różnimy się więc nie opinią, jaką powinniśmy mieć o wolności, lecz większym lub mniejszym szacunkiem dla ludzi. I dlatego można powiedzieć z całą pewnością, że zamiłowanie dla rządów absolutnych jest wprost proporcjonalne do pogardy, jaką żywi się do swojego kraju. Proszę mi pozwolić jeszcze trochę zaczekać, nim się nawrócę na to uczucie."

    ==

    PS: https://www.wykop.pl/link/5308311/comment/72826935/#comment-72826935
    PPS: Cytat z Tocqueville'a za http://przegladpolityczny.pl/koncept-i-wizja-raymond-aron/

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    #polityka #4konserwy #neuropa #dobrazmiana #tklive #tocqueville
    pokaż całość

    źródło: tocqueville.png

    •  

      @puszkapandory: Opozycja powinna przestać przejmować się ludźmi 60+. Oni i tak na nich nie zagłosują. Ale według mnie mają szanse wśród młodszych. Rząd stara się bardzo przyciągnąć i utrzymać przy sobie emerytów dając im pieniądze i możliwość głosowania nie wychodząc z domu. Opozycja może teraz młodym mówić, że patrzcie, rząd w tym kraju dba tylko o emerytów bo w obliczu kryzysu chce im dawać pieniądze, a podczas wyborów ułatwia im głosowanie, gdzie wy musicie osobiście stawić się w lokalu i ryzykować zdrowiem albo i życiem, a jak stracicie pracę, dostaniecie coś od rządu? Pytanie czy to wykorzystają czy znowu będą robić wszystko aby nikomu nie podpaść. pokaż całość

    •  

      znasz godzine filozofow w tok fm i audycje z prof. Magorzatą Jacyno z socjoogii UW?, jeszcze nie jestem pewny, ale wychodzi, że kobieta ma niesamowitą wiedzę a jej prognozy socjoogiczne odnoscie poityki i ekonomii są znakomite

      @kupuje_bulki_w_almie: Moja promotorka ( ͡° ͜ʖ ͡°) Potwierdzam z bezpośrednich kontaktów - osoba z niesamowitą wiedzą i do tego maksymalnie zafascynowana swoją dziedziną, maniaczka nauki, reszta świata dla niej nie istnieje. Po zajęciach i seminariach z nią poważnie brałem pod uwagę zostanie na uczelni, tak zaraża swoją pasją. pokaż całość

    • więcej komentarzy (18)

  •  

    Wywiad z Profesor Kim Lane Scheppele na temat demokracji i autorytaryzmu.

    pokaż spoiler Professor Kim Lane Scheppele is the Laurance S. Rockefeller Professor of Sociology and International Affairs in the Woodrow Wilson School and the University Center for Human Values at Princeton University. From 2005-2015, she was Director of the Program in Law and Public Affairs at Princeton. Scheppele’s work focuses on the intersection of constitutional and international law, particularly in constitutional systems under stress. After 1989, Scheppele studied the emergence of constitutional law in Hungary and Russia, living in both places for extended periods. After 9/11, she researched the effects of the international “war on terror”; on constitutional protections around the world. Since 2010, she has been documenting the rise of autocratic legalism first in Hungary and then in Poland within the European Union, as well as its spread around the world. Her many publications in law reviews, in social science journals and in many languages cover these topics and others. She is a commentator in the popular press, discussing comparative constitutional law, the state of Europe, the rule of law and the rise of populism. Scheppele is an elected member of the American Academy of Arts and Sciences and the International Academy of Comparative Law.


    As you can see, I don’t think that populism is the right label for what is going on. These ideological appeals that get analysts talking about populism are covers that distract the public from the consolidation of power through law. Autocrats are using their majorities in Parliament and the superficial appeal of legal change to remove all the constraints on the executive so that the executive can rule, unconstrained, for an unlimited period of time. The law part is really technical and so easy to hide from the lay-person. The distraction of populist appeals keeps people from figuring out what's really going on. But the relentless press to free the executive from legal constraint through law shows that autocracy is the real goal and populism is just the cover story.

    I think the ideological appeals of the new autocrats are mostly distraction, rather than being something the leader believes in or the force that is really holding them in power. These populist appeals are dangerous by themselves, worthy of objection because they harm real people like the members of the opposition or desperate asylum seekers. But ultimately, populist appeals are a way of distracting the citizens from noticing the crashing of their constitutional governments going on underneath the surface.

    Erdoğan got away with his court-packing plan, and then one year later, Victor Orbán did the same thing in Hungary. This was not just a coincidence. I've gone back and you can track that Orbán sent his foreign minister and his justice minister to Turkey; they had all these high-level meetings before Orbán copied Erdoğan. I think that they were trying to figure out how it was done. Again, when Orbán did it, it didn't look immediately like it was court-packing. It looked like Orbán was just defending human rights by expanding the jurisdiction of the Constitutional Court to hear hundreds and thousands of small-scale cases. The Constitutional Court, which is like the U.S. Supreme Court in that judges are appointed directly to that bench, was then packed with Orbán supporters, all in the name of increasing the enforcement of rights.

    #polityka #anatomiapopulizmu #postkomunistycznepanstwomafijne #neuropa
    pokaż całość

  •  

    O zabójstwie Sulejmaniego, szkole "Annales", historii śmierci i niewiary i nie dość spopularyzowanych dziedzinach nauki ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A co tam, machnę jeszcze jedną długą notkę, bo to ważne i od dawna za mną chodzi.

    Wstęp
    (długi i prawdopodobnie już o tym czytaliście, sedno i nowe - niżej)

    Truizmem będzie stwierdzenie, że wielkim problemem współczesności jest kłopot z przenikaniem rzetelnej wiedzy wypracowanej przez ludzkość do szerokiego obiegu przy jednoczesnej hiperdemokratyzacji wykorzystywanej przez demagogów i utracie zaufania do ekspertów i instytucji. Owszem, ludzie w swojej masie zawsze byli nieoświeceni, ale w świecie zachodnim poza krótkimi okresami (jak lata 30.) i obecnym albo byli rządzeni odgórnie, albo bez poważnych oporów delegowali swoją władzę w ramach demokracji liberalnej nieco bardziej merytokratycznej niż obecnie reprezentacji (co zaowocowało wielką powojenną prosperity; zarówno centroprawicowa chadecja jak i centrolewicowa socjaldemokracja radziły sobie tutaj równie dobrze).

    Czemu się posypało to długa historia (rewolucja komunikacyjna, słabnący wzrost gospodarczy i wzrost Azji, zmiany demograficzne, zatarta pamięć o wojnie, itd.), podobnie można by wiele pisać o tym, jak temu zaradzić, ale ja się czuję zainteresowany konkretnie pewnym fragmentem spektrum, czyli osobami, którym nic nie brakuje intelektualnie, ale które z różnych przygodnych powodów mają bardzo głupie poglądy, co w łagodnej formie i mnie dotyczyło (a i pewnie tu i ówdzie wciąż dotyczy). Wierzę w kulturotwórczą siłę "intelektualnej klasy średniej" - gdyby nie ona, obecne zawirowania nie byłyby IMHO możliwe, więc może warto naprawę zacząć od niej.

    Skąd tak dużo pomieszania? Wydaje mi się, że jakkolwiek z popularyzacją twardej "science" są problemy, to jest też spory ruch przeciwny - całe serwisy i sporo ludzi prostujących na bieżąco różne bzdury w temacie szczepionek i globalnego ocieplenia, również tutaj, na wykopie. Walka nie jest łatwa, ale się przynajmniej toczy.

    Gorzej jest w humanistyce. O ile filozofia jest jakoś tam popularna i jest sporo różnych ofert (i dobrze, sam z np. odrodzenia zainteresowania starożytnymi moralistami i eudajmonistyczną platońsko-arystotelesowską etyką cnót mocno czerpię), to socjologia i spore połacie historii są w zasadzie niedotknięte. Pełno jest literatury i czytelników zajmujących się historią II WŚ, Zimnej Wojny, itd., ale na tym się poprzestaje i jeśli idzie o poważniejsze odkrycia nauk społecznych, to są one w zasadzie masowo nieznane. Owszem, np. Tok FM spopularyzuje czasem jakiegoś Wallersteina, czy wspomni o Ariesie, ale niesystematycznie i często obok kontrowersyjnego Ledera czy innych nazwisk zahaczających o dyskusyjną filozofię kontynentalną (Lacan, megapopularny na polskiej lewicy Zizek, itp.). Nie ukrywam, że sam mam do filozofii kontynentalnej pewną słabość, operuję np. pojęciem resentymentu, ale staram się mieć do tego dystans ( ͡° ͜ʖ ͡°).

    Może to niedostateczne spopularyzowanie ma jakiś związek z tym, że humanistyka jest mniej dookreślona niż twarde nauki ścisłe, ale szkoda zgromadzonej wiedzy i mądrości. Nie wiem też czy słabe popularyzowanie przez specjalistów to raczej przyczyna czy efekt tak płytkiego rynku na takie rzeczy.

    Sedno

    Ostatnio miało miejsce "wydarzenie historyczne" - zabito generała Sulejmaniego. Dziennikarze już stwierdzili, że o tym będą pisać przyszłe podręczniki historii. To całkiem naturalne, że tak działa historiografia, prawda? Bo w liceum uczyli o tym, że historia to następstwo takich zdarzeń - tam jedna bitwa, tu król wstępuje na tron, potem zostaje obalony i znowu jakaś bitwa. I tak się te dzieje ciągną od jednego wydarzenia do drugiego. Ale w XX wieku Fernand Braudel (jeden z największych historyków wszechczasów, za całokształt swojej pracy nazywany przez wielu "księciem historyków") - wpadł na pomysł, że istnieją różne czasy w historii. I owszem - istnieje czas wydarzeń - ale akurat on jest najmniej ważny. Oprócz tego historia toczy się w innych skalach czasowych. I tak nad wydarzeniami istnieją koniunktury trwające od kilku lat do kilku dekad. Słowo to zostało wzięte z nauk ekonomicznych i jeżeli myślicie o cyklu gospodarczym, to dobrze myślicie - historycy wykorzystali to pojęcie z ogromnym powodzeniem do swoich celów - bo czyż nie ważniejszy dla człowieka w XVI wieku był wzrost cen i jego wahania niż zmiana na tronie? A jeszcze wyżej mamy do czynienia z długim trwaniem (fr. longue durée) - historią prawie nieruchomą, która rozciąga się na całe stulecia. Między innymi na tym spostrzeżeniu opiera się rewolucyjny, a praktycznie nieobecny w popularnej świadomości, nurt historyczny - szkoła Annales. W sporze o znaczenie jednostki w historii przedstawiciele szkoły Annales stoją więc raczej na stanowisku, że jednostka niewiele lub zgoła nic nie może, ważne są głębokie zmiany kulturalne i mentalnościowe.

    To może na przykładzie. Czytam ostatnio (tak, wciąż, bo to cegła) książkę "Człowiek i śmierć" innego przedstawiciela tej szkoły, Philippe Ariesa, i jest to próba zrekonstruowania stosunku człowieka Zachodniej Europy do #smierc na przestrzeni półtora tysiąclecia, od późnej starożytności do XX wieku. Aries, próbując wgryźć się w mentalność człowieka odległych stuleci, odwołuje się do wszystkiego, co się da: od dzieł literackich (analizuje np. "Pieśń o Rolandzie"), przez księgi parafialne (mnisia robota, ale bardzo dużo można z tego wyciągnąć), po teksty testamentów, agreguje je też liczbowo. Patrzy też np. które z zasadniczo niezmiennych nauk eschatologicznych chrześcijaństwa w którym okresie były uwypuklane (np. w sztuce sakralnej), a które - schowane, co może nam sporo powiedzieć o "duchu czasów". Mówimy tu o całej metodologii wypracowanej i rozwijanej przez tę szkołę (porównajmy to choćby z filozofią, która nie ma tego typu źródeł empirycznych).

    W efekcie Ariesowi udaje się coś w zasadzie niemożliwego, tj. - choć to oczywiście nieweryfikowalne - daje pewną namiastkę wczucia się w umysłowość poprzednich epok, jak to tylko możliwe odległą od anachronizmów (które np. niestety zdarzają się nagminnie np. Harariemu). Pochodzę z prowincji, z południowej Polski i Aries mi się sam weryfikuje jako piszący prawdę, gdy opisuje np. przekonanie ludzi średniowiecza, że śmierć można przewidzieć i że się zapowiada, które to przeświadczenie wśród starszych ludzi na polskiej prowincji jest jeszcze palpacyjnie wręcz obecne (a teraz gwałtownie zanika). Albo opisuje jak ludzie chcieli być pochowani koło "swojej" ławki w kościele, o którym to zwyczaju (donacji przez "wykup" miejsca siedzącego w kościele) też jeszcze osobiście słyszałem. Daje więc wejrzenie w całej (możliwej) okazałości w świat, którego resztki w Polsce zginęły nie tak dawno (co jest swoją dowodem na potęgę "długiego trwania"). Niesamowicie rozwijające i pozwalające wiele zrozumieć z szerszej perspektywy. No i last but not least - wszystko to napisane jest klarownym i pięknym, rzadko już spotykanym, językiem.

    Inny przykład to nieprzetłumaczona na polski praca The problem of unbelief in the sixteenth century, the religion of Rabelais Luciana Febvre'a, który przez bardzo szczegółową analizę słów i struktur, których brakowało w łacinie i XVI-wiecznej francuszczyźnie (tutaj zdjęcia kluczowego fragmentu) pokazuje, że #ateizm, choć do pomyślenia (św. Tomasz uznaje nieoczywistość istnienia Boga) nie był realnie dostępnym wyborem intelektualnym przed i za Rableaisa, dopiero stopniowo - co trwało kilka wieków - odsłaniała się realna możliwość jego przyjęcia przez elity i stopniowo schodziła niżej (dziś już nawet do klasy ludowej). Mieliśmy o tym dyskusję na wykopie, ale @niedoszly_andrzej usunął wpis - dlaczego? - i jest tylko w google cache :().

    To oczywiście nie jest tak, że np. o Ariesie w Polsce nikt nie słyszał, w końcu wydano go po raz pierwszy jeszcze za komuny. Ja jego "Historię dzieciństwa" (inne bardzo głośne dzieło, którego tl;dr jest takie, że cały koncept "dzieciństwa" to coś nowego, nowoczesny wynalazek), znam ze słyszenia od dawna, wiem też, że np. niektórzy poloniści tego typu rzeczy czytają, ale brakuje pewnej świadomości istnienia całego nurtu, jego metodologii, itd. W skrócie - spopularyzowania "szkoły Annales" jako nazwy osobno funkcjonującej.

    Jaka z tego wszystkiego nauka? Ano może taka, że patrząc na bieżący regres Polski łatwo nam przeoczyć, że ostatnie 30 lat to gigantyczne zmiany naszego społeczeństwa w kierunku modernizacji. Nie oznacza to końca problemów, ale niewykluczone, że obecne rządy - czy potrwają jeszcze rok czy dekadę - są ostatnim podrygiem starego świata (np. z tak poważną rolą kulturowego katolicyzmu) u nas. Coś się ostatecznie i nieodwołalnie kończy.

    Trudno się oprzeć wrażeniu, że jest pewne przeczucie i zapotrzebowanie na takie produkcje intelektualne, stąd np. popularność Ledera (lewica) czy #geopolityka (prawica). U Bartosiaka widzę nawet pewne - świadome bądź nie - echa Wallersteina (podział na centrum, półperyferie i peryferie) i świadomość istotności procesów średniookresowych i realiów geograficznych, ale mimo wszystko odpowiedź geopolityczna jest zbyt wąska i nieco przestarzała (geopolityka jest z ducha XIX-wieczna i skłania Bartosiaka do operowania zwrotami typu "biologiczna substancja narodu", dawno odrzuconymi i to nie tylko z powodów estetycznych i politpoprawnych).

    Oczywiście szkoła Annales to przykład, rzeczy wartych czytania tego typu jest więcej. Polecam np. książkę w zakresie "średnio-długiego trwania" Historia XIX wieku. Przeobrażenie świata, a także różne produkcje Wydawnictwa Aletheia, które publikuje sporo takich rzeczy (ale nie tylko ono oczywiście). Choć nie byli filozofami, Weber, Durkheim czy Eliade dają co najmniej tak samo dobre, a może i lepsze (a na pewno - komplementarne), rozumienie świata, jak wielcy klasycy filozofii.

    No, więc zamykamy wykop i idziemy do księgarni. Smacznego! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    PS: Notka jest efektem długich i pouczających rozmów z pewnym byłym użytkownikiem tego portalu, któremu należą się tu poważne creditsy i copyright na wiele spostrzeżeń (i za recenzję i poprawki).

    #anatomiapopulizmu #ksiazki #czytajzwykopem #historia #rozwojosobisty #neuropa #szkolaannales i #gruparatowaniapoziomu (ze względu na nazwiska, które polecam)
    pokaż całość

    źródło: ocdn.eu

    •  

      @eoneon: Świetny tekst. Ale pamiętaj, ze nauki społeczne mają to do siebie, że stare teorie wracają i mogą lepiej tłumaczyć rzeczywistość niż nowoczesne. To a' propos tego, że geopolityka jest z XIXw.

      +: eoneon
    •  

      Ja, to tylko chciałem" gdzieś napisać coś" co strasznie mnie wbiło w glebę w sensie mentalnym. Ostatnio w pracy nawiedza mnie dość specyficzny klient. W czasie pierwszej wizyty od razu wypalił, że był 12 lat ministrantem i w jego sercu jest bóg, honor i ojczyzna + dla prawdziwych Polaków - to tylko Andrzej Duda, a nie Trzaskowski LGBT; to nie jest głupi, żart, pasta czy wymysł- wpada facet z zamówieniem i ni z tego ni z owego zaczyna siać propagandę. Do tej pory wydawało mi się, że takie postaci są trochę jak kreskówki z telewizji, w sensie, że przerysowane cechy, jakoś tam wyolbrzymione w chwili emocji ktoś nagra, a potem pokazuje światu z podpisem "przedstawiciel elektoratu xyz". Wracając do opowieści; ów klient jest szefem firmy, dość dużej jak na mieścinę do 100 tys. Na miejscu, u mnie w pracowni, "ów klient" spotkał znajomego swoich rodziców. Z miejsca wylewa na gościa opowieść o śmierci matki na raka jelita, potem szybki przeskok na to, że na Polsacie są fajne msze ze Świątyni Opatrzności i nagle wbija gościowi szpilkę, że "jakiśtam" proboszcz lokalnej bazyliki to spoko facet. Czemu szpilę? Okazuje się, iż dziadek (znajomy rodziców "owego klienta") niekoniecznie tę myśl podziela i w historii swego życia, ma epizod konfliktu z tym duchownym. I tu właściwie ujawnia się, choć nieśmiało, prawdziwe oblicze socjopaty jakim jest "ów klient". Bo tak naprawdę cała ta rozmowa z dziadkiem prowadziła do punktu w którym on dziadkowi te szpilę wbija i swym okiem socjopaty radośnie obserwuje jak dziadka szlag trafia. Nasz socjopata nie ma na szczęście jeszcze tyle odwagi by dziadkowi przerwać, więc dostaje odłamkowym, bo dziadek w przypływie odwagi i natchnienia (trzeba przyznać inteligentny facet, bo szybciej ode mnie przejrzał typka) jedzie równo po księżach, Dudzie i politykach na kolanach.
      Nieśmiało plusuję jego wypowiedź jakimś komentarzem odruchowym, bo gość jak na swój wiek i miejsce zamieszkania (wschód, który niektórzy chcieliby od Polski odłączyć) poglądy ma rewolucyjne. I ten mój plus, jest jednocześnie kreską, jaką stawia mi nad głową w swoim umyśle "pan socjopata". Bo w czasie kolejnych odwiedzin w swoich słowotokach wylewa pomyje na wszystko co niezgodne z nauką kościoła i "niepisowskie".
      Do czego zmierza ta telenowela bez sensu zdaje się? Zmierza do trzeciej wizyty "owego klienta", podczas której zdrowo nabuzowany ( aż zacząłem się zastanawiać czy facet nie bierze jakichś narkotyków) "pan socjopata" w jednym ze słowotoków zaczyna wylewać żale, że: pracownik odmówił przepracowania drugiej doby bez snu, a przecież ma 100zł dniówki; a Nergala powinni rozstrzelać za podarcie Biblii, bo on (socjopata) rozmawiał z muzułmanami w Holandii i oni by w 10 z plecakami w tłumie... i nikt żywy by za taką obrazę uczuć religijnych nie został i ostatnie kazanie w niedzielę było takie, że chwasty należy wyrywać. I wierzcie, moment kiedy on powtarzał słowa "chwasty należy wyrywać" był momentem gdy zobaczyłem w jego oczach prawdziwą radość i jednocześnie obłęd.
      Długie to pisanie, a i tak nie przekazałem właściwego klimatu spotkań z "panem socjopatą", ale chodzi mi już tylko o pointę.
      43 letni właściciel firmy z 7 milionami obrotu, bywający w świecie, tak naprawdę jest zaprogramowanym botem, noszącym w swojej głowie nienawiść, brak tolerancji i pogardę do wszystkiego co "nie jest prawdziwie polskie". Zafascynowany islamskimi ekstremistami, chętnie przeniósłby mordowanie w imię religii na polski grunt i przede wszystkim czuje się "błogosławiony przez boga" by głosić słowo.
      Czemu ja się nad jakimś wariatem rozwodzę? Bo typek zarządza ponad 50 ludźmi i całkiem dobrze funkcjonuje w dzisiejszych realiach, a dzięki coraz prężniej działającej machinie propagandy, jego szalone słowotoki wydają się mieć coraz większy sens i usprawiedliwienie w Polsce -oblężonej twierdzy prawdziwej, tradycyjnej wiary.
      Tak rodzi się faszyzm, w głowach zakompleksionych jednostek powstaje wizja świata otoczonego przez wrogów,
      świata, który trzeba wyzwolić, odbudować, nawrócić na właściwe tory.
      Olałbym to wszystko, ale nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać z taką agresywną postawą, nawet młodociani naziole spod znaku krzyżyka i kółka, łysych głów i glanów z lat 90 tych mojej młodości, nie mieli w sobie tej pasji, agresywnego, zaplutego typka. To "wyrywanie chwasta" zdemolowało mnie na 2 dni. Toksyczny wariat zrył mi głowę, bo uzmysłowiłem sobie, iż dla takich ludzi nie istnieje już zejście z frontu. W ich głowach jest już tylko oczekiwanie na wojnę.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    Przy święcie napisałem długi komentarz do twitta Marcina Roli (w miniaturce), ale spóźniłem się i nikt go w tym gąszczu komentarzy nie przeczyta, więc coby się nie zmarnował, publikuję go też jako wpis.

    Od dłuższego czasu mam silne przekonanie, że polska populistyczna prawica, której pan Rola jest "prominentnym" przedstawicielem, opiera się w 99% na resentymencie.

    Resentyment ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Resentyment ) to termin filozoficzny opisany przez nieocenionego Nietzschego (choć można znaleźć zaczątki i u Hegla i Kierkegaarda), którego najbliższym popularnym przybliżeniem jest "ból dupy". Zamiast zająć się czymś pozytywnym - co jest trudne, złożone i ryzykowne - łatwiej kontestować sukcesy innych. Albo wieszcząc ich rychły upadek naturalny ("Niemcy zaraz wyginą przez imigrantów") bądź nadnaturalny ("Bóg karze Australię za sodomię"), ew. budując swoją wyższość w strefie symbolicznej ("Niemcy i wszyscy inni nagrabili się naszego, ale przynajmniej my zawsze byliśmy prawi"). Pewnie dałoby się i nasze narodowe tworzenie sobie własnych dyscyplin (jak himalaizm zimowy) pod to podciągnąć.

    Podobnie jak z niedojrzałymi mechanizmami obronnymi, z resentymentem jest ten problem, że jest skrajnie nieskuteczny, bo długofalowo zwiększa dystans do tych, co resentymentem się nie kierują i prowadzą swoje sprawy racjonalnie (Niemcy np. właśnie debatują, co będzie z ich systemem emerytalnym po 2030, a u nas - hulaj dusza). Każe też żyć w zakłamaniu (np. teza o niezachwianej wspaniałości narodu polskiego wymaga totalnej negacji zdarzających się przecież w strasznych czasach okołowojennych działań antysemickich).

    Skoro już jesteśmy w temacie Nietzschego, to polecam jego alegorię "ostatniego człowieka". Nietzsche widział zasadniczo dwie drogi, którymi może podążyć człowiek po "śmierci Boga" - w stronę "nadczłowieka" albo "ostatniego człowieka" właśnie. Obraz nadczłowieka to nie ss-mann w mundurze, ale raczej nieustanne przekraczanie siebie. Zaś "ostatni człowiek" nie wymaga od siebie, spoczywa na laurach już wypracowanej "kultury" (czyż to nie brzmi jak wspaniała tradycja "cywilizacji zachodniej", do której mało kto na prawicy sięga, ale wszyscy się powołują?) to dobra alegoria zarówno skrajnej lewicy spod znaku SJW jak i skrajnej prawicy. Tej drugiej jest niestety ostatnio więcej i jest sporo silniejsza i zagarnia duże kawałki "centrum".

    Polecam ku refleksji:

    https://youtu.be/Fi6phnndKzo?t=47

    Na marginesie: IMHO wielki projekt "Testoviron" był tak wspaniały właśnie przez to, że uderzał frontalnie w polskie resentymentalne ciągoty.

    PS: Wiązanie wypadków i katastrof naturalnych z grzechem i zemstą Boga na wzór starotestamentowy to jest myślenie przedkrytyczne, przedoświeceniowe. Zachód wyleczył się z niego już za czasów Woltera.

    Jak to się stało? Ano na przykład przemyśleli sobie okropne (prawie 100 000 ofiar) trzęsienie Ziemi i tsunami w ultrakatolickiej Lizbonie w wielką uroczystość Wszystkich Świętych, które nijak nie pasowało do tego schematu:

    Trzęsienie ziemi nie tylko zniszczyło samo miasto, ale miało także swój oddźwięk społeczno-ideologiczny. Lizbona w owym czasie była katolicką stolicą państwa o wielkich tradycjach w budowie klasztorów i kościołów, w pełni zaangażowaną w ewangelizację swoich zamorskich kolonii. Fakt wystąpienia trzęsienia ziemi w Lizbonie i zniszczenia wielu ważnych obiektów sakralnych, właśnie w dzień świąteczny (Wszystkich Świętych) wzbudził wiele zainteresowania kwestiami polityki Kościoła w całej Europie. Z punktu widzenia przeciętnego XVIII-wiecznego katolika, mieszkańca Europy, było to bardzo trudne do zrozumienia, szokujące zrządzenie nadprzyrodzone.

    (...) Rok 1755 należy do epoki ożywionych zmian społecznych. Rewolucja przemysłowa, Oświecenie i kapitalizm stworzyły w wielu krajach Europy podstawy do budowy nowoczesnego modelu społeczeństwa. Trzęsienie ziemi wpłynęło znacząco na myślicieli Oświecenia. Wielu filozofów włączyło do swoich prac notatkę na temat trzęsienia ziemi w Lizbonie. Spośród nich wyróżnić można Woltera, (w Kandydzie oraz w Poème sur le désastre de Lisbonne (Poemat o katastrofie w Lizbonie).

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Trz%C4%99sienie_ziemi_w_Lizbonie_(1755)

    Jakiego twitta napisze pan Rola, kiedy wielka katastrofa naturalna nawiedzi Polskę?

    PS2: https://www.youtube.com/watch?v=azoV2EozD2U

    #anatomiapopulizmu

    #lgbt #4konserwy #neuropa #bekazprawakow #resentyment #tysiacurojenniezaleznychmediow #konfederacja #religia
    pokaż całość

    źródło: kipiacyresentyment.JPG

    +: m......h, nietrolluje +270 innych
  •  

    Mój komentarz powyborczy (<lurk-mode-off>):

    Węgry

    Zjednoczona opozycja węgierska odbiła wczoraj stołeczny Budapeszt i będzie miała burmistrzów w 10 z 23 miast komitackich (wojewódzkich, ale to miasta rzędu 50-200k, większych poza Budepesztem na Węgrzech nie ma). Poprzednio panowała jedynie w Szegedzie. Mapka (za Magyar Nemzet) niżej - czerwone to opozycja, żółte - Fidesz, zielone - niezależni.

    Zwycięstwo to z jednej strony głównie symboliczne, bo Orban poważnie ograniczył kompetencje samorządu i wzorem Morawieckiego przed wyborami samorządowymi pogroził cięciem finansowania dla miast rządzonych przez opozycję. Prezydenci będą też często mieć nieprzyjazne im rady. Z drugiej - daje życie przeciwnikom rządu na następne lata i, co nie jest bez znaczenia, wskazuje reszcie krajów unijnych, że partia władzy jeszcze nie przeżarła na Węgrzech wszystkiego, a opozycja jest zdolna do współdziałania.

    Polska

    W Polsce, w momencie, kiedy to piszę, PiS idzie na niewielką samodzielną przewagę w Sejmie i Senacie, którą najpewniej utrzyma (choć może też stracić, ale sobie kogoś pewnie dokooptuje w Sejmie, a Senat obejdzie; odbicie Senatu byłoby mimo to baaaardzo fajne, bo spowolniłoby kilkunastokrotnie ciąg technologiczny skoku na państwo wyciąganymi z kapelusza i błyskawicznie procesowanymi ustawami), ale wyraźnie nie otrzymali od społeczeństwa mandatu do przeprowadzenia projektu "Budapesztu w Warszawie". Mimo kumulacji obietnic, mimo szczytu koniunktury. Społeczeństwo polskie - nawet jeśli wliczyć Konfederację po stronie populistyczno-rewolucyjnej - jest mimo przerabiania przez władzę wszystkiego, co da się spieniężyć, na cukierki, podzielone z grubsza po połowie. Wybory prezydenckie nie będą walką o pietruszkę, Sejm będzie dużo bardziej pluralistyczny niż poprzednie (przypomina bardziej ten z 2001 niż z np. 2015) i być może przez te najbliższe kilka lat wyłoni się jakaś nowa scena polityczna. Szczerze? Zwycięstwo opozycji w jej obecnym kształcie też stanowiłoby duże ryzyko, może nie ma czego żałować.

    Przyszłość

    Staram się nie pisać patetycznie, ale: Jeszcze Polska nie zginęła. Oczywiście z Kaczyńskim jak z pieskami - im mniejszy i słabszy, tym bardziej szczeka i gryzie, więc piłka jest w grze i pewnie będą - bo nie mają innego wyjścia - próbować dokończyć przejmowanie sądów i mediów, by zdążyć przed nieuniknionym najpóźniej w końcu drugiej kadencji spowolnieniem koniunktury. Czy jednak dadzą radę zrobić skutecznie w tak krótkim czasie? Nie dałbym sobie ręki uciąć. Nastroje już nie te, co w 2015, opozycja to już nie sami "oderwani od koryta", ale i progresywna lewica i radykalna prawica, PSL pokazał, że PiS nie jest jedyną prowincjonalną alternatywą, TSUE - od którego wyroków nie ma odwołania, można tylko iść na zderzenie z resztą UE - już pokazało, że potrafi odwrócić różne "reformy". Jeśli nie pomoże im jakieś nagłe wydarzenie typu fala imigracji przez Morze Śródziemne czy rozpad Unii, to obstawiałbym, że - choć będzie blisko - nie dadzą rady.

    Może właśnie dziś jest dzień, kiedy populizm w Polsce osiągnął swoje apogeum i wiele dalej już się nie posunie? To, czy u nas i w innych krajach, gdzie jest zachwianie, zwycięży oświecenie czy nowocześnie opakowany resentymentalny trybalizm zależy przede wszystkim od tego, czy ruszą się ludzie o poglądach umiarkowanych i zadbają chociażby o swoje otoczenie. Czasem - jak w przypadku mojego pisania w ostatnim roku - wystarczy parę procent czasu, żeby choć kilku osobom coś uświadomić. Może są efektywniejsze sposoby, w każym razie jeśli ludzie o umiarkowanych poglądach nie zrobią nic, rządzić będą skrajności, bo - nie bójcie się o to - antyszczepionkowcom i "Januszom-PiSowcom" chce się. Siejcie, a nuż coś wyrośnie.

    </lurk-mode-off>

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    #neuropa #polityka #wegry #dobrazmiana #wybory
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

    •  

      @eoneon: Nie oglądałem temu się pytam. Puszczają jeden odcinek tygodniowo bez żadnych powtórek na Discovery, a zorientowałem się po drugim. Będę musiał w necie poszukać ( ͡° ʖ̯ ͡°)

      +: eoneon
    •  

      @eoneon: Obejrzałem właśnie 3 odcinek (4 w poniedziałek na Discovery, ma być 6 w sumie). Jest dostępne na Amazon Prime oraz na player.pl. Ewentualnie jakieś torrenty.

      Nic nowego tam nie odkrywają, ale wykonanie jest dobre (Spielberg jest producentem). Jest to spójne, można obejrzeć do zapoznania się z tematem, albo jego utrwaleniem.
      W trzecim odcinku jest segment poświęcony Węgrom i polityce antyimigranckiej. A, że zacząłem niedawno czytać Magyara to mam wrażenie, że dość płytko podeszli do sytuacji na Węgrzech -.-

      W ogóle zacząłem mieć większe pretensje do PO, że nie wie/ nie wiedziała co się stało w 2015.
      pokaż całość

      +: eoneon
    • więcej komentarzy (18)

  •  

    Splątanie władz: jak Viktor Orban uczynił z węgierskiej demokracji wydmuszkę (en) - znalezisko

    Jeszcze cieplutki najnowszy Economist poświęcił swoją okładkę populizmowi, a tekst wiodący Węgrom Orbana jako paradygmatycznemu (czyli takiemu, który potencjalnie może być przeszczepiony wszędzie, nie tylko w krajach młodej demokacji, ale potencjalnie również za Zachodzie) modelowi współczesnego autorytaryzmu. O większości z tych rzeczy pisałem na #postkomunistycznepanstwomafijne, ale jest to bardzo solidna infopiguła w temacie.

    Z tekstu okładkowego (także w powiązanych znaleziska):

    Fidesz, the ruling party, has used its parliamentary majority to capture regulators, dominate business, control the courts, buy the media and manipulate the rules for elections. As our briefing explains, the prime minister, Viktor Orban, does not have to break the law, because he can get parliament to change it instead. He does not need secret police to take his enemies away in the night. They can be cut down to size without violence, by the tame press or the taxman. In form, Hungary is a thriving democracy; in spirit, it is a one-party state.

    No i bardzo celny i smutny zarazem fragment na końcu briefingu:

    But an analysis by R. Daniel Kelemen, a political scientist at Rutgers University, shows that the number of Hungarians living elsewhere in the eu has gone up by 186% since 2010, the biggest percentage increase of any member state. Those who go tend to be well educated. When Mr Boda, of the Academy of Science, is asked how many of his students are thinking of leaving Hungary after graduation, he replies: “All of them.”

    From the government’s perspective, this may be fine. The emigration of liberal-leaning graduates only cements Fidesz’s power. Hungary’s communists might have been relieved if a free-thinking law student named Viktor Orban had gone off to Oxford and stayed there, ideally on Mr Soros’s dime. Instead, he came home, helped unseat them and replaced them with his own quasi-autocratic rule. “We thought we had come out of socialism and now we were going to be normal,” says Maria. “Instead it’s still the same old shit.”

    "Niech jadą" to nie tępa złośliwość, ale przemyślana polityka pozbywania się opozycji. W krajach o fatalnej demografii Polski czy Węgier, gdzie młodzi słabo głosują, a jednocześnie otwartych granicach, niewiele więcej niż wyjazdu najbardziej niezadowolonych trzeba do zabetonowania systemu na dekady.

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    Pozostałe tagi: #polityka #neuropa #dobrazmiana #wegry #orban #economist #theeconomist
    pokaż całość

    źródło: economist.com

    +: P................e, i......._ +121 innych
  •  

    Znacie ten mem, c'nie?

    Źródło? Nie ma. Ktoś sobie wymyślił i się rozniosło, bo wiadomo, że "Wyborcza kłamie".

    Jak zwykle z wyimaginowanymi czy wyolbrzymionymi "patologiami III RP" strona "niezależna" podnosi je do sześcianiu. Anty-Michnik, Jacek Karnowski, napisał wczoraj (dobrowolnie i z własnej woli) tak:

    Ten wrzask i ta histeria [chodzi o reakcję opozycji na aferę hejterską - przyp. eoneon] mogą oczywiście przynieść sukces, ale pod warunkiem, że rzeczywiście uda się przełamać nastroje. To jest sytuacja zerojedynkowa. Albo Polacy uwierzą, że mamy dyktaturę, i wówczas na pewno obalą rząd, albo nie uwierzą, i wówczas dadzą PiS kolejną kadencję. Sądząc po tym, że w tezę o szalejącym zamordyzmie nie uwierzyli w ciągu ostatnich czterech lat, trudno sądzić, że uwierzą teraz.

    Wniosek z tego jest jeden: obóz rządzący za wszelką cenę musi mówić swoje. Nie może dać się wciągnąć w bitwę na afery i skandale. Nie, on musi mówić do Polaków o swoich sukcesach, planach, o sprawach bliskich ludziom. Jeśli będzie mówił na tyle głośno i wyraźnie (ale także spokojnie), by przebić się przez wrzask, to utrzyma władzę.

    ( za: https://wpolityce.pl/polityka/461134-czy-sprawa-piebiaka-pogrzebie-opozycje-znow-siedza-w-okopie )

    To jest na swój sposób piękne. Karnowski/Karnowski

    Oczywiście "mówienie o sukcesach, planach, sprawach bliskich ludziom" to zasłona dymna, wystarczy spojrzeć na główną wPolityce, by zobaczyć, że nie ma tam dyskusji programowej, a nieustanne tabloidowe ataki na opozycję. Manifest nie jest jednak głupi, w sumie nie spodziewałem się tak jawnego ujawnienia głównego odkrycia politycznego drugiego PiSu - wystarczy mieć swoje media, które w zależności od potrzeb sprawę przemilczą/nazwą białe czarnym (wszystko jest "sukcesem", wybór Szczerskiego i wycofanie się Szczerskiego, ustawa o IPN i jej anulowanie, itd.) i poparcie niezależnie od tego, co się dzieje w świecie realnym, ani drgnie, może co najwyżej bardzo powoli erodować - ale z racji totalności sporu wymaga to dużego wysiłku i przyznania przez każdego odchodzącego delikwenta przed sobą, że dawał się robić w bambuko, więc większość rdzeniowego elektoratu chętnie łyka uspójniające narracje "niezależnych", a letni cieszą się większą niż dawniej konsumpcją i cyk, stabilne 40-45%. Genialne w swojej prostocie.

    Tag: #anatomiapopulizmu

    #tysiacurojenniezaleznychmediow #dobrazmiana #media #wyborcza #neuropa #polityka #4konserwy
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

  •  

    Od dłuższego czasu czułem, że trzeba byłoby jakoś wyodrębnić z jednego publicystycznego worka "populizmu" zjawiska takie jak Trump czy Brexit z jednej strony i PiS czy Fidesz z drugiej, bo - choć korzystają z podobnego instrumentarium - pracują na różne sposoby. Z odsieczą przyszedł mi @Platki_sniadaniowe (pozdrawiam, kolejny powód, by go obserwować ;)), który naprowadził mnie w kierunku historii teoretyków rewolucjonizmu z XIX wieku, w szczególności - na blankizm.

    pokaż spoiler Oczywiście potraktujcie to z pewnym dystansem, bo to bardziej notatnik i burza mózgów, niż jakaś poważna analiza z mojej strony :). Świat jest duży, więc pewnie ktoś takową przeprowadził profesjonalnie, na pewno nie jest tajemnicą - o czym jest np. ostatnia okładka "Economista" - że współczesny konserwatyzm poszedł w strony rewolucyjne.


    Otóż: Louis Auguste Blanqui (1805–1881) uważał, że rewolucja socjalistyczna powinna być przeprowadzona przez małą grupę wysoko zorganizowanych i zakonspirowanych "zawodowych rewolucjonistów", którzy w drodze puczu przejmą władzę, a następnie wprowadzą socjalizm i oddadzą rządy ludowi. Był to pomysł odmienny od marksistowskiego, który wierzył w szerokie, oddolne powstanie samoświadomego proletariatu.

    Dlaczego kojarzy mi się to z niewątpliwie wygranymi demokratycznie wyborami w 2015 w Polsce albo w 2010 na Węgrzech? Bo np. PiS obiecywał rzeczy, które wymyślił w 2-3 poprzednich latach (jak 500+ i obniżenie wieku emerytalnego), natomiast nie eksponował pomysłów, które powstały co najmniej dekadę wcześniej (jak przejęcie Trybunału Konstytucyjnego). Czyli może nie pucz, ale wyborczy podstęp, by zyskać możliwość neutralizacji przeszkód, których lud nawet nie jest w stanie dostrzec. Wszystko inne (poza oczywiście nominalnym celem "rewolucji") zgadza się w zasadzie wprost, np. działanie przez wąską grupę w imieniu uciśnionego "ludu", który nie może sam powstać przeciw "elitom III RP", albo wyrażona wprost przez Kaczyńskiego potrzeba wprowadzenia "Centralnego Ośrodka Dyspozycji Politycznej".

    Fryderyk Engels w swoim tekście z 1974 skrytykował blankistów tak:

    Blanqui is essentially a political revolutionist. He is a socialist only through sentiment, through his sympathy with the sufferings of the people, but he has neither a socialist theory nor any definite practical suggestions for social remedies. In his political activity he was mainly a "man of action", believing that a small and well organized minority, who would attempt a political stroke of force at the opportune moment, could carry the mass of the people with them by a few successes at the start and thus make a victorious revolution

    Lenina - który stał za wariantem rewolucji, który się historycznie urzeczywistnił - niebezpodstawnie o blankizm oskarżała w 1904 Róża Luksemburg:

    For Lenin, the difference between the Social Democracy and Blanquism is reduced to the observation that in place of a handful of conspirators we have a class-conscious proletariat. He forgets that this difference implies a complete revision of our ideas on organization and, therefore, an entirely different conception of centralism and the relations existing between the party and the struggle itself.

    Innymi słowy, zarówno Engels jak i Luksemburg ostrzegają odpowiednio Blanquiego i Lenina, że taka struktura władzy może w istocie dowieźć rewolucję, ale nie będzie to rewolucja ludowa, bo elity - choćby i zbuntowane - to nie lud i długofalowo nie mogą być rzecznikami ludu. W Polsce może jeszcze tego nie widać, bo "pucz" (w sensie: rozbijanie liberalnych, zastanych struktur oporu) wciąż trwa, a lud jest przekupywany rzeczami, które chce, zamiast tymi, których potrzebuje (np. obniżeniem wieku emerytalnego zamiast solidnej opieki zdrowotnej dla seniorów), ale tak jak Leninowi (już za życia, ale zwłaszcza po śmierci) rewolucja poszła w złym kierunku, tak i u nas potencjalni następcy Kaczyńskiego tylko czekają, by - jak u Orbana - zacząć dawać ludowi nie ciężkie miliardy, a świecidełka i wymyślonego wroga i zaciągnąć go do pracy (niechby i płatnej po 3 latach) na rzecz "kolegów elit" - oligarchów.

    Bo tak naprawdę choćby od czasu do czasu naprawdę w interesie ludu mogą działać tylko centrowe elity w kagańcu norm liberalnych i procedur, takie jak powojenna socjaldemokracja i chadecja. Oplecione procedurami i niezależnymi ośrodkami balansującymi oraz sieciami ekspertów, które np. w procesie legislacyjnym naciskają, żeby np. zamiast "500+ na pierwsze dziecko" zrobić sieć żłobków, albo korygują błędy w sądach konstytucyjnych. Dokładnie na odwrót, niż ludowi się wydaje, spłaszczenie tej struktury i pociągnięcie cuglami władzy nieodmiennie degeneruje się i po pewnym czasie nowe elity działają już tylko na swoją korzyść. Mimo - być może - najszczerszych intencji u początków rewolucyjnej drogi rewolucjonistów.

    PS: A Trump, Brexit, itp? Tam (IMHO) przywódcy są mniej zdeterminowani w kierunku głębokich zmian struktury władzy, nie atakują podstaw demokracji liberalnej, a jedynie jadą na wyborczej antyestabliszmentowej fali w celu realizacji swojej i reprezentowanych przez siebie grup wpływu zmian w polityce (Trump), albo po prostu osobistej kariery (Brexitowcy). To bardziej samotni demagodzy, niż leninowska rewolucja.

    #anatomiapopulizmu #postkomunistycznepanstwomafijne

    Reszta tagów: #przemyslenia #4konserwy #neuropa #polityka #dobrazmiana #socjalizm
    pokaż całość

    źródło: m.salon24.pl

  •  

    Forsal przysiadł i zrobił bardzo fajną grafikę na temat własności mediów w Polsce wg sumarycznych przychodów.

    tl;dr: Większość jest w rękach polskich, Niemcy nawet nie na drugim, a na czwartym miejscu.

    I jak tu nie mówić, że żyjemy w epoce "postprawdy"?

    PS: Dowiedziałem się o niej dzięki znalezisku: https://www.wykop.pl/link/5034883/do-kogo-naleza-media-w-polsce-mapa-wlasnosci/

    #4konserwy #neuropa #media #repolonizacja #anatomiapopulizmu
    pokaż całość

    źródło: media-w-polsce.png

  •  

    Prof. Kisilowski: Niech każdy region Polski żyje, jak chce - znalezisko

    Ziarna wyborczego autorytaryzmu kiełkują w całej Europie i USA, to nie jest nasza specyfika. Nie pierwszy też raz, kiedy liberalna demokracja na Zachodzie przechodzi kryzys. Tylko zazwyczaj w polskiej historii było tak, że Zachód się z kłopotów otrząsał, a myśmy zostawali gdzieś z tyłu. Na Zachodzie ta cała populistyczna rewolucja już zaczyna dostawać zadyszki, a my możemy zostać z innowacyjnym modelem władzy na dekady. Już parę razy było w historii tak, że prawie doganialiśmy Zachód i nagle coś się rozsypywało. Jesteśmy w podobnym momencie.

    Polecam cały wywiad, diagnozy profesora są bardzo trafne, kreśli realistyczną wizję tego, co się najprawdopodobniej będzie działo od jesieni. Na przykład:

    Tak samo mówili na Węgrzech moi studenci za pierwszej kadencji Orbana: bez przesady, niech się opozycja ogarnie i wygra z Orbanem. Nie rozumieli istoty wyborczego autorytaryzmu. On się instaluje powoli i sprytnie.

    (...) Nie docenia pan siły oportunizmu. Na Węgrzech wszystko się zmieniło w drugiej kadencji. Owszem, na razie każdy może sobie kalkulować, że jak będzie nawalał w PiS, a za chwilę wszystko się odwróci, to zostanie bohaterem. Dostanie medal kombatancki i to mu w czymś pomoże. Jeżeli ta nadzieja zniknie, to mnóstwo ludzi zacznie zmieniać zdanie. Oczywiście nie będzie tak, że przyjdą do pana znajomi i nagle powiedzą, że Kaczyński jest wspaniały. Będą mówić tak samo, jak dziś mówią elity w Budapeszcie: „Oh, ten naród jest tak głupi, że tylko nacjonalistyczny zamordyzm na niego działa”. Będą się podśmiewać z Kaczyńskiego czy Orbana, a potem brać od nich kontrakty. Bo w demokratycznym autorytaryzmie władza nie potrzebuje aplauzu, tylko oportunizmu.

    (...) Elity społeczne to są ludzie, którzy maja dużo do stracenia. I nie mogą za bardzo z kraju wyjechać. Elity tak naprawdę są mało mobilne. (...) I co z tego, że znają języki? Pan jest mobilny? Napisze pan po angielsku ten wywiad tak samo sprawnie jak po Polsku? Pozna pan tak dobrze brytyjską albo amerykańską politykę, żeby dobry felieton dla Anglika o tym napisać? Facet pracujący w fabryce przy taśmie jest bardziej mobilny od pana. Elity mają tu swoją pozycję, znajomości, zasługi, historię. A tam musiałyby sobie wyrabiać nazwiska do zera. I to elity będą się dostosowywać do wyborczego autorytaryzmu najszybciej.

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    #polityka #4konserwy #neuropa #kaczynski #orban #dobrazmiana
    pokaż całość

    źródło: bi.gazeta.pl

    •  

      @eoneon: W jednym nie zgadzam się z profesorem. Gdzieś tam mówi, że po odejściu Kaczyńskiego schedę przejmą młodsi kierując przekaz do miastowych itd. (mniej więcej). Moim zdaniem PIS jest skazany po "odejściu" Kaczyńskiego na rozpad. Oczywiście wcześniejsze rozbicie mediów i przejęcie do końca instytucji może ten stan przedłużyć, ale gros żelaznego elektoratu jest wpatrzony w prezesa, a w PISie są mocne tarcia miedzy pozostałymi. Jedna góra dwie kadencje bez Kaczyńskiego poskutkują rozpadem z powodu braku spójnej wizji i przywództwa (trochę jak z sanacją po Piłsudskim). Na marginesie najgorsze co mogłoby się moim zdaniem przytrafić to przejęcie władzy przez ludzi pokroju Ziobry.
      Tylko rzecz w tym, że po tak silnym związaniu państwa z partią istnieje olbrzymie ryzyko upadku wraz z partią instytucji państwa.

      "Jeśli historia uczy czegokolwiek, to tylko tego, że ludzie nigdy niczego się nie nauczyli z historii." ~ Aleksander Krawczuk
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to jest świeża, bardzo dobra analiza od Klubu Jagiellońskiego, który interpretuje PiSowską rewolucję jako koniec polskiej transformacji:

    https://www.wykop.pl/link/4975373/koniec-polskiej-transformacji/

    Takie odczytanie tego, co się dzieje w ostatnich latach, IMHO trafia w punkt. Zresztą, czy to jakaś tajemnica? Wszak hasło wyborcze PiS na eurowybory brzmiało "Masz prawo do europejskiego poziomu życia". Problem w tym, że ten "koniec transformacji" nastąpił zdecydowanie przedwcześnie.

    Jeszcze raz polecam ten artykuł. Nie chwaląc się, o większości z tych tematów już pisałem ( ͡° ͜ʖ ͡°). Dla rozszerzenia i kontekstu, żeby nie było, że to jeden analityk z Klubu Jagiellońskiego sobie tak zinterpretował rzeczywistość, parę linków:

    1:

    Winą PiS jest to, że wypuścił dżina z butelki i udaje, że o tym nie wie. Raz rozpędzonej roszczeniowości nie sposób bowiem okiełznać. Nasza psychika dobrze znosi bowiem tylko finansowe awanse, nigdy spadki.

    ...fajnie koresponduje z : tym, co mówił Morawiecki na taśmach: https://www.wykop.pl/wpis/35660841/pisowskie-wystarczy-nie-krasc-to-szkoda-chyba-niew/

    2:

    Symboliczną decyzją dla rządów Prawa i Sprawiedliwości było cofnięcie reformy Tuska i obniżenie wieku emerytalnego. Nie było bowiem bardziej spektakularnego przykładu decyzji przedkładającej tu i teraz nad to, co potem. Żadna inna decyzja lepiej nie oddaje końca paradygmatu wyrzeczeń. O ile wcześniej to wyrzeczenia były w imię przede wszystkim następnych pokoleń, tak teraz decyzje są podejmowane przede wszystkim ich kosztem.

    ...tutaj oddajmy głos panu Balcerowiczowi streszczonemu przez Krasowskiego: https://www.wykop.pl/wpis/34785637/mozna-sie-z-balcerowiczem-nie-zgadzac-ale-wyglada-/

    3:

    Problem z polityką społeczną PiS polega na tym, że dokonując transferów bezpośrednich idzie na łatwiznę. Łatwiej jest przelać pieniądze na konto niż zbudować sprawnie funkcjonujący system edukacji czy zdrowotny, dostarczając usług publicznych na wysokim poziomie. W pewnym sensie dając ludziom gotówkę, PiS dezerteruje z funkcji, które powinno pełnić sprawne państwo

    https://www.wykop.pl/wpis/41131133/druga-fala-prywatyzacji-przed-nami-bunt-klasy-sred/

    Itd., itp.

    Poczucie, że jesteśmy Zachodem byłoby w porządku, gdybyśmy naprawdę byli Zachodem, ale jesteśmy wciąż krajem półperyferyjnym, który zacznie - jeśli tak dalej pójdzie - tracić dystans nie tylko do Zachodu, ale i do naszych sąsiadów z Wyszehradu, którzy - włącznie z Orbanem - prowadzą się dużo bardziej odpowiedzialnie. Krótko mówiąc, wpadniemy w pułapkę średniego rozwoju, z której Morawiecki miał nas rzekomo wyciągnąć. I w imię czego to wszystko? Walki z wymyślonym "Układem"? Na Kaczyńskiego i kolegów chyba czeka osobny kocioł w piekle za to, jak igrają przyszłością Polski w sposób, w jaki żaden inny rząd się nie odważył.

    Smutne to wszystko. Jak to ujął klasyk, "bardzo dobrze wiedzą, co czynią, a mimo to, nadal to czynią”.

    PS: Czasem think tankom jak Klub Jagielloński zdarza się puścić tekst nieco poniżej standardów, ale mimo wszystko w magazynach ze "Spięcia" są najlepsze analizy życia społecznego dostępne publicznie. Szczerze mówiąc, lepsze, niż w nawet najlepszych polskich tygodnikach opinii, jak "Polityka", a płatność - w donacji - jest dobrowolna.

    #anatomiapopulizmu

    #4konserwy #neuropa #politka #dobrazmiana #gorzkiezale #polska #polityka
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

    •  

      Nie kupuję pierdolenia że do rozwalenia PiSu potrzebny jest cudowny program czy jakieś mętne zapowiedzi reform służby zdrowia, co to w końcu naprawią problemy, które w ten sposób "naprawiamy" od 30 lat.

      @mnik1: Do rozwalenia PISu potrzebne są zapowiedzi reform. Ponieważ zapowiedziami socjalnymi tylko zniechęcicie do siebie własny elektorat.

      Dodatkowo jeśli Platforma obieca coś socjalnego to PIS to przebije i zacznie narracje "że jak to wam zabiorą 500+, emeryturę+ itp."

      Eurowybory pokazały nam to dobitnie - lud, ten co faktycznie chodzi na wybory, ma to GDZIEŚ. Ma na to totalnie wyjebane

      Eurowybory pokazały nam że PIS potrafi zmobilizować swój elektorat, a Koalicja Europejska nie. Lub też że wyborcy PO/Nowoczesnej/SLD/PSL nie chcieli głosować na listę na której jest PO/Nowoczesna/SLD/PSL.
      pokaż całość

    •  

      doszliśmy do momentu, od którego wygrywać będą nie ci, co obiecują "krew, trud, łzy i pot"

      @mnik1: Pamiętam jak byłem zaskoczony jak lewicowa część wykopu zareagowała na "zmień pracę, weź kredyt".
      Parę lat temu spodobało mi się "trzeba było się ubezpieczyć" skierowane do ludzi, którzy zaoszczędzili na ubezpieczeniu i oczekują rozdawnictwa. Dzisiaj już nikt by tak nie powiedział. pokaż całość

    • więcej komentarzy (18)

  •  

    Jest taka książeczka "O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku" Timothy'ego Snydera (w wersji rap - świeżynka - z udziałem samego Snydera w załączeniu)

    Esej wyszedł po angielsku i niedługo potem po polsku zaraz po zwycięstwie wyborczym Trumpa. Czas był na takie książki nieprzychylny. Początek 2017 to prawie jednoczesny upadek Mateusza Kijowskiego (sprawa faktur i alimentów) i Ryszarda Petru (Madera). Jeszcze kilka miesięcy przed ustawami sądowymi z lipca 2017, którym najlepszą recenzję wystawił w chwili szczerości sam prezydent podczas ogłaszania weta, a które były krokiem za daleko dla wszystkich niezaślepionych osób interesujących się polityką jakie znam. Innymi słowy - szczyt kojarzenia wszelakiej opozycji wobec władzy z siarą + jeszcze relatywnie świeży mandat wyborczy rządzących.

    Ja też się poddawałem resztkom tej obezwładniającej emocji, ale trafił mi w ręce właśnie w/w Snyder. Nie mogę powiedzieć, że zrewolucjonizował mi światopogląd, bo to by była przesada, ale był to dla mnie idealny manifest na te czasy, który pomógł mi przebudzić się w pewnym sensie jako obywatelowi.

    Sama książeczka przy powierzchownej lekturze zdaje się uderzać w zbyt "wysokie C", bo odwołuje się m. in. do doświadczeń walki z faszyzmem, a ani Kaczyński ani Trump faszystami nie są, przywoływanie obrazów z pochodniami to wciąż przesada. Obecna sytuacja jest paskudna właśnie dlatego, że państwo prawa nie upada przy świetle pożaru Reichstagu, a powoli i niezauważalnie dla zwykłego człowieka zajętego swoimi sprawami i zmiękczanego przez sączenie umiejętnej narracji. Moje życie codzienne ze "zrepolonizowanym" TK nie różni się wszak wiele od tego przed tą operacją, raczej jak każdy czerpię z koniunktury. A jednak, nie oznacza to, że nie dzieje się nic złego, że nie należy stawiać oporu teraz, póki zmiana jest relatywnie mało dokuczliwa, ale przez to jeszcze odwracalna. W końcu nawet w faszystowskich Włoszech ichniejszemu Kowalskiemu żyło się całkiem normalnie, więc czego oczekiwać od kraju na początku drogi do autorytaryzmu?

    Warto czytać Snydera, bo jego porady są bardzo proste i konkretne, nie wymagają totalnego zaangażowania. Zna on też dobrze nasz kontekst, bo specjalizuje się w historii naszego regionu (to chyba jeden z dwóch - obok Normana Daviesa - znanych anglojęzycznych historyków żywo nami zainteresowanych).

    Pomijając już dyskusję o tym jak bardzo trzeba bić na alarm, książka po prostu wzywa do nowoczesnego patriotyzmu. Tak, patriotyzmu. Nie lubię używać tego słowa, bo zostało zawłaszczone przez jedną stronę, ale to chyba najlepsze słowo na poświęcanie choćby i paru procent swojej energii czy pieniędzy (np. przez wspieranie jakiegoś think tanku) na sprawy publiczne bez oczekiwania czegoś w zamian.

    Jak zauważył Tischner, polski katolicyzm przeszedł próbę odwagi, ale nie przeszedł próby rozumu. Podobnie można powiedzieć o polskim patriotyzmie i właśnie teraz - w skomplikowanym świecie skomplikowanych i nieoczywistych (hybrydowych) zagrożeń przyszedł nań czas.

    Mam jakieś dziwne, ale nieotwarte wrażenie, że elity przedwojenne, którym tak się teraz nieco bezkrytycznie hołduje, sprawdziłyby się w tym teście dużo lepiej niż my obecnie.

    Lista rozdziałów:

    1. Nie bądź z góry posłuszny
    2. Broń instytucji
    3. Strzeż się państwa jednopartyjnego
    4. Weź odpowiedzialność za oblicze świata
    5. Pamiętaj o etyce zawodowej
    6. Miej się na baczności przed organizacjami paramilitarnymi
    7. Jeżeli musisz nosić broń, bądź rozważny
    8. Wyróżniaj się
    9. Dbaj o język
    10. Wierz w prawdę
    11. Bądź dociekliwy
    12. Nawiązuj kontakt wzrokowy i prowadź niezobowiązujące konwersacje
    13. Uprawiaj politykę w sensie fizycznym
    14. Chroń swoje życie prywatne
    15. Wspieraj słuszne sprawy
    16. Ucz się od ludzi z innych krajów
    17. Nasłuchuj niebezpiecznych słów
    18. Gdy nadejdzie niewyobrażalne, zachowaj spokój
    19. Bądź patriotą
    20. Bądź tak odważny, jak potrafisz


    #anatomiapopulizmu

    #polityka #neuropa #patriotyzm #ksiazki #dobrazmiana #polska #muzyka #polskirap
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Demokracja umiera powoli - znalezisko

    To zbrodnia doskonała. Ofiara - demokracja - do końca nie wie, że umiera. Właśnie to jest sztuką, którą do perfekcji opanowali dyktatorzy XXI wieku. Przedstawię ABC ich działania

    - pisze autor, Jakub Bierzyński

    Tekst ma już miesiąc, ale jeszcze go nie polecałem, a warto.

    Weźmy choćby inne znalezisko na wykopalisku - Nieoficjalnie: O 2:00 w nocy Sejm może zająć się projektem dot. Sądu Najwyższego

    Jesteście już tym wszystkim zmęczeni? Macie odruch "meh"?

    Ja przyznaję się bez bicia, że choć z początku interesowałem się w szczegółach sytuacją wokół SN/KRS/TK, to na pewnym etapie już odpadłem i tym razem nawet nie wiem, co procesują, i nie chce mi się nawet doczytywać. Można się oburzać raz, drugi, ale 10? Wrażliwość w naturalny sposób się stępia, pojawia się tendencja, żeby zająć się swoimi sprawami nawet wśród osób zainteresowanych, a co dopiero wśród przeciętnego wyborcy.

    Skoncentrowana władza właśnie dlatego jest tak niebezpieczna, bo ma potężne środki finansowe, sztaby ludzi do egzekucji strategii (jakkolwiek szkodliwa by była), służby, inicjatywę (wpływ na to co kiedy się dzieje). Może iść twardo (cenzurować, pałować, zamykać) albo miękko (zasypywać pieniędzmi przychylne media, nękać procesami oponentów). W sumie czemu nie iść miękko? Z punktu widzenia władzy ciąganie po sądach (i późniejsze uniewinnienia) wystarczą. 3/4 potencjalnych protestujących pomyśli sobie "a na chuj mi to" i zostanie w domu. Władzy nie kosztuje to nic, ludzie, którzy wykonują te czynności i tak są na etatach, co najwyżej spadnie skuteczność w rozwiązywaniu realnych problemów i erozja zaufania, ale to będzie widoczne dopiero długookresowo. Monolitycznej władzy nie może sprzeciwić się łatwo żaden ruch obywateli, przynajmniej dopóki nie nadejdzie jakiś wielki kryzys, a i wtedy nie zawsze władza daje się obalić (patrz: Wenezuela).

    Dlatego Zachód wypracował sięgający korzeniami oświeceniowego Monteskiusza system "checks and balances". A więc dzielimy władzę na możliwie niezależne części, tworzymy (i dajemy im budżet i immunitet) niezależne ośrodki, które wkładają sobie nawzajem kij w szprychy, co może wyglądać na rozlazłość, ale zmniejsza ryzyko, że system się zdegeneruje.

    Wbrew narzekaniom na "pochód populizmu" to działa. Ani w USA, ani w UK, ani we Włoszech nikt nie demontuje ustroju tak jak w postkomunistycznej Polsce czy na Węgrzech. U nich fala "populizmu" się cofnie tak szybko jak przyszła, a my zostaniemy w tym bagnie na lata.

    W Polsce AD 2020, jeśli PiSowi uda się wygrać drugą kadencję bez koalicjanta, będziemy mieli skrystalizowany obiecany przez Kaczyńskiego Centralny Ośrodek Dyspozycji Politycznej. Tyle że nie będzie on zajęty dobrem kraju nawet w takim stopniu jak na Węgrzech, bo priorytetem będzie trudniejsza niż u Madziarów konsolidacja władzy. Cel będzie jeden: autoreplikacja władzy, kosztem dobrobytu, a nawet pozycji międzynarodowej. Jeśli posłuchać np. Klubu Ronina, to ta identyfikacja dobra PiS i Polski już się dokonała w głowach zwolenników tamtej strony, nie mają barier moralnych, bo uwierzyli w bajki o Nocnej Zmianie i Układzie.

    Głosujcie roztropnie, z pewnych ślepcych zaułków wychodzi się pokiereszowanym po dekadach. Głupio byłoby stracić państwowość, tym razem nie - jak nasi dziadkowie - przez nie do zatrzymania maszynkę Hitlera i Stalina, a jakiś przaśny antymodernizacyjny projekt kontrrewolucyjno-konserwatywny.

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    #europa #neuropa #polityka #tklive #dobramiana #mirkoreklama
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

    •  

      @ZaplutyKarzelReakcji: Czy pochód populizmu się zatrzymał czy nie to nikt naprawdę nie wie. Z jednej strony wydaje się, że tak (nie dochodzą ostatnio kolejne kraje, Słowacja wybrała kogo wybrała, itp.), z drugiej czasem wciąż słychać jakieś pomruki, np. ostatnio w Finlandii - https://www.economist.com/europe/2019/04/17/the-right-wing-finns-party-does-well-in-finlands-election . Pewnie jeśli pogorszy się sytuacja gospodarcza, to będzie nowa fala, ale też obserwacja przez kraje jeszcze niezarażone tych zarażonych działa jak szczepionka. Bo przecież np. o ustawach sądowych z 2017 pisało się dużo np. w Niemczech. Nawet my w Polsce mamy lepiej niż Węgrzy, bo wiemy z ich smutnej lekcji do czego to wszystko prowadzi i wszyscy są nieco bardziej wyczuleni np. na pierwsze oznaki oligarchizacji (do zakupu radia Zet przez Karnowskich w końcu przecież nie doszło).

      Niezależnie od wszystkiego uważam jednak tak jak napisałem, tzn. np. w USA Trump nie niszczy trójpodziału władzy. Czasem sądy uwalają mu "executive orders", na co psioczy, ale się dostosowuje i nie wybiera swojego alternatywnego Supreme Court. Podobnie nie słyszałem, żeby coś takiego działo się nawet we Włoszech czy Czechach. Nikt nie odważyłby się podnieść ręki na sądy. A na wschód od Łaby - nie ma takich oporów.

      A Polska? Na pewno opozycja jest w trudnej sytuacji. Nie wiem, czy PiS wygra, czy wygra KO, czy wygra PiS, ale niesamodzielnie. Tutaj zaważyć może jakiś przypadek losowy, jakiś skandal czy np. zamach terrorystyczny tuż przed wyborami. W końcu 4 lata temu w kwietniu też jeszcze nikt nie wiedział, że tematem roku będzie kryzys migracyjny.

      Z tych 3 wariantów tylko jeden (środkowy) wydaje mi się pozytywny.
      - PiS wygrywa samodzielną większość/ma dalej prezydenta - mocne doszlusowanie do Węgier, tyle że w gorszym stylu. Nie mają siły Orbana, więc będą temu towarzyszyć duże wstrząsy.
      - PiS wygrywa, ale brakuje mu sporo głosów (np. 30) i potrzebuje koalicjanta (np. Kukiza albo Konfederację) - krótkoterminowo bardzo złe rządy, ale związane z szybką degradacją poparcia społecznego i pewną trudnością w dalszej konsolidacji władzy, bo przystawce może to nie być na rękę
      - KO (np. z "Wiosną") wygrywa. Skłócona koalicja ma na głowie spowolnienie gospodarcze i silną opozycję, której łatwo będzie mówić "za nas to się żyło", "znowu kradną", itp. Będzie dużo problemów: niespójność programowa, kwestia rozliczeń i sprzątania bałaganu prawnego, itp. Jedyny pozytyw to pewne odcięcie od kroplówki, ale i tak obawiałbym się triumfalnego powrotu PiS do władzy w 2023, może nawet (jeśli kryzys byłby naprawdę duży) z większością konstytucyjną.

      Niezależnie od wszystkiego, tempo pogoni Polski za zachodem spadnie w wyniku słabszej demografii. Mamy też dość nieciekawe miejsce w globalnym łańcuchu dostaw, które może sporo ucierpieć w wyniku automatyzacji.

      Ale wiesz jak to jest, dojdą czynniki, o których najwyżej tylko trochę wiemy. Np. ucierpimy chyba mniej niż niektórzy w wyniku zmian klimatu (co nie oznacza, że nie ucierpimy). Jesteśmy też dość daleko od terenu potencjalnej III Wojny Światowej (głównym kandydatem jest Azja Wschodnia).
      pokaż całość

    •  

      bo przystawce może to nie być na rękę

      @eoneon: Dlaczego od razu przystawka? Zarówno Kukiz jak i Korwin będą raczej kłopotliwymi koalicjantami. Kukiz już nie jest tak łatwo wierny w stosunku do PISu, jak był na początku. A konfederacja może się rozpaść i tyle będzie z koalicji.

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Antal Rogán - minister propagandy Orbána - znalezisko

    Artykuł Politico przedstawia Rogána jako kontynuatora dzieła Arthura J. Finkelsteina, nieżyjącego spindoktora m. in. partii republikańskiej, Benjamina Neyanyahu i Fideszu, który - jak to niedawno opisał jego współpracownik, Eli Birnbaum - zaprojektował mit supervillaina Sorosa.

    O samym Filkensteinie już pisałem na Mirko.

    PS: Soros to BTW mój drugi ulubiony fikcyjny villain, zaraz po panu V. M. Varga z 3 sezonu #fargo - https://www.youtube.com/watch?v=0C0NHpcJEGQ ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #postkomunistycznepanstwomafijne #anatomiapopulizmu

    #europa #polityka #wegry #neuropa #soros #populizm #mirkoreklama
    pokaż całość

    źródło: aljazeera.com

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów