•  

    „Argumentum ad temporantiam” - błąd prawdopośrodkizmu

    „Jeśli jedni mówią, że 2+2=4 a drudzy, że 2+2=6 to... prawidłowy wynik wynosi 5!” Czyli tekst o tym, kiedy prawdopośrodkizm staje się błędem w rozumowaniu i kiedy... wcale nie musi być głupim stanowiskiem.

    Ktoś mówi, że Ziemia jest płaska, a ktoś inny, że jest kulą? Czyli jest... półkulą. Ktoś chce zabić wszystkich Murzynów, a ktoś jest temu przeciwny? Zabijmy więc co drugiego!

    Te przykłady chyba świetnie oddają ducha argumentum ad temperantiam, zwanego też błędem złotego środka czy fałszywego kompromisu. Chodzi po prostu o to, że przyjmujemy na wejściu, że spośród dwóch stron kłócących się w jakiejś kwestii każda ma trochę racji. Albo, że żadna nie ma – często przecież spotykamy, szczególnie w internecie, ale także coraz częściej wśród dziennikarzy politycznych ludzi, którym przyznanie komuś racji jest wyraźnie ujmą na honorze i za wszelką cenę będą chcieli się odróżnić i mieć „swoje zdanie”.

    Nie ma to oczywiście wiele wspólnego z myśleniem i jest w rzeczywistości ślepą i dogmatyczną wiarą w bożka – bożka symetryzmu, czy jak kto woli prawdopośrodkizmu. Bardzo często w sporze dwóch stanowisk jedno jest prawdziwe, a prawdopodobieństwo to wzrasta im więcej oba mają zwolenników. Zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest, że myli się jedna osoba niż miliony i mimo wklejanych na podparcie przeciwnej tezy przykładów geniuszy mam złą wiadomość: wieczni oponenci dużo częściej niż geniuszami okazują się szaleńcami.

    O ile jednak kompulsywne poszukiwanie kompromisu czy stawanie okoniem gdzie tylko można jest raczej świadectwem miałkości intelektualnej, to istnieje jednak wymiar poszukiwania złotego środka, który świadczy o czymś wręcz zupełnie innym.

    Zastanówmy się co możemy odpowiedzieć człowiekowi, który przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi zadaje nam pozornie proste pytanie: „Czy jesteś za zakazem ruchu samochodów w centrum naszego miasta?”.

    Pytanie pozornie wymaga krótkiej odpowiedzi: tak lub nie. Jednak sprawa nie jest taka oczywista, gdy bliżej przyjrzymy się temu o co nas pytają:
    1. Co to znaczy zakaz? Kogo miałby dotyczyć, bo wydaje się oczywiste, że nie karetek pogotowia i straży pożarnej? Jakie więc kryteria by obowiązywały – czy dotyczyłby tylko samochodów przyjezdnych, czy też wszystkich? Czy byłyby ograniczenia ze względu na masę pojazdu, pojemność silnika czy jakieś inne kryterium?
    2. Co to znaczy centrum? Jaki konkretnie rejon miasta miałby objąć zakaz jakkolwiek by on nie był rozumiany?
    3. Jakie są ramy czasowe zakazu? Czy miałoby to być ograniczenie całoroczne, czy też okresowe, całodobowe, czy tylko w określonych godzinach?
    4. A może chodzi o hybrydę wszystkich powyższych? W niektórych rejonach zakaz rygorystyczny, całodobowy i całoroczny, zaś w niektórych tylko okresowy i dotyczący jedynie ciężarówek?

    Tak więc, ktoś kto mówi „jestem za zakazem ruchu samochodów w centrum naszego miasta” albo nie wie co mówi, albo też deklaruje znajomość wszystkich tych szczegółów. Ale jeśli tak, to miło by było, żeby się z nami nimi podzielił, nie? W każdym jednak razie, bez tej wiedzy udzielenie przemyślanej odpowiedzi jest niemożliwe, a kłócenie się bez rozjaśnienia szczegółów po prostu głupie – dwie osoby mówiące „popieram!” mogą mieć przecież na myśli coś zupełnie innego.

    Filozofia języka już dawno doszła do wniosku, że zdania często niosą za sobą bardzo dużo treści, która jest ukryta za powierzchownym znaczeniem. Nawet wydawać by się mogło oczywiste zdanie o tym, że Ziemia jest kulą jest skrótem myślowym – w rzeczywistości bowiem ma kształt do kuli jedynie zbliżony, a w ogóle ulega on ciągłym zmianom pod wpływem różnorakich sił. Gdybyśmy więc byli wybitnymi formalistami musielibyśmy powiedzieć, że ktoś mówiący o kulistej Ziemi mówi nieprawdę.

    Istnieje więc olbrzymia różnica między świadomością, że większość problemów obecnych w mediach, w wypowiedziach różnych osób jest przedstawiona w sposób skrótowy i niepełny, a bezmyślnym prawdopośrodkizmem czy tez kontrarianizmem nakazującym albo za wszelką cenę szukać kompromisu albo „trzeciego rozwiązania”. To drugie pcha nas do zacietrzewienia i zakładania klapek na oczy, naturalną konsekwencją tej pierwszej powinien być sceptycyzm i powstrzymanie od rzucania pochopnych wyroków. Oczywiście nie zawsze czas i forma na to pozwala (ten blog, a nawet każdy podręcznik są tego najlepszym przykładem), jednak nawet wtedy gdy działaliśmy pod wpływem impulsu – musimy mieć świadomość, że posługujemy się skrótami myślowymi, które z zasady prawdziwe są jedynie w pewnym przybliżeniu.

    A o takie „przybliżenia” nie ma się co chyba zabijać, nie?

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #humorobrazkowy
    pokaż całość

  •  

    Choć konserwatyzm kojarzy nam się z konkretnymi wartościami takimi jak religia, naród czy rodzina, to wybitny konserwatywny myśliciel brytyjski, Michael Oakeshott uważał, że nie do końca o to w tym wszystkim chodzi.

    Oakeshott swoją myśl polityczną ukształtował zaraz po II wojnie światowej

    Dla konserwatystów w zachodniej Europie był to trudny czas. Europa była zdecydowanie bardziej lewicowa niż obecnie i nie było niczym dziwnym masowe nacjonalizowanie przedsiębiorstw, stosowanie kartek na wszelakie towary czy ustalenie cen urzędowych. Dosyć powiedzieć, że we Francuskiej Tuluzie znacjonalizowano nawet młyny będące prywatną spółką od czasów pełnego średniowiecza. Trzeba było wymyślić coś, co dowodziłoby, że rewolucja nie ma jednak sensu. Oakeshott podjął się tego zadania.

    Filozof swój pogląd na politykę wywiódł z poglądów, jakie miał na podstawy ludzkiego poznania.

    Po pierwsze, uważał, że nigdy nie zaczyna się ono od zera. Człowiek widząc cokolwiek, o czym pozornie nie ma zielonego pojęcia, musi jednak coś już wiedzieć i rozumieć, inaczej w ogóle danej rzeczy nie mógłby sobie uświadomić. Gdy widzę na horyzoncie jakiś kształt, to choć nie wiem co to jest, to wiem że musi być duże lub małe, jakie ma kolor i tak dalej. Rzeczy kompletnie nieznanej w ogóle nie można sobie pomyśleć, a człowiek cokolwiek poznając jest już na starcie w jakąś wiedzę wyposażony.

    Po drugie, nigdy proces poznawania nie zostanie zakończony. Gdy czytamy jakąś książkę, a później do niej wracam, to zwracamy uwagę na coraz to nowe szczegóły. Gdy po przeczytaniu książki np. o filozofii doszkolę się z fizyki, to gdy znów czytam o filozofii „wyciągam z lektury” znacznie więcej, niż wyciągnąłem wcześniej.

    I po trzecie wreszcie, każdą rzecz można poznawać na różne sposoby, zależne od siebie. Patrząc na ruiny jakiejś świątyni mogę skupić swój proces poznawczy na funkcjach sakralny, jakie pełniła i pójść w kierunku wierzeń, jakie w niej kultywowano. Mogę analizować jej budowę z punktu widzenia architekta. Albo potraktować, jak fizyk, jako ciało na które działają różne siły. Im bardziej zagłębię się w któryś z tych procesów badawczych, tym łatwiej zrozumiem inne – znajomość fizyki na przykład ułatwi mi zrozumienie, dlaczego architekt zaproponował takie, a nie inne rozwiązania.

    Oakeshott ze swojej teorii poznania wyciągnął wnioski sceptyczne.

    Podzielił wiedzę jaką możemy zdobyć na dwa rodzaje: wiedzę teoretyczną i wiedzę praktyczną. Wiedzę teoretyczną możemy porównać do przepisu w książce kucharskiej. Można sobie wyobrazić, że jakiś wybitny kucharz spisał punkt po punkcie jak zrobić jakąś skomplikowaną potrawę. Czy jednak pierwszy lepszy janusz gotowania na tej podstawie ugotuje coś, co ciężko odróżnić od dania, które wyszło spod ręki mistrza? Nie, gdyż, zdaniem filozofa, nawet najdokładniejszy przepis nie jest w stanie oddać wszystkiego, co mistrz nauczył się przez lata praktyki.

    Dokładnie tak samo Oakeshott postrzegał politykę

    Jego zdaniem, od XVI wieku w filozofii panuje zjawisko, które on nazwał „racjonalizmem”. „Racjonalizm polityczny” w jego rozumieniu to taki pogląd, że człowiek może, od zera, zaplanować jakiś ład społeczny czy ustrój polityczny, który będzie spełniał jakiś cel. Wprowadzenie powszechnej szczęśliwości, zapewnienie dobra narodu, osiągnięcie zbawienia w oczach jakiejś religii – nieistotne. W oczach „racjonalisty” państwo ma cel. Co z tego poglądu wynika? Jeżeli przyjrzymy się formalnym i nieformalnym zgromadzeniom ludzi nastawionym na cel, poczynając od spotkania dwójki kolegów w celu wspólnego grania w gry komputerowe po międzynarodowy ruch propagujący pingponga, to zauważymy, że cel jest stały, reguły zaś jemu służą.

    Są jednak inne rodzaje stowarzyszeń.

    Takim nieformalnym stowarzyszeniem jest np. stowarzyszenie osób używających danego języka. Użytkowników języka polskiego czy angielskiego nie łączy jakiś wyższy cel, któremu on służy, lecz reguły jakimi ten język się posługuje. Reguły, które nie zostały przez nikogo odgórnie zaprojektowane i które ciągle żyją, gdyż słowa w procesie praktyki ciągle zmieniają swoje znaczenie, pojawiają się różnego rodzaju neologizmy itd.

    Państwo, zdaniem Oakeshotta jest takim właśnie stowarzyszeniem

    Człowiek jest jakby wrzucony w to, co jest jakąś praktyką społeczną i nie jest w stanie zaprojektować czegoś całkowicie od niej oderwanego. Wielkie projekty zmian społecznych, jakie miałoby wprowadzać państwo po prostu nie przystają do rzeczywistości – niezależnie czy projektant ma poglądy lewicowe, liberalne czy konserwatywne (w potocznym tego słowa znaczeniu). Koncepcje głębokich reform czy wręcz rewolucji nigdy nie uwzględniają wszystkich skutków, a co więcej, popełniają poważny błąd wierząc, że gdzieś u kresu tych reform istnieje ostateczny, „dobry” system społeczny. Tymczasem to błąd – społeczeństwo nie ma jakiegoś ostatecznego kształtu tylko się zmienia – samo i powoli.

    Rząd ma więc podążać za zmianami, jakie dokonują się w społeczeństwie i je uwzględniać, nie zaś być ich konstruktorem

    Oakeshott nie negował, że zmiany zachodzą. Jednak inaczej jest zaakceptować zmianę, która jest płynna i stosunkowo powolna, jak na przykład dorastanie dziecka, a zupełnie inaczej taką, która zachodzi w sposób radykalny. Nie uważał też, że tak rozumiana postawa konserwatywna stoi w sprzeczności w wyznawaniu prywatnie liberalnych czy lewicowych poglądów. Filozof zręcznie wyszedł z pułapki, jaką sam na siebie by założył – jego poglądy nie były kolejną wielką „racjonalistyczną” ideologią, lecz zbiorem formalnych reguł, które dopiero czekają na materialne wypełnienie konkretami.

    Bibliografia:
    R. Skarzyński – Konserwatyzm. Zarys dziejów filozofii politycznej
    M. Oakeshott – O postawie konserwatywnej
    M. Oakeshott – Racjonalizm w polityce
    M. Oakeshott – O poznaniu człowieka.

    ------------------------------------------------------------------------------------
    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #filozofia #neuropa #neoreakcja #gruparatowaniapoziomu #konserwatyzm #liberalizm #mikroreklama
    pokaż całość

    źródło: nosacz.jpg

  •  

    KOPNIJ: https://www.wykop.pl/link/4482841/zaklad-pascala-czy-oplaca-sie-wierzyc-w-boga/

    Zakład Pascala: czy opłaca się wierzyć w Boga?
    Najsłynniejszy zakład w historii filozofii jest równie często przytaczany, jak krytykowany, jednak rzadko kiedy rozpatruje go w całości poglądów Pascala i czasów, w których działał.

    W poprzednim wpisie nie wrzuciłem linka do wykopaliska, więc wrzucam teraz, a w ramach przeprosin jeden ze #smiesznekotki (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)

    #filozofiadlajanuszy #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #religia #wiara #ateizm #chrzescijanstwo
    pokaż całość

    źródło: i.redd.it

  •  

    Zakład Pascala: czy opłaca się wierzyć w Boga?
    Najsłynniejszy zakład w historii filozofii jest równie często przytaczany, jak krytykowany, jednak rzadko kiedy rozpatruje go w całości poglądów Pascala i czasów, w których działał.

    Zakład Pascala można streścić następująco:
    1. Bóg jest albo go nie ma. Trzecia opcja nie istnieje.
    2. Któreś z tych stanowisk musimy uznać.
    3. Jeżeli Bóg jest, a ja w niego nie uwierzę, to straciłem szansę na nieskończenie długie przeżywanie nieskończonego szczęścia, jeżeli uwierzę – to je zyskuję.
    4. Jeżeli Boga nie ma, a ja w niego nie uwierzę, zyskuję skończoną ilość skończonego szczęścia tu na ziemi, jeżeli uwierzę – to je tracę.
    5. Czyli: stawiając skończoną ilość skończonego, ziemskiego szczęścia możemy zyskać nieskończoną ilość nieskończonego szczęścia po śmierci.
    6. Czyli: w Boga się wierzyć opłaca.

    Blaise Pascal to w ogóle był łebski facet

    Żył w I połowie XVII wieku i położył niebagatelne zasługi w rozwoju fizyki (badaniu zjawiska ciśnienia) i matematyki (szczególnie, rzecz nieprzypadkowa, rachunku prawdopodobieństwa), a już jako nastolatek konstruował skomplikowane jak na tamte czasy maszyny liczące. Wierzący lubią przytaczać jego przykład jako kogoś, kto łączył zainteresowania naukowe z gorącą wiarą, pomijając przy tym, że większość swych zasług naukowych Pascal dokonał przed swym nawróceniem na radykalne, stojące wręcz na granicy nazbyt ortodoksyjnej herezji chrześcijaństwo. Od tej pory zajmował się głównie obroną wiary, a słynny zakład był jej elementem.

    Pascal tworzył swą filozofię w czasach, gdy Europa żywo dyskutowała nad pracami Kartezjusza

    Kartezjusz twierdził, że da się na drodze sceptycznego powątpiewania dojść do niepodważalnych prawd (takiej jak jego słynne „Myślę, więc jestem”) a następnie wyprowadzić z nich całą resztę naszej wiedzy. Pascal w moc rozumu do końca nie wątpił, ale i nie podzielał optymizmu Kartezjusza. Uważał, że do pewnych rzeczy nie da się dojść samym rozumem i pojmuje się je czysto intuicyjnie. Niedorzecznie byłoby na przykład oczekiwać, że ktoś udowodni iż przestrzeń ma trzy wymiary. Tego się nie dowodzi – to się czuje.

    Ta „niemoc” rozumu jest jego zdaniem szczególnie przygnębiająca, gdy chodzi o najważniejsze prawdy dotyczące człowieka

    Jaki jest cel naszego życia? Dlaczego ludzie umierają? Człowiek co prawda jest świadom istnienia takich kwestii w przeciwieństwie do innych istot i to go nad nie wynosi, jednak w dalszym ciągu kruchość żywota sprawia, że jest co najwyżej „trzciną myślącą”.

    Druga okoliczność, jaka towarzyszyła czasom Pascala to narodzenie się deizmu i wolnomyślicielstwa

    Kartezjusz nie był jedynym wątpiącym. Sceptycyzm (przez Pascala zwany pirronizmem, od imienia starożytnego greckiego twórcy tego kierunku) był bardzo popularny, zaś jego przedmiotem stawały się nierzadko dogmaty chrześcijańskiej wiary. Niektórzy dochodzili nawet do takiego zdania, że co prawda Bóg jest, ale odkąd stworzył świat kompletnie się do niego już nie miesza – czyli deizmu.

    Pascal tymczasem takie pojęcie Boga odrzucał – był nie tylko silnie wierzący w Boga, ale był silnie wierzący w Boga chrześcijańskiego. Uważał, że Bóg jest Odkupicielem człowieka i wychodzi mu naprzeciw. To właśnie jego dopełnienie jego teorii poznania – tam gdzie człowiek osiąga granice powinien zdać się na Boga i do tego właśnie zmierza w swym słynnym zakładzie.

    Często powtarzanym zarzutem wobec zakładu Pascala jest to, że zmusza on do zdecydowania o czymś, czego zrobić nie można – uwierzenia w coś „na rozkaz”.

    Ten jednak zarzut jest nietrafiony. Pascal nie sugerował, że trzeba zacząć wierzyć, lecz żeby otworzyć się na możliwość istnienia Boga. Jego zdaniem, niemoc wiary pochodzi z ludzkich namiętności i pychy. Jeżeli więc człowiek spokornieje i będzie zachowywał się tak, jakby Bóg istniał i odbywał praktyki religijne to z czasem pojawi się u niego szczera, nie wymuszona wiara.

    Pascal jednak popełnia potężny błąd w swym rozumowaniu, który sprawia, że w ten sposób można dowieść słuszności każdego zachowania, np. nadużywania alkoholu.

    Wystarczy zamiast alternatywy „istnieje Bóg dający wierzącym nieskończone szczęście albo nie istnieje” stworzyć alternatywę „po śmierci każdy alkoholik otrzyma nieskończone szczęście lub nie prawda, że po śmierci każdy alkoholik nieskończone szczęście”. Wyjdzie nam niezbicie, że warto poświęcić skończone wszak zdrowie i szczęście na ziemi dla rzekomych, nieskończonych niebiańskich profitów!

    Drugi zaś zarzut wygląda tak, że Pascal postawił alternatywę fałszywą. Musimy bowiem przyjąć możliwość istnienia innych rozwiązań. Skrajnym przypadkiem byłoby tu istnienie jakiegoś przewrotnego bóstwa, który karze wierzących, a nagradza ateistów. W tym wypadku to ateizm byłby rozwiązaniem korzystniejszym.

    Choć więc zakład Pascala jest narzędziem dziurawym, to nie należy samego myśliciela stawiać w bocznym zaułku wielkiej historii filozofii

    Niektórzy w ogóle pomijają Francuza, widząc w nim raczej apologetę chrześcijaństwa niż filozofa, jednak trudno nie zauważyć, że wyznaje on postawę filozofii nieobcą. Tak przed nim jak i po nim byli filozofowie, którzy dostrzegali małość człowieka wobec wszechświata i wieczności i w różny sposób próbowali jej zaradzić rozwiązania szukając, jak choćby Kierkegaard - w Bogu lub, jak Sartre – bez jego udziału.

    Bibliografia:
    F. Copleston – Historia filozofii IV
    Wójtowicz M. – „Zakład ateisty – współczesna odpowiedź na argumentację Pascala”
    B. Pascal – Myśli

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #religia #wiara #ateizm #chrzescijanstwo
    pokaż całość

    •  

      Jeżeli przyjąć że szansa na istnienie jak i nieistnienie boga jest taka sama. To będąc ateistą masz 50% szans że masz rację. Zaś będąc chrześcijaninem, wybierasz jednego boga spośród 4200 innych. Także wierząc w chrześcijańskiego boga masz 1/8400 (bo 1/2 to szansa, że boga nie ma), że masz rację. Także bardziej opłaca się być ateistą, pozdrawiam.

      @xVolR: Najlepsze jest to, że to wynika wprost z pierwszego przykazania "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną." Będąc ateistą nie ma się żadnych bogów przez YHWH więc chcąc nie chcąc spełnia się ten warunek. pokaż całość

    • więcej komentarzy (49)

  •  

    Czy istnieją uniwersalne prawa człowieka?

    Niedawno opublikowano sondaż, wg którego 29% Polaków odrzuca istnienie uniwersalnych praw człowieka. Dziś zabawię się więc w adwokata diabła i pokażę argumenty, dla których nawet zwolennik liberalnej demokracji może mieć w kwestii ich istnienia poważne wątpliwości.

    "Przedstawiciele ludu francuskiego, zebrani w Zgromadzeniu Narodowym, uznawszy, iż nieznajomość, zapoznanie lub pogarda dla praw człowieka to jedyne przyczyny publicznych nieszczęść i zepsucia rządów, postanowili ogłosić w uroczystej deklaracji naturalne, niezbywalne i święte prawa człowieka (...)”

    Tak właśnie zaczyna się dokument nie byle jakiego formatu. Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, uchwalona ponad 200 lat temu tuż po wybuchu Rewolucji francuskiej jest bez wątpienia jednym z najważniejszych aktów prawnych w historii i do dziś stanowi integralną część francuskiej Konstytucji. Czy jednak powinniśmy się zgodzić z jej tezami?

    Cytowany fragment świetnie streszcza to, co przez wcześniejsze dziesięciolecia głosili francuscy myśliciele doby oświecenia.

    Były to czasy wielkich odkryć naukowych, świeże były jeszcze prawa fizyki Newtona. Ludzie zachłysnęli się olbrzymią, jak się wówczas wydawało, wiedzą. Zasada generalnie była prosta: świat jest stworzony rozumnie i rządzi się swoimi niezmiennymi prawami. Zadaniem człowieka jest go poznać i opisać. Jeżeli człowiek poprawnie pozna fizykę, stworzy dobrą maszynę. Jeżeli poprawnie pozna prawa rządzące ludzkością, stworzy dobry ustrój, w którym każdy będzie szczęśliwy. Nieszczęście? No przecież napisali – wynika z nieznajomości praw człowieka.

    Koncepcja praw człowieka jest więc koncepcją prawa natury – człowiek może je odkryć, ale nie może ich ustanowić.

    To nieco zabawne, ale w tym momencie stają ci myśliciele, zazwyczaj zagorzali antyklerykałowie w jednym szeregu z chrześcijanami, którzy również wierzą w dokładnie to samo – że jest jakiś szereg norm, które niezależnie od widzimisię władcy, parlamentu, czy kto by tam prawo stanowione uchwalał obowiązują zawsze. I prawodawca „ludzki” musi ich w swojej twórczości przestrzegać – chyba, że chce sam na swoją głowę ściągnąć problemy.

    Czy jednak jest to stanowisko słuszne? Oddajmy głos pewnemu człowiekowi:

    „Nie istnieje nic takiego, jak prawa naturalne, nic takiego jak prawa uprzednie w stosunku do instytucji władzy.”

    Wbrew pozorom słów tych nie napisał Hitler, Stalin czy inny Jaruzelski, a Jeremy Bentham, angielski filozof współczesny czasom Rewolucji Francuskiej i postać wymieniana powszechnie w panteonie twórców ustroju charakterystycznego dzisiaj dla świata zachodniego. Czemu więc Bentham w prawa człowieka nie wierzył?

    To proste – Bentham był jednym z pierwszych pozytywistów prawniczych.

    Pozytywizm prawniczy nawiązywał do pewnego dużego nurtu filozoficznego, który miał zdobyć popularność w połowie XIX wieku i potem przeżyć renesans przed II wojną światową w Wiedniu. Pozytywiści uprawiali mianowicie filozofię minimalistyczną – zamiast formułować jakieś rozdmuchane teorie dotyczące Ducha, Boga czy innych tak wielkich, jak i niedostępnych dla nas bezpośrednio rzeczy skupili się na tym co można poznać na pewno: a tym są rzeczy poznawalne empirycznie.

    Dokładnie tak samo uważają pozytywiści prawniczy – o „prawie natury” gdybać nie sposób. O tym co mówi ustawa czy Konstytucja – jak najbardziej można!

    Tak więc, nawet jeżeli człowiek ma jakieś naturalne prawo do życia, do wolności od tortur czy do swobody wypowiedzi to jest to przede wszystkim prawo wynikające z Konstytucji, ustaw lub innych aktów władzy. A przynajmniej, tylko z takich aktów możemy czerpać materiał do jakiejkolwiek sensownej dyskusji. Problem polega na tym, że koncepcja wiary w praworządność wszystkiego co ustanowi władza w pewnym momencie, zdaniem wielu, poszła z dymem.

    Z dymem hitlerowskich krematoriów w obozach zagłady

    Hitlerowska III Rzesza formalnie była państwem prawa – na każdego skazanego znajdywał się stosowny rozkaz, nawet obowiązywanie wcześniejszej Konstytucji zostało przez Hitlera zawieszone „zgodnie z prawem”. Wywołało to wielki szok wśród zwolenników pozytywizmu prawniczego i spowodowało postawienie pod znakiem zapytania jego słuszności. Najgłośniej wystąpił wybitny niemiecki prawnik, Gustaw Radbruch, tworząc obowiązującą do dziś w niemieckim prawodawstwie „formułę Radbrucha”. Formuła ta przewidywała, że owszem, podstawą działania wszelkich organów państwa i jego przedstawicieli jest prawo ustanowione przez państwo (lex) ale równocześnie wszyscy je stosujący są zobowiązani oceniać je również w kontekście prawa naturalnego (ius). Dzięki temu możliwe było nie tylko skazanie działających zgodnie z „pozytywnym” nazistowskim prawem zbrodniarzy, ale także wielu funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki z powojennego NRD, którzy również formalnie mieli do swych działań podkładkę ustawową.

    Radbruch zauważył, że prawo pozytywne ma jedną, niewątpliwą zaletę – jest pewne, natomiast niekoniecznie moralne, i ten ewentualny brak moralności jest dowodem, że musi istnieć jakaś furtka zabezpieczająca.

    Czy jest nią jednak poszukiwanie niespisanych uniwersalnych zasad typu prawa człowieka?

    Zaznaczam – wątpliwe moim zdaniem by te 29% z badania składało się wyłącznie, lub nawet przede wszystkim ze scjentystycznych pozytywistów, którzy po długiej refleksji uznali wyższość pozytywizmu prawniczego nad wszelakimi koncepcjami prawno-naturalnymi. Obawiam się, że prawda jest tu dużo bardziej brutalna.

    Trzeba jednak pamiętać, że każdy dyktator miał w zanadrzu swojej propagandy wiele górnolotnych haseł o „woli narodu”, jego „dobra”, „konieczności dziejowej” czy też, jakże współcześnie to brzmi „woli suwerena” które miałyby rzekomo stać ponad prawem pozytywnym – nad ustawami czy nawet nad Konstytucją. Gdy pamiętamy o zbrodniach nazistów, nie zapominajmy, że działający w, jak im się wydawało, szczytnym celu rewolucjoniści francuscy również wyrżnęli dziesiątki tysięcy ludzi.

    Bibliografia:
    K. Chojnicka; H. Olszewski Historia doktryn politycznych i prawnych
    S. Wronkowska; Z. Ziembiński, Zarys teorii prawa.

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #prawo #neuropa #historia
    pokaż całość

  •  

    Jeszcze w temacie wczorajszego #mecz i #filozofia ( ͡º ͜ʖ͡º)

    ------------------------------------------------------------------------------------
    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #heheszki #humorobrazkowy #ekstraklasa #pilkanozna #eurowpierdol
    pokaż całość

    źródło: 000002.png

  •  

    Kiedy (i jak) można krytykować papieża?

    Papież Franciszek wzbudza swoimi decyzjami kontrowersje wśród konserwatywnej części Kościoła. Jak się jednak okazuje nie ma zbyt szerokich granic jego krytyki i nie chodzi tu o słynny dogmat o papieskiej nieomylności.

    Po pierwsze, dogmat o papieskiej nieomylności ma zasadniczo niewielkie znaczenie w wypadku Franciszka

    Nauczanie Kościoła w sprawach wiary i moralności dzieli się na uroczyste i zwyczajne. Słynny dogmat o nieomylności w pełni dotyczy jednego z przypadków tego pierwszego. Gdy papież stwierdza, w ściśle określonych warunkach („ex cathedra”) jakąś prawdę jest ona uznawana za dogmat i jakiekolwiek jej podważanie publiczne jest herezją. Ale to są rzadkie przypadki, które nie dotyczą jak na razie Franciszka. Typowe publikacje czy wystąpienia obecnego papieża, a nawet szeregowych biskupów mają jednak charakter nauczania zwyczajnego które można krytykować, ale... bardzo ostrożnie.

    Prawo kościelne jasno określa, że co do zasady wszystkim orzeczeniom papieskim należy się posłuch

    Mówi o tym choćby kanon 212 par. 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego:

    To, co święci pasterze, jako reprezentanci Chrystusa, wyjaśniają jako nauczyciele wiary albo postanawiają jako kierujący Kościołem, wierni, świadomi własnej odpowiedzialności, obowiązani są wypełniać z chrześcijańskim posłuszeństwem

    Nie ma tu mowy o absolutnym i bezmyślnym posłuszeństwie, ale sprawa jest jasna: papież (a nawet lokalny biskup) ma co do zasady rację w sprawach wiary i moralności i trzeba go słuchać. Gdzie więc miejsce na krytykę? A jest, w trzecim paragrafie:

    Stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i zdolności, jakie posiadają, przysługuje im prawo, a niekiedy nawet obowiązek wyjawiania swojego zdania świętym pasterzom w sprawach dotyczących dobra Kościoła, oraz - zachowując nienaruszalność wiary i obyczajów, szacunek wobec pasterzy, biorąc pod uwagę wspólny pożytek i godność osoby - podawania go do wiadomości innym wiernym.

    Mamy więc cały szereg warunków, które trzeba spełnić, by legalnie się na taki doniosły krok jak polemika z papieżem zdobyć.
    Jako, że do wpisu zainspirowała mnie praktyka polskich mediów i social mediów skupię się na najważniejszych:
    1. Posiadanie stosowanej wiedzy, kompetencji i zdolności (czyli: co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie). Im bardziej doniosłe i stanowcze jest stanowisko papieża, tym większym autorytetem trzeba się cieszyć, by móc przeciw niemu występować.
    2. Szacunek wobec papieża. Być może mam nieco dziwną definicję szacunku, ale publiczne nazywanie papieża „heretykiem”, „panem Bergoglio” czy też „lewakiem”, jak to widziałem w internecie, z szacunkiem wiele wspólnego nie ma.
    3. Zachowanie nienaruszalności wiary i obyczajów. I tu się zatrzymajmy, bo to dosyć ciekawy punkt.

    Krytycy papieża Franciszka słusznie zauważają, że Kościół uznaje istnienie prawdy obiektywnej, czyli niezależnej od czyjegokolwiek widzimisię. Papież więc nie tworzy nowych prawd, a jedynie może stwierdzić ich istnienie. To trochę tak jak ze stwierdzeniem zgonu: jak lekarz podpisuje kartę zgonu, to wyłącznie stwierdza śmierć i nikogo przy tym nie zabija, gdyż śmierć człowieka jest zjawiskiem obiektywnym, od lekarza niezależnym.

    Jednak tak jak polskie prawo „poznaje” śmierć człowieka przez podpis lekarza i bez niego nie wyda aktu zgonu, tak Kościół poznaje prawdy wiary przez swój Urząd Nauczycielski, czyli przede wszystkim papieża.

    Słowem, nawet jeżeli wierny uważa jakąś naukę Franciszka za błędną, jedyną drogą do jej zmiany jest przekonanie tegoż, że nie ma racji. Jeżeli papież dalej będzie stał na swoim stanowisku, to nikt w Kościele nie posiada żadnej drogi odwoławczej do nikogo, kto mógłby w sposób powszechny naukę papieża uznać za błędną.

    Bardzo często czytając krytyków obecnego papieża widzę pomyłkę w dwóch porządkach: „tego co jest” z „skąd wiemy, że to coś jest.

    To czy papież błądzi czy nie, jest kwestią oddzielną wobec tego, na jakiej podstawie można by to stwierdzić. Tymczasem nikt jeszcze nie przedstawił jasnej procedury, w której ewentualne błędy Franciszka miałyby zostać dowiedzione i łatwo przewidzieć, że ewentualne próby jej znalezienia skończyłyby się kolejnym już w historii rozłamem.

    Bibliografia:
    Kodeks Prawa Kanonicznego
    J. Krukowski Komentarz do Kodeksu Prawa Kanonicznego
    S. C. Napiórkowski Jak uprawiać teologię

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #religia #katolicyzm #wiara #papiez #chrzescijanstwo #neuropa
    pokaż całość

    źródło: papiez2.jpg

  •  

    Może to nie jest teoria względności, heliocentryzm ani nawet Passat w TDI, ale wydaje mi się, że na pomysł połączenia brukowca z filozofią/nauką nie wpadł nikt wcześniej. Jestem więc w pewnym sensie pionierem i... mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo takich obrazków będzie tu teraz więcej :D

    Aha, i zastanawiałem się, jak określić blog, któremu do popularnonaukowego sporo brakuje, ale z drugiej strony chciałby siać tą iskierkę zainteresowania nieco ambitniejszymi treściami i mam:
    Filozofia dla januszy, blog satyryczno-naukowy, witam.

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #filozofia #heheszki #humorobrazkowy #media
    pokaż całość

    źródło: Kartezjusz 1.png

  •  

    Dlaczego pseudonaukowcy wygrywają wojnę o ludzkie umysły?

    Dowody anegdotyczne, miejskie legendy, emocjonalne opowiastki. Pseudonaukowcy i siewcy teorii spiskowych stosują metody dalekie od naukowych, mające jednak jeden niezaprzeczalny plus: są atrakcyjne z punktu widzenia tego, jak działa ludzki mózg.

    Znajoma mojego kolegi miała w zeszłym miesiącu dosyć przykrą przygodę z medycyną.

    Skorumpowany lekarz kardiolog jednego z warszawskich szpitali zażądał koperty z łapówką. Zobaczył, że jest tam 500 złotych, schował do kieszeni i powiedział, że to za mało. Gdy znajoma odpowiedziała mu, że więcej nie da, bo nie ma, wyjął z powrotem kopertę i powiedział, że w takim razie niech mu dupy nie zawraca. W domu okazało się, że lekarz pomylił koperty i oddał taką, w której było 3000 złotych...

    Są dwa problemy z tą historią: mniejszy – jest kompletnie nieprawdziwa, większy – roznosi się lepiej niż dowolne zapewnienia o uczciwości i kompetencji polskich lekarzy.

    Ta historia to tak zwana miejska legenda, w bibliografii podaję link gdzie o niej poczytacie. Zresztą nawet gdyby był prawdziwa to logicznie rzecz biorąc nie wynika z niej praktycznie nic. Ot, jakiś lekarz jest skorumpowany – równie dobrze może to być część jakiegoś masowego zjawiska jak i odosobniony przypadek. Kiedyś widziałem psa o trzech nogach. Jednak daleko mi do wyciągania wniosków, że wszystkie psy mają trzy nogi, albo nawet, że większość psów tak jest właśnie zbudowana.

    Skąd więc popularność takich historii?

    Ludzki mózg ma pewną ciekawą właściwość. Wspaniałą, gdyż dzięki niej możemy przeżywać losy bohaterów filmu oraz powieści. Przerażającą – jeżeli spojrzymy na takie jej skutki jak miejskie legendy. W każdym razie chodzi o to, że my, czytając w domu czy tramwaju o zachłannym lekarzu psychicznie wcale nie znajdujemy się w domu. Z punktu widzenia naszej psychiki znajdujemy się w tym fikcyjnym lekarskim gabinecie.

    W przeprowadzonym 20 lat temu badaniu zbadano reakcje na dwa krótkie teksty, różniące się tylko pierwszym zdaniem.

    Tekst pierwszej grupy zaczynał się od zdania „John ZAŁOŻYŁ bluzę przed bieganiem.”, drugiej - „John ZDJĄŁ bluzę przed bieganiem.” Potem były dwa zdania odnoszące się do czegoś innego i trzecie, które znowu dotyczyło bluzy. I tu mamy bombę – ludzie, którzy wcześniej przeczytali, że John bluzę zdjął, musieli zrozumieniu tego zdania poświęcić wyraźnie więcej czasu niż osoby z grupy, w której John miał bluzę na sobie.

    Otóż ta zdumiewająca właściwość na tym właśnie polega: czytając, słuchając lub obserwując jakieś zjawisko przeprowadzamy w głowię jego symulację i aktywujemy dokładnie te same obszary mózgu, które byłby aktywne, gdybyśmy dana czynność wykonywali naprawdę.

    Jest to aktywność co prawda nieco słabsza niż „oryginał” jednak w dalszym ciągu olbrzymia. Gdy ktoś czytał o tym, że John zdejmował bluzę wczuwał się w jego rolę i później musiał sobie na nowo wyobrazić jak to jest mieć tą bluzę na sobie. A to przecież nie o czytelnika chodziło, tylko o bohatera tekstu! Dlatego właśnie oglądając scenę szybkiego pościgu czujemy się jakbyśmy naprawdę w tej policyjnej bryce byli, a widząc, jak bohater traci dziecko przeżywamy to, jakbyśmy naprawdę byli doznali wielkiej straty.

    Krótko mówiąc: miejska legenda o skorumpowanym lekarzu roznosi się lepiej niż jakiekolwiek dane statystyczne o uczciwości lekarzy, gdyż tą pierwszą mózg traktuje, jakby odbyła się naprawdę i to z naszym udziałem. Dane jedynie przyjmujemy do wiadomości. I to niestety dotyczy wszystkich dziedzin życia.

    Skoro już jesteśmy przy krytyce służby zdrowia: Jakie dowody na forach altmedowych padają na poparcie tezy, że picie naparów z liści pierdolnika szarego (w naszym sklepie za jedyne 199,99 zł/g) leczy raka lepiej niż chemioterapia? Wyniki badań, statystyki? No bez jaj:

    „Znajoma mojej babci piła i wyzdrowiała....”, „2 lata chodziliśmy po lekarzach, było jeszcze gorzej, wywary pomogły od razu”, „Wywar z pierdolnika kuzynce mojej znajomej nie tylko wyleczył raka, ale również pomógł ustąpić wysypce, której dostała o leków zapisanych przez lekarza”.

    Historie, historie i jeszcze raz historie. Nie tylko z życia wzięte, ale również bajki o niepokornych naukowcach mordowanych przez koncerny farmaceutyczne, cudownych ozdrowienia gdzieś w Ameryce, o których celowo milczy skorumpowana prasa, i tak dalej. W każdej z tych historii jesteśmy w stanie wejść w skórę bohatera i przeżyć to „na własne oczy”. A naukowcy? Co nam powiedzą?

    „Jak wynika z badań przeprowadzonych w (tu lista badań na pół strony) ziele pierdolnika szarego nie posiada właściwości antynowotworowych. Zawarte w nim pierdoliksyny powodują jedynie dyfuzję substancji takich i siakich, w wyniku której... bla, bla, bla...” Wybaczcie, jestem słaby w parodiowaniu żargonu medycznego, który na tle anegdotek ma jeszcze jedną wadę:

    Jest cholernie niekonkretny.

    Przeprowadźmy eksperyment! Mam takiego znajomego: chłop jest dobrze zbudowany, średnio wysokiego wzrostu, szatyn, niebieskie oczy, owalna twarz, minimalnie cofnięty podbródek, dosyć wysokie czoło, jak na trzydziestolatka zdecydowanie zadbany. Wyobrażacie sobie coś? Nie bardzo?

    To może inaczej: Gość jest cholernie podobny do Roberta Lewandowskiego, ale ciut od niego niższy. No, teraz już chyba łatwo wyobrazić sobie mojego (fikcyjnego) znajomego.

    Nasz mózg posługuje się schematami poznawczymi. Jak słyszy jakieś słowa, próbuje je zakwalifikować do jakiejś znanej mu kategorii. I mózg bez problemu to robi, jeżeli chodzi o kategorię „podobny do Lewandowskiego”, natomiast nie jest to takie oczywiste w przypadku „średnio-wysokiego wzrostu” czy „owalnej twarzy”. Co więcej, wielu z Was się zapewne ze mną nie zgodzi, że Lewandowski ma owalną twarz albo wysokie czoło, sam się nad tym długo zastanawiałem, bo jest to tak nieostra kategoria, że można pod nią podciągnąć pod nią naprawdę wiele różnych od siebie twarzy.

    Dokładnie ten sam problem jest z wyrazami, jakich pełno jest w języku naukowym

    Gorąca sprawa – sądy. Kojarzycie plakaty o tym jak „sędzia ukradł kiełbasę”? „Sędzia który ukradł kiełbasę” to coś skrajnie konkretnego, skrajnie obrazowego. Druga strona próbowała to kontrować, wykazując nieadekwatność takiego dowodu, pokazując ile było spraw dyscyplinarnych wśród sędziów, ilu zostało skazanych itp. itd... ale co z tego? Załóżmy, że zostało skazanych kilkunastu sędziów w latach takich i takich na tylu i tylu członków grupy zawodowej. Jak to przełożyć na struktury poznawcze mózgu? Nie mamy struktury „odsetka” czy „kilkunastu spośród kilku tysięcy” - trzeba naprawdę dużo więcej wysiłku, żeby zrozumieć takie statystyki (i zgodzić się z nimi!) niż „sędzia ukradł kiełbasę!”. Droga opozycjo, trzy historie sędziów którzy uratowali samotnym matkom alimenty, za które mała Kasia czy inny Tomuś dostali biurko, przy którym pierwszy raz w życiu odrobili w cywilizowanych warunkach lekcje robiłyby znacznie lepszą robotę!

    Co gorsza, konkret ma jeszcze jeden straszny skutek: bardziej wierzymy w szczegółowe historie, niż takie abstrakcyjne

    W 1986 roku dwóch psychologów z Uniwersytetu w Michigan zrobiło pewien eksperyment. Badani mieli ocenić, czy pewna kobieta powinna mieć odebrane prawa rodzicielskie, czy nie. W obu grupach dano 8 argumentów „za” i 8 „przeciw”. Jednak w pierwszej argumenty „za” były bardziej szczegółowe (np. zamiast „Pani Johnson pomagała myć zęby synowi” było „Pani Johnson pomagała myć synowi zęby jego szczoteczką w kształcie Lorda Vadera”). W drugiej to argumenty przeciw miały więcej detali (zamiast „Pani Johnson źle opatrzyła zadrapanie syna i wysłała go tak do szkoły, a opatrunek musiała poprawiać pielęgniarka” było „Pani Johnson źle opatrzyła zadrapania i wysłała go do szkoły, a gdy pielęgniarka poprawiała opatrunek na jej fartuch polała się krew”).

    Teoretycznie, obie grupy dostały to samo. Praktycznie, pierwsza (gdzie bardziej szczegółowe były zalety) w 58% wsparła panią Johnson, w grupie gdzie szczegółowe były wady było to jedynie 43%.

    Dokładnie to samo zjawisko dzieje się w miejskich legendach – nie ma mowy o „samochodzie” tylko o „czarnej Wołdze”, a nawet w tym co pisałem na początku dodałem kilka szczegółów pisząc o warszawskim lekarzu i o tym, że był on kardiochirurgiem. Tak samo działają altmedowcy i rosyjskie fabryki trolli – najbardziej rozchodzące się historie są bogate w szczegóły.

    Jakie są z tego wnioski?

    Zapewne dla wielu mogą być bolesne. To smutne, że o przyznaniu praw rodzicielskich może decydować szczegółowość opisu szczoteczki do zębów dziecka, a o odrzuceniu porad lekarza historia „znajomej znajomej”.

    Niestety, produkowanie fake newsów to łatwa sprawa o czym sam miałem kiedyś okazję się przekonać. Z ciekawości jaki przyniesie to skutek wrzuciłem na Wykop historię o tym jak rzekomo zdradziła mnie dziewczyna, dopisując kilka ujmujących emocjonalnie szczegółów. Pisałem może 10 minut a historia była jednym z hitów w gorących dyskusjach! Kłamców ogranicza jedynie własna wyobraźnia. Ludzie, którym zależy na prawdzie tych przywilejów nie mają.

    Nie oznacza to jednak, że nie mamy szans. Wielki starożytny chiński strateg Sun Tzu wskazywał, jak ważne jest po pierwsze – dokładne rozpoznanie przeciwnika i terenu, a po drugie – narzucenie w ramach tychże własnej inicjatywy. Wszyscy ci, którzy wierzą jeszcze w istnienie tego, na czym cywilizacja zachodu została założona – prawdy - muszą przestać obrażać się na rzeczywistość i zrozumieć, że dziś to nie oni robią łaskę dla przysłowiowego janusza, że mówią. To janusz robi łaskę im, że słucha. Albo się dostosujemy, albo zginiemy.
    -------
    Moi drodzy, tym akcentem chciałem Wam wszystkim serdecznie podziękować za dotychczasowe śledzenie mojej działalności na blogu „Filozofia dla Januszy”. Jest bardzo, ale to bardzo prawdopodobne, że ten blog moooocno zmieni się pod kątem formy w najbliższym miesiącu i myślę, że wielu z Was będzie tym albo zachwycona, albo oburzona. Napiszę jeszcze co i jak, ale jeżeli uważacie, że to co do tej pory robiłem warte jest podziękowania rozważcie wsparcie poprzez podlinkowaną stronę. Widzimy się za kilkanaście dni!

    Bibliografia:
    http://atrapa.net/legendy/pomylonekoperty.htm (miejska legenda o lekarzu)
    C. Heath, D. Heath: Made to Stick: Why some ideas survive and others die

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #psychologia #nauka #pseudonauka
    pokaż całość

    +: p....t, Vvornth +1233 innych
  •  

    „Galop Gisha” - kiedy podawanie „źródeł” jest manipulacją

    Czy zdarzyło się Wam kiedyś, że ktoś na poparcie oczywiście idiotycznej tezy przedstawił dziesiątki (jak nie setki) mądrze brzmiących „dowodów”? Jest bardzo prawdopodobne, że używał wtedy cwanej techniki manipulacji, zwanej „Galopem Gisha”.

    Niejaki Duane Gish w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku stał się prawdziwą gwiazdą środowiska amerykańskich kreacjonistów (do dziś co trzeci Amerykanin kompletnie odrzuca teorię ewolucji, więc to całkiem spora grupa docelowa). Opracował dosyć prostą metodę „masakrowania” zwolenników ewolucji. Chodząc od jednej telewizji do drugiej starał się jako pierwszy dojść do głosu, a kiedy już go otrzymał produkował dziesiątki „argumentów” których obalenie było niemożliwe. Nie dlatego, że Gish miał rację, najczęściej gadał kompletne bzdury, ale było tego tak dużo, że nawet najlepszy naukowiec nie był w stanie w kilka minut programu do wszystkiego się odnieść.

    Oczywiście Galop Gisha to metoda, która jest piekielnie zabójcza w debatach telewizyjnych, ale internet nadał jej drugie życie

    36 linków – tyle miał liczący około dwóch stron tekst dotyczący pewnej kontrowersyjnej sprawy, który ostatnio widziałem. Nieważne jakiej, bo niezależnie jaki byłby to temat, to postawmy się w miejsce osoby która dostaje taką wylinkowaną odpowiedź. Co można z nią zrobić? Przeanalizowanie 36 tekstów (teoretycznie – w tamtych artykułach też są przecież odnośniki!) to zadanie na kilka godzin. Komu by się chciało to robić? Co gorsza, prawa social mediów są nieubłagane, im głębiej tym mniej ludzi zapuszcza się w daną dyskusję. Także czas ma tu znaczenie, bo post na Facebooku czy Wykopie żyje max jedną dobę, więc jak ktoś nie rzuci wszystkiego i nie zacznie odpisywać galopującemu, to dla większości widzów wygląda jakby właśnie został „zmasakrowany”.

    Są to różnej jakości „źródła” - od oczywistych kłamstw, przez materiały w ogóle nie na temat, po argumenty wielokrotnie obalane lub takie które się właściwie dublują, ale wiadomo – im więcej, tym „mądrzej” to wygląda.

    Można zresztą przytaczać poważne dane, jest cała masa błędów we wnioskowaniu, które kompletnie wypaczą ich sens, więc nawet artykuł z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych jak „Science” czy „Mind” może być świadomą (lub nie próbą) manipulacji. Tym bardziej jest nią rzucanie jako „źródłem” tytułami jakichś niszowych, zagranicznych czasopism. Jeżeli ktoś podaje jako dowód „artykuł w Mongolian Science Review nr 21(37) z 1969 roku” to albo rżnie głupa albo nie rozumie, że taki „dowód” jest gówno warty, bo jak do cholery mam dotrzeć do takiego źródła?

    Kiedy kończy się podawanie źródeł, a zaczyna galop?

    Mam straszne wyrzuty sumienia, bo o galopie Gisha nie przeczytacie zbyt wiele w polskim internecie i coś czuję, że ten tekst będzie wklejany (za wyjątkiem tego akapitu oczywiście) przez wszystkich foliarzy, gdy ktoś zaserwuje im jakiekolwiek dane. Nie, nie o to chodzi, że podawanie źródeł jest poniżej pasa. Floodowanie „źródłami” jest poniżej pasa, bo wrzucenie stu losowych linków zajmuje kilka(naście) razy mniej czasu niż ich prostowanie. To naprawdę nie fair. Ja osobiście mam takie narzędzia, które minimalizują szanse, że oto widzimy kogoś w galopie:

    1. Określ kto wali z armaty do komarów. Na Facebooku nie robi się nauki i nigdy nie robiło. Jeżeli ktoś na dwa akapity odpowiada ścianą tekstu, to jest jego problem, że nie umie zrobić streszczenia.

    2. Zastosuj brzytwę Ockhama. Brzytwa Ockhama to takie narzędzie, które nakazuje preferować prostsze rozwiązania nad bardziej skomplikowanymi. Jeżeli widzę ścianę „naukowego” tekstu, który forsuje foliarskie teorie (np. o płaskiej Ziemi itp) podważające obecny konsensus naukowy to mam dwie opcje do wyboru: a) uznać, że koleś z internetu ma rację, a konsensus naukowy jest potężnym międzynarodowym spiskiem Sorosa i Mossadu b) uznać, że naukowcy nie są jednak reptyliańsko-masońskimi agentami, a foliarz mniej lub bardziej świadomie gada głupoty, które brzmią mądrze.

    3. Zobacz jakie źródła podaje oponent. Jeżeli są tego dosłownie dziesiątki – bądź pewny na 99%, że cały tekst jest albo skopiowany od kogoś innego (takie pseudonaukowe copy-pasty są szczególnie popularne w języku angielskim na amerykańskich stronach), albo ktoś uznał, że zamiast podać rzeczywiste źródło (jedna książka) lepiej jest przepisać z tej książki bibliografię, albo ostatecznie, wygooglował na szybko kilka linków, których nawet nie przeczytał. Ktoś kto wie o czym mówi bez problemu odeśle do jednej (ew. kilku) pozycji gdzie problem jest przedstawiony w skondensowany sposób.

    Do tych metod można się przyczepić – i słusznie

    Niestety, nie ma stuprocentowo szybkiej i skutecznej metody na odfiltrowanie stosu bullshitu od wartościowych treści. Naprawdę wolałbym zakończyć ten tekst jakimiś pozytywnymi wnioskami, ale wydaje mi się, że w warunkach niemoderowanej debaty chwyty poniżej pasa zawsze się będą miały lepiej, niż rzeczowa dyskusja. Jedyne co możemy zrobić, to uświadamiać ludzi i liczyć, że zmądrzeją.

    Bibliografia:
    https://rationalwiki.org/wiki/Gish_Gallop

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #nauka #pseudonauka #retoryka #manipulacja #propaganda
    pokaż całość

    źródło: gish.jpg

    +: J.......k, Magromo +224 innych
  •  

    Można sobie wyobrazić, że franciszkańscy archeolodzy, działając na zlecenie samego Papieża dokonują wielkiego odkrycia naukowego zmieniającego postrzeganie historii Palestyny. Wtedy bezsprzecznie należałoby uznać tu zasługi Kościoła na rzecz nauki. Ale... nie zawsze byłoby to takie proste.

    Największy błąd, jaki mógłby popełnić ktoś pisząc o historii to błąd ahistorycyzmu

    Polega on z grubsza na tym, że jakieś zjawiska oceniamy z innej perspektywy historycznej, niż ta, w której miały miejsce („czemu Napoleon przegrał pod Waterloo? Mógł przecież użyć lotnictwa...”). Niestety, jest to błąd bardzo łatwy do popełnienia. Kiedy czytamy o dawnych czasach, mamy bowiem pewne współczesne wzorce dotyczące choćby najbardziej trywialnych spraw. Ludziom od małego bombardowanym obrazami z dalekich krajów w formie zdjęć czy filmów ciężko jest wejść w tryb przeciętnego człowieka sprzed jeszcze 200 lat (a nawet i na początku XX wieku fotografia nie była taka popularna), który przez całe swoje życie zgromadził w swym umyśle jedynie obrazy jakie obserwował wyłącznie w swojej wiosce. No, może w jakiejś jednej pielgrzymce i to raczej niezbyt dalekiej. A żeby zrozumieć dobrze mentalność ludzi sprzed wieków, musimy pamiętać o rozlicznej ilości takich pierdół.

    Spytacie – jak się to ma do relacji Kościoła i nauki?

    A ma się, i to wiele. Przez stulecia zmieniał się tak Kościół jak i to, co nazywamy nauką. Obecnie idąc na Mszę widzimy pewien obrzęd w języku polskim. Gdybyśmy poszli na Mszę we Francji bądź w Rosji widzielibyśmy ten sam obrzęd w języku francuskim bądź rosyjskim. Jednak nie zawsze tak było – do Soboru Watykańskiego Drugiego Msze odprawiane były na całym świecie po łacinie. To jednak nie koniec - Sobór trydencki, który miał miejsce w XVI wieku ujednolicił liturgię Kościoła zachodniego. Wcześniej obowiązywały różne wersje mszałów, które (nieznacznie, ale jednak) różniły się od siebie. Im dalej cofamy się w czasie, tym bardziej ta różnorodność się zwiększa.

    Kościół, jak i każda inna instytucja, w różnych epokach wyglądała często zupełnie inaczej

    Różny zakres władzy mieli papieże, różne obowiązki i prawa mieli biskupi, rożne były priorytety. Konklawe wprowadzono w roku 1058, a większość papieży w historii powołano wcześniej w inny sposób. Różny był też realny wpływ papieży na Kościół i władzę świecką. O ile taki Innocenty IV był potężnym monarchą, o tyle zdarzali się papieże będący jedynie marionetkami niemieckich Cesarzy, francuskich królów, a nawet, w X wieku, do którego zaraz wrócimy, lokalnych rzymskich zadymiarzy.

    Tu właśnie rysuje się pierwszy problem jaki mamy z oceną relacji Kościół – nauka: gdzie zaczyna się odpowiedzialność Kościoła za te czy inne zdarzenia?

    Zakaz sprawowania funkcji politycznych przez duchownych wprowadził Sobór Watykański II – niecałe 60 lat temu. Jeszcze przed wojną kardynał Adam Sapieha zasiadał w polskim Senacie, o takich przypadkach jak rządy kardynałów Richelieu czy Mazarina w siedemnastowiecznej Francji nie wspominam. Pojawia się więc pytanie – na ile działali oni jako świeccy politycy, a na ile jako przedstawiciele Kościoła? Nie jest tajemnicą, że przykładowo sam Mazarin miał duży spór z ówczesnym papieżem, Aleksandrem VII.

    W miarę łatwo jest nam oddzielić wpływ duchownych od wpływu władzy świeckiej jedynie w dwóch okresach, kiedy były one ewidentnie rozdzielone – współcześnie, po Soborze Watykańskim II oraz przez trzy pierwsze stulecia istnienia, gdy chrześcijaństwo było przez władze ówczesnego Cesarstwa Rzymskiego nieuznawane.

    Kolejną sprawą jest sam problem tego co to właściwie znaczy „wpływ władzy duchownej”, gdyż nie każde działanie księdza, biskupa czy nawet papieża można uznać z działanie Kościoła.

    Doskonałym przykładem jest tutaj wspomniany wyżej X wiek, czas pornokracji, największego upadku instytucjonalnego Kościoła. Był to czas, gdy papieży obsadzała lokalna rzymska szlachta. Wybierano marionetki, a przez kilkadziesiąt lat olbrzymie wpływy na papieskim dworze miały kobiety nie bez przyczyny porównywane do prostytutek. To był Kościół „oficjalny” w swej najmroczniejszej twarzy, gdzie nepotyzm był ważniejszy niż jakiekolwiek dogmaty.

    Jednocześnie rozwijał się we Francji ruch odnowy skupiony wokół klasztoru w Cluny, gdzie promowano celibat oraz skupienie się na modlitwie, pracy i nauce. Głoszono również hasła potępienia symonii (czyli kupowania stanowisk kościelnych) oraz nepotyzmu. Działo się to w ramach Kościoła oczywiście, ale na mniej-więcej takiej zasadzie jak dziś istnieje w Kościele, powiedzmy, środowisko Radia Maryja czy Tygodnika Powszechnego.

    Co jest oficjalnym głosem Kościoła – stanowisko papieża Franciszka, oficjalne dokumenty wydawane przez Stolicę Apostolską czy, ostatecznie, przez Polski Episkopat, czy to co usłyszymy na antenie Radia Maryja? Jak więc oceniać ten okres historii Kościoła – przez pryzmat Cluny czy przez pryzmat Rzymu?

    Skoro jesteśmy już przy Cluny to pochylmy się nad sylwetką człowieka, który zdecydowanie miał potencjał do bycia największym papieżem w historii, jednak okoliczności historyczne i krótki pontyfikat mu to uniemożliwiły. Gerbert z Aurillac, od 2 kwietnia 999 roku papież Sylwester II był nominatem niemieckiego cesarza Ottona III i jako pierwszy chciał zreformować Kościół według reguły kluniackiej. Ja jednak nie o tym - tenże człowiek był najwybitniejszym intelektualistą ówczesnej Europy Zachodniej. Interesował się astronomią, filozofią i matematyką oraz biegle posługiwał mało znanymi wówczas instrumentami naukowymi – sam skonstruował zegar wodny oraz skomentował wszystkie znane wówczas pisma Arystotelesa. Na tle zainteresowanych głównie dziewczynami i pieniędzmi poprzedników robił wręcz szokujące wrażenie. Pozostaje jednak pytanie – czy ta uczoność Gerberta vel Sylwestra II wynikała z tego, że był głową Kościoła?

    To jest kolejny, i w sumie chyba najpoważniejszy problem z jakim należy się zmierzyć oceniając relacje nauka – Kościół: czy fakt, że ktoś był księdzem, biskupem czy nawet papieżem automatycznie nakazuje przypisać jego osiągnięcia naukowe Kościołowi?

    Jeżeli odpowiemy, że tak, to niestety popełnimy bardzo poważny błąd logiczny. Fakt, że ktoś był księdzem czy nawet jakimś kościelnym dostojnikiem mógł bowiem sprzyjać jego pracy, mógł mu ją utrudniać (i zasługi byłyby wtedy odniesione MIMO kościelnych ograniczeń) lub mógł być najzwyczajniej obojętny dla osiągnięć naukowych danej osoby. Te kwestie musimy wyjaśnić, gdyż inaczej dochodzimy do dosyć absurdalnych wniosków. Sporo znanych heretyków (choćby Jan Hus, Marcin Luter czy Giordano Bruno) było katolickimi księżmi, jeżeli więc z tego tytułu łączyć ich dorobek z Kościołem to otrzymujemy absurdalny wniosek, że Kościół odpowiada za herezje, które zwalczał...

    Problem ten doskonale widać jeżeli zestawimy ze sobą dwóch współczesnych księży – Michała Hellera i Tadeusza Guza.

    Ten pierwszy jest wybitnym polskim naukowcem, zasłużonym między innymi na polu zwalczania pseudonaukowych teorii „inteligentnego projektu”. Ten drugi, niestety również profesor, twierdzi, że ewolucja to mit i za jej rozpowszechnienie obarcza... protestantów, co jest o tyle kuriozalne, że to właśnie protestanci najbardziej nie chcieli (a w USA ciągle nie chcą) przyjąć do wiadomości, że ewolucja to jak najbardziej fakt. Dwóch ludzi Kościoła, a dwa różne stanowiska.

    Sam fakt, że ktoś był księdzem ma jeszcze jeden czynnik, którego nie można pominąć – są to pewne predyspozycje psychiczne danej osoby

    Ludzie ciekawi świata, kreatywni w średniowieczu mieli dwie drogi – ślizgać się, za przeproszeniem, na krowim gównie w rodzimej wiosce albo związać się z Kościołem. Wybór jak w ruskiej stołówce, ale co robić? Też bym studiował powiedzmy teologię. Z tą ruską stołówką to zresztą nie takie odległe porównanie. Jeżeli ktoś chciał robić karierę naukową za komuny nie tylko u nas, ale tym bardziej w ZSRS musiał prędzej czy później związać się w jakiś sposób z Partią. Czy to, obiektywnie rzecz biorąc czyniło z tych ludzi komunistów a z PZPR/KPZS promotora nauki i postępu? Propaganda twierdziła, że owszem, ja jednak byłbym nieco bardziej sceptyczny.

    Wpis miał początkowo charakter polemiczny z popularnym ostatnio na wykopie tagiem dotyczącym relacji nauki i Kościoła, jednak z różnych względów zdecydowałem się mocno go przerobić i ograniczyć do własnych dygresji na temat formy, w jakiej ten spór należy prowadzić.

    Nie będę też ukrywał, że od stanowiska mocno antykościelnego, w ostatnich latach wyewoluowałem swoje poglądy do umiarkowanego, z lekko-antykościelnym odchyłem. I nie jest to bynajmniej zasługa obecnego rządu, który lubi podkreślać swe rzekome przywiązanie do tradycji chrześcijańskich (jak to jest w praktyce mieliśmy okazję poczytać ostatnio w Fakcie), różańców do granic, redaktora Terlikowskiego czy obrzydliwych plakatów pod szpitalem Bielańskim. Nie będę też ukrywał, że od stanowiska mocno antykościelnego, w ostatnich latach wyewoluowałem swoje poglądy do umiarkowanego, z lekko-antykościelnym odchyłem. I nie jest to bynajmniej zasługa obecnego rządu, który lubi podkreślać swe rzekome przywiązanie do tradycji chrześcijańskich (jak to jest w praktyce mieliśmy okazję poczytać ostatnio w Fakcie), różańców do granic, redaktora Terlikowskiego czy obrzydliwych plakatów pod szpitalem Bielańskim.

    Nie, to nie to.

    Wystarczyło poczytać „Tygodnik Powszechny”, kilka książek i przyznać przed lustrem, że tylko kompletny idiota mógłby mieć w tak skomplikowanej sprawie radykalne poglądy. Przypomina mi się też powiedzenie Szymona Hołowni, że nie zna nikogo, kogo ojciec Adam Boniecki (redaktor-senior TP) odwrócił od Kościoła, zna za to setki ludzi, których Boniecki do Kościoła nawrócił. Kto zna jakiekolwiek wypowiedzi księdza Bonieckiego, ten wie, że jest to wzór umiarkowania, spokoju i wyważonej dyskusji, leżący wręcz na antypodach tego co dziś nazywa się w Polsce „debatą publiczną”.

    Ale to Tygodnik Powszechny ma dwucyfrowe wzrosty sprzedaży przy dwucyfrowych stratach innych czasopism papierowych, prowadzących „debatę publiczną”. Radzę wziąć to pod uwagę wszystkim ludziom Kościoła.

    Bibliografia:
    Książki z serii „Historia Powszechna” wydawnictwa PWN
    S. Swieżawski – Dzieje europejskiej filozofii klasycznej
    W. Carroll – Historia chrześcijaństwa t. 2
    Polecam również książkę N. Daviesa „Europa”, w której jest masa ciekawostek zdejmujących „różowe okulary” przez jakie patrzymy na historię, takich jak choćby postrzeganie relacji dziecko-rodzic, dieta czy nawet posiadanie w domu lustra. Daje wiele do myślenia, a tradycyjne „sypanie datami i nazwiskami” ogranicza do minimum.

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #religia #nauka #bekazkatoli #kosciol #wiara #mikromodlitwa #mirkomodlitwa #katolicyzm #chrzescijanstwo #neuropa
    pokaż całość

    źródło: peace-bro.jpg

  •  

    Profesorowie wyklęci? /OPINIA/

    TL;DR: Trudno nie odnieść wrażenia, że w dzisiejszej Polsce żadnych „wyklętych” żołnierzy już nie ma, jest zaś całkiem spora rzesza „wyklętych” intelektualistów.

    Taką oto grafikę wrzuciło Muzeum II Wojny Światowej na swój profil na Facebooku kilka dni temu. O napisie powiedziano już wszystko ale skupmy się na osobach w tle. Muzeum dobrało sobie Irenę Sendlerową, Witolda Pileckiego, Maksymiliana Kolbego i żołnierza w rogatywce.

    Bardziej interesuje mnie jednak to, kogo tam nie ma.

    Sprawdziłem z ciekawości w bazie GUS, ile każda z przedstawionych tu osób ma (w całej Polsce) ulic/alej/placów itp. swojego imienia i tak:
    Irena Sendlerowa – 23
    Maksymilian Kolbe – 67
    i rotmistrz Pilecki – uwaga – 178 (słownie: sto siedemdziesiąt osiem)

    Dla porównania trzy moje typy:
    Kazimierz Ajdukiewicz – 2
    Stefan Bryła – 5
    Juliusz Makarewicz – 0 (słownie: zero)

    I o ile wybrana przez Muzeum trójka jest znana przeciętnemu Polakowi, to rozpoznawalność i zasadność wyboru mojej trójki może budzić wątpliwości

    Poza Kazimierzem Ajdukiewiczem, wielkim polskim filozofem i (może nawet przede wszystkim) popularyzatorem filozofii i logiki jest więc Stefan Bryła – genialny polski inżynier i konstruktor, człowiek który zaprojektował konstrukcję gmachu warszawskiego Prudentialu, którego Niemcy nie mogli powalić kilkutonowymi pociskami. Oraz Juliusz Makarewicz, zdecydowanie najwybitniejszy w historii polski prawnik-karnista. Wszystkich ich łączyło to, że byli profesorami. A także, że uczestniczyli w polskim procesie tajnego nauczania – co jeden z nich, prof. Bryła przypłacił pobytem na Pawiaku i śmiercią w ulicznej egzekucji.

    To statystyczne porównanie to tylko taka anegdotka teoretycznie niedowodząca niczego, ale trudno nie odnieść wrażenia, że jak na publicystyczne warunki dosyć dobrze oddaje pewien niepokojący trend.

    Jeżeli przyjrzymy się materiałom promującym wybitnych Polaków, szczególnie tych z XX wieku to raczej ciężko będzie tam o ludzi nauki czy kultury. A to nie jest tak, że ich nie ma. Tutaj wstawiłem pierwszą trojkę, która rzuciła mi się w oczy (a więc chyba „z tych sławniejszych”) w kategorii „uczestnicy polskiego tajnego nauczania” na Wikipedii. Mógłbym wstawić więcej znacznie ważniejszych dla polskiej nauki i kultury, ale wybrałem takich, gdyż narażali życie nie mniej niż Sendlerowa czy Pilecki, a działali w tym samym okresie historycznym.

    Przypominam sobie sytuację, gdy w II bądź III klasie szkoły podstawowej omawialiśmy jakiś patetyczny, patriotyczny wierszyk

    Później nauczycielka zadała pytanie „w jaki sposób Wy możecie dać przykład prawdziwego patriotyzmu?”, na co oczywiście my, młodzi chłopcy rozjuszeni wierszem zaczęliśmy rzucać przykłady o walce za ojczyznę czy zaciągnięciu się do wojska. Pamiętam o tym, gdyż mocno się wówczas zawiodłem, gdy owa nauczycielka oświadczyła, że najlepszym przykładem patriotyzmu polskiego ośmiolatka pod koniec XX wieku nie jest walka zbrojna z okupantem, a po prostu przykładanie się do nauki....

    Co jednak wypada ośmiolatkom, niekoniecznie wypada dorosłym

    Odnoszę nieodparte wrażenie, że polski dyskurs historyczny zdominowany jest przez „seksowne” tematy gdzie główną rolę grają żołnierze różnej maści, których niekoniecznie podziwia się nawet za kunszt militarny, a raczej za bohaterstwo i poświęcenie/narażanie życia. Z drugiej strony historie osób, które oddały się raczej konstruowaniu czegoś nowego niż „obronie” czego by kto bronic nie chciał są na cenzurowanym. Nie z powodu jakiegoś odgórnego zakazu, lecz z powodu tego, że wszyscy odpowiedzialni za krzewienie świadomości historycznej w Polsce mają ich głęboko w dupie.

    „Żołnierze wyklęci” to żołnierze, których komunistyczna propaganda chciała wymazać z historii Polski. Wtedy walczono w sposób czynny – cenzurując i wsadzając do więzień.

    Dziś oczywiście nikt do więzień nie wsadza ale – skoro przywołaliśmy już w tekście postać wielkiego polskiego karnisty – przypomnijmy, że przestępcy to nie tylko ci, którzy działają. Prawo karne osądzą niekiedy również tych, którzy wykazali grzech zaniechania.

    Jak można osądzić tych, którzy po raz tysięczny serwują Pileckiego, a zapominają o osobach, które w może mniej patetyczny sposób odwalili kawał olbrzymiej roboty dla dobra Polski?

    Polub blog na facebooku!

    #neuropa #historia #kultura #nauka i – dla odmiany - #filozofiadlajanuszy
    pokaż całość

    •  

      @loginnawykoppl:
      po pierwsze porownujesz osoby ktore oddaly zycie "sprawie" do "filozofow/naukowcow" i "dziwisz sie" ze takiego pileckiego wszedzie sie "wpycha", tyle ze taki pilecki ryzykujac wlasnym zyciem poszedl do ałszwic, majac nadzieje ze uratuje tysiace (?) ludzi ? co ryzykowal "filozof, naukiewc" czy jeszze inny taki? tutaj chodzi nie o dokonania a o poswiecenie i cene jaka zaplacil taki pilecki czy kolbe.

      tak samo mozesz zapytac ile jest ulic zygalskiego, rejewskiego, rozyckiego (sadze ze niewiele jesli takie wgl sa) - dlaczego ? bo sadze iz uwaza sie ze odwalali kawal dobrej, wspanialej roboty ale w koncu jak na uzdolnionych ludzi przystalo zrobili po prostu to co do nich nalezalo - dlatego "naukowcy" traktowani sa tak a nie inaczej. Wyajtkiem sa ci, ktorych dokonania byly przelomowe.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (37)

  •  

    O co chodzi w Pierwszej Komunii?

    Ostatnio Szymon Hołownia żalił się na Facebooku, że księża bardziej niż na istocie Sakramentu skupiają się na kolejności wychodzenia dzieciaków z ławek. Pozwolę więc sobie nadrobić w ich imieniu zaległości.

    XI wiek. Europa zaczyna zbierać się po stuleciach upadku

    Kościół zwalcza w swych szeregach symonię (czyli handel kościelnymi stanowiskami) i o karierze dostojnika kościelnego znacznie bardziej decyduje teraz wiedza. Powstaje coraz więcej szkół, a nawet pierwszy Uniwersytet. Pojawiają się również pierwsze spory filozoficzne i teologiczne, a wśród nich najważniejszy: czy chleb i wino spożywane podczas Komunii to tylko taki symbol, czy też najprawdziwsze ciało i krew Chrystusa?

    Na chłopski rozum (na marginesie – moim i nie tylko moim zdaniem nie tylko na chłopski) jest to głupia sprawa : coś wygląda jak chleb i wino, smakuje jak chleb i wino i pachnie jak chleb i wino to musi być chlebem i winem, a cała obecność Chrystusa jest tu wyłącznie symboliczna.

    Jednak taki pogląd został dosyć szybko spacyfikowany, a już w XIII wieku szereg dokumentów soborowych i papieskich jasno postawił sprawę: podczas Komunii spożywane jest najprawdziwsze ciało i krew Chrystusa pod postacią chleba i wina. Pogląd ten ugruntował zresztą Sobór Trydencki w XVI wieku oraz Watykański II – w wieku XX. Stanie się to jasne, gdy poznamy podkładkę filozoficzną tego dogmatu, gdyż zaryzykuję twierdzenie, że Arystoteles i Platon niewiele mniej wpłynęli na kształt katolicyzmu niż Biblia.

    ** Według Arystotelesa, w każdej rzeczy możemy rozróżnić dwa elementy – substancję i przypadłości.**

    Wyobraźmy sobie stary dom. Ma ileś tam okien, jakieś brudne ściany, przeciekający dach i stare linoleum na podłodze. Po czym poznamy, że to dom? Głupie pytanie – widzimy okna, ściany z zaciekami i dziury w podłodze i choć wiemy, że wymaga on remontu to jest to bez wątpienia dom.

    Organizujemy więc remont. Ściany są po nim białe (czy jak na polskie warunki przystało – brzoskwiniowe) dach z nowiutkiej blachodachówki i promocyjnie kupioną klepką na podłodze. Dom jest z jednej strony różni się od rudery, którą był wcześniej – ale bez wątpienia również jest to ten sam dom. Co się zmieniło?

    ** Zmieniły się przypadłości, jednak substancja pozostała ta sama**

    Substancja dla Arystotelesa jest tym, co decyduje o tożsamości bytu – dom po remoncie może i inaczej wygląda, jest lepiej ocieplony i nawet liczba okien może się w nim nie zgadzać, jednak jest to ten sam dom co rudera, którą był przed remontem. Substancja jest więc jakby niezmienną „podkładką” do której przyczepione są przypadłości typu kolor, smak, rozmiar itp. itd., które zaś mogą ulegać zmianie.

    ** Można się już więc domyśleć, na czym polega dogmat**

    O ile w życiu codziennym obserwujemy, że to przypadłości zmieniają swoją postać, o tyle tutaj jest odwrotnie. Podczas części Mszy zwanej konsekracją chleba i wina Chrystus (nie ksiądz, ksiądz go tylko reprezentuje!) dokonuje przeistoczenia substancji chleba i wina w substancję ciała i krwi Chrystusa. Byt w kielichu zachowuje postać chleba i wina – ma ich smak, zapach i wygląd (a nawet zawartość alkoholu), jednak chlebem i winem już nie jest – gdyż uległa zmianie jego substancja.

    ** Po czym jednak możemy to poznać?**

    To, że coś jest domem poznajemy po tym, że ma ono ściany (w jakimś kolorze), ma okna (w określonej ilości). Słowem – poznajemy substancję domu przez jej przypadłości. Podczas Komunii przypadłości nie ulegają zmianie i jeżeli mielibyśmy zbadać Hostię przed i po przeistoczeniu, to nie zauważymy żadnej zmiany w składzie chemicznym itp. Po czym więc katolik winien odróżnić wafel od Ciała Chrystusa? Cóż, zacytujmy Tomasza z Akwinu:

    „Obecność prawdziwego Ciała Chrystusowego i prawdziwej Krwi w tym sakramencie można pojąć nie zmysłami, lecz jedynie przez wiarę, która opiera się na autorytecie Bożym.”

    Czytelnikowi zostawię decyzję, czy się z tym zgadza czy nie.

    PS: wyjątkowo dzisiaj warto zwrócić uwagę na obrazek, chyba go kiedyś nawet wrzucałem, który chyba w najprostszy sposób oddaje różnicę między substancją a przypadłością.

    Bibliografia:
    Katechizm Kościoła Katolickiego
    Wprowadzenie do filozofii – praca zbiorowa pod red. M.A. Krąpiec

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #religia #katolicyzm #mirkomodlitwa #mikromodlitwa #chrzescijanstwo #wiara #ateizm #kosciol
    pokaż całość

  •  

    Ej Mireczki, za pół godziny spadnie z rowerka, a brakuje dosłownie kilku kopów (。◕‿‿◕。)

    https://www.wykop.pl/link/4289967/absolutyzm-oswiecony-czasy-krolow-filozofow/

    A przy okazji Wam kochani, którzy żeście na mnie głosowali, którzy żeście mnie wspierali na Patronite ślicznie dziękuję, bo to jest garstka Polaków, tych 8 osób które pomogły mi osiągnąć pierwszy cel i śmiało już mogę powiedzieć, że do mojego bloga nie dokładam, a i na kilka motywacyjnych piw wystarczy (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)

    #filozofiadlajanuszy #mikroreklama #mikroreklamaostatniejszansy #patronite
    pokaż całość

  •  

    Absolutyzm oświecony: czasy królów-filozofów

    W potocznym rozumieniu „absolutyzm” i „oświecony” leżą na dwóch różnych biegunach. Ale historia filozofii politycznej zna i takiego zwierzaka, który swego czasu był w Europie dosyć popularny.

    Filozofowie XVIII wieku święcie wierzyli w istnienie tak zwanego prawa natury, koncepcji, którą w nowożytnej wersji jako pierwszy zaproponował blisko sto lat wcześniej Hugo Grocjusz. Prawo natury miało być jego zdaniem niezmienne i związane z istotą natury ludzkiej. Różniło się więc od prawa pozytywnego, które było wobec prawa natury wtórne, służyło realizacji jego zasad i konieczności było zmienne wraz z uwarunkowaniami historycznymi. Prawo natury Grocjusz porównywał do zasad matematyki – pochodzi co prawda od Boga, ale nawet Bóg nie mógł uczynić go innym bez zmiany istoty człowieka, tak jak nie mógł ustanowić, by 2+2 równało się 5.

    Jednak samo uznanie istnienia prawa natury nie warunkowało jeszcze jego treści

    Kilka pokoleń, jakie minęły od czasów Grocjusza mocno zmieniły Europę. Ludziom znudziło się tłuc w krwawych wojnach religijnych. Coraz więcej osób uważało, że to bez sensu i każdy powinien mieć prawo do własnych przekonań. W międzyczasie rozwinęła się nauka. Genialny Isaac Newton opisał – jak się zdawało – w kilku prostych prawach wszelaki ruch i coraz więcej osób było przekonanych, że takimi samymi prawami rządzi się ludzkość. Wystarczyło je odkryć i zastosować, by na świecie zapanowała wszelaka szczęśliwość i dobrobyt.

    Dobrobyt zresztą już zaczął panować

    Rozwój techniki dał kopa gospodarce, co pozwoliło na rozwój handlu. Powstawały coraz to większe fortuny ludzi znikąd. Równocześnie, coraz więcej starych szlacheckich rodów traciło na znaczeniu. Oficjalna struktura społeczna, oparta na ścisłym podziale na poszczególne stany w ogóle nie przystawała do tego jak rysowały się podziały majątkowe. W Polsce magnateria kupczyła głosami nieposiadających majątków drobnych szlachciców. W Anglii dopiero w 1832 roku zlikwidowano tzw. zgniłe okręgi wyborcze, niezamieszkałe już przez nikogo, które dawały głosy dzierżawcom lokalnych pól.

    Wraz z rozwojem gospodarki pojawiły się też nowe oczekiwania od państwa

    Wymagano dróg (zarówno lądowych, jak i kanałów łączących rzeki). Większa liczba umów na żywszym rynku to również konieczność istnienia znacznie sprawniejszych niż dawniej sądów i przejrzystych przepisów prawnych. A nowoczesne wojsko wymagało wyszkolonej, zawodowej i wiernej kadry. Pojawiła się również regularna służba dyplomatyczna, która zastąpiła dawne, okazjonalne poselstwa.

    Ludzie domagali się więc nowoczesnego, sprawnego państwa, które zapewni wolności wyznania i przekonań, ochronę własności prywatnej i wolność niezależną od przynależności stanowej

    Tymczasem początek stulecia zastał w większości państw Europy sytuację daleką od tych postulatów. Niektórzy władcy zgromadzili w swoim ręku pełnię władzy. Najsłynniejszym przykładem tego ustroju – absolutyzmu – była Francja Ludwika XIV. Główny teoretyk francuskiego absolutyzmu, Jacques Bossuet wołał do królów: „Bądźcie więc Bogami dla swych poddanych”. I Bogami byli.

    Co prawda Francja „Króla Słońce” (tak się Ludwik lubił tytułować) zniosła pewne ograniczenia stanowe ale wiązało się to tylko i wyłącznie ze sprawowaniem władzy politycznej

    Traciła więc szlachta prawa polityczne, ale nie dlatego, że nabywały je inne stany, a dlatego, że sama szlachta guzik miała do gadania. W dalszym jednak ciągu istniała masa ograniczeń w gospodarce, tragiczna była szczególnie sytuacja chłopów. Co więcej, król Ludwik XIV odwołał edykt nantejski, dający równouprawnienie protestantom, a i Kościół Katolicki nie do końca zajmował pozycję, jaką by chciał. Oczywiście katolicyzm był religią państwową, jednak król forsował koncepcję tzw. gallikanizmu, który do minimum sprowadzał rolę papieża i poddawał urzędy kościelne de facto pod władzę królewską. Gdy dodamy do tego bizantyjski ceremoniał jakim otaczano króla na jego potężnym dworze w Wersalu i pełną przepychu, hojnie wspieraną przez państwo sztukę baroku – otrzymujemy obraz jak najdalej idący od postępowych deklaracji filozofów.

    Kilkadziesiąt lat po śmierci Ludwika na niektórych dworach zapanował jednak pewien ferment

    Cesarzowa Maria Teresa, caryca Katarzyna II i, przede wszystkim, król Prus, mieniący się nie „królem słońce”, lecz „królem-filozofem” Fryderyk II zwany przez potomnych Wielkim uznali, że istnieje pewien sposób kompromisu między radykalnymi hasłami filozofów oświecenia, a zachowaniem w swym ręku pełni władzy.
    „Władca jest pierwszym sługą i najwyższym dostojnikiem państwa” napisał Fryderyk II i jakże to różniło się od deklaracji Ludwika, który buńczucznie twierdził „Państwo to ja!”. Fryderyk w gestach szedł znacznie dalej – sypiał na polowym łóżku, a zamiast bali i wielkich imprez wolał intelektualne rozprawy z myślicielami, którymi lubił się otaczać. Sam zresztą cenił rzymskiego cesarza-filozofa Marka Aureliusza i stosował się do jego stoickiej filozofii będąc, trzeba przyznać, cholernie pracowitym człowiekiem.

    Absolutyzm oświecony nie ograniczał się zresztą do pustych gestów

    Najłatwiej przyszło dla młodego króla poprawić to, co nie uderzało w bezpośrednie interesy żadnych uprzywilejowanych grup społecznych. Cenzura została ograniczona wyłącznie do treści politycznych, zniesiono w Prusach tortury i wprowadzono tolerancje religijną dla katolików i żydów. Za jego rządów rozpoczęto prace kodyfikacyjne, które w 1794 roku doprowadziły kodyfikacji pruskiego prawa. Fryderyk wprowadził też obowiązek szkolny i powszechny system szkolnictwa, choć z racji tego, że znaczny odsetek nauczycieli stanowili byli wojskowi (podkreślmy - niemieccy!) pozbawieni innych kwalifikacji, łatwo wyobrazić sobie jak wyglądała codzienność i poziom nauczania w tych szkołach.

    Z drugiej jednak strony gdy chodziło o te najważniejsze – społeczne - reformy były one raczej mocno powierzchowne. Jedynie nieznacznie poprawiono los chłopów, a liberalizacja ograniczeń w gospodarce szła bardzo niemrawo. Pruska szlachta ciągle zachowała uprzywilejowaną pozycję.

    Absolutyzm oświecony budzi skraje oceny

    Francuski filozof Denis Diderot pełen optymizmu wybrał się w podróż do Petersburga, skąd wracał wściekły, gdyż caryca Katarzyna wybierała sobie z jego pomysłów jedynie to, co jej pasowało. Wolter przez kilka lat mieszkał na dworze Fryderyka II, z którym również się pokłócił. Wiele z pomysłów „oświecenia” w monarchiach absolutnych było jedynie modną fanaberią, za którą nie stały najważniejsze reformy.

    Z drugiej jednak strony, 23 stycznia 1793 roku Rosja i Prusy podpisały traktat o drugim rozbiorze Polski, po raz kolejny powiększając swoje imperia. Dwa dni wcześniej król Francji Ludwik XVI stracił głowę na gilotynie, a największy terror szalejącej Rewolucji Francuskiej miał dopiero nadejść. Wiele więc może być racji w twierdzeniu, że nawet drobne ustępstwa pomogły „oświeconym” władcom wprowadzić swoje kraje w XIX wiek znacznie spokojniej, niż miało to miejsce w konserwatywnej Francji.

    Bibliografia:
    G. Górski, S. Salmonowicz – Historia ustrojów państw
    H. Olszewski, K. Chojnicka – Historia doktryn politycznych i prawnych
    E. Rostworowski – Historia powszechna XVIII wiek
    N. Davies – Europa (w zakresie przemian społecznych i gospodarczych doby oświecenia)

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #historia #ciekawostkihistoryczne #niemcy #francja
    pokaż całość

  •  

    Czemu Homer wychwalał Achillesa, skoro był on w sumie obrzydliwą kreaturą?

    „Iliada” i „Odyseja” to nie tylko pierwsze pomniki europejskiej literatury, ale również studium specyficznej etyki z czasów, gdy nikt jeszcze nie myślał o Sokratesie i Platonie.

    PATRONEM DZISIEJSZEGO TEKSTU JEST ŁUKASZ ZELEZNY.

    Grecja czasów Homera to kraj zdecydowanie daleki od szczytów jej potęgi

    Akcja eposów dzieje się kilkaset lat przed współczesnością ich autora, jednak nawet wtedy gdy Homer chadzał po ziemi Grecja była niezbyt rozwiniętym tworem, który swoje największe osiągnięcia cywilizacyjne, w tym filozofię, miał mieć jeszcze przed sobą. Jak łatwo się więc domyśleć, oba utwory są źródłem historycznym równie cennym jak zimne piwo w poranek po sobotniej nocy.

    Dotyczy to także etyki

    W dzisiejszych czasach, jeżeli dojdzie przykładowo do meczu, w którym jakaś drużyna przegrywa walkowerem z powodu wbicia jej pseudokibiców na boisko, to ciężko jest postawić jakiś zarzut piłkarzom. Tymczasem, etyka homerycka niezbyt wysoko kazałaby cenić sobie przegranych piłkarzy. Nawet jeżeli przegraliby z nieswojej winy.

    U Homera przymiotnik „agathos” który przetłumaczyć możemy jako „dobry” nie odnosił się tyle do wartości, tylko do faktów

    „Dobry” wojownik to wojownik waleczny. Waleczność stanowiła „arete” czyli coś co się tłumaczy powszechnie jako „cnotę”, ale jest to dosyć mało obrazowe tłumaczenie, gdyż cnotę uważamy za coś leżącego jakby po stronie naszej woli czy psychiki. „Arete” u Homera to raczej pewna umiejętność którą psoiada dany człowiek. „Arete” była więc jakby obserwowana z zewnątrz: każdy mógł bez problemu ustalić który z wojowników ją posiada, gdyż odnosił on sukcesy na wojnie i nie miało tu znaczenia, czy miał po prostu w życiu szczęście, czy naprawdę był biegły w walce.

    Naturalnie taki system etyki nie pozostawał w oderwaniu od realiów społecznych

    Ówcześni Grecy żyli w ściśle określonym, hierarchicznym porządku społecznym. Etyka homerycka wiązała się z właściwym wykonywaniem poszczególnych ról społecznych przypisywanych w związku z takim, a nie innym pochodzeniem. Dziś oczekiwalibyśmy, przykładowo, że jeżeli ktoś jest odważny to zostanie żołnierzem, w tamtych czasach to z bycia rycerzem zakładano odwagę. To samo dotyczyło innych ról społecznych, od króla po pasterza.

    Świat starożytnych Greków, w tym porządek społeczny, były zdeterminowane wolą bogów

    „W tobie ja winy nie widzę, gdyż winni są tylko bogowie” mówi król Priam do Heleny. Uważano więc, że jeżeli ktoś zajmuje wysoką pozycję w społeczeństwie, cieszy się ich łaską i jest „dobry”. Inny przykład, to zalotnicy zabici przez Odyseusza – lecz za to, że myśleli niezgodnie z faktami iż jest już wdową. Biorąc pod uwagę, że Odyseusz nie wracał do domu przez 10 lat, to ciężko byłoby dziś czepiać się do kogoś, że uznaje takiego człowieka za zmarłego.

    Etyka czasów Homera to etyka skutku

    Za „dobrych” uważano wyłącznie zwycięskich wojowników, władców, których decyzje okazywały się skuteczne i mędrców, których rady dawały dobre rezultaty. Nikogo nie obchodziła moralna ocena tych ludzi w sposób jaki zrobilibyśmy to dzisiaj. Choć Achilles jawi się nam raczej jako gość o mentalności dresiarza, to w homeryckiej Grecji byłby ubóstwiany.

    Taką właśnie etykę zwycięzców podziwiał tysiące lat po Homerze nie kto inny jak Friedrich Nietzsche. Achilles śmiało mógłby być wzorem nietzschańskiego nadczłowieka, zaś sama etyka homeryckich zwycięzców najlepszą etyką. Nietzsche miał też pomysł w jaki sposób ludzkość od niej odeszła.

    Tymi winowajcami mieli być Sokrates i jego największy uczeń, Platon.

    To właśnie Sokrates uważał, że „arete” to nie tylko cecha przysługująca najlepszym przedstawicielom danej profesji, lecz pewien obiektywny wzór postępowania, który jest słuszny niezależnie od swoich rezultatów. Dla Homera dyktator byłby „dobrym”, jeżeli wywiązywał się skutecznie ze swoich obowiązków – sprawowania władzy, niezależnie od metod jakimi się posługiwał. Sokratejski władca musiałby się jednak wykazać nieco innymi cnotami, by na miano „dobrego” zasłużyć.

    Bibliografia:
    A. MacIntyre - Krótka historia etyki

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #etyka #grecja #literatura #historia #starozytnosc #matura #matura2018 #jezykpolski
    pokaż całość

    źródło: 206wzq.jpg

    •  

      @loginnawykoppl Bardzo ciekawe i wręcz niesamowite. Ci ludzie żyli w świecie gdzie kurek był przyczyną i na odwrót.

      Jakby się nad tym zastanowić to wiele kobiet nadal posługuje się taką "logiką"

    •  

      @loginnawykoppl to nie do końca tak, efektywność i skuteczność była ceniona przez Greków oczywiście. Ale Hektor nie utracił arete (czy też okazał się jej pozbawiony, kwestia interpretacji) tylko dlatego że przegrał walkę z Achillesem, tak samo jak ten ginąc. Arete była to ogólna doskonałość, wspaniałość, piękno, zdolność i umiejętność do działania. Te cechy były szczególnie cenione przez Greków czasów homeryckich. Efektywność była jednym z nich, ale śmierć w walce również była agathos, i zasługiwała na pochwałę i szacunek. pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    „Bakcyl dżumy nigdy nie umiera”: filozofia absurdu Alberta Camusa

    Mało jest w polskiej szkole punktów styczności z filozofią, niewiele więcej ze światowej klasy literaturą, ale „Dżuma” wyjątkowo pozwala dotknąć obu.

    Jesteś sobie zwykłym szarym człowiekiem.

    Żyjesz sobie w jakimś prowincjonalnym, zabitym dechami mieście – raz lepiej, raz gorzej, aż nagle przychodzi kilku smutnych panów, którzy oświadczają, że miasto jest zamknięte, bo jest epidemia i będziesz mógł wyjechać jak ją już przeżyjesz. Jeśli przeżyjesz. Co robisz? Modlisz się? Boga nie ma. Próbujesz uciec? Nic to nie da. A jeżeli uznamy, że to nasze życie jest jedną wielką chorobą z którą jakoś trzeba sobie poradzić?

    Albert Camus miał wyjątkowego pecha. Ojciec został zmielony razem z błotem i setkami tysięcy innych Francuzów w okopach pierwszowojennej Bitwy nad Marną gdy Albert miał kilka miesięcy. Potem zaś, nie dosyć, że były człowiekiem chorowitym, to jego dorosłe życie przypadło na czasy kryzysu lat 30-tych, II wojny światowej i okresu powojennej niepewności, we Francji związanej z pękającym imperium kolonialnym.

    Ludzie z tego pokolenia mieli niewiele powodów, by z optymizmem patrzeć w przeszłość, stąd taką wielką popularnością cieszyła się wówczas filozofia egzystencjalizmu

    Egzystencjaliści zajmowali się człowiekiem i jego miejscem w świecie, zwłaszcza w kontekście jego ograniczonych możliwości związanych ze śmiertelnością. Pierwszym takim filozofem, o równie ciężkim jak Camus życiorysie był Kierkegaard. Ale Kierkegaard wierzył w Boga, w kierunku którego chciał uciec przed światem budzącym lęk. Camus w Boga nie wierzył. I nie lękał się świata. Świat był dla niego czystym absurdem.

    Absurd jest centralnym pojęciem filozofii Camusa

    Z jednej strony człowiek, który szuka jakiegoś racjonalnego porządku we wszystkim co go otacza. Z drugiej, świat, który jest od tego porządku jak najdalszy. Człowiek w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że wstaje rano do roboty czy do szkoły i to wszystko bez sensu, bo nagle można, jak sam pisarz zresztą, zginąć w wypadku i tyle po nim. Ta wzajemna konfrontacja pragnienia porządku przez człowieka i jego kompletnego braku w świecie rodzi w nas przytłaczające poczucie absurdu.

    Cóż więc można z nim zrobić?

    Czytając „Dżumę” możemy spotkać różne postawy wobec choroby. Jedni się modlą – ale Camus w Boga nie wierzył. Inni próbują uciekać – ale to też bez sensu. Nie można zająć pozycji zewnętrznej wobec absurdu, wziąć go w nawias. Poza człowiekiem z jednej, a światem z drugiej strony nie ma nic, do czego można by się zwrócić.

    Camus uważał, że jedyną receptą na walkę z absurdem jest bunt przeciwko niemu

    Jest to jednak bunt nietypowy, gdyż polega właśnie na zrozumieniu swojej pozycji i przyjęcie jej. W swoim eseju „Mit Syzyfa” Camus stawia za wzór Syzyfa, który musiał przez całą wieczność wtaczać na górę głaz, który zaraz się staczał. Syzyf robił rzecz całkowicie absurdalną, jednak to właśnie zaakceptowanie swojego losu i skrupulatne wykonywanie tej bezsensownej roboty było tym co daje jego życiu wartość. Równie bezsensowna była walka doktora Rieux z szalejącą epidemią – nie był w stanie jej zatrzymać, a mimo to spędzał w pracy po kilkanaście godzin dziennie. To było jedyne słuszne rozwiązanie.

    Ten swoisty bunt przez zaakceptowanie absurdu sprawiał, że Camus nie popierał samobójstwa.

    Samobójstwo było jaskrawym przykładem poddania się absurdowi, podobnie jak z poddania się absurdowi wynikały wojny i inne zbrodnie. Człowiek zbuntowany przeciw absurdowi musi żyć, choć wszystko co robi kiedyś będzie sprowadzone do nicości – przeminą artyści i ich dzieła, tyrani i ich oponenci zostaną kiedyś sprowadzeni do dwóch stron jednego konfliktu a o zwykłych ludziach których mijamy na ulicy to w ogóle nikt nie będzie pamiętał.

    Jednak nie oznacza to, że nie trzeba tworzyć, walczyć o słuszną sprawę albo wstawać rano, wypić herbatkę i zacząć kolejny dzień życia szarego człowieka. To absurdalne, ale stanowiące istotę człowieczeństwa.

    Bibliografia:
    F. Copleston – Filozofia Współczesna

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #literatura #matura #jezykpolski #francja
    pokaż całość

    +: ramolDL, U....n +501 innych
  •  

    Aborcja – czy ta dyskusja ma sens?

    Wybuchające co kilka miesięcy awantury o aborcję dla wielu wydają się problemem nie do rozwiązania. I tak jest... poniekąd.

    Zacznijmy nietypowo:

    W 61 minucie meczu Polska – Nigeria Victor Moses strzela bramkę dającą Nigerii prowadzenie. Gdybyśmy w tym momencie zapytali typowego kibica siedzącego na wrocławskiej trybunie, co o tym sądzi, to dowiedzielibyśmy się, że jest to wiadomość bardzo kiepska. Ale nie każdy we Wrocławiu by się z tym zgodził – kilku Nigeryjczyków zarzekałoby się, że jest to wieść rewelacyjna.

    Pozornie dwa sprzeczne sądy. Którzy kibice mieli rację? Żadni... lub wszyscy.

    Jeden z najważniejszych brytyjskich filozofów XX wieku, Alfred Ayer uważał, że możemy w sposób sensowny formułować dwa rodzaje sądów. Po pierwsze: sądy prawdziwe z definicji („kawaler nie ma żony”, „Prezydent USA jest Prezydentem”) - nie będziemy się tu nimi zajmować, gdyż są „oczywistymi oczywistościami”.

    Drugim rodzajem sądów są takie, które możemy za pomocą doświadczenia zweryfikować z rzeczywistością. Przykładowo: „kubek stoi na moim biurku”, „mecz Polska – Nigeria rozegrano we Wrocławiu”, „autor „Filozofii dla Januszy” ma profil na Patronite który można wesprzeć” czy też „piłka wypuszczona z rąk w typowych, ziemskich warunkach spada w dół”. Takim sądem jest również informacja, że „w 61 minucie meczu Victor Moses strzelił bramkę”, opis procedury przeprowadzania aborcji czy też informacja w jakich krajach jest, a w jakich nie jest ona legalna.

    Wszystko to możemy zweryfikować albo osobiście, albo też za pośrednictwem świadectw innych osób (np. sędziego, który sporządził protokół z meczu). Czy jednak możemy na podstawie własnego bądź cudzego doświadczenia stwierdzić, że aborcja jest DOBRA lub ZŁA? Czy możemy jako „dobry” lub „zły” uznać fakt, że Polska przegrała z Nigerią?

    Ayer dostosował tak naprawdę do warunków filozofii języka myśl Davida Hume'a

    Hume zauważył, że nie da się na podstawie obserwacji rzeczywistości stwierdzić, że cokolwiek jest dobre lub złe, piękne lub brzydkie tak jak da się poprzez taką obserwację stwierdzić, że na biurku stoi kubek. Na podstawie samej obserwacji kradzieży mogę stwierdzić, że do niej doszło, ale nie mogę uznać, że jest dobra lub zła. Przez badanie rzeczywistości poznajemy FAKTY a nie ich moralne OCENY.

    Pozornie doszliśmy więc do ściany. Czy cała etyka i estetyka, wszystkie sądy o sztuce czy moralności to bełkot? Nic bardziej mylnego, o czym zresztą świadczy zaangażowanie społeczne samego Ayera i jego olbrzymia znajomość dzieł kultury.

    Ayer uznał, że skoro sądy o etyce i estetyce nie mają sensu, to trzeba je przeformułować na takie, które ten sens mają.

    Hume uważał, że to nie nasz aparat poznawczy, lecz nasze uczucia sprawiają, że uważam morderstwo za coś złego, a wolontariat w hospicjum – coś dobrego. Każda OCENA jakiegoś FAKTU (np. wyniku meczu, aborcji, kradzieży, pracy jakiegoś malarza) jest więc summa summarum oceną całkowicie subiektywną i dyktowaną nie rozumem, lecz emocjami. Ayer przyjął ten argument i uznał, że żeby rozmowa o aborcji czy ocenie sukcesów sportowych miała jakiś sens musimy wyrażać się precyzyjnie. Stwierdził więc, że jeżeli mówię „zakaz aborcji to DOBRA rzecz” to stwierdzam tak naprawdę „wyrażam swoją sympatię dla zakazu aborcji”. Równie dobrze mógłbym w to miejsce zacząć podskakiwać z radości na hasło „zakaz aborcji” lub w inny sposób wyrażać swoją aprobatę. Teoria Ayera nazywana jest też teorią „feeee – hurrra!” gdyż mówiąc „zakaz aborcji jest zły” mógłbym równie dobrze krzyknąć „zakaz aborcji – feee!” a mówiąc „zakaz aborcji jest dobry” - „zakaz aborcji hurrra!”.

    Cała dyskusja o etyce czy estetyce sprowadza się więc do trzech rodzajów wypowiedzi:

    1) Po pierwsze, do wyrażenia osobistych, całkowicie subiektywnych sympatii. Najlepiej więc nie byłoby mówić „sprzeciw wobec aborcji jest dobry” tylko „sprzeciw wobec aborcji jest przeze mnie aprobowany”.
    2) Jako próba przekonania innych osób do zmiany poglądów – mówiąc „poparcie dla prawa do aborcji jest dobre” mówię „okaż sympatię wobec prawa do aborcji!”. Nie chodzi tu jednak o udowodnienie jakichś obiektywnych racji, po prostu o sprawienie, żeby ta irracjonalna sympatia do tego poglądu była podzielana również przez innych. „Polub/znienawidź aborcję!” i tyle. Wszystkie pozostałe argumenty to pozbawiona sensu otoczka.
    3) Do sądów sensownych, ale ukrytych. Przykładowo, jeżeli ktoś mówi, że zakaz aborcji jest zły, bo tak twierdzi Kościół to mówi tak naprawdę „system etyczny przyjmowany przez Kościół uważa aborcję za niedopuszczalną” (oraz wypowiedź „system etyczny Kościoła jest przeze mnie aprobowany”). Jeżeli twierdzę, że aborcja powinna być legalna, bo takie rozwiązanie przyjęła cała Europa, to stwierdzam jak wygląda porządek prawny w Europie (i że ten porządek wzbudza moją sympatię).

    Jaką więc funkcję przyjmuje filozofia etyki, jeżeli nie ma żadnego obiektywnego „dobra” a wszystkie spory o jego istotę są pozbawione sensu?

    Konsekwencje są dosyć oczywiste: po pierwsze możemy badać różne poglądy na moralność i je po prostu opisywać. Zdanie „system etyczny przyjmowany przez Kościół uważa aborcję za niedopuszczalną” może być zbadane pod kątem prawdziwości – wystarczy sprawdzić jakie stanowisko zajął Kościół w swoich dokumentach. Tak samo możemy bez większych problemów opisać poglądy etyczne dowolnej osoby lub organizacji. To są rzeczy w pełni weryfikowalne.

    Po drugie, możemy badać to jak działają emocje i pod wpływem jakich czynników ludzie mają takie, a nie inne poglądy oraz pod wpływem jakich czynników je zmieniają. Bo choć fundamentalistom z każdej strony ciężko to sobie wyobrazić, ludzie poglądy zmieniają. I szczerze powiedziawszy, to jest to zjawisko bardzo dobr... to znaczy, jest to zjawisko wzbudzające moją sympatię. ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Bibliografia:
    P. Sędłak – Emotywizm etyczny A.J. Ayera i C.S. Stevensona
    A. Macintyre – Krótka historia etyki
    N. Warburton – Krótka historia filozofii

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #etyka #aborcja #czarnyprotest #neuropa #4konserwy #czarnypiatek
    pokaż całość

  •  

    Homo sovieticus: Dlaczego niektórzy potrzebują zakazu by nie iść na zakupy?

    Myśliciele XX wieku wiele czasu poświęcili, by zrozumieć dlaczego powstały totalitaryzmy. Często stwierdzali, że dla wielu osób jest w pewnym sensie wygodnie, gdy trzyma się je za mordę.

    Umówmy się – życie za PRLu było na swój sposób prostsze

    Jeżeli chciałeś np. zbudować dom, to nie musiałeś obawiać się procedur, ryzyka odmowy i tak dalej. Wiedziałeś, że musisz iść do tego i tego faceta, dać mu łapówkę i pozwolenie miałeś. A bez łapówki nawet nie składałeś stosownego wniosku, bo nie było po co. Kończąc szkołę wiedziałeś kim będziesz w przyszłości, bo nie było wielkiego wyboru robić cokolwiek innego niż standardowa robota dla ludzi z Twoim wykształceniem. Własna inicjatywa i poleganie na swojej przedsiębiorczości? Zapomnij. A jeżeli Twój dzieciak wylądował w szpitalu, bo potrącił go pijany synek lokalnego komendanta SB? Jak poszedłeś i łaskawie przeprosiłeś to nie dosyć, że dzieciak nie będzie miał procesu za spowodowanie wypadku, to może i łaskawy pan rzuci nawet kilkaset złotych na leki i pomoże załatwić wózek inwalidzki.

    Życie było proste bo było do bólu przewidywalne

    Wiedziałeś kim jesteś i jaką pozycję społeczną zajmujesz. Możliwość awansu społecznego była co prawda bliska zeru ALE równie bliska zeru była szansa na degradację. Życie było pozbawione ryzyka – zarówno jego pozytywnej, jak i negatywnej strony. Człowiek był jak beztroskie małe dziecko, a Partia była jak jego matka. Matka wyrodna, która co prawda ciągle wszystkiego zakazywała, ale w to miejsce brała na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoje dzieci. Dawała pracę, dawała tożsamość, dawała poczucie własnej wartości.

    Przez kilkadziesiąt lat komunizmu państwa tzw. bloku wschodniego dosyć dobrze przyswoiły sobie ten model społeczeństwa. Model, który znacznej części mieszkających tu ludzi przypadł do gustu. Dla określenia takich ludzi powstało określenie „Homo sovieticus” - człowiek sowiecki.

    Pojęcie to upowszechnił w Polsce jeden z najwybitniejszych polskich filozofów końca XX wieku, ks. Józef Tischner na początku lat 90-tych. Wydawać by się mogło, że homo sovieticus to osoby związane z tzw. postkomuną. Po części, choć nie do końca. Homo sovieticus to nie tyle ideowy komunista, co klient komunizmu. I zwrócił się przeciwko komunie, gdy ta przestała zaspokajać jego potrzeby, licząc, że to nowa, kapitalistyczna rzeczywistość mu je zapewni. Słowem: homo sovieticus to osoby, które wyszły z komuny, ale komuna nie wyszła z nich. Ciągle oczekują, że wolna Polska zapewni im to co deklarowała, ale nie zapewniała Polska Ludowa – pracę, poczucie udziału we władzy i poczucie godności osobistej. Krótko mówiąc: homo sovieticus szuka kogoś, kto da mu żreć i połechce jego ego. Niezależnie, czy będzie to komunista, nacjonalista czy wyrachowany, bezideowy pragmatyk.

    Tischner porównuje to do niewolnika, który ucieka od jednego pana, by znaleźć sobie innego.

    Homo sovieticus nie potrafi znaleźć sobie miejsca w wolnym kraju. Nie chodzi tu bynajmniej wyłącznie o kwestie majątkowe – chodzi o mentalność. Jest niestety przejmującym świadectwem takiej postawy sytuacja, gdy ktoś publicznie deklaruje, że tylko dzięki zamknięciu przez władze sklepów poszedł z rodziną do parku. Wcześniej oczywiście też mógł to zrobić – ale nie musiał. Miał wybór. A mieć wybór to dla człowieka sowieckiego ciężar nie do zniesienia.

    Co trzeba zrobić, by wrócić homo sovieticus na łamy cywilizacji zachodniej? Trzeba przywrócić prawo posiadania.

    Tischner zwracał uwagę czym różni się dobroczynność chrześcijańska od tej komunistycznej. I chrześcijanie i komuniści chcą dzielić pieniądze między bogatych i biednych, ale jest potężna różnica między motywem jaki za tym stoi. Chrześcijańska moralność ceni wybór, jakiego człowiek dokonuje dobrowolnie odejmując sobie i oddając innym. Człowiek ma tu prawo do posiadania swoich pieniędzy, którymi może (ale nie musi!) się podzielić. To jest jego dobrowolna decyzja. Komunizm takiego dobrowolnego wyboru nie przewiduje. Znosi prawo posiadania i odgórnie steruje tym co komu się należy – pieniędzmi, środkami produkcji, pracą, żywnością i w końcu, jak twierdzi Tischner – samym człowiekiem.

    Zdaniem filozofa najistotniejszą różnicą jaka dzieli homo sovieticus od ludzi w pełni wolnych jest to, że homo sovieticus nie ma przede wszystkim prawa do posiadania samego siebie. Nie decyduje o tym kim chce być, co chce robić – nie bierze odpowiedzialności za własną osobę i oczekuje, że weźmie ją ktoś inny. Chce upaństwowić samego siebie, uciec od wolności, jaka mu przysługuje, gdyż się jej po prostu boi.

    Czy powinniśmy się bać?

    Tak, powinniśmy. Ksiądz Tischner tak podsumowuje swój tekst:

    „Wyobraźmy sobie, że przychodzi dzień wyborów. Homo sovieticus staje wobec albo-albo: albo byt określi jego świadomość, albo świadomość określi jego byt. Co zrobi? Wybierze na zasadzie odwetu. W imię doznanej krzywdy, przeżytego poniżenia, utraty miejsca w świecie polityki i zagrożenia utratą pracy powie „nie!” Aktem swym zaneguje dobro wspólne. Homo sovieticus nie zna różnicy między swym własnym interesem a dobrem wspólnym. I dlatego może podpalić katedrę, byle sobie przy tym ogniu usmażyć jajecznicę.”

    I nie wiem jak Was, ale mnie dym z tej nieszczęsnej katedry od jakiegoś czasu mocno gryzie w oczy.

    Bibliografia:
    J. Tischner „Etyka solidarności i homo sovieticus”

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #neuropa #zakazhandlu #liberalizm #komunizm #socjologia
    pokaż całość

    •  

      czy naprawdę, to że 2tygodnie pod rząd większe centra handlowe są zamknięte w niedziele świadczy o tym, że ludzie jako ogół boją się "wolności"? W jaki sposób to jest w korelacji?

      @Sancho-Pansa: dlatego, że wolność odbiera się nam małymi kroczkami. Odbierają mi prawo do decydowania o swoim własnym życiu, kawałek po kawałku, ograniczając w ten sposób moją wolność.
      Ludzie te małe grabieże wolności popierają. Po ustawie o ziemi, wodach polskich, wiatrakach, zakazie sprzedaży mojej ukochanej tabaki przez internet, ludzie (w sensie jakaśtam ich część) nie płakali, że wolność nam odbierają. Wręcz przeciwnie, cieszyli się i radowali - jakże wspaniale jest, że ktoś decyduje za innych! Jak pięknie, że sami nie muszą o tym myśleć!

      To też jednostkowe przypadki i dowody anegdotyczne - ale popatrz sobie czasem jak identyczni ludzie reagują na propozycję luzowania zakazów i przepisów.

      Jeśli to nie strach przed wolnością to nie wiem co nim jest.

      Swoją drogą poczytaj o nowym kodeksie pracy, chyba najlepszy thriller ostatnich paru lat.
      pokaż całość

    •  

      @iAmTS: Państwo powinno chronić swoich obywateli, to jest fakt. Zakazane powinno być zmuszanie ludzi do pracy w niedzielę. Zwyczajnie praca w niedzielę i sobotę powinna być traktowana jak nadgodziny, czyli przelicznik 2x. I już, żadne zakazy nie byłyby potrzebne. :)

    • więcej komentarzy (125)

  •  

    CHCESZ, ŻEBY SOMSIADOWI GUL W GARDLE STANĄŁ? ZOSTAŃ PATRONEM FILOZOFII DLA JANUSZY!

    „Filozofia dla januszy” to już kilkadziesiąt solidnych (jak twierdzicie) artykułów o filozofii, sztuce, historii i wszystkim co bliżej lub dalej można wrzucić do worka „nauki humanistyczne”. Wszystkie są za darmo. I będą.

    Jednak choć pisanie dla Was to moje największe hobby, to jest to hobby czasochłonne. A że czas to pieniądz, często zadaję sobie pytanie, czy nie lepiej zająć się w to miejsce czymś bardziej dochodowym, np. dodatkową pracą. I nie jest to wcale pytanie retoryczne.

    Jednocześnie często otrzymuję od Was – i traktuję to jako największe wyrazy uznania – prośby o założenie profilu w serwisie Patronite, umożliwiającego regularne wspieranie twórców. Wyszedłem tym prośbom naprzeciw.

    Co otrzymujecie w zamian?

    Dla mnie każde wsparcie to uspokojenie mojego sumienia, że to co robię ma sens i można z tym wiązać pewną przyszłość. Dla Was – pewne moje zobowiązania, z których możecie mnie rozliczać:

    Po pierwsze, pojawi się w tym roku, z okazji stulecia niepodległości kilka sylwetek polskich filozofów. Pierwszy być może już w ten weekend, w kolejną niedzielę wolną od handlu ( ͡º ͜ʖ͡º)
    Po drugie, przed maturą wrzucę tu kilka wpisów o gościach, którzy mogą się pojawić na egzaminie z polskiego (Mickiewicz i Słowacki, Camus, Dostojewski)
    Po trzecie, wrócę do kontynuowania wpisów o wielkich malarzach. Mam nadzieję w końcu wyjaśnić łopatologicznie dysonans między „Picasso wielkim malarzem był” a reakcją „to to?” jaka towarzyszy często laikom, którzy widzą jego obrazy.
    I po czwarte wreszcie – dostajecie zdecydowanie większą szansę na regularność wpisów, bo zdecydowanie inna motywacja towarzyszy człowiekowi, gdy w chwilach największego zwątpienia na pytanie „po co to wszystko?” odpowiada choćby tak przyziemne „bo mi za to płacą” niż „no właśnie – po co?”.

    PATRONITE:
    https://patronite.pl/filozofiadlajanuszy

    INNE FORMY WSPARCIA (póki co przelew bankowy, paypal i płatność kartą powinny być niedługo :
    http://www.filozofiadlajanuszy.pl/wsparcie/

    #filozofiadlajanuszy #patronite
    pokaż całość

    źródło: somsiad.jpg

  •  

    Czy wszechmogący Bóg może stworzyć kamień tak ciężki, że nie mógłby go podnieść?

    To pytanie podobno regularnie pada na lekcjach religii w liceum. To dobrze, bo można dzięki niemu sprawdzić, czy ksiądz-katecheta nie spał na zajęciach w seminarium. Jeżeli nie spał, to bez problemu poradzi sobie z tym pytaniem.

    Słynny paradoks kamienia można rozwiązać na co najmniej dwa sposoby.

    Na początek rozwiązanie, jakie podałby zapewne Tomasz z Akwinu, „oficjalny” filozof Kościoła Katolickiego. Wbrew pozorom nie utrzymywałby, że Bóg może taki kamień stworzyć. Taka odpowiedź, pozornie „bardziej bogobojna” zaproponowana została przez Kartezjusza, jednak prowadzi ona do wniosków, których nie tylko Kościół Katolicki, ale żaden odłam chrześcijaństwa nie mógłby zaakceptować.

    Czy Tomasz odmawiał więc Bogu tytułowej umiejętności? Nie do końca.... Tomasz z Akwinu słysząc pytanie o słynny kamień....

    pokaż spoiler ...popukałby się w głowę, załamany, że zadajemy pytania pozbawione sensu.


    Według filozofii Tomasza, pytanie „Czy Bóg może stworzyć kamień tak duży, że nie mógłby go podnieść?” ma tyle samo sensu co „Czy bzisiefnslf?” lub „Dlaczego firanka, kawa, papier?”. Nawet pytanie „czy przestałeś już bić żonę?” skierowane do niewinnego człowieka jest lepsze, bo ma po prostu błąd, który można naprawić - pytanie o kamień nie jest błędne, jest po prostu bezsensowne.

    Ale może od początku.

    Tytułowe pytanie pozornie ma nam wykazać niemożność istnienia wszechmogącego Boga. Jeżeli bowiem Bóg stworzy kamień, którego nie podniesie – nie będzie mógł czegoś uczynić, więc nie będzie wszechmogący. Oczywiście, jeżeli nie stworzy tego nieszczęsnego kamienia to tym bardziej ucierpi jego wszechmoc. Czyżby szach i mat?

    Nie do końca!

    Tomasz w 25 rozdziale II części Sumy Teologicznej nie rozprawia się wprost z tym paradoksem, ale zastanawia się nad tym, czym tak naprawdę jest boska wszechmoc i poniekąd nad czymś znacznie ciekawszym – nad prawem niesprzeczności.

    To podstawowe prawo logiczne mówi nam, że nie mogą istnieć rzeczy sprzeczne. Jeżeli coś jest jasne, to nie może być ciemne, jeżeli jest mokre, to nie może być suche, jeżeli jest drewniane, to nie może być metalowe, a jeżeli coś jest filozofem to nie może być bogate. Żartowałem z tym filozofem... mam nadzieję :/

    Kluczowe jest tutaj znaczenie „nieistnienia”

    Nie chodzi tu o „nieistnienie” w sensie, w jakim nie istnieją jednorożce. Jednorożcom przysługuje „istnienie” w takim sensie, w jakim możemy im przypisać pewne właściwości (np. mają jeden róg, cztery nogi, według większości podań są białe itp) – ich nieistnienie polega na braku właściwości „obecność w przyrodzie”. Jeszcze inaczej – istnienie jednorożców jest nieprawdą, ale nieprawdą przygodną – możemy sobie wyobrazić, że takie zwierzęta chodzą sobie po polskich lasach. Nie jest tak, ale mogłoby tak być.

    Natomiast nieistnienie „drewnianego metalu” polega na tym, że nie możemy nic sensownego o tym czymś powiedzieć. Nie można sobie tego wyobrazić - jest to słowna zbitka porównywalna do „picipici”. Nic nie znaczy... i tyle. Jak powiedział ojciec tego poglądu, Parmenides - „byt jest, a niebytu nie ma” i na tym trzeba skończyć rozważania o „niebycie” bo gdybyśmy powiedzieli cokolwiek więcej, to „nic” byłoby już „czymś”. A jest przecież niczym! Jest to więc nieprawda konieczna. Możemy sobie wyobrazić jednorożce w lesie, ale nie możemy sobie wyobrazić, że w tymże lesie drzewa są drewniane i metalowe jednocześnie. Tak nie tylko nie jest, ale i być nie może.

    Jeżeli Bóg więc może wszystko, to to, że „nie może” zrobić „niczego” w żaden sposób nie ogranicza jego wszechmocy.

    Bóg „nie może” stworzyć kamienia, którego nie mógłby potem podnieść, nie dlatego, że nie jest wszechmocny, a dlatego, że taka czynność z definicji nie może zaistnieć. Nie można móc i nie móc czegoś zrobić jednocześnie. Równie dobrze Bóg „nie może” sprawić, że przestanie istnieć, istniejąc zarazem, że się rozdwoi, będąc ciągle jednym Bogiem (inb4 przypominam: Trójca Święta to ciągle JEDEN Bóg w trzech osobach) czy że będzie zły, będąc dobrym. To wszystko są sprzeczne zdania nie mające żadnego sensu.

    Żeby to jeszcze bardziej wyjaśnić, możemy sobie wyobrazić wszechmogącego piłkarza.

    Czy możemy od takiego piłkarza wymagać, by strzelił bramkę przed rozpoczęciem meczu? Nie, bo istotą meczu piłkarskiego jest to, że zaczyna się wynikiem 0:0. Gdyby było inaczej, nie byłby to mecz piłkarski i „niemożność” strzelenia bramki przed rozpoczęciem meczu nie ujmuje klasy piłkarzowi, a raczej pytającemu.

    Podsumowując: według Tomasza wszechmogący Bóg ani może, ani nie może stworzyć kamienia, którego nie byłby w stanie podnieść, bo jest to czynność wewnętrznie sprzeczna, o której nie można sensownie powiedzieć, że jest możliwa lub niemożliwa.

    Tyle Tomasz z Akwinu – i moim zdaniem Kościół Katolicki. Przejdźmy do Kartezjusza!

    Kartezjusz, czyli Rene Descartes, żyjący blisko 400 lat po Tomaszu był człowiekiem szczerej wiary, tak w Boga, jak i w matematykę. I chciał je ze sobą połączyć. Paradoks kamienia świetnie by się do tego nadawał.

    Descartes stwierdziłby więc, że pytanie o kamień ma jak najbardziej sens, oraz że Bóg może takowy kamień stworzyć. I choć odpowiedź ta jest wewnętrznie sprzeczna to nic nie szkodzi, gdyż Bóg, jako istota doskonała pozostaje ponad takimi banalnymi problemami jak prawo sprzeczności i może jak najbardziej stworzyć taki kamień czy też „drewniany metal” a nawet sprawić by 2+2 równało się 5. Choć nam, maluczkim wydaje się to niemożliwym.

    Brzmi nieźle, nie? Pozornie, gdyż każdy dobry inkwizytor wpakowałby takiego heretyka na Indeks Ksiąg Zakazanych (co też się zresztą stało).

    Rozwiązania Kartezjusza co prawda nie sposób na najbardziej pierwotnym gruncie obalić – nie sposób jest dowieść, że nie istnieje istota tak doskonała, której nie ogranicza nawet logika - ale popatrzmy na konsekwencje. Prawo niesprzeczności to jedno z najbardziej podstawowych praw logicznych, którego podważenie powoduje konieczność wywalenia podręczników logiki do kosza. A jeżeli nie mamy logiki, to nie mamy właściwie żadnego narzędzia, by móc formować poprawne sądy o rzeczywistości. Konsekwencje kartezjańskiego rozwiązania są więc dwa:

    1. albo przyjmujemy, że nie miał on racji i obstajemy przy tym, że prawa logiki stosują się do wszystkiego i wszystkich – przez co obalamy istnienie wszechmogącego Boga, jako czegoś sprzecznego;

    2. albo też uważamy, że owszem, taki Bóg może potencjalnie istnieć ponad logiką. Jednak wtedy my, posługując się logiką nie możemy na jego temat powiedzieć nic sensownego i Bóg pozostaje dla nas niemożliwą do ujęcia w słowach tajemnicą. Ale jeżeli nie możemy powiedzieć nic sensownego, to ile są warte dogmaty jakiejkolwiek religii?

    Warto zwrócić uwagę, że rozwiązanie Tomasza nie ma wpływu na wnioski jakie nasuwają się z rozwiązania Kartezjusza

    Można jak najbardziej uznawać tomistyczne rozwiązanie, będąc jednocześnie ateistą lub deistą, odrzucającym jakiekolwiek dogmaty religijne. Gdybyśmy przenieśli ten spór na salę sądową, to Tomasz z Akwinu umorzyłby postępowanie bez wydawania wyroku, zaś Kartezjusz orzekł o winie lub niewinności. To nie stoi ze sobą w merytorycznej sprzeczności.

    Bibliografia:
    P. Łukowski – Paradoksy
    Tomasz z Akwinu – Suma teologiczna tom 2, rozdział 25 artykuł 3

    UWAGA!
    Parę osób o to pytało, od wczoraj mam profil na Patronite . Dodatkowo można wpłacać pieniądze przelewem przez Dotpay. Na dniach wrzucę jeszcze możliwość wpłat przez Paypal i kartą – wtedy zamieszczę oddzielny stosowny wpis. Jeżeli jednak już teraz, przedpremierowo, ktoś chciałby mi rzucić kilka groszy (a nie ukrywam, przydałoby mi się ;)) to serdeczne dzięki!

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #religia #katolicyzm #chrzescijanstwo #kosciol #wiara #historia #patronite
    pokaż całość

    •  
      Croce

      0

      @embrion: to już zależy co rozumiesz przez "wyjście poza język", mówię tylko że użytkownik, do ktorego wypowiedzi się odnosisz użył tego sformułowania w pewnym konkretnym sensie, z którego właściwie wynika wprost jak miałoby takie wyjście wyglądać

    •  

      Moim zdaniem warto się skupić nad innym pytaniem, czy właściwym jest traktowanie wszechmocy Bóga, jako jego cechę, atrybut? Otóż wydaje mi się, że nie. "Kwadratura" figury geometrycznej nazywanej kwadratem nie jest jego cechą, atrybutem w takim sensie, jak np. czerwień danego jabłka. Kwadratura jest ISTOTĄ kwadratu. Powoduje,że mamy do czynienia z kwadratem, nie kołem, trójkątem, ect... Kwadratura danej figury geometrycznej definiuje istotę tej figury jako Kwadrat. Jakiekolwiek ograniczenie "kwadratury" spowoduje, że figura geometryczna przestanie być kwadratem. Zatem Kwadratura = Kwadrat. Co dalej? Otóż wszechmoc Boga nie jest jego atrybutem. Wszechmoc JEST Bogiem. I co w związku z tym? No to, że każde ograniczanie wszechmocy - np. popularne (w kontekście przykładu z kamieniem), czasowe ograniczanie wszechmocy, celem wygospodarowania na osi czasu okresu, kiedy Bóg traci swą wszechmoc by nie podnieść kamienia - jest bez sensu. Jeżeli założymy, że do takiego ograniczenia wszechmocy dochodzi, to... mamy do czynienie z obiektem, którego istotą nie jest prawdziwa wszechmoc, a który posiada jedynie atrybut, cechę, która wydawać się może wszechmocą. Ale wtedy, to nie jest Bóg o którego nam chodzi. Zatem przykład z kamieniem z gruntu jest fałszywy, bowiem zakłada OGRANICZENIE czegoś, czego ograniczyć nie można. Prawdziwej wszechmocy (będącej istotą obiektu Bóg, czyli po prostu będącej Bogiem) nie można po prostu ograniczyć w żadnym zakresie. pokaż całość

    • więcej komentarzy (128)

  •  

    „Kto rano wstaje, ten ma przed sobą cały dzień udręki”

    O ile pisząc dla Was teksty często mam problem ze znalezieniem dobrego obrazka, tak tutaj cierpię z powodu klęski obfitości. Artur Schopenhauer, pół-filozof, pół-mem, kochany przez internety, szczególnie w poniedziałkowe, zimowe i mroźne poranki. A już najbardziej pod koniec miesiąca.

    Jednak wokół Schopenhauera narosło sporo mitów

    Schopenhauer nie namawiał do samobójstwa, a największe co mu można zarzucić to hipokryzja, gdyż sam swe smutki topił w burdelach i knajpach, a innym doradzał poświęcenie się wobec innych. Zgodnie zresztą z maksymą jaką rzekomo wygłosił: „drogowskaz nie musi sam iść do miasta”.

    Schopenhauer urodził się 230 lat temu w Gdańsku, a szczyt jego działalności przypada na pierwsze dekady XIX wieku.

    Nie oznacza to, że wtedy został taki popularny. Wręcz przeciwnie, wykładał na tym samym Uniwersytecie, co inny wybitny filozof Georg Hegel i, próbując z nim rywalizować, wykładał o tej samej godzinie. Efekt? Nikt do naszego Arturka nie przychodził, a sam pogrążał się w niezbyt pozytywnym nastawieniu wobec świata, które dodatkowo potęgował konflikt z matką. Dopiero w latach 50-tych XIX wieku stał się sławny, kilka lat przed śmiercią.

    Schopenhauer za punkt wyjścia obrał obie filozofię swego wielkiego poprzednika, Kanta

    To co uważamy za rzeczywistość, to jedynie zjawisko (fenomen) na wejściu już przetworzone przez nasz umysł, prawdziwa istota rzeczywistości (noumen) jest przed naszymi zmysłami schowana i niepoznawalna. Widzę przed sobą klawiaturę, mam jej pewien obraz i mogę powiedzieć jak odbieram ją w dotyku, ale nie mam zielonego pojęcia czy taka jest i tak wygląda naprawdę. Tak przynajmniej twierdził Kant.

    Schopenhauer przyjął ten podział, ale nie szukał prawdy o noumenach na zewnątrz, tylko wewnątrz

    Zbadał życie psychiczne człowieka i uznał, że tym co naprawdę kryje się za naszymi przemyśleniami i uczuciami jest wola życia. Jest to bezwładny pęd który pcha nas do zaspokajania różnych pragnień. Niestety, jest to pęd beznadziejny, bo istotą woli jest to, że jest ona niezaspokojona i ciągle kreuje nowe pragnienia. Oczywiście, wszystkie nasze decyzje możemy zazwyczaj uzasadnić w sposób racjonalny, ale te racjonalne przemyślenia to jedynie zjawiska, za którymi kryje się irracjonalny i ślepy popęd. Co ważne, wola jest jedna dla całego świata i dla wszystkich ludzi, a my po prostu dostrzegamy jej pojedyncze, subiektywne przejawy. Z naszej perspektywy wola nas do czegoś pcha, ale tak naprawdę po prostu jest niezależna od nas, jesteśmy jedynie jej uosobieniem, które ma ambicje do czegoś więcej. My umrzemy – wola zostanie.

    Łatwo teraz zrozumieć jego pesymizm

    Jeżeli wszystko co robimy jest jedynie zjawiskiem ślepej siły stanowiącej istotę świata, która dąży do niemożliwego zaspokojenia, to nie jesteśmy w stanie uciec przed cierpieniem. Jeżeli nawet wyeliminujemy je w jednym aspekcie, to wylezie w innych, znacznie liczniejszych. Życie człowieka ze swej natury jest więc jednym wielkim cierpieniem i nie pomogą tu żadne bogactwa, tytuły naukowe czy inne tego typu dobra. To co pozornie nazywamy szczęściem jest jedynie chwilowym powstrzymaniem pragnienia, ale już niebawem przeistoczy się w znudzenie albo wygeneruje inne problemy, które sprawią nam jeszcze więcej bólu.

    Co gorsza, świat jest nie tylko pełen cierpienia, ale i konfliktu

    Wola urzeczywistniając się w każdym z nas sprawia, że dbamy wyłącznie o własny interes. Jesteśmy egoistami i pchani instynktami skaczemy innym do gardła. Egoizm i zło jest po prostu wpisane w ludzką naturę a wojen i zbrodni nie da się wyeliminować.

    Na ten ból w miarę skuteczne są jedynie dwa środki.

    Poddaństwo wobec woli jest źródłem wszelkiego zła, trzeba się więc wobec niej uwolnić. Zafascynowany filozofią indyjską Schopenhauer podziwiał tamtejszych mnichów, którzy potrafią oderwać się psychicznie od świata i osiągnąć stan nirwany. Tylko takie podejście może pozwolić lekko uśmierzyć ból. Jednak filozof uważał, że to zbyt mało – polecał więc szukać ulgi w pomocy bliźnim. Jego zdaniem, jak zaczniemy przejmować się cierpieniem innych, to zapomnimy o własnym.

    Drugą receptą była sztuka

    Zdaniem filozofa, kontemplując dzieło sztuki zatapiamy się w czymś oderwanym od popędów i innych przejawów działania woli. Kiedy interesujemy się czymś to z zasady mamy w tym jakiś mniej lub bardziej głęboko ukryty interes. Tymczasem w kontemplacji jesteśmy czymś zaciekawieni, jednak bezinteresownie. Kontemplacja jest poznaniem dla samego poznania więc jest czymś wyższym niż nasze „zwykłe” zainteresowanie światem. Ponadto o ile świat jest jednym wielkim pędem, w którym wszystko się zmienia, tak w dziele sztuki tego pędu nie ma – obcujemy tu z czymś co jest stałe i niezmienne.

    Dlaczego nie ma na tej liście samobójstwa?

    Choć z tego co napisałem wszystko pozornie przemawia za słusznością zapicia się na śmierć lub strzelenia sobie w łeb, to Schopenhauer samobójstwo potępia. Uważa, że do samobójstwa pcha nas paradoksalnie sama wola życia, na tej samej zasadzie jak pcha nas do usunięcia gwoździa pod tyłkiem. Trzeba pamiętać, że nasze życie jest tylko osobistym ujęciem istniejącej poza nami woli i nasze samobójstwo... nic nie zmieni. Warunkiem ucieczki od cierpienia jest osiągnięcie doskonałości etycznej, a ta wymaga zerwania z dyktatem woli. Jak bardzo by ta argumentacja była nieprzekonywująca – to jest to stanowisko Schopenhauera, który raczej by „eutanazolu” jako sposobu na smutki nie zapisał.

    Bibliografia:
    F. Copleston – Historia filozofii t.
    W. Tatarkiewicz – Historia filozofii t. 2
    B. Russell – Dzieje filozofii zachodu

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #depresja #pesymizm #schopenhauer #przegryw
    pokaż całość

    +: ranunculus, U....n +380 innych
  •  

    Ping-pong i jugosłowiańskie sukienki - jak przez 20 lat Chiny i USA szukały kontaktu

    pokaż spoiler Fot: zawodnicy amerykańskiej reprezentacji pingpongowej na Wielkim Murze, Chiny, kwiecień 1971 roku


    Pierwszym oficjalnym reprezentantem USA na ziemiach komunistycznych Chin był nastoletni hippis. Ale zanim to się stało, Amerykanie szukali Chińczyków w Warszawie... na pokazie jugosłowiańskiej mody.

    Jest rok 1949. W Pekinie towarzysz Mao Zedong ogłasza powstanie nowego raju na ziemi – Chińskiej Republiki Ludowej

    Stare władze Chin, wspierane przez zachód i dysponujące miejscem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ ewakuują się na skalisty Tajwan. Siedzą tam do dziś, ciągle oficjalnie deklarując, że stolica tego kraju leży w kontynentalnym Nankinie. Tymczasem nowy twór jest przyjaźnie witany przez braterskie kraje demokracji ludowej, w tym Polskę. Jak się miało okazać – przyjaźń ta trwała tylko do czasu.

    Jednocześnie przez kolejne sześć lat nowe państwo nie nawiązało absolutnie żadnych kontaktów z USA

    W 1955 roku za pośrednictwem Rządu PRL w Pałacyku Myślewickim w warszawskich Łazienkach odbywają się pierwsze rozmowy między ambasadorami, które trwają, z przerwami, przez kilkanaście lat. Nie były one nazbyt owocne, a najciekawsza jest chyba ich atmosfera. Wiele komunikatów pisano na kartkach albo gestykulowano, bo nie ulega wątpliwości iż polskie i sowieckie służby chciały na tej gościnności sporo zyskać i cały budynek był jednym wielkim gabinetem podsłuchowym.

    W połowie lat 60-tych nawet ta wątła nitka się urywa

    Towarzysz Mao, jak na komunistę przystało zaczyna kolejną rewolucję (przy okazji, jak na komunistę przystało, dokłada kolejne kilkadziesiąt milionów trupów na swoje sumienie) i wycofuje wszystkich dyplomatów, poza ambasadorem w Egipcie. Wydawać by się mogło, że sytuacja jest w totalnej rozsypce, ale od kilku lat widać już było sygnały, które musiały wepchnąć Chiny i USA w ramiona: towarzyszom w Moskwie bardzo nie w smak było pomyśleć, że to ktoś inny mógłby być liderem światowej rewolucji.

    Zaostrzenie stosunków sowiecko-chińskich sprawiło, że i Chińczycy i Amerykanie szukali wzajemnego porozumienia, choć wyglądało to trochę jak podchody psa do jeża.

    Ostatecznie, w grudniu 1969 roku Ambasador USA w Polsce, Walter Stoessel dostał od prezydenta Nixona jasną instrukcję: znaleźć chińskich dyplomatów, przywitać się z nimi i powiedzieć, że Waszyngton chce poważnej rozmowy. Doszło do tego, z braku innej okazji, podczas pokazu mody jugosłowiańskiej w Pałacu Kultury i wymagało od Stoessela niezłej gibkości, bo Chińczyk wyraźnie przed nim uciekał. Przyparty do muru zgodził się jednak przekazać wiadomość do Pekinu. Kontakty znowu zostały nawiązane – łącznie w Warszawie odbyło się kolejnych kilka chińsko-amerykańskich spotkań.

    I co prawda rozmowy w Warszawie niedługo zostały zerwane, jednak ziarno zostało zasianev

    Po kolejnych rozmowach prowadzonych w Pakistanie udało się wynegocjować tajną wizytę doradcy amerykańskiego Prezydenta – Henry'ego Kissingera w Pekinie. Ale to było w lipcu 1971. W kwietniu wydarzyło się coś, co bardzo pomogło ocieplić relacje i zostało w obu krajach odczytane jako gest dobrej woli.

    Podczas odbywającego się w Japonii turnieju ping-ponga jeden z amerykańskich sportowców – Glenn Cowan spóźnił się na autobus.

    A że akurat na sali był zawodnik chiński – Zhuang Zedong, postanowili rozegrać między sobą mały sparing. Przy okazji porozmawiali chwilę, a Chińczyk wręczył Amerykaninowi drobny upominek, jedwabny szalik z wizerunkiem chińskich gór. Nie mając nic w zamian („miałem w torbie tylko grzebień – nie dam mu przecież grzebienia” - wspominał), Cowan postanowił następnego dnia odwdzięczyć się koszulką. Widok Chińczyka i Amerykanina rozmawiających ze sobą wzbudził zainteresowanie dziennikarzy, którzy zapytali się zawodnika z USA, czy chciałby odwiedzić Chiny. Odpowiedział, że jak najbardziej, a Chińczycy poinformowali o tej chęci władze. Które się na tą wizytę zgodziły.

    Po 22 latach przerwy doszło do pierwszej oficjalnej amerykańskiej wizyty w kontynentalnych Chinach

    Był to również pierwszy oficjalny (rozmowy w Polsce czy Pakistanie były zakulisowe) kontakt obu krajów w ogóle. Przez ten czas do Chin przybywali dosłownie pojedynczy Amerykanie, głównie sympatyzujący z reżymem komuniści. Jednym z nich był dziennikarz Edgar Snow, którego Mao Zedong posadził obok siebie na trybunie honorowej podczas defilady – był to gest sympatii wobec USA, którego Ameryka nie zauważyła. Wizytę pingpongistów zauważyć już musiała.

    Amerykanie spędzili w Chinach kilka dni

    Grali oczywiście w pingponga i zwiedzali kraj, a ich zdjęcie z wizyty na Wielkim Murze (pic rel) obiegło świat i znalazło się na okładce tygodnika Time. Była to doprawdy kuriozalna grupa „dyplomatów”. Jeżeli chodzi o poziom sportowy to amerykańska kadra wypadała mniej więcej jak obecnie polscy olimpijczycy i nie mam tu bynajmniej skoczków narciarskich na myśli. Sam Cowan miał 19 lat, był hippisem, jego kolegą z kadry był m.in nauczyciel z liceum, a w reprezentacji damskiej były jeszcze młodsze od niego dziewczyny.

    Cała wizyta wyglądała zresztą jak jakiś surrealistyczny film

    Stare propagandowe i chińsko-języczne plakaty o „amerykańskich psach” wyłaniały się zza angielskich napisów o przyjaźni i szacunku. Garstka kiepskich sportowców, ubranych w ubrania hippisów przyjęta była przez premiera Zhou Enlai z ceremoniałem godnym prezydenta, a to wszystko przy dźwiękach wszechobecnej muzyki wojskowej granej z głośników i nieliczonej ilości portretów towarzysza Mao.

    Jak wspomniałem, kilka miesięcy później do Chin z tajną misją udał się Kissinger

    Ta wizyta wypadła mniej sympatycznie – Kissinger wspomina, że hotel, w którym mieszkał był pełen antyamerykańskich treści - ale za to bardziej konkretnie. Jesienią 1971 roku Chińska Republika Ludowa objęła kosztem Tajwanu miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a w rok później Chiny odwiedził sam Prezydent Nixon. Oficjalne ustanowienie stosunków dyplomatycznych między krajami miało miejsce w 1979 roku.

    Dziś dyplomacja pingpongowa wróciła na języki za sprawą Koreańczyków

    Reprezentacje Południa i Północy szły na igrzyskach pod jedną flagą, a wydarzenie stało się pretekstem do spotkania siostry Kim Dzong Una z prezydentem Korei Południowej. Natomiast tamta, historyczna wizyta amerykańskich sportowców przeszła do legendy, była na setki sposobów upamiętniana i jest stałym motywem pojawiającym się w amerykańskich mediach w kontekście relacji z Chinami. Ale warto też pamiętać, że przez 22 lata jedyna nitka kontaktu między dwoma mocarstwami wiodła przez przytulny Pałacyk w warszawskich Łazienkach. Wychodząc z tamtych rozmów dyplomaci widzieli budynek, w którym lata wcześniej polscy oficerowie zawiązali spisek przeciw carowi, owocujący wybuchem Powstania Listopadowego. Tamten spisek się nie udał.... z tym czerwoni następcy cara musieli liczyć się już bardziej.

    Bibliografia:
    H. Kissinger – Dyplomacja
    E. Andrews, history.com - How Ping-Pong Diplomacy Thawed the Cold War
    Y. Komine - Secrecy in US Foreign Policy: Nixon, Kissinger and the Rapprochement with China

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #historia #ciekawostkihistoryczne #historiajednejfotografii #usa #chiny #azja #swiat #zimnawojna #sport
    pokaż całość

    •  

      Walter Stoessel dostał od prezydenta Nixona jasną instrukcję: znaleźć chińskich dyplomatów, przywitać się z nimi i powiedzieć, że Waszyngton chce poważnej rozmowy. Doszło do tego, z braku innej okazji, podczas pokazu mody jugosłowiańskiej w Pałacu Kultury i wymagało od Stoessela niezłej gibkości, bo Chińczyk wyraźnie przed nim uciekał. Przyparty do muru zgodził się jednak przekazać wiadomość do Pekinu. Kontakty znowu zostały nawiązane – łącznie w Warszawie odbyło się kolejnych kilka chińsko-amerykańskich spotkań.

      O tej niesamowitej sytuacji pisze Kissinger w swojej książce "O Chinach". Dyplomaci amerykańscy gonili chińskich po warszawskim chodniku gdzieś na Marszałkowskiej i krzyczeli za nimi po polsku (jedynym języku który znali wówczas jedni i drudzy)

      - "Jesteśmy z ambasady USA! Prezydent Nixon chce wznowić z wami stosunki!!"

      Tak to wielka polityka przetoczyła się przez polskie ulice, a ta akcja była jednym z kamyczków poruszającym lawinę - jak pisze OP wkrótce rozpoczęły się kontakty dyplomatyczne które w długiej perspektywie doprowadziły do upadku ZSRR.
      pokaż całość

    •  

      @loginnawykoppl: co tam robi olbrychski i freddie mercury ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Wiatr pod narty a współczesna filozofia - Jak zaplanować przepisy sportowe, żeby były sprawiedliwe?

    Kto wie jak potoczyłaby się kariera Adama Małysza gdyby nie skoki takie jak ten w Trondheim. Skacząc w tragicznych warunkach Małysz przeleciał nad tylnym wiatrem i ustanowił rekord skoczni, podczas gdy reszta miała problem z dotarciem do punktu K. Dziś szanse na taki konkurs są dużo mniejsze (piszę to w czwartek przed pierwszym konkursem IO – obym nie wykrakał!) - przeliczniki za wiatr, mniejsze korytarze dopuszczalnych jego prędkości – to wszystko w założeniu ma wykluczyć warunki pogodowe z rywalizacji.

    Ale czy można powiedzieć, że te zmiany są sprawiedliwe?

    W Trondheim wszyscy skakali w takich samych warunkach. Jednak Małysz, najlepszy chyba w historii ekspert od skakania przy kiepskim wietrze w pewnym sensie na tym korzystał – jemu nie przeszkadzało to, co pacyfikowało jego konkurencję. Dla odmiany, współczesne przepisy teoretycznie również są dla wszystkich takie same, jednak współcześni Małyszowie z pewnością woleliby wrócić do starych czasów.

    W przepisach sportowych jak pod mikroskopem widać główną bolączkę współczesnych prawodawców

    Ludzie, niczym skoczkowie narciarscy startują w różnych warunkach – jeden urodził się w afrykańskiej chatce z gówna, inny jest synem francuskiego prawnika. Z tego powodu każda regulacja, choć taka sama dla wszystkich, nie dla wszystkich się spodoba. Pytanie więc – jakie prawo ustanowić, żeby życie w społeczeństwie (albo zawody sportowe) było sprawiedliwe?

    Jedną z najsłynniejszych koncepcji sprawiedliwości przedstawił blisko 50 lat temu amerykański filozof John Rawls

    Co prawda Rawls odnosił się do życia społecznego w ogóle, ale moim zdaniem przeniesienie tego na świat sportu jet bardzo trafne. Szczególnie, że Rawls odkopał stary i czysto hipotetyczny pomysł, który w sporcie taki hipotetyczny nie jest – pomysł umowy społecznej, zawartej przez ludzi żyjących w stanie totalnej dziczy, gdy żadne reguły społeczne nie obowiązują.

    To jednak nie wszystko - Rawls uznał, że ustalenie tego co jest sprawiedliwe wymaga od nas nie tylko myślowego cofnięcia się do tego hipotetycznego stanu natury, lecz również wydawania ocen w pewnych oderwanych od rzeczywistości warunkach.

    Zdaniem Rawlsa, żeby człowiek mógł uznać co jest naprawdę sprawiedliwe, musiałby się wyzbyć prawie całej wiedzy o swoim miejscu w świecie, jaką ma. Inaczej się gada o dystrybucji dóbr będąc bananem, inaczej będąc synem biedaka. Żeby osądzać sprawiedliwe, człowiek musi hipotetycznie założyć, że tworzy świat w którym nie wiadomo jaką pozycję społeczną zajmie, musi wejść za zasłonę niewiedzy. Nie wiadomo, czy będzie bogaty czy biedny – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc żeby być obiektywnym trzeba wstać i wyrzucić własny stołek, a na całość spojrzeć z szerszej perspektywy.

    Jakich zasad szukałby człowiek, który nie wie kim jest w społeczeństwie?

    Nie wie, czy jest bogaty, czy biedny. Nie wie, czy jest geniuszem, czy idiotą. Jakiej jest płci, rasy, pochodzenia – nie wie nic. Zdaniem Rawlsa to bardzo dobry eksperyment myślowy, który temperuje skrajne zapędy. Ryzyko, że byłoby się synem dwóch meneli pomaga skupić się na likwidacji nierówności społecznych. Ale dla odmiany, ryzyko bycia arystokratą raczej nie sprzyja do myślenia jak komunista chcący wieszać burżujów.

    Do jakiej sytuacji doprowadziłoby takie wybieranie zasad zza zasłony niewiedzy?

    Wbrew pozorom Rawls nie był bezwzględnym przeciwnikiem nierówności – dopuszczał je, ale pod jednym warunkiem: nierówności społeczne musiały przede wszystkim służyć najbardziej upośledzonym członkom społeczeństwa. Krótko mówiąc: istnienie Sebów Kulczyków byłoby uzasadnione jedynie wtedy, jeżeli dzięki temu ich najlichsi pracownicy odnieśliby korzyść, jakiej nie odnieśliby bez tej nierówności majątkowej. Albo w świecie skoków: mogą istnieć przepisy promujące skoczków z najlepszym wiatrem, ale pod warunkiem, że korzystaliby na nich przede wszystkim ci z wiatrem najgorszym.

    Rawls sięga tutaj do naszych instynktów samozachowawczych

    Uważa, że gdyby człowiek miałby zająć w hierarchii społecznej miejsce wyznaczone mu przez najgorszego wroga, to chciałby, by reguły życia społeczeństwa mu pomagały, nawet kosztem utraty potencjalnego życia multimiliardera z własnym odrzutowcem i kilkoma luksusowymi prostytutkami (żyłkę hazardzisty, który wolałby ryzykować bycie lumpem dla tej drugiej perspektywy trzeba by schować za zasłoną niewiedzy). Istotą sprawiedliwości jest więc wyeliminowanie wszystkich nierówności zależnych od przyczyn zewnętrznych, tak by żaden człowiek nie ponosił konsekwencji za okoliczności, które od niego nie zależą.

    Rawls z pewnością przyklasnąłby wszystkim pomysłom eliminującym pogodę ze skoków

    Zapewne byłby nawet zwolennikiem przeniesienia ich, jak ktoś kiedyś hipotetycznie założył, na zamkniętą hale gdzie czynniki pogodowe, elementy pecha i szczęścia są całkowicie usunięte i liczy się wyłącznie technika zawodnika. Ale to właśnie jest jeden z najczęstszych zarzutów stawianych Rawlsowi. W społeczeństwie nie tylko warunki startu są istotne, ale również naturalne predyspozycje. Rawls mówiąc o najgorzej uposażonych ma na myśli tych, których zła jest pozycja wyjściowa (bo np. urodzili się biedni) natomiast pomija tych, którzy może i urodzili się dobrych warunkach, ale osobiste predyspozycje (np. choroba) uniemożliwiają rywalizacje na równych warunkach. Tyle zarzuca Rawlsowi lewica.

    A prawica?

    Cóż – wracając do zawodów w Trondheim, odbyły się one 17 lat temu i do dziś się o nich pamięta. Nie byłoby to zapewne możliwe, gdyby wiał wtedy równy wiatr i Adam Małysz nie zrobił czegoś na granicy praw fizyki. Rawls wyeliminował żyłkę hazardzisty, który chciałby zawalczyć o być kimś ponadprzeciętnym, nawet kosztem przegrania. Ludzie nie pragną tylko bezpieczeństwa, ale również chcieliby realizować swoje marzenia. Realizację tych największych koncepcja Rawlsa mocno utrudnia.

    Bibliografia:
    J. Rawls – Teoria sprawiedliwości
    W. Kymlicka – Współczesna filozofia polityczna

    Dziś był filozof lewicowy, niekoniecznie się spodobał. Ale bez obaw, w środę, w Walentynki, będzie człowiek który świetnie by się na Wykopie odnalazł, zarówno jeśli chodzi o styl życia, jak i uprawiana filozofię xD Ale w międzyczasie będę miał prośbę, nie ukrywam, że finansową... ʕ•ᴥ•ʔ

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #skoki #skokinarciarskie #sport #pjongczang2018
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Czemu ludzie przeżywają losy obcego himalaisty?

    Racjonalnie ujmując, śledzenie problemów obcych ludzi, którzy nie mają żadnego wpływu na nasze życie jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Ale David Hume dostrzegł sporo sensu w tej głupocie.

    Tydzień temu mało kto założyłby się, że w chwili kryzysu Polsko-Izraelskiego i konkursów przedolimpijskich w Zakopanem weekendowe czołówki portali zajmie akcja ratowania himalaisty. Jakby to cynicznie nie zabrzmiało: niemająca wielkiego wpływu na życie zdecydowanej większości śledzących akcję. Jednak coś pchało ludzi do kibicowania temu obcemu człowiekowi. Z bliżej nieokreślonych przyczyn czuliśmy (przynajmniej większość z nas czuła), że DOBRZE byłoby, żeby przeżył.

    David Hume zwrócił uwagę na tą dziwną sympatię

    Żył 250 lat temu, kiedy wielbiono rozum. Filozofowie oświecenia masowo wierzyli, że moralność ma swoje prawa, tak jak prawa ma fizyka. W sumie to i Hume w to wierzył, chciał być Newtonem etyki, ale... robił to trochę na okrętkę. Generalnie oświeceniowi myśliciele uważali, że możliwe jest poznanie tych praw na drodze rozumu. Hume był mocno sceptyczny w tym temacie.

    Jako ateista, w późnej starości wspominał lekturę pewnej popularnej książeczki religijnej

    Były tam różnego rodzaju stwierdzenia o tym jaki Bóg JEST dobry, jaki wspaniały JEST stworzony świat i co w związku z tym POWINNIŚMY robić. Problem polegał na tym, że w żadnej mierze nie dostrzegał racjonalnego związku między tym co JEST a tym co w związku z tym POWINIŚMY robić. Rozum ma dostęp jedynie do tego, co odbierają zmysły. Jak widzę faceta, który wsiada na swój rower, a potem innego, który kradnie rower cudzy, to ta druga sytuacja nie dostarcza nam żadnych doznań mówiących „HEJ, NIE WOLNO KRAŚĆ!”. Krótko mówiąc, wiara w to, że racjonalne myślenie może nam powiedzieć co jest złe, a co dobre, pogląd powszechny od czasów Sokratesa nie ma najmniejszego sensu.

    Kluczem nie jest tutaj racjonalne myślenie, lecz uczucia

    Jeżeli czujemy, że coś jest użyteczne – czyli prowadzi nas do przyjemności – to przypisujemy temu wartość pozytywną. Jeżeli nie, to uważamy to za zło. Hume mówi tu nie tylko o uczynkach, ale o postrzeganiu świata w ogóle: winnice czy pola uprawne cieszą oko, zaś gęste krzaczory, gdzie może czaić się dzikie zwierze odpychają. Oczywiście rozum pełni tu swoją rolę ale wyłącznie służebną. Dzięki rozumowi możemy na przykład przeanalizować kradzież roweru i jej konsekwencje, ale o tym, że uznamy ją za złą nie decydują racjonalne wnioski, jakie poznamy, lecz uczucia, jakie w nas te wnioski wzbudzą.

    Ale gdyby tak było, nikt nie śledziłby losów jakiegoś obcego człowieka. A jeżeli już, to tylko po to, żeby na tym zarobić.

    Z punktu widzenia gościa w górach nadejście pomocy jest najbardziej użyteczne (czytaj: dobre). Ale jaki interes ma w tym większość obserwatorów? Idźmy dalej: jeżeli czytam o tym, że jakiś starożytny władca był skurwysynem, to nie ma to żadnego wpływu na moje życie. Ale mimo to, nie zawaham się powiedzieć, że zachowywał się źle. Gdybyśmy nadawali ocenę moralną wyłącznie przez pryzmat własnego poczucia przyjemności nigdy byśmy do takich wniosków nie doszli.

    Taka w istocie była wizja ludzkiej natury według Hume'a: jesteśmy co prawda egoistami, którzy lubią sobie robić dobrze. Ale przy okazji lubimy też zrobić dobrze komuś innemu.

    Czujemy nie tylko własną przyjemność, ale, oczywiście dużo słabiej, również przyjemność odczuwaną przez inne osoby. Według Hume'a, za dobre oceniamy więc nie tylko zdarzenia użyteczne dla nas, ale także zdarzenia użyteczne dla innych. To właśnie powstrzymuje nas od bezinteresownego, lub dyktowanego nieproporcjonalnie małym interesem krzywdzenia innych. Co więcej, ta zdolność empatii nie tylko powstrzymuje nas przed złem, ale również motywuje do zajęcia postawy aktywnej: interesowania się losami innych ludzi i kibicowania im w ich poczynaniach. Tak, jak miało to miejsce w przypadku akcji w Himalajach.

    Jaka jest różnica, między Hume'm a tymi, którzy dobra szukali na drodze rozumu?

    Istotna. Według intelektualistów człowiek powinien za pomocą rozumu poznawać świat, w efekcie czego stopniowo będzie poznawał dobro. Sporo osób w XVIII wierzyło, że da się dojść do granic takiej wiedzy, co ostatecznie, wraz z rozwojem edukacji pozwoli wyeliminować zło. Hume uważał, że człowiek nie poznaje dobrych uczynków, tylko je ocenia według użyteczności dla siebie i innych. Wszystko co jest nam do tego potrzebne – uczucia – mamy już dane, nie musimy badać świata, by znaleźć jakieś obiektywne prawdy na temat dobra.

    Rewolucyjne konsekwencje wyciągnął z tego przyjaciel filozofa: Adam Smith.

    Smith zauważył, że człowiekowi który będzie szukał zaspokojenia własnych interesów, i życzliwie patrzył na interes innych nie jest potrzebny rząd, który będzie go prowadził za rączkę. Ludzie wyjątkowo tylko będą sobie skakać do gardeł i oszukiwać – i tylko w tych wyjątkowych sytuacjach państwo powinno interweniować. Swoje poglądy etyczne Smith przeniósł na grunt ekonomii, opisując w swoim epokowym dziele „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” podstawy gospodarki wolnorynkowej, w której rola państwa jest mocno ograniczona.

    Bibliografia:
    F. Copleston – Historia Filozofii t. 5
    D. Hume - Badania dotyczące zasad moralności
    A. Smith – Teoria uczuć moralnych

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #nangaparbat #kapitalizm
    pokaż całość

  •  

    Afera Sokala: przeciwko modnym bzdurom

    Nieco ponad 20 lat temu fizyk Alan Sokal zastanawiał się, czy poważne pismo naukowe opublikuje totalnie bezsensowny artykuł, który spełnia dwa warunki: mądrze brzmi i reprezentuje linię poglądów redakcji. Odpowiedź brzmi: tak, opublikuje.

    Alan Sokal był fizykiem i poza umiłowaniem do nauki miał również ewidentnie smykałkę do śmieszkowania

    Od lat 60-tych coraz większą popularnością cieszył się dosyć specyficzny nurt filozofii - postmodernizm. Sokal zwrócił uwagę na trzy rzeczy, którymi charakteryzowali się jego zwolennicy. Po pierwsze, nawet w naukach ścisłych widzieli jedynie względne konstrukty, powstałe w wyniku historycznych uwarunkowań społecznych i językowych (przykładowo: teoria względności Einsteina to wyraz opresyjnego, białego szowinizmu. Czy coś w tym stylu...). Po drugie, nie mieli o tych naukach zielonego pojęcia. I po trzecie, co w oczy rzucało się najbardziej: swoje bzdurne teorie głosili z niebywałym zadęciem, totalnie nie przystającym do ich poziomu wiedzy.

    W 1994 roku wyszła pierwsza książka sygnalizująca ten problem

    Praca „Higher Superstition: The Academic Left and its Quarels with Science” Grossa i Levitta (biolog i matematyk) rzeczowo omówiła dlaczego absurdem jest przenoszenie pomysłów krytyków literackich, kulturoznawców bądź psychologów na grunt nauk ścisłych i stawiała diagnozę: uczelnie zdominowane przez postmodernistów zamiast szerzyć wiedzę stawały się paradoksalnie największym siedliskiem ciemnoty.

    W odpowiedzi postmoderniści, na łamach własnych pism podjęli szeroką polemikę. Polemikę, która była oczywiście jeszcze bardziej naładowana trudnymi wyrazami, zapożyczeniami z terminologii nauk ścisłych i – naturalnie – odniesieniami do najważniejszych guru postmodernistów. No i przede wszystkim była kompletnie pozbawiona sensu, a przekonać mogła jedynie polegając na starej erystycznej sztuczce: jak będziesz brzmiał wystarczająco mądrze, to ludzie pomyślą, że oni są głupi, a to ty masz rację.

    Ale Alan Sokal, wykształcony fizyk, doskonale wiedział ile są warte wynurzenia postmodernistów

    W 1996 roku napisał do kwartalnika „Social Text” wydawanego przez Uniwersytet Duke'a pozbawiony kompletnie sensu tekst o tytule „Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji”.

    Mądrze brzmi? No właśnie – tyle wystarczyło, by redakcja łyknęła niezbyt wysublimowaną zarzutkę...

    Sokal poza parodiowaniem rzeczywistych fragmentów postmodernistycznych esejów łechcze masowo ich ego, licznie cytując a wsadza w to wszystko masę kwiatków takich jak choćby to, że wartość liczby pi jest osadzona w historycznych zależnościach... Ostatecznie kończy Sokal swój esej wywodem, według którego należy oczyścić naukę z elementów autorytarnych (czytaj: „tradycyjnej” metodologii naukowej), a dopuścić krytykę feministyczną, ekologiczną czy ze strony mniejszości seksualnych. Nawet matematyka nie jest wyjątkiem, gdyż „ani matematyka ani logika nie może uniknąć skażenia czynnikami społecznymi, które to skażenie ma w obecnej kulturze charakter patriarchalny, kapitalistyczny i militarystyczny” zaś sama matematyka „jest przedstawiana jako kobieta, która pragnie podboju przez Innego”. Sokal robił sobie jaja, ale warto zauważyć, że fragmenty które przytoczyłem podpiera stosownymi przypisami. KTOŚ TO PISAŁ NA SERIO!

    Artykuł jak pisałem się ukazał, Sokal czekał na reakcję.

    Spodziewał się, że to jakaś pomyłka, ktoś w redakcji się walnął, ale na litość, spośród setek czytelników chociaż jeden musiał zauważyć, że więcej sensu ma instrukcja od żelazka. I co? I nic. Sam autor musiał napisać sprostowanie, oczywiście w innym periodyku. Sprawą zainteresowały się media takie jak „New York Times” czy „Le Monde” a postmoderniści musieli stanąć do debaty. Tym razem takiej na poważnie.

    Nie no, żartowałem. Większość „argumentów” to po prostu typowy ból dupy

    I tak został Sokal agentem amerykańskiego imperializmu, szukającym ujścia frustracji fizykiem oderwanym od pieniędzy po zakończeniu zimnej wojny, chorym psychicznie, frankofobem (Francja to kolebka tych „myślicieli”), a poza tym, to nie jest humanistą, nic z postmodernistycznych mądrości nie zrozumiał, a błędne odniesienia do nauk ścisłych to tylko metafory. Cóż, sami się prosili o kolejnego kopa. Dostali.

    Dwa lata po swojej słynnej prowokacji Sokal wraz z belgijskim fizykiem Jeanem Bricmontem wydali książkę „Modne bzdury”.

    Poruszają tam dwie kwestie. Po pierwsze wzięli na warsztat kilku popularnych postmodernistów, punktując po kolei błędy jakie popełniają w swoich tekstach. Oraz, naturalnie, niemający uzasadnienia, zawiły styl. Autorzy (profesorowie fizyki!) zauważają, że postmoderniści (humaniści!) często sięgają po wzory i zagadnienia, które nawet ścisłowcom na wyższym poziomie wtajemniczenia sprawiają problemy i które są w naukach ścisłych wykorzystywane stosunkowo rzadko...

    Uprzedzając zarzut, że „to tylko metafora” pytają retorycznie – co to za metafora, która zamiast rozjaśniać, czyni tekst jeszcze trudniejszym w odbiorze?

    Druga kwestia ma bardziej merytoryczny charakter. Autorzy biorą na warsztat naukowy relatywizm, czyli przekonanie, że wszystkie rezultaty prac naukowców są jedynie opinią, jedną z wielu. Sokal i Bricmont wskazują, że naukom ścisłym takie stanowisko raczej nie zaszkodzi, bo przykładowo żaden poważny lekarz, nie powie, że to czy papierosy zwiększają ryzyko raka zależy od tego czy pali się je w kraju, gdzie prawa kobiet są przestrzegane, czy nie. Ale już humaniści potrafili dojść całkiem na serio do wniosku, że naukowa teoria, iż ludzie do Ameryki przybyli dawno temu przez Cieśninę Beringa ma TAKĄ SAMĄ wartość jak indiańska legenda, że pojawili się po opuszczeniu świata duchów. Wniosek? To nie może się skończyć dobrze.

    Wydarzenia, o których mowa, stanowiły poważny cios w postmodernistów

    Nie można powiedzieć, że ostateczny, jednak tym co Sokal z pewnością osiągnął jest powiedzenie sobie jasno, że król jest nagi. Sokal opisuje kilka przypadków, gdy ludzie nie bardzo rozumieli wypociny „wybitnych” postmodernistów, jednak widząc kult, jakim były otaczane, dochodzili do wniosku, że to ich wiedza jest po prostu zbyt mała by ten słowotok zrozumieć...

    I na koniec warto sobie powiedzieć, że Sokal jasno zaznaczył, jakich wniosków nie należy z jego pracy wyciągać, gdyż są po prostu nieuprawnione

    Po pierwsze nie jest tak, że skompromitował nauki humanistyczne – a jedynie kilku ich przedstawicieli. Po drugie nie jest też tak, że dowiódł całkowitej niesłuszności poglądów postmodernistów. Sam zaznacza, że z wieloma, wyrażonymi w bardziej umiarkowanej i jasnej formie się zgadza. I w końcu, że nie bardzo należy go łączyć z konserwatystami, gdyż... jest lewicowcem „starej daty” i po prostu nie bardzo wie, jak ezoteryczne wymysły postmodernistów miałyby przyczynić się do powstania sprawiedliwego społeczeństwa.

    W przeciwieństwie do rozwoju nauki.

    Bibliografia:
    A. Sokal - A Physicist Experiments With Cultural Studies
    A. Sokal, J. Bricmont – Modne bzdury

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #nauka
    pokaż całość

    źródło: pomo-meme-2.jpg

    +: notyourbae, U....n +609 innych
  •  

    Ej Węgrzy i Węgierki, niecodziennie o to proszę, ale do wykopania brakuje na oko dosłownie kilku kopnięć, a została godzina. Pomożecie? (。◕‿‿◕。)

    https://www.wykop.pl/link/4105453/filozofia-z-archiwum-x-i-want-to-belive/

    EDIT: już nie trzeba, dzięki xD

    #filozofiadlajanuszy #mikroreklama #mikroreklamaostatniejszansy pokaż całość

  •  

    Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach znika nam siostra, oskarżanie o to kosmitów nie wydaje się najrozsądniejszym wyjściem... delikatnie mówiąc. Jednak William James, jeden z najsłynniejszych amerykańskich filozofów miałby na ten temat nieco inne zdanie.

    Agent Mulder trafił do Archiwum X wiedziony całkowicie irracjonalnymi poglądami. Jedynie wydarzenia z dzieciństwa, gdy zniknęła jego siostra sprawiły, że uwierzył w kosmitów, którzy mieli być za to zniknięcie odpowiedzialni. Naturalnie, taka postawa nie cieszy się zrozumieniem wśród kolegów z FBI, którzy nadali mu jakże sympatyczną ksywkę „Nawiedzony Mulder”. Ich zdaniem, bez przekonywujących dowodów Mulder może gdzieś wsadzić swoje teorie.

    Zdaniem Jamesa powinni się jednak od niego, delikatnie mówiąc, odpieprzyć

    Pod koniec XIX wieku wielu filozofów, takich jak Thomas Huxley czy William Clifford pozostawało pod wpływem agnostycyzmu. Według nich, powinniśmy wierzyć wyłącznie w rzeczy, które można udowodnić, oraz odrzucać takie poglądy, którym wykazano fałsz. Natomiast w przypadku takich, których prawdziwości bądź fałszu nie udowodniono, powinniśmy powstrzymać się od rozstrzygnięcia, nawet jeżeli chcielibyśmy, niczym Mulder, w nie wierzyć:

    „Dawanie wiary nie udowodnionym i bezkrytycznie przyjętym twierdzeniom gwoli pociechy i dla prywatnej przyjemności wierzącego jest profanacją.” W. Clifford

    William James nie do końca się z nimi zgodził

    Są naturalnie sytuacje, kiedy faktycznie mogę wstrzymać się od wydawania ostatecznego wyroku i poszukać dowodów za słusznością któregoś z rozwiązań. Gdy nie wiem ile mam pieniędzy na koncie, zamiast beztrosko uwierzyć, że mam ich dużo i iść na zakupy sprawdzę po prostu stan mojego rachunku (inna sprawa, że nie muszę nawet sprawdzać #smutnazaba).

    Innym razem mogę posłuchać Clifforda i odpuścić sobie. Mając do wyboru dwie nowe restauracje i żadnych danych o tym, w której lepiej karmią mogę darować sobie w ogóle jedzenie na mieście. Tu również agnostyckie rozwiązanie ma sens.

    Co jednak, jeżeli staję przed obcą knajpą i zastanawiam się czy warto zjeść w tym miejscu obiad?

    Nie mam żadnych danych, które pomogłyby mi podjąć wiarygodne ustalenia na jej temat i zdecydować. Gdybym wiedział, że serwują tam dobre obiady, to skorzystałbym i zjadł. Natomiast pewna wiedza o tym, że żarcie jest zimne i niedobre odwiodłaby mnie od tego wyboru. Ale skoro nie mogę tego stwierdzić, to zdaniem agnostyków powinienem powstrzymać się od wydania jakiejkolwiek opinii i związanej z nią decyzji. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że... moje „wstrzymanie się” poskutkowało tak samo, jak podjęcie decyzji negatywnej – w obu przypadkach nie zjem obiadu w tej restauracji!

    William James uważał, że agnostycyzm jest dobry, jeżeli chodzi o jedno z zadań poznania: unikania fałszu. Ale celem poznania nie jest tylko unikanie błędów, ale również poznanie prawdy!

    Dobrze widać to w „Archwium X”. Agentka Scully zachowując agnostyczną postawę wobec niewyjaśnionych zjawisk ma gwarancję, że nie uwierzy pochopnie w jakąś bzdurną teorię. Ale z drugiej strony to, że nie popełni błędu w żaden sposób nie zbliża jej do uzyskania rzetelnego rozwiązania! Z tego punktu widzenia James przychyliłby się raczej do postawy Muldera, który nie mając do wyboru żadnych dobrze udowodnionych wyjaśnień wolał podjąć ryzyko i uwierzyć w swoją pozaziemską wersję. Jeżeli ma rację, to super. Jeżeli nie, to będzie w tym samym miejscu co Scully – może warto więc zaryzykować?

    Naturalnie James nie szukał w ten sposób sensu wiary w kosmitów, lecz w Boga

    Agnostycyzm w rozumieniu Clifforda czy Huxleya w sprawie jego istnienia jest pozbawiony sensu. Jeżeli nie stwierdzimy czy Bóg naszym zdaniem jest, czy go nie ma to będziemy żyli de facto tak jakby go nie było. Według Jamesa podjęliśmy więc decyzję opartą na wierze, bo na to, że Bóg nie istnieje dowodów nie ma. Czemu miałaby być ona lepsza od innej wiary, wiary w Boga?

    James w swoim eseju „Prawo do wiary” podał inne przykłady takich sytuacji. Nie wiemy, czy dana osoba nas polubi, zanim jej nie poznamy, jednak kierowanie się agnostycyzmem poskutkuje powstrzymaniem się od podjęcia znajomości. Skutek? Postąpimy tak, jakbyśmy założyli, że dana osoba nas jednak nie polubi.

    William James uważał, że jeżeli brak jest konkretnych dowodów „za” i „przeciw” prawdziwości jakiejś hipotezy, to człowiek ma prawo, na własne ryzyko podjąć dowolną decyzję i jest to w każdym przypadku decyzja racjonalna.

    W rozumowaniu tym prawda rozumiana klasycznie, jako zgodność twierdzenia z rzeczywistością odchodzi na plan dalszy. Filozof oceniał prawdziwość według skutków. Cmentarze pełne są ludzi, którzy mieli pierwszeństwo na drodze albo rację w jakimś sporze. Gdyby zamiast zadowalać się tą racją patrzyli na jej skutki, to może by tam nie trafili?

    James nie przesądzał, że opłaca się wierzyć w Boga czy kosmitów. Jednemu wiara może przynieść ukojenie, innemu z kolei odrzucenie tej koncepcji pozwoli nie zamartwiać się karą, jaka czeka po śmierci. Agent Mulder nie mając do wyboru żadnego racjonalnego wytłumaczenia zniknięcia siostry, zaryzykował wiarę w kosmitów. Zachował się trochę jak student na egzaminie, gdzie miał do wyboru, niczym agnostyk, oddać pustą kartkę, albo niczym pragmatyk strzelać. Wybrał strzelanie.

    Naturalnie, taki pogląd, zwany pragmatyzmem spotkał się z olbrzymia popularnością w USA przełomu XIX i XX wieku

    To była świetna podkładka dla decyzji biznesmenów, którzy wykładając grube pieniądze nie mieli stuprocentowej pewności, w co tak naprawdę się ładują. Jedni tracili wszystko, inni zyskiwali miliony. Ale wszyscy podjęli decyzję opartą o niepewną wiarę. Zdaniem Jamesa, mieli prawo do tej wiary.

    Zresztą William James hipokrytą bynajmniej nie był

    Swoją filozofię prezentował prostym językiem, który zrozumie nawet niewykształcona osoba. Poza tym był bardzo popularnym człowiekiem, ostatnie lata życia spędził jeżdżąc po USA i kosząc grube pieniądze za wygłaszanie wykładów. Z jego punktu widzenia filozofia którą głosił byłą prawdziwa.

    Bibliografia:
    Dean Kowalski - The Philosophy of The X-files
    William James – Prawo do wiary
    Władysław Tatarkiewicz – Historia Filozofii t. III

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #religia #kultura #rozrywka #seriale #zarchiwumx #archiwumx #xfiles
    pokaż całość

  •  

    Filozofia z Archiwum X: Trust no one?

    Choć praca w Archiwum X dostarcza agentce Scully coraz to nowych powodów, by zacząć wierzyć w zjawiska paranormalne, nie może się jednak do tego przełamać. Dlaczego? Filozof nauki, Thomas Kuhn miałby na to pytanie własną odpowiedź.

    Thomas Kuhn analizując historię nauki i odkryć naukowych doszedł do wniosku, że nie jest to po prostu spokojna opowieść, w której kolejne osiągnięcia pojawiają się niczym nowe cegiełki, poszerzające naszą wiedzę. Wręcz przeciwnie – wielokrotnie bywało tak, że środowiska naukowe, niczym serialowa Scully odrzucali nowe odkrycia, uparcie trzymając się starych teorii i wręcz zwalczając nowatorów.

    Żeby opisać to zjawisko Kuhn wprowadził w 1962 roku pojęcie paradygmatu

    Psychokineza (poruszanie przedmiotami siłą woli), telepatia (porozumiewanie się z innymi za pomocą myśli) czy poltergeist (duch przesuwający różne przedmioty, występujący rzekomo w nawiedzonych domach). Scully pracując w Archiwum X miała naprawdę duży dylemat. Mogłaby uznać te wszystkie paranormalne zjawiska, ale wtedy musiałaby odrzucić podstawowe prawa nauki, bo stałyby się one kompletnie oderwane od rzeczywistości.

    Paradygmat naukowy to właśnie te podstawowe prawa, na których oparta jest nauka

    Pewnego rodzaju podstawa, która jest powszechnie uznawana w środowisku naukowym i która wyznacza kierunek dalszych badań. Przykładowo, przed Newtonem ludzie wierzyli w fizykę Arystotelesa. Opierała się ona na założeniu, że poruszający się obiekt, na przykład strzała z łuku, musi mieć przyczynę, która przez cały czas lotu utrzymuje ją w powietrzu. Gdyby ta przyczyna choć na chwilę zanikła, to strzała przestałby się poruszać. To był paradygmat, spierano się o to CO może być taką przyczyną i JAKA jest jej natura, ale aż do czasów Izaaka Newtona (przez 2000 lat!) odrzucano pojawiające się głosy (zaraz do nich wrócimy), że ŻADNA stale działająca przyczyna nie jest potrzebna. Tak samo serialowa agentka Scully, mierząc się z kolejnymi sytuacjami, które wskazują na słuszność irracjonalnych przekonań jej partnera, agenta Muldera, ciągle szuka uzasadnienia w aktualnej wiedzy naukowej. Choć nie wie jeszcze, że go nie znajdzie.

    W ten sposób środowisko naukowe samo się nakręca i umacnia w przekonaniu o własnej racji

    Bieżący paradygmat jest wykładany na uczelniach i przekazywany dla studentów, a głosy oporu traktowane są jako pomyłka czy szaleństwo (patrz: agent Mulder wśród pracowników FBI znany jako „Nawiedzony Mulder”). Wpływ na paradygmat mają zresztą pozanaukowe przyczyny takie jak okoliczności historyczne i osobiste naukowców. W efekcie paradygmat jest w pewnym sensie owocem czasów, w jakich panuje i odpowiada na ich wyzwania.

    Widać to w sytuacji, gdy pojawiają się głosy niezgodne z paradygmatem

    Jak wspomniałem, poglądy Arystotelesa na ruch już przed Newtonem były poddawane w wątpliwość. Podobnie agentka Scully musiała spotykać na swojej drodze rzeczy, które ciężko było ująć w ramę wiedzy i światopoglądu, który posiadała. Mimo to, paradygmat ciągle trzymał się mocno. Ciężko jest naukowcom, którzy całe swoje życie, całe kariery opierali na podstawie jakiejś wizji rzeczywistości uznać, że ich dorobek nie ma sensu.

    Do jego zmiany potrzebna jest więc rewolucja!

    Zdaniem Kuhna, po rozwoju normalnej nauki „eksploatującej” dany paradygmat następuje moment, w którym liczba anomalii i zjawisk niewytłumaczalnych jest tak wielka, że coraz więcej osób zdaje sobie z ich istnienia sprawę. O ile pojedyncze głosy można zrzucić na karb błędu lub szaleństwa, o tyle w pewnym momencie zabawa w niedostrzeganie słonia w pokoju robi się delikatnie mówiąc problematyczna. Newton jest ukoronowaniem blisko 200 letniego cyklu wielkich naukowców, takich jak Kopernik, Kepler czy Galileusz, których odkrycia coraz ciężej było wpasować w stare ramy. Nastąpił moment zmęczenia materiału i cała wizja rzeczywistości uległa drastycznej zmianie.

    Historia zatacza koło – powstaje nowy paradygmat

    Warto zwrócić uwagę, że nowy paradygmat wg Kuhna jest od starszego „lepszy” nie dlatego, że jest prawdziwy, lecz z powodu braku dziur w opisie rzeczywistości, jaki posiadał jego poprzednik. Mechanika Newtona dobrze i spójnie wyjaśniała rzeczywistość przez ponad 200 lat, aż do początku XX wieku, gdy zorientowano się, że również i ona ma niemożliwe do wyjaśnienia luki, jeżeli chodzi o prędkości zbliżone do prędkości światła. Znowu doszło do rewolucji, która dała nowy paradygmat – teorię względności Einsteina. To trochę jak z aktualizacjami programów komputerowych – w opisie zmian, jakie wprowadzają można czasami znaleźć wrzuconą dla jaj kwestię „załataliśmy stare dziury w programie, dodając przy okazji kilka innych, które załatamy następnym razem”...

    Tak właśnie działa paradygmat – sprawdza się w danym momencie i czeka na „nową wersję”

    W świetle filozofii Kuhna naukowcy jawią się naprawdę nieciekawie. Masa rzemieślników klepiących wtórne pomysły, według wzorów uznanych tylko dlatego, że nie miały luk swoich poprzedników. Gdy zderzają się zaś z czymś, co nie pasuje do ich światopoglądu stosują, niczym Scully, zwykłe wyparcie i nie przyjmują tego do wiadomości.

    W tym kontekście teoria Kuhna zdaje się usprawiedliwiać hasło „trust no one” także w stosunku do naukowców

    Do takich wniosków doszli, kilka lat po Kuhnie niektórzy pseudomyśliciele z nurtu postmodernizmu, widząc nawet w matematyce czy fizyce przejaw szowinistycznej ideologii białego człowieka, homofobię, rasizm i co im tam do pustej głowy przyszło. Sam Kuhn nie zgodził się z taką interpretacją. Choć trzeba przyznać, że faktycznie środowisko w jakim działają naukowcy i ich osobiste cechy mają pewien wpływ na naukę, to nie jest to wpływ paraliżujący.

    A nade wszystko trzeba pamiętać, że o ile geniusze wyłamujący się z paradygmatu byli w historii nauki brani za szaleńców, to tysiące razy częściej za szaleńców brani byli... szaleńcy. A „Z archiwum X” to taki wymyślony serial i na chwilę obecną nie ma przesłanek, by wierzyć w kosmitów. Choć... może opłaca się w nich wierzyć? Do tego wrócimy już za tydzień, z agentem Foxem Mulderem i... Williamem Jamesem. Zapraszam (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)!

    Bibliografia:
    Dean Kowalski - The Philosophy of The X files
    Thomas Kuhn - Struktura rewolucji naukowych
    Zbyszko Chojnicki – Filozofia nauki. Orientacje, koncepcje, krytyki
    Michał Heller, Tadeusz Pabjan – Elementy filozofii przyrody

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #filozofia #nauka #kultura #rozrywka #seriale #zarchiwumx #archiwumx #xfiles
    pokaż całość

    •  

      Scully nie wierzy w zjawiska paranormalne, co kompensuje wiarą w Boga.

      @loginnawykoppl: to nie zawsze zastanawia, a znany jest nawet przypadek profesora astronomii z któregoś amerykańskiego uniwersytetu, który jest jednocześnie kreacjonistą - i jako astronom opisuje światło gwiazd, które leciało do Ziemi miliony lat, a prywatnie wierzy w to że wszechświat ma nieco ponad 6 tys. lat...

      Wydaje mi się że ludzka wiara ma miej wspólnego z wiarą w przeróżne nadprzyrodzone bóstwa a więcej z instynktami stadnymi...
      pokaż całość

    •  

      Scully ma wydobyć zamrożony płód obcego (widzi go na własne oczy)

      @MagnaPomerania: i jak na naukowca przystało, nie wyciągnęła pochopnych wniosków na bazie nic nie wartej "naocznej" obserwacji. Bez badań tkanek, takie obserwowanie ciała obcego z punktu widzenia metodologii naukowej nie ma żadnej wartości.

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    W którym roku zmarł Izaak Newton?

    Ojciec Święty Grzegorz XIII od początku rozpoczętego w 1572 roku pontyfikatu miał problem nie mniejszy niż szalejące po Europie herezje – musiał na nowo ustalić, kiedy wypada Wielkanoc.

    W prawie całej Europie od czasów Juliusza Cezara obowiązywał jeden kalendarz. Rok kalendarzowy miał zazwyczaj 365 dni, a żeby pokrywał się z rokiem słonecznym (czyli czasem, w którym Ziemia faktycznie okrąża Słońce), co 4 lata luty zyskiwał jeden dzień. To dawało nam średnią długość roku 365,25 dnia co z rokiem słonecznym pokrywało się mniej-więcej.

    Słowo klucz: mniej-więcej.

    Rok słoneczny trwa bowiem krócej o imponujący okres 11 minut. Pozornie niewiele, ale w kalendarzu juliańskim powodowało to spóźnienie o jeden dzień co 128 lat. Efekty było widać już w starożytności. Gdy zaczęto obchodzić Boże Narodzenie w dniu przesilenia zimowego, wypadało ono w kalendarzu 3 dni później niż w czasach Juliusza Cezara, którą to różnicę widzimy do dziś. W XVI wieku problem był już spory, gdyż różnica wynosiła aż 10 dni.

    Potrzeba było reformy, tym bardziej, że kalendarz miał niebagatelne znaczenie dla Kościoła

    Sobór w Nicei w 325 roku zarządził, by Wielkanoc odbywała się w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Tradycyjnie wiosnę liczono od 21 marca, a więc dnia, gdzie w czasach Cezara przypadało zrównanie dnia i nocy. Jednak różnica między rokiem kalendarzowym i rokiem słonecznym sprawiała, że z czasem kalendarzowa Wielkanoc wypadała później niż powinna.

    Na podstawie zaleceń Soboru Trydenckiego opartych na nowych wyliczeniach astronomicznych papież powołał komisję, która miała opracować nowy kalendarz

    W efekcie dokonał reformy, która po pierwsze, sprawiła iż po 4 października 1582 roku był nie 5, a 15 (w ten sposób zredukowano opóźnienie powstałe w wyniku stosowania kalendarza juliańskiego), oraz wprowadzała nową zasadę liczenia lat przestępnych. Ustalono, że lata podzielne przez 100 i niepodzielne przez 400 (1700, 1800, 1900, 2100 itd.) będą miały tylko 365 dni (w kalendarzu juliańskim miały mieć 366). W efekcie różnica, która w 1582 roku wynosiła 10 dni dziś wynosi ich już 13.

    Problem polegał jednak na tym, że nowy kalendarz wprowadzono w czasach, gdy Europa była już mocno podzielona religijnie, a klimat był, delikatnie mówiąc, mało ekumeniczny.

    W efekcie o ile kraje katolickie (w tym Polska) od razu zastosowały się do reformy, to kraje protestanckie i prawosławne widziały w niej próbę ponownego narzucenia zwierzchnictwa papieża i dalej stosowały się do kalendarza juliańskiego. Na nic nie zdały się głosy naukowców, takich jak duński (protestancki) astronom Tycho Brahe, którzy mówili swoim władcom, że kalendarz oparty jest na odkryciach astronomicznych, a nie wymysłach papieskich.

    W Europie zapanował system dwóch kalendarzy, co prowadziło do sporych utrudnień

    Przykładowo na ziemiach polskich w zaborze rosyjskim tradycyjnie panował nowy porządek. Z drugiej strony, rosyjska administracja aż do 1918 roku funkcjonowała na starym, w efekcie czego wszystkie dokumenty urzędowe datowane były dwukrotnie. Jednak szczególnie ciekawy przypadek stanowiła Wielka Brytania i podległe jej kolonie, która na kalendarz gregoriański w pełni przeszła we wrześniu 1752 roku, kiedy kalendarz przyspieszono o 11 dni (jeden dzień wziął się z różnicy roku 1700, który w kalendarzu juliańskim był przestępny, w gregoriańskim – nie). Dzięki temu łatwo można przeliczyć „starą” datę śmierci Izaaka Newtona – 20 marca 1726 rok na „nową” - 31 marca. Roku pańskiego 1727.

    To nie pomyłka

    Jedną z tych rzeczy, które dziś uważamy za oczywiste jest to, że rok rozpoczyna się pierwszego stycznia. Rozwiązanie to wprowadził Juliusz Cezar, opierając się na dniu w którym rozpoczynali pracę rzymscy konsulowie. Była to jednak data niezbyt intuicyjna i stosowano często odstępstwa. Jedno z nich popełnili Anglicy, którzy od średniowiecza rok rozpoczynali 25 marca, a więc w dniu Zwiastowania – 9 miesięcy poprzedzającym Boże Narodzenie. W związku z tym zmiana kalendarza wymagała nie tylko „skasowania” 11 dni, ale również skrócenia roku 1751, który rozpoczęty „po staremu” skończył się jednak 31 grudnia i liczył zaledwie 255 dni.

    I wszyscy byliby zadowoleni, gdyby ta żonglerka datami nie powodowała zjawiska, które nie podoba się żadnej władzy: skrócenia roku podatkowego.

    W związku z tym w całej Anglii i we wszystkich jej rozsianych po świecie koloniach poborcy podatkowi mieli zapomnieć o istnieniu reformy. Rok podatkowy dalej zaczynał się więc 25 marca kalendarza juliańskiego, który w nowym systemie wypadał 5 kwietnia. Żeby tego było mało, w 1800 roku doszło przesunięcie o kolejny dzień, gdyż uwzględniono ten rok po staremu jako przestępny.

    W 1900 roku szaleństwo to zarzucono i kolejnego dnia nie doliczono...

    Do dziś księgowi wielkich korporacji w londyńskim City związani są pomysłami rzymskiego dyktatora i swoich średniowiecznych przodków. W 2100 różnica między kalendarzem juliańskim i gregoriańskim znów się powiększy o jeden dzień (dziś wynosi 13 dni). Będzie kolejna zmiana? Liczę, że doczekam chwili, w której się dowiem :)

    Bibliografia:
    G. J. Withrow, Time in history: Views of the time from prehistory to the present day
    http://www.independent.co.uk/money/why-the-uk-tax-year-begins-on-april-6-it-s-a-very-strange-tale-a6970801.html

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #historia #ciekawostkihistoryczne #kalendarz
    pokaż całość

    +: U....n, pazn +207 innych
  •  

    „Czy murzyn może zagrać Achillesa?” - czyli o istocie filmu

    Kluczem do zrozumienia popularnych ostatnio kwestii „murzyna w roli Achillesa” w serialu Netflixa i oceny filmu „Fanatyk”, po którym wielu spodziewało się „Poranka kojota”, a dostało „Nic śmiesznego” jest odpowiedź na jedno ważne i tylko pozornie banalne pytanie: czym jest film fabularny?

    Ale zacznijmy od Wigilii

    Zapewne sporo z Was przeżyło w niedzielny wieczór następującą scenę: cała rodzina siedzi w dużym pokoju przy stole, aż nagle wchodzi facet w czerwonej czapce z białą brodą. Wszyscy się cieszą, mówią „ooo, witaj święty Mikołaju!”, tylko jeden mały Brajan patrzy na gościa sceptycznym wzrokiem czterolatka, by nagle obwieścić światu: „mama, to nie jest święty Mikołaj, to wujek Janusz!”. Czyżby mały Brajan był mądrzejszy od dorosłych?

    Cóż, zależnie od ilości spożytego przez nich alkoholu i takiej opcji nie można wykluczyć, jednak zazwyczaj wytłumaczenie tej arcyważnej dla naszej kultury kwestii jest nieco bardziej skomplikowane.

    W tej sytuacji obiektywnie rację miał oczywiście Brajanek. Facet w czapce to wujek Janusz i również kosmici, którzy przylecieliby akurat na Ziemię zobaczyliby w tej sytuacji wyłącznie taki sens. Ale jest też sens tej sytuacji, którego nie znają ani kosmici, ani nie zna jeszcze mały Brajanek: sens, który nadaje konwencja. Sens, w którym facet w czapce nie jest wujkiem Januszem, tylko świętym Mikołajem.

    Pomyślmy o trzech sytuacjach: Prezydent podpisuje rozkaz rozstrzelania śmieszków, potem jedzie do miasta, gdzie zawiera umowę na internet, a po drodze daje jeszcze autograf. Rozdał trzy podpisy. Obiektywnie wykonał trzy takie same czynności. Ale konwencje wytworzone przez naszą kulturę sprawiają, że każda z nich ma zupełnie inny sens i inne skutki. Nawet podstawowy wynalazek cywilizacji - pismo - jest wytworem konwencji, gdyż z obiektywnego punktu widzenia napis „picie w Szczawnicy” i „szczanie w piwnicy” są podobnymi do siebie szlaczkami atramentu na papierze. To konwencja każe nam je od siebie odróżniać.

    Przejdźmy jednak do konkretów. Co widać na poniższej fotce?

    Adolfa Hitlera w berlińskim bunkrze w 1945 roku? Nope, to szwajcarski aktor Bruno Ganza, na planie filmu „Upadek”. W 2004 roku, niekoniecznie w kwietniu, i niekoniecznie w Berlinie. Jednak oglądając ten film nie powiemy „Bruno Ganza się wkurzył”, tylko „Adolf Hitler się wkurzył”. Wyłącznie konwencja nakazuje nam widzieć na ekranie Hitlera i jego współpracowników, ale to nie jest Hitler historyczny, to nie jest zdjęcie z 1945 toku. Hitlera z filmu „Upadek” nie ma.

    My po prostu udajemy, że jest

    Istotą filmu fabularnego jest właśnie to oparte na konwencji udawanie. Tak naprawdę Bruno Ganza, Samuel L. Jackson i Tomasz Karolak mają ze sobą jedną wspólną cechę: żaden z nich nie jest Adolfem Hitlerem. Że niby Bruno Ganza jest bardziej podobny do Hitlera niż Jackson albo Karolak? Zapewne tak, ale w dalszym ciągu niewiele to zmienia – przecież w innym filmie, gdy Ganza gra np. biznesmena nie krzyczymy „heloł, przecież to Adolf Hitler, patrzcie jaki jest podobny!”. Bruno Ganza „jest” Hitlerem tylko i wyłącznie dzięki całkowicie umownej konwencji. A skoro tak, to spokojnie możemy umówić się na inną konwencję, w której Hitlerem „będzie” kogo sobie tylko zażyczymy.

    Nieprzypadkowo zresztą wrzuciłem zdjęcie z „Upadku” gdyż w notce dyskusyjnej poświęconej czarnemu Achillesowi pojawiło się również pytanie „czy Hitlera mógłby zagrać czarny aktor?”

    Oczywiście, że mógłby. Co więcej, podejrzewam, że gdybyśmy przejrzeli listę afrykańskich filmów to czarnego Hitlera byśmy znaleźli. Ba, wyobrażam sobie, że Hitlera zagra koza, a akcja jest umieszczona w oborze i nie jest to zbyt oryginalny pomysł, gdyż w świecie zwierząt odgrywa się akcja powieści (i filmu) „Folwark zwierzęcy”, opartego na historii rewolucji bolszewickiej i jej następstw.

    Film „oparty na faktach” nie jest filmem „przedstawiającym fakty” i to jest podstawowa prawda ekranu, którą trzeba znać zanim pójdzie się do kina

    Rzeczywistość ma swoje ograniczenia, których nie mamy w filmach, jak choćby prawa fizyki (nie da się latać na miotle, ale Harry Potter mógł to robić), rzeczywistość historyczna (nie da się, ucząc historii udawać, że nie było żadnego Hitlera, natomiast może powstać film w którym konwencja zakłada jego brak i Lwów jest w 2017 roku nadal polski) czy takie prozaiczne rzeczy jak realia pracy policjantów (w rzeczywistości policjant uczestniczący w strzelaninie ma masę papierkowej roboty, nierzadko jest zawieszany w obowiązkach. Ale to nudne, dlatego w filmach, po zabiciu głównego wroga podchodzi do niego szef, klepie po plecach i odchodzą w stronę zachodzącego słońca).

    Skoro więc filmy osadzone w rzeczywistości nie są związane jej prawami, tym bardziej nie dotyczy to adaptacji innych dzieł takich jak ekranizacja „Iliady” albo... „Fanatyk”.

    „Iliada” opowiada o wojnie trojańskiej toczonej w starożytnej Grecji i już w literackim oryginale niewiele miała wspólnego z rzeczywistością. No, chyba, że w starożytnych wojnach naprawdę uczestniczyli bogowie, którzy dziś, nie wiedzieć czemu, siedzą cicho. „Fanatyk” to z kolei krótki film oparty na internetowej paście, którą ciężko jest przeczytać nie spadając ze śmiechu z fotela. Czego o filmie powiedzieć nie można.

    Dla wielu osób zarówno „Iliada”, jak i pasta o ojcu wędkarzu są znane i na tej podstawie mają wobec filmowych adaptacji pewne oczekiwania... i popełniają tym samym poważny błąd.

    „Romeo i Julia”. Taki stary dramat, Williama Szekspira. Akcja dzieje się kilkaset lat temu we Włoszech i idąc na ekranizację raczej nie spodziewamy się Florydy z lat 90-tych, po której biega w hawajskiej koszuli Leo DiCaprio prowadzący jednocześnie niemal niezmienione w stosunku do szekspirowskiej wersji dialogi. A jednak taki film powstał w 1996 roku i co więcej, został całkiem nieźle przyjęty przez krytykę. Między innym właśnie za nowatorskie ujęcie tematu, bo pomyślmy – gdyby można było nagrać „tylko jedną słuszną” wersję „Romea i Julii” to czemu cały czas reżyserzy teatralni i filmowi robią ją na nowo?

    Achilles-murzyn to małe miki przy przeniesieniu szekspirowskiego dramatu w realia wojny amerykańskich gangów

    Reżyser może sobie do woli żonglować takimi zmianami, może zmieniać białego z czarnym czy żółtym, może zamieniać szpadę na Glocka albo miecz świetlny pod jednym warunkiem – że każda ta zmiana ma sensowne miejsce w realiach rzeczywistości DANEGO UTWORU. Gdyby w „Upadku” nagle, totalnie wyrwany z kontekstu, pojawił się Sokół Millenium z „Gwiezdnych Wojen” i zabrał Hitlera na pokład Gwiazdy Śmierci to... no jeżeli nie chodziło o uzyskanie jakiegoś efektu absurdu to byłoby to co najmniej głupie.

    A czy kolor skóry „Achillesa” taki sens ma? Za wcześnie wyrokować, znamiennym jednak jest, że różnica wyglądu zewnętrznego to chwyt często wykorzystywany do zaznaczania antagonizmów między postaciami (na zasadzie gruby vs chudy, niski vs wysoki, piękny vs brzudki) a Hektora, co ciekawe, zagra biały aktor...

    Wszystko to fajnie, ale czy nie sądzisz autorze, że taka swoboda może mieć złe skutki? Co jeżeli ktoś pomyśli, że tak jest naprawdę?

    Z przyczyn dla mnie nie do końca zrozumiałych nikt nie uczy się jeździć autem na podstawie „Szybkich i wściekłych”, za to całkiem sporo osób wiedzę historyczną czerpie z filmów. Tyle tylko, że to nie jest problem reżysera. Dobra sztuka taka jest, że czasami trzeba pomyśleć (a moim zdaniem również trochę poczytać), bo nierzadko celowo stara się nas zrobić w chuja i właściwy sens trzeba wykopać spod warstwy niewiarygodnej narracji, subtelnego sarkazmu czy ironii. I nie można tego odrzucić tylko z tego powodu, że przez 12 lat edukacji nauczyciele przekonywająco nie potrafią wyjaśnić prostej kwestii, dlaczego oglądanie adaptacji nie zastąpi czytania lektury...

    Bibliografia:

    R. Ingarden – Kilka uwag o sztuce filmowej
    M. Przylipiak – Kino stylu zerowego (bardzo ciekawa książka o tym czym charakteryzują się „typowe” filmy, czyli kręcone w tytułowym „stylu zerowym”)
    D. Bordwell, K. Thompson – Film Art. Sztuka filmowa (świetna pozycja wprowadzająca do świata kina, poczynając od zagadnień teoretycznych, przez środki stylistyczne takie jak praca kamery czy dźwięk, aż po zarys historii filmu)

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #sztuka #kultura #film #kino
    pokaż całość

    •  

      @loginnawykoppl: Mi czarny Heimdall nie przeszkadzal, bo akurat jebanie w dupe Nordyckiej mitologii to najmniejszy problem gowno-filmow Marvela.

      Co do wpisu - robienie kurwy z logiki. Rozumiem w teatrze - ok, ale film tworzy sie tak, zeby uczestnika przeniesc w tamto miejsce, a immersja byla jak najwieksza.

      Czarny Ahilles psuje immersje, zaklamuje historie, opluwa Greków i pokazuje, ze postulaty psycholewicy sa wazniejsze niz zdrowy rozsądek i porzadne kino.

      Chcialbym zobaczyc bialego Marcina Luther Kinga, oj kurwa chcialbym.

      I to mowie z pozycji osoby ktora jest liberałem.
      pokaż całość

    •  

      @Kot_Tuwima: żadne zaskoczonko. Czytając ile z każdego z posągów Zeusa nakradziono kamieni i świecidełek można mieć o tym wyobrażenie. Z resztą Panie @Kot_Tuwima za taką Helenę to ja daję Oskara od razu... no może wg ówczesnych gustów powinna być odrobinę krąglejsza, bo ta to taka Westalka.

    • więcej komentarzy (83)

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów