•  

    Sam jestem daleki od nazywania wszystkiego co mi się nie podoba faszyzmem ale trzeba przyznać że przedstawiono ciekawą analizę. "Anarcho"kapitalizm analogicznie do narodowego syndykalizmu Mussoliniego tudzież narodowego socjalizmu Hitlera jest wrogim przejęciem myśli anarchistycznej, tak jak odpowiednio ruchu syndykalistyczny we Włoszech i socjalistyczny w międzywojennych Niemczech - to takie same zagranie burżuazji. Mając to na uwadze tym bardziej nie dziwią występujące w tym ruchu szeroko tendencje typowe dla brunatnych, mam nie tylko na myśli to co ujmują oni w pojęciu "prywatnego światopoglądu" ale działania naocznie obserwowane w przejawianym aktywizmie politycznym itd, a nie jest to jakieś wypaczenie znając działalność ojców ideowych prawicowego "libertarianizmu", o których jakiś czas temu tutaj informowałem. Zwróćcie na końcu uwagę na informację o sponsorach (ten temat rozwinę kiedyś, dużo się mówi o Sorosu finansującym różne ruchy, natomiast o analogicznych wspomożycielach ekstremy liberalnej wykopki oczywiście milczą).

    #antykapitalizm - już 150 obserwujących, teraz czas na 200
    #bekazlibertarian #akap #anarchokapitalizm #bekazprawakow #libertarianizm #anarchizm #neuropa #4konserwy #antifa #aynrand #korwin #neoreakcja #redpill #nacjonalizm
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    •  

      @cqwtg1355: Socjalizm to formacja ekonomiczna między kapitalizmem a komunizmem. Sposoby osiągnięcia mogą być różne. Socjalizm wyzwala ludzi z władzy kapitału. Dyktatura kapitału zostaje zastąpiona przez dyktaturę proletariatu.

      +: n..u
    •  

      @Kapitalis: ale po co w chinach, łatwiej pewnie by było pomóc pod domem a zaoszczędzone pieniądze przelać na jakąś fundację

      +: xEwald
    •  

      @makrusz: Źle mnie zrozumiałaś. Nie potępiam tych co pomagają zwierzakom (określmy to w ten sposób). Sam dawałem fanty na zbiórki dla schroniska. Moje wrażenie jest czysto subiektywne z perspektywy moich doświadczeń i tego co napisał @droppedmidget - Ci co najwięcej szczekają, czasami robią najmniej.
      Inna sprawa, że w moim szeregu wartości (do którego mam pełne prawo tak jak inni do swojego) zły los drugiego człowieka stoi o oczko wyżej niż los zwierzaka (pomimo tego, że to też żywe stworzenie i go szkoda).

      @hokus_pokus Pierwsze zdanie wyjaśniłem wyżej.
      Oczywiście, że wolontariat w miejscu gdzie można coś zwiedzić, zobaczyć itp. jest ciekawszy i samemu można coś na tym zyskać. Pojawia się jednak pytanie na ile jest to wtedy pomoc bezinteresowna, a ile w tym wyrachowania i kalkulacji, że się to komuś opłaca? Sprawa indywidualna ale podyskutować pewnie można z każdym.

      Ogólnie wydaje mi się, że bicie piany jest do tego, że dziewoja ze zdjęcia chełpi się tym, że pomagała akurat w Chinach i to dzieciom autystycznym. Chwała jej za to, ale jak odpisać by jej, że T" wczoraj kupiłeś (w domyśle facet) dwa hotdogi bezdomnemu, albo oddałeś 3 kartony dobrych ubrań do schroniska dla bezdomnych to by Cię wyśmiała... bo przecież ona w Chinach... z autystycznymi dziećmi... do pięt jej nie dorastasz. Choć oczywiście mogę się mylić. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (82)

  •  

    Wczoraj ktoś stwierdził, że z porównaniem Atlasu zbuntowanego do Mein Kampf Hitlera przesadziłem. Jednak jak widać nie poszedłem za daleko ani o jeden cal, poglądy mają całkiem zbliżone, w zasadzie jedyna większa różnica to stosunek do Żydów.

    Warto wiedzieć, że ona stanowczo odrzucała "a"kap, co nie przeszkadza zwolennikom tego drugiego by jej wyznawcami xD Widać podobieństwo do analogicznej sytuacji z anarchizmem, gdzie niemal całe środowisko nie chce mieć nic wspólnego z tymi błaznami, ale ci nadal bezczelnie podszywają się pod niego (nie wiedzieć czemu i po co).

    #antykapitalizm - obserwujcie
    #bekazlibertarian prawicowych #anarchizm #libertarianizm #aynrand #anarchokapitalizm #bekazprawakow #filozofia #akap #neuropa
    pokaż całość

    •  

      @gupilogin: Ayn Rand twierdziła iż wielki biznes to „najbardziej prześladowana mniejszość Ameryki" stawiając wielokrotnie w ich obronie.
      Wskazany cytat znam w całości i on niczego tutaj nie zmienia. Nawet jak pewne rzeczy nie są powiedziane wprost, to nie ciężko się domyślić że jest to obrona kapitalistycznego imperializmu.
      Co do gazowania s. 621 anglojęzycznej "Cnoty egoizmu".

    •  

      Nawet jak pewne rzeczy nie są powiedziane wprost, to nie ciężko się domyślić że jest to obrona kapitalistycznego imperializmu.

      @Revmir: bzdura, tak to można sobie wszystko dopowiedzieć

      Co do gazowania s. 621 anglojęzycznej "Cnoty egoizmu".

      ?? The Virtue of Selfishness: A New Concept of Egoism ma 173 strony
      polskie wydanie ma 266

    • więcej komentarzy (24)

  •  

    @bitcoholic: dość obrzydliwie twój komentarz w tym wpisie brzmi, niczym byś powiedział "kto czytał Mein Kampf plusuje, zobaczymy ile jest elity na mirko". Przypominam że ta zbrodniarka popierała holocaust Indian.

    @RedRight nawet ty przyznasz, że jednym z najgorszych przewinień ZSRR było wykształcenie tej plutokratycznej propagandystki.

    #antykapitalizm #kapitalizm #libertarianizm [ #cytatywielkichludzi (WTF! Żaden szanujący się filozof nie traktuje jej poważnie) - puknij się w ten pusty łeb @cqwtg1355 ] #aynrand i trochę #bekazlibertarian prawicowych
    pokaż całość

  •  

    Jeżeli istnieją prawoskrętne nurty anarchizmu to nie należy do nich żadem oksymoron w rodzaju "a"kapu a anarchoindywidualizm. Chociaż do mnie nie do końca przemawia taka filozofia, wrzucam tutaj ważny tekst z anarchistycznego FAQ, gdyż uważam iż może być to dobra odtrutka na tandetę ideową jaką jest randyzm.

    Jakie są idee Maxa Stirnera?

    Dzieło Stirnera Jedyny i jego własność w pewnym stopniu przypomina stosowany w psychologii test Rorschacha, polegający na opisywaniu, co przedstawiają plamy atramentu. W zależności od psychiki danego czytelnika albo czytelniczki, może być ono interpretowane na wiele całkowicie odmiennych sposobów. Toteż niektórzy wykorzystywali idee Stirnera do obrony kapitalizmu, podczas gdy inni przy ich pomocy argumentowali na rzecz anarchosyndykalizmu. Na przykład wielu przedstawicieli ruchu anarchistycznego w szkockim Glasgow potraktowało dosłownie Stirnerowski "Związek Egoistów" i uczyniło zeń podstawę do organizowania ruchu anarchosyndykalistycznego. W niniejszej sekcji FAQ wykażemy dlaczego, naszym zdaniem, syndykalistyczna interpretacja egoizmu jest o wiele bardziej prawidłowa od kapitalistycznej.

    Zanim przejdziemy do tematu, powinniśmy zwrócić uwagę, że dzieło Stirnera miało większy wpływ na anarchizm indywidualistyczny niż na społeczny anarchizm. Na przykład Ben Tucker uznał siebie za egoistę po przeczytaniu Jedynego i jego własności. Jednak i społeczni anarchiści wiele zawdzięczają zrozumieniu myśli Stirnera i wprowadzeniu w życie tego, co w niej jest pożyteczne. Ta sekcja pokaże, dlaczego tak jest.

    A więc o czym w ogóle pisał Stirner? Mówiąc prosto, pisał, że jest on Egoistą, co oznacza, że uważa interes własny za główną pobudkę do każdego działania jednostki, nawet kiedy ona dokonuje rzekomo "altruistycznych" czynów. Więc: "Jestem dla siebie wszystkim i wszystko robię na własny rachunek" [(Jedyny i jego własność), s. 162]. Nawet miłość jest przykładem samolubstwa, "ponieważ miłość mnie uszczęśliwia, kocham, ponieważ miłość jest dla mnie czymś naturalnym, ponieważ zadowala mnie" [Ibid., s. 291]. Namawia innych, aby poszli w jego ślady i "zdobyli teraz się na odwagę, by rzeczywiście uczynić siebie samych pępkiem świata i w ogóle główną sprawą". Jeżeli zaś chodzi o innych ludzi, to Stirner postrzega ich tylko jako środek do sprawiania przyjemności samemu sobie, a to sprawianie przyjemności jest wzajemne: "Dla mnie nie jesteś niczym więcej niż tylko moim pokarmem, nawet gdy czuję przesyt i prosisz mnie, bym mógł zostać przez ciebie wykorzystany. Mamy tylko jeden stosunek do siebie nawzajem, zdatność do wykorzystania, użyteczność, pożytek" [Ibid., ss. 296-7].

    Według Stirnera wszystkie jednostki są wyjątkowe ("Moje ciało nie jest ich ciałem, mój umysł nie jest ich umysłem", Ibid., s. 138) i powinny odpierać wszystkie próby ograniczania lub negowania ich wyjątkowości. "Bycia postrzeganą jako zwykła cząstka, cząstka społeczeństwa, jednostka znieść nie może -- ponieważ jest ona czymś więcej; jej wyjątkowość sprawia, że wzdraga się ona przed tak ograniczonym rozumowaniem" [Ibid., s. 265]. Aby maksymalizować swoją wyjątkowość jednostka musi stać się świadoma rzeczywistych pobudek swoich czynów. Inaczej mówiąc, ludzie muszą stać się egoistami świadomymi, a nie nieświadomymi. Nieświadomy albo niedobrowolny egoista to taki, który "zawsze szuka swojej własnej korzyści, ale jeszcze nie traktuje siebie jako najwyższej istoty; który służy tylko sobie samemu, a jednocześnie zawsze myśli, że służy jakiejś istocie wyższej; który nie zna niczego ponad sobą samym, ale jeszcze jest rozmiłowany w czymś wyższym" [Ibid., s. 36]. Egoiści, przeciwnie, są świadomi, że działają tylko za sprawą interesu własnego, a jeśli już wspierają jakąś "istotę wyższą", to nie dlatego, że jest to szlachetna myśl, tylko dlatego, że da im to korzyść.

    Natomiast sam Stirner nie patyczkuje się z "istotami wyższymi". Owszem, ażeby troszczyć się wyłącznie o swoje własne interesy, atakuje wszystkie "istoty wyższe", uważając je za rzeszę czegoś, co nazywa "zjawami", albo abstrakcjami, dla których jednostki poświęcają się i przez które zostają zdominowane. Wśród "zjaw" Stirner atakuje tak znaczące składniki życia w kapitalizmie, jak własność prywatna, podział pracy, państwo, religia i społeczeństwo samo w sobie. Zanim przejdziemy do Stirnerowskiej wizji społeczeństwa egoistów (i tego, co je wiąże ze społecznym anarchizmem), omówimy przeprowadzoną przez Stirnera krytykę kapitalizmu.

    Dla egoisty własność prywatna to zjawa, która "żyje z łaski prawa (...) staje się >>moja<< dopiero przez działanie tegoż prawa" [Ibid., s. 251]. Mówiąc prościej, własność prywatna istnieje wyłącznie "za sprawą ochrony Państwa, z łaski Państwa" [Ibid., s. 114]. Przyznając, że potrzebuje ona państwowej ochrony, Stirner jest także świadomy, że "nie robi żadnej różnicy >>dobrym obywatelom<< to, kto ich chroni i jakie wyznaje zasady, czy to jest król, monarcha absolutny, czy też monarcha konstytucyjny, czy republika, byleby tylko znajdowali się oni pod ochroną. A jakie są te ich zasady, czego obrońców oni zawsze >>kochają<< ? (...) obrońców mienia przynoszącego zyski (...) działającego kapitału (...)" [Ibid., ss. 113-114]. Jak można zobaczyć na podstawie poparcia kapitalistów dla faszyzmu w minionym stuleciu (oraz rodzącej się klasy kapitalistów dla komunistycznego reżimu w Polsce przed 1989 r.), Stirner miał rację -- dopóki tylko dany reżim wspiera interesy kapitalistów, "dobrzy obywatele" (włączając w to wielu z tak zwanej "libertariańskiej" prawicy) będą go popierali.

    Stirner zauważa nie tylko to, że własność prywatna istotnie wymaga ochrony ze strony państwa, lecz także że prowadzi ona do wyzysku i ucisku. Zaznacza on, że "zasadą" własności prywatnej jest "oczywiście praca, ale niewielka albo żadna ze strony siebie samego, tylko praca kapitału i podwładnych wyrobników" [Ibid., ss. 113-114]. Do tego jeszcze Stirner atakuje podział pracy wynikający z obecności własności prywatnej za jego zabójcze skutki dla ego i indywidualności pracownika (patrz sekcja D.10, "Jak kapitalizm wpływa na technologię?"). Jednak to właśnie wyzysk pracy stanowi podstawę państwa, ponieważ państwo "opiera się na zniewoleniu pracy. Jeśli praca stanie się wolna, Państwo zginie" [Ibid., s. 116]. Bez wartości dodatkowej służącej wyżywieniu funkcjonariuszy państwa nie mogłoby ono istnieć.

    Według Stirnera państwo jest największym zagrożeniem dla jego indywidualności: "Nie jestem wolny w żadnym Państwie" [Ibid., s. 195]. A to dlatego, że państwo rości sobie pretensje do suwerennej władzy nad danym obszarem, podczas gdy zdaniem Stirnera tylko ego może być suwerenem nad samym sobą i tym, co wykorzystuje ("własnością" Jedynego): "Jestem swój sam tylko wtedy, gdy jestem panem samego siebie" [Ibid., s. 169] . Z tego powodu Stirner namawia do powstania przeciwko wszelkim formom władzy i do nieszanowania własności. Gdyż "jeżeli człowiek dojdzie do punktu, w którym straci szacunek dla własności, każdy będzie miał własność, ponieważ wszyscy słudzy staną się wolnymi ludźmi, gdy tylko nie będą już szanowali pana jako pana" [Ibid., s. 258]. Żeby zaś praca stała się wolna, wszyscy muszą mieć "własność". "Ubodzy, kiedy tylko powstaną, staną się wolni, zostaną właścicielami" [Ibid., s. 260].

    Stirner uznaje doniosłość wyzwolenia osobistego i tego, że władza często istnieje wyłącznie za sprawą przyzwolenia rządzonych. Przekonuje, że "(...) żadna rzecz nie jest święta sama w sobie, lecz dopiero gdy ja uznam ją za świętą, stanie się taka przez moją deklarację, przez mój osąd, przez zgięcie moich kolan; w skrócie - przez moje sumienie" [Ibid. s. 72]. Jednostki muszą wyzwolić się z kultu właśnie tego, co społeczeństwo uznaje za "święte", aby mogły odkryć swoją prawdziwą jaźń. I, co jest istotne, częścią tego procesu wyzwalania się jest zniszczenie hierarchii. Według Stirnera "Hierarchia to panowanie nad czyimiś myślami, panowanie nad czyimś umysłem!" i oznacza to, że jesteśmy "trzymani w ryzach przez tych, których popieramy w myślach" [Ibid., s. 74], tzn. przez naszą własną wolę niekwestionowania władzy i źródeł tej władzy, takich jak własność prywatna i państwo.

    Stirner nie czuje niczego oprócz pogardy dla tych, którzy, tak jak dzisiejsi "libertariańscy" kapitaliści, uważają "zysk" za klucz do "samolubstwa" - ponieważ "chciwość" stanowi tylko jedną z cząstek naszego ego, zaś spędzenie swojego życia tylko na zaspokajaniu potrzeb tej jednej cząstki stanowi wyrzeczenie się potrzeb wszystkich pozostałych części. Stirner nazwał taką pogoń za zyskiem "składaniem siebie samego w ofierze", czyli "jednostronnym, zamkniętym, wąskim egoizmem", prowadzącym do stania się niewolnikiem jednej dziedziny swojego życia. Bowiem "ten, kto zostawia wszystko inne dla jednej rzeczy, jednego przedmiotu, jednej woli, jednej namiętności (...) jest rządzony przez namiętność, której składa wszystko inne jako ofiary" [Ibid., s. 76]. **Zdaniem prawdziwego egoisty kapitaliści w takim sensie "składają siebie samych w ofierze", ponieważ kieruje nimi jedynie chęć zysku. W końcu ich zachowanie staje się jeszcze jedną formą samozaparcia, gdyż kult pieniądza doprowadza ich do lekceważenia innych składników samego siebie, takich jak wczuwanie się w innych ludzi czy też krytyczne myślenie (saldo bankowe staje się świętą księgą). Społeczeństwo opierające się na tego rodzaju "egoizmie" kończy podkopując składające się na nie ego różnych ludzi, uśmiercając indywidualność danego człowieka i innych ludzi, a zatem zmniejszając ogromny potencjał "użyteczności" innych ludzi dla mnie. Na dodatek pęd za zyskiem nawet nie opiera się na interesie własnym; wymusza go na jednostce samo funkcjonowanie rynku (a więc obca władza). Prowadzi to do tego, że praca "pochłania cały nasz czas i wysiłek", nie pozostawiając jednostce żadnego czasu na "osiągnięcie zadowolenia z siebie samego jako z kogoś wyjątkowego" **[Ibid., ss. 268-9].

    Stirner w swoich rozważaniach zwraca się również przeciwko "socjalizmowi" i "komunizmowi". W tej dziedzinie jego krytyka jest równie druzgocąca, jak jego krytyka kapitalizmu. Zdaniem niektórych ten atak nadaje jego dziełu wrażenie sprzyjania kapitalizmowi, chociaż, jak wykazaliśmy powyżej, nie jest to prawda. Stirner rzeczywiście atakował socjalizm, ale był to atak (całkowicie zresztą słuszny) na państwowy socjalizm, a nie na wolnościowy, który w owym czasie tak naprawdę jeszcze nie istniał (jedynym powszechnie znanym anarchistycznym dziełem tamtych czasów było Co to jest własność? Proudhona, wydane w 1840 roku. Oczywiste jest, że dzieło to nie mogło od razu dać pełnego wyrazu kierunkom rozwoju anarchizmu, jakie miały później nadejść). Stirner wykazał też, dlaczego moralistyczny (czyli altruistyczny) socjalizm jest skazany na klęskę. Stanowiło to podbudowę późniejszej teorii, mówiącej, że socjalizm sprawdzi się tylko wtedy, gdy będzie oparty na egoizmie (czasem się dodaje: na komunistycznym egoizmie). Stirner słusznie zaznaczył, że to, co bywa nazywane socjalizmem, to nic innego, jak tylko ulepszony liberalizm, a jako taki pomija on jednostki: "Komu liberał się przygląda jako równemu sobie? Człowiekowi! (...) Inaczej mówiąc, on w tobie widzi nie ciebie, ale gatunek biologiczny" [Ibid., s. 123]. Socjalizm pomijający potrzeby jednostki przyczynia się do utworzenia państwowego kapitalizmu i niczego więcej. "Socjaliści" z tej szkoły zapominają, że "społeczeństwo" składa się z jednostek, i że to właśnie te jednostki pracują, myślą, kochają, bawią się i cieszą. Więc: "że społeczeństwo w ogóle nie jest żadnym ego, które mogłoby dawać, obdarowywać albo gwarantować, lecz tylko narzędziem albo środkiem, dzięki któremu możemy wyprowadzać korzyści (...) o tym socjaliści nie pomyślą, ponieważ są oni -- tak jak liberałowie -- więźniami religijnego dogmatu, do którego żarliwie dążą -- świętego społeczeństwa, tak jak dotychczas święte było Państwo" [Ibid., s. 123].

    Zatem jak egoistyczna wizja Stirnera mogłaby pasować do społecznych idei anarchistycznych? Klucz do zrozumienia tego powiązania stanowi Stirnerowska idea "związku egoistów", proponowany przez niego alternatywny sposób zorganizowania nowoczesnego społeczeństwa. Stirner wierzy, że gdy coraz więcej ludzi będzie się stawało egoistami, konflikty w społeczeństwie będą się zmniejszały, gdyż każda osoba będzie uznawała wyjątkowość innych osób, stwarzając w ten sposób odpowiednie środowisko, w którym będą one mogły współpracować (czyli znajdować "ostoje" w "wojnie wszystkich ze wszystkimi"). Te "ostoje" Stirner nazwał "Związkami Egoistów". Ma to być sposób, przy pomocy którego egoiści będą mogli, po pierwsze, "unicestwić" państwo, po drugie, zniszczyć jego twór, własność prywatną, gdyż będą "mnożyli dobra jednostki i zabezpieczali jej własność przed napaścią" [Ibid., s. 258].

    Upragnione przez Stirnera związki opierałyby się na wolnym porozumieniu, były spontanicznymi, dobrowolnymi stowarzyszeniami wyłonionymi z wzajemnych potrzeb zainteresowanych, którzy "troszczyliby się najlepiej o swój dobrobyt, gdyby się zjednoczyli z innymi" [Ibid., s. 309]. Grupy te, inaczej niż państwo, istniałyby, żeby zapewniać coś, co Stirner nazywa "relacjami", albo "związkami" między jednostkami. Ażeby lepiej zrozumieć charakter tych stowarzyszeń, które zastąpią państwo, Stirner wylicza przykłady związków między przyjaciółmi, kochankami albo dziećmi podczas zabawy (patrz też [Bez Boga i pana], t. 1, s. 25). Przykłady te obrazują taki rodzaj związków międzyludzkich, który maksymalizuje samozadowolenie, przyjemność, swobodę i odrębność jednostek, jak również zabezpiecza zaangażowanych przed poświęcaniem czegokolwiek podczas ich trwania. Tego rodzaju stowarzyszenia opierają się na zasadach wzajemności oraz swobodnej, spontanicznej współpracy między równymi sobie. Stirner ujął to tak: "związek to wzajemność, to działanie, to spełnienie się jednostek" [Ibid., s. 218], a jego celem jest "przyjemność" i "zadowolenie z siebie".

    Ażeby zapewnić, że zaangażowani nie będą musieli poświęcać niczego ze swojej wyjątkowości i wolności, umawiające się strony będą musiały mieć mniej więcej taką samą pozycję przetargową, a tworzone stowarzyszenie musi opierać się na samorządności (tzn. równej władzy dla każdego). W innym wypadku możemy założyć, że niektórzy ze stowarzyszonych egoistów przestaną być egoistami i pozwolą na zdominowanie siebie przez innych, co jest niepożądane. Sam Stirner tak przekonywał:
    Ale czy stowarzyszenie, w którym większość członków pozwala na uciszanie siebie w sprawach dotyczących ich najnaturalniejszych i najoczywistszych interesów, naprawdę jest jeszcze stowarzyszeniem Egoistów? Czy naprawdę >>Egoistami<< mogą być ci, którzy tak się ze sobą związali, że jeden jest niewolnikiem albo sługą drugiego? (...)
    Społeczeństwa, w których potrzeby niektórych są zaspokajane kosztem reszty, powiedzmy, gdzie niektórzy mogą zaspokajać swoje potrzeby odpoczynku dzięki temu, że reszta musi pracować aż do całkowitego wyczerpania, gdzie niektórzy mogą prowadzić łatwe życie, ponieważ inni żyją w nędzy i mrą z głodu (...) są raczej zrzeszeniami religijnymi [niż rzeczywistym stowarzyszeniem Egoistów] [(Bez boga i pana), t. 1, s. 24].


    Toteż bunt egoizmu przeciwko wszystkim hierarchiom ograniczającym swobodę ego logicznie prowadzi do kresu autorytarnych stosunków społecznych, zwłaszcza tych związanych z własnością prywatną i państwem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że kapitalizm jest nacechowany ogromnymi różnicami pozycji przetargowych poza swoimi "stowarzyszeniami" (tzn. firmami) oraz różnicami władzy w obrębie tychże "stowarzyszeń" (tzn. hierarchią szefów i pracowników), to z egoistycznego punktu widzenia w interesie własnym ludzi poddanych takim układom leży pozbycie się ich i zastąpienie ich związkami opierającymi się na zasadach wzajemności, wolnego stowarzyszenia i samorządności.

    Znając wszechstronność i egalitarny charakter związku egoistów można zauważyć, że związek taki ma niewiele wspólnego z tak zwanymi wolnymi porozumieniami w kapitalizmie (a w szczególności z pracą najemną). Hierarchiczna struktura firm kapitalistycznych raczej nie stworzy stowarzyszeń, w których doświadczenia jednostki będzie można porównywać do doświadczeń zdobywanych przez zaangażowanie w przyjaźń albo przez zabawę, czy też stowarzyszeń, w których panuje równość. Istotną cechą "związku egoistów" według Stirnera jest to, że takie grupy powinny być "własnością" ich członków, nie zaś że uczestnicy mają być własnością grupy. Jest to odwołanie do wolnościowej formy organizowania się w obrębie tychże "związków" (czyli organizowania się opartego na równości i uczestnictwie), a nie do formy hierarchicznej. Jeżeli nie ma się nic do powiedzenia w sprawach reguł funkcjonowania danej grupy (co ma miejsce na przykład w płatnym niewolnictwie, w którym pracownicy mają "wybór" typu "kochaj albo rzuć"), to trudno byłoby powiedzieć, że się jest jej współwłaścicielem, nieprawdaż? Stirner rzeczywiście przekonuje, że "jako wyjątkowa jednostka w stowarzyszeniu polegasz na samym sobie, ponieważ nie jesteś własnością tego stowarzyszenia, ponieważ to ty jesteś tym, którego ono jest własnością" oraz "Nie życzę sobie zostać niewolnikiem moich opinii, raczej podporządkowywałbym je swojemu ciągłemu krytycyzmowi" [Op.Cit., s. 17]. Więc Stirnerowskiego "związku egoistów" nie można porównywać do kontraktów między pracodawcą a pracobiorcą, gdyż nie można powiedzieć, żeby organizacja będąca wynikiem takiego kontraktu była "własnością" pracobiorców (ani też nie są oni właścicielami samych siebie podczas godzin pracy, sprzedawszy swój czas/wolność szefowi w zamian za zapłatę -- patrz sekcja B.4). Dopiero w stowarzyszeniu partycypacyjnym można swobodnie "polegać na samym sobie" i podporządkowywać swoje opinie i całe stowarzyszenie "swojemu ciągłemu krytycyzmowi" -- w ramach kapitalistycznych kontraktów obie te rzeczy byłyby możliwe tylko za zgodą szefów.

    I przez tę właśnie właściwość, kapitalistyczne kontrakty nie polegają na "zostawianiu siebie nawzajem w spokoju" (używając frazesu "anarcho"kapitalistów). Żaden szef nie "zostawi w spokoju" robotników w swojej fabryce, ani też właściciel ziemski nie "zostawi w spokoju" człowieka uprawiającego bez pozwolenia ziemię, którą ten właściciel posiada, lecz swoimi rękoma nie uprawia. Stirner odrzuca wąskie pojęcie "własności" jako własności prywatnej środków produkcji i uznaje społeczny charakter "własności", której wykorzystywanie często wywiera silny wpływ na znacznie większą liczbę ludzi niż tylko rzeczeni "właściciele": "Nie wymykam się nieśmiało z twojej własności, lecz zawsze spoglądam na nią jako na moją własność, na której nie >>szanuję<< niczego. Zaklinam was: Zróbcie to samo z tym czymś, co nazywacie moją własnością!" [The Ego and Its Own (Jedyny i jego własność), s. 248]. Takie stanowisko logicznie prowadzi zarówno do idei samorządności pracowniczej, jak i idei kontroli w rękach społeczności u podstaw (które zostaną pełniej omówione w sekcji I), gdyż ci, na których los wpływa dana działalność, będą nią bezpośrednio zainteresowani. Nie pozwolą oni, aby przez "szacunek" dla własności "prywatnej" był dopuszczalny ich ucisk przez innych.

    Ponadto egoizm (interes własny) musi prowadzić do samorządności i wzajemnej pomocy (solidarności), ponieważ osiągając porozumienia opierające się na wzajemnym szacunku i równości społecznej zapewniamy sobie więzi niehierarchiczne. Jeżeli panuję nad kimś, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa także i nade mną ktoś zapanuje. Eliminując hierarchię i dominację, ego uzyskuje prawo doświadczania i wykorzystywania pełnego potencjału innych ludzi. Jak przekonywał Kropotkin w Pomocy wzajemnej, wolność osobista i społeczna współpraca nie tylko nie są ze sobą sprzeczne, lecz także gdy idą z sobą w parze, stwarzają najbardziej sprzyjające warunki dla kreatywności wszystkich osób w społeczeństwie.

    Toteż związki egoistów Stirnera są blisko spokrewnione z pragnieniem społecznych anarchistów, by powstał świat oparty na swobodnie sfederowanych jednostkach, współpracujących ze sobą jako równe. Centralna dla jego myśli idea "własności" -- tego, co jest wykorzystywane przez ego -- jest ważnym pojęciem dla społecznego anarchizmu, ponieważ kładzie ona silny nacisk na to, że hierarchia rozwija się wtedy, gdy pozwalamy sobie stawać się niewolnikami idei i organizacji, gdy tymczasem to one powinny nam służyć, a nie odwrotnie. Partycypacyjna społeczność anarchistyczna będzie się składała z osób, które będą musiały być pewne, że pozostanie ona ich "własnością" i będzie cały czas pod ich kontrolą; stąd znaczenie zdecentralizowanych organizacji typu konfederacji, zapewniających taką kontrolę. Wolne społeczeństwo musi zostać zorganizowane w taki sposób, żeby zapewnić swobodny i pełny rozwój indywidualności i maksymalizować przyjemność uzyskiwaną ze współdziałania i aktywności poszczególnych osób. Na koniec Stirner wykazuje, że pomoc wzajemna i równość nie opierają się na jakiejś abstrakcyjnej moralności, ale na interesie własnym, zarówno w celu obrony przed hierarchią, jak i dla przyjemności płynących ze współdziałania wyjątkowych jednostek.

    Stirner znakomicie pokazuje, jak abstrakcje i sztywne idee ("zjawy") wpływają na sposób naszego rozumowania, postrzegania samych siebie i działania. Ukazuje, jak to się dzieje, że hierarchia swoje korzenie ma w naszych umysłach, w tym, jak patrzymy na świat. Zaproponował nam bezkompromisową obronę indywidualności w autorytarnym, wyobcowanym świecie, umieścił podmiotowość jednostki w sercu każdego rewolucyjnego projektu - tam właśnie jest ona niezbędna. Na koniec trzeba powiedzieć, że Stirner stale nam przypomina, że wolne społeczeństwo musi swoim istnieniem służyć realizowaniu interesów wszystkich, i że musi się opierać na spełnieniu się, wyzwoleniu i radości jednostki. Jest to bardzo ważne, ponieważ w czasach rewolucyjnego wrzenia wielu totalitarystów (np. faszystów i komunistów) podszywa się pod wolnościowców. Jednakże wszyscy totalitaryści zawsze zdecydowanie potępiali punkt widzenia przedstawiony przez Stirnera.

    #antykapitalizm - obserwujcie, piszcie
    #neuropa #anarchizm #filozofia #bekazlibertarian #bekazprawakow #kapitalizm #wolnyrynek #libertarianizm #prawica #aynrand #obiektywizm #akap #anarchokapitalizm #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  
    3....0

    +14

    Przekonania kucy rzekomo broniących dziedzictwa cywilizacyjnego europy i wartości chrześcijańskich tak naprawdę z nimi kolidują, ba, są ich odwróceniem. Bawiło mnie niezmiernie, jak uświadamiał to korwinistom niejaki Krzysztof Karoń czy też Grzegorz Braun określający randyzm ludożerstwem. Proszę zobaczyć poniższą treść - katol tradycjonalista mocno masakruje kapitalistycznych materialistów:

    Z chrześcijańskiego punktu widzenia własność nie jest usprawiedliwiona sama przez się, lecz przez swoją funkcję społeczną (której istnienie zaciekle negują liberalni materialiści). Ludzkie prawo własności ma uzasadnienie wyłącznie w obowiązkach wynikających z jej posiadania. Możemy dysponować własnością, by móc wypełniać te obowiązki. Własność sama w sobie nie stanowi wartości moralnej – moralny charakter własności zależy całkowicie od realizacji jej funkcji społecznej. Z chrześcijańskiego punktu widzenia nie ma bardziej błędnego poglądu, niż ten zawarty w ulubionej formułce liberalnych materialistów: „To moja własność i nikomu nic do tego, co z nią robię! Bo na tym polega wolność!” Własność nie jest nam dana po to, żebyśmy mogli jej swobodnie używać, ani tym bardziej po to, żebyśmy mogli sobie dzięki niej poużywać – jak podsuwają nam liberalni materialiści w swojej żałośnie hedonistycznej wizji życia. Własność jest nam dana po to, by rozporządzać nią w ściśle określony sposób – i pod warunkiem, że będziemy tak właśnie czynić.

    Sposób ten wskazuje na przykład św. Tomasz z Akwinu w „Summie teologicznej”, pisząc: Człowiek powinien posiadać rzeczy zewnętrzne nie jako swoje własne, ale jako wspólne, mianowicie z gotowością do przekazania ich innym, znajdującym się w potrzebie. Chrześcijańskie stanowisko jest jasne. Posiadamy własność, aby się nią dzielić: aby pomagać ludziom, którzy znajdują się w trudniejszym położeniu od nas. Pomaganie innym nie oznacza przy tym przykładowo umilania życia własnym bachorom poprzez fundowanie im coraz to nowych zabawek i rozrywek, lecz niesienie pomocy rzeczywiście potrzebującym. Nie oznacza też fundowania zbytków sobie pod pretekstem, że w ten sposób daję zarobić innym (ich wytwórcom i sprzedawcom), lecz odmawianie sobie zbędnych rzeczy i udzielanie ze swej własności tym, którzy nie mają.

    Chrześcijanin praktykuje skromność i umiar, aby w jak największym stopniu wyzwolić się z zależności od rzeczy materialnych i dzięki temu, poprzez ascezę, bardziej podobać się Stwórcy.

    Przeczytajcie cały artykuł: Adam Danek: Mieć albo nie mieć

    #antykapitalizm - obserwujcie - publikujcie - bądźmy solą w oku wolnorynkowych propagandzistów
    #4konserwy #neuropa #chrzescijanstwo #wiara #katolicyzm #naukowcywiary #narodowcy #nacjonalizm #bekazkorwina #bekazlibertarian #bekazprawakow #prawackalogika #kapitalizm #wolnyrynek #libertarianizm #neoreakcja #korwin #prawica #grzegorzbraun #braun #europa #patriotyzm #aynrand #obiektywizm
    pokaż całość

  •  
    3....0

    +19

    Tak libertariańskie slogany mają się do rzeczywistości. A holocaust Indian jest jedynie kroplą w morzu krwi, na której akumulowany przez wieki jest kapitał arystokratycznych czy później finansowych elit oraz bogactwo I świata. Współcześnie kryptofaszyści grabież tą nazywają "niesieniem cywilizacji białego człowieka". Sławiona przez nich ayn rand jawnie gloryfikowała konkwistadorów.
    #antykapitalizm - obserwujcie
    #4konserwy #neuropa #bekazprawakow #bekazlibertarian #libertarianizm #anarchokapitalizm #akap #korwin #ameryka #indianie #aynrand #obiektywizm #anarchoprymitywizm
    pokaż całość

  •  

    https://czerwonapigulka.pl #czerwonapigulka

    Kto jeszcze nie słyszał o Ayn Rand, powinien już dziś nadrobić swoje zaległości. Dlaczego?

    Przez całe życie idziemy w tłumie. Robimy to, co nam przykazano, nie wychylając głowy. Każdy przejaw własnej inicjatywy jest tłumiony już od najmłodszych lat słowami reprymendy – czy to nauczycieli, czy to rodziców: „siadaj i nie zadawaj głupich pytań”.

    Wielu ludzi, niestety, kontynuuje tę wędrówkę w dorosłym życiu, postępując cały czas „bezpiecznie”, nie kontestując statusu quo, wiodąc miałkie, nudne życie, w którym ludzie świadomi sterują nimi jak marionetkami. I tak, niczym potulne owce, starzeją się, przez całe życie nie wypracowawszy sobie własnego zdania i nie przejawiwszy walki o zmianę jutra – a mimo to roszcząc sobie prawo do wychowywania w tych „wartościach” kolejnych pokoleń.

    Mało ludzi jest w stanie rzucić wyzwanie całemu światu i iść przez życie swoją ścieżką, omijając wszelkie przejawy konformizmu i jednakowości. Jest to bowiem wędrówka w samotności.

    Przypominamy jednak, wraz z Ayn Rand, że tak można, a nawet trzeba.

    #indywidualizm #aynrand #konformizm #psychologia #spoleczenstwo
    pokaż całość

  •  

    @ImInLoveWithTheCoco: jutro wychodzisz z bana to weź daj coś w temacie #obiektywizm i może krytyki #aynrand bo widzę, że się udzielałeś

    Miałem tego pecha, że czytałem Goodkina, który jest jednym z jej piewców jednak po za tym "że to gimbusiarska filozofia" to nie ma nic rzetelnego do poczytania.

    I pozwolę sobie zawołać @Brzytwa_Ockhama bo mnie Twój wpis zainteresował przy porównaniu z Dostojewskim.
    #filozofia
    pokaż całość

  •  

    Czym różni się Ayn Rand od Dostojewskiego?

    Egzystencjalizm a modernizm

    Niektórzy mogliby uznać tytuł za druzgocący dla Ayn Rand, ponieważ jakiekolwiek porównanie do Dostojewskiego może wydać się ironią z danego twórcy; Krasicki i Dostojewski, Camus i Dostojewski, nawet Czechow i Dostojewski, występuje tutaj dla czytelnika klasyków jednoznaczne rozróżnienie nie tylko na formę, ale przede wszystkim na treść. Musimy też pamiętać, że dojrzałość pisarza objawia się u niego dojrzałością jego czasów i tak mimo, że Szekspir wielkim poetą był czasy Szekspira nie były na tyle dojrzałe (przede wszystkim przed-industrialne), że i niektórzy krytycy literaccy i pisarze jak Elliot odmawiają mu miano klasyka a nadają mu miano pisarza uniwersalnego. Jaka jest różnica, można się spytać? Przede wszystkim dojrzałość czasów. Tak czy inaczej przejdźmy do Dostojewskiego.

    Proza rosyjska znacząco różni się od europejskiej, przede wszystkim nie żywi tak znaczącego pozytywizmu i mimo, że sam Dostojewski jak i Bierdiajew opisywali znaczące postępy technologiczne nigdy nie uznali tego (jak Comte) za rozwój moralny. Zawsze proza Rosyjska jak i Polska wyrażała pewną nadzieję na rozwój technologiczny, wystarczy wspomnieć Prusa, który przecież w znanej większości Lalce łączy pozytywistę - który wierzy w postęp jak i romantyka - który chciałby wierzyć, że ten postęp implikuje postęp moralny. Mniej niegodziwości, mniej zła - Prus nie kończy dzieła ponieważ o końcu dzieła mogą coś powiedzieć ludzie o końcu czasów, Paruzji lub przy uderzeniu asteroidy. A więc sam Dostojewski w swoich tekstach wyraża dość powszechną opinię o naturze ludzkiej - jest ona zdeformowana i uznając to dopiero może iść do czegoś lepszego. To oczywiście chrześcijańska idea grzechu pierworodnego. Raskolnikow zaś odrzucając ją odrzuca też niedoskonałość ludzkiej duszy uznając, że znajduje się w miejscu pełnego jej potencjału. A przecież okazuje się, że jest inaczej i realizm rosyjski miał nam to dobitnie udowodnić.

    Nie ma u Dostojewskiego trzech etapów ludzkości - mitycznej, religijnej i naukowej ponieważ Dostojewski nie wierzy, że cywilizacja naukowa (której uosobieniem był ZSRR) miałaby stać wyżej moralnie niż mityczna czy religijna. Zresztą większość Rosjan odrzucała to patologiczne rozróżnienie częściej skłaniając się do millenaryzmu w którym koniec XIX wieku miał przynieść olbrzymie zmiany społeczne i geopolityczne a także religijne. Nikt jednak nie mówił, że było to dobre. Nihilizm polityczny zakładał, że wszystko musi upaść żeby zbudować coś dobrego od nowa. Dostojewski ostrzegał w Braciach Karamazow przed tym projektem, który wyczuwał wśród inteligencji Petersburga i Moskwy. Otóż jeden z braci w Braciach wpadł do cerkwi, powywracał wszystko a potem czując się dumnym ustawił wszystko od nowa i oddał pokłon Wielkiemu Rozumowi. Żadnej wolności - niech prowadzi Rozum. I to Rozum z wielkiej litery jak w czasie Rewolucji Francuskiej!

    Ayn Rand, kiedy bolszewicy zabrali jej rodzicom aptekę mogła przyjąć manichejski punkt widzenia - nie było średnich ludzi, byli tylko dobrzy i źli. Istniały tylko dwa obozy. Nawet największy biedak należał do jednego z tych obozów. Tutaj zaczyna się największe podobieństwo i największa różnica między Rosenbaum a Dostojewskim. Dla pierwszej nie istnieje człowiek szary, dla Proroka Rosji człowiek szary jak najbardziej istnieje. A zarazem widać, że Ayn Rand przybyła do świata zachodniego z Rosji. Czuć chociażby w Atlasie Zbuntowanym tą wielką eschatologiczną nutę gdzie grupa ludzi zbawia świat tym samym pokazując, że są Dobrem, Ahurą Mazdą, Gabrielem zabijającym Węża. Hemingway za pewnie nie odczuwał tej wielkiej manichejskiej walki Dobra ze Złem tak jak to odczuwała go Ayn. I tak też w jej czasach następuje rozłam wśród żydowskich braci. Jedni - wystarczy wspomnieć Kuronia czy Michnika - żyjący w granicach wpływów ZSRR prowadzą intelektualną walkę dla Dobra - ZSRR i komunizmu. Dla żydów w sferze wpływów amerykańskich takich jak Arendt czy Rand ZSRR jest imperium zła i chaosu. Reagan uznaje to intelektualne starcie i z rycerza wolności robi motyw przewodni swojej kampanii.

    Człowiek szary żyje jednak dalej a Ayn Rand popełnia tutaj niewybaczalny błąd. Wciągając nas w ramy upolitycznienia wszystkiego de facto przyjmuje założenia Marksa dotyczące kultury w której to wszystko jest podporządkowane kulturze jako takiej. I tak kultura, a przede wszystkim kultura polityczna jest tym co człowieka w największej mierze konstytuuje. Nie religia, nie biologia i ewolucja człowieka (dlatego Jordan Peterson ma problemy w Kanadzie) ani nie etyka, ale kultura polityczna. Tym samym Ayn Rand rozróżniła dwa obozy władzy w której jeden, zły, jest obozem Chaosu, drugi zaś, dobry, jest obozem Porządku. Nie ma nic pomiędzy.

    Dostojewski odrzuca tak samo Marksa jak i egzystencjalizm radykalny w którym egzystencja człowieka jest jego jedyną osią życia. Bohaterowie wszystkich jego książek żyją wielkim, że się tak wyrażę, chrześcijańskim indywidualizmem, gdzie zbawienie leży tylko w rękach danego bohatera. Ayn Rand także uważa, że zbawienie leży w rękach każdego bohatera, ale oprócz tego istnieją dwa zwalczające się obozy. Lub inaczej, jeden nawet nie musi walczyć ponieważ ma racje co jest znane wszystkim którzy przeczytali Atlas Zbuntowany. To opróćz tego to czysta myśl marksistowska, która musiała zostać w umyśle Alicji Rosenbaum skoro uciekła ze Związku Rad. Jej przyszłe poparcie anarchokapitalizmu jest niczym innym jak chęcią stworzenia systemu gospodarczo-politycznego gdzie Dobrzy mogliby wygrać ze Złymi. Gdzie nie istnieje Czyściec. I tak samo jak z Atlasu Zbuntowanego został wykreślony ojciec Amadeusz, który miał rozgrzeszać wszystkich złych bohaterów (patrz - przedmowa) tak z umysłu Rand została usunięta cała klasa średnia i została arystokracja Ducha, którą pewnie Dostojewski w jednym ze swoich dzieł zmieszał z błotem i pokazał, że realia Rosji prędzej zostawiłyby wielkich ludzi na wiosce niż w Moskwie.

    Egzystencjalizm chrześcijański w końcu ma nie po drodze z modernizmem gdzie istnieje czas stary i nowy. Taki egzystencjalizm w końcu nie akceptuję funkcji człowieka jako jego kluczowej osi życia. Dla egzystencjalizmu chrześcijańskiego kluczowe jest poszukiwanie, delficka zasada mówiąca - Poznaj samego siebie - W systemie modernistycznym z funkcją trzeba już się urodzić, dlatego najlepiej ujmują modernizm systemy faszystowskie lub totalitarne takie jak komunizm.

    To różnica między Rand a Dostojewskim i między światem manichejskim a chrześcijańskim.

    Obserwuj #ockham

    Inne moje wpisy:

    ***
    Czy Rzymianie czcili te same bóstwa co Babilończycy i mieszkańcy Skandynawii - https://www.wykop.pl/wpis/30732475/wielosc-bogow-czy-babilonczycy-wikingowie-grecy-i-/

    O pewnym ciekawym rzeczowniku arabskim - https://www.wykop.pl/wpis/29935577/o-pewnym-ciekawym-rzeczowniku-arabskim-otwieranie-/
    ***

    #gruparatowaniapoziomu #publicystyka #socdem #4konserwy #neoreakcja #anarchokapitalizm #aynrand #literatura #historia #filozofia #socjologia #kultura #religia #redpill #chrzescijanstwo #mikromodlitwa (Czy mogę tagować ten chrześcijański tag? Proszę o odpowiedź) #mirkomodlitwa #jordanpeterson #egzystencjalizm

    Na zdjęciu - Rosja w XIX wieku
    pokaż całość

  •  
    P......k

    +29

    Dzis Ayn Rand obchodzilaby 113 urodziny. Warto kultywowac pamiec to tej wspanialej autorce i filozofce, tym bardziej, ze triggeruje osoby zarawno o pogladach bliskich #4konserwy jak i #neuropa. Tych pierwszych tym, ze byla zarowno ateistka jak i pro choice, tych drugich przede wszystkim faktem, ze wykazywala sie #rigcz'em i slusznie wskazywala glupoty i okrucienstwa egalitaryzmu oraz kolektywizmu. No, moze jeszcze tym, ze byla nieprzejednana zwolenniczka #kapitalizm'u.

    #libertarianizm #akap #filozofia #aynrand
    pokaż całość

  •  
    S..........k

    +9

    Wczoraj wykop zadecydował po której stronie barykady stoi ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    pokaż spoiler #polityka #komunizm #akap #obiektywizm #neuropa #4konserwy #tworczoscwlasna #bekazprawakow #fullcommunism #aynrand #karolmarks #marks
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: wyyykop.jpg

  •  

    Który z filozofów miał najwspanialszy aparat językowy oraz który, według was, gdyby pisał lepiej bądź to gorzej, byłby wyżej w hierarchii filozofów?

    Podam parę przykładów:
    Nietzsche gdyby pisał opracowania stylem XIX/XX wiecznego strukturalizmu nie przebiłby się do świadomości powszechnej.
    Hegel gdyby pisał bardziej zrozumiale byłby niekojarzonym filozofem drugiego formatu. Hegel jest synonimem ciemności i poszukiwania czasownika na następnej stronie.
    Platon gdyby pisał koine a nie tymi swoimi attycyzmami to ominęlibyśmy wiele problemów filozoficznych.
    Tomasz z Akwinu pisał jak Arystoteles.
    Marks jakby z nami flirtował, z jego ust nie schodzi uśmieszek miejskiego żyda.
    Wittgenstein zaś pisał jak komputer i jest praojcem..
    Ayn Rand której bohaterowie są tak jaskrawi, że nawet mali obywatele grają w wielkiej walce dobra ze złem. Jest ona Dostojewskim, ale Fiodor zawsze miał oko dla szarego człowieka i wiedział, że takowy istnieje. Oboje pisali wspaniale.
    Heidegger to jakiś dadaizm i męka Daseinów, gdyby był Anglikiem napisałby najwspanielszy esej świata.

    Ktoś ma więcej przykładów?
    #filozofia #aynrand #socdem #neuropa #4konserwy #libertarianizm #literatura
    pokaż całość

    +: L...............i, cruc +19 innych
    •  

      @rainkiller: Kolego, nie ma porównania między Rand a Fryderykiem. Ona to dobra pisarka tworząca dobrze strukturalnie i logicznie dzieła, pół-amatorka filozoficzna. Fryderyk to filozof.

    •  

      @Brzytwa_Ockhama: Ciężko się z tym zgodzić, że Tomasz z Akwinu pisał jak Arystoteles, a nawet wprost odwrotnie, należy ich przeciwstawić. Najkrócej jak można. O pierwszym tak się mówi: "Styl zwięzły, mile wymowny, a myśli wzniosłe, głębokie i jasne” (zob. List Ojca Św. Pawła VI z okazji 700-ej rocznicy śmierci św. Tomasza z Akwinu). O drugim zaś, że: “Odznaczył się w tym, że pisał niedbale” - Bonitz. Albo jak to dawniej w Autobiografii ujął Awicenna: “Przeczytałem książkę zatytułowaną Metafizyka. Nic z niej jednak nie zrozumiałem. Intencje jej autora pozostawały dla mnie niejasne. Daremnie czytałem tę książkę czterdzieści razy, od końca do końca. Nauczyłem się jej na pamięć nie chwytając ani jej sensu, ani celu”. (to się po części być może bierze stąd, że pisma wchodzące w skład korpusu nigdy nie zostały zredagowane przez Arystotelesa z myślą o ich wydaniu).

      Jak to ktoś powiedział o Tomaszu, z jego dzieł mogą z powodzeniem korzystać “laici et parum intelligentes”. O Arystotelesie powiedzieć tego nie można (Augustyn podaje że już początkowe Kategorie uchodziły za bardzo trudne w zrozumieniu; zapewne też dlatego korzystano z rozmaitych komentarzy). Oczywistym jest także dla każdego kto miał tylko styczność z pismami Akwinaty, jego oszczędność, stonowanie i powściągliwość w słowach jest czymś niepowtarzalnym (co wyróżnia go od jakiegokolwiek innego autora).
      Także styl Doktora Powszechnego charakteryzuje o wiele większa surowość, brak jakiejkolwiek kwiecistości czy też ozdobników, i oczywiście niesłychana przejrzystość wynikająca z prostoty wypowiedzi jak i genialnego uporządkowania materiału. Zapewne niejednemu nie do końca zapoznanemu z jego umysłowością może się wydać że styl ten wynika ze skąpego warsztatu językowego, nie jest to jednak prawdą, należy bowiem wiedzieć, że Tomasz jest także autorem jednych z najpiękniejszych hymnów eucharystycznych w Kościele, jak Adoro Te, Pange Lingua etc.
      ( polecam odsłuchać, https://www.youtube.com/watch?v=-xs67InkZ3A ).

      Wychodzi więc z tego co napisałem, który miał “najwspanialszy aparat językowy”.
      Który nie miał, przeciwnie, najgorszy. Jako pierwszy Heraklit uchodził za “ciemnego” i “sławnego z powodu bycia niezrozumiałym”. Jego to wypowiedzi przytacza też w Retoryce Arystoteles, dla przykładu jak nie należy pisać gdy chce się być zrozumianym przez innych. Co ciekawe, o Heraklicie Hegel tak powiedział: “Nie ma takiego zdania Heraklita, którego bym nie włączył do mojej logiki”.

      Ps.

      A co do stylu pisma Tomasza, http://archive.org/stream/operaomniaiussui13thom#page/n15/mode/2up
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (23)

  •  

    Ej #rozowepaski co jest złego w Ayn Rand? xD

    4. Przestrzegałabym także przed przedwczesnym podawaniem swojego numeru telefonu. Raz dałam swój numer przystojnemu kardiochirurgowi po 20 minutach, a w 21. minucie okazał się raczej stuknięty (był też fanem Ayn Rand, co wiele tłumaczy). Unikajcie również tych, co wysyłają pierwszą wiadomość o drugiej w nocy w piątek albo takich, którzy już na starcie starają się nie wiadomo czemu być złośliwi. Ci ostatni naczytali się "The Game" i uwierzyli, że bycie chamem to jedyny ratunek dla ich (jak na razie nieistniejącego) życia seksualnego.

    http://kobieta.gazeta.pl/kobieta_ekstra/1,155242,19571570,zanim-umowisz-sie-na-randke-z-tindera.html

    #aynrand #obiektywizm #tinder
    pokaż całość

    +: K.........a, A........a +4 innych
  •  

    Gazetka Instytutu Ayn Rand z 1987 roku o Korwinie:

    Last December, Janusz Korwin-Mikke contacted Ayn Rand Institute; he was on his first visit to the United States, he said, and one of his main goals was to find Ayn Rand books that he could publish – in Poland. (…) Korwin-Mikke has become a successful publisher and distributor of anti-communist and pro-free enterprise literature. A self-described pro-capitalist “liberal” (in the 19th-century European sense of the term), Korwin-Mikke first read Ayn Rand’s “the Roots of War” about seven years ago. He subsequently published Anthem which did not sell very well, he says, "because the Polish reader is to sophisticated about totalitarianism.
    #korwin #aynrand #obiektywizm #libertarianizm #ciekawostki #akap
    pokaż całość

    +: Primusek, K.........a +20 innych
  •  

    #pasta #humor #harrypotter #aynrand #filozofia

    Wklejam jeszcze raz ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Zauważyłem, że chyba nikt jeszcze nie przetłumaczył drugiej części Harry'ego Pottera wzorowanego na powieściach Ayn Rand i filozofii obiektywistycznej, więc się za to zabrałem. Moje kulejące tłumaczenie poniżej, zachęcam do poprawiania wszelkich błędów. Oryginał tutaj: http://the-toast.net/2014/06/02/ayn-rands-harry-potter-chamber-secrets/

    „Polecieć do Hogwartu samochodem taty?” - załkał Ron - „Mama dałaby nam popalić!”.

    „Nie jest kwestią to czy ktoś mi pozwoli...” - powiedział Harry siadając w fotelu kierowcy podejmując w skupieniu świadomą i przemyślaną decyzję o tym czy zapiąć pasy - „...tylko czy mnie ktoś zatrzyma”.

    *

    „Skrzat musi zostać uwolniony. A rodzina nigdy nie uwolni Zgredka. Zgredek będzie służył rodzinie do końca swego życia...”

    Harry spojrzał na swego rozmówcę: „Słuchaj Zgredku” - cierpliwie przyklęknął i zaczął nauczać - „Wolność w sensie politycznym ma tylko jedno znaczenie: brak fizycznego przymusu. Nie oznacza to wolności od właściciela domu, wolności od pracodawcy czy wolności od praw przyrody. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko wolność od sił przymusu państwowego.”

    W jednej chwili Harry pożałował swej przemowy. Zgredek począł rozpływać się w spazmach wdzięczności.

    „Harry Potter jest z-z-zbyt dobry dla Zgredka!”

    „Posłuchaj” - dziarsko kontynuował Harry - „ponieważ wyjaśnię ci tylko ten jeden raz, bo jestem już spóźniony na obrady Młodzieżowego Zgromadzenia ONZ, które zamierzam oprotestować, gdyż pod płaszczykiem współpracy, skrywają zwykły faszyzm. Wiedza, umiejętność myślenia i racjonalne działanie są właściwe komu, Zgredku?”

    „K-każdej jednostce” - załkał Zgredek

    „To prawda Zgredku. Skoro posługiwanie się lub nie, darem racjonalnego myślenia, zależy tylko od danej jednostki, przetrwanie człowieka wymaga, aby ci którzy myślą, byli wolni od...?”

    „Wpływu tych którzy nie myślą?” - Zgredek zapytał z nadzieją w głosie.

    „Dokładnie” - odpowiedział Harry - „Skoro czarodzieje nie są ani wszechwiedzący, ani nieomylni, muszą mieć wybór czy współpracować ze sobą czy nie, czy może dążyć do realizacji swoich niezależnych celów - każdy według swego racjonalnego osądu. Wolność jest podstawą ludzkiego umysłu. Racjonalny umysł nie działa pod wpływem nacisku, nie podporządkowuje swego poczucia rzeczywistości niczyim rozkazom, dyrektywom czy kontrolom. Nie poświęca swej wiedzy, poczucia prawdy czyjejkolwiek opinii, groźbie, życzeniu, planie czy „dobru”. Tego rodzaju umysł może być ograniczany przez innych ludzi, może być uciszany, wyjęty spod prawa, więziony czy niszczony. Nie może być jednak do niczego zmuszony, co oznacza...” - Harry zawiesił głos

    „Co oznacza, że różdżka nie jest żadnym argumentem” - zapłakał w ekstazie Zgredek

    „Byłeś przez cały czas wolny” - powiedział Harry - „Masz tu piątaka”.

    Oczy Zgredka zapłonęły ogniem jednostki, która zaczęła doceniać wartość pieniądza.

    *

    „Słyszałam, że jest dziedzicem Slytherina” - wyszeptała jedna z dziewcząt, gdy Harry przeszedł obok. Zatrzymał się swobodnie z manierą człowieka, który jest panem własnego ciała.

    „Wybacz” - powiedział chłodno Harry - „Tylko człowiek który nie potrzebuje majątku nadaje się do jego odziedziczenia - człowiek, który jest w stanie zbudować swoją własną fortunę bez względu na to z jakiego pułapu zaczął. Jeżeli dziedzic jest równy swym pieniądzom – one mu służą, jeśli nie – zniszczą go”. Uniósł wysoko głowę właściwie dla osoby, która przyjmuje swe piękno za rzecz oczywistą, ale wie, że inni niekoniecznie.

    *

    „Tak! Tak! Wiem co myślisz! <<Ten to ma dobrze, jest powszechnie znanym czarodziejem>> Ale kiedy ja miałem 12 lat, byłem nikim, tak jak ty. Powiedziałbym, że byłem nawet bardziej nikim. W końcu o tobie kilka osób słyszało, nieprawdaż? Cały ten szum z Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.” Spojrzał na błyszczącą bliznę na czole Harry'ego. „Wiem, wiem – to nie jest tak fajne jak zdobycie pięć razy pod rząd pierwszej nagrody w konkursie Tygodnika Czarodziejów na najbardziej czarujący uśmiech, tak jak ja – ale zawsze to jakiś początek Harry, zawsze to jakiś początek.”

    „Człowieka twórczego napędza pragnienie osiągnięcia czegoś, nie zaś pokonanie innych” - dobiegł głos Harry'ego z kanapy w roku pokoju, na której rozłożył się leniwie niczym kot. To często zadziwiało profesora Lockharta – widział jak Potter porusza się z bezdźwięcznie, z niemal kocią kontrolą i uwagą. Teraz z kolei widział go w pełni rozluźnionego i rozlanego na kanapie w bezkształtnej pozie, tak jakby w jego ciele nie było ani jednej kości. Tak jakby był kotem.

    „Ludzie sądzą iż kłamca zyskuje na swoich kłamstwach” - kontynuował Harry - „Nauczyłem się, że kłamstwo jest aktem wyrzeczenia się własnego ja, ponieważ kłamca poddaje się poczuciu rzeczywistości osoby, którą okłamuje, sprawiając, że ta osoba w pewien sposób nad nim panuje. Osoba, która okłamuje świat jest niewolnikiem tego świata. Nie istnieją żadne białe kłamstwa, jest tylko najczarniejsze zniszczenie, a białe kłamstwo jest zniszczeniem największym.”

    „Ja, Ja...” - zaczął Lockhart

    „Ty nie masz żadnego Ja” - przerwał mu szorstko Harry i rzucił na pożegnanie: „Ty tylko wegetujesz”.

    *

    „To właśnie w tobie podziwiam Harry, zawsze wszystko wiesz”

    „Daruj sobie te komplementy, Hermiona”

    „Mówię poważnie. Jak ty to robisz że zawsze wiesz jaką podjąć decyzję?”

    „Jak możesz pozwalać innym decydować za siebie?”

    „Ale widzisz, nie jestem pewna Harry. Nigdy nie jestem pewna swojego „ja”. Nie wiem czy jestem taka dobra jak mówią mi to inni. Tylko tobie jestem w stanie to wyznać. To chyba dlatego, że ty zawsze jesteś pewny, że ja...”

    „Wcześniej tego nie wiedziałem. Ale to dlatego, że nigdy nie wierzyłem w Boga”

    „Daj spokój, mów rozsądnie” - Hermiona podwinęła szmaragdowy mankiet swojej szaty, odsłaniając cieniutki nadgarstek.

    „Kocham Ziemię. To wszystko co kocham. Nie lubię kształtu jaki mają rzeczy na Ziemi. Pragnę je zmieniać”

    „Dla kogo?”

    „Dla siebie”

    „Pocałuj mnie głuptasie” - zapłakała Hermiona

    Harry sprawnie to zrobił. „Nie musisz mi bić braw.” - powiedział – „Nie oczekuję tego.”

    *

    „W kapitalizmie” - rozpoczął niepewnie Zgredek. Rzucił Harry'emu spojrzenie pełne oddania. Harry był do takich spojrzeń przyzwyczajony, jako człowiek, który żyje w zgodzie ze sobą, nie z innymi.

    „... i według nakazów rynku” - podpowiedział Harry

    „... i według nakazów rynku...” - kontynuował Zgredek przysuwając swą mikrą postać do Malfoy'a i dźgając go w goleń: „...Zgredek jest niezależną jednostką i może zaoferować swe usługi za płacę, którą uznaje za godziwą, konsumentowi, który z tych usług chce skorzystać. Zgredek jest wolnym skrzatem w systemie kapitalistycznym!”

    Malfoy otworzył szeroko gębę jak mistyk i nieracjonalny człowiek, którym zresztą był.

    Draco przypomniał sobie, że kiedyś chciał być artystą. To jego matka wybrała mu lepszy zawód. „Czarodziejstwo” - powiedziała - „to taki szanowany zawód. Poza tym spotkasz samych najlepszych ludzi”. Nie wiedząc kiedy i jak popchnęła go tą ścieżką.

    „To zabawne” - pomyślał Draco. Nie myślał o tych młodzieńczych ambicjach od wielu lat. To zabawne, że powinno go to boleć – ta pamięć. To była noc kiedy sobie o tym przypomniał i to była też noc kiedy zapomniał o tym na zawsze.

    Czarodzieje zawsze robili spektakularne kariery. A na dodatek: czy kiedykolwiek ponosili porażkę? Nagle przypomniał sobie Henry'ego Camerona; osobę znamienitą jeśli chodzi o zaklęcia, dziś – starego pijaka. Malfoy'a przeszedł dreszcz.

    „Zgredek jest panem własnego losu!” - skrzat zaśmiał się, biegnąc w podskokach w dół korytarza - „Zgredek jest oddany swym własnym wartościom!”.

    „Głowa do góry” - powiedział Harry do Malfoy'a - „Masz tu piątaka”.
    pokaż całość

  •  

    Z: Alan Greenspan Era zawirowań.
    [ #aynrand #obiektywizm #filozofia ( ͡° ͜ʖ ͡°) ]

    źródło: i.imgur.com

    +: m.....g, Kapitalis +7 innych
  •  

    Zauważyłem, że chyba nikt jeszcze nie przetłumaczył drugiej części Harry'ego Pottera wzorowanego na powieściach Ayn Rand i filozofii obiektywistycznej, więc się za to zabrałem. Moje kulejące tłumaczenie poniżej, zachęcam do poprawiania wszelkich błędów. Oryginał tutaj: http://the-toast.net/2014/06/02/ayn-rands-harry-potter-chamber-secrets/

    „Polecieć do Hogwartu samochodem taty?” - załkał Ron - „Mama dałaby nam popalić!”.

    „Nie jest kwestią to czy ktoś mi pozwoli...” - powiedział Harry siadając w fotelu kierowcy podejmując w skupieniu świadomą i przemyślaną decyzję o tym czy zapiąć pasy - „...tylko czy mnie ktoś zatrzyma”.

    *

    „Skrzat musi zostać uwolniony. A rodzina nigdy nie uwolni Zgredka. Zgredek będzie służył rodzinie do końca swego życia...”

    Harry spojrzał na swego rozmówcę: „Słuchaj Zgredku” - cierpliwie przyklęknął i zaczął nauczać - „Wolność w sensie politycznym ma tylko jedno znaczenie: brak fizycznego przymusu. Nie oznacza to wolności od właściciela domu, wolności od pracodawcy czy wolności od praw przyrody. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko wolność od sił przymusu państwowego.”

    W jednej chwili Harry pożałował swej przemowy. Zgredek począł rozpływać się w spazmach wdzięczności.

    „Harry Potter jest z-z-zbyt dobry dla Zgredka!”

    „Posłuchaj” - dziarsko kontynuował Harry - „ponieważ wyjaśnię ci tylko ten jeden raz, bo jestem już spóźniony na obrady Młodzieżowego Zgromadzenia ONZ, które zamierzam oprotestować, gdyż pod płaszczykiem współpracy, skrywają zwykły faszyzm. Wiedza, umiejętność myślenia i racjonalne działanie są właściwe komu, Zgredku?”

    „K-każdej jednostce” - załkał Zgredek

    „To prawda Zgredku. Skoro posługiwanie się lub nie, darem racjonalnego myślenia, zależy tylko od danej jednostki, przetrwanie człowieka wymaga, aby ci którzy myślą, byli wolni od...?”

    „Wpływu tych którzy nie myślą?” - Zgredek zapytał z nadzieją w głosie.

    „Dokładnie” - odpowiedział Harry - „Skoro czarodzieje nie są ani wszechwiedzący, ani nieomylni, muszą mieć wybór czy współpracować ze sobą czy nie, czy może dążyć do realizacji swoich niezależnych celów - każdy według swego racjonalnego osądu. Wolność jest podstawą ludzkiego umysłu. Racjonalny umysł nie działa pod wpływem nacisku, nie podporządkowuje swego poczucia rzeczywistości niczyim rozkazom, dyrektywom czy kontrolom. Nie poświęca swej wiedzy, poczucia prawdy czyjejkolwiek opinii, groźbie, życzeniu, planie czy „dobru”. Tego rodzaju umysł może być ograniczany przez innych ludzi, może być uciszany, wyjęty spod prawa, więziony czy niszczony. Nie może być jednak do niczego zmuszony, co oznacza...” - Harry zawiesił głos

    „Co oznacza, że różdżka nie jest żadnym argumentem” - zapłakał w ekstazie Zgredek

    „Byłeś przez cały czas wolny” - powiedział Harry - „Masz tu piątaka”.

    Oczy Zgredka zapłonęły ogniem jednostki, która zaczęła doceniać wartość pieniądza.

    *

    „Słyszałam, że jest dziedzicem Slytherina” - wyszeptała jedna z dziewcząt, gdy Harry przeszedł obok. Zatrzymał się swobodnie z manierą człowieka, który jest panem własnego ciała.

    „Wybacz” - powiedział chłodno Harry - „Tylko człowiek który nie potrzebuje majątku nadaje się do jego odziedziczenia - człowiek, który jest w stanie zbudować swoją własną fortunę bez względu na to z jakiego pułapu zaczął. Jeżeli dziedzic jest równy swym pieniądzom – one mu służą, jeśli nie – zniszczą go”. Uniósł wysoko głowę właściwie dla osoby, która przyjmuje swe piękno za rzecz oczywistą, ale wie, że inni niekoniecznie.

    *

    „Tak! Tak! Wiem co myślisz! <<Ten to ma dobrze, jest powszechnie znanym czarodziejem>> Ale kiedy ja miałem 12 lat, byłem nikim, tak jak ty. Powiedziałbym, że byłem nawet bardziej nikim. W końcu o tobie kilka osób słyszało, nieprawdaż? Cały ten szum z Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.” Spojrzał na błyszczącą bliznę na czole Harry'ego. „Wiem, wiem – to nie jest tak fajne jak zdobycie pięć razy pod rząd pierwszej nagrody w konkursie Tygodnika Czarodziejów na najbardziej czarujący uśmiech, tak jak ja – ale zawsze to jakiś początek Harry, zawsze to jakiś początek.”

    „Człowieka twórczego napędza pragnienie osiągnięcia czegoś, nie zaś pokonanie innych” - dobiegł głos Harry'ego z kanapy w roku pokoju, na której rozłożył się leniwie niczym kot. To często zadziwiało profesora Lockharta – widział jak Potter porusza się z bezdźwięcznie, z niemal kocią kontrolą i uwagą. Teraz z kolei widział go w pełni rozluźnionego i rozlanego na kanapie w bezkształtnej pozie, tak jakby w jego ciele nie było ani jednej kości. Tak jakby był kotem.

    „Ludzie sądzą iż kłamca zyskuje na swoich kłamstwach” - kontynuował Harry - „Nauczyłem się, że kłamstwo jest aktem wyrzeczenia się własnego ja, ponieważ kłamca poddaje się poczuciu rzeczywistości osoby, którą okłamuje, sprawiając, że ta osoba w pewien sposób nad nim panuje. Osoba, która okłamuje świat jest niewolnikiem tego świata. Nie istnieją żadne białe kłamstwa, jest tylko najczarniejsze zniszczenie, a białe kłamstwo jest zniszczeniem największym.”

    „Ja, Ja...” - zaczął Lockhart

    „Ty nie masz żadnego Ja” - przerwał mu szorstko Harry i rzucił na pożegnanie: „Ty tylko wegetujesz”.

    *

    „To właśnie w tobie podziwiam Harry, zawsze wszystko wiesz”

    „Daruj sobie te komplementy, Hermiona”

    „Mówię poważnie. Jak ty to robisz że zawsze wiesz jaką podjąć decyzję?”

    „Jak możesz pozwalać innym decydować za siebie?”

    „Ale widzisz, nie jestem pewna Harry. Nigdy nie jestem pewna swojego „ja”. Nie wiem czy jestem taka dobra jak mówią mi to inni. Tylko tobie jestem w stanie to wyznać. To chyba dlatego, że ty zawsze jesteś pewny, że ja...”

    „Wcześniej tego nie wiedziałem. Ale to dlatego, że nigdy nie wierzyłem w Boga”

    „Daj spokój, mów rozsądnie” - Hermiona podwinęła szmaragdowy mankiet swojej szaty, odsłaniając cieniutki nadgarstek.

    „Kocham Ziemię. To wszystko co kocham. Nie lubię kształtu jaki mają rzeczy na Ziemi. Pragnę je zmieniać”

    „Dla kogo?”

    „Dla siebie”

    „Pocałuj mnie głuptasie” - zapłakała Hermiona

    Harry sprawnie to zrobił. „Nie musisz mi bić braw.” - powiedział – „Nie oczekuję tego.”

    *

    „W kapitalizmie” - rozpoczął niepewnie Zgredek. Rzucił Harry'emu spojrzenie pełne oddania. Harry był do takich spojrzeń przyzwyczajony, jako człowiek, który żyje w zgodzie ze sobą, nie z innymi.

    „... i według nakazów rynku” - podpowiedział Harry

    „... i według nakazów rynku...” - kontynuował Zgredek przysuwając swą mikrą postać do Malfoy'a i dźgając go w goleń: „...Zgredek jest niezależną jednostką i może zaoferować swe usługi za płacę, którą uznaje za godziwą, konsumentowi, który z tych usług chce skorzystać. Zgredek jest wolnym skrzatem w systemie kapitalistycznym!”

    Malfoy otworzył szeroko gębę jak mistyk i nieracjonalny człowiek, którym zresztą był.

    Draco przypomniał sobie, że kiedyś chciał być artystą. To jego matka wybrała mu lepszy zawód. „Czarodziejstwo” - powiedziała - „to taki szanowany zawód. Poza tym spotkasz samych najlepszych ludzi”. Nie wiedząc kiedy i jak popchnęła go tą ścieżką.

    „To zabawne” - pomyślał Draco. Nie myślał o tych młodzieńczych ambicjach od wielu lat. To zabawne, że powinno go to boleć – ta pamięć. To była noc kiedy sobie o tym przypomniał i to była też noc kiedy zapomniał o tym na zawsze.

    Czarodzieje zawsze robili spektakularne kariery. A na dodatek: czy kiedykolwiek ponosili porażkę? Nagle przypomniał sobie Henry'ego Camerona; osobę znamienitą jeśli chodzi o zaklęcia, dziś – starego pijaka. Malfoy'a przeszedł dreszcz.

    „Zgredek jest panem własnego losu!” - skrzat zaśmiał się, biegnąc w podskokach w dół korytarza - „Zgredek jest oddany swym własnym wartościom!”.

    „Głowa do góry” - powiedział Harry do Malfoy'a - „Masz tu piątaka”.

    #pasta #humor #harrypotter #aynrand #filozofia
    pokaż całość

  •  

    Lubię widok człowieka stojącego u stóp drapacza chmur - powiedział. - Jest jak mrówka. Czy nie wydaje ci się to żartem stosownym do okoliczności? Przeklęci głupcy! Przecież to człowiek stworzył tę niewiarygodną masę kamienia i stali. Nie czyni go to małym, lecz wynosi ponad tę konstrukcje, ujawnia światu jego prawdziwą wielkość
    Ayn Rand Źródło
    #aynrand #cytatyarchitektoniczne #cytatywielkichludzi pokaż całość

  •  

    Dziś walentynki,
    Lecz mówiła Rand:
    "Kochaj siebie"
    Więc jestem sam

    #aynrand #walentynki #zakochanywykop

    źródło: litkicks.com

  •  

    A Wy co, dalej #libertarianizm ? ( ͡º ͜ʖ͡º)

    pokaż spoiler Wygląda na to, że polski ruch #obiektywizm zaczyna się konsolidować - właśnie dostałem odpowiedź z wypełnionego "Spisu Powszechnego" od Obiektywizm.pl , i jestem dobrej myśli, że coś zdrowego będzie się działo wokół #aynrand . Książki już wygrać się nie da, ale wypełnić warto


    o tu
    pokaż całość

    •  

      @Sihill_pl ale tak działa wolny rynek i mają prawo nie pomagać jeśli nie chcą. Nie jestem Randysta ale nie rozumiem co chcesz przekazać.

    •  

      @Sihill_pl przede wszystkim obiektywizm to filozofia, ich stosunek do polityki jest wtórny, a libertarianizm to inna para kaloszy. Porównywanie obiektywizmu jako myśli o bardzo szerokim spektrum do liberrarianizmu jest nieporozumieniem. A to jak opisujesz egoizm ma się nijak do tego o co A Rand chodziło. Z resztą oskarżenia wobec obiektywistów o szkodzenie idei są śmieszne bo to dwie różne idee jedynie obiektywizm jest w znacznym stopniu myślą której implikacją są wnioski bardzo zbliżone do libu. pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Jako, że #guwnoburza o równouprawnienie jest w gorących polecam zobaczyć co najwybitniejsza kobieta która chodziła po naszej planecie mówiła o równouprawnieniu i prawach kobiet
    #obiektywizm #rozowepaski #niebieskiepaski #aynrand

    źródło: youtube.com

  •  

    (tl;dr, zobaczymy czy lud zaakceptuje)
    PASTA O TOMASZU KAMMELU
    Elo anonki/akapki/mirki/ktokolwiek czyta to, co naprodukowałem. Opowiem Wam dzisiaj historię, która spowodowała totalne przebiegunowanie moich sympatii politycznych.
    Pochodzę z niewielkiego miasteczka na zachodzie Polszy (nazwę miejscowości zachowam dla siebie, bo stalk), będącego do bólu stereotypowym potworkiem posttransformacyjnym - skromny ryneczek z urzędem, drobny targ z mydłem i powidłem, kościół (oczywiście), dwa GS-y, pozostałości dawnego PGR-u, MDK, podstawówka (łączona z gimnazjum), ogólniak i remiza. Transformacja ustrojowa i jej główny architekt Leszek Balcerowicz są w tym "mieście" synonimami najgorszych mocy piekielnych. Kanwą życia kulturalnego w miasteczku są cotygodniowe dyskoteki w remizie, dożynki oraz doroczny jarmark organizowany z okazji dni "miasta", zaś rolę azylu kultury wyższej przejęła niewielka biblioteka, w której asortymencie nie znajdziecie nic oprócz romansów dodawanych kiedyś do "Pani Domu" i lektur szkolnych.
    Długo myślałem nad umieszczeniem całej historii na relatywnie krótkiej półprostej symbolizującej moje piwniczne życie i dochodzę do wniosku, że jej początków należy szukać jeszcze w głębokich latach 90. i mojej pierwszej szkolnej znajomości. Rzecz jasna, z racji mało zachęcającej aparycji oraz niskiego social skilla już w przedszkolu moi rówieśnicy spisali mnie na straty i skazali na dożywotni ostracyzm społeczny. O ile początkowo było to dosyć dokuczliwe, o tyle z bólem i trudem przystosowałem się do takiej a nie innej pozycji w łańcuchu pokarmowym tego miasteczka. No homies, no gf, no social life trwałoby zapewne dalej i doprowadziłoby do rychłego samounicestwienia, gdyby nie spotkanie z Bartkiem.
    Pamiętam ten dzień aż za dobrze - mieliśmy wtedy oboje po 7 lat, był on nowym uczniem w naszej szkole. Tego pamiętnego dnia Bartek spóźnił się na pierwszą lekcję, na której pani opowiedziała nam hehe śmieszną bajkę o nieporadnym skrzacie, który mieszkał w kopalni. Bartek wpadł zdyszany do klasy na sam koniec historyjki. Wybrał tym samym moment tak tragicznie, jakby był tylko bezwolnym statystą w scenariuszu tragifarsy pisanej przez popularne dzieci z naszej szkoły. Pani przedstawiła widocznie przestraszonego nowym otoczeniem Bartka naszej klasie i ku jego przerażeniu zaprosiła nas do zadawania mu pytań odnośnie dawnej szkoły, zainteresowań etc. Ja bez większego zaangażowania śledziłem wszystko z ostatniej i - co istotne - w połowie pustej ławki. Nikt nie był zbytnio skory, aby indagować Bartosza o jego życie, jednak jeden z członków frakcji popularnych idiotów (nazwijmy go Mati) nie omieszkał skomentować mikrego wzrostu naszego nowego kolegi.
    -Ale proszę pani, on wygląda jak ten kobold z bajki, którą nam pani opowiadała hehe xDDDDDDDD
    Cała klasa (oprócz, rzecz jasna, zażenowanego mnie) zawtórowała mu śmiechem (ciężko powiedzieć, czy zrobili to z autentycznego rozbawienia, czy też aby przypodobać się Matiemu i zalegitymizować jego władzę nad stadem jako samca alfa, dodam tylko, że z tego co wiem Mati zdążył już nakurwić z przeróżnymi wiejskimi karynami dziesięcioro bachorstwa, co poskutkowało zaległościami w alimentach o wysokości dziesięciokrotności rocznego PKB naszego "miasta" oraz odziedziczył parę lat temu po spadniętym z rowerka starym trzy hektary pola rzepaku, stary ciągnik i długi opiewające na bagatelne dwieście tysięcy złotych polskich xDDD to tyle jeśli chodzi o jego samczość). Pani, widząc, że Bartek jest bliski płaczu, skarciła Matiego oraz resztę tego intelektualnego wysypiska śmieci, kazała nam przyjąć Bartka z otwartymi ramionami jako nowego kolegę, a jego samego poprosiła o wybranie sobie miejsca. Wybór nie należał do skomplikowanych - jedyne wolne miejsce w klasie było tuż obok mnie (tak jak wspomniałem, ostracyzm motzno). Bartek rozsiadł się obok mnie i wyjął z plecaka wszystkie niezbędne do chłonięcia wiedzy o bajkach i rysowaniu przybory. Początkowo był wobec mnie dosyć sceptyczny i oziębły, ale szybko zrozumiał, że gramy do jednej bramki przeciw intelektualnej biedocie jaką była reszta naszej klasy i nawiązaliśmy bardzo owocną znajomość. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, jeśli bardzo chcecie, opowiem Wam kiedyś w detalach o naszych podstawówkowych czasach. Dodam tylko, że Bartek był jedną z nielicznych osób, którym udało się spierdolić mentalnie, geograficznie i finansowo do tej słynnej Polszy A, zaś do pseudonimu "Kobold" przywyczaił się i ponoć znajomi nazywają go tak po dziś dzień - pewny nie jestem, gdyż parę lat temu zupełnie zerwaliśmy ze sobą kontakt.
    W przeciwieństwie do mnie Bartkowi udało się skutecznie wyjść ze spierdolenia. O ile podstawówka była pod tym względem okrutna dla nas obu, o tyle już w gimnazjum (byliśmy jednym z pierwszych roczników, który uczęszczał do tej pomyłki systemu edukacji) przynajmniej on dał się poznać jako naprawdę bystra, inteligentna i towarzyska osoba. Jasne - podludzie z naszej dawnej klasy nie zmienili swojego podejścia do nas, ale na całe szczęście w nowej klasie były tylko trzy osoby spośród grona naszych dawnych oprawców.
    Szczególnie kleili się do niego różnej maści "nieprzyjaciele niewoli". Na początku nowego milenium pojawiła się w naszym miasteczku pierwsza kafejka internetowa. Oczywiście poskutkowało to bezpłciowym zwiększeniem się populacji UPR-owców, a pocztą pantoflową szybko rozchodziła się wieść o nowym zbawcy narodu polskiego i pogromcy roszczeniowych robotników znanym jako Janusz Korwin-Mikke xD Pomimo umiłowania wolności, Bartosz pozostał wielce sceptyczny wobec poszerzającego swe wpływy ruchu. Uważał, że wszystkie jak dotąd partie Żądłonia były wciąż kolektywistyczne (choć znacznie mniej niż reszta polskiej sceny politycznej), a sam Korwin jest najzwyklejszym w świecie monetarnym planistą. Swe poglądy opierał na publikacjach ekonomistów i filozofów politycznych, o których w życiu nie słyszeliśmy, a którzy mieli wkrótce stać się naszymi wzorami. Bartosz przyciągnął do swojej frakcji kuców-reformistów, tam zapoznawał ich z dziełami Ludwiga von Misesa, Murraya Rothbarda, Fryderyka von Hayeka, Miltona Friedmana i Henry'ego Hazlitta oraz wzbudzał pogardę wobec gorszych jego zdaniem korwinistów i miłość do wolności. Lekcje wiedzy o społeczeństwie, podczas których wygłaszał płomienne kazania na temat konieczności urynkowienia systemu monetarnego, prywatyzacji wszystkiego i zredukowania państwa do roli stróża praw własności tylko potwierdzały jego intelektualną wyższość nad nami. Nauczyciel-etatysta chyba w życiu żadnej książki o tematyce społecznej oprócz podręcznika WOS-u na oczy nie widział, więc pomrukiwał tylko, że Bartek zrozumie kiedyś, iż brak państwa to utopia i tym podobne brednie xD Oczywiście nie przekonała nas ta biedaargumentacja - w naszym autorskim zestawieniu Bartosz wygrał wszystkie bitwy w trakcie 65-godzinnego toku nauczania WOS-u w gimnazjum. Zdążył już zgromadzić wokół siebie prężnie rozwijające się jak na tak niewielką miejscowość środowisko wolnościowe. Wzorem XIX-wiecznych marksistów utrzymywaliśmy zażyłą korespondencję z innymi tego typu środowiskami, między innymi z kieleckimi wolnościowcami pod przywództwem kompozytora Tomasza Pawła Czapli, znanego również pod pseudonimem Kelthuz (z języka starolechickiego Wojownik z Kielc). Udało nam się nawet zorganizować w jakimś nieużytku budowlanym koncert jego zespołu grającego surowy, kapitalistyczny metal - była to dla mieszkańców naszego rodzinnego zadupia prawdopodobnie jedyna w życiu okazja do posłuchania muzyki innej niż disco polo.
    Zapoznawszy się z klasyką literatury wolnościowej i wygrawszy debaty ze wszystkimi lokalnymi januszowymi "pogromcami neoliberalizmu toczącego Polszę" zaczęliśmy skłaniać się w kierunku lekkiego śmieszkowania, bo jak wiadomo - zawsze się trochę śmieszkuje. Pożyczając sobie pieniądze pytaliśmy się, czy to pożyczka w systemie rezerwy cząstkowej xD, kpiliśmy też z keynesistów stymulujących popyt na wszystko. Ja natomiast w międzyczasie otworzyłem nowy, internetowy front walki o wolność oraz kapitalizm - udało mi się wynegecjować od starszych komputer z dostępem do łącza internetowego o zawrotnej prędkość 120 kbit/s. Bartosz, w obliczu zbyt dużego napływu intelektualnego ubóstwa, zaczął upodabniać nasze środowisko do sekty religijnej. Nazwał nas Nieprzyjaciółmi Niewoli, wyrzucając uprzednio wielu źle rokujących lub mało aktywnych członków. Ja na szczęście, będąc jego przyjacielem ze szkolnej ławy, nie musiałem bać się o moją uprzywilejowaną pozycję w nowo utworzonej grupie. W trakcie spotkania inauguracyjnego Bartek wyłożył wszystkim członkom podstawowe zasady libertariańskiego światopoglądu - niby dobrze każdemu znane, jednak wciąż pouczające. Wyliczał również z pamięci kolejne aksjomaty libertarianizmu. Zaskoczył nas wszystkich również ustanowieniem nowego, trzeciego aksjomatu, poddającego w wątpliwość moralność i sens stosunku seksualnego z kobietami oraz powołaniem bojówki w obrębie grupy, mającej pilnować przestrzegania nowego pryncypium. Na jej czele stanął nasz dobry znajomy Kamil, a bojówka wkrótce przekształciła się w Zakon Rycerzy III Aksjomatu (na marginesie dodam, że - jak mówi stare przysłowie - "ryba psuje się od głowy" i podobno Bartek łamie teraz aksjomat swojego autorstwa z jakąś wcale niebrzydką karyną, która nie umie strzelać z kuszy). Bartosz wskazał konieczność życia w celibacie dla promowania wolnościowych poglądów. Choć poruszał zagadnienia nastręczające problemów nawet najmądrzejszym filozofom, nigdy nie gubił sensu, logiki ani prostoty wywodu, starając się zachować możliwie największą klarowność. On był mesjaszem wolności, a my jego apostołami. Bartek kazał każdemu z nas przysięgać, iż jedynymi kobietami w naszym życiu będą Wolność, Własność i Praworządność. Z niechęcią zobowiązałem się żyć w tym poliamorycznym związku, choć - z uwagi na brak namacalnej postaci moich nowych nałożnic - nie zrezygnowałem z utrzymywania mojej chluby, czyli wielkiego haremu wypełnionego po brzegi paniami o nazwisku .jpg.
    Życie płynęło powoli, aż w drugiej klasie liceum nastąpił prawdziwy przełom - otrzymaliśmy list od wspomnianego już tu Tomasza Czapli. W liście tym opowiadał on o swoim nowym odkryciu, zupełnie nowatorskiej, mało znanej w Polsce idei. Do listu dołączony był pakunek - po rozpakowaniu go naszym oczom ukazała się książka w miękkiej okładce, na której napisane było "Atlas zbuntowany", powyżej widniało zaś imię i nazwisko kobiety-filozofa, Alissy Zinowjewny Rosenbaum, dziś już dobrze znanej i cenionej w środowisku mężczyzn przed trzydziestką, którzy nigdy nie widzieli cipki jako Ayn Rand. Przywilej pierwszeństwa w odczytaniu książki przypadł oczywiście Bartkowi. Skończywszy lekturę, zwołał on wyjątkowe zgromadzenie Nieprzyjaciół, na które przybył z rzeczoną książką oraz nic nie mówiącą, pokerową twarzą. Po kilku minutach bezwzględnej, niezmąconej ciszy Bartosz wstał, wyciągnął ręcę z dzierżonym w nich niczym święty almanach "Atlasem..." i powiedział:
    -Bierzcie i kopiujcie z tego wszyscy, to jest bowiem manifest indywidualizmu.
    Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Byliśmy wstrząśnięci książką, a zawarta w niej myśl tylko pogłębiła naszą i tak dostatecznie dużą pogardę dla kolektywizmu i altruistycznego społeczeństwa.
    Wybaczcie, że zabieram Wam z życiorysu tyle czasu, ale dochodzę już do clou całej historii. Okolice roku 2003 - do Nieprzyjaciół dołączyła jedyna jak dotąd samica. Dla zachowania pełnej anonimowości mojej i moich znajomych (oprócz Bartka i Kamila, których - jeśli czytasz te wysrywy - na pewno już znasz) nie przytoczę tutaj jej imienia. Momentalnie zakolegowaliśmy się, a nawet - jeśli o mnie chodzi - coś więcej. Opowiedziałem o tym Bartoszowi - wiedziałem, że spotka mnie za to dożywotnia banicja z naszego kręgu wolnościowców, ale dla niej jednej byłem gotów na takie upokorzenie. Bartek zaskoczył mnie swoim zrozumieniem, po czym na specjalnie zwołanym zebraniu Nieprzyjaciół Niewoli wygłosił przemowę o tym, że miłość platoniczna pomiędzy wolnościowcami płci przeciwnych, choć niewskazana, jest jednak możliwa, o ile odbywa się w duchu pełnego poszanowania libertariańskich aksjomatów ze szczególnym naciskiem na Trzeci. Ja byłem cały czerwony ze wstydu, do tego byłem pewien, że przegrywy z naszego środowiska skorzystają z udzielonej im przez Mistrza dyspensy i zaczną mizdrzyć się do jedynej samicy w tym osobliwym gronie. Po spotkaniu powiedziałem Bartoszowi, że nie do końca o to mi chodziło, na co ten odpowiedział tylko:
    -W przyszłym tygodniu organizuję w MDK-u spotkanie dotyczące filozofii randyzmu z doktorem Instytutu Misesa . Będziesz miał swoją szansę.
    W mig zrozumiałem, do czego zmierzał - miałem zabrać ją na spotkanie z jakimś randomem od austriackiej szkoły ekonomii. Cały tydzień żyłem na skraju załamania, byłem pełen wątpliwości i pytań - co zrobić, żeby ten jeden raz wyszła mi randka? Odpicowałem się i kupiłem nowe szmatki, żeby mieć co na siebie włożyć. Pożyczyłem też seledynowe Tico od starego, żeby mieć czym zabrać ją potem do jej domu albo w jakieś romantyczne miejsce.
    Wreszcie nadszedł - dzień sądu. Aktywność wolnościowców w miasteczku osiągnęła swoje apogeum - całe miasto aż wrzało, chęć przyjścia na odczyt naukowca z Instytutu Misesa zadeklarowali nawet janusze, wielcy wrogowie Balcerowicza. Postanowili zobaczyć "czo to jeszt ta czała Ajn Rant" xD Trudno im się w sumie dziwić, zważywszy na fakt, że najbardziej prominentną personą, jaka kiedykolwiek odwiedziła miasteczko był pijany Andrzej Rosiewicz, który dał z okazji dożynek Anno Domini 1998 doniosły koncert, zwieńczony obrzyganiem przez kompozytora połowy rynku. Przed samym wykładem chciałem się jeszcze porządnie wykąpać i wypachnić perfumami starego, przez co z domu wyszedłem 7 minut przed zaplanowanym początkiem odczytu. Paląc resztki opon w Tico, udało mi się dotrzeć na miejsce. Przed drzwiami Młodzieżowego Domu Kultury zaczęły się już kłębić znajome, wolnościowe gęby, z dyscypliną retoryczną i polotem godnym Cycerona tłumaczący januszom zawiłości idei wolności gospodarczej i politycznej. Nie dostrzegłem w tym tłumie mojej lubej - widocznie jest w środku, pomyślałem. Kilku kuców, ujrzawszy znane im dobrze Tico, pomachało do mnie, na co odpowiedziałem tym samym gestem. Janusze dopalali już ostatnie papierosy, wykład zaczynał się, a ja miałem trudności ze znalezieniem miejsca parkingowego. Ech, życie, jak zwykle coś... Z tłumu wyłoniła się nagle ona. Powiedziałem jej, żeby zajęła mi miejsce na sali, tak żebyśmy siedzieli obok siebie, bo mam chwilo problemy hehe natury technicznej. Swoim słodkim głosikiem poinformowała mnie, że nie ma problemu, ponieważ wszystkie miejsca siedzące są już zajęte, ale możemy stać obok siebie. Mi już knaga stała hardo, wyobrażałem sobie, jak obejmuję moją wybrankę serca, słuchając cudownego psalmu myśli wolnościowej, jaką miał być ten wykład. Powiedziała, że Bartek i cała reszta czeka już na mnie w środku i żebym pospieszył się z parkowaniem. Udało mi się wreszcie znaleźć wolny placyk - było tam aż pięć wolnych miejsc parkingowych. Pośmieszkowałem w myślach, że tu zmieściłaby się cała limuzyna, a co dopiero moje mikre, seledynowe Tico. Miałem już podjeżdzać do przodu, gdy nagle zza winkla na wstecznym wpierdoliła się śnieżnobiała limuzyna z przyciemnianymi szybami, zajmując mi wszystkie miejsca parkingowe. Poważnie, ktokolwiek kierował tym molochem był strasznym skurwysynem - w życiu nie widziałem, żeby ktokolwiek tak szybko jechał na wsteku, ledwo zdążyłem wyhamować, unikając zderzenia z bokiem limuzyny. Gość stanął prostopadle do linii parkingowych, uniemożliwiając mi tym samym zaparkowanie mojego Tico. Wysiadłem z samochodu, chcąc zmieszać z błotem kierowcę. Gdy ten wysiadł, zacząłem wyzywać go od najgorszych, lecz on zignorował moje przytyki i poszedł otworzyć drzwi pasażerowi. Szofer dał mi w ten sposób do zrozumienia, że wykonuje tylko sumiennie swoje obowiązki, natomiast za sznurki pociąga ktoś inny. Przyjąłem komunikat, oszczędzając wylewające się ze mnie potoki żółci na chlebodawcę szofera. Drzwi otworzyły się, a z czeluści limuzyny wyłonił się słynny prezenter telewizyjny, dziennikarz i celebryta, a prywatnie syn Bronisława i Anny oraz wielki admirator obiektywizmu i randyzmu a także pogromca altruizmu Tomasz Kammel. Miał na sobie eleganckie, bawełniane spodnie, błyszczące pantofle, futro z szynszyli albo innego dzikiego gówna, czerwone lenonki w pozłacanych oprawkach, zaś na każdym palcu u rąk miał drogocenne sygnety. Osłupiałem, widząc, że jeden z nich - z wygrawerowaną w szmaragdzie literą "R" - musiał być sygnetem rodowym familli Rotschildów, bajecznie bogatej rodziny żydowskich lichwiarzy. Mój zapał został troszeczkę ostudzony - w końcu nie codzień widuje się taką znakomitą osobistość w tym gównomieście, ale pomyślałem, że mimo wszystko za to co zrobił chlebem i solą witać go nie będę. Pan Tomasz uśmiechnął się i spytał, czy mam do niego jakąś sprawę i czy może ma mi dać swój autograf. Ja powiedziałem, że innym razem i spytałem się, dlaczego tak chamsko wpierdolił mi się przed samochód, zajmując przy tym wszystkie wolne miejsca parkingowe. Słynny prezenter uśmiechnął się ironicznie i spytał, czego od niego oczekuję. Spytałem go, czy mógłby mi udostępnić choć jedno miejsce, gdyż nie mam gdzie zaparkować mojego Tico. Pan Tomasz zapytał mnie, dlaczego miałby to zrobić. Odpowiedziałem mu, że umożliwiłby mi zaparkowanie auta i uczestnictwo w podniosłym wydarzeniu, jakim jest wykład na temat filozofii Ayn Rand. Dziennikarz zapytał, czy nie byłoby to przypadkiem działanie altruistyczne. Odparłem, że nie, ponieważ żyjąc w społeczeństwie powinniśmy wspierać siebie nawzajem i nie przeszkadzać sobie wzajemnie w osiąganiu naszych celów. W tym momencie Kammel przerwał mi gestem i zaczął się diabolicznie śmiać, okazyjnie przedrzeźniając mnie i powtarzając moje słowa głosem komika-parodysty. Wyjął zza poły swojego futra kopię książki "Cnota egoizmu" autorstwa Ayn Rand i zaczął czytać ją na głos :
    -"Społeczeństwo jest niczym więcej niż zbiorem jednostek je tworzących. Nie istnieje zatem coś takiego jak dobro społeczne. Społeczeństwo zyskuje tylko w momencie, gdy jego członkowie realizują własne, egoistyczne cele. Altruizm to zbrodnia." - powiedział, błyskotliwie zauważając, że właśnie zrealizował on swój cel, jakim było zaparkowanie tutaj i zajebanie mi wszystkich miejsc parkingowych, a więc moje spekulowanie o stracie społecznej było nieuzasadnione.
    Postanowiłem błysnąć erudycją i wiedzą przed tak zacnym człowiekiem, więc zacytowałem Karola Marksa:
    -"Masturbacja ma się do seksu tak jak filozofia do rzeczywistości" - powiedziałem, niestety nieopatrznie podając również personalia autora cytatu. Na dźwięk imienia i nazwiska najwybitniejszego niemieckiego socjalisty i altruisty pan Tomasz zrobił się cały czerwony, a z jego nosa i uszu zaczął ulatniać się dym. Słynny prezenter ryknął szatańsko, napluł mi w twarz i wyjebał książką Rand po czole. Oszołomiony siłą ciosu niezbyt jednak rosłego pana Tomasza upadłem na ziemię. Kammel tylko na to czekał - zaczął kopać mnie z całej siły po brzuchu, wykrzykując przy tym:
    -JEBANY ALTRUISTO! NA WOLNYM RYNKU PODAŻ MIEJSC PARKINGOWYCH ZAWSZE ZRÓWNUJE SIĘ Z POPYTEM NA NIE, ROZUMIESZ, KURWIU? ZAWSZE!
    I tak nie słuchałem tego, co do mnie mówił, bo dostałem w splot słoneczny i zwijałem się z bólu na parkingu przed Młodzieżowym Domem Kultury, kopany i wyzywany przez Tomasza Kammela. Na sam koniec Kammel wyjął z kieszeni płaszcza zegarek kieszonkowy z czystego złota, zaczął wrzeszczeć, że przeze mnie jest spóźniony na wykład i kopnął mnie z całej siły po ryju, co poskutkowało utratą przeze mnie trzonowca. Pan Tomasz odszedł, trzaskając przy tym drzwiami do MDK-u. Wstałem z ziemi po około piętnastu minutach, zebrałem się w sobie i wsiadłem z powrotem do mojego Tico. Do samochodu podszedł stróż i skarcił mnie za to, że blokuję wjazd na parking. Nawet nie próbowałem tłumaczyć mu, że ostatnie miejsca parkingowe zajął mi słynny prezenter telewizyjny Tomasz Kammel i milcząco pojechałem rozejrzeć się po okolicy za miejscem do zaparkowania.
    W końcu po około godzinie udało mi się znaleźć takie miejsce i wrócić pod drzwi MDK-u. Po drodze spotkała mnie zresztą mało przyjemna przygoda - początkowo chciałem zaparkować na dzikim, pustym polu, ale zza drzew wybiegł nagle drący się janusz z krzykiem, że niby blokuję mu wjazd. Odparłem, że nie widzę tu ani płotu, ani bramy, ani nawet żadnego miejsca, do którego można by było wjechać, więc raczej nie stoję na wjeździe. Wtedy ten zaczął wrzeszczeć, że on tu postawi wielką hahahacjendę, że on tu ma plany zagospodarowania przestrzennego i według tych planów to tu jest kurwa wjazd i nie mam prawa tu stać i żebym mu udowodnił, że jest inaczej i w ogóle mam wypierdalać z terenu jego przyszłej posesji. Nie chciałem mieszać się w kolejny konflikt z prawami własności w tle - prawdę mówiąc, po dzisiejszych wojażach zaczynałem mieć już w dupie zarówno austriacką szkołę ekonomii i wszystkie zjebane prawa własności.
    Gdy trafiłem pod drzwi MDK-u, wykład dobiegł już ku końcowi. Uważnie skanowałem twarze wychodzących osób, szukając pośród nich mojej wybranki. Chciałem porozmawiać z nią, wytłumaczyć jej moją nieobecność na wykładzie, udobruchać a potem już tylko ruchać. Patrzę, patrzę... Jest! To ona. Zacząłem biec w jej kierunku niczym słynny papież Polak atleta, gdy nagle spostrzegłem, że nie opuszcza MDK-u sama i zatrzymałem się. Towarzystwa dotrzymywał jej ten jebany egoista, słynny prezenter telewizyjny Tomasz Kammel. Tego było już dla mnie dość. Poczułem, jak adrenalina zaczyna napływać mi do żył, a ja sam staję się silniejszy i bardziej krzepki. Poczułem się jak Mokebe z Senegalu, nagabywany przez najebanego narodowca przy wyjściu z klubu. O nie, Kammel, ten jeden jedyny raz nie zepsujesz mi całego życia! Zakasałem rękawy i zacząłem zmierzać w ich kierunku z zaciśniętymi pięściami, aż tu nagle JEB! ktoś podstawił mi nogę, a ja jak nie pierdolnąłem twarzą w kostkę brukową. Upadłem prosto przed nogami mojej pani i Tomasza Kammela, spojrzałem w górę i zobaczyłem, że patrzy ona na mnie z niekrytą pogardą. Kammel splunął na mnie po raz kolejny i powiedział:
    -Chodź, kochanie, nie zajmujmy się tym altruistą. - po czym z szelmowskim uśmieszkiem dodał - Pokażę ci, w jaki sposób społeczeństwo zyskuje, gdy dwie jednostki dążą do realizacji swoich egoistycznych celów.
    Chciałem doczołgać się do niego i poprzegryzać mu ścięgna za to, co mi zrobił, taki byłem na niego wkurwiony, ale z niekrytą żałością odkryłem, że ktoś uniemożliwia mi najmniejszy ruch, kucając na moim ciele i trzymając mnie za ręce. Nie widziałem twarzy mojego oprawcy, gdyż unieruchomił moją głowę, wsadzając ją miedzy swoje kolana. Zmusił mnie do ciągłego gapienia się w przód, a tam widziałem tylko Kammela wchodzącego do swojej limuzyny i mówiącego:
    -Hans, zajmij się nim porządnie, tak po niemiecku. Tak jak to robił twój ojciec w Waffen-SS.
    Wtedy mój oponent wstał, umożliwiając mi odwrócenie głowy, ale ja nie skorzystałem z okazji. Wiedziałem już, że człowiekiem, który podstawił mi nogę i upokorzył, trzymając moją głowę między swoimi kolanami, był słynny niemiecki historyk, socjolog, myśliciel, filozof polityczny, ekonomista, dawny współpracownik Murraya Rothbarda oraz zadeklarowany paleolibertarianin Hans Hermann Hoppe. Odwróciłem się, a wtedy pan profesor kopnął mnie w głowę tak, że uderzyłem skronią w bruk i straciłem przytomność.
    Obudziłem się w ciemnej, wilgotnej piwnicy bez okien i z odartymi z tapety ścianami, co naturalnie uniemożliwiło mi jakkolwiek dokładne określenie swojego położenia. Moje dłonie i nogi mrowiły od niedokrwienia spowodowanego krępującymi moje ruchy linami, zawiązanymi na nadgarstkach i kostkach. Siedziałem w taki sposób na krześle, unieruchomiony, a nade mną z sufitu zwisała lampa. Jedyną oprócz mnie osobą znajdującą się w pomieszczeniu był wielki drab pilnujący wejścia. Nagle usłyszałem pukanie do ciężkich, stalowych drzwi okrętowych. Drab podszedł do nich, pokręcił kołem i otworzył je, robiąc przy tym ogromny hałas. Zza drzwi wyłonił się profesor Hoppe, nie wyglądał on jednak jak na zdjęciach - dumny, zamyślony filozof z książką, w eleganckiej tweedowej marynarce, prawdziwy apologeta wolności. Tym razem ubrany był w mundur oficera SS, na nogach miał skórzane trepy, a ramię zdobiła mu czerwona opaska z widniejącym nań Hakenkreuzem. Pan profesor podszedł do mnie szybkim krokiem i zdzielił mnie dłonią po policzku. Zasyczałem, czując ból po piekącym uderzeniu słynnego ekonomisty, on sam zaś podszedł do pobliskiego zlewu i obmył porządnie ręce - widocznie obawiał się, że dotknięcie brudnego, śmierdzącego Słowianina nabawi mu jakichś chorób skóry. Założył skórzane rękawice i usiadł przede mną na stalowym krześle w taki sposób, że jego krocze dotykało oparcia, a ręce leżały na zagłówku - tak jak zawsze na filmach siadają różnej maści gestapowcy. Profesor Hoppe złapał mnie za szyję, lekko podduszając, i perfekcyjną oraz płynną jak na Niemca polszczyzną zaczął mówić:
    -Boli cię, że ją straciłeś, szwajne? Tak działa nieregulowany, wolny rynek, polski śmieciu.
    Profesor puścił trzymaną kurczowo szyję, a ja zakasłałem, złapałem nieco powietrza i spytałem go, dlaczego mi to zrobili, dlaczego odebrali mi moją kobietę.
    -Twoją, szwajne? Twoją?! - zirytował się Hoppe - Wiesz, polska kurwo, co to jest pierwotne zawłaszczenie?
    Powiedziałem, że wiem, że czytałem jego artykuły i eseje na temat etyki i dziejów własności prywatnej, licząc na złagodzenie tortur fizycznych. Profesor moją znajomość jego dzieł nagrodził jednak nie pochwałą, lecz kolejnym siarczystym policzkiem.
    -To dobrze, że wiesz. Wiedz w takim razie, że mój dobry przyjaciel, Tomek Kammel, dokonał aktu pierwotnego zawłaszczenia na twojej niuni. - powiedział Hoppe, przy czym mówiąc "twojej" wykonał palcami gest symbolizujący cudzysłów. Spytałem go, jakim cudem, skoro umówiłem się z nią na taką osobliwą randkę jako pierwszy. To, co odpowiedział, będę pamiętał aż do śmierci.
    -Ale to on był w niej pierwszy.
    To niemożliwe, pomyślałem. Ten skurwysyn Kammel się z nią przespał. Straciłem zupełnie wolę życia, wolę walki, zdolność racjonalnego myślenia i kalkulacji, a w myślach przewijała mi się jedynie końcowa scena z "Psów", w której słynny pogromca polskich studentów Bogusław Linda zabija kochanka swojej dziuni. Chciałem teraz być jak on, chciałem być jak Linda, wymierzający karę swojemu nemesis. Widząc moje zrozpaczenie i powoli wyciekające z oczu łzy profesor Hoppe zaczął się dziko śmiać, po czym wyjął z kieszeni piersiówkę i wypił całą jej zawartość. Ekonomista beknął niczym ostatni cham i prostak, nie zaś obrońca wolności i wartości będących fundamentami ludzkiej cywilizacji, za którego uważałem go do tej pory. Po charakterystycznym aromacie niemieckiego chmielu poznałem, że pił piwo prosto z aryjskiego, bawarskiego browaru.
    -Szajse! Nie cierpię mówić w waszym brudnym, podludzkim języku- powiedział profesor.
    Zrezygnowany i poniżony zacząłem szarpać się, chcąc poluzować więzy i wyrwać się na wolność, ale moje działania nie przynosiły żadnych efektów. Profesor Hoppe, widząc moje usilne starania, kazał drabowi odwiązać mnie od krzesła. Goryl podszedł do mnie z nożem, przeciął nim węzły i capnął błyskawicznym Nelsonem, nie pozwalając mi uciec. Pan profesor zapalił papierosa, po czym podszedł do mnie i nie wypuszczając szluga z ust zaczął uderzać mnie pięściami w brzuch. Wygłaszał przy tym długą tyradę na temat roli własności prywatnej w rozwoju ludzkiej cywilizacji, niemożności istnienia człowieka bez instytucji własności prywatnej oraz sprzecznych założeniach własności spółdzielczej lub publicznej nad środkami produkcji. Nie słuchałem go zbyt uważnie, tak bardzo napierdalał mnie w brzuch, że z ust zaczęła mi płynąć krew i miałem mroczki przed oczami. Widząc, że jestem już półżywy, Hans Hermann Hoppe wyjął strzykawkę, po czym wstrzyknął mi do krwiobiegu jakiś środek uspokajający i zwiotczający mięśnie. Nie miałem w ogóle ochoty się bronić, tym bardziej że ból nagle ustąpił. Zanim straciłem przytomność po raz kolejny, zobaczyłem tylko jak profesor Hoppe tłumaczy drabowi, że ma mnie odwieźć do domu i że nie jestem im już dłużej potrzebny, a następnie oboje pozdrowili się salutem rzymskim oraz germańskim okrzykiem na cześć słynnego austriackiego akwarelisty.
    Tutaj kończy się moja historia - przytomność odzyskałem w swoim domowym łóżku. Początkowo myślałem, że to wszystko było jedynie sennym wytworem mojej uśpionej wyobraźni, ale wyłamany zamek w drzwiach, ślady włamania w mieszkaniu oraz swastyka wraz z numerem 14/88 wymalowane na drzwiach szybko rozwiały moje wątpliwości. Po opisanych powyżej zdarzeniach zerwałem wszelki kontakt ze środowiskiem wolnościowym - zarówno lokalnym, jak i krajowym. Zamieszkałem w skłocie, który w pobliskim nieużytku zorganizowali sobie anarchosyndykaliści. Dałem się wkręcić w ich ideologię i do dziś jestem ultralewicowcem. Co więcej, dotarło do mnie, że nie jestem jedyną ofiarą niecnych knowań Tomasza Kammela i Hansa Hermanna Hoppe. Poznałem jedną anarchosyndykalistkę z bachorem, którego spłodził pan Tomasz jeszcze w czasach, gdy była ona apologetką neoliberalizmu. Ogólnie w skłocie nie żyje się źle - wszystko jest własnością wszystkich, co w praktyce sprowadza się do darmowych, nieograniczonych segzów kiedy tylko chcesz. Niestety z tych samych przywilejów może i lubi korzystać też homoseksualna część anarchosyndykalistycznej społeczności, no ale nie jest tragicznie - gejowski seks pasywny może się nawet podobać.
    A Wy, anonki/akapki/mirki? Jakie wydarzenie z Waszego życia najbardziej wpłynęło na to, kim dzisiaj jesteście? :3
    #pasta #tomaszkamel #libertarianizm #aynrand #historiezdziecinstwa
    pokaż całość

    źródło: kammel.jpg

  •  
    o...............y

    +14

    Gdyby nie jej książka "Atlas Chmur" to nie byłoby wolnego rynku, a ty i tak nazwiesz ją lewaczką bo paliła marichułane...

    #libertarianizm #anarchokapitalizm #aynrand #aszkiera #heheszki #mariaczubaszek

    źródło: ayn_lmao.png

  •  

    Problem 2: Pijesz sojową latte na placu Zbawiciela. Ze swoją torbą od Ani Kuczyńskiej, tenisówkami New Balance i znaczkiem „Razem” w klapie wtapiasz się w tłum lepiej niż pchła w zadanie „połącz kropki”. A tu nagle: grom. Z jasnego. Nieba. Obok siedzi, stwierdzasz lekko oszołomiona, twój przyszły mąż – te szczere oczy i ten niedbały gest rozpoznajesz od razu ze swych nastoletnich marzeń. On też cię widzi... I chyba też poznaje! O opatrzności, która dusze zbłąkane niezmordowanie prowadzisz ku sobie przez ciemne meandry rzeczywistości. Uśmiecha się do ciebie, odkłada książkę... A to „Atlas zbuntowany” Ayn Rand, pochwała indywidualizmu, kapitalizmu, finansistów i w ogóle wszystkiego, co niekoszerne w twojej (przyznajmy, dość jednak chwiejnej, w końcu jesteś słoikiem) placozbawicielowej sytuacji. Pytanie: czy już jedno dziecko z Republikaninem czyni z ciebie zdrajcę? I czego to jest tak naprawdę zdrada?
    #aynrand #heheszki #gazetaprawna #partiarazem
    Całość- jest tam więcej takich kwiatków xD http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/941331,lewestam-roztropnosc-a-sprawa-polska.html
    pokaż całość

  •  

    Nadanie przez nich nazwy Cudowny Metal wydawało się słuszne - dla nich te dziesięć lat i zdolność, dzięki której zaistniał metal Reardena, istotnie stanowiły cud. Tylko tak mogli postrzegać ten metal, będący produktem nieznanego, przedmiotem, którego natury nie dało się wyjaśnić, a jedynie zawładnąć nim jak kamieniem czy chwastem. "Czy mamy pozwolić, by większość cierpiała niedostatek, podczas gdy garstka uprzywilejowanych zagarnia najlepsze towary i metody produkcji?"
    Gdybym nie wiedział, że moje życie zależy od mojego umysłu i wysiłku - mówił bezgłośnie do szeregu ludzi zaludniających przeszłe wieki - gdybym moim najwyższym dążeniem moralnym nie uczynił włożenia całego wysiłku i całej potęgi umysłu w to, żeby się utrzymać i żyć jak najwygodniej, nie mielibyście z czego mnie ograbiać, żeby samemu mieć z czego żyć. Aby mnie szantażować, używacie nie moich przywar, lec cnót - cnót, które sami za takie uznajecie, bo zależy od nich wasze życie, bo są wam potrzebne, bo nie chcecie zniszczyć moich osiągnięć, lecz je zagarnąć.


    Hank Rearden, przemysłowiec, genialny inżynier metalurg. Atlas Zbuntowany.

    O rządzie, który w imię "zdrowej konkurencji" i "sprawiedliwości społecznej" chciał odebrać mu jego metal.

    pokaż spoiler #cytatywielkichludzi #cytaty #cytatyaynrand #obiektywizm #aynrand #wychodzimyzprzegrywu #feelsy #4konserwy #neuropa #ksiazki
    pokaż całość

    +: sorek, s.......y +5 innych
    •  
      n.......................i

      +2

      @Bergkamp: Pycha Reardena i mistyka bełkotu Rand (m.in. o właściwościach) nadal są w mocy a dodatkowo potwierdziłeś moje uwagi odnośne nauki – niepotrzebnie, ale miło mi. Z cytatu który przytoczyłeś nie wynika nic co napisałeś dalej i z tego powodu te wyjaśnienia zaburzają wyjściową apologetykę względem kapitalistów i ich nadzwyczajnej mocy sprawczej oraz zalet. Z zasady życie jest społeczne ponieważ stanowi o nim wypadkowa warunków zastanych i świadomości. Skrajny egotyzm Rand oczywiście temu przeczy, tak jej epistemologia która jest groteską pojmowania rzeczywistości choć wygląda na pozór „logicznie”. Bycie bufonem nie jest pozytywną cechą ani cnotą, zarozumiałość z definicji jest czymś, co charakteryzuje ludzi bez pokory względem swoich realnych możliwości i wykładników osobowości, posiadanie racji nie ma tu wiele do rzeczy. Rozumiem przyjemność z podlegania pierwotnym instynktom ale jest to w sprzeczności z wartościami promowanymi i tak dalej. pokaż całość

    •  
      n.......................i

      +1

      okresową addytywność
      Miało być „okresową kumulatywność”.

      +: Kampala
    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Popatrz na wszystkich dookoła. Zastanawiałeś się, dlaczego cierpią, dlaczego szukają szczęścia i nigdy go nie odnajdują? Gdyby któryś z nich zatrzymał się i zadał sobie pytanie, czy kiedykolwiek pragnął czegoś dla samego siebie, znalazłby odpowiedź. Zobaczyłby, że wszystkie jego pragnienia, wysiłki, marzenia i ambicje są motywowane przez innych ludzi. Tak naprawdę nie walczy on nawet o dobra materialne, lecz o iluzję powielacza - prestiż. Pieczęć aprobaty nie pochodzącej od niego samego. Nie potrafi znaleźć radości w tej walce ani w sukcesie, który odniósł.

    Howard Roark Źródło

    pokaż spoiler #cytatywielkichludzi #cytaty #cytatyaynrand #obiektywizm #aynrand #wychodzimyzprzegrywu #feels
    pokaż całość

  •  

    Jaka jest natura winy, którą wasi nauczyciele nazywają grzechem pierworodnym? Jakie zło stało się udziałem człowieka, gdy utracił stan, który oni nazywają doskonałością? Ich mit głosi, że zjadł owoc z drzewa poznania wiadomości - zdobył umysł i stał się istota rozumną. Była to znajomość dobra i zła - stał się więc istotą moralną. Skazano go na zarabianie na chleb za pomocą pracy własnych rąk - stał się istotą produktywną. Skazano go na odczuwanie pożądania - uzyskał zdolność do rozkoszy seksualnych. Zło, za które go potępiają, to rozsądek, moralność, kreatywność i rozkosz - podstawowe wartości jego istnienia. To nie przywary ma wyjaśniać i potępiać ich mit o upadku człowieka, nie za błędy go wini, lecz za istotę jego ludzkiej natury. Kimkolwiek był ten robot z raju, żyjący bez umysłu, wartości i miłości - nie był człowiekiem.

    John Galt Atlas Zbuntowany

    pokaż spoiler #cytatywielkichludzi #cytaty #cytatyaynrand #obiektywizm #aynrand #neuropa #4konserwy #wychodzimyzprzegrywu #feels
    pokaż całość

  •  
    J...............e

    +32

    Nie rozumiem dlaczego samobójstwo uznawane jest za coś moralnie złego i egoistycznego (czy egoizm to coś złego?). Moralnie złe jest emocjonalne szantażowanie (wzbudzanie winy) i zmuszanie kogoś, poprzez odebranie wolności, do dalszego męczenia się. Moralnie złe jest budowanie swojej wartości na zniewalaniu indywidualizmu na rzecz urojonego, kolektywnego dobra. W końcu, moralnie złe jest powoływanie tu kogokolwiek bez możliwości dalszej rezygnacji.
    #aynrand #samobojstwo #depresja #antynatalizm #niepopularnaopinia
    pokaż całość

    +: k..............k, FairyAngel +30 innych
    •  

      Matka nie po to cię rodziła, żebyś sobie odbierał życie bo trudne.

      @Yolanty: nieee no zajebisty argument xD widać po nim głębokie przeanalizowanie i zrozumienie tematu. Wypisywanie się z doświadczenia, na które sam się zresztą nie prosiłeś tylko zostałeś zespawnowany wbrew swojej woli i dowiadujesz się, że nie po to zostałeś rodzony żebyś odbierał sobie życie. Popełnienie samobójstwa jak się o tym myśli wcale nie jest takie łatwe, a niektóre kraje karają i jeszcze więcej karało więzieniem za nieudaną próbę targnięcia się na swoje życie, no ale cóż, nie wolno niszczyć własności państwowej. Abstrahując od tego, że "trudne życie" nie zawsze jest bezpośrednią przyczyną depresji tylko depresja jest wypadkową pewnych okoliczności/zdarzeń i od tego, że z niektórymi lekarzami nawet nie możesz być szczery tylko trzeba udawać, że nie ma się planu i narzędzi bo jak powiesz, że masz plan i narzędzia to automatycznie wlatuje się za kraty. U nas nawet nie ma broni dostępnej więc...

      @JestPodatekCzyNie: zgadzam się, generalnie zawsze się zgadzałem z tą #niepopularnaopinia. Fajnie się ludzie na redditcie wypowiadali w cmv na ten temat, aż sobie zapisałem. Dla wielu będzie to tl;dr albo "szkoda mi sieci neuronowej na przetwarzanie angielskiego" ale co tam.

      Three people: A is suicidal, B is a close friend of A, C knows neither A nor B, but is one of those people who believes on principal that "someone is selfish for committing or wanting to commit suicide..."
      A is selfish. A wants to escape her loneliness, her depression, her disappointment, etc.. A is selfless. A thinks that she has a 'net negative' impact on her world. Is this true? Doubtful. But A's depressed - she can't do anything, she can't contribute anything - and to A, killing herself is a selfless act. Think Kurt Cobain's suicide note "For her life, which will be so much happier without me." A could be said to be acting selfishly and selflessly.
      B is selfish. B cares about A. A enriches B's life, B would say that A has a 'net positive' impact on his life, and would be heartbroken by A's suicide. Be is selfish in that B wants A to remain alive so that he needn't live without her. But B is also selfless. B hopes for A's well-being and B is in a well enough state himself that he knows A has the potential to get better. The world isn't so bad.
      C is neither selfish nor selfless. C simply lacks a crucial understanding of the nature of depression, and the kind of fear, loathing and suicide ideation it can instill in those that suffer from its effects.
      Yes, C is being insensitive and misguided in the sense that C fails to recognize the clear suffering of those contemplating suicide, and his accusations of 'selfishness' are unlikely to in any way help them recover. It may be true that many of those contemplating suicide find themselves convinced that the world would be a better place without them, this is likely to be a function of their depression or desperation. It's a justification their depression offers them for suicide, despite the pain it will cause both to themselves and those around them.


      Suicidal person, reporting in. I'll try my best to disprove your CMV.
      I want to say I think suicide should be considered a natural right. The thing is, I've been suicidal for some time, and I've pretty much come to the conclusion that I'm still going mainly out of deference to the people who care about me. But if you offered me a foolproof way to die and not emotionally harm any of the people who care about me, I'd take it. There is nothing very physically wrong with me. I mean, I'm blind in one eye, have degenerating spinal discs, and am not the best looking dude, but there's no excruciating pain, nothing like that. I simply don't want to experience anymore. To me, life is a stone on my shoulders which I only carry so others don't have to carry grief.
      I'm not in extreme poverty. I mean, I'm trying to get on food stamps, and I don't get to see the doctor ever because Louisiana, but I can eat if I feel like it, and I can shower. I have a home, a car, and I've been educated extensively. I've seen four continents and environments ranging from Nome, Alaska, to Koh Samui, Thailand. Plenty of wonderful experiences. Been with more women than I deserve, honestly, felt true love and true loss, seen sunrises so beautiful I wept.
      But if I had that out, that erase-myself-button, I would press it. This isn't heat-of-emotion writing. This is just calm stuff, my every day thoughts. I'm feeling perfectly rational and not at all out of control of my reasoning. If you ask me a week from now, the answer will most likely be unchanged. If such a button were available, would it be rational for me to press it? Could you make any case whatsoever that I was not rationally considering everything?
      That's the thing about depression. It isn't irrational, weepy crap that you see in movies. I simply understand my reality. People with depression are, statistically speaking, more accurate and honest when depicting the reality of the world. At least in my view, suicide is always a rational option. Choosing to continue living is the irrational choice.
      Plenty of perfectly rational people do things that they shouldn't, and which we only know they shouldn't because we're less rational than them. Because rational thought can lead perfectly fine individuals to suicide, our approach would necessitate allowing the suicide of relatively well-off individuals with few or no deep problems. From your example, you seem more predisposed toward allowing this for people in dire predicaments.
      pokaż całość

      +: J...............e, Nawo +3 innych
    •  

      @JestPodatekCzyNie: Nie przykładałem zbytniej uwagi do tego co piszę. Tak, o, napisałem jakbym napisał xd. Może i chujowy argument, ale nigdzie nie napisałem nic o depresji. Depresja to choroba, więc mogę uznać samobójstwo w depresji jako skutek choroby, a nie słabości człowieka.

    • więcej komentarzy (12)

  •  

    Aborcja w obronie śmierci

    Merytoryczna rozprawa z argumentami zwolenników aborcji. Autorka punkt po punkcie odpiera najczęściej pojawiające się twierdzenia środowisk proaborcyjnych. Polecam się zapoznać.

    http://www.wykop.pl/link/3098215/aborcja-w-obronie-smierci/

    Wołam potencjalnych zainteresowanych:
    #aynrand
    #konserwatyzm
    #katolicyzm
    #obiektywizm
    pokaż całość

    źródło: i0.wp.com

  •  

    - [...] Wy, uczciwi ludzie, jesteście strasznie kłopotliwi. Ale wiedzieliśmy, że prędzej czy później powinie się panu noga [...]
    - Wydaje się pan z tego zadowolony.
    - Czyż nie mam powodu?
    - Przecież złamałem jedno z waszych praw.
    - A jak pan sądzi, po co one istnieją? [...] Nie ma sposobu na rządzenie niewinnymi. Jedyna władza, jaką posiada każdy rząd, to władza nad przestępcami. Kiedy zatem nie ma ich wielu, trzeba ich stworzyć. Obwołuje się przestępstwami tyle rzeczy, że przestrzeganie prawa staje się niemożliwe. Komu potrzebny jest naród praworządnych obywateli? Nikt na tym nic nie zyska. Ale wystarczy wprowadzić prawa, których nie da się ani przestrzegać, ani egzekwować, ani obiektywnie interpretować - a wtedy stwarza się naród przestępców i można się karmić ich winą.

    #cytaty #4konserwy #neuropa #polityka #aynrand #obiektywizm #takaprawda #ksiazki #atlaszbuntowany #takaprawda
    pokaż całość

  •  

    Czytam od niedawna książki #aynrand i jestem doprawdy natchniony. A jednocześnie zniesmaczony widząc zepsucie własne i otaczającego świata. Myślę, że gdyby upowszechnić wiedzę i filozofię płynącą z takich książek jak Źródło czy Atlas Zbuntowany, nasza cywilizacja miałaby jeszcze szansę ucieć od tego piekła politycznej poprawności, socjalu i kryzysu ekonomicznego. Gdzie są dzisiaj ludzie tacy jak Howard Roark czy Dagna Taggart?

    #obiektywizm #libertarianizm #4konserwy
    pokaż całość

  •  

    #atlasshrugged #aynrand

    Ta książka jest tak dobra, że mógłbym wrzucać z niej cytaty co drugą stronę, ale ten, jest dla mnie zdecydowanie wyjątkowy:

    — Nie pozwól, by cię niepokoił. Wiesz, że pieniądze są źródłem zła — a on jest typowym
    produktem pieniądza.


    Rearden nie przypuszczał, by Francisco mógł to usłyszeć, zobaczył jednak, jak ten spogląda na nich
    z poważnym, kurtuazyjnym uśmiechem.


    — A zatem sądzi pan, że pieniądze są źródłem zła? — spytał Francisco d’Anconia. — A czy
    zapytał pan kiedykolwiek, co jest źródłem pieniędzy? Pieniądze są narzędziem wymiany, która nie
    może istnieć, jeśli nie istnieje produkcja towarów i ludzie, którzy je produkują. Pieniądze są
    materialną formą zasady mówiącej, że ludzie, którzy chcą załatwiać ze sobą interesy, muszą to
    robić w formie handlu, płacąc wartością za wartość. Pieniądze nie są narzędziem sępów, którzy
    żądają pańskiego produktu w zamian za łzy, ani grabieżców, którzy zabierają go panu siłą. Istnienie
    pieniędzy jest możliwe tylko dzięki ludziom, którzy produkują. Czy to właśnie nazywa pan złem?
    Akceptując pieniądze jako zapłatę za swój wysiłek, robi pan to jedynie w przekonaniu, że zamieni
    je na produkt wysiłku innych. To nie sępy ani grabieżcy nadają pieniądzom wartość. Ani ocean łez,
    ani wszystkie karabiny świata nie mogą przekształcić tych kawałków papieru w pańskim portfelu w
    chleb, którego będzie pan potrzebował, by przeżyć jutrzejszy dzień. Te kawałki papieru, który
    powinien być złotem, są manifestem honoru — pańskiego roszczenia wobec energii producentów.
    Pański portfel jest manifestem nadziei, że gdzieś w otaczającym świecie są ludzie, którzy nie
    zdradzą zasady moralnej leżącej u podłoża pieniądza. Czy to właśnie nazywa pan złem?


    Czy kiedykolwiek szukał pan źródła produkcji? Proszę spojrzeć na generator energii elektrycznej i
    ośmielić się sobie powiedzieć, że został stworzony wysiłkiem mięśni bezmózgich dzikusów. Proszę
    spróbować zasiać ziarno pszenicy, nie mając wiedzy, którą pozostawili panu jej odkrywcy. Proszę
    spróbować uzyskać pożywienie wyłącznie za pomocą fizycznego ruchu — a dowie się pan, że to
    umysł ludzki leży u podłoża wszystkich wytwarzanych dóbr i całego bogactwa, jakie kiedykolwiek
    istniało na ziemi.


    Pan jednak mówi, że pieniądze robią silni kosztem słabych? Jaką siłę ma pan na myśli? Nie jest to
    siła mięśni ani karabinów. Bogactwo jest produktem zdolności człowieka do myślenia. A zatem czy
    pieniądze robi człowiek, który wynajduje silnik, kosztem tych, którzy go nie wynaleźli? Czy robią
    je ludzie inteligentni kosztem głupich? Zdolni kosztem niekompetentnych? Ambitni kosztem
    leniwych? Pieniądze są tworzone — zanim będzie można je zagrabić lub wyłudzić — wysiłkiem
    każdego uczciwego człowieka, wysiłkiem na miarę jego zdolności. Człowiek uczciwy to taki, który
    wie, że nie może skonsumować więcej, niż wytworzył.


    Handel na podstawie pieniędzy jest kodeksem ludzi dobrej woli. U podłoża pieniędzy leży
    aksjomat, że każdy człowiek jest właścicielem swojego umysłu i wysiłku. Pieniądze nie pozwalają,
    by o wartości pańskiego wysiłku stanowiła jakakolwiek siła poza dobrowolnym wyborem
    człowieka, który pragnie wymienić na niego swój wysiłek. Pieniądze pozwalają panu otrzymać za
    swoje towary i swoją pracę tyle, ile są one warte dla ludzi, którzy je kupują, ale nie więcej.
    Pieniądze nie pozwalają na żadne transakcje z wyjątkiem tych, które obie strony dobrowolnie
    uznają za korzystne. Pieniądze wymagają od pana uznania faktu, że ludzie muszą pracować na
    własną korzyść, nie zaś niekorzyść, na własny zysk, a nie stratę — uznania, że nie są zwierzętami
    pociągowymi, zrodzonymi po to, by dźwigać brzemię pańskiego nieszczęścia — że musi im pan
    oferować wartości, nie rany — że tym, co łączy ludzi, nie jest wymiana cierpienia, lecz dóbr.
    Pieniądze wymagają, aby sprzedawał pan nie swoją słabość głupocie ludzi, lecz swój talent ich
    rozsądkowi; żądają, by kupował pan nie najlichsze, co mogą zaoferować, ale najlepsze, co potrafią
    znaleźć pańskie pieniądze. A kiedy ludzie żyją dzięki wymianie — mając za arbitra rozsądek, nie
    siłę — wygrywa najlepszy produkt, najlepsze wykonanie, ludzie o najlepszej zdolności oceny i
    największym talencie — a stopień produktywności człowieka jest zarazem stopniem jego nagrody.
    Taki jest kodeks życia, którego narzędziem i symbolem jest pieniądz. Czy to właśnie nazywa pan
    złem?


    Pieniądz jednak jest tylko narzędziem. Zabierze pana, dokąd pan zechce, ale nie zastąpi pana w
    fotelu kierowcy. Da panu środki do zaspokojenia pańskich pragnień, ale nie dostarczy tych
    pragnień. Pieniądz jest plagą ludzi, którzy usiłują odwrócić zasadę przyczyny i skutku — ludzi,
    którzy chcą zastąpić umysł grabieniem jego produktów.


    Pieniądze nie kupią szczęścia człowiekowi, który nie ma pojęcia, czego chce: pieniądze nie
    zapewnią mu systemu wartości, jeśli nie wie, co jest dla niego wartością, ani nie dostarczą mu celu,
    jeśli się nie zdecydował, ku czemu zmierzać. Pieniądze nie kupią inteligencji głupcowi, podziwu —
    tchórzowi, szacunku — nieudacznikowi. Człowiek usiłujący kupić mózgi tych, którzy go
    przewyższają, aby mu służyły, zastępując ocenę pieniędzmi, ostatecznie pada ofiarą gorszych od
    siebie. Ludzie inteligentni go opuszczają, ale oszuści zlatują się do niego, zwabieni zasadą, której
    nie odkrył: że nikt nie może być wart mniej niż jego pieniądze. Czy z tego powodu nazywa je pan
    złem?


    Tylko człowiek, który nie potrzebuje bogactwa — człowiek, który zbiłby własną fortunę
    niezależnie od tego, gdzie by zaczął — nadaje się do tego, by je dziedziczyć. Jeśli dziedzic jest
    równy swoim pieniądzom, służą mu; jeśli nie, niszczą go. Pan jednak przygląda mu się i krzyczy, że
    to pieniądze go zepsuły. Czyżby? A może to on zepsuł swoje pieniądze? Proszę nie zazdrościć
    bezwartościowemu dziedzicowi; jego bogactwo nie należy do pana i nie wykorzystałby go pan
    lepiej. Proszę nie myśleć, że powinno zostać rozdane pomiędzy was; obciążanie świata
    pięćdziesięcioma pasożytami, zamiast jednego nie przywróci martwej cnoty, jaką była jego fortuna.
    Pieniądze są żywą siłą, która, pozbawiona korzeni, obumiera. Nie będą służyły umysłowi, który nie
    potrafi im dorównać. Czy z tego powodu nazywa je pan złem?
    Pieniądze są środkiem przetrwania. Werdykt, który pan wydaje o swoim źródle utrzymania, wydaje
    pan o swoim życiu. Jeśli źródło jest zatrute, potępił pan swoje własne życie. Czy zdobył pan te
    pieniądze podstępem? Hołubiąc ludzkie występki i ludzką głupotę? Zaspokajając potrzeby durniów
    w nadziei, że uzyska pan więcej, niż na to zasługują pańskie umiejętności? Obniżając swoje
    kryteria? Wykonując pogardzaną przez siebie pracę dla pogardzanych przez siebie kupców? Jeśli
    tak, pańskie pieniądze nie dadzą panu ani grama szczęścia. Wszystkie rzeczy, jakie pan kupi, będą
    dla pana nie hołdem, lecz wymówką; nie osiągnięciem, lecz wspomnieniem wstydu. Będzie pan
    krzyczał, że pieniądze są złem. Są złem, bo nie zastąpią panu szacunku dla samego sobie? Złem, bo
    nie pozwalają się cieszyć własnym zepsuciem? Czy to pieniądze, czy właśnie ten fakt jest źródłem
    pańskiej nienawiści?


    Pieniądze zawsze pozostaną skutkiem i nie dadzą się zmusić do zastąpienia pana w roli przyczyny.
    Pieniądze są produktem cnoty, ale nie uczynią pana cnotliwym i nie odkupią pańskich występków.
    Pieniądze nie dadzą panu tego, co niezasłużone, ani w postaci materialnej, ani duchowej. Czy to
    pieniądze, czy właśnie ten fakt jest źródłem pańskiej nienawiści?
    A może mówił pan, że to miłość do pieniędzy leży u podstaw zła? Aby coś kochać, trzeba znać i
    kochać jego istotę. Kochać pieniądze, to rozumieć i kochać fakt, iż są one wcieleniem
    najwspanialszej siły wewnątrz człowieka i kluczem uniwersalnym do wymiany jego wysiłku na
    wysiłek najlepszych spośród ludzi. To człowiek, który sprzedałby duszę za pięć centów, najgłośniej
    obwieszcza swoją nienawiść do pieniędzy — i ma powody, by ich nienawidzić. Miłośnicy
    pieniędzy chcą na nie pracować. Wiedzą, że potrafią na nie zasłużyć.
    Proszę pozwolić udzielić sobie wskazówki co do charakterów ludzkich: człowiek, który potępia
    pieniądze, zdobył je w sposób nieuczciwy; ten, który je szanuje, zarobił je.
    Proszę uciekać co sił w nogach przed każdym, kto panu mówi, że pieniądze są złem. To zdanie jest
    dzwonkiem trędowatego, zawieszonym na szyi zbliżającego się grabieżcy. Dopóki ludzie żyją
    razem na ziemi i potrzebują środków, by prowadzić ze sobą interesy, jedyne, co będzie mogło
    zastąpić pieniądze, jeśli z nich zrezygnują, to będzie lufa karabinu.
    Ale zarobienie i utrzymanie pieniędzy wymaga od pana praktykowania najwyższych cnót. Ludzie,
    którzy nie mają odwagi, dumy ani szacunku dla samych siebie, nie mają też moralnego poczucia
    swojego prawa do pieniędzy i nie są gotowi bronić ich tak, jak bronią życia; ludzie, którzy
    przepraszają za swoje bogactwo, niedługo pozostaną bogaci. Są naturalną przynętą dla zastępów
    grabieżców, którzy przez całe wieki kryją się pod ziemią, ale wypełzają natychmiast, gdy tylko
    poczują człowieka, który ich błaga o przebaczenie grzechu posiadania bogactwa. Pospieszą uwolnić
    go od tego grzechu — i, jak na to zasługuje, od życia.


    Nastanie wtedy czas ludzi dwulicowych — autostopowiczów cnoty, żyjących dzięki sile, ale
    liczących na to, że ci, którzy żyją dzięki wymianie, nadadzą wartość ich zagrabionym pieniądzom.
    W społeczeństwie moralnym są oni przestępcami i wydaje się statuty mające na celu obronę przed
    nimi. Ale kiedy społeczeństwo przyznaje słuszność przestępcom, a prawa grabieżcom — ludziom,
    którzy używają siły do zagarniania bogactwa bezbronnych ofiar — pieniądze stają się mścicielem
    swego stwórcy. Owi grabieżcy wierzą, że ograbianie rozbrojonych ludzi jest bezpieczne, skoro już
    udało im się przeforsować ustawę nakazującą ich rozbrojenie. Ale ich łup staje się magnesem dla
    innych łupieżców, zabierających im go w ten sam sposób, w jaki ci go zdobyli. Wtedy wygrywają
    nie ci, którzy potrafią najlepiej wytwarzać, lecz ci najbardziej bezwzględnie brutalni. Kiedy
    kryterium stanowi siła, morderca wygrywa z kieszonkowcem. A wtedy społeczeństwo znika pośród
    ruin i rzezi.


    Chce pan wiedzieć, czy nadchodzi ten dzień? Proszę obserwować pieniądze. Pieniądze są
    barometrem cnoty społeczeństwa. Kiedy zobaczy pan, że handel odbywa się nie dzięki
    przyzwoleniu, lecz pod przymusem — kiedy zobaczy pan, że aby wytwarzać, potrzebuje pan
    zezwolenia ludzi, którzy nic nie wytwarzają — kiedy zobaczy pan, że pieniądze płyną do tych,
    którzy nie handlują towarami, lecz przysługami — kiedy zobaczy pan, że ludzie bogacą się dzięki
    łapówkom i pociąganiu za sznurki, nie zaś dzięki pracy, a pańskie prawa nie chronią pana przed
    nimi, lecz ich przed panem — kiedy zobaczy pan, że nagradza się zepsucie, a uczciwość zmienia
    się w poświęcenie — może pan być pewien, że społeczeństwo jest skazane. Pieniądze są zbyt
    szlachetnym środkiem, by konkurować z karabinami i pertraktować z brutalnością. Nie pozwolą
    przetrwać krajowi w połowie złożonemu z należnych prawnie dóbr, a w połowie z łupów.
    Kiedykolwiek pojawiają się wśród ludzi niszczyciele, zaczynają od niszczenia pieniędzy, bo to one
    są ochroną człowieka i bazą moralnej egzystencji. Niszczyciele zabierają złoto i dają jego
    właścicielom w zamian plik fałszywych papierów. To zabija obiektywne kryteria i oddaje ludzi w
    arbitralną władzę arbitralnych decydentów o wartościach. Złoto było wartością obiektywną,
    ekwiwalentem wyprodukowanego bogactwa. Papier jest kredytem na nieistniejące bogactwo,
    wspartym przez karabin wycelowany w tych, którzy mają je wyprodukować. Papier jest czekiem
    wystawionym przez grabieżców działających w świetle prawa w ciężar konta, które nie należy do
    nich: cnoty ofiar. Proszę czekać dnia, w którym czek zostanie zwrócony z napisem „debet”.
    Kiedy środki przetrwania stają się złem, nie może pan oczekiwać, że ludzie pozostaną dobrzy. Że
    pozostaną moralni i poświęcą swoje życie, by stać się paszą niemoralnych. Że będą produkować,
    kiedy karze się produkcję i nagradza grabież. Niech pan nie pyta: „Kto niszczy świat?” Pan to robi.
    Stoi pan wśród największych osiągnięć największej cywilizacji produkcyjnej, zastanawiając się,
    dlaczego rozpada się ona wokół pana w proch, a zarazem potępiając jego siłę napędową —
    pieniądz. Patrzy pan na pieniądze tak, jak patrzyli na nie dzicy, i zastanawia się, dlaczego pod
    pańskie miasta podpełza dżungla. Na przestrzeni historii rodzaju ludzkiego pieniądze zawsze
    przejmowali tacy czy inni grabieżcy, których nazwiska się zmieniały, ale metody pozostawały takie
    same: siłą odbierać bogactwo i pętać, poniżać, zniesławiać, pozbawiać honoru producentów. To
    zdanie o pieniądzach, które są złem, tak lekkomyślnie przez pana wypowiadane, pochodzi z
    czasów, kiedy bogactwo wytwarzane było rękoma niewolników — niewolników powtarzających
    ruchy odkryte kiedyś przez czyjś umysł i od wieków nie ulepszane. Dopóki produkcją rządziła siła,
    a bogactwo zdobywano podbojem, niewiele można było osiągnąć. A jednak przez wszystkie te
    wieki stagnacji i głodu ludzie sławili grabieżców jako arystokratów miecza, arystokratów z
    urodzenia i z urzędu, gardzili zaś producentami jako niewolnikami, handlarzami, kupcami —
    przemysłowcami.


    Ku chwale ludzkości zaistniał, po raz pierwszy i jedyny w historii, kraj pieniądza — i nie istnieje
    wyższy, bardziej uświęcony hołd, który mógłbym ofiarować Ameryce, gdyż znaczy to: kraj
    rozsądku, sprawiedliwości, wolności, produkcji i osiągnięć. Po raz pierwszy ludzki umysł i
    pieniądze były wolne i nie istniały fortuny pochodzące z podboju, lecz jedynie te pochodzące z
    pracy, a zamiast ludzi miecza i niewolników pojawił się prawdziwy twórca bogactwa, największy
    robotnik, najwyższy typ istoty ludzkiej — człowiek zawdzięczający wszystko sobie — amerykański
    przemysłowiec.


    Jeśli mnie pan poprosi, abym wymienił najlepszą cechę Amerykanów, wybiorę — bo w niej
    zawiera się wszystko inne — fakt, iż to oni stworzyli wyrażenie „robić pieniądze”. Żaden inny
    język ani naród nie używał wcześniej tego określenia; ludzie zawsze myśleli o bogactwie jako o
    czymś statycznym — czymś, co można odebrać, wybłagać, odziedziczyć, podzielić, zagrabić lub
    otrzymać w formie przysługi. Amerykanie pierwsi zrozumieli, że bogactwo trzeba stworzyć. W
    słowach „robić pieniądze” zawiera się kwintesencja ludzkiej moralności.
    A jednak właśnie za te słowa Amerykanie zostali potępieni przez zgniłe kultury kontynentów
    rządzonych przez grabieżców. Teraz credo grabieżców doprowadziło was do tego, że uważacie
    swoje najwspanialsze osiągnięcia za piętno, swoje bogactwo za winę, swoich najwspanialszych
    ludzi, przemysłowców, za czarne owce, a swoje wspaniałe fabryki za produkt i własność pracy
    mięśni, pracy poganianych batem niewolników, jak egipskie piramidy. Zepsuty dureń, który
    twierdzi, że nie widzi różnicy między siłą dolara a siłą bata, powinien poznać tę różnicę na własnej
    skórze — i myślę, że tak się stanie.
    Dopóki, i jeśli, nie odkryjecie, że pieniądze leżą u źródła wszelkiego dobra, sami się domagacie
    własnego zniszczenia. Kiedy pieniądze przestają być narzędziem, za pomocą którego ludzie
    załatwiają sprawy, wtedy za narzędzie zaczynają im służyć inni ludzie. Krew, baty, karabiny —
    albo dolary. Niech pan wybiera — wyjście jest tylko jedno, a czas ucieka.
    Francisco ani razu nie spojrzał na Reardena, kiedy mówił, ale gdy tylko skończył, jego oczy
    powędrowały prosto ku twarzy tamtego. Rearden stał bez ruchu, nie widząc pośród poruszających
    się wokół postaci i twarzy nikogo z wyjątkiem Francisca d’Anconia.
    Niektórzy spośród słuchaczy teraz pospiesznie się oddalali, inni zaś mówili: „To straszne!”, „To
    nieprawda!”, „Jakież to podłe i samolubne!” — głośno, a zarazem ostrożnie, jakby chcieli, by
    usłyszeli ich sąsiedzi, ale nie Francisco.
    — Senor d’Anconia — zadeklarowała kobieta z kolczykami — nie zgadzam się z panem!
    — Jeśli potrafi pani obalić choć jedno zdanie, które wypowiedziałem, madame, wysłucham pani z
    wdzięcznością.
    — Och, nie potrafię panu odpowiedzieć. Nie mam żadnych odpowiedzi, mój umysł nie działa w ten
    sposób, ale ponieważ nie czuję, że ma pan rację, wiem, że jej pan nie ma.
    — Skąd pani to wie?
    — Czuję to. Nie kieruję się głową, lecz sercem. Być może jest pan dobrym logikiem, ale nie ma pan
    serca.
    — Kiedy wokół nas ludzie zaczną umierać z głodu, madame, nie będą mieli żadnego pożytku z pani
    serca. I jestem wystarczająco pozbawiony serca, żeby powiedzieć, że kiedy będzie pani krzyczeć:
    „Nie wiedziałam o tym!”, nie otrzyma pani przebaczenia.
    Kobieta odwróciła się. Przez jej policzki przebiegł dreszcz gniewu, słyszalny też w głosie, którym
    rzuciła:
    — To co najmniej dziwny sposób prowadzenia rozmowy na przyjęciu!


    #cytatywielkichludzi #4konserwy #korwin #wolnyrynek #atlas
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #aynrand

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów