•  

    Jest poniedziałek, godzina 03:43, nasz szalony kolega @byczys od 1 d 18 h 43 min walczy w rowerowym Maratonie Północ Południe, właśnie minął punkt kontrolny Woźniki koło Wadowic. Jest na 789 kilometrze, cała trasa liczy 939 km. Czyli zostało już "tylko" 150 km. Po górach. Pozycja 37 na 78 osób z listy startowej.
    Trzymamy kciuki.

    Śledzenie:
    http://mpp.1008.pl

    #byczysnarowerze #rower #mpp
    pokaż całość

  •  

    Mało mam czasu więc kopiuję poprzedni wpis z aktualnymi danymi:

    Jest godzina 10:32, nasz kolega @byczys od 25 h 32 min bierze udział w rowerowym Maratonie Północ Południe, aktualnie jest na 561 kilometrze, w pobliżu Wielunia. Cała trasa liczy 939 km. Pozycja 27 na 78 osób z listy startowej.
    Trzymamy kciuki.

    Śledzenie:
    http://mpp.1008.pl

    #byczysnarowerze #rower #mpp
    pokaż całość

  •  

    Jest godzina 01:40, nasz kolega @byczys od 16 h 40 min bierze udział w rowerowym Maratonie Północ Południe, aktualnie jest na 395 kilometrze, na wysokości Gniezna. Cała trasa liczy 939 km. Pozycja 30 na 78 osób z listy startowej.
    Trzymamy kciuki.

    Śledzenie:
    http://mpp.1008.pl

    #byczysnarowerze #rower #mpp pokaż całość

  •  

    Jutro start w ostatnim maratonie w tym roku. Północ - Południe, czyli 939 km spod latarni w Helu, do schroniska górskiego Głodówka w Tatrach. Dwa lata temu ukończyłem tę fajną imprezę, ale tym razem trasa przebiega inaczej, więc skusiłem się jeszcze raz :)

    Wtedy zajęło mi to około 60 godzin, ale przez to że zgubiłem portfel i musiałem po niego wracać do Łowicza, musiałem nadłożyć 50 km. Jest więc nadzieja, że uda się urwać kilka godzin ;)

    Maraton ma charakter samowystarczalny, więc po drodze nie ma zorganizowanych żadnych punktów żywieniowych itp. i zabroniona jest pomoc z zewnątrz.

    Tutaj można będzie śledzić przebieg na żywo:

    http://mpp.1008.pl

    Mój numer startowy to 17.

    Strona maratonu:

    http://www.mpp.podrozerowerowe.info

    Trzymajcie kciuki szczególnie żeby wytrzymało tylne koło. Mam duży luz na łożyskach. Tydzień temu oddałem je do serwisu i gościu wziął kasę a koła nie naprawił :D

    Pozdrowienia z pociągu do Gdyni :)

    #byczysnarowerze #rower
    pokaż całość

  •  

    No i jestesmy! :) Ponad 4300 km w 14d22h56m. Ostatnie 415 km non stop i były to najtrudniejsze kilometry w mojej kolarskiej karierze.
    Ostatni raz łóżko widziałem tydzień temu. Kawał rowerowej przygody! To tyle ma ciepło ;) Pozdr

    #byczysnarowerze #nc4000 #rower #nc4k

  •  

    Pierwszy nocleg za kołem podbiegunowym! :) Im dalej ma północ, tym dzień dłuższy. Teraz jest prawie 22:40 i nadal całkiem jasno. Fajne uczucie, pokonać daki dystans na rowerze, że zauważalne są aż takie różnice. Ponad 3600 km za mną. A samolot dopiero za tydzień ;)

    #byczysnarowerze #nc4000

  •  

    Polacy idą jak burza w najtrudniejszym kolarskim maratonie samowystarczalnym; pierwszy Karol Wróblewski minął już Łowicz, w pierwszej dziesiątce jeszcze Michał Wolf (3) i Łukasz Mirowski (9) Nasz wypokowy kolega #byczysnarowerze jeszcze w Czechach, ale i tak jest w czubie - ok.35 miejsca. Zawodnicy do Warszawy wjadą od zachodu ulubioną trasą kolarzy: od Żelazowej Woli DW 580 do Leszna, a potem równoległą przez zachodnie wioski - Białutki, Wąsy Kolonia, Pogroszew, Pilaszków, Kaputy etc. Kto jeździł, ten wie. ;) Link do śledzenia PS. Zwracać trzeba uwagę na godzinę, w której pozycja zawodnika została zarejestrowana, bo nie wszyscy maja non-stop włączony telefon z aplikacją umożliwiającą śledzenie. Podobno strasznie zjada baterię.
    #szosa #rower #nc4k #nc4000 #maratonrowerowy
    pokaż całość

    •  

      @hipek99: możliwe, że źle przetłumaczyłem wpis na NorthCape4000 na fb

      Day 6. Varsavia.

      “E' nella crisi che sorge l'inventiva, le scoperte e le grandi strategie.” A. Einstein

      Karol Wrobleski (PL) era arrivato a Varsavia, la sua città, prima di tutti gli altri, protagonista di una performance straordinaria che lo ha portato da Arco fino alla città dove vive, 1537 km, in appena 83 ore e spiccioli. Poi, piu’ niente. Il suo "dot" si è fermato alle 19.33 e per ben 23 ore in molti si sono chiesti che fine avesse fatto, noi compresi, fino ad arrivare a darlo per ritirato, bollito, esploso. In fin dei conti ci poteva anche stare diciamocelo, ti metti comodo a casa tua, mangi bene, dormi come se non ci fosse un domani e cosi facendo, dai pero’ modo al tuo corpo di rilassarsi e ribellarsi, e poi come fai a ripartire? Giusto? No.

      Niente di piu’ sbagliato. Alle 18.04 di ieri, la mappa live della NorthCape4000 ha visto muovere di nuovo il tag “KW”. E fedele al suo ritmo, il tank, in appena una notte e poco piu’, ha recuperato il distacco praticamente su tutti gli altri, coprendo circa 400 km alla media di 25 km/h. Chi ieri era davanti, Michal Wolff (PL) e Maximiliano Oliva (ITA), ma anche Alex Zavoral (CZ), Paolo Botti (ITA) e i britannici Walker e Butcher, non hanno goduto di una sosta ristoratrice cosi importante, certo, li abbiamo visti e stanno tutti bene, ma non sono cosi riposati come chi riparte dopo 24 ore di rinfreschi. Insomma, Wrobleski è tornato e quella che poteva sembrare un’uscita di scena o una strategia malsana, magari, si dimostrerà tutt’altro. Vedremo.

      Mentre scriviamo i primi rider, lui compreso, sono già in Lituania, quelli in coda in Germania, praticamente un treno di 1200 km. Tra le donne Rita Jett (USA) continua a colpire duro e attualmente è la partecipante ad aver coperto la maggiore distanza dalla partenza, l’abbiamo vista ieri a Varsavia, insieme al suo compagno di strada Eric Nohlin (USA), i due atleti Specialized, sulle loro Diverge, hanno come obiettivo quello di arrivare a Capo nord in 12 giorni e parlando con loro non abbiamo dubbi che ci riusciranno. La triatleta Claudia Gugole (ITA), che divide la strada con Davide Sanna (ITA), è attualmente a 200 km da Varsavia, sta andando bene, è entusiasta della traccia 2018 ma come tutti è messa alla prova dal caldo estremo.
      pokaż całość

    •  

      @greg-ka-14: Rozumiem z tego tylko "Varsavia". :D

    • więcej komentarzy (11)

  •  

    North Cape 4000

    Start już niebawem, bo w najbliższą sobotę 28 lipca! :) Zgodnie z zapowiedziami, spróbuję się przejechać na rowerze od podnóży Włoskich Alp, aż na Przylądek Północny Nordkapp w Norwegii.

    Jest to druga tej edycja imprezy. Organizowana jest przez Włochów, dlatego startować będziemy z miejscowości Arco położonej nad jeziorem Garda u stóp Alp. Każdy ze 125 uczestników (z 25 różnych państw) będzie musiał się zmierzyć ze z góry narzuconą trasą o długości 4300 km, która przebiegać będzie przez 11 europejskich państw, w tym Polskę. Zasady są proste – jazda w trybie samowystarczalnym, czyli bez wsparcia z zewnątrz, również ze strony organizatorów. Każdy jest więc zdany wyłącznie na siebie i ogólnodostępną infrastrukturę. Można się łączyć w pary, choć osobiście planuję jechać głównie samotnie lub niewielkimi odcinkami czysto towarzysko :)

    Za mną dobre pół roku przygotowań, choć tak naprawdę na próbę zostanie wystawione doświadczenie zbierane przez ostatnie lata. Większość noclegów planuję na dziko, pod namiotem lub w samym śpiworze, zależnie od warunków na trasie i potrzeby danej chwili ;)

    Poza kuferkiem, AWOL otrzymał jeszcze torbę pod ramę Specialized Burra Burra, więc pomimo że już wcześniej był klockiem, to teraz waży już naprawdę sporo! Musiałem trochę zwiększyć przestrzeń bagażową w stosunku do MRDP, a to ze względu na to, że zabieram ze sobą namiot i trochę więcej ubrań. Przekrój pogodowy na trasie może być bardzo zróżnicowany – od włoskich upałów, aż często po deszczową, wietrzną i chłodną dziadowiznę za kołem podbiegunowym. Niektórzy ostrzegają nawet przed przymrozkami w nocy.

    Zdjęcie całego zestawu w pierwszym komentarzu. Może jakoś się to uda przeciorać przez te 4300 km! :)

    Naszą pozycję będzie można śledzić online na stronie:

    http://www.northcape4000.com/en/live-event

    Prawdopodobnie będzie również udostępniona relacja sms, znana z #mrdp Będą się tam wtedy pojawiać wpisy uczestników z Polski, a będzie nas pięciu.

    http://mrdp.pl/

    Tutaj link do całej trasy:

    https://ridewithgps.com/trips/24912968

    Niestety ten tracking oparty jest na aplikacji mobilnej, którą będziemy musieli mieć na naszych telefonach. Pomijając konieczność używania przesyłu danych, to głównym problemem może być prądożerność, bo na moim telefonie drenuje to baterie dość mocno. Ale może uda mi się to jakoś ogarnąć i mimo wszystko będę widoczny w miarę na bieżąco.

    Jak widać trasa przebiega prawie 900 km przez Polskę, więc jeśli ktoś miałby ochotę przez chwilę wesprzeć mnie duchowo i zamienić kilka słów, to zapraszam! :) Długiej, całodniowej asekuracji raczej chciałbym uniknąć, bo z doświadczenia wiem, że przy sporym zmęczeniu jakie będzie mi już pewnie towarzyszyć na tym odcinku (1000 – 2000 km) ciężko się wtedy skupić na samym sobie i łatwo o głupie decyzje itp.

    Będę się starał wrzucić czasem bieżącą sytuację czy odczucia pod swoim tagiem, więc zainteresowanych zapraszam do obserwowania #byczysnarowerze

    Również na Facebooku będę dawał znać znajomym i rodzinie co u mnie i będą to posty publiczne :)

    Jaki mam ambicje? Głównie podyktowane są przez termin lotu powrotnego jaki sobie wykupiłem z norweskiej Alty, a oznacza to maksymalnie 19 dni jazdy. Jeśli się uda dotrzeć na metę, to jeszcze będę musiał dostać się do oddalonego o 200 km lotniska i mam na to przewidziany 1 dzień w zapasie. Każde słowo wsparcie będzie mile widziane :) To naprawdę nieraz pomaga ponownie przykleić się do siodełka, gdy ciało buntuje się i każe wrócić do strefy komfortu ;)

    Zobaczymy jak to będzie – na tak długiej trasie, mnogość czynników które mogą stanąć na przeszkodzie jest olbrzymia, ale przecież to jest w tym wszystkim najpiękniejsze! :)

    Dzięki i pozdr! :)

    #nc4k #nc4000 #rower #polska #kolarstwo
    pokaż całość

  •  

    16756 - 544 - 21 = 16191

    Maraton Podróżnika 2018

    Był to mój trzeci start w MP, a że jest to impreza która bardzo przypadła mi do gustu, to wziąłem udział, pomimo że w tym roku do bazy zawodów było daleko (prawie 600 km od domu) i zaplanowana trasa była generalnie płaska i bez gór. Z drugiej strony właśnie to, że maraton odbywa się zawsze w innej części Polski jest dla mnie dużym plusem - nie lubię jeździć tego samego :)

    Na miejsce jedziemy wraz z małżonką samochodem. Również po raz trzeci pomaga ona w organizacji, odprawiając zawodników na starcie i oczekując ich powrotu na mecie z medalami ;) Na miejscu jesteśmy dzień przed startem po południu, więc jest jeszcze czas na rozmowy ze znajomymi. Robię tez mały rekonesans okolicy na rowerze, przy okazji sprawdzając czy rower nie doznał jakiejś usterki podczas transportu samochodem. Asfalty w okolicy są kiepskie, ale to tylko przedsmak tego co nas będzie czekać.

    Pogoda zapowiada się dosyć dobra, choć zapowiadane temperatury są dla mnie trochę za wysokie. No ale najważniejsze, że ma nie padać.

    Startuję w przedostatniej grupie o godzinie 8:30. Dosyć szybko odłączam się od reszty i jadę sam. Już po około pół godzinie dogania mnie ostatnia, najmocniejsza grupa, która wystartowała 5 minut po nas. Podpinam się pod nią, ale po może 10 km odpuszczam, bo tempo jest tam bardzo wyżyłowane, pomimo naprawdę kiepskich nawierzchni. Lecą na urwanie karku i dodatkowo całość jest strasznie szarpana. Jadąc za kimś kilka razy wpadam w dziurę. To nie dla mnie ;)

    Po pewnym czasie dogania mnie Daniel Śmieja (organizator zamieszania o nazwie MRDP) i jedziemy wspólnie. Doganiamy sporo osób z startujących wcześniej, i powoli tworzy się nam nowa grupka, która jednak po podkręceniu tempa trochę się klaruje. Jedziemy z Danielem i jakimś kolegą, któremu towarzyszy kolega w samochodzie. Daniel informuje go, że taka pomoc jest zakazana regulaminem i żeby poinformował organizatorów o tym fakcie, bo będzie niesmak na mecie. Twierdzi, że nie jedzie dla medalu, tylko że chce pierwszy raz przejechać taki dystans.

    Po pewnym czasie doganiamy Maćka Skowronka i dłuższy czas jedziemy we trzech. Krajobrazy Pojezierza Zachodniopomorskiego cieszą oko, jest tu spokojnie i ruch samochodowy niewielki. No bo kto z własnej woli chciałby tłuc się po takich dziurach ;) Upał doskwiera już mocno, choć sytuację ratuję dość gęsto obsadzone drzewami drogi. Bidony wysychają szybko więc w Tychowie robimy kilkunastominutowy postój w sklepie. Po pewnym czasie Maciek zostaje trochę z tyłu, a na którymś z niewielkich podjazdów gubię też Daniela, jednak tuż przed Mielnem dogania mnie i odcinek nadmorski przejeżdżamy wspólnie. Nagle, pomimo że jest godzina 14 i pełne słońce, robi się... zimno. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Temperatura była niższa spokojnie o 10-12 stopni.

    Niedługo po tym, jak droga trasa wywija się w kierunku południowym, wypadają mi z kieszonki okulary i Daniel mi odjeżdża. Doganiam go, a że idzie dobrze, to wyrywam do przodu. Ostatnie 30 km przed punktem żywnościowym jest ciężkie. Jest to najcieplejsza pora dnia, a teren jest odkryty, więc tempo gwałtownie leci w dół i jadę siłą woli ;) Ale jak widać nie tylko mi to daje w kość, bo nikt mnie w tym czasie nie dogania.

    Na punkcie w Polanowie jest kilka osób. Ekipa go obsługująca sprawnie podsuwają mi pod nos porcję makaronu z mięsem, który jednak początkowo odpycha mnie. To z pewnością ze względu na upał i wycieńczenie. Wyjadam sam makaron, ale pod koniec wciągam jednak całą resztę, bo robi się lepiej :) W międzyczasie dojeżdżają inni, m. in. Daniel, Maciek, Wilk i słony Emes ;). Daniel rusza w dalszą drogę dość szybko. Ja uzupełniam bidony i startuję razem z Wilkiem. Jedziemy dość spokojnie i dyskutujemy o North Cape 4000 w którym również bierze udział. W pewnym momencie luzuje mu się sztyca siodełka, więc zostaje trochę z tyłu. Przejeżdżam przez jeden z najgorszych odcinków trasy. Asfalty to dramat i to jest moment, gdzie dla mnie miarka się przebrała i jadę wkurzony, bo to nie są incydentalne odcinki, tylko po prostu większość dotychczasowej trasy wygląda źle.

    W Miastku postanawiam zahaczyć o Biedronkę, ale nie był to dobry pomysł, bo pani przy kasie przede mną z wielkimi, chyba zapomniała że nie ma pieniędzy na koncie. Postanawia szybko podejść do bankomatu, w czasie gdy my stoimy i czekamy. Wraca, stwierdzając że jednak nie ma pieniędzy ;) W tym czasie wyprzedza mnie Wilk. Po pewnym czasie, jadąc już po ciemku, rozpoznaję jego wysoko zawieszoną na plecaku lampkę, więc mam motywację by gonić. Udaje się i jedziemy znów wspólnie, a po chwili wyprzedza nas Daniel, który przed chwilą zrobił zakupy w Czarne i stwierdza że jedzie pozostałe do mety 200 km bez przerwy. Jedziemy w trójkę, jednak po pewnym czasie zaczyna mi doskwierać coraz bardziej ból pleców. Gdy dodatkowo robi się chłodniej, postanawiam się zatrzymać, założyć dodatkową warstwę i zrobić kilka skłonów.

    W Wałczu planuję postój na stacji, bo mam ochotę zjeść na szybko coś ciepłego. Po dotarciu na miejsce spotykam siedzącego na zewnątrz Wilka, który jednak informuje mnie, że nic na ciepło nie ma. Jestem trochę zawiedziony, ale postanawiam poszukać dalej. Znajduję stację BP, do której trzeb zjechać kilkaset metrów z trasy, ale to była dobra decyzja, bo mają wszystko czego potrzebuję :)

    Po posiłku i zakupu prowiantu na drogę, ruszam w noc, ale jako że jest 3 nad ranem, to zaczyna mnie mulić na spanie. Jazda mi nie idzie i tylko kombinuję gdzie się tu przyłożyć do snu. Próbuję nawet drzemki przy drodze, ale niewiele mi to daje i jedzie się kiepsko, bo dosłownie zasypiam na rowerze. Nagle niespodziewanie wyprzedza mnie Maciek Skowronek. Jestem zdziwiony, bo na poprzednim punkcie kontrolnym miałem nad nim prawie godzinę przewagi! Dodatkowo wyrywa do przodu i widzę jego coraz mniejszą postać, oddalającą się ku horyzontowi. To tylko mi uświadamia, jak bardzo nieefektywnie zacząłem jechać. Tak być nie może, więc postanawiam spiąć się jak tylko potrafię i zaatakować ;) Po dłuższym pościgu doganiam koleżkę, a senność trochę ustępuje. Znów jedziemy wspólnie i dyskutujemy. Do mety pozostaje około 80 km, więc postanawiam pociągnąć to do końca, bo już mnie ta jazda zwyczajnie nudziła ;) Po pewnym czasie mijamy Wilka, który chyba wymienia z kimś dętkę na poboczu. Maciek trochę słabnie i zostaje z tyłu. Ja podkręcam tempo jak tylko mocno potrafię, ale Maciek jednak nie próżnuje i cięgle mam go w zasięgu wzroku za plecami. Widzę że odżył, więc postanawiam na niego poczekać i na metę zajeżdżamy wspólnie. W końcu, mam nad niem 10 minut przewagi, bo startował w grupie 10 minut przede mną ;)

    Na mecie czeka Żonka, która wręcza mi medal :) Siedzę tu jeszcze dobrą godzinkę, w czasie której zjeżdża jeszcze kilka osób.

    Ostatecznie dystans 544 km udaje mi się pokonać w czasie 22 godzin 43 minut, co daje mi 17 miejsce na 68 osób startujących, z czego 11 osób nie ukończyło całości trasy. Kolega ze wsparciem w postaci samochodu dojechał na metę i poinformował o tym fakcie organizatorów, jak polecił mu Daniel. Mimo wszystko pamiątkowy medal dostał, choć na liście wyników ma wpisaną dyskwalifikację.

    Podsumowując, zadowolony jestem z wyniku, choć trasa mnie bardzo umęczyła. Przede wszystkim wspomniana jakość nawierzchni dała mi w kość. Pozostaje pewien niesmak, bo puszczać ludzi na rowerach szosowych w taką trasę to gruba przesada. Przede wszystkim szkoda sprzętów. Mój niestety ucierpiał, bo w przednim kole na prądnicy pojawiły się spore luzy, co mnie martwi w kontekście startu z nim w North Cape 4000. Na szczęście towarzystwo i ogólna organizacja nadrobiły i ogólne wrażenie jest pozytywne :)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1628518043

    #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

  •  

    20546 - 36 - 153 - 115 = 20242

    Weekendowy wypad z namiotem w Gorce. Planowo miały być Pieniny, ale mi się nie chciało tak daleko i w trakcie zmodyfikowałem plany ;)

    By zaliczyć 2 biwaki, wyjeżdżam już w piątek po godzinie 22 i po 36 km wjeżdżam w las, niedaleko zbiornika Dziećkowice. Wszystko po to, by jak najlepiej opanować czynności okołoobozowe. Rano odwiedzam McD w Oświęciniu i jadę w kierunku Myślenic. W Lanckoronie wspinam się po jakichś szutrach zobaczyć ruiny zamku. W sumie nic ciekawego. W Wiśniowej decyduję odpuścić pierwotny plan pieniński, bo byłaby to jazda na siłę, a nie takie było założenie wyjazdu. Decyduję podjechać w okolice Obidowej i tam poszukać miejsca na namiot z ładnym widokiem. Niestety Garmin wytyczył mi trase z niespodziankami, więc po kilku km podjazdy asfalt się kończy i zaczyna stromy pieszy szlak pod górę. No dobra, jak już tu jestem, to mogę trochę połazić ;) Problem w tym, że nie mam zakupów na wieczór. Cofam się do Poręby Wielkiej do sklepu i wracam w to miejsce. Odtąd czeka mnie 5 km wspinaczki po kamienistych stromiznach. Ze 2 razy chcę zrezygnować i wracać, ale ostatecznie udaje się wepchnąć rower pod, jak się okazuje, schronisko Stare Wierchy. Jest gwarno, a ja szukam spokoju, więc nawet nie zaglądam do środka, tylko uciekam obejrzeć zachód słońca. Niestety szczyt jest zalesiony i ciężko znależć dobry widokowo punkt. Ostatecznie rozbijam się na hali niedaleko Obidowej. Ciężko znaleźć kawałek płaskiego podłoża, ale ostatecznie udaje się gdzieś między jagodami których jest tu całe zatrzęsienie! :)

    O poranku objadam trochę krzaczków i niespiesznie zbieram się do zejścia w kierunku jakiegoś asfaltu. Dalej orientuję się, że mój telefon się przestał ładować i wyświetla komunikat o obecności wilgoci w gnieździe USB. Porażka! Ładowanie nie jest możliwe i ostatecznie po rozładowaniu baterii stał się bezużyteczny. Dodatkowo w ubikacji po drodze upada mi na posadzkę i rozbija się ekran oraz szklany tylny panel. A mowa tu o LG G6, który mam od miesiąca, tak więc 1500 zł leci w błoto.

    Dalej więc postanawiam w miarę sprawdzoną drogą udać się do Żywca na pociąg. Po drodze zahaczam o sprawdzona jadłodajnię w Czarnym Dunajcu gdzie zajadam schaba. Dalej Krowiarki i zjazd do Zawoi, którego remont jest już praktycznie na wykończeniu i można ciąć w dół zdrowo. Na miejscu jestem przed czasem.Te kilka godzin bez telefonu było trochę takie dziwne ;)

    Cały album foto

    Strava głównego odcinka: https://www.strava.com/activities/1642834409

    #byczysnarowerze

    Opisy dość zdawkowe, ale edycja równika się kończy i wypada dodać kilometry ;)

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km
    pokaż całość

    •  

      @byczys: fajna wycieczka! Zazdraszczam!

      Napisz gdzie ten namiot chowasz czy w te sakwy czy coś innego?

    •  

      @Mortal84: to zależy jak duży bajzel zrobię ;) zależy też, czy jem śniadanie, czy dużo mam przebierania się itp. Jestem w stanie się rozbić w powiedzmy 15-20 minut po których jestem w śpiworze. Pakowanie z powrotem wszystkiego to przy presji czasu myślę do pół godziny.
      Czasem najwięcej czasu zajmuje znalezienie miejsca. Ale na NC4000 nie będę się specjalnie krył i wybrzydzał ;) Z ulepszeń to kupiłem namiot, który jest mniejszą wersją dwójki z którą jeździłem dotąd. Mam więc wprawę w jego stawianiu i sobie chwalę. Nie jest to jednak namiot ultra light, ale coś za coś. Bo z drugiej strony jak na swoją wagę jest wygodny, komfortowy i dość solidny.
      Mam też lekki i cienki materac dmuchany (390g) 6-8 dmuchnięć i jako taki komfort jest, a nie zajmuje tyle miejsca co karimata.

      Ogólnie staram się mieć wszystko na swoim miejscu, oraz w miarę pogrupowane rzeczy, czyli takie 5S ;) W kuferku biwak i przeciwdeszczowe, pod siodĺem same narzędzia, w fuel tanku baterie, czołówka, ładowarka itd.

      @mmichal: w kuferku cały biwak, czyli namiot, śpiwór i materacyk ;)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    44515 - 271 - 173 = 44071

    Przejazd malowniczym odcinkiem górskiej końcówki Maratonu Północ – Południe 2017 plus bonusy ;)

    Trasa zeszłorocznej edycji MPP miała zmienioną górską końcówkę w stosunku do tej z 2016, a że nie mogłem wystartować (był to rok z MRDP), to zainspirowany przejazdem Wilka postanowiłem ją zaliczyć i przy okazji uskutecznić biwak w ciekawym widokowo miejscu.

    Start wcześnie rano, by na właściwa trasę wjechać w okolicy Olkusza wraz ze wschodem słońca. Trasa od razu zyskuje moja sympatię ;) Lubię takie lokalne dróżki z niewielkim ruchem. Dalej przejazd znanymi drogami przez Skałę, czyli mijam zamek w Pieskowej Skale, Maczugę Herkulesa itp. Do gór jeszcze kawałek, ale teren jest przyjemnie pofałdowany, więc nudy nie ma. Kraków mijam od wschodniej strony przez Niepołomice – jest to najmniej ciekawy odcinek trasy.

    Pierwsze poważne podjazdy pojawiają się po wjechaniu w Beskid Wyspowy. Trasa jest bardzo wymagająca, ale prowadzi bardzo malowniczo. O jej szczegółach nie będę się rozpisywać– Krzysiek już to zrobił wystarczająco dobrze: http://szlakiidrogi.pl/mpp2017gory/ Pozostaje mi tylko dodać, że polecam ten wariant z czystym sumieniem! :)

    Gdy zacząłem docierać w okolice Jeziora Czorsztyńskiego, postanowiłem że zanocuję w okolicach wsi Łapszanka, skąd rozpościera się piękna panorama Tatr. Musze się jednak spieszyć, by zdążyć zrobić zakupy w sklepie w Łapszach. Udaje się, po czym zdobywam ostatnią część podjazdu i mój cel osiągam tuż przed zachodem słońca z wielka już ulgą. Po zapadnięciu zmroku robi się chłodno, co potęguje hulający z lekka wiatr, wszak jestem przecież na około 1000 m wysokości. Rozbijam się na pobliskiej polance i obserwuję zarysy szczytów tonące coraz bardziej w ciemności.

    Poranek cudo! O to mi właśnie chodziło, więc wstaję spełniony ;) Aż ciężko się stąd zabrać mając takie widoczki. Żeby ustalić jakiś zarys dzisiejszego dnia, kontaktuję się z @makyo który ma się kręcić po Pieninach i oferował nawet, że może uda się wcisnąć mój rower w drogę powrotną do auta. Brzmi jak świetny plan, bo można pojeździć po pięknej okolicy do wieczora, zamiast jechać byle do domu po coraz mniej ciekawych terenach.

    Na trasę ich przejazdu planuję dołączyć gdzieś w rejonach Krościenka. Zjeżdżam więc na Słowacką stronę do malowniczej wsi Osturnia. By dostać się z powrotem do Polski, zaliczam kawałek szutru biegnący obok niewielkiego wodospadu. W Niedzicy wypatruję skrót. Który oznacza jednak napieprzanie po polnych kamienistych drogach i nieraz prowadzenie roweru. No tak – skróty w górskim terenie to rzadko dobra opcja ;) Do Krościenka postanawiam dostać się pięknym przełomem Dunajca, od słowackiego Czerwonego Klasztoru. Prowadząca wzdłuż rzeki droga jest szutrowa, jednak jadąc tu kilka lat temu wydawała mi się bardziej przyjazna dla szosowych opon (pewnie dlatego że jechałem na MTB). Teraz tłukę się tu niemiłosiernie, jednak te niewygody wynagradzają mi widoki. Im Bliżej Szczawnicy, tym więcej turystów, a w samym mieście już tłumy, bo odbywają się tutaj jakieś zawody biegowe. Uciekam jak najszybciej w kierunku Krościenka, gdzie zatrzymuję się na obiad. Po odpoczynku wyjeżdżam kolegom naprzeciw i spotykamy się przed Tylmanową, po czym kontynuuję z nimi jazdę wg ich pętli, wytyczonej po bardzo ciekawych drogach.

    W tej słowackiej części Pienin mam przyjemność być pierwszy raz. Na pewno tu jeszcze wrócę, tym bardziej że mam już wypatrzona miejscówkę pod namiot opodal tego miejsca ;) Po krótkiej sesji foto, zjeżdżamy do Haligovic, gdzie trafiamu do Piera, który to wie jak budować swoja osoba konkretna markę ;) Nawet puszki z piwem miał z własnym wizerunkiem!

    W dalszej części trasy mam okazję podjechać kilka hopek które pokonywałem wczoraj, jednak od drugiej strony. Też warto! Przed Limanową, gdzie zaparkowany jest samochód czekamy na zachód słońca, choć w sumie trochę starszy deszczem. Jeszcze tylko kolejne fotki i już w szarówce pakujemy rowery (choć nie jest to łatwe) i wracamy do Katowic. Dzięki za fajną trasę i transport!

    Cały wypad udany w 100%. Pogoda żyleta, biwak w pięknym miejscu, dużo gór i pięknych widoków. Jeszcze raz polecam!

    Cała galeria zdjęć

    Strava dzień 1: https://www.strava.com/activities/1567913650

    Strava dzień 2: https://www.strava.com/activities/1570189309

    #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km
    pokaż całość

  •  

    10000126 - 606 = 9999520

    Maraton Tour de Silesia 600 km

    Była to druga edycja maratonu, a że ubiegłoroczną wspominałem bardzo dobrze, to postanowiłem wystartować i teraz. Bo przede wszystkim blisko i znajome twarze ;) Wtedy dystans liczył 540 km i do lekkich nie należał. Dodatkowo po pierwszych 300 km mieliśmy wtedy w grupie średnią 34,4 km/h! W tym roku postanowiłem się aż tak nie zarzynać i starać się jechać swoje, czyli raczej solo. Ale parametry nitki wyrysowanej przez Pawła i Sebastiana (CFC Fan & Gustav) nie pozostawiały złudzeń, że będzie to sielankowa wycieczka po górach. Na pokonanie 600 km i około 7000m przewyższeń przewidziano limit 36 godzin. Postanowiłem po prostu przejechać całość w wyznaczonym czasie, po drodze jednak szlifując trochę dyscyplinę jazdy i postojów, która często u mnie kuleje, a będzie miała kluczowe znaczenie podczas startu w NorthCape4000.

    Na miejsce startu dojeżdżamy samochodem dobre 2 godziny przed startem, razem z kolegą z czasów technikum, którego namówiłem na sprawdzenie się na krótszym dystansie 350 km. Pierwsze grupy już startują, a my idziemy odebrać numerki itp. Dostajemy też worki na przepak. Początkowo zastanawiam się po co mi to i nie zamierzam nic nadawać na punkt w Prudniku, ale po namyśle postanawiam zrobić małe zakupy, by zaoszczędzić czas który musiałbym stracić w sklepie gdzieś na trasie ;) Spotykam wykopowego kolegę @Mortal84 a jakiś czas później witam się jeszcze z @fixie. Trochę gawędzimy, ale koledzy po kolei ustawiają się do startu i w końcu zostaję sam. Zajadam wielką porcję swojej mikstury i obserwuję jak towarzystwo stopniowo się uszczupla. W końcu odbieram lokalizator GPS, który przypina mi do ramy Paweł i ustawiam się z przedostatnią grupą, której start jest przewidziany na godzinę 9:00. Za nami startują już tylko kompletni wyjadacze, którzy walczyć będą o pierwsze miejsca.

    Ruszamy nieśpiesznie. Po kilku kilometrach jeden z zawodników wyrywa do przodu. Dla mnie tempo też jest zdecydowanie za powolne, ale postanawiam potraktować to jako porządną rozgrzewkę, by organizm wkręcił się na właściwe obroty. Mimo wszystko po kolejnych kilku kilometrach zaczyna mnie to męczyć i ruszam do przodu by jechać swoje. Gdzieś przed granica z Czechami, na horyzoncie za moimi plecami zaczyna majaczyć zarys grupki kolarzy startujących po nas ;) Gdy mnie dogania, podpinam się pod nią i wspólnie jedziemy kilkadziesiąt kolejnych kilometrów, po drodze wyprzedając sporo wcześniej startujących zawodników. Grupa stopniowo się uszczupla, aż w końcu również ja postanawiam ją opuścić, bo utrzymanie się w niej kosztuje mnie coraz więcej wysiłku. Pogoda jest super, ale nasz pierwszy poważny cel jakim jest szczyt Pradziada tonie w chmurach. Gdy zbliżam się do podnóży, zaczyna siąpić deszcz. Jest jednak dosyć ciepło, więc postanawiam nie cudować z żadnym przebieraniem się, tylko traktuję to jako dobre orzeźwienie ;) Gdy zostaję sam, orientuję się, że moje ładowanie telefonu z dynama nie działa. Odkrywam pozrywane kabelki, ale postanawiam spróbować zająć się tym dopiero na którymś z postojów. Pierwszą okazją jest punkt zorganizowany na parkingu będącego początkiem właściwego podjazdu. Zjadam tu kołoczka, uzupełniam bidony i po podłączeniu kabelków ruszam bez zbędnej zwłoki w dalszą trasę. Na podjeździe mijam sporo osób w towarzystwie parującego asfaltu. W pewnym momencie rozpoznaję tez zjeżdżającego Mortala, ale nie słyszy moich nawoływań. Na ostatniej części podjazdu spory ruch turystów, pojawiają się też jakieś większe procenty. Już przed samym szczytem wyprzedzam Fixiego. Jest trochę zdziwiony moim widokiem i narzeka na jakieś skurcze. Cykam fotki bo widok ładny i po ubraniu kurtki mkniemy na dół, gdzie mamy jeszcze okazję zamienić kilka słów, po czym życząc sobie powodzenia rozjeżdżamy się każdy w swoim kierunku, bo trasy dla obu dystansów pokrywały się tylko do tego miejsca. Oczywiście Tomek straszy mnie jeszcze podjazdami wchodzącymi w skład jak to nazwał Korony Jeseników i wyraża współczucie w moim kierunku ;) Kontynuuję zjazd do Rymarova. Przede mną seria 4 trudnych następujących po sobie podjazdów. Doganiam tutaj Szafara i najtrudniejszy z nich pokonujemy wspólnie. Tempo i intensywność naszych oddechów rosną wraz z nachyleniem asfaltu, by ostatecznie przerwać nasze rozmowy ;) Jest ciężko, ale okolice są bardzo spokojne i urokliwe. Na zjeździe zostaję na fotkę nad zbiornikiem. Ruch samochodowy jest bardzo niewielki, jednak wyścigi urządzają sobie tutaj chmary motocyklistów, jeżdżących w tę i z powrotem. W pewnym momencie z naprzeciwka nadjeżdżają pojazdy na sygnale. Policja, karetki pogotowia, straże, służby leśne i inne… nie jadą bynajmniej na wezwanie. Wszystkie błyskają kogutami, ludzie w oknach do mnie machają, śmieją się i krzyczą. Jedna wielka feta. Nie wiem o co chodzi, ale całość trwa dobrych 10 minut, bo tych samochodów jest co najmniej setka. W każdym razie jest fajnie :D

    Granicę przekraczam chwilę po 19. Przypominam sobie słowa Fixiego, który przed startem straszył mnie, że dziś to nie ma szans żebym wjechał do Polski. Jestem prawie 5 godzin przed północą, więc chyba nie jest źle ;)

    Na punkcie żywieniowym w Prudniku (ok 270 km) dostajemy porcję makaronu. Są tutaj przepaki, więc uzupełniam prowiant, wrzucam na siebie cieplejszy ciuch do jazdy nocą i ruszam dalej, podczas gdy na miejsce akurat zajeżdża kolega Artur.

    Kolejny cel pośredni, to... baza maratonu w Godowie :) Dojazd na miejsce to 130 płaskich kilometrów, jednak ze sporo gorszymi asfaltami. Jedynym akcentem na trasie jest Góra Świętej Anny. Większość z nich pokonuję z poznanym dopiero kolegą z Katowic. Jedziemy głównie obok siebie, więc zysk z takiej jazdy czysto towarzyski ;) Na w wspomniany punkt (405km) zajeżdżamy wspólnie około 2 w nocy. Dostajemy obiad, jest też okazja by skorzystać z toalety i skusić się na butelkę coli. Na miejsce zjeżdżają uczestnicy dystansu 350 km, dla których jest to koniec zmagań. Dla trasy 600 km trzeba jednak jechać dalej, na pętlę poprowadzoną po Beskidzie Małym i Śląskim. Sporo osób z dłuższego dystansu rezygnuje w tym właśnie miejscu.

    Gdy kolega rusza, ja postanawiam jeszcze odpocząć z 10 minut i jechać sam. Dalsza droga prowadzi w kierunku Pszczyny. Strasznie łamie mnie tutaj senność. Ciągle myślę tylko gdzie się tu położyć ;) Po kilku kilometrach zamulania, zatrzymuję się gdzieś z boku i zamykam oczy na jakieś 2 minuty.

    Poranek jest bardzo ładny. W dajszej drodze ku Beskidowi Małemu mijam jednego z zawodników, który siada mi na koło. Chcę jednak jechać sam, więc podkręcam tempo i po kilku kilometrach, na jednym z podjazdów kolega zostaje z tyłu ;) W dalszej części doganiam grupę 3 osób. Do Porąbki trzymają się w pewnej odległości za mną, jednak pierwszy z beskidzkich podjazdów (Przegibek) robimy wspólnie. Nie ma rozmów. Każdy jest skupiony na sobie powoli kula się w górę. Jechałem tu kilkakrotnie, ale z 500 km w nogach nachylenie jest jakby większe ;)

    Przede mną ostatnich 100 km i 2 długie podjazdy. Jestem już nieźle wypruty, więc po oszacowaniu czasu postanawiam nastawić się na złamanie 30 godzin. A to oznacza, że śmiało mogę odbić z trasy 2,5 km i zahaczyć o McD w Bielsku :D Po prostu wiem, że bez normalnego posiłku będzie ciężko, bo zawartość kieszonek mnie już tylko brzydzi.

    Po zjedzeniu śniadaniowego zestawu ruszam ku długiemu podjazdowi pod Salmopol. Ciężko to nazwać jazdą. Wlekę się tu okropnie, a wyprzedzają mnie nawet ludzie na mtb :) Nic nie umiem z tym zrobić, po prostu jadę by nie stać. No lekko nie jest.

    Na Białym Krzyżu zaczepia mnie jakiś góral handlujące futrem i namawia żeby nie jechać do Wisły przez zameczek, bo przecież bezpośrednio jest bliżej! A jeśli już jestem przy zameczku, to muszę przyznać, że nie spodziewałem się tam takiej stromizny. Albo mi się wydawało? Muszę to sprawdzić raz jeszcze na świeżo ;)

    Zjazd do Ustronia przez Wisłę kiepski, szczegolnie przez duży ruch samochodowy nie lubię tej drogi. W jakiejś Żabce robię szybką colę i ruszam na ostatnią "prostą". Pamiętam te rejony z przejazdu podczas MRDP, więc liczne podjazdy nie zaskakują mnie. Jeszcze tylko drobny akcent przez Czechy i w końcu jest Godów! :) Na ostatnim kilometrze towarzyszy mi miejscowy kolarz, kolega Pawła.

    Są oklaski, medal, ulga i śląski obiad :) Czas całkowity to 28 godzin 11 minut, co daje mi 18 miejsce. Jest dobrze, bo powyżej oczekiwań! Zobaczyłem też kilka nowych miejsc, szczególnie w Jesenikach.

    Organizacyjnie też super. Chłopaki zrobili dobrą robotę i za to należą się podziękowania, bo przecież musieli poświęcić sporo swojego prywatnego czasu, byśmy my mogli porządnie się skatować ;)

    Jeśli chodzi o formę pod kątem startu w NorthCape 4000, to myślę że jest optymalnie. Oczywiście bolało, ale przy jednorazowym obciążeniu tego typu nie może być inaczej. Ból to nieodłączny kompan tej zabawy. Pozostaje dograć do końca ekwipunek i można lecieć do Włoch. Trasę organizatorzy wyrysowali na 4300 km. Pierwsze z nich już za 58 dni!

    Strava: https://www.strava.com/activities/1599760006

    Galeria zdjęć: https://photos.app.goo.gl/wuTkDimr8Wa9ZnKp2

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 606km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: preview.ibb.co

  •  

    122798 - 191 - 184 - 30 - 106 = 122287

    Majówka beskidzko – jurajska

    Ponieważ losy majówki ważyły się w pracy długo, to nie miałem na nią żadnych konkretnych pomysłów aż do samego końca. Ostatecznie miałem 4 dni do dyspozycji, następnie dzień w pracy i kolejne 4 dni. Czyli takie 2 długie weekendy ;) Jeden spędziłem więc rowerowo, a drugi z rodziną. Dzień przed wyjazdem rzut oka na mapę i decyduje się na wyjazd gdzieś w góry. Bez konkretnego planu, bez wymaganych dziennych przebiegów – po prostu chciałem czerpać jak najwięcej przyjemności z jazdy. Do Garmina wgrałem ślad tegorocznego maratonu Północ – Południe, w którym nie będę mógł wziąć udziału, więc jako opcję obrałem powrót jego górską końcówką.

    Dzień 1

    Katowice - Jabłonka

    191 km | 2192 m ↑

    Strava: https://www.strava.com/activities/1537189601

    Na trasę wyruszam chwilę po 6 i kieruję się na Pszczynę. A ponieważ rano nie pojadłem porządnie, to z chęcią zahaczam o tamtejszy McD i rozmyślam nad dalszą trasą, zajadając menu śniadaniowe. Jako cel obieram sobie odwiedziny Makowskiej Góry i jadę wg wskazań trasy wytyczonej przez urządzenie. Po kilkudziesięciu kilometrach przyjemnymi bocznymi drogami, robię krótki postój nad rzeką Wieprzówką niedaleko Wieprza ;) Chwilę po południu wjeżdżam w rejony Beskidu Makowskiego, więc pojawiają się pierwsze solidniejsze procenty. Na jednym z podjazdów spotykam kolarza z Krakowa, który również planuje Makowską. Gawędzimy sobie trochę i wychodzi że jest świetnie zorientowany w tych okolicach. W Jachówce zatrzymuję się pod sklepem, by uzupełnić prowiant i złapać chwilę oddechu przed zbliżającym się podjazdem. Niestety nie idzie on po mojej myśli – najbardziej nachylone odcinki trzeba pokonać w pełnym popołudniowym słońcu. Dodatkowy bagaż też szybko daje się odczuć w nogach, więc łańcuch wędruje na coraz to większe tarczki na kasecie, by ostatecznie spaść między nią, a szprychy. No tak, po ostatnim skrzywieniu wózka przerzutki zapomniałem jej podregulować. Dalszą część podjazdu wciągam więc już z czarnymi palcami ;) Jadę na twardszym przełożeniu niż powinienem, więc przed szczytem wybija mi bezpieczniki i już wiem, że będę to musiał odcierpieć. W dalszej części trasy kibluję więc pod jakimś sklepem, dochodząc do siebie dobrą godzinę.

    Na nocleg postanawiam podjechać gdzieś w rejony Babiej Góry. Do Zubrzycy dojeżdżam więc przyjemnym wariantem przez Sidzinę i Wielką Polanę. Ponieważ marzy mi się widok na Tatry o poranku, zjeżdżam w kierunku Podhala. Za Jabłonką odbijam w kierunku granice ze Słowacją, gdzie znajduję odpowiednia dla mnie polankę z widokiem na cały interesujący mnie masyw. Jest jeszcze dosyć wcześnie, więc w oczekiwaniu na zachód słońca robię sobie mały piknik w tych przyjemnych okolicznościach. Kontaktuje się ze mną kolega, który jutro planuje trochę pojeździć po górkach, w ramach przygotowań do Tour de Silesia na dystansie 350 km. To będzie jego pierwsza tak długa i do tego górska trasa, więc wypadałoby :) Umawiamy się więc na jutrzejszy poranek w Żywcu. Gdy robi się szaro, rozkładam namiot i obserwuję słońce chowające się za zarysem Babiej.

    Przy okazji jest to pierwszy test nowego namiotu. Po wielu godzinach spędzonych na wertowaniu sklepów internetowych, opinii itp. ostatecznie zdecydowałem się po prostu na mniejszą (1-os) wersję Tordisa II, z którym jeździłem dotychczas. W międzyczasie testowałem też pod kątem zabrania na North Cape 4000 namiot-trumnę Rockladn Soloist, który jednak ostatecznie mi nie przypasował. Tordis 1 jest zdecydowanie mniejszy od dwójki, ale nadal komfortowy. Niestety nie jest to superlekki namiot (ok 1,9kg), jednak nie mogłem sobie pozwolić na namiot w cenie w okolicach 1500 zł, które z reguły swoja niską wagę zawdzięczają użyciem bardzo cienkich i wrażliwych na uszkodzenia materiałów. Wyboru dokonałem więc biorąc pod uwagę perspektywę dłuższego użytkowania, gdzie chciałbym mieć też zapewniony trochę wyższy komfort. No nic – mój balast rośnie ;)

    Dzień 2

    Jabłonka - Żelazko

    184 km | 2409 m ↑

    Strava: https://www.strava.com/activities/1540289014

    Gdy się budzę jest ciemno, ale jakby zaczyna szarzeć. Patrzę na zegarek – jest po 4. W sumie jestem wyspany, więc postanawiam się zebrać wcześniej, by móc się nie spieszyć za bardzo w czasie jazdy ;) Poranek jest zimny i wilgotny. Gdy już cały majdam mam zwinięty i umiejscowiony na rowerze, ostatnią czynnością jest zamknięcie kuferka. I tu niespodzianka, bo w zamku nie ma kluczyka. Z mojego wcześniejszego wyjazdu nici, bo przez kolejne 1,5 h przeczesuję polanę w jego poszukiwaniu. Niestety bez skutku, więc pozostaje mi zniszczenie zamka za pomocą noża… początkowo jestem wkurzony, ale ostatecznie traktuję to jako zachętę do zamontowania bardziej pewnego zamknięcia, by uniknąć w przyszłości niespodzianek z otwieraniem się pokrywy podczas jazdy, jak to się zdarzyło podczas MRDP. Grunt, to znaleźć jakiś pozytyw :)

    Ruszam więc w kierunku Krowiarek, bo odtąd trzymać się nitki śladu MPP2018. W drodze do Żywca spotykam Gustava i gawędzimy dobre pół godziny. Na miejscu spotykam się z Arturem i po śniadaniu uderzamy na Kocierz. Droga w dolnej części podjazdu jest rozkopana. Artur dość boleśnie weryfikuje swoją formę podczas jazdy w górę, ale wiatr w plecy nie pozwala mu się zrazić do górskiej jazdy i ostatecznie jest nieźle ;) W Zatorze rozstajemy się, bo kolega jeszcze musi zdążyć na nockę do pracy. Odtąd jadę już samotnie. Za cel obieram sobie dotarcie na Jurę, gdzie biwakują teściowie ze znajomymi. W zajeździe w Bolęcinie robię przerwę obiadową. Wokół widać przechadzające się komórki burzowe. Jakiś motocyklista informuje, że w Krzeszowicach zlewa ostra. Mi na miejsce udaje się dotrzeć na sucho, choć za Olkuszem faktycznie asfalty są już mokre. Po kolacyjnym poczęstunku, rozbijam się obok namiotu teściów ;)

    Dzień 3

    Żelazko - Podlesice

    30 km | 300 m ↑

    Strava: https://www.strava.com/activities/1541431696

    Śpię zdecydowanie dłużej niż myślałem. Na dziś miałem nieśmiały plan by dotrzeć do żony i synka, którzy przebywali w Kaliszu. Jednak jak podejrzewałem, nie będzie się tak łatwo wyrwać spod macek teściowej ;) „A gdzie będziesz tyle jechał. Siedź i odpoczywaj” itp. itd. :) Z drugiej strony przyjemnie się rozmawiało, więc dalej ruszam dopiero przed południem. No ale co tu dalej robić? Przejeżdżając przez Ryczów, przypominam sobie o towarzystwie z okolic Wodzisławia, które kilka lat temu mieliśmy przyjemność poznać i z którym spędziliśmy wtedy 2 noce pod namiotem w pobliskim lesie. Spotykają się oni od kilkunastu lat w jednym miejscu, zawsze w majówkę. Myślę sobie – przecież jest majówka! :) Ciekawe tylko czy znajdę to miejsce. Trochę błądzę po różnych ścieżkach ale udaje mi się ich znaleźć, pomimo że jak się okazało zmienili miejsce spotkań o kilkaset metrów. Zabawiam tu dwie godzinki i ruszam w kierunku Ogrodzieńca. Kawałek za miastem oglądam sobie przydrożną mapkę turystyczną i okazuje się, że jestem na szlaku do Siamoszyc. A ponieważ w Siamoszycach nad zbiornikiem znajomy ma działeczkę rekreacyjną, postanawiam sprawdzić czy przypadkiem towarzystwo tam nie urzęduje. Na miejscu jest kilka osób i akurat załapuję się na grilla :) Przed zmrokiem wyruszam w poszukiwaniu sklepu i miejsca noclegowego. Zakupy na noc robię w Kroczycach, a rozbijam się pod skałkami niedaleko Podlesic, uprzednio podprowadzając rower po stromym zboczu.

    Dzień 4

    Podlesice - Katowice

    106 km | 632 m ↑

    Strava: https://www.strava.com/activities/1543209404

    Rano widok mam bardzo przyjemny :) Dziś ostatni dzień wolności, więc nie pozostaje nic innego, jak powoli kierować się do domu. Robię jeszcze małego zawijasa do Mirowa, by stamtąd dostać się przyjemnym wąskim asfaltem do Żarek. Dalej zamknięta jeszcze drogą w remoncie do Myszkowa. Na szczęście jest już prawie skończony, więc jedzie się dobrze. W Zawierciu robię przerwę obiadową w sprawdzonym lokalu. Dalej sprawdzam alternatywne ścieżki w kierunku Niegowonic, które nie zawsze okazują się asfaltami. Od Dąbrowy Górniczej do domu jadę już jakąś dziadowską trasą po Sosnowcu itp. więc szkoda strzępić ryja :)

    Cały album foto

    A już jutro startuję w maratonie Tour de Silesia na dystansie 600 km.

    Kawał ciężkiej trasy się szykuje. Limit 36 godzin nie pozwala na zbytnie obijanie się po drodze. W tamtym roku żyłowanie było mocne, bo po pierwszych 300 km na liczniku mieliśmy średnią 34,4 km/h. Tym razem może poza początkiem, nie planuję jazdy w grupie. Moim celem jest dojechać w limicie i szlifować dyscyplinę podczas jazdy solo, a także spotkać znajome twarze :) Jak będzie – zobaczymy.

    Nasze zmagania można będzie śledzić na żywo tutaj: http://tds.1008.pl/

    #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km
    pokaż całość

  •  

    207915 - 305 - 48 - 101 = 207461

    Na Roztocze!

    Na Roztoczu po raz 5 miało się odbyć spotkanie garstki osób z forum, czyli tzw. wyprawka roztoczańska. Dla mnie był to dobry pretekst, by wybrać się w rejony, które bardzo mi się spodobały podczas ubiegłorocznego wyjazdu.

    Tym razem bazą i zarazem moim celem była Karczma nad Szumem, w Górecku Kościelnym. Postanowiłem zabrać ze sobą mały namiot, który wrzuciłem do szafy po ubiegłorocznym tygodniowym wyjeździe do Serbii i Rumunii. Wtedy mi nie przypasował, ale postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansą - może przez ten rok stałem się mniej wymagający? :) Jest to też dobra okazja, by przetestować i lepiej poznać funkcje nowo nabytego Garmina Etrex 35t.

    Narysowałem trasę biegnącą z Katowic, omijającą główne drogi i wyszło 350 km do celu. Pomyślałem, że mogę jechać to na raz, ale też nic na siłę.

    Wyjeżdżam więc w piątek około 4 rano. Jest około 10 stopni, ale drogi są całe mokre i jest wilgotno. Już na pierwszym skrzyżowaniu odkrywam, że mój napęd praktycznie nie nadaje się do jazdy. Przeskakuje na prawie każdej konfiguracji, a jadąc na blacie, łańcuch spada. Kurde, wiedziałem że szału z nim nie ma, bo czasem mi przeskakiwał w ostatnich dniach, ale okazało się, że po wypłukaniu w benzynie i nasmarowaniu (co uczyniłem przed wyjazdem) zrobiła się już lipa straszna.

    No ale przecież nie zawrócę ;) Postanawiam jakoś delikatnie się kulać i nie deptać za mocno na pedały.
    Trasa początkowo przecina tereny Jury. Za Wolbromiem mam na liczniku pierwszą setkę i robię krótki postój. Jest zdecydowanie zimniej niż o 4 rano! W Szydłowie pstrykam fotkę pod muarami obronnymi. Postój obiadowy mam zaplanowany w Macu w Tarnobrzegu. Po około 230 km, gdy Garmin pokazuje mi już jakieś 2 km dzielące mnie od tej wykwintnej restauracji, niespodzianka - napotykam przeprawę promową przez Wisłę. Nie mam nawet pewności czy prom w ogóle kursuje, więc trochę się wkurzam, bo jestem wygłodniały i w myślach już coś wciągałem ;) Do samego brzegu prowadzi kilkaset metrów betonowych płyt, więc najpierw postanawiam się upewnić co do sensu zjeżdżania tam. Dziewczyna z wózkiem potwierdza że wszystko kursuje, więc jadę. Niestety jakiś dziadowski prom jest na drugim brzegu, a dziadek go obsługujący nie kwapi się po rowerzystę, nie mając "klienta" jadącego w moją stronę. W końcu się udaje przeprawić, ale tracę na tym wszystkim godzinę, w międzyczasie wpychając z niesmakiem słodkiego batona, by trochę udobruchać trzewia.

    Po drugiej stronie od razu wjeżdżam do centrum miasta, jednak po drodze dostrzegam bar mleczny, więc szybko zmieniam plany i stołuję się właśnie tam. Dalej moja nitka prowadzi w kierunku Stalowej Woli. Im bardziej na wschód, tym ruch na drogach mniejszy. Gdy na liczniku wybija 300 km, słońce akurat zaczyna stykać się za horyzontem. Postanawiam nie jechać na siłę po ciemku, bo przecież jestem już na ciekawych terenach i nie po to tu przyjechałem, by się tłuc nocą i nic nie zobaczyć. Za Sierakowem niedaleko Harasiuków, wjeżdżam więc w głąb lasu i rozkładam namiot na ściółce.

    Noc była chłodna, a nad ranem mój tropik jest pokryty szronem. Trochę mnie wypizgało, bo nie miałem w zasadzie żadnej izolacji od zmarzniętego podłoża. Pomimo że jest rześko, to zapowiada się ładny i słoneczny dzień. Po 50 km niespiesznej jazdy docieram na miejsce i czekam na towarzystwo, które to urządziło sobie poranną wycieczkę po okolicy. Nie jadłem porządnego śniadania, więc pomimo że jest dopiero przed 11, zamawiam od razu cały obiad ;) Po ogarnięciu się, robią sobie krótką rundę do Aleksandrowa w poszukiwaniu sklepu. Chcę już mieć prowiant na kolację i śniadanie, a dodatkowo wypatrzoną miejscówkę pod namiot w pobliskim lesie, żeby później nie szukać po ciemku.

    Gdy ekipa zjeżdża na miejsce robi się wesoło i spędzamy przyjemnie czas do wieczora w Karczmie. Gdy przychodzi moja godzina, postanawiam udać się na mój wypatrzony kawałek mchu ;) Niektórzy namawiają bym po prostu rozbił się na terenie ośrodka, ale ja tam wolę gdy budzi mnie zwierzyna, a nie poranni spacerowicze :)

    Po zdecydowanie cieplejszej i przyjemniejszej nocy, wracam do karczmy na śniadanie. Robimy pamiątkowe zdjęcie grupowe i każdy rozjeżdża się w swoja stronę. Ja postanawiam dojechać na pociąg do Przeworska. Forumowy Roch zapewnia mnie, że trasa jest w miarę płaska, więc z moim napędem powinienem się jakoś dokulać bez podprowadzania. Opcja najszybsza pokazuje 70 km, ale postanawiam wybrać wariant jak najbardziej bocznymi drogami i ostatecznie do celu mam około setki. Pogoda dopisuje, więc z wielką przyjemnością kręcę się po niewielkich i spokojnych miejscowościach. W Rzuchowie dwie niespodzianki – most na Sanie jest zamknięty, a przed nim stoi Ramzes i główkuje jak tu ominąć tę przeszkodę ;) Okazuje się że cel mamy ten sam, więc wspólnie znajdujemy objazd i już pod wiatr jedziemy na dworzec. W szynobusie do Rzeszowa rozpoznaję rower Rocha. Na miejscu mam 40 minut na przesiadkę, a że kolega miejscowy, to na szybko prowadzi mnie do McD, gdzie się żegnamy. W domu jestem chwilę przed północą.

    Galeria zdjęć

    Strava 1
    Strava 2
    Strava 3

    #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    350637 - 35 - 33 - 20 = 350549

    Rejestracja potwierdzona przez organizatora, więc mogę dodać oficjalne info na temat tego, czym ostatnio żyję i żyć będę przez kolejnych kilka miesiący ;)

    North Cape 4000

    Start: 28 lipca 2018, Jezioro Garda (Lago di Garda) - Włochy

    Meta: Przylądek Północny Nordkapp - Norwegia

    Długość trasy: około 4200 km
    Formuła: samowystarczalna, istnieje możliwość jazdy w parach

    Punkty kontrolne: Praga, Warszawa, Tallinn, Rovaniemi

    Strona: http://www.northcape4000.com/en

    Trasa ma przebiegać przez 10 państw i będzie przecinać Polskę z południowego zachodu na północny wschód. Zaczniemy u podnóża Włoskich Alp, by dotrzeć na Przylądek Północny, gdzie panuje już surowy podbiegunowy klimat.

    Organizator dał informację, że zawodnicy będą z 24 różnych państw.

    Tak więc choć obecnie pogoda nie zachęca jeszcze do treningów, to przygotowania już jak najbardziej rozpoczęte. Najważniejsze, czyli aprobata żony - jest :)

    Tak więc chętnych zapraszam na trasę, zawsze miło będzie zamienic słówko ;)

    Gdy pojawi się już oficjalna trasa, będę przypominał pod tagiem #byczysnarowerze

    Będzie przygoda, będzie się działo! :)

    #rower #szosa #nc4000 #bikepacking #ultracycling

    W tym tygodniu to już 235km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice
    pokaż całość

    źródło: cycligo.com

  •  

    367251 - 586 = 366665

    Przedsylwestrowy przejazd Katowice - Gdańsk

    Już tradycyjnie, w okresie między świętami a sylwestrem udało się zrealizować dłuższą trasę, tym samym zamykając rok 2017. Tym razem prognozy pogody sugerowały jazdę na północ, więc padło na przejazd do Gdańska. Pierwszy raz nie jechałem sam - kilka dni wcześniej odezwał się do mnie Paweł Pieczka, który znając już moją tradycję, zaproponował towarzystwo.

    Startujemy zaraz po świętach, 27 grudnia w okolicach 6 rano. Paweł jedzie od południa (spod czeskiej granicy), więc wyjeżdżam mu na przeciw. Dziwne uczucie, bo mamy jechać nad morze, a ja początkowo się oddalam jadąc na południe ;) Poranek mglisty i zimny. Spotykamy się gdzieś przed Żorami i odtąd jedziemy już wspólnie na północ. Niepokoi nas, że jeśli kolejna noc będzie podobna (zimno, mgliście i wilgotno), to może być z nami krucho, a przede wszystkim - zbyt niebezpiecznie. Bo przecież aktualnie mamy najdłuższe noce i czeka nas dobrych 15 godzin jazdy po ciemku.

    Przed Częstochową pierwszy krótki postój pod sklepem. Chwilę wcześniej jednak mały incydent - na środku naszego pasa stoi śmieciarka. Słońce już zaczęło podsuszać asfalty, co uśpiło czujność - gdy tylko naciskam hamulec, od razy podcina mi koła i zaliczam glebę. Akurat trafiłem na zacieniony kawałek asfaltu, na którym jest tak ślisko, że nawet ciężko mi się pozbierać. Na szczęście prędkość niewielka i skończyło się na zdartym łokciu i dziurawej kurtce.

    Większy postój planujemy zrobić w okolicach środka trasy. Zgodnie z założeniem, niedługo po zapadnięciu zmroku wjeżdżamy na DK91, by odtąd trzymać się sprawdzonego przeze mnie wariantu nad morze aż do końca. Przed Krośniewicami łapie gumę w tylnym kole. Wokół tylko pola i ciemność, więc nie uśmiecha się wymiana dętki w świetle latarki. Postanawiamy spróbować dopompować i jechać dalej, bo jakoś gwałtownie to nie zeszło. Udaje się przejechać 7 km, więc nie jest źle. Jeszcze jedna dobitka i po kolejnych 10 km lądujemy w Krośniewicach, gdzie ma być w końcu Orlen i dłuższy postój. Niestety jest kiepściutko - to jakaś lokalna stacja, zamykana o 22. Jeszcze jest czynne, ale na wypasy nie ma co liczyć. Brak miejsca do siedzenia, a całe menu to znienawidzone już przeze mnie hot dogi. Ale trudno - trzeba zjeść co jest i zrobić dętkę, którą udaje się załatać bez zdejmowania koła.

    Ledwie wracamy na główną drogę, a naszym oczom ukazuje się wielki i wypasiony Orlen z czerwonymi sofami i bogatym menu na pokładzie. Aż żal patrzeć, ale trzeba jechać dalej. Oczywiście przez kolejne godziny mijamy sporo takich wypasionych przybytków ;)

    Noc przemija dość spokojnie. Zgodnie z prognozami wiatr sprzyja, jednak pokazują one też coś niepokojącego, czyli nadchodzące opady deszczu.
    W okolicach Grudziądza zaczynają się pierwsze podjazdy, które towarzyszyć nam będą do końca trasy. Łamie mnie trochę senność, więc za miastem robimy szybki postój żeby wybić się monotonii jazdy. W okolicach 500 km, (tu pęka #festive500 ) zajeżdżamy do sprawdzonego i wyczekiwanego miejsca postoju na stacji BP w miejscowości Nowe. Tutaj w końcu ogromny wybór jedzenia. Podwójna jajecznica i inne rarytasy od razu stawiają mnie na nogi. Jednak to co widać za oknem nie napawa optymizmem - zgodnie z zapowiedziami pada deszcz, a temperatura oscyluje nieznacznie powyżej zera.

    Ostatnie godziny jazdy nie należą do przyjemnych. Deszcz i chłód skutecznie wysysają z nas energię potrzebna do jazdy. Dodatkowo mój rower ma taką przypadłość, że w takich warunkach momentalnie cały napęd pokrywa się błotem i zaczyna mocno rzęzić, a biegi przestają się słuchać. Sam tez jestem uwalony po czubek głowy (patrz zdjęcie w pierwszym komentarzu :D). Jest ciężko, ale że kolega Paweł tez nie jest z pierwszej łapanki (świetne drugie miejsce na tegorocznym #mrdp mówi samo za siebie), to nie odpuszczamy i już bez postojów docieramy do celu.

    Tym sposobem, po 31 godzinach i przebyciu niespełna 600 km wspólnie meldujemy się pod Neptunem ;) W moim zabłoconym stroju byłem chyba większą atrakcją niż on sam ;) Na ostatnich 100 km deszcz i grudniowy chłód dały nam ostro popalić, ale w towarzystwie łatwiej było przezwyciężyć te trudności. Dzięki za jazdę :)

    Pozostaje mi wstawić krótkie podsumowanie mojego roku 2017 na rowerze:

    - w sumie przejechanych okrągłe 15 000 km

    - przewyższeń (za Strava) 100 976 m

    - udało się "zamknąć" województwo opolskie, odwiedzając wszystkie gminy w jego granicach,

    - na tę chwilę zaliczonych gmin w Polsce 999 / 2478 (40%)

    - kilka wypadów z namiotem, w tym tygodniowy tour po kilku państwach PL-CZ-SK-HU-CRO-SRB-RO-HU-SK-PL

    - udało się ukończyć kilka ultramaratonów: Maraton Podróżnika, Maraton Tour de Silesia, Maraton Karpacki Hulaka

    - udało się przejechać całą trasę MRDP - wprawdzie spóźniłem się 4 godziny, ale mimo to ciesze się, że wziąłem udział i dojechałem do mety. Niezapomniana przygoda :)

    Na ten rok też się szykuje coś większego, ale to się ma wyklarować na dniach ;)

    Dzięki Wszystkim za wspólne równikowanie w 2017! :)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1330418430

    #byczysnarowerze #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: preview.ibb.co

    +: Ragnarokk, t.....m +97 innych
    •  

      @Mortal84

      Jasne że jednolita mapka wygląda lepiej. Moja jest jednak zalaminowana i maluję takimi permanentnymi olejowymi pisakami, bo chcę żeby to było trwałe.

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)
      U mnie to będą jeszcze długie lata i pod tym względem jest OK - nic nie blaknie, żółknie itp.

      Wszystko robiłem własnoręcznie (docinanie, ramki i tablica), więc mam też do niej pewien sentyment :) A ładną super ekstra, to można kiedyś zrobić w programie graficznym i wydrukować.
      pokaż całość

    •  

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)

      @byczys: Szanse są. A jak zaliczę całość to dołożę ramkę i pewnie szybkę, żeby dłużej wytrzymało. Też mam sentyment i takie ręcznie malowane sobie zostanie.

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    419026 - 455 = 418571

    Katowice – Raciniewo – Bydgoszcz

    Czyli odwiedziny u Pawła Jumpera, sprawdzić czy naprawdę jest wysoko ;)

    W zasadzie na pomysł tego stricte atencyjnego wyjazdu wpadłem już na początku roku, ale nie był on jakimś priorytetem, bo trasę w rejony Torunia mam już przejechaną kilka razy. Wiem że na super widoki nie ma tam co liczyć, więc stwierdzam że listopadowy krótki dzień i długa noc będą w sam raz ;) Prognozy jak na te porę roku całkiem optymistyczne – brak opadów (najważniejsze) i południowy wiatr. No to jadę.

    Start chwilę po godzinie 7 rano. Planowałem wcześniej, żeby wykorzystać puste drogi podczas przejazdu przez aglomerację katowicką, ale jest sobota, więc nie jest najgorzej. Praktycznie do 10 towarzyszą mi mniejsze bądź większe mgły. Trochę mnie to martwi, bo jeśli kolejna noc będzie podobna, to będzie kiepsko – kilkanaście godzin po ciemku w takich warunkach oznacza już proszenie się o kłopoty. Jest chłodno i wilgotno, ale wiatr sprzyja, więc pierwsze 80 km do Częstochowy leci na pamięć, ze średnią w granicach 30 km/h. Tutaj postój na tortillę śniadaniową (lubię) i sałatkę w McD. Gniazdko do którego się podpinam nie ma obudowy, więc na wierzchu wystają niezaizolowane elementy. Niebezpiecznie, więc powiadamiam obsługę. Niestety nikt do końca mojej wizyty nikt nie przyszedł się zainteresować. Chyba potrzebują konkretnego incydentu żeby szybko zareagować. Słabo.

    Dalej klasycznie drogą na Łask. Nuda. W Buczku zatrzymuję się jeszcze na nieplanowany postój w sprawdzonym zajeździe. Średnia nadal 30 (z wiatrem, jak ten śmieć), wiec mimo wszystko zmierzch witam zgodnie z planem, ze wskazaniem 200 km na liczniku.
    Teraz będzie już tylko wolniej. Sprzyjający wiatr cichnie, a chęć złapania nowej gminy (Świnice Warckie) oznacza konieczność zjechania na boczne drogi gorszej jakości. Dalej w ciemnościach koszę Grabów i Olszówkę. Robi się coraz chłodniej, a na niebie pojawia się wielki księżyc w pełni. Fajnie, nawet bez świateł jest dość jasno. Z drugiej strony takie bezchmurne niebo może oznaczać, że będzie chłodniej niż przewidywałem. Mój „zapas” ubraniowy w postaci długich rękawiczek, rękawów i długich spodni zostawiam więc na później, by się za bardzo nie przyzwyczajać do ciepłego ;) Każdy postój powyżej 5 minut oznacza więc mały wypizg, co motywuje do jazdy z większą dyscypliną.

    Tym sposobem, Wisłę na moście w Toruniu przekraczam z ulgą, dobre 2 godziny wcześniej niż zamierzałem. Nie mogę jednak zajechać na legendarne miejsce skoku Pawła Jumpera po ciemku, więc postanawiam wykorzystać dostępność stacji benzynowej i robię tu dłuższy, bo około 2h postój na herbatę i zapiekanki. Mógłbym wprawdzie wydłużyć trasę i pojechać bardziej dookoła, ale po prostu mi się nie chce. Tyle godzin jazdy nocą bez żadnych widoków jest zdecydowanie nudne. Na plus prawie zerowy ruch samochodowy i możliwość przebywania sam ze sobą.

    Przy ciepłej herbatce udaje mi się nawet na chwilę zamknąć oczy i tym samym dać im odpocząć. Jakoś o 3:30 ruszam dalej wzdłuż Wisły. By zaliczyć gminę Zławieś Wielka tłukę się po jakichś dziurach. Dalej odbijam po Łubiankę, a następnie Kijewo Szlacheckie. Jedzie się dość ciężko – w miarę zbliżania się świtu jest coraz chłodniej, a wielogodzinna jazda w niskich temperaturach potęguje zmęczenie.
    W Unisławiu, czyli bardzo blisko mojego celu ma być stacja Orlen, na której planuje przeczekać pozostałą godzinę do wschodu słońca, jednak na miejscu okazuje się, że jest czynna dopiero od 7:00. Postanawiam więc nie czekać dłużej i po wjechaniu do Raciniewa odbijam w ulicę Długa i po betonowych płytach pokonuje ostatnią prosta do mojego celu ;)

    No i jestem! Po ciemku niewiele jeszcze widać, ale to miejsce rozpoznaję bezbłędnie. Czekam godzinę aż zrobi się jasno, i pałaszuję owsiane ciastko zwycięstwa ;) Obok legendarnego budynku znajduje się zadaszona wiata, z pozostałościami zdewastowanych dystrybutorów paliwa. Pstrykam pamiątkowe fotki i ruszam w kierunku Dąbrowy Chełmińskiej, czyli ostatniej nowej gminy tegoż wypadu. Po powrocie na lewy brzeg Wisły witam Bydgoszcz, skąd wracam pociągiem do Katowic, tym samym kończąc swoją „wycieczkę”. Do odjazdu mam jednak dobre 3 godziny, więc mogę się jeszcze pokręcić po mieście i zjeść śniadanie.

    Cóż, pomimo że to był mój chyba najbardziej durny cel ze wszystkich dotychczasowych, to osiągnięcie go dało mi wielką frajdę :D Pozdr i do usłyszenia w przyszłości pod #byczysnarowerze

    Ps. Dodaję wpis wieczorem, bo atencja i tak już wywalona w kosmos po ostatnim wpisie i jeszcze bym na łeb dostał od jej nadmiaru ;)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1261741375

    #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    450 kilometrów, z czego połowa nocą, żeby osobiście stwierdzić że JEST KURWA WYSOKO!

    #heheszki #polskiyoutube

    Relacja z przejazdu wkrótce pod #byczysnarowerze

    źródło: fromapp.jpg

    +: J...e, ciazdek +3229 innych
  •  

    440409 - 234 - 350 - 534 = 439291

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski - dni 8-10 i podsumowanie

    Poprzednie części:

    Przygotowania
    Dzień 1-4
    Dzień 5-7

    MRDP Dzień 8
    234 km | 3739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159661619

    Pomimo że leżę bezpośrednio na trawniku, śpi mi się całkiem komfortowo. Nie trwa to jednak długo, bo wybudza mnie głos: „halo, wszystko w porządku?”. Tak, tak śpię sobie, dziękuję. „ Bo właśnie widzę że ktoś leży, ale rower nie taki byle jaki i myślałem że coś się stało”. Patrzę na zegarek – 3 z groszami. Gościu chyba lekko podpity, ale raczej niegroźny. Mówię, że jadę maraton dookoła polski i chciałbym się trochę przespać i jechać dalej. Przeprasza że mnie obudził. Mówię że nic się nie stało i miło że się zainteresował, ale chciałbym spać. „OK… ale jak to dookoła polski?!” Tłumaczę żeby sobie wszedł na MRDP.PL i tam jest wszystko. W końcu mogę spać dalej.

    Niestety okazało się, że moja miejscówka nie jest na uboczu jak myślałem, a leżę sobie zaraz przy uliczce biegnącej od rynku. Tym sposobem kolejną pobudkę mam już około 4, więc postanawiam się zbierać. Senność nie daje mi spokoju i po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów układam się na ławce w Stroniu Śląskim. Po jakichś 20 minutach budzi mnie deszcz. Szybko się zbieram i uciekam do jakiejś kamienicy. Jest trochę burzowo, ale przejściowo, więc postanawiam skorzystać z postoju i wyjadam zapasy. Puszka coli stawia mnie na nogi i gdy ruszam jedzie mi się całkiem przyjemnie. Drogi są mokre, ale chmury nie wyglądają już na takie co by chciały spaść na ziemię. Dalej jadę na południe, przedostając się w samo serce Kotliny Kłodzkiej. Kawałek za Damaszkowem, na łuku DK33 słyszę za sobą gwałtowny pisk opon. Odwracam się i widzę podwozie samochodu wylatującego z przydrożnego rowu i frunący w powietrzu akumulator. Zawracam i widzę że z rozbitego auta wyskakuje młody chłopak z dziewczyną. Ona cała roztrzęsiona, a chłopak mówi tylko żeby nie dzwonić do rodziców. Chodzą w kółko i mówią żeby zadzwonić po policję (?). Sytuacja jest niebezpieczna, bo z obu stron droga zwija się w zakręt, a my jesteśmy w dołku i samochody zjeżdżają wprost na nas, w ostatniej chwili hamując na mokrej drodze. Dzwonię po pomoc i przy okazji z daleka ostrzegam nadjeżdżające pojazdy. Chcę wyciągnąć trójkąt, ale bagażnik jest rozbity i nie daje się otworzyć. Z uwagi na wyciekające płyny zostaje wezwana straż pożarna i policja, której nadal się domagają. Dyspozytorka pyta czy jest potrzebna karetka. Każe zapytać poszkodowanych, skoro są „na chodzie”. Mówią, że nie potrzebują i że wszystko jest ok. Poleca zadzwonić gdyby się poczuli gorzej. Tymczasem oni chodzą i zbierają porozrzucane części. Martwią się co z tym akumulatorem. Widać że są w szoku. Każę im to zostawić i mówię żeby zeszli z drogi, bo jest niebezpiecznie. Dziewczyna cały czas płacze. Słyszę zbliżające się syreny, więc powoli oddalam się z miejsca zdarzenia.

    Przez najbliższe godziny nie umiem dojść do siebie. Mam czarne myśli, bo przecież kilka sekund wcześniej i ten samochód skosiłby mnie z jezdni. W takim nieciekawym nastroju, po pokonaniu długiego podjazdu w okolicach Zieleńca, docieram do Kudowy, gdzie kieruję się z pomocą Garmina do baru mlecznego. Gdzieś w centrum ponownie spotykam Daniela Śmieję, który akurat kończy swoja przerwę obiadową. Mówi coś o limicie, że trzeba się sprężać żeby zdążyć, ale ja jestem teraz jakiś obojętny. Kolega ucieka, a ja po posiłku zahaczam jeszcze Biedronkę, gdzie robię solidne zapasy.

    Tuż za miastem zaczynam podjazd Szosą Stu Zakrętów w głąb Gór Stołowych. Jechałem tędy niecałe 3 miesiące wcześniej podczas Maratonu Podróżnika, jednak w przeciwnym kierunku i nocą. Teraz mogę w końcu co nieco zobaczyć. Na jednym ze zjazdów jakiś kolarz macha do mnie i głośno dopinguje. Odmachuję mu z uśmiechem i przez nieuwagę łapię przednim kołem krawędź krawężnika. Ledwie ratuję się z opresji – gleba była bardzo blisko. Jakoś niedługo po tym zdarzeniu urywa mi się film ;) Dalszej drogi przez Sudety Wałbrzyskie nie mogę sobie przypomnieć. Za Mieroszowem znów doganiam Daniela i po chwili spotykamy kibiców w postaci forumowej Kahy z rodziną ;)

    Z dalszej drogi też nie pamiętam wielu szczegółów. Były ładne karkonoskie widoki i dobra pogoda. Trasa naszpikowana podjazdami i kiepska ostatnia noc z zaledwie drzemką na trawniku zaczęły odciskać swoje piętno. Wieczorem, już po zmroku, w okolicach Podgórzyna ponownie spotykam Daniela, który przygotowuje się na przystanku do nocnej jazdy. Trochę rozmawiamy i kalkulujemy. By myśleć o dotarciu na metę w limicie, raczej konieczne jest zarwanie również tej nocy. Daniel może sobie na to pozwolić, bo poprzedniej spał pod dachem. U mnie sytuacja wygląda kiepsko. Czuję się tak niedospany i zmęczony, że dalsza jazda to igranie z losem. Dzwonię pod numer telefonu z tabliczki oferującej noclegi. Niestety Pani jest w innej miejscowości, ale daje mi namiary na inne noclegi które mogę znaleźć przy mojej trasie. Niestety wszędzie zbywają mnie brakiem miejsc. Poszukiwania trwają ponad godzinę . W końcu pytam jakieś towarzystwo siedzące w imprezowym klimacie pod parasolem, czy się nie orientują w temacie noclegu. Wołają kolegę który za 40 zł oferuje bardzo fajny pokoik 1-osobowy z łazienką. Ostrzega że w nocy zapowiadają ulewne burze i żebym lepiej pospał do rana, gdy ma się już przejaśnić. Na niebie w oddali faktycznie widać błyski. Niestety maksimum na co sobie mogę pozwolić to 4h snu, więc budzik ustawiam na godzinę 4 i po szybkim ogarnięciu siebie ląduję w łóżku.

    MRDP Dzień 9
    350 km | 2265 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159664955

    Na szczęście nocne burze ominęły moje okolice. Wyruszam wcześnie rano i po kilku kilometrach od razu popełniam błąd. Za bardzo zapuściłem się w kierunku Szklarskiej i minąłem zakręt prowadzący pod Zakręt Śmierci. To ostatni tak solidny podjazd na trasie MRDP. Czas pożegnać się z górami na dobre. W zasadzie cała reszta trasy to miejsca w których będę pierwszy raz w życiu.
    Dalej przez Świeradów, Leśną aż do Zgorzelca jest głownie z górki, więc kilometry lecą dosyć szybko. Budzi to w głowie pewną nadzieję, że może jest jeszcze szansa trochę podgonić, że może się uda. Gdy wjeżdżam do Lubuskiego jest mi dane poznać osobiście legendarną jakość dróg tego obszaru. Ubzdurałem tu sobie, że cała trasa wzdłuż zachodniej granicy tak wygląda i nie mam szans by nadrobić zaległości. Postanawiam po prostu dojechać do przeprawy promowej w Połęcku przed ostatnim kursem o godzinie 20.

    W zasadzie wszystkie mijane przygraniczne miejscowości usiane są tablicami i szyldami w języku niemieckim. Czasem można się zapomnieć, że jest się w Polsce. Gdzieś po drodze mijam Macieja Skowronka z którym tasowałem się na prawie całej trasie. Jedzie w kategorii sport i często podczas poprzednich nocy widziałem jego zaparkowanego na poboczu kampera.
    Przed jednym z pierwszych dłuższych brukowych odcinków, mijam kolegów z jego ekipy, stojących w gotowości z drugim rowerem przygotowanym pod kiepskie nawierzchnie. Nie wiedziałem że ma aż takie wypasy ;)
    W dalszej części chamskie bruki (które staram się mijać bokiem - czasem nawet ściółką przez las;) ) przeplatają się z drogami, gdzie po prostu jedna część jezdni jest szutrowa. Czasem wydaje mi się, że jadę jakąś kompletnie zapomnianą drogą, po czym dojeżdżam do sporej miejscowości i okazuje się że to jest właśnie główna dojazdówka :) Czasem ślad do punktu kontrolnego prowadzi tak. Kulminacją tego odcinka jest jednak PK32 w Brodach. Te sterty kostki brukowej to jest po prostu kwintesencja ostatnich kilometrów i śmieję się pod nosem, że pewnie plac był kiedyś asfaltowy, ale władze postanowiły wyłożyć trochę bruku dla odmiany ;)

    Do przeprawy promowej na Odrze docieram chwilę przed 19. Czeka tu na mnie Paweł Ignasiak, który zorganizował serwisowy punkt wsparcia dla wszystkich zawodników. Nie znam gościa, ale siedzi tu kilka dni i czeka na każdego zawodnika by zaproponować wsparcie serwisowe – szacun. Od razu zabiera mój rower, każe się rozsiąść, a sam zaczyna czyścić maszynką łańcuch. Śmieje się, że w tym roztworze benzyny jest jeszcze smar od Kosmy ;) Podczas sympatycznych pogaduszek stwierdza, że jestem ostatnim zawodnikiem który ma szanse na dojazd w limicie. Myślę - jak to? Przecież nie ma już szans. Wprawdzie matematycznie jest to możliwe, ale przy takiej jakości dróg niewykonalne. Dodatkowo musiałbym zarwać kolejne 2 noce z rzędu. Paweł mówi że na wybrzeżu jest zachodni wiatr, więc muszę tylko dotrzeć do Międzyzdrojów i będzie w plecy aż do mety. Dodatkowo podobno najgorsze bruki mam już za sobą. Chwilę przed startem promu dociera kolega z kamperem i przeprawiamy się wspólnie .

    Za promem jakość dróg faktycznie ulega zdecydowanej poprawie. Wiatr cichnie i w końcu nie przeszkadza, więc jedzie się przyjemnie. W Cybince robię krótki postój na stacji i zmotywowany słowami Pawła zaczynam wszystko kalkulować na nowo. Pozostało niecałe 40 godzin i około 650 km. Na świeżo do zrobienia bez problemu, jednak przede mną jeszcze dwie całe noce, a deficyt snu mam już ogromny. Gdyby jednak na wybrzeżu faktycznie zawiało w plecy, a drogi były dobre… postanawiam spróbować. Żałuje jednak, że trochę odpuściłem przed promem, bo teraz każda godzina może mieć znaczenie.

    Po 5 godzinach jazdy ponownie łamie mnie senność. Pomimo że drogi są dobre i puste, gdzieś za Mieszkowicami po prostu zjeżdżam w leśną drogę i od razu kładę się na ściółce w opakowaniu. Po pół godziny wybudza mnie chłód, więc po prostu wskakuję na rower i jadę dalej. Niestety tego typu drzemki już nie pomagają i po zaledwie kilku kilometrach, skuszony przydrożną wiatą zajeżdżam na dłuższy sen. Ładuję się w śpiwór i układam na blacie stołu, bo ławeczki są za wąskie. Zasypiam z nadzieją, że nie spadnę ;)

    MRDP Dzień 10+
    534 km | 2487 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160525921

    Po niecałych 2 godzinach ruszam dalej. Na przejściu w Osinowie doskonale widać drugi brzeg Odry i zabudowę niemieckiego Hohenwutzen. W Cedyni siadam na jakiejś ławie. Czuję się bardzo źle. Dzwonię do małżonki i marudzę jakie to wszystko bez sensu. Motywuje mnie, ale ja bredzę i czuję się jak pijany. Jestem tak zmęczony, że pozostałe 500 km do mety jest dla mnie absurdem. Pomimo że jest 6 rano postanawiam szukać noclegu, bo nie jestem w stanie dalej jechać. Droga biegnąca przez Cedyński Park Krajobrazowy spowita jest mgiełką, a wokół kręci się mnóstwo ptactwa, mającego tu sporo siedlisk.

    W Piasku dostrzegam na bramie jednego z gospodarstw tabliczkę z napisem noclegi i numerem telefonu. Nie zastanawiam się długo tylko dzwonię. Tłumaczę Pani sytuację i mówię, że potrzebuję się przespać 3-4 godziny w ciszy i spokoju. „Ale moment, bo mnie Pan obudził. Jeszcze raz, bo chyba jeszcze źle kontaktuję. Chce pan nocleg TERAZ?” Odpowiadam że tak i stoję pod bramą ;) Pani każe mi wejść na podwórko i poczekać aż się ubierze i do mnie wyjdzie. Jest to agroturystyka urządzona w leśniczówce i wygląda na bardzo fajne miejsce. Po chwili wychodzi moja gospodyni, uśmiecha się i wskazuje łóżko oraz łazienkę. Na pytanie o cenę macha ręką. „Proszę się przespać”. Tak to wygląda z okna mojego pokoju. Postanawiam się przespać 3 godziny, więc ustawiam budzik i kładę się w śpiworze, żeby nie nadużywać gościny.
    Budzę się po może dwóch godzinach, cały spocony. Dosłownie czuję jak w żyłach buzuje mi krew. Już wiem, że nie ma szans na dalszy sen, więc zbieram się do dalszej jazdy. Do mety niecałe 500 km i ostatnia doba. Limit już mało realny, ale postanawiam zawalczyć, bo liczę na ten wiatr w plecy. Wiem już, że ostatniej nocy za bardzo przekombinowałem. Powinienem wziąć porządny nocleg, przespać te 6 godzin i ruszyć na „ostatnią prostą”. No ale łatwo oceniać po fakcie ;)

    Przejazd przez aglomerację szczecińską bardzo kiepski. Gorąc, zerwany asfalt i olbrzymi ruch, bo akurat trafiam na godziny szczytu. W Wolinie robię w biegu duże zakupy. Mój plecaczek jest wypchany po brzegi. Przygotowuję się do jazdy z jak najmniejszą ilością postojów. Niestety przez ostatnia dobę wiatr zmienił kierunek i zapowiada się, że znów będzie przeszkadzał. Utwierdzam się w tym po wyjechaniu za Międzyzdroje. Ostatecznie porzucam nadzieję na dojechanie w limicie czasu. Ale jakiś cel trzeba mieć, więc zakładam sobie, że muszę zobaczyć latarnię przed zmierzchem i zdążyć na wieczorną biesiadę.

    Niespodziewanie spotykam Darka Janeczka, który właśnie wychodzi na drogę z lasu po krótkiej drzemce ;) Pierwsze nocne kilometry jedziemy wspólnie. Fajnie się rozmawia, ale taka jazda męczy mnie podwójnie, bo nie pozwala złapać własnego rytmu. Umawiamy się na stacji benzynowej, a ja wyrywam do przodu. Kolega dociera gdy ja już kończę swojego Hot –Doga. Ruszam dalej, tu widzieliśmy się ostatni raz. Na nadmorskiej DW 102 trwają remonty, więc co chwilę pojawiają się odcinki z sygnalizacją wahadłową. W nocy ruch jest niewielki, więc w miarę możliwości wjeżdżam „pod prąd”. Około północy przejeżdżam przez Kołobrzeg. Senność ponownie mocno daje się we znaki. Na tyle mocno, że drzemka to konieczność. Zaczynam się rozglądać za jakąś wiatą, ale w okolicy Miłogoszczy, tuż przy remontowanej drodze znajduję walec drogowy. Chwytam za klamkę – otwarty! :) W środku na całej długości kabiny kanapa, więc wiele się nie zastanawiam, tylko ustawiam budzik i się kładę.

    Nie pamiętam ile snu sobie zaplanowałem, ale po około godzinie budzi mnie chłód. Nie spodziewałem się tak zimnej nocy i nawet nie wyciągałem śpiwora. Nie ma co kombinować, więc zmarznięty ruszam dalej. W Kazimierzu Pomorskim mijam zakręt i znów nadkładam troszkę drogi. W Mielnie, pomimo że jest 4 rano, można spotkać jeszcze kilku imprezowych niedobitków. Jadąc 10 km odcinkiem mierzei jeziora Jamno, jest mi przeraźliwie zimno. Mam ubrane na sobie już wszystko, ale jadąc wąskim pasem lądu pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi jest bardzo wilgotno, co wraz z olbrzymim zmęczeniem potęguje odczuwanie chłodu. Senność nie ustępuje i pomimo kiepskich warunków dosypiam kilka minut na jakiejś ławce. Tym razem budzi mnie sprzątaczka – pewnie myśli że jestem jednym z niedobitków ;) Coraz bardziej zły i zmęczony ruszam dalej. Na dobitkę w miejscowości Osiek ślad skręca w lewo w jakąś drogę z płytami ażurowymi przez pola. O ile nie złamały mnie lubuskie bruki i wschodnie dziurawe drogi, tak teraz klnę na Daniela że puścił tędy trasę. (O dziwo jest nawet w Street View ;) ). To chyba jedyny moment na maratonie, gdy klnę głośno do siebie. Na końcu tej drogi, z jednego z gospodarstw wybiega do mnie ujadający pies. Niestety trafił w złym momencie, bo miałem w sobie tyle złości, że pogoniłem dziada przednim kołem. Był tak zszokowany moją reakcją, że puścił strzałę prosto do jakiegoś rowu z przerażeniem w oczach i podkulonym ogonem. Przepraszam pan pies z Rzepkowa, że dałem upust w twoim kierunku ;)

    Bezchmurny poranek zapowiada ładną pogodę. Niestety wiatr wciąż przeszkadza. Przed Ustką mijam przejazd długiej kolumny wojskowej. Gdy wybija godzina 12:10, czyli 10 doba i tym samym limit ukończenia maratonu, do mety pozostaje mi 90 km. Z tym, że się nie zmieszczę w czasie pogodziłem się już wcześniej – teraz chcę tylko dojechać do końca i mieć to wszystko za sobą :) Droga wzdłuż wybrzeża jest pagórkowata i kiepskiej jakości. Utwierdzam się w przekonaniu, że wieczorna decyzja o odpuszczeniu jazdy na limit za wszelką cenę była słuszna. Na tego typu drogach strata była nie do odrobienia. Groziło to tylko niepotrzebną kontuzją/wypadkiem.

    W miarę jak słońce unosi się coraz wyżej nad widnokręgiem, wiatr zmienia kierunek. W końcu wieje w plecy! :) Migoczące między liśćmi światło bardzo męczy moje oczy. Na tyle, że na jednym z krótkich zjazdów czuję że odcina mi świadomość. Pomimo że do mety zaledwie 30 km, to postanawiam się jeszcze zatrzymać i chociaż zamknąć oczy na kilka minut. Siadam bod belą siana i odpływam może na 2 minuty. Pomogło!

    Podjazdy pod Jeziorem Żarnowieckim wciągam już dość żwawo. Ostatnie kilometry miedzy Karwią a Jastrzębią Górą to wręcz maraton w pigułce. Dziadowskie drogi, brukowe drogi i podjazdy :) Pod latarnię dojeżdżam o godzinie 16:28, czyli z czasem 10 dni 4 godziny i 18 minut. Łączny przejechany dystans to 3200 km. Czekają tu na mnie żonka z synem i osobiście wręcza statuetkę i inne fanty :)

    Wspólnie udajemy się do bazy maratonu, gdzie wieczorem ma się odbyć biesiada. Dostaję obiad i przy stole dzielimy się przeżyciami. Po około godzinie, gdy emocje trochę opadają, zaczyna mnie dopadać zmęczenie i ból nóg. Niestety do wieczornej biesiady nie dotrwam. Reprezentować mnie będzie jednak małżonka, a ja z synkiem udajemy się na naszą kwaterę ;)

    Kolejne dni spędzamy wspólnie nad w Jastrzębiej Górze. Zawodnicy zjeżdżają na metę jeszcze do czwartku. Kilku wyjeżdżamy przywitać pod latarnię. Bardzo fajna atmosfera i zasłużony odpoczynek.

    Na pociąg do Gdyni dojeżdżam na rowerze, po drodze zaliczając jeszcze gminę Kosakowo, którą trasa maratonu niefortunnie omijała ;)

    PODSUMOWANIE

    Przejechanie dystansu 3200 km zajęło mi 10 dni 4 godziny i 18 minut. Trasa maratonu wynosiła 3142 km, więc przejechałem gratis 60 km, a były to błędy nawigacji, krążenie po miejscowościach itp.

    Nie udało się zmieścić w limicie wyznaczonym przez organizatora, który wynosił 10 dni. Mimo wszystko ukończenie trasy dało mi ogromna satysfakcję. Przed startem wiele razy wątpiłem i nawet raz miałem definitywnie rezygnować ze startu. Pewien niedosyt jest, bo zabrakło przysłowiowej „kropki nad i”. Myślę, że brakujące godziny mógłbym zyskać stosując inną strategię noclegową. Można było zostawić cześć bagażu (materac, śpiwór) i korzystać wyłącznie z opcji pod dachem. To jednak nie jest mój styl jazdy, bo przede wszystkim lubię improwizować, a jazda od kwatery do kwatery odebrałaby mi dużo frajdy. Miałem tego świadomość. Na dzień dzisiejszy pojechałbym bardzo podobnie.

    Traktuję to jako otwartą furtkę do startu za 4 lata - o ile żona, zdrowie i okoliczności pozwolą ;)

    Cieszę się, że wziąłem udział w tej przygodzie. Zyskałem dużo doświadczenia, którego w inny sposób nabyć się nie da. Lepiej poznałem możliwości swojego organizmu. Odkryłem istnienie pewnych rezerw, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Zaskoczyła mnie szybkość regeneracji zarówno w trakcie, jak i po maratonie. W czasie dni odpoczynku śmigałem po okolicy na rowerze bez jakichś bóli czy dolegliwości. Oczywiście była zamuła, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie nabawiłem się żadnej kontuzji. Nawet bardzo popularne wśród innych zawodników drętwienia rąk mnie ominęły. Nareszcie udało się w miarę ujarzmić bóle ramion i karku, z którymi borykałem się na długich dystansach. Pomogły tutaj dodatkowe ćwiczenia, które wykonywałem w czasie przygotowań do startu, oraz w trakcie jego trwania.

    Sprzęt spisał się na 100%. Na całej trasie nie złapałem ani jednego kapcia :) Jedynie kilka razy smarowałem łańcuch.

    Trasa była trudna nie tylko ze względu na swoją długość i wymagający limit. Dużym utrudnieniem były drogi złej i bardzo złej jakości – było ich mnóstwo. Najlepiej było chyba pod tym względem w górach Podkarpacia, Śląska i Małopolski. Na trasie napotykaliśmy też wiele kilometrów remontów, czy też zerwanej nawierzchni.
    Była to jedna wielka, intensywna wyprawa, z trudnościami jakie można spotkać podczas wyjazdów w nieznane :)

    Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Kryzysy ma każdy – sztuką jest sobie z nimi radzić, czego ciągle się uczę. Była też euforia, złość (dostało się psu;) ), a nawet łzy. Bardzo mi pomagały słowa wsparcia, które spływały do mnie z różnych źródeł. Pisali do mnie rodzina, znajomi, a także nieznajomi ludzie. Czy to przez Facebooka, czy przez sms, czy nawet przez Wykop :) Nie będę tutaj wymieniał wszystkich - każdy kto mnie wspierał o tym wie i każdemu z osobna bardzo dziękuję :)

    Dziękuję też tym, którzy przebrnęli prze całość relacji – do usłyszenia w przyszłości ;)

    Mój tag - #byczysnarowerze

    Cała galeria zdjęć z opisami

    Pokrewne: #mrdp #rower #kolarstwo #zaliczgmine #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    +: t...u, edicsson +84 innych
  •  

    494978 - 228 - 315 - 272 = 494163

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja z dni 5-7 i garść zdjęć

     

    Pierwsza część, czyli opis przygotowań oraz relacja z pierwszych 4 dni TUTAJ

     

    MRDP Dzień 5

    228 km | 2673 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159511260
     

    Budzik miałem ustawiony jakoś na 3-4 godziny, ale pomimo zmęczenia śpię niespokojnie i kilka razy się budzę. Raz jest mi po prostu zimno, więc ściągam jakąś narzutę z kanapy obok i się nakrywam. Trzeba było skorzystać od razu ze śpiwora.

    Nie budzi mnie budzik, a głosy młodzieży która powoli budzi się do życia w pokojach za ścianą. Nie pozostaje nic innego, jak się zacząć zbierać. Ogarniam się w łazience, po czym schodzę zerknąć na dół do jadalni, bo stamtąd też dobiegają jakieś odgłosy życia. Kilka pań nakrywa do stołu dla dobrych kilkudziesięciu osób. Pytam o możliwość zamówienia śniadania. Wołają „szefowo”, która informuje mnie, że śniadanie jest w prawdzie od 8, ale może mi cos na boku przygotować.  Dostaję więc dzbanek gorącej herbaty i jedzenie. Dziwi się jednak gdzie spałem, bo przecież nie ma miejsc ;)

    Po napełnieniu żołądka, czas uregulować należność. Szefowo wycenia posiłek na 8 zł, więc zostawiam dyszkę i chwilę po godzinie 7 wyruszam w Bieszczady właściwe ;)

     

    Przejazd odcinkiem wielkiej pętli w towarzystwie deszczu. Widoki nie zachwycają – jest mokro i ponuro. Chwilę przed południem, zachęcony sms z relacji forumowego Hipka, zajeżdżam do oberży Biesisko w Przysłupie na placka po bieszczadzku. Fakt, jest PRZEOLBRZYMI, jednak smak pozostawia wiele do życzenia i po prostu wmuszam w siebie jakąś połowę.

     

    Kolejny postój planuję w Komańczy, bo zapasy się kończą, a w tych rejonach o sklep wcale nie jest tak łatwo. Szyld kierujący do delikatesów wskazuje w złym kierunku, bo przejeżdżam całą miejscowość, a sklepu brak. Muszę wracać 2 km do skrzyżowania, czyli kolejne 4 gratis do puli. Ładuję prowiant i przebieram się na krótko, bo nawet wyszło słońce. Wiem, że niedługo wieczór i zrobi się chłodno, ale inaczej bym się zagotował.

     

    Przez Beskid Niski jedzie mi się bardzo przyjemnie, choć wiatr za wszelką cenę chce mnie spowolnić. Mijam kilka bardzo klimatycznych agroturystyk i myślę sobie, że kiedyś trzeba tu będzie przyjechać z rodziną na kilka dni. Bardzo podobają mi się okolice – jest jakoś tak sielankowo.  W Chyrowej cykam fotke ładnie położonej cerkwi. Pod wieczór niebo ciągle straszy deszczem, ale mam nadzieję go uniknąć, bo nie uśmiecha mi się moknąć przed nocną jazdą. Pomimo zachmurzenia, zapowiadana jest kolejna zimna noc.

     

    Zachód słońca podziwiam na pofalowanej drodze za Nowym Żmigrodem. Przed Gorlicami szybki Hot-Dog na stacji plus jeden na wynos. Czując nadchodzący chłód, wpadam jeszcze na chwilę do Biedronki, z nadzieją na zakup jakiegokolwiek cieplejszego ciuszka na górę.  Niestety nic takiego nie znajduję, więc ruszam dalej. Za miastem droga pnie się stopniowo ku górze, by tuż za Ropą zaatakować porządniejszymi procentami.  Dziś jazdę nocą planowałem pociągnąć jak najdłużej, jednak chcieć to jedno, a móc to co innego. Sen mnie muli już nieźle, więc pomimo stosunkowo wczesnej godziny, postanawiam przespać się 2-3 h i dalej ruszyć bardzo wcześnie rano.  Po zjechaniu do Brunar analizuję profil wysokościowy i widzę, że przede mną kolejny solidny podjazd, w sam raz na poranną rozgrzewkę po wyjściu ze śpiwora. Obok boiska wypatruję niewykończone jeszcze budynki, mające chyba spełniać funkcję szatni itp. Niestety wszystkie drzwi i okna już są wstawione i pozamykane. Wjeżdżam na teren szkoły i już klasycznie rozkładam się pod dobrze osłoniętymi od wiatru drzwiami wejściowymi. Niestety namierzają mnie miejscowe psy i zaczynają ujadać zza płotu opodal.  Przy tym akompaniamencie zasypiam, lekko zaniepokojony wskazaniami licznika. Niecałe 230 km to zdecydowanie za mało. Jeszcze jeden taki dzień i szanse na dojazd w limicie będą marne. Jutro trzeba coś podgonić.

     

    MRDP Dzień 6

    315 km | 3745 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159514411
     

    W trakcie zaplanowanych 3,5h snu, psy oczywiście musiały zrobić ze 2 pobudki, bo tyle nieprzerwanego snu, to byłby zbytni rarytas. O godzinie 3 nieśmiało wysuwam się ze śpiwora. Jest mega zimno, więc postanawiam jak najszybciej znaleźć się na rowerze. Mój Hot-Dog na wynos również ma temperaturę w okolicach 5 stopni, więc na samą myśl że miałbym go ugryźć przechodzi mnie dreszcz i ruszam bez jedzenia. Trzeba było go wziąć ze sobą do śpiwora…

     

    Po szybkim zwinięciu posłania, wsiadam na rower i uświadamiam sobie – ale jestem wyspany!  To uczucie mija po jakichś dwóch minutach, zmieniając się z powrotem w zamułę. Mimo wszystko fajnie było poczuć się wyspanym choć chwilę ;) Zgodnie z wczorajszymi planami od razu zaczyna się podjazd. Fajnie, zaraz będzie mi cieplej. Niestety nie jest tak kolorowo, bo jest bardzo stromo, a zastane po nocy mięśnie, ścięgna i stawy krzyczą, że potrzebują spokojnej rozgrzewki, a nie katowania. W Banicy po skręcie w prawo jest tylko gorzej. Dostaję pod koła nachylenie kilkunastoprocentowe, więc największą koronkę kasety szybko opatula łańcuch. Mimo wszystko jadę zygzakiem, co można nawet dostrzec na śladzie z zapisem trasy ;)

    Nadal jestem bardzo śpiący, nie umiem pobudzić organizmu do działania. (Z perspektywy czasu wiem, że dużym błędem był brak jakiegokolwiek posiłku. Powinienem wmusić w siebie cokolwiek, jednak wtedy nie czułem głodu i wcale o tym nie myślałem). Kładę się na kolejnym napotkanym przystanku i zasypiam. Nawet nie nastawiam budzika, bo wiem że w tych warunkach nie zaśpię na pewno. Postój momentalnie mnie wychładza i po niecałych 10 minutach przeraźliwy chłód szybko stawia mnie do pionu. Jeszcze jedna solidna ściana i w końcu zjazd do Tylicza. Gdzieś tutaj nocowałem pierwszej nocy podczas zeszłorocznego wyjazdu do Rumunii. Wtedy też było mokro, ale teraz poza wilgotnością 100% jest jeszcze bardzo zimno.

     

    Kolejne kilkadziesiąt kilometrów zjazdu w kierunku Muszyny to istna katorga. Jadę w dół w porze gdy temperatura jest najniższa. Trzęsę się z zimna i marzę o stacji benzynowej, bo dodatkowo potrzebuję skorzystać z toalety. Chcę by się to skończyło jak najszybciej, ale trwa dobre 2 godziny. Jadę, bo po prostu nie mam innego wyjścia. Pocieszam się myślą, że mógł przecież jeszcze padać deszcz.

     

    W Muszynie zawód – nie ma stacji. Całe szczęście po wjechaniu w Dolinę Popradu robi się cieplej. Na tyle, że mogę się zatrzymać na przystanku i coś zjeść. Hot – Doga popycham batonem i od razu czuję się lepiej. Za Żegiestowem przez mgłę zaczynają się przebijać pierwsze promienie słońca. W Piwnicznej w końcu wymarzona stacja. Zajadam się zapiekankami i nawet zdejmuję część ubrań.

     

    Od Starego Sącza zaczynam się stopniowo piąć ku górze w kierunku Pienin. Przed Tylmanową wracają wspomnienia z Karpackiego Hulaki. Spotkałem tu wtedy Krzyśka Sobieckiego. To było zaledwie 3 tygodnie temu a ja znowu katuję te góry ;) Teraz jedzie się lepiej, bo ruch jest mniejszy. Odzywa się do mnie @Cymerek – jest w okolicy i chciałby dołączyć  i trochę potowarzyszyć. Jednak jest jeszcze daleko, więc za Krościenkiem zajeżdżam do karczmy i zamawiam to, co dostanę najszybciej - pomidorową. Dziś nie ma czasu na stołowanie się. Wyciągam wczorajsze bułki, serek topiony i już po 17 minutach jadę dalej, całkiem syty.

     

    Przejazd przez Pieniński Park Narodowy idzie sprawnie. W końcu czyste błękitne niebo i piękne widoki. Widać pierwsze zarysy szczytów tatrzańskich. Czas na malowniczy podjazd przez Łapsze aż do Łapszanki, skąd rozpościera się piękna panorama Tatr. Tutaj jedzie mi się bardzo dobrze. Mijam sporo rowerzystów, w tym jednego z naszych, a kolega Cymerek również coś nie może mnie dogonić. Czekam na niego w Brzegach, przy okazji napełniając bidony. Podjazd pod Głodówkę jedziemy wspólnie. Fajnie z kimś pogawędzić – dzięki za towarzystwo. Na górze ja odbijam do schroniska, a kolega jedzie dalej.

     

    Spotykam tu Emesa, Daniela Śmieję i Marcina Nalazka. Oni jednak zbierają się do odjazdu, a ja dopiero zamawiam obiad. Wymieniam nadajnik GPS, ale także zakładam nową przetwornice napięcia z dynama. Dobrze że kilka dni przed startem zamówiłem i zabrałem nową. Tak przeczuwałem, że ta stara może już długo nie pociągnąć. Specjalnie zaplatałem nowe koło na dynamie, a zostałbym bez zasilania przez kawałek kabelka ;)

     

    Po obiedzie staję się senny, więc pytam czy za spanie na stole wypraszają ;) Dowiaduję się, że uczestnicy mają tutaj wynajęte 2 pokoje i można z nich skorzystać. Super! Szybka łazienka, budzik na 20 minut i jestem w łóżku. Chwilę przed alarmem przypadkiem budzą mnie dziewczyny z obsługi. No to w drogę.

    Godziny popołudniowe i przejazd przez Zakopane – to się nie dodaje. Tłumy ludzi i chmary samochodów. Chcę stad uciec jak najszybciej, ale nie jest to takie łatwe. Za miastem długi zjazd do Czarnego Dunajca. W końcu wjeżdżam w „swoje rejony”. W tym miasteczku mam sprawdzoną jadłodajnię, ale zastanawiam się czy czasowo mogę sobie pozwolić na taki rarytas. Wiem jednak, że podają jedzenie szybko, a porządny posiłek przyda się przed kolejnym górskim odcinkiem. Zamawiam więc obiad i szybko jadę do Biedronki. Ładuję do koszyka sprawdzone produkty i gdy dochodzę do kas uderzają mnie dwie olbrzymie kolejki na co najmniej 20 minut. Już chcę zrezygnować z zakupów, ale wypatruję jedną zamknięta kasę, gdzie pani kasuje ostatniego klienta. Udaje mi się ją uprosić by jeszcze mnie skasowała. Inni patrzą na mnie trochę krzywo ;)

     

    Gdy wracam do lokalu, obiad już na mnie czeka. W trakcie jedzenia udaje mi się znaleźć w sieci opcję noclegową zaraz przy trasie. Umawiam się z gospodarzem, że wejdę tylnymi drzwiami, a on pokój zostawi otwarty. Pieniądze mam zostawić pod telewizorem ;) A wszystko dlatego, że do przejechania mam jeszcze ponad 100 km, więc planowo będę w samym środku nocy. Dzięki takiemu zagraniu mam na dziś ambitny cel, by pokonać ponad 300 km w górskim terenie.

     

    Jeszcze przed Krowiarkami żegnam się ze Słońcem. Sam podjazd pod przełęcz to dla mnie przyjemność, bo bardzo lubię te rejony. W Zawoi, już po ciemku, odbijam w lewo w kierunku Stryszawy. Sam podjazd jest mi dobrze znany. Jakość asfaltu zawsze była tu kiepska, jednak tym razem cała nawierzchnia jest kompletnie przeryta. Fajnie że się za to wzięli, jednak teraz trzeba się tłuc po wyrwach i błocie. Po chwili doganiam Marcina Nalazka i Jarosława Krydzińskiego. Z tym drugim mijałem się od przez ostatnie 3 dni kilka razy. Trochę dyskutujemy, ale dalej postanawiam wyrwać trochę do przodu, bo mam przecież swój cel na dziś. Wg profilu trasy, przede mną jeszcze 2 niewielkie podjazdy, później kolacja na stacji w Węgierskiej Górce i jestem „w domu”.  Niestety okazuje się, że podobnie jak dwa pierwsze dzisiejszego dnia (przed Tyliczem), to również dwa ostatnie będą bardzo ciężkie. Na jednym z nich kompletnie opadam z sił, kładę głowę na lemondce i piszę sms do relacji: Wyczerpanie kompletne. Prowadzę rower. To jedyny odcinek na którym prowadziłem rower w czasie trwania maratonu. Jakieś 20 kroków. Nie było jakoś stromo, ale po prostu chciałem być bliżej noclegu, a stojąc się przecież nie zbliżałem. Piszę sms z siostrą, motywuje mnie.

     

    W końcu około godziny 1 docieram na miejsce. Godzinę później niż planowałem. Szybki prysznic z użyciem płynu do naczyń i jestem w łóżku. W końcu upragniony nocleg. Właśnie… człowiek dociera na miejsce odpoczynku po długich zmaganiach. Wielka ulga, jednak po chwili uświadamia sobie, że trzeba ustawić budzik na 3 godziny i ciągnąć to dalej. Czy to nie chore? A przecież nikt nie każe – wszystko na własne życzenie. Dostaję jeszcze motywującego sms od Gustava, że jest szansa na limit, żeby jechać. Zasypiając słyszę impulsy elektryczne przepływającprzepływające e w głowie, jakby ktoś nastrajał radio. Bum, świadomość wyłączona.

     

    MRDP Dzień 7

    272 km | 2681 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160538805

     

    Gdy się budzę, stoję obok łóżka i coś majstruję przy rowerze. Chyba śniło mi się że zaspałem i nerwowo zacząłem się zbierać do jazdy. Patrzę na zegarek, a od zaśnięcia minęły dopiero dwie godziny. Wskakuję z powrotem do łóżka, po czym dociera do mnie, jak bardzo bolą mnie kolana. Zasypiam z myślą, że chyba je załatwiłem i  dalej nie pojadę. Gdy dzwoni budzik jest jeszcze gorzej. Próbując założyć spodenki, odkrywam też skalę moich obtarć. Koniec, dalej nie dam rady. Wracam do łóżka i postanawiam się po prostu wyspać. Kilkanaście kilometrów stąd jest przecież żona z synkiem na wczasach. Jakoś się do nich dokulam i w końcu się zobaczymy – będzie po wszystkim.

     

    Budzę się po godzinie i jestem załamany. Żal mi że tak to się skończy. Łzy same cisną się do oczu i kapią na ekran telefonu. Kompletne rozstrojenie. A pogoda za oknem taka piękna. Tak sobie dumam i dochodzi mnie myśl, że przecież oba kolana bolą mnie tak samo. Gdyby to była kontuzja, to raczej bolałoby jedno, lub chociaż któreś mocniej. Może to rozjeżdżę? Mam jakieś tabletki przeciwbólowe, ale to awaryjnie, gdyby trzeba było dociągnąć jakąś końcówkę przed metą. A przede mną jeszcze grubo ponad 1000 km. Nie chcę tłumić bólu, wolę się wsłuchiwać w organizm. Nigdy nie brałem żadnych specyfików tego typu podczas jazdy. Nawet kawy nie piję – jak kofeina to tylko ta z coli.

     

    Podejmuję decyzję – próbuję. Przede mną wieś Szare, a na jej końcu najbardziej stromy odcinek całej trasy. Na jego szczycie albo skręcam w lewo do rodziny, albo w prawo ku mecie ;) Na tyłek leci podwójna warstwa sudocremu, a na kolana trochę jakiejś maści, która kupiłem na szybko przed wyjazdem. Gdy ruszam jest już ciepło i słonecznie (moje rozterki zajęły mi sporo czasu), więc wszystkie długie ciuchy lecą do kuferka. Pierwszy raz jadę całkiem na krótko. Kulam się ostrożnie i o dziwo ból powoli ustępuje.  Kulminacyjny odcinek z ażurowymi płytami podjeżdżam w całości. Czyli jest dobrze. Ochodzita wchodzi również bez problemu. Jadę dalej! :) Po dziurawym zjeździe do Koniakowa zatrzymuję się z zamiarem wysłania do relacji sms, że jest dobrze. Odwracam się i odkrywam że kuferek jest otwarty. Szybka kontrola inwentarza i stwierdzam, że brakuje materacyka. Zerkam na podjazd, ale nie widzę żeby coś leżało. Postanawiam podjechać z powrotem na górę. Niestety nie znajduję zguby. Stoję na szczycie i morale znów pikują w dół. Jak mam jechać dalej, to nie mogę się więcej wracać. Zjeżdżam ponownie po tych dziurach. Na dole znów orientuję się, że kuferek jest otwarty! Tym razem brakuje nogawek i rękawiczek. Czyli pakując wszystkie zbędne ubrania do kuferka przeładowałem go i otwiera się samoistnie. Ponownie wracam pod ten przeklęty podjazd i zbieram z ulicy swoje fanty. Nigdy go nie lubiłem ;)

    Przepakowuję się i ruszam pod Kubalonkę. Po zjechaniu do Wisły robię zakupy w Biedzie. W Ustroniu odbijam w kierunku Cieszyna, gdzie nieśmiało spoglądam w kierunku McD. Jest jednak za wcześnie na dłuższy postój. Dalej wjeżdżam do Czechów. Jedyny zagraniczny odcinek trasy. Całe 3 km ;) Po chwili na poboczu rozpoznaję kolegę z pracy, Dawida. Czatował tu na mnie i towarzyszy mi przez najbliższe kilometry. Większą część trasy jechałem całkiem samotnie, więc fajnie jest podzielić się z kimś wrażeniami.

     

    Teraz czeka mnie trochę odpoczynku od gór. Aż pod Sudety będzie względnie płasko, jednak niestety – pod wiatr. W Krzyżanowicach w powietrzu wyczuwam zapach domowego jedzenia. Jakby rosół czy coś. Muszę to mieć! Zajeżdżamy więc na obiad. Jest wymarzony rosół i grillowana pierś z kurczaka z ananasem. Pycha. Kawałek dalej Dawid odbija w swoją stronę – dzięki za towarzystwo.

     

    Już wieczorem jestem w Głuchołazach, gdzie robię ładowanie zapasów na noc. Kawałek dalej,  na zjeździe przed Gierałcicami, ktoś z pobocza krzyczy: _stój! _ Zawracam i już rozpoznaję. To kuzyn z żoną polowali na mnie z transparentami. Specjalnie dla mnie wyjechali na trasę z Wrocławia. Mało tego! Wiedząc o mojej zgubie, chcą mi wręczyć nowy materac :) Niestety formuła maratonu zabrania tego typu wsparcia na trasie, więc jestem zmuszony odmówić. W każdym razie wielkie dzięki! To bardzo miłe. Mam tylko nadzieję, że nie był kupiony specjalnie dla mnie ;)

     

    Po dalszych zmaganiach z wiatrem, około 1 w nocy zajeżdżam do Złotego Stoku. Tutaj zaczynają się dalsze zmagania z górami. Na pierwszy rzut podjazd pod Przełęcz Jaworową. Nogi dają radę, jednak senność daje się ponownie we znaki. Na zjeździe w kierunku Lądka, gdy ciśnienie krwi spada, a w uszach pojawia się jednostajny szum, zaczynam przysypiać za kierownicą. Musze się bardzo pilnować żeby nie wypaść na którejś z serpentyn, więc postanawiam poszukać miejsca na sen. W samym miasteczku wchodzę na plac zabaw i układam się pod jakąś drabinką. Materaca brak, więc pozostaje mi po prostu trawnik. Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

     

     ______________

    Ostatnie 3 dni zmagań pojawią się w kolejnym wpisie, gdy tylko znów uda mi się znaleźć trochę czasu. Tak jak myślałem, relacja robi się obszerna, więc taki podział całości wydaje się sensowny :)

     

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    Pokrewne:

    #rower #szosa #kolarstwo #mrdp
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    Teraz trzeba dać z siebie wszystko, by najpóźniej za 240 godzin dojechać z powrotem w to miejsce :)

    #byczysnarowerze #mrdp

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    611577 - 410 - 280 = 610887

    Maraton Karpacki Hulaka 2017 ukończony!

    Ale tym razem nie zacznę od relacji, a chciałbym poprosić Was o pomoc w opracowaniu strategii, ale również o plusy, które pomogą mi dotrzeć do większego grona użytkowników, rozsianych przecież po całej Polsce.

    Już niebawem (19 sierpnia) startuję w Maratonie Rowerowym Dookoła Polski. W ciągu 10 dni trzeba pokonać w trybie samowystarczalnym 3142 km. Więcej szczegółów na stronie Maratonu

    Jeszcze rok temu nawet bym nie wpadł na to, by w czymś takim wystartować. Jednak gdy we wrześniu 2016 ukończyłem Maraton Północ – Południe i tym samym zdobyłem kwalifikację do startu w MRDP, zacząłem rozmyślać, czy może jednak stawić czoła wyzwaniu. Rozpocząłem zagłębianie tematu, kolejny raz przeczytałem relacje uczestników edycji z 2013 roku (maraton odbywa się raz na 4 lata) i końcem roku podjąłem decyzję – jadę. Od tamtej pory, czyli ostatnich 8 miesięcy, duża część mojego życia podporządkowana była przygotowaniom do tego startu. Drobne modyfikacje sprzętu, testowanie ekwipunku itp. Poznałem kilka nowych osób ze światka polskiego ultrakolarstwa, popodglądałem, powymieniałem doświadczenia i chłonąłem dobre rady.

    Aktualnie jestem własnie na etapie planowania strategii. Najłatwiejszym rozwiązaniem, byłoby podzielenie trasy na odcinki i wcześniejsza rezerwacja noclegów, a następnie sukcesywna jazda od punktu do punktu. Jednak kto czasem śledzi moje wpisy, to pewnie orientuje się, że to zdecydowanie nie mój styl jazdy ;) Wolę poddać się przygodzie i spontanicznie reagować na konkretne sytuacje / warunki.

    Początkowo rozważałem wieźć ze sobą namiot, ale ostatecznie zdecydowałem się na sam śpiwór oraz lekki dmuchany materac, bo i tak waga całego zestawu jest daleka od optymalnej. Szczególne znaczenie będzie to miało na górskim odcinku pomiędzy Przemyślem a Świeradowem, liczącym ponad 1100 km.
    Z grubsza licząc, każdej nocy mogę sobie pozwolić na 3, maksymalnie 4 godziny snu, na rzeczonym materacu i w śpiworze. W przypadku złych warunków, dużego zmęczenia itp. będę na bieżąco szukał bardziej cywilizowanych warunków.

    I tu przejdę do meritum – chciałbym z Wasza pomocą stworzyć sobie listę:

    - potencjalnych miejscówek, gdzie mógłbym w miarę spokojnie i bezpiecznie przenocować w takim zestawie. Mogą to być przydrożne wiaty, opuszczone budynki, pola biwakowe itp. Być może ktoś ma również sprawdzoną "noclegownię", gdzie mógłbym za niewielką opłatą skorzystać z kawałka podłogi i łazienki. Oczywiście jak najbliżej wytyczonej trasy ;)

    - znanych i polecanych lokali gastronomicznych. Jeśli ktoś zna i może polecić restaurację czy bar, leżący na trasie lub w jej pobliżu, to proszę o informację. Najbardziej pożądane są takie z domowym jedzeniem, gdzie oferuje się danie dnia itp. Chodzi o to żeby było szybko i smacznie, ale przede wszystkim bezpiecznie, bo zatrucie pokarmowe mogłoby oznaczać konieczność wycofania się z udziału.

    Bezpośredni link do trasy: https://ridewithgps.com/routes/23843164

    Jeśli ktoś chciałby podopingować, to chętnie zamienię słówko na trasie. Jednak w mojej kategorii dłuższa jazda z innymi kolarzami jest zabroniona, już nie wspominając o jeździe „na kole”. Ale jadąc obok siebie można będzie chwilę pogawędzić :) Te zasady są dla mnie priorytetem i na pewno będę się ich trzymał.

    Z kolei jeśli ktoś zechciałby śledzić poczynania uczestników sprzed komputera, nie opuszczając piwnicy, to też jest taka możliwość, bo każdy zawodnik będzie wyposażony w urządzenie przesyłające na żywo dane o lokalizacji.

    Mapa z położeniem będzie dostępna na stronie trackcourse.com (obecnie jeszcze nieaktywna).
    Maratończyków obowiązuje również relacja sms, za pomocą których trzeba będzie potwierdzić każdy z 41 punktów kontrolnych znajdujących się na trasie. Można też będzie wysyłać tam swoje aktualne, przemyślenia i odczucia ;) Będą pojawiać się pod profilem każdego z uczestników. Moje powinny być tutaj:

    http://mrdp.pl/zawodnik/marceli-byczek-2017

    Z kolei tutaj powinny pojawiać się po kolei wszystkie sms:

    http://mrdp.pl/relacja-online

    A tutaj będą mogli udzielać się kibice (obecnie są tam jeszcze wpisy z edycji 2013):

    http://mrdp.pl/komentarze

    Postaram się również czasem dodać swoje odczucia, sytuację i marudzenie pod swoim tagiem. Zainteresowanych zapraszam więc do obserwowania -> #byczysnarowerze

    Moja Strava: https://www.strava.com/athletes/7485043

    Tag jest ciągle żywy i raz na kilka tygodni wrzucam pod nim relacje z dłuższych wyjazdów i ultramaratonów.

    Jakie mam ambicje?

    Moim głównym i jedynym celem jest ukończenie trasy Maratonu w wymaganym limicie 10 dni. Jest to dla mnie olbrzymie wyzwanie i główną walkę będę toczył z samym sobą. Średnio na dobę trzeba będzie pokonać prawie 320 km. Niestety nie można sobie trasy podzielić na takie odcinki, bo jak wspominałem trasa wiedzie przez całe polskie góry, gdzie wyrobienie takiego dystansu przez 4 dni z rzędu, mając już ponad 1000 km za sobą jest arcytrudne i stać na to tylko garstkę wyjadaczy, którzy będą rywalizować między sobą o podium.

    Jak widać czas jest tak wyżyłowany, że w zasadzie wystarczy dłuższa chwila słabości i szanse na ukończenie gwałtownie maleją, a w raz z nimi morale. A poza przygotowaniem fizycznym to właśnie psychika będzie grać olbrzymią rolę. Dlatego każde dobre słowo jest mile widziane i może pomóc mi w osiągnięciu celu :)

    Z góry dzięki!

    #rower #kolarstwo #polska

    A poniżej relacja z Karpackiego Hulaki, czyli prawie 700 km wybitnie górskiej trasy bez wypłaszczeń ;)

    Karpacki Hulaka to nowy pomysł na imprezę w stylu ultra. Jej organizatorem jest Krzysiek Sobiecki. Formuła trochę odbiega od tych wg których jeździłem dotąd, jednak zdecydowanie przypadła mi do gustu ;)

    Zasady były dosyć proste: jazda solo, całkowita samowystarczalność i do przejechania 7 obowiązkowych segmentów, każdy w innej części Karpat:

    Beskid Mały
    Beskid Makowski
    Beskid Niski i Pogórza
    Beskid Śląski
    Beskid Wyspowy
    Pasmo Babiogórskie
    Podhale

    Trasę pomiędzy poszczególnymi segmentami, każdy sobie dobierał sam. Godzinę startu również każdy wybierał dowolnie, byle wraz z czasem finiszu zawrzeć się w trzech wyznaczonych dobach (pt-nd).

    Już dobre 2 tygodnie przed startem wyrysowałem sobie trasę, zapisałem w Garminie i zacząłem planować strategię. Wg śladu do przejechania miałem 660 km i prawie 9000 metrów w pionie. Pierwotnie planowałem start w sobotę wcześnie rano, jednak gdy zaczęły do mnie docierać powyższe cyfry, postanowiłem wyruszyć w piątek na noc - na wcześniej nie pozwalała mi praca.

    Początkowo chciałem jechać na lekko, jednak pomyślałem, że może być to świetna okazja do sprawdzenia ekwipunku jaki planuję zabrać na tegoroczny MRDP. Wiedziałem, że będzie to dodatkowy i w tym przypadku znaczący balast, bo trasa miała być wybitnie górska. Uświadomiłem sobie jednak, że w sierpni będę musiał z nim pokonać 5 razy tyle kilometrów, z których prawie 1/3 (ok 1100 km) będzie przebiegać po polskich górach.

    Tym sposobem uzbrojony w śpiwór, materac i wszystkie łachmany, około godziny 19 zajeżdżam na ulicę Staromostową w Krakowie, gdzie znajduje się lokal o nazwie "Punkt Docelowy" wyznaczający miejsce startu.

    Już na początek niespodzianka - gdy chcę napełnić bidon wodą z izotonikiem, orientuję się, że zgubiłem zakrętkę. Musiała być niedokręcona i na krakowskich brukach po prostu sobie uciekła. Postanowiłem wyruszyć na poszukiwania, więc przejeżdżam całą trasę do dworca jeszcze raz (a w zasadzie dwa razy). Niestety nie udało się znaleźć zguby, więc kupuję jakieś Oshee z dziubkiem, który przekładam do 1,5l butli z woda mineralną. Strasznie to nieporęczne, ale ostatecznie będzie mi służyć aż do mety.

    Ostatecznie lekko wkurzony startuję o godzinie 20 i ruszam w stronę Wieliczki, by na pierwszy rzut zaliczyć segment w Beskidzie Wyspowym. Ruch samochodowy spory. Co chwilę łapią mnie czerwone światła, co mnie dodatkowo denerwuje, bo nie mogę się rozkręcić. Myślę nawet czy ta cała akcja ma sens ;)

    W samej Wieliczce ślad ładuje mnie na jakiś stromy brukowy podjazd, czyli pierwszy ze skrótów na którym się tak naprawdę traci :) Za Dobczycami wjeżdżam na właściwy segment. Początek drogi zamknięty (przebudowa mostu), jednak można się przedostać dalej kładką dla pieszych. Od teraz muszę być czujny, bo przez nieuwagę przy planowaniu, mój ślad nie prowadził dokładnie po tym wymaganym. Zorientowałem się w dzień startu i nie miałem już możliwości wgrania właściwego. Dlatego już w pociągu przejrzałem na Street View właściwy wariant i teraz odtwarzam go z pamięci. W sumie mam aż 3 korekty, ostatnia przed Żegociną.

    Ostatni posiłek jadłem po południu w domu, więc już około północy zajeżdżam już na stację na Hot Doga i przyodziewam nogawki itp. Dotąd dało się spokojnie jechać na krótko. Za Uściem Gorlickim wita mnie świt, a także dzika zwierzyna przecinająca mi drogę.

    Jako cel na pierwszy dłuższy odpoczynek obieram sobie McD w Nowym Sączu. Jestem trochę za wcześnie, więc korzystając z chwili czasu rozbieram się znów na krótko, choć jest jeszcze dosyć rześko. Niedaleko mnie zbiera się grupa kibiców na wyjazd do Warszawy. Do śniadania słucham więc w kółko powtarzanej popularnej przyśpiewki o Legii ;)

    Za mną 2 segmenty, więc pora skierować się w kierunku Podhala. Oznacza to prawie 100 km wspinania się pod górę, z małym wyjątkiem w okolicy Jeziora Czorsztyńskiego. W Tylmanowej mijam się z jadącym z naprzeciwka Krzyśkiem, czyli wspomnianym organizatorem całego zamieszania, ale jednocześnie jednym z uczestników. Krzysiek startował w piątek rano, więc większą część trasy ma już za sobą. Chwila pogaduszek, wymiana wrażeń i żegnamy się. Tuz za Krościenkiem zatrzymuję się na szybki rosół i małą toaletę. Teraz zaczyna się już właściwy podjazd na kulminacyjny punk segmentu podhalańskiego, czyli przełęcz na Hali Głodówka. Rok temu była tu meta maratonu Północ – Południe w którym brałem udział, jednak tym razem trzeba jechać dalej ;) Teraz wybija mi tutaj równe 300 km, wtedy było to 990.
    Niestety jest sobota w pełni, więc ruch na drogach jest duży. W połączeniu ze słońcem i niedospaniem, ciągle wyprzedzające auta drażnią mnie podwójnie. Kończy mi się prowiant, więc na zjeździe do Poronina, w Murzasichle, robię postój. Jestem tak wygłodzony, że chciałbym kupić wszystko po kolei. Do picia biorę 3 różne napoje, w tym sok pomidorowy. Nie mogę się również oprzeć ogórkowi małosolnemu ;)

    Od Poronina zaczynam wymagający podjazd pod Ząb, czyli najwyżej położoną miejscowość w Polsce. Tutaj ruch już mniejszy, a widoki na tatrzańskie szczyty cieszą oko i duszę. Porządną kolację planuję zjeść w Czarnym Dunajcu, gdzie mam sprawdzony lokal z dobrymi obiadami. Gdy tak sobie jadę i już rozmyślam o menu, nagle uświadamiam sobie, że przecież zaraz wyjeżdżam z Podhala, a nie zaliczyłem jeszcze obowiązkowego odcinka pod Obidową! Zerkam na mapę i wszystko jasne – minąłem zjazd, a że była to tylko „odnoga”, to nadal byłem na właściwym kursie, co uśpiło moją czujność. Szybka kalkulacja i wychodzi 16 km gratis. Trudno, trzeba wracać.

    Gdy zaliczam szczyt podjazdu i zatrzymuję się pod Rdzawką, okazuje się że Czarny Dunajec to w zasadzie nie jest mi po drodze, więc postanawiam wejść do baru oferującego obiady. Jestem ostatnim obsłużonym klientem, więc decyzja słuszna, bo później mógłbym zostać skazany na hot-dogi, które mi się już mocno przejadły podczas poprzednich maratonów. Niestety ziemniaków brak, a na frytki nie mogę patrzeć, ale udaje mi się zamówić dużą porcję ryżu, grillowaną pierś z kurczaka i zestaw surówek, uprzednio rozgrzewając żołądek porządną michą pomidorowej. W końcu trochę „normalności” ;)

    Dobrze odżywiony ruszam z powrotem w kierunku Jabłonki. Teraz zacznę jazdę po znanych mi terenach – celowo tak ułożyłem kierunek trasy, by w jej drugiej części, gdy zmęczenie jest największe, czuć się jak u siebie ;)

    Zgodnie z przyjętą strategią, przed samym zachodem słońca planuję znaleźć jakiś kąt, gdzie mógłbym się przespać około 3 godzin w śpiworze. Od Zubrzycy rozpoczyna się długi podjazd na Przełęcz Krowiarki, więc okoliczności dobre – po wyjściu z ciepłego śpiwora będę mógł się od razu rozgrzać jadąc pod górkę. Po lewej mijam jakiś plac budowy. Chwilę się przyglądam, planuje nawet zagadać ochroniarza, ale zauważam kamery, więc jadę dalej. Zajeżdżam na tyły szkoły, gdzie ubieram się cieplej, obserwując przy tym okolicę. Obiekt również wyposażony jest w monitoring, ale nie mogę przecież jeździć z miejsca na miejsce bo szkoda czasu. Teraz 20 dmuchnięć w materac i już leżę pod zadaszonym wejściem do budynku. Budzik ustawiam na 3 godziny i w końcu nadszedł czas odpoczynku.

    Jeszcze dobrze nie zamknąłem oczu, gdy słyszę jakąś grupę młodzieży która rozsiada się na ławce 20 metrów ode mnie. Jest już ciemno więc nie zauważają mnie, jednak ich śmiechy i rozmowy nie pozwalają mi zasnąć. Słucham więc sobie i oceniam towarzystwo. Raczej niegroźne młodziki - przyszli napić się piwa i spalić jakieś chwasty – mam nadzieję że zrobią co mają do zrobienia i sobie pójdą, więc zatykam uszy i próbuję zasnąć. Po około godzinie jeden z nich dostrzega mój rower. Podchodzą we dwóch i świeca we mnie latarkami z telefonów. „Ty ktoś tu leży!” „Dobra, zostaw go, niech śpi”.

    Miałem nadzieję że po tym zbiorą się trochę szybciej, lub chociaż będą odrobinę ciszej. Niestety po powrocie do grupy stwierdzili tylko „ktoś tam śpi” i toczyli dyskusję dalej bez żadnych pohamowań ;)

    Na chwilę udaje mi się zasnąć, a gdy się budzę, to nikogo już nie ma. Patrzę na zegarek – spałem max godzinę, ale minęły prawie całe założone trzy. A pośpię jeszcze ze dwie, w końcu spokój… Zaraz, zaraz, halo - przecież nie o to w tym chodzi. Zwijam majdan i marznąc wsiadam na rower aby kontynuować podjazd u podnóży Babiej. Po chwili we wsi zaczynają wyć syreny. Jest pierwsza w nocy, ale nikogo to chyba nie interesuje. A wyją głośno i bardzo długo. Po pewnym czasie mija mnie jednostka straży pożarnej.

    Na parkingu pod Przełęczą Krowiarki sporo samochodów i turystów (jak na tę porę). No tak, jest weekend i ludzie przyjechali podejść na Babią na wschód słońca. Trochę mnie wkurzają, bo patrzą na mnie oślepiając mnie tymi swoimi czołówkami. Na szczycie popełniam błąd, bo przed tym długim i przecież znanym mi dobrze ponad 15 km zjazdem do Zawoi nie ubrałem kurtki. Wytelepało mnie nieźle. Na dziurawym podjeździe pod Stryszawę trochę się rozgrzewam i na szczycie przyodziewam się przed kolejnym zjazdem. Da dole jest czynna stacja, niestety samo okienko i ciepłej strawy brak. Zjadam 7 Days i ruszam dalej. Brak snu daje się we znaki. Postanawiam uciąć sobie jeszcze drzemkę przed samym wschodem. Na jednym z przystanków udaje się przespać jeszcze kilka minut, ale chłód szybko stawia mnie na nogi. Czuję się dużo lepiej więc jadę dalej.

    W okolicy Huciska ślad wprowadza mnie w jakieś szutrowe ścieżki. Nie chcę ryzykować i zawracam na główną i sprawdzoną drogę. Gdy docieram do Żywca jest już jasno. Świt wita mnie w tym samym miejscu co podczas niedanego Tour de Silesia. W Węgierskiej Górce klasycznie już postój na Hot Doga. Ogarniam toaletę i zaczynam kolejny raz w tym roku wspinaczkę pod Ochodzitą. Tym razem jednak, postanawiam sprawdzić wariant którym przyjdzie mi jechać podczas MRDP, czyli przejazd przez wieś Szare, ze „słynnymi” stromymi płytami na końcówce podjazdu.

    Za Koniakowem zaczyna się właściwy segment Beskidu Śląskiego. Jest zaledwie kilka minut po godzinie 8, a odczuwalna temperatura zdradza już, że pozostałe niespełna 200 km do mety nie będzie sielanką. Pod zameczek prezydencki docieram prze Stecówkę wąskimi i przyjemnymi asfaltami. Na jednym z podjazdów wypatruję nawet zabłąkane 10 zł ;)

    Podjazd pod Przełęcz Salmopolską bardzo mi się dłuży. Na jednym z zawijasów przebieram się na krótko. Zjazd do Szczyrku i dalej do Bielska idzie sprawnie. Tutaj dłuższa przerwa na posiłek, tankowanie i ruszam w kierunku Straconki, skąd zaczyna się obowiązkowy, ale dobrze mi znany podjazd na Przełęcz Przegibek w Beskidzie Małym. Drzewa dają sporo cienia, więc jeszcze jedzie się dosyć przyjemnie. Szybki zjazd do Międzybrodzia i przez zaporę zmierzam w kierunku Porąbki. Stąd jeszcze podjazd pod Wielką Puszczę ze stromą ścianką w pełnej lampie i rozpoczynam przerzut krajówkami przez Andrychów i Wadowice, w okolice Beskidu Makowskiego. Ciężki to odcinek – duży ruch samochodowy i jazda w pełnym słońcu, w godzinach gdy doskwiera ono najbardziej.

    Z niecierpliwością wyczekuję Makowa Podhalańskiego, skąd w końcu odbiję na dwa ostatnie, lecz bardzo wymagające podjazdy. Pierwszy prowadzi pod Makowską Górę. Jadę go w tym kierunku pierwszy raz, ale wchodzi jako tako, bo w większej części jest zacieniony. Od strony Jachówki jest bardziej wymagający. Na ostatnim podjeździe (tzw. „Hujówce”), z Bieńkówki do Batorówki piekarnik piękny. Przy mocnym nachyleniu toczę się kilka km/h w pełnym słońcu, więc nawet chłodzenie powietrzem nie funkcjonuje ;)

    Gdy w końcu docieram na szczyt, pozostaje zjazd i ostatnia prosta aż do Krakowa. Za Skawiną, pomimo że jest już po godzinie 18, termometry wskazują chore liczby.

    Na metę docieram chwile przed 19. Od startu upłynęło więc 46h48m. Licznik wskazuje 690 km, z przewyższeniem w okolicach 10000m. Zwycięzca, czyli Daniel Śmieja, potrzebował tych godzin zaledwie 34,5 – wielkie gratulacje. Czas dla mnie nieosiągalny, jednak nie on był dla mnie najważniejszy w tym starcie. Z pewnością mogłem z niego urwać sporo jadąc na lekko i przede wszystkim nie zarywając dwóch nocy. Udało mi się jednak sprawdzić ekwipunek i znów lepiej poznać reakcje swojego organizmu wystawionego na długotrwały wysiłek. Pozostaje mieć nadzieję, że zdobyte doświadczenie zaprocentuje podczas startu w MRDP :)

    Link do całego albumu

    Strava: https://www.strava.com/activities/1109949002

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: snag.gy

  •  

    716459 - 546 = 715913

    Pierwsza edycja Maratonu Tour de Silesia zaliczona!

    Trasa 540 km dookoła województwa śląskiego. Blisko, sporo znajomych nazwisk na liście startowej, więc nie mogłem odpuścić ;)

    Wraz z @Mortal84 i @bynon startujemy w piątej, ostatniej grupie. Tempo od razu jest wyżyłowane. Lecimy grupą około 10 osób po zmianach parami, a wskazanie prędkościomierza rzadko schodzi poniżej 40km/h. Szybko doganiamy resztę uczestników i wychodzimy na czoło całego maratonu. Na PK1 (37km) tylko podbicie pieczątek i w drogę. Na jednej ze zmian łapie mnie kolka, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło na rowerze. Wydaje mi się, że przyczyną jest zwiększona kadencja, jaką sobie przyjąłem jakiś czas temu, by oszczędzać stawy. Boli mocno, ale po kilku minutach udaje się to jakoś ogarnąć. A tempo ciągle jak na ustawkach szosowych, bo na drugim PK (106 km) średnia wskazuje ponad 36 km/h. Tutaj już kilka minut przerwy. Uzupełniamy bidony i kto gotowy rusza dalej. Nasza grupka liczy teraz 8 osób i w tym składzie przejedziemy kolejne 200 km, równo pracując na zmianach. Przed PK3 (170km) łapie nas zawierucha i deszcz. Wieje, leje, ale tempo maleje tylko nieznacznie. Ktoś proponuje przeczekać gdzieś największy deszcz, ale nie zyskuje aprobaty grupy ;) Na punkcie większość ubiera kurtki, choć w sumie już nie pada. Ja zostaję na krótko, z nadzieją że dzięki temu uda mi się lepiej przeschnąć przed nadejściem nocy. W Kłobucku, na 216 km trasy, mamy zorganizowany punkt żywieniowy. Smaczny obiad, trochę dłuższy odpoczynek, ale już słyszę jak grupa woła czy jadę dalej z nimi. Postanawiam jeszcze trochę pociągnąć z nimi, a gdy zaczną się większe pagórki, zacząć jechać już swoje.

    W dalszej części kilka razy jesteśmy filmowani przez drona. Fajna zabawka i pamiątka: https://www.youtube.com/watch?v=Q0qdS0DakdE&t=0s

    Zaraz za PK4 w Koniecpolu (280km), droga coraz bardziej zaczyna się piąć ku górze. Gdy na liczniku wybija 300 km, a średnia wskazuje 34,4 km/h stwierdzam że to już ten moment i na jednym z podjazdów po prostu odpuszczam. Dalsza próba trzymania tempa mogłaby się skończyć kontuzją, bo już lekko pobolewał mnie achilles. Szkoda było zaprzepaścić tak wypracowaną przewagę i zakończyć imprezę wycofką ;)

    Robi się ciemno, ale drogę doświetla piękny księżyc w pełni. Mniej więcej w tym samym czasie z mojej grupy odłączyły się jeszcze 2 uczestników. Jeden z nich zostaje z tyłu, a drugiego doganiam i sobie gawędzimy. Nie jedziemy po zmianach, a po prostu trzymamy się w miarę blisko siebie, bo tempo mamy podobne. W Olkuszu postanawiamy zatrzymać się na stacji benzynowej. Jemy hot-dogi i kolega rusza dalej, ale ja postanawiam jeszcze trochę odpocząć, bo doskwiera mi ból pleców.

    Wrzucam na siebie kurtkę, bo jest bardzo mgliście i ruszam dalej. Po chwili mijam jednego z uczestników, który coś kombinuje na przystanku. Pytam czy wszystko ok i gdy potwierdza, mknę dalej do przodu w kierunku punktu żywieniowego nr 2 w Bolęcinie (373 km). Tu zjadamy jakiegoś kuraka z ryżem i sałatką. Niestety jest to tak suche, że ledwo przechodzi mi przez gardło. Żuję i żuję, a kolega już się zbiera do odjazdu. Mi z tym żuciem schodzi jeszcze dobre 15 minut. Po prostu wmuszam to w siebie, bo szkoda mi tracić posiłku.

    Za cel stawiam sobie złapanie kolegi uciekiniera jeszcze przed górami. Cisnę więc i cisnę wśród mgieł i blasku księżyca, aż w końcu po dobrej godzinie zauważam czerwony migający punkt na horyzoncie. Chodź tu mój zajączku ;)

    Wyprzedam go, ale na PK5 w Wieprzu (403km) znów mnie dopada i rusza przede mną. Po chwili znów jestem z przodu i zaczynam pierwszy z większych podjazdów, czyli wspinaczka na Przełęcz Kocierską (718m). Robi się gorąco, ale nie ściągam jeszcze kurtki, bo wiem co mnie czeka podczas zjazdu. Zaczyna świtać, więc robi się rześko. W Węgierskiej Górce na PK6 (447km) postanawiam zjeść Hot-Doga, więc ponownie się spotykamy. Tym razem jednak wyruszam pierwszy. Góry witają mnie pięknym porankiem. Teraz czeka mnie długi, w zasadzie 30 km podjazd do Koniakowa. Możliwość oglądania takich widoków sprawia, że stwierdzam: "warto było się męczyć całą noc :)" Tym bardziej, że do mety już zaledwie setunia ;)

    Ostatni dłuższy podjazd pod Kubalonkę i zjazd do Wisły. W Ustroniu odbijam w lewo w kierunku Cieszyna, gdzie znajduje się ostatni, siódmy punkt kontrolny (507km). Ku mojemu zaskoczeniu spotykam tam 4 uczestników. Jeden leży na kafelkach, więc coś mi nie pasuje, bo przecież czołówka która była przede mną, by sobie nie robiła takiego popasu 35 km przed metą :) Okazuje się, że to chłopaki z dystansu 370 km. Trochę się z nimi zagaduję i zapominam o moim zajączku, który nagle wpada na stację, bije pieczątkę i od razu ucieka na ostatnią prostą. Szybko zeruję colę i udaję się w pościg. Po kilku km wyprzedam go i pozostaje tylko dociągnąć do mety. Dosyć szybko znika na horyzoncie, więc jeszcze pozwalam sobie na sik-stop. Analizuję godzinę i już wiem, że uda mi się zmieścić w czasie mniejszym niż 1 doba (a przed startem sobie takim przyjąłem jako ambitny cel).

    Na metę docieram z czasem 22 godziny 44 minuty, więc sporo poniżej oczekiwań. Ciepłe przywitanie przez żonę :) Zostajemy jeszcze na mecie dobre 2 godziny, dyskutujemy i witamy przybywających na metę. Próbuję sobie urządzić w namiocie drzemkę, ale jest za duszno, bo słońce już daje lampę. Udaje mi się trochę zdrzemnąć na hali gimnastycznej, po czym pakujemy majdan, żegnamy się i jedziemy do Rybnika na pociąg. Ufff... teraz trzeba trochę odespać, bo jutro powrót do rzeczywistości.

    Super organizacja i towarzystwo. Jeśli za rok trasa będzie poprowadzona inaczej (nie lubię jeździć tego samego), to będę obowiązkowo ;)

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    718789 - 229 - 149 - 230 - 51 - 5 = 718125

    W końcu opisałem ostatnie dni wypadu z kuferkiem. Tym razem trochę o Serbii i Rumunii. Pierwsza część tutaj

    Dzień IV

    W nocy trochę trzepotało namiotem i przeszedł niewielki deszcz, ale rano było suchutko. W Chorwacji nie miałem zawitać na zbyt długo, ale chciałem odwiedzić chociaż jedno większe miasto, więc z rana kieruję się na Osijek. Zaliczam małą przełęcz i po około 40 km mogę podziwiać panoramę miasta położonego nad rzeką Drawą. Zwiedzam miejscowy Mc Donald’s i po napełnieniu żołądka odbijam na wschód, w kierunku granicy z Serbią. Robię większe zapasy jedzenia, bo nie wiem jak będzie z płatnościami kartą itp. w tym kraju (nie należy do UE). Wiem, że moje pakiety komórkowe na pewno jej nie obejmują. W razie czego jestem przygotowany na jazdę aż do Rumunii, bo w Serbii obowiązuje obowiązek meldunkowy w ciągu 24 godzin od wjazdu do kraju.

    Po przybyciu na przejście graniczne, chorwacki celnik pyta mnie o rzeczy do oclenia itp. i puszcza dalej, zaś ten serbski tylko zerka na dowód, na mnie i wita z uśmiechem. Dostaję sms z jakimiś chorymi stawkami typu 6zł/min połączenia, czy 50zł za 1 MB internetu, więc dla pewności przechodzę w tryb offline.

    Tym sposobem równo w południe witam Serbię Z zaciekawieniem ruszam w kierunku pierwszych miejscowości. Te małe, przygraniczne, straszą trochę stanem infrastruktury, ale przez to jest ciekawie, bo inaczej niż dotąd. Egzotyki dodają też serbskie napisy, pisane cyrylicą. Stan dróg lepszy niż zakładałem, choć oczywiście cudów nie ma. W końcu jednak nie spotykam pseudo ścieżek rowerowych, więc zasady na drodze są proste i jasne. Jedzie mi się dużo lepiej niż po znienawidzonych przeze mnie pod tym względem Węgrzech.

    Pierwszym większym miastem na mojej drodze jest Kula. Znajduję bankomat i bez problemu wypłacam trochę serbskich dinarów. Urządzam sobie odpoczynek w małym parku miejskim i obserwuję życie mieszkańców.

    Dalej, kierując się dalej na wschód odwiedzam Novi Becej, po czym wjeżdżam na długi 40 km odcinek prostej prowadzącej docelowo do przygranicznego miasta Kikinda. Po drodze spotykam kilka bezpańskich psów, błąkających się po jezdni. Odwagę miałem sfotografować tylko jednego, najmniejszego. Pozostałe były dużo większe, jednak wszystkie miały podobny, dziwny wzrok. To ciekawe, bo można było po nim poznać, że są dzikie, bezpańskie. Niektóre nie były zwykłymi kundlami, a przypominającymi rasowe, znane nam odmiany. Najbardziej przestraszyłem się dużego psa, typu dalmatyńczyk, którego zauważyłem w ostatniej chwili. Był duży, brudny i po prostu stał sobie przy drodze obok krzaków i spokojnie na mnie patrzył.

    Ponieważ mam tutejsze pieniądze i mogę spokojnie zrobić zakupy, to zaczynam rozważać czy jednak nie zaliczyć noclegu na terenie Serbii. Po dojechaniu do miasta okazuje się, że przejście graniczne jest czynne tylko do godziny 20. Do następnego mam może 20 km, ale postanawiam jednak zostać tu na noc. Samo miasteczko Kikinda najbardziej „cywilizowane” z dotychczas mijanych w Serbii. Ładne centrum miasta, z ratuszem, kawiarniami, barami itp.

    Już po ciemku zaczynam się rozglądać za miejscem pod namiot. Im dalej od centrum, tym bardziej obskurnie się robi. Po prawej zauważam łąkę ze skoszoną trawą, ale jest trochę za blisko osad ludzkich i postanawiam jechać dalej. Niestety nie udaje mi się znaleźć podobnego rarytasu. Cała okolica to pola uprawne z kukurydzą itp. z twardą glebą. Odbijam w polną drogę, z nadzieją że w końcu znajdę jakiś skrawek sensownego podłoża. Po chwili słyszę dziwne harmoniczne dźwięki rodem z horrorów. Okazuje się, że jest tu wydobywana ropa za pomocą żurawi pompowych.

    Niestety polan brak, a nie chcę komuś niszczyć upraw, więc rozkładam się na łuku drogi. Gwieździste niebo i zarysy poruszających się żurawi nadają miejscówce klimatu.

    Dystans: 229 km W górę: 739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1035780248

    Dzień V

    Rano wyruszam w kierunku granicy z Rumunią. Ponownie celnicy zagadują mnie o różne rzeczy. Początkowo myślałem, że to takie formalności, a oni to robią z czystej ciekawości. Dziwią się skąd jadę, oglądają sprzęt itp. polecają i tłumaczą gdzie znajdę basen zasilany wodami termalnymi. Ogólnie bardzo sympatycznie. Byłem przekonany, że dla nich tacy jak ja to codzienność i rutyna ;)

    Po wjechaniu do Rumunii czuję się jakoś bardzo swojsko. Pewnie dlatego, że rok temu zjeździłem po tym państwie dobrych 1000 km, ale też wróciłem przecież na teren UE :)

    W Jambolji sprawdzam basen polecany przez celnika, ale jakoś nie zachęca mnie. Wygląda jak jedno ze starych odkrytych kąpielisk, jakie można było spotkać w Polsce dobrych 20 lat temu. Przecież aż tak nie śmierdzę – jadę dalej ;)

    W centrum próbuję zrobić jakieś zakupy na śniadanie, ale w sklepie nic ciekawego nie znajduję, więc kupuję loda, radlera, zasiadam na ławce i obserwuję poranne życie miasteczka. Kultura inna od naszej. Ludzie są dużo bardziej ekspresyjni i otwarci w kontaktach miedzy sobą. Krzyczą do siebie przez ulicę, gwiżdżą, pozdrawiają, głośno dyskutują.

    Po pewnym czasie dostrzegam, że przed jednym z lokali w zasadzie cały czas ustawiona jest kolejka ludzi. Wszyscy wychodzący coś zajadają, więc postanawiam sprawdzić co to takiego. Po odstaniu swojego, zajadam się do syta 2 sztukami ciepłych langoszy ze śmietaną i czekoladą.

    Ruszam w kierunku mojego głównego celu na dziś, czyli Timisoary. Niestety droga w kierunku miasta jest dużo bardziej ruchliwa i kierowcy rumuńscy szybko przypominają mi, jak bardzo ich znienawidziłem w ubiegłym roku. Do pięknego centrum wjeżdżam w porze obiadowej, więc korzystam z obecności Mc Donald’s i stołuję się w najlepsze. Po pewnym czasie podchodzi do mnie dziewczyna z obsługi i mówi coś do mnie po rumuńsku. Tłumaczę, że nic nie rozumiem i odchodzi. W sumie to jeden wyraz udało mi się z tego wszystkiego wyłuskać – bicikleta, czyli rower ;) Po chwili przychodzi pani kierownik i tłumaczy po angielsku, że po drugiej stronie placu są stojaki na rowery i że mój nie może sobie tak stać przed wejściem :) Tłumaczę, że przecież nie zostawię gdzieś tam roweru, skoro siedzę i jem tutaj. Jest miła i mówi że rozumie, ale upiera się przy swoim. Ja się już wkurzam i mówię, że nigdy nigdzie się z czymś takim nie spotkałem. Mam przerwać posiłek i iść gdzieś przestawiać rower. Olewam to i już więcej do mnie nie przychodzi ;)

    A siedzę dosyć długo, bo chcę naładować baterie do pełna i obmyślam plan na dalsza jazdę. Czy odbijać już na północ w kierunku domu? W głębi Rumunii kuszą piękne Karpaty, ale nie zdążę wrócić zgodnie z planem. Postanawiam choć liznąć gór, więc obieram kierunek na miejscowość Lipova.

    Jazda droga wylotową z miasta to kompletna porażka. Ruch olbrzymi, brak pobocza, a kierowcy maja mnie chyba za największego wroga. Większość wyprzedza mnie na styk. Tiry potrafią przelecieć obok mnie nawet nie zwalniając odrobinę. Gdy kolejny wariat wyjeżdża mi na czołówkę z naprzeciwka, zaczynam dosłownie bać się o swoje życie i zdrowie. Zjeżdżam na bok i klnąc na nich wszystkich przeglądam mapę, by jakoś uciec z tego piekełka. Niestety nie znajduję żadnej alternatywy. Zauważam jednak, że kilka km dalej moja droga krzyżuje się z autostradą A1. Myślę sobie, że to może być przyczyna tak dużego ruchu, więc postanawiam zaryzykować jeszcze trochę i sprawdzić jak będzie dalej. Moje przypuszczenia były słuszne. Im bardziej się oddalam od miasta, tym ruch mniejszy, a czasem wręcz zerowy. W końcu mogę odetchnąć, a dodatkowo na horyzoncie pojawiają się pierwsze zmarszczki, które zdradzają, że zbliżam się do swojego celu.

    Po pewnym czasie droga zaczyna wyglądać jak po nalocie dywanowym. Pomimo że jest dziura na dziurze, ja nie tracę humoru. Pomykam zygzakiem pomiędzy nimi i dziękuję, że istnieją. Bo dzięki nim prawie nikt tu nie jeździ i mam święty spokój! :) Teraz to ja wyprzedam sporadycznie napotkane samochody, w tym nawet jednego tira. Po prostu mając dwie osie nie da się sprawnie wyminąć wszystkiego. A ja sobie hasam :)

    Po dotarciu do miasteczka trochę się kręcę, po czym wstępuję do lokalnego baru, bo jakoś dziwnie kusi mnie jego klimat. Jest już wieczór, więc szukam na mapie jakiegoś wzniesienia, żeby rano mieć jakiś ciekawy widok. Gdy już ruszam w jego kierunku, zauważam na wzgórzu ruiny zamku. No i zmiana planów – chcę tam! :) Przejeżdżam na drugi brzeg rzeki i kombinuje jak się tam dostać. Pytam napotkanego chłopaczka i wszystko mi bardzo sympatycznie tłumaczy. Choć mieszka tam całe życie, to był pod zamkiem cały jeden raz ;) Upewniam się jeszcze czy będę tam bezpieczny pod namiotem. Stwierdza, że nie mam się czym martwić.

    Pozostaje mi więc wspiąć się stromym pieszym szlakiem na górę. Rower w zasadzie wciągnąłem tam na chama i naszarpałem się przy tym nieźle. Ale warto było! U góry nie ma nikogo. Zjadam kolację z polskim akcentem i już w półmroku biorę się za rozkładanie namiotu. Po wszystkim siadam na trawie i obserwuję niknącą za szczytami kolorową łunę. Gwiazdy na niebie i światła miasteczka na dole stają się coraz wyraźniejsze. To jedna z tych chwil, która zapada na długo w pamięci. W tym momencie poczułem spełnienie całego wyjazdu i wiedziałem już, że o poranku mogę się kierować z czystym sumieniem do domu :)

    Dystans: 149 km W górę: 693 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1036669943

    Dzień VI

    Rano budzi mnie przejeżdżający w dole pociąg. Widoki są piękne – ruiny zamku w pełnej okazałości oraz widok na spowitą mgłą dolinę Maruszy.

    Wzorem ubiegłorocznego wyjazdu, wycieczkę planuję zakończyć w słowackich Koszycach, skąd mam sprawdzone połączenie do Polski i dalej w zasadzie pod sam dom. Planuję mniej więcej trasę, starając się omijać główne drogi (szczególnie w Rumunii). Wychodzi nieco ponad 400 km, a do odjazdu pociągu mam jeszcze grubo ponad dobę. Postanawiam jechać do późnej nocy, następnie bez rozbijania namiotu zdrzemnąć się ze 2 godziny i kontynuować trasę aż do celu.

    Przez Rumunię jadę przyjemnymi bocznymi drogami, choć z jakością nawierzchni bywa kiepsko. Kawałek za miasteczkiem Ghioroc odkrywam, że w tylnym kole schodzi mi powietrze. No nie, Conti znowu zawiodły! Wracam do centrum, żeby wykorzystać ten czas również na jakiś posiłek. Zjadam lody i zabieram się za robotę. Już mam ściągać oponę, gdy zauważam, że końcówka wentyla presta jest niedokręcona. Postanawiam najpierw dobić powietrze i poczekać. Po 15 minutach nic nie schodzi – jedziemy dalej :)

    Przemieszczając się dalej na północ, z prawej strony na horyzoncie mogę przez długi czas obserwować jeszcze pasmo Karpat

    Późnym popołudniem ląduję w przygranicznym mieście Salonta, gdzie wydaję resztę rumuńskiej waluty i ruszam w kierunku granicy z Węgrami. Ponownie celnik wypytuje mnie o szczegóły mojej wycieczki itp. Pyta, jak mi się podobało w Rumunii. Odpowiadam, że kraj piękny, ale wspominam o tragicznym podejściu kierowców do bezpieczeństwa rowerzystów. Kiwa twierdząco głową:„yes – very dangerous”

    Wjeżdżam do Węgier i cieszę się, że dużą część trasy przez ten kraj pokonam nocą (ze względu na liczne zakazy, pseudo-ścieżki itp.). Odbijam na północ i jadę przyjemnymi dróżkami przez małe miejscowości. Nastrój dobry, bo ruch samochodowy zerowy. Po kilku kilometrach poznaję przyczynę takiego stanu rzeczy – asfalt zaczyna zanikać i droga zmienia się w polną. Sprawdzam mapę i stwierdzam, że to tylko max kilka kilometrów, więc jadę dalej. Po chwili dostrzegam na środku 2 duże psy. Nie wiem co robić, bo jestem na niezłym zadupiu, a w takim terenie nie mam w razie czego szans ucieczki. Postanawiam powoli podjechać i obserwować ich reakcję. Gdy tylko ruszam w ich kierunku, zrywają się na równe nogi i zaczynają biec w moją stronę. Mało tego! Zza krzaków, z gospodarstwa, wybiegają dwa kolejne, tych samych gabarytów. Typowa wiejska rodzinka :) Powoli się odwracam i zaczynam coś tam do nich krzyczeć, żeby je trochę zdezorientować. Gdy widzą, że robię odwrót - odpuszczają. Na szczęście nie chcę mnie zjeść, a tylko pilnują swojego terenu ;) Niestety jedyny alternatywny objazd oznacza 50 km nadłożonego dystansu. Krzyczę jeszcze w kierunku tegoż gospodarstwa, z nadzieją że ktoś te psy ogarnie i pozwoli mi przejechać – bezskutecznie.

    Nieźle zdemotywowany jadę z powrotem pod granicę i zaczynam objazd. Jakoś po północy docieram do miasta Berettyóújfalu ;) Ubieram się cieplej i zaczynam poszukiwać miejsca na drzemkę. Nie jest to takie łatwe jak się wydawało. Tu ktoś imprezuje, tam twarda ziemia uprawna. Ostatecznie po długich poszukiwaniach kładę się po prostu w śpiworze w polu pszenicy, niedaleko głównej drogi. Budzę się jakoś po 3 nad ranem i mam taki widok.

    Zbieram się do dalszej jazdy, jednak odczuwam spory głód i w związku z tym spore zmęczenie. Jadę w kierunku Dobrzyczyna i zaczynam kalkulować pozostały czas i kilometry. Niestety przez incydent z psami, dalsza jazda wg planu oznaczałaby konieczność trzymania dużego reżimu z postojami. Stwierdzam, że przecież to mój urlop, a nie jakiś ultramaraton i postanawiam podjechać odcinek pod słowacką granicę koleją. Na dworcy w Dobrzyczynie kupuję bilety i zasiadam na dłuższy odpoczynek, na którym zajadam się do syta.

    Pociągiem dojeżdżam w okolice Tokaju, po czym jadę znaną mi już z poprzedniego wypadu drogą do Koszyc, po drodze przekraczając granicę. Gdy dojeżdżam na miejsce, zaczyna mocno lać. W samą porę! :) W pociągach planowałem trochę odespać, jednak zarówno w słowackim jak i w polskim składzie zagadali mnie podróżni i w zasadzie większość trasy przedyskutowałem z ciekawymi ludźmi. W Zwardoniu już klasycznie śpię na peronowej ławce w oczekiwaniu na pierwszy pociąg do Katowic ;)

    W domu zjawiam się dokładnie po 7 dobach od startu, gdzie wita mnie zaspana żona z synkiem :)

    W sumie w ciągu 6 dni przejechałem około 1300 km i byłem w 7 różnych państwach, więc pomimo że krajobrazowo bywało nieco monotonnie (długie płaskie odcinki), to kulturowo bardzo ciekawie ;)

    Podsumowując - właśnie za to uwielbiam rower. Planowo miałem jeździć po Alpach, a w zasadzie z dnia na dzień zmieniłem plany i po prostu pojechałem przed siebie. Wszystkie niezbędne rzeczy miałem ze sobą, więc w zasadzie jechałem i nigdy nie wiedziałem gdzie danego dnia wyląduję, co będę widział i gdzie będę spał. Pięknie :)

    Dystans: 230 km W górę: 917 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1038873240

    +dojazd spod Tokaju do Koszyc:

    Dystans: 51 km W górę: 360 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1038873240

    Cała galeria: https://goo.gl/photos/QRR4gEWKGLY9tJj5A

    Mój tag ----> #byczysnarowerze

    #podroze #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #100km #100km #200km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    798125 - 255 - 221 - 216 = 797433

    Spontaniczna szwendaczka z kuferkiem po kilku krajach na południe od Polski. W sumie w ciągu 6 dni byłem w 6 różnych państwach.

    Na tydzień „bożocielny” miałem pierwotnie zaplanowany wypad w Alpy, jednak gdy dzień przed wyjazdem sprawdziłem prognozy pogody dla tego obszaru, zacząłem myśleć nad zmianą kierunku. Chudy portfel też przemawiał za krajami bardziej przystępnymi cenowo. No to wymyśliłem: jadę na południe, a potem się zobaczy ;) Wstępnie wyrysowałem część trasy, jednak ostatecznie miałem wyrysowane jeszcze mniej, bo Garmin miał problemy z wyświetleniem takiej ilości punktów (za duży ślad gpx).
    Głównym celem tego wypadu miał być też test strategii noclegowej jaką miałem przyjąć na sierpniowym MRDP. Zakupiłem zdecydowanie mniejszy i o ponad kilogram lżejszy od dotychczasowego namiot jednoosobowy. Biorąc pod uwagę skromny budżet, padło na Rockland Soloist. Niestety nawet nie było mi dane wykonać testowego rozłożenia przed startem. Jak spontan, to spontan :)

    Dzień I

    W sobotę pobudka o 4 rano. Ostatni w tym tygodniu prysznic, dopakowuję ciasto owsiane standardowo już upieczone na drogę przez żonkę i około 5:30 w końcu wyruszam! AWOL ubrany w kuferek wygląda - jak to trafnie ocenił Emes na zlocie - jak po wyjeździe z lidlowej wyprzedaży :) Ważę cały zestaw bez napojów i prowiantu – 20 kg. Dużo! Tu foto zabranego ekwipunku
    Pierwsze kilometry w kierunku Żor i już pierwsze zwątpienie – odzywa się ból w okolicy prawego kolana, który dokuczał mi podczas Maratonu Podróżnika w którym startowałem zaledwie tydzień wcześniej. Do tego wieje mi centralnie w twarz. Co któraś nieostrożna próba naciśnięcia na pedał wywołuje ból. Czy jest sens w ogóle wyruszać? Do domu jeszcze blisko.
    Postanawiam mimo wszystko jechać. W miarę oszczędnie, a jeżeli będzie bardzo źle, to przenocuję gdzieś i następnego dnia wrócę. Zauważam, że robiąc podjazdy na stojąco, ból prawie nie dokucza.

    W Cieszynie mijam Maca. Zajeżdżam na mały postój, bo przecież urlop i co sobie będę żałował ;)
    Po przekroczeniu Olzy jestem w Czechach. Nie zabawiam w tym państwie na długo, bo już po 35 km, przez niewielką przełęcz przedostaję się do Słowacji.
    Ta jednak wita mnie deszczem. Jadę dalej na krótko, bo wygląda to na przelotny epizod. Po godzinie przestaję się już łudzić, jednak jest mi za zimno żeby się zatrzymywać, więc ciągnę to dalej. Po dwóch godzinach ciągłych opadów wychładza mnie na tyle, że postój to już mus. Dodatkowo cały czas nie daje o sobie zapomnieć kolano, więc postanawiam je przyodziać w nogawkę. Na przystanku mnie nieźle telepie. Uzbrojony i odżywiony ruszam dalej. W okolicy Strecna przekraczam most nad Wagiem, skąd rozpościera się ładny widoki na zamek.
    Opad słabnie, więc nastrój trochę poprawiony, jednak jak się okazuje - nie na długo. Gdy wjeżdżam na drogę w kierunku Martina, zatrzymują mnie służby drogowe i okazuje się, że na skutek deszczu jezdnia obsunęła się i nie mam szans na przejazd. „Tylko Žilina, Tylko Žilina” czyli muszę się wracać i szukać drogi dookoła. Co za pech. No ale trudno, nie mam przecież sztywno wytyczonej trasy i nie jest to jakiś duży problem. Mimo wszystko szkoda, bo widokowo droga zapowiadała się elegancko.

    Odwracam rower w przeciwnym kierunku, ruszam i co? W tylnym kole zero powietrza! No jeszcze tego brakowało. Przecież mam komplet nowych opon Conti Gatorskin, które miały być takie och ach odporne na przebicia. Już nieźle wkurzony chowam się pod jakiś most, bo wciąż siąpi i szukam przyczyny awarii. Znajduję małe szkiełko, więc decyduję się na łatanie. Patrzę na to wszystko z boku wkurzony: jestem przemoczony, rower cały ufajdany, a bagaże już przekopane i z pierwotnego ładu nic nie zostało. Dopiero wyruszyłem, a czuję się i wyglądam jakbym już przeciorał się dobry tydzień w krzokach. Mam serdecznie dość, ale jakoś się zbieram do kupy i staram się potraktować ten dzień jako dzień próby.
    Dalej już na szczęście bez niespodzianek. Późnym popołudniem wychodzi nawet słońce i udaje się trochę podsuszyć ubrania, a również ból kolana o dziwo prawie zupełnie odpuszcza  Widoki też się klarują i mogę podziwiać okolice Wielkiej Fatry. Na stacji benzynowej dobijam oponę do prawilnych 7 bar i już z dużo większym optymizmem szukam miejscówki pod namiot.

    Przypadkiem ładuję się na jakiś nowy odcinek drogi ekspresowej, jednak widzę na mapie, że to tylko kilka kilometrów, a ruch jest prawie zerowy, więc postanawiam kontynuować. Po chwili po prawej zauważam przyjemną polankę(zdjęcie z dnia następnego) ze świeżo skoszoną trawą. Ponieważ nie mam ze sobą typowej karimaty, a tylko cienką matę, korzystam z okazji i po przeskoczeniu barierek mogę już przygotować swój trawiasty podkład pod namiot ;) Już w półmroku walczę pierwszy raz z nowym namiotem. Dziwi mnie ilość aż 14 szt. szpilek. Niestety nie jest on samonośny i aby stał stabilnie, trzeba wykorzystać wszystkie i dobrze ponaciągać materiał. Ciężko mi się przyzwyczaić do ciasnoty, bo dotychczasowy namiot był o budowie kopułowej i przede wszystkim był 2-osobowy i samonośny, oraz posiadał 2 obszerne przedsionki. Mimo wszystko gdy już się leży, miejsca jest wystarczająco. Problem pojawia się, gdy się chce posiedzieć, obrócić itp.
    Przed snem trochę rozmyślam i wiem już, że ta opcja noclegowa na MRDP zdecydowanie nie sprawdzi się. Zasypiam dosyć szybko, bo to był męczący dzień.

    Dystans: 255 km W górę: 2878 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1030772620

    Dzień II

    Po bardzo wilgotnej nocy, zwijam mokry jeszcze namiot i chwilę przed 8 ruszam w dalszą drogę. Z grubsza planuje sobie, żeby późnym popołudniem dotrzeć do Budapesztu, gdzie mógłbym zjeść jakiś porządny obiad.

    Na pierwszy rzut napotykam zamkniętą drogę z zakazem wjazdu (jakieś roboty drogowe). Chwilę przeglądam mapę, jednak objazd byłby dość kłopotliwy, więc postanawiam zaryzykować i jadę dalej. Droga trochę rozkopana, ale mijam jakieś auto jadące z naprzeciwka, więc jest nadzieja, że da radę przejechać. Pod jednym z domów pytam bawiące się dzieci o romskiej urodzie, czy dojadę do Kremnicy. Wyglądają na bardzo zafascynowane i proszą żeby zaczekać, że zaraz zawołają ojca. Po chwili wychodzi i przytakuje: jechać, jechać. Droga jest trochę żwirowo – błotnista. Mijam trwające w najlepsze prace drogowe i przejeżdżam pomiędzy ciężkim sprzętem. Dla pewności pytam jeszcze jednego z budowlańców o przejezdność i macha tylko ręką, żeby jechać dalej. Ze Słowakami dogadać się żaden problem, ale wiem, że wkrótce na Węgrzech głównym językiem będzie migowy ;)

    Dalszą jazdę kontynuuję bardzo malowniczą doliną Hronu . Jedzie mi się tu bardzo przyjemnie. Spodziewałem się tutaj gorszych jakościowo dróg i większego ruchu, tymczasem jest zupełnie odwrotnie. W ogólnym rozrachunku okaże się, że to jeden z najprzyjemniejszych odcinków całej wycieczki.

    Ponieważ wiem, że niebawem wjadę na niziny, robię sobie jeszcze dłuższy postój na jednej z polanek. Korzystając z pięknej słonecznej pogody, suszę namiot i śpiwór.

    Granicę z Węgrami przekraczam na moście nad Dunajem, w Ostrzyhomiu. Do Budapesztu jeszcze dobrych 50 km, więc postanawiam zjeść coś obiadowego właśnie tutaj. Ostatecznie ląduję w pizzerii, gdzie zamiast bekonu na pizzy, mam wielkie kawałki tłustej czerwonej kiełbasy. Po dwóch zjedzonych kawałkach, tłuszczu mam po dziurki w nosie, więc zdejmuję je z reszty i jakoś dopycham resztę. Mam tylko nadzieję, że się po tym nie pochoruję.

    Jest niedziela popołudniu, więc dalsza droga do Budapesztu to komunikacyjny dramat. Po kilku kilometrach w tym młynie mam już dość. Zaczynam nawet myśleć, czy nie odpuścić wizyty w tym mieście i ominąć je bokiem. Na szczęście udaje mi się znaleźć nitkę drogi niższej kategorii i do centrum dojeżdżam w znośnych warunkach. W centrum spędzam trochę czasu. Zaczepia mnie para Turków, zafascynowana moim… kuferkiem. Robią zdjęcia i mówią, że jeszcze nie widzieli tego typu rozwiązania ;) Rozmawiamy chwilę i korzystając z okazji, proszę o zrobienie pamiątkowego zdjęcia.

    Zaczyna zmierzchać, więc zaczynam uciekać z centrum, by zdążyć jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce na biwak. Już po ciemku tłukę się jakimiś dziurawymi przedmieściami. Niedaleko autostrady udaje mi się znaleźć kawałek nieużytku. Na mapie widzę, że dalej zaczynają się kolejne zabudowania aglomeracji, więc szansa na znalezienie lepszej opcji w sensownym czasie jest niewielka. Trawa jest dość wysoka, więc po odpowiednim jej ugnieceniu udaje się sklecić całkiem sensowne posłanie ;) Rozłożenie namiotu idzie mi już sprawniej. Zasypiając słyszę odgłosy pobliskiej autostrady i setek insektów, które bezskutecznie próbują dostać się do wnętrza namiotu na krwista przekąskę.

    Dystans: 221 km W górę: 1700 m (wg Stravy)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1032310879

    Dzień III

    Wczesnym rankiem jest ciepło i sucho – zapowiada się upalny dzień. Namiot mokry jest jedynie od po wewnętrznej stronie tropiku, efekt kondensacji pary wodnej. Trochę go podsuszam w promieniach słońca, pakuję się i wyruszam. Na dziś zaplanowałem sobie przekroczenie granicy z Chorwacją. Jak się okaże, nie będzie to takie łatwe zadanie.

    Pierwsze kilometry to jazda wąską i dziurawą drogą biegnącą przez osiedla domków jednorodzinnych. Z naprzeciwka ciągły sznur aut. No tak, jest poniedziałek rano i wszyscy jadą do stolicy do pracy. Byle szybko stąd uciec. Po pewnym czasie wjeżdżam na szlak rowerowy Euro Velo 6, łączący Atlantyk z Morzem Czarnym. Droga prowadzi wzdłuż jednego z kanałów Dunaju. Stan jej nawierzchni to kompletna porażka. Wprawdzie nie ma tu ruchu samochodowego, ale prędkość jazdy oscyluje w granicach 5-10 km/h. Dziura na dziurze, a w zasadzie są to tylko łaty, pozostałości asfaltu.

    Tym sposoben dojeżdżam do Ráckeve. Chwilę krążę po centrum, a następnie tłukę się i walczę z często absurdalnymi zakazami jazdy dla rowerów, by docelowo wjechać na drogę nr 51, która wg mapy ma mnie zaprowadzić na południe kraju. Okazuje się to złym wyborem. Droga jest wprawdzie akceptowalnej jakości (choć nawierzchnia ciągle dziurawa), jednak nasilenie ruchu i zachowanie kierowców momentami doprowadzają mnie do szału. Na domiar złego, droga nie jest w żaden sposób osłonięta, więc upał i czołowy wiatr który towarzyszy mi od rana, szybko wysysają ze mnie siły i chęci do dalszej jazdy. W pewnym momencie zjeżdżam do cienia, posilam się i zaczynam kombinować jak z tego wybrnąć. Znajduję potencjalnie lepszą alternatywę, ale jeszcze te kilkanaście km muszę przemęczyć po wspomnianej drodze. Postanawiam poszukać szczęścia na drugim brzegu Dunaju i po 30 km przekraczam rzekę w miejscowości Dunaföldvár. Udaje mi się jeszcze znaleźć 20 km przyjemnej nitki w kierunku południowym, jednak w miejscowości Dunakömlőd, łączy się ona z drogą krajową nr 6, na której oczywiście obowiązuje zakaz ruchu dla rowerów. Próbuję jakoś ominąć ten odcinek, jednak bezskutecznie. Dzięki temu przypadkiem trafiam jednak w ciekawe miejsce, a mianowicie wzgórze z ruinami fortu Lussonium, z ładym widokiem na samo miasteczko. Gdyby był wieczór, to miejsce pod biwak idealne. Niestety jest godzina 14, a na liczniku dopiero 100 km.
    Zjeżdżam do wspomnianej krajówki, bo innej opcji brak. Na szczęście ruch jest niewielki, bo równolegle do mojej drogi biegnie autostrada M6. Jest jednak nadal czołowo pod wiatr i słońce przypieka ostro. Postanawiam dojechać na obiad do Szekszárd, bo wyczaiłem, że jest tam Mc Donald's. W miejscowości Paks, pytam miejscowego rowerzysty, czy dojadę do tego miasta (pozostało około 40km) z pominięciem głównej drogi. Twierdzi, że jest świetna ścieżka rowerowa, więc dziękuję i wjeżdżam na nią jak polecił. Od razu pojawia się uśmiech – bo pomimo, że wieje w twarz, jadę po ścieżce marzeń każdego rowerzysty  Od razu odżywam i mknę przed siebie, w głowie obliczając już o której godzinie będę w upragnionym już McD, mając w perspektywie taki asfalcik. Po kilku kilometrach moja euforia zostaje szybko stłamszona, bo ściezka po prostu kończy się, a jedyną alternatywną droga pozostaje znów krajówka z nowiutkim znakiem zakazu jazdy dla rowerzystów. Co za absurd!. Nie pozostaje nic innego, jak znów ciąć z samochodami. Jest tak gorąco, że postanawiam ochłonąć w mijanym zajeździe. Wygląda skromnie, ale w środku jest pusto, a zimny radlerek i WiFi zachęca by zostać tu dłużej. Zamawiam porcję chilli con carne i odpoczywam. Zjedzenie tej pikantnej potrawy w tych temperaturach wyciąga ze mnie całą wodę ;) Uzupełniam braki drugim piwem i ruszam dalej. Jedzie się dużo przyjemniej. W Macu mimo wszystko biorę zestaw, ale zjadam tylko frytki, a kanapkę pakuję na kolację.

    Dalsza droga w kierunku granicy jest już bardzo przyjemna. Jest chłodniej, wiatr cichnie, a asfalty w końcu są równe i teren jest lekko pofałdowany. Dokucza mi za to ogromna ilość małych muszek, które wciskają się wszędzie i oblepiają całe ciało. Mijam Bataszek i kilka małych miejscowości, słynących przede wszystkim z produkcji win. Przed granica robię ostatnie zakupy i równo o 21 wjeżdżam do Chorwacji. Miła pogawędka z panią policjant, która pyta mnie gdzie jadę i gdzie zamierzam się zatrzymać. Kłamię, że nie zamierzam nocować na terenie Chorwacji (dla cudzoziemców istnieje obowiązek meldunkowy). Nalega jednak, by podać miejsce docelowe – podaję więc rumuńską Timisoarę ;) Szybka fotka na granicy i rozglądam się za miejscem do spania. Niby tereny są typowo rolnicze, jednak mam trochę problemów ze znalezieniem miejsca z miękkim podłożem. Na pola uprawne nie chcę się ładować, by nie być rano nakrytym i posądzonym o jakieś zniszczenia. W końcu znajduję dosłownie skrawek terenu przy miedzy (zdjęcie z poranka).

    To moja pierwsze wizyta w Chorwacji i nocleg na terenie tego państwa. Udało mi się tutaj dojechać w ciągu 3 dni i mimo, że tym razem nie odwiedzę najciekawszej jej części (czyli południe i wybrzeże), to i tak mam satysfakcję, ze dotarłem tu spod domu o własnych siłach :)

    Dystans: 216 km W górę: 944 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1034043426

    ______

    No i znów się rozpisałem ponadplanowo, ale warto utrwalić wspomnienia póki są jeszcze żywe ;)
    Tekstu jest dużo, więc kolejne dni, czyli wizytę w Serbii i Rumunii oraz powrót do domu opiszę w drugim wpisie.

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #podroze #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    853448 - 500 = 852948

    Maraton Podróżnika 2017

    Czyli pętla 500 km spod Ślęży przez Sudety i Karkonosze. Dużo gór (ponad 6k przewyższeń), w tym podobno najtrudniejszy szosowy podjazd w Polsce, czyli Przełęcz Karkonoska. Udało się podjechać całość bez zatrzymania, choć po 130 km odcinku z szybkim tempem i w piekącym słońcu kosztowało mnie bardzo dużo. To nie nie był dobry pomysł, bo przede mną przecież było jeszcze 360 km.

    Trochę problemów z kolanem, ale ostateczkie udało się przejechać całość w czasie 24h15m :)
    Jestem zadowolony z rezultatu. Jak zwykle MP to świetne przygotowanie imprezy i super klimat jaki tworzą ludzie i organizatorzy.
    Niestety nie mam czasu na dłuższą relację, a już minął tydzień, więc wypadało dodać ten wpis.

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/1020142722

    Galeria zdjęć:

    https://photos.google.com/share/AF1QipM65uT-SAzvyVrKLpBiEoSCT7rtGSNuUs7_PNg6GI8oHE_YpKj_Lab9RyyrhSs5jg?hl=pl&key=Mkp5S1c3dzY2dHpVOFBpNEVqVnRlMURDSU9JcGlB

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 500km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

  •  

    890476 - 6 - 5 - 21 - 20 - 23 - 20 - 22 - 48 - 6 - 5 - 21 = 890279

    Przede wszystkim dojazdy do pracy.

    Gdyby ktoś był zainteresowany, to w sobotę można będzie śledzić moje poczynania na tegorocznym Maratonie Podróżnika:

    Relacja sms: http://mrdp.pl/zawodnik/marceli-byczek-mp2017

    Tabela wszyscy zawodnicy: http://mrdp.pl/smsview/?task=grouptable&param=MP2017TR500

    Strona maratonu: http://maraton.podrozerowerowe.info/trasa/

    Nie czuję się w tym roku zbyt mocarny, bo w górach byłem ze 2 razy tylko, więc forma daleka od ubiegłorocznej. Nastawiam się na przejechanie całości, bez zbędnej szarpaniny itp. Liczę na miłe towarzystwo, piękne widoki w nieznanych mi zbytnio rejonach oraz świetną zabawę ;)

    No i pierwszy raz przyjdzie mi się zmierzyć z Karkonoską. Może być różnie :)

    Pozdr :)

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 197km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice
    pokaż całość

    źródło: 17083211.png

  •  

    961573 - 193 - 115 = 961265

    Pogoda w końcu w miarę dopisywała, więc na weekend zaplanowałem sobie dłuższą trasę na północ. Do dyspozycji tylko niedziela, więc trzeba skorzystać jeszcze z poprzedzającej ją nocy ;)

    Zaplanowałem wyjazd około 20 wieczorem, ale gdy „godzina zero” się zbliżała, jakoś straciłem motywację i postanowiłem się położyć i gdy tylko się przebudzę (niezależnie o której godzinie), to po prostu gdzieś wyruszyć. Poleżałem z 15 minut i sobie rozmyślałem. I nagle wymyśliłem! Po co mam drzemać tutaj, skoro mogę wziąć śpiwór, jechać w góry i tam się gdzieś kimnąć jak mnie zmorzy sen ;) Bo gór w tym roku bardzo mało, a maratony coraz bliżej.

    Szybki przepak, śpiwór, karimata i około 22 wyjeżdżam na południe, sam nie wiem jeszcze gdzie. Znaną trasą Przez Tychy, Gostyń i Czarków dojeżdżam do Pszczyny. Tutaj decyduję przelecieć przez Przegibek do Międzybrodzia i dalej przez Żywiec w kierunku Zawoi. Tak też robię, a w Bielsku zahaczam jeszcze McD, gdzie biorę jakieś buły na „śniadaniokolację”.

    Za żywcem odbijam i przez Trzebinię dojeżdżam do Stryszawy. Zbliża się świt, więc powoli myślę nad miejscem na drzemkę. Tylko że wcale mi się spać nie chce! Zero. No ale nie po to targam toboły, żeby z nich nie skorzystać ;)
    Przypominam sobie o małym wodospadzie w Sopotni Wielkiej, nad który trafiłem ze dwa lata temu. Nie pamiętam tylko czy był tam kawałek płaskiego miejsca, żeby się wyłożyć. Ale że lubię spać przy dźwięku płynącej wody, to postanawiam zaryzykować.

    Na miejsce docieram chwilę po 4 rano. Z płaskich miejsc są tylko 2 ławki, więc wybieram tę położoną dalej od drogi. Zjadam zimnego Wieś Maca i choć niebo już jaśnieje, ja się wsuwam do śpiworka.
    Po niecałej godzinie budzi mnie skurcz – w trakcie snu próbowałem się wyciągnąć i jakoś niefortunnie przekręciłem nogę. Mega ból, jednak po około 15 sekundach przeszło. Jeszcze trochę podrzemałem i zacząłem się leniwie zbierać. Trochę się wkurzam na podsiodłówkę (Author Sumo), bo żeby ją porządnie upchać muszę zdjąć ją z roweru, a ponowne zakładanie jest w tym modelu dosyć upierdliwe.

    Na początek zjeżdżam do Jeleśni i zaczynam wspinać się do miejscowości Koszarawa, bo powoli chcę się dostać do Zawoi, skąd planuję podjazd na Przełęcz Krowiarki – najwyższy punkt wycieczki.

    Pogoda się pięknie klaruje i pierwszy raz w tym roku przebieram się na krótko. Dobrze że spakowałem krótkie spodnie, bo inaczej bym się zagotował i zniknął ;) Pod Krowiarki jedzie mi się przyjemnie – przed sobą widzę zaśnieżone jeszcze zbocza Pasma Babiogórskiego. Na przełęczy robię dłuższy postój i zastanawiam się co dalej. Początkowo planowałem dołączyć w Makowie Podhalańskim do Krzyśka Sobieckiego, który nocował w schronisku na Przehybie i miał przejeżdżać również przez Maków. Dostaję jednak SMS, że jednak odbija na północ w kierunku Krakowa wcześniej niż planował, więc ten plan odpada.
    Kontaktuję się z @Mortal84 bo wiem, że hasa z chłopakami gdzieś po Beskidzie. Niestety jestem od nich trochę za daleko, więc ta opcja również odpada. Zjeżdżam do Zubrzycy Górnej, gdzie odbijam bardziej na północ, bo przecież jakoś trzeba jeszcze wrócić do domu. Zaczynam nawet kombinować z pociągami, ale ostatecznie postanawiam jechać najszybszą droga do Katowic. Oznacza to prawie 100 km jazdy po krajówkach, co mi się bardzo nie podoba, jednak ostatecznie decyduję się na taki wariant. Po drodze chce jeszcze zahaczyć jakiś obiad, ale co napotykam jakąś restaurację/bar, to odbywają się tam komunie. Już nieźle wygłodzony wpadam do obskurnego baru przed Suchą Beskidzką i wciągam schabowego.

    Na szczęście pomimo dużego ruchu droga nr 28 ma szerokie pobocze i prowadzi malowniczo. W Zatorze odbijam na DK44 i strzała do domu z wiatrem.

    Dziękuję, dobranoc :)

    Album z kilkoma fotkami:

    https://goo.gl/photos/YWQJyaTTXejqknmb8

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/986553035

    https://www.strava.com/activities/985189701

    #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km
    pokaż całość

  •  

    995147 - 222 - 50 = 994875

    Nareszcie skończone! Całe Tychy opanowane!

    Kiedyś siedząc w pracy, uderzyła mi do głowy pewna głupia myśl: „a gdyby tak przejechać wszystkie ulice w mieście na rowerze…”

    Zacząłem myśleć czy to wykonalne i nawet niedługo potem zacząłem kontrolnie jeździć, jednak po zrobieniu około 10% porzuciłem pomysł na dobre 2 lata. Jednak gdzieś z tyłu głowy cały czas mi to siedziało, a w tym czasie choroba rowerowa postępowała i w końcu zajęła również te obszary mózgu ;)

    Około rok temu postanowiłem zacząć od nowa, już bardziej zdeterminowany. Postanowiłem robić to bez jakiejś spinki, po prostu w dni, kiedy pogoda nie sprzyja dalszym wypadom poza miasto. Najczęściej były to niedziele lub święta – wtedy ruch na ulicach był niewielki i jeździło się dużo bezpieczniej i przyjemniej.

    Początkowo podzieliłem plan miasta na 4 części, gdzie granicami były DK44 i DK1. Ponieważ pierwsza część poszła całkiem sprawnie (opisywałem to tutaj: http://www.wykop.pl/wpis/17115623/902417-160-902257-mialo-padac-a-ze-nie-chcialem-st/ ) przyjąłem zbyt optymistycznie, że zrobię to w 4 etapach. Jednak rzeczywistość zweryfikowała wszystko. Najtrudniejszą okazała się część południowo – zachodnia. Bardzo duże zagęszczenie ulic i osiedli. Dodatkowo mieściła ona starą część miasta, gdzie brukowane uliczki ostro dały w kość moim nadgarstkom.
    To właśnie dłonie, nadgarstki i rower ucierpiały najbardziej. Ogromna ilość błotnistych i szutrowych ścieżek, niezliczone ilości pokonanych krawężników, trawników itp. Choć nie było łatwo, to całość wspominam całkiem przyjemnie, bo takie jeżdżenie ma swój specyficzny charakter.
    Przede wszystkim obszczekało mnie setki psów. Z kolei jeżdżąc po terenach przemysłowych w dni wolne, wzbudziłem czujność niejednego emeryta siedzącego w budce na bramie. Dziwne spojrzenia ludzi, bo ktoś im podjeżdża bądź kręci się po posesji też były na porządku dziennym.

    Nie obyło się tez bez incydentów. Miesiąc temu jedna z jazd zakończyła się na rondzie, gdzie kierowca nie ustąpił mi pierwszeństwa i musiałem się ratować. Skończyło się na uszkodzeniach roweru, ja na szczęście jestem cały (obecnie jestem na etapie odszkodowań z OC sprawcy).
    Przedwczoraj z kolei 2 razy ujechałem na śliskich liściach. Skończyło się na drobnych stłuczeniach.

    Uprzedzając pytania: nie, nie planuję w ten sposób zaliczać innych miast  Tychy to miasto gdzie się wychowałem i spędziłem 30 lat życia. Jeżdżąc po jego wszystkich zakamarkach, mogłem wspominać różne historie i ludzi, o których często całkowicie zapomniałem. Było więc wiele uśmiechów pod nosem, ale też smutnych lub żenujących wspomnień :) Istna defragmentacja mózgu:)

    Podsumowując:
    Łącznie z dojazdami musiałem przejechać około 950 km w miejskich warunkach. Udało się przejechać wzdłuż wszystkich ulic na terenie miasta #tychy które mają swoją nazwę i są ogólnodostępne (np. cześć niektórych leży na terenie firm itp.) Z czasem zacząłem też wjeżdżać na parkingi, ścieżki rowerowe, przecinać aleje w parkach. Początkowo miało być to tylko „ekstra”, jednak gdy dojeżdżałem do kolejnych, to po prostu musiałem odbić, bo dręczyła mnie myśl „tam zaliczyłeś a tutaj nie? Dlaczego?” ;)
    W sumie było więc to 7 „wycieczek”, z czego ostatnia odbyła się wczoraj. Najdłuższa liczyła 225 km.

    Link do Stravy z odejmowanych km:

    https://www.strava.com/activities/974191042
    https://www.strava.com/activities/975264205

    #byczysnarowerze #zaliczulice #nieboperfekcjonistow #rower #ruszkatowice #100km #200km
    pokaż całość

  •  

    1056169 - 424 - 102 - 19 = 1055624

    Pierwsza dłuższa trasa w tym roku. W końcu prognozy pogody na weekend optymistyczne, więc postanowiłem wybrać się na spotkanie forumowe mające miejsce na Roztoczu, na terenie gminy Narol. Wiać miało z południa, więc przy moim zachodnio - wschodnim kierunku trasy powinno być w większości sprawiedliwie z boku ;)

    Niestety z piątkowego wolnego w pracy nici, więc postanawiam wyjechać prosto po pracy i tym sposobem o 16:30 kieruję się na Kraków.
    Początek kiepski, ponieważ o tej godzinie ruch na drodze do Chełmka przez Bieruń Nowy jest olbrzymi. Droga zakorkowana, więc większość tej trasy przejeżdżam po ścieżkach i chodnikach, czasem przeciskając się pomiędzy kolumnami aut środkiem jezdni.

    Jakoś za Żarkami się luzuje, a wiatr zdecydowanie sprzyja, więc do Krakowa dojeżdżam ze średnią na liczniku powyżej 30 km/h. Przez miasto przebijam się ścieżkami rowerowymi, o dziwo idzie całkiem sprawnie. Na Bulwarach robię postój i oglądam zachód, pałaszując ciasto bananowo – owsiane, przygotowane przez Lubą specjalnie na tę okazję ;)

    Na wylocie z Krakowa muszę jeszcze ominąć jakieś roboty w związku z budową S7 i kieruję się spokojną już droga na Niepołomice. Trasa w kierunku Tarnowa prowadzi w dużej części po drogach technicznych biegnących wzdłuż autostrady A4. Ruch znikomy, wiatr raczej sprzyjający, więc jedzie się elegancko. W Tarnowie, po ok 160 km planuję wejść do Maca, który wg strony jest czynny do północy (poza McDrive 24h). Niestety na miejscu rozczarowanie, bo od 23 mają jakąś przerwę techniczną, więc pozostaje mi tylko jechać dalej i szukać jakiejś stacji. Po 40 km znajduję Shella w Dębicy, gdzie trochę się ogarniam i pałaszuję Hot – Doga.

    Kolejny cel pośredni, to Rzeszów. Myślę sobie – tam są aż 3 McD, więc to tam zrobię sobie większą ucztę. Ponieważ droga nr 94 w godzinach nocnych jest pusta i ma szerokie pobocze, postanawiam trochę zmodyfikować pierwotną trasę i przyklejam się do niej długimi odcinkami.
    Do Rzeszowa docieram około 4 nad ranem. Na rynku trochę imprezowiczów – niedobitków i jakieś śmierdzące lokale z kebabami. Niestety wszystkie McD są zamknięte, a najwcześniej otwierany jest dopiero o 7. Szukam jakiejś alternatywy, jednak bez skutku. Kebabownie mnie odpychają, więc ponownie zawiedziony jadę dalej, w poszukiwaniu stacji. Straciłem tylko tutaj czas.
    Niestety długo nie znajduję nic sensownego i na jakimś przystanku robię postój połączony z pożeraniem zapasów (reszta ciasta itp.). Jest jakoś 5 nad ranem, a o dziwo nie jest jakoś bardzo zimno.

    Na wschód od Rzeszowa zaczynają się w końcu większe „zadupia”. Najbardziej marznę już dobrą godzinę po wschodzie słońca, w okolicach 7:00. Do Jarosławia jadę przez Markową i Przeworsk. Kawałek przed miastem znajduję w końcu Statoil i ciepłe jedzenie.
    Kontaktuję się z ekipą forumową i postanawiam spróbować do nich w połowie zaplanowanej przez nich pętli, w Horyńcu – Zdrój. Pisza, że powinni być tam około południa, więc modyfikuję trasę i postanawiam zahaczyć o przygraniczną gminę Wielkie Oczy, która to zawsze mnie intrygowała swoją nazwą ;)
    Na liczniku niedawno pojawiło się 300, a do celu jeszcze jakaś stówka, więc trzeba się sprężać. Teren robi się bardzie pofałdowany, a wiatr zaczyna zawiewać bardziej od frontu. Tereny coraz bardziej odludne, czyli tak jak lubię. Często mijam gniazda z bocianami, zwiastujące nadejście długo wyczekiwanej wiosny ;)

    Gdy w końcu docieram do Wielich Oczu, zatrzymuję się w sklepie na małą wyżerkę. Podpytuję mieszkańca, czy szlak Green Velo do Horyńca będzie przejezdny na rowerze szosowym, Nie zapewnia mnie do końca, jednak postanawiam zaryzykować. Dobra decyzja, bo długimi odcinkami jest to wąski i równy asfalt, wyłączony z ruchu samochodowego.
    Jedynie odcinkami przebijam po szutrach, jednak da się po tym jechać bez większego problemu, bo jest sucho. Na takim właśnie odcinku mijam patrol Straży Granicznej, który zatrzymuje mnie do kontroli. Pytają gdzie jadę itp. Sprawdzają dokumenty i ostrzegają przed przypadkowym przekroczeniem granicy z Ukrainą, wzdłuż której jadę. Ogólnie sympatyczna rozmowa, jednak zabierają mi dobre pół godziny.

    Ponieważ lubię przejścia i tereny przygraniczne, podjeżdżam zobaczyć jak wygląda to w Budomierzu. Dalej przejeżdżam klimatyczny drewniany mostek na rzece Lubaczówka i już w Horyńcu spotykam ekipę zgodnie z planem. Udajemy się wspólnie na zwiedzanie bardzo ładnej i starej Cerkwii w Radrużu, gdzie starsza pani opowiada jej historię z wielkim zaangażowaniem. Pomimo, że klimaty zwiedzania jakoś mnie normalnie nie kręcą, to tutaj słucham z wielką uwagą, więc polecam każdemu.

    Dalej, już bardzo spacerowym tempem kończymy pętlę i w promieniach słońca i zajeżdżamy do Narola, gdzie w końcu mogę pojeść do syta w przyrynkowym barze u Rubina :)
    Nocleg mamy zamówiony w Pizunach, w klimatycznym ośrodku w środku lasu, u źródeł rzeki Tanwi. Wyczytałem gdzieś później, że to podobno jedna z najmniejszych wsi w Polsce ;) Bardzo klimatyczne i spokojne miejsce. Poza nami, nie ma tu więcej gości. Ponieważ ja przyjeżdżam ostatni, a miejsca w domku już brakuje, to dostaje mi się cały inny domek na wyłączność ;) Z uwagi na fakt, że mam całą nockę w plecy, jest mi to bardzo na rękę i po zjedzeniu kolacji, przesypiam bite 9 godzin w zasadzie bez pobudki.
    Rano, po śniadaniu i po rozciąganiu w przyjemnych okolicznościach natury, orientuję się, ze trochę późno wstałem, bo nikogo już nie ma ;)

    Zajeżdżam do Narola na rynek, po czym postanawiam przejechać cześć wczorajszej pętli, która mnie ominęła, bo przecież nie przyjechałem tu tylko po to, żeby zaraz wracać na pociąg.
    To był bardzo dobry pomysł, bo okolice są bardzo klimatyczne i spokojne, szczególnie w niedzielny poranek. W Horyńcu robię pierwszą tego roku przerwę na lody i zwiedzam centrum tego zdrojowego miasteczka. Dalej trzymam się w miarę możliwości blisko linii kolejowej na odcinku Horyniec – Rzeszów, bo w odpowiednim momencie móc zjechać na pociąg powrotny. Ostatecznie ląduję w Jarosławiu, gdzie po obiedzie wsiadam do, jak się okazuje, szynobusu. Jeszcze tylko przesiadka w Rzeszowie i w Krakowie i przed północą jestem w domu. No a rano znów do pracy i koło się weekendowe zamyka ;)

    Podsumowując – warto było! :) Wypad zdecydowanie udany.

    Zaliczone 33 nowe gminy do #zaliczgmine
    Strava:

    https://www.strava.com/activities/923345737
    https://www.strava.com/activities/924977645

    Oraz więcej zdjęć w albumie:

    https://goo.gl/photos/4UVRCTKR7X7huX8XA

    Tag -> #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 545km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: i.imgur.com

  •  

    1209487 - 415 - 7 - 8 - 12 = 1209045

    Katowice – Bratysława

    Podobnie jak w zeszłym roku, postanowiłem podjąć wyzwanie #festive500, a że tym razem w okresie poświątecznym musiałem jeszcze iść do pracy, a święta chciałem spędzić z rodziną, to czasu zrobiło się niewiele.

    Obserwowałem z wielką uwagą prognozy na ostatnie dni w roku, by uskutecznić jakąś dłuższą trasę, najlepiej wzorem roku poprzedniego, w dniu moich urodzin :) Wtedy udało się dojechać do czeskiej Pragi:

    http://www.wykop.pl/wpis/15877091/40-304-407-39-897-katowice-praga-w-prawdzie-od-dlu/

    Tym razem miałem w planach, by dojechać do Wiednia przed zmrokiem dnia następnego, gdzie chciałem przenocować w jakimś motelu, a następnie udać się do Bratysławy rowerowym szlakiem wzdłuż Dunaju, którym miałem przyjemność jechać z moją Lubą w 2012 roku z sakwami :)
    Dzień przed wyjazdem - standardowo szykowanie roweru, czyli mycie, smarowanie itp. Rano jeszcze do pracy, wiec trzeba przygotować jak najwięcej. Zakładam czysty łańcuch, kręcę korbą by wskoczył na swoje miejsce i okazuje się, że mogę sobie kręcić w miejscu, bo zapadki kasety się nie blokują, czyli bębenek nie napędza koła :) Luzy na łożysku zrobiły swoje – woda i WD-40 dostały się do środka siejąc spustoszenie. Walczę przy wsparciu małżonki dobre 3 godziny, ale niestety nie udaje się wskrzesić piasty. Czyli – myślę sobie- z wyjazdu nici.

    Rano z pracy dzwonię jeszcze za jakąś używką, ale gościu ma 2 zmianę w pracy i nie mam jak odebrać koła. Pod koniec przypominam sobie, że kiedyś do starego MTB kupowałem, tez doraźnie, gotowe kółko z Krossa i pomimo niewielkiej ceny trochę się udało je przeciorać. Na obecne warunki w sam raz. Szybki telefon do sklepu i akurat mają gotowe w moim rozmiarze. No to jadę! Cena? 99zł ;)

    W domu przekładam kasetę, tarczę hamulcową i wszystko śmiga. Choć opory toczenia zdecydowanie większe niż na zajechanych maszynówkach ze starego koła. Ale grunt, że się kręci! ;)

    Niestety reszta majdanu nieprzygotowana, dodatkowo jeszcze wyskoczyły inne sprawy, więc o wyjechaniu zgodnie z wcześniejszym planem mogę zapomnieć. Rozważam zmianę trasy, jednak przegląd mapy nie przynosi skutku w postaci alternatywnych kierunków.

    Ostatecznie wyjeżdżam następnego dnia chwilę przed południem. To oznacza, że muszę odpuścić zaplanowany nocleg i jechać non-stop, co z kolei niesie za sobą zarwanie całej nocy, a więc 13 godzin w mrozie i ciemnościach ;) Na gorąco zgaduję się jeszcze z @Makyo, który postanawia dołączyć do mnie na odcinku do czeskiego Bohumina. Ruszamy więc wspólnie i po 50 km meldujemy się w Maku w Wodzisławiu Śląskim. Tutaj wykupuję mobilnie 2 dni ubezpieczenia na Europę i ruszamy dalej.

    Po przekroczeniu granicy słońce zaczyna chować się za horyzont i niebo nabiera ciekawych barw. Robimy jeszcze wspólnie odcinek do Ostravy, gdzie każdy odbija w swoim kierunku. Tu trochę fotek na Stravie Michała -> https://www.strava.com/activities/814911839 Dzięki za wspólna jazdę ;)

    Pamiętając moje przygody z zeszłorocznego wyjazdu do Wiednia, gdzie Strava z centrum Ostravy prowadziła mnie po ścieżkach leśnych uczęszczanych chyba tylko przez zwierzęta oraz wzdłuż torów(!) po wiadukcie kolejowym, tym prazem planuję trasę tak, by ominąć to miasto trochę łukiem.
    Na drodze wylotowej zatrzymuje mnie jakiś gościu, który czeka na mnie na poboczu na światłach awaryjnych. Pyta dokąd jadę. Gdy orientuje się, że jestem z Polski, pyta czy przypadkiem nie jestem z Rybnika. Od razu skojarzyłem, że myli mnie z Gustavem. Okazało się, że śledzi jego filmy na YT.

    Dyskutujemy chwilę i gdy pyta o wiek, zdradzam mu, ze cała wycieczka odbywa się też w związku z tym, że jutro są moje #urodziny. Okazuje się, że również urodził się 30 grudnia :D Przybijamy piątkę i trochę dyskutujemy o skarpetach, w związku z ujemnymi temperaturami. Okazuje się, że właśnie był w sklepie i zakupił jakąś wersję termo, po czym stwierdza, że mi się mogą przydać i dostaję w prezencie jedną parę  Okazało się, że mieszka niedaleko Prudnika, po czeskiej stronie i zaprasza na jazdę po Jesenikach, oferując nocleg na… plebani, bo jest księdzem ;) Tak więc kolego – jeśli to czytasz, to dzięki wielkie za skarpetki i na wiosnę chętnie podjedziemy z chłopakami 

    Ruszam dalej, jednak po chwili łapię kapcia. Na szczęście blisko jest oświetlony przystanek autobusowy. Wymieniam dętkę, jednak w mrozie idzie mi to dosyć opornie. Niestety w tym momencie pozostaję bez zapasu, wiec każda kolejna guma może mnie uziemić na dobre. Podpytuję okolicznych mieszkańców i ustalam, że w pobliżu mojej trasy, za około 10 km jest sklepik rowerowy przy prywatnym domu, więc gdy zapukam, to powinno się udać kupić coś na zapas. Posilam się trochę i ruszam dalej, by po przejechaniu kilku metrów usłyszeć syk powietrza uchodzącego z koła w ciągu zaledwie sekundy. No i masz! Dętka ma podłużne przecięcie, więc prawdopodobnie nieumiejętnie założyłem ją na obręcz i gdzieś była przytrzaśnięta. Czarny scenariusz się ziścił. Do wspomnianego sklepiku dobre 2 godziny wędrówki, więc zdecydowanie przesada. Znajduję na mapie Decathlon, jednak jest w przeciwnym kierunku. Szybkie wyznaczanie trasy i Garmin pokazuje ponad 7 km. Włączam uwzględnienie dróg gruntowych i robi się niecałe 6 km. No to idę, bo co mi pozostaje. Tym sposobem prowadzę rower w ciemnościach jakimiś kompletnymi zadupiami przez ponad 1,5h. Są zmrożone kałuże, błoto, łąki, drogi i ścieżki leśne. Czasem ścieżek nie ma, więc idę „na azymut”. Jeszcze tylko przenoszę rower nad 7 (liczyłem!) powalonymi drzewami i jestem przy torach kolejowych. Co widzę? Wiadukt! Z zeszłorocznego wypadu do Wiednia ze ścieżką wzdłuż torów :D

    Jeszcze trochę przedzierania i jestem na parkingu pod Deca. Ale czy będzie czynny? Na szczęście tak. Kupuję 3 dętki i zestaw naprawczy z klejem, bo już więcej spacerów nie chciałem urządzać. W pobliżu jest Mak, więc postanawiam zrobić przerwę, bo to prowadzenie i przenoszenie roweru mi dało w kość. Przez całą akcję tracę niestety kilka godzin, więc morale trochę szybują w dół.

    Ponieważ zboczyłem z zaplanowanej trasy, a sugerowany przez Garmina powrót na nią wiedzie przez wiadukt ;) dalej ruszam trochę na czuja, z zamiarem powrotu na nią gdzieś dalej. Trafiam jednak na zakazy dla rowerów i trochę błądzę. Krótki postój na herbatkę z termosu połączony z wertowaniem mapy i postanawiam zaryzykować kilka km pod zakaz, by w końcu się wydostać na sensowną drogę.

    Niestety jest już kilka stopni poniżej zera i każdy taki postój powoduje „lekki” wypizg. Oczywiście – jak to w Czechach – jazda polegała na ciągłym męczeniu małych hopek, co strasznie wybijało z rytmu i oznaczało ciągłe grzanie się na podjazdach, bo po chwili marznąć na zjazdach. Dla zobrazowania ich ilości podam, że różnica wysokości na całej trasie o długości 415 km wynosiła zaledwie około 200m w pionie, a Garmin wskazywał, że uzbierałem prawie 3000m przewyższeń, z czego większość właśnie na terenie czeskim, więc na jakichś 200 km trasy.

    Gdy wydostaję się w końcu na sensowne drogi w pożądanym kierunku, jedzie się całkiem przyjemnie. Noc jest bezchmurna i gwieździsta. Standardowo wyłączam sobie czasem oświetlenie i podziwiam niebo w trakcie jazdy. Ruch jest znikomy - mija mnie średnio 1 samochód na godzinę.

    Niedługo po północy zaczynam odczuwać skutki niskiej temperatury, szczególnie w palcach u stóp. Uświadamiam sobie, że do wschodu słońca jeszcze jakieś 6-7 godzin, więc zaczynam poszukiwania jakiejś całodobowej stacji benzynowej, by ogrzać się trochę i zjeść coś na ciepło. Niestety w każdej z trzech mijanych kolejno miejscowości wszystkie stacje były zamknięte. U nas w Polsce jest pod względem dostępy do takich przybytków prawdziwe eldorado. Znajduję na mapie stację Shell i pomimo, że nie leży na mojej trasie, postanawiam trochę zboczyć, z nadzieją, że taka marka ugości mnie na bogato ;) Nie ugościła wcale, bo jest zamknięta. Zauważam opodal w ciemności radiowóz i postanawiam podpytać, bo takie jeżdżenie w ślepo nie miało sensu. Chyba ucinali sobie drzemkę, jednak gdy tylko podjeżdżam szybko wyskakują z auta na baczność :) Dowiaduję się, że w okolicy nic nie ma, jednak zapewniają, że znajdę coś w miejscowości Kromieryż. Ponowni zbaczam z trasy i gdy w końcu docieram na miejsce jest godzina 3. Biorę zestaw zmarzlucha i ładuję telefon. Wcale nie mam ochoty się ruszać dalej i tym sposobem spędzam na tej stacji ponad 2 godziny, w międzyczasie dobierając podobny zestawik ;)

    W końcu się mobilizuję i zbieram się w drogę, bo do Austrii kawał drogi. Przed wyjazdem proszę jeszcze o wrzątek i robię nowy zapas herbaty w termosie. Dalsza droga prowadzi wzdłuż niewielkiego pasma górskiego o nazwie Chrziby. Tutaj wita mnie powoli poranek. Droga przyjemna i spokojna, choć chropowata. Po tylu godzinach ciemności, bardzo przyjemnie jest witać wschodzące słońce.

    Dalsza droga w kierunku Austriackiej granicy długim odcinkiem prowadzi elegancką ścieżką rowerową – tak mi rób!. Przekraczam ją niedaleko miejscowości Brzecław. Tutaj weryfikuję swoje plany i za jedyną rozsądną opcję uważam jazdę wzdłuż granicy AT-SK. Czyli muszę odpuścić wizytę w Wiedniu, bo w innym wypadku, oznaczałoby to walkę z czasem, a nie takie były założenia tej wycieczki. Postanawiam dojechać do Hainburga nad Dunajem, gdzie chciałbym podziwiać drugi już zachód słońca w trakcie tego wyjazdu.

    Tereny Austrii zdecydowanie bardziej płaskie. Mijam sporo małych i zadbanych miejscowości. Widać, że ordnung must sein ;) W pewnym momencie łapie mnie spory kryzys snu. Istnieje ryzyko przyśnięcia za kierownicą, więc muszę uważać. Postanawiam się na chwilę zatrzymać na mijanym przystanku. Drzemka odpada, bo bardzo szybko by mnie wychłodziło, więc tylko na chwilę zamykam oczy, by wybić się z monotonii jazdy. Szybkie przestrojenie fal mózgowych pomaga i po chwili ruszam dalej.

    Za miejscowością Mannersdorf przez nieuwagę zjeżdżam w niewłaściwa drogę, przez co odbijam na zachód. Orientuję się po kilku kilometrach, gdy zauważam zmianę nazw miejscowościach na tabliczkach kierunkowych. Krajobrazy nie są bynajmniej grudniowe. Niebawem niebo nabiera barw. Nad samym Dunajem łapię resztki tego spektaklu. W Hainburgu robię małe zakupy w markecie, uskuteczniam austriackie drożdżówkarstwo i już po ciemku ruszam w dalszą drogę w kierunku Bratysławy. Tutaj ruch jest dosyć spory. Zaraz po przekroczeniu granicy zjeżdżam na ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż rzeki do centrum miasta.
    Na stacji kolejowej kupuję bilet na pociąg do Skalite – Serafinov (miejscowości graniczącej z polskim Zwardoniem) z przesiadką w Żylinie. Do odjazdu mam dobrych 5 godzin, więc trochę krążę po mieście i udaję się do chińskiej restauracji, bo potrzeba ciepłego i pikantnego jedzenia na rozgrzanie jest mocna ;)

    Na dworzec wracam na dobrą godzinę przed odjazdem pociągu i obserwuję jego życie. Klimatem przypomina nieco dawny dworzec katowicki sprzed remontu. Jest godzina 23, a ruch podróżnych wydaje się być spory. Jednak po dłuższej obserwacji można dostrzec, że duża część tych ludzi, to mieszkańcy dworca. Krążą grupkami, załatwiają jakieś sprawy, ktoś gra na skrzypcach. Widać, że się znają. Ktoś inny chodzi po maszynach z jedzeniem i co chwilę sprawdza, czy ktoś nie zapomniał zabrać reszty drobnych. Kilka osób śpi na posadzce. Wszystkiego pilnuje patrol dwóch policjantów ;)
    Na przesiadkę w Żylinie też mam sporo czasu, bo ponad 2 godziny. Krążę więc chwilę po centrum. Jest 3 w nocy i -8 stopni. Okazuje się, że pociąg do Skalite jedzie bezpośrednio do Zwardonia, gdzie mam kolejną godzinę. Gdy wysiadam z pociągu trochę zaskakuje mnie śnieg.

    Pociągiem mógłbym podjechać bezpośrednio pod dom, jednak wysiadam 2 stacje wcześniej, by dokręcić 9 km brakujące do #festive500

    Wypad zaliczam do udanych, choć warunku dały mi nieco popalić. Liczyłem się z tym jednak :) Przedwczoraj, czyli 2 dni po powrocie odczuwałem największe zakwasy jakie przyszło mi mieć dotychczas, bo nawet dotyk bolał dość mocno. Zastanawiałem się skąd aż taki efekt, jednak przecież w grudniu w zasadzie odpuściłem rower, ze względu na warunki i wszechobecny nieprzyjemny smog, a spacer z rowerem tez pewnie dołożył swoje ;)

    Ale się rozpisałem. Jak ktoś dobrnął do końca, to jeszcze dorzucę krótkie podsumowanie mojego rowerowego roku 2016 wg statystyk Stravy:
    Dystans całkowity: 16 841 km

    Najdłuższy przejazd na raz: 658,5 km – z Katowic na Hel

    Największe przewyższenie w trakcie jednego podjazu: 1585 m – droga Transfagaraska podczas sakwiarskiego wypady do Rumunii
    Udało mi się ukończyć 2 ultramaratony w zadowalającym dla mnie czasie:
    1. Maraton Podróżnika - 533 km
    2. Maraton Północ Południe - 987 km
    Dodatkowo odbyłem 2 dłuższe wyjazdy z sakwami, czyli tydzień eksploracji Gran Canaria i 1,5 tyg. wypad w Karpaty Rumuńskie.
    Wpadło też trochę nowych gmin do #zaliczgmine jednak niewiele było wyjazdów konkretnie w tym celu. Na mapce rok 2017 oznaczony na różowo. Trochę szkoda mi wolnego czasu na kręcenie po mieścinach, gdy można w tym czasie zrobić coś ciekawszego ;)

    Dziękuję wszystkim z którymi miałem przyjemność jeździć i odliczać kilometry do wykopowego równika, oraz życzę jak najwięcej przyjemnych chwil na rowerze w 2017! :)

    #byczysnarowerze #rower

    W tym tygodniu to już 466km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: s24.postimg.org

  •  

    1247503 - 259 = 1247244

    Postanowiłem wykorzystać prognozowane okienko bez opadów, na wypad, gdzie głównym celem miał być wschód słońca okraszony tatrzańskimi szczytami.

    Startuję w piątek chwilę przed 23. W Katowicach termometr wskazuje -1 stopień. Ruszam klasycznie, znanymi drogami do Bierunia Nowego, gdzie wjeżdżam na zwykle ruchliwą DK44. Teraz jest noc, więc ruch jest znikomy i jedzie sie całkiem przyjemnie. Niebo jest zachmurzone, a temperatura oscyluje w granicach 0-2 stopni. W Zatorze, po minięciu Energylandii, odbijam na DK28 w kierunku Wadowic. Szybka fota na rynku, chwila błądzenia i wracam na krajówkę. W Zembrzycach odbijam w kierunku Budowa, by do Makowa dostać się trudniejszym wariantem. Głównie chodzi mi tutaj o podjazd na Makowską Górę, który miałem przyjemność wciągać podczas wrześniowego Maratonu Północ – Południe. Wtedy było to na 900 km trasy, a tym razem miałem w nogach zaledwie 100, więc czas na segmencie „Rzeźnia pod Makowem” poprawiony o 5 minut ;) Podjazd trzyma mocno cały czas i prowadzi dobrej jakości wąskim asfaltem. Jednak z tego co wiem, to w czasie dnia jest tu spory ruch i trzeba się ciasno mijać z samochodami.

    Niebo się pięknie wyklarowało, widać mnóstwo gwiazd i księżyc w postaci cienkiego rogalika. Odpoczywam trochę na szczycie, cały przemoczony od potu. Gdy zaczynam marznąć, zjeżdżam w dół do Makowa. Zjazd jest mniej stromy i jakościowo kiepski. Jest tez kilka progów zwalniających. Kawałek za miastem zatrzymuję się na stacji benzynowej na zasłużoną chwilę odpoczynku i hot doga. Myślałem, że uda mi się podsuszyć tu trochę mokre od potu rękawy, jednak w toalecie dmuchamy brak ;)

    Dalej jadę śladem MPP. Zanim udaje mi się rozgrzać, przez pewien czas mnie trochę telepie z zimna. Pamiętając jednak jak wygląda ściana płaczu prowadząca od Rdzawki, omijam ja szerokim łukiem, trzymając się pustej jeszcze Zakopianki ;)
    W Chabówce zaczyna świtać, a ruch na drodze wzmaga się. Wpadam jeszcze na herbatę na Orlen i zaczynam podjazd w kierunku Obidowej, wypatrując pierwszych zarysów szczytów tatrzańskich. Na szczycie czeka mnie jednak zawód, bo po drugiej stronie góry tereny spowite są gęstą mgłą. Zjazd nie jest więc zbyt przyjemny, bo wilgotność 100%, a widoczność sięga może 50m. Zajeżdżam na śniadanie do Maca, mając jeszcze nadzieję, że pierwsze promienie słońca rozgonią jakoś tę zawiesinę.
    Niestety nic takiego nie ma miejsca, więc postanawiam nie pakować się dalej w kierunku Tatr i kieruję się na zachód w stronę Babiej Góry. Wypatruję przyjemnie wyglądającą ścieżkę w kierunku Czarnego Dunajca. Mgła trochę mniejsza, jednak do Jabłonki ruch jest spory. Poleciała też seria przekleństw w kierunku niecierpliwego kierowcy z austriackimi blachami, który otrąbił mnie i minął na styk, bo nie chciałem zjechać mu z drogi. Pobocza brak, podwójna ciągła, a w przeciwnym kierunku sznur samochodów. Trochę mi podniósł ciśnienie – na pobudkę w sam raz ;)

    Od Zubrzycy w końcu pierwsze promienie słońca i widok na Babią. Podjeżdżam bardzo spokojnie, delektując się nimi i pstrykając fotki. Po tylu godzinach w ciemnościach i we mgle, docenia się je podwójnie ;)
    W domu musiałem być przed 16, więc postanowiłem wybrać opcję powrotu pociągiem z Żywca. Oznaczało to niestety dosyć intensywną jazdę po pozostałych pagórkach pod czołowy wiatr. Już nieźle wypruty docieram na zaplanowany pociąg, chwilę po godzinie 14.

    Plan był bardziej ambitny, jednak mimo wszystko dostałem trochę w kość na tym wyjeździe :)

    Strava: https://www.strava.com/activities/785985601

    Pozostałe zdjęcia: https://get.google.com/albumarchive/103328722292581463380/album/AF1QipOoDrvQ-YY09Bi-RgXw32LuSMEd8A81itvjufnw

    Troche się rozpisałem, więc ciepnę tagiem: #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 580km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km
    pokaż całość

    źródło: s14.postimg.org

  •  

    93964 - 597 - 390 - 120 = 92857

    Maraton Północ - Południe

    Udało mi się ukończyć pierwszą edycję tego trudnego ultramaratonu, organizowanego przez zapaleńców z forum podróżników rowerowych. Start odbył się spod latarni morskiej w Helu, zaś meta mieściła sie w schronisku na Hali Głodówka k/Zakopanego.
    Trasa od długości 930 km przebiegała w miarę możliwości bocznymi drogami, prowadząc przez malownicze rejony Polski.
    Regulamin zakładał całkowitą samowystarczalność. Każdy z zawodników sam decydował gdzie i kiedy je, ewentualnie śpi itp. Żadne punkty żywieniowe nie były przewidziane. Jakakolwiek pomoc z zewnątrz była zabroniona.
    Strategie były więc różne. Osoby jadące na jak najlepszy wynik nie planowały spać w ogóle. Inni brali po drodze nocleg w kwaterach, hotelach itp. Osobiście wiozłem ze sobą śpiwór i alumatkę, by w odpowiednim momencie zaserwować sobie nocleg w dowolnym zasadzie miejscu. Nie do końca wyszło jak planowałem, ale o tym trochę później :)

    Limit czasu na ukończenie trasy wynosił 72 godziny. Ja planowałem dotarcie na metę przed 3 nocą, czyli zakładałem czas w okolicy 60 godzin.

    Ponieważ w piątek muszę się jeszcze zjawić w pracy, mam ograniczone pole manewru, by dostać się na Hel (start miał miejsce o godzinie 10 w sobotę). W Gdyni miałem być dopiero po godzinie 23. O tej porze żadne szynobusy już nie kursują, więc planowałem przenocować w Gdyni.
    Zapytałem na mikroblogu o jakieś opcje noclegu niedaleko dworca. Kolega @Ulica zaoferował jednak, że może mnie podrzucić o tej godzinie bezpośrednio na Hel. Tak też się stało i ostatecznie około 1 w nocy ląduję pod nieoficjalną bazą zawodów. Dzięki za pomoc :) Dziękuję również tym, którzy oferowali mi nocleg u siebie @Ilana @jak_to_mozliwe @alhakeem Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja się poznać :)

    Zgodnie z ustaleniami ze stróżem kempingowym, czeka na mnie otwarta przyczepa. Duży plus jest taki, że będę spał sam i nikt mi nie zrobi przedwczesnej pobudki. Ostatecznie zasypiam jakoś po 2.

    Wstaję po trochę szarpanych 5h snu. Ogarniam siebie i rower, oddaję plecak który organizatorzy przewiozą na metę i około 9:30 udaję się na miejsce startu, po drodze jeszcze zahaczając o sklep.

    Pod latarnią miła atmosfera. Odprawia nas sam burmistrz i punktualnie o 10 odbywa się wspólny start honorowy. Na odcinku do Władysławowa eskortują nas policjanci na motocyklach. W Jastarni następuje start ostry. Wcześniej jeszcze wypada mi bidon, który niewłaściwie umieściłem w koszyku. Wpadł pod resztę peletonu jadącego za mną. Sytuacja trochę groźna, ale na szczęście wszyscy jeszcze mieli jeszcze świeże i skupione umysły, więc obyło się bez kraksy :)

    Po starcie ostrym kieruję się ku początkowi stawki. Tempo wyraźnie rośnie. Po chwili formuje się grupa bodaj 12 osób i w takim składzie żegnamy się z policjantami na rondzie we Władysławowie.
    Po chwili wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Tempo maleje tylko nieznacznie, więc zdarza się kilka niebezpiecznych sytuacji w miejscach skrzyżowań z drogami, gdzie nastawiane są słupki. Jadąc za kimś na kole łatwo na któryś wpaść. Na szczęście w miarę możliwości ostrzegamy się nawzajem i udaje się przejechać bez incydentów.

    Po wjeździe w rejony Kaszub, grupa się uszczupla, szczególnie za sprawą wielu pagórków. Pierwszy punkt kontrolny znajduje się pod wieżą widokową "Kaszubskie Oko" niedaleko Jeziora Żarnowieckiego.
    Na poprzedzającym je podjeździe, zaczynam odczuwać w nogach bagaż, który ze sobą wiozę. Planowałem jednak pociągnąć w pierwszej grupie początkowe 100 km, więc trochę się jeszcze spinam i dołączam z powrotem do grupy, która liczy już tylko 5 osób. Wchodzenie na zmiany kosztuje mnie coraz więcej wysiłku i ostatecznie po jednej z nich odpadam na podjeździe.

    Na liczniku mam 115 km, więc założenie spełnione. Staję pod jednym ze sklepów, uzupełniam bidon i zaczynam swoją samotną jazdę. W końcu mogę na spokojnie podziwiać kaszubskie krajobrazy. Teren jest pagórkowaty, więc widoki są dosyć rozległe.
    Czasami nawet zatrzymuję się na fotkę.

    PK2 znajduje się w miejscowości Wdzydze Kiszewskie, niedaleko ładnego skansenu. Mija mnie tutaj jeden z uczestników. Doganiam go i kawałek jedziemy wspólnie. Gdzieś dalej mijam forumowego Emesa. Okazuje się, że zapomniał wgrać sobie trasy i musi się kogoś trzymać, by z niej nie zboczyć :)
    Samotnie jedzie się dość ciężko, ponieważ cały czas wieje dość silny czołowo - boczny wiatr. Jadę z nadzieją, że po zachodzie słońca ucichnie.

    PK3 znajduje się na moście w miejscowości Świecie. Tutaj łapie mnie zmierzch, więc postanawiam zjeść gdzieś obiad i przebrać się do nocnej jazdy. Rozkładam się w jakiejś orientalnej restauracji, lecz przy składaniu zamówienia pani informuje mnie, że czas oczekiwania to minimum 40 minut... Poniżej widziałem inny lokal, więc się przeprowadzam ;) Straciłem już jednak dobre pół godziny. Tutaj na szczęście jest już dosyć szybko i smacznie. Jem na spokojnie, więc w dalszą drogę ruszam dopiero po dobrych dwóch godzinach. Po wyjeździe za miasto muszę się ponownie zatrzymać, ponieważ ubrałem się zdecydowanie za ciepło, więc momentalnie jestem cały mokry. Gdy się przebieram, mija mnie grupa 4 osób. Doganiam ich wkrótce, jednak chłopaki zdecydowanie oszczędzają siły, więc po kilku kilometrach ruszam samotnie do przodu.

    Niestyety wiatr zamiast zelżeć, wręcz przybrał na sile. Po około godzinie, zaczynam widzieć na horyzoncie czerwone światełko. Gdy je dochodzę, okazuje się, że to jakiś starszy pan. Od słowa do słowa dowiaduję się, że to Stanisław Piórkowski, który brał udział w tegorocznym TCR. Wspólnie dojeżdżamy do PK4, który znajduje się w Dobrzyniu nad Wisłą. Jedziemy czysto towarzysko, bez żadnych zmian itp. za to czas upływa przyjemnie. Tempo jest spokojne. Okolo godziny 4 nad ranem, przed Płockiem, postanawiam zdrzemnąć się kilka minut na przystanku. Stasiu mówi, że czuje się dobrze, więc jedzie dalej. Więcej się na trasie nie spotkaliśmy :)

    Niestety z drzemki nic nie wyszło i po chwili ruszam dalej. Za Płockiem, po przedarciu się przez kilkaset metrów drogi bez asfaltu, postanawiam spróbować raz jeszcze tutaj. Na chwilę zasypiam, jednak budzi mnie zimny wiatr muskający moje spocone plecy. Jest już jasno, więc ruszam dalej.

    Na długiej i prostej drodze w kierunku Łowicza, podczas zmagań z wiatrem, marzy mi się porządne śniadanie. Gdy w końcu dojeżdżam do miasta, zauważam dwa rowery stojące pod hotelową restauracją. Widzę, że to "nasi" więc wchodzę do środka. Siedzą tam Daniel Śmieja i bodaj Krzysztof Kreft.
    Lepiej trafić nie mogłem, bo za 25 zł mam szwedzki stół, więc mogę jeść do oporu i na co mam ochotę :) Jajecznica to balsam na mój żołądek.
    Po uczcie ogarniam się jeszcze w ubikacji i ruszam pod wiatr w kierunku Skierniewic, gdzie znajduje się PK5.

    Po dotarciu na miejsce, postanawiam zobaczyć piękny park miejski. W tym momencie robi mi się ciepło, bo orientuję się, że nie mam portfela! To oznacza nie tylko straty finansowe, ale też koniec jazdy. Szybko znajduję numer do restauracji gdzie jadłem śniadanie, jednak pan stwierdza, że nikt nic nie znalazł. Proszę jeszcze, by zajrzał do ubikacji. Oddzwania po kilku minutach i jest! Zawracam więc do Łowicza, po drodze mijając się z forumowym Turystą, oraz ekipą z Michałem "Wilkiem" na czele.
    Odzyskuję zgubę i robię mały postój w sklepie. Cała ta akcja kosztowała mnie dodatkowych 50 kilometrów. Ale ważne, że mogę jechać dalej :)

    Kawałek za Rawą Mazowiecką spotyka mnie pierwszy deszcz. Sprawdzam prognozę i w teorii ma padać jedynie przez najbliższe 2 godziny. Stwierdzam, że to idealny czas na drzemkę i układam się w śpiworze pod wiatą przystankową.
    Niestety już po chwili okazuje się, że nie jest to dobre miejsce. Droga jest dość ruchliwa i przejeżdżające pojazdy nie dają mi zasnąć. Cała buda się aż trzęsie.
    Pomimo deszczu muszę jechać dalej - straciłem tu jedynie sporo czasu, a nic nie odpocząłem.
    Już po ciemku przejeżdżam przez Inowłódz, Opoczno, aż w końcu dojeżdżam do miejscowości Końskie, gdzie znajduje się PK6. Jest chwila po północy, a organizm domaga się snu, więc kawałek dalej podejmuję kolejną próbę przystankowego odpoczynku.
    Tym razem udaje mi się zasnąć, jednak około 2 budzi mnie jeden z uczestników, chowając się przed deszczem. Przeprasza i po chwili jedzie dalej. A może mi się to śniło? ;)
    W czasie gdy się pakuję mija mnie Kot, a po chwili nadjeżdża Wilk. Ruszam za nimi. Po kilku km zjeżdżam na stację, gdzie grasuje również Wilk (ukończył tegoroczny TCR ze świetnym wynikiem - tutaj jedzie raczej jako wsparcie dla Kota), który postanowił kupić wielki znicz, by wypełnić pustą przestrzeń w torbie podsiodłowej, by ta dalej pełniła funkcję błotnika. Może to z niewyspania, ale bardzo mnie ta sytuacja rozbawiła :) Po mojej sugestii zmienia znicz na paczkę chrupek.
    Niestety stacja nie oferuje nic ciepłego, więc zjadam rogalika i ruszam dalej.

    Na ciepłe śniadanie udaje mi się załapać w Koniecpolu. Cały czas siąpi deszcz. Łapie mnie największy dotąd kryzys. Uświadamiam sobie, że przede mną najtrudniejszy, najeżony podjazdami górski odcinek, a moja forma jest kiepska. Po chwili ponownie spotykam Kota z Wilkiem, którzy również korzystają z opcji śniadaniowej. Ogarniam się w toalecie i ruszam dalej.
    Gdy wjeżdżam na tereny Jury robi mi się lepiej. Znam dosyć dobrze te okolice, więc czuję się swojsko. Lepiej to mało powiedziane - ja po prostu przestaję czuć zmęczenie i jakikolwiek ból! Nie wiem jaką mieszankę chemiczną wpuścił mój mózg do krwiobiegu, ale muszę się nieźle hamować, by nie szaleć na pojazdach. Wiem, że ten stan nie będzie trwać wiecznie.
    W takim świetnym nastroju zaliczam PK7 w Bobolicach.
    W Olkuszu robię postój w Macu, gdzie zajadam się porządnie. Robię również spore zakupy, by do mety zajechać już bez większych postojów.
    Przejazd przez dolinki krakowskie bardzo przyjemny, choć ciągle trochę siąpi.
    Na zaporze w Łączanach spotykam Włóczykija. Stoi i spogląda w wodę. Pyta jak się obudzić, bo łamie go sen. Ja pytam o olej do łancucha, którego mi użycza. Trochę gawędzimy i chyba dobrze mu to spotkanie robi, bo wyraźnie ożywa :) Podobnie jak mój napęd.

    Przed Kalwarią Zebrzydowską pojawia się seria trzech ostrych ścianek. Jest ciężko, ale z moją górską kasetą daję radę. Asfalt jest kiepski, co szczególnie daje się odczuć na zjazdach. Dobrze, że nie trafiłem tutaj nocą.
    Przed kolejnym ostrym pojazdem, na Makowską Górę, zaczyna znów mocniej padać.
    Zbliża się wieczór, więc ubieram spodnie przeciwdeszczowe i długie rękawiczki. W tym momencie mija mnie ktoś, kogo wcześniej nie widziałem. Spotykamy się na szczycie, gdzie znajduje się PK8. A tym kimś jest Pirzu. W końcu można sobie trochę nawzajem ponarzekać ;)

    Wspólnie zjezdzamy w dół do Makowa Podhalańskiego. Dalej robimy jeszcze krótki postój na stacji i już po ciemku ruszamy na dwa najtrudniejsze dla mnie podjazdy. Pierwszy to Rdzawka. Kolega ma twardsze przełożenia, więc podprowadza. Ja jeszcze jakoś to wciągam, choć z postojem. Na szczycie, na PK9 sceny jak z filmu. Gęsta mgła, deszcz i migające światła radiowozów. Dwie ciężarówki leżą w rowach. Jest bardzo niebezpieczne. Ciężko się włączyć do ruchu.
    Zjazd nieźle nas wychładza. Mokre ciuchy potęgują odczuwanie zimna. Marzymy o jakimś podjeździe. Gdy już udaje nam się rozgrzać, zaczyna solidnie lać. Na podjeździe pod Gliczarów widzę tylko ścianę wody i asfaltu. Nie mogę uwierzyć, że może być tak stromo. Długotrwale przemoczone stopy pieką mnie bardzo mocno. Czuję rany. Ostatnie kilometry jechałem już na piętach, więc teraz tylko podprowadzamy mozolnie rowery. Nie mam już ochoty wsiadać na rower i najchętniej szedłbym pieszo do końca. Ale przed nami jeszcze 10 kilometrów. Wsiadamy na rowery i kulamy się powoli pod górę aż do mety. W końcu widać upragnione światła schroniska.

    Na miejscu miłe przywitanie oklaskami i ciepły makaron z sosem. Nareszcie mogę zdjąć z siebie cały ten gnój. Jeszcze trochę gawędzimy przy stole i około 2 w nocy, po ciepłym prysznicu zasypiam od razu.
    Na mecie licznik wskazuje 990 km. Czas łączny to 60:51
    Dodam tylko, że zwycięzca był na mecie dobę wcześniej :)

    Następnego dnia odbywa się wręczenie medali i miły wieczór przy kominku. W środę rano pogoda się lekko klaruje, więc postanawiam jechać do Żywca na kołach. Na podjeździe z Poronina pod Ząb zaczyna padać. Na Krowiarkach łapie mnie już konkretny deszcz, więc zjazd do Zawoi chłodny i niezbyt przyjemny. Znów jestem przemoczony, więc dzisiejsza trasa to taki maraton w pigułce ;) Po obiedzie w Żywcu wsiadam w pociąg i bezpośrednio wracam do domu.

    Sama trasa maratonu była trudna, ze względu na długość, jak i ilość i trudność podjazdów. Warunki pogodowe sprawiły, że zrobiło się bardzo ciężko. Matatonowi wyjadacze stwierdzili, że była to najcięższa impreza w tym sezonie. Dla mnie więc ukończenie jej w tym czasie, to duży sukces. Chciałem się sprawdzić i się udało :) Przede wszystkim zebrałem kupę doświadczenia.
    Towarzystwo bardzo miłe i pozytywne. Organizacja mistrzowska. Będę wracał!

    Dzięki za doping w formie sms od @Makyo i słowa wsparcia na Stravie w momencie kryzysu od @Ilana :)

    Cała trasa na Endo: https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/811227804

    Strava cz1: https://www.strava.com/activities/716755614

    Strava cz2: https://www.strava.com/activities/718454043

    Dojazd do Żywca: https://www.strava.com/activities/719881954

    Wpadło 51 nowych gmin do #zaliczgmine

    Mój tag -> #byczysnarowerze
    #rower

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: s10.postimg.org

  •  

    108665 - 375 - 159 - 149 = 107982

    Polska – Rumunia – Słowacja

    Czyli ostatnia, trzecia część opisu mojej podróży rowerowej do Rumunii. Wydaje mi się, że najciekawsza ;)

    Część 1 – klik
    Część 2 – klik

    Dzień IX
    Novaci – Alba Iulia ( 149km – ↑ 3532m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/672234242

    Dziś czeka mnie podjazd na najwyżej położoną drogę Rumunii (przełęcz Urdele – 2145m). Od rana pogoda nie zachęca. Spałem na ok 700m, więc trochę wspinaczki mnie czeka. Krajobrazy inne niż na Transfogaraskiej. Wydają mi się bardziej surowe. Na około 1500m, w miejscowości Rânca, spotykam sakwiarza na Krossie. Już marka roweru zdradza jego narodowość, więc kawałek podjeżdżam wspólnie z chłopakiem z Warszawy. Jego tempo jest jednak bardzo mozolne, więc dalej podjeżdżam swoje i umawiamy się, że spotkamy się już na przełęczy.
    Powyżej 2000m drog ę spowija kilmatyczna mgła. Na krótkim postoju, ktoś żebrze ode mnie żelki ;)

    Po przejechaniu na druga stronę pierwszej przełęczy, pogoda klaruje się. Asfalt bardzo dobry, więc mknie się w dół bardzo przyjemnie. Po chwili jednak, ponownie zaczyna się podjazd, tym razem już na tę właściwą przełęcz.
    Urządzam sobie posiłek w pięknej scenerii i czekam na kolegę. Niestety przez dobrą godzinę nie nadjeżdża, więc postanawiam ruszać dalej. Zjazdy bajka – ta droga zdecydowanie wygrywa u mnie z Fagaraską.

    Teraz czeka mnie jeszcze jedna wspinaczka na wysokość 1700m, by w końcu rozpocząć w zasadzie 100 km zjazdu, aż pod miasteczko Alba Iulia, gdzie po dłuższych poszukiwaniach, już po zmroku rozbijam się za poletkiem kukurydzy. Wcześniej, po drodze, spotykam jeszcze parę sympatycznych Niemców. Maja ciekawe zabezpieczenia przed zbyt blisko wyprzedzającymi pojazdami :)

    Dzień X
    Alba Iulia - Beliş ( 159km – ↑ 2610m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/672238371

    W zasadzie dopiero o świcie mogę zobaczyć jak wygląda moja okolica. Odkrywam też, że jakiś gryzoń próbował przekąsić sobie moją owijkę. Na szczęście mu nie posmakowała. Zwijam dobytek i po chwili jestem w Alba Iulia. Dziś czeka mnie kolejny pagórkowaty dzień, ponieważ kieruje się w stronę Karpat Zachodniorumuńskich (Góry Apuseni). Po 60 km łagodnego podjazdu na około 1000m , widoki znów zachwycają. Szczególnie urokliwe są rumuńskie wsie
    Przejeżdżając obok miasteczka Abrud, łapie mnie smak na puszke coli, więc postanawiam zjechać stromym i kamienistym skrótem do centrum. Okazało się to błędem, bo obciążone bagażem przednie koło łapie snake’a i momentalnie zostaję uziemiony z dwiema dziurami w dętce. Łatać tego nie ma szans, więc musze zdjąć przednie koło w celu wymiany na nową. Okazuje się to skomplikowae, bo wymagało odkręcenia bagażnika. Postanawiam przy okazji urządzić sobie przerwę obiadową, więc wstawiam wodę ze strumyka na ryż i biorę się za robotę. Po jakimś czasie, wzbudzam zainteresowania starszego pana z domku widocznego tutaj. Pokazuję mu na migi w czym rzecz i pytam czy w jakiś sposób przeszkadzam. Pokazuje że wszystko OK i pyta czy nie potrzebuję miejsca do spania. Ładnie dziękuję, bo jest jeszcze za wcześnie. Po chwili wraca do mnie uśmiechnięty z taką oto wałówką i tylko powtarza, że są BIO ;)
    Słonina do jajecznicy przyda się jak najbardziej, więc wrzucam towar do sakwy, ładnie dziękuję i ruszam dalej.

    Góry Apuseni sa bardzo malownicze. Na drodze często można spotkać wolno pasące się krowy ale także konie. Podjeżdżam jeszcze na przełęcz na wysokość ponad 1300m i jest tak ładnie, że zastanawiam się, czy czasem tutaj nie zrobić pięknego noclegu. Orientuję się jednak, że nie mam kupionego prowiantu, więc musze jechać dalej, by znaleźć jakiś sklep. Po chwili orientuję się, ze przecież jest Niedziela i że wszystko jest już zamknięte, a żadnego większego miasta nie ma w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Cały czas jadę dalej i obmyślam co mam w sakwach i czy dam rade w miarę sensownie zjeść wieczorem, by odpowiednio się zregenerować w nocy. Na dnie sakwy mam zupkę chińską ,którą wiozę na czarną godzinę i tabliczkę czekolady z Polski. No i mam przecież jeszcze ogórki i słoninę od gospodarza! :) Postanawiam się więc rozbić niedaleko jeziora Giurcuța de Jos. Tym sposobem ląduję gdzieś w lesie. Miejscówka klimatyczna, jednak okolica jest dosyć dzika i jestem na wysokości powyżej 1000m, więc ryzyko odwiedzin niedźwiedzia już całkiem spore. Tym bardziej, że zapach smażonej z makaronem słoniny penetruje z pewnością znaczny obszar lasu ;) W obawie przed takim spotkaniem, ładuję wszystkie rzeczy związane z jedzeniem do reklamówki i zostawiam pod drzewem kilkadziesiąt metrów od namiotu. Na rano zostawiam sobie połowę tabliczki czekolady, by jakoś ruszyć z miejsca :)
    W nocy budzi mnie głośne ujadanie psa, niedaleko mojego namiotu. Otwieram oczy i… nie widzę kompletnie nic. Jest tak ciemno, że nie ma żadnej różnicy, czy mam otwarte, czy zamknięte powieki. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam i zastanawiam się, czy czasem nie oślepłem od tej kosmicznej kolacji ;) Wszelkie wątpliwości rozwiewa ekran telefonu. Pies jednak ujada dalej, typowo na mnie, więc leżę w bezruchu i patrzę w tę czerń. A czasem daje się usłyszeć dźwięk dzwonka, więc już wiem, że jest to jakiś pies pasterski. Chce żeby sobie już poszedł, bo nie mogę spać. Po jakichś 30 minutach w końcu mam spokój i zasypiam na nowo.

    Dzień XI - XII
    Beliş - Kosice ( 375km – ↑ 1126m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/672240919

    Rano okazuje się, że mój nocny gość dorwał się do mojej reklamówki z jedzeniem i wylizał garnek z pozostałości kolacji, ale także wciągnął moją czekoladę! :) Znalazłem jeszcze zachomikowany mały batonik zbożowy, który dzięki temu że był szczelnie zamknięty jakoś przetrwał. Zjadam go więc z herbatą i ruszam w drogę. W pierwszej napotkanej wiosce kupuję makaron i kilka rzeczy na śniadanie. Okazuje się jednak, że nawet nie udało mi się porządnie zagotować wody, bo skończył mi się gaz. Zjadam więc taką niedogotowaną papkę z bananami i jogurtem. Dodatkowo makaron okazuje się być takim jajecznym, ze zwykłej mąki pszennej . Obrzydlistwo :)
    Około południa zatrzymuję się w przydrożnym zajeździe, planują w końcu porządną wyżerkę. Zamawiam podwójny zestaw obiadowy i znów jest kiepsko. Zjadam trochę z przymusem, bo na czymś trzeba przecież jechać. Na szczęście działa WiFi, więc sprawdzam rozkład pociągów z Koszyc. Okazuje się, że czeskie Pendolino, które mi najbardziej pasuje, odjeżdża za niecałą dobę. Szybka kalkulacja i postanawiam pozostałe około 350 km jechać już bez noclegu, zarywając przy tym oczywiście noc. Czasu mam na tyle, że nie musze się jakość bardzo śpieszyć i spokojnie mogę stawać na posiłki, sklepy itp.
    Do granicy z Węgrami w miejscowości Săcueni, mam około 100 km drogi. Przejazd przez Rumuńskie wsie po zmroku to specyficzny klimat. Niebo jest piękne i gwieździste. Często sobie wyłączam lampkę, by je podziwiać. W pewnym momencie zauważam , że na środku drogi leży coś dużego. Trochę się wystraszyłem, bo myślałem, że to jakiś wielki pies. Gdy podjeżdżam bliżej okazuje się, że to siedzi sobie dwójka małych dzieci , kopcąca po ciemku papierosy 
    Około 2 km przed granicą, zauważam z daleka jakieś odblaski. Panowie mundurowi zatrzymują mnie i coś tam zaczynają po rumuńsku. Mówię po angielsku, że jestem z Polski i wracam do Polski. Na co jeden z nich mówi stanowczo: no Poland! Nie wiem o co chodzi, ale po chwili ten drugi go uspokaja i informuje mnie, że przejście graniczne jest zamknięte i nie przejadę. To nie jest dobra informacja. Włączam mapę i pokazują mi gdzie jest najbliższe przejście, twierdząc, że to tylko 15 km. Zawracam więc trochę zrezygnowany. Okazuje się, że 15 km, to może tam było w linii prostej. Ja musiałem nadłożyć dobrych 40 km. Na drugim przejściu jestem więc w środku nocy. Rumuński strażnik sprawdza dokumenty i mierzy mnie dziwnie. Węgierski tylko zerka na dowód i żegna mnie miłym „Have a nice trip!”

    Węgry witam z ulgą, bo już jest bardziej cywilizowanie. Jednak na stacjach benzynowych nadal nie ma do zjedzenia nic na ciepło, czego mi brakuje. W drodze na Nyiradony na drodze co chwilę spotykam dzikie zwierzęta.. Po ciemku widzę z daleko pełno świecących par oczu. W pewnym momencie jest ich tak dużo, że muszę zwolnić, w obawie że jakieś cielsko mnie w końcu potrąci (lub odwrotnie). Dodatkowo sobie głośno gwiżdżę lub śpiewam, bo zwrócić na siebie uwagę ;) Około godziny 4 rano postanawiam rozprostować na godzinkę kości na stacji kolejowej
    Przed miastem Nyíregyháza zaczyna świtać. Znajduję McDonalds i w końcu jem coś na ciepło. Trochę się jednak zasiedziałem, więc muszę już od tej pory pilnować tempa i czasu, by zdążyć na zakładany pociąg do Koszyc.
    Ponownie czeka mnie walka z zakazami ruchu dla rowerów i węgierskimi ścieżkami. Na szczęście niektóre były bardzo sensowne. Jakoś przed południem docieram w piękne okolice miasta Tokaj. Pogoda jest wręcz bezbłędna, więc widoki uprzyjemniają jazdę. Teren staje się jednak pagórkowaty, co skutecznie wysysa ze mnie siły. Szczególnie, że w nogach mam już ponad 300 km z bagażem.

    Do Koszyc docieram na godzinę przed odjazdem pociągu. Ostatnie 25 km od granicy jechałem na zmiany z jakimś rowerzystą. Tempo było dosyć mocne, więc na dworzec wpadam wykończony i nieźle zgrzany. Marzę o czymś zimnym do picia, jednak najpierw postanawiam zakupić bilet. Pani w kasie informuje mnie, że wszystkie miejsca rowerowe w moim Pendolino są już zajęte :) To jest ostatnia rzecz jaką chciałem usłyszeć. Przez dobre pół godziny próbuje jeszcze coś tam pokombinować z inną kasjerką, jednak ostatecznie nie dostaję biletu. Następne sensowne połączenie (jednak z przesiadką w Żylinie), mam za 4 godziny, więc korzystam z wolnego czasu i jadę na obiad i pozwiedzać ładne centrum miasta. Około północy ląduję pod polską granicą w Skalité-Serafínov. Przejeżdżam kilka km w deszczu na stację w Zwardoniu. Stacja jest zamknięta, więc muszę wypłacić gdzieś pieniądze na bilet, bo w pociągu kartą nie zapłacę. Okazuje się że jedyny bankomat w miejscowości jest nieczynny. Pierwszy pociąg do Katowic mam dopiero o godzinie 5, więc po krótkich pogaduszkach z panem ochraniającym składy pociągów, ładuję się w śpiwór i zasypiam. Pół godziny przed odjazdem pan mnie budzi i w końcu wsiadam w pociąg. Nie mam jednak pieniędzy na bilet, więc sprawdzam godzinę następnego pociągu i wysiadam w Rajczy. Ciągle leje i jest zimno, więc poszukiwania bankomatu do przyjemnych nie należą. Ostatecznie udaje się dotrzeć do domu przed południem.

    Powrót z przygodami, ale to właśnie takie przygody wspomina się latami :) Z perspektywy czasu decyzja o zarwaniu ostatniej nocy wydaje się słuszna, bo kolejnego dnia dopadłby mnie deszczowy front.

    Cała wycieczka bardzo udana. Deszczowych dni było niewiele. Sprzęt nie zawiódł, ładne krajobrazy i nowe doświadczenia. Do Rumunii jeszcze chętnie wrócę, jednak tym razem chciałbym zwiedzić bardziej wiejskie rejony Karpat w północnej części kraju, plus dodatkowo może ich ukraińską część :) Drogi Transfagaraska i Transalpina po prostu odhaczone. Jakoś szczególnie mnie ciągnie tam z powrotem.

    W sumie podczas 11 dni przejechałem prawie 1600 km. Wg Stravy podjazdów nazbierało się 19416m.

    Cała galeria zdjęć

    Mój tag - > #byczysnarowerze

    #podroze #podrozerowerowe #rumunia

    W tym tygodniu to już 683km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: s13.postimg.org

  •  

    134982 - 106 - 110 - 106 - 154 = 134506

    Polska – Rumunia – Słowacja, część 2

    Tutaj opisałem pierwsze 4 dni, przyszedł czas na kolejne.

    Dzień V
    Cluj Napoca - Târnăveni ( 106km – ↑ 756m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/662377136

    Od rana leje dalej. Atakuję gościa z recepcji z “reklamacją”, że nie ma wody. Prowadzi mnie do swojej kanciapki i wskazuje obskurny kibel ze zlewozmywakiem, gdzie za kran robi kawałek gumowego węża. Robię chociaż podstawowe pranie i w domku improwizuję gazową suszarnię . Ten obrazek świetnie symbolizuje stan campingu.

    Do południa opady nie ustępują, więc ładuję się w ciuchy przeciwdeszczowe i ruszam dalej. Po drodze na horyzoncie pojawia się nawet trąba powietrzna, więc postanawiam się schronić w przydrożnym barze. Już po zmroku, po dłuższych poszukiwaniach, rozbijam się na polanie ukrytej za polem kukurydzy niedaleko miasteczka Târnăveni. Błoto wciąga mi buty, więc generalnie w namiocie gnój. Gdy zasypiam, deszcz nadal trochę siąpi.

    Dzień VI
    Târnăveni - Cârţa ( 110km – ↑ 1085m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/672188610

    Rano, gdy podłączam telefon do powerbanku spotyka mnie niemiła niespodzianka – nie ładuje. A wskaźnik baterii pokazuje jedyne 5%. Lekka załamka, bo przecież w tej sytuacji nie będę miał kontaktu z rodziną, a dodatkowo nie zrobię żadnych zdjęć. Podejrzewam, że to wina wejścia micro USB w telefonie. Po ogarnięciu gnoju, podjeżdżam na stację benzynową którą mijałem wieczorem i zagaduję do obsługi, czy może kojarzą gdzie mógłbym to naprawić. Gościu słysząc angielski tylko posłuchał, odwrócił się i… sobie poszedł  W ubikacji podłączam jeszcze telefon do ładowarki sieciowej i moje obawy się potwierdzają. Postanawiam wrócić do Târnăveni i spróbować szczęścia u dziewczyny z małego sklepiku, która zagadała dzień wcześnie jak robiłem zakupy, skąd jadę itp.
    Wcześniej po drodze znajduję jednak serwis GSM. Pokazuje gościowi w czym rzecz, jednak po podłączeniu telefonu do jego ładowarki wszystko działa jak należy. Okazało się, że to sam kabelek jest problemem, co jest dla mnie bardzo dobrą wiadomością. Po zakupie nowego za 20LEI (20zł) morale poszybowały zdecydowanie w górę, więc ochoczo ruszam dalej :)
    Pogoda dziś dopisuje, więc jedzie się świetnie. Trochę krążę po ładnym centrum Medias, a kawałek za miastem, pomimo małej obsuwki czasowej, zatrzymuję się przy napotkanym prywatnym zbiorniku, gdzie robię obiad i pranie
    Już w miarę ogarnięty ruszam dalej, po drodze mijając wiele klimatycznych wiosek. Popołudniami ludzie siedzą całymi rodzinami przy swoich domostwach. Wydają się bardzo sympatyczni,nierzadko ktoś mi macha, najczęściej dzieci :) Jadę niespiesznie, napawając się tym sielankowym klimatem. Mijam np. uśmiechniętą panią z gnojówką, panów z trawą i ładne domki.

    Wieczorem na horyzoncie zaczyna być widoczne pasmo Gór Fogaraskich. Odczuwam wielką satysfakcję, że udało mi się tutaj dojechać o własnych siłach. Gdzieś tam, po drugiej stronie znajduje się cel mojej wycieczki :). Na nocleg wybieram ładną polanę z widokiem na góry. Już jutro czeka mnie podjazd słynną Drogą Transfogaraską.

    Dzień VII
    Cârţa - Căpăţânenii Ungureni ( 106km – ↑ 4279m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/672220534

    O poranku podziwiam widok i po solidnym śniadaniu ruszam w kierunku DN7C, by zacząć prawie 40 km mozolnego podjazdu, na wysokość ponad 2000m. Początkowo droga wznosi się powoli na otwartej przestrzeni, a ruch samochodowy jest niewielki. Z czasem zarówno ruch, jak i nachylenie przybiera na sile, a widoki robią się coraz ciekawsze. Powyżej 1500m roślinność i krajobrazy przypominają już tatrzańskie. Trasa pnie się długimi zakosami. Z góry wygląda to bardziej imponująco.

    Na samej przełęczy istne targowisko, więc nawet się nie zatrzymuję na dłużej, tylko śmigam najdłuższym tunelem Rumunii na drugą stronę. Sama droga położona malowniczo, jednak nie zrobiła na mnie jakiegoś olbrzymiego wrażenia. Przede wszystkim klimat psuje masa samochodów i turystów. Spotykam też sporo motocyklistów na polskich rejestracjach. Nie po to tu przyjechałem 

    Po drugiej stronie ruch jakby mniejszy. Liczyłem na długi i przyjemny zjazd, jednak okazuje się, że jakość asfaltu jest dość kiepska, więc tylko się tłukę w dół. Gdy zjeżdżam w okolice jeziora Vidraru, również przychodzi mi się rozczarować. Zamiast malowniczej drogi nad zbiornikiem, jak sobie to wyobrażałem, jadę dziurawą drogą, która jest serią męczących chopek, a cały widok zasłaniają drzewa. Dopiero nad zaporą otwiera się ciekawszy widok. Foto na zaporze obowiązkowe ;)
    Z utęsknieniem wypatruję jakiegoś lokalu, gdzie mógłbym zjeść porządny ciepły posiłek. W końcu moim oczom ukazuje się cel mojej wycieczki, czyli Zamek Poenari. Po dotarciu do stóp wzgórza, przypinam rower i ruszam na pieszą wspinaczkę. A żeby dojść pod zamek, trzeba pokonać 1440 schodów. Po pokonaniu prawie wszystkich okazuje się, że jest zamknięte…  Wygląda więc na to, że muszę zostać w okolicy do jutra, by rano zaatakować ponownie.
    Zjeżdżam więc kawałek do małej miejscowości Căpăţânenii Ungureni, gdzie robię zakupy. Planuję się rozbić gdzieś w pobliżu, jednak pod sklepem zaczepiają mnie miejscowi, którzy sobie popijają piwko. Ostatecznie dosiadam się do nich i siedzimy tak do północy, spędzając czas na pogaduszkach. Jeden z nich proponuje mi nocleg u siebie w pokoju. Odmawiam jednak i konic końców nocuję na wskazanym przez nich trawniku pod domem.

    Dzień VIII
    Căpăţânenii Ungureni - Novaci ( 154km – ↑ 1767m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/672227731

    Rano korzystam z kranika z wodą i podjeżdżam na śniadanie do sprawdzonej dzień wcześniej restauracji. Czuję już zakwasy po wczorajszym rajdzie po schodach, a zaraz czeka mnie ponowna wspinaczka ;) (Te zakwasy będę jeszcze czuł przez kolejne 3 dni jazdy). Wdrapuję się w końcu na górę pod zamek i pstrykam fotki. Warto było tu wejść, bo widok na okolicę jest piękny. Biorę kilka pamiątek dla żony i ruszam w dół.
    Dzisiaj planuję dostać się w okolice miejscowości Novaci, gdzie ma swój początek Droga DN67C, czyli Transalpina, którą mam zamiar przedostać się z powrotem na północną część Karpat
    Południowych. Jest to najwyżej położona droga Rumunii – osiąga 2145 m na przełęczy Urdele.
    Początkowo jadę więc na południe do miejscowości Curtea de Argeș z piękną cerkwią. Dalej odbijam na zachód w kierunku Râmnicu Vâlcea, gdzie przekraczam rzekę Olt.
    Po drodze zaczepiam wiejskich chłopaków czyszczących felgi swojegoBMW z prośbą o trochę benzyny do wyczyszczenia łańcucha. Początkowo źle mnie zrozumieli i dali mi wielki pędzel ze stałym smarem :) Nawet sami pomagają mi wyczyścić łańcuch, więc dziękuję i jadę dalej.
    Już w Novaci, po zmroku, zaskakuje mnie seria mocnych ścianek po kilkanaście %. Jestem obładowany zakupami, więc męczą i dobijają mnie mocno. Planowałem rozbić się już wcześniej, jednak jest sporo zabudowań i ciężko z odpowiednim miejscem. Tym sposobem, nieplanowanie, ląduję na stromym i ciemnym początku Transalpiny. Jadę trochę na czuja, bo widać niewiele. Jestem trochę zły, że nie rozbiłem się wcześniej, bo tutaj po ciemku będzie bieda znaleźć jakieś miejsce. Dojeżdżam jednak do stacji benzynowej. Mówię sobie, że rozbijam się choćby za nią, jednak pozytywne zaskoczenie jest takie, że naprzeciwko jest dziki camping, gdzie stoi nawet jedna przyczepa. Rozbijam się więc z wielką ulgą, pomimo że nocuję przy samej drodze(zdjęcie już o poranku).
    Tutaj już powoli zaczynam się obawiać o ataki niedźwiedzi (w rumuńskich Karpatach jest ich najwięcej w Europie), więc całe jedzenie ląduje na noc poza namiotem.
    ________

    Część trzecia, ostatnia - niebawem :)

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 476km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km
    pokaż całość

    źródło: s9.postimg.io

  •  

    166947 - 220 - 139 = 166588

    Weekendowy wypad pod Gorce.
    Pierwotny plan zakładał większe gminobranie na południe od Krakowa, z minimalistycznym noclegiem gdzieś po drodze. Chciałem przede wszystkim wypróbować w boju ostatnio zakupioną torbę podsiodłową (Author Sumo). Rano niestety miałem małą obsuwę, więc ostatecznie decyduję się jechać po prostu gdziekolwiek, byle góry były ;)

    Dzień wcześniej kolega @Mortal84 dawał cynka, że ok 10 wybiera się klasycznie w okolice Międzybrodzia, by przetestować nowy sprzęt na większych podjazdach. U mnie na zegarku jest po 9, więc proszę by chwilę zaczekał i jakoś po 10 spotykamy się w Bieruniu, skąd ruszamy już wspólnie.
    Droga do Porabki, z uwagi na ciągłe pogaduszki, upływa szybko i przyjemnie. Zdjęcia z zapora w tle klik i po chwili jesteśmy na wjeździe pod Hrobaczą. Ja nigdy tego nie podjeżdżałem, a kolega chciał się sprawdzić na nowych (twardszych) przełożeniach, więc wspinamy się mozolnie pod kapliczkę, gdzie urzadzamy żelkową ucztę ;)
    Dalej uderzamy przez Tresną do Żywca, gdzie stołujemy się w Macu. Ja dalej zaplanowałem sobie sentymentalne Krowiarki, a Tomek musiał wracać, wiec po jeszcze kilku wspólnych kilometrach każdy rozjeżdża się w swoim kierunku. Dzięki za wspólna jazdę :)

    Krowiarki wchodzą mi dosyć sprawnie, jak na jazdę z zestawem 19 kg i około 18 jestem na przełęczy. Zjezdżam do Zubrzycy, gdzie wypartuję sobie droge w kierunku Rabki-Zdrój przez Sidzinę. Całkiem przyjemna i spokojna trasa. W Rabce Hot Dog na stacji, małe zakupy w Biedzie i ruszam zobaczyć budynek sanatorium, w którym spędziłem kilka tygodni będąc jeszcze w podstawówce, oraz park zdrojowy.
    Jest to pierwsza nowa gmina do #zaliczgmine więc sprawdzam nastepną najbliższą i tym sposobem ląduję w małej miejscowości Niedźwiedź. Stwierdzam, że zwiedzanie gmin po ciemku nie ma większego sensu, więc postanawiam poszukać jakiejś miejscówki na sen. W Garminie znajduję pozycję "ławki i stoły" oddalone o zaledwie 1,5 km drogi, więc postanawiam się tam udać, z nadzieją że będzie im towarzyszyć jakaś wiata. Tym odcinkiem drogi okazuje sie jednak pieszy górski szlak, którym musze pokonać ponad 200 m przewyższenia. Jest stromo, więc mozolnie prowadzam rower pod górę. Miejscem tym jest szczyt góry Potaczkowa, więc wieje dosyć mocno. Wiaty niestety nie ma, więc pozostaje mi stworzyć chociaż improwizowane schronienie przed wiatrem w postaci ułożonych na bok ławek. Generalnie śpię pod wielkim krzyżem :) Zasypiam obserwując gwiaździste niebo, a nad ranem widok mam taki. A tu moje legowisko
    Wschód słońca jest ładny, jednak wiatr jest jeszcze silniejszy niż wieczorem, więc po wyjściu ze spiwora troche marznę. Schodzę szlakiem biegnącym po północnej stronie góry do Podobina, skąd ruszam w kierunki Mszany. W Pcimiu małe śniadanie na stacji benzynowej i kosze pod wiatr kolejne nowe gminy, a mianowicie Myślenice, Sułkowice, Lanckoronę i Kalwarię Zebrzydowską.
    Jakoś za Wadowicami wyprzedza mnie ktoś na Tribanie. Siadam na koło i po chwili toczymy odcinkami walkę z szarpanym czołowym wiatrem. Nieśmiało podpytuję o Wykop i jest to strzał w dziesiątkę ;) Okazuje się, że to niewiele udzielający się @Calvert (czas zacząć dodawać więcej do RR kolego;)
    W Oświęcimiu jemy lody w Macu i każdy udaje się w swoim kierunku.
    Do domu dojeżdżam nieźle wypompowany przez ten wiatr. Wczorajsze 3km w górę z bagażem też odcisnęło swoje piętno. Bez odbioru ;)

    Strava:

    Dzień1: https://www.strava.com/activities/699476839
    Dzień2: https://www.strava.com/activities/700124231

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 359km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #100km
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

  •  

    193942 - 227 - 202 - 140 - 147 = 193226

    W końcu dodaję trochę opisów z mojego wypadu rowerowego do Rumunii

    Na wyjazd zdecydowałem się dosyć spontanicznie, więc nie było czasu na szczegółowe planowaniu trasy. Dlatego też w dużej mierze jechałem śladem Sylwka, który w 2014 jechał w interesujące mnie rejony z Krakowa:
    http://www.podrozerowerowe.info/index.php?topic=13569.0

    Ponieważ moja żona interesuje się historią Wlada Palownika, czyli pierwowzoru literackiej postaci Drakuli, to gdy usłyszała gdzie planuje się wybrać, za główny cel postawiła mi ruiny Zamku Poenari. Tak więc ostatecznie nie było odwrotu ;) Ponieważ czas miałem ograniczony do około 10 dni, koniec wycieczki zaplanowałem w słowackich Koszycach, skąd miałem dostać się pod polską granicę czeskim Pendolino, którym miałem już okazję wracać z mojego grudniowego wyjazdu do Pragi (tylko w odwrotnym kierunku).
    Noclegi planuję oczywiście na dziko w namiocie.

    Dzień I
    Katowice – Tylicz ( 227km – ↑ 2094m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/657718251

    Z domu, z Katowic wyjeżdżam około godziny 6 rano. Kieruję się w kierunku Krakowa znaną mi trasą przez Chełmek, Babice, Liszki. Na około 30 km przed Krakowem zaczynają się pojawiać tablice informujące o nieprzejezdności drogi, w związku z Światowymi Dniami Młodzieży). Postanawiam jednak zaryzykować i jadę dalej wg planu. Jest to dobra decyzja, bo przejeżdżam bez problemu, a ruch na drodze jest znikomy. Drogi gęsto obstawione są policją i wojskowymi. Miał się tędy odbyć przejazd Papieża do bodaj Częstochowy, jednak podobno dostał się tam inaczej – prawdopodobnie dla zmyłki;)
    Pogoda dopisuje, więc jedzie się elegancko i szybko ląduję na rynku, po którym przemykają pielgrzymi wielu narodowości. Dalej wjeżdżam do Wieliczki w której nigdy wcześniej nie byłem, więc zaliczam pierwszą nową gminę do #zaliczgmine. Oglądam tężnie, centrum i tereny wokół samej kopalni, do której ciągnie się długa nitka turystów oczekujących na wejście. Siadam na ławce w bardzo ładnym parku, skąd po chwili zostaję grzecznie wyproszony przez panów w czarnych okularach ;)Pstrykam więc kilka fotek i udaję się w kierunku Nowego Sącza.
    Zaczyna się seria wielu krótkich podjazdów i zjazdów. W miejscowości Żegocina, zauważam tabliczkę wskazującą źródło wody mineralnej. Postanawiam odbić i się do niego dostać. Podjazd okazuje się bardzo stromy. Po ok 2 km kończy się asfalt i prowadzę rower po jakiejś stromej leśnej drodze. Do celu mam jakieś 500m, jednak ze względu na błoto postanawiam zostawić rower i resztę podchodzę pieszo. Woda ze źródła Zuber wali zgniłymi jajami. Biorę butelkę po małym odpoczynku jadę dalej ;)

    W Nowym Sączu robię zakupy i kieruję się w stronę przejścia granicznego w Muszynce. W miarę zbliżania się, podjazdy robią się coraz dłuższe i bardziej strome. Pierwotnie pierwszy nocleg planowałem odbyć już na Słowacji, jednak po namyśle modyfikuje plan i ostatecznie ląduję na polanie niedaleko Tylicza, a dokładnie na terenie wsi Mochanczka. Przemówił za tym dostęp dostęp do Internetu jeszcze polskiej sieci ;) Po kolacji kładę się spać, bo jestem dosyć solidnie zmęczony. Ostatnie 30 km ciągłego podjazdu z bagażem i zakupami dało mi solidnie w kość.

    Dzień II
    Tylicz – Cigánd (202km – ↑ 679m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/659176886

    Pomimo braku opadów, noc była bardzo wilgotna. Dodatkowo o poranku odkrywam, że kawałek dalej znajdują się bagna: Miejscówka Przebijający się zza mgły błękit nieba napawa optymizmem.

    Na przejściu granicznym ze Słowacją spotykam gościa, który suszy ciuchy na przydrożnym znaku. Zaczepiam go i okazuje się, że jedzie z Rumunii do Krakowa, więc w dokładnie przeciwnym kierunku  Rozmawiamy dobrą godzinę wymieniając się doświadczeniami z wczorajszej nocy i przede wszystkim trasy. Ruszam na 20km zjazd do miejscowości Bardejov z bardzo ładnym rynkiem: foto

    Dzisiejszy nocleg mam zaplanowany już na terenie Węgier, więc moja trasa przecina teren Słowacji bezpośrednio z północy na południe. Przed granicą wciągam kilka przyjemnych pagórków, w scenerii pól winogronowych. Gdy ją przekraczam jest już późne popołudnie: foto i #pokazmorde
    To moja pierwsza wizyta w tym kraju. Cieszy tym bardziej, że osiągnięta bezpośrednio na rowerze :)

    Niestety na terenie Słowacji nie udało mi się znaleźć w sobotę czynnego sklepu. Większość czynna była tylko do godziny max 13  Tutaj też już jest wieczór, więc z prowiantem kiepsko. Jadąc dalej jakimiś wioskami , zauważam panią napełniającą z jakby hydrantu baniak wodą. Korzystam z okazji i biorę upragnioną, butelkową kąpiel. Pytam przejeżdżającego dziadka czy ta woda jest zdatna do picia. Dogadujemy się na migi, że tak. Tu zrozumiałem, że po węgiersku nie rozumiem kompletnie nic :))

    Znajduję na mapie stację benzynową, jednak po dojechaniu do celu okazuje się nieczynna. Trafiam do trochę chamskiego przydrożnego baru, gdzie zjadam chociaż jakiegoś hamburgera. Miejsca na nocleg poszukuję już po ciemku, więc nie ma łatwo. Ostatecznie śpię przy polu kukurydzy, na wcześniej ułożonym po omacku posłaniu z siana. Zasypiam przy dźwiękach cichej techno – łupanki :)

    Dzień III
    Cigánd - Tăşnad (140km – ↑ 239m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/660485258

    Rano budzi mnie przejeżdżający po pobliskiej ścieżce rowerowej, pogwizdujący sobie rowerzysta. Obczajam gdzie dokładnie jestem, bo po ciemku widziałem niewiele: foto Po śniadaniu ruszam wspomnianą ścieżką, których na Węgrzech jest całe mnóstwo. Jednak ich jakość jest różna, a przy każdej z biegnących równolegle dróg stoją co chwilę znaki z zakazem jady dla rowerzystów. Często muszę je po prostu ignorować, jednak pewien dyskomfort mi przy tym towarzyszy. Ani razu jednak nie zostałem strąbiony przez kierowców.
    Cel na dziś jest prosty – wjechać do Rumunii. Droga przez Węgry jest płaska, jednak znakiem który spotykam jeszcze częściej od zakazu dla rowerów, jest taki. I tak co kilometr :)
    Gdzieś po drodze korzystam jeszcze z przydrożnego hydrantu (których okazuje się być na Węgrzech sporo) i myję rower. Po niecałych 100 km walki z kiepską nawierzchnią i czołowym wiatrem, docieram do przejścia granicznego. Obowiązuje tutaj normalna kontrola dokumentów, więc stoję w kolejce, a przede mną mały sznurek samochodów. Z nieba żar, więc chowam się w cieniu jednego z nich. Po chwili mijają mnie jakieś starsze panie z rowerami i jedna z nich mówi coś do mnie w niezrozumiałym języku i macha ręką by iść z nimi. Idziemy przed kolejkę samochodów i przechodzimy kontrolę poza nią – dziękuję starsze panie! Zaoszczędziłem dobrą godzinę.
    Z satysfakcją mijam tabliczkę i ruszam w głąb Rumunii. Czuć, że pomimo iż jest to kraj UE, to jest już trochę „inny świat”. Plątaniny kabli wiszące na przydrożnych drewnianych słupach, ręcznie robione miotły sprzedawane przy drodze, dziwne drzewka szparagowe i w końcu bose dzieci bawiące się oponą i biegające z workiem na śmieci na głowie. Wjeżdżam do pierwszego większego miasta (Carei), które okazuje się być całkiem normalne i dodatkowo całkiem ładne. Wypłacam trochę rumuńskich LEI, które od razu wydają mi się jakieś dziwne. Później dowiaduję się, że są one wykonane z… plastiku
    Za miejscowością Tăşnad odbijam w polna drogę i po dłuższych poszukiwaniach rozbijam się przy polu słonecznikowym. Ziemia jest bardzo twarda i nierówna, więc muszę najpierw nazbierać resztek siana i ułożyć legowisko pod namiotem. To mój pierwszy nocleg na rumuńskiej ziemi.

    Dzień IV
    Tăşnad – Cluj - Napoca (147km – ↑ 1249m)


    Strava: https://www.strava.com/activities/661601880

    Poranek wśród słoneczników prezentuje się nieźle. Odkrywam, że jakieś robaczki urządziły sobie ucztę z moich resztek kolacji. Nie przeżył tego żaden – chyba kiepski ze mnie kucharz )
    Ruszam i po około 15 km trafiam na główną drogę. Tutaj muszę przybliżyć mniej przyjemny aspekt tej wycieczki, czyli rumuńscy kierowcy tirów. Wyprzedzanie z dużą prędkością prawie na styk to normalka, często nawet gdy pas w przeciwnym kierunku był pusty. Trzeba było naprawdę uważać i wsłuchiwać się czy jakiś nie nadjeżdża. Niektórzy trąbili, ale tylko w celu ostrzeżenia które oznaczało mniej więcej: „Uwaga jadę i będę wyprzedzał! Na pewno nie mam zamiaru zwalniać, więc lepiej zjeżdżaj choćby do rowu, bo cię rozpieprzę.” Jak któryś zwalniał i zachowywał dystans przy wyprzedzaniu, to w 90% miał rejestrację PL lub D. Od tamtej pory polscy kierowcy są już dla mnie w porządeczku :))

    Za miastem Zalau w końcu jakieś serpentyny i zaczyna się robić ciekawiej krajobrazowo. Po południu zaczyna się zbliżać do mnie front burzowy. Próbuję przeczekać go pod sklepem, jednak ostatecznie mnie omija. Wjeżdżam na druga stronę przełęczy, gdzie znów jest ładnie i słonecznie. Niestety po około godzinie nadciąga kolejna wielka chmura. Deszcz przeczekuję w opuszczonym budynku, gdzie gotuję sobie obiad. Gdy ruszam dalej, nadal trochę pada. Na mapie zauważam, że w Cluj – Napoca jest Mc Donalds i postanawiam się w nim ogarnąć i skorzystać z neta. Na miejscu okazuje się o WiFi mogę zapomnieć  Za oknem opady się „utrwaliły” i nie zapowiada się na wypogodzenie. Prognozy pogody mówią to samo (korzystam z wykupionego pakietu na UE). Znajduję na necie camping odległy ode mnie o zaledwie 5 km, więc postanawiam ruszyć do niego pomimo że opady się nasiliły. Okazało się, że jest to równe 5 km podjazdu :) Jednak wizja prysznicu, prania itp. dodaje otuchy i wjeżdżam to od kopa, dodatkowo zalewając się potem.
    Pan w recepcji mówi tylko po rumuńsku, więc dogadać się kiepsko, ale ostatecznie po zrobieniu rundy rozpoznawczej decyduję się wziąć cały drewniany domek, by porządnie wypocząć i się ogarnąć.
    Sam domek robi niezłe wrażenie. Jest światło i gniazdka i dwa łóżka (co nie było takie oczywiste jak się później okazało). Największy zawód czeka mnie w sanitariatach. Najpierw próbuję znaleźć jakiś włącznik światła, którego nie znajduję. Chodzę więc z latarką i odkrywam, że wody też tam nie uświadczę. Jedyne co znajduję, to 6 zasranych po brzegi toalet i nieczynne zlewozmywaki. Wszystko wygląda na mega opuszczone i zapomniane. Wkurzam się nieźle, bo z moich planów ogarnięcia się nici. Uświadamiam sobie też, że poza mną jest tu jeszcze może 5 osób, a jest przecież środek lata. Wszystko układa się jak wstęp do kiepskiego zresztą horroru :) Postanawiam się chociaż porządnie wyspać, choć utrudniają mi to komary.

    _______________________

    Widzę, że tekstu się nazbierało sporo, więc pozostałe dni opiszę na spokojnie wkrótce. Z góry przepraszam, jeśli ktoś w tym momencie czuje niedosyt, jednak większość pewnie już jest znudzona i nie przeczytałaby jeszcze większej ilości tekstu :)
    Oczywiście reszta pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #podroze #podrozerowerowe #rumunia

    W tym tygodniu to już 716km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: drrr6.jpg

  •  

    480258 - 658 = 479600

    Katowice – Hel

    Trzecia próba dotarcia na rowerze nad Bałtyk, w trybie jazdy NON-STOP. Dwie poprzednie próby opisywałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/17567301/760-231-520-759-711-katowice-tczew-zawsze-chcialem/

    http://www.wykop.pl/wpis/17854537/649-870-480-649-390-czyli-druga-proba-dojazdu-z-ka/

    W końcu się udało! 

    Tym razem w planach miałem jakiś dziki nocleg po dotarciu do celu, więc dodatkowo zabieram ze sobą śpiwór i coś na kształt karimatki (złożony arkusz folii bąbelkowej o wymiarach na oko 1x1,5m).
    Pierwotny plan jest taki, że dojeżdżam do Sopotu, następnie do południa kimam ze 2-3h i jadę dalej (już jako osobna trasa) na Hel, by mieć przetarte gminy pod wrześniowy Maraton Północ – Południe  Bo założenie mam takie, że nie uznaję za zaliczone gmin, gdy dostałem się do nich w inny sposób niż rowerem. Chyba, że wcześniej zaliczyłem je bezpośrednio z domu. Przynajmniej na razie ;)

    Tak jak ostatnio, wyjeżdżam po w miarę przespanej nocy, czyli około 7 rano (za pierwszym razem popełniłem błąd wyjeżdżając w środku nocy, przez co docelowo miałem zarwane praktycznie dwie z rzędu). Prognozy pogody są dosyć optymistyczne, ma być max 20-25 stopni i jedynie po południu straszą przelotnymi burzami. Wiać ma z zachodu, więc generalnie dla mnie z boku.

    Do Częstochowy jadę w zasadzie na pamięć. Niestety okazuje się, że przytroczony pod siodełkiem śpiwór koliduje z moimi nogami w trakcie jazdy, przez co nie mogę przyjąć optymalnej dla mnie sylwetki do jazdy. Martwi mnie to, bo przy takim dystansie może to oznaczać wystąpienie niespodziewanych kontuzji. Na szczęście po kilkudziesięciu km jakoś się to układa i jedynie majtam nim na boki podczas ruchu. W trakcie całej trasy przyjdzie mi go poprawiać kilka razy, bo troki się luzują, a po każdej takiej poprawce musi się układać od nowa.
    W Częstochowie (ok 80km) szybki postój w Macu i menu śniadaniowe. Dalej kieruję się na Łask drogą 483, by trasa nie pokrywała się z tymi z poprzednich prób. Wiatr na tym odcinku faktycznie w większość wieje z boku, jednak często zmienia kierunek na trochę bardziej czołowy, by za chwile powiać bardziej w plecki. W miejscowości Buczek (ok 180km) staje na obiad w sprawdzonym zajeździe. Z tempa jestem zadowolony (w tym miejscu mam średnią 30km/h), więc nie spieszę się jakoś bardzo i zjadam go na spokojnie. Leżę chwilę na ławce dając odpocząć plecom.
    Kolejny cel to gmina Wartkowice więc odbijam trochę w kierunku zachodnim, celowo mijając szerokim łukiem aglomerację łódzką ;) Dalej kieruję się na Łęczycę, gdzie mam wjechać na DK91, czyli drogę znaną mi już z poprzednich aktów. Chodzi znów o to, by w nocy jechać po sprawdzonej drodze o niewielkim ruchu i z szerokim poboczem.
    To właśnie przed Łęczyca spotykam podróżującego Niemca o którym wspominałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/18271413/niemiec-napotkany-podczas-ostatniej-wycieczki-dowo/

    Trochę czasu jedziemy wspólnie, jednak jego tempo jest ślimacze, a rozmowny tez jakoś specjalnie nie jest. Żegnam się i wyrywam do przodu. W Lubieniu Kujawskim szybki postój na lody, bo spodobał mi się taki widoczek:

    https://lh3.googleusercontent.com/-9MojdmJs7g4/V2p8wcbmV6I/AAAAAAAAP1E/8_uMSqijmeYgWs_uFwpk7CPbGSAq4PeGACCo/s800/upload_-1

    W Kowalu zaopatrzam się w prowiant na noc i o zmierzchu melduję się we Włocławku (320km). Zjadam kolację , ubieram długie ciuchy i w drogę. Noc jest gwieździsta, a księżyc daje niezłe światło. W zasadzie całkowita poświata słońca przestaje być na horyzoncie widoczna dopiero około 1 w nocy, by w okolicy 3 znów się zacząć pojawiać.
    Przez Toruń przebijam się dosyć sprawnie i w Stolnie odbijam na KD55 w kierunku Grudziądza. Ponieważ wyjazd traktuję też turystycznie, a nie tylko z parciem na przód, postanawiam tym razem obejrzeć centrum tego miasta. Szybko się zniechęcam, bo drogi to istna brukowa katorga, a dodatkowo z jakiejś knajpy wybiega grupka kilku dresików i uciekają w jakąś obskurną bramę. Za chwilę z naprzeciwka biegnie trzech zamaskowanych typków. Robię odwrót i spadam stąd.
    Po powrocie na lewy brzeg Wisły (wcześniej przejechałem na prawy w Toruniu), łapie mnie pierwszy kryzys tej wycieczki. Wjeżdżam na serię pagórków. Prędkość leci ostro w dół, zaczyna mnie wszystko boleć i wyraźnie słabnę. Łamie mnie też sen i kulam się powoli, zastanawiając się co się dzieje. Wiem! Zrobiło się dużo chłodniej i całkowicie zapomniałem o piciu! Przecież nie piłem prawie nic od kilku godzin. Podpijam więc wodę i ślamazarnie odliczam kilometry pozostałe do słynnej stacji BP w Dobrym ;)
    Na miejscu standardowo pomidorówka z pieczywem i puszka coli. Wchodzi jak marzenie i fajnie mnie rozgrzewa. Po chwili łapie się na tym, że siedząc przy stole 2 czy 3 razy odcina mnie sen. Żeby nie zanurkować głową w talerzu dopijam colę i zbieram się w dalszą trasę.

    Po kilku kilometrach mijam miejsce, w którym ostatnio zakończyłem swój wypad z powodu awarii, jednak tym razem jadę dalej ;) Poranek jest piękny, więc morale lecą ostro w górę. Wszystkie niedogodności przechodzą i czuje się nieźle. Kilka km przed Tczewem robię sobie postój na jakimś przydrożnym miejscu postojowym i w promieniach słońca i przebieram się na krótko. Ahh co za cudowne uczucie zdjąć buty! Chodzę sobie w koło w samych skarpetkach, takie to przyjemne ;)

    Wiatr zgodnie z prognozami zmienia kierunek na południowy i około godziny 10 melduję się w Gdańsku. Uciekam z drogi na ścieżkę rowerową biegnącą wałem Kanału Raduni. Trochę brukowato, jednak dla mnie fajna alternatywa po wielu kilometrach jazdy z samochodami. Dodatkowo mój cel jest blisko, więc przechodzą w tryb relax. W ten sposób dojeżdżam do centrum, pstrykam fotki żurawiem, Neptunem itp. I próbuje przedostać się do Sopotu. Niestety tu zaczyna się logistyczna porażka. Miasto jest częściowo rozkopane, ścieżki dla rowerów często urywają się. Ruch się nasila, a kierowcy nie traktują tutaj rowerzystów zbyt przyjaźnie. Tłukę się więc po tych zdziadziałych ścieżkach, co chwilę się zatrzymując. Średnia z 28km/h leci dosyć szybko w dół, pomimo, że jest „mocna”, bo wyrobiona na dystansie ponad 500km.

    W Sopocie fotka przy molo itp. oraz pierwsze moczenie kół Awola w morskiej wodzie ;) Czuję się świetnie, więc postanawiam nie kończyć tutaj swojej wycieczki jak zaplanowałem, a dojechać prosto na Hel i stamtąd wrócić do Trójmiasta pociągiem. W Gdyni mijam stację PKP, na której widzę pociąg do Katowic, który ma odjechać za 20 minut. Przez chwilę myślę czy jednak do niego nie wskoczyć, jednak po chwili stwierdzam że bez sensu – przecież nie po to targam ze sobą tyle km śpiwór, żeby teraz po prostu wrócić i z niego nie skorzystać 
    Gdzieś przed Redą uzupełniam bidon resztą wody gazowanej której nie dopiłem pod sklepem, czego efektem był wystrzał wieczka. Od razu się zatrzymałem, jednak już po chwili jeden z samochodów mi po nim przejeżdża. Wkurzam się, bo bez niego mi się wszystko rozlewa i musze od tej pory jechać z wypełnioną max połową objętości. Po chwili nadciągają czarne chmury i zaczyna lać. Chowam się na przystanku i tu łapie mnie drugi z kryzysów – tym razem psychiczny. Mam czarne myśli: może trzeba było wsiąść w ten pociąg? Może sobie za dużo wyobrażałem? Może z tym Helem to już przesadziłem? Przecież teraz będzie już mokro i nieprzyjemnie, a do tego mam bidon inwalidę.

    Wykorzystuję przymusowy postój i zjadam zapasy jedzenia. Po około pół godziny przestaje padać, więc postanawiam powoli kulać się dalej i ewentualnie wsiąść w pociąg gdzieś wcześniej. Błotników brak, więc po chwili mam mokre plecy i śpiwór. Na szczęści pogoda się klaruje. Ba! Robi się pięknie i asfalty szybko wysychają.
    Kawałek za Puckiem wjeżdżam na ładną asfaltową ścieżkę rowerową. Pytam jakiegoś dziadka, czy przypadkiem zaraz się nie skończy, żeby nie władować się w jakieś szutry. Mówi, że jest asfalt do samego Władysławowa. Tym asfaltem okazują się jakieś stare puzzle, ale i tak nie żałuję, bo prowadzi ładnie wzdłuż wybrzeża, a na horyzoncie zaczyna być widoczna mierzeja.

    We Władysławowie odbijam na moja ostatnią prostą, na Hel pozostaje nieco ponad 30 km. W zasadzie to 30 km po drodze rowerowej identycznej jak ta do wcześniej. Tłukę się więc i podziewam nadmorskie krajobrazy. Wcześniej byłem tutaj tylko raz, w Jastarni. Spałem wtedy na polu namiotowym po którymś z Openerów, ale jakoś nie kojarzę okolicy ;)
    Na Hel docieram o godzinie 18, na godzinę przed ostatnim pociągiem. Zajeżdżam jeszcze pod latarnię, robię małe zakupy i ładuję się do przedziału, który jest już pełen innych rowerzystów. Na następnych stacjach ludzie z rowerami nie mają już gdzie wsiąść. Miałem nadzieję się tu zdrzemnąć, jednak pozostaje mi koczowanie na podłodze pod kiblem.

    W Gdyni jem kolację w dworcowym Macu (ochrona wyprasza mój rower na zewnątrz;)) i planuję w końcu jakiś nocleg. Początkowo chcę się dostać na plażę Babie Doły (kilkanaście km), jednak z uwagi na późną godzinę i wczesny odjazd pociągu (5:07), postanawiam znaleźć coś w pobliżu. Trafiam na plażę miejską, jednak jest tutaj sporo imprezujących grupek ludzi. Jadę więc do końca bulwaru, gdzie zaczyna się mały skrawek bardziej dzikiego wybrzeża. Ktoś pali ognisko, jednak z uwagi na późną porę postanawiam się gdzie ulokować. Wchodzę do śpiwora, buty pod głowę i około północy zasypiam.

    Jakoś parę minut po trzeciej budzi mnie szum fal. Robi się już jasno, więc postanawiam się zbierać, podziwiając przy tym wschód słońca:

    https://lh3.googleusercontent.com/-P_Dj169knCY/V2qA4HLYw9I/AAAAAAAAP28/MeSnaypAFGkAfA5HYbqC90AEb1YpwUPbgCCo/s912/upload_-1

    https://lh3.googleusercontent.com/-qP1E04oUio0/V2qA7-ge-XI/AAAAAAAAP28/u8w3rkXky6swcgQifNVs_7eGIZ6URSrIgCCo/s912/upload_-1

    W końcu wszystkie cele osiągnięte! Przejazd Katowice – Bałtyk w trybie non-stop i wschód witany na wybrzeżu  Satysfakcja z jego osiągnięcia ogromna. Udało się też trochę zobaczyć, więc turystyczny pierwiastek zachowany.

    Jeszcze kilka lat temu nawet bym nie wpadł na taki pomysł, a do niedawna wydawał mi się on trochę nierealny, ale gdzieś tam siedział z tyłu głowy i sobie kiełkował ;)

    Tutaj więcej zdjęć z telefonu. Nie są może super ekstra pokolorowane, ale przez to lepiej oddają faktyczny klimat miejsca:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/6298983967605420113#

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/614835759

    Endo (trochę zepsuty ślad):

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/749042203

    #byczysnarowerze #rower #100km #200km #300km #400km #500km no i pierwszy raz #600km (rekord przejazdu solo poprawiony o 138km)

    W tym tygodniu to już 658km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

  •  

    564 627 - 533 = 564 094

    Maraton Podróżnika, czyli 533 km w mniej niż dobę.

    Start w Maratonie Podróżnika był moją główną „imprezą“ jaką zaplanowałem na ten rok. Miał to być mój debiut na maratonie na dystansie 500km+ (choć wcześniej przejechałem podobny dystans solo). Kilka tygodni wcześniej wziąłem udział w Brevecie w Miechowie na dystansie 200 km, aby trochę obyć się w tego typu klimatach. Bo w zasadzie od zawsze jeździłem sam, a chciałem poczuć trochę rywalizacji i poznać na żywo trochę ludzi z forum, na którym wprawdzie udzielam się niewiele, jednak w miarę na bieżąco śledzę jego życie ;) Dodatkowo w miarę systematycznie czytuję relacje kilku osób, czerpiąc od nich inspiracje i niejako teoretyczne doświadczenie.

    Jako wsparcie pojechała ze mną żona, która została kierownikiem startu i mety w bazie Maratonu ;) Do Kielc dostajemy się pociągiem z Katowic, po drodze przesiadając się w miejscowości Tunel. Wieziemy ze sobą namiot, jednak na miejscu okaże się, że właśnie w domku w którym ja miałem zarezerwowane łóżko zwolniły się 2 miejsca, więc nie był on nam potrzebny. Do bazy mamy do przejechania 15 km, jednak postanawiamy jeszcze zahaczyć o McD, gdzie po chwili rozpoznaję forumowego Storma ze swoim rowerem poziomym, więc go zagaduję i dalej ruszamy już wspólnie.
    Na miejscu mały rekonesans, trochę biesiady przy ognisku i do spania.
    Rano budzę się w okolicy 5 i na spokojnie zaczynam przygotowania (musiałem odkręcić z Awola bagażnik itp.), a przed samym startem zjadam przygotowaną dzień wcześniej owsiankę z ryżem, makaronem i owocami.

    Startuję o godzinie 8:10 w trzeciej grupie. Początkowo jadę ostrożnie z tyłu, by z czasem systematycznie posuwać się do przodu, mijając kilka małych grupek. Ostatecznie dojeżdżam do kolegi, który od początku wypruł samotnie do przodu (niestety nie kojarzę teraz nazw forumowych, bo wszyscy byli dla mnie „nowi” i mi się to wszystko trochę miesza). Jedziemy we dwóch dosyć długo, po drodze zbierając na koło jakiegoś koleżkę, który od razu mówi, że nie da rady wchodzić na zmiany, więc ciągniemy go kolejny dłuższy odcinek. Po jakimś czasie, nie do końca pamiętam jak ;) kolega z koła gdzieś się gubi, a ja jestem już w 5-osobowej grupie, w której tempo wyraźnie rośnie. Mi się kończą zapasy prowiantu (miałem jedynie słodycze, które szybko mi zbrzydły), a dodatkowo chce mi się sikać, więc z utęsknieniem czekam na PK1 (100km), gdzie planuję uzupełnić zaopatrzenie i zrzucić balast. Jednak przychodzi mi się bardzo zdziwić, bo na tym punkcie nikt z mojej grupki wcale nie miał się zamiaru zatrzymać, więc ciągniemy temat dalej :) Powoli zaczyna mi jednak brakować picia, więc na około 150km pytam nieśmiało, czy ktoś tu w ogóle ma zamiar się kiedyś zatrzymywać. Po krótkiej dyskusji zgadzają się na szybki postój przy małym sklepie, który trwał dosłownie minuty! Zdążam tylko przelać wodę, złapać jakąś drożdżówkę i dalej ogień. Średnia na garminie pokazuje 34 km/h. Już wiem, że trafiłem do grupy jakichś szaleńców ;) i że nie dam rady tego ciągnąć zbyt długo bez uzupełnienia zapasów.

    Zaczynają się pierwsze poważniejsze podjazdy, nawierzchnia się trochę psuje, więc i tempo spada, a i grupka już nie pracuje na zmianach. Ja sam już w zasadzie nie pcham się na przód. Wyraźnie osłabłem i zaczyna mi doskwierać prawa noga. Mocne napieranie i podjazdy zaczynają budzić moją kontuzję. Postanawiam w miarę możliwości wytrzymać do PK2 (ok 200km) i tam odpuścić. Wcześniej dwójka wariatów wyrywa na podjeździe do przodu i tyle ich widziałem :) Kładę się na chwilę na trawie pod znakiem miejscowości Ryglice, by dać trochę ukojenia plecom, cykam fotkę i samotnie ruszam dalej. Po kilku kilometrach zajeżdżam do sklepu, gdzie nie mogę się zdecydować czy chcę wody, kefiru, soku pomidorowego czy coli, więc biorę wszystko i spijam pod sklepem po kolei do dna, zagryzając bananami :) Po chwili dołącza do mniej jeden z uczestników i po krótkiej przerwie ruszamy wspólnie dalej. Dojeżdża do nas mała grupa i następuje małe tasowanie, bo po kilku kilometrach jadę już z Tomstepem i nie wiem kim ;) Wspólnie stajemy pod sklepem. W tym czasie mija nas Turysta. Po szybkiej puszce pepsi dostaję zastrzyku energii i wyrywam do przodu. Widzę że Tomstep też się oderwał od kolegi, więc trochę zwalniam i już po chwili jedziemy wspólnie dalej. Przed Odrzykoniem dochodzimy Turystę i wspólnie zbliżamy się do PK3, czyli długo wyczekiwanego punktu żywieniowego. Ostatnie podjazdy to strome ścianki o nachyleniu ponad 20%. Niektórzy podprowadzają, jednak mi udaje się wciągnąć całość bez postojów – takie to plusy górskiej kasety ;)

    Na punkcie zostaję bardzo mile przyjęty. Od razu uraczono mnie sporą porcją makaronu z sosem, chciano uzupełniać bidon itp. Zjadam makaron i kawałek pysznego ciasta z truskawkami, po czym kładę się na materacu i chcę tam zostać. Punkt był zorganizowany przy małej agroturystyce w bardzo urokliwym miejscu. Jest pięknie! Ale to przecież dopiero połowa trasy. Zaczyna się zjeżdżać coraz więcej osób. Rozpoznaję forumowego Wilka z Marzeną. Zauważam, że towarzystwo z którym tu dojechałem już się rozjechało, więc ładnie dziękuję i ruszam dalej samotnie. Jedzie mi się bardzo przyjemnie, kolejne kilometry są bardzo malownicze, trasa prowadzi krętymi wąskimi ścieżkami. Staram się jednak nie odpuszczać tempa, jednak pozwalam sobie przy tym na krótkie postoje na zdjęcia. W ten sposób powoli doganiam jednostki które uciekły przede mną z punktu. Po krótkich pogaduszkach mknę dalej. Słońce chyli się ku zachodowi, więc temperatura leci w dół. Już po zmierzchu zatrzymuję się na jednym z przystanków gdzie przebieram skarpetki i przyodziewam długie ciuchy. W tym czasie wyprzedzają mnie dwie osoby. Daję znać żonie że żyję, wymieniam baterie w Garminie i chcę zmienić szkiełka w okularach na białe, jednak okazuje się, że zostały w domku w bazie, więc dalej jadę bez.

    Ruszam dalej swoim tempem i zaczynam wypatrywać czerwonych światełek na horyzoncie. W końcu się jakieś pojawia, więc mam „zająca” którego mogę gonić. Gdy w końcu się udaje (nie mam teraz pojęcia kto to był, może Hipek?), już po chwili widzę drugie światełko, więc śmigam dalej. Jakoś przed północą postanawiam na chwilę położyć się na wznak na przystanku, bo dac odpocząć plecom. Po chwili słyszę jakieś rozmowy i widze dwa poruszające się światełka. Pytają tylko czy to „nasi”, czy wszystko ok i po moim potwierdzeniu jadą dalej. Postanawiam do nich dołączyć i po krótkim pościgu jedziemy w trójkę polując na stację z hot dogami. W Kolbuszowej zajeżdżamy pod Orlen, który niestety okazuje się nieczynny. Robimy więc postój i pożywiamy się własnymi zapasami. Po około 10 km zajeżdżamy na stacje BP, gdzie czekają upragnione bułki w parówce i ciepła kawa / herbata. Przez ostatnie 200 km ciągle doskwiera mi ból nadwyrężonej mocnym początkiem nogi, dlatego postanawiam kupić ibuprom (ostatni raz jadłem cos przeciwbólowego kilka lat temu – unikam) i zjadam jedną tabletkę. W międzyczasie zjeżdżają się kolejni uczestnicy (m. in. Turysta, Emes), jednak ich postoje sa krótkie i wracają na trase przed nami. Poza Emesem, na którego chwilę czekamy i w czwórkę ruszamy dalej.

    Ból nogi trochę odpuszcza, na liczniku trochę ponad 400 km, a ja zdecydowanie odczuwam zastrzyk energii, więc postanawiam dalej jechać po prostu swoje. Kalkuluję czas i stwierdzam, że być może uda się złamać 23h, które przed startem były dla mnie wręcz absurdalnym wynikiem. Czuję się świetnie, a by dodatkowo poprawić motywację, za cel stawiam sobie dojście trzech osób, które wiem że sa w moim „zasięgu”. Poranek dodatkowo poprawia morale. Ostatnie 120 km jadę więc samotnie, sukcesywnie mijając każdego ze wspomnianej trójki. Na PK5 w Sandomierzu wysyłam tylko sms, robię zdjęcie i ruszam dalej. Na około 30 km przed metą czeka mnie jeszcze seria podjazdów. Przed ostatnim z nich (kilkaset metrów przed metą) wysyłam ostatniego sms:

    „Ostatni podjazd (do bazy) przede mna. Wciagne go z mila checia :)”

    Na mecie melduję się o godzinie 6:45 z czasem 22 godziny 35 minut, co daje mi 12 miejsce na 71 startujących w mojej kategorii.

    Średnia prędkość jazdy wyniosła 28,1 km/h (brutto 23,5km/h)

    Wynik grubo ponad wszelkie, nawet najbardziej ambitne założenia / plany :)

    Medal wręcza mi również zmęczona nocnym czuwaniem małżonka :)

    Podsumowując – było super! O dziwo nie miałem w zasadzie żadnego większego kryzysu (największy na PK2, po w zasadzie 200 km jazdy non-stop w szaleńczym tempie). Kryzysu snu również nie odczułem, a obawiałem się go najbardziej, bo lubię sobie dobrze pospać  Jednak adrenalina związana z jakąś tam rywalizacją zrobiła swoje. Zyskałem też kupę doświadczenia.
    Organizacja i klimat imprezy – cudo! Nie ma za bardzo do czego porównywać, jednak za bardzo nie ma się do czego przyczepić. Trasa bardzo urozmaicona i poprowadzona najczęściej bocznymi drogami o znikomym ruchu. Dodatkowo przecinała bardzo urokliwe rejony, Po prostu mój klimat! Bardzo dobrze czuję się na tego typu drogach.

    Link do Stravy:

    https://www.strava.com/activities/598816292

    Link do Endo:

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/739962973

    Trochę więcej zdjęć:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/6294137714774026737#

    Wpadło oczywiście sporo nowych gmin do #zaliczgmine

    #byczysnarowerze #100km #200km #300km #400km #500km #rower #pokazmorde

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    597 464 - 15 - 26 - 22 - 10 - 18 - 25 - 18 - 24 - 2 = 597 304

    Ostatnie dojazdy do pracy, zastępczo na starym Krossie.

    Wczoraj udało mi się w końcu naprawić Awola. Do korby którą kupiłem udało mi sie przełożyć stare zębatki, więc nie musiałem wymieniać całego napędu. Niestety nie do końca pasowało mi uszczelnienie suportu i założyłem stare.
    Nie udało mi się dobrze przetestowac wszystkiego, bo wczoraj do wieczora lało i pokręciłem tylko 2 km wokół bloku. Wygląda OK, ale jest trochę ryzykownie, bo przed maratonem juz nie bedę miał kiedy tego sprawdzić.

    A to już jutro jest start Maratonu Podróżnika w którym biorę udział na dystansie 500km (w sumie ma to być 533km).
    Gdyby ktoś chciał śledzić mije postępy i relację sms, to można to zrobić tutaj:

    http://mrdp.pl/smsview/?task=grouptable&param=MP2016TR500

    http://mrdp.pl/zawodnik/marceli-byczek/comment-page-1#comment-4406

    Jest to mój debiut na tego typu imprezie. Sukcesem będzie dla mnie samo przejechanie dystansu we w miarę przyzwoitym czasie. Ścigać się nie będę, bo czołówka to nieźli wymiatacze, a podobno w tym roku jest najsilniejsza ekipa ;) Dlatego czasem zatrzymam sie na jakiś posiłek, zdjęcie itp. Limit czasu ustalony przez organizatorów to 36 godzin.

    Trasa: https://ridewithgps.com/routes/11148387

    Byle za dużo nie lało i sprzęt znowu nie nawalił. Słowa wsparcia mile widziane, bo lekko nie będzie na pewno! :)

    Tu powinno być też na żywo widać na Endo:

    https://www.endomondo.com/profile/6488624

    #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    649 870 - 480 = 649 390

    Czyli druga próba dojazdu z Katowic nad Bałtyk na raz. I druga porażka, tym razem z winy sprzętu. Opis pierwszej tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/17567301/760-231-520-759-711-katowice-tczew-zawsze-chcialem/

    Tym razem, nauczony już doświadczeniem, wyjechałem o 6 rano. Tak, aby nie zarywaćc niepotrzebnie drugiej nocy. Prognozy były lepsze niż ostatnio, więc i nastawienie bardziej pozytywne. W nocy miało być minimum 9-10 stopni, a nie jak ostatnio, gdy temperatura spadła do zaledwie 2-3.

    Początek trasy od Katowic do Częstochowy taki sam. Po 80 km melduję się na szybki postój w Maku na tortillę śniadaniową którą uwielbiam ;) Orientuję się, że średnią mam w granicach 31 km/h, co mnie mile zaskakuje, bo starałem się i tak nie nadwyrężać prawej nogi, ze wzgędu na ostatnie problemy. To chyba lekki wiatr mi sprzyjał.
    Kolejny cel pośredni to pierwsza nowa gmina do #zaliczgmine czyli Kluki. Dalej trochę kluczę na boki żeby skosić co nieco nowych gmin, oczywiście kosztem nadłożonego dystansu, jednak gminy serious business ;)
    Zgodnie z prognozami zbierają się chmury i wiatr wyraźnie się nasila, zmieniając kierunek na dla mnie boczny, lub w mordeczkę. Na szczęście tylko straszy i ostatecznie nie spada z nieba nic. I tak do wieczora, czyli przez jakieś 200 kolejnych km.

    Dalej kieruję się na DK91 sprawdzoną ostatnio, by w nocy nie błądzić i niepotrzebnie nie traskać się po dziurach. Dodatkowo nie chciałem zaliczać po ciemku nowych gmin, bo i tak bym nic w nich nie zobaczył, a zawsze staram się trochę pooglądać ;) Przed zmierzchem zbliżam się do Włocławka, gdzie zaplanowałem dłuższy postój. Wcześniej jednak zjeżdżam do centrum Kowala, które ominąłem ostatnio. Warto było, bo miasteczko całkiem przyjemne. Jedynie jakieś sebixy w BMW mnie zwyzywali od kurew jebanych, bo skęcając w lewo dojechałem do lewej krawędzi pasa i stwierdzili chyba że jadę środkiem ;) W biedzie zaopatruję się na prowiant do jazdy w nocy, bo pochłaniałem jedzenie ostro.
    Po wspomnianej przerwie, już po ciemku ruszam w kierunku Torunia. Dalej odbijam na DK 55 odbijając na Grudziądz. Gdzieś po drodze zakładam długie spodnie, bo robi się chłodno i wilgotno (na szczęści w ostatniej chwili przed wyjazdem wyrzuciłem z torby kurtkę przecidwszczową, a w jej miejsce wziąłem właśnie te kalesonki. Ryzyko się opłaciło ;)).
    W nocy wiatr wyraźnie osłabł i na szczęście zmienił kierunek na bardziej przychylny. Po 450 km mam dobrą jak dla mnie średnią około 28km/h. Zbliżam się do miejscowości Nowe i postanawiam wpaść na słynną stację z bufetem, gdzie ostatnio się poddałem przy pomiadorowej :) Niestety ostatnie 15 km odcinek jadę zamiast DK91, alternatywną drogą wzdłuż Wisły, przez Zajączkowo, Tryl itp. Widokowo trasa pewnie piękna (u mnie były gęste mgły i jeszcze ciemno), jednak stan nawierzchni tragiczny. (wołam @baya i @naprewde bo chyba beda kojarzyć ;)) Wkurzam się nieźle. Teraz tez wiem, że to był gwóźdź do trumny dla mojego napędu. Po stromym podjeździe na końcu odbijam w lewo na stację i zamawiam pomidorową, pieczywo i colę. Chyba na kilka sekund zasypiam przy stole. Po chwili ruszam dalej. Nastawienie pozytywne, słońce staje, robi się cieplej. Kryzys nocy mija i robi się pięknie. Myslę sobie: tym razem się uda! Mam dużo czasu do pociągu. Nie muszę się już spinać, a tylko podziwiać okoliczności wiosennego poranka.
    No i stało się! Na granicy województw czuje jak zaczyna mi pływać pedał. Początkowo nie wiem co się dzieje, bo po szybkiej inspekcji wszystko wydaje sie OK. Gdy odpada mi pedał i odkrywam co sie stało, już wiem, że z dalszej jazdy nici:

    https://www.endomondo.com/resources/gfx/picture/33245549/big.jpg

    Próbuję jeszcze trochę jechać jedną nogą, ale po chwili wypadają łożyska suportu i jest kaplica. Co za niefart! Dlaczego akurat tu i teraz?!
    Sprawdzam gdzie jest najbliższa stacja kolejowa i 10 km prowadzę rower po polnych drogach do celu, już nieźle zdemotywowany. Pod drodze urządzam sobie śniadaniowy piknik i krótką drzemkę na skraju pola przy drodze. Ze Smętowa, które mimo wszystko wspominam pozytywnie (pierwsza gmina zdobyta prowadząc rower ;)) dojeżdżam do Bydgoszczy pociągiem PR, a następnie do Katowic już IC.

    No i kolejny raz nie udało się dotrzeć do celu... ostatnio złe rozplanowanie czasu i pory wyjazdu, tym razem awaria. Choć źródłem tej awarii był mój błąd -> dokręciłem kilka tygodni wcześniej śrubę korby na maxa (bo sie odkręcała samoczynnie), a moment jaki tam jest przewidziany to zaledwie 0,8 - 1,6 Nm. Ja pewnie go przekroczyłem jakoś dwudziestokrotnie.
    Obawiam się, że wraz z wymianą korby i suportu, będę musiał wymienić łańcuch i kasetę. Myślałem nad zakupem nowej korby i przełożeniu do niej starych tarcz, by wykorzystac jeszcze ten napęd. Nowe założyłbym wraz z wymianą łańcucha i kasety w przyszłości, po pierwszych oznakach zużycia. Co myślicie?

    Ogólnie tym razem szło mi dużo lepiej. Średnia prędkość 4km/h wyższa niż ostatnio. Więcej i odważniej kładłem się na lemondce, dzięki czemu kark mi tak nie doskwierał (moja zmora na dłuższych dystansach). Bólu nogi udało się uniknąć.

    Tak więc mimo wszystko jestem zadowolony, bo jestem bogatszy o kolejne doświadczenia! :)

    Endo:

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/731259407

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/584248179

    #100km #200km #300km #400km #byczysnarowerze #rower

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

  •  

    760 231 - 520 = 759 711

    Katowice - Tczew
    Zawsze chciałem wsiąść na rower w Katowicach i dojechać nad morze na wschód słońca.
    Byłem blisko, ale niestety nie udało się do końca. Ale po kolei.
    Wyruszam  w sobotę o 2 w nocy. Kieruję się znaną mi z poprzednich wyjazdów  trasą do Częstochowy, gdzie wita mnie świt i najniższa temperatura wycieczki - zaledwie 2 stopnie. Banany wystawione na pęd powietrza robią się twarde ;)
    Dalej kieruję się na Ładzice, gdzie zaliczam pierwszą nową gminę do #zaliczgmine (w sumie 40 nowych). Następnie odwiedzam najbogatszą gminę w Polsce - Kleszczów (ładne ścieżki rowerowe) i po ominięciu terenu kopalni robię pierwszy większy postój, w macu w Bełchatowie.
    Po chwili odpoczynku obieram kurs na Włocławek. Wjeżdżam w brzydką aglomerację łódzką, skąd chcę uciec jak naszybciej. Tym sposobem trafiam na DK91, która okazuje się całkiem przyjazna do jazdy - bardzo szerokie pobocze i niewielki ruch  (większość leci autostradą A1).
    Dzień się powoli kończy, więc postanawiam nie kombinować i trzymam się tej drogi praktycznie do końca, bo próby wjechania na boczne alternatywne drogi kończą się trzaskaniem po dziurach, co po ciemku nie byłoby już wcale wskazane. Ucinam trochę trasy odbijając na Grudziądz.
    Za Włocławkiem, na około 320 km trasy łapie mnie spory kryzys. Robi się ciemno i zaczyna się robić zimno. Perspektywa jazdy jeszcze co najmniej 250 km w tych warunkach dobija mnie. Dodatkowo zaczyna boleć mnie prawe kolano (bardziej jakby ściegno przy nim) i nie odpuszcza do samego końca. Tempo wyraźnie słabnie. To lewa noga musi grać pierwsze skrzypce.
    Około 21 obliczam sobie, że aby zdążyć na mój pociąg pozostaje mi 7 godzin na 150 km jazdy. Na liczniku już prawie 400, ale próbuję podjąć tę walkę.
    Temperatura leci cały czas w dół. Ubieram wszystko co mam, ale nawet krótkie postoje mnie wychładzają. Często myślę by odpuścić. Ciepły pociąg i sen to moje  marzenie.
    Około 1 w nocy wpadam na stację BP niedaleko miejscowości Nowe, z zamiarem walnięcia szybkiej coli na pobudzenie. Okazuje się, że jest tam cały bufet obiadowy. Nie mogę się powstrzymać by nie kupić gorącej pomidorowej z makaronem. Siadam i już wiem, że z morza nici - nie zdążę. Pomidorowa wygrała :) Dobieram jeszcze flaczki i pieczywo.
    Od teraz obieram za cel Tczew. Jest 30 km bliżej, oraz mój pociąg jest tam pół godziny później. Po dłuższym odpoczynku ruszam. Noga boli jeszcze bardziej. Ostatnie 60 km to prawie same górki. Jadąc z Górnego Śląska, największe góry mam nad morzem ;)
    Przed wschodem słońca robi się jeszcze zimniej. Prawie zasypiam na kierownicy. Siadam na jakiejś  ławce i próbuję zdrzemnąć się chociaż kilka minut. Udaje się może kilka sekund, bo przeraźliwy chłód który przeszywa moje mokre plecy szybko zrywa mnie na nogi i jadę dalej.
    Na dworcu jestem niecałe pół godziny przed odjazdem. Wszystkie sklepy w pobliżu zamknięte, więc na podróż biorę 2 snickersy z automatu.

    Podsumowując - nie udało się dotrzeć nad sam Bałtyk, jednak satysfakcja z dystansu i tak ogromna. Pobiłem swoją życiówkę solo o 110 km.
    Myślałem, że będzie trochę łatwiej. Nad morze jest przecież "z górki" i płasko.
    Okazało się, że nie było to takim atutem. Długie płaskie proste były bardzo monotonne. Wiało głównie z boku, ze wschodu. Na sporych odcinkach bardziej od przodu. W nocy wiatr osłabł, jednak zmienił kierunek na bardziej północny i delikatnie, ale skutecznie gnębił. Generalnie można było poczekać na lepsze warunki i przede wszystkim cieplejsze noce z taką trasą :)
    Decyzja o odbiciu na Tczew była dobra, bo teraz wiem, że bym nie dał rady zdążyć do Gdańska.

    Tak sobie myślałem w pociągu, że chyba za bardzo się wciągnąłem w te długie trasy i odszedłem od mojej ulubionej turystyki. Zaliczyłem te gminy, ale co z tego, skoro gówno widziałem. Bo albo ciemno, albo szkoda czasu na zwiedzenie okolicy. Ostatni brevet też mi pokazał, że szkoda zdrowia na ściganie się i sięganie w skrajności swoich możliwości (mocna końcówka do mety). Fajnie było spróbować, ale trzeba się oszczędzać ;)
    Czas  wrócić do bardziej turystycznej formy pedałowania.
    Z drugiej strony fajne doświadczenie obserwować wachod słońca 2 razy w trakcie jednej wycieczki. Ale następnym razem ten drugi będzie już może nad Bałtykiem ;)

    Tym samym zamykam kwiecień z również rekordowym miesięcznym wynikiem 2214 km.

     Endo i wiecej zdjęć:
    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/715827234

    Strava:
     https://www.strava.com/activities/561547851

    #100km #200km #300km #400km #500km #byczysnarowerze #rower

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

    +: o.......0, d3f3dn3r +257 innych
  •  

    788 924 - 304 = 788 620

    Wczorajszy brevet 200 km w Miechowie. Start był o 8 rano, a ja nie miałem żadnego pociągu by się tam dostać, więc wyjechałem jeszcze w nocy i wyszło w sumie 300. Na sam ten dojazd zabrał się ze mną kolega, który miał zrobić pierwszą w życiu setkę. Tempo raczej rekreacyjne na tym odcinku. Rozstaliśmy się pod bazą zawodów. Kolega wykręcił w sumie ponad 200 km tego dnia, więc jak możecie to dajcie kilka kudosów na zachętę;)
     https://www.strava.com/activities/554679645

    No a ja wystartowałem z dosyć mocną grupą, która uciekła mi spod pierwszego PK w Pilicy. Dalej jechałem już w różnych małych grupkach. Starałem się dawać często zmiany I myślę że nie mam się czego wstydzić. Cała reszta była na typowych szosach, a wiele osób całą trasę wiozło się na kole. Ostatnie 50 km było już mega mocne. Cisnąłem z grupą strażaków, by na ostatnich 20 km odstawić większość I dojechać z jednym z nich do mety. Myśleli że mam silnik w piaście, a to moje dynamo. Nie chcieli uwierzyć, że nie mam żadnego wspomagania. Bo oni przecież mieli takie maszyny. A sprzęt to nie wszystko. Mówili że pewnie jadę od połowy albo coś, a ja wręcz przeciwnie - miałem przecież przed startem rozgrzewkę 100 km :D

    Czas brutto wyszedł 8:10 a netto około 6:45
    Impreza fajna. Były pamiątkowe medale. Jedzenia multum, a na jednym z PK ciepły i smaczny posiłek.
    Strava :
     https://www.strava.com/activities/554447999
    #100km #200km #300km #byczysnarowerze
    Wpadło też kilka nowych gmin do #zaliczgmine

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: endomondo.com

    •  

      @simperium: Limit czasowy na 200km to chyba coś ok 12-13h. I to jedyne wymaganie. Raczej tam się nie ścigają, chodzi o samo ukończenie dystansu. A o resztę pytaj @byczys bo ja nie miałem okazji nigdy jechać :(

    •  

      @simperium:
      @emtei: faktycznie jest limit, który nie jest jednak wymagający i każdy kto podbije kartę w każdym z punktów kontrolnych i dojedzie do mety w tym czasie jest zwycięzcą; ) W rzeczywistości sporo osób się jednak ściga. Widać to na PK, gdzie jest ciśnienie by szybko jechać dalej. Pierwsi na mecie nawet nie korzystali z posiłku który był na ok. 110 km.
      Więc niby nie wyścig, ale ludzie mają rywalizację w naturze i tego często nie przeskoczysz :)
      Z założenia jest to takie zmaganie z samym sobą.
      Klimat jest niezły więc polecam :)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    812 586 - 203 - 64 = 812 319

    Wczoraj wybrałem się do Kielc. A to dlatego, że spod Kielc startuje tegoroczny Maraton Podróżnika, więc musiałem mieć gminne połączenie z tą miejscowością;) Dodatkowo po drodze zaliczyłem gminę Miechów, skąd startuje w przyszły weekend brevet 200 km.
    Wyruszyłem o 9 rano jadąc przez Bukowno, Olkusz, Skałę, czyli trasą która pokrywała się z ostatnim powrotem z Krakowa podczas wypadu z @Mortal84.
    Koło Ojcowa zatrzymałem się na pajdę ze smalcem. Dalej odbiłem na północ w kierunku Kielc, mając w planach zobaczyć kilka gmin. Początkowo jechało się elegancko bo ruch znikomy. W Miechowie zorientowałem się, że za bardzo sobie pozwoliłem z postojami i jadąc dalej zaplanowaną trasą, mogę nie zdążyć na ostatni pociąg. Postanawiam więc jechać najkrótszą drogą do Kielc, która okazała się prowadzić remontowanym odcinkiem drogi S7 przez dobrych kilkadziesiąt km. Tak więc ten ostatni prosty i żmudny, choć pofalowany odcinek, pokonuję już bez elementów krajoznawczych. No ale udało się dotrzeć na czas. Nawet zdążyłem zjeść obiad.
    #200km pykło dopiero podczas dojazdu z dworca do domu .
    Mój Awol zyskał nowy kokpit i opony szosowe 25mm, przez co mianowałem go Ninja :D W związku z tą odmianą wrzucam też #pokazrower
    Lemondka daje radę. Zamontowałem ją głównie dla zwiększenia mnogości możliwych chwytów, ponieważ ciągle dokucza mi kark na dłuższych trasach. Daje radę, jednak musiałem ją zgrać z torbą na kierownicę, przez co nie mogę ustawić dokładnie wymaganej pozycji. Ale to jeszcze do poprawy.

    Dzisiaj z kolei byłem w Mikołowie pożyczyć I wypróbować fotelik dla małego. Później trochę pojeździliśmy w ramach testów, głównie po chodnikach. Był zadowolony, więc pora kupić mu własny :)
    #byczysnarowerze #100km #200km
    Więcej zdjęć na Stravie:
    https://www.strava.com/activities/547288722

    PS. Znów mnie wywaliło ze skryptu podczas dodawania opisu. Straciłem cały wcześniejszy opis i już nie chciało mi się opisywać tak dokładnie. Ostatnio nie miałem z tym problemów, więc moja czujność została uśpiona i nie skopiowałem do schowka przed dodaniem. Nieźle potrafi to wkurzyć!

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: endomondo.com

  •  

    936 656 - 40 - 55 - 44 - 85 - 40 = 936 392

    W końcu mam trochę czasu i chęci na dodanie krótkiej relacji z pozostałych 5 dni rowerowego wypadu na Gran Canaria. Tygodniowy poślizg, bo w pracy się nawarstwiło trochę rzeczy, a i chęci po takim tygodniu sielanki jakoś nietęgie były;)

    Pierwsze 3 dni opisałem tutaj będąc jeszcze na miejscu:

    http://www.wykop.pl/wpis/16785451/965490-100-78-18-965294-mireczki-gdzie-mnie-wywial/

    No więc dzień zaplanowany „na luzie” też nie był do końca bez niespodzianek. Już późnym popołudniem, gdy oddaliłem się od aglomeracji Las Palmas postanawiam zjechać w boczną ścieżkę w poszukiwaniu płaskiego kawałka terenu pod namiot. Niestety kamienna ścieżka się zawęża i zaczyna piąć ostro pod górę. Wciągam więc rower z tobołami na chama i przez nieuwagę ładuję się przednim kołem w kaktusa:

    https://lh3.googleusercontent.com/--so60rBnqRE/VuGFy9hoQMI/AAAAAAAAPCk/3wQZrs_qB5sWgpdcJbfSmatu4fSTN0aYACCo/s912-Ic42/upload_-1

    Postanawiam nie bawić się już w łatanie tego dnia i gdy robi się ciemniej rozbijam namiot za jakimś domem, uprzednio karczując teren z kłującej roślinności, Rano budzę się skulony w rogu namiotu, bo jednak było trochę z górki ;)
    Rano łatam dętkę, jednak po zmontowaniu całości okazuje się, że dziurek jest więcej, a dokładnie to 6! Odpuszczam łatanie i wymieniam dętkę na zapasową. Okazuje się jednak, że jej rozmiar jest szosowy(moja opona 32, a dętka do max 22). No ale nie pozostaje mi nic innego jak ładować to co mam. Trochę pada, więc wyruszam dopiero koło południa.
    Północnym wybrzeżem jadę w kierunku zachodniej części wyspy. Świetna droga praktycznie bez ruchu samochodowego. Wszystko leci równolegle biegnącą autostradą. W ten sposób dojeżdżam do miasteczka Agaete i po małych zakupach ruszam na wspinaczkę piękną drogą biegnącą kanionem w kierunku El Sao. Po wspięciu się na wysokość około 550m droga kończy się, zaś zaczyna się wąziutki i stromy szlak pieszy. Rozmawiam z pewnym Niemcem, który właśnie stamtąd schodził i mówi że kilkaset metrów dalej jest jakiś opuszczony budynek obok którego jest kawałek płaskiego miejsca. Proponuje też rozbicie się na jego dachu ;) Ponownie wciągam więc rower ścieżką:

    https://lh3.googleusercontent.com/-GfEyfWydaDU/VuGGjUG0DKI/AAAAAAAAPE0/puB0DQhiZ2A-4qN_q4wc8c7csw7hzdxTACCo/s640-Ic42/upload_-1

    I ponownie łapie gumę ;) A oto domek o którym mowa:

    https://lh3.googleusercontent.com/-Yo-CScTAGA0/VuGGmgBjukI/AAAAAAAAPFA/5-1UcYFkbmUvB0e3h-O7jWoec1Zr5wdowCCo/s640-Ic42/upload_-1

    Na dach się nie ładowałem, bo był falisty i częściowo zawalony.

    Rano jem śniadanie z udziałem cytrusów zerwanych prosto z drzewka:

    https://lh3.googleusercontent.com/-KwhFT_RvCCU/VuGGqbfqpJI/AAAAAAAAPF0/KUdBMeIqLk8HWywaAG7IN5xKaBXOp3FkgCCo/s640-Ic42/upload_-1

    łatam dętkę i zjeżdżam w dół mega krętymi serpentynami:

    https://lh3.googleusercontent.com/-HfV1D2hsjng/VuGGufO7WiI/AAAAAAAAPFQ/hHAiQJRF1YQGvuG2a3b5-ZqrYW1ARpP1ACCo/s912-Ic42/upload_-1

    Niestety po chwili czuję że opona jest miękka. Mam w niej multum mikroskopijnych kolców, które po prostu co jakiś czas przebijają mi dętkę. A kolejnej w zapasie nie ma. Po dłuższym główkowaniu wymyśliłem taki patent, że przeciąłem starą dętkę (tę z sześcioma dziurami – jak dobrze że jej nie wyrzuciłem!) wzdłuż i wpakowałem w nią tę właściwą (za wąską), tworząc jakby otulinę. Pomogło!:) Trochę dziwnie się jechało i na zjazdach, szczególnie na łukach, jadę od tej pory bardzo ostrożnie.

    Po zjechaniu do miasteczka odbijam w drogę zamkniętą dla rowerzystów (chyba ze względu na spadające kamienie), prowadząca wzdłuż pięknego zachodniego wybrzeża. Pomimo lekkiego zachmurzenia widoki są i tak przecudowne. Dziś planuję w końcu zasmakować kąpieli w oceanie, oraz zrobić pranie, dlatego odbijam w dziką ścieżkę prowadzącą pod taki cypel:

    https://lh3.googleusercontent.com/-UFLU8cYtysE/VuGGzXHvTwI/AAAAAAAAPGI/4sUlmoGV6A85idGFSK5_kZkg8sFRIxf8wCCo/s912-Ic42/upload_-1

    W większości musze sprowadzać rower, ale jest co podziwiać, a na szczęście nigdzie mi się nie spieszy 

    https://lh3.googleusercontent.com/-HRqPWXQtXtE/VuGG-MCwn4I/AAAAAAAAO5E/bXKDLyWa3qclRCoOtW0E97XZOjJuQAURQCCo/s640-Ic42/upload_-1

    W końcu niepewnie wchodzę do oceanu. Jednak czuję dziwny niepokój – jestem całkiem sam, zasięgu zero, nikt nie wie gdzie dokładnie jestem, a wzburzone i uderzające fale wzbudzają we mnie pełen respekt. Dlatego po pierwszym uderzeniu szybko uciekam do brodzika osłoniętego przez skały i tam uskuteczniam zaplanowane czynności. Gotuję tez sobie obiad. Po jakimś czasie musze uciekać trochę wyżej, bo zaczyna się przypływ.

    Po około 2-3 h czas wrócić na asfalt, co nie było takie łatwe, bo pomimo że było to kilkaset metrów, to z całym rynsztunkiem nie było opcji się wdrapać z powrotem. Dlatego odpinam sakwy i kolejno wnoszę najpierw je, później rower odcinkami, w sumie na 5 rat. Zeszła mi na tym godzina
    lekko! Ale warto było i nikt mnie nie gonił ;)

    Ponieważ miałem niewiele już wody, a dalsza droga była wg informacji na jej początku zamknięta, postanawiam wracać do miasteczka, po drodze upatrując sobie miejsce na miejscówkę, na którą wracam po zakupach i nastaniu zmierzchu. Niestety ładuję się nogą w kaktusa i mam 5 czerwonych ukłuć po igłach.

    Rano podziwiam piękne okolice a jakich było mi dane spać:

    https://lh3.googleusercontent.com/-Tmv-GRgAXh4/VuGHJvtWrYI/AAAAAAAAPGU/lOduPUoaH-wSN9404A3b5YFqL4xeMO-hgCCo/s912-Ic42/upload_-1

    Pogoda idealna, niebo bezchmurne, dlatego postanawiam dziś przeprawić się przez całą wyspę od jej zachodniego po wschodnie wybrzeże (i zarazem okolice lotniska), po drodze zaliczając w końcu najwyższy jej szczyt, czyli Pico de Las Nieves (1949m). Oznacza to koniczność pokonania około 2500m różnicy wzniesień na odcinku 50km. Jest co kręcić, szczególnie ze trzeba ze sobą wciągać bagaże  Ale jedzie się bardzo przyjemnie. Ta część wyspy jest bardzo zielona i przypomina miejscami krajobrazy beskidzkie/bieszczadzkie.

    Na wysokościach powyżej 1000m zaczynają się piękne sosnowe lasy. Temperatura spada do myślę 10 stopni, jednak czuć to tylko w cieniu. Na słońcu jest OK, jednak tak naprawdę pali ono moją odkrytą skórę do tego stopnia, że schodzi ze mnie do teraz, czyli ponad tydzień po powrocie ;)

    Około pół godzinki podziwiam widoki ze szczytu i zjeżdżam 30 km do miasteczka Ingenio, opodal którego rozbijam się w sprawdzonym miejscu gdzie nocowałem pierwszego dnia.
    Rano pogoda nadal dopisuje. Podziwiam jeszcze ściany kanionu spowite barwami wschodzącego słońca:

    https://lh3.googleusercontent.com/-8nuc41S7yLo/VuGH8s5aywI/AAAAAAAAPII/8WRaQcj1WS0uUiEN3mTQmuB8PYhp1VxzgCCo/s640-Ic42/upload_-1

    Załatwiam sprawy okołolotniskowe i jadę sprawdzić czy mój karton schowany pod liśćmi fikusa się uchował. Na szczęście jest! Pakowanie roweru zajmuje mi około 1,5h i staję jako ostatni do kolejki z odprawą.

    Wieczorem, po ponad 5h lotu jestem w KRK, skąd po ponownym skręceniu roweru wracam do siebie pierwszym pociągiem o 3:33, wcześniej stołując się w okolicach rynku ;)

    Podsumowując - wypad bardzo udany! Choć z tym deszczem było kryzysowo, to z perspektywy czasu wspominam to już jako ciekawą przygodę z koczowaniem u tubylców;)

    Tutaj link do albumu z większą ilością zdjęć i krótkimi opisami:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/GranCanaria260204032016#6260423914362602818

    Moje Endo (niestety pliki gpx większości popsute)::

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/678912059

    Strava:

    https://www.strava.com/athletes/7485043

    Powiem Wam, że te moje wszystkie wyjazdy, wycieczki to jest takie spełnienie moich marzeń!. Zawsze mnie gdzieś kręcił i podziwiałem ten typ turystyki. Później zacząłem powoli robić coś w tym kierunku. Obierać sobie małe cele i po prostu to robić! Niesamowite uczucie spełnienia!
    Kilka lat temu byłem pewien, że mam do wszystkiego słomiany zapał i nigdy mnie nic nie pochłonie na dobre. No i myliłem się :)

    #motywacja #byczysnarowerze #rower #podroze #podrozerowerowe

    Jak ktoś chce czasem poczytać, to polecam obserwować tag -> #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

    +: Konkol, d........2 +64 innych
  •  

    965490 - 100 - 78 - 18 = 965294

    Mireczki, gdzie mnie wywiało to ja nawet nie :)
    Przyleciałem przedwczoraj i po prawie 6h lotu i 2h skręcania roweru, przepaku majdanu, w końcu wyruszyłem. Z wielkim pustym kartonem ciągnietym na sznurku :D 
    Z godzinę krążyłem zanim udało mi się go schować. Zawinąłem go w wielką folię i zakopałem pod suchym wielkimi liśćmi jakiegoś fikusa przy jakimś warsztacie; ) Pozostaje mieć nadzieję, że tam będzie na powrót.
    No i ruszam w krainę palm ,wiatrów i dłuuugich podjazdów. Dzień dobiega końca, więc trzeba znaleźć miejsce na nocleg. Podjeżdżam do miasteczka Ingenio i po małych zakupach zaczynam się wspinać wąwozem Guayadeque. Ciągle wieje, jednak jest ciepło ok 20 stopni. Niezła odmiana od naszej zimowej aury :) Po podjechaniu na poziom około 500m, gdy zaczyna już się robić ciemno, chowam się w pobliskich zaroślach i rozbijam na noc. Niedaleko widać światła niewielkiej wsi, w której domy są wykute w skale :)
    W nocy wiatr telepie namiotem, więc mam trochę rwany sen. Dodatkowo słyszę wycie psów w stylu wilków do księżyca.
    Rano budzi mnie pislanie kogutów. Jest 5 rano, jednak jeszcze do wschodu około 2h, więc jem małe śniadanie i czekam. Niestety zaczyna wiać i padać i to jakby falami. Każdą taką falę słychać jak się zbliża wąwozem około minuty wcześniej. Ciekawe zjawisko :)

    Niestety deszcz pada do około 12, ale że nie spieszy mi się nigdzie, to siedzę i czekam. Gdy wychodzi słońce, uświadamiam sobie w jak pięknym miejscu jestem i nie mogę w to uwierzyć do końca; )

    Zbieram się i ruszam dalej w górę wąwozu. Wieje niemiłosiernie. Czasem jadę 3km/h :) Po wjechaniu na około 1000m zjeżdżam w dół trochę innym wariantem do Ingenio. Dalej moim celem jest Maspalomas na południu wyspy, gdzie muszę kupić gaz do kuchenki  (w samolocie nie wolno przewozić).
    Gdy jadę wzdłuż wybrzeża widzę sporo ludzi w przebraniach. Początkowo myślałem, że to jakaś parada homo się szykuje, jednak okazuje się, że dziś akurat jest karnawał. Jadę pod prąd kilkutysiecznego tłumu na platformach muzycznych.  I tak przez kilka km :)

    Po zakupach podjeżdżam kolejnym wąwozem w głąb wyspy na ok 400m. Po dejechaniu do zapory odbijam w stromą szutrową drogę i po kilkuset metrach rozbijam się niedaleko drogi na wzniesieniu, uprzednio trochę karczując teren z suchych zarośli.

    Ta noc jest super spokojna. Wiatru zero. Od ciszy piszczy mi w uszach. Na niebie tysiące migoczących gwiazd. Sporo więcej niż widać u nas. Jest pięknie. Rano budzi mnie... księżyc :) Daje tak mocno że rzucam wyraźny cień.

    Na dziś zapowiadano opady. Zastanawiam się czy ładować się dalej w tę szutrówkę, czy zjechać asfaltem. Postanawiam jechać dalej. Dobra decyzja. Kamienna drogą prowadzi zboczami wąwozów. Widoki i wiosenne egzotyczne zapachy zapierają dech. To trzeba zobaczyć na zdjęciach. Jadę powoli kontemplując otoczenie; ) Obiad gotuję w skalnej jamie która chroni kuchenkę  od wiatru. Dalej wjeżdżam na asfalt i już główną drogą kontynuuję długi podjazd pod najwyższy szczyt wyspy Pico de Las Nieves. Przepiękne serpentyny i równy jak stół asfalt. A dla kierowców rowerzysta to świętość! Ja przyzwyczajony do naszych kierowców nie wiem co się dzieje. Czemu nie wyprzedza. U nas by trzech się przecisnęło. Serio, nie przesadzam! Kosmos! Raj! Dalej nie dociera do mnie że jestem tu naprawdę.

    Niestety po wjechaniu na przełęcz ok 1000m pogoda się psuje i siąpi prysznicowy deszcz. Po drugiej stronie masywu jest mgła. Myślę czy się wycofać. Jadę dalej.
    Największy błąd. Powinienem odpuścić. Myślałem, że taka pogoda jest tylko u góry (wierzchołek był zawsze spowity mgłą) i że wjadę i szybko zjadę znowu do ciepełka. Na około 1700 m leje już ostro i leżą płaty śniegu. Sporo ludzi go dotyka bo widzi pierwszy raz :)
    Postanawiam odpuścić szczyt i zjeżdżać. W tym miejscu miałem już prawie 2000m przewyższenia na zaledwie 50km.
    Zjeżdżam w dół. Zaczyna się piekło w moim małym raju. Wieje i leje okrutnie. Zjazd mnie wychładza.  Chcę już być niżej. Palce na klamkach marzną błyskawicznie. Ledwo je zaciskam. Byle niżej, byle niżej. Tam będzie lepiej. Skręciłem w złą drogę. Znów jakiś podjazd. Tylko nie to! Jestem przemoczony i zziębnięty. Ciężko mi kręcić pod górę bo nie czuję mięśni. Telepie mną i kierownicą na boki. W końcu zjazd. Chowam się na przystanku na ok 1500m. Ubieram spodnie przeciwdeszczowe i długie rękawiczki. Szybko gotuję słodką herbatę telepiąc się cały. Trochę lepiej.
    Dalej na dół a tam nic lepiej. W końcu po kilkudziesięciu km zjazdu jestem na wybrzeżu. Duże miasto. Nie wiem nawet jakie. Wpadam na stację na szybkie zakupy. Gościu patrzy na mnie jak na ufo i coś gada po Hiszpańsku.
    Trzeba szukać miejsca pod namiot.  A tylko miasto i miasto. 2h szukania po ciemku w deszczu. Myślę nad hotelem. Wjeżdżam na ślepo  pod jakąś górę gdzie jest kilka domków. Jest po 22. Zauważam jakąś osobę wchodzącą do domku. Pukam. Otwiera dziewczyna. Pytam po angielsku czy mogę się rozbić obok garażu i że rano znikam. Zgadza się. Wychodzą jeszcze jej znajomi i dają mi klucze z garażu. Proponują kolację, ale dziękuję. Klucz z garażu biorę i rozkładam swój majdan w środku. Ściągam z siebie ten gnój i po ugotowaniu kolacji idę spać na ławie. Ufff było dość krytycznie. Nauczka na przyszłość.
    Rano suszę buty nad kuchenka, ładuję baterię i zgodnie z ustaleniami chowam klucz pod kamień. Zostawiam też liścik z podziękowaniami.
    Jadę do Las Palmas gdzie postanawiam zrobić dzień na relaksie, krążąc trochę po mieście polując na WiFi.

    Tu jest pięknie i polecam każdemu! Raj rowerzystów. Szczególnie tereny  w głąb wyspy. Przede mną dalsze 3 dni eksploracji wyspy. Mam nadzieję, że już tylko z pozytywnymi wątkami :)
    Reszta relacji już po powrocie, bo z netem kiepsko i baterię też oszczędzam.
    Pozdrowienia Mireczki z Gran Canaria! :)
    Linki do Endo gdzie jest więcej zdjęć:

     https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/678912059
     https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/679864357
     https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/679887450

    #100km #byczysnarowerze #rower #podrozerowerowe

    #rowerowyrownik #ruszkatowice
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

Ładuję kolejną stronę...

Powiązane z #byczysnarowerze

Archiwum tagów