•  

    611577 - 410 - 280 = 610887

    Maraton Karpacki Hulaka 2017 ukończony!

    Ale tym razem nie zacznę od relacji, a chciałbym poprosić Was o pomoc w opracowaniu strategii, ale również o plusy, które pomogą mi dotrzeć do większego grona użytkowników, rozsianych przecież po całej Polsce.

    Już niebawem (19 sierpnia) startuję w Maratonie Rowerowym Dookoła Polski. W ciągu 10 dni trzeba pokonać w trybie samowystarczalnym 3142 km. Więcej szczegółów na stronie Maratonu

    Jeszcze rok temu nawet bym nie wpadł na to, by w czymś takim wystartować. Jednak gdy we wrześniu 2016 ukończyłem Maraton Północ – Południe i tym samym zdobyłem kwalifikację do startu w MRDP, zacząłem rozmyślać, czy może jednak stawić czoła wyzwaniu. Rozpocząłem zagłębianie tematu, kolejny raz przeczytałem relacje uczestników edycji z 2013 roku (maraton odbywa się raz na 4 lata) i końcem roku podjąłem decyzję – jadę. Od tamtej pory, czyli ostatnich 8 miesięcy, duża część mojego życia podporządkowana była przygotowaniom do tego startu. Drobne modyfikacje sprzętu, testowanie ekwipunku itp. Poznałem kilka nowych osób ze światka polskiego ultrakolarstwa, popodglądałem, powymieniałem doświadczenia i chłonąłem dobre rady.

    Aktualnie jestem własnie na etapie planowania strategii. Najłatwiejszym rozwiązaniem, byłoby podzielenie trasy na odcinki i wcześniejsza rezerwacja noclegów, a następnie sukcesywna jazda od punktu do punktu. Jednak kto czasem śledzi moje wpisy, to pewnie orientuje się, że to zdecydowanie nie mój styl jazdy ;) Wolę poddać się przygodzie i spontanicznie reagować na konkretne sytuacje / warunki.

    Początkowo rozważałem wieźć ze sobą namiot, ale ostatecznie zdecydowałem się na sam śpiwór oraz lekki dmuchany materac, bo i tak waga całego zestawu jest daleka od optymalnej. Szczególne znaczenie będzie to miało na górskim odcinku pomiędzy Przemyślem a Świeradowem, liczącym ponad 1100 km.
    Z grubsza licząc, każdej nocy mogę sobie pozwolić na 3, maksymalnie 4 godziny snu, na rzeczonym materacu i w śpiworze. W przypadku złych warunków, dużego zmęczenia itp. będę na bieżąco szukał bardziej cywilizowanych warunków.

    I tu przejdę do meritum – chciałbym z Wasza pomocą stworzyć sobie listę:

    - potencjalnych miejscówek, gdzie mógłbym w miarę spokojnie i bezpiecznie przenocować w takim zestawie. Mogą to być przydrożne wiaty, opuszczone budynki, pola biwakowe itp. Być może ktoś ma również sprawdzoną "noclegownię", gdzie mógłbym za niewielką opłatą skorzystać z kawałka podłogi i łazienki. Oczywiście jak najbliżej wytyczonej trasy ;)

    - znanych i polecanych lokali gastronomicznych. Jeśli ktoś zna i może polecić restaurację czy bar, leżący na trasie lub w jej pobliżu, to proszę o informację. Najbardziej pożądane są takie z domowym jedzeniem, gdzie oferuje się danie dnia itp. Chodzi o to żeby było szybko i smacznie, ale przede wszystkim bezpiecznie, bo zatrucie pokarmowe mogłoby oznaczać konieczność wycofania się z udziału.

    Bezpośredni link do trasy: https://ridewithgps.com/routes/23843164

    Jeśli ktoś chciałby podopingować, to chętnie zamienię słówko na trasie. Jednak w mojej kategorii dłuższa jazda z innymi kolarzami jest zabroniona, już nie wspominając o jeździe „na kole”. Ale jadąc obok siebie można będzie chwilę pogawędzić :) Te zasady są dla mnie priorytetem i na pewno będę się ich trzymał.

    Z kolei jeśli ktoś zechciałby śledzić poczynania uczestników sprzed komputera, nie opuszczając piwnicy, to też jest taka możliwość, bo każdy zawodnik będzie wyposażony w urządzenie przesyłające na żywo dane o lokalizacji.

    Mapa z położeniem będzie dostępna na stronie trackcourse.com (obecnie jeszcze nieaktywna).
    Maratończyków obowiązuje również relacja sms, za pomocą których trzeba będzie potwierdzić każdy z 41 punktów kontrolnych znajdujących się na trasie. Można też będzie wysyłać tam swoje aktualne, przemyślenia i odczucia ;) Będą pojawiać się pod profilem każdego z uczestników. Moje powinny być tutaj:

    http://mrdp.pl/zawodnik/marceli-byczek-2017

    Z kolei tutaj powinny pojawiać się po kolei wszystkie sms:

    http://mrdp.pl/relacja-online

    A tutaj będą mogli udzielać się kibice (obecnie są tam jeszcze wpisy z edycji 2013):

    http://mrdp.pl/komentarze

    Postaram się również czasem dodać swoje odczucia, sytuację i marudzenie pod swoim tagiem. Zainteresowanych zapraszam więc do obserwowania -> #byczysnarowerze

    Moja Strava: https://www.strava.com/athletes/7485043

    Tag jest ciągle żywy i raz na kilka tygodni wrzucam pod nim relacje z dłuższych wyjazdów i ultramaratonów.

    Jakie mam ambicje?

    Moim głównym i jedynym celem jest ukończenie trasy Maratonu w wymaganym limicie 10 dni. Jest to dla mnie olbrzymie wyzwanie i główną walkę będę toczył z samym sobą. Średnio na dobę trzeba będzie pokonać prawie 320 km. Niestety nie można sobie trasy podzielić na takie odcinki, bo jak wspominałem trasa wiedzie przez całe polskie góry, gdzie wyrobienie takiego dystansu przez 4 dni z rzędu, mając już ponad 1000 km za sobą jest arcytrudne i stać na to tylko garstkę wyjadaczy, którzy będą rywalizować między sobą o podium.

    Jak widać czas jest tak wyżyłowany, że w zasadzie wystarczy dłuższa chwila słabości i szanse na ukończenie gwałtownie maleją, a w raz z nimi morale. A poza przygotowaniem fizycznym to właśnie psychika będzie grać olbrzymią rolę. Dlatego każde dobre słowo jest mile widziane i może pomóc mi w osiągnięciu celu :)

    Z góry dzięki!

    #rower #kolarstwo #polska

    A poniżej relacja z Karpackiego Hulaki, czyli prawie 700 km wybitnie górskiej trasy bez wypłaszczeń ;)

    Karpacki Hulaka to nowy pomysł na imprezę w stylu ultra. Jej organizatorem jest Krzysiek Sobiecki. Formuła trochę odbiega od tych wg których jeździłem dotąd, jednak zdecydowanie przypadła mi do gustu ;)

    Zasady były dosyć proste: jazda solo, całkowita samowystarczalność i do przejechania 7 obowiązkowych segmentów, każdy w innej części Karpat:

    Beskid Mały
    Beskid Makowski
    Beskid Niski i Pogórza
    Beskid Śląski
    Beskid Wyspowy
    Pasmo Babiogórskie
    Podhale

    Trasę pomiędzy poszczególnymi segmentami, każdy sobie dobierał sam. Godzinę startu również każdy wybierał dowolnie, byle wraz z czasem finiszu zawrzeć się w trzech wyznaczonych dobach (pt-nd).

    Już dobre 2 tygodnie przed startem wyrysowałem sobie trasę, zapisałem w Garminie i zacząłem planować strategię. Wg śladu do przejechania miałem 660 km i prawie 9000 metrów w pionie. Pierwotnie planowałem start w sobotę wcześnie rano, jednak gdy zaczęły do mnie docierać powyższe cyfry, postanowiłem wyruszyć w piątek na noc - na wcześniej nie pozwalała mi praca.

    Początkowo chciałem jechać na lekko, jednak pomyślałem, że może być to świetna okazja do sprawdzenia ekwipunku jaki planuję zabrać na tegoroczny MRDP. Wiedziałem, że będzie to dodatkowy i w tym przypadku znaczący balast, bo trasa miała być wybitnie górska. Uświadomiłem sobie jednak, że w sierpni będę musiał z nim pokonać 5 razy tyle kilometrów, z których prawie 1/3 (ok 1100 km) będzie przebiegać po polskich górach.

    Tym sposobem uzbrojony w śpiwór, materac i wszystkie łachmany, około godziny 19 zajeżdżam na ulicę Staromostową w Krakowie, gdzie znajduje się lokal o nazwie "Punkt Docelowy" wyznaczający miejsce startu.

    Już na początek niespodzianka - gdy chcę napełnić bidon wodą z izotonikiem, orientuję się, że zgubiłem zakrętkę. Musiała być niedokręcona i na krakowskich brukach po prostu sobie uciekła. Postanowiłem wyruszyć na poszukiwania, więc przejeżdżam całą trasę do dworca jeszcze raz (a w zasadzie dwa razy). Niestety nie udało się znaleźć zguby, więc kupuję jakieś Oshee z dziubkiem, który przekładam do 1,5l butli z woda mineralną. Strasznie to nieporęczne, ale ostatecznie będzie mi służyć aż do mety.

    Ostatecznie lekko wkurzony startuję o godzinie 20 i ruszam w stronę Wieliczki, by na pierwszy rzut zaliczyć segment w Beskidzie Wyspowym. Ruch samochodowy spory. Co chwilę łapią mnie czerwone światła, co mnie dodatkowo denerwuje, bo nie mogę się rozkręcić. Myślę nawet czy ta cała akcja ma sens ;)

    W samej Wieliczce ślad ładuje mnie na jakiś stromy brukowy podjazd, czyli pierwszy ze skrótów na którym się tak naprawdę traci :) Za Dobczycami wjeżdżam na właściwy segment. Początek drogi zamknięty (przebudowa mostu), jednak można się przedostać dalej kładką dla pieszych. Od teraz muszę być czujny, bo przez nieuwagę przy planowaniu, mój ślad nie prowadził dokładnie po tym wymaganym. Zorientowałem się w dzień startu i nie miałem już możliwości wgrania właściwego. Dlatego już w pociągu przejrzałem na Street View właściwy wariant i teraz odtwarzam go z pamięci. W sumie mam aż 3 korekty, ostatnia przed Żegociną.

    Ostatni posiłek jadłem po południu w domu, więc już około północy zajeżdżam już na stację na Hot Doga i przyodziewam nogawki itp. Dotąd dało się spokojnie jechać na krótko. Za Uściem Gorlickim wita mnie świt, a także dzika zwierzyna przecinająca mi drogę.

    Jako cel na pierwszy dłuższy odpoczynek obieram sobie McD w Nowym Sączu. Jestem trochę za wcześnie, więc korzystając z chwili czasu rozbieram się znów na krótko, choć jest jeszcze dosyć rześko. Niedaleko mnie zbiera się grupa kibiców na wyjazd do Warszawy. Do śniadania słucham więc w kółko powtarzanej popularnej przyśpiewki o Legii ;)

    Za mną 2 segmenty, więc pora skierować się w kierunku Podhala. Oznacza to prawie 100 km wspinania się pod górę, z małym wyjątkiem w okolicy Jeziora Czorsztyńskiego. W Tylmanowej mijam się z jadącym z naprzeciwka Krzyśkiem, czyli wspomnianym organizatorem całego zamieszania, ale jednocześnie jednym z uczestników. Krzysiek startował w piątek rano, więc większą część trasy ma już za sobą. Chwila pogaduszek, wymiana wrażeń i żegnamy się. Tuz za Krościenkiem zatrzymuję się na szybki rosół i małą toaletę. Teraz zaczyna się już właściwy podjazd na kulminacyjny punk segmentu podhalańskiego, czyli przełęcz na Hali Głodówka. Rok temu była tu meta maratonu Północ – Południe w którym brałem udział, jednak tym razem trzeba jechać dalej ;) Teraz wybija mi tutaj równe 300 km, wtedy było to 990.
    Niestety jest sobota w pełni, więc ruch na drogach jest duży. W połączeniu ze słońcem i niedospaniem, ciągle wyprzedzające auta drażnią mnie podwójnie. Kończy mi się prowiant, więc na zjeździe do Poronina, w Murzasichle, robię postój. Jestem tak wygłodzony, że chciałbym kupić wszystko po kolei. Do picia biorę 3 różne napoje, w tym sok pomidorowy. Nie mogę się również oprzeć ogórkowi małosolnemu ;)

    Od Poronina zaczynam wymagający podjazd pod Ząb, czyli najwyżej położoną miejscowość w Polsce. Tutaj ruch już mniejszy, a widoki na tatrzańskie szczyty cieszą oko i duszę. Porządną kolację planuję zjeść w Czarnym Dunajcu, gdzie mam sprawdzony lokal z dobrymi obiadami. Gdy tak sobie jadę i już rozmyślam o menu, nagle uświadamiam sobie, że przecież zaraz wyjeżdżam z Podhala, a nie zaliczyłem jeszcze obowiązkowego odcinka pod Obidową! Zerkam na mapę i wszystko jasne – minąłem zjazd, a że była to tylko „odnoga”, to nadal byłem na właściwym kursie, co uśpiło moją czujność. Szybka kalkulacja i wychodzi 16 km gratis. Trudno, trzeba wracać.

    Gdy zaliczam szczyt podjazdu i zatrzymuję się pod Rdzawką, okazuje się że Czarny Dunajec to w zasadzie nie jest mi po drodze, więc postanawiam wejść do baru oferującego obiady. Jestem ostatnim obsłużonym klientem, więc decyzja słuszna, bo później mógłbym zostać skazany na hot-dogi, które mi się już mocno przejadły podczas poprzednich maratonów. Niestety ziemniaków brak, a na frytki nie mogę patrzeć, ale udaje mi się zamówić dużą porcję ryżu, grillowaną pierś z kurczaka i zestaw surówek, uprzednio rozgrzewając żołądek porządną michą pomidorowej. W końcu trochę „normalności” ;)

    Dobrze odżywiony ruszam z powrotem w kierunku Jabłonki. Teraz zacznę jazdę po znanych mi terenach – celowo tak ułożyłem kierunek trasy, by w jej drugiej części, gdy zmęczenie jest największe, czuć się jak u siebie ;)

    Zgodnie z przyjętą strategią, przed samym zachodem słońca planuję znaleźć jakiś kąt, gdzie mógłbym się przespać około 3 godzin w śpiworze. Od Zubrzycy rozpoczyna się długi podjazd na Przełęcz Krowiarki, więc okoliczności dobre – po wyjściu z ciepłego śpiwora będę mógł się od razu rozgrzać jadąc pod górkę. Po lewej mijam jakiś plac budowy. Chwilę się przyglądam, planuje nawet zagadać ochroniarza, ale zauważam kamery, więc jadę dalej. Zajeżdżam na tyły szkoły, gdzie ubieram się cieplej, obserwując przy tym okolicę. Obiekt również wyposażony jest w monitoring, ale nie mogę przecież jeździć z miejsca na miejsce bo szkoda czasu. Teraz 20 dmuchnięć w materac i już leżę pod zadaszonym wejściem do budynku. Budzik ustawiam na 3 godziny i w końcu nadszedł czas odpoczynku.

    Jeszcze dobrze nie zamknąłem oczu, gdy słyszę jakąś grupę młodzieży która rozsiada się na ławce 20 metrów ode mnie. Jest już ciemno więc nie zauważają mnie, jednak ich śmiechy i rozmowy nie pozwalają mi zasnąć. Słucham więc sobie i oceniam towarzystwo. Raczej niegroźne młodziki - przyszli napić się piwa i spalić jakieś chwasty – mam nadzieję że zrobią co mają do zrobienia i sobie pójdą, więc zatykam uszy i próbuję zasnąć. Po około godzinie jeden z nich dostrzega mój rower. Podchodzą we dwóch i świeca we mnie latarkami z telefonów. „Ty ktoś tu leży!” „Dobra, zostaw go, niech śpi”.

    Miałem nadzieję że po tym zbiorą się trochę szybciej, lub chociaż będą odrobinę ciszej. Niestety po powrocie do grupy stwierdzili tylko „ktoś tam śpi” i toczyli dyskusję dalej bez żadnych pohamowań ;)

    Na chwilę udaje mi się zasnąć, a gdy się budzę, to nikogo już nie ma. Patrzę na zegarek – spałem max godzinę, ale minęły prawie całe założone trzy. A pośpię jeszcze ze dwie, w końcu spokój… Zaraz, zaraz, halo - przecież nie o to w tym chodzi. Zwijam majdan i marznąc wsiadam na rower aby kontynuować podjazd u podnóży Babiej. Po chwili we wsi zaczynają wyć syreny. Jest pierwsza w nocy, ale nikogo to chyba nie interesuje. A wyją głośno i bardzo długo. Po pewnym czasie mija mnie jednostka straży pożarnej.

    Na parkingu pod Przełęczą Krowiarki sporo samochodów i turystów (jak na tę porę). No tak, jest weekend i ludzie przyjechali podejść na Babią na wschód słońca. Trochę mnie wkurzają, bo patrzą na mnie oślepiając mnie tymi swoimi czołówkami. Na szczycie popełniam błąd, bo przed tym długim i przecież znanym mi dobrze ponad 15 km zjazdem do Zawoi nie ubrałem kurtki. Wytelepało mnie nieźle. Na dziurawym podjeździe pod Stryszawę trochę się rozgrzewam i na szczycie przyodziewam się przed kolejnym zjazdem. Da dole jest czynna stacja, niestety samo okienko i ciepłej strawy brak. Zjadam 7 Days i ruszam dalej. Brak snu daje się we znaki. Postanawiam uciąć sobie jeszcze drzemkę przed samym wschodem. Na jednym z przystanków udaje się przespać jeszcze kilka minut, ale chłód szybko stawia mnie na nogi. Czuję się dużo lepiej więc jadę dalej.

    W okolicy Huciska ślad wprowadza mnie w jakieś szutrowe ścieżki. Nie chcę ryzykować i zawracam na główną i sprawdzoną drogę. Gdy docieram do Żywca jest już jasno. Świt wita mnie w tym samym miejscu co podczas niedanego Tour de Silesia. W Węgierskiej Górce klasycznie już postój na Hot Doga. Ogarniam toaletę i zaczynam kolejny raz w tym roku wspinaczkę pod Ochodzitą. Tym razem jednak, postanawiam sprawdzić wariant którym przyjdzie mi jechać podczas MRDP, czyli przejazd przez wieś Szare, ze „słynnymi” stromymi płytami na końcówce podjazdu.

    Za Koniakowem zaczyna się właściwy segment Beskidu Śląskiego. Jest zaledwie kilka minut po godzinie 8, a odczuwalna temperatura zdradza już, że pozostałe niespełna 200 km do mety nie będzie sielanką. Pod zameczek prezydencki docieram prze Stecówkę wąskimi i przyjemnymi asfaltami. Na jednym z podjazdów wypatruję nawet zabłąkane 10 zł ;)

    Podjazd pod Przełęcz Salmopolską bardzo mi się dłuży. Na jednym z zawijasów przebieram się na krótko. Zjazd do Szczyrku i dalej do Bielska idzie sprawnie. Tutaj dłuższa przerwa na posiłek, tankowanie i ruszam w kierunku Straconki, skąd zaczyna się obowiązkowy, ale dobrze mi znany podjazd na Przełęcz Przegibek w Beskidzie Małym. Drzewa dają sporo cienia, więc jeszcze jedzie się dosyć przyjemnie. Szybki zjazd do Międzybrodzia i przez zaporę zmierzam w kierunku Porąbki. Stąd jeszcze podjazd pod Wielką Puszczę ze stromą ścianką w pełnej lampie i rozpoczynam przerzut krajówkami przez Andrychów i Wadowice, w okolice Beskidu Makowskiego. Ciężki to odcinek – duży ruch samochodowy i jazda w pełnym słońcu, w godzinach gdy doskwiera ono najbardziej.

    Z niecierpliwością wyczekuję Makowa Podhalańskiego, skąd w końcu odbiję na dwa ostatnie, lecz bardzo wymagające podjazdy. Pierwszy prowadzi pod Makowską Górę. Jadę go w tym kierunku pierwszy raz, ale wchodzi jako tako, bo w większej części jest zacieniony. Od strony Jachówki jest bardziej wymagający. Na ostatnim podjeździe (tzw. „Hujówce”), z Bieńkówki do Batorówki piekarnik piękny. Przy mocnym nachyleniu toczę się kilka km/h w pełnym słońcu, więc nawet chłodzenie powietrzem nie funkcjonuje ;)

    Gdy w końcu docieram na szczyt, pozostaje zjazd i ostatnia prosta aż do Krakowa. Za Skawiną, pomimo że jest już po godzinie 18, termometry wskazują chore liczby.

    Na metę docieram chwile przed 19. Od startu upłynęło więc 46h48m. Licznik wskazuje 690 km, z przewyższeniem w okolicach 10000m. Zwycięzca, czyli Daniel Śmieja, potrzebował tych godzin zaledwie 34,5 – wielkie gratulacje. Czas dla mnie nieosiągalny, jednak nie on był dla mnie najważniejszy w tym starcie. Z pewnością mogłem z niego urwać sporo jadąc na lekko i przede wszystkim nie zarywając dwóch nocy. Udało mi się jednak sprawdzić ekwipunek i znów lepiej poznać reakcje swojego organizmu wystawionego na długotrwały wysiłek. Pozostaje mieć nadzieję, że zdobyte doświadczenie zaprocentuje podczas startu w MRDP :)

    Link do całego albumu

    Strava: https://www.strava.com/activities/1109949002

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: snag.gy

  •  

    716459 - 546 = 715913

    Pierwsza edycja Maratonu Tour de Silesia zaliczona!

    Trasa 540 km dookoła województwa śląskiego. Blisko, sporo znajomych nazwisk na liście startowej, więc nie mogłem odpuścić ;)

    Wraz z @Mortal84 i @bynon startujemy w piątej, ostatniej grupie. Tempo od razu jest wyżyłowane. Lecimy grupą około 10 osób po zmianach parami, a wskazanie prędkościomierza rzadko schodzi poniżej 40km/h. Szybko doganiamy resztę uczestników i wychodzimy na czoło całego maratonu. Na PK1 (37km) tylko podbicie pieczątek i w drogę. Na jednej ze zmian łapie mnie kolka, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło na rowerze. Wydaje mi się, że przyczyną jest zwiększona kadencja, jaką sobie przyjąłem jakiś czas temu, by oszczędzać stawy. Boli mocno, ale po kilku minutach udaje się to jakoś ogarnąć. A tempo ciągle jak na ustawkach szosowych, bo na drugim PK (106 km) średnia wskazuje ponad 36 km/h. Tutaj już kilka minut przerwy. Uzupełniamy bidony i kto gotowy rusza dalej. Nasza grupka liczy teraz 8 osób i w tym składzie przejedziemy kolejne 200 km, równo pracując na zmianach. Przed PK3 (170km) łapie nas zawierucha i deszcz. Wieje, leje, ale tempo maleje tylko nieznacznie. Ktoś proponuje przeczekać gdzieś największy deszcz, ale nie zyskuje aprobaty grupy ;) Na punkcie większość ubiera kurtki, choć w sumie już nie pada. Ja zostaję na krótko, z nadzieją że dzięki temu uda mi się lepiej przeschnąć przed nadejściem nocy. W Kłobucku, na 216 km trasy, mamy zorganizowany punkt żywieniowy. Smaczny obiad, trochę dłuższy odpoczynek, ale już słyszę jak grupa woła czy jadę dalej z nimi. Postanawiam jeszcze trochę pociągnąć z nimi, a gdy zaczną się większe pagórki, zacząć jechać już swoje.

    W dalszej części kilka razy jesteśmy filmowani przez drona. Fajna zabawka i pamiątka: https://www.youtube.com/watch?v=Q0qdS0DakdE&t=0s

    Zaraz za PK4 w Koniecpolu (280km), droga coraz bardziej zaczyna się piąć ku górze. Gdy na liczniku wybija 300 km, a średnia wskazuje 34,4 km/h stwierdzam że to już ten moment i na jednym z podjazdów po prostu odpuszczam. Dalsza próba trzymania tempa mogłaby się skończyć kontuzją, bo już lekko pobolewał mnie achilles. Szkoda było zaprzepaścić tak wypracowaną przewagę i zakończyć imprezę wycofką ;)

    Robi się ciemno, ale drogę doświetla piękny księżyc w pełni. Mniej więcej w tym samym czasie z mojej grupy odłączyły się jeszcze 2 uczestników. Jeden z nich zostaje z tyłu, a drugiego doganiam i sobie gawędzimy. Nie jedziemy po zmianach, a po prostu trzymamy się w miarę blisko siebie, bo tempo mamy podobne. W Olkuszu postanawiamy zatrzymać się na stacji benzynowej. Jemy hot-dogi i kolega rusza dalej, ale ja postanawiam jeszcze trochę odpocząć, bo doskwiera mi ból pleców.

    Wrzucam na siebie kurtkę, bo jest bardzo mgliście i ruszam dalej. Po chwili mijam jednego z uczestników, który coś kombinuje na przystanku. Pytam czy wszystko ok i gdy potwierdza, mknę dalej do przodu w kierunku punktu żywieniowego nr 2 w Bolęcinie (373 km). Tu zjadamy jakiegoś kuraka z ryżem i sałatką. Niestety jest to tak suche, że ledwo przechodzi mi przez gardło. Żuję i żuję, a kolega już się zbiera do odjazdu. Mi z tym żuciem schodzi jeszcze dobre 15 minut. Po prostu wmuszam to w siebie, bo szkoda mi tracić posiłku.

    Za cel stawiam sobie złapanie kolegi uciekiniera jeszcze przed górami. Cisnę więc i cisnę wśród mgieł i blasku księżyca, aż w końcu po dobrej godzinie zauważam czerwony migający punkt na horyzoncie. Chodź tu mój zajączku ;)

    Wyprzedam go, ale na PK5 w Wieprzu (403km) znów mnie dopada i rusza przede mną. Po chwili znów jestem z przodu i zaczynam pierwszy z większych podjazdów, czyli wspinaczka na Przełęcz Kocierską (718m). Robi się gorąco, ale nie ściągam jeszcze kurtki, bo wiem co mnie czeka podczas zjazdu. Zaczyna świtać, więc robi się rześko. W Węgierskiej Górce na PK6 (447km) postanawiam zjeść Hot-Doga, więc ponownie się spotykamy. Tym razem jednak wyruszam pierwszy. Góry witają mnie pięknym porankiem. Teraz czeka mnie długi, w zasadzie 30 km podjazd do Koniakowa. Możliwość oglądania takich widoków sprawia, że stwierdzam: "warto było się męczyć całą noc :)" Tym bardziej, że do mety już zaledwie setunia ;)

    Ostatni dłuższy podjazd pod Kubalonkę i zjazd do Wisły. W Ustroniu odbijam w lewo w kierunku Cieszyna, gdzie znajduje się ostatni, siódmy punkt kontrolny (507km). Ku mojemu zaskoczeniu spotykam tam 4 uczestników. Jeden leży na kafelkach, więc coś mi nie pasuje, bo przecież czołówka która była przede mną, by sobie nie robiła takiego popasu 35 km przed metą :) Okazuje się, że to chłopaki z dystansu 370 km. Trochę się z nimi zagaduję i zapominam o moim zajączku, który nagle wpada na stację, bije pieczątkę i od razu ucieka na ostatnią prostą. Szybko zeruję colę i udaję się w pościg. Po kilku km wyprzedam go i pozostaje tylko dociągnąć do mety. Dosyć szybko znika na horyzoncie, więc jeszcze pozwalam sobie na sik-stop. Analizuję godzinę i już wiem, że uda mi się zmieścić w czasie mniejszym niż 1 doba (a przed startem sobie takim przyjąłem jako ambitny cel).

    Na metę docieram z czasem 22 godziny 44 minuty, więc sporo poniżej oczekiwań. Ciepłe przywitanie przez żonę :) Zostajemy jeszcze na mecie dobre 2 godziny, dyskutujemy i witamy przybywających na metę. Próbuję sobie urządzić w namiocie drzemkę, ale jest za duszno, bo słońce już daje lampę. Udaje mi się trochę zdrzemnąć na hali gimnastycznej, po czym pakujemy majdan, żegnamy się i jedziemy do Rybnika na pociąg. Ufff... teraz trzeba trochę odespać, bo jutro powrót do rzeczywistości.

    Super organizacja i towarzystwo. Jeśli za rok trasa będzie poprowadzona inaczej (nie lubię jeździć tego samego), to będę obowiązkowo ;)

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    718789 - 229 - 149 - 230 - 51 - 5 = 718125

    W końcu opisałem ostatnie dni wypadu z kuferkiem. Tym razem trochę o Serbii i Rumunii. Pierwsza część tutaj

    Dzień IV

    W nocy trochę trzepotało namiotem i przeszedł niewielki deszcz, ale rano było suchutko. W Chorwacji nie miałem zawitać na zbyt długo, ale chciałem odwiedzić chociaż jedno większe miasto, więc z rana kieruję się na Osijek. Zaliczam małą przełęcz i po około 40 km mogę podziwiać panoramę miasta położonego nad rzeką Drawą. Zwiedzam miejscowy Mc Donald’s i po napełnieniu żołądka odbijam na wschód, w kierunku granicy z Serbią. Robię większe zapasy jedzenia, bo nie wiem jak będzie z płatnościami kartą itp. w tym kraju (nie należy do UE). Wiem, że moje pakiety komórkowe na pewno jej nie obejmują. W razie czego jestem przygotowany na jazdę aż do Rumunii, bo w Serbii obowiązuje obowiązek meldunkowy w ciągu 24 godzin od wjazdu do kraju.

    Po przybyciu na przejście graniczne, chorwacki celnik pyta mnie o rzeczy do oclenia itp. i puszcza dalej, zaś ten serbski tylko zerka na dowód, na mnie i wita z uśmiechem. Dostaję sms z jakimiś chorymi stawkami typu 6zł/min połączenia, czy 50zł za 1 MB internetu, więc dla pewności przechodzę w tryb offline.

    Tym sposobem równo w południe witam Serbię Z zaciekawieniem ruszam w kierunku pierwszych miejscowości. Te małe, przygraniczne, straszą trochę stanem infrastruktury, ale przez to jest ciekawie, bo inaczej niż dotąd. Egzotyki dodają też serbskie napisy, pisane cyrylicą. Stan dróg lepszy niż zakładałem, choć oczywiście cudów nie ma. W końcu jednak nie spotykam pseudo ścieżek rowerowych, więc zasady na drodze są proste i jasne. Jedzie mi się dużo lepiej niż po znienawidzonych przeze mnie pod tym względem Węgrzech.

    Pierwszym większym miastem na mojej drodze jest Kula. Znajduję bankomat i bez problemu wypłacam trochę serbskich dinarów. Urządzam sobie odpoczynek w małym parku miejskim i obserwuję życie mieszkańców.

    Dalej, kierując się dalej na wschód odwiedzam Novi Becej, po czym wjeżdżam na długi 40 km odcinek prostej prowadzącej docelowo do przygranicznego miasta Kikinda. Po drodze spotykam kilka bezpańskich psów, błąkających się po jezdni. Odwagę miałem sfotografować tylko jednego, najmniejszego. Pozostałe były dużo większe, jednak wszystkie miały podobny, dziwny wzrok. To ciekawe, bo można było po nim poznać, że są dzikie, bezpańskie. Niektóre nie były zwykłymi kundlami, a przypominającymi rasowe, znane nam odmiany. Najbardziej przestraszyłem się dużego psa, typu dalmatyńczyk, którego zauważyłem w ostatniej chwili. Był duży, brudny i po prostu stał sobie przy drodze obok krzaków i spokojnie na mnie patrzył.

    Ponieważ mam tutejsze pieniądze i mogę spokojnie zrobić zakupy, to zaczynam rozważać czy jednak nie zaliczyć noclegu na terenie Serbii. Po dojechaniu do miasta okazuje się, że przejście graniczne jest czynne tylko do godziny 20. Do następnego mam może 20 km, ale postanawiam jednak zostać tu na noc. Samo miasteczko Kikinda najbardziej „cywilizowane” z dotychczas mijanych w Serbii. Ładne centrum miasta, z ratuszem, kawiarniami, barami itp.

    Już po ciemku zaczynam się rozglądać za miejscem pod namiot. Im dalej od centrum, tym bardziej obskurnie się robi. Po prawej zauważam łąkę ze skoszoną trawą, ale jest trochę za blisko osad ludzkich i postanawiam jechać dalej. Niestety nie udaje mi się znaleźć podobnego rarytasu. Cała okolica to pola uprawne z kukurydzą itp. z twardą glebą. Odbijam w polną drogę, z nadzieją że w końcu znajdę jakiś skrawek sensownego podłoża. Po chwili słyszę dziwne harmoniczne dźwięki rodem z horrorów. Okazuje się, że jest tu wydobywana ropa za pomocą żurawi pompowych.

    Niestety polan brak, a nie chcę komuś niszczyć upraw, więc rozkładam się na łuku drogi. Gwieździste niebo i zarysy poruszających się żurawi nadają miejscówce klimatu.

    Dystans: 229 km W górę: 739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1035780248

    Dzień V

    Rano wyruszam w kierunku granicy z Rumunią. Ponownie celnicy zagadują mnie o różne rzeczy. Początkowo myślałem, że to takie formalności, a oni to robią z czystej ciekawości. Dziwią się skąd jadę, oglądają sprzęt itp. polecają i tłumaczą gdzie znajdę basen zasilany wodami termalnymi. Ogólnie bardzo sympatycznie. Byłem przekonany, że dla nich tacy jak ja to codzienność i rutyna ;)

    Po wjechaniu do Rumunii czuję się jakoś bardzo swojsko. Pewnie dlatego, że rok temu zjeździłem po tym państwie dobrych 1000 km, ale też wróciłem przecież na teren UE :)

    W Jambolji sprawdzam basen polecany przez celnika, ale jakoś nie zachęca mnie. Wygląda jak jedno ze starych odkrytych kąpielisk, jakie można było spotkać w Polsce dobrych 20 lat temu. Przecież aż tak nie śmierdzę – jadę dalej ;)

    W centrum próbuję zrobić jakieś zakupy na śniadanie, ale w sklepie nic ciekawego nie znajduję, więc kupuję loda, radlera, zasiadam na ławce i obserwuję poranne życie miasteczka. Kultura inna od naszej. Ludzie są dużo bardziej ekspresyjni i otwarci w kontaktach miedzy sobą. Krzyczą do siebie przez ulicę, gwiżdżą, pozdrawiają, głośno dyskutują.

    Po pewnym czasie dostrzegam, że przed jednym z lokali w zasadzie cały czas ustawiona jest kolejka ludzi. Wszyscy wychodzący coś zajadają, więc postanawiam sprawdzić co to takiego. Po odstaniu swojego, zajadam się do syta 2 sztukami ciepłych langoszy ze śmietaną i czekoladą.

    Ruszam w kierunku mojego głównego celu na dziś, czyli Timisoary. Niestety droga w kierunku miasta jest dużo bardziej ruchliwa i kierowcy rumuńscy szybko przypominają mi, jak bardzo ich znienawidziłem w ubiegłym roku. Do pięknego centrum wjeżdżam w porze obiadowej, więc korzystam z obecności Mc Donald’s i stołuję się w najlepsze. Po pewnym czasie podchodzi do mnie dziewczyna z obsługi i mówi coś do mnie po rumuńsku. Tłumaczę, że nic nie rozumiem i odchodzi. W sumie to jeden wyraz udało mi się z tego wszystkiego wyłuskać – bicikleta, czyli rower ;) Po chwili przychodzi pani kierownik i tłumaczy po angielsku, że po drugiej stronie placu są stojaki na rowery i że mój nie może sobie tak stać przed wejściem :) Tłumaczę, że przecież nie zostawię gdzieś tam roweru, skoro siedzę i jem tutaj. Jest miła i mówi że rozumie, ale upiera się przy swoim. Ja się już wkurzam i mówię, że nigdy nigdzie się z czymś takim nie spotkałem. Mam przerwać posiłek i iść gdzieś przestawiać rower. Olewam to i już więcej do mnie nie przychodzi ;)

    A siedzę dosyć długo, bo chcę naładować baterie do pełna i obmyślam plan na dalsza jazdę. Czy odbijać już na północ w kierunku domu? W głębi Rumunii kuszą piękne Karpaty, ale nie zdążę wrócić zgodnie z planem. Postanawiam choć liznąć gór, więc obieram kierunek na miejscowość Lipova.

    Jazda droga wylotową z miasta to kompletna porażka. Ruch olbrzymi, brak pobocza, a kierowcy maja mnie chyba za największego wroga. Większość wyprzedza mnie na styk. Tiry potrafią przelecieć obok mnie nawet nie zwalniając odrobinę. Gdy kolejny wariat wyjeżdża mi na czołówkę z naprzeciwka, zaczynam dosłownie bać się o swoje życie i zdrowie. Zjeżdżam na bok i klnąc na nich wszystkich przeglądam mapę, by jakoś uciec z tego piekełka. Niestety nie znajduję żadnej alternatywy. Zauważam jednak, że kilka km dalej moja droga krzyżuje się z autostradą A1. Myślę sobie, że to może być przyczyna tak dużego ruchu, więc postanawiam zaryzykować jeszcze trochę i sprawdzić jak będzie dalej. Moje przypuszczenia były słuszne. Im bardziej się oddalam od miasta, tym ruch mniejszy, a czasem wręcz zerowy. W końcu mogę odetchnąć, a dodatkowo na horyzoncie pojawiają się pierwsze zmarszczki, które zdradzają, że zbliżam się do swojego celu.

    Po pewnym czasie droga zaczyna wyglądać jak po nalocie dywanowym. Pomimo że jest dziura na dziurze, ja nie tracę humoru. Pomykam zygzakiem pomiędzy nimi i dziękuję, że istnieją. Bo dzięki nim prawie nikt tu nie jeździ i mam święty spokój! :) Teraz to ja wyprzedam sporadycznie napotkane samochody, w tym nawet jednego tira. Po prostu mając dwie osie nie da się sprawnie wyminąć wszystkiego. A ja sobie hasam :)

    Po dotarciu do miasteczka trochę się kręcę, po czym wstępuję do lokalnego baru, bo jakoś dziwnie kusi mnie jego klimat. Jest już wieczór, więc szukam na mapie jakiegoś wzniesienia, żeby rano mieć jakiś ciekawy widok. Gdy już ruszam w jego kierunku, zauważam na wzgórzu ruiny zamku. No i zmiana planów – chcę tam! :) Przejeżdżam na drugi brzeg rzeki i kombinuje jak się tam dostać. Pytam napotkanego chłopaczka i wszystko mi bardzo sympatycznie tłumaczy. Choć mieszka tam całe życie, to był pod zamkiem cały jeden raz ;) Upewniam się jeszcze czy będę tam bezpieczny pod namiotem. Stwierdza, że nie mam się czym martwić.

    Pozostaje mi więc wspiąć się stromym pieszym szlakiem na górę. Rower w zasadzie wciągnąłem tam na chama i naszarpałem się przy tym nieźle. Ale warto było! U góry nie ma nikogo. Zjadam kolację z polskim akcentem i już w półmroku biorę się za rozkładanie namiotu. Po wszystkim siadam na trawie i obserwuję niknącą za szczytami kolorową łunę. Gwiazdy na niebie i światła miasteczka na dole stają się coraz wyraźniejsze. To jedna z tych chwil, która zapada na długo w pamięci. W tym momencie poczułem spełnienie całego wyjazdu i wiedziałem już, że o poranku mogę się kierować z czystym sumieniem do domu :)

    Dystans: 149 km W górę: 693 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1036669943

    Dzień VI

    Rano budzi mnie przejeżdżający w dole pociąg. Widoki są piękne – ruiny zamku w pełnej okazałości oraz widok na spowitą mgłą dolinę Maruszy.

    Wzorem ubiegłorocznego wyjazdu, wycieczkę planuję zakończyć w słowackich Koszycach, skąd mam sprawdzone połączenie do Polski i dalej w zasadzie pod sam dom. Planuję mniej więcej trasę, starając się omijać główne drogi (szczególnie w Rumunii). Wychodzi nieco ponad 400 km, a do odjazdu pociągu mam jeszcze grubo ponad dobę. Postanawiam jechać do późnej nocy, następnie bez rozbijania namiotu zdrzemnąć się ze 2 godziny i kontynuować trasę aż do celu.

    Przez Rumunię jadę przyjemnymi bocznymi drogami, choć z jakością nawierzchni bywa kiepsko. Kawałek za miasteczkiem Ghioroc odkrywam, że w tylnym kole schodzi mi powietrze. No nie, Conti znowu zawiodły! Wracam do centrum, żeby wykorzystać ten czas również na jakiś posiłek. Zjadam lody i zabieram się za robotę. Już mam ściągać oponę, gdy zauważam, że końcówka wentyla presta jest niedokręcona. Postanawiam najpierw dobić powietrze i poczekać. Po 15 minutach nic nie schodzi – jedziemy dalej :)

    Przemieszczając się dalej na północ, z prawej strony na horyzoncie mogę przez długi czas obserwować jeszcze pasmo Karpat

    Późnym popołudniem ląduję w przygranicznym mieście Salonta, gdzie wydaję resztę rumuńskiej waluty i ruszam w kierunku granicy z Węgrami. Ponownie celnik wypytuje mnie o szczegóły mojej wycieczki itp. Pyta, jak mi się podobało w Rumunii. Odpowiadam, że kraj piękny, ale wspominam o tragicznym podejściu kierowców do bezpieczeństwa rowerzystów. Kiwa twierdząco głową:„yes – very dangerous”

    Wjeżdżam do Węgier i cieszę się, że dużą część trasy przez ten kraj pokonam nocą (ze względu na liczne zakazy, pseudo-ścieżki itp.). Odbijam na północ i jadę przyjemnymi dróżkami przez małe miejscowości. Nastrój dobry, bo ruch samochodowy zerowy. Po kilku kilometrach poznaję przyczynę takiego stanu rzeczy – asfalt zaczyna zanikać i droga zmienia się w polną. Sprawdzam mapę i stwierdzam, że to tylko max kilka kilometrów, więc jadę dalej. Po chwili dostrzegam na środku 2 duże psy. Nie wiem co robić, bo jestem na niezłym zadupiu, a w takim terenie nie mam w razie czego szans ucieczki. Postanawiam powoli podjechać i obserwować ich reakcję. Gdy tylko ruszam w ich kierunku, zrywają się na równe nogi i zaczynają biec w moją stronę. Mało tego! Zza krzaków, z gospodarstwa, wybiegają dwa kolejne, tych samych gabarytów. Typowa wiejska rodzinka :) Powoli się odwracam i zaczynam coś tam do nich krzyczeć, żeby je trochę zdezorientować. Gdy widzą, że robię odwrót - odpuszczają. Na szczęście nie chcę mnie zjeść, a tylko pilnują swojego terenu ;) Niestety jedyny alternatywny objazd oznacza 50 km nadłożonego dystansu. Krzyczę jeszcze w kierunku tegoż gospodarstwa, z nadzieją że ktoś te psy ogarnie i pozwoli mi przejechać – bezskutecznie.

    Nieźle zdemotywowany jadę z powrotem pod granicę i zaczynam objazd. Jakoś po północy docieram do miasta Berettyóújfalu ;) Ubieram się cieplej i zaczynam poszukiwać miejsca na drzemkę. Nie jest to takie łatwe jak się wydawało. Tu ktoś imprezuje, tam twarda ziemia uprawna. Ostatecznie po długich poszukiwaniach kładę się po prostu w śpiworze w polu pszenicy, niedaleko głównej drogi. Budzę się jakoś po 3 nad ranem i mam taki widok.

    Zbieram się do dalszej jazdy, jednak odczuwam spory głód i w związku z tym spore zmęczenie. Jadę w kierunku Dobrzyczyna i zaczynam kalkulować pozostały czas i kilometry. Niestety przez incydent z psami, dalsza jazda wg planu oznaczałaby konieczność trzymania dużego reżimu z postojami. Stwierdzam, że przecież to mój urlop, a nie jakiś ultramaraton i postanawiam podjechać odcinek pod słowacką granicę koleją. Na dworcy w Dobrzyczynie kupuję bilety i zasiadam na dłuższy odpoczynek, na którym zajadam się do syta.

    Pociągiem dojeżdżam w okolice Tokaju, po czym jadę znaną mi już z poprzedniego wypadu drogą do Koszyc, po drodze przekraczając granicę. Gdy dojeżdżam na miejsce, zaczyna mocno lać. W samą porę! :) W pociągach planowałem trochę odespać, jednak zarówno w słowackim jak i w polskim składzie zagadali mnie podróżni i w zasadzie większość trasy przedyskutowałem z ciekawymi ludźmi. W Zwardoniu już klasycznie śpię na peronowej ławce w oczekiwaniu na pierwszy pociąg do Katowic ;)

    W domu zjawiam się dokładnie po 7 dobach od startu, gdzie wita mnie zaspana żona z synkiem :)

    W sumie w ciągu 6 dni przejechałem około 1300 km i byłem w 7 różnych państwach, więc pomimo że krajobrazowo bywało nieco monotonnie (długie płaskie odcinki), to kulturowo bardzo ciekawie ;)

    Podsumowując - właśnie za to uwielbiam rower. Planowo miałem jeździć po Alpach, a w zasadzie z dnia na dzień zmieniłem plany i po prostu pojechałem przed siebie. Wszystkie niezbędne rzeczy miałem ze sobą, więc w zasadzie jechałem i nigdy nie wiedziałem gdzie danego dnia wyląduję, co będę widział i gdzie będę spał. Pięknie :)

    Dystans: 230 km W górę: 917 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1038873240

    +dojazd spod Tokaju do Koszyc:

    Dystans: 51 km W górę: 360 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1038873240

    Cała galeria: https://goo.gl/photos/QRR4gEWKGLY9tJj5A

    Mój tag ----> #byczysnarowerze

    #podroze #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #100km #100km #200km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    798125 - 255 - 221 - 216 = 797433

    Spontaniczna szwendaczka z kuferkiem po kilku krajach na południe od Polski. W sumie w ciągu 6 dni byłem w 6 różnych państwach.

    Na tydzień „bożocielny” miałem pierwotnie zaplanowany wypad w Alpy, jednak gdy dzień przed wyjazdem sprawdziłem prognozy pogody dla tego obszaru, zacząłem myśleć nad zmianą kierunku. Chudy portfel też przemawiał za krajami bardziej przystępnymi cenowo. No to wymyśliłem: jadę na południe, a potem się zobaczy ;) Wstępnie wyrysowałem część trasy, jednak ostatecznie miałem wyrysowane jeszcze mniej, bo Garmin miał problemy z wyświetleniem takiej ilości punktów (za duży ślad gpx).
    Głównym celem tego wypadu miał być też test strategii noclegowej jaką miałem przyjąć na sierpniowym MRDP. Zakupiłem zdecydowanie mniejszy i o ponad kilogram lżejszy od dotychczasowego namiot jednoosobowy. Biorąc pod uwagę skromny budżet, padło na Rockland Soloist. Niestety nawet nie było mi dane wykonać testowego rozłożenia przed startem. Jak spontan, to spontan :)

    Dzień I

    W sobotę pobudka o 4 rano. Ostatni w tym tygodniu prysznic, dopakowuję ciasto owsiane standardowo już upieczone na drogę przez żonkę i około 5:30 w końcu wyruszam! AWOL ubrany w kuferek wygląda - jak to trafnie ocenił Emes na zlocie - jak po wyjeździe z lidlowej wyprzedaży :) Ważę cały zestaw bez napojów i prowiantu – 20 kg. Dużo! Tu foto zabranego ekwipunku
    Pierwsze kilometry w kierunku Żor i już pierwsze zwątpienie – odzywa się ból w okolicy prawego kolana, który dokuczał mi podczas Maratonu Podróżnika w którym startowałem zaledwie tydzień wcześniej. Do tego wieje mi centralnie w twarz. Co któraś nieostrożna próba naciśnięcia na pedał wywołuje ból. Czy jest sens w ogóle wyruszać? Do domu jeszcze blisko.
    Postanawiam mimo wszystko jechać. W miarę oszczędnie, a jeżeli będzie bardzo źle, to przenocuję gdzieś i następnego dnia wrócę. Zauważam, że robiąc podjazdy na stojąco, ból prawie nie dokucza.

    W Cieszynie mijam Maca. Zajeżdżam na mały postój, bo przecież urlop i co sobie będę żałował ;)
    Po przekroczeniu Olzy jestem w Czechach. Nie zabawiam w tym państwie na długo, bo już po 35 km, przez niewielką przełęcz przedostaję się do Słowacji.
    Ta jednak wita mnie deszczem. Jadę dalej na krótko, bo wygląda to na przelotny epizod. Po godzinie przestaję się już łudzić, jednak jest mi za zimno żeby się zatrzymywać, więc ciągnę to dalej. Po dwóch godzinach ciągłych opadów wychładza mnie na tyle, że postój to już mus. Dodatkowo cały czas nie daje o sobie zapomnieć kolano, więc postanawiam je przyodziać w nogawkę. Na przystanku mnie nieźle telepie. Uzbrojony i odżywiony ruszam dalej. W okolicy Strecna przekraczam most nad Wagiem, skąd rozpościera się ładny widoki na zamek.
    Opad słabnie, więc nastrój trochę poprawiony, jednak jak się okazuje - nie na długo. Gdy wjeżdżam na drogę w kierunku Martina, zatrzymują mnie służby drogowe i okazuje się, że na skutek deszczu jezdnia obsunęła się i nie mam szans na przejazd. „Tylko Žilina, Tylko Žilina” czyli muszę się wracać i szukać drogi dookoła. Co za pech. No ale trudno, nie mam przecież sztywno wytyczonej trasy i nie jest to jakiś duży problem. Mimo wszystko szkoda, bo widokowo droga zapowiadała się elegancko.

    Odwracam rower w przeciwnym kierunku, ruszam i co? W tylnym kole zero powietrza! No jeszcze tego brakowało. Przecież mam komplet nowych opon Conti Gatorskin, które miały być takie och ach odporne na przebicia. Już nieźle wkurzony chowam się pod jakiś most, bo wciąż siąpi i szukam przyczyny awarii. Znajduję małe szkiełko, więc decyduję się na łatanie. Patrzę na to wszystko z boku wkurzony: jestem przemoczony, rower cały ufajdany, a bagaże już przekopane i z pierwotnego ładu nic nie zostało. Dopiero wyruszyłem, a czuję się i wyglądam jakbym już przeciorał się dobry tydzień w krzokach. Mam serdecznie dość, ale jakoś się zbieram do kupy i staram się potraktować ten dzień jako dzień próby.
    Dalej już na szczęście bez niespodzianek. Późnym popołudniem wychodzi nawet słońce i udaje się trochę podsuszyć ubrania, a również ból kolana o dziwo prawie zupełnie odpuszcza  Widoki też się klarują i mogę podziwiać okolice Wielkiej Fatry. Na stacji benzynowej dobijam oponę do prawilnych 7 bar i już z dużo większym optymizmem szukam miejscówki pod namiot.

    Przypadkiem ładuję się na jakiś nowy odcinek drogi ekspresowej, jednak widzę na mapie, że to tylko kilka kilometrów, a ruch jest prawie zerowy, więc postanawiam kontynuować. Po chwili po prawej zauważam przyjemną polankę(zdjęcie z dnia następnego) ze świeżo skoszoną trawą. Ponieważ nie mam ze sobą typowej karimaty, a tylko cienką matę, korzystam z okazji i po przeskoczeniu barierek mogę już przygotować swój trawiasty podkład pod namiot ;) Już w półmroku walczę pierwszy raz z nowym namiotem. Dziwi mnie ilość aż 14 szt. szpilek. Niestety nie jest on samonośny i aby stał stabilnie, trzeba wykorzystać wszystkie i dobrze ponaciągać materiał. Ciężko mi się przyzwyczaić do ciasnoty, bo dotychczasowy namiot był o budowie kopułowej i przede wszystkim był 2-osobowy i samonośny, oraz posiadał 2 obszerne przedsionki. Mimo wszystko gdy już się leży, miejsca jest wystarczająco. Problem pojawia się, gdy się chce posiedzieć, obrócić itp.
    Przed snem trochę rozmyślam i wiem już, że ta opcja noclegowa na MRDP zdecydowanie nie sprawdzi się. Zasypiam dosyć szybko, bo to był męczący dzień.

    Dystans: 255 km W górę: 2878 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1030772620

    Dzień II

    Po bardzo wilgotnej nocy, zwijam mokry jeszcze namiot i chwilę przed 8 ruszam w dalszą drogę. Z grubsza planuje sobie, żeby późnym popołudniem dotrzeć do Budapesztu, gdzie mógłbym zjeść jakiś porządny obiad.

    Na pierwszy rzut napotykam zamkniętą drogę z zakazem wjazdu (jakieś roboty drogowe). Chwilę przeglądam mapę, jednak objazd byłby dość kłopotliwy, więc postanawiam zaryzykować i jadę dalej. Droga trochę rozkopana, ale mijam jakieś auto jadące z naprzeciwka, więc jest nadzieja, że da radę przejechać. Pod jednym z domów pytam bawiące się dzieci o romskiej urodzie, czy dojadę do Kremnicy. Wyglądają na bardzo zafascynowane i proszą żeby zaczekać, że zaraz zawołają ojca. Po chwili wychodzi i przytakuje: jechać, jechać. Droga jest trochę żwirowo – błotnista. Mijam trwające w najlepsze prace drogowe i przejeżdżam pomiędzy ciężkim sprzętem. Dla pewności pytam jeszcze jednego z budowlańców o przejezdność i macha tylko ręką, żeby jechać dalej. Ze Słowakami dogadać się żaden problem, ale wiem, że wkrótce na Węgrzech głównym językiem będzie migowy ;)

    Dalszą jazdę kontynuuję bardzo malowniczą doliną Hronu . Jedzie mi się tu bardzo przyjemnie. Spodziewałem się tutaj gorszych jakościowo dróg i większego ruchu, tymczasem jest zupełnie odwrotnie. W ogólnym rozrachunku okaże się, że to jeden z najprzyjemniejszych odcinków całej wycieczki.

    Ponieważ wiem, że niebawem wjadę na niziny, robię sobie jeszcze dłuższy postój na jednej z polanek. Korzystając z pięknej słonecznej pogody, suszę namiot i śpiwór.

    Granicę z Węgrami przekraczam na moście nad Dunajem, w Ostrzyhomiu. Do Budapesztu jeszcze dobrych 50 km, więc postanawiam zjeść coś obiadowego właśnie tutaj. Ostatecznie ląduję w pizzerii, gdzie zamiast bekonu na pizzy, mam wielkie kawałki tłustej czerwonej kiełbasy. Po dwóch zjedzonych kawałkach, tłuszczu mam po dziurki w nosie, więc zdejmuję je z reszty i jakoś dopycham resztę. Mam tylko nadzieję, że się po tym nie pochoruję.

    Jest niedziela popołudniu, więc dalsza droga do Budapesztu to komunikacyjny dramat. Po kilku kilometrach w tym młynie mam już dość. Zaczynam nawet myśleć, czy nie odpuścić wizyty w tym mieście i ominąć je bokiem. Na szczęście udaje mi się znaleźć nitkę drogi niższej kategorii i do centrum dojeżdżam w znośnych warunkach. W centrum spędzam trochę czasu. Zaczepia mnie para Turków, zafascynowana moim… kuferkiem. Robią zdjęcia i mówią, że jeszcze nie widzieli tego typu rozwiązania ;) Rozmawiamy chwilę i korzystając z okazji, proszę o zrobienie pamiątkowego zdjęcia.

    Zaczyna zmierzchać, więc zaczynam uciekać z centrum, by zdążyć jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce na biwak. Już po ciemku tłukę się jakimiś dziurawymi przedmieściami. Niedaleko autostrady udaje mi się znaleźć kawałek nieużytku. Na mapie widzę, że dalej zaczynają się kolejne zabudowania aglomeracji, więc szansa na znalezienie lepszej opcji w sensownym czasie jest niewielka. Trawa jest dość wysoka, więc po odpowiednim jej ugnieceniu udaje się sklecić całkiem sensowne posłanie ;) Rozłożenie namiotu idzie mi już sprawniej. Zasypiając słyszę odgłosy pobliskiej autostrady i setek insektów, które bezskutecznie próbują dostać się do wnętrza namiotu na krwista przekąskę.

    Dystans: 221 km W górę: 1700 m (wg Stravy)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1032310879

    Dzień III

    Wczesnym rankiem jest ciepło i sucho – zapowiada się upalny dzień. Namiot mokry jest jedynie od po wewnętrznej stronie tropiku, efekt kondensacji pary wodnej. Trochę go podsuszam w promieniach słońca, pakuję się i wyruszam. Na dziś zaplanowałem sobie przekroczenie granicy z Chorwacją. Jak się okaże, nie będzie to takie łatwe zadanie.

    Pierwsze kilometry to jazda wąską i dziurawą drogą biegnącą przez osiedla domków jednorodzinnych. Z naprzeciwka ciągły sznur aut. No tak, jest poniedziałek rano i wszyscy jadą do stolicy do pracy. Byle szybko stąd uciec. Po pewnym czasie wjeżdżam na szlak rowerowy Euro Velo 6, łączący Atlantyk z Morzem Czarnym. Droga prowadzi wzdłuż jednego z kanałów Dunaju. Stan jej nawierzchni to kompletna porażka. Wprawdzie nie ma tu ruchu samochodowego, ale prędkość jazdy oscyluje w granicach 5-10 km/h. Dziura na dziurze, a w zasadzie są to tylko łaty, pozostałości asfaltu.

    Tym sposoben dojeżdżam do Ráckeve. Chwilę krążę po centrum, a następnie tłukę się i walczę z często absurdalnymi zakazami jazdy dla rowerów, by docelowo wjechać na drogę nr 51, która wg mapy ma mnie zaprowadzić na południe kraju. Okazuje się to złym wyborem. Droga jest wprawdzie akceptowalnej jakości (choć nawierzchnia ciągle dziurawa), jednak nasilenie ruchu i zachowanie kierowców momentami doprowadzają mnie do szału. Na domiar złego, droga nie jest w żaden sposób osłonięta, więc upał i czołowy wiatr który towarzyszy mi od rana, szybko wysysają ze mnie siły i chęci do dalszej jazdy. W pewnym momencie zjeżdżam do cienia, posilam się i zaczynam kombinować jak z tego wybrnąć. Znajduję potencjalnie lepszą alternatywę, ale jeszcze te kilkanaście km muszę przemęczyć po wspomnianej drodze. Postanawiam poszukać szczęścia na drugim brzegu Dunaju i po 30 km przekraczam rzekę w miejscowości Dunaföldvár. Udaje mi się jeszcze znaleźć 20 km przyjemnej nitki w kierunku południowym, jednak w miejscowości Dunakömlőd, łączy się ona z drogą krajową nr 6, na której oczywiście obowiązuje zakaz ruchu dla rowerów. Próbuję jakoś ominąć ten odcinek, jednak bezskutecznie. Dzięki temu przypadkiem trafiam jednak w ciekawe miejsce, a mianowicie wzgórze z ruinami fortu Lussonium, z ładym widokiem na samo miasteczko. Gdyby był wieczór, to miejsce pod biwak idealne. Niestety jest godzina 14, a na liczniku dopiero 100 km.
    Zjeżdżam do wspomnianej krajówki, bo innej opcji brak. Na szczęście ruch jest niewielki, bo równolegle do mojej drogi biegnie autostrada M6. Jest jednak nadal czołowo pod wiatr i słońce przypieka ostro. Postanawiam dojechać na obiad do Szekszárd, bo wyczaiłem, że jest tam Mc Donald's. W miejscowości Paks, pytam miejscowego rowerzysty, czy dojadę do tego miasta (pozostało około 40km) z pominięciem głównej drogi. Twierdzi, że jest świetna ścieżka rowerowa, więc dziękuję i wjeżdżam na nią jak polecił. Od razu pojawia się uśmiech – bo pomimo, że wieje w twarz, jadę po ścieżce marzeń każdego rowerzysty  Od razu odżywam i mknę przed siebie, w głowie obliczając już o której godzinie będę w upragnionym już McD, mając w perspektywie taki asfalcik. Po kilku kilometrach moja euforia zostaje szybko stłamszona, bo ściezka po prostu kończy się, a jedyną alternatywną droga pozostaje znów krajówka z nowiutkim znakiem zakazu jazdy dla rowerzystów. Co za absurd!. Nie pozostaje nic innego, jak znów ciąć z samochodami. Jest tak gorąco, że postanawiam ochłonąć w mijanym zajeździe. Wygląda skromnie, ale w środku jest pusto, a zimny radlerek i WiFi zachęca by zostać tu dłużej. Zamawiam porcję chilli con carne i odpoczywam. Zjedzenie tej pikantnej potrawy w tych temperaturach wyciąga ze mnie całą wodę ;) Uzupełniam braki drugim piwem i ruszam dalej. Jedzie się dużo przyjemniej. W Macu mimo wszystko biorę zestaw, ale zjadam tylko frytki, a kanapkę pakuję na kolację.

    Dalsza droga w kierunku granicy jest już bardzo przyjemna. Jest chłodniej, wiatr cichnie, a asfalty w końcu są równe i teren jest lekko pofałdowany. Dokucza mi za to ogromna ilość małych muszek, które wciskają się wszędzie i oblepiają całe ciało. Mijam Bataszek i kilka małych miejscowości, słynących przede wszystkim z produkcji win. Przed granica robię ostatnie zakupy i równo o 21 wjeżdżam do Chorwacji. Miła pogawędka z panią policjant, która pyta mnie gdzie jadę i gdzie zamierzam się zatrzymać. Kłamię, że nie zamierzam nocować na terenie Chorwacji (dla cudzoziemców istnieje obowiązek meldunkowy). Nalega jednak, by podać miejsce docelowe – podaję więc rumuńską Timisoarę ;) Szybka fotka na granicy i rozglądam się za miejscem do spania. Niby tereny są typowo rolnicze, jednak mam trochę problemów ze znalezieniem miejsca z miękkim podłożem. Na pola uprawne nie chcę się ładować, by nie być rano nakrytym i posądzonym o jakieś zniszczenia. W końcu znajduję dosłownie skrawek terenu przy miedzy (zdjęcie z poranka).

    To moja pierwsze wizyta w Chorwacji i nocleg na terenie tego państwa. Udało mi się tutaj dojechać w ciągu 3 dni i mimo, że tym razem nie odwiedzę najciekawszej jej części (czyli południe i wybrzeże), to i tak mam satysfakcję, ze dotarłem tu spod domu o własnych siłach :)

    Dystans: 216 km W górę: 944 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1034043426

    ______

    No i znów się rozpisałem ponadplanowo, ale warto utrwalić wspomnienia póki są jeszcze żywe ;)
    Tekstu jest dużo, więc kolejne dni, czyli wizytę w Serbii i Rumunii oraz powrót do domu opiszę w drugim wpisie.

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #podroze #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    853448 - 500 = 852948

    Maraton Podróżnika 2017

    Czyli pętla 500 km spod Ślęży przez Sudety i Karkonosze. Dużo gór (ponad 6k przewyższeń), w tym podobno najtrudniejszy szosowy podjazd w Polsce, czyli Przełęcz Karkonoska. Udało się podjechać całość bez zatrzymania, choć po 130 km odcinku z szybkim tempem i w piekącym słońcu kosztowało mnie bardzo dużo. To nie nie był dobry pomysł, bo przede mną przecież było jeszcze 360 km.

    Trochę problemów z kolanem, ale ostateczkie udało się przejechać całość w czasie 24h15m :)
    Jestem zadowolony z rezultatu. Jak zwykle MP to świetne przygotowanie imprezy i super klimat jaki tworzą ludzie i organizatorzy.
    Niestety nie mam czasu na dłuższą relację, a już minął tydzień, więc wypadało dodać ten wpis.

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/1020142722

    Galeria zdjęć:

    https://photos.google.com/share/AF1QipM65uT-SAzvyVrKLpBiEoSCT7rtGSNuUs7_PNg6GI8oHE_YpKj_Lab9RyyrhSs5jg?hl=pl&key=Mkp5S1c3dzY2dHpVOFBpNEVqVnRlMURDSU9JcGlB

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 500km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

  •  

    890476 - 6 - 5 - 21 - 20 - 23 - 20 - 22 - 48 - 6 - 5 - 21 = 890279

    Przede wszystkim dojazdy do pracy.

    Gdyby ktoś był zainteresowany, to w sobotę można będzie śledzić moje poczynania na tegorocznym Maratonie Podróżnika:

    Relacja sms: http://mrdp.pl/zawodnik/marceli-byczek-mp2017

    Tabela wszyscy zawodnicy: http://mrdp.pl/smsview/?task=grouptable&param=MP2017TR500

    Strona maratonu: http://maraton.podrozerowerowe.info/trasa/

    Nie czuję się w tym roku zbyt mocarny, bo w górach byłem ze 2 razy tylko, więc forma daleka od ubiegłorocznej. Nastawiam się na przejechanie całości, bez zbędnej szarpaniny itp. Liczę na miłe towarzystwo, piękne widoki w nieznanych mi zbytnio rejonach oraz świetną zabawę ;)

    No i pierwszy raz przyjdzie mi się zmierzyć z Karkonoską. Może być różnie :)

    Pozdr :)

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 197km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice
    pokaż całość

    źródło: 17083211.png

  •  

    961573 - 193 - 115 = 961265

    Pogoda w końcu w miarę dopisywała, więc na weekend zaplanowałem sobie dłuższą trasę na północ. Do dyspozycji tylko niedziela, więc trzeba skorzystać jeszcze z poprzedzającej ją nocy ;)

    Zaplanowałem wyjazd około 20 wieczorem, ale gdy „godzina zero” się zbliżała, jakoś straciłem motywację i postanowiłem się położyć i gdy tylko się przebudzę (niezależnie o której godzinie), to po prostu gdzieś wyruszyć. Poleżałem z 15 minut i sobie rozmyślałem. I nagle wymyśliłem! Po co mam drzemać tutaj, skoro mogę wziąć śpiwór, jechać w góry i tam się gdzieś kimnąć jak mnie zmorzy sen ;) Bo gór w tym roku bardzo mało, a maratony coraz bliżej.

    Szybki przepak, śpiwór, karimata i około 22 wyjeżdżam na południe, sam nie wiem jeszcze gdzie. Znaną trasą Przez Tychy, Gostyń i Czarków dojeżdżam do Pszczyny. Tutaj decyduję przelecieć przez Przegibek do Międzybrodzia i dalej przez Żywiec w kierunku Zawoi. Tak też robię, a w Bielsku zahaczam jeszcze McD, gdzie biorę jakieś buły na „śniadaniokolację”.

    Za żywcem odbijam i przez Trzebinię dojeżdżam do Stryszawy. Zbliża się świt, więc powoli myślę nad miejscem na drzemkę. Tylko że wcale mi się spać nie chce! Zero. No ale nie po to targam toboły, żeby z nich nie skorzystać ;)
    Przypominam sobie o małym wodospadzie w Sopotni Wielkiej, nad który trafiłem ze dwa lata temu. Nie pamiętam tylko czy był tam kawałek płaskiego miejsca, żeby się wyłożyć. Ale że lubię spać przy dźwięku płynącej wody, to postanawiam zaryzykować.

    Na miejsce docieram chwilę po 4 rano. Z płaskich miejsc są tylko 2 ławki, więc wybieram tę położoną dalej od drogi. Zjadam zimnego Wieś Maca i choć niebo już jaśnieje, ja się wsuwam do śpiworka.
    Po niecałej godzinie budzi mnie skurcz – w trakcie snu próbowałem się wyciągnąć i jakoś niefortunnie przekręciłem nogę. Mega ból, jednak po około 15 sekundach przeszło. Jeszcze trochę podrzemałem i zacząłem się leniwie zbierać. Trochę się wkurzam na podsiodłówkę (Author Sumo), bo żeby ją porządnie upchać muszę zdjąć ją z roweru, a ponowne zakładanie jest w tym modelu dosyć upierdliwe.

    Na początek zjeżdżam do Jeleśni i zaczynam wspinać się do miejscowości Koszarawa, bo powoli chcę się dostać do Zawoi, skąd planuję podjazd na Przełęcz Krowiarki – najwyższy punkt wycieczki.

    Pogoda się pięknie klaruje i pierwszy raz w tym roku przebieram się na krótko. Dobrze że spakowałem krótkie spodnie, bo inaczej bym się zagotował i zniknął ;) Pod Krowiarki jedzie mi się przyjemnie – przed sobą widzę zaśnieżone jeszcze zbocza Pasma Babiogórskiego. Na przełęczy robię dłuższy postój i zastanawiam się co dalej. Początkowo planowałem dołączyć w Makowie Podhalańskim do Krzyśka Sobieckiego, który nocował w schronisku na Przehybie i miał przejeżdżać również przez Maków. Dostaję jednak SMS, że jednak odbija na północ w kierunku Krakowa wcześniej niż planował, więc ten plan odpada.
    Kontaktuję się z @Mortal84 bo wiem, że hasa z chłopakami gdzieś po Beskidzie. Niestety jestem od nich trochę za daleko, więc ta opcja również odpada. Zjeżdżam do Zubrzycy Górnej, gdzie odbijam bardziej na północ, bo przecież jakoś trzeba jeszcze wrócić do domu. Zaczynam nawet kombinować z pociągami, ale ostatecznie postanawiam jechać najszybszą droga do Katowic. Oznacza to prawie 100 km jazdy po krajówkach, co mi się bardzo nie podoba, jednak ostatecznie decyduję się na taki wariant. Po drodze chce jeszcze zahaczyć jakiś obiad, ale co napotykam jakąś restaurację/bar, to odbywają się tam komunie. Już nieźle wygłodzony wpadam do obskurnego baru przed Suchą Beskidzką i wciągam schabowego.

    Na szczęście pomimo dużego ruchu droga nr 28 ma szerokie pobocze i prowadzi malowniczo. W Zatorze odbijam na DK44 i strzała do domu z wiatrem.

    Dziękuję, dobranoc :)

    Album z kilkoma fotkami:

    https://goo.gl/photos/YWQJyaTTXejqknmb8

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/986553035

    https://www.strava.com/activities/985189701

    #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km
    pokaż całość

  •  

    995147 - 222 - 50 = 994875

    Nareszcie skończone! Całe Tychy opanowane!

    Kiedyś siedząc w pracy, uderzyła mi do głowy pewna głupia myśl: „a gdyby tak przejechać wszystkie ulice w mieście na rowerze…”

    Zacząłem myśleć czy to wykonalne i nawet niedługo potem zacząłem kontrolnie jeździć, jednak po zrobieniu około 10% porzuciłem pomysł na dobre 2 lata. Jednak gdzieś z tyłu głowy cały czas mi to siedziało, a w tym czasie choroba rowerowa postępowała i w końcu zajęła również te obszary mózgu ;)

    Około rok temu postanowiłem zacząć od nowa, już bardziej zdeterminowany. Postanowiłem robić to bez jakiejś spinki, po prostu w dni, kiedy pogoda nie sprzyja dalszym wypadom poza miasto. Najczęściej były to niedziele lub święta – wtedy ruch na ulicach był niewielki i jeździło się dużo bezpieczniej i przyjemniej.

    Początkowo podzieliłem plan miasta na 4 części, gdzie granicami były DK44 i DK1. Ponieważ pierwsza część poszła całkiem sprawnie (opisywałem to tutaj: http://www.wykop.pl/wpis/17115623/902417-160-902257-mialo-padac-a-ze-nie-chcialem-st/ ) przyjąłem zbyt optymistycznie, że zrobię to w 4 etapach. Jednak rzeczywistość zweryfikowała wszystko. Najtrudniejszą okazała się część południowo – zachodnia. Bardzo duże zagęszczenie ulic i osiedli. Dodatkowo mieściła ona starą część miasta, gdzie brukowane uliczki ostro dały w kość moim nadgarstkom.
    To właśnie dłonie, nadgarstki i rower ucierpiały najbardziej. Ogromna ilość błotnistych i szutrowych ścieżek, niezliczone ilości pokonanych krawężników, trawników itp. Choć nie było łatwo, to całość wspominam całkiem przyjemnie, bo takie jeżdżenie ma swój specyficzny charakter.
    Przede wszystkim obszczekało mnie setki psów. Z kolei jeżdżąc po terenach przemysłowych w dni wolne, wzbudziłem czujność niejednego emeryta siedzącego w budce na bramie. Dziwne spojrzenia ludzi, bo ktoś im podjeżdża bądź kręci się po posesji też były na porządku dziennym.

    Nie obyło się tez bez incydentów. Miesiąc temu jedna z jazd zakończyła się na rondzie, gdzie kierowca nie ustąpił mi pierwszeństwa i musiałem się ratować. Skończyło się na uszkodzeniach roweru, ja na szczęście jestem cały (obecnie jestem na etapie odszkodowań z OC sprawcy).
    Przedwczoraj z kolei 2 razy ujechałem na śliskich liściach. Skończyło się na drobnych stłuczeniach.

    Uprzedzając pytania: nie, nie planuję w ten sposób zaliczać innych miast  Tychy to miasto gdzie się wychowałem i spędziłem 30 lat życia. Jeżdżąc po jego wszystkich zakamarkach, mogłem wspominać różne historie i ludzi, o których często całkowicie zapomniałem. Było więc wiele uśmiechów pod nosem, ale też smutnych lub żenujących wspomnień :) Istna defragmentacja mózgu:)

    Podsumowując:
    Łącznie z dojazdami musiałem przejechać około 950 km w miejskich warunkach. Udało się przejechać wzdłuż wszystkich ulic na terenie miasta #tychy które mają swoją nazwę i są ogólnodostępne (np. cześć niektórych leży na terenie firm itp.) Z czasem zacząłem też wjeżdżać na parkingi, ścieżki rowerowe, przecinać aleje w parkach. Początkowo miało być to tylko „ekstra”, jednak gdy dojeżdżałem do kolejnych, to po prostu musiałem odbić, bo dręczyła mnie myśl „tam zaliczyłeś a tutaj nie? Dlaczego?” ;)
    W sumie było więc to 7 „wycieczek”, z czego ostatnia odbyła się wczoraj. Najdłuższa liczyła 225 km.

    Link do Stravy z odejmowanych km:

    https://www.strava.com/activities/974191042
    https://www.strava.com/activities/975264205

    #byczysnarowerze #zaliczulice #nieboperfekcjonistow #rower #ruszkatowice #100km #200km
    pokaż całość

  •  

    1056169 - 424 - 102 - 19 = 1055624

    Pierwsza dłuższa trasa w tym roku. W końcu prognozy pogody na weekend optymistyczne, więc postanowiłem wybrać się na spotkanie forumowe mające miejsce na Roztoczu, na terenie gminy Narol. Wiać miało z południa, więc przy moim zachodnio - wschodnim kierunku trasy powinno być w większości sprawiedliwie z boku ;)

    Niestety z piątkowego wolnego w pracy nici, więc postanawiam wyjechać prosto po pracy i tym sposobem o 16:30 kieruję się na Kraków.
    Początek kiepski, ponieważ o tej godzinie ruch na drodze do Chełmka przez Bieruń Nowy jest olbrzymi. Droga zakorkowana, więc większość tej trasy przejeżdżam po ścieżkach i chodnikach, czasem przeciskając się pomiędzy kolumnami aut środkiem jezdni.

    Jakoś za Żarkami się luzuje, a wiatr zdecydowanie sprzyja, więc do Krakowa dojeżdżam ze średnią na liczniku powyżej 30 km/h. Przez miasto przebijam się ścieżkami rowerowymi, o dziwo idzie całkiem sprawnie. Na Bulwarach robię postój i oglądam zachód, pałaszując ciasto bananowo – owsiane, przygotowane przez Lubą specjalnie na tę okazję ;)

    Na wylocie z Krakowa muszę jeszcze ominąć jakieś roboty w związku z budową S7 i kieruję się spokojną już droga na Niepołomice. Trasa w kierunku Tarnowa prowadzi w dużej części po drogach technicznych biegnących wzdłuż autostrady A4. Ruch znikomy, wiatr raczej sprzyjający, więc jedzie się elegancko. W Tarnowie, po ok 160 km planuję wejść do Maca, który wg strony jest czynny do północy (poza McDrive 24h). Niestety na miejscu rozczarowanie, bo od 23 mają jakąś przerwę techniczną, więc pozostaje mi tylko jechać dalej i szukać jakiejś stacji. Po 40 km znajduję Shella w Dębicy, gdzie trochę się ogarniam i pałaszuję Hot – Doga.

    Kolejny cel pośredni, to Rzeszów. Myślę sobie – tam są aż 3 McD, więc to tam zrobię sobie większą ucztę. Ponieważ droga nr 94 w godzinach nocnych jest pusta i ma szerokie pobocze, postanawiam trochę zmodyfikować pierwotną trasę i przyklejam się do niej długimi odcinkami.
    Do Rzeszowa docieram około 4 nad ranem. Na rynku trochę imprezowiczów – niedobitków i jakieś śmierdzące lokale z kebabami. Niestety wszystkie McD są zamknięte, a najwcześniej otwierany jest dopiero o 7. Szukam jakiejś alternatywy, jednak bez skutku. Kebabownie mnie odpychają, więc ponownie zawiedziony jadę dalej, w poszukiwaniu stacji. Straciłem tylko tutaj czas.
    Niestety długo nie znajduję nic sensownego i na jakimś przystanku robię postój połączony z pożeraniem zapasów (reszta ciasta itp.). Jest jakoś 5 nad ranem, a o dziwo nie jest jakoś bardzo zimno.

    Na wschód od Rzeszowa zaczynają się w końcu większe „zadupia”. Najbardziej marznę już dobrą godzinę po wschodzie słońca, w okolicach 7:00. Do Jarosławia jadę przez Markową i Przeworsk. Kawałek przed miastem znajduję w końcu Statoil i ciepłe jedzenie.
    Kontaktuję się z ekipą forumową i postanawiam spróbować do nich w połowie zaplanowanej przez nich pętli, w Horyńcu – Zdrój. Pisza, że powinni być tam około południa, więc modyfikuję trasę i postanawiam zahaczyć o przygraniczną gminę Wielkie Oczy, która to zawsze mnie intrygowała swoją nazwą ;)
    Na liczniku niedawno pojawiło się 300, a do celu jeszcze jakaś stówka, więc trzeba się sprężać. Teren robi się bardzie pofałdowany, a wiatr zaczyna zawiewać bardziej od frontu. Tereny coraz bardziej odludne, czyli tak jak lubię. Często mijam gniazda z bocianami, zwiastujące nadejście długo wyczekiwanej wiosny ;)

    Gdy w końcu docieram do Wielich Oczu, zatrzymuję się w sklepie na małą wyżerkę. Podpytuję mieszkańca, czy szlak Green Velo do Horyńca będzie przejezdny na rowerze szosowym, Nie zapewnia mnie do końca, jednak postanawiam zaryzykować. Dobra decyzja, bo długimi odcinkami jest to wąski i równy asfalt, wyłączony z ruchu samochodowego.
    Jedynie odcinkami przebijam po szutrach, jednak da się po tym jechać bez większego problemu, bo jest sucho. Na takim właśnie odcinku mijam patrol Straży Granicznej, który zatrzymuje mnie do kontroli. Pytają gdzie jadę itp. Sprawdzają dokumenty i ostrzegają przed przypadkowym przekroczeniem granicy z Ukrainą, wzdłuż której jadę. Ogólnie sympatyczna rozmowa, jednak zabierają mi dobre pół godziny.

    Ponieważ lubię przejścia i tereny przygraniczne, podjeżdżam zobaczyć jak wygląda to w Budomierzu. Dalej przejeżdżam klimatyczny drewniany mostek na rzece Lubaczówka i już w Horyńcu spotykam ekipę zgodnie z planem. Udajemy się wspólnie na zwiedzanie bardzo ładnej i starej Cerkwii w Radrużu, gdzie starsza pani opowiada jej historię z wielkim zaangażowaniem. Pomimo, że klimaty zwiedzania jakoś mnie normalnie nie kręcą, to tutaj słucham z wielką uwagą, więc polecam każdemu.

    Dalej, już bardzo spacerowym tempem kończymy pętlę i w promieniach słońca i zajeżdżamy do Narola, gdzie w końcu mogę pojeść do syta w przyrynkowym barze u Rubina :)
    Nocleg mamy zamówiony w Pizunach, w klimatycznym ośrodku w środku lasu, u źródeł rzeki Tanwi. Wyczytałem gdzieś później, że to podobno jedna z najmniejszych wsi w Polsce ;) Bardzo klimatyczne i spokojne miejsce. Poza nami, nie ma tu więcej gości. Ponieważ ja przyjeżdżam ostatni, a miejsca w domku już brakuje, to dostaje mi się cały inny domek na wyłączność ;) Z uwagi na fakt, że mam całą nockę w plecy, jest mi to bardzo na rękę i po zjedzeniu kolacji, przesypiam bite 9 godzin w zasadzie bez pobudki.
    Rano, po śniadaniu i po rozciąganiu w przyjemnych okolicznościach natury, orientuję się, ze trochę późno wstałem, bo nikogo już nie ma ;)

    Zajeżdżam do Narola na rynek, po czym postanawiam przejechać cześć wczorajszej pętli, która mnie ominęła, bo przecież nie przyjechałem tu tylko po to, żeby zaraz wracać na pociąg.
    To był bardzo dobry pomysł, bo okolice są bardzo klimatyczne i spokojne, szczególnie w niedzielny poranek. W Horyńcu robię pierwszą tego roku przerwę na lody i zwiedzam centrum tego zdrojowego miasteczka. Dalej trzymam się w miarę możliwości blisko linii kolejowej na odcinku Horyniec – Rzeszów, bo w odpowiednim momencie móc zjechać na pociąg powrotny. Ostatecznie ląduję w Jarosławiu, gdzie po obiedzie wsiadam do, jak się okazuje, szynobusu. Jeszcze tylko przesiadka w Rzeszowie i w Krakowie i przed północą jestem w domu. No a rano znów do pracy i koło się weekendowe zamyka ;)

    Podsumowując – warto było! :) Wypad zdecydowanie udany.

    Zaliczone 33 nowe gminy do #zaliczgmine
    Strava:

    https://www.strava.com/activities/923345737
    https://www.strava.com/activities/924977645

    Oraz więcej zdjęć w albumie:

    https://goo.gl/photos/4UVRCTKR7X7huX8XA

    Tag -> #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 545km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: i.imgur.com

Ładuję kolejną stronę...