•  

    Jak w ciągu tygodnia zlikwidować ok. 80% przestępczości VAT-owskiej w Polsce

    Proste rozwiązania są często najlepsze – również jeśli chodzi o podatki i walkę z nieprawidłowościami na tym polu. Niestety, nie wszyscy to rozumieją – a jeśli już nawet zrozumieją, to nie zawsze chcą wcielić dane rozwiązanie w życie. Powody takiej bierności bywają różne i nie będę się dziś nad nimi pochylał, za to zaprezentuję pewien niezwykle ciekawy projekt, który swego czasu miał teoretycznie możliwość „pozamiatać” zdecydowaną większość mafii VAT-owskich w Polsce. No właśnie, miał…
    .

    Operacja VAT-owcy* – krótkie wprowadzenie
    (*nazwa operacji została zmieniona – prawdziwy kryptonim zostanie ujawniony w odpowiednim czasie)

    W 2016 roku, ponad rok przed uruchomieniem JPK_VAT dla wszystkich przedsiębiorców, na biurka bardzo wysoko postawionych osób w Ministerstwie Finansów i CBA trafił projekt autorstwa kogoś, kto przez wiele lat stykał się praktycznie codziennie ze zjawiskiem przestępczości VAT-owskiej. Autor projektu nie był osobą przypadkową – poza prowadzeniem interesów w wielomilionowej skali, pełnił także funkcję tajnego konsultanta ds. zwalczania nieprawidłowości w VAT, służąc swą specjalistyczną wiedzą na temat faktycznych metod działania przestępców podatkowych (szczególnie w branży handlu elektroniką). Zebrane przez siebie dane poddał zaawansowanej analizie i udało się z tego wyodrębnić tzw. czerwoną lampkę – oto i ona:

    W branży elektroniki większość z firm należących do tzw. mafii VAT-owskiej handlowała wyłącznie w oparciu o niezwykle krótkie terminy płatności, które wynosiły od 1 do 3 dni.

    Tylko tyle i aż tyle. Sytuacja w tamtych czasach wyglądała tak, że wszystkie oferty na telefony z karuzel VAT-owskich miały termin płatności 1 – 3 dni, a oferty na towar, gdzie nikt nie gubił VAT-u, miały zwykle termin 28 dni. Tak było przez lata. Taka prawidłowość była całkowicie uzasadniona – po prostu im więcej razy przestępcy obrócili posiadanymi środkami w danym okresie czasu, tym więcej byli w stanie zarobić. Optymalnie byłoby zrobić 2 obroty w ciągu 1 tygodnia, w praktyce jednak częściej udawało się osiągnąć 1 obrót. Do tego szybki obrót = mniejsze zagrożenie. Jest bowiem oczywiste, że ryzyko wyłożenia środków finansowych na 28 dni w spółkę-słup jest nieporównywalnie większe, niż na 1 dzień. W praktyce przy 1-dniowym terminie można ryzykować 200 000 Euro przy obrocie miesięcznym rzędu 1,6 mln Euro (zakładając, że robimy w tym czasie 8 transakcji). No a przy terminie 28 dni trzeba już ryzykować 1,6 mln Euro – różnica jest więc bardzo istotna. Załóżmy teraz, że mamy 100 milionów Euro, dzięki którym jesteśmy w stanie wyciągnąć ok. 11% zysku na jednej transakcji „przewalenia” VAT-u (mniej więcej taki właśnie % czystego profitu mogły osiągnąć firmy w łańcuchu dostaw). Tak więc działając na ultrakrótkich terminach płatności 1 – 3 dni, robimy np. 5 obrotów w miesiącu = mamy 5 x 11% od zainwestowanego kapitału. A gdybyśmy operowali na standardowych terminach płatności 14 – 28 dni, to udałoby się nam osiągnąć miesięczny zysk 1 lub 2 x 11% od zainwestowanego kapitału. Proste i widać różnicę? Raczej tak.

    Zwroty VAT-u? Zapomnij!

    W tym właśnie momencie trzeba też wyjaśnić pewną kwestię, kluczową wręcz dla zrozumienia istoty zjawiska. Otóż wbrew temu, co można było często przeczytać i usłyszeć w mediach, wysokiej klasy VAT-owcy wcale nie występowali i nie występują o zwroty podatku na podstawie fikcyjnych faktur, może poza nielicznymi wyjątkami! Oni obracali (i obracają) towarem sprzedając go taniej od uczciwie działającej konkurencji, a zysk stanowi nieodprowadzony podatek VAT pomniejszony o koszty takiej działalności. “Lewy” towar był przepuszczany przez wielkie spółki giełdowe, sieci wielkopowierzchniowe, a nawet spółki skarbu państwa (oczywiście zwykle bez świadomości zarządów czy osób odpowiedzialnych za dokonywanie zakupów). Podmioty te kompensowały VAT, który powinny odprowadzić z realnie prowadzonej działalności z VAT-em odliczanym z faktur opartych na karuzelach VAT-owskich. Nikt nie występował o zwrot podatku, bo pilnowano, aby nie przekraczać limitu VAT-u do odliczenia, aby aparat skarbowy nie wszczynał kontroli.
    .

    Operacja VAT-owcy

    Skoro wprowadzenie mamy już za sobą, to pora teraz przejść do sedna, czyli opisu założeń całej Operacji VAT-owcy, z podziałem na poszczególne etapy. Wielu Czytelników zapewne zdziwi prostota tego rozwiązania (o czym wspomniałem na początku), co jest ogromną zaletą w polskich warunkach, ponieważ nie byłoby tutaj konieczności angażowania ogromnych środków, czy też implementowania skomplikowanych rozwiązań informatycznych.

    Etap pierwszy: namierzenie celów

    Tego samego dnia do firm w całej Polsce, które mają obroty z deklaracji podatkowej za poprzedni miesiąc przekraczające 5 mln PLN, wpadają funkcjonariusze US – tylko na czynności kontrolne. Proszą o zestawienie faktur zakupów krajowych z VAT z poprzedniego miesiąca o wartości powyżej 100 tys. PLN – w zasadzie wystarczyłby rejestr elektroniczny z terminem płatności. Funkcjonariuszy interesują tylko i wyłącznie faktury z terminami płatności poniżej 15 dni. Wbrew pozorom takich faktur na wielkie kwoty z kilkudniowym terminem płatności nawet spółki z miliardowymi obrotami miały stosunkowo mało, więc ich wyselekcjonowanie nie było by większym problemem. Do centrali natychmiast wysyłane są NIP-y z takich faktur, a do namierzonych w ten sposób „celów” wpadają kontrole skarbowe oparte na takiej samej procedurze. Operacja jest powtarzana w stosunku do kolejnych podmiotów i tak dalej. Zgodnie z obliczeniami działania te powinny zakończyć się w ciągu 7 dni w skali całego kraju (oczywiście trzeba byłoby zapewnić adekwatne zasoby ludzkie jeszcze przed rozpoczęciem akcji, a nie improwizować w jej trakcie).

    Etap drugi: blokowanie celów

    Operacja zakładała, że efektywna skala dotarcia do „słupa” pojawi się już w 3 – 5 firmie, co jest zresztą oparte na doświadczeniach skarbówki z tzw. kontroli krzyżowych. Przy tak prostej akcji byłoby to możliwe w ciągu wspomnianego tygodnia. Po dotarciu do „słupa” jego konta bankowe zostają zablokowane, podobnie jak konta firmy kupującej bezpośrednio od takiego podmiotu. Oczywiście można sobie przy tym spokojnie poczekać, aż na konta słupa będą wpływać nowe środki – będzie więcej do zajmowania. Zwolnione siły funkcjonariuszy mogą teraz pomóc w kontrolach z tzw. dłuższą drogą i możliwie szybko zakończyć cały proces. Takiego „słupa” można zresztą bardzo łatwo wytypować, ponieważ przelewa środki za granicę (w przeciwieństwie do pozostałych uczestników łańcucha) oraz po prostu fizycznie go „nie ma” – nie można się z nim skontaktować, gdyż nie prowadzi on rzeczywistej działalności gospodarczej.

    Etap trzeci: prewencja

    Po wynikach takiej kontroli i odsianiu „słupów” należy wprowadzić szybką ścieżkę legislacyjną lub po prostu comiesięczną kontrolę dla firm „zamieszanych” w podobny łańcuch, czyli np. kupujących jako pierwsze od „słupa”. Przepis był tutaj prosty: wszystkie firmy „zamieszane” w łańcuch na dalszym etapie obrotu gospodarczego muszą co miesiąc raportować na konkretnego maila transakcje zakupu krajowego powyżej 100 tys. PLN z terminem płatności krótszym niż 28 dni – coś na zasadzie uproszczonego pliku kontrolnego. Niedopełnienie tego obowiązku byłoby obarczone bardzo poważnymi sankcjami.

    Zakładane rezultaty operacji

    Podstawą sukcesu byłaby w tym przypadku zasada, aby uderzyć w 90% problemu zorganizowanej przestępczości VAT-owskiej jak najmniejszym nakładem sił. Należy też dodać, że krótki termin płatności nie miałby tutaj pełnić funkcji dowodu, lecz byłby praktycznym wskaźnikiem dla kontrolujących. W każdym razie w branży handlu elektroniką takie rozwiązanie powinno mieć skuteczność wskazywania „słupów” bliską 100% (mowa o czasach przed wprowadzeniem odwróconego VAT-u w tej branży). Trudno bowiem uznać za przypadek fakt, że w pewnych latach miliardowe obroty smartfonami iPhone odbywały się na 1 – 3 dniowych terminach płatności i zawsze na wcześniejszym etapie ktoś gubił VAT, a jak wynika z kontroli krzyżowych, faktury z 28-dniowym terminem płatności na wcześniejszych etapach obrotu gospodarczego nie zawierały “słupa”.

    Zgodnie z założeniami ok. 80% szarej strefy podatkowej poniosłoby tak dotkliwe straty w związku z Operacją VAT-owcy, że trudno by jej było odbudować swój potencjał. Oczywiście przestępcy staraliby się dostosować do kolejnych kontroli przeprowadzanych w oparciu o ten schemat, ale mieliby małe pole manewru. Prewencyjne raportowanie z kolei też odniosłoby odstraszający skutek i zdecydowana większość patologii zostałaby wyeliminowana. Skarb Państwa miałby więc do dyspozycji wiele dodatkowych miliardów PLN rocznie już w 2016r.
    .

    Realia funkcjonowania aparatu skarbowego w Polsce w temacie VAT

    Cały czas według danych Ministerstwa Finansów mamy kilkadziesiąt miliardów PLN strat rocznie w wyniku wyłudzeń podatku VAT – i to pomimo wprowadzenia JPK_VAT, Split Payment itp. rozwiązań! W dodatku wmawia się opinii publicznej, że wyłudzenia polegają na żądaniach zwrotów podatku VAT na podstawie fikcyjnych faktur (wystarczy chociażby podejrzeć modele karuzel prezentowane w Google). Takie rzeczy się zdarzają, owszem, ale kwotowo jest to niewielka część uszczupleń, gdyż już od jakichś 5 lat wiadomo, że praktycznie każdy, kto żąda zwrotu VAT-u, ma u siebie kontrolę. Wygląda wiec na to, że aparat skarbowy cały czas toleruje zdecydowaną większość wyłudzeń albo też naprawdę nie potrafi sobie z tym poradzić – może dlatego, że skierowano urzędników na manowce…? Dodatkowy efekt takich działań to niszczenie uczciwych firm, które nie otrzymują zwrotów VAT-u – pomimo tego, że na żadnym etapie obrotu gospodarczego w Polsce nikt nie zgubił podatku! Dla wielu jest to po prostu zabójcze, a straty dla gospodarki z tego tytułu ciężko jest oszacować. Wspomniany już wyżej, wprowadzony w zeszłym roku Split Payment, przypadkiem (?) nie obejmuje transakcji w Euro. No i przypadkiem (?) kilkadziesiąt miliardów złotych obrotu w karuzelach VAT-owskich na telefonach komórkowych też było w Euro. Tak więc mali i średni przedsiębiorcy w sposób istotny tracą płynność finansową, a nie ma to wpływu na miliardowe wyłudzenia podatkowe. No chyba nie tak to powinno wyglądać…

    Warto się jeszcze zastanowić, ile potrzeba środków, aby wyłudzić kilkadziesiąt miliardów VAT-u w skali roku. Obracając nawet dwa razy w tygodniu tymi samymi pieniędzmi, dochodzimy do kwoty minimum 2 miliardów PLN. Można więc spokojnie powiedzieć, że wyłudzeniami VAT-u nie zajmowali się amatorzy. Poza tym te środki finansowe przeszły w 100% przez system bankowy i tak naprawdę można było wykryć o wiele więcej nieprawidłowości, gdyby zastosowano chociażby pewne proste filtry na operacjach (akurat o tym napiszę kiedy indziej). Czy pracownicy Ministerstwa Finansów naprawdę nie potrafią sobie poradzić z problemem, który powstał od połowy 2011 roku, kiedy to miał miejsce drastyczny skok wyłudzeń z zastosowaniem zupełnie nowej metody? Ok, lata 2012 i 2013 można zrozumieć, bo wiadomo, że implementacja skutecznych rozwiązań musi potrwać (szczególnie w naszych realiach). Z kolei w latach 2014 i 2015 podejmowano już pierwsze, nieumiejętne próby walki z mafią VAT-owską. Jednak w 2016r można (i trzeba!) już było skasować w dużym stopniu wyłudzenia, bo ich mechanizmy były już poznane i dobrze rozpracowane! Czemu tego nie zrobiono…?
    .

    Krótkie podsumowanie

    Wielu z Czytelników spyta zapewne: skoro ta Operacja VAT-owcy faktycznie była taka super i mogła wyeliminować dużą część mafii podatkowej w Polsce, to dlaczego nie wprowadzono jej w życie…? Powody są bardzo złożone. Sam plan został doskonale oceniony przez najwyższych funkcjonariuszy służb oraz ekspertów w temacie VAT-u i przymierzano się do jego realizacji. Jednak w pewnym momencie wyszły na jaw okoliczności, które spowodowały całą serię zdarzeń niczym z filmu sensacyjnego – i nie ma w tym ani odrobiny przesady. Zdaję sobie sprawę, że pozostawiam wielu Czytelników z pewnym niedosytem informacyjnym, ale spokojnie, wszystko w swoim czasie…
    Oryginał wpisu min. na moim fanpage: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/posts/309613563084678?__tn__=K-R
    #bialekolnierzyki #vatowcy #podatki #pieniadze #policja #biznes #prawo #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Irak vs Iran i „złote biznesy” Polski

    Zanosi się na to, że za jakiś czas żołnierze Wojska Polskiego będą walczyć w Iranie za amerykańsko – izraelskie interesy (oby do tego nie doszło). I co się wtedy stanie…? Zapewne jakaś „mądra głowa” będzie mówić w TV, że to w sumie szansa dla nas, bo nasze firmy zarobią tam grube miliony dolarów (czy tam szekli), że będą kontrakty na odbudowę obiektów zniszczonych podczas działań wojennych i ogólnie dostaniemy super deale na wyciągnięcie ręki… I właśnie wtedy przypomnijcie sobie, jak to wyglądało w przypadku Iraku...
    .

    Interwencja / misja polskich wojsk w Iraku (2003 – 2018) – szybki bilans strat i zysków

    Krótki rys historyczny
    Uznaje się, że tzw. II Wojna w Zatoce Perskiej przebiegała w latach 2003 – 2011. Czasy dość niespokojne, więc ciężko było o w miarę bezpieczne prowadzenie interesów. W grudniu 2011 roku Amerykanie jednak opuścili Irak, sytuacja stała się w miarę stabilna i właściwie od tego momentu miało się zacząć Eldorado dla naszych, polskich firm… Zobaczmy więc, jak to wyglądało w praktyce.

    Koszty wysłania polskich wojsk do Iraku
    Koszty misji w Iraku poniesione przez Polskę według szacunków MON: 871 milionów PLN
    Koszty misji Iraku poniesione przez Polskę według szacunków niezależnych specjalistów: ponad 1 miliard PLN + koszt sprzętu zniszczonego w trakcie misji

    Zyski polskich firm
    Wartość polskiego eksportu do Iraku w 2017 roku według GUS: ok. 94 miliony USD (poziom podobny do tego, jaki w analogicznym okresie przypadał na takie „potęgi gospodarcze”, jak Antigua i Barbuda). WOW po prostu!

    No, ale żeby mieć pełniejszy obraz, podaję dane ogółem za lata 2008 – 2017
    Wartość polskiego eksportu do Iraku: ok. 938,4 miliona USD
    Wartość polskiego importu z Iraku: ok. 1,57 miliarda USD
    Bilans wymiany handlowej Polska – Irak za lata 2012 - 2017: ok. 630 milionów USD na minusie (dla nas)

    Także ten, p o t ę ż n a ekspansja, którą spokojnie moglibyśmy osiągnąć bez brania aktywnego udziału w tej wojnie - a kto wie, czy nawet więcej nie moglibyśmy wtedy ugrać, bo nasz PR wśród miejscowych byłby lepszy (nikt nie lubi przecież okupantów)! A gdzie jeszcze koszty pobytu naszych wojsk! Dodam tylko, że jeśli ktoś nie wierzy w podane liczby, to zawsze może poszukać w sieci oficjalnych raportów Głównego Urzędu Statystycznego, wziąć kalkulator do ręki i policzyć (jeśli pomyliłem się gdzieś na kilka milionów, to chętnie sprostuję).

    No dobrze, a cóż takiego się stało, że mamy ujemny bilans handlowy z Irakiem, co takiego stamtąd sprowadzamy…? Odpowiedź jest prosta: ropę. A kto kontroluje wydobycie tej ropy…? W dużej części oczywiście Amerykanie, a konkretnie koncern Exxon Mobil, największa na świecie firma handlująca ropą i gazem w obrocie międzynarodowym. Ok, no to może przynajmniej „w uznaniu sojuszniczych zasług” dostaliśmy tę ropę sporo taniej, może chociaż to…? Cóż, oficjalnego cennika nie znamy (top secret), ale gdyby był dostępny i gdyby można się było pochwalić dobrym dealem, to zapewne nasi politycy, tak kochający przecież propagandę sukcesu, trąbiliby o tym na prawo i lewo. No, ale jakoś nie trąbią…
    .

    Krótkie podsumowanie
    Niestety, ale wyszło na to, że w Iraku spełniliśmy rolę gościa, który za własną kasę zatankował samochód, pojechał nim do roboty zmywać gary, za co nie dostał zresztą żadnej wypłaty, a jak chciał zjeść obiad, to jeszcze musiał za niego zapłacić. Ok, ale za to właściciel baru poklepał go po plecach i powiedział, że "jest jego dobrym kumplem i że fajny z niego facet". Takie to właśnie „złote interesy” robią nasze rządy kochane! Co więcej obawiam się, że w przypadku ewentualnego zamieszania nas w wojnę z Iranem, tym razem możemy ponieść jeszcze wyższe koszty finansowe! Podczas misji w Iraku to Amerykanie ponieśli bowiem ok. 60% wydatków związanych z transportem naszych wojsk, ich zakwaterowaniem, wyżywieniem, zakupem paliw, smarów itp. Patrząc jednak na to, jak traktuje się dziś Polskę, można domniemywać, że tym razem za wszystko zapłacimy z własnej kieszeni, bez refundacji (albo z relatywnie małą refundacją, np. w postaci jakiegoś starego sprzętu z jankeskiego demobilu). No, ale za to znowu będziemy mogli kupować od amerykańskich koncernów ropę, tym razem z irańskich złóż. #bialekolnierzyki #polska #usa #izrael #ropa #polityka #pieniadze #biznes #wojsko
    pokaż całość

    źródło: wojsko fb.png

    •  

      @grafikulus: Może masz racje, a może nie - jednak bilans nie jest znaczącą informacją w tym przypadku. Import z Iraku może być bardzo korzystny ekonomicznie, jeśli to są surowce, które potem Polska przetwarza na dużo droższy produkt.

    •  

      @grafikulus: tak jak ktoś wyżej napisał, zyskano coś, czego nie kupisz za żadną kasę, czyli doświadczenie bojowe żołnierzy. Nie chodzi tu o walkę na pustyni, ale w miastach. Bardzo duża część walk w Iraku była prowadzona w miastach. Kolejna rzecz, że trochę zaczęło się zmieniać myślenie żołnierzy jak i sprzęt. Gdyby nie to, nasze wojsko byłoby jeszcze w większej chujni. Kolejna sprawa to taka, że Kuwejt jak i Irak sprawdził naszych żołnierzy z jednostek specjalnych i jak się okazało, w wyszkoleniu nie odbiegają w niczym od Amerykanów.
      Wysłanie żołnierzy w miejsce X, nie można rozpatrywać tylko z punktu widzenia ekonomicznego, ale należy wziąć pod uwagę wiele innych czynników.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Szwajcaria 1995 vs Polska 2019

    #ciekawostki
    Jest rok 1995. W amerykańskich mediach masowo zaczynają się pojawiać informacje, jakoby szwajcarskie banki przywłaszczyły sobie 7 miliardów USD (z odsetkami 9,5 miliarda USD) należących do depozytów pozostawionych przez europejskich Żydów, którzy zginęli w czasie II Wojny Światowej. Ogromna machina propagandowa rusza z całą mocą, padają mocne oskarżenia na komisji senackiej, a w amerykańskiej prasie wprost nazywa się szwajcarskich bankierów pazernymi złodziejami. Dochodzi do tego, że kilka parlamentów stanowych oficjalnie wzywa do bojkotowania szwajcarskich towarów, a nawet do wprowadzenia zakazu ich importowania. Naciski są tak silne, że ambasador Szwajcarii podaje się do dymisji.

    Tymczasem Szwajcarzy, nieco zaskoczeni skalą ataków, twierdzą, że kwota 7 miliardów USD rzekomo należących do Żydów została wzięta z sufitu, gdyż podczas wojny wartość lokat we wszystkich szwajcarskich bankach wynosiła od 5 do 6 miliardów USD, według różnych szacunków. Co się dzieje dalej…? W 1996 roku zostają powołane 2 międzynarodowe komisje: tzw. komisja Volckera oraz komisja Bergiera, które mają za zadanie zbadać całą sprawę. Komisja Volckera zatrudniła około 650 księgowych, którzy zbadali ponad 4 miliony rachunków bankowych z prawie 7 milionów, jakie istniały w szwajcarskich bankach w latach 1933 – 1945. Zgodnie z poczynionymi ustaleniami ok. 54 tys. kont bankowych mogło należeć do ofiar II Wojny Światowej – tyle, że prawie połowa tych kont nie należała do Żydów, lecz do Francuzów, którzy lokowali przed wojną swe oszczędności w Szwajcarii obawiając się nacjonalizacji (wiadomo, w trakcie wojny państwo potrzebuje pieniędzy i raczej nie przejmuje się tzw. własnością prywatną). Oszacowana przez komisję Volckera wartość depozytów zgromadzonych na tych kontach wynosiła ok. 44 miliony franków, czyli ok. 32 miliony USD. Różnica w stosunku do żądań wysuwanych przez organizacje żydowskie – kolosalna.

    Światowy Kongres Żydów nie uznał tych szacunków – twierdzono, że europejscy Żydzi zakładali konta w szwajcarskich bankach również na nazwiska znanych im Szwajcarów, także bojąc się nacjonalizacji wszystkiego, co żydowskie. Znając klimat polityczny tamtych lat, można przyjąć, że w pewnych przypadkach rzeczywiście tak mogło być. Kolejny krok: dwaj amerykańscy adwokaci składają w nowojorskim sądzie pozew przeciwko szwajcarskim bankom, występując w imieniu 18 tys. ofiar II WŚ. Medialna burza trwa, pojawiają się kolejne naciski, więc szwajcarskie banki decydują się na publikację listy posiadaczy kont, które były „martwe” od 1945 roku, a do tego deklarują, że wszyscy żyjący właściciele lub żyjący spadkobiercy odzyskają swoje depozyty wraz z odsetkami za kilkadziesiąt lat.

    Rozwiązanie sprawy
    Koniec końców Szwajcarzy zgodzili się wypłacić odszkodowania w wysokości 1,25 miliarda USD, a dodatkowo przeznaczyli 200 milionów USD na fundusz charytatywny dla ofiar Holocaustu. Kampania medialna przeciwko Szwajcarii zakończyła się, a pozwy zostały wycofane.

    Jest rok 2019. Podczas konferencji „pokojowej” z udziałem przedstawicieli Izraela oraz USA dochodzi do szeregu dyplomatycznych upokorzeń Polski, które w normalnym, suwerennym kraju nie powinny być tolerowane przez naszych polityków. Do tego amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo oficjalnie wzywa Polskę do rozwiązania kwestii restytucji mienia ofiar Holocaustu, wpisując się w tym samym w retorykę tzw. ustawy 447, na mocy której Amerykanie mogą stosować dyplomatyczne naciski na inne państwa celem poparcia roszczeń organizacji żydowskich. Pojawiają się też skandaliczne wypowiedzi w mediach amerykańskich sugerujące współodpowiedzialność Polaków za Holocaust. Czy ta machina jeszcze mocniej się rozkręci? Cóż, zobaczymy… Stawka w tej grze jest jednak niebagatelna, gdyż chodzi o kwoty wielokrotnie wyższe niż w przypadku Szwajcarii. Otóż, według różnych szacunków, organizacje żydowskie domagają się od Polski 40-60 miliardów USD tytułem „zadośćuczynienia za mienie utracone przez polskich Żydów w wyniku Holocaustu”.

    Wątpliwości w sprawie: brak

    1. Za wybuch II Wojny Światowej odpowiadają tylko i wyłącznie Niemcy. Do tego Polacy nigdy nie stworzyli kolaboracyjnego rządu, który współpracowałby z nazistowskim okupantem, więc nie mogą ponosić odpowiedzialności za zniszczenia powstałe w trakcie działań wojennych.

    2. Spadkobiercy polskich Żydów mogą dochodzić swoich praw przed polskim sądem na takich samych zasadach, jak obywatele innych krajów (w tym Polski). Jeśli więc rzeczywiście mają udokumentowane podstawy do uzyskania odszkodowania, to zapewne je otrzymają.

    3. Z prawnego punktu widzenia roszczenia do tzw. mienia bezspadkowego nie mają racji bytu. W Kodeksie cywilnym istniał i istnieje artykuł, który mówi, że mienie polskich obywateli, którzy nie zostawili spadkobierców, przechodzi na własność państwa. Jest to norma występująca praktycznie we wszystkich cywilizowanych systemach prawnych na całym świecie. Dla porządku: zdecydowana większość Żydów mieszkających w Polsce do 1945 roku miała polskie obywatelstwo.

    4. W 1960 roku pomiędzy Polską a USA została podpisana umowa indemnizacyjna, na mocy której wszelkie roszczenia wysuwane przez amerykańskich Żydów w stosunku do majątku znajdującego się na terytorium Polski powinny być kierowane do rządu USA! Polska zresztą zapłaciła Amerykanom 40 milionów USD na pokrycie tych roszczeń, a rząd USA przyjął na siebie ewentualne roszczenia odszkodowawcze. Umowa ta pozostaje cały czas w mocy.

    Ergo: wszelkie roszczenia zbiorowe wysuwane względem naszego kraju przez organizacje żydowskie nie mają podstaw ani w prawie polskim, ani tym bardziej w prawie międzynarodowym! Ciężko je więc traktować inaczej niż jako próbę wymuszenia potężnych pieniędzy przeprowadzaną w „białych kołnierzykach”. Oczywiście nie oznacza to, że faktycznym – podkreślam, faktycznym - spadkobiercom nie należą się odszkodowania, ale nie mogą być one przyznawane zbiorowo z automatu, do tego w kwotach odgórnie narzuconych!

    Pozakulisowy transfer pieniędzy...?
    Należy mieć tę świadomość, że obecnie rządzący politycy, aby zachować pozory niezależności, nie muszą się oficjalnie godzić na spłatę tych roszczeń! Te kilkadziesiąt miliardów USD można stopniowo „wytransferować” z Polski np. płacąc za obecność tutaj amerykańskich wojsk (sytuacja praktycznie niespotykana na świecie), mocno przepłacając za amerykański sprzęt wojskowy, sprzedając za bezcen koncesje na wydobycie kopalin firmom z USA – itp. itd. Tak też to można rozegrać, bo pieniądze trafią „pod stołem” do kogo trzeba, a tzw. ciemny lud nigdy nie będzie wiedział, dlaczego ciągle podwyższają mu podatki…

    Niestety, nie znamy faktycznej sytuacji międzynarodowej Polski na dzień dzisiejszy – tą wiedzą dysponuje tylko ścisłe grono osób w kraju. Nie wiemy więc, jakie zagrożenia czają się w mroku pozakulisowym, bo prawdziwej polityki nie robi się przecież w telewizji – to tylko teatr dla ludu. Możliwe, że nasze położenie jest na tyle trudne, że musimy iść na pewne ustępstwa. Ale to tylko spekulacje, bo równie dobrze wcale nie musi być z nami, jako państwem, aż tak źle, aby godzić się na absurdalne żądania! Pewne jest jednak to, że jak największa liczba Polaków powinna sobie zdawać sprawę z potencjalnego zagrożenia, bowiem kapitulacja wobec roszczeń organizacji żydowskich najprawdopodobniej będzie miała fatalne skutki dla naszej gospodarki i mocno przyblokuje jej rozwój na lata. A do osób żądających od Polski „wyrównania rachunków”, powinien iść jeden przekaz: pretensje proszę wysuwać w stosunku do Niemców. #bialekolnierzyki
    #bialekolnierzyki #zydzi #roszczenia #izrael #szwajcaria #ekonomia
    pokaż całość

  •  

    Czytam sobie raporty IJHARS i kisnę niemiłosiernie z tego jak bardzo nikomu nie potrzebną robotę oni wykonują. XD

    wymienieniew składzie wyrobu gotowego składnika pod nazwą „curacao”, która sugeruje użycie napoju spirytusowego, podczas gdy faktycznie zastosowano suszoną skórkę gorzkiej pomarańczy o nazwie „curacao”;

    Cytat z jednego z raportów. XD

    Kurwa dobrze, że nie napisali, że nazwa sugeruję, że upchnęli do butelki całą wyspę Curacao.

    Swoją drogą ostatnio AleBrowar dostał karę, że ich Smoky Joe jest określony jako Whisky Extra Stout co sugeruje, że dolali whisky do piwa, a jakiś badylarz mówił, że pani z IJHARS nie mogła się nadziwić czemu piwo leżakowane w beczce po winie nie ma banderoli. XDD

    #heheszki #ijhars #bekazurzedasow #bialekolnierzyki #piwo #craftbeer #urzad
    pokaż całość

  •  

    Robert Biedroń vs inkubatory przedsiębiorczości

    Tak sobie dziś przeglądam Fejsbuka, patrzę, a tu Robert Biedroń przedstawia koncept stworzenia inkubatorów przedsiębiorczości w każdej polskiej gminie – powstałoby ich więc 2477. Na pierwszy rzut oka ten pomysł może się wydać WOW – no bo będzie tak fajnie, nowocześnie, dzięki tym inkubatorom dokonamy pewnie skoku technologicznego, powstaną nowe, fajne startupy i takie tam! No więc nie, na +-95% tak nie będzie – a nawet jeśli dzięki tej idei ktoś się kiedyś wybije, to i tak koszty ogółem będą najprawdopodobniej przewyższać zyski. Co więcej, miejscowe „białe kołnierzyki” z pewnością nie przepuszczą takiej okazji, aby skubnąć swój kawałek tego tortu – nie mogłem więc sobie odmówić przyjemności dodania kilku słów od siebie. No, ale po kolei.
    .

    Inkubatorowy Kult Cargo

    Większość z Was zna zapewne słynną historię tzw. Kultu Cargo, który rozwinął się w okresie II Wojny Światowej. Wtedy to ludność tubylcza na wyspach Oceanu Spokojnego zaczęła masowo budować imitacje lądowisk i pasów startowych dla samolotów (oraz same „samoloty”), nabrzeża dla statków, magazyny – słowem cała logistyczną infrastrukturę. Dlaczego tubylcy to robili? Ponieważ widzieli, że Amerykanie również budują lotniska i pasy startowe, a potem przybywają tam prawdziwe samoloty, wyładowane różnymi dobrami. Tak więc wodzowie plemienni i szamani stwierdzili, że jak tak, to pewnie samoloty są wysłane przez bogów i wystarczy też wybudować „lotnisko”, a do nich też będą przylatywać.

    Oczywiście było to myślenie skrajnie naiwne, ale czasem mam wrażenie, że i w dzisiejszych czasach tu, w środku Europy, niektórzy naprawdę wierzą, że wystarczy postawić „lotnisko” w postaci inkubatora, a „samoloty”, czyli startupy odnoszące spektakularne sukcesy na międzynarodowej (czy choćby polskiej) arenie, same się znajdą. Tyle, że to tak nie działa. Już kilka lat temu pisał o tym na swoim blogu ekonomista Jerzy Matusiak, który wypunktował całkiem sensownie to, dlaczego sztuczne kreowanie innowacyjności w dużej (o ile nie przeważającej) części kończy się zmarnowaniem lub defraudacją środków publicznych.

    1. Płace w Polsce wynoszą około 1/3 płac na Zachodzie, co stanowi dużą przewagę konkurencyjną dla naszych firm. Innowacje (te prawdziwe, a nie udawane na potrzeby wyciągania dotacji!) niosą za sobą ogromne wydatki i ryzyko, że po prostu nie wyjdzie i przedsiębiorstwo utopi kasę. Póki więc da się konkurować ceną dzięki niższym płacom, póty mało kto jest chętny na ponoszenie ryzyka. Co innego, kiedy płace są już na tak wysokim poziomie, że trzeba się wykazać innowacyjnością, aby przetrwać.

    2. Polska to ciągle peryferia światowej gospodarki, niestety. To ważna okoliczność, ponieważ innowacje nie rodzą się na pustyni, ale w odpowiednim ekosystemie firm – firm, nie inkubatorów! Inkubator bowiem nie będzie kluczowym klientem startupu i nie rozwiąże kwestii krytycznych dla przetrwania i rozwoju firmy (znów może poza nielicznymi wyjątkami).

    3. Małe firmy rzadko kiedy mają kapitał i odpowiednią pozycję na rynku, aby móc rozwijać innowacje – no, może poza niektórymi przykładami z branży IT, które właściwie potwierdzają regułę. A bez pieniędzy nie ma odpowiedniej stabilności (procesy projektowe i testy nowych rozwiązań zwykle trwają dość długo, nawet latami), nie ma też dostępu do topowego know-how oraz technologii.

    To tak w dużym skrócie. Oczywiście pewne rzeczy zostały tutaj przedstawione w dużym uproszczeniu, ponieważ ich szczegółowa analiza byłaby bardzo długa, więc zostawię ją ekonomistom z krwi i kości. Rzecz jasna można się z przedstawionymi powyżej tezami nie zgodzić, ale moim skromnym zdaniem nieco prawdy w tym jest.
    .

    Polska w rankingach innowacyjności

    Ok, niektórzy powiedzą zapewne, że to radykalne podejście wrzucać tak do jednego wora wszystkie inkubatory przedsiębiorczości. Nie twierdzę bynajmniej, że inkubatory nie zrobiły nic dobrego (bo coś tam zrobiły, choć nie wszystkie), ale obstawiam, że w perspektywie ostatnich lat pieniądze, które poszły na ich funkcjonowanie, nie spowodowały nagłego skoku technologicznego/innowacyjnego. Być może jest to moje subiektywne odczucie związane ze znanymi mi doświadczeniami biznesowymi, ale pośrednio potwierdzają to rankingi innowacyjności – tutaj krótki przegląd sytuacyjny:

    - Rok 2004, Polska wstępuje do UE - zaczynają powstawać liczne inkubatory przedsiębiorczości, parki technologiczne itp. instytucje rozdzielające w dużej mierze kasę z dotacji unijnych.

    - Rok 2010 – kilka lat po akcesji, gdzie mamy już jakiś rozbudowany „ekosystem instytucji wspierających innowacje”, Polska zajmuje 4 miejsce od końca w europejskim rankingu innowacyjności – ok, ale może jeszcze się „bujną”, może więcej czasu potrzeba…?

    - Rok 2018 – mamy całą masę inkubatorów przedsiębiorczości itp., w które wpompowano w skali kraju grube miliony, no i… no i w rankingu najbardziej innowacyjnych gospodarek w UE Polska dalej jest 4 od końca.

    Jak krew w piach normalnie… Oczywiście, musimy się ścigać z innymi i ogólny poziom innowacji zapewne wzrósł – tylko czy nie dałoby się tego osiągnąć bez tych wszystkich inkubatorów utrzymywanych z publicznych pieniędzy…? Oto jest pytanie!
    .

    Jak zarabiają na innowacjach „białe kołnierzyki”

    Tak więc, jak już wspominałem na początku, realizacja planu Roberta Biedronia niosłaby za sobą poważne niebezpieczeństwo „dossania się” do publicznej kasy przez całą masę kombinatorów, dla który rozwój innowacji nie byłby wcale priorytetem. Jak takie coś wygląda w praktyce, obrazuje pewna historia, którą kiedyś ktoś mi zdradził…

    Grupa biznesmenów sprzedaje swoją firmę globalnemu koncernowi i kasuje całkiem sporą kasę (jak na ówczesne warunki). Nowa praca w mocno hierarchicznej korporacji szybko staje się nudna, więc zaczynają szukać nowego zajęcia. Na początku pożyczają kasę na rozwój biznesu, którego raczej żaden bank nie chciałby sfinansować – jedną firmę co prawda sprzedali z zyskiem, ale wcześniejsze inicjatywy nie bardzo wypaliły. Na szczęście pojawiają się na horyzoncie dotacje POIG 8.1 (Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka). A tam już w grę wchodziły budżety na szeroko rozumiane usługi doradcze, które posłużyły do spłaty zobowiązań (oczywiście przez podmioty powiązane). Po okresie trwałości spółki były niezłym centrum kosztowym, miały nadpłacony VAT, więc aż żal byłoby z tego nie skorzystać. No ale, po co się rozdrabniać?! W międzyczasie powstał wszak program POIG 3.1 jako wsparcie dla instytucji wspierających rozwój innowacyjności, min. funduszy Venture Capitals (VC). To było dopiero Eldorado, ponieważ na konto takiego funduszu trafiała kwota do trzydziestu milionów PLN! Fundusz mógł sobie sam ustalić cele i potem się z nich rozliczyć.

    Czyli tak: ileś imprez startupowych, ileś godzin konsultacji z młodymi przedsiębiorcami, ileś spotkań networkingowych – itp., itd., kasa się zgadzała. W budżecie mieściły się także wejścia kapitałowe w nowe spółki oraz koszty z nimi związane, czyli:
    - wynagrodzenia dla zarządzających,
    - leasingi ich samochodów,
    - czynsze za ich biura,
    - koszty zakupu MacBooków, iPhonów,
    - koszty usług prawnych, księgowych i wiele, wiele innych.
    W mieście od razu powstały firmy consultingowe, kancelarie prawne oraz biura księgowe wyspecjalizowane w obsłudze funduszy i ich spółek portfelowych. Pszypadek…? Jasne, że nie!

    A jak powstawała taka „innowacyjna” spółka?

    Przykładowy schemat: spółka cywilna, która istniała kilka dni, była wnoszona aportem do nowo powstałej spółki z o.o. z kapitałem zakładowym ponad milion złotych. Founderzy (czyli założyciele) obejmowali udziały za know-how, fundusz brał swoją pulę za gotówkę z dotacji. Formalnie fundusz nie mógł kontrolować spółki, niemniej zawsze znalazł się sposób, aby obejść tę formalność. Większość spółek była prawdziwa i prowadziła realną działalność, ale znalazło się kilka podmiotów, gdzie siedzieli tzw. swoi ludzi, którzy dostawali kasę za bycie cicho, podpisywanie faktur, wykonywanie przelewów, rozmowę z urzędami itp. Budżety spółek były tak ustawione, aby co miesiąc spływała dola do odpowiednich podmiotów za usługi doradcze, czynsze za biuro, prawne, księgowe szkolenia, management fee, posiedzenia rady nadzorczej. Kiedy w spółkach z działania 3.1 zaczęło brakować kasy, sięgnięto jeszcze raz po dotacje POIG 8.1 na bliźniacze produkty.

    Była to chyba jedna z ich ostatnich odsłon - znowu powstały kolejne spółki prowadzone przez podstawione osoby. Faktury były płacone do podmiotów powiązanych, a ci odcinali kupony. Przepuszczali kasę przez kilka podmiotów, a następnie środki wędrowały do właściwej spółki potrzebującej kroplówki. Founderzy, których produkty miały rynkowe szanse, raczej dążyli do wykupienia swoich dotychczasowych wspólników. Niektórym się udało i wyszli na prostą pozostawiając bałagan za sobą. Większość spółek jednak szybko wyzionęła ducha, bo po prostu founderzy zrezygnowali. Pozostał po nich nadpłacony VAT i niezłe centrum kosztowe. A już największym szczytem było wybudowanie za dotację centrum, które miało służyć do prowadzenia badań nad nowymi technologiami. Za te pieniądze powstał niezły budynek, serwerownia, kilka laboratoriów. Po okresie trwałości graty zostały złożone do piwnicy na wypadek kontroli, a pomieszczenia są wynajmowane jako powierzchnia biurowa. Kurtyna.
    .

    Podsumowanie

    Powyższa historia została nieco uproszczona, a pewne fakty zatajone, ale wystarczająco dobrze pokazuje mechanizmy działające przy podziale pieniędzy z dotacji. Oczywiście nie można tutaj wrzucać wszystkich do jednego worka, ale swego czasu przyglądałem się bliżej działalności różnych inkubatorów przedsiębiorczości i… no bez szału było, tak zupełnie szczerze. Po prostu jestem zdania, że jeśli ktoś ma naprawdę dobry pomysł na biznes i jest w miarę obrotny, to spokojnie sobie poradzi bez jakiegokolwiek inkubatora. Ba, naprawdę dobre projekty są w stanie bez problemu i całkiem samodzielnie zdobyć inwestorów! Jeśli z kolei inkubatory miałyby wspierać średniaków bez większego potencjału, to moim zdaniem też nie ma to wielkiego sensu.

    Jedynym motywem tak naprawę jest tutaj transfer milionów PLN do osób zaangażowanych w tworzenie podobnych jednostek i zapewnienie bezpiecznych posad kilku tysiącom quasi-urzędników, ale to chyba nie o to miało chodzić, lecz o rozwój innowacji, nieprawdaż…? Już o wiele, wiele lepiej byłoby radykalnie uprościć system podatkowy, zmniejszyć skalę obciążeń fiskalnych oraz po prostu nie przeszkadzać w prowadzeniu biznesu – a polscy przedsiębiorcy już sobie poradzą bez tych nowych „instytucji wspierających”, naprawdę! No, ewentualnie można by też pomyśleć nad systemem zachęcającym prywatnych inwestorów do dawania kasy na innowacje - oni już będą dbać o to, aby wydawać rozsądnie, co niekoniecznie musi mieć znaczenie z perspektywy urzędnika rozdającego publiczne pieniądze. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #bialekolnierzyki #pieniadze #biznes #dotacje #informatyka #ciekawostki #polityka
    pokaż całość

  •  

    Znalazł jeden prosty sposób na wyprowadzenie pieniędzy z konta wspólnoty mieszkaniowej - zobacz JAK!
    1. Bądź sobie w zarządzie bo ktoś w sumie musi (a nikt zazwyczaj się nie pcha).
    2. Zlecaj "remont", "odmalowanie", "odświeżenie", "drobne prace naprawcze" i inne gówno w czterocyfrowych kwotach miesięcznie.
    3. Ktoś się jednak tym zainteresował - kurde przypał..
    4. Faktury były wystawiane przez firmę Chujozaurusa Wdupępopulausa (*), trochę zmyślone dane bo NIP i REGON nie istnieje.
    6. Pieniądze z konta wspólnoty przelewane były prosto na twoje konto bo kontrahent wolał "rozliczenie gotówkowe" (aż do 30k zł).
    7. Jakiś chuj z punktu 3 to zgłosił na policję że niby fałszowanie czy inne przestępstwo skarbowe i do tego wyłudzenia.
    8. Złóż zeznania na policji że to w dobrej wierze, nikt nie sprawdzał przecież firmy Chujozaurusa a byłeś zadowolony z wykonanych prac (no kurde wiadomo XD).
    8. Ponad rok nic się nie dzieje.
    9. Prokuratura zawiesza postępowanie ponieważ nie mogą ustalić miejsca pobytu pana Chujozaurusa - a muszą go przesłuchać bo to on wystawiał lewe faktury.

    Mam wrażenie, że raczej go nie znajdą. Naprawdę w tak banalny sposób można wykiwać prokuraturę i policję? Bo dostali wszystko - faktury, wyciągi, umowy. Do tego sprawę prowadził WPG.

    (*) dane zmienione

    #bialekolnierzyki #gorzkiezale
    pokaż całość

    •  

      @scyth
      1. Zarzadu nie tworzy jedna osoba, wiec wciągniętych w to musialoby byc wiecej osob.
      2. Trzeba dodatkowo wykiwac Rade Nadzorcza.
      3. Trzeba dodatkowo wykiwac mniej lub baddziej zaangażowanych przedstawicieli nieruchomosci gdzie sa wykpnywane remonty.
      4. Tworzony jest plan remontow na podstawie przeglądów budowlanych z oszacowaniem kosztow - bierze w tym udzial dzial techniczny, wiec kolejne oczy ktore widzą.
      5. Przy robotach powyzej okreslonej ustawa albp regulaminami kwoty, cos okolo 15-20k zl sa wymagane konkursy/przetargi gdzie firmy musza przedstawic referencje.
      6.Jest jeszcze taki zabieg wykonuwany prze aparat panstwa jak lustracja, gdzie taki walek moze wyjsc.
      7. Ogarnieta ksiegowa tez moze zwrocic uwage, ze np. malowanie 10 metrów sciany za 30k to troche duzo i czy nie ma jakiegoś bledu.
      pokaż całość

    •  

      @odishewo: wspólnota, nie spółdzielnia.

    • więcej komentarzy (28)

  •  

    #wislakrakow #bialekolnierzyki #pilkanozna #ekstraklasa

    Źródło

    Sprzedaż Wisły Kraków vs Operacja Matrioszka

    Zamierzałem wrzucić coś nowego na bloga dopiero w 2019 roku, ale po ostatnich akcjach, w których uczestniczy Wisła Kraków, po prostu nie mogłem się powstrzymać. Sytuacja jest bowiem tak niezwykła – nawet jak na realia naszej piłki – że jeszcze przez długi czas będzie pięknym obiektem do analiz. No, ale po kolei...

    Krótki szkic sytuacyjny

    1. Mało znany polski agent piłkarski informuje opinię publiczną, że na ratunek tonącej Wiśle ma przybyć tajemniczy członek kambodżańskiej rodziny królewskiej Vanna Ly oraz, jako inwestor wspierający, Szwed Mats Hartling.

    2. Po bliższym sprawdzeniu okazuje się, że Pan Vanna Ly, wbrew deklaracjom, prawdopodobnie nie ma nic wspólnego z królem Kambodży, za to jest obywatelem Francji, gdzie od 2014 roku prowadzi mało znaną firmę konsultingową. Z kolei Mats Hartling, który podawał się za dyrektora spółki Noble Capital Partners, zgodnie z dokumentami przestał pełnić tę funkcję w 2017 roku – choć, jak sam twierdzi, nadal nim jest „z upoważnienia zarządu”.

    3. Prezes oraz wiceprezes zarządu TS Wisła, właściciela Wisła S.A., podpisali w Zurichu dokument sprzedaży 60% akcji klubu funduszowi inwestycyjnemu Alelega z Luksemburga (który jest podobno kontrolowany przez Vanna Ly) oraz 40% wspomnianej Noble Capital Partners reprezentowanej rzekomo przez Matsa Hartlinga. Sukces? Niekoniecznie...

    4. Głównym warunkiem, który był absolutnie niezbędny do tego, aby umowa sprzedaży doszła w ogóle do skutku, było otrzymanie przez klub przelewu umożliwiającego spłatę najpilniejszych zobowiązań zamykających się w kwocie ok. 12 milionów PLN.

    5. Przelew na wspomniane 12 baniek miał przyjść na konto Wisły w piątek 28 grudnia – niestety, zamiast kasy na koncie pojawiło się rzekome potwierdzenie jego wykonania. Potwierdzenie to zostało wrzucone z oficjalnego (podobno) konta Vanna Ly na Twitterze, ale tak szczerze mówiąc, to ja się dziwię dziennikarzom, którzy się na to powołują. Dlaczego? Wystarczy poczytać sobie wcześniejsze posty, w których np. Pan Vanna deklaruje, że otworzy w Kambodży specjalny, ukryty magazyn na flagi skradzione innym klubom, aby były „poza zasięgiem” polskiej policji. W innym tweecie z kolei nasz bohater odpowiada na zarzut, że przyjechał na spotkanie w Szwajcarii pociągiem: „Tak, ale to był mój własny pociąg”. O innych, dość kontrowersyjnych, wypowiedziach z tego konta nie będę już wspominał. W każdym razie wygląda to na robotę jakiegoś śmieszka internetowego i nie najlepiej świadczy o tych, którzy biorą to za pewnik. Rzecz jasna o tym, czy przelew rzeczywiście został wysłany, czy też nie, dowiemy się zapewne w poniedziałek (no, może zaraz po Nowym Roku), ale...

    6. Ale, tak mówiąc szczerze, niespecjalnie wygląda mi na to, aby podmioty chcące przejąć Wisłę rzeczywiście dysponowały kapitałem takiego rzędu. Dość powiedzieć, że luksemburski fundusz Alelega podobno w swoich sprawozdaniach finansowych wykazywał sumy bilansowe niższe, niż polska kwota wolna od podatku (czyli ok. 8 tys. PLN). Ok, no to może kasę potencjalnie ma Noble Capital Partners...? Poszukałem (co nie było trudne) – potencjalnie jest lepiej, bowiem deklarowana suma aktywów tej firmy wynosi niecałe 340 tys. GBP, czyli ok. 1,5 mln PLN, ale to jednak nadal dość mało biorąc pod uwagę skalę transakcji. No, chyba, żeby założyć, że są to tylko tzw. third party, czyli międzynarodowe słupy będące przykrywką dla właściwych inwestorów – ale o tym za moment.

    7. Wkrótce po podpisaniu umowy sprzedaży klubu, dotychczasowa prezes Wisły S.A. zrezygnowała z pełnienia tej funkcji. Kurtyna.

    Co więc mamy...?

    Na razie mamy rozp... – wróć - wielką niewiadomą dotyczącą samej transakcji + różne sensacyjne teorie serwowane przez media. Dwie najczęściej spotykane skomentuję poniżej.

    Teoria pierwsza (a raczej to, co z niej wynika): nowi nabywcy klubu to idioci

    Potencjalnym nabywcom klubu miało chodzić nie tyle o samą drużynę piłkarską, co głównie o atrakcyjne grunty będące rzekomo w posiadaniu Wisły S.A. Inwestorzy teoretycznie mogliby myśleć, że wraz z kupnem klubu piłkarskiego przejmą również te tereny, chociażby w oparciu o wypowiedź prezes Wisły S.A. z początku 2018 roku (wedle tej wypowiedzi Wisła miała swobodnie dysponować gruntami o wartości ponad 75 milionów PLN). Tyle, że tuż po podpisaniu umowy szybko okazało się, iż atrakcyjne grunty należą do TS Wisła (będącego posiadaczem pakietu akcji Wisły S.A.), a transakcja sprzedaży klubu piłkarskiego ich nie obejmuje. Szczerze mówiąc ciężko jest mi przyjąć wersję, w której ludzie dysponujący milionami najpierw podpisują umowę, a dopiero potem dowiadują się, że grunty jednak nie będą ich – to już byłaby akcja na poziomie gangu Olsena, naprawdę... Przecież to transakcja o wielomilionowej wartości, a nie sprzedaż starej Skody Fabii, więc sugerowanie, że kupujący w ogóle nie zajrzeli do umowy i nie zapoznali się z faktycznym stanem majątkowym klubu, zakrawa trochę na absurd.

    Teoria druga: próba wymigania się od odpowiedzialności za długi

    Niestety na ten moment nie znamy kluczowej okoliczności, czyli nie wiemy, jak w ogóle wygląda umowa. Teoretycznie może się bowiem okazać, że nawet w przypadku braku wpłaty wspomnianych 12 milionów klub tak czy inaczej przejdzie na własność nowych inwestorów, a pieniądze... Być może wcale się nie pojawią, lecz zostanie ogłoszona upadłość – jednak już przez nowych właścicieli. Co by to dało w tej konkretnej sytuacji? Na razie się nie wypowiem – jeżeli wypłyną nowe okoliczności, to zapewne pokuszę się o analizę wespół z prawnikami specjalizującymi się w tematach upadłościowych (nawet dla własnej ciekawości). Teoretycznie jednak taka próba znalezienia inwestora mogłaby być tzw. dupochronem dla zarządu mającego coś na sumieniu – mógłby się bronić podając argumenty typu „Staraliśmy się wyprowadzić klub na prostą, nawet znaleźliśmy ludzi, którzy w niego zainwestują, a że okazali się oszustami...”. Jednak to też nie byłoby proste do przeprowadzenia, a nie chcę spekulować w oparciu o szczątkowe (póki co) informacje.

    Operacja Matrioszka

    Zapoznając się z tą całą sytuacją, przypomniała mi się pewna akcja przeprowadzona przez Europol w 2016 roku. Nie było u nas zbyt głośno, a jedyne nieliczne wspominki pojawiły się chyba tylko dlatego, że w tle pojawił się ex-klub samego Jose Mourinho, a konkretnie União de Leiria.

    Tak więc Operacja Matrioszka trwała ponad rok i miała miejsce w Portugalii, choć tropy wiodły także do innych krajów europejskich. Chodziło o to, że osoby związane z „rosyjską grupą mafijną” wykorzystywały kluby piłkarskie do prania pieniędzy. Schemat działania wyglądał tak:

    1. Przestępcy wyszukiwali kluby mające kłopoty finansowe, a następnie zyskiwali zaufanie działaczy dzięki darowiznom lub stosunkowo niedużym inwestycjom.

    2. Kolejnym krokiem było kupno klubów za niewielkie pieniądze przez tzw. słupów, reprezentujących różnego rodzaju spółki offshore z rajów podatkowych, które umożliwiały ukrycie tożsamości rzeczywistych nabywców oraz pochodzenie kapitału.

    3. Kiedy przestępcy weszli już w posiadanie klubu, mogli przystąpić do procederu prania pieniędzy oraz innych oszustw - działania były tutaj różne:
    - wciąganie na listę płac fikcyjnych graczy, którzy tak naprawdę nigdy w klubie nie grali
    - transgraniczne transfery graczy, którzy albo byli wyceniani zbyt wysoko, albo zbyt nisko
    - niejasne transakcje dotyczące praw do transmisji telewizyjnych
    - przewożenie dużych ilości gotówki z Rosji do Portugalii (oczywiście wbrew prawu)
    - obstawianie zakładów bukmacherskich oraz ustawianie wyników meczów
    - tworzenie struktur spółek offshore w sposób, który wzbudził podejrzenia służb
    - różne oszustwa podatkowe (klasyka)

    Zgodnie z tym, co podaje Europol, podejrzenia w tej sprawie wzbudził nadzwyczaj luksusowy styl życia przestępców, którzy korzystali z majątku formalnie zarejestrowanego na słupów będących właścicielami klubów. Nie wiem, na ile jest to prawda, ale bardzo możliwe, że ktoś związany z klubem zorientował się w procederze i po prostu doniósł odpowiednim władzom o swoich podejrzeniach. Zresztą, według funkcjonariuszy Europolu, piłka nożna ogólnie stanowi bardzo ciekawe pole do prania pieniędzy min. ze względu na sposób finansowania oparty w dużej mierze o sponsorów, jak i na model biznesowy związany z zarabianiem na transferach, gdzie w grę wchodzą niejednokrotnie potężne sumy, mogące być – w zależności od potrzeb – albo kosztem, albo przychodem.

    Krótkie podsumowanie

    Oczywiście nie twierdzę, że schemat z Operacji Matrioszka dzieje się właśnie w Wiśle Kraków i ktoś mający nieczyste intencje chce przejąć ten klub. Ba, mam wielką nadzieję, że jeden z najbardziej zasłużonych klubów piłkarskich w Polsce wyjdzie jednak na prostą i znajdzie poważnego inwestora, który zapewni mu bezpieczne funkcjonowanie i grę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jestem jednak zdania, że takie transakcje, jak sprzedaż dużych klubów piłkarskich, powinny być w szczególny sposób monitorowane i prześwietlane, aby znane marki sportowe nie dostawały się w ręce podejrzanych osób mogących je wykorzystywać do celów niezgodnych z prawem. Również nie wyobrażam sobie, aby umowa opiewająca na takie kwoty była podpisana bez przedstawienia jakichkolwiek wiarygodnych gwarancji bankowych ze strony nabywców – a jeśli takich dokumentów nie przedstawili, a mimo to umowę podpisano, to byłby to moim zdaniem ogromny skandal świadczący albo o niekompetencji zarządu, albo... No cóż, wiele się powinno wyjaśnić w ciągu najbliższych dni. ;)
    pokaż całość

  •  

    #wislakrakow via bialekolnierzyki @grafikulus
    Sprzedaż Wisły Kraków vs Operacja Matrioszka

    Zamierzałem wrzucić coś nowego na bloga dopiero w 2019 roku, ale po ostatnich akcjach, w których uczestniczy Wisła Kraków, po prostu nie mogłem się powstrzymać. Sytuacja jest bowiem tak niezwykła – nawet jak na realia naszej piłki – że jeszcze przez długi czas będzie pięknym obiektem do analiz. No, ale po kolei...
    .

    Krótki szkic sytuacyjny

    1. Mało znany polski agent piłkarski informuje opinię publiczną, że na ratunek tonącej Wiśle ma przybyć tajemniczy członek kambodżańskiej rodziny królewskiej Vanna Ly oraz, jako inwestor wspierający, Szwed Mats Hartling.

    2. Po bliższym sprawdzeniu okazuje się, że Pan Vanna Ly, wbrew deklaracjom, prawdopodobnie nie ma nic wspólnego z królem Kambodży, za to jest obywatelem Francji, gdzie od 2014 roku prowadzi mało znaną firmę konsultingową. Z kolei Mats Hartling, który podawał się za dyrektora spółki Noble Capital Partners, zgodnie z dokumentami przestał pełnić tę funkcję w 2017 roku – choć, jak sam twierdzi, nadal nim jest „z upoważnienia zarządu”.

    3. Prezes oraz wiceprezes zarządu TS Wisła, właściciela Wisła S.A., podpisali w Zurichu dokument sprzedaży 60% akcji klubu funduszowi inwestycyjnemu Alelega z Luksemburga (który jest podobno kontrolowany przez Vanna Ly) oraz 40% wspomnianej Noble Capital Partners reprezentowanej rzekomo przez Matsa Hartlinga. Sukces? Niekoniecznie...

    4. Głównym warunkiem, który był absolutnie niezbędny do tego, aby umowa sprzedaży doszła w ogóle do skutku, było otrzymanie przez klub przelewu umożliwiającego spłatę najpilniejszych zobowiązań zamykających się w kwocie ok. 12 milionów PLN.

    5. Przelew na wspomniane 12 baniek miał przyjść na konto Wisły w piątek 28 grudnia – niestety, zamiast kasy na koncie pojawiło się rzekome potwierdzenie jego wykonania. Potwierdzenie to zostało wrzucone z oficjalnego (podobno) konta Vanna Ly na Twitterze, ale tak szczerze mówiąc, to ja się dziwię dziennikarzom, którzy się na to powołują. Dlaczego? Wystarczy poczytać sobie wcześniejsze posty, w których np. Pan Vanna deklaruje, że otworzy w Kambodży specjalny, ukryty magazyn na flagi skradzione innym klubom, aby były „poza zasięgiem” polskiej policji. W innym tweecie z kolei nasz bohater odpowiada na zarzut, że przyjechał na spotkanie w Szwajcarii pociągiem: „Tak, ale to był mój własny pociąg”. O innych, dość kontrowersyjnych, wypowiedziach z tego konta nie będę już wspominał. W każdym razie wygląda to na robotę jakiegoś śmieszka internetowego i nie najlepiej świadczy o tych, którzy biorą to za pewnik. Rzecz jasna o tym, czy przelew rzeczywiście został wysłany, czy też nie, dowiemy się zapewne w poniedziałek (no, może zaraz po Nowym Roku), ale...

    6. Ale, tak mówiąc szczerze, niespecjalnie wygląda mi na to, aby podmioty chcące przejąć Wisłę rzeczywiście dysponowały kapitałem takiego rzędu. Dość powiedzieć, że luksemburski fundusz Alelega podobno w swoich sprawozdaniach finansowych wykazywał sumy bilansowe niższe, niż polska kwota wolna od podatku (czyli ok. 8 tys. PLN). Ok, no to może kasę potencjalnie ma Noble Capital Partners...? Poszukałem (co nie było trudne) – potencjalnie jest lepiej, bowiem deklarowana suma aktywów tej firmy wynosi niecałe 340 tys. GBP, czyli ok. 1,5 mln PLN, ale to jednak nadal dość mało biorąc pod uwagę skalę transakcji. No, chyba, żeby założyć, że są to tylko tzw. third party, czyli międzynarodowe słupy będące przykrywką dla właściwych inwestorów – ale o tym za moment.

    7. Wkrótce po podpisaniu umowy sprzedaży klubu, dotychczasowa prezes Wisły S.A. zrezygnowała z pełnienia tej funkcji. Kurtyna.
    .

    Co więc mamy...?

    Na razie mamy rozp... – wróć - wielką niewiadomą dotyczącą samej transakcji + różne sensacyjne teorie serwowane przez media. Dwie najczęściej spotykane skomentuję poniżej.

    Teoria pierwsza (a raczej to, co z niej wynika): nowi nabywcy klubu to idioci

    Potencjalnym nabywcom klubu miało chodzić nie tyle o samą drużynę piłkarską, co głównie o atrakcyjne grunty będące rzekomo w posiadaniu Wisły S.A. Inwestorzy teoretycznie mogliby myśleć, że wraz z kupnem klubu piłkarskiego przejmą również te tereny, chociażby w oparciu o wypowiedź prezes Wisły S.A. z początku 2018 roku (wedle tej wypowiedzi Wisła miała swobodnie dysponować gruntami o wartości ponad 75 milionów PLN). Tyle, że tuż po podpisaniu umowy szybko okazało się, iż atrakcyjne grunty należą do TS Wisła (będącego posiadaczem pakietu akcji Wisły S.A.), a transakcja sprzedaży klubu piłkarskiego ich nie obejmuje. Szczerze mówiąc ciężko jest mi przyjąć wersję, w której ludzie dysponujący milionami najpierw podpisują umowę, a dopiero potem dowiadują się, że grunty jednak nie będą ich – to już byłaby akcja na poziomie gangu Olsena, naprawdę... Przecież to transakcja o wielomilionowej wartości, a nie sprzedaż starej Skody Fabii, więc sugerowanie, że kupujący w ogóle nie zajrzeli do umowy i nie zapoznali się z faktycznym stanem majątkowym klubu, zakrawa trochę na absurd.

    Teoria druga: próba wymigania się od odpowiedzialności za długi

    Niestety na ten moment nie znamy kluczowej okoliczności, czyli nie wiemy, jak w ogóle wygląda umowa. Teoretycznie może się bowiem okazać, że nawet w przypadku braku wpłaty wspomnianych 12 milionów klub tak czy inaczej przejdzie na własność nowych inwestorów, a pieniądze... Być może wcale się nie pojawią, lecz zostanie ogłoszona upadłość – jednak już przez nowych właścicieli. Co by to dało w tej konkretnej sytuacji? Na razie się nie wypowiem – jeżeli wypłyną nowe okoliczności, to zapewne pokuszę się o analizę wespół z prawnikami specjalizującymi się w tematach upadłościowych (nawet dla własnej ciekawości). Teoretycznie jednak taka próba znalezienia inwestora mogłaby być tzw. dupochronem dla zarządu mającego coś na sumieniu – mógłby się bronić podając argumenty typu „Staraliśmy się wyprowadzić klub na prostą, nawet znaleźliśmy ludzi, którzy w niego zainwestują, a że okazali się oszustami...”. Jednak to też nie byłoby proste do przeprowadzenia, a nie chcę spekulować w oparciu o szczątkowe (póki co) informacje.
    .

    Operacja Matrioszka

    Zapoznając się z tą całą sytuacją, przypomniała mi się pewna akcja przeprowadzona przez Europol w 2016 roku. Nie było u nas zbyt głośno, a jedyne nieliczne wspominki pojawiły się chyba tylko dlatego, że w tle pojawił się ex-klub samego Jose Mourinho, a konkretnie União de Leiria.

    Tak więc Operacja Matrioszka trwała ponad rok i miała miejsce w Portugalii, choć tropy wiodły także do innych krajów europejskich. Chodziło o to, że osoby związane z „rosyjską grupą mafijną” wykorzystywały kluby piłkarskie do prania pieniędzy. Schemat działania wyglądał tak:

    1. Przestępcy wyszukiwali kluby mające kłopoty finansowe, a następnie zyskiwali zaufanie działaczy dzięki darowiznom lub stosunkowo niedużym inwestycjom.

    2. Kolejnym krokiem było kupno klubów za niewielkie pieniądze przez tzw. słupów, reprezentujących różnego rodzaju spółki offshore z rajów podatkowych, które umożliwiały ukrycie tożsamości rzeczywistych nabywców oraz pochodzenie kapitału.

    3. Kiedy przestępcy weszli już w posiadanie klubu, mogli przystąpić do procederu prania pieniędzy oraz innych oszustw - działania były tutaj różne:
    - wciąganie na listę płac fikcyjnych graczy, którzy tak naprawdę nigdy w klubie nie grali
    - transgraniczne transfery graczy, którzy albo byli wyceniani zbyt wysoko, albo zbyt nisko
    - niejasne transakcje dotyczące praw do transmisji telewizyjnych
    - przewożenie dużych ilości gotówki z Rosji do Portugalii (oczywiście wbrew prawu)
    - obstawianie zakładów bukmacherskich oraz ustawianie wyników meczów
    - tworzenie struktur spółek offshore w sposób, który wzbudził podejrzenia służb
    - różne oszustwa podatkowe (klasyka)

    Zgodnie z tym, co podaje Europol, podejrzenia w tej sprawie wzbudził nadzwyczaj luksusowy styl życia przestępców, którzy korzystali z majątku formalnie zarejestrowanego na słupów będących właścicielami klubów. Nie wiem, na ile jest to prawda, ale bardzo możliwe, że ktoś związany z klubem zorientował się w procederze i po prostu doniósł odpowiednim władzom o swoich podejrzeniach. Zresztą, według funkcjonariuszy Europolu, piłka nożna ogólnie stanowi bardzo ciekawe pole do prania pieniędzy min. ze względu na sposób finansowania oparty w dużej mierze o sponsorów, jak i na model biznesowy związany z zarabianiem na transferach, gdzie w grę wchodzą niejednokrotnie potężne sumy, mogące być – w zależności od potrzeb – albo kosztem, albo przychodem.
    .

    Krótkie podsumowanie

    Oczywiście nie twierdzę, że schemat z Operacji Matrioszka dzieje się właśnie w Wiśle Kraków i ktoś mający nieczyste intencje chce przejąć ten klub. Ba, mam wielką nadzieję, że jeden z najbardziej zasłużonych klubów piłkarskich w Polsce wyjdzie jednak na prostą i znajdzie poważnego inwestora, który zapewni mu bezpieczne funkcjonowanie i grę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jestem jednak zdania, że takie transakcje, jak sprzedaż dużych klubów piłkarskich, powinny być w szczególny sposób monitorowane i prześwietlane, aby znane marki sportowe nie dostawały się w ręce podejrzanych osób mogących je wykorzystywać do celów niezgodnych z prawem. Również nie wyobrażam sobie, aby umowa opiewająca na takie kwoty była podpisana bez przedstawienia jakichkolwiek wiarygodnych gwarancji bankowych ze strony nabywców – a jeśli takich dokumentów nie przedstawili, a mimo to umowę podpisano, to byłby to moim zdaniem ogromny skandal świadczący albo o niekompetencji zarządu, albo... No cóż, wiele się powinno wyjaśnić w ciągu najbliższych dni. ;) #bialekolnierzyki
    pokaż całość

  •  

    W Chinach pracownicy pewnej firmy po firmowej imprezie pchali 5 km samochód swojego szefa z nim w środku. Policjanci nie mogli nic zrobić. Dopóki silnik samochodu nie działał, zgodnie z chińskim prawem czyn nie mógł być klasyfikowany jako jazda pod wpływem alkoholu...

    Poświęcilibyście się tak dla swojego szefa? Szef wcześniej stawiał... :-P

    Link do znaleziska: Po imprezie pracownicy pchali auto szefa z nim w środku by zachował prawo jazdy

    Interesujące? Dziękuję Ci za wykop! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #heheszki #motoryzacja #alkohol #piwo #prawo #policja #rozrywka #humor #chiny #firma #januszebiznesu #bialekolnierzyki
    pokaż całość

    źródło: pchanie.jpg

  •  

    Zgodnie z prawem w Arabii Saudyjskiej alkohol jest zabroniony. Jednakże procentowe trunki dostają się do tego silnie religijnego kraju. Jak? Odpowiedź to przemyt.

    Znalezisko: Niezwykły sposób na przemyt alkoholu do muzułmańskiego kraju

    #islam #piwo #ciekawostki #bliskiwschod #alkohol #arabiasaudyjska #heheszki #prawo #przemyt #pijzwykopem #bialekolnierzyki #pieniadze #biznes #firma
    pokaż całość

    źródło: przemyt.jpg

  •  

    Na fanpage Sławomira Mentzena, fachowcy od podatków, prawa finansowego, znalazłem ciekawy post o tym jak wyglądają przetargi w Polsce. To jest tylko jeden przykład, dobrze opisany przez Pana Sławomira, natomiast to się dzieje na co dzień, od wielu lat, w wielu różnych branżach i na wielu różnych szczeblach.

    Oto ten post:

    "Przedsiębiorcy w Toruniu są według Michała Zaleskiego hołubieni jak nigdzie indziej. I częściowo jest to absolutna prawda. Niektórym przedsiębiorcom toruńskie władze przychylają wręcz nieba i troszczą się o nich nawet bardziej niż o własną rodzinę.

    Opisywana już przeze mnie Toruńska Infrastruktura Sportowa sp. z o.o., w której ważnym pracownikiem jest pasierb Michała Zaleskiego, zamierzała wynająć część powierzchni w budowanej hali widowiskowo-sportowej. Pierwotnie TIS żądała 45 zł za metr. Oferty niższe (20 zł za metr) były odrzucane. W kolejnych konkursach obniżano cenę, ale cały czas nie było chętnych. A jeżeli chętny się pojawiał, to odrzucano jego ofertę z powodów formalnych (np. brał załącznika w postaci wypisu z KRS).

    Sprawa przeciągała się miesiącami, najemcy na powierzchnię pod siłownię nie udawało się znaleźć. Aż doszło do przełomu. 12 grudnia 2013 roku TIS ogłosił kolejny konkurs. Oferty trzeba było złożyć do 23 grudnia 2013 r. Informacja o konkursie pojawia się tylko w BIP spółki oraz na bardzo mało popularnym profilu FB niedziałającej jeszcze hali sportowej. Mało kto w ogóle wie o nowym konkursie. W tym nowym konkursie zmieniają się też zasady. W poprzednich 6 konkursach powierzchnia była oferowana w stanie deweloperskim, bez wewnętrznych instalacji elektrycznych, sanitarnych, bez wody i ogrzewania, bez podwieszanych sufitów i podłóg. Tym razem TIS zobowiązała się do wykończenia wynajmowanego lokalu na własny koszt.

    Ostatniego dnia konkursu - 23 grudnia 2013 r. wpłynęła jedyna oferta w wysokości 20 zł metr - od trenera toruńskich koszykarek Elmedina Omanića, którego do Torunia sprowadził przewodniczący rady nadzorczej TIS Maciej Krystek. I tutaj zaczyna się robić ciekawie. Otóż nasz oferent nie dostarczył wypisu z KRS albo CEIDG, ponieważ jak napisał w oświadczeniu, jest w trakcie zakładania spółki Leader Fit. Ta nieistniejąca jeszcze spółka wygrała konkurs, wbrew regulaminowi, ponieważ nie dostarczyła dokumentów z KRS. Następnie wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. 28 stycznia 2014 r. u notariusza zostaje podpisana umowa spółki z o.o. Już 3 lutego (co za niesamowite jak na toruński KRS tempo!), spółka zostaje wpisana do KRS. 7 lutego TIS podpisuje z Leader Fit umowę najmu lokalu.

    Nie jest to koniec łamania regulaminu konkursu. Według regulaminu to najemca miał dostarczyć projekt na podstawie którego TIS zaadaptuje pomieszczenie. Ale projekt opłaciła i zleciła TIS. Leader Fit otrzymał kolejny prezent, wart ponad 30 000 zł. TIS zapłaciła też 1,67 mln zł za dostosowanie lokalu do potrzeb siłowni. Regulamin zakładał konieczność uruchomienia działalności w lipcu, a Leader Fit zaczął działać dopiero w grudniu 2014 r. Istnieją też bardzo poważne wątpliwości czy Leader Fit w ogóle wpłacił kaucję. TIS odmawia udzielenia na ten temat informacji.

    Prawda, że niektórzy przedsiębiorcy żyją w Toruniu jak pączki w maśle? Nie muszą przejmować się karami umownymi i łamaniem regulaminu konkursu. Ale słuchajcie dalej. Leader Fit został zarejestrowany 3 lutego, 7 lutego podpisał umowę z TIS. I tego samego 7 lutego, w ostatnim dniu trwania konkursu, spółka złożyła wniosek o unijną dotację. I proszę sobie wyobrazić, że otrzymała tę dotację - 248 tysięcy złotych z RPO na zakup sprzętu do siłowni. Do tego Leader Fit otrzymała dwa poręczenia kredytowe z Toruńskiego Funduszu Poręczeń Kredytowych, którego większość udziałów ma miasto.

    Gdy dotacje i poręcznie zostają już przyznane, do zarządu Leader Fit wchodzi Elżbieta Górska, żona najważniejszego toruńskiego polityka PiS - Grzegorza Górskiego. Na oficjalnym otwarciu siłowni obecni są wszyscy architekci tego biznesowego sukcesu - Michał Zaleski, Grzegorz Górski oraz inni politycy z PiS, będącego w koalicji z Michałem Zaleskim.

    Podsumowując. Nieistniejąca spółka wygrała konkurs ogłoszony na warunkach znacznie korzystniejszych niż poprzednie konkursy. Następnie miejska spółka sfinansowała projekt oraz wykończenie lokalu. Sprzęt został kupiony za dotację unijną, a kredyty poręczyła inna miejska spółka. Na koniec spółka ujawnia swoje powiązania polityczne z władzami miasta.

    Toruń jest prawdziwym rajem dla przedsiębiorców."

    Źródło: Profil Sławomira Mentzena

    #torun #biznes #przetarg #bialekolnierzyki
    pokaż całość

  •  

    Pamiętacie jeszcze aferę z portalem ŚwiatKotów.pl, który zgarnął swego czasu 670k PLN dofinansowania z UE? No to tak to wygląda na dzień dzisiejszy: http://swiatkotow.pl/ ( ͡° ͜ʖ ͡°) A tutaj cała dyskusja, która toczyła się o tym na Wypoku w epoce Internetu z dyskietek, czyli prawie 8 lat temu: https://www.wykop.pl/link/507239/672-010-00-pln-na-strone-oparta-na-wordpressie/ Dziś, po latach, można ocenić sensowność ładowania kasy unijnej w podobne projekty ( ͡° ͜ʖ ͡°) #polska #biznes #ciekawostki #dofinansowanie #pieniadze #bialekolnierzyki pokaż całość

    źródło: swiat kotow .png

  •  

    Dziś wrzucam coś, co powinno zaciekawić tych, którzy interesują się tematyką zwalczania przestępczości gospodarczej. Jest to wywiad z byłym oficerem CBŚP, który był naczelnikiem jednego z wojewódzkich wydziałów do zwalczania zorganizowanej przestępczości ekonomicznej. Pytania - ciekawostka - są w znacznej części zadane przez Internautów udzielających się na pewnej grupie na FB. Także enjoy, jak to mówią ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    1. Jak wyglądał zwykły dzień pracy w CBŚP – czy w ogóle można mówić w przypadku takiej służby o „zwykłym dniu”?

    Skuteczne zwalczanie przestępczości zorganizowanej wymaga nieschematycznego podejścia do zadań, kreatywności i zdolności patrzenia na problem z różnych stron. Funkcjonariusze zaangażowani w tego typu działania, aby być skutecznymi muszą posiadać zdolność dostrzegania pozornie nieistniejących połączeń i zależności, świadomie rezygnując z gotowych rozwiązań, które sprawdzają się w pracy operacyjnej i procesowej nakierowanej na zwalczanie klasycznych przestępstw. Z tych względów w tej służbie nie może być mowy o „zwykłym dniu”. Każda sprawa wymaga zatem innego podejścia, zaangażowania odpowiedniej grupy funkcjonariuszy, posiadających właściwe kompetencje. Grupy, albo jej odłamy zajmują się różnymi przestępstwami: kryminalnymi, narkotykowymi lub ekonomicznymi. Coraz częściej różnymi jej formami (multiprzestępczość), co wymaga odpowiedniego doboru narzędzi i policjantów. Funkcjonariusz podejmujący służbę w Centralnym Biurze Śledczym Policji musi być świadomy, że będzie wymagana od niego pełna dyspozycyjność i elastyczność dotycząca czasu służby. Sztywny grafik w praktyce nie istnieje. Realia są takie, że na przykład w danym dniu planujesz „papierkową robotę” a kończysz na obserwacji swojego figuranta na drugim końcu kraju przez kolejne trzy dni.

    2. Czy istnieje choćby częściowe podobieństwo realnej pracy oficerów CBŚP ścigających gangsterów do tego, co widzimy w filmach?

    Na pewno jakieś podobieństwa można znaleźć. Jest to służba wymagająca, pełna zagrożeń, ale też dająca możliwość udziału w różnego rodzaju działaniach, które mogą posłużyć za gotowy scenariusz do filmów akcji. Tajemnicą poliszynela jest, że ludzie związani z filmem czerpią czasami gotowe wzorce postaci i zdarzeń, które podsuwają im byli lub ciągle pełniący służbę funkcjonariusze. Z drugiej strony, w filmach nie widać ogromnej ilości dokumentów, jakie należy przygotować na każdym etapie działań. Wszystko oparte jest na procedurach, mających źródło w różnego rodzaju przepisach, które dają bezpieczeństwo prawne funkcjonariuszy i pozwalają na właściwe dokumentowanie zebranych dowodów przestępczej działalności.

    3. Jak wyglądała współpraca z innymi służbami, jak np. KAS? Czy wiele mogłoby się zmienić na lepsze w tym zakresie?

    To ciekawy i bardzo istotny problem, który mocno rzutuje na skuteczność podejmowanych działań. Zagadnienie to obejmuje kwestie formalne i praktyczne. Z formalnego punktu widzenia wszystko wydaje się w porządku. Istnieją odpowiednie akty prawne i porozumienia. W praktyce bywa różnie. W dużej mierze jakość i efektywność wspólnych działań oparta jest na indywidualnych relacjach poszczególnych osób zaangażowanych w zwalczanie przestępczości, zarówno na poziomie kierowniczym jak i wykonawczym. Zwykle na zdobycie wzajemnego zaufania trzeba zapracować, poczynając od realizacji najprostszych spraw aż do wspólnego udziału w najbardziej zakamuflowanych przedsięwzięciach operacyjnych. Najprostszym rozwiązaniem, które daje szansę na optymalny poziom współpracy to odpowiednio sprecyzowane i zbieżne cele. Z tym bywa różnie. Przykładowo, działania Krajowej Administracji Skarbowej, a w szczególności czynności podejmowane przez urzędy celno – skarbowe między innymi ukierunkowane są na zwalczanie procederu związanego z uszczupleniem podatku VAT, podobnie jak CBŚP. W praktyce jednak te działania nie są spójne. Centralne Biuro Śledcze Policji przede wszystkim skupia się na pełnym rozpoznaniu składu grupy przestępczej, ze szczególnym naciskiem na ustalenie liderów i organizatorów procederu oraz skutecznym rozbiciu takiej grupy. Jednocześnie realizowane są czynności związane z ustaleniem składników majątkowych przestępców i ich zajęciu. Dla administracji skarbowej najważniejsze są pieniądze, które można szybko i skutecznie zająć, co pozornie wydaje się właściwym działaniem. Skutek jednak jest taki, że nie ma już odpowiedniej mobilizacji do rozliczania tzw. „słupów”, którzy oczywiście żadnym istotnym majątkiem nie dysponują. Co gorsza, takiej wspólnej mobilizacji nie ma również podczas działań podejmowanych wobec ważnych członków grupy, ale w sytuacji, gdzie na horyzoncie nie widać łatwych i dużych pieniędzy. Statystyka administracji skarbowej musi być zasilana szybkimi i stosunkowo łatwymi pieniędzmi. Ten stan rzeczy można zmienić poprzez właściwe zadarniowanie i rozliczanie odpowiednich służb, tak aby współpraca opłacała się wszystkim. W konsekwencji może się okazać, że uda się sięgnąć po majątki członków zorganizowanych grup przestępczych, którzy przez lata dokonali wielomiliardowych wyłudzeń VAT – u. Trzeba mieć w pamięci, że mimo uszczelnienia aktualnego systemu to pozostaje nierozliczone to, co miało miejsce w minionych latach. Dotychczasowe osiągnięcia organów ścigania w rozliczeniu tego rodzaju grup przestępczych to czubek góry lodowej.

    4. Jak służby najczęściej wpadały na trop grup przestępczych?

    Nie ma prostej odpowiedzi na takie pytanie. Korzysta się ze wszystkiego na co prawo pozwala. Bywa, że kluczowe są efekty kontroli operacyjnej np. w postaci informacji uzyskanych z rozmów telefonicznych, a w innych sytuacjach, to co uzyska się od informatora. Czasami dobre efekty dają analizy różnego rodzaju danych np. przepływy środków finansowych. Bywa, że klasyczne zawiadomienie pokrzywdzonego o przestępstwie inicjuje działania, które doprowadzają do konkretnej grupy przestępczej. Często dopiero połączenie i przeanalizowanie danych z różnych źródeł pozwala na zdefiniowanie nielegalnych działań o zorganizowanym charakterze.

    5. Jak zwykle przebiega śledztwo w sprawach związanych z przestępstwami gospodarczymi, jakie są jego etapy?

    Najlepsze efekty daje właściwe rozpoznanie operacyjne zorganizowanej grupy przestępczej, w trakcie którego, mówiąc w skrócie, wykorzystuje się różnego rodzaju narzędzia, techniczne środki wsparcia i osobowe źródła informacji. Czasokres tego typu działań uzależniony jest od charakteru przestępstwa, ilości osób uczestniczących w nielegalnym procederze, sposobu ich zachowania. Tak zebrane materiały przekształca się w taki sposób, aby mogły zostać wykorzystane jako dowody w postępowaniu przygotowawczym, czego efektem powinno być przedstawienie zarzutów popełnienia przestępstwa, a następnie skierowanie aktu oskarżenia do sądu. Istnieje również grupa przestępstw, która wskazywana jest w zawiadomieniu o przestępstwie przez pokrzywdzonych lub inne osoby. Nierzadko do skutecznego realizowania czynności w tego typu sprawach wystarczy rzetelna analiza dokumentów oraz wnikliwe zrealizowanie czynności procesowych np. w postaci przesłuchań świadków.

    6. Czy są jakieś rzeczy, które stosunkowo często uniemożliwiają pozytywne zakończenie śledztwa?

    Nie można wskazać jednoznacznie konkretnych przyczyn, które w jakiś dominujący sposób uniemożliwiają pozytywne zakończenie śledztwa. Należałoby też zdefiniować pojęcie braku pozytywnego zakończenia śledztwa. Z całą pewnością brak przedstawienia zarzutów i umorzenie śledztwa jest porażką. Taki scenariusz w sprawach prowadzonych przez Centralne Biuro Śledcze Policji w zasadzie się nie zdarza. Natomiast często pozostaje niedosyt wynikający z tego, że ograniczono kierunki śledztwa lub nie rozliczono wszystkich członków grupy, czy też przy wielomilionowych stratach nie udało się dokonać zabezpieczenia na majątku podejrzanego w satysfakcjonującej kwocie. Zwykle takie sytuacje mają miejsce gdy prowadzący sprawę stają pod ścianą i brak jest możliwości pogłębienia materiału dowodowego. W długotrwałych śledztwach występuje również presja ze strony prokuratury, aby zmierzać do końca czynności, szczególnie w sytuacjach gdy rozliczono z przestępczej działalności kluczowych podejrzanych, natomiast dalsze prowadzenie czynności ewentualnie mogłyby skutkować przedstawieniem zarzutów osobom, których rola w nielegalnym procederze była drugorzędna a okoliczności sprawy wskazują, że mimo próby podjęcia dalszych długotrwałych czynności brak jest pewności co do efektów podjętych działań. W takich sytuacjach mówi się o ekonomice procesowej i dotyczy to stosunkowo licznych grup przestępczych, gdzie często stawia się znak zapytania w zakresie tego czy ktoś jeszcze współdziałał w popełnianiu przestępstw.

    7. Czy CBŚP często korzystało z tzw. przykrywkowców przy zwalczaniu przestępstw gospodarczych?

    Centralne Biuro Śledcze Policji jest służbą, która najczęściej wykorzystuje najbardziej zaawansowane metody pracy operacyjnej w postaci kombinacji operacyjnych i operacji specjalnych. Zdarza się, że w tych działaniach wykorzystuje się policjantów działających pod przykryciem. Należy podkreślić, że przede wszystkim są to sprawy kryminalne i narkotykowe. W sprawach dotyczących przestępczości gospodarczej takie sytuacje są najmniej liczne. Wynika to z charakteru spraw i przydatności tego typu narzędzi. Wyjątkiem pozostają sprawy z zakresu nielegalnego wyrobu i obrotu towarami akcyzowymi (tytoń, papierosy). Szczegółów tego typu działań nie będę jednak zdradzał, przede wszystkim mając na uwadze bezpieczeństwo policjantów realizujących takie zadania.

    8. Czy w trakcie śledztw, niejako przy okazji, udawało się często odkryć rzeczy, których nikt się nie spodziewał?

    Aktualnie działające zorganizowane grupy przestępcze coraz częściej nie koncentrują się na jednym typie nielegalnej działalności i podążają w nowych kierunkach, które pozwalają na osiąganie wysokich zysków przy stosunkowo niewielkim ryzyku. Z tych powodów nie należą już do rzadkości sytuacje, gdzie na początku rozpracowywanej grupy definiowało się ją jako narkotykową, a dalsze ustalenia pozwalały na odkrycie i udokumentowanie innych nielegalnych obszarów z których członkowie grupy czerpią zyski. Takim najbardziej jaskrawym przykładem są coraz liczniejsze sytuacje, gdzie grupy kryminalne i narkotykowe wchodzą w obszar nielegalnego obrotu papierosami i tytoniem. Wynika to z faktu, że tego typu działalność generuje bardzo duże zyski a zagrożenie karami pozostaje stosunkowo niskie np. w porównaniu do kar za przestępstwa narkotykowe.

    9. Jaki rodzaj przestępstw gospodarczych był według Pana najczęściej spotykany?

    Najliczniejszą grupą przestępstw gospodarczych stanowią różnego rodzaju oszustwa i wyłudzenia w obrocie gospodarczym na szkodę przedsiębiorców. Niestety, są to również przestępstwa, które najczęściej kończą się umorzeniem postępowania z powodu niewykrycia sprawcy czynu lub braku znamion przestępstwa. Zdumiewające, ale warte podkreślenia są naprawdę bardzo liczne sytuacje, gdzie przedsiębiorca prowadzący od lat duży biznes nie potrafi właściwie zareagować na przestępstwo. Typowe działania prawne, występujące w obrocie gospodarczym nie przynoszą żadnego pozytywnego rezultatu. Środki jakie należy podjąć wobec oszusta a nierzetelnego kontrahenta to nie to samo. Podobnie się mają sprawy, gdzie przedsiębiorca zostaje wplątany np. w karuzelę VAT-owską czy też inne nielegalne działania podejmowane przez współpracowników i kontrahentów. Będąc czynnym funkcjonariuszem byłem naocznym świadkiem różnych życiowych tragedii, gdzie uczciwi ludzie tracili dorobek życia. W aktualnie prowadzonej przeze mnie kancelarii radcy prawnego również spotykam się z takimi przypadkami.

    10. Jaki był najmniejszy kaliber spraw, którymi zajmował się kierowany przez Pana wydział?

    Z założenia Centralne Biuro Śledcze Policji zajmuje się najpoważniejszymi przestępstwami. Zdarza się jednak tak, że mając przekonanie o tym, że mamy do czynienia z dużą grupą zajmującą się np. nielegalną produkcją papierosów trafiało się na stodołę w której jakiś rolnik dorabiał sobie cięciem i sprzedażą liści tytoniu na niewielką skale. Nawiasem mówiąc, takie domowe fabryczki to bardzo częsty proceder.

    11. Jaka była największa sprawa, nad którą pracowaliście?

    Do grupy największych spraw należy zaliczyć postępowania dotyczące uszczuplenia podatku VAT. W tym zakresie udało się nam rozpracować i zlikwidować grupę przestępczą, która dokonała wyłudzenia środków w wysokości około 500 mln zł. na szkodę Skarbu Państwa. W tej sprawie udało się dokonać zabezpieczenia na majątku podejrzanych w łącznej wysokości około 200 ml zł. Było to rekord w wysokości zabezpieczenia w historii organów ścigania w Polsce, chyba do dzisiaj nie pobity.

    12. Czy mógłby Pan podać przykład najciekawszej sprawy, z jaką zetknął się Pan w swojej karierze i czy zechciałby ją Pan bliżej opisać?

    Trudno wskazać jedną sprawę, ale przypominam sobie śledztwo, gdzie przestępcy inwestowali w złoto. Nie do zapomnienia był widok kilkudziesięciu zabezpieczonych sztabek złota leżących na stole. Sprawa dotyczyła również wyłudzenia VAT- u w kwocie kilkudziesięciu mln zł. Bardzo ciekawe są sprawy dotyczące nielegalnych fabryk papierosów. Zakres działań logistycznych, jakie podejmowała grupa aby uruchomić fabryka w warunkach pełnej konspiracji były zdumiewające. Mowa tu m. in. o systemach kamuflażu, wentylacji i dystrybucji itd.

    13. Skoro już przy ciekawych śledztwach jesteśmy, to może klasyka, czyli tak głupi przestępcy, że aż trudno w to uwierzyć.

    W sprawach które realizowałem z moim zespołem za przeciwnika zazwyczaj mieliśmy ludzi inteligentnych i operatywnych, którzy mieli bardzo dobrze przemyślane metody działania. Oczywiście, jakieś wyjątki można zawsze znaleźć. Przypominam sobie członka grupy, który uczestniczył w końcowej fazie dystrybucji nielegalnie wytworzonego tytoniu, ale postanowił sobie dorobić. W tym celu umieścił ogłoszenia o możliwości zakupu tytoniu na wiejskich tablicach ogłoszeń, podając swój osobisty numer telefonu komórkowego. Na efekty nie musiał długo czekać. Po kilku dniach pojawili się u niego policjanci. W wyniku dalszych działań udało się dotrzeć do kolejnych osób zamieszanych w nielegalny proceder.

    14. Czy przestępcy, np. z mafii VAT-owskich byli zamieszani także w inne przestępstwa, czy też raczej stawiali na ścisłą specjalizację?

    W początkowych latach działania mafii VAT- owskich zwykle była to ścisła specjalizacja. Wynikało to z tego, że przestępcy wywodzili się spośród osób, które prowadziły legalne biznesy, natomiast z wyłudzenia VAT-u robili sobie dodatkowe źródło dochodu. W kolejnych latach w proceder ten wchodzili przestępcy, którzy wywodzili się z grup kryminalnych i narkotykowych, widząc jaki potencjał niosą za sobą tego typu sprawy. W tym celu wchodzili w różnego rodzaju relacje przestępcze, które pozwalały im poruszać się w tej tematyce.

    15. Ile osób najczęściej wchodziło w skład zorganizowanych grup przestępczych zajmujących się przestępstwami gospodarczymi?

    Zwykle były to grupy kilkunastoosobowe, ale przy sprawach związanych z uszczupleniem podatku VAT struktury liczyły nawet powyżej pięćdziesięciu osób.

    16. Jak ocenia Pan kreatywność zawodowych przestępców wyłudzających np. podatek VAT? Czy na ogół są to inteligentni ludzie, czy też bardziej wykonawcy cudzych poleceń albo osoby „jadące” na powszechnie znanych schematach? Jeśli oczywiście można to w jakikolwiek sposób generalizować…

    Zorganizowana grupa przestępcza to struktura w skład której wchodziły różne osoby, posiadające różne zadania. Mając na myśli organizatorów procederu to trzeba przyznać, że zazwyczaj były to osoby bardzo inteligentne, o dużej wiedzy. Jak już wspominałem, często byli to przedsiębiorcy o dużym doświadczeniu. Generalizować jednak się nie da. Ludzie bywali różni, ale zawsze przynajmniej w stopniu podstawowym przygotowane do kontaktu z organami ścigania.

    17. Czy na wyobraźnię funkcjonariuszy mocno działały pieniądze posiadane przez przestępców i ich luksusowy styl życia? Wiadomo, że w budżetówce nie zarabia się „kokosów”, więc czy nie czuliście czasem zazdrości patrząc na stan posiadania bandytów?

    Nie da się ukryć, że przede wszystkim nieruchomości i samochody jakie widzieliśmy robiły ogromne wrażenie. Były to głównie efekty wielomilionowego „dofinansowania” Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego i wyłudzonego podatku VAT oraz nielegalnego obrotu papierosami i tytoniem. W momencie kiedy policjanci zabezpieczali ten nielegalnie zdobyty majątek widzieli również zaskoczenie w oczach przestępców i ich rodzin. W tym momencie chyba zazdrości nie było. Jednak spokojny sen dla większości ludzi jest znacznie cenniejszy.

    18. Skoro już przy pieniądzach jesteśmy, to czy słyszał Pan o jakichś propozycjach korupcyjnych skierowanych do funkcjonariuszy? Jeśli tak, to czy takie sytuacje zdarzały się relatywnie często?

    Nie wiem na ile będę wiarygodny w tym miejscu, ale o propozycjach korupcyjnych kierowanych do policjantów CBSP słyszało się bardzo rzadko. Chyba jednak zdecydowanie w działaniach poszczególnych policjantów odbierało ochotę na takie próby. Nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją w stosunku do mnie i kierowanych przeze mnie funkcjonariuszy.

    19. Czy stosunkowo często zdarzało się, że zorganizowane grupy miały powiązania np. z lokalnymi politykami lub urzędnikami, czy może były to sporadyczne przypadki?

    Mając na uwadze np. niewyobrażalne kwoty, które latami wypływały z budżetu państwa, szczególnie w początkowym okresie kształtowania się mafii VAT-owskiej, trudno sobie wyobrazić aby osoby uwikłane w ten proceder nie miały kontaktów przede wszystkim z urzędnikami administracji skarbowej. W sprawach, które realizowałem z moim wydziałem zarzutów takim osobom nigdy jednak nie przedstawiono.

    20. Ile jest prawdy w powiedzeniu: „Bez swojego urzędnika nie ma wyłudzania VAT-u”?

    Tak jak wcześniej mówiłem. Trudno sobie wyobrazić, że takiej pomocy ze strony niektórych nieuczciwych urzędników nie było. Z czasem grupy posiadały już własnych księgowych, biura rachunkowe. Korzystano ze znakomitych prawników i doradców podatkowych, którzy mieli kontakty z administracją skarbową, lub zwyczajnie wcześniej byli takimi urzędnikami.

    21. Jak podczas zatrzymań i pierwszych przesłuchań zachowywali się przestępcy stojący wyżej w hierarchii? Czy grali twardzieli, czy jednak dość często się załamywali?

    Organizatorzy i liderzy grup przestępczych to zawsze byli bardzo trudni rozmówcy, o twardej psychice, zdający sobie sprawę, że prędzej czy później może ich czekać rozmowa z przedstawicielami organów ścigania. Większość z nich była konsekwentna w swoich wyjaśnieniach i nie dawała oznak paniki czy strachu. W mniejszości były takie osoby, które na skutek długotrwałej izolacji lub ciężaru dowodów jakie zebrano wobec nich wykazały słabość, która zazwyczaj kończyła się obszernymi wyjaśnieniami.

    22. Czy taka praca mocno wpływa na psychikę funkcjonariuszy?

    Czynniki które generuje tego typu służba nie pozostają bez wpływu na psychikę. Więcej o tym mogą powiedzieć rodziny takich osób i grono znajomych. Sami funkcjonariusze chyba nie do końca są świadomi jak służba odbiła się na ich stanie psychicznym.

    23. Jak można, w Pana opinii, scharakteryzować dobrego agenta CBŚP? Jakimi zaletami powinien się wykazać?

    Zdeterminowany, dyspozycyjny, operatywny, zafiksowany na punkcie swojej roboty. Słowem, pasjonat. Pozostali szybko odpadają lub nie odnoszą sukcesów.

    24. Co mógłby Pan poradzić osobom, które chciałyby związać swoją karierę ze służbami takimi, jak CBŚP?

    Trzeba odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Jeżeli szuka się dużych wyzwań i adrenaliny to można spróbować. Jeżeli szukasz pieniędzy większych niż w innych służbach, to się rozczarujesz. Musisz mieć uregulowane sprawy rodzinne, ponieważ nie będziesz miał zbyt wiele czasu, aby się nią zająć. Najlepiej porozmawiać z takim funkcjonariuszem, jeżeli jest taka możliwość. W sumie, warto spróbować.

    25. Czy w Pana opinii stan prawny sprzyja eliminacji zorganizowanej przestępczości ekonomicznej, patrząc okiem byłego oficera?

    Osobiście uważam, że aktualny stan prawny daje szanse na skuteczne zwalczanie przestępczości ekonomicznej. Ewentualnie warto przemyśleć do jakich danych ułatwić dostęp funkcjonariuszom i w jakim trybie udzielać dostępu do nich. Temat dostępu do różnego rodzaju informacji o obywatelach jest bardzo drażliwy i wywołuje dużo emocji. W przypadku zwalczania przestępczości ekonomicznej bardzo przydatne są bazy danych, którymi dysponuje administracja skarbowa oraz systemy analityczne, którymi dysponuje skarbówka. Policjanci w pewnych obszarach muszą czekać na ruchy i wsparcie funkcjonariuszy urzędów celno – skarbowych, a to nie sprzyja dynamice działań.

    26. Jakie zmiany w prawie rekomendowałby Pan w kontekście zwalczania przestępczości gospodarczej?

    Sądzę, że w Polsce brakuje jednej, dużej służby, konsolidującej różnego rodzaju uprawnienia ( administracji skarbowej i organów ścigania), która zajmowałaby się szeroko rozumianą przestępczością gospodarczą, np. na wzór włoskiej Guardia di Finanza. Dotychczasowe rozdrobnienie w tym zakresie nie sprzyja walce z tego typu przestępczością. W Polsce obecnie mamy szereg różnych służb mogących prowadzić pracę operacyjną i dochodzeniowo – śledczą. O wynikach pracy większości z nich niewiele wiadomo, częściej za to można usłyszeć o nich przy okazji awantur politycznych lub czystek i roszad personalnych oraz przy zmianie kolejnych ekip rządzących. Będzie taniej i skuteczniej. Taka służba mogłaby nie tylko zająć się interesami Skarbu Państwa, ale również zwykłych przedsiębiorców i obywateli. Na dzień dzisiejszy interesy Skarbu Państwa i dużych instytucji finansowych zdominowały działania organów ścigania, szczególnie tych, które dysponują najbardziej wykwalifikowaną kadrą. Natomiast bezpieczeństwo finansowe państwa, to nie tylko pilnowanie wpływu podatków wprost. Okradziony i osłabiony przedsiębiorca to też mniejsze podatki do budżetu, gorszy rynek pracy itd. W tym zakresie pozostaje dużo do zrobienia.

    Dziękuję bardzo za rozmowę.

    Moim rozmówcą był radca prawny Adam Hołyński, były Naczelnik Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Ekonomicznej Zarządu we Wrocławiu Centralnego Biura Śledczego Policji, aktualnie prowadzący kancelarię prawną we Wrocławiu.
    #bialekolnierzyki #vatowcy #policja #prawo #biznes #polska
    pokaż całość

    •  

      Trzeba mieć w pamięci, że mimo uszczelnienia aktualnego systemu to pozostaje nierozliczone to, co miało miejsce w minionych latach.

      @grafikulus: no właśnie. Majątki porobione na kilkanaście pokoleń, tysiące nowych Bentleyów na ulicach, a teraz jakiegoś Sebę złapią, co to VAT wyłudził z wiaderka gwoździ. Sukcesy kurwa sukcesy. Czekam na przetargi na nowe zakłady karne na tych VAT-kolesi z lat 2004 - 2017. Jeśli nie powstaną i się nie zapełnią, a na licytacjach nie będzie ich majątków, nie uwierzę w jakikolwiek sukces w walce z wyłudzeniami VAT. pokaż całość

    •  

      @rissah: Bo chodzi o to żeby gonić króliczka, ale niekoniecznie go złapać ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • więcej komentarzy (12)

  •  

    #ekonomia #gospodarka #bialekolnierzyki

    Pierwsze przesłuchanie przed komisją ds przekrętów z VAT za nami:
    https://www.rmf24.pl/ekonomia/news-modzelewski-o-aferze-vat-straty-liczone-sa-w-setkach-miliard,nId,2632853

    Prof. Modzelewski mówił m.in. o liczeniu luki podatkowej. My stosowaliśmy - mówię o mojej skromnej osobie i o ekspertach, których reprezentuję - zasadę dość prostą, tzn. porównanie dynamiki dochodów nominalnych i stopę, czyli udział dochodów w PKB. To dość niesporne metody i dość czytelne i transparentne. To, co nastąpiło w tym okresie, tzn. nie tylko bardzo szybki przyrost tak pojmowanej (...) luki podatkowej, ale przede wszystkim spadek dochodów, (...) w relacji do PKB - powiedział Modzelewski.

    Jego zdaniem spadek ten był bezzasadny, dotyczył nie tylko dochodów w relacji do PKB, ale nastąpił także spadek nominalny. To było w roku 2009. Projekt budżetu państwa zakładał dochody z VAT, dochody budżetowe realne na poziomie 119 mld zł, natomiast potem zmieniono budżet i wykonanie było 99 mld zł. Różnica 20 mld zł jest bardzo duża - ocenił Modzelewski.

    Modzelewski podkreślił, że w 2008 r. zrobiono coś bardzo "niemądrego" - zlikwidowano dodatkowe zobowiązanie podatkowe, instrument znany na całym świecie. Podatnik VAT, który w deklaracji zaniżył zobowiązanie lub zawyżył zwrot miał zgodnie z tym instrumentem, oprócz wyrównania zapłacić również 30 proc. zaniżonego podatku lub zawyżonego zwrotu. To represja nie karna, ale skarbowa, proporcjonalna do zdarzenia, którego przyczyny mogły być przecież różne - mówił.

    Przypomniał, że przepis ten uchylono w 2008 r., argumentując, że jest niezgodny z prawem unijnym, a tymczasem na początku 2009 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że jest jak najbardziej zgodny. Dlaczego, po tym wyroku, gdy upadł główny argument przeciw, nie przywrócono dodatkowego zobowiązania - pytał Modzelewski. I dodał, że albo był to wynik błędu, albo niewiedzy. Likwidacja tego instrumentu spowodowała zwiększenie opłacalności unikania opodatkowania, a co najmniej ryzyko prawne i fiskalne stało się dużo niższe - ocenił.
    #4konserwy #neuropa #polityka
    pokaż całość

  •  

    #polska #ekonomia #prawo #bialekolnierzyki #podatki

    Nie wiem, jakie pytania zada mi we wtorek 18 września komisja, ale liczę się z tym, że np. może zapytać, o przepisy, które sprzyjały unikaniu płacenia podatku VAT i wyłudzania zwrotów z budżetu - mówił Modzelewski. Dodał, że w jego opinii, niekorzystne dla państwa zapisy w prawie podatkowym, to nie jest efekt niewiedzy czy nieudolności, tylko złej woli osób. Powiedział, że wręcz "stworzono prawo tak, by stało się źródłem zarobku dla kogoś".

    Ekspert zaznaczył przy tym, że działalność lobbingowa jest dozwolona, a jej celem jest dotarcie do polityków. Na tym polega współczesna demokracja liberalna - tłumaczył.

    Na pytanie, czemu sztab urzędników nie wyłapał słabości tworzonego prawa Modzelewski powiedział, że "każdy urzędnik wykonuje polecenia swoich zwierzchników". Nie wykluczył też, że "projekt ktoś przyniósł w teczce i było to nawet poza strukturą formalną departamentu".

    Modzelewski zaznaczył, że wielokrotnie sygnalizował Ministerstwu Finansów, jakie będą negatywne konsekwencje wprowadzanych przepisów, sugerował też poprawki. Podkreślił również, że już w 2004 r. można było wprowadzić instrumenty, które zapobiegałyby nadużyciom. Dodał, że najbardziej oburza go bezmyślność, z jaką urzędnicy dostosowywali nasze przepisy do rozwiązań wspólnotowych, choć wiadomo było, że są one wadliwe. Co gorsza, wmawiano nam, że nowe regulacje są szczelne i zgodnie z interesem podatnika, z interesem publicznym - wspominał.

    Na pytanie, kto ponosi odpowiedzialność za wprowadzenie niekorzystnej dla państwa ustawy, Modzelewski stwierdził, że minister finansów, bo to on przedstawił projekt rządowi, a rząd sejmowi.
    https://www.rmf24.pl/ekonomia/news-modzelewski-stworzono-prawo-tak-by-stalo-sie-zrodlem-zarobku,nId,2631185

    #4konserwy #neuropa #polityka
    pokaż całość

    •  

      @fierce: Modzelewski nigdy się nie wypieral autorstwa. Nigdy nie upieral się że ta ustawa jest dobra... baaa, on jawnie i publicznie narzekał, że musiał pracować nad tym sam i na pewno popełnił wiele błędów (patrz: debata ekonomiczna zorganizowana przez PiS)

      Poza tym Modzelewski pisał ja dawno temu, a wszelkie poprawki i inne modyfikacje wprowadziły już poprzednie rządy ... więc jak masz tylko szczątkową wiedzę w temacie to się nie udzielaj tutaj tylko idź pogadać z #neuropa - to są ludzie na poziomie do takich dyskusji dla ignorantow

      PS
      Do tego wasze zarzuty są dupy. Modzelewski dopiero ma wystąpić jako świadek i nikt nigdzie nie napisał, że on też nie jest winny patologii VAT ostatniej dekady. ... ale już pojawia się dmg ctrl - dlaczego? Czyżbyscie wiedzieli że sprawa przekrętów VAT może pogrążyć ostatecznie obecną opozycję? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

      +: krootki
    •  

      @Cheater chciałem coś odpisać, bo wiedza o tym Panu w środowisku jest powszechnie znana, ale skórce tylko do ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    #bialekolnierzyki #ekonomia #podatki #polska

    @grafikulus życzę powodzenia i zgłaszam się na ochotnika jako przedpremierowy recenzent ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    (na pewno przeczytam!)

  •  

    Mirki a co jakby zarejestrować religię iksdeizmu? Filozofia XD jest bliska wielu z nas, spokojnie wystarczyłoby na rejestrację związku wyznaniowego. I to w całej UE od razu bo łatwiej niż przy obecnej władzy w kraju, #4konserwy #neuropa a te katokomuchy i tak się zastosują. Anyway. Zakładamy kościoł XD, wypuszczamy własny token #bitcoin #kryptowaluty. Będziemy mogli robić obrót ziemią rolną i fhui fajnych wałków z których korzysta #katolicyzm. nie że jestem #gimboateizm ale fajnie by było mieć dobre ulgi na #podatki #bialekolnierzyki pokaż całość

  •  

    Zaciekawiła mnie informacja, którą przeczytałem na Wypoku, jak to wyciekły wytyczne skarbówki odnośnie "dociskania" uczciwych przedsiębiorców kontrolami i "odpuszczania" słupom VAT-owskim. Chodzi o ten wpis:
    https://www.wykop.pl/link/4460133/wycieklo-pismo-kierownictwa-fiskusa-do-urzednikow-strzez-sie-polski/

    Urzędnik KAS, który zdecydował się na ujawnienie tego dokumentu, alarmuje, że państwo idzie w kierunku ścigania firm dysponujących majątkiem, a odpuszcza słupom i spółkom kontrolowanym przez przestępców, którzy zdołali już wyprowadzić nielegalnie zdobyty majątek do tzw. Ameryki Kokosowej. Powodem tego „odpuszczenia” ma być fakt, że i tak nic nie da się ściągnąć z takich „lewych” podmiotów, więc lepiej przerzucić siły na normalnych przedsiębiorców, np. nieświadomie wplątanych w karuzelę VAT, i to właśnie ich docisnąć (w celu zabrania im pieniędzy, rzecz jasna).

    No i po pierwsze dla tych, którzy wątpią, czy nie jest to czasem jakiś fejk news i prowokacja polityczna: nie, najprawdopodobniej nie jest. Będzie o tym zresztą już jutro w renomowanych gazetach o tematyce prawnej.

    No a po drugie, to poprosiłem o komentarz do tej sytuacji kogoś, kto przez kilkanaście lat zajmował się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości ekonomicznej będąc na wysokim szczeblu służb, że tak się wyrażę. Poniżej odpowiedź, jaką uzyskałem.

    Temat nie jest nowy. Taka jest pragmatyka od początku funkcjonowania Krajowej Administracji Skarbowej, a nawet w ostatnim okresie funkcjonowania Urzędów Kontroli Skarbowej. Generalnie organy podatkowe działają w oparciu o statystyczne rozliczanie efektów ich pracy. W tej chwili istnieje model rozliczania za efekty polegający na porównaniu wysokości zabezpieczonych środków na poczet zaległości podatkowej danego podatnika, a wysokością stwierdzonych zobowiązań w ostatecznej decyzji. Tak więc im wyższe stwierdzone przez organy podatkowe uszczuplenie podatku, tym wyższy powinien być odzysk należności, aby zachować właściwe statystyczne parametry.

    Oczywiście, efekty mogą być takie, że podatnik (np. spółka z o.o.), który np. dokonał wielomilionowego wyłudzenia VAT-u nie jest objęty zbyt energicznym działaniem urzędu celno - skarbowego w sytuacji, gdzie udaje się ustalić tylko "słupa" nie dysponującego żadnym majątkiem. Takie są realia. Z jednej strony na pewno bulwersujące jest zaniechanie rozliczenia za bardzo poważne uszczuplenia podatku w sytuacji braku realnych możliwości uzyskania jakichkolwiek środków i koncentrowanie sił oraz środków na mniejszych sprawach, ale rokujących na realne zabezpieczenie należności Skarbu Państwa, z drugiej strony zakładając, że głównym celem organów skarbowych jest zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa, to takie działanie ma pewne racjonalne uzasadnienie, ale oczywiście nie do końca.

    Nie można zaakceptować sytuacji, że idzie się na łatwiznę, a znaczna część szarej strefy pozostaje poza faktycznym działaniem organów państwa. Temat jest w istocie głębszy, gdyż dotyka zagadnień związanych z zakresem obowiązków poszczególnych podmiotów związanych ze zwalczaniem przestępczości podatkowej. Nie do końca spójne pozostają działania Krajowej Administracji Skarbowej z Policją (głównie CBŚP) czy ABW. Policja dużą wagę kładzie na ustalenie i likwidację wszystkich osób zamieszanych w proceder, a przy okazji niejako dokonywanie zabezpieczeń majątkowych, więc obszar działania jest pełniejszy, przy czym samej Policji brak jest wszystkich niezbędnych narzędzi, które wymagane są do skutecznej walki z przestępczością podatkową, jakimi dysponuje KAS. Natomiast Krajowa Administracja Skarbowa niezbyt chętnie angażuje się we współpracę, jeżeli nie widzi stosunkowo szybkiej możliwości zajęcia środków finansowych.

    W polskich realiach brakuje jednego silnego podmiotu, zajmującego się przestępczością podatkową, gdyż działania poszczególnych służb na dzień dzisiejszy są mocno rozproszone i słabo skoordynowane. Były nawet w niedalekiej przeszłości przymiarki chociażby w samej Policji, o czym nawet publicznie mówił aktualny Komendant Główny Policji, do scalenia tych działań w ramach dużej i silnej komórki, zajmującej się zwalczaniem szeroko rozumianej przestępczości gospodarczej, ale temat odłożono na półkę. Zyskałby na tym nie tylko Skarb Państwa, ale przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy ponoszą straty w efekcie popełnianych różnego rodzaju przestępstw gospodarczych na ich szkodę. Na dzień dzisiejszy sprawy dotyczące przestępczości gospodarczej są najczęściej umarzanymi postępowaniami. Cierpią na tym również wpływy do Skarbu Państwa z tytułu podatku dochodowego, VAT-u, miejsca pracy itd. Temat rzeka.

    No i tyle na razie - jeśli dowiem się czegoś nowego i ciekawego w sprawie, to wrzucę. A gdyby ktoś chciał ogólnie poczytać o tematyce przestępstw gospodarczych, to zapraszam na bloga: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/
    ( ͡° ͜ʖ ͡°) #vatowcy #bialekolnierzyki #prawo #podatki #firma #policja #dzialalnoscgospodarcza
    pokaż całość

    źródło: kontrola 2.png

  •  

    Niestety to nie pasta.
    Wez sie nie wkurwij...
    jadac na lotnisko 2 miesiace temu, goniac moj samolot, jechalem sobie na swoim osiedlu TRAFICAREM samochodem, predkosc do ograniczenia nie wiecej, wypierdala mi jakis pies na droge, ja po hamulcach i na bok, na jego szkode uciekl w to miejsce do ktorego zahamowalem, bo spodziewalem sie ze ucieknie na chodnik.
    sytuacja taka ze piesek poturbowany ale przezyl bo widzialem go znowu zapierdalajacego ulica na osiedlu kilka dni temu.
    Popatrzylem na auto z przodu i na oko wszystko ok, kontynuowalem droge bo spieszylo mi sie na ten samolot.
    w drodze na autostradzie pokazywala sie awaria silnika ale nie moglem zjechac na autostradzie a odprawa nie trwala dlugo,
    po miesiacu od zdarzenia dostalem email ze moje konto jest zablokowane, a ja zostane obarczony kosztami napraw (nawet jesli maja najlepsze ubezpieczenie dla pojazdow flotowych) w mailu napisane bylo ze cos z chlodnica i koszt to do 3 000 PLN
    Dzis jednak dostalem maila, w ktorym UWAGA policzyli sobie fakture na kwote 10 000 PLN!!! jestem zszkowany tym, wczesniej juz mialem problemy z traficarami bo zabrali mi prawie 100 zl bezpodstawnie z karty w nocy tlumaczac sie ze aplikacja nie zamknela samochodu... dostalem informacje ze zwrocone mi beda pieniadze, bylo to 3 miesiace temu a pieniedzy wciaz nie ma.

    Co powinienem zrobic? nie mam zamiaru placic im ani grosza zwlaszcza przez to ze mnie oszukali a sprawca wypadku nie bylem ja. (wybaczcie brak Polskich znakow)
    #pdk #traficar #bialekolnierzyki #oszustwo #pieniadze #motoryzacja #pytanie
    pokaż całość

  •  

    Cześć.

    Kilka lat temu cała Polska żyła sprawą "komornika od ciągnika". Oficjalnie historia wygląda tak, że ktoś miał dług, komornik przyjechał na posesję sąsiada dłużnika i zajął sąsiadowi ciągnik. Cała Polska zadrżała i wszyscy poczuliśmy się zagrożeni - bo jak to tak, komornik może przyjść i zabrać nam dorobek życia za długi obcych osób?! PAŃSTWO PRAWA?!11oneone

    Od samego początku miałem pewne podejrzenia co do tej sprawy - mam w rodzinie komorników i wiem, że tylko skończony głupiec by się tak podłożył, z jednej strony media kreują komorników na baronów, którzy kasują setki tysięcy za licytowanie szpitali a z drugiej komornik popełnia zawodowe harakiri zajmując jakiś ciągnik na totalnym wypizdowie?

    Wszystkie informacje które tutaj zapostuję mają charakter mocno nieoficjalny, niemniej jednak pochodzą ze sprawdzonych źródeł. Śledźcie sprawę komornika, bo prawie na pewno zostanie uniewinniony i na pewno znowu spadną na niego gromy.

    Dłużnik w tej sprawie był dobrze znany komornikowi #pdk ;) Biedny "somsiad" to tak naprawdę szwagier dłużnika (99% relacji pomijało ten "drobny" fakt), panowie lubowali się w schemacie pt. "Ty nic nie masz i bierzesz piniondze a potem przepisujemy na mnie i nas nie ruszo hehe". Dzięki takim magikom czas egzekucji w Polsce jest nawet kilkadziesiąt razy dłuższy, niż na zachodzie. Komornik podjął impulsywną decyzję, bo wiedział doskonale co dzieje się na posesjach obu panów, była to decyzja niezgodna z prawem, ale moim zdaniem jak najbardziej słuszna moralnie jako, że znał sprawę i rodziny od podszewki.

    Cała reszta historii czyli wątek błyskawicznej sprzedaży czy żonglowanie działką to sprawy wtórne, chciałbym tylko Was ustrzec przed bezkrytycznym wierzeniem w to co podsuwają nam media. Gdybyście mieli dług u podobnego cwaniaka to bilibyście komornikowi brawa :) Zresztą z moich informacji wynika, że asesorowi związanemu z historią już niejeden brawo bił, bo potrafił odzyskać nieodzyskiwalne. Przy okazji uważajcie przy podobnych machinacjach, bo jak traficie na twardego zawodnika to przepisanie na konkubinę, babcię czy sąsiadkę może Was nie uratować ;)

    #bialekolnierzyki
    pokaż całość

  •  

    „No shipping to Poland” – dlaczego?

    Wiele osób robiących zakupy w sieci zastanawiało się nieraz zapewne, jak to jest, że wiele zagranicznych sklepów nie zgadza się na wysyłkę towaru do Polski. No niestety, trzeba przyznać, że winna jest temu pewna grupa naszych rodaków, którzy opracowali różne „patenty” dotyczące tego, jak oszukiwać firmy z Niemiec, Francji czy Włoch – jedną z takich metod opiszę na przykładzie.

    Jak oszukać sklepy internetowe
    Grupa złożona z kilku młodych chłopaków zamawiała towary z zagranicznych sklepów internetowych – ale tylko takich, które oferowały zwrot na swój koszt. Najczęściej były to jakieś ciężkie przedmioty, np. mniejsze meble czy duże części samochodowe, ale nie tylko. Dlaczego liczyły się wymiary? Ponieważ owi „geniusze zła” wykombinowali sobie, że będą podrabiać w Photoshopie faktury od kurierów za wysyłkę za granicę, rzecz jasna podając tam mocno zawyżone kwoty, co w przypadku dużych paczek nie budziło wielkich podejrzeń w zagranicznych sklepach (przynajmniej do pewnego czasu). Przykładowo nasi bohaterowie potrafili wiec odesłać do zagranicznego sklepu paczkę za 200 PLN (tyle płacili u brokera kurierskiego), a na podrobionej fakturze dać kwotę za przesyłkę równą 200 Euro. Zachodnioeuropejskie sklepy zwracały im te pieniądze na konto w zasadzie bez mrugnięcia okiem, bo po pierwsze takie mają na ogół standardy obsługi klienta, a po drugie nie miały orientacji w polskim rynku kurierskim i nie wiedziały, ile rzeczywiście takie wysyłki z Polski kosztują.

    Jak przestępcy rozwijali swój „biznes”
    W pierwszych miesiącach działalności grupa odsyłała kilka – kilkanaście takich paczek tygodniowo, a na każdej byli w stanie wyciągnąć ponad 100 Euro. Początkowo paczki przychodziły wyłącznie na ich adresy, jednak skala przedsięwzięcia szybko się zwiększała, więc chłopaki wciągnęli do współpracy znajomych z podwórka, okolicznych meneli itd. – a że płacili po 100 PLN od każdej paczki wysłanej na udostępniony adres, to chętnych do dorobienia sobie nie brakowało. Liczba paczek tak się jednak zwiększała, że to rozwiązanie też po pewnym czasie przestało wystarczać – po prostu każdy sklep przestawał wysyłać towar na dany adres jeśli stwierdził, że na 10 (czasem więcej, czasem mniej) wysłanych tam paczek wszystkie wracały. Ale i na to znalazła się rada – było nią dogadanie się z ludźmi z pewnej sortowni kurierskiej (rzecz jasna nielegalnie), aby ta ściągała z taśmy paczki z konkretnych sklepów zagranicznych i nie przesyłała ich dalej. Dało to chłopakom możliwość podawania w zasadzie dowolnych adresów w całym województwie, które obsługiwała ta sortownia = nie było podejrzanej „kumulacji” zwrotów z tych samych lokalizacji.

    Dlaczego zagraniczne sklepy nie chcą wysyłać towaru do Polski
    Grupa ta stosowała ten schemat najprawdopodobniej przez kilka lat i ciężko jednoznacznie stwierdzić, jak duże szkody spowodowała – szacunkowo w grę mogło wchodzić kilka tysięcy paczek, co dawałoby zarobek w wysokości kilkuset tysięcy Euro. Niby drobne w skali przestępstw gospodarczych, ale historia ta stanowi ciekawy przykład tego, w jaki sposób zaczynają niektórzy szemrani biznesmeni i jak gromadzą kapitał na rozwijanie swej przestępczej działalności. Jeden z chłopaków stanowiących trzon grupy został bowiem zatrzymany za uczestnictwo w karuzeli VAT, a reszta też podobno nie podążyła drogą uczciwości. No i wreszcie na sam koniec odpowiedź na pytanie postawione w tytule: zagraniczni handlarze przeanalizowali sobie, że zbyt duża część wysyłek do naszego kraju przynosi im straty i w związku z tym po prostu nie opłaca im się obsługiwać tego kierunku. Oczywiście cierpią na tym uczciwi polscy konsumenci, którzy w tej sytuacji niejednokrotnie nie mogą skorzystać z naprawdę ciekawych ofert, no ale cóż, mogą za taki stan rzeczy podziękować co poniektórym „sprytnym” rodakom.

    #bialekolnierzyki #polska #internet #zakupy
    pokaż całość

  •  

    Jak można wyłudzić pieniądze dzięki danym z giełdy transportowej

    Schemat działania

    Firma Stalex (nazwa przypadkowa) chce wysłać klientowi towar za pośrednictwem jednej z najpopularniejszych w naszym kraju giełd transportowych, gdzie dogaduje się z przewoźnikiem Max-Trans (również nazwa przypadkowa) co do szczegółowych warunków wysyłki towaru – dane kierowcy i auta, data i godzina, numer rampy oraz ładunku, miejsce załadunku i rozładunku oraz kontakty do załadowcy i rozładowcy. Kiedy warunki zostały zaakceptowane przez obie strony, przewoźnik Max-Trans wystawiał fakturę z odroczonym terminem płatności na 30-40 dni, a wszystkie niezbędne dokumenty wysyłał do firmy Stalex w terminie do 14 dni od dnia wykonania usługi.

    Taki model działania powtarzał się wielokrotnie i nie było żadnych problemów, aż tu na przełomie roku (czyli w okresie, kiedy firmy często zmieniają dostawców usług bankowych) do firmy Stalex zadzwonił ktoś, kto przedstawił się jako szef Max-Transu, po czym przeprosił, że tak późno to zgłasza, ale zmieniły się u nich numery kont bankowych i za jakieś pół godziny wyśle stosowną notę. Dodatkowo zaufanie wzbudził tutaj fakt, że rozmówca podający się za przewoźnika podał wszelkie szczegóły transportu (włącznie z danymi kierowcy), które były w zasadzie znane tylko tym dwóm stronom transakcji.

    Po rzeczonych 30 minutach rzeczywiście przyszła nota z maila łudząco podobnego do tego, z jakiego korespondencję prowadził dotąd przewoźnik Max-Trans – dopiero po całej akcji ktoś z firmy Stalex zauważył, że w adresie zamiast podkreślnika był myślnik. Oprócz tego w zasadzie nie było się do czego przyczepić – zwłaszcza, że nota była podbita oryginalną pieczątką przewoźnika, a podpis też wyglądał na autentyczny.

    Tak więc osoba odpowiedzialna za płatności po stronie firmy Stalex puściła przelew na wskazane w notce nowe konto i zapomniała o całej sprawie – do czasu… Wkrótce zadzwonił bowiem pracownik z Max-Transu z pretensjami, dlaczego jeszcze nie dostali płatności za ostatnią fakturę, choć termin już minął. Pracownik Stalexu odpowiedział, że jak to, przecież przelew wysłali już x-dni temu, a sam szef Max-Transu dzwonił w sprawie zmiany konta i nawet wysłał oficjalną notę w tej sprawie…

    Jak do tego doszło?

    Pierwsze pytanie jest takie: skąd przestępcy mieli dane z faktur wraz ze wzorami pieczątek i podpisów? Ich zdobycie okazało się banalnie proste: otóż osoba podająca się za pracownika Stalexu zadzwoniła do siedziby Max Transu i poprosiła o przesłanie duplikatu faktury, motywując to tym, że „księgowość gdzieś tam ją zapodziała, a termin płatności się zbliża, więc chcielibyśmy to rozliczyć już”. Przewoźnik wysłał co prawda duplikat, ale bez pieczątki i podpisu – przestępcy poprosili więc o fakturę z pieczątką i podpisem „bo księgowy bez tego nam nie przyjmie”, no i takową fakturę dostali. Jako ciekawostkę dodam, że wyłudzenie faktury miało miejsce w ten sam dzień, w którym rzekomy szef Max-Transu zadzwonił do Stalexu i poinformował o zmianie konta bankowego. Świadczy to poniekąd o tym, że akcja została dobrze zaplanowana i przeprowadzona w szybkim tempie, co niejednokrotnie warunkuje powodzenie przy tego typu działaniach.

    Pytanie drugie: skąd przestępcy mieli wrażliwe dane dotyczące realnego zlecenia, jakie Max Trans miał zrealizować dla firmy Stalex (data i miejsce załadunku i rozładunku, dane auta i kierowcy itd.), skoro te informacje były znane tylko przedstawicielom obu firm? Otóż, dziwnym trafem, giełda transportowa pośrednicząca w transakcji kilka tygodni wcześniej miała poważną awarię serwerów – chodziły plotki, że było to włamanie, ale oczywiście przedstawiciele giełdy zaprzeczyli temu z całą stanowczością twierdząc, że złamanie zabezpieczeń jest w tym przypadku niemożliwe. Cóż… Interesujący jest też fakt, że przestępcy dysponowali numerami różniącymi się zwykle tylko o 2-3 cyfry od oryginalnych numerów poszkodowanych firm, co również wymagało nieco zachodu i pozwala domniemywać, że za całą akcją stała naprawdę dobrze zorganizowana grupa.

    Co ze śledztwem w tej sprawie?

    Szef firmy Stalex, który został „zrobiony” przez oszustów na kilka tys. PLN, postanowił zgłębić temat. Po przeprowadzeniu prywatnego dochodzenia okazało się, że w całym kraju w tym samym okresie oszukano w ten sposób kilkaset innych firm, wiele z nich na zdecydowanie wyższe kwoty, więc łupem oszustów mogło paść kilka milionów PLN. Oczywiście poszło zgłoszenie na policję, ale, co było do przewidzenia, w toku czynności okazało się, że właścicielem konta na które Stalex przelał pieniądze, jest osoba znajdująca się w domu opieki, która nie ma o niczym pojęcia. Pieniądze zaś zostały podjęte z bankomatu dzień po wykonaniu przelewu i tu cały ślad się urwał. Co prawda śledztwo dalej trwa (już od roku 2016 zresztą), ale póki co można je uznać za „zamrożone” – słupy są uniewinniane, a organizatorów procederu póki co nie udało się ustalić.

    #bialekolnierzyki #transport #pieniadze #firma
    pokaż całość

  •  

    Ostatnio opisywałem pewien kreatywny sposób, który umożliwiał uniknięcie wysokich podatków przy obrocie ziemią rolną. Ktoś z mirków podpowiedział aby wrzucić tekst pod tag #bialekolnierzyki, co tez niniejszym czynię ;)

    pokaż spoiler Styczeń 2014 roku. Dwóch inwestorów postanawia zarobić na obrocie ziemią rolną. Wyszukują grunt o powierzchni 2,4 ha w wybranej wcześniej okolicy. Kupują ziemię rolną, więc zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami nie płacą podatku PCC (2% od wartości transakcji). Również zgodnie z obowiązującymi przepisami zlecają geodecie podział nieruchomości na działki o powierzchni 3000 m2 każda, przy czym jedna z nich stanowi wewnętrzną drogę zapewniającą dojazd w głąb nowego "jeszcze nie osiedla". Ziemia zakupiona po 40 tysięcy za hektar mogłaby zostać sprzedana w takich kawałkach po 15 zł/m2. Na tym etapie zazwyczaj kończy się większość prac wokół działek rolnych i wystawia ogłoszenie o sprzedaży. Tym razem będzie nieco inaczej.

    Więcej: http://nienieruchomosci.blogspot.com/2018/05/pewna-jest-tylko-smierc-podatki-nie.html

    Jako kolejną ciekawostkę mam krótki opis praktyki związanej z podatkiem PCC.

    pokaż spoiler Kupujesz mieszkanie. Właścicielka w słusznym już wieku grzecznie prosi o to, aby u notariusza podać niższą cenę, niż ta na którą się umówiliście. Podpowiada, że dzięki temu koszt aktu notarialnego będzie niższy, bo zapłacisz niższy podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC). Podpisujesz umowę i cieszysz się z zaoszczędzonych pieniędzy oraz nowego mieszkania. Urząd Skarbowy też się cieszy. Ma od tej pory 5 lat podatkowych aby zgłosić się do Ciebie po dopłatę do kwoty podatku. Oczywiście wraz z odsetkami za zwłokę.


    pokaż spoiler Dlaczego ludzie podają przed notariuszem niższą cenę nieruchomości niż ta, na którą się umówili? Najczęściej chcą uniknąć podatku od sprzedaży nieruchomości przed upływem 5 lat. Jeśli ktoś kupił nieruchomość za 200 tysięcy, a teraz sprzedaje ją za 250 tysięcy, to wystarczy aby przed notariuszem zadeklarował, że wartość transakcji to 205 tysięcy i zapłacił podatek w wysokości 19% od zarobionych 5 tysięcy. Ta sama sytuacja dotyczy nieruchomości otrzymanych w spadku. Różnicą jest to, że spadek oznacza otrzymanie nieruchomości w pełnej jej wartości, więc trzeba zapłacić podatek od całej ceny sprzedaży. Oznacza to też, że w praktyce tutaj częściej sprzedający nakłaniają do zaniżenia kwoty transakcji, a i kwoty ukrywane przed Urzędem Skarbowym są wyższe.


    pokaż spoiler To może się zamienimy? Zamiana jednej nieruchomości na inną może być dobrym sposobem na obniżenie stawki podatku PCC. Jeśli zamieniamy mieszkanie stanowiące odrębną własność, lub mieszkanie spółdzielcze własnościowe na inne, to zapłacimy PCC jedynie od różnicy pomiędzy wartością droższej a tańszej nieruchomości. W pozostałych "zamianach" podatek płacimy od pełnej wartości droższej nieruchomości. Sposób ten dotyczy tylko transakcji zamiany, więc kupując nieruchomość nie da się z niego skorzystać. Ponadto znalezienie dwóch osób, które będą zgodne co do zamiany na swoje nieruchomości jest wyjątkowo trudne i w praktyce zdarza się bardzo rzadko.


    pokaż spoiler Skąd Urząd Skarbowy zna wartość Twojej nieruchomości? Jeśli kupujesz, sprzedajesz, zamieniasz nieruchomość na inną, to Urząd Skarbowy otrzymuje jeden z wypisów Twojego aktu notarialnego. Każda kancelaria notarialna przesyła do "skarbówki" porcję danych na tyle solidną, aby urzędnik mógł w mgnieniu oka ocenić, czy wartość transakcji odpowiada aktualnej cenie rynkowej. Dodając do tego fakt, że większość transakcji to zakupy na kredyt, gdzie nie można zaniżyć ceny, bo "prawdziwą" wartość musi znać bank, wiemy już, że oszukiwanie na wartości jest ryzykowne. Urzędy bardzo często podważają nawet uczciwie zadeklarowane wartości transakcji jeśli dane jakimi dysponują wskazują, że cena nieruchomości powinna być wyższa.


    pokaż spoiler Dlaczego Urzędy Skarbowe skrupulatnie kontrolują odprowadzanie PCC, skoro jego stawka jest tak niska? Głównie dlatego, że jest to podatek bardzo prosty. Wystarczy znać wartość nieruchomości, obliczyć 2%, wystawić nakaz zapłaty, lub wezwać do dopłaty. Lista wyjątków jest bardzo krótka (PCC nie płacą na przykład przy części transakcji organizacje pożytku publicznego oraz rolnicy), a ponadto nie istnieją żadne metody obniżenia podatku od czynności cywilnoprawnych, poza podaniem niższej ceny. W przypadku VAT przy sprzedaży nieruchomości urzędnik ma długą listę zwolnień, wykluczeń, różne stawki, problemy z orzecznictwem, a pewnie i kilka spraw sądowych w trakcie. Mniejsze Urzędy Skarbowe często mają liberalne podejście do podatku VAT w transakcjach obrotu nieruchomościami, ale przed PCC nie ucieknie nikt.


    pokaż spoiler Jak przygotować się na ewentualne wezwanie do zapłaty wyższej kwoty podatku PCC? Przede wszystkim zalecam podawanie prawdziwej, odpowiadającej warunkom rynkowym ceny. To nie tylko obrona przed Urzędem Skarbowym, ale też w przypadku wystąpienia wad prawnych, lub technicznych w nabywanej nieruchomości, jeden z argumentów do walki o ewentualne odszkodowanie, lub naprawę wad. Jeśli zadeklarujesz zakup kawalerki za połowę jej ceny, a okaże się, że jest w niej niechciany lokator, lub ktoś ma prawa do gruntu, na którym stoi blok, to nie licz na możliwość uzyskania odszkodowania od sprzedającego. Sąd orzeknie, że wartość transakcji odpowiada wartości nieruchomości z wadą i na tym zamknie sprawę.


    pokaż spoiler Podałem prawdziwą wartość transakcji, a Urząd Skarbowy nadal twierdzi, że to za mało. Co robić? Na początek warto zastanowić się co wpłynęło na taką, a nie inną cenę nieruchomości. Jeśli mieszkanie wymagało remontu, to warto o tym wspomnieć udzielając urzędowi wyjaśnień (taką informację warto też zawrzeć w treści aktu notarialnego). Jeśli z daną nieruchomością, lub jej lokalizacją wiążą się jakieś niedogodności, to warto o nich wspomnieć. Dobrze jest mieć zdjęcia dokumentujące opisywane przez nas fakty. W mojej praktyce przygotowywałem kiedyś odpowiedź dla Urzędu Skarbowego, który stwierdził że nabyte przez moją znajomą mieszkanie powinno być warte 35 tysięcy złotych więcej. 700 zł podatku nie jest dużą kwotą, ale zawsze lepiej ją mieć dla siebie, niż oddać urzędnikowi. Aby udowodnić wartość opisaliśmy dokładnie okolicę (widok z kuchni na kaplicę pogrzebową na sporym cmentarzu) oraz stan nieruchomości (bloki na tym osiedlu znane są z kiepskiej jakości instalacji elektrycznych, a ponadto wszystkie podłogi wymagały wymiany, łazienka i WC do kapitalnego remontu). Do odpowiedzi załączyliśmy 5 wdrukowanych zdjęć na podparcie naszych słów i wysłaliśmy odpowiedź. W tym przypadku Urząd Skarbowy w całej rozciągłości przyjął nasze zdanie i zaakceptował zarówno nasze wyjaśnienia jak i pierwotną wartość transakcji.


    Tekst na www: http://nienieruchomosci.blogspot.com/2018/05/pcc-podatek-czy-czkawka.html

    #nieruchomosci #mieszkanie #podatki
    pokaż całość

  •  

    Oglądam sobie rano tv przy kawie, a tu news: płonie kolejne składowisko odpadów. Sporo ostatnio tych podpaleń – o przepraszam, pożarów – w których niebezpieczne odpady idą z dymem zamiast trafić do drogiej utylizacji. O całym procederze nielegalnego handlu odpadami (bo chyba tak to można nazwać) pisałem zresztą już jakiś czas temu – tak tylko przypomnę pokrótce schemat, jak to działało:

    1. Zakładało się w Polsce spółkę „na słupa” – nazwijmy ją Odpadex – lub kupowało już istniejącą, spółka ta miała oczywiście odbierać odpady.

    2. Znajdowało się kontrahenta za granicą (weźmy jako przykład Niemcy) i proponowało mu atrakcyjny cenowo odbiór odpadów bardzo drogich w utylizacji.

    3. Organizowało się wysyłkę tych odpadów do Polski, tutaj były 2 możliwe drogi:
    a) odpady odbierano od Niemców „na dziko”, czyli bez występowania o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów licząc na to, że nie będzie po drodze żadnej kontroli
    b) zakładano w Niemczech firmę (też na słupa), która miała odebrać odpady od niemieckiego klienta, po czym jako firma wysyłająca występowała do polskiego Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów do Polski (o takie pozwolenie musiała wystąpić firma z kraju wysyłającego)

    4. Do akcji wkraczała polska spółka Odpadex, która przyjeżdżała we wskazane miejsce, zabierała odpady i następnie przewoziła je (legalnie lub też nielegalnie) na jakiś wynajęty magazyn czy też działkę w Polsce.

    5. Co dalej? Ano nic. Odpady sobie leżały, a spółka Odpadex zwykle „zamykała się” lub ogłaszała bankructwo – prezes oczywiście niewypłacalny albo leżał gdzieś pod kroplówką w hospicjum, co na jedno w sumie wychodzi. Z problemem odpadów zostawał więc właściciel magazynu czy tam działki, który wynajął obiekt spółce Odpadex, gdyż to na niego spadały koszty utylizacji niebezpiecznych śmieci. Kurtyna.

    Teraz jednak odpady już nie leżakują, ale ulegają spaleniu. Dlaczego? Powodów jest kilka. Po pierwsze od początku 2018 roku mamy nowe prawo dotyczące gospodarki odpadami niebezpiecznymi – nie wdając się zbytnio w szczegóły, jest po prostu więcej uciążliwej „papierologii” i trudniej jest ukryć nielegalne przepływy tychże odpadów. Po drugie wzrosły tzw. opłaty marszałkowskie za przechowywanie odpadów – 270 PLN od tony, o ile się nie mylę. Przy tysiącach ton opłaca się więc „przypadkowy pożar”, bo nie trzeba przelewać tych pieniędzy na konto skarbu państwa. No i po trzecie, ale to nie jest w 100% potwierdzone info, w niektórych województwach zaczęły się podobno ostrzejsze kontrole, więc Janusze utylizacji zaczęli się na szybko pozbywać problemu, puszczając go po prostu z dymem. A teraz, kiedy sprawa zrobiła się głośna na całą Polskę i kiedy rząd zapowiedział, że weźmie się za tzw. mafię śmieciową, możemy się prawdopodobnie spodziewać kolejnych pożarów na zasadzie efektu kuli śniegowej. Jeśli ktoś ma bowiem coś do ukrycia, to teraz będzie dla niego ostatni moment, aby pozbyć się dowodów – kiedy za x-tygodni służby ostrą ruszą do akcji, to dla „odpadowych” biznesmenów może być już za późno.

    Ok, a jak wyeliminować taki proceder? Moim zdaniem (a uprzedzam, że nie jestem ekspertem od tej akurat branży) wygrać ze „śmieciarzami” można tylko poprzez zastosowanie radykalnych rozwiązań. Biorąc pod uwagę doświadczenia z innych branż, trzeba by po prostu wyeliminować pośrednika (tego nieuczciwego) z łańcucha utylizacji. Obecnie jest bowiem tak, że niemiecka firma X produkująca odpady oddaje je firmie Januszex (polskiej lub kontrolowanej przez Polaków), która bierze na siebie odpowiedzialność za te odpady, a ściślej rzecz biorąc za ich prawidłową utylizację w zakładzie Z. Więc gdyby zmienić prawo na poziomie międzynarodowym na takie, w którym firma X jest odpowiedzialna za odpady aż do momentu ich utylizacji i bez pokazania kwitów bezpośrednio ze spalarni Z płaci ogromne kary, to ukróciłoby się oddawanie niebezpiecznych substancji rozmaitym Januszexom.

    Oczywiście, przy okazji trzeba by stworzyć wydajny system potwierdzeń utylizacji, aby nie dopuścić do fałszerstw, ale to dałoby się zrobić np. wykorzystując Blockchain. Jednak takie rozwiązania to dużo zachodu i nie wszystko tutaj zależy od polskiego rządu – obstawiam niestety, że skończy się na podwyższeniu kar finansowych, nalotów na składowiska i zintensyfikowaniu kontroli ciężarówek zwożących odpady zza granicy, bo to najprościej zrobić. Tyle tylko, że dla firm-słupów wysokość kar nie ma większego znaczenia, gdyż z założenia i tak nie będą ich płacić. Ktoś tam więc zapowie walkę z odpadami, postraszą nowym, ostrzejszym prawem, puści się w tv parę efektownych migawek z kontroli drogowej (sugeruję funkcjonariuszy z długą bronią i w kominiarkach, bo to zawsze robi wrażenie na laikach), a za x-tygodni, jak sprawa przycichnie, niebezpieczne substancje będą dalej płynąć do Polski szerokim strumieniem, zapewniając miliony organizatorom procederu. ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    #bialekolnierzyki #ekologia #biznes #pieniadze #prawo
    pokaż całość

    źródło: odpady.jpg

    •  

      @krzysztof-marcin-rybacki: Spoko, wiadomo o co chodzi. Po prostu mentalność wykopka nie pozwoliła mi się nie przyczepić :)

    •  

      @grafikulus: > Obecnie jest bowiem tak, że niemiecka firma X produkująca odpady oddaje je firmie Januszex (polskiej lub kontrolowanej przez Polaków), która bierze na siebie odpowiedzialność za te odpady, a ściślej rzecz biorąc za ich prawidłową utylizację w zakładzie Z. Więc gdyby zmienić prawo na poziomie międzynarodowym na takie, w którym firma X jest odpowiedzialna za odpady aż do momentu ich utylizacji i bez pokazania kwitów bezpośrednio ze spalarni Z płaci ogromne kary, to ukróciłoby się oddawanie niebezpiecznych substancji rozmaitym Januszexom.

      Tak się akurat składa że pracowałem w tej branży i już w zeszłym roku było tak że firma X ponosiła odpowiedzialność (przynajmniej w RFN), co zresztą utrudniało działalność, bo średnio wierzyli polskim firmom
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (67)

  •  

    Oleje smarowe vs akcyza

    Twarde realia branży, wałki podatkowe, kombinowanie ze składami produktów, fikcyjny eksport-import, niekompetencja urzędników, czy też wreszcie "januszowanie" klientów - o tym wszystkim będzie dzisiaj. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Akcyza – być albo nie być

    Polska jest, niestety, niechlubnym wyjątkiem wśród krajów UE, ponieważ nalicza akcyzę od wspomnianych już olejów smarowych. Wysokość tejże akcyzy to 1180 PLN za 1000 litrów, czyli 1,18 PLN na litrze – no chyba, że dany olej ma odpowiedni kod CN np. 3403 19 90, to wtedy akcyza wynosi 0 (słownie zero) złotych. W interesie producentów olejów smarowych leży więc to, aby ich produkty załapały się na jeden z kodów gwarantujących zwolnienie z podatku akcyzowego (np. wspomniany już 3403 19 90), gdyż daje to oszczędności rzędu 1180 PLN / 1000 litrów, czyli 1,18 PLN na każdym litrze oleju. Niby niewiele, ale tak się akurat składa, że na tym rynku trwa aktualnie ostra wojna cenowa i nawet groszowe różnice na litrze mają znaczenie dla potencjalnych kupujących. Przykładowo standardowy olej hydrauliczny może osiągnąć cenę 5 – 5,50 zł/l netto. W takim przypadku akcyza powoduje zwiększenie ceny o 20%, co może mieć decydujące znaczenie dla kupującego.

    Krótka charakterystyka rynku olejów smarowych

    Zasadniczo mamy w Polsce dwie grupy producentów olejów. Pierwsza to ci, którzy wiedzą co wypuszczają na rynek – jak Orlen, Lotos, Fuchs, Mobil etc. Druga to ci, którzy nie wiedzą (dlaczego, o tym za moment).

    Ta pierwsza grupa wie, bo posiada własne w pełni wyposażone laboratoria z całym odpowiednim sprzętem i sprawdzają każdą partię produkcyjną pod względem parametrów.

    Druga grupa zaś podjęła strategiczną decyzję, że ‘Cena Czyni Cuda’ przez co w swoich laboratoriach ilość sprzętu mają ograniczoną do minimum, co nie pozwala na ocenę poprawności formulacji (koszt odpowiedniego sprzętu jest dość znaczny). Druga sprawa, że często zdają sobie sprawę z jakości (kiepskiej) swoich produktów – więc po co się upewniać w tym, że nie jest dobrze… Dodatkowo sytuację wykorzystują tutaj zagraniczni dostawcy surowców, którzy wysyłają im słabszej jakości produkty wiedząc, że liczy się tylko cena.

    Marka własna oleju – po co i jak to się robi

    Część firm handlujących olejami zapragnęła mieć swoją prywatną markę olejów jako zabezpieczenie przed „wykolegowaniem” przez producentów z biznesu (podobny schemat działa zresztą także w wielu innych branżach). W skrócie takie „wykolegowanie” przebiega często tak, że jakiś dyrektor handlowy dużego producenta olejów dogaduje się z inną firmą w rejonie, no i owa firma wyskakuje do klientów z niższą ceną za ten sam produkt, żeby zrobić na początek dobry wynik. Oczywiście, można powiedzieć, że psuje przy tym rynek, ale duzi gracze zarabiają głównie na obrocie, no i dyrektor handlowy jest rozliczany z wolumenu sprzedaży, a nie z zysku – takie są realia. Posiadanie przez firmę handlującą olejami własnej marki niweluje ten problem, przynajmniej w pewnym stopniu.

    Ze względu na fakt, że produkcja oleju to trudna sprawa, prościej kupować oleje od producenta w paletopojemnikach i konfekcjonować u siebie już pod swoją marką. Niektóre z tych firm pragną utrzymać swoją markę na wysokim poziomie i nie chcą mieć ani problemów, ani czarnego PR, a zdają sobie sprawę z sytuacji na rynku. Dlatego często między kupnem dużej partii oleju, a przelaniem do beczek i kanistrów, wysyłają próbkę do zewnętrznego laboratorium w celu oceny jakości produktu.

    Jednak, jak „ptaszki ćwierkają”, większość producentów kombinuje jak może, aby tylko mieć możliwie najtańszy produkt – jedni zachowują RiGCZ i manipulują składem tam, gdzie nie ma on aż tak krytycznego znaczenia (np. w olejach hydraulicznych), ale niektórzy używają nieodpowiednich baz np. w olejach transformatorowych, co już nie powinno mieć miejsca. Zdarzają się także i firmy, które „idą na grubo”, używając np. tereftalanów do produkcji olejów silnikowych – takie domieszki powodują, że oleje te nie trzymają zakładanych parametrów i są niestabilne w wyższych temperaturach (tzn. powyżej 60 stopni C), co w ich przypadku może mieć (i często ma) katastrofalne skutki. Ważne jednak, że kod uprawniający do zerowej akcyzy się zgadza i można dać dzięki temu niższą cenę. Zdarzały się też akcje, że producent zamiast używać mineralnej bazy z kodem 2710, jaka powinna być zastosowana w danym typie oleju, dawał plastyfikator (super lepki materiał, z którego robi się plastiki) i rozpuszczał go aż do uzyskania odpowiedniej lepkości. No i „wuj” z tym, że powstawał badziewny produkt – ważne, że 1,18 PLN na litrze w kieszeni zostawało.

    Z drugiej jednak strony to też nie jest tak, że każdy producent świadomie oszukuje. Po pierwsze chemicy w takich zakładach mają prykaz produkowania oleju ‘na styk’ pod normy dla utrzymania jak najniższej ceny. Po drugie zdarza się także, że z powodu, nazwijmy to, niedostatków sprzętowych, ktoś doda czegoś za dużo, albo za mało, albo nawet w ogóle nie doda i mamy olej, w którym nie ma prawie nic z tego, co teoretycznie powinno się w nim znajdować.

    „Januszowanie” klientów, czyli niska cena jedynym kryterium wyboru

    Kolejną sprawą są klienci kupujący takie oleje, dla których liczy się praktycznie jak najniższa cena – a takich nabywców jest bardzo dużo. Jest to o tyle złe podejście, ponieważ koszt tzw. środków smarnych w pierwszej lepszej fabryce to zaledwie niewielki promil wszystkich kosztów i w ostatecznym rozrachunku naprawdę opłaca się kupić droższy, sprawdzony produkt, niż lać do maszyn coś, co sprawia problemy – maszyny się psują, trzeba naprawiać, przestoje, stracone zamówienia itd. Ogólnie o wiele więcej szkód niż oszczędności, no ale jak się ma „nawiedzonego” dyrektora finansowego, dla którego Excel jest bogiem i który nie potrafi myśleć wyprzedzająco, to tak już jest… Największy „problem” polega na tym, że części mechaniczne bardzo dużo wybaczają i nie psuje się od razu, przez co dla takiego dyrektora, a czasem nawet serwisantów, nie ma związku przyczynowo skutkowego między podejrzanie tanim olejem, a awariami raz na 3 lata.

    Zdarzało się też nie raz, że producenci do wysokozaawansowanych olejów do nowych ciężarówek stosowali najprostsze bazy mineralne, w konsekwencji czego nie było opcji nawet na wstępne trzymanie parametrów określonych normami. Nie trzeba chyba dodawać, że to zabójcze dla nowoczesnych silników – reklamacji było tak dużo, że wreszcie producenci tych olejów wzięli do ręki kalkulatory i policzyli, że w sumie nie opłaca im się wypuszczać na rynek aż tak słabych produktów i że trzeba jednak poprawić jakość.

    Kierunek: Wschód

    Jak już wspomniałem wcześniej, producentom bardzo zależy na tym, aby ich wyrób miał kod akcyzowy 3403 uprawniający do zerowej stawki tego podatku. I tutaj zaczyna się właśnie kombinowanie z bazami olejowymi (półproduktami) – stosuje się takie, które w rzeczywistości nie bardzo pasują do przeznaczenia danego oleju zakładanego przez finalnego odbiorcę. Oczywiście to też nie jest tak, że można sobie dowolnie manipulować składami i z baz wyłącznie mineralnych ot tak stworzyć oleje syntetyczne! Nadanie kodu akcyzowego następuje w rafinerii i wynika z procesu produkcyjnego. Nikt w Polsce ani w zachodnich rafineriach nawet nie pomyśli o fałszowaniu dokumentacji. Dlaczego? A chociażby dlatego, że udowodnienie mataczenia jest tutaj zbyt proste, a kary zbyt wysokie, żeby podkładać się jakiemuś małemu odbiorcy z Polski. Czyli co, sytuacja beznadziejna…? No nie do końca, ponieważ mamy jeszcze kierunek Wschód, a stamtąd można sobie ściągnąć bazę i w papierach napiszą praktycznie wszystko, czego sobie zażyczysz (=otrzymasz odpowiedni kod akcyzowy).

    Fikcyjny eksport – import

    Jest tajemnicą Poliszynela, że w branży od lat funkcjonuje proceder fikcyjnego eksportu i importu olejów, w którym uczestniczą nawet całkiem spore firmy. Wygląda to w dużym uproszczeniu tak, że za granicę sprzedaje się (fikcyjnie) olej mineralny, a zza granicy sprowadza syntetyczny za pośrednictwem firmy – słup. Kod akcyzowy się zgadza, wszyscy zadowoleni (oprócz Urzędu Celnego, rzecz jasna). Jako ciekawostkę dodam, że w branży funkcjonuje ciekawa historia związana z takimi akcjami, jak to pewna firma wpadła na „genialny” patent sprzedając na Słowację cysternę oleju mineralnego, a w zamian przywożąc syntetyczny (inne kody, niższa akcyza). Problem tylko, że owa cysterna w trakcie „magicznej” zmiany kodu celnego nie ruszyła się z placu nawet o centymetr, no i tym sposobem cały misterny plan poszedł w pizdu (jak mawiał klasyk). A dla niezorientowanych w temacie dodam, że takie oleje są objęte systemem monitoringu przewozów, dziwi więc poziom nieogaru pomysłodawców procederu, bo w zasadzie wystarczyłoby naprawdę puścić tę cysternę chociaż kilometr za granicę na godzinkę (co kosztowałoby kilkaset, może tysiąc PLN – cysterna mieści 36 tys. litrów bazy razy 1,18 zł) i wrócić z tym samym olejem, no ale ktoś tam mocno „przyjanuszował” na kosztach i skończyło się wtopą.

    Obecnie (podobno) jest coraz trudniej przeprowadzić operację „magicznej podmiany kodu”, ale trzeba wiedzieć, że np. jeszcze w 2014 roku z Polski „wyeksportowano” oficjalnie około 630 tys. ton olejów i mineralnych (głównie były to oleje obróbkowe i formierskie). Co w tym dziwnego? A chociażby to, że jest to wręcz kosmiczna ilość zważywszy na fakt, iż w całej Polsce zużywa się tych olejów ok. 10 tys. ton rocznie – tak, naprawdę tylko tyle. Powstała więc sytuacja, w której do samej tylko Słowenii polskie firmy „wyeksportowały” w ciągu roku ok. 160 tys. ton olejów formierskich i obróbkowych, a po 60 tys. ton poszło na Węgry i do Grecji. Szacunki mówią tymczasem, że te 3 kraje łącznie w ciągu roku zużywają tyle samo tego typu olejów, co Polska, a więc 10 tys. ton. Mamy więc nadwyżkę eksportową blisko 30-krotnie przewyższającą realne potrzeby rynkowe. Przypadek…? No niekoniecznie, ponieważ z ogromnym prawdopodobieństwem chodziło tak naprawdę o uniknięcie akcyzy, a sprzedawane były oleje bazowe stosowane jako substytut lub domieszka do oleju napędowego, bądź też olej napędowy celowo przeklasyfikowany jako olej bazowy (czyli zwolniony z akcyzy).

    Zawieszona akcyza

    Sytuacji małych producentów nie poprawia też fakt, że istnieje taki twór, jak zawieszona akcyza. Chodzi tutaj o to, że duże firmy spełniające odpowiednie warunki, a więc np. prowadzące własne składy podatkowe i produkujące odpowiednie ilości olejów (powyżej 50 tys. litrów rocznie) mogą korzystać właśnie z takiego udogodnienia, jak procedura zawieszonego poboru akcyzy. Daje im to przewagę konkurencyjną w stosunku do „maluczkich” tego rynku – dość powiedzieć, że według szacunków osób z branży (choć bez żadnych dowodów), taki chociażby Orlen sprzedaje ok. 40% olejów w trybie zawieszonej akcyzy – i właściwie tylko dzięki temu ma tak duży udział w rynku.

    Jednak w branży, oprócz głównych graczy, są też mniejsze firmy, które utworzyły składy podatkowe dawno temu na starych zasadach, kiedy nie trzeba było fizycznie produkować w Polsce i dziś również korzystają z dobrodziejstw zawieszonej akcyzy, nic nie zmieniając w papierach z obawy o utratę tego przywileju. Cała reszta uczestników rynku musi normalnie płacić akcyzę od samego początku – włączając w to np. firmy zagraniczne, które chcą otworzyć dystrybucję w Polsce, ale z zawieszonej akcyzy korzystać nie mogą, ponieważ nie produkują na terenie naszego kraju.

    Co prawda zgodnie z moim info w rządzie są prowadzone rozmowy międzyresortowe, aby pobierać akcyzę od wszystkich typów olejów, niezależnie od przyznanego im kodu CN, ale osoby z branży już dziś twierdzą, że to nie przejdzie. Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze zmiany te blokuje Orlen, który sporo by na nich stracił, a po drugie z uwagi na trudności od strony urzędników i stosunkowo mały przychód do budżetu, który prawdopodobniej na skutek zmian wzrósłby o +- 100 milionów PLN rocznie (a taka kwota przy potencjalnym zamieszaniu nie jest warta przysłowiowej świeczki). Z drugiej strony ustawodawca może zagrać nie fair i utrzymać tryb zawieszonej akcyzy. Dzięki temu Orlen i Lotos mogłyby jeszcze powiększyć swój udział w rynku kosztem innych, mniejszych firm.

    Urząd Celny – niekompetencja i przegrane w sądach

    No i wreszcie doszliśmy do naszych celników, którzy, niestety, niejednokrotnie sami mają trudności z odpowiednią klasyfikacją takich olejów. Cały problem jest na poziomie systemowym i już pokrótce przedstawiam, jak to wygląda w praktyce.

    Otóż Izba Celna może oczywiście przeprowadzić badania olejów celem sprawdzenia, czy czasem nie „walą jej w rogi”. Urzędnicy pobierają więc próbkę i wysyłają do swojego laboratorium, w którym Pani laborantka dokładnie i wedle odpowiedniej procedury tę próbkę bada. Po wykonaniu owego badania wyniki wędrują na biurko urzędnika i tutaj zaczynają się niejednokrotnie „cyrki”, ponieważ taki urzędnik nie jest chemikiem i nie potrafi odpowiednio zinterpretować tychże wyników – po prostu bierze wzory, porównuje i autorytarnie stwierdza, czy dany olej jest ok w świetle przepisów, czy też nie jest. To o tyle bez sensu, że w zasadzie każdy olej jest inny i każdy posiada „własny odcisk palca” czyli zestaw unikalnych cech – w zasadzie można to interpretować tak, że żaden nie jest w 100% w porządku i można go zakwestionować pod kątem podatkowym (do pewnego stopnia, oczywiście).

    Do pewnego momentu wiele firm miało poważne kłopoty, bowiem Izba Celna przedstawiała w sądzie takie wyniki badań zinterpretowane przez urzędników nie będących ekspertami, twierdząc przy tym, że mamy do czynienia z oszustwem, a sądy niejako z automatu przesądzały o „winie” przedsiębiorców, no bo przecież badania… Działo się tak mimo tego, że podobne dowody oparte o interpretacje urzędników „celnego” mogły być podważone praktycznie przez każdego chemika.

    Tak było do czasu, aż jeden sprytny adwokat odwrócił sytuację w bardzo prosty sposób, a mianowicie na podstawie prawa o domniemaniu niewinności zażądał od Urzędu Celnego udowodnienia tego, że olej powinien mieć inny kod, niż przyznany – niby oczywiste, ale jakoś wcześniej nikomu to nie wychodziło. Do tej pory Urząd tylko negował zgodność ze wzorem, ale na dobrą sprawę nic nie udowadniał. No i wtedy właśnie wyszła niekompetencja urzędników, którzy również w innych sprawach zaczęli się na tej podstawie „wysypywać”, gdyż okazało się, że tak naprawdę się na tym nie znają i nie wiedzą jak udowodnić oszustwo. Sędzia przyznał więc rację pozwanej firmie. Inni adwokaci dowiedzieli się o tym orzeczeniu i przyjęli podobną taktykę, a kolejne sądy też zaczęły orzekać na niekorzyść celników, choć oczywiście nie zawsze, bo w Polsce nie ma prawa precedensów.

    Zakończenie

    Tak właśnie wygląda w wielkim skrócie całe zamieszanie wokół olejów smarowych – przekombinowane przepisy podatkowe, nieczyste zagrywki producentów, czy też wreszcie złe rozwiązania systemowe jeśli chodzi o kontrolę celną. Przy okazji: jeśli czyta to jakiś dziennikarz, który chciałby „pociągnąć” dalej temat i dowiedzieć się ciekawych rzeczy o tej branży, to mogę skontaktować go z odpowiednimi osobami. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A jeśli ktoś nie zna mojego bloga poświęconego przestępczości gospodarczej, to zapraszam: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/?ref=bookmarks ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #firma #podatki #inzynieria #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Dawno mnie nie było na Wypoku (mało czasu) i nawet bordo przez to utraciłem, ale obiecałem, że wrzucę od czasu do czasu jakieś fajne tematy, więc wrzucam. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Prosty patent związany z ustawianiem przetargów.

    W zamówieniu określa się zawyżone wartości, które mają wpływ na cenę. Np. urząd miasta zleca budowę kanalizacji i w wymaganiach podaje, że rury mają być umieszczone w wykopach o głębokości 2m, ale dodatkowo należy wybrać jeszcze 1m ziemi z wykopu i w to miejsce ułożyć 1m podsypki z materiału mineralnego. I daje się cynk preferowanemu wykonawcy, że nie będzie musiał kopać tego dodatkowego metra - wystarczy, że sypnie na dno wykopu 5cm żwiru. I kasa za wykopanie i wywiezienie tego fikcyjnego 1m oraz zakup i dostarczenie 1m podsypki idzie do podziału. Rzecz po położeniu rur jest nie do sprawdzenia. Podobne patenty stosuje się przy budowie autostrad, wykonywaniu zieleni miejskiej, budowie wałów przeciwpowodziowych itp. A podobne patenty stosuje się np. przy zleceniach wywozu śmieci lub odpadów zawyżając np. 2-3 krotnie ilości, które mają być utyliowane. Dogadany oferent wie dokładnie ile będzie do odbioru i podaje cenę kalkulowaną od rzeczywistej wartości plus zwyczajowa działa dla zlecającego.

    #bialekolnierzyki #biznes #dzialalnoscgospodarcza #firma #pieniadze
    pokaż całość

    •  

      @grafikulus branża budowlana (szeroko pojętą) jest ogromnym polem do nadużyć. Jest tyle sposobów i patentów na to jak można due dorobić ilu jest wykonawców i zamawiających :)

    •  

      @grafikulus: przy budowie autostrady używa się różnych rodzai kruszywa ... jedno kosztuje np 100 zł za tonę a inne 500 zł.... w ciągu dnia na "budowę" przyjeżdża 10 trucków z tym za 500 zł... w nocny wywożą 9 trucków a na to miejsce wstawiają to za 100 zł... i tak bez końca.
      najlepsze w przetargach jest termin płatności, ponoć na tym dorobił się doktor Jan Kulczyk - > sprzedał VW T4 policji na 30 dniach płatności a od VW wziął na 90 alb 180 dni. przy takim "przetargu" loka 2msc daje dużo kasy albo można inne rzeczy sfinansować pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Po ostatnim info o planowanej komisji śledczej ds wyłudzeń VATu, zacząłem od nowa przyglądać się historii karuzel w PL że zwróceniem uwagi na działania ówczesnych władz.
    #bialekolnierzyki #polityka #ekonomia

    Taka ciekawostka z 2014:
    https://www.pb.pl/rzad-podaruje-oszustom-kwartal-774698

    Tuż przed okresem świątecznym rząd najwyraźniej postanowił zabawić się w Świętego Mikołaja. Coś mu się jednak pomyliło, bo hojnie obdarowuje oszustów — sprezentował im dodatkowe trzy miesiące na wyłudzenia VAT. Z szacunków „PB” wynika, że skarb państwa na kwartalnym opóźnieniu może stracić na tym 1 mld zł. Co najmniej.

    Nowela zawiera szereg instrumentów, wymierzonych w podatkowych oszustów. Najważniejszy to rozszerzenie katalogu produktów, objętych tzw. odwróconym VAT, czyli rozwiązaniem, obowiązującym z dużymi sukcesami na rynku złomu i stali, w którym podatek płaci jedynie finalny odbiorca. Nowelizacja ma objąć głównie handel drogą elektroniką: komórkami, smartfonami, tabletami, notebookami, laptopami i konsolami do gier. „PB” kilka razy ostrzegał, że skala wyłudzeń w tym segmencie lawinowo rośnie. Odwrócony VAT jako remedium na oszustwa przedstawiciele branży zaproponowali MF już na początku 2014 r. Resort zastanawiał się kilka miesięcy, by 27 czerwca 2014 r. przedstawić założenia noweli ustawy. 19 sierpnia przyjął je rząd, a już 10 września gotowy był projekt ustawy. Cały czas obowiązywał też termin 1 stycznia 2015 r. jako dzień wejścia w życie przepisów. Już nie obowiązuje. Kwartał opóźnienia MF tłumaczy tym, że nowela jest skomplikowana i przewiduje wprowadzenie także innych zmian, niż te dotyczące walki z oszustwami.

    — Uczciwi podatnicy muszą też mieć odpowiedni czas na przygotowanie się do wprowadzanych zmian — tłumaczy Wiesława Dróżdż, rzecznik MF.

    Przedstawiciele branży elektronicznej przekonują jednak, że wcale nie potrzebowali więcej czasu.

    — Przy terminie 1 stycznia 2015 r. wszystko byłoby na styk, ale zdążylibyśmy. Choć mamy niewielkie zastrzeżenia do szczegółowych rozwiązań, jednak każda zwłoka we wprowadzeniu zmian jest jednoznacznie zła — mówi Michał Kanownik, dyrektor Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego.

    Nie podziela też argumentu, że nowela była skomplikowana. Jego zdaniem, w ostatnich tygodniach nie było widać wcześniejszej determinacji MF w forsowaniu zmian. Potwierdza to dokumentacja, zamieszczona na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Wynika z niej, że np. na pismo z uwagami Urzędu Zamówień Publicznych z 19 września MF odpowiedziało dopiero 17 października.

    To może dziwić, bo sam resort finansów jeszcze miesiąc temu informował, że w zakończonych w 2014 r. 105 kontrolach skarbowych, dotyczących branży elektronicznej, wykryto nieprawidłowości na kwotę ponad 660 mln zł. A wstępne ustalenia w prowadzonych obecnie ponad 460 kontrolach szacuje na co najmniej 3 mld zł! Obecnie MF twierdzi, że tak duża koncentracja kontroli na handlu elektroniką „skutkuje zmniejszeniem „zainteresowania” podmiotów nieuczciwych prowadzeniem oszukańczych działań na tym rynku”. I dlatego trzymiesięczny poślizg we wprowadzeniu odwróconego VAT „nie powinien wpłynąć negatywnie na sytuację” w tej branży.

    Optymizmu MF nie potwierdzają też dane, do których dotarł „PB”. Wynika z nich, że wyłudzenia VAT w handlu elektroniką, głównie smartfonami, są w tym roku rekordowe.
    pokaż całość

    •  

      @kodyak: Jedno nie wyklucza drugiego. Jeśli ustawa jest prosta i prowadza niewiele zmian (np tylko rozszerzając katalog produktów) to nie trzeba się z nią pieprzyć 1,5 roku.

      Z drugiej strony procesowanie ustaw przez 3 lata nie gwarantuje ich jakości.

      +: ste3
    •  

      @Awganowicz: no zgadza sie. na komisje do zmian w kodeksie pracy wydano juz ponad 1mln a teraz ustawa idzie do kosza.

      Rozszerzenie produktow nie jest takie do konca proste( ͡° ͜ʖ ͡°). Produkt to np sklada sie kilku produktow wiec jak go wtedy zaliczyc i juz zaczynaja sie schody. To tylko przyklad (w stylu latte to kawa z mlekiem czy mleko z kawa) problemow na ktore sie mozna natknac.

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Stoję właśnie pod sklepem budowlanym czekając na kumpla a tu podjeżdża wielki SUV, wysiada z niego elegancko ubrana pani z dzieckiem, na oko pięcioletnim. SUV nie jest najnowszy, ale naprawdę potężny, do tego indywidualne rejestracje aż krzyczą "UWAGA BOGACZ (w domyśle VATowiec)".

    Nie zwróciłbym na nich uwagi, ale rodzinka zasuwa po całym parkingu - myślę sobie - niezła inba jak ta kobieta co podjechała autem, które pali miesięcznie więcej, niż średnia krajowa, zaraz zacznie żebry.

    Ale nie, kobiecina chodzi, schyla się, kluczy, wyraźnie czegoś szuka, odpina wózek, jeden, drugi, trzeci, kolejny, wpina gdzieś dalej, myślę sobie - o co chodzi? Coś się stało? Zgubiła drugie dziecko, kluczyki? Akurat mam nadmiar czasu, więc wysiadam z auta i widzę jak podchodzi do niej inny kierowca sarkastycznie pytając czy jej nie pomóc w szukaniu paragonów. Kobiecinie dziwny grymas wykrzywia twarz i pada z jej ust coś w stylu "spierdalaj", po czym zbiera dalej! Myślę sobie - czy ja śnię? Moje myśli galopują - po co jej te paragony? Loteria paragonowa? Nie, chyba już nie ma. Faktury? Ooo, tak. Pewnie zaraz załatwi sobie na nie w sklepie faktury. Ale jak to? Za to grozi kilka ładnych lat a ona tak w środku dnia, pod wielkim centrum handlowym, i jeszcze pyskuje?

    Drugi kierowca rozbawiony, ja już też, obserwujemy jak się sprawy potoczą, mija jeszcze 5 minut i bingo - kobieta nawet nie udaje, że chce coś kupić, z ok. czterdziestoma paragonami stoi już przy BOKu i wystawia sobie na nie faktury. Rozgląda się nerwowo, bierze kwity, wraca do auta i odjeżdża.

    Ciekawe ile można tak zarobić i ile parkingów dziennie jest ta pani w stanie obskoczyć. Auto wisi na indywidualninadrodze.pl od niemal 10 lat i myślę, że kosztowało w dniu zakupu więcej, niż niejedno mieszkanie.

    #bialekolnierzyki #vatowcy
    pokaż całość

  •  

    MLMowa piramida finansowa Lyoness zmienia nazwę kolejny raz.
    http://behindmlm.com/companies/lyoness/lyoness-changes-its-name-to-myworld-will-regulators-fall-for-it/

    Lyoness --> Lyconet --> Cashback World --> myWorld

    #mlm #piramidafinansowa #bialekolnierzyki #oszukujo #ciekawostki

    --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Lyoness an “illegal pyramid scheme” in Norway, banned from operating
    Jan, 20, 2018
    http://behindmlm.com/companies/lyoness/lyoness-an-illegal-pyramid-scheme-in-norway-banned-from-operating/

    Nowy priorytet UOKiK: Walka z piramidami finansowymi
    11.05.2017

    Wracacie państwo do tematu piramid, ale ten poślizg jest zatrważający. Bo jak długo trwa postępowanie w sprawie Lyoness?
    .
    Ponad cztery lata. Sprawa Lyonessa jest jednak największą i najbardziej skomplikowaną, jaką do tej pory prowadziliśmy w sprawie piramid finansowych. I, tak jak wspominałam, decyzja zostanie opublikowana niebawem.
    http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1041537,dorota-karczewska-wywiad-piramidy-finansowe-uokik.html


    Prezes UOKiK prowadzi postępowania w związku z działalnością następujących podmiotów:
    18.12.2017
    Lyoness – oferuje korzyści materialne, które są uzależnione od wprowadzania innych osób do programu. Wcześniej uczestnik wpłaca zaliczki na zakup bonów lub kart podarunkowych bądź dokonuje zakupów u partnerów handlowych.
    https://www.uokik.gov.pl/aktualnosci.php?news_id=13844

    --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    pokaż całość

    •  

      czy wzięli się za wszystkie mlm-y, czy tylko za ten jeden konkretny?

      @imateapot: Sytuacja wygląda tak:

      - nikt w Polsce nie ściga MLMów,
      - żadna instytucja nie ostrzega przed MLM,
      - na stronie internetowej UOKIK nigdzie nie pada zwrot "multi level marketing" lub "MLM". Więc nie dowiesz się, że lyoness to MLM.
      - gdybyś wystosował pismo do np UOKIK z pytaniem "co to jest MLM?" to prawdopodobnie odpisaliby, że to legalna metoda sprzedaży.

      A teraz patrz na to:

      Firmy wymienione w komunikacie UOKIK:
      https://www.uokik.gov.pl/aktualnosci.php?news_id=13844
      1. FutureNet, FutureAdPro - to MLM
      2. Netleaders/Dascoin - to MLM
      3. One Life Network - to MLM
      4. Mart Diamonds - to MLM
      5. Grupa Finansowa Proventus Herman i Wspólnicy - to MLM
      6. Prevalue Cooperative Owners - to MLM
      7. Fundacja Berkeley - brak info
      8. Questra Holding Inc. - to MLM
      9. Global InterGold - to MLM
      10. Goldsaver - brak info
      11. Lyoness - to MLM
      12. Recyclix - to MLM

      Może kilka MLMów z powyższej listy zostanie zlikwidowanych (nie ma pewności), ale bez nazwania ich MLMami. Więc oszustwo finansowe jakim jest "multi level marketing" wcale nie ucierpi. Setki innych MLMów dalej będą spokojnie działały.

      Można powiedzieć, że nikt nie wziął się za ani jeden MLM, bo nikt nie nazwał rzeczy po imieniu.
      pokaż całość

    •  

      @nama: Właśnie ktoś mnie tym zaczyna spamować.

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Jeszcze w tym tygodniu posłowie Prawa i Sprawiedliwości mają złożyć wniosek o powołanie komisji śledczej w sprawie "nieszczelnego systemu podatkowego". Chodzi przede wszystkim o wyłudzanie zwrotów podatku VAT. Projekt uchwały ma być głosowany już w trakcie przyszłotygodniowego posiedzenia Sejmu.
    http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-bedzie-komisja-sledcza-ds-nieszczelnego-systemu-podatkowego-,nId,2564770

    #ekonomia #gospodarka #polska #polityka #4konserwy #neuropa #bialekolnierzyki
    pokaż całość

    źródło: img4.dmty.pl

    Komisja śledcza ds karuzel VAT jest:

    • 29 głosów (45.31%)
      potrzebna
    • 35 głosów (54.69%)
      niepotrzebna
  •  

    #ekonomia #gospodarka #bankowosc #polska #bialekolnierzyki

    Afera Amber Gold to skok na kilkaset milionów złotych. Tymczasem afera SKOK Wołomin to skok na miliardy złotych. Istotę skoku wyjaśniają Marcin Karliński (Stowarzyszenie Spółdzielczości Finansowej im. św. Michała), dr Krzysztof Traczyk (ekspert d.s. przestępczości gospodarczej Szkoła Główna Handlowa) oraz dr Artur Bartoszewicz (ekspert ekonomiczny, SGH):
    fragmenty:

    Mechanizm skoku polegał na tym, że zostali zaproszeni zaprzyjaźnieni króliczka, ludzie zamożni, znani, aktorzy itd., do wzięcia milionowych kredytów z pewnością, że je otrzymają. Warunek tylko jeden: mają ich nie spłacać. Dostawali z tego ok 20%, np. wziął kredyt na 10 mln zł, dostał z tego 2 mln zł i gwarancję, że nie będzie musiał tego nigdy spłacać.

    Mamy do czynienia z przestępstwem mafijno-urzędniczym. Tzn. takim w którym przestępczość realizowana jest z przyzwoleniem instytucji sektora publicznego i uczestników sektora finansowego. Przestępczość z wykorzystaniem systemu prawnego lub nawet tworzenie tego systemu pod potrzeby przestępczości — np. sprawa przeniesienia nadzoru spod Kasy Krajowej pod Komisję Nadzoru Finansowego.

    To był kluczowy moment całej sprawy. Wciągnięcie tego pod Bankowy Fundusz Gwarancyjny mogło być jedynie przykryciem długu. Tak naprawdę był to skok na BFG, który przez 25 lat transformacji zgromadził ok. 11 mld zł.

    By to zrobić należało podstawić instytucję bankową, która zbankrutuje w sposób kontrolowany. Wszystkie te lotne hasła, że wciągamy SKOKi, które są parabankami, pod KNF, by zapewnić stabilność i ochronę depozytariuszy, mogły być jedynie przykrywką, by zrobić skok na BFG. Było to klasyczne uspołecznienie kosztów na wielką skalę, rozproszenie kosztów tej przestępczości wśród szerokiego grona ludzi.

    Odpowiedzialność ponoszą instytucje nadzorujące system. Najpierw przez 12-13 lat nadzór miała tutaj Kasa Krajowa, która nie reagowała i nie realizowała swoich obowiązków. Następnie nadzór przeszedł pod państwo i działo się dokładnie to samo — żadnych realnych reakcji i działań. Grupa przestępcza zlokalizowana była w instytucjach nadzoru, bo żeby tak pilnować, że wszystko wyparuje z BFG to można powiedzieć, że na pewno nie miał takiej wiedzy i wpływów kpt Piotr P.

    Afera ta pokazuje, kto trzyma władzę w Polsce. Minęły dwa lata, a nie ma komisji śledczej ds. afery SKOK i outsourcingowej, jest tylko Amber Gold, który jest znacznie mniejszy.
    Z polskiego systemu bankowego ukradziono Polakom blisko 7 mld zł. Z BFG wyczyszczono niemal 70% stanu posiadania. To są pieniądze wyjęte społeczeństwu z kieszeni. I nikt o tym nie mówi, nie ma afery. Każdy z klientów banków będzie musiał za to zapłacić kwotę tysiąca złotych, bo tę skarbonkę, BFG, trzeba będzie uzupełnić. To jest przerażająca kwota. Z samego SKOK Wołomin, drugiego pod względem wielkości SKOKu, zniknęło 3 mld zł. To jest skok stulecia.


    Konkrety do powyższego streszczenia padają w poniższym programie tv.
    pokaż całość

  •  

    Miraski, sprawa jest taka: wkrótce mam zamiar zrobić wywiad z detektywem działającym w jednej z najlepszych polskich agencji detektywistycznych specjalizujących się w tropieniu wałków gospodarczych, wywiadzie gospodarczym itd. Na dzień dzisiejszy nie podam, co to za firma, ale w wywiadzie będzie wszystko czarno na białym - mogę zdradzić, że pracuje tam wielu byłych funkcjonariuszy służb 3-literówych. Oczywiście miałem zamiar wrzucić to na Wypok, więc pomyślałem sobie, że fajnie byłoby spytać potencjalnych czytelników o czym chcieliby w takim wywiadzie przeczytać i zapodać najciekawsze pytania. Myślę, że to dobra okazja i możliwość, aby coś fajnego do opublikowania powstało. Zatem... dawajcie w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #gospodarka #policja #pieniadze pokaż całość

    źródło: spy24.pl

  •  
    S...x

    +131

    Pamiętam, jak z dobre 10 lat temu rozmawiałem z kimś, kto był członkiem organu/komisji zajmującej się wyceną prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych na początku lat 90. Zapytałem go wówczas wprost: Jak to się stało, że tyle zakładów przejmowano za tak śmieszne pieniądze, dlaczego w ogóle to było tak nisko wyceniane…? Oto, co mi odpowiedział ów człowiek: Wie Pan, generalnie to myśmy się wtedy dopiero uczyli wyceny, nie było praktycznie żadnych opracowań ani doświadczeń, na których moglibyśmy się wzorować, podpowiadali nam doradcy amerykańscy, którzy po pierwsze nie znali dobrze specyfiki naszej sytuacji, a po drugie myśmy im trochę za bardzo zaufali.

    Taka była wersja oficjalna, a mój rozmówca nie chciał nic więcej zdradzić w tym temacie. Tak się złożyło, że kilka lat później obserwowałem na bieżąco, jak wygląda w praktyce przejęcie jednego z wielu państwowych zakładów. Informacje miałem wtedy z tzw. pierwszej ręki, a konkretnie do osoby, która pełniła tam funkcję dyrektora handlowego. Z oczywistych względów nie napiszę jaka to była firma, ani w jakim województwie działała.

    Cała akcja zaczęła się od tego, że do spółki przyszedł nowy prezes – nie byłoby w tym nic dziwnego czy podejrzanego, gdyby nie to, że ów facet żenił się później z wszystkimi członkami zarządu nowych spółek, którzy potem ginęli, a te zostały następnie prywatyzowane za małe pieniądze. Ta zmiana personalna była więc mocnym sygnałem, że „coś się dzieje”. Wkrótce potem dyrektor handlowy zaczął być naciskany w sprawie kontraktu z francuską firmą, który właśnie realizował. Kontrakt ten miał zapewnić przedsiębiorstwu bardzo duże zyski w perspektywie wielu lat i umożliwić mu dalszy rozwój. Tyle, że nowy prezes robił wszystko, aby ten kontrakt… nie doszedł do skutku. A to wysyłał pasty o serwerowni listem poleconym, a to wytapetował sobie biuro tapetą z książkami, a to zamówił sobie ponton na urodziny i siedział na środku zakładu w tym pontonie z wędką. Doprowadziło to w końcu do tego, że Francuzi powiedzieli "żar pan żur", wzięli swoje ogony i sobie poszli.

    Dalej wydarzenia potoczyły się stosunkowo szybko. Firma, która do tej pory radziła sobie całkiem dobrze, nagle zaczęła mieć problemy z bilansem. Jedną z przyczyn były np. faktury niezapłacone przez nowych kontrahentów (spółki), których nie zdobył ani nie rekomendował wspomniany już dyrektor handlowy. Zresztą później, po prywatnym śledztwie, okazało się, że spółki te były kontrolowane przez osoby z łuską na twarzy, reprezentowane przez światowy rząd reptilian (oczywisty przypadek) i długi te zostały i tak uregulowane. Kolejną przyczyną było zakupienie środków trwałych pod postacią kaczek w wielkości konia, które leżały nieużywane na magazynie. Bezsens, zła decyzja…? Zależy od punktu widzenia, bo były słodkie, więc nie rozumiem, czemu obniżały wartość spółki.

    Ogólnie w firmie działo się coraz gorzej i ludzie zaczęli już przeczuwać co się święci, a szeregowi pracownicy przystąpili do strajku. Zapuścili się więc w święte miejsce negocjować z Gunganami. Dyrektor handlowy został zwolniony – jako ciekawostkę dodam, że w dzień wręczenia wypowiedzenia zabarykadował się w swoim gabinecie i zrobił kopie wszelkich dokumentów, z którymi to kopiami poszedł potem do odpowiednich osób, chcąc je zainteresować nielegalnymi mechanizmami przejęcia przedsiębiorstwa. Krzyknął wtedy "To nie księżyc, to stacja bojowa!". Nic to nie dało, bo galaktyczny senat znał już tragedię Dartha Plagueisa Mądrego. Kilka miesięcy potem przedsiębiorstwo zostało sprzedane (z moich ówczesnych informacji wynika, że za cenę sporo poniżej 50% jego realnej wartości, ale dziś już nie jestem w stanie tego zweryfikować), prezes odszedł „w niesławie”, a nowy właściciel szybko postawił firmę na nogi. Kilka lat potem lokalne media rozpisywały się o tym, jak to zakład został z powrotem zakupiony przez jeden z państwowych koncernów. Nietrudno się domyślić, jak daleko sięgały macki Imperatora.

    Opisany powyżej scenariusz nie jest bynajmniej jakimś wyjątkowo chytrym, przebiegłym i rzadko spotykanym planem, o nie. To schemat powszechnie znany i stosowany na zatrważająco dużą skalę. W skrócie wygląda to tak:

    1. Najpierw trzeba znaleźć wykopków, których wiedza nie pozwala weryfikować różnego rodzaju informacji i napisać ckliwą historyjkę o przekrętach.

    2. Następnie trzeba usuwać komentarze człowieka, który jasno wykazuje, dlaczego to co pisze @grafikulus jest niewiarygodne.

    3. I teraz można zbierać plusy od innych.

    No i tak to w skrócie wygląda. Owszem, są to i zawsze były łatwe operacje ale przypominam, wykop łyknie wszystko, a atencja musi się zgadzać.

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #prywatyzacja
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

    +: w.....j, Dutch +129 innych
  •  

    Pamiętam, jak z dobre 10 lat temu rozmawiałem z kimś, kto był członkiem organu/komisji zajmującej się wyceną prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych na początku lat 90. Zapytałem go wówczas wprost: Jak to się stało, że tyle zakładów przejmowano za tak śmieszne pieniądze, dlaczego w ogóle to było tak nisko wyceniane…? Oto, co mi odpowiedział ów człowiek: Wie Pan, generalnie to myśmy się wtedy dopiero uczyli wyceny, nie było praktycznie żadnych opracowań ani doświadczeń, na których moglibyśmy się wzorować, podpowiadali nam doradcy amerykańscy, którzy po pierwsze nie znali dobrze specyfiki naszej sytuacji, a po drugie myśmy im trochę za bardzo zaufali.

    Taka była wersja oficjalna, a mój rozmówca nie chciał nic więcej zdradzić w tym temacie. Tak się złożyło, że kilka lat później obserwowałem na bieżąco, jak wygląda w praktyce przejęcie jednego z wielu państwowych zakładów. Informacje miałem wtedy z tzw. pierwszej ręki, a konkretnie do osoby, która pełniła tam funkcję dyrektora handlowego. Z oczywistych względów nie napiszę jaka to była firma, ani w jakim województwie działała.

    Cała akcja zaczęła się od tego, że do spółki przyszedł nowy prezes – nie byłoby w tym nic dziwnego czy podejrzanego, gdyby nie to, że ów facet „położył” wcześniej już kilka innych państwowych spółek, które zostały następnie sprywatyzowane za małe pieniądze. Ta zmiana personalna była więc mocnym sygnałem, że „coś się dzieje”. Wkrótce potem dyrektor handlowy zaczął być naciskany w sprawie kontraktu z francuską firmą, który właśnie realizował. Kontrakt ten miał zapewnić przedsiębiorstwu bardzo duże zyski w perspektywie wielu lat i umożliwić mu dalszy rozwój. Tyle, że nowy prezes robił wszystko, aby ten kontrakt… nie doszedł do skutku. A to wydał polecenie renegocjowania ceny (choć zaproponowana i tak gwarantowała wysoką opłacalność), a to kwestionował termin dostaw (że niby produkcja może się nie wyrobić, choć nie było takiej możliwości) itp. Doprowadziło to w końcu do tego, że Francuzi powiedzieli „pas” i znaleźli sobie innego dostawcę.

    Dalej wydarzenia potoczyły się stosunkowo szybko. Firma, która do tej pory radziła sobie całkiem dobrze, nagle zaczęła mieć problemy z bilansem. Jedną z przyczyn były np. faktury niezapłacone przez nowych kontrahentów (spółki), których nie zdobył ani nie rekomendował wspomniany już dyrektor handlowy. Zresztą później, po prywatnym śledztwie, okazało się, że spółki te były kontrolowane przez osoby powiązane z nowym właścicielem (oczywiście oczywisty przypadek) i długi te zostały i tak uregulowane. Kolejną przyczyną było zakupienie środków trwałych pod postacią maszyn, które leżały nieużywane na magazynie. Bezsens, zła decyzja…? Zależy od punktu widzenia, bo gdy wynik finansowy spółki jest obniżony, to fakt ten ma wpływ na niższą wycenę (pamiętajmy o planowanej sprzedaży „za grosze”!).

    Ogólnie w firmie działo się coraz gorzej i ludzie zaczęli już przeczuwać co się święci, a szeregowi pracownicy przystąpili do strajku. Dyrektor handlowy został zwolniony – jako ciekawostkę dodam, że w dzień wręczenia wypowiedzenia zabarykadował się w swoim gabinecie i zrobił kopie wszelkich dokumentów, z którymi to kopiami poszedł potem do odpowiednich osób, chcąc je zainteresować nielegalnymi mechanizmami przejęcia przedsiębiorstwa. Nic to nie dało. Kilka miesięcy potem przedsiębiorstwo zostało sprzedane (z moich ówczesnych informacji wynika, że za cenę sporo poniżej 50% jego realnej wartości, ale dziś już nie jestem w stanie tego zweryfikować), prezes odszedł „w niesławie”, a nowy właściciel szybko postawił firmę na nogi. Kilka lat potem lokalne media rozpisywały się o tym, jak to zakład został z powrotem zakupiony przez jeden z państwowych koncernów. Nietrudno się domyślić, że był to złoty interes dla tych, którzy przejęli go wcześniej za stosunkowo nieduże pieniądze.

    Opisany powyżej scenariusz nie jest bynajmniej jakimś wyjątkowo chytrym, przebiegłym i rzadko spotykanym planem, o nie. To schemat powszechnie znany i stosowany na zatrważająco dużą skalę. W skrócie wygląda to tak:

    1. Najpierw trzeba wprowadzić do zarządu osoby, które przeprowadzą całą operację (oczywiście za stosownym wynagrodzeniem i nie mówię tutaj o oficjalnie pobieranych wypłatach).

    2. Następnie należy umiejętnie wyreżyserować słaby wynik finansowy spółki. Jest na to wiele metod, jak min:

    – wspomniane wcześniej „ustawienia” wierzytelności, które mogą zostać uznane za praktycznie nieściągalne, czasem nawet zakup tzw. śmieciowych wierzytelności za niewielki ułamek ich nominalnej wartości;

    – zakup w istocie zbędnych środków trwałych (nie będą one wcale używane) pod płaszczykiem „inwestycji”, najlepiej na kredyt obciążający nieruchomości należące do przedsiębiorstwa;

    – zatrudnienie kosztownych specjalistów (rzecz jasna z góry wiadomo, kto taką robotę dostanie) oraz zlecenie kosztownych audytów i opracowań zewnętrznym firmom konsultingowych (nierzadko powiązanym z późniejszym kupcem);

    – doprowadzenie do zerwania współpracy z kluczowymi kontrahentami (jak opisany wcześniej przykład z Francuzami) pod w miarę wiarygodnym pretekstem.

    Ktoś powie: Ale zaraz, przecież to wygląda na świadome zarządzanie ukierunkowane na szkodę firmy, przecież na to są paragrafy…? Cóż, owszem, są, ale jeśli te operacje przeprowadzi się mądrze, to ciężko udowodnić działanie ze złej woli, a nie po prostu kiepskie zarządzanie dlatego, że ktoś jest zwyczajnie słabym managerem.

    3. I teraz, kiedy przedsiębiorstwo jest pozornie na skraju przepaści, nadchodzi moment na sprzedaż – rzecz jasna za cenę zaniżoną do granic możliwości, aby tylko prokurator się nie przyczepił. Wkrótce po takiej sprzedaży przychodzi nowy prezes i „cudownym” trafem nagle spływają pieniądze od dłużników, niepotrzebne (nieużywane) maszyny sprzedaje się za dobre pieniądze i spłaca kredyty, zmienia się strukturę zatrudnienia zwalniając niepotrzebnych (a drogich) specjalistów, likwiduje się niedochodowe dziedziny działalności, wreszcie odnawia się kontrakty handlowe ze sprawdzonymi odbiorcami. Dodatkowo, dla zrobienia dobrego wrażenia, dobrze jest jeszcze wykupić reklamy w lokalnych mediach, które dzięki temu napiszą, jaki to cud gospodarczy zrobił nowy zarząd, że w krótkim czasie całkowicie postawił firmę na nogi – normalnie magicy zarządzania, nagradzani potem niejednokrotnie różnymi statuetkami dla „asów biznesu”. A co potem? Różnie – można sprzedać z ogromnym zyskiem, można wejść na giełdę, jest wiele intratnych opcji.

    No i tak to w skrócie wygląda. Owszem, nie były to i nie są łatwe operacje, ale przypominam, że po pierwsze nie robią tego przypadkowi ludzie, a bardzo mocne i wpływowe osoby, a po drugie chodzi o wielkie pieniądze. A wielkie pieniądze otwierają wiele drzwi zamkniętych dla normalnych obywateli działających zgodnie z prawem. #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #prywatyzacja
    pokaż całość

    źródło: ak6.picdn.net

    •  
      5...........a

      0

      A neuropki dalej żyją w świecie uczciwych polityków, managerów, sędziów, prokuratorów...:)

      @Cheater: z byka spadłeś? Oni nigdzie nie żyją. Nie czytałeś co pisałem wcześniej? Oni nie myślą. Oni piszą to za co im płacą. Nikt im za myślenie nie płaci.

    •  

      @grafikulus: Bardzo wiele dobrych spółek z GPW zostało tak zdjęte. Na giełdzie jest to jeszcze prostsze. Wystarczy nie publikować raportów finansowych, spółka zostaje zawieszona, odwieszają kurs leci na łeb na szyje, ogłoszenie updałości i sanacja, kurs spadka na notowania jednolite do spółek groszowych, raportów dalej nie ma. W międzyczasie zarząd wyprowadza kapitał i cenne aktywa do spółek cypryjskich albo na giblartar, upadłośc likwidacyjna, syndyk dzieli ochłapy na obligatoriuszy dla akcjoanriuszy nic nie zostało, zdjęcie spółki z parkietu koniec. A co jest najlepsze? Wszelkie kary ponieśli dorbni akcjonariusze a nie zarząd czy prezes. KNF ma wszysstko w dupie może pare razy jakąś śmieszną karę na prezesa nałoży. To się dzieje obecnie na spółce HAWE, która ma całą oplskę oplecioną ringiem światłowodwoym. Już wyprowadzono z niej społki HAWE Budownictwo i ORSS razem jakieś 400 milionów. Teraz zastanawiają się jak wyprowadzić najcenniejsze aktywo czyli swiatlowody, musza przejac spółke HAWE TELEKOM, po tym zostanie juz tylko samo HAWE bez majątku. pokaż całość

    • więcej komentarzy (176)

  •  

    Jak zarobić kiwając leasingodawcę - kolejna metoda

    Firma Januszex sp. z o.o. posiada maszyny służące do produkcji + inne elementy wyposażenia zakładu typu klimatyzatory itd. – przyjmijmy, że realna wartość tych używanych sprzętów to ok. 500 tys. PLN. No i teraz szef Januszexu dogaduje się z miejscowym dealerem handlującym maszynami przemysłowymi, a ów dealer wystawia mu fakturę pro forma dotyczącą rzekomego zakupu nowego sprzętu o bardzo podobnej specyfikacji, jaki ma już na stanie Januszex – wartość tych nowych maszyn to ok. 1 milion PLN.

    Co się dzieje dalej: szef Januszexu idzie do leasingodawcy z fakturą pro forma oraz specyfikacją maszyn, a leasingodawca udziela mu finansowania i przelewa środki za nowe maszyny na konto wspomnianego wcześniej dealera maszyn. Dealer zabiera z tego swoją prowizję, a resztę oddaje szefowi Januszexu, który tym sposobem uzyskał blisko 1 milion PLN w gotówce, de facto pod zastaw używanych maszyn wartych połowę tej kwoty (a żaden bank nie dałby mu kredytu na podobnych warunkach). Do tego jeszcze Januszex sp. z o.o. może wykazywać koszty związane ze spłatą rat leasingowych za rzekomo nowe maszyny – chociaż mówiąc szczerze, to z tą spłatą w podobnych przypadkach już różnie bywa.

    Oprócz tego dla utrudnienia wykrycia przekrętu usuwa się lub zamazuje tabliczki znamionowe na maszynach, tak że po kilku miesiącach nawet rzeczoznawca może mieć problem z ustaleniem rzeczywistego wieku tychże maszyn. Zdolności produkcyjne Januszex sp. z o.o. nie ulegają więc pogorszeniu, a dodatkowy zastrzyk pieniędzy przecież zawsze się przyda…

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #leasing
    pokaż całość

  •  

    Tak mnie dzisiaj naszła myśl, a propos pana Marcina P. twórcy Amber Gold. Moim zdaniem to jest skandal, że on od 5,5 roku siedzi w areszcie. W areszcie, nie w więzieniu. Nie ma postawionych zarzutów, nie został skazany żadnym prawomocnym wyrokiem. Czaicie to? 5,5 roku! I wyobraźcie sobie, że Wam prokuratura chce postawić zarzuty i wsadza Was na tak długi okres do więzienia. A potem okazuje się, że jednak nie zostaniecie skazani, bo prokuratora przez X lat nie zgromadziła wystarczających dowodów.

    Powinni wprowadzić przepis, że areszt może być przedłużany max do 18 msc łącznie. Jeżeli przez ten czas prokuratura nie jest w stanie zebrać odpowiednich materiałów, by postawić zarzuty, no to sorry, ale wychodzisz, a prokurator prowadzący do dymisji.

    Nie, to że popieram pana P. ale uważam, że my jako społeczeństwo powinniśmy być wyczuleni na opresję władzy. Fajny materiał na podobny temat zrobił ostatnio Sekielski, opowiadając o panu Stonodze. https://www.youtube.com/watch?v=BzQMcbr7Caw

    #afera #ambergold #bialekolnierzyki #prawo
    pokaż całość

    •  

      @Paciek997 Prokurator wnioskuje, kolega podpisuje i masz areszt 5,5 roku, okazuje sie, że jesteś niewinny, co teraz? Straciłeś ponad 5 lat życia, odszkodowanie? Walcz o nie w sądzie, jakieś grosze dostaniesz. Co dalej? No nie wiem. Radź se sam. Jak prokuraturze w CYWILIZOWANYM kraju zajmuje ponad 5 lat zebranie dowodów na kogoś, zdobycie prawomocnego wyroku i osadzenie go w więzieniu to jest to co najmniej podejrzane bo równie dobrze mogli to zrobić w 2 tygodnie ze zeznaniami 20-30 osób + jakieś dodatkowe dowody. Tyle w temacie.

      Tylko, ze tutaj pokrzywdzonych sa tysiace, a wszystkich trzeba przesluchac. Gdyby nie bylo mocnych dowodow to aresztu by nie przedluzali. Tutaj raczej nie chodzi o to czy bedzie wyrok, ale jak wysoki. Areszt zostanie zaliczony na poczet kary.
      pokaż całość

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (55)

  •  

    Dziś będzie co nieco o zarabianiu hajsu w przedszkolach i żłobkach niepublicznych. Nie jest to bynajmniej branża, z którą miałem zawodową styczność, ale pomimo tego postanowiłem wrzucić ten materiał jako ciekawostkę – może Miraski i Mirabelki dopowiedzą coś więcej w komentarzach. W każdym razie sygnał o tym procederze otrzymałem niedawno od pewnej osoby znającej ten temat od środka. Tekst praktycznie oryginalny, z niewielkimi zmianami.

    Zacznijmy od tego, że w pewnym dużym mieście na południu Polski żyje sobie kilku urzędników, którzy przeczuwają, że po najbliższych wyborach pożegnają się z bezpiecznymi posadami. Taka utrata pracy to dość bolesne doświadczenie, a żyć przecież za coś trzeba, więc przydałoby się zabezpieczyć jakoś przyszłość, dopóki jest to jeszcze możliwe. A gdyby tak jakiś własny biznes otworzyć…? Nasi bohaterowie posiadają odpowiednie know-how i znajomości, postanawiają więc część nieruchomości miejskich przerobić na przedszkola prywatne. Zakładają w tym celu fundację, a właściwie na papierze zakładają ją osoby z nimi powiązane, ponieważ urzędnikom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej mającej związek z pełnioną funkcją publiczną (przynajmniej teoretycznie).

    W każdym razie jeden z urzędników dostaje zadanie: przejęcie nieruchomości w taki sposób, aby zakładane przez wspomnianą fundację przedszkole prywatne działało w lokalu miejskim – lub też prywatny żłobek, bo także w tym przypadku stosuje się ten sam schemat. Mając wiedzę na temat procedur nie stanowi to większego problemu – dość powiedzieć, że operacja udaje się doskonale, a pretekstem jest brak miejsc w przedszkolach. Ze względu na te braki gmina jest w stanie zwalniać z opłat za media takie nowe prywatne przedszkola, które nawet często mieszczą się w siedzibach dawnych publicznych przedszkoli gminnych, o ironio. Wspomniana fundacja posiada docelowo kilkanaście takich przedszkoli, w tym także w dużych miastach.

    Burmistrz (a czasem też wójt, bo podobne historie mają miejsce nie tylko w gminach miejskich) jest zadowolony, gdyż zwiększyła się liczba miejsc w przedszkolach, rodzice też są zadowoleni, bo mają gdzie posyłać swoje maluchy, no i wreszcie zadowolona jest też fundacja, bo zwyczajnie zarabia (z czego wspomniani urzędnicy czerpią oczywiście profity). Ok, ktoś powie zapewne: to o co się czepiać, skoro wszyscy są zadowoleni, przecież chyba wszystko funkcjonuje prawidłowo…?

    No więc właśnie nie do końca jest tak super. Otóż takie prywatne przedszkole jest:
    - zwolnione z opłat za media
    - opłacane przez rodziców, którzy nie mieli szczęścia dostać miejsca w przedszkolu publicznym
    - a do tego opłacane kolejno przez: samorząd, MRPiPS (Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) z programu Maluch (żłobki), a także przez inne organizacje pozarządowe, jak np. fundacje dużych firm (chociażby PZU), do których występuje się o dofinansowanie wycieczek, zajęć pozalekcyjnych itd.
    Jeżeli chodzi o rozliczenie z gminą, to następuje ono na podstawie faktur i bilansów. Na bilansach często wykazuje się straty (fikcyjne, rzecz jasna), więc taki ujemny bilans należy jakoś pokryć. Rezultat? Rodzice płacą niejako 3 razy za tę samą usługę:
    a) bezpośrednio
    b) w podatkach, które mają pokryć koszty funkcjonowania prywatnego przedszkola
    c) dokładając się do dotacji z Ministerstwa (które przecież także pochodzą z podatków)

    Idźmy jednak dalej – jak ugrać jeszcze więcej pieniędzy? A np. trzeba przeprowadzić remont lokalu - zwykle jest on wykonywany „na odpi*rdol” przez męża pracownicy fundacji, umowa zrobiona na syna (bo mąż-rencista oficjalnie pracować nie może). A jeśli transza z danej gminy już przyszła i nie można zaksięgować remontu, to też żaden problem – po prostu księguje się go na inne przedszkole zarządzane przez fundację, odpowiednio preparując umowę-zlecenie. Z ciekawostek dodam, że fundacja taka otwierając nowe przedszkole/żłobek nie wymienia nawet wykładziny, bo i po co pieniądze wydawać – wystarczy znaleźć byle jaki certyfikat potwierdzający niepalność (do dostania w sieci) i podpiąć go do dokumentów.

    Masowym procederem jest również fałszowanie wszelkich ankiet dotyczących dodatkowych zajęć szkolnych lub sportowych – pod takie rzekomo przeprowadzone zajęcia można oczywiście wyciągać dofinansowania. Co jeszcze… Kupuje się drogie zabawki w małych ilościach, aby w razie czego móc pochwalić się kontroli, że niby większość jest z tzw. górnej półki – taki towar ląduje na magazynie, a dzieci bawią się na co dzień tańszymi zabawkami. Zresztą i tak negocjuje się z dostawcami korzystne ceny i zamawia u nich wszystko od mydełek po meble, a następnie księguje się po „normalnej”, czyli wyższej cenie (koszty).

    Pora teraz na system zatrudniania, a tam rządzi czystej wody nepotyzm oraz wykorzystywanie darmowej siły roboczej. Nie będzie więc chyba zaskoczenia, że zatrudnienie w takich „fundacyjnych” przedszkolach lub żłobkach dostają żony, córki itp. osoby powiązane z założycielami fundacji. Te, które nie mają wykształcenia pedagogicznego, zostają asystentkami lub bardzo drogimi sprzątaczkami. Dodałbym jeszcze tutaj, że taka asystentka/zastępca kierownika lub sprzątaczka może zarabiać więcej od samego kierownika, a to w sytuacji, kiedy pełni funkcję pielęgniarki, nie są więc to takie złe „fuchy”, jakby się mogło na początku wydawać. Ambitniejsze panie z kolei zostają wysłane na studia zaoczne i to wpisuje się w koszty finansowane przez samorząd. W przypadku żłobków natomiast wystarczy, aby osoba z dowolnym wykształceniem ponadgimnazjalnym ukończyła 280-godzinny kurs na opiekunkę i już może zajmować się grupką malutkich dzieci.

    Aby cały system się nie zawalił, sprowadza się z urzędów pracy stażystów, przede wszystkim takich z wykształceniem wyższym pedagogicznym. Mając darmowych pracowników w przedszkolu księgowa i tak jest na tyle bezczelna, że nadal potrafi wykazywać stratę na papierze. A stażyści? Po wymaganym okresie stażu (najczęściej bez gwarancji zatrudnienia) bierze się nowych i tak przez cały czas z rozmysłem bazuje się na darmowych pracownikach. Delegacje księguje się tak, aby zahaczały o przedszkole. Poza tym oczywiście rodzice, którzy pracują w przedszkolu, są zwolnieni z opłat za dziecko, podobnie jak rodzice korzystający z opieki społecznej. W przyrodzie jednak nic nie ginie i różnicę pokrywają pozostali rodzice ze swoich, odpowiednio wyższych, opłat.

    A teraz trochę liczb obrazujących skalę takiego niepozornego na pierwszy rzut oka biznesu. Według GUS w 2016 w Polsce było 21675 przedszkoli oraz 48782 oddziałów przedszkolnych. Przedszkola niepubliczne są i tak dotowane przez samorząd i ministerstwo, stając się de facto publicznymi, ale dodatkowo jeszcze finansowanymi przez rodziców dzieci. Dochodzi więc do tak kuriozalnej sytuacji, w której pobyt dziecka w placówce kosztuje więcej, niż studia zaoczne! Aby zrozumieć o jakie pieniądze toczy się gra, wspomnę tylko, że przez małe przedszkole na wsi w ciągu roku mogą przepłynąć środki w wysokości 1,5 miliona PLN, przy rzeczywistych (nie księgowych!) małych kosztach prowadzenia – w końcu zwolnienia z opłat, darmowa siła robocza itd. robią swoje. Stąd właśnie fenomen wielu prywatnych przedszkoli i żłobków.

    Osobiście z niesmakiem obserwuję „lament” zarządzających takimi placówkami, że z roku na rok obniżane im są dotowania i ryzykują upadłość. Gdyby tak rzeczywiście było, to nie podjęliby się takiej działalności, proszę mi wierzyć. W Krakowie np. doszło do takiej parodii, że właściciele przedszkoli prywatnych zagrozili bankructwem, jeśli radni obniżą dofinansowanie, a to przy średnim zarobku w wysokości 50 tys. PLN miesięcznie na jedno tylko przedszkole (oficjalne wyliczenia dla ponad 30 placówek)! Tak, to nie pomyłka – o tym przypadku akurat pisała zresztą nie tak dawno prasa. Dotacje zresztą jeśli nawet są obniżane, to w niewielkim stopniu, a i tak automatycznie czesne idzie wtedy do góry.

    Moim zdaniem perspektywy przed tym biznesem rysują się całkiem dobre, ponieważ dzietność powinna wzrosnąć w związku z programem 500+. Zresztą podejrzewam, że wspomniani urzędnicy od fundacji i tak mają dostęp do danych dotyczących narodzin dzieci w danym mieście (wystarczą znajomości w Urzędzie Stanu Cywilnego), zanim GUS jeszcze opublikuje oficjalne dane, tak więc mają doskonałe rozeznanie w tym, czy opłaca się otwierać kolejne placówki.

    Co mogę dodać od siebie? Reasumując mamy tutaj: niezbyt etyczny styk prywatny biznes & pełnienie funkcji publicznej, manipulowanie księgowością, fałszerstwa dokumentów, nepotyzm, wykorzystywanie darmowych pracowników, „dojenie” pieniędzy z budżetu i rodziców + jeszcze kilka innych rzeczy. Czyli całkiem sporo, jak na tak z pozoru przyjemną i niewinną branżę. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #pieniadze #dzieci #rodzice
    pokaż całość

    źródło: dziecko 2.jpg

    •  
      C..R

      0

      @Willy666: @vishon: Miesięcznie, nie każdy mieszka w kilku największych miastach w Polsce gdzie ceny rzeczywiście wynoszą ok 1000 miesięcznie. W tych mniejszych właśnie czesne często wynosi 300 bo do takiej kwoty miasto dokłada drugie 300 + trzeba doliczyć wyżywienie osobno i komitet rodzicielski. Ja płacę łącznie trochę ponad 500 zł miesięcznie.

    •  

      @C_MR 300 - 400 to ja płaciłem jak dziecko chodziło do publicznego przedszkola. Miasto ~28k trudno nazwać jednym z największych w Polsce.

    • więcej komentarzy (27)

  •  

    Dziś będzie co nieco o samochodach. Otóż otrzymałem niedawno info o ciekawym procederze dotyczącym zarabiania kasy kosztem firm leasingowych. Mechanizm jest tutaj prosty aż do bólu, a odbywa się to tak:

    a) Bierzemy spółkę zarejestrowaną „na słupa” mającego dobry scoring w BIK i generujemy sztuczne obroty, ewentualnie kupujemy już istniejącą spółkę ze zdolnością kredytową (da się takie wyrwać).

    b) Idziemy do firmy leasingowej i bierzemy kilka drogich pojazdów w leasing po cenie katalogowej (ostatecznie może być nawet i jedno auto, ale to średnio opłacalne), z możliwie najmniejszą wpłatą własną, max kilka %.

    c) Samochody zwracamy po krótkim czasie (miesiąc – dwa), ewentualnie oddajemy je komuś, kto nie ma zdolności kredytowej na papierze, ale chce jeździć fajnym autem, więc płaci ratę leasingową – rozwiązanie absolutnie nieakceptowane przez większość (albo i wszystkie) firm leasingowych, ale who cares... Jeśli jednak zwracamy auta firmie leasingowej lub też zabiera je ona za niepłacenie rat, to oczywiście narażamy się na duże koszty związane z wcześniejszym zerwaniem umowy. Nasza spółka – słup jednak i tak zostaje wkrótce po tym zamknięta, być może nawet ogłosi upadłość, a my mamy oczywiście gdzieś to, że będą ciągać po sądach jej byłego prezesa, bo i tak nie mają mu czego zabrać.

    No dobra, a gdzie tu zysk…? Słowo – klucz to w tym przypadku rabat dealerski, który może sięgać 20-kilku % przy wzięciu w leasing kilku aut, oczywiście trzeba wybrać odpowiedni model (np. schodzący już z rynku). Dealer dostaje więc przelew od leasingodawcy według ceny katalogowej, a wspomniany rabat dostajemy od niego do ręki – nie pytajcie, jak to potem księgują, bo i tak nie mógłbym tego napisać. Weźmy jednak na ten przykład 4 auta po ok. 200 tys. PLN każde i oto mamy z tych rabatów kwotę ok. 150 tys. PLN, już po odliczeniu tych kilku % na wpłatę. Ktoś powie: ok, w sumie nieduża kasa, niewarta chyba tylu zachodów z otwieraniem spółki itd. Ja odpowiem: pozornie może i tak, ale opisany tutaj schemat to zwykle tylko poboczny deal, bo takie spółki - słupy często służą zwykle do wyłudzania kredytów, nabrania towaru w kredyt kupiecki oraz, oczywiście, do crème de la crème przestępczości gospodarczej, czyli wyłudzania podatku VAT. Jest więc na czym zarabiać... ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #samochody
    pokaż całość

    źródło: mustang 18.jpg

  •  

    Jest na #netflix jakis fajny #film #serial #dokument w tematyce przekretow finansowych, walkow podatkowych, prania pieniedzy itp? #bialekolnierzyki

    pokaż spoiler Oczywiscie na faktach autentycznych ale na tych mniej autentycznych tez moze byc

  •  

    Dziś historia, którą streścił mi pewien dobry Mirek, co to na niejednej budowie chleb jadł. Roboczo nazwałem ten patent „na bobra”, ale oczywiście wiele innych zwierzątek można tutaj podpiąć, tych objętych ochroną ma się rozumieć.

    Na początek krótki szkic sytuacyjny: jest sobie duża budowa autostrady, czy też jakiejś innej obwodnicy, jest wykonawca odcinka, w którego interesie leży zwiększenie kosztorysu i wyciągnięcie jeszcze większej ilości pieniędzy i są ekolodzy, którym też zależy na wyciągnięciu pieniędzy. No i jest bóbr, główny bohater dramatu, niestety.

    Więc ten wykonawca odcinka kombinuje tak: a gdyby na ten przykład zorganizować jakieś dodatkowe obmiary, które by potwierdziły, że XXX-ton materiałów więcej trzeba było zużyć i dużo roboczogodzin poszło… Tylko mądrze ogarnąć temat, żeby faktycznie nie trzeba się było narobić, ale dało zarobić. Wtem, jak to zwykle na takich budowach bywa, na scenę wkraczają ekolodzy, którzy mocno protestują, bo budowa rzekomo zagraża siedliskom ultrarzadkich mrówek sundyjskich, czy tam innych zagrożonych gatunków. Niby dodatkowy kłopot, ale przecież prawdziwy mistrz biznesu potrafi przekuć porażkę w zwycięstwo. I tak oto wykonawca dogaduje się z ekologami: Panowie, dam Wam ile tam chcecie (10, 15, 20 tys. PLN-ów), ale mnie zorganizujcie jakiegoś zwierzaka, już Wam mówię po co…

    Kilka dni później ekolodzy łapią we wnyki naszego głównego bohatera, czyli bobra i uśmiercają bidulka ciosem w głowę zadanym szpadlem. Następnie cichaczem, po nocy, zakradają się na nasyp i drążą dziury w poprzek skarp, które są prawie skończone, a potem wrzucają tam truchło. Rano robotnicy znajdują dziury oraz zwłoki zwierzaka, oficjalnie i według przepisów wszystko zgłaszają, a ekolodzy błyskawicznie pojawiają się w biurze kierownika budowy. No i wtedy rozpoczyna się interwencja oraz śledztwo mające na celu ustalenie tego, jak zginął bóbr, czy osierocił jakąś bobrową rodzinę itd. Nasyp tymczasem naprawia się nieoficjalnie jeszcze następnego dnia, oczywiście zwiększając nieprzyzwoicie obmiar w kosztorysie. Profit to w tym przypadku może i nie grube miliony (bo ile takie bobry zniszczą w teorii, to nie bomba atomowa), ale parę złotych da się urwać – no bo to zawsze przy okazji np. jakieś zapadlisko się mogło spore zrobić (na papierze tylko oczywiście), a naprawienie takowego to nie są tanie rzeczy itd. Ktoś zapewne spyta: Zaraz, zaraz, ale przecież jest jakiś odbiór, co on nie oszacuje, jak duże były rzeczywiście szkody…? Kiedyś Wam opiszę zapewne, jak taki odbiór często wygląda w praktyce, to się zdziwicie, ale to nie dziś.

    Dobra, a co z bobrem? Ano nic – po tygodniu/dwóch ekolog wystawia wykonawcy odcinka kwit, że wszystko jest ok, a bóbr to tylko pechowa przybłęda i zabiły go psy czy tam lisy, albo w ogóle zdechł ze starości. Na wszystko są oczywiście „podkładki” w dokumentach, a że ekologia ważna rzecz, to nikt się specjalnie nie czepia o te dodatkowe koszty, które i tak są drobnym ułamkiem w porównaniu z ogółem pieniędzy wydanych na całą inwestycję. Kto miał jednak zarobić, ten zarobił, na swoim poziomie. Schemat ten stosuje się także wtedy, gdy wykonawca odcinka (albo nawet główny wykonawca) nie może się wyrobić z terminami i niby to wstrzymuje prace na budowie w związku z „ekologicznym śledztwem”, ale tak naprawdę robota przez ten czas idzie pełną parą. Opóźnienie jest jednak usprawiedliwione i znowu nikt się specjalnie nie czepia, no bo ekologia…

    Opisany patent „na bobra” to tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem na wielkich budowach działy się i dzieją rzeczy, które „się fizjologom nie śniły”, cytując klasyka. Materiały, ekspertyzy, obmiary, przetargi… Jest tak dużo megaciekawych historii z tym związanych, że w zasadzie wystarczyłoby stworzyć na ich podstawie scenariusz (nic nie zmieniać, samą prawdę pisać), potem zaangażować Scorsese i Leonardo Di Caprio, a mielibyśmy hit przebijający słynnego Wilka z Wall Street, bez dwóch zdań. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #budownictwo #biznes #pieniadze #ekologia
    pokaż całość

    źródło: bóbr 1.jpg

  •  

    Dziś dla odmiany będzie coś o samochodach, żeby nie zanudzać Was non stop tą budowlanką (choć jest ona taką kopalnią ciekawostek, że jeszcze nie raz do niej wrócę). Na początek pytanie: skąd w Polsce wziąć samochód za ¼ jego wartości…? Kupić od złodziei, samemu ukraść…? Bynajmniej - wystarczy iść na aukcję komorniczą. Gdzie przekręt? Już wyjaśniam.

    Oto na polskich aukcjach komorniczych mamy całkiem sporo aut, których współwłaścicielem jest bank (zwykle ma udział 49% lub 51%). Komornik licytując takie auto, a raczej jego „połowę”, sprzedaje udział dłużnika i nic poza tym. Nowy nabywca zatem zakupi auto, które będzie musiał współdzielić z bankiem, albo spłacić mu jego część. Z natury rzeczy instytucja taka, jak bank, nie będzie raczej zainteresowana współużytkowaniem pojazdu, bo i po co to mu. Ok, podobno czasem się zdarza, że bank wysyła do nabywcy takiego udziału z licytacji roszczenie dotyczące wydania pojazdu do współużytkowania np. przez 1 tydzień w miesiącu, ale to tylko taka gra mająca prowadzić do „zmiękczenia” nowego nabywcy, aby w negocjacjach dotyczących wykupu udziałów banku "wydusić z niego jak najwięcej.

    No dobrze, a za ile taką „połowę” samochodu można kupić? Otóż pierwsza licytacja opiewa na ¾ szacunkowej wartości udziału, a druga (jeśli nie będzie chętnych w pierwszej licytacji) na ½. Przykładowo: mamy samochód oszacowany na ok. 100 tys. PLN, udział banku to ok. 51 tys. PLN, a komornik udział dłużnika wystawi na pierwszą licytację za jakieś 36 tys. PLN ceny wywoławczej, a na drugiej za jakieś 24 tys. PLN. Czyli teoretycznie, jeśli będzie tylko jeden chętny licytant, który zaoferuje cenę wywołania, to na drugiej licytacji kupi „połowę” auta za ¼ jego ceny, czyli za 24 tys. PLN.

    No dobra, ale przecież trzeba spłacić bank (który będzie chciał uzyskać jak najwięcej za swoją część), ponieść inne koszty, więc to nie jest jakiś super deal chyba…? No nie jest, jeśli zakłada się, że wszystko chcesz wykonać uczciwie i zgodnie z prawem (i są podobno firmy, które robią to uczciwie). Jednak kreatywność „białych kołnierzyków” pozwala wyciągnąć z każdego interesu więcej, niż by się mogło zdawać. Otóż do licytacji przystępuje „słup”, który w pełni legalnie kupuje udział w samochodzie - a w licytacji udział może wziąć praktycznie każdy, kto wpłaci rękojmię, za wyjątkiem samego dłużnika i jeszcze kilku osób. Co się dzieje dalej? „Słup” otrzymuje auto wraz potwierdzeniem legalności nabycia, czasem z dowodem i kartą pojazdu, a czasem bez (bo dłużnik je ukrył i nie chce oddać, albo np. siedzi w więzieniu i nie ma możliwości oddania). No w każdym razie taki „słup” odjeżdża sobie spokojnie autem kupionym za ¼ jego wartości, ale z założenia ani myśli spłacać bankowi jego udziału. Auto zwykle zostaje bardzo szybko sprzedane obywatelowi któregoś z biedniejszych krajów UE, jak np. Bułgaria czy Rumunia, często pochodzenia „cygańskiego”, nie ma co ukrywać. Cenę można dać bardzo atrakcyjną, a specyficznych klientów z tamtych krajów mało interesuje to, czy auto jest legalne, czy nie – ważne, że tanie, a zainteresowanie będzie.

    Ktoś powie: ale to bezsens jest, przecież taka Bułgaria czy Rumunia są w Schengen, polski bank na pewno zgłosi przywłaszczenie pojazdu, ten trafi do baz pojazdów kradzionych i nikt go już nie zarejestruje na legalu! Ja odpowiem: „Tomaszu”, jesteś małej wiary... Otóż wystarczy skorzystać chociażby z banalnie prostego procesu „legalizacji”, wielokrotnie praktykowanego nawet w Polsce, a mianowicie zakupić spalone auto z papierami za +- 10% ceny i oto już mamy „dawcę” do przeszczepu. Myk, myk, przeszczep zrobiony i można już iść rejestrować auto. Jest profit.

    Opisany proceder nie dzieje się na wielką skalę (zbyt mała liczba takich licytacji komorniczych), ale jednak występuje. Milionów nie da się na nim zarobić, ale np. kilkadziesiąt tys. PLN miesięcznie już tak – a to całkiem sporo, jak na tak banalnie prosty patent nie wymagający wielkich inwestycji.

    #bialekolnierzyki #komornik #motoryzacja #samochody #pieniadze
    pokaż całość

    •  

      @andrzeii: no tak, sprawa i tak jest śliska, do tego są spore koszta. 1/4 wartości (albo i lepiej jak się znajdzie jakiś debil co myśli, że zrobi interes życia) do tego cena wraku + robocizna. W dodatku sporo załatwiania spraw- trzeba stare papiery "wywalić", w dodatku auto od komornika często jest pozbawione kluczyków i papierów co też powoduje pewne koszta i zawracanie głowy. W dodatku niekiedy robią problemy jak nie masz papierów.
      Do tego weź znajdź TAKIE SAMO auto do podmianki. Wbrew pozorom to nie jest AŻ tak łatwe. Dlatego jak już są papiery do zdobycia na lepsze auto to zaraz b. podobne ginie. Wycinają co ważniejsze fragmenty, reszta idzie na złom.

      Się wycina ćwiartkę auta/podłogę/pół auta/tyle ile trzeba i się dokłada ten wycięty element z drugiego auta z jego VINem. (jak najdalej od VINu się tnie auto, żeby nie było widać cięcia)

      @Jokker: Jak jest fachura to naprawdę można ciąć blisko. Polacy jako pierwsza nacja i chyba jedyna potrafią wyklepać auto, że mało kto się pozna, czujnik nie da rady. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      I gdybym na własne oczy nie zobaczył też bym nie wierzył, jednak tak czy siak jest tak jak mówisz- tną jak najdalej bez większych komplikacji.
      Patent stary jak świat i ludzie nadal o tym nie wiedzą, to mnie dziwi.
      pokaż całość

      +: Jokker
    •  

      @grafikulus: to co zięciu, przebijamy te numery czy nie? ( ͡º ͜ʖ͡º)

      źródło: ocdn.eu

    • więcej komentarzy (120)

  •  

    Po ostatniej publikacji na INNPoland dostałem sporo wiadomości od przedsiębiorców z branży budowlanej (nie tylko z tej zresztą), którzy opisywali mi różne metody oszustw. Niektóre z tych metod znałem, inne nie, ale przytoczę dwie, które wydały mi się najciekawsze z nadesłanych.

    Metoda nr 1: Generalny wykonawca wyznacza swojego reprezentanta upoważnionego do dokonania odbioru robót (najczęściej kierownik budowy), którego, oczywiście całkiem przypadkowo, nie ma na budowie akurat wtedy, kiedy należy tenże odbiór wykonać. Zamiast takiego reprezentanta, protokół odbioru podpisuje więc inny pracownik „generalnego”, podobnie jak niedługo potem kwituje odebranie faktury od podwykonawcy. Niby wszystko w porządku, ale… Ale po pewnym czasie podwykonawca stwierdza, że nie ma na koncie pieniędzy. Udaje się więc do siedziby generalnego wykonawcy i co się okazuje? Że oto pracownik, który dokonał odbioru i potwierdził odebranie faktury, nie miał odpowiednich uprawnień żeby to zrobić. Termin już minął, a robota nieodebrana jest traktowana jako niewykonana. Walka podwykonawcy o swoje pieniądze w sytuacji, kiedy nie ma ważnego protokołu ani faktury przyjętej przez osobę, która ma do tego uprawnienia, jest bardzo ciężka.

    Często też bywa tak, że „generalny” składa podwykonawcy „propozycję nie do odrzucenia”: Wie Pan, teraz to trochę czasu minęło, mamy już kolejny etap budowy, prace poszły dalej i ciężko zweryfikować, czy Pan rzeczywiście dobrze zrobił, czy też my musieliśmy na własny koszt poprawiać, któż ogarnąć teraz zdoła, więc proponujemy Panu 50% wynagrodzenia ustalonego na początku, a jak Pan chce całość, to spotykamy się w sądzie. Część podwykonawców się godzi, część się targuje, część grozi sądem, ale tak czy inaczej wykonawca generalny zawsze będzie „do przodu” na takim numerze…

    Metoda nr 2: Można by ją w sumie nazwać „na dobrego wujka”. Wygląda to tak, że generalny wykonawca (czasem inwestor) bierze podwykonawcę i zleca mu określony zakres prac. Kolejne etapy są wykańczane zgodnie z planem, pieniądze spływają bez problemów i opóźnień (co nie zdarza się w tej branży często), wiec podwykonawca nabiera do „generalnego” zaufania. No a jak już tego zaufania nabierze, to otrzymuje ciekawą propozycję – poniżej dwie przykładowe.

    a) Wie Pan, inny podwykonawca się wycofał ze zrobienia tego a tamtego, więc może Pan się tym zajmie? Przygotujemy aneks do umowy, jak tylko dyrektor odpowiedzialny za te sprawy wróci z urlopu, a Pan już może przystępować do robót, kierownik budowy wszystko wie i zapisze to sobie w notesie.

    b) Wie Pan, tutaj miało być zrobione to i to z takiego i takiego materiału, ale inwestor się zdecydował, że jednak woli inny (najczęściej o wiele droższy), więc proszę zakupić nowe materiały i zrobić zgodnie z tym, co mówię, a specyfikację zmienimy potem, jak tylko dyrektor odpowiedzialny za te sprawy wróci z urlopu. Także Pan działa, a kierownik budowy zapisze sobie wszystko w notesie.

    Ok, i co dalej? Dalej okazuje się, że nagle i „niespodziewanie” zmienia się kierownik budowy. Z urlopu wraca dyrektor, podwykonawca swoje już zrobił, więc idzie z fakturą po kasę i mówi: Tutaj są faktury za taką i taką robotę + materiały no i jeszcze z kierownikiem X ustalaliśmy, że oprócz prac zawartych w umowie zrobię jeszcze to i to / zakupię droższe materiały niż te, co były w specyfikacji.

    A dyrektor na to:Zaraz, zaraz, a jakieś papiery Pan na to masz, aneksy, potwierdzenie zmiany specyfikacji, cokolwiek…?

    Podwykonawca odpowiada: Nie, ale to mieliśmy załatwić jak Pan wróci z urlopu, kierownik budowy X może zaświadczyć...

    Dyrektor: Dobrze, ale X już tu nie pracuje, a ja potrzebuję potwierdzenia - zobaczmy więc, co nowy kierownik budowy Y na to, zaraz każę go zawołać.

    No i przychodzi kierownik Y i mówi: Ja tam nic o tych zmianach nie wiem, nie mam żadnego potwierdzenia, X jak odchodził to nic mi nie przekazał, żadnej dokumentacji z tym związanej, także ten…

    Także ten, mówi dyrektor: Nie zapłacimy Panu, Panie podwykonawco, albo inaczej – zapłacimy tylko za to, co było pierwotnie w umowie, nic ponadto.

    No i tyle. Podwykonawca w takiej sytuacji jest w bardzo ciężkim położeniu, bo praktyczne szanse na to, że uda mu się wygrać podobną sprawę w sądzie są w zasadzie dość nikłe, a można wręcz rzec, że minimalne. Nie ma bowiem żadnego potwierdzenia na piśmie dotyczącego zmian, a tylko podpisane przez siebie oraz „generalnego” umowę i specyfikację, które opisują zupełnie co innego, niż zrobił w rzeczywistości.
    #bialekolnierzyki #budownictwo #biznes #pieniadze #firma #dzialalnoscgospodarcza
    pokaż całość

    źródło: builder.jpg

    +: f......u, PanKracy582 +1548 innych
  •  

    O wałkach w branży budowalnej napisano już właściwie książki, a schemat „na upadającego dewelopera” zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się takimi tematami. Podobno jednak pod tym względem branża się nieco „ucywilizowała” i coraz rzadziej słychać o spektakularnych upadkach i podwykonawcach stojących na skraju bankructwa. Nadal jednak na rynku działa sporo firm budowlanych określanych czasem jako „prawnicze”, które swoją działalność opierają praktycznie wyłącznie na „dokręcaniu śruby” podwykonawcom. Zwykle wygląda to tak, że taka „prawnicza” firma budowlana zatrudnia właściwie tylko prawników oraz kosztorysantów, rasowych budowlańców od samego budowania zaś w niej nie uświadczysz (albo jest ich bardzo mało). Firma ta startuje w licznych przetargach i wygrywa je dając cenę zaniżoną do granic możliwości, właściwie poniżej kosztów jeśli przyjąć, że wszystkim trzeba zapłacić uczciwie. Właściwie to można powiedzieć, że uczciwy wykonawca też stający do przetargu nie jest w stanie tej ceny przebić. Co się dzieje dalej? Po pierwsze podwykonawcom podsuwa się do podpisania umowy pełne „niespodzianek”, praktycznie nie do ogarnięcia przez przeciętnego właściciela małej firmy zatrudniającej kilka – kilkanaście osób. A jak ktoś nie chce podpisać? Żaden problem, zawsze znajdzie się jakiś branżowy „świeżak”, który podnieci się wizją „poważnego kontraktu” i podpisze praktycznie bez czytania, a od tego momentu nie ma już odwrotu.

    Wtedy do akcji wkracza tzw. inwestor zastępczy prowadzący nadzór, który stopniowo zaczyna „dociskać” podwykonawców. Metody są różne – do najpopularniejszych należą np.: takie sterowanie przebiegiem prac, aby podwykonawcy nie mieli szans zdążyć z terminami, naliczanie absurdalnych niekiedy kar (ale zgodnych ze skomplikowanymi zapisami umowy), czy też przywłaszczanie sobie pod byle pretekstem tzw. kaucji gwarancyjnych wpłacanych przez podwykonawców jeszcze przed rozpoczęciem prac (zwykle 10 do 20% zakładanej wartości wynagrodzenia). Spectrum metod jest tak szerokie, że w zasadzie ogranicza je jedynie fantazja firmy „prawniczej” i nadzoru zastępczego – znany był np. przypadek, w którym jeden z takich przedsiębiorców odciął dopływ prądu na swojej budowie i domagał się później od podwykonawców kar za zawalenie terminów umownych (a bez prądu czasem ciężko na budowie). Generalnie chodzi o to, aby być upierdliwym na ile tylko się da i uprzykrzać maluczkim życie tak, aby wreszcie po niekończącej się serii poprawek pękli i zgodzili się na obniżenie swojego wynagrodzenia zawartego w kontrakcie. Z drugiej strony wielu z właścicieli takich małych firm doskonale wie, że w sądzie ciężko będzie im wygrać, no a poza tym to trwa, kosztuje itd. więc koniec końców lepiej zgodzić się na obniżenie wynagrodzenia o X tys. PLN, niż walczyć z firmą zatrudniającą kilku dobrych prawników wyspecjalizowanych w tego typu sprawach. A że nie zarobią na takim zleceniu, tylko wręcz dopłacą, jeśli sami nie wydymają swoich pracowników? Cóż, życie, tak już jest, że w przyrodzie wygrywa silniejszy kosztem słabszego…

    Sytuację podwykonawców komplikuje dodatkowo wprowadzenie odwrotnego obciążenia VAT, ale to już temat na inny wpis. Skoro już jednak przy podatkach jesteśmy, to warto wspomnieć o mniej znanej metodzie dodatkowego zarabiania w budowlance, jaką było reżyserowane „ugrywanie” VAT-u. Odbywało się to w dość prosty sposób: jak wiadomo praktycznie każdy duży kontrakt w branży ma wpisane kary umowne i nie ma w tym nic niezwykłego ani wzbudzającego szczególne zainteresowanie skarbówki. I jak to teraz wykorzystać? Otóż główny wykonawca zawierał umowę z inną spółką na realizację całej inwestycji, jednocześnie zastrzegając w tej umowie takie kary umowne, które stanowią praktycznie równowartość tejże inwestycji. No i teraz wystarczyło, że taki „generalny podwykonawca” zawalił terminy i parę innych rzeczy (praktycznie realizując jednak kontrakt), a główny wykonawca występował o zapłacenie tych drakońskich kar umownych. Myk polegał tu na tym, że kary umowne nie są objęte obowiązkiem płacenia VAT-u, a obie spółki (zarówno główny wykonawca, jak i „generalny podwykonawca”) były w rzeczywistości kontrolowane przez te same osoby. Tym samym już na starcie było wiadomo, że można dać w przetargu cenę niższą nawet o 20% (bo nie trzeba będzie płacić VAT-u), a i tak wyjdzie się na swoje. O „ugrywaniu” dochodowego już nawet nie wspominam.

    A na koniec historia z nieco innej strony barykady budowlanej, tak dla doprawienia wszystkiego odrobiną sensacji. Otóż w pewnym województwie (nie będę pisał w jakim, bo zapewne budowlańcy z tamtych okolic szybko zidentyfikowaliby o kogo chodzi) funkcjonuje lokalna sieć hurtowni trzymająca „w kieszeni” znaczną część miejscowych firm budowlanych, zwłaszcza te mniejsze. Właściciel to były funkcjonariusz służb (nieważne jakich), który oprócz handlu materiałami budowlanych zarabia także na pożyczaniu pieniędzy na %, a konkretnie 10% w skali miesiąca). I teraz towar na kredyt kupiecki może w tych hurtowniach dostać praktycznie każdy budowlaniec, nawet ten nowy w branży. Ale uwaga! Jak tak, to już na starcie musi podpisać weksel – i nie ma tutaj zmiłuj. Jakiś dłużnik nie ma pieniędzy na spłatę należności? Żaden problem, ów biznesmen chętnie mu pożyczy hajsy na spłatę zakupionego u niego towaru, oczywiście z lichwiarskimi odsetkami. Interes kręci się pięknie, ale od czasu do czasu zdarza się „oporniak”, który nie chce uregulować należności, albo po prostu nie ma z czego. Wtedy do akcji wkraczają „charty” – jest ich kilkanaście, a pod tym dość wymownym pseudonimem używanym przez owego biznesmena, kryją się pracownicy działu windykacji, praktycznie wszyscy to byli funkcjonariusze policji lub innych służb „siłowych”. I te „charty”, jak można się domyślić, nie poprzestają na wysyłaniu wezwań do zapłaty, ale twardo „negocjują” w terenie – tu nie ma miękkiej gry, a dawne znajomości i doświadczenie w „zmiękczaniu” sprawiają, że mogą sobie pozwolić na naprawdę wiele i są naprawdę skuteczni w swojej robocie. Dość powiedzieć, że kilku „chartów” dość szybko zrezygnowało z tej roboty po paru wyjazdach do dłużników, kiedy zdali sobie sprawę, jakich metod perswazji oczekuje od nich pracodawca.

    Przy okazji zapraszam na profil na FB, jeśli ktoś woli przebywać właśnie tam: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/

    #bialekolnierzyki #biznes #dzialalnoscgospodarcza #firma #budownictwo #pieniadze
    pokaż całość

    źródło: adigaskell.org

    •  

      @grafikulus: Z tymi karami umownymi i uzyskiwaniem na podatku VAT to kompletna bzdura. Główny wykonawca musi przecież wystawić fakturę na inwestora, natomiast jakiekolwiek kary umowne naliczanie między głównym wykonawcą a podwykonawcami nie mają żadnego znaczenia dla rozliczenia między inwestorem a głównym wykonawcą. Dodatkowo kara umowna nie stanowi kosztu podatkowego (z pewnymi wyjątkami) u płacącego karę, natomiast jest zawsze przychodem podatkowym dla podmiotu, który ją uzyskuje. pokaż całość

    •  

      @SlawomirR1979: No ja za Ciebie wszystkich klocków układać nie będę - myśl, kombinuj.

    • więcej komentarzy (81)

  •  

    #bialekolnierzyki @grafikulus czekam na opis przekrętu na alimenty/ fundusz alimentacyjny tzn. w wielkim skrocie:
    1. wykazujemy duzy dochód
    2. fikcyjny rozwod
    3. sad przyznaje bardzo wysokie alimenty na dziecko
    4. bankructwo
    5. kasa idzie z funduszu alimemtacyjnego
    6. rozne sposoby na nie wsadzenie do wiezienia, np. choroba psychiczna, wycieczka, znajomosci w sadzie/rządzie itp.
    Nie wiem na ile to jest realne.
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #bialekolnierzyki

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1

Archiwum tagów