•  

    Zaciekawiła mnie informacja, którą przeczytałem na Wypoku, jak to wyciekły wytyczne skarbówki odnośnie "dociskania" uczciwych przedsiębiorców kontrolami i "odpuszczania" słupom VAT-owskim. Chodzi o ten wpis:
    https://www.wykop.pl/link/4460133/wycieklo-pismo-kierownictwa-fiskusa-do-urzednikow-strzez-sie-polski/

    Urzędnik KAS, który zdecydował się na ujawnienie tego dokumentu, alarmuje, że państwo idzie w kierunku ścigania firm dysponujących majątkiem, a odpuszcza słupom i spółkom kontrolowanym przez przestępców, którzy zdołali już wyprowadzić nielegalnie zdobyty majątek do tzw. Ameryki Kokosowej. Powodem tego „odpuszczenia” ma być fakt, że i tak nic nie da się ściągnąć z takich „lewych” podmiotów, więc lepiej przerzucić siły na normalnych przedsiębiorców, np. nieświadomie wplątanych w karuzelę VAT, i to właśnie ich docisnąć (w celu zabrania im pieniędzy, rzecz jasna).

    No i po pierwsze dla tych, którzy wątpią, czy nie jest to czasem jakiś fejk news i prowokacja polityczna: nie, najprawdopodobniej nie jest. Będzie o tym zresztą już jutro w renomowanych gazetach o tematyce prawnej.

    No a po drugie, to poprosiłem o komentarz do tej sytuacji kogoś, kto przez kilkanaście lat zajmował się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości ekonomicznej będąc na wysokim szczeblu służb, że tak się wyrażę. Poniżej odpowiedź, jaką uzyskałem.

    Temat nie jest nowy. Taka jest pragmatyka od początku funkcjonowania Krajowej Administracji Skarbowej, a nawet w ostatnim okresie funkcjonowania Urzędów Kontroli Skarbowej. Generalnie organy podatkowe działają w oparciu o statystyczne rozliczanie efektów ich pracy. W tej chwili istnieje model rozliczania za efekty polegający na porównaniu wysokości zabezpieczonych środków na poczet zaległości podatkowej danego podatnika, a wysokością stwierdzonych zobowiązań w ostatecznej decyzji. Tak więc im wyższe stwierdzone przez organy podatkowe uszczuplenie podatku, tym wyższy powinien być odzysk należności, aby zachować właściwe statystyczne parametry.

    Oczywiście, efekty mogą być takie, że podatnik (np. spółka z o.o.), który np. dokonał wielomilionowego wyłudzenia VAT-u nie jest objęty zbyt energicznym działaniem urzędu celno - skarbowego w sytuacji, gdzie udaje się ustalić tylko "słupa" nie dysponującego żadnym majątkiem. Takie są realia. Z jednej strony na pewno bulwersujące jest zaniechanie rozliczenia za bardzo poważne uszczuplenia podatku w sytuacji braku realnych możliwości uzyskania jakichkolwiek środków i koncentrowanie sił oraz środków na mniejszych sprawach, ale rokujących na realne zabezpieczenie należności Skarbu Państwa, z drugiej strony zakładając, że głównym celem organów skarbowych jest zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa, to takie działanie ma pewne racjonalne uzasadnienie, ale oczywiście nie do końca.

    Nie można zaakceptować sytuacji, że idzie się na łatwiznę, a znaczna część szarej strefy pozostaje poza faktycznym działaniem organów państwa. Temat jest w istocie głębszy, gdyż dotyka zagadnień związanych z zakresem obowiązków poszczególnych podmiotów związanych ze zwalczaniem przestępczości podatkowej. Nie do końca spójne pozostają działania Krajowej Administracji Skarbowej z Policją (głównie CBŚP) czy ABW. Policja dużą wagę kładzie na ustalenie i likwidację wszystkich osób zamieszanych w proceder, a przy okazji niejako dokonywanie zabezpieczeń majątkowych, więc obszar działania jest pełniejszy, przy czym samej Policji brak jest wszystkich niezbędnych narzędzi, które wymagane są do skutecznej walki z przestępczością podatkową, jakimi dysponuje KAS. Natomiast Krajowa Administracja Skarbowa niezbyt chętnie angażuje się we współpracę, jeżeli nie widzi stosunkowo szybkiej możliwości zajęcia środków finansowych.

    W polskich realiach brakuje jednego silnego podmiotu, zajmującego się przestępczością podatkową, gdyż działania poszczególnych służb na dzień dzisiejszy są mocno rozproszone i słabo skoordynowane. Były nawet w niedalekiej przeszłości przymiarki chociażby w samej Policji, o czym nawet publicznie mówił aktualny Komendant Główny Policji, do scalenia tych działań w ramach dużej i silnej komórki, zajmującej się zwalczaniem szeroko rozumianej przestępczości gospodarczej, ale temat odłożono na półkę. Zyskałby na tym nie tylko Skarb Państwa, ale przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy ponoszą straty w efekcie popełnianych różnego rodzaju przestępstw gospodarczych na ich szkodę. Na dzień dzisiejszy sprawy dotyczące przestępczości gospodarczej są najczęściej umarzanymi postępowaniami. Cierpią na tym również wpływy do Skarbu Państwa z tytułu podatku dochodowego, VAT-u, miejsca pracy itd. Temat rzeka.

    No i tyle na razie - jeśli dowiem się czegoś nowego i ciekawego w sprawie, to wrzucę. A gdyby ktoś chciał ogólnie poczytać o tematyce przestępstw gospodarczych, to zapraszam na bloga: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/
    ( ͡° ͜ʖ ͡°) #vatowcy #bialekolnierzyki #prawo #podatki #firma #policja #dzialalnoscgospodarcza
    pokaż całość

    źródło: kontrola 2.png

  •  

    Niestety to nie pasta.
    Wez sie nie wkurwij...
    jadac na lotnisko 2 miesiace temu, goniac moj samolot, jechalem sobie na swoim osiedlu TRAFICAREM samochodem, predkosc do ograniczenia nie wiecej, wypierdala mi jakis pies na droge, ja po hamulcach i na bok, na jego szkode uciekl w to miejsce do ktorego zahamowalem, bo spodziewalem sie ze ucieknie na chodnik.
    sytuacja taka ze piesek poturbowany ale przezyl bo widzialem go znowu zapierdalajacego ulica na osiedlu kilka dni temu.
    Popatrzylem na auto z przodu i na oko wszystko ok, kontynuowalem droge bo spieszylo mi sie na ten samolot.
    w drodze na autostradzie pokazywala sie awaria silnika ale nie moglem zjechac na autostradzie a odprawa nie trwala dlugo,
    po miesiacu od zdarzenia dostalem email ze moje konto jest zablokowane, a ja zostane obarczony kosztami napraw (nawet jesli maja najlepsze ubezpieczenie dla pojazdow flotowych) w mailu napisane bylo ze cos z chlodnica i koszt to do 3 000 PLN
    Dzis jednak dostalem maila, w ktorym UWAGA policzyli sobie fakture na kwote 10 000 PLN!!! jestem zszkowany tym, wczesniej juz mialem problemy z traficarami bo zabrali mi prawie 100 zl bezpodstawnie z karty w nocy tlumaczac sie ze aplikacja nie zamknela samochodu... dostalem informacje ze zwrocone mi beda pieniadze, bylo to 3 miesiace temu a pieniedzy wciaz nie ma.

    Co powinienem zrobic? nie mam zamiaru placic im ani grosza zwlaszcza przez to ze mnie oszukali a sprawca wypadku nie bylem ja. (wybaczcie brak Polskich znakow)
    #pdk #traficar #bialekolnierzyki #oszustwo #pieniadze #motoryzacja #pytanie
    pokaż całość

    •  

      @Traficar: co to znaczy dostałem / podzieliłem / moi kierowcy / zadzwońcie do mnie? Kto to pisze? Jedna osoba jednocześnie obsługuje automatyczne systemy wewnętrznego powiadamiania, zarządza kierowcami i jako jedyna odbiera połączenia na infolinii? Czy to jest pisane w ramach próby personifikacji nazwy/marki usługi? Agencjo czy inny przedstawicielu firmy, jeśli próbujecie lub próbujesz pisać jako "ja traficar", to sorry, ale jest to równie słabe jak 'siostra zaakceptowała regulamin', damn, bądźmy poważni, plizz :D

      została wezwana firma, przedstawiciel firmy, grupa obsługująca konto w imieniu firmy, a nie Ty - traficarze. @Traficar, Ty nie istniejesz...

      btw. czy Ty traficarze (lol) możesz pokazać nam jakieś zdjęcie -przykładowego- uszkodzenia w sytuacji, która mogłaby być hipotetycznie sytuacją bliźniaczą do tej opisywanej tutaj ? ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)
      pokaż całość

    •  

      @daox: https://www.wykop.pl/wpis/32026271/czas-na-rozwianie-watpliwosci-jako-ze-jestem-stwor/ xD xD xD Tak sobie wymyślili, że niby młodzieżowo czy coś. Jak dla mnie trąci to żenadą i jest niepoważne

    • więcej komentarzy (78)

  •  

    Cześć.

    Kilka lat temu cała Polska żyła sprawą "komornika od ciągnika". Oficjalnie historia wygląda tak, że ktoś miał dług, komornik przyjechał na posesję sąsiada dłużnika i zajął sąsiadowi ciągnik. Cała Polska zadrżała i wszyscy poczuliśmy się zagrożeni - bo jak to tak, komornik może przyjść i zabrać nam dorobek życia za długi obcych osób?! PAŃSTWO PRAWA?!11oneone

    Od samego początku miałem pewne podejrzenia co do tej sprawy - mam w rodzinie komorników i wiem, że tylko skończony głupiec by się tak podłożył, z jednej strony media kreują komorników na baronów, którzy kasują setki tysięcy za licytowanie szpitali a z drugiej komornik popełnia zawodowe harakiri zajmując jakiś ciągnik na totalnym wypizdowie?

    Wszystkie informacje które tutaj zapostuję mają charakter mocno nieoficjalny, niemniej jednak pochodzą ze sprawdzonych źródeł. Śledźcie sprawę komornika, bo prawie na pewno zostanie uniewinniony i na pewno znowu spadną na niego gromy.

    Dłużnik w tej sprawie był dobrze znany komornikowi #pdk ;) Biedny "somsiad" to tak naprawdę szwagier dłużnika (99% relacji pomijało ten "drobny" fakt), panowie lubowali się w schemacie pt. "Ty nic nie masz i bierzesz piniondze a potem przepisujemy na mnie i nas nie ruszo hehe". Dzięki takim magikom czas egzekucji w Polsce jest nawet kilkadziesiąt razy dłuższy, niż na zachodzie. Komornik podjął impulsywną decyzję, bo wiedział doskonale co dzieje się na posesjach obu panów, była to decyzja niezgodna z prawem, ale moim zdaniem jak najbardziej słuszna moralnie jako, że znał sprawę i rodziny od podszewki.

    Cała reszta historii czyli wątek błyskawicznej sprzedaży czy żonglowanie działką to sprawy wtórne, chciałbym tylko Was ustrzec przed bezkrytycznym wierzeniem w to co podsuwają nam media. Gdybyście mieli dług u podobnego cwaniaka to bilibyście komornikowi brawa :) Zresztą z moich informacji wynika, że asesorowi związanemu z historią już niejeden brawo bił, bo potrafił odzyskać nieodzyskiwalne. Przy okazji uważajcie przy podobnych machinacjach, bo jak traficie na twardego zawodnika to przepisanie na konkubinę, babcię czy sąsiadkę może Was nie uratować ;)

    #bialekolnierzyki
    pokaż całość

  •  

    „No shipping to Poland” – dlaczego?

    Wiele osób robiących zakupy w sieci zastanawiało się nieraz zapewne, jak to jest, że wiele zagranicznych sklepów nie zgadza się na wysyłkę towaru do Polski. No niestety, trzeba przyznać, że winna jest temu pewna grupa naszych rodaków, którzy opracowali różne „patenty” dotyczące tego, jak oszukiwać firmy z Niemiec, Francji czy Włoch – jedną z takich metod opiszę na przykładzie.

    Jak oszukać sklepy internetowe
    Grupa złożona z kilku młodych chłopaków zamawiała towary z zagranicznych sklepów internetowych – ale tylko takich, które oferowały zwrot na swój koszt. Najczęściej były to jakieś ciężkie przedmioty, np. mniejsze meble czy duże części samochodowe, ale nie tylko. Dlaczego liczyły się wymiary? Ponieważ owi „geniusze zła” wykombinowali sobie, że będą podrabiać w Photoshopie faktury od kurierów za wysyłkę za granicę, rzecz jasna podając tam mocno zawyżone kwoty, co w przypadku dużych paczek nie budziło wielkich podejrzeń w zagranicznych sklepach (przynajmniej do pewnego czasu). Przykładowo nasi bohaterowie potrafili wiec odesłać do zagranicznego sklepu paczkę za 200 PLN (tyle płacili u brokera kurierskiego), a na podrobionej fakturze dać kwotę za przesyłkę równą 200 Euro. Zachodnioeuropejskie sklepy zwracały im te pieniądze na konto w zasadzie bez mrugnięcia okiem, bo po pierwsze takie mają na ogół standardy obsługi klienta, a po drugie nie miały orientacji w polskim rynku kurierskim i nie wiedziały, ile rzeczywiście takie wysyłki z Polski kosztują.

    Jak przestępcy rozwijali swój „biznes”
    W pierwszych miesiącach działalności grupa odsyłała kilka – kilkanaście takich paczek tygodniowo, a na każdej byli w stanie wyciągnąć ponad 100 Euro. Początkowo paczki przychodziły wyłącznie na ich adresy, jednak skala przedsięwzięcia szybko się zwiększała, więc chłopaki wciągnęli do współpracy znajomych z podwórka, okolicznych meneli itd. – a że płacili po 100 PLN od każdej paczki wysłanej na udostępniony adres, to chętnych do dorobienia sobie nie brakowało. Liczba paczek tak się jednak zwiększała, że to rozwiązanie też po pewnym czasie przestało wystarczać – po prostu każdy sklep przestawał wysyłać towar na dany adres jeśli stwierdził, że na 10 (czasem więcej, czasem mniej) wysłanych tam paczek wszystkie wracały. Ale i na to znalazła się rada – było nią dogadanie się z ludźmi z pewnej sortowni kurierskiej (rzecz jasna nielegalnie), aby ta ściągała z taśmy paczki z konkretnych sklepów zagranicznych i nie przesyłała ich dalej. Dało to chłopakom możliwość podawania w zasadzie dowolnych adresów w całym województwie, które obsługiwała ta sortownia = nie było podejrzanej „kumulacji” zwrotów z tych samych lokalizacji.

    Dlaczego zagraniczne sklepy nie chcą wysyłać towaru do Polski
    Grupa ta stosowała ten schemat najprawdopodobniej przez kilka lat i ciężko jednoznacznie stwierdzić, jak duże szkody spowodowała – szacunkowo w grę mogło wchodzić kilka tysięcy paczek, co dawałoby zarobek w wysokości kilkuset tysięcy Euro. Niby drobne w skali przestępstw gospodarczych, ale historia ta stanowi ciekawy przykład tego, w jaki sposób zaczynają niektórzy szemrani biznesmeni i jak gromadzą kapitał na rozwijanie swej przestępczej działalności. Jeden z chłopaków stanowiących trzon grupy został bowiem zatrzymany za uczestnictwo w karuzeli VAT, a reszta też podobno nie podążyła drogą uczciwości. No i wreszcie na sam koniec odpowiedź na pytanie postawione w tytule: zagraniczni handlarze przeanalizowali sobie, że zbyt duża część wysyłek do naszego kraju przynosi im straty i w związku z tym po prostu nie opłaca im się obsługiwać tego kierunku. Oczywiście cierpią na tym uczciwi polscy konsumenci, którzy w tej sytuacji niejednokrotnie nie mogą skorzystać z naprawdę ciekawych ofert, no ale cóż, mogą za taki stan rzeczy podziękować co poniektórym „sprytnym” rodakom.

    #bialekolnierzyki #polska #internet #zakupy
    pokaż całość

  •  

    Jak można wyłudzić pieniądze dzięki danym z giełdy transportowej

    Schemat działania

    Firma Stalex (nazwa przypadkowa) chce wysłać klientowi towar za pośrednictwem jednej z najpopularniejszych w naszym kraju giełd transportowych, gdzie dogaduje się z przewoźnikiem Max-Trans (również nazwa przypadkowa) co do szczegółowych warunków wysyłki towaru – dane kierowcy i auta, data i godzina, numer rampy oraz ładunku, miejsce załadunku i rozładunku oraz kontakty do załadowcy i rozładowcy. Kiedy warunki zostały zaakceptowane przez obie strony, przewoźnik Max-Trans wystawiał fakturę z odroczonym terminem płatności na 30-40 dni, a wszystkie niezbędne dokumenty wysyłał do firmy Stalex w terminie do 14 dni od dnia wykonania usługi.

    Taki model działania powtarzał się wielokrotnie i nie było żadnych problemów, aż tu na przełomie roku (czyli w okresie, kiedy firmy często zmieniają dostawców usług bankowych) do firmy Stalex zadzwonił ktoś, kto przedstawił się jako szef Max-Transu, po czym przeprosił, że tak późno to zgłasza, ale zmieniły się u nich numery kont bankowych i za jakieś pół godziny wyśle stosowną notę. Dodatkowo zaufanie wzbudził tutaj fakt, że rozmówca podający się za przewoźnika podał wszelkie szczegóły transportu (włącznie z danymi kierowcy), które były w zasadzie znane tylko tym dwóm stronom transakcji.

    Po rzeczonych 30 minutach rzeczywiście przyszła nota z maila łudząco podobnego do tego, z jakiego korespondencję prowadził dotąd przewoźnik Max-Trans – dopiero po całej akcji ktoś z firmy Stalex zauważył, że w adresie zamiast podkreślnika był myślnik. Oprócz tego w zasadzie nie było się do czego przyczepić – zwłaszcza, że nota była podbita oryginalną pieczątką przewoźnika, a podpis też wyglądał na autentyczny.

    Tak więc osoba odpowiedzialna za płatności po stronie firmy Stalex puściła przelew na wskazane w notce nowe konto i zapomniała o całej sprawie – do czasu… Wkrótce zadzwonił bowiem pracownik z Max-Transu z pretensjami, dlaczego jeszcze nie dostali płatności za ostatnią fakturę, choć termin już minął. Pracownik Stalexu odpowiedział, że jak to, przecież przelew wysłali już x-dni temu, a sam szef Max-Transu dzwonił w sprawie zmiany konta i nawet wysłał oficjalną notę w tej sprawie…

    Jak do tego doszło?

    Pierwsze pytanie jest takie: skąd przestępcy mieli dane z faktur wraz ze wzorami pieczątek i podpisów? Ich zdobycie okazało się banalnie proste: otóż osoba podająca się za pracownika Stalexu zadzwoniła do siedziby Max Transu i poprosiła o przesłanie duplikatu faktury, motywując to tym, że „księgowość gdzieś tam ją zapodziała, a termin płatności się zbliża, więc chcielibyśmy to rozliczyć już”. Przewoźnik wysłał co prawda duplikat, ale bez pieczątki i podpisu – przestępcy poprosili więc o fakturę z pieczątką i podpisem „bo księgowy bez tego nam nie przyjmie”, no i takową fakturę dostali. Jako ciekawostkę dodam, że wyłudzenie faktury miało miejsce w ten sam dzień, w którym rzekomy szef Max-Transu zadzwonił do Stalexu i poinformował o zmianie konta bankowego. Świadczy to poniekąd o tym, że akcja została dobrze zaplanowana i przeprowadzona w szybkim tempie, co niejednokrotnie warunkuje powodzenie przy tego typu działaniach.

    Pytanie drugie: skąd przestępcy mieli wrażliwe dane dotyczące realnego zlecenia, jakie Max Trans miał zrealizować dla firmy Stalex (data i miejsce załadunku i rozładunku, dane auta i kierowcy itd.), skoro te informacje były znane tylko przedstawicielom obu firm? Otóż, dziwnym trafem, giełda transportowa pośrednicząca w transakcji kilka tygodni wcześniej miała poważną awarię serwerów – chodziły plotki, że było to włamanie, ale oczywiście przedstawiciele giełdy zaprzeczyli temu z całą stanowczością twierdząc, że złamanie zabezpieczeń jest w tym przypadku niemożliwe. Cóż… Interesujący jest też fakt, że przestępcy dysponowali numerami różniącymi się zwykle tylko o 2-3 cyfry od oryginalnych numerów poszkodowanych firm, co również wymagało nieco zachodu i pozwala domniemywać, że za całą akcją stała naprawdę dobrze zorganizowana grupa.

    Co ze śledztwem w tej sprawie?

    Szef firmy Stalex, który został „zrobiony” przez oszustów na kilka tys. PLN, postanowił zgłębić temat. Po przeprowadzeniu prywatnego dochodzenia okazało się, że w całym kraju w tym samym okresie oszukano w ten sposób kilkaset innych firm, wiele z nich na zdecydowanie wyższe kwoty, więc łupem oszustów mogło paść kilka milionów PLN. Oczywiście poszło zgłoszenie na policję, ale, co było do przewidzenia, w toku czynności okazało się, że właścicielem konta na które Stalex przelał pieniądze, jest osoba znajdująca się w domu opieki, która nie ma o niczym pojęcia. Pieniądze zaś zostały podjęte z bankomatu dzień po wykonaniu przelewu i tu cały ślad się urwał. Co prawda śledztwo dalej trwa (już od roku 2016 zresztą), ale póki co można je uznać za „zamrożone” – słupy są uniewinniane, a organizatorów procederu póki co nie udało się ustalić.

    #bialekolnierzyki #transport #pieniadze #firma
    pokaż całość

  •  

    Ostatnio opisywałem pewien kreatywny sposób, który umożliwiał uniknięcie wysokich podatków przy obrocie ziemią rolną. Ktoś z mirków podpowiedział aby wrzucić tekst pod tag #bialekolnierzyki, co tez niniejszym czynię ;)

    pokaż spoiler Styczeń 2014 roku. Dwóch inwestorów postanawia zarobić na obrocie ziemią rolną. Wyszukują grunt o powierzchni 2,4 ha w wybranej wcześniej okolicy. Kupują ziemię rolną, więc zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami nie płacą podatku PCC (2% od wartości transakcji). Również zgodnie z obowiązującymi przepisami zlecają geodecie podział nieruchomości na działki o powierzchni 3000 m2 każda, przy czym jedna z nich stanowi wewnętrzną drogę zapewniającą dojazd w głąb nowego "jeszcze nie osiedla". Ziemia zakupiona po 40 tysięcy za hektar mogłaby zostać sprzedana w takich kawałkach po 15 zł/m2. Na tym etapie zazwyczaj kończy się większość prac wokół działek rolnych i wystawia ogłoszenie o sprzedaży. Tym razem będzie nieco inaczej.

    Więcej: http://nienieruchomosci.blogspot.com/2018/05/pewna-jest-tylko-smierc-podatki-nie.html

    Jako kolejną ciekawostkę mam krótki opis praktyki związanej z podatkiem PCC.

    pokaż spoiler Kupujesz mieszkanie. Właścicielka w słusznym już wieku grzecznie prosi o to, aby u notariusza podać niższą cenę, niż ta na którą się umówiliście. Podpowiada, że dzięki temu koszt aktu notarialnego będzie niższy, bo zapłacisz niższy podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC). Podpisujesz umowę i cieszysz się z zaoszczędzonych pieniędzy oraz nowego mieszkania. Urząd Skarbowy też się cieszy. Ma od tej pory 5 lat podatkowych aby zgłosić się do Ciebie po dopłatę do kwoty podatku. Oczywiście wraz z odsetkami za zwłokę.


    pokaż spoiler Dlaczego ludzie podają przed notariuszem niższą cenę nieruchomości niż ta, na którą się umówili? Najczęściej chcą uniknąć podatku od sprzedaży nieruchomości przed upływem 5 lat. Jeśli ktoś kupił nieruchomość za 200 tysięcy, a teraz sprzedaje ją za 250 tysięcy, to wystarczy aby przed notariuszem zadeklarował, że wartość transakcji to 205 tysięcy i zapłacił podatek w wysokości 19% od zarobionych 5 tysięcy. Ta sama sytuacja dotyczy nieruchomości otrzymanych w spadku. Różnicą jest to, że spadek oznacza otrzymanie nieruchomości w pełnej jej wartości, więc trzeba zapłacić podatek od całej ceny sprzedaży. Oznacza to też, że w praktyce tutaj częściej sprzedający nakłaniają do zaniżenia kwoty transakcji, a i kwoty ukrywane przed Urzędem Skarbowym są wyższe.


    pokaż spoiler To może się zamienimy? Zamiana jednej nieruchomości na inną może być dobrym sposobem na obniżenie stawki podatku PCC. Jeśli zamieniamy mieszkanie stanowiące odrębną własność, lub mieszkanie spółdzielcze własnościowe na inne, to zapłacimy PCC jedynie od różnicy pomiędzy wartością droższej a tańszej nieruchomości. W pozostałych "zamianach" podatek płacimy od pełnej wartości droższej nieruchomości. Sposób ten dotyczy tylko transakcji zamiany, więc kupując nieruchomość nie da się z niego skorzystać. Ponadto znalezienie dwóch osób, które będą zgodne co do zamiany na swoje nieruchomości jest wyjątkowo trudne i w praktyce zdarza się bardzo rzadko.


    pokaż spoiler Skąd Urząd Skarbowy zna wartość Twojej nieruchomości? Jeśli kupujesz, sprzedajesz, zamieniasz nieruchomość na inną, to Urząd Skarbowy otrzymuje jeden z wypisów Twojego aktu notarialnego. Każda kancelaria notarialna przesyła do "skarbówki" porcję danych na tyle solidną, aby urzędnik mógł w mgnieniu oka ocenić, czy wartość transakcji odpowiada aktualnej cenie rynkowej. Dodając do tego fakt, że większość transakcji to zakupy na kredyt, gdzie nie można zaniżyć ceny, bo "prawdziwą" wartość musi znać bank, wiemy już, że oszukiwanie na wartości jest ryzykowne. Urzędy bardzo często podważają nawet uczciwie zadeklarowane wartości transakcji jeśli dane jakimi dysponują wskazują, że cena nieruchomości powinna być wyższa.


    pokaż spoiler Dlaczego Urzędy Skarbowe skrupulatnie kontrolują odprowadzanie PCC, skoro jego stawka jest tak niska? Głównie dlatego, że jest to podatek bardzo prosty. Wystarczy znać wartość nieruchomości, obliczyć 2%, wystawić nakaz zapłaty, lub wezwać do dopłaty. Lista wyjątków jest bardzo krótka (PCC nie płacą na przykład przy części transakcji organizacje pożytku publicznego oraz rolnicy), a ponadto nie istnieją żadne metody obniżenia podatku od czynności cywilnoprawnych, poza podaniem niższej ceny. W przypadku VAT przy sprzedaży nieruchomości urzędnik ma długą listę zwolnień, wykluczeń, różne stawki, problemy z orzecznictwem, a pewnie i kilka spraw sądowych w trakcie. Mniejsze Urzędy Skarbowe często mają liberalne podejście do podatku VAT w transakcjach obrotu nieruchomościami, ale przed PCC nie ucieknie nikt.


    pokaż spoiler Jak przygotować się na ewentualne wezwanie do zapłaty wyższej kwoty podatku PCC? Przede wszystkim zalecam podawanie prawdziwej, odpowiadającej warunkom rynkowym ceny. To nie tylko obrona przed Urzędem Skarbowym, ale też w przypadku wystąpienia wad prawnych, lub technicznych w nabywanej nieruchomości, jeden z argumentów do walki o ewentualne odszkodowanie, lub naprawę wad. Jeśli zadeklarujesz zakup kawalerki za połowę jej ceny, a okaże się, że jest w niej niechciany lokator, lub ktoś ma prawa do gruntu, na którym stoi blok, to nie licz na możliwość uzyskania odszkodowania od sprzedającego. Sąd orzeknie, że wartość transakcji odpowiada wartości nieruchomości z wadą i na tym zamknie sprawę.


    pokaż spoiler Podałem prawdziwą wartość transakcji, a Urząd Skarbowy nadal twierdzi, że to za mało. Co robić? Na początek warto zastanowić się co wpłynęło na taką, a nie inną cenę nieruchomości. Jeśli mieszkanie wymagało remontu, to warto o tym wspomnieć udzielając urzędowi wyjaśnień (taką informację warto też zawrzeć w treści aktu notarialnego). Jeśli z daną nieruchomością, lub jej lokalizacją wiążą się jakieś niedogodności, to warto o nich wspomnieć. Dobrze jest mieć zdjęcia dokumentujące opisywane przez nas fakty. W mojej praktyce przygotowywałem kiedyś odpowiedź dla Urzędu Skarbowego, który stwierdził że nabyte przez moją znajomą mieszkanie powinno być warte 35 tysięcy złotych więcej. 700 zł podatku nie jest dużą kwotą, ale zawsze lepiej ją mieć dla siebie, niż oddać urzędnikowi. Aby udowodnić wartość opisaliśmy dokładnie okolicę (widok z kuchni na kaplicę pogrzebową na sporym cmentarzu) oraz stan nieruchomości (bloki na tym osiedlu znane są z kiepskiej jakości instalacji elektrycznych, a ponadto wszystkie podłogi wymagały wymiany, łazienka i WC do kapitalnego remontu). Do odpowiedzi załączyliśmy 5 wdrukowanych zdjęć na podparcie naszych słów i wysłaliśmy odpowiedź. W tym przypadku Urząd Skarbowy w całej rozciągłości przyjął nasze zdanie i zaakceptował zarówno nasze wyjaśnienia jak i pierwotną wartość transakcji.


    Tekst na www: http://nienieruchomosci.blogspot.com/2018/05/pcc-podatek-czy-czkawka.html

    #nieruchomosci #mieszkanie #podatki
    pokaż całość

  •  

    Oglądam sobie rano tv przy kawie, a tu news: płonie kolejne składowisko odpadów. Sporo ostatnio tych podpaleń – o przepraszam, pożarów – w których niebezpieczne odpady idą z dymem zamiast trafić do drogiej utylizacji. O całym procederze nielegalnego handlu odpadami (bo chyba tak to można nazwać) pisałem zresztą już jakiś czas temu – tak tylko przypomnę pokrótce schemat, jak to działało:

    1. Zakładało się w Polsce spółkę „na słupa” – nazwijmy ją Odpadex – lub kupowało już istniejącą, spółka ta miała oczywiście odbierać odpady.

    2. Znajdowało się kontrahenta za granicą (weźmy jako przykład Niemcy) i proponowało mu atrakcyjny cenowo odbiór odpadów bardzo drogich w utylizacji.

    3. Organizowało się wysyłkę tych odpadów do Polski, tutaj były 2 możliwe drogi:
    a) odpady odbierano od Niemców „na dziko”, czyli bez występowania o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów licząc na to, że nie będzie po drodze żadnej kontroli
    b) zakładano w Niemczech firmę (też na słupa), która miała odebrać odpady od niemieckiego klienta, po czym jako firma wysyłająca występowała do polskiego Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów do Polski (o takie pozwolenie musiała wystąpić firma z kraju wysyłającego)

    4. Do akcji wkraczała polska spółka Odpadex, która przyjeżdżała we wskazane miejsce, zabierała odpady i następnie przewoziła je (legalnie lub też nielegalnie) na jakiś wynajęty magazyn czy też działkę w Polsce.

    5. Co dalej? Ano nic. Odpady sobie leżały, a spółka Odpadex zwykle „zamykała się” lub ogłaszała bankructwo – prezes oczywiście niewypłacalny albo leżał gdzieś pod kroplówką w hospicjum, co na jedno w sumie wychodzi. Z problemem odpadów zostawał więc właściciel magazynu czy tam działki, który wynajął obiekt spółce Odpadex, gdyż to na niego spadały koszty utylizacji niebezpiecznych śmieci. Kurtyna.

    Teraz jednak odpady już nie leżakują, ale ulegają spaleniu. Dlaczego? Powodów jest kilka. Po pierwsze od początku 2018 roku mamy nowe prawo dotyczące gospodarki odpadami niebezpiecznymi – nie wdając się zbytnio w szczegóły, jest po prostu więcej uciążliwej „papierologii” i trudniej jest ukryć nielegalne przepływy tychże odpadów. Po drugie wzrosły tzw. opłaty marszałkowskie za przechowywanie odpadów – 270 PLN od tony, o ile się nie mylę. Przy tysiącach ton opłaca się więc „przypadkowy pożar”, bo nie trzeba przelewać tych pieniędzy na konto skarbu państwa. No i po trzecie, ale to nie jest w 100% potwierdzone info, w niektórych województwach zaczęły się podobno ostrzejsze kontrole, więc Janusze utylizacji zaczęli się na szybko pozbywać problemu, puszczając go po prostu z dymem. A teraz, kiedy sprawa zrobiła się głośna na całą Polskę i kiedy rząd zapowiedział, że weźmie się za tzw. mafię śmieciową, możemy się prawdopodobnie spodziewać kolejnych pożarów na zasadzie efektu kuli śniegowej. Jeśli ktoś ma bowiem coś do ukrycia, to teraz będzie dla niego ostatni moment, aby pozbyć się dowodów – kiedy za x-tygodni służby ostrą ruszą do akcji, to dla „odpadowych” biznesmenów może być już za późno.

    Ok, a jak wyeliminować taki proceder? Moim zdaniem (a uprzedzam, że nie jestem ekspertem od tej akurat branży) wygrać ze „śmieciarzami” można tylko poprzez zastosowanie radykalnych rozwiązań. Biorąc pod uwagę doświadczenia z innych branż, trzeba by po prostu wyeliminować pośrednika (tego nieuczciwego) z łańcucha utylizacji. Obecnie jest bowiem tak, że niemiecka firma X produkująca odpady oddaje je firmie Januszex (polskiej lub kontrolowanej przez Polaków), która bierze na siebie odpowiedzialność za te odpady, a ściślej rzecz biorąc za ich prawidłową utylizację w zakładzie Z. Więc gdyby zmienić prawo na poziomie międzynarodowym na takie, w którym firma X jest odpowiedzialna za odpady aż do momentu ich utylizacji i bez pokazania kwitów bezpośrednio ze spalarni Z płaci ogromne kary, to ukróciłoby się oddawanie niebezpiecznych substancji rozmaitym Januszexom.

    Oczywiście, przy okazji trzeba by stworzyć wydajny system potwierdzeń utylizacji, aby nie dopuścić do fałszerstw, ale to dałoby się zrobić np. wykorzystując Blockchain. Jednak takie rozwiązania to dużo zachodu i nie wszystko tutaj zależy od polskiego rządu – obstawiam niestety, że skończy się na podwyższeniu kar finansowych, nalotów na składowiska i zintensyfikowaniu kontroli ciężarówek zwożących odpady zza granicy, bo to najprościej zrobić. Tyle tylko, że dla firm-słupów wysokość kar nie ma większego znaczenia, gdyż z założenia i tak nie będą ich płacić. Ktoś tam więc zapowie walkę z odpadami, postraszą nowym, ostrzejszym prawem, puści się w tv parę efektownych migawek z kontroli drogowej (sugeruję funkcjonariuszy z długą bronią i w kominiarkach, bo to zawsze robi wrażenie na laikach), a za x-tygodni, jak sprawa przycichnie, niebezpieczne substancje będą dalej płynąć do Polski szerokim strumieniem, zapewniając miliony organizatorom procederu. ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    #bialekolnierzyki #ekologia #biznes #pieniadze #prawo
    pokaż całość

    źródło: odpady.jpg

    •  

      @krzysztof-marcin-rybacki: Spoko, wiadomo o co chodzi. Po prostu mentalność wykopka nie pozwoliła mi się nie przyczepić :)

    •  

      @grafikulus: > Obecnie jest bowiem tak, że niemiecka firma X produkująca odpady oddaje je firmie Januszex (polskiej lub kontrolowanej przez Polaków), która bierze na siebie odpowiedzialność za te odpady, a ściślej rzecz biorąc za ich prawidłową utylizację w zakładzie Z. Więc gdyby zmienić prawo na poziomie międzynarodowym na takie, w którym firma X jest odpowiedzialna za odpady aż do momentu ich utylizacji i bez pokazania kwitów bezpośrednio ze spalarni Z płaci ogromne kary, to ukróciłoby się oddawanie niebezpiecznych substancji rozmaitym Januszexom.

      Tak się akurat składa że pracowałem w tej branży i już w zeszłym roku było tak że firma X ponosiła odpowiedzialność (przynajmniej w RFN), co zresztą utrudniało działalność, bo średnio wierzyli polskim firmom
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (67)

  •  

    Oleje smarowe vs akcyza

    Twarde realia branży, wałki podatkowe, kombinowanie ze składami produktów, fikcyjny eksport-import, niekompetencja urzędników, czy też wreszcie "januszowanie" klientów - o tym wszystkim będzie dzisiaj. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Akcyza – być albo nie być

    Polska jest, niestety, niechlubnym wyjątkiem wśród krajów UE, ponieważ nalicza akcyzę od wspomnianych już olejów smarowych. Wysokość tejże akcyzy to 1180 PLN za 1000 litrów, czyli 1,18 PLN na litrze – no chyba, że dany olej ma odpowiedni kod CN np. 3403 19 90, to wtedy akcyza wynosi 0 (słownie zero) złotych. W interesie producentów olejów smarowych leży więc to, aby ich produkty załapały się na jeden z kodów gwarantujących zwolnienie z podatku akcyzowego (np. wspomniany już 3403 19 90), gdyż daje to oszczędności rzędu 1180 PLN / 1000 litrów, czyli 1,18 PLN na każdym litrze oleju. Niby niewiele, ale tak się akurat składa, że na tym rynku trwa aktualnie ostra wojna cenowa i nawet groszowe różnice na litrze mają znaczenie dla potencjalnych kupujących. Przykładowo standardowy olej hydrauliczny może osiągnąć cenę 5 – 5,50 zł/l netto. W takim przypadku akcyza powoduje zwiększenie ceny o 20%, co może mieć decydujące znaczenie dla kupującego.

    Krótka charakterystyka rynku olejów smarowych

    Zasadniczo mamy w Polsce dwie grupy producentów olejów. Pierwsza to ci, którzy wiedzą co wypuszczają na rynek – jak Orlen, Lotos, Fuchs, Mobil etc. Druga to ci, którzy nie wiedzą (dlaczego, o tym za moment).

    Ta pierwsza grupa wie, bo posiada własne w pełni wyposażone laboratoria z całym odpowiednim sprzętem i sprawdzają każdą partię produkcyjną pod względem parametrów.

    Druga grupa zaś podjęła strategiczną decyzję, że ‘Cena Czyni Cuda’ przez co w swoich laboratoriach ilość sprzętu mają ograniczoną do minimum, co nie pozwala na ocenę poprawności formulacji (koszt odpowiedniego sprzętu jest dość znaczny). Druga sprawa, że często zdają sobie sprawę z jakości (kiepskiej) swoich produktów – więc po co się upewniać w tym, że nie jest dobrze… Dodatkowo sytuację wykorzystują tutaj zagraniczni dostawcy surowców, którzy wysyłają im słabszej jakości produkty wiedząc, że liczy się tylko cena.

    Marka własna oleju – po co i jak to się robi

    Część firm handlujących olejami zapragnęła mieć swoją prywatną markę olejów jako zabezpieczenie przed „wykolegowaniem” przez producentów z biznesu (podobny schemat działa zresztą także w wielu innych branżach). W skrócie takie „wykolegowanie” przebiega często tak, że jakiś dyrektor handlowy dużego producenta olejów dogaduje się z inną firmą w rejonie, no i owa firma wyskakuje do klientów z niższą ceną za ten sam produkt, żeby zrobić na początek dobry wynik. Oczywiście, można powiedzieć, że psuje przy tym rynek, ale duzi gracze zarabiają głównie na obrocie, no i dyrektor handlowy jest rozliczany z wolumenu sprzedaży, a nie z zysku – takie są realia. Posiadanie przez firmę handlującą olejami własnej marki niweluje ten problem, przynajmniej w pewnym stopniu.

    Ze względu na fakt, że produkcja oleju to trudna sprawa, prościej kupować oleje od producenta w paletopojemnikach i konfekcjonować u siebie już pod swoją marką. Niektóre z tych firm pragną utrzymać swoją markę na wysokim poziomie i nie chcą mieć ani problemów, ani czarnego PR, a zdają sobie sprawę z sytuacji na rynku. Dlatego często między kupnem dużej partii oleju, a przelaniem do beczek i kanistrów, wysyłają próbkę do zewnętrznego laboratorium w celu oceny jakości produktu.

    Jednak, jak „ptaszki ćwierkają”, większość producentów kombinuje jak może, aby tylko mieć możliwie najtańszy produkt – jedni zachowują RiGCZ i manipulują składem tam, gdzie nie ma on aż tak krytycznego znaczenia (np. w olejach hydraulicznych), ale niektórzy używają nieodpowiednich baz np. w olejach transformatorowych, co już nie powinno mieć miejsca. Zdarzają się także i firmy, które „idą na grubo”, używając np. tereftalanów do produkcji olejów silnikowych – takie domieszki powodują, że oleje te nie trzymają zakładanych parametrów i są niestabilne w wyższych temperaturach (tzn. powyżej 60 stopni C), co w ich przypadku może mieć (i często ma) katastrofalne skutki. Ważne jednak, że kod uprawniający do zerowej akcyzy się zgadza i można dać dzięki temu niższą cenę. Zdarzały się też akcje, że producent zamiast używać mineralnej bazy z kodem 2710, jaka powinna być zastosowana w danym typie oleju, dawał plastyfikator (super lepki materiał, z którego robi się plastiki) i rozpuszczał go aż do uzyskania odpowiedniej lepkości. No i „wuj” z tym, że powstawał badziewny produkt – ważne, że 1,18 PLN na litrze w kieszeni zostawało.

    Z drugiej jednak strony to też nie jest tak, że każdy producent świadomie oszukuje. Po pierwsze chemicy w takich zakładach mają prykaz produkowania oleju ‘na styk’ pod normy dla utrzymania jak najniższej ceny. Po drugie zdarza się także, że z powodu, nazwijmy to, niedostatków sprzętowych, ktoś doda czegoś za dużo, albo za mało, albo nawet w ogóle nie doda i mamy olej, w którym nie ma prawie nic z tego, co teoretycznie powinno się w nim znajdować.

    „Januszowanie” klientów, czyli niska cena jedynym kryterium wyboru

    Kolejną sprawą są klienci kupujący takie oleje, dla których liczy się praktycznie jak najniższa cena – a takich nabywców jest bardzo dużo. Jest to o tyle złe podejście, ponieważ koszt tzw. środków smarnych w pierwszej lepszej fabryce to zaledwie niewielki promil wszystkich kosztów i w ostatecznym rozrachunku naprawdę opłaca się kupić droższy, sprawdzony produkt, niż lać do maszyn coś, co sprawia problemy – maszyny się psują, trzeba naprawiać, przestoje, stracone zamówienia itd. Ogólnie o wiele więcej szkód niż oszczędności, no ale jak się ma „nawiedzonego” dyrektora finansowego, dla którego Excel jest bogiem i który nie potrafi myśleć wyprzedzająco, to tak już jest… Największy „problem” polega na tym, że części mechaniczne bardzo dużo wybaczają i nie psuje się od razu, przez co dla takiego dyrektora, a czasem nawet serwisantów, nie ma związku przyczynowo skutkowego między podejrzanie tanim olejem, a awariami raz na 3 lata.

    Zdarzało się też nie raz, że producenci do wysokozaawansowanych olejów do nowych ciężarówek stosowali najprostsze bazy mineralne, w konsekwencji czego nie było opcji nawet na wstępne trzymanie parametrów określonych normami. Nie trzeba chyba dodawać, że to zabójcze dla nowoczesnych silników – reklamacji było tak dużo, że wreszcie producenci tych olejów wzięli do ręki kalkulatory i policzyli, że w sumie nie opłaca im się wypuszczać na rynek aż tak słabych produktów i że trzeba jednak poprawić jakość.

    Kierunek: Wschód

    Jak już wspomniałem wcześniej, producentom bardzo zależy na tym, aby ich wyrób miał kod akcyzowy 3403 uprawniający do zerowej stawki tego podatku. I tutaj zaczyna się właśnie kombinowanie z bazami olejowymi (półproduktami) – stosuje się takie, które w rzeczywistości nie bardzo pasują do przeznaczenia danego oleju zakładanego przez finalnego odbiorcę. Oczywiście to też nie jest tak, że można sobie dowolnie manipulować składami i z baz wyłącznie mineralnych ot tak stworzyć oleje syntetyczne! Nadanie kodu akcyzowego następuje w rafinerii i wynika z procesu produkcyjnego. Nikt w Polsce ani w zachodnich rafineriach nawet nie pomyśli o fałszowaniu dokumentacji. Dlaczego? A chociażby dlatego, że udowodnienie mataczenia jest tutaj zbyt proste, a kary zbyt wysokie, żeby podkładać się jakiemuś małemu odbiorcy z Polski. Czyli co, sytuacja beznadziejna…? No nie do końca, ponieważ mamy jeszcze kierunek Wschód, a stamtąd można sobie ściągnąć bazę i w papierach napiszą praktycznie wszystko, czego sobie zażyczysz (=otrzymasz odpowiedni kod akcyzowy).

    Fikcyjny eksport – import

    Jest tajemnicą Poliszynela, że w branży od lat funkcjonuje proceder fikcyjnego eksportu i importu olejów, w którym uczestniczą nawet całkiem spore firmy. Wygląda to w dużym uproszczeniu tak, że za granicę sprzedaje się (fikcyjnie) olej mineralny, a zza granicy sprowadza syntetyczny za pośrednictwem firmy – słup. Kod akcyzowy się zgadza, wszyscy zadowoleni (oprócz Urzędu Celnego, rzecz jasna). Jako ciekawostkę dodam, że w branży funkcjonuje ciekawa historia związana z takimi akcjami, jak to pewna firma wpadła na „genialny” patent sprzedając na Słowację cysternę oleju mineralnego, a w zamian przywożąc syntetyczny (inne kody, niższa akcyza). Problem tylko, że owa cysterna w trakcie „magicznej” zmiany kodu celnego nie ruszyła się z placu nawet o centymetr, no i tym sposobem cały misterny plan poszedł w pizdu (jak mawiał klasyk). A dla niezorientowanych w temacie dodam, że takie oleje są objęte systemem monitoringu przewozów, dziwi więc poziom nieogaru pomysłodawców procederu, bo w zasadzie wystarczyłoby naprawdę puścić tę cysternę chociaż kilometr za granicę na godzinkę (co kosztowałoby kilkaset, może tysiąc PLN – cysterna mieści 36 tys. litrów bazy razy 1,18 zł) i wrócić z tym samym olejem, no ale ktoś tam mocno „przyjanuszował” na kosztach i skończyło się wtopą.

    Obecnie (podobno) jest coraz trudniej przeprowadzić operację „magicznej podmiany kodu”, ale trzeba wiedzieć, że np. jeszcze w 2014 roku z Polski „wyeksportowano” oficjalnie około 630 tys. ton olejów i mineralnych (głównie były to oleje obróbkowe i formierskie). Co w tym dziwnego? A chociażby to, że jest to wręcz kosmiczna ilość zważywszy na fakt, iż w całej Polsce zużywa się tych olejów ok. 10 tys. ton rocznie – tak, naprawdę tylko tyle. Powstała więc sytuacja, w której do samej tylko Słowenii polskie firmy „wyeksportowały” w ciągu roku ok. 160 tys. ton olejów formierskich i obróbkowych, a po 60 tys. ton poszło na Węgry i do Grecji. Szacunki mówią tymczasem, że te 3 kraje łącznie w ciągu roku zużywają tyle samo tego typu olejów, co Polska, a więc 10 tys. ton. Mamy więc nadwyżkę eksportową blisko 30-krotnie przewyższającą realne potrzeby rynkowe. Przypadek…? No niekoniecznie, ponieważ z ogromnym prawdopodobieństwem chodziło tak naprawdę o uniknięcie akcyzy, a sprzedawane były oleje bazowe stosowane jako substytut lub domieszka do oleju napędowego, bądź też olej napędowy celowo przeklasyfikowany jako olej bazowy (czyli zwolniony z akcyzy).

    Zawieszona akcyza

    Sytuacji małych producentów nie poprawia też fakt, że istnieje taki twór, jak zawieszona akcyza. Chodzi tutaj o to, że duże firmy spełniające odpowiednie warunki, a więc np. prowadzące własne składy podatkowe i produkujące odpowiednie ilości olejów (powyżej 50 tys. litrów rocznie) mogą korzystać właśnie z takiego udogodnienia, jak procedura zawieszonego poboru akcyzy. Daje im to przewagę konkurencyjną w stosunku do „maluczkich” tego rynku – dość powiedzieć, że według szacunków osób z branży (choć bez żadnych dowodów), taki chociażby Orlen sprzedaje ok. 40% olejów w trybie zawieszonej akcyzy – i właściwie tylko dzięki temu ma tak duży udział w rynku.

    Jednak w branży, oprócz głównych graczy, są też mniejsze firmy, które utworzyły składy podatkowe dawno temu na starych zasadach, kiedy nie trzeba było fizycznie produkować w Polsce i dziś również korzystają z dobrodziejstw zawieszonej akcyzy, nic nie zmieniając w papierach z obawy o utratę tego przywileju. Cała reszta uczestników rynku musi normalnie płacić akcyzę od samego początku – włączając w to np. firmy zagraniczne, które chcą otworzyć dystrybucję w Polsce, ale z zawieszonej akcyzy korzystać nie mogą, ponieważ nie produkują na terenie naszego kraju.

    Co prawda zgodnie z moim info w rządzie są prowadzone rozmowy międzyresortowe, aby pobierać akcyzę od wszystkich typów olejów, niezależnie od przyznanego im kodu CN, ale osoby z branży już dziś twierdzą, że to nie przejdzie. Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze zmiany te blokuje Orlen, który sporo by na nich stracił, a po drugie z uwagi na trudności od strony urzędników i stosunkowo mały przychód do budżetu, który prawdopodobniej na skutek zmian wzrósłby o +- 100 milionów PLN rocznie (a taka kwota przy potencjalnym zamieszaniu nie jest warta przysłowiowej świeczki). Z drugiej strony ustawodawca może zagrać nie fair i utrzymać tryb zawieszonej akcyzy. Dzięki temu Orlen i Lotos mogłyby jeszcze powiększyć swój udział w rynku kosztem innych, mniejszych firm.

    Urząd Celny – niekompetencja i przegrane w sądach

    No i wreszcie doszliśmy do naszych celników, którzy, niestety, niejednokrotnie sami mają trudności z odpowiednią klasyfikacją takich olejów. Cały problem jest na poziomie systemowym i już pokrótce przedstawiam, jak to wygląda w praktyce.

    Otóż Izba Celna może oczywiście przeprowadzić badania olejów celem sprawdzenia, czy czasem nie „walą jej w rogi”. Urzędnicy pobierają więc próbkę i wysyłają do swojego laboratorium, w którym Pani laborantka dokładnie i wedle odpowiedniej procedury tę próbkę bada. Po wykonaniu owego badania wyniki wędrują na biurko urzędnika i tutaj zaczynają się niejednokrotnie „cyrki”, ponieważ taki urzędnik nie jest chemikiem i nie potrafi odpowiednio zinterpretować tychże wyników – po prostu bierze wzory, porównuje i autorytarnie stwierdza, czy dany olej jest ok w świetle przepisów, czy też nie jest. To o tyle bez sensu, że w zasadzie każdy olej jest inny i każdy posiada „własny odcisk palca” czyli zestaw unikalnych cech – w zasadzie można to interpretować tak, że żaden nie jest w 100% w porządku i można go zakwestionować pod kątem podatkowym (do pewnego stopnia, oczywiście).

    Do pewnego momentu wiele firm miało poważne kłopoty, bowiem Izba Celna przedstawiała w sądzie takie wyniki badań zinterpretowane przez urzędników nie będących ekspertami, twierdząc przy tym, że mamy do czynienia z oszustwem, a sądy niejako z automatu przesądzały o „winie” przedsiębiorców, no bo przecież badania… Działo się tak mimo tego, że podobne dowody oparte o interpretacje urzędników „celnego” mogły być podważone praktycznie przez każdego chemika.

    Tak było do czasu, aż jeden sprytny adwokat odwrócił sytuację w bardzo prosty sposób, a mianowicie na podstawie prawa o domniemaniu niewinności zażądał od Urzędu Celnego udowodnienia tego, że olej powinien mieć inny kod, niż przyznany – niby oczywiste, ale jakoś wcześniej nikomu to nie wychodziło. Do tej pory Urząd tylko negował zgodność ze wzorem, ale na dobrą sprawę nic nie udowadniał. No i wtedy właśnie wyszła niekompetencja urzędników, którzy również w innych sprawach zaczęli się na tej podstawie „wysypywać”, gdyż okazało się, że tak naprawdę się na tym nie znają i nie wiedzą jak udowodnić oszustwo. Sędzia przyznał więc rację pozwanej firmie. Inni adwokaci dowiedzieli się o tym orzeczeniu i przyjęli podobną taktykę, a kolejne sądy też zaczęły orzekać na niekorzyść celników, choć oczywiście nie zawsze, bo w Polsce nie ma prawa precedensów.

    Zakończenie

    Tak właśnie wygląda w wielkim skrócie całe zamieszanie wokół olejów smarowych – przekombinowane przepisy podatkowe, nieczyste zagrywki producentów, czy też wreszcie złe rozwiązania systemowe jeśli chodzi o kontrolę celną. Przy okazji: jeśli czyta to jakiś dziennikarz, który chciałby „pociągnąć” dalej temat i dowiedzieć się ciekawych rzeczy o tej branży, to mogę skontaktować go z odpowiednimi osobami. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A jeśli ktoś nie zna mojego bloga poświęconego przestępczości gospodarczej, to zapraszam: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/?ref=bookmarks ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #firma #podatki #inzynieria #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Dawno mnie nie było na Wypoku (mało czasu) i nawet bordo przez to utraciłem, ale obiecałem, że wrzucę od czasu do czasu jakieś fajne tematy, więc wrzucam. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Prosty patent związany z ustawianiem przetargów.

    W zamówieniu określa się zawyżone wartości, które mają wpływ na cenę. Np. urząd miasta zleca budowę kanalizacji i w wymaganiach podaje, że rury mają być umieszczone w wykopach o głębokości 2m, ale dodatkowo należy wybrać jeszcze 1m ziemi z wykopu i w to miejsce ułożyć 1m podsypki z materiału mineralnego. I daje się cynk preferowanemu wykonawcy, że nie będzie musiał kopać tego dodatkowego metra - wystarczy, że sypnie na dno wykopu 5cm żwiru. I kasa za wykopanie i wywiezienie tego fikcyjnego 1m oraz zakup i dostarczenie 1m podsypki idzie do podziału. Rzecz po położeniu rur jest nie do sprawdzenia. Podobne patenty stosuje się przy budowie autostrad, wykonywaniu zieleni miejskiej, budowie wałów przeciwpowodziowych itp. A podobne patenty stosuje się np. przy zleceniach wywozu śmieci lub odpadów zawyżając np. 2-3 krotnie ilości, które mają być utyliowane. Dogadany oferent wie dokładnie ile będzie do odbioru i podaje cenę kalkulowaną od rzeczywistej wartości plus zwyczajowa działa dla zlecającego.

    #bialekolnierzyki #biznes #dzialalnoscgospodarcza #firma #pieniadze
    pokaż całość

    •  

      @grafikulus branża budowlana (szeroko pojętą) jest ogromnym polem do nadużyć. Jest tyle sposobów i patentów na to jak można due dorobić ilu jest wykonawców i zamawiających :)

    •  

      @grafikulus: przy budowie autostrady używa się różnych rodzai kruszywa ... jedno kosztuje np 100 zł za tonę a inne 500 zł.... w ciągu dnia na "budowę" przyjeżdża 10 trucków z tym za 500 zł... w nocny wywożą 9 trucków a na to miejsce wstawiają to za 100 zł... i tak bez końca.
      najlepsze w przetargach jest termin płatności, ponoć na tym dorobił się doktor Jan Kulczyk - > sprzedał VW T4 policji na 30 dniach płatności a od VW wziął na 90 alb 180 dni. przy takim "przetargu" loka 2msc daje dużo kasy albo można inne rzeczy sfinansować pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Po ostatnim info o planowanej komisji śledczej ds wyłudzeń VATu, zacząłem od nowa przyglądać się historii karuzel w PL że zwróceniem uwagi na działania ówczesnych władz.
    #bialekolnierzyki #polityka #ekonomia

    Taka ciekawostka z 2014:
    https://www.pb.pl/rzad-podaruje-oszustom-kwartal-774698

    Tuż przed okresem świątecznym rząd najwyraźniej postanowił zabawić się w Świętego Mikołaja. Coś mu się jednak pomyliło, bo hojnie obdarowuje oszustów — sprezentował im dodatkowe trzy miesiące na wyłudzenia VAT. Z szacunków „PB” wynika, że skarb państwa na kwartalnym opóźnieniu może stracić na tym 1 mld zł. Co najmniej.

    Nowela zawiera szereg instrumentów, wymierzonych w podatkowych oszustów. Najważniejszy to rozszerzenie katalogu produktów, objętych tzw. odwróconym VAT, czyli rozwiązaniem, obowiązującym z dużymi sukcesami na rynku złomu i stali, w którym podatek płaci jedynie finalny odbiorca. Nowelizacja ma objąć głównie handel drogą elektroniką: komórkami, smartfonami, tabletami, notebookami, laptopami i konsolami do gier. „PB” kilka razy ostrzegał, że skala wyłudzeń w tym segmencie lawinowo rośnie. Odwrócony VAT jako remedium na oszustwa przedstawiciele branży zaproponowali MF już na początku 2014 r. Resort zastanawiał się kilka miesięcy, by 27 czerwca 2014 r. przedstawić założenia noweli ustawy. 19 sierpnia przyjął je rząd, a już 10 września gotowy był projekt ustawy. Cały czas obowiązywał też termin 1 stycznia 2015 r. jako dzień wejścia w życie przepisów. Już nie obowiązuje. Kwartał opóźnienia MF tłumaczy tym, że nowela jest skomplikowana i przewiduje wprowadzenie także innych zmian, niż te dotyczące walki z oszustwami.

    — Uczciwi podatnicy muszą też mieć odpowiedni czas na przygotowanie się do wprowadzanych zmian — tłumaczy Wiesława Dróżdż, rzecznik MF.

    Przedstawiciele branży elektronicznej przekonują jednak, że wcale nie potrzebowali więcej czasu.

    — Przy terminie 1 stycznia 2015 r. wszystko byłoby na styk, ale zdążylibyśmy. Choć mamy niewielkie zastrzeżenia do szczegółowych rozwiązań, jednak każda zwłoka we wprowadzeniu zmian jest jednoznacznie zła — mówi Michał Kanownik, dyrektor Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego.

    Nie podziela też argumentu, że nowela była skomplikowana. Jego zdaniem, w ostatnich tygodniach nie było widać wcześniejszej determinacji MF w forsowaniu zmian. Potwierdza to dokumentacja, zamieszczona na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Wynika z niej, że np. na pismo z uwagami Urzędu Zamówień Publicznych z 19 września MF odpowiedziało dopiero 17 października.

    To może dziwić, bo sam resort finansów jeszcze miesiąc temu informował, że w zakończonych w 2014 r. 105 kontrolach skarbowych, dotyczących branży elektronicznej, wykryto nieprawidłowości na kwotę ponad 660 mln zł. A wstępne ustalenia w prowadzonych obecnie ponad 460 kontrolach szacuje na co najmniej 3 mld zł! Obecnie MF twierdzi, że tak duża koncentracja kontroli na handlu elektroniką „skutkuje zmniejszeniem „zainteresowania” podmiotów nieuczciwych prowadzeniem oszukańczych działań na tym rynku”. I dlatego trzymiesięczny poślizg we wprowadzeniu odwróconego VAT „nie powinien wpłynąć negatywnie na sytuację” w tej branży.

    Optymizmu MF nie potwierdzają też dane, do których dotarł „PB”. Wynika z nich, że wyłudzenia VAT w handlu elektroniką, głównie smartfonami, są w tym roku rekordowe.
    pokaż całość

    •  

      @kodyak: Jedno nie wyklucza drugiego. Jeśli ustawa jest prosta i prowadza niewiele zmian (np tylko rozszerzając katalog produktów) to nie trzeba się z nią pieprzyć 1,5 roku.

      Z drugiej strony procesowanie ustaw przez 3 lata nie gwarantuje ich jakości.

      +: ste3
    •  

      @Awganowicz: no zgadza sie. na komisje do zmian w kodeksie pracy wydano juz ponad 1mln a teraz ustawa idzie do kosza.

      Rozszerzenie produktow nie jest takie do konca proste( ͡° ͜ʖ ͡°). Produkt to np sklada sie kilku produktow wiec jak go wtedy zaliczyc i juz zaczynaja sie schody. To tylko przyklad (w stylu latte to kawa z mlekiem czy mleko z kawa) problemow na ktore sie mozna natknac.

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Stoję właśnie pod sklepem budowlanym czekając na kumpla a tu podjeżdża wielki SUV, wysiada z niego elegancko ubrana pani z dzieckiem, na oko pięcioletnim. SUV nie jest najnowszy, ale naprawdę potężny, do tego indywidualne rejestracje aż krzyczą "UWAGA BOGACZ (w domyśle VATowiec)".

    Nie zwróciłbym na nich uwagi, ale rodzinka zasuwa po całym parkingu - myślę sobie - niezła inba jak ta kobieta co podjechała autem, które pali miesięcznie więcej, niż średnia krajowa, zaraz zacznie żebry.

    Ale nie, kobiecina chodzi, schyla się, kluczy, wyraźnie czegoś szuka, odpina wózek, jeden, drugi, trzeci, kolejny, wpina gdzieś dalej, myślę sobie - o co chodzi? Coś się stało? Zgubiła drugie dziecko, kluczyki? Akurat mam nadmiar czasu, więc wysiadam z auta i widzę jak podchodzi do niej inny kierowca sarkastycznie pytając czy jej nie pomóc w szukaniu paragonów. Kobiecinie dziwny grymas wykrzywia twarz i pada z jej ust coś w stylu "spierdalaj", po czym zbiera dalej! Myślę sobie - czy ja śnię? Moje myśli galopują - po co jej te paragony? Loteria paragonowa? Nie, chyba już nie ma. Faktury? Ooo, tak. Pewnie zaraz załatwi sobie na nie w sklepie faktury. Ale jak to? Za to grozi kilka ładnych lat a ona tak w środku dnia, pod wielkim centrum handlowym, i jeszcze pyskuje?

    Drugi kierowca rozbawiony, ja już też, obserwujemy jak się sprawy potoczą, mija jeszcze 5 minut i bingo - kobieta nawet nie udaje, że chce coś kupić, z ok. czterdziestoma paragonami stoi już przy BOKu i wystawia sobie na nie faktury. Rozgląda się nerwowo, bierze kwity, wraca do auta i odjeżdża.

    Ciekawe ile można tak zarobić i ile parkingów dziennie jest ta pani w stanie obskoczyć. Auto wisi na indywidualninadrodze.pl od niemal 10 lat i myślę, że kosztowało w dniu zakupu więcej, niż niejedno mieszkanie.

    #bialekolnierzyki #vatowcy
    pokaż całość

  •  

    MLMowa piramida finansowa Lyoness zmienia nazwę kolejny raz.
    http://behindmlm.com/companies/lyoness/lyoness-changes-its-name-to-myworld-will-regulators-fall-for-it/

    Lyoness --> Lyconet --> Cashback World --> myWorld

    #mlm #piramidafinansowa #bialekolnierzyki #oszukujo #ciekawostki

    --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Lyoness an “illegal pyramid scheme” in Norway, banned from operating
    Jan, 20, 2018
    http://behindmlm.com/companies/lyoness/lyoness-an-illegal-pyramid-scheme-in-norway-banned-from-operating/

    Nowy priorytet UOKiK: Walka z piramidami finansowymi
    11.05.2017

    Wracacie państwo do tematu piramid, ale ten poślizg jest zatrważający. Bo jak długo trwa postępowanie w sprawie Lyoness?
    .
    Ponad cztery lata. Sprawa Lyonessa jest jednak największą i najbardziej skomplikowaną, jaką do tej pory prowadziliśmy w sprawie piramid finansowych. I, tak jak wspominałam, decyzja zostanie opublikowana niebawem.
    http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1041537,dorota-karczewska-wywiad-piramidy-finansowe-uokik.html


    Prezes UOKiK prowadzi postępowania w związku z działalnością następujących podmiotów:
    18.12.2017
    Lyoness – oferuje korzyści materialne, które są uzależnione od wprowadzania innych osób do programu. Wcześniej uczestnik wpłaca zaliczki na zakup bonów lub kart podarunkowych bądź dokonuje zakupów u partnerów handlowych.
    https://www.uokik.gov.pl/aktualnosci.php?news_id=13844

    --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    pokaż całość

    •  

      Prezes UOKiK prowadzi postępowania w związku z działalnością następujących podmiotów:

      @renalum: siema. wiadomo może, czy wzięli się za wszystkie mlm-y, czy tylko za ten jeden konkretny?

    •  

      czy wzięli się za wszystkie mlm-y, czy tylko za ten jeden konkretny?

      @imateapot: Sytuacja wygląda tak:

      - nikt w Polsce nie ściga MLMów,
      - żadna instytucja nie ostrzega przed MLM,
      - na stronie internetowej UOKIK nigdzie nie pada zwrot "multi level marketing" lub "MLM". Więc nie dowiesz się, że lyoness to MLM.
      - gdybyś wystosował pismo do np UOKIK z pytaniem "co to jest MLM?" to prawdopodobnie odpisaliby, że to legalna metoda sprzedaży.

      A teraz patrz na to:

      Firmy wymienione w komunikacie UOKIK:
      https://www.uokik.gov.pl/aktualnosci.php?news_id=13844
      1. FutureNet, FutureAdPro - to MLM
      2. Netleaders/Dascoin - to MLM
      3. One Life Network - to MLM
      4. Mart Diamonds - to MLM
      5. Grupa Finansowa Proventus Herman i Wspólnicy - to MLM
      6. Prevalue Cooperative Owners - to MLM
      7. Fundacja Berkeley - brak info
      8. Questra Holding Inc. - to MLM
      9. Global InterGold - to MLM
      10. Goldsaver - brak info
      11. Lyoness - to MLM
      12. Recyclix - to MLM

      Może kilka MLMów z powyższej listy zostanie zlikwidowanych (nie ma pewności), ale bez nazwania ich MLMami. Więc oszustwo finansowe jakim jest "multi level marketing" wcale nie ucierpi. Setki innych MLMów dalej będą spokojnie działały.

      Można powiedzieć, że nikt nie wziął się za ani jeden MLM, bo nikt nie nazwał rzeczy po imieniu.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Jeszcze w tym tygodniu posłowie Prawa i Sprawiedliwości mają złożyć wniosek o powołanie komisji śledczej w sprawie "nieszczelnego systemu podatkowego". Chodzi przede wszystkim o wyłudzanie zwrotów podatku VAT. Projekt uchwały ma być głosowany już w trakcie przyszłotygodniowego posiedzenia Sejmu.
    http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-bedzie-komisja-sledcza-ds-nieszczelnego-systemu-podatkowego-,nId,2564770

    #ekonomia #gospodarka #polska #polityka #4konserwy #neuropa #bialekolnierzyki
    pokaż całość

    źródło: img4.dmty.pl

    Komisja śledcza ds karuzel VAT jest:

    • 29 głosów (45.31%)
      potrzebna
    • 35 głosów (54.69%)
      niepotrzebna
  •  

    #ekonomia #gospodarka #bankowosc #polska #bialekolnierzyki

    Afera Amber Gold to skok na kilkaset milionów złotych. Tymczasem afera SKOK Wołomin to skok na miliardy złotych. Istotę skoku wyjaśniają Marcin Karliński (Stowarzyszenie Spółdzielczości Finansowej im. św. Michała), dr Krzysztof Traczyk (ekspert d.s. przestępczości gospodarczej Szkoła Główna Handlowa) oraz dr Artur Bartoszewicz (ekspert ekonomiczny, SGH):
    fragmenty:

    Mechanizm skoku polegał na tym, że zostali zaproszeni zaprzyjaźnieni króliczka, ludzie zamożni, znani, aktorzy itd., do wzięcia milionowych kredytów z pewnością, że je otrzymają. Warunek tylko jeden: mają ich nie spłacać. Dostawali z tego ok 20%, np. wziął kredyt na 10 mln zł, dostał z tego 2 mln zł i gwarancję, że nie będzie musiał tego nigdy spłacać.

    Mamy do czynienia z przestępstwem mafijno-urzędniczym. Tzn. takim w którym przestępczość realizowana jest z przyzwoleniem instytucji sektora publicznego i uczestników sektora finansowego. Przestępczość z wykorzystaniem systemu prawnego lub nawet tworzenie tego systemu pod potrzeby przestępczości — np. sprawa przeniesienia nadzoru spod Kasy Krajowej pod Komisję Nadzoru Finansowego.

    To był kluczowy moment całej sprawy. Wciągnięcie tego pod Bankowy Fundusz Gwarancyjny mogło być jedynie przykryciem długu. Tak naprawdę był to skok na BFG, który przez 25 lat transformacji zgromadził ok. 11 mld zł.

    By to zrobić należało podstawić instytucję bankową, która zbankrutuje w sposób kontrolowany. Wszystkie te lotne hasła, że wciągamy SKOKi, które są parabankami, pod KNF, by zapewnić stabilność i ochronę depozytariuszy, mogły być jedynie przykrywką, by zrobić skok na BFG. Było to klasyczne uspołecznienie kosztów na wielką skalę, rozproszenie kosztów tej przestępczości wśród szerokiego grona ludzi.

    Odpowiedzialność ponoszą instytucje nadzorujące system. Najpierw przez 12-13 lat nadzór miała tutaj Kasa Krajowa, która nie reagowała i nie realizowała swoich obowiązków. Następnie nadzór przeszedł pod państwo i działo się dokładnie to samo — żadnych realnych reakcji i działań. Grupa przestępcza zlokalizowana była w instytucjach nadzoru, bo żeby tak pilnować, że wszystko wyparuje z BFG to można powiedzieć, że na pewno nie miał takiej wiedzy i wpływów kpt Piotr P.

    Afera ta pokazuje, kto trzyma władzę w Polsce. Minęły dwa lata, a nie ma komisji śledczej ds. afery SKOK i outsourcingowej, jest tylko Amber Gold, który jest znacznie mniejszy.
    Z polskiego systemu bankowego ukradziono Polakom blisko 7 mld zł. Z BFG wyczyszczono niemal 70% stanu posiadania. To są pieniądze wyjęte społeczeństwu z kieszeni. I nikt o tym nie mówi, nie ma afery. Każdy z klientów banków będzie musiał za to zapłacić kwotę tysiąca złotych, bo tę skarbonkę, BFG, trzeba będzie uzupełnić. To jest przerażająca kwota. Z samego SKOK Wołomin, drugiego pod względem wielkości SKOKu, zniknęło 3 mld zł. To jest skok stulecia.


    Konkrety do powyższego streszczenia padają w poniższym programie tv.
    pokaż całość

  •  

    Miraski, sprawa jest taka: wkrótce mam zamiar zrobić wywiad z detektywem działającym w jednej z najlepszych polskich agencji detektywistycznych specjalizujących się w tropieniu wałków gospodarczych, wywiadzie gospodarczym itd. Na dzień dzisiejszy nie podam, co to za firma, ale w wywiadzie będzie wszystko czarno na białym - mogę zdradzić, że pracuje tam wielu byłych funkcjonariuszy służb 3-literówych. Oczywiście miałem zamiar wrzucić to na Wypok, więc pomyślałem sobie, że fajnie byłoby spytać potencjalnych czytelników o czym chcieliby w takim wywiadzie przeczytać i zapodać najciekawsze pytania. Myślę, że to dobra okazja i możliwość, aby coś fajnego do opublikowania powstało. Zatem... dawajcie w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #gospodarka #policja #pieniadze pokaż całość

    źródło: spy24.pl

  •  

    Pamiętam, jak z dobre 10 lat temu rozmawiałem z kimś, kto był członkiem organu/komisji zajmującej się wyceną prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych na początku lat 90. Zapytałem go wówczas wprost: Jak to się stało, że tyle zakładów przejmowano za tak śmieszne pieniądze, dlaczego w ogóle to było tak nisko wyceniane…? Oto, co mi odpowiedział ów człowiek: Wie Pan, generalnie to myśmy się wtedy dopiero uczyli wyceny, nie było praktycznie żadnych opracowań ani doświadczeń, na których moglibyśmy się wzorować, podpowiadali nam doradcy amerykańscy, którzy po pierwsze nie znali dobrze specyfiki naszej sytuacji, a po drugie myśmy im trochę za bardzo zaufali.

    Taka była wersja oficjalna, a mój rozmówca nie chciał nic więcej zdradzić w tym temacie. Tak się złożyło, że kilka lat później obserwowałem na bieżąco, jak wygląda w praktyce przejęcie jednego z wielu państwowych zakładów. Informacje miałem wtedy z tzw. pierwszej ręki, a konkretnie do osoby, która pełniła tam funkcję dyrektora handlowego. Z oczywistych względów nie napiszę jaka to była firma, ani w jakim województwie działała.

    Cała akcja zaczęła się od tego, że do spółki przyszedł nowy prezes – nie byłoby w tym nic dziwnego czy podejrzanego, gdyby nie to, że ów facet żenił się później z wszystkimi członkami zarządu nowych spółek, którzy potem ginęli, a te zostały następnie prywatyzowane za małe pieniądze. Ta zmiana personalna była więc mocnym sygnałem, że „coś się dzieje”. Wkrótce potem dyrektor handlowy zaczął być naciskany w sprawie kontraktu z francuską firmą, który właśnie realizował. Kontrakt ten miał zapewnić przedsiębiorstwu bardzo duże zyski w perspektywie wielu lat i umożliwić mu dalszy rozwój. Tyle, że nowy prezes robił wszystko, aby ten kontrakt… nie doszedł do skutku. A to wysyłał pasty o serwerowni listem poleconym, a to wytapetował sobie biuro tapetą z książkami, a to zamówił sobie ponton na urodziny i siedział na środku zakładu w tym pontonie z wędką. Doprowadziło to w końcu do tego, że Francuzi powiedzieli "żar pan żur", wzięli swoje ogony i sobie poszli.

    Dalej wydarzenia potoczyły się stosunkowo szybko. Firma, która do tej pory radziła sobie całkiem dobrze, nagle zaczęła mieć problemy z bilansem. Jedną z przyczyn były np. faktury niezapłacone przez nowych kontrahentów (spółki), których nie zdobył ani nie rekomendował wspomniany już dyrektor handlowy. Zresztą później, po prywatnym śledztwie, okazało się, że spółki te były kontrolowane przez osoby z łuską na twarzy, reprezentowane przez światowy rząd reptilian (oczywisty przypadek) i długi te zostały i tak uregulowane. Kolejną przyczyną było zakupienie środków trwałych pod postacią kaczek w wielkości konia, które leżały nieużywane na magazynie. Bezsens, zła decyzja…? Zależy od punktu widzenia, bo były słodkie, więc nie rozumiem, czemu obniżały wartość spółki.

    Ogólnie w firmie działo się coraz gorzej i ludzie zaczęli już przeczuwać co się święci, a szeregowi pracownicy przystąpili do strajku. Zapuścili się więc w święte miejsce negocjować z Gunganami. Dyrektor handlowy został zwolniony – jako ciekawostkę dodam, że w dzień wręczenia wypowiedzenia zabarykadował się w swoim gabinecie i zrobił kopie wszelkich dokumentów, z którymi to kopiami poszedł potem do odpowiednich osób, chcąc je zainteresować nielegalnymi mechanizmami przejęcia przedsiębiorstwa. Krzyknął wtedy "To nie księżyc, to stacja bojowa!". Nic to nie dało, bo galaktyczny senat znał już tragedię Dartha Plagueisa Mądrego. Kilka miesięcy potem przedsiębiorstwo zostało sprzedane (z moich ówczesnych informacji wynika, że za cenę sporo poniżej 50% jego realnej wartości, ale dziś już nie jestem w stanie tego zweryfikować), prezes odszedł „w niesławie”, a nowy właściciel szybko postawił firmę na nogi. Kilka lat potem lokalne media rozpisywały się o tym, jak to zakład został z powrotem zakupiony przez jeden z państwowych koncernów. Nietrudno się domyślić, jak daleko sięgały macki Imperatora.

    Opisany powyżej scenariusz nie jest bynajmniej jakimś wyjątkowo chytrym, przebiegłym i rzadko spotykanym planem, o nie. To schemat powszechnie znany i stosowany na zatrważająco dużą skalę. W skrócie wygląda to tak:

    1. Najpierw trzeba znaleźć wykopków, których wiedza nie pozwala weryfikować różnego rodzaju informacji i napisać ckliwą historyjkę o przekrętach.

    2. Następnie trzeba usuwać komentarze człowieka, który jasno wykazuje, dlaczego to co pisze @grafikulus jest niewiarygodne.

    3. I teraz można zbierać plusy od innych.

    No i tak to w skrócie wygląda. Owszem, są to i zawsze były łatwe operacje ale przypominam, wykop łyknie wszystko, a atencja musi się zgadzać.

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #prywatyzacja
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

    +: w.....j, Dutch +127 innych
  •  

    Pamiętam, jak z dobre 10 lat temu rozmawiałem z kimś, kto był członkiem organu/komisji zajmującej się wyceną prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych na początku lat 90. Zapytałem go wówczas wprost: Jak to się stało, że tyle zakładów przejmowano za tak śmieszne pieniądze, dlaczego w ogóle to było tak nisko wyceniane…? Oto, co mi odpowiedział ów człowiek: Wie Pan, generalnie to myśmy się wtedy dopiero uczyli wyceny, nie było praktycznie żadnych opracowań ani doświadczeń, na których moglibyśmy się wzorować, podpowiadali nam doradcy amerykańscy, którzy po pierwsze nie znali dobrze specyfiki naszej sytuacji, a po drugie myśmy im trochę za bardzo zaufali.

    Taka była wersja oficjalna, a mój rozmówca nie chciał nic więcej zdradzić w tym temacie. Tak się złożyło, że kilka lat później obserwowałem na bieżąco, jak wygląda w praktyce przejęcie jednego z wielu państwowych zakładów. Informacje miałem wtedy z tzw. pierwszej ręki, a konkretnie do osoby, która pełniła tam funkcję dyrektora handlowego. Z oczywistych względów nie napiszę jaka to była firma, ani w jakim województwie działała.

    Cała akcja zaczęła się od tego, że do spółki przyszedł nowy prezes – nie byłoby w tym nic dziwnego czy podejrzanego, gdyby nie to, że ów facet „położył” wcześniej już kilka innych państwowych spółek, które zostały następnie sprywatyzowane za małe pieniądze. Ta zmiana personalna była więc mocnym sygnałem, że „coś się dzieje”. Wkrótce potem dyrektor handlowy zaczął być naciskany w sprawie kontraktu z francuską firmą, który właśnie realizował. Kontrakt ten miał zapewnić przedsiębiorstwu bardzo duże zyski w perspektywie wielu lat i umożliwić mu dalszy rozwój. Tyle, że nowy prezes robił wszystko, aby ten kontrakt… nie doszedł do skutku. A to wydał polecenie renegocjowania ceny (choć zaproponowana i tak gwarantowała wysoką opłacalność), a to kwestionował termin dostaw (że niby produkcja może się nie wyrobić, choć nie było takiej możliwości) itp. Doprowadziło to w końcu do tego, że Francuzi powiedzieli „pas” i znaleźli sobie innego dostawcę.

    Dalej wydarzenia potoczyły się stosunkowo szybko. Firma, która do tej pory radziła sobie całkiem dobrze, nagle zaczęła mieć problemy z bilansem. Jedną z przyczyn były np. faktury niezapłacone przez nowych kontrahentów (spółki), których nie zdobył ani nie rekomendował wspomniany już dyrektor handlowy. Zresztą później, po prywatnym śledztwie, okazało się, że spółki te były kontrolowane przez osoby powiązane z nowym właścicielem (oczywiście oczywisty przypadek) i długi te zostały i tak uregulowane. Kolejną przyczyną było zakupienie środków trwałych pod postacią maszyn, które leżały nieużywane na magazynie. Bezsens, zła decyzja…? Zależy od punktu widzenia, bo gdy wynik finansowy spółki jest obniżony, to fakt ten ma wpływ na niższą wycenę (pamiętajmy o planowanej sprzedaży „za grosze”!).

    Ogólnie w firmie działo się coraz gorzej i ludzie zaczęli już przeczuwać co się święci, a szeregowi pracownicy przystąpili do strajku. Dyrektor handlowy został zwolniony – jako ciekawostkę dodam, że w dzień wręczenia wypowiedzenia zabarykadował się w swoim gabinecie i zrobił kopie wszelkich dokumentów, z którymi to kopiami poszedł potem do odpowiednich osób, chcąc je zainteresować nielegalnymi mechanizmami przejęcia przedsiębiorstwa. Nic to nie dało. Kilka miesięcy potem przedsiębiorstwo zostało sprzedane (z moich ówczesnych informacji wynika, że za cenę sporo poniżej 50% jego realnej wartości, ale dziś już nie jestem w stanie tego zweryfikować), prezes odszedł „w niesławie”, a nowy właściciel szybko postawił firmę na nogi. Kilka lat potem lokalne media rozpisywały się o tym, jak to zakład został z powrotem zakupiony przez jeden z państwowych koncernów. Nietrudno się domyślić, że był to złoty interes dla tych, którzy przejęli go wcześniej za stosunkowo nieduże pieniądze.

    Opisany powyżej scenariusz nie jest bynajmniej jakimś wyjątkowo chytrym, przebiegłym i rzadko spotykanym planem, o nie. To schemat powszechnie znany i stosowany na zatrważająco dużą skalę. W skrócie wygląda to tak:

    1. Najpierw trzeba wprowadzić do zarządu osoby, które przeprowadzą całą operację (oczywiście za stosownym wynagrodzeniem i nie mówię tutaj o oficjalnie pobieranych wypłatach).

    2. Następnie należy umiejętnie wyreżyserować słaby wynik finansowy spółki. Jest na to wiele metod, jak min:

    – wspomniane wcześniej „ustawienia” wierzytelności, które mogą zostać uznane za praktycznie nieściągalne, czasem nawet zakup tzw. śmieciowych wierzytelności za niewielki ułamek ich nominalnej wartości;

    – zakup w istocie zbędnych środków trwałych (nie będą one wcale używane) pod płaszczykiem „inwestycji”, najlepiej na kredyt obciążający nieruchomości należące do przedsiębiorstwa;

    – zatrudnienie kosztownych specjalistów (rzecz jasna z góry wiadomo, kto taką robotę dostanie) oraz zlecenie kosztownych audytów i opracowań zewnętrznym firmom konsultingowych (nierzadko powiązanym z późniejszym kupcem);

    – doprowadzenie do zerwania współpracy z kluczowymi kontrahentami (jak opisany wcześniej przykład z Francuzami) pod w miarę wiarygodnym pretekstem.

    Ktoś powie: Ale zaraz, przecież to wygląda na świadome zarządzanie ukierunkowane na szkodę firmy, przecież na to są paragrafy…? Cóż, owszem, są, ale jeśli te operacje przeprowadzi się mądrze, to ciężko udowodnić działanie ze złej woli, a nie po prostu kiepskie zarządzanie dlatego, że ktoś jest zwyczajnie słabym managerem.

    3. I teraz, kiedy przedsiębiorstwo jest pozornie na skraju przepaści, nadchodzi moment na sprzedaż – rzecz jasna za cenę zaniżoną do granic możliwości, aby tylko prokurator się nie przyczepił. Wkrótce po takiej sprzedaży przychodzi nowy prezes i „cudownym” trafem nagle spływają pieniądze od dłużników, niepotrzebne (nieużywane) maszyny sprzedaje się za dobre pieniądze i spłaca kredyty, zmienia się strukturę zatrudnienia zwalniając niepotrzebnych (a drogich) specjalistów, likwiduje się niedochodowe dziedziny działalności, wreszcie odnawia się kontrakty handlowe ze sprawdzonymi odbiorcami. Dodatkowo, dla zrobienia dobrego wrażenia, dobrze jest jeszcze wykupić reklamy w lokalnych mediach, które dzięki temu napiszą, jaki to cud gospodarczy zrobił nowy zarząd, że w krótkim czasie całkowicie postawił firmę na nogi – normalnie magicy zarządzania, nagradzani potem niejednokrotnie różnymi statuetkami dla „asów biznesu”. A co potem? Różnie – można sprzedać z ogromnym zyskiem, można wejść na giełdę, jest wiele intratnych opcji.

    No i tak to w skrócie wygląda. Owszem, nie były to i nie są łatwe operacje, ale przypominam, że po pierwsze nie robią tego przypadkowi ludzie, a bardzo mocne i wpływowe osoby, a po drugie chodzi o wielkie pieniądze. A wielkie pieniądze otwierają wiele drzwi zamkniętych dla normalnych obywateli działających zgodnie z prawem. #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #prywatyzacja
    pokaż całość

    źródło: ak6.picdn.net

    •  

      A neuropki dalej żyją w świecie uczciwych polityków, managerów, sędziów, prokuratorów...:)

      @Cheater: z byka spadłeś? Oni nigdzie nie żyją. Nie czytałeś co pisałem wcześniej? Oni nie myślą. Oni piszą to za co im płacą. Nikt im za myślenie nie płaci.

    •  

      @grafikulus: Bardzo wiele dobrych spółek z GPW zostało tak zdjęte. Na giełdzie jest to jeszcze prostsze. Wystarczy nie publikować raportów finansowych, spółka zostaje zawieszona, odwieszają kurs leci na łeb na szyje, ogłoszenie updałości i sanacja, kurs spadka na notowania jednolite do spółek groszowych, raportów dalej nie ma. W międzyczasie zarząd wyprowadza kapitał i cenne aktywa do spółek cypryjskich albo na giblartar, upadłośc likwidacyjna, syndyk dzieli ochłapy na obligatoriuszy dla akcjoanriuszy nic nie zostało, zdjęcie spółki z parkietu koniec. A co jest najlepsze? Wszelkie kary ponieśli dorbni akcjonariusze a nie zarząd czy prezes. KNF ma wszysstko w dupie może pare razy jakąś śmieszną karę na prezesa nałoży. To się dzieje obecnie na spółce HAWE, która ma całą oplskę oplecioną ringiem światłowodwoym. Już wyprowadzono z niej społki HAWE Budownictwo i ORSS razem jakieś 400 milionów. Teraz zastanawiają się jak wyprowadzić najcenniejsze aktywo czyli swiatlowody, musza przejac spółke HAWE TELEKOM, po tym zostanie juz tylko samo HAWE bez majątku. pokaż całość

    • więcej komentarzy (176)

  •  

    Jak zarobić kiwając leasingodawcę - kolejna metoda

    Firma Januszex sp. z o.o. posiada maszyny służące do produkcji + inne elementy wyposażenia zakładu typu klimatyzatory itd. – przyjmijmy, że realna wartość tych używanych sprzętów to ok. 500 tys. PLN. No i teraz szef Januszexu dogaduje się z miejscowym dealerem handlującym maszynami przemysłowymi, a ów dealer wystawia mu fakturę pro forma dotyczącą rzekomego zakupu nowego sprzętu o bardzo podobnej specyfikacji, jaki ma już na stanie Januszex – wartość tych nowych maszyn to ok. 1 milion PLN.

    Co się dzieje dalej: szef Januszexu idzie do leasingodawcy z fakturą pro forma oraz specyfikacją maszyn, a leasingodawca udziela mu finansowania i przelewa środki za nowe maszyny na konto wspomnianego wcześniej dealera maszyn. Dealer zabiera z tego swoją prowizję, a resztę oddaje szefowi Januszexu, który tym sposobem uzyskał blisko 1 milion PLN w gotówce, de facto pod zastaw używanych maszyn wartych połowę tej kwoty (a żaden bank nie dałby mu kredytu na podobnych warunkach). Do tego jeszcze Januszex sp. z o.o. może wykazywać koszty związane ze spłatą rat leasingowych za rzekomo nowe maszyny – chociaż mówiąc szczerze, to z tą spłatą w podobnych przypadkach już różnie bywa.

    Oprócz tego dla utrudnienia wykrycia przekrętu usuwa się lub zamazuje tabliczki znamionowe na maszynach, tak że po kilku miesiącach nawet rzeczoznawca może mieć problem z ustaleniem rzeczywistego wieku tychże maszyn. Zdolności produkcyjne Januszex sp. z o.o. nie ulegają więc pogorszeniu, a dodatkowy zastrzyk pieniędzy przecież zawsze się przyda…

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #leasing
    pokaż całość

  •  

    Tak mnie dzisiaj naszła myśl, a propos pana Marcina P. twórcy Amber Gold. Moim zdaniem to jest skandal, że on od 5,5 roku siedzi w areszcie. W areszcie, nie w więzieniu. Nie ma postawionych zarzutów, nie został skazany żadnym prawomocnym wyrokiem. Czaicie to? 5,5 roku! I wyobraźcie sobie, że Wam prokuratura chce postawić zarzuty i wsadza Was na tak długi okres do więzienia. A potem okazuje się, że jednak nie zostaniecie skazani, bo prokuratora przez X lat nie zgromadziła wystarczających dowodów.

    Powinni wprowadzić przepis, że areszt może być przedłużany max do 18 msc łącznie. Jeżeli przez ten czas prokuratura nie jest w stanie zebrać odpowiednich materiałów, by postawić zarzuty, no to sorry, ale wychodzisz, a prokurator prowadzący do dymisji.

    Nie, to że popieram pana P. ale uważam, że my jako społeczeństwo powinniśmy być wyczuleni na opresję władzy. Fajny materiał na podobny temat zrobił ostatnio Sekielski, opowiadając o panu Stonodze. https://www.youtube.com/watch?v=BzQMcbr7Caw

    #afera #ambergold #bialekolnierzyki #prawo
    pokaż całość

    •  

      @Paciek997 Prokurator wnioskuje, kolega podpisuje i masz areszt 5,5 roku, okazuje sie, że jesteś niewinny, co teraz? Straciłeś ponad 5 lat życia, odszkodowanie? Walcz o nie w sądzie, jakieś grosze dostaniesz. Co dalej? No nie wiem. Radź se sam. Jak prokuraturze w CYWILIZOWANYM kraju zajmuje ponad 5 lat zebranie dowodów na kogoś, zdobycie prawomocnego wyroku i osadzenie go w więzieniu to jest to co najmniej podejrzane bo równie dobrze mogli to zrobić w 2 tygodnie ze zeznaniami 20-30 osób + jakieś dodatkowe dowody. Tyle w temacie.

      Tylko, ze tutaj pokrzywdzonych sa tysiace, a wszystkich trzeba przesluchac. Gdyby nie bylo mocnych dowodow to aresztu by nie przedluzali. Tutaj raczej nie chodzi o to czy bedzie wyrok, ale jak wysoki. Areszt zostanie zaliczony na poczet kary.
      pokaż całość

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (55)

  •  

    Dziś będzie co nieco o zarabianiu hajsu w przedszkolach i żłobkach niepublicznych. Nie jest to bynajmniej branża, z którą miałem zawodową styczność, ale pomimo tego postanowiłem wrzucić ten materiał jako ciekawostkę – może Miraski i Mirabelki dopowiedzą coś więcej w komentarzach. W każdym razie sygnał o tym procederze otrzymałem niedawno od pewnej osoby znającej ten temat od środka. Tekst praktycznie oryginalny, z niewielkimi zmianami.

    Zacznijmy od tego, że w pewnym dużym mieście na południu Polski żyje sobie kilku urzędników, którzy przeczuwają, że po najbliższych wyborach pożegnają się z bezpiecznymi posadami. Taka utrata pracy to dość bolesne doświadczenie, a żyć przecież za coś trzeba, więc przydałoby się zabezpieczyć jakoś przyszłość, dopóki jest to jeszcze możliwe. A gdyby tak jakiś własny biznes otworzyć…? Nasi bohaterowie posiadają odpowiednie know-how i znajomości, postanawiają więc część nieruchomości miejskich przerobić na przedszkola prywatne. Zakładają w tym celu fundację, a właściwie na papierze zakładają ją osoby z nimi powiązane, ponieważ urzędnikom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej mającej związek z pełnioną funkcją publiczną (przynajmniej teoretycznie).

    W każdym razie jeden z urzędników dostaje zadanie: przejęcie nieruchomości w taki sposób, aby zakładane przez wspomnianą fundację przedszkole prywatne działało w lokalu miejskim – lub też prywatny żłobek, bo także w tym przypadku stosuje się ten sam schemat. Mając wiedzę na temat procedur nie stanowi to większego problemu – dość powiedzieć, że operacja udaje się doskonale, a pretekstem jest brak miejsc w przedszkolach. Ze względu na te braki gmina jest w stanie zwalniać z opłat za media takie nowe prywatne przedszkola, które nawet często mieszczą się w siedzibach dawnych publicznych przedszkoli gminnych, o ironio. Wspomniana fundacja posiada docelowo kilkanaście takich przedszkoli, w tym także w dużych miastach.

    Burmistrz (a czasem też wójt, bo podobne historie mają miejsce nie tylko w gminach miejskich) jest zadowolony, gdyż zwiększyła się liczba miejsc w przedszkolach, rodzice też są zadowoleni, bo mają gdzie posyłać swoje maluchy, no i wreszcie zadowolona jest też fundacja, bo zwyczajnie zarabia (z czego wspomniani urzędnicy czerpią oczywiście profity). Ok, ktoś powie zapewne: to o co się czepiać, skoro wszyscy są zadowoleni, przecież chyba wszystko funkcjonuje prawidłowo…?

    No więc właśnie nie do końca jest tak super. Otóż takie prywatne przedszkole jest:
    - zwolnione z opłat za media
    - opłacane przez rodziców, którzy nie mieli szczęścia dostać miejsca w przedszkolu publicznym
    - a do tego opłacane kolejno przez: samorząd, MRPiPS (Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) z programu Maluch (żłobki), a także przez inne organizacje pozarządowe, jak np. fundacje dużych firm (chociażby PZU), do których występuje się o dofinansowanie wycieczek, zajęć pozalekcyjnych itd.
    Jeżeli chodzi o rozliczenie z gminą, to następuje ono na podstawie faktur i bilansów. Na bilansach często wykazuje się straty (fikcyjne, rzecz jasna), więc taki ujemny bilans należy jakoś pokryć. Rezultat? Rodzice płacą niejako 3 razy za tę samą usługę:
    a) bezpośrednio
    b) w podatkach, które mają pokryć koszty funkcjonowania prywatnego przedszkola
    c) dokładając się do dotacji z Ministerstwa (które przecież także pochodzą z podatków)

    Idźmy jednak dalej – jak ugrać jeszcze więcej pieniędzy? A np. trzeba przeprowadzić remont lokalu - zwykle jest on wykonywany „na odpi*rdol” przez męża pracownicy fundacji, umowa zrobiona na syna (bo mąż-rencista oficjalnie pracować nie może). A jeśli transza z danej gminy już przyszła i nie można zaksięgować remontu, to też żaden problem – po prostu księguje się go na inne przedszkole zarządzane przez fundację, odpowiednio preparując umowę-zlecenie. Z ciekawostek dodam, że fundacja taka otwierając nowe przedszkole/żłobek nie wymienia nawet wykładziny, bo i po co pieniądze wydawać – wystarczy znaleźć byle jaki certyfikat potwierdzający niepalność (do dostania w sieci) i podpiąć go do dokumentów.

    Masowym procederem jest również fałszowanie wszelkich ankiet dotyczących dodatkowych zajęć szkolnych lub sportowych – pod takie rzekomo przeprowadzone zajęcia można oczywiście wyciągać dofinansowania. Co jeszcze… Kupuje się drogie zabawki w małych ilościach, aby w razie czego móc pochwalić się kontroli, że niby większość jest z tzw. górnej półki – taki towar ląduje na magazynie, a dzieci bawią się na co dzień tańszymi zabawkami. Zresztą i tak negocjuje się z dostawcami korzystne ceny i zamawia u nich wszystko od mydełek po meble, a następnie księguje się po „normalnej”, czyli wyższej cenie (koszty).

    Pora teraz na system zatrudniania, a tam rządzi czystej wody nepotyzm oraz wykorzystywanie darmowej siły roboczej. Nie będzie więc chyba zaskoczenia, że zatrudnienie w takich „fundacyjnych” przedszkolach lub żłobkach dostają żony, córki itp. osoby powiązane z założycielami fundacji. Te, które nie mają wykształcenia pedagogicznego, zostają asystentkami lub bardzo drogimi sprzątaczkami. Dodałbym jeszcze tutaj, że taka asystentka/zastępca kierownika lub sprzątaczka może zarabiać więcej od samego kierownika, a to w sytuacji, kiedy pełni funkcję pielęgniarki, nie są więc to takie złe „fuchy”, jakby się mogło na początku wydawać. Ambitniejsze panie z kolei zostają wysłane na studia zaoczne i to wpisuje się w koszty finansowane przez samorząd. W przypadku żłobków natomiast wystarczy, aby osoba z dowolnym wykształceniem ponadgimnazjalnym ukończyła 280-godzinny kurs na opiekunkę i już może zajmować się grupką malutkich dzieci.

    Aby cały system się nie zawalił, sprowadza się z urzędów pracy stażystów, przede wszystkim takich z wykształceniem wyższym pedagogicznym. Mając darmowych pracowników w przedszkolu księgowa i tak jest na tyle bezczelna, że nadal potrafi wykazywać stratę na papierze. A stażyści? Po wymaganym okresie stażu (najczęściej bez gwarancji zatrudnienia) bierze się nowych i tak przez cały czas z rozmysłem bazuje się na darmowych pracownikach. Delegacje księguje się tak, aby zahaczały o przedszkole. Poza tym oczywiście rodzice, którzy pracują w przedszkolu, są zwolnieni z opłat za dziecko, podobnie jak rodzice korzystający z opieki społecznej. W przyrodzie jednak nic nie ginie i różnicę pokrywają pozostali rodzice ze swoich, odpowiednio wyższych, opłat.

    A teraz trochę liczb obrazujących skalę takiego niepozornego na pierwszy rzut oka biznesu. Według GUS w 2016 w Polsce było 21675 przedszkoli oraz 48782 oddziałów przedszkolnych. Przedszkola niepubliczne są i tak dotowane przez samorząd i ministerstwo, stając się de facto publicznymi, ale dodatkowo jeszcze finansowanymi przez rodziców dzieci. Dochodzi więc do tak kuriozalnej sytuacji, w której pobyt dziecka w placówce kosztuje więcej, niż studia zaoczne! Aby zrozumieć o jakie pieniądze toczy się gra, wspomnę tylko, że przez małe przedszkole na wsi w ciągu roku mogą przepłynąć środki w wysokości 1,5 miliona PLN, przy rzeczywistych (nie księgowych!) małych kosztach prowadzenia – w końcu zwolnienia z opłat, darmowa siła robocza itd. robią swoje. Stąd właśnie fenomen wielu prywatnych przedszkoli i żłobków.

    Osobiście z niesmakiem obserwuję „lament” zarządzających takimi placówkami, że z roku na rok obniżane im są dotowania i ryzykują upadłość. Gdyby tak rzeczywiście było, to nie podjęliby się takiej działalności, proszę mi wierzyć. W Krakowie np. doszło do takiej parodii, że właściciele przedszkoli prywatnych zagrozili bankructwem, jeśli radni obniżą dofinansowanie, a to przy średnim zarobku w wysokości 50 tys. PLN miesięcznie na jedno tylko przedszkole (oficjalne wyliczenia dla ponad 30 placówek)! Tak, to nie pomyłka – o tym przypadku akurat pisała zresztą nie tak dawno prasa. Dotacje zresztą jeśli nawet są obniżane, to w niewielkim stopniu, a i tak automatycznie czesne idzie wtedy do góry.

    Moim zdaniem perspektywy przed tym biznesem rysują się całkiem dobre, ponieważ dzietność powinna wzrosnąć w związku z programem 500+. Zresztą podejrzewam, że wspomniani urzędnicy od fundacji i tak mają dostęp do danych dotyczących narodzin dzieci w danym mieście (wystarczą znajomości w Urzędzie Stanu Cywilnego), zanim GUS jeszcze opublikuje oficjalne dane, tak więc mają doskonałe rozeznanie w tym, czy opłaca się otwierać kolejne placówki.

    Co mogę dodać od siebie? Reasumując mamy tutaj: niezbyt etyczny styk prywatny biznes & pełnienie funkcji publicznej, manipulowanie księgowością, fałszerstwa dokumentów, nepotyzm, wykorzystywanie darmowych pracowników, „dojenie” pieniędzy z budżetu i rodziców + jeszcze kilka innych rzeczy. Czyli całkiem sporo, jak na tak z pozoru przyjemną i niewinną branżę. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #pieniadze #dzieci #rodzice
    pokaż całość

    źródło: dziecko 2.jpg

    •  
      C..R

      0

      @Willy666: @vishon: Miesięcznie, nie każdy mieszka w kilku największych miastach w Polsce gdzie ceny rzeczywiście wynoszą ok 1000 miesięcznie. W tych mniejszych właśnie czesne często wynosi 300 bo do takiej kwoty miasto dokłada drugie 300 + trzeba doliczyć wyżywienie osobno i komitet rodzicielski. Ja płacę łącznie trochę ponad 500 zł miesięcznie.

    •  

      @C_MR 300 - 400 to ja płaciłem jak dziecko chodziło do publicznego przedszkola. Miasto ~28k trudno nazwać jednym z największych w Polsce.

    • więcej komentarzy (27)

  •  

    Dziś będzie co nieco o samochodach. Otóż otrzymałem niedawno info o ciekawym procederze dotyczącym zarabiania kasy kosztem firm leasingowych. Mechanizm jest tutaj prosty aż do bólu, a odbywa się to tak:

    a) Bierzemy spółkę zarejestrowaną „na słupa” mającego dobry scoring w BIK i generujemy sztuczne obroty, ewentualnie kupujemy już istniejącą spółkę ze zdolnością kredytową (da się takie wyrwać).

    b) Idziemy do firmy leasingowej i bierzemy kilka drogich pojazdów w leasing po cenie katalogowej (ostatecznie może być nawet i jedno auto, ale to średnio opłacalne), z możliwie najmniejszą wpłatą własną, max kilka %.

    c) Samochody zwracamy po krótkim czasie (miesiąc – dwa), ewentualnie oddajemy je komuś, kto nie ma zdolności kredytowej na papierze, ale chce jeździć fajnym autem, więc płaci ratę leasingową – rozwiązanie absolutnie nieakceptowane przez większość (albo i wszystkie) firm leasingowych, ale who cares... Jeśli jednak zwracamy auta firmie leasingowej lub też zabiera je ona za niepłacenie rat, to oczywiście narażamy się na duże koszty związane z wcześniejszym zerwaniem umowy. Nasza spółka – słup jednak i tak zostaje wkrótce po tym zamknięta, być może nawet ogłosi upadłość, a my mamy oczywiście gdzieś to, że będą ciągać po sądach jej byłego prezesa, bo i tak nie mają mu czego zabrać.

    No dobra, a gdzie tu zysk…? Słowo – klucz to w tym przypadku rabat dealerski, który może sięgać 20-kilku % przy wzięciu w leasing kilku aut, oczywiście trzeba wybrać odpowiedni model (np. schodzący już z rynku). Dealer dostaje więc przelew od leasingodawcy według ceny katalogowej, a wspomniany rabat dostajemy od niego do ręki – nie pytajcie, jak to potem księgują, bo i tak nie mógłbym tego napisać. Weźmy jednak na ten przykład 4 auta po ok. 200 tys. PLN każde i oto mamy z tych rabatów kwotę ok. 150 tys. PLN, już po odliczeniu tych kilku % na wpłatę. Ktoś powie: ok, w sumie nieduża kasa, niewarta chyba tylu zachodów z otwieraniem spółki itd. Ja odpowiem: pozornie może i tak, ale opisany tutaj schemat to zwykle tylko poboczny deal, bo takie spółki - słupy często służą zwykle do wyłudzania kredytów, nabrania towaru w kredyt kupiecki oraz, oczywiście, do crème de la crème przestępczości gospodarczej, czyli wyłudzania podatku VAT. Jest więc na czym zarabiać... ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #samochody
    pokaż całość

    źródło: mustang 18.jpg

  •  

    Jest na #netflix jakis fajny #film #serial #dokument w tematyce przekretow finansowych, walkow podatkowych, prania pieniedzy itp? #bialekolnierzyki

    pokaż spoiler Oczywiscie na faktach autentycznych ale na tych mniej autentycznych tez moze byc

  •  

    Dziś historia, którą streścił mi pewien dobry Mirek, co to na niejednej budowie chleb jadł. Roboczo nazwałem ten patent „na bobra”, ale oczywiście wiele innych zwierzątek można tutaj podpiąć, tych objętych ochroną ma się rozumieć.

    Na początek krótki szkic sytuacyjny: jest sobie duża budowa autostrady, czy też jakiejś innej obwodnicy, jest wykonawca odcinka, w którego interesie leży zwiększenie kosztorysu i wyciągnięcie jeszcze większej ilości pieniędzy i są ekolodzy, którym też zależy na wyciągnięciu pieniędzy. No i jest bóbr, główny bohater dramatu, niestety.

    Więc ten wykonawca odcinka kombinuje tak: a gdyby na ten przykład zorganizować jakieś dodatkowe obmiary, które by potwierdziły, że XXX-ton materiałów więcej trzeba było zużyć i dużo roboczogodzin poszło… Tylko mądrze ogarnąć temat, żeby faktycznie nie trzeba się było narobić, ale dało zarobić. Wtem, jak to zwykle na takich budowach bywa, na scenę wkraczają ekolodzy, którzy mocno protestują, bo budowa rzekomo zagraża siedliskom ultrarzadkich mrówek sundyjskich, czy tam innych zagrożonych gatunków. Niby dodatkowy kłopot, ale przecież prawdziwy mistrz biznesu potrafi przekuć porażkę w zwycięstwo. I tak oto wykonawca dogaduje się z ekologami: Panowie, dam Wam ile tam chcecie (10, 15, 20 tys. PLN-ów), ale mnie zorganizujcie jakiegoś zwierzaka, już Wam mówię po co…

    Kilka dni później ekolodzy łapią we wnyki naszego głównego bohatera, czyli bobra i uśmiercają bidulka ciosem w głowę zadanym szpadlem. Następnie cichaczem, po nocy, zakradają się na nasyp i drążą dziury w poprzek skarp, które są prawie skończone, a potem wrzucają tam truchło. Rano robotnicy znajdują dziury oraz zwłoki zwierzaka, oficjalnie i według przepisów wszystko zgłaszają, a ekolodzy błyskawicznie pojawiają się w biurze kierownika budowy. No i wtedy rozpoczyna się interwencja oraz śledztwo mające na celu ustalenie tego, jak zginął bóbr, czy osierocił jakąś bobrową rodzinę itd. Nasyp tymczasem naprawia się nieoficjalnie jeszcze następnego dnia, oczywiście zwiększając nieprzyzwoicie obmiar w kosztorysie. Profit to w tym przypadku może i nie grube miliony (bo ile takie bobry zniszczą w teorii, to nie bomba atomowa), ale parę złotych da się urwać – no bo to zawsze przy okazji np. jakieś zapadlisko się mogło spore zrobić (na papierze tylko oczywiście), a naprawienie takowego to nie są tanie rzeczy itd. Ktoś zapewne spyta: Zaraz, zaraz, ale przecież jest jakiś odbiór, co on nie oszacuje, jak duże były rzeczywiście szkody…? Kiedyś Wam opiszę zapewne, jak taki odbiór często wygląda w praktyce, to się zdziwicie, ale to nie dziś.

    Dobra, a co z bobrem? Ano nic – po tygodniu/dwóch ekolog wystawia wykonawcy odcinka kwit, że wszystko jest ok, a bóbr to tylko pechowa przybłęda i zabiły go psy czy tam lisy, albo w ogóle zdechł ze starości. Na wszystko są oczywiście „podkładki” w dokumentach, a że ekologia ważna rzecz, to nikt się specjalnie nie czepia o te dodatkowe koszty, które i tak są drobnym ułamkiem w porównaniu z ogółem pieniędzy wydanych na całą inwestycję. Kto miał jednak zarobić, ten zarobił, na swoim poziomie. Schemat ten stosuje się także wtedy, gdy wykonawca odcinka (albo nawet główny wykonawca) nie może się wyrobić z terminami i niby to wstrzymuje prace na budowie w związku z „ekologicznym śledztwem”, ale tak naprawdę robota przez ten czas idzie pełną parą. Opóźnienie jest jednak usprawiedliwione i znowu nikt się specjalnie nie czepia, no bo ekologia…

    Opisany patent „na bobra” to tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem na wielkich budowach działy się i dzieją rzeczy, które „się fizjologom nie śniły”, cytując klasyka. Materiały, ekspertyzy, obmiary, przetargi… Jest tak dużo megaciekawych historii z tym związanych, że w zasadzie wystarczyłoby stworzyć na ich podstawie scenariusz (nic nie zmieniać, samą prawdę pisać), potem zaangażować Scorsese i Leonardo Di Caprio, a mielibyśmy hit przebijający słynnego Wilka z Wall Street, bez dwóch zdań. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #budownictwo #biznes #pieniadze #ekologia
    pokaż całość

    źródło: bóbr 1.jpg

  •  

    Dziś dla odmiany będzie coś o samochodach, żeby nie zanudzać Was non stop tą budowlanką (choć jest ona taką kopalnią ciekawostek, że jeszcze nie raz do niej wrócę). Na początek pytanie: skąd w Polsce wziąć samochód za ¼ jego wartości…? Kupić od złodziei, samemu ukraść…? Bynajmniej - wystarczy iść na aukcję komorniczą. Gdzie przekręt? Już wyjaśniam.

    Oto na polskich aukcjach komorniczych mamy całkiem sporo aut, których współwłaścicielem jest bank (zwykle ma udział 49% lub 51%). Komornik licytując takie auto, a raczej jego „połowę”, sprzedaje udział dłużnika i nic poza tym. Nowy nabywca zatem zakupi auto, które będzie musiał współdzielić z bankiem, albo spłacić mu jego część. Z natury rzeczy instytucja taka, jak bank, nie będzie raczej zainteresowana współużytkowaniem pojazdu, bo i po co to mu. Ok, podobno czasem się zdarza, że bank wysyła do nabywcy takiego udziału z licytacji roszczenie dotyczące wydania pojazdu do współużytkowania np. przez 1 tydzień w miesiącu, ale to tylko taka gra mająca prowadzić do „zmiękczenia” nowego nabywcy, aby w negocjacjach dotyczących wykupu udziałów banku "wydusić z niego jak najwięcej.

    No dobrze, a za ile taką „połowę” samochodu można kupić? Otóż pierwsza licytacja opiewa na ¾ szacunkowej wartości udziału, a druga (jeśli nie będzie chętnych w pierwszej licytacji) na ½. Przykładowo: mamy samochód oszacowany na ok. 100 tys. PLN, udział banku to ok. 51 tys. PLN, a komornik udział dłużnika wystawi na pierwszą licytację za jakieś 36 tys. PLN ceny wywoławczej, a na drugiej za jakieś 24 tys. PLN. Czyli teoretycznie, jeśli będzie tylko jeden chętny licytant, który zaoferuje cenę wywołania, to na drugiej licytacji kupi „połowę” auta za ¼ jego ceny, czyli za 24 tys. PLN.

    No dobra, ale przecież trzeba spłacić bank (który będzie chciał uzyskać jak najwięcej za swoją część), ponieść inne koszty, więc to nie jest jakiś super deal chyba…? No nie jest, jeśli zakłada się, że wszystko chcesz wykonać uczciwie i zgodnie z prawem (i są podobno firmy, które robią to uczciwie). Jednak kreatywność „białych kołnierzyków” pozwala wyciągnąć z każdego interesu więcej, niż by się mogło zdawać. Otóż do licytacji przystępuje „słup”, który w pełni legalnie kupuje udział w samochodzie - a w licytacji udział może wziąć praktycznie każdy, kto wpłaci rękojmię, za wyjątkiem samego dłużnika i jeszcze kilku osób. Co się dzieje dalej? „Słup” otrzymuje auto wraz potwierdzeniem legalności nabycia, czasem z dowodem i kartą pojazdu, a czasem bez (bo dłużnik je ukrył i nie chce oddać, albo np. siedzi w więzieniu i nie ma możliwości oddania). No w każdym razie taki „słup” odjeżdża sobie spokojnie autem kupionym za ¼ jego wartości, ale z założenia ani myśli spłacać bankowi jego udziału. Auto zwykle zostaje bardzo szybko sprzedane obywatelowi któregoś z biedniejszych krajów UE, jak np. Bułgaria czy Rumunia, często pochodzenia „cygańskiego”, nie ma co ukrywać. Cenę można dać bardzo atrakcyjną, a specyficznych klientów z tamtych krajów mało interesuje to, czy auto jest legalne, czy nie – ważne, że tanie, a zainteresowanie będzie.

    Ktoś powie: ale to bezsens jest, przecież taka Bułgaria czy Rumunia są w Schengen, polski bank na pewno zgłosi przywłaszczenie pojazdu, ten trafi do baz pojazdów kradzionych i nikt go już nie zarejestruje na legalu! Ja odpowiem: „Tomaszu”, jesteś małej wiary... Otóż wystarczy skorzystać chociażby z banalnie prostego procesu „legalizacji”, wielokrotnie praktykowanego nawet w Polsce, a mianowicie zakupić spalone auto z papierami za +- 10% ceny i oto już mamy „dawcę” do przeszczepu. Myk, myk, przeszczep zrobiony i można już iść rejestrować auto. Jest profit.

    Opisany proceder nie dzieje się na wielką skalę (zbyt mała liczba takich licytacji komorniczych), ale jednak występuje. Milionów nie da się na nim zarobić, ale np. kilkadziesiąt tys. PLN miesięcznie już tak – a to całkiem sporo, jak na tak banalnie prosty patent nie wymagający wielkich inwestycji.

    #bialekolnierzyki #komornik #motoryzacja #samochody #pieniadze
    pokaż całość

    •  

      @andrzeii: no tak, sprawa i tak jest śliska, do tego są spore koszta. 1/4 wartości (albo i lepiej jak się znajdzie jakiś debil co myśli, że zrobi interes życia) do tego cena wraku + robocizna. W dodatku sporo załatwiania spraw- trzeba stare papiery "wywalić", w dodatku auto od komornika często jest pozbawione kluczyków i papierów co też powoduje pewne koszta i zawracanie głowy. W dodatku niekiedy robią problemy jak nie masz papierów.
      Do tego weź znajdź TAKIE SAMO auto do podmianki. Wbrew pozorom to nie jest AŻ tak łatwe. Dlatego jak już są papiery do zdobycia na lepsze auto to zaraz b. podobne ginie. Wycinają co ważniejsze fragmenty, reszta idzie na złom.

      Się wycina ćwiartkę auta/podłogę/pół auta/tyle ile trzeba i się dokłada ten wycięty element z drugiego auta z jego VINem. (jak najdalej od VINu się tnie auto, żeby nie było widać cięcia)

      @Jokker: Jak jest fachura to naprawdę można ciąć blisko. Polacy jako pierwsza nacja i chyba jedyna potrafią wyklepać auto, że mało kto się pozna, czujnik nie da rady. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      I gdybym na własne oczy nie zobaczył też bym nie wierzył, jednak tak czy siak jest tak jak mówisz- tną jak najdalej bez większych komplikacji.
      Patent stary jak świat i ludzie nadal o tym nie wiedzą, to mnie dziwi.
      pokaż całość

      +: Jokker
    •  

      @grafikulus: to co zięciu, przebijamy te numery czy nie? ( ͡º ͜ʖ͡º)

      źródło: ocdn.eu

    • więcej komentarzy (120)

  •  

    Po ostatniej publikacji na INNPoland dostałem sporo wiadomości od przedsiębiorców z branży budowlanej (nie tylko z tej zresztą), którzy opisywali mi różne metody oszustw. Niektóre z tych metod znałem, inne nie, ale przytoczę dwie, które wydały mi się najciekawsze z nadesłanych.

    Metoda nr 1: Generalny wykonawca wyznacza swojego reprezentanta upoważnionego do dokonania odbioru robót (najczęściej kierownik budowy), którego, oczywiście całkiem przypadkowo, nie ma na budowie akurat wtedy, kiedy należy tenże odbiór wykonać. Zamiast takiego reprezentanta, protokół odbioru podpisuje więc inny pracownik „generalnego”, podobnie jak niedługo potem kwituje odebranie faktury od podwykonawcy. Niby wszystko w porządku, ale… Ale po pewnym czasie podwykonawca stwierdza, że nie ma na koncie pieniędzy. Udaje się więc do siedziby generalnego wykonawcy i co się okazuje? Że oto pracownik, który dokonał odbioru i potwierdził odebranie faktury, nie miał odpowiednich uprawnień żeby to zrobić. Termin już minął, a robota nieodebrana jest traktowana jako niewykonana. Walka podwykonawcy o swoje pieniądze w sytuacji, kiedy nie ma ważnego protokołu ani faktury przyjętej przez osobę, która ma do tego uprawnienia, jest bardzo ciężka.

    Często też bywa tak, że „generalny” składa podwykonawcy „propozycję nie do odrzucenia”: Wie Pan, teraz to trochę czasu minęło, mamy już kolejny etap budowy, prace poszły dalej i ciężko zweryfikować, czy Pan rzeczywiście dobrze zrobił, czy też my musieliśmy na własny koszt poprawiać, któż ogarnąć teraz zdoła, więc proponujemy Panu 50% wynagrodzenia ustalonego na początku, a jak Pan chce całość, to spotykamy się w sądzie. Część podwykonawców się godzi, część się targuje, część grozi sądem, ale tak czy inaczej wykonawca generalny zawsze będzie „do przodu” na takim numerze…

    Metoda nr 2: Można by ją w sumie nazwać „na dobrego wujka”. Wygląda to tak, że generalny wykonawca (czasem inwestor) bierze podwykonawcę i zleca mu określony zakres prac. Kolejne etapy są wykańczane zgodnie z planem, pieniądze spływają bez problemów i opóźnień (co nie zdarza się w tej branży często), wiec podwykonawca nabiera do „generalnego” zaufania. No a jak już tego zaufania nabierze, to otrzymuje ciekawą propozycję – poniżej dwie przykładowe.

    a) Wie Pan, inny podwykonawca się wycofał ze zrobienia tego a tamtego, więc może Pan się tym zajmie? Przygotujemy aneks do umowy, jak tylko dyrektor odpowiedzialny za te sprawy wróci z urlopu, a Pan już może przystępować do robót, kierownik budowy wszystko wie i zapisze to sobie w notesie.

    b) Wie Pan, tutaj miało być zrobione to i to z takiego i takiego materiału, ale inwestor się zdecydował, że jednak woli inny (najczęściej o wiele droższy), więc proszę zakupić nowe materiały i zrobić zgodnie z tym, co mówię, a specyfikację zmienimy potem, jak tylko dyrektor odpowiedzialny za te sprawy wróci z urlopu. Także Pan działa, a kierownik budowy zapisze sobie wszystko w notesie.

    Ok, i co dalej? Dalej okazuje się, że nagle i „niespodziewanie” zmienia się kierownik budowy. Z urlopu wraca dyrektor, podwykonawca swoje już zrobił, więc idzie z fakturą po kasę i mówi: Tutaj są faktury za taką i taką robotę + materiały no i jeszcze z kierownikiem X ustalaliśmy, że oprócz prac zawartych w umowie zrobię jeszcze to i to / zakupię droższe materiały niż te, co były w specyfikacji.

    A dyrektor na to:Zaraz, zaraz, a jakieś papiery Pan na to masz, aneksy, potwierdzenie zmiany specyfikacji, cokolwiek…?

    Podwykonawca odpowiada: Nie, ale to mieliśmy załatwić jak Pan wróci z urlopu, kierownik budowy X może zaświadczyć...

    Dyrektor: Dobrze, ale X już tu nie pracuje, a ja potrzebuję potwierdzenia - zobaczmy więc, co nowy kierownik budowy Y na to, zaraz każę go zawołać.

    No i przychodzi kierownik Y i mówi: Ja tam nic o tych zmianach nie wiem, nie mam żadnego potwierdzenia, X jak odchodził to nic mi nie przekazał, żadnej dokumentacji z tym związanej, także ten…

    Także ten, mówi dyrektor: Nie zapłacimy Panu, Panie podwykonawco, albo inaczej – zapłacimy tylko za to, co było pierwotnie w umowie, nic ponadto.

    No i tyle. Podwykonawca w takiej sytuacji jest w bardzo ciężkim położeniu, bo praktyczne szanse na to, że uda mu się wygrać podobną sprawę w sądzie są w zasadzie dość nikłe, a można wręcz rzec, że minimalne. Nie ma bowiem żadnego potwierdzenia na piśmie dotyczącego zmian, a tylko podpisane przez siebie oraz „generalnego” umowę i specyfikację, które opisują zupełnie co innego, niż zrobił w rzeczywistości.
    #bialekolnierzyki #budownictwo #biznes #pieniadze #firma #dzialalnoscgospodarcza
    pokaż całość

    źródło: builder.jpg

    +: f......u, PanKracy582 +1548 innych
  •  

    O wałkach w branży budowalnej napisano już właściwie książki, a schemat „na upadającego dewelopera” zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się takimi tematami. Podobno jednak pod tym względem branża się nieco „ucywilizowała” i coraz rzadziej słychać o spektakularnych upadkach i podwykonawcach stojących na skraju bankructwa. Nadal jednak na rynku działa sporo firm budowlanych określanych czasem jako „prawnicze”, które swoją działalność opierają praktycznie wyłącznie na „dokręcaniu śruby” podwykonawcom. Zwykle wygląda to tak, że taka „prawnicza” firma budowlana zatrudnia właściwie tylko prawników oraz kosztorysantów, rasowych budowlańców od samego budowania zaś w niej nie uświadczysz (albo jest ich bardzo mało). Firma ta startuje w licznych przetargach i wygrywa je dając cenę zaniżoną do granic możliwości, właściwie poniżej kosztów jeśli przyjąć, że wszystkim trzeba zapłacić uczciwie. Właściwie to można powiedzieć, że uczciwy wykonawca też stający do przetargu nie jest w stanie tej ceny przebić. Co się dzieje dalej? Po pierwsze podwykonawcom podsuwa się do podpisania umowy pełne „niespodzianek”, praktycznie nie do ogarnięcia przez przeciętnego właściciela małej firmy zatrudniającej kilka – kilkanaście osób. A jak ktoś nie chce podpisać? Żaden problem, zawsze znajdzie się jakiś branżowy „świeżak”, który podnieci się wizją „poważnego kontraktu” i podpisze praktycznie bez czytania, a od tego momentu nie ma już odwrotu.

    Wtedy do akcji wkracza tzw. inwestor zastępczy prowadzący nadzór, który stopniowo zaczyna „dociskać” podwykonawców. Metody są różne – do najpopularniejszych należą np.: takie sterowanie przebiegiem prac, aby podwykonawcy nie mieli szans zdążyć z terminami, naliczanie absurdalnych niekiedy kar (ale zgodnych ze skomplikowanymi zapisami umowy), czy też przywłaszczanie sobie pod byle pretekstem tzw. kaucji gwarancyjnych wpłacanych przez podwykonawców jeszcze przed rozpoczęciem prac (zwykle 10 do 20% zakładanej wartości wynagrodzenia). Spectrum metod jest tak szerokie, że w zasadzie ogranicza je jedynie fantazja firmy „prawniczej” i nadzoru zastępczego – znany był np. przypadek, w którym jeden z takich przedsiębiorców odciął dopływ prądu na swojej budowie i domagał się później od podwykonawców kar za zawalenie terminów umownych (a bez prądu czasem ciężko na budowie). Generalnie chodzi o to, aby być upierdliwym na ile tylko się da i uprzykrzać maluczkim życie tak, aby wreszcie po niekończącej się serii poprawek pękli i zgodzili się na obniżenie swojego wynagrodzenia zawartego w kontrakcie. Z drugiej strony wielu z właścicieli takich małych firm doskonale wie, że w sądzie ciężko będzie im wygrać, no a poza tym to trwa, kosztuje itd. więc koniec końców lepiej zgodzić się na obniżenie wynagrodzenia o X tys. PLN, niż walczyć z firmą zatrudniającą kilku dobrych prawników wyspecjalizowanych w tego typu sprawach. A że nie zarobią na takim zleceniu, tylko wręcz dopłacą, jeśli sami nie wydymają swoich pracowników? Cóż, życie, tak już jest, że w przyrodzie wygrywa silniejszy kosztem słabszego…

    Sytuację podwykonawców komplikuje dodatkowo wprowadzenie odwrotnego obciążenia VAT, ale to już temat na inny wpis. Skoro już jednak przy podatkach jesteśmy, to warto wspomnieć o mniej znanej metodzie dodatkowego zarabiania w budowlance, jaką było reżyserowane „ugrywanie” VAT-u. Odbywało się to w dość prosty sposób: jak wiadomo praktycznie każdy duży kontrakt w branży ma wpisane kary umowne i nie ma w tym nic niezwykłego ani wzbudzającego szczególne zainteresowanie skarbówki. I jak to teraz wykorzystać? Otóż główny wykonawca zawierał umowę z inną spółką na realizację całej inwestycji, jednocześnie zastrzegając w tej umowie takie kary umowne, które stanowią praktycznie równowartość tejże inwestycji. No i teraz wystarczyło, że taki „generalny podwykonawca” zawalił terminy i parę innych rzeczy (praktycznie realizując jednak kontrakt), a główny wykonawca występował o zapłacenie tych drakońskich kar umownych. Myk polegał tu na tym, że kary umowne nie są objęte obowiązkiem płacenia VAT-u, a obie spółki (zarówno główny wykonawca, jak i „generalny podwykonawca”) były w rzeczywistości kontrolowane przez te same osoby. Tym samym już na starcie było wiadomo, że można dać w przetargu cenę niższą nawet o 20% (bo nie trzeba będzie płacić VAT-u), a i tak wyjdzie się na swoje. O „ugrywaniu” dochodowego już nawet nie wspominam.

    A na koniec historia z nieco innej strony barykady budowlanej, tak dla doprawienia wszystkiego odrobiną sensacji. Otóż w pewnym województwie (nie będę pisał w jakim, bo zapewne budowlańcy z tamtych okolic szybko zidentyfikowaliby o kogo chodzi) funkcjonuje lokalna sieć hurtowni trzymająca „w kieszeni” znaczną część miejscowych firm budowlanych, zwłaszcza te mniejsze. Właściciel to były funkcjonariusz służb (nieważne jakich), który oprócz handlu materiałami budowlanych zarabia także na pożyczaniu pieniędzy na %, a konkretnie 10% w skali miesiąca). I teraz towar na kredyt kupiecki może w tych hurtowniach dostać praktycznie każdy budowlaniec, nawet ten nowy w branży. Ale uwaga! Jak tak, to już na starcie musi podpisać weksel – i nie ma tutaj zmiłuj. Jakiś dłużnik nie ma pieniędzy na spłatę należności? Żaden problem, ów biznesmen chętnie mu pożyczy hajsy na spłatę zakupionego u niego towaru, oczywiście z lichwiarskimi odsetkami. Interes kręci się pięknie, ale od czasu do czasu zdarza się „oporniak”, który nie chce uregulować należności, albo po prostu nie ma z czego. Wtedy do akcji wkraczają „charty” – jest ich kilkanaście, a pod tym dość wymownym pseudonimem używanym przez owego biznesmena, kryją się pracownicy działu windykacji, praktycznie wszyscy to byli funkcjonariusze policji lub innych służb „siłowych”. I te „charty”, jak można się domyślić, nie poprzestają na wysyłaniu wezwań do zapłaty, ale twardo „negocjują” w terenie – tu nie ma miękkiej gry, a dawne znajomości i doświadczenie w „zmiękczaniu” sprawiają, że mogą sobie pozwolić na naprawdę wiele i są naprawdę skuteczni w swojej robocie. Dość powiedzieć, że kilku „chartów” dość szybko zrezygnowało z tej roboty po paru wyjazdach do dłużników, kiedy zdali sobie sprawę, jakich metod perswazji oczekuje od nich pracodawca.

    Przy okazji zapraszam na profil na FB, jeśli ktoś woli przebywać właśnie tam: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/

    #bialekolnierzyki #biznes #dzialalnoscgospodarcza #firma #budownictwo #pieniadze
    pokaż całość

    źródło: adigaskell.org

  •  

    #bialekolnierzyki @grafikulus czekam na opis przekrętu na alimenty/ fundusz alimentacyjny tzn. w wielkim skrocie:
    1. wykazujemy duzy dochód
    2. fikcyjny rozwod
    3. sad przyznaje bardzo wysokie alimenty na dziecko
    4. bankructwo
    5. kasa idzie z funduszu alimemtacyjnego
    6. rozne sposoby na nie wsadzenie do wiezienia, np. choroba psychiczna, wycieczka, znajomosci w sadzie/rządzie itp.
    Nie wiem na ile to jest realne.
    pokaż całość

  •  

    Dziś będzie coś o ściąganiu długów, a konkretnie historia opowiedziana mi przez kogoś mającego wieloletnią styczność z tematem. Ogólnie windykacja jest trudną branżą i praktyki niektórych firm wołają o pomstę do nieba, ale czasem trafiają się tzw. kreatywne rodzynki, których metody działania na tyle wybiegają poza schemat, że można by o tym napisać podręcznik.

    Jedną z takich firm była CBS (pierwsze litery nazwy, podobieństwo do CBŚ jak najbardziej zamierzone) specjalizującą się w egzekwowaniu tzw. trudnych długów, w przypadku których klasyczne kancelarie nie mogły wiele zdziałać. Tak więc groźnie wyglądający Panowie windykatorzy z CBS nosili metalowe „blachy” przypominające odznaki wyżej wymienionej służby, jednak nie identyczne. Po co ta mistyfikacja? Po prostu „wjeżdżali” do biura/domu dłużnika pokazując co trzeba i mówiąc przy tym coś w stylu: „CBS, przyjechaliśmy w sprawie długu”. Robiło to odpowiednie wrażenie na dłużnikach, którzy byli o wiele bardziej skorzy do negocjacji, a jeśli nawet jeden czy drugi postanowił zadzwonić na policję, to i tak dowiadywał się, że jak CBŚ u niego jest, to policja w zasadzie nie ma tu nic do gadania. Wtedy zaczynała się gra, przedstawienie mające na celu zmiękczenie i nakłonienie do oddania pieniędzy. Poniżej kilka z ciekawszych metod.

    - Targanie za… uszy. Dość bolesne doświadczenie, a do tego wyglądające w ewentualnych zeznaniach na mało poważne. No bo pójdzie taki na komendę i co powie: przyjechało do mnie kilku i wytargali mnie za uszy! Nie brzmi to jak poważny zarzut, a prędzej jak jakiś dowcip.

    - Fałszywe podpalenie samochodu. Zdarzyła się sytuacja, w których dłużnik zaszył się biurze i nie chciał otworzyć drzwi. Na podjeździe stał jednak jego samochód. Windykatorzy wzięli więc z bagażnika pusty baniak po benzynie, do którego jednak wlali sok jabłkowych (rzecz jasna dłużnik o tym nie wiedział). Następnie polali tym samochód i zaczęli krzyczeć, że zaraz może zdarzyć się wypadek. Dłużnik obserwujący to wszystko z okna nie wytrzymał presji i wyszedł się dogadać, stanęło na tym, że „sprzedał” windykatorom samochód na poczet długu. Kiedy potem dowiedział się, że w baniaku nie było benzyny, pluł sobie ostro w brodę, że dał się tak nabrać.

    - Windykatorzy wmawiali dłużnikowi, że jego wierzyciel jest zaangażowany w tajną operację i w związku z tym musi mieć porządek w rozliczeniach – żadnych zaległości od innych kontrahentów i koniec, kropka. I oczywiście dłużnik ma prawo nie zapłacić, ale wtedy CBS (które dłużnik oczywiście uważał za prawdziwe CBŚ) skutecznie się do niego dobierze, więc ma wybór: albo szybko zapłacić, albo będą problemy. Większość podobno płaciła. A że cała opowiastka o "wierzycielu zaangażowanym w tajną operację" brzmi jak bullshit? Możliwe, ale ilu ludzi tak naprawdę zna się na metodach pracy służb, aby to rzetelnie ocenić...

    - Propozycja nie do odrzucenia. Nie masz na spłatę długu? No dobra, to możesz ewentualnie pomóc nam w wykryciu procederu prania brudnych pieniędzy w ten sposób, że przepuścimy przez Twoją spółkę kilka transferów i za to anulujemy Tobie odsetki. Nie pytajcie mnie o sensowność i wiarygodność takiej propozycji – tutaj chodziło o odpowiedni „aranż”, który sprawi, że dłużnik przestanie logicznie myśleć i zrobi praktycznie wszystko, aby choć czasowo uniknąć zagrożenia.

    - Chłopcy z miasta Ciebie szukają. Ta metoda akurat była wykorzystywana w przypadku większych długów (tzn. od 100 tys. PLN w górę). Odbywało się to tak, że dłużnik „całkiem przypadkowo” poznawał jakiegoś biznesmena, który po jakimś czasie proponował mu wzięcie udziału w bardzo zyskownym przedsięwzięciu, nie do końca legalnym. Kiedy dłużnik się godził, to wkrótce do jego drzwi pukali „chłopcy z miasta”, którzy oznajmiali mu, że wraz ze wspólnikiem psują im interesy i naliczają mu tyle a tyle „kary”, (zwykle min. dwukrotność kwoty, którą chciano od niego odzyskać), a jak nie zapłaci, to nie dość, że tradycyjny „wpierdol”, to jeszcze są w posiadaniu mocnych dowodów na jego przestępczą działalność i dostarczą co trzeba prokuratorowi. Następnie pojawiał się podstawiony „wspólnik” dłużnika, który obiecywał, że wszystko załatwi, bo ma układy. I po paru dniach okazywało się, że owszem, może załatwić, ale będzie to kosztowało ok. 50% „kary” naliczonej przez karków. W tej sytuacji, przy dużej presji psychicznej, taka propozycja uwolnienia się do problemów wydawała się super dealem i zwykle jeśli tylko dłużnik miał skąd skombinować kasę, to godził się na taki układ - ba, często dziękował „wspólnikowi” za wybawienie go z kłopotów.

    Oprócz tego zdarzały się „zwyczajne” wymuszenia wzięcia przez dłużników kredytów lub też zamówienia towarów na tzw. kredyt kupiecki (rzecz jasna zarówno pieniądze, jak i rzeczy trafiały do windykatorów). Co ciekawe skala takiej „twardej” windykacji podobno znacząco się zmniejszyła po tym, jak zaczęto w Polsce masowo wyłudzać VAT – po prostu z wałków na podatkach były o wiele większe i łatwiejsze pieniądze, do tego mniejsze ryzyko w razie wpadki. Przy okazji: odpaliłem fanpage na Facebooku, gdzie będę umieszczał historie z tej tematyki - jakby ktoś miał ochotę obserwować, to link: https://www.facebook.com/Bia%C5%82e-Ko%C5%82nierzyki-149745129071523/?modal=admin_todo_tour ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #pieniadze #windykacja #biznes
    pokaż całość

  •  

    Mafia śmieciowa – krótki opis działania

    Zorganizowane grupy przestępcze zarabiały (zarabiają) duże pieniądze na „utylizacji” odpadów z Niemiec (głównie stamtąd, choć zdarzały się transporty z innych krajów) - może nie tak duże, jak na VAT, ale jednak. Jaki był zarys działania?

    1. Zakładało się w Polsce spółkę „na słupa” – nazwijmy ją Odpadex - lub kupowało już istniejącą, spółka ta miała oczywiście odbierać odpady.

    2. Znajdowało się kontrahenta za granicą (weźmy jako przykład Niemcy) i proponowało mu atrakcyjny cenowo odbiór odpadów bardzo drogich w utylizacji.

    3. Organizowało się wysyłkę tych odpadów do Polski, tutaj były 2 możliwe drogi:
    a) odpady odbierano od Niemców „na dziko”, czyli bez występowania o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów licząc na to, że nie będzie po drodze żadnej kontroli
    b) zakładano w Niemczech firmę (też na słupa), która miała odebrać odpady od niemieckiego klienta, po czym jako firma wysyłająca występowała do polskiego Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów do Polski (o takie pozwolenie musiała wystąpić firma z kraju wysyłającego)

    4. Do akcji wkraczała polska spółka Odpadex, która przyjeżdżała we wskazane miejsce, zabierała odpady i następnie przewoziła je (legalnie lub też nielegalnie) na jakiś wynajęty magazyn czy też działkę w Polsce.

    5. Co dalej? Ano nic. Odpady sobie leżały, a spółka Odpadex zwykle "zamykała się" lub ogłaszała bankructwo – prezes oczywiście niewypłacalny albo leżał gdzieś pod kroplówką w hospicjum, co na jedno w sumie wychodzi. Z problemem odpadów zostawał więc właściciel magazynu czy tam działki, który wynajął obiekt spółce Odpadex, gdyż to na niego spadały koszty utylizacji niebezpiecznych śmieci. Kurtyna.

    Mechanizm opisany w dużym skrócie – były zresztą jeszcze inne patenty na ten biznes, a zresztą może bardziej są, gdyż interes kręci się do dziś, choć już może nie w takiej skali, jak jeszcze z 10 lat temu. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #pieniadze #biznes #mafia #policja #ochronasrodowiska
    pokaż całość

    •  

      Karierę wałkarza można zacząć już za kilkaset PLN - wystarczy np. pójść do sklepu TK Maxx

      @grafikulus: To chyba "na dzień dobry" podpada pod 286 kk? To nie lepiej je po prostu wynieść bez płacenia i być tylko pospolitym złodziejem?

    •  

      @mg75: slupy to czesto alkoholicy, ktorzy po prostu popodpisywali in balnco mase dokumentow. Urzednikow tez korumpuja, by to wszystko przeszlo.
      Moga tez byc osoby smiertelnie chore. Nowotwory pluc z przerzutami czy glejaki. Kase dostanie rodzina. Nigdy nie pojda na wspolprace z prokuratura.

      Ewentaulnie sa ludzie od organizacji slupow. Sam slup nie zna organizatorow. A ci wyzej sie nie spruja bo wiedza ze robia dla gangsterow.

      Ludzie z niesplacalnymi dlugami tez sie tego podejmuja. Nawet za cene wyroku. W zamian za to organizatorzy dadza kase (darowizna, wygrana, lewa firma) jego rodzinie.
      pokaż całość

      +: hurts
    • więcej komentarzy (56)

  •  

    Bardzo ciekawy patent na zarabianie pieniędzy wypracowało sobie dwóch młodych chłopaków z okolic #bydgoszcz Otóż wertowali oni plany zagospodarowania przestrzennego szukając na nich żwirowni. Następnie jechali na miejsce i sprawdzali, jakie działki leżą obok takiego wyrobiska i czy nie wychodzi ono poza tzw. pas ochronny. Jeśli okazało się, że pas ochronny (6 metrów zgodnie z rozporządzeniem PN-G-02100:1996) został gdzieś naruszony, to ustalali właściciela działki i składali mu propozycję kupna – często były to jakieś kawałki łąki itp. odłogi (ale zakwalifikowane jako grunty rolnicze), więc kupowali tanio, nawet za kilkanaście tys. PLN.

    Co dalej? Po prostu szli do właściciela żwirowni i składali mu propozycję nie do odrzucenia: Albo kupujesz Pan od nas tę działkę, albo narobimy Panu problemów, bo Pana żwirownia naruszyła pas ochronny naszej działki. No ale jest na szczęście wyjście: kupisz Pan od nas ten kawałek ziemi za tyle i tyle i będziesz miał nas Pan z głowy, a dodatkowo jeszcze będziesz Pan mógł dzięki temu powiększyć legalnie obszar swojego wyrobiska. No i wszyscy zadowoleni będą.

    Z moich informacji wynika, że zdecydowana większość żwirowych biznesmenów godziła się na taki układ, a chłopaki na kilkunastu podobnych transakcjach zarobili kilkaset tysięcy PLN-ów w ciągu zaledwie roku.
    #bialekolnierzyki #pieniadze #biznes
    pokaż całość

  •  

    Zadłużona spółka z o.o. – jak ją wykorzystać do ugrania pieniędzy?

    Swego czasu dość popularny był przekręt na „AAA zadłużoną spółkę z o.o. kupię”. W wielkim skrócie wyglądało to tak, że kupujący mamił sprzedającego (czyli właściciela zadłużonej spółki) rzekomą możliwością skutecznej ucieczki od długów, które wraz z przejęciem spółki przez nowy zarząd miały przejść właśnie na jego członków. Oczywiście była to tylko zarzutka i wierutna bzdura dająca dłużnikowi co najwyżej kilka miesięcy oddechu, ale Janusze biznesu, którzy poskąpili na poradę prawną, dawali się często nabrać na taki numer i płacili za samo fakt, że ktoś tę spółkę od nich zabierze. No dobra, ktoś taką spółkę przejmie i co z nią zrobi? Jest kilka opcji. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    1. Optymalizacja CIT
    Wiadomo, że podatków nikt płacić nie lubi. Na szczęście istnieją furtki prawne, które umożliwiają ugranie trochę dochodowego – a właściwie nie trochę, ale połowę (a to dużo czasem). Mechanizm nie jest szczególnie skomplikowany, ale trzeba zadbać o kilka rzeczy, aby nie wzbudzić podejrzeń.

    Załóżmy, że spółka Januszex ma do zrobienia deal, w związku z którym będzie musiała zapłacić dużo dochodowego fiskusowi, a niespecjalnie ma czym ten podatek zbić (kupno pustych faktur to jednak spore ryzyko czasami). Co robić, panie, tera, jak żyć!? Ano kupić zadłużoną spółkę Marianex, która będzie wystawiała faktury dla docelowego kontrahenta. Gdzie sens i logika w takim postępowaniu? A jest, bo Marianex sp. z o.o. miała duża stratę w ostatnich 5 latach i w związku z tym może połowę z tego odliczyć od podstawy opodatkowania. Zamiast 19% dochodowego właściciele Januszexa ( i Marianexa) zapłacą więc jedynie 9,5 % dochodowego + koszty związane z prowadzeniem tej drugiej ze spółek (zwykle niewielkie w porównaniu z oszczędnością podatkową). Proste? No proste. Co prawda jest trochę roboty z papierologią przy tym i trzeba dobrze poukładać łańcuch transakcji, ale przy milionowych kontraktach podpisywanych zwłaszcza w przypadku niskomarżowych biznesów te odpadnięcie połowy dochodowego ma często kluczowe znaczenie dla opłacalności całego dealu.

    2. Wyprowadzenie pieniędzy przy dużych kontraktach
    Zastanawiałeś się kiedyś jak to się dzieje, że np. deweloper albo główny wykonawca bankrutuje, a jego kontrahenci nie mogą za cholerę odzyskać swoich pieniędzy i koniec końców nikt za nic nie beknie? No to rzucę nieco światła na tę zagadkę, bo tutaj także wykorzystuje się zadłużone spółki z o.o. A tak to działa w uproszczeniu:

    Spółka Januszex realizuje duży kontrakt. Mimo, że wszystko pozornie wygląda na sukces biznesowy i jest dość wiarygodne, to właściwym celem działania właścicieli Januszex sp. z o.o. jest zrobienie podwykonawców w …uja i zgarnięcie dla siebie całego hajsu. Januszex po zrealizowaniu kontraktu dostaje kasę od zamawiającego. No tylko jak ten hajs sensownie wyprowadzić, żeby nie zapłacić podwykonawcom i nie narazić się na bliskie spotkanie z prokuratorem…?

    Prosto: wystarczy użyć zadłużonej spółki Marianex, która ma konto zajęte przez komornika. Januszex sp. z o.o. wpłaca więc całość pieniędzy związanych z kontraktem na konto Marianex sp. z o.o. pod pozorem jakiejś tam umowy, a pieniądze te są z miejsca zajmowane przez komornika. Znowu gdzie sens i logika tutaj? Ano też jest – po prostu długi Marianex są wyreżyserowane, a konkretnie należą do spółki Mirex, która poprzez sieć powiązań jest kontrolowana przez ludzi z Januszexa. Oczywiście, jest tutaj pewna strata w postaci kosztów egzekucji komorniczej, ale co tam one znaczą w porównaniu z możliwością półlegalnego wyprowadzenia hajsu… Rozwiązanie te ma jeszcze tę zaletę, że wierzyciele Januszexu nie zdążą zwyczajnie uzyskać tytułów egzekucyjnych, a komornik ściągający długi od Marianex już dawno takowy posiada. No i zanim się rozpęta inba, że to afera, oszukujo i takie tam, to kasa trafia tam, gdzie miała trafić od początku w zamyśle twórców procederu. Dlaczego jednak właściciele Januszexa po prostu nie zajumają kasy z jej konta i nie zwieją? Ale, ale, wtedy to byłoby przecież celowe uszczuplenie majątku spółki i działanie na szkodę wierzycieli, a za to to już pogawędka z prokuratorem gwarantowana. Oczywiście stosuje się rozliczne metody zabezpieczenia tak zdobytego majątku przed ewentualną egzekucją – środki finansowe transferuje się za granicę, cenne nieruchomości sprzedaje się (fikcyjnie) zagranicznym osobom prawnym (spółkom lub fundacjom) pochodzącym z państw nieprzewidujących ujawniania tożsamości udziałowców/zarządu w ogólnodostępnych rejestrach itd. Sposobów jest w każdym razie wiele i ciągle powstają nowe. Ten dość prosty schemat był często wykorzystywany w polskim biznesie przez ostatnie 20 lat. W międzyczasie przechodził on różne modyfikacje, jak np. wykorzystanie spółek offshore, ale ogólne założenia pozostały takie same: wykorzystać luki w prawie.

    3. VAT i inne akcje
    W sumie nie powinno to dziwić, bo taka spółka to idealny podmiot na wystawianie faktur kosztowych, a do tego działa już dłuższy czas na rynku i jeśli tylko nie ma zadłużenia w ZUS czy skarbówce, to jest dla tej ostatniej bardziej wiarygodna od nowej spółki. Często też bywa tak, że zadłużonych spółek się nie kupuje, lecz składa ich prezesom "intratną propozycję". Owi prezesi, niejednokrotnie zadłużeni na duże kwoty, są tak zdesperowani, że godzą się na wykorzystanie ich spółki np. do karuzeli. Oprócz tego taką spółkę po przejęciu, której nowym prezesem zostaje typowy słup, można wykorzystać do zaciągania nowych zobowiązań (np. brania towaru w kredyt kupiecki wszędzie tam, gdzie się tylko da) czy też do wystawiania zaświadczeń o zatrudnieniu przydatnych do wzięcia kredytów przez słupy. Oczywiście tak powstałych długów nikt nie ma zamiaru spłacać. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #bialekolnierzyki #vatowcy #antywindykacja #biznes #firma #pieniadze
    pokaż całość

    źródło: niezalezna.pl

  •  

    Mafia kurierska w Polsce

    Tak, jest coś takiego, a mówiąc bardziej precyzyjnie to grupa kilku osób, które już od ładnych paru lat robią celowe bankructwa kontrolowanych przez siebie firm kurierskich. Temat poznałem dość dobrze jakiś czas temu, min. dlatego, że rozmawiałem szczerze ze znajomym, kto pracował w jednej z takich spółek na kierowniczym stanowisku, więc znał wiele rzeczy od środka. Jak wyglądał cały schemat działania w uproszczeniu?

    Nowo otwarta firma kurierska z niskim kapitałem zakładowym (rzędu np. 50 tys. PLN) rekrutuje managerów sprzedaży z innych firm kurierskich oferując im świetne warunki, lepsze nawet od liderów rynkowych – schemat podkupywania często stosowany w różnych branżach zresztą. Dla dodania wiarygodności aranżowało się to tak, że oto do Polski wchodzi poważna firma z zachodnim kapitałem, która ma w ciągu kilku lat podbić rodzimy rynek. Prezesi w drogich samochodach, luksusowe biura itp. blichtr. Wielu managerów łapało się na taki pokaz i decydowali się na współpracę. Dlaczego spółce zależało na ich pozyskaniu? To bardzo proste: w ślad za takim managerem idzie portfel klientów, więc nie traci się czasu na szukanie ich od zera. Dalej organizowało się kurierów, również oferując im dobre stawki.

    Co dalej? Handlowcy ruszali do klientów oferując im niskie ceny na przesyłki (o kilka złotych niższe od konkurencyjnych firm). Wszystko oczywiście przedstawione jako super deal i wiarygodna firma z powiązaniami z poważnymi inwestorami i takie tam. Co ciekawe, szefostwo dość mocno cisnęło na nawiązanie współpracy z przedsiębiorcami sprzedającymi wysyłkowo używane części samochodowe itp. towary – dlaczego, o tym za chwilę. Wszystko ładnie żarło przez pierwszych x-miesięcy, aż tu…

    Aż tu nagle firma przestaje wypłacać kasę za przesyłki pobraniowe, tłumacząc to przejściowymi problemami, przestaje też wypłacać pensję kurierom, co ciekawe dalej jednak płacąc managerom sprzedaży, którzy starają się załagodzić sytuację wśród już zniecierpliwionych klientów. Upadek jest jednak kwestią czasu i kilka tygodni później spółka zamyka się definitywnie. Na lodzie zostają kurierzy, którym nie wypłacono pieniędzy za ostatnie miesiące pracy oraz setki/tysiące klientów przekręconych nierzadko na kwoty kilkudziesięciu tys. PLN (w tym min. mój ówczesny wspólnik zrobiony na ponad 5 koła, stąd moje zainteresowanie tematem). Co się oczywiście okazuje: oto spółka praktycznie nie ma majątku, kasa za pobrania rozpłynęła się gdzieś, prezesi zniknęli i szukaj wiatru w polu. Czy poszły jakieś pozwy? Z tego, co wiem, to niewiele, a duża część klientów wolała w ogóle ich nie składać, nie do końca chyba wierząc w skuteczność drogi sądowej. Całkiem sporą grupą poszkodowanych niezbyt chętnych do składania zawiadomień stanowili tutaj wspomniani już wcześniej właściciele różnych szrotów, którzy mogliby sobie przy okazji narobić bałaganu ze skarbówką, bo wysyłali klamoty bez faktur i nie bardzo by im się zgrywały w zeznaniach wysokie kwoty pobrań za ostatnie miesiące z wykazywanymi oficjalnie minimalnymi dochodami.

    Ciężko powiedzieć ile dokładnie zarobili organizatorzy procederu – znajomy, z którym rozmawiałem, szacował, że jakieś 2-3 miliony PLN na czysto. Po krótkim rozeznaniu się w temacie okazało się, że osoby powiązane z upadłą spółką już wcześniej miały na koncie kilka podobnych schematów działania i za każdym razem kończyło się bankructwem oraz żalem oszukanych klientów. Oczywiście tak szybkie bujnięcie firmy nie byłoby możliwe bez dobrych handlowców posiadających ufających im klientów - wielu z tych sprzedawców na skutek afery straciło zresztą reputację, przynajmniej częściowo. Co ciekawe, kilka miesięcy po całej akcji dostałem info, że „zbankrutowani”” goście znów otworzyli kolejną firmę kurierską pod zupełnie nową nazwą. Po jakimś czasie okazało się, że i kolejna działalność padła w oparciu o podobny schemat. Dalej nie śledziłem już tematu, ale podejrzewam, że proceder może trwać po dzień dzisiejszy.

    Chcesz przeczytać więcej podobnych historii? Obserwuj tag #bialekolnierzyki ( ͡° ͜ʖ ͡°) #oszukujo #pieniadze #dzialalnoscgospodarcza #firma #kurier
    pokaż całość

  •  

    Podlacze się pod #bialekolnierzyki bo mam historię usłyszaną od policjanta. Moze nie będzie ona tak napisana jak pisze @grafikulus ale postaram sie.
    Był sobie sklep komputerowy, jeden z bardziej znanych w mieście. Zawitał do niego pewnego dnia klient który zaczął kupować u nich sprzedaż elektroniczny. Na początku jakieś pierdoły po 200, 300 zł. Zamówił tak kilka razy w sumie może za ok. 2000 zł. Jego cechą charakterystyczną było to że zamawiał na fakturę przelewową którą opłacał na poczcie w okienku.
    Zaraz po przelewie dawał potwierdzenie w sklepie, czekał aż przelew dojdzie i odbierał towar.
    Aż pewnego razu zamówił trochę grubszego sprzętu za chyba 20k na które także poprosił fakturę przelewową :)
    Tego dnia także klient zjawił się w sklepie ale spytał czy może odebrać już sprzęt gdyż się śpieszy. Tutaj ma potwierdzenie które zawsze przynosił więc pracownicy sklepu zaufali mu wydając sprzęt.
    Długo czekali na przelew ale się nie doczekal. Klienta też więcej nie widzieli :)
    pokaż całość

    •  

      @ziele1985: jakiś czas temu handlowałem pewną niematerialną usługą. Oszukała mnie Polka mieszkająca w UK. Kilka razy transakcje bez problemu, za którymś razem potwierdzenie przelewu, zaufałem i tyle było ją widać. Oskubała mnie na kilkaset złotych, więc strata niby niewielka. Oczywiście próbowałem ją znaleźć po różnych danych, ale bez powodzenia, co potwierdza, że jej konto było "fałszywe" i oszustwo było zaplanowane. Nauczka do końca życia.

      Znajomy prowadzący hurtownie też już nie raz miał takie przypadki, że ludzie od niego regularnie brali towar bez problemów (pierwsze 3 transakcje płatność z góry), a potem nagle przestawali płacić - z tym, że wtedy sprawa do sądu i hajs odzyskany prędzej czy później, a klient (nie słup) udupiony. Z tym, że tutaj sklepy nie chciały oszukać, po prostu bankrutowały i właściciel nie miał z czego płacić, więc zapadał się pod ziemię.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (11)

  •  

    Kiedyś pisałem, że jak mi się będzie chciało, to stworzę nowego hasztaga o przestępstwach gospodarczych – no i jest od dzisiaj: #bialekolnierzyki Będzie trochę o nowinkach, z którymi spotykam się od czasu do czasu, jak i o sprawdzonych mechanizmach wałkarskich funkcjonujących w gospodarce od lat. O #vatowcy pod tym tagiem nie będzie, bo to osobny temat. W każdym razie w miarę możliwości czasowych postaram się przekazać co nieco praktycznej wiedzy, która powinna się przydać zwłaszcza osobom prowadzącym działalność gospodarczą, aby nie dały się oszukać cwaniakom (niekiedy bardzo kreatywnym zresztą). No i może tu i ówdzie jakaś ciekawa dyskusja wyniknie, z której też się coś nowego dowiem, albo zweryfikuję informacje, jakie do mnie dotarły.

    Na pierwszy ogień pójdzie metoda wyłudzania aut leasingowych, o której po raz pierwszy usłyszałem jakiś rok temu, nieważne w jakich okolicznościach. Jest więc przedsiębiorca Janusz, który zalega ze spłatą leasingu 2 czy tam 3 miesiące. Pewnego dnia przyjeżdżają do niego mili Panowie z lawetą, pokazują identyfikatory z logo firmy leasingowej, po czym mówią, że przyjechali zabrać auta i odstawić je na parking, ponieważ raty są nie zapłacone i do czasu spłaty zaległości leasingobiorca nie może z tych aut korzystać. Przedsiębiorca Janusz dostaje do wypełnienia formularze z logiem firmy leasingowej, mili panowie dają pieczątkę i podpisy, po czym autka na lawetę i do widzenia.

    Kilka dni później znów przyjeżdża miły pan z firmy leasingowej i pyta się przedsiębiorcy Janusza gdzie są samochody, bo musi je zająć. Przedsiębiorca Janusz jest w szoku, bo właśnie zdaje sobie sprawę, że został wyje… - oszukany znaczy. Nic już jednak nie można zrobić oprócz zawiadomienia policji. Oczywistym jest, że takiej akcji nie dałoby się przeprowadzić bez posiadania informatora w firmie leasingowej, który nie dość, że wskazuje przestępcom przedsiębiorcę Janusza, który akurat nie płaci rat i któremu już wysłano upomnienia z groźbą przejęcia pojazdów, to jeszcze dostarczy wzorów pism budzących wiarygodność. Z racji tego, że w dużych firmach leasingowych pracuje wiele osób, to kret jest stosunkowo trudny do wykrycia. Sposób przeciwdziałania oszustwu w podobnej sytuacji jest w zasadzie tylko jeden: dzwonić do firmy leasingowej i potwierdzić tożsamość windykatorów zanim znikną oni z pojazdami. Niestety, w trakcie podobnej egzekucji dłużnikowi emocje mogą wyłączyć racjonalne myślenie i nawet nie pomyśli on o takiej ewentualności. #bialekolnierzyki #przestepczosc #firma #dzialalnoscgospodarcza
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów