•  

    ma ktos paste o kolesiu co bywał u kumpla na noc kumpel mowil ze dom jest nawiedzony bo kiedys sie tam menel wlamal i pozabijał wszystkich wyciagajac flaki z dupy i potem w nocy nawiedza dpiacych i ich dupa boli koles wierzył a tak naprawde cała rodzina go w dupe jebała w nocy i odurzała chloroformem i pozniej jak zobaczyl chloroform to ogarnał #pasta #creepypasta #pytanie #pytaniedoeksperta #kiciochpyta #help #ponocy #creepy #creepystory #wilkiwyjo #gownowpis #medycyna #chloroform #medycynanaturalna #pomocy pokaż całość

  •  

    #zakupy #biedronka #rozwojosobisty #praca #pracbaza
    Zakupy w biedrze i kolejka do połowy zabawkowego.
    Byłem na początku więc mówię głośno do kasjera, około 30-letniego, aż niektórzy ludzie się wystraszyli:
    - Mógłby pan zadzwonić po drugą kasę?
    Spojrzał z pogardą i oburzeniem:
    - mogę.
    DRYYYYŃ!
    Kasa nie otwarta od 5 minut i jakaś madka z ryjem i bardzo ważnym tonem:
    - Proszę do cholery zadzwonić. Skandal, żeby sklep miał tylko jedną kasę otwartą!
    - Proszę pani, nie ma ludzi do pracy.
    Nie wytrzymałem:
    - Na chuj się go czepiasz, babo? Idź do właściciela z mordą, a nie po zwykłych ludziach jeździsz.
    Wszyscy kurwa szok!
    jakiś gość po 50-tce:
    - Hi hi, gość ma racje. Wracaj, babo, do garów.
    Tak jebłem śmiechem, że to poezja.
    Ludzie rozbawieni moim śmiechem, kasjer ubaw over najn tałzen.
    Teraz moja kolej, madce łzy z oczu lecą, ja dalej rozbawiony, ona płacze zniszczona, a gość ma Vegete na przedramieniu.
    Drugi raz nie wytrzymałem:
    - co to za chińska bajka? Na łapie masz Księcia, a zachowujesz się jak pizda. Trzeba było jej pocisnąć, a Ty odjebałeś Jamsze. I nie wygłaszaj biednych ofert pracy.
    Uśmiechnąłem się do madki, kasjer szok i łzy, madka się śmieje przez łzy. ludzie w szoku bez emocji.
    A ja wychodzę:
    - Darek, otwórz drzwi.
    Zima... dobrze, że dziś pod dachem. Jadę poskładać kotłownie.
    Ja, cały na biało.

    #klubswiadomych #alternatywneteorie #ciekawostki #swiat #swiadomosc #rozwojosobisty #mistycyzm #okultyzm #wiara #parapsychologia #psychologia #wizjechorejglowy #teoriespiskowe #paranormalne #nauka #oswiadczenie #przemyslenia #feels #zakupyzchin #podroze #podrozujzwykopem
    #instalacje #instalacjesanitarne #instalacjeboners #ruryboners #inzynieria #inzynieriasrodowiska #budowadomu #budownictwo
    #pasta #mojapasta #creepypasta #creepystory
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: pics.tinypic.pl

  •  

    o curwa ale mnie zmrowiło na ryjcu przed chwilą ( ಠ_ಠ) zacznę od początku: coś mnie dzisiaj wzięło na czytanie na reddicie o najgorszych koszmarach jakie ludzie przeżyli i je opisywali itp. i część z nich opisywała paraliże nocne (z którymi mogę się dość mocno utożsamić). No i natrafiłem na komentarz picrel. Dlaczego mnie to ruszyło? Otóż miałem parę lat temu okres częstych i irytujących, czasami strasznych paraliżów nocnych ale jeden zapadł mi w pamięć najmocniej - leżałem na plecach z twarzą odwróconą w lewą stronę, w tym przypadku w kierunku ściany. Typowa strzyga, ale mimo że tym razem nie widziałem jej ani jej zarysu na tle sufitu, odczuwałem jej obecność mocniej, przygniatała mnie ciężej niż zwykle. Po ok. 10 sekundach walki z tym gównem, chcąc poruszyć choćby palcem (wtedy zwykle udaje mi się wydostać), udało mi się obrócić głowę w prawą stronę, z twarzą skierowaną na środek ciemnego pokoju. Właśnie tu zaczyna się kulminacyjny moment - widzę średniego wzrostu postać akolity ubranego w czerwony habit (mimo ciemności ten kolor wyraźnie odstawał od reszty otoczenia), z wielkim kapturem sprawiającym że wyglądał trochę jak mnich z kurwa hirosków . Ogarnął mnie wtedy dziwny stan bezsilności i poczucie bezpieczeństwa, nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Po chwili zwrócił się do mnie opanowanym tonem:

    Nie patrz na to
    Kupa w gaciach przestała nabierać objętości i po tych słowach zerwałem się jak popierdolony (czyli jak zwykle po paraliżu), serce napierdalało jak opętane. Udało się.
    Najbardziej #creepy gównem w tej sytuacji jest obecność pewnego rodzaju strażnika snów/ egzorcysty w obu przypadkach - moim i jakiegoś randoma z ameryki. Jestem pewny że jakby dobrze poszukać to znajdzie się więcej podobnych historii z owym "strażnikiem" w roli głównej. Jak znajdę coś ciekawego na ten temat wrzucę w kom.
    Może macie podobne doświadczenia?
    #creepystory #paralizsenny #sny
    pokaż całość

    źródło: Untitled.png

    +: kocurowy, pizzahontas +17 innych
    •  

      @LogicU: kilka lat temu zdarzyło mi się mieć paraliż przysenny i pamiętam uczucie jakie temu towarzyszy. Osobiście nie widziałem żadnych demonów czy coś, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że ktoś tak spanikuje, że dostanie halucynacji.

    •  

      @Ekspert_magii_powietrza: na paręnaście paraliżów jakie swego czasu doświadczałem halucynacje występowały w zaledwie kilku więc to też prawda że nie zawsze idą w parze.
      Pierwsze kilka razy mogło przestraszyć i zaskoczyć, później powodują raczej zwykły dyskomfort aniżeli strach i panikę ale bywało że bałem się zasypiać przez to gówno

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Siedze sobie teraz w pociagu iC Poznań-Warszawa, przedzial obok kibla, przy przejsciu. Przechodzi jakis chlopaczek, na oko 7-8 lat. Katem oka widze ze idzie do wc. Zaraz sie pojawia i znowu znika. I znowu pojawia i rozglada, jakby nie wiedzial co zrobic. Zainteresowalo mnie to, jakos poczulem ze cos jest nie tak. Wychodze, otwieram drzwi do przejscia a tu nakurwia wiatr i przy tych 120km/h drzwi pociagu przy kiblu otwarte na oscierz. Normalnie zbladlem bo widzialem przed oczami jak to dziecko wypada (w sensie wyobrazilem sobie). Szybko go zlapalem i powiedzialem ze ma isc do todzicow. Podchodze do tych drzwi i probuje je zamknac, ale nie da sie, sa jakby zablokowane. Polecialem po konduktora, ten ze mna do drzwi i probuje telefonem dzwonic chyba do maszynisty zeby zwolnil blokade. Dodzwonic sie nie mogl wiec polecial na przod a ja przy tych drzwiach stalem. W pewnym momencie pociag zaczal ostro hamowac i blokada drzwi sie zwolnila. Zamknalem i poszedlem na swoje miejsce. Przyszedl mi do przedzialu konduktor i podziekowal. Niby nic ale normalnie tego dzieciaka mam przed oczami jak jednak probuje wejsc do WC i wypada przez drzwi...

    #dobrzeczujeczlowiek #creepy #creepystory #kolej #takbylo
    pokaż całość

  •  

    #creepypasta #creepystory

    OKNA

    Wydaje mi się, że zanim zacznę, należy się Wam kilka słów wprowadzenia. Otóż
    mam małego bzika na punkcie broni, survivalu, wyposażenia taktycznego, lornetek, latarek i tak dalej. Sprzętu mam od groma, a perełką mojej kolekcji jest karabin Remington 700 (w Rosji można go zupełnie legalnie kupić po pięciu latach posiadania wiatrówki). Mam do niego też dwie bardzo dobre lunety – jedną mocniejszą, a drugą słabszą. Nie, nie jestem żadnym psychopatą, powiedzmy, że lubię się czuć przygotowanym na nieprzyjemności w tych
    niespokojnych czasach. Tyle, jeżeli chodzi o wstępne wyjaśnienia.
    A oto i sama historia. Pewnego razu zdarzyło mi się wynająć mieszkanie w
    jednym z północno-wschodnich rejonów Moskwy. Zrobiłem to z absolutnej
    konieczności, nie zamierzałem zostawać tam długo, więc umowę podpisałem
    tylko na kilka miesięcy. Mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze
    dwunastopiętrowego wieżowca, a widok z okien byłby wspaniały, gdyby nie
    jedno "ale" - naprzeciwko, w odległości może dwustu metrów, stał inny
    dwunastopiętrowiec, poza którym praktycznie nic ze swoich okien nie widziałem. Mieszkanie było bardzo tanie, nie było w nim nawet telewizora.
    Internetu także nie zamierzałem podłączać, przecież i tak niebawem miałem
    opuścić to miejsce. Przyznacie więc rację, że nie było tam zbyt wielu
    rozrywek. Do tego, jak na złość, pracy, którą w międzyczasie podjąłem,
    okazało się mniej niż pierwotnie przypuszczałem. Spędzałem więc wieczory
    czytając, a potem, gdy słońce już zaszło, brałem karabin i zaczynałem bawić
    się w "oglądanie" - rozrywkę tę wynalazłem sobie już trzeciego dnia.
    Nastawiałem lunetę, patrząc na ulicę, dostrajałem ją do różnych obiektów, a
    raz czy dwa zajrzałem przypadkowo do kilku okien - i jakoś tak się
    wciągnąłem. Przyciągnąłem do okna biurko, postawiłem na nim Remingtona i
    przez szczelinę w zasuniętych zasłonach zacząłem poznawać mieszkańców
    domu naprzeciwko.
    Macie zupełną rację, jeżeli w tym momencie myślicie o mnie źle. Nie ma nic
    dobrego w oglądaniu ludzi w celowniku lunety, nawet jeżeli jest ona
    przykręcona do niezaładowanego karabinu, ale, cholera, kiedy raz już
    spróbowałem, nie mogłem się powstrzymać. A poza tym, blok naprzeciwko
    był istną wylęgarnią świrów. Szybko mi się znudził gość z szóstego piętra,
    który całymi wieczorami zwykł oglądać pornole. Moimi ulubieńcami stali się
    za to chuchro-karateka z dziewiątego, który co wieczór urządzał sobie w
    kuchni bezlitosny trening, oraz para z siódmego. Parka ta była niesamowicie
    namiętna, przez te kilka dni, podczas których ich obserwowałem, uprawiali
    seks chyba na wszystkie sposoby, jakie znam, i wcale nie wyglądali, jakby
    kończyły im się pomysły. Do tego chyba nie wiedzieli, jak się wyłącza światło
    w ich sypialni, a podglądać ich można było bez końca - naprawdę wiele
    można się było od nich nauczyć. Byli jeszcze pijacy, interesujący tylko
    podczas burd, rozwódki z dziećmi, kilka mniej więcej normalnych rodzin, oraz
    dużo innych ludzi. Ale nie o nich będzie tu mowa.

    Pewnego razu przypadkowo spojrzałem w okno na ósmym piętrze, na które
    wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi. Zobaczyłem prawie pusty pokój,
    oświetlony przez jedną jedyną lampę, wiszącą na suficie. Drzwi były
    porządnie zamknięte, a w kącie stało łóżko, na którym w jogińskiej pozie
    siedział człowiek. Zwrócił moją uwagę swoim bezruchem, postanowiłem więc
    na chwilę się przy nim zatrzymać. Był zwrócony plecami do okna i wpatrywał
    się w ścianę. Strasznie chudy, blady i wysoki, jego kompletnie łysa głowa
    wydawała się nieproporcjonalnie wielka. Nie miał na sobie ani koszulki ani
    majtek. Patrzyłem na niego może z pięć minut, a następnie przesunąłem
    celownik na ścianę, w którą się wpatrywał. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić,
    ściana była pusta - żadnych obrazków ani ozdób, wypłowiała tapeta tu i
    ówdzie obrywała się od ściany. Obejrzałem sobie pokój - również nic
    ciekawego, dwa krzesła, stoliczek ze stertą gazet, stary fotel, a przed łóżkiem
    na podłodze mały dywanik. Na zamkniętych drzwiach zauważyłem kilka
    dziwnych pionowych linii - i to wszystko. Uznałem, że gość sobie po prostu
    medytuje i nie należy się po nim spodziewać niczego specjalnego.
    Przeniosłem się więc do mojego ulubionego karateki, który właśnie rozpoczął
    rozgrzewkę przed kolejnym treningiem. Po jakichś dwóch godzinach, gdy
    nieletni mistrz oraz nieposkromiona parka zakończyli swoje występy,
    zajrzałem dla porządku jeszcze w okno jogina. Siedział wciąż w tej samej
    pozie, patrząc w ścianę. Wytrzymałem pół minuty, schowałem karabin i
    poszedłem spać.

    Tak w zasadzie pewnie bym i o tym zapomniał, gdybym po kilku dniach znów
    przypadkiem nie zajrzał w to okno. Nie dostrzegłem niczego nowego i to mnie
    z jakiegoś powodu rozgniewało. Wtedy już na serio liczyłem, że każdy z
    lokatorów domu naprzeciwko ma do dyspozycji coś, co może dostarczyć mi
    rozrywki. A ten typ po prostu sobie siedział i gapił się w ścianę. Chociaż mógł
    się nie gapić tylko spać na siedząco. A może nie żył? Może to lalka albo
    manekin? A może naprawdę kopnął w kalendarz? Medytował, medytował i
    świat astralny w końcu upomniał się o niego. Bardzo się zainteresowałem tą
    sprawą. Patrzyłem na niego całą godzinę - nie ruszył się. Lalka jak nic. Tym
    bardziej, że taki chudy, wysoki, łeb wielki, skóra blada, a ręce prawie do
    kolan... Nie ma takich ludzi! No ale co ta lalka robi sama w tym pokoju?
    Rekwizytornia jakaś? A gdzie inne rzeczy? Czemu tam nikt nie wchodzi?
    Mieszkanie jest puste? A kto w takim razie zapalił światło? Popatrzyłem w
    okna sąsiednich mieszkań. Na prawo mieszkała rodzina z dwoma maleńkimi
    dziećmi, na lewo - światła zgaszone, nic nie widać. Spoko. Chciałem
    popatrzeć na coś innego, ale jakoś tego wieczoru ani karateka, ani
    zakochana para, broniąca ciągłości gatunku mnie nie zaciekawili.
    Następnego dnia wróciłem z pracy trochę wcześniej i od razu zerknąłem w
    lunetę. Siedzi, dziad jeden. W tej samej pozycji. Chociaż nie, trochę się
    obrócił. Czyli że jednak coś tam się ostatecznie dzieje.
    Gapiłem się cały wieczór, nie wychodziłem nawet do toalety. Siedzę twardo.
    On też. Gapi się w ścianę. Zdawałoby się, że trochę oddycha. Gdy rozbolały
    mnie oczy, machnąłem ręką i poszedłem spać.
    Rano przed pracą spojrzałem znowu. Bez zmian.
    Obserwowałem go cały tydzień. Kilka minut rano, kilka godzin wieczorem.
    Raz na jakiś czas jego położenie zmieniało się minimalnie, ale jak i kiedy -
    tego nie widziałem. Pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że ma w
    łóżku zmienioną pościel! Wtedy postanowiłem objąć go całodobową
    obserwacją.

    Męczyłem się z tym cały wieczór, ale rezultat mnie zadowalał. Karabin na
    dwójnogu wycelowałem w okno, a do lunety przy pomocy statywu
    przystawiłem obiektyw kamery, która nagranie przesyłała bezpośrednio do
    laptopa. Będzie można potem zobaczyć, co dzieje się przez te kilka godzin,
    kiedy ja jestem w pracy. Rano sprawdziłem wszystko jeszcze raz dokładnie, a
    po naciśnięciu REC na kamerze wyszedłem z domu.
    Pierwszego dnia czekało mnie rozczarowanie. Kamera zapisała wszystko
    poprawnie, jogin osiem godzin przesiedział na łóżku, nie ruszając się. Ledwo
    starczyło mi cierpliwości, aby powtórzyć wszystko następnego dnia.
    Za drugim razem poszczęściło mi się. Wieczorem, przeglądając taśmę,
    zobaczyłem jak o 14:17 drzwi do pokoju się otwierają i wchodzi kobieta z tacą
    w rękach. Na początku pomyślałem, że pewnie przyniosła mu jedzenie, ale
    na tacy prawie nic nie było, widziałem tylko jakiś woreczek i kilka małych
    pudełek. Powoli podeszła do jogina i postawiła tacę przed nim na łóżku.
    Następnie jakiś czas stała i patrzyła na niego. Myślałem, że rozmawiają, ale
    gdy się przyjrzałem, okazało się, że jej usta się nie ruszają. Po chwili zaczęła
    pocierać jego lewą rękę, a następnie na kilka sekund pochyliła się nad nim.
    Co robiła dokładnie, nie sposób było powiedzieć, bo zasłaniały jego plecy, ale
    wyglądało to na zastrzyk. W każdym razie, takie odniosłem wrażenie. Później
    jakoś specyficznie, bokiem, podeszła do okna, uchyliła je i zapaliła papierosa.
    Gdy spaliła, zamknęła okno, zabrała tacę i rakiem wyszła z pokoju,
    zamykając za sobą drzwi. Nic więcej się nie działo. Oderwałem się od
    monitora, zerknąłem w lunetę - w pokoju wszystko było tak, jak na ostatnich
    kadrach nagrania. Gdyby nie kamera, nie wiedziałbym nawet, że ktoś tam
    przychodził.
    Przejrzałem nagranie jeszcze raz. Było w nim coś dziwnego, nawet
    strasznego. Chociaż zdawałoby się, że wszystko jest jasne. Na łóżku siedzi
    blady, chudy jak szczapa koleś, prawdopodobnie upośledzony, odwiedza go
    jego opiekunka, robi mu zastrzyk, pali papierosa i wychodzi. Obejrzałem
    nagranie jeszcze jeden raz. I jeszcze. I do niczego nie doszedłem.
    Spojrzałem jeszcze raz przez lunetę na gościa (siedzi, dziadyga), i
    poszedłem spać.

    W ciągu następnego tygodnia, wykorzystując swój mały system inwigilacji,
    stwierdziłem, że:
    a) kobieta z tacą przychodzi do pokoju raz na dwa dni, około 14-15, robi
    zastrzyk, pali papierosa i wychodzi;
    b) prawdopodobnie poza tym w pokoju nie dzieje się zupełnie nic!
    Stawało się to moją obsesją. Po pierwsze, nie widziałem, jak i kto zmienia mu
    prześcieradła. Po drugie, zrozumiałem, co dziwnego było w zachowaniu tej
    kobiety. Widziałem, jak trzy razy odwiedza go w pokoju, ale ani na sekundę
    nie odwraca się do niego plecami.
    ***
    Śledziłem ich kilka ładnych tygodni, z pracy o mało mnie nie wyrzucili. W tym
    czasie jeszcze raz zmieniono mu pościel, ale tego nie widziałem. Musiało to
    być w nocy, kiedy spałem. Zauważyłem też, że kilka razy w tygodniu kobieta
    z mieszkania gdzieś wychodzi na 30-40 minut. Widziałem ją, jak wychodzi z
    klatki i wraca z kilkoma reklamówkami. Kilka razy udało mi się wypatrzeć
    dokąd idzie - szła do najbliższego warzywniaka, a w drodze powrotnej
    zachodziła do apteki. Próbowałem się dowiedzieć, co tam kupuje, ale
    paragon zawsze zabierała ze sobą, a obsługi pytać nie chciałem.
    Raz na dwa dni przychodziła do niego do pokoju, robiła zastrzyk, paliła
    papierosa, wychodziła. Ani na sekundę nie spuszczała go z oczu. Jego
    pokoju nauczyłem się na pamięć. Dużo myślałem o paskach na drzwiach, o
    obdartych tapetach. Otóż na drzwiach była to po prostu zdarta farba. Obdarło
    ją to samo, co i tapety - jego paznokcie. Nie było na to najmniejszego
    dowodu, ale innego wyjaśnienia nie mogłem znaleźć. Zacząłem się go bać.
    Patrzyłem na niego przez lunetę, godzinami wgapiałem mu się w potylicę, a
    on po prostu sobie siedział w łóżku w kącie. Dziwne to było uczucie, patrzeć,
    jak w mieszkaniu obok małe dzieci bawią się i skaczą na tapczanie, a za
    ścianą, raptem kilka metrów od nich, siedzi ten potwór.
    Miałem wrażenie, że powinienem coś z tym zrobić. Ale co? Wezwać milicję?
    Co im powiedzieć? Przyjadą, zastukają do drzwi, nikt im nie otworzy - i co
    potem?
    Nękało mnie to. Jednego wieczoru w kafejce przekopałem cały Internet, ale
    oprócz klasycznych strasznych historyjek nie znalazłem niczego (chociaż
    zdaje się, że jedna pasta o tym nawet coś wspominała). Próbowałem też się
    czegoś dowiedzieć od mieszkańców bloku, ale najprawdopodobniej nikt nic o
    nim nie wiedział. Ostatecznie zdecydowałem się na najgłupszą rzecz w moim
    życiu.

    Dobrze się do tego przygotowałem. Wziąłem ze sobą kilka moich najlepszych
    noży, rewolwer gazowy, maskę, aby w razie czego schować twarz, wytrychy,
    latarkę, petardy dla odwrócenia uwagi, a także świecę dymną. Pochowałem
    to wszystko po kieszeniach, starając się, aby nie wyglądało to podejrzanie i
    żebym nie brzęczał przy każdym ruchu, następnie wyszedłem na ulicę,
    siadłem na ławce przed klatką i czekałem. Gdyby wtedy rutynowo
    wylegitymowali mnie milicjanci, miałbym ogromne problemy. Czasem nawet
    żałuję, że tak się nie stało.
    Najśmieszniejsze jest to, że siedząc tak wtedy na tej ławce, nie miałem
    zielonego pojęcia, co tak właściwie chcę zrobić.
    Po jakichś czterdziestu minutach zauważyłem, że kobieta z tego mieszkania
    wyszła z klatki i skierowała się swoim zwyczajem w stronę sklepu. Pół
    godziny miałem na pewno. Wstałem i wszedłem do tej samej klatki.
    Gdy wszedłem na ósme piętro, zobaczyłem, że drzwi na korytarz są otwarte.
    Wszedłem i znalazłem się pośrodku słabo oświetlonego korytarza, którego
    jeden z końców był niesamowicie zagracony. Wzdłuż ścian stały
    rozmontowane metalowe szkielety łóżek, rower bez kół, łyżwy, sanki, jakieś
    zakurzone pudła, potrzaskane meble, a do tego wózek inwalidzki. Z jakiegoś
    powodu to on właśnie przykuł moją uwagę.
    Obliczywszy, że drzwi do interesującego mnie mieszkania znajdują się
    dokładnie w tym zagraconym końcu korytarza, wstrzymałem oddech i
    ruszyłem w tamtą stronę. Oto i są - drzwi obite brązową sklejką, mieszkanie
    numer 41. Klamka, dziurka od klucza, wizjer - nic specjalnego. Stanąłem kilka
    metrów od drzwi, starając się pozbierać myśli. Co ja tutaj robię? Co mam
    zamiar zrobić? Dygocząc, tępo patrzyłem to na drzwi, to na wózek inwalidzki.
    Po chwili zdałem sobie sprawę, że oprócz własnego ciężkiego oddechu
    słyszę coś jeszcze. Wstrzymałem oddech i przysłuchałem się.
    "Szszwaark... szszwaark..."
    Dźwięk dochodził zza drzwi mieszkania numer 41 i wyraźnie się zbliżał.
    Zanim zdążyłem go jakoś zidentyfikować, zanikł. Zapadła pełna napięcia
    cisza. Myśli w mojej głowie powoli zaczęły się układać. Dotarło do mnie, że
    to, co słyszałem, to były jego kroki. Podszedł do drzwi i stoi za nimi. Nosz k**,
    pewnie jeszcze patrzy na mnie przez wizjer!
    W tym momencie klamka zaczęła się szybko obracać, a na drzwi ze środka
    coś bardzo mocno naparło, sądząc po tym, jak zatrzeszczały. W tym
    momencie, delikatnie rzecz ujmując, zabrakło mi odwagi i wybiegłem stamtąd
    ile sił w nogach. Jak zszedłem z ósmego piętra - nie pamiętam, na pewno
    było to bardzo szybko. Wziąłem się w garść dopiero pod klatką. Miałem
    jeszcze na tyle oleju w głowie, żeby nie iść od razu do siebie, a przejść się
    chwilkę między blokami, zmylić ślady. W domu byłem po dziesięciu minutach.
    Od razu wbiegłem do pokoju, złapałem za karabin i wycelowałem w jego
    okno.
    I wtedy przeraziłem się jeszcze bardziej. Stał za oknem, skrobał paznokciami
    po szkle, i niech mnie kule biją, jeżeli nie wpatrywał się prosto we mnie.
    Widziałem go tylko przez sekundę, ale tego, co zobaczyłem, nie zapomnę
    nigdy. Chude, kościste ciało, przez białą jak papier skórę prześwitywały kości,
    wydłużone ręce zakrzywionymi palcami skrobią szkło, a na ogromnej,
    praktycznie białej, bezwłosej głowie potworna twarz, pozbawiona nosa.
    Dwoje wielkich, czarnych oczu i usta bez warg. Ruszał rękami, usta mu się
    otwierały i zamykały, zostawiając na szkle śliskie ślady, a oczy były
    wpatrzone we mnie. Czułem to spojrzenie.
    Mimo, że mój mózg w tym momencie był sparaliżowany przez strach, to ciało
    wiedziało, co robić. Jak we śnie, odskoczyłem od okna i rzuciłem się do
    szafy, gdzie trzymałem pudełko amunicji. Dziesięć sekund później wróciłem z
    załadowanym już Remingtonem. Było mi wszystko jedno, co będzie potem.
    Zarepetowałem, złożyłem się i wziąłem okno na cel. Jednak jedyne, co
    ujrzałem w lunecie, to zaciągnięte zasłony.

    Z mieszkania wyprowadziłem się tego samego dnia. Zapłaciłem
    właścicielowi, nie pytał o nic, a ja byłem mu za to wdzięczny. Skupiłem się na
    pracy, przeżyłem kilka miesięcy i zacząłem o tym zapominać. Czasem jednak
    o nim myślę. Zrozumiałem, dlaczego siedział twarzą do ściany - tak go
    posadzono. Specjalnie, aby nie widział innych ludzi. Kim on jest? Nie wiem.
    Czy jest niebezpieczny? Wydaje mi się, że ekstremalnie.
    Czasami widuję go w snach. Drapie w moje drzwi, a ja patrzę na niego przez
    wizjer. Karabin za każdym razem chybia.
    Nie podoba mi się to, że on mnie wtedy widział. Czy się boję? Mam broń i
    umiem się bronić, ale skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że się nie boję.
    pokaż całość

  •  

    NAWIEDZONY FORT ''GRĘBAŁÓW"

    Jesień 1925 roku. Chłodną, październikową nocą fort „Grębałów” zostaje zaalarmowany pobliskimi strzałami. Krążą słuchy o grupie dywersantów chcących przejąć magazyn broni, koszary i stanowiska artyleryjskie ośrodka. Kiedy strzały milkną, dowódca warty, kapral Makarucha zarzeka się, iż wychodzące z ciemności postacie otworzyły do niego ogień. Sytuacja jest o tyle wiarygodna, iż w trakcie strzelaniny żołnierz zostaje ranny w rękę.
    Wkrótce jednak sytuacja mocno się komplikuje i odbywającego leczenie w krakowskim szpitalu kaprala odwiedzają śledczy. Patrole, wysłane zaraz po alarmie nie znalazły ani dywersantów, ani też ich śladów. Śledczy domagają się wyjaśnień, zaś młody Makarucha blednie. W końcu wyznaje przełożonym, iż tamtej nocy skłamał, by ochronić siebie i kolegów.
    Opowiada, jak przyszedł rozprowadzić warty i w wartowni na stole zobaczył pistolet. Jeden z żołnierzy – jak opowiadał kapral – miał wziąć broń i wywijać nią „dla zabawy”. Gdy Makarucha zbliżył się, by mu ją odebrać, niezabezpieczony pistolet wypalił, raniąc go w ramię. Chcąc uniknąć kary za pozostawienie broni niezabezpieczonej, namówił żołnierzy, by zaczęli strzelać, udając napad.
    Oczywiście, kapral został za swój czyn zdegradowany do zwykłego szeregowca, zaś współwinni ponieśli zasłużoną karę. Tu historia miałaby swój logiczny koniec, gdyby nie opowieść byłego podoficera, jaką przedstawił swoim przełożonym po wyjściu ze szpitala.
    W oknie warowni miała się ukazać biała postać z wytrzeszczonymi oczyma, do której przestraszony wypalił, zapominając o odbezpieczonym pistolecie. Co było do przewidzenia, żaden ze śledczych mu nie uwierzył, choć opowieść kolegi poparli także inni żołnierze, zarzekając się, iż również widzieli zjawę.
    Opowieść o duchu rozniosła się wśród żołnierzy lotem błyskawicy. Od tej pory nocne warty miały być uznawane za najgorszą dla tutejszego żołnierza rzecz. Białą zjawę zaczęto widzieć wszędzie. Nie pomogły nawet egzorcyzmy przeprowadzone przez kapelana.
    Historia szybko stałaby się kolejną żołnierską legendą opowiadaną w koszarach, gdyby nie przypadek. Jeszcze tej jesieni w trakcie robót ziemnych na terenie fortu odnaleziono zwłoki zawinięte w worek z dyndającym na szyi sznurem. Wkrótce medycy orzekli, iż trup musiał w ziemi spędzić kilka lat. Szybko powstała teoria, jakoby miał to być rosyjski szpieg, którego Austriacy wykryli, a następnie powiesili i w tym miejscu zakopali.
    Szczątki domniemanego szpiega zostały pochowane w poświęconej ziemi, zaś zjawa – czymkolwiek była – zniknęła. Dla Makaruchy historia skończyła się pochwałą za wzorcowe pełnienie służby i w następstwie przywróceniem do rangi kaprala.

    Zapraszam na funpage poświęcony duchom i nawiedzeniom: https://www.facebook.com/DuchyiNawiedzenia/

    #cedrikpisze

    #paranormalne #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #creepystory #horror #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: fort.PNG

  •  

    Jakiś czas temu pojechałem do znajomego Holendra na szrot po jakieś pierdoły. Patrzę, a obok hali postawiony mały plotek powiedzmy 1x1m, w środku kwiatki i wysypane kamyczki.
    Pytam go, czy pochował psa, czy co...
    Okazuje się, ze gość który z nim tam od zawsze pracował zażyczył sobie po śmierci wysypanie swoich prochów właśnie w miejscu obok hali. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Wydało się śmieszne, ale zarazem dziwne.. Jak pojadę znowu na szrot, to zrobię zdjęcie.
    #truestory #creepystory #speedywholandii
    pokaż całość

  •  

    LEGENDA LASU WITKOWICE

    Jest końcówka Października 2001 roku. Grupa młodych ludzi zmierza w stronę lasu. Niosą ze sobą alkohol, jedzenie i sprzęt obozowy. W ciepły, jeszcze słoneczny weekend chcą uczcić rozpoczęcie kolejnego roku na studiach.
    Wkrótce znikają w gęstwinie. Jeszcze przez chwilę słychać śmiechy i nawoływania, potem i to cichnie. Wydawać się może, że las ich wchłonął, zaabsorbował jak odżywczą glebę wyciągając wszelkie życie z oplecionych korzeniami ciał.
    Ponad rok po wydarzeniach z października 2001 roku nadchodzi swoiste Crescendo, kiedy ujawniona zostaje wspomniana przez anonimowego przyjaciela...

    „Legenda Lasu Witkowice”.

    Wedle jej słów, Witkowice zbudowane zostały na szczątkach innej osady, założonej jeszcze w XII wieku, która blisko sześćset lat później ma spłonąć w tajemniczych okolicznościach razem z większością mieszkańców. Jednostki, które przetrwały tą tragedię, w myśl legendy, miały zaginąć. Jedyne świadectwo wydarzeń ma stanowić pamiętnik Ojca Witkacego, księdza i egzorcysty.
    Jeśli wierzyć słowom opowieści, pięć lat przed tragedią wieś miała nazywać się „Mirena”. Właśnie wtedy, na zaproszenie władców tych ziem do pobliskiego lasu, którego strzęp nazywamy dzisiaj „Parkiem Leśnym Witkowice” przybywa sekta pogan, nazywająca samych siebie „Strażnikami Quantara”. Goście szybko zadomowiają się w lesie, budując sobie osadę, obok kamienną świątynię i czyniąc magiczne posługi mieszkańcom wioski.
    Czy to na skutek rytuałów, czy złej aury, las reaguje na obecność nowych mieszkańców. Ptaki odlatują, dzikie zwierzęta często znajdowane są martwe na granicy wioski. Jej mieszkańcy boją się zapuszczać w głąb gęstwiny po zmroku.
    Na tym się jednak nie kończy. „Legenda” szybko przeradza się w opowieść o paru grzybiarzach, którym udało się zobaczyć krwawe rytuały odprawiane przez (zapewne zakapturzonych) członków sekty. Zauważeni, uciekli w głąb lasu, gdzie dopadła ich mgła rozmazująca całe otoczenie wokół, a także ich samych.
    W tej barwnej historii, dwóm mężczyznom udaje się uciec do domu, gdzie zostają osądzeni za domniemane zabójstwo kolegów.
    Tutaj urywa się tekst legendy, zaś opowieść prowadzona jest dalej w formie pamiętnika Ojca Witkacego, który bardzo dobrze operuje współczesnym słownictwem i miejskim slangiem jak na kapłana z XVIII wieku. Ponadto, jest na tyle skrupulatny, by zapisywać w swym pamiętniku dialogi, oraz na żywo opisywać ostatnie chwile miażdżonej przez las wioski oraz swoją własną śmierć.

    Zapraszam na funpage poświęcony duchom i nawiedzeniom: https://www.facebook.com/DuchyiNawiedzenia/

    #cedrikpisze

    #paranormalne #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #creepystory #horror
    pokaż całość

    źródło: lasw.jpeg

  •  

    Przytrafiła mi się wczoraj jedna z najdziwniejszych akcji w życiu. Jak każda tradycyjna polska rodzina we #wszystkichswietych potruchtaliśmy wczoraj na cmentarz, idziemy główną alejką i już mamy skręcać w stronę ostatniego grobu, kiedy nagle z naprzeciwka... kica w naszą stronę królik. Biały, puchaty, królik miniaturka. Pierwsza myśl była taka, że ludzie idący za nim to jego właściciele i mają dość duży kredyt zaufania do świata i samego królika, ale oni tylko porobili mu zdjęcia i poszli dalej. A królik kicał, 0 fucks given. Po 0,05 sekundy zastanowienia mój ojciec jednym ruchem komandosa złapał go i wsadził do papierowej torby po zniczach, a ja oficjalnie stałam się króliczą mamą. Królik przekimał nockę w transporterku po ś.p. kocie mojej babci, aktualnie kica po pokoju lub chilluje za kanapą. Zatem moi drodzy, poznajcie Hadesa, króla cmentarza. #smiesznypiesek #pokazkrolika #truestory #coolstory i trochę #creepystory
    P.S. Szukaliśmy właściciela po lokalnych grupach na fejsie, ale bez odzewu. Zresztą, musiał być to niezły dzban.
    pokaż całość

  •  

    Ja pierdole, ale się zestresowałem. Siedzę sobie z różowym, oglądamy serial i nagle naciśnięcie na klamkę. Na początku nawet do mnie nie dotarło, że to do naszego mieszkania. Ktoś się nie zniechęcił, bo słyszymy jak wyciąga klucze i szuka chyba tego prawidłowego. Kilka sekund później słychać jak ktoś skrobie przy zamku, więc wstaję i otwieram drzwi.
    Jakiś typ. Opuścił głowę mówiąc 'hehe o kurwa'. I poszedł. Aż patrzyłem przez wizjer, czy faktycznie pojechał piętro niżej, czy to jakiś złodziejaszek robił rozeznanie.
    Winda zatrzymała się piętro niżej i było słychać śmiech, więc chyba faktycznie ktoś po grobingu pomylił piętra XD
    trochę #creepystory #creepy #truestory
    pokaż całość

  •  

    #creepy
    Na wstępie dodam, ze to wcale nie jest #pasta.
    Ostatnimi dniami miewam ciężkie noce, śnią mi sie straszne rzeczy, przez które potrafię sie obudzić w srodku nocy. Dzisiejsza pobudka przebiła wszystko co najstraszniejsze. Nie potrafię dokładnie opisać tego snu, nawet nie wiem w jaki sposob nazwać niektóre rzeczy...

    Na poczatku śnił mi sie mój facet, nasz pies i ja. Byliśmy gdzieś na dworze, gdy nagle przyblakalo sie do nas zwierzę przypominające z wyglądu sarnę lecz bylo ono duzo mniejsze i cale czarne. Wzielismy je do domu. Od tej pory zaczął sie koszmar w moim śnie. Pamiętam jak poszlam na spacer nad wode z tym zwierzęciem i chyba moim psem. Nagle zauważyłam, ze mojego psa nigdzie nie ma w pobliżu.

    Nie potrafię sobie przypomniec kolejności i klatka po klatce rzeczy, ale w tym śnie to ja nieświadomie pomoglam sprzedać dusze swojego zwierzaka dla tego demona, ktory sie przyblakal. To on mnie zmusil. Byl tez pokój z niebieskimi ścianami, na ktorej byla prosto namalowana postać ludzika (glowa kolko, nogi kreski, wiecie o co chodzi) trzymająca sie za rękę z psem. Nagle namalowane oczy tego psa ze ściany zniknely i chlapnela na to krew.

    Godzina 11:00 obudziłam się na plecach, nie moge sie ruszać, chce krzyczec nie moge wydać z siebie dźwięku, cały czas bylam pewna, ze mój facet leży obok, próbuje go uszczypnac. Nagle mnie wszystko puscilo, patrze a mój piesek leży obok i to jego próbowałam szczypac.

    Mowie Wam Mirki, siedze teraz przy oknie i sie trzese ze strachu. Nigdy w zyciu nie mialam tak okropnie przerazajacego snu i takiej pobudki. Cala historia brzmi jak scenariusz do dobrego horroru. Nie wiem co mam o tym myslec i co z tym zrobic. Zdarza mi sie to zbyt czesto. Nie jestem ateistka, ale tez nie mam zdania na temat wiary w Boga. Nigdy nie wierzylam w takie creepy historie a teraz sama to przezywam. Co o tym myslicie? A moze mnie cos chce nawiedzic bo jestem po prostu slaba?
    #creepy #creepystory #takbylo #truestory #sny #kosciol #katolicyzm #historia #sennajawie #demonologia #zalesie #prawdziwahistoria #sen #niewiemjakotagowac
    pokaż całość

  •  

    Mirki co za akacja! Byłem z kumplami w kinie i koło 22:30 postanowiliśmy jeszcze nie wracać do domu i pójść do parku. Wysiadamy z samochodu, a zaraz podjeżdża samochód i wysiada 4-5 uzbrojonych w metalowe bejsbole osób. Zaczynają szurać nimi po asfalcie i gwizdać (coś jak Negan w TWD). Szybko spierdolilismy do samochodu i kumpel zadzwonił na 112 i czekamy niedaleko i przejechało juz 8 radiowozów, tajniaki i straż miejska.. Co tam się odwala? :O
    #truestory #creepystory #warszawa
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: embed.jpg

  •  

    Taka ciekawostka.

    Babka nie zyla od 4h
    Gość zażyczył sobie wspólne zdjęcie bo nigdy nie mieli żadnego

    #creepystory #fotografia

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Więc ostatnio wybrałem się na moją działkę żeby wyciąć brzózki, bo na mojej działce nic nie ma.. ale rosną brzózki!<tandandadadandaan>. Wziąłem ze sobą kosę, ostrzałkę do kosy, paliwo do piły łańcuchowej,olej do piły łańcuchowej i piłę łańcuchową .. <tandadadandaaan>. Więc zajechałem na miejsce no i stwierdziłem że jest w sumie jest trochę gorąco więc zdejmę bluzę i rzuciłem ją gdzieś tam koło samochodu... <dundunduntundunduuun>. A ponieważ moja działka jest dość spora bo ma osiem hektarów ,pod koniec zrobiło się dość ciemno i zimno.. i upiornie bałem się... <taaadandaaan>.Ale mówię sobie "hej ! jeszcze trochę brzózek, wytnę to i wracam do domu na czekoladowy budyń !" i w tym całym podnieceniu zapomniałem gdzie położyłem piłę.. miałem przeczucie że piłę zostawiłem koło posesji psychopatycznej szalonej seksownej Czesławy <tandadadadan ( ͡° ͜ʖ ͡°)>.No i idę w pełnym napięciu w kierunku tej posesji .. rozglądając się na lewo i prawo czy nie ma tam piły i raptem nie ! wyskakuje strażak miejski :

    - A co pan tu Robi?!
    - Aaaa bo ja ten wycinam tu drzewka a to jest moja posesja, co pan tu robi ?! yyy brzóuzki wycinam
    - ale tu nie wolno brzózek wycinać, to będzie mandacik !
    - ale to moja posesja!, a te brzózki są jeszcze młode!
    - ale to no to będzie mandacik
    - ale ja no proszę pana no ja nie chcę no przecież ja ! yy ja.. to moje są moje brzózki one sa jeszcze młode to się jeszcze nic nie.. to moja posesja !
    - aaa no to dobra no to nie będzie mandaciku...ale lepiej żeby pan uważał.. dzieją się tam dziwne rzeczy koło tej nowo wybudowanej elektrowni jądrowej.. ludzie tam chodzą i wieszają krzyże do góry nogami !
    < Ja mówię> - aa no dobra.. będę miał to na względnie < powiedział jeszcze>
    - a no to miłego dnia życzę
    <no mówię> - no wzajemnie ja też ... no i poszedł sobie ALE NIE WRÓCIŁ!
    - aaa ale będzie mandacik !
    <ale ja mówię> - noo aaa ale nie nie ! ja nie chcę przecież mówiłem że nie !
    - no dobra.. no to do widzenia !

    <tundudududadaaaam>. Strażak miejski raptem zniknął.. nie widziałem go nigdzie.Stwierdziłem że co no?w takim razie pójdę powolnym krokiem w kierunku samochodu wezmę to co mam a to co nie mam znajdę jutro bo dzisiaj i tak nic nie znajdę...za ciemno jest... <tandandandandaann>.Idę sobie tak przez środek mojej działki, odgarniam te wszystkie chaszcze, patrzę a tam wersalka i dwa kaloryfery.. Kto kurwa wyrzuca do lasu wersalkę i dwa kaloryfery ?! - No Ja nie? ... a jeżeli Ty to wyrzuciłeś.. to jesteś głupi głupek..debil.. śmieciarz ... <tandadadandadadadaaan> No i idę patrzę,widzę.. stoi mój samochód.. więc co ? Zgarniam bluzę bo w już w sumie zimno i zjeżdżam stąd.. Rozglądam się tam dookoła patrzę.. bluza jest! zaraz koło kołpaka, który mi chyba odpadł... albo ktoś wyrzucił. Więc założyłem ją na siebie i w tym poczułem mrowienie ! na całej długości pleców!!! mrowienie zaczęło być coraz większe.. coraz większe aż potem zaczęło gryźć i się okazało się że do cholery wszędzie są czerwone mrówki na mnie WSZĘDZIE!!! WSZĘDZIEE aaaagrhhhhh...!! ! !

    Także morał z tego taki " lepiej patrz gdzie rzucasz swoją bluzę gościu!"

    pokaż spoiler ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    pokaż spoiler #damianero #creepy #creepystory #creepypasta #pasta #wielcyludzie #nostalgia #gimbynieznajo #feels #heheszki #gownowpis #miliontagow
    pokaż całość

  •  

    Spotkałam w pociągu Elona Muska, wpadliśmy na siebie i mu się spodobałam, więc zaprosił mnie na obiad. Ja myślę ee no dobra, nie odmówię jemu uroczemu uśmiechowi c: Jesteśmy w restauracji, okazało się że to podwójna randka, gdzie jakaś losowa typiara była umówiona z jakimś losowym typem. Nie ogarniam co się dzieje, Ale Musk już zamawia piwo. Kiedy opowiadał coś ciekawego zaśmiałam się a on mnie pocałował. Odepchnęłam go, ale nagle poczułam zawroty głowy i zasłabłam - widzę, że losowa typiara też mdleje. Już wiedziałam, że Musk musiał wrzucić nam tabletki gwałtu! Resztą sił uciekłam zostawiając biedną dziewczynę za sobą, wybiegłam na klatkę schodową, Ale przez to że zostałam odurzona spadłam po schodach jakieś piętnaście pięter.
    Nigdy, Ale to NIGDY nie jedzcie przed spaniem bo potem śnią wam się głupoty XD
    #creepy #creepystory #wtf #pasta #elonmusk #truestory #takbylo
    pokaż całość

  •  

    Co się odjebało to ja nawet nie. Mirki z #gliwice i #chorzow uważajcie.

    Jechałem wczoraj z Chorzowa do Gliwic DTŚką i widzę że jakiś autostopowicz macha. Myślę, a wezmę go, może to jakiś pozytywny ziomek typu faza. Mój #rozowypasek coś tam panikował, że już późno i żebym jechał dalej, ale już się zatrzymałem.
    Wchodzi koleś, pakuje swój plecak i ruszamy. Próbuje z nim gadać, ot zwykła rozmowa w stylu gdzie jedzie, czemu autostopem itp. A on cicho i jedyne co gada to yhym, ta i no. No dobra myślę nie każdy musi być rozmowny-jadę dalej. Naglę patrzę a on zaczyna coś szukać w swoim plecaku. Szuka, grzebie już jakiś czas, a siedzi centralnie z moją panną, więc trochę zacząłem panikować, wiecie czy wyciągnie jakiś nóż czy chuj wie co.
    W końcu nie wytrzymałem i pytam go co ma w tym plecaku i czego tam szuka na co on do mnie:

    Chuj cię to obchodzi.

    Jak to usłyszałem to złapałem takiego nerwa że nie wiem. Od razu się zatrzymałem, otworzyłem mu drzwi i powiedziałem że ma wypierdalać.
    Gdy już odjechałem, odwróciłem się zobaczyć co on robi, patrzę a ten gość zostawił w samochodzie ten swój plecak.

    #creepystory #truestory #autostop
    pokaż całość

  •  

    Opiszę coś, choć i samego mnie w zbyt dobrym świetle to nie postawi, ani nikogo z okolicy. O tym, że rzeczywiście tragedia często dzieje się po cichu i jak przebiega łagodnie - nikt nie widzi i nie chce widzieć. Nawet służby. Całość jest dość creepy.

    Niedaleko mieszkała taka kobieta, która za mojego dzieciństwa wydawała się całkiem sympatyczna, pracowała w przychodni. Nieraz się bawiliśmy gdzieś tam nawet i na posesji. Miała też starszą od nas o kilka lat dziewczynę. Bardzo urodziwa, chodziliśmy podglądać jak się opalała z jakąś ukradzioną lornetką od czyjegoś ojca.

    Czas mijał i wszyscy zaczęli powoli zauważać, że tak w okolicy może 18 lat, ciężko dokładnie określić - przestała się pojawiać. A matka zaczęła być dziwna. Zawsze była jakaś taka nie do końca godna zaufania, trochę zbyt wesoła i to w taki specyficzny sposób. Nie miała też żadnego wstydu i po stracie pracy chodziła od domu z wymaganiem, żeby ktoś ją zawiózł do miasta do apteki po lekarstwa. To był jej sposób, aby wymusić poczucie winy, bo po lekarstwa to przecież się pomoże. Tylko później ciągała po sklepach i robiła sobie zakupy.

    W historii pojawia się jej mąż. Człowiek, który do pewnego czasu sobie jakoś radził. Z roku na rok wyglądał coraz bardziej pokracznie i zaczął chodzić z wiaderkami po wodę do niedalekiej rodziny. Było coś dziwnego w tym, że zmieniał się tak szybko.

    Lata mijały, owej córki nikt nie widział od nie wiadomo kiedy. Może wyjechała? Pewnie tak. Ładna dziewczyna, to uwolniła się.

    Z 4 lata temu nagle się pojawia na ulicy idąc z matką pod rękę. Kilkadziesiąt kilogramów nadwagi i poruszanie się tiptopami. Twarz nieobecna, zupełnie nie przypominająca tej cudnej dziewczyny. Wyglądało to jak demencja w młodym człowieku. Doszło do ludzi, że ona po prostu z tego domu przez kilka lat nie wychodziła, nawet na podwórko - bo sąsiedzi też nie wiedzieli o jej istnieniu. A było to już w czasie, gdy tam odłączono prąd i tylko matka dziwaczka sobie chodziła w jedną i drugą stronę, kradnąc w sklepach. Kradnąc ludziom jakieś drewno, czy trociny. Nagabując o pożyczki, których nie oddawała.

    Ludzie nadal wraz ze mną niespecjalnie się interesują. Każdy ma wytłumaczenie, że przecież były jakieś tam zgłoszenia, ale służb nie wpuszczała do domu i tyle.

    Zaczyna się kolejny akt, w którym nadchodzi mroźna zima. Owa matka sprzedała wszystkie grzejniki, bo i tak paliła tylko w kominku który posiadali, a drewno pozyskiwała łamiąc jakieś gałązki. W tym czasie można się tylko domyślać jak wyglądała sytuacja męża, który również zniknął. W trakcie zimy tak się odmroził, że amputowano mu nogi i wkrótce zmarł w szpitalu, gdyż i tak był skrajnie wycieńczony i ważył może ze 40kg. Najpewniej nie był dopuszczany do ognia i resztek jedzenia.

    Tu zaczyna się moment, gdzie mocniej zainteresowała się opieka społeczna. Nie wskórali nic przez kilka lat, a nasza wspaniała matka nadal ukrywała córkę i na stopa jeździła drzeć się po urzędach o pieniądze, a była tam dzień w dzień.

    Po kolejnym roku coś widocznie się ruszyło, bo sam tam byłem zajrzeć przez okno - i tragedia. W domu nie było już nic. Było tylko łóżko z tą naszą niegdyś piękną kobietą, całkowicie zasrane, obszczane i na nim ona. Udało się opiece (chyba opiece) wywalczyć nakaz i policja po prostu te okna wybiła. Do karetki przeniesiono wrak kobiety zniszczonej przez matkę. W zasadzie jak na to patrzyłem (bo oczywiście gapiem to potrafię być), to miałem łzy w oczach, iż nie poszedłem tam kiedyś z łomem, albo tej matki nie zabiłem.

    Okazało się, że cały czas oboje szprycowała jakimiś swoimi wymyślonymi specyfikami, które otępiały i miała nad nimi kontrolę. Była farmaceutką z wykształcenia, syropy produkowała odkąd pamiętam (sam to gówno piłem za łebka). Ubezwłasnowolniła córkę, żeby została w domu i tym dziadostwem przykuła ją na kilkanaście lat do łóżka, a męża doprowadziła do śmierci. Córka przeżyła, ale to marne pocieszenie - jest wrakiem zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

    Rok temu ta pojebana kobieta sprzedała to co zostało z tego domu i wyjechała. Została oskarżona, ale chwilę później zmarła. Najprawdopodobniej samobójstwo przez zatrucie się tym co produkowała, ale na to potwierdzenia już brak. W każdym razie nie żyje. A całej tej pojebanej historii można było uniknąć.

    Napisałem z palca i nie liczę, że połapiecie się we wszystkim, albo że ktoś przeczyta. Niemniej chciałem opisać, żeby móc sobie skopiować jak kiedyś zechcę komuś w sieci to opowiedzieć.

    #truestory #creepystory
    pokaż całość

  •  

    Kurde trochę #creepystory.
    A tak na prawdę to my trochę tutaj również #patologiazewsi i #patologiazmiasta na #emigracja w #londyn na #squat.
    Ale do rzeczy: Jak wiecie lub nie, wciąż mieszkamy z Olkiem na squacie (zanim znowu wylejecie na mnie wiadro pomyj to poszukajcie mojego ama) No i niedawno znów wprowadziła się do nas Ania. Ta Ania schizofreniczka - oczywiście ktoś ją w końcu wywalił, okradli ją z telefonu i paszportu. Ona znów pokornie prosi żebym jej fundnął nowy paszporcik, a koszt to jak zwykle 270 funtów. Dlaczego tyle a nie zwykłe 90 funtów? No bo dokument utracony z własnej winy ponadto ciągle ważny. Jej zaginiony paszport kosztował mnie w sumie około 440 funtów - wiem jestem frajer ale czasem pomagałem ludziom tego typy w finansowaniu ich paszportów, w sumie to był 3 paszport jaki zasponsorowałem, zawsze obiecując sobie że ostatni! No prawie bo chyba nie wytrzymam presji współczucia i znowu jej jebne ten paszport... Ale nie! Nie chcę, nie moge i nie chcę! Bo niby co? zywimy ją zawsze kiedy przyjdzie a zawsze do nas wraca! Wynosiła niegdyś żarcie od nas hurtowo, ale zawsze wracała i robił się syf. Dlaczego creepy story więc? No bo ma nieleczoną schizofrenię i szybko się to objawia - wystarczy że jest, lub myśli ż jest sama w pomieszczeniu, bądz gdy myśli że wszyscy śpią, to wyłażą z niej demony. Dosłownie. Krzyki, walenie nożem we wszystko niespokojne chodzenie i rzucanie wulgaryzmami to normalka. Nawet raz przez całą noc gotowała wodę w czajnikach i wulewała na diabła który siedział w zlewie. A ja spałem 2 metry obok (wtedy jeszcze w kuchni bo mój pokój na squacie nie był gotowy, budowaliśmy go od nowa) ciągle srałem w gacie że mi na ryj hobok wody wyleje... Ale nie to było najgorsze, bo wigoć też klimatu dodawała, ale te jej teksty ten bełkot demoniczny, czasem modulowała głos i brzmiał jak w egzorcyście. Ja na szczęście strachliwy nie jestem ale ten dreszczyk się pojawiał - nie powiem - oczekiwałem tylko tego momentu aż zacznie lewitować leżąc na wznak...
    Do jej ekscesów należy także gotowanie wody i pranie ciągłe pranie czegoś (nie mamy pralki), kuchenka elektryczna chodzi non stop, syf w zlewie i te szepty... Tu jest takie teraz schizo że coś mi chyba pęknie...

    Wczoraj, a raczej dzisiaj jak słyszałem, że Olek wyszedł na pety około 2 w nocy, ta sie ukatywniła i będąc sama w kuchni znowu zaczeła gadać - stek perwersyjnych wyzwisk jakiego nigdy nie słyszałem w dodatku ten groteskowo-sarkastyczny głos... Kurde to trwało 45 minut, potem 15 minut walenie czymś o coś (przypuszczam że nóż w drewnianą ścianę.) i łomot nieziemski. Na szczęście wrócił Olek i ją zjebał jak burą sukę to ta juz tylko na korytarzu darła się do swoich demonów - akurat pod moimi drzwiami.

    Ni wuja musze jakoś jej ten paszport załatwić aby poszła gdzieś do agencji do roboty, choćbyśmy mieli mieć tylko 3 miesiące spokoju. Zima idzie Olo pewnie znowu ją wywali na ulice jak ta sie nie naprostuje, a się nie naprostuje... Bo #schizofrenia to nie je bajka...

    Wiec mi przyszedł kaprawy pomysł do głowy, może znajdę starą kamerkę internetową co mieliśmy gdzieś i zamontuje na korytarzu lub w kuchni puszcze na youtuba albo twitcha i zrobię #patostreamy i #pomagajzwykopem i jakoś się zbierze hajs dla niej, czy to już całkiem uwłaczające będzie? Wiem że troche się rozpisałem ale musiałem zrzucić z wątroby...

    A poniżej treść maila do jakiejś polskiej organizacji pomocy trudnym ludziom na uk, jaki napisałem, troche koloryzując ją na lepszą osobę :D

    "Szanowni Państwo!
    Chciałbym przedstawić państwu jako fundacji przypadek pewnej pani wymagającej interwencji i opieki. Jest nią 45 letnia polska bezdomna cierpiąca na schizofrenię. Kobieta ta od kilku lat tuła się po Londynie mieszkając w różnych dziwnych miejscach, dorywczo pracując, lecz ostatnio po stracie paszportu, (który pomogłem jej w całości sfinansować w zeszłym roku), nie posiada żadnego dokumentu tożsamości, i tym samym szansy na znalezienie pracy. Jestem z nią w stałym konakcie, twierdzi że bardzo by chciała wrócić do pracy i móc wynająć jakiś kąt lecz w tej chwili jest zmuszona mieszkać na łasce ludzi dobrej woli i to jeszcze gdzieś na squacie. Niebawem musi się wynieść, stąd moja prośba do państwa o 3 rzeczy:

    1. Jeśli możliwe jest wyrobienie paszportu na koszt fundacji (koszt 262 funty, gdyż ważny paszport utraciła z "winy własnej") lub chociaż użycie jakichkolwiek wpływów na konsulat by stawkę tę obniżył ze względu na tragiczną sytuację tej kobiety.

    2.Jeśli możliwe - zaakomodowanie tejże kobiety w jakimś schronisku, domu lub placówce, gdyż jej stany lękowe bezpośrednio wynikają z przebywania w niebezpiecznym środowisku.

    3. Tymczasowe zatrudnienie, nawet na czarno - w barze, restauracji, na sprzątaniach itp. Osoba ta jest nieszkodliwa, nieagresywna i nie pije alkoholu i nie narkotyzuje się."
    pokaż całość

  •  

    Z początku nie chciałem wierzyć, ale teraz wiem że #facebook podsłuchuje rozmowy

    Rozmawiałem z kumplem o przyczepie kempingowej do malucha i patrzcie jaką grupę mi zaproponował fejs.
    Uprzedzając pytania nigdzie nie wyszukiwałem w przeglądarce ani nigdzie tych przyczep. Jedynie rozmowa telefoniczna z kolegą.

    Dla niewtajemniczonych Niewiadów N 126 to przyczepa kempingowa do malucha

    #creepystory i trochę #orwell
    pokaż całość

    +: G.................T, czuly_pstrong +6 innych
  •  

    pokaż spoiler #horror #giger #creepystory #cyberpunk #biopunk #pasta #bekazlewactwa


    Pod tym wpisem napiszemy biomechaniczny horror ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Ja zaczynam:
    Był początek jesieni w 2137r.
    Elon Musk kończąc nocną wartę w serwerowni znów podnosił kurs Bitcoina i Etherum za pomocą milionów portfeli na VPSach.
    Na dole zadłużonego drapacza chmór cybersexualiści łączyli się interfejsami których Musk wolałby nigdy nie mieć.
    Przypomniał sobie o sexrobocie, którego widywał w sobotnie poranki...
    pokaż całość

  •  

    Byłem kiedyś z dziewczyną, która z jakiegoś powodu dostała paradoksalnego obnażania się.

    Jak ktoś nie słyszał co to jest, to brzmi to fajnie, może nawet sexsualnie.

    Tak więc byliśmy gdzieś na mieście, X poszła do toalety. Nie było jej trochę, wtedy nagle zadzwoniła moja komórka.

    Dzwoni X, że jest jej zimno i musiała się rozebrać w toalecie, w kabinie.
    Mnie się mózg zlasował, toaleta bardzo używana, więc wisieliśmy na telefonie, bo nie chciałem wchodzić "bez powodu", nie wiem nawet ile to trwało, przez głowę przebiegała setka myśli.

    Kiedy już było po wszystkim, zacząłem szukać w necie z czym miałem doczynienia.

    http://www.weirduniverse.net/blog/comments/paradoxical_undressing/

    Włosy stawały mi dęba jak czytałem (pierwsze źródło jakie znalazłem było na wiki). Ucieszyłem się że nie straciłem dziewczyny.

    Może ktoś pamięta użytkowników Wykop ze szpitala, może znają oni statystyki i wiedzą jakie były szanse na zgon?

    pokaż spoiler Nie ćpała


    #creepystory #truestory
    #998
    pokaż całość

  •  

    Kurna, mirki pomocy :x

    Jakieś dwie godziny temu obudził mnie dzwonek do drzwi - a, że jest niedziela to jeszcze spałem i zanim doszedłem to nikogo już nie było, no to spowrotem do wyra. No i znowu dzwonienie, ale już takie długie i natrętne - podchodzę do judasza a tam babka 40-45 lat, nie jakaś menelka ale też nie zadbana - pytam jaki jest problem, w czym pomóc? oczywiście przez drzwi :D zaczęła coś stękać, żebym otworzył i się nie bał - otworzyłem drzwi a ta mi się chce wpakować do mieszkania, wypchałem ją i wyklnąłem to poszła.

    Mija kolejne 10 minut i co? ta nawala w dzwonek i szarpie za klamkę! mówię, że już nie otworze idź Pani stąd itp a jebana kładzie się na ziemie i krzyczy 'boli mnie boli, co ja teraz zrobię, nie mam gdzie się podziać'.

    Nie było by nic w tym strasznego, poza tym że zaczęła coś po cichu gadać do kogoś obok siebie 'cicho bądź' itp, a że mieszkam na ostatnim piętrze 5 letniego bloku i składujemy tu rowery to zadzwoniłem na psy z prośbą o patrol.

    Po tym telefonie babka znika, ja do sąsiadów i pytam co jest o co chodzi (wynajmuję tu mieszkanie od 1.5 roku), a oni myśleli, że ona tu mieszka dlatego 40 minut szarpała AKURAT MOJE drzwi ( ͡° ͜ʖ ͡°) Sąsiadka akurat wracała z kościoła i spotkała Policję i tą babkę, powiedziała że zgubiła 'klucze z czerwonym misiem'... Dowiedziałem się również, że 3 lata temu była tu seria kradzieży samochodów itp, a jedyne mieszkanie które okradli w 150 mieszkaniowym kompleksie bloków było moje...

    PS. pół roku temu była podobna sytuacja ale z inną kobietą, ta po otworzeniu drzwi wparowała do środka i chciała oglądać mieszkanie :D nadmienię również że w mojej okolicy jest Wojewódzki Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #truestory #creepy #creepystory
    pokaż całość

  •  

    Czytając historię @MackaCthulhu, aż przypomniała mi się moja historia sprzed 3 lat. Będąc w pracy w Niemczech jednym z moich obowiązków było odbieranie telefonów w domu ludzi, u których pracowałem. No i pewnego dnia zostałem poinformowany, że tak około godziny 18 będzie dzwonić ktoś z rodziny z informacją, którą mam zanotować. Czatowałem więc przy urządzeniu i zgodnie z zapowiedzią punkt 18 rozległ się sygnał telefonu. Faktycznie dzwoniła jakaś tam kuzynka i zaczęła przekazywać to co miałem zapisać, ale nagle, w połowie zdania połączenie zostało przerwane. Nawet się nie przejąłem, bo bardziej niż pewne było, że coś pewnie nacisnęła i zaraz oddzwoni.

    Nie minęło kilka sekund jak dźwięk połączenia rozległ się ponownie, ale po odebraniu nie usłyszałem znajomego już głosu kobiety, ale około 30 letniego Rosjanina, który niczym w amoku sam do siebie mówił, a raczej mamrotał coś w rodzimym języku. Sposób jego wypowiedzi przypominał te widoczne w filmach o zakładach psychiatrycznych, gdzie ludzie kłócą się ze sobą, a ton jego głosu z początkowego szeptu przechodził w normalną rozmowę, aż w pewnym momencie zaczął krzyczeć jakby na kogoś, ale w tle nie było słychać żadnych innych głosów. Rosyjskiego uczyłem się dosyć pilnie przez parę lat podstawówki, ale dezorientacja sytuacją i przerażający sposób artykulacji słów sprawiły, że wyłapałem tylko kilka słów takich jak "oni" "krzywda" "nie wiem". Mężczyzna w ogóle ignorował moje próby nawiązania kontaktu w kilku językach, więc zdezorientowany poszedłem do właścicielki domu i po prostu włączyłem głośnomówiący, pytając czy wie kto to jest.

    Jak mogłem się domyślić zrobiła tylko wielkie oczy i zapytała po niemiecku o co chodzi i czy to nie pomyłka. Mężczyzna słysząc jej głos nagle zamilkł na kilka sekund, po czym wybuchnął tak gwałtownym płaczem, że nigdy wcześniej nie słyszałem takiego żalu w głosie. Dalej nie reagował na żadne słowa, wciąż powtarzając tylko "mamo, mówiłem że znowu to zrobię". Nie przestawał szlochać, a nawoływanie matki z początkowej prośby zmieniło się w błaganie. Przestraszona właścicielka oddała mi telefon i powiedziała, żebym powiedział po rosyjsku, że pomyłka i się rozłączył, ale zanim zdążyłem to zrobić, mężczyzna przestał szlochać, pociągnął nosem i dosyć pewnym i stanowczym głosem powiedział coś w stylu "dzisiaj przyjdę". Średnio miałem ochotę na dyskusje z kimś, kto wykazuje tak drastyczne zmiany nastroju w ciągu kilku minut, więc po prostu się rozłączyłem, a kuzynka oddzwoniła po paru minutach mówiąc, że wyrzucało jej brak numeru.

    Cała historia brzmi jak kiepsko wymyślona pasta i najprawdopodobniej wszystko co teraz piszę jest efektem działającej w niespodziewanej sytuacji wyobraźni, która po czasie dodatkowo dostosowuje wspomnienia do mojej wizji strachu jaki czułem, ale fakt, faktem, że gdy powiedziałem właścicielce co mniej więcej mówił, to po raz pierwszy kazała na noc zasłonić wszystkie żaluzje w oknach, a efekt strachu potęgował fakt, że dom stał na całkowitym uboczu pośród gęstych chaszczy. Tej nocy nie spałem zbyt dobrze. #creepy #creepystory #truestory
    pokaż całość

  •  

    Mam do opowiedzenia kilka #creepy opowieści które wydarzyly się naprawdę. Opowiadała mi je teściówa, ktora zmarła w tym roku. Miała naprawdę dobrą pamięć i talent do opowiadania, raczej nie zmyślała, bo wydarzenia te działy się w obecności wielu osób, które żyją do dzisiaj i to potwierdzają.
    1. Teściowa wychowała się na wsi. Na wiosce jak na wiosce, co tydzień odbywały sie zabawy w sąsiedniej wiosce. Z jednej z takich zabaw wracał z buta jej starszy znajomy, wiadomo trochę podpity itp. W pewnym momencie, gdzieś w drodze spotkał jakiegoś kolegę ze wsi, który powiedział, że go zaprowadzi do domu. Idą tak sobie, rozmawiają normalnie i nagle nasz główny bohater widzi jakieś światła, wołanie i krzyki. Okazalo się, ze to kumple z zabawy szli niedaleko za nim i zaczeli do nigo krzyczeć co on odpierdala, a on był już kurwa w połowie jakiegoś jebanego bagna po pachy a koleżka, który go odprowadzał wyparował, bo tak naprawdę już nie żył od jakiegoś czasu (ꖘ‸ꖘ)
    #creepystory #opowiescitesciowej
    pokaż całość

  •  

    Chcecie bym stworzył biomechaniczny horror osadzony w dzisiejszych realiach? ( ͡º ͜ʖ͡º)
    To nie tylko będą koszmarne obrazki, ale też psychodrama rodem z #blackmirror ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    pokaż spoiler #cyberpunk #biopank #giger #sztuka #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Kiedy coś Cie goni lepiej uciekaj ( ͡° ͜ʖ ͡°) #heheszki #creepy #creepystory #humor #gif

    GFY

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: giant.gfycat.com

  •  

    Przyjaciele

    Pierwszego dnia szkoły podstawowej, moja mama zdecydowała, że mnie zawiezie – oboje byliśmy zestresowani. Trochę więcej czasu niż zwykle zajęło mi przygotowanie się rano do wyjścia, z powodu mojej złamanej ręki. Gips sięgał kilka centymetrów ponad łokieć, przez co musiałem pokryć całą rękę lateksowym ochraniaczem, kiedy się myłem. Zwykle zakładanie ochraniacza nie sprawiało mi problemów, ale tamtego dnia – zapewne z powodu zdenerwowania – zrobiłem to źle. Poczułem nagle, że woda dostała się pod ochraniacz i wyskoczyłem spod prysznica. Niestety sporo wody wchłonęło się w gips. Ponieważ nie da rady umyć ręki pod gipsem, martwy naskórek, który normalnie by odpadł, po prostu zostaje na swoim miejscu. Kiedy styka się z czymś płynnym, jak pot, wydziela smród, którego siła jest adekwatna do stopnia zwilżenia. Wkrótce po tym, jak zacząłem suszyć gips, uderzył mnie okropny smród rozkładu. Kiedy kontynuowałem wycieranie gipsu, ten zaczął się rozpadać. Byłem coraz bardziej zdenerwowany – tak bardzo chciałem, żeby mój pierwszy dzień w szkole poszedł dobrze. Poprzedniego dnia razem z mamą wybierałem, w co się ubiorę, długo nie mogłem się zdecydować na odpowiedni plecak i bardzo chciałem się pochwalić pudełkiem na drugie śniadanie, na którym widniały żółwie ninja. Od mamy nauczyłem się nazywać dzieci, których jeszcze nie poznałem – przyjaciółmi. Ale w miarę jak stan mojego gipsu się pogarszał, docierało do mnie, że zapewne nie poznam nikogo do końca dnia. Poddałem się i zawołałem mamę. Pół godziny trwało zanim udało nam się pozbyć całego płynu z gipsu, równocześnie staraliśmy się uratować gips. Aby pozbyć się smrodu, moja mama włożyła do niego kilka kawałków mydła, a zewnętrzną część nim nasmarowała. Kiedy dotarliśmy do szkoły, dzieci zajęte były już drugą zabawą, a ja zostałem wepchnięty do jednej z grup. Nie wyjaśniono mi zasad zbyt dobrze i już po kilku minutach je złamałem. Dzieci zaczęły skarżyć się nauczycielowi i pytać, dlaczego musiałem być w ich grupie. Przyniosłem do szkoły marker z nadzieją, że uda mi się zdobyć podpisy na gipsie. Nagle poczułem się głupio, że w ogóle o tym pomyślałem.

    Szkoła posiadała stołówkę, ale było w niej za mało stołów, więc nie musiałem siedzieć sam. Jakiś chłopiec usiadł naprzeciwko.
    - Podoba mi się twoje pudełko śniadaniowe – powiedział. Wiedziałem, że się ze mnie nabija, co bardzo mnie rozzłościło – to pudełko było dla mnie najlepszą rzeczą w całym dniu. Nie podniosłem wzroku na chłopaka, bo poczułem zbierające się łzy. Po chwili chciałem powiedzieć mu, żeby dał mi spokój, ale coś mnie powstrzymało. Miał takie samo pudełko.
    - Twoje pudełko też mi się podoba – zaśmiałem się. Chciałem powiedzieć mu jeszcze, że najbardziej lubiłem Raphaela, kiedy chłopiec przewrócił szklankę z mlekiem i cały się nim oblał. Z całej siły starałem się nie roześmiać, ponieważ go nie znałem. To on roześmiał się jako pierwszy. Nagle przestałem czuć się źle z powodu mojego gipsu i pomyślałem, że ta osoba nie zauważy nawet, że jest zniszczony. Postanowiłem spróbować:
    - Chcesz podpisać się na moim gipsie? Kiedy wyciągałem z kieszeni marker, zapytał mnie, w jaki sposób zniszczyłem gips. Odparłem, że spadłem z najwyższego drzewa na moim osiedlu. Obserwowałem, jak bazgroli swoje imię, a kiedy skończył, zapytałem, co napisał.
    - Josh – odparł. Josh i ja razem jedliśmy śniadanie każdego dnia i zawsze byliśmy partnerami w zadaniach na lekcjach. Pomagałem mu z pisaniem, a on przyjął na siebie winę, kiedy napisałem słowo „dupa” na ścianie. Poznałem też inne dzieciaki, ale już wtedy wiedziałem, że Josh będzie moim najlepszym przyjacielem.

    Spotykanie się poza szkołą jest trudne, kiedy ma się pięć lat. W dniu, kiedy wypuszczaliśmy balony, bawiliśmy się tak dobrze, że zapytałem go, czy chce przyjść do mnie do domu następnego dnia. Odpowiedział, że chce i że przyniesie kilka swoich zabawek. Kiedy wróciłem do domu, zapytałem mamę o wizytę Josha, a ona się zgodziła. Mój entuzjazm opadł, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie mam jak skontaktować się z Joshem. Cały weekend spędziłem zamartwiając się, że nasza przyjaźń rozpadnie się do poniedziałku. W szkole dowiedziałem się, że Josh zamartwiał się o to samo i oboje się z tego śmieliśmy. Później w tym tygodniu wymieniliśmy się numerami telefonów, które nasze mamy zapisały dla nas na kartkach. Moja mama porozmawiała z ojcem Josha i zdecydowali, że moja mama odbierze nas oboje ze szkoły w piątek. Mieszkaliśmy blisko siebie, więc udawało nam się spotykać co weekend. Kiedy przeprowadziłem się na drugą stronę miasta pod koniec pierwszej klasy, byłem pewien, że nasza przyjaźń ma się ku końcowi – kiedy odjeżdżaliśmy od starego domu, w którym spędziłem całe swoje życie, czułem smutek nie tylko z powodu domu; czułem, że na zawsze żegnałem się z przyjacielem. Na szczęście Josh i ja dalej byliśmy ze sobą blisko. Pomimo faktu, że widywaliśmy się tylko w weekendy, byliśmy do siebie bardzo podobni. Śmialiśmy się z tych samych żartów, lubiliśmy te same rzeczy i nawet brzmieliśmy podobnie. Czasami żartowaliśmy, że można nas odróżnić tylko po włosach: Josh miał proste blond włosy jak jego siostra, a ja kręcone, brązowe, jak moja mama. Mówi się, że najlepszym sposobem na rozdzielenie młodych przyjaciół, są rzeczy niezależne od nich. Ja myślę, że nasz koniec zapoczątkowała sprawa z Boxes. Weekend po tym wydarzeniu, zaprosiłem Josha do siebie, ale powiedział, że nie ma na to ochoty. Coraz rzadziej się spotykaliśmy.

    Na moje dwunaste urodziny, mama wyprawiła dla mnie przyjęcie. Nie miałem zbyt wielu przyjaciół po przeprowadzce, więc nie było to przyjęcie-niespodzianka, bo moja mama nie wiedziała, kogo zaprosić. Podałem jej imiona kilku dzieciaków i zadzwoniłem do Josha. Powiedział, że raczej nie da rady się pojawić, ale dzień przed moimi urodzinami zadzwonił z informacją, że przyjdzie. Bardzo się ucieszyłem, bo nie widziałem go od kilku miesięcy. Przyjęcie wypadło świetnie. Moim największym zmartwieniem było to, czy Josh polubi się z moimi innymi kolegami, ale nie było z tym problemu. Josh był zadziwiająco cichy. Nie przyniósł dla mnie prezentu i przeprosił za to. Kazałem mu się nie przejmować – cieszyłem się, że w ogóle przyszedł. Próbowałem kilka razy z nim porozmawiać, ale każda rozmowa się urywała. Zapytałem go, co jest nie tak, bo nie rozumiałem, dlaczego się od siebie oddalamy. Wcześniej spotykaliśmy się co tydzień i rozmawialiśmy często przez telefon. Zapytałem, co się z nami stało. Spojrzał mi w oczy i powiedział:
    - Odszedłeś. Zaraz po tym, jak to powiedział, moja mama zawołała, że czas otworzyć prezenty. Zmusiłem się do uśmiechu i poszedłem do salonu, by usłyszeć śpiew „Sto lat”. Na stole leżało kilka zapakowanych pudełek i mnóstwo kartek z życzeniami od rodziny. Większość podarków była banalna, ale pamiętam, co podarował mi Brian. To była zabawka Mighty Max w kształcie węża, którą miałem jeszcze wiele lat. Mama nalegała, żebym otworzył wszystkie koperty i podziękował każdemu za to, co mi podarował, bo na ostatnie święta tak szybko otworzyłem pudełka, że nie dało rady później dojść do tego, co od kogo dostałem. Rozdzieliliśmy te wysłane pocztą od przyniesionych, żeby moi koledzy nie musieli czekać aż otworzę listy od rodziny. W większości kopert od kolegów było po kilka dolarów, a w tych od rodziny były większe pieniądze. Na jednej kopercie nie było mojego imienia, ale ją też otworzyłem. Na kartce widniały kwiaty i nadrukowany tekst: „kocham cię”. Ktokolwiek dał mi tę kartkę, nic na niej nie napisał, tylko zaznaczył nadrukowane słowa długopisem.
    - Rany, dzięki za wspaniałą kartkę, mamo – zaśmiałem się. Spojrzała na mnie pytająco i spojrzała na kartkę. Powiedziała, że to nie od niej i rozejrzała się po twarzach moich kolegów, by odgadnąć, kto robił sobie żarty. Żaden z dzieciaków nie wyglądał na winnego, więc mama powiedziała:
    - Nie martw się kochanie, przynajmniej wiesz, że co najmniej dwie osoby cię kochają. Po tych słowach pocałowała mnie w czoło, co wywołało gromki śmiech moich kolegów. Wszyscy się śmiali, ale najbardziej Mike. Chciałem raczej brać udział w śmiechu, a nie być jego powodem, więc powiedziałem do Mike’a:
    - Jeśli to ty dałeś mi tę kartkę, to nie myśl, że ciebie też pocałuję. Nastąpiła kolejna salwa śmiechu i zobaczyłem, że Josh też się uśmiecha.
    - Wygląda na to, że ten podarunek wygrał – powiedziała mama. – Ale jest jeszcze kilka, które musisz otworzyć. Otworzyłem pudełko, które mama położyła przede mną i uśmiech zniknął z mojej twarzy. To była para walkie talkie.
    - Pokaż wszystkim – powiedziała mama. Podniosłem walkie talkie do góry. Kiedy spojrzałem na Josha, zobaczyłem, że zrobił się blady jak ściana. Nasze spojrzenia się spotkały, po czym wyszedł do kuchni. Widziałem przez drzwi, jak używa telefonu, kiedy mama wyszeptała mi do ucha:
    - Wiem, że ty i Josh nie rozmawiacie za wiele, odkąd jego walkie talkie się zepsuło, więc myślałam, że spodoba ci się ten prezent. Byłem wdzięczny mamie, że tak o mnie dbała, ale przywołało to wspomnienia, o których chciałem zapomnieć. Kiedy wszyscy pałaszowali tort, zapytałem Josha do kogo dzwonił. Powiedział, że nie czuje się zbyt dobrze i zadzwonił po tatę, żeby po niego przyjechał. Rozumiałem, że chciał wyjść z przyjęcia, ale powiedziałem mu, że miałem nadzieję, że moglibyśmy się częściej spotykać. Podałem mu walkie talkie, ale nie chciał go.
    - Dzięki, że przyszedłeś – powiedziałem czując się zawiedziony. – Mam nadzieję, że zobaczymy się wcześniej niż na moje kolejne urodziny.
    - Przepraszam – odparł. – Postaram się częściej dzwonić. Naprawdę. W milczeniu czekaliśmy na przyjazd jego taty. Spojrzałem na twarz Josha. Wyglądał, jakby czuł się winny, że nie postarał się bardziej. Powiedział mi nagle, że wiedział, co chce dać mi na urodziny – to zajmie jakiś czas, ale myślę, że będę zadowolony. Wyglądał jakby polepszył mu się nastrój i przeprosił, że był taki posępny na moim przyjęciu. Wyznał, że był zmęczony, bo nie sypiał zbyt dobrze. Zapytałem go jeszcze, dlaczego.
    - Wydaje mi się, że lunatykuję – powiedział wychodząc. To był ostatni raz, kiedy widziałem mojego przyjaciela. Kilka miesięcy później zaginął.

    Przez ostatnie kilka tygodni, moje stosunki z mamą pogorszyły się z powodu mojego dociekania odnośnie przeszłości. Podejrzewam, że spędzimy resztę życia próbując naprawić to, co budowaliśmy całe wieki. Mama włożyła tyle energii, by mnie chronić, fizycznie i psychicznie, a ja dopiero niedawno zrozumiałem, że miało to też na celu utrzymanie mojej stabilności emocjonalnej. Ostatnim razem, kiedy rozmawialiśmy i tyle się dowiedziałem, słyszałem drżenie w jej głosie – prawdopodobnie efekt rozpadania się jej świata. Nie wyobrażam sobie, żebym jeszcze kiedykolwiek rozmawiał z mamą o moim dzieciństwie. Wciąż nie rozumiem kilku rzeczy, ale myślę, że wiem już wystarczająco.

    Po zniknięciu Josha, jego rodzice robili wszystko by go odnaleźć. Policja zasugerowała kontakt ze wszystkimi jego przyjaciółmi i ich rodzicami, aby upewnić się, że ma go u nich. Oczywiście to zrobili, ale nikt go nie widział i nie miał pojęcia, gdzie mógłby być. Policja nie była w stanie nic ustalić poza tym, że rodzice Josha otrzymali kilka anonimowych telefonów od kobiety, która nakłaniała ich do porównania tej sprawy do podobnej sprzed sześciu lat. Matka Josha kompletnie załamała się dopiero po śmierci Veronicy. Widziała wielu umierających w szpitalu, ale nic nie można porównać do odejścia własnego dziecka. Odwiedzała Veronicę dwa razy dziennie – raz przed zmianą w drugim szpitalu, a drugi raz po. W dniu kiedy Veronica umarła, jej matka później wychodziła z pracy i zanim dojechała do drugiego szpitala, jej córka już nie żyła. To było dla niej za dużo i balansowała na krawędzi szaleństwa – często wędrowała po osiedlu i krzyczała do Veronicy i Josha, aby wrócili do domu. Kilka razy jej mąż znalazł ją na moim starym osiedlu w środku nocy. Z powodu złego stanu psychicznego żony, ojciec Josha nie mógł kontynuować pracy w podróży i zaczął brać różne fuchy, które były mniej płatne, ale bliżej domu. Kiedy moje stare osiedle było rozbudowywane jakieś trzy miesiące po śmierci Veronicy, ojciec Josha dostał nową pracę. Był wykwalifikowany do budowy, ale przyjął inną pozycję. Pomagał budować fundamenty i wszystko, co było potrzebne. Brał się też za inne dorywcze prace, jak na przykład koszenie trawników, naprawianie płotów – wszystko, co pozwalało mu zostać na miejscu. Zaczęto też wycinać lasy w okolicy, aby zmienić je w miejsce pod budynki. Tato Josha był odpowiedzialny za wyrównanie terenu, co zapewniło mu kilka tygodni stałej pracy. Trzeciego dnia natrafił na miejsce, którego nie mógł wyrównać. Za każdy razem, kiedy przejeżdżał przez nie, zostawało nieco niżej ziemi wokół. Sfrustrowany wyszedł z maszyny. Kusiło go, żeby po prostu przysypać to miejsce piachem, ale wiedział, że to byłoby tylko tymczasowe rozwiązanie. Zdecydował się wykopać trochę ziemi z tego miejsca na wypadek, gdyby mógł sam naprawić problem bez użycia maszyn z innego placu budowy. Mama opisała mi, gdzie to było i zrozumiałem, że byłem w tym miejscu przed wykopaniem dziury i przed zasypaniem jej. Poczułem ścisk w żołądku. Ojciec Josha wykopał małą dziurę około trzech stóp wgłąb, zanim jego łopata natrafiła na coś twardego. Uderzył w to kilka razy, myśląc, że to pozostałe korzenie drzew, aż udało mu się pokonać przeszkodę. Wykopał jeszcze głębszy dół. Po około pół godzinie, dokopał się do kartonu przykrytego brązowym kocem o wielkości siedmiu stóp na cztery. Umysł człowieka działa tak, by uniknąć nieścisłości – jeśli wierzymy w coś bardzo mocno, nasz umysł będzie walczył, by odrzucić sprzeczne dowody. To wszystko by nie zachwiać naszego rozumienia świata. Mimo tego, że jego mała część już wiedziała, ten mężczyzna z całych sił wierzył – wiedział – że jego syn nadal żyje.

    Moja mama otrzymała telefon o szóstej wieczorem. Wiedziała kto dzwonił, ale nie rozumiała, co mówił. Ale to co zdołała zrozumieć, zmusiło ją do natychmiastowego wyjścia z domu:
    - Tu w dole... teraz... syn... Boże ratuj. Kiedy dotarła na miejsce, zastała ojca Josha siedzącego tyłem do dziury. Tak mocno ściskał łopatę, że miała wrażenie, że zaraz ją złamie. Patrzył się martwym wzrokiem. Nie odpowiadał na żadne jej słowa. Zareagował dopiero, kiedy chciała zabrać łopatę z jego rąk. Podniósł na nią wzrok i powiedział:
    - Nie rozumiem. Powtarzał te słowa, jakby zapomniał istnienia innych słów. Mama podeszła do dołu, by zajrzeć do środka. Powiedziała mi, że wolałaby stracić wzrok, niż kiedykolwiek to zobaczyć. Kazałem jej kontynuować zapewniając, że wiem co powie. Spojrzałem na jej twarz, która wyrażała wielką desperację. Zdałem sobie sprawę, że przez wszystkie te lata wiedziała o tym i miała nadzieję, że nigdy nie będzie musiała mi o tym opowiedzieć.

    Josh nie żył. Jego twarz była zapadnięta. Smród rozkładu wydobywał się z tego grobowca, a moja mama musiała zakryć nos, żeby nie zwymiotować. Skóra Josha była popękana jak skóra krokodyla, a krew pokrywała wszystko wokół. Jego oczy były skierowane ku górze, do połowy otwarte. Powiedziała, że nie wyglądał na martwego od bardzo dawna, na jego twarzy widoczne było wielkie przerażenie. Mama powiedziałam, że miała wrażenie, że patrzy prosto na nią, jego otwarte usta błagały o pomoc. Reszta jego ciała nie była widoczna. Ktoś inny ją zakrywał. Był to duży człowiek, leżał głową w dół na Joshu – mama po chwili zdała sobie sprawę, co oznaczała ich pozycja. Ten ktoś trzymał Josha. Kiedy słońce wzeszło trochę ponad czubki drzew, światło odbiło się od czegoś przyczepionego do koszulki Josha. Moja mama uklęknęła na jedno kolano, zakryła swoją bluzką nos. Kiedy zobaczyła, co to było, nogi odmówiły jej posłuszeństwa i prawie wpadła do dołu. To było zdjęcie... To było zdjęcie mnie, kiedy byłem małym dzieckiem. Cofnęła się cała roztrzęsiona i zderzyła się z ojcem Josha, który wciąż był obrócony tyłem. Zrozumiała, dlaczego po nią zadzwonił, ale nie mogła zdobyć się na powiedzenie mu tego, co ukrywała przed wszystkim przez lata. Rodzina Josha nie wiedziała o nocy, kiedy obudziłem się w lesie. Mama wiedziała, że powinna była im powiedzieć wcześniej – teraz to już nie mogło nikomu pomóc. Kiedy usiadła obok ojca Josha, ten powiedział:
    - Nie mogę powiedzieć mojej żonie. Nie mogę jej powiedzieć, że nasz mały chłopiec... – przerwał na chwilę zanosząc się płaczem. – Ona tego nie zniesie... Po chwili wstał i podszedł do dziury. Zaszlochał i wszedł do niej. Tato Josha był postawnym mężczyzną, ale nie dorównywał temu w dole. Złapał go za koszulę i pociągnął z całej siły. Koszula rozerwała się, a ciało człowieka opadło z powrotem na jego syna. - TY PIERDOLONY SKURWYSYNU! Złapał mężczyznę za ramiona i odsunął go od Josha. Spojrzał na swojego syna i cofnął się.
    - O Boże... O Boże, nie. Nie, nie, nie. Boże błagam, nie. Szybkim ruchem ściągnął mężczyznę całkowicie ze swojego syna i usłyszał szkło uderzające o ziemię. To była butelka. Podał ją mojej mamie. Eter.
    - Och, Josh – zapłakał. – Mój synek... mój mały chłopie. Dlaczego tu jest tyle krwi?! CO ON CI ZROBIŁ? Kiedy moja mama spojrzała na martwego mężczyznę, zdała sobie sprawę, że był to człowiek, który ciągnął się za naszym życiem cieniem. Wyobrażała go sobie wiele razy, zawsze jako złego i przerażającego, a płacz ojca Josha potwierdzał tylko jej największy strach. Jednak wyglądał jak normalny człowiek... Kiedy patrzyła na jego twarz, wydała jej się nawet pogodna. Kąciki jego ust były lekko uniesione, uśmiechał się. Nie jak psychopata ani jak demon, ale jak przyjaciel. To był uśmiech satysfakcji. Uśmiech miłości. Zauważyła też ogromną ranę na jego szyi, gdzie oderwana była skóra. Poczuła ulgę kiedy zrozumiała, że cała ta krew nie należała do Josha. Może nie cierpiał aż tak bardzo. Niestety była w błędzie. Podniosła rękę do ust, kiedy zrozumiała: „Oni żyli.” Josh musiał ugryźć tego człowieka podczas próby oswobodzenia się, ale kiedy ten umarł, Josh nie mógł się spod niego wydostać. Zacząłem płakać, kiedy pomyślałem o tym, ile czasu musiał tam leżeć. Mama przejrzała kieszenie mężczyzny w poszukiwaniu jakiegoś dokumentu, ale znalazła tylko skrawek papieru. Był na nim rysunek mężczyzny i małego chłopca trzymających się za ręce, a obok inicjały. Moje inicjały. Gdy ojciec Josha wyciągnął swojego syna z grobu, moja mama schowała kartkę do swojej kieszeni. On zaś mamrotał pod nosem, że włosy jego syna zostały pofarbowane. Widziała, że miał rację – były teraz brązowe. Zauważyła też, że był dziwnie ubrany – jego ubrania były za małe. Kiedy ojciec położył Josha na ziemi, zaczął obmacywać jego kieszenie. Wyciągnął z jednej z nich kartkę i od razu podał ją mojej mamie, która nie wiedziała co na niej jest. Zapytałem ją, co to było. Odpowiedziała, że mapa. Zamarłem. Josh próbował ukończyć naszą mapę – to musiał być jego pomysł na mój prezent urodzinowy.

    Mama usłyszała jakiś dźwięk za sobą i zobaczyła, że ojciec Josha wrzucił ciało mężczyzny z powrotem do dołu. Kiedy ruszył w stronę swojego pojazdu powiedział do mamy:
    - Powinnaś już iść.
    - Tak mi przykro..
    - To nie twoja wina. To moja wina.
    - Nie możesz tak myśleć. Nie zrobiłeś nic... Przerwał jej nagle.
    - Około miesiąc temu – zaczął. – podszedł do mnie mężczyzna, kiedy pracowałem na placu. Zapytał mnie, czy chcę zarobić dodatkowe pieniądze, a ja się zgodziłem. Powiedział mi, że jakieś dzieciaki wykopały kilka dziur na jego posesji i zaoferował mi sto dolarów za wypełnienie ich. Powiedział, że najpierw zrobi jeszcze kilka zdjęć dla agencji ubezpieczeniowej, ale mam przyjść po piątej po południu następnego dnia. Pomyślałem, że jest idiotą, bo ten teren i tak miał być równany za kilka dni, ale potrzebowałem pieniędzy, więc się zgodziłem. Pomyślałem też, że ten człowiek nie ma nawet stu dolarów, ale wcisnął mi banknot w rękę, a następnego dnia wykonałem tę robotę. Byłem później tak wyczerpany, że nie myślałem o tym więcej. Do czasu, kiedy tego samego człowieka ściągałem z mojego syna. Wskazał palcem na dziurę i rozpłakał się: - Zapłacił mi sto dolarów, żebym zakopał go z moim synem... Upadł na ziemię pogrążony w głośnym płaczu. Moja mama nie wiedziała, co powiedzieć, więc stała w ciszy. W końcu zapytała, co zrobi z Joshem.
    - Nie będzie spoczywaj tutaj z tym potworem – powiedział.

    Kiedy dotarła do swojego samochodu obróciła się i zobaczyła czarny dym na tle nieba. Miała wielką nadzieję, że rodzice Josha jakoś się pozbierają. Opuściłem dom mamy nie mówiąc za wiele. Powiedziałem jej tylko, że ją kocham i odezwę się wkrótce. Nie wiem tylko, co to „wkrótce” dla nas oznacza.

    Zrozumiałem, że wydarzenia z mojego dzieciństwa skończyły się wiele lat temu. Myślałem o Joshu. Uwielbiałem go wtedy i chyba nadal go uwielbiam. Bardziej za nim tęsknię teraz, kiedy wiem już, że nigdy więcej go nie zobaczę i żałuję, że nie przytuliłem go, kiedy widziałem go po raz ostatni. Myślałem też o jego rodzicach – jak wiele stracili w tak krótkim czasie. Nie wiedzą, że mam z tym wszystkim związek, ale nie mógłbym teraz spojrzeć im w oczy. Myślałem o Veronice. Myślę, że ją kochałem, mimo że znaliśmy się krótko. Pomyślałem też o mojej mamie. Tak bardzo starała się mnie chronić, była silniejsza niż ja kiedykolwiek będę. Ale najwięcej myślałem o Joshu. Czasami marzę o tym, że nigdy nie usiadł naprzeciw mnie tamtego dnia w szkole, że nigdy go nie poznałem. Czasami lubię wyobrażać sobie, że jest teraz w lepszym miejscu, ale nie wierzę w to do końca. Świat jest okrutny, a ludzie jeszcze gorsi. Nie będzie żadnej sprawiedliwości dla mojego przyjaciela, nie będzie ostatecznej zemsty. Tęsknię za tobą, Josh. Przepraszam, że mnie wybrałeś na swojego przyjaciela. Nigdy o tobie nie zapomnę. Byliśmy odkrywcami. Byliśmy towarzyszami. Byliśmy przyjaciółmi!

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Ekrany

    Celowo ukryłem niektóre szczegóły w moich poprzednich historiach. Ale nie widzę już w tym sensu.

    Pod koniec lata pomiędzy szkołą podstawową, a kolejną szkołą, załapałem grypę żołądkową. Objawy pasowały do zwyczajnej grypy, ale wymiotowałem do wiadra, a nie do kibla, bo cały czas na nim siedziałem. Trwało to około dziesięciu dni, ale zanim całkiem wyzdrowiałem, załapałem coś, na wzór różowego oka. Moje powieki były tak mocno sklejone z rana, że pierwszy raz jak się obudziłem, myślałem, że oślepłem. Kiedy zacząłem pierwszą klasę, bolała mnie szyja, a oczy miałem spuchnięte i przekrwione. Josh należał do innej grupy, więc na przerwie siedziałem przy stole sam. Zacząłem nosić ze sobą do szkoły dodatkowe jedzenie w plecaku, które zjadałem w łazience, bo starsze dzieci zabierały mi lunch na stołówce, bo nikt się za mną nie wstawiał. Nie skończyło się to nawet kiedy całkiem wydobrzałem. Inne dzieci nie chciały zadawać się z osobą, która była ofiarą starszych osób w obawie, że też staną się ofiarami. Jedynym powodem, dla którego to się skończyło, było zachowanie dzieciaka o imieniu Alex. Alex chodził do trzeciej klasy i był większy od innych dzieciaków. Gdzieś tak w trzecim tygodniu szkoły, zaczął przysiadać się do mnie podczas lunchu i dzięki temu natychmiast przestano kraść mi jedzenie. Był dla mnie miły, ale wydawał się trochę opóźniony – nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy. Do czasu, kiedy zapytałem go, dlaczego ze mną siada. Podkochiwał się w siostrze Josha – Veronice. Veronica była w czwartej klasie i była najprawdopodobniej najładniejszą dziewczyną w całej szkole. Nawet jako sześcioletni dzieciak, który myślał że wszystkie dziewczyny są obrzydliwe, wiedziałem, jaka była piękna. Kiedy chodziła jeszcze do trzeciej klasy, Josh powiedział mi, że dwóch chłopców pobiło się o nią. Jeden z nich uderzył drugiego w czoło rogiem książki tak mocno, że rana wymagała szycia. Alex nie był jednym z nich, ale chciał, żeby Veronica go lubiła, więc wyznał mi, że wiedział że ja i Josh jesteśmy przyjaciółmi – z tego co zrozumiałem, miał nadzieję, że przekażę Veronice, ile mi pomógł, a ona będzie poruszona jego altruizmem i zainteresuje się nim. Jeśli jej o tym powiem, Alex nadal będzie przysiadał się do mnie na lunchu. Ponieważ było to w czasie, kiedy to głównie Josh nocował u mnie i budowaliśmy tratwę, nie miałem szansy porozmawiać z Veronicą. Opowiedziałem o tym Joshowi i żartowaliśmy sobie z Alexa. Mimo to obiecał, że powie o tym swojej siostrze, jeśli tego chcę. Wątpiłem, że to zrobi. Josh zawsze irytował się dlatego, że tylu chłopców latało za Veronicą. Pamiętam, jak nazwał ją brzydką krową. Nigdy nie wspomniałem mu o tym, ale chciałem wtedy powiedzieć, że ona jest ładna, a pewnego dnia stanie się przepiękna. Miałem rację. Kiedy miałem piętnaście lat, oglądałem film w kinie ze znajomymi. W środku były przesuwane stoły i krzesła, więc kiedy kino było pełne, często brakowało miejsc, z którym można było zobaczyć cały ekran. Kino wciąż było otwarte. Myślę, że z trzech powodów: 1) było tanie, 2) dwa razy w miesiącu o północy puszczano tam kultowy film, 3) można tam było kupić piwo nawet jeśli nie było się pełnoletnim. Razem z kolegami siedzieliśmy na samym końcu. Chciałem usiąść bliżej by lepiej widzieć, ale to Ryan nas tam zawiózł, więc on decydował. Kilka minut przed rozpoczęciem filmu do sali weszła grupka dziewczyn. Wszystkie były ładne i atrakcyjne, ale ich urodę przyćmiewało piękno jednej z nich. Kiedy odwróciła się na chwilę w naszą stronę, rozpoznałem ją – to była Veronica. Nie widziałem jej od długiego czasu. Coraz rzadziej spotykałem się z Joshem po czasie, kiedy poszliśmy szukać kota w moim starym domu, a kiedy już go odwiedzałem, Veronica gdzieś wychodziła. Kiedy każdy wpatrywał się w ekran, ja gapiłem się na Veronicę – odrywałem od niej wzrok tylko wtedy, kiedy zaczynałem myśleć o sobie jak o idiocie. Ale to szybko mijało i znów na nią patrzyłem. Naprawdę była piękna. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy, moi koledzy od razu wstali i ruszyli do wyjścia. Wyjście było tylko jedna, więc nie chcieli utknąć w tłumie. Zatraciłem się w nadziei, że Veronica zwróci na mnie uwagę. Kiedy mijała nas ze swoimi koleżankami, wykorzystałem okazję.
    - Cześć, Veronica – powiedziałem.
    - Tak? – odparła spoglądając na mnie z zaskoczeniem. Zrobiłem krok w jej stronę.
    - To ja. Przyjaciel Josha z dawnych czasów... Jak... Jak się masz?
    - O mój Boże! Cześć! To było tak dawno – gestem dała znać koleżankom, że zaraz do nich dołączy.
    - Tak, kilka lat! Co słychać u Josha?
    - Haha, pamiętam wasze zabawy. Nadal udajecie żółwie ninja? Zaśmiała się, a ja pokryłem się rumieńcem.
    - Nie, nie jestem już dzieckiem. Teraz gramy w X-mena – miałem nadzieję, że ją rozbawię. I udało mi się.
    - Haha, jesteś słodki. Często przychodzisz tutaj na filmy o północy? Wciąż myślałem o tym, co powiedziała. „Naprawdę myśli, że jestem słodki? Czy miała na myśli, że jestem zabawny? Uważa mnie za atrakcyjnego?” Nagle zdałem sobie sprawę, że zadała mi pytanie.
    - TAK – powiedziałem zdecydowanie zbyt głośno. – Przynajmniej się staram... a ty?
    - Przychodzę od czasu do czasu. Mój chłopak nie lubi takich filmów, ale właśnie się rozstaliśmy, więc zamierzam przychodzić częściej. Starałem się brzmieć spokojnie, ale mi nie wyszło:
    - O, to świetnie... nie że zerwaliście! Miałem na myśli, że będziesz mogła przychodzić częściej. Znowu się roześmiała.
    - Przyjdziesz za dwa tygodnie? – powiedziałem. – Będą nadawać „Dzień żywych trupów”. Jest świetny.
    - Jasne, będę tutaj. Uśmiechnęła się, a ja chciałem zaproponować żebyśmy wtedy usiedli obok siebie, ale w tym momencie Veronica objęła mnie.
    - Miło mi było cię zobaczyć – powiedziała. Zastanawiałem się, co odpowiedzieć kiedy zdałem sobie sprawę, że największym moim problemem w tej chwili było to, że w ogóle zapomniałem jak się mówi. Na szczęście Ryan podszedł do mnie wtedy.
    - Koleś – powiedział. – Wiesz, że film już się skończył, nie? Idziesz? Veronica przestała mnie przytulać i powiedziała, że zobaczymy się następnym razem. Odprowadziło ją stękanie Ryana. Byłem na niego wściekły, ale minęło mi kiedy usłyszałem za sobą śmiech Veronicy.

    Kiedy nadszedł dzień „Dnia żywych trupów”, rodzina Ryana wyjechała z miasta i nie miał kto zawieźć nas do kina. Kilka dni przed filmem poprosiłem mamę, żeby mnie zawiozła. Odmówiła natychmiast, ale ustąpiła, kiedy usłyszała desperację w moim głosie. Zapytała dlaczego tak mi na tym zależy skoro widziałem ten film już wiele razy. Zawahałem się, zanim wyznałem, że miałem nadzieję spotkać tam pewną dziewczynę. Mama uśmiechnęła się i zapytała, czy ją zna. Z ociąganiem powiedziałem jej o kogo chodzi. Uśmiech zniknął z jej twarzy i powiedziała krótko: „Nie.” Zdecydowałem się zadzwonić do Veronicy i zobaczyć, czy ona mogłaby mnie zabrać ze sobą. Nie miałem pojęcia, czy jeszcze będzie w domu, ale chciałem spróbować. Wtedy zdałem sobie sprawę, że Josh może odebrać telefon. Nie rozmawiałem z nim przez prawie trzy lata. Czułem się winny, że dzwonię by rozmawiać z Veronicą a nie z nim, ale później doszedłem do wniosku, że on też mógłby zadzwonić, gdyby chciał. Podniosłem słuchawkę i wykręciłem numer. Nie odebrał Josh. Poczułem równocześnie ulgę i zawód – zdałem sobie sprawę, że naprawdę za nim tęskniłem. Osoba po drugiej stronie telefonu powiedziała mi, że to pomyłka. Powtórzyłem jej numer, na jaki dzwoniłem, a ona potwierdziła. Powiedziała, że musieli zmienić numer. Przeprosiłem ją za kłopot i rozłączyłem się. Poczułem wszechogarniający smutek, bo teraz nie mogłem nawet skontaktować się z Joshem jeśli bym chciał. Poczułem się okropnie, że bałem się, żeby to on odebrał telefon. Był moim najlepszym przyjacielem. Zdałem sobie sprawę, że jedynym sposobem na odnowienie kontaktu, będzie rozmowa z Veronicą. Miałem kolejny powód, by się z nią zobaczyć.

    Dzień przed filmem powiedziałem mamie, że zrezygnowałem z kina i czy mogłaby podrzucić mnie do Chrisa. Planowałem pójść pieszo od jego domu, ponieważ mieszkał tylko pół mili od kina. Zawsze w niedzielę z samego rana chodzili do kościoła, więc wiedziałem, że jego rodzice pójdą spać wcześnie w sobotę. Chris nie chciał iść ze mną do kina, bo planował rozmowę z pewną dziewczyną przez internet. Powiedział mi, że powrót będzie dla mnie dużo gorszy, bo będę zawiedziony, jak Veronica mnie wyśmieje, jeśli spróbuję ją pocałować. Opuściłem jego dom o 23:15. Starałem się utrzymać stałe tempo, żeby dotrzeć do kina na krótko przed rozpoczęciem filmu. Szedłem sam i nie chciałem później stać pod budynkiem. Doszedłem do wniosku, że nie miałem co liczyć na to, że Veronica przyjedzie w tym samym czasie, co ja i zastanawiałem się, czy powinienem zaczekać na nią na zewnątrz, czy wejść do środka. Nagle zwróciłem uwagę, że nie mija mnie już wiele świateł samochodów. Widziałem tylko jedna światła, które nie mijały mnie. Droga nie była oświetlona, więc szedłem po trawie. Odwróciłem się, by zobaczyć co było za mną. Samochód zatrzymał się jakieś dziesięć stóp za mną. Jedyne, co widziałem to jasne światła auta. Pomyślałem, że mógł to być któryś z rodziców Chrisa; być może poszli do jego pokoju i zobaczyli, że mnie nie ma. Chris na pewno by mnie wydał. Zrobiłem jeden krok w stronę samochodu, kiedy ten znów ruszył powoli. Minął mnie i wtedy zobaczyłem, że nie należał do rodziców Chrisa. Próbowałem dostrzec kierowcę, ale było zbyt ciemno. Zauważyłem tylko, że tylna szyba była pęknięta. Niewiele o tym myślałem – niektórzy lubią straszyć innych. Sam często wyskakiwałem zza rogu z krzykiem, by przerazić moją mamę.

    Do kina dotarłem dziesięć minut przed czasem. Zdecydowałem się zaczekać na zewnątrz do 23:57, co zostawi mi chwilę czasu, by odnaleźć Veronicę w środku, jeśli już tam była. Kiedy zacząłem myśleć, że nie przyjdzie, zobaczyłem ją. Była sama i była piękna. Pomachałem do niej i podszedłem bliżej. Uśmiechnęła się i zapytała czy moi koledzy są już w środku. Wyjaśniłem, że przyszedłem sam i zdałem sobie sprawę, że musiała to odebrać jako próbę wyjścia z nią na randkę. Nie wyglądała na przejętą nawet wtedy, kiedy podałem jej bilet, który dla niej kupiłem. Spojrzała na mnie pytająco.
    - Nie martw się – powiedziałem do niej. – Jestem bogaty. Zaśmiała się beztrosko i weszliśmy do budynku. Kupiłem dla nas popcorn i dwa napoje. Większość filmu spędziłem zastanawiając się, czy powinienem spróbować sięgnąć po popcorn w tym samym momencie co ona, aby nasze dłonie się zetknęły. Wyglądało na to, że dobrze się bawiła i zanim się zorientowałem, film się skończył. Ponieważ było po północy, nie mogliśmy zostać w środku, więc wyszliśmy na zewnątrz. Parking przy kinie był duży, bo należał też do galerii handlowej po drugiej stronie ulicy. Nie chciałem, żeby ta noc już się skończyła, więc kontynuowałem rozmowę kierując się w stronę galerii. Kiedy dochodziliśmy do zakrętu obróciłem się za siebie. Samochód Victorii nie był jedynym pozostałym na parkingu. Drugi miał pękniętą szybę. Zdenerwowałem się, ale po chwili zrozumiałem. „To ma sens, ten samochód należy pewnie do jakiegoś pracownika kina.” Małe wprowadzenie horroru w życie wydawało się dla mnie – jako fana horroru – świetnym pomysłem. Spacerowaliśmy wokół galerii i rozmawialiśmy o filmie. Powiedziałem jej, że dla „Dzień żywych trupów” jest lepszy od poprzednika. Ona się ze mną nie zgadzała. Powiedziałem jej też, że dzwoniłem na jej stary numer i zastanawiałem się, kto odbierze telefon. Nie uważała tego za śmieszne jak ja, wzięła mój telefon komórkowy do ręki i zapisała w nim swój numer. Przy okazji stwierdziła, że mam najgorszy telefon, jaki kiedykolwiek widziała. Zaśmiałem się i powiedziałem, że nie mogę na nim nawet odebrać wiadomości obrazkowej. Zadzwoniłem na jej numer, żeby zapisała sobie mój. Veronica powiedziała mi, że kończyła właśnie szkołę, ale nie szło jej za dobrze i nie była pewna, czy dostanie się do college’u. Zaproponowałem, żeby do aplikacji dołączyła swoje zdjęcie, a jeszcze zapłacą jej za patrzenie na nią. Nie śmieszyło jej to i pomyślałem, że poczuła się urażona – mogła pomyśleć, że podoba mi się tylko jej uroda, a nie ona sama. Nerwowo zerknąłem na nią. Uśmiechała się i nawet w nocnym świetle zauważyłem, że się zaczerwieniła. Miałem ochotę złapać ją za rękę, ale nie zrobiłem tego. Kiedy szliśmy już w kierunku kina, zapytałem ją o Josha. Nie chciała o nim rozmawiać. Zapytałem, czy chociaż powie mi, czy wszystko u niego w porządku.
    - Nie wiem – odparła. Doszedłem do wniosku, że Josh zmienił się na gorsze i może często pakuje się w tarapaty. Czułem się źle. Czułem się winny. Dotarliśmy do parkingu. Samochodu z pękniętą szybą nie było. Victoria zapytała mnie, czy chcę by mnie gdzieś podwiozła. Nie chciałem, ale powiedziałem jej, że chcę. Wypiłem za dużo koli i naprawdę musiałem pójść za potrzebą. Wiedziałem, że wytrzymam aż dojedziemy do domu Chrisa, ale miałem w planach pocałować ją na pożegnanie. To byłby mój pierwszy pocałunek. Nie miałem zbyt dużego wyboru. Kino było zamknięte, więc powiedziałem jej, że skoczę tylko na tył budynku i wysikam się. Zaśmiała się. Po drodze obejrzałem się za siebie i zapytałem, czy Josh kiedykolwiek wspomniał jej o Alexie. Okazało się, że powiedział jej o tym. Josh był dobrym przyjacielem. Kiedy doszedłem do brzegu budynku, okazało się, że od niego w nieskończoność ciągnie się płot. W miejscu, w którym stałem nadal byłem widoczny, więc zdecydowałem się przeskoczyć na drugą stronę. Znalazłem się poza zasięgiem wzroku Victorii i załatwiłem, co trzeba. Przez chwilę jedynym dźwiękiem, jaki słyszałem, były pasikoniki w trawie, a potem uderzenie płynu o cement. Poza tym słyszałem dźwięk, który do dzisiaj słyszę gdy jest dostatecznie cicho. W pewnej odległości słyszałem pisk, po którym usłyszałem wibracje. Szybko zrozumiałem, co to było. Samochód. Warczenie silnika stało się głośniejsze. I wtedy pomyślałem: „Nie, nie głośniejsze. Bliższe.” Tak szybko, jak to zrozumiałem, ruszyłem z powrotem w stronę płotu, ale zanim cokolwiek zrobiłem, usłyszałem krótki krzyk i odgłos silnika, po którym usłyszałem łomot. Zacząłem biec, ale po kilku krokach potknąłem się o kamień i upadłem, uderzając w coś głową. Byłem zdezorientowany może przez 30 sekund. Adrenalina szybko jednak postawiła mnie na nogi. Martwiłem się, że ktokolwiek uderzył w coś autem, może zrobić krzywdę Veronice. Kiedy przeskoczyłem przez płot, zobaczyłem tylko jeden samochód na parkingu. Nie było żadnych śladów wypadku. Pomyślałem, że pomyliłem się co do miejsca, z którego doszły mnie tamte odgłosy. Kiedy podbiegłem bliżej, zrozumiałem w co uderzył samochód. Nogi prawie całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa. Veronica. Oddzielał mnie od niej jej samochód, a kiedy podszedłem jeszcze bliżej, zobaczyłem ją w całej okazałości. Jej ciało było nienaturalnie wykręcone. Widziałem jej kość piszczelową, która przebiła się przez jeansy, a jej lewe ramię było zakręcone na jej szyi. Jej głowa była odchylona do tyłu, a usta miała otwarte w niemym krzyku. Było dużo krwi. Kiedy na nią patrzyłem, miałem trudności z oceną, czy leżała na plecach, czy na brzuchu. Zrobiło mi się niedobrze. Kiedy jesteś zmuszony stanąć oko w oko, z czym co wydaje się niemożliwe, twój umysł próbuje przekonać cię, że śnisz i wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Naprawdę czułem, jakbym miał się zaraz obudzić. Ale nie obudziłem się. Wyciągnąłem telefon z kieszeni, żeby zadzwonić po pomoc, ale brakowało zasięgu. Telefon Veronicy wystawał z kieszeni jej spodni. Nie miałem wyboru. Trzęsąc się wyciągnąłem rękę po niego i wtedy ona poruszyła się i gwałtownie łapała powietrze. Przeraziło mnie to tak bardzo, że cofnąłem się i upadłem. Z jej telefonem w dłoni. Próbowała przywrócić swoje ciało do naturalnej pozycji, ale z każdym jej ruchem rozbrzmiewał okropny dźwięk wydawany przez połamane kości. Bez zastanowienia podszedłem do niej i powiedziałem:
    - Veronica, nie ruszaj się. Nie ruszaj się, dobrze? Veronica, proszę, nie ruszaj się. Powtarzałem te słowa aż zacząłem płakać. Otworzyłem klapkę jej telefonu. Działał. Wciąż wyświetlał się na nim mój numer telefonu i poczułem, że zaraz pęknie mi serce. Zadzwoniłem pod 911. Czekałem z nią i powtarzałem, że wszystko będzie dobrze. Czułem się winny kłamiąc. Kiedy usłyszałem dźwięk syren, Veronica wydawała się bardziej przytomna. Już wcześniej była świadoma, ale teraz blask wracał do jej oczu. Jej mózg nadal chronił ją przed bólem, ale pozwolił jej już zrozumieć, że stało się coś strasznego. Spojrzała mi w oczy, jej usta się poruszyły. Zrozumiałem, co powiedziała: - ooooo... on.... zdjęcie... zrobił... mi. Nie wiedziałem, co ma na myśli.
    - Przepraszam – tylko tyle zdołałem powiedzieć. Jechałem razem z nią karetką, gdzie straciła przytomność. Czekałem na korytarzu, kiedy dotarliśmy do szpitala. Wciąż miałem jej telefon, więc włożyłem go do jej torebki, a do mamy zadzwoniłem ze szpitalnego telefonu. Było około czwartej nad ranem. Powiedziałem mamie, że ze mną wszystko w porządku, ale Veronica miała wypadek. Przeklęła do mnie i powiedziała, że za chwilę przyjedzie. Kazałem jej zostać w domu, bo nie zamierzałem zostawić Veronicy samej. Stwierdziła, że i tak przyjedzie.

    Nie rozmawiałem wiele z mamą. Przeprosiłem ją, że kłamałem. Myślę, że gdybyśmy wtedy więcej porozmawiali, powiedziałbym jej o Boxes i o nocy na tratwie – gdyby tylko ona wyznała mi, co wie. Wszystko mogłoby się zmienić. Ale siedzieliśmy w ciszy. Powiedziała mi tylko, że mnie kocha i że mogę zadzwonić do niej kiedy tylko będę jej potrzebował. Kiedy wychodziła, do szpitala wpadli rodzice Veronicy. Jej ojciec zamienił kilka słów z moją mamą, a jej matka rozmawiała z osobą za biurkiem. Jej matka była pielęgniarką, ale nie pracowała w tym szpitalu. Jestem pewien, że chciała przenieść swoją córkę, ale ta była w zbyt ciężkim stanie. Przyjechała policja i rozmawiała z każdym po kolei – opowiedziałem im, co się stało. Zrobili jakieś notatki, po czym wyszli. Veronica przeżyła operację, a jej ciało było pokryte gipsem w 90%. Miała wolne prawe ramię, ale reszta wyglądała jak w kokonie. Wciąż była nieprzytomna. Poprosiłem pielęgniarkę o marker, ale nie wiedziałem co napisać. Zasnąłem na krześle w rogu i wróciłem do domu następnego dnia.

    Przychodziłem do szpitala codziennie po południu przez kilka dni. Później w sali Veronicy znalazł się też inny pacjent i odgrodził się od niej parawanem. Veronica nie czuła się lepiej, ale częściej była świadoma. Niestety nawet wtedy niewiele rozmawialiśmy. Jej szczęka była złamana, więc nie mogła za bardzo otworzyć ust. Siedziałem z nią jakiś czas, ale nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć. Wstałem i podszedłem do niej. Pocałowałem ją w czoło, a ona wyszeptała przez zaciśnięte zęby:
    - Josh... Zaskoczyły mnie te słowa.
    - Nie przyszedł cię odwiedzić? – zapytałem.
    - Nie... -Nawet jeśli Josh pakował się w tarapaty, powinien odwiedzić swoją siostrę, pomyślałem ze złością. Chciałem jej to powiedzieć, kiedy ona wyszeptała:
    - Nie... Josh... uciekł. Powinnam była ci powiedzieć. - Kiedy? Kiedy to się stało? – zapytałem.
    - Kiedy miał trzynaście lat.
    - Zostawił jakiś list?
    - Na jego poduszce... Zaczęła płakać, a ja zaraz po niej. Myślę, że płakaliśmy z innych powodów, nawet jeśli wtedy tego nie wiedziałem. W tamtej chwili nie pamiętałem wielu rzeczy z mojego dzieciństwa i nie łączyłem ich w całość. Powiedziałem jej, że muszę wyjść, ale zawsze może do mnie napisać.

    Następnego dnia otrzymałem od niej wiadomość, w której zabroniła mi do niej przychodzić. Zapytałem dlaczego, na co odparła, że nie chce żebym ją widział w takim stanie. Przystałem na to. Pisaliśmy do siebie każdego dnia, ale ukrywałem to przed mamą, bo nie lubiła kiedy rozmawiałem z Veronicą. Zwykle wiadomości od niej były krótkie i zwykle tylko odpowiadała na moje wiadomości. Raz próbowałem do niej zadzwonić, chciałem usłyszeć jej głos – odebrała, ale nie powiedziała ani słowa. Słyszałem jak ciężko oddycha. Po około tygodniu od mojej ostatniej wizyty u niej, napisała do mnie: „Kocham cię.” Wypełniło mnie wiele sprzecznych emocji, ale odpisałem to, co uznałem za słuszne: „Też cię kocham.” Odpisała, że chce być ze mną i że nie może się doczekać, kiedy znowu mnie zobaczy. Powiedziała też, że wypisano ją ze szpitala i dochodzi do siebie w domu. Pisaliśmy jeszcze przez kilka tygodni, a za każdym razem, kiedy chciałem ją odwiedzić, odpisywała „wkrótce”. Nalegałem i w kolejnym tygodniu napisała, że być może da radę pojawić się na filmie o północy. Nie mogłem w to uwierzyć, ale zapewniła mnie, że spróbuje. W dniu, kiedy miał być wyświetlany film, otrzymałem wiadomość: „Do zobaczenia dzisiaj.” Ryan podwiózł mnie do kina. Rodzice Chrisa nie chcieli, żebym pojawiał się w ich domu po tym, co się stało. Wytłumaczyłem Ryanowi, że Veronica może źle wyglądać i bardzo mi na niej zależy. Ryan powiedział, że rozumie. Veronica nie przyszła. Zająłem dla niej miejsce przy wyjściu, żeby łatwiej było jej je znaleźć, ale po dziesięciu minutach trwania filmu, usiadł na nim jakiś mężczyzna.
    - Przepraszam, to miejsce jest zajęte – szepnąłem do niego, ale on w ogóle nie zareagował – wpatrywał się tylko w ekran. Pamiętam, że chciałem się przesiąść, bo coś mi się nie podobało w sposobie, w jaki oddychał. Wyszedłem, kiedy zrozumiałem, że Veronica nie przyjdzie.

    Następnego dnia wysłałem jej wiadomość z pytaniem, czy wszystko w porządku i dlaczego się nie pojawiła poprzedniej nocy. Ostatnia wiadomość, jaką od niej otrzymałem, brzmiała:
    - Zobaczymy się znowu. Wkrótce. Martwiłem się o nią. Napisałem jej kilka wiadomości, ale przestała odpisywać. Byłem coraz bardziej zdenerwowany tą sytuacją. Nie mogłem zadzwonić do jej domu, bo nie znałem nowego numeru i nie byłem nawet pewien, gdzie teraz mieszka. Stawałem się coraz bardziej smutny, aż moja mama zapytała, czy dobrze się czuję. Ostatnio była dla mnie wyjątkowo miła. Powiedziałem jej, że Veronica przestała się odzywać.
    - Co masz na myśli? – mama spoważniała.
    - Miała się ze mną spotkać wczoraj na filmie. Wiem, że minęły dopiero trzy tygodnie od wypadku, ale napisała mi, że przyjdzie, a potem przestała się odzywać. Chyba mnie nienawidzi. Mama wyglądała na zdezorientowaną, a wyraz jej twarzy zdradzał, że zastanawiała się, czy oszalałem. Zaczęła nagle płakać i przytuliła mnie. Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Wiedziałem, że moja mama niespecjalnie lubi Veronicę. Westchnęła po chwili, spojrzała mi w oczy i powiedziała coś, co do dzisiaj sprawia, że robi mi się ciemno przed oczami.
    - Veronica nie żyje, kochanie. O Boże, myślałam, że wiesz. Umarła ostatniego dnia, kiedy ją odwiedziłeś. Kochanie, ona umarła kilka tygodni temu. Mama zaczęła zanosić się płaczem, ale wiedziałem, że nie z powodu Veronicy. Wyrwałem się z jej objęć i odsunąłem się. To nie było możliwe. Przecież pisaliśmy do siebie wczoraj. Byłem w stanie zadać tylko jedno pytanie:
    - Więc dlaczego jej telefon nadal jest włączony? Mama nadal szlochała. Nie odpowiedziała.
    - DLACZEGO ZAJĘŁO IM TAK DŁUGO, BY WYŁĄCZYĆ TEN PIEPRZONY TELEFON?? – wybuchnąłem.
    - Zdjęcia... – wymamrotała mama. Dowiedziałem się, że rodzice Veronicy byli przekonani, że straciła telefon w wypadku. Ale przecież zostawiłem go w jej torebce. Kiedy przeszukali jej rzeczy, nie znaleźli telefonu. Zamierzali skontaktować się z firmą, która zapewniała im usługi telefoniczne i dowiedzieli się, że rachunek jest ogromny z powodu wysłania ogromnej ilości zdjęć. Zdjęć! Wszystkie te zdjęcia zostały wysłane do mnie. Zdjęcia, których nigdy nie otrzymałem, bo mój telefon ich nie obsługiwał. Wszystkie zostały wysłane po śmierci Veronicy. Starałem się nie myśleć o tym, co zawierały. Ale pamiętam, że zastanawiałem się, czy byłem na nich. Przeraziłem się, kiedy przypomniałem sobie o ostatnie wiadomości: „Zobaczymy się znowu. Wkrótce.”

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Mapy

    Do poprzedniej historii otrzymałem komentarz, który przypomniał mi pewne wydarzenie z dzieciństwa. Zawsze wydawało mi się ono dziwne, ale nigdy nie łączyłem go z żadną z tych historii. Wspomnienia działają w śmieszny sposób. Szczegóły zawsze są obecne w naszym umyśle, a potem pojedyncza myśl łączy je w całość. Nigdy nie myślałem o tych zdarzeniach zbyt wiele, ponieważ skupiłem się na złych szczegółach. Wróciłem do domu mojej mamy i przejrzałem moje prace szkolne w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby być ważne. Nie mogłem nic znaleźć, ale nadal będę szukał.

    Większość starych miast i osiedli nie było przygotowanych na szybki wzrost populacji w nich. Rozkład dróg głównie ma za zadanie łączyć ważne punkty ze sobą. Kiedy już drogi są rozmieszczone, kolejne sklepy i biura powstają przy nich aż w końcu kończy się miejsce. Wtedy nie można już przeprowadzić większej zmiany. Moje osiedle musiało być stare kiedy byłem dzieckiem. Pierwsze domy musiały zostać wybudowane wokół jeziora i stopniowo dodawano nowe budynki, tworząc odnogi od głównej ulicy. Ale wszystkie one kończyły się w pewnym momencie – istniał tylko jeden wyjazd z całego osiedla. Wiele z pierwszych domów ma ogromne ogrody, a niektóre z nich zostały podzielone. Widok z lotu ptaka na moje osiedle sprawiał wrażenie, jakby ogromna kałamarnica umarła na środku lasu, a osiedle wybudowano wzdłuż jej macek. Z mojego ganku można było zobaczyć stare domy otaczające jezioro, ale najbardziej lubiłem dom pani Maggie. Miała około 80 lat, ale była najbardziej przyjazną osobą pod słońcem. Miała głowę otoczoną białymi lokami i zawsze nosiła lekkie sukienki w kwiaty. Rozmawiała ze mną i Joshem, kiedy pływaliśmy w jeziorze i zawsze zapraszała nas na coś słodkiego. Powiedziała kiedyś, że czuła się samotna, bo jej mąż, Tom, zawsze był w delegacjach. Ale ja i Josh nie korzystaliśmy z jej zaproszeń, bo mimo że bardzo miła, pani Maggie wydawała nam się dziwna. Od czasu do czasu jak pływaliśmy, wołała do nas: „Chris i John, zawsze jesteście u mnie mile widziani.” Nadal słyszeliśmy ją, kiedy szliśmy do mojego domu. Pani Maggie, jak wielu starych właścicieli domów, miała w ogrodzie zraszacz ustawiany na czas, który musiał się zepsuć, bo uruchamiał się o różnych porach dnia, a nawet w nocy. Nigdy nie było u nas wystarczająco zimno, żeby padał śnieg, ale podwórko pani Maggie zmieniało się z arktyczny raj z powodu zamrożonej wody. Piękny lód zwisał z każdej gałęzi, z każdego liścia obok jej domu. Nawet jako dziecko widziałem, jakie to było piękne. Razem z Joshem chodziliśmy tam co jakiś czas i bawiliśmy się w wojnę używając wielkich sopli jako mieczy. Pewnego razu zapytałem moją mamę, dlaczego pani Maggie zostawia podwórko w takim stanie. Moja mama szukała odpowiedzi przez chwilę, po czym powiedziała:
    - Pani Maggie jest chorą kobietą i czasami, kiedy gorzej się czuje, jest zdezorientowana. To dlatego czasami myli wasze imiona. Ma kłopoty z pamięcią. Mieszka sama w tym wielkim domu i możecie z nią czasami porozmawiać, kiedy pływacie, ale nie wchodźcie do jej domu. Grzecznie odmawiajcie, a nie zranicie jej uczuć.
    - Ale ona jest mniej samotna, kiedy przyjeżdża jej mąż, prawda? – zapytałem. – Jak długo jest w delegacji? Wygląda, jakby zawsze był na delegacji. Widziałem, że twarz mojej mamy posmutniała. W końcu powiedziała:
    - Kochanie, Tom nie wróci do domu. Jest w niebie. Umarł wiele lat temu, ale pani Maggie tego nie pamięta. Czasami jest zdezorientowana i zapomina o takich rzeczach, ale Tom nie wróci już do domu. Miałem chyba pięć, czy sześć lat, kiedy rozmawiałem o tym z mamą, więc niewiele z tego zrozumiałem. Było mi żal starej kobiety.

    Teraz wiem, że pani Maggie chorowała na Alzheimera. Razem z mężem mieli dwóch synów: Chrisa i Johna. Oboje pomagali jej finansowo, ale nigdy jej nie odwiedzali. Nie wiem, czy coś się między nimi wydarzyło, czy to było z powodu choroby, czy mieszkali zbyt daleko, ale nigdy nie widziałem ich w okolicy. Nie miałem pojęcia, jak wyglądali, ale czasami pani Maggie musiała myśleć, że Josh i ja jesteśmy podobni do nich, kiedy były dziećmi. Albo widziała to, co chciała widzieć. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaka musiała być samotna.

    W ciągu lata po szkole podstawowej, przed wydarzeniem z balonami, Josh i ja poszliśmy do lasu koło mojego domu. Wiedzieliśmy, że lasy między naszymi domami są połączone i pomyśleliśmy, że byłoby fajnie gdyby jezioro koło mnie również było połączone ze stawem obok jego domu. Zdecydowaliśmy się tego dowiedzieć. Chcieliśmy stworzy mapy. Zaplanowaliśmy narysowanie dwóch map, a potem połączenie ich. Jedną z nich mieliśmy zrobić chodząc po okolicy mojego domu, a drugą koło domu Josha. Początkowo miała to być jedna mapa, ale okazało się to niemożliwe, bo zacząłem rysować mapę mojej okolicy w takiej skali, że więcej by się na niej nie zmieściło. Przez pierwsze kilka tygodni wszystko szło nam bardzo dobrze. Chodziliśmy po lesie przy linii jeziora i zatrzymywaliśmy się co kilka minut, że dodać kolejne szczegóły do mapy. Wyglądało na to, że obie mapy połączą się lada chwila. Nie mieliśmy żadnego sprzętu potrzebnego do sporządzania map – nawet kompasu – ale bardzo się staraliśmy, żeby była dokładna. Mieliśmy pomysł, by wbić w ziemię patyk w miejscu, gdzie kończyła się pierwsza mapa. Wtedy wiedzielibyśmy, że udało się je połączyć, gdy z drugiej strony dojdziemy do patyka. Być może byliśmy najgorszymi kartografami na świecie. W pewnym momencie las stał się zbyt gęsty przy jeziorze, żebyśmy mogli iść dalej. Straciliśmy zainteresowanie całym projektem na jakiś czas, kiedy zaczęliśmy sprzedawać śnieżki.

    Po pokazaniu mojej mamie zdjęć, które przyniosłem ze szkoły i kiedy zabrała mi moją maszynę do śnieżek, znów zajęliśmy się mapami. Musieliśmy wymyślić nowy plan. Nie rozumiałem dlaczego, ale moja mama wprowadziła w domu nowe zasady i kazała mi się meldować w domu regularnie, kiedy wychodziłem na dwór z Joshem. To oznaczało, że nie mogliśmy zostawać w lesie przez wiele godzin w poszukiwaniu nowych dróg. Pomyśleliśmy, że przepłyniemy po prostu na drugą stronę, kiedy dojdziemy do zbyt gęstego lasu, ale nie mogliśmy tego zrobił, bo pomoczylibyśmy mapę. Staraliśmy się maszerować szybciej, kiedy wyruszaliśmy z domu Josha, ale zawsze napotykaliśmy ten sam problem. I wtedy wpadliśmy na genialny pomysł. Zbudujemy tratwę. W lesie znaleźliśmy mnóstwo pozostałości po budowach, które zabrano z dróg, bo nie były już potrzebne. Najpierw chcieliśmy wybudować łódkę z masztem i kotwicą, ale szybko z tego zrezygnowaliśmy. Pozostaliśmy przy tratwie. Spuściliśmy ją na wodę w pobliżu domu pani Maggie, która zawołała nas do siebie, ale nic nie mogło nas powstrzymać. Tratwa działała świetnie, co, muszę przyznać, odrobinę mnie zaskoczyło. Oboje mieliśmy duże gałęzie, które miały służyć jako wiosła, ale okazało się łatwiej po prostu odpychać tratwę od ziemi pod wodą. Kiedy zrobiło się za głęboko, po prostu kładliśmy się na brzuchu i wiosłowaliśmy rękami. Pomyślałem nawet, że z brzegu musiało to wyglądać, jakby na tratwie leżał gruby mężczyzna z małymi ramionami. Kilka dni zajęło nam dopłynięcie tratwą do miejsca, gdzie las był za gęsty. To miejsce było dość daleko i zajęło nam więcej czasu dotarcie tam, niż oczekiwaliśmy. Wyciągnęliśmy tratwę na brzeg w tym miejscu i następnego dnia wróciliśmy, by popłynąć kawałek dalej. Robiliśmy to przez długi czas w pierwszej klasie. Josh i ja trafiliśmy do innych grup, więc nie widywaliśmy się już tak często. Z tego powodu nasi rodzice pozwalali nam spędzać całe weekendy razem. W dodatku ojciec Josha znalazł nową pracę i nie było go w domu na weekendy, a jego mama pozwalała mu nocować u mnie. Powinniśmy dać radę zrobić duże postępy w sprawie mapy, ale kiedy w końcu udało nam się ominąć gęsty las, okazało się, że nie mamy gdzie zaczepić tratwy. W dodatku ziemia przy brzegu była tak podmokła, że po wyjściu zakopalibyśmy się w błocie. Za każdym razem byliśmy zmuszeni zawrócić i zostawić tratwę w tym samym miejscu. Co gorsze, przyszła zima.

    W sobotę około siódmej wieczorem, Josh i ja bawiliśmy się w domu, kiedy do drzwi zapukała jedna ze współpracowniczek mojej mamy. Miała na imię Samantha. Dobrze ją pamiętam, bo oświadczyłem się jej kilka lat później, kiedy odwiedziłem mamę w pracy. Mama musiała wyjść, by rozwiązać jakiś problem i powiedziała, że wróci za dwie godziny. Jej samochód był w naprawie, więc pojechała z Samanthą. Przed wyjściem nakazała nam pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu i nikomu nie otwierać drzwi. Zaczęła też mówić, że będzie co jakiś czas dzwoniła, ale urwała kiedy przypomniała sobie, że nasz telefon był odłączony. To dlatego Samantha przyjechała bez zapowiedzi. Spojrzała mi w oczy z poważnym wyrazem twarzy i powiedziała:
    - Nigdzie się stąd nie ruszaj! To była nasza szansa. Patrzyliśmy jak samochód odjeżdża i znika nam z oczu. Potem szybko pobiegliśmy do mojego pokoju. Założyłem plecak, kiedy Josh pakował mapę.
    - Masz latarkę? – zapytał Josh.
    - Nie, ale wrócimy zanim zrobi się ciemno.
    - Pomyślałem, że powinniśmy ją mieć na wszelki wypadek.
    - Moja mama chyba ma latarkę, ale nie wiem gdzie ją trzyma... Czekaj! Podbiegłem do szafy i wyciągnąłem z niej pudełko.
    - Masz latarkę w tym pudle? – zapytał Josh.
    - Nie do końca... Otworzyłem karton i wyciągnąłem trzy świeczki i zapalniczkę, którą udało mi się gwizdnąć mamie kilka miesięcy wcześniej. To zawsze zapewni nam jakieś światło, jeśli będziemy go potrzebować. Wrzuciliśmy wszystko do plecaka i ruszyliśmy do drzwi, pilnując, żeby Boxes nie uciekł na dwór. Została nam godzina i pięćdziesiąt minut. Biegliśmy przez las najszybciej jak potrafiliśmy i dotarliśmy na miejsce w piętnaście minut. Pod ubraniami mieliśmy stroje kąpielowe, więc szybko ściągnęliśmy koszulki i spodnie i zostawiliśmy je na kupkach przy brzegu. Odwiązaliśmy tratwę od drzewa, złapaliśmy za wiosła i odpłynęliśmy. Staraliśmy się szybko dotrzeć do miejsca, w którym kończyła się nasza mapa, nie mieliśmy czasu na oglądanie starych widoków. Wiedzieliśmy, że na tratwie poruszaliśmy się wolniej i że niestety będziemy musieli też na niej wrócić, bo nie damy rady przedrzeć się przez las. Kiedy minęliśmy ostatni punkt na naszej mapie, woda stała się naprawdę głęboka i kij nie dosięgał dna, więc położyliśmy się na brzuchach i wiosłowaliśmy rękami. Robiło się coraz ciemniej i coraz trudniej było nam rozróżnić poszczególne drzewa, przez co zaczęliśmy się denerwować. Musieliśmy się spieszyć, więc staraliśmy się wiosłować szybko, ale przez to robiliśmy dużo hałasu. Cały czas słyszeliśmy też odgłosy spadających patyków i szelest liści w lesie po naszej prawej stronie. Kiedy przestawaliśmy wiosłować, aby nasłuchiwać, wszystko cichło. Myśleliśmy, że tak naprawdę tylko nam się wydawało i nic nie słyszeliśmy. Nie wiedzieliśmy jakie zwierzęta zamieszkują tę część lasu, ale wiedzieliśmy, że nie chcemy się tego dowiedzieć. Kiedy Josh rozwijał mapę, a ja oświetlałem ją zapalniczką, zrozumieliśmy, że nie wyobraziliśmy dobie tych dźwięków. Słyszeliśmy rytmiczne chrupnięcie trzaśnięcie chrupnięcie Wyglądało na to, że dźwięk odsuwa się od nas i przedziera się przez las poza naszą mapą. Było zbyt ciemno, by coś zobaczyć. Pomyliliśmy się co do czasu, po którym zajdzie słońce. Zawołałem nerwowo:
    - Halo? Na moment oboje wstrzymaliśmy oddech. Cisza została nagle przerwana śmiechem.
    - Halo? – wychrypiał Josh. - Więc co?
    - Hej, panie potworze-z-lasu. Wiem, że czaisz się w lesie, ale może odpowiesz na moje powitanie? Haaaaaaloooooo! Zdałem sobie sprawę, jakie to było głupie. Jakiekolwiek zwierzę siedziało w lesie, nie mogło odpowiedzieć. Cokolwiek tam było, nie mogłem oczekiwać, że odpowie.
    - Haaaaaloooo – kontynuował Josh.
    - Haloooo – zawtórowałem mu.
    - Hej kolego!
    - Halo, halo.
    - HAAAAAAAAALOOOOOOOOO! Przedrzeźnialiśmy się jeszcze chwilę, po czym usłyszeliśmy:
    - Hej! Był to szept. Dochodził z lasu za nami, bo obróciliśmy tratwę w drugą stronę. Powoli podniosłem się i odwróciłem w stronę głosu, przy okazji wyciągając świeczkę. Chciałem to zobaczyć. - Co ty wyprawiasz? – wysyczał Josh. Ale ja już zapaliłem świeczkę i uniosłem ją wyżej. Nic nie zobaczyłem.
    - Po prostu stąd chodźmy – naciskał Josh.
    - Jeszcze chwila – powiedziałem, ale nadal nic nie było widać. Upuściłem świeczkę, która wpadła do wody i zaczęliśmy wiosłować w stronę domu. Wtedy usłyszeliśmy głośny szelest od strony lasu. Łamanie gałęzi było głośniejsze niż dźwięk naszego uderzania rękami o wodę. To coś biegło. W panice zaczęliśmy wiosłować intensywniej i poczułem, że jedna z lin się obluzowała.
    - Josh, uważaj! Ale było za późno. Tratwa się rozpadała. Po chwili całkiem się rozleciała. Każdy z nas trzymał się teraz jeden deski, nasze nogi zamoczyły się w jeziorze.
    - Josh, szybko! – krzyknąłem i wskazałem palce na wodę obok niego. Wyciągnął rękę, ale nie zdążył złapać mapy, która odpłynęła od nas.
    - Zimno mi – zatrząsł się Josh.
    – Wyjdźmy z wody. Dopłynęliśmy do brzegu, ale nie daliśmy rady wyjść z wody. Poddaliśmy się, było nam zbyt zimno, by próbować dalej. Miarowo uderzaliśmy nogami o wodę, aż udało nam się dotrzeć do miejsca, skąd wyruszyliśmy. Chcieliśmy wyciągnąć deski na brzeg, ale nie udało nam się i odpłynęły. Zdjęliśmy stroje kąpielowe, zdesperowany by jak najszybciej założyć suche ubrania. Wskoczyłem w spodnie, ale coś było nie tak. Zwróciłem się do Josha:
    - Gdzie moja koszulka? Wzruszył ramionami i powiedział:
    - Może wpadła do wody? Powiedziałem Joshowi, żeby sam wracał do mojego domu i wyjaśnił mojej mamie, że bawimy się w chowanego, kiedy się pojawi. Ja musiałem odnaleźć moją koszulkę. Biegałem na tyłach domów i spoglądałem na wodę z brzegu. Pomyślałem, że może przy okazji uda mi się też znaleźć mapę. Biegłem szybko, bo musiałem wracać do domu i już miałem się poddać, kiedy usłyszałem dźwięk za sobą:
    - Hej. Odwróciłem się. To była pani Maggie. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w nocy. W tym świetle wyglądała na bardzo kruchą. Ciepło, którym zwykle emanowała, było zastąpione powagą na jej twarzy. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziałem ją bez uśmiechu. Jej twarz wyglądała dziwnie.
    - Witam, pani Maggie.
    - Cześć Chris – uśmiechnęła się znowu. – Nie widziałam czy to ty, bo było za ciemno. Zażartowałem, czy chce zaprosić mnie na coś słodkiego, ale odparła, że może innym razem. Byłem zbyt zajęty szukaniem mapy i koszulki, żeby spędzić z nią więcej czasu, ale wydawała się szczęśliwa, więc nie przejąłem się tym. Powiedziała jeszcze kilka słów, ale nie skupiałem się na tym. Pożegnałem się i ruszyłem biegiem w stronę mojego domu. Słyszałem za sobą, jak idzie przez zmrożone podwórze, ale nie odwróciłem się, żeby jej pomachać – musiałem szybko wrócić do domu. Dotarłem na miejsce kilka minut przed moją mamą i zdążyłem nawet przebrać się w ciepłe ciuchy. Tym razem nam się udało, mimo że straciliśmy mapę.
    - Nie znalazłeś? – zapytał Josh.
    - Nie, ale widziałem panią Maggie. Znowu nazwała mnie Chrisem. Mówię ci, ciesz się, że nigdy nie widziałeś jej w nocy. Roześmialiśmy się oboje, a Josh zapytał mnie, czy zaprosiła mnie do domu. Przy okazji zażartował, że jej słodycze musiały być okropne, skoro nikt ich nie chciał. Powiedziałem mu, że nie zaprosiła mnie, co go zaskoczyło. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy o pani Maggie, kiedy zdałem sobie sprawę, że zapalniczka wciąż spoczywa w mojej kieszeni i będę miał przechlapane jeśli moja mama ją tam znajdzie. Podniosłem spodnie z podłogi i przeszukałem kieszenie. Poczułem coś, co na pewno nie było zapalniczką. Z tylnej kieszeni wyciągnąłem złożoną kartkę papieru i zamarłem. „Mapa?” pomyślałem. „Przecież widziałem jak odpływa.” Kiedy rozłożyłem kartkę serce podeszło mi do gardła. Na papierze były narysowane dwie osoby trzymające się za ręce. Jedna z nich była większa niż druga, ale żadna z nich nie miała twarzy. Kartka była rozerwana i brakowało drugiej części, a w prawym górnym rogu zapisany był numer. To było „15” albo „16”. Nerwowo podałem kartkę Joshowi i zapytałem go, czy włożył ją do mojej kieszeni. Zaprzeczył i spytał czym się tak martwię. Wskazałem palcem na mniejszą postać, obok której napisano moje inicjały.

    Odepchnąłem te myśli od siebie i znów zaczęliśmy rozmawiać o pani Maggie. Zawsze przypisywałem jej dziwne zachowanie chorobie, aż przemyślałem to jeszcze raz wiele lat później. Kiedy teraz o tym myślę, znów żal mi pani Maggie, ale potem czuję desperację, kiedy myślę o tym, co powiedziała: „może innym razem”. Wiedziałem, co powiedziała, ale nie rozumiałem, co to znaczy. Nie rozumiałem znaczenia jej słów też kilka tygodni później, kiedy widziałem mężczyzn w pomarańczowych strojach wynoszących czarne worki z jej domu – myślałem, że wynoszą śmieci. Mimo że całe osiedle pachniało wtedy śmiercią. Nie rozumiałem, dlaczego okna jej domu zostały zabite deskami na jakiś czas przed moją przeprowadzką. Teraz rozumiem. Rozumiem, dlaczego jej ostatnie słowa do mnie były takie ważne, nawet jeśli ani ja, ani ona nie zdawaliśmy sobie wtedy z tego sprawy. Pani Maggie tamtej nocy powiedziała mi, że Tom wrócił do domu, ale wiem, kto tak naprawdę się wprowadził. Tak samo wiem już, dlaczego nigdy nie widziałem jej ciała na noszach. Worki nie były wypełnione śmieciami.

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Boxes

    Tych,którzy przeczytali poprzednie historie i pytali mnie, czy jest coś więcej, w zamian otrzymując tylko skrawki odpowiedzi – chciałbym przeprosić za bycie nieszczerym. Kilka razy w komentarzach mówiłem, że po wydarzeniach opisanych w „Krokach” nie działo się nic szczególnego, ale nie była to prawda. Wydarzenia opisane tutaj nigdy nie tkwiły zamknięte w mojej pamięci. Zawsze o nich pamiętałem. Dopiero po tym jak przypomniałem sobie wszystko co opisałem w „Balonach” i porozmawiałem z moją mamą zrozumiałem jak te historie splatają się ze sobą. Tak czy inaczej, początkowo nie miałem wcale zamiaru dzielenia się nią z wami. Pragnienie ukrycia tych wspomnień istniało we mnie głównie dlatego, że wydaje mi się iż nie dokonałem dobrych osądów. Potrzebowałem również przyzwolenia od pewnej osoby, aby nie przedstawić tego co się wydarzyło w niewłaściwym świetle. Nie spodziewałem się takiego zainteresowania moimi wcześniejszymi historiami, ani tego że będę kiedyś naciskany, aby podzielić się jak największą liczbą szczegółów. Byłbym szczęśliwy mogąc zatrzymać to dla siebie do końca moich dni. Nie byłem w stanie skontaktować się z druga stroną, ale czułbym się obłudnie zatrzymując tę historię przed tymi, którzy pragnęli więcej informacji. Zwłaszcza teraz, po rozmowach z matką, kiedy nowe powiązania ujrzały światło dzienne. To co przeczytacie jest najdokładniejszym wspomnieniem na jakie mnie stać.

    Ostatnie lato przed podstawówką spędziłem na nauce wspinaczki na drzewa. Przed moim domem stała sosna, która wydawała się wprost stworzona dla mnie. Miała nisko rosnące gałęzie, dzięki czemu mogłem ich łatwo dosięgnąć, tak więc przez kilka pierwszych dni po tym jak nauczyłem się na nie wciągać po prostu siedziałem, spuszczając z nich nogi. Drzewo stało poza naszym płotkiem z tyłu domu i było łatwo dostrzegalne z okna kuchennego znajdującego się nad zlewem. Po czasie wykształciliśmy z mamą pewną rutynę – ja szedłem bawić się na drzewie, a ona miała mnie cały czas na oku myjąc naczynia i robiąc inne rzeczy w kuchni.

    Podczas gdy lato mijało, moje umiejętności stale rosły i po wcale niedługim czasie wspinałem się już dość wysoko. Drzewo rosło, a jego gałęzie nie tylko stawały się coraz grubsze, ale też coraz dalej od siebie oddalone, więc dotarłem do punktu, w którym nie byłem w stanie wspinać się wyżej. Postanowiłem zmienić zasady gry. Skupiłem się na szybkości, a po czasie byłem w stanie dotrzeć do najwyższej gałęzi w ciągu 25 sekund.

    Stałem się zbyt pewny siebie i jednego popołudnia próbowałem opuścić jedną gałąź, nim zdołałem pewnie chwycić kolejną. Spadłem z około siedmiu metrów i złamałem boleśnie rękę w dwóch miejscach. Mama krzyczała biegnąc do mnie i pamiętam, że brzmiała jakby była pod wodą. Nie przypominam sobie nawet co mówiła, pamiętam natomiast jak bardzo zaskoczyła mnie biel mojej kości.

    Zanosiło się, że rozpocznę nowy rok szkolny w gipsie, oraz bez choćby jednego przyjaciela, który mógłby się na nim podpisać. Moja mama musiała czuć się z tym okropnie, ponieważ na dzień przed rozpoczęciem przyniosła do domu kotka. Był malutki w paski. Jak tylko postawiła go na ziemi wczołgał się do pustego opakowania po napojach. Nazwałem go więc Boxes.

    Boxes był kotem domowym, za drobnymi wyjątkami, kiedy to sam się wymykał na zewnątrz. Mama poprosiła weterynarza, aby pozbawił go pazurków, przez co nie drapał mebli, ale w rezultacie nie mogliśmy dopuszczać, żeby wychodził z domu. Bywało, że udało mu się zbiec i znajdywaliśmy go w ogródku, gdy gonił za jakimiś robakami, czy jaszczurkami, które ciężko mu było złapać, ze względu na brak pazurków. Był bardzo zwinny, ale koniec końców zawsze udawało nam się go schwytać i zanieść do domu. Często próbował patrzeć mi przez ramię, kiedy go niosłem. Mówiłem mamie, że pewnie obmyśla taktykę jak znów zwiać. Po powrocie dawaliśmy mu tuńczyka, a Boxes z czasem nauczył się co oznacza dźwięk otwieracza i sam wracał, gdy tylko go usłyszał.

    Okazało się to później przydatne, ponieważ pod koniec naszych dni w tamtym domu kot wychodził na zewnątrz znacznie częściej i wbiegał do piwnicy pod budynkiem, gdzie ani ja ani mama nie chcieliśmy wchodzić ze względu na robaki i gryzonie. Moja mama wpadła na genialny pomysł, aby otwieracz podłączać do przedłużacza i uruchamiać go już w dziurze, przez którą Boxes przedostawał się pod dom. Po chwili pojawiał się głośno miaucząc ucieszony ze zbliżającej się wyżerki, aby następnie stracić dobry nastrój na widok braku tuńczyka. Otwieracz bez jedzenia nie miał dla niego żadnego sensu.

    Ostatni dzień jego ucieczki pod dom, był też ostatnim dniem naszego pobytu w tym domu. Mama wystawiła go na sprzedaż i powoli pakowaliśmy swoje rzeczy. Nie było tego wiele, a sam proces przeciągnęliśmy, żeby nie zapomnieć niczego ważnego. Spakowałem już wszystko. Mama widziała, że smutno mi z powodu przeprowadzki i chciała, żeby zmiana nastąpiła gładko, więc postanowiła, że spakujemy wszystko wcześniej, a widok naszych rzeczy w pudłach pozwoli mi się przyzwyczaić do myśli opuszczenia domu. Kiedy Boxes wymknął się podczas, gdy my przenosiliśmy wszystko do vana, mama zaklęła, bo otwieracz był już w którymś z pudeł. Powiedziałem, że go poszukam, żeby uniknąć wchodzenia pod dom, a mama (prawdopodobnie świadoma mojego małego przekrętu) odsunęła jeden z paneli i wczołgała się tam sama. Po chwili wyszła wraz z kotem. Wyglądała na zdenerwowaną, przez co ja odetchnąłem, że nie musiałem być na jej miejscu. Kiedy ja pakowałem kolejne rzeczy, ona wykonywała kolejne połączenia. Przyszła do mojego pokoju i oświadczyła, że rozmawiała z agentem nieruchomości. Mieliśmy się wprowadzić do nowego domu już dziś. Z jej ust brzmiało to jakby była to wyśmienita wiadomość, ale ja byłem zawiedziony, że czas w tym domu dobiega końca – początkowo mieliśmy się przeprowadzić dopiero pod koniec kolejnego tygodnia, a był dopiero wtorek. Co więcej, nie byliśmy nawet całkowicie spakowani, ale ona powiedziała tylko, że czasami łatwiej jest zastąpić stare rzeczy nowymi, niż tułać się z nimi przez miasto. Nie dałem rady nawet zabrać wszystkich ubrań, które były już w pudłach. Zapytałem, czy mogę zadzwonić do Josha, aby się pożegnać, ale odpowiedziała że możemy to zrobić z nowego domu. Tak opuściliśmy sąsiedztwo w zapakowanym vanie.

    Udało mi się pozostać w kontakcie z Joshem przez lata, co jest o tyle zaskakujące, że nie chodziliśmy już nawet do tej samej szkoły. Nasi rodzice nie byli bliskimi przyjaciółmi, ale wiedzieli, że my byliśmy i starali się, abyśmy mogli się widywać podwożąc nas do domu jednego lub drugiego – czasami na noc, czasami na całe weekendy. Na jedne ze Świąt Bożego Narodzenia nasi rodzice kupili nam nawet walkie-talkie, które działały na odległość nawet większą niż ta, dzieląca nasze domy. Ich baterie wytrzymywały dniami, nawet kiedy urządzenia były włączone, ale nie używane. Co prawda tylko okazjonalnie działały na tyle dobrze, że mogliśmy rozmawiać przez całe miasto, ale kiedy spędzaliśmy razem czas używaliśmy ich w domu i spisywały się świetnie. Dzięki naszym rodzicom ja i Josh byliśmy nadal przyjaciółmi w wieku 10 lat.

    Pewnego weekendu, gdy zostałem u Josha, mama zadzwoniła tylko po to, by powiedzieć mi „dobranoc”. Cały czas czuwała nade mną, nawet gdy byłem poza zasięgiem jej wzroku. Tak do tego przywykłem, że nawet tego nie zauważałem. Josh natomiast tak. Mama była smutna.

    Boxes zniknął.

    To musiała być sobotnia noc, ponieważ wcześniejszą spędziłem u Josha i wybierałem się do domu, aby się wyspać. W poniedziałek miałem szkołę. Boxes zaginął w piątek po południu. Mama nie widziała go odkąd odwiozła mnie tego dnia do Josha. Uznała, że musi mi powiedzieć zanim dotrę do domu, bo gdybym wrócił i na miejscu dowiedział się, że kot uciekł nie tylko byłbym smutny z tego powodu, ale i dlatego, że nie powiedziała mi prawdy. Kazała mi się nie martwić - Wróci. Zawsze wraca– powiedziała.

    Ale Boxes nie wrócił.

    Trzy weekendy później znów byłem u przyjaciela. Nadal było mi smutno z powodu kota, ale mama powiedziała, że to nie pierwszy gdy zwierzę znika z domu na długi czas, a później wraca jakby nigdy nic. Tłumaczyłem to Joshowi, gdy w mojej głowie pojawiła się myśl, przez którą sam sobie przerwałem.
    - Co jeśli Boxes myślał nie o tym domu? Josh był zdezorientowany.
    - Co? Przecież mieszka z tobą. Wie gdzie jest dom.
    - Tak, Josh. Ale dorastał gdzie indziej – w moim starym domu, który jest przecież niedaleko stąd. Może nadal uważa to miejsce za swój dom, tak jak ja?
    - OK, czaję. Byłoby ekstra. Powiemy jutro o tym mojemu tacie, a on nas tam zabierze, żebyśmy mogli sprawdzić!
    - Nie, nie zabierze nas, stary. Mama powiedziała, że nie możemy się tam więcej pokazywać, ponieważ nowi właściciele nie chcieliby być niepokojeni. Twoim rodzicom mówiła to samo. Josh nalegał
    - OK, w takim razie pójdziemy tam jutro sami, jakoś znajdziemy drogę…
    - Nie! Jeśli twój tata się zorientuje powie mojej mamie. Musimy tam iść sami. Dzisiejszej nocy.

    Nie trzeba było przekonywać Josha zbyt długo, bo z reguły to on wychodził z takimi inicjatywami jak ta. Nigdy jednak nie wymykaliśmy się z jego domu, ale okazało się to banalnie proste. Okno w jego pokoju wychodziło na tylny ogród, którego drewniane ogrodzenie nie było zamknięte. Po minięciu tych malutkich przeszkód ruszyliśmy w noc uzbrojeni w walkie-talkie i latarkę.

    Były dwie drogi z domu Josha do miejsca gdzie kiedyś mieszkałem. Mogliśmy iść ulicami, które były kręte lub wprost przez las, co zabrałoby połowę mniej czasu. Dojście ulicą zabrałoby nam ok. 2 godziny, ale zasugerowałem, żebyśmy jednak wybrali tę drogę – nie chciałem się zgubić. Josh odmówił. Nie chciał zostać rozpoznany przez któregoś z sąsiadów i bał się, że mogliby oni powiedzieć o wszystkim jego tacie. Zagroził, że jeśli nie pójdziemy skrótem przez las, to on wraca do domu. Josh nie miał pojęcia o moim ostatnim pobycie w tym lesie.

    Drzewa wydawały się znacznie mniej przerażające, gdy miałem u boku przyjaciela, a w ręce latarkę. Szliśmy w dobrym tempie. Nie byłem do końca pewien naszej pozycji, ale Josh wyglądał na tak pewnego siebie, że moje morale rosło. Przechodząc przez gęsto zarośniętą ścieżkę zaczepiłem zapięciem mojego walkie-talkie o gałąź. Josh niósł latarkę, a ja szarpałem się z gałęzią.
    - Hej, stary, chcesz popływać? – zapytał. Popatrzyłem w kierunku, w którym świecił latarką i na chwilę zamknąłem oczy, bo zdałem sobie sprawę gdzie jesteśmy. Tutaj obudziłem się lata temu. Poczułem uścisk w gardle i łzy napływające do oczu, nadal walcząc o uwolnienie krótkofalówki. Sfrustrowany wyszarpnąłem ją na tyle mocno, że złamałem gałąź, obróciłem się i podszedłem do Josha, który położył się na namokniętym terenie. Idąc w jego kierunku omal nie wpadłem do sporej wielkości dziury, która znajdowała się na mojej drodze. W odpowiednim czasie jednak zdołałem złapać równowagę i zatrzymać się. Była głęboka. Byłem zaskoczony jej rozmiarem, ale jeszcze bardziej tym, że nie pamiętałem, aby wcześniej się tutaj znajdowała. Zdałem sobie sprawę, że tej nocy jej nie było, ponieważ obudziłem się wtedy dokładnie w tym miejscu. Wyrzuciłem to z głowy i odwróciłem się do przyjaciela.
    - Przestań się wygłupiać, stary! Widziałeś, że tam utknąłem, a mimo to leżałeś sobie tutaj i żartowałeś. Josh uśmiechnął się zawstydzony. Nagle wyraz jego twarzy zmienił się na przerażony, gdyż nie mógł wstać, a w krzakach usłyszeliśmy szuranie. Za każdym razem, gdy próbował się podnieść tracił równowagę i wywracał się. Chciałem mu pomóc, ale nie mogłem się zbliżyć – moje nogi nie chciały współpracować. Nienawidziłem tego lasu. Podniosłem latarkę i skierowałem ją w miejsce, gdzie leżał Josh. W końcu udało mu się podnieść i podejść do mnie. Poświeciłem latarką w kierunku, z którego usłyszeliśmy dźwięk. To był szczur. Śmialiśmy się nerwowo i obserwowaliśmy jak zwierzę ucieka między drzewa, zabierając ze sobą okropne dźwięki. Josh lekko uderzył mnie w ramię, uśmiech powrócił na jego twarz i znów kontynuowaliśmy spacer.

    Przyspieszyliśmy tempo i wyszliśmy z lasu wcześniej niż początkowo zakładaliśmy. Trafiliśmy prosto do mojego starego sąsiedztwa. Kiedy ostatni raz wyszedłem z tego miejsca widziałem mój dom w pełni oświetlony, a teraz wszystkie te wspomnienia wróciły. Poczułem jak serce mi przyspiesza, gdy wychodziliśmy zza zakrętu, aby zaraz ujrzeć mój stary dom w pełnej okazałości. Tym razem wszystkie światła były zgaszone. Z daleka widziałem drzewo, na które się wspinałem, a mój umysł zaczął analizować podobieństwo dzisiejszej sytuacji, do tego co zdarzyło się dawno temu. Zbliżając się zauważyłem, że trawnik wygląda okropnie. Nie chciałem nawet zgadywać kiedy po raz ostatni był koszony. Jedna z zasłon odpadła i latała tam i z powrotem pchana wiatrem, a sam dom wyglądał po prostu na brudny. Zrobiło mi się smutno na widok mojego dawnego domu tak bardzo zaniedbanego. Dlaczego moja mama w ogóle przejmowała się, czy zawracalibyśmy głowę nowym właścicielom, jeżeli oni nie przejmowali się stanem budynku, w którym mieszkali? I wtedy zrozumiałem: Nie ma żadnych właścicieli.

    Dom był opuszczony, chociaż wyglądał na po prostu zapomniany. Dlaczego mama miała by mnie okłamywać na temat nowych ludzi w nim mieszkających? Koniec końców, pomyślałem że to jednak dobrze. Dzięki takiemu stanowi rzeczy będzie łatwiej rozejrzeć się za Boxes, nie musząc się martwić o zostanie zauważonym przez nową rodzinę. Będzie znacznie szybciej. Josh przerwał moje rozmyślania gdy podchodziliśmy do bramy, a następnie do samego domu.
    - Twój stary dom ssie, człowieku – Josh krzyknął na tyle cicho, na ile tylko mógł.
    - Zamknij się, Josh! Nawet w tym stanie jest lepszy niż twój!
    - Ej, stary… - OK, OK. Myślę, że Boxes udał się pod dom. Jeden z nas będzie musiał zejść i zerknąć, ale drugi powinien zostać przy wejściu, na wypadek gdyby kot chciał uciec.
    - Mówisz poważnie? Nie ma szans, żebym tam wlazł. To twój kot. Ty wchodź.
    - Zagrajmy o to. No, chyba, że się boisz? – powiedziałem trzymając pięść nad wyciągniętą dłonią.
    - Spoko, ale zaczynamy na „strzał”, a nie na trzy. Ma być kamień, papier, nożyce, STRZAŁ, a nie jeden, dwa, TRZY.
    - Wiem, jak się w to gra, Josh. To ty zawsze psujesz.

    Przegrałem.

    Ruszyłem poluzowany panel, który odsuwała moja mama, gdy wczołgiwała się tu po kota. Musiała to zrobić tylko kilka razy, bo z reguły otwieracz do puszek działał, ale kiedy już to robiła, nienawidziła tego z całego serca. Zwłaszcza ostatni raz. Kiedy tylko wczołgałem się w ciemność zrozumiałem dlaczego. Zanim się wyprowadziliśmy, mówiła, że to właściwie nawet lepiej, że Boxes uciekał tutaj, niezależnie od tego jak ciężko było go wydostać. Z pewnością było o wiele bezpieczniej, niż przeskakiwać przez płot i gonić go po całym osiedlu. Było to prawdą, ale nadal bałem się będąc tam. Złapałem latarkę i krótkofalówkę i rozpocząłem czołganie. Poczułem mocny zapach.

    Zapach śmierci.

    Włączyłem walkie-talkie.
    - Josh, jesteś?
    - Tu Macho Man. Odbiór.
    - Josh, przestań. Coś tu nie gra.
    - Co masz na myśli?
    - Śmierdzi. Jakby coś tutaj zdechło.
    - To Boxes?
    - Mam nadzieję, że nie.

    Schowałem walkie-talkie i oświetliłem sobie drogę brnąc przed siebie. Patrząc przez dziurę na zewnątrz, można było zobaczyć wszystko z tyłu z odpowiednim oświetleniem, ale aby widzieć okolice filarów trzymających dom, trzeba było być w środku. Powiedziałbym, że około 40% powierzchni było niewidoczne z zewnątrz. Nawet będąc na miejscu widziałem tylko to, co oświetlała latarka. Kiedy poruszałem się do przodu zapach nasilał się. Złapałem za jeden z filarów, aby podciągnąć się dalej, a gdy to zrobiłem poczułem coś, co sprawiło że natychmiast cofnąłem dłoń.

    Futro.

    Serce mi zamarło i zacząłem się przygotowywać emocjonalnie do tego, co miałem zobaczyć. Poruszałem się powoli, aby przedłużyć to, co wiedziałem, że nadchodzi. Wytężyłem wzrok i poświeciłem na przeciwległy filar.

    Zatoczyłem się z przerażenia. „Jezu Chryste” tylko tyle byłem w stanie wydusić. To była obrzydliwa, powykręcana kreatura w stanie rozkładu. Jej skóra przegniła na pysku, przez co zęby sprawiały wrażenie ogromnych. Smród był nie do zniesienia.
    - Co jest? Wszystko w porządku? To Boxes? – odezwał się Josh. Sięgnąłem po krótkofalówkę.
    - Nie, to nie Boxes.
    - To co to w takim razie jest?
    - Nie mam pojęcia. Poświeciłem raz jeszcze i spojrzałem, tym razem bardziej chłodno.
    - To szop!
    - OK, w takim razie szukaj dalej. Ja idę do domu zobaczyć czy nie skrył się wewnątrz.
    - Co? Josh, nie idź tam! Co jak Boxes jest tutaj i będzie uciekał?
    - Nie uda mu się, przyłożyłem panel z powrotem. Spojrzałem za siebie, żeby przekonać się, że mówił prawdę.
    - Czemu to zrobiłeś?
    - Nic się nie martw, łatwo go przesunąć. To ma więcej sensu. Jeśli Boxes by uciekał, a ja bym nie zdążył go złapać to byłoby po nim. Jeżeli tam jest to złap go mocno, a ja przyjdę i przestawię zasłonę, a jeśli go nie ma to sam możesz to zrobić, podczas gdy ja przeszukam dom! Niektóre z tych uwag były celne, a ja wątpiłem, że byłby w stanie się dostać do środka tak czy inaczej.- OK, ale bądź ostrożny i nie dotykaj niczego. Prawdopodobnie w moim pokoju nadal leży pudło z moim starymi ubraniami. Możesz tam zaglądnąć i sprawdzić czy się do nich nie wczołgał. I noś ze sobą krótkofalówkę!
    - Przyjęto, kumplu.

    Zrozumiałem, że powinno tam być ciemno jak w kopalni. Prąd zapewne został odłączony, skoro nikt za niego nie płacił. Z odrobiną szczęścia powinien coś widzieć dzięki światłom z ulicy, w przeciwnym wypadku nie wiem co zrobi. Po krótkim czasie usłyszałem odgłos kroków tuż nad moją głową i poczułem jak stary kurz sypie się na mnie.

    - Josh, to ty?
    - Chhhk, tu Macho Man do Tango Foxtrot. Orzeł wylądował. Jaką masz pozycję, księżniczko Jasmine? Odbiór.
    - Dupek.
    - Macho man. Moja pozycja jest w łazience i właśnie patrzę na kupkę twoich pisemek. Wygląda na to, że lubisz męskie pośladki. Jakiś raport na ten temat? Odbiór. Słyszałem jego śmiech bez krótkofalówki i sam zacząłem się śmiać. Odgłos kroków się oddalał. Josh był coraz bliżej mojego pokoju.
    - Stary, ale tu ciemno. Jesteś pewien, że miałeś jakieś pudła z ciuchami? Nic tutaj nie widzę.
    - Ta, powinno być kilka pod szafą.
    - Nie ma tutaj żadnych pudeł. Sprawdzę, czy nie wcisnąłeś ich do szafy przed wyjazdem.

    Pomyślałem, że może moja mama wróciła tu któregoś dnia i zabrała rzeczy, aby je rozdać bo z nich wyrosłem, ale pamiętałem że ja ich nie ruszałem. Nie miałem nawet czasu zamknąć ostatniego pudła przed opuszczeniem domu. Kiedy czekałem, aż Josh da mi znać co znalazł, rozprostowałem nogę, która ścierpła mi przez pozycję w jakiej się znajdowałem i niechcący coś kopnąłem. Spojrzałem w tył i zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Był to koc, a wszędzie wokół niego stały miski. Podczołgałem się bliżej. Koc śmierdział wilgocią, a większość misek była pusta. W jednej natomiast coś było.

    Kocie jedzenie.

    Był to inny rodzaj, niż to, które dawaliśmy Boxes, ale natychmiast zrozumiałem. Mama ustawiła specjalnie miejsce dla naszego kota, aby schodził tutaj, a nie biegał po osiedlu. To miało sens, a nawet sprawiło, że pomysł iż Boxes wrócił tutaj wydawał się zrozumiały. „Fajnie, mamo” pomyślałem.
    - Znalazłem twoje ciuchy.
    - O, spoko. Gdzie były pudła?
    - Jak mówiłem, tu nie ma pudeł. Twoje ciuchy wiszą w szafie.

    Poczułem dreszcz. To było niemożliwe. Spakowałem WSZYSTKIE ubrania. Nawet mimo, że mieliśmy zostać w domu jeszcze przez dwa tygodnie, gdy wyjechaliśmy. Pamiętam, że pakowałem wszystko i myślałem, że to głupie trzymać je w pudłach i wyciągać do codziennego użytku. Ja je spakowałem, ale ktoś je wyciągnął i powiesił. Tylko po co? Josh powinien stamtąd spadać.
    - Coś jest nie tak, Josh. Powinny być w kartonach. Przestań się wygłupiać i po prostu wyłaź.
    - Nie żartuję, stary. Patrzę na nie. Może tylko myślałeś, że je zostawiłeś? Hahaha! Nieźle! Z pewnością lubisz też patrzeć na siebie, co nie?
    - Co? Co ty gadasz?
    - Twoje ściany, stary. Hahaha. Twoje ściany są pokryte polaroidami z tobą! Są ich setki! Czyżbyś zatrudnił kogoś, aby…

    Cisza.

    Zerknąłem na walkie-talkie, aby sprawdzić czy go niechcący nie wyłączyłem. Było w porządku. Słyszałem kroki, ale nie mogłem określić, gdzie konkretnie Josh się przemieszczał. Czekałem, aż skończy zdanie, z nadzieją, że jego palec po prostu ześlizgnął się z przycisku, ale nic się nie działo. Wyglądało na to, że chodzi po domu. Już miałem się do niego odezwać, gdy wrócił na linię. - Ktoś jest w domu. Jego głos był przyciszony i drżący. Słyszałem, że jest na granicy płaczu. Chciałem odpowiedzieć, ale nie wiedziałem jak głośno ma ustawioną krótkofalówkę. Nie mówiłem więc nic, tylko słuchałem. Słyszałem kroki. Ciężkie, twarde kroki. Następnie głośny łomot.

    „O, Boże. Josh.”

    Został znaleziony, byłem pewien. Ten ktoś go znalazł i zadawał mu ból. Zacząłem płakać. Był moim jedynym przyjacielem poza Boxes. I wtedy pomyślałem: „Co jeśli Josh mu powiedział, że tu jestem?”. Co mógłbym zrobić. Próbując się pozbierać usłyszałem z głośniczka mojego przyjaciela.
    - On coś ma. Wielki wór. Rzucił to na ziemię. I… o boże… wór… właśnie się poruszył!

    Byłem sparaliżowany. Chciałem biec do domu. Chciałem ratować Josha. Chciałem biec po pomoc. Chciałem tyle rzeczy, ale nie mogłem się ruszyć. Leżałem tak wpatrzony w róg domu, nad którym znajdował się mój pokój. Ruszyłem latarką. Mój oddech urwał się po tym co zobaczyłem.

    Zwierzęta. Dziesiątki. Wszystkie martwe. Leżały w stosach na całym obwodzie obszaru pod domu. Czy Boxes mógł być jednym z nich? Po to było to kocie jedzenie?

    Ten widok mnie otrzeźwił, wiedziałem że muszę się stamtąd wydostać więc ruszyłem ku panelowi. Pchnąłem go, ale ani drgnął. Nie mogłem go ruszyć ponieważ się zaklinował, a nie miałem go jak złapać, gdyż wszystkie jego krańce były po drugiej stronie. Byłem w pułapce. „Niech cię, Josh!” wyszeptałem. Czułem grzmiące nade mną kroki. Dom się trząsł. Słyszałem jak Josh krzyczy, a zaraz po nim kolejny krzyk, tym razem nie mojego przyjaciela i nie pełen strachu.

    Nadal napierałem na zasłonę, kiedy poczułem ruch, ale wiedziałem, że to nie moja zasługa. Słyszałem kroki nade mną i przede mną. Krzyki i wrzaski wypełniały ciszę pomiędzy nimi. Odsunąłem się i ująłem walkie-talkie, aby móc się bronić. Zasłona zniknęła, a do środka wsunęła się ręka, która mnie złapała. - Chodź, stary! Już!

    Dzięki Bogu, to był Josh.

    Wyszedłem przez otwór, trzymając walkie i latarkę. Kiedy dotarliśmy do ogrodzenia, przeskoczyliśmy je. Joshowi wypadła krótkofalówka. Chciał po nią sięgnąć, ale powiedziałem, żeby zapomniał i ruszyliśmy. Za plecami słyszałem krzyki, chociaż nie były to słowa. Po prostu dźwięki… Aby dotrzeć szybciej do domu Josha wybraliśmy, być może głupio, drogę przez las. Mój przyjaciel cały czas krzyczał: - Zdjęcie! Zrobił mi zdjęcie!

    Ale ja wiedziałem, że on już miał jego zdjęcie. To sprzed lat, gdy bawiliśmy się w rowie przy domu. Podejrzewam, że Josh nadal myślał, że te mechaniczne dźwięki wtedy wydawał jakiś robot.

    Dotarliśmy do domu Josha i jego pokoju zanim rodzice się obudzili. Zapytałem go o ten wór i czy na pewno się poruszał. Nie był pewien. Ciągle przepraszał za zgubienie walkie-talkie w domu, ale nie było to przecież nic wielkiego. Nie położyliśmy się spać. Siedzieliśmy w oknie gapiąc się przez okno, czekając na niego. Pojechałem do domu później tego dnia, gdyż było już po trzeciej.

    Dopiero kilka dni temu opowiedziałem mamie tę historię. Załamała się i była wściekła, że narażałem się na tak wielkie niebezpieczeństwo. Zapytałem po co wymyślała te wszystkie rzeczy o nowych lokatorach, żeby mnie zatrzymać przed chodzeniem tam. Dlaczego uważała, że dom był tak niebezpieczny. Stała się poirytowana i bardzo zła, ale odpowiedziała na moje pytanie. Złapała moją dłoń i ścisnęła mocniej niż bym się spodziewał. Spojrzała mi prosto w oczy i wyszeptała, jak gdyby bała się, że ktoś może usłyszeć:
    - Ponieważ nigdy nie kładłam żadnych pierdolonych koców ani misek pod domem dla Boxes. Nie byłeś pierwszym, który je znalazł.

    Zakręciło mi się w głowie. Zrozumiałem. Wiem dlaczego wyglądała na tak zdenerwowaną, gdy wyciągnęła wtedy Boxes spod domu. Znalazła wtedy coś więcej niż pająki czy gniazdo szczurów. Zrozumiałem dlaczego musieliśmy się wynieść niemal 2 tygodnie przed czasem. Zrozumiałem, dlaczego nie chciała abym tam wracał.

    Ona wiedziała. Wiedziała, że on zrobił sobie dom tuż pod naszym i ukrywała to przede mną. Wyszedłem bez słowa, nie dokańczając jej historii, ale chcę ją dokończyć tutaj, dla was.

    Kiedy tamtego dnia wróciłem do domu od Josha, rzuciłem na ziemię wszystkie moje rzeczy. Chciałem już iść spać. Obudziłem się około 9 i usłyszałem miauczenie. Serce mi przyspieszyło. Wreszcie wrócił. Trochę było mi źle, że wystarczyło poczekać jeden dzień, aby Boxes wrócił i nic z poprzedniej nocy nie musiałoby się wydarzyć, a ja i tak bym go miał. Nieważne. Wrócił. Wstałem z łóżka i wołałem, rozglądając się żeby zobaczyć błysk w jego oczach. Płacz trwał nadal, a ja szedłem za nim. Dochodził spod łóżka. Uśmiechnąłem się na myśl, że co dopiero czołgałem się pod domem w poszukiwaniu go, a to było o wiele lepsze. Jego miauczenie było przytłumione przez koszulkę, więc ją odrzuciłem krzycząc „Witaj w domu, Boxes!”.

    Jego płacz dochodził z walkie-talkie.

    Boxes nigdy nie wrócił do domu.

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Balony

    Kilka dni temu zamieściłem swoją historię, której nadałem tytuł "Kroki". Pojawiło się wiele pytań, które zrodziły we mnie ciekawość na temat szczegółów pewnych wydarzeń z mojego dzieciństwa, dlatego też poszedłem porozmawiać o nich z moją mamą. Rozdrażniona pytaniami rzuciła „Dlaczego po prostu nie opowiesz im o tych cholernych balonach, jeśli są tak bardzo zainteresowani?”. Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, wróciły wspomnienia z dzieciństwa, które dawno uleciały z mojej pamięci. Ta historia nada szerszy kontekst poprzedniej, którą moim zdaniem powinniście przeczytać najpierw. Mimo, że kolejność nie jest bardzo ważna, zachowanie jej sprawi, że lepiej będziecie mogli je zrozumieć, jako że przypominałem sobie te historie w określonej kolejności. Jeżeli macie jakieś pytania, pytajcie. Postaram się odpowiedzieć. Ponadto obie historie są dość długie, to tak dla waszej wiadomości. Ufam, że uda mi się nie pominąć ważnych szczegółów.

    Kiedy miałem 5 lat uczęszczałem do podstawówki (przedszkola), w której w moim rozumieniu, kładziono ogromny nacisk na naukę poprzez aktywność. Była to część programu mającego na celu rozwój każdego dzieciaka w jego własny tempie, a aby to ułatwić dyrekcja zachęcała nauczycieli żeby sami wymyślali jakieś „odkrywcze” zajęcia. Każdy z nauczycieli miał swobodę tworzenia swoich własnych motywów, a następnie wszystkie lekcje – matematyka, czytanie itd., odbywały się zgodnie z tymi motywami. Motywy te nazwano „grupami”. Była „grupa” kosmiczna, morska, ziemska, oraz ta do której ja należałem – społeczna.

    W przedszkolach tego kraju nie uczą wiele ponadto jak zawiązać buty oraz jak się dzielić z innymi, więc większość raczej nie zapada w pamięć. Pamiętam wyraźnie tylko dwie rzeczy: byłem najlepszy w pisaniu własnego imienia bez błędów, oraz „Projekt Balony”, który był znakiem rozpoznawczym grupy Społecznej, gdyż był prostym i sprytnym sposobem pokazania jak działa wspólnota na naprawdę podstawowym poziomie. Być może słyszeliście o tym. Pewnego piątku (pamiętam dzień tygodnia, gdyż nie mogłem się doczekać tego projektu oraz weekendu) na początku roku, weszliśmy rankiem do sali, a naszym oczom ukazały się napompowane balony, przyczepione taśmą klejącą po jednym do każdej z naszych ławek. Na ławce leżały również: marker, długopis, kartka papieru i koperta. Zadanie polegało na napisaniu krótkiej notatki na papierze, zapakowaniu jej w kopertę i przyklejeniu do balona, na którym – jeśli byśmy chcieli – mogliśmy namalować obrazek. Większość dzieci zaczęła od walki o balony, gdyż były one różnych kolorów, ja natomiast rozpocząłem od notatki, na temat której sporo wcześniej myślałem.

    Notatki miały być napisane według określonych reguł, jednak pozwolono na nam na bycie kreatywnymi. Moja notka brzmiała mniej więcej tak: „Cześć! Mam na imię … i uczęszczam do szkoły podstawowej imienia …. Możesz zatrzymać balon, ale mam nadzieję, że mi odpiszesz! Lubię Mighty Max, eksplorację, budowanie fortów, pływanie i przyjaciół. Co Ty lubisz? Odpisz mi szybko. Załączam dolara na przesyłkę!”. Na dolarze napisałem „NA ZNACZKI” przez całą szerokość, co według mojej mamy było niepotrzebne, ale ja uznałem to za genialne, więc tak zrobiłem. Nauczyciel zrobił każdemu z nas zdjęcie polaroidem, które następnie należało włożyć do swojej koperty. Wychowawcy wkładali też do kopert jeszcze jeden list, który jak mniemam objaśniał założenia projektu, oraz zapraszał do odpowiedzi i przesyłania zdjęć swojego miasta i okolicy. O to chodziło – zbudowanie poczucia jedności bez konieczności opuszczania szkoły, oraz bezpiecznego ugruntowania kontaktów z nowymi ludźmi; wydawało się, że jest to świetny pomysł…

    W ciągu kolejnych kilku tygodniu zaczęły napływać listy. Większość przyszła z dołączonymi zdjęciami różnych widoków, a za każdym razem gdy zjawiał się nowy list, nauczyciel przypinał zdjęcie do wielkiej naściennej mapy, aby pokazać nam skąd przybyło i jaką drogę pokonał wcześniej balon. To był naprawdę mądry pomysły, ponieważ każdy chciał iść do szkoły, aby dowiedzieć się czy dotarła już odpowiedź na jego list. W ciągu roku, mieliśmy jeden dzień w tygodniu, kiedy mogliśmy pisać odpowiedź do naszego nowego znajomego, albo do znajomego innego ucznia, jeśli twój list jeszcze nie wrócił. Mój był jednym z ostatnich. Kiedy przyszedłem do szkoły po raz kolejny zobaczyłem pustą ławkę, ale gdy tylko usiadłem nauczycielka podeszła do mnie i wręczyła mi kopertę. Musiałem wyglądać na naprawdę podnieconego, ponieważ gdy tylko sięgnąłem po kawałek papieru, spojrzała na mnie i położyła dłoń na mojej dłoni, aby mnie zatrzymać i powiedziała „Proszę, nie smuć się.” Nie rozumiałem co miała na myśli – dlaczego niby miałbym się smucić z odpowiedzi? Pomyślałem, że może zajrzała już do koperty i wie co w niej jest, ale oczywistym było, że nauczyciele musieli przeglądać zawartość, zanim wręczyli je adresatom, aby upewnić się, że w kopertach nie ma żadnej obscenicznej zawartości, więc dlaczego miałbym być rozczarowany? Kiedy otworzyłem kopertę zrozumiałem.

    Nie było żadnego listu.

    Jedyną rzeczą w kopercie był polaroid, ale nie mogłem zrozumieć co przedstawia. Wyglądał jak pustynia, ale był zbyt rozmyty, żeby coś wyłapać. Wyglądało na to, że ktoś poruszał aparatem podczas robienia zdjęcia. Nie było adresu zwrotnego, więc nie mogłem nawet odpisać. Byłem załamany.

    Rok szkolny trwał, a listy przestały przychodzić niemal do wszystkich. Bo niby o czym możesz korespondować z przedszkolakami tak długo? Każdy, nawet ja, stracił zainteresowanie listami prawie całkowicie. I wtedy dostałem kolejną kopertę.

    Moje podniecie wróciło i rozkoszowałem się faktem, że ja dostałem list, mimo iż resztę już dawno porzucili ich „przyjaciele pióra”. Pojawienie się kolejnej przesyłki miało sens – w pierwszej było tylko rozmazane zdjęci i nic poza tym, więc może ta miała nadrobić. Jednakże znów nie było notki, tylko zdjęcie.

    To wydawało się bardziej rozpoznawalne, ale nadal nic nie rozumiałem. Fotografia była ustawiona pod kątem, łapiąc tylko górny kant budynku, a reszta była zniekształcona przez światło słoneczne wpadające w soczewkę.

    Ponieważ balony nie dotarły zbyt daleko i wszystkie wyruszyły tego samego dnia, tablica-mapa zaczęła robić się zaśmiecona, więc pozwolono uczniom zabrać zdjęcia do domu. Mój najlepszy kumpel – Josh – miał na koncie drugą największą ilość zdjęć zabraną do domu. Jego korespondencyjny przyjaciel był naprawdę kooperatywny i przysyłał zdjęcia z sąsiedniego miasta. Josh zabrał do domu, tak mi się wydaje, 4 fotki.

    Ja zabrałem 50.

    Wszystkie koperty były otwierane przez nauczyciela. Po czasie przestałem nawet oglądać zdjęcia, jednak zachowywałem je w mojej szufladzie, która była również domem dla kolekcji kamieni, kart baseballowych i komiksowych oraz miniaturowych kasków baseballowych, które wyciągałem z automatów. Wraz z zakończeniem roku szkolnego, moją uwagę przyciągały inne rzeczy.

    Mama kupiła mi na święta małą maszynkę do robienia rożków, która bardzo spodobała się Joshowi – tak bardzo, że dostał podobną, nieco lepszą na urodziny od rodziców po koniec roku szkolnego. Tego lata mieliśmy pomysł, aby otworzyć stanowisko z rożkami i zarobić trochę grosza. Mieliśmy nadzieję na zbicie fortuny sprzedając je po dolarze za sztukę. Josh mieszkał na innym osiedlu, ale uznaliśmy, że moje będzie lepsze ponieważ mieszkało na nim więcej ludzi dbających o swoje trawniki, które w mojej okolicy były troszkę większe. Robiliśmy to przez pięć weekendów z rzędu, aż moja mama kazała nam przestać, a ja dopiero niedawno zrozumiałem dlaczego.

    W piąty weekend liczyliśmy z Joshem pieniądze. Jako, że każdy miał swoją maszynkę, mieliśmy dwa stosy pieniędzy, które mieszaliśmy, a następnie rozdzielaliśmy sumę po równo. Zarobiliśmy tego dnia 16 dolarów. Kiedy Josh wręczył mi piątego dolara wypełniło mnie uczucie głębokiego zdziwienia.

    Na dolarze było napisane „NA ZNACZKI”.

    Josh zauważył mój szok i zapytał czy źle policzył. Powiedziałem mu o banknocie, a on odpowiedział „Fajnie, stary!”. Gdy o tym pomyślałem, uznałem, że ma rację. To, że dolar dotarł z powrotem do mnie podobało mi się. Pobiegłem do domu pochwalić się mamie, ale moje podniecenie stanęło w szranki z jej rozmową telefoniczną, więc odpowiedziała tylko „O, super”. Sfrustrowany wróciłem do Josha i powiedziałem, że chcę mu coś pokazać. Zacząłem od pierwszego zdjęcia, a przy około dziesiątym Josh stracił zainteresowanie i zapytał czy możemy iść pobawić się w okopie (rowie w ziemi, niedaleko mojego domu) zanim jego mama przyjdzie po niego. Poszliśmy tam.

    Przez chwilę bawiliśmy się w „kurzową wojnę”, ale kilka razy przerywał nam szelest w lesie nieopodal. Mieszkały tam szopy i dzikie koty, ale te dźwięki były nieco zbyt głośnie więc wymieniliśmy się pomysłami co mogło je powodować, tak aby jak najbardziej przestraszyć towarzysza. Mój ostatni strzał to mumia, ale pod koniec Josh nalegał na robota, ze względu na dźwięki jakie wydawał. Zanim poszliśmy zrobił się nieco bardziej poważny, spojrzał na mnie i zapytał „Słyszałeś, prawda? Brzmiało jak robot. Też to słyszałeś, nie?”. Słyszałem, a jako że brzmiało mechanicznie doszliśmy do wniosku, że to musiał być robot. Dopiero teraz wiem, co tak naprawdę słyszeliśmy.

    Kiedy wróciliśmy mama Josha czekała na niego przy stole wraz z moją mamą. Mój przyjaciel powiedział im o robocie, ale one tylko zaśmiały się, a chwilę później rodzina opuściła nasz dom. Zjadłem coś z moją mamą i poszedłem do łóżka.

    Nie zostałem w łóżku na długo. Wyczołgałem się i uznałem, że w obliczu dzisiejszych wydarzeń przyjrzę się jeszcze kopertom. Wyciągnąłem pierwszą, położyłem ją na podłodze, a na niej ułożyłem polaroida z rozmazaną pustynią. Kolejną umiejscowiłem obok, przykrytą zdjęciem zrobionym pod dziwnym kątem. Układałem kolejne, aż stworzyły wzór o wymiarach 5x10. Zawsze uczono mnie, żeby ostrożnie obchodzić się, ze wszystkim co kolekcjonuję.

    Zauważyłem, że kolejne zdjęcia były coraz łatwiejsze do rozczytania. Było tam drzewo, a nim ptak, znak z limitem prędkości, linia zasilająca, grupa ludzi wchodzących do budynku. Było też coś, co zdenerwowało mnie tak bardzo, że nawet teraz pisząc to, pamiętam jak zakręciło mi się w głowie, w której powtarzałem w kółko jedną myśl:

    „Co ja robię na tym zdjęciu?”

    Na fotografii z grupą ludzi wchodzących do budynku zauważyłem siebie, trzymającego rękę mamy na samym końcu tłoku. Byliśmy na samym brzegu zdjęcia, ale bez wątpienia to byliśmy właśnie my. Kiedy moje oczy pływały po morzu polaroidów na podłodze narastał we mnie niepokój. Było to dziwne uczucie. Nie strach, tylko uczucie, które masz gdy wiesz, że wpadłeś w kłopoty. Nie wiem dlaczego dosięgnęło mnie właśnie ono, ale siedziałem tak myśląc, że zrobiłem coś złego. Uczucie tylko nasiliło się, gdy przyjrzałem się reszcie fotografii po tej, która tak mną wstrząsnęła.

    Byłem na każdym zdjęciu.

    Nie były to bliskie ujęcia i na żadnym nie byłem sam. Mimo to, byłem na każdym z nich. Z boku, z tyłu, u dołu ramki. Jako, że i tak czułem się już, jakbym zrobił coś złego postanowiłem, że poczekam do następnego dnia.

    Nazajutrz mama miała wolne i większość dnia spędziła sprzątając dom. Ja oglądałem kreskówki i czekałem na odpowiedni moment, żeby pokazać jej polaroidy. Kiedy wyszła po pocztę wziąłem kilka zdjęć i położyłem je na stole przed sobą czekając aż wróci. Wracając otwierała już kolejne listy i wyrzucała reklamy, a ja zapytałem:
    - Mamo, możesz zerknąć na te zdjęcia?
    - Daj mi sekundkę, Kochanie. Muszę zaznaczyć coś w kalendarzu. Po kilku minutach podeszła i stanęła za mną pytając czego chciałem. Słyszałem jak nadal przegląda pocztę za moimi plecami, ale spojrzałem tylko na zdjęcia i powiedziałem jej o nich. Gdy zacząłem wyjaśniać i pokazywałem na konkretne zdjęcia jej częste „mhm” i „ok” ustawało, aż kompletnie zamilkła. Następny dźwięk jaki od niej usłyszałem brzmiał, jak próba złapania oddechu. Odzyskawszy go, upuściła resztę poczty i pobiegła do telefonu. - Mamo, przepraszam! Nie wiedziałem o tym! Nie bądź na mnie zła! Biegała tam i z powrotem z telefonem przyciśniętym do ucha. Nerwowo bawiłem się pocztą rzuconą obok moich zdjęć. Z górnej koperty wystawało coś, co bezmyślnie i niespokojnie wyciągnąłem.

    Kolejny polaroid.

    Zdezorientowany, pomyślałem że może jedna z moich fotografii wślizgnęła się do koperty, gdy mama upuściła pocztę, ale kiedy ją obróciłem zrozumiałem, że tej jeszcze nie widziałem. Ku mojemu przerażeniu, przedstawiała mnie, ale była zrobiona z bliższej odległości. Uśmiechałem się otoczony przez drzewa. Ale nie tylko ja byłem na niej. Josh też tam był. To było wczoraj. Zacząłem się drzeć do mamy, która wciąż krzyczała do słuchawki. Wrzeszczałem, aż wreszcie odpowiedziała
    - Co?! Jedyne o co mogłem zapytać to
    -Do kogo dzwonisz?
    - Rozmawiam z policją, Kochanie.
    - Ale czemu? Przepraszam. Nie chciałem nic zrobić…

    Odpowiedziała mi tak, że nigdy do końca nie rozumiałem jej odpowiedzi, dopóki nie zostałem poproszony o przypomnienie sobie wczesnych lat dzieciństwa. Złapała kopertę, a zdjęcie ze mną i Joshem wysunęło się, lądując obok innych polaroidów. Zbliżyła kopertę do moich oczu, ale jedyne co widziałem to jak jej twarz traciła kolor. Z oczami pełnymi łez powiedziała, że musiała zadzwonić na policję, ponieważ na kopercie nie było pieczątki.
    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Ludzie jest akcja.
    Moi koledzy podchwycili jakąś legende o diable w pobliskim lesie. Chcą tam w piątek w pełnie Księzyca podjechać i zobaczyć czy coś sie bedzie działo.
    I właśnie chce trochę im dać atrakcji xD
    Piszcie propozycje co mógłbym zrobić, żeby ich przestraszyć. Do dyspozycji mam mały głośnik. Myślałem, żeby zgrać jakieś krzyki, piski, wycie na telefon.
    Mam zamiar tam pójść i póścić nagrania. Oczywiście oni nie wiedzieliby o mojej obecności.

    Podajcie jakieś propozycje co mógłbym jeszcze zrobić. Niestety na przygotowanie jakiegoś stroju czy maski nie ma czasu. Albo poczekać na następny raz i podejsć do tego bardziej profesjonalnie?
    Co o tym Mirki myślicie?( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #creepy #creepystory #straszne #zart
    pokaż całość

    •  

      @dawid121213: O 23:00 byłem już w lesie z głośnikiem. Czekałem na skraju lasu bo nie wiedziałem w którą drogę wjadą. Bo to niby na takiej polanie w środku lasu straszy. Po północy przyjechała ekipa xD Nie wjechali w żadną leśną drogę tylko zaparkowali przy lesie. Tak do 00:40 nikt nie wchodził do lasu tylko stali koło samochodu. Z tego co mi kolega opowiadał to ponoć zastanawiali sie czy wchodzić bo sie bali xD W końcu 3 śmiałków weszło w las i szli leśną drogą. Huye tak sie bali że świecili latarkami we wszystkie strony świata. Szli wolno i tymi latarkami kręcili, że musiałem dystans od nich powiększyć zeby mnie nie zobaczyli. Z 2 razy patyka połamałem żeby myśleli że coś straszy xD. To wtedy stawali bez ruchu xD przeszli może ze 200 metrów gdy chyba zając się spłoszył i wyskoczył z krzaków. Chłopaki obsrali zbroje i zaczeli sie wracać. Po czym znowu stali z 30min przy samochodzie. Pojechali gdy póściłem wycie wilka xD
      Jak już pojechali to poszedłem na tą polane. Siedziałem z 10min. Nic ciekawego sie tam nie działo. Fakt, dużo było odgłosów zwierzat, nawet jakaś sowa sie odezwała, ale żeby coś niepokojącego było, czy tam straszyło to nic nie dostrzegłem.
      O godzinie 2:40 byłem już w domu.
      Akcja troche słabo wyszła. Nie myślałem, że nawet zając ich może przestraszyć. Nie dali mi duzego pola do popisu. Mam nadzieje, że nabiorą odwagi i pojdą na tą polane to może jakieś przebranie załatwie albo tą kukłe powiesze na drzewie.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (21)

  •  

    #creepystory #creepy #paranormalne #mistycyzm #teoriespiskowe #strasznehistorie

    Autorski tag #alternatywneteorie

    Poprzedni wpis.

    Tym razem nie będzie teorii channelingowych. Postanowiłem urozmaicić tag i od czasu do czasu zamieścić #creepy historię w klimacie paranormalnym. Historie te rzekomo miały miejsce naprawdę. Zawierają nazwiska, daty, lokalizacje. Nie jestem autorem tekstu, jedynie przetłumaczyłem.

    Dzisiaj będzie o skrzydlatych istotach demonicznych widzianych przez wielu świadków w Zachodniej Wirginii (USA), w pobliżu podziemnych tuneli w których podczas II wojny światowej przechowywano ładunki wybuchowe. Co ciekawe, wśród Indian panują legendy o tych istotach. W komentarzu rysunki i zdjęcia.

    Wcześniej mówiliśmy o Draco, jako obcym gatunku który podobno napotkał admirał Richard E. Byrd, a także były szef bazy Dulce Thomas Edwin Castello. To co może było najbardziej znane ze wszystkich "straszności" z udziałym tych gadzich istot, według Johna Keela, dotyczyło "inwazji" pterodaktylo-humanoida "Mothmen" (Skrzydlaty Draco) oraz "Faceci w czerni".
    Stworzenia te zostały okreslone jako Mothmen, Skrzydlaci Drakonie, lub Skrzydlaci Serpentynowie, w zależności od źródła. Według Johna E. Keela, w połowie lat sześćdziesiątych podobno terroryzowali obszar w Zachodniej Wirgini. Keel jest przekonany że te wrogie istoty były zaangażowane w tragiczną katastrofę "srebrnego mostu" (Silver Bridge https://en.wikipedia.org/wiki/Silver_Bridge), w której zginęło kilku świadków UFO i dziesiątki miejscowych, co jest oparte na pewnych dziwnych okolicznościach związanych z tym wydarzeniem. W swojej książce "THE MOTHMEN PROPHECIES" Keel ujawnia:

    ... Zgodnie z jej historią, Connie (Carpenter), nieśmiała, wrażliwa osiemnastolatka, wracała do domu z kościoła o 10:30 rano w niedzielę, 27 listopada 1966 roku. Kiedy mijała opuszczone zielenie Mason County Golf Course poza New Haven w Zachodniej Wirginii nagle zobaczyła wielką szarą postać. Miała kształt mężczyzny - powiedziała - ale była znacznie większa. Postać miała co najmniej 7 stóp wzrostu, oraz była bardzo szeroka. To co najciekawsze, jej uwagi nie przyciągnął wzrost tej istoty, lecz oczy. Powiedziała, że istota miała duże, okrągłe, intensywnie świecące czerwone oczy skupione na niej z hipnotycznym efektem. "To cud że nie zjechałam z drogi i nie miałam wypadku" - skomentowała później.
    Kiedy zwolniła, jej oczy spoczęły na zjawie, para skrzydeł rozłożyła się z jej pleców. Wydawało się że miała rozpiętość około 10 stóp. Zdecydowanie nie był to zwykły ptak, lecz "czymś rozszerzonym". Istota podniosła się powoli z ziemi niczym helikopter, bezszelestnie, jej skrzydła nie skrzekotały w locie. Istota skierowała się w kierunku samochodu Connie wpatrując się w nią czerwonym wzrokiem, a następnie przeleciała nisko nad jej głową, gdy Connie wcisnęła pedał gazu w całkowitej histerii.

    PONAD 100 OSÓB WIDZIAŁO TĄ ISTOTĘ TAMTEJ ZIMY.

    Indianie Ameryki Północnej mają obszerne legendy o "Thunderbird", ogromnym ptaku który porywa dzieci i starców. Ptakom tym towarzyszy głośny hałas, szumy, brzęczenia, oraz dudnienie z poziomu infradźwiękowego i ultradźwiękowego.
    Znany jako PIASA (podobny do smoka) wśród Indian Dakoty, miał mieć przerażające czerwone oczy i długi ogon. Potworny demon ze skrzydłami nietoperza i ciałem ludzkim.

    Wiele z obserwacji "Mothmanów" miało miejsce w pobliżu starych betonowych kopuł i budynków, które prowadziły do kilku milowych tuneli (obecnie zaplombowanych) używanych w trakcie II wojny światowej do przechowywania materiałów wybuchowych. Znane jako obszar TNT (TNT Area https://www.atlasobscura.com/places/tnt-area). John Keel podaje, że w jednym miejscu czuł niemal fizyczne przerażenie, które minęło gdy wyszedł z tego miejsca. To przerażenie zostało zgłoszone przez wielu świadków, a co najmniej jedna pterodaktyloidalna istota uciekła do jednego z wejść do kopuły w obiekcie TNT po pościgu przez ciekawskich świadków. Przeszukano kopułę, ale nie znaleziono śladu tego stworzenia.

    O godzinie 7:15 rano, 25 listopada, młody sprzedawca butów Thomas Ury jechał wzdłuż Route 62 na północ od obszaru TNT, gdy zauważył wysoką, szarą, przypominającą człowieka postać stojącą na polu przy drodze. Nagle rozłożyła skrzydła - powiedział Thomas - i wystartowała prosto jak helikopter. "Przeleciała nad moim kabrioletem i zaczęła krążyć przy trzech wysokich słupach telefonicznych". Thomas wcisnął gaz gdy postać zleciała niżej nad jego samochód. "To leciało tuż nad moim samochodem, mimo że jechałem 75 mil na godzinę".
    Thomas popędził do Point Pleasant i poszedł prosto do biura szeryfa wpadając w panikę. "Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To coś miało rozpiętość skrzydeł na 10 stóp. To mógł być ptak, ale na pewno nigdy takiego nie widziałem. Bałem się że mnie zaatakuje."
    Napotkał go stary, znajomy symptop - nieuzasadnione przerażenie. "Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego uczucia, dziwny rodzaj strachu." - powiedział. "Ten strach ogarnął cię i sparaliżował. Najlepszym wyjaśnieniem tego byłoby stwierdzenie, że ta sprawa nie była w porządku (just wasn't right). Wiem, że to może nie mieć sensu, ale to jedyny sposób w jaki mogę wyrazić to co czułem."

    John Keel relacjonował jeszcze inne przypadki spotkań z tymi "pterodaktylami"...

    "Spójrzcie na tą szaloną postać, która zniknęła za tym samolotem!" - skomentował Eddie Adkins, który wraz z czterema innymi ludźmi stał na obszarze lotniska Gallipolis w Ohio, tuż za rzeką z Point Pleasant, 4 grudnia 1966r.
    Tego samego dnia, o godzinie 3 po południu, wzdłuż rzeki Ohio tuż za lotniskiem, przeleciała potężna skrzydlata forma. Później piloci oszacowali, że leciała na wysokości około 300 metrów, z prędkością około 70 mil na godzinę. Uświadomili sobie, że to nie był samolot, lecz było to coś w rodzaju ogromnego ptaka o niezwykle długiej szyi. Ptak wydawał się obracać głową z boku na bok jakby skanował krajobraz (przyp: naukowcy uważają, że pterodaktyle saurian-reptilian używali swoich głów jako steru podczas lotu, przesuwając je z boku na bok jako środek utrzymania lotu). Skrzydła nie trzepotały.
    "Mój Boże, to coś prehistorycznego!" - jeden z mężczyzn płakał.
    Everett Wedge złapał swój aparat i pobiegł do swojego małego samolotu, ale kiedy był w powietrzu, stworzenie zniknęło w dole rzeki.

    Źródło: http://www.reptilianagenda.com/exp/e112299a.shtml
    pokaż całość

  •  

    Mirki słuchajcie jaka historia!
    Koleżanka mojej przyjaciółki ma ciocię (✌ ゚ ∀ ゚)☞, która pracuje w szpitalu na ortopedii i widziała prawdopodobnie #duchy ! Zrobiła zdjęcie (będzie poniżej) i opowiedziała dokładnie jak to wyglądało.
    Pytanie do ekspertów ( ͡º ͜ʖ͡º) od #fotografia #photoshop Czy da się sprawdzić czy to zdjęcie jest prawdziwe? (podobno zrobiła je ciocia która ma ponad 50 lat, ledwo telefon odsługuje więc na pewno nie umie into photoshop). Trochę #creepystory pomimo że nie wierzę w takie rzeczy :D
    Dajcie znać co sądzicie
    #kiciochpyta #pomoc #niewiemjaktootagowac #szpital

    Sorry za ilość tagów ale naprawdę mnie to ciekawi i chciałabym wiedzieć :D (poza tym nie umiem into wykop ( ͡° ʖ̯ ͡°) )
    pokaż całość

    źródło: duch.jpg

  •  

    Gabriel Pacheco to #illustrator między innymi do ksiązek Victora Hugo,
    Powieści "Moby Dick" Hermana Melville
    Czy "Pięknej i Bestii"
    #art
    #creepystory #sztuka
    Cz. 3
    Bajeczka w wersji #creepy

    źródło: xXfHEBY.jpg

  •  

    Mirki co się odjebało to głowa mała. Mi i mężowi umarł ostatnio pies, taki uroczy kundelek, było nam smutno, wiem ile znaczył dla mojego męża. No ale niestety, trzeba było coś z nim zrobić, więc mąż zakopał go za domem. Następnego dnia mąż z rana wpada do pokoju i mówi "nie uwierzysz, pamiętasz jak zakopałem naszego kundelka za domem wczoraj? Ten skurwiel znowu leży na łańcuchu koło budy"

    #takbylo #creepystory #smiesznypiesek #zwierzaczki
    pokaż całość

  •  

    Mirki co się odjebało to głowa mała, ostatnio stałem z moim sąsiadem (nazwijmy go Marcin) zza płota i rozmawiałem o duperelach, gdy nagle przybiegł jego doberman z martwym kundelkiem w pysku. My kurwa w szoku bo poznaliśmy, że to kundel sąsiada mieszkającego dwa domy dalej. Marcin pobladł, mówi
    - kurwa goly8622 co teraz robić?
    - chyba musisz się przyznać - mówię
    - pierdole nie przyznam się ale mam plan
    Okazało się, że Marcin w nocy zakradł się do sąsiada i przypiął jego martwego psa na łańcuch koło budy i spierdolił.
    Kilka dni później spotkałem tego sąsiada od kundla i zagadałem.
    - dzień dobry sąsiedzi co tam u Pana słychać
    A ten do mnie:
    - nie uwierzysz goły8622 co się odjebało, tylko nie myśl, że oszalałem. Zdechł mi pies zakopałem go za domem a a rano ten skurwiel znowu na łancuchu koło budy.........

    XD

    #takbylo #heheszki #creepystory #smiesznypiesek #zwierzaczki
    pokaż całość

  •  

    Mirki jest sprawa. Postaram się nie rozpisywać za bardzo ;]

    Osiedle domków jednorodzinnych.

    Jedna z sąsiadek, to dwudziestu-paroletnia dziewczyna, dość lekkich obyczajów. Oprócz tego, ze lubi sobie coś wypić, łyknąć jakieś tabletki, to często zmienia swoich partnerów. Sam byłem świadkiem, jak kiedyś w pizzeri, aktualny partner zasnął przy stole, a ona z jego kolegą poszła na dość długą chwilę do łazienki. No ale, to że swobodne dziewczę, to przecież nic złego, każdy żyje po swojemu. W każdym razie towarzystwo dość emmm .. patologiczne. Kłótnie, kiedyś często policja tam bywała, pod drzwiami nie raz jakiś jej pijany eks zawodził. Takie życie ...

    Sytuacja sprzed kilku dni:
    Matka: - Mirek, a Ty widziałeś ostatnio Mirabelkę zza ściany?
    Ja: - No nie, a co?
    M: - A bo sąsiadka się pyta, czy jej nie widzieliśmy, bo nie dawała znać, że gdzieś wyjeżdża, a bramki z obu stron domu otwarte (patrzę przez okno - no fakt, pootwierane) - No i okna pozamykane, rolety zasłonięte. A ten jej gaszek co to tu stał samochodem ostatnio tak często, też go nie ma (no stał, takim jakimś vanem przed domen, w jakiejś firmie pracował).
    Ja: - No nie wiem, nie wdziałem, może gdzieś wyjechali.
    M: - Hmmm a ja ostatnio siedziałam w ogrodzie i słyszałam jak oni rozmawiali. I on jej mówi tak (jej gaszek) - "ale Ty z nim spałaś, Ty z nim spałaś rozumiesz!?"
    Ja: - Co sugerujesz? Że ją przyłapał, wkurwił się, rąbnął i uciekł?
    M: - No co Ty gadasz!
    Ja: - No patrz, w ogrodzie niby korzeń po drzewie wykopywał, ale wygląda zupełnie jak dół na zwłoki (no poważnie, akurat tam kopał taką dziurę gaszek - do tego mam dość specyficzne poczucie humoru, więc teksty prawdziwe)
    M: - Mirek, weż przestań!

    Tyle ...pośmiałem się, no ale na dom zerkałem. Mija kilka dni, bramki nadal otwarte, wiatr hula po ganku i ogrodzie, samochodów żadnych nie ma. No wygląda na to, że faktycznie, wyjechali gdzieś sobie. Przecież nie musza nikogo informować nie?

    Ale tak sobie dzisiaj staję przy bramce, popijam wodę mineralną i patrze w okno ich kuchni.
    I wiecie co?

    Okno jest pełne much. Takich czarnych, dużych, tłustych much.

    .....

    No i pierwsze co myślę - no kuchnia w końcu - pewnie zostawili jedzenie jakieś to gnije.

    No ale .. czy na pewno?

    W zasadzie, co można zrobić? Przecież nie zadzwonię na policję i nie powiem - muchy w oknie, przybywajcie! Nie chce z siebie idioty robić, pewnie przecież gdzieś wyjechali.

    No ale jeżeli nie ?

    #policja #truestory #csiwykop #creepystory
    pokaż całość

  •  

    Niedaleko mojego rodzinnego #grudziadz (~25km) jest miasteczko Łasin, do którego swego czasu jeździłem rowerem by odwiedzić kolegę z czasów licealnych, vis-à-vis jego mini blokowiska w centrum stoją zabudowania otoczone wysokim murem. Zabudowania dość intrygujące bo postronnym przejeżdżającym obok trudno się domyślić ich przeznaczenia.
    Za murami skrywającymi budynek ze zdjęcia jest zakon klauzorowy, tj. wspólnota mniszek, które zdecydowały się "umrzeć dla świata". Karmelitanki Bose całymi dniami modlą się pracują i kontemplują. Ta grupa kobiet przysięgła nie opuścić murów swego przybytku do końca życia i oddają całe swoje jestestwo modlitwie za innych.
    Niezależnie ot tego czy jest się katolikiem, wierzącym w inną wizję Boga czy ateistą ta wizja musi poruszyć i skłonić do refleksji.
    Jednak do tego wpisu skłoniło mnie coś jeszcze. Zanim ten budynek został objęty klazurą należał on do sióstr felicjanek, został im odebrany przez władze komunistyczne. Przez 40 lat podczas których budynek był państwowy mieścił on w swoich ścianach Dom Dziecka, pozwalano jednak felicjankom mieszkać na poddaszu.
    Odzyskawszy nieremontowaną przez dziesiątki lat ruinę felicjanki podarowały ją poszukującym swojego miejsca karmelitankom.
    Po pierwszej nocy spędzonej w ruinie jedna z sióstr budząc się zobaczyła napis wydrapany w ścianie przez poprzedniego lokatora, dziecko wzrastające w zrujnowanym PRL-owskim Domu Dziecka na prowincji wydrapało: "tu żyłem i tu umarłem". Idealna sentencja dla nowych lokatorek tego przybytku, które decydują się tam żyć i tam umierać.

    [w komentarzu starsza fotografia], a tu google maps
    #historiajednejfotografii
    #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #creepystory
    pokaż całość

    źródło: karmellasin.pl

  •  

    Mam dość dobry bilans znalezionych osób. W większości, przypadkiem oddalają się od szlaku lub ześlizgują z małego klifu nie mogąc wrócić. Większość z nich słyszała o zasadzie „zostań tam gdzie jesteś” i nie idą dalej. Ale miałem dwa przypadki kiedy tak się nie stało. Oba dały mi dużo do myślenia i używam ich jako motywator by jeszcze lepiej wykonywać swoją pracę.

    Pierwszy był mały chłopiec, który wyszedł zbierać jagody ze swoimi rodzicami. On i jego siostra trzymali się razem, i oboje zniknęli mniej więcej w tym samym czasie. Rodzice stracili ich z oczu na kilka sekund i w tym czasie dzieci najwyraźniej oddaliły się. Kiedy rodzice nie mogli ich znaleźć, wezwali nas, a my przybyliśmy przeszukać teren. Córkę znaleźliśmy stosunkowo szybko, ale kiedy zapytaliśmy gdzie jest jej brat, odpowiedziała, że zabrał go „Człowiek Niedźwiedź”. Powiedziała, że dał jej jagody i powiedział żeby była cicho, bo on chce przez chwilę pobawić się z jej bratem. Ostatnio kiedy widziała swojego brata, ten siedział na barana u „Człowieka Niedźwiedzia” i wydawał się spokojny. Oczywiście naszym pierwszym skojarzeniem było porwanie, ale nigdy nie znaleźliśmy żadnego śladu innego człowieka w tej okolicy. Mała dziewczynka stanowczo twierdziła, że to nie był zwykły człowiek: był wysoki, pokryty włosami (jak niedźwiedź) i miał dziwną twarz. Teren przeszukiwaliśmy tygodniami. To było jedno z najdłuższych zgłoszeń w których brałem udział, ale nie znaleźliśmy żadnego śladu po zaginionym chłopcu.

    Druga była młoda dziewczyna, która poszła na wycieczkę ze swoją mamą i dziadkiem. Według matki, dziewczyna wspięła się na drzewo żeby lepiej widzieć las i nigdy z niego nie zeszła. Czekali u stóp drzewa godzinami wołając ją zanim zadzwonili po pomoc. I znowu – szukaliśmy wszędzie, ale nie natrafiliśmy na żaden ślad. Nie mam pojęcia gdzie mogła zniknąć ponieważ jej mama i dziadek nie widzieli żeby schodziła z drzewa.

    Kilka razy wyruszałem na poszukiwania jedynie z psem. Prowadził mnie on prosto do podnóża klifów. Nie wzgórz czy skał. Pionowe, surowe klify bez wsparcia dla rąk i nóg. Za każdym razem mnie to zastanawia, bo w takich wypadkach, przeważnie zaginioną osobę znajdujemy na górze klifu, lub całe mile od miejsca w które zaprowadził nas pies. Jestem pewien że jest jakieś wyjaśnienie, ale wydaje mi się to dziwne.

    Jedna szczególnie smutna sprawa dotyczyła podjęcia ciała. Dziewięcioletnia dziewczynka spadła z wału i nabiła się na pień martwego drzewa. To był strasznie dziwny wypadek. Nigdy nie zapomnę dźwięku jaki wydała jej matka kiedy powiedzieliśmy jej co się stało. Widziała jak pakowano worek na zwłoki do karetki. Wydała wtedy z siebie najbardziej przerażający, rozdzierający serce lament jaki kiedykolwiek słyszałem. To było jakby całe jej życie legło w gruzach, a część niej umarła razem z córką. Później słyszałem od innego funkcjonariusza SAR (Search and Rescue – w tym wypadku taki ichni GOPR), że popełniła samobójstwo kilka tygodni po tym wydarzeniu. Nie mogła dalej żyć ze stratą córki.

    Dołączył do mnie drugi oficer SAR-u, ponieważ mieliśmy informacje o niedźwiedziach w okolicy. Szukaliśmy gościa, który na czas nie wrócił do domu ze wspinaczki. Sami musieliśmy ostro się wspinać żeby dotrzeć do miejsca w którym myśleliśmy, że może on być. Znaleźliśmy go uwięzionego w małej szczelinie ze złamaną nogą. To nie był przyjemny widok. Był tam od dwóch dni i w ranę wdała się infekcja. Udało się nam go zapakować do śmigłowca. Od ratownika usłyszałem później, że gość w kółko opowiadał jak to dobrze sobie radził, ale kiedy dotarł na szczyt, ktoś już tam był. Powiedział, że ten ktoś nie miał żadnego sprzętu wspinaczkowego, ubrany był w parkę (rodzaj kurtki/płaszczu) i spodnie narciarskie. Wspinacz podszedł do tego faceta, ale gdy ten się obrócił, okazało się że nie miał twarzy. Po prostu jej nie było. Przestraszył się i chciał zejść ze szczytu jak najszybciej i dlatego spadł. Opowiadał, że później, przez całą noc słyszał jak gość bez twarzy schodził ze szczytu wydając z siebie stłumione krzyki. Ta historia poważnie mnie przestraszyła. Dobrze, że nie słyszałem jej osobiście.

    Jedna z najstraszniejszych historii jakie mi się przydarzyły dotyczy poszukiwań dziewczyny oddzieliła się od swojej grupy. Byliśmy na nogach do późnej nocy, ponieważ psy zwęszyły jej trop. Kiedy ją znaleźliśmy, leżała zwinięta pod spróchniałym pniem powalonego drzewa. Brakowało jej butów i plecaka, no i widać było że jest w szoku. Nie miała żadnych obrażeń, więc mogliśmy z nią iść na piechotę z powrotem do bazy. Po drodze, cały czas spoglądała do tyłu i pytała nas „Dlaczego ten mężczyzna o czarnych oczach idzie za nami?”. Nikogo nie widzieliśmy, więc uznaliśmy to za jakiś dziwny symptom szoku. Ale im bliżej bazy byliśmy, tym bardziej niespokojna była kobieta. Prosiła mnie, żebym powiedział mu żeby przestał ‘robić do niej miny’. W pewnym momencie zatrzymała się, obróciła i zaczęła krzyczeć w las żądając by mężczyzna zostawił ją w spokoju. „Ja z nim nie pójdę” mówiła, „A ich też nie dam”. W końcu zmusiliśmy ją do marszu, ale zaczęliśmy słyszeć jakieś dziwne dźwięki dookoła nas. To było trochę jak kaszel, ale bardziej rytmiczne, głębsze. Prawie jakby ten dźwięk wydawały owady. Nie bardzo umiem to lepiej opisać. Kiedy praktycznie dotarliśmy już do stacji, kobieta odwróciła się do mnie a jej oczy były tak szeroko otwarte, jak tylko można to sobie wyobrazić. Dotknęła mojego ramienia i powiedziała „Powiedział żebyś przyspieszył. Nie lubi patrzeć na bliznę na twoim karku”. Faktycznie mam bardzo małą bliznę na u podstawy szyi, ale jest schowana za kołnierzem. Nie mam pojęcia jak ona mogła ją zauważyć. Natychmiast po tym jak to powiedziała, znowu usłyszałem ten dziwny dźwięk, tym razem tuż przy moim uchu. O mało ze skóry nie wyskoczyłem. Pośpieszyłem z nią do bazy, starając się nie pokazywać jak bardzo byłem przestraszony, ale muszę przyznać, że bardzo cieszyłem się opuszczając las tej nocy.

    Ostatnia historia jest zarazem pewnie najdziwniejszą jaka mi się przydarzyła. Nie wiem, czy to przytrafia się w innych jednostka SAR, ale u nas jest to rzecz która przytrafia się regularnie, a o której się nie mówi. Możecie próbować pytać o to funkcjonariuszy SAR, ale pewnie nawet jak coś wiedzą, to i tak nie puszczą pary. Nasi przełożeniu poinstruowali nas żeby o tym nie mówić, a w tym momencie tak do tego przywykliśmy, że już przestało się nam to wydawać dziwne. Przy większości spraw, gdy ruszamy naprawdę daleko w dzicz (mówię tu o 30-40 milach), w pewnym momencie znajdujemy schody w środku lasu. To prawie tak, jakbyś wyciął schody ze swojego domu i umieścił w lesie. Zapytałem o to po tym jak widziałem je pierwszy raz, ale drugi ratownik powiedział mi żebym się nie martwił i że to jest normalne. Wszyscy których pytałem powiedzieli dokładnie to samo. Chciałem podejść i to zbadać, ale powiedziano mi bardzo dosadnie, że nigdy nie powinienem się do nich zbliżać. Obecnie właściwie je ignoruje, bo zdarza się to tak często.

    #pasta #creepy #creepystory #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Idę sobie z moją luba przez pola koło 22 jest już ciemno idziemy polna droga i nagle coś chodzi w zaroslach kolo nieduzego lasu, podchodzimy bliżej i tu odgłos jakby jakiegoś człowieka wzdychajacego który po chwili biegnie w głąb zarosli. Wyszliśmy stamtąd i poszliśmy na polane niedaleko, mamy już wracać koło 24 i jadą sobie dwa samochody przez polna drogę i się zatrzymują, czekamy w polu aż przyjadą, wychodzimy na drogę a jeden zawraca i nagle na pełnej lecimy przez środek pola do innej drogi. Powiem że nigdy nie miałem tak złego odczucia widząc takie samochody
    #creepy #creepystory
    pokaż całość

    +: Freakz, k.....u +8 innych
  •  

    Kiedyś jak byłem w klubie po baaardzo długiej przerwie zrobiłem coś bardzo CRINGE. Byłem pod wpływem alkoholu i sobie gadałem z poznany tego dnia różowym paskiem i podczas rozmowy zapytałem czy mogę ją złapać za rękę i zacząłem jej tę rękę gładzic ta od góry jak jakiś CREEP. Najlepsze ze o tym nie wiedziałem o tym że względu na wpływ alkoholu ale ktoś mi powiedział innego dnia i teraz w losowych momentach mi się to przypomina i robi gorąco. Ja jebie prawdopodobnie pod wpływem alkoholu z w jakimś obszarze muzgu uaktywniły się zapisane z mikrobloga wpisy otrzymaniu za rękę i chciały przejsc że stanu marzeń do stanu fizycznego. Także jak jesteś przegrywem to uważaj mocno z alkoholem bo kurwa siara jak chuj jak się zbytnio rozluznisz.

    #przegryw #feels #cringe

    Nie wiem czy te tagi pasują proszę wybaczyć #creepy #creepystory
    pokaż całość

  •  

    W 1983 roku, zespół bardzo pobożnych naukowców przeprowadził radykalny eksperyment w nieujawnionym miejscu.
    Naukowcy mieli teorię, że człowiek bez dostępu do zmysłów i sposobów do odbierania bodźców będzie w stanie dostrzec obecność Boga. Uważali, że pięć zmysłów skrywa przed człowiekiem świadomość wieczności i bez nich człowiek mógłby faktycznie nawiązać kontakt z Bogiem przez wymianę myśli.
    Starszy pan, który twierdził, że "nie ma już nic do stracenia" był jedynym ochotnikiem do badań. Aby oczyścić go ze wszystkich zmysłów, naukowcy przeprowadzili skomplikowaną operację, w której każde zmysłowe połączenie drogą nerwową do mózgu zostało chirurgicznie odcięte.
    Wszystkie czynności mięśni zostały zatrzymane, nie mógł widzieć, słyszeć, rozpoznawać smaku, zapachu, oraz czuć.
    Bez możliwości komunikowania się ani poczucia świata zewnętrznego, pozostał sam na sam ze swoimi myślami.

    Naukowcy monitorowali go, kiedy mówił głośno o swoim stanie umysłu. Pogmatwane, niewyraźne zdania, których nie mógł nawet słyszeć.
    Po czterech dniach, mężczyzna stwierdził, że słyszy ciche, niezrozumiałe głosy w swojej głowie.
    Zakładając, że był to początek psychozy, naukowcy poświęcali niewiele uwagi obawom człowieka.

    Dwa dni później, mężczyzna krzyczał, że słyszy jego zmarłą żonę mówiącą do niego, a nawet więcej, mógł z nią prowadzić konwersacje.
    Naukowcy byli zaintrygowani, ale nie do końca przekonani, dopóki nie zaczął nazywać zmarłych krewnych naukowców.
    Powtórzył naukowcom prywatne informacje, które były znane jedynie ich zmarłym małżonkom lub rodzicom. W tym momencie spora część naukowców odeszła od badań.

    Po tygodniu rozmawiania ze zmarłymi poprzez myśli, człowiek stał się zakłopotany i strapiony, mówiąc, że głosy były przytłaczające.
    W każdej chwili na jawie, jego świadomość była bombardowana przez setki głosów, które odmawiały mu spokoju. Wielokrotnie rzucał sobą o ścianę, próbując uzyskać odpowiedź bólu.
    Prosił naukowców o środki uspokajające, aby mógł uciec od głosów przez sen. Ta taktyka działała przez trzy dni, aż zaczął miewać przerażające, nocne paniki.
    Wielokrotnie mówił, że widzi i słyszy zmarłych w snach.

    Dzień później, zaczął krzyczeć i drapać niefunkcjonujące oczy, mając nadzieję, że poczuje coś w fizycznym świecie.
    Histerycznie mówił, że głosy zmarłych są ogłuszające i wrogie, mówiące o piekle i końcu świata. W pewnym momencie zaczął krzyczeć: "Bez nieba, nie ma przebaczenia" przez pięć godzin bez przerwy. Nieustannie prosił aby go zabili, ale naukowcy byli przekonani, że był bliski nawiązania kontaktu z Bogiem.

    Na drugi dzień, nie mógł już składać spójnych zdań. Pozornie szalony zaczął odgryzać kawałki mięsa ze swojego ramienia. Naukowcy natychmiast pobiegli do komory badawczej i przywiązali go do stołu, aby nie mógł się zabić. Po kilku godzinach bycia przywiązanym zaprzestał walki i krzyków. Przez dwa tygodnie, naukowcy musieli go ciągle nawadniać z powodu ciągłego płaczu.
    W końcu odwrócił głowę i mimo ślepoty, nawiązał kontakt wzrokowy z naukowcem po raz pierwszy w eksperymencie. Szepnął: "Rozmawiałem z Bogiem, a on nas opuścił..."

    Jego życiowe funkcje zostały zatrzymane. Nie było widocznych przyczyn śmierci...

    #pasta #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

    •  

      @Badmadafakaa: @cyberyna: No cień to tak, bo że to niemożliwe to wali już od pierwszych kilku zdań na kilometr np.

      Wszystkie czynności mięśni zostały zatrzymane, nie mógł widzieć, słyszeć, rozpoznawać smaku, zapachu, oraz czuć.
      Spoko czyli nie mógł też kontrolować oddechu. A za chwilę mamy

      kiedy mówił głośno o swoim stanie umysłu
      Bez mięśni i ich kontroli nie byłby w stanie nic powiedzieć

      zaczął krzyczeć i drapać niefunkcjonujące oczy
      Jak mógł to robić skoro nie czuł mięśni i nie mógł ich używać + skąd mógł wiedzieć że akurat trafił na swoją twarz, a nie inną część ciała / powietrze.

      Ogólnie pasta jest mega słaba, bo jest nielogiczna i sytuacja przedstawiona jest zupełnie niemożliwa do wykonania / uzyskania.
      pokaż całość

    •  

      @FoxX21: W oryginale nie wiem czy coś nie było, że naukowcy byli zdumieni, że mimo że odcięli wszystko ten i tak się poruszył. To chyba wersja po którymś spolszczeniu, bo jest nieźle skrócona, tak się przynajmniej wydaje (jak kiedyś czytałem to była w chuj dłuższa :v)

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    12:19

    Często lubię oglądać straszne rzeczy w Internecie. Zupełnie nie wiem dlaczego. Po prostu zawsze byłem zaintrygowany rzeczami, które są zwyczajnie... inne. Żadne media nie są odpowiednie, by przekazać takie treści. Historie, filmy, klipy, gry komputerowe, cokolwiek. Chyba lubię być w pewien sposób wytrącony z równowagi. Pracuję na trzecią zmianę, więc moje godziny snu są całkowicie popieprzone. Śpię w dzień, a pracuję w nocy. Mam dwa dni wolnego pod rząd w tygodniu. Mógłbym spędzać ten czas zachowując przynajmniej pozór normalnego życia, ale wolę nie regulować na nowo moich godzin snu, gdy znów zaczyna się praca. Dlatego jestem na nogach całą noc i śpię w dzień.

    W trakcie przeglądania Internetu podczas jednego z dni wolnych, natknąłem sie na wątek zawierający kilka linków. Każdy komentarz miał właśnie formę linku. Niektóre prowadziły do stron internetowych na temat niewyjaśnionych tajemnic, część z nich transmitowała horrory a pozostałe ukazywały spisy paranormalnych wydarzeń, prawdopodobnie prawdziwych. Nagle zauważyłem, ze jeden z linków nie był taki, jak te wymienione wcześniej. Nie pamiętam go dokładnie, ponieważ był zbitkiem losowych liter i cyfr... nonsens. Zabrał mnie na stronę z pojedynczym obrazkiem i niczym, w co mógłbym kliknąć. Grafika automatycznie pojawiła się na całym ekranie i odświeżała w losowych odstępach czasu, co 2 lub nawet 10 sekund. Na samej górze widniał napis brzmiący: "Xan Iou waI:t X to dIe/?X".

    Creepy. Od razu polubiłem tę stronę. Grafika przedstawiała wiszący na ścianie obraz nijakiego lasu. Był tam również mały telewizor, na samym środku u dołu grafiki. Stary monitor CRT. Stał na nim stary, analogowy zegarek w drewnianej ramie z ozdobnymi wskazówkami. Strona wciąż się odświeżała, ale grafika pozostawała niezmienna. Z czystej ciekawości postanowiłem nie opuszczać strony. Pozostawiłem kartę otwartą, sprawdzajac ją co jedną lub dwie minuty. Bez zmian.

    Po około dziesięciu minutach poczułem się znużony tym, że przegapiam kolejne odświeżenia strony. Może coś się podczas nich drastycznie zmieniało, ale tylko co każdą minutę i całkowicie to przegapiałem? Zamknąłem wszystkie inne karty otwarte w przeglądarce aby mieć pewność, że nic nie skusi mnie aby opuścić stronę z tajemniczą grafiką. Wpatrywałem się w nią tak długo, że wydawało mi się, że minęły godziny. Sprawdziłem godzinę na telefonie - minęło 26 minut. Pewnie czas płynie wolniej, gdy wpatrujesz się bez przerwy w nieruchomy obrazek.

    Nie potrafię powiedzieć co się stało i kiedy to było, lecz w pewnym momencie zauważyłem, że nie była to tylko nieruchoma grafika. Cóż, w pewnym sensie była, ale obrazek zmieniał sie w pewnym stopniu. Gdy pierwszy raz przewinąłem stronę, zegar pokazywał około 4:15. Teraz pokazywał 4:56. Zegar zmieniał się przez ten cały czas. Obserwowałem go przez całą minutę i pomiędzy kolejnymi odświeżeniami zobaczyłem jak minutnik zaczał wskazywać pięćdziesiątą siódmą minutę. Czas na zegarze nie odzwierciedlał prawdziwego czasu.

    Mimo wszystko, stworzenie tej strony było nie lada poświęceniem. Ktoś musiał robić zdjęcia co minutę przez godzinę, lub przynajmniej przez czterdzieści pięć minut, by ukazać zmianę czasu na zegarze. Oglądałem go aż do momentu, gdy ukazał godzinę 5:00. Oczekiwałem, że powróci do godziny 4:00, lecz zegar pokazał 5:01. To nawet jeszcze bardziej imponujące. Może zdjęcia te obejmują całe dwanaście godzin? Ktoś chyba potrzebuje pracy...

    W każdym razie, od tamtej chwili byłem pełen entuzjazmu. Musiałem zobaczyć, czy grafika przedstawiała pełen zakres godzin. Teraz wiedziałem, że nie muszę już intensywnie gapić się na obrazek, ponieważ nic oprócz godziny się na nim nie zmieniało. Mogłem zwrócić uwagę na tekst. Zdecydowanie wydawał się dziwny. Zdałem sobie sprawę, że był to kod polegający na sortowaniu odpowiednich znaków. Szyfr mówił: XIIXIX. Pomyślałem nad tym chwilę i zorientowałem się, że jest tam jeszcze dwukropek. XII:XIX. 12:19. Domyśliłem się, że muszę czekać do 12:19, aby zobaczyć co się stanie... Ale... co było warte całej tej pracy...?

    Kolejne godziny były nudne. Sprawdzałem każdą z nich i nie widziałem żadnej zmiany. Raz zdawało mi się, że widzę coś na obrazie, ale byłem pewien, że to tylko moja wyobraźnia i mój umysł pragnący coś w końcu zobaczyć. Nastawiłem wszystkie zegary w domu, aby pokazywały ten sam czas, co zegar na tajemniczej stronie. W taki oto sposób wiedziałem, która jest według niego godzina - nawet gdy nie było mnie przy komputerze.

    Nastała 12:00 i byłem wręcz przyklejony do komputera. Zero wstawania. Zero innych kart w przeglądarce. Wpatrywałem się intensywnie, patrząc jak wskazówki zegara się odświeżają. Minuta po minucie. 12:18. Odśwież. Odśwież. Odśwież. Byłem przekonany, że minęło jakieś pięć minut zanim wskazówka sie poruszyła pokazując godzinę 12:19. Nareszcie! ... Nic. Zero zmian w obrazku. Zero zmian na stronie.

    Poczułem się zawiedziony. Liczyłem, że przynajmniej dostanę jakąś wiadomość, ukaże sie inny obrazek lub... cokolwiek! Może to był tylko żart... Nic. Facet, który to zrobił, stworzył coś takiego chyba tylko po to, aby skusić ludzi do marnowania czasu. Dał im prostą zagadkę do rozwiązania aby ich zaintrygować i w końcu ogromnie zawieść. 'Brawo' pomyślałem. Zostawiłem stronę i wróciłem do normalnego spędzania dnia.

    Mimo to, nie mogłem przestać myśleć o tej stronie. Nie minęło nawet pół godziny, i przekonałem samego siebie, że powinienien wrócić do tego linku. Ctrl+Shift+T. W końcu są dwie 12:19 w ciagu dnia, prawda? Zegar pokazywał 12:48. Spojrzałem na zegar na moim biurku. Pokazywał tę samą godzinę. Twórca strony musiał zsynchronizować zegar z obrazka ze swoim czasem lokalnym lub coś w tym stylu.

    Miałem przed sobą około 12 godzin czekania. Mogłem zostać na nogach całą noc (w końcu noc jest dla mnie a dzień dla większości normalnych ludzi), ale nie chciałem popaść w obłęd, więc poszedłem spać. Nie spałem zbyt dobrze, ani zbyt długo, ale w sumie i tak rzadko mi się to zdarza. Sprawdziłem zegar na biurku, który nadal był ustawiony równo z zegarem ze strony. Pokazywał 8:52. Zostały tylko ponad 3 godziny. Sprawdziłem obrazek, na którym nadal nie było żadnych zmian. Porobiłem trochę rzeczy w domu i przejrzałem Internet dla zabicia czasu. Tak szybko jak wybiła 12:00, znalazłem się usadowiony sztywno naprzeciwko ekranu mojego komputera. Myślałem, że kolejne osiemnaście minut mnie zamęczy. Ostatnia minuta była nawet gorsza. Wskazówki zegara znów pokazały 12:19, i po raz kolejny nic się nie stało. Byłem zrozpaczony. Poświęciłem na to mnóstwo czasu. Minuta jeszcze się jednak nie skończyła, więc patrzyłem dalej.

    Wtedy usłyszałem kliknięcie. Ciche, lecz słyszalne. Potem zauważyłem, że strona nie odświeżała się już bez przerwy. Ekran telewizora przedstawiony na grafice zaczął jaśnieć. Byłem w stanie ujrzeć tam obrazek. Był mały, ponieważ ekran telewizora na moim monitorze był szeroki na jakieś dwa cale. Mimo wszystko mogłem bez problemu zobaczyć, że przedstawiał las. Może był to las pokazany na obrazie nad telewizorem? Kamera kiwała się w górę i w dół. Ktoś musiał nagrywać samego siebie podczas spaceru w lesie. Kamera była skierowana w ziemię przez pierwszą minutę nagrania, ale potem zaczęła powoli pokazywać obraz bardziej poziomo. Byłem w stanie określić, że operator kamery wchodził na teren jakiegoś podwórza. Na brzegach kadru pojawiło się szybko kilka domów. Było tam paru ludzi mówiących w innym języku, nie potrafiłem jednak określić w jakim. Usłyszałem trzaski i huki, jakby ktoś robił coś z ekwipunkiem. Kamera robiła dużo większe ruchy niż wcześniej. Gdy dźwięki ustały, a obraz stał się raptownie stabilny zrozumiałem, że ktoś przymocowywał kamerę na statywie. Gdy ją ustawiono, usłyszałem strzępki rozmów i wtedy kamera zrobiła ostateczny zwrot. Podczas tego zwrotu zobaczyłem, że miejscem akcji jest las. Kamera przestała się w końcu trząść a w kadrze, na samym środku, stał dom. Ze względu na to jak mały był mogłem stwierdzić, że... to był... MÓJ dom.

    Skoczyłem na krześle jak oparzony - cały czas wpatrując się w ekran komputera. Mężczyzna zostawił kamerę i podszedł do domu - podszedł do MOJEGO domu, gdzie był jego towarzysz. Stali przed drzwiami jeszcze jakieś 20 sekund, które wydawały mi się trwać nieskończoność. Nie wiedziałem co robić. Nie wiedziałem czy w ogóle jest cokolwiek, co mogę zrobić. Zapukali. Usłyszałem to słabo przez moje słuchawki, nie usłyszałem jednak pukania do moich drzwi.

    Fakt, że nie usłyszałem pukania w moim domu uspokoił mnie na tyle, by sprawdzić czy ktoś jest na zewnątrz. Nikogo nie było. Nie widziałem nikogo blisko domu, ale nie mogłem zobaczyć nic w odległości większej niż kilkaset metrów. Było ciemno, a księżyc nie świecił wystarczająco jasno, żeby się dokładniej rozejrzeć. Zamknąłem drzwi i przekręciłem klucz. Pobiegłem do komputera. Ekran wciąż pokazywał dwóch mężczyzn stojących przed domem. Zapukali znowu, tym razem mocniej.

    Patrzyłem jak drzwi się otwierają. Na pukanie odpowiedział mężczyzna. Nie mogłem go dokładnie zobaczyć. Częściowo podejrzewałem, że to ja. Ulżyło mi, ponieważ okazało się, że owy mężczyzna nie jest mną. Ja mam brązowe włosy, a facet, który otworzył drzwi był rudy. Jeden z nagrywających zaczął gestykulować w jego kierunku, na co rudowłosy mężczyzna zaczął zamykać drzwi. W tym momencie drugi nagrywający pchnął drzwi, które pod wpływem jego siły otworzyły się na oścież. Przyłożył do głowy rudego mężczyzny pistolet, który trzymał przy pasku spodni i strzelił.

    Poczułem jak krew odpływa mi z twarzy, a szczęka opada. Pociemniało mi w oczach, ale zmusiłem się do zachowania spokoju. Dwóch mężczyzn uciekło od drzwi, w kierunku kamery. Mimo małego ekranu telewizora na moim monitorze i niewyraźnego obrazu spowodowanego szybkimi ruchami kamery i tak mogłem dostrzec ich szerokie uśmiechy. Chwycili za sprzęt nie zawracając sobie głowy demontażem i wbiegli do lasu. Kamera obróciła się na statywie i pokazała twarz jednego z mężczyzn. Niestety obraz był zbyt zamazany, aby mu się przyjrzeć. Spojrzał w kamerę, sięgnął do niej drugą ręką i ekran telewizora stał się pusty.

    Strona odświeżyła się znowu, ale tylko raz. Zegar nadal pokazywał godzinę 12:19.

    Wyłączyłem przeglądarkę, a zaraz potem komputer. Pobiegłem do drzwi jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy niczego tam nie widać. Tak jak poprzednim razem, nikogo tam nie było.

    Do dzisiejszego dnia nie mam pojęcia co się właściwie zdarzyło. Nie odważyłem się odwiedzić tej strony ponownie, ani zapytać kogokolwiek o to, co stało się z ludźmi, którzy mieszkali tu przede mną. I nie sądzę, abym kiedykolwiek się odważył.

    #creepystory #creepypasta #creepy
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Mirki co za pojebana akcja, ktoś mi moze wytłumaczyć co sie odjebalo? Wczoraj 22:30 wychodzę na spacer z psem w #warszawa Ludzi w tym miejscu o tej porze nie ma prawie wcale. Pies idzie niechętnie bo z niewiadomych powodów bardzo boi się jak kaszle (xD), a ostatnio kaszel mnie meczy. Przy wejściu do parku pies odmawia pójścia dalej wiec wracamy. Pare metrów dalej jest oświetlona ścieżka rowerowa, z tamtego kierunku wychodzi typ ok 30 lat ubrany na biegacza (koszulka i buty do biegania, szorty do płowy uda i czapka z daszkiem). Nie ma w tym nic dziwnego bo ludzie często tam biegają, nawet w nocy (moze poza ta czapka z daszkiem o tej porze;)). Typ zatrzymuje sie w miejscu gdzie łączy sie ścieżka z chodnikiem i zaczyna iść równo ze mną. Pies jak to pies, zatrzymuje sie wąchać/sikać, przyspiesza i zwalnia. Typ idzie równo z nami tylko druga strona tego samego chodnika (jest dość szeroki), gdy sie zatrzymujemy kręci sie w miejscu i kaszle jak ja. I tak cały czas - tak samo przyspiesza i zwalnia. Po ok 30 metrach zaczyna mi to przeszkadzać, wykonuje wiec serie nielogicznych skrętów - typ skręca tak samo, nawet jak juz zaczął iść inna droga to zawraca i idzie za nami. W kieszeni mam gaz pieprzowy, podchodzę do typa
    - „Przepraszam, czy pan idzie za mną?”
    - „Nie, to zbieg okoliczności. Nie za późno juz na spacer z psem?”
    - „Nie, dlaczego?”
    - „...”
    Ale idzie dalej za mną, zatrzymując sie gdy ja sie zatrzymuje, i patrząc sie na mnie i psa. Tylko teraz idzie trzymając sie 5 metrów z tylu. I tak doszliśmy do mojej klatki. Nie chciałem zeby wszedł za mną. Mijam klatkę i pytam:
    - „A pan gdzie idzie?”
    - „Ja?”
    - „Tak, pan”
    - „Ja tu jestem tylko turysta”
    Szkoda ze bez żadnej torby i w stroju do biegania. Zatrzymałem sie, typ po chwili stania minął mnie i skręcił między samochody na sąsiadującym parkingu. Zawróciłem i hyc do klatki, zamykając drzwi za sobą i zatrzymując windę na kilku innych piętrach (na dole jest wyświetlacz - widać na którym pietrze jest winda). Przesadzam i #paranoja czy nieco #creepystory i #dziwniludzie ? #niewiemjaktootagowac
    pokaż całość

  •  

    Chciałbym się z Wami podzielić pewną przedziwną #creepystory z dnia dzisiejszego (tl;dr na dole).
    #niedziela - dzień, za którym nie przepadam. Wróciłem z żoną i córkami od teściów, a że wczoraj kupiliśmy dziewczynom prezenty na dzień dziecka, to dziś postanowiłem najstarszej (lvl8) pomóc składać układ planetarny, który sobie zażyczyła... Młodej po 2h znudziło się składanie drobnych detali, najmłodszej (lvl1), znudziło się siedzenie w domu w ogóle, a że żona nie chciała spędzać słonecznego popołudnia w mieszkaniu, postanowiła zabrać pociechy na spacer. Zostałem ja (składający, malujący i wieszający planety) i moja średnia córka (lvl3,5), bawiąca się lego.

    Gwoli wyjaśnienia, z lvl3,5 jesteśmy najbardziej "zżyci" i bardzo lubi ze mną zostawać - wtedy się otwiera i gadamy, jak ojciec z córką o wszystkim, o czym nie ma możliwości pogadać w biegu dnia codziennego ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Męczę się więc z orbitami planet, kombinuję żeby wyważyć układ i nagle dziecko przemawia do mnie tymi słowy:
    "Tatusiu wiesz, ja bardzo chciałabym znów zobaczyć Pana Jezusa - On był dla mnie taki dobry"
    Zamarłem na chwilę! Może i jestem katolikiem, dzieci mam ochrzczone, najstarsza za 2 lata idzie do komunii, ale (nie żebym był z tego dumny) nie jesteśmy przesadnie pobożni, w kościele córka była może ze 3x w życiu, o religii nie rozmawiamy w domu w ogóle, a o Jezusie lvl3,5 wie tyle, że umarł na krzyżu (sama kiedyś zapytała) i już.
    Ciary obleciały mi plecy i myślę sobie skąd taki tekst (!?) Postanowiłem więc kontynuować temat i mówię:
    Ja: "Tak? A dlaczego mówisz znowu? Widziałaś już kiedyś Pana Jezusa?"
    Lvl3: "No tak, kiedyś byłam w takim ogromnym budynku i poleciałam aż do chmur! I tam był Pan Jezus!"
    W tym momencie odłożyłem całą robotę przysiadłem przy niej i pytam:
    Ja: "No i jak tam było, czy ten Jezus coś do Ciebie mówił?"
    Lvl3: "Było fajnie Tatusiu i bardzo chciałam iść do Niego, ale On nie chciał"
    Ja: "To znaczy, powiedział Ci, że masz do Niego nie iść?"
    Lvl3: "Tatusiu On nie ruszał buzią, ale powiedział mi, że mam wracać do domku"
    W tym momencie moje "WTF" osiągnęło zenit, łzy naszły mi do oczu, ale łamiącym głosem zdołałem zapytać jeszcze:
    Ja: "I co, wróciłaś do domku?"
    Lvl3: "No tak tatusiu, a Pan Jezus poszedł do słońca i zniknął. a ja chciałam iść do Niego, bo On był taki dobry"
    Łzy same waliły mi się po policzkach, jak groch. Serce grzmociło, jak oszalałe, a myśli miałem miliard na sekundę. To była najdziwniejsza rzecz, jaka w życiu mi się przytrafiła i w sumie do teraz mnie to przeraża!
    Może wyolbrzymiam, może źle na to patrzę, może coś przeoczyłem, ale po 1-sze, córka za żadne Skarby nie miała możliwości usłyszeć (nigdy i nigdzie) takiej historii, po 2-gie o Jezusie nie ma pojęcia ponad to, że to On jest na krzyżu, po 3 jak się później dowiedziałem od żony córka wczoraj po zakupach zapytała czy zabierzemy ją do kościoła, bo bardzo chciała by zobaczyć Jezusa!
    Nie mam pojęcia, co o tym myśleć, bo jak dla mnie, to ona swoimi słowami i rozumowaniem 3 letniego dziecka, przedstawiła mi dziś opis śmierci klinicznej (w takim rozumieniu, w jakim przedstawiali śmierć ludzie w niejednej książce na ten temat i w jakim przedstawiał ją mój wuj św.pamięci). Z innej strony zabrzmiało to, jak jakieś wspomnienie czy opis zdarzeń z poprzedniego wcielenia (jeśli by przyjąć, że takowe istnieje). A patrząc jeszcze inaczej, równie dobrze ktoś mógłby to uznać za rodzaj jakiegoś objawienia, albo znaku (od bardzo dawna winiłem się za to, że tak bardzo oddaliłem się od Boga i swojej religii)! Na chwilę obecną nie odrzucam żadnej możliwości, bo dla mnie to co się stało, jest absolutnie niewytłumaczalne.
    Jestem szczerze przerażony i nie mam pojęcia, jak mam iść spać, nie patrząc na nią co chwilę, czy wszystko w porządku.
    A pytając zupełnie poważnie, to co Wy o tym myślicie? Z góry proszę o nie czepianie się wiary/niewiary i tłumaczenia, jak głupim trzeba być żeby wierzyć/nie wierzyć - nie o to tu chodzi.

    tl;dr:

    Moja 3,5 letnia córka, najprawdopodobniej opisała mi własnymi słowami śmierć kliniczną i spotkanie z Jezusem! Zrobiła to pomimo, że nie chodzi do kościoła, nie wie nic o religii, a o Jezusie wie tyle, że "jest na krzyżu".

    #truestory #religia #katolicyzm #wiara #dzieci #pytanie
    pokaż całość

  •  

    #strasznehistorie

    Było to latem 2004-2005 jakoś tak.
    Miałem wtedy 8 lub 9 lat, już dokładnie nie pamietam.
    Mieszkaliśmy w bloku nieopodal parku.
    Cały dzień zbierało się na niezłą burzę z piorunami.Od rana unosił się zapach ozonu.
    W tamtym okresie panicznie bałem się ciemności oraz dziwnych postaci,które produkowała moja psychika,lecz tym razem to nie był wytwór wyobraźni...
    Bawiłem się na podwórku z kolegami.
    Nasze mamy zawołały wszystkie dzieci do domów przed burzą ponieważ zerwał się wiatr jakby miał wyrwać bloki do góry.
    Nie zdążyłem dobiec do klatki,a już lało.
    Zrobiło się przerażająco ciemno.Nocna czerń nie umywała się do tej podczas huraganu.
    Znasz tą ciszę przed burzą?To moment w którym wszystko do okoła umiera na kilka sekund.
    Stoję w przedpokoju patrząc się na ciemny korytarz.
    Mama,Bogobojna kobieta ze wsi odpaliła świeczkę i postawiła w oknie odmawiając modlitwę.
    Rozpętało się piekło.Okna drżały a my razem z nimi.
    Czułem coś dziwnego,coś co kierowało mój wzrok na ciemny korytarz.
    Ogromne błyśnięcie uderzającego pioruna w pobliskie drzewa parku rozświetliły całe mieszkanie.W ciemnym korytarzu ujrzałem zakapturzoną postać.Czarny długi płaszcz i brak widniejącej twarzy.
    Mimo ze nie widziałem twarzy,czułem jak to coś na mnie patrzy.
    Co jest najlepsze? Nie bałem się.
    To było jak spotkanie z rodziną
    Na moment czas się zatrzymał.Nie krzyczałem ani nie uciekałem.
    Nikomu o tym nie powiedziałem bo i tak nikt by nie uwierzył.
    Zapamiętałem to do końca życia.

    #takbylo #creepystory
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów