•  

    Utworzyłem spam listę (ktoś wie czy da się zawołać obserwujących tag?) ale jeszcze nie wiem jak to działa ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Uprzedzam, że post jest z Marca zeszłego roku więc niektóre informacje mogły się zdezaktualizować

    #historiaiwojskowosc

    Żołnierze Talibanu i uchodźcy w Heracie, 2001 rok

    TEN NIEZRĘCZNY MOMENT, KIEDY TRZEBA PRZYTULIĆ SIĘ DO WROGA - POWSTANIE W HERACIE W 2001 ROKU

    Herat to miasto w zachodnim Afganistanie, położone około 60km od granicy z Iranem i jedno z większych miast tego kraju obok Kabulu, Kunduzu i Mazar-e-Sharif. Dodam też, że Herat przeżył dwa powstania - jedno w 1979 roku, o którym dziś NIE BĘDZIE, a także to nowsze, z 12 listopada 2001 roku.

    W listopadzie 2001 roku Amerykanie - głównie pod postacią lotnictwa i sił specjalnych - działali już na całego w Afganistanie, gdzie wspierali przeciwko władzy Talibów tzw. Sojusz Północny (Northern Alliance), złożony z ludów pasztuńskich oraz wszelkich przeciwników władzy Talibanu. Taliban zaś czerpie swoją nazwę od pojęcia ucznia, a Talibowie - jeszcze w okresie interwencji ZSRR - byli kimś w rodzaju muzułmańskiego Hitlerjugend, rekrutowanego z całego świata na uniwersytetach - także Afganistan dostał swoją dawkę prawdziwego Islamu, gdy ostatecznie w drugiej połowie lat '90 Taliban przejął w kraju władzę :)

    Jednocześnie silnie koraniczny, sunnicki ruch w trybie natychmiastowym wygerenował sobie wroga. Pod postacią kogo? Hmm, być może silnie różnego w interpretacji Koranu państwa szyickiego? Jakie są państwa szyickie na świecie? No zasadniczo jest jedno.

    Iran.

    Według trudnych do zweryfikowania informacji, ówczesny generał irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, Yahya Rahim Safavi, dziś osobisty doradca Ajatollaha w sprawach wojskowych, lobbował u Chameniego w przedmiocie możliwej interwencji w Afganistanie. Według słów samego Safaviego, w 1999 roku Iran mógłby skierować na granicę z Afganistanem ok. 3 miliony ludzi - wojskowych i paramilitarnych - a interwencję mogłoby prowadzić kilkadziesiąt tysięcy. Chomejni jak widać nie chciał jednak dolewać oliwy do ognia i ograniczono się jedynie do wojskowego i doradczego wsparcia Northern Alliance. No i oczywiście do budowy siatek szpiegowskich w zachodnim Afganistanie, głównie w rejonie Heratu :)

    Herat pozostawał jednakże w 2001 roku twierdzą Talibanu, gdzie szacowano liczbę bojowników na kilka tysięcy. Amerykańskie naloty zdołały wprawdzie zneutralizować dużą liczbę czołgów i broni ciężkiej, jednak z przyczyn humanitarnych dywanowe naloty na miasto nie wchodziły w grę. Nadal jednak, pomimo obecności Rangersów, Delta Force i polowych operatorów CIA, przyłączonych do ok. 5 tysięcy bojowników lokalnego watażki, Ismaila Khana, Khan korzystał również z pomocy swoich irańskich sojuszników.

    W celu szybkiego zdobycia Heratu rozważono jednak dość... niecodzienny układ.

    Safavi zaproponował amerykańskiemu dowódcy, generałowi Tommiemu Franksowi, że w Heracie wywołać można antytalibskie powstanie i zsynchronizować je ze szturmem na miasto. W tym celu w Teheranie powołano wspólną (!) komórkę operacyjną irańskiego i amerykańskiego wywiadu - ostatni raz taka współpraca miała miejsce przed irańską rewolucją w 1979 roku.

    Zgodnie z opracowanym planem, siatka wywiadowcza w Heracie miała przygotować wszystko co trzeba, by umożliwić amerykańskim i irańskim komandosom infiltrację miasta, przebranym za lokalną ludność (w tym kobiety). Następnie Irańczycy - znający lepiej lokalne zwyczaje i często także język - mieli szybko zorganizować grupy antytalibskie i nawoływać do powstania w samym mieście, by wywołać w obronie Talibanu jak największy rozgardiasz. Następnie - i po szturmach sił specjalnych na kluczowe pozycje - wejść miały siły Ismaila Khana z resztą Amerykanów.

    Plan wykonano ostatecznie 12 listopada 2001 roku. I powiódł się on w zupełności. Udało się pozyskać kilkuset bojowników, którym wnet rozdano przeszmuglowaną przez Irańczyków broń. Następnie dzięki irańskiemu rozpoznaniu siły Delta Force oraz irańskiego Quds - czyli irańskiego jakby Specnazu, podlegającego pod Gwardię Rewolucyjną - uderzyły precyzyjnie na punkty łączności oraz dowodzenia w Heracie, zabijając i biorąc jako jeńców wielu Talibów. W tym czasie Amerykańskie lotnictwo uderzyło chirurgicznie na ważne logistycznie punkty.

    Wszystkie te ataki - wyprowadzone w kilka godzin - spowodowały zupełne załamanie talibskiego łańcucha dowodzenia i paraliż komunikacyjny. Nagle wyizolowane pozycje obronne, mające jeszcze powstanie za swoimi plecami (bo mieszkańcy już wtedy wesoło Talibów masakrowali na ulicach rozdaną bronią), po prostu się załamywały, a wieczorem tysiące Talibów uciekało już z miasta w góry. Wielu uciekło, choć nie bez ciężkich strat w walce z milicjantami Khana, który tryumfalnie wkroczył do Heratu, i z którym był związany zresztą od lat, jeszcze w czasach gdy prowadził na tych ziemiach partyzantkę przeciwko Sowietom.

    Nie ma oficjalnych danych na temat strat obydwu stron, jednakże i irańskie i amerykańskie źródła podkreślają perfekcyjny przebieg operacji, przez co można bezpiecznie założyć, że straty były bardzo niskie.

    Rozbieżności pojawiają się dalej - oczywiście ramię w ramię z polityką :)

    Safavi miał podobno rozważać naciski na Ajatollaha w przedmiocie odwilży w stosunkach Teheran-Waszyngton po tej operacji. Safavi jednakże był zapewne lepszym dowódcą niż politykiem, bo już na początku 2002 roku Bush ogłosił, że Iran jest częścią osi zła, czym umocnił trwającą do dziś antyirańską politykę USA.

    Amerykanie oficjalnie wypierają się bliskiej współpracy z Irańczykami w Heracie. Według nich działały siły irańskie wśród ludzi Khana. I tyle. Kto jednakże wywołał powstanie? O tym Amerykanie już nie do końca mówią, a tymczasem od kilku lat komórka "koordynacyjna" CIA w Teheranie jest już jednostką jawną... i funkcjonującą do dziś.

    Amerykańscy żołnierze sił specjalnych (bo "operator" to rakowe słowo) dostali zakaz w przedmiocie udzielania szczegółów co do tej operacji, podobnie obecni w rejonie Brytyjczycy.

    Jak było więc naprawdę? Moim zdaniem Irańczycy nie kłamią... bo po co? Antytalibska postawa Iranu byłą uzasadniona, a taki ruch w Heracie byłby też pierwszym z kilku mających na celu ograniczenie amerykańskich wpływów wśród afgańskich watażków. Za to z perspektywy USA podkreślanie doniosłości tej operacji nie jest do końca na rękę.

    Ismail Khan był przedstawicielem władzy w Heracie do 2004 roku. Został usunięty ze stanowiska przez prezydenta Hamida Karzaja, co spowodowało gwałtowne protesty z zabitymi i rannymi.

    Jak widać trzeba pamiętać, że polityka jest względna i makiaweliczna. Jeżeli można na czymś zarobić albo coś ugrać, sojusze zmieniają się niczym tasowana talia kart. To tak w kontekście dość popularnego w Polsce motywu moralnego interpretowania sojuszy...

    /MK

    #historia #iran #wojna #usa #gruparatowaniapoziomu #bliskiwschod

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 53046599_2343957548962318_1527806075770765312_n.png

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Wyrzutnia przeciwpancerna Typ 4 w czasie testów polowych

    A dziś co nieco o, w dużym uproszczeniu i krótko mówiąc, "japońskiej bazooce" ;)

    WYRZUTNIA TYP 4

    Jednym z podstawowych przeciwności japońskich żołnierzy w okresie WW2 były alianckie czołgi. Japończycy wyraźnie odstawali zarówno w technologii pancernej jak i środkach jej zwalczania. Zasadniczo najlepszym japońskim czołgiem nadal pozostawał Typ 97 Chi-Ha Kai z armatą 47mm, a gdy Sowieci wchodzili swymi czerwonymi masami T-34 do Mandżurii w sierpniu 1945 roku podstawowym wyposażeniem przeciwpancernym japońskiej armii były... Type 94 i Type 1 kalibru 37mm, o penetracji porównywalnej z niemiecką armatą ppanc. PaK35 - czyli ok. 5cm pancerza na dystansie 100 metrów. Bronie te często nie były w stanie przebić T-34 czy Shermana nawet od boku, a frontalnie nie było o czym marzyć. Nie dziwota zresztą, że na wschodnim teatrze działań końca wojny w czynnej służbie dotrwały stare alianckie wozy jak Matilda czy Grant...

    Pod koniec 1944 roku Japończycy zaczęli realnie przewidywać inwazję na swoje wyspy macierzyste. Gross najlepszego sprzętu pozostawał więc na nich. Obok kilku mniej lub bardziej udanych i ciekawych konstrukcji pancernych Japończycy opracowali też - w oparciu o zdobyte Bazooki i przesłane przez Niemców Panzerschrecki - własną wyrzutnię przeciwpancerną.

    Typ 4 kalibru zasadniczego 70mm - bo o niej mowa - powstała w ilości około 3500 egzemplarzy, z czego żaden nie został użyty bojowo (gdyż wszystkie pozostały w Japonii). Japońska konstrukcja była bardziej prymitywna niż jej zachodnie odpowiedniki. Pocisk został opracowany na podstawie niekierowanych rakiet używanych w lotnictwie. W efekcie nie był stabilizowany lotkowo, ale obrotowo, co pogarszało jego zdolności penetracyjne, ale podnosiło celność. Dla łatwości w produkcji stosowano zapalniki moździerzowe, a prosty mechanizm odpalania po prostu klasycznie uderzał w ów zapalnik. Wyrzutnia produkowała sporo dymu i ognia, przez co strzelający musiał jej używać w specjalnej ochronnej masce, łatwo było bowiem o poparzenia (co ciekawe, nie mają ich żołnierze na zdjęciu). Z Typ 4 można było strzelać tylko w pozycji leżącej, do jej ustabilizowania przy strzale służył dwójnóg.

    Typ 4 penetrowała ok. 8cm pancerza stalowego. Jak na japońskie dotychczasowe osiągi była to mocna broń i mogła zagrozić co bardziej czułym punktom pancerza frontowego większości Shermanów.

    Jak wspomniałem, przez stabilizację w obrocie wyrzutnia miała dużo większy zasięg niż Bazooka i Panzerschreck, bo nawet około 700 metrów! W praktyce taki zasięg był jednak przewidziany tylko do roli wsparcia piechoty, celność punktowa kończyła się na 200-250 metrze... co i tak daje solidne rezultaty.

    Gdyby istotnie doszło do inwazji na wyspy japońskie, Amerykańscy czołgiści mogliby zaskoczyć się nieprzyjemnie. Jak dobrze skonstruowana była to broń zapewne jednak nie dane nam będzie się już przekonać...

    /MK

    #historia #japonia #wojna #gruparatowaniapoziomu #bron #ciekawostkihistoryczne

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 41001140_2087689551255787_7864979240972713984_n.png

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Perfekcyjna rodzina - okładka magazynu dla kobiet Nationalsozialistische Frauenwarte, wydawanego przez Frauenschaft, lata '30 XX wieku.

    A dziś będzie długi wpis, albowiem nie chcę go rozbijać na serię. I chciałbym też powoli oddalić się od ekonomii z powrotem na grunt konfliktów zbrojnych. Mimo wszystko uważam ten wpis za ważny i potrzebny, a zrodził się on w mojej głowie już lekką ręką z trzy miesiące temu. W wolnych chwilach wolałem jednak zrobić co nieco researchu.

    Otóż ponownie na grupkach fejsbukowych, które prowadzę czy na których się udzielam, obok standardowego tematu Pinocheta, co jakiś czas wybucha dyskusja zapoczątkowana przez mości Kurwina, a konkretniej: czy Malarz był lewakiem? Albo jeszcze konkretniej: czy Malarz był socjalistą?

    Tutaj wyjaśnienie – będę naprzemiennie używać określenia Malarz albo Grofaz, rzeczywiste imię i nazwisko Sami Wiemy Kogo nie pojawi się w tym wpisie. Dlaczego? A dlatego, że jeżeli wpis nie spodoba się fejsbuczkowi to fejsbuczek lubi banować za promowanie nazizmu poprzez samo używanie tego imienia w innym kontekście niż jednoznacznie, hardo pejoratywnym

    Nie przedłużając (choć zaraz będzie analogia) – do dzieła.

    CZY MALARZ BYŁ SOCJALISTĄ? – KRÓTKIE ROZWAŻANIA O LEWICOWOŚCI III RZESZY I JEJ PROGRAMACH SPOŁECZNYCH

    Generalnie żeby być zupełnie precyzyjnym, trzeba zauważyć kilka rzeczy. Ówcześni socjaliści czy komuniści byli zupełnie odmienni od dzisiejszych wszelakich SJW (social justice warriors) czy tzw. komunistów sojowych, jakimi są na przykład przedstawiciele Partii Razem w Polsce. Wobec tego to pojęcie słusznie pozostaje na ten moment nieco rozmyte, a samemu do zakwalifikowania osoby do grona socjalistów/komunistów używam zupełnie innych kryteriów niż klasycznie wypracowanych w I połowie XX wieku. Zwłaszcza nieaktualna jest klasyfikacja komunistów w oparciu o legendarny argument uspołecznienia środków produkcji. Zwykle ktoś broni się tym, że nie jest komunistą właśnie w oparciu o ten argument – nie chce uspołecznienia fabryk. Nad tym kryterium pozwolę się stricte w tym wpisie nie rozwodzić, bo byłby częściowo nie na temat.

    Należy jednak zwrócić uwagę, że dla zaistnienia socjalizmu liczy się przede wszystkim polityka mająca na celu wykorzystywanie (tudzież systematyczne niszczenie) klasy bogatej oraz roszczeniowa postawa, nakazująca objąć konkretne osoby czy grupy społeczne opieką – koniecznie funkcjonującą z ramienia państwa – niezależnie od rzeczywistego wkładu tych osób/grup w proces bogacenia się ich społeczeństwa.

    A teraz czas na wspomnianą analogię. Jak wiemy, w czasie drugiej wojny światowej „siły zbrojne” (nie bez powodu z cudzysłowie) Rzeszy podzielone były zasadniczo na dwa rywalizujące ze sobą piony: Wehrmacht oraz walcząca część SS, będącej przybudówką NSDAP, czyli Waffen SS. Piony te ze sobą rywalizowały, nie darzyły się znaczną sympatią i podlegały innym podmiotom: Wehrmacht głowie państwa, podczas gdy SS strukturom NSDAP. Na marginesie podobnie było pod koniec wojny z Volkssturmem. Volkssturm był strukturą NSDAP, rodzajem bojówki partyjnej – bo zasadnicze siły pospolitego ruszenia podległe Wehrmachtowi zwały się Landsturmen i funkcjonowały mniej więcej od XVIII wieku.

    Lecz jednak ,gdy przychodzi co do czego, postrzegamy działania zarówno WH jak SS jako działania kierowane niemieckim aparatem państwowym (bo Malarz uosabiał głowę państwa oraz najwyższy ideał NSDAP), za które Niemcy jako państwo ponosi odpowiedzialność, zwłaszcza za konkretne popełnione zbrodnie, choć w większości tych przypadków zbrodnie popełniano w ramach struktur partyjnych bardziej niż państwowych. Inaczej musielibyśmy rzeczywiście dzielić Niemców na Niemców i nazistów – a tego byśmy nie chcieli, bo często przeprowadzenie tego podziału jest niemożliwe.

    I stąd też taki uproszczony podział funkcjonuje wśród nas i nie bez powodu obrusza się, że naziści to z kosmosu się nie wzięli.

    A teraz… a teraz co jeśli podobne kryterium – nieoddzielania aktywności partyjnej od państwowej – przyjmiemy w ocenie programów socjalnych w Rzeszy? Bo tu robi się już ciekawie.

    Robi się o tyle ciekawie, że wygląda na to, że NSDAP – Narodowo-Socjalistyczna Niemiecka Partia Pracy – robiła dużo więcej niż nawiązywała do socjalizmu tylko po to (jak to lubią podnosić ludzie po lewej stronie), by „zmylić robotników i oderwać ich od PRAWDZIWEGO ruchu robotniczego” :D

    Cofnijmy się do 1920 roku. Niemcy są w ruinie. Akurat niedawno rozwalono terrorystkę Różę Luksemburg i przynajmniej bomby nie wybuchają już na ulicach, lecz absolutnie w 1920 roku Niemcem być nie chcecie. Spośród wielu partii wszelakich w lutym tego roku ukonstytuowała się w Monachium NSDAP – wcześniej po prostu DAP (Deutches Arbeitspartei – Niemiecka Partia Pracy). Na tymże konwencie, gdzie przyjęto nazwę NSDAP, Grofaz ogłosił także tzw. 25-punktowy Program Partii. Nie będę całego programu przytaczać, choć jest krótki, konkretny i był konsekwentnie w latach ’30 realizowany (np. że Żydzi nie mogą mieć obywatelstwa). Przytoczmy za to niektóre punkty:
    Pkt. 7: Żądamy, by Państwo w pierwszej kolejności zajęło się zapewnianiem możliwości godnego życia wszystkich swoich obywateli. Jeżeli nie jest możliwym wyżywienie całej populacji Państwa, wtedy nie-obywatele muszą być z Rzeszy wykluczeni.
    Pkt. 10: Pierwszym obowiązkiem każdego obywatela jest produktywna praca umysłowa lub fizyczna. Aktywność jednostki nie może stać w sprzeczności z interesem ogółu, lecz musi odbywać się w ramach ram zapewniających dostatek ogółowi. Tym samym żądamy:
    Pkt. 11: Zmiesienia wszelkich "dochodów bezwysiłkowych"*. Zakończenia niewolnictwa wynikającego z długów.
    * - nie jestem pewny czy ktoś w Polsce przełożył to określenie. Chodzi o takie dochody, które uzyskuje się bez włożenia w nie ekwiwalentu pracy (przynajmniej wg. lewicy) - na przykład dochody z czynszów najmu czy z tytułu dziedziczenia.
    Pkt. 13: Żądamy nacjonalizacji wszelkich biznesó prywatnych funkcjonujących w formie spółek i trustów.
    Pkt. 14: Żądamy, by wszelkie profity uzyskiwane z tytułu handlu były dzielone.
    Pkt. 15: Żądamy znacznej rozbudowy systemu emerytalnego i rentowego.
    Potem jest co nieco o reformie rolnej, komunalizacji terenów biurowych, takie pierdółki. A potem:
    Pkt. 19: Żądamy poddania się przez Państwo niemieckiemu prawu o źródle ludowym (niem. gemein-Recht, tak by nie-prawnicy zrozumieli ;)) w miejsce obowiązującego prawa rzymskiego, a służącemu jedynie materialistycznemu porządkowi świata.
    Pkt. 21: Obowiązkiem Państwa jest dbać o wzrost poziomu zdrowia poprzez objęcie szczególnej ochrony matek oraz dzieci, kryminalizację pracy wykonywanej przez dzieci, nakłaniania do aktywności fizycznej (...) (potem jest o sporcie)

    Brzmi to jakoś bardzo kapitalistycznie? Bo jak na moje to tak 2/10 bym powiedział.

    Czy na tym argument się kończy? Nie no, nigdy. On tu się dopiero zaczyna :V

    Przejdźmy do konkretów związanych z samą Rzeszą. Mniej więcej w roku 1935, gdy władza NSDAP była już silna, ustawiona i pewna, według licznych przedstawicieli lewicy państwo niemieckie nie prowadziło szeroko zakrojonej pomocy osobom potrzebującym, ludziom starym, chorym czy w inny sposób niezdolnym do pracy, choćby kosztem klasy średniej i osób bogatych.

    No, trochę mają rację. Nie prowadziło. Bo od 1934 roku środki budżetowe były przekazywane podmiotowi quasi-prywatnemu, jakim była NSDAP. I to PARTIA, a nie PAŃSTWO, prowadziła w Rzeszy programy socjalne

    A jak one wyglądały? Zaczęło się normalnie, charytatywnie, akcją Winterhilfswerk, czy też tzw. pomocy zimowej. W ramach tej akcji wolontariusze NSDAP (często młodzieżowego skrzydła, Hitlerjugend i Jungmadelbunde) stali sobie na dworze z puszkami i zbierali datki od ludzi w zamian za naklejki oznaczające, że ktoś udzielił pomocy. Tak – koncept w ten sposób prowadzonej akcji charytatywnej organizowany jest w Polsce na początku stycznia, akurat jesteśmy w terminie.

    Ale nie o Wintehilfswerk będę więcej pisał – temat jest znany powszechnie i omówiony, choćby przez WW2 w Kolorze.

    Już w 1933 NSDAP poczęła wchłanianie większych organizacji charytatywnych w Niemczech. Od początku 1934 roku nielegalne było w Rzeszy tworzenie organizacji i funduszów poza strukturami NSDAP, do czego oczywiście było potrzebne członkostwo w tejże.

    W tym samym czasie NSDAP utworzyło dwie zasadnicze, funkcjonujące do 1945 roku, instytucje zajmujące się programami socjalnymi.

    Pierwsza z nich, DAF, czy też Deutches Arbeitsfront (Niemiecki Front Pracy), zajmowała się świadczeniami na rzecz niemieckich robotników. Tak – robotnicy w III Rzeszy uzyskali osobną organizacją jako najważniejsza ze wszystkich grup grupa społeczna. W 1945 roku DAF dobił do 22 milionów (!) członków organizowanych w przyzakładowe komórki. W ramach DAF robotnicy uzyskiwali m. in. darmową opiekę zdrowotną (całe placówki medyczne mogły należeć do tej organizacji, działała jak quasi-NFZ), pomoc rentową, a także organizacja ta wypłacała emerytury!

    Tak, nie regulujcie odbiorników, to najprawdziwszy ZUS/NFZ, tylko że w strukturach partyjnych. Chciałeś korzystać? Oczywiście trzeba było należeć do Frontu, ale kto by do niego nie należał? Zwłaszcza, że członkostwo we Froncie niekoniecznie musiało oznaczać członkostwo w NSDAP.

    Różnica pomiędzy pomocą socjalną świadczoną przez łaskawy ZUS zabierający ci pieniądze co miesiąc, byś może za 40 lat je ujrzał, a owym „nazistowskim ZUSem” było tylko to, że tym razem sterowała tobą partia, a nie państwo jako takie. Ot, jedno z totalitarnych założeń całkowitej kontroli. Bez członkostwa w DAF jako robotnik mogłeś generalnie pomarzyć o zatrudnieniu.

    O finansowaniu rozpiszę się niżej, lecz DAF finansowała się – poza przekazywaniem środków państwowych i grabieży – ze składek członkowskich. Składki te uwzględniwszy obligatoryjny charakter tej instytucji (jak chciałeś mieć chorobowe i nie być prześladowany :V) wyglądały dokładnie tak samo jak pobór podatkowy :D Konkretniej można było składki odliczać od przekazów państwowych i funkcjonowały specjalne instytucje zajmujące się egzekucją tych składek (tak jak dziś w Polsce państwowe świadczenia egzekwowane są specjalną ustawą nadającą mu dalej idące prerogatywy niż zwykłym śmiertelnikom).

    Druga z tych organizacji to NSV, czyli Nationalsozialistische Volkswohlfahrt, czy też jak kto woli, Narodowosocjalistyczna [Instytucja] Ludowego Dobrobytu (tłum. Autorskie: wohlfahrt oznacza tyle co angielskie welfare, nie mamy chyba tak krótkiego odpowiednika tego słowa). Organizacja ta była od 1933 ogólnokrajowa, podzielona na własne jednostki organizacyjne, tak jak dziś znów oddziały ZUS. Tak, ciągle porównuję do ZUSu, lecz chciałbym by było jasne jak kurewsko potężne były to twory, zastępujące instytucje państwowe.

    W 1939 roku działania NSV obejmowały 17 milionów beneficjentów. Do tego funkcjonowały specjalne struktury zajmujące się np. biednymi dziećmi. Organizacja zapewniała m. in. emerytury i renty dla nie-robotników, zasiłki dla bezrobotnych i kalek, domy spokojnej starości oraz lokale socjalne, domy samotnej matki, pożyczki dla nowożeńców czy wreszcie także zapewniała ubezpieczenie zdrowotne. W późniejszym czasie NSV obejmowała także świadczenia wyrównawcze dla Volksdeutchów na terytoriach przyłączanych do Rzeszy.
    Finansowanie NSV w 1941 roku – u szczytu potęgi nazistów – wyniosło 1,4 miliarda marek (reichsmarek). Marka w 1941 roku (przed wejściem USA do wojny) stała o wartości ok. 1 dolar = 2,5 marki. Oznacza to finansowanie na poziomie 560 milionów ówczesnych dolarów. Przy dzisiejszym przeliczniku jest to ekwiwalent ok. 10 miliardów dzisiejszych dolarów, czyli ok. ~35 miliardów złotych. Były to kwoty jak na tamte czasy kosmiczne.

    A wyliczenia te nie obejmują jeszcze innych dedykowanych programów jak np. dofinansowania zakupu samochodów i wynalezionego w tym celu Garbusa.

    Jako ciekawostkę to był program „Marka+” (ironizuję), gdzie matki dostawały świadczenia z tytułu urodzenia dziecka. W taki sposób świadczenia uzyskiwała moja prababcia po urodzeniu mojej babci, jako iż obie były obywatelkami Rzeszy. Zresztą prababcia do śmierci wspominała, że świadczenia PRLu były niczym przy opiekuńczości NSDAP, która jej zdaniem była bardziej socjalistyczna aniżeli najeźdźcy ze wschodu o czerwonej szmacie 

    III Rzesza miała jeden z bardziej rozwiniętych programów socjalnych w dziejach ludzkości. Na masową skalę finansowano i podnoszono sztucznie poziom życia osób najuboższych zapewniając mieszkania, dotacje i zwolnienia podatkowe. Jak zawsze jednak system był podzielony: państwo świadczyło w ograniczonym zakresie, głównie w oparciu o resztki pruskiego systemu socjalnego z początku XX wieku, a gross zapewniała NSDAP. Musiałeś tylko należeć do Partii, a twoja rodzina dostawała co należało. Czy partie komunistyczne robiły w późniejszym czasie jakoś inaczej? Zapewne część Czytelników pamięta PRL i niejedne drzwi, jakie otwierała legitymacja :3

    Oczywiście z pomocy wyłączone były osoby niepożądane. W socjalizmie nazywali się oni reakcjonistami czy też zwolennikami amerykańskiego imperializmu. W Rzeszy byli to głównie Żydzi, niektórzy chorzy i osoby ostentacyjnie uchylające się od roboty.

    Tylko jak wiemy, państwo nie bardzo ma swoje pieniądze. Więc skąd Rzesza brała na to wszystko hajs?

    Po pierwsze, oczywiście, podatki. Tutaj jest pewne zaskoczenie. Niemieckie podatki były zajebiście niskie (znowu Kurwin ma tu rację xd). Podatek dochodowy wynosił z zasady dla osób fizycznych 13,7%, dla firm więcej (ok. 20-25%). Dotyczy to głównie okresu przedwojennego, w toku wojny podatki rosły i mogły osiągnąć nawet 55% uzyskiwanego przez osobę fizyczną dochodu. Programami socjalnymi obejmowano co raz więcej osób, rosły też koszty wojny.

    Dla przykładu, w 1938 roku ściągnięto w ramach opodatkowania ok. 18 miliardów reichsmarek. W 1942 roku ściągnięto już niemal 35 miliardów, czyli około dwa razy więcej. Jednocześnie po wybuchu wojny rozpoczęto oczywiście centralne sterowanie gospodarką, co odbiło się negatywnie na ekonomii, no bo ludzie zwykle mieli pieniądze, lecz nie mieli je na co wydawać. Szacowane oszczędności osób fizycznych wzrosły z ok. 6 miliardów marek w 1937 roku do ok. 42 miliardów w 1941 roku :V

    Acz jak widać, opodatkowanie nie był głównym źródłem dochodu Rzeszy :3

    A to dlatego, że Rzesza wyzionęłaby ducha. W sierpniu 1939 instytucje bankowe ostrzegały, że Niemcy to papierowy tygrys gospodarczy i do końca roku całe państwo może stać się niewypłacalne – nie tylko przez zbrojenia, ale też przez nierealne do pokrycia programy socjalne. Zresztą to na nich polecono Niemcom ciąć w pierwszej kolejności (albowiem wydatki wojskowe były też tajemnicą państwową).

    Zbrojenia i działalność socjalną finansowano w oparciu o szereg obligacji emitowanych od 1933 roku, gdzie najpopularniejsze z nich były tzw. wekslami MEFO. O MEFO musiałbym zrobić jednakże osobny wpis. W każdym razie Niemcy wydawali pieniądze, których nie mieli, bo obligacje miały kosmiczną stopę zwrotu, a reklamowane były jako inwestycje niskiego ryzyka (!). Stąd masa Niemców je kupiła i zasiliła tragiczny budżet dawnego Weimaru.

    Tylko, że państwo nie miało z czego im tych pieniędzy oddać :V

    I tu wchodzi zabawna hipoteza. Moim zdaniem Niemcy poszliby nawalać się z Polską (tudzież kimś innym) nawet jeżeli Polska spełniłaby niemieckie żądania. Dlaczego? Bo Niemcy – a o tym dużo się nie mówi – mogły albo iść na wojnę i rozwalić gospodarkę Europy, uwalniając się tym samym z zadłużenia, lub przyjąć na twarz upadek całej swojej przeciążonej gospodarki.

    Poza wekslami w pierwszej kolejności finansowano programy grabiąc oczywiście mienie Żydów. Po drodze też komunistów, ale jak to komuniści, za dużo nie mieli. A potem – i o tym już wiemy – Niemcy utrzymywali się z masowej grabieży wszystkiego co wartościowe z terenów przez siebie okupowanych. Do tego na obywateli innych państw okupowanych nałożono podatek dochodowy w wysokości 60% (!), a służący jedynie pańszczyźnianemu utrzymaniu całej machiny. Naturalnie od 1939 roku w górę na rzecz DAF pracowali też setkami tysięcy niewolnicy (robotnicy przymusowi) we wszelakich fabrykach, którzy rzecz jasna żadnych istotnych świadczeń nie obejmowali 

    Innymi słowy – mocno socjalistyczny, opiekuńczy, i uzależniający od siebie byt jednostek nazistowski moloch utrzymywał się najpierw z nieistniejących pieniędzy, a potem niewolniczej pracy i grabieży ofiar całego reżimu.

    I tu – przechodząc już w sumie do podsumowania – wracam do tego co rzekłem na początku. By funkcjonować jako twór socjalistyczny, nie jest konieczna majestatyczna kradzież fabryk. Wystarczy wybrać grupę, która ze względu na swoje cechy ma świadczyć grupie B, która tych cech z różnych względów nie ma, i w ten sposób wyrównywać dorobek tejże grupy. Wszystko to odbywa się oczywiście pod państwowym batem. Odpowiedzialność za jednostkę przejmuje bezwarunkowo państwo – jednostka nie musi ponosić ciężaru ryzyka związanego z własną egzystencją.

    Bo solidaryzm społeczny – taki prawdziwy – jest wtedy, gdy dbasz o osoby słabsze/starsze/chore w ramach swojej społeczności, czując wobec tych osób rzeczywistą więź. Jeżeli robi to za ciebie Państwo, to nie ma to nic wspólnego z solidaryzmem – to mechanizm, który pozwala ci odwrócić głowę od czyjegoś cierpienia i zasłonić się majestatem państwa. Och, jakże wygodnie jest, gdy odpowiedzialność za twoje cnoty przejmuje bezimienny i bezosobowy kapitan :3

    Rzesza być może nie kojarzy się jednoznacznie socjalistycznie. Przemawia za tym mocna narodowościowa retoryka, przemawia względnie niskie opodatkowanie, albowiem klasyczne kraje komunistyczne nie miały możliwości grabienia otaczających ich wspólnot na ostentacyjnie niewolniczej zasadzie (sprzedaż węgla Sowietom za bezcen to nie jest ten poziom).

    Mimo wszystko system stworzony przez NSDAP wskazywał robotników jako priorytetową, uprzywilejowaną grupę społeczną i obłaskawiał ich świadczeniami z tytułu samej przynależności do tego stanu. System zawłaszczał etapowo całą działalność charytatywną, ostatecznie pozując jako obrońca uciśnionych. Osoby, którym przypisywano „zrobienie krzywdy biednym Niemcom” – odpowiednich po prostu ludzi bogatych w klasycznym socjalizmie – obciążono obowiązkami świadczenia, które czyniły z nich ludzi biednych, a z beneficjentów – ludzi bogatych, niezależnie od rzeczywiście wypracowywanej przez nich wartości.

    I stąd też, jakkolwiek socjalizm NSDAP był bardzo specyficzny, tak skłaniałbym się, że wskazywanie Malarza wśród socjalistycznych zbrodniarzy nie jest szczególnie pozbawione sensu. Była to inna droga niż ta objęta przez Mao czy Pol Pota, ale nie była jakaś bardzo różna. Zawsze chodziło o to samo: odebrać tym, których fikcyjnie uważamy za źródło cierpienia (albo i nie tak fikcyjnie jak w przypadku ChRL) i dać naszym, w imię sprawiedliwości dziejowej.

    Zmieniały się tylko słowa, a flaga Rzeszy nie miała sierpa i młota. Cel był jednakże jasny: ostateczne stworzenie quasi-bezklasowego, odpowiedzialnego za siebie w ramach instytucji partyjnych społeczeństwa produkcyjnego, a nazwę nosiło ono Volksgemeinschaft.

    Volksgemeinschaft upadł w 1945 – no ciężko było wkurwić więcej świata niż zrobił to Grofaz. Ale w przyrodzie nic nie ginie!

    Ograniczoną koncepcję przyjętą przez nazistów konsekwentnie już od lat ’20 realizowała biedna, neutralna Szwecja. A zwało się to społeczeństwo Folkhemmet i stanowi podwaliny pod dzisiejszą Szwecję dobrobytu. Dobrobytu okupionego setkami tysięcy (ok. 300 tysięcy) ofiar, o czym Szwedzi nie wspominają już tak chętnie ;c

    Ale to już inna historia. Za to na pewno kiedyś się tu znajdzie :3

    /MK

    #historia #ekonomia #socjalizm #niemcy
    pokaż całość

    źródło: 81752278_2938646702826730_8314279987465158656_n.jpg

  •  

    Ostatni post w tym roku ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #historiaiwojskowosc

    Zatopiona w Port Arthur Rosyjska Flota Pacyfiku, 1905 rok.

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 4 - OSTATNIA

    "Nikt nie wiedział o tragedii. Nikt nie ostrzegł podążających okrętów. Wszystko wyglądało w porządku.

    Reszta Floty Pacyfiku podążyła za "Cesariewiczem" prosto ku własnej zagładzie, po której nad Pacyfikiem miało wzejść nowe słońce..."

    Gdy kurs "Cesariewicza" zaczął być niepokojąco pozbawiony sensu, wśród czoła konwoju zapanowała konsternacja. Pierwszym, który zauważył, że z okrętem flagowym jest coś ewidentnie nie tak, był wspomniany kapitan Łukomski dowodzący "Pereswjetem". Łukomski natychmiast przystąpił do informowania reszty konwoju o bardzo niekorzystnej zmianie sytuacji poprzez wywieszanie odpowiednich flag.

    Ale nie zdążył tego zrobić, bo W TYM MOMENCIE jeden z losowych japońskich pocisków zerwał mu maszt i zabrał flagę ze sobą. W efekcie "Pereswjet" zmuszony był do wywieszenia flag na mostku, który był widoczne tylko dla jednostek akurat na flance kolumny. Jedynym pancernikiem, który względnie szybko zauważył sygnał był "Sewastopol".

    "Pereswjet" i "Sewastopol" zaczęły odrywać się od kolumny. To oczywiście był koniec manewru wyłamania z Port Arthur jako takiego. Za nimi podążyła "Połtawa" i część eskorty. Ulokowana w środku formacji "Pobieda" w ogóle nie wiedziała co robić i popłynęła w losowym kierunku.

    Śmieszna była za to reakcja pancernika "Retwizan". Widząc postępujący skręt "Cesariewicza", "Retwizan" podążył za nim, ale obrócił się (podobnie jak okręt flagowy) frontem do Japończyków. Po czym "Retwizan" przystąpił do szarży, najprawdopodobniej rozumiejąc już grozę sytuacji i dążąc do ochrony jednostki flagowej.

    Wszystkie japońskie jednostki - zmęczone już, zniszczone i na resztkach amunicji - zwróciły się ku szarżującemu "Retwizanowi". Pancernik rosyjski odpowiadał, zaliczając kolejne trafienia na losowych okrętach ze wszystkich swoich broni, a wrzaski rannych niosły się po morzu. Wobec tej okoliczności - a także tego, że ogień idący w "Retwizana" był tak silny, że japońscy strzelcy nie widzieli już celu wśród rozbryzgów wody - Togo w końcu pękł i wydał rozkaz odwrotu w celu uniknięcia strat w swoich pancernikach, które trzymały się już tylko na piękny uśmiech.

    Ostatnia salwa z "Mikasy" trafiła "Retwizana" dość celnie i ciężko raniła jego kapitana Edwarda Szczęsnowicza, oficera rosyjskiej marynarki z polskimi korzeniami. Na szczęście kapitan przeżył i zmarł z przyczyn naturalnych 6 lat później. W tym momencie jednak i "Retwizan" zawrócił wśród dymu i pożarów, kończąc bitwę.

    Paradoksalnie, gdyby Witgeft rzeczywiście wtedy przystąpił do szarży całą formacją, prawdopodobnie wygrałby tę bitwę. Tylko, że Witgeft nie żył, a roztrzaskany "Cesariewicz" płynął w losowym kierunku.

    Do tego zapadła noc. W czasach bez noktowizorów i radarów, rosyjska kolumna wyłamująca rozpierzchła się bardziej niż Drużyna Pierścienia. Ostatecznie nad ranem do Port Arthur wróciło pięć pancerników, jeden krążownik i dziesięć niszczycieli.

    Nad ranem opanowano częściowo ster "Cesariewicza". Pancernik i duma rosyjskiej floty, pod osłoną eskorty trzech niszczycieli nie mógł już wrócić do ponownie zablokowanego Port Arthur. Zamiast tego rosyjski okręt flagowy popłynął do najbliższego portu neutralnego w Qingdao - ówczesnej kolonii II Rzeszy - i tam został wraz z eskortą internowany.

    Krążownik "Diana" został internowany w Sajgonie przez Francuzów, a "Askold" w Szanghaju. Finalnie dzielny krążownik "Nowik" jako jedyny pod osłoną nocy zdołał obrać kurs na Władywostok. Został jednak wkrótce dostrzeżony przez flotę handlową Cesarstwa Japonii, która naprowadziła na jego pozycję krążowniki "Chitose" i "Cuszima". Po ciężkiej walce dziesięć dni później, 20 sierpnia 1904 roku, ciężko uszkodzony "Nowik" został zepchnięty na mieliznę wyspy Sachalin i zniszczony przez własną załogę, uprzednio jednak mocno uszkadzając "Cuszimę" i zabijając sporą część jej załogi.

    Los pancerników, które powróciły do Port Arthur był smutny. Wkrótce Japończycy dowieźli w rejon obleganego miasta i portu potężne haubice obrony wybrzeża kalibru 280mm sprowadzone spod samego Tokio. Zdobywszy pod koniec listopada 1904 roku Wzgórze 203, z którego można było prowadzić obserwację na port, haubice zaczęły swoją brudną robotę, bezlitośnie nawalając po królach mórz w ich własnej pieczarze.

    5 grudnia zniszczono "Połtawę", a 7 grudnia "Retwizana". "Pobieda" i "Pereswjet" zatonęły trafione 9 grudnia. Japońscy obserwatorzy artyleryjscy bezemocjonalnie eliminowali kolejne okręty, które zapalały się i nabierały wody. Marynarze płonęli oblani paliwem i umierali na oczach trzymającego się ostatkiem sił zamęczonego garnizonu lądowego generał Stroessela.

    Ostatni pozostały przy życiu "Sewastopol" zdołał zwiać z zasięgu haubic. Admirał Togo Heihachiro szalał z wściekłości - oto flota rosyjska została zniszczona przez Armię, a nie IJN, które jak wiemy mocno ze sobą rywalizowały, co bardziej kojarzone jest z Pearl Harbour. Togo słał wściekłe listy do Cesarza nazywając scenę "pogardą dla marynarki".

    "Sewastopol" został wściekle zaatakowany z morza w połowie grudnia, by Flota zniszczyła choć jeden okręt. Pancernik został trafiony torpedami 124 (!) razy, ale nadal pływał, zatopiwszy dwa japońskie niszczyciele i uszkadzając sześć mniejszych jednostek. Do tego w czasie ataków Japończycy utracili na własnej minie jeszcze spory krążownik.

    Gdy Port Arthur skapitulował 2 stycznia 1905 roku, dowódca "Sewastopola" kapitan Nikołaj von Essen rozkazał samozatopienie pancernika - jedynej jednostki, która zdołała walczyć do końca.

    Część okrętów podniesiono i dwa z nich przeszły pod japońską banderę, gdzie zostały zezłomowane w latach '20 jako przestarzałe.

    Zajmuję się historią i wojskowością od wczesnej młodości, a naprawdę poważnie od kilku lat.

    Nie znam innego przykładu bitwy, gdzie moment jej załamania byłby tak ewidentny, że można go sprowadzić do jednego, konkretnego pocisku. Moment, który z doskonałego manewru przerodził się w akt tragedii.

    Ba. Więcej. Powiedzmy sobie szczerze - ten jeden pocisk zmienił całą historię nowoczesnej Japonii i poniekąd także Rosji.

    Co by było gdyby? Gdybać zawsze jest najprościej, ale zastanówmy się: gdyby Vitgeft wyłamał się z Port Arthur (albo, co gorsza dla Togo, próbował wydać Japończykom bitwę), jego flota sześciu (lub pięciu w przypadku konieczności porzucenia "Połtawy" ze względu na awarię silnika) pancerników dotarłaby do Władywostoku i połączyła z tamtejszym szwadronem krążowników. A Witgeft był już jedną nogą w domu i NA PEWNO by mu się udało, gdyby nie feralne trafienie w mostek "Cesariewicza".

    Tam Flota Pacyfiku mogłaby przegrupować się nieniepokojona przez mocno pobitą flotę japońską. Gdy w maju oba szwadrony z Bałtyku dotarłyby w rejon Cuszimy, Rosjanie mieliby ponad trzykrotną, a nie dwukrotną przewagę. Do tego Japończycy musieliby walczyć na dwa fronty. Częścią najbardziej doświadczonych rosyjskich marynarzy - mających za sobą piekło oblężenia i wielkiej bitwy morskiej oraz pałających żądzą zemsty - dowodziłby Vitgeft, racjonalny, analityczny oficer, który zdołał trzykrotnie wykiwać admirała Togo w przeciągu kilku godzin - coś, co nie udało się Rożestwieńskiemu i Niebogatowowi pod Cuszimą, a zakończyło życie rosyjskiej floty w najbardziej hańbiącej porażce morskiej tego państwa.

    Bitwa pod Cuszimą mogłaby wtedy nigdy nie być sukcesem Japonii. Legendarna "Flaga Z" mogłaby pójść na dno wraz z "Mikasą" - dziś okrętem pamiątką otwartym dla turystów w Yokosuce - oraz jej dzielnym admirałem Togo Heihachiro.

    Jeden pocisk zniszczył cały rosyjski trzon azjatyckich starań w najbardziej newralgicznym dla niego momencie. Jeden pocisk zmienił bieg historii.

    Być może wygrana z Japonią oddaliłaby od Rosji widmo rewolucji - choć na pewno nie zgasiłaby go. Być może Japonia - po wstępnych sukcesach przeciwko pogrążonych w kryzysie Chinach - przeżyłoby szok w starciu z europejskim mocarstwem i ponownie zamknęłaby się na świat. Być może jednak Japonia w 1914 roku sprzymierzyłaby się z II Rzeszą przeciwko Rosji, diametralnie zmieniając układ sił na Pacyfiku raz jeszcze. Być może zupełnie inny byłby przebieg drugiej wojny światowej.

    Być może. Gdyby ten jeden pocisk poleciał inaczej, albo choćby chwilę później...

    Gdybać zawsze można. Ja jednak widzę tu przede wszystkim osobisty pech admirała Witgefta i jego sztabu, tudzież boską interwencję na rzecz Japonii. Admirała ograbionego z chwały i życia na minuty przed strategicznym sukcesem i osiągnięciem, które umieściłoby go w podręcznikach historii na całym świecie.

    Ale nie umieściło. Rozbudziło za to ostatecznie imperialne dążenia Japonii i zdefiniowało ład na Dalekim Wschodzie, który zburzony został dopiero w drugiej połowie 1945 roku.

    A Cuszima przyskrzyniła wszystko, choć to 10 sierpnia 1904, jednym pociskiem, rozstrzygnął się morski front całej tej wojny... i dekad nastałych po niej.

    A na Pacyfiku wschodziło nowe słońce. I nowa potęga.

    /MK

    Znacie jeszcze jakieś przykłady bitew, które byłyby tak ewidentnie rozstrzygnięte? Przyznaję, że naprawdę nie znam, a chętnie się dowiem.

    #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    Poprzednie części:
    Część 3
    Część 2
    Część 1
    pokaż całość

    źródło: 45439897_2169588049732603_3411734772253196288_o.jpg

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Pancernik "Shikishima" prowadzi ostrzał w czasie bitwy 10 sierpnia 1904 roku (autor koloryzacji na grafice)

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 3

    Krótko przed godz. 10 w dniu 10 sierpnia 1904 roku admirał Witgeft wyprowadził swój szwadron z Port Arthur. Oczywiście od razu został dostrzeżony przez japońską flotę.

    Zaczęło się o mylących manewrów - Witgeft próbował wyrolować Togo Heihachiro co do rzeczywistego kierunku swojej podróży. Próbował stworzyć wrażenie, że dąży do przecięcia japońskiej blokady na pół i zaatakowania jej w walnej bitwie. Obaj dowódcy byli warci swoich potężnych flot - manewr Witgefta zadziałał i na niemal godzinę wprowadził IJN w błąd, ale na taką okoliczność Togo przygotował plan awaryjny, gdyby Rosjanie podjęli się próby wyrwania na otwarte morze. Ok. godz. 11 Witgeft kupił trochę czasu, ale Togo nadal nastawiał się na przechwycenie wyłamania.

    Ok. godz. 12 pojawił się pomocniczy szwadron krążowników dowodzony przez Dewę Shigeto. Oba szwadrony próbowały wziąć Witgefta w kleszcze.

    I tak, około godz. 13 Togo przystąpił do swojego pierwszego manewru, o którym ostatnio wspomniałem, czyli tzw. crossing the T (będę też używać własnego polskiego określenia, czyli "krzyżowanie T"). Jego celem było ustawienie się bokiem na froncie do kolumny Witgefta, tak żeby zmaksymalizować ogień na pierwszych, prowadzących okrętach, czyli pancernikach.

    Togo strzelał pierwszy - z kosmicznego jak na ówczesne czasy zasięgu 8 mil morskich (ok. 13km). Salwę oddał oczywiście flagowy "Mikasa", na co "Retwizan" odpowiedział ogniem. Oczywiście nikt się nie trafił, ale fatalna celność (o ironio!) miała być znakiem rozpoznawczym tej bitwy. Potężne 305mm wstrząsnęły okrętami, a salwy widoczne były z wielu kilometrów.

    Witgeft - jak ostatnio wspomniałem - był dowódcą zdolnym dobrze przewidywać manewry przeciwnika. W efekcie wykrył z dużym wyprzedzeniem próbę krzyżowania jego T i zawrócił w stronę Port Arthur, jednocześnie przyspieszając tempo do maksymalnego jak na ówczesne czasu 32 km/h. A po ok. pół godziny zawrócił formację na swój standardowy kurs. W ten sposób jako pierwszy rosyjski dowódca wymanewrował japońską admiralicję w tym konflikcie, a także zwiększył dystans dzielący floty.

    Togo został z tyłu. Nakazał zapalić w piecach na pełną moc. Cała japońska flota przystąpiła do pościgu, strzelając znów na dystansie ok. 8 mil morskich. Togo był na ten moment celniejszy - "Retwizan" otrzymał aż 12 trafień, choć żadne z nich nie było istotne. "Retwizan" odpowiedział ogniem... i też trafił. Pierwsze trafienie okazało się w pewnym sensie krytycznie - zniszczyło radiostację na "Mikasie", niwelując w ten sposób przewagę komunikacyjną Japończyków. Po kilku minutach chaosu - Japończycy nie byli przygotowani na takie zdarzenie - Togo dowodził już w klasyczny dla okrętów sposób, a wiec wywieszając na maszcie flagi o umówionym we flocie znaczeniu.

    Wkrótce jednostki podeszły do siebie na niespełna 6 kilometrów. Wtedy też bitwa rozgorzała na dobre, a do walki mogły włączyć się także działa 254 i 152mm z obydwu stron. Huk był ogłuszający, w ciągu minuty z każdego okrętu sypało się kilkanaście pocisków, które w starciach lądowych byłyby ostrzałem nie do wytrzymania, wywracającym czołgi i wyrywającym okopy wraz z żołnierzami.

    Ale nie tu - wśród stalowych morskich potworów, największych, jakie człowiek zbudował. Była to pierwsza poważna bitwa pancerników w historii, gdzie obie strony mogły pokazać co takie jednostki naprawdę potrafią. W całej zatoce śmierdziało prochem, rozkazy padały w kilku językach, ranni wili się w kałużach krwi po swoich pokładach, a następnego dnia na plażach leżały setki zatrutych i ogłuszonych ludzką bronią ryb...

    Około godz. 14 Vitgeft znów wyprzedził Togo. Starając się dogonić czoło rosyjskiej floty, pancerniki "Mikasa" i "Asahi" ostrzelały pancernik zamykający, czyli "Połtawę", która po poprzednich walkach z początku wojny nadal miała pomniejsze problemy z silnikami i płynęła nieco wolniej. To był błąd. Mądrą decyzję podjął admirał Łukomski dowodzący "Piereswjetem" i nakazał zwolnić także "Sewastopolowi". To zaskoczyło Japończyków, bo "Połtawa" - choć trafiona kilkukrotnie odpowiadała celnym ogniem, a właśnie trzy pancerniki rosyjskie strzelały do dwóch japońskich. Po kilku minutach flagowy "Mikasa" był już trafiony ok. 20 razy z armat różnego kalibru, a prawie 20% jego załogi nie żyło lub było wyłączone z walki - tu zaczęły się problemy flagowego pancernika. Togo ostatecznie polecił swojemu pancernikowi - a także towarzyszącemu "Asahi" - by zerwać kontakt i szukać szczęścia na czele rosyjskiej floty.

    Vitgeft był jednak szybszy. Do kolejnego starcia doszło ok. godz. 16 i znów Togo zdecydował o atakowaniu "Połtawy" (bo tylko jej dosięgał), która mimo, że najwolniejsza, to totalnie nie chciała zatonąć.

    Wtedy na "Asahi" załadowany pocisk doskonałej japońskiej produkcji zdetonował się przedwcześnie i wysadził całą wieżę z armatami 305mm, de facto potężnie uszkadzając pancernik i znacznie osłabiając jego siłę ognia. Kilka minut później do podobnego incydentu doszło na "Shikishimie" - japońska przewaga ogniowa malała. Czas też nie działał na korzyść Togo, który był coraz bardziej przerażony wizją wyłamujących się Rosjan.

    Witgeft aż trzykrotnie wymanewrował Togo, w tym raz przeciwko krzyżowaniu jego T. Japońskie pancerniki były na skraju wytrzymałości - nawet gdyby udało się dopaść "Połtawę", trzon rosyjskiej floty nadal wyszedłby do Władywostoku. Witgeft wygrywał zdecydowanym działaniem, podczas gdy Togo nie zadbał nawet o to, by na wypadek utraty łączności radiowej flota wiedziała co ma robić, wobec czego Japończycy strzelali losowo do różnych jednostek. Jakkolwiek Togo był świetnym admirałem, tak ewidentnie przegrywał z kunsztem i kalkulacjami Witgefta.

    "Mikasa" wycofywała się wkrótce z bitwy na wskutek zniszczeń, jej rolę w strzelaniu do "Cesariewicza" przejął "Asahi".

    O godzinie 18:40, gdy zmrok już zapadał, "Asahi" wystrzelił kolejną salwę 305mm. Jak przeprowadzono potem badania, ogólna celność salw z dział 305mm nie przekraczała 2%, a pozostałych dział - 0,5%. Strony generalnie wystrzeliły tysiące pocisków, z których trafiło kilkadziesiąt.

    A jednak "Asahi" strzelił. Tak jak setki razy tego dnia.

    Pocisk 305mm - wielka, wściekła kolubryna o wadze prawie 400 kilogramów - trafił "Cesariewicza" prosto w opancerzony - ale nie na TAKĄ okoliczność - mostek. Admirał Vitgeft oraz co najmniej dwudziestu najwyższych stopniem oficerów we Flocie Pacyfiku zginęło na miejscu. Z samego Vitgefta nie zostało NIC.

    Szanse na takie trafienie wynosiły może tysięczne procenta.

    Jednym pociskiem cała głowa świetnego rosyjskiego manewru... po prostu zniknęła w pojedynczej sekundzie. Wyparowała w konkretnym i najważniejszym dla bitwy - i wojny - momencie.

    Trafienie nie wznieciło nawet pożaru. Z zewnątrz wszystko wyglądało w porządku. Załoga przez pół godziny nie wiedziała, że ich kapitan i sztab nie żyje. Jednocześnie pocisk rozwalił w "Cesariewiczu" ster, a sam okręt zaczął powoli, acz niekontrolowanie skręcać w prawo, w sam środek japońskiego pościgu. Oczywiście sternicy też nie żyli, bo byli na mostku :)

    Rosyjski okręt flagowy płynął prosto na Togo. Bez steru. I bez dowódcy floty.

    Nikt nie wiedział o tragedii. Nikt nie ostrzegł podążających okrętów. Wszystko wyglądało w porządku.

    Reszta Floty Pacyfiku podążyła za "Cesariewiczem" prosto ku własnej zagładzie, po której nad Pacyfikiem miało wzejść nowe słońce...

    Cdn...

    /MK

    #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 45493676_2168131309878277_1392439237860655104_o.jpg

  •  

    #historiaiwojskowosc

    Na zdjęciu "Cesariewicz" wypływający z Toulon - gdzie go zbudowano i zwodowano - w 1903 roku.

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 2

    Trzeba co nieco opowiedzieć o rosyjskiej flocie na Pacyfiku.

    Rosjanie dysponowali na początku oblężenia Port Arthur aż 7 (siedmioma!) pancernikami. Żaden z nich nie był starszy niż 8 lat. "Pietropawłowsk" został jednakże utracony na minie wraz z admirałem floty Makarowem na początku oblężenia.

    W sierpniu 1904 roku Witgeft miał wyłamywać się następującymi jednostkami:
    1) "Cesariewicz" - okręt flagowy Floty Pacyfiku wyprodukowany we Francji, prowadzący wyłamanie, jedyny ze swojej klasy i najnowszy ze wszystkich, miał 4 działa 305mm oraz 6 dział 152mm
    2) "Retwizan" - zbudowany w USA, jedyny w swojej klasie, 4 działa 305mm i 12 dział 152mm
    3) "Pobieda" - klasy Pereswet
    4) "Pereswet" - swojej klasy, 4 działa 254mm oraz 11 dział 152mm
    5) "Sewastopol" - klasy Pietropawłowsk, 4 działa 305mm, 12 dział 152mm
    6) "Połtawa" - klasy Pietropawłowsk

    Jak więc widać, Rosjanie dysponowali ogółem 16 działami 305mm, 8 działami 254mm oraz 59 działami 152mm. Do tego cały szwadron osłaniały cztery krążowniki ("Askold", "Diana", "Nowik", "Pallada") i 14 niszczycieli.

    Siłami blokującymi Port Arthur były zasadniczo wszystkie znaczące jednostki Imperial Japanese Navy (IJN). Admirał Togo Heihachiro miał do swojej dyspozycji 4 pancerniki, każdy należący do swojej własnej klasy:
    1) "Mikasa" - okręt flagowy i okręt legenda, do dziś utrzymywany jako okręt-pomnik w Yokosuce, i ostatni zachowany na świecie okręt przed erą drednotów), 4 działa 305mm, 14 dział 152mm
    2) "Asahi" - 4 działa 305mm, 14 dział 152mm
    3) "Fuji" - 4 działa 305mm, 10 dział 152mm
    4) "Shikishima" - 4 działa 305mm, 14 dział 152mm

    Jakkolwiek japońskich pancerników było mniej, ich zasadniczym atutem były podwójne, ciężkie wieże ogniowe z potężnymi działami 305mm. Rosjanie preferowali okręty nieco lżejsze. Japończycy sumują się do 16 dział 305mm (tyle samo co Rosjanie), mają nieco mniej (52) dział 152mm, nie używali też "środkowych" 254mm w tym starciu. Siła ognia była względnie wyrównana, acz jak praktyka pokazała nie miało to szczególnego znaczenia wobec dobrej jakości i opancerzenia rosyjskich jednostek. Szwadron wspierały ciężkie krążowniki "Nishin" i "Kasuga" z armatami 203mm, 18 niszczycieli i charakterystyczne dla Japończyków jedyne 30 kutrów torpedowych. Do tego do bitwy przyłączył się też szwadron patrolowy z 4 krążownikami ("Chitose", "Takasago", "Yakumo" i "Yoshino").

    Warto dodać, że japońskie siły dysponowały też lepszą, jak byśmy to dziś ujęli, "elektroniką". Japońskie celowniki były nowsze i pozwalały na swobodne strzelanie na zasięgu ok. 6 mil morskich, podczas gdy rosyjskie traciły sporo celności powyżej 4 mil morskich. Do tego wszystkie japońskie okręty wyposażone były już w radio, podczas gdy Rosjanie musieli jeszcze opierać się na flagach.

    Witgertowi nie chodziło rzecz jasna o zniszczenie japońskiej floty - jego środki były jednak nieco zbyt słabe. Celem miało być wyłamanie do Władywostoku i połączenie z tamtejszym rosyjskim szwadronem krążowników. Takie siły - czyli jedyne 6 pancerników hasających sobie wesoło w pobliżu wybrzeża Japonii - pozwoliłoby wziąć Nippon w kleszcze gdy już flota z Bałtyku nareszcie by dotarła.

    Witgeft... był dobrym dowódcą. Wilk morski od urodzenia, na początku pływał na mniejszych jednostkach badawczych, następnie w latach '90 XIX wieku uzyskał swój pierwszy okręt pod dowództwo, a z Flotą Pacyfiku związany był od kilku lat. Przede wszystkim cechował go nadludzki spokój i opanowanie, a także zdolność analitycznego myślenia i szybkiego reagowania na następującą zmianę na polu walki. Witgeft mógł więc zaskoczyć.

    Admirał wyszedł do bitwy flagowym "Cesariewiczu" prowadząc szwadron. Jego siły byłyby narażone w czasie jak wychodziłyby z portu (wtedy też groźba wysadzenia się na minach była szczególnie wysoka), a następnie najkrótszą drogą jednostki powinny zmierzać ku Władywostokowi. Ze względu na przewagę siły ognia, nie można było Japończykom pozwolić na tzw. "crossing the T", czyli sytuację, w której jednak kolumna okrętów jest zaatakowana od przodu przez przez drugą kolumnę, płynącą bokiem wobec kolumny pod ogniem. W takiej bowiem sytuacji okręty "w pionie" nie są w stanie skutecznie odpowiadać ogniem okrętom strzelającym "z boku", a te ostatnie mogą rozwinąć ogień z pełną mocą. W przypadku Japończyków - mogłyby strzelać obie wieże z armatami 305mm, a nie tylko jedna.

    Zaraz po wyjściu z portu Japończycy dostrzegli co się święci. Togo Heihachiro wydał pierwsze rozkazy...

    Cdn...

    /MK

    #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 45345748_2166739266684148_825648101913001984_o.jpg

  •  

    Wzrost ekonomiczny Chile za rządów Pinocheta. Widać dokładnie aftershock po Allende (sam początek), wzrost, błąd de Castro prowadzący do kryzysu z 1982, potem naprawę zniszczeń, a od 1985 politykę pragmatyczną Hernana Buchiego.

    OK, tak więc wracamy w drugim i zapewne ostatnim wpisie do ekonomii Chile. Ostatnio było o socjalistycznym niepowodzeniu prezydenta Allende. A teraz będzie o Pinochecie i okresie postpinochetowskim – a to dlatego, że reformy „późnego” Pinocheta były kontynuowane i zakończyły się mniej więcej w 2006 roku, czyniąc z Chile jedno z bogatszych państw regionu.

    Nie obyło się jednakże bez pierdolnięcia.

    Jak ostatnio pisałem, Pinochetowi przypisuje się błędnie kryzys z 1973 oraz 1974 roku. Myślę, że długość poprzedniego wpisu załatwia sprawę, choć niestety w niektórych środowiskach musiałem pisać obszerne addendum, albowiem ludzie nadal nie zrozumieli i twierdzili, że pucz był źródłem całej awantury. Względnie magiczne amerykańskie grzebanie w gospodarce Chile – tak, grzebanie tego USA, które zostało na polu szpiegowskim rozegrane przez KGB jak tylko Sowieci tego chcieli. Generalnie to w wizji przeciwników Pinocheta USA – powszechnie wśród lewicy krytykowane za liczne niepowodzenia, przedmiot naśmiewania z powodu braku jednoznacznego zwycięstwa nad czerwonymi w Korei czy Wietnamie – nagle zyskuje supermoce i jego macki sięgają wszędzie, zdolne do rozmontowania chilijskiej gospodarki… z jednoczesnym usunięciem wszystkich dowodów <3
    Ale dobra, o tym było ostatnio. Koniec pierdolenia o Allende, bo znowu się nakręcę :v

    GDY LUDZIE ZNÓW PRÓBUJĄ BRONIĆ CZERWONYCH, CZYLI KRÓTKI RYS HISTORII EKONOMII CHILE – CZĘŚĆ 2 (OSTATNIA) – PINOCHET

    Tak więc koncepcję odpowiedzialności Pinocheta za rok 1973 możemy odrzucić. Ale co z 1982? I to na tym kryzysie się przede wszystkim skupimy, a także na jego skutkach. Lecz wpierw: co było po tym jak junta wojskowa przejęła władzę?

    W tamtym momencie w Chile nadal panował rak socjalistycznej gospodarki – przecież cudownie w jedną noc zmiana władzy nie usunie trzech lat katastrofalnego grzebania. A problemami kluczowymi były wywłaszczenia, usztywnienie cen oraz skrajny protekcjonizm państwowego sektora. A więc w pierwszej kolejności przystąpiono do zwrotnej prywatyzacji zabranego mienia, uwolnienia cen oraz do rezygnacji z tak daleko idącego protekcjonizmu. Wszystkie te rozwiązania doprowadziły do jej natychmiastowego ograniczania. W odpowiedzi instytucje międzynarodowe przywróciły także częściowo dotacje oraz trwałe regulowanie należności z tytułu np. obligacji. Tu warto wskazać, że wcześniej tego nie robiły nie dlatego, że zły Wujek Sam zakazał, tylko dlatego, że inflacja szła tak bardzo w górę, że wyliczenie rzeczywistej wartości obligacji Chile było nierealne i narażało światowy obrót gospodarczy na szkody 

    Te pierwsze, prowizoryczne reformy poszły w parze z konstruowaniem rządu. Posady pierwszych dwóch ministrów ekonomii chilijskiej junty otrzymali kolejno Jorge Cauas i Sergio de Castro – w praktyce wymieniani łącznie (bądź też pisze się tylko o de Castro, bo to jeden ze sprawców późniejszego kryzysu, a także autor „El Ladrillo”, czyli tomiku o założenia gospodarczych Chile, będącego potem wyznacznikiem działania ludzi Pinocheta). Ekonomiści ci należeli do nurtu ekonomicznego nazywanego potocznie Chicago Boys. A to dlatego, że w większości byli oni wykształceni w Stanach, na Uniwersytecie Chicago.

    A to znaczy, że byli to bezpośredni padawani jednego dość znanego człowieka – Miltona Friedmana.

    Dla niewtajemniczonych w ekonomię: Milton Friedman był amerykańskim noblistą (choć patrząc kto Noble dostaje to naprawdę trzeba przestać spuszczać się nad tą instytucją – to by wymagało osobnego wpisu, ale Noble wzbudzają zastrzeżenia od samego początku, po prostu w Polsce się o tym nie mówi bo dotychczas czuliśmy się docenieni). Nobla uzyskał z ekonomii w 1976 roku za teorię tzw. monetaryzmu, czyli mocno liberalnej gospodarczo koncepcji, gdzie główną i jedną z nielicznych ról państwa w ekonomii jest obsesyjne strzeżenie ilości pieniędzy w obrocie gospodarczym i zwalczanie inflacji. Bardziej szczegółowej interpretacji się nie podejmuję, bo to jedna z kluczowych do dziś koncepcji ekonomii i ekonomiści by mnie zaorali, jakbym się pomylił.

    W każdym razie monetaryzm stoi u podstaw wielu wolnorynkowych koncepcji, której elementy są w Polsce propsowane m. in. przez korwinistów. Chyba nie muszę dodawać, że stanowi całkowite przeciwieństwo socjalizmu? :P

    A więc Chicago Boys przystąpili do działania w myśl teorii monetaryzmu. Bardzo szybko zniesiono cło i jednocześnie zmniejszono opodatkowanie własnych przedsiębiorców, w połączeniu z propagandowymi kampaniami zapraszającymi inwestorów obcych. Założenie było takie, że chilijscy przedsiębiorcy mają rywalizować z kapitałem obcym lub przegrać – w tym celu potrzebują jednak właśnie niewielkiego obciążenia podatkowego na wypadek niezbyt korzystnych z perspektywy Chile działań państw trzecich. Na przykład ograniczenia podwójnego opodatkowania, co mogłoby zniszczyć chilijskie przedsiębiorstwa w drodze praktyki zwanej dumpingiem cenowym. Czyli sprzedażą towarów poniżej ich ceny rynkowej w celu rozkurwienia konkurencji.

    Prywatyzacja przebiegała również pomyślnie, z tą zmianą, że Chile zdecydowało się zrezygnować z ponownej prywatyzacji złóż miedzi, które zostały uzyskane rękami Allende. Mimo wszystko na pewien czas rynek miedziowy uwolniono w ten sposób, że nowe złoża mogły być pozyskiwane przez podmioty prywatne, a przedsiębiorstwa państwowe (zwłaszcza istniejące do dziś Codelco) skupiały się na poszerzaniu i ulepszaniu technologicznym pozyskiwania złóż dotychczasowych.

    Bezpośrednią jednak interwencją Pinocheta etapowo wycofywano się z reformy miedziowej – generał podnosił konsekwentnie, że brak objęcia obrotu miedzią protekcjonizmem stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego Chile, albowiem ten, kto trzyma w rękach chilijską miedź, trzyma za jaja zasadniczo sporą część państwa.

    Chile ostatecznie wprowadziło poważne ograniczenia w prywatnym obrocie miedzią aż do konstytucji państwa na samym początku lat ’80. Ten akt spotkał się z ponowną nacjonalizacją części przedsiębiorstw (na szczęście tym razem już za sprawiedliwym odszkodowaniem), ale przede wszystkim ponownie poirytował Waszyngton – który od 1970 roku bezowocnie czekał na zwrot przedsiębiorstw kopalnianych. Należy jednak pamiętać, że ruch Pinocheta mógł mieć też charakter polityczny o tyle, że wbrew obiegowym opiniom jego pucz ani rząd nie były finansowane przez USA. CIA ograniczyła się jedynie do zapewnienia wsparcia wywiadowczego w 1973 roku – następnie stosunki z USA pozostawały poprawne, ale nigdy nie były kordialne. Pinochet wbrew twierdzeniom niektórych nie pozostawał też pieskiem Ameryki, na co Waszyngton wyraźnie liczył. Już w 1978 roku USA podejmowało się ruchów mających na celu ograniczenie wpływów generała, choćby przykręcając krytykę Chile na arenie międzynarodowej, czy w tym samym roku ustanawiając embargo na dostawy broni. To ostatnie było o tyle dotkliwe, że w tym okresie Peru rozważało skorzystanie z nagłej izolacji Antofagasty i rozpoczęcie konfliktu zbrojnego z Pinochetem. Na szczęście jednak prezydent Peru Moralez-Bermudes był także zajęty problemami wewnętrznymi tego kraju (jego władza pochodziła z przewrotu obalającego władzę również uzyskaną w drodze puczu).

    Osobiście więc sądzę, że odcięcie USA od zasobów rynku miedziowego Chile było także decyzją polityczną. Co ciekawe, jakkolwiek USA ponownie próbowało mieszać w chilijskiej gospodarce, a w tym samym czasie KGB finansować związki zawodowe i odbudować rozpieprzone komunistyczne struktury w tym kraju, Chile jakoś potrafiło sobie radzić, a ich gospodarka wstawała z kolan :D

    A więc zapytam się w sufit: gdzie znów dokładnie są ci morderczy Amerykanie gotowi spacyfikować wszelki objaw niezależności?

    Osobiście decyzji Pinocheta nie krytykuję. Daleko mi do całkowicie wściekłego kapitalizmu i zrozumiałym dla mnie jest, że szczególnie ważne sektory gospodarki powinny zostać objęte protekcjonizmem, bo definiują one niezależność państwową. Warto zwrócić uwagę, że tego typu mechanizmy były (nie pierwszy raz zresztą) inspirowane ekonomicznymi decyzjami zmarłego akurat niedawno Francisco Franco w Hiszpanii – obydwa państwa były zresztą w tym okresie podobne.

    No dobrze, ale skoro miedź nie tąpnęła, a inflacja spadała, to co rozjebało Chile w 1982? Atom jakiś?

    Nie. Nie atom. To, co namieszało w tamtym roku to do dziś dnia pozostaje sporne, i w tym problem :D

    Późniejszy (od 1985 roku) minister finansów, Hernan Buchi, także jeden z Chicago Boys, konsekwentnie twierdzi, że przyczyną tąpnięcia był międzynarodowy kryzys obligacji bankowych. Pana Buchiego na pewno będziemy jeszcze cytować, a jego bardzo fajny artykuł z 2006 wrzucę w komentarzach do tego wpisu. Na pewno eks-minister ma trochę racji – instytucje bankowe mają to do siebie, że pozostają mocno powiązane i zależne od siebie. Jako iż kryzys ten uderzył głównie w banki, to mogło coś być na rzeczy. Kryzys zbiegał się także z kryzysami w innych państwach. W tym samym czasie Meksyk osiągnął hiperinflację (ponad 500% wskaźnika inflacji), a te same wydarzenia w Argentynie dorżnęły ich banki i tak nadszarpnięte akurat zakończonym konfliktem na Falklandach.
    Kłopot w tym, że ja osobiście Buchiemu nie do końca wierzę, zwłaszcza że był on tam wtedy i miał co nieco do powiedzenia o decyzjach rządowych w stolicy. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że kryzys wywołała jedna tragiczna w skutkach decyzja oraz naciski polityczne.

    Jakkolwiek chilijska inflacja słabła, to nadal była poważna. Jak pisałem ostatnim razem, w 1973 roku wynosiła 508%. W 1979 roku spadła do ok. 38%, lecz to apparently niektórych nie zadowalało. Do tego sporo rozliczeń Chile szło tak naprawdę w dolarach i rząd starał się zwłaszcza pilnować, żeby wartość obydwu walut (tzw. float echange rate) pozostawał na zbliżonym poziomie.

    I w tym miejscu Milton Friedman zapewne wstał i powiedział: „Ej kurwa, zaraz zaraz, uczyłem was, że podstawowym założeniem monetaryzmu jest absolutny brak interwencji w ceny walut, mamy free float exchange rate, a waszym zadaniem jest pilnować, żeby nie było drukowania pieniędzy. Rynek zweryfikuje”.

    Sergio de Castro jednakże pękł. Pytanie: czemu? Przestraszył się odpowiedzialności? Zwątpił? Czy może ktoś z junty wojskowej nacisnął na tę zmianę? Tego niestety nie wiemy, choć jako iż de Castro nadal żyje, mógłby się jakoś wypowiedzieć.

    Tak czy inaczej, w 1979 roku de Castro wprowadził tzw. pegging walutowy – czy też usztywnił kurs chilijskiego peso od dolara, co było szczególnym przejawem protekcjonizmu względem partnerów handlowych rozliczających się w tej walucie (niekoniecznie Amerykanów, ale ich przede wszystkim). Oznaczało to jednoznaczne odejście od wolnej wymiany i było przykładem centralistycznej interwencji państwa w gospodarkę.

    Jednocześnie zbiegło się to w czasie z wprowadzeniem protekcjonizmu na niektóre banki państwowe w myśl zasady „too big to fail” – obecnej zresztą do dziś (i widocznej w czasie kryzysu z 2008 roku), czyli ratowania za wszelką cenę przedsiębiorstw o kluczowym znaczeniu dla gospodarki danego kraju, choćby te przedsiębiorstwa były prywatne. Robi się to ze strachu przed skutkami takiego upadku (głównie społecznymi). W ten sposób Waszyngton ratował swoje banki z 2008 roku. Kłopot w tym, że zasada „too big to fail” ma jedną wadę – świadomość podmiotu ratowanego, że jeśli ryzykownie zainwestuje i zarobi, to jest profit. A jeżeli zainwestuje i straci, to też profit, bo przyjdzie kapitan państwo i wykopie ich z gówna. Trochę jakby wejść z pasem szahida w miejsce publiczne, zrobić coś głupiego, a potem zażądać pomocy pod groźbą detonacji.

    W 1981 roku Chile włożyło w banki kupę kasy, które – szukając wyjścia z rozpoczynającego się kryzysu okołokontynentalnego – popełniły kilka gównianych inwestycji. Spowodowało to nagły spadek rezerwy narodowej. Jednocześnie inflacja nadal trwała pomimo peggingu i zadłużenie Chile przekroczyło już 17 miliardów dolarów. A więc chilijskie peso traciło jeszcze na wartości, przy czym jednocześnie przez pegging właśnie rząd Chile próbował wmówić inwestorom ile ta waluta jest „naprawdę” warta.

    A jaki jest tego skutek? Usztywnienie cen.
    Jaki – jak już wiemy po socjalistycznym Allende jest skutek usztywnienia cen? Właśnie. Niemożność ustalenia rzeczywistej wartości rynkowej towaru.
    A jaki jest tego skutek? Właśnie – ucieczka z rynku oraz podwyżki cen „na czuja”, a to prowadzi do inflacji :3
    Inflację próbowały pokryć banki (to przynajmniej lepsze niż błagania o radziecką pomoc), ale to się nie udało. Jaki tu znów był skutek? Banki poniosły jebutne straty finansowe, i choć były wspierane przez państwo, to zarówno państwo i jak i banki nie bardzo – jak wiemy – mają swoje pieniądze :3

    I krótko potem banki przestały inwestować, bo doszło do tzw. bank runu – czyli sytuacji, gdzie klienci masowo usuwają swoje konta i depozyty, żądają przedterminowego wykupienia obligacji czy spłacają hipoteki w kapitale obcym. Zjawisko takie nakazuje bankowi masowo oddawać pieniądze, którymi bank na co dzień obraca – a wobec czego bank albo:
    1) Nie ma czym obracać i zaczyna natychmiast przegrywać np. na giełdzie, bo musi awaryjnie sprzedawać posiadane akcje, albo
    2) Odmawia zwrotu środków ludziom czy wykurwiście naraża się na konsekwencje od karnych po szturm zirytowanych konsumentów na swoje siedziby – w praktyce to rozwiązanie chyba nigdy nie jest z tego właśnie względu stosowane, byłaby to ogólnie grabież w biały dzień.

    Jak bardzo pomysł de Castro o usztywnieniu wymiany walutowej był tragiczny świadczy fakt, że na 16 głównych banków z kapitałem chilijskim miało wtedy zbankrutować 14 (!) z nich. To tak jakby u nas w jeden dzień upadły naraz Pekao SA, Mbank, ING, BGK i tak dalej – same grube ryby. A wasze pieniądze? Puuuf! Gone! Nie ma!

    Ostatecznie w 1983 roku PKB Chile skurczyło się – zależnie jak liczyć – pomiędzy 13 a 19%, podczas gdy reszta gospodarek Ameryki Południowej upadła nie dalej niż o 8%. Wskazuje to nie tylko, że Chile oberwało najbardziej, ale też że ktoś spieprzył sprawę w korzystnych warunkach handlowych. I niestety tym kimś był chyba de Castro i ktoś (być może Pinochet osobiście?), kto naciskał na pegging z ramienia junty. Jakkolwiek upadek był tak naprawdę mniejszy niż za Allende, tak np. wydatkowanie środków z budżetu państwowego (na pokrywanie zobowiązań bankowych) przekroczyło wydatkowanie państwowe z okresu Allende w roku 1982. Złośliwi oczywiście mówili, że to przykład „chicagowskiej drogi do socjalizmu” xD

    De Castro posadę oczywiście stracił. Jego miejsce zajął wspomniany wcześniej Hernan Buchi, który na marginesie w 1990 roku będzie kandydować na prezydenta Chile. Buchi wprowadził tzw. monetaryzm pragmatyczny. Po pierwsze zrekonstruował banki regulując ich działalność – powołał mechanizmy zbliżone do tych, jakimi w Polsce dysponuje Komisja Nadzoru Finansowego – a których celem jest redukcja ryzykownych strategii bankowych. Chilijskiego peso oczywiście uwolniono, a państwo przez krótki czas pokrywało straty starając się ochronić przedsiębiorców. Od 1987 roku Chile zaczęło na powrót gromadzić rezerwy złota, ostatecznie się stabilizując.
    Buchi – a z nim reszta Chicago Boys z frakcji „pragmatycznej” – preferowali wolny rynek, ale ze zwiększonymi regulacjami państwowymi i elementami protekcjonizmu wśród mniejszych przedsiębiorców. Ich polityka ponownie przypomina politykę późnego okresu władzy generała Franco w Hiszpanii.

    Prawdą jest jednak jedno – trudne warunki konkurencji wolnorynkowej pozwoliły Chile wygenerować na powrót zniszczoną klasę średnią oraz otworzyć drogę dla nowych przedsiębiorców. Generalnie dobrym przykładem jest też czym kończy się grzebanie w walucie – gdyby nie jedna tragiczna reforma de Castro, Chile mogłoby na kryzysie ogólnoamerykańskim jeszcze się wzbogacić. Trzeba jednak pamiętać, że de Castro odpowiadał także za stabilizację po syfie zostawionym przez socjalistów, nie należy go więc postrzegać jako kogoś, kto doprowadził jedynie do ogólnonarodowego nieszczęścia. Do dziś też ekonomiści spierają się czy pierwszy okres (1974-1982) istotnie bardziej krajowi zaszkodził, czy też dopomógł.

    Buchi – od 1988 roku wiedząc, że posady nie utrzyma, albowiem w tymże roku Pinochet zgodził się opuścić stanowisko do 1990 i przywrócić demokrację – wypuścił serię sugestii co jego następcy powinni czynić. Był to swoisty dodatek do wspomnianego „el Ladrillo” – czyli dosłownie „cegiełki” – chroniący Chile przed kolejnym tąpnięciem w warunkach monetarystycznych, a także jakie byłyby jego założenia na kolejne lata. Jako osoba rozważna i konsekwentna w swoich działaniach, Buchi pozostaje do dziś dnia jednym z bardziej poważanych, emerytowanych już polityków Chile. Pamiętajmy jednak, że na stanowisko powołał go bezpośrednio Pinochet z misją ogarnięcia burdelu i przywrócenia wolnego rynku, o jaki od samego początku normalnym (czyt. Niesocjalistycznym) Chilijczykom chodziło.

    Kontynuację reform Hernana Buchiego – luźno potem nazywanych „Concertacion” – wprowadzili następni prezydenci Chile. Wpierw był to chadek Patricio Aylwin, za którego prezydentury zawarto serię ważnych umów międzynarodowych o wolnym handlu. Chile było też pierwszym z państw Ameryki Południowej, który otworzył swoje rynki na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej, co dało chilijskiemu eksportowi jeszcze dalsze rynki zbytu, a nadto pozwoliło nieco oddalić się od USA. Następnie, w ramach tzw. konsensusu trójstronnego, prezydentura Ruisa-Tagle skupiła się na limitowanych reformach socjalnych poprawiających sytuację najuboższych i umożliwiających im poprawienie konkurencyjnej pozycji na rynku. Przynajmniej tak było do 2006 roku.

    Jakkolwiek Chile jest jedną z lepszych gospodarek Ameryki Południowej do dziś dnia, to gwałtownie rosną w tym kraju podatki, równoważone gospodarką z naciskiem na surowce. W czasach Pinocheta podatku PIT w ogóle nie było, a podatek CIT utrzymywał się na poziomie ok. 15% dochodu. Tak też było w latach ’90.

    Po zakończeniu Concertacion podatki rosną. PIT wprowadzono w 2003 roku i wynosi on (liniowo) co do zasady 35% - a więc więcej niż polski wyższy próg podatkowy. CIT wzrósł z 15% do ok. 28%. Na marginesie nie jest dla mnie zrozumiałe jakim cudem osoby fizyczne płacą wyższe podatki aniżeli przedsiębiorstwa :D
    Nevertheless, pomimo tąpnięcia z 1982 – które przypisywałbym jednak Pinochetowi i jego ekipie – to właśnie reformy Chicago Boys i Pinocheta, choć nie bez problemów, nakierowały Chile na aktualny wzrost gospodarczy i uzyskanie poważnej przewagi nad sąsiadami. Nie bez powodu przyjął się ukuty w latach ’90 przez Friedmana motyw z „chilijskim cudem gospodarczym”, przy czym w tym samym opracowaniu Friedman przyznaje, że ostrzegał de Castro przed skutkami jego własnej decyzji, tak mogłoby być jeszcze lepiej.

    Innymi słowy: politykę ekonomiczną za Chile można podzielić na dwa okresy. Monetaryzm dziki lat 1974-1982 zakończył się ostatecznie nie najlepiej, acz do teraz prowadzi się dysputy jak bardzo źle oraz z jakiego powodu. Następnie monetaryzm pragmatyczny lat 1983-1990 utworzył podstawy, które zaczęły profitować już w latach ’80, ale szczyt zysków przypada na lata ’90, kiedy Pinocheta nie było już u władzy. Z tego względu jednak jego przeciwnicy – bardzo niesłusznie – znów podnoszą, że jego odejście przyczyniło się do wzrostów.

    Nie. Wszystko wskazuje na to, że gdyby Pinochet wygrał referendum i pozostał u władzy, wzrost gospodarczy postępowałby analogicznie. I to jest główny sukces tego człowieka – poza oczywiście zaoraniem czerwonych.

    Fajnie tak za to sobie jechać po nieżyjącym już człowieku, który bronić się nie może, a który działał w warunkach być może brutalnych, lecz koniecznych w tamtych czasach. I tu znów mamy podobieństwo do Hiszpanii generała Franco. Obydwa państwa były quasi-faszystowskie (tak – ja należę do tej grupy, która faszyzm kwalifikuje szeroko, bo jest to również tak ogólnie kwestia sporna), obydwa obroniły się przed zagrożeniem komunistycznym, obydwa zastosowały dwa podejścia gospodarcze, gdzie pierwsze kończyło się niepowodzeniem, a drugie prowadziło do cudu gospodarczego, dzięki któremu winnice Chile są znane na cały świat, a do Hiszpanii to Polacy jeżdżą na truskawki, a nie odwrotnie 

    Nie mogę się za to doczekać, kiedy i Pinocheta ktoś będzie chciał wyjebać z grobu i, nie wiem, może wystrzelić z armaty jak Dymitra Samozwańca? Albo rozsypać prochy nad oceanem jak Eichmanna? Choć na szczęście Chile nie popadło jeszcze na powrót w lewicową patologię.

    W końcu najprościej jest kopać zwłoki. Te w końcu się nie bronią :3
    /MK

    PS: Słusznie mi na priv wskazano, ówczesny dług Chile był jednakże gorszy od polskiego, aż tak źle w naszym kraju jeszcze nie ma

    #kapitalizm #komunizm #chile #historia #ekonomia #historiaiwojskowosc #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 79370310_2889294477761953_1234273867434819584_o.png

    •  

      @Mleko_O: W tekście, który wkleiłeś jest sporo głupot, które wynikają z niezrozumienia używanej terminologii lub bardzo rozemocjonowanego sposobu narracji, pełnej normatywnych uniesień, które Milton Friedman jako pozytywista metodologiczny surowo potępiał. Gdyby przeczytał coś takiego, z pewnością musiałby autorowi wymierzyć soczystego plaskuna z niewidzialnej pięści południowego Chicago.

      I w tym miejscu Milton Friedman zapewne wstał i powiedział: „Ej kurwa, zaraz zaraz, uczyłem was, że podstawowym założeniem monetaryzmu jest absolutny brak interwencji w ceny walut, mamy free float exchange rate, a waszym zadaniem jest pilnować, żeby nie było drukowania pieniędzy. Rynek zweryfikuje”.

      Co to za stylistyka? Free float exchange rate to najzwyczajniejszy w świecie całkowicie płynny kurs walutowy. Przyjęcie płynnego kursu walutowego nie jest założeniem monetaryzmu, lecz jedynie skutkiem jego innego założenia: kontroli przez bank centralny podaży pieniądza M1 (gotówka w obiegu pozabankowym + depozyty), który charakteryzuje się najwyższą płynnością, co oznacza, że na co dzień zwykłą gotówkę w ręku lub na rachunku najłatwiej zamienić na inną gotówkę. Dlatego też:

      Do tego sporo rozliczeń Chile szło tak naprawdę w dolarach i rząd starał się zwłaszcza pilnować, żeby wartość obydwu walut (tzw. float echange rate)

      Nie dość, że jest to bzdura, bo nie ma to nic wspólnego z kursem wybranej pary walut, to stanowi zaprzeczenie tego, co zostało wcześniej określone jako free float exchange rate i w ogóle nie spolszczone.

      Tak czy inaczej, w 1979 roku de Castro wprowadził tzw. pegging walutowy – czy też usztywnił kurs chilijskiego peso od dolar

      Nie pamiętam, żeby istniało coś takiego jak "pegging walutowy", mówimy po prostu o usztywnieniu kursu walutowego, to wszystko. Dobrze, że chociaż tu można kontekstowo wysnuć o co chodzi.

      co było szczególnym przejawem protekcjonizmu względem partnerów handlowych rozliczających się w tej walucie (niekoniecznie Amerykanów, ale ich przede wszystkim) (...) I niestety tym kimś był chyba de Castro i ktoś (być może Pinochet osobiście?), kto naciskał na pegging z ramienia junty

      Czy Andrzeja Leppera także zabił pegging walutowy? Gdyby autor szczątkowo ogarniał mechanizmy i przesłanki prowadzenia polityki monetarnej, nie czyniłby takich insynuacji, tylko rozumiał dlaczego zdecydowano się na usztywnienie kursu. Sztywny kurs walutowy jest jednym ze sztandarowych środków prowadzenia polityki antyinflacyjnej, ponieważ pozwala na stabilizację cen dóbr importowanych w walucie narodowej i poprawia konkurencyjność własnego eksportu. Ponieważ Chile cierpiało z powodu wysokiej inflacji, przyjęło sztywny kurs walutowy, żeby eksportować drożej jedyną rzecz, którą tam się produkuje, czyli miedź i ustabilizować ceny żywności.

      Po "protekcjonizmie względem partnerów handlowych" już nie czytałem, bo trochę za dużo już tego. Czemu ktoś ten tekst plusuje i czy aby na pewno rozumie to, co plusuje?
      pokaż całość

    •  

      @anward: Cieszę się, zachęcam do odwiedzin profilu autora albo śledzenia tagu #historiaiwojskowosc ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      @Trojden: Nie jest z translatora, oryginalnie polski. Jeżeli chodzi o zarzut o pegging - nie mam pojęcia, nie jestem ekonomistą

      @Walenciakowa: Gdyby nie to cholerne USA tym razem by się udało #pdk

      @Tylko_noc: #historiaiwojskowosc albo profil autora (link jest w każdym poście)

      @shadowboxer: Szanuje za wyczerpującą i rzeczową odpowiedź, podesłałem autorowi, zobaczymy czy się jakoś odniesie
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    Panorama Port Arthur na początku XX wieku.

    JEDEN POCISK, KTÓRY ZBUDOWAŁ MIT WIELKIEJ JAPONII - BITWA NA MORZU ŻÓŁTYM - CZĘŚĆ 1

    Na starcie przypomnę Czytelnikom, że jestem nieco... krytyczny co do całego jarania się Japonią, a i wiele ich osiągnięć uważam za przereklamowane. Naród ten ma fajną, interesującą kulturę, ale też aż do XX wieku nigdy nie zbudował mocarstwowej pozycji, choć kilka razy sąsiadom zagrażał. Co jak co, japońska kultura jest też niestety dość samodestrukcyjna, czego wkrótce miała dowieść Druga Wojna Światowa...
    Czy Japończycy słusznie uwierzyli we własną potęgę? Moim zdaniem nie, choć czasem jeden pocisk może zrobić różnicę...

    W każdym razie. Przenieśmy się do czasów... jeszcze poprzedniej epoki, bo do sierpnia 1904 roku.

    Od kilku miesięcy trwa wojna japońsko-rosyjska. Siły japońskie - dzięki katastrofalnemu dowodzeniu dowódców carskich w polu - przełamują rosyjską obronę na rzece Yalu, oddzielającej dziś Koreę i Chiny i w dwóch armiach prą na zachód. Jedna armia atakuje dziewiczym krajobrazem Mandżurii w stronę Harbinu, miejsca, gdzie kończy się rosyjska kolej transsyberyjska, pozwalająca kontrolować cały azjatycki rosyjski tranzyt towarów i ludzi. Ale nie o nich i nie o Harbinie będziemy dziś mówić.

    Druga japońska armia, dowodzona przez generała Oku Yakusatę, uderzyła w stronę Port Arthur - dziś Dalian - największej rosyjskiej bazy morskiej w Azji. Japończycy - przełamawszy zignorowane przez Rosjan (oczywiście przez niekompetencję) pozycje obronne na przewężeniu Tellisu, wnet przystąpiły do oblężenia Port Arthur, które jest myślę w historii powszechnie znane. Mniej więcej w tym czasie rosyjska flota bałtycka wychodziła już z portów w Sankt Petersburgu i jęła zmierzać do swojego pogromu pod Cuszimą - największego wpierdolu morskiego w historii - do którego dopłynie z zatkanymi długą podróżą kotłami oraz po drodze ostrzela angielskie łódki niedaleko Danii, biorąc je za Japończyków xD

    Ale co, jeśli powiem Wam, że Cuszima była tylko formalnością? Że rzecz wcale nie musiała tak wyglądać? Nie wierzycie? To patrzcie.

    Szczęśliwie obroną Port Arthur dowodził już cały sztab połączony sił lądowych i marynarki. Wśród dowódców Floty Pacyficznej Cesarstwa Rosyjskiego duże znaczenie mieli przede wszystkim Stjepan Makarow, Wilhelm Witgeft oraz Jewgienij Aleksiejew, pozamałżeński syn cara Aleksandra II. Makarow szybko odpadł z gry - osobiście próbował ścigać Japończycy w czasie oblężenia portu i wpadł ze swoim pancernikiem "Pietropawłowsk" na minę, gdzie zginął. Lądowym komponentem obrony dowodzili generałowie Kondratenko (też zginął) i Stessel.

    Jeśli chodzi o admirałów, tu zarysował się konflikt. Aleksiejew podnosił, że szwadron rosyjski w Port Arthur może realnie walczyć z Japończykami. Ba, nawet ich pokonać. W tym względzie admirał preferował kontynuować bojową postawę poległego Makarowa. Z drugiej strony Witgeft - możny z niemieckiego rodu na usługach Rosjan - preferował podejście ostrożne. Po pierwsze wskazywał, że Port Arthur zostało zaminowane przez Japończyków w pierwszych dniach wojny (która rozpoczęła się atakiem łodzi torpedowych na sam port, oczywiście niespełna godzinę po doręczeniu wypowiedzenia wojny, mechanizm podobny jak w Pearl Harbour). Po drugie, Witgert wierzył w tzw. koncept fleet-in-being, według którego samo szachowanie swoją obecnością japońskiej floty admirała Togo pozwala w spokoju Flocie Bałtyckiej zbliżać się do Cuszimy.

    Ciężko rzec kto miał rację. W jakimś zakresie mieli ją obaj. Osobiście skłaniam się ku stanowisku Aleksiejewa, ponieważ flota rosyjska była co najmniej równa flocie japońskiej, co szczegółowo porównam w kolejnej części. Jakkolwiek istniało znaczne ryzyko, że flota poniesie straty na minach wychodząc na bój z Japończykami, tak Aleksiejew słusznie dostrzegał, że trzon sił morskich Rosji nie może pozostawać utknięty w Port Arthur, a zamiast tego powinien połączyć się ze szwadronem krążowników z Władywostoku i manewrować przeciwko admirałowi Togo.

    Ostatecznie wygrały względy polityczne - oczywiście Aleksiejew był blisko związany z dworem carskim, a Witgert był zwykłym admirałem.

    Moskwa zatwierdziła rozkazy, które Witgert miał wykonać. Witgert uznał, że rozkaz jest rozkazem, a jego żołnierskim obowiązkiem wykonać go jest jak najlepiej. Wilk morski miał przebijać się z Port Arthur do Władywostoku. I zajebiście dobrze mu szło... do pewnego pechowego momentu.

    10 sierpnia 1904 roku Rosjanie przystąpili do forsowania blokady.

    Cdn...

    #historiaiwojskowosc #historia #japonia #rosja #wojna #gruparatowaniapoziomu

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć
    pokaż całość

    źródło: 45421443_2166695160021892_6862020015609085952_o.jpg

  •  

    Witam serdecznie wszystkich mireczków i mirabelki po długiej przerwie. Dzisiaj startuje z nowym cyklem postów, tak jak kiedyś #iiwojnaswiatowawkolorze

    Zasady takie same jak ostatnio - repostuje wam posty z fb żebyście mogli poczytać na wykopie, bo jest to dużo wygodniejsze, i dowiedzieć się czegoś nowego a być może nawet ciekawego ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Z czasem zobaczymy co nam z tego wyjdzie i jak to będzie wyglądało ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Rzeczywista siła nabywcza obywatela Chile w latach 1967-1977. Pomarańczową linią wskazano okres prezydentury Allende.

    OK, tak więc przechodzimy do tematów około ekonomicznych. Tak, Czytelnicy, nie regulujcie monitora - to najprawdziwsze napieprzanie historycznych cymbałów!

    Będzie długo, ale w miarę jak tekst postępuje język staje się luźniejszy i luźniejszy – tak, żeby się dobrze czytało.

    Geneza tego i nadchodzących wpisów jest taka, że ostatnimi czasy po internecie krążą sobie jakieś śmieszne legendy mówiące o gospodarce Chile. Że wiecie - zły Pinochet totalitarysta rozwalił, a Allende to był człowiek wizjoner, tworzący krainę dobra i powszechnego dobrobytu <3
    I miałem kilka starć na różnych grupach na ten temat. Wypadło mi tyle włosów od raka, jakiego mi niektórzy dostarczyli, że włożyłem je sobie w materiał... i nie muszę teraz iść do Jyska po nową poduszkę :v
    (a że Jysk ma najlepsze poduszki to wy wiedzcie!)

    Skoro już szambo po lewej stronie wybiło, przyjrzyjmy się RZETELNIE tematowi gospodarki Chile, za Allende i Pinocheta, i zadajmy sobie pytanie jak to wyglądało :)
    Czyli spojrzymy na chilijskie kryzysy z lat 1973 oraz 1982 i omówimy je w detalu.

    W niniejszym wpisie - a nie wiem ile mi ich w praktyce wyjdzie, choć wolałbym z tego czynić kompendium, a nie długą serię, także postaram się skrócić - skupimy się na gospodarce mości Allende.

    Wpierw jednak krótki timeline i dramatis personale, a to dla osób nieobeznanych z datownikiem historii Chile, do czego wielu Czytelników ma pełne prawo:
    - Lata 1964-1970: Prezydent Chile Eduardo Frei Montalva - członek Partido Demócrata Cristiano, PDC, czyli chilijskiej partii chadeckiej. Zainicjował wiele reform mających na celu realizację koncepcji chadeckiej solidarności społecznej na luźny wzór RFN, przede wszystkim limitowaną reformę rolną oraz ograniczoną reformę nacjonalizacji uniwersytetów;
    - Lata 1970-1973: Prezydent Chile Salvador Allende - członek i przywódca Partido Socialista de Chile, tudzież PS. Obok PS działało też PCCh, czyli Partido Comunista de Chile. PCCh razem z PS tworzyły w 1970 roku blok koalicyjny zwany Unidad Popular, czyli luźno tłumacząc Front Ludowy (a jakże!);
    - Lata 1973-1990: w Chile rządzi Augusto Pinochet. Nie nazywam go prezydentem, bo Pinochet nie od początku nosił ten tytuł, jednakże ta seria nie jest jego biografią i pominiemy ten detal. W każdym razie facet rządził Chile. Notabene Pinochet wbrew bardzo dobrym memom nie wyrzucał ludzi ze śmigłowców. To robiła głównie junta argentyńska (ta która zesrała się potem na Falklandach). Pinochet preferował tzw. Konwoje Śmierci, które kulturalnie pozwalały rodzinom pochować swoich socjalistów, gdyż konwoje te wyrzucały zwłoki przy drogach, wobec czego dało się je znaleźć (bo helikoptery wyrzucały je nad Andami).

    Pilnujcie powyższych dat, bo są one dość ważne.
    A tymczasem bez dalszego tracenia czasu przyjrzyjmy się ekonomicznej stronie prezydentury Allende, którą brutalnie ukrócił pucz Pinocheta z drugiej połowy 1973 roku.

    GDY LUDZIE ZNÓW PRÓBUJĄ BRONIĆ CZERWONYCH, CZYLI KRÓTKI RYS HISTORII EKONOMII CHILE - CZĘŚĆ 1 - ALLENDE

    Generalnie wiele osób mówi, że Allende to był taki - patrząc na nasz standard polski - taki jakby Razemek. Czy aby na pewno?
    W 1970 roku Unidad Popular wygrał wybory. Co ciekawe, w pewnym sensie mniejszościowo. Nie spodziewając się nadchodzącej patologii, w swojej ironii zresztą, Unidad Popular otrzymał propozycję stworzenia wspólnej koalicji z... tak, PDC, czyli partią chrześcijańską dotychczasowego prezydenta Montalvy, o którym historia mówi raczej ciepło. Motyw wziął się stąd, że Allende wielokrotnie potwierdzał, iż reformy Montalvy będą... kontynuowane.
    Motyw był o tyle ważny, że według ówczesnej konstytucji Chile wybór prezydenta przebiegał dość zabawnie. Dwójka kandydatów z największą ilością głosów stawała przed tzw. Kongresem Narodowym (czyli czymś w rodzaju naszego Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu obradującego razem), a Kongres wybierał we własnej procedurze który z kandydatów zostanie prezydentem. Innymi słowy, wybory nie były w pełni powszechne.
    Kongres miał uzasadnione wątpliwości co do "poczytalności" Allende, albowiem Allende był już w 1970 roku znany ze swojego sążnistego lewoskrętu. Bynajmniej Allende nie był też piewcą demokratycznego socjalizmu jak się mówi powszechnie. Facet po prostu nie miał dość siły, żeby podjąć się próby likwidacji parlamentu. Mimo wszystko jego agenda przewidywała siłowe wywłaszczenie majątku od osób bogatych i rozdysponowanie go między biednych, głównie chłopów produkcyjnych, zwanych campesinos.

    Allende ostatecznie został prezydentem. Kongres Narodowy wybrał go po tym, gdy Allende podpisał tzw. kartę swobód konstytucyjnych. Dość specyficznym oświadczeniem owa karta była, a mówiła zasadniczo, że Allende bardzo się postara nie rozwalić systemu (w tym gospodarczego kraju). Ostatecznie poparli go też chrześcijańscy ludzie Montalvy, otrzymawszy gwarancje kontynuowania reformy ziemskiej.

    Allende krótko po objęciu władzy ogłosił… a jakże, chilijską drogę do socjalizmu :D Facet zresztą wcale się z tym nie krył. W wywiadzie-rzece z 1970 prowadzonym z dziennikarzem Regisem Debreay, Allende powiedział iż:
    „Pytanie brzmi: kto wykorzystuje kogo? W każdym przypadku, odpowiedzią właściwą jest: proletariat. (…) Pracuję dla socjalizmu i poprzez wdrażanie socjalizmu.
    Zresztą, w tym samym wywiadzie:
    „Jako iż [Chile], na ten moment, pozostaje państwem burżuazyjnym, poszukujemy ścieżek, by stan ten zniszczyć, obalić. Naszym ostatecznym celem jest pełen, kanoniczny, naukowy marksizm.”

    Ogólnie to naprawdę nie wiem jak można Allende postrzegać jako demokratę o „lewicowym czy socjalistycznym odchyleniu”. Bo do pełnego kompletu to facetowi brakowało tylko czerwonej twarzy. Zresztą o Putinie Prezydent Reagan powiedział kiedyś, że jak patrzy się na Putina, to na jego czole widzi trzy litery: KGB. To samo można było powiedzieć o Allende. Detale znajdują się w moskiewskich archiwach, a Rosja do dnia dzisiejszego obejmuje te dokumenty szczególną ochroną. Jednakże kilku historyków oraz chilijskich polityków podnosiło w przeszłości argumenty, że Allende w istocie był w istocie współpracownikiem KGB zrekrutowanym jeszcze w latach ’60. Takie stanowisko zajął po latach m. in. „Leonid” Kuźniecow, koordynator komórek KGB w Chile.

    Chcę, żeby to było jasne: nawet jeżeli współpraca Allende z KGB nie jest na 100% potwierdzona (a przypominam, że bardzo ciężko jest tego dowieść bez żadnych wątpliwości, co wynika z charakteru szpiegowskiej pracy), to w 1973 Pinochet nie obalał biednego, demokratycznego prezydenta. Tylko obalał zatwardziałego socjalistę, który w raptem trzy lata zdołał rozkurwić jedno z bogatszych państw Ameryki Południowej.

    To teraz przejdźmy do tematu jak to rozkurwianie wyglądało. Czyli konkretnych działań gospodarczych.

    Ministrem gospodarki pod Allende został Pedro Vuskovic. Vuskovic był rodowitym Chilijczykiem, jego nazwisko to historia jeszcze z samego początku XX wieku, jego rodzina emigrowała z Czarnogóry. Nie, Vuscovic – jak się okazjonalnie słyszy, bo ktoś kiedyś wypuścił głupie hasełko xD – nie był nikim wysłanym przez Josepha Broz Tito do Chile :D
    Facet był w pełni naturalnym Chilijczykiem, skończył uniwersytet państwowy w Antofagaście na kierunkach ekonomicznych i przez długi czas pracował w CEPAL, czyli ciele doradczym ONZ do ekonomicznych spraw Ameryki Środkowej i Południowej. Brzmi racjonalnie.
    Tak przynajmniej wszyscy sądzili :v

    Plan Vuskovicia zakładał w ramach kontynuacji (o pomysłach nowych będzie dalej) rzeczy następujące:
    - Nacjonalizację narodowych złóż miedzi – tu plan kontynuował założenia Montalvy, ale oczywiście je zmienił. Oryginalny plan Montalvy zakładał wykup akcji spółek obcych (głównie amerykańskich) zajmujących się wydobyciem miedzi.
    - Reforma ziemska (rolna) – również kontynuacja koncepcji Montalvy, gdzie ziemia państwowa była wyprzedawano bardzo tanio chłopstwu, a niektóre największe latyfundia częściowo wywłaszczane za odszkodowaniem w celu zwiększenia rentowności poprzez podniesienie poziomu życia najbiedniejszych części wsi.

    Kwestia uznania reform Montalvy za słuszne jest kwestią indywidualną. Generalnie nie można jednak chadekom przypisać braku konsekwencji oraz irracjonalności działania. Istotnie złoża miedzi to dobro narodowe Chile do dnia dzisiejszego. Obcy kapitał kontrolujący te złoża mógł stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa całego kraju. Kapitał ten wygrał zresztą w okresie międzywojnia ze względu na okres chilijskiego dzikiego kapitalizmu, gdzie nikt nie zastanowił się czy aby sprzedaż komu popadnie swoich surowców na pewno będzie w zgodzie z interesem narodowym Chile. Podobnież chilijska wieś była bardzo niewydajna, a w latach’ 60 w skrajnych przypadkach niektórzy campesinos żyli niczym chłopstwo feudalne.

    No, ale oczywiście Allende i Vuskovic popłynęli. Większość przedsiębiorstw miedziowych wywłaszczono ustawą. W sensie od tak, bez sensownego odszkodowania dla tych przedsiębiorstw, no i tak trochę z dnia na dzień. Jak już wcześnie Waszyngton próbował grzebać w tych wyborach bo słusznie przewidywał co Allende odjaniepawli, tak teraz już Chile bardzo szybko zrobiło sobie naturalnego wroga. Wroga, który w 1973 zapewni Pinochetowi wszystkie dane wywiadowcze, by jego przewrót przebiegł prawidłowo

    Podobnież reforma rolna przypominała bardziej tę polską z 1944, a może nawet te reformy z ZSRR. Latyfundystów szybko „rozkułaczono” doprowadzając ich do ruiny i nakładając na nic monstrualne podatki, a ziemię oddano za darmo campesinos. Całą reformę przeprowadzono –w całym kraju – w półtorej (!) roku. Dzięki niej latyfundyści stracili środki do życia (mając jednocześnie jakieś tam know-how), a campesinos uzyskali masę ziemi bez stosownej mechanizacji produkcji. Innymi słowy: jedna chłopska rodzina była teraz tak bogata, że nie mogli wykorzystać swojego potencjału gruntowego, bo w czasie zbiorów zapracowaliby się na śmierć. W okresie siewów w sumie też. Jak nie wierzycie to spróbujcie iść do rolnika w kieleckim. Najpierw sprzedacie cały swój majątek żeby kupić dość nasion, a następnie wy, wasze kobiety (tudzież faceci) oraz dzieci będziecie biegać z taczką po całych hektarach i obsiewać ziemię o różnej charakterystyce. Oj, nie nauczyli was jak rekultywować taką ziemię? Eeee tam, ogarniecie w praktyce. W końcu nie każemy wam jeszcze wyrabiać cegieł po waszym 15-godzinnym dniu pracy :3

    Naturalnie rzeź, jaką uczyniono planom Montalvy, nie przeszła bez echa. W tym momencie chadecy wycofali się z koalicji i zaczęli się przytulać z Partią Nacjonalistyczną, która w przyszłości będzie głównym pionem cywilnym popierającym Pinocheta. Unidad Popular pozostali w mniejszościowym rządzie, lecz Chile nie było krajem (na powyższym przykładzie wyboru prezydenta to widać), gdzie blokowałoby to skuteczne rządy. Większość prerogatyw miał bowiem rząd właśnie i reformy załatwiano, jakbyśmy to w Polsce ujęli, „na rozporządzenia”, z obejściem ustaw. Acz w tamtych czasach parlamentaryzmu światowego zaznaczam, że było to jeszcze dość normalne i nikogo nie zastanawiało.

    No dobra, to Vuskovic i Allende popsuli projekty flagowe. Lecz co było jeszcze?
    - Vuskovic znacjonalizował bez sensownych odszkodowań większość zagranicznych korporacji, zresztą nie tylko amerykańskich. Innymi słowy nacjonalizacja przebiegała tak jak w Polsce krótko po drugiej wojnie
    - Znacjonalizowano także niemal wszystkie banki, w tym te należące do chilijskiego, prywatnego kapitału
    - Wdrożono masowe problemy socjalne połączone z tzw. usztywnianiem cen – i to będzie gwóźdź do trumny

    Notabene, jako ciekawostkę, to trzeba wskazać, że kierunkiem i tempem reform byli zszokowani nawet Komuniści. Sekretarz generalny PCCh, Luis Corvalan, próbował przekonać Allende do… zwolnienia reform celem odzyskania koalicji z chadekami i nawet rozmawiał w 1971 w tym celu z Montalvą :D W sensie nie regulujcie odbiorników: komunista próbował się dogadać pomimo naciskania na rozwiązanie parlamentu i powołanie Rad Robotniczych/Chłopskich w jego miejsce, podczas gdy lżejszy socjalista Allende jechał bez trzymanki.

    I teraz co nieco o tych reformach społecznych. Vuskovic przede wszystkim wprowadził znaczny wzrost minimalnej pensji krajowej. Naturalnie podniosło to jak cholera koszty pracy. Rozszerzono też mocno składki na wszelkie formy ubezpieczeń społecznych. Przymusowo objęto wszystkich – od campesinos po małych przedsiębiorców – drakońskimi składkami na ubezpieczenie społeczne.

    Stało się oczywiście to, co zwykle dzieje się przy wzroście płacy minimalnej. Wzrosły ceny produktów. Innymi słowy: jak minimalna wzrosła o ok. 60% (bo taka była to mniej więcej cyfra), to ceny np. chleba czy mleka rosły analogicznie. Wolny rynek próbował się dostosować do panujących warunków.

    Wobec tego w 1972 Allende zamroził ceny żywności :3 Czyli że jak mleko kosztowało np. 5 pesos, to tak miało zostać, mimo że cena mleka rosła wobec płac i powinna wynosić ok. 12 pesos. Czyli każdy producent mleka (czytaj: chłop po reformie rolnej, bo kto inny, sprzedający je przedsiębiorcy) był stratny na transakcji przykładowe 7 pesos. Czyli ubożał.

    Wolny rynek walczył dalej. Zamrożenie cen wygenerował kosmiczny wzrost obrotu na czarnym rynku, gdzie handlować można było po prawdziwych cenach. Z takich transakcji nikt się nie rozliczał, a więc państwo nie miało z nich opodatkowania. W efekcie okazało się, że Chile nie ma dostatecznych wpływów do budżetu, by utrzymać programy socjalne, zwłaszcza wspomnianą służbę zdrowia i dopłaty pensji znacjonalizowanych fabryk. W samym tylko sierpniu 1972 cena mleka podskoczyła o 120%. W warunkach polskich: 1 sierpnia za mleko płacicie 3 złote, 30 sierpnia już 6,40 złotych. Naturalnie wypłatę macie co miesiąc, więc wasza wypłata jest całkowicie nieprzystosowana do wzrostu cen. W efekcie kurewsko biedniejecie dosłownie z dnia na dzień.

    Co wtedy robi państwo? Wycofuje się z reform!
    Nie no, co wy, robię sobie z was jaja, drodzy Czytelnicy :D
    Drukuje pieniądze, a jak :D

    A drukowanie pieniędzy nie polepsza bytu społeczeństwa, gdyż pieniądze te mają zerowe pokrycie w rzeczywistej wartości. To tylko papier. Wtedy rynek ustala w sposób dorozumiany ile ten papier bez pokrycia jest wart. A jak to się nazywa? Inflacja!

    Chile miało generalnie problem z inflacją już za Montalvy. Inflacja pesos uderzała nawet w ok. 20% w skali roku, co było zjawiskiem dość niebezpiecznym. To tak jakby wasza złotówka za rok była warta 80 groszy. Wasze oszczędności w banku po roku z 10 tysięcy warte były 8 tysięcy, i tak dalej.

    Za Vuskovicia inflacja Chile wyglądał tak paskudnie, że roczna inflacja przekroczyła w 1972 roku 108% (w przeciągu jednego roku wartość złotówki maleje, tracicie połowę waszego dorobku życiowego odłożonego w walucie), a w 1973 roku, kiedy Allende spadał już z rowerka, osiągnęła ponad 500% rocznie. W tym momencie typowa polska prosperująca rodzina z klasy średniej nie jest w stanie kupić jedzenia na święta. Przy okazji – jest to już hiperinflacja. Wtedy wprowadza się dewaluację pieniądza i dramatycznie ogranicza wydatki budżetowe.

    A, co do wydatków budżetowych: tu była trochę dupa, bo nacjonalizacja przemysłu miedziowego doprowadziła do światowego tąpnięcia cenami miedzy, które spadły o ponad 50% w okresie Allende. A Chile jest jednym z większych światowych eksporterów tego surowca. W efekcie przychody państwowe ze znacjonalizowanego kruszcu poleciały w dół i połączone z drukowaniem pieniędzy doprowadziły do niewypłacalności systemu socjalnego, zwłaszcza upadku służby zdrowia. W 1973 roku Chilijczycy leczyli się na wsi znów u znachorów, bo wszelkie kliniki zdążyły się rozpaść po półtorej roku pracy.

    Cudowna reforma socjalistyczna Vuskovicia i Allende zostały opisane na początku lat ’90 w literaturze ekonomii jako tzw. makroekonomiczny populizm. Mechanizm działa w ten sposób, że podzielony jest na cztery fazy:
    Faza 1: nagły i zdecydowany wzrost wydatkowania środków publicznych na cele publiczne. Rezerwy narodowe drastycznie opadają, jednak mają jeszcze pokrycie w wartości tych rezerw (np. w złocie). W efekcie Faza 1 jest piękna: płące rosną, ceny stoją w miejscu, ucieczka przedsiębiorców jest niezauważalna bo nadrabiamy ją importem zagranicznym ze środków państwowych. Wszyscy są zadowoleni :3 Istotnie, rok 1970, a więc początek rządów Allende, to wzrost bogactwa typowego mieszkańca o kilkanaście procent i zwiększony obrót gospodarczy. Ale to tylko iluzja.
    Faza 2: Rynek orientuje się, że państwo zaczyna jechać na obietnicach bez pokrycia w gotówce. Ceny towarów rosną i zaczynają, dostosowując się wzrostu płac. Inflacja zaczyna rosnąć wobec wzrostu deficytu budżetowego, czyli teoretycznego zadłużenia państwa dotychczas pokrywającego wszystkie straty. Innymi słowy: kończą się pieniążki.
    Faza 3: Inflacja zaczyna rosnąć ponad racjonalną kontrolę. Państwo wprowadza sterowanie cenami, które tworzy czarny rynek i zmniejsza przychody państwa. Wchodzimy w hiperinflację. Państwo biednieje nie tylko przez inflację, ale także przez wyłączenie dochodu, który teraz zaczyna być ukryty. Nazywa się to efektem Oliviera-Tanziego i stanowi rodzaj wiru wodnego, bo państwo nawet jeśli próbuje nie jest w stanie odbudować swojej rezerwy finansowej.
    Faza 4: Pojawia się nowy rząd (xD). Nowy rząd uwala reformy, uwalnia ceny i wprowadza poważną dewaluację pieniądza, tak jak w Polsce na początku lat ’90 (acz my nie przeszliśmy przez efekt Oliviera-Tanziego, polska hiperinflacja wynikała z innych względów, o których długo by pisać. Czego by nie mówić o PRL to nie wjebał nas w taką patologię jak Allende). Po, uwaga, PEWNYM CZASIE, sytuacja się stabilizuje i wszystko wraca do normy. Jednakże zniszczenia zostały dokonane, państwo objęte populizmem jest biedniejsze niż przed całą jazdą bez trzymanki.

    I dokładnie to, drodzy Czytelnicy, zrobiono w Chile.

    Reformy socjalistyczne – i nazywajmy to kurwa po imieniu, socjalistyczne i marksistowskie w swoim znaczeniu – po raz kolejny zakładały, że odebranie bogatym, najlepiej z pouczającym pomachaniem paluszkiem, że to nieładnie być bogatym, stworzyły krótkotrwały efekt dobrobytu na samym początku władzy Salvadora Allende. Częściowo zaś źródłem tego dobrobytu były wcześniej zaczęte reformy chadeków Montalvy. Te zostały jednak zamienione z reform ograniczonych na socjalistyczną politykę wywłaszczeniową. Po raz kolejny wyszło, że sterowanie cenami ma swoje skutki. Gospodarka Chile w 1973 roku rąbnęła jak z przepaści. W 1970 roku rzeczywiste bogactwo robotnika Chile wzrosło o ok. 20%. W grudniu 1973 typowy chilijski robotnik zarabiał już ekwiwalent ok. 30% swojej siły nabywczej z 1969 roku. Innymi słowy: zbiedniał jakby trzykrotnie.

    Tym właśnie, drodzy Czytelnicy, jest reforma Allende. Tfu: socjalisty Allende. Socjalisty i agenta zasranego ZSRR.

    Warto wspomnieć, że już w 1972 roku Allende jak próbował (poza drukowaniem hajsu) ratować sytuację? No a jak: dzwoniąc do Moskwy i prosząc o dostawy podstawowych dóbr w ramach socjalistycznej, bratniej pomocy. Owa pomoc zaczęła szybko przypominać pomoc humanitarną. I tak niewydajna gospodarka ZSRR próbowała wywiązać się z zobowiązania wysyłając między innymi spore statki rybackie, ponad 3 tysiące traktorów, 74 tysiące ton pszenicy oraz ponad milion puszek mleka kondensowanego. Była to kropla w morzu potrzeb, a oczywiście centralistyczna gospodarka chilijskiej drogi do socjalizmu nieskutecznie zarządzała tymi dostawami.

    Przewrót Pinocheta we wrześniu 1973 nie był pierwszy. Pierwszej próby podjęto w ramach „przewrotu czołgistów” (tzw. tanquezano), który jednakże jeszcze udało się stłumić. Zrozumcie jednak jedną rzecz: Pinochet w 1973 roku obalał w pierwszej kolejności nie Prezydenta Chile, tylko socjalistę i debila, który w 3 lata zdołał narobić więcej szkód niż chyba wszystkie wojny w historii tego kraju. Kryzys z 1973 roku jest w STU PROCENTACH winą socjalistycznej polityki Allende i Vuskovicia.

    W tym miejscu warto wskazać, że upadku nie da się powstrzymać z dnia na dzień. Cymbały historyczne mają tendencję do mówienia, że najgorzej było w grudniu 1973, a Pinochet rządził od września 1973. W efekcie to… Pinochet jest skutkiem tąpnięcia gospodarki :D

    Jest to tak wielka bzdura, że aż nie wiem jak się do niej odnieść. Bo jednymi z pierwszych reform podjętych przez juntę Pinocheta (kiedy zresztą Pinochet nie był jej głównym liderem) była próba odwrócenia całej tej kabały. Dziwnym trafem po uwaleniu większości reform albo obietnicy ich uwalenia, już w pierwszym kwartale 1974 wszelkie wskaźniki chilijskiego dobrobytu rosną.

    A więc powtórzę jeszcze raz, gdyby nie było mnie słychać: gospodarki Chile w 1973 roku nie rozkurwił Pinochet. Rozkurwił ją Allende i socjalizm. W dowolnej kolejności. Ludzie twierdzący inaczej mogą też wymyślić sobie jakąś nową, głupią religię, albowiem wierzą w bajki, a nie dysponują podstawową umiejętnością interpretacji faktów :)

    Mimo wszystko Pinochetowi można przypisać jak najbardziej kryzys z 1982. Kryzys ten był poważny, choć ani trochę tak gospodarczo morderczy jak rządy czerwonego Allende. Kryzys ten był ciekawy w swojej genezie. Lecz nim zajmiemy się w drugim wpisie, bo ten i tak jest już rekordowo długi.

    Cdn...

    /MK

    PS: To musi być dopisane, choć to taki trochę komentarz polityczny. Elementy polityki Allende, zwłaszcza wymuszanie wzrostu minimalnej i (na ten moment) zapowiedzi zamrożenia cen w jakiejś formie cechują od kilku lat rządy PiS, choć reformy są mniej radykalne i ograniczone unijnymi wymogami gospodarczymi wspólnego rynku. Warto o tym pamiętać i mieć to na uwadze, zwłaszcza pod względem skutków takiej polityki.

    #kapitalizm #komunizm #chile #historia #ekonomia

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    Zakładam nowy tag - można obserwować #historiaiwojskowosc
    pokaż całość

    źródło: 79479760_2857127534311981_6785868557528858624_o.png

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów