•  

    Wielkie kłamstwo zakończone tragedią – historia Dee Dee i Gypsy Blanchard

    Gdy 17-letni Ron dowiedział się, że jego 24-letnia dziewczyna Dee Dee zaszła w ciążę, postanowił stanąć na wysokości zadania i ożenić się z nią. Wkrótce na świat przyszła ich zdrowa i śliczna córeczka Gypsy. Niestety gdy dziecko miało zaledwie 3 miesiące, Dee Dee oświadczyła swojemu mężowi, że ich córka cierpi na bezdech senny i potrzebuje aparatury kontrolującej jej oddychanie. Kobieta pracowała jako pomoc pielęgniarki, a więc miała pewną znajomość chorób i ich symptomów. Małżeństwo wkrótce rozpadło się, a Dee Dee przyznano wyłączne prawo do opieki nad córką.

    Mimo początkowych problemów ze zdrowiem, Gypsy rosła na silną i żywiołową dziewczynkę. Wszystko zmieniło się, gdy miała 8 lat i zaczęła mieć problemy dosłownie z całym ciałem. Dziewczynka zachorowała na białaczkę, dystrofię mięśniową, zaburzenia widzenia i słuchu, padaczkę i astmę. Zaczęła poruszać się na wózku inwalidzkim, a jedzenie i leki musiały być jej podawane przez rurkę. Co więcej, Gypsy była opóźniona intelektualnie i w wieku 15 lat miała mentalność 10-latki. Według matki nie było szans, aby dziewczynka dożyła swoich 20 urodzin.

    Jakby tego było mało, huragan Katrina doszczętnie zniszczył dom samotnej matki i jej ciężko chorej córki. Na szczęście organizacja Habit for Humanity zbudowała w Springfield w stanie Missouri nowy, różowy domek dla Dee Dee i Gypsy. Matka, która cały swój czas poświęcała choremu dziecku, nie mogła pracować, a więc utrzymywały się dzięki ubezpieczeniu i darowiznom. Dee Dee i Gypsy stały się lokalnymi celebrytkami, często udzielały wywiadów i opowiadały o swoich przejściach. Mnóstwo fundacji i organizacji charytatywnych płaciło za ich podróże po całym kraju, udział w różnych koncertach, galach i spotkaniach z gwiazdami, a nawet wizyty w Disney Worldzie, który dziewczynka uwielbiała. Mimo takich wspaniałych przebłysków codzienne życie Gypsy kręciło się wokół gabinetów lekarskich, szpitali, lekarstw i zabiegów.

    Wszystko zmieniło się w czerwcu 2015 roku, gdy ktoś opublikował na fanpagu matki i córki na facebooku informację „Ta suka nie żyje”, a chwilę później „Pociąłem tą grubą świnię i zgwałciłem jej słodką, niewinną córkę. Krzyczała tak cholernie głośno LOL”. Oczywiście wszyscy, którzy zobaczyli ten post byli w szoku i sądzili, że to głupi żart jakiegoś hackera. Przyjaciele Dee Dee i Gypsy postanowili jednak to sprawdzić i zadzwonili do kobiety, ale nikt nie odebrał. Pojechali do ich domu i gdy nikt nie otworzył poinformowali o wszystkim policję. Funkcjonariusze przyjechali na miejsce i zaczęli przeszukiwać dom. Znaleźli Dee Dee zasztyletowaną w jej własnym łóżku. Nigdzie nie było Gypsy, w domu znaleziono jej wózek inwalidzki, a więc od razu uznano ją za zaginioną i rozpoczęto poszukiwania.

    IP, z którego wysłano posty prowadziło do Big Bend w stanie Wisconsin. Policja zastała tam Nicholasa Godejohn z Gypsy, która chodziła, normalnie jadła i nie potrzebowała leków. Była zupełnie zdrowa. Mimo, że nie przyznali się do morderstwa, natychmiast ich aresztowano.

    Okazało się, że Gypsy nigdy nie była chora na białaczkę i dystrofię mięśniową. Mimo, że jej edukacja zakończyła się na drugiej klasie, nie była opóźniona w rozwoju. Dee Dee prawdopodobnie cierpiała na zastępczy zespół Munchhausena, który polega na tym, że rodzic lub opiekun wywołuje u swojego dziecka choroby, aby zyskać uwagę i współczucie otoczenia. Kobieta poddawała swoją córkę mnóstwu, często bardzo bolesnym, zabiegom i operacjom, między innymi operacjom żołądkowo-jelitowym, operacjom oczu a nawet usuwaniu gruczołów ślinowych. Pozwoliła nawet na podawanie jej chemii, która miała wyleczyć białaczkę. Przez te wszystkie lata dziewczynka była leczona przez co najmniej 150 lekarzy, którzy wierzyli, że cała dokumentacja medyczna została zniszczona przez huragan. Podczas wizyt to Dee Dee zawsze opowiadała o symptomach choroby, a Gypsy musiała siedzieć cicho. Gdy tylko lekarz zaczynał coś podejrzewać lub stwierdzał, że dziewczynka jest zdrowa, kobieta nigdy więcej do niego nie przychodziła. Każdemu specjaliście opowiadała inną historię chorób w rodzinie, np. gdy szła do kardiologa, mówiła, że w rodzinie było mnóstwo zawałów. Sfałszowała akt urodzenia córki i zmieniła jej datę urodzenia z 1991 roku na 1995 rok. Bardzo denerwowała się, gdy Gypsy pytała ją o swój wiek. Dziewczyna była przekonana, że jest o cztery lata młodsza niż w rzeczywistości. Później już sama mieszała się w swoich kłamstwach i zaszła w nich tak daleko, że nie mogła się wycofać.

    Oprócz tego Dee Dee była bardzo nadopiekuńcza i kontrolowała swoją córkę. Podczas każdego wywiadu trzymała ją za rękę i ściskała, gdy dziewczyna powiedziała coś nie tak. Kobieta była także przy każdej rozmowie Gypsy z jej przyjaciółką i sąsiadką, a także ojcem, który jak się okazało wcale nie był dla niej okrutny jak opowiadała Dee Dee, ale kontaktował się z córką telefonicznie, czasami ją odwiedzał i co miesiąc płacił alimenty. Dziewczyna dorastała i chciała być zwykłą nastolatką. Gdy próbowała uciec z domu, matka rozwaliła młotkiem jej laptop i telefon, a następnie powiedziała, że przy kolejnej próbie to samo zrobi z jej palcami. Dee Dee czasami za karę nie karmiła córki przez kilka dni i biła ją.

    Mniej więcej na początku 2013 roku Gypsy poznała na portalu randkowym Nicholasa Godejohna. Chłopak miał wtedy 23 lata, cierpiał na autyzm i miał mentalność nastolatka. W przeszłości został aresztowany za oglądanie filmów pornograficznych w McDonaldzie przez 9 godzin. Co więcej, uważał, że posiada więcej niż jedną osobowość, a więc Gypsy również wymyśliła sobie różne osobowości. Raz była małą dziewczynką, innym razem rozwiązłą nastolatką, a jeszcze później kobietą wampem, co dokumentowała odpowiednimi zdjęciami.

    W marcu 2013 roku para wymyśliła, że poznają się niby przypadkiem w kinie, żeby nie opowiadać Dee Dee o ich internetowej działalności. Nastolatka i jej matka wybierały się na ekranizację Kopciuszka, a więc Nicholas usiadł obok nich. Gypsy i jej chłopakowi tak spodobało się to spotkanie, że nawet doszło do zbliżenia w męskiej toalecie. Mniej zadowolona była Dee Dee, której Nicholas od razu się nie spodobał i uważała, że to dziwne, aby dorosły facet chodzi sam do kina na film dla dzieci. Oczywistym było też, że Dee Dee nigdy nie pozwoli Gypsy na normalne życie. Para zaplanowała więc jej śmierć.

    W czerwcu 2015 roku Nicholas przyjechał do Springfield i zameldował się w motelu. Wieczorem Gypsy poczekała aż jej matka zaśnie, przygotowała Nicholasowi nóż, rękawiczki i taśmę klejącą, a następnie schowała się w łazience. Mężczyzna zabij Dee Dee w jej własnym łóżku, a następnie uprawiał seks z Gypsy w jej łóżku. Według dziewczyny to był gwałt i pozwoliła na to tylko dlatego, aby Nicholas nie zgwałcił zwłok jej matki. Niezależnie od tego czy ten stosunek odbył się za jej zgodą, czy też nie, już następnego dnia nagrała filmik, na którym leżą nago w motelowym łóżku i jedzą śniadanie w bardzo miłej atmosferze.

    Para postanowiła zamieszkać w domu rodzinnym Nicholasa. Jego matce i ojczymowi powiedzieli, że Dee Dee wyrzuciła córkę z domu. Dziewczyna była podekscytowana, ale i przytłoczona wizją rozpoczęcia nowego życia. Pocieszała swojego chłopaka, który miał wyrzuty sumienia. Co ciekawe, postanowili wysłać nóż, którym zabili kobietę pocztą, z domu Gypsy do domu Nicholasa. W kopercie znajdowało się także prawie 5.000 dolarów, które ukradli zmarłej. Dziewczyna napisała również bardzo brutalne posty na facebooku, dzięki którym szybko udało się ich namierzyć.

    Dopiero po tragedii odnalazła się rodzina Dee Dee, która wcale nie była zdziwiona tym, że kobieta została zamordowana przez swoją córkę. Rodzeństwo Dee Dee podejrzewało, że w przeszłości kobieta znęcała się nad swoją matką i nie karmiła jej, co doprowadziło do jej śmierci. Nikt z nich nie chciał zająć się prochami Dee Dee, a jej siostra powiedziała nawet, żeby spuścić je w toalecie.

    Ostatecznie Gypsy przyznała się do morderstwa drugiego stopnia w lipcu 2016 roku. Została skazana na 10 lat więzienia. Powiedziała, że nienawidzi Nicholasa i żal jej go. Wyznała również: „W więzieniu, w którym mieszkałam wcześniej, z moją mamą, nie mogłam chodzić. Nie mogłam jeść. Nie mogłam mieć przyjaciół. Teraz mam wrażenie, że jestem wolniejsza w więzieniu niż w życiu z mamą. Teraz mogę... żyć jak normalna kobieta”. Z drugiej strony wyznała, że nie ma dnia, aby nie tęskniła za swoją matką. Nicolas nie przyznał się do morderstwa pierwszego stopnia i oczekuje w więzieniu na rozprawę zaplanowaną na listopad 2018 roku. Grozi mu dożywocie.

    Źródła: film „Kochana mamusia nie żyje”, abcnews, ranker

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Morderstwo w Setagaya

    Japonia uznawana jest za jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie, przez niektórych uznawany jest nawet za najbezpieczniejszy kraj. Nic dziwnego, że morderstwo, którego dokonano w 2000 roku w cichej dzielnicy Tokio do dzisiaj przykuwa uwagę.

    Państwo Miyazawa wprowadzili się do Setegaya w 1990 roku. W tamtym czasie w ich sąsiedztwie mieszkało około 200 rodzin. Bezpośrednio za płotem ich domu znajdował się skate park. Władze planowały rozbudowę parku, zaczęto przesiedla
    mieszkańców i w 2000 roku okolicę zamieszkiwały już tylko cztery rodziny. Jedną z nich stanowił 44-letni Mikio Miyazawa, który pracował dla londyńskiej firmy Interbrand, jego 41-letnia żona Yasuko, która była nauczycielką, ich 8-letnia córka Niina i 6-letni syn Rei. Rodzina mieszkała w bliźniaku dzielonym z matką Yasuko, jej siostrą oraz szwagrem. Planowali wyprowadzić się z Setagaya w marcu 2001 roku.

    30 grudnia 2000 roku rodzina spędzała spokojny wieczór w domu. Mikio pracował w swoim gabinecie, jego żona i córka oglądały telewizję na górze, a syn spał. O 22.38 mężczyzna otworzył e-mail chroniony hasłem. To istotne, ponieważ świadczy o tym, że o tej godzinie jeszcze żył.

    Następnego ranka matka Yasuko próbowała dodzwonić się do córki, ale telefon nie odpowiadał. Kobieta postanowiła zajrzeć do rodziny Miyazawa, jednak nikt nie otwierał, a więc otworzyła drzwi zapasowym kluczem. U stóp schodów na drugie piętro znalazła zadźganego Mikio. Pozostali członkowie 4-osobowej rodziny również byli martwi. Zrozpaczona kobieta wezwała policję.

    Śledczy ustalili, że linia telefoniczna w domu została odcięta a intruz (lub intruzi) uzbrojony w nóż wszedł około 23.30 przez okno w łazience na piętrze. Najprawdopodobniej najpierw udał się do pokoju 6-letniego chłopca i udusił małego Rei w jego własnym łóżku. Być może ojciec usłyszał hałas i poszedł sprawdzić co się dzieje. Wtedy włamywacz zaatakował go, dusił i kilkakrotnie dźgnął nożem. Ciała matki i córki znaleziono przy drabinie na poddasze. Ich rany były bardziej dzikie i zadawane nawet po ich śmierci, co sugeruje, że intruz być może nienawidził kobiet. Podczas ataku nóż włamywacza złamał się, a więc zszedł do kuchni po inny. W tym czasie matka zaczęła opatrywać rany córki. Być może myślała, że włamywacz uciekł. Ślady krwi sugerują, że próbowały się schować. Niestety intruz wrócił z nożem znalezionym w kuchni i dokończył morderstwo rodziny Miyazawa.

    Co ciekawe intruz spędził w domu kilka godzin, podczas których surfował po internecie, poczęstował się lodami z lodówki, a nawet przespał się na kanapie w salonie. Zostawił też mnóstwo dowodów. W toalecie znaleziono jego odchody. Po analizie stwierdzono, że jadł posiłek ze szpinaku i sezamu, co było typowym daniem przyrządzanym przez matki dla swoich synów. Śledczy podejrzewali, że napastnik wciąż musi mieszkać z matką.

    W domu znajdowały się również obydwa noże, którymi dokonano morderstw. Najprawdopodobniej Yasuko udało się zranić napastnika i w związku z tym na jednym z nich była jego krew grupy A. Bardzo ciekawa okazała się analiza krwi. Ustalono, że jego matka pochodziła najprawdopodobniej z Europy, być może z okolic Adriatyku. Ojciec intruza natomiast pochodził z północno-wschodniej Azji. W DNA jego ojca występował marker (tak udało mi się przetłumaczyć, jeżeli ktoś zna się na tej terminologii to proszę o sprostowanie), który występował u jednego na czterech lub pięciu Koreańczyków, jednego na dziesięciu Chińczyków oraz jednego na trzynastu Japończyków.

    Morderca przebrał się i zostawił w domu swoje ubrania, schludnie złożone w kosteczkę. Ubrany był w szary kapelusz, kolorowy szalik, czarną kurtkę, czarne rękawiczki, koszulkę z długim rękawem i białe buty. Ubrania wyprane były w wodzie bogatej w minerały (twardej wodzie), podczas gdy w Japonii od dawna używano tylko miękkiej wody. Pranie w twardej wodzie powszechne było natomiast w Korei Południowej. Intruz zostawił także torbę biodrową, w której znaleziono kawałek taśmy klejącej używanej do deskorolek oraz ziarenka piasku. Jak się okazało piasek najprawdopodobniej pochodził z okolic bazy wojskowej oddalonej o około 100 mil od Los Angeles. Podejrzewano, że napastnik mógł być jednym ze stacjonujących w Japonii amerykańskich żołnierzy. Z drugiej strony mógł kupić tę torbę z drugiej ręki, np. na ebuy.

    W domu znaleziono również dokładny odcisk palca mordercy, jednak nie udało się go dopasować do żadnego z odcisków zebranych w bazie. Zaczęto przesłuchiwać świadków. Ktoś zeznał, że przechodził obok domu państwa Miyazawa wieczorem 30 grudnia i słyszał odgłosy kłótni rodzinnej. Inna osoba widziała mężczyznę, który biegł za ich domem. Taksówkarz zeznał, że w tym czasie miał zlecenia na trzy kursy z Setagaya. Każdy z trzech mężczyzn miał powyżej 30 lat i z żadnym z nich nie rozmawiał podczas jazdy. Jeden z pasażerów poplamił mu tylne siedzenie krwią. Około 6 godzin po odkryciu ciał do ośrodka medycznego oddalonego około 75 mil od domu zgłosił się mężczyzna z poważną raną kłutą. Niestety wtedy jeszcze policja nie wiedziała, że napastnik jest ranny, a więc nie szukano go w takich miejscach. Nikt nawet nie spisał danych rannego mężczyzny.

    Śledczy zaczęli głowić się nad przyczyną morderstw. Rozważano różne motywy, od osobistych do finansowych. Z domu być może zniknęło 150.000 jenów (1256 dolarów), jednak nie jest to pewne, ponieważ reszta rodziny nie wiedziała, gdzie dokładnie mogły znajdować się pieniądze. W wielu źródłach można znaleźć informację, że brakowało także pocztówek z życzeniami szczęśliwego Nowego Roku przesłanych od przyjaciół. Jednak kartki mogły zostać zabrane przez samych śledczych, którzy mogli je zabezpieczyć, aby skontaktować się z bliskimi ofiar. Motywem mogła być również zemsta. Mikio kilkakrotnie kłócił się z osobami przychodzącymi do skate parku, ponieważ nadmierny hałas przeszkadzał jego rodzinie. Czy to jednak powód do morderstwa? Podejrzewano, że zbrodnie mógł popełnić jakiś nielegalny imigrant lub włóczęga, jednak nie ma na to żadnych dowodów.

    Policja ogłosiła nagrodę za pomoc w złapaniu mordercy w wysokości 20 milionów jenów. Przez ostatnie 18 lat sprawą zajmowało się ćwierć miliona funkcjonariuszy, którzy przebadali 16 tysięcy tropów od mieszkańców. Mimo mnóstwa dowodów znalezionych na miejscu zbrodni, do dzisiaj nie udało się ustalić kto zamordował rodzinę Miyazawa.

    Źródła: listverse, japantoday, morbidstreak, unresolved

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Mr Cruel

    Około 4.00 nad ranem 22 sierpnia 1987 roku ktoś włamał się do domu 4-osobowej rodziny mieszkającej w Lower Plenty, około 20 km od Melbourne. Włamywacz, którego twarz ukryta była pod maską narciarską, uzbrojony był w nóż i pistolet. Swoje kroki od razu skierował do głównej sypialni, gdzie związał ręce i nogi rodziców, zakleił im usta taśmą i zamknął w garderobie. Powiedział, że chce tylko "pieniędzy, ubrań i jedzenia". Hałas obudził śpiącego za ścianą 6-letniego syna zaatakowanej pary. Intruz, znany później jako Mr Cruel, zakneblował chłopca i przywiązał go do łóżka. Celem mężczyzny od początku była mieszkająca w tym domu 11-letnia dziewczynka, której kazał dokładnie umyć zęby oraz ciało. Przez następne dwie godziny Mr Cruel molestował ją i przechadzał się po domu, odciął linię telefoniczną, zdążył nawet przygotować i zjeść posiłek. Na koniec kazał dziewczynce spokojnie policzyć do 100, a następnie uwolnić rodziców. W tym czasie zniknął.

    Z domu zabrał jedynie niebieską kurtkę i pudełko płyt z klasycznymi nagraniami. Policja była w kropce. Rodzina mieszkała w bezpiecznej okolicy, nie było żadnych podejrzanych... Dziewczynka zeznała, że słyszała jak Mr Cruel rozmawiał z kimś przez telefon i powiedział osobie po drugiej stronie, że jeżeli nie zrobi jakiejś rzeczy to jej dzieci będą następne. Po sprawdzeniu bilingów okazało się, że żadne połączenie nie zostało w tym czasie wykonane, a intruz najprawdopodobniej chciał podrzucić policji fałszywy trop.

    Mr Cruel kolejny raz zaatakował ponad rok później, 27 grudnia 1988 roku, około 5.30 rano. Mężczyzna włamał się do domu w Ringwood, w którym mieszkała z rodzicami i trzema młodszymi siostrami 10-letnia Sharon Wills. Intruz miał na sobie granatowy kombinezon i niebieską maskę narciarską, uzbrojony był w nóż i mały pistolet. Związał ręce i nogi rodziców miedzianym drutem, zawiązał im oczy, zakleił usta taśmą i zażądał pieniędzy. Następnie ukradł około 35 dolarów ze stolika nocnego, przeciął linie telefoniczne i obudził Sharon zwracając się do niej po imieniu. Kazał dziewczynce bardzo dokładnie się umyć i w międzyczasie wziął dla niej kilka ubrań na przebranie. Później zakrył jej oczy, włożył knebel w usta i wyszedł z nią z domu. Rodzice zdołali się uwolnić około 15 minut później. Ojciec pobiegł do sąsiada, aby zadzwonić na policję. Niestety i tym razem nie było żadnego punktu zaczepienia czy podejrzanego, rozpoczęły się poszukiwania porwanej dziewczynki.

    Około 18 godzin po uprowadzeniu Sharon, zaraz po północy 28 grudnia, pewna kobieta zauważyła dziewczynkę ubraną w zielony worek na śmierci na roku ulicy, kilka kilometrów od jej domu. Sharon była w zaskakująco dobrym nastroju (biorąc pod uwagę jej traumatyczne przeżycia), była spokojna i opanowana. Dziewczynka zeznała, że przez cały czas miała zawiązane oczy i nie widziała porywacza, słyszała jednak nisko latające samoloty. Mr Cruela opisała jako łagodnego człowieka, który nakarmił ją nawet kanapką, mlekiem i lemoniadą. Przed wypuszczeniem dokładnie umył 10-latkę, obciął jej paznokcie i kazał umyć zęby. W ten sposób z ciała dziewczynki zostały zmyte wszelkie potencjalne ślady. Porwanie Sharon wstrząsnęło jej rodziną do tego stopnia, że przez następne miesiące cała szóstka spała razem w salonie. Willsowie kupili nawet psa obronnego.

    Mr Cruel zapadł się pod ziemię na kolejne 1,5 roku. Ponownie zaatakował 13 lipca 1990. 13-letnia Nicola Lynas mieszkała z rodzicami i o dwa lata starszą siostrą Fioną w Canterbury. Lyansowie byli zamożnymi Anglikami, którzy przyjechali do Australii w celach biznesowych i zamieszkali przy bardzo dobrej ulicy. Feralnego wieczoru rodzice nastolatek wyszli na przyjęcie i zostawili córki same. Około 23.30 Mr Cruel włamał się do ich domu, przywiązał Fionę do łóżka i powiedział, że jej rodzice będą musieli zapłacić 25 tysięcy dolarów, aby jej siostra wróciła bezpiecznie do domu. Przeciął linie telefoniczne, kazał Nicoli dokładnie umyć ciało i zęby, zakrył jej oczy. Następnie porwał 13-latkę wynajętym przez rodzinę samochodem, który stał na podjeździe. Po przejechaniu około kilometra przesiedli się do innego auta.

    Rodzice dziewczynek wrócili do domu około 20 minut po porwaniu. Policja początkowo zakładała, że porwanie ma związek z interesami prowadzonymi przez ojca. Rodzice wierzyli, że ma charakter osobisty, a po 36 godzinach od porwania błagali na konferencji prasowej, aby porywacz oddał im córkę. 14 godzin później Mr Cruel wypuścił Nicolę około 5 kilometrów od jej domu. Dziewczyna udała się do pobliskiego domu, skąd zadzwoniła do ojca. Była w pełni ubrana i owinięta w koc. 13-latka zeznała, że przez cały czas miała zasłonięte oczy, a porywacz od razu obiecał jej, że zostanie wypuszczona po 50 godzinach. Nicola została przywiązana do łóżka, ale czasem udawało jej się dostrzec, co dzieje się wokół niej. Zeznała, że porywacz miał około 175 cm wzrostu i rudawobrązowe włosy. Dzięki niej udało się stworzyć szkice domu Mr Cruela i jego samochodu, słyszała też nisko lecące samoloty. Dziewczyna zeznała, że mężczyzna mówi do kogoś, jednak nie słyszała odpowiedzi, a więc być może porywacz znów próbował popchnąć śledztwo na niewłaściwe tory. Nicola została dokładnie wykąpana przed wypuszczeniem.

    Niecały rok później, 13 kwietnia 1991 roku, porwana została kolejna dziewczynka. 13-letnia Karmein Chan mieszkała z rodzicami i dwoma młodszymi siostrami w Templestowe. Państwo Chan byli imigrantami, którzy pracowali po 18 godzin na dobę, aby zapewnić córkom luksusowe życie. Byli właścicielami trzech restauracji, inwestowali w nieruchomości i często nie wracali do domu przed północą. Mr Cruel włamał się do ich domu około 20.40, zamknął dwie młodsze dziewczynki w garderobie, powiedział im, że chce tylko pieniędzy, a następnie porwał Karmein. Dziewczynki uwolniły się kilka minut później i zadzwoniły do ojca. Na podjeździe stał samochód rodziny, na którym ktoś napisał "zapłać, azjatycki handlarzu narkotyków" oraz "więcej jeszcze przed nami" (prawdopodobnie aby zmylić policję). Psy podjęły trop wiodący na oddalony o około 300 metrów parking.

    Tym razem dziewczynka nie odnalazła się po 18 ani nawet 50 godzinach. Po 72 godzinach od porwania zorganizowano konferencję prasową, na której zrozpaczona rodzina błagała porywacza, aby oddał im dziecko. Później rodzice opublikowali w gazecie artykuł, w którym zaszyfrowali informacje, które Karmein mogłaby bez problemu zrozumieć. Zaoferowali okup, jednak nikt się po niego nie zgłosił. Policja początkowo nie zakwalifikowała domu państwa Chan jako miejsca zbrodni, a więc większość potencjalnych śladów została zadeptana. To znacznie utrudniło i tak już niełatwe śledztwo. Później jednak śledczy robili co mogli, aby odnaleźć Karmein. Sprawa jej porwania zyskała najwyższą rangę, za pomoc w odnalezieniu nastolatki obiecano nawet 300 tysięcy dolarów nagrody.

    Prawie rok po porwaniu, 9 kwietnia 1992 roku, odnaleziono szczątki ciała nastolatki w oddalonym o 20 km od jej domu Thomastown. Dziewczyna została trzykrotnie postrzelona w głowę. Niestety udało się odzyskać jedynie część jej czaszki, szczęki i szyi. Policja założyła, że mordercą był Mr Cruel. Matka Karmein wspominała swoją córkę jako niepokorną, a więc być może dziewczyna próbowała uciec. Mężczyzna mógł nie planować morderstwa, ale być może spanikował. Karmein była ostatnią dziewczynką porwaną przez Mr Cruela, a więc może jej śmierć tak nim wstrząsnęła, że przestał porywać i molestować dzieci. Być może nie mógł już porywać ze względu na wiek lub stan zdrowia, albo zmienił obszar i sposób działania.

    Już od pierwszego przestępstwa Mr Cruela, policja robiła wszystko, aby go złapać. Dzięki wsparciu FBI stworzono profil porywacza. Opisano go jako bardzo inteligentnego, cechującego się wysokim stopniem planowania i organizacji oraz dużą pewnością w swoich działaniach. Prawdopodobnie miał stałe zatrudnienie, postrzegany był jako dobry sąsiad, człowiek uprzejmy, spokojny, nieco zamknięty w sobie, ale też być może zaangażowany w działalność społeczną. Mieszkał lub pracował w obrębie porwań. Być może jego zawód związany był z edukacją, ponieważ porwania zawsze następowały w czasie przerw od szkoły. Mężczyzna miał australijski akcent, od 30 do 50 lat, około 175 cm wzrostu, rudobrązowe włosy i brwi oraz był szczupłej budowy ciała z małym brzuszkiem.

    Śledczy uważali, że Mr Cruel nagrywał lub robił zdjęcia swoich ofiar. Gdy zostanie złapany będzie miał te materiały wraz z inną pornografią dziecięcą. Prawdopodobnie miesiącami przygotowywał się i obserwował rodziny swoich ofiar. Niestety policji nie udało się ustalić kim był Mr Cruel. W 1994 roku śledztwo zostało odłożone na półkę.
    Dopiero w kwietniu 2010 roku utworzono specjalną grupę policji, która miała dokonać przeglądu sprawy. Okazało się, że niektóre dowody zniknęły, m.in. taśma użyta do związania jednej z ofiar, na której mogło być DNA porywacza. Głównym podejrzanym w latach 90. był były wykładowca na Uniwersytecie w Melbourne, który mieszkał na przedmieściach tego miasta. W latach 70. został skazany na 10 lat więzienia po przyznaniu się do popełnienia szeregu gwałtów i innych przestępstw, w tym ataków z nożem w ręku na dziewczęta i młode kobiety w ich domach. Jednak zarówno wtedy, jak i teraz, niczego nie można było mu udowodnić.

    W 2013 roku aresztowano Roberta Keitha Knighta, pracownika młodzieżowego i szkolnego wolontariusza. Mężczyzna został skazany za napaści seksualne na nieletnich w 1980 i 1996 roku. W 2009 roku zaczął gromadzić pornografię dziecięcą. Niestety nigdy nie stanął przed sądem, ponieważ czekając na proces, popełnił samobójstwo.
    Łącznie na rozwiązanie sprawy Mr Cruela wydano 4 miliony dolarów, przeszukano 30 tysięcy domów, przesłuchano 27 tysięcy podejrzanych i sprawdzono 10 tysięcy tropów. W kwietniu 2016 roku zwiększono nagrodę za informacje mogące doprowadzić do odkrycia i zatrzymania porywacza do miliona dolarów. Mimo wszelkich starań do dzisiaj nie wiadomo kim był Mr Cruel.

    Źródła: missedandwanted, stayathomemum, unresolved

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Dziewczęta z Alcasser

    pokaż spoiler Bardzo ciekawa sprawa (przynajmniej dla mnie), ale niektóre szczegóły mogą być zbyt mocne dla osób o słabszych nerwach lub szczególnie wrażliwych. Zaznaczyłam dwa akapity, które przedstawiają dosyć drastyczne szczegóły i które niektórzy powinni ominąć.


    Historii wydarzyła się w hiszpańskim mieście Alcasser w 1992 roku. Miasteczko liczyło wtedy około 7.500 mieszkańców, było senne i nieznane z niczego szczególnego. Wszystko zmieniło się za sprawą trzech nastolatek.

    Pierwsza z dziewcząt, Antonia Gómez, urodziła się 25 maja 1977 roku jako najmłodsze z czwórki dzieci. Dziewczyna otrzymała imię po babci, jednak wolała, aby mówiono do niej "Toni". Nastolatka była nieśmiała, miła i współczująca. Jej matka wspominała, że Toni kiedyś znalazła na ulicy kotka, przygarnęła go i opiekowała się nim jak własnym dzieckiem. Dziewczyna bardzo szanowała swoich rodziców i była obowiązkowa. Zawsze dzwoniła do domu, gdy miała się spóźnić.

    Drugą dziewczyną była urodzona 17 maja 1978 roku María Deseada Hernández Folch, na którą mówiono "Desirée". Nastolatka miała starszą siostrę. Pasją Desirée był sport, a w szczególności lekkoatletyka, w której odnosiła spore sukcesy. Nauka nie szła jej jednak równie dobrze i musiała powtarzać ósmą klasę. Dziewczyna była uparta i kochała zabawę.

    Ostatnia bohaterka to Miriam García Iborra, która urodziła się 28 lipca 1978 roku. Dziewczyna miała dwójkę młodszych braci i była znana ze swojej urody. Jej największą pasją był balet. Uwielbiała czytać i pisać wiersze. Była nieśmiała i wrażliwa.

    W piątek wieczorem, 13 listopada 1992 roku, dziewczyny wybrały się do swojej chorej na grypę koleżanki, Esther Díez Martíne. Około 20.00 postanowiły wybrać się do klubu Coolor w pobliskim miasteczku Picassent, gdzie odbywała się impreza organizowana przez szkołę (zbierano na niej pieniądze na wycieczkę w przyszłym roku). Miriam zadzwoniła do swojego ojca i poprosiła go o podwiezienie, jednak mężczyzna był chory i nie zgodził się. Trzy przyjaciółki postanowiły dojechać na oddaloną o kilka kilometrów imprezę autostopem, więc udały się w pobliże drogi wylotowej z Alcasser.

    Do dzisiaj nie wiadomo, czy dziewczęta rzeczywiście chciały pojechać na imprezę do klubu Coolor, czy to była jedynie wersja dla rodziców. Po drodze spotkały swojego szkolnego kolegę, który zapytał czy wybierają się do Coolor, jednak zaprzeczyły. Nie miały wykupionych wejściówek, ani pieniędzy na nie. Niemniej zaprzyjaźniona para podwiozła je na stację benzynową oddaloną o kilka minut pieszo od klubu. Niedaleko stacji mieszkała staruszka, która widziała przez okno, że dziewczyny wsiadły do białego samochodu, w którym było około czterech mężczyzn. Staruszka była ostatnią osobą, która widziała Miriam, Desirée i Toni. Dziewczęta zniknęły bez śladu.

    Gdy nastolatki nie wróciły na noc do domów ich rodzice oczywiście bardzo się zaniepokoili i zgłosili sprawę na policję. Policjanci początkowo zakładali, że nastolatki uciekły i z ich poszukiwaniami zwlekano kilka dni. Wkrótce jednak odrzucono teorię o ucieczce i założono, że najprawdopodobniej zostały porwane. Rozpoczęły się poszukiwania, które zostały bardzo mocno nagłośnione w mediach. Prasa i telewizja codziennie relacjonowały nowinki z poszukiwań i wkrótce każdy mieszkaniec Hiszpanii wiedział o zaginięciu nastolatek.

    Powołano specjalny oddział Policji i Służby Obywatelskiej, który zajmował się tylko poszukiwaniami dziewcząt. Premier zaprosił rodziny nastolatek na specjalne śniadanie w Wigilię Bożego Narodzenia (lub dzień przed, w zależności od źródeł), aby podkreślić zaangażowanie Rządu. Miasto użyczyło rodzicom lokal, z którego mogli nadzorować poszukiwania. Wkrótce rozszerzono obszar poszukiwań na Maroko oraz całą Europę. Najbardziej zaangażowany był ojciec Miriam, który rzucił nawet pracę, aby móc zająć się szukaniem dziewcząt „na cały etat”. Mężczyzna planował odwiedzić europejskie agencje prasowe, a nawet chciał spotkać się z Janem Pawłem II, aby informacja o porwaniu została nagłośniona w kościołach. Codziennie z całej Hiszpanii napływały informacje, że nastolatki były gdzieś widziane. Policja sprawdzała każdy trop. W pewnym momencie zrobił się straszny bałagan, doniesienia medialne zaczęły przypominać cyrk, a w sprawę zaczęto włączać nawet jasnowidzów.

    27 stycznia 1993 roku dwóch starszych pszczelarzy przyjechało w okolice La Romana, aby sprawdzić swoje ule przy jednym z opuszczonych domów. W okolicach miasteczka, w którym mieszkało około 3.000 mieszkańców, było kilka opuszczonych domów, bezdroża i zarośla. Jeden z pszczelarzy zauważył w pobliskim rowie coś dziwnego. Wyglądało na to, że ulewy, które nawiedzały ten teren przez kilka ostatnich dni, podmyły płytki grób. Oczywiście poinformowano o tym policję.

    W grobie zostały ułożone, jedno na drugim, ciała trzech przyjaciółek. Dziewczęta zostały owinięte w dywan i było widać, że przed śmiercią zadano im straszne tortury. W grobie znaleziono również różne śmieci, papierki, części garderoby... Policjanci popełnili jednak błąd i nie zrobili zdjęć przed rozpoczęciem zabezpieczania dowodów. Same dowody również zostały zabezpieczone w bardzo zły sposób. Na ciałach znaleziono różne włosy i wszystkie je włożono do jednej torebki. Inne mokre rzeczy włożono do plastikowych torebek i pozostawiono je tam na kilka dni, a więc zaczęła gromadzić się na nich pleśń.

    --drastyczny akapit--
    Sekcja zwłok (do której również można mieć wiele zarzutów) wykazała, że Toni została przed śmiercią zgwałcona analnie, a przyczyną zgonu był strzał w głowę. Jej ręce były związane za plecami, a ciało zostało pozbawione głowy. Ręce Desirée również zostały związane, ciało zostało pozbawione głowy, a przyczyną śmierci był strzał w głowę. Przed śmiercią została zgwałcona analnie i waginalnie. Miała liczne rany kłute. Jej prawy sutek został amputowany, najprawdopodobniej obcęgami. Ciału Miriam brakowało kilku zębów, a jej ręka została obcięta ponad łokciem. Dziewczyna została gwałcona w taki sposób, jak Desirée. Na zwłokach dziewcząt znaleziono ślady DNA siedmiu osób.

    Media wywierały wielką presję na policji. Społeczeństwo było oburzone, że przez tyle czasu nie udało się odnaleźć nastolatek i oczekiwano jak najszybszego odnalezienia i ukarania winnych. Wśród śmieci wrzuconych do grobu, znaleziono broszurkę, na której widniało nazwisko „Enrique Martins”. Sam Enrique nie miał zbyt bogatej kartoteki policyjnej, w przeciwieństwie do swojego brata, 26-letniego Antonia Angelsa Martinsa. Angels był jednym z dziewiątki dzieci, które dorastały z maltretowaną matką. Kobieta była maltretowana nie tylko przez swojego męża, ale również przez dzieci, w tym Antonia. Angels zajmował się handlem narkotykami, został skazany za porwanie i znęcanie się nad kobietą, która go okradła. W marcu 1992 roku, po roku wiezienia, dostał 6-dniową przepustkę i nigdy nie stawił się z powrotem w zakładzie karnym.

    Angels współpracował z 23-letnim Miguelem Ricardem Tarrega, drobnym kryminalistą, który zajmował się kradzieżą aut itd. Policja wkrótce złapała Ricarda, który początkowo nie przyznawał się do zabójstwa dziewcząt, jednak wkrótce zmienił zeznania. Zeznania zmieniał zresztą co chwilę. Jego wersja zdarzeń zmieniała się w zależności od dowodu, który mu akurat przedstawiano (jeżeli ktoś chciałby się zagłębić w różne wersje jego zeznań, wszystko jest bardzo dokładnie opisane w pierwszym linku w źródłach). Nie ma żadnych nagrań z przesłuchań, a więc bardzo wiele osób uważa, że zeznania Ricarda były wymuszone i był torturowany podczas przesłuchań.

    --drastyczny akapit--
    Najczęściej przyjmowana wersja zdarzeń zakłada, że Angels i Ricard zgodzili się podwieźć nastolatki do klubu, jednak zamiast tego wywieźli je do rudery w okolicach La Romana. Gdy dziewczęta zaczęły krzyczeć, Angels zaczął bić je pistoletem po twarzy, wybijając kilka zębów. Po dojechaniu do opuszczonego domu, związali je i zaczęli gwałcić dwie z nich. Później pojechali coś zjeść, wrócili po kilku godzinach i zgwałcili trzecią. Nastolatki były torturowane, bite, kopane i gwałcone m.in. gałęzią. Po wszystkim Angels i Ricard zasnęli i spali do rana, ignorując jęki i krzyki dziewcząt. Rano zabili je i pochowali w płytkim grobie. Jako pierwsza miała zginąć Desirée, która została dźgnięta kilkukrotnie nożem w plecy. Angels dobił ją strzałem w głowę, jednak przedtem przez około godzinę bili ją kijami i kamieniami. Następnie strzałem w głowę zabito Miriam i Toni. (Nie wiem dlaczego w tej wersji nie ma nic o dywanie, w który dziewczyny zostały owinięte, ani o pozbawieniu ich głów.)

    Angels nigdy nie został schwytany. Po wyjściu na przepustkę w marcu 1992 roku zniknął bez śladu. Krążyło mnóstwo historii o miejscach jego pobytu. Najbardziej rozpowszechniona wersja mówi o tym, że udał się do Lizbony, przefarbował włosy na blond, a następnie wsiadł na pokład kontenerowca płynącego do Irlandii. Załoga miała znaleźć go po kilku dniach i zamknąć w pustej kajucie, gdy jednak statek dopłynął do portu, po Angelsie nie było śladu. Podobno wyskoczył za burtę, jednak jego ciała nigdy nie odnaleziono. Do dzisiaj jest poszukiwany przez Interpol.

    Proces Ricarda rozpoczął się dopiero w 1997 roku. Tak naprawdę nie istniały żadne fizyczne dowody jego winy. Połączono go ze zbrodnią jedynie na podstawie ulotki znalezionej przy ciałach, na której widniało nazwisko brata jego kolegi. Na ciałach wykryto ślady DNA siedmiu osób, jednak żadna z próbek nie pasowała do DNA Ricarda ani Angelsa. Mimo wszystko, Ricard został skazany na 170 lat więzienia.

    Było mnóstwo spekulacji na temat motywu zbrodni, od rytuałów satanistycznych do „filmów ostatniego tchnienia”, żadnego z nich nie można jednak potwierdzić. Za oficjalnych zabójców trzech nastolatek uznaje się Ricarda oraz Angelsa, jednak zdania są podzielone. Wiele osób uważa skazanego Ricarda za jednego z największych potworów ostatnich lat, a inni sądzą, że został wrobiony.

    Źródła: unresolved, sprawynieznane, dtbbth, niediegetyczne

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Noura Jackson – winna czy niewinna?

    Noura urodziła się 17 marca 1987 roku. Jej rodzice, Nazmi Hassenieh i Jennifer Jackson, rozwiedli się wkrótce po jej narodzinach i dziewczynka zamieszkała z matką w Memphis. Noura była oczkiem w głowie Jennifer. Miały właściwie tylko siebie, więc wytworzyła się między nimi bardzo bliska więź. Trzeba jednak przyznać, że Noura była rozpieszczona. W wieku 18 lat wagarowała, piła, paliła, ćpała i spędzała mnóstwo czasu na imprezach.

    4 czerwca 2005 roku nastolatka spędziła bardzo miły dzień. Poszła do kosmetyczki zrobić sobie manicure, a wieczorem wyszła z przyjaciółmi na festiwal kuchni włoskiej. Po północy zadzwoniła do swojej matki, a o 0:46 kupiła papierosy. O 4:04 kamera uchwyciła ją w sklepie, gdzie kupowała bandaże do opatrzenia rany na swojej dłoni. O 4:20 kupiła paliwo i o 5:00 w końcu wróciła do domu.

    Szyba w drzwiach między kuchnią a garażem była rozbita, ale Noura nie zwróciła na to uwagi, ponieważ została uszkodzona już jakiś czas temu. W drodze do swojego pokoju nastolatka zobaczyła, że drzwi do sypialni jej matki są otwarte. Jennifer leżała tam naga, cała we krwi i nie oddychała. Przerażona nastolatka pobiegła do sąsiada krzycząc, że włamywacz jest w jej domu i potrzebują pomocy. Sąsiad wziął broń i natychmiast udał się do domu Jacksonów, jednak zdziwiło go, że Noura idzie przodem. Następnie osiemnastolatka zadzwoniła na numer alarmowy. Zastanawiające jest to, że gdy dyspozytor zapytał ją, czy jej matka została postrzelona, dziewczyna bardzo szybko odpowiedziała, że nie.

    Ciekawe jest również to, że to nie pierwsza historia morderstwa w życiu nastolatki. Rok wcześniej, 26 stycznia 2004 roku, jej ojciec został zastrzelony na stacji benzynowej, którą prowadził. Mimo nagrania z kamer, sprawcy nigdy nie odnaleziono.

    Po przybyciu do domu matki i córki, policja zastała przerażające miejsce zbrodni. 39-letnia Jennifer została dźgnięta nożem ponad 50 razy i zmarła między 1.00 a 3.00. Na jej głowę został założony wiklinowy kosz. Nie było śladów gwałtu. Na miejscu znaleziono DNA dwóch kobiet, których nie udało się zidentyfikować. Na miejscu zbrodni nie znaleziono natomiast śladów DNA Noury. Nie znaleziono też śladów krwi na ubraniu nastolatki. Dziewczyna nie miała żadnych zadrapań czy siniaków, które mogły świadczyć o tym, że z kimś się szarpała. Jej świeżo zrobione paznokcie były czyste i nietknięte. Co ciekawe Jennifer trzymała w dłoni garść włosów (w innym kolorze niż miała jej córka), które nigdy nie zostały przebadane przez policję.

    Morderstwa z takim okrucieństwem i zasłonięciem twarzy ofiary zazwyczaj dokonywane są przez najbliższych. Śledczy zaczęli przyglądać się Nourze. Dziewczyna nie chciała powiedzieć co robiła tej nocy, nie wspomniała także o tym, że przecięła sobie rękę. Policjantów zainteresowało to, że dziewczyna miała na sobie bluzkę z długim rękawem (niecodzienny widok w czerwcu z Memphis) i uznali, że chciała zataić skaleczenie na swojej dłoni. Z drugiej strony nastolatka bardzo często nosiła bluzki z długim rękawem, ponieważ miała taki styl (krąży także plotka, że wstydziła się swoich nadmiernie owłosionych przedramion). Niemniej dziewczyna ciągle zmieniała zeznania co do tego w jaki sposób powstała rana. Raz mówiła, że przewróciła się na festiwalu na potłuczoną butelkę, później, że jej kot utknął w garażu i próbowała go uwolnić, jeszcze innym razem, że zraniła się przy gotowaniu makaronu z serem. Mimo, że Noura praktycznie nie rozstawała się ze swoim telefonem, między 1.00 a 3.00 w nocy (czas śmierci Jennifer) jej komórka nie odnotowała żadnej aktywności.

    Dziewczyna miała też motyw. Jennifer nie podobał się nowy chłopak córki, miała też pretensje o ciągły alkohol, narkotyki, papierosy, imprezy i brak zainteresowania szkołą. Podobno planowała wysłać swoją córkę do szkoły z internatem. Noura miała też odziedziczyć jakiś majątek po swoim zmarłym ojcu, a Jennifer nie chciała dać jej tych pieniędzy. Nastolatka została aresztowana 29 września 2005 pod zarzutem morderstwa drugiego stopnia.

    Proces rozpoczął się 9 lutego 2009 roku. Przesłuchiwano przyjaciół Noury, z którymi miała spędzić tamtą noc. Większość z nich brała przeróżne narkotyki, co pozwalało przypuszczać, że nastolatka również była pod wpływem. Rodzina Noury od strony Jennifer odwróciła się od niej, uznając, że to ona zamordowała swoją matkę. Dziewczyna została skazana na 20 lat i 9 miesięcy więzienia bez możliwości zwolnienia warunkowego. Jej apelacja została odrzucona.

    W 2011 roku pojawiła się informacja, że podczas pobytu w więzieniu, w jej krwi wykryto narkotyki. Została ukarana 10 dniami w izolatce oraz 4 dolarami grzywny (zarabiała 0,25 dolara na godzinę w więziennej pralni).

    20 maja 2015 roku dziewczyna zgodziła się na wykorzystanie Alford plea w jej sprawie (wspominałam już o tym przy sprawie trójki z West Memphis – w komentarzach ktoś dokładnie wytłumaczył o co chodzi). Została wypuszczona z więzienia 15 miesięcy później. Noura rozpoczęła pracę w restauracji i aplikowała na studia, rodzina ze strony matki nie utrzymuje z nią kontaktu.

    Źródła: yt - Kendall Rae, murderpedia, abcnews

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Zaginięcie Monique Daniels

    Monique Daniels urodziła się 16 czerwca 1976 roku jako pierwsze z czwórki dzieci Candice. Dziewczynka w dzieciństwie była wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca, który został skazany za przestępstwa seksualne. Po tym Candice ożeniła się z Chuckiem, z którym miała jeszcze dwójkę dzieci. Zarówno Candice jak i Chuck pracowali w wojsku, a więc ich dom w Moore w stanie Oklahoma był prowadzony żelazną ręką.

    Monique bardzo dobrze się uczyła, była lubiana i zawsze otaczała się mnóstwem przyjaciół. W przyszłości chciała zostać lekarzem. Gdy miała 15 lat zaszła w ciążę i rodzice zmusili ją do aborcji. Niedługo po tym dziewczyna zaginęła. Jak wspomina jej młodsza siostra Angelique, Candice i Chuck byli bardzo zaangażowani w poszukiwania. Gdy tylko ktoś dzwonił do nich z informacją, gdzie może być Monique, wsiadali do samochodu i jechali sprawdzić. Okazało się, że dziewczyna przebywała w domu jednego ze swoich przyjaciół. Jej znajomi próbowali przekonać ją, aby wróciła do rodziców i wkrótce im się to udało. Po powrocie napięcie między nią a Candice i Chuckiem sięgnęło zenitu i kłótnie stały się codziennością.

    Kilka tygodni przed 16 urodzinami Monique, Angelique, jej brat Brian i matka wyjechali na tydzień z kościelnym chórem. Po powrocie dom wyglądał zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Wszędzie leżały puste butelki po piwie, na kominku były niedopałki papierosów, a w na blacie w łazience leżało pudełko po teście ciążowym. Chuck powiedział, że 2 czerwca Monique znów uciekła z domu. Tym razem małżeństwo nie przejęło się zaginięciem córki tak bardzo jak poprzednio i zwykli mówić „Gdyby Monique chciała tu być, byłaby”.

    Angelique wspomina, że w miarę upływu kolejnych miesięcy rodzina zaczęła zachowywać się tak, jakby Monique nigdy nie istniała. Nie można było o niej wspominać, a w ramkach pojawiły się nowe zdjęcia, na których jej nie było.

    W styczniu 1993 roku siostra Candice, Leslie, chciała umieścić Monique w krajowej bazie zaginionych dzieci. Potrzebowała do tego numeru raportu policyjnego i odkryła, że zaginięcie dziewczyny nigdy nie zostało zgłoszone na policji. Leslie skontaktowała się z siostrą, aby wyjaśnić sprawę i poprosić ją, aby złożyła stosowny raport na policji.

    Dwa dni później Candice wykonała telefony do wszystkich krewnych i powiedziała, że Monique zadzwoniła do domu i powiedziała, że nic jej nie jest. Tydzień po telefonie rodzina otrzymała list od dziewczyny wysłany z oddalonego o 200 mil Dallas. We wrześniu otrzymali kolejny list. Monique napisała, że jest mężatką i ma dziecko o imieniu Chelsea. Mieszkają na Alasce i podróżują po całym kraju w związku ze swoją pracą.

    Leslie miała jednak podejrzenia co do listów i skontaktowała się z policją, prosząc, aby specjalista od pisma ręcznego obejrzał korespondencję. Candice obiecała dostarczyć listy na komisariat, jednak dzień przed tym jak miała je oddać, ktoś włamał się do ich domu. Meble w mieszkaniu były poprzewracane, brakowało kilku płyt CD, kilku małych boomboxów i listów od Monique.

    W styczniu 1994 roku Angelique uciekła z domu i zamieszkała z Leslie w Michigan. Dziewczyna powiedziała ciotce, że po zaginięciu Monique jej matka miała mieć myśli samobójce i ojczym kazał dziewczynie napisać listy, aby pocieszyć Candice. Później zawiózł ją do Dallas, skąd je wysłali. Okazało się również, że Monique nigdy do nich nie zadzwoniła. Angelique cały czas myślała, że Chuck wysłał jej siostrę do szkoły wojskowej, czym często ją straszył. Dopiero po reakcji ciotki zorientowała się, że Monique mogło stać się coś złego. W przypadku ucieczki Angelique rodzice od razu zgłosili zaginięcie na policji. Sporządzono również raport o zaginięciu Monique.

    Oczywiście młodszą córkę szybko odnaleziono, jednak Angelique bała się wrócić do domu. Dziewczyna powiedziała, że rodzice znęcali się nad nią fizycznie i psychicznie. Zgłosiła swoje zarzuty do Child Protective Services i mimo że Candice i Chuck nie chcieli się na to zgodzić, sąd pozwolił, aby została ze swoją ciotką w Michigan.

    W międzyczasie policja rozpoczęła poszukiwania Monique. Funkcjonariusze przepytali sąsiadów i okazało się, że jeden z nich widział dziewczynę w dzień zaginięcia, gdy wsiadała do ciężarówki, w której siedział biały mężczyzna. Przesłuchano rodziców, którzy nie zgodzili się na testy na wariografie. Mimo, że Candice i Chuck najprawdopodobniej mieli coś do ukrycia, nie było na to żadnych dowodów. Od zaginięcia minęło 1,5 roku, nie było żadnych śladów, ciała, a zeznania potencjalnych świadków często były sprzeczne.

    Angelique i Leslie postanowiły jednak podzielić się swoimi podejrzeniami z opinią publiczną i zaczęły opowiadać o dziwnym zachowaniu Candice i Chucka w różnych programach telewizyjnych. W tym samym czasie Chuck dostał transfer do nowej bazy wojskowej i cała rodzina przeniosła się do Niemiec, gdzie mieszkali przez następne 10 lat. Co ciekawe, 13-letni wówczas Andrew, również uciekł z domu i skarżył się na przemoc domową, nie chciał opuszczać kraju. Ostatecznie jednak pojechał z nimi.

    Śledztwo w sprawie zaginięcia Monique stanęło w miejscu na następnych 20 lat. Angelique wciąż mieszkała w Michigan i wyszła za mąż. W 2013 roku potężne tornado spustoszyło Moore. Andrew widział w telewizji jak żywioł niszczy wszystko wokół czego dorastał. Tak go to poruszyło, że zadzwonił zapłakany do Angelique i opowiedział co się działo w domu w czasie, gdy Monique zaginęła.

    Dziewczyna i Chuck nieustannie się kłócili. Pewnego dnia mężczyzna postanowił wziąć synów na spontaniczną wyprawę na ryby. Przed wyjściem powiedział „Musicie się pożegnać z Monique”. Nie pozwolił chłopcom wejść do jej pokoju i przez uchylone drzwi widzieli tylko, że ich siostra leży na podłodze i ma skrzyżowane nogi. Dziewczyna nie odezwała się do nich. Chuck, Andrew i jego młodsi bracia wyszli z domu bez wędek. Jechali w wielkiej ulewie przez dwie godziny, po czym zatrzymali się w McDonaldzie i wrócili do domu. Chuck zaparkował samochód w garażu i kazał chłopcom zostać w samochodzie, gdzie czekali na niego około godziny. Gdy wrócił, Andrew od razu pobiegł do łazienki, gdzie czuł jakby nie był sam. Zasłona od prysznica była zasłonięta i teraz uważa, że Monique musiała leżeć w wannie. Następnie Chuck zamknął chłopców w pokoju na dwa dni i powiedział, że musi poszukać Monique.

    Angelique skontaktowała się z pozostałymi braćmi i jeden z nich powiedział, że Chuck wrócił i kazał mu iść ze sobą. Pamięta tylko, że był na tyłach ciężarówki, gdzie była też beczka oleju. Angelique wierzy, że ciało jej siostry musiało być w beczce. Poinformowała o tym policję, która przekopała nawet ich dawne podwórko w poszukiwaniach, jednak niczego nie znaleziono.

    Najmłodszy z braci powiedział jednak, że przed wyjściem na ryby wszedł do pokoju Monique. Dziewczyna leżała na łóżku, uściskała go i powiedziała „Miłego dnia, przepraszam, jestem chora, nie mogę iść z tobą”.

    Candice i Chuck nie chcą rozmawiać o Monique. Nigdy nie zostały im postawione żadne zarzuty. Oficjalnie Monique wciąż uważana jest za zaginioną i jej sprawa jest otwarta.

    Źródła: charleyproject, crimewatchdaily, yt - Kendall Rae

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i2.wp.com

  •  

    Porwanie Stevena Staynera

    7-letni Seven Stayner mieszkał z rodzicami, starszym bratem i trzema siostrami w Merced w stanie Kalifornia. 4 grudnia 1972 roku wracał ze szkoły do domu, gdy zaczepił go Ervin Murphy, mężczyzna rozdający ulotki o tematyce religijnej i zbierający darowizny na cele charytatywne. Murphy zapytał chłopca czy jego mama nie chciała by oddać jakichś rzeczy biednym i zaproponował podwiezienie do domu. Steven zgodził się. W samochodzie czekał na nich Kenneth Parnell, mężczyzna w średnim wieku. Zamiast to domu chłopca, pojechali do domu Panella w Dolinie Catheys.

    Okazało się, że Murphy był opóźniony umysłowo i wierzył, że Parnell jest religijnym przywódcą, dla którego musi znaleźć małego chłopca. Sam Parnell już wcześniej został aresztowany za molestowanie dziecka. W przeciągu kilku dni pedofil zdołał przekonać Stevena, że rodzice go nie chcą, nie stać ich na utrzymanie tylu dzieci i legalnie oddali go pod opiekę Parnella. Chłopiec był molestowany już pierwszej nocy, a pierwszy raz został zgwałcony 13 dni później. To piekło miało trwać przez następnych siedem lat.

    Wkrótce imię chłopca zostało zmienione na „Dennis Gregory Parnell”. Porywacz podawał się za jego ojca, przemieszczał się z nim po całej Kalifornii i zapisywał do różnych szkół. Steven często zostawał bez nadzoru i miał stosunkowo dużo wolności, jednak jego mózg został wyprany do tego stopnia, że nigdy nie próbował uciec. Steven miał swobodny dostęp do alkoholu i papierosów, uwielbiał spędzać czas ze swoim psem.

    Gdy osiągnął wiek 14 lat, przestał pociągać Parnella, który postanowił znaleźć sobie nowego chłopca, „młodszego brata” dla Stevena. Mimo, że nastolatek dawno już pogodził się ze swoim losem, nie chciał, żeby inne dziecko przechodziło to co on. Początkowo Parnell próbował nakłonić do porwania Barbarę Mathias, która była jego partnerką przez 1,5 roku (i również molestowała Stevena). Gdy mu się to nie udało postanowił zmusić do tego Stevena, który jednak sabotował wszystkie próby. W końcu Parnell przekupił nastoletniego kolegę Stevena, Seana Poormana, oferując mu narkotyki i gotówkę. Wkrótce w domu porywacza pojawił się 5-letni Timothy White.

    Steven bardzo szybko przywiązał się do chłopca i nie chciał, żeby stało mu się coś złego. Dwa tygodnie po porwaniu, 1 marca 1980 roku, Parnell pracował na nocną zmianę, a nastolatek postanowił uciec z Timmy'm. Chłopcy pojechali autostopem do Ukiah, rodzinnej miejscowości 5-latka, gdzie próbowali znaleźć jego rodziców. Gdy to się nie udało Steven zaprowadził go na komisariat i zaczął odchodzić, gdy zatrzymali go policjanci. 2 marca chłopcy wrócili do swoich domów, a Steven został okrzyknięty bohaterem. Parnell został aresztowany i skazany na 7 lat więzienia, wyszedł po 5 za dobre sprawowanie. Co ciekawe, nigdy nie oskarżono go o napaść na tle seksualnym, ponieważ prokurator uznał, że uchroni to Stevena przed piętnem bycia molestowanym przez mężczyznę. W 2004 roku Parnell próbował kupić przez internet 4-letnie dziecko, za co do końca życia siedział w więzieniu.

    Powrót Stevena do domu i codzienności nie był jednak tak szczęśliwy jak mogłoby się wydawać. Nastolatek uważał, że rodzice wciąż traktują go jak 7-latka. Był przyzwyczajony do tego, że może pić i palić kiedy i ile chce, teraz nie było już o tym mowy. W szkole również sprawiał kłopoty, był wyśmiewany przez kolegów za to, że dał się molestować, buntował się. Wkrótce został wyrzucony. Steven odmówił szukania pomocy psychologicznej, podobno ojciec go do tego zniechęcał. W jednym z wywiadów powiedział, że byłoby lepiej, gdyby nigdy nie wrócił do domu.

    Wszystko zmieniło się, gdy w wieku 20 lat wziął ślub z 17-letnią Jody Edmondson, z którą wkrótce miał dwójkę dzieci. Założenie rodziny pomogło mu uporać się z przeszłością. Steven pracował w Pizza Hut i wstąpił do kościoła, przy którym starał się pomagać osobą z podobnymi traumami do swojej. Gdy miał 24 lata wracał z pracy na motocyklu bez kasku. Zderzył się z samochodem i zmarł. Mężczyzna, który zostawił go umierającego na ulicy został skazany na 3 miesiące więzienia i 100 dolarów grzywny. 14-letni Timmy był jedną z osób niosących trumnę Stevena.

    Timothy przebywał w domu porywacza tylko dwa tygodnie, a więc jego powrót do normalności był o wiele łatwiejszy. Gdy dorósł został zastępcą szeryfa, ożenił się, miał dwójkę dzieci i walczył przeciwko wykorzystywaniu seksualnemu dzieci. Zmarł w wieku 35 lat na zator płucny.

    Co ciekawe, starszy brat Stevena, Cary został seryjnym mordercą. Cary miał 11 lat, gdy porwano jego brata. W 1991 roku próbował popełnić samobójstwo, a następnie uzależnił się od narkotyków. W 1999 roku znaleziono zwęglone szczątki kobiet w motelu, w którym pracował jako złota rączka. Tłumaczył przez jury, że w dzieciństwie czuł się zaniedbywany przez rodziców, którzy skoncentrowali się na szukaniu Stevena. Jednak powiedział też, że fantazjował o zabijaniu kobiet jeszcze przed porwaniem. Został skazany na śmierć, obecnie przebywa w celi śmierci.

    Źródła: medium, othefamouspeople, storieswarehouse

    Jeżeli ktoś jeszcze nie widział historii eksperymentu głodowego w wersji yt, a chciałby, może to zrobić tutaj

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: wickedwe.com

  •  

    Listy z Circleville

    Circleville to małe miasto w Ohio. Takie miejscowości zwykle są senne, nie wiele się dzieje, a większość rodzin zna się od pokoleń. To właśnie do mieszkańców takiej miejscowości w 1976 roku zaczęły przychodzić tajemnicze listy wysyłane z pobliskiego Columbus, bez adresu zwrotnego. Korespondencja była pełna osobistych szczegółów i autor wielokrotnie powtarzał, że ich obserwuje. Mimo, że listy były wysyłane do różnych osób, przypadek jednej z nich jest szczególny.

    Mary Gillispie była kierowcą autobusu szkolnego. Autor listów oskarżył ją o romans z kuratorem szkoły. Napisał między innymi: "To nie żart. Obserwowałem twój dom, wiem, że masz dzieci. Potraktuj to poważnie". Kobieta początkowo niezbyt się tym przejęła, ukrywała listy i rozglądała się przy codziennych czynnościach w nadziei, że uda jej się zobaczyć autora wiadomości. Jednak po jakimś czasie jej mąż, Ron, otrzymał list z informacją, że jeżeli nie powstrzyma romansu, umrze.

    Małżeństwo postanowiło zignorować otrzymane listy, jednak wkrótce Ron otrzymał kolejną wiadomość: "Miałeś dwa tygodnie i nic nie zrobiłeś. Poinformuj radę szkoły albo wyemituję to w CBS, na plakatach, znakach i billbordach". Para założyła, że nadawcą musi być ktoś, kogo znają. Wytypowali taką osobę i podzielili się swoimi przemyśleniami z siostrą Rona, jej mężem Paulem i jego siostrą. Paul napisał wiadomość do podejrzanego i listy przestały przychodzić.

    17 sierpnia 1977 roku Ron odebrał telefon od nieznanej osoby. Bardzo się zdenerwował, wziął pistolet i powiedział dzieciom, że jedzie na spotkanie z autorem listów. Wieczorem znaleziono jego ciężarówkę okręconą wokół drzewa. Ron był martwy. Gdzieś pomiędzy drzwiami wyjściowymi jego domu a owym drzewem oddał strzał pistoletem, jednak nie wiadomo dlaczego i do kogo. Nikt też nie słyszał wystrzału. We krwi mężczyzny stwierdzono dawkę alkoholu o 1.5 raza większą niż dopuszczalna przez prawo. Ta informacja bardzo zdziwiła wszystkich, którzy znali Rona, ponieważ on nigdy nie pił dużo. Dzieci zeznały, że gdy wychodził z domu nie wyglądał na pijanego. Policja uznała, że śmierć mężczyzny była skutkiem wypadku.

    Tajemniczy nadawca zaczął wypisywać do szeryfa i oskarżać go o zatuszowanie sprawy śmierci Rona. Nie ustały także listy do Mary. W końcu kobieta postanowiła przyznać się do romansu z kuratorem, jednak podkreśliła, że zaczął się on już po otrzymaniu pierwszych listów. Mary nie została jednak zwolniona i mogła nadal pracować jako kierowca szkolnego autobusu.

    W 1986 roku ktoś rozwiesił plakaty na jej trasie. Kobieta zatrzymała autobus i wysiadła, aby wyciągnąć znak z plakatem. Zauważyła jednak, że został on przymocowany sznurkiem do pudełka. Gdy otworzyła opakowanie zobaczyła wycelowany w nią pistolet. Gdyby całkowicie wyciągnęła znak, broń najprawdopodobniej \wystrzeliła by i ją zabiła.

    Mary oczywiście poinformowała o wszystkim policję. Niedaleko znaku znaleziono odcisk buta, który najprawdopodobniej zostawiła osoba, która zastawiła pułapkę. Ktoś próbował zetrzeć numer seryjny broni, jednak udało się go ustalić. Pistolet należał do Paula Freshoura, byłego szwagra Mary.

    Paul nie przyznawał się do winy. Zeznał, że broń została mu skradziona. Odcisk buta nie pasował do jego śladów. Wykonano test pisma ręcznego, aby sprawdzić, czy Paul napisał tajemnicze listy. Szeryf kazał mu jednak skopiować pismo z anonimów. Mężczyzna został oskarżony o usiłowanie zabójstwa. Mimo, że listy były dowodami w sprawie, nigdy nie oskarżono go o ich napisanie. Został skazany na 7 do 25 lat więzienia.

    Społeczność Circleville odetchnęła z ulgą. Autor dziwnych i przerażających listów został schwytany i skazany, a więc w końcu miał zapanować spokój. Jednak tajemnicze wiadomości nie przestały przychodzić. Przychodziły nawet wtedy, gdy Paul przebywał w izolatce i nie mógł z nikim korespondować. Skazany mężczyzna również je otrzymywał. Co więcej, wciąż nadawane były z Columbus, a Paul przebywał w Limie. Mieszkańcy zaczęli wierzyć, że skazano niewłaściwego człowieka, jednak policja była przekonana, że autor listów siedzi w więzieniu. Gdy po siedmiu latach za kratami Paul mógł ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie, odmówiono mu, ponieważ zdaniem władz wciąż wysyłał listy.

    Mężczyzna ostatecznie wyszedł z więzienia w 1994 roku. Listy ustały, jednak Paul postanowił znaleźć autora. Oskarżał mnóstwo ludzi i miał kilka teorii. Uważał między innymi, że w sprawę zamieszany jest szeryf, który od lat miał być skorumpowany. Mężczyzna miał też ukrywać niektóre listy, które mówiły o molestowaniu dzieci przez koronera i prokuratora okręgowego.

    Według nieoficjalnych źródeł listy miały być wysyłane aż do 2001 lub 2003 roku. W 2011 Paul (lub ktoś podający się za niego) stworzył stronę z kilkoma dokumentami, w tym 164-stronnicowym pakietem, który został wysłany też do FBI z prośbą o pomoc w znalezieniu mordercy Rona. Paul zmarł w 2014 roku. Do dzisiaj nie odnaleziono autora listów, jednak policja wciąż uznaje, że był nim Paul.

    Istnieje kilka teorii na temat nadawcy listów. Kobieta, która kierowała autobusem szkolnym i przejeżdżała koło miejsca postawienia znaku 20 minut przed Mary, widziała tam mężczyznę o jasnych włosach obok żółtego samochodu. Gdy ją zauważył odwrócił się, tak jakby nie chciał zostać rozpoznany. Nie wiadomo kim był ani co tam robił. Podejrzewano też kolegę z pracy Mary, który chciał z nią nawiązać romans, jednak kobieta nie była zainteresowana, a także syna kuratora szkoły. Niczego nie można jednak udowodnić.

    Źródła: scarestreet, unsolved, the13thfloor, yt

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Śmierć Marilyn Monroe

    5 sierpnia 1962 roku Marilyn Monroe została znaleziona martwa w swoim domu w Los Angeles. Koroner stwierdził samobójstwo, jednak przyczyna śmierci 36-letniej aktorki do dzisiaj budzi wiele kontrowersji.

    Czy Marilyn miała powody, aby popełnić samobójstwo? Matka i babka Monroe cierpiały na choroby psychiczne. Aktorka przez całe życie panicznie bała się, że je odziedziczyła. Miała bardzo ciężkie dzieciństwo, tułała się po sierocińcach i od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Nigdy nie czuła się chciana i kochana, co skutkowało bardzo niskim poczuciem własnej wartości. Już przed osiemnastym rokiem życia przeszła dwie próby samobójcze. Od młodości miała skłonność do depresji, czuła się osamotniona i nic nie warta, przez co stała się skrajną perfekcjonistką. Próbując wyleczyć swoją bezsenność uzależniła się od leków i alkoholu. Miała za sobą trzy nieudane małżeństwa. Wytwórnia nie chciała obsadzać jej w ambitnych rolach, bo to wizerunek głupiej blondynki przynosił milionowe zyski. Przez lekcje aktorstwa i psychoanalizę na nowo przeżywała tragiczne dzieciństwo. Rosła jej tolerancja na barbiturany, które zażywała, żeby zasnąć, a rano tylko amfetamina mogła ją obudzić. Niedługo przed śmiercią została zwolniona. Tak, samobójstwo zdecydowanie jest prawdopodobne.

    Z drugiej strony 5 tygodni przed śmiercią brała udział w sesji zdjęciowej, podczas której tryskała radością, a 5 dni przed zgonem udzieliła wywiadu, podczas którego była w doskonałym nastroju. Niedawno schudła około 10 kilogramów i odzyskała wspaniałą figurę. Na początku roku po raz pierwszy w życiu kupiła własny dom i urządzanie go sprawiało jej mnóstwo radości. Pod koniec lipca wytwórnia przyjęła ją z powrotem i już planowała udział w kolejnych filmach. Jesienią chciała jechać do Nowego Jorku. Krążyły nawet plotki, że wkrótce ponownie wyjdzie za mąż.

    Nie można wykluczyć przypadkowego samobójstwa. Marilyn była silnie uzależniona od leków, które w tamtych czasach były przepisywane bez ograniczeń i nikt nie wspominał o skutkach ubocznych. Lekarze aktorki przepisywali jej środki nie wiedząc nawet jakie zarekomendował jej inny doktor i czy razem nie stanowią mieszanki wybuchowej.

    Może rozwiązaniem zagadki jest prześledzenie ostatniego dnia życia Marilyn? Aż do lat 80. XX wieku funkcjonowała tylko jedna wersja tego, co wydarzyło się 4 sierpnia 1962 roku. Sobotni poranek Monroe spędziła ze swoją przyjaciółką i agentką prasową, Pat Newcamb. Około 9.00 przyjechał masażysta aktorki, Ralph Roberts. Po masażu Marilyn odebrała kilka telefonów, a następnie pokłóciła się z Pat o to, że kobieta przespała poprzednią noc, podczas gdy aktorka cierpi na bezsenność. O 16.30 wezwano psychoanalityka Marilyn, Ralpha Greensona, aby ją uspokoił. Doktor traktował Monroe niemal jak rodzinę, został u niej do 19.00, a następnie polecił gosposi zostać na noc w domu Monroe, czego zwykle nie robiła.

    O 19.15 zadzwonił syn jej byłego męża, Joe DiMaggio Jr, z którym utrzymywała przyjacielskie stosunki. Powiedział, że postanowił zerwać ze swoją dziewczyną, co bardzo ucieszyło Marilyn, ponieważ jej nie lubiła. Aktorka o 19.45 zadzwoniła do Greensona, żeby opowiedzieć mu o telefonie od chłopaka. Wydawała się bardzo szczęśliwa, jednak już o 20.00 zadzwoniła do Petera Lawforda i powiedziała „Pożegnaj ode mnie prezydenta i sam się też pożegnaj, bo jesteś dobrym facetem”, a następnie rozłączyła się. Próbował do niej oddzwonić, jednak linia była głucha. Zaniepokojony aktor zadzwonił do swojego menadżera, który z kolei zadzwonił do prawnika Marilyn, który zatelefonował do gosposi z prośbą, aby sprawdziła co u Marilyn. Kobieta zobaczyła światło i kabel telefoniczny przeciągnięty pod drzwiami, a więc uznała, że wszystko jest w porządku. Nie chciała przeszkadzać aktorce.

    Eunice Murray, gospodyni Marilyn, kilkakrotnie zmieniała wersję wydarzeń. Podobno obudziła się o 3.00 i poczuła, że coś jest nie tak. Drzwi do sypialni Marilyn były zamknięte od środka, a więc zajrzała do pokoju przez drzwi od tarasu. Naga aktorka leżała na łóżku w dziwnej pozycji. Eunice zadzwoniła do doktora Greensona, który wybił szybę i wszedł do środka, następnie zadzwoniła po Engelberga (prywatnego lekarza Marilyn). Greenson o 4.30 wezwał policję, mówiąc, że aktorka popełniła samobójstwo. Znacznie później okazało się, że zamek w drzwiach do sypialni Marilyn był zepsuty, a więc drzwi były cały czas otwarte. Gdy policja przyjechała na miejsce, zastała Eunice na praniu prześcieradeł.

    Poziom stężenia pośmiertnego wskazywał na to, że Monroe zmarła od 6 do 8 godzin wcześniej, a więc między 20.30 a 22.30. Sekcja zwłok nie wykazała śladów przemocy oraz śladów po igle, jednak we krwi aktorki wykryto śmiertelną dawkę barbituranów. W żołądku nie znaleziono leków, jednak w jej wątrobie wykryto równowartość 40 tabletek nembutalu. W okolicy okrężnicy był ciemny ślad, a więc leki zostały wprowadzone prawdopodobnie za pomocą lewatywy. Policja nie brała pod uwagę możliwości popełnienia przestępstwa i od razu rozważała jedynie samobójstwo. Co więcej, dzień po autopsji pobrane próbki krwi i tkanek zniknęły, tak samo jak wszystkie dokumenty z dochodzenia.

    Może w śmierć Marilyn zamieszany był sam prezydent Stanów Zjednoczonych, J.F. Kennedy? Aktorka miała z nim romans, a namiętne „Happy Birthday Mr President” zaśpiewane na 45 urodziny mężczyzny, było takim policzkiem dla jego żony, że nie pojawiła się na uroczystości. Wkrótce JFK znudził się aktorką i „przekazał ją” swojemu bratu, Robertowi, który był prokuratorem generalnym. Niedługo przed śmiercią Marilyn, mężczyzna zakończył romans. Zrozpaczona kobieta chciała zwołać konferencję prasową w poniedziałek 6 sierpnia, podczas której miała o wszystkim poinformować cały świat. Aktorka ustalała szczegóły z budki telefonicznej, ponieważ jej domowy telefon był na podsłuchu.

    Pod koniec lat 80. pewien zawzięty dziennikarz przeprowadził wywiady z około 650 osobami i odkrył alternatywną wersję wydarzeń z dnia poprzedzającego śmierć Monroe. Odkrył, że Robert Kennedy był tego dnia w jej domu, być może nawet dwukrotnie. Sąsiedzi aktorki widzieli jak przyjechał do niej popołudniu. Podsłuchano kłótnię między Robertem i Marilyn, podczas której wywracał mieszkanie do góry nogami i pytał „Gdzie to schowałaś?”. Greenson został wezwany do aktorki około 16.30, ale nie z powodu kłótni z Pat, ale z powodu sprzeczki z Kennedym.

    Żona Petera Lawforda twierdziła, że Marilyn zadzwoniła do niego dopiero po 21.00, a nie o 20.00. Co ważne, Lawford był nie tylko aktorem i znajomym aktorki, ale także szwagrem braci Kennedy. Dziennikarz odkrył także, że Monroe wykonała kilka innych telefonów między 20.30 a 22.00. Jeden z jej przyjaciół zeznał, że aktorka skarżyła się, że Robert jej groził, a inny powiedział, że odłożyła słuchawkę w środku rozmowy, bo usłyszała jakiś hałas w domu. Po 23.00 Peter Lawford zadzwonił do swojego przyjaciela, który mieszkał 4 przecznice od Marilyn i poprosił, aby sprawdził czy z nią wszystko w porządku. Mężczyzna oddzwonił mówiąc, żeby się nie martwił, bo z aktorką jest lekarz.

    Podobno Eunice Murray znalazła Marilyn nieprzytomną już o 22.15 i zadzwoniła po Greensona i Engelberga, a także po Pat Newcomb. Agentka zadzwoniła do prezesa firmy, który około 23.00 powiedział swojej dziewczynie, że musi iść, bo Marilyn jest bliska śmierci. Do domu aktorki mieli przyjechać także szefowie wytwórni, aby zniszczyć wszelkie dowody mogące zaszkodzić im lub Kennedym. Stworzono oficjalną wersję zdarzeń.

    Bardzo wielu świadków wypowiedziało się na temat śmierci aktorki dopiero po wielu latach. Gdy dziennikarz zadzwonił do doktora Greensona i zapytał o wydarzenia tamtej nocy, ten odpowiedział „Proszę spytać Roberta Kennedy'ego”. Eunice Murray podczas wywiadu w 1985 roku powiedziała „Dlaczego w tym wieku nadal muszę to wszystko ukrywać?”.

    Niejaki James Hall twierdził, że był ratownikiem medycznym i feralnej nocy przyjechał do domu Marilyn. Powiedział, że resyscutował aktorkę, gdy do jej sypialni wszedł Greenson, który wbił jej ogromną igłę w serce, po czym zmarła. Autopsja nie wykazała jednak śladu takiego ukłucia.

    Kolejnym świadkiem był Lynn Franklin, policjant, który tuż po północy zatrzymał samochód prowadzony przez Petera Lawforda za przekroczenie prędkości. W samochodzie siedział też Robert Kennedy.

    Ostatniego dnia życia Marilyn, w jej domu pracował Norman Jefferies, złota rączka i zięć Eunice Murray. Później oglądał z gosposią telewizję w jej pokoju. Między 21.30 a 22.00 pojawił się Robert Kennedy z dwoma mężczyznami i kazał im wyjść na chwilę. Gdy wrócili około 22.30 Marilyn leżała nieprzytomna, Eunice zadzwoniła po Greensona, Engelberga i tak dalej.

    Jedna z sąsiadek powiedziała, że nie chce mówić o wydarzeniach z tej nocy, ale około północy przed domem Marilyn widziała sporo samochodów.

    Mimo, że od śmierci Marilyn minęło 56 lat, jej przyczyny do dziś budzą kontrowersje. Czy Monroe chciała popełnić samobójstwo, czy był to przypadek? A może w jej śmierć zamieszana była rodzina Kennedych, która zmusiła Greensona, Engelberga i Murray do ukrywania prawdy?

    Źródła: Lois Banner – "Skłócona z życiem", yt1, yt2, yt3, yt4

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: artnet.com

  •  

    Sprawa April Tinsley

    8-letnia April mieszkała w Fort Wayne w stanie Indiana. 1 kwietnia 1988 roku przypadał Wielki Piątek, a więc zajęcia w jej szkole zostały skrócone. Dziewczynka wróciła do domu, zjadła obiad i spytała czy może wyjść do swojej przyjaciółki Nicole. Matka zgodziła się i kazała jej wrócić między 15.30 a 16.00.

    Gdy minęła 16.00 i April nie wróciła do domu, jej matka zaczęła się niepokoić. Zadzwoniła do matki Nicole i zapytała o córkę. Dziewczynki skończyły się bawić po 15.00 i wyszły w stronę parku, który znajdował się mniej więcej w połowie drogi między domami przyjaciółek. Nicole miała zostać w parku, a April iść dalej do swojego domu. Nigdy jednak do niego nie dotarła.

    Około 18.00 matka zgłosiła zaginięcie April na policji. Rozpoczęły się poszukiwania, jednak nie natrafiono na żaden ślad. 4 kwietnia przypadkowy mężczyzna znalazł ciało dziewczynki w zaroślach, około 13 metrów od drogi. Na miejscu brakowało jednego buta dziewczynki, który odnaleziono później około 250 metrów od miejsca znalezienia ciała, po przeciwnej stronie drogi. Sekcja wykazała, że dziewczynka została zgwałcona i uduszona.

    Policja podejrzewała, że zabójcą musi być ktoś mieszkający w pobliżu, ponieważ ciało zostało znalezione w miejscu, o którym wiedzą prawdopodobnie tylko miejscowi. Znalazł się świadek, który zeznał, że widział 1 kwietnia dziewczynkę ubraną jak April, która wsiadła do niebieskiego pick-upa. Kierowcą miał być około 30-letni blondyn. Lokalna społeczność bardzo zaangażowała się w szukanie mordercy. Do policji zgłoszono tysiące tropów, które potencjalnie mogły w jakikolwiek sposób pomóc. Niestety nie udało się znaleźć sprawcy. Zdaniem mieszkańców za morderstwem musieli stać sataniści.

    Dwa lata później, w 1990 roku, na drzwiach stodoły znaleziono napis "Zabiłem 8-letnią April M. Tinsley. Znaleźliście jej drugiego buta? Haha. Zabiję znowu!". Na miejscu nie było jednak żadnych odcisków palców czy innych tropów mogących pomóc w znalezieniu mordercy.

    Sprawa stanęła w miejscu na kolejne 14 lat. W 2004 roku na czterech rowerach należących do młodych dziewcząt znaleziono liściki z groźbami. Autor podawał się za mordercę April. Do trzech liścików dołączone były zużyte prezerwatywy a do czwartej zdjęcie z Polaroidu przedstawiające męskie genitalia. DNA zgadzało się z materiałem genetycznym znalezionym na ciele dziewczynki, jednak nie występowało w policyjnej bazie.

    Śledczy nie wiedzieli co robić, a więc opublikowali listy w nadziei, że może pojawią się jakieś nowe poszlaki od okolicznych mieszkańców. I rzeczywiście, znów zaczęły napływać nowe tropy, a jeden z nich wydawał się szczególnie interesujący. Pewien mężczyzna oskarżył o morderstwo swojego własnego ojca. W czasie popełnienia zbrodni rodzina mieszkała niedaleko domu April, a ojciec miał niebieskiego pick-upa, którego przemalował kilka dni po śmierci dziewczynki. Policja znalazła w domu podejrzanego notatnik z kartkami pasującymi do listów z pogróżkami i aparat Polaroida. Mężczyzna twierdził, że w dniu porwania April pracował, jednak z dokumentów wynika, że ani w dzień porwania, ani odnalezienia ciała dziewczynki, nie pojawił się w pracy. DNA mężczyzny nie zgadzało się jednak z DNA mordercy. Śledztwo znów stanęło w martwym punkcie.

    W międzyczasie nastąpił rozwój firm genologicznych, dzięki którym ludzie tworzą swoje własne profile DNA w celu dowiedzenia się czegoś więcej o swoim pochodzeniu lub znalezienia dalekich krewnych. W 2018 roku porównano DNA mordercy z bazami danych takich firm, dzięki czemu w maju udało się wytypować dwóch braci, którzy prawdopodobnie odpowiadają za śmierć April. Śledczy znaleźli w śmieciach jednego z nich, 53-letniego Johna Millera, zużyte prezerwatywy, z których pobrali próbki DNA do badań. Okazało się, że to właśnie John jest odpowiedzialny na morderstwo April.

    Policjanci pojawili się w jego przyczepie w niedzielę 15 lipca. Gdy zapytali czy wie w jakiej sprawie przyszli, powiedział tylko "April Tinsley". Miller przyznał się do zgwałcenia i uduszenia ośmiolatki, a także do zgwałcenia jej zwłok.

    Źródła: youtube, fakt

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Zephany Nurse – afrykańska Maddie McCann

    Zephany urodziła się w kwietniu 1997 roku w Cape Town w RPA. Była pierwszym dzieckiem Celeste i Morne Nurse. 30 kwietnia kobieta w stroju pielęgniarki zapewniła Celeste, że jej córka śpi w łóżeczku obok, a więc młoda matka również położyła się spać. Po obudzeniu okazało się jednak, że dziecko zniknęło. Natychmiast zawiadomiono policję, która przeszukała szpital. Nie znaleziono jednak nic, co mogło pomóc w identyfikacji porywacza. W tunelu łączącym oddział położniczy z ulicą znaleziono poduszkę. Rodzice Zephany uznali, że jakaś kobieta musiała za jej pomocą udawać ciążę, aby swobodnie poruszać się po oddziale położniczym.

    Policjanci przepytali kobiety i personel szpitala. Pacjentki zeznały, że pewna kobieta ubrana jak pielęgniarka próbowała zaprzyjaźnić się z kobietami przebywającymi na oddziale. Jedna z młodych matek krótko z nią rozmawiała i jakiś czas później widziała ją z płaczącym dzieckiem na rękach. Nie udało się jednak odnaleźć owej "pielęgniarki".

    5 dni po porodzie Celeste wróciła do domu bez dziecka. Małżeństwo początkowo myślało, że to jakiś żart lub sen, przecież takie rzeczy się nie zdarzają. Nie ustawali w poszukiwaniach swojej córeczki. Co roku obchodzili jej urodziny i dbali o to, aby sprawa co jakiś czas pojawiała się w mediach. Celeste często udzielała wywiadów i gdy dochodziło do porwań innych dzieci, zawsze oferowała pomoc rodzinom.

    Co najmniej dwa razy pojawiła się nadzieja na odnalezienie Zephany. Sąsiedzi pewnej kobiety zgłosili na policji, że ma ona dziecko bardzo podobne do porwanej dziewczynki i nie zauważyli wcześniej, żeby była w ciąży. Okazało się jednak, że dziecko było chłopcem.

    W lipcu 2009 roku do rodziców Zephany zadzwoniła kobieta, która wyszeptała "Wiem o twojej córce" po czym poprosiła o przyniesienie 500.000 randów południowoafrykańskich (około 70.000 dolarów) w wyznaczone miejsce. Nie dotarła jednak na spotkanie. Okazało się, że dzwoniącą kobietą była niejaka Glenda Doubell, 50-letnia sąsiadka matki Celeste. Kobieta została oskarżona o wymuszenie i skazana na 3-letni areszt domowy, 5.000 randów grzywny i 600 godzin prac społecznych.

    Na początku 2015 roku młodsza córka państwa Nurse, Cassidy, rozpoczęła naukę w nowej szkole. Uczniowie od razu zobaczyli duże podobieństwo między 13-latką, a inną 17-letnią uczennicą. Mimo, że nastolatki dzieliła spora różnica wieku, od razu się zaprzyjaźniły. Gdy ojciec Cassidy dowiedział się o tym, zaczął podejrzewać, że 17-latka może być ich zaginioną córką. Powiedział żonie o swoich przypuszczeniach i zorganizował spotkanie z Cassidy i jej nową przyjaciółką w McDonaldzie. Mężczyzna spytał dziewczynę o datę urodzenia, a gdy ta odpowiedziała, że urodziła się 30 kwietnia 1997 roku (data porwania) był pewny, że to jego córka. Natychmiast poinformował o tym policję.

    Śledczy sprawdzili akt urodzenia nastolatki i okazało się, że został on sfałszowany. Następnie wykonano badania DNA, które wykazały, że 17-latka to Zephany. Opieka społeczna zdecydowała, że dziewczyna ma zamieszkać ze swoimi biologicznymi rodzicami, których dom mieścił się milę od jej poprzedniego miejsca zamieszkania. Jej dotychczasowa matka (nigdzie nie ma podanych jej danych osobowych) odpowie przed sądem za porwanie.

    Państwo Nurse byli wniebowzięci i próbowali odbudować swoje relacje z córką, jednak gdy tylko Zephany uzyskała pełnoletność, wyprowadziła się do swojego poprzedniego ojca (który z resztą najprawdopodobniej nie wiedział nic o porwaniu i był przekonany, że to jego biologiczna córka). Dziewczyna uważała, że mimo wszystko była bardzo dobrze wychowywana, jeździła na wakacje ze swoimi "przybranymi" rodzicami i miała zwyczajne życie rodzinne. Wciąż używała imienia nadanego jej przez porywaczkę.

    Tymczasem rozpoczął się proces jedynej matki, którą znała. 52-letnia szwaczka zeznała, że dziecko zostało jej przekazane na stacji kolejowej przez niejaką Sylvię i była pewna, że to legalna adopcja. Nigdy jednak nie odnaleziono dokumentów, które mogłyby to potwierdzać. Kobieta zeznała też, że kilka razy poroniła, ponieważ jako dziecko została porzucona przez matkę i wielokrotnie zgwałcona, a jej byli partnerzy znęcali się nad nią. Porywaczka rozpaczliwie marzyła o dziecku i powiedziała, że 17 lat i 10 miesięcy, które spędziła z Zephany było najlepszym czasem w jej życiu. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia. W sierpniu 2016 roku skazano ją na 10 lat więzienia.

    W kwietniu 2018 roku pojawiły się informację, że Zephany pracuje nad książką i filmem opowiadającym o jej życiu.

    Źródła: fakt, wikipedia, allthatsinteresting, theguardian

    PS 1. W jednym z artykułów na temat Zephany poruszony został temat handlu dziećmi i przestępstw popełnianych na nieletnich w RPA. W maju 2016 roku pewną 20-letnią kobietę skazano na 5 lat więzienia w zawieszeniu za wystawienie noworodka na Gumtree za 5.000 randów (230 funtów). Kobieta chciała sprzedać chłopca po tym jak jej chłopak przestał płacić na dziecko po wykonaniu testów, które pokazały, że to nie jego syn.

    PS 2. Mam pytanie, na które być może ktoś z Was zna odpowiedź, a mianowicie: czy można umieścić czyjś tekst w całości na innej stronie bez zgody autora, jeżeli poda się źródło? Dwa z moich wpisów (o Dorothy Scott tutaj i Jennifer Kesse tutaj) zostały w całości skopiowane i wklejone na stronie paranormalne.pl. Niby na końcu podano źródło, ale jednak wydaje mi się to mocno niefajne..

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    •  

      @riley24 był film z podobnym motywem, tylko tytułu nie pamiętam. Rodzina z trójką dzieci, jeden chłopiec zaginął porwany w wieku trzech lat. Po 10 latach ktoś, nie pamiętam czy jego brat czy matka, zobaczył w sąsiedztwie chłopca podobnego do niego, zaczęły się badania DNA i w ogóle i rzeczywiście to był ten porwany syn, przyszywana matka chyba już nie żyła (porywaczka), ojciec nie miał pojęcia o porwaniu i myślał że to była legalna adopcja. Chłopak musiał zamieszkać z nową rodziną i uciekał codziennie do ojca (╥﹏╥) pokaż całość

      +: riley24
    •  

      @riley24 kiedyś byłem na paranormalne.pl tłumaczem to zazwyczaj teksty tlumaczylem sle zdarzali sie tacy co kopiowali slowo w slowo(mi tez pewnie pare razy zdarzalo). Ah kiedys to bylo. Teraz to już inny serwis niż dawniej.

    • więcej komentarzy (36)

  •  

    Śmierć Debbie Wolfe

    Debbie Wolfie była uśmiechniętą 28-letnią pielęgniarką, która pracowała w szpitalu w Fayetteville w Karolinie Północnej. Kobieta mieszkała razem z dwoma ukochanymi owczarkami niemieckimi w małym domku obok stawu, który był otoczony lasem, około 6 kilometrów od najbliższych domów i bazy wojskowej. Debbie lubiła pływać, polować (miała własną strzelbę), była bardzo lubiana, odpowiedzialna i szczyciła się porządkiem w swoim domu.

    25 grudnia 1985 roku rano wymieniła się ze swoją matką prezentami i pojechała do pracy. Zmiana przebiegała zwyczajnie i wieczorem jak zawsze pojechała do domu. Jednak kolejnego dnia nie pojawiła się w szpitalu i nikogo nie poinformowała, że jej nie będzie, co było zupełnie do niej nie podobne. Współpracownicy próbowali się do niej dodzwonić, jednak bezskutecznie, aż w końcu skontaktowali się z jej matką, Jenny. Kobieta, razem ze swoim przyjacielem Kevinem, pojechała zobaczyć do domku Debbie, czy wszystko w porządku. Gdy przyjechali na miejsce od razu zobaczyli, że coś jest nie tak. Na posesji leżało mnóstwo pustych puszek po piwie i psy biegały swobodnie po podwórku, wyglądały jakby nie jadły od dłuższego czasu. Samochód kobiety stał w innym miejscu niż zazwyczaj, a siedzenie kierowcy było maksymalnie odsunięte do tyłu, podczas gdy Debbie zawsze przysuwała je sobie jak najbliżej kierownicy.

    W domu również panował ogromny bałagan. Torebka Debbie była wepchnięta pod łóżko, a na podłodze w kuchni leżał jej uniform pielęgniarki. Na automatycznej sekretarce nagrał się nieznany matce mężczyzna, który powiedział, że opuściła już kilka dni w pracy i prosił, aby oddzwoniła. Tymczasem Debbie opuściła dopiero kilka godzin swojej zmiany, poprzedniego dnia przecież normalnie pracowała.

    Zaniepokojona Jenny zadzwoniła na policję i wkrótce do domu Debbie przyjechał funkcjonariusz z psem. Pobieżnie obejrzał teren i z niewiadomych przyczyn założył, że matka kobiety i jej przyjaciel przeszukali pobliski staw. Debbie była jednak dorosła, a więc policjant poinformował Jenny, że można zacząć szukać jej córkę dopiero za trzy dni. W rzeczywistości poszukiwania rozpoczęły się dopiero po pięciu dniach, a w międzyczasie do domku zaginionej kobiety przyjeżdżało mnóstwo przyjaciół i członków rodziny, którzy chcieli w jakikolwiek sposób pomóc. Niestety przy okazji zadeptywali ślady.

    W końcu policja rozpoczęła oficjalne poszukiwania i zaczęła przeszukiwać teren. Znów jednak pominięto staw i nie znaleziono żadnych śladów. Przesłuchano dwóch mężczyzn, których zaloty Debbie odrzuciła, jednak oboje mieli alibi. Odnaleziono też mężczyznę, który zostawił wiadomość na sekretarce, jednak i on nie miał nic wspólnego z zaginięciem.

    Koło stawu znaleziono odciski butów dwóch osób i ślady ciągnięcia czegoś lub kogoś. Policja jednak ignorowała ten trop i 1 stycznia Jenny sama zatrudniła kogoś do przeszukania stawu (lub według innych źródeł zrobili to jej przyjaciele). Zbiornik nie był głęboki, miał maksymalnie dwa metry głębokości, jednak był bardzo zamulony. Mniej więcej na środku stawu znaleziono ciało dziewczyny, jej głowa i tułów znajdowały się w metalowej beczce i wystawały tylko nogi. Policja zabrała ciało i beczkę zostawiła na brzegu, tłumacząc, że ktoś po nią później przyjedzie.

    Raport z sekcji zwłok nie mówił nic o przyczynie śmierci. Co ciekawe Debbie miała w płucach tylko pół łyżeczki wody, a jej oczy i usta były zamknięte, co jest niespotykane u topielców. We krwi kobiety nie było śladów alkoholu ani narkotyków, w okolicach krocza znaleziono ślady nasienia (niestety badania DNA jeszcze nie istniały, a próbki wkrótce zaginęły). Ciało było w tak dobrym stanie, że pogrzeb mógł się odbyć przy otwartej trumnie. Funkcjonariusze uznali, że nie było to zabójstwo, ale nieszczęśliwy wypadek. Kobieta miała bawić się ze swoimi psami, poślizgnąć się, wpaść do wody i utopić. Koniec śledztwa.

    Co jeszcze ciekawsze, beczka, która stała na brzegu, zniknęła. Policjanci uznali, że nurkowie się pomylili i nigdy nie było żadnej beczki. Kurtka Debbie miała tak napęcznieć od wody, że wszystkim miało się wydawać, że ciało jest w beczce. Rodzina kobiety postanowiła nawet ponownie przeszukać staw w nadziei, że być może w jakiś sposób się tam sturlała, jednak nie przyniosło to żadnych rezultatów.

    Ponieważ śledztwo zostało zakończone, nie było powodów, aby trzymać ubrań kobiety w policyjnym archiwum i po dwóch miesiącach oddano je matce. Tylko, że to nie były ubrania Debbie. Owszem, to właśnie w nich znaleziono ją martwą, ale były na nią o wiele za duże. Spodnie były za długie, obszerna wojskowa kurtka nie należała do niej, biustonosz był o trzy rozmiary za duży, a buty za duże i w dodatku męskie. Na butach nie było też żadnych śladów błota, które powinno się pojawić, skoro Debbie miała się na nim poślizgnąć.

    Mimo, że oficjalnie sprawa śmierci Debbie Wolfe jest rozwiązana, tak naprawdę nie wiadomo co się stało i pewnie nigdy się nie dowiemy. Tak samo jak nie wiadomo dlaczego policja tak bardzo chciała zamieść wszystko pod dywan. Matka aż do końca swojego życia wierzyła, że ktoś musiał porwać jej córkę i przetrzymywać przez jakiś czas, a następnie zabić i porzucić zwłoki w stawie.

    Źródła: joemonster, paranormalne, stanowo

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    •  

      Źródła: joemonster, paranormalne, stanowo

    •  

      @thekes: @kam966:
      @Ineedtochillout:

      Co wy z tymi wojskowymi snujecie teorie jak z amerykańskich horrorów :D Samotny domek w lesie, potężna baza wojskowa i to wszystko poza cywilizacją, co może się złego wydarzyć? Brzmi jak trailer fimu. Robicie z wojskowych bestie, które wychodzą wieczorem na polowanie niczego niespodziewających się kobiet. Te tezy są równoznaczne z teoriami spiskowymi. Było dużo historii morderstw, które najłatwiej było podciągnąć pod tego typu - nieco mistyczne można by rzec - rzeczy, a w rzeczywistości epilog spraw okazywał się dość prosty - zabijały osoby z otoczenia ofiary, albo lokalni gwałciciele. W tej sprawie o ile pamiętam, znaleziono jakieś rzeczy jej byłego chłopaka, czy coś pokaż całość

    • więcej komentarzy (104)

  •  

    Zaginięcie Jennifer Kesse

    Na początek małe ogłoszenie. Jeżeli ktoś woli oglądać i słuchać zamiast czytać to może zajrzeć TUTAJ, gdzie znajdzie wersję tego wpisu na yt. Myślę, że fajnie zobaczyć różne osoby i miejsca dotyczące jakiejś sprawy, a niestety mikro nie daje możliwości dodania większej ilości zdjęć w żaden sensowny sposób. Nie zależnie od tego jaką formę wybierzecie, jak zawsze mam nadzieję, że historia Wam się spodoba :)

    24-letnia Jennifer Kesse miała wspaniałe życie. Przed rokiem skończyła studia z zakresu finansów, znalazła dobrą pracę i już zdążyła trzykrotnie w niej awansować. Miała kochającą rodzinę i chłopaka. Właśnie wróciła z wakacji do zakupionego dwa miesiące wcześniej mieszkania w Orlando. Wszystko posypało się dosłownie w jednej chwili.

    W czwartek 19 stycznia 2006 roku Jennifer wyleciała ze swoim chłopakiem Robertem na krótkie wakacje na Wyspy Dziewicze. Za zgodą kobiety w jej mieszkaniu w tym czasie mieszkał jej brat Logan z przyjaciółmi. Para wróciła w niedzielę 22 stycznia i tę noc spędzili razem w mieszkaniu Roberta w Ft. Landerdale, skąd Jennifer wyjechała następnego ranka do pracy.

    Około 18:00 wyszła z biura i pojechała prosto do domu. Wieczorem zadzwoniła do swojej rodziny i dowiedziała się od Logana, że jeden z jego przyjaciół zostawił telefon w jej mieszkaniu i chciałby odebrać go następnego dnia. Jennifer zgodziła się. Około 23.00, podczas rozmowy z ojcem, ktoś zapukał do drzwi kobiety i nic nie odpowiadał. Jen powiedziała, że to na pewno któryś z sąsiadów. Następnie zadzwoniła do Roberta. Para kontaktowała się z sobą każdego wieczoru i poranka. Według niektórych źródeł o coś się pokłócili.

    Następnego dnia Jennifer nie odpisywała na SMSy od Roberta. Gdy próbował do niej dzwonić, od razu włączała się skrzynka głosowa. To było zupełnie niepodobne do Jen, ale mężczyzna przypomniał sobie, że tego ranka miała brać udział w ważnym spotkaniu, a więc uznał, że pewnie dlatego nie odbiera.

    Około 11.00 współpracownicy Jennifer skontaktowali się z jej rodzicami, ponieważ kobieta nie dotarła do pracy i nie odbierała telefonów. Rodzina od razu uznała, że coś jest nie tak. Jen była bardzo odpowiedzialna i poważnie podchodziła do swoich obowiązków. Coś musiało się stać. Od razu wsiedli do samochodu i wyjechali ze swojego domu w Bradenton w kierunku Orlando. W międzyczasie zadzwonili do zarządcy budynku, aby sprawdził mieszkanie Jennifer. Nikogo w nim nie było, a samochód zniknął sprzed budynku.

    Brat kobiety dotarł do jej mieszkania około 15.00, a jej rodzice przyjechali 15 minut później. Wszystko wskazywało na to, że Jennifer była rano w domu i szykowała się do pracy. Ręczniki były wilgotne, na podłodze w łazience leżała jej piżama, a na umywalce rozłożone były kosmetyki do makijażu. Na niepościelonym łóżku leżały eleganckie ubrania do pracy.

    Jeszcze tego samego dnia zgłoszono zaginięcie na policji, a wieczorem gotowe już były ulotki do rozwieszenia w okolicy. Niestety jej osiedle dopiero powstało. Nie zamontowano na nim jeszcze kamer i sporo mieszkań było pustych, a więc nie było żadnych świadków.

    Jennifer była bardzo wyczulona na punkcie swojego bezpieczeństwa. Zawsze zamykała na klucz drzwi od mieszkania i samochodu, nigdy nie otwierała obcym i zawsze miała przy sobie gaz pieprzowy. Umiała się bronić. Nawet gdy robotnicy dokonywali poprawek w jej mieszkaniu, drzwi na korytarz były otwarte a Jen rozmawiała przez cały czas przez telefon ze swoim ojcem. Po zniknięciu kobiety w mieszkaniu nie było żadnych śladów walki ani włamania, co może sugerować, że musiał być w to zamieszany ktoś znajomy.

    W czwartek 26 stycznia na policję zadzwonił mężczyzna, który widział informację o zaginięciu Jennifer w telewizji. Powiedział, że na jego osiedlu, oddalonym o około kilometr od osiedla Jen, od kilku dni zaparkowany jest samochód podobny do samochodu kobiety. To rzeczywiście było jej auto. Sprawdzono monitoring i okazało się, że ktoś zaparkował je tam około godziny 12.00 w dzień zaginięcia, następnie kierowca przebywał w samochodzie około 30-35 sekund i spokojnie się oddalił. Niestety nagranie było bardzo słabej jakości, ale sprawdzono także drugą kamerę, która robiła zdjęcia co trzy sekundy i znajdowała się zaledwie kilka metrów od przechodzącego kierowcy. Niestety na każdym zdjęciu twarz zasłonięta jest przez słupki od ogrodzenia. Nie można nawet określić płci przechodzącej osoby i nigdy jej nie znaleziono.

    Samochód Jennifer został bardzo dokładnie wyczyszczony ze wszystkich śladów. Znaleziono jedynie kawałek odcisku palca, zbyt mały do analizy, oraz małe włókno. Na tylnym siedzeniu leżał sprzęt DVD Roberta, co wykluczyło motyw rabunkowy. Nie odnaleziono natomiast telefonu Jennifer oraz kolegi jej brata, iPoda kobiety, jej torebki, teczki ani ubrań, w które była tego dnia ubrana. Karty kredytowe i telefony komórkowe nigdy więcej nie zostały użyte.

    Psy podjęły trop osoby, która prowadziła samochód Jennifer. Prowadził on od auta do klatki schodowej do mieszkania kobiety, a następnie urywał się.

    Oczywiście głównym podejrzanym został Robert, który miał jednak niepodważalne alibi. Co ciekawe były chłopak Jennifer Matt spędził noc z poniedziałku na wtorek w barze naprzeciwko mieszkania kobiety, jednak i tutaj znaleźli się świadkowie, którzy potwierdzili niewinność mężczyzny.

    Jennifer bardzo często skarżyła się na robotników, którzy prowadzili prace remontowe na osiedlu. Mężczyźni często ją zaczepiali i gwizdali za nią. Większość z nich była nielegalnymi imigrantami, a więc policja nie mogła ich odnaleźć, aby przesłuchać.

    Jeden ze współpracowników Jennifer miał podobno obsesję na jej punkcie. Chciał się z nią związać, jednak kobieta nie była zainteresowana, zwłaszcza, że był żonaty. Owy mężczyzna bardzo się zdenerwował, gdy dowiedział się, że Jen pojechała na wakacje ze swoim chłopakiem. W dzień zaginięcia pojawił się w pracy dopiero popołudniu, argumentując, że dostał mandat i dlatego się spóźnił. Gdy kolejnego dnia inny pracownik rozmawiał z nim o zaginięciu Jennifer powiedział „prawdopodobnie została już zjedzona przez aligatory”. Policja nie zdołała mu jednak niczego udowodnić.

    Rodzina Jennifer nie wyklucza, że kobieta mogła zostać ofiarą handlu ludźmi. Policjanci jednak są sceptyczni co do tej teorii.

    Rodzice wciąż nie ustają w poszukiwaniach swojej córki i wierzą, że kiedyś odnajdą ją żywą. Do tej pory policjanci przebadali ponad 1000 tropów. Ojciec twierdzi, że policja odmówiła im dostępu do informacji i sam zatrudnił zespół prawników i śledczych.

    Źródła: detektywistyczny.net, medium.com, youtube

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i2.wp.com

  •  

    Zaginięcie Dorothy Scott

    Dorothy Scott była 32-latką samotnie wychowującą 4-letniego syna. Mieszkała w domu swojej ciotki w Stanton w Kalifornii, a pracowała jako sekretarka w sklepie w oddalonym o 20 minut drogi Anaheim, gdzie mieszkali jej rodzice. Była spokojną i sympatyczną domatorką, która bardzo ceniła sobie chrześcijańskie wartości.

    Jej życie byłoby całkiem normalne, gdyby nie tajemniczy mężczyzna, który od pewnego czasu wydzwaniał do jej pracy. Podczas niektórych rozmów wyznawał jej miłość, a podczas innych groził. Dorothy początkowo nie traktowała tego poważnie, ale telefony stawały się coraz częstsze, a groźby coraz poważniejsze. Mężczyzna powiedział, że napadnie ją, gdy będzie sama, a następnie zamorduje ją i poćwiartuje, żeby nikt nigdy jej nie znalazł. Potrafił podać dokładny plan dnia kobiety i opisać w co jest ubrana. Jego głos wydawał się znajomy, jednak Dorothy nie potrafiła powiedzieć skąd.

    W maju 1980 roku kobieta rozważała zakup broni i zapisała się na kurs karate. Tydzień później, 28 maja, podrzuciła syna do swoich rodziców i wybrała się na spotkanie pracownicze. Zauważyła, że Conrad Bostron (jeden z jej współpracowników) ma dziwny ślad na ramieniu i źle się czuje. Razem z Pam Head zawiozły go do szpitala, gdzie okazało się, że ukąsiła go czarna wdowa.

    Conrad został wypisany około 23:00. Pam poszła z nim do apteki, a Dorothy w tym czasie miała iść po samochód i czekać na nich przed wejściem do szpitala. Jednak gdy para wyszła po kilku minutach, Dorothy jeszcze nie było. Dopiero po jakimś czasie jej samochód minął ich z piskiem opon. Nie widzieli kto prowadził, auto skręciło w prawo i ktoś wyłączył światła. Pam i Conrad uznali, że może coś się stało z synem Dorothy i musiała szybko jechać do domu. Postanowili poczekać na nią w szpitalu. Gdy jednak minęło kilka godzin, a kobiety dalej nie było, zadzwonili do jej rodziców. Okazało się, że Dorothy nie dotarła do domu. O zaginięciu poinformowano policję.

    Wkrótce odnaleziono jej samochód. Został porzucony i podpalony około 15 kilometrów od szpitala. Wokół nie było żadnego śladu Dorothy ani porywacza. Policja nie miała żadnego punktu zaczepienia. Nie wiadomo kto wydzwaniał do kobiety, kto mógł mieć motyw ani co mógł z nią zrobić.

    Niedługo po zaginięciu anonimowy mężczyzna zadzwonił do redakcji lokalnej gazety i powiedział, że zabił Dorothy, ponieważ przyłapał ją na zdradzie. Podał wiele szczegółów, między innymi kolor jej szalika w dniu zaginięcia i powód, dla którego była tego wieczoru w szpitalu. Policja uznała, że faktycznie mógł być zamieszany w jej zaginięcie.

    Wszyscy, którzy potencjalnie mogli być odpowiedzialni na porwanie mieli alibi. Przesłuchano jej współpracowników, jednak nie przyniosło to żadnych rezultatów. Dorothy nie miała kontaktu z klientami, a więc nie mógł być to żaden z nich.

    Od czasu zaginięcia co środę do matki Dorothy dzwonił tajemniczy mężczyzna. Niekiedy pastwił się pytając „czy Dorothy jest w domu?”. Czasami opowiadał, że zabił a czasami, że porwał i przetrzymuje kobietę. Dzwonił tylko, gdy matka była sama, a więc prawdopodobnie obserwował jej dom i znał plan dnia domowników. Połączenia nigdy nie były na tyle długie, aby można było go namierzyć. Dzwonił co tydzień aż do kwietnia 1984 roku (przez 4 lata!), gdy telefon odebrał mąż matki. Wtedy tajemniczy mężczyzna rozłączył się i telefony ustały.

    Zwłoki Dorothy znaleziono 6 sierpnia 1984 roku w rowie przy drodze. Zwłoki to dużo powiedziane, ponieważ z kobiety został sam szkielet. Nie można było określić przyczyny ani czasu zgonu. Znaleziono też jej pierścionek i zegarek.

    Sprawca nigdy nie został ujęty. Jest jednak jeden podejrzany. Mike Butler znał Dorothy, ponieważ jego siostra pracowała z nią w sklepie. Podobno, gdy tylko poznał Dorothy, zaczął mieć obsesję na jej punkcie. Butler mieszkał w górach Santiago i według wielu ludzi był bardzo niestabilny emocjonalnie i mocno zaangażowany w różne kulty. Policja nie miała jednak dostatecznych dowodów, aby postawić mu jakiekolwiek zarzuty. Mężczyzna zmarł w 2014 roku.

    Źródła: detektywistyczny.net, medium.com

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Eksperyment głodowy w Minnesocie

    Tym razem wpis nie dotyczy sprawy kryminalnej, ale temat jest tak ciekawy, że może mi wybaczycie ;)

    Podczas II wojny światowej naukowcy na uniwersytecie w Minnesocie zastanawiali się jak pomóc ofiarom głodu w Europie i jak powinno wyglądać ich odżywianie po zakończeniu wojny. W 1944 roku rozpoczął się roczny eksperyment głodowy, na czele którego stanął Ancel Keys (ten sam mężczyzna, który opracował dla armii zbilansowane jadłospisy, które są stosowane do dzisiaj).

    Slogan namawiający ochotników do udziału w rocznym eksperymencie głosił "Czy dasz się zagłodzić, aby oni zostali nakarmieni?". Na taki apel odpowiedziało 400 mężczyzn. Niektórzy nie chcieli zostać powołani do wojska, inni byli pacyfistami, którzy chcieli przysłużyć się krajowi. Spośród nich wybrano 36 zdrowych mężczyzn w wieku od 22 do 33 lat, którzy byli odporni na stres, stabilni emocjonalnie, dojrzali, wytrwali, bez historii chorób psychicznych i problemów rodzinnych. Przede wszystkim jednak byli bardzo zmotywowani. Z całego serca wierzyli, że ich poświęcenie jest ważne dla kraju i pomoże milionom głodujących Europejczyków.

    Rozpoczął się trzymiesięczny okres kontrolny, podczas którego wszyscy ochotnicy jedli po 3200 kcal. Każdy z nich miał uzyskać idealną dla siebie wagę. Za grubi mieli trochę schudnąć, a za chudzi trochę przytyć.

    Następnie przystąpiono do półrocznej głodówki. Kaloryczność posiłków została obcięta o połowę przy bardzo monotonnej diecie. Mężczyznom przysługiwały dwa posiłki dziennie (o 8:00 i 18:00), na które składały się składniki najłatwiej dostępne w Europie, na przykład pszenny chleb, kapusta, ziemniaki i makaron. Ochotnicy zobowiązani byli do pracy w laboratorium przez 15 godzin tygodniowo, zajęć lekcyjnych przez 25 godzin, przejścia 35 km w ciągu tygodnia i pisania dziennika. Podczas eksperymentu nie byli zamknięci w ośrodku i mogli uczestniczyć w normalnym życiu.

    Już po kilku dniach głodówki spadła ich waga, energia, temperatura ciała, puls i libido. Po kilku tygodniach ich serca zwolniły z 55 do 35 uderzeń na minutę i skurczyło się, ilość krwi w ich ciałach zmniejszyła się o 10%, wypróżnienie występowało raz w tygodniu. Skóra mężczyzn stała się gruba i szorstka. Skarżyli się na zawroty głowy, bóle mięśni, dzwonienie w uszach, obniżoną kondycję, zaburzenia widzenia i ciągłe zimno. Żeby się ogrzać pili wrzącą kawę i herbatę, domagali się gorących kąpieli i każdą wolną chwilę leżeli na słońcu. Zanik tkanki tłuszczowej powodował ból przy dłuższym siedzeniu lub leżeniu. Ochotnicy pili mnóstwo wody, aby zapełnić żołądki, a więc wkrótce pojawiły się u nich obrzęki kolan, kostek i twarzy. Mogli pić kawę i herbatę w nieograniczonych ilościach oraz rzuć gumę. Rekordziści potrafili wypić 15 kaw dziennie i wyrzuć 40 opakowań gumy. Wkrótce tego zabroniono.

    Zmieniło się też zachowanie tych młodych mężczyzn. Popadali w apatię przeplataną irracjonalnymi wybuchami złości lub euforii. Posiłki stały się najważniejszymi punktami dnia. Wcześniej dużo rozmawiali o wojnie, polityce i dziewczynach, teraz już tylko o jedzeniu. Ochotnicy stali w kolejce przed stołówką 15 minut przed otwarciem i wpadali we wściekłość, gdy posiłek był podawany choćby minutę później niż planowano. Podczas posiłków tulili do siebie jedzenie, mieszali w papki, trzymali jak najdłużej w ustach, miksowali z wodą, żeby wyglądało na więcej i wylizywali do czysta talerze i miski. Niektórzy szmuglowali jedzenie poza stołówkę, żeby zjeść w samotności. Pod koniec eksperymentu posiłek zajmował niektórym nawet dwie godziny.

    Najbardziej przerażające okazały się jednak psychiczne skutki głodówki. Ochotnicy zaczęli kompulsywnie obgryzać paznokcie, palić, a niektórym wykształcił się tik nerwowy. Drastycznie spadły wyniki ich testów na inteligencję. Prawie u wszystkich wystąpiła kliniczna depresja, hipochondria lub histeria. Niektórzy potrafili czytać książki kucharskie do 5 rano, a 40% ochotników deklarowało, że po zakończeniu eksperymentu chcą pracować jako kucharze. Zdarzały się oszustwa i kradzieże jedzenia, które powodowały chwilowe uniesienie i szczęście, a później kompletne załamanie i myśli samobójcze. Wkrótce pozwalano im wychodzić z ośrodka jedynie dwójkami, aby uniknąć podjadania. Jeden z ochotników nie mógł poradzić sobie z głodem, często objadał się i wymiotował. Został odesłany do domu. Inny miał bardzo realistyczne koszmary o kanibalizmie, po których groził prowadzącemu, że go zabije. Został odesłany do szpitala psychiatrycznego, gdzie po kilku dniach dokarmiania stał się zupełnie normalny. Jeszcze inny napisał w swoim dzienniku, że jest gotowy się okaleczyć, żeby tylko ten koszmar się skończył. Po kilku dniach odrąbał sobie siekierą trzy palce. Nie oszukiwali tylko najsilniejsi, których silna wola była mocniejsza niż wola życia.

    Jak wspominają sami ochotnicy, podczas głodówki nie odczuwali żadnych emocji czy bólu, tylko apatię. Ich życie toczyło się od posiłku do posiłku. Rozmowy z bliskimi stały się jałowe i bez sensu, mieli silną potrzebę bycia samemu ze sobą. Jeden z ochotników podczas eksperymentu poznał dziewczynę. Męczyło go nawet trzymanie za rękę, a w kinie interesowały go tylko sceny jedzenia. Inny powiedział, że głodówka wiąże się z odkładaniem życia na później. Można iść na randkę, wyjechać w podróż lub zrobić karierę dopiero, gdy będzie się dostatecznie szczupłym. Jednak ta „dostateczna szczupłość” nigdy nie nadchodzi, ochotnicy nie postrzegali się jako wychudzonych i wycieńczonych.

    Po skończeniu głodówki każdy z mężczyzn miał ważyć o 25% mniej niż jego waga wyjściowa. Co piątek wywieszano jadłospis na kolejny tydzień. Ochotnicy robili wszystko, żeby jak najpóźniej zobaczyć tę listę. Byli bardzo drażliwi i złościli się, gdy ktoś dostał więcej jedzenia niż oni.

    Po pół roku zaczął się upragniony 3-miesięczny okres rekuperacji. Ochotnicy zostali podzieleni na 4 grupy, których posiłki zwiększono o 400, 800, 1200 lub 1600 kcal. Podawano im też różne suplementy i witaminy. Po jakimś czasie okazało się, że pierwsza grupa nie regeneruje się wcale, a minimalna poprawa następuje po zwiększeniu ich kaloryki o kolejne 400. Pełna regeneracja następowała dopiero po zwiększeniu dziennej ilości kalorii do 4000. Nie poprawiał się jednak ich stan psychiczny. Irytacja przeradzała się w agresję. Depresja i obsesja na punkcie jedzenia pogłębiały się, a wahania nastrojów stawały się coraz większe.

    Czwarty etap eksperymentu trwał dwa miesiące, podczas których ochotnicy mogli jeść ile i kiedy chcą, ale wszystko było obserwowane przez naukowców. Mężczyźni jedli po 5.000-8.000 kcal dziennie, a rekordziści potrafili zjeść nawet 11.000. Jeden z nich wylądował na płukaniu żołądka. Jedli właściwie tylko jeden posiłek, od rana do nocy, jednak wciąż czuli się głodni. Niektórzy prowokowali wymioty, ponieważ bali się przytyć, mimo to każdy z nich ważył o około 10% więcej niż przed rozpoczęciem eksperymentu.

    Normalizacja nastąpiła dopiero po około 5 miesiącach, gdy napady obżarstwa skończyły się a waga wynosiła tyle, ile przed eksperymentem. Wahania nastroju ustępowały po około 3 miesiącach, jednak mężczyźni wciąż nie odróżniali ssącego głodu od zwykłego apetytu. Pełna rehabilitacja zajęła niektórym 2 miesiące a innym 2 lata, jednak jeszcze przez wiele lat obawiali się, że jedzenie może zostać im odebrane.

    Po zakończeniu eksperymentu ochotnicy chwalili profesjonalizm badaczy i powiedzieli, że nie żałują udziału w eksperymencie. Czy jednak pomogli ofiarom głodu w Europie? Nie bardzo. Europejczycy byli w tak złym stanie fizycznym i psychicznym, że nie można ich było porównywać z ochotnikami. Co więcej, pełny raport z badań opublikowano dopiero w latach 50.

    Źródła: wilczoglodna, wiadomosci.onet, artelis

    #historieriley #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Zaginięcie Brianny Maitland

    Brianna urodziła się 8 października 1986 roku w stanie Vermont i od zawsze była zabawna, spontaniczna i pełna życia. Miała mnóstwo przyjaciół i była bardzo ambitna. Ufała ludziom do tego stopnia, że zawsze brała autostopowiczów i nawet zapraszała ich do swojego domu, co martwiło jej matkę. W okolicy swoich 17 urodzin (październik 2003) postanowiła się usamodzielnić i wyprowadzić od rodziców. Początkowo dorosłe życie szło jej dosyć topornie. Rzuciła liceum i pomieszkiwała u przyjaciół. Przez pewien czas mieszkała nawet z dwoma różnymi facetami i ich rodzinami. W lutym 2004 roku wynajęła mieszkanie ze współlokatorką, znalazła dwie prace (w restauracji Black Lantern Inn w Montgomery i restauracji w St. Albans), zapisała się do szkoły wyrównawczej i postanowiła zdawać egzamin GED.

    W piątek 19 marca udało jej się zdać ten egzamin. Tego dnia wybrała się ze swoją matką na zakupy i świetnie się bawiły. W pewnym momencie Brianna zobaczyła coś lub kogoś przed sklepem i wyszła. Gdy jej matka wyszła na parking zobaczyła spiętą i wstrząśniętą córkę, która jednak nie powiedziała o co chodzi. Powiedziała tylko, że musi wracać do domu, bo nie chce spóźnić się do pracy. Około 15:00 dotarła do mieszkania, napisała współlokatorce kartkę, że po pracy od razu przyjedzie do domu i wyjechała do Black Lantern Inn. W pracy zachowywała się normalnie i około 23:20 wyszła do domu. Współpracownicy chcieli zaprosić ją na kolację, jednak odmówiła tłumacząc, że rano ma zmianę w drugiej restauracji. Nigdy więcej jej nie widziano. Rodzice wspominają, że tego wieczoru przejeżdżali obok jej pracy. Matka chciała ją odwiedzić, jednak ojciec uznał, że to może ją zawstydzić. Do dzisiaj żałują, że jednak tego nie zrobili.

    W sobotę kilku przechodniów wezwało policję do auta znajdującego się około 1 mili od restauracji. Samochód uderzył bagażnikiem w ścianę opuszczonej stodoły stojącej przy drodze. W środku znaleziono dwa czeki z Black Lantern Inn wystawione na nazwisko Brianny, jej leki na migrenę, soczewki kontaktowe i mnóstwo drobiazgów. Przy samochodzie leżała butelka wody, drobne pieniądze i niezapalony papieros. Nie było jednak kluczyków od auta. Policjanci uznali, że samochód był prowadzony przez pijanego kierowcę i postanowili go odholować. Jeden z nich pojechał do restauracji, żeby uzyskać jakieś informacje, ale ta była zamknięta, a więc olał temat. Mimo, że samochód zarejestrowany był na matkę Brianny, nikt jej nie poinformował o odholowaniu. Zdjęcia porzuconego samochodu zostały zrobione przez przypadkowe osoby przejeżdżające drogą w sobotę rano i trzeba przyznać, że mają w sobie coś niepokojącego.

    W poniedziałek wieczorem Jillian Stont (współlokatorka Brianny) wróciła do mieszkania po weekendowym wyjeździe i zobaczyła kartkę pozostawioną w piątek. Zadzwoniła do rodziców Brianny i zapytała, czy wiedzą co się dzieje z ich córką. Na początku nie zmartwili się zbytnio i uznali, że na pewno jest u jakichś przyjaciół. Obdzwonili jednak wszystkich znajomych nastolatki i nikt nic nie wiedział. We wtorek lub czwartek (według różnych źródeł) zaginięcie zostało zgłoszone na policji. Policjanci jednak początkowo zbagatelizowali zgłoszenie i uznali, że Brianna mogła po prostu gdzieś wyjechać. Dziewczyna często wspominała, że chciałaby opuścić Vermont i zamieszkać w jakimś dużym mieście.

    Zdesperowany ojciec postanowił przeszukać samochód i łomem otworzyć bagażnik. Obawiał się, że znajdzie w nim ciało córki, jednak nic takiego nie miało miejsca. Dopiero 30 marca, policja postanowiła dokładnie przeszukać samochód. Nie ujawniono jednak czy znaleziono w nim jakiekolwiek ślady walki czy DNA. Zaczęto przeszukiwać teren z psami, jednak te nie podjęły żadnego tropu. Rodzice Brianny zgłosili się do fundacji pomagającej w poszukiwaniach zaginionych. Od 3 do 5 kwietnia 500 ochotników przeszukiwało teren w promieniu 5 mil od miejsca znalezienia auta, nie natrafiono jednak na żaden ślad. Zaangażowano prywatnego detektywa, a ojciec Brianny przez kilka miesięcy praktycznie nie pracował, ponieważ cały swój czas przeznaczał na poszukiwania.

    Rozpoczęły się telefony od różnych osób, które dawały wskazówki, w większości nic nie znaczące. Dzwoniła nawet rodzina zaginionej 5 tygodni wcześniej Maury Murray, której samochód też został porzucony w dziwny sposób. Podejrzewano, że może za obydwoma zaginięciami stoi ta sama osoba, jednak poza porzuconym samochodem i podobnym czasem, tych dwóch spraw nic nie łączyło.

    Znaleźli się świadkowie, którzy widzieli auto Brianny w noc z piątku na sobotę. Pierwszy przejeżdżał koło samochodu między 23:30 a 0:30 (10 minut lub godzinę i 10 minut od wyjścia Brianny z pracy). Zeznał, że światła były włączone i nie widział nikogo w samochodzie lub okolicy samochodu. Drugi świadek przejeżdżał obok ok. 0:00-0:30 i wtedy światła były wyłączone, ale migał jeden z kierunkowskazów. Trzecim świadkiem był były chłopak nastolatki, który zauważył samochód około 4:00 rano i nawet zatrzymał się, żeby sprawdzić, czy to samochód Brianny. Nie był jednak pewien, nikogo nie było w pobliżu, a więc odjechał.

    Podczas śledztwa okazało się, że Brianna (pod wpływem matki) zgłosiła pobicie kilka tygodni przed zaginięciem. 27 lutego była ze swoim chłopakiem i przyjaciółmi na imprezie, podczas której flirtowała z chłopakiem Keallie LaCrosse. Zazdrosna dziewczyna złamała jej nos i poturbowała tak mocno, że Brianna miała wstrząs mózgu. Oczywiście po zaginięciu 17-latki zarzuty oddalono. Policja zbadała ten wątek, jednak uznano, że Keallie nie miała nic wspólnego z zaginięciem.

    Ktoś wykonał też anonimowy telefon i poinformował, że dziewczyna jest przetrzymywana w piwnicy domu wynajmowanego przez Ramona Ryansa i Nathaniela Jacksona. Policja przeszukała budynek, nie było w nim jednak śladu Brianny. Znaleziono za to broń, marihuanę, kokainę i crack. Sami mężczyźni byli dealerami i według zeznań licznych świadków znali 17-latkę. Może miała wobec nich długi?

    W latach 1999-2000 w Vermont działała szajka zajmująca się handlem żywym towarem. Było kilka przypadków zmuszania kobiet do prostytucji. Może Brianna też tak skończyła?

    W styczniu 2006 roku ktoś zgłosił, że widział kobietę łudząco podobną do Brianny w kasynie w Atlantic City. Była w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Policja sprawdziła nagrania z kamer i pokazała je rodzinie dziewczyny. Film był jednak tak złej jakości, że rodzice nie mogli ani potwierdzić ani zaprzeczyć, że to ich córka. Nie wiadomo kim była tajemnicza kobieta i towarzyszący jej mężczyzna. W czerwcu 2007 ponownie zgłoszono, że widziano ją w tym mieście, jednak znów nie można było stwierdzić, czy to na pewno Brianna.

    W marcu 2016 roku policja oświadczyła, że w samochodzie Brianny znaleziono DNA, które może należeć do osoby zamieszanej w zaginięcie. Nie powiedziano jednak nic więcej. Nie podano do wiadomości publicznej, czy DNA pochodzi z włosa, krwi czy spermy. Nie można nawet dywagować, czy należało do zabójcy/porywacza, czy osoby, którą Brianna wcześniej gdzieś podwoziła. Skoro przez tyle lat nie znaleziono tej osoby to musiało należeć do kogoś, kto nigdy nie był karany i jego danych nie ma w bazie.

    Sprawa wciąż jest niewyjaśniona i nie ma żadnych podejrzanych. Według policji jest „wiele skrajnych tropów, które wciąż są badane”. Rodzice Brianny nie wierzą, że dziewczyna wciąż żyje, ale nie ustają w poszukiwaniach i wciąż dążą do rozwiązania zagadki zniknięcia córki.

    Źródła: nbcnews, trace-evidence, niediegetyczne

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    •  

      @Odczuwam_Dysonans możesz mieć rację. Riley24 o tym nie wspomina u siebie ale czytałam gdzieś, że znaleziono na ziemi również naszyjnik Brianny. To by pasowało do opcji szamotaniny.
      Ta sprawa jest bardzo tajemnicza, szkoda że przez nieudolność policji i trochę obojętność innych kierowców szybciej nie zaczęto jej szukać. Choć osobiście uważam, że dziewczyna raczej zginęła tej samej nocy lub krótko po.

      +: kacap-
    •  

      @thekes: no szkoda, widać rodzice przeczuwali że jest źle, skoro ojciec na własną rękę otwierał bagażnik... Widać policja była na tyle niekompetentna, że wiedzieli, że nawet tego nie zrobili ( ͡° ʖ̯ ͡°)

      +: kacap-
    • więcej komentarzy (129)

  •  

    Zaginięcie Nicolasa Barclay

    Nicolas Barclay urodził się 31 grudnia 1980 roku. Mieszkał w San Antonio (Teksas) ze swoją matką Beverly, starszą siostrą Carey i starszym bratem Jasonem. Zdecydowanie nie można powiedzieć, że był „dobrym dzieckiem”. Kilka razy był tak agresywny wobec swojej matki, że musiała wzywać policję. W wieku 13 lat był już notowany za kradzieże i pobicie nauczyciela, miał trzy tatuaże zrobione najprawdopodobniej przez innego dzieciaka w jego wieku, wagarował...

    13 czerwca 1994 roku dostał od matki 5 dolarów na grę w koszykówkę i poszedł po parku oddalonego od domu o 1-2 mile. Po skończonej zabawie zadzwonił do domu i chciał, żeby matka przyjechała po niego. Telefon odebrał jednak Jason, który powiedział, że Beverly śpi i musi wrócić pieszo. Nicolas nie wrócił do domu i więcej nie było z nim kontaktu.

    Oczywiście jego zaginięcie zostało zgłoszone na policję, jednak sprawa nie została potraktowana zbyt poważnie, ponieważ nastolatek już wcześniej uciekał z domu i zawsze wracał w przeciągu doby. Co więcej 14 czerwca miała odbyć się rozprawa decydująca o tym czy zostanie ze swoją rodziną, czy zostanie odesłany do ośrodka dla młodocianych przestępców. Policjanci uznali, że niedługo sam wróci do domu.

    Trzy dni później Jason zadzwonił na policję i powiedział, że widział Nicolasa próbującego włamać się do ich garażu. Gdy jednak policjanci przyjechali 13-latka już nie było. W okolicy nie było też żadnych śladów wskazujących na jego obecność.

    Jak wspomina matka Nicolasa, sprawa nie zainteresowała mediów. Tak naprawdę tylko rodzina nastolatka była zainteresowana jego odnalezieniem. Przed tym wydarzeniem Beverly miała problemy z narkotykami, jednak zaginięcie syna zmobilizowało ją do zerwania z nałogiem. Odwrotnie było jednak z Jasonem, chłopak ćpał coraz więcej.

    W październiku 1997 roku stał się cud. Po trzech latach odnaleziono Nicolasa w Linares w Hiszpanii. Został porwany i był przetrzymywany jako niewolnik seksualny przez grupę wysoko postawionych wojskowych. Mężczyźni bili go, gdy mówił po angielsku, a więc nauczył się francuskiego i podstaw kilku innych europejskich języków. Jednak w swoim ojczystym języku zaczął mówić z wyraźnym akcentem.

    Po kilku dniach do Hiszpanii przyleciała siostra Nicolasa, która rozpoznała swojego brata. Zauważyła jednak, że chłopak bardzo się zmienił. Stał się cichy i jakiś inny, ale to chyba oczywiste po latach znęcania się nad nim. Bardzo zmienił się też fizycznie, jego włosy pociemniały a oczy zmieniły kolor z niebieskiego na brązowy. Wszystko na skutek eksperymentów, które robili na nim wojskowi. Nicolas niewiele pamiętał ze swojego wcześniejszego życia, a więc Carey pokazała mu dziesiątki zdjęć rodziny i znajomych, aby odświeżyć mu pamięć.

    Nastolatek musiał rozpoznać przed urzędnikami kilka zdjęć, aby udowodnić swoją tożsamość. Udało mu się to w 4 na 5 przypadków. Mógł wrócić do domu, gdzie czekała na niego matka, mnóstwo krewnych i znajomych. Jedyną osobą, która przyszła go odwiedzić dopiero po jakimś czasie był Jason, który gdy go zobaczył powiedział tylko „powodzenia” i wyszedł.

    Życie Nicolasa wracało na dawne tory. Szesnastolatek wrócił do liceum i chętnie występował w mediach opowiadając swoją historię. To właśnie podczas jednego z takich wywiadów prywatny detektyw, Charlie Parker, zauważył, że coś tu nie gra. Porównał w programie graficznym uszy 13-letniego i 16-letniego Nicolasa i doszedł do wniosku, że to nie ta sama osoba! (Tak, uszy są trochę jak odciski palców, każdy ma inne) Parker podzielił się tą informacją z FBI, ale agenci nie byli zbyt zainteresowani rozpatrywaniem takich rewelacji.

    Dopiero po jakimś czasie Nicolas został zabrany do psychologa, który oświadczył, że mowa ciała chłopaka pokazuje, że opowiadając swoją historię nie korzysta ze wspomnień, ale z wyobraźni. Biegły zaświadczył także, że akcent nastolatka wyklucza, że wychowywał się w angielskojęzycznym domu. Agentka FBI skontaktowała się z siostrą Nicolasa, która miała czekać na niego na lotnisku i o wszystkim jej opowiedziała. Powiedziała też, że nie muszą mieszkać z „Nicolasem” i żeby nie przyjeżdżała. Carey była tym wszystkim bardzo wstrząśnięta i oczywiście zgodziła się z kobietą, jednak na lotnisko i tak przyjechała. Przywitała się z chłopakiem jak z bratem. Tak jakby wcześniejszej rozmowy w ogóle nie było. Co więcej rodzina nie zgadzała się na pobranie od „Nicolasa” odcisków palców czy DNA. Dopiero nakaz sądowy ich do tego zmusił. Okazało się, że za 16-letniego Nicolasa podawał się 23-letni Francuz, Frédéric Bourdin, który był poszukiwany przez Interpol właśnie za podszywanie się pod innych. Szacowano, że Bourdin do tej pory mógł ukraść nawet 500 tożsamości.

    Francuz od lat przemieszczał się między ośrodkami dla nieletnich w całej Europie. Był patologicznym kłamcą. Nawet po zatrzymaniu wykonywał dziesiątki telefonów i informował ludzi poszukujących zaginionych, że ma informację na temat ich bliskich. Został skazany na 6 lat więzienia. W 2007 roku ożenił się i ma 3 dzieci.

    Jak to się stało, że Bourdin przez trzy i pół miesiąca mieszkał z rodziną na drugim krańcu świata i podawał się za ich syna? W październiku 1997 roku zadzwonił na policję z budki telefonicznej w Linares i powiedział, że jest z żoną na wakacjach i znalazł nastolatka, który dziwnie się zachowuje. Później skulił się na podłodze i czekał na przyjazd policji. Na komisariacie mówił niewiele. Powiedział tylko, że jest Amerykaninem i chce zadzwonić do rodziny, ale musi to zrobić w nocy ze względu na różnicę czasu. Policjanci zgodzili się i zostawili go na noc samego w biurze. Ten czas wykorzystał na dzwonienie na różne komisariaty w całym USA i podając się na policjanta, który znalazł zagubionego amerykańskiego nastolatka. W końcu znalazł odpowiednią tożsamość, przesłano mu czarno-biały fax na temat Nicolasa i potwierdził, że to właśnie jego znaleziono. Sprawy zaczęły się komplikować, gdy zobaczył kolorową ulotkę ze zdjęciem chłopaka. Okazało się, że wygląda zupełnie inaczej niż on. Bourdin przefarbował się na blond, a w ośrodku dla nieletnich zrobił sobie trzy tatuaże, takie jakie miał Nicolas. Ciągle chodził w czapce, szaliku i okularach przeciwsłonecznych. Dzięki zdjęciom pokazanym przez Carey przeszedł test przed urzędnikami.

    Co więc stało się z prawdziwym Nicolasem? Nie wiadomo, do dziś nie został odnaleziony. Być może w jego śmierć był zaangażowany Jason, a nawet cała rodzina? To by tłumaczyło dlaczego podobno go widział trzy dni po zaginięciu (zabójcy czasem zgłaszają takie informację, żeby pokazać policji, że ktoś jednak żyje) i dlaczego tak szorstko odnosił się do Bourdina, gdy ten podawał się za jego brata. Jakby od początku wiedział, że to nie może być Nicolas. Ta teoria wyjaśnia też dlaczego ani Carey ani Beverly nie zauważyły, że to nie zaginiony nastolatek, tylko ktoś zupełnie obcy i nawet niepodobny. Dlatego też Carey tak nalegała na oglądanie dziesiątek zdjęć. Nikomu jednak nie można nic udowodnić. Sam Jason zmarł w 1998 roku po przedawkowaniu narkotyków.

    Źródła: theodysseyonline, telegraph, film The Inposter

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: img1.wsimg.com

    •  

      @thekes: Jason ćpał już wcześniej ;)

    •  

      @laczka była ostatnio na wykopie historia zaginięcia kilkuletniej dziewczynki, potem odnalazła się x kilometow od domu w jakims miescie, wszyscy szczesliwi a chwile potem zwłoki prawdziwej córki znaleziono na terenie działki... Rodzice nie zorientowali się lub nie chcieli zorientować, że to nie ich dziecko. Tutaj mogło być podobnie. Pytanie czy to byla wyrachowana gra czy az takie zaslepienie. Ludzie robią dziwne rzeczy czy to probujac cos ukryć czy chcąc w coś wierzyc. Może przestraszyli się, że ktoś podaje sie za Nicolasa, jednak po coś ta siostra walkowala z nim te zdjecia, zabraniali testów dna, ignorowali ostrzezenia policji. Może naiwnie liczyli ze potrzymaja go kilka miesiecy a potem on sam ucieknie/pomogą mu w tym. Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby 3 dorosłe osoby nie zauważyły, że to nie ta osoba pokaż całość

    • więcej komentarzy (51)

  •  

    Trójka z West Memphis

    Sprawa trzech nastolatków skazanych za brutalne morderstwo, którego nie popełnili była dosyć głośna jakiś czas temu. Bardzo możliwe, że sporo z Was zna ten przypadek, a więc tych którzy nie słyszeli (albo słyszeli, ale chcą sobie przypomnieć) zapraszam do czytania :)

    Wszystko zaczęło się 5 maja 1993 roku, gdy trzech 8-letnich chłopców (Christopcher Byers, Michael Moore i Steve Branch) wyszło pojeździć na rowerach. Dzieci często bawiły się na wzgórzu Robin Hooda w lesie i dosyć dobrze znały ten teren. Miały wrócić do domów przed 17:00, jednak jak nietrudno się domyślić, tak się nie stało.

    Po 17:00 zaniepokojeni rodzice zaczęli szukać swoich synów, niestety bezskutecznie. O 19:00 zawiadomiono policję, która rozpoczęła oficjalne poszukiwania. Teren przeczesywało też wielu ochotników należących do lokalnej społeczności. Wkrótce w rzece znaleziono rowery ośmiolatków, a następnie ich ubrania i samych nagich chłopców.

    Christopcher, Michael i Steve nie żyli i widać było, że ktoś okrutnie znęcał się nad nimi przed śmiercią. Zostali pobici, pocięci nożem, pogryzieni, wykastrowani, a ich ręce i nogi były związane sznurówkami. Policjanci popełnili mnóstwo błędów na miejscu zbrodni i nie zabezpieczyli odpowiednio terenu. Między innymi usunęli ciała ze strumienia przed wstępnymi oględzinami lekarskimi, co było niezgodne z procedurami. Policja i lokalna społeczność od razu uznała, że to tak straszne morderstwo musi być sprawką satanistów.

    Tego samego dnia o godzinie 20:42 do pobliskiej restauracji wpadł czarnoskóry, cały umazany krwią mężczyzna, który zabarykadował się w łazience. Niestety, gdy policja dojechała na miejsce zdążył już uciec. Policjanci zebrali próbki krwi, ale nigdy ich nie zbadali. Nie powiązali też tego wydarzenia z zabójstwem trzech chłopców.

    6 maja na komendzie przesłuchiwana była niejaka Vicki Hutcheson, która dopuściła się kradzieży. Kobieta powiedziała, że jej syn zna trzech nastolatków, którzy na pewno są odpowiedzialni za zabójstwo dzieci. Dzieciak opowiedział, że widział orgie satanistyczne, nastolatkowie zmusili go do picia krwi i generalnie strasznie fantazjował. Vicki natomiast zaproponowała, że będzie udawała zainteresowanie satanizmem i wypyta chłopaków co wiedzą wiedzą na ten temat. Nastolatkowie spławili ją, ale kobieta i tak powiedziała policji, że zabrali ją na orgię, gdzie składali ofiary.

    To wystarczyło, żeby oskarżyć Jessiego Misskelley, Jasona Baldwin i Damiena Echolosa o morderstwo. Wszyscy trzej nastolatkowie żyli w ogromnej biedzie, a najgorszym ich przewinieniem było to, że nie byli tacy jak reszta lokalnej społeczności. Jessie był opóźniony, jego IQ wynosiło tylko 70 i miał mentalność dziecka. Jason był fanem metalu, ale policja najbardziej uwzięła się na Damiena. Chłopak nie tylko był fanem cięższych brzmień, ale miał też depresję, a przez próbę samobójczą nawet przez chwilę przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Nastolatek zawsze, niezależnie od pogody, nosił długi czarny płaszcz, był wyznawcą pogańskiego kultu „wicca”, a przez rówieśników uznawany był za dziwaka.

    Przesłuchania rozpoczęto od Jessiego. Chłopak był maglowany przez kilkanaście godzin, bez obecności rodziców czy adwokata. Policjanci powiedzieli, że go wypuszczą, jeżeli powie to, co chcą usłyszeć. Jessie nie znał szczegółów zbrodni, a więc zadawano pytania w taki sposób, aby jego zeznania zgadzały się z tym, co przydarzyło się ośmiolatkom. Na tej podstawie aresztowano jego i pozostałą dwójkę. Jason i Damien dostali obrońców z urzędu i nie przyznali się do winy, ale nie mieli mocnego alibi. W czasie morderstwa po prostu siedzieli w domu.

    19 stycznia 1994 rozpoczął się proces Jessiego. Zaproponowano mu, że jeżeli oskarży Jasona i Damiena przed sądem, jego wyrok zostanie skrócony. Nastolatek nie zgodził się. Już wcześniej próbował wycofać się z tego, co powiedział na komisariacie. Po dwutygodniowym procesie siedemnastolatka skazano na dożywocie i dwa wyroki po 20 lat.

    Po miesiącu przed sądem stanął Jason i Damien. O tym drugim krążyły niestworzone historie. W jego pokoju znaleziono czaszkę kota i notatnik z cytatami z piosenek i książek. Uznano, że to zapiski satanisty. Jego dziewczyna była w ciąży, a więc krążyły plotki, że chciał oddać to dziecko szatanowi...

    Oczywiście nie można skazać nikogo bez dowodów. Sprawdzono ślady ugryzień i nie pasowały one do uzębienia nastolatków. DNA znalezione na miejscu zbrodni również nie należało do chłopaków. Niedaleko domów nastolatków było jezioro, w którym znaleziono nóż, ale nie było na nim żadnych śladów. Mimo to uznano go za narzędzie zbrodni. Sędzia zdawał się cały czas sprzyjać prokuraturze i nie dopuścił do zeznań kilku kluczowych dla obrony ekspertów. Na podstawie zeznań Vicki i Jessiego nastolatków skazano. Szesnastoletni Jason dostał dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia, a osiemnastoletni Damien został skazany na śmierć. Lokalna społeczność, przekonana, że mordercy zostali skazani, odetchnęła z ulgą.

    Tak rozpoczęło się kilkunastoletnie piekło trójki chłopaków. Najgorzej oczywiście miał Damien, który przez cały ten czas uwięziony był w celi śmierci i żył w niepewności, kiedy go zabiją. Czekał na telefon od gubernatora, który pewnego dnia powie, że już czas. Nie wiedział, czy to będzie za tydzień czy kilka lat. W celi śmierci był odizolowany od innych więźniów, nie miał nawet łóżka, a gdy bolał go ząb, po prostu mu go wyrywano.

    Sprawa stała się bardzo głośna medialnie. W uwolnienie trójki z West Memphis zaangażował się m.in. Johnny Depp i Peter Jackson. Organizowano mnóstwo koncertów, podczas których zbierano pieniądze na adwokatów, protestowano... Jednak kilku sędziów zrobiło kariery na tej sprawie, a więc bardzo zależało im, żeby Jessie, Jason i Damien pozostali w więzieniu. Vicki i jej syn odwołali swoje zeznania, jednak nic to nie dało. Próbki krwi, które znaleziono w łazience po tym, gdy zabarykadował się w niej czarnoskóry mężczyzna, zaginęły.

    We wrześniu 2010 roku zespół prawników zaprezentował przed Sądem Najwyższym nowe dane dotyczące sprawy. Znaleziono świadka (13-letniego w czasie zabójstwa), który po godzinie 18.00 widział chłopców w towarzystwie ojczyma Stevena. Zbadano też DNA z dwóch włosów, które znaleziono na sznurówkach, którymi związano dzieci. Pierwszy należał do ojczyma Stevena, a drugi do jego znajomego, który odwiedził go na krótko przed zniknięciem chłopców.

    Trójka ponownie stanęła przed sądem dopiero w 2011 roku (po 18 latach!). Okazało się, że jedynym sposobem na wyjście z więzienia jest tzw. porozumienie Alford plea, czyli powiedzenie przed sądem „przyznaję się do winy, ale jestem niewinny”. Dzięki temu poprzedni werdykt mógł zostać unieważniony i rozpoczął się nowy proces, w którym zostali oskarżeni o trzykrotne zabójstwo drugiego stopnia i skazani na karę 18 lat więzienia, którą już odbyli. 19 sierpnia 2011 roku Damien, Jessie i Jason wyszli na wolność. Oczywiście w takim przypadku nie mieli prawa do żadnego odszkodowania.

    Źródła: kanał Jaśmin na yt, mordercy.jun

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Caledonia Jane Doe

    Rankiem 10 listopada 1979 roku pewien farmer w Kaledonii (stan Nowy Jork) zobaczył coś czerwonego na jednym ze swoich pól kukurydzy. Mężczyzna był przekonany, że to ubranie jakiegoś bezdomnego czy kłusownika, jednak gdy podszedł bliżej, zobaczył martwą dziewczynę. Oczywiście od razu powiadomił policję. Jako pierwszy na miejsce zbrodni przybył John York, który postawił sobie za punkt honoru rozwiązanie tej sprawy.

    Ciało było w pełni ubrane i nie było żadnych śladów napaści seksualnej. Kieszenie były wywrócone na lewą stronę, najprawdopodobniej w celu zabrania dokumentów tożsamości dziewczyny. Śmierć nastąpiła na skutek wykrwawienia, ponieważ została postrzelona w głowę i plecy. Plamy krwi sugerowały, że dziewczyna była na drodze przy polu i tam została postrzelona w głowę, a następnie ktoś wciągnął ją na pole kukurydzy i tam postrzelił w plecy. Niestety większość dowodów została zmyta przez ulewę w nocy.

    Rozpoczęły się próby zidentyfikowania ciała oraz poszukiwanie zabójcy. Jedyną osobą, która pamiętała dziewczynę była kelnerka z Limy. Kobieta widziała ją w nocy z jakimś mężczyzną, który miał ok. 173 cm wzrostu i nosił okulary w drucianej oprawce. Policja poszukiwała go jako "osobę zamieszaną w sprawę", niestety nigdy nie udało się go odnaleźć.

    Zamordowana dziewczyna miała od 13 do 19 lat, 160 cm wzrostu i 54 kg wagi. Miała brązowe oczy i jasnobrązowe falujące włosy do ramion, które około 4 miesięcy wcześniej zostały rozjaśnione do blondu. Jej paznokcie były pomalowane na kolor koralowy. Miała ślady opalenizny, które sugerowały, że przyjechała z jakiegoś cieplejszego miejsca. Sekcja zwłok wykazała, że dziewczyna miała grupę krwi A Rh-, a kilka godzin przed śmiercią jadła kukurydzę, ziemniaki i gotowaną szynkę (co pokrywało się z zeznaniami kelnerki). Zęby dziewczyny nie miały żadnych wypełnień, a na niektórych była próchnica, a więc prawdopodobnie pochodziła z biedniejszej rodziny, którą nie było stać na opiekę stomatologiczną.

    Jane Doe (nazwisko używane w USA dla niezidentyfikowanych kobiet) ubrana była w czerwoną kurtkę, wielobarwną koszulę z kołnierzykiem, brązowe sztruksowe spodnie, niebieskie podkolanówki, biały biustonosz, niebieskie majtki i brązowe buty. Miała na sobie srebrny naszyjnik z trzema małymi turkusami, który wyglądał na własnoręcznie zrobiony. Przypominał replikę indiańskiej biżuterii produkowanej w południowo-zachodnim USA. Dziewczyna miała przy sobie dwa metalowe breloki. Jeden w kształcie serca z wycięciem w kształcie klucza i napisem "ten, kto dzierży klucz, może otworzyć moje serce", a drugi w kształcie klucza. Analiza pyłków drzew na ubraniu wykazała, że przed śmiercią była w południowej Kalifornii, Arizonie, na Florydzie lub w północnym Meksyku.

    Pod ciałem znaleziono łuskę pochodzącą z broni kalibru 38. Porównano ją z tysiącami skonfiskowanych pistoletów z USA, Kanady, Europy i Meksyku, jednak nie przyniosło to żadnych rezultatów. I to właściwie tyle. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Nikt nie zgłosił zaginięcia dziewczyny odpowiadającej rysopisowi, nie było żadnych śladów prowadzących do mordercy, ani motywów zbrodni.

    W 1984 roku Henry Lee Lucas przyznał się do zamordowania dziewczyny, jednak nie było na to żadnych dowodów. Sprawa stała się dosyć znana w całych Stanach i omawiana była między innymi w takich programach jak "America's Most Wanted". John York został w latach 80. szeryfem i cały czas dbał o to, aby śledztwo było aktywne.

    We wrześniu 2005 roku ciało Caledonia Jane Doe ekshumowano, aby pobrać z niego próbki DNA i porównać z bazą danych. To również nie przyniosło żadnych rezultatów. W 2006 roku ponownie zbadano pyłki znalezione na ubraniach. Wywnioskowano, że dziewczyna najprawdopodobniej mieszkała w okolicach San Diego, a następnie podróżowała (być może autostopem) przez góry Sierra Nevada i przez cały kraj aż do Nowego Jorku.

    Carl Koppelman był księgowym, który po pracy wykonywał portrety niezidentyfikowanych ofiar w taki sposób, aby jak najbardziej przypominały ich wygląd za życia. W 2010 roku stworzył taki portret Caledonia Jane Doe, jednak wciąż nikt nie rozpoznawał zamordowanej dziewczyny.

    Mniej więcej w tym samym czasie pewna osoba z Brooksville na Florydzie (nigdzie nie ma podanych danych personalnych) próbowała znaleźć na portalach społecznościowych swoją koleżankę z liceum, Tammy Alexander. Gdy jej się nie udało, skontaktowała się z przyrodnią siostrą dziewczyny, Pamelą Dyson. Okazało się, że Tammy często uciekała z domu i pod koniec lat 70. słuch po niej zaginął. Jej matka była lekomanką, często wpadała w furię i robiła awantury, miała myśli samobójcze. Zmarła 17 stycznia 1998 roku, a jej nekrolog wprost mówił, że Tammy zmarła. Pamela jednak wyobrażała sobie, że jej siostra uciekła, żeby zacząć wszystko od nowa i mieszka gdzieś z mężem i dziećmi.

    W sierpniu 2014 roku Pamela i koleżanka/kolega z liceum postanowili sprawdzić jak wyglądał raport o zaginięciu Tammy. Biuro szeryfa poinformowało ich jednak, że nigdy nie zgłoszono zaginięcia dziewczyny. Pamela podejrzewała, że rodzice złożyli raport, jednak przez historię ucieczek z domu, nie zostali potraktowani poważnie. Tak więc zaginięcie Tammy zgłoszono dopiero w 2014 roku.

    Nieco później Carl Koppelman przeglądał stronę z bazą zaginionych osób i zobaczył zdjęcie dziewczyny bardzo przypominające portret, który stworzył. 25 stycznia 2015, na podstawie próbek DNA pobranych od przyrodniej siostry, potwierdzono, że Caledonia Jane Doe to Tammy. Dziewczyna została znaleziona martwa 8 dni po swoich 16 urodzinach, a jej identyfikacja zajęła 35 lat 2 miesiące i 15 dni.

    Teraz śledztwo koncentruje się na znalezieniu mordercy. Podobno od czasu identyfikacji ciała do policji wpłynęło wiele nowych wskazówek. W 2016 roku porównywano próbki DNA znalezione na miejscu zbrodni z DNA trzech mężczyzn, jednak żaden z nich nie miał nic wspólnego z zabójstwem.

    Źródła: wikipedia, unidentified

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com 18+

    +: LinQ, v...r +1509 innych
  •  

    Porwanie dziecka Lindberghów

    Charles Lindbergh w 1927 roku jako pierwszy samotnie przeleciał samolotem nad Atlantykiem bez międzylądowań i stał się jednym z największych bohaterów Ameryki. Prasa nie odstępowała go na krok. W 1932 roku porwano jego dziecko, co wstrząsnęło całym krajem.

    We wtorek 1 marca 1932 roku o godzinie 20.00 Betty Gow, niańka 20-miesięcznego Charlesa Lindbergha Juniora, położyła chłopca spać w jego sypialni na pierwszym piętrze domu w Hopewell. Ojciec dziecka pracował w swoim gabinecie dokładnie pod pokojem syna i około 21.30 usłyszał jakieś podejrzane dźwięki. Zignorował je jednak i uznał, że to na pewno odgłosy z kuchni. Pół godziny później Betty zajrzała do pokoju chłopca i zobaczyła puste łóżeczko. Natychmiast pobiegła zobaczyć, czy któryś z domowników nie zabrał małego Charlesa, jednak nikt nie miał przy sobie chłopca. W jego sypialni były ślady ubłoconych butów na podłodze, otwarte okno i list na parapecie.

    O 22.30 do Hopewell przyjechali pierwsi policjanci i reporterzy. Na podwórku znaleziono odciski butów dwóch osób, a przy drodze wjazdowej 3-częściową składaną drabinę. Znaleziony przy oknie list napisany został łamaną angielszczyzną z dużą ilością błędów. Autorem musiał być cudzoziemiec, najprawdopodobniej Niemiec, który żądał 50.000 dolarów okupu. Na drabinie znaleziono około 400 odcisków palców, jednak żaden z nich nie był pełny i nie nadawał się do analizy. Odciski butów zostały zniszczone przez śledczych i dziennikarzy.

    Sprawa wstrząsnęła całą Ameryką i zaczął nią żyć cały kraj. W końcu niecodziennie dochodzi do porwania członka jednej z najsłynniejszych rodzin na świecie, dziecka światowego idola i uosobienia sukcesu. Mnóstwo ludzi chciało pomóc w poszukiwaniach. Nawet sam Al Capone zza krat deklarował chęć pomocy. Władze New Jersey wyznaczyły nagrodę za informację w wysokości 25.000 dolarów, a Lindbergh dołożył do tej kwoty kolejne 50.000.

    Wkrótce przyszedł kolejny list od porywaczy z żądaniem 70.000 dolarów, ponieważ policja została zaangażowana w sprawę. Po kilku dniach żądali już 100.000. John F. Condon, emerytowany nauczyciel, zaoferował swoją pomoc w prowadzeniu negocjacji. Wkrótce spotkał się z „Johnem” (jak przedstawił się porywacz) na cmentarzu, gdzie mieli ustalić szczegóły przekazania okupu. Co ciekawe Lindbergh nie poinformował o tym policji. Po kilku dniach Condon ponownie spotkał się z „Cmentarnym Johnem” i przekazał mu 50.000 dolarów okupu w zamian za informację, gdzie znajdą Charlesa Juniora. Pieniądze należały do serii tak zwanych „złotych dolarów”, które rok później miały zostać wycofane z obiegu, a ich numery seryjne zostały spisane. Charles Lindbergh nalegał, żeby policja nawet nie zbliżała się do miejsca wymiany, aby jego synowi nic się nie stało. Informacja o miejscu przebywania chłopca okazała się błędna i nie udało się go odnaleźć.

    12 maja 1932 roku pewien kierowca zatrzymał się przy lesie (około 7 km od domu Lindbergha) za potrzebą i znalazł rozkładające się chciało Charlesa Juniora. Zwłoki były pogryzione przez zwierzęta. Sekcja wykazała, że chłopiec zmarł około dwóch miesięcy wcześniej, być może nawet w noc porwania. Dziecko miało rozłupaną czaszkę. Policja założyła, że zostało upuszczone z drabiny. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że chłopiec został uderzony czymś w głowę, np. młotkiem. Ciało dziecka zostało skremowane i rozsypane na wybrzeżu, a Lindbergh nigdy już nie mówił o synu.

    Policja nie miała żadnego punktu zaczepienia. Podejrzewano, że porywaczom musiał pomagać ktoś z domowników. Dom w Hopewell był w remoncie, a Lindberghowie przyjeżdżali do niego tylko w weekendy. 1 marca nocowali w nim po raz pierwszy w środku tygodnia. Nikomu jednak nie można było niczego udowodnić. Policja cały czas miała nadzieję, że ktoś przyjdzie wymienić w banku dużą kwotę „złotych dolarów” i wtedy uda się ująć sprawcę. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Śledztwo stanęło w martwym punkcie.

    2,5 roku później pewien mężczyzna zapłacił w Nowym Jorku za paliwo „złotym dolarem”. Sprzedawca był podejrzliwy, ponieważ te banknoty wycofano już z obiegu i nie wiedział, czy mają jakąkolwiek wartość. Na wszelki wypadek spisał numer rejestracyjny samochodu. Okazało się, że to banknot pochodzący z okupu. Policja sprawdziła numery samochodu, który należał do Bruna Richarda Hauptmanna, niemieckiego imigranta i cieśli. W jego domu znaleziono 14.000 dolarów z okupu i natychmiast został aresztowany.

    Proces rozpoczął się 3 stycznia 1935 roku. Przed budynkiem sądu zebrały się tysiące reporterów i gapiów. Richard Hauptmann nie przyznał się do winy. Twierdził, że pieniądze należały do Isidora Fischa, jego wspólnika, który niedawno zmarł. Sprawdzono akta Hauptmanna i okazało się, że już wcześniej popełniał przestępstwa. W Niemczech m.in. użył drabiny, żeby włamać się i okraść burmistrza. Do USA dostał się uciekając z więzienia i ukrywając na parowcu. Jeden ze wsporników drabiny użytej do porwania został zrobiony z deski, która była częścią podłogi na jego strychu. Co więcej, analiza grafologiczna wykazała, że pismo Hauptmanna jest zgodne z pismem na żądaniach okupu. Na drzwiach od szafy w jego domu znaleziono napisany ołówkiem adres i numer telefonu do Condona.

    Po 6 tygodniach procesu Hauptmann został skazany na karę śmierci. Zaproponowano mu, że uniknie kary śmierci, jeżeli wyda swoich wspólników i przyzna się do winy, ale uparcie twierdził, że jest niewinny. 3 kwietnia 1936 roku mężczyzna został stracony na krześle elektrycznym. Śledztwo trwało bardzo długo, a policja działała pod wielką presją społeczeństwa, aby w końcu zakończyć tę sprawę. Mimo, że to niemożliwe, żeby Hauptmann sam dokonał porwania, śledztwo uznano za zakończone i nie szukano jego wspólników.

    Jednak czy to na pewno Hauptmann porwał i zabił Charlesa Lindbergha Juniora? Po latach wielu badaczy ponownie przeanalizowało sprawę i uznano, że tak naprawdę można mu udowodnić jedynie posługiwanie się pieniędzmi z okupu. Stwierdzono, że pismo z żądań okupu jest nienaturalnie pogrubione i zaokrąglone, tak jakby ktoś wzorował się na piśmie Hauptmanna. W dodatku pisownia mężczyzny była bardzo dobra. Przed oddaniem próbek jego pisma do analizy zmuszono go do przepisania żądań okupu z błędami. Deska, z której zrobiono drabinę pochodziła z podłogi na strychu Hauptmanna, jednak ten miał całą szopę pełną drewna, którego nikt by z nim nie powiązał. Już nie mówiąc o tym, że mężczyzna był podobno bardzo utalentowanym cieślą, a drabina była kiepskiej jakości. Hauptmann miał też alibi na noc porwania. Jego brygadzista potwierdził, że był w pracy, jednak podczas procesu wycofał to oświadczenie, a arkusz z godzinami niespodziewanie zniknął.

    Dodatkowo zeznania świadków są bynajmniej dziwne. Lindbergh twierdził, że rozpoznał porywacza po głosie, ponieważ słyszał go na cmentarzu podczas negocjacji. Jednak słyszał tylko dwa słowa wypowiadane przez porywacza („Hey, doctor”) i to dwa lata przed procesem. Condon twierdził, że okup odebrał Hauptmann, jednak nie rozpoznał go wcześniej podczas policyjnego okazania. Znalazł się też świadek, który widział Hauptmanna w okolicy Hopewell, jednak jak się później okazało był... ślepy.

    A więc może faktycznie pieniądze należały do Isidora Fischa, a Hauptmann znalazł się w ich posiadaniu przypadkowo? Według zeznań mężczyzny 5 grudnia 1933 roku Isidor urządził przyjęcie pożegnalne przed swoim wyjazdem do Lipska, gdzie miał odwiedzić krewnych. Tego dnia Fisch przekazał mu pudełko na buty z „ważnymi dokumentami”. Hauptmann włożył pudło do szafy i nie myślał o nim więcej. Był pewny, że Isidor wkrótce wróci do Ameryki, ponieważ pożyczył mu 7.000 dolarów. Ten jednak zmarł na gruźlicę 29 marca 1934 roku, przez co nigdy już nie wrócił do USA. Hauptmann pogodził się ze stratą tych 7.000 dolarów. Nieco później, podczas porządków w szafie znalazł pudełko od Isidora, z którego wypadło ponad 14.000 dolarów. Hauptmann postanowił potraktować to jako zwrot pożyczki, o którym nie powiedział nawet swojej żonie.

    Co ciekawe Isidor złożył podanie o paszport 12 maja 1932 roku, a więc w dzień odkrycia ciała chłopca. Nigdy nie udało się wykluczyć jego udziału w porwaniu. Jednak według świadków nie wyglądało na to, żeby Fisch miał jakiekolwiek pieniądze z okupu. Mężczyzna był tak biedny, że rodzice regularnie musieli przysyłać mu pieniądze, praktycznie umierał z głodu. Jego brat zeznał, że przed śmiercią nigdy nawet nie wspomniał o Hauptmannie.

    Możliwe, że sam Charles Lindbergh był zamieszany w porwanie i zamordowanie swojego syna. W końcu tylko on wiedział, że właśnie tę noc rodzina spędzi w Hopewell. Tego wieczoru miał udzielić wywiadu w Nowym Jorku. Zawsze był bardzo punktualny, jednak tym razem nie przyszedł i tłumaczył się tym, że zapomniał. To mu się nigdy nie zdarzało. Dodatkowo nie ufał policji i ukrywał przed nią negocjacje z porywaczami. Chciał kontrolować śledztwo, co zresztą mu się udawało (w końcu najsłynniejszemu człowiekowi na świecie się nie odmawia). Psychologowie twierdzą jednak, że to wynikało z charakteru mężczyzny, który dosłownie musiał wszystko kontrolować.

    Lindbergh był wyznawcą ruchu eugenicznego, który zakłada rozmnażane najsilniejszych i najmądrzejszych jednostek, a sterylizowanie tych słabszych fizycznie i umysłowo. Według plotek Charles Junior miał pewne wady fizyczne, m.in. otwarte ciemiączko, które już dawno powinno się zrosnąć oraz krzywicę, ale według lekarza nie było to nic poważnego. Jednak Lindbergh mógł nie akceptować ułomności swojego syna i chcieć pozbyć się go z domu, np. oddając go do zakładu.

    W 1936 roku pojawiły się groźby pod adresem drugiego dziecka Lindberghów, a więc rodzina postanowiła wyprowadzić się do Europy. W latach 50. Charles postanowił rozpowszechniać swoją spermę, aby stworzyć lepszą rasę i spłodził 7 dzieci z 3 Niemkami (wyszło to na jaw dopiero w 2003 roku, długo po śmierci Lindbergha).

    Ciekawą postacią w tej sprawie jest także służąca z Englewood (miejsca, w którym rodzina Lindberghów mieszkała w trakcie remontu ich nowego domu), Violet Sharp. Kobieta składała sprzeczne zeznania. Gdy policjanci przyjechali przesłuchać ją po raz trzeci, pobiegła na górę i wypiła mleczko do czyszczenia sreber z cyjankiem potasu, na skutek czego zmarła. Policja uznała, że miała poważne problemy emocjonalne. Istnieje teoria, że może przez przypadek udzieliła komuś informacji o tym, gdzie 1 marca Lindberghowie spędzą noc i czuła się winna. Ktoś mógł na przykład zadzwonić i o nich zapytać, a ona odpowiedziała, że nie ma ich w domu i noc spędzą w Hopewell.

    W grudniu 1963 roku (31 lat po porwaniu!) Eugene C. Zorn czytał u fryzjera artykuł o porwaniu Charlesa Lindbergha Joniora. Przypomniał sobie, jak w 1931 roku jego sąsiad, niemiecki imigrant John Knoll, zabrał go do parku rozrywki. Gdy Eugene był w basenie, John rozmawiał z mężczyzną, którego nazwał Bruno i w rozmowie padło słowo Englewood Zaczął wiązać Johna z porwaniem i uznał, że musiał być wspólnikiem Hauptmanna.

    Takie nagłe olśnienie po latach brzmi dosyć niedorzecznie. Są jednak przesłanki, aby sądzić, że to prawda. Mężczyźni mieszkali dosyć blisko siebie, a więc prawdopodobnie się znali. Na podstawie zeznań Condona, stworzono portret pamięciowy, który był niesamowicie podobny do Knolla. Co więcej, mężczyzna, który odebrał okup podpisywał się na listach jako John.. Mediator zeznał też, że na kciuku mężczyzny była jakaś dziwna narośl i miał silny niemiecki akcent. Na zdjęciach Knolla można zauważyć, że jego kciukami rzeczywiście było coś nie tak. John 3 tygodnie po porwaniu stał się bardzo hojny, a w 1935 roku wypłynął pierwszą klasą na rejs do Niemiec za 700 dolarów (to wystarczyłoby na opłacenie jego czynszu na 6 lat!). Z drugiej strony Hauptmann już od dziecka używał wyłącznie imienia Richard i nigdy nie przedstawiał się jako Bruno. Nawet w szkolnych zeszytach podpisywał się wyłącznie drugim imieniem. Mediator zeznawał przed sądem, że jest absolutnie pewny, że po okup na cmentarz przyszedł Hauptmann.

    Śmierć Charlesa Lindbergha Juniora była pierwszą, od zabójstwa Abrahama Lincolna, żałobą narodową w USA. Kolejna miała nadejść dopiero po zabójstwie Kennedy'ego. Porwanie chłopca skutkowało też zmianą prawa. Od tego momentu porwanie dziecka było tak samo karane jak porwanie dorosłego.

    Źródła: dokument „Who killed Lindbergh's baby?”, który można obejrzeć na Netflixie, menway.interia, crime-mystery, crimeofrhecentury.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: img.refresher.sk

  •  

    Zaginięcie Kali Brown i Charliego Craven

    30-letnia Kala Brown i 32-letni Charlie Craven byli zwyczajną parą mieszkającą w południowej Karolinie. On pracował w drukarni, a ona imała się różnych dorywczych zajęć. Nie przelewało im się, byli jednak bardzo lubiani wśród lokalnej społeczności. Zawsze mili i pomocni. Jednak pewnego dnia zniknęli bez słowa.

    31 sierpnia 2016 rodzicie Kali zgłosili na policji zaginięcie córki i jej partnera. Początkowo sądzono, że para po prostu wyjechała na wakacje lub gdzieś zabalowała. Jednak dni mijały i dalej nie było żadnych wieści. Nie było ich stać na żaden dłuższy wyjazd, nikt ze znajomych nie wiedział co się z nimi stało... W końcu, w drugim tygodniu września, policja rozpoczęła poszukiwania. Chociaż „poszukiwania” to dużo powiedziane, bo tak naprawdę nie było żadnego punktu zaczepienia. Żadnych wskazówek, samochód zniknął bez śladu, nikt nic nie wiedział.

    3 listopada pewien rezolutny policjant postanowił sprawdzić konta Kali i Charliego na facebooku. Okazało się, że 30 sierpnia pisali do siebie o spotkaniu w sprawie pracy. Mięli posprzątać i opiekować się jakimś terenem. Kala napisała Charliemu numer telefonu do właściciela działki i kazała mu do niego zadzwonić.

    Oczywiście policjanci od razu sprawdzili numer i okazało się, że należy do Todda Kohlheppa. 45-latek zajmował się sprzedażą nieruchomości i cieszył się wielkim szacunkiem wśród lokalnych grubych ryb. Część policjantów pojechała do jego domu, a część pojechała w pobliże Woodruff, gdzie Todd był umówiony z Kalą i Charliem.

    Okazało się, że teren, który para miała uprzątnąć był praktycznie niewidoczny z głównej drogi. Był ogrodzony i bardzo trudno było znaleźć wjazd. Jednak, gdy policjantom udało się już dostać na farmę, zobaczyli coś, co zupełnie nie pasowało do dziczy panującej wokół. Spory kontener, z którego odłaziła zielona farba. Gdy podeszli bliżej usłyszeli wołania o pomoc dobiegające ze środka. Po wejściu zobaczyli Kalę, przypiętą łańcuchami do ścian kontenera. Kobieta powiedziała, że Todd Kolepp zabił Charliego, a ją zamknął. Była tak słaba, że zeznawać mogła dopiero po kilku dniach hospitalizacji.

    W tym samym czasie policja przyjechała do domu Todda, potentata na rynku nieruchomości. Mężczyzna początkowo chciał załatwić wszystko po znajomości i obrócić sprawę w żart. Mówił, że nic nie wie o zaginionych i sam się za nimi oglądał, gdy jeździł po okolicy. Jednak podczas tej rozmowy policjanta zawiadomiono o znalezieniu Kali, Todd został aresztowany.

    5 listopada po południu lekarze pozwolili na przesłuchanie Kali. Kobieta zeznała, że 31 sierpnia przyjechała z Charliem na farmę, którą mieli posprzątać. Teren wyglądał na tak zaniedbany i opuszczony, że początkowo myśleli, że to jakiś żart. Czekali pół godziny, aż około 15.00 na farmę wjechało eleganckie volvo, co ich uspokoiło. Z samochodu wyszedł Tedd, który uśmiechnął się do nich na powitanie, a następnie strzelił do Charliego trzykrotnie w klatkę piersiową. Zawinął go w niebieską plandekę i wywiózł gdzieś ciągnikiem, a ich samochód ukrył. Kalę zamknął w kontenerze, a nieco później rozebrał i wielokrotnie zgwałcił. Wieczorem zabrał ją do pobliskiego budynku (na parterze trzymał ciągnik, a na piętrze urządził salon), gdzie pozwolił jej wziąć prysznic, a następnie dał jej konserwę i kilka kromek chleba. Kobieta zwymiotowała.

    Przez okres przetrzymywania w kontenerze jej dni wyglądały identycznie. Około 13.00 Tedd miał przerwę na lunch i przyjeżdżał na farmę. Mocował się z zamkami i zabezpieczeniami przy wejściu do kontenera, odwiązywał Kalę i gwałcił ją na różne wymyślne sposoby. Następnie znów przypinał ją łańcuchami do ścian, sprawdzał, czy ma kobieta w zasięgu ręki wiadro na odchody, krakersy, konserwy i wodę, zakładał garnitur i około 15.00 wracał do pracy. Kala zostawała sama w ciemnościach na kolejne 22 godziny.

    Wielokrotnie powtarzał, że w jej wypadku łamie wszystkie swoje zasady. Zazwyczaj mężczyzn mordował od razu, a kobiety po zgwałceniu. Sam się dziwił, że trzymał ją na czas nieokreślony. Czasem z kolei mówił jej, że niedługo będzie kopać sobie grób albo że ją sprzeda „mężczyznom wymagającym i znającym się na seksie, takim jak on”.

    Podczas przesłuchiwań Todd cały czas twierdził, że jest niewinny. Po około tygodniu od aresztowania odwiedziła go matka. Kobieta powiedziała, że całkowicie wierzy swojemu synowi. Jej dziecko nie mogło być mordercą. Innego zdania byli jednak policjanci. Funkcjonariusze przekazali Toddowi, że mają już dosyć dowodów, aby go skazać i dla własnego dobra powinien zacząć współpracować. Mężczyzna przyznał się do zabójstwa Charliego oraz innych osób.

    16 listopada odbyła się wizja lokalna, podczas której Kolhlepp pokazał, gdzie znajdują się groby. Gdy opowiadał jak zabijał i grzebał swoje ofiary, cały czas uśmiechał się i żartował. Był z tego niezwykle dumny. Na farmie znaleziono 3 ciała, jednak Todd przyznał się do 7 zabójstw. Opowiedział detektywom, że 13 lat wcześniej zabił 4 osoby w sklepie motocyklowym. W 2003 roku kupił motocykl, na którym nie umiał jeździć, a więc chciał go wymienić na inny. Pracownicy sklepu kpili z jego nieporadności, co jak sam powiedział, było niewybaczalnym błędem. Zastrzelił ich i szczycił się tym, że przez tyle lat pozostawał nieschwytany.

    Todd od dzieciństwa wykazywał zachowania sadystyczne. Dorastał w południowej Karolinie i Georgii w bardzo biednej i rozpadającej się rodzinie. Kiepsko się uczył, mimo że był bardzo inteligentny. Nie przepadał za spędzaniem czasu z rówieśnikami, lubił za to strzelać do psów i karmić rybki trucizną. Jako 15-latek porwał i gwałcił przez kilka dni o rok młodszą koleżankę ze szkoły. Przez sąd został potraktowany jak dorosły i skazany na 14 lat więzienia, gdzie został magistrem informatyki. W wieku 30 lat wyszedł na wolność i skończył jeszcze dwa kierunki studiów. Dorobił się sporego majątku.

    W maju 2017 roku zapadł wyrok za zbrodnie popełnione na przełomie 13 lat. Todd Kolhlepp został skazany na siedmiokrotne dożywocie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe.

    Źródła: Detektyw (numer 4/2018), Newsweek, CBSnews (dużo zdjęć) i tvn24.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

    +: I.......s, Pan_Chorubka +3040 innych
  •  

    Piękna Bestia

    Irma Grese była jedną z najokrutniejszych i najmłodszych nadzorczyń SS w niemieckich obozach koncentracyjnych. Przeszła do historii za sprawą wymyślnych tortur oraz niesamowitej urody.

    Irma urodziła się 7 października 1923 roku jako jedno z piątki dzieci. Gdy miała 12 lat jej matka popełniła samobójstwo i niedługo po tym jej ojciec ożenił się z kobietą, która miała już czwórkę dzieci. 14-letnia Grese uciekła w domu i zarabiała na życie pracując w mleczarni i sklepie. Rok później zatrudniła się w sanatorium dla żołnierzy SS w Hohenlychen, gdzie robiono operacje na więźniach. Przez dwa lata pracowała jako asystentka pielęgniarki, jednak nie udało jej się zdać egzaminów pielęgniarskich.

    W 1942 roku 18-letnia Irma aplikowała na stanowisko strażniczki w obozie w Ravensbrück i otrzymała tę pracę. Bez problemu przeszła podstawowe szkolenie. Już wtedy uwielbiała kopać więźniarki do nieprzytomności.

    Nieco później została przeniesiona do Auschwitz, gdzie początkowo pracowała jako telefonistka, a później pilnowała komanda budowy dróg i ogrodowego. Irma chętnie przyjmowała nowe obowiązki i szybko awansowała na zastępczynię głównej nadzorczyni obozu dla kobiet w Brzezince, a w 1944 roku została nadzorczynią w obozie C.

    Jak wspominają byłe więźniarki, Irma Grese była niesamowicie piękna. Miała około 163 cm wzrostu i 50 kg wagi, idealne proporcje ciała i anielską twarz. Była jasną blondynką z niebieskimi, wesołymi oczami.

    Pewnego dnia przyszła obejrzeć operację ran piersi, wykonywaną bez znieczulenia. Cierpienia więźniarki niezwykle ją podnieciły. Jej radość była tym większa im mocniej kopała krzyczącą z bólu kobietę. Od tego czasu często smagała młode więźniarki pejczem po piersiach, co powodowało u nich rany, zakażenia i ogromne cierpienie. Oprócz „standardowego” strzelania bez powodu (miała zabijać 30 więźniów dziennie), stosowała wymyśle tortury. Jedną z nich było związywanie nóg rodzących więźniarek i obserwowanie ich agonii.

    Grese znana była również ze swojego bujnego życia erotycznego. Zachowały się nawet dokumenty potwierdzające, że wielokrotnie badała się pod kątem chorób wenerycznych. Często miała homoseksualne kontakty z osadzonymi, które później zabijała. Sypiała z więźniarkami bezpośrednio przed wysłaniem ich do komory gazowej. Oprócz tego podobno była kochanką samego Josefa Mengele, któremu asystowała podczas operacji. Mimo całego swojego okrucieństwa była bardzo naiwna i często opowiadała, że po zakończeniu wojny zostanie gwiazdą Hollywood.

    W styczniu 1945 roku została ewakuowana z transportem więźniarek do obozu w Ravensbrück, a następnie awansowano ją na kierowniczkę obozowej służby pracy w obozie w Bergen-Belsen. 15 kwietnia Brytyjczycy wyzwolili obóz, jednak Grese w tym czasie transportowała więźniarki. Została aresztowana, gdy wróciła dwa dni później.

    Proces trwał dwa miesiące. Irma Grese nie przyznała się do winy i nie okazała skruchy. Podczas przesłuchiwania świadków śmiała się szyderczo. Skazano ją na karę śmierci. 13 grudnia 1945 roku wyrok wykonano, a 22-letnia Irma była najmłodszą osobą, którą kiedykolwiek stracili Brytyjczycy. Noc przed śmiercią głośno śpiewała nazistowskie piosenki, a do kata szła uśmiechając się. W liście pożegnalnym podkreśliła, że umiera z czystym sumieniem.

    Ciało Irmy pogrzebano najpierw na cmentarzu więziennym, a w 1954 roku przeniesiono je na cmentarz miejski w Hammeln. W 1986 roku grób zlikwidowano, ponieważ przychodziły na niego pielgrzymki nazistów, którzy do dziś uważają ją za męczennicę.

    Źródła: „Detektyw” - wydanie specjalne 02/2017, therichest (ciekawostki, do których trzeba podchodzić z pewną dozą niepewności)

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Richard Chase – wampir z Sacramento

    pokaż spoiler Uczciwie ostrzegam, aby osoby, które aktualnie jedzą poczekały z czytaniem, aż im się trochę "uleży". Jeżeli ktoś jest szczególnie wrażliwy to może niech pominie ten wpis i zapraszam na następny za kilka dni ;)
    I tak, wiem, że było już o nim na wykopie. Ale bądźmy szczerzy, wszystko już było ¯\\_(ツ)_/¯


    Richard Chase urodził się 23 maja 1950 roku w Santa Clara w Kalifornii. Tak jak to zazwyczaj bywa w przypadku seryjnych morderców, jego dzieciństwo nie było łatwe. Rodzice znęcali się nad nim fizycznie, a awantury były codziennością. Podobno wychowywali go w typową dla tamtych czasów dyscypliną. Richard w wieku 10 lat zabił kota i tym samym dopełnił trzeci element Triady MacDonalda (moczenie łóżka, podpalanie oraz znęcanie się nad zwierzętami – występowanie tych trzech rzeczy w młodości może być sygnałem rozwijającej się osobowości patologicznej lub antyspołecznej). Już od najmłodszych lat nadużywał alkoholu i narkotyków.

    W liceum miał kilka dziewczyn, jednak nie potrafił utrzymać stałego związku. Jedną z przyczyn mogła być niemożność utrzymania erekcji w obecności kobiet. Nastoletni Richard Chase osiągał orgazm tylko przy mordowaniu zwierząt i nekrofilii. Kontaktował się nawet w tej sprawie z psychologiem, który stwierdził, że źródłem problemów może być choroba psychiczna. Chase nie był zainteresowany leczeniem. Wkrótce zaczął oskarżać matkę o próbę otrucia, a więc ojciec zmusił go do wyprowadzki.

    Richard zamieszkał ze współlokatorami, którzy szybko zauważyli, że nie będzie z nim łatwo mieszkać. Bardzo często był pod wpływem alkoholu i LSD. Chodził po mieszkaniu nago, nawet gdy u współlokatorów byli goście. Wkrótce Chase zaczął przynosić do mieszkania martwe zwierzęta i pić ich krew. Uważał, że jego serce się kurczy i jeżeli będzie zbyt małe to umrze. Jedyną metodą, aby zatrzymać ten proces miało być picie krwi. Tego już było za wiele i współlokatorzy wyrzucili go z mieszkania.

    Richard Chase był paranoikiem i wierzył, że jego ciało jest manipulowane od zewnątrz. Uważał też, że jego mózg i głowa kręcą się w przeciwnych kierunkach, a więc ogolił się na łyso, żeby to obserwować. Był hipochondrykiem i wierzył, że jego serce czasami się zatrzymuje oraz że naziści próbują zamienić jego krew w proszek. Aby temu zapobiec zabijał zwierzęta i pił ich krew. Czasami zjadał je na surowo, a czasami mieszał ich narządy wewnętrzne z coca-colą w blenderze, tworząc koktajle.

    W 1975 roku trafił do szpitala psychiatrycznego po tym, jak wstrzyknął sobie krew królika do żył. Chase myślał, że królik połknął przed śmiercią kwas akumulatorowy, który teraz przedostał się do jego żołądka. Pewnego dnia personel szpitala przyłapał go z twarzą umazaną krwią i dwoma martwymi ptakami, które złapał przez kraty. Od tego czasu nazywany był „Draculą”. W 1976 roku zdiagnozowano u niego schizofrenię paranoidalną i uznano za zagrożenie dla społeczeństwa. Po jakimś czasie, dzięki leczeniu farmakologicznemu, nie był już tak kwalifikowany, a więc mógł wyjść ze szpitala. Jego matka uznała, że Richard nie potrzebuje leków, a więc zaprzestał leczenia.

    Po wyjściu ponownie zamieszkał sam. Bardzo gorliwie czytał artykuły na temat zabójstw. Stał się fanem Dusiciela z Hillside, który działał nieopodal. Rozwinęła się także jego obsesja na punkcie broni krótkiej, kupił nawet kilka pistoletów. Przestał się kąpać i myć zęby. Jego waga spadła do 66 kg przy 180 cm wzrostu. Pewnego dnia zadzwonił do drzwi matki, a gdy otworzyła rozsmarował sobie wnętrzności martwego kota na twarzy. Kobieta spokojnie wróciła do domu i nikomu o tym nie powiedziała.

    3 sierpnia 1977 roku policja w Nevadzie znalazła samochód zakopany w piasku, w którym było mnóstwo krwi oraz wątroba w wiadrze. Przez lornetkę zobaczyli nagiego Richarda, który krzyczał i był cały umazany krwią. Próbował uciekać, ale złapano go. Okazało się, że krew należała do krowy.

    Chase wkrótce uznał, że zabijanie zwierząt jest zbyt męczące i lepiej przerzucić się na ludzi. Nic jednak nie robił z tą myślą. Punktem przełomowym było Boże Narodzenie, którego matka nie chciała z nim spędzić. 27 grudnia 1977 roku wszedł do domu pewnej kobiety z Sacramento i wystrzelił ze swojej broni kalibru 22. Nikomu nic się nie stało.

    29 grudnia 51-letni Ambrose Griffin, inżynier i ojciec dwójki dzieci, pomagał wypakowywać żonie zakupy z samochodu. Chase podszedł do niego, strzelił mu w głowę i uciekł. Ambrose zmarł, a policja rozpoczęła poszukiwania mordercy. Syn Griffina zeznał, że w tym samym tygodniu widział sąsiada spacerującego z bronią po ulicy, ale po sprawdzeniu ten top okazał się błędny. Wykryto natomiast, że do zabójstwa mężczyzny użyto tej samej broni, co dwa dni wcześniej w domu kobiety z Sacramento. Pewien 12-latek zeznał też, że gdy jechał rowerem, około 20-letni mężczyzna jadący samochodem, strzelił do niego. Nie pamiętał jednak żadnych szczegółów. Chłopca poddano nawet hipnozie, podczas której powiedział, że numery rejestracyjne samochodu to 219EEP, które jednak okazały się błędne.

    11 stycznia 1978 roku Chase poprosił swoją sąsiadkę o papierosa, po czym zmusił ją do oddania całej paczki. Mniej więcej w tym samym czasie włamał się do domu młodego małżeństwa, którego akurat nie było w domu. Ukradł część kosztowności, oddał mocz do szuflady i kał do dziecięcego łóżeczka. Gdy właściciel domu wrócił, zaatakował Richarda, jednak udało mu się uciec.

    23 stycznia Chase postanowił ponownie zamordować. W tym celu chodził od drzwi do drzwi i szukał tych otwartych. Uważał, że zamknięte drzwi są znakiem, że nie jest mile widziany, natomiast otwarte były dla niego zaproszeniem. Jeanne Layton zeznała, że próbował wejść przez szklane drzwi na jej patio. Ona stała po drugiej stronie. Spokojnie na nią spojrzał i pociągnął za klamkę, ale gdy okazało się, że drzwi były zamknięte, odwrócił się, zapalił papierosa i odszedł. Wkrótce spotkał Nancy Holden, z którą chodził kilka lat temu do liceum. Próbował ją podwieźć, ale kobieta przerażona jego okropnym wyglądem, odmówiła.

    W końcu udało mu się znaleźć dom z otwartymi drzwiami. 22-letnia Teresa Wallin, która była w 3 miesiącu ciąży, zostawiła je otwarte, aby wyrzucić śmieci. Jej mąż był w tym czasie w pracy. Chase wszedł do domu i strzelił do niej trzy razy, a następnie poszlachtował nożem rzeźniczym. Wyjął z niej kilka narządów wewnętrznych, krew zaczął zbierać do wiadra, a następnie zgwałcił jej zwłoki i wypił krew. Na koniec wyszedł na dwór, gdzie znalazł psie odchody, które umieścił w ustach Teresy.

    Kolejny raz zaatakował 27 stycznia. Wszedł do domu 38-letniej Evelyn Miroth, w którym był też jej 6-letni syn Jason, 2-letni siostrzeniec David i sąsiad Danny Meredith, który pomagał jej przy dzieciach. Chase najpierw spotkał Danny'ego, którego zastrzelił, ukradł mu portfel i kluczyki od samochodu. Następnie strzelił w głowy Jasona i Davida, a na końcu Evelyn. Prawdopodobnie kilkakrotnie zgwałcił analnie trupa kobiety i co najmniej 6 razy dźgnął ją nożem w odbyt. Wlał jej krew do wiadra i wypił, a następnie zaniósł ciało 2-latka do łazienki, gdzie rozłupał jego czaszkę i zaczął jeść mózg. W tym momencie do drzwi zapukała 6-letnia dziewczynka z sąsiedztwa, która tego dnia miała bawić się z Jasonem. Wystraszony Chase zabrał zwłoki Davida i uciekł do swojego mieszkania, gdzie poćwiartował zwłoki dziecka. Dziewczynka zaalarmowała sąsiada, który zadzwonił na policję.

    Po zobaczeniu tak przerażającego miejsca zbrodni policja urządziła obławę na sprawcę. FBI przedstawiło profil mordercy, który miał być wysoki, niedożywiony i brudny. Mężczyzna miał być typem samotnika i co najważniejsze, wciąż miał zabijać. Przesłuchiwano setki osób, aż w końcu po 5 dniach zgłosiła się Nancy Holden. Kobieta zeznała, że jakiś czas temu miała dziwne spotkanie ze swoim kolegą z liceum, którego nie widziała od lat. Policjanci sprawdzili akta Chase'a i postanowili pojechać do jego mieszkania. Richard nie chciał ich wpuścić, a więc zaczaili się na niego przed budynkiem i aresztowali, gdy tylko się pojawił. W tylnej kieszeni wciąż miał rewolwer i portfel Danny'ego. Nie przyznawał się do winy.

    Przeszukano mieszkanie Chase'a. Wszystkie naczynia były całe we krwi i panował ogromny smród. Blender, w którym przygotowywał swoje koktajle, był pełen gnijącego mięsa. Wszędzie były plamy krwi, kości zwierząt i części ciała. Jakiś czas później znaleziono zwłoki Davida w skrzyni przy kościele. Głowa chłopca była odcięta i leżała pod ciałem, brakowało wielu narządów wewnętrznych.

    Podczas procesu obrona Chase'a twierdziła, że jest niepoczytalny. On sam mówił, że kosmici zmusili go do zabijania i nie miał na to wpływu. Wyglądał okropnie, jego waga spadła do 49 kg. Przebadało go 12 psychologów, którym przyznał się do strachu, że jego ofiary wstaną z martwych i przyjdą po niego. Część linii obrony polegała na opowiadaniu, że Chase interesował się historią Draculi, czytał artykuły o rytuałach związanych z krwią, w których pisano, że picie krwi innych wzmacnia lub uzdrawia. Obrona wnioskowała o uznanie go winnym 6 morderstw drugiego stopnia, za co grozi dożywocie.

    8 maja 1978 roku ława przysięgłych zdecydowała jednak, że jest winny 6 morderstw pierwszego stopnia. Skazano go na karę śmierci w komorze gazowej.

    Podczas pobytu w więzieniu inni osadzeni bali się Chase'a. Wielokrotnie próbowali namówić go do popełnienia samobójstwa, jednak za bardzo ich przerażał, aby sami zdecydowali się na zabicie go. 26 grudnia 1980 roku Richard Chase został znaleziony martwy w swojej celi. Przedawkował środki antydepresyjne, które odkładał przez kilka tygodni.

    Źródła: didyouknowfacts, historicmysteries, murderpedia

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Nie lubię poniedziałków

    Dzisiaj poniedziałek, a więc prawdopodobnie część z Was usłyszy w radiu piosenkę "I don't like Mondays" irlandzkiego zespołu The Boomtown Rats. Jednak nie każdy wie, że inspiracją do napisania tego utworu były prawdziwe wydarzenia.

    16-letnia Brenda Spencer mieszkała na przedmieściach San Diego, a jej okno wychodziło na plac zabaw przy podstawówce Cleveland Elementary School. 29 stycznia 1979 roku około 8:30 rano drobna nastolatka otworzyła ogień do dzieci czekających na zajęcia.

    W tym czasie dyrektor i jeden z nauczycieli przebywali w gabinecie. Początkowo mylili huk z petardami. Przez okno zobaczyli jednak, że niektóre dzieci padają na ziemię, inne uciskają różne części ciała, a część rozgląda się przestraszona i zdezorientowana. Mężczyźni wybiegli, aby pomóc uczniom. Dyrektor niemal natychmiast został śmiertelnie raniony przez Brendę. Po chwili wybiegł woźny, który chciał okryć go kocem, jednak i on został postrzelony, na skutek czego zmarł. Po przybyciu policji, dziewczyna raniła także jednego z funkcjonariuszy. Cała akcja trwała około 15 minut, podczas których Brenda oddała od 29 do 40 strzałów (w zależności od źródeł) i raniła 8 dzieci. W końcu policja zarekwirowała śmieciarkę, którą postawiono na linii ognia.

    Po wszystkim dziewczyna zabarykadowała się w swoim domu. Dziennikarce lokalnej gazety udało się do niej dodzwonić i zapytała o motyw tak okropnego czynu. Brenda powiedziała „Nie lubię poniedziałków. Musiałam jakoś ożywić ten dzień”, a także „Nie miałam żadnych motywów, żeby to zrobić, to była po prostu świetna zabawa”. Nastolatka poddała się po siedmiogodzinnym oblężeniu. Podczas aresztowania nie stawiała oporu, była spokojna i opanowana. W mieszkaniu znaleziono liczne butelki po piwie i whiskey, jednak dziewczyna nie była pod wpływem alkoholu ani narkotyków.

    Co sprawiło, że młoda dziewczyna posunęła się do tak okropnego czynu? Brenda urodziła się 3 kwietnia 1962 roku w San Diego. Jej rodzice rozwiedli się, po czym zamieszkała ze swoim ojcem i dwoma siostrami. Jak wspominają nauczyciele, nastolatka ledwo odzywała się na zajęciach, była zamknięta w sobie, ale świetnie szło jej robienie zdjęć. Wygrała nawet konkurs fotograficzny. Dzieci z sąsiedztwa twierdziły, że Brenda zażywała narkotyki, wagarowała, kradła, była okrutna wobec zwierząt i fascynowała się bronią palną. Jednak jej ojciec powiedział, że „zawsze była szczęśliwą i dobrą córką. Dobrze się zachowywała i nigdy nie miała żadnych problemów w szkole”. To bardzo życzeniowe myślenie, ponieważ w 1978 roku włamała się do szkoły i strzelała w szyby. Miała na koncie próbę samobójczą, a przez wagarowanie była pod opieką kuratora sądowego.

    W grudniu 1978 roku psychiatra, który badał dziewczynę na zlecenie kuratora, zdiagnozował u niej depresję. Jej stan był tak ciężki, że zalecił umieszczenie Brendy w szpitalu psychiatrycznym, jednak jej ojciec nie zgodził się. Zamiast tego kupił jej pod choinkę karabin półautomatyczny kalibru 22 z mnóstwem amunicji. Brenda powiedziała „prosiłam go o radio, a on kupił mi broń” oraz „poczułam się tak, jakby on chciał, żebym się zabiła”. Kilka tygodni przed strzelaniną powiedziała przyjaciołom, że nikt jej nie rozumie, ale pewnego ranka wszyscy będą na nią patrzeć i będą pokazywać ją w telewizji. Czuła się niekochana, nieważna i miała żal do rodziny oraz nauczycieli za to, że nikt nie udzielił jej pomocy.

    Brenda przyznała się do zabójstwa dwóch osób oraz postrzelenia dziewięciu. Sąd potraktował ją jak dorosłą i skazał na dożywocie z możliwością wcześniejszego zwolnienia po 25 latach. Dziewczyna pierwszy raz ubiegała się o zwolnienie w 1993 roku i twierdziła, że podczas strzelaniny była pod wpływem alkoholu i narkotyków. Wniosek odrzucono. W 2001 roku powiedziała, że ojciec wykorzystywał ją seksualnie od 9 roku życia. Nigdy wcześniej o tym nie wspominała, nie było na to żadnych dowodów ani świadków. W 2005 roku twierdziła, że ojciec znęcał się nad nią i pewnego razu uderzył tak mocno, że nastąpił uraz płatu skroniowego mózgu (wcześniej twierdziła, że uraz był skutkiem wypadku na rowerze). Ostatni raz ubiegała się o zwolnienie w 2009 roku i będzie mogła znów to zrobić w 2019.

    Bob Geldof, lider zespołu The Boomtown Rats, w jednym z wywiadów powiedział, że Brenda napisała do niego list. Stwierdziła w nim, że jest zadowolona ze swojego czynu, ponieważ Bob uczynił ją sławną.

    Strzelanina w 1979 roku była pierwszą strzelaniną w szkole w historii USA. 10 lat później podobne przestępstwo miało miejsce w kalifornijskiej szkole Cleveland Elementary School w Stockton. 5 osób zostało zabitych, a 29 rannych. Uczniowie, którzy zostali ranni w strzelaninie z 1979 roku, bardzo mocno to przeżyli. Twierdzili, że to czego doświadczyli bardzo głęboko odcisnęło się na ich psychice, a wydarzenie z 1989 roku było dla nich swoistym ponurym przypomnieniem. W 2001 roku Brenda powiedziała, że czuje się odpowiedzialna za wszystkie szkolne strzelaniny, które miały miejsce w Stanach.

    Historia Brendy Spencer przedstawiona została w jednym z odcinków „Kobiet, które niosły śmierć” (S02E01, na Netflixie jest to odcinek 1). Można o niej także przeczytać pod linkami: 1 2 3 4 5 6

    #historieriley #kryminalne #ciekawostki
    pokaż całość

    +: ciemny_kolor, r......7 +2678 innych
  •  

    Porwanie Elizabeth Smart

    14-letnia Elizabeth Smart mieszkała wraz z rodzicami i piątką rodzeństwa w Salt Lake City w stanie Utah. Jej rodzina należała do Mormonów i bardzo poważnie podchodziła do spraw wiary. Żyli jak typowa, niczym niewyróżniająca się rodzina.

    Wszystko posypało się 4 czerwca 2002 roku. Tego dnia Smartowie wzięli udział w szkolnym rozdaniu nagród, wrócili do domu po 21.00 i od razu zaczęli szykować się do snu. Ojciec nie włączył alarmu, ponieważ obawiał się, że któreś z dzieci mogłoby go uruchomić, gdy wstanie w nocy do toalety. Około godziny 2.00 w nocy do sypialni Elizabeth i jej 9-letniej siostry Mary Katherine wtargnął uzbrojony w nóż Brian Mitchell. Mężczyzna przyłożył do gardła nastolatki broń i powiedział „chodź ze mną albo zabiję ciebie i całe twoje rodzeństwo”. Hałas obudził Mary, ale przestraszona dziewczynka udawała, że śpi. Po wyjściu porywacza i Elizabeth wyszła z pokoju, aby powiadomić rodziców. Przestraszyła się jednak cienia mężczyzny na korytarzu i wróciła do łóżka. Dopiero po dwóch godzinach poszła do sypialni rodziców, którzy początkowo myśleli, że ich córka miała koszmar. Zauważyli jednak porwaną siatkę na oknie i oczywiście brak Elizabeth.

    Mary opisała mężczyznę najdokładniej jak potrafiła. Powiedziała, że porywaczem był biały ciemnowłosy mężczyzna wzrostu jednego z ich braci (172 cm), w wieku 30-40 lat, ubrany w jasne ubranie i kapelusz golfowy. W rzeczywistości miał 49 lat, ubrany był na czarno i nie miał kapelusza. Dziewczynka nie przyjrzała się dokładnie twarzy, jednak kojarzyła jego głos. Nie mogła tylko wpaść na to skąd.

    Mitchell zabrał Elizabeth do obozowiska w lesie (zaledwie 7 km od domu dziewczyny), gdzie już czekała jego żona Wanda. Kobieta przebrała dziewczynkę w białe szaty i przywiązała do drzewa metalowym kablem. Według małżeństwa odbyła się „ceremonia zaślubin”, po której nastolatka stała się żoną Mitchella i teraz ich związek musi zostać skonsumowany. Elizabeth zupełnie nie wiedziała co się dzieje i co chcą jej zrobić. W jej domu seks był tematem tabu i niewiele o nim wiedziała. Mężczyzna zgwałcił ją tej nocy, tak jak robił to przez następne miesiące, czasem nawet kilkakrotnie w ciągu jednego dnia.

    Kim był Mitchell? Mężczyzna urodził się w 1953 roku w mormońskiej rodzinie. W wieku 16 lat został przyłapany na obnażaniu się przed dzieckiem, a w wieku 19 ożenił się. Małżeństwo nie trwało zbyt długo, jednak zdążył dorobić się dwójki dzieci, które po rozwodzie trafiły pod jego opiekę. Później wstąpił do wspólnoty Hare Kryszna, nadużywał alkoholu i narkotyków. Następnie ponownie się ożenił, spłodził dwójkę dzieci i znów się rozwiódł. Była żona twierdziła, że Mitchell molestował ich 3-letniego syna, ale nie udało się tego potwierdzić. W dniu rozwodu poślubił o 8 lat starszą Wandę Elianę Barzee, rozwódkę z 6 dzieci. Kobieta miała trudne stosunki z dziećmi, jedna z córek nazywała ją nawet potworem. Początkowo Mitchell i Wanda bardzo aktywnie angażowali się w życie Kościoła Mormonów, ale mężczyzna stawał się coraz bardziej radykalny w swoich poglądach i ostatecznie opuścił Kościół. Uznał, że jest prorokiem i zaczął używać imienia Emmanuel.

    Po porwaniu Elizabeth policja i lokalna społeczność bardzo zaangażowały się w poszukiwania. Szukało jej ponad 2000 wolontariuszy, psy i helikoptery, rodzice apelowali w telewizji o pomoc i roznoszono ulotki z podobizną dziewczyny. Niestety bezskutecznie. Dziewczyna pewnego dnia słyszała nawet nawoływania szukającej jej ekipy, ale Mitchell zagroził, że ją zabije jeżeli się odezwie.

    Kostki dziewczyny były cały czas przywiązane metalowym kablem do drzewa, aby ograniczyć jej możliwość poruszania się. Kazał jej wybrać sobie nowe imię, a więc odtąd mówiono na nią „Esther” (po Esterze ze Starego Testamentu). Mitchell twierdził, że Elizabeth jest pierwszą z jego „dziewiczych żon”. Notorycznie ją gwałcił, zmuszał do oglądania pornografii oraz picia alkoholu i brania narkotyków, żeby osłabić jej upór. Wielokrotnie groził, że ją zabije, głodził ją i karmił śmieciami. Pewnego dnia napoił ją alkoholem, a rano dziewczyna obudziła się z twarzą we własnych wymiocinach i piasku. Czuła się bezradna, brudna, niekochana i opuszczona, a Mitchella uważała za niepokonanego i sprawującego kontrolę nad absolutnie wszystkim.

    Co ciekawe Mitchell wielokrotnie zabierał Wandę i Elizabeth do różnych publicznych miejsc, jednak nastolatka zawsze miała twarz zakrytą chustką (zachowało się nawet zdjęcie z jakiejś imprezy, można je zobaczyć w komentarzach). W sierpniu 2002 roku wybrali się do biblioteki, aby poszukać informacji na temat miejsca, do którego chcieli się przeprowadzić. Pewien mężczyzna rozpoznał oczy Elizabeth i natychmiast poinformował policję. Mitchell powiedział funkcjonariuszowi, że to jego córka, a religia zabrania kobietom publicznego pokazywania twarzy i wypowiadania się. Wanda zasygnalizowała dziewczynie pod stołem, że ma się nie odzywać. Niestety policjant przyjął takie wyjaśnienie i nie drążył tematu. Elizabeth była wściekła na siebie za to, że się nie odezwała i obserwowała jak jej jedyna nadzieja oddala się. Z jednej strony to trochę dziwne, że nic nie zrobiła, ale z drugiej strony była tylko zastraszoną i zmanipulowaną dziewczynką.

    We wrześniu Mitchell, Wanda i Elizabeth przenieśli się do Kalifornii. Małżeństwo planowało porwać kolejną dziewczynę, ale przy próbie włamania Mitchell usłyszał jakiś hałas w domu i wycofał się. Koczowali w różnych obozowiskach, do których zazwyczaj przenosili się w środku nocy. 12 grudnia mężczyzna został aresztowany za włamanie do kościoła w El Cajon. Nikt jednak nie podejrzewał go o nic więcej, a więc po kilku dniach został zwolniony. Po jego powrocie Elizabeth wmówiła mu, że objawił jej się Bóg, który kazał im wracać do Utah. Mitchell uznał, że z takim argumentem nie można się kłócić, a więc wrócili.

    Policjanci nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Początkowo podejrzewali Richarda Ricciego, który miał na koncie włamania do okolicznych domów i próbę zabicia policjanta. Mężczyzna wykonywał kiedyś prace remontowe w domu Smartów, a więc stał się głównym podejrzanym. Richard nie przyznał się jednak do winy i twierdził, że nigdy nie skrzywdziłby dziecka. Siostra Elizabeth również była pewna, że to nie jego słyszała w noc porwania. Mężczyzna zmarł po kilku tygodniach w areszcie na skutek wylewu krwi do mózgu.

    W październiku 2002 roku siostra Elizabeth przypomniała sobie do kogo należał głos. Była pewna, że słyszała go u Emmanuela, mężczyzny, którego jakiś czas temu jej rodzice zatrudnili do drobnych prac na dachu i grabienia liści. Policja była sceptyczna, ponieważ dziewczynka przypomniała sobie o tym po bardzo długim czasie, a sam Emmanuel przebywał w ich domu tylko kilka godzin. Państwo Smart zatrudnili jednak rysownika, a część zdjęć do portretu pamięciowego przekazała nawet rodzina Mitchella. Policja nie chciała jednak rozpowszechnić tego portretu. W lutym zrozpaczeni rodzice, widząc że śledztwo utknęło w martwym punkcie, postanowili sami przekazać podobiznę mediom.

    12 marca 2003 roku Mitchell został rozpoznany w Sandy w stanie Utah, gdy szedł z Wandą i Elizabeth. Nastolatka miała na sobie perukę, okulary przeciwsłoneczne i chustkę zasłaniającą twarz. Gdy wezwani policjanci zaczęli do niej mówić po imieniu, zawstydziła się i opuściła głowę. Porywacz został aresztowany, a nastolatka wróciła do rodziców.

    Po powrocie do domu zorganizowano nocleg dla całej rodziny w jednym pokoju. Elizabeth powiedziała jednak, że idzie spać do siebie i żeby się nie martwili, bo zobaczą się jutro rano. Przez całą noc jej rodzice co chwilę sprawdzali, czy naprawdę śpi w swoim łóżku.

    Proces Mitchella i Wandy ciągnął się latami. Wykonano mnóstwo badań psychiatrycznych mających określić, czy są poczytalni. Mężczyzna, który wciąż twierdził, że jest prorokiem, każdy dzień przesłuchań rozpoczynał od śpiewania pieśni religijnych. Elizabeth zeznawała dopiero w 2009 roku. Wyjawiła wtedy wiele szczegółów, o których nigdy wcześniej nie wspominała nawet najbliższej rodzinie. W końcu zapadł wyrok. Wanda przyznała się do winy i w 2010 roku została skazana na 15 lat więzienia. Obrona twierdziła, że Mitchell w chwili popełnienia przestępstwa był niepoczytalny i powinien zostać uniewinniony. W 2011 roku skazano go na dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

    Elizabeth Smart działa obecnie w obronie zaginionych osób i ofiar napaści seksualnych. Jest także rzeczniczką programu uczącego dzieci jak mają się zachować, gdy staną oko w oko z przestępczością. Skończyła studia, wyszła za mąż i mówi, że nigdy nie zamieniłaby swojego życia na żadne inne. Często wspomina słowa, które usłyszała od matki dzień po powrocie do domu: „Ten mężczyzna zabrał ci już wystarczająco dużo życia, nie pozwól mu zabrać ani sekundy więcej. Najprawdopodobniej nigdy nie poczujesz, że został należycie ukarany, ale najlepszą karą dla niego będzie Twoje szczęście”.

    Elizabeth często wypowiada się na temat tego co przeszła, można było jej posłuchać np. podczas TEDx. Do poczytania: 1, 2, 3.

    #historieriley #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Tajemnicza śmierć Elisy Lam

    Film z windy, na którym po raz ostatni widać Elisę Lam żywą, można zobaczyć w większości zestawień na temat tajemniczych i paranormalnych nagrań. Mówi się wtedy o nawiedzeniu, duchach czy opętaniu. Jednak czy rzeczywiście tak było?

    Elisa urodziła się 30 kwietnia 1991 roku w rodzinie imigrantów z Hongkongu. Mieszkała w Kanadzie, bardzo lubiła czytać, była aktywna w różnych social mediach i studiowała na Uniwersytecie British Columbia. Dziewczyna cierpiała na zaburzenia afektywne dwubiegunowe oraz depresję, jednak jak podkreślają jej rodzice, nie miała żadnych prób samobójczych. Raz zdarzyło jej się uciec z domu.

    Gdy miała 21 lat postanowiła wybrać się na samotną podróż po zachodnim wybrzeżu USA. Wyruszyła na początku 2013 roku. Elisa codziennie brała leki, jednak rodzice kontrolowali jej stan. Każdego dnia kontaktowali się z nią telefonicznie i gdyby coś się działo, byli w stanie niemal natychmiast do niej przylecieć. Mimo że dziewczyna była bardzo aktywna w Internecie, nie publikowała żadnych zdjęć ze swojej wyprawy.

    26 stycznia 2013 roku Elisa przybyła do Los Angeles i zamieszkała w hotelu Cecil. Sam hotel był dosyć ciekawym wyborem. Budynek ma 600 pokoi, mieści się w nie najlepszej dzielnicy i owiany jest złą sławą. Wydarzyło się w nim mnóstwo morderstw i samobójstw, zatrzymywali się tam seryjni mordercy i podobno to właśnie w nim ostatni raz widziano Czarną Dalię żywą. Krążą plotki, że każdy z 600 pokoi jest nawiedzony. W 2013 roku hotel już trochę podupadał, a właściciele szukali oszczędności gdzie tylko mogli.

    Elisa początkowo została dokwaterowana do kilku nieznajomych dziewczyn. Te jednak szybko uznały, Lam zachowuje się dziwnie (nie wyjaśniły co znaczy „dziwnie”) i już po jednej nocy została przeniesiona do pokoju jednoosobowego.

    Przez kolejnych kilka dni zwiedzała miasto i często chodziła do księgarni. 31 stycznia powinna wyjechać do Santa Cruz. Tego dnia nie zadzwoniła do rodziców i nie odbierała od nich telefonów. Zaniepokojone małżeństwo zgłosiło zaginięcie na policję i jak najszybciej przyleciało do Los Angeles. Śledczy przeszukali hotel na tyle dokładnie, na ile było to możliwe (nie mogli wchodzić do wynajętych pokoi), co jednak nie przyniosło żadnych skutków. Psy również nie podjęły tropu. Obsługa ostatni raz widziała Elisę 31 stycznia, gdy wracała sama do pokoju. Tego dnia widziała ją także sprzedawczyni w księgarni, która wspominała, że dziewczyna była bardzo przyjazna i ożywiona. Szukała pamiątek dla rodziny, a także zastanawiała się, czy książka, którą chce kupić nie jest zbyt ciężka, żeby z nią podróżować.

    6 lutego informacja o zaginięciu ukazała się w social mediach, a 14 lutego opublikowano film z zepsutej windy, na którym ostatni raz widać Elisę. Nagranie jest bardzo niepokojące. Dziewczyna wchodziła i wychodziła z windy, naciskała przypadkowe guziki, wyglądała jakby z kimś rozmawiała, jednak nie widać nikogo poza nią. Niektórzy twierdzą że wyglądała na przestraszoną albo jakby się przed kimś ukrywała. Jednak psychologowie przeanalizowali jej mowę ciała i uważają, że była zrelaksowana i wyglądała jakby się z kimś bawiła. Najprawdopodobniej jej choroba nasiliła się do tego stopnia, że miała halucynacje. Oznaczenie czasowe na filmie zostało zamazane, a więc pojawiły się teorie, że nagranie jest spowolnione , przyspieszone lub że brakuje jednej minuty, podczas której ktoś był przy niej. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

    W międzyczasie goście hotelu zaczęli narzekać na jakość wody. Skarżyli się, że ma dziwny kolor i smak. 19 lutego postanowiono sprawdzić cztery ogromne zbiorniki wodne na dachu, z których płynęła woda do pokoi. Każdy zbiornik miał dwa metry wysokości, otwieraną, około 10-kilową klapę w pokrywie oraz mieścił 3785 litrów wody. W jednym z nich znaleziono ciało Elisy, już w znacznym stopniu rozkładu. Wszyscy goście natychmiast opuścili hotel.

    Dziewczyna była naga, a jej ubrania zostały wrzucone do zbiornika. Autopsja nie wykazała żadnych śladów walki, stosunków seksualnych, alkoholu ani narkotyków. Wykazała natomiast, że Elisa była pod wpływem pięciu różnych leków przepisanych przez lekarza oraz dwóch , które można kupić bez recepty. Skutkiem ubocznym niektórych z nich mogły być halucynacje, a innych silne myśli samobójcze czy pogłębienie manii. Mimo, że leki zostały przepisane przez lekarza, Elisa nie powinna zażywać ich jednocześnie. To była mieszanka wybuchowa. Dziewczyna zmarła najprawdopodobniej w dzień swojego zaginięcia.

    Samobójstwo czy zabójstwo? Zastanawiano się, czy ktoś nie pomógł Elisie dostać się na dach. Wiodły na niego tylko dwie drogi. Pierwsza, przez okno na bardzo wysoko zawieszone schody przeciwpożarowe w kiepskim stanie. Druga droga prowadziła przez zamykane na klucz drzwi dla obsługi, przy których zamontowany był alarm informujący, gdyby ktoś się z nimi szarpał. Jednak na samym dachu było graffiti, wielokrotnie widywano tam gości hotelowych, a nawet zdarzyło się kilku samobójców skaczących z tego miejsca. Pokrywy zbiorników nie były zabezpieczone żadną kłódką czy zamkiem, teoretycznie każdy mógł je otworzyć.

    Rodzice Elisy oskarżyli hotel o zaniedbania, jednak sąd umorzył tę sprawę. W akcie napisano, że przyczyną śmierci dziewczyny był atak manii i załamanie nerwowe. Najprawdopodobniej chciała popełnić samobójstwo lub z jakiegoś powodu postanowiła wejść do zbiornika (np. żeby popływać) i nie udało jej się wyjść.

    Mimo, że sprawa śmierci Elisy Lam została już wyjaśniona, wciąż istnieje mnóstwo teorii na ten temat. Przedstawię tylko skrótowo najdziwniejsze z nich. Pierwszą jest oczywiście opętanie. Kiedyś w hotelu Cecil zatrzymał się twórca kościoła satanistycznego i napisał wiersz o mężczyźnie, który spalił swoją córkę o imieniu Siela (anagram imienia Elisa), a później narysował ufoludka, którego nazwał Lam, a więc to na pewno jego duch ją opętał. Druga teoria związana jest z creepypastą o windzie. Podobno jeżeli będzie się jeździć windą w górę i w dół, w pewnym momencie wsiądzie kobieta, która też będzie jeździć tą widną, aż w końcu zapyta „na które piętro jedziemy?” i wtedy stanie się coś paranormalnego. Niektórzy twierdzą też, że Elisa była agentem CIA i ją zlikwidowali. Sprawdzono nawet, które guziki naciskała w windzie i okazało się, że w Biblii pod tymi liczbami są cytaty o wodzie. Elisa kiedyś udostępniła na tweeterze link do artykułu o tym, że jakaś firma pracowała nad peleryną niewidką. Lam na pewno dowiedziała się za dużo i ją zabili. Historia ze znalezieniem zwłok w zbiorniku z wodą pojawiła się też w horrorze „Dark water” z 2005 roku, a więc niektórzy przypuszczają, że film zainspirował mordercę.

    Więcej szczegółów tej sprawy można usłyszeć na kanale Jaśmin a na stronie paranormalne są różne rozważania dotyczące teorii spiskowych (mimo, że sprawa jest wyjaśniona, domysły internautów są bardzo ciekawe).

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Henry Lee Lucas – największy seryjny morderca Ameryki

    Henry Lee Lucas urodził się 23 sierpnia 1936 roku w Virginii jako najmłodszy z dziewiątki rodzeństwa. Jego rodzice byli alkoholikami. Matka, Viola Dison Wall Lucas, zarabiała jako prostytutka, a ojciec Anderson zajmował się sprzedażą przemyconej whiskey, po tym jak stracił obie nogi, gdy po pijaku upadł na tory. Rodzina mieszkała w małej chacie bez elektryczności i z klepiskiem zamiast podłogi. Dom dzielili z kochankiem i alfonsem Violi, Berniem.

    Viola uwielbiała, gdy Henry patrzył jak prostytuowała się w ich domu, a także jak sypiała z Berniem. Gdy nie chciał tego oglądać biła go i głodziła. Matka odmawiała też opieki nad domem i rodziną, przyrządzała posiłki tylko dla siebie i Berniego, a jej dzieci musiały kraść pożywienie ze sklepów i sąsiednich domów. Mały Henry zmuszany był do pracy od świtu do zmierzchu. Ojciec często kazał mu pilnować destylatora, w którym pędził bimber, przez co Henry już jako 10-latek był uzależniony od alkoholu. Viola kazała chodzić mu do szkoły w sukienkach i z zakręconymi włosami, przez co koledzy wyśmiewali chłopca. Regularnie go też biła i znęcała się nad nim. Pewnego dnia tak mocno uderzyła go kawałkiem drewna, że zapadł w całodzienną śpiączkę. Nikt za bardzo się tym nie przejął. Częste bicie po głowie doprowadziło do tego, że Henry skarżył się na „hałasy i głosy w głowie”. Na skutek wypadku z nożem częściowo stracił wzrok w lewym oku, a później przez uderzenie linijką w szkole, stracił go całkowicie. Oko zastąpiono szklanym.

    Mały Henry często fantazjował o tym, żeby wyruszyć w świat i uwolnić się od otaczającego go piekła. Jednocześnie urządzał piekło zwierzętom. Jako 13-latek zastawiał na nie pułapki, a następnie gwałcił i torturował aż do śmierci.

    W 1950 roku pijany ojciec Lucasa zasnął na śniegu, co zakończyło się jego śmiercią na zapalenie płuc. Henry stracił jedyną, chociaż trochę mu przychylną, osobę w rodzinie. 14-latek stał się zgorzkniały i stawał się coraz gorszy. Później chwalił się, że w 1952 roku popełnił pierwsze morderstwo. Uprowadził z przystanku 17-latkę i pobił ją do nieprzytomności, a następnie próbował zgwałcić. Dziewczyna ocknęła się i zaczęła krzyczeć, a więc udusił ją.

    Wkrótce skazano go na pobyt w zakładzie poprawczym za włamanie z wtargnięciem. Henry wielokrotnie próbował uciec, a pracownicy ośrodka podejrzewali, że miał „stosunki natury seksualnej” z czarnoskórym kolegą. Został zwolniony po roku.

    Już dzień po wyjściu miał zgwałcić 12-letnią kuzynkę. Przez następne 9 miesięcy pracował jako pomocnik na farmie, brał udział w orgiach, eksperymentował z kobietami i mężczyznami, upijał się i ćpał na potęgę. W końcu ponownie został aresztowany za włamanie z wtargnięciem i skazany na 4 lata więzienia. Tam dostał przydział na prace jako robotnik drogowy. W maju 1956 roku, podczas tych prac, udało mu się uciec. Na wolności przebywał 2 miesiące, podczas których poznał Stellę.

    Ostatecznie został zwolniony z więzienia we wrześniu 1959 roku i zamieszkał z przyrodnią siostrą w stanie Michigan. Po krótkim czasie poprosił Stellę o rękę, a ta przyjęła jego oświadczyny. W styczniu 1960 roku do domu Henry'ego przyjechała jego matka. Viola miała wtedy 74 lata i wciąż prostytuowała się za talony do supermarketu. Czuła się jednak coraz gorzej i kazała synowi wrócić do domu i się nią zajmować. Lucasowi nie podobał się ten pomysł i rozpoczęła się wielka awantura. Stella uznała, że nie ma zamiaru stać się częścią takiej rodziny i zerwała zaręczyny. Później Viola uderzyła syna miotłą w głowę tak mocno, że aż się złamała, co wywołało u Henry'ego furię. Zaatakował ją nożem, po czym zgwałcił, zostawił w kałuży krwi i wyszedł z domu. Siostra po powrocie do domu znalazła Violę i wezwała pomoc. Matka Lucasa zmarła po dwóch dniach. Henry został skazany na 20-40 lat więzienia za morderstwo drugiego stopnia.

    W więzieniu dwa razy próbował popełnić samobójstwo i skarżył się, że słyszy głosy w głowie, w tym głos matki. Przez 4,5 roku leczono go psychiatrycznie, lekami oraz elektrowstrząsami, po których był jeszcze bardziej skłonny do przemocy. Pewnego dnia powiedział lekarzom, że gdyby wyszedł na wolność, natychmiast zacząłby znów mordować. Jednak w 1966 roku więzienny psycholog wnioskował o jego wcześniejsze zwolnienie.

    W więzieniu spędzał czas na czytaniu książek dotyczących procedur policyjnych, a także wypytując współwięźniów o metody ich działania. Później został oddelegowany do pracy w archiwum, gdzie czytał akta innych skazanych i analizował przyczyny ich wpadek. Wywnioskował, że dzięki szybkiemu przekroczeniu granicy stanu po popełnieniu przestępstwa, można znacznie zminimalizować ryzyko złapania. W czerwcu 1970 roku wyszedł przedterminowo dzięki przeludnieniu w więzieniu. W dniu wyjścia zamordował dwie kobiety. Po roku wrócił do więzienia za usiłowanie porwania i posiadanie broni. Ostatecznie wyszedł w sierpniu 1975 roku.

    Po wyjściu najpierw pojechał do Maryland, a następnie do Pensylwanii. Zajmował się różnymi pracami dorywczymi, które często zmieniał. 5 grudnia 1975 roku poślubił Betty Crawford, z którą zamieszkał w przyczepie. Kobieta miała 3 dzieci z poprzedniego małżeństwa i utrzymywała się z zasiłków. Po jakimś czasie Betty oskarżyła Lucasa o molestowanie jej córki i para rozstała się.

    Henry wyruszył do Michigan, a następnie na Florydę, do Wirginii i Delaware. W styczniu 1978 roku mieszkał w Virginii, gdzie pracował w sklepie z dywanami, który należał do jego kuzyna. Przez dwa miesiące mieszkał z Rhondą Knuckles, ale zostawił ją, gdy związek mu się znudził. Wcześniej jednak torturował ją przez 3 dni. 42-letni Henry wyruszył do Jacksonville na Florydzie, gdzie w kolejce po posiłek, poznał 29-letniego Ottisa Toole.

    Dzieciństwo Ottisa również nie należało do najszczęśliwszych. Matka od dziecka ubierała go w sukienki i nazywała „Susan”. Wykorzystywała go też seksualnie, na zmianę z mężem, córką i sąsiadem. Gdy chłopiec miał 10 lat wyznał, że jest gejem, co jego babcia postanowiła wyleczyć podczas satanistycznych orgii i składania ofiar ze zwierząt. Ottis zaczął uciekać z domu i podpalać różne rzeczy. Miał obsesję na punkcie ognia i męskiej pornografii. Miał powodzenie wśród pedofilii, których zawsze na koniec bił i okradał. Pierwszy raz zamordował w wieku 14 lat. Podobno jego IQ wynosiło ok. 54-74 (nawet górna granica uznawana jest za upośledzenie umysłowe). Toole mieszkał z matką i jej mężem oraz nastoletnią siostrzenicą i siostrzeńcem. Często sprowadzał do domu osoby poznane w jadłodajni dla potrzebujących i tak też było w przypadku Henry'ego Lee Lucasa.

    Ottis lubił patrzeć jak goście uprawiają seks z jego 11-letnią siostrzenicą Friedą Powel, zwaną Becky. Wkrótce też Ottis i Henry zostali kochankami. W maju 1981 roku mężczyźni wraz z Becky i jej bratem wyruszyli w podróż, podczas której odwiedzili Kalifornię, Delaware i Maryland.

    Oprócz tego Ottis i Henry spędzali wolny czas na piciu i jeżdżeniu po autostradzie w celu rabowaniu sklepów, a czasami banków. Uwielbiali terroryzować personel. Stawali się coraz bardziej brutalni i rywalizowali między sobą w okrucieństwie. W końcu zabijali za jakikolwiek objaw nieposłuszeństwa. Często kradli i porzucali samochody, zabijali i gwałcili prostytutki, autostopowiczki i uciekinierki z domu. Pewnego dnia spotkali na autostradzie parę nastolatków idącą poboczem do najbliższej stacji benzynowej. Wysiedli z samochodu, Ottis strzelił chłopakowi 9 razy w głowę i klatkę piersiową, a Henry wciągnął dziewczynę do samochodu. Podczas, gdy Toole prowadził, Lucas gwałcił ją na tylnym siedzeniu. Na końcu Ottis zatrzymał się, wyciągnął dziewczynę z auta i 6 razy do niej strzelił. Czasem mordowali kilka osób dziennie, nawet gdy byli z nimi siostrzeńcy Ottisa, którzy czekali w samochodzie. Toole zjadał też swoje ofiary, przyznał się do aktów kanibalizmu na około 150 osobach.

    Pewnego razu nieznajomy zaproponował im zabijanie „w imieniu jego organizacji”. Płacił 10.000$ za egzekucję. Był tylko jeden warunek, musieli przyłączyć się do jego religii, która nazywała się „Ręka śmierci” i czciła diabła. Mężczyźni postanowili przyłączyć się do sekty. Później okazało się, że Ottis od dawna w niej był i zwabił Henry'ego, żeby się do nich przyłączył. Lucas został poddany próbie i musiał zabić wskazanego mężczyznę. Poderżnął mu gardło, a następnie odbyła się czarna msza, na której ugotowano i zjedzono zwłoki. Przez następne kilka tygodni Henry uczył się technik zabijania i składania ofiar z ludzi, a także brał udział w rytuałach wykorzystujących martwe ciała, w tym nekrofilii. Po 7 tygodniach był gotowy i wyruszył, żeby porywać dzieci, które miały być wykorzystane jako ofiary kultu, sprzedane na czarnym rynku lub zmuszane do występowania w filmach pornograficznych. Gdy Henry opowiadał tę historię policji brzmiała bardzo prawdopodobnie, ale nie ma żadnych dowodów potwierdzających jego słowa. Lucas twierdził, że to dlatego, że zamieszani w to byli wysoko postawieni policjanci i politycy.

    Po jakimś czasie Henry wrócił do Jacksonville i miał czekać na dalsze instrukcje, a Ottis został z sektą. Lucas postanowił udać się z Becky do Kalifornii, gdzie mieli żyć jako mąż i żona. Podczas trzy miesięcznej podróży kradł, gwałcił i zabijał. Dziewczyna pomagała mu w ukrywaniu ciał, co podobno bardzo ją podniecało. W Kalifornii para utrzymywała się z prac dorywczych i kradzieży, aż spotkali Jacka Smart, który dał im dach nad głową w zamian za drobne naprawy. Henry bardzo ciężko, szybko i sprawnie pracował, dzięki czemu coraz więcej osób oferowało mu pracę przy naprawach. Całymi dniami robił sobie tylko krótkie przerwy na papierosa i kawę, a wieczorami kupował kilka piw i wracał do Becky. Wkrótce Jack zaproponował parze zamieszkanie ze swoją teściową w Teksasie. Kate Rich była już stara i potrzebowała pomocy, a w zamian mogli za darmo u niej mieszkać. Kate od razu bardzo polubiła Becky, która zajmowała się jej domem, podczas gdy Henry był w pracy. Jednak po jakimś czasie mężczyzna zaczął kraść pieniądze staruszki i nie pracował już tak ciężko i sumiennie. Gdy rodzina przyjechała odwiedzić Kate, okazało się, że kobieta siedzi przy stole wokół kilkutygodniowego brudu. Becky i Henry musieli się wyprowadzić.

    Szybko jednak poznali pewnego pastora, który pozwolił im zamieszkać w jego „religijnej komunie” w zamian za pomoc w dekarskim interesie i przygotowywaniu mszy. To właśnie tam Becky odkryła chrześcijańskie wartości. Pozostawała w kontakcie z Kate Rich, z którą dzieliła się swoimi przemyśleniami odnośnie wiary. Nastolatka wkrótce chciała wrócić na Florydę. Henry początkowo był temu przeciwny, ale w końcu się zgodził. W drodze wybuchła między nimi awantura i Lucas zaatakował dziewczynę nożem. Był w szoku, że zamordował kogoś, kogo naprawdę kochał. Odbył stosunek ze zwłokami, zsunął pierścionek z jej palca i poćwiartował ciało, które zostawił w polu. Po raz pierwszy czuł się winny i żałował swojego czynu. Wrócił na rancho pastora i po 2 dniach powiedział mu, że Becky uciekła z kierowcą ciężarówki. Po 2 tygodniach wrócił na pole, żeby pogrzebać poćwiartowane ciało ukochanej.

    Wszyscy, poza Kate Rich, zdawali się przyjmować bez zastrzeżeń historię o ucieczce dziewczyny. Staruszka jednak nie mogła uwierzyć, że nastolatka byłaby do tego zdolna i wypytywała o szczegóły. Pewnego dnia wybrała się na piwo z Henrym i cały czas dociekała co właściwie się stało. W drodze powrotnej Lucas nie wytrzymał, zjechał na boczną drogę i dźgnął ją nożem. Gdy zmarła wyciągnął ją z auta, zgwałcił i wrzucił ciało do rowu. Nieco później wrócił na miejsce zbrodni, poćwiartował zwłoki, a następnie wrócił na rancho, gdzie przez całą noc palił jej szczątki w kuchni przy budynkach. Nad ranem ukradł auto pastora i uciekł. Zaniepokojona rodzina staruszki po kilku dniach zawiadomiła policję. Opowiedzieli historię o tym jak Henry ukradł jej pieniądze, a funkcjonariusze sprawdzili akta mężczyzny i wysłali nakaz aresztowania.

    Tymczasem Lucas przemierzał Oklahomę i Teksas, aż w końcu trafił do Kalifornii. Tam postanowił zatrzymać się u Jacka Smarta, który wiedział o jego poszukiwaniach, ale nie dał po sobie nic poznać. Henry został zatrzymany przez policję jako „ważny świadek w sprawie morderstwa”. W samochodzie pastora znaleziono krew. Po przebadaniu okazało się, że to krew grupy 0, a Kate miała grupę A. Z powodu braku dowodów zwolniono go z aresztu.

    Lucas wyruszył w podróż po całych Stanach, podczas której kradł, mordował i gwałcił. W październiku 1982 roku jechał autostopem z Illinois do Missouri. Na stacji benzynowej spotkał kobietę wyglądającą na podróżującą samotnie. Gdy wsiadała do samochodu powiedział do niej „właź do samochodu i bądź cicho”, a następnie kazał jej jechać na południe. Kobieta prowadziła cały dzień, a następnie Henry usiadł za kierownicą i zasnęła. Nad ranem dźgnął ją nożem w szyję, zgwałcił jej zwłoki, okradł i porzucił ciało w lesie. Wyruszył do Teksasu i Indiany, wkrótce jednak skontaktował się z pastorem i powiedział, że przemierzył cały kraj w poszukiwaniu Becky i zapytał, czy może wrócić. Pastor zgodził się i poinformował o tym policję.

    Okazało się, że Henry'ego można aresztować tylko za kradzież ciężarówki, której dokonał kiedyś w Maryland. Przez kilka tygodni policjanci próbowali wydusić z niego prawdę o morderstwach, jednak bezskutecznie. Stan Maryland nie był zainteresowany ekstradycją za tak błahe przestępstwo jak kradzież, a więc Lucas musiał zostać uwolniony.

    W czerwcu 1983 roku został ponownie aresztowany za nielegalne posiadanie broni. Ku zdziwieniu policjantów przyznał się do wszystkich zbrodni, które popełnił, a także do wielu, których nie popełnił, łącznie do 600 morderstw. Śledczy przez ponad dwa lata analizowali wszystkie przypadki znalezienia rozczłonkowanych kobiecych szczątków. Henry'emu pokazywano zdjęcia, do których opowiadał historie, często bazował na informacjach wyczytanych w gazetach. Niewątpliwie podobało mu się to. W końcu był kimś ważnym, policja zapewniała mu wszystko czego chciał, żeby nie przestawał mówić. Nigdy jeszcze nie był tak dobrze traktowany. Ostatecznie policja podejrzewała go o 300 morderstw, a udało mu się udowodnić tylko 3 (w tym jego matki, za które już odsiedział wyrok).

    W 1985 roku skazano go na karę śmierci. Podczas pobytu w celi śmierci Henry stał się bardzo religijny. Nagle też zaczął opowiadać o tym, że wszystko zmyślił i jest niewinny. Był pewny, że po śmierci trafi do nieba. Egzekucja miała odbyć się 30 czerwca 1996 roku, jednak trzy dni przed nią, gubernator George W. Bush, złagodził wyrok i zamienił go na dożywocie. 64-letni Henry Lee Lucas zmarł w więzieniu 11 marca 2001 roku na atak serca. Niektórzy uważają go za największego seryjnego mordercę w historii Ameryki, a inni za największego kłamcę w historii.

    Cała historia bardzo dokładnie została opisana na tej stronie, a dla uzupełnienia można zajrzeć tutaj, tutaj i tutaj. Na youtube jest też bardzo dużo biografii Lucasa, ja oglądałam .

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Śmierć w Oslo Plaza Hotel

    W 1995 roku elegancka młoda kobieta zameldowała się pod fałszywym nazwiskiem w norweskim hotelu, a kilka dni później została znaleziona martwa w swoim pokoju hotelowym. Z pozoru wszystko wskazuje na samobójstwo, jednak im bardziej chce się potwierdzić tę tezę, tym mniej faktów się zgadza. Śmierć w Oslo Plaza Hotel do dziś pozostaje jedną z najsłynniejszych nierozwiązanych zagadek Norwegii.

    Wszystko zaczęło się w sobotę 3 czerwca 1995 roku po godzinie 19:30, gdy recepcjonistka zorientowała się, że para Belgów zameldowanych jako Jennifer i Lois Fergate znacznie przekroczyła limit kredytowy. Po raz trzeci wysłała do ich pokoju na 28 piętrze komunikat, wyświetlający się na ekranie telewizora, o treści „Proszę, skontaktuj się z kasą”. Ktoś w pokoju natychmiast nacisnął OK na pilocie. Para spała już w hotelu trzy noce, a jeszcze nic nie wpłacili. Pokój nie był sprzątany od czwartku, ponieważ na drzwiach cały czas wisiała wywieszka „nie przeszkadzać”. Zaniepokojona recepcjonistka poprosiła ochroniarza, żeby sprawdził co się dzieje.

    Ochroniarz wjechał windą na 28 piętro i o 19:50 zapukał do drzwi pokoju 2805. Nagle z pokoju doszedł huk jak przy postrzale. Przestraszony mężczyzna nie wiedział co ma zrobić. Bał się mordercy, który jest w środku i przez kilka minut kręcił się po korytarzu. W końcu zjechał windą do biura ochrony i poprosił swojego szefa, żeby zawiadomił policję. O 20:04 szef ochrony zapukał do drzwi pokoju 2805, ale nikt nie otworzył. Ponownie zapukał, ale wciąż nikt w środku nie zareagował. W końcu postanowił otworzyć drzwi swoją kartą i okazało się, że drzwi są podwójnie zablokowane, również od środka. Tylko karty ochrony mogą otworzyć takie zamknięcie, nikt z obsługi nie mógłby tego zrobić.

    Po otworzeniu drzwi mężczyzna zobaczył martwą kobietę leżącą na łóżku z nienaturalnej pozycji. W pokoju było ciemno, a zasłony były zaciągnięte. Ochroniarz postanowił nie wchodzić, zamknął drzwi i czekał na przyjazd policji, która zjawiła się pół godziny później.

    Kobieta miała ranę postrzałową w czole, a pistolet trzymała w prawej dłoni. Wszędzie było mnóstwo krwi, która przemoczyła materac i obryzgała ściany. Jednak dłoń kobiety była czysta. Telewizor był włączony, w pokoju panował porządek i było mało bagażu, okno było uchylone. Wszystko wskazywało na to, że kobieta w chwili śmierci była sama i popełniła samobójstwo. Kobiety jednak bardzo rzadko decydują się na odebranie sobie życia przy użyciu broni palnej (tylko 1,5% samobójczyń zdecydowało się na taką śmierć).

    Policjanci przez całą noc prowadzili śledztwo i odkryli kilka anomalii. Etykiety z ubrań zostały usunięte, najprawdopodobniej, żeby utrudnić identyfikację zmarłej. Pozostały tylko te na marynarce i torbie podróżnej, których nie można było odciąć bez uszkadzania przedmiotu (marynarka i torba zostały wyprodukowane przez niemieckie domy mody). Nawet na butach wytarto nazwę producenta. Znaleziono różne części garderoby, m. in. halkę i spodenki od pidżamy, cztery staniki, parę szpilek, cztery kurtki, bluzkę i sweter. W pokoju nie było natomiast ani jednej spódnicy, pary spodni czy majtek na zmianę (samobójczyni miała na sobie rajstopy).

    W pokoju nie znaleziono dokumentów kobiety ani pieniędzy mogących naprowadzić na kraj, z którego pochodziła. Jennifer wyglądała na bardzo zadbaną, ale w pokoju nie znaleziono kosmetyków ani nawet szczoteczki do zębów. Co ciekawe w chwili śmierci miała pomalowane oczy, a więc wcześniej musiała używać kosmetyków do makijażu. Gdzie się podziały? W pokoju (oprócz ubrań) znajdowały się tylko 34 naboje i prawie pustą butelkę męskich perfum.

    Policja ustaliła, że kobieta oddała dwa strzały. Pierwszy, próbny, przebił poduszki i materac, zatrzymał się dopiero na betonowej podłodze. Prawdopodobnie użyła tłumika. Drugi strzał ją zabił. Numery seryjne pistoletu zostały usunięte kwasem, udało się ustalić jedynie, że został wyprodukowany w Belgii w 1990 albo 1991 roku. Kobieta przy zameldowaniu się twierdziła, że ma 21 lat, jednak sekcja zwłok wykazała, że miała 30 +/- 5 lat. W pokoju nie znaleziono, innych niż jej, odcisków palców.

    Przesłuchanie personelu hotelu przyniosło jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi. Po raz pierwszy kobieta skontaktowała się z hotelem 22 maja i zarezerwowała pokój (policja nie podała w jakim terminie). Jednak w środę 31 maja znów zadzwoniła i powiedziała, że jednak przyjedzie dziś wieczorem i prosi o pokój dwuosobowy.

    Zameldowała się o godzinie 22:44. Wtedy w hotelu panował bardzo duży ruch, ponieważ akurat przyjechali goście z lotniska, którzy przylecieli 3 samolotami lądującymi niemal w jednocześnie. Kobiecie udało się zameldować bez dowodu tożsamości i zapłaty. Na formularzu podała fikcyjne dane, jednak można ustalić, że znała belgijski system numerowania telefonów i strukturę kodów pocztowych. Prawdopodobnie była z ciemnowłosym mężczyzną, który wymieniał w recepcji walutę (dolary), ale równie dobrze mógł być to przypadkowy gość. Recepcjonistki zeznały, że Jennifer znała niemiecki i angielski.

    Policja postanowiła przejrzeć pasażerów linii lotniczych, jednak nie przyniosło to rezultatów. W dodatku tego dnia część policjantów strajkowała, a więc kontrolą paszportową na głównym międzynarodowym lotnisku w Norwegii zajmował się tylko jeden oficer. Czy Jennifer specjalnie wybrała dzień strajku i bardzo pracowitą godzinę na zameldowanie się?

    Przeanalizowano kartę do pokoju kobiety – rejestrowała ona tylko wejścia. Po raz pierwszy użyto jej w dniu przyjazdu o godzinie 22:44, a później o 24:21. W ciągu kolejnych trzech dni użyto jej tylko 5 razy. W piątek 2 czerwca kobieta rano zeszła do recepcji, żeby przedłużyć pobyt do niedzieli, a o 20:06 zamówiła jedzenie. Ostatni raz żywą widziała ją pani serwująca posiłek, która bardzo dobrze zapamiętała tajemniczą kobietę, ponieważ dostała od niej 50 koron napiwku (gdy dostawali 10 koron uważali, że to dużo). Odniosła wrażenie, że to stewardesa. Pani z obsługi zauważyła, że pokój kobiety był zupełnie nietknięty, jakby nikt w nim nie mieszkał od czwartku, gdy był sprzątany. Co ciekawe sekcja zwłok wykazała, że posiłek został zjedzony kilka godzin przed śmiercią, a nie dobę wcześniej. Dlaczego zamówiła wieczorem jedzenie, które zjadła dopiero następnego dnia po południu?

    Przesłuchano także osoby sprzątające pokój w czwartek. Jedna z nich dobrze zapamiętała buty, które były w pokoju, ponieważ bardzo jej się spodobały. Jednak okazało się, że na miejscu zbrodni jest tylko jedna para szpilek, zupełnie innych niż te, które zapamiętała pokojówka. Gdzie więc się podziały tamte buty?

    Przesłuchano innych gości mieszkających na tym piętrze. Jednak sąsiedzi nie zauważyli nic podejrzanego.

    Policja miała kilka teorii co do tożsamości kobiety. Podejrzewano, że mogła być członkinią gangu narkotykowego, służby wywiadowczej, płatną zabójczynią lub ekskluzywną prostytutką. Mogła też być po prostu przygnębioną kobietą, która przyjechała do Oslo popełnić samobójstwo. Niestety żadnej z tych teorii nie udało się potwierdzić. Nie zgłosił się nikt, kto rozpoznałby kobietę. Żaden rodzic, siostra, sąsiad, współpracownik ani były chłopak. Po roku policja zrezygnowała ze śledztwa i 26 czerwca 1996 roku kobieta została pochowana w anonimowym grobie na cmentarzu w Oslo. Na pogrzebie byli tylko pracownicy cmentarza, fotograf i jeden badacz.

    Sprawa śmierci w hotelu Plaza Hotel została bardzo dokładnie opisana na stronie VG. Znajduje się tam też cała lista dowodów w sprawie, zdjęcia, a nawet można wirtualnie obejrzeć miejsce zbrodni.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: touch.vg.no

  •  

    Tajemnicze zniknięcie Brandona Swansona

    Brandon Swanson był 19-latkiem mieszkającym w Marshall (Minesota). Chłopak dużo czytał, interesował się przedmiotami ścisłymi i był bardzo przywiązany do rodziny. 14 maja 2008 roku świętował u kolegi, mieszkającego w Canby, koniec szkoły i to właśnie wtedy widziany był po raz ostatni.

    Po zakończeniu imprezy (na której podobno nie pił alkoholu) wsiadł w samochód i pojechał do domu. Błotnista droga prowadziła przez las, nastolatek najprawdopodobniej wpadł w poślizg, stracił panowanie nad pojazdem i wpadł do rowu.

    Około godziny 0.30 zadzwonił do swojego ojca, żeby po niego przyjechał. Twierdził, że jest między Lynd a Marshall. Rodzice Brandona ubrali się i wyruszyli w drogę, nie rozłączając się z synem. Chłopak bardzo dobrze znał drogę, którą wielokrotnie przejeżdżał i miał świetną orientację w terenie. Był przekonany, że wie dokładnie gdzie jest i opisywał rodzicom otoczenie. Szacował, że powinni dojechać do niego w około 10 minut.

    Po niedługim czasie rodzice dojechali do tego miejsca, zaczęli mrugać światłami i zapytali syna, czy ich widzi. Nastolatek zaprzeczył i powiedział, że teraz on mruga, ale małżeństwo również go nie widziało. Atmosfera zrobiła się dosyć nerwowa i chłopak rozłączył się. Po sześciu próbach jednak odebrał, i powiedział, że widzi światła miasta Lynd i idzie drogą przez las do swojego kolegi, a oni mają jechać do domu.

    Ojciec nie dał jednak za wygraną. Postanowił odwieźć swoją żonę do domu i samemu szukać syna, cały czas rozmawiając z nim przez telefon. Połączenie trwało 47 minut, podczas których mężczyzna jeździ drogą między Lynd a Marshall w tą i z powrotem, jednak nie widział Brandona.

    O godzinie 2.00 w nocy nastolatek niespodziewanie powiedział "oh shit" i rozłączył się. Ojciec ponownie starał się do niego dodzwonić, jednak syn nie odbierał. Cały czas przemierzał drogę w jedną i drugą stronę, jednak po Brandonie nie było ani śladu.

    O 6.30 została zawiadomiona policja, która początkowo zbagatelizowała sprawę. Gdy jednak rozpoczęto poszukiwania okazało się, że samochód nastolatka znajdował się około 25 mil od miejsca, w którym twierdził, że był. Ojciec wciąż wydzwaniał do syna, jednak bezskutecznie. Trzeciego dnia poszukiwań bateria ostatecznie rozładowała się i telefon od razu przełączał się na pocztę głosową. Komórki nigdy nie odnaleziono.

    Bardzo dużo osób zaangażowało się w poszukiwania. Mimo, że teren był błotnisty, nie znaleziono śladów stóp chłopaka. Psy podjęły trop prowadzący przez las, ale w okolicach rzeki nagle go straciły. Tak, jakby Brandon po prostu rozpłynął się w powietrzu. Nie było żadnych śladów osunięcia się do rzeki, mimo to była bezskutecznie przeszukiwana przez 30 dni. W 2011 roku policja zaprzestała poszukiwań, jednak co jakiś czas ochotnicy ponownie przeszukują teren.

    Ciekawe w tej sprawie jest przekonanie Brandona, że jechał bardzo okrężną drogą do domu, podczas gdy jego samochód znaleziono przy bezpośredniej trasie. Może jednak jakiś alkohol wchodził w grę? Jednak, czy mógł być na tyle pijany, żeby pomylić swoje położenie o dziesiątki kilometrów, ale na tyle trzeźwy, żeby jego rodzice nie zorientowali się przez telefon? Może spotkał na swojej drodze jakiegoś miejscowego wariata, który postanowił go zabić? A jednak jak to możliwe, żeby przy dzisiejszej technice i możliwościach, poszukiwaniach prowadzących przez mnóstwo ochotników, nie znaleziono żadnego śladu?

    Powstały różne teorie na temat tej sprawy, jednak żadna z nich nie tłumaczy wszystkiego. Gdyby zaatakowały go dzikie zwierzęta, znaleziono by chociażby strzępki ubrań. Gdyby ukrył się w jakimś miejscu i zamarzł, również odnaleziono by ciało. Najbardziej prawdopodobna wydaje się być teoria, że Brandon został potrącony przez samochód i przestraszony sprawca zabrał ciało chłopaka. Jednak nie było żadnego śladu takiego wypadku, ojciec twierdzi, że nie słyszał żadnego samochodu podczas rozmowy z synem, a trop prowadził do lasu...

    Więcej o tej historii możecie zobaczyć na kanale Jaśmin

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: paranormalne.pl

    •  

      @Odczuwam_Dysonans
      @oswojony_tygrys a co myslicie o teorii ze wszedl na czyja prywatna posesje/farme i zagryzl go czyjs pies? Wlasciciel psa gdy zorientowal sie co sie stalo ukryl zwloki zeby uniknac odpowiedzialnosci. To tez tlumaczylo by "o shit" a pies/psy byly jeszcze dosc daleko gdy na niego biegly dlatego ojcie nie uslyszal nic. Telefon zostal gdzies w trawie a psy cialo potargaly w inne miejsce i dlatego dzialal jeszcze kilka dni nieodnaleziony. Gdzies czytalem ze kilku farmerow nie wpuscilo na swoje posesje policji co tez daje do myslenia. Hmm? pokaż całość

    •  

      @krasnalik: może tak być, może też być tak że przy wielkich, Amerykańskich farmach właściciel nawet nie wie, że jego psy kogoś dorwały - nawet jeśliby były np zakrwawione to mógł założyć, że trafiły na jakiegoś zwierza, a zwłoki i tak leżą w jakimś przepuście... No, ale tak samo ktoś mógł je ukryć. A telefon przeoczyć, szczególnie jak chłopak miał np same wibracje włączone.

    • więcej komentarzy (94)

  •  

    Czy zaginiony chłopiec z Polski został bohaterem narodowym USA?

    28 lat temu w Dobrym Mieście (województwo warmińsko-mazurskie) zaginął 4-letni Tomek Cichowicz. Rodzice poruszyli niebo i ziemię, aby odnaleźć syna, jednak przez ćwierć wieku nie natrafiono na żaden ślad chłopca. Aż do 2015 roku, gdy prawdopodobnie go odnaleziono.

    Wszystko zaczęło się 17 marca 1990 roku. Jak wspomina pani Jola, matka chłopca, ten dzień od początku był jakiś inny. Syn nie chciał wypuścić jej do pracy i kilkukrotnie upewniał się, że kobieta wróci. Gdy wyszła Tomek został pod opieką swojego ojca (który zajmował się budową nowego domu), jednak po powrocie pani Joli, dziecka nie było. Pan Cichowicz oznajmił, że przed chwilą widział syna na podwórku, gdzie bawił się z dzieckiem sąsiadów.

    Po kilku minutach zaniepokojona matka zaczęła szukać syna, jednak nigdzie go nie było. Rozpoczęły się dramatycznie poszukiwania. Zaglądano do każdego rowu, dziury i przeszukano każdy krzak. Tomek miał na nogach charakterystyczne kalosze z wizerunkiem misia na podeszwie. Ślady prowadziły do drogi i wyglądały jakby chłopiec przez jakiś czas kręcił się przy niej w kółko, a następnie ktoś starał się je pośpiesznie zatrzeć.

    Pani Jola pozmawiała z synem sąsiadów, który wyznał, że z Tomkiem rozmawiał "bardzo brzydki pan", który wziął go za rękę i zaprowadził w kierunku drogi. Chłopiec nie powtórzył tego jednak przy milicji. Sama milicja niezbyt przejęła się sprawą. Zaginięcia dzieci nie były w tamtym czasie traktowane priorytetowo. Uznali, że dziecko na pewno utopiło się w pobliskiej rzece, jednak ciała nigdy nie odnaleziono. Jak przyznają sami rodzice, Tomek doskonale wiedział, że nie może sam zbliżać się do rzeki i nigdy tego nie robił.

    Państwo Cichowicz latami szukali syna i nie tracili nadziei, że Tomek żyje i kiedyś go odnajdą. Wydali majątek na prywatnych detektywów i nagłaśniali sprawę w mediach. Kontaktowali się nawet z różnymi jasnowidzami, którzy twierdzili, że dziecko zostało porwane. Jednak nie przyniosło to żadnego skutku. Dopiero profil na facebooku dotyczący porwania spotkał się ze sporym odzewem, niestety wszystkie informacje okazywały się ślepymi tropami.

    Przełom nastąpił dopiero w 2015 roku, gdy niejaki Warner Duglas przysłał pani Joli zdjęcie amerykańskiego żołnierza. Ryan M. Pitts, odznaczony przez Baracka Obamę za walkę w Afganistanie był niezwykle podobny do wizerunku Tomka widniejącego na zdjęciach progresywnych. Kobieta od razu poczuła, że to jej syn. Samo konto, z którego wysłano zdjęcie okazało się fikcyjne i wkrótce zostało usunięte.

    Pani Jola skontaktowała się z Ryanem za pomocą facebooka. Opisała mu historię porwania Tomka oraz wysłała mu zdjęcia domu i okolicy, w której kiedyś miał mieszkać. Poprosiła także, aby wysłał jej informacje o posiadanej grupie krwi i sprawdził, czy ma bliznę po usunięciu woreczka robaczkowego. Początkowo Ryan odpisywał, obiecał nawet, że poszuka i wyśle swoje zdjęcia z dzieciństwa, jednak nigdy tego nie zrobił. Nagle przestał odpisywać, czytał jednak wszystkie wiadomości, które otrzymywał.

    O samym Ryanie jest trochę informacji w internecie, jednak data jego urodzenia różni się na poszczególnych stronach. Jest jednak w wieku Tomka. Nie ma też żadnych informacji na temat dzieciństwa mężczyzny. Jedynie jego babcia w jednym z wywiadów wyznała, że Ryan nie miał łatwego dzieciństwa i od najmłodszych lat musiał walczyć o przetrwanie. Co więcej mężczyzna i jego brat mają inne nazwiska niż rodzice.

    Itaka i Interpol chcieli zbadać DNA żołnierza, aby ostatecznie potwierdzić lub zaprzeczyć, że to porwany Tomek, jednak Ryan nie zgodził się. Zdjęcia pokazano biegłym sądowym, którzy powiedzieli, że na 98% to zaginiony syn Cichowiczów. Pani Jola uważa, że to na pewno jej dziecko. Dlaczego Ryan nagle przestał odpisywać? Może chce chronić swoich porywaczy lub nie chce być w centrum światowej sensacji? A może to on sam wysłał do matki swoje zdjęcie z fikcyjnego konta? Niestety jeżeli mężczyzna nie zdecyduje się na potwierdzenie lub zaprzeczenie tej teorii możemy nigdy się tego nie dowiedzieć.

    Więcej możecie się dowiedzieć na kanale Niediegetyczne, w programie Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie i w majowym wydaniu magazynu Detektyw.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: i.wpimg.pl

  •  

    Obsesja Carla Tanzlera, czyli szaleństwo nekrofila
    Carl Tanzler przez całe życie szukał prawdziwej miłości. Przemierzył cztery kontynenty, a poszukiwania stały się jego obsesją. Gdy w końcu znalazł wymarzoną kobietę nic nie mogło stanąć na drodze jego związkowi. Nawet śmierć ukochanej.

    Carl urodził się 8 lutego 1877 roku w Dreźnie. Jego rodzina była bardzo zamożna, a więc mógł sobie pozwolić na studia na Uniwersytecie w Lipsku, gdzie jak sam stwierdził został magistrem m. in. medycyny, matematyki, filozofii, fizyki i chemii. Twierdził też, że na studiach interesował się tylko nauką, muzyką i malarstwem. Po zakończeniu szkoły wrócił do rodzinnej posiadłości, która według legend nawiedzana była przez ducha hrabiny von Cosel.

    Pewnego dnia młodzieniec wykonywał różne eksperymenty w swoim domowym laboratorium (gdzie trzymał np. swój własny rentgen), gdy objawił mu się duch Białej Damy. Zaintrygowany zorganizował seans spirytystyczny, aby porozumieć się ze zjawą. Zmarła sto lat temu hrabina von Cosel powiedziała mu, że znalazła mu piękną żonę o ciemnych włosach i egzotycznej urodzie. Carlowi objawił się obraz tej panienki.

    W poszukiwaniu obiecanej kobiety Tanzler przeprowadził się do Indii. Jednak nie specjalnie mu się tam spodobało i wkrótce przeniósł się do Australii, gdzie zaczął pracować jako specjalista od rentgena. Co jakiś czas doświadczał jednak widzenia obiecanej panienki, która prosiła go, aby jej szukał. Wyznała mu nawet, że nazywa się Elena.

    Jako że był Niemcem na obczyźnie, I Wojnę Światową spędził w obozie dla internowanych. Poszukiwania wymarzonej kobiety szły mu dosyć topornie, a żyć jakoś trzeba było, a więc w 1920 roku ożenił się i wkrótce urodziły mu się dwie córki. Wciąż jednak widywał obiecaną pannę, która nawoływała, żeby jej szukał.

    W 1926 roku matka Carla namawiała go, żeby przeprowadził się wraz z rodziną w okolice Tampy na Florydzie, gdzie mieszkała jego siostra. Carl uznał, że w sumie to nie jest zły pomysł i na początku lutego wypłynął do Ameryki. Miał tam wszystko urządzić i później sprowadzić żonę i dzieci.

    Pod koniec miesiąca spędził kilka dni na Hawanie, gdzie urzekła go uroda Latynosek. Nigdzie nie było jednak dziewczyny, której miał szukać, a więc popłynął dalej i zamieszkał na Key West (425 mil od Tampy). Tam rozpoczął pracę jako technik elektroradiolog w miejscowym szpitalu. W pamiętnikach Tamzlera nie ma zbyt wiele o jego żonie i dzieciach, ponieważ nie przykładał do nich zbyt dużej wagi. Najprawdopodobniej dopłynęły w końcu do Ameryki, ale nie zamieszkały z nim, tylko w pobliżu jego siostry.

    22 kwietnia 1930 roku do szpitala, w którym pracował Carl przyszła 21-letnia Kubanka, chora na gruźlicę Elena Hoyos. Tanzler, gdy tylko ją zobaczył wiedział, że to właśnie ona. Obiecana mu kobieta, której wizje miał przez tyle lat.

    Jednak rozpoczęcie związku wcale nie było takie łatwe. Po pierwsze Elena była mężatką. Mimo, że jej mąż porzucił ją i zamieszkał z inną kobietą, o żadnym rozwodzie nie było mowy. Po drugie była chora na gruźlicę. Po trzecie jej rodzina nie lubiła Tanzlera i nigdy nie zaakceptowałaby ich związku, bo nie był Kubańczykiem. I po czwarte, dziewczyna nie była zainteresowana o 32 lata starszym mężczyzną.

    To wszystko nie zniechęciło jednak Carla. Obdarowywał Elenę prezentami i kosztownościami. Sprowadzał dla niej także różne leki na gruźlicę. Miał pieniądze, żeby rozpoczynać nowe terapie i sam próbował ją wyleczyć naświetleniami.

    Elena znalazła się w dosyć trudnej sytuacji. Starszy mężczyzna dawał jej rzeczy i leki, na które jej nigdy nie byłoby stać. Dodatkowo nie chciał nic w zamian, bo od samego początku było wiadomo, że o żadnym związku nie może być mowy. W pewnym momencie sytuacja zrobiła się tak dziwna, że rodzina dziewczyny przeprowadziła się z nią w inne miejsce, nie informując o tym Carla. Jednak gruźlica postępowała dosyć szybko i po jakimś czasie Elena poczuła się tak źle, że posłano po Tanzlera, który próbował ją leczyć. Podobno przed śmiercią powiedziała do niego "Jestem chora, a więc jedyne co mogę ci zostawić to moje ciało. Zajmiesz się nim, prawda?".

    25 października 1931 roku Elena zmarła. Carl uparł się, żeby postawić ukochanej mauzoleum, do którego codziennie przychodził i "rozmawiał" z dziewczyną. Co więcej, pozwolił rodzinie zmarłej zostawić sobie wszystkie prezenty, które jej dał, pod warunkiem, że będzie mógł zamieszkać w pokoju Eleny i spać w jej łóżku.

    Sytuacja trwa aż do kwietnia 1933 roku, gdy podczas jednej z "rozmów" w mauzoleum Elena w końcu mu odpowiedziała i kazała zabrać swoje ciało z trumny i zawieźć do domu Tanzlera. Po przewiezieniu zwłok okazało się, że były w dramatycznym stanie. W końcu dziewczyna nie żyła od 18 miesięcy...

    Carl postanowił doprowadzić ciało swojej ukochanej do porządku. Kości połączył strunami od fortepianu, oczy zastąpił szklanymi kulkami, skórę wypełniał jedwabiem i szpachlą, wypadające włosy zastąpił peruką, korpus wypychał szmatami, a ciało spryskiwał perfumami. Był bardzo zadowolony z efektów i ciągle rozmawiał z Eleną, która według niego mu odpowiadała. Zaczął spać z nią w jednym łóżku i współżyć (co odkryto dopiero w latach 70.). Wierzył, że pewnego dnia jego ukochana zmartwychwstanie.

    Taka sytuacja trwała przez kolejne 7 lat, aż w 1940 roku zaczęły pojawiać się plotki. Siostra Eleny zażądała otworzenia trumny i pokazania ciała. Carl początkowo trochę kręcił, ale uparta kobieta nie dawała za wygraną i w końcu zaprowadził ją do swojego domu, żeby pokazać swoją ukochaną.

    Kobieta była wstrząśnięta widokiem. Zgłosiła sprawę na policję i 5 października Carl został aresztowany. Media w całym kraju rozpisywały się o tej sprawie. Co ciekawe społeczeństwo było pod wrażeniem tak wielkiej, romantycznej miłości. Tanzler został oskarżony o wykradzenie ciała i zniszczenie grobu (o nekrofilii jeszcze wtedy nie wiedziano), ale już 19 października wyszedł z więzienia.

    Po wszystkim zamieszkał ze swoją siostrą. Już wcześniej wykonał maskę pośmiertną Eleny, a więc dorobił sobie do niej kukłę dziewczyny i z nią żył. Sprawa była szeroko komentowana w mediach, a więc postanowił zarabiać na sprzedaży masek pośmiertnych ukochanej.

    Ciało Eleny początkowo zostało wystawione w kaplicy kościoła, do której ustawiały się kolejki, żeby zobaczyć "dzieło" Tanzlera. Później pochowano ją w tajnym miejscu, aby Carl nie wykradł zwłok. Na Key West można zwiedzić muzeum, w którym jest wystawa poświęcona Elenie.

    Jeżeli zainteresowała Was ta sprawa, więcej możecie dowiedzieć się na kanale Jaśmin

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    +: rozowy_dzban, C.........s +1407 innych
  •  

    Omayra Sánchez - twarz tragedii tysięcy ludzi

    Poniższe zdjęcie ma już 33 lata, a więc pewnie spora część z Was je widziała. Jednak historia jest dosyć ciekawa, a więc jeżeli ktoś jej nie zna, zapraszam do czytania.

    13 listopada 1985 roku w Kolumbii wybuchł wulkan Navada del Ruiz. Lawiny błotne dotarły nawet 100 km od miejsca erupcji, pokrywa błota sięgała w niektórych miejscach 50 m, a śmierć poniosło 28.700 osób. Niektóre części kraju zostały odcięte od świata. To właśnie wtedy Frank Fournier wykonał niesamowite zdjęcie trzynastoletniej dziewczynce.

    Fotografia przedstawia spokojną nastolatkę o czarnych, nabiegłych krwią oczach, patrzącą prosto w obiektyw. Uwagę przykuwają jej dłonie, pomarszczone i napęczniałe od wody. W chwili wykonywania zdjęcia było już jasne, że dziewczynce pozostało kilka godzin życia.

    Omayra Sánchez została uwięziona po szyję w wodzie, ponieważ jedna z jej nóg była przygnieciona konstrukcją budynku. Początkowo sama próbowała się uwolnić, ale bezskutecznie. Później siłą próbowano ją wyszarpać spod budynku, czemu towarzyszyły krzyki bólu dziewczyny, jednak obawiano się, że noga urwie się przy pachwinie, a rana zostanie zainfekowana brudną wodą. Omayra umarłaby w męczarniach.

    Ratownicy i Czerwony Krzyż apelowali do władz o wypompowanie wody i udzielenie pomocy, jednak do tego potrzebny był ciężki sprzęt, który nie był dostępny. Dziewczynka przez 60 godzin walczyła o życie w zimnej i brudnej wodzie. Przez większość czasu wierzyła, że zostanie uratowana, rozmawiała i nawet żartowała z wolontariuszami. Jednak przed jej śmiercią nagrano film, na którym żegna się z rodzicami i bratem i mówi, że ich kocha. Omayra zmarła na skutek gangreny i hipotermii.

    Po opublikowaniu zdjęcia rozpoczęła się międzynarodowa debata na temat moralności reporterów. Jak to możliwie, że zdjęcie umierającej dziewczynki obiegło cały świat, a nie było sposobu, żeby jej pomóc? Dzięki fotografii mnóstwo ludzi z całego świata rozpoczęło zbiórkę funduszy na pomoc ofiarom katastrofy. Omayra stała się twarzą tragedii tysięcy osób.

    Informacje o tej historii pochodzą z bloga historiajednejfotografii

    #historieriley #historiajednejfotografii
    pokaż całość

  •  

    Najbrutalniejsze morderstwo w historii

    Poniższy tekst zawiera bardzo drastyczne szczegóły. Mimo, że starałam się opisać tę zbrodnię jak najdelikatniej, myślę, że osoby bardzo wrażliwe i niepełnoletnie powinny odpuścić sobie czytanie i poczekać kilka dni na kolejny wpis. Z kolei osoby, które czują się na siłach zapraszam do czytania. Ta sprawa traktowana jest często jako jakaś miejska legenda, creepypasta czy straszak do opowiadania w nocy przy ognisku, a to przede wszystkim wielki dramat młodej dziewczyny i nie powinno się o tym zapominać.

    Junko Furuta była 18-letnią japońską uczennicą, która przez czterdzieści dni była przetrzymywana, brutalnie torturowana i gwałcona, aż w końcu zmarła na skutek poniesionych obrażeń. W tej sprawie szokujące są opisy okrutnych i wymyślnych sposobów znęcania się dokonanych przez nastoletnich chłopców, ale także fakt, że wiedziało o tym około 100 osób, które nie zrobiły nic, żeby pomóc dziewczynie.

    Junko urodziła się 18 stycznia 1971 roku w japońskim mieście Misato. Jako nastolatka była popularna i ładna, nie pociągał jej alkohol i narkotyki, a po szkole pracowała na część etatu. Zainteresował się nią szkolny łobuz powiązany z Yakuzą, Hiroshi Miyano, jednak Junko odrzuciła jego zaloty. Dotychczas nikt nigdy nie odmówił Hiroshi.

    25 listopada 1988 r. Hiroshi i jego przyjaciel Nobuharu Minato kręcili się po mieście z zamiarem okradania i gwałcenia mieszkanek Misato. Około 20.30 zauważyli wracającą z pracy Junko. Hiroshi kazał swojemu koledze zrzucić dziewczynę z roweru i uciec, a następnie zaoferował nastolatce, że bezpiecznie odprowadzi ją do domu. Zdobył zaufanie Junko tylko po to, aby dwukrotnie zgwałcić ją w pobliskim magazynie i hotelu, gdzie groził jej śmiercią. Następnie zadzwonił z hotelu do Nobuharu, Jō Ogury i Yasushi Watanabe, aby pochwalić się tym co zrobił (cała czwórka miała już na swoim koncie gwałt zbiorowy).

    Około 3 w nocy Hiroshi zabrał Junko do parku, gdzie spotkał się z pozostałą trójką, a następnie wszyscy poszli do domu rodziców Nobuharu. Tam doszło do kolejnego gwałtu. Nastolatkowie zastraszyli dziewczynę mówiąc, że jeżeli spróbuje uciec, Yakuza zabije jej rodzinę.

    27 listopada rodzice Junko zgłosili zaginięcie na policję. Nastolatkowie zmusili ją, aby skontaktowała się z matką i powiedziała, że uciekła z domu, jest bezpieczna i poprosiła, aby policja zamknęła dochodzenie. Początkowo Furuta musiała udawać przed rodzicami Nobuharu, że jest jego dziewczyną. Później jednak, gdy stało się jasne, że państwo Minato i ich drugi syn, mimo że wiedzieli co dzieje się w ich domu, nie zgłoszą sprawy na policję, taki zabieg stał się niepotrzebny. Jak sami zeznali, ich syn był wobec nich coraz bardziej gwałtowny i bali się odwetu ze strony Yakuzy.

    Przez 40 dni Junko była gwałcona i torturowana przez czwórkę nastolatków i dziesiątki ich przyjaciół z Yakuzy. Przez ten czas ponad 400 razy zgwałcili dziewczynę, bili ją i głodzili, przyczepiali jej ciało do sufitu i traktowali jak worek treningowy, przypalali miejsca intymne Junko papierosami i zapalniczkami, wprowadzali do jej pochwy i odbytu różne ciała obce (w tym petardy i gorące żarówki), obcinali sutki i przebijali piersi igłami, zmuszali do jedzenia swoich odchodów i picia moczu… Niestety lista niewyobrażalnych tortur dziewczyny jest o wiele dłuższa.

    Jeden z gwałcicieli (nienależący do czwórki porywaczy) opowiedział swojemu bratu o całej historii, a ten skontaktował się z policją. Dwóch funkcjonariuszy zostało wysłanych do domu rodziny Minato, jednak poinformowano ich, że w środku nie ma dziewczyny, ale mogą się rozejrzeć. Policjanci uznali te słowa za wystarczający dowód na to, że Junko nie ma w środku i powiedzieli, że nie ma takiej potrzeby. Gdyby wykonali swoją pracę z odpowiednią starannością, dziewczyna zostałaby uwolniona po 16 dniach tortur i najprawdopodobniej przeżyłaby. Później owi funkcjonariusze zostali za to wyrzuceni z policji.

    Na początku grudnia dziewczyna sama próbowała zadzwonić na policję, jednak Hiroshi nakrył ją zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Za karę oblał jej stopy i nogi benzyną, a następnie podpalił oraz wepchnął jej dużą butelkę do odbytu.

    Furuta wielokrotnie prosiła swoich prześladowców, aby skrócili jej męki i po prostu zabili, jednak sadyści nie zgadzali się. Zmuszali ją za to do spania na balkonie (była zima) i zamykali ją w zamrażarce. Junko wciąż była brutalnie bita i gwałcona. Dziewczyna w końcu straciła panowanie nad pęcherzem i jelitami, przy każdej próbie jedzenia czy picia wymiotowała, co jeszcze bardziej rozwścieczało chłopaków, którzy za karę częściej ją bili. Była tak okaleczona i opuchnięta, że nie można było jej poznać, a jej ciało wydzielało gnijący zapach. Dopiero wtedy przestała interesować seksualnie nastolatków, którzy w tamtym czasie zgwałcili grupowo 19-latkę wracającą do domu.

    4 stycznia 1989 roku czwórka pobiła Furutę żelazną sztangą, kopała ją, powieki dziewczyny przypalała gorącym woskiem, a na brzuch rzucano jej żelazną piłkę do ćwiczeń. Na koniec polali uda, ramiona, twarz i brzuch Junko benzyną, a następnie podpalili. Dziewczyna początkowo próbowała ugasić ogień, ale na skutek obrażeń w końcu zmarła.

    Około doby po śmierci nastolatkowie owinęli jej ciało kocami i wepchnęli do torby podróżnej. Następnie umieścili jej ciało w bębnie o pojemności 200 litrów, który zalali cementem. Około 20.00 wyrzucili bęben na odludziu.

    23 stycznia 1989 roku Hiroshi i Jō zostali aresztowani za gwałt na 19-latce, którego dopuścili się w grudniu. Policjanci znaleźli w domu Miyano damską bieliznę i sądzili, że należała do tamtej dziewczyny. Podczas przesłuchania 29 marca jeden z oficerów zasugerował Hiroshiemu, że jego kolega przyznał się do morderstwa, a ten zamiast o 19-latce pomyślał o Junko i powiedział, gdzie można znaleźć jej ciało. Zaskoczona policja następnego dnia znalazła bęben z ciałem Furuty.

    Mimo, że zbrodnia, której dokonało czterech nastolatków jest wyjątkowo wstrząsająca, sąd uznał, że w chwili popełnienia przestępstwa byli nieletni i utajnił ich personalia. Jednak dziennikarze dotarli do tych danych i opublikowali je pisząc, że „bestie nie zasługują na prawo do anonimowości”. Wszystkich czterech oskarżono o „popełnienie obrażeń ciała, które doprowadziły do śmierci”, a nie o zabójstwo.

    18-letni (w chwili popełnienia przestępstwa) przywódca nastolatków, Hiroshi Miyano, został skazany na 20 lat więzienia. Podobno jego matka wysłała rodzicom Junko 50 milionów jenów (425 tysięcy dolarów). W 2013 roku Hiroshi został ponownie aresztowany za oszustwo, jednak dowody nie były wystarczające, aby go skazać.

    16-letni Nobuharu Minato otrzymał wyrok w wysokości od 5 do 9 lat pozbawienia wolności. Jego rodzice i brat, w których domu przetrzymywano i torturowano dziewczynę, nie zostali oskarżeni o współudział, jednak rodzice Junko wytoczyli przeciwko nim pozew cywilny, który wygrali. Po wyjściu z więzienia Nobuharu zamieszkał z matką i od tego czasu nie pracował.

    Wyrok 17-letniego Yasushi Watanabe wynosił od 5 do 7 lat więzienia. Po wyjściu poślubił Rumunkę.

    17-letni Jō Ogura został skazany na 8 lat więzienia dla nieletnich. Po wyjściu chwalił się swoją rolą w porwaniu, gwałceniu i torturowaniu Furuty. W 2004 roku został skazany na 7 lat więzienia za napaść na swoim znajomym. Matka Ogury podobno zniszczyła grób Junko, twierdząc, że zrujnowała życie jej syna, a sam Jō roztrwonił majątek swojego ojca.

    Wyroki za najbrutalniejsze morderstwo w historii były tak niskie, ponieważ nastolatków chroniły przepisy dla nieletnich. Gdyby zbrodnia została popełniona kilka lat później Hiroshi prawdopodobnie zostałby skazany na karę śmierci, a jego towarzysze na dożywocie. Podczas procesu sądowego jeden z widzów zemdlał po usłyszeniu szczegółów gwałtów i tortur. Matka Junko przeszła załamanie nerwowe.

    pokaż spoiler Nie wiem dlaczego wyroki podane są w przedziale od-do. Czy to normalna praktyka w Japonii? Jeżeli ktoś wie, proszę o komentarz.


    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: i1.wp.com

    •  

      @riley24: przeczytam sobie to jutro ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      dziś chcę pospać
      generalnie domyślam się co znajduje się w artykule bo kiedys czytałem o pewnych pojebach (na koncu zabetonowali zwloki i wrzucili do oceanu chyba)

    •  

      @riley24: zawsze uważałem ,że japońcy to pojeby...

      czytałem o tym morderstwie wcześniej i o wojnie japońsko-chińskiej
      to co te żółtki wyprawiały z chińczykami to przechodzi ludzkie pojęcie..

      w ogóle zawsze zastanawia mnie co kieruje ludźmi tak znęcającymi się nad innymi, dlaczego zanikła u nich empatia,
      przykłady - banderowcy, japońskie wojsko, niemcy (39)

      Bogu dziękuje ,że wychowałem się w takiej kulturzurze takiej jakiej się wychowałem i na naszym kraju nie ciążą żadne czystki etniczne (poza paroma indywiduami)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (157)

  •  

    Morderstwa na Kurzej Farmie

    Historia zaginięcia i prawdopodobnego zabójstwa Waltera Collinsa stała się inspiracją dla świetnego filmu "Oszukana" z Angeliną Jolie. Film jednak skupia się głównie na dramacie matki i niekompetencji policji, a same zabójstwa dokonane przez Gordona Northcotta potraktowane są trochę po macoszemu.

    Wszystko zaczęło się 10 marca 1928 roku w Los Angeles. Christine Collins, która samotnie wychowywała 9-letniego Waltera (ojciec odsiadywał wyrok), zostawiła rano chłopca samego i poszła do pracy. Jednak, gdy wróciła dziecka już nie było. Policja rozpoczęła poszukiwania na wielką skalę, a sprawa była szeroko komentowana medialnie. Warto wspomnieć, że policja nie miała w tamtym czasie najlepszej prasy i chciała wykazać się szybkim odnalezieniem chłopca, tym bardziej, że każdy ich błąd był natychmiast podnoszony w mediach.

    Po kilku miesiącach "Waltera" odnaleziono w stanie Illinois. Mnóstwo reporterów przybyło, aby sfotografować spotkanie matki i odnalezionego chłopca, jednak po zobaczeniu dziecka Christine od razu oświadczyła, że to nie jest jej syn. Policja chcąc uniknąć skandalu zmusiła kobietę, aby wzięła go do domu. Wmawiali jej, że to na pewno Walter i po prostu jest w szoku. Christine była jednak pewna swego. Chciała, żeby policja nie zaprzestała poszukiwań jej syna i po kilku tygodniach oddała "Waltera" policjantom wraz z oświadczeniem od lekarza i znajomych, że to nie jej syn. Funkcjonariusze uznali ją za niezrównoważoną i na tydzień zamknęli w szpitalu psychiatrycznym. Później okazało się, że Christine miała rację i odnaleziony chłopiec był tak naprawdę 12-latkiem, który podawał się za Waltera, żeby pojechać do Hollywood i spotkać się z gwiazdą westernów, Tomem Mixem. Chłopiec został odebrany przez swoją macochę.

    Próbując odnaleźć Waltera policja natrafiła na ślad małej, podupadłej farmy drobiu w Wineville, niedaleko Los Angeles. Jak się okazało mieszkał na niej seryjny morderca i pedofil Gordon Northcott.

    Gordon urodził się w 1908 roku w Kanadzie. W latach dwudziestych XX wieku przeprowadził się do Wineville, gdzie zamieszkał na farmie drobiu wraz ze swoją matką Sarah i 13-letnim Stanfordem Clarkiem (w zależności od źródeł był jego kuzynem lub siostrzeńcem), oddanym mu pod opiekę przez rodziców.

    Nastolatek od samego początku był zastraszany i molestowany przez swojego wuja. Northcott zmuszał go do wabienia dzieci do samochodu, pod pretekstem pomocy w pracy na farmie (gdy dzieciaki widziały w samochodzie inne dziecko chętniej wsiadały niż gdyby w aucie był sam Gordon). Byli to głównie meksykańscy chłopcy, których gwałcił i odwoził z powrotem. Podobno niektórzy z nich byli gwałceni przez innych mężczyzn, ale nikogo nie oskarżono. Jednak część z porwanych dzieci była przetrzymywana w klatkach i mordowana siekierą. Stanford mówił o czterech zabójstwach (w tym dwóch, które był zmuszony popełnić sam), a Gordon o pięciu, jednak spekulowano, że ofiarami mogło stać się nawet 20 chłopców.

    Gordon miał porwać także Waltera Collinsa, którego początkowo chciał wypuścić po dokonaniu na nim gwałtu. Niestety Walter kojarzył Northcotta ze sklepu, w którym robił z matką zakupy, a więc istniała obawa, że pedofil zostanie rozpoznany. Matka Gordona wymyśliła, że wszyscy troje (wraz ze Stanfordem) powinni zamordować chłopca, ponieważ wtedy nikt z nich nigdy nie wyjawi co zaszło. Sarah wiedziała o działalności syna, a nawet pomagała mu w zabójstwach i ukrywaniu zwłok.

    Być może działalność Northcotta trwałaby jeszcze wiele lat, gdyby nie starsza siostra Stanforda, która przyjechała do brata na wakacje z Kanady. Brat powiedział jej, że boi się o swoje życie i był zmuszany do udziału w zabójstwach, a dziewczyna po powrocie do kraju powiadomiła policję. Gdy Gordon i Sarah dowiedzieli się, że są poszukiwani wywieźli szczątki zwłok zamordowanych chłopców na pustynię i zaczęli się ukrywać, jednak policja szybko ich odnalazła. Stanford od początku współpracował ze stróżami prawa.

    Policja przeszukała farmę, jednak w kilku płytkich grobach przy domu odnaleziono szczątki tylko trzech ciał (Lewisa i Nelsona Winslow oraz bezgłowego Meksykanina, którego nigdy nie udało się zidentyfikować). Nie było wśród nich Waltera Collinsa, ale Sarah podczas procesu przyznała się do zamordowania 9-latka. Opowiadała też o tym, że Gordon od dziecka był molestowany przez całą rodzinę. Podawała się za jego babkę, opowiadała historie o tym, że jej syn/wnuk jest owocem kazirodczego związku, a innym razem, że jest synem brytyjskiego szlachcica... Innymi słowy była obłąkana. Została skazana na dożywocie, jednak zwolniono ją po 12 latach więzienia. Zmarła w 1944 roku.

    Gordon Northcott został skazany na śmierć przez powieszenie, a wyrok został wykonany w 1930 roku. Przed śmiercią chciał porozmawiać z Christine i inną matką, żeby opowiedzieć im całą prawdę o ich zamordowanych synach. Podczas spotkania jednak pastwił się nad kobietami mówiąc, że jest niewinny i nigdy nie widział ich synów.

    Stanford Clark został umieszczony w programie resocjalizacyjnym, gdzie miał spędzić 5 lat. Chłopak jednak bardzo się starał, mimo udziału w morderstwach również był ofiarą Gordona, i po dwóch latach wyszedł z ośrodka. Po wojnie przez wiele lat pracował jako pracownik pocztowy, ożenił się i miał dzieci.

    Christine Collins wygrała sprawę sądową przeciwko policjantowi, który umieścił ją w szpitalu psychiatrycznym, jednak funkcjonariusz nigdy nie zapłacił jej zasądzonej kwoty. Po zakończeniu procesu używała różnych pseudonimów i trzymała się z dala od mediów. Zmarła w wieku 75 lat i do końca życia wierzyła, że jej syn żyje.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: 78.media.tumblr.com 18+

    +: D......t, evolusin +1352 innych
  •  

    Tajemnicze zaginięcie i śmierć Lisanne Froon i Kris Kremers

    Sprawa dwóch Holenderek, które w 2014 roku zaginęły i zmarły w Panamie do dziś jest pełna kontrowersji. Nie wiadomo dlaczego zniknęły i jaka była przyczyna śmierci, jest za to mnóstwo niewiadomych i niepasujących do siebie elementów.

    Lisanne i Kris były studentkami, współlokatorkami i najlepszymi przyjaciółkami. Chciały zrobić coś dobrego dla świata, a więc postanowiły polecieć do Panamy, żeby uczyć tamtejsze dzieci. Dziewczyny zamieszkały u lokalnej rodziny w Boquete, miejscowości ze sporą liczbą obcokrajowców.

    Na miejscu okazało się, że mogą stawić się do pracy w szkole językowej dopiero po tygodniu. Nie były tym faktem zachwycone, ale postanowiły spędzić ten czas na zwiedzaniu. Opłaciły nawet przewodnika, który miał zabrać je na szlak w dżungli 2 kwietnia.

    Do dzisiaj nie wiadomo co takiego się stało, że 1 kwietnia Holenderki postanowiły jednak same udać się na ten szlak. Nie wiadomo również jak na niego dotarły, ponieważ nie można było dojść tam pieszo. Ktoś musiał je podwieźć, ale nie znaleziono żadnych świadków.

    Mimo tego, że było bardzo wilgotno i upalnie, szlak nie należał do specjalnie trudnych. Dziewczęta dobrze się bawiły i robiły sobie masę zdjęć. Ostatnie z nich zostało zrobione pierwszego kwietnia około godziny 14.00 i to na nim widać je po raz ostatni żywe.

    Jako pierwszy zaniepokoił się opłacony przewodnik, który 2 kwietnia przyszedł spotkać się z dziewczynami. Skontaktował się z rodziną, u której mieszkały, a ta powiedziała, że nie wróciły na noc. Poinformowano policję, która początkowo nie przejęła się tym zaginięciem. Oficjalnie przyjęto zgłoszenie dopiero o 21.00, ale z poszukiwaniami trzeba było poczekać do rana. Wtedy też zaangażowano nawet helikopter, który przeczesywał teren. W nocy 2/3 kwietnia szlak przeszukiwali natomiast okoliczni rolnicy, którzy bardzo dobrze go znali. Nie znaleziono jednak żadnych śladów.

    8 kwietnia do Panamy przylecieli rodzice Lisanne i Kris, razem z holenderskimi policjantami i dwunastoma psami (psy niestety nie mogły pomóc, bo wszelkie ślady były już wtedy zadeptane przez ekipy poszukiwawcze). Już pierwszej nocy, 8/9 kwietnia, rodzice wraz z policją nawoływali dziewczyny przez megafony, puszczali race, oświetlali teren... Robili co w ich mocy, żeby wskazać studentkom kierunek, w którym mają podążać. Spędzili w dżungli pięć nocy z rzędu, ale na nic się to zdało.

    Pierwszy ślad Holenderek znaleziono dopiero 14 czerwca (2,5 miesiąca po zaginięciu). Lokalni rolnicy znaleźli w górze rzeki plecak Lisanne (około 8 godzin drogi od miejsca ostatniego zdjęcia). Natychmiast przekazali go policji. W plecaku znajdowały się ładnie poukładane: pieniądze, okulary przeciwsłoneczne, dwa telefony, przekąski, aparat fotograficzny i dwa staniki.

    Po jakimś czasie znaleziono też jeden but należący do Lisanne i jeden należący do Kris. W jednym z butów znajdowała się stopa. Odnaleziono również kawałek kości biodrowej ze skórą, fragment żeber i inne kawałki kości. Co ciekawe na podstawie jednego z kawałków kości nogi wywnioskowano, że któraś z dziewczyn miała stan zapalny mięśni. Inny fragment natomiast został wyczyszczony do białego za pomocą działania chemicznego. Żadna roślina ani zwierze żyjące na tym terenie nie było w stanie wytworzyć takiej reakcji chemicznej.

    Śledczy przebadali znalezione telefony. Dziewczęta wielokrotnie próbowały połączyć się z numerem 112 i 911, ale w dżungli nie było zasięgu. Pierwsza próba nastąpiła już 1 kwietnia o godzinie 16:30, a jedyne udane połączenie trwało kilka sekund 2 kwietnia. Przez kolejne dni Holenderki co kilka godzin włączały swoje telefony i próbowały wybierać numer alarmowy. Niestety bezskutecznie. Ostatnia próba nastąpiła 11 kwietnia, a później baterie były już wyczerpane.

    Przebadano także zdjęcia z aparatu fotograficznego. Były na nim zdjęcia z wycieczki (ostatnie zrobione 1 kwietnia o 14.00) oraz 80 zdjęć zrobionych w nocy 8/9 kwietnia między 1.00 a 4.00, a więc w pierwszą noc poszukiwań, w które byli zaangażowani rodzice. 77 zdjęć była kompletnie czarna, widać coś tylko na trzech fotografiach. Pierwsze zdjęcie pokazuje rude włosy Kris, drugie położony na skale patyczek z przywiązanymi czerwonymi kawałkami reklamówki, a na trzecim widać ziemię, roślinność i ciemność. Zaczęto spekulować co symbolizować miał patyczek z kawałkami reklamówki. Może był punktem orientacyjnym a może służył do odganiania komarów? Na trzecim zdjęciu niektórzy widzą leżącą postać, ale to tylko domysły.

    To co najbardziej porusza w tej historii to powód zrobienia zdjęć. Najprawdopodobniej dziewczęta próbowały dać znać fleszem ekipie poszukiwawczej, która była mniej niż kilometr od nich. Przypuszczalnie któraś z nich była ranna (lub obie były ranne) i nie mogły ruszyć się z miejsca. Widziały znaki świetlne ekipy poszukiwawczej i być może słyszały nawet swoich rodziców nawołujących przez megafon, jednak nie mogły nic zrobić. Dżungla świetnie tłumi dźwięki, a więc krzyki też na niewiele się zdały...

    W tej historii jest bardzo dużo niewiadomych. Począwszy od tego jak dziewczyny dojechały na szlak i dlaczego wybrały się tam dzień wcześniej niż zaplanowały, a skończywszy na tym co się właściwie stało oraz jak i kiedy zmarły. Dlaczego oprócz dzwonienia na numer alarmowy ani razu nie próbowały skontaktować się z rodziną? Dlaczego nie napisały żadnego listu pożegnalnego, gdy już wiedziały, że to koniec? Dlaczego nie zrobiły innych zdjęć, na przykład swojego obozu? Dlaczego w plecaku odnaleziono przekąski? Skoro telefony znaleziono w środku to zanim straciły plecak musiały przebywać w dżungli od co najmniej 11 dni... Co się stało z kością poddaną działaniu chemicznemu?

    Jedna z teorii mówi o tym, że dziewczęta prawdopodobnie spadły z nasypu skalnego w pobliże rzeki. Na skutek upadku uszkodziły się tak, że nie mogły się przemieszczać, a później dodatkowo chorowały od bakterii, jeżeli piły wodę z rzeki. Pewnego dnia przypuszczalnie spadł duży deszcz i woda wezbrała tak mocno, że nurt porwał Holenderki, które się utopiły. Niestety pewnie nigdy się nie dowiemy jak było naprawdę.

    Więcej na ten temat możecie zobaczyć na kanale Jaśmin

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    +: pawkerson, K..........i +1049 innych
Ładuję kolejną stronę...

Powiązane z #historieriley

Archiwum tagów