•  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #funk

    Brazylia według pana Kurta G.

    #3 - Marcos Valle - Velhos Surfistas Querendo Voar

    zaczynając ten wpis spojrzałem na nazwę u góry. prześledziłem te kilka tytułowych słów jakimi ochrzciłem ten cykl 15 wpisów, którymi chciałem zostawić pisemną namiastkę tego jak bardzo kocham bossanove. samozwańczy - pan.
    coś mi tu nie gra, dziwnie tak o sobie myśleć, kiedy w głowie wciąż mam siano(przynajmniej już nie w butach i sercu).
    na "pana" się tylko pozoruje na co dzień, przez 8 godzin, kiedy podpisuję się moim prawdziwym imieniem i nazwiskiem pod logiem organizacji, dla której sprzedałem dusze, w imieniu której podaję rękę ludziom, którym najchętniej bym te rękę kazał umyć.

    ale do czego zmierzam...
    lata mijają, włosy siwieją(albo wypadają ¯\_(ツ)_/¯), a do kotła z muzyką brazylijską wpadłem w schyłkowym momencie kończenia liceum, będąc dalej dzieciakiem, który nawet na studiach odmierzał czas od jednych do drugich wakacji.
    no i co by nie mówić, jestem już (w miarę) dorosły, rok nie trwa tyle co kiedyś, a dni to już na pewno, skoro wszystko człowiek robi w biegu. jedynie muzyka jest tym co była - lekarstwem na gorsze dni, wybudzającym z życia budzikiem przypominającym, że warto czasami pobujać w obłokach i czymś co uświadamia, że nie umiem i nie powinienem tańczyć w miejscach publicznych.

    Marcos Kostenbader Valle - żałuję, że o gościu nie napisałem pracy dyplomowej, ale niestety nie ten profil i kierunek, żebym mógł lać wodę i dostać za to tytulik. prawdopodobnie największy muzyczny talent, najbardziej uzdolniony, zdeterminowany i trzymającym rękę na pulsie piosenkopisarz w historii muzyki brazylijskiej. człowiek renesansu pasuje jak ulał, bo jak streścimy biografię, to wyjdzie nam całkiem ciekawa historia.
    zaczynając od pierwszego etapu kreślenia standardów bossanovy i klasycznego samba-chłopca z gitarą. uciekając potem myślami od dyktatorskich paradoksów kraju, w którym przyszło mu żyć, w stronę fermentowania rodzimych rytmów specyfikami rocka psychodelicznego. a ostatecznie faktycznie emigrując z kraju, na kilka lat i osiedlając się w USA, gdzie grał po jazzowych klubach, spiknął się z Chicago, Leonem Ware i grywał komponując kawałki, na niektórych płytach skojarzonych wokół legendarnej wytwórni Motown.

    powrót do kraju przypadł na początek lat 80. Valle miał już blisko czterdzieche, bagaż doświadczeń muzycznych, wciąż oślepiające złote włosy, śnieżnobiały uśmiech i wygląd kalifornijskiego surfera. talent do pisania skomplikowanych harmonijnie i rytmicznie utworów, które onieśmielają nośnością i przebojowością został wzbogacony "kosmicznym", yacht-rockowo wypolerowanym, futurystycznym i syntetycznym brzmieniem podpatrzonym u Quincy Jonesa na migracji(Thriller został wydany rok po dzisiejszym kawałku, sry Jacko, ale to Valle był pierwszym, który spreparował i pokazał nowe oblicze popu światu(⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)).
    pomijając oryginalny i jedyny w swoim rodzaju sound, na podstawie Vontade de rever você (1981) powinno się uczyć w szkołach na czym polega pisanie piosenek(przedostatni numer na płycie - Garimpando - niepozorny intelektualizm, minimalistyczna układanka z czystego słowa, basu i rytmu a tyle muzykalnej frajdy)
    bossanova nigdy przed i nigdy po, nie mieniła się takimi barwami, nie była wzbogacona tak subtelnie dopasowanymi rozmiękczającymi wodotryskami i polepszaczami, wyciągającymi z jej rytmiki tak błogo rozchodzący się i jednocześnie zażerający groove.

    Pan Marcos Valle dzisiaj ma już niemal osiemdziesiąt lat. dalej koncertuje, od kilku dekad wydaje płyty(tegoroczny album - spokojnie top 5 roku). wciąż wygląda tak samo jak na okładce dzisiejszego kawałka, wciąż wymiata i nie ma sobie równych w kwestii boogie-novy i funku śmigającego na brazylijskich tablicach. i założę się, że dalej ma to samo w głowie - ale przynajmniej już nie w butach i sercu...

    pokaż spoiler długi ten wpis, sam bym go nie przeczytał, przepraszam i pozdrawiam.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #paniladniespiewa

    Brazylia według pana Kurta G.

    #4 - Nara Leao - Desafinado

    nie wiem kim byłem w poprzednim wcieleniu.
    poprzednie wcielenie pozostaje niewiadomą, ale w którymś tam wstecz na pewno byłem Narą Leao.
    albo przynajmniej jej kotem, psem czy innym zwierzątkiem pląsającym się pomiędzy jej nogami, gdy brzdękała dziecięce melodyjki do "gier o zabawie w Boga".

    ze wszystkich wielkich kobiecych głosów bossanovy, to właśnie jej energetycznie oszczędna barwa głosu jest najbliższa mojemu sercu. to w jaki sposób na legendarnym Dez Anos Depois z 1971 roku, rzuciła ciemną smugę melancholii na wszystkie przeboje i szlagiery muzyki brazylijskiej jest wyczynem godnym łyknięcia garści leków na depresję popijanych gorzką kawą. apatycznie zniekształcone plaże Rio, które dla większości błyszczą pięknie niczym pocztówka z raju, w ujęciu Nary są nieznośnie bezosobowym i obdartym z ciepła widokiem, po którym jej wyobraźnia maszeruje pogrzebowym krokiem uciekając za widoczny horyzont. beznamiętne wersy o namiętnych miłościach, tym była jej czarno-biała poezja skąpana w letnim deszczu.

    jednak to co wydaje się pokrzepiającym i podtrzymującym na duchu po dłuższym romansie z jej muzyką, jest fakt, że w samym środku wszechświata jej depresyjnej maniery tli się nadzieja o dziecięco nieporadnym, nieskrępowanym i szczerym uśmiechu. ale znowu się powtórzę - to wymaga czasu, to wymaga chęci i prób zrozumienia drugiego człowieka, by ukochać jej wstydliwie posmutniała naturę.
    dzisiejszy świat zapomina, że metafizyka związków i relacji międzyludzkich zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda i konformizm. magia zaczyna się tam, gdzie nie ma kolejnego muru do przebicia i stajemy nad przepaścią. ironia zamienia się z cnotą miejscami, ateista pragnie życia po śmierci a nicość staje się brzemieniem, którego nie jesteśmy w stanie już unieść

    przepaścią i punktem kulminacyjnym dla Nary była nieuleczalna choroba, o której dowiedziała się pod koniec lat 70 i co najważniejsze - która nie zdołała ugasić tej głęboko skrywanej przed światem iskierki szczęścia. wykryta dolegliwość zepchnęła ją w kierunku muzycznie płodnego gospodarowania własnym czasem, przez co wydając płytę każdego rok po roku, przez blisko dekadę zagłuszała dosięgające ją widmo śmierci...

    no właśnie, "Zagłuszanie widma śmierci" - tak nazwę mój debiut filmowy, który opowie wam na czym polega życie każdego z nas.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #muzyka #godelpoleca #thebeatles

    Here Comes The Sun

    w ramach odpoczynku, zaniechania obowiązków - gromadka, garstka strzępków, oślepiających cytatów z umierania:

    1.
    -jaki jest twój ulubiony zespół?
    -wiesz, mało oryginalny wybór, ale mimo wszystko Bitelsi...
    -oh, super...

    2.
    jak miałem tyle lat co ty, albo trochę mniej, to była moja ulubiona piosenka

    3.
    Giovanni:
    -Who wrote that?

    Lidia:
    -You did.

    4.
    -King Crimson to najlepszy zespół na świecie[...]

    5.
    And in the end
    The love you take
    Is equal to the love you make

    6.
    There are only four people who knew what the Beatles were about anyway...

    pokaż spoiler miłego dnia !
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #60s

    Brazylia według pana Kurta G.

    #5 - João Gilberto - Um Abraço No Bonfá

    gdybym nie był Kurtem, chciałbym być Joao

    Gilberto odszedł niespodziewanie 6 lipca br. niespodziewanie, bo stroniąc od świateł reflektorów i doczłapując do końca swoich dni w ciszy i spokoju, czyli dokładnie tak jak żył. także to nic dziwnego, że uważa się go za Ojca Chrzestnego bossanovy, czyli muzyki, która de facto nie istnieje. a raczej nie ma odpowiednich środków by samoczynnie zaistnieć. klasyczna bossanova to muzyka uspokajanych myśli, ostudzonych temperamentów i utemperowanych ambicji, zapominających o egocentrycznym uwypuklaniu przynależności do grona dusz uważających się za artystów.

    Gilberto operował dźwiękami wyleczonymi z własnych rozterek, dźwiękami które w służebnej misji chciały być częścią większej całości, kreślonej na widnokręgu codzienności. były powietrzem dla prozy życia, wystukiwanej synkopowanym ruchem zamiatania niepotrzebnych złości pod futerał trzymany pod krzesłem. rytmiczny sefir, po który należy wyciągnąć dłonie, dla którego trzeba przewietrzyć serce i znaleźć trochę czasu. słuchajcie zgromadzeni - tak brzmi mądrość, takim bursztynowym kolorytem jaskrawieje, gdy zrezygnujecie z nicościowego pędu po chwilę satysfakcji.
    cierpliwa, niespieszna codzienność z marzeń.

    żaden, nawet największy z bytów, nie będzie zdolny wykrzesać z siebie takiej energii, by echo wieczności niosło jego idee i misję.
    nawet sam Gilberto, którego lirycznego i wycofanego głosu dzisiaj nie słychać - specjalnie wybrałem taki kawałek, żeby podkreślić piórkowość i delikatność uprawianej przez niego estetyki. nie chcę być źle zrozumiały, uwielbiam jego wstydliwie przebijającą się poezję, melorecytacyjne drobinki, którymi upiększał utwory - chętnych zapraszam do poznania dyskografii(szczególnie legendarny album z Getzem i Jobimem z 1964, self titled z 1973 i Amoroso z 1977).
    jednak nikt nie potrafił tak finezyjnie i lekko przemawiać przy użyciu samej gitary. a w tym konkretnym przepadku - delikatnie wystukiwany rytm i cisza drugiego planu - dwa żywioły spajające kompozycję w całość.

    niech ci ziemia lekką będzie, tak jak życie lekkim nam, gdy toczy się z twoją muzyka w tle.

    mijające raz po raz dni
    podcinanie drobnych wad
    brazylijski poranny wiatr
    beztroskie spojrzenie na świat
    kojący błękitnooki świt
    skrywany pośród lazurowych fal...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #wykwintneprogresjeakordow

    Brazylia według pana Kurta G.

    #6 - Erasmo Carlos - Nasci Numa Manhã De Carnaval

    czas żeby zacząć finiszować. w skromnym, szlachetnym tonie...

    z Erasmo znam się nie od dziś, jednak za każdym razem gdy wracam do jego nagrań, mam wrażenie, że odkrywam go na nowo.
    szczególnie wszystkie albumy z okresu 1975-1985, kiedy zdążył już osiwieć w pięknym stylu, zrezygnował z wymuszonej roli bycia "brazylijskim Elvisem", odrzucił na drugi plan rock'n'rollowe ambicje i rozwinął skrzydła w bardziej przebojowym tonie.
    niegdyś gość wydawał mi się być tym bardziej kiczowatym, ludycznym, wręcz jarmarcznym punktem na mapie brazylijskiej muzyki. po pewnym czasie, po przedarciu się przez wiele nudnych, usypiająco-harcerskich przyśpiewek(ale Carlos, Erasmo... z 1971 to piękna płyta jakby co), dotarłem do niezobowiązującej, przepysznie zaaranżowanej, równie zdeterminowanej, co sentymentalnej skarbnicy pełnej wyśmienitych albumów.

    długo się głowiłem, jakim kawałkiem najlepiej oddam to co w muzyce Erasmo mnie najbardziej pociąga. jakim utworem sprzedam to co chciałbym sprzedać, nie patrząc na marżę i zarobek, biorąc dla siebie malutki procent.
    i koniec końców musiało paść na coś z Pelas esquinas de Ipanema (1978) - w końcu to jeden z albumów mojego życia, cholernie przeoczony i niedoceniony. przypadkowo znaleziony na zapyziałym, japońskim blogu będąc jeszcze na studiach.
    album którym umilałem sobie długie spacery w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na łonie natury, gdzie mógłbym w końcu przeczytać Zbyt głośną samotność.

    dzisiejszy kawałek - Nasci Numa Manhã De Carnaval, zaczyna się w nadzwyczaj spokojnych okolicznościach, wynurzając się z sentymentalnego rozkołysania kilku prostych akordów, którym po chwili zaczynają towarzyszyć bardziej skomplikowane, cztero-i-sześciostrunowe instrumentalne dialogi. posłużą one jako podkładka pod śmielej dobijające się mini-orkiestracje i jazzujące wstawki, a w dalszej perspektywie - pod najpiękniej zharmonizowane chórki od czasu Pet Sounds(posłuchajcie całej płyty to przyznacie mi rację).
    od 40 sekundy, co rusz jesteśmy oczarowywaniu kolejnymi warstwami miejskiej samby. granej po zachodzie słońca, w świetle latarni, pod którymi nie widać nierównej opalenizny, grymasu na twarzy, źle dobranych butów i źle ułożonych włosów. piękny kocioł znakomitości, w którym miesza się kilka stron muzyki brazylijskiej, zjednanych na jednym parkiecie dla wspólnego dobra.

    jak ktoś chce poznać te bardziej przebojową stronę dzisiejszej postaci, to gorąco polecam syntezatorowe szaleństwo new-wave'owego Amar pra viver, ou morrer de amor (1982).
    i myślę, że wartym podkreślenia na sam koniec, jest to w jaki sposób Erasmo Carlos panował nad rytmiczną stroną kompozycji. to jak ustawiał ją do pionu, do bólu melodyjnym i zaraźliwym wokalem. dlatego darujmy sobie subiektywne rozmyślania o istotności barwy głosu, o przyjemności z obcowania z ładnym zaśpiewem, bo to nieistotne w momencie gdy Erasmo trafia w każdy dźwięk. nadziewa strzałę na strzałę, nawija słowo na słowo, ośmieszając każdego kto nie potrafi wyciągnąć z wokaliz i chórków pierwotnie drzemiących w nich muzycznych dobroci, przypominając, że nic tak nie cieszy jak dobry, wokalny hook.

    no i oczywiście, okładka albumu - kiedyś kupię winyl tylko po to żeby zawiesić go sobie na widoku w salonie. i ubiorę się od stóp do głów w taki dżins, z rozpiętą koszulą.

    pokaż spoiler miłego dnia !
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #wykwintneprogresjeakordow

    Brazylia według pana Kurta G.

    #7 - Elis Regina - A dama do Apocalipse

    dzisiaj muzyka dla koneserów

    posłańcy przekazują mi wieści zza wielkiej wody, że Ojciec Chrzestny zamieszania i wynalazca substancji, którą tłumiłem niechęć do życia, właśnie sam wyślizgnął się z objęć żywota. smutna ale i pokrzepiająca informacja. smutna ze względów oczywistych, a pokrzepiająca dla mnie. żeby jednak działać...
    João - niech ci w windzie do nieba gra Bim-Bom, Sinatra już czeka przy stoliku z czymś na ocucenie...

    o Gilberto innym razem, bo do podium jeszcze trochę. dzisiaj o Matce Chrzestnej, której na świecie nie ma już szmat czasu. ona wybrała szybszą drogę, bo życie wybrało dla niej te dłuższą i bardziej wyboistą.
    Elis Regina już za życia została okrzyknięta królową i pierwszą damą bossa-novy. na przestrzeni jej krótkiego życia, zdążyła posmakować każdej ze stron bycia kobietą w muzycznym przemyśle. od kojarzonego z początkami kariery wciskania w określony schemat bycia "panienką od samby", po pełen zadziornej, budującej i fascynującej feministycznej gry z konwenansami, aż po odrzucenie publiki i ponowne rozgrzeszenie.

    chyba nie muszę mówić, że zdecydowanie wolę jej drugi etap kariery? wtedy gdy Elis prowadziła roześmianą od ucha do ucha, kroczącą teatralnym krokiem i krzyczącą w twarz krucjatę o lepsze jutro dla uciskanego społeczeństwa. niespotykana pewność siebie, dostojna postura i śpiewanie z wypiętą piersią a to wszystko utopione w dystansie do rzeczywistości, mroku estrady(i własnych demonów), krótkich włosach i najbardziej dźwięcznym "R" w historii muzyki. będąc tak magnetyczną i dostojną istotą, wszystkie inne gwiazdy nurtu MPB mogły się tylko chować w jej cieniu i stawiać ją w centrum każdego wydarzenia. i niestety, jak każda wielka tego świata, musiała płacić i cierpieć za swoją wielkość...

    a żeby coś napisać o samej muzyce.
    długo głowiłem się co tu wstawić, bo nie potrafię zdecydować, który kawałek śpiewany przez Elis kocham najbardziej. mógłbym zrobić osobny ranking jej twórczości i wychwalać każdą sekundę, każdy wychwycony mini-motywik, o którym potrafiłem rozmyślać całymi dniami. padło jednak na najbardziej wykwinty kompozytorsko(w mojej opinii), idealnie wyważony w pompowaniu i igraniu z emocjami utwór. jak już wspomniałem - dla koneserów(gdyby poprosić Roberta Frippa o granie bossa-novy, to dostalibyśmy właśnie taki kawałek).

    blisko dwuminutowe intro, podążające za progresywnym, gęsto strojonym i mrocznym pochodem akordów, prowadzące do wirującego i wsysającego w swoje oblicze finału. na wysokości 1:42 wszystko powoli staje się jasne, czarne chmury i burzliwa aura znajduje sens swojego istnienia. a w samym finale od 2:52 - Cień chmury nad ukrytym polem ustępuje słońcu na moment mikrofonu i pozwala cieszyć się nieskrępowanym niczym żywotem. po to by spalić się we własnej głupocie, bezinteresownym szczęściu i braku szczytnych celów wobec wszechświata. prawdziwa Dama Apokalipsy...
    Obra-prima!

    pokaż spoiler miłej soboty !
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #jazz

    Brazylia według pana Kurta G.

    #8 - Jorge Ben - Vem Morena Vem

    w świecie muzyki za wielki i godny podziwu wyczyn uznaje się wydanie płyty z nigdy wcześniej nie publikowanymi kawałkami, która brzmi jak osobisty "Best of" artysty.
    Nevermind? Thriller? Violator? spoko, są tacy, którym się udało.

    jeszcze większym wyczynem jest zrobić to na debiucie - to świadczy o prawdziwym, wrodzonym talencie. o zebraniu i wchłonięciu niespożytkowanej dotąd energii z jakiejś części wszechświata, po to by na starcie powiedzieć wszystko to, co do powiedzenia się miało od narodzin. ten swoisty, przebojowo ugruntowany akt bardzo często definiuje artystę już do końca jego dni, niekiedy będąc jego przekleństwem...
    debiut Strokesów, S.P.O.R.T, Dummy? no ok, tacy też są.

    ale tym co już całkowicie zdumiewa w debiutanckim albumie Jorge Bena jest fakt, że to nie tylko jego osobisty Best of, ale też całej powojennej bossanovy.
    tak w skrócie - to najchętniej coverowany i najwdzięczniejszy do coverowania zestaw 12 piosenek, które ukształtowały to jak powinna brzmieć samba zgrana na lepszej jakości taśmę. sambę która bez wstydu mogła zostać brazylijskim towarem eksportowym numer #1. (nawet Pele nie miał szans)

    nie chcę być źle zrozumiany, bo to co naskrobałem powyżej nosi znamiona największego z hołdów i mimo wszystko trochę kontrastującego z miejscem w rankingu - ale przypominam, że to Brazylia wg. mnie. a ja nigdy nie byłem dobrym historykiem, dlatego wolę słuchać mojego wdzięcznego i ostatnio dobrze trzymającego się kompana - serca.
    serca które dodatkowo podpowiada, że poczciwy Jorge Ben, rozedrgany, rozbiegany i nie dający się muzycznie zaszufladkować zasługuje by jednak chociaż wspomnieć o innych jego wcieleniach. wcieleniach które skutecznie walczą z kuglarstwem debiutanckiej okładki, na której czerwona, gustowna koszula i idealnie dopasowane na długość spodnie, odwracają uwagę od lewitującej postaci, rzucającej czary zachrypniętym głosem.

    dlatego jak ktoś lubi bardziej rockowe brzmienia zachęcam do posłuchania tego czym był samba-rock, strzelający sarkastycznym ujęciem militarnej codzienności brazylijskiego ludu na - África Brasil(1976)
    zachęcam też do pastoralnego rozgrzeszenia bez udziału boga z A Tábua de Esmeralda(1974). oferuję ucieczkę w naturalistyczny spirytualizm z Fôrça bruta(1970). albo zapraszam na reportaż o festiwalu w Rio z Salve simpatia(1979).
    a najlepiej, wszyscy tu zgromadzeni, powinniśmy iść haratnąć w gałę przy debiucie grającym tle i iść się zresetować w ten przyjemny dla mojej południowej duszy upał... ¯\_(ツ)_/¯...

    pokaż spoiler miłego weekendu!
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #jazz

    Brazylia według pana Kurta G.

    #9 - Antonio Carlos Jobim - The Red Blouse

    przemyślenia z dwudziestkidwójki

    czy muzyka jest powietrzem dla otoczenia?
    otoczenie nie istnieje bez dźwięku. to właśnie dźwięk jest tym elementem w arsenale rzeczywistości, który wydaję się być jego najbardziej ulotną, ale jednocześnie najtrwalszą z części. żywot dźwięku uzależniony jest od kaprysu ruchu ciał. jego charakter, osobowość i funkcja to końcowy rezultat, tensorowej zbieraniny ciał i obiektów. dźwięk przychodzi na świat w postaci rozedrganej fali, tylko po to by umrzeć. rozkruszyć się w samozapłonie własnych barw, goniąc za najbliższym obiektem, dzięki któremu zostanie zdefiniowany i zapamiętany.

    ten sam dźwięk, mający swoją genezę dokładnie w tym samym miejscu, staje się zupełnie czymś innym, zostaje zapamiętany jako zupełnie coś innego, gdy tylko dokonamy przetasowania współrzędnych zawartych w obiektach i podmiotach z jego otoczenia. i wreszcie - to nie obiekty przyciągają dźwięk - to dźwięk ucieka, pędzi w ich kierunku i tym samym staje się ich częścią, staję się ich mikroskopijną, chciałoby się powiedzieć fantomową imitacją duszy. to dźwięk definiuje to czego nie widzi ludzkie oko, a co stanowi o wyjątkowości stanów zapisywanych w naszej pamięci.

    czy to właśnie muzyka zaczarowuje egzystencje wydobywając z niej namacalne, niewidoczne, niematerialne?
    muzyka to nic innego jak posegregowany w czasie, mniej-lub-bardziej logicznie, ciąg cyfr-nut-akordów.
    w rękach wielkich mistrzów staję się niekiedy równie kreatywną, co abstrakcyjną drogą do wyrażania emocji. i nie tylko wyrażania, ale też wywoływania emocji - w człowieku. nie tylko w człowieku, ale też - w uścisku chwili.
    z jednej strony człowiek nad nią(muzyką) panuje, a z drugiej strony wymyka się ona spod precyzyjnych, z góry ustalonych ludzkich odruchów. i role się odwracają - to muzyka odbijając się od niewidocznego dla nas nastroju i samopoczucia panuje nad otoczeniem, a tym samym nad człowiekiem.

    czy rozedrgane instrumenty rozpalane kreatywnością, chęcią oddania cząstki siebie światu są remedium na niedostatki werbalnej drogi komunikacji?
    są pewne tajemnice, których dla dobra każdego z nas nie powinniśmy rozwiązywać. tłumacząc niektóre zjawiska, zaczynamy odbierać im coś, na czego niedostatek możemy narzekać w dzisiejszych, przeładowanych technologią i kapitalizmem czasów. stajemy się tymi samymi straconymi ludźmi, którzy niezniewoloną od ludzkiego wirusa przyrodę, żyjącą swoi naturalnym tempem nazywają - środowiskową bioróżnorodnością.

    opamiętajmy się i wysłuchajmy skąd się wszyscy wywodzimy i co nas wychowało pod godelpoleca#.
    oczywiście mowa tu tylko o jednym - muzyce do windy, do poczekalni, do życia i do grania w simsy rzecz jasna...
    Jobim Antonio Carlos mistrzem i patronem mojego nudziarstwa na wieki wieków, samba.

    pokaż spoiler miłego weekedu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: doustnie, dwanadwa +9 innych
    •  

      są pewne tajemnice, których dla dobra każdego z nas nie powinniśmy rozwiązywać.

      Posluchajmy:) Jest pieknie .

    •  

      @KurtGodel Muzyka to jest, pokracznie ujmując, ćpańsko. Nawet rzekłbym, że po pierwsze muzyka niesie z sobą dope, euforię i jest to najbardziej pierwotne i prymitywne uczucie, które w nas ona wzbudza. Oczywiście muzyka wzbudza też inne emocje, ale ten dope to jest coś co do niej ciągnie ludzi. Komunikacja w muzyce jest wiele trudniejsza do odebrania i zinterpretowania, a w wielu utworach muzycznych wręcz nie istnieje. Udowodnione jest naukowo, że muzyka wyzwala w naszym mózgu dopaminę podobnie jak kokaina czy seks. Intrygujące jest to, że mózg ludzki odbiera tą ścieżkę dźwiękową, zlepek różnych częstotliwości ułożonych w konkretny, specyficzny sposób jako coś podniecającego. Fajnie jest być takim dilerem, czyli muzykiem, który handluje narkotykiem bez skutków ubocznych. pokaż całość

  •  

    #godelpoleca #muzyka #alternativerock no i kurwa #krautrock aaaaa #grupasabotowaniapoziomu

    LCD Soundsystem - Get Innocuous

    SZYBKA BITKA żeby mi nie uciekła genialność wywodu i upadłość chwili, na złość moi mili, giętliwość dowodu.

    żeby każdy skumał jak to jest być mną, czemu jestem taki niesamowity:

    fragment dzisiejszej piosenki od 00:00 - 00:50 - to jest jakiś taki normalny człowiek, tak się porusza i człapie na nogach. taki o zwykły Przemek magazynier, dobry chłopak jedzący kanapki w pracy.. generalnie to są wszyscy ludzie NA ZIEMI

    fragment - 00:50-1:37 - coś się czai w powietrzu i na horyzoncie, w otoczeniu takiego zwykłego człowieka

    i teraz przychodzi moment od 1:37 do końca - to jestem właśnie ja. ja idę takim krokiem i nie ma co potem zbierać poza szczęką z podłogi.

    pokaż spoiler czemu ja byłem głuchy tyle lat? Meisterstück jakby to powiedział Max Riemelt.miłej nocy
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    •  

      @KurtGodel:
      Głusi, słuchajcie!
      Niewidomi, natężcie wzrok, by widzieć!
      Kto jest niewidomy, jeżeli nie mój sługa,
      i głuchy, jak posłaniec, którego posyłam?
      Kto jest niewidomy, jak mój wysłannik
      i głuchy, jak Sługa Pański?
      Widzeń mnóstwo, lecz ich nie przestrzegają;
      otwarte mają uszy, ale nikt nie słucha.

  •  

    #godelpoleca #muzyka #synthpop #80s #italodisco

    Lustt - Pillow Talk

    strona 169

    pogawędki przy poduszce.

    -pamiętaj - są słowa, które w blasku szeptów brzmią najjaskrawszym światłem.

    zręczny alchemik z zapałem stwórcy określającego genezę wszechrzeczy, próbował połączyć pogrążone w wiecznej rozłące, dwa odmienne żywioły. cóż on sobie myślał, łamiąc prawa trzymające świat w ryzach? chęć zaistnienia jako prekursor, jako wielki wynalazca doprowadził do przypadkowego zaczarowania świata, w którym przyszło egzystować losowej materii.

    nauka i machinalne dopytywanie o obiektywną prawdę doprowadzało jedynie do przekornego oddalania od upatrywanego sensu. inżynieryjny obłęd, kuszący obiektywizm poukrywany w atomowej konstelacji niewidocznej dla gołego oka, stały się działaniami, których skutkiem ubocznym jest fenomen niemierzalnego istnienia. istnienia umykającego definiowaniu. bo jak inaczej nazwać fenomen jakim są uczucia?

    i takim sposobem "ich" życie stało się obiektem czarnoksięskiej pomyłki, która udekorowała ich dni dotykiem młodzieńczej miłości, długo wyczekiwanej troski i patrząc z perspektywy czasu - potrzebnych wątpliwości.
    miedziany sterowiec, sterylny drogowskaz i chirurgiczne narzędzie dzień po dniu zabierały jedną połowę, ich materialnego już wiązania na jego właściwą stronę. w ten sposób byli przy sobie, razem uciekali do wspólnie skrywanych przed światem miejsc, myśli i pragnień.
    on poznawał ją, ona poznawała jego. poznawali czym się powoli stają, mówiąc o sobie - my.


    zaklęta w szklanej butelce oswobodzona magia. równomierne bicie serc, gładko pulsująca krew.
    tym wtedy byli, gdy wylegujące się w rozproszonej zawiesinie zapachy ich wspólnych dni, chroniły ich przed trudem świata. szczerze wymieniane objęcia i wstydliwe spojrzenia redukujące do minimum potencjalne zagrożenia czyhające na ich szczęście.


    tak oto się odnaleźli, na drugim końcu świata, gdzie we wspólnym świecie fantazji, niedostępnym dla nikogo
    kreślili i kreślą fantazje o wspólnej, bezludnej wyspie. uporządkowanej wedle ich upodobań, mając z tyłu głowy - "tylko ty i ja". wiedząc, że w miłości do siebie żyli i żyją, i że miłością do siebie umierają i umrą.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #yeezymafia #tylerthecreator #funk

    ARE WE STILL FRIENDS?

    jeszcze tak szybko maznę, krótkie przebłyski refleksji, spisane na kolanie w tramwaju i takie tam - na więcej czekajcie przy podsumowaniu dekady.

    po pierwsze - to nie jest hip-hop. czy tego chcecie czy nie. Igor to kolejny, flagowy już i reprezentatywny od dnia premiery przykład dominacji i zagarnięcia pewnej przestrzeni w afro-amerykańskiej muzyce przez podobne sobie estetycznie, światopoglądowo i symbolicznie na meta-poziomie środowisko. odd-future rozdaje karty na własnych warunkach, w zasadzie nie wymyślając nic nowego - jednak ich siła polega na tym, że z ogromną WRAŻLIWOŚCIĄ eksplorują przestrzenie, które niegdyś inni jedynie nieco naruszali.
    tam gdzie ktoś zrobił wyłom, oni, czy to pod postacią The Internet, w osobie Franka Oceana, w duchu Earla i w końcu, pod płaszczykiem narcyzmu Tylera, wytrwale brną dalej. a w ramach ubocznych skutków własnych poczynań i posiadania "oryginalnego brzmienia" wciąż inspirują młodych ludzi, ale przede wszystkim swoich własnych idoli (Kanye patrzę na ciebie)

    po drugie to nie jest hip-hop. to do granic bólu emocjonalna spowiedź ubrana dla niepoznaki w syntetyczny posmak. w nieoczywisty sposób paranoiczna, retrospektywistyczna, satyryczna, auto-tunowo gospelowa oczyszczalnia emocji. czyszcząca je ze smutku, żalu i zgniłych wspomnień.

    po trzecie, to nie jest hip-hop. to czego mam wrażenie nikt nie potrafił do tej pory wyłapać, albo nie chciał poświęcić nawet momentu na refleksję - Igor to nie kolejna fanaberia takiego tam śmiesznego rapera. to dojrzała artystycznie wypowiedź, zawarta pod postaci kiczowatego alter-ego, które przewrotnie parodiuje Blonde (wymuskana parodia = najwyższa forma hołdu przypominam), będąc ILUZJĄ jego osobistego radzenia ze stratą ukochanej osoby, biorąc na siebie wszystkie z błędów przeszłości.

    pokaż spoiler ten kawałek to jakieś katharsis - odrzut z There's a Riot Goin' On, którego Sly Stone nie wypuścił, bo mu się tylko przyśnił po kokainie. pierdolone mistrzostwo świata
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #folk

    Brazylia według pana Kurta G.

    #10 - Novos Baianos - Swing de Campo Grande

    stosownie i zgrabnie byłoby zacząć ten wpis od przetłumaczenia zagranicznej prasy.
    kiedyś już o tym wspominałem, w czasach gdy czarno-białe seanse o schnącej farbie na ścianie złośliwie przerywała mi chęć działania w rytmie samby. iście dwubiegunowo dobrana para, nie powiem, ale nadzwyczaj dobrze klepała...

    o czym ja właściwie piszę? o tym, że drugi album Novos Baianos został uznany w 2007 roku przez prestiżowy, ikoniczny i niegdyś nietykalny przez muzyczne głowy magazyn Rolling Stone za najlepszą brazylijską płytę w historii.
    napomknijmy tylko, że w latach 60 i 70(myślę, że do dzisiaj coś im z tego zostało) mieszkańcy Brazylii potrafili przeżywać i wspólnie dzielić się duchowo-kolektywnym uniesieniem, jedynie podczas finałów piłkarskich rozrywek. i właśnie - podczas słuchania muzyki.

    nie bez powodu wspomniałem o kolektywizmie w kontekście dzisiejszej płyty(sam utwór wybrany na chybił-trafił).
    Acabou chorare jest możliwie najlepiej skondensowaną, ujarzmiającą wieloosobowy charakter składu porcją muzycznej energii. rozbiegany, psychodeliczny absurd który harmonijnie, poniekąd obezwładniająco dobiera się do przygaszonego codziennością entuzjazmu słuchacza.
    prostota kompozycji Baianosów zbudowanych na bardziej roztrzepanym i niedorzecznym podejściu do Crescendowego stopniowania kompozytorskich doznań, jest najbardziej spontaniczną wykładnią tego, czym jest MUSICA POPULAR BRASILEIRA z jej tropikalnego okresu. uosabia w sobie cały ten gatunkowy galimatias, obejmujący tradycję, trybalizm, sztywną urbanistykę, agrarną sielankowość, nowoczesność myśli i skrupulatność przyzwyczajeń. gdzie wszystkie z tych zjawisk, w tej samej chwili sterują estetycznym kompasem ich wesołej gromadki - jak i całej muzyki brazylijskiej tamtego okresu.

    i tylko od osobistych temperamentów, przeżyć i składników czasu zależy gdzie ten kompas będzie nieco śmielej wskazywał.
    w przypadku dzisiejszej grupy patrzy on w kierunku niekończącej się zabawy. do której prowadzi melancholijna, akustyczna ściółka wydeptaną przez klasycznie truchtającą sambę. ale liczy się tylko to, co czeka na samym końcu. czyli wielki, spontanicznie impresjonistyczny taniec, najlepiej zgranej grupy bossanovy. i nie mówimy tutaj o muzycznych umiejętnościach, tylko o zbiorowym dzieleniu chwilą euforii, której świadectwem są odciski bosej i rozbieganej stopy na zabłoconej ziemi.
    ziemi dzielącej swoja tysiącletnią przestrzeń z kolorytem grających w tle refrenów...

    pokaż spoiler miłego weekendu !
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #bossanova #paniladniespiewa

    Brazylia według pana Kurta G.

    #11 - Joyce - Feminina

    dopadła nas krótka przerwa. a teraz kontynuacja tego pociesznego, treściwego i przede wszystkim poszerzającego horyzonty zestawienia(bo do ameryki łacińskiej leci się blisko 10h samolotem - wiem, bo znam kogoś kto tam był).
    dzisiaj w końcu żeński głos. pierwszy, ale na pewno nie ostatni.

    niepozorna Joyce. nie walcząca o pierwsze miejsce w panteonie brazylijskich div, gdzie każda z tych największych doprawiała swoją sztukę nieoczywistym, raz upiornym, raz subtelnym obliczem. obliczem którego dostrzeżenie wymagało czujnej obserwacji, śledzenia opuszkami ciągłości, chronologii i przede wszystkim metafor pochowanych za słodkim uśmiechem, długimi włosami i opalonymi policzkami. ale na rozczłonkowanie innych mistrzyń bossanovy musimy jeszcze trochę poczekać, skupmy się tym razem na tej jednej...

    ukrywająca się przed prostymi rozwiązaniami, pochopnymi wnioskami i umniejszającymi osądami nadzwyczajność Joyce, ma swoją najlepszą ekspozycję w Femininie. właśnie w tym kawałku jej istota wybrzmiewa jednocześnie najszlachetniej i najpyszniej. najdelikatniej i najdosadniej. nadzwyczaj beztrosko i jednocześnie przepełniona słusznymi wątpliwościami.
    jej osobistym kontrastem dla bycia melodyjnym, pięknym głosem portugalskiego klubu złamanych serc, było to co podświadomie kocham w muzyce brazylijskiej najbardziej - naturalność.

    ale ta naturalność to nie taka oczywista, nie taka, jak ta zdewaluowana przez dzisiejszą debatę publiczną.
    nie taka po którą przygłupie, motywowane frustracją umysły sięgają gdy chcą utrzymać przy życiu burżuazyjne i patriarchalne koncepty, dając sobie prawo do definiowania prawdy. tutaj mówimy o tej przewijającej się nieustannie w moich wpisach, naturalistycznej naturze, która nie boi się spirytualnych tonów, nie boi się ucieczki od tego co było "przed", dostrzegając w niej azyl przed tym co będzie "po".

    żeby to ładnie związać - Feminina jest o tym, co znaczy być kobietą. jest o tym, że Joyce znalazła swoją ciemną stronę księżyca w byciu roztańczonym, zmiennym płomieniem pośrodku amazońskiej dżungli. jest retorycznie ukutym, plemiennym wierszykiem o niegodzeniu się na zamykanie kobiecości w wąskich ramach, wyznaczonych przez próżność sztucznie uporządkowanego świata.
    i słusznie, bo jak tu zamknąć coś co raz się tli, a po chwili rozprasza się we wszystkie strony? w jednej chwili zostawia oparzeniową bliznę, a w drugiej ogrzewa namiętnie otulającym ciepłem?

    pokaż spoiler miłego weekendu!
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #jazz #bossanova

    Brazylia według pana Kurta G.

    #12 - Egberto Gismonti - Lôro

    Gismonti już kiedyś gościł pod moim tagiem, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by jeszcze raz coś o nim skrobnąć i przypomnieć o jego istnieniu, w szczególności tym, którzy lubują się w nieco bardziej rozbudowanych muzycznie formach.
    jakbym miał pójść na łatwiznę, to napisałbym, że Gismonti był brazylijskim odpowiednikiem Franka Zappy.
    trochę mniej ironicznym i buńczucznym, może bardziej skupionym na duchowości i naturalizmie, ale na pewno równie przebiegłym w układaniu tych wszystkich harmonicznych wygibasów. i tak samo jak Frank, Egberto brał z każdego możliwego gatunku, czy to jazz, rock, muzyka poważna, avant-garda, kiczowata elektronika, tybetańskie śpiewy gardłowe...

    w nawiązaniu do "skrobania", to ciężko nie zaznaczyć jak bardzo wdzięcznym soundtrackiem do przelewania myśli, mniej lub bardziej abstrakcyjnych, jest większość nagrań Gismontiego.
    ten niezwykle oryginalny i rozbudzający wyobraźnie sposób komponowania, polegał na pospiesznej żonglerce mnóstwem pozornie niezauważalnych składników w obrębie granic wyznaczonych przez ustaloną odgórnie konwencje.
    tak wymyślna estetyka sprawia że słuchacz z każdej sekundy, z każdego momentu i rytmicznego rozwiązania jest w stanie wysnuć kilka różnych, niekiedy sprzecznych wniosków.

    i na tym polega moi drodze potęga i nietuzinkowość brazylijskiego jazzu. jazzu, który w USA pierwotnie wyfermentował z miejskiego blichtru, niewolniczego ucisku i prób znalezienia drogi do porzucenia formalnych i strukturalnych wytycznych ograniczających swobodę myśli. jazzu, który później stał się snobistyczną zabawką niereformowalnej, nieprzygotowanej intelektualnie i co najważniejsze emocjonalnie, wyższej klasy by pojąć jego istotę.
    a dochodząc do momentu gdy sami wynalazcy i najwięksi geniusze jazzu zdążyli się nim znudzić i zdekonstruować go na wszystkie możliwe sposoby, brazylijscy kombinatorzy zapatrzeni w prawidła tradycji, zaczęli przenosić na ten grunt zupełnie inne rozwiązania.

    tak jak u Gismontiego - swoboda przelewania myśli od samego początku zespolona z jazzowym anturażem, wyznaczana jest przez pęd dzikich instrumentów, gdzie każdy jeden zmierza w innym kierunku. zgrabnie ujęta jest w utkanych naturalnymi środkami pejzażach, imitujących przemijanie i rozwijanie się pór roku na oczach każdego z nas. każda z tych przyrodniczych ścieżek wykonuje swój taniec w oparciu o klika znanych im nut, zaprogramowana tak, żebyśmy stojąc w centrum jej narodzin, mogli wchłonąć każdy smak, barwę i emocję jej towarzyszącą. przepiękny kolaż zmienności, który ze sobą współgra i dotrzymuje kroku naturalistycznemu porządkowi świata, nie zapominając o czyhających w tle katastrofach ekologicznych...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #folk #rock

    Brazylia według pana Kurta G.

    #13 - Caetano Veloso - You don't know Me

    Caetano Veloso wielkim poetą był. proszę za mną powtórzyć - Caetano Veloso wielkim poetą był.
    a właściwie to wciąż jest, nie uśmiercajmy legend za życia, tylko dlatego, że nie dźwigają problemów lat minionych i zamiast tego starzeją się z godnością.

    kto chociaż delikatnie liznął brazyliany, ten dobrze wie z jakiego kalibru postacią mamy dzisiaj do czynienia. Veloso był "liderem" artystycznego ruchu tropicalia, który w ogromnym stopniu przyczynił się do kulturowej i obyczajowej rewolucji. w czasach gdy Brazylia była pod rządami wojskowej dyktatury.
    ruch ten do dzisiaj pozostaje jednym z najbardziej oryginalnych i co najważniejsze - autentycznych zjawisk w historii muzyki popularnej.

    Amerykanie pod koniec lat 60 wkładali kwiatki w policyjne karabiny. Brazylijczycy wtedy wkładali w nie całe bukiety i dodatkowo sprytnie podmieniali amunicję na plastikowe niewypały. wyznawcy i zwolennicy podążający za ekstrawaganckimi metodami avant-gardowego ruchu tropicalia, który skupiał w sobie taniec, teatr, poezję, wyzwolenie proletariatu, sambę, narkotyki, sarkazm, absurd, przepych i piękny chaos - potrafili się zjednoczyć ponad podziałami. a prorocy tacy jak C.Veloso, Gilberto Gil, Tom Ze i ci o bardziej błękitnej krwi jak Chico Buarque, potrafili zaakceptować swoje pochodzenie, miejsce we wszechświecie, wielopoziomowy zbitek kultur, narodowości i zróżnicowany zbiór wierzeń narodu, w którym przyszło im żyć. jednak przyświecał im wspólny cel - wolność.

    oprócz historycznego znaczenia, czysto muzyczna strona Veloso, którego estetyka nie zawsze trafia w prostej linii w mój gust(paradoksalnie, wolę jego nagrania jak już nieco osiwiał, a ten live ze stopniowym negliżem to top10 wystąpień wszech czasów), uosabia w sobie pewnego rodzaju eklektyzm i dwu-kulturowy ładunek. czyli coś co od samego początku elektryzowało mnie w muzyce brazylijskiej przełomu 60s-70s. mówimy tu o gatunkowej i stylistycznej tożsamości, spoczywającej na dwóch podstawowych filarach.

    pierwszym z nich jest amerykańszczyzna, fascynacja zachodem podsłuchiwanym po piwnicach z nielegalnych rozgłośni. w tej jankeskiej swobodzie i rock'n'rollowym wyzwoleniu canarinhos odnaleźli wartości, o których ich śniadzi idole nawet nie śnili. w tym kapitalistycznie zdeformowanym pojęciu wolności, tropicaliści odnaleźli poletko, na którym mogli swobodnie snuć rozmarzone wizje o rewolucji wzniecanej oddolnie przez lud.
    tym drugim z filarów jest wyczuwalna w sercu pierwotność - amazońska krew, dzika regionalność, rytmika, plemienność i kosmiczna ciągłość przyrody, która nadała tym skradzionym, zachodnim wzorcom zupełnie nowej i oswobodzonej z konsumpcyjnego zatrzasku tożsamości...

    i kończąc pokrzepiającym cytatem Caetano - Viewed up close, nobody is normal.

    pokaż spoiler miłej majówki !
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #funk #disco

    -dla przypomnienia: lista ulubionych brazylijskich artystów, w celu przybliżenia muzyki regionu - na koniec fajna wakacyjna playlista na spotify, pzdr-

    Brazylia według pana Kurta G.

    #14 - Cassiano - Onda

    rok minął, tydzień minął, Jezus w końcu wytrzeźwiał. także czas i na mnie żeby wrzucić kolejny bieg i podzielić się skarbami muzyki brazylijskiej.
    dzisiejszy kandydat przedstawia te stronę muzykalnego dziedzictwa latino-amerykany, która została w przyszłości wchłonięta, albo raczej przygarnięta przez producencki światek, któremu przyświecała idea "kreatywnego żerowania" na nieswoich tradycjach.

    wszelki maści ogarnięci DJe, którzy wiedzą, że muzyka, w swej pierwotnej formie jest do tańczenia, a nie od tego żeby mieć przy niej "te przerurzne myśli jak w kościele", czy też producenci klejący przeterminowaną taśmą bity dla nawijaczy, którzy wypadają z beatu jak jest złożony z więcej niż dwóch sampli - podają sobie w tym momencie rękę. w geście pojednania, z uczuciem znalezienia w śmietniku po drugiej stronie ulicy skarbu wyrzuconego przez nieświadomego ignoranta.

    bo właśnie tym jest spora część bardziej rozbujanej i dyskotekowo łamiącej swe stawy brazylijskiej muzyki lat 70.
    jest skarbnicą, studnią bez dna dla repetycyjnie wilgotnych snów, które powracając co noc, wiją się swymi wdz(w)iękami będąc gotową bazą dla muzycznego pojednywania obcych sobie istnień ludzkich.

    Cassiano i jego jednostrzałowy rajd po topniejącym asfalcie, jego gorączka niedzielnej nocy, jego disco-slalom szlakiem natury niszczącej copacabańskie marzenia o byciu metropolią z prawdziwego zdarzenia, jest moim ulubionym przykładem one-hit-wonderowego epickiego singla. singla tych rozmiarów, że przyćmiewa wszystko inne co nagrał i każe powątpiewać, że to na pewno jego sprawka(w creditsach jako kompozytor widnieje mający polskie korzenie Paulo Zdanowski - ale czy to możliwe, że polak może mieć aż tyle luzu?). nie zrozumcie mnie źle, na pewno jakiś artysta będzie pokrzywdzony, że wymieniłem w tej 15 ulubionych akurat Cassiano, z tym jego JEDNORAZOWYM dusznym latynoskim funkiem - ale jak uda wam się raz w życiu zostać mistrzem olimpijskim, to już na zawsze nim będziecie. nawet wtedy gdt sporadycznie służycie jako atrapa człowieka w telewizji śniadaniowej ¯\_(ツ)_/¯...

    pokaż spoiler no i wesołych świąt oczywiście 8) !
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #muzykabrazylijska #funk #jazz

    witam, witam. dawno nie było mnie tu tak niewiele.

    przechodziwszy do konkretów - coś co chciałem zrobić od poprzedniego wcielenia, gdy moim domem były slumsy riodejaneiro, moje słońce uciekało z objęć mesjasza i kiedy zamiast gołębi dokarmiałem kolorowe papugi.
    czyli zestawienie 15 najbliższych sercu wykonawców z kraju rozciągającego się wzdłuż wybrzeża atlantyckiego i Amazonki(źródło:wikipedia.org).
    mam nadzieję, że uda mi się zarazić jak największą liczbę osób tym specyficznym, portugalskim wirusem odkładania wszystkiego na później i przybliżyć wszystko co najlepsze w brazylijskiej muzyce popularnej...
    a na koniec skleję playke na spotify z pięćdziesiątką najlepszych kawałków bossanovy, w sam raz na lato 8)...

    Brazylia według pana Kurta G.

    #15 - Orlandivo - Onde Anda O Meu Amor

    self-titled z 1977 roku, tego niedocenionego za młodu grajka, który w latach 60 niesłusznie wrzucany był do worka nudziarzy spod znaku Joao Gilberto i wczesnego Marcosa V. - jest jednym z najlepszych przykładów kiedy artysta musi czekać aż technologia(przemysł farmaceutyczny) pozwoli mu na zrealizowanie własnych wizji.
    uściślając - Orlandivo Honório de Souza na początku kariery chciał odciąć się od klasycznie skrojonej elegancji i skromności wpisanej w konserwatywną, czekającą na rewolucję obyczajową i kulturową brazylijską mentalność. nie mówimy oczywiście o ogromnym dysonansie, wychodzeniu przed szereg i nadziewanie się na falangę tradycji - gość chciał grać po prostu sambę, do tańczenia, a nie do siedzenia i słuchania w zadymionym klubie przy rozwodnionych trunkach.

    co paradoksalne, z tego wyparcia, Orlandivo zadymił i rozwodnił jak tylko mógł bossa-novową rytmikę, na której się wychował. przy pomocy jazz-fuzionowego klawisza przywiezionego nielegalnym transportem z USA. ten rozgrzany promieniejącym słońcem syntezator osiadający niczym oceaniczny piasek na wszystkich regionalnych zabawkach, rozwiązaniach harmonicznych i zwierzynie niosącej hałas w lasach tropikalnych, napędza każdą z kompozycji halucynogenną pomysłowością.

    dzięki temu nad kompozycjami unosi się osobliwa aura, home-recordingowy duch i poczucie obcowania z całkowicie autorską propozycją tego, jak mogłaby brzmieć Tropicalia interpretowana przez kogoś, kto nie musi identyfikować się z żadnym pokoleniowym/gatunkowym manifestem. w tej swobodzie i braku przynależności, główny bohater odnalazł formułę, w której bossa-nova momentami ślizga się w tłoczonej maskulinizowanej sensualności, chwilami robi jazzujące uniki przed kompozytorskimi prawidłami, a gdzieniegdzie doprowadza się do formalnego samozapłonu w rytmie samby, nieświadomie odurzonej miękkim narkotykami.

    pyszności!
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #postpunk #80s #newwave

    Talking Heads - Seen and Not Seen

    nikt wam tego nie powie(nikt tego nie wiedział)
    nie zrobią o tym programu w żadnym mtv, ani audycji trójce, ani nikt nie wyduka-wystuka tekstu na innych trzech-6ujach.

    ale przed Seen and Not Seen nie było muzyki. powtarzam, przed Seen and Not Seen nie było muzyki.
    nowojorski kocioł kultur, antykultury, idei, antyidei, materii i antymaterii spotykających się na wspólnym recitalu wymierzonym w parszywy żywot ludzki ogłupiony kapitalizmem.
    na ten moment tyle. aż tyle.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: MagicznyKarol, A.............h +14 innych
  •  

    #godelpoleca #muzycznememy #najlepsiludziewszechczasow #taniec #shoegaze

    MY BLOODY VALENTINE - ONLY SHALLOW (COVER)

    aż nie mam pojęcia c o napisać
    bo zbiegło się tutaj zbyt wiele, zbyt odległych sobie światów, żeby to trzeźwo ocenić w kilku słowach.

    jednego jestem pewien. internet nie powstał na marne xD
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #soul #najlepszeliniebasoweever #70s

    James Taylor - How Sweet It Is

    wczoraj był tutaj wpis. wrzucony pod zasłoną nocy. w sennym wypoczynku zakłócanym przez najeźdźców z dalekiej krainy.
    życzenia na dzień kobiet wciąż aktualne, a więc życzę drogim paniom jeszcze więcej siły do walki z tym, co wciąż jest do pokonania.

    a dla jednej, takiej śmiesznej fajnej pani, przesyłam konkretne wersy piosenki. i wcale nie idę na łatwiznę kradnąc cudze słowa i muzykę, bo młody James Taylor z okładki jest do mnie chyba trochę podobny... ¯\_(ツ)_/¯

    How sweet it is to be loved by you
    I needed the shelter of someone's arms and there you were
    I needed someone to understand my ups and downs and there you were
    With sweet love and devotion

    miłego weekendu!
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #dreampop #shoegaze #cocteutwins

    Cocteau Twins - A Kissed Out Red Floatboat

    strona 133

    pewien jegomość, będąc już szmat czasu za latami swojej twórczej świetność rzekł kiedyś, iż żywot ludzki winien być zrównany ze stanem agonalnego trwania w chorobie. chorobie nieuleczalnej i śmiertelnej należy dodać. a dla czystej perwersji napomknąwszy - przenoszonej drogą płciową.

    jednakowoż zapomniał dodać, że choroba ta atakuje głównie mózg. ma charakter neurologicznej pułapki, próżniowo wciskającej swoje przerażone myśli w immersję świata, który cierpi na niedostatek namacalności marzeń.

    jest świadectwem błądzącego zagubienia zintegrowanego z gnijącą od środka parapsychologiczną papką upiększania życia. dekorowania go strukturalną ciągłością i jednością rozproszonych w przestrzeni bytów. gdzie raz na milion wdechów, losowo wybrane, nieuleczalnie chore osoby, pompują krew swych ciał, w jednakowym tempie...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: granfist8, przekojot +11 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #jazz

    Bill Evans & Jim Hall - I Hear A Rhapsody

    dzisiaj byłem w sklepie.

    atakowano mnie wystawowym kiczem, a mojej podświadomości wciskano rzeczy, których ludzki żołądek nie potrafiłby nawet strawić.
    dlatego w zdegustowaniu i konsumenckim manifeście sięgnąłem po klasykę.
    poprosiłem o słoik zwiewnego dżezu. byłem zmuszony powtórzyć, że chodzi mi o ten przez "Z".
    na szczęście mieli. i to nie jeden. dlatego wziąłem dwa, w tym jeden dla was.
    nie oszczędzajcie sobie, nie bójcie się nabrudzić w kuchni, posklejać policzków słodkością dźwięków.
    jutro wspólnie posprzątamy. uporządkujemy, ten bałagan, którym karmimy naszych śmiesznych ambicji głód...

    pokaż spoiler moja ulubiona okładka ever ;) miłej soboty!
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #80s #thesmiths

    The Smiths - Cemetry Gates

    hej, zrobiłem właśnie 50 pompek i przypomniałem sobie fajną piosenkę. przypominam ją i wam.

    i stwierdzam, że świat dążąc do minimalizacji wysiłku, przywyknął do wznoszenia na sztandary jedynie tego co o widać(słychać) na pierwszy rzut oka(ucha). Morissey udław się poetycką rzodkiewką. Marr wypchaj se gitare skarpetami.
    o geniuszu The Szmiths od zawsze stanowiła pracująca w pocie czoła sekcja rytmiczna. i siemanko.

    mi zostało jeszcze 50 pompek, a wam życzę udanego piątku.ᕙ(✿ ͟ʖ✿)ᕗ
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #funk #jazz #jamiroquai

    Jamiroquai - Cosmic Girl

    jedno pytanie(mam takie pytako):
    -czemu siedzicie myśląc o piątku, zamiast słuchać Jamiroquai?

    nie szukajcie już resetu w waszej głowie. nie programujcie weekendowej pokuty.
    to wszystko jest na wyciągniecie ręki - odpowiedzi szukajcie w kosmicznym acid-funku, wyskakującym niczym królik z magicznego kapelusza.

    szmacznego!
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #filozofia #filozofiawedlugmodestmouse

    #∞

    Modest Mouse - Gravity Rides Everything

    będzie długo, piosenka fajna, jak ktoś oprócz mnie przeczyta całe to będzie mi miło.
    zazwyczaj staram się odbierać piątkowym wieczorom możliwość zatopienia w cudzych punktach widzenia i świadomie oddaję się odmóżdżeniu w kontrze do obowiązków(które swoją drogą bardzo lubię).
    dzisiaj będzie inaczej, bo coraz częściej w medytacyjnym tonie zanurzam się w afektywnym projektowaniu myśli wedle siatki pojęciowej, którą oblepione są cudze ośrodki odczuwania bólu, życia, śmierci i miłości.

    dlatego kwestia nr.1
    -czy my(ja) jako osoba, byt zaistniały w czasie x lat temu, to wciąż ta sama osoba co teraz?

    pamiętam jak dziś, 2 klasa liceum, niczym zbity pies wyrzucony ze szkoły. siedziałem w pół-śnie przy szybie autobusu, którym musiałem przejechać całe miasto by dostać się do miejsca, którego nienawidziłem. wgapiony w próżnię mijającego dnia, gdzie każdy człowiek zlewał się z szarością miasta, a jakakolwiek chęć działania nigdy nie poznawała swojej kinetycznej natury. po raz pierwszy zrozumiałem, a przynajmniej myślałem, że zrozumiałem, o co chodzi w tej piosence.
    wszyscy jesteśmy uwięzieni - sobie myślałem. te dźwięki przeskakujące między słuchawkami to próba zilustrowania w dźwiękowych drganiach fizycznych wzorów pól grawitacyjnych, którym zawdzięczamy istnienie. wytnijcie całą resztę, pomińcie skrzeczącego Brocka i rozklekotaną gitarę. wsłuchajcie się tylko w ten dźwięk szybujący za beznadzieją dnia codziennego. wektor siły zmieni wtedy kierunek, a wy, jak i ja, poczujecie wyzwoleńczą moc szybowania ponad schematami. opuścicie ten ograniczający futerał, o którym zwykło się mówić - człowiek.

    kwestia nr.2
    -co warunkuje to kim jesteśmy - fizjonomia, poglądy, doświadczenia, pragnienia? czy nakreślona na podstawie wszystkich zmiennych figura na wykresie?

    pamiętam jak dziś, minęły 3 lata od poprzednich rozważań. moją ulubioną czynnością było wyjeżdżanie tym samym autobusem, dokładnie w to samo miejsce, do którego tym razem jechałem z uśmiechem na twarzy. po to by na łonie natury, w palącym słońcu, z ascetycznym przekąsem na twarzy zanurzyć się w literaturę, w której szukałem odpowiedzi na kryzys wiary.
    Albert Camus - to był gość sobie myślałem. czy mógłbym zabić człowieka? czy z pustką z którą grałem w filozoficznego tenisa, mogę się zaprzyjaźnić na dłużej? czy wypada z nią przyjść na obiad do babci? obnosić się z nią na wydarzeniach kulturalnych? daj spokój. pewnych rzeczy nie mówi się na głos. ale tak to jest, że te niewypowiedziane, nieistniejące myśli słychać najwyraźniej. tak jak ta grawitacyjna pułapka, trzyma nas za gębę, dociska do konturów gnijącej planety, a nikt jej nie widział. niby ta gitara w tle jest poza piosenką, gra gdzieś w oddali, a każdy słyszy dokładnie każdy jej świst.

    kwestia nr.3
    -czy figura ta, nie ma na tyle zmiennego charakteru, że dynamizuje się, upraszcza się z sekundy na sekundę?

    pamiętam jak dziś, bo to było sekundę temu. słucham sobie znowu tej samej piosenki, jako dorosła już osoba i sięgam jeszcze dalej. nie boję się żyć, mówić o tym co myślę, nie zastanawiam się -co ludzie powiedzą-, i wiem, że cierpienie nie uszlachetnia. jak ktoś nie żył godnie, nie umrze z godnością. jak ktoś nie pogodzi się ze śmiercią, ten nie będzie potrafił żyć.
    ej a co z gitarami w tle Gravity Rides Everything?
    nie ma już żadnych gitar.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #jazz #chillout #bossanova

    Walter Wanderley- Rain

    wieczorne zamulanko, dzisiejsze spanko i jutrzejszego dnia ćpanko - sponsoruje muzyka do poczekalni.

    i tak pędzi w zwolnionym tempie, ta kropla spływającej nudy po ścianach biblioteki. ten wyciągnięty ze starej apteczki plasterek, co ciągle odpada i nie chce się trzymać na niewidocznej ranie.

    czytelniany nałóg powiadacie? cieszę się, zazdroszczę, bo sam chciałbym znowu się zatruć. to nałóg który fajnie jest pielęgnować. na który warto zachorować, z którego nie warto się leczyć, na który warto umrzeć.
    cipowanie słowem pisanym, z którego powstaje przepaść w oparach obowiązującej codzienności, rozciągająca się nad krawędzią tekturowej okładki. jeszcze tylko jedno słowo, jedna strona, jeden rozdział i już do ciebie idę, o moje nudne życie.
    tak jak każda książka ma pierwsze zdanie, tak każde życie musi wziąć pierwszy wdech, a każda piosenka w końcu stawia ten pierwszy akord.
    dlatego ja sam, już nie muszę czekać, na moje pierwsze razy...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    •  

      @KurtGodel:

      wieczorne zamulanko

      kropla spływającej nudy po ścianach biblioteki

      cipowanie słowem pisanym

      tak jak każda książka ma pierwsze zdanie, tak każde życie musi wziąć pierwszy wdech

      Przepiekny utwor.
      Slowa zacytowalem.

      Niepowtarzalne.

  •  

    #godelpoleca #muzyka #japonskamuzyka #muzykazanime #soundtrack

    Taku Iwasaki - Drill to Heaven with Your XXX!!

    w końcu wyjdę z szafy i sobie to wrzucę(to powinno być w moim top30...). jak ktoś wie skąd jest to arcydzieło, to niech mu sobotni wieczór lekkim będzie.
    a niżej pocieszny skan sprzed 8 lat.

    strona 56

    przyodziewając bojowe barwy po zmarłym dziadku i uciekając od obowiązków nieudolnym krokiem, próbował nadbudować rozsypującą się wokół niego pewność siebie. pewność przekonań. pewność pragnień...
    w kontrze do nieposegregowanych wewnętrznych rozmówek o "wszystkim i niczym", przemijała mu bezbarwna dla postronnych codzienność. przed snem żegnał słońce z przekonaniem, że wykonał kolejny krok w stronę szczęścia.
    po przebudzeniu miał wrażenie, że to właśnie czas, a nie jego życiowy rozwój się zatrzymał.

    otóż to. to słynne "wrażenie", często bywa jedynie konformistycznie śmiejącym się chochlikiem. dlatego tłumaczył sobie, że jego dni zbijały się w oklejoną przykrością istnienia tablicę korkową, której nie trzymała się już żadna pineska.
    nie rozumiejąc, że spoiwem podtrzymującym go przy życiu, były jego własne choroby. jego własne zepsucie, o którym wiedział. którego próbował się pozbyć, jednocześnie pławiąc się w jego zardzewiałych progach. chciał by każdy, a w szczególności on sam, zrozumiał, że wie co robi.

    mimo że śnił o wielkich rzeczach, żył wedle wielkich idei, to z gazety drukowanej w świecie jego marzeń nikt nie chciał wyciąć najlepszej fotografii. arogancko szukał w innych istnieniach własnych słabości, a gdy na nie natrafiał, uciekał jeszcze w większą izolację. nałogowo przeglądał się w szybach samochodów i w sklepowych zwierciadłach, myśląc, że to w nich zaklęta jest jego prawdziwa natura. chciał uporczywie wydusić ze zdeformowanych alternatyw drobne świadectwo, niezauważalny gołym okiem dowód własnej wartości. mierzył wysoko, upadał na samo dno.

    jednak mimo to, cieszył się małymi rzeczami. podpatrywał pracujące w pocie czoła mrówki, budzącą się do życia przyrodę i chcących żyć ludzi, dostrzegając w tych aktach świadectwa cudu istnienia. w banale dostrzegał życiowej ciągłości, nierozerwalności wszechrzeczy i pasł w tym poczuciu własną duchowość. wypędził wszystkich znanych Bogów z ich własnych, otoczonych chłodną bryłą świątyń. a swojego własnego Boga wymyślił na nowo i ubarwiał nim wszystko co zobaczył, dotknął i usłyszał. i właśnie z tego powodu, od tamtej pory, przestał żyć dla samego siebie...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #prince #funk #niktnieczytaregulaminu

    Prince - Baby I'm A Star

    strona 44

    zimowy wieczór, rok 2o1o. czyli dokładnie dwa dni temu.
    gość był już tęgo zniekształconym przez życie unikalnym płatkiem śniegu, wkraczającym w chłopięcą dorosłość.
    czarnoksiężnik banału, omierzłby falsyfikat niesprzeczności. pozbawiony poczucia wstydu bezładny wicher, niszczący najlepszą z chwil tragedią nieskończoności. ale tak po prostu? tak bez końca?

    tej nocy padło w jego kierunku ciężkie pytanie. niemal z końca sali. z siłą głosu tysiąca trąb. i ugrzęzło tuż przy zalepionej bólem skroni. zważyło się gdzieś na harmonijnie zwiniętej tchawicy.
    -piosenka, która jest o tobie? - wykrztuszone w towarzystwie gęstego dymu przez zęby.

    niby banał, niby pytanie za 100 złotych, jeden strzał i po wszystkim, a na moment rzeczywistość zastygła w nieznośnym niezdecydowaniu. gdzieś na pograniczu życia i śmierci. w wyzwoleniu ukrytym pod resentymentalną kobylastością dyskotekowych sakramentów.

    -ty stary. nie wiem. nie ma jeszcze takiej. - powiedział po kilku sekundach, z poczuciem wstydu.
    -to ty kurwa nie istniejesz. - zripostował niemal w ułamku sekundy.
    -wiesz, że właśnie mnie uśmierciłeś? na oczach tych wszystkich ludzi? w oczach tych pustych dziewczyn patrzących się na mnie jak w obrazek? - drążył z niemałym przejęciem
    -no i co w tym złego? przecież teraz możesz już być kim chcesz. umarłeś. prawa fizyki są ci obce. zacznij żyć kaleko. - wypowiedział pastoralnym tonem.

    nagle wszystko stało się jasne. wszyscy wiedzieli, że ta noc nie była na serio, więc każdy z nich mówił prawdę.
    płatek śniegu, śmielszym już krokiem, powędrował w stronę cwaniaczka rozdającego karty w tym lokalu, biorąc go na osobności i mówiąc:
    -wiesz co? jest taka piosenka. słyszałeś może kiedyś Purple Rain Prince'a? no, to tam jest taka jedna piosen...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #grunge #90s #rock

    Nirvana - Drain You

    może inna ekipa straszyła i pocieszała tym cytatem, ale czasy wciąż te same:

    I knew that someday I was going to die. And just before I died two things would happen;
    Number 1: I would regret my entire life.
    Number 2: I would want to live my life over again


    dobranoc palacz.gif
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #paniladniespiewa #bossanova

    Nara Leão - Garota de Ipanema

    myślałem nad rankingiem. i tak się zamyśliłem, że wciąż o nim tylko myślę

    wrzucam dalej w zgodzie ze sobą.
    utwór pani, która skończyłaby dzisiaj 77 lat. w której twórczości odnalazłem, kiedyś tam, nadzieję na to, że warto w tym wszystkim trwać.

    pokaż spoiler jakby co to jestem męską inkarnacją Leão (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: januszwasik, A.............h +7 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #jazz #citypop #wykwintneprogresjeakordow

    Haruomi Hosono, Shigeru Suzuki & Tatsuro Yamashita - Coral Reef

    najlepsza ekipa ever, z nadmiaru talentu gdzieś w innej galaktyce narodziło się nowe, w pełni świadome życie.
    rozumkiem bluesman, serduszkiem jazzman, w duszy kosmita.
    dlatego jak żyć to tylko w city popie.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #bossanova #japonskamuzyka

    Akira Terao - Anata no koto ga

    puk puk. czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy po ciężkim dniu na #godelpoleca słuchaliśmy zwiewnej bossanovy?
    gdy nieporadnie odkurzałem wyrzucone na śmietnik fotografie? gdy zbierałem na siebie zainteresowanie całej publiki, mimo, że zaczerwienione policzki były znakiem ostrzegawczym, żebyście państwo przestali? państwo nie słuchali, państwo się pastwili, ściskając za policzki, podziwiając zapadającą się z przerażenia powierzchnie pod moimi butami...

    a ja tam wpadałem. zgłębiałem kolejne poziomy przepaści nieistotności. bo chciałem, bo wy tak chcieliście.
    zaszywałem się pod plandeką odwagi, chowaliście mnie za krzyżem na zielonym tle.
    brałem sobie chorobowe od wygrywania, oczekiwano ode mnie przyjemnego pajacowania. co ja biedny mogłem?
    dłońmi rytmu słów dotrzymałem. tak trzymałem, póki nicość ręki na przywitanie nie wystawiła.
    szczęście poprosiło żebym wtedy założył skórzaną rękawicę, a tak, nijak się przywitać proszę pani.
    także innym razem...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #macdemarco #indierock #przepraszam

    Mac DeMarco - On The Level

    Tak se wrzucę na szybko, ta SZMATA dialektyka ciska z liścia. Także teraz coś co mądrze wybrzmiewa w haśle - reinterpretacja.

    Bo tak jak gość ma totalnie w dupie sukces, tak wraz z jego komercyjną ekspansja, coraz bardziej staje się sobą. Gasi pety na kuli śnieżnej własnej kariery i gra to na co ma ochotę. Gra po swojemu, ten rozklekotany i pijacki, ale wciąż trzymający pion blues, w którym topi dystans do rzeczywistości, będąc anty-papieżem Indie rocka. Ikoniczną anty-ikoną czasów, których nie będzie można opisywać w podręcznikach do historii.

    A ja zmieniam ocenę z 5.0 na znacznie wyższą i idę po pokutę za medrkowanie, bo jak mówił filozof - jestem w tym samym budynku, ale na innym levelu...
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

  •  

    #godelpoleca #indierock #90s #muzyka #p4kbylkiedysspoko

    The Dismemberment Plan - Gyroscope

    She’s wearing too much lipstick tonight
    A little black dress a little too tight

    nie do końca tak to było, ale
    taką jazdą we wspomnień zgliszcz, mówię ci pani ma ty mi per MISTRZ

    dlatego tag aktywowany na ten wieczór w stanie constans, z funkcją dążącą do kolejnych zwycięstw. do odbioru, bez odbioru.

    !~~~~~~~~~~~~~~~
    ^tu miał być spoiler, żeby wyhamować napastliwe gorączkowe przwijanie i wstyd z plusowania
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #jpop #muzycznyszpitalpsychiatryczny #paniladniespiewa

    Berryz工房 『ああ、夜が明ける

    sklonowana koreanka x7 wystarczy żeby przewietrzyć psychiatryk
    przyszły nowe leki, szmacznego乁(♥ ʖ̯♥)ㄏ¯\_(ツ)_/¯ᕦ(òóˇ)ᕤ

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #jpop #wykwintneprogresjeakordow #bojowkanakaty #electropop

    Perfume - 「GLITTER

    tak se siedziałem na łóżku godzinę temu. jadłem se kajzerki z dżemem, rozejrzałem się dookoła, chwile pomyślałem i doszedłem do wnioskku, że nigdy nie było tak zajebiście jak teraz.

    dlateog przypominam po co powstał mój tag, wołam @januszwasik niesłusznie zbanowany za NIEWINNOŚĆ, i wrzucam najlepszą muzykę świata, tzn moją ulubioną piosenkę w tym momencie sam dla siebie(i max √10 osob).
    a jak mawiał klasyk - gdyby nie Yasutaka Nakata, to bitelsi nigdy by nie powstali. czy jakoś tak.

    pokaż spoiler 1:18 - czyli moment w którym Nakata pozwala nam wyjeść całą puszkę masy kajmakowej na razz


    pokaż spoiler 3:58 - zzar an jewokamjak ysam ękzsup ąłac ćśejyw man alawzop atakaN myrótk w tnemom ilyzc


    pokaż spoiler #muzycznyszpitalpsychiatryczny
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #rap

    Nas - The World Is Yours

    ranking i po rankingu. jestem z niego zadowolony, jak tak se patrze z boku. ale dzisiaj umieram po treningu. więc tylko tyle:
    kto dokładnie rok temu słuchał tego wożąc się po bronksie?

    pokaż spoiler ja ¯\\_(ツ)_/¯(⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)¯\\_(ツ)_/¯
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #dephaus #mikroelektronika #sylwesterzwykopem

    @Chalmi & Remi - Explosion

    od 1:22 zaczyna się najważniejszy pochód akordów w klubowej muzyce trance po dziś rok 2019.

    źródło: youtube.com

    +: youmpjet, N...m +8 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #paniladniespiewa #folk #dreampop

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    rubryczek teraz nie będzie. fajerwerków jak zwykle też, ale dzisiaj sylwester więc jakoś nadrobimy.

    #1. Kacey Musgraves – Golden Hour

    w czasach gdzie wszyscy krzyczą, znalazł się ktoś kto zaczął mówić

    "ludzie przychodzą i pytają mnie" - jak powstają twoje wpisy?
    odpowiadam im coś w stylu - próbuję ująć w nieoczywisty sposób to co oczywiste. pokrętnie opisać uczucia, emocje i przemyślenia towarzyszące słuchaniu płyty. coś mi wpadnie do głowy, ktoś popatrzy na mnie w kolejce w sklepie jakbym miał przybrudzony śniadaniem policzek. przy kasie okaże się, że nie mogę płacić kartą, a pani ekspedientka z uśmiechem będzie mi życzyła miłego dnia. potem motorniczy poczeka aż dobiegnę do tramwaju, w którym ktoś nadepnie mi na nogę.
    ale jak wracam do domu, to wita mnie najpiękniejszy kolor oczu na świecie. i jakoś to idzie. wyciskam inspiracje, wyciągam co się da z życia, lecząc niespełnione ambicje, naprawiając pęknięte sny...


    i przychodzi ten moment, kiedy mógłbym godzinami zachwalać jak Golden Hour wskrzesza najbardziej szlachetne wartości amerykańskiej muzyki, o których mało kto chce dzisiaj pamiętać. mógłbym snuć pokrętne porównania, popadać w pretensjonalne tony, żeby opisać jak cudownie wyprodukowana jest to płyta. jak za jej kosmicznie, platońsko brzmiące instrumentarium odpowiadają ludzie stojący za masteringiem najważniejszych płyt w historii muzyki popularnej. jak w ich towarzystwie, głos Kacey wkracza w edeńskie rejony operowania kobiecą wrażliwością i ciepłem, sprawiając, że tag #paniladniespiewa zaczyna czuć dumę z własnego istnienia.
    mógłbym się rozpisać, jak to nigdy nie słyszałem tak czysto utkanych, pozbawionych złych intencji piosenkowych świadectw miłości do świata, do życia, do drugiego człowieka.
    ale czuję, że jest to po prostu zbędne...

    dlatego głęboko wierzę w prawdę i piękno tej płyty. chciałbym móc wszystkim powątpiewającym, strapionym i zawiedzionym wręczyć ją do rąk, dając im nadzieję na lepsze jutro. chciałbym żeby każdy z nich pojął, że nie powinni się wstydzić mówienia z przejęciem o prostych rzeczach, bo to w nich należy upatrywać wyjątkowości istnienia.

    "Amerykanie dawno nie mieli takiej płyty" - chce się napisać na koniec. dodając, że długo mieć nie będą. a na pewno nie w tak przystępnej formie.
    i ja też, długo, nie będę miał takiej płyty. w której wraz z ukochaną osobą, dostrzegamy świadectwo wiążącego nas uczucia...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: N...m, doustnie +11 innych
    •  

      @Weishaowang tam gdzie reszta liczb niewymiernych, poza skalą!! 11

    •  

      @KurtGodel:

      głos Kacey wkracza w edeńskie rejony operowania kobiecą wrażliwością i ciepłem, sprawiając, że tag #paniladniespiewa zaczyna czuć dumę z własnego istnienia.

      To raz.

      A dwa:

      głęboko wierzę w prawdę i piękno tej płyty. chciałbym móc wszystkim powątpiewającym, strapionym i zawiedzionym wręczyć ją do rąk, dając im nadzieję na lepsze jutro. chciałbym żeby każdy z nich pojął, że nie powinni się wstydzić mówienia z przejęciem o prostych rzeczach, bo to w nich należy upatrywać wyjątkowości istnienia.

      Nie znam plyty (ale bede znal) ale ten utwor jest...... w chuj piekny.

      Nowego, tak samo tworczego roku zycze. Serdecznie pozdrawiam.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    #godelpoleca #muzyka #yeezymafia #kanyewest #rap

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #2. Kanye West - ye

    Gatunki: neo-soul, art pop, r&b, pop rap
    RIYL: dobrą muzykę, xanax

    o Kanye już się rozpisywałem przy okazji,"SKOJARZONEGO" rankingu jego producenckich wybryków, którymi próbował komplikować karierę i żywot innych artystów. tak samo jak przy permanentnie dekonfigurującym się(like PABLO) rankingu jego solowych nagrywek. myślę że wyszła z tych dwóch cykli, całkiem niezła, zawarta między wierszami laurka i świadectwo osobistego uwielbienia dla TYPA.
    i pisząc uwielbienie, mam na myśli coś więcej, niż ograniczającą "zasięg doznań i działań" podrajrkę muzyczną działalnością. konteksty, postaci, opinie, ciuchy i spajające wszystko socialmediowe działania epidemiczno-konsternujące... wszyscy wiemy ocb. no ale...

    tym co należałoby zaznaczyć na wstępie, tłumacząc się z uwielbienia dla kolejnego długograja YE, jest jego sformalizowana kompaktowa treściwość. której sens spoczywa na równo rozdzielonych porcjach różnorako doznawanych emocji(zgromadzonych jednak w tym samym, TERAPEUTYCZNYM kotle dwubiegunowej narracji) i skrupulatnie utemperowanych "wypowiedziach zaproszonych gości" w obrębie wyznaczonego na nie czasu antenowego.
    nigdy wcześniej Kanye nie był tak precyzyjny i spójny w dozowaniu i szachowaniu tymi pojęciami, jak (od) teraz.
    od teraz, bo wszystkie tegoroczne wydawnictwa, nad którymi trzymał producencką piecze, kumulują w sobie natrętną wiarę w ezoteryczną siłę sprawczą liczby 7 ogniskując w jej obszarze zawartość muzyczną wszystkich wydawnictw.

    wychodząc do dalszych dywagacji. TO NIE JEST HIP HOP. moi drodzy, to już niestety(stety) nie są "cztery elementy, dziad jebnięty". to coś wyrosłego już ponad pierwotny level, orbitującego w innej stratosferze, gdzieś pomiędzy gospelowym afro-futuryzmem, a samowystarczalnym avant-popowym eko-systemem.
    tak gdzieś w okolicach doganiającej post-MBDTF depresji, West stanowczo skręcił w ciemniejsze i bardziej awangardowo pachnące tereny "samorozwojowych dywagacji". próbował ostudzać gorycz istnienia industrialnym tańcem, którego układ wyznaczały pozbawione człowieczeństwa wyblakłe no-wave'owoe tekstury. po to by uświadomić na koniec, że to nie było na serio(no ale uszczerbek na zdrowiu i tak pozostał, bo eksploatacja duszy była zupełnie prawdziwa).

    Ye już nie szuka, nie wymusza i nie błądzi w odnajdywaniu spirytualnego tworzywa, którym dopełni pustkę wyżłobioną paradoksem "celebryckiego życia i przepychu". nie nosi już znamion świadomościowo płynącej sklejki myśli, którą można cynicznie modyfikować po przez nonszalanckie potrząsanie biżuterią na warunkach "epoki streamingowych doznań".
    zamiast tego udało mu się zebrać w tej trwającej nieco ponad 20 minut, egzystencjalnie obciążonej wypowiedzi poczucie oczyszczającego rozliczenia z własnym ego i mówienia wprost o słabościach. daje poczucie bycia wymuszanym latami eksperymentów, pogodzeniem z kruchością własnych wyobrażeń na temat otaczającego świata.

    no właśnie, przewijająca się tam wyżej kategoria pozorności, niepewnego "poczucia" jest chyba esencją tego "O CO SIĘ ROZCHODZI". prawdopodobnie jest to właściwa drogą do tego, by próbować wyprzedzić kolejny krok Westa.
    by móc przynajmniej w drobnym ułamku być przygotowanym na kolejny obrót jego kariery. mieć podkładkę pod przyswojenie kolejnych kontrowersji związanych z jego osobą. ale nie zmienia to faktu, że YE, TU I TERAZ, bez związywania go z tym co się ma wydarzyć, jest najnormalniej w świecie najbardziej wzruszającą i napełniającą poczuciem introspektywnego spełnienia produkcja Westa. który w końcu zdał sobie sprawę, jak każdy wielki artysta tego świata, że sensu tłumaczeń dla życiowych uniesień i upadków należy doszukiwać się w trzymanych pod poduszką, skrawkach iluzorycznych wspomnień o idyllicznie płynącym dzieciństwie.

    Don't you grow up in a hurry, your mom'll be worried...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: Rapepo, A.............h +19 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #antykapitalizm #muzykaelektroniczna #industrial

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    dochodzimy do podium więc zostaje sam na sam. zostawiam radio na podłodze i wychodzę. mam nadzieję, ze ktoś się wkurzy.

    #3. Machine Girl - The Ugly Art

    Gatunki: digital hardcore, synthpunk, electro-indusrial
    RIYL: Atari Teenage Riot, Scootera w nazistowskim mundurze, jechanie o 5:00 na wkurwie do pracy, martwe ciągi

    anarchizm w czasach cyberpunku.

    Matthew Stephenson ukrywający się za wymowną, kontestującą jego artystyczną płciowość nazwą "Machine Girl", przy okazji tegorocznego albumu ustanowił punkt graniczny dla własnej twórczości. chropowatość technicznych przekrojów którymi zaśmiecał konstrukcyjny notatnik od kilku lat, w końcu w pełni odnalazła się już na realnym placu budowy. wszystkie potrzebne materiały dotarły na miejsce, w takiej ilości sztuk jaka była potrzebna. obyło się bez czasochłonnego skracania średnic, mozolnego obkładania luźnych miejsc watą i żmudnego podpinania potrzebnych norm. darowano sobie również werbunek Ukraińców na czarno... :|

    tak na serio, pomimo ewidentnego dystansu do uprawianej profesji, na co dowodem jest fakt, że gość od początku przejawiał tendencje do klepania digitalistycznych, hardcore'owych napierdalanek. a w 2015 przy okazji tropikalnego rejsu po rave'owym osoczu, jednorazowym występkiem zatytułowanym Gemini, skręcił dla własnej frajdy w bardziej hedonistyczne rejony. to jednak tym razem robi wszystko na serio.

    tegoroczny album już na poziomie okładki i nazwy, zasiewa w słuchaczu niepokój i ekscytacje obcowania z czymś noszącym znamiona spójnej deklaracji. przy realnym kontakcie z samą MUZYKĄ, początkowe domysły, już po chwili wydają się być jedynie błahym, zupełnie nietrafionym oszacowaniem sytuacji. bowiem The Ugly Art w swojej kategorii jest dziełem kompletnym. jest zbrodnią idealną, skrupulatnie zaplanowaną co do sekundy i najdrobniejszego cięcia, a z drugiej strony na tyle wynaturzoną i brutalną, że poznając jej motywy, zaczynamy kwestionować człowieczeństwo osoby, która się jej dopuściła.

    digitalnie ujęta industrialna wścieklizna, dostaje dokładnie tyle paliwa i przestrzeni ile potrzebuje by zniszczyć każde wyobrażenie piękna na swojej drodze. jednocześnie nie zniechęcając słuchacza do dalszego drążenia, do zadawania pytań o jego istotę i szukania tego co możemy posadzić na jego miejscu(parafrazując klasyka - zniszczenie kapitalizmu to jedno, większym problemem jest "co potem").

    bezwzględnie piekielny i piekielnie staranny obłęd upchany w Ugly Art, przywołuje bliska mi estetykę mądrze zagospodarowanej agresji, która niegdyś była post-punkową domeną. te światopoglądową tradycje, przywołuje Machine Girl w swoim synth-punkowym, wulgarnym horrorze wymierzonym w kierunku klasy uciskającej. jest koszmarnie intensywną próbą ujęcia zrezygnowania i zawodu z tego, w jakim kierunku zmierza cywilizowany świat. a przed jego zmasowaną i napastującą naturą nie ma ucieczki. nie ma też czasu na próby podjęcia racjonalnych decyzji na poziomie "co o tym sądzić", bo i tak zostaną one zagłuszone paraliżującą prędkością doznań.

    najbardziej zadziwiającym jest, jak przy tak gwałtownym przepływie treści, nikt tutaj nie wypada nawet na sekundę z rytmu i nie łapie zadyszki. raz po raz, mieląc chrząstkę po chrząstce znajduje kolejne pokłady energii i świeżego powietrza do dalszego wylewania krzyku w stronę wszystkiego i wszystkich. bo możemy mnożyć konotacje, skojarzenia, epitety i gatunkowe kategorie, ale to wydaje się niepotrzebne w momencie realnego odsłuchu. uściślając - Ugly Art jest anarchizmem w czystej postaci, jest palącym się banerem z napisem "anti-everything", dostawianym do twarzy każdemu, kto ogranicza ludzką wolność.
    także polecam seans każdemu spragnionemu oczyszczenia i wymazania osobistych przekonań, emocji i uczuć, nie da się lepiej wkroczyć w nowy rok.

    tylko puście to kurwa głośno. plis
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #rap #yeezymafia #trap

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #4. Playboi Carti - Die Lit

    Gatunki: trap rap, cloud-rap, experimental hip-hop
    RIYL: Lil Uzi Vert, wszystich z $ w nazwie, Sex Drive, narkotyki, tatuaże na ryjcu

    I ain't felt like this in a long time
    I ain't have shit in a long time
    Just to feel like this it took a long time, yeah


    tymi słowami Playboi Carti rozpoczyna swoje rapowetour de force. właśnie nimi otwiera drzwi do swojego hedonistycznego królestwa, zwiastując, że nie ma w nim miejsca na nawijanie o codziennej walce ras, klas, mas... jak ktoś nie ma nastroju, ktoś nie odnajduje się w takim towarzystwie to zapraszamy za rok, ew. w innym wcieleniu. a ja chętnie wejdę, bez cukru proszę, bo pierwszy raz w życiu mogę się utożsamiać z powyższym cytatem.

    tu trzeba pierwiastka rozwijającego szaleństwa. gniewu nad którym nie macie kontroli. efemerycznych wspomnień sprzed własnych narodzin. tylko wtedy uda wam się świadomościowo zjednoczyć z pędzącą i nieustannie zmieniającą swój skład atomowy, materią Playboia Carti.

    podtrzymuje i się w pełni utożsamiam. a skoro swoje osobiste bragga, mam już za sobą to przejdźmy na moment do "konkretów".
    wciąż uważam, że punktem wyjścia do autentycznego zajarania się twórczością PB, jest pewnego rodzaju mimowolnie zaistniałe "zaufanie" towarzyszące odsłuchowi. brak niepotrzebnego komplikowania doznania przez doszukiwanie się w nim zwierciadła, w którym możemy się przejrzeć. bo tutaj kompletnie nie ma miejsca na tego typu "uzdrawiające" doznania.
    to nie jest album, który może nas w sobie rozkochać. albo wyczujecie chemie ciążącą w pierwszym wymierzonym spojrzeniu, albo jesteście straceni. mieliście tylko jedną szansę by wskoczyć do tego pędzącego, do purpurowej krainy pociągu.

    jeżeli już znaleźliśmy się w tych samym wagonie, w tych samych butach co $ir, to wypadałoby zapytać czemu?
    bo jeszcze nikt nie zdołał na przestrzeni całego albumu, utrzymać tak wysokiego stężenia trapowego haju.
    hipnotyczne egzekucje spolimeryzowanych sampli spod ręki Pi'erre Bourne, ciążą nad lepkością Carterowego flow przez blisko godzinę. ten trip ani na chwile nie zmniejsza stężenia, wisi nad głową słuchacza wsysając go i nasycając czystością chemicznego składu branych środków. wszystko czym raczą i częstują nas Borune i Carti nosi w sobie znamiona niewytłumaczalnego, odrealnionego fenomenu. a z drugiej strony, przez ich repetycyjny charakter przenikają do podświadomości słuchacza i całkowicie przegrupowują jej funkcyjność.

    w tym zapętlaniu doznań i nawijce zniekształcającej znaczenie słów, można łatwo zweryfikować prawdziwą wybitność DIE LIT.
    bo po pierwsze. nie pamiętam, nie przypominam sobie by ktokolwiek w rapie tak SWOBODNIE operował, tak BARDZO zaraźliwym, popowym wręcz potencjałem na mocno eksperymentalnych zasadach.
    i po drugie. skoro Carti odnajduje się w tak jednorodnie udekorowanych tłach, to znaczy, że nie ma sobie równych jeżeli chodzi o pewność siebie. nie musi nic pozorować, sztucznie polepszać i podkręcać. wystarczy, że nawija ćpuńskim rozmiękczonym flow na tle czarnego tła z przypadkowo rozlaną farbą, która nie chce wyschnąć i wzbija się na wyżyny artystycznej zuchwałości.

    i generalnie do zobaczenia za X lat, bo to coś, wciąż we mnie rośnie.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #folktronica #dreampop #psychedelic

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #5. 공중도둑(Mid-Air Thief) - 무너지기 (Crumbling)

    pisanie o takich płytach jest tak samo wdzięcznym zajęciem, jak samo ich słuchanie. o, właśnie od tych słów powinienem zacząć. wyobraźcie sobie wszystko co lubicie w muzyce - na tym albumie to znajdziecie (kradzione, ale zawsze chciałem użyć tej formułki w jakimś wpisie) ;).

    nie dajcie się zwieść powierzchownym opiniom, niech nie zbiją was z tropu przewijające się w "recenzjach" głosy o cukierkowości, uroczej atmosferze i niewinności budującej świat tej płyty. to piszą ludzie co się jeszcze nie znają i dopiero rok temu odkryli /mu-core/. wyobraźnia i ambicje Koreańczyków sięgają zdecydowanie dalej niż granie słodkich, drobno ciosanych piosenek. a na przestrzeni 44 minut tłumaczą i przybliżają cały ogrom zjawisk pogodowych, nie tylko sporadycznie pojawiający się na niebie tęczowy łuk.

    zaczynające album 왜? (Why?), początkowo dezorientuje backmaskingowym zbiorem chaotycznej treść. imitując zamglony, wstający z objęć nocy świat obserwowany zza oszronionych szyb. gdy szron zaczyna puszczać, ześlizgiwać się w nicość, odkrywamy i zaczynamy chłonąć budzącą się w blasku wschodzącego słońca przyrodę. od tego momentu zaczyna się pochód neonowo rozdmuchiwanych dmuchawców, radiacyjny spływ martwych porostów brzegiem rzeki i grawitacyjne szybowanie nad pożółkłym polem. mogłoby się wydawać, że ktoś tutaj próbuje psuć przyrodniczą pierwotność i cnotliwość niepotrzebnymi wynalazkami. ale jest zupełnie na odwrót, bo to one warunkują baśniowość doznań.

    folkowy krój i rodowód Mid-Air Thief odnajduje wsparcie w nieco przestarzałej już technologii, nad którą duet potrafi w pełni zapanować. przez co początkowo wpisana w jej istnienie "użytkowa pomocniczość", zaczyna promieniować rozczulającym ciepłem. wydobywa ze złożonych, momentami inspirowanych wręcz gitarowymi pielgrzymkami Johna Faheya, akustycznych zagrywek ich emocjonalną wielowymiarowość. raz pęcznieje od eklektyzmu, zagrabiając wszystko co najlepsze z psychodelicznych bajkowych pejzaży, a raz kurczy się do mikroskopijnych rozmiarów, kompensując w sobie bolesną świadomość przemijania. raz promienieje celebrując dziecięcą beztroskę, a za chwile zasłania rozmarzone klepiska, szarymi chmurami utraconych na zawsze wartości.

    zadziwiające jak wymownie miesza się tu tak wiele różnych tonów, zjawisk, osobliwości i kultur. a jeszcze bardziej zadziwia płynność i zgodność tych wszystkich dozowanych doznań. to chyba jest ta regionalna przypadłość, na którą chorują wszyscy muzykujący Azjaci. tylko oni potrafią w taki sposób przetłumaczyć na swój język i swoje wzorce zupełnie obce im obyczaje. wydobywając z nich i wylewając przy ich pomocy tożsamości, o których istnieniu sami nie wiedzieli.
    folkowe tradycje potraktowane elektroniczną i psychodeliczną ornamentyką, stają się aparaturą reanimującą chęć do posiadania niespełnionych marzeń, snutych przez lepszą wersje każdego z nas. którą człowiek niepotrzebnie w sobie dusi, deklarując, że wciąż czeka na ten odpowiedni moment...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #jazz #ambient #experimental

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #6. Eli Keszler - Stadium

    Gatunki: avant-garde jazz, ambient, electroacustic
    RIYL: Necks, Tortoise, Taylor McFerrin, Sun Ra, długie spacery, zapach Amolu

    chyba każdy muzyczny-świr zna to uczucie, kiedy na jego radarze pojawia się album "kradnący serce" już od pierwszego spojrzenia na okładkę. często po zderzeniu z samym materiałem czujemy zawód, sporadycznie dostajemy to czego potrzebujemy, a czasami musimy przetrawić coś zupełnie mijającego się z oczekiwaniami. Stadium Eliego Keszlera, jest dla mnie świetnym przykładem tej ostatniej kategorii, którą w tym przypadku mógłbym dodatkowo uzupełnić notatką o "miłym zaskoczeniu".

    darujmy sobie na chwile te ckliwe rozkminy i skupmy się na samej muzyce. bo w tym przypadku, czynności obczajająco-korygujące nie pomagają w odbiorze, tu trzeba po prostu "puścić krążek w obieg". jak już nam krąży co trzeba, to na dzień dobry wybudzamy się w środku akcji, zawierającej w sobie tyle samo, jak nie więcej, frapującej materii i prowokującego minimalizmu co na okładce. Keszler będący dosyć utalentowanym perkusistą, sprawnie "doklepującym" eksperymentalnym wizjom chociażby Laurel Halo, czy post-industrialnym obskurom Daniel Lopatina, zdążył wyrobić sobie pewnego rodzaju zmysł "intuicyjnego" traktowania swoich instrumentalnych umiejętności. w obecnej formie są one dla niego czymś w rodzaju płynnej materii. żywego tworzywa, które może modelować i koordynować bez ograniczeń, w poczuciu pełnej kontroli nad każdym jej ruchem, szelestem i bezwarunkowym świstem.

    swoboda ale jednocześnie spójna wizja tego co chciał przedstawić na Stadium, jest może nie tyle co kompromisem, ale koherencją muzycznego doświadczenia i wyobraźni do malowniczego operowania dźwiękiem.
    snute na przestrzeni albumu perkusyjne, asymetryczne pulsacje ciągną się za naszymi plecami, dyktując tempo wędrówki na drodze usłanej symetrią elektroakustycznych wyładowań. ten miejsko drgający rytm jest konstrukcją, zBITą instalacyjną bryłą, na którą rzucane są coraz to inne kolory, światła i znaczenia, przez co jej wydźwięk, myśl przewodnia tkwi w permanentnym zawieszeniu i niekończącej się reorganizacji.

    ten jazzowo-urbanistyczny ambient momentami wybrzmiewa soundtrackowym zacięciem. w tej kwestii też musimy się pożegnać z tradycyjnie pojmowaną kategorią "ścieżki dźwiękowej". bo to ona, sama w sobie, narzuca i definiuje świat obrazu a nie na odwrót. nie jest jedynie powiewającą w tle próbą dogrania się pod zwarte i zamknięte koncepty.
    dlatego z grającym na słuchawkach Stadium, podczas rutynowego spaceru ulicami dowolnego miasta, jego architektura, samoorganizujące się ludzkie byty i zaklęty w nim nastrój, zaczynają nabierać zupełnie innych znaczeń. Keszler zamienia swoją muzykę w gwiezdny pył osiadający na konturach miejskiej dżungli, która na moment staje się czymś innym niż zawsze. staje się żywą tkanką uprawiającą swój peformance artystyczny, w którym my też się znajdujemy. ale tylko w roli obserwatora, któremu wydaje się, że wyciąga z szarej rzeczywistości coś więcej.

    i wracając do okładki, to jednak jest ona wybitna. po przesłuchaniu płyty jeszcze bardziej. bo ukazując na niej jedynie skrawek dachu na tle błękitnego nieba, zaczynamy podejrzewać, że ktoś specjalnie tam spojrzał. buntowniczo odwrócił wzrok od dziejącego się poniżej cudu, w który i tak nam nikt nie uwierzy.
    "niezauważalne na co dzień cuda". o nich właśnie jest ta płyta.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #rap #yeezymafia #hiphop

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #7. Earl Sweatshirt - Some Rap Songs

    Gatunki: abstract hip-hop, glitch-hop, jazz-rap
    RIYL: Madvillainy, cLOUDDEAD, nagrobkiboners, jedzenie karaluchów

    Earl znowu to zrobił.

    od zawsze, to właśnie pan Sweatshirt wzbudzał we mnie najwięcej sympatii z całego OFWGKTA, które jakby nie patrzeć, trzęsie sporym kawałkiem muzycznego światka od blisko dekady. gdy ludzie płakali - bring real soul music back, dostali The Internet. gdy domagali się emocjonalnego oczyszczenia, mogli nadstawić głowę pod pomarańczowy deszcz powstały z uczuciowych rozładowań Franka Oceana. czy w dzisiejszej muzyce są ludzie z rozdwojeniem jaśni? proszę bardzo, tu stoi Tyler, który od zawsze nie potrafił zadecydować czy chciał zostać błaznem, czy jest jedynie chłopcem zepsutym od życiowego bólu i wątpliwości, zamkniętym w ciele dorosłego mężczyzny.

    natomiast Earl, od zawsze był tym niedookreślonym, wycofanym graczem, zgrabnie wymykającym się etykietkom, które tylko czekają na odpowiednia zaszufladkowanie ludzkich istnień. od początku żył w oczach innych wedle legendy "o największym talencie po tej stronie ameryki". cały problem w tym, że on nigdy nie chciał, nie pisał się żeby ową legendą zostać. zdecydowanie bardziej bawi go bycie obserwatorem otaczającej rzeczywistości. pławienie się w trapowym modernizmie nie idzie po drodze z egzystencjalizmem, poukrywanym w jego rapowej misji. a próby pogodzenia ze śmiercią od zawsze mocno przebijały się przez eksperymentalne glitchowe-hopowe pętle.

    Earl jest na tyle wyjątkowym gościem, nie tylko w obrębie swojej ekipy, ale jeżeli chodzi o cały hip-hop, że mam wrażenie, że stanowi jakąś odrębną kategorię. zapełnia nisze po wszystkich abstract-hiphopowych mistrzach nienadążających za czasami. przejmuje pałeczkę po wszystkich szamanach bitów i słów działających w podziemiu, gdzie w swoich nielegalnych laboratoriach przeprowadzali nielegalne eksperymenty na muzycznej materii. Earl jest ich duchowym i mentalnym spadkobiercą, który wraz z Dannym Brownem orbituje po nieosiągalnych dla innych rejonach "muzycznego odrealnienia". jeden i drugi robi to na innym skraju tego samego spektrum. Brown jest czystym chaosem szukającym wyjaśnień dla praw fizyki, Earl jest szarą stagnacją, która sprawia wrażenie pogodzenia z własnym losem.

    i jeszcze jedna rzecz. przy okazji Some Rap Songs, już w dosłowny sposób daje do zrozumienia, że rap, muzyka i generalnie SZTUKA jest dla niego duchową kuracją. a nagrywając i nawijając pod bit staje się swoim osobistym kapłanem, mówiącym o tym, że śmierć i wszystko co z nią związane, są w jego życiu czymś naturalnym i wszechobecnym.
    przy okazji dokładając kolejną, tę mroczniejszą cegiełkę do budowania historycznego pomostu pomiędzy jazzem a hip-hopem, który jest jego logiczną, post-modernistyczną kontynuacją w ewolucyjnym łańcuchu.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #synthpop #mirkoelektronika #indietronica

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #8. Garden City Movement - Apollonia

    Gatunki: synthpop, indietronica, chillwave, deephouse
    RIYL: Junior Boys, Washed Out, pięcioksiąg, seks bez zabezpieczeń

    próżno, przynajmniej w moim odczuciu, jest szukać w wydawanej dzisiaj muzyce doznań "metafizycznych". ten niegdyś wyeksploatowany na potrzeby radzenia sobie ze strachem, generowanym przez monumentalność przełomu wieków pierwiastek, dzisiaj chyba nikogo już nie interesuje. a przynajmniej nie tak jak te +/- 20 lat temu. uśmierzyć ból przemijania, alienacje i frustracje można w inny, mniej podniosły sposób. niedogodności lepiej zwalczać śmiechem i cynizmem upasionym od życiowego doświadczenia.
    a gdzie indziej szukać obiektu kpin i wyśmiania, niżeli w snuciu fantazji o bezkresie kosmosu, istocie świadomości, i "reszcie tego rozfantazjowanego gówna?"

    czemu wspominam o tym w kontekście płyty Garden City Movement? bo to chyba jedyna pozycja z tego roku, której przez chwilę, udało się we mnie wzbudzić właśnie to zapomniane poczucie obcowania z czymś metafizycznym.
    przejście z intro w postaci duchowo roznegliżowanego Again, samoistnie rozsadzającego się od środka, do Passion Is a Dying Theme, brzmi jak muzyczna imitacja narodzin. niekoniecznie człowieka, niekoniecznie pojedynczej świadomości. a bardziej mikro-wszechświata, w którym zaistnieje reszta tych paranormalnych, muzycznych zjawisk.

    umyślnie uduchowiona ekspozycja Izraelskiej formacji, jest jednak mocno rozerotyzowana w swoich ciemnych zakamarkach. prowokacyjnie pełza i ślizga się w szlamie muzycznych pokus o skosztowaniu grzechów. a w echu głoszonego kazania, można usłyszeć krzyk upojnej rozkoszy. szkoda jedynie, że ta gęsta atmosfera zaczyna się momentami, delikatnie rozrzedzać. gdzieś na wysokości For Tommorow, przez co Apollonia skręca bardziej w stronę czegoś co nazwałbym "kacem po chillwavie". czyli z jednej strony eksploracja starych sampli i dźwięków w celu celebracji wakacyjnych sentymentów, a z drugiej brudzenie tego wszystkiego dziwnymi wątpliwościami. w towarzystwie bólu głowy, który niepotrzebnie komplikuje miłe wspomnienia(ale przy okazji nadaje ciekawego rysu bliskowschodnim naleciałościom - wiec mamy chyba remis)

    a może właśnie o to chodziło? żeby drobnymi przebitkami przypomnieć, że metafizyczności nie da się w pełni odseparować od szarej rzeczywistości? że tam gdzieś obok uniesień czekają obowiązki? że może mając z tyłu głowy te informacje łatwiej zejść potem na ziemię? żeby nie było aż takiej przykrości po przebudzeniu?
    bo wiecie. jak coś działa, pomaga, to zawsze będzie niosło za sobą skutki uboczne. także dzisiaj polecam każdemu podwójną dawkę. tak profilaktycznie.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: dami423, N...m +7 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #dreampop #lofi

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #9. Kevin Krauter - Toss Up

    Gatunki: singer-songwriter, soft-rock, dream-pop, neo-psychedelia
    RIYL: Hoops, Homeshake, Mac DeMarco, kawowe jeżyki, tony hawk pro skater 3

    poczciwy Kevin Krauter z formacji Hoops.

    dla tych co znają wspomniany zespół, wszystko powinno być jasne. w "solowym wydaniu" od ich basisty to wciąż ta sama, stylistyczna mieszanka hypnagogicznego popu oddychającego podmiejską sielankowością i jangle-popową manierą wykorzystywania gitar do grania chwytliwych hoo(p)ków. jednak Krauter zdecydował się na krok "naprzód", rezygnując ze zbytniego babrania się w wytłuszczającej, dodającej "prawdziwości" nisko-jakościowej otoczce.
    po lo-fi'owej przeszłości, zostały tylko drobne blizny. jest ona czymś w rodzaju nawyków wyniesionych z rodzinnego domu, których ciężko się pozbyć. natomiast dla Hoops była ona sensem istnienia i lekarstwem zagłuszającym głosy z tyłu głowy. dlatego na Toss Up próżno już szukać tej charakterystycznej, ziarniście przemykającej mgiełki i powstających z niej oparów.

    w zamian za to możemy podziwiać dogłębność i wyrazistość muzycznego świata, zarówno w kwestiach formy jak i treści. ta pierwsza pomimo starannego doszlifowania i wyostrzenia, nie kaleczy i nie powoduje ran przy bliższym kontakcie.
    bo o jej gładkość i bezinwazyjność dba soft-rockowo zorientowany pietyzm, którym Krauter jednoznacznie oddaje hołd swoim mistrzom. i tylko sporadycznie rezygnuje z tej gładkości na rzecz szorstkich powierzchni(tnących), kulminując je w psych-popowym mini-przepychu ozdobników(będącymi pochodnymi "vaporowej", "poczekalnianej" estetyki, a nie 60sowych bad-tripów ;-)).

    obierając taką drogę dla dźwiękowych refleksji i piosenko-pisarskich ambicji, główny oskarżony sytuuje się gdzieś pomiędzy homerecordingowym, piwnicznym zdziwaczeniem, a byciem Toddem Rundgrenem w ariel-pinkowej rzeczywistości.
    i snując swoim pozornie wyblakłym wokalem smutne historie na repetycyjnych podkładach, spłaca wszystkie zaległe długi, odnajdując się w rzeczywistości po rozpadzie zespołu.
    a kiedy w "rozbujanym na trzy/czwarte" Lonely Boogie autentycznie załamuje mu się głos w ostatniej zwrotce, to aż chce się napisać coś banalnego, że tu i tak "chodziło o coś więcej"...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #dreampop #indiepop

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #10. Kero Kero Bonito - Time 'n' Place

    odchodząc na momencik od wigilijnego stolika...

    z tą panią już się znamy jakiś czas. Ksero Ksero BoMiTo (wolno). jak jesteście takim słodziutkim, wypchanym mleczną milką po brzegi stworzeniem, to wystarczy wasz ponętny uśmieszek żeby zbyć i rozproszyć w powietrzu wszystkie zarzuty o odtwórcze kopiowanie schematów estetweeki. wiadomo, że to trochę dla zgrywu i żartu z tą odtwórczością. bo co jak co, ale to jedna z tych bardziej oryginalnych i "brzmiących po swojemu" ekip ostatnich lat. która przeszła ciekawą drogę. zaczynając od niezobowiązujących zabaw w j-hip-hopowe recytacje pod bit-bassowe matryce posklejane gumą balonową. zatrzymując się na moment w dream-popowym sentymentalizmie. ostatecznie stając w rozkroku pomiędzy jedną i drugą estetyką.

    bo tak właśnie kreślona jest kolorowanka zatytułowana Time 'n' Place, która nie tylko w tytule odnajduje odpowiedni czas i miejsce dla swojej własnej historii, ale również w samej muzyce. zapędy do przebojowego popu wzbogacane są 8bitowymi melodyjkami ze sklepu z zabawkami. głupiutko przemijający okres dojrzewania jest sporadycznie komplikowany psującą się technologią. a wszystko przy głośno-myślącej barwie głosu Kero, która trafia w każdy dźwięk, przechadzając się wzdłuż i wszerz, po wszystkich stopniach tęczowej skali.

    i jeszcze jedna sprawa. od samego początku nie mogę zrezygnować z patrzenia na ten tuzin popowych arcydziełek, jak na próbę wskrzeszenia bitelsowskiej szkoły piosenkowania. wiadomo, że nie w prostej linii. wiadomo, że w zupełnie innej, alternatywnej rzeczywistości gdzie to androidy buszują w zbożu. ale czy tak nie brzmiałby komputer, zaopatrzony jedynie w dźwiękowe bitmapy, zaprogramowany do grania marseybeatu? urocza serpentynada power-popowych przebojów, zacinająca się od braku wolnego miejsca na dysku. przykurzony wiatraczek, zapchany cyfrowym brokatem. słodko-gorzka infantylność doznań, której dwubiegunowa prawdziwość wychodzi na wierzch przy ostatnim przełknięciu słodyczy.

    ps. Sometimes to najsłodsze i najfajniejsze nawiązanie do Beach Boysowskiego Party' jakie w życiu słyszałem
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #jazz #rockprogresywny #japonskamuzyka

    pierwszy wpis: tutaj

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #11. Koenji Hyakkei - Dhorimviskha

    Gatunek: Zheul, rock progresywny, jazz-fusion
    RYIL: Magma, Yes, avant-prog, dziwne progresje akordów, Filthy Frank, pokemony

    spoglądając na gatunki jakimi ten połamany w nazwie album(jak się okazało nie tylko w tym) został podpisany na rymie - Zeuhl(co to w ogóle znaczy? strzelam, że to odpowiednik "dzbana" w czarno-mowie), Brutal Prog i dający nadzieję na coś w miarę normalnego - Jazz Fusion, byłem przekonany, że skazuje się na katusze.
    żeby nie było, miałem świadomość o istnieniu tego zespołu, coś mi świta, głównie ze względu na malowniczą i zapadającą w pamięć okładkę ich poprzedniego LP. to jednak miało to być moje pierwsze i zarazem w pełni świadome zetknięcie z ich "muzycznym bagnem", z dryfującą na jego powierzchni lilią, zachęcającą żeby spróbować tam chociaż zanurzyć nogę.

    po pierwszych kilkunastu sekundach otwierającego Vreztemtraiv, już sobie dopowiedziałem w myślach - ok, czyli miałem rację - a to gówno ma trwać ponad godzinę, świetnie. jednak w pewnym momencie, wraz z wejściem damskiego wokalu, ewokującego w pierwszej chwili głosowe popisówki w rodzaju "Dudziakowej Papai", a potem walczącego o pierwsze miejsce w biegu z piętrzącymi się orkiestracjami, wszystko się wyjaśnia. kompleksowość, dysonansowość i wielonastrojowa natura tych jazzowych omamów, i surrealistycznej koordynacji dźwiękowej wyzwala dziwnie rozgrzewającą, ale też skomplikowaną przyjemność płynącą z odsłuchu.

    człowiek próbuje nadążyć za tym co się tu dzieje, co tu się zaraz stanie. próbuje ogarnąć za jednym zamachem całe to orientalne targowisko odsiewając tandetę od świecidełek, ale jest to niemożliwe. bo żeby mieć spokojne sumienie i mieć pewność, że zobaczyło się i POZNAŁO każdy smak podczas tej "fermentującej" wycieczki, musi odhaczyć każdą miejscówkę w turystycznym przewodniku. a prawdziwą sztuką jest docenić i odnaleźć piękno nawet w tej części regionu, którą tubylcy określaliby mianem slumsów...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #dreampop #shoegaze #paniladniespiewa

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    zapraszam na drugą część muzycznego podsumowania roku.

    po pierwsze - na wstępie zaznaczam, że pomimo widniejącego w tytule "Albumy", EPki również były brane pod uwagę i dwie z nich znalazły się w zestawieniu.

    po drugie - w związku z tym, iż w 2k19 planuję porządnie rozpisać CAŁĄ dekadę, ten rok(tak jak poprzedni, wyjęty z życia) pozostanie w materii długograjów(i nie tylko) nieco zagadkowy. zostanie dopisany do niekończącej się listy rzeczy do nadrobienia. dlatego postaram się teraz skupić na treści, na "pigułkowaniu znaczeń" i przejrzystości(oczywiście bez irytującej bezrefleksyjności i miałkości). także spokojnie, na (nie)potrzebne rozkminy też będzie miejsce. więc bez mocnej kawy, albo tłuściutkiego makowca nawet nie zaczynajcie tego czytać ;-)

    po trzecie - czasami będzie więcej niż jeden wpis dziennie(trzeba się wyrobić przed 31 :|), więc śledźcie uważnie.

    po czwarte - ranking albumów(i EPek) będzie obejmował 12 wydawnictw, które postaram się omówić i przybliżyć "po mojemu". jednak zanim przejdziemy do pozycji 12, wklejam krótką listę płyt, które bardzo mi się podobały, które cenie, ale niestety nie zmieściłem ich w ścisłej czołówce:

    24. Leon Vynehall - Nothing Is Still
    23. Pusha T - DAYTONA
    22. Against All Logic - 2012 - 2017
    21. MGMT - Little Dark Age
    20. George Clanton - Slidep
    19. Ravyn Lenae - Crush(EP)
    18. Kamasi Washington - Heaven and Earth
    17. Julia Holter - Aviary
    16. Domenique Dumont - Miniatures de auto rhythm
    15. Gang Gang Dance - Kazuashita
    14. 石橋英子 - The Dream My Bones Dream
    13. GAS - Rausch

    jak ktoś dotrwał do tego momentu, to teraz przechodzimy do rzeczy...

    #12. Hatchie - Sugar & Spice

    Gatunek: Dream pop, shoegaze, synthpop
    RIYL: Chromatics, Cocteau Twins, ładne melodie, kwaśne żelki.

    gdyby ktoś naprawdę dociekał i dopytywał chodząc od Rabina do Rabina, o to jakim głosem przemawiają dziewczynki wychowane na Heaven or Las Vegas, to może już sobie darować. bo JA znam odpowiedź.
    Sugar & Spice(cóż za rozbudzający tytuł) rozwiewa wszystkie wątpliwości, bezczelnie wchodząc w dialog z mistrzami gatunku. uszczuplając iluminujące ściany o kilka dobrych warstw, robiąc nieco miejsca dla przejaskrawionych rozbłysków z drugiego końca sali.

    najkrócej byłoby napisać, że Hatchie i jej 5-piosnekowa EPka, znalazła się tak wysoko, bo po prostu trafiła na odpowiedni moment w moim życiu. a ja akurat miałem ten jeden wolny moment
    zagiętego-koła nikt tutaj nie wymyśla. podobny casus, co boy pablowe "Losing You", którego prostota przekazu warunkuje zaraźliwość, i vice versa...
    a fikcyjna szlachetność new-wave'wowej melodyjki w zderzeniu z marzycielską puszystością, doprowadza do brzmieniowej lucyferazy. znana i lubiana reakcja, która przy odpowiedniej atmosferze potrafi zdziałać cuda, rozświetlając nawet najnudniejsze i najbardziej ospałe strony ludzkiego żywota. w takiej emisyjnej napastliwości, którą upodobała sobie pochodząca z Australii artystka, bardzo łatwo się zauroczyć. wystarczy poluzować kilka miejsc, pójść na dach centrum handlowego i patrzeć jej w oczy, spadając powoli w przepaść miłości...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    •  

      @KurtGodel: no bonomo szanuje
      dla mnie to jest takie immunity 2, 1 część może być ale druga nawet jak na ambienty nudna. ale nominacja do grammy jest, chleb za coś trzeba kupić.

    •  

      @KurtGodel: Przede wszystkim "Rausch" jest bardziej przemyślany i spójny od "Narkopopu", no i też Voigt chyba zrzucił z siebie sporo rdzy. Daughters to tak bardziej na fali hype'u, nie jestem do końca przekonany, zwłaszcza, że porównywałem bezpośrednio z poprzednim albumem - i tamto wcielenie jednak zdecydowanie ciekawsze.

      Z racji absolutnego braku czasu w tym roku poszedłem w "alternatywny mainstream" i generalnie jestem rozczarowany. Niby jest trochę fajnych płytek: Spiritualized, Gang Gang Dance, Mogard, Alva Noto, Mount Eerie czy Autechre (straciłem na nich cały weekend XD) ale żadnej nie ślubowałbym "i że nie opuszczę Cię aż do śmierci". A może to tylko wyraz rezygnacji, że muzyki jest już tak dużo a nie jestem w stanie jej całej przetrawić?

      Co do ideologii, to w przypadku muzyki jakakolwiek z nich jest mi raczej obojętna, może to i nie jest właściwe podejście, ale nie odczuwam specjalnej potrzeby, żeby je roztrząsać. Poza tym od paru ładnych lat słucham corocznie tak chorej liczby płyt (i cały czas uważam, że to zbyt mało), że w tych wszystkich kontekstach, nawiązaniach czy ideach się po prostu gubię.

      @Weishaowang: Fascynuje mnie ta kariera: typ gra w sumie od 20 lat praktycznie to samo i ludzie się na to nabierają. "Immunity" było odrobinę powyżej średniej, a "Singularity" dość dobrze z Kurtem opisaliście. Taka muzyka dla ludzi-klonów wyznających zasadę "jestem jedyny w swoim rodzaju, wyrazisty i niepowtarzalny", a różnią się co najwyżej tym, czy mają rozbity telefon czy nie ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

      +: KurtGodel, N...m +2 innych
    • więcej komentarzy (17)

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów