•  

    Filozofia według Daft Punk

    10. Discovery

    Jakoś 18 lat temu zniecierpliwiony siedziałem w klasie i obliczałem ile jeszcze czasu zostało do końca lekcji. Nie mogłem doczekać się, gdy wrócę ze szkoły i od razu włączę telewizor na FOX Kids. Do tej pory ten luksus miałem tylko, gdy pojechałem do chrzestnego, ale kilka dni temu rodzice wreszcie założyli Wizję TV. Całe popołudnie spędzam teraz oglądając Dennisa Rozrabiakę, Spider-Mana i X-Menów. Zastanawiam się kiedy obejrzę mój ulubiony Świat według Ludwiczka i czy będą gdzieś powtarzać przygody Kuby Guzika, które oglądałem na TVN-ie. Przełączam na Cartoon Network - Scooby Doo, Maska, Flintstonowie, Jetsonowie, Tom i Jerry, Atomówki, Laboratorium Dextera, a do tego, żeby się trochę pobać Rodzina Addamsów i przede wszystkim Chojrak Tchórzliwy Pies. Dziwny humor z Johnny’ego Bravo do mnie nie trafia. Eda, Edda i Eddy’ego też nie lubię za bardzo. Cartoon Network ma masę dobrych bajek, siostra je uwielbia, ale dla mnie ten kanał nie ma takiej magii jak FOX Kids. No może z wyjątkiem tej jednej chwili, gdy o 21 Cartoon Network, chyba po bloku Looney Tunes, zamienia się w TCM.

    Z jednej strony ten moment mnie mocno denerwował, nie mogłem pogodzić się z tym, że to już koniec bajek na dziś i za niedługo trzeba iść spać. Interesująca animacja przejścia była tego złowieszczym symbolem. Kojarzyła mi się trochę z majakami podczas gorączki, i mocno przyczyniała się do pobudzenia negatywnych emocji. Na szczęście długo nie trzeba było czekać na ukojenie, bo robił to klimat TCM. Nie zapomnę tego loga, głosu lektora zapowiadającego filmy i zachwytu, jaki wzbudzały we mnie hollywoodzkie produkcje z lat 60’, 50’, i jeszcze starsze.

    Czarno-białe filmy w późny jesienno-zimowy wieczór, dawały wrażenia obcowania z jakimś innym, pewnie już minionym światem, stanowiącym miłą przeciwwagę dla kolorowej wtedy polskiej codzienności. Nie mogę powiedzieć, że je rozumiałem, nawet ich nie oglądałem. Ale wystarczyło raz na jakiś czas zerknąć na ekran, żeby to poczuć.

    Od telewizora nie mogłem się za to oderwać, gdy pojawiali się na nim rzymscy legioniści w filmach takich jak Quo Vadis z 1951 roku, czy w niewiele młodszej Kleopatrze. Potem od rana brałem zeszyt i próbowałem wymyślić swój scenariusz filmu, w którym Rzymianie toczyć będą epickie bitwy z Barbarzyńcami.

    Na wyobraźnie działały też filmy wojenne. W tej materii moja ulubiona pozycja nie miała nic wspólnego z TCM, chociaż też pochodziła z lat dawno minionych. Czterej pancerni i pies rozpalali wyobraźnie młodzieży przez kilka pokoleń, czego ja jestem dobrym przykładem. Oglądałem wkoło, ponagrywane przez tatę odcinki na kasetach VHS.

    Teraz, gdy poznaję jakiś film to znaczy, że wcześniej coś się o nim dowiedziałem i mnie to zachęciło. Często wybieranie filmu do obejrzenia zajmuje mi godzinę siedzenia na filmwebie, a czasem w końcu stwierdzam, że już mi się nie chce. Nie pamiętam kiedy w ostatnich latach obejrzałem jakiś film, bo przypadkowo trafiłem na niego w TV.

    Nie daję więc sobie szansy na powtórkę z pewnego okołoświątecznego, grudniowego, sobotniego ranka, w czasach, gdy o tej porze roku na dworze leżał śnieg i było bardzo zimno. Podobną aurę towarzyszącą dwójce dzielnych bohaterów, zobaczyłem wówczas w pewnym filmie z 1967 roku. Profesor Abronsius wraz ze swoim asystentem Alfredem przemierzali mroźną Transylwanię. Nieustraszeni pogromcy wampirów odwiedzili ten zakątek Europy z młotkiem i kołkiem w torbie i wyruszyli do zamku, na którym raz do roku odbywał się mrożący krew w żyłach bal. Nauczyłem się, że wampirów nie widać w lustrze, ale film może nie zapadłby mi w pamięć, gdyby nie pewien plot-twist w ostatniej scenie filmu, gdy czekałem już tylko na napisy końcowe ciesząc się, że bohaterom udało się odbić z rąk hrabiego von Krolocka piękną Sarę - córkę oberżysty.

    Teraz pewnie nie byłbym taki spokojny wiedząc, że film nakręcił Roman Polański i znając jego pozostałą twórczość (Sarę grała Sharon Tate, a Alfreda sam reżyser - historię ich małżeństwa zna chyba każdy) i czekałbym z napięciem na napis “The End”. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy powinienem wtedy ten film obejrzeć. Raczej tak, bo zostałem dzięki niemu mocno zainspirowany. Na następne dni wraz z siostrą przenieśliśmy się do zamku, którego kolejnymi kondygnacjami były segmenty, stół, łóżko i tym podobne rzeczy z naszego pokoju. Była to chyba jedna z dwóch najbardziej epickich budowli, zbudowanych z siostrą w tamtych latach. Zamieszkiwał ją wampir Gryzek, grany przez jakąś zabawkę znalezioną pewnie w Kinder Niespodziance.

    Pamięć jednak jest zawodna. Skłamałem o tym grudniowym poranku. Jest w internecie strona dzięki której możemy sprawdzić ramówki telewizyjne z ubiegłych lat. Okazuje się, że przygody profesora Abronsiusa oglądałem na Polsacie, w sobotę, ale około południa - 5 lutego 2000 roku albo 24 listopada 2001 roku. Co do tej drugiej daty - o 8:35 na TVNie “Przygody Kuby Guzika”, 9:25 “Dennis rozrabiaka”. To musiał być piękny dzień.

    A równy tydzień wcześniej, 17.11.2001 o północy na Cartoon Network w bloku Toonami wyemitowano “Toonami Midnight Run: Special Edition”. Niestety tutaj już nie mogę dać świadectwa, choć chciałbym wtórować ludziom piszącym pod zarchiwizowanym na youtubie spocie promocyjnym tego wydarzenia, że “ta noc zmieniła moje życie”. Nie oglądałem tego z trzech powodów: po pierwsze, tej konkretnie audycji chyba nie było w Polsce, bo przecież w nocy leciało TCM; po drugie, nie pamiętam czegoś takiego jak Toonami, choć z tego co czytam, w Polsce było ono nadawane. Widocznie nie miałem ochoty oglądać (z tego co czytam) głównie japońskiego anime a czasami amerykańskich animacji akcji.

    “Toonami Midnight Run: Special Edition” było godzinnym maratonem animowanych teledysków, w którym zaprezentowano między innymi wszystkie ówczesne klipy projektu Gorillaz (w tym do hitowego, pierwszego singla “Clint Eastwood”), a także filmiki do utworów “One more time”, “Aerodynamic”, “Digital Love” i “Harder, Better, Faster, Stronger” (ten ostatni miał tej nocy swoją światową premierę) z płyty “Discovery” zespołu Daft Punk.

    Innym razem, w krótkiej reklamie między Atomówkami a Chojrakiem dwa roboty oznajmiły w Cartoon Network: “We’re Daft Punk”.

    Mam nadzieję, że początek tego wpisu wywołał wśród czytelników choć trochę podobnych emocji, jakie z pewnością towarzyszyły niektórym fanom Daft Punk na widok ich ulubieńców przebranych za roboty w telewizji dla dzieci, promujących animowane teledyski do swoich piosenek. Wyobraźmy sobie chodzącego w dresach na rave’y, zaznajomionego z niejednym narkotykiem łysego młodzieńca, zachwyconego techno-łupankami pokroju Rock’n Roll z pierwszej płyty naszego duetu. Czekał cztery lata na nowe dzieło Daftów, a w zamian dostał wspomniane obrazki, dopełniające tylko dziwaczną muzykę brzmiącą... w sumie nie wiadomo jak (czasami jak jakiś cukierkowy pop). Nie zdziwiłbym się, gdyby z jego ust padły wtedy stwierdzenia typu: “Od****ło im już całkowicie!”.

    Wydaję mi się, że dzisiaj to Discovery a nie Homework jest naturalniejszym wstępem do Daft Punk. Dla mnie też tak było i dlatego muszę się trochę wysilić żeby zrozumieć reakcje na drugą płytę, ludzi którzy wcześniej mieli tylko debiut Daftów. I dochodzę do wniosku, że może na ich miejscu byłbym bliski powtórzenia słów kolegi z poprzedniego akapitu (tyle że nie używam wulgaryzmów). Na pewno chciałbym rozstrzygnąć, czy przypadkiem te wszystkie akcje, których esencją było przywdzianie hełmów na głowy, nie są objawem jakiegoś odklejenia się od rzeczywistości, mocnego kryzysu psychicznego, czy czegoś w tym stylu. Na szczęście jakby przewidując takie wątpliwości, Thomas i Guy-Man przy okazji Discovery jak chyba nigdy wcześniej i później, udzielali całej masy wywiadów, tłumacząc dlaczego ta płyta jest taka a nie inna. Emanowali przy tym wyjątkowym jak na siebie spokojem i cierpliwością i choćby to niech świadczy o tym, że moje obawy o stan psychiczny Daftów były trochę nietrafione. Choć… nie do końca! To właśnie tworzenie płyty Discovery stało się dla duetu swoistą pohomeworkową terapią którą przeszli z sukcesem, co owocowało w wywiadach.

    Skala sławy jaką Thomas i Guy-Man zdobyli dzięki odrabianiu prac domowych była imponująca i niejednego by przerosła. Sytuacja była nowa i nasi bohaterowie chcąc uniknąć przyszłych problemów wraz z nowym albumem mieli znaleźć odpowiedź jak należy teraz postępować. Kluczem okazał się powrót do dzieciństwa - wtedy bardzo chcieliby być tu gdzie są, i trudno takie dziecięce marzenia potępiać. Szukając co czyni tamto pragnienie bycia sławnym od pustej żądzy tak obecnej w świecie dorosłych, doszli do wniosku, że dzieci chcą się po prostu dobrze bawić.

    Obrazem tych przemyśleń został ósmy utwór na Discovery - “High life”. Dafci mówią, że można go połączyć z uczuciem jakie towarzyszy im, gdy jeżdżą limuzynami, podstawionymi najczęściej przez wytwórnie muzyczne. “Nikt nie musi jeździć limuzynami, to bezcelowe i absurdalne, ale jednocześnie często bardzo przyjemne. Przypomnij sobie Kopciuszka, potraktuj to jako fantazję i będziesz miał z tego frajdę!” Mieć “fun” klaruje się jako przesłanie Discovery.

    O historiach i odczuciach, które można powiązać z innymi piosenkami z płyty, możemy przeczytać w świetnym opracowaniu Piersa Martina - Daft Punk: The Birth of The Robots. Fajnie wiedzieć, że nie tylko ja lubię sobie wymyślać historie do utworów, szczególnie do tych bez słów, niby nic nie opowiadających. Zachęcony przez Daftów podkreślających, że jazda limuzyną to tylko ich prywatne, nie uprzywilejowane skojarzenie związane z “High life”, wspomnę o moim.

    Słuchając “High life” przypominam sobie gimnazjum i moment, gdy natrafiłem na filmik ze wspólnego wyjazdu w Alpy części “szkolnej elity”. Krążyły pogłoski, że na ich imprezach pojawiają się wszystkie możliwe narkotyki. W moim prestiżowym gimnazjum uczyłem się jednak w tej jedynej w roczniku klasie, do której praktycznie nikt nie chciał się dostać.

    Zauroczyłem się w pewnej dziewczynie chodzącej do jednej z tych “lepszych” klas. Była dla mnie kimś z wyższych sfer. Imponowała mi jej naturalna pewność siebie. Jej sposób bycia sprawiał, że jakby od niechcenia wyróżniała się wśród próbujących się wyróżniać dziewczyn: bogatych, ładnych, zawsze modnie ubranych. Ponadto - zobaczyłem to później na facebooku i wspominałem o tym w pierwszej części “filozofii” - lubiła Daft Punk! Już wtedy! Słuchać Daftów w gimnazjum, to dopiero “high life”! Mi to nie było dane. Mogę tylko wyobrażać sobie w rytm utworu, jak bardzo moja pewność siebie by przez to wzrosła, jak bardzo czułbym się cool.

    Pod koniec gimnazjum powoli zmierzałem w kierunku muzyki klubowej, ale żeby trafić na Daftów, potrzebowałem kolejnych kilku lat. Skąd niedorzeczny pomysł, że mógłbym polubić ich w dzieciństwie? Nie byłem na to gotowy - oto trzeci i najważniejszy powód, dla którego nie mogę powiedzieć, że “Toonami Midnight Run: Special Edition” zmienił moje życie. Szczytem mojego gustu muzycznego w tamtym okresie było Ich Troje i Golec uOrkiestra.

    Mam jakieś mgliste myśli, że w dzieciństwie spotykałem się z animacjami teledyskami do Discovery, ale pewnie tylko migały mi gdzieś przypadkowo, rozpraszając mnie podczas odrabiania pracy domowej.

    #dawidk01
    Założyłem stronę facebookową, na której chcę się szerzej wypromować https://www.facebook.com/Dawidk01-109294100813428/ . Zapraszam do lajkowania!

    #daftpunk #muzyka #muzykaelektroniczna #ciekawostki #gimbynieznajo #nostalgia #kiedystobylo #gruparatowaniapoziomu #cartoonetwork #foxkids #toonami #starefilmy #feels #house #pop

    UWAGA: Ten wpis to początek planowanego przeze mnie tryptyku o Discovery, który stanowił będzie jedną całość. Kto pierwszy zgadnie tytuły dwóch kolejnych części, ten będzie mógł przeczytać je przedpremierowo :)

    Części: 0 i 1, 2, 3, 4, 5, 6, Stardust, French Touch, 9

    Dziękuję za wszystkie plusy i komentarze. Zachęcam do plusowania i komentowania.
    pokaż całość

    źródło: daft.png

  •  

    Filozofia według Daft Punk

    9. Przemiana

    pokaż spoiler Revolution 909 - utwór Daft Punk z debiutanckiej płyty Homework, nawiązujący tytułem do beatlesowskiego Revolution 9, oraz do syntezatora Roland TR-909.


    Jest nawet wielce prawdopodobne, że wszyscy bez wyjątku ludzie, którym sądzone było pokazanie światu czegoś całkowicie nowego i oryginalnego, doświadczali cudu nagłej metamorfozy. A jednak mimo że o owych cudach mówi się wiele i często - we wszystkich niemal biografiach wielkich ludzi - nie potrafimy z nich zrobić najmniejszego użytku. ~ z książki Lwa Szestowa “Wielkie Wigilie”

    09.09.1999, godzina 9:09
    Gdy Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem Christo ocknęli się po wybuchu syntezatora nad którym pracowali, stwierdzili, że zmienili się w roboty.

    Po raz kolejny nie chce się wierzyć w historię opowiedzianą nam przez Daft Punk. Wcześniej mówili, że zaczęli tworzyć muzykę elektroniczną przez to, że w klubach były ładne dziewczyny. Potem twierdzili, że teledysk Da Funk jest w sumie o niczym, a pierwszy człon nazwy - Daft - to tak naprawdę dziwny skrót, który po polsku powinien brzmieć “Pasp”.

    Teraz jednak po raz pierwszy samo wydarzenie było dziwniejsze od historii do niego dopowiedzianej. Efekt przemiany w roboty został zaprezentowany w 2001 roku. Wtedy to zamiast dwóch młodych muzyków świat ujrzał dwa androidy. Od tej pory, gdy Guy-Manuel i Thomas pokazują się publicznie jako Daft Punk, to (prawie) zawsze mają na sobie te specyficzne stroje robotów, których najbardziej znanymi atrybutami i swoistym znakiem rozpoznawczym duetu stały się hełmy zaprojektowane przez Paula Hahna z Daft Arts i francuskich reżyserów Alexa Courtèsa i Martina Fougerola.

    Skoro stroje (hełmy) zostały dopiero wykonane, to znaczy, że Dafci nie obudzili się w nich od razu po wybuchu. Przemiana z 09.09.1999 bezpośrednio dotknęła w takim razie chyba tylko duszy dwójki Francuzów. I rzeczywiście, w kolejnych latach Daft Punk przemawiać będą robotycznym głosem, a rozważania nad życiem robotów stanowić będą ważną część ich twórczości.

    Wystarczy tych głupot. Już tradycyjnie w celu głębszej analizy, by spróbować zrozumieć naprawdę skąd pomysł na założenie hełmów na głowę, musimy przynajmniej na jakiś czas odrzucić wiarę w tłumaczenia Daftów.

    Szukając głębokich idei inicjujących tę przemianę powinniśmy prawdopodobnie zwrócić się w stronę Thomasa Bangaltera. To przeświadczenie wynika z wywiadów przeprowadzanych na przestrzeni lat z duetem, w których prawie zawsze Thomas jest postrzegany przez dziennikarzy jako gadatliwy i dużo bardziej od Guy-Mana skłonny do prezentowania swoich przemyśleń. W jednym z wywiadów dziennikarz opisuje Guy-Mana puszczającego do niego oczko, gdy Thomas zaczyna swoje filozoficzne wywody. Przy okazji omawiania projektu Stardust, po raz pierwszy w praktyce poznaliśmy filozoficzne usposobienie Thomasa, ujawnione w decyzji o rezygnacji z oferowanych milionów dolarów za kolejne piosenki w wykonaniu tria. Motywacją było specyficzne pragnienie, by Stardust mógł przejść do historii jako jedyny prawdziwy “one-hit wonder”. W teledysku do “Music Sounds better with you” Stardustu, członkowie zespołu pojawiają się w dziwnych kombinezonach, w których ciężko rozpoznać kto jest kim. Czy to zalążki androidów Daft Punk? Bardziej jeden z ostatnich etapów procesu prowadzącego do założenia hełmów.

    Dafci od początku swojego istnienia pokazywali, że posiadanie rozpoznawalnych twarzy to zdecydowanie nie jest ich cel. Ukrywanie się za przeróżnymi maskami, albo przybieranie dziwnych póz (na przykład udawanie żaby) wzbudzało zainteresowanie mediów, co widać choćby po tym, że recenzja debiutanckiej płyty w magazynie Melody Maker z 1997 roku nosiła nazwę “Mask Force”. Dokładając do tego olbrzymią niechęć mówienia o swoim życiu prywatnym, widzimy że ich sposób na budowanie wizerunku był naprawdę nietypowy, szczególnie na początku kariery, gdy większość muzyków chce lądować na pierwszych stronach gazet i posmakować sławy. Nie za bardzo było wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Thomas i Guy-Man starali się to tłumaczyć w wywiadach, ale… bywało ciężko, czego najlepszym przykładem jest artykuł w magazynie NME, którego czytanie wprawia w lekkie zakłopotanie. Do pewnego momentu jest całkiem normalnie, aż do pytania dziennikarza: “Nie sądzicie, że ludzie mogą chcieć się czegoś o was dowiedzieć, o osobowościach stojących za muzyką?”. Dostaje na to odpowiedź od Thomasa: “Może i chcą, ale się nie dowiedzą”. Bangalter dodaje co prawda: “nie mówimy, że mamy rację i że tak powinni robić wszyscy muzycy. Po prostu nie chcemy zachowywać się jak wielkie gwiazdy rocka z wielkim ego i nie obchodzi nas, co ludzie myślą o naszych koszulkach lub fryzurach”, ale żeby nie było zbyt miło, na koniec odpala: “nie lubimy też, gdy zadaje się nam głupie pytania”.

    Niewyparzony język to bez wątpienia jedna z cech Thomasa. Nie tylko wśród dziennikarzy nie bierze jeńców. Reżyser teledysku do “Around the world” Michel Gondry wspominał kiedyś, że Bangalter potrafił umówić się z nim na spotkanie, by oznajmić mu tam, że jego nowy film jest bardzo słaby. W świetle tego aż strach się bać Guy-Manuela, który jest postrzegany jako kontrast dla niby miłego Thomasa i nawet łatka “gbura” nie jest mu obca. Ale Guy-Man jest po prostu nieśmiały. Więcej myśli niż mówi. Jest prawdopodobnie bardziej pragmatycznie usposobiony niż jego kolega i wydaje się, że przemiana w robota ma dla niego bardzo proste podłoże. Cieszy się, że to robot może wykonać za niego robotę - prezentować się światu w imieniu Daft Punk. Mówi, myśląc może o wspomnianych łatkach (ale też charakterze Thomasa): “Ludziom pewnie nie spodobałyby się niektóre nasze cechy. Ale roboty... Są ok!”.

    O ile Bangalter raz na jakiś czas, szczególnie w ostatnich latach daje się sfotografować, czy to na gali filmowej (jako mąż aktorki, ale też podobno… początkujący reżyser filmowy), czy to oglądając mecz piłkarskiej reprezentacji Francji, o tyle Guy-Mana zdjęcia prywatne to naprawdę rzadki okaz, a te które mamy nie pomagają za wiele. Bo choć przeważnie w długich włosach, Francuz potrafi być łysy przez jakiś czas, i choć zazwyczaj chudy, to w pewnym okresie wyraźnie przytył. W rozpoznaniu go na ulicy może pomoże anegdotka z młodzieńczych lat. Gdy wraz z Thomasem wyszli do klubu, po jakimś czasie Bangalter dostał pytanie o tę dziewczynę, która była wraz z nim.

    Trudno nie być przekonanym do tezy, że głównym celem hełmów jest ochrona przed sławą, gdy natrafiamy na takie cytaty jak ten: “We Francji mówisz o Daft Punk i jestem pewien, że słyszały to miliony ludzi, ale mniej niż kilka tysięcy ludzi zna naszą twarz - to jest to, co nas interesuje. Nie chcemy spotkać ludzi w naszym wieku, ściskających nam dłoń i mówiących: „Czy mogę prosić o autograf?”. Uważamy, że jesteśmy dokładnie tacy jak oni.” Wydawać by się mogło, że tezę potwierdzimy ostatecznie, mówiąc o wyznawanej przez twórców muzyki techno wierzę w ideę “faceless techno” (techno miało służyć ludziom do tańca, a nie do promowania nowych gwiazd) i pewnie wszczepionej Thomasowi przez Daniela Vangarde fascynacji bycia trzymającym się na uboczu producentem muzycznym (pociąganie za sznurki będąc anonimowym jest rzeczywiście bardzo podniecające). Dołóżmy do tego jeszcze dwa cytaty Daftów: “Nawet dziewczyny mogą zakochać się w Twojej muzyce, ale nie w Tobie” oraz “Uważamy, że muzyka jest najbardziej osobistą rzeczą, jaką możemy dać”, i możemy kończyć wpis.

    Otóż nie.

    Jeżeli naprawdę chodziłoby tylko o to, by Thomas i Guy-Man mogli sobie spokojnie jeździć metrem, to po co te hełmy? Jeżeli jedynym celem Daft Punk miałoby być dostarczanie muzyki, co sugerowali czasem w wywiadach, to po co brylowanie na galach muzycznych w strojach robotów albo pozowanie u boku Karlie Kloss do magazynu Vogue. Wystarczyłoby zamknąć się w studiu i produkować. A przecież zakładając hełmy, Dafci mogli się narazić na niezrozumienie i wyśmianie ze strony fanów i dziennikarzy.

    Doszliśmy wreszcie do motywów, które wydają mi się bardziej interesujące od chęci bycia anonimowym. Prezentowane najczęściej przez Bangaltera, i coraz bardziej z biegiem lat klarujące się myśli stojące za wszelkimi kluczowymi decyzjami naszego duetu (takimi jak założenie hełmów) streściłbym w kilku zdaniach: Zapiszemy się, albo i nie w historii muzyki popularnej. Ale jeśli tak, to musimy zdawać sobie sprawę jak ciekawej historii jesteśmy częścią. Nie chcemy powielać starych schematów, ale też nie wymyślimy muzyki na nowo. Możemy dodać do niej kolejny rozdział.

    Gdy dobrze znasz historię, czasem to, co innym jawi się jako ekstrawagancki eksperyment, jest może bardziej bezpieczne niż się wydaje. Wielu muzyków przybierało różne kreacje i dobrze na tym wychodziło. Nie szukając daleko, Kraftwerk - pionierzy muzyki elektronicznej, w występach na scenie przypominają zachowaniem roboty. Jeśli wymyślono syntezatory i maszyna zastępuje granie muzyka studyjnego, to robot tworzący muzykę już nie jest tak wielką abstrakcją, choć może budzić grozę. Zabawię się w proroka, że przy następnej płycie (podobno planowanej na rok 2020, ale póki co zatrzymanej przez pandemię) nasz duet poeksperymentuje ze sztuczną inteligencją.

    Daft Punk nie był pierwszym zespołem w hełmach na głowie. Nawet nie pierwszym we Francji. Ale o dziwo w wywiadach z naszym duetem nie natrafiłem na wzmianki o zespole Space. Ich ciekawe, elektroniczne brzmienie (space disco, w którym miało być futurystycznie i tanecznie - coś nam to przypomina?) i przede wszystkim stroje (co prawda bardziej astronautów, niż robotów), hełmy przypominające trochę ten Guy-Mana, to wszystko sprawia, że trafny wydaje się komentarz na youtubie do kawałka Magic Fly: “Fathers of Daft Punk”.

    Jeżeli stroje Space zostały zaakceptowane przez publiczność, to jak większe szanse na to miały zrobione w profesjonalny sposób hełmy Daft Punk, stylowe, o nienagannych proporcjach (ciężko wykonać podróbkę wyglądającą dobrze).

    Wydaje się, że w pewnym momencie duet stwierdził, że zamiast przebierać się w coraz to nowe maski, trzeba zbudować swój wizerunek w bardziej kontrolowany i przemyślany sposób, by mówiło się o samych maskach, a nie tylko o tym, że je zakładają. Do myślenia w ten sposób skłoniło wreszcie Daftów młodzieńcze uwielbienie do zespołu KISS i ich wizerunku opartego na makijażach, a także wcielenia Davida Bowiego - amerykańskie inspiracje, typowe dla Daft Punk.

    Czy hełmy są stałym atrybutem duetu? Ziggy Stardust nie miał długiej historii. KISS dokonało wielkiego zmycia makijażów, dzięki czemu trochę zapomnieni odzyskali swoją popularność. Roboty Daft Punk trwają jednak już wiele lat i mają szansę na dalszy ciąg. Hełmy nie są przynajmniej podatne na upływ czasu. Zakładając je nawet w wieku 80 lat Dafci mogą wyglądać ciągle cool (przynajmniej z twarzy). Ewentualnie zamiast Thomasa i Guy-Mana mogą wystąpić aktorzy, no bo w sumie co za różnica.

    Wiele było przesłanek, że Dafci nie założyli hełmów raz na zawsze. Sama natura Daft Punk, czyli chęć do ciągłego eksperymentowania jest jedną z nich. Problemy sprawiały wywiady telewizyjne, no bo jak się komunikować w hełmach, poza tym to trochę niekulturalne rozmawiać z kimś w takim odzieniu. A i hełmy miały wyglądać inaczej. W ostatniej chwili Dafci zrezygnowali z peruk, które miały je przystrajać. W sumie mogliby kiedyś do nich wrócić.

    Dafci mówią, że interesuje ich granica między fikcją i prawdą, przenikanie się tych dwóch światów (chyba dlatego czasem gadają głupoty). Ten moment w którym patrzysz w telewizor, widzisz roboty odbierające nagrodę Grammy w kategorii “najlepszy album” i zastanawiasz się co jest grane. To sytuacja jak z filmów o superbohaterach, tylko że w prawdziwym życiu. “Będąc dzieckiem oglądałem Supermana. Strasznie jarało mnie to, że Clark Kent jest Supermanem i nikt o tym nie wie. To bardziej ekscytujące niż marzenie o byciu najsławniejszą osobą na świecie” mówił Thomas.

    Tym samym, nasz duet nie zaprzeczył swoim buńczucznym oświadczeniom, że nie chcą być gwiazdami popu. Gwiazdami są roboty, które wraz z teledyskami mocno przyczyniły się do tego, by Daft Punk stał się zespołem kultowym. W tym nie ma przypadku, bo Thomas i Guy-Man przyznają w końcu po latach, że na stronę wizualną w swojej twórczości poświęcili może nawet więcej czasu, niż na muzykę. Dzięki temu udało się zjeść ciastko - zachować anonimowość, i mieć ciastko, czyli zdobyć sławę. “Nie zawsze musisz iść na kompromis, żeby odnieść sukces”.

    Hełmy zostały zaakceptowane w końcu dlatego, że nie są opakowaniem dla pustki. Dorosły facet, wpadający na pomysł, że kupi sobie strój Supermana i będzie w nim chodził po ulicy zostałby wyśmiany i raczej nikt by go nie podziwiał. Ale gdy dwóch gości przebranych za roboty potrafi porwać kilkudziesięciotysięczną publiczność, dając show, o którym mówić się będzie latami, to nawet jeśli nie kupujemy w całości tego wizerunku, chociaż go tolerujemy. No chyba, że jesteśmy sekretarzem Donalda Trumpa, Seanem Spicerem, który na występ Daft Punk na Grammy zareagował tweetem: “come on helmets? tey need to grow up”.

    #dawidk01
    Założyłem stronę facebookową, na której chcę się szerzej wypromować https://www.facebook.com/Dawidk01-109294100813428/ . Zapraszam do lajkowania!

    #filozofia (nareszcie z czystym sumieniem mogłem dodać ten tag) #daftpunk #muzyka #muzykaelektroniczna #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #roboty

    Części: 0 i 1, 2, 3, 4, 5, 6, Stardust, [French Touch](https://www.wykop.pl/wpis/50904223/filozofia-wedlug-daft-punk-french-touch-14-07-1979/]

    Uwagi:
    Wygląda na to, że rozpowszechniłem fejk, jakoby Margaret Thatcher zakazała rave’ów w 1988 roku. “Zrobił to rząd Johna Mayora i nie po lecie miłości 1988 czy 1989, tylko w 1994” - zwrócił mi uwagę użytkoownik @greyson. W błąd wprowadził mnie artykuł “French touch” na francuskiej wikipedii, i zdanie z niego: “En 1988, Margaret Thatcher, à l'époque Premier ministre britannique, décide d'interdire les rassemblements autour de la <<musique répétitive>>.” Mam nadzieję, że nie przekreśla to jednak mojego ostatniego wpisu. Co prawda jest on poniekąd zbudowany na tym fejku, ale mimo wszystko angielskie “Lato miłości” wydaje się być inspiracją dla French touch, choćby biorąc pod uwagę to, co napisałem o Laurencie Garnierze.

    Dziękuję za wszystkie plusy i komentarze. Zachęcam do plusowania i komentowania. Poprzedni wpis chyba przez dwie godziny utrzymywał się w gorących! Starsze wpisy z serii też są przez Was na nowo odkrywane, uzyskały kilka plusów, i nawet ktoś pokusił się o komentarz do jednego z nich, co było dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem.
    pokaż całość

    źródło: external-preview.redd.it

  •  

    ale mnie smuci to, że hitem jest znalezisko opublikowane przez @penszuji: o kanale @wojna_idei: . O ile kilka rzeczy jest tam sensownych, to na samym początku otrzymujemy manipulację, którą wypunktował autor kanału w swojej odpowiedzi. Ze stwierdzenia Szymona, że “nie ma dowodów” na istnienie Boga, @penszuji wysnuł wniosek, że @wojna_idei: "nie potrzebuje żadnych dowodów by uważać dowolne twierdzenie za prawdę".

    Dalsze wnioski:

    on może sobie dowolnie wybrać to, co uważa za prawdziwe bez żadnych argumentów
    Powinniśmy my 'dziękować Bogu', że Szymon fartem urodził się w rodzinie chrześcijańskiej, a nie np. w rodzinie islamskich fundamentalistów

    (to jak w końcu, może dowolnie wybierać czy nie? xD)

    Szkoda, że poważne podejście do tematu otrzymaliśmy jakoś w połowie znaleziska, dokąd pewnie duża część czytelników nie dobrnęła.

    @penszuji: w końcu rozważa prawdziwie postawioną przez Szymona tezę, że

    każda osoba ma przekonania których nie potrafi uzasadnić,
    przyznaje jej rację i zaczyna przedstawiać własną aksjomatykę:

    Aksjomaty powinny być: (...)

    Skrytykuję tylko jeden punkt z tej aksjomatyki w którym @penszuji: twierdzi, że

    jak jesteśmy w stanie coś zweryfikować lub sfalsyfikować to nie potrzeba wprowadzać aksjomatów
    Ok, ale to, że "jesteśmy w stanie coś zweryfikować lub sfalsyfikować" to... aksjomat xD

    Dalsza część znaleziska jest już całkiem do rzeczy. Prócz kilku niepotrzebnych wstawek typu:

    Szymon po prostu jest fanatykiem,
    mamy kilka merytorycznych pytań o aksjomatykę.

    Z mojej strony, mogę przyznać rację, że aksjomat aksjomatowi nierówny. No i odpowiem też na 3,4,5 pytanie krótko i zbiorczo:
    Tak, zgadzam się, że można mieć więcej lub mniej aksjomatów, ale nie wiem dlaczego lepiej jest mieć mniej niż więcej aksjomatów. Wręcz przeciwnie, im więcej aksjomatów tym lepiej, bo tak w gruncie rzeczy każdy aksjomat jest twierdzeniem (tylko bez dowodu). Jeżeli przeprowadziliśmy dowód twierdzenia i wiemy, że jest on poprawny, to nasze twierdzenie jest nowym aksjomatem. Czyli im lepiej zbudowana teoria, tym większe podwaliny. Nie musimy udowadniać udowodnionych twierdzeń, żeby z nich korzystać.

    No ale tak typowo, gdy myśli się o aksjomatach, to mówi się o sytuacji, gdy tych twierdzeń nie dowodzi się. O poprawności aksjomatu nie świadczy wg mnie to, czy jest prosty, wspólny dla różnych kultur. Powinien być użyteczny, fajny. Jeżeli przyjmujemy logikę, to aksjomat należy odrzucić, gdy prowadzi do sprzeczności. Ale raczej nie popadając w sprzeczność, możemy budować swój światopogląd na aksjomacie, że wszystko jest złudzeniem. Tylko, że raczej nic fajnego z tego nie ulepimy. Możemy też budować na aksjomacie odrzucającym logikę, ale to jest po prostu głupie. Nie widzę sensu odrzucać aksjomatów, które działają dobrze (a nie są wewnętrznie sprzeczne). Jeżeli ktoś bierze za swój aksjomat twierdzenie, że "Bóg istnieje", to dlaczego na siłę odbierać mu do tego prawo? Dyskutujmy, poznawajmy po czynach i ogólnej posiadanej przez nas intuicji "prawdy".

    Szymon jest dokładnie tym typem człowieka, który wystawiony na działanie ekstremistycznych wartości jest w stanie w nie uwierzyć bez żadnych dowodów i potem nawet dokonywać w ich imię zamachów terrorystycznych, ranić i zabijać ludzi.
    Tak jak my wszyscy.

    #filozofia #katolicyzm #wojnaidei #gruparatowaniapoziomu #dawidk01
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    +: Drakii, V......1 +24 innych
    •  

      @penszuji: Postulat czajniczkowy spełnia kryterium falsyfikowalności, chociaż nie wiem, co miałoby wynikać, gdyby nie spełniał.

      +: C...e, iAmTS
    •  
      C...e

      +5

      Czy ktokolwiek tutaj jest przekonany przez argument kalam?

      @penszuji: Nikt, ale kalām to jest na tyle znany argument, że jest dobrym testem tego, czy ktoś wie o czym mówi. Np. czy wie, że składa się z dwóch części, w tym jednej opartej na analizie pojęciowej, która odpowiada na Tw drugi zarzut.

      A argument nie moze dzialac jak bazuje na czyms czego nie wiemy czy jest prawda.

      @penszuji: Nie no, argument jak najbardziej może działać jak bazuje na czymś, co do czego wydaje się że to może być prawda, ale tego nie wiemy do końca. To, że wszechświat zaczął istnieć to jest w miarę, wydaje się, racjonalne założenie. Nie żebym się z nim zgadzał, ale jak słyszę że ktoś coś takiego mówi, to nie mam wrażenia, że bredzi od rzeczy.
      pokaż całość

      +: d.....r, Dawidk01 +3 innych
    • więcej komentarzy (15)

  •  

    Filozofia według Daft Punk

    French Touch

    14.07.1979 - Jean-Michel Jarre bije rekord Guinessa, gromadząc milionową publiczność na Place de la Concorde w święto Francji.

    Kilkanaście lat później francuska muzyka elektroniczna znów daje o sobie znać, gdy dzięki Margaret Thatcher, utwory spod znaku French Touch podbijają parkiety klubowe całego świata. Dzięki komu? Co tu robi Żelazna Dama?

    Muzyka, rave’y i MDMA sprawiły, że po 20 latach doczekaliśmy się drugiej edycji “Lata Miłości”. Pierwsze, hippisowskie z 1967 odbyło się w Kalifornii, drugie w 1988 zawitało do Wielkiej Brytanii i przeciągnęło się na 1989 rok. Thatcher się jednak nie podobało, więc zabroniła zgromadzeń odbywających się wokół “repetytywnej muzyki”. Rave’y szukające dla siebie nowego miejsca znalazły podatny grunt po drugiej stronie kanału La Manche inspirując pokolenie nowych muzyków.

    Francuski naród pogodzony z niemożnością osiągania sukcesów w muzyce rockowej, która zdominowała świat na kilka dekad, znalazł wreszcie dla siebie pole na którym mógł rywalizować z Brytyjczykami - muzykę elektroniczną, taneczną. Z rockiem nie udawało się choćby przez barierę językową, która nie dotyczyła już techno. Dodatkowo, o ile Jean Michel-Jarre był przesłanką, że Francuzi poradzą sobie w muzyce elektronicznej, to inny fakt świadczył na korzyść przyszłych sukcesów w muzyce tanecznej.

    Przypomniano sobie, że w latach 70’ i 80’ ekspansje brytyjskiego rocka próbowano zrównoważyć kontynentalną muzyką taneczną, której producentami byli często właśnie Francuzi. Gatunek disco przybył zza oceanu i rozgościł się na dobre w Europie, najczęściej w popowym wydaniu. W 1974 poznaliśmy szwedzką ABBĘ, wygrywającą konkurs “Eurowizji” piosenką “Waterloo”. Wkrótce potem objawił się geniusz pochodzącego z Włoch Giorgio Morodera tworzącego hit za hitem, choćby dla Donny Summer. Wtedy może nie każdy wiedział, że za sukcesami wokalistki stoi Europejczyk, a formowały się też inne, nie wyglądające na europejskie projekty, takie jak Boney M. niemieckiego producenta Franka Farina, albo znany z piosenki Y.M.C.A. zespół Village People zainicjowany przez dwóch Francuzów. Zespoły Ottawan, czy Gibson Brothers dla których produkował wspominany już w tej serii kilkukrotnie Daniel Vangarde też były tak naprawdę francuskie, choć wykonywały utwory w języku angielskim.

    French Touch obudził ducha muzyki disco wykorzystując do tego jeszcze nowszy gatunek: house wymyślony przez DJ-a z Chicago, Frankiego Knucklesa. Nurt French Touch jest czasem nazywany French Housem (choć French House według mnie jest zbyt wąskim pojęciem, do French Touchu zalicza się choćby niezbyt house’owy, ale odnoszący w tamtych latach sukcesy zespół Air).

    Gdy mówi się o początkach French Touch, często wspominany jest Laurent Garnier. Pracując w Anglii poznał kwitnącą scenę house i sam był DJ-em w sławnym klubie “The Hacienda” z Manchesteru. Spotkał też Frankiego Knucklesa, gdy przebywał w Nowym Jorku. Na wikipedii pierwsze ślady jego twórczości datuje się na 1990 rok. Potem, w 1998 roku Garnier został zwycięzcą “Victoires de la musique” (nagrodą określaną francuskimi Grammy) w kategorii “Album de musiques electroniques, groove, dance de l’année“. Ciekawe jest jednak to, że była to pierwsza taka nagroda. Przedtem muzyka elektroniczna nie miała swojej kategorii.

    Następni francuscy pionierzy French touch o których się wspomina to duet Motorbass (rok 1992), czyli Étienne de Crécy i Philippe Zdar - późniejszy członek Cassius. Ale najważniejsze rzeczy dla tego nurtu zaczęły się dziać w drugiej połowie dekady.

    W latach 1997-1999 Francuzi doczekali się debiutanckich płyt zespołów Daft Punk, Cassius, Air. Symbolicznym szczytem French Touch uznaje się utwór tria Stardust - “Music Sounds better with you”. Stał się on przynajmniej we Francji symbolem końca infamii nałożonej na muzykę klubową (podobno też “Techno parady” wpłynęły pozytywnie na postrzeganie tej muzyki). Thatcher zakazała organizowania rave’ów, a 10 lat później w swojej kampanii hit Stardust wykorzystała partia RPR przyszłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego. French Touch miało się stać marką reprezentującą nową, silną i nowoczesną Francje.

    14.07.2017 - w święto narodowe Francji orkiestra wojskowa wykonuje przed Donaldem Trumpem i Emmanuelem Macronem składankę z muzyką Daft Punk.
    1.01.2020 oglądam przywitanie Nowego Roku we Francji - fajerwerki na Polach Elizejskich w rytm francuskiej muzyki elektronicznej (konkretnie, wykorzystano mashup C2C, Daft Punk i Justice i utwór Cassius - "I love you so").
    To pokazuje z jakiej muzyki Francuzi są dumni.

    ***

    Przed dalszą podróżą z naszym duetem przypomnijmy sobie w krótkim kalendarium jak wyglądał rozwój Daft Punk w ich pierwszych latach istnienia:

    wrzesień 1993 - Thomas i Guy-Man spotykają DJ Stuarta Macmillana z duetu Slam i prezentują mu demo jednego z utworów. Macmillanowi się podoba, przyjmuje młodych do swojej wytwórnii, Somy;
    11 kwiecień 1994 - premiera pierwszego singla Daft Punk - “The New Wave”, w wytwórni Soma;
    maj 1995 - drugi singiel: “Da Funk”;
    luty 1996 - trzeci singiel (ostatni w wytwórnii Soma): “Indo Silver Club”;
    1995-1996 - “Da Funk” zyskuje popularność, głównie za sprawą The Chemical Brothers (Bracia włączyli utwór do swojej koncertowej setlisty);
    wrzesień 1996 - Daft Punk podpisują kontrakt z wytwórnią Virgin Records;
    grudzień 1996 - “Da Funk” nakładem Virgin Records trafia do sprzedaży w 30 tys. egzemplarzach;
    17 styczeń 1997 - pierwszy koncert (w Manchesterze) z trasy “Daftendirektour” pierwszej oficjalnej duetu;
    20 styczeń 1997 - ukazuje się debiutancki album “Homework”;
    luty 1997 - premiera pierwszego teledysku, do “Da Funk”;
    22 luty 1997 - “Da Funk” trafia na 7. miejsce listy przebojów w UK;
    17 marzec 1997 - premiera kolejnego singla - “Around the world”;
    kwiecień 1997 - teledysk do ‘Around the World”;
    10 kwiecień 1997 - “Around the World” trafia na 61 miejsce Billboard Hot 100 w USA.
    Po kolejnych dwunastu miesiącach duet miał już za sobą 70 koncertów, kolejne dwa single i dwa teledyski, nominację do nagrody Grammy, 4 nominacje do nagród MTV. Homework rozszedł się do tej pory w dwóch milionach egzemplarzy.

    #dawidk01
    Założyłem stronę facebookową, na której chcę się szerzej wypromować https://www.facebook.com/Dawidk01-109294100813428/ . Zapraszam do lajkowania!

    #daftpunk #muzyka #muzykaelektroniczna #francja #disco #house #frenchhouse #ciekawostki #90s #gruparatowaniapoziomu i zdjęcie #alizee na podbicie zasięgów ;) (zastanawiałem się nad zdjęciem Serge’a Gainsbourga, ale Alizee troszkę atrakcyjniesza...)

    Części: 0 i 1, 2, 3, 4, 5, 6, Stardust.

    Uwagi:
    Stardust i French Touch są 7 i 8 częścią “Filozofii według Daft Punk”. Nie numeruję ich, bo w sumie nie wiem która jest która, i są trochę jakby obok głównej historii.

    Dzięki za wszystkie plusy i komentarze.
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

    +: InspektorNadzoru, WykresFunkcji +348 innych
  •  

    Kolejny wpis z serii. Poprzedniemu mało brakło do “gorących”, może tym razem się uda ;)

    Filozofia według Daft Punk

    6. Homework

    “Mam to!” - stwierdzam w pewnym momencie i nagle po wielu dniach wątpliwości, zniecierpliwienia, a nawet frustracji i bicia z myślami, że może jednak nie dam rady, dochodzi do mnie, że już skończyłem. Wpis jest gotowy i jedyne co zostaje, to wrzucić go na wykop. Chyba podobne odczucie towarzyszyło Thomasowi i Guy-Manowi, gdy po kilkudziesięciu miesiącach od założenia Daft Punk stwierdzili, że mają wystarczająco materiału na debiutancki krążek. Płyta otrzymała nazwę "Homework", ponieważ "powstała w domu na samodzielnie kupionym, tanim sprzęcie” - twierdził duet. “Żeby być wolnym - musieliśmy mieć kontrolę. Żeby mieć kontrolę, musieliśmy wszystko sfinansować sami.” W wywiadach z tamtego okresu mówili też “tworzyliśmy single, nie mieliśmy w planach wydania albumu”. Rzeczywiście, znakomita recenzja płyty “po latach” ukazana w 2018 roku w pitchforku porównuje próbę słuchania Homeworku na raz do 5-kilometrowego biegu po wcześniejszym zjedzeniu pizzy, polecając raczej dawkowanie sobie albumu - traktowania go jako grupy singli.

    Rok 1997 już w styczniu mógł się szczycić płytą Homework.
    Znajdziemy na niej:
    wydane wcześniej czy później single Alive, Indo Silver Club (oba w wytwórnii Soma bez większych sukcesów), i te z teledyskami, czyli Da Funk, Around the World, Burnin’ oraz Revolution 909, a także niesinglowy Fresh;
    lekki i łatwo wpadający w ucho Phoenix który bardzo szybko mi się spodobał, w przeciwieństwie do chyba zawsze pomijanego przeze mnie High Fidelity (nigdzie nie mówiłem, że każdy utwór Daft Punk jest genialny);
    dwa ciężko brzmiące utwory, ale dla mnie sympatyczne “Rock’n roll” i Rollin’ & Scratchin’ o którym grzechem byłoby nie napisanie co najmniej kilkunastu linijek w “Filozofii według Daft Punk”, ale jeszcze nie czas na to.

    Pięć pozostałych utworów nie trwa łącznie nawet dziewięciu minut, co mocno kontrastuje z tymi trwającymi sześć minut lub więcej (też jest takich pięć).
    Te krótkie to:
    Daftendirekt, czyli intro koncertowe Daftów (nagranie na płytę wykonano w Belgii na pierwszej edycji festiwalu “I love techno”);
    kończące płytę Funk Ad, czyli króciutki fragment “Da Funk” puszczony od tyłu (nie ogarniam komu to potrzebne);
    28-sekundowe WDPK 83.7 FM, w którym nasz duet składa hołd stacjom radiowym w USA (“Wsiadasz do samochodu, i ten dźwięk radia jest genialny, zupełnie różny niż w Europie” - zachwycał się Thomas Bangalter).

    Zostały do wymienienia dwa utwory, których brak szerokiej popularności mnie dosyć mocno zaskoczył, gdy pierwszy raz słuchałem ich 7 lat temu: seksowne i śmieszne Oh yeah nadające się do zostania memem piosenek “bass boosted” (zauważył to ktoś w komentarzu na youtubie) oraz Teachers, czyli wyśpiewana przez typowy dla Daftów głos “high-pitch” swoista litania do wszystkich świetnych muzyków, którzy w jakiś sposób wpłynęli na nasz duet. I zatrzymajmy się chwilę, przy tym utworze.

    Daft Punk od zawsze przyznają, że nigdy nie słuchali zbyt dużo muzyki elektronicznej, klubowej i wychowali się na rocku a nie na techno, ale w “Teachers” większość występujących nazwisk-inspiracji to DJ-e, producenci, często dosyć mało znani. Wygląda na to, że Dafci umieścili tu rzeczywiście swoich nauczycieli, ludzi od których byli w stanie coś podpatrzyć, którzy sprawili, że nagrali akurat płytę z muzyką house, którzy poniekąd zadali im “pracę domową” (drugie znaczenie tytułu płyty). Thomas i Guy-Man uczyli się sumiennie, a mieli duże zaległości.

    W artykule-wywiadzie, który ukazał się w znanym z poprzednich części naszej filozofii magazynie Melody Maker Thomas i Guy-Man podkreślali swój młody wiek, przypuszczając że pewnie nie znają wszystkich house’owych klasyków. “Dopiero w 1992 roku zaczęliśmy chodzić do klubów”.

    Czy Homework jest napisaną płytą-przewodnikiem dbającą o to, by słuchacz, a może i nasz duet nie zgubił się w muzyce house? Konstrukcja utworów na albumie zdaje się to potwierdzać, co zauważa pitchfork we wspominanej recenzji, zwracając uwagę na to jak cierpliwe duet w swoich utworach dodaje kolejne elementy do pierwotnego rytmu, dbając o słuchacza, by oswajał się stopniowo z “taką” muzyką. Melody Maker stwierdził zaś, że album brzmi jak remix muzyki klubowej ostatnich dziesięciu lat dodając, że Daft Punk są dla house’u niczym Oasis dla The Beatles. W odpowiedzi na ten zarzut Thomas i Guy-Man (ten drugi zawsze mniej rozmowny) zapewniali, że absolutnie nie chcą kopiować starej muzyki “lubimy ją taką jaka jest, więc po co mielibyśmy ją zmieniać”. Ale wziąć wszystko co najlepsze ze starej muzyki, dodać kilka swoich dobrych i dziwnych pomysłów - tutaj i przy okazji następnych projektów pojawiać się będzie opinia, że Daft Punk tworzą muzykę retro, tylko sprytnie przebraną w futurystyczne szaty.

    Jakby ktoś wątpił w eklektyczne usposobienie naszego duetu, to powinien wziąć do ręki książeczkę dołączoną do Homeworku. Otwierając ją widzimy zdjęcie biurka należącego ewidentnie do jakiegoś nastolatka (zdjęcie zostało wykonane w domu Thomasa, choć widzimy na nim fotografię może 8-letniego Guy-Manuela). Obok radia i odtwarzacza do płyt winylowych, z dzisiejszej perspektywy na biurku rzuca się w oczy na pewno brak komputera (no cóż, skoro nasz duet wychowywał się w latach 80’, to nie dziwota). Widzimy za to (bałagan) między innymi Pismo Święte stojące obok globusa, a w ich tle plakat trasy koncertowej hard rockowego zespołu KISS. Z muzycznych inspiracji mamy też naklejki Led Zeppelin i The Who, płyty Chic i coś Beach Boysów, a także prawdopodobnie wiele innych rzeczy, których nie poznaję (naklejka na kubek Andy’ego Gibba?).

    Dwa muzyczne czasopisma i magazyn Playboy przykrywa zeszyt zatytułowany “Homework”. Napis z zeszytu jest tym samym napisem, który znajdziemy na (tylnej) okładce albumu. Tenże zeszyt odsyła nas do piosenki “Teachers”. W jaki sposób? Otóż, otwierając jeszcze dalej książeczkę, widzimy ciekawy zabieg. Cały ten bałagan z biurka ma swój sens. Każdy utwór z płyty dostaje swoją małą miniaturkę będącą wycinkiem ze zdjęcia biurka. Tak jak mówiłem, “Teachers” reprezentuje zeszyt do pracy domowej, więc coraz bardziej wydaje się, że to kluczowy utwór dla Homeworku. Globus przeznaczony zostaje do miniaturki utworu “Around the world”, radio pasuje oczywiście do “WDPK 83.7 FM”, a płyta winylowa w odtwarzaczu do “Rollin’ & Scratchin’”.

    “Oh yeah” reprezentuje Playboy. Biorąc to pod uwagę, spróbujcie wsłuchać się w tekst utworu i powiedzcie co tam słyszycie, bo chyba nie ma konsensu co do tego jaki jest tekst utworu (w “zwrotce”, bo poza tym słychać oczywiście przede wszystkim “oh yeah”). Ja tam słyszę… poczytajcie komentarze pod utworem na youtubie, może ktoś zgadnie.

    “Fresh” na miniaturce dostał część biurka zarezerwowaną dla The Beach Boysów. Ponadto jak piszą Dafci w książeczce: “Fresh surfed by Daft Punk” (o każdym innym utworze jest podobny, zabawny przypisek: “Burnin’ set on fire by Daft Punk” albo “Alive created by Daft Punk”). Beach Boysom można naliczyć kilka albumów i kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt piosenek z surfowaniem w tytule. Ale mi “Fresh” jakoś nie kojarzy się z surfowaniem, ani z plażą. Szumiące fale i dźwięki elektrycznej gitary na początku utworu może i przywodzą na myśl morze, ale melodia w dalszej części próbuje mnie raczej wybudzić z tych marzeń i nasuwa myśl, że jeśli DJ grałby “Fresh” na plaży, to większość plażowiczów by ją opuściła zirytowana tymi dźwiękami. Ja już nie wiem, może mój odbiór tego utworu jest zgodny z zamiarami Daftów (czasem lubią trochę pograć na nerwach), ale z tego co czytam, jednak inni słuchacze Fresh twierdzą, że utwór jest relaksujący i można poczuć w nim plażę i morze. Sympatia Daft Punk do Beach Boysów, przede wszystkim do Briana Wilsona, którego sentencję znajdziemy na końcu homeworkowej książeczki, sprawiła zapewne, że też chcieli nagrać letni utwór. Ale Beach Boysi to przede wszystkim luźne opowiastki młodych wysportowanych ludzi o surfingu, wakacyjnych miłościach i ogólne poczucie lekkości życia w Kalifornii. Zaś “Fresh”, to dla mnie utwór dzieciaków, marzących co prawda o leżeniu pod palmą z tropikalnym drinkiem na kalifornijskiej plaży (albo zwykłym wyjściu na dwór i pograniu w piłkę), ale sprowadzanych na ziemię przez rodziców i nauczycieli zaganiających ich do odrabiania pracy domowej.

    W jednej recenzji czytamy fragment inspirowany pewnie widokiem biurka z książeczki, że słuchając debiutanckiego albumu Daft Punk można się poczuć jak wtedy, gdy miałeś 15 lat, byłeś jeszcze naiwnym dzieckiem i choć wiedziałeś, że świat stoi przed tobą otworem, to bez żadnych wyrzutów sumienia spędzałeś cały dzień na czytaniu komiksów Marvela (jeden znajduje się na biurku pod płytą Chic).

    Czy można jednak wymagać czegoś więcej od młodego człowieka, jeżeli sumiennie wykonuje swoje obowiązki? Mi odrabianie lekcji w szkole nie zajmowało wiele czasu. Nie chciałem robić więcej (chodzić na jakieś dodatkowe lekcje, kółka matematyczne itp.) i wolny czas spędzać… wolno, tak po prostu, bez żadnego planu. Czy takie podejście jest w porządku? Pociesza mnie fakt, że Guy-Man i Thomas chwalili się w jakimś wywiadzie, że nie poświęcali więcej, niż 8 godzin tygodniowo na tworzenie utworów na Homework.

    “Najważniejsze, że brzmi dobrze”.

    #dawidk01
    Założyłem stronę facebookową, na której chcę się szerzej wypromować https://www.facebook.com/Dawidk01-109294100813428/ . Zapraszam do lajkowania!

    #daftpunk #muzyka #muzykaelektroniczna #mirkoelektronika #house #techno #ciekawostki #90s #gruparatowaniapoziomu #szkola

    Dodatkowe źródło: https://imgur.com/a/nSl9xEe

    Części: 0 i 1, 2, 3, 4, 5, Stardust

    Dzięki za wszystkie plusy i komentarze.
    pokaż całość

    źródło: i0.wp.com

  •  

    Filozofia według Daft Punk

    5. D.A.F.T., czyli głupkowaty

    Początkiem filozofii jest zdziwienie

    Po pierwszym sukcesie artysta chce go co najmniej powtórzyć. Słuchacze dali szansę, ale ze szczytu na dno prowadzi krótka droga. Trzeba zatem się przyłożyć, zadbać o każdy szczegół nowej piosenki. Spróbować na przykład całą głębie swojego intelektu przekazać w tekście nowego utworu. I chyba każdy przyzna, że zespołowi Daft Punk się to udało, wystarczy tylko zerknąć na tekst do “Around the world”:

    Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world, Around the world

    Siedmiominutowa piosenka to dla radia za dużo, więc powstała także krótsza, trwająca tylko cztery minuty wersja Around the world, lecz jakże uboższa: o sześćdziesiąt cztery tytułowe frazy.

    Rozłóżmy na czynniki pierwsze tekst utworu (oczywiście pełnej wersji). Każde ze stu czterdziestu czterech powtarzanych “Around the world" symbolizuje inne państwo na Ziemi. Nasi francuscy DJ-e niczym dzisiaj koronawirus chcieli dotrzeć w najbardziej odległe rejony świata i… wystarczy tych głupot.

    ***

    Może ktoś zaprotestuje, ale sądzę, że nie słucha się Around the world dla tekstu. Do dziś utwór jest grany w radiach (w BBC Radio One czasem leci) i należy do najbardziej znanych dzieł naszego duetu. Pierwsze sekundy piosenki potrafią zaciekawić. Ten narastający bit jest w stanie Cię pochłonąć, nawet gdy właśnie grasz mecz tenisowy]. Rozbuja Twoje ciało, nawet gdy jesteś starszą panią spacerującą sobie z pieskiem po ulicy. Utwór jest tak dobry, że tańczono do niego już w latach 30’ XX wieku.

    Wyreżyserowany przez Michela Gondry’ego teledysk mocno przyczynił się do kultowości Around the world. Reżyser zauważył, że utwór można podzielić na 5 różnych instrumentów: głos śpiewających robotów, gitarę basową, keyboard grający melodię, gitarę i perkusje. Każdemu z instrumentów przypisał różną grupę tancerzy, którzy ubrani w dziwaczne stroje chodzą w kółko tanecznym krokiem po scenie mającej przypominać płytę winylową. Pomysł zrealizowany przez Gondry’ego okazał się strzałem w dziesiątkę, stał się inspiracją m.in. dla klipu do “Daft Punk is Playing at my House” zespołu LCD Soundsystem.

    Teledysk Gondry’ego idealnie wpasował się w styl Daft Punk, wyróżnia go to, co utwory duetu: jest prosty, dziwny, fajny, śmieszny (zależy od poczucia humoru) i przede wszystkim dobry.

    ***

    Zadziwiać może też z jakim kunsztem Thomas i Guy-Man składali z niepozornych puzzli całość, która miała stać się zrozumiała dopiero po piątym i ostatnim teledysku do płyty Homework. Człowiek-PIES z Da Funk i Fresh, ANDROIDY z Around the World, policjant brudzący sobie sosem POMIDOROWYM mundur w Revolution 909. Może już ktoś widzi (te duże litery nie były przypadkowe!), że brakuje do kompletu tylko STRAŻAKA gaszącego pożar. Owszem, pojawił się on w klipie do utworu Burnin’ nakręconym przez Seba Janiaka (polskie korzenie Seby!).

    I oto otrzymujemy… rozszerzenie pierwszego członu nazwy naszego duetu, skrótu D.A.F.T., jak się okazuje biorącego się ze słów: Pies, Android, Strażak, Pomidor. Powiecie, że coś tu nie gra? Wszystko jest w porządku, wystarczy te nazwy przetłumaczyć na angielski. Ostateczne wyjaśnienie widzimy w tytule filmu “D.A.F.T.: A Story About Dogs, Androids, Firemen and Tomatoes”, wydanym przez duet w 2000 roku, na którym znajdziemy wszystkie wspomniane teledyski. Dla ciekawskich, Guy-Man rozwinął w którymś z późniejszych wywiadów także drugą część nazwy Daft Punk, ale… wystarczy tych głupot.

    #dawidk01
    Założyłem stronę facebookową, na której chcę się szerzej wypromować https://www.facebook.com/Dawidk01-109294100813428/ . Zapraszam do lajkowania!

    #daftpunk #muzyka #muzykaelektroniczna #mirkoelektronika #house #ciekawostki #filmy #90s #gruparatowaniapoziomu

    Części: 0 i 1, 2, 3, 4, Stardust.

    Uwagi:
    Macie jakieś? :)

    Dzięki za wszystkie plusy i komentarze.
    pokaż całość

    źródło: vignette.wikia.nocookie.net

  •  

    Oto czwarty wpis spod tagu #kiepskafilozofia , współtworzonym przeze mnie i GuyGardnera.

    Pięć minut

    Na początek zagadka: “Kogo dotyczą poniższe zdania?
    1. Nie rozstaje się z telewizorem.
    2. Próbuje swych sił w różnych dziedzinach, był: filmowcem, malarzem, muzykiem, kreatorem mody itd.
    3. Tworzy sztukę z przedmiotów codziennego użytku.
    4. Pomysłodawca wielu projektów.
    5. Spotyka się z ciekawymi ludźmi.
    6. Myśli o tym jak to zrobić, żeby się nie narobić, a zarobić.”

    Andy Warhol, amerykański artysta z XX wieku uwielbiał amerykańską telewizję, malował puszki z zupą i dolary, wyreżyserował między innymi znany film “Sleep” (w którym przez kilka godzin obserwujemy śpiącego człowieka), by w końcu utworzyć fabrykę The Factory, która miała zajmować się masową produkcją dzieł artystycznych, i stała się miejscem spotkań znanych osobistości. Stał się producentem sztuki, pomysłodawcą idei, której realizacją zajmowali się inni - jego nazwisko widnieje choćby na wizjonerskiej, bananowej płycie zespołu The Velvet Underground. Warhol uważał, że najlepszą sztuką jest dobry biznes, i niech o jego przedsiębiorczości świadczy to, że mimo powyżej wymienionych dokonań miał z czego żyć.

    Nasza zagadka ma oczywiście dwie odpowiedzi. Ferdynand Kiepski tak jak Andy Warhol większość dnia spędza przed telewizorem, a w wolnym czasie był filmowcem (odcinek 132), malarzem (90), muzykiem (246), oraz kreaturą mody (27). Swoje prace tworzył choćby z puszek po piwie i mięsnych podrobów. Jego zawołanie “mam pomysła” niczym archimedesowskie eureka kojarzą wszyscy, a organizowane przez niego libacje… spotkania z sąsiadami budzą nie mniejsze zainteresowanie niż te w The Factory. Przy tym wszystkim Ferdek choć bezrobotny ma prawie zawsze pieniądze na piwo. Szóste zdanie z naszej zagadki jest wyjęte z jego ust.

    Skąd zestawienie tych dwóch postaci?

    Twórcy Kiepskich w “Pięciu minutach”, 108. odcinku serialu wzięli na tapet myśl Warhola, który obserwując rozwijającą się popkulturę stwierdził (albo nie) pod koniec lat 60’ że “w przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut”. Pochodny zwrot ze skróconym czasem sławy jest w Polsce dobrze znany. Obdarzonego niespodziewaną popularnością mówiąc “to jest twoje 5 minut” motywujemy, by wykorzystał tę sytuację, i spróbował przedłużyć swą sławę o kolejną chwilę.

    Jeśli liczymy się z wizją Warhola, to czy światem przyszłości jest świat według Kiepskich?

    ***

    Czy pan jest Dzięcioł?
    Chyba nie...


    Łowcy talentów z tygodnika “O ja cież piernicze” udają się na “Ćwiartki 3 przez 4“ by przeprowadzić wywiad ze słynnym Jarkiem Dzięciołem (ewidentna aluzja do zmarłego niedawno Janusza Dzięcioła - zwycięzcy pierwszej edycji Big Brothera). Ktoś musiał ich wprowadzić w błąd, bo zamiast domniemanego ojca dziecka Madonny zastają zaskoczonego wizytą Ferdka Kiepskiego. Nie zraża to dziennikarzy i przeprowadzają wywiad z Kiepskim. Urzeka ich uroda i inteligencja rozmówcy i wkrótce potem Ferdek ląduje na pierwszych stronach kolorowych gazet. Prócz “O ja cież piernicze” nowego celebrytę opisują “Chłoposex” i “Biba”.

    Ferdek zyskuje podziw Paździocha, ale Halinie nie za bardzo podobają się rewelacje na temat życia seksualnego Ferdka, który podobno przywiązuje kobiety do łóżka i w nadludzki sposób je wykorzystuje, a poza tym jest dziewczyną Wiedźmina. Na szczęście napiętą sytuację rozładowuje Daria Bączek z Radia Beton, która zjawia się w mieszkaniu Kiepskich z prośbą o wywiad ze słynną żoną słynnego pana Ferdka. Halina zostaje “Kobietą tygodnia”, a swoje pięć minut dostają również Mariolka i Walduś (gazety zachwycają się jego nowymi adidasami).

    Zdziwienie u nowej celebryckiej rodziny wywołuje fakt, że sławę zyskują inni mieszkańcy kamienicy. Boczek ma ponoć zostać marszałkiem sejmu, a w wolnych chwilach je Frytki ze słynnym Klaudiuszem. Borysek zaś dostaje główną rolę w nowej wersji Wiedźmina.

    Sprawdziłem, że sława Ferdka nie trwa nawet piętnastu minut odcinka (niewiele brakuje). Media podbija w końcu niebędący dotąd sławny Marian Paździoch (występuje w “Łysych i Blondynkach”, ma dziecko z Madonną i dostaje główną rolę w nowej, najsłynniejszej wersji Wiedźmina), a Kiepscy i Boczek z przykrością konstatują, że ich pięć minut minęło. Niepogodzony z tym pomysłowy Ferdynand znajduje sposób na odzyskanie popularności - skoro media szukają nowych twarzy, to trzeba zmienić wygląd. W ten sposób zapomnieni celebryci odzyskują popularność, co kończy odcinek.

    ***

    Andy Warhol świetnie rozumiał czym jest popkultura i konsumpcjonizm, czując jednocześnie do nich wielką sympatię. Przewidział, że artyści równie dużo co o jakości swych dzieł, myśleć będą w przyszłości nad swoim wizerunkiem medialnym - do tego stopnia, że czasem mylić się nam będzie czy bardziej cenimy sztukę, czy otoczkę wokół niej. Choć mało obeznany z jego twórczością, tym co w niej cenne wydaję mi się próba odpowiedzi na takie pytania jak: czy znana i lubiana marka jest w stanie sprzedać klientom każdy produkt, czy artyści mogą być marką? Sam nią się stał i wciskał ludziom swoje dzieła, może oryginalne, ale w dużej części nie mające zbyt wiele sensu. O ile świadczy o geniuszu Warhola fakt, że wspominam w tym miejscu o filmie “Blow Job”, który ma swoją stronę na wikipedii w dziewięciu językach, to mam nadzieję, że nikomu przy zdrowych zmysłach to dzieło się nie spodoba. Trudno mi powiedzieć, na ile Andy poważnie traktował swoją twórczość, a na ile były to próby sprawdzenia jak daleko można się posunąć we wciskaniu ludziom byle czego, i przysłowiowym odcinaniu kuponów. Myślę, że jego doświadczeniami może mocno inspirować się, ot choćby Disney rozwijając markę Star Wars.

    Świat Kiepskich musi być światem dobrobytu, skoro Halinka ze swej pielęgniarskiej pensji utrzymuje bezrobotnych: męża-alkoholika, dzieci, a w późniejszych odcinkach także synową (chociaż gdyby podliczyć wszystkie interesy Ferdynanda, to może dorobił się niemałej fortuny, bo wszystko co wyjdzie spod jego egidy w serialu zamienia się w złoto). Nadmiar dóbr rozpasał społeczeństwo, w którym zapanowała głupota i gnuśność. Ludzie już nawet nie wiedzą jak się nazywają (odc 67.). Niepotrzebni są już mędrcy, sportowcy - inspiracje do tego by stawać się lepszym. Po co tworzyć wartościowe rzeczy, skoro i tak nikt nie odróżni ich od śmieci. Próżniacza potrzeba bycia sławnym pozostaje, ale nie wiadomo jak ją zrealizować. Z pomocą śpieszy telewizja: tworzy Ligę Gwiazd, w której o pierwsze miejsce rywalizuje Jan Kowalski z Bytomia z Anetą Walkiewicz z Wrocławia. Każdy dostaje 5 minut sławy - nie więcej, bo inni czekają.

    Warhol marzył o własnym programie telewizyjnym “The Nothing Special” i myślę, że byłby dumny z tego jaką ramówkę funduje telewizja w Świecie według Kiepskich. Jednak w ostatnich latach telewizja i gazety przez rozwój internetu utraciły monopol na kreowanie sław, i nie wiem, czy Andy to przewidział. Teraz nie do końca da się narzucić ludziom, by uważali kogoś za gwiazdę (chyba, że chodzi o Gretę Thunberg).

    Podobno dzieci chcą zostawać youtuberami. Sam lubię obserwować bitwę o to, by wstrzelić się w algorytmy youtube’a i wylądować w karcie na czasie. Gdy klikam w kolejne propozycje po kolejnym obejrzanym filmiku dziwię się sobie jak dużo treści można konsumować. Taki Kruszwil staje na głowie, by utrzymać zasięgi, i wymyśla coraz to większe głupoty, byle tylko kolejne rzesze nastolatków go oglądały. Cieszy mnie to, że przy tym twórcy muszą wykonać naprawdę kawał roboty. Jeżeli ma wygrywać kicz, to chociaż nie pierwszy lepszy, tylko ten, który najbardziej odzwierciedla społeczne bezguście. Może i cały świat krok po kroku przelicza każdą dziedzinę życia na dolary, ale dopóki walka o wyświetlenia trwa, wierzę, że nigdy do końca nie utracimy dobrego smaku.

    Obstawiam, że ulubionym wykopowym tagiem Warhola i kiepskiego społeczeństwa byłby #gownowpis . Tutaj widać, jak duża jest potrzeba atencji - z drugiej strony nie każdy gownowpis dostaje mnóstwo plusów. Nawet jeśli któryś wyląduje w gorących, to autor dzięki temu nie zbuduje sobie na tym trwałej wykopowej sławy, i może być smutny, gdy kolejny jego wpis nie zyska popularności. Utopią byłoby pewnie społeczeństwo, w którym nikt nie potrzebowałby atencji do szczęścia, albo… takie w którym głód sławy byłby sztucznie zaspokajany.

    Spójrzmy na 44 odcinek - Ferdek startuje w nim na prezydenta (śpiewając słynną “Obiecanke”), ostatecznie dostając w wyborach tylko cztery głosy. Każdy mógł startować? Jeśli kilka milionów kandydatów prowadziłoby swoje kampanie wyborcze, to telewizji nie starczyłoby czasu antenowego. Można odnieść wrażenie, że Kiepscy widzą tylko taki świat, jaki mają zobaczyć, każdy obywatel dostaje spersonalizowane treści nawet o tym nie wiedząc. Temu już bliżej do współczesności, i szczerze mówiąc obawiam się, że w przyszłości zostaniemy zamknięci w bańkach, każdy w swojej, i nawet nie będziemy wiedzieć, że w nich jesteśmy.

    Motyw sławy w Kiepskich pojawiał się wielokrotnie. Już w pierwszym odcinku Ferdek staje się bohaterem mediów, gdy przy użyciu wschodnich sztuk walki, których nauczył się z telewizji, pokonuje groźnego gangstera Jąkałę. Małą kopią “Pięciu minut” jest za to “Zwierzę medialne” - odcinek nr 358. Głowa rodziny Kiepskich cieszy się w nim sławą zdobytą dzięki zatrzaśnięciu w kiblu bardzo groźnego szympansa o imieniu Lolek. 15 minut sławy ponownie szybko mija, i miejsce Ferdka zajmuje Boczek, znany teraz z uratowania życia amerykańskiej piosenkarki Lady Baby. Porównując do “Pięciu minut” zgodzimy się chyba, że “Zwierzę miedialne” ma bardziej przemyślaną końcówkę. Zapomniany pogromca małp udaje się na złom do swojego przyjaciela Badury. Ten odcięty najwyraźniej od wszystkich środków masowego przekazu nie słyszał nic o wielkich czynach Kiepskiego, który zatem może ponownie o nich opowiedzieć. Poczucie uwagi uzyskanej od Badury sprawia Ferdkowi nie mniejszą przyjemność, niż ogólnopolska sława, co jest dobrą puentą tej historii i niech będzie dobrym zakończeniem wpisu.

    #dawidk01

    #kiepscy #swiatwedlugkiepskich #przemyslenia #gruparatowaniapoziomu #publicystyka #ciekawostki #filozofia
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    Nic mnie tak ostatnio nie zaskoczyło, jak usłyszenie nagrania sprzed 106 lat: "Clair de Lune" w wykonaniu kompozytora. Ten powszechnie znany, a mój chyba ulubiony utwór "klasyczny", w wykonaniu jego twórcy różni się bardzo od znanych powszechnie interpretacji. Nie ma tu za dużo miejsca na spokój płynący ze światła księżyca dający poczucie, że "wszystko będzie dobrze". Mamy za to dźwięki grane jakby od niechcenia, wrażenie, że pianista pragnie jak najszybciej zakończyć swój koncert.
    Coś mnie tu jednak urzeka. Oryginalność? (Nagranie sprzed 106 lat, brzmiące oryginalniej od wszystkich słuchanych do tej pory? To budzi zdumienie.)
    Po kilku odsłuchaniach już wiem. Tutaj nie liczy się perfekcja. Przecież każdy grając ten utwór przez najbliższe kilkaset lat będzie próbował wydobyć z niego wszystko co najlepsze. Debussy nie ma zamiaru nikogo przekonywać, że napisał arcydzieło. On się czymś zainspirował i ujął to w tej muzyce. Będąc szczerym nie chce grać tak jak każdy, bo i tak nie zagra najlepiej. Lepiej przysporzy się ludzkości, jak po prostu powciska te klawisze po swojemu, mimowolnie, ot tak. To jego utwór i nie ma prawa go zepsuć, bo... on jest w nim!

    Może Debussy liczył się z tym, że ktoś wytknie mu jakąś nieudolność, że to nie jest zagrane pięknie. Nie chciał tego zagrać pięknie, wolał zaryzykować, próbując przekazać cząstkę siebie z której powstał ten utwór. I w mojej opinii to się udało!
    Niesamowite przejmujące jest teraz dla mnie to wykonanie.

    #dawidk01
    #muzyka #muzykaklasyczna #impresjonizm #rozkminy #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Gaga nie dostała Oscara dla najlepszej aktorki, ale za piosenkę już tak. Hype oskarowy nie sprawił, że Lady jest tak popularna jak w 2010 roku, ale “Shallow” osiągnęło numer jeden na billboardzie jako pierwsza piosenka Gagi od ośmiu lat. Ona sama stwierdziła, że jest to uczucie, jakby ponownie debiutowała. Myślę, że dobrze robię przypominając tą serią wpisów czas, gdy świat był bardziej kolorowy, a my byliśmy młodsi, bardziej naiwni...

    Tu część pierwsza.

    Lady Gaga - zapomniana historia, cz. 2.

    Udawanie umierania na scenie nie spodobało się wszystkim - krwawy występ do “Paparazzi” wzbudził kontrowersję, nie pierwszą i nie ostatnią w karierze Gagi, której przypięto łatkę stosowania się do powiedzenia: “nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili”. Kontrowersjami tłumaczono wielką sławę, jaką zdobyła artystka. Mięsna sukienka, w której pojawiła się na gali VMA 2010, obrazoburcze (według niektórych środowisk) nawiązania do religii i liczne seksualne aluzje w muzyce i zachowaniu wokalistki mogły przyczynić się do tego, że Lady w pewnym okresie wyskakiwała nawet z lodówki.

    Ja tłumaczyłem sobie i innym, że cenię przede wszystkim muzykę Gagi, i oczywiście jej występy na żywo. Ten na festiwalu Oxegen z 2009. roku, to drugi, którym się zachwyciłem. Do niego wracam najczęściej, bo “Brown Eyes”, choć nigdy nie było hitem, ani singlem, jest moim ulubionym utworem w repertuarze Lady. Ta niepozorna piosenka będzie mi się kojarzyć zawsze z dziewczyną, która bardzo mi się podobała - najmocniej właśnie tej zimy, której poznałem Gagę. Słowa “everything could be everything, if only we were older” świetnie komponowały się z moimi gimnazjalnymi odczuciami naiwnego zauroczenia, ale nie zwróciłbym na nie uwagi, gdyby piosenka nie emanowała tak niesamowitą, młodzieńczą energią. Podobną odnajdywałem w utworach Beatlesów. Utwór “Don’t let me down” też pomógł mi żyć z myślą o niespełnionej miłości.

    Piosenka “Brown Eyes” odbiega mocno od stylu Poker Face, czy Just Dance. Stefani napisała ją wraz z Robem Fusarim jeszcze przed wstąpieniem do wytwórni muzycznej Interscope. Fusari odpowiada również za wspominany utwór “Paparazzi”, czy mniej popularne, ale też bardzo lubiane przeze mnie “Again Again” i “Disco Heaven”. Dopiero w ostatnich dniach, po blisku dziesięciu latach dostrzegłem, że nie był on jednym z wielu producentów Gagi, ale odpowiadał za kilka bardzo bliskich mi utworów. Duet Fusari-Gaga prawdopodobnie rozstał się w burzliwej atmosferze. Szkoda. Gdyby kontynuowali współpracę, może lubiłbym artystkę jeszcze bardziej. Po nitce do kłębka dotarłem do innych, niepublikowanych wersji demo piosenek tego duetu (napisali ich kilkanaście). Fusari wydał jedną z nich dwa lata temu. Odnalazłem ją wczoraj i zachwycam się, niczym ja-gimnazjalista z 2010 roku. Ten teledysk, dziwny, kolorowy, w tak dobrze pasującej mi stylistyce. Fusari po latach twierdził, że to on wymyślił Lady Gagę - jej pseudonim, wizerunek sceniczny (chciał za to 35 milionów dolarów). Współpracował też z inną wokalistką, która wykazywała podobieństwa do późniejszej Gagi. Karierę Liny Morgany przerwała jednak w wieku 19 lat… śmierć samobójcza. Możemy znaleźć na youtube filmiki z procesu twórczego całego trio.

    Uwielbienie dla “Brown Eyes” było mocnym sygnałem dla mnie, że mam trochę inne od większości ludzi, głębsze spojrzenie na twórczość Gagi. Ale… przyglądając się występowi z Oxegen… teraz i wtedy zachwyca mnie na pewno dar Gagi przekonania do siebie tłumów, wielka pewność siebie (w tym aspekcie podobna była wspominana dziewczyna, którą się zauroczyłem). Zastanawiam się, czy wyzywający wygląd Lady, w tym i innych występach nie miał wpływu na to, że oglądałem ją tak często - było na czym oko zawiesić. I muszę przyznać, że czułem się trochę nieswojo z myślą, że przypadkiem rodzice mogą zobaczyć, że nałogowo oglądam występy młodej wijącej się po scenie w dwuznacznych pozach dziewczyny, eksponującej swoje wdzięki w stroju, w którym wstydziłaby się pokazać tania prostytutka. Ten styl “ubioru” Gaga zawdzięcza współpracy z inną Lady, Lady Starlight, z którą grała choćby koncert na Lollapalooza.

    Wywołujące kontrowersje ubiory Lady Gagi to nie tylko kreacje ociekające erotyką, ale też wszelkiego rodzaju dziwaczne stroje (jak wspominana wcześniej mięsna sukienka). Artystka uwielbia modę, chce wyznaczać nowe trendy, przełamywać ograniczenia. Ja zawsze lubiłem rzeczy nietypowe, dziwne. Dziwactwa Gagi wcale mnie nie odpychały, a tylko podsycały zainteresowanie jej muzyką.

    #dawidk01
    #ladygaga #muzyka #pop #ciekawostki #publicystyka #gruparatowaniapoziomu #feels #gimbynieznajo #thebeatles

    pokaż spoiler W ostatnim wpisie zapomniałem jeszcze dodać, że Gaga miała być jednym z supportów na niedoszłej trasie “This is it” Michaela Jacksona.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Filozofia według Daft Punk

    4. Da Funk

    Na ulicę w nocy wychodzą zwierzęta - Travis Bickle, “Taksówkarz”

    Nie wiecie jak wygląda “pies z kulawą nogą”? To poznajcie Charlesa. Ten sympatyczny człekopodobny zwierzak (grany przez Tony’ego Maxwella z zespołu That Dog) przedstawia nam się w pięcioipółminutowym filmie “Big City Nights” - teledysku do drugiego singla Daft Punk: “Da Funk”. Reżyserowania teledysku (pierwszego w historii naszego duetu) podjął się Spike Jonze, wcześniej współpracujący między innymi z Beastie Boys, R.E.M. i Björk. Kariera Spike’a rozkwitła w następnych latach. Do jego dzieł należą filmy takie jak “Być jak John Malkovich”, “Her” (oba mocno polecam), ale też choćby ostatnio popularny teledysk do piosenki “I love it”.

    Przez cały klip do “Da Funk” obserwujemy nocną wędrówkę Charlesa po Nowym Jorku. Mieszka tu dopiero od miesiąca. Noga w gipsie, i kula przy prawym boku nie pomagają mu w poruszaniu się po zatłoczonych (nawet o tej porze) ulicach miasta. Jakby tego było mało, nosi ze sobą zepsutego boomboxa (nie może go wyłączyć), który irytuje wszystkich wkoło głośno granym “Da Funk” (w teledysku słyszymy utwór tylko z głośników tego urządzenia).

    Właściwie to na tym moglibyśmy zakończyć omawianie klipu. “Tutaj nie ma żadnej historii. To tylko człowiek-pies z ghetto-blasterem w Nowym Jorku” - przekonywał Thomas Bangalter w odpowiedzi na pojawiające się przeróżne interpretacje filmu. Skąd w takim razie taka popularność i uznanie dla “Big City Nights”? Mówi się, że to kultowy teledysk. Znowu musimy zawiesić wiarę w słowa Daftów (tak jak wtedy, gdy przekonywali nas, że atrakcyjność dziewczyn w klubach przesądziła, że będą tworzyć muzykę klubową) i znaleźć swoją odpowiedź na pytanie, będącą raczej nadinterpretacją (byle nie zbyt dużą).

    Gra skojarzeń doprowadziła mnie do próby porównania Charlesa z Travisem, bohaterem filmu “Taksówkarz”. Skąd to śmiałe zestawienie? Przyszło mi na myśl, gdy dostrzegłem, że obaj “przez szybę” poznają dziewczyny (nawet podobne do siebie), które szybko tracą w dosyć dziwnych okolicznościach - choć na początku wydaje się, że okazywane zainteresowanie ze strony kobiet daje nadzieje na dłuższe znajomości.
    Nasz psiak jest chyba trochę sympatyczniejsi od Travisa. Łączy ich z pewnością fakt bycia samotnikami, indywidualistami, odbywającymi klimatyczną wędrówkę... błąkającymi się po nocnych ulicach Nowego Jorku. Są tak nietypowi (w końcu nie często widzi się człowieka-psa, albo taksówkarza z irokezem na głowie). Irytują innych, ale tak naprawdę ich los prawie nikogo (“psa z kulawą nogą”) nie obchodzi. Wszyscy dookoła zakładają, że to miasto w końcu zasymiluje ich odmienność. Travis jest “inny” prawdopodobnie na skutek traum z wojny w Wietnamie. Charles może też przez swój wygląd (no chyba tak), ale przede wszystkim muzykę, którą gra jego boombox. Główne interpretacje teledysku wskazują na dzielne radzenie sobie z przeciwnościami (ignorancją, niezrozumieniem, wyśmiewaniem) i zdolność do poświęcenia (nawet przyjaźni) w imię pasji - w tym przypadku muzyki. Przedstawiona tutaj miłość do muzyki przypomina trochę traumę (albo jakieś silne uzależnienie) uniemożliwiającą normalne funkcjonowanie w społeczeństwie.

    Wystarczy chyba tych porównań, nie chcę przesadzać. “Taksówkarz” ma motyw walki ze złem, dla którego w krótkim teledysku Daftów raczej nie ma miejsca. “Teledysk jest lekko depresyjny” stwierdzili Dafci, “dlatego zrobimy drugą część”. Rzeczywiście, Charles powrócił w teledysku do “Fresh”. Został aktorem i co najważniejsze jest z dziewczyną, którą poznaliśmy w “Da Funk”. Przynajmniej w niej ma oparcie, gdy świat go nie rozumie (albo on świata).

    Dwoma klipami duet znalazł pierwsze ujście dla swoich filmowych aspiracji.

    ***

    “Da Funk” zostało drugim singlem Daft Punk rok po wydaniu “The New Wave”.

    Singiel - wydany w wytwórni Soma - początkowo zignorowany przez publiczność (tak jak poprzedni), lecz po kilku miesiącach rozpromowany dzięki The Chemical Brothers, grających “Da Funk” na swoich koncertach (Dafci dla odmiany zremiksowali utwór “Life is sweet” brytyjskiego duetu. Polecam posłuchać, dosyć ciekawe brzmienie i nawet w miarę przystępne; możliwe, że Bracia dzięki Francuzom poznali Spike Jonze’a, który wyreżyserował później jeden z ich teledysków).

    “W tym czasie wydano “Regulate” Warrena G., i po kilku tygodniach słuchania chcieliśmy zrobić utwór w rodzaju gangsta-rapu” - mówi Thomas Bangalter w jednym z wywiadów tłumacząc genezę “Da Funk”.

    Chwila… dwa wpisy tłumaczyłem, że twórczość Daft Punk wyrasta z fascynacji muzyką taneczną usłyszaną na rave’ach, poza tym może też na nią wpływać muzyka lat 60’, 70’. Skąd tu nagle hip-hop? Przypominam: mówiłem, że Thomas i Guy-Man gonili za muzyką, którą młodzież określa mianem cool (“something just cool” to jedno ze znaczeń wyrażenia “Da funk” w “urban dictionary”), a cool w latach dziewięćdziesiątych z pewnością był gangsta-rap. Jeśli takie wyjaśnienie nam nie wystarczy, możemy poszukać głębiej.

    Warren G. to przyrodni brat Dr. Dre, legendy hip-hopu i produkcji muzycznej, a kim są Thomas i Guy-Man, jak nie producentami muzycznymi. W muzyce Dr. Dre znajdziemy sporo elektronicznych brzmień. Co więcej, jest on uznawany za prekursora G-funku, rodzaju hip-hopu, do którego zalicza się utwór “Regulate”. Do tańca za to na pewno nadaje się funk, z którego (jak sama nazwa wskazuje) G-funk się wywodzi. Zresztą, nazwa “Da funk” wskazuje na konotacje z funkiem (hm…). No to jesteśmy w domu.

    Śledząc pochodzenie poszczególnych gatunków muzycznych, o których będę wspominał w tych wpisach, prawie wszędzie natrafimy na zdanie “gatunek powstały w Ameryce wśród afroamerykańskiej społeczności”. Tak też jest z funkiem, powstałym w drugiej połowie lat sześćdziesiątych jako synteza jazzowej swobody, rythm & bluesowej zmysłowości i soulowego klimatu. Moje skojarzenie na hasło “murzyńska muzyka”, to rytmiczne dźwięki wydobywające się z bębnów i tańczący wokół ludzie. Myślę, że bardzo bliski dla czarnoskórych społeczności może być motyw ekspresji poprzez rytmiczną muzykę. Widać to w tańcu do muzyki funk. Spójrzcie na te “kocie ruchy” do piosenki Earth, Wind & Fire.

    Czytamy, że taniec funkowy (“funk style”) odchodził od “formalizmów”. Dobry tancerz miał raczej wyrażać radość i świetną zabawę, niż perfekcję opanowania kroków, a wyróżniała go grupka klaszczących w rytm ludzi, której był centrum. Oczywiście z czasem ta wolność musiała zostać wtłoczona w ramy. Sformalizowano grupę tańców nazwaną "funk styles" - po jakimś czasie kojarzonych już nie z funkiem, a właśnie z wywodzącym się z murzyńskiego (i latynoamerykańskiego) Bronxu hip-hopem. Pokazaliśmy zatem związek tych dwóch gatunków muzycznych, bez odwoływania się do G-funku.

    Thomas i Guy-Man, o tym, że są białymi muzykami z kraju Jean-Michel Jarre’a, a nie czarnymi gangsta-raperami, przypomnieli sobie gdy krytycy w melodii “Da Funk” odnaleźli wpływ włoskiego Giorgio Morodera, a w perkusji brytyjskich legend - Queenu (mashup “Da Funk” z “Another One Bites The Dust” pojawia się w grze “DJ Hero”) i The Clash (może nazwa “Daft Punk” zasugerowała krytykom, że młodzi Francuzi inspirują się punkiem?). “Z tysiąca różnych porównań, nikt nie zgadza się z nami, że utwór brzmi jak hip-hop” - żalił się Bangalter. Później, w utworze “Daftendirekt” Dafci obwieszczają: “Da funk back to the punk, come on!” , może nawiązując do porównywania ich do wykonawców hitu “Should I Stay or Should I Go” (skoro krytycy zainspirowali nazwę “Daft Punk”, to tym bardziej tekst piosenki mógł być inspirowany jakąś recenzją).

    “Da Funk” zaczął zyskiwać popularność, a Somę coraz częściej utożsamiano z Daft Punk. Sukces duetu zaczął przerastać małą wytwórnię. I tak, po długich negocjacjach, we wrześniu 1996 roku dbając o swoją niezależność, Thomas i Guy-Man podpisują pionierską (jak pokazaliśmy w jednej z poprzednich części - przyp.) umowę z Virgin Records. Tego samego roku nakładem nowej wytwórni singiel “Da Funk” zostaje wydany ponownie, 15-krotnie większym nakładem, niż to było w ramach Somy.

    Singiel odniósł sukces w Europie. 7. miejsce na listach w UK (pewnie dzięki dużej pomocy Chemicznych Braci) i we Francji, 9. w Belgii, 5. na Islandii (!) i w Szkocji. A w USA, Dafci mogli zadowolić się tylko pierwszym miejscem “US Dance Club Songs”. Czas na miejsce w TOP 100 Billboardu jeszcze nie nadszedł. Trochę paradoksalnie, biorąc pod uwagę hip-hopowe inspiracje piosenki. Mógł to być pierwszy zawód duetu. W końcu od zawsze ciągnęło ich w stronę USA (The Beach Boys, The Velvet Underground, to zespoły amerykańskie, a ulubione filmy Thomasa i Guy-Mana o których wspominaliśmy to hollywoodzkie produkcje). Wyszło na to, że krytycy jednak się znają, i “Da funk” jest bardziej europejskie, niż się to Daftom wydawało. Mi się wydaję, że można było się tego spodziewać. W końcu historia Charlesa pokazała, że “Da funk” nie trafia w gusta Amerykanów.

    #dawidk01
    #daftpunk #filozofia #muzyka #muzykaelektroniczna #mirkoelektronika #gruparatowaniapoziomu #house #ciekawostki #filmy #hiphop #funk #90s

    Części: 0. i 1., 2., 3., Stardust

    UWAGI:
    Wydaje mi się, że w części 2. powinienem zauważyć, że jeśli coś jest cool, to przyciąga ładne dziewczyny.

    Dziękuję za wszystkie plusy i komentarze.
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

    +: Lasiu, A.............h +90 innych
  •  

    Lady Gaga - zapomniana historia, cz. 1.

    Już w nocy z niedzieli na poniedziałek Lady Gaga może dostać dwa Oscary, za najlepszą piosenkę filmową, i co ważniejsze, za pierwszoplanową rolę damską. Film “Narodziny Gwiazdy” (którego jeszcze nie oglądałem) sprawił, że artystka wróciła do świadomości ludzi po paru latach mniejszej popularności. Takie wnioski formułuję między innymi na podstawie trends.google.com - stronie, która pokazuje popularność haseł w google, (wydaję mi się) w dużym stopniu odzwierciedlając rzeczywiste zainteresowanie tematem.

    Trendy google pokazują, że w ostatnich miesiącach Gaga w porównaniu do całego świata, w Polsce osiąga szczególnie dużą popularność. Taki wniosek można sformułować także na podstawie rankingu najczęściej odtwarzanych utworów na Spotify, w którym piosenka “Shallow” zajmowała u nas pierwsze miejsce przez trzy tygodnie, a przez dziewięć nie opuszczała TOP 5 (na świecie nie ma aż tak dobrych wyników).

    Mam wrażenie, że Gaga w ostatnim czasie zyskała uwagę Polaków głównie przez zmianę swojego wizerunku. Z grającej jakieś tam “Papapapokerfejs” sztucznej, kontrowersyjnej “paskudy bez talentu” zmieniła się w świadomości Rodaków w naturalnie (nawet ładnie) wyglądającą i pięknie śpiewającą artystkę, co potwierdza choćby wpis @CordelWalker:.

    Ja tamtą paskudę uwielbiałem i nie chcę, żeby wizerunek naturalnej Gagi wyparł z pamięci ludzi tę “starą”, sprzed 8-10 lat. To wtedy artystka będąc gwiazdą numer jeden na świecie przeżywała szczyt popularności (patrząc na trendy google - jakoś trzy razy większej od dzisiejszej), do którego unaturalniona w najbliższym czasie raczej się nie zbliży, nawet odnosząc pełny sukces na Oscarach.

    Przypominam wszakże Wam zapomnianą historię.

    ***

    Zima 2008/2009

    Po piętnastu latach działalności duet Daft Punk otrzymuje wreszcie nagrody Grammy: za najlepszy album i utwór muzyki tanecznej. W tej drugiej kategorii wygrywa między innymi z “Just Dance”, debiutanckim singlem Stefani Germanotty występującej pod pseudonimem Lady Gaga, który dopiero co, po wielu miesiącach przebijania się przez dalsze pozycje trafił na pierwsze miejsce amerykańskiej listy przebojów “Billboard Hot 100”. Gagę uwielbiam, Daft Punk jeszcze bardziej, więc mi było bez różnicy który z tych dwóch utworów wygra Grammy. Cieszyłem się z tego, że dwóch moich ulu…

    nie no, spokojnie…

    Gimnazjalny “ja” w tym okresie otworzył się na nową muzykę, i po fazie na Beatlesów zaczął zasłuchiwać się w Michaelu Jacksonie. Z współczesnych młodszych gwiazd znał jakieś tam piosenki Rihanny (w piosence “Don’t stop the music” znajdziemy ślad Króla Popu). O Lady Gadze nie słyszał, a już tym bardziej o niezbyt chętnie wystawiającym się na pokaz duecie wiadomym.

    Lato 2009

    Michael Jackson nie żyje - taka informacja obiegła świat pod koniec czerwca. Przez kilka następnych dni w telewizji śmierć Jacksona była tematem numer jeden. Jego pogrzeb transmitowany w TV odbierałem jako pożegnanie części muzyki. Dla gimnazjalnego mnie odejście ulubionego muzyka było szokiem i dużym ciosem. Tak krótko go znałem. Cieszyłem się, że ma powrócić na scenę. Zachwycałem się jego starymi występami, teledyskami, z nadzieją, że jeszcze zobaczę nowe.
    Teraz już żadna piosenka Michaela nie brzmiała tak samo. “You are not alone” z piosenki o miłości stała się wyrazem żalu po zmarłym, a eko-piosenka “Earth song” sprawiała wrażenie wołania z zaświatów. Nie chcąc już myśleć o śmierci Jacksona, przestałem go słuchać, godząc się na to, że ciężko będzie znaleźć kolejnego artystę, którego tak mocno polubię. Nawet zresztą nie chciałem szukać.

    Zima 2009/2010

    Pamiętam ten grudniowy dzień.
    “Ra ra ra ra ra, romma, romma ma, gaga ulala, łaciabadromens” - usłyszałem w radiu, gdy rano jechałem do szkoły. Na początku jedno wielkie “CO TO JEST?!”. Po powrocie ze szkoły natychmiast siadam przed komputerem, patrzę na “radioarchiwum”, i włączam sobie “Bad Romance”, a potem inne piosenki Lady Gagi. Zaczynam dostrzegać jak wielką sławę zdobyła wokalistka, i dziwić się sobie, że poznałem ją dopiero teraz (trendy google pokazują, że szczyt popularności artystka osiągnęła w marcu 2010 roku).

    Twórczość Gagi poznaję szczegółowo przez następne tygodnie. Podobają mi się wszystkie jej single, opatrzone często świetnymi teledyskami. W prawdziwy zachwyt wpadam jednak dopiero po obejrzeniu występu z wrześniowego Video Music Awards 2009.

    Świetne czterominutowe show do piosenki Paparazzi, w którym nie brakuje krwi, śpiewu i tańca daje mi do zrozumienia, że nie mam do czynienia z byle jaką gwiazdeczką. Pęknięcie sztucznego serca Gagi jest jednym z ikonicznych momentów w historii VMA. Sądzę, że nie tylko mnie przekonało, że ta kobieta ma szansę stać się legendą.
    Lady Gaga zakończyła galę z trzema statuetkami. Tyle samo otrzymała Beyonce, która według Kanyego Westa powinna wygrać jeszcze jedną kategorię, czemu raper dał wyraz przerywając przemówienie nagrodzonej Taylor Swift. Tak, to zdarzenie również miało miejsce tej nocy. Co więcej, być może w dużej części zaważyło na dalszej karierze Gagi, która planowała… wspólną trasę koncertową z Westem! Prawdopodobnie, wskutek oburzenia opinii publicznej postawą Kanyego, trasa została odwołana tydzień po rozpoczęciu sprzedaży biletów. Lady kontynuowała swoją podróż na szczyt, decydując się na solowy Tour, świetnie przyjęty przez publiczność i krytykę; raper zaś zrobił sobie przerwę, po której wrócił z wybitnym albumem “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”.

    Gala VMA 2009 miała być hołdem dla zmarłego przed niespełna trzema miesiącami Michaela Jacksona. Muzyka chyba nie lubi żałoby. W każdym razie ja już ją zakończyłem, rozpoczynając nowy, trwający długie lata rozdział mojej muzycznej podróży.

    #dawidk01
    #muzyka #ladygaga #oscary #pop #michaeljackson #gimbynieznajo #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kanyewest

    PS: Planowałem, że wrzucę całość razem, ale mogłem się nie wyrobić do Oscarów, bo jutro nie mam czasu, więc wrzucam póki co pierwszą część.
    pokaż całość

    źródło: bi.gazeta.pl

  •  

    Kanye West - Uciekaj

    [Refren: Kanye West]
    Tak, zawsze znajdę, ja zawsze znajdę jakiś błąd
    Mogłaś wiedzieć, że prowadzi to donikąd
    Jestem utalentowany - spalę każdy most
    Czekaj, z tostownicy wypadł właśnie tost
    Więc zjedzmy tosta za tych głupków
    Zjedzmy tosta za tych dupków
    Zjedzmy tosta za tych śmieci
    i za każde z ich dzieci
    Zjedzmy tosta za debili
    oby się nigdy nie zmienili
    kochanie, słuchaj mnie
    uciekaj gdzie pieprz rośnie!

    [Zwrotka 1: Kanye West]
    Sprawdziła właśnie mesendżera
    A tam zaskoczenie, jest mój ch**
    I weźmie mnie zaraz cholera
    Mogła poczuć jakiś niepokój
    Patrz ona jest dobrą laską
    A ja ciągle pragnąłbym się piep***
    Winę znajdę, ale nie u mnie
    Możesz mi wierzyć - tyle umiem

    [Refren: Kanye West]
    Tak, zawsze znajdę, ja zawsze znajdę, ja zawsze znajdę, jakiś błąd
    Mogłaś wiedzieć, że prowadzi to donikąd
    Jestem utalentowany - spalę każdy most
    Czekaj, z tostownicy wypadł właśnie tost
    Zjedzmy tosta za tych głupków
    Zjedzmy tosta za tych dupków
    Zjedzmy tosta za tych śmieci
    i za każde z ich dzieci
    Zjedzmy tosta za debili
    oby się nigdy nie zmienili
    kochanie, słuchaj mnie
    uciekaj gdzie pieprz rośnie

    pokaż spoiler [Most: Kanye West] - ale tutaj nic odkrywczego nie wymyślę. Może być "uciekaj już ode mnie, uciekaj! Zaraz tu oszaleję, uciekaj!" Zwrotki Pushy T też nie tłumaczę.


    [Zwrotka 3: Kanye West]
    Nigdy nie byłem romantyczny
    Może tak mają tylko ludzie źli
    Wywieszam białą flagę
    Już pewnie nigdy nie wybaczysz mi
    Zgaduję, masz teraz przewagę
    Obwinianie łatwo dziś przychodzi ci
    I nie wiem jak dam sobie radę
    Ty odejdziesz, ja uronię łzy

    [Refren: Kanye West]
    Tak, zawsze znajdę, zawsze znajdę jakiś błąd
    Mogłaś wiedzieć, że prowadzi to donikąd
    Jestem utalentowany - spalę każdy most
    Czekaj, z tostownicy wypadł właśnie tost
    Więc zjedzmy tosta za tych głupków
    Zjedzmy tosta za tych dupków
    Zjedzmy tosta za tych śmieci
    i za każde z ich dzieci
    Zjedzmy tosta za debili
    oby się nigdy nie zmienili
    kochanie, słuchaj mnie
    uciekaj gdzie pieprz rośnie!

    #dawidk01
    #kanyewest #yeezymafia #muzyka #rap #hiphop #tlumaczenie #spiewajzwykopem
    #gruparatowaniapoziomu

    Mam nadzieję, że ktoś kiedyś nagra polską wersję "Runaway" z tym tekstem. Jeśli nikt się nie zdecyduje w najbliższym czasie, to może ja spróbuję xD
    pokaż całość

    źródło: images.tritondigitalcms.com

  •  

    To mój 1000 wpis na wykopie.

    20:43

    1.01.2018 chwilę po północy wyszedłem obserwować pokaz fajerwerków. To samo zrobiła bawiąca się niedaleko grupa młodzieży licealnej. Zamiast petard zacząłem obserwować ich, przypominając sobie jak to było kiedyś, gdy to ja zapraszałem kolegów z klasy, i to ludzie z naszej imprezy stali w tym miejscu, gdzie teraz stali oni.

    Te 6 lat temu cel był jasny - zdać maturę jak najlepiej, a “po maturze zrobię wszystko”. Pewność siebie, spokój ducha, nadzieja na przyszłość pomagały w przeżywaniu sylwestra na całego. Matura poszła super, najdłuższe wakacje minęły nie najgorzej. Potem przyszły studia. Na początku było miło, ale szybko się skończyło. Ambicje zaczęły mnie przerastać. Wiele rzeczy zaczęło mnie odciągać od nauki, nad wieloma straciłem kontrolę. Problemy, które dawniej rozwiązywałem od ręki, nagle stały się przeszkodami nie do pokonania. Straciłem pewność siebie. Znajomi zaczęli mi mówić, że się o mnie martwią i dawać rady, a ja się przed nimi kajałem i obiecywałem poprawę. Wszystkie mądrości, z których kiedyś się śmiałem, okazywały się prawdziwe. A może po prostu zacząłem w nie wierzyć? Może tym się różnię ja z liceum, ode mnie dzisiejszego, że kiedyś to ja decydowałem, które z nich są prawdziwe?

    Ten rok był pełen rozczarowań, ale też dziwnych zdarzeń i niecodziennych decyzji do podjęcia. Wydaje mi się, że dzisiaj, na koniec stoję przed kolejną, najważniejszą: (1) czy utrzymać status ostatnich lat, przyjmować kolejne porażki i czekać w pokorze, aż los się odmieni; (2) czy może znowu zacząć samemu dyktować warunki?

    Wybór podjęty, wygrywa wariant (2).

    Jakie będą tego konsekwencje? Trochę się obawiam, szczególnie, że nadchodzący rok mógłby być takim, że robienie wszystkiego “jak należy” mogłoby w końcu dać w miarę widoczne rezultaty.

    Ale to nie dla mnie. Ja taki nie jestem. Znajdę swój sposób na siebie.

    22:38

    Siedzę przy włączonym telewizorze, ale jednak wolę umilać sobie tego sylwestra swoją playlistą z tanecznymi przebojami. Poza tym słucham Kanye’go Westa - moje odkrycie roku. Jego energiczne krzyki w świetnym “Black Skinhead”, albo to z jakim luzem w głosie opowiada w piosence “Runaway”, że wysłał dziewczynie mailem zdjęcie swojego penisa, pozwalają uwierzyć w jego słowa z piosenki “Saint Pablo”: “Skate on the paradigm and shift it when I feel like”.
    Do wpisu dołączam jego piosenkę, możliwe, że najlepszą, jaka w ogóle ukazała się w 2018.

    I wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

    Oh, once again I am a child
    I let it all go, of everything that I know, yeah
    Of everything that I know, yeah
    And nothing hurts anymore, I feel kinda freeeee!!!

    #dawidk01

    #sylwesterzwykopem

    #muzyka #przemyslenia #oswiadczenie
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: U.....s, mala_kropka +4 innych
  •  

    Nim weekend zacznie się na dobre, i udacie się na różne imprezy, przedstawiam Wam nowy wpis z dobrze (jak dotąd) przyjmowanej serii, w której omawiam Daft Punk, duet-legendę muzyki klubowej. Może zainspiruje się jakiś DJ, i parkiety dzisiejszej nocy podbiją utwory przedstawione we wpisie? (linki i uwagi na dole)

    Filozofia według Daft Punk

    3. The New Wave

    Jedną z bardziej fascynujących rzeczy jakie może robić filozof jest poszukiwanie źródła jakiejś idei - Brzytwa_Ockhama

    Pierwszy, i kto wie, czy nie najważniejszy (szczególnie dla tej serii wpisów) singiel Daft Punk - “The New Wave” ukazał się 11.04.1994 nakładem wytwórni Soma (jej współwłaścicielem był poznany przez naszych bohaterów na rave’ie DJ z duetu Slam - Stuart McMillan). Gdy swojemu pierwszemu singlowi nadajesz taką nazwę, a prócz tytułowego (w wersji “edit” i “full length”) utworu znajduje się na nim między innymi kompozycja o nazwie "Assault", to od razu dajesz znak, że nie masz zamiaru być pionkiem na scenie muzycznej.

    Całościowo poziom singla nie jest może wybitny. “Assault to typowy utwór nastolatków, którym bogaci rodzice sprezentowali kilka zabawek (automat perkusyjny Roland 909, jakieś syntezatory basowe), po 1000 dolarów każda” - czytamy. Moja odpowiedź:
    Po pierwsze: dobrze, że nie wszyscy mogą pozwolić sobie na wszystko, a w naszym przypadku mowa o bogatym ojcu-muzyku (przyp. - Daniel Bangalter (Vangarde)), który daje synowi możliwość muzycznego rozwoju. Dziesięcioletni Thomas zmuszony przez ojca do uczenia się gry na fortepianie później był mu za to bardzo wdzięczny.
    Po drugie: Pamiętajmy, że Thomas i Guy-Man tworząc “The New Wave” rzeczywiście byli jeszcze nastolatkami, i całkiem możliwe, że na tym etapie traktowali swoją twórczość tylko jako zainspirowaną rave’ami (co pokazaliśmy w poprzednim wpisie) zabawę, choć i później mówić będą, że robią tylko takie rzeczy, które wzbudzają w nich ekscytację. Podobno Thomas lubił godzinami studiować instrukcję syntezatorów, chcąc poznać ich wszystkie możliwości.

    Chyba więc śmiało można zaakceptować “Assault”, który duet podekscytowany odkryciem nowych dla siebie narzędzi do tworzenia muzyki, zapragnął przedstawić światu na pierwszym singlu. Tym bardziej, że prócz wymienionych już utworów, na debiucie Daft Punk znalazł się jeszcze jeden, finałowy mix “New Wave”, czyli: “Alive”. To przez ten utwór, który jako jedyny z singla trafi na pierwszą płytę - “Homework”, i przez który możemy myśleć, że nieprzypadkowe nazwy noszą dwa albumy koncertowe Daftów: “Alive 1997” i “Alive 2007”, poddałem w pierwszym akapicie myśl, że “Nowa fala” jest tak ważna.

    “Alive” - utwór dzisiaj dla mnie kluczowy jeśli chodzi o całą twórczość Daft Punk. Doceniłem go w jednej chwili, jakieś dwa lata temu. Poczułem - w końcu - tę energię, którą ze sobą niesie - w końcu, bo naprawdę długo miałem z nim problem.

    Gdy przez całe dotychczasowe życie słuchasz praktycznie samego popu, to ciężko polubić utwór, który swoim ostrym, surowym… za dużo epitetów, więc powiem, “nowoczesnym” brzmieniem, nie daje komfortu łatwego znalezienia w sobie punktu zaczepienia, aby być porównanym do czegoś, co już znamy (“ludzie boją się rzeczy nowych”) - zostać oswojonym, zrozumianym. Ale jak mówiłem, mi tę “Żywą” kompozycję udało się okiełznać.

    Teraz słuchając utworu wyobrażam sobie często dwoje zagubionych słabo znających się młodych ludzi na imprezie w klubie. Nie znają techno, wychowali się na muzyce swoich rodziców, i do tańca podrywa ich raczej ABBA, czy Bee Gees, niż to co tutaj słyszą. Sami nie wiedzą jak tu trafili, ten wieczór spisali już na straty.

    DJ zaczyna grać “Alive”. (00:00) Początek, zapętlony bit, mocne uderzenia elektronicznych bębnów basowych. Zapowiada się kolejna techno-łupanka. (00:16) Po chwili stopniowo dochodzą troszkę inne, kolejne syntetyczne dźwięki. (00:35) Na parkiet udaje się kilka osób. Utwór zaczyna intrygować chłopaka. (00:51) Powoli dochodzi do wniosku, że nawet to nie jest takie złe. (01:10) Gdy pojawia się jakby z oddali jakaś linia melodyczna, która dobija do uszów niczym fala na brzeg morza, chłopak wpada na szalony pomysł - prosi dziewczynę do tańca. (01:28) “Ja mam do tego tańczyć?” pyta rozbawiona, ale chłopak się nie poddaje. (01:49) Wygaszona zostaje duża część dźwięków. Na głównym planie jest już tylko linia melodyczna i bit podtrzymujący rytm. Dziewczyna z lekkim grymasem przyjmuje propozycję tańca. Chłopak myśli sobie: teraz albo nigdy! Stawia na swoim, bierze głęboki wdech, podaje ręce dziewczynie, wykonuje pierwszy krok i... (02:07)
    ZBAWIENIE! Pierwszy drop w historii Daft Punk. Zmodyfikowana perkusja i linia basowa dołączają do linii melodycznej podrywając do tańca nawet największych tańco-sceptyków w klubie. Dziewczyna zdumiona, jak pewny w swoich ruchach stał się ten nieśmiały chłopak. Sama też wkręca się coraz bardziej w tę muzykę. (02:59) Perkusja z basem raz na jakiś czas cichną, by dać się trochę porozciągać leniwej linii melodycznej, jednocześnie dając tańczącym parom pretekst na różne próby urozmaicenia tańca, (03:14) ale utwór zawsze wraca do tego głównego, kipiącego energią, ożywczego bitu. Ludzie nietańczący w parach też oczywiście dają sobie radę, próbując opracować jakąś swoją choreografię. Utwór trwa łącznie pięć minut i piętnaście sekund.
    DJ stopniowo wycisza muzykę, kłania się nisko. Po klubie rozlegają się gromkie brawa. Obrazy w moim umyśle zanikają.

    “Alive” nadaje się do tańca. Możliwe, że był to dla mnie szok nie mniejszy, niż dla chłopaka i dziewczyny z opowiadania. Ten tak odmienny od tego co słuchałem do tej pory utwór wreszcie ujawnił przede mną swą tajemnicę. Próbowałem przedstawić swoje odkrycie kilku osobom. Wnioski: dla przeciętnego słuchacza “Alive” brzmi zbyt dziwnie, choć czas słuchania jest średnio dłuższy, ze wstępem “traktuj to, co zaraz usłyszysz jako piosenkę taneczną”, niż bez takiego wstępu. Pomyślałem więc, że omówię ten i inne utwory Daft Punk, dla mnie osłuchane, a dla ogółu często mocno niedostępne (może właśnie przez to, że trudno dostrzec stojące za nimi idee). Nie daję gwarancji, że moja ich analiza jest najlepszą z możliwych, mam nadzieję, że błędy, które popełnię zostaną mi szybko wykazane. W każdym razie, ja sam dziesięć lat temu raczej nie uwierzyłbym, że będę słuchał takiej muzyki - świadectwem na wartość tych wpisów są moje doświadczenia.

    Kto wie, czy członkowie Daft Punk kilka lat przed wydaniem swojego pierwszego singla nie wyśmialiby osoby przepowiadającej im przyszłość. Thomasa i Guy-Mana zachwyciły rave’y. Ja, trochę analogicznie, śmiało mogę uznać, że muzyką klubową zachłysnąłem się podczas jednej ze szkolnych zabaw, jakoś ponad siedem lat temu. Teraz najlepsze imprezy przeżywam tylko w wyobraźni, może niesłusznie zakładając, że tamtej, szkolnej nic nie przebije.

    “Alive” jest w stanie podbić parkiety nawet teraz! Skoro do klubów praktycznie nie zaglądam, to jaką mam podstawę, by tak domniemywać? Słuchając “Chorus” od Justice, “Rave” Sama Paganiniego widać, że echa “Nowej fali” pobrzmiewają do dziś. “Rave” ma aż 30 milionów wyświetleń na youtubie. Żeby “Alive” ożyło, musi po prostu znaleźć się jakiś odważny DJ, który wyczuwając odpowiedni ku temu klimat zagra ten kawałek. I wtedy moja wizja się spełni.

    #dawidk01
    #daftpunk #filozofia #muzyka #muzykaelektroniczna #mirkoelektronika #gruparatowaniapoziomu #techno #house #ciekawostki

    Części: 0. i 1., 2, Stardust

    UWAGI:
    0. Największy problem w tym wpisie miałem z rozłożeniem na części utworu “Alive” - oczywiście nie z moją wizją, tylko z technicznymi szczegółami. Nie wiem, czy dobrze używam tutaj sformułowań typu “linia basowa”, “linia melodyczna”. Przydałaby mi się pomoc w tej kwestii. Za ewentualne błędy przepraszam.
    1. Początkowe plany, by serie zamknąć w częściach 0-8. muszę zrewidować. W tej chwili wydaje się, że części będzie ponad 20.
    2. Część 2. od teraz nosi nazwę "Młodzieńcze lata".
    3. W części 1. piszę: “Zespół, który zadebiutował w 1995 roku hitowym singlem Da Funk (...)”. Powinno być: “Zespół, którego pierwszym hitem był wydany w 1996 roku utwór “Da Funk” (...)”.

    4. We wpisach nie będę tłumaczył angielskich nazw, za to wymiennie używał będę polskich nazw.

    Dziękuję za wszystkie komentarze i miłe słowa.
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    +: B.............a, ShadyTalezz +81 innych
  •  

    Przedstawiam pierwszy wpis spod tagu #kiepskafilozofia
    Opiszę w nim jeden z moich ulubionych odcinków serialu, który zajmuje 516. miejsce na 529., w rankingu “Najlepsze odcinki” na stronie kiepscy.org.pl.

    Psychuszkin

    Najgorszy odcinek w historii ŚWK!

    Nuda, dno i wodorosty, szmira

    ten odcinek był tragiczny

    Zbliża się Euro 2012. Najważniejsza impreza sportowa (i nie tylko) w dziejach Polski. Cały kraj czeka. Boczek nagotował bigosu, Kiepski przygotował sześciopak na mecz, i małpki, gdyby miała być dogrywka. Zapowiada się sportowy odcinek.

    Pewnego dnia w prywatnej-publicznej toalecie Ferdek znajduje książkę “Carskie sioło”, literaturę piękną - rosyjską, autorstwa Psychuszkina. Zaczytuje się i przenosi (wraz z nami) na daczę rosyjskich arystokratów z początku XX wieku, gdzie długie letnie dni, goście Nastasji Filipowny (Halinki) spędzają na rozmowach przy koniaku, lub - co kto woli - herbacie z konfiturą z róży.

    Książka wciąga Kiepskiego na tyle, że stopniowo traci zainteresowanie Euro. Niepokoi tym sąsiadów. Jak to, Polak-katolik meczów nie będzie oglądać?! I to na dodatek przez ruską książkę?! Uważam, że odcinek w ciekawy sposób pokazuje, jak "powszechność" zaczyna martwić się o jednostkę wymykającą się z dotychczasowych schematów, robiącą coś innego, niż "powinna" (polecam “Przemianę” Kafki).

    Nieliczne pozytywne recenzje odcinka podkreślały, że:

    przedstawiono w nim problemy, z którymi muszą sobie radzić intelektualiści XXI wieku. Wszechobecne niezrozumienie i pogarda, brak zainteresowania kulturą, gloryfikacja prostych rozrywek, upadek czytelnictwa, lenistwo intelektualne i wiele innych.

    To oczywista interpretacja, ale w tym wpisie, spojrzymy na problem z nieco innej strony.

    Według mnie warto zastanowić się, dlaczego Ferdek odcina się od Euro. Piękno wykreowanego świata potrafi wciągnąć, przysłonić rzeczywistość (mój kolega stwierdził kiedyś, że gra w gry komputerowe, bo w realu jest za słaba grafika). Klimat rosyjskich powieści ma w sobie coś urzekającego (wydaję mi się, że twórcom Kiepskich, za pomocą greenboxowych scenerii udało się w tym odcinku go w miarę oddać). Tak, ale Ferdek książkę mógłby przeczytać przecież po turnieju.

    Może przytłacza go to, że znajduje się w tak ważnej dla kraju chwili, boi się, że nie wykorzysta tego historycznego wydarzenia w sposób pełny? Może znużyły go tak długie przygotowania (bezpośrednie trwające pewnie kilka dni, ale przecież od 2007. roku wiedzieliśmy i czekaliśmy na Euro). A może wpadł w syndrom hipstera - znalazł inne hobby, skoro “niszowe” zajęcie jakim jest bycie wielkim fanem piłki nożnej, nagle stało się narodową specjalnością. Ten ostatni powód, może najmniej prawdopodobny, ale pasuje do mojej tezy, że zachowanie Ferdynanda należy traktować jako niedojrzałą ucieczkę od silnych emocji związanych z kibicowaniem.

    Do prezesa Kozłowskiego spływają skargi na dziwne zachowanie Ferdka. Przestał podobno nawet pić alkohol! Chyba nie ma większego uosobienia tłumu, od polityka, ale prezes jako jedyny wydaje się mieć dla postawy Ferdynanda, choć częściowe zrozumienie: “literatura - piękna rzecz, zwłaszcza rosyjska!”. Próbuje mu jednak wytłumaczyć, że nie należy uciekać od rzeczywistości w świat fikcji. Tłumaczenia prezesa, że warto z XX-wiecznej Rosji przenieść się do “pięknej, nowoczesnej, polskiej rzeczywistości” może by i przekonały Kiepskiego, gdyby nie grupka kompletnie pijanych kibiców przechodzących nieopodal.

    Obrzydzenie do otaczającego “chamstwa” narasta w Ferdynandzie z każdą przeczytaną stroną “Carskiego sioła”. Jego nadzieję, że domownicy docenią Psychuszkina rozwiewa Halinka:
    “A ja osobiście muszę się udać do kuchni, aby obrać kartofle. Bo żaden Psychuszkin ani Pierduszkin tego za mnie zrobi. A tym bardziej nie zarobi.”

    W książce atmosfera się zagęszcza. Oto Masza (Jolasia) - narzeczona Wołodij (Waldka), wydaje się być ciężko chora (pluje krwią). Z Moskwy przybywa Konstantin Iwanowicz (Kozłowski). “Wszędzie bolszewicy!” - ostrzega, wieszcząc niespokojne czasy.
    “Mrzonki, plotki” kwituje Agatia Fiodorowna (Helena), wtóruje jej Nastasja. Arystokraci wolą się bawić, niż rozważać realność wizji o nadchodzących niespokojnych czasach.

    Kiepscy wiele razy przekonywali, że zwykły, prosty człowiek potrafi być mądrzejszy od niejednego profesora uniwersytetu. Śmiało można stwierdzić, że ten odcinek wpisuje się w treść innych, które zwracają uwagę na oderwanych od rzeczywistości przeintelektualizowanych ludzi - w świecie Kiepskich w tym odcinku (dla odmiany) uosabianych przez Ferdka - , często uważających się za elitę, gardzących rozrywką na niskim poziomie (promowanie czytania książek, jako bardziej wartościowej rozrywki od, na przykład oglądania meczów) i pospólstwem, nie doceniających jednocześnie siły, jaką ono dysponuje. W książkowym świecie tego odcinka taką elitę stanowi arystokracja. Iwan Iwanowicz (Ferdek) ostrzega przed lekceważeniem rosyjskiego chłopa (reprezentowanego przez Stiopę (Badurę)), który gotów “pod sztandarem rewolucji urżnąć pani łeb”.

    Szybko nadchodzą niespokojne czasy zapowiadane przez Konstantina Iwanowicza. Przybiega Masza z Wołodią. “Carskie sioło płonie, rewolucja!” - wykrzykują. Okazuje się, że rzeczywistość jest w stanie przerwać każdą sielankę.

    Polski film “Jutro idziemy do kina” w podobnym klimacie świetnie pokazuje jak jedno wydarzenie może wywrócić do góry nogami życie młodych ludzi mających nadzieję na to, że świat stoi przed nimi otworem. A lato było piękne w 1939. roku.
    “Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza” pod koniec piosenki “Filandia” zespołu Świetliki, w której Bogusław Linda obwieszcza “Nigdy nie będzie takiego lata”.
    O ucieczce przed emocjonującym wydarzeniem (Mundialem), traktuje wreszcie moja pasta (mocno inspirowana Psychuszkinem), którą opublikowałem 1. czerwca tego roku.

    Dalszej części historii “Carskiego Sioła” nie poznamy. Okazuje się, że Ferdek nieprzypadkowo książkę znalazł w ubikacji - Boczek wyrwał z niej parę stron, których użył zamiast papieru toaletowego.

    Domyślamy się, że Kiepski niezbyt szybko pogodził się z taką zbrodnią na literaturze. W ostatniej scenie odcinka, co prawda jakby z wielką niechęcią, pozbawiony energii, ale dołącza do domowej strefy kibica. Zdążył na mecz otwarcia. Myślę, że w końcu oderwie się od myślenia o “rewolucji” i powoli skieruje swą energię na Euro. Wróci do codzienności i po czasie będzie zadowolony z tego, że nie przegapił tak wielkiego wydarzenia.

    Jeśli miałbym wyrazić morał, jaki płynie do mnie z tego odcinka: pozostańmy czujni!
    Należy zmierzyć się z rzeczywistością. Nieważne, czy pochodzimy z arystokratycznej elity narodu, czy jesteśmy prostymi ludźmi - nie lekceważmy rzeczy ważnych, i tak od nich nie uciekniemy. I bądźmy gotowi na to, że życie może nas kiedyś mocno zaskoczyć, i to w najmniej oczekiwanym momencie.

    Reasumując to mocno spieprzyli odcinek o Euro2012 - jedyna szansa w życiu na nakręcenie mega odcinka który zapisałby się w historii na zawsze.

    Odcinek został wyemitowany 30.05.2012, nieco ponad tydzień, przed rozpoczęciem turnieju.

    #dawidk01

    #seriale #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #filozofia #swiatwedlugkiepskich #kiepscy #rosja #polska #publicystyka #kultura #ksiazki #pilkanozna

    (cytaty pochodzą stąd)

    (obrazek zescreenowałem z Ipli)

    PS.: Chciałbym, żeby wpisów było więcej, ale mam dosyć mało czasu, i w sumie niezbyt dużo pomysłów. Dlatego chętnie przyjmę jakąkolwiek pomoc. Mogę też pomóc chętnej osobie w rozwijaniu tagu. Myślę, że Kiepscy przez 19 lat istnienia dostarczają masę inspiracji, i ciekawych wpisów mogłoby być naprawdę dużo.
    pokaż całość

    źródło: kiepscy1.png

  •  

    “Ryan Reynolds zagra człowieka, który odkrył, że jest enpecem w grze” czytamy w jednym z hitowych znalezisk dnia, a ja żałuję, że sam nie dodałem podobnego znaleziska dwa i pół roku temu. Wtedy po intensywnym graniu w Gothic 3 - kilka dni, kilka godzin dziennie - miałem wrażenie, że wszystko co do mnie ktoś mówi zapisuje się w “dzienniku gry”, i że zdobywam expa za zrobienie jakiejś rzeczy - zadania. Po tym incydencie przestałem grać, ale widać umysł dopiero uchwycił to zdarzenie po kilku tygodniach, gdy pojawił mi się pomysł, by napisać książkę, w której Bohater zorientuje się, że jest “pisany” przez autora i spróbuje się w jakiś sposób mu zbuntować. Próby przelania tego pomysłu na papier okazały się raczej bezowocne. Ciężko było mi wymyślić do tego jakąś historię, bo chciałem sobie jakąś powieść z tego pyknąć. Teraz tak myślę… może to powinno być po prostu coś w stylu jakichś listów rozpaczy ze strony Bohatera:

    Autorze, Autorze, Autorze,
    Podmiot Liryczny bez Ciebie nic nie może.


    Czas był taki, że ciężko było myśleć mi dalej nad tym pomysłem. Zbliżała się decydująca sesja na studiach, więc głównie ona powinna zaprzątać mi wtedy głowę. No to wróciłem do grania w Gothica 3. Ale długo to nie trwało, bo w końcu zaczęła mnie denerwować sztuczność tego otwartego świata. Powpisywałem wszystkie możliwe kody, założyłem swojej postaci koronę na głowę, próbując dać wszystkim do zrozumienia, że ja tu k… rządzę, i zacząłem wybijać z wściekłością wsie i miasta z każdego NPC-a jaki mi się napatoczył. Ale w wędrówce między jakąś Ardeą, a Cape Dun, czy innym Faringiem nagle się zatrzymałem. Jakąś taką pustkę poczułem, że w sumie sens istnienia tej mojej postaci (i całego świata gry) nadaje to, że jest w tej grze i próbuje przez nią się przedrzeć, w taki sposób, w jaki obmyślili to twórcy gier konstruując fabułę. No dobrze, ale co w związku z tym? Jest ten pusty świat, jest nasz Bezimienny bohater. Pierwsza myśl - skasować te wszystkie kody na nieśmiertelność, znaleźć jakiś klif i rzucić się z niego Bezim do morza. Ale… spojrzałem w tę jego twarz. Niby milczy. Twórcy gry na szczęście nie zaserwowali mi w tej chwili jakichś filozoficznych rozkmin nad sensem egzystencji pojawiających się na ekranie. No i konkluzja jest taka, że w sumie to, może tak naprawdę trzeba spojrzeć na tę jego sytuację w ten sposób, że nie ma tutaj czegoś takiego jak sens. Bezi nie traci na wartości przez to, że nie może już wykonywać kolejnych zadań, że nie może już nawet się do nikogo odezwać. W tej jego twarzy nie widzę zwątpienia w sens istnienia. Widzę spokój.
    Popatrzyłem tak na niego chwilę. Jeszcze rzuciłem okiem na świat. I zostawiłem naszego bohatera, tak jak stał. Czy tym ruchem podarowałem mu wolność?

    “Free Guy” - tytuł tego filmu z Ryanem Reynoldsem w związku z tym wydaje mi się super trafiony. Ale zastanawiam się, dlaczego znalezisko dostało tyle wykopów? Czy to chodzi o Ryana Reynoldsa, czy o reżysera, czy o coś innego, czy po prostu o pomysł? Bo jeśli to ostatnie, no to przecież… to mój pomysł. No ale jak zwykle z realizacją marnie u mnie. Ale jeśli to rzeczywiście chodzi tylko o pomysł (no, pewnie w tym przypadku: pomysł pchnięty do realizacji), to ciekawe, czy znalezisko “Dawidk01 wyreżyseruje film w którym bohater dowiaduje się, że jest enpecem w grze” też dostałoby tyle wykopów? Może zacznę efektywnie wykorzystywać “Fake Newsy”, by swoje niezrealizowane pomysły i marzenia przedstawiać w formie informacji. Może komuś się to spodoba.

    Wracając jeszcze do Gothica 3, chciałbym myśleć, że jego twórcy specjalnie tak ten otwarty świat skonstruowali, by doprowadzał graczy do podobnych rozkmin. Ale im bardziej nieograniczony świat, tym ciężej jest go wtłoczyć w jakiś system, który mógłby go ogarnąć. Prędzej czy później w takim systemie natrafimy na jakiś absurd, czy błąd, nad którym albo przejdziemy do porządku dziennego, albo nie - wtedy będziemy chcieli nasz system zrekonstruować. Często jest tak z jakimiś naszymi poglądami na dany temat: mamy jakiś światopogląd, przyzywczajamy się do niego, ale potem porzucamy go w końcu pod wpływem rozczarowań, absurdów jakie przyniósł ze sobą. A może rzeczywistość - ten nasz największy jaki znamy otwarty świat - da nam wcześniej czy później powody do porzucenia każdego schematu na rzecz innego, lepszego. Nawet takie konstrukcje jak logika, matematyka w końcu mogą natrafić na błąd, z którym sobie nie poradzą i będą zmuszone skapitulować, na rzecz prawdopodobnie innej, udoskonalonej konstrukcji.

    No cóż, konstrukcją, która wydaje się bardzo absurdalna, a jednak z niej nie rezygnuję jest wirtualny świat. Siedząc czasem wiele godzin na wykopie wszystko powoli zaczyna mi się wydawać bez sensu.

    Ale potem wyjdę na dwór i widzę zaczynającą się Złotą Polską Jesień :))

    pokaż spoiler PS. Tamtą sesję zawaliłem i musiałem powtarzać rok.


    #dawidk01

    #rozkminy #przemyslenia #filozofia #gothic #gry #film #ksiazki #ciekawostki #egzystencjalizm #gruparatowaniapoziomu (może niepotrzebnie, ale dam - a co)
    pokaż całość

    źródło: vignette1.wikia.nocookie.net

  •  

    pokaż spoiler Oto kolejny wpis z serii "Filozofia według Daft Punk." Części [0. i 1.](https://www.wykop.pl/wpis/31127789/przedstawiam-czesc-0-i-1-mojej-pracy-o-daft-punk-k/), oraz [3.](https://www.wykop.pl/wpis/35339475/oto-dlugo-wyczekiwana-2-czesc-z-serii-wpisow-o-fra/) zebrały razem do tej pory 67 plusów, za co jestem bardzo wdzięczny. Czuję presję, by kolejne części co najmniej utrzymały poziom. Mam nadzieję, że mi się uda. Za wszelkie pochwały dla wpisów jestem bardzo wdzięczny.


    pokaż spoiler Pozwoliłem sobie na zaburzenie chronologii. Część 4., czyli kontynuacja rozdziału "Homework" pojawi się kiedy indziej, a w tym wpisie (ta część jeszcze nie ma numeracji) przeniesiemy się do czasu tuż po "Homeworku".


    Filozofia według Daft Punk

    Stardust

    pokaż spoiler Stardust – amerykańska, bezzałogowa sonda kosmiczna, przeznaczona do badania komety 81P/Wild (Wild 2), realizowana w ramach programu Discovery. Została wystrzelona 7 lutego 1999 z przylądka Canaveral na Florydzie. (źródło: wikipedia)


    Lato 1998.

    Na własnej ziemi Francuzi pierwszy raz wygrywają Mundial, a listy przebojów na całym świecie podbija “Music Sounds Better with You” - debiutancki singiel francuskiej grupy Stardust. W teledysku (reżyserowanym przez Michela Gondry’ego) członkowie grupy przebrani w dziwne metaliczne stroje pomagają wydobyć z chmur samolocik zrobiony przez chłopca, wcześniej obserwującego ich marsz w górę w telewizyjnym “Top 5 Hits”. Ci muzycy (DJ-e) to Alan Braxe, Benjamin Diamond, oraz najbardziej z nich znany Thomas Bangalter z duetu Daft Punk.

    3 miliony dolarów - taką propozycję wkrótce potem otrzymuje grupa za nagranie całego albumu. “Gwiezdny pył” odrzuca ofertę, nie nagra już więcej żadnego utworu. “Ta piosenka stała się hitem w jakiś niesamowity sposób” - zachwyca się Bangalter - “dlatego zdecydowaliśmy, że zostaniemy najbardziej bezkompromisowym i czystym “one-hit wonder”. Zawsze przygnębiało mnie obserwowanie “artystów jednego przeboju”, podejmujących kolejne bezowocne próby, by ich następne piosenki stawały się hitem.”

    Można się zastanawiać, czy powyższe słowa Bangaltera oddają myśli wszystkich członków Stardust. On, od kilku lat odnoszący sukces za sukcesem, zaledwie 23-letni muzyk, mógł sobie pozwolić na zrezygnowanie z lukratywnej propozycji, w perspektywie mając chęć ciągłego rozwoju swojego oczka w głowie - Daft Punk. Pewnie wątpił w to, że powtórzy się szczęśliwy traf, i że dalszy rozwój Stardust przyniesie dalsze wielkie sukcesy. Daft Punk - projekt przemyślany, umiejętnie prowadzony, z wielkim potencjał, a naprzeciwko Stardust. Ekscytacja Thomasa sukcesem tria jest prawdopodobnie dlatego tak wielka, że nie przypuszczał, że jest w stanie nagrać taki hit z tą grupą ludzi - z całą do nich sympatią. Nagrywał przecież solowe projekty, a także wspólnie z innymi muzykami, niż Guy-Manuel (druga połowa Daft Punk - przyp.), ale tylko współpraca z tym ostatnim dawała do tej pory szerokie uznanie na całym świecie. I nagle parkiety podbiło “Music Sounds Better With You”. Zdarzają się przecież takie okresy w życiu, że wszystko się udaje - tak też było z tą piosenką. Może to lato było tak wyjątkowe, i już nigdy takiego nie będzie.

    Teraz można gdybać co do losu Stardust: może gdyby poszli za ciosem, to przewróciliby do góry nogami całą muzykę klubową? A może wypaliliby się jeszcze przed dokończeniem albumu, nagrywając go tylko po to, by zgarnąć należną kasę i w spokoju z większym kontem wrócić do swoich projektów? Bangalter dobrze wiedział, że takie gdybania działają tylko na korzyść artysty, dodają jeszcze więcej “magii” do jego legendy. Nie wiem jak wiele ze swej dzisiejszej sławy Beatlesi zawdzięczają temu, że istnieli tylko 10 lat, i rozpadli się u szczytu popularności. Jeśli mam gdybać, to byłbym bliższy twierdzenia, że mogliby znaczyć jeszcze więcej, gdyby się nie rozpadli, bo w końcu przez wszystkie lata swojej twórczości pokazywali, że potrafią utrzymywać poziom.

    Ale Stardust to nie Beatlesi. Czuli, że nie spełnią swoich i publiczności oczekiwań rozbudzonych hitowym debiutem. Podziwiam ich dlatego, że znaleźli sposób i postanowili zbudować swoją legendę nadając metafizycznego znaczenie rezygnacji z kontynuowania działalności, by z utworem-ikoną gatunku “french house” zająć zaszczytne miejsce pośród wszystkich “one-hit wonders”.

    Alan Braxe i Benjamin Diamond choć miewali przebłyski, to ani wcześniej, ani potem nie zbliżyli się do sławy jaką osiągnęli latem 1998 roku, czy do tej jaką osiągnął duet Daft Punk. Wyobrażam sobie, że może po cichu liczyli na to, że Thomas - prawdopodobnie ich dosyć dobry przyjaciel - zmieni decyzję i wyrazi chęć powrotu do Stardust. Podobno później Benjamin Diamond (który także użyczył wokalu w “Music Sounds Better With You”) przy okazji nagrywania swojej solowej płyty po sugestiach wytwórni chciał zbliżyć się do stylu Stardust - "Little Scare" i "In Your Arms (We Gonna Make It)" to ciekawe utwory, ale wielkimi hitami się nie stały.

    ***

    Lato 2018. Początek Mundialu w Rosji.

    Benjamin Diamond na swoich mediach społecznościowych informuje, że wraz z Braxem i Bangalterem wrócili do studia, by troszeczkę odnowić, unowocześnić “Music Sounds Better With You”. Niedługo potem Billboard, Pitchfork, Mixmag i Rolling Stone informują, że Stardust uczci 20-lecie reedycją swojego największego hitu.
    Francuscy piłkarze po raz drugi w historii wygrywają Mundial.

    #dawidk01

    #daftpunk #francja #muzyka #muzykaelektroniczna #gruparatowaniapoziomu #filozofia #ciekawostki #house #frenchhouse
    pokaż całość

    źródło: img.discogs.com

    +: zolwixx, A.............h +92 innych
  •  

    Oto długo wyczekiwana 2. część z serii wpisów o francuskim duecie Daft Punk. Części: 0. i 1..

    Filozofia według Daft Punk

    2. Homework - część pierwsza

    Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem Christo to duet artystyczny, który istnieje od jakichś 30 lat. Gdy dwaj francuscy chłopcy - jeden (Thomas) żydowskiego pochodzenia, drugi (Guy-Man) z portugalskimi korzeniami (o jego pra-pradziadku piszą nawet na wikipedii) spotkali się w szkole w wieku około 13 lat (wikipedia podaje, że poznali się w 1987 roku, czyli Guy-Man miał 13 lat, a Thomas 12), od razu poczuli, że łączy ich specyficzna, artystyczna więź. Mieli wspólne zainteresowania, przede wszystkim oglądanie filmów. Zaczęli więc oglądać je razem i wymieniać się spostrzeżeniami na ich temat. Do gustu przypadły im: Easy Rider, Upiór z Raju, Taksówkarz, czy twórczość Stanleya Kubricka. Co do muzyki - tak samo jak filmy, lubili tę z lat 60’, 70’ (The Velvet Underground, The Beach Boys).

    Jakiś czas potem Thomas i Guy-Man założyli wraz z Laurentem Brancowitzem indie rockowy zespół Darlin’ (nazwa inspirowana piosenką Beach Boysów). Mówi się o tym dużo, bo myśl o zespole złożonym z późniejszych członków Daft Punk i gitarzysty Phoenix może pobudzać wyobraźnię, ale Bangalter podkreśla po latach, że to było niezbyt poważne i dobre - bardziej efekt ówczesnej mody na założenie swojego zespołu. Negatywna recenzja brytyjskiego magazynu “Melody Maker” nazwała muzykę Darlin’ jako “a dafty punky thrash”, co zainspirowało nazwę nowo powstałego duetu Daft Punk. Może też ta opinia pobudziła młodych muzyków do zmiany podejścia, zweryfikowała ich myślenie o muzyce.

    Fakt, że Laurent Brancowitz po rozpadzie Darlin’ dołączył do indie popowego (czy pop rockowego) zespołu nie wydaje się być zaskakujący. Ale dlaczego nasi główni bohaterowie, Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem Christo zaczęli nagle grać muzykę elektroniczną (muzykę taneczną)? Jeżeli tak bardzo lubili lata 60’, 70’ w których dominował rock, dlaczego zaczęli grać house?

    W dokumencie “Daft Punk Unchained” mowa o tym że duet zachwycił się rave’ami - całonocnymi imprezami szczególnie popularnymi na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, które stereotypowo kojarzą się z odurzoną narkotykami młodzieżą, dziko tańczącą w rytm muzyki techno.

    pokaż spoiler (UWAGA: na wikipedii czytamy, że “nazwą techno bywa powszechnie mylnie określana całość elektronicznej muzyki tanecznej (klubowej) i muzyki elektronicznej”. Gdy piszę w tym akapicie o stereotypowych skojarzeniach - oczywiście wrzucam wszystkie gatunki elektronicznej muzyki tanecznej “mylnie” do słowa techno)


    Czym tak bardzo urzekły ich rave’y, że postanowili zacząć tworzyć muzyką podobną do tej, którą tam usłyszeli? Po prostu “na rave’ach dziewczyny były dużo bardziej atrakcyjne, niż na rockowych koncertach”.

    Z jednej strony sami Dafci takim stwierdzeniem wydają się naciskać na to, żeby nie dorabiać ideologii do rzeczy prostych. Ale czy naprawdę zespół, który będzie potem znany z tego że musi starannie przemyśleć każdy swój krok, nie kierował się żadną głębszą ideą (o ile dziewczyny to nie głęboka idea) wybierając swoją przestrzeń wyrazu muzycznego? Ot tak, w sumie przypadkowo przerzucili się z indie rocka na house? Mimo wielu zmian stylu, do indie rocka nigdy nie wrócili i ciągle tworzą muzykę taneczną. Gdzieś jeszcze widziałem jakby-się-wydawało równie mało wyjaśniający cytat na ten temat - że po prostu “znudzili się indie rockiem, kupili sampler i zaczęli tworzyć muzykę taneczną”. Myślę, że dzisiejszym odbiorcom muzyki - często zafiksowanym na jednym konkretnym gatunku muzycznym (co akurat nie jest chyba niczym złym), ale też (co gorsza) nieuznającym innych niż ten którego słuchają gatunków, albo twierdzącym że prawdziwa muzyka to była tylko kiedyś, a top wszechczasów Trójki to rzeczywiście top wszechczasów - powyższe cytaty jeśli nie traktowane jako żart, mogą się wydawać co najmniej dziwne. No to szukajmy dalej.

    W latach 60’ byli hippisi i Przystanek Woodstock 69’. Rock przeżywał momenty świetności, przez tę muzykę młodzież manifestowała siebie (wraz ze swoimi poglądami społeczno-politycznymi). Rock był cool.
    W latach 90’ były rave’y. Swoją młodzieńczą witalność młodzież eksponowała bawiąc się do muzyki techno. Rave’y były cool.
    Dzisiaj cool jest niewątpliwie hip-hop. Gdyby Beatlesi tworzyli w dzisiejszych czasach, to pewnie by rapowali (patrz: Black Beatles - Rae Sremmurd). Gdyby Daft Punki grali w latach 60’, to pewnie graliby podobnie do tych zespołów, których słuchali w młodości - The Velvet Underground, czy The Beach Boys.
    I tak jak teraz ciężko jest ogarnąć umysłem piosenki takie jak “I love it” tak pewnie w latach 60’ nie każdy rozumiał rocka, a w 90’ techno. Thomas Bangalter stwierdził, że “ludzie często boją się rzeczy nowych” (będę często wracał do tego zdania), i myślę, że w wielu przypadkach jest to powód, dlaczego ktoś ciągle słucha tej samej - starej muzyki, zamiast próbować czegoś nowego. Niektórzy się nie boją, ale może nie mają czasu na odkrywanie nowych rzeczy, a może zwyczajnie nie podoba im się rap i techno.
    Oczywiście, może ktoś powiedzieć, że obecnie to nie rap jest na topie, albo że w latach 90’ od rave’ów młodzież wolała Nirvanę, czy coś innego. W każdym razie dla Daftów cool stały się rave’y. W opozycji do rockowych koncertów, gdzie publiczność “bała się ruszać”, słuchała muzyki jakby połknęła przysłowiowego kija (oj, coś chyba musiało się stać na jakimś rockowym koncercie, że aż tak się do nich uprzedzili nasi bohaterowie), tutaj młodzież nie bała się swojej ekspresji - tańczyła, bawiła się. Zresztą... popatrzcie sami na to nagranie do “ Rollin and Scratchin’ ” z 1998 roku. Jaki klimat.. Jaka energia. Może to nie typowy rave (bardziej koncert) - ale tutaj... to Daft Punk stał się cool.

    Dlaczego rave’y bywały zakazywane w całej Europie? Nasz duet zastanawiał się nad tym. Efektem ich rozkmin jest teledysk do utworu Revolution 909 (tytuł nawiązuje do piosenki The Beatles - Revolution 9, oraz do słynnego syntetyzatora Roland 909), w którym policja każe młodym ludziom wyłączyć muzykę i rozejść się do domu (“Stop the music and go home, I repeat, stop the music and go home”). Jeden z funkcjonariuszy nie zauważa jednak, że pobrudził mundur jedząc spaghetti. Ta z pozoru błahostka pomaga uciec młodej kobiecie z rąk policjanta, ale też staje się pretekstem do podania w teledysku przepisu na spaghetti.

    Choć pewnie strach przed nowym to jedna z przyczyn złej sławy rave’ów, domyślam się, że narkotyki (tak stereotypowo kojarzące się z tymi imprezami) nie były tam rzadkim gościem. Ecstasy, może amfetamina? Nie znam się. Na szczęście narkotyki nie muszą iść w parze z techno. Z tego co można wnioskować - członkowie Daft Punk narkotyków raczej nie brali (krąży pogłoska, że brali do momentu śmierci Kurta Cobaina - przestraszyli się, że skończą tak jak on, nie chcieli ryzykować). Ktoś w dokumencie Daft Punk Unchained mówi, że duet po prostu nie lubi tracić kontroli. Boją się uzależnień, chcą być wolni - w myśl tych zasad już od początku swoją karierę rozwijają na własnych warunkach. Mianowicie, dzięki pionierskiej umowie z wytwórnią muzyczną Virgin, która tylko licencjonowała muzykę duetu z ich własnej firmy Daft Trax, stali się praktycznie niezależni od tych molochów, wpływ których na twórczość często nie jest do końca taki, jakby artysta sobie tego życzył (obecnie coraz więcej artystów stosuje podobne rozwiązania). Bangalter stwierdził w którymś z wywiadów, że “raz utraconą kontrolę trudno jest odzyskać”. Po swoich różnych słabościach, widzę, że mógł mieć rację. Z uzależnieniami często ciężko jest walczyć - złudzeniem jest myślenie alkoholika, że wystarczy pić z umiarem. Najskuteczniejszy, choć najbardziej brutalny sposób na wyrwanie się z rąk nałogu to abstynencja. Myślę, że aby oprzeć się różnym uzależnieniom i przejąć kontrolę nad swoim życiem, trzeba być dojrzałym. Może niektórzy artyści nie są gotowi wkroczyć w świat show-biznesu. Daft Punk wykazywali się od początku swojej kariery ogromną dojrzałością, wiedzieli co chcą osiągnąć, mimo że wydając swoją pierwszą płytę mieli 22, 23 lata.

    Teraz zwrot akcji! Na scenę wkracza postać, która może być kluczem do wielu rzeczy do tej pory powiedzianych. Tak sądzę, że wyjaśnieniem nadmiernej dojrzałości jak na swój wiek duetu, a także po części odpowiedzią na pytanie “dlaczego nasi główni bohaterowie, Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem Christo zaczęli nagle grać muzykę elektroniczną (muzykę taneczną)?” może być fakt, że ojcem Thomasa jest Daniel Vangarde - słynny muzyk, producent takich hitów muzyki (tanecznej!), jak “D.I.S.C.O.”, “Cuba”, “Que Sera mi Vida”, czy “Aie a mwana”. I wszystko jasne, syn poszedł w ślady ojca, a ten pomógł mu wkroczyć w świat, który sam doskonale znał. A ja tu szukałem jakichś rave’ów i mówiłem o wielkiej dojrzałości i przejmowaniu kontroli.

    Vangarde z pewnością służył radą Daftom: “Przedstawił nam jaka jest sytuacja w branży i jak to działa. Wiedząc to, dokonaliśmy pewnych wyborów, aby osiągnąć to, co chcieliśmy”. Nie ma tu jednak mowy o prowadzeniu syna za rączkę. Duet zaczął obracać się przecież w środowisku raczej obcym dla Vangarde - młodych DJ-ów grających techno na rave’ach. Jak czytamy na wikipedii, we wrześniu 1993 roku podczas jednego z rave’ów Thomas i Guy-Man zaprezentowali demo jednego ze swoich utworów DJ-owi Stuartowi Macmillanowi (z duetu Slam). “Spodobało mu się, więc zrobiliśmy jeszcze kilka kawałków” mówi później Bangalter dodając “and here we are!”.

    #dawidk01

    #daftpunk #muzyka #gruparatowaniapoziomu #filozofia (póki co mało filozofii, ale będzie więcej) #muzykaelektroniczna #ciekawostki #house #techno
    pokaż całość

    źródło: lastfm-img2.akamaized.net

  •  

    Przedstawiam część 0. i 1. mojej pracy o Daft Punk, którą opublikuję na wykopie w ciągu najbliższych miesięcy w częściach 0-8.

    Filozofia według Daft Punk

    pokaż spoiler Ha! Mój ulubiony zespół Daft Punk wstawił na swojej stronie informację, że już jutro odbędzie się premiera nowej płyty, a pewnie niedługo zapowiedź nowej trasy!!!
    … A nie, jednak nie.


    0. Motywy

    Całe moje życie, to nic innego, jak oczekiwanie. Przez całe życie, prawdę mówiąc, czuję się jakbym… nie robił nic innego, tylko tkwił na stacji kolejowej. I odnoszę wrażenie, że życie, które właśnie przeżywam, nie jest prawdą… Tylko długim oczekiwaniem na coś rzeczywistego, coś istotnego!

    pokaż spoiler z filmu Andrieja Tarkowskiego “Ofiarowanie”


    Pomysł na tę pracę pojawił się w marcu rok temu. Doszedłem wtedy do wniosku, że oczekiwaniu na nową płytę lub trasę koncertową Daft Punk towarzyszą mi dosyć ciekawe odczucia, emocje, które warto by przelać na papier (póki jeszcze je znam). Miesiące przeminęły i nic się nie zmieniło - emocje dalej są, bo rzeczy na które czekam dalej się nie wydarzyły. Przez ten czas doszedłem do wniosku, że krótką, monotematyczną notkę przemienię na głębszą analizę, próbę odpowiedzi na pytania o filozofię twórczości duetu - czy ona istnieje, a jeśli tak, to jakie są jej główne założenia? Już w sierpniu miałem koncepcje, jak to wszystko ma wyglądać (potem jednak z niej zrezygnowałem, ale może kiedyś wydam alternatywną wersję tej pracy, zgodną z ową, sierpniową koncepcją).
    Posiłkując się kilkoma wywiadami z duetem, pracami na ich temat, oraz niezliczoną ilością analiz przeprowadzanych przez fanów, choćby na polskim forum fanów Daft Punk, czy umieszczonych na przykład pod teledyskami duetu, próbując to wszystko poskładać, myślę, że myślę, że otrzymałem dosyć satysfakcjonujące odpowiedzi, które przedstawię w tej pracy.

    1. Przedstawienie postaci

    Cztery lata temu zostałem fanem zespołu Daft Punk. Usłyszałem najpierw Get Lucky, potem sprawdzałem inne piosenki i tak po jakimś pół roku stwierdziłem, że duet plasuje się na pierwszym miejscu w mojej hierarchii muzyków.

    Właściwie to zespół znałem wcześniej. Widziałem na facebooku, że dziewczyna, która podobała mi się jeszcze w gimnazjum lubi Daft Punk. Potem (w liceum) o tym zapomniałem, ale gdy w 2013 roku zaczynał się hype związany z powrotem Daftów, gdy widziałem artykuły, że duet powraca ze świetnym utworem, postanowiłem zobaczyć co i jak.

    Poznałem praktycznie całą ich twórczość, otoczkę wokół. Stałem się prawdziwym fanboyem, spędziłem mnóstwo czasu na słuchaniu, czytaniu, myśleniu o nich. Ale przez te prawie pięć lat brakuje nowej płyty. Mam dwie piosenki z 2016 roku niezwykle ważne dla mnie (z kilku powodów) i dobre, szczególnie I feel it coming - nigdy żaden utwór nie spodobał mi się tak bardzo od pierwszego odsłuchu (a nawet po 10-sekundowym fragmencie miałem podstawy by wierzyć, że będzie znakomity), a podoba mi się do teraz (pewnie już z 200 razy słuchałem, albo i więcej). Z tymże te wspomniane dwie piosenki to kolaboracje z The Weeknd, a nie własne single Daft.

    Od czterech lat liczę też na nową trasę koncertową, że przy tej okazji, tak jak w 2006 roku zawitają do Polski. Ostatni koncert Daftów odbył się w… 2007 roku. Trasa koncertowa z lat 2006-2007 została udokumentowana płytą "Alive 2007", moją ulubioną w dorobku Francuzów. Zespół, który zadebiutował w 1995 roku hitowym singlem Da Funk, którego album "Homework" z 1997 stał się inspiracją dla takich DJ-ów jak David Guetta (umówmy się po prostu, że "Homework" to najważniejszy album w historii muzyki klubowej), którego album "Discovery" wydany w 2001 roku z takimi utworami (znanymi do dzisiaj), jak One More Time, czy Harder Better Faster Stronger jest pewnie jednym z ciekawszych albumów początku nowego wieku, powrócił w 2005 roku z dosyć słabo przyjętym przez krytykę "Human After All" (choć znalazły się tam takie hity, jak Technologic, czy Robot Rock). Ogłaszając, że wystąpią na festiwalu Coachella, obwieścili tym samym powrót do koncertowania po ładnych kilku latach przerwy (ostatnie dj-sety przed Coachellą pochodzą z 2003 roku, ale prawdziwą i jedyną do wtedy trasę koncertową ukończyli kilka lat wcześniej, w 1997 roku). Organizatorzy festiwalu, uczestnicy... w sumie nikt nie wiedział czego się spodziewać. Teraz uważa się ten pierwszy występ trasy Alive 2006/2007 za najlepszy, jaki kiedykolwiek przydarzył się festiwalowi. Słyszałem opinie, że "Alive 2007" dało początek nurtowi EDM. Od niejednego muzyka, czy dja możemy dowiedzieć się, że Dafty są jego ulubionymi twórcami.

    Po Alive 2007 Daft Punki zafundowali trzy lata czekania na nowe dzieło, którym był soundtrack do filmu “Tron: Dziedzictwo”. Myślę, że takie zespoły jak The Glitch Mob mocno zainspirowały się tą muzyką, ale wydaje się, że ten soundtrack pełen futurystycznych brzmień nie został jeszcze do końca odkryty. W 2013, po ośmiu latach od poprzedniego studyjnego albumu fani dostali wreszcie kolejny, czwarty w dorobku duetu album: "Random Access Memories". Pierwszy singiel z płyty - Get Lucky jest chyba obecnie najbardziej znaną piosenką Daftów. Piosenka doczekała się dwóch nagród Grammy, a sama płyta została uznana za "Album of the year".

    Los fana bywa przewrotny. Fani house’u może już na "Discovery" reagowali niezbyt przyjaźnie. Z kolei "Human After All" mógł nie przypaść do gustu fanom bardziej delikatnych dźwięków z poprzedniej płyty. O RAMie z kolei słyszałem opinie, że jest nudny, że jak na Daft Punk to nie ma tam nic szczególnego, niektórym nie podobało się, że płyta przypominała bardziej lata 80’, niż nowoczesny do tej pory, modny Daft Punk (szczególnie po soundtracku do TRONa), no i pozorne odejście Daft Punków od house’u też mogło się nie podobać (choć Dafci w wywiadzie stwierdzili, że na RAM wracają do muzyki sprzed lat, z której house się wywodzi). Może dopiero później ci krytycznie nastawieni fani dostrzegli geniusz płyty tworzonej przez kilka lat przy współpracy z wieloma wybitnymi muzykami (takie nazwiska jak Nile Rodgers, Pharrell Williams, Paul Williams, Julian Casablancas, Omar Hakim).

    Kilka miesięcy przed poznaniem Daft Punk słuchałem Skrillexa. Coraz bardziej lubiłem muzykę elektroniczną, “klubową”. Szukałem jednak czegoś może bardziej muzycznego, melodyjnego niż dubstep, trochę bardziej różnorodnego (może mniej dropów, więcej jakieś takiej wyważonej elektroniki). Skrillex powoli zaczął mi się nudzić, no i też nie można powiedzieć, że lubiłem całą jego twórczość. Okazało się, że muzyka Daftów, a także wszystko wokół - myślę - idealnie komponuje się z moją osobowością. Jakkolwiek to brzmi, po prostu czuję tę muzykę, widzę i akceptuję pomysł na nią (akceptuję i chyba rozumiem (w dalszej części postaram się wykazać, że na pewno) choćby ten remix. Uważany niekiedy za trolling, dla mnie przejawia dużą wartość).

    Nie tylko chodzi o to, że dotychczasowa twórczość Daft Punk mnie przekonuje. Mam wrażenie, że dalsza jej część też taka będzie… o ile będzie (będzie!). Ewentualna przyszła płyta, pierwsza nowa w mojej “karierze fana” pewnie byłaby dla mnie próbą czy rzeczywiście jestem “wiernym fanem”. Czy doczekamy się kolejnej zmiany stylu duetu? Czy znowu, tak jak w przypadku powrotu do koncertowania w Coachelli, albo przy okazji wydania płyty RAM mówić będziemy o wielkim comebacku? Ja mam pewność, że gdy tylko Daft Punk nie zrezygnuje ze swojej filozofii, z wyznawanych przez te ponad dwadzieścia lat wartości, to dalsza twórczość duetu, może nie będzie mi się podobała, ale na pewno ją w jakiś sposób docenię, i na pewno nie będę zawiedziony. W dalszej części chciałbym przedstawić racje przemawiające za ostatnimi tezami tegoż akapitu.

    Jeszcze dodam, że nie mam zamiaru tu oczywiście przekonywać, że Daft Punk to najlepsze co współczesnej muzyce rozrywkowej może się przydarzyć (po pierwsze się nie znam, po drugie nie mam zamiaru wywoływać dyskusji (chociaż i tak nie mam zasięgu, żeby to robić xD), a po trzecie, gdy w gimnazjum i na początku liceum numer jeden zajmowała u mnie Lady Gaga, też byłem w stanie twierdzić, że jest ona najlepszą z najlepszych współczesnych artystek, i myślę, że wielu fanów różnych muzyków tak ma - i w sumie nic w tym dziwnego). Chciałem po prostu w tej części dać w miarę obiektywny ogląd by troszkę usprawiedliwić swoje subiektywne odczucia: niecierpliwe oczekiwanie na jakiekolwiek ogłoszenie - nowego singla, nowej płyty, czy wreszcie nowej trasy koncertowej.

    W dalszej części pracy, analizując kolejne etapy twórczości Daft Punk będę przedstawiał stopniowo to, co wydaje mi się że jest częścią ich filozofii. Będzie to dosyć ciekawe wyzwanie, pewnie wiele osób dojdzie do wniosku, że nadinterpretuję, że dorabiam ideologię do czegoś, co ma służyć jedynie jako rozrywka. Ze swojej strony jednak bardziej obawiałbym się tego, że spłycę czyjąś myśl, niż że nadam jej wartość większą niż ma w rzeczywistości.

    #dawidk01

    #daftpunk #muzyka #gruparatowaniapoziomu #filozofia #muzykaelektroniczna #ciekawostki #sztuka
    pokaż całość

    źródło: playtonicdialogues.files.wordpress.com

    •  

      @Dawidk01: o chłopie. Właśnie trafiłem na dzisiejszy wpis i zaczynam czytać od początku. Ja znam daft punk w sumie jedynie z discovery ale uważam że ten album jest genialny i jeśli ktoś przez trzy lata pisał o ich historii to już się cieszę na resztę muzyki którą poznam oraz na czytanie tych wpisów.
      Przed przeczytaniem już daje Ci wielki szacunek za pracę i wytrwałość. Napiszę jeszcze jak skończę czytać

    •  

      @kubskypyt: uwielbiam jak ktos pisze komentarze pod starymi wpisami, miłego czytania!

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Gdy piszę coś swoim słabym angielskim to czuję się jakbym układał wiersz. No bo chcę wyrazić swoje myśli, przekazać sens tego co chcę powiedzieć. Często brakuje słów, jeszcze ogranicza forma, żeby to jakoś miało ręce i nogi - nieodpowiednia forma wypowiedzi też widocznie spłyca sens. Pisanie po polsku przypomina bardziej zwykły tekst, "prozę" - nie muszę się martwić, że gdzieś tam popełnię błąd, że słowo użyte w wypowiedzi jest nie na miejscu - nawet jak czasem użyję nieodpowiedniego zwrotu, to zawsze mogę wytłumaczyć co mam na myśli. A upubliczniając jakiś tekst po angielsku, też o ile subiektywnie wydaje mi się, że jest ok, ładnie (bo często jakby patrzę na to co napisałem po angielsku bardziej pod kątem estetycznym), to wydaje mi się, że nigdy nie mam pewności, że moja wypowiedź zostanie dobrze przyjęta - tak jak opublikowany wiersz (tzn. bardziej takie coś co tu wstawiam nieraz mówiąc, że to wiersz, a może to po prostu grafomania czy coś). Oczywiście, też nie mam pewności czy taki wpis jak ten będzie zrozumiany, no ale mówię o prostych formach wypowiedzi, które u mnie wyrażane w języku polskim nie wzbudzają żadnych szczególnych uczuć (mówię o zwykłej rozmowie z drugim człowiekiem), a każda wypowiedź po angielsku ma formę takiej artystycznej ekspresji - i podniecenia odbiorem. I jeszcze na koniec tak sobie myślę: kiedyś bałem się pisać po angielsku. No bo nie umiem i w ogóle. Po czasie stwierdzam - to nie przeszkadza. Tak samo chyba brak umiejętności pisania wierszy nie przeszkadza w wyrażaniu siebie w tej formie. Można powtórzyć za Tertulianem: "to jest pewne, bo niemożliwe".

    #dawidk01
    #rozkminy #przemyslenia #filozofia
    pokaż całość

  •  

    Trzeci wykopowy wiersz w tym miesiącu

    Myślę o myśli
    jak wpada do głowy
    czy przerabiana chce być na słowy?

    Gdy prosty człowiek odkryje myśl
    szerzej nieznaną może do dziś
    przerazić może się
    odciąć od myśli chce.

    Gdy autorytet odkryje myśl
    szerzej nieznaną raczej do dziś
    nastrój powagi myśli nadaje
    racje już każdy formie przyznaje
    potem ktoś inny wyciągnie wnioski
    do myśli doda kreatywności

    a co z tej myśli w końcu zostaje?

    Trudne pytania dzisiaj zadaję.

    #dawidk01 #tworczoscwlasna #wiersz #poezja
    i #filozofia , bo inspirowane książką "Wielkie Wigilie" Lwa Szestowa i w sumie dzisiejszą dyskusją pod wątkiem @Brzytwa_Ockhama ;)
    pokaż całość

    +: B.............a, jinofthelamp +6 innych
    •  

      Podziwiam, zawsze podziwiałem ludzi piszących wiersze, ze mnie za ciężki beton. Jak to wygląda?
      @multikonto334 ja podziwiam ludzi umiejących pisać wiersze. Sam z polskiego słaby byłem (w sumie to poezji raczej nie czytuję). Nawet nie wiem, czy to co piszę można nazwać wierszem, bo ja się na tym nie znam. To pewnie grafomania xD

      Napisane pod wpływem chwili czy chciałeś coś stworzyć i jest?
      napisane pod wpływem chwili, i jak najszybciej wstawione na wykop (zawsze jestem niecierpliwy, zamiast poczekać aż się uleży - może bym wtedy jeszcze coś poprawił - to musiałem wstawić już, eh). Czasem miałem takie ciśnienie w ostatnich miesiącach, by koniecznie coś (wiersz rzadko kiedy) napisać, a dzisiaj akurat nie miałem, tylko po prostu napisałem.
      pokaż całość

    •  

      @multikonto334: Grafoman – ktoś, kto nie ma dokładnie nic do powiedzenia i stara się to dokładnie opisać. - Aleksander Kumor (jak podaje wikipedia).

      Myślę, że pasuje do mnie to określenie trochę ;)

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Więc

    chciałbym skomponować piosenkę
    ale nie umiem,
    chciałbym namalować obraz
    ale nie umiem,
    chciałbym napisać wiersz
    ale nie umiem, piszę.

    #dawidk01 #tworczoscwlasna

    +: t.........y, Zmarkotek +4 innych
  •  

    Czytam gimnazjalno-licealne blogi moich znajomych (w sumie to tylko dziewczyn znalazłem). w sensie takie, które już ponad 5 lat stoją puste. Ile tam jest emocji, marzeń, w sumie ciekawych myśli. Nie mówię tu oczywiście o wszystkich. No dobra, w sumie to o jednym.

    I tak czasem wydaję mi się, że to co piszę teraz te osoby byłyby w stanie napisać 5 lat temu (a może dziewczyny są aż tak dojrzalsze?). I że one już zrezygnowały z blogowania, bo mają poważniejsze zajęcia - ciekawe studia (dużo nauki), podróże, może jakieś związki, znajomi; a ja mikrobloguję na wykopie. Taki jakiś nastrój mi się udzielił, jakbym został sam w tym wszystkim. Dziwne to.

    Nigdy nie wiem (i chyba się nie dowiem), czy to co piszę, takie szczere wpisy, przemyślenia z głębi serca, te na których mi zależy najbardziej - czy one mają sens? Są po prostu przelaniem emocji na papier. Emocje i w gimnazjum i w liceum były takie same jak teraz (może nawet intensywniejsze). Tylko może forma wyrażania się zmienia. Ale ja nie lubię pracować nad formą.

    Wróćmy do emocji!!!

    pour I.K.

    #dawidk01 #feels #rozkminy #gimbynieznajo
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: g.........a, FajnyTypek +7 innych
  •  

    Gdy dziecko zadaje pytanie "Dlaczego gwiazdki świecą na niebie?", to oczekuje popisu wiedzy ze strony dorosłego, który powie coś w stylu: "A widzisz, bo to są takie słońca, tylko że oddalone bardzo daleko (...)" i tak dalej? Bo mi jako dziecku raczej nigdy o to nie chodziło.

    Gdybym oczekiwał powyższej odpowiedzi, zapytałbym może "Czym są te gwiazdki, które tam świecą?". Pytając "DLACZEGO gwiazdki świecą na niebie?" chodziło mi o to, skąd się one tam wzięły, kto je umieścił i w jakim celu, dlaczego akurat gwiazdki a nie kwadraciki, dlaczego stoją w miejscu i nie mogą sobie polatać, i czy może być tak, że pewnej nocy wszystkie na raz znikną, a jeśli nie: kto im tego zabroni - przecież nie człowiek, bo raczej żaden człowiek nie mógł nigdy rozkazywać gwieździe?!

    Myślę, że każdemu dziecku zadającemu pytanie “dlaczego” może chodzić właśnie o coś takiego, o dotarcie do istoty sprawy.

    Później w szkole przykrywa się te pytania natłokiem wiedzy, daje się złudzenie, że na wszystkie pytania ludzkość odpowiedziała, albo kiedyś odpowie. I dopiero później, w filozofii dorosły już człowiek może wrócić do “dlaczego”.

    #dawidk01 #przemyslenia #rozkminy #filozofia #pytanie #nauka
    pokaż całość

    źródło: r-http-02.dcs.redcdn.pl

  •  

    Dzisiaj po powrocie z wieczornego spaceru spojrzałem w niebo. Zobaczyłem jakby wędrującą ( @irn190 : ), najjaśniejszą ze wszystkich gwiazdę. Widok niesamowity. Odrzucając myśl, że jest to samolot (bo za daleko) zracjonalizowałem sobie, że to pewnie ta słynna stacja kosmiczna ISS. Ale potem stwierdziłem, że dosyć racjonalizowania.

    Niech to będzie gwiazda! Niech zadziwi świat, niech po odpaleniu wykopa zobaczę setki wpisów, że naukowcy są w szoku, że zaobserwowano niespotykane dotąd zjawisko i w ogóle nie wiadomo co to było. Że gwiazda święcąca tysiące lat na niebie, nagle - dzisiaj, teraz, gdy akurat ja patrzę - zaczęła się poruszać. Biedna, samotna gwiazda postanowiła zmienić swe miejsce na nieboskłonie.

    Jakież przerażenie poruszająca gwiazda wywołałaby w dzisiejszym świecie!

    A może jakaś osamotniona wioska dzikusów w Afryce, która nie miała nigdy kontaktu z białym człowiekiem w momencie pierwszego przelotu ISS po niebie zatrzymała się na kolejne setki lat w rozwoju? Może ichniejszy astronom popełnił samobójstwo po tym, gdy zobaczył coś, co się mu nigdy nie przyśniło, a ichniejszy kapłan na nowo zapędza dzikusów do odprawiania rytualnych modłów?

    Bóg dalej milczy. A irracjonalny lęk dalej trwa.

    #iss #astronomia #niebo #kosmos

    #dawidk01 #rozkminy #przemyslenia #irracjonalizm i trochę #filozofia
    pokaż całość

    źródło: cybermoon.pl

  •  

    Wrzucę mój “dialog” z drugiej klasy liceum. W sumie dosyć ciekawy biorąc pod uwagę fakt, że wtedy nie miałem żadnej wiedzy filozoficznej, tylko interesowałem się popularnonaukową fizyką kwantową, teorią względności i tak dalej.

    Wyobraźnia

    Czy Albert Einstein miał rację mówiąc, że "wyobraźnia jest większa od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona"?
    Moim zdaniem nie, chociaż przez wiele miesięcy zgadzałem się z tym stwierdzeniem.

    Co się zmieniło?
    Jak zwykle - na skutek przemyśleń.

    Czyli wiedza jest nieograniczona?
    Tego nie wiem, ale na pewno wyobraźnia jest.

    Jakieś dowody?
    Myślę, że wystarczającym dowodem jest to, że niektórych rzeczy po prostu nie umiemy sobie wyobrazić.

    Na przykład?
    Tych, które nie mają nic wspólnego z naszym wszechświatem. Na przykład okrągłego kwadratu, albo trójkątnego koła.

    No bo to jest nielogiczne!
    No właśnie. My umiemy sobie wyobrazić zawsze logiczne rzeczy. Coś, co nie istnieje - czyli jest nielogiczne, to już nie na naszą wyobraźnię.

    No ale jednak powstają rzeczy abstrakcyjne. Ludzie wymyślają magów i tym podobne fikcje.
    Tak, ale wszystko to jest oparte na czymś innym. Przykładem może być na przykład mityczne zwierzę - centaur. Niby jest on wymysłem ludzi, ale tak naprawdę jest to połączenie konia z człowiekiem. Świadczy to o tym, że tak naprawdę wszystkie nasze fantazje opierają się na rzeczach wcześniej poznanych. Sny również.

    Ale dlaczego wyobraźnia jest ograniczona?
    Wszechświat... hm... nie wiem do czego to porównać. Może do naszego zwykłego życia?! Rodząc się zostajemy wrzuceni do świata, gdzie obowiązują pewne prawa. W przypadku naszego świata jest to kodeks karny, a w przypadku wszechświata - logika. My rodzimy się i chyba od razu wiemy, że nie można zabić drugiego człowieka, że inni ludzie są tacy sami jak my. Tak też jest w całym wszechświecie. Obowiązuje logika, którą jest chyba matematyka.

    Dlaczego akurat ona?
    W geometrii euklidesowej dowolne dwa punkty można połączyć odcinkiem, a wszystkie kąty proste są przystające. To jest logiczne i nie można temu zaprzeczyć. To jest własność naszego wszechświata, która prawdopodobnie narodziła się wraz z nim.

    No ale jak to ma się do wyobraźni?
    Otóż właśnie tłumaczę. Według mnie to jest jak z komputerem. Wprowadzone są pewne dane, informacje i na podstawie tych danych wszechświat działa. Nie umiemy sobie wyobrazić nowej logiki, innej z którą ma działać, bo informacje o innej logice nie są wprowadzone do naszego wszechświata. Do informacji z "zewnątrz" nie mamy dostępu. Może poza naszym wszechświatem rzeczywiście obowiązuje inna logika, która tłumaczy dlaczego umieramy i tak dalej. Może jest jakiś jeden wielki programista, który zadecydował o tym jakie informacje do naszego wszechświata wprowadził.

    A więc wszystko co umiemy sobie wyobrazić jest "wprowadzone do naszego wszechświata", a to czego nie możemy po prostu dla nas nie istnieje.
    Tak jest. Dlatego też coś czego nie umiemy sobie logicznie wytłumaczyć nie istnieje, albo istnieje, ale dla nas to nieistotne. Ba... niektórych rzeczy logicznych nie umiemy sobie wyobrazić.

    Ale czy nasze pojęcie logiki jest dobre?
    Na pewno matematyka jest dobra. Przynajmniej jej sprawdzona część, ale ja nie podważam absolutnie matematyki, ponieważ nawet jej dokładnie (w możliwym stopniu) nie poznałem. Ale na pewno logika w pojęciu rozumu nie musi być dobra. Kiedyś większość naukowców było racjonalistami. Uważali, że nasz rozum jest w stanie zrozumieć wszystko pod szyldem logicznego myślenia. Niestety sądzę, że nasz rozum ma wiele uprzedzeń i ograniczeń i może jak byśmy się ich wyzbyli, to wtedy coś z logiki by zostało. Na razie sądzę, że logikę opierajmy raczej na matematyce i doświadczeniach. Będzie bezpieczniej, a jak przekonali się fizycy, którzy odkrywali mechanikę kwantową - nasz rozum często jest zawodny, ale matematyka i logika - chyba nigdy.

    Tak więc nigdy nie wyobrazimy sobie wszechświata z całkiem innymi danymi? Albo nigdy nie wyobrazimy sobie jak może wyglądać "coś" na zewnątrz naszego wszechświata, o ile takie coś istnieje?
    Nie, chyba nie. Nasz wszechświat nie ma raczej dostępu do tego co jest poza nim.

    Zastanawiam się jednak, czy jakąkolwiek rzecz, która nie istnieje moglibyśmy sobie wyobrazić.
    Na przykład (tym razem role się odwracają)?

    Bóg... nie wiadomo czy istnieje, czy nie.
    No tak. Wiele rzeczy, które kiedyś wydawały się bezużyteczne, występowały tylko w matematyce, takie jak geometria nieeuklidesowa, czy liczby urojone znalazły miejsce w naszym świecie. Też sobie zadawałem takie pytania: Po co do naszego wszechświata miałyby być wprowadzone informacje na temat rzeczy, które nie istnieją. Przecież to nie ma sensu. Ale odpowiedzi nie znalazłem.

    A może jednak jest tak, że nasz umysł jest po prostu ograniczony i na jakichś następnych etapach ewolucji może będziemy mogli sobie wyobrazić różne rzeczy?
    Możliwe. Przykładem mogą być cztery wymiary. Choć żyjemy (według teorii Einsteina) w czterowymiarowej przestrzeni, to jednak postrzegamy tylko trzy. A możliwe, że żyjemy w jeszcze większej ilości wymiarów.

    No właśnie.
    Ale czterowymiarowa czasoprzestrzeń istnieje w matematyce, a kwadratowe koło - o ile mi wiadomo - nie. Dlatego mówiłem o logice w kategorii matematyki. Według mnie matematyka jest po prostu "językiem" naszego oprogramowania. Nie znam się na informatyce, ale chyba dobrze wiem o co chodzi.

    Tak to zrozumiałem: Matematyka jest logiką i tylko nią możemy opisywać wszechświat?
    Dokładnie. A w innym wszechświecie może jest inna matematyka, ale tutaj jest taka i koniec.

    #przemyslenia #rozkminy i trochę #filozofia

    Obserwujcie: #dawidk01

    Polecam moje poprzednie wpisy
    https://www.wykop.pl/wpis/25598623/despacito-czyli-filozofia-popu-pokaz-spoiler-czy-n/
    https://www.wykop.pl/wpis/24770451/last-fm-czyli-ja-i-statystyki-absurd-determinizmu-/
    https://www.wykop.pl/wpis/24727659/czy-ziemia-rzeczywiscie-jest-plaska-czyli-dlaczego/
    https://www.wykop.pl/wpis/24636617/skoki-w-nieznane-czyli-czy-warto-podrywac-dziewczy/
    pokaż całość

    źródło: bi.gazeta.pl

    +: r......7, J...........k +4 innych
  •  

    Despacito, czyli filozofia popu

    pokaż spoiler Wszelka zbieżność poglądów tutaj przedstawionych z poglądami filozofów może nie być przypadkowa.


    Czy najlepsze piosenki to piosenki popularne? Raczej nie, choć może są ludzie twierdzący inaczej. Na wikipedii znajdziemy opisy różnych podejść do krytyki “kultury masowej”. Ktoś mógłby powiedzieć: im piosenkarz więcej zarobi, tym jest lepszy. Można powiedzieć, że to media kreują kulturę w celu ogłupienia mas. W dobie internetu (o ile internet to nie medium ;p) ta krytyka trochę traci na znaczeniu. Choć oczywiście nie można zaprzeczyć, że programy w stylu “Dlaczego Ja” można uważać za ogłupiające, i może niektórzy ludzie dali się w to wciągnąć tylko dlatego, że nic innego ciekawego nie było w telewizji, to jednak wykopki przez nikogo nie przymuszani, z własnej woli oglądają danielówmagicalów.
    Nie będę polemizował z krytykami, to nie mój cel. Chciałbym bardziej opisać pewne zjawisko. Wierząc, że jest coś takiego jak obiektywne piękno czy dobro, spróbuję podjąć się obrony kultury popularnej (szczególnie muzyki pop) nie chcąc jej za bardzo wartościować. Ale po kolei:

    Po skasowaniu last.fm słucham utworów, które sprawiają mi przyjemność i nie mam już wewnętrznego przymusu by poznawać za wszelką cenę nowe. Właśnie włączyłem Despacito, potem polecą inne piosenki z top 50 na Spotify i przypomnę sobie czasy gimnazjum i liceum, kiedy głównie słuchałem popowych piosenek: - śledziłem choćby Billboard Hot 100. Chciałem być na bieżąco, żebym na pytanie: znasz to?, zawsze odpowiadał: znam. Później zacząłem poznawać hipsterów zaginających mnie muzyką, której nikt nie znał prócz nich. Uświadomiło mi to, że chyba nie ma na świecie człowieka, który słuchałby samych popularnych utworów, który podłapywałby nowe trendy muzyczne i był na tyle "człowiekiem czasów", że utwory popularne byłyby zgodne z jego gustem. Choć hipsterzy może są skrajnością, to duża część ludzi ma po prostu swoje ulubione utwory i nie bardzo zwraca uwagę na trendy.

    Ale co takiego jest w Despacito, że tę, a nie inną piosenkę wyróżniły miliony ludzi? Przecież nagrał ją nie Justin Bieber (ekhem... ) tylko jakiś Luis Fonsi, nie w USA, tylko w Hiszpanii (czy tam w Portoryko xD). Dlaczego popularna jest taka, a nie inna moda, takie, a nie inne memy. Dlaczego niektóre wpisy na wykopie dostają po dwa tysiące plusów, a moje góra czterdzieści?

    Jest chyba coś takiego jak "duch czasów". Ludzie tworzący i zdobywający popularność byliby wtedy kimś w rodzaju "emanacjami" tego "ducha czasów", a pojęcie "człowieka czasów" byłoby nazwą dla kogoś, kto tego "ducha czasów" czuje.
    Gwiazdy popu wydobywają z rzeczywistości to co najlepsze. Gdy świat się zmienia, zmienia się muzyka, a stara zostaje. Mam tak że mnóstwo piosenek kojarzy mi się z danym momentem. Ciekawe jest też to, że klimat danego okresu czujemy często dopiero po latach. I też słuchając starszych utworów, oglądając starsze filmy, a także czytając książki możemy chyba poczuć klimat innych czasów. Chociaż… nie sądzę, żeby dzieci czytające Harry’ego Pottera, czy Władcę Pierścieni czuły klimat czasów, w których te książki zostały napisane.
    Jestem fanem Daft Punk. W ich przypadku mam inaczej niż z popem. Wydaje się, że tak jak gwiazdy popu opisują, czerpią z rzeczywistości, tak dobra muzyka kreuje rzeczywistość, inspiruje. Może z wyżej wymienionym książkami jest podobnie.

    Skoro to wykop, dodam coś o Danielu Magicalu. Myślę, że koleś poczuł ducha czasów, podobnie jak Cypis, czy Gang Albanii, choć: trzeba być ostrożnym. Nie chciałbym, żeby człowiekiem czasów okazał się typowy przedstawiciel patologii (albo odwrotnie, żeby typowego przedstawiciela patologii ludzie uznawali za człowieka czasów), ale może to są dobre przykłady, że człowiek czasów powinien być bezkompromisowy.

    Oczywiście pewnie są jakieś staranne analizy jaka piosenka jest ma szanse być świetna. popruntheworld robił kiedyś takie eksperckie analizy (może dalej robi). Nie chcę nie umiem i nie mam ochoty analizować tutaj poszczególnych wytworów kultury. Tutaj chciałbym się skupić bardziej na oryginalnych (w miarę) wytworach popu. Despacito myślę nie jest wtórne wobec innych popularnych utworów (nie jest oryginalne, ale nie można powiedzieć chyba, że kopiuje jakiś konkretny styl, ot zwykły - wydawałoby się - utwór). Lady Gaga na początku swojej kariery też była dosyć oryginalna. Mówiło się o ile pamiętam o powrocie elektro, choć z drugiej strony zarzucano kopiowanie Madonny, ale skoro moda często powraca, to i style muzyczne też mogą.

    Często powielany styl może się znudzić. A najgorzej, gdy to samo robi jeden człowiek. Szczególnie mam na myśli Niekrytego Krytyka. Nie uwierzę, że ten chyba najpopularniejszy kiedyś w Polsce youtuber nie zauważył, że jego formuła się wyczerpała. Pewnie boi się zaryzykować, spróbować czegoś nowego.
    Daft Punk z każdą płytą ryzykują, są bezkompromisowi. Ciągle wzbudzają emocje. Z każdą płytą zyskują nowych fanów, jak też tracą fanów zawiedzionych zmianą stylu.

    Kiedy zacząłem naprawdę lubić Lady Gagę, była u szczytu popularności. Przy okazji płyty Born This Way, gdy artystyka zaczęła już lekko tracić swoją pozycję byłem zaskoczony tym, że choć płyta jest naprawdę świetna, to piosenki się nie przebijają. Wydaje się, że Gaga też była zaskoczona, ale liczyła, że następną płytą - też szumnie zapowiadaną - odzyska swoją popularność. Było inaczej. O płycie Artpop mało kto już pamięta. Dopiero teraz Gaga wydaje się wypracowywać swój styl na nowo bo zrozumiała, że świat idzie nieubłaganie naprzód, że nikt nie będzie się ją przejmował tylko dlatego, że 7 lat temu była popularna.

    Zrozumiałem, że ja mam inaczej, że u mnie gusta zmieniają się wolniej. Zacząłem podziwiać ludzi bezwzględnych, którzy szybko godzą się z tym, że moda się zmienia, że stare gwiazdy odchodzą w zapomnienie, i ciągle trzeba się zmagać z nowymi, obiecującymi muzykami. Może człowiekiem czasów jeżeli chodzi o muzykę są ludzie odpowiedzialni za układanie playlist radiowych?

    Choć jestem jeszcze młody to czasem zastanawiam się, czy będę nadążał. Im człowiek starszy, tym chyba mniej jest skłonny czuć ducha czasów. Wydaję mi się, że czasem ludzie zatrzymują się w którymś momencie i potem przechodzą jakby obok współczesności. Ciekawe czy ja też taki będę. Może niektórzy pięćdziesiąt lat temu marzyli o tym, by przenieść się do przyszłości, a gdy ta ich dogoniła, odwrócili się od niej.

    Z kolei niektórzy starsi próbują - wydaje się - na siłę być nowocześni. To też dziwnie wygląda. Może nowoczesność to domena młodych. Hippisi raczej byli młodzi. Myślę, że ludzie urodzeni na początku XX wieku niezbyt entuzjastycznie reagowali na rock. Pewnie mój ulubiony house do tej pory miałby wielu przeciwników wśród pokolenia moich rodziców, a od techno to nawet można zdechnąć.
    Mam nadzieję, że na starość nie będę mówił, że dzisiejsza młodzież jest głupia, dziwna czy jakaś tam, tylko dlatego, że nie będę jej rozumiał.

    U mnie największe zacofanie widać z serialami. “Gry o Tron” nigdy nie widziałem. Nie wiem, czy mam czego żałować. Wydaję mi się czasem, że zapoznanie się z nową rzeczą sprawia, że wchodzimy na wyższe poziomy rozumienia rzeczywistości i otwierają się przed nami nowe możliwości (pisałem o tym kiedyś w bardziej “filozoficznym” języku używając do opisania tego zjawiska słowa "synteza"). Tak jakby wcześniej jakiś aspekt był przed nami zakryty, i nagle wszystko się zmienia. Na przykład koledzy kiedyś mówili: “bunkrów nie ma (...)”, a ja nie wiedziałem, że to z filmu “Chłopaki nie płaczą”.
    Ostatnie odkrycia kultury popularnej, które na mnie wywarły duże wrażenie, to muzyka Drake’a, czy film “Wilk z Wall Street”. Jeśli chodzi o moje dotychczasowe życie muzyczne, to odkrycie ulubionego teraz przeze mnie zespołu Daft Punk było dla mnie największym “poznaniem rzeczywistości” było chyba poznanie mojego ulubionego teraz zespołu: Daft Punk, chociaż odkrycie w gimnazjum Michaela Jacksona, czy Beatlesów też na pewno było ciekawą sprawą.

    Może gdy za kilka lat dla znajomych informacje, że nie oglądałem “Gry o Tron” będzie odbierana z takim zdziwieniem, jak ja na przykład usłyszałbym teraz od swojego znajomego, że nie miał nigdy nic wspólnego z “Harrym Potterem”, “Gwiezdnymi Wojnami”, i “Władcą Pierścieni”. Może ktoś powie do mnie: ty życia nie znasz.

    Żeby nie było: uważam, że w rzeczywistości, choćbyśmy nawet szli zgodnie z duchem czasów to wyrazić siebie zawsze można. Słuchając Despacito nie musimy marzyć o Erasmusowej latynoskiej miłości (jakoś tak mi się skojarzyło), a rozumiejąc fenomen Cypisa, czy Daniela Magicala (o ile to się da w ogóle zrozumieć) nie musimy być wulgarni, czy patologiczni. Nie chcę też mówić, że z każdego zjawiska da się wyciągnąć coś pożytecznego, choć może czasem byłbym skłonny przyznać rację powiedzeniu wszystko dobre, co się dobrze kończy.

    Im więcej rzeczywistości poznaję, tym bardziej dostrzegam jak ona jest złożona. Gdy byłem dzieckiem wydawało mi się, że rodzice zachowują się dziecinnie i odnosiłem wrażenie, że rozwijają się wraz ze mną. Teraz, gdy poznałem troszeczkę filozofii w zwykłych wypowiedziach ludzi widzę często jakieś zapożyczone świadomie, bądź nieświadomie poglądy filozoficzne. Dostrzegam głębię, tam gdzie wcześniej nie widziałem nic. Mam wrażenie, że niektórzy jakby urodzili się już z głębią myśli, a ja całe życie próbuję ich dogonić, jakbym ciągle uczył się rzeczy, których sens inni znali już dawno temu.

    Ostatni akapit może sprawiać wrażenie, że mógłbym stwierdzić, że wartość kultury zależy od jej odbiorców. Nie chciałbym tego mówić, nie jestem gotowy na wartościowanie. Sami oceńcie.

    Włączyłem sobie piosenkę “Cold Water” Major Lazer. Między innymi z tą piosenką kojarzą mi się wakacje poprzedniego roku, choć wakacje spędziłem w rodzinnej miejscowości i nie byłem na imprezie, której motywem przewodnim był ten utwór i nie wiem, czy ktokolwiek był na takiej.

    Nie wiem też - choć to może bardziej prawdopodobne - czy ktoś był na idealnej imprezie w tym roku. Wyobrażam sobie: wakacje w klubie latynoskie rytmy z Despacito na czele, przeplatane z nutami DJ’a Khaleda (w sumie też może troszkę latynoskimi), troszkę trapu i rapu, i tak dalej.

    Nie no... przypominam sobie jedną imprezę idealną, biorąc pod uwagę powyższe kryteria. Chodzi o imprezę ducha czasów przedstawioną w filmie “Projekt X”. Gdy obejrzałem ten film 3 lata temu tak się zachwyciłem, że z miejsca zaliczyłem go do grona nielicznych filmów, którym dam 10 na filmwebie. Ten film nie potępia, ani nie pochlebia, a idealnie pokazuje zjawisko. Zwróćcie uwagę na zachowanie bohaterów pod koniec filmu: oni sami nie wiedzą, czy było warto zrobić tę imprezę - po prostu ją zrobili. Poza tym postać bohatera filmu, autora nagrań: Daxa, sprawia że czujemy jakby reżyser chciał przekazać dużo, ale nie do końca może: jest ograniczony przez formę. Chcąc ukazać zjawisko, by nie umoralniać nie może pokazać zbyt wiele.
    Ktoś mógłby zarzucić, że skoro film ma być opisem, to powinien może być realistyczny - a jednak jest podkoloryzowany. Ale realizm to też konwencja, a może reżyser też tak jak ja doszedł do wniosku, że imprezy idealnej nigdy nie było, więc jeżeli mamy ją przedstawić, to musi być naprawdę świetna.

    Ostatnio początkowe fragmenty filmu “Enter the Void” zabrały mnie do niesamowitego ukazania Tokio. Dla mnie to były jedne z najbardziej klimatycznych chwil, jakie kiedykolwiek widziałem w w filmie.

    W ogóle, to chyba uważanie popularnych filmów za dobre budzi mniej kontrowersji, niż uważanie muzyki popularnej za dobrą?

    Ktoś chyba mówił, że filozof może opisać tylko to, co już przeminęło. Jeśli tak, to chyba jestem bardziej filozofem, niż artystą. Nieraz marzyło mi się zrobić ciekawego mema i dostać tysiąc plusów na facebooku. Zawsze jestem spóźniony, ale lubię myśleć o czymś, o czym inni już dawno przestali.
    W takim razie gwiazdą popu raczej nie zostanę. Może będę inspirował. Jeżeli zainspiruję kogokolwiek - będę zadowolony.
    Ciekawe czy autorzy Despacito czuli, że tworzą piosenkę, która na całym świecie zdobędzie niesamowitą popularność. Ja nie czuję, że ten wpis zdobędzie wielką popularność, ale nie miałbym nic przeciwko.

    Na koniec sobie pofolguję i trochę pooceniam:
    Sądzę, że choćby samo zapoznanie się z trendami też potrafi inspirować. Poza tym zawsze warto dostrzegać coś więcej w rzeczywistości, lepiej rozumieć życie innych ludzi. Czasem możemy zbyt uwierzyć w to, że jesteśmy jaśnie oświeconymi, że wiemy więcej od reszty głupców (biorąc pod uwagę to, co opisałem o swoich wrażeniach z odkrywania rzeczywistości - mi to raczej nie grozi).
    Poza tym myślę, że każdy znajdzie w kulturze popularnej coś dla siebie.

    pokaż spoiler Kiedyś napiszę coś o tym, jak “wałkowanie rzeczywistości” (na przykład: jak słuchanie w kółko tych samych piosenek, oglądanie tych samych filmów) wpływa na psychikę. To pojęcie podpowiedział mi mój kolega i myślę, że będzie dobrze łączyło się ze skokami w nieznane.


    #dawidk01 - obserwujcie, by być na bieżąco
    #muzyka #kultura #film #rozkminy #przemyslenia
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    17.02.2015 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 1." - przeczytane.
    03.06.2015 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 2." - przeczytane.
    12.03.2016 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 3." - przeczytane.
    12.06.2016 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 4." - przeczytane.
    14.07.2016 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 5." - przeczytane.
    10.04.2017 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 6." - przeczytane.
    07.05.2017 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 7." - przeczytane.
    11.07.2017 - "Frederick Copleston - Historia Filozofii, Tom 8." - przeczytane.

    Ósmy tom miał opisywać XIX-wieczną filozofię brytyjską. No cóż, niezbyt ciekawie się zapowiadało. I dopóki Copleston opisywał Benthama, Millów i innych Spencerów: rzeczywiście, czasem ciężko było.

    Ale potem się zaczęło.

    Idealizm inspirowany myślą Hegla. W Ameryce znakomite myśli Royce'a, R.W. Emersona, rodzący się pragmatyzm Percie'a i Williama Jamesa.
    Nagle, bunt przeciw idealizmowi i wielki powrót realizmu! Kilka tomów bez konkretnych i ciekawych realistów sprawiło, że poczułem jakbym z utęsknieniem czekał na akurat na ten wątek. Jakoś nigdy nie czułem poglądów Arystotelesa, czy św. Tomasza z Akwinu, a teraz wreszcie mam wrażenie, że mogę wrócić i na nowo odkryć ich myśli.
    Wreszcie, Whitehead o którym było bardzo mało, ale go polubiłem, G.E. Moore, który podobno liczył się aż za bardzo z każdą najmniejszą krytyką swoich poglądów, i na koniec Bertrand Russell. Jego ostrożność, agnostycyzm sprawił, że posądziłem go o solipsyzm. Ale jego wkład w matematykę i ciekawa filozofia języka na pewno warta zauważenia. Ale znowu - to nie jest (Russell i jego filozofia) zbawca filozofii.
    A, no i na koniec, w formie dodatku Copleston pisze o błogosławionym kościoła katolickiego filozofie Newmanie, którego myśl w dosyć interesujący sposób wyraża z jednej strony duch angielskiej filozofii, a z drugiej można by jego myśl porównywać może nawet do Kierkegaarda.

    Copleston w drugiej części tego prawie 500-stronicowego tomu, jak chyba w żadnym innym potrafi wyłożyć genezę powstających nurtów filozoficznych, które dla mnie wydawały się zawsze trochę tajemnicze (szczególnie bałem się Russella). Znów jestem zachwycony tym - tak jak przy Kancie na przykład - że jestem w stanie w miarę ogarnąć o co chodzi.
    A może po prostu Copleston spłyca wszystkie filozofie? Nie wydaje mi się, tym bardziej, że sam jest Brytyjczkiem.

    Podsumowując: ostatnie kilkaset stron tomu czytało się jak jak najlepsze książki Dana Browna. Naprawdę: POLECAM! Copleston wielkim historykiem filozofii był!

    #filozofia #ksiazki #dawidk01
    pokaż całość

    źródło: jesuit.org.uk

    +: xerx3, J...........k +10 innych
  •  

    Last.fm, czyli ja i statystyki

    Absurd determinizmu

    Trzy miesiące temu założyłem http://blogdawidaomuzyce.blogspot.com/ (swoją drogą mam szczęście do dobrych tytułów bloga. Kiedyś miałem http://blog-o-matematyce.blogspot.com/ ). Wpis ten początkowo miał się okazać tylko na blogu, ale doszedłem do wniosku, że wykop chyba póki co jest najlepszym miejscem na wstawianie swoich przemyśleń. Odzew szybszy. Może i niektórzy potencjalni czytelnicy nie mają konta na wykopie, ale i tak, tylu komentarzy pod swoimi wpisami nie miałem (w tak krótkim czasie) na żadnym blogu. Poza tym sama idea jest świetna. Na blogu chyba każdemu zaczyna zależeć na ilości wejść, czy komentarzy, a na youtubie ludzie nawet zarabiają na swojej twórczości. Tutaj raczej wstawia się rzeczy bezinteresownie. Liczy się tylko wymiana myśli. Może niektóre wpisy mogą ładniej wyglądać, przyciągać tytułem, czy obrazkiem, ale i tak trzeba się zmieścić w jakiejś określonej konwencji.

    Omówię tutaj starannie rzecz, która zaprząta(ła) moją głowę od kilku ładnych lat, czyli... statystyki. Temat długi, ale ja postaram zmieścić się (na potrzeby wykopu) w miarę rozsądnych granicach.

    Czasem mam wrażenie, że przedstawić swoją filozofię, podejście do życia mógłbym z wielką dokładnością i przejrzystością chyba tylko w połączeniu z opisami sytuacji z mojego życia. Na zbyt duży ekshibicjonizm nie jestem gotowy. Ale troszeczkę… może nie zaszkodzi.

    Dlaczego piszę tę notkę?

    Wierzę, że ludzie myślą podobnie i że uchwycone pojedyncze historie jednostek potrafią oddać jakąś uniwersalną prawdę.

    ***

    Od czego by tu zacząć…
    jest 31.03.2013. Eh, no dobra, 30.03.2013. Też fajnie wygląda.
    Koleżanka pisze:
    - załóż sobie last fm.
    Ja korzystam z jej rady: https://www.last.fm/pl/user/Dawidk01 , choć może jakiś głos przyszłości, mój głos mówi: last.fm zmieni Twoje życie w sposób, jaki sobie nie wyobrażasz. Pewnego dnia, po kilku latach dojdziesz do wniosku, że wplątałeś się w coś, co Tobą owładnęło i przyprawiło o poczucie niemocy. W przypływie złości skasujesz swój profil, po czym dzięki temu po raz pierwszy od dziś poczujesz się wolny.

    Już 5.05.2013. koleżanka pisze:
    - CHOLERA SKONCZ Z TYM LAST FM BO ZACZNE ZALOWAC, ZE CI TO CHOLERSTWO POKAZALAM.

    Co to w ogóle ten last.fm? Pewnie wielu wykopków go ma, no ale tak w skrócie, można sobie wyobrażać, że pozwala nam przejrzeć jakiej danego dnia o danej godzinie słuchaliśmy muzyki. Wystarczy zainstalować jakąś wtyczkę do przeglądarki, która będzie na bieżąco zapisywać w last.fm (scrobblować) jakich utworów słuchasz. Zakładając konto byłem w okresie przedmaturalnym i teraz fajnie jest, że mogę wrócić wspomnieniami do tych dni. Czyli wszystko fajnie.
    No nie do końca.

    Lubię być dokładny. W samochodzie, słuchając radia usłyszałem jakąś piosenkę. Zacząłem się zastanawiać, czy ją też wklepać do last.fm? Stwierdziłem, że tak. Przecież są takie dni, że słucham tylko muzyki z różnych innych źródeł, niż internet. Albo jak będę na koncercie, to potem we wspomnieniach na last.fm nawet tego nie zauważę.

    I tak to się wszystko nakręcało.

    ***

    Ogólnie do statystyk mam słabość. Od gimnazjum, a może już od podstawówki robiłem na przykład jakieś symulacje karier piłkarzy. Kto, ile goli, w którym sezonie strzeli. Weźmy takiego Messiego i jego sezony w La Liga (za wikipedią):

    Sezon Mecze Gole
    04/05 7 1
    05/06 17 6
    06/07 26 14
    07/08 28 10
    08/09 31 23
    09/10 35 34
    10/11 33 31
    11/12 37 50
    12/13 32 46
    13/14 31 28
    14/15 38 43
    15/16 33 26
    16/17 34 37
    17/18 34 34

    18/19 36 34
    19/20 28 22
    20/21 31 24
    21/22 33 25
    22/23 34 26
    23/24 30 22
    24/25 33 18
    25/26 27 13
    26/27 34 17
    27/28 22 7

    No dobra, od sezonu 17/18 to już sam wymyśliłem. No ale czemu by tak nie miało być? Na podstawie różnych statystyk, analizowania, można dojść nieraz do ciekawych wniosków. Na przykład u niektórych zawodników ciekawie widać cykle czteroletnie. No ale na to nie miejsce tutaj. W każdym razie takie zabawy towarzyszą mi już od długiego czasu i, można powiedzieć, rozwijam je ciągle. Ale nie wracam do statystyk, które kiedyś zrobiłem, żeby czasem nie myśleć o sobie, że coś przewidziałem. To tylko zabawa.
    Choociaż. Takie skoki narciarskie. Dzięki cyklowi 27 konkursów (często tyle jest w sezonie) czasem trafiałem na podstawie wcześniejszych występów, co będzie w następnym. A zawodnicy tłumaczą się potem, że w sumie nie wiedzą dlaczego konkurs im nie wyszedł, bo robią wszystko dobrze. Zabawne...

    Szkoda, że próbowałem w statystyki ubrać swoje życie.

    Już w 2014 po pierwszym roku studiów, dostrzegając że ludzie się uczą dużo i w ogóle jakoś to ich życie jest uporządkowane stwierdziłem, że wymyślę jakiś algorytm, który pozwoli mi prowadzić subiektywną statystykę życia. Po prostu w każdym dniu będę dawał sobie jakieś punkty za poszczególne części życia. Na przykład za naukę na studiach punkty w skali 0-50. Za muzykę, gdy odkryję coś ciekawego, albo pójdę na jakiś koncert dam sobie 0-15 punktów. Za niektóre rzeczy będą punkty minusowe.
    No i nawet prowadziłem tę statystykę kilka ładnych miesięcy. A więc oprócz codziennego zaprzątania sobie głowy muzyką na last.fm, dochodziło jeszcze myślenie w ciągu dnia o tym, ile punktów na koniec dnia sobie przyznać.

    Potem stwierdziłem: bez przesady! W sumie to z tych statystyk życia zrezygnuję i po prostu będę sobie zapisywał ile danego dnia poświęcam czasu na naukę.
    Oczywiście, w tej kwestii również byłem skrupulatny.
    Postanowiłem, że jednostką czasu będzie pół godziny. Siedziałem z zegarkiem w ręku i nabijałem kolejne godziny… średnia w ciągu kilku miesięcy, o ile pamiętam wyniosła jakieś 1,5 godziny dziennie nauki. Łącznie z czasem na uczelni. Jakim cudem? Akurat był okres, że zajęć było mało. Poza tym, gdy na przykład na 1,5 h wykładzie nie uważałem za bardzo, dałem sobie tylko 0,5 h do statystyk. I... tak... dalej…
    Często kończyło się na tym, że kończyłem zmęczony trudami dnia z jedną sesją nauki. To było straszne.

    Kiedyś postanowiłem, że trochę podgonię statystyki. Uczyłem się kilka dni ostro, ale… zachorowałem na grypę. Jak nie byłem chory od trzech lat, akurat wtedy złapałem grypę.

    “Czy to nie jest użalanie się maszyny, że jest maszyną? Niektóre maszyny mają większe możliwości. Inne uczą się stopniowo. Ale pod wpływem chwili nie można zmienić niczego. Gdy raz coś ci się uda, choć na to nie zasłużyłeś, potem będzie ci szło kilka razy jeszcze gorzej, niż byś mógł się tego spodziewać. Suma szczęścia i pecha się zawsze wyrównuje.” - myślałem czasami.

    Ale w czasie dużego kryzysu, który trwał jakieś pół roku, gdzie niesamowicie ciężko było mi się uczyć, doszedłem do wniosku, że człowiek został stworzony przez Boga z pewnymi możliwościami. Nie każdy może latać, nie każdy może być geniuszem. Choćby nie wiadomo jak się starał, los może z nim zrobić co chce. I warto zastanowić się, jaką misję mam ja do spełnienia. I nie próbować poprawiać się we wszystkim, bo tak się nie da. Ani też nie stresować się, że się nie poprawiło. Trzeba zaufać Bogu, że wie, co jest dla nas dobre. Dziękować za to co się ma, ewentualnie prosić o jakieś dary. Ale warto pamiętać, że Bóg zawsze o nas się troszczy, że Bóg żyje, że nas kocha. O ile pamiętam, był taki fragment w Ewangelii, że skoro lilie wodne wyglądają tak pięknie, choć nie troszczą się specjalnie o swój wygląd, to o ileż bardziej człowiek piękniej wygląda, człowiek, którego Bóg kocha.

    Ta myśl pozwoliła mi zdać jeden z egzaminów. Ale potem i tak wróciłem do statystyk.
    Znowu chciałem kontrolować swoje życie. Bałem się teraźniejszości. Bałem się działania, nie wiedziałem, gdzie mnie ono zaprowadzi. Znów przestałem ufać Bogu.

    Kiedyś na wykopie pisałem, że może w ramach eksperymentu artystycznego zostanę na miesiąc “Yuppie”. Po prostu, zmienię tożsamość… eh.

    ***

    Powyższy opis mojego podejścia do różnego rodzaju statystyk pozwoli pewnie lepiej zrozumieć clou sprawy, związane z portalem last.fm.

    Bo, oczywiście, portal last.fm oferuje wgląd do statystyk. Możemy zobaczyć ile w danym okresie słuchaliśmy danego utworu, albumu, czy wykonawcy. W sumie przez większość czasu użytkowania portalu tymi statystykami za bardzo się nie przejmowałem. Ale w ostatnim półroczu mocniej się nimi zająłem. Pewnie wyobrażacie sobie, z jakim skutkiem.

    Oto kilka statystyk, na które zwracałem szczególną uwagę:

    a) statystyki łączne odtworzeń, roczne i miesięczne,
    a) statystyki roczne i miesięczne odtworzeń dla poszczególnych wykonawców,
    c) statystyka, na ile odkrywam nowe utwory, czy wykonawców, oparta na swoim algorytmie.

    Oczywiście chciałem ciągle poprawiać swoje statystyki (no bo jak inaczej). Najłatwiej było w przypadku c). Po prostu poznawałem nową muzykę. Niby fajnie, ale po jakimś czasie ciągłego odkrywania człowiek dochodzi do wniosku, że gdzieś się zagubił. Może ta nowa muzyka jest fajna, ale nie ma szans na to, by na przykład dany poziom emocjonalny związany z jakimiś fajnymi wydarzeniami w moim życiu, który towarzyszy mi na przykład przy słuchaniu, ot, chociażby piosenek Brodki z płyty Granda, towarzyszył również randomowym piosenkom odtwarzanymi ze Spotify. Nie da się we wszystkim znaleźć siebie. Oczywiście, pewnie poznałem mnóstwo nowych, ciekawych wykonawców, do których z chęcią będę wracał. No i też może trochę związana, ciekawa, estetyczna rozkmina.
    Czy może podobać się równie mocno sto utworów na raz, czy sto dziewczyn na raz? Dopiero mając konto na instagramie zrozumiałem, że oglądając wkoło zdjęcia pięknych ludzi można, dosłownie, mieć odruch wymiotny, zacząć rzygać tęczą.

    Co do a). No może i łatwe zadanie. Ale… gdy wyśrubujemy statystyki, i na przykład rok temu słuchaliśmy 200 utworów (w sensie, że może jeden utwór cały czas, ale po prostu 200 scrobbli, 200 odtworzeń. No wiadomo o co chodzi), co przy założeniu, że piosenka trwa 3 minuty daje dziesięć godzin słuchania muzyki dziennie (!!!), no to, aby poprawić te statystyki trzeba się trochę namęczyć. Więc co robi Dawidk01?

    Słucha krótkich utworów.

    Spotify nie pozwala scrobblowania tych, trwających poniżej 30 sekund. A ręczne scrobblowanie mimo wszystko nie należy do przyjemnych (bo ja nigdy nie chciałem oszukiwać, i wklepywać czegoś czego nie słuchałem. Taka konsekwencja!). Na szczęście natrafiłem na… Johna Cage’a.

    Eh… jeżeli nie znacie jego muzyki to posłuchajcie. Jest tego dużo na Spotify, nie polecam.

    Jego 30-sekundowe utwory na pianino polegające na tym, że pianista wciska jakieś (wydaje się) losowe klawisze (bo melodii to tam raczej nie było) pozwoliły mi podreperować statystyki. Ale po raz pierwszy zacząłem odczuwać, że to co robię jest absurdalne, a wręcz głupie.
    W końcu też przeczytałem o jakimś utworze "There's a Riot Goin' On”, niby jakiś najkrótszy na świecie, czy coś. Na Spotify niby go przesłuchałem… 155 razy. I wklepałem ręcznie w last.fm.

    No i wreszcie, podpunkt b). Zrobiłem sobie statystyki miesięcznych odtworzeń poszczególnych (tych co lubię) wykonawców. No i gdy widziałem, że na przykład Eric Prydz ma zdecydowanie za mało odtworzeń (u mnie. Pamiętajcie, tylko u mnie!), postanawiałem, że będę tę liczbę z roku na rok powiększał.

    Ale że co? Mam prowadzić te statystyki do końca życia? A jak będę żył do setki, to mam ciągle być wyczulony na to, jakiego utworu słuchałem dzisiaj? I liczba odtworzeń Erica Prydza będzie się ciągle zwiększać… a jak umrę? Nagle spadnie? BEZ SENSU!

    Wreszcie nastąpił jakiś przełom!!!

    Nie samym last.fm żyje człowiek. To już te statystyki subiektywne życia były lepsze, bo próbowały ogarniać całe życie.
    No dobra, nie będę wybierał mniejszego zła.

    Ze statystyk można czasem wyczytać coś ciekawego. Z mojego profilu last.fm może wynikało w które dni lubię słuchać muzyki, może dało się przewidzieć mniej więcej jacy wykonawcy się mi jeszcze spodobają. A co wynika ze statystyk ulepszonych?

    Wincyj scrobbli, wincyj!
    Czyli nic.

    Mam też tak, że oglądając filmy zastanawiam się jak ocenię go na filmwebie, albo oglądam krótkie filmy. Wybieram krótkie książki, żeby dać ocenę na lubimyczytać.

    Każdą statystykę można oszukać. Podobnie miałem z grami komputerowymi. Gdy znajdowałem bug, który pozwalał łatwo wygrywać, od razu się zniechęcałem do grania.
    Zainspirował mnie również otwarty świat Gothica 3. Grając, trochę mnie to denerwowało, że równie dobrze mógłbym zabić wszystkie postaci i zostać sam w tym ogromnym świecie. I co wtedy? Czy taki bohater nie znudziłby się? Jedyny sens postaci dawała fabuła, a gdy fabuła się skończyła, postać przestała już mieć sens (co jedno jedno z zakończeń Gothica 3 na pewno mogło sugerować). Zresztą sama fabuła w świecie otwartym może mieć mało sensu, gdy odwiedzi się na początku nie te miejsca co trzeba.

    Mam wrażenie, że współczesne społeczeństwo ma pełno bugów, a prawdziwej sławy i bogactwa dobija się ten, kto te bugi znajduje.
    Chyba sztuka współczesna często opiera się na takim podejściu (a przynajmniej niektóre jej przejawy). Nieważna jest idea. Liczy się oryginalność, zaszokowanie, trywializacja.

    W sumie śmieszne, że last.fm zabugowałem totalnie utworami Johna Cage’a. Robiłem to w sumie dosyć świadomie. Wiedziałem, że to absurdalne, dlatego wolałem zrobić to takim muzykiem.

    ***

    Wracając do last.fm.
    Niby skasować można. Ale stracić to wszystko, nad czym “pracowałem” cztery lata? Toż to grzech.

    Miewałem wątpliwości, czy to co robię ma jakąkolwiek wartość. Próbuję od jakiegoś czasu obejść się bez typowej pracy, od marca nie studiuję. Wydaję mi się, że kroczę mniej więcej przemyślaną drogą życiową, i gdy z niej zbaczam, zaczynam wariować. Mam wrażenie, że, daję z siebie naprawdę bardzo mało. Może już teraz rozumiecie skąd ta moja fascynacja skokami w nieznane. Każde podjęcie wysiłku ma dla mnie jakieś znamiona takiego skoku.

    Zrozumiałem, że żadne siłowe rozwiązania nie dadzą rady, jeżeli nie będę po prostu podejmował decyzji spontanicznych. Nic nie da patrzenie się w statystyki i mówienie sobie, że aby poprawić się trochę, to jutro muszę siąść na godzinę, a pojutrze na półtorej, ale już potem mogę sobie tydzień pozwolić na luzy, bo analogiczny tydzień miesiąc temu też przebimbałem. A może lepiej sobie teraz odpuścić, to potem te statystyki będą się ładniej powtarzać.
    TO TAK NIE DZIAŁA! To jest lenistwo. Próbujemy dać egzystencji czas na wytchnienie, mówiąc: spokojnie, mam wszystko pod kontrolą.

    Nie masz.

    Liczy się tylko teraźniejszość. Żyjemy w chwili. Myślenie o nieteraźniejszości jest roztrwanianiem energii, która jest nam potrzebna do życia tu i teraz. Myślimy na przykład, że jutro o 15 weźmiemy się za trening. Po co jednak marnować energię na myślenie o tym, skoro jutro o 15 od nowa musimy podjąć trud decyzyjny i podjąć trening. Tutaj łączy się filozofia Krishnamurtiego z egzystencjalizmem. Mamy wolę i ciągle dokonujemy wyboru, więc nie możemy podjąć teraz wyboru wiążącego na całe życie. Powiedzieć: od jutra przestanę palić jest proste. Ale jeżeli nałóg w nas jest silny, to w końcu chcąc nie chcąc możemy zacząć myśleć o paleniu i od nowa podjąć decyzję, że nie palimy. Wtedy, gdy myśli na nas naciskają dokonać wyboru jest trudniej i to co mówiliśmy wczoraj przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

    Przemyślenia z powyższego akapitu umieściłem w swoim wpisie o J. Krishnamurti (którego filozofią inspirował się mocno Bruce Lee).

    To ja powinienem wykorzystywać formę, nie forma mnie!

    ***

    9.05.2017. mówię dość! Przed wciśnięciem przycisku “Zamknij konto użytkownika Dawidk01” przypominam sobie dzień, w którym konto założyłem. Dziwne trochę, że go pamiętam, ale czasem, i wtedy także, pamiętam, czuję, że dany dzień, czy sytuację będę pamiętał. Może wtedy naprawdę odczuwa się siebie z przyszłości? Może “wieczny powrót” ma miejsce?

    ***

    Czy po śmierci będziemy mieli dostęp do wszystkich statystyk swojego życia? Może w Raju będziemy mieli dostęp do każdej piosenki czy książki, jaka kiedykolwiek powstała (bo często prowadząc last.fm, filmweb, czy lubimyczytać było mi ciągle mało muzyki, filmów, książek).
    Może i tak. A może i nie. Bo:
    "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2, 9)

    Ależ emocje mną targały, gdy ten wpis pisałem.

    Na last.fm wróciłem (odzyskałem konto). Scrobbluję tylko ze Spotify. Statystyk nie robię.

    Claude Debussy - Clair de lune

    #dawidk01 #przemyslenia #piszzwykopem #filozofia #muzyka #lastfm #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    A, wstawię swoją wiadomość do kolegi, może komuś się spodoba. W nawiązaniu do wpisu o skokach w nieznane

    #gothic #gothic2 #przemyslenia #rozkminy #dawidk01

    Ja tak się zastanawiam. Patrz, Gothic idealnie reprezentuje ideę skoku w nieznane. To znaczy zauważyłem to, gdy przeczytałem te słowa (trochę je sparafrazowałem ;p): Pojęcie lęk (...) [wiążę się z poczuciem] możliwości, poświęceniu się temu, co obiektywnie niepewne, owemu skokowi w nieznane. Osoba taka przypomina człowieka na brzegu przepaści, który uświadamia sobie możliwość rzucenia się w dół, co go zarazem przyciąga i odpycha." a potem sobie przypomniałem scenę w Gothic 2 NK, gdy trzeba było skakać w przepaść, żeby ratować pirata. Stałem nad tą przepaścią i jakoś tak, myśląc, że piraci są bardzo spoko podjąłem decyzję - skakać. No i eh, super uczucie. Przeżyłem, jeszcze punkty doświadczenia dostałem. No ale tak w ogóle to. Gothic 1. Wbijamy do kolonii karnej. Diego od początku nam mówi, że mamy wybór - możemy się zabić, albo iść szukać szczęścia, albo iść z nim. Potem możemy być kopaczami i nic nie robić, i w sumie w miarę szczęśliwie żyć (paląc sobie bagienne ziele). No ale my mamy ambicje iść wyżej. Jesteśmy słabi, więc ciągle musimy jakoś kombinować. Żeby się rozwijać, musimy zabijać wilki, a normalnie żyjąc w obozie nawet byśmy żadnego nie spotkali. W końcu, podejmując kolejne decyzje stajemy się potężni. Ale te skoki w nieznane są coraz większe. Na początku wszyscy w miarę nas prowadzili za rękę, a na koniec zostaje nam tylko jakiś dziwny typ, nekromanta Xardas, po którym nie wiadomo czego się spodziewać, który nam każe na przykład iść samemu do świątyni orków. (W Gothic 2 czy 3 mamy chyba podobne sytuacje)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: vignette2.wikia.nocookie.net

  •  

    Czy ziemia rzeczywiście jest płaska,
    czyli dlaczego nie przepadam za popularyzacją nauki


    Często zastanawiam się nad teoriami spiskowymi, bo sam mam skłonność do wierzenia w nie. Kiedyś dałem się mocno wciągnąć w #badselfeater . Nie mogłem spać w nocy, siedziałem chyba do drugiej, nim odliczanie dobiegło końca, choć wiedziałem, że następnego dnia muszę wstać o szóstej rano. W tym wpisie chciałbym się skupić na teorii płaskiej ziemi, która różni się od tych typu reptilianie, New World Order, że łatwiej można ją zweryfikować ;p

    Nie jestem zwolennikiem poglądu, że rację ma ten, komu ludzie przyznają rację. Nie jestem za przekrzykiwaniem się w dyskusji, obśmiewaniem czyichś poglądów. Wolałbym może każdego merytorycznie przekonywać do swoich racji, i pewnie większość ludzi tak by chciała. Widziałem analizę SciFuna na temat teorii i doszedłem do wniosku (choć wcześniej w sumie już tak myślałem), że naprawdę ciężko by było zwykłemu człowiekowi, “nawet” z wyższym wykształceniem przekonać w dyskusji płaskoziemca do tego, że ziemia jednak płaska nie jest. Wydaję mi się, że wielu ludzi ma wrażenie, że płaskoziemcy po prostu są głupi i w ogóle nie umieją myśleć, w przeciwieństwie do nich, jaśnie oświeconych przez naukę ze szkoły podstawowej (bo w gimnazjum, czy liceum na fizyce i tak mało kto uważał). Nie twierdzę, że każdy powinien umieć odpowiadać na teorie płaskoziemców, bo w sumie nie widzę powodu, dla którego zwykły człowiek miałby to robić. Oczywiście, jeśli ktoś chce - proszę bardzo. Ale to wiążę się z jakimś tam wysiłkiem intelektualnym, który lepiej może skierować na inne rzeczy, niż przekonywanie kogoś, że nie ma racji (w sensie, że lepiej rozkminić coś dlatego, że to nas interesuje i czujemy, że powinniśmy to rozkminić (jak pewnie podszedł do tego SciFun), niż dlatego, że jakiś tam koleś sobie wymyślił, że ziemia jest płaska i warto by go obśmiać).

    Widać, mam nadzieję, że nie uważam płaskoziemców za spoko gości z pasją i tak dalej. Nie są spoko, z podobnych powodów, co ludzie, którzy ich obśmiewają.

    Z czego w ogóle bierze się problem, że jedni nakręcają drugich? Według mnie z tego, że ludzie próbują zastąpić wiarę nauką, co przeradza się w to, że traktują naukę jak wiarę. Kierkegaard twierdził, że za prawdziwość zdań matematyki ludzie nie dadzą się pokroić, nie poręczą całą swoją egzystencją, w przeciwieństwie do zdań wiary. W dzisiejszym, scjentystycznym świecie jest inaczej. To, czy wszechświat powstał piętnaście, czy trzynaście miliardów lat temu, albo czy za miliardy lat słońce zniszczy ziemię, jest ważne, a to, czy Bóg istnieje, czy mamy wolną wolę - tutaj jesteśmy gotowi zawiesić sądy. A jakie znaczenie ma dla nas - jednostek - wiek wszechświata?

    W gimnazjum i liceum interesowałem się nauką, fizyką kwantową i teraz czytając wpisy @eagleworm: przypominam sobie te czasy. Zawsze szukałem czegoś więcej w nauce, bardziej interesowało mnie co wynika z faktów, niż one same. Potem doszedłem do wniosku, że naukowców raczej nie interesuje filozofia nauki. Większość wykładów na moich studiach to suche fakty przedstawiane często w nudny sposób. Oczywiście, samo dojście do nich pewnie jest bardzo ciekawe, ale co z nich wynika? Tym już mało kto się przejmuje. Filozofia rozwija się często pod wpływem jakichś faktów (czy to odkryć w biologii, czy w fizyce, czy może w matematyce). To, że w dzisiejszym świecie faktów (nauki) jest coraz więcej pewnie będzie sprawiało, że filozofia będzie coraz szybciej się zmieniała, oczywiście o ile filozofowie będą nadążać za nauką (ale bywa, że wybitni naukowcy są filozofami, więc z tym może problemu nie będzie).

    W związku z tym może się wydawać, że najlepiej byłoby przyjąć coś w rodzaju koncepcji Hegla, samopoznającego się w czasie Absolutu i powiedzieć, że po prostu nasze spojrzenia na świat są coraz lepsze i czym więcej tych faktów poznamy, tym ten świat lepiej będziemy ogarniać w filozofii. Jakaś skrajna interpretacja tego poglądu pewnie prowadzi na manowce. A i scjentyści pewnie by się ucieszyli, że tak naprawdę nauka (no bo w dzisiejszych czasach ona dostarcza raczej najwięcej faktów) jest najlepszym sposobem na filozofię.

    Ja wtedy postąpiłbym na przekór filozofii. Jak naukowiec, skupiłbym się bardziej na samym dochodzeniu do faktów, które jest trudne i może właśnie odstraszając od nauki sprawia, że ludzie wolą popularyzację nauki i wyciągają z niej pochopne wnioski.

    Myślę, że popularyzowanie nauki może dać trochę błędny obraz niej samej. Tak na przykład, gdy popularyzujemy fizykę kwantową, ludzie mogą pomyśleć, że to wszystko jest łatwe, proste i przyjemne, a czytając o przestrzeniach Hilberta w fizyce kwantowej, aż się wzdrygnąłem, bo przypomniała mi się analiza funkcjonalna na studiach. Może po prostu zbyt dobrze wiem ile wysiłku kosztuje zrozumienie jakichś matematycznych zagadnień, żeby później opowiadać o nich w przyjemny dla czytelnika sposób. Może po prostu denerwuje mnie to, że sam nabrałem się na to, że matematyka, czy fizyka kwantowa jest łatwa i przyjemna, i wolałbym przestrzec młodych ludzi przed takim myśleniem.

    Nie raz na wykładach z matematyki (na przykład z prawdopodobieństwa) liczyłem na jakieś interesujące twierdzenia, które zaburzą mój światopogląd, a potem się zawodziłem. Myślę, że śmiało można przyjąć, że nauka, nie powinna zmienić poglądów naukowca, gdy ten jest skupiony tylko na jej zgłębianiu. Twierdzenia matematyki jeśli mają jakąś wartość dla matematyków, to bardziej estetyczną, niż filozoficzną. Poza tym, nawet, gdy niektóre służą do wyciągania filozoficznych wniosków, jak twierdzenia Godla (ale dalej nie jestem pewien co z nich wynika) to wydaje się, że te same wnioski można wyciągnąć niezależnie, z innych przesłanek (gdy tylko bardziej zrozumiem twierdzenia Godla, postaram się bardziej rozwinąć tę myśl).

    Naukę pewnie trzeba by podzielić na różne działy. I o ile popularyzowanie nauki, potem próba wyciągnięcia z niej wniosków w matematyce, czy fizyce jest dla mnie mimo wszystko jest ok, to czasem wręcz przerażają mnie popularyzację w naukach, że tak to nazwę “medycznych”. Pewnie to wynika z mojej ignorancji, albo z tego, że mam skłonności hipochondryczne. Nie będę o tym pisał wiele. Po prostu kiedyś zacząłem oglądać ten wykład profesora Jerzego Vetulaniego: “Jak żyć długo, mądrze i szczęśliwie? Refleksje neurobiologa”. Profesor zginął w wypadku kilka miesięcy po tym wykładzie. Gdy to sobie uświadomiłem, skończyłem oglądać.

    Ten wpis był dla mnie bardzo ryzykowny, trudny do napisania.
    Pewnie sprawił wrażenie bardziej krytykującego metafizykę, niż jej broniącego. Czy jestem zwolennikiem poglądu, że nauka jest tylko zbiorem faktów, opisów, a tak naprawdę jest pusta w środku? Sam już nie wiem.

    Ale mam nadzieję, że akapit o Kierkegaardzie jasno pokazał, że słowa “O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” nie opisują moich poglądów filozoficznych. Poza tym ciągle w “Historii Filozofii” Coplestona jestem w XIX wieku, więc z pewnością moje poglądy będą się zmieniać. Liczę na konstruktywną krytykę.

    #dawidk01 #filozofia #nauka #przemyslenia #plaskaziemia
    pokaż całość

    źródło: 2.bp.blogspot.com

    +: r......7, W........a +18 innych
    •  

      @Turysta_Onanista: pierwszy Twój komentarz zaplusowało prawie tyle samo osób, co mój wpis. zastanawiam się, czy dlatego, że też twierdzą, że mój wpis jest chaotyczny (co w sumie by mnie trochę zasmuciło, w kontekście dalszej dyskusji pod wpisem), czy z jakichś innych powodów ;p

      +: Freakz
    •  

      @flamel: @Turysta_Onanista: tak ostatnio wracam do mojego tekstu (to chyba najlepszy jaki napisałem) i komentarzy (chyba najciekawsza dyskusja pod moim wpisem).

      No i chyba jednak stwierdzam, że przygotowanie filozoficzne dla naukowców wiele mogłoby dać xD
      Tzn. sami naukowcy wykonują swoją robotę, i im w sumie wiedza filozoficzna nie jest potrzebna.
      Ale gdyby tak popularyzatorzy nauki zdali sobie sprawę, że filozofia od tysiącleci męczy się z różnymi sprawami, a im wydaje się, że interpretując jakąś naukową teorię odkryli ostateczną prawdę, no to może by trochę przemyśleli swoje zachowanie ;)
      pokaż całość

      +: f....l
    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Skoki w nieznane, czyli czy warto podrywać dziewczyny.

    Dziękuję mojemu koledze za naprawdę długą rozmowę, dzięki której na pewno dużo lepiej rozumiem swoje życie.
    @Brzytwa_Ockhama wrócił, więc powitam Go jakimś fajnym wpisem od siebie (myślę, że ma też wpływ na ten wpis) ;p

    pokaż spoiler Pisany na szybko, przeznaczony na wykop. Mam nadzieję, że w ciągu kilku miesięcy uda mi się przygotować jego bardziej filozoficzną, dłuższą wersję. Przemyślenia tu przedstawione są ściśle powiązane z takimi filozofami, jak Soren Kierkegaard, Jiddu Krishnamurti, Lew Szestow i też trochę G.W.F. Hegel, Carl Gustav Jung, czy Jordan Peterson (ciągle jakoś nie mam czasu, żeby z nim bardziej się zapoznać, ale intuicyjnie chyba wiem, o co mu chodzi xD), co w dłuższej wersji, gdy ona się ukaże starannie wypunktuję, ale póki co nie będę się do tych filozofów odwoływał i będzie to notka sprawiająca wrażenie, że to ja wymyśliłem wszystkie pojęcia (ostatnio rzadko kiedy tak piszę, więc spróbuję ;p).


    Do not pray for an easy life, pray for the strength to endure a difficult one. - Bruce Lee

    Znacie takie uczucie, że jakaś dziewczyna bardzo się Wam podoba, wyobrażacie sobie jakby to pięknie było z nią być, ale boicie się do niej podejść, bo na przykład jesteście nieśmiali, normalnie tego nie robicie, a poza tym ona ma ciągle wiele koleżanek wokół siebie, albo też jakichś wspólnych znajomych i boicie się ich reakcji (w dalszej części będę mówił o ogóle ludzi, jako o powszechności)? Potem stwierdzacie, że może najlepiej będzie poczekać na jakąś znakomitą okazję, a gdy ona się zdarza, a potem i tak dalej zaczynacie racjonalizować, że to nie dla Was, że w sumie po co w ogóle coś zmieniać, żyjecie sobie spokojnie, macie czas na wszystko, a ona i tak pewnie jest głupia.

    Podobnie może być na przykład, gdy męczycie się w swojej pracy, a nie chcecie jej zmienić, bo boicie się jakichś konsekwencji, że sobie nie poradzicie. Albo gdy macie lecieć samolotem, ale boicie się, że spadnie.

    Według mnie to wszystko wiąże się z jednym pojęciem, które można nazwać skokami w nieznane, albo jak w niektórych coachingowych mowach “wychodzeniem ze strefy komfortu”. (Swoją drogą nie wiem, czy to coachingowe pojęcie jest jakoś rozwinięte w psychologii. Jeśli tak, to chętnie bym coś więcej o tym się dowiedział.)

    Wszystkie te skoki mają trzy cechy:
    - nadzieję,
    - lęk,
    - niepewność.

    Nadzieja jest tak naprawdę wewnętrzną potrzebą. Wiąże się z poprawą swojego losu, ze zmianą i z poczuciem, że zaprzeczymy determinizmowi. Skoki w nieznane są aktami wolnej woli. Lęk wynika z tego, że skok to zmiana związana z niepewnością. Wykonując skok w nieznane wychodzimy ze swoich ról, czy to z nieśmiałości, czy z tego, że jesteśmy zawsze do dyspozycji w pracy i tak dalej. Nie wiemy co nas czeka i nie możemy wszystkiego zaplanować. Racjonalizacja nic nie da. Możemy sobie opracować misterny plan, ale w końcu i tak będziemy musieli go wcielić w życie i zmierzyć się z tym lękiem, a jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, i racjonalizowaniem udaje się poskromić lęk, to raczej nie mówi o typowym skoku w nieznane.

    Gdy próbujemy poderwać dziewczynę, często chcemy zdobyć o niej mnóstwo informacji, bo może wydaję się, że łatwiej będzie wykonać skok w nieznane z tą wiedzą. Wydaję mi się, że wcale nie mamy wtedy dużo łatwiej, niż gdybyśmy od razu zdecydowali się na skok. Im więcej wiemy, tym bardziej poddajemy się tej powszechności, tym bardziej rozumiemy rolę w niej naszą i naszej wybranki. Ta zmiana w rzeczywistości, której chcemy dokonać będzie wtedy raczej większa w naszym umyśle, niż wtedy, gdybyśmy do dziewczyny zagadali spontanicznie, czyli lęk może być jeszcze większy.

    Myślę, że skoki w nieznane wiążą się z odwagą i do ich wykonania potrzeba dużo energii. Łatwiej jest wykonywać swoje czynności zdeterminowane przez powszechność, kroczyć po znanej ścieżce, niż zaangażować się w pełni w swoje życie. Wykonując skoki w nieznane możemy kreować rzeczywistość, stawać się znaczącymi jednostkami. Gdy już wykonamy skok, pewnie powszechność nas zaatakuje. W końcu zmieniliśmy swoją rolę społeczną. Zmieniliśmy rzeczywistość, staliśmy się bardziej jednostką, więc zaczną się pewnie niewygodne pytania. Ale myślę, że warto skoki wykonywać. Myślę, że powinniśmy stawać się bardziej jednostką, i wiele niewykonanych skoków będzie nas w przyszłości dręczyło. Trzeba jakoś znaleźć w sobie tę energię, by zagadać do dziewczyny, by przełamywać ten determinizm.

    Nie mogłem od liceum zrozumieć, dlaczego niektórym ludziom łatwiej dostawać piątki, niż dwójki na studiach. Teraz wydaję mi się, że wiąże się to paradoksalnie z lenistwem. Dobrzy uczniowie boją się wyjść ze swojej strefy komfortu i dostać słabą ocenę, i łatwiej im się nauczyć na egzamin, niż nie.

    Ważną kwestią w skokach w nieznane jest odpowiedzialność. Gdy bierzemy ślub, wykonujemy skok w nieznane, wkraczamy w nową fazę życia i bierzemy odpowiedzialność za drugą osobę. Oczywiście, możemy skoczyć pod samochód, ale to nie skok w nieznane, tylko głupota. Zawsze musimy liczyć się z konsekwencjami i to chyba głównie z tego bierze się lęk. Ale z drugiej strony wzięcie odpowiedzialności usprawiedliwia skok. Często jest tak, że im większa odpowiedzialność w podejmowanej pracy, tym większe zarobki. Na pewno z byciem lekarzem, czy pilotem wiąże się lęk, który może w przypadku tych zawodów wpływa jeszcze bardziej stymulująco na działania. Myślę, że często możemy spotkać się z tym, że po jakichś niepowodzeniach ludzie zrzucają odpowiedzialność za skutki swoich czynów na inne osoby, na pech, czy jeszcze na coś innego. Pewnie łatwiej jest mieć taki rodzaj ucieczki. Może wtedy łatwiej jest wykonać skok w nieznane, ale nie świadczy to o zbytniej dojrzałości takiej osoby.

    Tutaj muszę dodać, że według mnie skoki w nieznane świetnie łączą się z wiarą w Boga.
    Wydaję mi się, jest tak w kwestii moralności, że gdy nie jesteśmy pewni swojego uczynku, nie musimy przejmować się opinią ogółu. Zawsze ostatecznie stajemy przed obliczem Boga (w życiu codziennym dochodzi do głosu sumienie, a później mamy Sąd Ostateczny). Sama wiara w Boga też może ma coś ze skoku w nieznane. By skoczyć w nieznane musimy mieć wiarę, że - wtedy, gdy rozum nie ma już zbyt wiele do gadania - serce (czy coś) słusznie nam podpowiada, że akurat tak musimy postąpić.

    W końcu, ostatnim skokiem w nieznane w naszym życiu jest śmierć. Nie wykonujemy go raczej dobrowolnie (samobójstwo wiąże się według mnie z nieodpowiedzialnością). Tutaj w ogóle nie wiemy co nas czeka, lękamy się (może, gdy mielibyśmy ten skok podejmować dobrowolnie, z pełną odpowiedzialnością, to lęk nigdy by nam nie pozwolił umrzeć, choć może każdy skok w nieznane jest czymś w rodzaju śmierci). Ale mamy nadzieję, wierzymy, że będziemy w Niebie oglądać Boga.

    Wstawienie tej notki na wykop też jest skokiem w nieznane.

    Inne moje wpisy znajdziecie pod tagiem #dawidk01 .

    #filozofia #irracjonalizm #egzystencjalizm #gruparatowaniapoziomu .

    I zdjęcie ładnej pani , której imienia niestety nie znam.
    pokaż całość

    źródło: x3.cdn03.imgwykop.pl

    •  

      @krazben: Jakież to mądre książki pochodzą z "naszych czasów"?
      Wbrew pozorom coś tam wiem na temat świata i wszechświata, co nie zmienia faktu, że pomimo całej wiedzy tak naprawdę niewiele wiemy i fakt, że udało nam się rozwikłać niektóre zagadki nie pozwala na stwierdzenie, że wiemy lepiej jak żyć niż ludzie dawniej. Ba, śmiem nawet twierdzić, iż obecnie pomimo większego dobrobytu ludzie niekoniecznie są szczęśliwsi a na pewno są bardziej samotni.
      Nie odrzucaj także dawnej wiedzy, toż dzięki Platonowi, Sokratesowi i jeszcze wcześniejszym mędrcom (chociażby Sumeryjskim) mamy podwaliny filozofii, matematyki etc.
      pokaż całość

      +: f....l, Kara20012 +1 inny
    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (21)

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów