•  

    Paczka oznaczona - „zwrócić do nadawcy”

    Mój sąsiad jest jedną z tych irytujących osób które ze wszystkich sił starają się zaistnieć na YouTube. Przez lata obserwowałem go, jak próbował połknąć cynamon, leżał płasko na masce samochodu, gdy ten powoli odjeżdżał, czy oblewał się wodą krzycząc "epic win", "epic fail" lub "fuck".
    Dość męczące stało się przyglądanie kolejnym jego błazeństwom, wyczynianym w pogoni za internetową sławą.
    Kiedy więc zapukał pewnego dnia do moich drzwi i powiedział, że wyjeżdża na parę tygodni i poprosił o odbieranie jego poczty, szczerze mówiąc, poczułem ulgę.
    Nie potrafię wyjaśnić spokoju który ogarnął mój umysł, kiedy zrozumiałem, że przez dłuższą chwilę nie będę musiał być świadkiem jakiejkolwiek z jego głupot.
    Zawsze bałem się, że te jego „wyczyny” w końcu wpłyną jakoś na moje życie.

    Przez kilka pierwszych dni rzeczywiście miałem spokój. Otrzymał kilka rachunków, trochę spamu oraz, jak mi się zdawało, urodzinową kartkę.
    Aż pewnego wieczora, gdy wróciłem do domu, zobaczyłem wielką kartonową paczkę czekająca na jego werandzie. Wielkimi, czerwonymi literami wypisana była notka – zwrócić do nadawcy.

    Nie jestem jakimś chucherkiem, ale przyznaję, że miałem problem z podniesieniem tej paczki. Była naprawdę, cholernie ciężka.
    Samo przenoszenie na drugą stronę ulicy było problemem, więc szybko zrozumiałem, że za nic w świecie nie dam rady zanieść jej po schodach, ani nawet przejść z nią przez frontowe drzwi.
    Zdecydowałem, że zaniosę paczkę do swojego garażu i tam zostawię. W końcu nie trzymałem tam samochodu - drzwi do garażu były zwykłą kupą gówna, które nie otwierały się bez asysty solidnego kopa.
    Znacznie łatwiej było mi zostawiać auto na podjeździe, niż codziennie walczyć z tymi drzwiami.Z perspektywy czasu wiem, że powinienem był odłożyć karton na ziemię, przed stoczeniem kolejnej walki z drzwiami..
    Jednak wiecie jak to jest, jak w końcu dobrze ją chwyciłem, tak że mogłem ją wygodnie trzymać, to nie było opcji żebym tak po prostu ją teraz odłożył.

    I w końcu, przy trzecim kopnięciu w te cholerne drzwi, straciłem równowagę i paczka spadła. Z cichym odgłosem, niechybnie zwiastującym pęknięcie czegoś w środku.

    - Cholera - zakląłem.

    Miałem tylko nadzieję, że nie zepsułem niczego ważnego, a zresztą nawet jeśli, to i tak sąsiadowi nic nie powiem, najwyżej obwinie kuriera.

    Z wolnymi rękami mogłem w końcu uporać się z zardzewiałymi drzwiami i nie uwierzycie, jak głośno one stęknęły w proteście.
    Przeciągnąłem pudło przez garaż i zostawiłem w kącie, niech czeka na powrót sąsiada, kiedykolwiek by to nie nastąpiło. I całkiem o nim zapomniałem.
    Co oczywiście zmieniło się po kilku dniach.

    Nie jestem pewien ile czasu minęło, nim zapach przedostał się przez szparę pod drzwiami do domu, ale działo się to powoli.
    Był to taki obrzydliwie słodki smród, przypominający skunksa i właśnie to wytłumaczenie przyjąłem, gdy jeszcze przez kilka kolejnych dni męczyłem się z tym smrodem – drogowe zabójstwo, które pozostawiło ślad, na moim nieszczęsnym domu.
    Dopiero, gdy uzmysłowiłem sobie, że smród narasta, a nie zanika, postanowiłem poszukać jego źródła. Właśnie wtedy otworzyłem po raz pierwszy drzwi od garażu i powalił mnie odór wydobywający się ze środka.

    Sprawca nie był trudny do zidentyfikowania. Jedyną zmianą w moim garażu, było to pudło w rogu. Od razu pomyślałem, że musiało być w środku jakieś zamówione przez sąsiada mięso, które będąc poza lodówką przez tyle czasu, zaczęło po prostu gnić.
    Tylko ile musiało go tam być, skoro była tak cholernie ciężka? Pół krowy zamówił, czy co.
    Zatkałem nos, wziąłem nożyce i podszedłem do paczki. Prawdopodobnie nie potrzebowałem tych nożyc, gdyż spód pudła rozmókł na tyle, że mogłem go z łatwością przebić palcem, ale jakoś nie miałem ochoty wkładać go w gnijące mięso.
    Właśnie ten przegniły spód był powodem dla którego zdecydowałem się otworzyć pudło, zamiast je po prostu wynieść.
    Mam wrażenie, że gdybym tylko spróbował je podnieść, cała „zawartość” natychmiast rozlałaby się po podłodze. Uznałem, że najlepiej będzie wyrzucać mięso po kawałku, choć nie ukrywam, nie byłem z tego rozwiązania zadowolony.

    Moje nożyczki bez problemu przecięły taśmę, przyklejoną na górze paczki. Myślałem wtedy, że ten smród nie może już być gorszy, ale gdy tylko otworzyłem tą przeklętą przesyłkę, zrozumiałem jak bardzo się mylę.
    Odkryłem zupełnie nową gamę smrodu. To było jak otwarcie rozgrzanego pieca, tylko zamiast fali gorąca, spotkałem się z falą moczu, potu, gówna i rozkładu.
    Było to tak obrzydliwe, że cofnąłem się i zmusiłem do zrzygania, jako, że żołądek już podchodził mi do gardła. Nie sądziłem, że mógłbym wytrzymać ten smród w połączeniu z widokiem który dopiero na mnie czekał.
    I nie wstydzę, się tego, że musiałem wybiec na dwór, w pogoni za świeżym powietrzem. Smród był tak przytłaczający, że już po chwili wsiąkł we wszystkie moje rzeczy i odtąd nie odstępował mnie, jakby był moim cieniem.

    Próbowałem wszystkiego – odświeżaczy powietrza, masek, ale nawet trzy prysznice i zmiana ubrań nie pozbyła się tego odoru.
    Każda sekunda, podczas której to pudło leżało w moim garażu, była kolejną sekundą którą wykorzystywał ten smród na przedostanie się do mojego domu. Nie miałem więc wyjścia.
    Wróciłem więc od garażu, widząc otwarte klapy paczki, jakby zachęcające mnie do zajrzenia przez nie.
    Ale byłem przygotowany, tampony ze starych ciuchów wsadziłem do nosa, podszedłem więc dzierżąc w jednej ręce wór na śmieci, a w drugiej najsilniejsze środki czyszczące jakie udało mi się znaleźć.
    Miałem też na sobie najdłuższe z możliwych, gumowe rękawice. Ale, jak się okazało, nie potrzebowałem żadnej z tych rzeczy.

    Nie musiałem nawet dotykać, czy czyścić zawartości przesyłki, by zapewnić sobie koszmary, które od tego dnia, miały nękać mnie już codziennie.
    Bo widzicie, gnijące mięso w pudle, nie było ze świni, czy krowy. Był to mój sąsiad. Cały, wciąż w jednym kawałku.
    Zadzwoniłem po policję, zabrali mnie na przesłuchanie. Ciężko w końcu nie podejrzewać kolesia z trupem w garażu.
    Całe szczęście, szybko doszli do wniosku, że nie miałem z tym nic wspólnego. Moje DNA mogło być na pudle, smród gnijącego ciała mógł krążyć po całym moim domu, ale miałem jeden niepodważalny dowód, który przesądził o mojej niewinności – kamera do vloga.

    Pokazali mi nagrany materiał. Nie wiem, czy to dozwolone, czy też aż tak mi współczuli, czy może pomyśleli, że niczemu to nie zaszkodzi. Tak czy owak, obejrzałem go.

    Mój sąsiad siedział w środku pudła, gdzie śmiejąc się obwieszczał światu, jak to zamierza wysłać się pocztą przez granicę.
    Wziął ze sobą butelki do których miał sikać, jedzenie, poduszkę i parę latarek.
    Jego znajomy, którego widziałem jak asystował mu przy swoich wyczynach, zamknął paczkę, okleił ją i przekazał do załadunku.
    Przez kilka kolejnych godzin, czy może nawet dni, nie jestem pewien, mój sąsiad nagrał kilka scen podczas których starał się relacjonować swoją podróż.
    Słuchałem tak, jak tłumaczył, że teraz jest w jakimś wozie, bo czuje jak ten się porusza.
    „Teraz na pewno jestem w magazynie, całkiem tu ciepło, wciąż mam dużo jedzenia” i tego typu bzdety.
    A potem, w ostatniej scenie, pudło obróciło się, a on skręcił kark i to był koniec. Kamera potem nagrywała jeszcze przez jakiś czas, aż padła jej bateria.

    Jest jednak coś, o czym nie mogłem wspomnieć policji. O tym, co usłyszałem na nagraniu i co będzie mnie prześladowało do końca moich dni.
    Zaraz po chrzęście, który dobiegł ze skręconego karku mojego sąsiada, usłyszałem znajomy zgrzyt, wydobywający się ze starych, zardzewiałych drzwi mojego garażu.

    #pasta #creepystory #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Jestem maniaczką horrorów, #creepypasta i #creepystory przynajmniej 2 razy w tygodniu się czegoś naczytam albo naoglądam, a potem boję się iść np do toalet ;] No ale do rzeczy kiedyś przeczytałam na temat nocnej zmory wiecie nie możecie się ruszać ani mówić ale widzicie i słyszycie niestworzone rzeczy, chciałam osiągnąć ten stan ale się nie udawało aż pewnego razu przez katar musiałam usnąć na plecach no i stało się widzę ciemnośći słyszę tylko głośne bicie swojego serca i ciężki oddech przez usta, widziałam i czułam jak jestem przypięta do łóżka łańcuchami, a coś zbliża się w moim kierunku.. myślałam że się posikam w tym momencie ale na szczęście wszystko zniknęło, schowałam się pod kołdrę i ściskałam swojego miśka. Nie polecam tym co nie mieli okazji tego doświadczyć, a ci co mieli to z chęcią posłucham waszą wersję (╯︵╰,) #koszmar pokaż całość

    •  

      @SilentMouse: Jeśli lubisz takie klimaty i nie miałaś suahili w szkole, tylko angielski to serdecznie polecam r/nosleep na reddicie - założenie jest takie, że nikt nie kwestionuje opowieści OPa, naprawdę wkręcające są niektóre serie

    •  

      @SilentMouse: Raz obudzilem sie lezac na klatce piersiowej i nie moglem sie ruszyc, doznalem uczucia ściągania mi kołdry przez kogos jak w horrorach.
      Nie przestraszylem sie tego kompletnie bo juz wczesniej slyszalem takie historie w domu opowiadane przez starszych domownikow ;-) wiedzialem co i jak. Za gowniarza to bym chyba obsral caly pokoj.

      +: wrnina
    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Mam przerwę w pracy i zawędrowałem na yt na kanały o różnych zjawiskach paranormalnych. Za dzieciaka byłem mega podatny na takie rzeczy. Chyba za dużo The X-files się naoglądałem. Z wiekiem mi przeszło, ale jak przypominam sobie jedną historię to do tej pory włosy stają mi na rękach.

    Obecnie mam 30 lat, jakieś 10-12 lat temu umówiłem się z przyjacielem, że pójdziemy wypić 2-3 piwka na stary bunkier znajdujący się na polach za kościołem i szkołą. Pora była późna, sierpień, godzina 21:30. Bunkier znajdował się około 60 metrów od asfaltowej drogi. W drodze do niego po jednej i drugiej stronie były pola i dopiero po 1,5 km zaczynała się cywilizacja. Obok bunkra stał opuszczony dom i stodoła.

    Kiedy opuściliśmy ostatnie zabudowania trochę nas przypiliło i postanowiliśmy się odlać. Stanęliśmy po przeciwnych stronach drogi i ... wiadomo :) (na rysunku czarne kwadraty to my, bunkier jest w kółku).

    Nagle zrobiło się bardzo cicho, a powietrze stało się, jakby namacalne, elektryczne. Na niebie pojawiła się świetlista ula i wykonała manewr jak na zdjęciu. Wszystko trwało może z 2 sekundy. Popatrzyłem na przyjaciela, on na mnie i padło pytanie:

    - "Ty to kurwa widziałeś?"

    Piwo wypiliśmy na przystanku w milczeniu.

    #creepystory #ufo #paranormalne #creepy
    pokaż całość

    źródło: Untitled.jpg

  •  

    Jest na świecie kraj po ulicach, którego chodzą tysiące morderców. Ludzie Ci nigdy nie zostaną już skazani.
    Jest 6 kwietnia 1994 roku nic nie zapowiada, że tego dnia w Rwandzie rozpocznie się najkrwawsze w historii świata ludobójstwo – w ciągu niespełna 3 miesięcy ponad milion zwykłych obywateli zostanie zamordowanych przy użyciu prymitywnych maczet. Trupów było tak wiele, że po głównych ulicach kraju przejazd samochodem był praktycznie niemożliwy - a to wszystko pod okiem ONZ oraz pomocy Kościoła Katolickiego.


    10 stycznia 1994 roku wysokiej rangi członek oddziału, który oficjalnie ochraniał prezydenta kontaktuje się z wojskami ONZ w sprawie przekazania niezbitych dowodów odnośnie planowanego przez rząd ludobójstwa. Dowodzący misją ONZ chciał zniszczyć magazyny, w których przechowywana była broń zgromadzona do przeprowadzenia rzezi jednak nie wyrażono na to zgody.
    Warto w tym miejscu wyjaśnić w kilku słowach, kto w zasadzie, kogo chciał zamordować. Rwandę zamieszkują głównie dwie grupy etnicznie Tutsi oraz Hutu. Niemcy po kolonizacji tych obszarów oddają władze w ręce Tutsi. Po I wojnie światowej Rwanda przechodzi w ręce Belgów, którzy wprowadzają karty identyfikacyjne z podziałem na rasy (klasyfikacja wielokrotnie była źródłem totalnego przypadku)
    W 1962 roku kraj uzyskuje niepodległość a władzę w kraju po wielu latach bycia odstawionym na boczny tor przejmuje Hutu. Od tego momentu Hutu za główny cel przyjmuje całkowite wyeliminowanie społeczności Tutsi.

    Ludobójstwo:

    6 kwietnia 1994 samolot Falcan 50 wiozący Rwandyjskiego prezydenta zostaje zestrzelony podczas lądowania, wrak samolotu spada do ogrodu pałacu prezydenckiego (znajduje się w nim do dnia dzisiejszego). Wydarzenie to zostało odczytane, jako jednoznaczny sygnał do rozpoczęcia istnej masakry.
    Wszystko wskazuje, że masakra była wcześniej zaplanowana i to z wyprzedzeniem ok 1,5 roku a jej szczegóły omawiane w dyskusjach parlamentarnych. Kobiety były gwałcone przez specjalne zorganizowane komanda chorych na Aids. Reakcją ONZ na wydarzenia z Rwandy było zmniejszenie sił ONZ. Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 912 z dnia 21 kwietnia 1994 zmniejszyła liczbę żołnierzy (z 2,5tyś.) do 270.
    ONZ posiadała już wiedzę o ludobójstwie, mimo to zaniechano używania tego terminu, ponieważ jeśli gdzieś na świecie dochodzi do ludobójstwa, ONZ jest zobligowana do reakcji zbrojnej.
    Na terenie całego kraju urządzono istne polowanie, i mordowanie każdego napotkanego Tutsi. Pełne dane osobowe osób przeznaczonych do likwidacji zostały nawet opublikowane na oficjalnych rządowych listach.
    Ponadto palono domy pełne ludzi, gwałcono i zabijano kobiety i dziewczynki, rozbijano noworodki o ścianę, rozcinano brzuchy ciężarnych kobiet, zabijano dzieci na oczach matek, żony przed mężami. Okaleczano, obcinano kończyny. Wielu masakr dokonywano w kościołach (w tym w polskim kościele Gikondo 9 kwietnia 1994), szkołach i szpitalach, gdzie tysiące osób próbowały znaleźć schronienie. Wrzucano granaty do pomieszczeń pełnych ludzi oraz ścinano głowy.

    Całkowitą liczbę zabitych oceniania się od 800 000 do 1 071 000 ludzi. (Źródło wikipedia).

    Reakcja ONZ:

    Dowódca wojsk ONZ w Rwandzie wysłał prośbę bezpośrednio do Sekretarza Generalnego ONZ Boutrosa Boutrosa-Ghalego o pozwolenie na obronę cywilów rwandyjskich, z których wielu próbowało się chronić w bazach ONZ. Wielokrotne prośby o wzmocnienie kontyngentu również zostały odrzucone. ONZ nakazało bezstronność i nieangażowanie się w żadne walki. Kolejną decyzją ONZ nakazało wycofanie sił pokojowych z rejonu konfliktu oraz oddanie wypuszczenie ludności cywilnej ukrywającej się w bazach ONZ.

    Rola kościoła:

    Z relacji części ocalałych wynika, że wiele ofiar zginęło z rąk katolickich duchownych i zakonnic; rwandyjski rząd twierdzi ponadto, że wiele osób zabito w kościołach, gdzie szukały schronienia.

    Podczas ludobójstwa w 1994 roku ksiądz Wenceslas Munyeshyaka zasłynął tym, że nosił pistolet na biodrze i był w zmowie z milicją Hutu, która zamordowała setki ludzi ukrywających się w jego kościele. Rwandyjski sąd uznał księdza za winnego ludobójstwa i skazał go zaocznie na dożywocie. Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy przez wiele lat starał się doprowadzić do jego procesu.
    Kościół katolicki we Francji nie widzi przeszkód, by ksiądz Munyeshyaka pełnił swoją posługę, co więcej, Kościół broni księdza ze wszystkich sił.
    To nie jest odosobniony przypadek. Po ludobójstwie w Rwandzie sieć klerykalnych i kościelnych organizacji pomogła w ucieczce do Europy księżom i zakonnicom z krwią na rękach, dając im schronienie. Wśród tych duchownych był ksiądz Athanase Seromba, który nakazał zburzenie spychaczami swojego kościoła z dwoma tysiącami Tutsi i zabicie tych, którzy przeżyli. Katoliccy zakonnicy pomogli mu przedostać się do Włoch, gdzie zmienił nazwisko i został proboszczem w Florencji.
    Gdy Seromba został wykryty, główny prokurator Międzynarodowego Trybunału, Carla Del Ponte, oskarżyła Watykan o utrudnianie jego ekstradycji. Stolica Apostolska zakomunikowała jej, że ksiądz „wykonuje dobre uczynki” we Włoszech.

    Ludobójstwo zakończyło się w czerwcu 1994 roku.

    Źródła:

    Wikipedia
    Newsweek
    The Guardian (informacje odnośnie roli kościoła)

    #historia #creepystory #ciekawostki #swiat oraz tag autorski #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: rwanda 1994.jpg 18+

  •  

    Czytając wasze historie, przypomniala mi się moja. Do 20 roku życia mieszkałem w małej wiosce(150-200 mieszkańców). Razem z kolegą mieliśmy dwie koleżanki w wiosce obok. Miałem wtedy 18 lat. 4-5 kilometrów łąkami, lasem, polem. Ogólnie zawsze jak wracalismy od nich w srodku nocy rowerami to bylo trochę strasznie. Któregoś razu pojechaliśmy do nich skuterem kolegi. On prowadził, wiec nic nie pił, ja troche popiłem taniego wińska, ale ogarniałem ( ͡° ͜ʖ ͡°). Grubo po pólnocy stwierdziliśmy że wracamy do domu. Odpaliliśmy skuter i przed siebie. Mijaliśmy te łąki, pola i w pewnym momencie obsrałem zbroje. Ciemno, pusto, a tu z dupy na polu zapalaja sie światła w samochodzie. Wyjezdza z tego pola i jedzie za nami. Pomyslalem ze mam faze po tanim winie, wiec dre morde do kolegi ze wydaje mi się ze cos za nami jedzie. Powiedzialem to z nadzieja ze zaprzeczy. A tu taki chuj. Mowi ze o kurwa, kto to jest i o co chodzi. Kupa w majtkach, wracalismy tamtą droga milion razy i nigdy nikogo nie spotkalismy, a tutaj samochod w srodku pola, ktory dodatkowo za nami jedzie. Jechalismy obaj z obsranymi majtkami, byle tylko jak najszybciej zgubic ten samochod. Jechał za nami cały czas. Milion teorii w głowie. Dojezdzalismy do naszej wioski, samochód ciągle za nami. Jak wjezdza sie do tej wioski to mija się cmentarz. Co chwile zerkalem do tyłu. I wtedy się obsrałem najbardziej. Dojezdzamy do cmentarza, odwracam sie do tyłu - pusto. Samochód zniknął. Do dzis to wspominamy i oboje nie mamy pojęcia co to było, i o co chodziło.
    #creepystory #coolstory #truestory #takbylo #paranormalne
    pokaż całość

  •  

    Mieszkam w Osace, w Japonii i często jeżdżę rano metrem do pracy. Pewnego dnia, kiedy czekałem na pociąg, zauważyłem bezdomnego w kącie stacji. Mamrotał do siebie, kiedy ktoś koło niego przechodził. Trzymał kubek, żebrał.

    Gruba kobieta minęła bezdomnego, ledwo usłyszałem, że powiedział "świnia".

    Wow. Bezdomny obraża ludzi i ciągle liczy, że ktoś da mu pieniądze?

    Później minął go wysoki biznesmen, żebrak powiedział "człowiek".

    Człowiek? Nie mogłem się z tym nie zgodzić, mężczyzna, który przeszedł bez wątpienia był człowiekiem.

    Następnego dnia dotarłem na stację wcześniej niż zwykle i miałem trochę wolnego czasu. Postanowiłem stanąć bliżej bezdomnego i posłuchać jego dziwnego mamrotania.

    Chudy, zmizerniały człowiek minął żebrzącego — wymamrotał on "krowa".

    Krowa? Zbyt chudy jak na krowę, jak dla mnie bardziej indyk, albo kurczak.

    Minutę później gruby facet przeszedł obok mojego obiektu zainteresowań. Powiedział on "ziemniak".

    Ziemniak? Myślałem, że na grubych ludzi mówi "świnia".

    Tego dnia w pracy nie mogłem przestać myśleć o bezdomnym. Starałem się rozgryźć jego zachowanie. Chciałem odnaleźć jakąś logikę w jego mamrotaniu.

    "Może ma jakąś nadprzyrodzoną zdolność?" pomyślałem. W Japonii wielu ludzi wierzy w reinkarnację, gość może potrafi rozpoznać kim byli w poprzednim życiu, czy coś w tym stylu.

    Obserwowałem bezdomnego jeszcze wiele razy i moja teoria wydawała mi się prawdziwa. Często słyszałem, jak nazywał ludzi "królikiem", "cebulą", "ziemniakiem", a nawet "owcą".

    W końcu nie wytrzymałem. Moja ciekawość wzięła górę. Podszedłem do niego, spojrzał na mnie i powiedział "chleb".

    Wrzuciłem do jego kubka kilka monet, zapytałem czy ma jakaś nadprzyrodzoną zdolność odnośnie tego mamrotania.

    Bezdomny uśmiechnął się i powiedział "Tak, w rzeczy samej, posiadam taką zdolność. Odkryłem to w sobie kilka lat temu. Ale to nie jest raczej coś czego mogłeś się spodziewać. Nie potrafię przewidzieć przyszłości, ani czytać w myślach".

    "Jaką więc posiadasz umiejętność?" spytałem prędko.

    "Po prostu, potrafię poznać jaka była ostatnia rzecz, którą dana osoba zjadła".

    Uśmiechnąłem się, ponieważ zdałem sobie sprawę, że miał rację. Powiedział "chleb", ostatnią rzeczą jaką jadłem tego dnia był przypieczony chleb. Odszedłem kiwając głową z niedowierzaniem. Ze wszystkich nadprzyrodzonych umiejętności ta musi być najbardziej bezużyteczna. Wtedy sobie coś przypomniałem...

    pokaż spoiler #pasta #creepystory #byloaledobre
    pokaż całość

    +: ha_nys, jack-lumberjack +9 innych
  •  

    Kim jest człowiek i co odróżnia człowieka od zwierząt? To poczucie własnego “ja” oraz możliwość odczuwania wyższych uczuć takich jak współczucie, miłość czy zazdrość. To również posiadanie w życiu jakiegoś celu i dążenia do niego.
    Jednak historii medycyny wydarzył się pewien epizod, który pozbawił ludzi odczuwana, jakichkolwiek uczuć nawet do własnych dzieci, stwarzając z nich istnych „zombie” poznajcie zabieg Lobotomii wstydliwą kartę w historii medycyny XX wieku.


    W 2016 roku w serwisie Reddit widziałem AMA z osobą po tym zabiegu postanowiłem, zatem do niej napisać 18 marca specjalnie dla was Mirki i Mirabelki dostając oczywiście zgodę na publikację 22 marca od osoby, na której przeprowadzono zabieg opiszę wam trochę o tym. Osoba ta mieszka w USA, ale bez żadnych problemów zgodziła się opowiedzieć mi a w zasadzie Wam jak naprawdę to wygląda z perspektywy osoby po zabiegu.
    Mój rozmówca to już osoba w podeszłym wieku (takie osoby z neta korzystają USA podziwiam). ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Wstęp:

    Lobotomia – zabieg neurochirurgiczny polegający na przecięciu kory przedczołowej, jedna z dawnych metod leczenia chorych na schizofrenię i inne choroby psychiczne.
    Pacjenci poddani lobotomii cierpieli z powodu zmian w ich osobowości (w 91% następujących po lobotomii), padaczki (w 12%), a inne powikłania obejmowały krwotoki śródczaszkowe, ropnie mózgu i otępienie. Do lat sześćdziesiątych w Stanach zjednoczonych przeprowadzono około 60 000 lobotomii. Później ta metoda leczenia została zarzucona. Wg. Różnych źródeł obecnie jest karana (tego pewien nie jestem, w Polsce jest całkowicie zakazana).
    W Polsce w latach 1947–1951 przeprowadzono 176 lobotomii przedczołowych.
    Dochodziło do tego, że nie tylko osoby chore psychicznie były poddawane zabiegowi, – lecz np. skazańcy.
    Sam Freeman przeprowadził zabieg na siostrze Johna F. Kennedy’ego, Rosemary, gdyż jej ojciec zauważył u swojej 23 letniej córki zmiany nastroju, markotność i zainteresowanie mężczyznami. Mimo tego, że większość operacji trudno było uznać za udane (Rosemary do końca życia bełkotała i gapiła się bezmyślnie w ściany).
    Jednym z poważniejszych skutków ubocznych lobotomii przedczołowej jest utrata przez pacjenta poczucia „ciągłości własnego ja”, świadomości, że jest tą samą osobą, którą był wczoraj i będzie jutro czy uczyć względem drugiego człowieka.

    Źródło wstępu: Wikipedia polska, angielska, francuska.

    Historia człowieka, który jest po zabiegu:

    Mój rozmówca, z którym wymieniłem się informacjami a w zasadzie pytaniami mieszka jak pisałem wcześniej w USA dokładniej w stanie Waszyngton. W wieku 21 lat wykryto u niego objawy lekkiej schizofrenii były lata 60-te a zabieg lobotomii był prekursorem w dziedzinie leczenia schizofrenii. Tomek - tak nazwijmy osobę, z którą rozmawiałem zgłosił się do szpitala leczącego osoby z zaburzeniami psychicznymi. W tamtych czasach schizofrenia była chorobą, przez którą zamykano ludzi w szpitalach psychiatrycznych bez ich zgody.
    Tomek postanowił zgodzić się na zabieg przeprowadzenia na nim Lobotomii.

    Tomek 28 maja zgłasza się do szpitala na przeprowadzenie prostego zabiegu polegającego na włożeniu do jego mózgu drutu oraz przecięciu pewnych części, co spowoduje, że przestanie być chory na schizofrenie to oficjalna informacja, jaką uzyskał od lekarza. (Możliwe, że źle przetłumaczyłem to, co napisał niech ktoś mnie poprawi, kto lepiej zna się na medycynie).
    Tego samego dnia Tomasz budzi się po zabiegu niewiele pamięta z pierwszych chwil po przebudzeniu, ale gdy zaczynał odzyskiwać świadomość czuł się zupełnie inaczej początkowo usprawiedliwiał to sobie tym, iż może to normalne uczucie towarzyszące osobą będącym pod wpływem silnych środków znieczulających.

    Pierwszy miesiąc po zabiegu:

    Tu zaczyna się prawdziwy koszmar. Tomek nie odczuwa żadnych uczuć a życie jest dla niego totalnie obojętne. Jego 6 miesięczna córka jak opisuje jest jedynie postacią taką samą jak inni nawet obcy ludzie, których spotyka na ulicy nie wzrusza go jej płacz a żona jest, dla bo jest... Jedyną rzeczą, jaką sprawia mu obecnie przyjemność to seks. Mówi wprost od tego dnia czytaj 28 maja moje życie zakończyło się tam na tym stole operacyjnym tam umarła ta część mnie, która definiowała to, kim jestem.

    Problemy społeczne:

    Do dnia dzisiejszego nawet potrafię wsiąść w autobus i jechać do WalMarktu (sprawdziłem to takie Tesco w USA) i gdy już dojeżdżam do przystanku gdzie jest sklep nie wysiadam tam tylko jadę dalej. Nie potrafię tego wytłumaczyć po prostu jest mi to obojętne gdzie wysiądę czy tu czy gdzie indziej wysiadam tam gdzie stwierdzam, że np. mniej bolą mnie nogi i chcę wyjść. Zona zostawiła mnie w 83 roku od tego roku z nikim się już nie związałem, chociaż próbowałem nie poczułem do nikogo żadnego uczucia. Córka? tak spotykam się z nią a wcześniej się nią zajmowałem robię to, bo tak trzeba. Gdy jednak była chora, jej stan był mi objęty jest chora to jest chora tak mogę to opisać, jaki mam na to wpływ? Żaden odpowiada. Obrazki czy filmy, na których większość osób wybucha płaczem oglądam jak każdą inna scenę nie rozumiem po tylu latach, czemu Ci ludzie plączą jak oni to odczuwają po tylu latach nie pamiętam jak to było czuć coś więcej niż smak potraw czy uczucie upojenia alkoholem.

    Tomasz w 1989 roku dostał od rządu USA odszkodowanie w wysokości 47 tyś dol. (swoją drogą w tamtych czasach była to pewnie niezła suma).

    Jest jedną z 70 tyś osób, na których przeprowadzono zabieg lobotomii informując ich o możliwych powikłaniach.

    António Caetano de Abreu Freire Egas Moniz – twórca lobotomii za wymyślenie tego zabiegu otrzymał w 1949 roku nagrodę Nobla.

    Opracowanie, poza wstępem w 100% własne.

    2-3 najbardziej meteoryczne zapulsowane komentarze odnośnie zabiegu wyślę do niego i postaram się w jak najszybszym czasie uzyskać odpowiedz.

    Kazał was pozdrowić gdy powiedziałem ze wykop peel to taki Polski Reddit :)

    #ciekawostki #medycyna #swiat #zycie #reddit #dokument #dziendobry #creepystory oraz tag autorski #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: lobotomia.jpg

    •  

      @Norwag93: Kolego, ty chyba nie wiesz co mówisz. Jednym z efektów zażycia mocnej dawki LSD jest utrata ego. Po prostu tracisz poczucie siebie, wlasnego ja. Także nie masz racji. Człowiek może ućpać się i stracić przez to ego.

      Zresztą to co piszesz o zwierzetach to bzdury. EGO jest kształtowane nie przez myśli, ale przez potrzeby, zagrożenia itp. Zdecydowanie wszystkie ssaki posiadają mocno rozbudowane ego. Ludzie ego jest inne poniewaz umiemy mówic wiec jesteśmy wstanie opisywac i rozważać o bardzo złożonych czynnościach i abstrakcjach. pokaż całość

    •  

      Kolego, ty chyba nie wiesz co mówisz. Jednym z efektów zażycia mocnej dawki LSD jest utrata ego. Po prostu tracisz poczucie siebie, wlasnego ja. Także nie masz racji. Człowiek może ućpać się i stracić przez to ego.

      @Mattiopl: ego to nie świadomość, tak samo jak poczucie ja to nie jest prawdziwe "ja" o którym tu mówię. Możesz być świadomy ale nie posiadać tożsamości i o to chodzi w śmierci ego. Jesteś obserwatorem który nie potrafi wskazać na to czym jest. Nie masz dostępu do wspomnień, nie wiesz że się naćpałeś, nie wiesz że jesteś człowiekiem, doświadczenia po prostu są. W śmierci ego chodzi o to że nawet jeśli wywalisz wszystko co uważasz za "ja" to i tak pozostaje pewna forma świadomości.

      EGO to nie samoświadomość, to nakładka która umożliwia nam funkcjonowanie w świecie. Śmierć ego to pozostawienie czystej świadomości bez poczucia ja. Ewolucyjnie nie ma to zastosowania, ponieważ skąd miał byś wtedy wiedzieć że jesteś, ot chociażby głodny?

      Śmierć ego występuje też czasami podczas śmierci klinicznej. Ludzie są w stanie opisać co się działo, ale nie są w stanie opisać tego w jaki sposób to obserwowali.

      Czy po udanej reanimacji ciała które było martwe przez np. 5 minut, gdzie mózg na eeg nie dawał żadnych sygnałów, można mówić o tym że to ta sama osoba? Jeśli świadomość to tylko iluzja tworzona przez ten narząd, to świadomość sprzed śmierci przestała istnieć, powstała nowa która myśli że jest tamtą osobą.

      To samo działo by się podczas snu. Idziesz spać, tracisz ciągłość ja i rano budzisz się jako nowa halucynacja mózgu i tylko myślisz że jesteś ja z wczoraj.

      Są zwierzęta które mają poczucie "ja", natomiast nie posiadają tej samoświadomości co my. Nawet komputer może mieć swoje "ja" jeśli będzie posiadał czujniki i oprogramowanie rozróżniające to co jest poza i to co jest w nim. Natomiast nie będzie on świadomy.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (87)

  •  

    Morderstwo Briana Wellsa to jedna z najbardziej tajemniczych zbrodni ostatnich lat.
    To historia niczym z filmu “Pila” z tą różnicą, że wydarzyła się ona naprawdę... Bo jak nazwać inaczej historię człowieka, któremu zostaje założona na szyję duża metalową obrożę z ładunkiem wybuchowym i zapalnikiem czasowym oraz który zostaje zmuszony do wykonywania szeregu zadań skomplikowanych zadań by przeżyć.


    Wydarzenia

    Braian przez 30 lat pracuje, jako dostawca pizzy jest cenionym i zaufanym pracownikiem pizzerii Mama Mia w Erie w Pensylwanii. Po południu 28 sierpnia 2003 r. Wells otrzymał telefon, aby dostarczyć dwie pizzę do 8631 Peach Street, adresu znajdującego się kilka mil od pizzerii. Chwilę później dowiaduje się o zmianie adresu dostarczenia do radiostacji wieży transmisyjnej WSEE-TV na końcu drogi gruntowej.

    Według doniesień organów ścigania, Wells rzekomo spotkał ludzi, których uważał za swoich wspólników, w tym Kennetha Barnesa. Wells podobno uczestniczył w planowaniu napadu na bank, który miał obejmować założenie mu fałszywej bomby. Jeśli zostanie przesłuchany, będzie twierdził, że trzech czarnych ludzi zmusiło go do założenia "żywej" bomby i trzymali go, jako zakładnika.

    W wieży telewizyjnej Wells odkrył, że fabuła się zmieniła, gdy dowiedział się, że bomba była prawdziwa Rozpoczął walkę z mężczyznami i próbował uciec, ale jeden z nich wystrzelił z pistoletu, powodując zatrzymać Wellsa. Ogłuszonemu Wellsowi zostaje założony domowej roboty skomplikowany ładunek wybuchowy na szyi. Sprawcy dali mu wyrafinowaną strzelbę domową i dwie strony ręcznie napisanych instrukcji, które musiał wykonać by przeżyć.

    Zawierały szereg ściśle określonych zadań, w celu zebrania kluczy, które opóźniłyby detonację, a ostatecznie rozbroiłyby ją. Notatka informowała też, że Wells będzie pod stałą obserwacją, a wszelkie próby skontaktowania się z władzami doprowadzą do detonacji bomby.

    Zadanie 1:

    Pierwszym zadaniem było "po cichu" wejście do PNCBanku na Peach Steet i przekazanie kasjerowi przymocowanej notatki żądającej 250 000 $, a także użycie strzelby do zagrożenia komukolwiek, kto nie współpracował lub próbował uciec. Po wejściu do banku Wells wsunął notatkę do kasjera. Notatka dała 15 minut na przekazanie pełnej ilości w przeciwnym razie bomba wybuchnie. Nie mogąc uzyskać dostępu do skarbca w tym czasie, dała mu torbę z 8702 dolarami, którą Wells opuścił w banku.

    Zatrzymanie:

    Około 15 minut później policja zauważyła Wellsa i natychmiast go aresztowała. Wells twierdził, że trzech bezimiennych osób umieściło bombę na szyi, zaopatrzyło go w strzelbę i powiedziało mu, że musi popełnić kradzież i kilka innych zadań, aby go nie zabić.

    Początkowo policja nie próbowała rozbroić urządzenia. Oddział bombowy został po raz pierwszy zawiadomiony, co najmniej 30 minut po pierwszym połączeniu 9-1-1. O godzinie 15.18, Zaledwie na trzy minuty przed przybyciem zespołu bombowego, bomba wybuchła.
    Chociaż w notatce napisano, że zyskałby dodatkowy czas na każdy odnaleziony klucz, ustalono później, że niezależnie od tego, co się rozwinęło, Wells nigdy nie miałby wystarczająco dużo czasu, by ukończyć zadania, aby rozładować bombę: policja przejechała trasę wykonując poszczególne zadania stwierdzając, iż zmieszczenie się w przydzielonym czasie nie było możliwe.

    Opracowanie własne.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #ciekawostki #mordercy #pila oraz tag autorski #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: bomb.jpg

  •  

    Eksperyment rosyjskiego naukowca znany jest jako jedno z najbardziej zwyrodniałych doświadczeń w historii. Gdzie kończy się nauka, a zaczyna szaleństwo?

    Wiele lat przed publicznym zaprezentowaniem dwugłowego psa przez Władimira Demikhowa, szalone eksperymenty Brujukonienki prowadziły od metod eksperymentowania na otwartym sercu aż po niewiarygodne projekty podtrzymywania życia.

    Po wielu latach prób, udało mu się skonstruować maszynę zwaną “Autojektor”. Dzięki tej prymitywnej konstrukcji rosyjski naukowiec potrafił utrzymać uciętą głowę psa przy życiu przez kilka godzin. W 1928 roku swój wynalazek przedstawił szerszej publice - aby udowodnić, że eksperyment się powiódł, uderzył młotkiem o stół, a uszy psa poruszyły się. Kiedy zaświecił mu światłem w oczy, on zamrugał, kiedy zaczął łaskotać go piórkiem, głowa psa ruszała się próbując je ugryźć. Pomimo, że zniesmaczeni widzowie nie czekając na śmierć głowy psa zaczęli tłumnie wychodzić z sali, świat rosyjskiej nauki docenił to wydarzenie i pośmiertnie uhonorował Brujukhonienkę prestiżową nagrodą Lenina.

    Film z "eksperymentu"

    #historia #psychopata #ciekawostki #zwierzeta #creepystory #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: ee194-0.jpg 18+

  •  

    Morderstwo nad jeziorem Bodom jest jednym z najbardziej brutalnych i tajemniczych zabójstw w historii fińskiej kryminologii, a niejasność wokół motywów zbrodni i postaci zabójcy pozostawiła Finlandię w wielkim szoku na wiele lat.

    Historia morderstwa

    Morderstwo miało miejsce w czerwcu 1960 r., a jego ofiarami stało się troje z czwórki nastolatków, którzy wybrali się na kemping nad jezioro Bodom - dwie piętnastolatki, Anja Tuulikki Mäki i Maila Irmeli Björklund, a także osiemnastolatek Seppo Antero Boisman. Jedyną osobą, która przeżyła, był osiemnastoletni Nils Gustafsson, który wyszedł z całego wydarzenia z wieloma poważnymi ranami. Ciała trójki nastolatków odnalezione zostały nad brzegiem jeziora w niedzielny poranek 5 czerwca 1960 r.

    Zaraz po zbrodni...

    Ze śledztwa przeprowadzonego przez policję wynikało, że morderca najpierw przeciął linki od namiotu, w którym spała cała czwórka, a następnie brutalnie dźgał osoby znajdujące się w środku i dziko uderzał ciężkim, tępym narzędziem.

    Przez kolejne miesiące po morderstwie policja otrzymywała wiele poszlak dotyczących ewentualnych motywów zabójstwa i osoby zabójcy, jak np. wskazanie mężczyzny obcego pochodzenia, który został przywieziony do szpitala w Helsinkach dzień po odkryciu zbrodni, lub też mężczyzny, który utopił się w 1969 r. W związku z zabójstwem zaaresztowano wiele osób, ale nigdy nie znaleziono wiarygodnego dowodu na to, aby wnieść oskarżenie.

    Przez wiele lat Nils Gustafsson nie był publicznie podejrzewany o uczestnictwo w zabójstwie. Sam Gustafsson twierdził, że nie pamięta nic, co wydarzyło się pomiędzy momentem, gdy wszyscy poszli spać do namiotu, a obudzeniem się w szpitalu. Po opuszczeniu szpitala Gustafssona poddano hipnozie, w trakcie której podał dokładny rysopis domniemanego mordercy.

    ...i 44 lata później

    W kwietniu 2004 r. Finlandia przypomniała sobie ponownie o morderstwie nad jeziorem Bodom - Narodowe Biuro Śledcze zatrzymało Nilsa Gustafssona pod zarzutem zabójstwa trójki nastolatków. Zarówno aresztowanie jak i przesłuchanie przed sądem trzymane było w sekrecie, jednakże wiadomo było, że policja posiada poważne dowody przemawiające za aresztowaniem Gustafssona.

    NBŚ zatrzymało Gustafssona w kwietniu 2004 na podstawie nowych dowodów DNA. Na czas przesłuchania wstępnego został on uwięziony, jednakże ostatecznie wypuszczono go na wolność. Policja w Espoo otrzymała rozkaz strzeżenia prywatności Gustafssona, jego rodziny i sąsiadów.

    NBŚ zaaresztowało Gustafssona na podstawie jego własnych zeznań, zeznań świadków a także dowodów medycyny sądowej. Biuro zbadało obuwie dwójki chłopców, namiot używany przez nastolatków oraz ślady krwi znajdujące się na nim. Kimmo Himberg z laboratorium stwierdził, że obuwie znalezione na miejscu zbrodni dostarczyło dowodów, które pomogą rozwiązać całą sprawę.

    Choć Gustafsson nie przyznał się do morderstwa, policję nadal najbardziej interesowało to, w jaki sposób doznał on tamtej nocy obrażeń. Oficerowie śledczy chcieli przekonać się czy rany powstały w wyniku walki, samookaleczenia się czy też z innej przyczyny.

    Maj 2004 r. przyniósł nowe wiadomości: na butach należących do Gustafssona znaleziono ślady krwi jednej z zamordowanych dziewcząt. Na podstawie testów DNA przeprowadzonych w laboratorium w Wielkiej Brytanii stwierdzono, że na butach i innych rzeczach znalezionych na miejscu zbrodni nie było śladów DNA należących do kogoś spoza czwórki nastolatków. W momencie zabójstwa buty Gustafssona były ukryte, co w obliczu wyników badań DNA wskazywać może na to, że osobą, która ukryła buty po zbrodni był sam Gustafsson, jednakże policja nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła tym domniemaniom.

    Pod koniec maja 2004 r. sąd rejonowy w Espoo zwolnił Gustafssona, jednakże nadal był on podejrzany o zabójstwo. Gustafsson miał zostać uwolniony od zarzutu popełnienia morderstwa, jeśli w ciągu dwóch miesięcy prokuratura nie postawiłaby żadnych konkretnych zarzutów przeciwko niemu.

    W czerwcu 2005 oskarżyciel z Espoo ogłosił, że Nils Gustafsson zostanie oskarżony o popełnienie potrójnego zabójstwa. Z powodu zbyt dużego zainteresowania procesem ze strony mediów sąd zdecydował się na nałożenie limitu na liczbę reprezentantów mediów i opinii publicznej, która będzie miała wstęp na salę rozpraw. Sędzia Mikkola wyjaśnił, że ma to na celu spokojne i rzetelne wyjaśnienie sprawy.

    Proces

    Proces Nilsa Gustafssona rozpoczął się w sierpniu 2005 r. w sądzie okręgowym w Espoo. Gustafsson został ostatecznie oskarżony o popełnienie morderstwa trzeciego stopnia z pełną premedytacją i w bardzo brutalny sposób.

    Oskarżyciele Heli Haapalehto i Tom Ifström stwierdzili, że motywami zbrodni była zazdrość i kłótnia oraz frustracja seksualna młodego Gustafssona – był on zainteresowany Irmeli Björklund, która jednakże odrzuciła jego zaloty (jej obrażenia na skutek ataku były znacznie poważniejsze niż pozostałej dwójki).

    Wg oskarżycieli Gustaffson zasunął wejście do namiotu w którym spały ofiary, wyciął dziury w powłoce i przeciął linki trzymające namiot tak, aby się on złożył, a następnie przy pomocy noża i tępego narzędzia (np. dużego kamienia) zamordował Tuulikki Mäki, Irmeli Björklund i Seppo Boismana. Gdy ofiary były już martwe, Gustafsson upozorował miejsce zbrodni tak, aby wyglądało na to, że morderstwo popełnione zostało przez osobę z zewnątrz, i na samym końcu położył się pomiędzy ciałami w oczekiwaniu na kogoś, kto ich odnajdzie.

    Śledztwo przeprowadzone przez policję wskazuje na to, że ofiary zmarły w dniu 5 czerwca 1960 r. pomiędzy godziną 4 i 6 rano. Policja wywnioskowała, że rany, które Gustafsson otrzymał na skutek ataku nie były tak poważne, jak o tym wcześniej mówiono. Eksperci ocenili, że jego najpoważniejszymi ranami były wstrząśnienie mózgu, złamania szczęki i kości twarzy oraz siniaki na twarzy. Wg. policji rany, które odniósł, nie prowadziłyby do utraty przytomności, a ponadto dziwne wydaje się, że przeżył tak agresywny atak tylko z kilkoma obrażeniami.

    Riitta Leppiniemi i Heikki Uotila, obrońcy Gustafssona, podtrzymują, że ich klient jest niewinny. Stwierdzili, że Gustafsson nie miał motywu, aby zaatakować swojego przyjaciela oraz jego i swoją dziewczynę. Ponadto krytycznie odnieśli się do badań policji przeprowadzonych w latach 60tych: wg. nich miejsce zbrodni nie zostało prawidłowo zabezpieczone, namiot został zabrany zbyt późno a zdjęcia robione na miejscu zbrodni były złej jakości. Obrońcy zauważyli również, że na miejscu zbrodni były ślady krwi i spermy, które nie należały do nikogo z czwórki nastolatków.

    W trakcie procesu Gustafsson był przesłuchiwany przez oskarżycieli, obronę, sędziego i prawnika reprezentującego rodzinę ofiar. Jego odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania brzmiały zazwyczaj “nie wiem” lub “nie pamiętam”. Przed sądem Gustafsson opowiedział, jak cała czwórka przygotowywała się na wycieczkę i co tego wieczoru robili. Gustafsson twierdzi, że nie było żadnej kłótni i choć obaj z Boismanem zabrali prezerwatywy, zaprzeczył oskarżeniom jakoby próbował dokonać aktu seksualnego z Björklund. Dodatkowo zeznał, że jego stan upojenia alkoholowego nie mógł być większy, niż jego kolegi Boismana.

    22 sierpnia, około godziny 10 rano oskarżony, sędziowie jak i oskarżyciele oraz obrońcy w otoczeniu policji udali się na miejsce zbrodni. Zabrali ze sobą oryginalne rysunki, mapy i fotografie zrobione w 1960 roku. Na miejscu zbrodni towarzyszyło im ok. 100 osób, z czego większość z nich stanowiły media.

    2 dni później wznowiono przesłuchania, w których zeznawała kobieta przebywająca nieopodal miejsca zbrodni. Świadek twierdzi, że przebywała w tym czasie po drugiej stronie zatoczki nad jeziorem razem z koleżanką i dwójką kolegów (jeden z nich znał Gustafssona). W sobotni wieczór grupa Gustafssona przyjechała do nich w odwiedziny i wg. zeznań świadka Gustafsson miał przy sobie butelkę spirytusu oraz kłócił się z Boismanem (świadek miała wrażenie, iż kłótnia dotyczy jednej z dziewcząt). Po ok. godzinie grupa Gustafssona opuściła ich obozowisko, zaś kilka godzin później, około 23.30, z miejsca, w którym rozbity był namiot grupy Gustafssona, dało się słyszeć hałas oraz odjeżdżający motocykl. Rano grupa świadka zauważyła zbiegowisko po drugiej stronie brzegu – gdy tam dotarli, spostrzegli zniszczony namiot oraz karetkę, do której kogoś wnoszono. Na pytanie obrony czemu nikt z nich nie opowiedział tej historii przez 45 lat kobieta zeznała, że zdecydowali pomiędzy sobą, iż nie będą udzielać żadnych informacji jeśli nikt ich o to nie poprosi. Wiarygodność zeznań kobiety może podważać fakt, iż jeden z mężczyzn, który był z nią na kempingu, już nie żyje, a policja nie była w stanie ustalić tożsamości pozostałej dwójki (kobieta twierdzi, że mogła źle zapamiętać ich nazwiska).

    Gustafsson zaprzecza zeznaniom świadka i twierdzi, że nie żadna wizyta nie miała miejsca oraz że nie znał towarzysza kobiety.

    Na początku września do wiadomości publicznej podano sensacyjną wiadomość: wg. NBŚ Gustafsson przyznał się do zbrodni. Śledczy NBŚ, Markku Tuominen, poinformował, że Gustafsson znajdował się w dość nerwowym stanie od momentu, gdy został zaaresztowany, i że rzucił się na łóżko mówiąc: „Co się stało to się stało, to było 15 lat temu”. Tuominen wywnioskował, że Gustafsson nawiązał do swojego współudziału w morderstwie.

    Oświadczenie Tuominena nastąpiło zaraz po artykule w magazynie Alibi, które przeprowadziło wywiad z 40-letnią pielęgniarką twierdzącą, że spotkała Gustafssona ponad 20 lat temu i że wtedy przyznał się on jej do popełnienia zbrodni. Obrona Gustafssona twierdzi, że zeznania kobiety nie są wiarygodne, jednakże kobieta twierdzi, że wg. niej Gustafsson był niemal dumny z tego, że udało mu się uniknąć kary, i że wydawało mu się to śmieszne, że nikt go do tej pory nie podejrzewał.

    Najnowsze wiadomości

    8 września wysłuchano zarzutów końcowych w sprawie przeciwko Nilsowi Gustafssonowi. W swojej przemowie oskarżyciel stwierdził, iż wszystkie dowody wskazują na winę Gustafssona i zażądał dla niego dożywocia, natomiast obrona podtrzymywała, że zabójcą był nieznany napastnik.

    Obie strony w swoich podsumowaniach powiedziały o świadku – kobiecie, która twierdzi, że w czasie całego zdarzenia znajdowała się razem z trójką przyjaciół nieopodal miejsca, w którym dokonano zabójstwa. Opis kobiety wskazujący na to, że Gustafsson był pijany i agresywny, jest wg. oskarżyciela wiarygodny. Tymczasem obrona twierdzi, że zeznania kobiety są trudne do potwierdzenia, jako że jeden z mężczyzn jej towarzyszących już nie żyje, a tożsamość pozostałej dwójki nie mogła zostać określona.

    Wg. obrońcy Gustafssona, Riitty Leppiniemi, oskarżyciele wystąpili z abstrakcyjną teorią, wg. której motywem zabójstwa miała być zazdrość i frustracja seksualna, za co Gustafssona może czekać dożywocie: „Nic w śledztwie policji nie popiera tej zbrodni. Mam nadzieję, że oskarżyciele skupią się na faktach i pozostawią zbyt wybujałą wyobraźnię poza salą sądową”.

    Chociaż obrona podtrzymała niewinność Gustafssona, dodała, iż sama zbrodnia pasuje raczej pod kategorię "nieumyślnego spowodowania śmierci" a nie morderstwa, co oznacza, że przepisy o przedawnieniu wyczerpały się w roku 1980.

    Zakończenie procesu

    07.10.2005 r. Sąd Okręgowy w Espoo ogłosił werdykt – Nils Gustafsson został uznany za niewinnego w procesie dotyczącym morderstwa nad jeziorem Bodom.

    Wg. sądu dowody przedstawione w trakcie procesu przez oskarżycieli okazały się niewystarczające. Sąd podkreślił zasadę domniemania niewinności w przypadkach, w których istnieje choćby odrobina wątpliwości co do winy oskarżonego. Dodatkowo sąd stwierdził, iż zeznania Gustafssona dotyczące luk w pamięci w kwestii wydarzeń w roku 1960 są dość prawdopodobne. Wg. sądu długi czas, który upłynął od momentu zbrodni sprawił, że uzyskanie wiarygodnego obrazu wydarzeń jest dość trudne, a dodatkowo prokurator nie był w stanie ustalić motywu zbrodni.

    Gustaffson nie był obecny przy ogłoszeniu wyroku – dowiedział się o nim w swoim domu w Espoo przez telewizję. Po ogłoszeniu wyroku Gustafsson powiedział swojemu prawnikowi, Riicie Leppiniemi, że odczuwa ulgę i jest szczęśliwy.

    Oskarżyciel Tom Idström nie zdecydował jeszcze, czy wniesie apelację do wyroku. Heikki Lampela, prawnik reprezentujący rodziny ofiar powiedział, że nie był zaskoczony werdyktem, jednakże planuje dokładne przestudiowanie sprawy aby zobaczyć, czy sąd nie popełnił jakiegoś błędu, który będzie mógł być podstawą do odwołania od wyroku.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #mordercy #paranormalne #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: Bodom.jpg

  •  

    Gloomy Sunday - Piosenka która wywołała falę samobójstw a sam autor zabił się skacząc z okna swojego domu w 1968 roku.

    Z wieloma europejskimi utworami muzycznymi łączą się osobliwe opowieści, znacznie bardziej niezwykłe niż te, o których mówią słowa piosenek. Najdziwniejszą jednak historię ma kompozycja zatytułowana "Ponura niedziela."

    Węgierski kompozytor Reszo Seress stworzył ją pewnej deszczowej niedzieli w grudniu 1932 r., w Paryżu. Jego narzeczona zerwała zaręczyny, Seress popadł więc w głęboką depresję. Kiedy rozmyślał o tym, jak przygnębiająca okazała się właśnie ta niedziela jego życia, do głowy przyszła mu smutna nieznana melodia. Nieoczekiwany pomysł wyrwał go z apatii. Napisał piosenkę i nadał jej tytuł "Ponura niedziela." Jej słowa mówiły o tragicznych przeżyciach kochanka. Jego dziewczyna umarła, a on chce popełnić samobójstwo, żeby znów się z nią połączyć.

    Kiedy Seress chciał upowszechnić swoją kompozycję, wydawnictwo odmówiło mu publikacji nut, ponieważ uznano, że "Ponura niedziela" jest zbyt melancholijna. Uważano, że będzie lepiej, jeśli ludzie nigdy jej nie usłyszą. Była to myśl prorocza, ponieważ wkrótce po opublikowaniu w innym wydawnictwie, smutna piosenka zdobyła ponurą sławę. Zaczęto wierzyć, że wywołuje manię samobójczą.

    Pierwszy przypadek zanotowano wiosną 1933 r. Młodzieniec, siedzący w budapeszteńskiej kawiarni poprosił orkiestrę o wykonanie "Ponurej niedzieli." Kiedy orkiestra skończyła grać, poszedł do domu i zastrzelił się. Relacjonując osobliwe dzieje piosenki w The Unknown (maj 1987), Tane Jackson opisuje wiele innych podobnych sytuacji, choć nie podaje żadnych nazwisk ofiar na potwierdzenie jej fatalnej mocy. Podobno wśród ofiar smutnych tonów znalazło się także kilku piosenkarzy, którzy odważyli się włączyć utwór do swojego repertuaru.

    Pewnego dnia zaniepokojeni mieszkańcy domu w Londynie włamali się do mieszkania, z którego dobiegały ich obsesyjne dźwięki "Ponurej niedzieli". Na podłodze leżała właścicielka mieszkania, młoda kobieta, która zmarła z powodu przedawkowania narkotyków, podczas gdy gramofon bez końca odtwarzał płytę z melancholijną piosenką.

    Pod koniec lat trzydziestych wypadków było już tak wiele, że rząd węgierski zabronił publicznego wykonywania "Ponurej niedzieli." Wielu muzyków przyjęło tę decyzję z wielką ulgą, ponieważ obawiali się o swój własny los, ilekroć musieli wykonywać dziwną kompozycję Seressa. Liczne rozgłośnie radiowe, w tym BBC, rozważały zakaz jej emisji. Stacje lokalne w Stanach Zjednoczonych odmawiały jej nadawania. Kilka rodzin samobójców połączyło wysiłki, domagając się całkowitego zakazu jej wykonywania. Ogółem naliczono 200 ofiar melodii.

    Anaelską wersję "Ponurej niedzieli" stworzył Sam Lewis. W 1941 r. piosenkę włączyła do swojego repertuaru i nagrała na płycie Billie Holliday. Wówczas jednak fama utworu zbladła w obliczu dramatycznych wydarzeń historycznych. Druga wojna światowa zbierała krwawe żniwo, a prawdziwe tragedie przysłoniły urojone dramaty. A jednak nawet wtedy zdarzały się wypadki zainspirowane osobliwą melodią.

    Gordon Beck z Salisbury w Wiltshire, lotnik z 76 szwadronu RAF Yeravda, służący w Poonie w Indiach w 1946 r. wspominał niedawno, jak jeden z jego kolegów doznawał uczucia wielkiego smutku, ilekroć słuchał płyty z "Ponurą niedzielą" (w wersji nagranej przez orkiestrę Artiego Shawa i wokalistkę), twierdząc, że nękają go wówczas myśli samobójcze. Beck nie przejmował się zwierzeniami kolegi, ale zrozumiał jego niepokój, kiedy siadł za sterem samolotu. Stwierdził wówczas, że melodia "Ponurej niedzieli" obsesyjnie go prześladuje, mimo huku silnika. Postanowił więc nigdy więcej nie słuchać posępnej piosenki.

    Jak wyjaśnić niezwykły wpływ melodii? Tane Jackson twierdzi, że Seress wyraził swoje własne głębokie uczucie rozpaczy tak sugestywnie, że udzielało się ono słuchaczom jego kompozycji. Ogarnięci smutkiem, postanawiali odebrać sobie życie. Nie jest to tak nieprawdopodobne, jak mogłoby się wydawać. W książce The Secret Power of Musie, David Tame dowodzi, że muzyka miewa niezwykły wpływ na zachowanie ludzi. Może powodować stres i zmianę rytmu uderzeń serca, wpływać na procesy trawienne i metaboliczne, kształtować reakcje emocjonalne i intelektualne.

    W dziejach "Ponurej niedzieli", najbardziej znamienne wydają się losy ludzi, którzy przyczynili się do jej powstania. Jej kompozytor, Reszo Seress popełnił samobójstwo w 1968 r., skacząc z okna. Uprzednio miał wyznać, że już nigdy nie stworzy żadnego przeboju. Dziewczyna, która odtrąciła go przed laty, także popełniła samobójstwo. Obok jej ciała znaleziono kartkę, na której widniały słowa: "ponura niedziela."

    Zła sława otacza także piosenkę "I Dreamt That I Dwelt in Marble Halls" z operetki Rudolfa Frimla The Bohemian Girl. Podobno przynosi ona pecha, każdemu, kto ją usłyszy. Artyści wykonują ją bardzo niechętnie, lękając się złego uroku równie mocno, jak aktorzy szekspirowskiego Makbeta, którego wolą nazywać "dramatem szkockim", nie chcąc wymawiać fatalnej nazwy. Nikt jednak nie wie, w jaki sposób i dlaczego piosenka Frimla zyskała ponurą reputację.

    Można by sądzić, że "Ponura niedziela" i wiele innych kompozycji to dzieła nie tyle świadomości, ile podświadomości. Pewnej nocy włoski kompozytor Giuseppe Tartini śnił, że diabeł gra osobliwą kompozycję na skrzypcach. Kiedy się obudził, zapisał nuty utworu, który słyszał we śnie. Choć uważał, że to, co stworzył na jawie nie dorównuje nocnej wizji, "Diabelski tryl" stał się jego najsłynniejszą kompozycją. W Yesterday and Today Ray Coleman wyjawia, że późnym rankiem 1963 r. Paul Mc Cartney usłyszał we śnie dźwięki piosenki, która wkrótce stała się jednym z największych i najczęściej wykonywanych przebojów na świecie. Z marzenia sennego zrodziło się Yesterday."

    Wiele osób w Anglii i USA popełniło przez nią samobójstwo (tam jest ,że w sumie około 200 osób) i nawet zabroniono jej nadawania.

    Piosenka YouTube

    #creepy #creepystory #muzyka #samobojstwo #paranormalne #innastronaswiata
    pokaż całość

  •  

    The Hands Resist Him - Przeklęte malowidło

    „The Hands Resist Him” to obraz olejny na płótnie autorstwa współczesnego malarza. Trudno go zaklasyfikować do jakiegokolwiek prądu - najbliżej mu chyba do symbolizmu, gdyż odwołuje się do stanów nieświadomości i snu. Głównym elementem obrazu jest postać chłopca, którego autor utożsamia z sobą. Towarzyszy mu lalka o specyficznym, niepokojącym wyrazie twarzy, a na dalszym planie, za oknem widać dłonie. Można odnieść wrażenie, że szyba powstrzymuje coś (kogoś?), co znajduje się na zewnątrz i jednocześnie oddziela światło od ciemności. W oczy rzuca się wyraźny kontrast między obiema stronami drzwi. Pierwszy plan jest w jasnych barwach, na drugim zdecydowanie dominuje czerń. Całość sprawia, że obraz jest dość nietypowy, tajemniczy i budzi niepokój. Jest on przy tym bardzo statyczny, co wywołuje napięcie i wprowadza nastrój oczekiwania.

    Do namalowania obrazu zainspirowała Stonehama idea nieświadomości zbiorowej Carla Gustava Junga. Zdaniem autora ludzie sztuki w pewnym sensie odbierają sygnały w niej zawarte i artykułują je w swojej twórczości, są łącznikami z rzeczywistością. Na obrazie „The Hands Resist Him” występują cztery istotne elementy: chłopiec, lalka, rączki i szyba. Mają one znaczenie symboliczne. Dziecko jest personifikacją osoby autora, a dłonie to inne życia, inni ludzie, których łączy „wspólna, ponadosobowa psyche”. Szyba oznacza przesłonę pomiędzy jawą a snem, natomiast lalka stanowi symbol towarzysza i przewodnika między tymi stanami. Wprowadza ona chłopca-autora w świat archetypów.

    Tytuł „The Hands Resist Him” da się przetłumaczyć jako „dłonie stawiają mu opór”, co może oznaczać, że bezpośrednie poznanie zbiorowej nieświadomości jest dla chłopca niedostępne, gdyż treści w niej zawarte nigdy nie przedostaną się do jaźni. Umożliwia to dopiero przewodnictwo lalki. Z nią dziecko przekracza barierę i wkracza w sen, w którym ujawniają się archetypy.

    Wokół obrazu Stonehama krąży wiele osobliwych historii. Założyciel galerii, w której "The Hands Resist Him" był wystawiany, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, z życiem pożegnał się również człowiek, który jako pierwszy opisał go w jednym z katalogów. Ludzie, którzy zetknęli się z obrazem mieli zawroty głowy, niektórzy mdleli, wielu z nich widziało postacie z obrazu pojawiające się w ich mieszkaniach, dzieci zaczynały płakać, gdy patrzyły na niego. Wydaje się, że dzieło to powoduje jakiś rodzaj zbiorowej histerii. Pozostaje jednak pytanie, czy jej powodem rzeczywiście są siły nadprzyrodzone, czy może raczej zręczna propaganda i autosugestia…

    Dzieło to zostało wystawione na aukcje (EBay) z ostrzeżeniem od ówczesnych właścicieli. Prosili, aby cenę podbijali jedynie kolekcjonerzy sztuki, ponieważ choć sami nie wierzą w zjawiska paranormalne to uważają, że obraz takie posiada. Obraz odkupili od zbieracza śmieci, który sam go znalazł w pobliżu starego browaru. Byli bardzo zdziwieni, iż w ich mniemaniu wartościowy kolekcjonersko obraz został porzucony w taki sposób.

    Problemy tej rodziny zaczęły się, kiedy ich 4,5 letnia córka zaczęła się skarżyć rodzicom, iż chłopiec w nocy wychodzi z obrazu i w jej pokoju znajdują się inne dzieci walczące ze sobą. Na skargi córki uwagę zwróciła matka, która zmusiła ojca do zainstalowania aparatu z samowyzwalaczem na ruch. Po trzech nocach były zdjęcia, które miedzy innymi przedstawiały chłopca pozornie wychodzącego z obrazu. Rodzina zadecydowała, że obraz musi opuścić dom.

    Podczas aukcji obrazu ewentualni kupcy jak i osoby oglądające przedmiot sprzedaży sygnalizowały złe samopoczucie, natarczywe wizje obrazu podczas snu i na jawie, nagłe odczucia choroby, uczucie niepokoju zagrożenia.

    #sztuka #paranormalne #creepystory #obrazy
    pokaż całość

    +: Fides_Inversa, Czisburgers +18 innych
  •  

    Samochód który zabił szesnaście osób. Przyczynił się do wybuchu krwawej wojny. Zniszczyła go dopiero następna wojna - dokonała tego aliancka bomba zrzucona na budynek muzeum, w którym stał.

    Było to luksusowe auto. Spowodowało jednak śmierć mnóstwa ludzi, zanim los w końcu policzył się i z nim. Jasnoczerwony sześcioosobowy kabriolet miał niespełna 320 km przebiegu, kiedy dwie osoby z cesarskiej rodziny zawiózł na spotkanie ze śmiercią. Właściwie został on skonstruowany specjalnie dla tej pary z okazji wizyty w małej bośniackiej miejscowości Sarajewo. Zdarzenie to miało miejsce 28 czerwca 1914 roku. Sytuacja polityczna w Europie w każdej chwili groziła wybuchem wojny. Brakowało tylko iskry. Arcyksiążę Ferdynand i jego żona księżna Hohenburg wsiedli do wspaniałego pojazdu, żeby przejechać ulicami Sarajewa. Nigdy nie dowiedziano się, dlaczego nie kazali zawrócić szoferowi po tym, jak rzucono bombę na ich samochód. Bomba odbiła się od drzwi i potoczyła na ulicę. Wybuch zranił cztery osoby z orszaku jadące konno za samochodem. Upewniwszy się, że ranni otrzymują pomoc, książę z małżonką pojechali dalej.

    Nastąpiło drugie nie wyjaśnione zdarzenie. Szofer, który doskonale znał Sarajewo, pomylił drogę i wjechał w ślepą uliczkę. Z bramy w zaułku wyskoczył młody człowiek i wymachując pistoletem rzucił się na maskę samochodu, strzelając raz po raz do arcyksięcia i księżnej, którzy zginęli, nim osłupiali strażnicy zdążyli powalić zamachowca na ziemię.

    Zamach na parę księżęcą był zapłonem I wojny światowej, którą przypłaciło życiem dwadzieścia milionów ludzi. Po zamachu fatalny czerwony samochód nadal sprowadzał śmierć na tych, którzy do niego wsiedli. W tydzień po wybuchu wojny wybitny dowódca piątego korpusu armii austriackiej generał Potiorek zajął dom gubernatora w Sarajewie; przypadł mu w udziale także czerwony samochód arcy księcia. Nie czekał długo na efekty. Dwadzieścia jeden dni później poniósł klęskę pod Valievo, utracił dowództwo i został odesłany do Wiednia. Wkrótce stał się zrujnowanym wariatem i zmarł w przytułku.

    Czerwony samochód przeszedł w ręce innego Austriaka, byłego podwładnego generała Potiorka. Kapitan wkrótce spotkał się ze swoim fatum. Jadąc z dużą prędkością przejechał i zabił dwóch chorwackich chłopów, wpadł na drzewo i kiedy przybyła pomoc, już nie żył. Był właścicicielem samochodu przez dziewięć dni.

    Po zakończeniu wojny właścicielem samochodu został nowo mianowany gubernator Jugosławii. Doprowadził on wóz do świetnego stanu, lecz miał cztery wypadki w ciągu czterech miesięcy i w ostatnim z nich stracił rękę. Rozkazał więc zniszczyć samochód; jego reputacja była tak zła, że wydawało się, iż nikt nie będzie chciał nim jeździć. Jednak pojawił się nabywca, doktor Srkis, który śmiał się z przekleństwa. Kupił samochód prawie za bezcen. Ponieważ nie mógł znaleźć szofera, postanowił prowadzić auto osobiście. Cieszył się swoim nabytkiem przez sześć miesięcy i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że przekleństwo ciążące na samochodzie było wytworem ludzkiej wyobraźni. Pewnego ranka samochód znaleziono przy drodze; leżał na dachu, a ciało doktora wyrzucone na zewnątrz było zmasakrowane przez przewracający się pojazd. Wdowie po doktorze udało się sprzedać samochód bogatemu jubilerowi. Używał auta przez rok, a później popełnił samobójstwo. Następnym właścicielem był znowu lekarz. Wkrótce jednak opuścili go pacjenci z obawy przed fatalnym samochodem. Odprzedał go więc szwajcarskiemu kierowcy wyścigowemu, który wy startował nim w wyścigu w Dolomitach, podczas którego samochód wpadł na kamienny mur i kierowca zginął.

    Czerwone auto wróciło do Sarajewa. Nabył je zamożny rolnik, który dał samochód do naprawy i jeździł nim bezpiecznie przez kilka miesięcy. Pewnego dnia samochód stanął na szosie, więc rolnik przywiązał go do furmanki, żeby przyholować do miasta. Ledwo ruszyli, silnik zapalił, samochód odtrącił wóz i konie, przejechał właściciela i stoczył się do rowu na zakręcie. Zniszczony czerwony pojazd kupił Tiber Hirszfeld, mechanik, który naprawił go i pomalował na niebiesko. Nie znajdując nabywcy jeździł nim sam. Pewnego dnia wiózł sześcioro przyjaciół na wesele. Kiedy z dużą prędkością wyprzedzał inny samochód, uderzył w drzewo; Hirszfeld i czterej pasażerowie zginęli w wypadku. Samochód odnowiono z funduszy rządowych i odesłano do muzeum.

    Zabił szesnaście osób. Przyczynił się do wybuchu krwawej wojny. Zniszczyła go dopiero następna wojna - dokonała tego aliancka bomba zrzucona na budynek muzeum, w którym stał.

    #paranormalne #motoryzacja #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #creepystory #historia
    pokaż całość

    źródło: Car.jpg

  •  

    #creepy #creepystory #ciekawehistorie #ciekawostki #okultyzm

    Polecam filmik tego gościa. Potrafi wprowadzić w zaciekawienie. Odwiedzają miejscówkę w której prawdopodobnie odprawiają jakieś rytuały okultystyczne.
    Część 1: https://www.youtube.com/watch?v=DNqMIkIWXTc
    Część 2: https://www.youtube.com/watch?v=xSEIxXmSnNo
    Trailer w załączniku:
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Macie jakieś linki do ciekawych tematów, na temat zniknięc porwan i takich rzeczy, bardzo dających do myślenia, najlepsza rzecz jaką czytałem tutaj to postacie dwóch kobiet, które kilka lat temu poszły do lasu tropikalnego i robiły różne dziwne zdjęcia, pisały notatki, pies od nich uciekł, i dużo dziwnych teorii związane z tym, macie coś podobnego?
    #creepy #creepystory #truestory pokaż całość

  •  

    Kilka lat temu matka i ojciec zdecydowali, że potrzebują chwili odpoczynku; chcieli wyjechać na noc do miasta. Zadzwonili więc po swoją najbardziej zaufaną opiekunkę. Kiedy przyjechała, dwójka dzieci, którymi miała się opiekować, już spała. Opiekunka usiadła obok nich żeby się upewnić, że wszystko w porządku.

    Później tego samego wieczora zaczęła się nudzić i chciała pooglądać telewizję. Ale nie mogła jej oglądać w salonie na dole, bo nie było tam kablówki (rodzice nie chcieli, żeby dzieci marnowały przed telewizorem za dużo czasu). Zadzwoniła do rodziców i spytała, czy może pooglądać telewizję w ich pokoju. Rodzice oczywiście się zgodzili, ale opiekunka miała jeszcze jedną prośbę… Spytała, czy mogłaby zakryć posąg anioła stojący za oknem sypialni jakimś kocem albo chociaż zaciągnąć żaluzje, bo posąg ją niepokoi. Po chwili milczenia ojciec, bo to właśnie on rozmawiał z opiekunką, powiedział: „zabierz dzieci i uciekajcie z domu. Wezwiemy policję. Nie mamy posągu anioła”.

    Policja znalazła ciała opiekunki i dzieci trzy minuty po wezwaniu. Nie znaleziono żadnego posągu.

    #pasta #creepypasta #creepy #creepystory
    pokaż całość

  •  

    Małe #creepystory ode mnie :D. Wydarzyło się to prawie dokładnie rok temu, odwoziłem znajomych po imprezie do domu, wszystko było git, już ostatnią koleżankę zostało tylko odwieźć i na chatę (było coś koło 2 rano). Droga do jej domu prowadziła parę kilometrów przez las, wjechaliśmy do niego, nie gazowałem jakoś strasznie, bo dziki dość często przebiegają ulicę.
    Jedziemy już parę minut, jesteśmy otoczeni przez drzewa, a nagle widzę, że z lasu na środek jezdni wychodzi powoli
    jakiś typo, zatrzymuje się i rozkłada ręce jakby chciał kogoś przytulić (picrel xD). Ja daje po heblach, typiarz cały ubrany na czarno, słabo widoczny- no jakbym go stuknął to pewnie bym zabił.
    Wciskam klakson i czekam aż gość zejdzie, a ten zaczyna iść w naszą stronę takim powolnym, ale zdecydowanym krokiem. Chyba ta pewność siebie mnie najbardziej zaniepokoiła, więc ruszyłem i starałem się go wyminąć, ale zmienił kierunek i znalazł się tuż przed maską, więc znów musiałem stanąć. Znowu zatrąbiłem, on coś krzyknął, ale wiadomo szyby zamknięte, klima- nie było słychać. Gość nagle zerwał się i podbiegł od mojej strony i szarpnął za klamkę i znów krzyknął, tym razem usłyszałem "Wpuść mnie!", bardzo głośne, stanowcze, ale takie dziwnie spokojne (trudno mi to wyjaśnić). Widziałem jego twarzy dosłownie przez chwilę, nie była ani wkurzona, ani przestraszona, ten brak emocji był chyba właśnie najbardziej #creepy . Drzwi oczywiście zamknięte, no bo na frajera nie trafił, a mój Peżot mimo, że nie lubi się za bardzo z elektroniką to zamek centralny jednak działa xD.
    Dosłownie chwile to trwało, bo oczywiście jak gościu zszedł "z maski" to odjechałem z piskiem opon. W lusterku widziałem jak stanął i znów rozłożył ręce xD.
    Jakbym jechał sam to bym się chyba zesrał, koleżanka była mocno przerażona, a ja chłodna twarz, nie peniaj xDD (oczywiście mało nie narobiłem w zbroję). Wracałem inną drogą, trochę na około, ale nie chciałem mieć kolejnego spotkania z tym pojebem xdd. Jechałem tamtędy parę razy po zmroku po tym "zdarzeniu", ale nigdy nic podobnego się nie zdarzyło.
    #truestory #takbylo
    pokaż całość

  •  

    Mirki, co za pojebana akcja. Nie mogłem w nocy spać więc wyszedłem na balkon zapalić. Wokół ciemno, nikogo nie ma na ulicy, gdzieniegdzie palą się światła, wiadomo 4 rano. Dzień, jak co dzień i tej porze. Nagle patrzę, otwierają się drzwi w klatce naprzeciwko. Wychodza 2 dziewczyny chyba naćpane albo pijane. Sam nie wiem. Chodzą w tą i z powrotem robiąc ciągle kici kici lub miau miau. Co jakiś czas krzyczą, jacy to ludzie podli że koty wyrzucają. Kręcą się w tą i z powrotem, zatrzymały się na chwilę pod kontentem, a za chwilę stoją pod drzewem i dalej kici kici patrząc się w górę. Może to jakiś odruch po stracie kota czy coś, bo raczej im nie uciekł. Stoją tak pod tym drzewem, rozmawiają i nagle, jak gdyby nigdy nic, wracają do swojego domu. Jak przechodziły pod lampą to zauważyłem że mają kabanosy w ręce. Wróciłem powoli do mieszkania, zrobiłem sobie kawę i próbuje o tym zapomnieć.

    #heheszki #creepystory #pdk
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    Mirki trochę #creepy sytuacja. Codziennie wieczorem przejeżdżam koło domu, który ma włączone ozdoby świąteczne (lampki, sznury itp.).
    Niby nic dziwnego, może ktoś lubi światełka. Problem w tym, że jedyny mieszkaniec zmarł jakiś miesiąc temu, a ozdoby nadal pozostały włączone. Przyznam, że tak trochę dziwne się czuję widząc te światełka.
    #creepystory #truestory

  •  

    Mircy zczajcie jaka #creepy akcja przed chwila. Jest chwila po 3 wiec godzina duchow mocno. Okno z sypialni wychodzi na szkole (chyba gimbaza) i tam we wszystkich oknach ciemno za wyjatkiem jednego. Stoje na fajce na balkonie i tak patrze w to okno a tam jakis czlowiek przeszedl (ʘ‿ʘ) no myslalem ze umre na zawal. Na szczescie mysle ze to sprzataczka albo jakis inny konserwator, ale strachlem srogo... #creepystory #truestory pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Mirki co się odjebało za #creepystory w mojej okolicy to głowa mała. Nie chcę spamować ale historia serio przerażająca i #creepy
    Chłopak rozwoził kolegów po #urodzny do domu i spowodował wypadek w którym 2 z nich zginęło, po nieudanej próbie zatarcia śladów sam popełnił samobójstwo w okolicznym lesie. Dałem #wykop ale i tak tego nikt nie czyta bo przez #zydzi nie można nic wartościowego na wypoku znaleźć.

    https://www.wykop.pl/link/4140033/makabra-w-czerwionce-leszczynach-policja-potwierdza-tozsamosc-zmarlego/
    pokaż całość

  •  

    Wychodząc w nocy do kuchni taki troche #creepy widok

    #creepystory

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: creepy.jpg

  •  

    Byłam operatorką telefonu zaufania. Tłumaczenie z Reddita - wersja poprawiona. #creepystory #truestory

    [Wszystkie imiona zostały zmienione z wiadomych powodów]

    Możecie być zaskoczeni, jak wiele mamy telefonów niezwiązanych z samobójstwem.

    Czasami dzwonią ludzie samotni, smutni, trwający w toksycznych związkach, lub przez innych dręczeni.
    Zdarzają się też żartownisie, jak i naprawdę drastyczne przypadki.
    Jako operator, nawet jeśli dzwoni jakiś świr, to nie mogę być szczera i mu powiedzieć, że
    nikt nie chce słyszeć o jego fetyszach. Przez lata wolontariatu jako operator telefonu zaufania,
    zdarzały się telefony, które bardzo silnie na mnie wpłynęły, lub sprawiały, że byłam mocno
    zdezorientowana.

    Jednym z najbardziej kłopotliwych incydentów był telefon od dziewczyny imieniem Kelly.

    Byłam w pracy jeszcze nowa, gdy Kelly zadzwoniła po raz pierwszy. Sprawa Kelly była
    czymś innym, od tego, do czego już przywykłam (na przykład do żartów, rzeczywistych chęci
    samobójczych, dziwaków, itp).
    Zadzwoniła prosząc o radę w sprawie swojej najlepszej przyjaciółki.

    Kelly: "Dz-dzień dobry, mam na imię Kelly. Czy możesz mi pomóc?"

    Ja: "Oczywiście, jesteśmy tu po to, by pomagać"

    Kelly: "Myślę, że moja przyjaciółka chce popełnić samobójstwo"

    Ja: "Dlaczego tak uważasz?"

    Kelly: "Ona.. ona raz mi powiedziała, że w domu nie czuje się szczęśliwa, a w szkole często
    też wydaje jest smutna. Ale czasami... czasami wspomina o samobójstwie. Chciałabym jej pomóc,
    ale nie wiem co mam robić... Nie chcę by popełniła samobójstwo, jest moją najlepszą przyjaciółką."

    Kelly mówiła szybko, słychać było, że jest zdenerwowana.

    Ja: "Ok, Kelly - mogę ci mówić Kelly?"

    Kelly: "Tak, tak"

    Ja: "Ok Kelly, nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Czy twoja przyjaciółka zachowuje się dziwnie?
    Inaczej niż zwykle?"

    Kelly: "Hmm. Zaczęła mnie unikać. Zaczęła unikać wszystkich. Nie odbiera moich telefonów,
    nie odpowiada na moje wiadomości, ani kogokolwiek innego. Tak jakby poza szkołą nie istniała.
    Opuściła klub artystyczny, który uwielbiała. Martwię się, bo nigdy w taki sposób się nie zachowywała
    - całkowicie się w sobie zamknęła."

    Ja: "Próbowałaś z nią o tym porozmawiać?"

    Kelly: "Nie... Boje się, że oddali się jeszcze bardziej, lub mnie znienawidzi."

    Ja: "Miałaby cię znienawidzić, skoro się tylko o nią martwisz?"

    Kelly: "Chyba nie, masz rację. Tylko w jaki sposób poruszyć ten temat?"

    Ja: "Pamiętaj, że prawdopodobnie twoja przyjaciółka również może się bać,
    że zostanie przez ciebie znienawidzona, lub odrzucona."

    Kelly: "Ok, rozumiem. Myślę, że wiem jak z nią o tym porozmawiać. Dziękuję.
    Myślę, że potrzebowałam kogoś, kto rozwieje moje wątpliwości."

    Ja: "Nie ma problemu. Powodzenia z twoją przyjaciółką."

    Kelly: "Poczekaj. Mogę spytać o twoje imię, jeśli chciałabym porozmawiać ponownie?"

    Ja: "Przeważnie nie wolno nam tego robić, ale jeśli zadzwonisz jeszcze raz, to spytaj o Robbie."

    Kelly: "Ok, dziękuję. Miłego dnia!"

    To był pierwszy telefon od Kelly. Byłam z siebie dumna, że się komuś przydałam, ale o
    rozmowie szybko zapomniałam, odbierając kolejne połączenia. Miesiąc minął normalnie, aż
    Kelly zadzwoniła ponownie.
    Akurat byłam na przerwie, gdy przyszła inna wolontariuszka - Anne, podbiegła do mnie mówiąc
    że mam pilny telefon, a ta osoba nie chciała rozmawiać z nikim innym poza mną.
    Osoba imieniem Kelly.

    Ja: "Kelly? To ja, Robbie. Coś się stało?"

    Słychać było stłumiony dźwięk, który brzmiał jak wrzask.

    Kelly: "M-moja Przyjaciółka! Grozi że skoczy! Ja.. (szloch) Ja nie wiem co mam robić!"

    Byłam zaskoczona. Chwilę mi zajęło, by przetworzyć to, co się dzieje.
    Starałam się nie zwariować. Nie mogłam pozwolić, by Kelly straciła swoją najlepszą przyjaciółkę.

    Ja: "Kelly, Kelly! Spróbuj się uspokoić - weź głęboki oddech. Musimy mieć czysty umysł, by
    pomóc twojej przyjaciółke, dobrze?"

    Kelly: "Tak, (głęboki oddech) zadzwoniłam już na policję, są w drodze... Przepraszam, po prostu
    kogoś potrzebuję. Kogokolwiek. Powiedzieli, bym próbowała ją zająć i powstrzymać przed skokiem...
    Ale ja.. ja"

    Ja: "W porządku. Jestem tu dla ciebie, ok?"

    Nastąpiła dłuższa chwila ciszy, przerywana stłumionymi wrzaskami.

    Kelly: "Przepraszam, przepraszam! (szloch)"

    Ja: "Kelly? Jesteś tam nadal?"

    Nie było odpowiedzi. Tylko głośne trzeszczenie wiatru.

    Kelly: "NIE! BRI! PROSZĘ! NIE ODCHODŹ!"

    Ja: "Kelly?!"

    Kelly: "PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM ŻE MNIE TAM NIE BYŁO! BRI! BŁAGAM CIĘ! Nie zostawiaj... nie zostawiaj mnie!"

    Kelly krzyczała z całej siły. Telefon wypełnił się jej płaczem i łamiącym się głosem.
    Otworzyłam usta by coś powiedzieć, ale się nie udało. Wszystko co mogłam zrobić, to siedzieć
    i słuchać - płacząc.

    Obcy głos: "Proszę pani!"

    Połączenie zostało przerwane. Ostatnią rzeczą jaką usłyszałam było to, co miałam nadzieję,
    mogło być policją, lub zaalarmowanym sytuacją przechodniem. Wybuchnąłam płaczem, a gdy tylko
    odzyskałam zmysły, pulsujące w piersi odrętwienie zamieniło się w poczucie winy i żalu.
    Kręciło mi się w głowie i źle się czułam. Stwierdziłam, że na dziś wystarczy i pracę
    skończyłam wcześniej. Inni pracownicy bardzo wyrozumiale zaakceptowali moje wcześniejsze wyjście.

    Przez resztą dnia próbowałam się uspokoić. Powtarzałam sobie, że nic więcej zrobić nie mogłam.

    Następnego dnia nie było lepiej. To był naprawdę cud, że rano mogłam się obudzić.
    Moje oczy były spuchnięte, poduszka poplamiona łzami, a włosy przypominały gniazdo ptaka.
    Niewielka nadzieja na to, że Kelly i jej przyjaciółka są żywe i bezpieczne, dawała mi siłę,
    by wrócić do pracy tego wyczerpującego poranka.

    Minęło kilka tygodni, ale incydent był wciąż świeży. Udało mi się zaakceptować to,
    co się wydarzyło i choć nadal bolało myślenie o tym, to traumatyczne doświadczenie sprawiło,
    że pracowałam ciężej. To była przecież moja pierwsza śmierć - która sprawiła, że chciałam się
    bardziej starać, aby nie dopuścić do tego ponownie.

    Nie, nie próbowałam się dowiedzieć czegokolwiek na jej temat - nigdy nie wspomniała gdzie mieszka.
    Zamiast tego, wpadłam na Kelly w kawiarni.

    Właśnie skończyłam zamawiać kawę, gdy podeszła do mnie młoda dziewczyna.

    Miała długie, falujące jasnobrązowe włosy, zapięte w wysoki kucyk, piegi na jej pełnej nadziei
    twarzy i duże ciemne oczy, które sprawiały, że wyglądała, jakby była w ciągłym szoku.
    Wyglądała na piętnaście lat. Nie rozpoznałam jej.

    "Przepraszam, czy masz na imię Robbie?"

    Skinąłam głową. "Tak, jestem Robbie. Przepraszam, ale.. czy my się znamy?"

    "To ja, Kelly." Powiedziała.

    "O mój boże! Co z twoją przyjaciółką? Czy ona..."

    "Bri? Teraz jest w porządku... Naprawdę nie pamiętam co się stało.
    Policjanci, którzy mi pomogli, powiedzieli, że zemdlałem i że... - zamilkła na chwilę -
    jakby coś sobie przypomniała."

    "W każdym razie dzięki bogu. Rozpoznałam twój głos, ale bałam się, że to nie ty. Jesteś tu z kimś?"

    Pokręciłem głową. "Nie, wpadłam tylko na kawę. Nie mam na dziś żadnych planów. A co z tobą?"

    Skinęła głową w stronę małego stolika dla dwojga, na tyłach kawiarni.
    "Jestem tutaj z Bri, już jej lepiej. Rodzice chodzą z nią na terapię. Poznam was ze sobą!"

    Uśmiechnąłam się, "z chęcią."

    Zaprowadziła mnie do małego stolika dla dwojga i podeszła do jednego z pustych krzeseł.

    "Brianna, poznaj Robbie, to ona mi pomogła. To jest Brianna Rose, moja najlepsza przyjaciółka."

    Stałam tam zszokowana. Mówiła do pustego krzesła. Do pustego krzesła.

    Brianna Rose...

    Gdzie ja to wcześniej słyszałam?

    BRIANNA ROSE, NIECH SPOCZYWA W SPOKOJU 17/9/12

    Tabliczka informacyjna o dziewczynie, która popełniła samobójstwo przemknąła mi przez myśl.
    Mijałam ją co jakiś czas, będąc w innej części miasta.

    Przeraziło mnie to, że Brianna Rose zmarła dwa miesiące przed pierwszym telefonem Kelly.

    Źródło: https://www.reddit.com/r/nosleep/comments/7rjtjp/i_used_to_work_at_a_suicide_hotline/
    pokaż całość

  •  

    Śniło mi się że oglądałem pomnik jakiegoś Bogusławskiego w jakimś mieście. Po obudzeniu wyszukałem go w google i okazało się że wygląda tak samo jak we śnie. Nie byłem w Warszawie, nigdy go na oczy nie widziałem i nie wiem kto to był Wojciech Bogusławski.

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojciech_Bogusławski
    wolnomularz xD

    #creepystory #sny #warszawa
    pokaż całość

    źródło: e-przewodniki.pl

  •  

    Opowiem wam mega historie, kiedyś kiedy byłem małym chłopczykiem, taki gościu do mnie przyszedł i dał mi jabłko wpierdoliłem je i co się okazało że ten gościu to był mój tata i jak zjadłem to jabłko to nic mi się nie stało pierdolone zwyrole.
    #creepystory #takbylo #heheszki #opowiescizpsychiatryka

    •  

      @goly8622: ja kiedys pojechalem z rodzinką sliwki zbierac u jakiejs baby w sadzie a potem mi powiedxeli ze to moja babcia byla xd

    •  

      @sczupaq: hahaha( ͡° ʖ̯ ͡°)( ͡º ͜ʖ͡º)( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)(⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)(╥﹏╥)(╯︵╰,)(ʘ‿ʘ)(。◕‿‿◕。)ᕙ(⇀‸↼‶)ᕗᕦ(òóˇ)ᕤᄽὁȍ ̪ őὀᄿ(⌒(oo)⌒)ᶘᵒᴥᵒᶅʕ•ᴥ•ʔ(✌ ゚ ∀ ゚)☞( ͡° ͜ʖ ͡°)( ͡° ͜ʖ ͡°)ノ⌐■-■(⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)¯\_(ツ)_/¯(・へ・)( ಠಠ)( ͡~ ͜ʖ ͡°)(╯°□°)╯︵ ┻━┻(ꖘ⏏ꖘ)(ง✿﹏✿)ง(づ•﹏•)づ乁(♥ ʖ̯♥)ㄏ乁(⫑ᴥ⫒)ㄏヽ( ͠°෴ °)ノ( ̄෴ ̄)(ⴲ﹏ⴲ)/(ಠ‸ಠ)(╭☞σ ͜ʖσ)╭☞( ͡° ͜ʖ ͡° )つ──☆*:・゚(-‸ლ)XD(งⱺ ͟ل͜ⱺ)งᕙ(✿ ͟ʖ✿)ᕗヽ(☼ᨓ☼)ノ( ಠಠ)(ง ͠° ͟ل͜ ͡°)ง└[⚆ᴥ⚆]┘(ꖘ‸ꖘ)

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Kiedyś jak miałem z 16lat podczas jednej z zimowych nocek przy homm jedynka po rozpracowaniu ostatniego zamku barbarzyńców wyłączyłem kompa i udałem się do okna w celu spalenia ostatniej fajki czerwonych Jan III Sobieskich.

    Mieszkałem na 3 piętrze w bloku a z mojego pokoju okno wychodziło na taki deptak ze sklepami po drugiej stronie i pasem zieleni po środku.

    .. Śniegu najebało i nadal pada.. Wychylam się na zewnątrz... Patrzę a na tym deptaku stoi jakiś koleś w czapce i się centralnie na mnie gapi. Pale szluga I się gapie na typa.. Tak z 4 w nocy była.. Nikogo oprócz niego w obrębie wzroku.
    I nagle coś mną tknęło... Coś nie pasowało ... Cała akcja trwała może z 5 sekund. Po drugim buchu wyrzuciłem fajkę, zamknąłem okno.
    Tej nocy już nie spałem, nie patrzyłem na zewnątrz ale czułem że tam jest.
    Wiecie co mnie najbardziej wystraszyło w całej sytuacji?
    Nie było śladów na śniegu jak go zobaczyłem. Swiezy śnieg... Musiał tam stać i się patrzyć w moje okno zanim wystawiłem łeb na fajkę.
    Do dziś mnie ta historia nurtuje

    #truestory #creepystory #tagujenanocnej
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Zainspirowany postem o #utopia klikam sobie w jakiś plik i to widzę.... ;)

    #teoriespiskowe #creepystory

    źródło: capatcha.jpg

  •  

    Ja pierdole, Mirki. Co za akcja.
    Ja, mój różowy i zaprzyjaźniona para pojechaliśmy do czeskiej Pragi.
    Zatrzymaliśmy się w hotelu z #bookingcom
    Był to taki hotel w cichej uliczce. Kilkanaście + apartamentów, dziewczyna która tego wszystkiego pilnuje miała swoją recepcję (jest w pracy gdzieś do 15.00) i to wszystko.
    Wzięliśmy sobie apartament dwupokojowy z kuchnią i łazienką.
    Wracamy wczoraj ze zwiedzania i między znajomymi wywiązuje się dialog:
    - Kuba, kiedy zdążyłeś zrobić taki burdel? Ja pierdole!
    - Przecież wychodziliśmy razem, nie wymyślaj.

    Temat ucichł, po paru minutach kumpel szuka laptopa. Mówię, że nie widziałem i śmieszkuję do różowego, że ale porządeczek zrobiła sobie na komodzie w kosmetykach, po czym... szukam laptopa...
    Przez kilka minut nie mogłem uwierzyć, że ktoś wbił do naszego pokoju w środku dnia i wyniósł nasze rzeczy.
    Od razu telefon do laski z recepcji. Mówi, że wsiada w samochód i jedzie. W drodze zadzwoniła ma policję. Zanim niebiescy dotarli przejrzelismy monitoring.
    Okradła nas jakąś kobieta. Na nagraniach widać, jak kręci się pod hotelem i obserwuje okno recepcji. Weszła do budynku dziewięć minut po wyjściu tamtej dziewczyny. Na innym ujęciu widać, że próbowała otworzyć drzwi na dziedzińcu do drugiego skrzydła, ale tam było chyba zbyt przypałowo, więc wróciła i zeszła ma dół (pokój mieliśmy na - 1). Tam niestety nie było kamer. Weszła do pierwszego pokoju, wzięła mój 40l plecak, torbę różowego i zaczęła pakować fanty. Oprócz elektroniki wzięła mnóstwo dziwnych rzeczy:

    - dwa lapki + myszki i zasilacze
    - telefon służbowy kumpla
    - wszystkie ładowarki do telefonów
    - masę ciuchów, nawet brudną bieliznę nas wszystkich
    - kosmetyczki z trymerami i kosmetykami dziewczyn
    - czekolady z lodówki
    - stary, brudny, plastikowy dozownik do mydła
    - dokumenty i karty - tych, którzy zostawili w pokoju

    Hotel był podobno ubezpieczony. Zrobiliśmy listę zaginionych rzeczy wraz z ich szacowaną wartością. Moich strat wyszło 550€.
    Mieliście już do czynienia z takim #ubezpieczenia ?
    Zastanawiam się, czy uda się odzyskać całą kwotę (albo w ogóle jakąkolwiek).

    Eh, trzeba szukać lapka. A miał być projektor po nowym roku ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    #praga #czechy dla mnie trochę #creepystory
    #kradno #zlodzieje
    pokaż całość

  •  

    36,400,000. To jest liczba inteligentnych cywilizacji, których możemy się spodziewać w naszej galaktyce- według słynnego równania Drake’a. Od ostatnich 78 lat wysyłamy w kosmos wszystko, co jest związane z naszą cywilizacją- nasze radio, naszą telewizję, naszą historię, nasze największe odkrycia. Wykrzykujemy swoją obecność co sił w płucach, zastanawiając się, czy jesteśmy sami we wszechświecie. 36 milionów potencjalnych cywilizacji, prawie wiek nasłuchiwań i nic. Jesteśmy jedyni.

    Tak mi się wydawało jeszcze około 5 minut temu.

    Transmisja pojawiła się na każdej na każdej częstotliwości, którą nasłuchiwałem. Od razy wiedziałem, że taki sygnał nie pojawia się naturalnie- musiał zostać wytworzony sztucznie. Pojawiał się i znikał ze stałą amplitudą; szybko zrozumiałem, że to musi być swego rodzaju kod dwójkowy. Zmierzyłem 1679 impulsów na minutę podczas transmisji. Zaraz po tym nastała cisza.

    Początkowo te liczby nie miały dla mnie żadnego sensu. Wydawały się być pomieszanymi, nic nie znaczącymi zakłóceniami. Jednak sygnał był tak idealnie stały i pojawił się na częstotliwościach, na których do tej pory nie zarejestrowaliśmy żadnej aktywności. Jeszcze raz przyjrzałem się zarejestrowanej przeze mnie transmisji, serce załomotało mi w piersi. 1679 bitów- to dokładna długość wiadomości nazwanej Arecibo, która została wysłana przez ludzkość 40 lat temu. Szybko zacząłem ustawiać częstotliwość i już po odczytaniu połowy informacji moje nadzieje się potwierdziły- to była dokładnie ta sama wiadomość. Liczby od 1 do 10 w zapisie dwójkowym. Liczby atomowe podstawowych pierwiastków z których zbudowane są związki organiczne: wodór, węgiel, azot, tlen i fosfor. Składniki kwasu DNA. Ktoś nas usłyszał i chciał nam odpowiedzieć, że gdzieś tam jest.

    Wtedy do mnie dotarło, że skoro ta wiadomość została nadana 40 lat temu, to życie musi się znajdować najdalej 20 lat świetlnych od nas. To możliwe, obca cywilizacja tak blisko, że można by się z nią kontaktować? To przecież zrewolucjonizowałoby wszystkie dziedziny, w których kiedykolwiek miałem okazję pracować: astrofizykę, astrobiologię, astro...

    Sygnał znów się pojawił.

    Tym razem wolniejszy, jakby bardziej przemyślany. Trwał przez około 5 minut, z nową liczbą bitów, pojawiających się jeden po drugim. Chociaż komputer rejestrował wiadomość, ja też zacząłem ją notować na kartce. 0101 0101... Od razu wiedziałem, że to nie jest ta sama informacja, co przedtem. Miałem gonitwę myśli, umierałem z ciekawości co też mogą zawierać te numery. Transmisja zakończyła się na 248 bitach, zdecydowanie za mało żeby zawierać jakąś znaczącą wiadomość. Co można przesyłać innej, obcej cywilizacji w zaledwie 248 bitach? Na komputerze tak mały plik ograniczałby się tylko do... tekstu.

    Może tak być? Naprawdę obca cywilizacja wysyła do nas wiadomość w naszym własnym języku? Kiedy zacząłem się nad tym zastawiać, uświadomiłem sobie, że to nie było całkiem niemożliwe- przecież przez ponad 70 lat nadaliśmy mnóstwo informacji w całkiem sporej liczbie języków. Zacząłem odszyfrowywać wiadomość pierwszym kodem, który przyszedł mi do głowy: ASCII. 0101 0101. To będzie U... 0100 0011 to C...

    Kiedy skończyłem odszyfrowywanie, poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Słowa leżące przede mną wyjaśniały wszystko:
    „UCISZCIE SIĘ, BO INACZEJ WAS USŁYSZĄ”

    #creepypasta #creepystory #pasta
    pokaż całość

  •  

    Mircy jaka bania. #creepy #creepystory to za malo. Chyba wyprowadzam sie z domu. Zegarek w kuchni zatrzymal sie wczoraj na: 02:31 (chyba baterie padly). Jak zsumujemy cyfry to wyjdzie nam 6. Jak dodamy do tego cyfry z roku ktory trwa obecnie czyli 2017 to wyjdzie nam 16. Zegarek zatrzymal sie wlasnie 16 dnia grudnia... Kobicie nie mowie bo wpadnie w paranoje chociaz chyba ja sam juz sie boje i nie wiem co robic. Jakies rady? pokaż całość

  •  

    23:30 dzwoni domofon. Za pierwszym razem myślałem że mi się to tylko sniło. Dzwoni drugi raz. Schodzę na dół. Patrzę przez okno-policja.
    -Tak słucham?

    -Może pan syjść?
    -A o co chodzi?

    -Proszę wyjść to powiemy. Serce wali. Myślę, po mnie przyjechali. Pakować szczoteczkę? Kupiłem przedwczoraj piękny AK 47, 1951r. magazynowy stan, sprowadzony gdzieś z Serbii. Jeszcze nie zarejestrowany. Myślę, że może lewy... Sztuma czeka. Pożegnam rodzinkę bo zanim się wyjaśni to pewnie z miesiąc mnie potrzymają. Ubrałem się, wziąłem dokumenty i idę. Serce wali. Może to nie lewy karabinek tylko lewy policjant. Zaraz kosę dostanę a oni wejdą po fanty. Słucham.
    -O co chodzi?
    -Dostaliśmy zgłoszenie o zagrożeniu życia, pana ulica ale nie podano nr. Ktoś dzwonił że żona nie żyje, podał ulicę i się rozłączył.
    Sprawdzamy wszystkich. Zna pan tu jakieś osoby starsze.
    -Nie bardzo.
    To ślepa ulica. 20 identycznych domów. Żadnego światła. Tylko mój dom oświetlony. Dalej jak w piekle.
    Pogadaliśmy, pojechali dalej. Ledwo usnąłem. Ktoś żonę zarąbał? Na mojej ulicy?
    Ranek
    Pogadałem z sąsiadem obaj WTF. Jak odjeżdzał to podjechała kobieta w czarnym mercedesie dostawczym. -dzień dobry, pan tu mieszka. Była u pana policja w nocy?
    - Tak, o co chodzi?
    - Wie pan, to ja to zgłoszenie zrobiłam. Mam zakład pogrzebowy. W nocy zadzwonił mężczyzna. Dyszał. Ledwo mówił. Z głosu osoba starsza. Powiedział, że żona nie żyje. Jego bardzo boli w piersiach, podał miasto i ulice po czym upuścił telefon i się rozłączył. Wezwałam policję ale oni wciąż sprawdzają. Ja całą noc nie spałam. Dziś jeżdzę tu po domach, pytam, bo ten człowiek może tam leżeć, potrzebować pomocy.
    Ujowa noc.
    #creepystory #truestory #takbylo troche #bron

    pokaż spoiler Rano co te pędy zarejestrować kałacha! Udało się.
    pokaż całość

  •  

    #anonimowemirkowyznania
    W 2006 roku zobaczyłem na ulicy młodą dziewczynę, na której widok poraził mnie ten słynny piorun. Wystalkowałem ją na gronie, potem przez kolejne lata stalkowałem na Naszej Klasie i Facebooku. Wiem gdzie mieszka, do jakich szkół chodziła. Przez te wszystkie lata ściągałem jej zdjęcia i mam je do dzisiaj. Tych najstarszych pewnie ona sama juz nawet nie ma. Ona ma teraz 24 lata a ja nigdy do niej nie miałem odwagi napisać. Właśnie po kilku miesiącach znowu wszedłem na jej profil i zobaczyłem, że ma nowego chłopaka. Z poprzednim była od początku liceum. Zrobiło mi się z tego powodu przykro, mimo że ona przecież nawet nie wie, że ja istnieję xD Chyba jestem nienormalny.

    pokaż spoiler Karolina, kocham Cię


    #przegryw #stulejacontent #creepystory #tfwnogf

    Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
    Kliknij tutaj, aby wysłać OPowi anonimową wiadomość prywatną
    Post dodany za pomocą skryptu AnonimoweMirkoWyznania ( https://mirkowyznania.eu ) Zaakceptował: akado
    pokaż całość

  •  

    Jako że za oknem pizga,w górach wieje halny i ogólnie nadeszła zima łapcie klasyka:

    Kiedy twój Jeep stacza się leniwie z górskiej drogi i uderza w zaspę śnieżną, nie martwisz się w pierwszej chwili o zimno. Pierwsze co przychodzi ci do głowy, to to, że właśnie wygiąłeś sobie zderzak. Druga myśl - zapomniałeś łopaty. Następnie uświadamiasz sobie, że prawdopodobnie spóźnisz się na kolację. Przyjaciele spodziewają się ciebie około 8 - narty w świetle księżyca, kolacja, sauna - przecież nic nie może ci w tym przeszkodzić.

    Kiedy wyjeżdżałeś z miasta, ledwo zauważyłeś wskazanie termometru w centrum miasta -27 stopni C o 6:36. Prognoza w radio ostrzegała przed masami arktycznego powietrza w tym regionie. Człowiek, któremu płaciłeś na stacji benzynowej, potrząsnął głową i oznajmił, że na twoim miejscu nigdzie by się nie ruszał. Uśmiechnąłeś się. Odrobina zimna przecież nie zaszkodzi komuś z ciepłym futrem oraz autem z napędem na 4 koła.

    Ale teraz jesteś uwięziony. Próbujesz jakoś wyjechać, jednak ciągle samochód ciągle się ślizga. Opony ryczą na śliskim lodzie, a światła tańczą na zamarzniętych jodłach wzdłuż drogi. Zaciągasz ręczny, otwierasz drzwi i opuszczasz swoją nagrzane wnętrze samochodu. Zimno uderza cię po twarzy, wyciska łzy z oczu.

    Sprawdzasz godzinę - jest 7:18. Wyciągasz mapę - cienka linia wije się w kierunku narysowanego ołówkiem kwadratu, oznaczającego punkt spotkania.

    Powietrze opuszcza twoje płuca w krótkich, zmrożonych wyziewach. Twój jeep stoi niezabezpieczony w zaspie niczym pusta skorupa żółwia. Myślisz o ognisku, saunie oraz o ciepłym jedzeniu i o winie. Patrzysz jeszcze raz na mapę. To jakieś 5 czy 6 mil od zaznaczonego punktu. Zaraz, przecież taką odległość przebiegałeś każdego dnia przed śniadaniem. Założysz tylko narty. Co za problem.

    Nie ma dokładnej temperatury twojego ciała, przy której orgranizm poddaje się z zimna. W Dachau, w łaźniach (zanurzeniowych) z zimną wodą, nazistowcy lekarze obliczyli, że śmierć przychodzi przy temperaturze ciała 25 stopni. Jednakże najniższa zanotowana temperatura u dorosłego, który uszedł z życiem to 16 stopni C. W przypadku dziecka jest ona jeszcze niższa: w 1994 roku, 2 letnia dziewczynka spacerowała sobie podczas -40 stopniowej nocy. Odnaleziono ją niedaleko drzwi wejściowych o poranku, zmarzniętą do szpiku kości. Temperatura jej ciała wynosiła 14 stopni C. Przeżyła.

    Inni mieli niestety mniej szczęścia, nawet w bardziej sprzyjających warunkach. Podczas jednej z najgorszych pogodowych katastrof jakie nawiedziły Europę, w 1964r, podczas zawodów biegowych przy mocnym wietrze, angielskim deszczu, pośród wrzosowisk 3 zawodników umarło z powodu hipotermii, mimo, iż temperatura otoczenia nie spadła poniżej 7 stopni C.

    Mimo tej całej wiedzy jaką posiadają naukowcy i statystycy na temat procesów marznięcia i jej fizjologii, nikt nie potrafi dokładnie przewidzieć jak szybko i kogo dopadnie hipotermia oraz czy zabije. Zimno, ciągle pozostaje tajemnicą, bardziej skłonnym atakować kobiety niż mężczyzn, częściej śmiertelnym w przypadku szczupłych, umięśnionych osób niż tych z nadwagą, niebezpieczną szczególnie w stosunku do osób nieświadomych zagrożenia czy wykazujących arogancję.

    Cały proces zaczyna się jeszcze zanim opuścisz swój samochód, ma miejsce już wtedy kiedy zdejmujesz rękawicę, żeby poprawić wiązanie przy nartach. Zimny metal zadaje ból. Temperatura ciała się obniża.

    W ciągu kilku sekund, twoje dłonie trzęsą się z zimna, osiągając miejscami temperaturę około 15 stopni C. Instynktownie, sieć naczyń krwionośnych na dłoniach się kurczy, wysyłając krew w głąb ciała. Twój organizm pozwala dłoniom na obniżenie ich temperatury po to aby chronić ważne dla życie organy.

    Zakładasz rękawice, zauważając jedynie, że palce są lekko zdrętwiałe. Następnie wpinasz buty w narty i wyruszasz w drogę.

    Gdybyś był norweskim rybakiem czy eskimosem, którzy często pracują na mrozie bez rękawic, doświadczyłbyś okresowego rozszerzania się naczyń włosowatych w celu dopływu ciepłem krwi, tak abyś mógł kontynuować pracę. Ten fenomen znany jako \\"hunter\\'s response\\", potrafi podnieść temperaturę skóry z około 2 stopni do 10 stopni C w 7 czy 8 minut.

    Inne ludzkie przystosowania są jeszcze bardziej tajemnicze. Tybetańscy mnisi buddyjscy potrafią podnieść temperaturę skóry o około 8 stopni C tylko poprzez medytację. Australijscy Aborygeni, którym zdarza się sypiać na ziemi, nago, podczas prawie mroźnych nocy, przechodzą w stan hipotermii, tłumiąc dreszcze aż do wschodu słońca kiedy to ich ciało znowu ulega \\"rozgrzaniu\\".

    Jednak ty, jako że spędzasz czas przy klawiaturze w klimatyzowanym biurze nie posiadasz takich technik obronnych. Dopiero po około 10 minutach ciężkiej wspinaczki, temperatura twojego ciała podnosi się, krew zaczyna z powrotem ogrzewać twoje palce. Pot spływa wzdłuż mostka i kręgosłupa.

    Ale teraz opuściłeś drogę i zdecydowałeś skorzystać ze skrótu przez las tak aby przechodząc przez niego znowu trafić na właściwy szlak. Stąpając powoli przez głęboki śnieg, patrząc jak księżyc rzuca swój srebrny blask stwierdzasz, że twoi przyjaciele mieli rację: To piękna noc na narty - ale odczuwasz też te -35 stopni stopni na twojej twarzy, jest zimno.

    Po godzinie, kiedy nie możesz znaleźć właściwego szlaku, zaczynasz się martwić. Zatrzymujesz się, żeby jeszcze raz sprawdzić mapę. W tym momencie, temperatura twojego ciała osiąga aż 38.2 stopni C. Wspinając się wśród głębokiego śniegu, wytwarzasz prawie 10 razy więcej ciepła niż wtedy kiedy odpoczywasz.

    Kiedy krążysz wokół aby zorientować mapę wg pobliskiego lasu, słyszysz brzdęk metalu. Patrzysz w dół. Zapięcie od narty właśnie straciło ważny element. Podnosisz nogę i narta wypada z buta.

    Włączasz latarkę, prawie wyczerpane baterie rzucają żółtawe kręgi pośród śniegu. To musi leżeć gdzieś tutaj - pocieszasz się - przeczesując pobliski śnieg. Skupiając się całkowicie na znalezieniu brakującego elementu od wiązania ledwo co zauważasz mroźny powiew wiatru atakujący twoje zmęczone ciało i nasączone potem ubrania.

    Wysiłek, który ogrzewał cię podczas wędrówki, teraz jest przeciwko tobie. Naczynia włosowate, pobudzone przez wzmożony ruch powodują nadmiar ciepła, przez co twoje ubrania są całe mokre. Brak \\"izolacyjnej\\" tkanki tłuszczowej powoduje, że zimno może łatwiej wnikać w twoje ciało.

    Temperatura ciała powoli wraca do normy. Po 17 minutach spada do około 37 stopni C. Następnie znowu zaczyna się obniżać.

    Przy 36 stopniach C, zgarbiony, w trakcie poszukiwań, mięśnie wokół twojego karku zaczynają się napinać. Receptory sygnalizują temperaturę w podwzgórzu, co powoduje zarządzanie siecią naczyń włosowatych. Twoje ręce i stop zaczynają boleć z zimna. Ignorując ból, przekopujesz się ostrożnie przez śnieg, mija kolejne 10 minut. Dochodzi do wniosku, że jeśli nie znajdziesz zguby, będziesz w poważnych tarapatach.

    W końcu, po prawie 45 minutach, znajdujesz wreszcie to czego szukałeś. Udaje ci się wczepić to tam gdzie jego miejsce, po czym wpinasz z powrotem but do narty. Ale lekki chłód, który zaczął początkowo krążyć wokół twojej skóry, teraz wniknął głęboko w twoje ciało.

    Przy 35 stopniach C, wchodzisz w strefę lekkiej hipotermii. Cały drżysz, jako że twoje ciało chce zmusić mięśnie do wytworzenia jak największej ilości ciepła.

    Nagle zdajesz sobie sprawę, że wychodzenie w tak zimną noc było błędem. Powinieneś zawrócić. Wsuwasz rękę do przedniej kieszeni twoje kurtki i jakoś wygrzebujesz mapę. Postanawiasz zawrócić, wydaje ci się, że mapa powinna być ci wystarczyć, żeby wrócić do ciepłego samochodu. Jesteś w takim stanie, że nawet nie przyszło ci do głowy, żeby po prostu podążać za śladami, które zostawiłeś na swojej drodze.

    Po tym dłuższym postoju, poruszanie się na nartach zdaje się być o wiele trudniejsze. Od tamtego czasu, twoje mięśnie ochłodziły się i są tak mocno spięte, że kurczenie ich i rozkurczanie sprawia duże trudności. Jesteś osłabiony, poruszasz się niezgrabnie, niczym pług śnieżny.

    Mimo to, udaje Ci się jakoś manewrować pomiędzy jodłami, sunąć w dół w świetle księżyca. Jest ci zbyt zimno, żeby myśleć o podziwianiu pięknej nocy czy o przyjaciołach, których masz spotkać. Jedyne o czym teraz marzysz to ciepły Jeep, który czeka na ciebie gdzieś u podnóża.(...) Słyszysz świst wiatru w uszach w miarę jak nabierasz prędkości. Wtedy, zanim twój umysł przetworzy to co twoje odbierają twoje zmysły, zauważasz dużą bryłę śniegu przed sobą.

    Powoli rozpoznając niebezpieczeństwo, w którym właśnie się znalazłeś, próbujesz zatrzymać swoje narty. Ale z powodu paniki, balansowanie ciałem sprawia wiele kłopotów. Chwilę potem narty uderzają w przeszkodę a ty przelatujesz w powietrzu, lądując ostatecznie w śniegu.

    Leżysz nieruchomo. Martwą ciszę w lesie zakłóca, zakłóca krążenie krwi w uszach. Twoja kostka pulsuje z bólu, uderzyłeś się też w głowę. Straciłeś nakrycie głowy oraz rękawicę. Szorstki śnieg dostał się pod koszulkę. Woda z roztopionego śniegu spływa wzdłuż twojej szyi i kręgosłupa, łącząc się z krwią płynącą z rany na twojej głowie.

    Dochodzi do ciebie, że sytuacja jest naprawdę poważna. Próbujesz wstać, jednak upadasz w bólu, kostka daje o sobie znać.

    Wpadasz z powrotem w śnieg, trzęsiesz się, zaczynać tracić ciepło w alarmującym tempie, sama głowa jest odpowiedzialna za 50% strat w tym momencie. Ból spowodowany zimnem atakującym uszy jest na tyle silny, że zanurzasz się w śniegu w poszukiwaniu swojego nakrycia głowy po czym jak najszybciej wkładasz je.

    Ale nawet ta drobna aktywność jest dla ciebie wyczerpująca. Wiesz, że powinieneś też znaleźć również swoja rękawiczkę, ale jesteś zbyt osłabiony, żeby myśleć o tym, że musisz się pospieszyć. Decydujesz się na krótką przerwę przed wyruszeniem w dalszą drogę.

    Mija godzina, w jednym miejscu, przechodzi ci przez myśl, że powinieneś zacząć się poważnie bać, jednak strach jest pojęciem, które unosi się gdzieś za twoim bezpośrednim zasięgiem, tak jak zdrętwiała ręka leżąca na śniegu. Doszedłeś do temperatury, w której wyzwalane są enzymy spowalniające funkcje mózgu. Każdy spadek temperatury twojego ciała o 0.5 stopnia C poniżej granicy 35 stopni C powoduje spadek szybkości metabolizmu o 3% do 5%. Kiedy temperatura osiąga 34 stopnie C twoją doświadczasz amnezji. Sprawdzasz, która godzina: 12:58. Może ktoś zacznie cie wkrótce szukać. Chwilę potem sprawdzasz znowu. Nie potrafisz utrzymać tej prostej liczby w głowie. Z tego co się statnie potem, niewiele już będziesz pamiętał.

    Twoja głowa opada. Śnieg trzeszczy w uszach. W -37 stopniowym mrozie temperatura twojego ciała obniża się o 0.5 stopnia co każde 30-40 minut. Ciepło twojego ciała powoli się ulatnia. Przy 33 stopniach dotyka cię apatia. Przy 32 otępienie.

    Właśnie przekroczyłeś granicę głębokiej hipotermii. Od czasu kiedy temperatura twojego ciała spadła do 31 stopni C, twoje ciało przestało wywyoływać dreszcze w celu ogrzania. Krew jest teraz tak gęsta jak olej w zimnym silniku. Zapotrzebowanie na tlen (miara szybkości metabolizmu) spadła o ponad jedną czwartą. Nerki, jednakże, pracują na pełnych obrotach aby przetworzyć nadmiar płynów spowodowany odpływem ich z kończyn w kierunku centrum ciała. Czujesz silną potrzebę oddania moczu, właściwie to jest jedyne co teraz czujesz.

    Przy 30.5 stopniach C straciłeś zdolność rozpoznawania znajomych twarzy, gdyby nagle jakaś pojawiło się wśród drzew.

    Przy 30 stopniach C twoje serce dopada arytmia, schłodzone tkanki przeszkadzają impulsom elektrycznym w wykonywaniu swojej pracy. Serce pompuje mniej niż 2/3 normalnej ilości krwi. Brak tlenu i coraz to wolniejszy metabolizm mózgu zaczynają powodować halucynacje wzrokowe i słuchowe.

    Słyszysz \\"Jingle Bells\\". Podnosząc twarz z poduszki śniegu, zdajesz sobie sprawę, że to nie dźwięk pochodzący od jakichś sań, ale dzwonki wiszące u wejścia chatki twoich znajomych. Wiesz, że to musi być blisko. Odnosisz wrażenie, że dźwięk dochodzi zza pobliskich jodeł.

    Próbując wstać, upadasz w splot nart i kijów. Ale jest OK. Możesz się doczołgać. Przecież jest tak blisko.

    Godziny później, a może to tylko minuty, zdajesz sobie sprawę, że chatka jest ciągle na drzewami. Przeczołgałeś się tylko o metr czy dwa. Światło twojego zegarka pulsuje w ciemości - jest 5:20. Wyczerpany, decydujesz się położyć jeszcze na chwilkę.

    Kiedy z powrotem podnosisz głowę jesteś już w środku, leżąc na podłodze. Ogień rzuca czerwoną poświatę. Najpierw jest ciepło, potem gorąco, następnie ciało zaczyna piec. Twoje ubrania \\"płoną\\".

    Przy 29.5 stopniach, marznąć na śmierć, ludzie w dziwnym paroksyzmie, ściągają z siebie ubrania. Ten fenomen, znany jako \\"paradoxical undressing\\" jest na tyle powszechny, że często ofiary hipotermii są brane jako ofiary przemocy na tle seksualnym. Mimo, iż, naukowcy nie mają tutaj pewności, najbardziej logicznym wyjaśnieniem, jest to, że na moment przed utratą świadomości, skurczone naczynia krwionośne nagle się rozszerzają powodując uczucie gorąca w pobliżu skóry.

    Jedyne co wiesz, to fakt, że właśnie \\"płoniesz\\". Zdejmujesz czym prędzej kurtkę i sweter, rzucając z dala od ciebie.

    Ale wtedy, w ostatniej chwili świadomości, zdajesz sobie sprawę, że nie ma tutaj żadnego pieca, żadnej chatki, żadnych znajomych. Leżysz sam w ostrym mrozie, rozebrany do pasa. Zdajesz sobie sprawę z wielkiego nieporozumienia, z serii nieporozumień. Zrzuciłeś ubrania, porzuciłeś samochód i ciepły dom w mieście. Bez tej \\"innowacyjnej\\" technologii jesteś po prostu delikatnym, tropikalnym organizmem, którego zasięg ograniczony jest do wąskiego pasa nasłonecznienia.

    I właśnie odważyłeś się wyjść poza te ograniczenia.

    Ciekawostka na temat hipotermii: \\"Nie jesteś martwy, dopóki nie jesteś ciepły i martwy\\"

    Następnego ranka o 6:00, znajomi odrywają porzuconego Jeepa, znajdują cię, z ręką wsadzoną pod pachę. Ciało twoich kończyn jest jest woskowe i sztywne jak stary kit. Puls nie istnieje, źrenice nie reagują na światło. Martwy.

    Ale ci, którzy rozumieją istotę zimna, wiedzą, że zimno, mimo tego, że niesie śmierć, jest ono też zbawienne.
    Ciepło to w uproszczeniu szybkość wibracji cząsteczek. Zimno to zanikanie tych wibracji. Zero absolutne, -273.15 stopni C, oznacza prawie całkowity zanik drgań. Tłumienie drgań zamienia gazy w ciecze, ciecze w ciała stałe, a ciała utwardza. Spowalnia rozwój bakterii i reakcje chemiczne. W ludzkim ciele, zimno spowalnia metabolizm. Płuca przyjmują mniej tlenu, serce pompuje mniej krwi. W normalnych temperaturach spowodowałoby to uszkodzenie mózgu. Ale schłodzony mózg, mając spowolniony metabolizm, potrzebując tym samym mniej zasobnej w tlen krwi, potrafi przetrwać w tym warunkach nienaruszony.

    Znajoma przykłada ucho do twojej klatki piersiowej, nasłuchując cierpliwie. Sekundy mijają. Nagle daje się słyszeć cichy dźwięk, uderzenie, na tyle słaby, że równie dobrze mógłby to być dźwięk jej pulsu. Przykłada ucho mocniej do zimnego ciała. Kolejny cichy dźwięk. I kolejny...

    Spowolnienia, które towarzyszą ochłodzeniu są na swój sposób tak pomocne, że czasami są celowo wywoływane. Kardiolodzy często używają głębokiego chłodzenia w celu spowolnienia metabolizmu pacjenta w celu przygotowania do operacji serca czy mózgu. Dzięki temu krew przepływa powoli w pożądanych partiach ciała, albo w przypadku urządzeń \\"płuco-serce\\", nie bije ono wcale - wydaje się, że śmierć jest blisko. Ale przy dokładnej obserwacji pacjent może przebywać w tym stanie przez wiele godzin, bez żadnych szkód.

    Ratownicy szybko owijają twoje ciało wolną kurtką, zakładają rękawiczki na dłonie, i całe ciało wkładają do \\"płachty biwakowej\\". Oczyszczają twarz z zamarzniętego śniegu. Jeden z nich udaje się do najbliższej chaty. Przez chwilę znajomej wydaje się, że słyszy oddech, chrapanie tych istot, które znalazły się pod grubą pokrywą śniegu.

    702586

    Na \\"raz, dwa, trzy\\" lekarz i pielęgniarki przesuwają sztywne ciało na specjalny stół z ciepłą wodą, która będzie następnie regularnie ogrzewana. Zostali ostrzeżeni, że mają do czynienia z głęboką hipotermią. Zwykle ofiary hipotermi mogą być wyprostowane z pozycji prenatalnej. Tym razem to nie jest możliwe.

    Specjalne nożyce z nierdzewnej stali rozcinają nasączoną w moczu długą bieliznę, mocno zmrożoną. Przywiązują ci elektrody do monitorowania serca i wkładają termometr \\"z tyłu\\". Cyfrowy odczyt pokazuje - 24 uderzenia na minutę, temperatura ciała 26 stopni C.

    Lekarz potrząsa z niedowierzaniem głową. Nie pamięta kiedy ostatnio widział tak niskie wskazania. Nie jest pewien, jak ocucić cię bez zabijania.

    W rzeczywistości, wiele ofiar hipotermii umiera każdego roku właśnie w trakcie ratowania. Podczas \\"szoku rozmrożeniowego\\", zwężone naczynia krwionośne otwierają się na nowo, prawie jednocześnie, powodując drastyczny skok ciśnienia krwi. Najmniejszy ruch może wysłać serce ofiary w dzikie spazmy migotania komór. W 1980r 16 duńskich rybaków znalazło się w wodzie po rozbiciu statku, udało się ich uratować i przetransportować w bezpieczne miejsce, następnie o własnych siłach udali się po coś ciepłego do picia. Po wypiciu padli martwi. Wszyscy.

    Pacjent doświadcza teraz uczucia zwanego \\"afterdrop\\", kiedy to zimna krew z zewnętrznych partii ciała napływa do wnętrza, mimo, iż pacjent już od dawna nie znajduje się w zimnym otoczeniu.

    Lekarz szybko wydaje polecenia: dożylne podanie ciepłej soli, worek podgrzany w mikrofali do 43 stopni C. Podniesienie temperatury ciała przeciętnego mężczyzny o 1 stopień C wymaga około 110 kcal ciepła. Kilokaloria jest miarą ciepła potrzebną do ogrzania jednego litra wody o 1 stopień C. Skoro litr ciepłej zupy ogrzanej do 60 stopni C dostarcz około 30 kcal, pacjent teoretycznie potrzebowałby spożyć ~40l rosołu w celu przywrócenia normalnej temperatury. Nawet ciepła sól, wtłoczona bezpośrednio do żył, doda tylko 30 kcal.

    Idealnie by było, jeśli lekarz miałby dostęp \\"obwodowej maszyny krążeniowej\\", którą mógłby wypompować krew pacjenta, ogrzać ją, dotlenić, aby następnie wpompować ją z powrotem. bezpiecznie podnosząc temperaturę o 1 stopień co 6 minut. Ale takie urządzenia bardzo rzadko znajdują praktycznie tylko w głównych miejskich szpitalach. Tutaj, bez takich udogodnień, lekarz musi polegać na innych opcjach.

    \\"Przemyjmy go do zabiegu\\" - woła.

    Chwilę potem, lekarz przesuwa cewnik w miejscach nacięcia jamy brzusznej. Ciepłe płyny zaczynają płynąć z worka przez brzuch, odprowadzane przez cewnik w miejscu drugiego nacięcia. Prozaicznie, cała ta operacja działa podobnie jak chłodnica samochodowa, tylko, że na odwrót. Roztwór ogrzewa krew w narządach wewnętrznych, po czym jest pompowana przez serca do innych partii ciała.

    Sztywne kończyny pacjenta zaczynają się rozluźniać. Puls podnosi się. Ale i tak poszarpane linie bicia serca na ekranie EKG migają jak fala \\"J\\", co jest typowe dla ofiar hipotermii.

    \\"Bądźcie gotowi do defibrylacji\\" - lekarz ostrzega personel.

    Przez następną godzinę, personel krąży wokół krawędzi stołu, na którym leży pacjent, w \\"basenie ciepła\\". Sprawdzają bicie serca. Sprawdzają ciepło materaca. Szepczą między sobą o głupocie, jaką musiała być ta cała wyprawa.

    Powoli daje się zauważać reakcję pacjenta. Kolejny litr soli zostaje przygotowany do podania. Ciśnienie krwi ciągle jednak jest zbyt niskie. (..) Utrata płynów przez pocenie i oddawanie moczu zmniejszyła objętość krwi. Ale co każde 15-20 minut temperatura wzrasta o pół stopnia. Bezpośrednie zagrożenie migotania komór zmniejsza się, jako, że serce i płynąca krew rozgrzewają się. Odmrożenia co prawda mogą kosztować utratę palców czy płatka ucha, ale najgorsze masz już za sobą.

    Przez następne pół godziny, personel cicho przedstawia odczyty termometru, ciepłota ciała się podnosi, odzyskujesz świadomość..

    32.3
    33.4

    Z skądś, z tej ogromnej, zimnej ciemności, słyszysz słaby, natarczywy szum. Szybko zmienia się on w kłębek dźwięków, jak planeta zmierzająca ku tobie, i wtedy, nagle staje się potokiem słów.

    Głos wymawia twoje imię.

    Nie chcesz otwierać oczu. Odczuwasz ciepło i światło grające wokół powiek, ale pod tym ciepłym \\"tańcem\\" czujesz zimno. Jesteś tak zmęczony, że nie masz siły nawet drżeć. Chcesz tylko spać.

    \\"Słyszysz mnie\\"?

    Zmuszasz swoje oczy do otwarcia. Światła błyszczą ponad głową. Wokół daje się rozpoznać ludzi. Próbujesz myśleć: Byłem tam tak długo, ale tak właściwie gdzie?

    \\"Jesteś w szpitalu. Znaleziono cię na mrozie\\"

    Próbujesz skinąć głową. Jednak mięśnie karku są jakby zardzewiałe, nieużywane od lat. Reagują na polecenie tylko lekkim skurczem.

    \\"Prawdopodobnie masz amnezję\\" - słyszysz głos.

    Pamiętasz księżyc wznoszący się ponad kolczastymi wzgórzami i to, że na nartach zmierzałeś w ich kierunku. Poza tym nic więcej, tylko ogromny chłód, który jest w tobie.

    \\"Spróbujemy odzyskać trochę twojego ciepła\\" - mówi głos.

    Skinąłbyś, jeśli tylko byś mógł. Ale nie możesz. Jedyne co czujesz to ogólny, pulsujący dyskomfort. Spoglądając tam, gdzie ból najbardziej daje się we znaki, zauważasz pęcherze wypełnione płynem, przez co twoje palce wyglądają jak pokropkowane, palce, które przez długi czas były w śniegu bez rękawicy na sobie. Podczas tych długich, zimnych godzin tkanki uległy zamarznięciu, formując kryształki lodu pomiędzy twoimi komórkami, ssąc z nich wodę i blokując dostawy krwi. Gapisz się na nie bezmyślnie.

    \\"Myślę, że będzie z nimi wszystko w porządku\\" - mówi głos ponad głową. Uszkodzenia wyglądają na powierzchowne. Oczekujemy, że pęcherze znikną po jakimś tygodniu, dzięki czemu tkanki ulegną ożywieniu.

    A jeśli nie, no wiesz - palce zmienią kolor na czarny, bezkrwawy, kolor martwych tkanek - wtedy będziemy musieli amputować.

    Ale zmartwienia spływają po tobie, jako, że nadchodzi kolejna fala wyczerpania. Powoli usypiasz myśląc marząc o cieple, o tropikalnych oceanach, o ciepłym piasku pod tobą.

    Godziny później, ciągle ociężały i otępiały, wychodzisz znowu na powierzchnię niczym z głębokiej wody. Czujesz ciepły prąd w brzuchu. Skupiając z trudem wzrok widzisz tam rurki włożone w głąb ciała. Podążasz na nią, odkrywasz worek, z którego ona wychodzi.

    Ale przez godziny kiedy ostatnio w to wierzyłeś, dotarłeś do miejsca gdzie nie ma słońca. Dostrzegłeś, że w całej nieskończoności wszechświata, ciepło jest chwalebne i ulotne, tak jak światło gwiazd. Ciepło istnieje tylko tam gdzie istnieje materia, gdzie cząstki mogą drgać. W nieskończonej przestrzeni zimna, ciepło jest malutkie, to zimno jest tak wielkie.

    Ktoś mówi. Twoje oczy poruszają się od jaskrawych świateł w kierunku zaciemnionego wnętrza pokoju. Rozpoznajesz czyjś głos. To twoja przyjaciółka, którą chciałeś odwiedzić - tak dawno, z obecnej perspektywy. Uśmiecha się do ciebie krzywo i mówi:

    Zimno tam? Co nie?
    #pasta #hipotermia #zima #creepystory #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Rosyjscy naukowcy pod koniec lat 40. ubiegłego wieku utrzymali pięć osób rozbudzonych przez piętnaście
    dni używając eksperymentalnego gazu stymulującego.
    Badanych umieszczono w odizolowanym środowisku aby dokładnie badać ich zużycie tlenu, by gaz ich nie zabił, jako że w wysokich stężeniach
    mógł być trujący. Było to jeszcze przed epoką kamer monitorujących, więc pomieszczenie zostało
    wyposażone w mikrofony i grubą na trzynaście centymetrów, niewielką szybę pozwalającą na obserwację
    wzrokową. W pomieszczeniu umieszczono książki, łóżka polowe bez pościeli, zapasy jedzenia
    wystarczające dla pięciu osób na ponad miesiąc; doprowadzono bieżącą wodę i zainstalowano toaletę.
    Badani byli więźniami politycznymi zamkniętymi podczas drugiej wojny światowej za zdradę stanu.
    Przez pierwsze pięć dni wszystko wydawało się być w porządku; badani praktycznie nie narzekali, jako że
    obiecano im (niezgodnie z prawdą), że zostaną wypuszczeni na wolność, jeśli zgodzą się na test i nie będą
    spali przez 30 dni. Ich rozmowy i działania były monitorowane i zauważono, że tematy ich rozmów
    schodziły z czasem na traumatyczne przeżycia i generalny ton rozmów stał się mroczniejszy po czwartym
    dniu. Po pięciu dniach zaczęli narzekać na warunki i zdarzenia, które doprowadziły ich do tego miejsca a także
    zaczęli wykazywać ciężką paranoję. Przestali ze sobą rozmawiać i zaczęli szeptać do mikrofonów i w
    stronę luster weneckich, przez które ich monitorowano. Co dziwne, wszyscy zdawali się uważać, że mogli
    zdobyć zaufanie eksperymentatorów odwracając się od swoich towarzyszy. Na początku badacze uznali,
    że był to tylko efekt zastosowanego gazu.
    Po dziewięciu dniach pierwszy z nich zaczął krzyczeć. Biegał od ściany do ściany, nieprzerwanie krzycząc
    ze wszystkich sił przez trzy godziny; po tym czasie nadal próbował, ale były stanie wydobyć z siebie tylko
    sporadyczne piski. Naukowcy doszli do wniosku, że fizycznie uszkodził swoje struny głosowe.
    Zaskakującym jest to, w jaki sposób zareagowali, a w zasadzie – nie zareagowali jego współtowarzysze.
    Nie przerwali szeptu do mikrofonów, dopóki drugi z nich nie zaczął krzyczeć. Dwóch z niekrzyczących
    zaczęło rozrywać książki, zlepiać ze sobą strony przy użyciu odchodów i zaklejać lustra weneckie – po tym krzyk ustał.
    Tak jak szepty do mikrofonów.
    Minęły kolejne trzy dni. Naukowcy co godzinę sprawdzali, czy mikrofony działają, myśląc, że to niemożliwe,
    by pięć osób nie wydawało z siebie żadnych dźwięków. Zużycie tlenu wskazywało na to, że cała piątka
    wciąż żyje. Co więcej, była to ilość, jaką pięć osób zużywałoby przy wytężonej pracy fizycznej. Rano
    czternastego dnia naukowcy postanowili zrobić coś, czego mieli nie robić – aby wywołać reakcję ze strony
    badanych, użyli interkomu wewnątrz sali, mając nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź, obawiając się, że
    zmarli lub stali się warzywami.
    Powiedzieli: „otworzymy teraz komorę aby sprawdzić mikrofony, proszę odsunąć się od drzwi i położyć na
    podłodze – w przeciwnym wypadku zostaniecie zastrzeleni; współpraca zostanie nagrodzona
    natychmiastowym uwolnieniem jednego z was”.
    Ku ich zaskoczeniu, usłyszeli wypowiedzianą spokojnym głosem odpowiedź: „już nie chcemy być
    uwolnieni”.
    Rozpoczęła się dyskusja między naukowcami a sponsorującymi badanie siłami zbrojnymi. Niezdolni
    wywołać dalszych odpowiedzi przez interkom, naukowcy zdecydowali się w końcu otworzyć komorę o
    północy piętnastego dnia.
    Gaz stymulujący został usunięty i komorę wypełniono świeżym powietrzem, co poskutkowało
    natychmiastowymi protestami przez mikrofony. Trzy głosy zaczęły błagać o przywrócenie gazu takim
    tonem, jakby prosili o ocalenie życia bliskich. Komora została otwarta i wysłano żołnierzy, aby odzyskali
    badanych, którzy na wieść o tym zaczęli krzyczeć głośniej niż kiedykolwiek wcześniej. Żołnierze, którzy
    weszli do środka, również odpowiedzieli im krzykiem, widząc, co było w środku. Czterech z pięciu
    badanych wciąż żyło, choć ciężko uznać stan, w jakim się znaleźli, za życie.
    Porcje żywieniowe na dni dalsze niż piąty pozostały praktycznie nietknięte. Odpływ na środku
    pomieszczenia został zatkany kawałkami mięsa martwego badanego, co pozwoliło na zgromadzenie na
    podłodze około dziesięciocentymetrowej warstwy cieczy. Nie ustalono nigdy, jak dużą zawartość tej cieczy
    stanowiła krew. Także wszyscy „żywi” badani mieli oderwaną od ciała znaczną ilość mięśni i skóry.
    Uszkodzenia tkanki i zdarte do kości czubki palców sugerowały, że rany zostały zadane przy użyciu rąk, a
    nie – jak pierwotnie przypuszczano – zębów. Bliższa analiza wykazała, że większość, o ile nie wszystkie z
    nich były przypadkami samookaleczenia.
    Organy poniżej klatek piersiowych wszystkich czterech badanych zostały usunięte. Podczas gdy serce,
    płuca i przepona zostały na miejscu, skóra i większość mięśni żebrowych zostały wyrwane, odsłaniając
    płuca przez klatkę piersiową. Wszystkie naczynia krwionośne i organy były nienaruszone, zostały jedynie
    wyjęte i położone na podłodze, pływając wokół wypatroszonych, choć wciąż żywych ciał badanych. Drogi
    trawienne wszystkich z nich wciąż zdawały się pracować. Szybko okazało się jasne, że trawiły własne
    mięso, które zostało oderwane i zjedzone w poprzednich dniach.
    Choć większość żołnierzy należała do specjalnych jednostek rosyjskich, wielu z nich nie chciało wracać do
    komory by usunąć z niej badanych. Ci zaś wciąż krzyczeli, chcąc pozostać w sali i domagali się
    przywrócenia gazu, by nie zasnąć.
    Ku zaskoczeniu wszystkich, badani wdali się w zaciętą walkę podczas próby usunięcia ich z komory. Jeden
    z żołnierzy umarł z powodu ran gardła, inny został poważnie ranny – jeden z badanych odgryzł mu jądro i
    przegryzł tętnicę w nodze. Kolejnych pięciu żołnierzy popełniło samobójstwo niedługo po tych zdarzeniach.
    W walce w wyniku uszkodzenia śledziony jeden z czterech pozostających przy życiu badanych wykrwawił
    się. Naukowcy próbowali go uśpić, jednak okazało się ot niemożliwe. Mimo podania mu dożylnie
    dziesięciokrotnie większej niż zezwolona dawki pochodnej morfiny, wciąż walczył jak zapędzone w róg
    dzikie zwierzę, łamiąc żebra jednemu z naukowców. Jego serce biło jeszcze przez dwie minuty po tym, jak
    się wykrwawił, aż w jego systemie krwionośnym znalazło się więcej powietrza niż krwi. Nawet po tym
    krzyczał jeszcze przez trzy minuty, próbując atakować wszystkich w jego zasięgu i powtarzając cały czas
    „WIĘCEJ” coraz słabszym i słabszym głosem, aż w końcu ucichł.
    Trójka pozostałych przy życiu została opanowana i przeniesiona do części medycznej laboratorium; dwójka
    z nich ze sprawnymi strunami głosowymi cały czas błagała o gaz, aby nie usnąć.
    Najbardziej ranny z tej trójki został zabrany do jedynej sali operacyjnej w kompleksie badawczym. Podczas
    przygotowań badanego do ponownego umieszczenia organów wewnętrznych w ciele okazało się, że
    uzyskał odporność na środki uspokajające, które mu podawano. Na próbę aplikacji gazu usypiającego
    odpowiedział agresją. Udało mu się przedrzeć większość dziesięciocentymetrowego skórzanego pasa na
    jednym z nadgarstków, pomimo trzymania go przez dziewięćdziesięciokilogramowego żołnierza. Do
    uśpienia potrzeboał niewiele więcej środku nasennego, niż normalny człowiek. W momencie, kiedy
    zamknął powieki, akcja serca zatrzymała się. Autopsja wykazała trzykrotnie za wysoki poziom tlenu we
    krwi. Jego mięśnie, które wciąż trzymały się szkieletu były mocno poszarpane, a podczas walki z
    żołnierzami złamał dziewięć kości, z czego większość za sprawą własnej siły.
    Drugi ocalały to pierwszy z całej piątki, który zaczął krzyczeć. Niezdolny do wydania z siebie głosu, nie
    mógł prosić lub protestować przeciwko operacji i jedyną reakcją z jego strony było gwałtowne, przeczące
    potrząsanie głową, kiedy przyniesiono do niego gaz usypiający. Zaczął potakująco kiwać głową, gdy
    zaproponowano przeprowadzenie operacji bez znieczulenia i nie reagował przez całe sześć godzin
    operacji. Chirurg utrzymywał, że teoretycznie pacjent wciąż mógłby być żywy. Jedna z pielęgniarek
    asystujących przy operacji z przerażeniem utrzymywała, że usta pacjenta delikatnie wykrzywiały się w
    uśmiechu kilkakrotnie, kiedy ich spojrzenia się spotkały.
    Po zakończeniu operacji badany spojrzał na chirurga i zaczął głośno sapać, próbując mówić. Uznawszy, że
    to coś istotnego, podano mu kartkę papieru i ołówek, by mógł przekazać swoją wiadomość. Była prosta:
    „nie przestawajcie ciąć”.
    Pozostałych dwóch pacjentów poddano analogicznej operacji, obu podobnie bez środków znieczulających,
    choć musiano podać im środki paraliżujące – chirurg nie był w stanie przeprowadzić operacji, kiedy
    pacjenci bez przerwy się śmiali. Po sparaliżowaniu, mogli jedynie podążać za naukowcami wzrokiem.
    Środki paraliżujące przestały działać po zaskakująco krótkim czasie i próbowali wtedy wyrwać się z
    więzów. Kiedy tylko odzyskali mowę, zaczęli błagać o gaz stymulujący. Naukowcy próbowali poznać
    przyczynę samookaleczeń, a także pytali, dlaczego badani chcą gazu stymulującego.
    Otrzymali tylko jedną odpowiedź: „nie mogę usnąć”.
    Więzy wszystkich trzech badanych zostały wzmocnione i ponownie umieszczono ich w komorze, oczekując
    na decyzję, co należy z nimi zrobić. Naukowcy, stając przed gniewem swoich militarnych „dobroczyńców”
    za niewypełnienie ustalonych celów projektu rozważali eutanazję przetrwałych badanych. Zarządzający
    oficer, były członek KGB, widział jednak pewien potencjał i chciał sprawdzić co stanie się po przywróceniu
    gazu. Naukowcy protestowali, jednak byli w mniejszości.
    W przygotowaniach do zamknięcia komory ponownie, badani zostali podłączeni do elektroencefalografów i
    usprawniono ich więzy w celu długofalowego ograniczenia swobody. Ku zaskoczeniu wszystkich, cała
    trójka przestała wyrywać się, kiedy dowiedzieli się, że ponownie otrzymają stymulujący gaz. Było
    oczywiste, że w tym momencie wszyscy trzej wkładali w wielki wysiłek w to, by nie zasnąć. Jeden z nich,
    który mógł mówić, stale i głośno nucił jakąś melodię; niemy napinał skórzane więzy z całych sił najpierw
    lewą nogą, potem prawą, chcąc pradopodobnie się na czymś skoncentrować. Ostatni z badanych trzymał
    głowę nad poduszką i bardzo gwałtownie mrugał. Był pierwszym z podłączonych do EEG i większość
    naukowców obserwowała jego fale mózgowe z zaskoczeniem – były w większości normalne, choć od
    czasu do czasu niewytłumaczalnie zanikały. Wyglądało, jakby regularnie przeżywał śmierć mózgu i wracał
    do stanu normalnego. Kiedy wszyscy przyglądali się papierowi drukowanemu przez elektroencefalograf,
    tylko jedna pielęgniarka zauważyła, jak jego oczy zamykają się, a głowa opada na poduszkę. Jego fale
    mózgowe natychmiastowo zmieniły się w te odpowiadające głębokiemu snu i zanikły po raz ostatni, w tej
    samej chwili przestało bić jego serce.
    Jedyny pozostały przy życiu posiadający głos badany zaczął krzyczeć, domagając się bezzwłocznego
    dostarczenia gazu. Jego fale mózgowe wykazywały takie same zaniki jak tego, który właśnie umarł po
    zaśnięciu. Dowódca rozkazał zamknąć w komorze i poddać działaniu gazu obu badanych razem z trzema
    naukowcami. Jeden z wymienionej trójki od razu wyjął swój pistolet i zastrzelił dowódcę i niemego
    badanego.
    Wycelował pistolet na ostatniego z badanych, wciąż przywiązanego do łóżka, kiedy personel medyczny i
    naukowy w pośpiechu opuszczał pokój.
    – Nie dam się tu zamknąć z tym czymś! Nie z tobą – krzyknął do związanego mężczyzny. – Czym jesteś?!
    – zapytał. – Muszę się dowiedzieć!
    Badany uśmiechnął się.
    – Tak szybko zapomniałeś? – spytał. – Jesteśmy wami. Jesteśmy drzemiącym w was wszystkich
    szaleństwem, zawsze chcącym wydostać się na wolność z zakamarków waszych zwierzęcych umysłów.
    Jesteśmy tym, przed czym co noc ukrywacie się w łóżkach. Co zamieniacie w ciszę i paraliż, kiedy
    wybieracie się do nocnej przystani, gdzie nie możemy się dostać.
    Naukowiec znieruchomiał. Po czym wycelował w serce badanego i wystrzelił. EEG zaczęło drukować linię
    prostą, a mężczyzna słabo wykrztusił: „już… prawie… wolny”.

    #creepy #creepystory #pasta
    pokaż całość

  •  

    UWAGA: PONIŻSZY TEKST JEST NIEODPOWIEDNI DLA OSÓB PONIŻEJ 18 ROKU ŻYCIA, ORAZ DLA OSÓB WRAŻLIWYCH (Creepypasta)

    "Amator"

    W filmach i literaturze - choć może częściej w filmach – występują często postaci nie do ruszenia. Królowie życia ustawieni tak, że każdy czuje bolesny paraliż na samą myśl o kontakcie z nimi. Nie ma mowy o wyrządzeniu im jakiejkolwiek szkody, choć zawsze są to skurwysyny. „On trzęsie całym Miastem!” – mówią ludzie. „Nie masz zielonego pojęcia, do czego ten człowiek jest zdolny, wszędzie dosięgnie” – karcą się szeptem wzajemnie, przy jakichkolwiek próbach wyrażenia sprzeciwu. Owi tytani zasługują po tysiąckroć na to, czego ci, którzy wiedzą więcej, a którzy boją się wypowiadać na głos we własnych domach, życzą im po cichu. To pewne. Mają wszędzie różnego typu układy. Nieważne jakie, nieważne z kim - ważne natomiast -pod jakim warunkiem taki stan rzeczy może trwać. Chodzi o pieniądze, o ich pewność siebie, a także przekonanie masy przeciętniaków, że wszystko, o czym mowa wyżej to prawda. Terror. Potężna broń, pozwalająca jednostce kontrolować, manipulować i bawić się tłumem wedle swojego widzimisię. Czym jest tłum? – każdy musi ocenić sam.
    Cezary Kostrzycki uważał się za takiego właśnie potentata, mknąc tej nocy autostradą po kolejnym wspaniałym wieczorze, do jednego ze swoich wystawnych apartamentów w Mieście. Bawił się świetnie, pijany trunkiem, którego butelka warta jest tyle, ile przeciętny samochód, wozem wartym tyle, ile przeciętny samolot i nafaszerowany najczystszym narkotykiem, jaki można zdobyć nie wiadomo gdzie, mając niejasne dla przeciętniaków układy nie wiadomo z kim. Nie zauważył nawet momentu zniknięcia kierowcy i nie dbał o to. Przecież w razie kontroli drogowej rzuci policjantowi pięć tysięcy złotych, zalegających mu luzem w kieszeni i pojedzie dalej. Kto nie skorzysta? Nieważne, że jest rok dwa tysiące siedemnasty, że nie ma już milicji, że mieszka w państwie prawa. Prawo jest dla biedaków, powtarzał często rechocząc. A jeśli trafi się ambitny służbista, niestety nie wróci dziś bezpiecznie do domu, zginie na służbie – jak bohater. Przynajmniej dla mediów i przeciętniaków oglądających wiadomości.
    Za chwilę entuzjastycznie przywita go młoda i piękna żona, z którą pokazuje się publicznie jako filantrop i szczodry sponsor wielu różnych przedsięwzieć. Ta sama, którą po cichu gwałci każdej nocy, jeśli tylko ma na to akurat siłę i ochotę i którą nakurwia - bo nie sposób nazwać tego biciem - w miejsca niewidoczne i niepuchnące, by nikt nie zauważył. Doskonale wie, że jest bezkarny. Po pierwsze terror, po drugie pieniądze, po trzecie pewność. Nigdy mu nie ucieknie, chociaż drzwi są otwarte. Będzie wolna dopiero, kiedy mu się znudzi. Wolna fizycznie, psychicznie wciąż ułomna. Dlatego nic nie powie. Tego też był pewien.
    Jutro znowu wesoło się zabawi z innymi członkami niejasnego układu, o którym mało kto ma pojęcie, a ci - którzy mają - boją się otworzyć usta. Bóg jeden raczy wiedzieć choćby to, komu można bezpiecznie się zwierzyć z posiadanych o nim informacji. Jutro on będzie gospodarzem. Oblizywał się na myśl o tym, co zorganizuje ku uciesze własnej i swoich gości. Nikt tak, jak jego żona nie potrafi sprostać najobrzydliwszym pragnieniom seksualnym starego turpisty. W końcu trenował ją od lat. Była bezcenna. Pierwszym punktem programu będzie demonstracja jej umiejętności, na każdym z jego przyjaciół po kolei. Potem, może drogą losowania, głosowania, a może spontanicznie - zdecydują, na co mają ochotę. Może na „laski” z penisami, może walki niewolników/niewolnic, w basenie z krowim kałem na noże, widelce, czy gołe pięści do utraty przytomności – lub śmierci – według swojego widzimisię. Da się zorganizować niewolników w Mieście. Na pstryknięcie palcem mógł porwać, lub importować każdego i każdą. Również poza Miastem, wszędzie. Murzynki, Japonki, Eskimoski, Eskimoski z penisami, wszystko było kwestią ceny i chęci. Nieważne, że jest rok dwa tysiące siedemnasty. A może i nawet jest paradoksalnie coraz łatwiej?

    Zupełnie inne poglądy reprezentował człowiek, który tej samej nocy, tą samą autostradą kierował się w tym samym kierunku, dwieście metrów za Kostrzyckim. Plan nie był idealnie dopracowany. On sam nie miał pewności ani co do tego, czy wszystko się uda, ani jakie może ponieść konsekwencje. Pewne było tylko jedno – musi. Strach odgrywał tutaj rolę drugorzędną. Cel zdegradował go do małego krecika, kopiącego pod planem działania, bezskutecznie. Taką miał przynajmniej nadzieję. Było zupełnie pusto. Noc z niedzieli na poniedziałek, zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał czwartą dwanaście. Czarny mecedes przyspieszył, a więc został zauważony. Dobrze, nie było już odwrotu. Serce łomotało mu z poważnym zamiarem wyrwania się z klatki piersiowej. Stawiał wszystko na jedną kartę. Nie miał ani pieniędzy, ani pomocy. Tylko własny gniew i zapał. Spojrzał w lusterko wsteczne upewniając się, że z tyłu nie nadjeżdża żaden pojazd. Potem ujrzał w nim przyciemnioną szybę kasku zasłaniającą twarz. Bardzo dobrze - nie mógł zobaczyć własnego lęku.
    Cezary Jechał już bardzo szybko. Nie na tyle, by rozumieć zagrożenie i panikować, ale na tyle, by nie panować do końca nad pojazdem. Znając zamiary człowieka pędzącego za nim, z pewnością wcisnąłby gaz aż do podłogi. Świst turbosprężarek zasilających ogromny silnik podtrzymywał resztki pewności, której nadmiarem jeszcze przed chwilą mógł się pochwalić. Czyżby czuł, że może jednak nie panuje nad całym światem i ma się czego bać? Bez odpowiednich środków ciężko by było zdobyć do pościgu tak szybki samochód, za to tak szybki motocykl – bez problemu. Żarty się skończyły. Ścigający zredukował przełożenie o dwa biegi i odkręcił manetkę gazu do maksimum. Kostrzewski nie zdążył zajechać mu drogi, ani przyspieszyć, gdy ten wyprzedził go najbardziej oddalonym pasem. Teraz motocyklista był przed nim. Widział go i rozumiał, że to nie są zwykłe popisy drogowe. Jechał zbyt szybko, by grzebać w schowku w poszukiwaniu pistoletu, który przecież miał. Bał się zwolnić, bał się przyspieszyć. Nie wiedział, czego się spodziewać. Zbliżając się do łuku spostrzegł czarną ciecz rozlewającą się za kołem motocykla. Olej. Już nic nie mógł zrobić.
    Pierwsza część planu – najtrudniejsza – była już za nim. Sprawy przebiegały dokładnie po jego myśli. Czarna limuzyna po kilku przewrotach leżała zdruzgotana w wysokiej trawie przy drodze, a w niej Cezary Kostrzycki. Miał nadzieję, że żyje. Byłoby idealnie, przecież to dopiero początek. Zdjął kask, potem powoli kominiarkę. Otworzył zbiornik paliwa i wetknął ją do wlewu. Twoja część planu została wykonana perfekcyjnie. Dziękuję i przepraszam, powiedział amator do przyniszczonego blackbirda pocierając draskę zapałką. Aby plan miał szansę na powodzenie, to musiało wyglądać na wypadek.
    Kostrzyckiego obudził ból połamanych żeber i obojczyka, bał się jednak podnieść powieki.


    Pobudka! Usłyszał krzyk oprawcy i poczuł, jak pęka mu żuchwa. Otworzył oczy wrzeszcząc z bólu i
    zobaczył na podłodze, a raczej klepisku własne zęby, które jeszcze przez kilkoma sekundami były na swoim miejscu. Uniósł głowę ociekającą krwią. Stojący przed nim mężczyzna patrzył na niego bez wyrazu, trzymając w opuszczonej dłoni klucz do kół. Byli w jakiejś stodole, a może garażu, nie wiedział.
    Gdzie są teraz twoi ludzie? Dlaczego nie pociągniesz za odpowiednie sznurki? – usłyszał.
    Trząsł się jak galareta. Choć nie miał pojęcia, kim jest człowiek stojący przed nim, żałował wszystkiego, co zrobił. Jego żal nie był jednak absolutnie nic wart. Tylko w tym tygodniu uczynił tyle zła, że nie był w stanie nawet przypuszczać, za co ten akurat człowiek może chcieć się mścić. Gwałt, molestowanie, zabójstwo, pobicie, okaleczenie, mężczyźni, kobiety, dzieci, wszystko mieściło się w jego grafiku imprez i zachcianek z zeszłego miesiąca. Nie mógł pojąć, jak to możliwe, że ktoś odważył się zaatakować jego – tytana życia, boga. Nagle okazało się, że jest tylko nędzną kupką białka – nie lepszą, niż każdy inny - w bardzo skomplikowanym otoczeniu, nad którym właśnie stracił kontrolę. Jeden niemożliwy do przewidzenia błąd okazał sie tragicznym. Facet w skórze podszedł do niego i spytał, czy przynajmniej wie, dlaczego. Z oczu diabła polały się łzy. Nie przez żal, nie przez wyrzuty sumienia, a przez to, że nie znał odpowiedzi i wiedział, że to go rozjuszy. Nie mylił się. Motocyklista przyniósł z kąta rudery widocznie ciężką, metalową skrzynię. Nim ją otworzył, poinformował Kostrzyckiego o jej zawartości w postaci bogatej kolekcji starych przyrządów chirurgicznych.
    Stary wyga od razu poznał, że to nie jest wypadek, wbrew zgłoszeniu. Pokręcił głową, spoglądając na dopalające się resztki pojazdów. Dostrzegł przy drodze ślady opon terenowego wozu ciągnących się w stronę małego zagajnika w pobliżu autostrady. Wysiadł z radiowozu i podążył za nimi. Usłyszawszy wrzaski i wołanie o pomoc przyspieszył. „Zły dzień” – warknął pod nosem przeładowując broń. Bez trudu dotarł do rudery pośrodku lasu. Było za mało czasu, by czekać na wsparcie, wiec tylko zameldował gdzie jest i co zamierza. Przeżegnawszy się, roztrzaskał kopnięciem drewniane drzwi. Spojrzał na krwawe resztki człowieka, który pierwszy raz w życiu - zrządzeniem losu - grał rolę ofiary. Miał sine, połamane młotkiem palce, nacięcia w miejscach najbardziej unerwionych i oparzenia trzeciego stopnia na skórze. Spoglądał na niego jednym okiem, gdyż drugie zostało mu wydłubane. Widok był przerażający, a mimo to opuścił glocka, którym celował do faceta w skórze. Cezary nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Nie tylko z bólu. Widział już gdzieś starego policjanta, który przybiegł mu z pomocą, lecz wolałby go nie kojarzyć. Wolałby też nie kojarzyć dwunastoletniego chłopca, który przebywał u niego kilka miesięcy wcześniej, a potem zginął bez wieści. Syna tegoż policjanta, porwanego i nie odnalezionego z powodu umorzenia śledztwa. Ktoś „pociągnął za sznurki”.
    „Fałszywy alarm, nic tu nie ma. Ciała musiały spłonąć razem z wrakami” – zameldował gliniarz i wyłączył krótkofalówkę. „Posprzątaj potem po sobie, żebyśmy nie mieli problemów” powiedział cicho i ruszył w stronę radiowozu, całą drogę słysząc jęki – coraz słabsze i bardziej zniekształcone.

    #pasta , #creepy , #creepystory , #creepypasta , #thriller , #horror , #historia

    Zainteresowała Cię historia? zajrzyj koniecznie na https://www.facebook.com/Supertrzmiel/
    pokaż całość

  •  
    Lord6Infamous

    +9

    KŁAMCY

    Kiedyś żył w naszej dzielnicy chłopak imieniem Jimmy. Był to bardzo zabawny, sympatyczny dzieciak. Brakło mu jednak odpowiedzialności i wyczucia w swoich żartach. Był mimo to zadowolony z tego, jaki jest i nie miał zamiaru się zmieniać. Tym bardziej, że większość ludzi go lubiła, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie.

    Jeden z jego kolegów był wkurzony z dość surowego żartu Jimmy'ego. Było w nim coś z psychopatycznego sadysty, nie potrafił odróżnić żartu od zniewagi. Zebrał więc kilku innych chłopaków, którzy nie lubili Jimmy'ego i po skończonych zajęciach w szkole zaprowadzili go do sali od chemii. Unieruchomili chłopaka, lecz nie zakleili mu ust.
    ''Już niedługo będziesz się cieszyć swoją parszywą gębą'' - powiedział Brett, prowodyr całego zamieszania, patrząc w przerażone oczy ofiary. Skinął głową do swojego kolegi, a ten złapał kwas mrówkowy przechowywany w laboratorium i wylał mu na twarz. Następnie wszyscy stanęli wokół niego, zaczęli wołać o pomoc udając, że chcą uratować Jimmy'ego.
    Twarz Jimmy'ego była wprost zjadana przez kwas. Gdy ratownicy przybyli i zajmowali się chłopcem (który był już w stanie krzyczeć), jeden z lekarzy poprosił chłopców, żeby wyjaśnili, co się stało. Brett wyjaśnił, że przechodzili obok sali i zobaczyli w niej Jimmy'ego oblanego kwasem . Według jego relacji usiłowali mu pomóc. Pozostali chłopcy co chwila potwierdzali jego wersję. Jimmy próbował protestować w cichej agonii. Lekarz skinął głową i powiedział, że niedługo zostaną wezwani na kolejną rozmowę.


    Minęło kilka dni, chłopiec leżał na intensywnej terapii z bandażami na twarzy. Lekarze ratowali co mogli z jego twarzy. Wskutek ich działań szczęka chłopca trzymała się w zawiasach mimo znacznej utraty ciała i wciąż widział na jedno oko. Był w stanie mówić, jednak nie chciał odpowiadać na niczyje pytania. Wpatrywał się w sufit, nieobecny, wciąż powtarzając słowo '' KŁAMCY''. Jimmy nie będzie mógł już nigdy się uśmiechnąć, zostanie samotny w domu na zawsze. Chore, mściwe myśli pojawiały się w jego głowie. Musiał poczekać, aż nadarzy się okazja. Wtedy uderzy.
    ------------------------------------------------------------------------


    Jest weekend. Brett znalazł w swojej skrzynce na listy kasetę VHS z wyrytym napisem '' DLA CIEBIE''. Włożył ją do odtwarzacza.

    Był to amatorsko nagrany film, kręcony najprawdopodobniej w pośpiechu. Zaczyna się zoomem na codzienną gazetę; data jest wczorajsza. Natępnie kamera przeskakuje, ukazując brudną podłogę nieznanego pomieszczenia. Migotająca lampa lekko oświetla otoczenie. Kiedy kamera podniosła się, Brett zroumiał, że nie jest to normalny film.
    Przed kamerzystą siedział jeden z przyjaciół Bretta. Był nagi, wokół twarzy miał brudną opaskę, jego skóra była pokryta poparzeniami i ranami. Kamerzysta zdjął knebel z ust chłopca.
    ''Proszę, proszę...człowieku...pozwól mi odejść.... zrobiłem co chciałeś... O Boże...Jesse, Keith, Mike... Przykro mi chłopaki....prosze... tak mi...tak mi przykro...''


    Po prosstu powtarzał to w kółko, kołysając się na boki.

    Brett zaczął się trząść, widział spalone i zniekształcone ciała w tle. Zwłoki jego przyjaciół. Wszystkie ciała posiadają oznaczenia w postaci dużych liter.

    Kamerzysta chwyta siedzącego przed nim chłopaka za podbródek nakazując mu wstać. Doprowadził go do drzwi, których nie obejmuje kamera. Słychać krzyki i już po chwili Brett może zobaczyć ciała swoich przyjaciół układające się w słowo ''KŁAMCA''.
    Aparat wyłącza się automatycznie.


    Po chwili uruchamia się ponownie.
    Tym razem kamerzysta jest na zewnątrz. Prawdopodobnie tym razem kamerę trzyma ocalały przyjaciel Bretta.
    ''Gdzie jesteś ? Gdzie jesteś, popaprańcu ? Powiedziałeś, że mam odejść!''
    Chłopiec krzyczy i płacze, ponieważ słyszy chrzęst butów na śniegu. Dźwięk jest coraz bliżej.


    Brett czuje się słabo, biegnie do drzwi by je zablokować. Wie co go czeka. Odwraca się, by zobaczyć zniekształconą twarz Jimmy'ego.

    Ostatnią rzeczą, jaką kiedykolwiek usłyszy, to słowo ''KŁAMCY' wydobywające się z głośników.

    Ostatnią rzeczą, jaką poczuje, to kwas biegnący po jego twarzy i wżerający się w skórę.

    Ostatnią rzeczą, jaką zobaczy, będzie wykręcona w szyderczym uśmiechu twarz Jimmy'ego.
    #gownowpis #creepystory #creepy
    pokaż całość

    źródło: creepypasta.com

  •  

    Kiedy układałem go do snu, powiedział „Tatusiu, sprawdź czy pod łóżkiem nie ma potworów”. Rozbawiony zajrzałem tam i wtedy go zobaczyłem – to był mój syn, który drżąc wyszeptał do mnie jedno zdanie: „Tatusiu, ktoś leży w moim łóżku”.

    #pasta #creepystory #kalkazreddita

  •  

    Chyba jakiś demon wszedł w korzeń w moim akwarium. To pewnie dlatego dzisiaj padł jeden gupik ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    #akwarystyka #creepystory

    źródło: demon.jpg

    +: Jeffrey_M, b...l +7 innych
  •  

    Pamiętam historię Mirka, który miał jakąś akcję z drzwiami w domu, w bloku. Ktoś mu walił w drzwi w nocy i uciekał jak ten do nich podchodził czy coś w tym stylu. I że w pewnym momencie gdzieś mu stanął w drzwiach jak ten patrzył przez judasza.

    Pamięta ktoś?

    #creepy #creepystory #pytanie #kiciochpyta

  •  

    Domki dla zamordowanych lalek - jak milionerka została "matką współczesnej kryminalistyki"

    https://www.wykop.pl/link/3998113/domki-dla-zamordowanych-lalek-jak-milionerka-zostala-matka-kryminalistyki/

    Wyglądają jak perfekcyjnie zrobione domki dla lalek. Są jednak czymś więcej. Jeśli przyjrzymy im się bliżej, zobaczymy pochlapane krwią ściany, noże, lalki, które przypominają martwych ludzi. Domki zbudowała w latach czterdziestych Frances Glessner Lee. Była zafascynowaną kryminalistyką milionerką. Przygotowane przez nią eksponaty nadal z powodzeniem służą policjantom. Dzięki nim uczą się, jak oglądać miejsce zbrodni i jak wyciągać wnioski z tego, co zobaczą.
    #creepy #creepystory #policja #prawo #ciekawostki #majsterkowanie #mikroreklama
    pokaż całość

    źródło: igimag.pl

  •  
    I........0

    +16

    Przypomniało mi sie, jak pewnego dnia w licbazie zaprosiłem koleżanke na koncert, poszliśmy tam i było fajnie, skończylo się tak że staliśmy przytuleni, ale nie tak przytuleni przodem, tylko tak, że ja ja przytulałem od tyłu i słuchaliśmy koncertu i nie mówiliśmy za dużo, i cieszyłem się, że przytulam takiego fajnego rózowego i rozmyślałem o polityce.
    I w pewnej chwili ona się odwróciła i odwpowiedziała mi coś na te myśli, w temacie tej polityki, tak jakbym nie myślał tylko mówił na głos ( ͡° ʖ̯ ͡°) to było #creepy w chuj, cały nastrój prysł i się jej troche bałem potem ( ͡° ʖ̯ ͡°) potem się zastanawiałem, czy ja aby na serio nie mówie na głos cały czas tego co myśle(widywałem już świrów gadajacych do siebie), tylko ludzie wokół udają, ze jestem normalny, żeby mi nie było przykro. ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    a wy miieliście podobne historie, ze ktoś "usłyszał" wasze myśli i wam odpowiedział? ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    #coolstory i w sumie troche #creepystory
    pokaż całość

    •  

      @Ikarus_280 to ma swoje wyjaśnienie, powiedzmy. W teoriach różnych alternatywnych istnieje telepatia z kimś, z kim jest się blisko. Ile razy miałem tak, że myślałem aby zadzwonić do matki a ona dzwoniła nagle. Albo z różowym na odległość się miało wspólne myśli i potem mówiło 'czytałaś mi w myślach'. Więź emocjonalna tworzy po prostu takie łącze.

      +: I........0, goomowy_qrchuck
    •  

      @Ikarus_280 Ja leżałem kiedyś w szpitalu. Przez dwie godziny była ogromna cisza. Nagle razem z kolegą leżącym też zaczęliśmy śpiewać Johnny B. Śmiechłem a potem myślałem jak będzie creepy

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Mirki, ale akcję miałem.

    Jechałem sobie w weekend z żoną i gówniakiem z Wrocławia na rodzinne Podkarpacie. Większość trasy to autostrada, ale tak pod koniec podróży, tuż przed docelowym miasteczkiem muszę przejechać około 10 kilometrów po drodze ciągnącej się przez jakieś totalne odludzie. Tylko lasy i pola. Zero domów, zero ludzi, zero świateł. Czasem jedynie jakiś pijaczyna swoim rozklekotanym rowerze chwiejnie przejedzie środkiem drogi.

    Jest piątek, chwila po 20, a ja właśnie wjeżdżam w tę podkarpacką ciemność. Zaraz mój trud będzie skończon, a ja będę jadł kiełbasę z dzika i pił dziadkowy bimber. Gówniak kima, żona też lekko przysypia, ciemno, więc włączam długie światła i jadę. Żona moja nienawidzi thrillerów i bardzo je przeżywa, a że nieco się nudzę i humor mi dopisuje, więc postanawiam trochę pobudzić jej wyobraźnię i nakręcam jej fazę o tym, że gdyby ktoś zrobił tutaj na nas zasadzkę, to nasze szanse byłyby niewielkie i przypominam film, który niedawno oglądaliśmy, opowiadający historię rodziny zaatakowanej przez pijanych wieśniaków na jakiejś niewielkiej drodze stanowej, zakończonej porwaniem żony i córki, ich zgwałceniem i morderstwem.

    Żona oczywiście każe mi się zamknąć dokładnie wtedy, gdy w lusterku widzę doganiające nas z dużą prędkością światła. Cóż, jakiś zbłąkany wędrowiec pewnie spieszy się na kolację – myślę i czekam na moment, aż zostanę przez niego wyprzedzony, ale o dziwo auto po zbliżeniu się do nas zwalnia i jedzie mi na zderzaku przez jakiś kilometr lub dwa pomimo prostej drogi, na której mógłby wyprzedzić nas co najmniej 69 razy.

    Serce zaczyna mi powoli przyspieszać, ale staram się zracjonalizować jego zachowanie – może po prostu chce, żebym oświetlał mu drogę. Zaciskam więc spoconymi dłońmi kierownicę i widzę, że mój nowy towarzysz podróży jednak decyduje się mnie wyprzedzić. Kamień z serca, pewnie za chwilę pogna jak szaleniec przed siebie i za pierwszym zakrętem zniknie mi z oczu, ale nic z tych rzeczy, gość kilka sekund po wyprzedzeniu mnie gwałtownie hamuje i zatrzymuje się na środku drogi, w szczerym polu. Co do kurwy on wyrabia? Może musi odebrać telefon, może poczuł się gorzej? Nieważne. Myślę teraz jedynie o swojej rodzinie, a nie o obcym facecie, omijam go poboczem i ruszam przed siebie obserwując sytuację w lusterku, w którym widzę, że gość... momentalnie rusza za mną.

    Pojebana akcja. Żona krzyczy, żebym pędził jak najszybciej, ja tętno mam wyższe niż próg podatkowy w podatku dochodowym, ale przecież nie będę zapierdalał po ciemnej leśnej drodze, żeby się wziąć i zabić na jakimś drzewie, więc jadę przepisowe 90 km/h kontrolując zachowanie gościa, który przez jakieś 3 kilometry po prostu jedzie za mną, by tuż przed wjazdem do miasteczka... skręcić w jakąś polną drogę i na zawsze zniknąć z mojego życia.

    #creepystory #coolstory #podkarpacie #logikarozowychpaskow #logikaniebieskichpaskow #patologiazewsi nie #pasta
    pokaż całość

  •  

    Mirki,

    spędziłem z żoną i dwójką znajomych weekend we Lwowie i spotkała nas dziwna sytuacja. Do tego stopnia, że zaczęliśmy się martwić o swoje bezpieczeństwo. Może jesteście jakoś w stanie rozwiać nasze domysły i wątpliwości i uracjonalnić wszystko to co się działo. Mamy świadomość, że niektóre z naszych działań były nieodpowiedzialne, ale mądry Polak po szkodzie. To nie był mój pierwszy wyjazd do Lwowa, zawsze tak robiłem - po raz ostatni.

    I. Podróż z granicy do Lwowa
    Już zaraz za granicą podszedł do nas gość, który chciał nas zawieźć do Lwowa. Jako, że podana przez niego cena nie była szczególnie interesująca nas powiedzieliśmy mu, że się zastanowimy. Był odrobinę nachalny, ale nie wyglądał na szkodliwego. Zapytał czy może iść za nami, w razie gdybyśmy się zdecydowali - odmówiliśmy, ale jednak poszedł za nami. Za chwilę podszedł jeszcze jakiś gość który polecał tego Pana, mówiąc, że to sprawdzony człowiek. Poszliśmy jednak dalej w swoją stronę. Tymczasem ten człowiek podjechał samochodem i zgodził się na naszą cenę. Błąd numer jeden - zgodziliśmy się pojechać z nim.
    Człowiek zapytał nas o adre - błąd nr 2- podaliśmy mu dokładny adres kamienicy, w której będziemy mieszkać. Dojechaliśmy do Lwowa. Gość mimo GPS wysadził na ulicę wcześniej. Powiedział, że to tu i to my się mylimy. Wtedy myśleliśmy, że gość był nieogarnięty - później tłumaczyliśmy sobie to inaczej. Jako, że człowiek mimo wszystko był ok, poprosiliśmy go o numer telefonu. Podaliśmy, poprosił o puszczenie strzały, żeby wiedział, że to my.
    II. Kieszonkowcy
    W sobotę koło południa zauważyliśmy 4 osoby, które nas obserwowały. Mój kolega jest bystry i to zauważył. Za każdym razem gdy przystawaliśmy, przystawali i oni. Kilka razy. W końcu zaczęliśmy zwracać na nich uwagę. Gdy to zauważyli, ruszyli do przodu. Wtedy myśleliśmy, że to kieszonkowcy - później tłumaczyliśmy sobie to inaczej.
    III. Telefony od kierowcy
    Siedząc przy piwku w sobotę zadzwonił do nas telefon. Z racji tego, że miała do nas zadzwonić właścicielka kwatery - bez żadnego problemu odebraliśmy telefon. Okazało się, że to taksówkarz. Zapytany dlaczego dzwoni z innego numeru niż nam podał - nie odpowiedział. Powiedzieliśmy, że nie wiemy czy z nim jedziemy - wtedy nie wydawało się jeszcze nic podejrzane - ot pomyśleliśmy, że pojedziemy marszutką. Taksówkarz powiedział, żebyśmy się zastanowili i oddzwoni za 15 minut. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy po skończeniu rozmowy zauważyliśmy numer kierunkowy +33 - Francja. Wtedy już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Umowa między nami - następnego telefonu nie odbieramy. Z tym człowiekiem nie jedziemy. I teraz to co nas dobiło. Po około 20 minutach, na telefonie kolegi pojawił się dzwoniący Adolf Schmidt - kierunkowy +49. To, że bez wpisanego numeru telefonu pojawił się nam napis "Adolf Schmidt" - wyjaśniliśmy sobie to tym, że ten numer jest niejako przypisany w google. Dlaczego jednak w ciągu 20 minut zadzwonił do nas telefon z Francji i Niemiec?! Nie byliśmy nawet w stanie stwierdzić, czy to na pewno dzwoniła ta sama osoba z którą jechaliśmy - bariera językowa.
    Przed oczami pojawił nam się plakat z granicy - "Uwaga na handel ludźmi"
    IV. Domysły
    a) Kierowca wypatrzył nas jako ofiary już na granicy. 4 młode osoby.
    b) Kierowca nie podwiózł nas nas dokładnie na podany adres, by nie złapały go kamery.
    c) Nie dzwonił do nas kierowca z którym jechaliśmy
    d) Kieszonkowcy, to nie byli kieszonkowcy
    e) Dzwonienie z innych numerów, to mylenie tropu.

    Bez względu na to czy było w tym coś podejrzanego czy nie - wieczór popsuty. Dajcie znać czy potraficie jakoś to wszystko racjonalnie wyjaśnić. Zwłaszcza kwestię tych telefonów i numerów kierunkowych.

    #podrozujzwykopem #lwow #ukraina #creepystory
    pokaż całość

    •  

      @Member: Hej,
      Nie chce mi sie czytać 92 komentarzy, ale byłem niedawno we lwowie i spotkaliśmy tam ludzi którzy ogarniają Ukraincą robote w polsce i gadaliśmy sobie z nimi czy nie chcemy pracowników itd, ogólnie z 2h w knajpie i też się wymienialiśmy numerami i typ za każdym razem jak dzwonil to też miał inny nr z inny kierunkowym. Oni mają jakąś taką usługe chyba, bo jest taniej, to jakieś VOIP.

    •  

      @d1l4x: Można z bronią na ukrainę? jakie są formalności?

    • więcej komentarzy (94)

  •  

    Miałem kiedyś paraliż senny. Wyglądało to tak, że leżałem na plecach i widziałem kątem oka, że jakaś starsza, pomarszczona kobieta z fioletową, siną skórą podchodzi do mnie i kładzie się obok. Potem poczułem, że kładzie mi rękę na ramieniu i szepta do ucha "pamiętaj o odkurzaczu". Nie wiem o chuj chodzi ale gdybym mógł się ruszyć to pewnie bym się zesrał. #creepystory #truestory #jeszczeniemanocnej pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #creepystory

0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów