•  

    Witam społeczność portalu ze śmiesznymi obrazkami w kolejnym wpisie dotyczącym kraju kangurów. Tym razem będę pisał o tym jak zorganizować się do wyjazdu, co ze sobą zabrać i od czego w ogóle zacząć. Generalnie mógłbym skwitować ten wpis jednym zdaniem: nie trzeba nic ze sobą zabierać, bo tu wszystko jest… ale to nie do końca prawda.

    Australia to cywilizowany kraj, mimo iż jest odcięty od reszty świata przepastnym oceanem, a jego jedyną lokalną konkurencją w dziedzinie gospodarki jest malutka Nowa Zelandia to i tak dużo rzeczy tu brakuje i nie jest popularnych lub znanych.

    Jako ciekawostkę napisze, że byłem kiedyś w miejscowości Hebel, która jest na granicy stanu NSW i Queensland i tam w lokalnym parku (zapuszczonym jak place zabaw w Polsce lat 90-tych), była tabliczka informacyjna, że pierwszy telefon stacjonarny zamontowali dopiero w 1988 roku. Tak więc można samemu śmiało wyciągnąć wnioski, że Australia poza większymi skupiskami ludzi jest daleko w tyle za Europą i momentami przypomina prymitywne miejsce, gdzie ludzie walczą codziennie o przetrwanie.

    1. Co spakować do bagażu
    Zakładam, że 99,5% osób, które chcą polecieć do Australii będzie docelowo lądować w Sydney lub innym większym mieście i tam się osiedli. W miastach sprawa wygląda inaczej niż na wsiach i jest łatwo o niemal każdy produkt niezbędny do życia. Dla ludzi z Polski lub Europy najistotniejszą rzeczą będzie specjalna wtyczka do kontaktów. Druga ważna rzecz to telefon z mapami offline – przydatne jeśli jesteśmy pierwszy raz w Sydney. Miasto nie było projektowane z sensem (a przynajmniej nie wszystkie dzielnice) i o ile w centrum jeszcze da się jakoś łatwo odnaleźć, tak już poza nim jest ciężko. Mapy przydadzą się na pewno jeśli mamy zamiar podróżować komunikacją miejską a w szczególności autobusami, które nie mają nazw przystanków, a większość jest na żądanie. Mapy też przydadzą się poza miastem i tak jak w parkach narodowych szlaki są dobrze oznaczone, tak już w głąb outbacku lepiej mieć i sprawny telefon z mapą offline (brak zasięgu) i dobry power bank.
    Pakujemy się dalej… i zabieramy ubrania. Tylko nie warto zagracać sobie bagażu ciepłymi ubraniami typu kurtka lub buty zimowe, bo tu praktycznie non stop jest lato (kiedy to piszę jest środek jesieni i około 28 stopni na zewnątrz). Jeśli ktoś przylatuje zimą (od połowy maja do połowy września), to warto zabrać jakąś cieplejszą bluzę. Resztę ubrań można kupić na miejscu w dobrych cenach.
    Niektórzy pewnie będą musieli zabrać ze sobą leki – można wziąć je z Polski, ale trzeba je zadeklarować (o tym później). Zwykle deklaruje się te na receptę (i trzeba ją mieć od lekarza), te bez recepty są dostępne w Australii tylko pod innymi nazwami, więc jeśli nie ma takiej potrzeby nie warto ich zabierać.

    Jedzenie. Oczywiście głupim pomysłem byłoby zabieranie do Australii kiełbasy lub szybki w plasterkach, bananów, nasion owoców i warzyw czy przetworów babci – produkty, które nie są zapakowane fabrycznie, nie przekroczą z nami granicy Australijskiej. Z jedzenia da się zabrać „suche” rzeczy – jakieś zupki, kisiele w proszku, makarony, ewentualnie pakowane kabanosy, etc – tylko że jest to trochę bez sensu, bo tutaj takie rzeczy są. Jedyne co bym proponował to Polskie słodycze, które smakują nieco inaczej niż te z AU.

    A ile można zabrać papierosków i wódeczki? Tych pierwszych dwie paczki – jeszcze niedawno prawo zezwalało na wwiezienie całego kartonu, ale trochę to zaostrzyli. Można ryzykować przewiezienie większej ilości ale jest szansa, że zapłaci się cło (co przełoży się na podobną cenę paczki z Polski do tej Australijskiej). Z alkoholem też nie jest wesoło, bo zabierzemy tylko 2250ml.

    Gotówka – nie ma limitu pieniędzy które chcemy wwieźć w gotówce. Jeśli mamy powyżej 10 000AUD należy zadeklarować kwotę w specjalnym dokumencie celnym (za chwilę o tym będzie, spokojnie). Pieniądze w portfelu są niezbędne na czas pierwszej wizyty w Australii (no chyba, że założymy sobie wcześniej konto, poczekamy na kartę debetową, przelejemy na to konto kasę…).

    Kosmetyki – dużo ludzi pakuje pasty do zębów, szampony, jakieś inne rzeczy tak jakby tutaj ludzie się nie myli i tego nie produkowali – wszystko jest na miejscu. Można zabrać, jeśli nie chcemy na start wydawać dolarów na na przykład pastę do zębów, która kosztuje nie 10PLN a 10AUD – ale wszystko w granicach rozsądku. To co polecam wziąć to jakieś ulubione kosmetyki, ja mam problem żeby kupić na przykład pastę do układania włosów. Są niby tu jakieś ale kiepskie w porównaniu do ulubionej z Polski.

    Podczas pakowania się ważne jest aby sprawdzić wcześniej na stronie linii lotniczych jakie rzeczy można zabrać do bagażu podręcznego a jakie do nadanego. W przypadku baterii czy powerbanków trzeba je spakować do podręcznego. Ja pakując się zawsze wrzucam całą elektronikę do plecaka, a ciuchy, jakieś kosmetyki, jedzenie, alkohol czy pamiątki do nadanego – nigdy nie miałem problemu. Dobrze jest też przestrzegać wagi bagażu – w liniach Emirates zwykle nie robią problemu jeśli przekroczy się wagę o ten 1-2kg, ale w tych tanich potrafią doprowadzać do absurdalnych sytuacji.

    Książki – w Sydney ciężko o Polską literaturę zwłaszcza jeśli ktoś lubi buszować po półkach bibliotek i wyszukiwać jakiś niszowych dzieł w rodzimym języku. Z drugiej strony, można nabyć sporo ciekawych książek w języku angielskim – więc jeśli komuś to nie przeszkadza, może śmiało odstawić Polskojęzyczne dzieła literatury na regał.

    Na czas lotu polecam kupić przejściówkę ze słuchawek na wejście audio samolotowe. Słuchawki które dają w samolocie są kiepskie, więc zwykle zabieram swoje. Do tego książka i jakieś orzeszki lub paczka czipsów. Kanapek nie zabierać! Na długich odcinkach serwują obiad dwa razy podczas lotu, a jak ktoś lubi sobie zjeść może śmiało dokupić jedzenia na pokładzie (chyba nawet można kartą płacić).

    2. Dokumenty
    Już jedną nogą jesteśmy w samolocie, ale żeby wejść tam na 100% trzeba przebić się przez ścianę papieru. Oto lista najważniejszych rzeczy, bez których nasza podróż do Australii w najlepszym wypadku zakończy się na lotnisku w Sydney:
    - Wiza – niby jest elektroniczna i mają to w systemie, ale lepiej mieć kopię na telefonie lub wydrukowaną, był przypadek kiedy pytali się mnie o wizę na lotnisku a ja nie miałem nic przy sobie. Uparłem się, że znajdę w mailu (co było bez sensu) robiąc jednocześnie niesamowitą kolejkę – tłum wywarł chyba presję na panią która mnie zatrzymała, bo w pewnym momencie mnie puściła dalej :D Ważne jest też załatwienie wizy wcześniej, zanim kupimy bilety lotnicze, czytałem ostatnio o przypadku kobiety, która wysłała rodziców do Australii na wizie turystycznej. Kupiła im najpierw bilety, a później złożyła wniosek o wizę – matka dostała, ojciec musiał dosłać stertę dokumentów. Niby w dwa tygodnie da się to załatwić, ale po co się stresować. Tak więc, wiza musi być, dopiero wtedy wsiadamy do samolotu ;)
    - Paszport – wiem, że to głupie ale niektórzy przyzwyczajeni do latania po Europie na dowód osobisty mogą zapomnieć go zabrać. Warto też zwrócić uwagę na datę ważności paszportu – jeśli jest dość krótka, to lepiej go wymienić na nowy jeszcze w Polsce, bo wymiana w Australii kosztuje około 200AUD i czeka się około 3 miesięce na nowy.
    - Bilety lotnicze – to chyba jasne
    - Długopis – żaden to dokument, ale przyda się aby wejść w interakcje z pewnym papierkiem który dostaniemy podczas lotu (lub na lotnisku), o tak to wygląda i za każdym razem kiedy wlatujemy do Australii wypełniamy coś takiego.
    - Prawo jazdy i Polski dowód osobisty – prawo jazdy jest niezbędne do prowadzenia pojazdu, dowód osobisty lepiej ze sobą mieć bo czasem się przydaje (np. jako potwierdzenie, że my to my jeśli nie mamy paszportu przy sobie). Z prawem jazdy jest o tyle ciekawie, że można na nim jeździć maksymalnie 3 miesiące, ale z doświadczenia swojego i innych wiem że nie ma to znaczenia i można jeździć dłużej. Australijskie prawo jazdy przyda się w momencie kiedy będziemy chcieli wynająć samochód. Nie ma też potrzeby ubiegać się w Polsce o wydanie międzynarodowego prawa jazdy, bo nasze Polskie jest tu normalnie akceptowane.
    - CV, listy referencyje, etc – polecam zabrać wszelkie dokumenty którymi jesteśmy w stanie udowodnić swoje doświadczenie i edukację w danym kierunku.

    3. Niezbędne formalności
    Przy składaniu wniosku o pierwszą wizę do Australii niezbędne jest spełnienie pewnych warunków. Nie mówię tu o wszystkich wizach, ale w przypadku np. studenckiej będą to badania lekarskie, dostarczenie dowodu na wystarczającą ilość pieniędzy aby utrzymać się w Sydney, etc (więcej poczytać można o tym we wpisie o wizach lub dowiedzieć się u agenta imigracyjnego). Nie wymagane są żadne szczepienia.

    W zależności od tego ile będziemy czekać na wizę i jak szybko dostarczymy wymagane dokumenty cały proces (od wysłania wniosku do wejścia na pokład samolotu), może potrwać od kilku tygodni do kilku miesięcy. Dużo zależy od wizy i terminu w jakim aplikujemy, a także od typa co przyjmuje wnioski. W tym czasie najlepiej zamknąć bieżące sprawy w Polsce, warto zamknąć stare konto bankowe, zrobić imprezę pożegnalną dla znajomych i zjeść ostatni Polski obiad przed wylotem. Nie chcę, żeby brzmiało to tak jakbym wciskał do tego wpisu coś na siłę, ale już były przypadki gdzie ludzie musieli wracać do Polski, bo okazało się że jakiś urząd ich ściga, mają sprawy w sądzie etc. i nie są w stanie zrobić pewnych rzeczy online. Tak więc dobrym pomysłem jest wyjeżdżać z kraju z czystym kontem.

    4. Zwierzaki
    Chyba najsmutniejszy punkt tego wpisu, ponieważ zwierzaka można zabrać ale odradzam – przynajmniej w momencie kiedy lecimy do Australii z myślą o powrocie do Polski lub ten pobyt nie jest do końca pewny (nie mamy wizy stałego pobytu lub obywatelstwa). Są odważni, którzy biorą ze sobą kotki i pieski, ale jest to męczarnia dla tych zwierząt. Nie wiem jak dokładnie wygląda procedura w takim przypadku, ale z grubsza jest na pewno obowiązkowa wizyta u weterynarza, który wystawia specjalny dokument, że zwierz może lecieć. Na lotnisku pupil zostaje uśpiony na czas lotu. W Sydney przejmuje go kontrola celna, która zabiera nieszczęśnika na kwarantannę, która może trwać nawet pół roku (nie znam dokładnych ram czasowych i od czego to zależy). Po tym czasie – jeśli Azor o nas jeszcze pamięta – możemy odebrać go ze specjalnego miejsca. Lepiej zostawić je w Polsce jeśli mamy gdzie i dopiero po podjęciu decyzji o pozostaniu w Australii na dłużej lub zdobyciu dokumentów uprawniających nas do stałego pobytu przetransportować zwierzaka.

    5. Czego brakuje w Sydney?
    Cóż, najłatwiej mi będzie opisać tu trochę własnych doświadczeń. Pierwsze co przychodzi mi do głowy to kuchnia Polska. Brakuje mi jej tutaj bardzo, a to dlatego że Australijczycy nie potrafią gotować tak dobrze jak w Polsce. Oczywiście Sydney jest pełne restauracji z całego świata w tym dwie Polskie, ale po pierwsze – nie mam czasu na wychodzenie do restauracji codziennie czy nawet raz w tygodniu, po drugie – ceny trochę porażają. Tak więc, nasza rodzima kuchnia jest dostępna, ale dla kogoś kto nie gotuje i jest singlem (to ja) staje się bardziej egzotyczna niż kuchnia Tajska. Jeśli już jesteśmy przy jedzeniu – nie spodziewajcie się, że w sklepie znajdziecie duży wybór produktów. W Polsce wchodząc do marketu, mógłbym przez bardzo długi czas kupować codziennie inny zestaw produktów, tu natomiast już dawno temu spróbowałem wszystkich dostępnych wędlin jakie ma do zaoferowania Woolworth, pieczywo jest czerstwe i niejadalne po dniu (chyba, że się je mrozi i odgrzewa w mikrofalówce), wybór przekąsek można porównać do tego co znajdziemy w wiejskim sklepie na Koziej Wólce w 1993 roku… Nie chcę żeby ktoś odebrał to jako narzekanie, więc teraz druga strona medalu czyli małe sklepiki, które oferują mnóstwo różnych produktów. Najczęściej są to sklepy Azjatyckie, ale znajdziemy też piekarnie, czy rzeźnika który pełni funkcję sklepu mięsnego. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że jest mnóstwo produktów spożywczych do wyboru.

    Tak więc, przylatując tutaj trzeba się nastawić na gotowanie albo pożegnanie z kuchnią Polską na co dzień.

    Coś czego nie da się przywieźć do Sydney z Polski to wydarzenia. W Warszawie dzieje się tyle, że nie wiadomo gdzie iść… w Sydney jest słabo pod tym względem – jest dużo wydarzeń, ale ukierunkowanych na konkretne kultury i za bardzo nie da się tego zrozumieć lub po prostu trudno się dostać w takie miejsce. Z drugiej strony są wydarzenia robione z rozmachem czyli np. Vivid Festiwal, czy Chiński nowy rok.

    6. Podsumowanie
    Mam nadzieję, że wyczerpałem temat jak należy. Głównie zależało mi, żeby pokazać iż Australia nie jest trzecim światem i nie trzeba pakować się jak na jakiś dziki obóz przetrwania. Wiadomo, że można coś zawsze zapomnieć, ale jest to cywilizowany kraj i brakującą rzecz dokupimy – ewentualnie ktoś nam przyślę lub zabierze z Polski. Jeśli macie jakieś pytania lub nie jesteście pewni czy daną rzecz zabierać to piszcie w komentarzach, postaram się rozwiać wszelkie wątpliwości.

    Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę, że prawo celne w Australii jest surowo przestrzegane, to że czasem celnik przymknie oko na przywiezienie większej ilości papierosów lub alkoholu to nie znaczy, że będzie tak zawsze. Tu braki w dokumentach, zabranie ze sobą narkotyków lub jakiś innych cudów o których wolę nie myśleć kończy się kiepsko. Cóż, pozostaje mi tylko życzyć wysokich lotów i zapraszam do kolejnej ankiety oraz komentowania wpisu!

    Spis treści:
    1. Początki
    2. Wizy
    3. Koszty życia
    4. Flora i Fauna cz.1
    5. Flora i Fauna cz.2
    6. Vademecum robola

    #wietnamwaustralii #australia #emigracja #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    Czego powinien dotyczyć kolejny wpis o Australii?

    • 260 głosów (29.68%)
      Życie codzienne w Sydney - przeciętny dzień
    • 13 głosów (1.48%)
      Okolice Sydney - czyli gdzie jechać na weekend
    • 25 głosów (2.85%)
      Sport
    • 106 głosów (12.10%)
      Życie nocne
    • 94 głosy (10.73%)
      Aborygeni
    • 21 głosów (2.40%)
      Wakacje i dni wolne
    • 103 głosy (11.76%)
      Multi-kulti w praktyce
    • 29 głosów (3.31%)
      Azjaci w Sydney
    • 181 głosów (20.66%)
      Kryminalna strona Australii
    • 44 głosy (5.02%)
      Pogoda - nietypowe zjawiska w Australii
  •  

    Opiszę dziś parę ciekawych rzeczy które mnie zaskoczyły lub po prostu zdziwiły podczas pobytu w różnych krajach. O części pewnie już czytaliście albo nawet sami mieliście okazję doświadczyć, ale może znajdziecie też coś nowego.
    Długie, ale mam nadzieję, że się spodoba.

    Meksyk
    - jedzenie meksykanie przy podaniu nie jest ani trochę ostre, ostrość pochodzi wyłącznie z podawanych osobno sosów (czasem jest ich nawet 10 do wyrobu)
    - nie pija się tequili na raz, zwykle się ją sączy
    - nikt nie posypuje ręki solą, ani cynamonem ani nie zagryza cytryną ani pomarańczą
    - tequilę przegryza się kawałkami limonki wkładanej uprzednio do soli
    - popularnych marek tequili znanych w Polsce (np taka Sierra) w ogóle tam nie widziałem i żaden Meksykaniec, z którym rozmawiałem nigdy o nich nie słyszał
    - za to ichniejszych marek (Don Julio, Heradurra, 1800) z kolei ja wcześniej nie znałem
    - tequila występuje w 3 kolorach: od najjaśniejszego: - plata, reposado i anjejo; im ciemniejsza to znaczy, że dłużej leżakowała i jest droższa i wyższej klasy
    - w Meksyku nikt nie pije tequili z robakiem w środku (patrz niżej)
    - w ogóle w Meksyku obecnie bardziej popularny (przynajmniej we wszystkich rejonach gdzie byłem) jest mezcal, innych alkohol robiony z agawy, często w barze było do wyboru 10 mezcali i jedna tequila
    - i to mezcal czasem występuje z robakiem w butelce (robak właśnie co żyje na agawie ma nadać smak), ale ponoć głównie w butelkach na sprzedaż dla turystów
    - popularna przekąska w Meksyku są chapulines - koniki polne (i inne robaczki) prażone w przyprawach
    - w metrze 2 pierwsze wagony przeznaczone są dla kobiet i dzieci - wejście do nich jest przez specjalny fragment peronu do którego wejścia pilnuje policja
    - na rogatkach każdego większego miasta jest posterunek uzbrojonej policji, która kontroluje pojazdy; widok uzbrojonej po zęby policji jest ogólnie dość powszechny
    - przed odjazdem autobusu długodystansowego osoba z obsługi wchodzi do pojazdu i kamerą nagrywa twarze wszystkich pasażerów

    Anglia
    - na parę godzin przez meczem piłki nożnej kibice zbierają się w pubach niedaleko stadionu i piją aż do samego meczu, z tego co wiem nie można pić poza pubem więc knajpy wypełnione są po brzegi
    - na stadionach kibice przeciwnych drużyn nie są oddzieleni żadna przeszkodą, np. na Anfield siedziałem na skraju miejsc dla kibiców Liverpoolu, przez następne 2-3 miejsca po prostu przeciągnięta była długa szarfa wskazująca, że są one niedostępne, przy tych miejscach co kilka rzędów stał tylko steward, dalej byli kibice przyjezdni
    - na stadionach co byłem nie wolno było stać - tzn parę sekund jak była akcja to tak, ale później spiker upominał, że należy usiąść (prawdopodobnie, żeby nie zasłaniać)
    - nie można też używać pirotechniki (to dość jasne) ani flag ani większych transparentów przez co ogólnie ma się wrażenie, że doping jest dużo gorszy niż np w Polsce (ale generalnie jestem tylko piknikiem i byłem tylko na kilku meczach)

    Szkocja
    - 4 lata angielskiego w podstawówce, potem 4 w liceum i 2 na studiach do tego 3 lata prywatnego angielskiego to generalnie za mało żeby zrozumieć podstawowe zwroty po angielsku wypowiadane przez człowieka z Glasgow
    - inaczej niż w Polsce picie na budowie jest absolutnie wykluczone i nawet największe zakapiory tam pracujące nawet piwa w ciągu pracy nie wypili
    - ludzie potrafią wejść do piętrowego autobusu, zostawić zakupy na dole i pójść usiąść na górę
    - Glasgow jest nazywane "stab capital" czyli stolica pchnięć nożem, a to ze względu na dużą ilość napadów z użyciem noża

    Włochy
    - w mniejszych miastach po godzinie 21 nie da się już nic kupić bo wszystko jest zamknięte
    - po północy nie działa praktycznie żaden transport publiczny - nawet w takich miastach jak Mediolan, zostaje taksówka lub spacer
    - miasta, nawet te na północy są uważane za tyle niebezpieczne, że w nocy kobiety samotnie się po nich nie poruszają (mówię o tym jak było 10 lat temu)
    - w autobusach nie kupisz biletu u kierowcy, a kioski otwierają np o 7, więc jak nie masz biletu to np. o 6:30 nigdzie nie pojedziesz
    - podczas Grand Prix Formuły 1 na torze w Monzie popularne wśród młodych ludzi, których nie stać na bilet jest przeskakiwanie w nocy przez ogrodzenie i czajenie się w lasku aż do rana (w okolicach toru jest sporo terenów zalesionych)
    - miejsca gdzie kupuje i pije się kawę nazywa się barami (a nie np kawiarniami), przy zamawianiu zwykle mówi się po prostu "(poproszę) jedną kawa!"/"un caffè (per favore)" co dla Włochów oznacza małe espresso; pije się zwykle na stojąco, bo za stolik płaci się dodatkowo; standardowa cena kawy to 1-1.2 Euro. Ale turystów czasem Il Jànuszo potrafi skasować więcej

    Ukraina
    - dość normalnym widokiem jest jeśli 2 kobiety do obiadu zamówią butelkę wódki

    Rosja
    - w większych miastach (zwłaszcza w Moskwie i St Petersburgu) nie widać żadnych pijaków i meneli (prawdopodobnie policja o to dba, żeby nie pojawiali się w reprezentacyjnych miejscach)
    - bardzo dużo młodych Rosjan w ogóle nie pije alkoholu, byłem w wielu miastach w różnych hostelach i nikt nie był zainteresowany wyjściem na browara czy wódkę
    - pić też nie wolno w pociągach
    - przez co wszystkie opowieści o tym jak podróż koleją transsyberyjską to jedna wielka impreza okazały się nieprawdziwe; w wagonach bez przedziałów (plackarta) oprócz naprawdę paru jaki starych pijaczków, którzy musieli przekupić prowadnicę (opiekunkę wagonu) żeby sprzedała im wódkę a potem się strasznie czaić właściwie nikt nie pił; nie wiem jak jest w wagonach z przedziałami
    - większość aut we Władywostoku ma kierownicę po prawej stronie (import z Japonii)
    - Z Władywostoku do Japonii można dostać się promem; płynie on ponad 2 doby (2 noce) i ma kilkugodzinny postój w Korei

    Japonia
    - poza Tokio praktycznie nie używa się klaksonu, samochodu po ulicach poruszają dość wolno bardzo cicho przez co nawet na głównej ulicy miasta potrafi być stosunkowo cicho
    - lusterka w taksówkach przymocowane są tak w połowie maski a nie przy przednim słupku
    - w wielu saunach i łaźniach z gorącym basenem (onsen lub sento) obowiązuje zakaz wstępu dla osób z tatuażami (ponoć bardzo małe jeszcze przejdą, a na większe czasem pomaga zasłonięcie ich jakąś naklejką)
    - te gorące baseny to świetna sprawa - wchodzi się zawsze nago (basen są osobne dla kobiet i mężczyzn) najpierw należy dokładnie się umyć a potem wchodzi się i relaksuje w gorącej wodzie; ciekawsze są oczywiście te naturalne (onsen) pochodzące z wód termalnych
    - w wielu knajpach z jedzeniem posiłek zamawia się i za niego płaci w specjalnej maszynie, po czym dostaje się kupon, który bez słów można podać kelnerce, która przyniesie nam jedzenie
    - w pociągach panuje absolutna cisza, zabronione są rozmowy (oprócz szeptów), podróżni pouczani są o konieczności wyciszenia telefonu i wyjścia z przedziału, jeśli muszą porozmawiać
    - absolutnie normalne jest za to jedzenie w pociągach, zapewne ze względu na oszczędność czasu, popularne są zestawy obiadowe w pudełkach - bento
    - konduktor wychodząc z wagonu (idąc do następnego) za każdym razem odwraca się w stronę podróżnych i wykonuje ukłon
    - pociągi, w tym Shinkanseny, podróżują dość często, że właściwie nawet jak potrzeba przejechać cały kraj to po prostu można przyjść na dworzec o dowolnej porze i niczego nie rezerwować (dotyczy większych miast) - ja przyszedłem na dworze w Nagasaki i za 15 minut miałem Shinkansen do Osaki lub Kioto, tam miałem 10-minutową przesiadkę a potem następny pociąg do Tokio; w obu pociągach nie było problemu z miejscem
    - walka sumo zwykle trwa parę sekund, a przygotowanie do walki (cały rytuał) co najmniej 5 minut
    - jedząc sushi nikt nie miesza wasabi z sosem sojowym i nie moczy głęboko jedzenia; zwykle delikatnie dotykają sosu stroną gdzie jest mięso, nigdy nie nasączają ryżu
    - mimo, że Japońska motoryzacja to najwyższa półka na świecie na ulicach ciężko zobaczyć jakieś dobre szybkie znane auta; większość stanowią takie śmieszne kanciate samochodziki albo małe autka, bardziej praktyczne ze względu na ograniczone miejsca postojowe; jeszcze dziwnie wygląda sprawa motocykli - marki jak Honda, Yamaha, Suzuki i Kawasaki posiadają na świecie pewnie z 80% rynku (strzelam), a w Japonii większość motocykli to jakieś stare pojazdy wyglądające jak z początku lat 90

    Korea Południowa
    - normalnym widokiem jest jak do kolacji 2 kobiety zamówią sobie butelkę (350ml) 30-procentowego soju
    - w przypadku pary mogą to być 2 butelki
    - jedną z dostępnych dań na koreańskich marketach rybnych są świeżo uśmiercone ośmiorniczki, które jeszcze poruszają się na talerzu
    - właściwie do wszystkiego zostanie podane jak przystawka kimchi (fermentowe warzywa, zwykle kapusta)
    - spoko Koreanek jak mówi coś głośniej to brzmi jak prezenterka z reżimowej telewizji Korei Północnej

    Tajlandia
    - o ile w Bangkoku na ulicach panuje spory chaos o tyle w metrze i kolejce naziemnej jest bardzo duży porządek; ludzie do wejścia ustawiają się w kolejkach (miejsca drzwi pociągu są zaznaczone na peronie) i cierpliwie czekają na swoją kolej
    - jedną z atrakcji turystycznych w Tajlandii jest tzw Ping Pong show; odbywa się to w klubach nocnych gdzie oprócz młodych dziewczyn prezentujących swe wdzięki co jakiś czas jest specjalne show, w którym kobieta, zwykle sporo starsza, prezentuje różne sztuczki ze swoją cipką - np. wkłada do niej kilka ping pongów którymi strzela w stronę publiczności, otwiera cipką butelkę coli, albo składa rurkę i strzela nią strzałkami do balonów
    - często w tych samych miejscach dziewczyny (tym razem młode) biorą kogoś (mężczyznę) z widowni na scenę, po czym na oczach pozostałej widowni przykuwają go kajdankami do rury, rozbierają do naga po czym biją takimi śmiesznymi rurkami z pianki polietylenowej (nie boli); dobrze, że byłem wtedy sam a nie ze znajomymi
    - Tajski Nowy Rok obchodzi się trochę podobnie jak nasz Lany Poniedziałek; z tym że jest dużo weselej, więcej osób bierze udział (za pewne ze względu na świetną pogodę); trwa co najmniej 4 dni; podobnie jest w sąsiednich krajach

    Chiny
    - chińskie miasta prezentują się bardzo bogato, mimo często braku estetyki i widać pewne skrajności to ma się wrażenie, że Chińczycy są naprawdę bogaci
    - absolutnie nie ma się wrażenia, jakie dużo osób ma (lub do niedawna miało), że w Chinach ludzie pracują za miskę ryżu; prawdę mówiąc po wizycie w kilkunastu miastach mam wrażenie, że to Polacy prędzej pracują za miseczkę ryżu (czy tam worek cebuli)
    - przed wejściem do metra należy oddać plecak, torbę lub inny bagaż do przeskanowania
    - właściwie na wszystkich popularnych górach szlaki są wyasfaltowane plus posiadają schody; do tego zwykle jest kolejka linowa
    - pociągi są jeszcze szybsze niż w Japonii
    - choćbym nie wiem ile razy sprawdził jak się czyta Xiaomi to w żadnym salonie nigdy nie wiedzieli o co mi chodzi (dopóki im nie pokazałem loga)
    - w kulturze chińskiej nie ma właściwie żebraków; biedni ludzie zamiast wyciągać rękę po pieniądze proszą po prostu żeby coś od nich kupić (handlują jakimiś prostymi pamiątkami czy przekąskami)
    - w kulturze chińskiej pieniądze (i prezenty) należy podawać dwoma rękoma, dotyczy to płacenia i wydawania reszty w sklepach

    Singapur
    - mity o ogromnych karach i surowym prawie absolutnie nie oddają rzeczywistości; o ile gumy do żucia faktycznie nie da się nigdzie kupić o tyle nie ma problemów np. z przechodzeniem na czerwonym świetle (o ile nie stwarza to zagrożenia) i nikt za to mandatów nie wlepia; w przeciwieństwie do Polski, o ile w danym miejscu nie jest wyraźnie zabronione to legalne jest picie alkoholu na ulicy i w parkach do godziny 22:30
    - popularne wśród niektórych Singapurczyków są tzw staycation (połączenie słów stay i vacation) czyli urlop w mieście, podczas którego spędzają weekend w drogim hotelu z dobrym widokiem w centrum miasta, albo jadą na dedykowaną turystom wyspę Sentosa
    - wyjeżdżając z Singapuru autem należy mieć bak zatankowany co najmniej w 75% w przeciwnym wypadku czeka nas kara pieniężna lub nawet więzienie

    Azja - ogólnie
    - potraw z ryżu (nie mówię o sushi) nie jada się pałeczkami - o ile sam ryż w Korei czy Japonii to co innego bo jest kleisty i spokojnie je się go pałeczkami o tyle Tajlandia, Malezja Chiny itp często mają dość sypki ryż; jeśli są to potrawy typu smażony ryż albo ryż z sosem to jedzenie ich pałeczkami nie ma najmniejszego sensu i robią tak tylko turyści
    - potrawy z ryżu jada się łyżką (albo zwykłą taką jaką używamy w Europie albo taką małą ceramiczną), nigdy widelcem, oczywiście dotyczy to kultury wchodnioazjatyckiej; w kulturze południowoazjatyckiej (Indie, Sri Lanka, Bangladesz, Pakistan) jada się wszytko prawą ręką
    - nigdy do niczego nie podaje się przy jedzeniu noża, jedzenie odpowiednio kroi się przed przyrządzeniem lub przed podaniem i nóż nigdy nie jest potrzebny
    - nie ma zwyczaju, żeby dzieci chodziły wcześnie spać - normalny jest widok dzieci, nawet dwu-trzy letnich spacerujących z rodzicami o 22-23 godzinie
    - na śniadanie często jada się albo rzeczy smażone, albo pikantne albo gorące pikantne zupy; przykładem jest pyszna zupa np Pho w Wietnamie, którą w popularnych stoiskach nie dostaniemy po 10-11 rano

    Australia
    - normalne jest pozdrawianie obcych ludzi na ulicy (np starsze babcie gdzieś na przedmieściach pozdrawiają groźnie wyglądającego Polaka)
    - pokaz sztucznych ogni w sylwestra w Sydney odbywa się dwukrotnie - najpierw mniejszy o 21, tak żeby mniejsze dzieci mogły zobaczyć, a potem główny w północy
    - normalna jest kąpiel dzieci bez specjalnego nadzoru w oceanie przy dwumetrowych falach

    #ciekawostki #podroze #podrozujzwykopem #azja #chiny #japonia #korea #meksyk #australia #wlochy #rosja #uk
    pokaż całość

  •  

    Świetna asysta Adriana Mierzejewskiego i gol Bobo. Ma tą lewą stopę ułożoną

    Sydney FC [2] - 0 Adelaide United

    #sport #mecz #golgif #meczgif #pilkanozna #australia

    źródło: dailymotion.com

  •  

    Na wstępie do kolejnego tekstu chciałbym podziękować za pozytywne komentarze i podsuwanie pomysłów na spisywanie moich historii czy to w postaci bloga z prawdziwego zdarzenia czy też video… sprawę przemyślę :) Tymczasem wracamy do tematyki nad którą głosujecie w ankietach i tym razem będę pisał o pracy w Sydney.

    1. Kim jest pracownik w Sydney?
    To dość istotne pytanie z punktu widzenia przyszłego emigranta, bądź kogoś kto chciałby zobaczyć jak bardzo Australia różni się w tej kwestii w stosunku do Polski. Punktem wyjścia do zobrazowania całej sytuacji niech będzie fakt, że w Sydney panuje rynek pracownika – mam tu na myśli głównie branżę budowlaną, bo w biurach bywa różnie. Nie jest to jednak utopijna dyktatura, gdzie pracownik robi co chce a pracodawca mu na kolanach przynosi wypłatę. Szacunek między obiema stronami jest wzajemny co da się szybko zauważyć: kiedy pracodawca przestaje wypłacać pieniądze na czas lub zalega ludziom spore sumy, opinia na jego temat jest na tyle rozpowszechniana wśród pracowników, że ciężko mu później znaleźć ludzi chętnych do pracy. Po drugiej stronie zaś jest pracownik, który za słabą jakoś pracy, regularne chlanie i spóźnianie się narobi sobie kiepskiej opinii przez co trudniej będzie mu znaleźć pracę. Działa to oczywiście w dwie strony – dobra jakoś firmy/wykonywanej pracy jest powodem do łatwiejszego znajdywania dobrych fachowców lub pięcia się po szczeblach kariery.
    Podsumowując, pracownik budowlany w Sydney jest dobrze opłacany oraz szanowany pod warunkiem, że wykonuje swoją pracę dobrze i uczciwie. Znam oczywiście przypadki, gdzie fani zaszywania się z flaszką znajdują regularne zatrudnienie czy dwie lewe ręce dostają normalną wypłatę. Spowodowane jest to faktem, że w Sydney brakuje ludzi… jakichkolwiek, żeby tylko czegoś się nauczyć i pracować.

    Zajrzyjmy na chwilę do biura, dosłownie na sekundę ponieważ w tym temacie nie orientuję się za dobrze. To co najbardziej rzuca się w oczy to zarobki, które na przeciętnym stanowisku są o wiele niższe niż te na budowie, które otrzymamy na start. Druga istotna kwestia to zdecydowanie mniejsze poszanowanie pracownika – akurat ja spotkałem się ze świetnymi ludźmi, którzy doceniali moją pracę, ale poznałem też historię ludzi którzy spotkali się ze zbędnym krytykowaniem ich, mobbingiem czy nawet rasizmem albo udowadnianiem, że kwalifikacje i doświadczenie nabyte w Polsce jest nic nie warte w porównaniu do tego, które można zdobyć w Australii (pozostawię to bez komentarza).

    To co na pewno wyróżnia Sydney spośród innych miast jakie miałem okazję zobaczyć to fakt, że wygląda jak jeden wielki plac budowy. Niemal na każdej ulicy coś się buduje a przynajmniej remontuje – to sprawia, że rano wchodząc do pociągu, około 70% ludzi tam będzie jechało na budowę w charakterystycznych pomarańczowych lub żółtych koszulkach, pozostałe 30% wraca z imprezy albo jedzie na budowę i tam się przebiera ;) To sprawia, że widok ubabranego w farbie lub cemencie typa w komunikacji miejskiej jest normalny i nikogo nie dziwi.

    Odpowiadając na pytanie „kim jest pracownik w Sydney?”, mogę śmiało stwierdzić że szanowanym człowiekiem, który nie boi się ciężkiej pracy ale za to ma profit w postaci fajnych zarobków :)

    2. Praca na budowie – podstawy
    Wyobraźmy sobie, że lądujesz w Sydney i chcesz zacząć pracować. Dajesz ogłoszenie na grupie na facebooku lub szukasz na własną rękę dobrze płatnej pracy. Oto jak to wygląda w praktyce.
    Dokumenty to jest coś, co musimy załatwić zanim zaczniemy pracę. W przypadku wizy studenckiej (pewnie w przypadku każdej innej z możliwością pracy też), załatwiamy numer ABN oraz TFN (Tax File Number). Ten pierwszy uprawnia nas do wystawiania faktur, a ten drugi do rozliczenia podatku. Najczęstsza forma zatrudnienia na budowie to właśnie ABN, czyli własna działalność gospodarcza. Pracodawcę zwalnia to niemal z każdej opłaty jaką ponosiłby w momencie zatrudnienia kogoś na umowę o pracę, pracownik za to ma wolną rękę i może (a w zasadzie powinien) brać kontrakty od innych firm.

    W trakcie załatwiania powyższych trzeba jeszcze wyrobić White Card, czyli przeszkolenie do pracy na budowie. Każdy to musi mieć niezależnie czy będzie robił hydraulikę czy malował ściany. W przypadku niektórych zawodów firma do której aplikujemy może wymagać od nas więcej papierów – oczywiście jak zaczynamy pracę w kompanii malarskiej nie potrzebujemy nic poza w/w, a z czasem (jeśli firma jest duża lub zależy jej na pracownikach) wyśle nas na dodatkowe szkolenia na przykład z jazdy „boom liftem” czy pracy na wysokościach. W momencie gdy sami świadomie aplikujemy do firmy która zajmuje się np. myciem okien na wysokościach i nie posiadamy odpowiednich uprawnień, no to może być słabo z pozytywnym rozpatrzeniem CV ;)

    Wróćmy jeszcze na chwilę do ABN i Tax number, ponieważ zaraz będą pytania „jak to założyć?”, „mi nie działa”, etc… Otóż, we wpisie o wizach pisałem o agencjach imigracyjnych – i to jest jeden z powodów dla których warto przez takową wyjechać do Australii, bo dobra agencja wyśle za nas wniosek o Tax File Number i ABN, a nawet pomoże w zapisaniu się na kurs z White Card. Samemu też można to wykonać, ale nie mam pojęcia jak to się robi i czy jest to trudne.

    Załóżmy, że mamy już za sobą całą procedurę, numerki założone, white card gotowy, pracę zaczynamy od przyszłego poniedziałku. Teraz czas udać się do sklepu. Najbardziej znaną mekką dla budowlańców jest Bunnings Warehouse – czyli takie Australijskie Obi. To sklep gdzie znajdziemy praktycznie wszystko potrzebne do remontu domu. Niezależnie od pracy jaką będziemy wykonywać, w naszym ekwipunku powinny znaleźć się: buty z kapslami (taki utwardzany czubek) czyli tzw. safety shoes, kamizelka odblaskowa oraz kask (najlepiej biały, bo czasem się czepiają o kolor), to co jest nie obowiązkowe ale warto mieć przy sobie to: okulary ochronne, rękawice, nauszniki (do tłumienia hałasu) lub zatyczki do uszu, maski przeciw kurzowe, gumowe podkładki na kolana. Nie muszę chyba wspominać, że aby wyglądać dobrze w pracy (czasem jest to nawet wymagane) należy posiadać specjalne ubranie robocze. Spodnie i koszulki można nabyć w w/w sklepie, specjalnych sklepach dla pracowników budowlanych lub np. BigW – który jest sklepem oferującym elektronikę, odzież i słodycze. W BigW kupimy też safety shoes za bardzo dobrą cenę, a przy tym świetne jakościowo.
    Z dodatkowych rzeczy warto zaopatrzyć się w krem przeciwsłoneczny, okulary przeciwsłoneczne, Esky (taka torba lub pudełko na lunch lub wodę) i dobry cover na telefon.
    Całość ekwipunku zależy od tego jaką pracę wykonujemy, bo oprócz spodni trzeba też mieć narzędzia do pracy. Nikt nie będzie wymagała zakupu zestawu wkrętarek czy pędzli za 300AUD już pierwszego dnia, ale z czasem trzeba liczyć się z faktem zainwestowania trochę w takie zabawki. Oczywiście w idealnym świecie to firma powinna zapewniać taki sprzęt i czasem tak się dzieje – ale z drugiej strony, kupienie go za własne pieniądze daje nam pewną wolność w użytkowaniu takowym i możemy wykonywać „własne” kontrakty bez wyrzutów sumienia, że zużywamy właśnie sprzęt firmowy.
    Tak jak wspomniałem, część firm może zakupić nam potrzebny podstawowy sprzęt do pracy, większość jednak kupuje pracownikom koszulki lub całe komplety ubrań z logo firmy.

    3. Sposoby zarabiania
    Mając numer ABN, mamy możliwość wystawiania faktury. To daje nam pełną wolność na rynku pracy, ponieważ sami możemy zbierać własne kontrakty lub zagnieździć się w jakiejś firmie która nam zapewni robotę. W przypadku pracowania dla jednej firmy, zarobki będą zwykle na stałym poziomie i nie będzie trzeba się martwić o kontrakty. Jeśli zdecydujemy się na zarabianie na własną rękę to jest duża szansa na złoty strzał – czyli zarobienie dobrej kasy w jeden dzień, ale też szansa na pracę za grosze jeśli źle wycenimy robotę (co zdarza się początkującym). Kontrakty są fajną opcją jeśli planujemy w przyszłości otworzyć swoją własną firmę – szczególnie jeśli uda nam się nawiązać znajomość z jakimś majstrem (builder), który będzie nam zlecał malowanie całych domów. Sposobów zarabiania na budowie jest mnóstwo – nie ma przymusu zakładania firmy i rozwijania jej, bo wykonując kontrakty samemu też można zarobić niesamowite pieniądze, zwykle spędza się więcej czasu na początku takiej działalności, ale po zdobyciu renomy i referencji oraz dobrze wykonanej pracy, polecenia od klientów same napędzą nam nowych.

    4. Jak tu się pracuje?
    W Polsce kiedy chcemy wyremontować dom czy mieszkanie, dzwonimy do Mietka fachowca, ten zbiera swoją ekipę i przyjeżdżają rano jednym vanem do którego jakimś cudem upchali wszystkie materiały, betoniarkę i pudełka z lunchem. Chłopaki będą robić wylewki, położą płytki i pomalują wszystko od a do z, zostawiając chatę gotową do wstawienia mebli. W Sydney sprawa wygląda zupełnie inaczej. Jeśli potrzebujemy wykonać mały remont typu przemalowanie pokoju, to najłatwiej jest zadzwonić do firmy malarskiej i poprosić o wycenę. Następnie ekipa wpada do domku i maluje ściany nieznacznie je tam poprawiając (np. łatając pęknięcia czy wypełniając malutkie ubytki w ścianie). Malarze nie tykają się pracy, która normalnie wykonuje ktoś inny i na przykład malowanie ścian to jest już inna dziedzina niż malowanie podkładu nie przepuszczającego wody w łazience.
    Załóżmy teraz, że chcemy wykonać duży remont całego domu. Zostają gołe ściany, zrywamy podłogi, płytki i niektóre sufity. W tym przypadku najłatwiej zadzwonić do buildera (taki odpowiednik majstra na budowie). Builder jednak to nie byle kto, bo jest to koleś z licencją na wykonywanie remontów lub stawianie domów, jest on odpowiedzialny za dobranie odpowiedniej ekipy, koordynowanie pracy na budowie, zamawianie materiału i pilnowanie jakości oraz bezpieczeństwa na terenie budowy. Żeby zostać kimś takim, wystarczy zrobić odpowiednią licencję. Majster po ocenie i potwierdzeniu przez klienta co dokładnie ma zostać zrobione w domu, dobiera ekipy: specjaliści od płyt gipsowych – którzy zrobią od nowa sufit lub ścianki, elektrycy, hydraulicy, malarze, stolarze – odpowiedzialni za wstawienie futryn i drzwi, joinerzy (goście od budowania mebli na wymiar), specjaliści od podłóg – w zależności od rodzaju podłogi wpadają goście albo od wykładziny albo od podłóg drewnianych, płytkarze, tynkarze i ogrodnicy. Na końcu zwykle zostają właśnie malarze i sprzątacze, którzy usuwają cały syf pozostały po całej reszcie, malarze zostają dlatego, że do malowania potrzebny jest niemal idealny porządek.
    Tak więc, sporo ludzi przewija się przez taką budowę – dosyć często można spotkać wyjątki i na przykład płytkarz może robić też wylewki pod wykładzinę. Pewnie zastanawia was dlaczego jeszcze nikt z Polski nie wpadł na to, żeby otworzyć firmę ogólnobudowlaną i trzaskać wszystko naraz? Bo to nie ma większego sensu, ponieważ w Sydney jest tyle pracy przy jednej specjalizacji, że praca przy wszystkim naraz zwiększa tylko koszta potrzebne na sprzęt czy opłacenie bardziej wykwalifikowanych ludzi – w ostateczności wyjdzie się na tym podobnie, a stresu i odpowiedzialności jest zdecydowanie więcej.

    W Polsce większość ludzi przyzwyczajona jest do pracy w systemie 8 godzin przez 5 dni w tygodniu. Tu jest inaczej. Większość firm budowlanych pracuje od poniedziałku do soboty, z tym że sobota jest zwykle dniem bardziej luźnym. Z godzinami pracy jest też różnie, można robić jednego dnia 5 godzin, a innego godzin 10, ale najważniejszy jest fakt, że każda godzina jest płatna i nie ma czegoś takiego jak darmowe nadgodziny. Większe firmy budowlane płaca nawet większe stawki za pracę w soboty czy niedziele albo powyżej 8 godzin dziennie. Oczywiście to co napisałem wyżej nie jest regułą, a raczej najczęściej dogadywaną z szefem formą pracy, ponieważ pracując na ABN sami możemy decydować czy będziemy siedzieć danego dnia w pracy godzinę czy osiem. Znam ludzi, którzy w jeden z firm pracując od poniedziałku do piątku po maksymalnie 8 godzin dziennie (chyba że serio coś się sypie to zostają dłużej), ale w tej samej firmie są ludzie którzy pracują od poniedziałku do soboty i jest to dla wszystkich w porządku.
    W moim przypadku, obliczyłem sobie stawkę jaką chciałbym osiągać tygodniowo i przeliczyłem na ilość godzin – jeśli wypracuję daną sumę szybciej to włączam sobie luz na resztę tygodnia i albo chodzę dalej do pracy robiąc nadwyżkę budżetu albo siedzę w domu lub jadę do buszu. System godzinowy pozwala fajnie zarządzać kasą i czasem, tym bardziej jak zarabiamy coraz więcej.

    A jak dostać podwyżkę? Zacznijmy może kwestię stawki jakie panują na budowie. Nie mam pojęcia ile teraz się dostaje na start z racji tego że każda firma inaczej płaci, ale myślę, że 25AUD na godzinę na start to jest dobra kwota wyjściowa, żeby nauczyć się czegoś i iść po podwyżkę lub gdzieś dalej. O podwyżkę nie jest jakoś bardzo trudno, pracodawcy chcą zachować pracownika u siebie, więc sami z siebie często proponują wyższą kasę jeśli widać staranie się i jakość. Zdarza się zasiedzieć w firmie krzak, która może i nie traktuje źle pracowników ale prosperuje średnio, o podwyżkę ciężko… więc wtedy zmienia się firmę na inną. Podając stawkę jaką mieliśmy poprzednio zwykle przyszły szef zaproponuje nam przynajmniej te 2AUD na godzinę więcej. Mniej więcej tym sposobem w ciągu pół roku podbiłem sobie stawkę o 10AUD ;) Najważniejsze w tym całym procederze to pozbycie się strachu przed zmianą pracy, bo jest to naturalny proces w tej branży i nikt nikomu nie ma nigdy za złe takiego ruchu (chyba że wywinie się jakiś głupi numer lub pracodawca ma coś z głową). Pracodawcy też inaczej podchodzą do ludzi i nie próbują ich wyzyskiwać lub oszukiwać bo jest to działanie na krótką metę. Każdy przejaw januszerstwa jest piętnowany i mocno odbija się na wizerunku firmy jak i na jej opinii – a o tym drugim czasem sam właściciel firmy może nie do końca wiedzieć.

    Drążąc dalej temat relacji pracownik-szef natknąłem się na ciekawe opinie rodaków, aby zaraz po przylocie do Sydney szukać pracy wśród Australijczyków a omijać Polaków z daleka. Nie do końca się z tym zgadzam, ale też nie mogę zanegować. Polacy, a w szczególności ci którzy przybyli do krainy kangurów około dwie dekady temu lub wcześniej, zabrali ze sobą cały bagaż januszerstwa co skutecznie serwują pracownikom, żyjąc mentalnie jeszcze w latach 90-tych. Ci natomiast zlewają to ciepłym moczem lub jeśli jest to coś grubszego to odchodzą z takiej firmy, a biedny janusz nie wie dlaczego. Z drugiej strony nie każdy z naszych rodaków taki jest i zrobiłbym krzywdę tym ludziom pisząc o nich same złe słowa. Jest wielu pomocnych szefów, którzy urodzili się tutaj ale nadal mówią po Polsku – wśród tych przyjezdnych też zdarzają się wyjątki :) Jednak nikt tak szybko i sprawnie nie zmieni naszej mentalności niż rodowity Australijczyk.

    5. Jak pracują Australijczycy?
    Tak jak w każdym kraju, po skończeniu szkoły średniej można iść na studia lub podjąć się pracy. Część decyduje się na pracę – z różnych powodów nie tylko kiepskich wyników w szkole – część idzie na studia co otwiera im drzwi na stanowiska biurowe, ale także budowlane. Bo nie wiem czy wiecie, ale w Australii można skończyć coś w rodzaju studiów ukierunkowanych na konkretny zawód np. malarza. Trwa to dwa lata i jest zakończone egzaminem, który uprawnia do wykonywania zawodu – coś jak Polska zawodówka, ale na uczelni :)
    Nie ważne, skupmy się na tym co jest dalej. Australijczycy są bardzo leniwi, to powoduje ogromne braki w kadrze budowlanej lub rolniczej. Wielu z nich boi się ciężkiej pracy mimo dobrych zarobków od samego początku. Jeśli już, któryś Aussie zapuści korzenie w pracy budowlanej będzie i tak pracował wolno, robił sobie przerwy na kawę czy papierosa co chwilę i kończył robotę o 14:00 zaraz po obiedzie. Praca w firmie Australijskiej = przyjęcie ich trybu roboty, co mi osobiście przeszkadza, bo wolę coś robić niż siedzieć pół dnia na dupie i pić kawę. Przeciętny dzień w pracy to przyjazd na 7:00 na budowę, rozmowa i ewentualnie pierwsza kawa tak do 7:30. Później przerwa o 9:00 na kawę i ciastko, to trwa od 15 minut nawet do godziny jak się rozmowa klei ;) Kolejna przerwa jest o 11:00 lub o 12:00 i trwa od 30 minut do godziny. Zwykle pracę kończy się koło 14:00 lub w porywach do 15:00. Tak więc nie da się zmęczyć. W Polskich firmach jest podobnie z tym że szef jak ma zły humor może się zdenerwować o siedzenie na dupie. Czasem odpada kawa poranna czy o 9:00, ale też często nikomu nie chce się pić kolejnej kawy i wydawać bez sensu kasy. Lunch czy też obiad jest rzeczą świętą i chociażby się walił budynek to każdy idzie go jeść.

    Aussie też nie przywiązują zbyt dużej wagi do pracy jako czegoś co jest już do końca życia. Dla nich siedzenie 50 lat za jednym biurkiem w urzędzie to jest jakaś abstrakcja. Dobrym przykładem niech będzie pewien Australijski stolarz (zapomniałem imienia, chyba Tonny), rozmawiałem z nim kiedyś na temat pracy, ile czasu już pracuje w swoim zawodzie. Odpowiedział mi, że pół roku co trochę mnie zdziwiło zwłaszcza, że chłop miał około 50 lat. Zapytałem go czym zajmował się wcześniej i dlaczego zmienił pracę. Spodziewałem się, że będzie to budowlanka, ale okazało się że pracował jako ratownik na jednej z plaż niedaleko domu i mu się ta praca po prostu znudziła – a że majsterkował coś sobie w garażu po godzinach to postanowił znaleźć pracę jako stolarz. I tak się właśnie tu znalazł, docinając listwy do ram na drzwi.

    Z pracy biurowej wyciągnąłem jeden ciekawy „rytuał” końca tygodnia. W piątek pracę kończy się wcześniej np. o 13:00, do biura wpada zakupiona przez firmę skrzynka piwa, czasem z całym zestawem do grillowania i przy piwku i grillu spędza się piątkowe popołudnie. Pierwszy raz też spotkałem się z tym, żeby pół biura w tym szef naciskali na mnie, żebym zostawił to co mam do zrobienia i poszedł na piwo, bo robota może poczekać do poniedziałku.

    6. Praca dla kobiet
    Płeć piękna nie ma co narzekać na brak pracy w Sydney. Często pada pytanie: co mogą tam robić kobiety? Generalnie to wszystko. Nie ma ograniczeń co do pracy kobiet na budowach – sam z widzenia znam kilka które malują. Zwykle jednak kobiety szukają zawodów w innych branżach np. gastronomii i zostają baristkami parząc świetne kawy z czego Sydney słynie. Niektóre decydują się na karierę w kuchni zaczynając od zmywaka albo – jeśli mają doświadczenie – od pomocy kuchennej czy też jakiś innych nieznanych mi tam stanowisk. Wracając do parzenia kawy, jest to zawód który cieszy się dużą popularnością nie tylko wśród kobiet, ale jest to też jeden z zawodów gdzie pracownicy są bardzo zadowoleni z tego co robią, więc jeśli któraś dziewczyna lubi przebywać z ludźmi i prowadzić z nimi jakiś small-talk to jest to idealne miejsce do pracy. Oczywiście do parzenia kawy nie jest się oddelegowanym samemu, zwykle widzę od 2 do nawet 4 osób, które przygotowują napoje dla klientów.
    Innym dość specyficznym zawodem obleganym przez kobiety i Australijskich dziadków jest Traffic control – czyli sterowanie ruchem na budowie lub poza nią jeśli fragment ulicy jest zamknięty. Do tego zawodu trzeba mieć na pewno White Card o którym pisałem wyżej i sprzęt typu kaski i kamizelki oraz – co jest najważniejsze – telefon z wytrzymałą baterią. Telefon jest potrzebny, ponieważ taka osoba cały dzień stoi ze znakiem „Stop/Slow” i przekręca go tylko z jednej strony na drugą w zależności czy puszcza ruch czy go zatrzymuje. Niemal wszystkie dziewczyny z TC jakie widzę, mają w rekach telefon i coś tam sobie w nim robią słuchając tylko komend z krótkofalówki. Czasem zdarza się większy ruch lub coś bardziej skomplikowanego i wymaga to dużej uwagi, ale zwykle stoją gdzieś na małej uliczce i wychodzą jak nadjedzie jakiś zabłąkany samochód.
    Kolejnym zawodem który może wykonywać kobieta i jest ich tam przewaga to opiekunka do dziecka. Na początku może to być praca dorywcza, ale są agencje zrzeszające pracowników i zapewniające im ciągłość pracy. Do tego na pewno będą potrzebny dodatkowe papiery jak np. zaświadczenie o niekaralności wyciągnięte z rejestru policji w Australii (koszt chyba 90AUD).
    Dużo kobiet pracuje też na recepcjach, przy sprzątaniu czy w biurach wykonując jakieś proste zadania (piszę tu o początku kariery).

    Podsumowując: kobiety mogą pracować praktycznie tak samo jak faceci, część zawodów jest bardziej oblegana przez mężczyzn, ale część przez kobiety co moim zdaniem tworzy równe szanse na znalezienie zatrudnienia niezależnie od płci.

    7. Nacja a zawód
    W Sydney można w pewnym momencie zauważyć jedną ciekawą rzecz – każda nacja ma swoje zawody w których pracuje najwięcej jej obywateli. Na stacjach benzynowych, w taksówkach, w sklepach 7-11 i w dostawie jedzenia najczęściej spotkamy Hindusów i Pakistańczyków. W kebabach i lokalach z kurczakami będą Arabowie, tak samo jak i w tanich salonach fryzjerskich czy rzeźniach (ale tylko tych halal). Arabów też spotkamy w warsztatach samochodowych – ale to nie jest raczej reguła. Azjaci zwykle siedzą w sklepach z elektroniką (tych sieciowych i tanich) oraz na Paddy’s market czyli takim centrum handlowym, które mógłbym porównać do stadionu 10-lecia tylko że nie kupimy tu AK-47. Japończycy prowadzą lokale z sushi, Chińczycy każdy inny. Filipińczycy najczęściej sprzątają biura, Tajlandczycy najczęściej prowadzą salony masażu (te z happy-endem też). Rosjanie są konkurencją dla Polaków w malowaniu, jednak ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Ukraińcy pracują jako stolarze lub monterzy płyt gipsowych, Włosi za to bardzo lubią płytki i powłoki wodoodporne. Maorysi i inni wyspiarze zwykle stoją na bramkach w barach, pracują przy rozbiórkach lub przy budowie rusztowań. Chińczycy – jeśli nie prowadzą lokalu z żarciem – inwestują w nieruchomości lub jeśli mają mniej pieniędzy pracują przy płytach gipsowych, jednak są takim tanim zamiennikiem bo ich jakość pracy to często dramat. Niemcy i Irlandczycy lubią dachy. Australijczycy pracują praktycznie wszędzie, ale mi najbardziej kojarzą się z zawodem farmera – jest ich tu dużo lub kierowcy TIR-a.

    Oczywiście nie jest to reguła, w każdym zawodzie znajdziemy ludzi z różnych zakątków świata, ale z moich obserwacji wynika, że w w/w pewnych narodowości jest jakby więcej niż pozostałych.

    8. Na koniec
    Rynek pracy w Sydney ma się dobrze, w przeciwieństwie do innych miast w Australii – gdzie też znajdziemy pracę ale będzie trudniej. Najważniejsze jednak jest znalezienie takiego zawodu, z którego będziemy zadowoleni, a szukanie właściwego miejsca dla siebie to podstawa w tym mieście. Nic tak bardzo nie ogranicza człowieka jak przywiązanie do jednego miejsca i szukanie miliona wymówek na temat zmiany pracy czy otoczenia, jeśli tego nie uda się pojąć przed przyjazdem tutaj, to jest ryzyko że będzie ciężko (mentalnie, a nie zarobkowo).

    Jak co wpis (no prawie), dorzucam ankietę – głosujcie na następny temat, a ja już nagrzewam klawiaturę :)

    Spis treści:
    1. Początki
    2. Wizy
    3. Koszty życia
    [4. Flora i Fauna cz.1](
    https://www.wykop.pl/wpis/30835845/zaledwie-czterema-glosami-w-ankiecie-zwyciezyla-fl/)
    5. Flora i Fauna cz.2

    #wietnamwaustralii #australia #emigracja #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    Czego powinien dotyczyć kolejny wpis o Australii?

    • 257 głosów (28.40%)
      Organizacja wyjazdu, co zabrać do Australii
    • 112 głosy (12.38%)
      Życie codzienne w Sydney - przeciętny dzień
    • 14 głosów (1.55%)
      Okolice Sydney - czyli gdzie jechać na weekend
    • 18 głosów (1.99%)
      Sport
    • 79 głosów (8.73%)
      Życie nocne
    • 96 głosów (10.61%)
      Aborygeni
    • 21 głosów (2.32%)
      Wakacje i dni wolne
    • 91 głosów (10.06%)
      Multi-kulti w praktyce
    • 33 głosy (3.65%)
      Azjaci w Sydney
    • 184 głosy (20.33%)
      Kryminalna strona Australii
  •  

    W poprzednim wpisie, któryś z Mirków słusznie zauważył, że brakuje flory – tak więc czas się poprawić i tym właśnie wpisem chciałbym to zrobić. Oto jakie krzaczki są popularne w Australii.

    Zacznijmy od tego, że Australia posiada swój osobny system roślinny tj. Australis – co oznacza, że większość roślin jaka tu występuje jest nie do znalezienia w innych częściach świata w naturalnym środowisku. Kontynent jest w większości pustynią, ale nie oznacza to że nie znajdziemy tu pełnych życia lasów i łąk. Wybrzeże – a szczególnie wschodnie – jest bogate w lasy podrównikowe i namorzynowe. Nie będę tu sypał nazwami drzew i krzaków niczym z lekcji geografii, bo nie o to chodzi, ale opiszę to co sam zauważyłem chodząc do buszu.
    Okolice Sydney jak i cała Australia jest bogata w parki narodowe które mogą obejmować obszary wielkości województwa. Najczęściej odwiedzanym przeze mnie parkiem narodowym jest teren zajmowany przez Blue Mountains. Ogromne połacie dzikich gór porośniętych w głównej mierze Eukaliptusem. Drzewo to charakterystycznie pachnie i jest pożywieniem dla miśków Koala. Oprócz tego w oczy rzucają się iglaki, dęby czy akacje – czyli drzewa charakterystyczne dla Europy ale nie ma ich zbyt wiele. Specjalnie dla Was, wrzuciłem pod ten adres około 200 zdjęć z jednej wyprawy właśnie w Blue Mountains. Jest to o tyle ciekawy trip, że miałem okazję przejść się klifami jak i wąwozem. Na szczycie dominują krzaczki i drzewa, w wąwozie natomiast można poczuć klimat Parku Jurajskiego z ogromnymi paprociami, mchami i zapachem wilgoci. Do tego wysoko rosnące drzewa i krzaki skutecznie chronią dolne partie przed słońcem, tak więc w wąwozie panuje półmrok.

    Jednym z popularniejszych drzewek jest Bottlebrush tree, przyjemne w dotyku i sporych rozmiarów kwiatki wyglądające jak z innej planety, praktycznie wcale nie pachną ale za to ładnie wyglądają i wyróżniają się na tle innych roślin. Kolejnym kosmicznym kwiatkiem jest Greavillea, rzadziej spotykana niż w/w roślinka i także nie pachnie zbyt intensywnie.
    Kiedy wejdziemy do lasu na południu w okolicy Góry Kościuszki zobaczymy znaczną różnicę we florze, mimo iż nie odjechaliśmy od Sydney zbyt daleko. Klimat tam jest nieco bardziej zbliżony do tego Europejskiego (zdarzają się też opady śniegu) przez co las przypomina bardziej ten który mamy w Polsce z tym, że 95% drzew liściastych to Eukaliptus.
    Jeśli ruszymy na północny-zachód od Sydney, czeka nas taki o to widok, brunatne skałki i piach oraz kępki trawy rozdzielone gdzieniegdzie drzewami… Eukaliptusa. Sunąc wybrzeżem od Sydney w kierunku północnym napotkamy lasy bogate w liany, figowce czy też palmy. W Sydney tereny zielone są w głównej mierze projektowane od zera lub wydzielane z obszarów zielonych i przerabiane na parki, dzięki czemu roślinność jaką tu spotkamy znajdziemy też poza miastem. Popularnym miejscem do zobaczenia każdego możliwego krzaczka i gatunku rośliny jest Botanic Garden przy samej Operze. Jest to spory park w którym hoduje się różne gatunki roślin jakie można spotkać na terenie całej Australii. Oczywiście nie samym Eukaliptusem ten kraj żyje i jest tu dużo drzewek owocowych – niektóre nawet spotykane w mieście. Najpopularniejsze są Mango, banany, winogrona, arbuzy, melony, etc… dzięki czemu w sklepach sporo tych owoców jest w miarę tania i dostępna przez cały rok. To samo dotyczy kokosów z których jest pod dostatkiem, co przekłada się np. na produkcję pysznego soku kokosowego :) Na podwórkach niektórych mieszkańców Sydney można natknąć się na drzewka cytrynowe albo brzoskwinie.

    Interesującą rośliną są pirofity – od razu zaznaczę, że Australia nie jest jedynym miejscem gdzie tego typu krzaki występują. Czym są pirofity? Są to rośliny które rozmnażają się z pomocą ognia na terenach które regularnie płoną. Jak wiadomo, Australia lubi się zapalić a szczególnie w lato. Zasada działania jest prosta – pod wpływem płomieni szyszka czy też inny owoc rozszerza się wysypując nasionka. Niektóre gatunki pirofitów są bardziej wrażliwe na działanie ognia – co nie zmienia faktu, że występują właśnie na terenach narażonych na pożary. Jedną z roślin którą można zaliczyć do tej grupy jest Punk Tree inaczej nazywany Paperbark tree, to z racji tego że jego kora jest bardzo miękka i rozchodzi się na cienkie warstwy przypominające papier.
    Powróćmy jeszcze na chwilę do palm. Z Fan Palm wiąże się historia jednej z moich pierwszych wypraw do Royal National Park (pierwszy park narodowy w Australii i drugi na świecie). W skrócie: część trasy pokonywałem w nocy na resztkach baterii w telefonie (który później i tak padł i zostałem całkiem bez światła). Świecąc na krzaki co jakiś czas natykałem się na właśnie ten gatunek krzaczka, problem polegał na tym, że na niemal każdej z nich liść lub dwa od strony ścieżki drgały tak jakby ktoś przed momentem obok tego drzewka przechodził i go trącił. Kiedy zobaczyłem to pierwszy raz szukałem dookoła czy aby na pewno jestem tu sam, a jak nie to co trąca liście na mojej trasie, jednak po zobaczeniu kilku takich „trzęsących” się liściach na trasie dałem sobie spokój, a jak się później okazało wiatr wprawiał je w tak dziwny ruch. Trochę creepy przeżycie.
    Na trasach poza miastami spotkamy też Grass Tree, charakterystyczne kulki rosnące zwykle nisko przy ziemi. Mają długie i cienkie liście z ostrymi końcówkami – jednak ich ukłucie nie jest bolesne, a raczej denerwujące.

    Rośliny w Australii w przeciwieństwie do fauny nie chcą nas same z siebie zabić i ewentualnie zjeść ;) jest dużo pięknych kwiatów, drzew i krzewów których tutaj nie opisałem z jednego powodu: nie chcę odkrywać Australii za Was, a rośliny to nie jest coś na co trzeba zwracać szczególną uwagę aby nie ulec wypadkowi. Dla zainteresowanych tematem odsyłam do wrzuconej wcześniej galerii zdjęć z wyprawy na jedną z tras do Blue Mountains albo pod ten adres gdzie jest ciekawy zbiór zdjęć różnych roślin.

    To co mnie najbardziej urzekło w roślinności Australijskiej to niesamowicie zielone wąwozy oraz pustynie na których jednak jakieś drzewa lub trawy sobie rosną.

    A jako bonus fotografia wykonana przez Lewisa Fogerty w jednym z najbardziej zielonych miejsc w Blue Mountains: ^klik^

    Spis treści:
    1. Początki
    2. Wizy
    3. Koszty życia
    4. Flora i Fauna cz.1

    #wietnamwaustralii #australia #emigracja #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    •  

      @wietnam67: Myślę, że w wielu przypadkach to byłby świetny materiał na lekcję geografii/przyrody i zdecydowanie lepszy, niż niejedna jałowa gadanina ;) Dzięki takim wpisom warto tu jeszcze zaglądać.

      Na marginesie i zupełnie z czapy: czy będąc tam, udało ci się kiedykolwiek wypatrzeć naszego Fiata 126p, który w chyba dość sporych ilościach był w Australii sprzedawany? Chyba FSM Niki się tam nazywał ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      @PrinsFrans: widziałem gdzieś zaraz po przyjeździe identycznego Fiata 126p jaki jeździł po Polskich drogach (miał nawet kierownicę po właściwej stronie ( ͡º ͜ʖ͡º)), jak jakiegoś jeszcze będę widział to zrobię foto.

      Dzięki za komentarze, nie wiedziałem że aż tak pozytywny odbiór będą miały moje wpisy! :)

    • więcej komentarzy (22)

  •  

    #muzyka #hardrock #acdc #70s #80s #90s #00s #australia #klasykmuzyczny #lifelikejukebox
    31 marca 1955 r. w szkockim Glasgow urodził się Angus Young - współzałożyciel, gitarzysta i kompozytor australijskiego zespołu AC/DC.
    AC/DC - "Back in Black"
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Kolejny gol Adriana Mierzejewskiego w Australii
    Perth Glory 0 - [1] Sydney FC

    #sport #mecz #golgif #golgifpl #pilkanozna #australia

    źródło: dailymotion.com

  •  

    My nie tamujemy ruchu, my jesteśmy ruchem! "Less gas, more ass" ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Cykliści z Melbourne cieszą się życiem i pokazują do kogo należy przyszłość. Trochę #masakrytyczna

    #rower #australia #rowerowabojowka

  •  

    Zaledwie czterema głosami w ankiecie zwyciężyła flora i fauna Australii, więc teraz o tym będzie ten wpis. Znów chciałbym zaznaczyć, że są to obserwacje z perspektywy osoby która mieszka w Sydney czyli na południu Australii, na północy zwierzątek jest trochę więcej, różnego rodzaju.

    1. Jak to jest z tymi pająkami?
    Zrobię to raz na zawszę i rozprawię się tutaj z mitem jakoby wszystko w Australii chciało nas zjeść. Są tu oczywiście jadowite pająki czy węże, ale trzeba mieć niebywałe szczęście albo być po prostu głupim żeby dać się temu ukąsić. Najpopularniejszym pająkiem siejącym postrach w Sydney jest
    Red Back.
    Jest to ta sama rodzina co czarna wdowa. Tenże mały dziad, wielkości około 1cm potrafi polować nawet na małe jaszczurki, nie tworzy jakiś efektownych sieci i zwykle chowa się w trudno dostępnych miejscach. W ciągu 3 lat sam widziałem kilka z nich, a podczas pewnego kontraktu na basenie publicznym pod ławkami znalazłem ich kilka tuzinów (dziwne, ale chyba nikt dawno nie przeprowadzał dezynfekcji)… Ale nie ma się czego bać, ponieważ:
    a) pająk ten nie zabił nikogo od połowy lat 50-tych,
    b) nawet jak ugryzie to będzie baaardzo bolało, ale jeśli jesteśmy w sile wieku i rozsądnie zareagujemy, będzie ok. Zagrożenie dotyczy głównie osób starszych czy dzieci z racji słabszych czy też mniejszych organizmów. Jad można na szczęście zneutralizować w każdej placówce medycznej, a w mniejszych miejscowościach gdzie nie ma szpitali, wszelkie medykamenty dostaniemy w jakimś oficjalnym urzędzie (np. komisariat). Sydney jest świetnie przygotowane na takie sytuacje, więc nawet jak kogoś dopadnie to zawsze ma bardzo duże szanse na ujście bez szwanku po ataku takiego pająka. Jako ciekawostkę dodam, że właśnie ten pająk ukąsił dwa razy w ciągu roku jednego Australijczyka, nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że oba ataki pająk przypuścił na przyrodzenie nieszczęśnika (wtf?).
    Jeśli już jesteśmy przy temacie pająków to wskakujemy teraz do tunelu najbardziej jadowitego chama na świecie czyli Funnel-web lubAtrax. W Sydney istnieje nawet inny gatunek, który nazywa się Sydney funnel-web, ponieważ można go spotkać tylko w tym mieście i jego okolicy. Pająk ten buduje sobie charakterystyczne sieci w kształcie tuneli, głównie gdzieś w krzaczkach i czeka na swoje ofiary. Jeśli trafi się człowiek to też go ugryzie, bo te stworzenia są agresywne z natury. Szczęście dopisze ofierze jeśli trafi na samice ponieważ nie jest aż tak jadowita jak samiec, ten zaś może w ramach ataku przebić swoimi „kłami” paznokieć, tak więc lepiej na nie uważać. W latach 80tych wynaleziono antidotum dzięki któremu już nie ma ofiar śmiertelnych po ukąszenie.
    Jeśli chodzi o Sydney to mamy tu tylko te dwa „bardzo” groźne pająki, reszta wygląda strasznie albo gryzie ale nie jest w stanie zagrozić życiu w jakikolwiek sposób. Ot na przykład taki
    Huntsman – jest to mój ulubiony pająk i jak tylko mi wejdzie do pokoju to się z nim zaprzyjaźniam. Wszystko w ramach wymiany barterowej – on nie płaci czynszu za mieszkanie u mnie, a ja mam spokój od komarów, much i karaluchów jak się jakiś zapląta. Pająk ten jest duży – może mieć nawet 15cm, szybki – bardzo trudno go złapać i do tego śmiesznie galopuje. Może ugryźć jak coś mu się nie spodoba, ale zwykle ucieka przed ludźmi i stara się nie pokazywać. Ugryzienie powoduje co najwyżej ból głowy lub nudności i lekkie zaczerwienienie w miejscu ukłucia.
    Ciekawym pająkiem jest też White-tailed spider.
    Kiedyś spotkałem starszego Australijczyk, który przy zmianie obuwia na inne zaglądał do środka jakby czegoś szukał, zapytałem go o to co robi i okazało się że sprawdza czy nie ma w środku pająka. Nie każdy z Aussie ma taki nawyk, bo szansa że akurat będziemy mieli gościa w bucie nie jest tak duża. Mimo to, zdarza się że pająk kogoś ugryzie co nie jest przyjemne (co najwyżej ofiara będzie miała sporą ranę w miejscu gdzie pająk zanurzył swoje kły).

    No dobra, wymieniłem tylko kilka pająków, a gdzie opisy reszty 10 000? W Sydney pracując na budowie mam często styczność z miejscami, które pająki i inne owady uważają za swoisty raj. Oprócz tych wymienionych wyżej spotykam często inne pająki, które nie są jadowite. Żyją tu też popularne w Polsce kątniki. W wolnej chwili często jeżdżę w busz, góry czy parki narodowe i tam sobie chodzę ścieżkami oficjalnymi lub nie i tylko raz wpadłem w gniazdo jakiś pajączków (nie groźne), więc nie jest tak źle. Jeśli poruszamy się wyznaczonymi ścieżkami to ujrzeć pająka w buszu graniczy z cudem.

    Dla ludzi, którzy kochają owady, gorąco polecam wybrać się na północ Australii. Nie trzeba jechać daleko, bo ja zobaczyłem ich nocne życie rok temu na granicy NSW i Queensland w małej miejscowości Hebel. Siedząc wieczorem przed „hotelem” na betonie pod naszymi stopami pojawiły się setki owadów: żuki, mrówki, muchy, pająki, jakieś karaluchy czy inne dziwadła. Cała scena wyglądała jakby nagle jakieś wielkie miasto ożyło i wszystkie owady goniły do roboty (pająk nawet kierował ruchem bo podnosił odnóża do góry xD). Tak więc, im dalej na północ tym więcej robactwa spotkamy im dalej na południe tym mniej tego będzie.

    Z mojego doświadczenia wynika, że przylatując do Sydney nie ma co się bać pająków bo nie ma ich tu tak dużo jak to można usłyszeć z legend – ma to tez potwierdzenie w tym jak odbierają Sydney przyjezdni i kiedy ich pytam co myślą, zwykle pada odpowiedź że spodziewali się więcej pająków.

    2. Gady
    Chyba najniebezpieczniejszym będzie krokodyl, który w Sydney nie występuje ale za to natkniemy się na niego w północnych rejonach Australii. Dużo filmików czy doniesień o niezwykłych spotkaniach z tym potworem pochodzi z miasta Darwin i okolic, które jest na samej górze kontynentu. Oczywiście to tu żyje największy i najniebezpieczniejszy z nich czyli Krokodyl Różańcowy, jego rozmiary dochodzą do 5 metrów i mogą ważyć prawie 1000kg, więc jest się czego bać. Jako ciekawostkę historyczną mogę podać, że gady te przyczyniły się do kapitulacji wojska Japońskich w Birmie podczas ofensywy Aliantów. Japończycy zostali zepchnięci ze swojego posterunku w stronę podmokłych terenów, bronili się tam przez około trzy tygodnie. Widocznie gadom się to nie spodobało, bo zaatakowały nic nie spodziewających się Japończyków, przy życiu pozostawiając tylko kilku z nich.
    A co z wężami? Mają się świetnie, a szczególnie Brown Snake, czyli jeden z tych jadowitych. Generalnie z wężami jest tak jak wszędzie – siedzą zwykle w wysokiej trawie lub z dala od siedlisk ludzkich (w górach obok Sydney jest ich trochę więcej). Żeby nie ukąsił wystarczy zakładać wysokie buty i długie spodnie idąc w busz czy chodząc gdzieś po outbacku. Wiem, że może to być trudne biorąc pod uwagę temperatury jakie tu panują, ale chyba lepiej żyć, prawda? Jeśli już taki nas ukąsi, należy zatrzymać rozprzestrzenianie się jadu poprzez uciskanie miejsca nad ukąszeniem i ograniczenie ruchów. Szybka pomoc i podanie odpowiednich środków uratuje nam życie. Co w przypadku kiedy nie ma np. zasięgu w telefonie i nie mamy jak zadzwonić po służby medyczne?
    Cóż, w niektórych miejscach można wypożyczyć lokalizatory GPS, które w razie czego pozwolą na szybką reakcje służb ratunkowych. Takie cudo mają na komisariacie lub szpitalu w każdym większym mieście (najlepiej sprawdzić wcześniej na stronie internetowej danego miasta lub zadzwonić na komisariat i zapytać). Jeśli nie mamy takiego urządzenia, jesteśmy z dala od cywilizacji to pozostaje nam tylko ułożyć się wygodnie i czekać na koniec. I to nie jest żart, bo jest wiele przypadków kiedy ludzie wychodzą na wyprawę z której nie wracają.
    Zdradnica śmiercionośna to jeden z najbardziej jadowitych węży na świecie, jego jad zabija w ciągu 6 godzin, więc dużo czasu nie ma na reakcje. Gatunek jest zagrożony wyginięciem, więc też nie łatwo tego dziada spotkać, ale lepiej uważać.
    Reszta gadów jaka występuje w okolicy Sydney nie jest jadowita lub nie zagraża życiu człowieka. Spotkamy tu małe jaszczurki, po większe gekony aż po Blue Tongued Lizardy i Warany. Blue Tongued to ciekawy zwierzak, którego miałem okazję złapać będąc na farmie. To co ją charakteryzuje to niebieski język, który wystawia co jakiś czas tak jak wąż.
    Warany które można spotkać najczęściej w buszu nie stanowią jako takiego zagrożenia dla ludzi. W sensie, są duże i mogą podrapać czy zaatakować jak się zdenerwują, ale zwykle uciekają.
    Podsumowując, w Sydney nie spotkamy prawie żadnego z w/w gadów (oprócz małych jaszczurek). W mniejszych miejscowościach czy też w buszu już szansa na to rośnie. Im dalej na północ Australii tym więcej niebezpiecznych i jadowitych węży i krokodyli (te są już na samym północnym wybrzeżu).

    3. Morskie potwory
    Dużo się słyszy o atakach rekinów na surferów w Australii. To jest prawda, bo rocznie jest kilka takich przypadków kiedy to rekin podpływa blisko plaż i atakuje ludzi (ostatnio jednak rekina pokonał dziadek, który pływał w oceanie i mu przywalił z kopa w mordkę kilka razy, aż ten zrezygnował i odpłynął :D). Rekiny są niebezpiecznie i zwykle ze spotkania z takim wychodzi się bez ręki lub nogi. Jak jednak zrobić, żeby nie zostać zjedzonym? Najlepiej pływać czy sufrować na plażach miejskich albo strzeżonych. W Sydney plaże są monitorowane na każdy możliwy sposób i jeśli rekin pojawi się w okolicy to wszyscy wychodzą z wody słysząc alarm.
    Oprócz rekinów w wodzie żyje meduza zwana Osą morską. Występuje zwykle na północnym wybrzeżu Australii. Zwierzątko to jest niezwykle niebezpieczne, jego jad może uśmiercić dorosłą osobę już w kilka minut, do tego jest małe i – jak to meduza – przeźroczyste, więc można jej nawet nie zauważyć. W Australii na strzeżonych plażach montowane są siatki przeciw meduzom, nie zawsze jednak są one na tyle szczelne, żeby zatrzymać każdą z nich.

    Z moich obserwacji wynika, że więcej niebezpiecznych morskich stworzeń spotkamy na przykład na Filipinach, gdzie oprócz Os morskich mamy też różne węże morskie, ślimaki i ryby co lubią ludzi podgryzać. W Australii, a szczególnie w Sydney w wodach oprócz rekinów jest bardzo mało stworzeń które mogą zagrażać życiu.

    4. Kangury i przyjaciele ;)
    Przejdźmy teraz do zwierząt o nieco większych gabarytach niż pająk. Kangur to najbardziej charakterystyczne zwierzątko Australijskie. Wpisał się on w pop-kulturę i każdy kto pomyśli o Australii od razu ma przed oczami właśnie kangura (ewentualnie koalę). Kangura w Australii nie problem spotkać, wystarczy pojechać za miasto na otwarte tereny i będzie ich tam setki. W Sydney są kangurze sanktuaria, gdzie zbiera się porzucone zwierzaki lub te które straciły matki i zapewnia im należyte warunki. Dzięki temu, w takich miejscach kangury są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. W dziczy są płochliwe ale jednocześnie głupie (na przykład strzał z karabinku nie zawsze je spłoszy, ale już szelest liści pod nogami tak). Zagrożenie jakie ze sobą niosą jest nie wielkie. Jeśli mamy pecha można zarobić od kangura w twarz i dostać kopniaka, co nie jest szczególnie przyjemne. Najgorzej jest jednak kiedy podróżuje się samochodem nocą, ponieważ wtedy zwierzaki te potrafią wyjść na środek ulicy i patrzeć w światło które się zbliża w ich kierunku. Jednym ze środków zapobiegawczych na zniszczenia w samochodzie jest montowanie tzw. bull-bars, czyli dodatkowego zderzaka, który ma powodować, że kangur zatrzyma się na nim, a jego truchło zostanie zepchnięte na bok nie powodując w samochodzie żadnych szkód. Jazda samochodem bez bull-bara, poza miastem to tak naprawdę proszenie się o kłopoty.
    Jeśli ktoś oglądał film Wolf Creek 2 to była tam taka scena z ciężarówką, która rozjeżdża kangury – jest w tym trochę prawdy ;)

    Kazuary – podobne do strusi „dinozaury”. Miałem okazje widzieć je w zoo i nie chciałbym spotkać takiego w terenie. Potężny dziób i spojrzenie jakbym wybił ich całą rodzinę, nie mam pojęcia czy są bardzo agresywne, ale wydaje mi się że spotkanie na outbacku skończyłoby się dla mnie źle. Na szczęście okolice Sydney są mało interesujące dla tych wielkich ptaków.

    Wombaty i Oposy – ot śmieszne małe zwierzaki, spotkamy je w okolicach Sydney, z czego oposy mieszkają także w samym mieście. Nie są groźne, ale upierdliwe. Wombaty bardzo denerwują farmerów, ponieważ kopią dość rozległe nory, a nikt tego nie lubi. Oposy potrafią wejść do mieszkania i buszować w poszukiwaniu jedzenia.

    Papugi – jest ich tu mnóstwo. W Sydney najpopularniejsze są Białe Kakadu, wielkie i inteligentne ptaki. Mam wrażenie, że jest ich nawet więcej niż gołębi bo częściej je widzę. W ogrodzie botanicznym obok opery można spotkać grupkę papug, które bardzo lubią ludzi z jedzeniem, kiedyś chodziłem tam je karmić. To co może wkurzać, to hałas jaki robią – są strasznie głośne, skrzeczą jak stare drzwi. Z innych papużek jakie zobaczymy w mieście to Lorikeety, kolorowe małe papużki, są równie przyjazne w stosunku do ludzi co Kakadu i również robią sporo hałasu.
    Jednym z bardziej charakterystycznych ptaków jest Kookaburra, czyli ptak wydający dźwięk jak małpa(?). Najczęściej spotkamy go w mieście w okolicach parków, ponieważ ptaki te potrafią wykonywać niesamowite ataki na kiełbasę czy karkówkę ludzi odpoczywających przy grillu. Sam byłem świadkiem jak przedstawiciel tego gatunku lotem nurkowym wyciągnął kiełbasę z hot-doga znajomej :D
    Bocian Australijski albo bardziej oficjalnie Ibis Czarnopióry, to ptak którego spotkamy głównie przy śmietnikach czy restauracjach w Sydney. Wyglądem przypomina bociana, któremu ktoś czerwony kolor upierzenia zamienił na smolistą czerń.

    5. Podsumowanie
    Wyżej wymieniłem najbardziej popularne zwierzaki, które możemy spotkać czy to będąc na wakacjach w okolicy Sydney czy przylatując tu na dłużej. Oczywiście jest tego więcej, ale te są najczęściej spotykane, a resztę najlepiej odkrywać samemu. Z takich bardziej znanych czy też popularnych też w Polsce czy Europie znajdziemy: karaluchy, komary (ale mają słabszy jad), muchy, krowy, koniec, owce (co ciekawe są też w zoo), kury, pawie, gołębie, mewy, kruki i kawki (te wydają zupełnie inne dźwięki niż te Europejskie), psy, koty, lisy, jelenie, wielbłądy, etc… część zwierząt została sprowadzona sztucznie np. wielbłądy, których jest pełno na północy Australii są efektem wykorzystywania ich do pracy przy budowie tras kolejowych a następnie wypuszczeniem na wolność. Warto poczytać jeszcze coś w sieci na temat flory i fauny Australijskiej, jest ona niezwykle bogata i barwna.

    Na koniec zapraszam do ankiety, zobaczymy o czym będę pisał dalej :)

    Spis treści:
    1. Początki
    2. Wizy
    3. Koszty życia

    #wietnamwaustralii #australia #emigracja #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    Czego powinien dotyczyć kolejny wpis o Australii?

    • 172 głosy (14.14%)
      Organizacja wyjazdu, co zabrać do Australii
    • 215 głosów (17.68%)
      Życie codzienne w Sydney - przeciętny dzień
    • 307 głosów (25.25%)
      Praca - vademecum robola
    • 32 głosy (2.63%)
      Okolice Sydney - czyli gdzie jechać na weekend
    • 39 głosów (3.21%)
      Sport
    • 80 głosów (6.58%)
      Życie nocne
    • 169 głosów (13.90%)
      Aborygeni
    • 28 głosów (2.30%)
      Wakacje i dni wolne
    • 140 głosów (11.51%)
      Multi-kulti w praktyce
    • 34 głosy (2.80%)
      Azjaci w Sydney
  •  
    JRtI

    +60

    Australia oszukuje Teslę. Nie płacą im za prąd!

    TLTR: Tesla za szybko stabilizuje sieć, do tego stopnia że "liczniki" tego nie odnotowują.

    Tesla twierdzi, że nie zostało jej wypłacone wynagrodzenie za ponad 1/3 oddanej energii elektrycznej, którą przekazały ich baterie zamontowane w Południowej Australii.
    Powód: oddają ją za szybko i mechanizmy rozliczeniowe tego nie uwzględniają.

    Tesla bierze udział w rynku "Frequency Controlled Ancillary Services" W dużym uproszczeniu jak częstotliwość na sieci spada, baterie oddają energię do sieci aby ją stabilizować.

    Operator sieci rozliczenia ma podzielone na trzy grupy czasu odpowiedzi na zapotrzebowanie na energię
    - 6 sekund
    - 1 minuta
    - 5 minut

    System Tesli może dostarczyć ogromne ilości energii już w 200 milisekund i ustabilizować sieć przed upływem 6 sekund.
    Za energię oddaną w tym czasie tesla nie jest wynagradzana.

    System rozliczeń dostosowany był do tradycyjnych spalinowych generatorów które mogły w ciągu 6 sekund rozpocząć dostarczanie energii.

    więcej: https://www.smh.com.au/business/the-economy/tesla-claims-it-s-being-shortchanged-for-providing-power-too-quickly-20180321-p4z5hw.html

    Z innych ciekawostek, nowy rząd regionu chce zawiesić finansowanie projektu rozproszonej elektrowni Tesla ( Panele + Bateria ) https://www.wykop.pl/link/4148457

    #tesla #kradno #energetyka #ciekawostki #powerwall #powerpack #australia
    pokaż całość

    źródło: static.ffx.io

    •  

      Z innych ciekawostek, nowy rząd regionu chce zawiesić finansowanie projektu rozproszonej elektrowni Tesla ( Panele + Bateria )

      @JRtI: Wykonali robotę to już nie są potrzebni aż do następnego letniego blackoutu. Ciekawe jak to rozegrają, takiej fabryki przecież nie wywiozą gdzieś indziej.

    •  
      JRtI

      +6

      albo po prostu niech Tesla dostosuje się do tych minimalnych 6 sekund, zamiast robić coś za darmo.
      @KokiX: To pewnie tylko kwestia zmian w sofcie. Ale nie tędy droga.
      Po co doprowadzać do głębszej destabilizacji sieci, jak można szybciej zareagować na problem i nie dopuścić do potrzeby odpalania spalinowych generatorów.

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    I jak tam Mirasy, gotowi na transmisję #f1 z #melbourne? Ciekawostka, produkcja jest w 4K, wiec szukajcie stacji, która nadaje to w UHD!

    #pracabaza #f1 #f1boners #australia #melbourne

    źródło: x3.wykop.pl

  •  

    #nolibab3 #usa #ciezarowki #australia
    Jakby ktoś mnie zapytał kim jest introwertyk, to pokażę mu ten filmik. Gość żyje na co dzień sam i sam jedzie na wakacje do Australii. Generalnie ciekawie opowiada, polecam obejrzeć.

    źródło: youtube.com

  •  

    W poprzedniej ankiecie najwięcej głosów dostał temat odnośnie kosztów życia w Sydney. Postaram się to wytłumaczyć jak najprościej. Nie jestem też w stanie podać dokładnych kosztów życia w innych miastach niż Sydney, ale z mojej wiedzy wynika że to właśnie to miejsce jest najdroższe, tak więc żeby wyobrazić sobie mniej więcej jakie są ceny poza Sydney należy dodać lub odjąć od cen jakieś 5% kwoty i powinno być ok.
    Nie chcę też robić list z całym asortymentem produktów z marketu bo to nie ma sensu, dlatego że ceny te też ulegają zmianie a to poprzez promocje albo po prostu wzrost lub spadek wartości produktu na rynku co spowoduje że lista będzie nieaktualna za pół roku.

    1. Ceny mieszkań
    Mieszkania w Sydney to temat rzeka, jeśli chcemy kupić jakieś np. w centrum to bez kilku milionów AUD nie mamy co tu nawet zaglądać. Zasada z kupnem czy wynajmem czegokolwiek jest prosta: im dalej od City (centrum miasta), tym cena niższa, lokalnie działa to tak: im dalej od stacji kolejki tym cena niższa. Tak więc jeśli chcemy tanio wynająć mieszkanie, ale bliżej centrum szukamy dzielnicy gdzie nie ma kolejki albo jest do niej daleko. Ceny mieszkań najlepiej sprawdzić sobie u agentów (np. realestate.com.au) lub na gumtree. Np. za mieszkanie: 2 bedroom, 1 bathroom, 1 car space zapłacimy minimum 750 000 AUD (ale cena na pewno będzie większa, bo to jest cena aukcyjna). Dlaczego wymieniłem „zawartość” mieszkania, a nie jego metraż? Bo w Australii mieszkania kupuje się lub wynajmuje na ilość pokoi, łazienek, miejsc parkingowych, etc a nie metraż.
    Tak jak pisałem wcześniej, im dalej od centrum tym taniej i np. w oddalonym o 60km miasteczku przed Blue Mountains – Penrith, za większe mieszkanie zapłacimy już około 500 000 AUD. W samych górach można już zgarnąć z taką kwotą normalny dom z ogródkiem i sporą działką.

    Co do wynajmu. Podczas wynajmowania należy wpłacić tzw. bond czyli opłatę za ewentualne uszkodzenia lub mocną eksploatacje mieszkania, który zwykle jest równy opłacie 4 tygodni rentu i zwracany kiedy kończymy wynajem mieszkania (w całości lub pomniejszony o pokrycie ewentualnych strat). Rent to jest opłata za mieszkanie (np. co tydzień lub co dwa).
    Jak to wygląda cenowo? Różnie. Czasem w centrum można znaleźć mieszkanie gdzie wynajmiemy pokój za 180AUD tygodniowo, ale warunki mogą być tragiczne (np. 4 typów w ciasnym pokoju). Dużo Azjatów mieszka właśnie w ten sposób co nie jest nawet legalne w Australii i rząd z tym walczy. W moim przypadku, tj mieszkam w miejscu gdzie krzyżują się dwie linie kolejki, mam własny pokój z łazienką i schowkiem w domku, wszystko kilka stacji od centrum centrum – udało mi się wyrwać takie warunki za 270AUD tygodniowo, co jak na okolicę w jakiej mieszkam jest bardzo tanie. Czasem zdarzają się fajne okazje i można mieszkać blisko centrum albo blisko plaży za bardzo małe pieniądze.
    Na początku przygody z Australią, popularne są mieszkania studenckie. Prowadzone są one przez agencję, która ma w posiadaniu kilka takowych i wynajmuje nam lokum od momentu postawienia stopy na terytorium kangurów. Zwykle warunki są dobre, nie najlepsze ale dobre. Dostajemy zakwaterowanie w pokoju dwuosobowym, mamy do dyspozycji całe mieszkanie (kuchnie, łazienki, pralnię, etc), czasem jak się poszczęści możemy trafić na single room (pokój gdzie mieszkamy sami) lub jakiś większy storage room lub garaż. Jest to zdecydowanie dobra opcja na start, bo raz że tania (ceny mniej więcej od 140 do 240AUD) to jeszcze możemy poznać sporo fajnych ludzi z całego świata i inicjować mega imprezy ;)
    Zwykle wynajmując mieszkanie nie musimy się martwić o nić innego tj. rachunki za internet czy prąd, bo są one wliczane w rent. Jedyna opcja kiedy sami zarządzamy swoimi rachunkami jest w przypadku kiedy chcemy wynająć domek/mieszkanie przez agencję, wtedy to wygląda zupełnie inaczej i sami rozliczamy się z liczników, internetu etc.
    Wracając do cen wynajmu mieszkania, najlepiej zajrzeć na stronę flatmates.com.au – jest to najpopularniejsza strona do szukania wolnych pokoii i wynajmu mieszkań. Tam najlepiej widać co ile kosztuje, a włączając tryb mapki mamy możliwość zaobserwowania jak zmieniają się ceny w zależności od dzielnicy.

    2. Ceny w lokalach gastronomicznych i na stacjach paliw
    Sydney słynie z dużej ilości kawiarni niemal na każdym kroku, ale każda z nich ma prawie ten sam repertuar dań i napojów w swojej ofercie z minimalną różnicą cenową, tak że można uznać iż wszędzie wszystko kosztuje podobnie. Żeby zjeść najbardziej podstawowe śniadanie np. kawę i beacon and egg, zapłacimy od 9AUD do 15AUD w zależności od lokalizacji lokalu i jego renomy. Generalnie kawa tu jest bardzo tania. Za bardzo dobrą kawę w wersji „regular” (czyli średnia, bo jest jeszcze mała, duża i czasem się zdarza jumbo czyli prawie wiadro :D), zapłacimy 3,50 AUD, bardziej zmyślna kawa np. mrożona w wersji large (bo zwykle tylko takie sprzedają), to koszt około 5,50AUD - 8AUD, kanapka z kurczakiem i sałatą w zależności od lokalu będzie kosztować od 6 do 9AUD. Najtaniej zawsze jest u Azjatów, mają oni kanapki i kawę w zestawie za nawet 11AUD, a żarełko jest konkretne. Niektórzy prowadzą coś na wzór street food tj. szybkie żarcie już zapakowane w pudełko w cenię 2-5AUD za pudełeczko. W środku zwykle jest jakieś mięso np. kurczak terjaki z ryżem. Lubię to jeść, bo z racji dużej ilości klientów, jedzenie jest zawsze świeże i ciepłe. W takich lokalach można znaleźć też świeżo wyciskane soki, taki w wersji regular kosztuje około 5-6AUD.
    W fast-foodach możemy zaopatrzyć się w burgera w cenie 13AUD (nie sieciowy, ale taki trochę z wyższej półki jakościowej) i frytki w cenie 3,50-5AUD za regular size. Tu muszę zaznaczyć, że regular size jest czasem nie do przejedzenia, a jeśli kupujemy u Azjaty, to dostaniemy prawie wiadro frytek w podobnej cenie. Popularny też jest kebab, ale nie kupimy tutaj go w takiej formie jak w Polsce. W Australii dostępny jest tylko w wersji na cienkim cieście i to zwinięty razem z papierem do środka pity, tak więc za pierwszym razem się można zmęczyć jedząc. Taka atrakcja kosztuje około 10AUD za wersję z kurczakiem lub beefem, +1AUD za wersję z baraniną lub miks. Do tego w lokalu możemy zamówić też snack packa, czyli kebaba w pudełku: tona frytek na dnie, mięso na górze i dwa sosy do tego. Koszt takiego pudełka to około 12AUD.
    McDonald, KFC i Hungy Jack (czyli Burger King) ma podobne ceny jeśli chodzi o jedzenie – w sensie, że zawsze idąc coś zjeść do w/w miejsca i biorąc zestaw, wydamy podobne pieniądze. Przejrzałem swoje konto bankowe i zwykle tam na jedzenie wydaje od 14 do 18AUD, czasem zdarza się wydać np. 24AUD ale nigdy powyżej. Zestawów jedzenia jest dużo więcej niż w Polskich odpowiednikach tych lokali i w skład takowgo wchodzi zwykle burger, frytki i napój np. cola w wersji regular. Do wersji large napoju dopłacamy zwykle 0,95AUD. W KFC zestaw czasem może kosztować więcej np. 18AUD, ale dostajemy też 3 kawałki kurczaka i ziemniaczki z sosem. W Hungry Jacku możemy za to kupić wersję large napoju zwanego frozen coke w cenie 1AUD. Frozen coke to cola, fanta, lift, czy cokolwiek innego w konsystencji śniegu (?) lub zmielonego lodu. Bardzo dobra rzecz, idealna na lato :)
    Mamy też Subwaya, gdzie kanapka kosztuje mniej więcej 10AUD (tu dużo zależy od dnia, a nawet lokalu bo mają często promocje i można coś wyrwać za mniejszą cenę).
    Generalnie lokali gastronomicznych w Sydney jest sporo, ale patrząc na moje wydatki nie przekroczyłem nigdy kwoty 28AUD za zjedzenie obiadu na mieście podczas pracy. Najwięcej ile wydałem, to ponad 600AUD w obracanej restauracji na szczycie Sydney Tower, ale to jest już restauracja z wyższej półki i jedna z droższych w mieście (chociaż żarcie mają świetne).

    Wszystkie powyższe ceny są orientacyjne, ponieważ każdy lokal rządzi się swoimi prawami i ma swoje menu oraz ceny.

    Na stacjach paliw oprócz produktów typu ładowarka, odświeżacz powietrza, czy paliwo znajdziemy też kawę i pączki (lub kanapki), a czasem Slurp, czyli napój podobny do frozen-coke. W zależności od stracji kawę dostaniemy w cenie od 1AUD do 3AUD za wersję regular. Na stacjach 7-11 kawa large kosztuje 2AUD, co moim zdaniem jest ciekawe, bo nie jest najgorsza. Tu też możemy przygarnąć Slurpa w cenie 1AUD. Pączki to już wyższa szkoła jazdy, bo ich cena zaczyna się zwykle od 3,80AU, a czasem potrafią kosztować dużo więcej (ostatnio zakupiłem 3 kawy regular i 3 pączki i wyszło mi ponad 17AUD).
    Ile kosztuje paliwo?
    Cena się zmienia z dnia na dzień, ale od kilku miesięcy utrzymuje się na granicy 1,45AUD za litr benzyny 98, chociaż czasem cena tego paliwa potrafi wskoczyć za 1,66AUD. Reszta paliw jest tańsza od 98 o kilka centów na litrze. Tragedii nie ma, chociaż pamiętam, że jeszcze 3 lata temu można było paliwo 95 dostać za mniej niż 0,90AUD za litr.

    3. Alkohol i papierosy
    Zaczniemy od fajek, bo Australia to dobry kraj żeby je rzucić. Dlaczego? Po pierwsze, są słabe w smaku, a po drugie bardzo drogie. Za paczkę Marlboro zapłacimy około 30AUD, za paczkę jakichkolwiek fajek ale około 40 sztuk (nie pamiętam czy jest tam 40, czy 44) damy już ponad 40AUD. Biorąc pod uwagę tryb pracy na budowie, jedna paczka starcza maksymalnie na dwa dni, więc w tygodniu można spalić spokojnie około 120AUD w samych fajkach. Żeby jeszcze bardziej dobić palaczy to napiszę, że ceny fajek raczej nie spadną a są szanse że wzrosną. Nie martwcie się jednak, są alternatywy w postaci e-papierosów (pojęcia nie mam ile to kosztuje) i własnoręcznych skrętów, które cenowo wychodzą jakieś 20% taniej niż palenie zwykłych fajek.
    Alkohol za to trzyma się nie najgorzej i flaszkę 0,7L dobrej wódki kupimy już za około 36AUD, a coś z górnej półki jest do wzięcia czasem za 50AUD. Dobry rum może kosztować poniżej 30AUD, a za boks (4x6piw) dobrego browarka zapłacimy nawet 46AUD lub więcej. Do wyboru są też różne gotowe drinki, jakieś kolorowe alkohole i inne wynalazki w cenie od 3,50AUD do nawet 8-10AUD. W Australii jest mały wybór piwka, ale nie przeszkadza to nawet dużym sklepom takim jak np. Dan Murphy’s ściągać je z zagranicy, dzięki czemu czasem w sklepie można kupić Polski browar w druzgocącej cenie około 7-9AUD za butelkę (Tyskie albo Żywiec).
    W klubach z alkoholem jest tak jak wszędzie, czyli będzie droższy niż zwykle. Około 10AUD będzie kosztował nas zwykły Jack Daniels z lodem, za piwko zapłacimy od 5AUD-8AUD za kufel, ale tak jak w każdym przypadku lokale mają swoje promocje. Np. w pubie, który jest niedaleko mnie mam wyrobioną kartę członkowską która uprawnia mnie do zniżki na piwo (nie wiem ile dokładnie :D), czasem w wybrane dni są organizowane promocje w klubach lub pubach i można dostać dzban piwa za 12AUD (co się opłaca, bo mamy z tego coś koło 2-3 kufli). Bardziej zmyślne drinki kosztują od 20AUD i więcej w zależności od lokalu, a czasem i dnia. Niektóre kluby aby zachęcić ludzi do wejścia dają voucher na darmowego drinka.

    4. Ceny produktów spożywczych
    W Sydney jest sporo różnych sieci sklepów, ale najpopularniejsze są 3:

    Aldi – taka trochę biedronka, najtańszy sklep gdzie oprócz jogurtu kupimy też klej do tapet czy leżak – w zależności od tygodnia.
    Woolworths – droższy, ale ma więcej do zaoferowania niż Aldi
    Coles – coś pomiędzy w/w sklepami zarówno cenowo jak i pod względem asortymentu.

    Nie wiem od czego zacząć, bo tego jest sporo i każdego pewnie interesuje inny produkt, ale poniżej lista z ostatnich zakupów jakie robiłem w sklepie sieci Woolworths:
    Chipsy solone 175g – 2 AUD
    Czekolada z orzechami – 3 AUD
    Puszka Tuńczyka w różnych smakach x6 – 0,90AUD za sztukę
    Zupka instant kurczak – 1,60 AUD
    Salami w plasterkach 80g – 3 AUD
    Jogurt truskawkowy 170g – 2.80 AUD
    Sok pomarańczowo-ananasowy 2L – 2 AUD
    Batoniki musli 12 sztuk – 5 AUD
    Dżem wiśniowo-waniliowy 305g – 2,50 AUD
    Bułki 6 sztuk – 3,50 AUD
    Muffinki 4 sztuki – 3,50 AUD
    Winogrono białe (4,90 AUD/1KG) – 4,17 AUD

    Generalnie żywność nie jest droga, jak ktoś do tego gotuje to za 50AUD tygodniowo da się przeżyć bez stosowania specjalnej diety opartej na słynnych płatkach czekoladowych. Przeznaczając 200AUD tygodniowo na jedzenie, moim zdaniem można żyć jak król (o ile się gotuje lub ma kogoś do tego). Trudno jest w tych sklepach znaleźć jakieś produkty, które kosztowałyby majątek w stosunku do ilości czy jakości. Ja znalazłem tylko jedną lodówkę, gdzie można było dostać salami „z górnej półki” w cenie 5AUD za 50g, co i tak było spoko ceną za jakość mięsa.

    5. Komunikacja miejska i motoryzacja
    Komunikacja miejska jest dość specyficzna, bo nie kupujemy tu biletu jako takiego tylko kasujemy już wcześniej doładowaną kartę miejską (Opal card). Działa to tak: kupujemy w kiosku karte miejską, idziemy do automatu i doładowujemy wybraną kwotą np. 20AUD, przed wejściem na stację czy po wejściu do autobusu „odbijamy” kartę na specjalnym czytniku, który rejestruje godzinę naszego wejścia do pojazdu. Podczas wychodzenia z pojazdu odbijamy kartę znów i wtedy z naszego konta potrącana jest odpowiednia suma. Kwota jaką zapłaciamy zależy od wielu czynników np. jak daleko jedziemy, ile razy zmieniany był pojazd, w jakich godzinach odbył się przejazd, etc. Czasem można zapłacić za krótki odcinek około 4-5AUD, a czasem jest to 0AUD. Do niedawna była promocja, która pozwalała jeździć transportem miejskim za darmo pod warunkiem, że zapłaciliśmy już za pełne 10 przejazdów. Był to ciekawy sposób, żeby pływać ferry za darmo, które kosztuje około 12-20AUD za przejazd. Wystarczyło jechać autobusem i wysiadać na przystanku i wsiadać z powrotem za każdym razem odbijając kartę i tak kilka razy. Kiedy wskoczył 10 przejazd, wsiadałem na łódkę i miałem podróż po zatoce za free (#cebuladeals) ;)
    Taksówki i Uber żyją tu w zgodzie, wszystko dlatego że obie te usługi kosztują tyle samo. Z mojego mieszkania na lotnisko zwykle płacę około 25AUD za przejazd Uberem, ostatni powrót z lotniska do mieszkania taksówką kosztował mnie 21AUD. Cena niemal taka sama, więc nikt tu się z nikim nie bije. Plus jednak dla Ubera, bo jest zdecydowanie czyściej i nikt nie narzeka, że jadę tylko 3km ;)
    Autostrady w Sydney też do tanich nie należą, co odbiło się drobnymi sprzeciwami społecznymi tym bardziej, że są one wiecznie zakorkowane. Wszystkie są płatne (wyjątkiem jest M5 i most, ale to zaraz), a do pobierania opłat służy e-toll – małe urządzenie które po przejechaniu bramki zjada nam kasę z konta. Koszt przejechania płatnym odcinkiem to mniej więcej 8AUD za jeden wjazd – cena uległa już zmianie kilkukrotnie w ciągu ostatniego roku, a wszystko w ramach walki z korkami (taa…). Co z M5? Autostrada jest płatna, ale dla mieszkańców zameldowanych w stanie NSW jest darmowa. System działa tak, że pobiera opłatę od klienta, po czym zwraca mu z powrotem na konto jeśli uzbiera się suma np. 80AUD. Jest tak po to, żeby móc ściągać opłaty z przyjezdnych z innych stanów. Jeśli o moście mowa, to jest on darmowy ale tylko w jedną stronę – kiedy chcemy przejechać na północną część miasta. W przeciwnym kierunku musimy zapłacić za przejazd lub wybrać alternatywną trasę dookoła przez inny most.
    Mandaty w Sydney nie należą do tanich, patrząc na problem z miejscami parkingowymi, strażnicy miejscy nieźle mogą się obłowić. Za zaparkowanie samochodu na niedozwolonym miejscu (np. loading zone) możemy zgarnąć od 140-180AUD, za przekroczenie prędkości o 10km/h w mieście z naszej kieszeni znika 250AUD i dostajemy 3 punkty karne. Jeśli samochód odmówi nam posłuszeństwa w tunelu to mamy duży problem bo kwoty mandatu wahają się od 500AUD do 2000AUD + koszta operacyjne (m.in. laweta).
    Ceny samochodów w Australii. Myślałem, żeby podać jakieś ale jest to totalnie bez sensu, bo każdy ma inne gusta i każdy może to sobie sprawdzić tutaj na carsales.com.au – na start zwykle wystarcza fura za około 3000AUD, ale to nie koniec opłat. Żeby prowadzić auto potrzebujemy: prawa jazdy (najlepiej mieć Australijskie), które kosztuje rocznie 56AUD, do tego musimy opłacić przegląd samochodu – koszt 37,40AUD (opłata jest stała), ubezpieczenie – tu zależy od agencji i czasu na jaki chcemy ubezpieczenie oraz rodzaju, marki i rocznika auta – około 500-600AUD. Posiadając opłacone dokumenty możemy jeździć sobie spokojnie.
    Przegląd auta (wymiana oleju, jakiś uszczelek i pierdół) to koszt w granicach 150-200AUD.

    6. Elektronika
    Jest stosunkowo tania w zestawieniu z zarobkami. Przykładowo, jeśli chcemy urządzić kuchnię w tani sposób to kupujemy: czajnik elektryczny za 20AUD, toster za 15AUD, maszynkę do ryżu za 20AUD, mikrofalówkę za 48AUD. Nie jest to jakościowo jakieś cudowne, ale działa. To nie jest jedyny asortyment dostępny w sklepach, można kupić czajnik elektryczny nawet za 99AUD, podane wyżej ceny to najtańsza elektronika, która jest bezpieczna i w oficjalnej sprzedaży.
    Telewizor? Dla mało wymagających jest do kupienia za 99AUD, ale średnio wydaje się na ten sprzęt około 600AUD. Inne sprzęty
    - Iphone 7+ 128GB – 1179AUD
    - Xbox One X 1Tb – 649AUD
    - Lodówka Beko – 369AUD
    - Zmywarka Beko – 496AUD
    - Ekspres do kawy Nespresso – 399AUD
    - Titan Xp (seria Pascal) – 1950AUD
    Tak czy inaczej słyszałem sporo opinii, że bardziej opłaca się sprowadzać część elektroniki z USA lub Europy. Nie do końca jest to prawda, bo kiedy kupiłem w Niemczech Titana Xp z wysyłką do Polski i z Polski do Australii, zapłaciłem za to wszystko około 2100 AUD, jakieś dwa miesiące później Titan pojawił się w AU w cenie jaka jest powyżej. Tak więc interesu na tym nie zrobiłem, tyle że miałem kartę niemal zaraz po premierze.

    7. Podatki
    Niezależnie od tego na jakiej wizie jesteśmy, obowiązuje płacenie podatków. Można odroczyć ten ponury proces do momentu, aż nie będziemy chcieli bardziej ustatkować naszej sytuacji (np. przy zmianie z wizy studenckiej na sponsorowaną lub kiedy opuszczamy kraj). Tu wszystko zależy tak naprawdę od nas samych, bo można płacić podatki duże, ale możemy też je minimalizować. Wszystko zależy od tego jak działamy i czy mamy dużo kosztów (czyli kupujemy sporo materiału na swoją firmę). Podatku oczywiście nie musimy płacić naraz, Australia umożliwia rozłożenie go na dogodne raty na czas nie dłuższy niż trwa nasza wiza. Oczywiście nasz przychód może być zbyt niski żeby go opodatkować lub bardzo wysoki (ponad 80 000AUD), wtedy od sumy którą przekroczyliśmy nabijany jest podatek 32%. Nie jest to tani biznes, ale do przełknięcia i jeśli od początku działamy z głową to można ten podatek zminimalizować.

    To chyba wszystko jeśli chodzi o koszta życia. Jeśli będzie duże zapotrzebowanie na jakiś produkt czy jego cenę to mogę się dowiedzieć, ale większość cen można znaleźć w sieci i mogą być nawet bardziej dokładne czy zaktualizowane niż to co prezentuję w tym wpisie (np. ceny drinków w wybranych lokalach można znaleźć na oficjalnych stronach). Należy też pamiętać, że Australia to kraj z wolnym rynkiem i ceny tu zmieniają się dynamicznie, w mniej lub bardziej odczuwalny sposób, ale to był jeden z powodów dla których nie chciałem podawać wartości co do centa – mija się to z celem. Mam nadzieję, że wpis się podobał, a tymczasem przejdźmy do ankiety….

    Spis treści:
    1. Początki
    2. Wizy

    #wietnamwaustralii #australia #emigracja #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    Czego powinien dotyczyć kolejny wpis o Australii?

    • 49 głosów (12.83%)
      Organizacja wyjazdu, co zabrać do Australii
    • 48 głosów (12.57%)
      Życie codzienne w Sydney - przeciętny dzień
    • 87 głosów (22.77%)
      Praca - vademecum robola
    • 9 głosów (2.36%)
      Okolice Sydney - czyli gdzie jechać na weekend
    • 84 głosy (21.99%)
      Flora i fauna - fakty i mity
    • 30 głosów (7.85%)
      Życie nocne
    • 25 głosów (6.54%)
      Aborygeni
    • 12 głosów (3.14%)
      Wakacje i dni wolne
    • 25 głosów (6.54%)
      Multi-kulti w praktyce
    • 13 głosów (3.40%)
      Azjaci w Sydney
    •  

      @TomaszWKS: To nie do końca tak. W sensie, teraz takie są realia, ale do niedawna można było mieszkanie kupić za 1/4 aktualnej ceny. Dużo osób zbiło na tym majątek, ale za wszystko płaci kolejne pokolenie i imigranci, którzy nie mają szans na kupienie domu czy mieszkania w Sydney w rozsądnej cenie (chyba, że wezmą spory kredyt). Inną opcją jest posiadanie własnej firmy, co na tym rynku nie jest zbyt skomplikowane, bo pracy jest baaaardzo dużo. Mając firmę i trochę szczęścia, czasem wystarczy jeden porządny kontrakt zrealizowany jak trzeba i można kupić fajną chatkę w ciekawym miejscu. Rynek mieszkań wygląda tak a nie inaczej, bo Chińczycy wzięli się za wykupywanie całych blokowisk i zawyżania cen, co jest uważane za bańkę, bo te mieszkania nie są tyle warte. pokaż całość

    •  

      @wietnam67: Czyli na ile byś wycenił takie podstawowe koszty życia miesięcznie/tygodniowo żeby mieć mieszkanie z np. 2 bedrooms (coś lepiej niż kawalerka chociaż), jedzonko itp. dla jednej osoby?

    • więcej komentarzy (11)

  •  

    Info dla #rozowepaski planujących powiększyć rodzinę.
    Żeby sprawdzić płeć dziecka do 12 tygodnia ciąży można zrobić test Harmony.

    Pobierają oni do testu 2 duże ampułki krwi i z niej potrafią wyselekcjonować krew dziecka, ktorej w 12 tygodniu w krwi matki jest około 7-9%.
    Na podstawie tej krwi z pewnością na poziomie 99.9% sprawdzają:
    - płeć dziecka
    - zespół downa (Trisomy 21)
    - syndrom Edwardsa (Trisomy 18)
    - syndrom Patau (Trisomy 13)
    - syndrom Klinefelter (Sex Chromosome Aneuploidy)

    U nas w #australia koszt testu to AUD 425, czyli jakieś 1150 PLNow (około 25h płacy minimalnej - netto)
    W Polsce taki test to koszt około 2400 PLNow (około 250h płacy minimalnej - netto)

    Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

    Więcej info w filmie.

    #emigracja #serafywaustralii
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Gdyby siadło! Co to byłby za #golgif Adriana Mierzejewskiego z rzutu wolnego.

    pokaż spoiler Dzisiejszy mecz z Newcastle City


    #mecz #meczgif #golgifpl #pilkanozna #sport #australia

    źródło: dailymotion.com

  •  

    Gdyby ktoś się zastanawiał jak wygląda sprawa z obywatelstwem dla nowo-narodzonego dziecka w #australia

    Jeżeli poród następuje w Australii i przynajmniej jedno z rodziców ma rezydencję lub obywatelstwo australijskie, dziecko nabywa australijskie obywatelstwo w momencie narodzin.

    Jeżeli rodzice mają rezydencję Australii, natomiast poród następuje poza Australią, dziecko nie otrzymuje automatycznie obywatelstwa, a rodzice muszą się postarać o specjalną wizę aby dziecko mogło przybyć do Australii.

    Ciekawa sprawa z lotami - w przypadku zaawansowanej ciąży, linie lotnicze mogą zażądać zaświadczenia od lekarza z opinią że lot jest bezpieczny dla dziecka i przyszłej matki. Gorzej jak nie będzie można takiego lekarza znaleźć, np. w przypadku problematycznej ciąży.

    W naszym przypadku - od początku pobytu w Australii jesteśmy rezydentami (wiza Skilled Migration Visa - subclass 189).
    Będziemy mogli wystąpić o obywatelstwo 4 lata od momentu uzyskania rezydentury (czyli w naszym przypadku przekroczenia granicy) - czy za jakieś 10 miesięcy.

    Nasza córka urodzi się pod koniec kwietnia, więc przez ponad pół roku będziemy rodzicami Australijki będąc obywatelami Polski!

    Aby uzyskała również polskie obywatelstwo - będziemy wystąpić z wnioskiem w ambasadzie Polski w Sydney, lub kiedy konsul/ambasador przyleci do nas do Brisbane (przylatuje bodajże raz na kwartał).

    Pijcie z nami kompot i dajcie suba #rozowypasek na https://www.youtube.com/channel/UCulgwmgPMKwgInazBs8mIRA

    więcej info u źródła:
    https://www.homeaffairs.gov.au/trav/life/chil

    #emigracja #dzieci #ciaza #serafywaustralii
    pokaż całość

  •  

    Wszystkich zainteresowanych wcześniejszym vlogowaniem spod #serafywaustralii zapraszam na nowy kanał różowego dla różowych prosto z #australia na #emigracja :

    https://www.youtube.com/channel/UCulgwmgPMKwgInazBs8mIRA

    Ja niestety na kilka dni uziemiony w Bostonie (odwołane loty przez potężną wichurę) , ale na początku przyszłego tygodnia możliwe że uda się wrócić do australijskiego ciepełka i wrzucę filmy z kupna monstera 4x4 na https://www.youtube.com/channel/UCkimA54enpc4KGg1mhRlrbg .
    Trzymajta się!
    pokaż całość

  •  

    Adrian Mierzejewski fantastyczny gol wolnego
    Sydney FC - WS Wanderers [1]:1

    #golgif #mecz #sport #golgifpl #pilkanozna #australia

    źródło: dailymotion.com

    •  

      z resztą o czym ta rozmowa, Jach zaliczył zjazd bo poszedł do Anglii mając w perspektywie 10lat dalszej kariery zamiast gnić kolejne sezony w ekstraklasie
      ale powołać Mierzejewskiego kurwa z Australii xdd
      ta dyskusja jest śmieszna w chuj elo bordo piwniksie

    •  

      @Tukan_Marcin: Ale z ciebie pierdolec xD

      bo poszedł do Anglii mając w perspektywie 10lat dalszej kariery zamiast gnić kolejne sezony w ekstraklasie

      Przykłady Lewandowskiego, Kędziory, Linettego, Kownackiego, Bereszyńskiego jasno pokazują, że gnicie 2-4 lata w eklapie ma sens. Po jednym sezonie to jesteś chuj nie piłkarz. Ilu było takich co miało dobry jeden sezon, a potem poszli w pizdu zagranice i nie zrobili żadnej kariery? Ty się przyjebałeś do tego, że ja zaproponowałem Mierzejewskiego jako alternatywę więc generalnie ciężko z tobą jakkolwiek merytorycznie rozmawiać.

      Jach nie zrobi żadnej kariery, jak zostanie wypożyczony to za rok do jakiegoś gównianego klubu, w którym i tak sobie nie poradzi. A za dwa lata znowu będzie gnił w eklapie. Mało takich przypadków było? Żaden polski grajek, który wyjechał z Polski po jednym sezonie nie zrobił kariery.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (40)

  •  

    Rapu słucham od dobrych 15 lat, gust się zmieniał i przez lata klarowal. Doszło do tego, że jestem redaktorem na popkilera.pl i prowadzę na fejsie fanpage Hip Hop Kolekcjoner. Powiedzmy, że moją specjalizacją jest rap z Australii. Dlatego co jakiś czas będę tutaj wrzucał ciekawe kawałki.

    Zacznę może od składu, który raczej każda osoba powinna znać, która trochę bardziej interesuje się rapem. Hilltop Hoods.

    #rap #aussierap #australia #muzyka
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

  •  

    #muzyka #hardrock #acdc #70s #australia #lifelikejukebox
    19 lutego 1980 r. w Londynie zmarł Bon Scott, wokalista australijskiej grupy AC/DC w latach 1974-1980.
    AC/DC - "Touch Too Much"

    źródło: youtube.com

  •  

    Widzę, że w ankiecie zdecydowanie wygrywa kwestia wiz, więc tym wpisem postaram się odpowiedzieć na to z mojego punktu widzenia. Od razu zaznaczę na wstępie, że nie jestem specjalistą do spraw wizowych i jeśli ktoś zdecyduje się na wyjazd do Australii to niech lepiej zaczerpnie informacji od agencji edukacyjnej lub agenta imigracyjnego. Czym oni się różnią? Agencja edukacyjna, załatwia w głównej mierze wizy studenckie lub turystyczne (generalnie potrafią załatwić i każdą inną, ale specjalizują się w studenckich), agent imigracyjny to człowiek który rozwiązuje trochę bardziej skomplikowane kwestie związane z wizami (np. wizy sponsorowane, spory dotyczące wiz lub odrzuconych wniosków etc). Oba te przypadki się ze sobą zazębiają, więc śmiało można pytać ich o wszystko ;)

    Po całym tekście lub nawet teraz zachęcam do zapoznania się z tym sajtem:
    https://www.homeaffairs.gov.au/trav/work/work/skills-assessment-and-assessing-authorities/skilled-occupations-lists

    jest tu chyba wszystko co się da o wizach, a link który podrzuciłem to lista zawodów poszukiwanych, które omówię w przypadku jednej z wiz.

    No to jedziemy:

    1. Wymogi wizowe
    Do każdej wizy trzeba spełnić szereg wymagań od takich najbardziej oczywistych do bardziej skomplikowanych. Aplikując o wizę, otrzymujemy informacje co należy wykonać w dalszej kolejności i jakie dokumenty przesłać do agenta lub do urzędu imigracyjnego.
    - Badania lekarskie – potrzebne jest badanie lekarskie, które można wykonać w Warszawie lub w Berlinie (nie wiem czy teraz nie ma więcej miejsc gdzie je robią, ale wątpię).
    - Zabezpieczenie finansowe – polega to na tym, żeby pójść do banku i wyciągnąć od urzędnika wpis z pieczątką o aktualnym stanie konta. Kiedy ja wyjeżdżałem zalecana kwota na koncie to około 20 000PLN, oczywiście znam przypadki ludzi którzy rozwiązali to w inny sposób: Przelali kasę z innych kont np. od rodziców czy znajomych, tak żeby uzbierać maksimum, po czym szli do banku, wyciągali wniosek i chwilę później oddawali kasę, ale to napisałem tylko w ramach ciekawostki, lepiej mieć te pieniądze na koncie ;)
    - Ubezpieczenie – w przypadku każdej wizy wymagane jest ubezpieczenie, którego koszt zależy od czasu trwania wizy o którą się staramy.
    - Zaświadczenie o niekaralności - to może mieć wpływ na przyznanie wniosku wizowego, więc lepiej nie mieć nic w papierach
    - W przypadku wizy studenckiej – opłacenie pierwszego semestru szkoły

    To tak ogólnie, bo tak jak pisałem wcześniej każda wiza ma jakieś swoje wymagania i tak np.
    - Wiza sponsorowana – wymaga zdania ILTS (test z angielskiego) na poziomie 5.0 a od marca na 5.5 punktów.
    - Wiza Work&Holiday – wymaga minimum wykształcenia na poziomie licencjatu
    - Wiza 457 – wymaga konkretnego fachu i doświadczenia z nim związanego

    2. Wiza studencka
    Najpopularniejsza wiza wśród ludzi chcących wyjechać na dłużej i zaznać trochę życia z kangurami. Czym się cechuje taka wiza?
    - Można ją otrzymać na okres od miesiąca do kilku lat
    - Uprawnia do pracowania 40h w ciągu dwóch tygodni, poza okresem szkolnym można pracować full time.
    - Wymaga obowiązkowego chodzenia do szkoły np. na kurs, na studia czy co tam sobie student wybierze oraz zaliczania przedmiotów i obecności na zajęciach

    Jak to wygląda w praktyce? W moim przypadku, po przylocie miałem tydzień na rozbudzenie się i pójście do szkoły. Na początek wziąłem sobie miesięczny kurs z j. Angielskiego co jest zdecydowanie dobrym pomysłem. Po miesiącu miałem 4 tygodnie przerwy i kurs. Kursy mają swoje etapy od najłatwiejszego do bardziej zaawansowanego: certyfikat, dyplom, zaawansowany dyplom. Ja zaczynałem od certyfikatu z IT. W przypadku angielskiego, do szkoły trzeba chodzić przez 4 dni w tygodniu, co jest uciążliwe, ale nauka jest fajna. Za to kursy są już tylko dwa razy w tygodniu, co daje więcej luzu i wolnego czasu. Kursy zaczynają się zwykle wieczorem albo w południe np. od godziny 16. Założenie jest takie, że jeśli ktoś chodzi tam na zasadzie „byle zdać” to zda bez problemu nawet nie będąc obecnym w szkole ani razu (sporo jest takich przypadków). Są też ludzie którzy chcą wynieść jakąś wiedzę z takich kursów i przychodzą regularnie ucząc się materiału i robiąc zadania. Co ciekawe, na kursach realizowany jest ten sam materiał co na uczelniach, z tym że tutaj jest on bardziej kompresowany z racji mniejszej ilości czasu.

    Wiza studencka to nie tylko kursy, ale też np. studia wyższe. Tu Australia trochę się wypina na obcokrajowców, bo studia u nich są horrendalnie drogie (kiedy w tym samym przypadku studenci Australijscy płaca mały procent tej kwoty), aleeee... studia wyższe ukończone w Australii dają możliwość starania się o rezydenta (czyli z wizy studenckiej, omijamy wizę sponsorowaną i wskakujemy od razu na PR). Od razu napisze, że byłoby bardzo trudno opłacać studia pracując na wizie studenckiej (ale są i tacy co tak potrafią).

    Jak pogodzić pracę ze szkołą? Każdy doskonale wie, że trzeba cudu żeby pracując 20h tygodniowo żyć na godnym poziomie, a przynajmniej na samym początku po przylocie do Sydney. Oczywiście praca na wizie studenckiej ponad limit jest nielegalna, ale nigdy nie słyszałem o przypadku, żeby kogoś deportowali za przepracowanie godziny więcej niż powinien. Sposobem na ominięcie tego przepisu jest założenie sobie numeru ABN i Tax number, pierwszy z nich to coś w rodzaju NIPu w Polsce, drugi służy do rozliczenia podatku. Założenie firmy w Australii to kwestia 15 minut, ale o tym kiedyś… Po założeniu własnej działalności gospodarczej możemy wystawiać faktury, więc nikt nie jest w stanie zweryfikować czy pracowałem w tygodniu 1 godzinę czy 50, bo na fakturze widnieje tylko kwota za wykonanie jakiegoś zlecenia.

    Jak ubiegać się o taką wizę? Najlepiej uderzyć do agencji edukacyjnej i oni wszystkim się zajmą. Pewnie ktoś pomyśli, że to kosztuje więcej, ale nic bardziej mylnego – koszta są mniejsze w tym przypadku. Załatwienie wizy studenckiej samemu to proszenie się o problemy już na starcie, ponieważ jest mnóstwo papierów i wniosków, które trzeba złożyć, a od niedawna nawet pisać list motywacyjny długości dwóch stron A4, lepiej więc dać się pokierować komuś kto to robi na co dzień. Po drugie, agencja edukacyjna daje zniżki studentom na kursy, np. ja mam 100aud mniej za każdym razem kiedy płacę za szkołę. Niby nic, ale zawsze lepiej mieć 100aud w kieszeni.

    Na wizę studencką można przejść z każdej innej wizy np. work&holiday czy nawet turystycznej (tu chyba trzeba opuścić kraj na chwilę, ale nie jestem pewien). Koszt takiej wizy to około 500aud.

    Wizę studencką, można zmienić na wizę sponsorowaną ale dopiero po okresie 3 lat (można ubiegać się o to wcześniej, ale jest większa szansa że wniosek zostanie odrzucony). 3 lata na wizie studenckiej dają 1,5 roku doświadczenia w zawodzie + wyrobienie licencji np. malarskiej, przedłuża ten okres, co daje już fajny wynik wpisany na wniosku.

    Dla kogo najlepsza jest taka wiza? Myślę, że każdy się tu odnajdzie, bo nie dość że można zdobyć jakąś dodatkową wiedzę to jeszcze sobie popracować i zarobić, a przy tym okres wizowy jest bardzo długi. Ktoś kto nie posiada żadnego dziwnego skilla z Polski będzie mógł przyjechać bez problemu na tej wizie.

    Jaka praca na tej wizie jest najlepsza? Generalnie najłatwiej jest znaleźć pracę na budowie, mega trudno jest wyczaić coś w biurze, a tym bardziej jeśli planujemy zostać na dłużej w Australii. Problem z tą wizą jest taki, że można być zatrudnionym na umowę o prace tylko na pół etatu, w przypadku np. grafika jest to trochę bez sensu, bo nie można porzucić projektu w połowie, bo mi się skończył limit godzin na ten tydzień – tak więc doskonale rozumiem dlaczego pracodawcy nie za bardzo chcą zatrudniać studentów do biur. Praca na ABN nie wchodzi w grę, bo pracowanie w jednym miejscu przez cały czas na takich zasadach nie jest mile widziane i może być z tego problem. Natomiast z drugiej strony, znam przypadki studentów, którzy zaczynali na budowie, ale w międzyczasie znaleźli pracę w biurze pracując właśnie na pół etatu albo dostali wizę sponsorowaną od pracodawcy… i właśnie teraz o niej napiszę więcej.

    3. Wiza sponsorowana (wiza 457)
    Tzw. sponsoring, to wiza pracownicza, gdzie pracodawca ubiega się o zapewnienie miejsca pracy specjaliście w ramach kontaktu na 2 lub 4 lata (po zmianach w marcu, do tej pory jest 3 lata dla wszystkich). Wiza sponsorowana jest takim trochę pomostem między wizą studencką a PR (permanent resident), ale to tylko złudzenie bo taką wizę można dostać aplikując jeszcze z Polski, tak więc jeśli ktoś ma jakiś ciekawy zawód np. projektuje oświetlenie ulicy Świętokrzyskiej lub pracuje jako specjalista od IT to może śmiało szukać pracodawcy w Australii, ale będąc w Polsce. Proces rekrutacji już zależy od firmy do której aplikujemy.

    Wiza sponsorowana to tak naprawdę kontrakt wiążący dwie strony wzajemnymi korzyściami – dla pracownika jest to korzyść w postaci regularnych pensji i zapewnienia pracy przez firmę, dla tejże jest to pracownik, który zostaje związany z firmą na kilka lat. Zapytacie pewnie gdzie tu deal, przecież w każdej firmie tak jest… no tak, ale tutaj, za zerwanie kontraktu przez którąś ze stron są konsekwencje. I tak jak w przypadku kiedy pracodawca zerwie kontrakt (za porozumieniem stron lub z winy pracownika), to nic wielkiego mu się nie stanie, tak pracownik może nawet dostać bana na wjazd do kraju. Oczywiście tu wchodzi w grę sąd i udowadnianie winy, ale jeśli jest to spowodowane przez pracownika, to nie czeka go nic przyjemnego. No, ale wina pracodawcy jest też trochę korzyścią dla pracownika, bo jeśli w najgorszym przypadku firma zbankrutuje, a pracownik ma nadal obowiązujący kontrakt, to z miejsca może starać się o PR. Pracownik też nie jest niewolnikiem i może z pracy odejść łamiąc kontrakt, ale za porozumieniem stron lub w przypadku kiedy udowodni, że w pracy jest coś nie tak. Wtedy obowiązkiem pracownika jest znalezienie sobie nowego sponsora w ciągu (jeśli dobrze pamiętam) 1 lub 2 miesięcy.

    Ok, jaka jest różnica między sponsorem 2 a 4 letnim? Od marca tego roku wchodzą nowe przepisy, które rozdzielają listę zawodów poszukiwanych na dwie osobne listy. Pierwsza z list zawiera zawody, które mogą ubiegać się o sponsoring na nie dłużej niż okres 2 lat (po czym muszą opuścić kraj) – nie daje im to przyzwolenia na ubieganie się o PR po tym okresie. Druga z list, jest tym samym co lista powyżej, z tym że kontrakty podpisywane są na okres 4 lat, ale już po 3 latach można ubiegać się o PR – i na tej liście jest prawie każdy zawód związany z budowlanką.

    Tak więc, sponsoring jest ciekawą alternatywą dla ludzi, którzy mają jakieś umiejętności, nie chcą przyjeżdżać tutaj na wizie studenckiej lub chcą zmienić wizę studencką na pracowniczą.

    4. PR – permanetn resident
    Wiza pobytu stałego jest trochę takim świętym grallem wśród imigrantów. Każdy marzy przynajmniej o niej. Jest to najlepsza możliwa opcja, zarezerwowana tylko dla wytrwałych albo ludzi, których Australia potrzebuje na już i na zawsze. PR jest wizą dożywotnią (chociaż krążą informacje, że tylko na 5 lat) i uprawnia do pracy na pełen etat (lub jakkolwiek sobie ktoś wymarzy), a jedyny warunek jaki trzeba spełniać podczas trwania wizy to przebywanie w Australii minimum 1 miesiąc w roku.

    Wiza PR, to tak naprawdę obywatelstwo Australijskie, ale jeszcze bez paszportu i możliwości głosowania czy udzielania się publicznie. Część zawodów nadal będzie niedostępna dla posiadacza PR.

    Wizę tę można zdobyć na dwa sposoby – po 3 latach wizy sponsorowanej złożyć wniosek o PR lub poszukać swojego skilla na listach zawodów poszukiwanych, które uprawniają do otrzymania PR z miejsca (nie jestem pewien czy to dalej obowiązuje, ale na pewno któreś stany jeszcze rozdają takie wizy w ramach wybranych zawodów).

    Oczywiście są inne sposoby na zdobycie takiej wizy np. program łączenia rodzin, gdzie posiadając już wizę pobytu stałego można "wykupić" np. rodzica i ściągnąć go do Australii – wtedy taka osoba z miejsca dostaje wizę pobytu stałego. To rodzi dość ciekawe problemy, po pierwsze: w ten sposób przyjeżdża tu dużo Azjatów (Chińczycy, Hindusi), którzy robią zrzuty i sprowadzają rodziny i całe wioski, po drugie: jak już taka rodzina zjedzie do Australii to gniecie się w swoim środowisku, co powoduje, że nie uczą się nic a nic angielskiego i bywa, że nie idzie się z takim dogadać, a to rodzi rasistowskie zachowania wśród Australijczyków ;)

    Co po PR? Tu jest już prawie z górki, bo mając tą wizę można starać się o obywatelstwo Australii.

    5. Work and Holiday
    Wróćmy jednak do wiz o które trochę łatwiej. WH to wiza która pozwala nam i pracować i zwiedzać jednocześnie. Taka wiza turystyczna połączona z pracowniczą. Aby otrzymać wizę trzeba spełniać kilka warunków:
    - Zdać egzamin z angielskiego na 4.5 lub 5.0 (może ten wynik być wyższy aktualnie)
    - mieć nie więcej niż 30 lat i nie mniej niż 18
    - posiadać wykształcenie na poziomie licencjatu lub wyżej
    - dysponować wystarczającą gotówką na utrzymanie się w Australii i na bilet powrotny.

    Wiza ta ma pewne ograniczenia, bo można otrzymać wizę WH tylko na 12 miesięcy i nie można aplikować o nią ponownie (jest wyjątek, jeśli przepracuje się 88 dni w północnej Australii, pracując w zawodzie z listy zawodów poszukiwanych; w trakcie wizy WH, można aplikować o inną wizę). Dodatkowo trzeba mieć trochę szczęścia, bo program WH funkcjonuje w Polsce od około 2 lat, z czego pula wiz przyznawanych w tym programie to około 500 rocznie. Trzeba też pamiętać, że nowy rok podatkowy zaczyna się w Australii 1 lipca, więc wnioski o wizę lepiej składać jak najwcześniej, bo po tej dacie zaczyna się nowa edycja przyznawania wiz, a w raz z nią nowa pula.

    Wiza ta uprawnia do pracy na pełen etat, ale nie dłużej niż przez pół roku u jednego pracodawcy. Do niedawna była opcja, otrzymania wizy sponsorowanej po takim czasie u pracodawcy, ale nie słyszałem o nikim komu by się to udało i kto by polecał takie rozwiązanie.

    Wiza jest fajna, jeśli chcemy poznać Australię, ale mamy w planach powrót do Polski. Dużo ludzi przyjeżdża na taką wizę, pracuje pół roku w Sydney, a za odłożoną kasę podróżują przez kolejne pół roku po kraju kangurów.

    Ważną kwestią jest też fakt, że do wizy nie można podpiąć drugiej osoby np. dziecka. To znaczy, jeśli kobieta z dzieckiem chciałaby się dostać do Australii na tej wizie, to otrzyma ją tylko ona, ale dziecko nie ma prawa przebywania w Australii.

    6. Wiza turystyczna
    Chyba najmniej interesująca wiza z punktu widzenia emigranta zarobkowego. Dlaczego? Bo na tej wizie jest całkowity zakaz pracy, nie można też założyć własnej działalności gospodarczej, a te wszystkie czynniki utrudniają znalezienie legalnej pracy (pozostaje praca na czarno, ale to nie jest dobre wyjście). Są dwa rodzaje wizy turystycznej: pierwsza z nich eVisitor przyznawana jest na 12 miesięcy z prawem pobytu przez 3 miesiące na terenie Australii. Druga to Australii Visitor i jest to wiza za którą musimy zapłacić i może zostać przyznana na okres 3, 6 lub 12 miesięcy z tym, że w tym przypadku należy uargumentować dlaczego chcemy przebywać na terenie kraju powyżej 3 miesięcy.

    7. Wiza partnerska
    Chyba najdziwniejsza ze wszystkich wiz, ponieważ przyznawana jest naszej drugiej połówce w momencie kiedy my już wizę mamy. Aby otrzymać taką wizę, trzeba udowodnić urzędnikom od emigracji, że faktycznie jesteśmy z drugą osobą na serio i planujemy poważnie wspólne dalsze życie i nie możemy żyć bez siebie na odległość. Jako dowody można przedstawić: wspólne zdjęcia z wakacji, rachunki z wyjść np. do teatru czy restauracji, inne dokumenty które pokazują nasze wspólne życie. Urzędnik może również zainicjować rozmowę z partnerami i zweryfikować na jej podstawie, czy wiza może zostać przyznana czy kroi się tu jakiś wałek. Wiza nie należy do najtańszych, bo jest to koszt kilku tysięcy. Do tego należy przygotować sporo dokumentów, gdzie braki będą kosztować nas dodatkowe dni albo tygodnie oczekiwania na poprawnie rozpatrzony wniosek. Z tego co się orientuję, wiza partnerska w przypadku kiedy jeden z partnerów jest na wizie studenckiej, daje możliwość pracowania full time drugiemu partnerowi.

    8. Podsumowanie
    Wizy to jest bardzo ciężki temat. Dlaczego? Bo jest ich bardzo dużo (oprócz w/w dochodzą jeszcze subclassy, wizy dostępne tylko na danym terytorium, związane z jakimś konkretnym zawodem, etc), a przepisy dotyczące zasad otrzymywania danej wizy zmieniają się co chwilę. Dodatkowych problemów dostarcza fakt, że każdy ze stanów ma własne wizy, które w jakiś sposób zazębiają się z zasadami Australijskimi… Zapytaliście mnie o ten temat, więc wam odpowiedziałem najlepiej jak potrafiłem, mam nadzieję że komuś to pomoże w podjęciu decyzji o tym w jaki sposób chciałby znaleźć się w Australii.
    Jeśli ktoś z czytających ma jeszcze świeższe dane na temat zasad otrzymywania wizy lub znalazł błąd, to poproszę o sprostowanie.
    Tak jak pisałem na początku, przed wyjazdem czy nawet podejmując decyzję o wyjeździe najlepiej będzie skonsultować się z osobą, która się tym zajmuje zawodowo.

    A na koniec ankieta, jaki temat poruszamy w następnej kolejności? ;)

    Spis treści:
    1. Początki

    #wietnamwaustralii #australia #emigracja #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    Czego powinien dotyczyć kolejny wpis o Australii?

    • 12 głosów (16.90%)
      Organizacja wyjazdu, co zabrać do Australii
    • 7 głosów (9.86%)
      Życie codzienne w Sydney - przeciętny dzień
    • 17 głosów (23.94%)
      Koszta życia - ceny jedzenia, opłaty, etc
    • 10 głosów (14.08%)
      Praca - vademecum robola
    • 2 głosy (2.82%)
      Okolice Sydney - czyli gdzie jechać na weekend
    • 10 głosów (14.08%)
      Flora i fauna - fakty i mity
    • 0 głosów (0.00%)
      Życie nocne
    • 2 głosy (2.82%)
      Aborygeni
    • 3 głosy (4.23%)
      Wakacje i dni wolne
    • 8 głosów (11.27%)
      Multi-kulti w praktyce
  •  

    Witam wszystkich obserwujących wpis. Muszę się odnieść do tak dużego zainteresowania postem który dodałem niedawno. Tutaj będę publikował teksty dotyczące Australii, ale nie chce robić tego na pałę i wolę zapytać Was o to, co chcielibyście wiedzieć w następnym wpisie. Dlatego też do każdego z nich będę dodawał ankietę - i tak jest w tym przypadku.

    Spis treści:
    1. Początki

    #wietnamwaustralii #australia #emigracja #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    Czego powinien dotyczyć kolejny wpis o Australii

    • 141 głosów (41.47%)
      Sprawy wizowe - jak pojechać, co po przylocie
    • 11 głosów (3.24%)
      Organizacja wyjazdu, co zabrać do Australii
    • 34 głosy (10.00%)
      Życie codzienne w Sydney - przeciętny dzień
    • 38 głosów (11.18%)
      Koszta życia - ceny jedzenia, opłaty, etc
    • 39 głosów (11.47%)
      Praca - vademecum robola
    • 4 głosy (1.18%)
      Okolice Sydney - czyli gdzie jechać na weekend
    • 43 głosy (12.65%)
      Flora i fauna - fakty i mity
    • 6 głosów (1.76%)
      Życie nocne
    • 21 głosów (6.18%)
      Aborygeni
    • 3 głosy (0.88%)
      Wakacje i dni wolne
  •  

    3 Lata temu rzuciłem pracę w biurze i pojechałem pracować do Australii na budowie.

    "Debil" - pewnie pomyśli część z Was, ale po przeczytaniu tego tekstu zmienicie zdanie (mam nadzieję).

    1. Początki
    Pomysł na wyjazd do Australii częściowo zaczerpnąłem z wykopu po licznych AMA ludzi, którzy tu już są, a częściowo z historii opowiadanych na łamach blogów czy innych miejsc. W momencie kiedy podjąłem decyzję o wyjeździe, mój brat siedział tu już ponad rok czasu i bardzo sobie chwalił to miejsce zarówno pod względem pracy, życia jak i ogólnego klimatu. Ja w tym czasie siedziałem w Polsce i pracowałem jako grafik, prowadząc przeciętny tryb życia (tzn. od 9 do 17), po godzinach dorabiałem zleceniami dla moich klientów. Cóż... sytuacja przestawała mi odpowiadać coraz bardziej, jestem człowiekiem który nie może siedzieć w miejscu i coś musi się dziać w moim życiu, a rutyna w biurze była całkowitym zaprzeczeniem tego jak chcę żyć.
    Kiedy dostałem pracę w jednej z większych korpo w Polsce byłem rozerwany. Wiedziałem, że zawsze chciałem pracować wśród najlepszych i rozwijać się w tej właśnie firmie, ale z drugiej strony czekała na mnie przygoda na drugim końcu świata. Jak się domyślacie, długo nie popracowałem w korpo. Odszedłem po około 4 miesiącach na 3 tygodnie przed wylotem do Sydney. Najpierw była niepewność czy aby na pewno dobrze robię, w momencie kiedy zrezygnowałem, straciłem możliwość zarabiania sporej kasy przy normalnym trybie pracy, z fajnymi ludźmi i mega projektami. Po drugiej stronie Ziemi, czekało na mnie w zasadzie nic oprócz brata i ewentualnej pomocy w znalezieniu pracy. Wsiadłem w samolot mniej więcej 3 lata temu.

    2. Pierwsza podróż
    Pierwszy raz leciałem samolotem rejsowym i to w tak odległe miejsce. Nie będę się tu rozpisywał, ale w samolocie zauważyłem, że mój Angielski jest jakiś taki dziwny i mam braki, a latanie dużymi samolotami to nuda i flaki z olejem i się zdążyłem znudzić już kilka minut po oderwaniu się samolotu od ziemi (wcześniej latałem mniejszymi maszynami). Miałem jedno międzylądowanie w Dubaju i lotnisko zrobiło na mnie ogromne wrażenie, postanowiłem tu wrócić na kilka dni za jakiś czas (ponad rok później, lecąc na pierwsze wakacje do Polski udało mi się zostać w Dubaju na dwa dni).

    3. Perth -> Sydney
    Kolejne lądowanie miałem w Perth, czyli mieście na zachodniej części Australii. Akurat tam miałem możliwość pierwszy raz zobaczyć Australię na żywo. Gdybym miał opisać pierwsze wrażenie to przychodzi mi na myśl: Arizona jak z filmów. Miasteczko wygląda na bardzo małe, a to dlatego, że nie ma tam wysokich budynków. Z portu międzynarodowego jedzie się autobusem do portu lokalnego z którego miałem lot do Sydney za kilka godzin. Zdążyłem wziąć prysznic na lotnisku, pokręcić się trochę i o dziwo pogadać po angielsku z kobietą, która też przyleciała z Europy. Pamiętam, że była to pierwsza osoba z którą prowadziłem dłuższą rozmowę w obcym języku i zdziwiło mnie to, że mówi tak czysto i płynnie, niemal radiowo... później wyszło na jaw, że jest Brytyjką z pochodzenia i stąd jej akcent i czysta mowa, a już myślałem, że Australijczycy mówią tak doskonale...

    4. Pierwsze dni w Sydney
    Wylądowałem w mieście jakoś w południe, miałem problem z przestawieniem się na czas Australijski jeszcze przez dobre 3 tygodnie. Po przyjeździe do domku w którym mnie zakwaterowali, poszedłem od razu spać. Usypiałem w akompaniamencie dziwnych dźwięków, które normalnie kojarzą się ze środkiem dżungli a nie centrum miasta (w Sydney żyje mnóstwo ptaków, które wydają z siebie różne dziwne dźwięki, załączam tutaj mały przewodnik po ptakach z miasta i okolic). Kiedy wstałem, był wieczór. Zszedłem na dół by przywitać się ze współlokatorami. Była to grupka francuzów i jeden Włoch. Generalnie bardzo pozytywna ekipa. Dom w którym mieszkaliśmy to typowa zabudowa Brytyjska, tzn. bardzo wąskie domki z małym ogródkiem na tyłach i wejściem do domu prawie na chodniku. Sam domek był prawie, że w centrum miasta (dzielnica Ultimo), tak więc pierwszego tygodnia robiłem kilometry po Sydney zwiedzając co się da. Wracając do domku... nie był on w dobrym stanie, za to kosztował bardzo dużo jak na takie warunki. Cena za tydzień to 180AUD, przy czym miałem bardzo mały pokój dzielony z jednym z Francuzów. Kuchnia była, ale zapadła się pod ziemię (dosłownie), a wchodząc do ogródka miałem wrażenie, że idę do buszu. Na szczęście po miesiącu od przylotu zmieniłem mieszkanie i tu zaczęła się prawdziwa przygoda.

    5. Kensington street
    Mając 25 lat, nie myślałem że kiedyś jeszcze będę mógł przeżyć imprezy jak za czasów liceum czy studiów. Nic bardziej mylnego, bo mieszkanie na Kensington było czymś w rodzaju miejsca idealnego. Czynniki jakie na to się składały to: a) świetnie urządzone i duże nowe budownictwo (dobrze wyposażone, nowoczesne mieszkanie za mniejszą cenę niż poprzednio). b) blisko do stacji kolejowej (nie miałem wtedy jeszcze samochodu, więc to był bardzo ważny czynnik przy wyborze miejsca do mieszkania) c) najważniejsze, czyli świetna ekipa w składzie: ja, dwóch kolegów z Polski, dwie Japonki, jeden Czech i jeszcze jedna osoba która zmieniała się co jakiś czas (Brazylijczyk, Japończyk 1, Czech, Japończyk 2, etc)
    Momentami było jak w sitcomie, mieliśmy niesamowity flow jeśli chodzi o imprezy, wyjazdy czy organizacje czegoś. Tak świetnie nie bawiłem się jeszcze nigdy. To właśnie tu zorganizowaliśmy dwie największe imprezy, gdzie na każdej z nich przewinęło się przez nasze mieszkanie może ze sto osób (w punkcie kulminacyjnym było 40 osób na raz w chacie, a dużo przychodziło i wychodziło). To tutaj wszystko skończyło się z dnia na dzień, kiedy to Japończyk 2, został sam w domu i zostawił jedzenie na gazie, poszedł wyrzucić śmieci i zapomniał zabrać kluczy zatrzaskując wcześniej drzwi. Spanikowany zadzwonił po straż pożarną, która rozniosła zamek w drzwiach w pył uniemożliwiając nam zamknięcie drzwi na zamek. W tym samym dniu menadżer mieszkania przesunął nas do innych wolnych lokum tym samym kończąc istnienie nieformalnej grupy przyjaciół z Kensington street.

    6. Praca
    W międzyczasie złapałem pracę w tej samej firmie gdzie pracuje brat. Charakter pracy: budowa, wykończeniówka i w sumie restaurowanie zabytków w Sydney (to trochę absurdalne, kiedy zabytkiem jest budynek z lat 70-tych). Praca na początku ciężka, ale z czasem się wyrobiłem na tyle, że teraz sprawia mi przyjemność. Dzisiaj myślałem sobie, że przecież od kilku dni wyjeżdżam z domu o 5:40 rano, a wracam dopiero koło 18:00, ale mi to wcale nie przeszkadza. Teraz pracuję już w innej firmie, ale miło wspominam niemal każdy dzień w tej branży. To co charakteryzuje ten zawód to fajni ludzie, których można tu poznać, ekipa skora do żarów i rozmów na różnym poziomie, możliwość wejście do miejsc gdzie normalny człowiek nigdy nie zajrzy, zmiana miejsca pracy prawie co chwilę, darmowa gimnastyka ;) Na końcu odniosę się jeszcze do samej pracy.

    7. Co po Kensington Street
    Nie starczyłoby miejsca na serwerze wykopu, jakbym miał opisać każdą historię jaka mi się tu przydarzyła, ale w skrócie: zmieniłem miejsce zamieszkania jeszcze kilka razy, teraz wynajmuję single room z własną łazienką i schowkiem w jednej z fajniejszych dzielnic Sydney. Dużo podróżowałem po samej Australii, ale odwiedziłem też: Filipiny, Chiny, Rosję, Bośnię, Emiraty Arabskie... teraz wybieram się do Tajlandii. Miałem jeden samochód, który sprzedałem i kupiłem w jego miejsce inną fajną furę. Mam tu fajnych znajomych, z którymi czasem wychodzę na piwo, a przede wszystkim spełniam się zarówno w pracy na budowie jak i jako grafik.

    8. Podsumowanie
    Jak po 3 latach oceniam swoją decyzję i jej skutki? Zdecydowanie była to dobra opcja.

    Plusy i minus zmiany otoczenia i zawodu:

    + Mam więcej czasu dla swoich grafik i projektów
    + Praca fizyczna daje totalną wolność umysłowi, przez co łatwiej mi się uczyć czy przyswajać nową wiedzę z zakresu grafiki
    + Przypakowałem trochę ( ͡º ͜ʖ͡º)
    + Czuje się bardziej zadowolony z życia i spełniony
    + Mogę sam zarządzać swoim czasem, nie mam problemu z wolnym na np. wyjazd na wakacje
    + zarobki porównywalne do tych z Polski na wysokich stanowiskach i możliwość szybkiego podbicia stawki
    + możliwość podróżowania, a w Sydney i tak każdy znajdzie coś dla siebie (jest i Ocean, są i góry)

    - Początki na budowie były ciężkie
    - Trochę odbiło się to na moim zdrowiu, m.in. mam kilka małych blizn od poparzeń kwasem, miałem kilka drobnych wypadków, często zdarza się że sięgam do apteczki ;)
    - Przez pierwszy rok, zanim uskładałem na komputer marzeń nie mogłem prawie nic zrobić jako grafik
    - Patologie - czasem na swojej drodze można spotkać Polaków, którzy zabłądzili chyba pod monopolowym i znaleźli się tu w Sydney, ale na szczęście jest ich mało
    - Brudna robota, nie każdy to lubi i niby to jest minus, ale szczerzę to wolę przyjść brudny po takiej robocie niż spocony z biura ;)
    - koszty utrzymania - w Sydney jest trochę drogo, zwłaszcza w dziale nieruchomości
    - jedzenie - jest mniejszy wybór w sklepach niż w Polsce, czasem mam wrażenie że już wszystko jadłem

    To chyba wszystko, podsumowałem sobie 3 lata za granicą i może komuś to pomoże rozwiać wątpliwości czy wyjechać czy nie.

    #australia #emigracja #praca #pracbaza #budowlanka i jeszcze #gruparatowaniapoziomu :)
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Q1 Tower (Wysokość całkowita 323 m), Gold Coast, Australia vs Zeus Gromowładny ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
    #gif #budownictwo #ciekawostki #australia

    GFY

    źródło: thumbs.gfycat.com

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #australia

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,1:1,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów