Kliknij jeżeli szukasz --> Źródła wpisów

  •  

    Witam serdecznie wszystkich mireczków i mirabelki po długiej przerwie. Dzisiaj startuje z nowym cyklem postów, tak jak kiedyś #iiwojnaswiatowawkolorze

    Zasady takie same jak ostatnio - repostuje wam posty z fb żebyście mogli poczytać na wykopie, bo jest to dużo wygodniejsze, i dowiedzieć się czegoś nowego a być może nawet ciekawego ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Z czasem zobaczymy co nam z tego wyjdzie i jak to będzie wyglądało ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Rzeczywista siła nabywcza obywatela Chile w latach 1967-1977. Pomarańczową linią wskazano okres prezydentury Allende.

    OK, tak więc przechodzimy do tematów około ekonomicznych. Tak, Czytelnicy, nie regulujcie monitora - to najprawdziwsze napieprzanie historycznych cymbałów!

    Będzie długo, ale w miarę jak tekst postępuje język staje się luźniejszy i luźniejszy – tak, żeby się dobrze czytało.

    Geneza tego i nadchodzących wpisów jest taka, że ostatnimi czasy po internecie krążą sobie jakieś śmieszne legendy mówiące o gospodarce Chile. Że wiecie - zły Pinochet totalitarysta rozwalił, a Allende to był człowiek wizjoner, tworzący krainę dobra i powszechnego dobrobytu <3
    I miałem kilka starć na różnych grupach na ten temat. Wypadło mi tyle włosów od raka, jakiego mi niektórzy dostarczyli, że włożyłem je sobie w materiał... i nie muszę teraz iść do Jyska po nową poduszkę :v
    (a że Jysk ma najlepsze poduszki to wy wiedzcie!)

    Skoro już szambo po lewej stronie wybiło, przyjrzyjmy się RZETELNIE tematowi gospodarki Chile, za Allende i Pinocheta, i zadajmy sobie pytanie jak to wyglądało :)
    Czyli spojrzymy na chilijskie kryzysy z lat 1973 oraz 1982 i omówimy je w detalu.

    W niniejszym wpisie - a nie wiem ile mi ich w praktyce wyjdzie, choć wolałbym z tego czynić kompendium, a nie długą serię, także postaram się skrócić - skupimy się na gospodarce mości Allende.

    Wpierw jednak krótki timeline i dramatis personale, a to dla osób nieobeznanych z datownikiem historii Chile, do czego wielu Czytelników ma pełne prawo:
    - Lata 1964-1970: Prezydent Chile Eduardo Frei Montalva - członek Partido Demócrata Cristiano, PDC, czyli chilijskiej partii chadeckiej. Zainicjował wiele reform mających na celu realizację koncepcji chadeckiej solidarności społecznej na luźny wzór RFN, przede wszystkim limitowaną reformę rolną oraz ograniczoną reformę nacjonalizacji uniwersytetów;
    - Lata 1970-1973: Prezydent Chile Salvador Allende - członek i przywódca Partido Socialista de Chile, tudzież PS. Obok PS działało też PCCh, czyli Partido Comunista de Chile. PCCh razem z PS tworzyły w 1970 roku blok koalicyjny zwany Unidad Popular, czyli luźno tłumacząc Front Ludowy (a jakże!);
    - Lata 1973-1990: w Chile rządzi Augusto Pinochet. Nie nazywam go prezydentem, bo Pinochet nie od początku nosił ten tytuł, jednakże ta seria nie jest jego biografią i pominiemy ten detal. W każdym razie facet rządził Chile. Notabene Pinochet wbrew bardzo dobrym memom nie wyrzucał ludzi ze śmigłowców. To robiła głównie junta argentyńska (ta która zesrała się potem na Falklandach). Pinochet preferował tzw. Konwoje Śmierci, które kulturalnie pozwalały rodzinom pochować swoich socjalistów, gdyż konwoje te wyrzucały zwłoki przy drogach, wobec czego dało się je znaleźć (bo helikoptery wyrzucały je nad Andami).

    Pilnujcie powyższych dat, bo są one dość ważne.
    A tymczasem bez dalszego tracenia czasu przyjrzyjmy się ekonomicznej stronie prezydentury Allende, którą brutalnie ukrócił pucz Pinocheta z drugiej połowy 1973 roku.

    GDY LUDZIE ZNÓW PRÓBUJĄ BRONIĆ CZERWONYCH, CZYLI KRÓTKI RYS HISTORII EKONOMII CHILE - CZĘŚĆ 1 - ALLENDE

    Generalnie wiele osób mówi, że Allende to był taki - patrząc na nasz standard polski - taki jakby Razemek. Czy aby na pewno?
    W 1970 roku Unidad Popular wygrał wybory. Co ciekawe, w pewnym sensie mniejszościowo. Nie spodziewając się nadchodzącej patologii, w swojej ironii zresztą, Unidad Popular otrzymał propozycję stworzenia wspólnej koalicji z... tak, PDC, czyli partią chrześcijańską dotychczasowego prezydenta Montalvy, o którym historia mówi raczej ciepło. Motyw wziął się stąd, że Allende wielokrotnie potwierdzał, iż reformy Montalvy będą... kontynuowane.
    Motyw był o tyle ważny, że według ówczesnej konstytucji Chile wybór prezydenta przebiegał dość zabawnie. Dwójka kandydatów z największą ilością głosów stawała przed tzw. Kongresem Narodowym (czyli czymś w rodzaju naszego Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu obradującego razem), a Kongres wybierał we własnej procedurze który z kandydatów zostanie prezydentem. Innymi słowy, wybory nie były w pełni powszechne.
    Kongres miał uzasadnione wątpliwości co do "poczytalności" Allende, albowiem Allende był już w 1970 roku znany ze swojego sążnistego lewoskrętu. Bynajmniej Allende nie był też piewcą demokratycznego socjalizmu jak się mówi powszechnie. Facet po prostu nie miał dość siły, żeby podjąć się próby likwidacji parlamentu. Mimo wszystko jego agenda przewidywała siłowe wywłaszczenie majątku od osób bogatych i rozdysponowanie go między biednych, głównie chłopów produkcyjnych, zwanych campesinos.

    Allende ostatecznie został prezydentem. Kongres Narodowy wybrał go po tym, gdy Allende podpisał tzw. kartę swobód konstytucyjnych. Dość specyficznym oświadczeniem owa karta była, a mówiła zasadniczo, że Allende bardzo się postara nie rozwalić systemu (w tym gospodarczego kraju). Ostatecznie poparli go też chrześcijańscy ludzie Montalvy, otrzymawszy gwarancje kontynuowania reformy ziemskiej.

    Allende krótko po objęciu władzy ogłosił… a jakże, chilijską drogę do socjalizmu :D Facet zresztą wcale się z tym nie krył. W wywiadzie-rzece z 1970 prowadzonym z dziennikarzem Regisem Debreay, Allende powiedział iż:
    „Pytanie brzmi: kto wykorzystuje kogo? W każdym przypadku, odpowiedzią właściwą jest: proletariat. (…) Pracuję dla socjalizmu i poprzez wdrażanie socjalizmu.
    Zresztą, w tym samym wywiadzie:
    „Jako iż [Chile], na ten moment, pozostaje państwem burżuazyjnym, poszukujemy ścieżek, by stan ten zniszczyć, obalić. Naszym ostatecznym celem jest pełen, kanoniczny, naukowy marksizm.”

    Ogólnie to naprawdę nie wiem jak można Allende postrzegać jako demokratę o „lewicowym czy socjalistycznym odchyleniu”. Bo do pełnego kompletu to facetowi brakowało tylko czerwonej twarzy. Zresztą o Putinie Prezydent Reagan powiedział kiedyś, że jak patrzy się na Putina, to na jego czole widzi trzy litery: KGB. To samo można było powiedzieć o Allende. Detale znajdują się w moskiewskich archiwach, a Rosja do dnia dzisiejszego obejmuje te dokumenty szczególną ochroną. Jednakże kilku historyków oraz chilijskich polityków podnosiło w przeszłości argumenty, że Allende w istocie był w istocie współpracownikiem KGB zrekrutowanym jeszcze w latach ’60. Takie stanowisko zajął po latach m. in. „Leonid” Kuźniecow, koordynator komórek KGB w Chile.

    Chcę, żeby to było jasne: nawet jeżeli współpraca Allende z KGB nie jest na 100% potwierdzona (a przypominam, że bardzo ciężko jest tego dowieść bez żadnych wątpliwości, co wynika z charakteru szpiegowskiej pracy), to w 1973 Pinochet nie obalał biednego, demokratycznego prezydenta. Tylko obalał zatwardziałego socjalistę, który w raptem trzy lata zdołał rozkurwić jedno z bogatszych państw Ameryki Południowej.

    To teraz przejdźmy do tematu jak to rozkurwianie wyglądało. Czyli konkretnych działań gospodarczych.

    Ministrem gospodarki pod Allende został Pedro Vuskovic. Vuskovic był rodowitym Chilijczykiem, jego nazwisko to historia jeszcze z samego początku XX wieku, jego rodzina emigrowała z Czarnogóry. Nie, Vuscovic – jak się okazjonalnie słyszy, bo ktoś kiedyś wypuścił głupie hasełko xD – nie był nikim wysłanym przez Josepha Broz Tito do Chile :D
    Facet był w pełni naturalnym Chilijczykiem, skończył uniwersytet państwowy w Antofagaście na kierunkach ekonomicznych i przez długi czas pracował w CEPAL, czyli ciele doradczym ONZ do ekonomicznych spraw Ameryki Środkowej i Południowej. Brzmi racjonalnie.
    Tak przynajmniej wszyscy sądzili :v

    Plan Vuskovicia zakładał w ramach kontynuacji (o pomysłach nowych będzie dalej) rzeczy następujące:
    - Nacjonalizację narodowych złóż miedzi – tu plan kontynuował założenia Montalvy, ale oczywiście je zmienił. Oryginalny plan Montalvy zakładał wykup akcji spółek obcych (głównie amerykańskich) zajmujących się wydobyciem miedzi.
    - Reforma ziemska (rolna) – również kontynuacja koncepcji Montalvy, gdzie ziemia państwowa była wyprzedawano bardzo tanio chłopstwu, a niektóre największe latyfundia częściowo wywłaszczane za odszkodowaniem w celu zwiększenia rentowności poprzez podniesienie poziomu życia najbiedniejszych części wsi.

    Kwestia uznania reform Montalvy za słuszne jest kwestią indywidualną. Generalnie nie można jednak chadekom przypisać braku konsekwencji oraz irracjonalności działania. Istotnie złoża miedzi to dobro narodowe Chile do dnia dzisiejszego. Obcy kapitał kontrolujący te złoża mógł stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa całego kraju. Kapitał ten wygrał zresztą w okresie międzywojnia ze względu na okres chilijskiego dzikiego kapitalizmu, gdzie nikt nie zastanowił się czy aby sprzedaż komu popadnie swoich surowców na pewno będzie w zgodzie z interesem narodowym Chile. Podobnież chilijska wieś była bardzo niewydajna, a w latach’ 60 w skrajnych przypadkach niektórzy campesinos żyli niczym chłopstwo feudalne.

    No, ale oczywiście Allende i Vuskovic popłynęli. Większość przedsiębiorstw miedziowych wywłaszczono ustawą. W sensie od tak, bez sensownego odszkodowania dla tych przedsiębiorstw, no i tak trochę z dnia na dzień. Jak już wcześnie Waszyngton próbował grzebać w tych wyborach bo słusznie przewidywał co Allende odjaniepawli, tak teraz już Chile bardzo szybko zrobiło sobie naturalnego wroga. Wroga, który w 1973 zapewni Pinochetowi wszystkie dane wywiadowcze, by jego przewrót przebiegł prawidłowo

    Podobnież reforma rolna przypominała bardziej tę polską z 1944, a może nawet te reformy z ZSRR. Latyfundystów szybko „rozkułaczono” doprowadzając ich do ruiny i nakładając na nic monstrualne podatki, a ziemię oddano za darmo campesinos. Całą reformę przeprowadzono –w całym kraju – w półtorej (!) roku. Dzięki niej latyfundyści stracili środki do życia (mając jednocześnie jakieś tam know-how), a campesinos uzyskali masę ziemi bez stosownej mechanizacji produkcji. Innymi słowy: jedna chłopska rodzina była teraz tak bogata, że nie mogli wykorzystać swojego potencjału gruntowego, bo w czasie zbiorów zapracowaliby się na śmierć. W okresie siewów w sumie też. Jak nie wierzycie to spróbujcie iść do rolnika w kieleckim. Najpierw sprzedacie cały swój majątek żeby kupić dość nasion, a następnie wy, wasze kobiety (tudzież faceci) oraz dzieci będziecie biegać z taczką po całych hektarach i obsiewać ziemię o różnej charakterystyce. Oj, nie nauczyli was jak rekultywować taką ziemię? Eeee tam, ogarniecie w praktyce. W końcu nie każemy wam jeszcze wyrabiać cegieł po waszym 15-godzinnym dniu pracy :3

    Naturalnie rzeź, jaką uczyniono planom Montalvy, nie przeszła bez echa. W tym momencie chadecy wycofali się z koalicji i zaczęli się przytulać z Partią Nacjonalistyczną, która w przyszłości będzie głównym pionem cywilnym popierającym Pinocheta. Unidad Popular pozostali w mniejszościowym rządzie, lecz Chile nie było krajem (na powyższym przykładzie wyboru prezydenta to widać), gdzie blokowałoby to skuteczne rządy. Większość prerogatyw miał bowiem rząd właśnie i reformy załatwiano, jakbyśmy to w Polsce ujęli, „na rozporządzenia”, z obejściem ustaw. Acz w tamtych czasach parlamentaryzmu światowego zaznaczam, że było to jeszcze dość normalne i nikogo nie zastanawiało.

    No dobra, to Vuskovic i Allende popsuli projekty flagowe. Lecz co było jeszcze?
    - Vuskovic znacjonalizował bez sensownych odszkodowań większość zagranicznych korporacji, zresztą nie tylko amerykańskich. Innymi słowy nacjonalizacja przebiegała tak jak w Polsce krótko po drugiej wojnie
    - Znacjonalizowano także niemal wszystkie banki, w tym te należące do chilijskiego, prywatnego kapitału
    - Wdrożono masowe problemy socjalne połączone z tzw. usztywnianiem cen – i to będzie gwóźdź do trumny

    Notabene, jako ciekawostkę, to trzeba wskazać, że kierunkiem i tempem reform byli zszokowani nawet Komuniści. Sekretarz generalny PCCh, Luis Corvalan, próbował przekonać Allende do… zwolnienia reform celem odzyskania koalicji z chadekami i nawet rozmawiał w 1971 w tym celu z Montalvą :D W sensie nie regulujcie odbiorników: komunista próbował się dogadać pomimo naciskania na rozwiązanie parlamentu i powołanie Rad Robotniczych/Chłopskich w jego miejsce, podczas gdy lżejszy socjalista Allende jechał bez trzymanki.

    I teraz co nieco o tych reformach społecznych. Vuskovic przede wszystkim wprowadził znaczny wzrost minimalnej pensji krajowej. Naturalnie podniosło to jak cholera koszty pracy. Rozszerzono też mocno składki na wszelkie formy ubezpieczeń społecznych. Przymusowo objęto wszystkich – od campesinos po małych przedsiębiorców – drakońskimi składkami na ubezpieczenie społeczne.

    Stało się oczywiście to, co zwykle dzieje się przy wzroście płacy minimalnej. Wzrosły ceny produktów. Innymi słowy: jak minimalna wzrosła o ok. 60% (bo taka była to mniej więcej cyfra), to ceny np. chleba czy mleka rosły analogicznie. Wolny rynek próbował się dostosować do panujących warunków.

    Wobec tego w 1972 Allende zamroził ceny żywności :3 Czyli że jak mleko kosztowało np. 5 pesos, to tak miało zostać, mimo że cena mleka rosła wobec płac i powinna wynosić ok. 12 pesos. Czyli każdy producent mleka (czytaj: chłop po reformie rolnej, bo kto inny, sprzedający je przedsiębiorcy) był stratny na transakcji przykładowe 7 pesos. Czyli ubożał.

    Wolny rynek walczył dalej. Zamrożenie cen wygenerował kosmiczny wzrost obrotu na czarnym rynku, gdzie handlować można było po prawdziwych cenach. Z takich transakcji nikt się nie rozliczał, a więc państwo nie miało z nich opodatkowania. W efekcie okazało się, że Chile nie ma dostatecznych wpływów do budżetu, by utrzymać programy socjalne, zwłaszcza wspomnianą służbę zdrowia i dopłaty pensji znacjonalizowanych fabryk. W samym tylko sierpniu 1972 cena mleka podskoczyła o 120%. W warunkach polskich: 1 sierpnia za mleko płacicie 3 złote, 30 sierpnia już 6,40 złotych. Naturalnie wypłatę macie co miesiąc, więc wasza wypłata jest całkowicie nieprzystosowana do wzrostu cen. W efekcie kurewsko biedniejecie dosłownie z dnia na dzień.

    Co wtedy robi państwo? Wycofuje się z reform!
    Nie no, co wy, robię sobie z was jaja, drodzy Czytelnicy :D
    Drukuje pieniądze, a jak :D

    A drukowanie pieniędzy nie polepsza bytu społeczeństwa, gdyż pieniądze te mają zerowe pokrycie w rzeczywistej wartości. To tylko papier. Wtedy rynek ustala w sposób dorozumiany ile ten papier bez pokrycia jest wart. A jak to się nazywa? Inflacja!

    Chile miało generalnie problem z inflacją już za Montalvy. Inflacja pesos uderzała nawet w ok. 20% w skali roku, co było zjawiskiem dość niebezpiecznym. To tak jakby wasza złotówka za rok była warta 80 groszy. Wasze oszczędności w banku po roku z 10 tysięcy warte były 8 tysięcy, i tak dalej.

    Za Vuskovicia inflacja Chile wyglądał tak paskudnie, że roczna inflacja przekroczyła w 1972 roku 108% (w przeciągu jednego roku wartość złotówki maleje, tracicie połowę waszego dorobku życiowego odłożonego w walucie), a w 1973 roku, kiedy Allende spadał już z rowerka, osiągnęła ponad 500% rocznie. W tym momencie typowa polska prosperująca rodzina z klasy średniej nie jest w stanie kupić jedzenia na święta. Przy okazji – jest to już hiperinflacja. Wtedy wprowadza się dewaluację pieniądza i dramatycznie ogranicza wydatki budżetowe.

    A, co do wydatków budżetowych: tu była trochę dupa, bo nacjonalizacja przemysłu miedziowego doprowadziła do światowego tąpnięcia cenami miedzy, które spadły o ponad 50% w okresie Allende. A Chile jest jednym z większych światowych eksporterów tego surowca. W efekcie przychody państwowe ze znacjonalizowanego kruszcu poleciały w dół i połączone z drukowaniem pieniędzy doprowadziły do niewypłacalności systemu socjalnego, zwłaszcza upadku służby zdrowia. W 1973 roku Chilijczycy leczyli się na wsi znów u znachorów, bo wszelkie kliniki zdążyły się rozpaść po półtorej roku pracy.

    Cudowna reforma socjalistyczna Vuskovicia i Allende zostały opisane na początku lat ’90 w literaturze ekonomii jako tzw. makroekonomiczny populizm. Mechanizm działa w ten sposób, że podzielony jest na cztery fazy:
    Faza 1: nagły i zdecydowany wzrost wydatkowania środków publicznych na cele publiczne. Rezerwy narodowe drastycznie opadają, jednak mają jeszcze pokrycie w wartości tych rezerw (np. w złocie). W efekcie Faza 1 jest piękna: płące rosną, ceny stoją w miejscu, ucieczka przedsiębiorców jest niezauważalna bo nadrabiamy ją importem zagranicznym ze środków państwowych. Wszyscy są zadowoleni :3 Istotnie, rok 1970, a więc początek rządów Allende, to wzrost bogactwa typowego mieszkańca o kilkanaście procent i zwiększony obrót gospodarczy. Ale to tylko iluzja.
    Faza 2: Rynek orientuje się, że państwo zaczyna jechać na obietnicach bez pokrycia w gotówce. Ceny towarów rosną i zaczynają, dostosowując się wzrostu płac. Inflacja zaczyna rosnąć wobec wzrostu deficytu budżetowego, czyli teoretycznego zadłużenia państwa dotychczas pokrywającego wszystkie straty. Innymi słowy: kończą się pieniążki.
    Faza 3: Inflacja zaczyna rosnąć ponad racjonalną kontrolę. Państwo wprowadza sterowanie cenami, które tworzy czarny rynek i zmniejsza przychody państwa. Wchodzimy w hiperinflację. Państwo biednieje nie tylko przez inflację, ale także przez wyłączenie dochodu, który teraz zaczyna być ukryty. Nazywa się to efektem Oliviera-Tanziego i stanowi rodzaj wiru wodnego, bo państwo nawet jeśli próbuje nie jest w stanie odbudować swojej rezerwy finansowej.
    Faza 4: Pojawia się nowy rząd (xD). Nowy rząd uwala reformy, uwalnia ceny i wprowadza poważną dewaluację pieniądza, tak jak w Polsce na początku lat ’90 (acz my nie przeszliśmy przez efekt Oliviera-Tanziego, polska hiperinflacja wynikała z innych względów, o których długo by pisać. Czego by nie mówić o PRL to nie wjebał nas w taką patologię jak Allende). Po, uwaga, PEWNYM CZASIE, sytuacja się stabilizuje i wszystko wraca do normy. Jednakże zniszczenia zostały dokonane, państwo objęte populizmem jest biedniejsze niż przed całą jazdą bez trzymanki.

    I dokładnie to, drodzy Czytelnicy, zrobiono w Chile.

    Reformy socjalistyczne – i nazywajmy to kurwa po imieniu, socjalistyczne i marksistowskie w swoim znaczeniu – po raz kolejny zakładały, że odebranie bogatym, najlepiej z pouczającym pomachaniem paluszkiem, że to nieładnie być bogatym, stworzyły krótkotrwały efekt dobrobytu na samym początku władzy Salvadora Allende. Częściowo zaś źródłem tego dobrobytu były wcześniej zaczęte reformy chadeków Montalvy. Te zostały jednak zamienione z reform ograniczonych na socjalistyczną politykę wywłaszczeniową. Po raz kolejny wyszło, że sterowanie cenami ma swoje skutki. Gospodarka Chile w 1973 roku rąbnęła jak z przepaści. W 1970 roku rzeczywiste bogactwo robotnika Chile wzrosło o ok. 20%. W grudniu 1973 typowy chilijski robotnik zarabiał już ekwiwalent ok. 30% swojej siły nabywczej z 1969 roku. Innymi słowy: zbiedniał jakby trzykrotnie.

    Tym właśnie, drodzy Czytelnicy, jest reforma Allende. Tfu: socjalisty Allende. Socjalisty i agenta zasranego ZSRR.

    Warto wspomnieć, że już w 1972 roku Allende jak próbował (poza drukowaniem hajsu) ratować sytuację? No a jak: dzwoniąc do Moskwy i prosząc o dostawy podstawowych dóbr w ramach socjalistycznej, bratniej pomocy. Owa pomoc zaczęła szybko przypominać pomoc humanitarną. I tak niewydajna gospodarka ZSRR próbowała wywiązać się z zobowiązania wysyłając między innymi spore statki rybackie, ponad 3 tysiące traktorów, 74 tysiące ton pszenicy oraz ponad milion puszek mleka kondensowanego. Była to kropla w morzu potrzeb, a oczywiście centralistyczna gospodarka chilijskiej drogi do socjalizmu nieskutecznie zarządzała tymi dostawami.

    Przewrót Pinocheta we wrześniu 1973 nie był pierwszy. Pierwszej próby podjęto w ramach „przewrotu czołgistów” (tzw. tanquezano), który jednakże jeszcze udało się stłumić. Zrozumcie jednak jedną rzecz: Pinochet w 1973 roku obalał w pierwszej kolejności nie Prezydenta Chile, tylko socjalistę i debila, który w 3 lata zdołał narobić więcej szkód niż chyba wszystkie wojny w historii tego kraju. Kryzys z 1973 roku jest w STU PROCENTACH winą socjalistycznej polityki Allende i Vuskovicia.

    W tym miejscu warto wskazać, że upadku nie da się powstrzymać z dnia na dzień. Cymbały historyczne mają tendencję do mówienia, że najgorzej było w grudniu 1973, a Pinochet rządził od września 1973. W efekcie to… Pinochet jest skutkiem tąpnięcia gospodarki :D

    Jest to tak wielka bzdura, że aż nie wiem jak się do niej odnieść. Bo jednymi z pierwszych reform podjętych przez juntę Pinocheta (kiedy zresztą Pinochet nie był jej głównym liderem) była próba odwrócenia całej tej kabały. Dziwnym trafem po uwaleniu większości reform albo obietnicy ich uwalenia, już w pierwszym kwartale 1974 wszelkie wskaźniki chilijskiego dobrobytu rosną.

    A więc powtórzę jeszcze raz, gdyby nie było mnie słychać: gospodarki Chile w 1973 roku nie rozkurwił Pinochet. Rozkurwił ją Allende i socjalizm. W dowolnej kolejności. Ludzie twierdzący inaczej mogą też wymyślić sobie jakąś nową, głupią religię, albowiem wierzą w bajki, a nie dysponują podstawową umiejętnością interpretacji faktów :)

    Mimo wszystko Pinochetowi można przypisać jak najbardziej kryzys z 1982. Kryzys ten był poważny, choć ani trochę tak gospodarczo morderczy jak rządy czerwonego Allende. Kryzys ten był ciekawy w swojej genezie. Lecz nim zajmiemy się w drugim wpisie, bo ten i tak jest już rekordowo długi.

    Cdn...

    /MK

    PS: To musi być dopisane, choć to taki trochę komentarz polityczny. Elementy polityki Allende, zwłaszcza wymuszanie wzrostu minimalnej i (na ten moment) zapowiedzi zamrożenia cen w jakiejś formie cechują od kilku lat rządy PiS, choć reformy są mniej radykalne i ograniczone unijnymi wymogami gospodarczymi wspólnego rynku. Warto o tym pamiętać i mieć to na uwadze, zwłaszcza pod względem skutków takiej polityki.

    #kapitalizm #komunizm #chile #historia #ekonomia

    Autor postu: Historia i wojskowość - wszystko, czego mógłbyś nie wiedzieć

    Zakładam nowy tag - można obserwować #historiaiwojskowosc
    pokaż całość

    źródło: 79479760_2857127534311981_6785868557528858624_o.png

  •  

    Zgodnie z prośbą autora jest to ostatni post jaki wrzucam na wykop, aż do odwołania.
    Jeżeli ktoś chce być na bieżąco zapraszam --> II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Wiecie co.

    Niewątpliwym plusem ostatniego wzrostu na stronie jest oczywiście sam wzrost: więcej reakcji, komentarzy, udostępnień. Cieszy mnie to bardzo.

    Ale zwykła statystyka jest nieubłagana i widzę, że im więcej ludzi na stronie, tym więcej, pardon moi, debili. Jest to zrozumiałe.

    I jak tak czytam komentarze ludzi w wieku ponad 50 lat, albo tych z patriotycznymi nakładkami na profilowe, względnie jakichś nawiedzonych komuchów (tych jest na szczęście bardzo mało), to jestem zdania, że dyskusja historyczne w Polsce jest po prostu upośledzona. W tym miejscu tęsknię do zamkniętych for, gdzie troglodyci, mający problem ze złożeniem poprawnego gramatycznie zdania byli po prostu na wejściu blokowani na okres 500 lat (sam osobiście takie bany nakładałem), bo liczyła się jakość dyskusji: argumenty, źródła, refleksje, a nie sofizmaty, wyzwiska i badanie pochodzenia etnicznego adwersarzy. Szczęśliwie były to czasy bez tych dzieci z wykopów, akapów i innego badziewia, wsadzających w każdą wypowiedź ''XDDDD''.

    Bardzo dobrym przykładem był post o włoskich czołgistach, albo o Kozakach z Wehrmachtu, gdzie w komentarzach po prostu wylało szambo sfrustrowanych ludzi, którzy uważają, że w II WŚ był podział na ''dobro-zło'' i że złem tym oczywiście była III Rzesza i wszyscy ją wspierający.

    Naszła mnie refleksja, że u nas panuje nie tylko bardzo emocjonalne pojmowanie historii (wręcz bardzo osobiste), ale też uważa się powszechnie, że każdy może zabrać głos na dany temat, chociaż nie ma o nim bladego pojęcia. Odnoszę wrażenie, że dla niektórych jakiekolwiek pozytywne napisanie już nawet nie o samych Niemcach, ale o ich sojusznikach, jest traktowane jako relatywizacja zła III Rzeszy, negowanie Holocaustu i obrażanie ofiar Niemców, nie wspominając o osobistej urazie. Jakby wojna nie skończyła się 75 lat temu, tylko 5 lat temu.

    Dla mnie personalnie jest to obrzydliwe, że można przymykać oczy, a nawet pochwalać zbrodnie wojenne na cywilach - w tym kobietach i dzieciach - tylko dlatego, że ich jacyś rodacy gdzieś kiedyś dopuścili się zbrodni wojennej.

    Czy przypadkiem stosowanie odpowiedzialności zbiorowej i rozciąganie jej na rodziny i znajomych nie było hitlerowską praktyką? Czy to przypadkiem nie Niemcy rozstrzeliwali całe wsie za to, że niemiecki żołnierz został w pobliżu tychże wsi zabity?

    Gdzie w tym jest kręgosłup moralny i jakaś ludzka przyzwoitość, nakazująca potępić zło, niezależnie od tego, kto się go dopuścił?

    Już nie wspominam o tym, że podział na ''dobro-zło'' w kontekście II WŚ jest ułomny, bo po stronie tych rzekomo ''dobrych'' mamy takie kraje, jak Jugosławia i jej tysiące pomordowanych (Tito i czetnicy - zamurowywanie żywcem, topienie, głodzenie na śmierć, rozstrzeliwania, zakopywanie żywcem), Chiny i ich miliony pomordowanych (3 miliony wskutek samego poboru, milion utopionych po wysadzeniu tam na Rzece Żółtej), Wlk. Brytania i jej miliony ofiar w Indiach, Francja i jej rozmaite zbrodnie (począwszy od marocchinate, poprzez okupację Niemiec, kończąc na masakrach algierskiej ludności), nie wspominając o ZSRR, który w ludobójstwie przewyższał całą Oś razem wziętą. Nie oczekuję jednak, że takie ''niuanse'' zrozumieją ludzie, którzy o II WŚ co najwyżej czytali w podręcznikach szkolnych (a i to nie jest pewne), a którzy bardzo chętnie wyzywają mnie od ''nazistów'', albo mówią, że jestem niedouczony.

    Może ktoś mi powie - czy Finlandia, napadnięta podczas II WŚ dwa razy przez ZSRR, walcząca o swoje ziemie, broniąca swojego domu - była w czymkolwiek gorsza od Polski, że należy określać ją mianem ''złej''? A napadnięte przez Sowietów Węgry, ograbiona z ziem Rumunia, okupowane Litwa, Łotwa, Estonia? A co ze zniewolonymi przez Sowietów od 1919 ludami Rosji: Kozakami, Tatarami, Turkmenami, Ormianami, Gruzinami, Białorusinami i plejadą innych narodów, doświadczających wyłącznie niewoli, mordów, tortur, głodu od strony tych rzekomo ''dobrych''? Nawet ci straszliwi Włosi w II WŚ byli odpowiedzialni za raczej niewielkie liczebnie ofiary, a kreuje się ich na jakichś drugich nazistów z Auschwitz (nie zmienia to faktu, że zbrodnie należy potępić - tak włoskie, jak niemieckie, francuskie, brytyjskie, amerykańskie, polskie i inne).

    Każdy naród w II WŚ miał coś za uszami, od prawa do lewa. Mam haki na dosłownie każdy naród biorący aktywnie udział w działaniach wojennych i wiem, że nie było ''czystych'' na tej wojnie.

    Czy narodów nie powinno się rozpatrywać indywidualnie, a nie oceniać ich przez pryzmat tego, z kim byli w sojuszu? Bo równie dobrze Polakom można zarzucać, że byli w sojuszu z XX-wiecznymi barbarzyńcami, łobuzami spod czerwonej szmaty, niemającymi nic wspólnego z cywilizacją ludzką.

    Bo ja już serio nie wiem, czy to w tym kraju jest taki problem z dziadami z PRL i patriopatusami, czy może ja robię coś źle.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61712955_2532487373462698_8857353605334695936_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Wzruszenie mnie ogarnia, gdy widzę to zdjęcie - bo od tego się zaczął wzrost na stronie rok temu.

    Dzisiaj mija 74. rocznica (Post z 1 czerwca - Mleko) pewnego wydarzenia, zasiądźcie więc długo i zatopcie się w opowieści.

    Fani serii filmów o Jamesie Bondzie z pewnością pamiętają „GoldenEye” z 1995 r., gdzie w rolę tytułowego 007 wcielił się Pierce Brosnan. Trudno faktycznie zapomnieć ten film, choćby ze względu na pamiętną scenę prowadzenia przez Bonda czołgu. Jest jednak w tym filmie inna scena warta odnotowania. Moment, kiedy pada słowo „Lienz”, a 007 komentuje ją krótko: „To nie była chwila naszej chwały”.

    Gdy słońce wzeszło nad dolinę Drawy w Austrii pewnego czerwcowego poranka, oświetliło dramatyczne chwile. Rozbiegane tabuny koni, zapłakane kobiety i dzieci, starców zasłaniających się krucyfiksami przed ciosami bagnetów oprawców. Gdyby ktoś zapytał - co się dzieje, odpowiedź nasuwałaby się pewne sama. Oto nieludzcy hitlerowcy, przeklęci esesowcy dręczą swoje ofiary.

    Odpowiedź byłaby błędna.

    Nie wiem, kiedy historia ta ma początek. Może w 1917 roku, gdy wybuchła rewolucja bolszewicka, a przeciw niej ruszyły tysiące ludzi - w tym wojowniczy jeźdźcy o smagłych twarzach, odziani w długie czerkieski i futrzane papachy. Może w XX-leciu międzywojennym, gdy antyludzka ''władza sowiecka” gnębiła i mordowała tych ludzi i ich rodziny i wydała ludobójczy dekret o ich unicestwieniu w 1919 r. Może w 1941 roku, kiedy na ich ziemie przybyły pancerne zagony Wehrmachtu, witane jak wyzwoliciele.

    Wiem, kiedy historia ta się kończy. Wraz z trwaniem wojny Niemcy tworzyli coraz więcej formacji kozackich. Był więc XV. Korpus Kawalerii, dowodzony przez generała von Pannwitza, o którym kiedyś pisałem. Były jednostki formowane ad hoc w ramach armii włoskiej i niemieckiej. Był też Kozacki Stan - coś w rodzaju taboru cywilów, osłanianego przez uzbrojonych mężczyzn. W jego ramach istniał chór wojskowy, instytut żeński, teatr, drukarnie, a nawet muzeum. Nie brakowało urzędników i oczywiście popów - dla głęboko wierzących Kozaków była to ważna kwestia. Wojskowi zorganizowani byli w dwie dywizje piesze, dwa pułki konne, małą grupę pancerną i grupę spadochronowo-snajperską. Dowodził nim wiekowy generał Timofiej Domanow, weteran walk z bolszewickimi hordami już w 1917 roku. Administracyjnie podlegał on wiekowemu już twórcy Republiki Dońskiej, atamanowi Piotrowi Krasnowowi. Stan liczył 31 tysięcy ludzi w 1945 roku. Wraz z klęskami Niemiec przesunięto go do Austrii, w rejon rzeki Drawy - Lienz i Peggetz, gdzie poddał się Brytyjczykom 6 maja 1945 r. Wraz z nimi poddał się również Kaukaski Związek Bojowy SS, złożony z Gruzinów, Ormian, Azerów i innych ludów kaukaskich, dowodzonych przez gen. Sułtana Girej-Kłycza, starego emigranta z książęcego rodu. Jednostka miała wielkość brygady, a poszczególne grupy - wielkość batalionów.

    Brytyjczyków traktowano ufnie. Przychodzili, dopytywali się, wyrażali zdumienie, jak wielką drogę przebyli Kozacy. Odbywano nawet wspólne patrole, niektórym Kozakom wydano nawet brytyjskie mundury. Brytyjczycy pozwolili zachować broń i dalej ćwiczyć, mówiąc ukradkiem, że być może Kozacy będą już niedługo potrzebni. Obiecali postawić kuchnie polowe, by Kozacy mogli gotować pod dachem - nawet przywieziono cegły, obiecano wyremontować salę koncertową w Lienz, a oficerom wyznaczono wygodne kwatery.

    Idylla zaczęła się kończyć, kiedy nagle Brytyjczycy nakazali oddać broń. Tłumaczyli to koniecznością wydania nowego i bardziej jednolitego uzbrojenia (Kozacy mieli mieszaną, włosko-niemiecko-radziecką broń). Pozostawiono ją żandarmerii i oficerom. Kozacy zgodzili się. Niedługo później Brytyjczycy zarekwirowali kasę pancerną Stanu, mimo protestów Kozaków. Poprosili też o spis imienny wszystkich dziennikarzy. Pierwszym znakiem, że coś jest nie tak, było aresztowanie generała Andrieja Szkuro, starego emigranta i kawalera brytyjskiego Orderu Łaźni. Dwóch brytyjskich oficerów wywiozło generała w nieznanym kierunku.

    28 maja 1945 roku oficerom oznajmiono, że udadzą się na konferencję z najwyższym dowództwem brytyjskim, by ustalić losy. Oficerowie raźno zaczęli pastować buty i czyścić epolety, ci, ze starej emigracji, przypięli wszystkie swoje ordery, carskie jeszcze - a mieli ich całe rzędy. Nikt niczego nie podejrzewał, w końcu Brytyjczycy dali słowo oficerskie słowo honoru. Nigdy słowo „gentleman” nie padło tak często w tak krótkim czasie, z takim zaufaniem. I już nigdy później „oficerskie słowo honoru” nie znaczyło tyle, ile wtedy.

    Oficerowie nie wrócili z „konferencji”.

    30 maja pozostałym w Lienz Kozakom oznajmiono, że zostaną ''repatriowani” do ZSRR. Działo się to na mocy operacji ''Keelhaul” (przeciąganie pod kilem), w myśl której Alianci zobowiązali się przekazywać ZSRR wszystkich ludzi, którzy byli jego „obywatelami”. Wąsaty łobuz z Kremla nie darował bowiem nikomu zdrady. A „zdradą” objętych były rzesze ludzi: robotników przymusowych, sowieckich jeńców i członków kolaboracyjnych sił zbrojnych Wehrmachtu. Rosjan od generała Własowa, poprzez Gruzinów, Ormian, Tatarów, Białorusinów, po nawet Estończyków i Łotyszy. Ludzi, którzy mieli być „obywatelami ZSRR”, nawet jeśli nimi nie byli.

    Kozacy gorączkowo jęli radzić się. Natychmiast zorganizowano głodówkę i wywieszono plakaty nawołujące do mobilizacji. Pisano petycje. Do wszystkich. Do premiera Churchilla, do generała Eisenhowera, do króla Jugosławii Piotra II, do papieża. Brytyjska kancelaria petycje przyjmowała i wyrzucała hurtem do kosza. Powoływano się na osobistą znajomość generała Krasnowa z marszałkiem Alexandrem, odwoływano do wspólnej walki z bolszewicką zarazą w 1919 roku. Na próżno. Gdy Brytyjczycy przywieźli prowiant, musieli go rzucić na ziemię. Żaden Kozak nie tknął jedzenia.

    1 czerwca słońce wschodząc oświetliło wielotysięczną procesję. Na jej czele szli duchowni, niesiono święte obrazy i chorągwie. Kozacy żarliwie modlili się, tak prawosławni, jak i muzułmanie i katolicy. Modlitwa trwała do 8 rano. Brytyjczycy odczekali chwilę i rzucili się z pałkami i kolbami na wystraszoną ciżbę. Okładali po głowach, rękach, nogach. Bili do nieprzytomności, dźgali bagnetami, strzelali. „Nie ruszać Anglików! Modlić się! Przenajświętsza Bogurodzica obroni!”, krzyczeli popi. Wszyscy czekali na cud, który nigdy nie nadszedł.

    Tłum zafalował i odsłonił ołtarz. Ku brytyjskim żołnierzom wyszedł pop z Biblią w ręku. Wytrącono mu ją bagnetem. Ołtarz przewrócono, na co Kozacy zareagowali groźnym „Urra!”. Anglicy cofnęli się, bojąc się, że Kozacy zaraz przejdą do natarcia. Niektórzy z brytyjskich żołnierzy wiedzieli, że robią coś podłego, coś urągającego wszelkim normom cywilizowanego świata. Do jednego z nich podeszła mała dziewczynka. Dziecięcym, niezgrabnym pismem napisała na kartce po angielsku, prosząc, by ją zabito, ale niech nie oddają jej Sowietom. Brytyjski żołnierz przeczytał napis i rozpłakał się.

    Kozacy stawiali opór, jak Anglikom kogoś udało się wyrwać i wrzucić na pakę ciężarówki, ten zaraz wyskakiwał z powrotem. Bito więc do nieprzytomności. Wielu ludzi zadźgano, albo zastrzelono - kobiet, starców, dzieci. Dantejskie sceny trwały i następnego dnia. Niektórym Kozakom udało się uciec, większość jednak trafiła w ręce Sowietów. Z samej Austrii Brytyjczycy wydali - wg raportów NKWD - 42 913 osób. Takie sceny ciągnęły się wszędzie, gdzie byli „obywatele ZSRR”. W cudzysłowie, bo wielu z nich nigdy obywatelami ZSRR nie było. Część urodziła się już za granicą, część wyjechała po rewolucji. Wydawano wszystkich. Generała Własowa schwytał oddział SMIERSZ, gdy próbował dostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Amerykański patrol demonstracyjnie zignorował błagania generała, by go ocalić.Także w dalekich Stanach, w New Jersey żandarmeria musiała używać pałek, gazu i narkotyków, żeby spacyfikować 154 „repatriantów”. Nawet neutralna Szwecja ugięła się przed Sowietami i wydała, całkowicie wbrew prawu, kilkuset łotewskich i estońskich żołnierzy SS.

    Co ich czekało? Dla oficerów wyrok był tylko jeden. Generała Domanowa, Krasnowa, Szkuro, Girej-Kłycza, Własowa i wielu innych powieszono w Moskwie w 1947 roku. Wraz z nimi zamordowano gen. Helmutha von Pannwitza, który postanowił do końca dzielić los swoich żołnierzy, chociaż mógł ocalić swoje życie - był w końcu Niemcem, a nie „obywatelem ZSRR''. Czasem Sowieci na oczach Brytyjczyków i Amerykanów wieszali „zdrajców” od razu po deportacji. Pozostali - wiele lat łagrów, dla dzieci - sierocińce, niewiele lepsze. Mało kto doczekał „amnestii” z 1955 roku.

    Alianci wiedzieli o takich praktykach, niemających nic wspólnego z cywilizacją ludzką na długo zanim wydali nieszczęśników w łapy łobuzów spod czerwonej szmaty. Piłatowskim gestem umyli ręce, przekazując bez sądu, z domniemaniem winy, tysiące ludzi, w tym kobiety i dzieci, XX-wiecznym barbarzyńcom. Złamali podstawowe konwencje i prawa człowieka, o które rzekomo walczyli z niemieckim nazizmem. Dokonali dokładnie takiej samej zbrodni, jakich dopuszczali się naziści - stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej, rozciągniętej na cywilów. Dokładnie to samo zrobili Niemcy, wydając w 1939 r. Sowietom polskich jeńców urodzonych za Bugiem - których potem eksterminowano w Katyniu. Więcej sumienia Alianci mieli wobec nawet takich esesowskich zbirów, jak Jürgen Stroop, którego sprawiedliwie osądzono, zanim wydano go Polsce. Mało tego, Alianci wydawali też robotników przymusowych i byłych jeńców, uwolnionych z niemieckich obozów, chociaż ci niejednokrotnie prosili o azyl na zachodzie.

    Kiedy przyszedł egzamin z człowieczeństwa i prawości, to Brytyjczycy i Amerykanie go nie zdali. Zwłaszcza, że nieco ponad ćwierć wieku wcześniej walczyli u boku tych samych Kozaków z bolszewickim wrzodem.

    Podobne dantejskie sceny miały miejsce w Jugosławii, gdzie siepaczom Tity wydawano nie tylko ustaszy, ale też włoskich i niemieckich jeńców, jugosłowiańskich cywilów, a nawet czetników - do niedawna sojuszników Wielkiej Brytanii. Tych czekały rozstrzeliwania, topienie, zamurowywanie żywcem w kopalniach. Oblicza się, że Tito i jego siepacze wymordowali co najmniej 150 tysięcy ludzi w 1945 r.

    Należy oddać sprawiedliwość - jedno tylko państewko zachowało twarz i honor, którego nie starczyło ani wielkim mocarstwom, ani neutralnym krajom. Maleńkie Księstwo Liechtensteinu nie ulękło się bolszewickich gróźb, przyjmując blisko 500 uciekinierów i odmówiło wydania ich Sowietom. Widocznie książę Franciszek Józef II miał w sobie więcej odwagi, niż wielcy tego świata...

    Operacja „Keelhaul” pozostała tajemnicą aż do lat 70., a Aleksander Sołżenicyn nazwał ją „ostatnim sekretem II Wojny Światowej”. W 1996 roku rosyjska prokuratura zrehabilitowała generała von Pannwitza i jego kozackich żołnierzy, oczyszczając ich z zarzutów. Tak zakończyła się historia bitnych i dzielnych żołnierzy w długich czerkieskach, z futrzanymi papachami na głowach i zdobnymi sztyletami u pasów.

    Dzisiaj Peggetz jest tylko małą, górską miejscowością. Tak jak w 1945 roku, i dzisiaj zieleni się dolina Drawy. Tylko malutki cmentarzyk z kilkunastoma mogiłami i niewielkim pomnikiem przypomina o straszliwej zbrodni wyrządzonej tu przed laty. I krótkie zdanie w filmie o brytyjskim super-agencie, będące cichym wyrazem skruchy. „Moi rodzice przetrwali brytyjską zdradę i oddziały śmierci Stalina” mówi ze ściśniętym gardłem filmowy Janus.

    W 1949 roku stareńki generał Poliakow, jeden z niewielu, który zdołał uniknąć „repatriacji”, napisał w liście do generała Denisowa, atamana w Ameryce, znamienne słowa: „Przyszły historyk wyda bezstronny werdykt na tej gorzkiej tragedii, wyrok na tych reprezentantów „Dumnego Albionu” który zhańbili władcę mórz w przeszłości, i które nie są godne by zwać się członkami współczesnego cywilizowanego rodzaju ludzkiego.”

    Nie czuję się na siłach, by ferować werdykt, dlatego pozostawiam go wyłącznie w gestii Czytelnika.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61468901_2528467257198043_5025805399308107776_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Amerykański piechur w ruinach Cisterny, Włochy, koniec maja 1944 r.

    Przełom pod Anzio nierozerwalnie związany jest z bitwą o Monte Cassino i operacją ''Diadem'', rozpoczętą 11 maja 1944 r. W operacji wzięły udział dwie dywizje amerykańskie, cztery francuskie, sześć brytyjskich i dwie polskie. Przebieg bitwy na ogół jest znany - pierwsze natarcie polskiego II. Korpusu gen. Andersa nie powiodło się, podobnie jak natarcia brytyjskie i amerykańskie. 14 maja jednak Francuski Korpus Ekspedycyjny dokonał przełamania w Dolinie Liri, oskrzydlając w ten sposób niemiecką obronę i wychodząc na jej tyły. Dla Niemców oznaczało to załamanie obrony. Mimo ściągania kolejnych sił w rejon Linii Gustawa, oczywistym było, że nie powstrzymają Sprzymierzonych. Marszałek Kesselring, obawiając się ''małego Stalingradu'', nakazał wycofanie się.

    To oznaczało doskonałą okazję, by zablokowany od stycznia VI. Korpus pod Anzio mógł dokonać wyłomu. Na tę okoliczność opracowano cztery plany, ale wybrano jeden. Była nim operacja ''Buffalo'', której ostrze miało być skierowane na północny wschód, w rejon Cisterny i miasta Valmontone, a nie Wzgórz Albańskich i Rzymu. Liczono więc, że uda się złamać opór Niemców i odciąć drogę odwrotu niemieckiej 10. Armii spod Monte Cassino. Pod Anzio gen. Lucian Truscott, dowódca VI. Korpusu, miał sporo sił. Z przyczółka odpłynęły brytyjskie przetrzebione jednostki: 56. DP i 24. brygada z 1. DP, zastąpione brytyjską 5. Dywizją i 18. brygadą. Wycofano też brygadę specjalną 9. i 43. Royal Marine oraz amerykańskich spadochroniarzy z 504. pułku, zastąpione przez kanadyjsko-amerykańską 1. Brygadę Specjalną (FSSF, ''Diabły''). Ogółem na przyczółku były amerykańskie: 1. DPanc., 3., 45. i 34. DP, brytyjskie 1. i 5. DP, do tego 18. brygada piechoty, 751. batalion pancerny, 601. batalion niszczycieli czołgów, 35. brygada artylerii przeciwlotniczej i 46. pułk pancerny. Razem: 90 tys. ludzi i 25 tys. pojazdów.

    Truscott planował mylenie Niemców, aliancka artyleria prowadziła ogień w różnych kierunkach (m.in. na północ), dokonywano pozorowanych rajdów i udawano prace inżynieryjne. Niemcy połknęli haczyk, myśląc, że z przyczółka Alianci uderzą bezpośrednio na Rzym.

    Wszystko było gotowe, gdy 23 maja rozpoczęła się operacja ''Buffalo''. 45-minutowy ostrzał 500 dział miał przycisnąć obrońców do ziemi. Ale niemiecki opór w rejonie Cisterny był bardzo silny. Niemiecka 362. Dywizja stawiła zażarty opór, rozpaczliwie czekając na przybycie z odsieczą dywizji pancerno-spadochronowej ''Hermann Gőring''. Wspierały ich pozostałości 508. batalionu czołgów ciężkich z nielicznymi Tygrysami. Niemieckie pozycje były ufortyfikowane, piechurzy stworzyli sieć ziemnych umocnień i okopów, wzajemnie wspierających się ogniem. Zażarte walki o Cisternę trwały trzy dni i kosztowały Amerykanów aż 4 tys. ludzi i 100 zniszczonych czołgów. Ale w końcu Niemcy ulegli, odsiecz nie przybyła na czas, a Amerykanie wzięli aż 2,6 tys. jeńców. Zdobycie Cisterny - wreszcie, po pięciu miesiącach! - otwierało drogę naprzód.

    Kiedy samochody pancerne z brytyjskiego 1. pułku rozpoznawczego ruszyły naprzód, po 30 kilometrach na południe, w rejonie Borgo Grappa musiały stanąć z wrażenia. Natknęli się na kolumnę pojazdów, nieprzypominających niemieckich. Były to samochody z 48. batalionu saperów amerykańskiego II. Korpusu. Po 124 dniach Anzio przestało być przyczółkiem. Pod wieczór osiągnięto miasteczko Ardea, 5 km od Valmontone. Widać już było wijącą się na horyzoncie nitkę Via Casilina, którą pędziły na północ pojazdy niemieckiej 10. Armii.

    Jednak w tym momencie do sprawy wmieszał się gen. Mark Clark, dowódca amerykańskiej 5. Armii. Chorobliwie ambitny i niebywale próżny pragnął uszczknąć coś dla siebie. Jego obsesją było zdobycie Rzymu i zapewnienie sobie wiecznej chwały. Dlatego też nakazał zmienić oś natarcia. Na widniejące już Valmontone skierowano tylko 3. Dywizję. Pozostałe jednostki miały... skierować się w rejon Wzgórz Albańskich, a więc realizować plan ''Turtle'', który został już dawno odrzucony!

    Absurdalna decyzja wywołała szok Truscotta, który domagał się odpowiedzi od dowodzącego siłami Aliantów marsz. Alexandra. Również sam premier Churchill uważał, że zamiast zdobywać Rzym, trzeba unicestwić niemieckie siły, nim obsadzą nową linię obronną.

    Ale słowo się rzekło i teraz powstał straszny bajzel. Dwie rozciągnięte dywizje musiały zmienić kierunek natarcia o 90 stopni, co opóźniło natarcie o dwa dni. Co gorsza, Clark był święcie przekonany, że Niemcy są w rozsypce nie będą stawiać oporu.

    Niemcy byli innego zdania i dywizja ''HG'' bez trudu zatrzymała 3. DP aż do 31 maja na budowanej od miesiąca Linii Cezara ''C''. Przez cały czas z pułapki wymykały się jednostki 10. Armii. Amerykanom groziła powtórka spod Monte Cassino, ale dopomógł przypadek - jeden z patroli odkrył niewielką zapomnianą dróżkę, obchodzącą niemieckie pozycje. Dowódca świeżo przybyłej teksaskiej 36. DP, gen. Walker (notabene, szczerze nienawidzący Clarka), natychmiast posłał tam cały pułk i zagroził kluczowym niemieckim pozycjom. To spowodowało zagrożenie linii obronnych i lawinową reakcję i odwrót Niemców z Linii Cezara 2 czerwca.
    Niemcy wycofywali się w kierunku Rzymu. Odwrót był uporządkowany, a samo miasto ogłosili ''miastem otwartym'', co oznaczało, że nie będą się bronić. Była to jedyna ważniejsza stolica, której Hitler nie kazał bronić ''do ostatniego żołnierza''.

    Po południu w sobotę, 4 czerwca 1944 r. amerykańskie oddziały wkroczyły do Rzymu. W operacji ''Buffalo'' stracono 7 tys. ludzi.

    Marzenie Clarka ziściło się. Był sławnym zdobywcą Rzymu, pierwszym od piętnastu wieków, który wkroczył od południa. Chętnie pozował dziennikarzom do zdjęć na tle Koloseum i Kapitolu. Ale jego chwała trwała tylko przez jeden dzień.

    6 czerwca 1944 roku rozpoczęło się lądowanie w Normandii, spychając brutalnie front włoski na dalszy plan w mediach.

    Jest pewna anegdotka co do Clarka i Rzymu. Otóż, gdy kawalkada samochodów przejeżdżała obok Koloseum, Clark dumny jak paw poinformował dziennikarzy, wskazując na zabytek: ''Widzicie, panowie, nasze bombowce nie próżnowały''. Ot, amerykańska znajomość świata ''na wschód od Mississippi''...

    Warto tutaj dodać, że późniejsze analizy bitewne wskazały, że gdyby Clark kontynuował natarcie na Valmontone, to nie tylko doprowadziłby do zniszczenia niemieckiej 10. Armii, ale wkroczył do Rzymu parę dni wcześniej, wydłużając o kilka dni okres swej chwały. Wzięcie w kocioł 10. Armii nie pozwoliłoby Niemcom obsadzić nowych linii obronnych i ponownie wstrzymać natarcia. Być może jeszcze przed jesienią 1944 r. Alianci dotarliby do południowych granic Rzeszy.

    Stało się tak, jak mówił rozgoryczony Truscott: ''bycie zdobywcami Rzymu to nędzna rekompensata za straconą okazję''.

    No i, last but not least, próżny Mark Clark odmówił uczestnictwa w paradzie w Rzymie zdobywcom Monte Cassino, mówiąc: ''Ja tu żadnych Polaków, Greków, czy innych straży pożarnych nie chcę''.

    To nie wymaga chyba żadnego komentarza z mojej strony.

    Tak zakończyła się historia bitwy pod Anzio, rozpoczętej pod niewyobrażalnie szczęśliwą gwiazdą, we wszelkich sprzyjających okolicznościach i przy posiadaniu wszystkich atutów strategicznych, a która zakończyła się pyrrusowym zwycięstwem Aliantów. Półroczny, kosztowny impas, który na koniec zakończył się marnym zwycięstwem i wypuszczeniem z pułapki dużych sił niemieckich. Alianci utracili łącznie pod Anzio 80 tys. ludzi - więcej, niż pod Monte Cassino. Wszystko za sprawą dwóch nieudolnych amerykańskich generałów, szafujących życiem swoich żołnierzy...

    Roma locuta - causa finita.

    Dziękuję, że czytaliście tę serię i chcieliście kolejne części. Myślę, że jest to ciekawy i jedyny tego rodzaju na polskim fb cykl o Anzio.

    #buffalo #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61479277_2526789780699124_554024659192905728_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    ''Kto był odważniejszy? Brytyjczycy i Niemcy, którzy ruszyli do bitwy z czołgami, o których wiedziano, że są przynajmniej porównywalne do wrogich? Czy Włosi, którzy ruszyli na wojnę z gorszymi czołgami przeciwko pojazdom, o których wiedziano, że są znacznie lepsze od ich własnych?''

    Ian Walker, ''Iron Hulls, Iron Hearts''.

    W małym włoskim miasteczku na północy, San Michele al Tagliamento, jest pomnik. Składa się on z granitowej płyty i kawałka podwozia czołgu. To pomnik ku pamięci włoskich czołgistów. Napisano na nim: ''Ich serca były twardsze, niż ich czołgi''.

    Nie widziałem nic prawdziwszego.

    ''Żelazne kadłuby, żelazne serca'' - tak brzmiało motto włoskich pancerniaków. W Afryce biły się trzy włoskie dywizje pancerne: 133. DPanc. Littorio (od wiązki rózg liktorskich), 132. DPanc. Ariete (''Taran'') i później 131. DPanc. Centauro (''Centaur'').

    Włoskie dywizje pancerne posiadały jeden pułk pancerny, jeden pułk artylerii zmotoryzowanej, dywizjon kawalerii pancernej (de facto samochodów pancernych) i pułk bersalierów. W ''Ariete'' były to: 132. pułk pancerny, 132. pułk artylerii zmotoryzowanej, 8. pułk bersalierów, 3. grupa kawalerii pancernej oraz dodatkowe jednostki: bataliony zaopatrzenia, łączności, sanitarny i kompania samochodowa. Analogicznie było w dywizji ''Littorio'.

    Pół biedy z organizacją, ale włoskie czołgi nie przystawały do pola bitwy. Czołgi M13/40 i M14/41 były odpowiednie na rok 1940, najpóźniej 1941. Były dość wysokie i kanciaste, miały zbyt cienki i w dodatku mniej wytrzymały nitowany pancerz, awaryjne i podatne na uszkodzenia silniki, a przede wszystkim - już zbyt słabe uzbrojenie. Działa 47 mm, całkiem groźne w 1940 r., w 1942 roku były już zbyt niewystarczające i za słabe na najnowsze czołgi średnie. Sytuację nieco poprawiały działa samobieżne Semovente 75/18, dysponujące armatami 75 mm, ale było ich za mało.

    W momencie bitwy pod El-Alamein Włosi mieli dwie dywizje pancerne - ''Littorio'' i ''Ariete'', wchodzące w skład włoskiego XX Korpusu. Obie dywizje, mające ok. 240 czołgów, znajdowały się na tyłach, stanowiąc ruchomy odwód Afrika Korps. ''Ariete'' była doświadczona w boju, wsławiła się m.in. zastopowaniem brytyjskiej ofensywy w listopadzie 1941 r.
    23 października 1942 r. potężny brytyjski atak spadł na pozycje niemieckiej 164. Dywizji Lekkiej i włoskiej dywizji ''Trento''. Brytyjczycy po swojej stronie mieli wszystkie atuty: miażdżącą przewagę liczebną i sprzętową (dwa razy więcej czołgów, samochodów pancernych i dział), nieograniczone zasoby zaopatrzenia i uzupełnień, oraz silne wsparcie lotnicze.

    Tę bitwę Brytyjczycy musieli wygrać.

    Skłamałbym, gdybym napisał, że tak się nie stało. Ale na pewno nie było łatwo.

    Ponosząc wysokie straty Brytyjczycy z mozołem posuwali się naprzód. Na południu jednak nadziali się na elitę włoskiej armii - dywizję spadochronową ''Folgore'', wzmocnioną saperami szturmowymi Guastatori. Spadochroniarze używając swej najsilniejszej broni - własnej odwagi i determinacji - odseparowali pojazdy od piechoty, a następnie rzucili się drapieżnie na czołgi, niszcząc je dziesiątkami, Spanikowani Angole w panice zaczęli uciekać w popłochu przed goniącymi ich szalonymi Włochami. W centrum dwie kompanie całą noc powstrzymywały brygadę pancerną. Zuchwali spadochroniarze strzelali z dział i karabinów przeciwpancernych, a nawet wspinali się na czołgi i podpalali je butelkami z benzyną i wysadzali granatami. Nieliczna, słaba dywizja powstrzymywała Anglików aż do swojego unicestwienia - 6 listopada, niszcząc 150 brytyjskich czołgów. Pisałem o niej w osobnym wpisie.

    Opór dał Rommlowi bezcenny czas na przerzucenie dywizji pancernych na zagrożony odcinek.
    26 października na północy Anglicy przeszli przez pozycje zmasakrowanej dywizji ''Trento'' i dobrali się wreszcie do ''Littorio''. Włoscy pancerniacy jednak nie ulękli się brytyjskiej przewagi i ruszyli do kontrataku. Dokonywali cudów na swoich słabiutkich czołgach. Ciągle manewrowali, by unikać trafień w cienki boczny pancerz i odgryzali się atakującym. Do kontrataków ciągle ruszały Czarne Koszule, jak to oni - ze śpiewem na ustach. Artyleria biła raz po raz ogniem na wprost, próbując wesprzeć czołgi. W potwornej kurzawie, wśród kłębów dymu płonących czołgów, wśród krzyku walczących ludzi, w spiekocie i żarze trwała zażarta bitwa na wyniszczenie. Ppłk Bonini, dowódca 133. pułku pancernego z dywizji ''Littorio'' wspominał: "Wrogie czołgi i pojazdy infiltrowały nasze linie w kilku punktach. Kilka czołgów LI (batalionu) zostało natychmiast przytłoczonych, opór załóg był zachwycający, ludzie ze zniszczonych wozów walczyli z wrogą piechotą.''

    Kapitan Davide Beretta, dowódca 1. baterii 554. batalionu dział samobieżnych: ''Przed naszymi działami znajowało się kilkadziesiąt czołgów M14 z dywizji Littorio, które prowadziły ogień z dział przeciwko stanowiskom przeciwpancernym wroga. Nieoczekiwanie na horyzoncie pojawiła się przeważająca liczebnie formacja Grantów i Shermanów. (...) Nasze niewielkie M14 ruszyły im na spotkanie - mniejsza odległość zwiększała szanse przebicia pancerzy przez nasze małe działa. Brytyjczycy zatrzymali się ok. 1500 m przed naszymi czołgami i otworzyli gwałtowny ogień. Obserwowaliśmy tę akcję z przerażeniem, ponieważ 47 mm pociski z M14 odbijały się od grubych pancerzy ich czołgów. (...) Także i my ruszyliśmy do przodu i dotarliśmy do naszych płonących M14 z działami gotowymi do strzału. Odległość 900, 800, 700... ognia! (...) Część piechoty nieprzyjaciela została rozniesiona przez nasze karabiny maszynowe. Brytyjczycy naprawdę nie spodziewali się naszego desperackiego kontrataku. (...) Wieczorem naliczyliśmy 40 zniszczonych Grantów, Shermanów i Crusaderów. Mogliśmy pomścić naszych towarzyszy z M14, nawet, jeśli nie było szans na zwycięstwo''.

    Udało się m.in. odbić porzuconą przez Niemców baterię dział 88 mm i wziąć 300 australijskich jeńców. Do tego momentu udało się zniszczyć 200 z 300 atakujących brytyjskich czołgów. Dywizja ''Littorio'' do 2 listopada, kiedy praktycznie unicestwiono jednostkę, wykonała 11 kontrataków. Na front przerzucono także ''Ariete'', na prawą flankę wojsk niemiecko-włoskich, ale wszyscy wiedzieli, że Anglicy wygrywają bitwę na wyniszczenie. Siły Osi zaczęły się wycofywać - jako pierwsi mieli to zrobić Niemcy, a potem Włosi. Jednak ci nie wiedzieli, że "sojusznicy" ukradli im środki transportu i pozostawili na pastwę losu.

    4 listopada do koncentrycznego ataku ruszyła sławna brytyjska 7. DPanc., próbując oskrzydlić Włochów. Jednak ci nie dali się zaskoczyć i na dwóch liniach obrony odpowiedzieli ogniem. Na pierwszej piechota i artyleria, na drugiej czołgi. Do ataku ruszyło sto włoskich czołgów, które zapalały się jeden po drugim, dzielnie próbując walczyć z silniejszymi Grantami i Shermanami. Raz po raz włoskie pozycje orały pociski artylerii. Niemcy z odległych pozycji rozdziawiali gęby, widząc, jak setki czołgów brytyjskich jadą w kierunku chmury pyłu - pozycji dywizji ''Ariete''. Dowódca dywizji, generał Arena, nadał meldunek: ''Ariete okrążona, zostały trzy czołgi. Kontratakujemy!''. O 15:30 wysłano ostatni komunikat: ''Czołgi wroga przedarły się na południe od pozycji Ariete. Ariete kontynuuje walkę''. Potem dywizja zamilkła na zawsze.

    Włoski opór uratował całe siły Afrika Korps i ''niezwyciężonego'' Rommla. Za cenę żyć tysięcy włoskich żołnierzy, porzuconych przez "sojuszników" na polu bitwy. Z nawiązką wypełniając motto ''Żelaznych serc''.

    Jeśli to nie jest bohaterstwo, to nie wiem już, co nim jest.

    Obie dywizje zostały całkowicie zniszczone pod El-Alamein. Dywizja ''Littorio'' nigdy nie została odtworzona, zaś dywizja ''Ariete II'' zanim dokończyła formowanie została rozbrojona przez Niemców po dwudniowej bitwie o Rzym w 1943 r. Do dzisiaj istnieje kultywująca tradycję jednostki 132. brygada pancerna ''Ariete''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61341485_2525056977539071_120027074449637376_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Flettner Fl-282 Kolibri podczas lądowania na pokładzie krążownika lekkiego ''Köln", 1943 rok.

    W powszechnej świadomości utarło się, że to Amerykanie byli prekursorami bojowego zastosowania śmigłowców, ale Niemcy nie zostawali w tyle i jako jedni z pierwszych dostrzegli wielkie znaczenie maszyn, które potrafiły zawisnąć w powietrzu. Koliber był rozwinięciem wcześniejszego pomysłu Antona Flettnera, czyli Fl-265. Śmigłowiec nie był uzbrojony, ale zainteresowanie nim wyraziła Kriegsmarine, która dostrzegła szansę w zwalczaniu okrętów podwodnych. Ciekawostką był napęd w postaci dwóch naprzemiennie obracających się wirników.

    Warto tu wspomnieć, że KM wykorzystywała także wiatrakowce Fa-330 ''Bachstelze'', wykorzystywane przez U-Booty. Te nie były śmigłowcami w pełnym znaczeniu tego słowa, bo nie posiadały napędu.

    W związku z tym, jeden egzemplarz prototypowy Kolibra trafił w 1942 roku na krążownik lekki ''Köln", gdzie przygotowano dla niego lądowisko na rufie. Testy wypadły pomyślnie i Fl-282 trafił - jako pierwszy śmigłowiec w historii - do produkcji seryjnej. Produkcja miała miejsce w Świdnicy. Co ciekawe, w symulowanych walkach powietrznych okazywało się, że Kolibri jest bardzo trudnym do zestrzelenia obiektem, mogącym wykonywać takie akrobacje, jakich nie był w stanie powtórzyć żaden samolot. W trakcie wojny przeszkolono ponad 50 pilotów śmigłowców. Wykorzystywano je do zwalczania brytyjskich okrętów podwodnych na Morzu Śródziemnym, a także do tropienia konwojów. Do 1943 roku przekazano około 20 maszyn. Zainteresowanie wyraziły także wojska lądowe, widząc szansę dla śmigłowców w kierowaniu ogniem artylerii oraz obserwacji i wykorzystywano je w tym celu aż do końca wojny - kilka sztuk Kolibrów pomagało w obronie Berlina w kwietniu 1945 roku, startując z lotniska Rangsdorf. Ponadto, sformowano także pierwszą w historii jednostkę śmigłowcową - Luft-Transportstaffel 40, wykorzystującą Kolibry i znacznie większe śmigłowce Fa-223 ''Drache'' (o których będzie kiedyś osobny wpis). Śmigłowce służyły tam do transportu (jedna załoga Fa-223 pobiła rekord w długości lotu) oraz komunikacji, m.in. z oblężonym Wrocławiem. Planowano seryjną produkcję tego rodzaju maszyn oraz wyposażanie w nie U-Bootów, jednak naloty pokrzyżowały te plany. Wojnę przetrwały tylko trzy Kolibry - jeden zdobyli w Berlinie Sowieci, zaś dwa Amerykanie po przejęciu maszyn TS 40.

    Niemieckie doświadczenia, oraz wiedzę Antona Flettnera z wielkim powodzeniem wykorzystali Amerykanie, którzy już w czasie wojny w Korei zaczęli wykorzystywać śmigłowce w szerokim aspekcie - od ratowania rozbitków, poprzez kierowanie artylerią, a na transporcie rannych kończąc.

    Ciekawostka: w polskiej grze ''Mortyr 2: For Ever'' można przelecieć się takim cudem.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61222137_2523155491062553_5408349091161702400_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    If I ever need a picture of to describe "valor".
    Tak, chodzi o ten maleńki, okryty dymem punkcik na horyzoncie na zdjęciu.

    78 lat i jeden dzień. (Post z 28 maja - Mleko) Tyle minęło od ostatniej bitwy dzielnego okrętu, pancernika nazwanego po ''Żelaznym Kanclerzu'', który stawiał czoła przeciwnikowi dyszącemu sadystycznym pragnieniem zemsty i mordu, dysponującemu miażdżącą przewagą liczebną...

    27 maja 1941 roku był zimnym dniem. Szczególnie na wodach Północnego Atlantyku. Wiał zimny wiatr, morze było wzburzone, niebo miało barwę ołowiu.

    Na pokładzie pancernika ''Bismarck'' nastroje odpowiadały aurze. Smukły, elegancki pancernik, duma niemieckiej Kriegsmarine, był okaleczony. Dzień wcześniej grupa dwupłatowych Swordfishów z lotniskowca ''Ark Royal'' przypuściła atak. Los chciał, że jedna, jedyna torpeda, która spowodowała uszkodzenia, trafiła w rufę, blokując stery. W nocy atakowały go niszczyciele komandora Viana. Okręt zataczał wielki łuk, zmierzając na spotkanie swego przeznaczenia. Wpadając w pułapkę, jaką na niego przygotowała brytyjska Royal Navy.

    A ta pragnęła jednego. Unicestwienia okrętu, który ośmielił się zatopić ich dumę. HMS ''Hood'' został rozerwany jedną salwą Bismarcka 24 maja podczas bitwy w Cieśninie Duńskiej. Takiego upokorzenia nie można było przełknąć. Zespół admirała Johna Toveya liczył dwa pancerniki - ''King George V'' i ''Rodney'', wspierane przez krążowniki ciężkie ''Dorsetshire'' i ''Norfolk''.

    Na ''Bismarcku'' panował grobowy nastrój. Marynarze wiedzieli, że zbliża się bitwa, której nie można wygrać. Próbowano ze wszystkich sił odmienić przeznaczenie. Inżynier pokładowy, komandor Gerhard Junack proponował odstrzelić ster, ale nie udało się tego zrobić, podobnie, jak przyspawać drzwi hangaru, jako prowizorycznego steru. Rankiem chciano wysłać wodnosamolot pokładowy Arado Ar-196 z dziennikiem pokładowym okrętu, ale okazało się, że katapulta jest uszkodzona.

    ''W nocy dowództwo okrętu wydało zapasy prowiantu. Każdy mógł sobie wziąć tyle, ile chciał. Był to również wyraźny znak, że dowództwo widziało zbliżający się koniec. (...) Ponieważ chwilowo nie było żadnych rozkazów od dowództwa okrętu, a nic nie wymagało mojej obecności na rufowym stanowisku dowodzenia okrętu, chciałem choć trochę zasięgnąć języka i poszedłem najpierw do mesy oficerskiej. Naokoło stołu siedziało kilku oficerów. (...) Po drugiej stronie mesy stała wysoka waza do zupy. Łyżka tkwiła w słodkiej zacierce, która wraz z kołysaniem się okrętu chlupotała to w tę, to w tamtą stronę. Każdy mógł się obsłużyć. Przy stole panowało milczenie, przerywane rzucanymi uwagami, monosylabami wyrażającymi beznadziejność sytuacji. (...) W końcu ktoś powiedział:

    - Dzisiaj moja żona zostanie wdową, ale jeszcze o tym nie wie.

    Powietrze wydawało się jak z ołowiu, a jeśli ktoś chciał jeszcze coś powiedzieć, to uwięzło mu to w gardle. Było to bardzo przykre. Zbyt przykre, aby tam pozostać.''

    Tak wspominał poranek 27 maja komandor ppor. Burkard-Freiherr von Müllenheim-Rechberg, dowódca rufowej artylerii pancernika. Myślę, że wyczerpuje to opis...

    O 8:45 admirał Tovey na mostku ''Rodneya'' zauważył w lornecie ciemnoszarą sylwetkę pancernika. Niemcy również widzą Brytyjczyków. Dowódca ''Bismarcka'', komandor Ernst Lindemann nakazuje przygotować się do bitwy.

    Chwilę później Brytyjczycy otwierają ogień z dystansu 19,5 km. Na próżno. Komandor Adalbert Schneider, dowódca artylerii ''Bismarcka'', świeżo odznaczony Krzyże Rycerskim za zniszczenie ''Hooda'' spokojnie i z zimną krwią, jak na ćwiczeniach wydaje rozkazy. Osobiście, wśród padających pocisków, wychodzi na pokład i ręcznie nanosi odczyty. O 8:49 ''Bismarck'' odpowiada ogniem. Jego pociski lądują tak blisko ''Rodneya'', że na tym pękają szyby w nadbudówkach.

    Nieco zdenerwowani Brytyjczycy wyrzucają kolejne salwy. Admirał Tovey krzyczy, by skrócić dystans. ''Rodney'' próbuje zmniejszyć odległość, silniki się przegrzewają. Załoga maszynowni polewa je morską wodą, by nie wybuchł pożar. Tymczasem kolejna salwa ''Bismarcka'' trafia 20 metrów od pancernika, powodując drżenie kadłuba. Jeszcze jedna salwa, a brytyjski pancernik zostanie trafiony.

    Jednak, jakby los wówczas się odwrócił. ''Rodney'' strzela kolejną salwę. Celną. Trafia ona w stanowisko dowodzenia ogniem ''Bismarcka'', niszcząc kompletnie dalmierz. Komandor Schneider, obalony eksplozją, wstaje i próbuje prowadzić działa ''na oko''. Udaje mu się - chwilę potem salwa ''Bismarcka'' obramowuje pancernik ''King George V''.

    Jednak najlepsze nawet umiejętności, największa odwaga i najwspanialszy hart ducha nie mogą pomóc w obliczu miażdżącej przewagi liczebnej i ogniowej...

    O 9:00 ''Bismarcka'' trafiają kolejne pociski, rozrywając międzypokład. Zniszczenie systemów wentylacyjnych powoduje zadymienie okrętu, kolejny pocisk wyłącza z działania dziobowe wieże ''Anton'' i ''Bruno''. Na rufie komandor von Müllenheim próbuje prowadzić ogień, ale bezskutecznie.

    Brytyjczycy podchodzą na odległość 9 km. To, wbrew pozorom, bardzo mało dla dział, które mają zasięg ponad 30 km. Ogień otwierają ciężkie krążowniki. Z tego dystansu nie można nie trafiać - każdy pocisk trafiał. Brytyjczycy masakrują nadbudówki, dewastują pokład, niszczą jedną za drugą wieżą artylerii pomocniczej. Dziób ''Bismarcka'' rozgrzewa się od pożarów i eksplozji do czerwoności. Solidna, kuta stal Kruppa syczy i paruje obmywana falami. Krew ścieka po stalowym pokładzie, zasłanym szczątkami wyposażenia. Pod pokładem jednak marynarze cały czas dzielnie walczą, zakładając maski przeciwgazowe. Wyłamują stalowe drzwi, próbują oddymić pomieszczenia, pompują wodę. Pancernik, mimo trafień, nadal utrzymuje się na wodzie.

    Komandor Lindemann zdaje sobie sprawę, że dalsza walka będzie rzezią. Wg niektórych źródeł wówczas kazał poddać okręt. Ale Brytyjczycy nie reagowali na sygnały. Wręcz przeciwnie. Strzelali jeszcze bardziej. Do komandora Fredericka Dalrymple-Hamiltona, dowódcy ''Rodneya'' podchodzi kapelan okrętowy. Błaga go o wstrzymanie ognia. Komandor odmawia. Kapelan odchodzi, modląc się za niemieckich marynarzy.

    ''Rodney'' zbliża się na dystans 2000 metrów. To jak strzelać z przyłożenia. Mimo, że widać wyraźnie machających białymi flagami marynarzy, Brytyjczycy wściekle ostrzeliwują pokład, zabijając przerażonych Niemców pociskami 406 mm. Do tej pory niemiecki pancernik otrzymał około 400 trafień. To była rzeź.

    W tym czasie na ''Bismarcku'' I oficer, Hans Oels, nakazuje przygotować okręt do samozatopienia i zalać dziobowe magazyny amunicyjne. O 9:50 zamilkła ostatnia wieża - rufowa ''Caesar'', dziesięć minut później wszystkie pozostałe działa umilkły. Komandor Junack otwiera grodzie i odpala ładunki, niszcząc kotłownię i magazyny amunicyjne.

    O 10:15 admirał Tovey nakazuje wstrzymać ogień. Ale Brytyjczycy jak w amoku dalej strzelają do milczącego okrętu, ignorując rozkaz. Dopiero krzyk Toveya przywołuje wszystkich do porządku. Cios łaski kolosowi miał zadać krążownik ''Dorsetshire'', odpalając torpedy, które dosięgają burt zmasakrowanego okrętu.

    Na zdemolowanej rufie ''Bismarcka'' gromadzą się ocalali. Dowództwo nad nimi przejmuje kmdr von Müllenheim, wydając rozkazy ewakuacji. Fale przelewają się przez pokład, zmywając ciężko rannych. Ktoś intonuje ''Ojcze nasz''. Von Müllenheim odwraca się w stronę dziobu. Widzi komandora Lindemanna i woła go. Lindemann pozdrawia go gestem i odwraca się, salutując banderze Kriegsmarine.

    O 10:40 okręt przewraca się do góry dnem i tonie. Po rozbitków podpływa krążownik ''Dorsetshire'', wyrzucając siatki przez burtę. Po niecałej godzinie Brytyjczycy nagle przerywają akcję ratunkową. Rzekomo dostrzegli peryskopy U-Bootów, chociaż najbliższy U-Boot znajdował się dobrych kilkanaście kilometrów dalej. Marynarze, uczepieni siatek na burcie, spadają do morza. W wodzie pozostaje około 700-900 niemieckich marynarzy. Porzuconych na pastwę wzburzonego morza. Nie próbuję sobie nawet wyobrazić uczuć, gdy setki ludzi patrzyło na oddalające się okręty brytyjskie... Uratowano zaledwie 115.

    Uradowany admirał Tovey nadaje depeszę o zatopieniu ''Bismarcka'' do Admiralicji, którą przyjęto wybuchem radości. Zemsta za ''Hooda'' dokonała się. Po bitwie powiedział: ''Bismarck podjął najbardziej bohaterską bitwę w najbardziej nierównych okolicznościach, godną najchwalebniejszych tradycji Marynarki Wojennej i zatonął z powiewającą banderą''.

    Na dnie morza, wraz z pancernikiem ''Bismarck'' spoczęło 2106 niemieckich marynarzy. Wśród nich zarówno dowódca pancernika, kmdr Lindemann, jak i dowódca zespołu, admirał Günther Lütjens. Był i wśród nich chłodny Adalbert Schneider, był i dzielny I oficer, Hans Oels. I setki bezimiennych marynarzy. W ostatnim domu, jaki mieli, leżącym na głębokości blisko pięciu kilometrów w ciemnej otchłani. Ocalali marynarze, od odnalezienia wraku okrętu w 1989 roku, składali wieńce ku pamięci poległych kolegów. Ostatni marynarz z ''Bismarcka'', Bernhard Heuer, zmarł w marcu 2018 r.

    Gdy admirał Lütjens dowiedział się o rozkazie rejsu ''Bismarcka'' i ''Prinz Eugena'', powiedział do wiceadmirała Vossa, oficera łącznikowego Kriegsmarine w Berlinie: ''Chciałbym się pożegnać, nigdy już nie wrócę. Jeśli się weźmie pod uwagę przewagę Brytyjczyków, nie jest prawdopodobne, abyśmy to przeżyli...''

    Łamie mi serce historia sierżanta Wernera Seeligera, jednego z pilotów pokładowych ''Bismarcka''. Mojego równolatka. Kochał muzykę, grę na saksofonie i organach, lubił bardzo sport. Gdy został zmobilizowany, wybrał lotnictwo. Zginął tego ranka. Jego ukochana czekała jeszcze wiele lat po wojnie na jego powrót. Na próżno...

    61 lat po zatonięciu pancernika znany reżyser, James Cameron, umieścił na wraku symboliczną tablicę, wykonaną przez firmę Blohm und Voss - dawnych twórców ''Bismarcka'':

    ''Na pamiątkę tysięcy młodych ludzi, którzy zginęli tutaj i tysięcy innych, którzy polegli walcząc tym potężnym okrętem. Niech jego wrak będzie pomnikiem szaleństwa wojny.''

    Bismarcku, zawsze w tej bitwie będę po Twojej stronie.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61404187_2521320094579426_987954821539561472_n.jpg

    •  

      @ToNieOn:

      PS Gdzie i ilu ''bezbronnych marynarzy'' zamordowały U-Booty?

      Jeśli ktoś jest debilem i pisze o: przeciwnikowi dyszącemu sadystycznym pragnieniem zemsty i mordu

      No, tyle, że to jest prawda. Polecam książkę ''Zatopić Bismarcka''. Angole dyszeli żądzą zemsty za to, że ''Bismarck'' zatopił ''Hooda'', podczas ostatniej bitwy prowadzili ogień nawet, kiedy ''Bismarck'' już zamilkł, nawet, kiedy dostali wyraźny rozkaz wstrzymania ognia. Masz to w tekście, że nawet brytyjski kapelan (!) prosił o przerwanie ognia, bo ''Bismarck'' był już zmasakrowany.

      Jedynym debilem w tym wątku jesteś ty - nie dość, że nie umiesz merytorycznie się wypowiedzieć, to jeszcze jesteś agresywnym chamem, który obrzuca adwersarzy wyzwiskami.
      pokaż całość

    •  

      @wjtk123: Powiem tak, o ile zdarza sie czasem, ze @Mleko_O oraz tworca wpisow @IIWSwKolorze1939-45 wprowadzaja do tekstow oceny, ktore nie maja potwierdzenia w faktach, albo sa dosc naciaganymi ocenami (ktore jak tylko mam chwile czasu, to od razu punktuje), tak w tym przypadku po prostu maja racje.

      Brytujczycy zignorowali sygnaly o poddaniu sie Niemcow, a po zatopieniu okretu zostawili rozbitkow na pewna smierc (jawne pogwalcenie konwencji prowadzenia wojny na morzu).

      I tu mozna sie mocno zdziwic, poniewaz generalnie Kriegsmarine zachowywala sie poprawnie (pojedyncze akcje zlamania konwencji byly inicjatywa wlasna poszczegolnych kapitanow jednostek, a nie rozkazem wydanym przez Admirala Doenitza).

      W Procesie Norymberskim nad Doenitzem niewiele braklo a doszloby do skandalu, gdyz wyszlo, iz Kriegsmarine zachowywala sie zgodnie z konwencjami prowadzenia wojny na morzu, co potwierdzila zarowno Admiralicja Brytyjska jak i US Navy. Ponad 100 wysokich oficerow marynarki wojennej Anglii i USA wyslalo listy poparcia dla Doenitza, proszac o jego zwolnienie z procesu!

      Natomiast Alianci maja akurat sporo za uszami w tym temacie...

      Jako zrodlo polecam pozycje: Clay Blair, Hitler's U-boat War: Vol. I and II.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (31)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ponieważ zarzucacie mi milczenie na pewne sprawy i że jestem antyPolakiem, bo nie piszę o PILECKIM, proszę, oto nowy wpis.

    „Pani mąż to wrzód na ciele Polski Ludowej, który trzeba wyciąć”

    Przystojny oficer w polskim mundurze westchnął ciężko, rozpinając haftki kołnierza, ozdobionego wężykami. Jeszcze trzeba podyktować notatkę i koniec pracy na dzisiaj. Praca sędziego nie była łatwa, nigdy. Ani przed wojną, ani teraz, już po niej. Sprawy, sprawy, sprawy. Tomy akt piętrzyły się na biurku. Zabójstwa, podpalenia, rabunki, akty terroru. Życiorysy i szkice oskarżonych bandytów z lasu. Oficer zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko i zaczął dyktować stenotypiście. Monotonnym głosem dyktował słowa, które znaczyły dla adresatów ''być albo nie być:

    „...z uwagi na popełnienie przez skazanych najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali, skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują”.

    Był marzec 1948 roku.

    Przedwczoraj (25 Maja - Mleko) minęła 71. rocznica zamordowania przez polski sąd komunistyczny jednego z sześciu najodważniejszych ludzi II wojny światowej. Znany jako ten, który na ochotnika poszedł za druty największego obozu koncentracyjnego, wyglądał na starszego niż posiadane 47 lat.

    Kiedy we wrześniu 1945 roku odbył rozmowę z generałem Władysławem Andersem, otrzymał rozkaz powrotu do Polski i organizowania tam struktur wywiadowczych i zbadania gruntu konspiracyjnego. Trafił tam w grudniu. Jego grupa była wyjątkowa. Nie było przysięgi, nie było zbrojnych zamachów, nie było łączników. Była ściśle tajna praca wywiadowcza i rozpracowywanie komunistycznych sił bezpieczeństwa. Ale pętla stopniowo się zaciskała. W końcu rotmistrz otrzymał rozkaz wyjazdu, ale nie skorzystał z niego, zdając sobie sprawę, że nikt, po jego wyjeździe, go już nie zastąpi.

    Dwa lata po zakończeniu wojny, 8 maja 1947 roku, wpadł w kocioł zorganizowany przez bezpiekę. Trafił w łapy najokrutniejszych śledczych, takich, jak major Eugeniusz Chimczak - sadystów w polskich mundurach, dorównujących okrucieństwem najgorszym zwyrodnialcom z jednostek karnych SS. Pięciomiesięczne śledztwo rotmistrz skwitował później jednym zdaniem do żony: ''Oświęcim to była igraszka''. Domyślać się można tylko, co to znaczyło.

    3 marca 1948 roku rozpoczął się proces ''grupy Witolda''. Kto oskarżał, kto orzekał, kto sądził? Czy byli to jacyś zajadli komuniści? Może oficerowie NKWD w polskich mundurach? Albo jacyś wioskowi analfabeci, zachłyśnięci władzą?

    Nie.

    Przewodniczącym składu sędziowskiego był podpułkownik Jan Hryckowian. Sześć lat młodszy od rotmistrza. Obywatel USA. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego z aplikacją sędziowską. Przedwojenny oficer i sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Grodnie i Tarnopolu. W czasie wojny - oficer ZWZ-AK, odznaczony za dzielność Krzyżem Walecznych i Krzyżem Zasługi z Mieczami. Od 1945 roku w ludowym Wojsku Polskim.

    Prokuratorem zaś był major Czesław Łapiński. Również przedwojenny oficer, podporucznik artylerii. Uczestnik kampanii 1939 roku, później działał w lewicowej organizacji PLAN, a stamtąd przeszedł do ZWZ-AK. Podejrzewa się go o współpracę z Gestapo. W trakcie powstania warszawskiego miał dowodzić kompanią na Ochocie. Również od 1945 r. był w ludowym WP.

    Sędzią z kolei był kapitan Józef Badecki. Przedwojenny prawnik, absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i aplikant sądowy w Przemyślu. W 1939 r. dowodził plutonem z 5. pułku podhalańskim. Od grudnia 1944 roku w ludowym WP.

    Przedwojenni prawnicy, oficerowie, weterani AK. Polacy. Oficerowie w polskich mundurach oskarżali polskiego oficera. Swojego kolegę. Nie żadni wyimaginowani ''komuniści'', czy ''Sowieci''.

    Pileckiego oskarżano o łącznie sześć zarzutów, z których do jednego (zamachu na grupę dygnitarzy MBP) nie przyznał się. Ale do pozostałych już tak. Orzekano na podstawie zarówno dekretu z 13 czerwca 1946 r., Kodeksu Karnego WP, jak i przedwojennego Kodeksu Karnego.

    Po 12 dniach wyrok zapadł. Winny pięciu zarzutów. Sąd odrzucił oskarżenie o przygotowanie zamachu. Wyrok: śmierć przez rozstrzelanie. W II instancji sąd podtrzymał wyrok.

    ...Zgrzytnął zamek, zaskrzypiały drzwi. Chudy mężczyzna z wąsikiem stanął u wejścia.

    - Pilecki, widzenie.

    Wymizerowany, skatowany mężczyzna podniósł się z pryczy i wolno wyszedł z celi. Początkowo prowadzony przez dwóch klawiszy, poprosił ich, by go puścili. Chciał iść sam. Szedł dwa kroki przed klawiszem. Wiedział, że to nie widzenie. Nie odwracał się. Nie musiał. Wiedział, że chudy mężczyzna w stopniu sierżanta sięga właśnie po służbową tetetkę, szybkim ruchem odciąga kurek i mierzy mu w kark...

    Padł strzał.

    Był 25 maja 1948 roku.

    Starszy sierżant Piotr Śmietański za ten jeden strzał, którym pozbawił życia ''wroga ludu'' otrzymał tysiąc złotych.

    A pozostali? Czesław Łapiński dalej szalał. Oskarżał m.in. kpt. Stanisława Sojczyńskiego ''Warszyca'' i jego podkomendnych, żądając dla nich kary śmierci. Jak zawsze zresztą. Wyroki wykonano. Dożył w spokoju swoich dni, jako pułkownik w stanie spoczynku, choć u kresu jego życia próbowano ukarać go za jego nikczemne zbrodnie. Zmarł w 2004 roku.

    Podpułkownik Hryckowian i pułkownik Badecki nie dożyli swoich procesów. Zmarli jeszcze w PRL, opływając w zaszczyty i splendor. Hryckowian orzekał w procesie płk. Jana Rzepeckiego, skazując na długoletnie więzienie oskarżonych. Wydał łącznie co najmniej 16 wyroków śmierci. Badecki orzekł łącznie przynajmniej 29 kar śmierci, w tym dla majora Hieronima Dekutowskiego ''Zapory''. Zimny morderca, zawsze uprzedzająco grzeczny i uprzejmy. Dla niego każdy oskarżony był już martwy.

    Wszyscy spoczywają na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

    A rotmistrz Pilecki? Zrehabilitowany i uhonorowany pośmiertnie, lecz jego ciało nadal pozostaje nieodnalezione.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61617277_2519678814743554_8004186754603024384_o.jpg

  •  

    Jutro postu nie będzie

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    20 maja w wieku 98 lat zmarł Rudolf von Ribbentrop, syn ministra spraw zagranicznych, Joachima von Ribbentropa i ostatni kawaler Krzyża Rycerskiego z Waffen-SS.

    Urodził się w 1921 roku Wiesbaden. W 1936 roku towarzyszył swojemu ojcu, gdy ten był ambasadorem III Rzeszy w Wlk. Brytanii i spędził rok w Westminsterze. W szkole zapamiętano, że jeździł z szoferem śliwkowym Mercedesem i witano go nazistowskim pozdrowieniem. Ze szkoły usunięto go po tym, jak jeden z uczniów ujawnił w wywiadzie dla ''Times'' tożsamość aroganckiego Niemca.

    W 1939 roku służył w pułku SS ''Deutschland''. Chrzest bojowy przeszedł podczas kampanii francuskiej 1940 roku, za którą uzyskał Krzyż Żelazny II klasy. W trakcie operacji ''Barbarossa'' służył w dywizji górskiej SS ''Nord'', gdzie został ranny w boju w Finlandii we wrześniu 1941 r.

    Po powrocie ze szpitala trafił do 1. Dywizji Pancernej LSSAH, dokładnie do 2. plutonu 6. kompanii pułku pancernego. Wziął udział w III. bitwie o Charków w 1943 roku. Kiedy dowódca plutonu został zabity, młody von Ribbentrop otrzymał rozkaz objęcia dowództwa nad plutonem krótko przed tym, jak antena w jego czołgu została uszkodzona. Natychmiast rozkazał pozostałym wozom ruszyć do ataku. Przebyli 40 kilometrów, wychodząc na sowieckie tyły i trafiając do Aleksiejewki pod Charkowem. Podczas ciężkich walk z Armią Czerwoną, został trafiony w płuco i mimo rany, odmówił ewakuacji do szpitala, ratując w pierwszej kolejności rannych żołnierzy swojego plutonu. Za swoją postawę otrzymał Krzyż Żelazny I. klasy i objął dowództwo nad 7. kompanią.

    Na łuku kurskim w lipcu 1943 r. poprowadził swoją kompanię do ataku i zaskoczył przygotowujące się do uderzenia sowieckie czołgi. Bardzo szybko Sowieci tracąc kilkanaście wozów wycofali się. 12 lipca z kolei jego pluton zatrzymał natarcie 150 sowieckich T-34, dając czas na przygotowanie obrony. Podczas trzech dni walk zniszczył 14 sowieckich czołgów, wykazując się dużą odwagą i walecznością.
    W sierpniu wziął udział w IV. bitwie o Charków i znowu został ranny. Za udział w walkach otrzymał Krzyż Rycerski w lipcu 1943 r.

    Później objął stanowisko adiutanta dowódcy pułku pancernego 12. DPanc. SS ''HJ''. Został ponownie ranny 3 czerwca 1944 r., kiedy brytyjski Spitfire ostrzelał jego wóz wracający z manewrów. Mimo to, sześć dni później wrócił do służby. Walczył też podczas ofensywy w Ardenach w grudniu 1944 r. i znowu został ranny podczas walk na przełęczy Elsenborn. Otrzymał Złotą Odznakę za Rany.

    8 maja 1945 r. dostał się do amerykańskiej niewoli. W czasie walk zniszczył 25 czołgów wroga. Jego ojciec został powieszony w Norymberdze w 1946 roku za popełnione zbrodnie. Rudolf po wojnie, wzorem ojca, zajął się handlem winem. W 2008 roku opublikował swoje wspomnienia i biografię ojca: ''Mój ojciec, Joachim von Ribbentrop'', niestety, niewydane po polsku.

    Tak, jego autograf też mam. Jak 106 innych weteranów II wojny - Polaków, Amerykanów, Brytyjczyków, Kanadyjczyków i innych. Pozdrawiam.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61441113_2516370091741093_962806649855148032_o.jpg

  •  

    Uprzejmie przypominam, że ja nie jestem autorem postów ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Drodzy moi,

    Ostatnie tygodnie są dla mnie dość trudne, mam dużo swoich własnych problemów, dlatego też piszę z przerwami, za co przepraszam. Pomalutku wszystko staram się układać, chociaż jest trudno.

    Tym niemniej miło mi jest zakomunikować, że pierwszy raz w historii strony udało się przebić próg 2 tysięcy reakcji pod zdjęciem. Zwycięzcą okazał się być post o Festung Breslau. Bardzo mnie to cieszy, że choć ja piszę z przerwami, to nie zawodzicie.

    Bo ostatnimi czasy w ogóle bardzo szalejecie z reakcjami, niejednokrotnie przekraczając tysiąc. Czy to Berlin, czy Budziszyn, czy też wczorajsza Praga. Nigdy nie śnił mi się taki odzew pod zdjęciami. Chyba na żadnej polskiej stronie historycznej tego nie ma - takiego odzewu na wpisy i takiej popularności. Nieco ze śmiechem wspominam poprzedni rok, kiedy czasem pod zdjęciami było tylko 150 reakcji.

    Ja sam postrzegam swoją stronę jak swoisty klub dyskusyjny. Taki ze skórzanymi fotelami, boazerią na ścianach i barem serwującym coś dobrego. Zatłoczony, owładnięty dymem papierosowym, parą z e-papierosów i co tam jeszcze można palić, gdzie przy stolikach siedzą grupki i prowadzą ognistą dyskusję. Widziałem wiele ciekawych i wartościowych wymian zdań, czasem o poziomie wiedzy znacznie wyższym niż mój. Czasem przysiadam się do któregoś stolika i słucham, co mają do powiedzenia adwersarze, zwłaszcza, jeśli są to merytoryczne uwagi do posta.

    Klub, który z dnia na dzień rośnie i zbliża się do 40 tysięcy polubień. To dużo.

    Także i na Patronite jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Kiedy zakładałem tam konto, cieszyłem się, że może dostanę 100 zł za prowadzenie strony od jakichś dobrych duszyczek, którym podoba się moja strona. A tymczasem znalazłem się w pierwszej setce Autorów w serwisie na dokładnie 100. miejscu. Nie jest to może zawrotna kwota, ale znaczy dla mnie bardzo wiele. Nie wiem, jak podziękować tym, którzy mnie wspierają. To dzięki nim powstają nowe posty i na coraz lepszym poziomie, bo mam poczucie, że będzie zawsze ktoś, kto to przeczyta. Tak, Ty też.

    Czasem na różnych grupkach, oczywiście będąc tam incognito, widuję bardzo pozytywne opinie o samym sobie, a nawet traktowanie mnie jak autorytet. Cóż powiedzieć, wzrusza mnie to. Bo chyba znaczy to, że mimo wszystko dobrze i mądrze piszę.

    Chociaż bywam arogancki i opryskliwy, chociaż to tylko fanpejdż, to jednak... cały czas tu jesteście. Czytacie i na stronie, i na grupie, rzucam nowymi ciekawostkami i historiami, dzielę się znajdźkami i chętnie z Wami dyskutuję, a Wy rzucacie pomysłami, piszecie do mnie masę propozycji na następne wpisy, czasem nawet dodając otuchy.

    Mało mam ostatnio powodów do dumy - ale to, że zbudowałem taką społeczność i mam tak wiernych Fanów wywołuje we mnie to uczucie.

    Dziękuję wszystkim Wam.

    Obiecane zdjęcie Admina w mundurze, niestety w kaszowatej jakości, bo tylko takie zdołałem zabrać z mojego zablokowanego konta na fb.

    (i nie zapomnijcie polajkować poprzednich postów!!! ( ͡° ͜ʖ ͡°))

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61180076_2512157805495655_1998526004556988416_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ponieważ to zdjęcie pojawia się coraz częściej na różnego rodzaju stronach, poczytuję sobie za honor, że jest tak popularne, bo to ja je znalazłem i podsyłałem do różnych stron jako ciekawostkę. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Skatowany niemiecki oficer w Pradze, 5 maja 1945 r. Kolorował dla mnie pan Michał Stawicki już ponad rok temu.

    Powstanie w Pradze jest dla mnie numerem dwa w kategorii wydarzeń tragikomicznych w czasie II WŚ - wyprzedza je tylko zamach na Heydricha. O powstaniu będzie w swoim czasie osobny wpis, teraz tylko skrótowo. Kiedy Czesi 4 maja 1945 r. wyszli na ulice, uzbrojeni w schowaną broń, czy siekiery, esesmani po prostu do nich strzelali, zamiast grzecznie się poddać. Z wielkim trudem czescy policjanci zdobyli rozgłośnię radiową, która natychmiast stała się obiektem walk, i stamtąd nadawali komunikaty o pomoc. Niemcy zaś podeszli do sprawy profesjonalnie - co z tego, że Berlin upadł, upadała Rzesza. Do walki ruszyli esesmani z Kampfgruppe ''Wallenstein'', którzy metodycznie zaczęli wysadzać budynki i palić je miotaczami ognia. Hetzery rozbijały w puch ogniem na wprost mizerne barykady, a do ataku ruszyły nawet odrzutowe Me-262, niszcząc budynek rozgłośni radiowej. Czesi wpadli w panikę - nie mieli szans z realnymi żołnierzami. Zaczęli wzywać pomocy do każdego w pobliżu, nieliczni tylko stawili opór, duży udział w zatrzymaniu Niemców mieli własowcy z 1. Dywizji ROA, którzy podjęli walkę, udzielając rozhisteryzowanym ze strachu powstańcom pomocy. Własowcy czasowo ustabilizowali sytuację, ale Czesi nie chcieli dać im gwarancji ochrony przed zbliżającą się Armią Czerwoną, więc musieli się wycofać. Powstanie to miało dwa wzajemnie zwalczające się i nieuznające się ośrodki dowodzenia (zwolennicy rządu emigracyjnego z Londynu i komuniści, podlegli Moskwie), jego dumnym uczestnikiem jest rzekomo Vaclav Klaus, który jako trzylatek (!) budował barykady na ulicach. Za uczestnictwo uważano, kiedy ktoś wywiesił czechosłowacką flagę, zaśpiewał hymn czechosłowacki, albo odmówił Niemcom wydania towaru. 7 maja Niemcy podpisały jednak kapitulację. Uświadomiło to niemieckim żołnierzom, że są sami i muszą wycofać się na zachód. Podpisano rozejm z Czechami i rozpoczęto gorączkową ewakuację. 140 tysięcy Niemców zdołało się wycofać, a wkraczający Sowieci wdali się w potyczki z nielicznymi, pozostałymi w mieście oddziałami SS. Taki był koniec.

    Ale wydarzenie to nie było tylko komiczne. Było tragikomiczne, bo tragedia też nastąpiła.

    Kiedy odeszła niemiecka armia... w Czechach doszło do szaleństwa. Kilkaset tysięcy Niemców w Pradze zostało na łasce Czechów. Czescy cywile, całą wojnę potulnie pracujący w produkujących dla Wehrmachtu działa i ciężarówki zakładach Skody, czy zakładach optycznych Zeissa, wspierający lojalnie niemiecki wysiłek wojenny na rozmaite sposoby, zaczęli swoje polowanie i mordy. Zabijali nie tylko jeńców, ale też, a nawet przede wszystkim, cywilów.

    Już przed powstaniem, bo 19 kwietnia, czescy partyzanci schwytali byłego dowódcę niemieckiej 16. DPanc., gen. Dietricha von Müllera i jego ludzi. Wszystkich wymordowano, zaś generała wydano Sowietom, który trafił do łagrów na dziesięć lat. Czytałem wspomnienia partyzanta, który rozstrzeliwał tych Niemców - twierdził, że to byli ''zbrodniarze z SS'' i że jest dumny z tego, że ich wystrzelał.

    Jeszcze w trakcie powstania Czesi zaczęli ścigać cywilnych Niemców i zamykać ich na terenie Scharnhorstschule (Altbunzlau, 6 km od Pragi, dzisiaj Brandýs nad Labem-Stará Boleslav), gdzie urządzono obóz koncentracyjny.

    Hildegard Hurtinger wspominała: ''15 maja 1945 r. tłum Czechów zabrał mnie z domu, okładając pałkami, kopiąc i ciągnąc za włosy, prowadząc do Scharnhorstschule, gdzie ukradziono mi wszystko, co miałam przy sobie. Zostawili mi tylko pończochy i sukienkę, które nosiłam. Zostałam przesłuchana przez czeskiego komisarza, który oskarżył mnie o wysłanie do obozu koncentracyjnego 16 Czechów w 1942 roku - podczas gdy ja wówczas nawet nie mieszkałam w Pradze. Za każdym razem, gdy zaprzeczałam, bito mnie. (...) W nocy więźniowie byli wywoływani na dziedziniec szkoły i grupy po 10 osób - w tym kobiety i dzieci, wśród nich dwaj moi bracia i ich rodziny - byli rozstrzeliwani na oczach innych więźniów. Najmłodsze dziecko mojego brata miało pięć miesięcy. Pozostali więźniowie musieli kopać groby, rozbierać ciała i chować zabitych. Zdarzało się, że strażnicy strzelali bez powodu w tłum więźniów. (...) W jednym wypadku kula trafiła mnie w kark. Leżałam pod zwałami ciał przez cały dzień i noc, bo bałam się wyjść. Strażnicy weszli między ciała i na oślep zaczęli dźgać bagnetami tych, którzy dawali oznaki życia. W ten sposób przebili mi rękę. Nie dostawaliśmy nic do jedzenia. Dzieci dostawały spluwaczki jako ''jedzenie''. Te, które ich odmawiały, były bite. Uzbrojone Czeszki wyłuskiwały z tłumu ciężarne kobiety i wyciągały na dziedziniec, gdzie zdzierały z nich ubrania i biły je, aż pękały im brzuchy. (...) Co najmniej dziesięć kobiet zostało w ten sposób zamordowanych.''

    Anna Seidel: ''Zostałyśmy wyprowadzone na przedmieścia Radlitz, do zabudowań fabryki, gdzie ograbiono nas ze wszystkiego: pieniędzy, dokumentów, biżuterii itd. Byłyśmy poszturchiwane, kopane, bite tak strasznie, że przez kilka tygodni byłyśmy całe sine. Zgolono nam brutalnie włosy, a potem oni [czescy partyzanci] namalowali nam swastyki na czołach i wylali na nas lodowatą wodę z wiader. Zabrali nas potem na ciężarówkę, gdzie musiałyśmy klęczeć. Ciężarówka jechała bardzo wolno przez ulice, a tłum nas bił i poniżał. Przez cały czas musiałyśmy krzyczeć, że jesteśmy ''hitlerowskimi kurwami''. I jeśli nie robiłyśmy tego wystarczająco głośno, bito nas jeszcze bardziej - nas, starsze kobiety [Anna Seidel miała wówczas 67 lat, od 40 mieszkała w Pradze].''

    Niemieccy jeńcy w Pradze, ci, którym nie udało się wydostać, byli bici i maltretowani. Musieli nosić na plecach wielkie swastyki, czasem wypalano im je na dłoniach, lub plecach. Jeszcze gorszy los czekał własowców, którzy pozostali w mieście - 9 maja, od razu po wkroczeniu Armii Czerwonej, wymordowano w samej Pradze 200 z nich, chociaż jeszcze parę dni wcześniej walczyli ramię w ramię z Czechami przeciw Niemcom. Tego samego dnia doszło do mordów na niemieckiej ludności cywilnej. Czesi rozstrzeliwali ich setkami, bili na śmierć, rozjeżdżali ciężarówkami (jest z tego nawet nagranie) przy braku jakiejkolwiek reakcji sowieckich ''wyzwolicieli''. Tego dnia zamordowano od 600 do 1000 niemieckich cywilów w samej Pradze. Na stadionie Strahov urządzono obóz dla 10 tysięcy więźniów. Pozostawiono bez wody, jedzenia i opieki medycznej. Komunistyczni bojówkarze dla zabawy strzelali do nich z pistoletów maszynowych. Gdy znajdowali jakiegoś niemieckiego żołnierza, wyciągali go z tłumu i tłukli na śmierć. Starcy i dzieci marli setkami na dyzenterię i tyfus.

    Franz Rösch: ''W Vokovicach [dzisiaj dzielnica Pragi] widziałem tysiące Niemców - żołnierzy i cywilów, kobiet i dzieci, nawet 10-letnich chłopców, brutalnie mordowanych przez Czechów. Większość z nich została zatłuczona na śmierć przez komunistów, nieliczni zostali zastrzeleni. Większość była postrzelona tylko w celu znęcania się i wtedy bita na śmierć. Często ciężko pobitych oblewano kwasem solnym, by powiększyć ich cierpienia''.

    Marianne Klaus: ''9 maja 1945 roku mój mąż, Gotthard, 66-letni, został zatłuczony na śmierć na komendzie policji w Pradze. Widziałam go ostatni raz 10 maja o 4 nad ranem. Na twarzy miał guzy wielkości pięści, jego nos i usta były jedną krwawą masą, a ręce miał opuchnięte. Widziałam też, jak dwóch esesmanów było bitych za pomocą nahajki, aż nie upadli, okryci krwią. Wtedy byli kopani, aż nie pękły im brzuchy, a następnie zepchnięto ich ze schodów. Widziałam dziewczynę ze służb pomocniczych Wehrmachtu, którą ukamienowano, a następnie powieszono na dachu sklepu. Widziałam też esesmana, powieszonego za nogę na latarni i podpalonego żywcem.''

    Tak, podpalanie żywcem także miało miejsce. Istnieje zdjęcie spalonej żywcem dziewczyny i chłopaka z HJ, których powieszono za nogi na placu Wacława, oblano benzyną i podpalono. Czesi w ten sposób ''uczcili'' przybycie prezydenta Eduarda Benesa 20 maja 1945 r. Wspomniana Hildegard Hurtinger: ''20 maja przyprowadzono nas na plac Wacława, gdzie niemieccy chłopcy i dziewczynki, a także żołnierze, byli wieszani żywcem za nogi na drzewach i latarniach i, na naszych oczach, oblewano ich benzyną i podpalano''.

    Helene Bugner: ''Kiedy wyszłyśmy z domu, profesor Zelenka [szef grupy] oddał nas tłumowi Czechów ze słowami ''Oto niemieckie kurwy dla was''. Wyzywając nas od ''niemieckich kurew'' tłum kazał nam klęczeć i wtedy obcięto nasze włosy bagnetami. Zabrano nam buty i pończochy, więc szłyśmy boso. Z każdym krokiem i w każdej chwili byłyśmy nieludzko bite kijami, gumowymi pałkami itd. Kiedy jakaś kobieta upadała, była kopana, tarzana w błocie i kamienowana. Zemdlałam z bólu kilka razy, wtedy cucono mnie wodą. (...) Każdej nocy Czesi przyprowadzali do naszych baraków sowieckich żołnierzy, którzy nas gwałcili. Trwało to 4 miesiące''.

    Nie wliczam tutaj kwestii wysiedleń Niemców sudeckich z lata 1945 roku, bo zrobiłaby się z tego książka, dość powiedzieć, że w trakcie wysiedleń dochodziło na potęgę do opisanych zbrodni. Jürgen Thorwald w książce ''Wielka ucieczka'' podawał, że zamordowano co najmniej 30 tysięcy Niemców. W samym marszu śmierci z Brna i masakrze w Postoloprtach zamordowano co najmniej 5 tysięcy Niemców. Liczbę zamordowanych szacuje się nawet na 80-100 tysięcy.

    Czesi, którzy przez całą wojnę doświadczyli najlżejszej okupacji ze wszystkich (największą stratą była pacyfikacja Lidic w 1942 r.), chętnie i często współpracowali z Niemcami, a ich ruch oporu był rachityczną parodią tego, co istniało w Europie Zachodniej (o Polsce, Jugosławii, czy Grecji nie wspominając), najwyraźniej próbowali odsunąć od siebie ewentualne oskarżenia o kolaborację. Okrutnym bestialstwem w krótkim czasie w 1945 roku rekompensowali sobie lata bierności. Winnych nigdy nie ukarano i rozciągnięto nad nimi parasol ochronny w 1946 r. ustanawiając de facto amnestię z działaniem wstecznym dla każdego potencjalnego mordercy i zbrodniarza.

    Dwa z opisywanych wydarzeń - mordy w Scharnhorstschule i podpalanie żywcem - uwiecznił artysta Herbert Smagon w swoim cyklu poświęconym zbrodniom roku 1945. Wklejam w komentarzach.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61077778_2511114282266674_5657567867046985728_o.jpg

  •  

    Jutro postu nie będzie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Wiecie, jak wygląda zdechły łoś? Właśnie tak. Zniszczony samolot PZL.37 z XV Dywizjonu Bombowego w okolicach Brześcia, 1939 r.

    Przymierzałem się do tego wpisu od dłuższego czasu, zwłaszcza czytając wypowiedzi o ''najlepszym bombowcu świata''. Jego zwolennicy od osiemdziesięciu lat twierdzą, że samolot ten mógł podbić świat, ale coś mu nie wyszło. Obrośnięty legendą, trafił nawet na koszulki i kubki.

    PZL.37 ''Łoś''.

    Nieco śmieszna sylwetka, przeszklony nos, szybki, zwrotny, o dużym udźwigu i nowatorskim przekroju skrzydła. Ikona dwudziestolecia, symbol polskiej myśli technicznej, duma narodowa. ''Jeszcze parę takich i sami byśmy Niemiaszków pogonili'', gardłują jego piewcy.

    Cóż...

    Żeby zrozumieć powstanie tego samolotu, należy cofnąć się w czasie do 1920 roku. Wtedy to włoski generał Giulio Douhet opublikował swoją pracę na temat bombardowań strategicznych. Douhet nie był pilotem, był czystym teoretykiem, uważającym, że bombowce są zdolne samodzielnie przechylać szalę zwycięstwa w konfliktach, zrzucając setki ton bomb na pozycje wroga, wykrwawiając go. Douhet uważał formacje myśliwskie za niepotrzebne, twierdząc, że silnie uzbrojone w karabiny maszynowe bombowce będą w stanie samodzielnie się obronić, a ewentualną eskortą powinny zająć się dwusilnikowe ciężkie myśliwce.

    Tyle teoria. W praktyce w XX-leciu międzywojennym poglądy Douheta były bardzo popularne, bo nikt za bardzo nie wiedział, do czego wykorzystać samoloty na polu walki. Nie inaczej było w Polsce. Generał Ludomił Rayski, szef Departamentu Lotnictwa, był wielkim orędownikiem teorii Douheta. Z jego inicjatywy złożono w Państwowych Zakładach Lotniczych zamówienie na szybki, dwusilnikowy bombowiec o dużym udźwigu.

    W 1936 roku powstał pierwszy prototyp Łosia. Samolot pokazał, że stać go na wiele, ale potrzebne były modyfikacje i usprawnienia. Zmieniono usterzenie ogonowe na podwójne, by dać strzelcowi lepsze pole ostrzału, poprawiono podwozie. Nowoczesnością były sprężarki w silnikach, pozwalające operować na wyższych pułapach, a także nowatorski laminarny profil skrzydła, co pozwoliło zwiększyć prędkość. Samolot zabierał 2580 kg ładunku i osiągał prędkość 412 km/h. Był też bardzo zwrotny i lekki (ogon mogło przemieścić trzech techników). Pod kątem nowoczesności mieścił się w ścisłej czołówce światowej, a w okresie 1937-38 samoloty wzbudziły bardzo duże zainteresowanie na świecie m.in. w Paryżu i Belgradzie, a licencję zakupiła np. Belgia. Ciekawym projektem rozwojowym samolotu był PZL.49 Miś, różniący się m.in. obrotową wieżyczką z działkiem Hispano-Suiza 20 mm i wysuwaną dolną gondolę strzelecką.

    Ale wad było równie wiele.

    Samolot miał słabe uzbrojenie defensywne, wynoszące raptem trzy karabiny maszynowe 7,92 mm, ale nie to było jego głównym problemem. Był niemal całkowicie bezbronny wobec ataku z boku i... nie posiadał żadnego opancerzenia, co czyniło go wrażliwym na ostrzał nawet z broni ręcznej. Nie posiadał też samouszczelniających się zbiorników paliwa i był po prostu łatwym łupem dla każdego myśliwca. Łoś był bardzo trudny w pilotażu i podatny na przeciągnięcia - przy pełnych obciążeniach i awarii jednego z dwóch silników samolot walił się na skrzydło. Samolot był bardzo trudny w pilotażu i przez to nielubiany przez pilotów. Słabe silniki (bolączka w zasadzie całego przemysłu lotniczego II RP) nie pozwalały Łosiowi na wszystkie atuty bombowca - był jedynie szybki i zwrotny, ale jednocześnie za duży i za wolny na ciężki myśliwiec, zaś brak opancerzenia i słabe uzbrojenie obronne deklasowały go jako skuteczny bombowiec. Ponadto, przy operowaniu z lotnisk polowych udźwig Łosi spadał do 800 kilogramów.

    Patrząc szerzej, to Łoś był po prostu zabawką. Absurdalnie drogą i niepotrzebną zabawką. Co gorsza - zabawką, której nie bardzo wiedziano do czego użyć. Ikoną sanacyjnych marzeń o mocarstwowości. Kiedy w marcu 1939 roku szef Inspektoratu Obrony Powietrznej Państwa, generał Józef Zając przedstawił swój raport nt. stanu obrony powietrznej Polski, wnioski były miażdżące. Generał Zając pozostawał w konflikcie z Rayskim, bowiem słusznie uważał, że bombowce Polsce są tak potrzebne jak świni siodło i że należy inwestować w myśliwce. Raport trafił do marszałka Rydza-Śmigłego i spowodował tak ostrą dyskusję, że Rayski musiał podać się do natychmiastowej dymisji.

    Okazało się bowiem, że Rayski blokował rozwój myśliwców na rzecz swojego ukochanego Łosia i planowanego dwusilnikowego myśliwca pościgowego PZL.38 Wilk (którego projektowano pod silnik, który nigdy nie powstał, a sam samolot okazał się być pomyłką). Przez to nie kontynuowano rozwoju samolotów myśliwskich serii ''P'' (do których należał P.11c, konstrukcja bardzo udana w pierwszej połowie lat 30., ale w 1939 r. mocno przestarzała). Nowocześniejszą wersją PZL P.24 wojsko nie było zainteresowane i skierowano je wyłącznie na eksport. Później broniły nieba Grecji przed włoskimi samolotami. Było to kompletnie niezrozumiałe nawet pod kątem finansowym - jeden Łoś kosztował 500 tys. ówczesnych złotych, tyle, co trzy samoloty P.24, niewspółmiernie bardziej potrzebne Polsce. Projektowany nowoczesny myśliwiec PZL.50 Jastrząb rodził się w wielkich bólach i do wybuchu wojny zbudowano zaledwie dwa prototypy (swoją drogą, o tym myśliwcu też krążyły raczej nieprzychylne opinie).

    W trakcie kampanii 1939 roku Łosie nie zapisały się niczym szczególnym. Ze 120 wyprodukowanych maszyn zaledwie 36 wzięło udział w walkach w składzie X i XV Dywizjonu Bombowego, pozostałe znajdowały się w jednostkach ćwiczebnych, rezerwie i w wytwórniach. Z braku pomysłów i możliwości używano ich do ataków na kolumny zmotoryzowane, gdzie lokalnie odnosiły niewielkie sukcesy, ale były bardzo wrażliwe na ogień z ziemi. W dodatku doskwierał im brak osłony myśliwskiej - tej samej osłony, zaniedbanej na jego rzecz. W wyniku działań wojennych stracono 56 maszyn, z czego 11 zestrzeliła Luftwaffe. Pozostałe od połowy września uciekały do Rumunii, gdzie znalazło się 26 (lub nawet 46) tych samolotów. 6-9 maszyn zdobyli Sowieci, zaś Niemcy przejęli co najmniej kilkanaście samolotów, w większości uszkodzonych i niekompletnych. Po testach Niemcy wszystkie Łosie zezłomowali, nie będąc zainteresowanymi konstrukcją.

    Dużo dłuższą karierę Łosie zapisały w lotnictwie rumuńskim. Z dostępnych maszyn sformowano Grupul 4 z dwiema eskadrami - 76. i 77. Jednostka wzięła udział w oblężeniu Odessy w 1941 r., gdzie dobitnie wyszło na jaw, że samoloty mogą ataki przeprowadzać wyłącznie w nocy, bo artyleria przeciwlotnicza im szkodzi. Samoloty bombardowały także Kijów i Charków. W krótkim czasie utracono 14 samolotów. Jednostkę wycofano spod Odessy w październiku 1941 r. i skierowano do szkolenia. Wiosną 1944 r. zagrożenie ze strony Armii Czerwonej było tak bliskie, że ponownie sformowano 76. eskadrę i wcielono do niej 8 pozostałych Łosi, które wzięły udział w walkach w Besarabii. W maju eskadrę wycofano do szkolenia, a po zmianie stron przez Rumunię, ruszyła ona do walki przeciwko Niemcom i Węgrom na przełomie sierpnia i września 1944 r. Ostatnich pięć Łosi utracono w wyniku węgierskiej ofensywy pod Tordą we wrześniu 1944 r. Rumuni brak ewakuacji tłumaczyli, że samoloty są w złym stanie technicznym po pięciu latach służby. Węgrzy podczas odwrotu przed kontrofensywą Armii Czerwonej samoloty wysadzili w powietrze, kończąc historię Łosia.

    Problemem Łosia nie była jego konstrukcja (jak podkreślam, post nie jest krytyką samego Łosia, tylko jego idei i generała Rayskiego), tylko to, że istniał. Samolot tego typu w realiach II. połowy lat 30. Polsce nie był w ogóle potrzebny, bo w polskiej sytuacji liczyły się przede wszystkim myśliwce, których dramatycznie później brakowało we wrześniu 1939 roku. Nie bez znaczenia jest też to, że choćby Łoś był najlepszym samolotem świata - a nie był - to Polska nie byłaby w stanie wystawić go w większej ilości, niż trzy, może cztery dywizjony. Koncepcje użycia bombowców dopiero się rodziły, ledwo zakończyła się wojna w Hiszpanii, która dała jakieś bardziej miarodajne oceny - ale na zmiany było już za późno.

    W efekcie postawiliśmy na bardzo drogi samolot, który wytrzepał nas z kasy (same maszyny to astronomiczna kwota 60 mln ówczesnych złotych, nie licząc kosztów projektu i testów - tak dla porządku dodam, że budowa drugiego najgłupszego wydatku wojskowego II RP, czyli dwóch oceanicznych okrętów podwodnych typu ''Orzeł'' pochłonęła 21 mln zł. Warto wspomnieć, że koszt czołgu 7TP to 231 tys. zł, a działka Bofors 37 mm - 23 tys. zł), a który ani nam się nie przydał, ani się nie sprawdził w boju. Gdyby to była maszyna eksportowa, to kto wie...

    Piszę te gorzkie słowa zresztą jako wnuk weterana Września, lotnika z 5. Pułku Lotniczego, nie krytykując polskich lotników, jeno ośrodki decyzyjne, które w imię swoich ambicji i marzeń zmarnowały czas, środki i energię, które można było wykorzystać inaczej.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 61153526_2509386119106157_6392847344496279552_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dawno nie było nic o bohaterskich Włochach. Dlatego z pewnością jesteście spragnieni kolejnej opowiastki. Tym razem - o jednej z moich ulubionych jednostek, której mundur zresztą noszę.

    8 września 1943 roku król Włoch, Wiktor Emanuel i marszałek Badogayo... Badoglio podpisali włoską kapitulację. Porzucili tym samym na pastwę losu i wściekłość Niemców setki tysięcy włoskich żołnierzy. Sam król i marszałek byli bezpieczni, ewakuowani przez Aliantów.

    Włoscy żołnierze najczęściej poddawali się Niemcom bez oporu, chociaż niektórzy bohatersko podjęli walkę. Część od razu wyraziła chęć przejścia na stronę niemiecką i dalszej walki z Aliantami. Jak sami argumentowali, nie chodziło o żadną zażyłość z Niemcami, ale o ratowanie honoru włoskiej armii i pokazanie światu, że włoski żołnierz nie porzuca sojuszników na polu bitwy.

    Batalion ''IX Settembre'' był pierwszą jednostką wojskową Włoskiej Republiki Socjalnej. Nazwę przyjął na pamiątkę pierwszego dnia po kapitulacji, by podkreślić ciągłość walki Włochów. Sformowano go pod koniec września 1943 r. w Tulonie na bazie dwóch batalionów uderzeniowych marynarki wojennej oraz elitarnych batalionów ''M'', czyli ścisłej awangardy milicji faszystowskiej, wyróżniającej się czerwonymi literami ''M'' z rózgami liktorskimi na kołnierzu. Byli oni gwardią przyboczną Duce, najwierniejszymi jego pretorianami. Warto wspomnieć, że ich niepisanym przyrzeczeniem było niedopuszczenie nigdy, by wpinki z ich kołnierzy trafiły w ręce wroga. Znany jest przypadek, kiedy jeniec z batalionu w Indiach przez dwa lata ukrywał swoje wpinki w ustach każdego ranka, by mu ich nie odebrano. Oryginały kosztują majątek. Żołnierze jako symbol wyróżniający nosili z przodu munduru wstążkę od medalu MVSN z wyhaftowaną ręcznie nazwą batalionu.

    Ten, gdy w sierpniu 1944 roku wizytował batalion, powiedział do żołnierzy: ''Gdyby wszyscy włoscy żołnierze poszli za waszym przykładem, Italia dzisiaj nie byłaby w tak smutnym położeniu''.

    Batalion początkowo pełnił funkcje zabezpieczające na tyłach frontu, najpierw na Linii Gustawa, potem pod Anzio. Brali również udział w zajęciu Elby i toczyli boje na granicy włosko-francuskiej. W trakcie działań przeciwpartyzanckich żołnierze batalionu schwytali jednego z najbardziej poszukiwanych przywódców podziemia, Silvio Corbariego.

    Niedługo potem, dołączeni do elitarnej dywizji ''Brandenburg'', trafili na front wschodni i wzięli udział w walkach z Armią Czerwoną na terenie Prus Wschodnich. Pod koniec wojny batalion wycofano z powrotem do Włoch, gdzie zabezpieczał odwrót wojsk niemieckich. W trakcie walk odwrotowych pozostałości batalionu - 200 ludzi - zostały zablokowane przez partyzantów. Ci, którzy się poddali, zostali wymordowani. Pozostali wyrąbali sobie drogę odwrotu i - nie mogąc dotrzeć do Austrii - poddali się Amerykanom. 28 kwietnia 1945 r. jednostkę rozwiązano.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 60814714_2507937542584348_5330201181958438912_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemieccy jeńcy wojenni w jednym z amerykańskich obozów, lato 1945 roku.

    Kiedy kończyła się II WŚ, ogromne ilości jeńców trafiły w ręce Aliantów. W niewoli amerykańskiej znalazło się 3,8 miliona niemieckich jeńców, w brytyjskiej 3,7 miliona, w sowieckiej 3,15 mln, we francuskiej 245 tys., a w jugosłowiańskiej - 194 tys.

    Dużo się mówi i pisze, że w niewoli sowieckiej los Niemców był nie do pozazdroszczenia. To poniekąd prawda, ale też nie do końca. Sowieci bowiem pierwszych jeńców zaczęli zwalniać już w 1945 i 1946 roku i sporo zwolnili do 1949 roku, wielu też nie pojechało na Syberię, a pracowali np. na Ukrainie, czy Białorusi. Oczywiście, śmiertelność była wysoka, a warunki niewoli ciężkie. Przykładowo, z 84 tysięcy wziętych do niewoli Włochów do kraju wróciło zaledwie 10 tysięcy...

    Jednak w błędzie jest ten, który sądzi, że w amerykańskiej niewoli jeńców czekała sielanka. Amerykanie po pierwsze wielu jeńców nie przyjęli, tylko odesłali ich Sowietom, tak było m.in. z Erichem Hartmannem, najlepszym asem myśliwskim w historii. Wielu jeńców, którzy poddali się Amerykanom po północy 9 maja 1945 r. wydano Sowietom, zwłaszcza, jeśli wcześniej walczyli na Ostfroncie. Zachowanie to było nie tylko okrutne (bo Amerykanie wiedzieli, co czeka Niemców w sowieckiej niewoli), ale i po prostu naiwne - wydawano potencjalnemu wrogowi ludzi, którzy znali jego najsłabsze punkty. Więcej wstrzemięźliwości okazali Brytyjczycy, którzy nie wydali asa Stukasów i pogromcy pancernika ''Marat'', Hansa-Ulricha Rudela.

    Pozostali w strefie amerykańskiej również nie mieli najlepszej sytuacji. Przed wiosną 1945 roku jeńców niemieckich odsyłano do USA, gdzie pracowali np. na polach i mieli bardzo dobre warunki niewoli (pozwalano im wychodzić na miasto, otrzymywali nowe ubrania, a nawet zapłatę). Jednakże, wiosną 1945 r. zwłaszcza w toku ofensywy Aliantów w głąb Niemiec i podczas likwidacji kotła w Zagłębiu Ruhry (opiszę to kiedyś), jeńców przybyło tak wielu, że nie było sensu wywozić ich do USA. Utworzono więc 19 obozów nad Renem, które nazwano potem ''Rheinwiesenlager''. Zamknięto w nich 1,9 miliona jeńców.

    Warunki w nich panujące można porównać do niemieckich obozów koncentracyjnych, albo do ''obozów'' w których Niemcy trzymali sowieckich jeńców w 1941 r.

    Często nie było baraków, ani żadnych budynków - tylko kawałek pola, odgrodzony drutem kolczastym. Nie wydawano koców,ani namiotów - jeńcy, a raczej więźniowie, byli stłoczeni na otwartej przestrzeni, wystawieni na deszcz i wiatr. Nie wydawano jedzenia (a jak wydawano, to za mało - dzienna dawka kalorii wynosiła od 1000 do 1550), nie udzielano pomocy medycznej. Szerzyły się choroby: tyfus, wszawica, dyzenteria.
    Jeńcy marli z głodu, wyziębienia, ran i chorób. Uwięzionych bito z byle powodu, czasem o to, że nie zdjęli czapki na widok wartownika. Amerykańscy wartownicy pozwalali więźniom wymieniać ich zegarki i kosztowności na papierosa, czy kawałek chleba. Do obozów nie wpuszczano nawet Czerwonego Krzyża. Do przerzucających przez druty jedzenie cywilów strzelano. Czasami strzelano i bez powodu, ot tak, dla zabawy.

    Głód był powszechny - a korzystali na tym Amerykanie. Za batonika, paczkę papierosów, parę nylonowych pończoch można było mieć dosłownie każdą kobietę...

    Martin Brecht, szeregowiec z kompanii ''C'' 14. pułku piechoty i wartownik w obozie w Andernach, wspominał:

    ''Jeszcze bardziej szokujący był widok tych więźniów wrzucających trawę i chwasty do cynowych puszek zawierających rzadką zupę. Powiedzieli mi, że robią to aby ulżyć sobie w bólu który był powodowany przez głód. Szybko ulegali wycieńczeniu. Dyzenteria szalała – zaczęli sypiać we własnych odchodach, bowiem byli zbyt słabi, aby doczołgać się do rowów z latrynami. Wielu błagało o jedzenie, chorując i umierając przed naszymi oczami. Mieliśmy wystarczającą ilość zapasów i zaopatrzenia, lecz nie zrobiliśmy nic by im pomóc; nie udzielaliśmy żadnej pomocy lekarskiej.''

    ''Niektórzy z naszych słabych i chorych więźniów zostali zabrani przez francuskich żołnierzy do ich obozu. Jechaliśmy ciężarówką za tą kolumną marszową. Co jakiś czas zwalniała i zawracała. Być może kierowca był tak zszokowany jak ja widząc co się dzieje. Gdy jakiś niemiecki więzień upadał był bity pałką w głowę i w ten sposób mordowany.''

    Sytuacja podobna miała miejsce w obozach dla ''dipisów'' (displaced person - byli robotnicy przymusowi, jeńcy i uchodźcy), gdzie brakowało ustawicznie żywności.

    Jak oceniał Grzegorz Czwartosz, w samym obozie Bretzenheim zmarło i zostało zamordowanych 18 tysięcy jeńców. Liczbę ogólnie zmarłych więźniów w Rheinwiesenlager oceniał na ok. 56 tysięcy. Oficjalne amerykańskie raporty opiewały na liczbę zaledwie 3053 zmarłych. James Bacque oszacował liczbę zmarłych i zabitych jeńców do połowy 1946 roku na milion ofiar.

    Wspomniany Martin Brecht pisał jeszcze:

    ''Jako gest przyjaźni, rozładowałem moją broń i stanąłem z boku. Pozwoliłem im nawet pobawić się nią. To „przełamało lody” i zaraz śpiewaliśmy piosenki, ucząc się ich nawzajem. Także te których nauczyłem się w niemieckiej szkole („Du, du, liegst mir im Herzen”). Jako wyraz wdzięczności upiekli mi specjalny, mały i słodki chlebek – jedyny prezent jaki mogli mi ofiarować. Schowałem go do mojej „eisenhowerowej” kurtki i zaniosłem do moich baraków. Zjadłem go w samotności. Nigdy nie jadłem smaczniejszego chleba. (...)

    „Co z tego?”, ktoś zapyta. „Okrucieństwo wroga było większe niż nasze.” To prawda, że patrzyłem tylko na koniec wojny, gdy byliśmy już zwycięzcami. W przeciwieństwie do nas, Niemcy mieli coraz mniej okazji do stosowania przemocy. Jednak dwa zła nie czynią jednego dobra. Zamiast powtarzać przestępstwa wroga, powinniśmy próbować przełamać spiralę przemocy i zemsty, która splugawiła naszą historię.''

    Myślę, że nie wymaga to żadnego mojego komentarza. Chociaż, nie, wymaga.
    Po raz kolejny chylę głowę przed Brytyjczykami i resztą Commonwealthu za to, że potrafili zachować zasady.

    To, że zbrodni dopuścili się ci rzekomo ''dobrzy'' nie znaczy, że będę ją przemilczał.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 60190037_2494299877281448_6203800210024431616_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Łotewski ochotnik z Legionu Łotewskiego, ok. 1943 r.

    Łotwa, podobnie jak i inne kraje nadbałtyckie, główne zagrożenie dla własnej państwowości widziała nie w Niemcach, a w Związku Radzieckim. Nic dziwnego - podczas ''roku terroru'' 1940-41 Sowieci rozpoczęli szeroko zakrojone represje wobec Łotyszy, a symbolem tego był opisywany przeze mnie ''łotewski Katyń'', czyli wymordowanie 560 oficerów armii łotewskiej w Litene w czerwcu 1941 r. Porzuceni przez zachodnie mocarstwa, pozostawieni samym sobie, musieli wybrać.

    ''To prawdziwi Łotysze. Chcą trwałej i niepodległej Łotwy. Zmuszeni wybierać pomiędzy Niemcami, a Rosją, wybrali Niemcy, gdyż chcą współpracować z zachodnią cywilizacją. Współpraca z Niemcami uważana jest przez nich za mniejsze zło''

    Oberführer Adolf Ax, dowódca 15. Dywizji Grenadierów SS.

    Wkroczenie Niemców potraktowano entuzjastycznie, licząc na odzyskanie niepodległości. Jednakże Niemcy nie byli zainteresowani ustanowieniem niepodległego państwa łotewskiego - dla nich to był tylko kolejny punkt na mapie Generalplan Ost. Państwa nadbałtyckie przemianowano na ''Komisariat Rzeszy Ostland'' z niewielką autonomią lokalnej administracji. Taki stan rzeczy niespecjalnie odpowiadał Łotyszom, ale rozumieli oni - wykrwawieni po roku sowieckiej okupacji - że zbrojna walka z Niemcami przyniesie tylko większe zniszczenia i przyspieszy powrót Sowietów.

    W styczniu 1943 roku utworzono Łotewski Legion SS, który rozrósł się tak, że przemianowano go na dywizję - 15. Ochotnicza Łotewska Dywizja SS ruszyła do walki w listopadzie 1943 roku na południe od jeziora Pejpus, później zaś brała udział w ciężkich walkach nad rzeką Wielikaja w lutym i marcu 1944 r. i pod Ostrowem podczas ofensywy Bagration latem 1944 roku.

    W międzyczasie na bazie 2. Brygady Piechoty SS utworzono drugą dywizję - 19. Dywizję Grenadierów SS. Symbolami obu jednostek były swastyki na patkach kołnierzowych (ugunskrusts, co ciekawe, niemający żadnego związku z nazistowską symboliką, bo był to jeden z przedwojennych symboli armii łotewskiej) oraz tarcze w barwach narodowych. W wyniku operacji Bagration, 19. Dywizja została odcięta w Kurlandii, a 15. poniosła tak ciężkie straty, że ewakuowano ją na Pomorze i tam odtworzono jesienią 1944 roku. W styczniu i lutym 1945 roku walczyła na Wale Pomorskim, zadając poważne straty nacierającym oddziałom Wojska Polskiego i Armii Czerwonej, sama jednak straciła 70 % stanu. W wyniku ofensywy Armii Czerwonej, pozostałości dywizji przebijały się na Zachód, kilkudziesięciu żołnierzy brało udział w obronie Berlina (elementy 15. kompanii szturmowej por. Neilandsa), walcząc o Ministerstwo Lotnictwa i broniąc Kancelarii Rzeszy. Atis Neilands był nawet tłumaczem generała Hansa Krebsa w rozmowach kapitulacyjnych prowadzonych z Sowietami 1 maja 1945 r. Garstka Łotyszy walczyła także o Poznań i broniła Kołobrzegu. Większość żołnierzy starała się przebić za Łabę, do Amerykanów i Brytyjczyków.

    19. Dywizja z kolei pozostała okrążona w Kurlandii (wraz z 15. pułkiem artylerii SS z 15. DGren. SS) do końca wojny, stawiając Sowietom twardy opór pod Sloka i Dobele. Wzmocniły ją pozostałości innych łotewskich formacji. Jednostka wzięła udział we wszystkich sześciu wielkich bitwach kurlandzkich, dzielnie broniąc się w rejonie Jełgawy. Co ciekawe, do walki z nimi Sowieci wykorzystali 43. i 308. Dywizje Strzeleckie, sformowane z przymusowo wcielonych do Armii Czerwonej Łotyszy. Kiedy żołnierze po obu stronach odkryli, kogo mają naprzeciw, starali się unikać walki. Rozwścieczeni Sowieci musieli wycofać ''swoich'' Łotyszy na inny odcinek frontu. Za odwagę Łotyszy uhonorowano jednym z ostatnich niemieckich odznaczeń - wstęgą naramienną ''Kurland''. Po kapitulacji niemieckiego zgrupowania GA ''Nord'' w maju 1945 roku, większość żołnierzy ze zdziesiątkowanej dywizji (ok. 4 tys. ludzi) zwyczajnie odeszła w lasy, kontynuując walkę partyzancką z sowieckim okupantem w szeregach ''Leśnych braci'' aż do lat 50. Niektórzy próbowali przedostać się do neutralnej Szwecji, ale Szwedzi wydali - bezprawnie - uciekinierów w ręce Sowietów. W 1994 roku król Szwecji, Karol Gustaw XVI, zaprosił kilkudziesięciu żyjących legionistów i przeprosił ich za czyn sprzed półwiecza.

    Dwunastu Łotyszy otrzymało Krzyże Rycerskie. Warto tu wspomnieć, że wielu Łotyszy zostało wcielonych przymusowo do wspomnianych jednostek. Łącznie w jednostkach SS i Wehrmachtu służyło 118 tysięcy Łotyszy. Ciekawostką na pewno był Łotewski Legion Luftwaffe (Ergänzungs Nachtschlachtgruppe (Erg. NSGr) "Ostland"), latający na dwupłatowych Arado Ar-66 i Gotha Go-145, nękających nocnymi nalotami sowieckie zaplecza. Wykonali oni ponad 5,6 tys. lotów i większość ze 105 członków jednostki otrzymała Krzyże Żelazne. Przez pewien czas istniała też jednostka myśliwska, a niektórzy z jej pilotów zostali skierowani pod koniec wojny do Erlangen na szkolenie na samolotach odrzutowych Me-262. 3 tys. Łotyszy służyło w jednostkach przeciwlotniczych.

    Odwagę Łotyszy doceniali ich przeciwnicy - relacja polskiego żołnierza z walk o Zdbice w lutym 1945 r.:

    ''Cośmy się tylko wdarli do wsi to od razu szedł na nas kontratak. Z każdej piwnicy prażył do nas ckm. Zacięte dranie - esesi z 15 łotewskiej, ale w końcu po całym dniu przemogliśmy ich. Ale sporo naszych zostało - zabici i ranni...''

    Łotysze byli postrzegani jako jedni z najlepszych cudzoziemskich żołnierzy Waffen-SS, potrafili świetnie strzelać i poruszać się w lesie, maskować się, oraz byli przyzwyczajeni do surowych warunków. Wśród nich służyło jednak wielu byłych członków sił policyjnych SS, odpowiedzialnych za mordy na Żydach. Co ciekawe, do niedawna uznawano 15. DGren. za odpowiedzialną za mord na polskich jeńcach w Podgajach, jednak w świetle ostatnich ustaleń, m.in. Julijisa Kilitisa, dowódcy 33. pułku 15. Dywizji, okazało się, że odpowiedzialność Łotyszy za tę zbrodnię pozostaje niewyjaśniona. Warto tu jeszcze wspomnieć, że polscy żołnierze również dopuszczali się zbrodni na jeńcach - znany jest przypadek wzięcia do niewoli przez 2. pułk 1. Dywizji Piechoty 80 jeńców, których po drodze na tyły wymordowano, co wzbudziło oficjalny protest i skargi sowieckich oficerów wywiadu - działania takie utrudniały rozpoznanie i prowadzenie walk. Sowieci też się nie patyczkowali - we wsi Dąbrówka Nowa wymordowali 51 żołnierzy z 15. Dywizji w lutym 1945 r.

    Co ciekawe, w szeregach łotewskich jednostek SS nie brakowało Polaków - łącznie około tysiąca z tych, którzy w okresie międzywojennym i po 1939 r. przedostali się na Łotwę. Niektórzy otrzymali nawet Krzyże Żelazne I klasy: Henryk Żołnierowicz, Bronisław Wasilewski, Wilhelm Jelinowski. Wartymi wspomnienia członkami Legionu Łotewskiego byli też Władysław Pers, znany działacz harcerski, i Mieczysław Surdeko, którego brat z kolei był członkiem AK na Łotwie.

    W 1950 roku Kongres USA uznał, że łotewskie i estońskie jednostki Waffen-SS nie były wrogie Stanom Zjednoczonym i zezwolił członkom tych jednostek na ubieganie się o azyl polityczny. Ciekawostką może być fakt, że sporo żołnierzy estońskich i łotewskich służyło po wojnie w US Army, a nawet pilnowali niemieckich zbrodniarzy wojennych w Norymberdze.

    W 1998 roku na Łotwie ustanowiono 16 marca, na pamiątkę pierwszych walk nad rzeką Wielikaja w 1944 r. Dniem Pamięci Legionu Łotewskiego.

    Na koniec - moja prywatna refleksja. Jak straszne były koleje losu podczas wojny. Polacy i Łotysze, ofiary dwóch okrutnych totalitarnych potworów, starli się ze sobą w śmiertelnym boju, jedni pod komendą Sowietów, drudzy - Niemców.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 60213619_2497593863618716_1583202529594834944_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Radziecki niszczyciel ''Razumnyj'', należący do typu 7, marzec 1944 roku. Widoczny typowy sowiecki kamuflaż deformujący z użyciem błękitnej barwy. Jeśli lubicie morskie opowiastki - to do boju.

    Sowietom wojna na morzu WYBITNIE nie wychodziła. Szczególnie w kontekście okrętów nawodnych.

    Opisywany niszczyciel należał do typu 7 (zwanego też ''Gniewnyj'') - reklamowanego jako jeden z najlepszych tego okresu. Ta, na pewno. Projekt oparto o włoskie niszczyciele typu ''Maestrale'', ale zmodyfikowano. Sowieci, jak to oni, chcieli wszystko większe, tańsze i lepsze. W efekcie okręty zamiast przewidywanych 1400 ton wyporności miały 1800, bo były za lekkie i miały zbyt niską dzielność morską, więc trzeba było dodać im balastu, by się nie przewracały na morzu. Niszczyciele przez swoją lekkość z wielkim trudem pokonywały fale, kadłuby im pękały, bo stal - słabej jakości - nie wytrzymywała uderzeń fal (przypadek taki nastąpił na np. niszczycielu ''Gromkij'', gdzie od fal... urwało dziób). Zamontowano zbyt silne armaty 130 mm, których lufy zużywały się po tysiącu strzałów (dla porównania - amerykańskie lufy wytrzymywały 5500 strzałów). Okręty miały maleńki zasięg 2600 Mm (czyli tyle, ile przeciętny U-Boot), a zamiast spodziewanej prędkości 39 węzłów osiągały najwyżej 33. Do tego zamontowano na nich działa 76 mm w charakterze broni przeciwlotniczej - która w ogóle nie spełniała swej roli jako zbyt duży kaliber. Co więcej, zamontowane działka 45 mm typu 21-K były przerobioną bronią przeciwpancerną i miały po prostu zbyt małą szybkostrzelność. Później powstał ulepszony typ 7U - ''Ułuszczennyj'' (''Ulepszony''), zwany też ''Storożewoj''. Typ ten różnił się od typu 7 rozmieszczeniem siłowni - zamiast liniowo, rozmieszczono je naprzemiennie, żeby zminimalizować skutki ewentualnej eksplozji. Ogółem, typ 7 dysponował czterema działami 130 mm, dwoma przeciwlotniczymi 76 mm, dwoma przeciwlotniczymi 45 mm i dwoma (później) sprzężonymi karabinami maszynowymi Browning 12,7 mm. Uzbrojenie uzupełniały dwie potrójne wyrzutnie torped kal. 533 mm, 60 min i 25 bomb głębinowych. Zbudowano łącznie 48 jednostek tego typu.

    W czasie wojny ''siemiorki'', jak je nazwano nie zapisały się niczy... a, nie, przepraszam.

    6 października 1943 r. Dwa niszczyciele - ''Sposobnyj'' i ''Biesposzczadnyj'' wraz z liderem ''Charkow'' próbowały przeszkodzić niemieckiej ewakuacji w Kraju Krasnodarskiego na Morzu Czarnym. Na ich nieszczęście w powietrzu czuwała Luftwaffe - Stukasy z III./StG 3 natychmiast rzuciły się na okręty - i zatopiły wszystkie, zginęło bodaj tysiąc marynarzy. Rozwścieczony Stalin wydał osobiście rozkaz zakazujący sowieckiej ''fłocie'' wychodzenia z portów. Z np. osiemnastu zbudowanych typu 7U utracono dziewięć.

    W praktyce rola ''siemiorek'' - jak zresztą większości okrętów nawodnych RKKF- sprowadziła się do roli pływających baterii artylerii przeciwlotniczej. W toku służby nie zdołały one zatopić ANI JEDNEGO niemieckiego U-Boota. Ciekawostka: Sowieci w czasie II WŚ zatopili łącznie TRZY U-Booty (U-362, U-250 i U-639). Straszliwe straty. Tak z pięć razy więcej Niemcy stracili w wypadkach na samym Bałtyku.

    Kiedy ''siemiorki'' miały okazję podjąć walkę... to się wycofywały. Tak było podczas eskorty uszkodzonego krążownika HMS ''Edinburgh'' w kwietniu 1942 r. na Północy. Uszkodzony atakiem U-Boota krążownik był eskortowany przez niszczyciel ''Gremiaszczyj'', który... porzucił go przed 1 maja i wycofał się do Murmańska. Ciężko uszkodzony krążownik bohatersko stawił niedługo później czoła trzem niemieckim niszczycielom i poważnie uszkodził jeden z nich, zanim został zatopiony.

    Innym ''bohaterskim'' epizodem była bitwa morska.... której nie było. 1 lutego 1942 roku, też na Północy, niszczyciele ''Gremiaszczyj'' i ''Sokruszytielnyj'' napotkały nieznany okręt i otworzyły do niego ogień. Jest to, jak podaje z emfazą Siergiej Bałakin, jedyny epizod z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, kiedy sowiecki niszczyciel napotkał inny niszczyciel i stoczył bój. Wielki sukces - jeden z zaledwie 55 sowieckich niszczycieli zdołał napotkać inny i otworzyć ogień.

    Czemu piszę ''inny'', a nie ''wrogi''? Bo zaatakowanym przez Sowietów niszczycielem okazał się być... brytyjski HMS ''Fury'', który nie odniósł żadnych uszkodzeń.

    Cóż, czego się spodziewać po ludziach, którzy w 1943 r. nie wiedzieli o istnieniu radaru i pisali w raportach, że Niemcy ''posiadają przyrządy zdolne do określenia celu w warunkach złej widoczności''...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 60079877_2495992863778816_1771344383744933888_n.jpg

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: "Gdy czyta się historię operacji „Wiking”, przeprowadzonej 2 lutego 1940 r., nawet wrogom może być żal Niemców. Dowództwo powierzyło 1. Flotylli Niszczycieli wielce odpowiedzialne zadanie zniszczenia brytyjskich kutrów rybackich łowiących na ławicy Dogger. Podczas nocnego rejsu okręt „Leberecht Maass” został zbombardowany przez samolot Luftwaffe. Trafienie bombą płynącego okrętu jest niezmiernie trudnym zadaniem, tym razem jednak się udało. Atak był bardzo skuteczny, a „Leberecht Maass” wyleciał w powietrze. Podążający z pomocą rozbitkom niszczyciel „Maks Schultz” wpadł na własną minę i zatonął wraz z całą – liczącą 330 marynarzy – załogą. Na pokładzie „Theodora Riedla” uznano, że wybuch spowodowała torpeda okrętu podwodnego i należy zrzucić bomby głębinowe. Wybuchły one przedwcześnie, uszkadzając śruby i maszynownię. Dowódca kolejnego okrętu – „Ericha Koellnera” – zdecydował się taranować domniemany wrogi okręt podwodny, okazało się jednak, że... staranował wrak „Leberechta Maassa”. Następnie rozkazał spuścić szalupę, aby ratować rozbitków, jednak manewrował tak nieudolnie, że zatopił ją wraz z całą załogą." ( ͡° ͜ʖ ͡°) pokaż całość

      +: regal20
    • więcej komentarzy (25)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Bitwa, na której punkcie za dzieciaka miałem obsesję, bo nie mogłem znaleźć żadnej informacji na jej temat. Bitwa owiana tajemnicą, manipulacjami i zwykłym, kłopotliwym milczeniem.

    Budziszyn. Ostatnie zwycięstwo III Rzeszy.

    16 kwietnia 1945 r. rozpoczęła się operacja berlińska. W ofensywie wzięły udział dwie armie Wojska Polskiego. 1. gen. Popławskiego, i 2. gen. Karola Świerczewskiego. Ta ostatnia liczyła 89 161 żołnierzy, 521 czołgów i 1736 dział w pięciu dywizjach piechoty i korpusie pancernym.

    Ale tylko na papierze wyglądało to dobrze. W praktyce armii brakowało środków transportu, sanitarek, cystern. Żołnierze nie posiadali nawet onuc, nie wspominając o butach, czy mundurach. Żołnierze byli niedoświadczeni, brakowało im szkolenia. Zbierano niemieckie wyposażenie, uzupełniano cywilnymi rzeczami, rabowano magazyny. Brakowało żywności, żołnierze sami troszczyli się o prowiant, spali gdzie popadło. Dramatycznie brakowało kadr, więc te uzupełniano sowieckimi oficerami, którzy stanowili aż 47 %. W trakcie formowania szerzyły się dezercje, najsłynniejszą była ucieczka 636 żołnierzy z 31. pułku piechoty. Sąd 2. Armii w podlaskiej Kąkolewnicy ''pracował'' dniami i nocami, ferując setki wyroków śmierci. Świerczewski odmawiał ułaskawień.

    Ten zresztą był dobrze znanym bolszewikiem. W 1920 roku ochotniczo walczył przeciwko Polsce, dwukrotnie ranny. W Hiszpanii dowodził jednostkami międzynarodowymi. Tam też narodził się jego pseudonim ''Walter'' - od trzymanych w garści pistoletów. Podobno potrafił, całkowicie pijany, paradować w samej bieliźnie, z nieodłącznymi Waltherami w dłoniach. Pod Wiaźmą w 1941 roku doprowadził do całkowitego zniszczenia dowodzonej przez siebie 248. Dywizji Strzeleckiej - z 10 000 żołnierzy ocalało zaledwie pięciu, w tym dowódca. Skierowany do Wojska Polskiego, doprowadził do katastrofy podczas przepraw przez Wisłę między Dęblinem, a Puławami. Kompletnie pijany ''Walter'' poszedł się kąpać w rzece i na podstawie tego, że nikt do niego nie strzelał, wysnuł wniosek, że Niemców tam nie ma.

    Jakimś cudem nie został rozstrzelany, tylko objął dowództwo nad 2. Armią.

    Zadanie polskiej armii nie wydawało się trudne. Niemieckie siły szacowane były na 16 tys. ludzi, co dla liczącej 90 tysięcy armii nie stanowiło kłopotu. 2. Armia miała zająć miejscowości Niesky i Kleinwelka, kierując się na Drezno. Od południa osłaniała ją sowiecka 52. Armia, atakująca na Budziszyn. Niemiecki opór, chociaż zacięty - czoła Polakom stawiają w miasteczkach Rothenburg i Horka - jest systematycznie przełamywany. Do Horki wpada oddział fizylierów na pancerzach i dziesiątkuje niemieckich obrońców. Upada również Niesky, gdzie polskie SU-76 ogniem na wprost demolują budynki, z których padają strzały. Straty są wysokie - pułki tracą dziennie nawet po stu ludzi - ale niezbyt poważne. Świerczewski jest zadowolony - uważa, że bitwę już wygrał. Osobiście naciskał na dowódcę 1. KPanc., kolejnego Sowieta w polskim mundurze, gen. Józefa Kimbara, by ten gnał naprzód i zajął Drezno. Czołgiści w jeden dzień pokonali blisko 50 kilometrów. Linie armii były mocno rozciągnięte. Przypominały ser szwajcarski - z dużymi lukami między jednostkami. Korpus Pancerny, wraz z 8. i 9. Dywizją Piechoty był daleko na zachodzie. Za nimi - rozciągnięta 5. Dywizja, na północy, nad kanałem Schwarzer Schőps - 7. i 10. DP.

    Żołnierze dwóch pułków 9. Dywizji byli już na rogatkach miasta. Do centrum mieli raptem dziesięć kilometrów. Nie napotkano oporu. Wydawało się, że już niedługo na ruinach Zwingeru, pałacu zbudowanego przez Augusta II Mocnego, załopocze polska flaga.

    Tak się jednak nie stało.

    Pułkownik Dietrich Hoepke, komendant wojskowy Budziszyna, ponuro wpatrywał się w mapę. Jego oddziały - zaledwie 3 tysiące członków Volkssturmu, uzbrojonych we francuskie karabiny i włoskie granaty - tkwiły na mapie Budziszyna jak maleńka wysepka. Wokół nich, jakby morze, ścieliły się czerwone flagi jednostek sowieckiej 52. Armii. Podrapał się w zamyśleniu po nieogolonym policzku. Nie spał od pięciu dni, kiedy rozpoczęła się ofensywa sowiecka. Teraz był w oblężeniu. Nie było żadnej nadziei.

    Ale życie potrafi zaskakiwać.

    Radiotelegrafista przy stole obok podskoczył, jak oparzony. Oniemiały, gestem poprosił pułkownika i wręczył mu słuchawki.

    Na początku było tylko trzeszczenie. Ale potem, niczym grzmot odległej burzy, niczym głos zwiastujący ocalenie, przetoczyły się słowa:

    - Trzymajcie się! Nadchodzimy!

    To, co nastąpiło 21 kwietnia, przypominało senny koszmar. Niemieckie oddziały, doskonale dowodzone, po precyzyjnym rozpoznaniu, rozerwały linie sowieckiego 7. Korpus Zmechanizowanego i 254. Dywizji Strzeleckiej w rejonie Budziszyna, a następnie wyszły na tyły 2. Armii. Pomalowane w maskujący kamuflaż Pantery i Tygrysy przetoczyły się niby walcem przez linie polskiej 5. Dywizji i 16. brygady pancernej. W ciągu doby połączyli się z siłami niemieckimi walczącymi na północy, okrążając sporą część 2. Armii.

    Były to oddziały GA ''Mitte'' marszałka Ferdinanda Schőrnera. Liczyły 50 tysięcy ludzi, dysponowały 400 czołgami, 700 działami i wsparciem lotniczym. W ich skład wchodziła elita Wehrmachtu: dywizja spadochronowo-pancerna ''Hermann Gőring'' (na zdjęciu), dywizja grenadierów pancernych ''Brandenburg'', utworzona z jednostki komandosów o tej samej nazwie, oraz elementy 20. i 21. Dywizji Pancernej oraz 10. DPanc. SS ''Frundsberg''.

    Celem Niemców były składy uzbrojenia w rejonie miejscowości Kőnigswartha, a następnie odrzucenie Sowietów i Polaków spod Berlina.

    Polacy nie mieli szans. Nie z taką elitą.

    Pod Förstgen oddziały ''brandenburczyków'' i 17. Dywizji Piechoty okrążyły sztab 5. Dywizji generała Aleksandra Waszkiewicza i 16. brygady pancernej. Czołgiści płk Kudriawcewa próbowali wyrwać się z matni, jadąc długą kolumną. Ale między wsiami Weigersdorf i Weissenberg spadł na nie grad pancerfaustów i granatów moździerzowych. Zginął Kudriawcew i jego politruk. Brygada została doszczętnie rozniesiona - ocalało zaledwie stu żołnierzy.

    Waszkiewicz, kolejny Sowiet w armii, odznaczony Złotą Gwiazdą Bohatera ZSRR za walki nad Dnieprem w 1943 roku, wiedział, że to koniec. Gdy Niemcy wytłukli wszystkie czołgi, nakazał spalić dokumenty sztabu i ukryć sztandar, a następnie przebijać się do swoich linii. Ale poruszający się na ślepo oddział po ciemku wpadł na Niemców i został rozbity. Generał dostał się do niewoli. Po 12 dniach odnaleziono jego ciało. Okazało się, że był okrutnie torturowany przed śmiercią.

    Na innych odcinkach nie było lepiej. Sztab armii kompletnie nie wiedział, co się dzieje, wydawał sprzeczne rozkazy. Pijany Walter odgania pistoletem oficerów od map sztabowych i sam chce dowodzić. Zdezorientowani żołnierze walczą często bez osłony artylerii i czołgów, ginąc setkami. Haubice próbują ratować linię, strzelając ogniem na wprost, a czołgi, pozbawione osłony piechoty, padają masowo ofiarami zaprawionych w boju niemieckich niszczycieli z pancerfaustami. Niemieckie czołgi bez trudu przerywają kolejne, wątłe linie obrony. Brygada ''Freie Ukraine'' rozbiła jeden z pułków 7. Dywizji Piechoty, biorąc 700 jeńców. Świerczewski, zdając sobie sprawę z grożącej armii katastrofie, nakazuje natychmiast zawrócić korpusowi pancernemu spod Drezna.

    Ale Niemcy są już w Budziszynie. Pantery 20. Dywizji Pancernej pokonały sowieckie siły i triumfalnie wtoczyły się 24 kwietnia do zamku, na którym wciągnięto flagę ze swastyką. By odbić miasto, do ataku ruszył przybyły 1. KPanc. Ale pod Salzenforst czeka już dywizja ''Hermann Gőring'', która dosłownie zmiotła czołgi atakującej 2. brygady pancernej.

    Dochodzi do zbrodni wojennych. Pod Horką polska kolumna sanitarna ze 160 rannymi trafia w ręce Ukraińców z brygady ''Freie Ukraine''. Wszyscy zostają brutalnie wymordowani strzałem w tył głowy. Przeżył tylko kapelan, ks. kpt. Jan Rdzanek, ciężko ranny. Z kolei we wsi Niederkaina pod Budziszynem prawdopodobnie polscy żołnierze zamykają w stodole i palą żywcem 200 żołnierzy Volkssturmu. W Großröhrsdorf Sowieci mordują 40 cywilów, w Guttau - 20, w tym cztery staruszki.

    Sytuacja robiła się katastrofalna. Osobiście musiał interweniować dowódca 1. Frontu Ukraińskiego, marszałek Koniew, który w zagrożony rejon ściągnął osiem dywizji i nakazał powrót polskim jednostkom spod Drezna. Decyzja, która miała okazać się brzemienna w skutkach...

    9. Dywizja Piechoty płk. Aleksandra Łaskiego wycofywała się spod Drezna w trzech nieubezpieczonych kolumnach. Jeden z łączników wpadł na niemiecki patrol i zginął. W mapniku miał zaznaczone trasy marszruty dywizji. Niemcy przygotowali na drodze liczne zasadzki. W okrytej złą sławą „dolinie śmierci” pomiędzy Panschwitz, Kuckau i Crostwitz 26. pułk piechoty zostaje dosłownie rozniesiony– Niemcy walą z okolicznych wzgórz ze wszystkiego, co posiadają. Grad pocisków rozbija polską kolumnę, stłoczoną na otwartej przestrzeni, a pułk traci 75 % żołnierzy. Zaledwie garstce żołnierzy udaje się wyjść z tego piekła, reszta albo ginie, albo trafia do niemieckiej niewoli, tak jak ranny pułkownik Łaski. 9. Dywizja ostatkiem sił wyrywa się z okrążenia, tracąc jednak zdolność bojową i przestaje istnieć jako zorganizowana jednostka.

    Zagłada 9. Dywizji była krwawym requiemem bitwy pod Budziszynem.

    Za cenę olbrzymich strat i opóźnień do 30 kwietnia 1945 roku udaje się ustabilizować front. Niemcy wstrzymują natarcie, ale utrzymują pozycje do samego końca wojny. Drezno zostało zajęte dopiero 9 maja przez oddziały sowieckie. Wykrwawiona 2. Armia zakończyła szlak bojowy w czeskim Melniku 11 maja.

    W bitwie zginęło 4902 polskich żołnierzy, 2798 zaginęło bez wieści, 10 532 zostało rannych. Utracono 205 czołgów i 347 dział. Była to największa klęska militarna regularnych sił polskich od czasów bitwy nad Bzurą w 1939 roku.

    Straty sowieckie nie są znane, szacowano je na 17 500 ludzi, co jest tym bardziej przerażające, że niemieckie straty wyniosły zaledwie 1598 ludzi, jak podawał Zbigniew Wawer.

    Schlacht um Bautzen zakończyła się spektakularną klęską sił polsko-sowieckich. Mimo, że Niemcy nie dotarli do Berlina, to powstrzymali natarcie i zadali astronomiczne straty przeciwnikom. Tylko osobista interwencja Koniewa nie doprowadziła do katastrofy. Chociaż katastrofą można śmiało nazwać to, co się stało. Ostatnie zwycięstwo Rzeszy nastąpiło zaledwie tydzień przed końcem wojny. Niemieckie oddziały walczyły dzielnie i do ostatnich dni udowadniały, że są groźnym przeciwnikiem, który fachowo i precyzyjnie potrafi uderzyć.

    W przypadku Polaków zawiódł dowódca armii i jego sztab, zawiodło rozpoznanie i wywiad, zawiedli dowódcy oddziałów.

    Nie zawiódł jedynie - jak zawsze - żołnierz. Niedoszkolony, bez doświadczenia i bez wsparcia, żołnierz walczył mężnie, dzielnie stawiając czoła doborowym niemieckim oddziałom, rzucony do walki przez sowieckiego agenta-alkoholika, próbując dokonać niemożliwego.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 60348635_2492196880825081_3708369965611483136_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ponieważ dzisiaj (Post z 9 maja - Mleko) jest podobno jakiś dzień zwycięstwa (chyba Kołymy nad Buchenwaldem...) to coś, co kojarzy się z ostatnimi dniami wojny.

    Wrak transportera SdKfz. 250 z 11. Dywizji Grenadierów Pancernych SS ''Nordland'' na ulicy Friedrichstraße w Berlinie, 2 maja 1945 roku. Obok ciało kierowcy, SS-Unterscharführera Ragnara Johanssona.

    Szturm Berlina trwał tydzień, rozpoczął się 25 kwietnia 1945 roku, kiedy wojska dwóch radzieckich frontów - 1. Białoruskiego i 1. Ukraińskiego - wkroczyły do miasta. Radzieckie siły liczyły 460 tys. żołnierzy, wspartych przez 12 tys. dział, 1,5 tys. czołgów i 2 tys. katiusz. Niemiecki LVI. Korpus Pancerny gen. Weidlinga, stanowiący trzon obrony miasta, mógł im przeciwstawić zaledwie 41 tys. żołnierzy, z czego 24 tys. stanowili członkowie Volkssturmu, wspartych niespełna 400 działami i setką czołgów. W obronie biorą udział nawet śmigłowce Fl-282 ''Kolibri'', startując z Berlin-Rangsdorf i kierując ogniem artylerii. Do obrony wprzęgnięto nawet stareńkie brytyjskie czołgi Mark V, które broniły Lustgarten jako statyczne punkty oporu. 2 tys. najlepszych żołnierzy skierowano do obrony dzielnicy rządowej - sektora Z. Osobiście dowodzi nimi Brigadeführer Mohnke.

    O stolicę Rzeszy walczą żołnierze wszystkich formacji: żołnierze Wehrmachtu z 20. DZmot. i 18. DP, żołnierze artylerii przeciwlotniczej, spadochroniarze z 9. Dywizji, a nawet marynarze, przerzuceni samolotami z Flensburga. Jest pełno młodzieży z HJ, starców z Volkssturmu, urzędników, policjantów, pracowników Reichsarbeitdienst. I esesmanów, dla których ta bitwa to sprawa honoru. Ale niemieckich esesmanów jest mało - zaledwie 600-osobowy batalion ochrony osobistej Reichsführera SS. Pozostali to Łotysze, Francuzi, Duńczycy, Węgrzy, Norwegowie, Estończycy, Rumuni, Szwedzi, Holendrzy, Hiszpanie, Belgowie. Nawet garstka Brytyjczyków, zaciekle broniąca się na Puttkamerstraße. Rozpoczęła się prawdziwa ''bitwa narodów''.

    Sowieci mają miażdżącą przewagę liczebną, wprost nieograniczone wsparcie artylerii i pełno zapasów. Spieszą się. Chcą zdobyć Berlin przed 1 maja, świętem robotniczym. Sam Stalin tego oczekuje. Ale ich postępy skutecznie niweluje obcy teren i usłane pułapkami miasto. Oraz niebywała odwaga obrońców.

    ''Co pamiętam z Berlina? Było tam ciemno i ponuro. Nie działała elektryczność, nie było wody i wszędzie czuć było swąd spalenizny. Walki uliczne okazały się ciężkie i zażarte. Sytuacja na placu boju zmieniała się błyskawicznie, a nieprzyjaciel czaił się wszędzie wokół nas, czy to jednostki uzbrojone w karabiny maszynowe, czy to snajperzy, czy ludzie z pancerfaustami'', wspominał lejtnant Wasilij Ustiugow ze 150. Dywizji Strzeleckiej.

    Niemcy bronią się dzielnie, walczą zaciekle o każdy dom, rozbijają pancerfaustami dziesiątki czołgów. Ale nie mogą wygrać tej bitwy.
    Dywizja pancerna „Müncheberg”, mając zaledwie dziesięć czołgów, wykonuje zaskakujący kontratak w kierunku lotniska Tempelhof. Młodzieńcy z HJ zaczajają się w oknach, czekając na czołgi i kiedy te tylko podjadą, dosłownie zasypują je pociskami pancerfaustów. Przeciwlotnicy z lotniska Tempelhof raz za razem powstrzymują natarcia pancerne, aż Sowieci dosłownie rozjeżdżają ich działa. W parku Treptow resztki dywizji ''Nordland'' z wielką odwagą atakują radzieckie pozycje, radzieckie szturmy na Reichstag powstrzymuje nawałą ognia Flaktürm w Tiergarten ziejąc ze 128 mm dział, żołnierze dywizji ''Charlemagne'' ze śpiewem na ustach dzielnie bronią Kancelarii Rzeszy do ostatniego żołnierza, niszcząc dziesiątki radzieckich czołgów. Tylko jeden z nich, Eugene Vaulot, sam zniszczył osiem. ''Jednemu od tych z Hitlerjugend urwało nogę. Krwawiła obficie, ale on nie przestawał do nas strzelać'', wspominał sowiecki zwiadowca. Nawet z powietrza Niemcy zaskakują. 27 kwietnia do ataku ruszają odrzutowe Me-262, ozdobione czaszkami, z KG(J) 54, niszcząc dziesiątki sowieckich pojazdów.

    ''W pełgającej łunie pożarów w Britz ruszyły nasze Tygrysy wraz z podążającymi ich śladem żołnierzami piechoty, zahartowanymi w dziesiątkach ataków i walk wręcz. Parli naprzód potężną ławą, aby zgnieść to, co zostało z bolszewików. To był bezgranicznie wspaniały widok. Po raz ostatni oglądałem bitwę pancerną. Ale nie trwała długo. Ocalałe czołgi rosyjskie nie mogły wiele zrobić naszym pojazdom'', wspominał szwedzki ochotnik z dywizji ''Nordland'', Erik Wallin.

    Ale radziecka przewaga jest zbyt potężna. Radzieckie dowództwo podciąga ciężką artylerię, obracając w perzynę całe dzielnice, czołgi rozjeżdżają barykady obrońców. Jak wcześniej w Szczecinie, Wrocławiu, Kostrzynie, tak i tutaj upiorne wycie i błyski na niebie informują o salwach katiusz. Sowieci mozolnie, tracąc tysiące zabitych i setki czołgów, posuwają się naprzód, ku sercu Berlina. Zdesperowani atakujący po zajęciu Alt-Moabitstraße wcielają w swoje szeregi robotników przymusowych, byłych jeńców, a nawet więźniów słynnego więzienia Moabit. Walczą też strzelając zza węgła niemieccy komuniści, zaciekle wyłapywani przez obrońców. Po zdobyciu Tempelhof Żukow nakazuje dwóm tysiącom Niemców natychmiast oczyścić lotnisko, by mogły startować z niego sowieckie samoloty. 150. Dywizja Strzelecka atakuje Reichstag, w ciężkich walkach o każde piętro z 200-osobową załogą zdobywa go wieczorem 30 kwietnia. Żołnierze ścigają się, kto powiesi pierwszy czerwoną... flagę - bo ten, któremu się to uda, otrzyma tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. To ostatecznie przypadło dwóm sierżantom: Gruzinowi Melitonowi Kantarii i Rosjaninowi Michaiłowi Jegorowowi oraz Ukraińcowi, lejtnantowi Ołeksandrowi Berestowi.

    Szaleją latające sady doraźne. Młodzi esesmani, rzadko czymkolwiek odznaczeni, nazistowscy paladyni z partii, gestapowcy snują się ze sznurami i tabliczkami po mieście, polując na ''defetystów'' i ''dezerterów''. Wyciągają wszystkich ukrywających się mężczyzn z piwnic i wieszają ich od razu na latarniach z tabliczkami: ''Zdradziłem Niemcy'', ''Współpracowałem z bolszewikami''. Nikt nad nimi nie panuje, nawet dowodzący obroną generał Weidling. Rannych operuje się w tunelach metra, tam również kryją się cywile. W straszliwym ostrzale i pożarach giną ich tysiące, wielu umiera na zawał serca, albo popełnia samobójstwo. Ze strachu. Sowieci gwałcą kobiety na potęgę - od małych dziewczynek po staruszki. Pospiesznie, w krótkich przerwach od walk wręcza się odznaczenia - Krzyży Żelaznych nie brakowało. Luftwaffe, przybywając z Flensburga, nie mając gdzie lądować, zrzuca zaopatrzenie w parku Tiergarten. ''Nadeszła pokuta za grzechy ostatnich lat'', zapisał generał Weidling w swoim dzienniku.

    Walki trwają jeszcze dwa dni, trwa dogaszanie oporu, ostatnie budynki Sowieci wyburzają ogniem artylerii. Ale pomału opór słabnie. Upadają kluczowe punkty: Reichstag, Brama Brandenburska, Kancelaria Rzeszy. Brakuje amunicji, przybywa rannych, co więcej - żołnierze dowiadują się o śmierci Führera. Część obrońców nocą z 1 na 2 maja próbuje się przebić. Niektórym się to udaje. Resztki dywizji „Müncheberg”, mające tylko pięć czołgów, z elementami 18. DGren. i 9. Dywizji Spadochronowej wybijają korytarz do Spanda przez park Tiergarten. Klęska jest już blisko. Jako ostatnia poddała się 350-osobowa załoga Flaktürma w tiergarteńskim Zoo.

    2 maja po mieście zaczęły jeździć sowieckie ciężarówki z megafonami:

    ''...dnia 30 kwietnia 1945 roku Führer popełnił samobójstwo. Opuścił tym samym wszystkich, którzy przysięgali mu wierność.

    Niemieccy żołnierze!

    Byliście posłuszni rozkazom. Walczyliście o Berlin, choć brakowało wam amunicji, a opór w zaistniałej sytuacji był bezcelowy. Nakazuję natychmiast zaprzestać walki. Każda godzina tej wojny powiększa tylko cierpienia cywilów i przedłuża mękę rannych. W porozumieniu z naczelnym dowództwem Armii Czerwonej nakazuję natychmiast zaprzestać walki.

    Weidling, były dowódca obrony Berlina''

    Scena z tym przemówieniem jest, moim zdaniem, jedną z najbardziej poruszających w filmie ''Upadek''.

    W bitwie Sowieci stracili co najmniej 390 tysięcy żołnierzy. Zniszczonych zostało 1250 czołgów. Niemieckie straty wyniosły ok. 70 tys. ludzi, wliczając cywilów. Po bitwie nastąpił dwutygodniowy festiwal rabunków, gwałtów i mordów, uprawiany przez sowieckie żołdactwo. Niczym za czasów hord Dżyngis-chana.
    Resztki schronu zresztą do dziś są widoczne w parku, zarastając trawą i mchem, kryjąc historię ciężkich walk o stolicę Rzeszy.

    #berlin #ww2 #redarmy #wehrmacht #reich #laststand

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 59700853_2489227191122050_2086947883554177024_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Drodzy moi,

    Czas na podsumowanie cyklu o Anzio. Do trzech razy sztuka, teraz się uda. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Najlepsi z najlepszych - włoski spadochroniarz z pułku ''Nembo'' i spadochroniarze z niemieckiej 4. Dywizji Spadochronowej, Anzio, kwiecień 1944 roku. Wzruszenie mnie ogarnia - to zdjęcie pojawiło się u mnie 4,5 roku temu...

    Ja osobiście jestem bardzo zadowolony - udało mi się zrealizować chyba najpełniejsze opracowanie o tej bitwie po polsku.

    Pod Anzio po stronie niemieckiej od marca 1944 r. walczyły dwa włoskie bataliony (plus batalion ''Vendetta'' z włoskiej brygady SS) - spadochronowy ''Nembo'' i ''Barbarigo'' z Decimy, które obsadziły południowy kraniec przyczółka, gdzie zajmowały się głównie służbą patrolową.

    Opisywany już pat trwał blisko trzy miesiące - większość czasu istnienia przyczółka pod Anzio. Bite trzy miesiące błotnistej wojny pozycyjnej i trwania w okopach. Piechurzy marzli i chorowali w swoich przepełnionych wodą, błotnistych dołkach strzeleckich, ginęli i byli ranieni od niemieckich pocisków i granatów. Monotonię przerywały rzadko wypady grup szturmowych. Powróciły choroby z I wojny, jakby nieznane od lat: gorączka okopowa, dyzenteria, stopa okopowa, grypa. Tysiące żołnierzy trzeba było hospitalizować. Wszystko to przypominało najczarniejsze dni Sommy, Passchendaele, Verdun, Marny.

    Niemcy, wiedząc, że nie zlikwidują przyczółka, gorączkowo rozbudowywali pod Anzio nową linię obronną - Linię Cezara ''C'', która miała zablokować ewentualne uderzenie z przyczółka. Linia ciągnęła się od Pescary nad Adriatykiem przez Avezzano do Veletri nad Morzem Tyrreńskim, ale do maja nie zdołano jej ukończyć.Pracowało na niej tysiące ludzi: niemieckich żołnierzy i inżynierów z jednostek inżynieryjnych, włoskich jeńców i cywilów, a nawet słowacka brygada budowlana. O przełamaniu Linii i wyrwaniu się z przyczółka napiszę za trzy tygodnie.

    Przez pięć miesięcy walk Alianci pod Anzio stracili 9 tysięcy zabitych, 8 tysięcy wziętych do niewoli i 30 tysięcy rannych. Do tego należy doliczyć 37 tysięcy chorych i kontuzjowanych. Razem: 80 tysięcy ludzi! Zatopiono dwa krążowniki i trzy niszczyciele, plus sporo innych jednostek, ale danych strat dot. innego sprzętu nie mam. Straty były zatrważające, a efekty żadne. Niemcy stracili 5500 zabitych, 4500 jeńców i zaginionych i 17 500 rannych, oraz 204 samoloty.

    Pyrrusowe zwycięstwo Aliantów to najlepsze określenie.

    Operacja Shingle, rozpoczęta pod nieprawdopodobnie szczęśliwą gwiazdą, przy niemal zerowej niemieckiej obronie, przeszła do historii jako jedyna w swoim rodzaju zaprzepaszczona szansa na nadanie tempa w walkach na Półwyspie Apenińskim. Do dzisiaj jest to tak wstydliwy dla Anglosasów temat, że jest niemal zupełnie pomijany w oficjalnej historiografii. Niemcy, obserwując spokojny przyczółek, śmiali się, że mają pod bokiem całkowicie samowystarczalny obóz jeniecki, którego nie muszą karmić.

    Całkowicie niezrozumiałe wydaje się objęcie dowództwa nad VI. Korpusem i operacją pod Anzio przez najbardziej ślamazarnego i kunktatorskiego z generałów, czyli Johna Lucasa. Ten osobnik powinien co najwyżej dowodzić pułkiem kwatermistrzowskim gdzieś w Oregonie, a nie dywizjami pancernymi i komandosami na linii frontu. Był stanowczo zbyt mało zdecydowany, zbyt mało energiczny i zbyt wycofany. Po wylądowaniu Lucas stwierdził, jak zapisał w swoim pamiętniku, że ''musi mocno stanąć na nogi i nie robić żadnych głupstw pod wpływem chwili''. W efekcie zaczął umacnianie przyczółka i jego minowanie, nie pozwalając nawet na zwiady. Niemcy zaś w tym rejonie mieli iluzoryczne siły, w postaci kilkuset ludzi i kilkunastu armat.

    Wyobraźmy sobie, jaki efekt wywołałyby amerykańskich i brytyjskich rajdy kompanii, bądź batalionów, poruszających się na samochodach pancernych i transporterach opancerzonych, które przerywałyby linie łączności, minowały drogi, wysadzały mosty i tory kolejowe, atakowały składy zaopatrzenia oraz służby tyłowe niemieckich jednostek. Efekt z pewnością byłby piorunujący i osłabiłby niemiecką obronę na Linii Gustawa.

    Dopiero trzy dni po lądowaniu Lucas wydał rozkaz przeprowadzenia ograniczonego natarcia. A wtedy niemieckie zaskoczenie już opadło i marszałek Kesselring w rejon desantu ściągał wszystkie dostępne siły. Po dwóch dniach od lądowania Niemcy mieli już realne siły w postaci elementów dwóch dywizji grenadierów pancernych i dywizji spadochronowej, skutecznie ryglując przyczółek. W efekcie Lucas poniósł spektakularną klęskę pod Cisterną i Aprilią, gdzie unicestwiono praktycznie trzy bataliony rangersów (a i brytyjska 1. i amerykańska 3. dywizje zostały solidnie poharatane) i sam zablokował się na przyczółku, z którego już nie wyszedł. Sam sprowadził na siebie to, czego się tak obawiał.

    Żeby go jednak lekko usprawiedliwić, należy przypomnieć, że mianujący go na stanowisko dowódcy VI. Korpusu gen. Mark Clark, dowódca amerykańskiej 5. Armii we Włoszech, powiedział mu przed operacją: ''Nie wychylaj się Johny. Ja to zrobiłem pod Salerno i wpadłem w kłopoty'', nawiązując tym samym do przeprowadzonej przez siebie w katastrofalny sposób operacji pod Salerno.

    Winston Churchill przyczółek pod Anzio celnie skomentował: ''Myślałem, że wypuściliśmy rozżartego rysia, a okazał się to wyrzucony na plażę, nieruchawy wieloryb''. Na takie dictum Lucas odparł: ''Ta operacja z daleka śmierdzi Gallipoli, a ten sam amator, który planował tamtą operację, nadal siedzi na ławce trenera", mając oczywiście na myśli Churchilla, którego ambicją było szybkie zdobycie Rzymu i ruszenie na Bałkany, zanim dotrze tam Armia Czerwona.

    Po zdjęciu z dowodzenia, Lucas przez moment był zastępcą gen. Marka Clarka, a później, z całkowicie niezrozumiałego powodu, objął dowództwo nad 4. Armią w USA. Na szczęście dla amerykańskich żołnierzy nie dowodził już nigdy bojowo. Zmarł w 1949 roku.

    Dla odmiany, Niemcy pod Anzio nie tylko bardzo szybko otrząsnęli się z początkowego zaskoczenia, ale i wykazali się dużą sprawnością i zdecydowaniem. Już 22 stycznia, w dniu desantu, uruchomili plan ''Richard'' i zaczęli przerzut wojsk w zagrożony rejon. Zanim tam dotarły, siły Aliantów były skutecznie wiązane walką przez Luftwaffe i artylerię. 2. Luftflotte zniszczyła Aliantom 16 okrętów, uszkodziła 30 i stale nękała wojska lądowe.

    Co prawda, Alianci utrzymali przyczółek, powstrzymali trzy niemieckie ataki i nie pozwolili się zepchnąć do morza, ale sukces to co najmniej mizerny, biorąc pod uwagę, że w odróżnieniu od Niemców dysponowali niemal nieograniczonym wsparciem i zaopatrzeniem, a i utrzymywanie przyczółka nie było celem numer jeden.

    Przyczółek zlikwidowano dopiero po przełamaniu niemieckiej obrony na Monte Cassino w końcu maja 1944 roku, w ramach operacji ''Buffalo'' (opiszę ją w nadprogramowym wpisie, jeśli chcecie), ale co z tego, że Alianci wyszli z przyczółka, skoro nastąpiło to już po zdobyciu Monte Cassino? Przyczółek nie spełnił swojego zadania, nie odciążył ataków na Linię Gustawa, ani nie zaszkodził Niemcom. Co gorsza, podczas ataków w maju do sprawy osobiście wmieszał się Clark, owładnięty obsesją zdobycia Rzymu i wiecznej sławy, przez co większość niemieckich sił zdołała umknąć i stworzyć nowe linie obronne.

    Tak to, przez dwóch niemal już zapomnianych amerykańskich generałów, przez ich brak śmiałości, wyobraźni i poczucia wiary we własne siły, wysoką cenę musieli płacić żołnierze wielu narodowości, których krew obficie wsiąkała we włoską ziemię - poczynając od słynnych maków w pobliżu pewnego klasztoru.

    Dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego, gen. Alphonse Juin, desant pod Anzio skomentował bardzo kąśliwie:

    ''Jeszcze raz wpadliśmy w pułapkę działań koalicyjnych, alianci nie mogą się porozumieć i skoordynować swoich wysiłków.Wydarzenia są kształtowane przez sprawy prestiżu, ponieważ każdy chce być pierwszy w Rzymie. Historia oceni to bardzo surowo''.

    Niestety, historia spuściła zasłonę milczenia na ''przyczółek straconej szansy'' i 80 tysięcy niepotrzebnych jego ofiar...

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 59842416_2487573187954117_2573704395589943296_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Kiedy 16 grudnia 1944 roku o 5:30 rozszalała się burza ognia i żelaza na froncie w Ardenach, Amerykanom w większości opadły szczęki. Na południowym odcinku frontu, nad rzeką Our, odpoczywała zmaltretowana 28. Dywizja Piechoty, ciągle lecząca rany po straszliwej, krwawej kampanii w Hütgenwald jesienią 1944 roku. Niemiecka ofensywa doszczętnie rozjechała dywizję i przetoczyła się jak walec na zachód.

    Ofensywa zagroziła całej amerykańskiej 12. Grupie Armii, więc Eisenhower osobiście nakazał użyć rezerw w postaci 101. i 82. Dywizji Powietrznodesantowych. 82. DPD pognała na północ, próbując zastopować marsz Kampfgruppe Peiper w rejonie Cheneux. Z kolei 101. DPD, dowodzona tymczasowo przez gen. bryg. Anthony'ego McAuliffe'a (na zdjęciu), dowódcę artylerii, skierowano na południe, w rejon Bastogne.

    Kiedy szli do Bastogne, mijały ich okrzyki:

    - Idziecie do Bastogne, będziecie walczyć w okrążeniu!

    Spadochroniarze odpowiadali:

    - No i co z tego? My zawsze walczymy w okrążeniu!

    Zanim to nastąpiło, 1. batalion 506. pułku spadochronowego, wraz z 705. batalionem niszczycieli czołgów wziął udział w walkach pod Noville 19-20 grudnia, gdzie starł się z niemiecką 2. DPanc. Zażarte walki trwały dwa dni, podczas których pole bitwy było usłane wrakami 30 zniszczonych niemieckich czołgów i ciałami zabitych. Opór dał czas na przygotowanie obrony Bastogne. Warto tu wspomnieć, że niemiecka dywizja, przez uwiązanie się w walki, bardzo szybko wytraciła paliwo i dotarła tylko do Celles, a nie linii Mozy, gdzie została zniszczona w walce z amerykańską 2. Dywizją Pancerną.

    Tymczasem do Bastogne spływały kolejne oddziały: elementy 9. i 10. DPanc., resztki zniszczonego 110. pułku z 28. Dywizji i trzy bataliony artylerii. Później dotarł też 705. batalion niszczycieli. Razem: 22 800 ludzi. Niemcy miasto okrążyli siłami 26. Dywizji Grenadierów Ludowych, 5. Dywizji Spadochronowej, 2. DPanc. i Dywizji ''Panzer Lehr''. W sumie 54 tys. ludzi.

    Zażarte walki z Niemcami zaczęły się już 19 grudnia wieczorem. Niemcy jednak nie próbowali generalnego szturmu, tylko uderzali kolejno w poszczególnych miejscach. Ciągle miał miejsce nękający ostrzał artylerii. Sytuacja nie była za dobra, brakowało amunicji, żywności i lekarstw, co gorsza, spadała temperatura, a chmury i opady śniegu uziemiły alianckie lotnictwo.

    22 grudnia do linii amerykańskich zbliżyło się czterech Niemców z białą flagą. Zażądali kapitulacji, przekazując ultimatum na piśmie do ''amerykańskiego dowódcy''. Grozili zniszczeniem miasta. Obudzony McAuliffe, zirytowany takimi groźbami, napisał tylko jedno słowo: ''Nuts!''. ''Nuts'' dosłownie oznacza ''orzechy'', ale w tym kontekście oznaczało ''bzdury'', lub ''wypchajcie się''.

    Bezpośredniość generała podniosła obrońców na duchu, co lepsze, 23 grudnia pogoda poprawiła się na tyle, że lotnictwo zrzuciło zaopatrzenie w 1446 zasobnikach, a myśliwce bombardujące P-47 ostrzelały Niemców.

    W Wigilię na pasterce modlono się o utrzymanie obrony. Żołnierze byli przemarznięci i przemęczeni. Karabiny i działa nie nadawały się do użytku przez mróz, pojazdy zamarzały. Na pierwszą linię dowieziono zamarzniętego indyka świątecznego i zimną kawę. Do okopów udał się miejscowy ksiądz, by wyspowiadać żołnierzy i dać im Komunię Świętą w przerwach od walk. Morale, mimo otrzymanego wsparcia, spadało - nie bez wpływu pozostał również okres świąteczny i tęsknota za domem i bliskimi.

    Ale koniec końców utrzymano miasto. 26 grudnia o 17:00 do miasta triumfalnie wtoczyły się cztery czołgi z 37. batalionu pancernego 4. DPanc. Oblężenie zakończyło się po siedmiu dniach. Przez ten czas Amerykanie stracili 3 tysiące ludzi. Spadochroniarze stracili 341 zabitych, 516 zaginionych i 1641 rannych. 101. DPD otrzymała ksywę ''oblężone sukinsyny z Bastogne''.

    Jednakże, gdy generał McAuliffe dowiedział się o okrążeniu jego jednostki, powiedział do swoich żołnierzy:

    - Żołnierze! Jesteśmy otoczeni przez wroga. Dostaliśmy najlepszą szansę, jaką mogliśmy otrzymać w armii. Możemy atakować w każdym kierunku!

    Na wieść o jego złotych cytatach, słynący z ciętych wypowiedzi generał Patton powiedział:

    - Nie możemy pozwolić zginąć takiemu elokwentnemu człowiekowi!

    Czemu o tym piszę? Parę dni temu przyczepił się do mnie jakiś prawicowy fanpejdż (ma coś tam z patyczkami w nazwie), znany głównie z tego, że wiecznie go banują. Burczeli coś o moim stylu pisania i że jak śmiem pisać dobrze o Niemcach. Urzekło mnie to, że podpadam już nie tylko lewicy, ale i prawicy, i że mogę dosłownie atakować w każdym kierunku, niczym właśnie McAuliffe. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Co jeszcze lepsze, w komentarzach ów fanpejdż został całkowicie zmieciony, głównie przez sympatyków mojej strony, których wcale tak mało nie jest. Najlepszy komentarz, jaki przeczytałem:

    ''Oj, słabiutką reklamę robicie, podejmując walkę która nie dość, że niesłuszna to nie do wygrania.''

    Nic dodać, nic ująć.

    Historia 1:0 Ideololo

    Nuts, chłopaczki!

    Kiedyś ktoś ważny dla mnie powiedział mi:

    - Andrzej, Ty masz pełno swoich wyznawców na stronie!

    Stwierdzam, że nie. Ja mam wiernych PRETORIAN. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 59707902_2485651988146237_2018708751665594368_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    W Polsce nawet dzieci wiedzą o polskich lotnikach w Anglii - ''Dywizjon 303'' Arkadego Fiedlera zna chyba każdy. Mało znanym faktem jest jednak to, że i ''ludowe'' Wojsko Polskie posiadało własne lotnictwo. Okładka z gazety ''Żołnierz Polski''.

    Historia LWP (Lotnictwa Wojska Polskiego) zaczęła się w momencie formowania 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w Sielcach nad Oką wiosną 1943 r. Tworząc zależne od ZSRR siły zbrojne, uznano, że polska dywizja ma być wzorowana na radzieckich gwardyjskich, jednak odpowiednio wzmocniona. Postanowiono, że będzie posiadać eskadrę myśliwską, którą utworzono 7 lipca 1943 r.

    Pojawił się jednak problem w zasadzie nie do ominięcia: lotnicy. Piloci z prawdziwego zdarzenia od dawna znajdowali się w Anglii i walczyli nad Europą. Piloci, którzy przebywali w ZSRR zostali albo wymordowani w 1940 r. w Charkowie, albo opuścili kraj wraz z armią gen. Andersa.

    Rozpaczliwie szukając kandydatów, szukano pozostałych pilotów (znaleziono aż dwóch, ideowych komunistów - Tadeusza Wicherkiewicza i Medarda Koniecznego), wcielano Sowietów i Polaków z Armii Czerwonej, a nawet przedwojennych polskich modelarzy (jak Edward Chromy), byleby mieli jako-takie pojęcie o aerodynamice. Udało się zebrać 17 kandydatów na pilotów i 26 mechaników, których skierowano na szkolenie na podmoskiewskie lotnisko Grigoriewskoje. Samo lotnisko było bardzo skromne - był to po prostu utwardzony pas ziemi. Lotnicy spali w ziemiankach. Szkolenia lotnicze rozpoczęto pod koniec lipca 1943 r. na samolotach UT-2. Podczas szkolenia zginął pierwszy dowódca, Rosjanin o polskich korzeniach, mjr Czesław Kozłowski. Dowódcą został Wicherkiewicz. W międzyczasie do pułku przybyła Wanda Wasilewska, która powiedziała lotnikom: ''Dywizjon 303 w Anglii wykazał się męstwem podczas Bitwy o Anglię, niszcząc wiele niemieckich samolotów. Nie bądźcie od nich gorsi.''

    W toku szkolenia zdecydowano o przeformowaniu eskadry w samodzielny pułk lotniczy, zwłaszcza, że 1. Dywizja Piechoty już osiągała zdolność bojową, a lotnicy nadal się szkolili. Utworzono trzy eskadry i jednostkę przemianowano na 1. Pułk Lotnictwa Myśliwskiego ''Warszawa'', nawiązując tym samym do przedwojennych polskich tradycji lotniczych. Każdy pilot w toku szkolenia miał wylatać 100 godzin - było to stanowczo za mało, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę, że np. piloci RAF wylatywali aż 335 godzin.

    Ponieważ Armia Czerwona zaczęła wkraczać na terytoria II RP, do Grigoriewskoje zaczęli przybywać przedwojenni polscy lotnicy, tak trafili np. kpr. Aleksander Danielak, strzelec pokładowy z bombowca PZL-37 Łoś i weteran 1939 r., czy pilot lekkiego bombowca PZL-23 Karaś, kpr. pchor. Marian Grabowski. Z nadwyżek osobowych utworzono 2. Pułk Nocnych Bombowców ''Kraków'', latających w na dwupłatowych Po-2. 1. PLM przezbrojono w końcu w samoloty Jak-1b. Była to w 1944 r. już dość przestarzała konstrukcja, niezbyt groźna dla większości niemieckich maszyn. Na samolotach namalowano, wzorem lotników z Anglii, szachownice pod rurami wydechowymi.

    W maju 1944 r. ukończono szkolenie i zaczęto etapowo wysyłać jednostkę na front. W połowie sierpnia cały 1. PLM trafił na lotnisko w Zadybiu, skąd rozpoczął loty bojowe 23 sierpnia 1944 r. atakując niemieckie oddziały w Warce. W okresie PRL 23 sierpnia był obchodzony jako Święto Lotnictwa, ignorując fakt, że polskie tradycje lotnicze były znacznie większe, niż lot czterech sowieckich Jaków.

    W zasadzie loty 1. PLM sprowadzały się do rozpoznania i eskortowania samolotów szturmowych Ił-2. Do walk powietrznych nie dochodziło, również dlatego, że piloci byli po prostu niedoszkoleni. W trakcie walk został zestrzelony i trafił do niewoli mjr Wicherkiewicz, którego zastąpił Iwan Tałdykin. Ponieważ sprzęt był zużyty, dowódca sformowanego tzw. Lotnictwa Wojska Polskiego, gen. Fiodor Połynin zdecydował o wymianie samolotów na nowsze Jaki-9T, uzbrojone w działka 37 mm. W międzyczasie sowiecki 611. pułk lotnictwa szturmowego przeniesiono do ''polskiego'' lotnictwa i przemianowano na 3. Pułk Lotnictwa Szturmowego. Jego ''polskość'' jest w cudzysłowie, bo jedyni Polacy w jego szeregach pełnili służbę jako strzelcy pokładowi. Trzy pułki utworzyły później 4. Mieszaną Dywizję Lotniczą.

    Po wymianie samolotów lotnicy brali udział także w atakach na cele naziemne (nad Kołobrzegiem zginął rozbiwszy się płk Tałdykin, zastąpiony przez mjr Wasilija Gaszyna), a w okresie 16 kwietnia-4 maja 1945 roku uczestniczyli w operacji berlińskiej, dlatego post wrzucam dzisiaj. (Post z 4 maja - Mleko) Wówczas to doszło do większości walk powietrznych. Łącznie pułk odbył 1401 lotów bojowych w czasie 1393 godzin, stoczył 56 walk powietrznych i 394 razy atakował cele naziemne. Zestrzelono łącznie 9 samolotów nieprzyjaciela, sześć dalszych zestrzelono prawdopodobnie, bądź uszkodzono. Utracono łącznie 15 ludzi i 12 samolotów. Ostatnie zwycięstwo odniesiono 1 maja 1945 r. Żaden pilot, poza Wiktorem Kalinowskim (łącznie 12 zestrzeleń, dwa w 1. PLM, co ciekawe, zwycięstwa oznaczał białymi orłami pod kabiną), Polakiem z ZSRR, nie odniósł więcej niż jednego zwycięstwa.

    Oprócz 1. PLM latał również 2. PNB, w którym służyło więcej Polaków, bo szkolenie na Po-2 było dużo krótsze. Pułk do walki wszedł 11 września 1944 r. i atakował niemieckie cele pod Warszawą, a nawet zrzucał zaopatrzenie dla Powstańców Warszawskich. Brał udział w bitwie o Kołobrzeg i atakował cele naziemne w Bad Freienwalde i Friesack pod Berlinem. Wykonał 2100 lotów bojowych, nie ponosząc żadnych strat.

    Poza wspomnianymi jednostkami utworzono też trzy dalsze pułki myśliwskie - 9.,10. i 11., które weszły do walki 24 kwietnia 1945 r., oraz trzy pułki szturmowe - 6., 7. i 8. Wszystkie były pułkami sowieckimi, czasowo oddelegowanymi do służby w Wojsku Polskim i ich obsadę stanowili niemal wyłącznie Sowieci. Utworzono też trzy pułki bombowe, ale w chwili zakończenia wojny nadal się szkoliły i nie wzięły udziału w walce. Ogółem, Lotnictwo Wojska Polskiego dysponowało w maju pokaźną liczbą blisko 700 samolotów, skupionych – poza jednostkami bojowymi – także w pułkach i eskadrach lotnictwa łącznikowego, transportowego i sanitarnego. Stan osobowy wynosił ponad 12 tys. ludzi. Dla porównania – Polskie Siły Powietrzne liczyły w maju 1945 r. 14 tys. ludzi.

    Wkład i zasługi bojowe LWP były raczej znikome, większość lotników nie tylko nie była Polakami, ale z Polską nie miała żadnych kontaktów. Po zakończeniu wojny gros z nich opuściło szeregi LWP i wróciło do ZSRR. Rola LWP pozostała niemal wyłącznie propagandowa, mająca na celu stworzenie sztucznego wrażenia potęgi, opartego o duże liczby. W końcu nikt nie wnikał na zachodzie w to, że miażdżąca większość ''polskich'' lotników to przebrani w polskie mundury Rosjanie...

    Różnie zaś potoczyły się losy Polaków z LWP. Edward Chromy, mimo, że w czasie wojny nie odniósł żadnych zwycięstw w powietrzu, już w 1947 r. objął dowództwo nad 2. PLM. Z kolei Hugo O'Brien de Lacy został inwalidą po napaści przez sowieckich żołnierzy, skazany za pomoc uciekinierowi, popełnił samobójstwo w 1958. Jeszcze inaczej postąpił ppor. Władysław Żurawski, który z pomocą de Lacy'ego uciekł z Polski.

    Co ciekawe jednak, nawet w czasach PRL próba zastąpienia wysiłku PSP udziałem LWP skończyła się fiaskiem, a polski udział w wojnie w powietrzu nad Europą kojarzył się wszystkim z Dywizjonem 303, aniżeli z dziwacznymi, rzekomo polskimi tworami, które nie wsławiły się niczym szczególnym w swojej historii. W walce o pamięć szachownice na Spitfire'ach i Mustangach pokonały bez najmniejszego trudu szachownice z Jaków i Iłów.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 59550914_2481178311926938_8980091276594511872_n.jpg

  •  

    Do niedzieli postów nie będzie. Miłego czwartku wszystkim życzę ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Operator miotacza ognia z 5. Dywizji Marines daje popalić japońskim bunkrom, luty 1945. Pamiętacie jeszcze o cyklu o Iwo Jimie? Będzie dłużej.

    W centrum najsilniejszym punktem japońskiej obrony było umocnione wzgórze ''Peter'' o wysokości 110 m, znajdujące się przy lotnisku nr 2. Amerykanie próbowali je wielokrotnie zdobyć, ale odbijali się jak piłki od zręcznej obrony płk Ikedy. Tylko 25 lutego stracono 12 czołgów i 400 ludzi w jednym miejscu!

    Na prawej flance było jeszcze gorzej. Dwa pułki marines - 23. i 24. - liczące 3800 żołnierzy, ruszyły do generalnego szturmu na wzgórze 382, centralny punkt obrony w ''Maszynce do mięsa''. Była to dawna stacja radarowa, solidnie ufortyfikowana betonowymi bunkrami, wsparta bronią przeciwpancerną, było też kilka czołgów, okopanych po wieże, a wzgórze przecinała sieć tuneli. Jeden z plutonów z wielkim trudem dotarł do szczytu, ale chwilę potem spadł na niego szaleńczy japoński kontratak. Wywiązała się krwawa walka wręcz, w której Japończycy - niejednokrotnie obeznani w sztukach walki - mieli przewagę i odrzucili napastników. W ciągu pierwszego dnia zdobyto oszałamiające 100 metrów terenu za cenę 500 ludzi. I tak było przez wiele kolejnych dni.

    Na lewej flance 5. Dywizja szturmowała kompleks trzech wzgórz: 362A, B i C, obsadzonych przez czołgistów barona Nishi. Wsparci przez ostrzał z morza, przy wydatnej pomocy Shermanów Zippo z miotaczami ognia, zdobywali bunkier po bunkrze. Znowu najprzydatniejsze okazały się miotacze ognia, ładunki wybuchowe i bazooki, nie żałowano też granatów z termitem i odłamkowych. Ale żeby użyć tego arsenału, trzeba było podejść blisko ziejącej ogniem ambrazury bunkra. A to rzadko było możliwe.

    ''Operator miotacza znalazł się tuż obok wejścia do jaskini, wychylił się i otworzył ogień do jej wnętrza. Wybiegł stamtąd Japończyk, cały w płomieniach. Krzyczał z bólu. Buckey i ja wystrzelaliśmy magazynki w stronę wejścia do jaskini i przeładowaliśmy broń tak szybko, jak tylko umieliśmy. Japończyk teraz tarzał się po ziemi, wymachując rękami. Zakończyliśmy jego cierpienie serią kul'', wspominał st. szer. Hank Chamberlain.

    Pozycyjne walki trwały dziesięć dni. Amerykanie zalewali Japończyków burzą ognia i żelaza, wznawiali ostrzał, wysyłali samoloty, wylewali tysiące litrów mieszanki zapalającej. Jednak Japończycy spokojnie schodzili w głąb tuneli i czekali, aż Amerykanie przestaną okładać skały, po czym wychodzili i odpłacali się seriami broni maszynowej i pociskami moździerzy. Ściągane ciężarówki Dodge z wyrzutniami rakiet strzelały setkami pocisków, ale Japończycy szybko je namierzali i ostrzeliwali z moździerzy. Shermany, nie mogąc poruszać się w skalistym, bezdrożnym terenie, grzęzły i były szybko niszczone.

    Gdy Amerykanie byli już blisko zdobycia wzgórza 382, z sąsiedniej góry z wielkim bunkrem, nazwanej ''Indyczym guzem'', spadała na nich lawina pocisków. Jeśli zdobyto jakieś pozycje - to natychmiast ruszał japoński kontratak, który spychał nacierających na pozycje wyjściowe.

    Dopiero w końcu lutego udało się zdobyć wzgórze ''Peter'', ale i potem... marines zalegli, nadziewając się na kolejne pozycje w postaci wzgórz 362B i C, obsadzonych przez resztki pułku pancernego barona Nishi. W ''Maszynce'' 28 lutego udało się wreszcie po okrążeniu z trzech stron i zaciekłym szturmie zdobyć wzgórze 382. Dzielnie zapisał się szer. Douglas Jacobson, który samodzielnie obsługując bazookę (normalnie potrzeba było dwóch ludzi) zniszczył 16 stanowisk japońskich i jeden czołg. Otrzymał za to Medal Honoru. Jednak sukcesy na tym się skończyły. Japończycy zdołali się wycofać. Na lewej flance 28. pułk zdołał przebić się przez japońską obronę i natknął się na kilka czołgów Ha-Go. Po krótkiej walce z czołgistami zniszczono je wszystkie za pomocą bazook i ładunków wybuchowych. Marines dotarli do wzgórza 362A, które... okazało się puste. Japończycy się wycofali.

    Pat na Iwo Jimie trwał...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58684768_2476469002397869_8476794927106228224_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Gdyby żył, miałby obecnie 130 lat. Możecie go nie lubić, ale to on zabił Hitlera. (Post z 30 kwietnia - Mleko)

    Będzie długo, ale liczę, że znowu mnie zaskoczycie. I bardzo proszę, ZACHOWAĆ POZIOM.

    Zaznaczam na początku: wpis NIE MA NA CELU propagowania, ani gloryfikacji ustroju nazistowskiego, nie może być odebrany jako pochwała postaci na zdjęciu, a autor potępia zbrodniczy reżim nazistowski. Wpis ma na celu działalność wyłącznie edukacyjną i naukową.

    Banalność zła.

    Adolf Hitler to postać budząca do dzisiaj skrajne emocje, wręcz fascynację. Uwielbia go kino - stał się bohaterem ponad osiemdziesięciu filmów, a książek, broszur i artykułów mu poświęconych chyba nikt nie jest w stanie zliczyć.

    Z jednej strony nie ma co się dziwić - Hitler jest wręcz archetypicznym złoczyńcą, szwarccharakterem, który idealnie pasuje na ''tego złego''.

    Jednakże, pobocznym efektem tego jest pełno absurdalnych teorii, przedstawiających Führera jako niskiego szaleńca, na okrągło wrzeszczącego, obsesyjnego maniaka-ascetyka, który nigdy nie pił alkoholu i nie jadł mięsa, neurotyka z cuchnącym oddechem, dewiacjami seksualnymi i mitycznym ''magnetyzmem'', którym niczym jakiś druid z podrzędnej gry działał na swoich rozmówców. Obraz ten został sfałszowany do granic możliwości, tylko i wyłącznie dla doraźnych potrzeb politycznych, a wszystko dlatego, że Rzesza wojnę przegrała, więc można łgać bez jakichkolwiek konsekwencji. Diabłem w ludzkiej skórze można straszyć niezależnie od sytuacji.

    Wszyscy wiemy, że umiał porywać tłumy, przemawiał doskonale, był uwielbiany przez tłumy - dla nich był przywódcą z ludu, takiego, jak oni. Wiemy również o jego zbrodniach i oschłości, o współodpowiedzialności za okrutną wojnę i cierpienie milionów ludzi, ale jaki był prywatnie?

    "Nie widziałem w nim ani potwora, ani nadczłowieka. To pierwsze wrażenie potwierdziło się z upływem lat. Prywatnie Hitler był normalnym, prostym mężczyzną, najprostszym jakiego znałem", powiedział o nim wiele lat po wojnie Rochus Misch, jego ochroniarz.

    Misch w chwili śmierci w 2013 roku był ostatnią osobą, która była w Führerbunker, przez kilka lat był ochroniarzem i łącznościowcem Führera i znał go z innej strony, niż my z kart historycznych książek.

    Jaki więc był słynny dyktator?

    Dla Mischa był po prostu szefem, który nigdy na niego nie krzyczał i dbał o niego. Pamiętał imiona swoich współpracowników, choćby pracowali na najniższych stanowiskach. Kiedy tylko zauważał, że ktoś z jego otoczenia, źle się czuje, natychmiast wzywał swojego osobistego lekarza, by przebadał któregoś z podwładnych. Gdy byli na zwolnieniu chorobowym, wysyłał kwiaty z życzeniami powrotu do zdrowia. Dbał również w inny sposób. Misch dostał od niego w prezencie ślubnym dwie skrzynki dobrego wina, czek na 1500 marek i własnoręcznie wypisaną kartkę z życzeniami.

    Misch przywoływał również wyjazd do Monachium. On, jak zresztą większość członków ochrony został w holu i czekał na swojego szefa, który udał się na spotkanie w gmachu opery. Rochus umilał sobie czas, flirtując z szatniarką. Ta zaprosiła go na kolację, jednak on musiał odmówić, mówiąc, że jest na służbie. Kiedy Führer wyszedł ze spotkania, szatniarka śmiało do niego się odezwała, mówiąc: ''Chciałabym wyjść dzisiaj z tym panem tutaj''. Hitler uśmiechnął się i zawołał przez ramię do szefa ochrony, ppłk Bruno Geschego: ''Gesche! Misch ma dzisiaj wolne!''.

    Traudl Junge, sekretarka wodza, wspominała go jako miłego szefa i zachowującego się po ojcowsku przyjaciela, który nazywa ją wprost - ''dziecko''. Gdy bardzo się denerwowała o przyjęcie do pracy jako sekretarka, powiedział jej: „ Niech się pani nie denerwuje, ja sam robię w dyktandzie tyle błędów, ilu pani nigdy nie byłaby w stanie zrobić”.

    Adolf Hitler nie był ''małym kapralem'', miał 176 cm wzrostu - normalny wzrost nawet dziś, nawet nieco wyższy, niż większość ówczesnych mężczyzn. Był doskonałym aktorem. Wirtuozem przemów. Dużo ćwiczył, by wyglądać dobrze podczas wystąpień - codziennie np. rozciągał gumowy ekspander, by móc wytrwać długo wyciągając rękę w pozdrowieniu. Bardzo dbał o wygląd, przycinając swój słynny wąsik i poprawiając przedziałek. Przemówienia ćwiczył sam, przed lustrem, dobierając odpowiednią gestykulację i intonację głosu. Mówił donośnie, prostymi słowami, by dotrzeć do każdego - tak bogatego pana z majątku, czy zamku, jak do prostego robotnika. „Był miłym gawędziarzem, który całował kobiety w rękę, przyjaznym wujkiem, który dawał dzieciom czekoladę, zacnym człowiekiem ludu, który ściskał stwardniałe ręce rolników i robotników", wspominał Artur Krebs. Był bardzo dumny z Krzyża Żelaznego, który otrzymał podczas I Wojny jako goniec, wykazując się sporą odwagą. Nie obwieszał się orderami, jak Gőring, ale Krzyż Żelazny nosił niemal zawsze. Otrzymał go od swojego dowódcy, majora Hugo Gutmanna, co ciekawe, z pochodzenia Żyda. Nawet po wprowadzeniu antysemickich ustaw, potajemnie wspierał Gutmanna finansowo.

    Prywatnie lubił spędzać czas w swoim gabinecie, obłożony książkami i dokumentami, popijając jabłkową, lub kminkową herbatę, albo spacerować, czy grać w kręgle. W gabinecie lubił słuchać muzyki z płyt, często o miłości. Na podwieczorek objadał się ciastkami - czekoladowymi z kremem. Nie lubił alkoholu, ale zdarzało mu się okazjonalnie wypić np. kieliszek wina. Z tym wiąże się pewna anegdotka - otóż, gdy jeden z niemieckich oficerów podarował Führerowi butelkę doskonałego francuskiego wina, kanclerz spróbował i skrzywił się, uznając, że wino jest za kwaśne. Po czym je dosłodził dwiema łyżeczkami cukru. Z jego miłością do łakoci wiąże się też mit wegetarianizmu - Hitler nie jadł mięsa, bo uwielbiał słodycze, a że były kaloryczne, to musiał z czegoś zrezygnować. Inna sprawa, że naprawdę kochał zwierzęta (o jego suczce Blondi będzie osobny wpis) i lubił wegetariańską kuchnię (jego ostatnim posiłkiem był makaron w lekkim sosie pomidorowym). Należy tu jednak dodać, że uwielbiał Leberklossen - rodzaj kluseczek z wątróbki. Siedział nocami i czasem prosił kogoś ze służby o przyniesienie butelki gorącej wody w białej sakiewce, tłumacząc czasem z zawstydzeniem, że bardzo marzną mu stopy.

    Z papierosów zrezygnował dla... skąpstwa (wolał pieniądze wydać na książki i słodycze), chociaż słusznie podejrzewał, że palenie ma związek z rakiem płuc i walczył z tym uzależnieniem.

    Nie był też żadnym furiatem, ani neurotykiem. Ze wspomnień (i nagrań) wynika, że w prywatnych rozmowach kanclerz był bardzo spokojnym człowiekiem. Uwielbiał perorować na różne tematy, jednak cierpliwie i uprzejmie słuchał swoich rozmówców, nie naciskając na nich. Zachowało się jedno nagranie, kiedy Hitler dyskutuje (a raczej prowadzi bardzo długi monolog) z marszałkiem Mannerheimem. Biedny fiński przywódca nawet nie bardzo mógł dojść do słowa.

    Zdumiewał otoczenie swoim głodem wiedzy - czytał setki książek na wiele tematów, w ogóle niepokrywających się ze sobą - i doskonałą pamięcią. Podczas wizytacji fabryk zadziwiał inżynierów swoją pamięcią do drobiazgów technicznych. Miał bardzo dużą bibliotekę, interesował się historią, filozofią, malarstwem (a jakże), a także militariami. Na marginesach robił notatki i lubił od współpracowników i przyjaciół otrzymywać książki w prezencie.

    Bardzo lubił kino. Kazał sobie przesyłać każdy nowy film nakręcony w Niemczech i z pasją je oglądał. Osobiście obejrzał w tajemnicy dwa razy ''Dyktatora'' Chaplina i - mimo okazywanego publicznie oburzenia - śmiał się. Chaplina zresztą uważał za najlepszego komika na świecie. Uwielbiał Karola Maya, jego ukochaną powieścią był oczywiście ''Winnetou'', a postacią - Old Shatterhand. Kochał muzykę klasyczną, a ulubionym jego kompozytorem na zawsze pozostał oczywiście Richard Wagner, chociaż lubił też Mozarta i Beethovena. Nie inaczej było z teatrem i operetkami, które oglądał, gdy tylko miał okazję.

    To ważne, żebyśmy wiedzieli, jaki Hitler był naprawdę. To nie urojony potwór, maniak seksualny, czy niezrównoważony neurotyk jest odpowiedzialny za cierpienie milionów ludzi. Bardziej przeraża to, że Hitler był zwykłym człowiekiem.

    ''Nie można pojąć okropności z lat 1933-1945, gdy odbierze się Hitlerowi cechy ludzkie. Jeśli widzimy w Hitlerze jedynie żądnego krwi potwora, nie możemy mówić o zrozumieniu jego siły, którą przyciągał tłumy Niemców'', pisał niemiecki historyk, dr Volker Ullrich.

    W doskonałym filmie ''On wrócił'' (na podstawie jeszcze lepszej książki, gdzie była w mojej ocenie najmocniejsza scena) dziennikarz Sawatzky i Hitler na samym końcu rozmawiają:

    - Jest Pan potworem!
    - Czyżby? Więc musi Pan również potępić tych, którzy wybrali tego potwora. Wszyscy byli potworami? Nie. To byli zwyczajni ludzie, którzy postanowili wybrać niezwykłego człowieka i złożyć w jego ręce losy narodu. [...] Nigdy się Pan nie zastanawiał dlaczego ludzie mnie popierają? Bo w głębi duszy są tacy sami jak ja. Podzielają moje wartości. [...] Jestem częścią Pana. Jestem częścią Was wszystkich.

    Fantastyczny cytat na temat odpowiedzialności narodu.

    Gdy 74 lata temu żegnał się w trzęsącym się od eksplozji sowieckich pocisków Führerbunker w Berlinie, nie było przy nim ani Goeringa, ani Himmlera, ani Speera. Byli tylko wierni Goebbels i Bormann - oraz płacząca garstka wiernych mu do samego końca osób: żołnierze, technicy, łącznościowcy, kucharki, kierowca, sekretarki. Przedstawiciele ludu, który najszczerzej go kochał.

    Zdjęcie i wpis NIE MAJĄ na celu gloryfikacji ideologii totalitarnych.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58570871_2474943909217045_1429725992145911808_o.jpg

    •  

      A ja myślę zupełnie inaczej, to stawia w złym świetle nas wszystkich

      @PoteznaLokomotywa: a ja się nie zgadzam z takim relatywizowaniem i na pewno nie godzę na wrzucanie do jakiegoś worka o nazwie "my wszyscy". Postać z wpisu to oczywiście ekstremalny przypadek, ale w życiu codziennym każdy z nas czasem znajduje się w okolicznościach, które mógłby wykorzystać do czynienia zła, jeden to zrobi, drugi nie. Mordercy, gwałciciele, złodzieje siedzący w więzieniach to też najczęściej nie są filmowi psychopaci, tylko "zwykli" ludzie, a jednak zgodzisz się chyba, że coś ich od Ciebie różni. pokaż całość

    •  
      Jan_krul_i_pan

      0

      @Mleko_O: był również wizjonerem. Próbował ocalić świat od cholery która się wszędzie wpieprza w każdym kraju. Nie powiodło sie. I teraz wszyscy jesteśmy straceni.

    • więcej komentarzy (44)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Uwaga, będzie BARDZO długo (Post z wczoraj - Mleko)

    Kiedy w ciepły, majowy dzień w 1945 roku sowieccy żołnierze wracali z Berlina do ZSRR na paradę zwycięstwa w Moskwie, po drodze słyszano wybuchy i serie z broni maszynowej.
    - Czyżby to już strzelano na wiwat? - zastanawiali się.
    - Nie, to 6. Armia ciągle próbuje zdobyć Wrocław...

    Osiemdziesiąt dni. Tyle wytrwała najwierniejsza z wiernych twierdz III Rzeszy. Twardo opierała się bombardowaniom, ostrzałowi, sowieckim tankom. Przetrwała samego Führera, decyzją którego powstała. Trzymana żelazną ręką nazistów, wierząc i czekając na ocalenie i przybycie cudownych broni. Na cud, który nigdy nie nadszedł.

    Festung Breslau.

    Wrocław przez całą wojnę był spokojnym miastem. Pojawiły się co prawda obostrzenia wojenne, jak zaciemnienie i reglamentacja produktów, ale była to niewielka cena za spokój mieszkańców.

    Spokój zaczął zanikać w połowie 1944 roku, kiedy Armia Czerwona w operacji ''Bagration'' rozerwała niemieckie linie obronne. W sierpniu ogłoszono miasto twierdzą i rozpoczęto gorączkową rozbudowę linii obronnych. Dopiero w styczniu 1945 roku gauleiter Karl Hanke zezwolił na ewakuację cywilów. Tłumy szturmowały dworce kolejowe, najbogatsi uciekali samolotami. Ale nie było szans, by ewakuować 700 tysięcy ludzi w kilkanaście dni. Brakowało pociągów, wozów, opału, żywności. Jak walec ze wschodu nadciągała ofensywa styczniowa Sowietów. Było bardzo zimno, temperatura spadł do -16 stopni. Dla 60 tysięcy cywilów zimowa tułaczka zakończyła się tragicznie. Ludzie zamarzali, zwłaszcza dzieci, kobiety, starcy. Niektórzy ostatkiem sił wrócili do Wrocławia.

    Miasto wydawało się opustoszałe, chociaż zostało w nim ok. 200 tys. ludzi. Nowy komendant miasta, gen. Hans von Ahlfen, energicznie zaczął rozbudowę obrony. Sformowano, mającą być trzonem obrony, 609. Dywizję do Zadań Specjalnych, do której wcielono żołnierzy ośrodków zapasowych, a nawet batalion wywiadu. Powstało pięć fortecznych pułków piechoty (nazwanych od ich dowódców: „Mohr”, „Hanf” i „Sauer” z jednostek szkoleniowych, pułk „Wehl” z jednostek Luftwaffe i pułk SS „Besslein”) , improwizowany pułk artylerii „Breslau”, wykorzystujący zdobyczne działa i oddział pancerny Panzer-Jäger-Abteilung „Breslau” z 19 czołgami. Włączono do obrony policjantów, strażaków, a nawet włoskich, francuskich i jugosłowiańskich jeńców wojennych, którzy obsługiwali działa. Razem: 80 tys. ludzi. Nie brakowało natomiast żywności, opału i trunków.

    16 lutego Sowieci zamknęli ostatecznie pierścień okrążenia wokół miasta i ruszyli do szturmu na dzisiejsze Brochów i Krzyki, gdzie zostali powstrzymani przez heroicznie broniących się nastolatków z HJ.

    W walce z napastnikami Niemcy wykazywali się ogromną pomysłowością. I odwagą. Zakłady przemysłowe FAMO produkowały karabiny maszynowe na podwoziu, które można było wysunąć zza krawędzi muru. Tworzono też granaty ze szkła, lub betonu. Członkowie HJ zbudowali katapulty do miotania granatów. Wykorzystywano woreczki ze żrącym ługiem, którymi obrzucano czerwonoarmistów. Z magazynów Kriegsmarine zabrano torpedy, które wyrzucano po torach tramwajowych z prowizorycznych wyrzutni. Niemieccy saperzy, świadomi, że Sowieci od razu po zdobyciu jakiegoś miejsca przystępują do rabunku, montowali w szafach, szufladach i walizkach miny, eksplodujące po próbie otwarcia. Działa, w dużej mierze zdobyczne i pozbawione celowników, przystosowano do strzelania na wprost. Niemieccy saperzy tworzyli specjalne miny, udające cegły i układali je za pomocą wędek na zwałach gruzu. Tam, gdzie Niemcom brakowało artylerii, tam do ataku ruszały zdalnie sterowane Goliaty, obracając w perzynę całe budynki. Do walk przystosowano też działka i karabiny maszynowe, wymontowane z rozbitych samolotów. Kiedy Sowietom udało się zdobyć jakiś budynek, niemieccy saperzy wysadzali go za pomocą przygotowanych uprzednio butli z gazem i ładunków wybuchowych. W trakcie walk Niemcy wykorzystywali kanały i przenikali nimi na sowieckie tyły, organizując zasadzki. Zakłady FAMO zbudowały improwizowany pociąg pancerny „Pörsel”, który w krótkim czasie zniszczył 7 czołgów i 3 samoloty. Do Wrocławia przerzucono drogą powietrzną także dwa bataliony elitarnych spadochroniarzy - III. batalion 26. pułku i II. batalion pułku spadochronowego do zadań specjalnych ''Schacht''.

    Ale i Sowieci nie byli dłużni. Rzucili do walki miotacze ognia, którymi żywcem palili obrońców piwnic, katiusze strzelały setkami swoich pocisków, upiornym wyciem ostrzegając schowanych w piwnicach Niemców, nie żałowały bomb i rakiet słynne Szturmowiki, latające tak nisko, że czasem ocierały się o dachy domów. Ostrzał potężnych haubic 203 mm demolował całe kwartały, wzniecając silne pożary i zabijając tysiące cywilów. Zabitych na początku chowano w trumnach, potem w zbitych pospiesznie skrzynkach, potem owijano w całuny, aż w końcu zabrakło i materiału, by owijać zwłoki.

    Niemcy próbowali przeciwdziałać pożarom, wyrzucając z domów łatwopalne przedmioty. Z płonącej Biblioteki na Piasku bezcenne manuskrypty wyrzucano do Odry, chcąc je ratować. W słynnej piwiarni Schweidnitzer Keller urządzono prowizoryczny szpital, gdzie lekarze starali się jak mogli, operując w blasku świec.

    Zażarte walki trwały do marca. Obronę podsycały obietnice. Rozgłośnia Großdeutscher Rundfunk mówiła, że skoro zdarzył się cud nad Marną, cud nad Wisłą, to i cud nad Odrą może nastąpić. Generał (a później feldmarszałek) Ferdinand Schörner, dowódca GA „Środek“ obiecywał, że odsiecz do Wrocławia dotrze w ciągu trzech, lub czterech dni. Cud jednak się nie wydarzył, marszałek wciąż zapewniał, a Wrocław bronił się nadal...

    Sowieci próbowali zmiękczać obrońców przez megafony i ulotki, ale na niewiele się to zdało. Szalały sądy doraźne gauleitera, rozstrzeliwujące „defetystów” (będąc uczciwym trzeba jednak przyznać, że skala terroru we Wrocławiu nie przekroczyła kilkuset ofiar). W tym czasie zmienił się dowódca obrony - został nim gen. Hermann Niehoff, który szybko dostał przezwisko „Neron Wrocławia”. Kazał wysadzać celowo niektóre budynki, tworząc nieprzejezdne zwały gruzów.

    Cały czas na lotnisko w Gądowie trafiały samoloty i szybowce z zaopatrzeniem i ewakuujące rannych. Luftwaffe niezmordowanie wykonywała zrzuty – od 15 lutego do 1 maja wykonała 2 tysiące lotów, zrzucając 1638 ton zapasów. Zrzuty były jednak niezbyt celne, a spora część trafiała do Sowietów (m.in. z mundurem generalskim dla Niehoffa z okazji awansu na generała) – obrońcom trafiało się średnio 47 ton dziennie, co stanowiło kroplę w morzu. Korzystając tylko z jednego lotniska Niemcom udało się wyewakuować ponad 6600 rannych. Sowieci próbowali ich zatrzymać nocnymi myśliwcami i silną artylerią przeciwlotniczą - zginął w zestrzelonym samolocie m.in. gen. Fritz Cranz, oficer łącznikowy Luftwaffe, oddelegowany do Wrocławia. Ale i Sowieci ponosili straty od ognia - 11 lutego zginął Bohater ZSRR, generał Iwan Połbin. Linia frontu była płynna, niejednokrotnie Niemcy i Sowieci korzystali z telefonów, próbując sondować, gdzie przebiegają walki. Podobno w jednym z budynków Niemcy broniący się na piętrze w przerwach w walkach puszczali płyty gramofonowe, a próbujący zdobyć piętro Sowieci nagradzali utwory brawami i wykrzykiwali swoje propozycje – wśród dźwięków pięknych oper ginęli żołnierze obu stron.Chaos w walkach dobrze podsumował holenderski ochotnik z pułku SS „Besslein”, Hendrik Verton: „Oto paru wojaków siedzi sobie spokojnie przy kufelku, a parę ulic dalej muszą już przeskakiwać biegiem przecznicę ostrzeliwaną przez rosyjską artylerię. W lejach po granatach i obok nich leżą zabici żołnierze i cywile, a tutaj człowiek śmieje się i pije”.

    1 kwietnia, w Wielkanoc, Sowieci rozpoczęli szturm generalny na lotnisko w Gądowie. Huraganowy ostrzał trwał kilka godzin, wspierany bombardowaniami z powietrza. Wg niemieckich szacunków na miasto spadło 5 tys. bomb. Do akcji później wkroczyły czołgi pod osłoną granatów dymnych. Sowieci ruszyli z Nowego Dworu i Kuźnik, przełamując niemiecką obronę i dotarli do lotniska, gdzie heroiczny opór stawili im spadochroniarze, wsparci przez artylerię przeciwpancerną i działka 20 mm. Jednak i ta linia oporu została złamana. Sowietom udało się wbić klinem na 2-3 km w głąb obrony, co przy walkach w mieście było bardzo dużym sukcesem. W Poniedziałek Wielkanocny nastąpiło kolejne terrorystyczne bombardowanie, z użyciem bomb zapalających, które obróciło w gruzy m.in. Ostrów Tumski. Nad miastem unosił się podobno smród palonego mięsa. Pułk „Mohr”, wsparty pułkiem SS „Besslein” dzielnie bronił się w rejonie rzeźni miejskiej, szaleńcze walki trwały o stację Wrocław-Popowice, gdzie Niemcy dokonywali rzeczy niemożliwych i dokonywali z wielką odwagą lokalnych kontrataków, ale nie byli w stanie powstrzymać Sowietów, którzy stację zdobyli 18 kwietnia. Tego samego dnia zdobyto charakterystyczny okrągły budynek, znany jako Konwiarz, którego kształt uniemożliwiał zdobycie – dopiero użycie ciężkiej artylerii, która odcięła zasilanie i utworzyła wyłom, a następnie uderzenie radzieckich saperów złamało opór żołnierzy SS. Z rozkazu samego Niehoffa zniszczono wówczas kościół św. Pawła, który znajdował się za Konwiarzem, ściągnięto też rozliczne siły, m.in. kanonierów dział przeciwlotniczych i sanitariuszy, których pospiesznie uzbrojono. Pod koniec kwietnia linia frontu ustabilizowała się.

    W międzyczasie, gauleiter Hanke wydał dwa kolejne surowe zarządzenia – od 16 kwietnia wszystkie kobiety i mężczyźni od 16. do 35. roku życia miały brać udział w walkach na pierwszej linii. Drugim, absurdalnym, była decyzja o budowie lotniska na dzisiejszym pl. Grunwaldzkim, a ówczesnej Kaiserstraße, gdzie nakazano zniszczyć m.in. kościół Marcina Lutra i wiele reprezentacyjnych budynków. Pospieszne odgruzowanie pasa pod radzieckim ogniem pochłonęło podobno 13 tysięcy ofiar – zarówno wrocławskich cywili, jak i robotników przymusowych. Lotnisko to nigdy nie spełniło swojej roli i przyjęło podczas całego oblężenia zaledwie jeden samolot - 10 kwietnia Junkers Ju 52, który ewakuował 22 rannych.

    20 kwietnia twierdza świętowała urodziny Führera. Panował względny spokój na froncie, więc obrońcy skorzystali z okazji do odpoczynku. Komendant Niehoff wręczył członkom swojego sztabu po czekoladzie i butelce wina. Cywile, wśród nich młodociany obrońca i przyszły autor monumentalnej pracy o twierdzy, Horst Gleiss, poszli na tańce przy pierniku i winie. Były to chyba ostatnie święta w historii niemieckiego Wrocławia. Postępowała zresztą demoralizacja – alkohol i libacje seksualne były codziennym elementem we Wrocławiu, bo obrońcom i tak już było wszystko jedno. Ciekawym aspektem walk we Wrocławiu było zaangażowanie tzw. Komitetu Narodowego „Wolne Niemcy”, którego członkowie wzięli udział w końcowym okresie walk, walcząc przeciwko własnym rodakom. Dowódca kompanii antynazistów, por. Horst Viedt poległ podczas walk i został pochowany na cmentarzu oficerów radzieckich we Wrocławiu.

    Na początku maja do twierdzy dotarła wiadomość o samobójstwie kanclerza. 4 maja do dowództwa twierdzy udali się przedstawiciele duchowieństwa katolickiego i protestanckiego, cieszący się dużym autorytetem w mieście. Duchowni przedstawili bezsens dalszej obrony oraz ciężką sytuację ludności cywilnej. Prosili o kapitulację. Po wysłuchaniu ich argumentów, generał Niehoff zdecydował się podjąć rozmowy z Sowietami. Na wieść o tym gauleiter Hanke wpadł we wściekłość i zaczął grozić Niehoffowi sądem wojennym. Niehoff ostudził jego agresję, mówiąc, że to on może zostać aresztowany. Gauleiter pytał, co ma zrobić. Niehoff poradził mu samobójstwo, na co Hanke zaprzeczył. Był ''za młody by umierać''... Miał 40 lat i wiek mu nie przeszkadzał, gdy posyłał młodzież na śmierć.
    Gauleiter zdecydował się uciec małym samolotem z placu przed Halą Stulecia rankiem 6 maja – i od tej pory słuch o świeżo mianowanym testamentem Hitlera Reichsführerze SS zaginął. Podobno został rozstrzelany przez czeskich partyzantów w czerwcu 1945 r. Znacznie bardziej honorowo zachował się dowódca Volkssturmu, SA-Obergruppenführer Herzog, który odebrał sobie życie. Swoją decyzję gen. Niehoff telefonicznie przekazał marszałkowi Schoernerowi. Schoerner zaoponował i znów zaczął obiecywać, że za parę dni dotrze do Wrocławia. Niehoff po prostu odłożył słuchawkę.

    6 maja Festung Breslau poddała się 6. Armii gen. Władimira Głuzdowskiego. Podpisanie aktu kapitulacji zmieniło się potem w długi bankiet, gdzie Sowieci w kolejnych toastach podnosili uznanie dla obrońców, generał Głuzdowski był podobno uprzedzająco uprzejmy wobec swojego niedawnego przeciwnika. O tym, że Sowieci po zdobyci Wrocławia, zachowywali się jak łupieżcy, gwałcąc, paląc, mordując - nie trzeba wspominać. 9 mają OKW podało do wiadomości, że Festung Breslau uległa w ostatniej godzinie Sowietom. Ostatnia twierdza Führera upadła po 80 dniach oblężenia. Około 70 % budynków leżało w gruzach. Zginęło ok. 80 tysięcy cywilów. Poległo 13 tys. radzieckich żołnierzy i 6,5 tys. niemieckich.

    Ale twierdza - do końca niezdobyta przecież - poddała się na godziny przed końcem wojny.

    Bo przecież ''Wrocław od zawsze poddaje się ostatni''...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny #wroclaw
    pokaż całość

    źródło: 59416089_2484232068288229_429280233183510528_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Uwaga, będzie długo, brutalnie i prawdziwie. Masz z tym problem - NIE PISZ.

    Jedno z najbardziej emocjonalnych zdjęć II wojny światowej, jakie znam. Dwóch już byłych więźniów (podobno Polaków) KL Dachau wyżywa się na znienawidzonym wachmanie nazwiskiem Weiss, 29 kwietnia 1945 r.

    Jest coś w tym zdjęciu. Straszliwy ból i rozpacz w wygrażaniu pięścią, wykrzyczana skrywana od lat nienawiść za bicie, głód i poniżenia, jest i wzrok wachmana, być może sobie uświadamiającego swoje zbrodnie. Niemal słyszę, jak ten więzień łamiącym się głosem krzyczy coś...

    KL Dachau był najstarszym niemieckim kacetem. Powstał w 1933 roku dla wrogów nazistowskich Niemiec. Komunistów, socjalistów, Żydów, księży. Początkowo planowano w nim przetrzymywać 3-5 tys. ludzi, ale z czasem obóz okazał się być za mały. Od 1938 roku było to ''centrum szkoleniowe'' dla formacji SS-Totenkopfverbände, czyli wachmanów, strzegących obozów. Dachau było ''wzorem''. Uwięziono tu łącznie 250 tys. ludzi. 148 tys. zmarło, bądź zostało zamordowanych.

    Poranek 29 kwietnia 1945 roku zaczął się ciszą. Poprzedniego dnia uciekł komendant obozu, major SS, Martin Gottfried Weiss wraz z grupą swoich popleczników. Nie ominęła go kara za jego zbrodnie, bo gdy rok minął, wisiał już na szubienicy.

    Obóz przejął - na jeden dzień zaledwie - młody, 24-letni podporucznik SS, Heinrich Wicker. Po rozmowie z przedstawicielem więźniów i Czerwonego Krzyża, dr Victorem Maurerem, poddać obóz Amerykanom, gdy tylko podejdą. W obozie znajdowało się ok. 550 esesmanów - niektórzy byli wachmanami, ale większość była rannymi żołnierzami Waffen-SS (głównie 6. Dywizja Górska SS "Nord"), przywiezionymi z Węgier. Leżeli w obozowym lazarecie i nie mieli nic wspólnego z funkcjonowaniem obozu. Po prostu tam byli.

    Amerykanie byli już blisko. Do obozu podchodził 3. batalion 157. pułku 45. Dywizji Piechoty. 45. Dywizja była jedną z najbardziej doświadczonych jednostek US Army, walczyła od Sycylii do Austrii. Cieniem kładły się jednak popełniane przez nią zbrodnie: masakry na jeńcach, mordowanie cywilów, dobijanie rannych. Na lotnisku Biscari na Sycylii wymordowali 74 włoskich i niemieckich jeńców - bo tak, bez powodu.

    Najbliżej obozu była kompania ''I'' por. Williama P. Walsha. Uwagę żołnierzy przykuł stojący na bocznicy kolejowej pociąg, z którego unosił się niemożebny smród. Zaintrygowani GI podeszli bliżej i otworzyli jeden z bydlęcych wagonów. Zamarli. Wypadło jedno ciało. Kobiece. Wewnątrz, niczym sardynki w puszce, było pełno trupów. Ogółem w pociągu znajdowało się 5000 więźniów, z czego 1300 w stanie agonalnym. Żołnierze pobledli, niektórzy zaczęli wymiotować, inni płakać, jeszcze inni przeklinać.

    Wtedy, ok. 10:55, pojawił się ppor. Wicker. Wyglądał jakby z innego świata - pod krawatem, w czystym mundurze, szczupły. Chciał poddać obóz. Co się stało potem - nie wiadomo. Wicker został najpewniej zastrzelony przez Walsha na miejscu.

    Chwilę później Amerykanie przekroczyli bramy obozu. Doszło do krótkiej wymiany ognia - kilku wachmanów obsadziło wieżę strażniczą ''B'' i otworzyli ogień. Amerykanie bardzo szybko złamali ich opór i wkroczyli do obozu. Odkryli komorę gazową i dwa pomieszczenia wyładowane po sufit ciałami więźniów. Napotkali wychudzone szkielety, które kiedyś były ludźmi - cienie w pasiakach. Esesmanów zapędzono na plac apelowy i ustawiono pod ścianą. Wygarnięto też rannych z lazaretu i przebywających karnie esesmanów.

    Pod wpływem tego, co zobaczyli żołnierze, coś w nich pękło. Zaczęła się szaleńcza strzelanina do stojących pod ścianą Niemców, głównie rannych żołnierzy Waffen-SS. Na Amerykanów niewątpliwie podziałał fakt, że ci leżeli w czystych łóżkach, pod kocami, podczas gdy obok było miejsce jak z horroru. Chociaż sami ranni, jak wspomniałem, nie mieli nic wspólnego z "pracą" obozu. Byli żołnierzami. Niemcy błagali o życie, klękali płacząc, wyciągali zdjęcia bliskich, niektórzy się modlili. Oficer SS nazwiskiem Weiss krzyczał do nich: ''Nie bać się! Giniemy dla Niemiec!''. Amerykanie nie sprzeciwiali się samosądom więźniów. Ci wyłuskiwali z tłumu znienawidzonych wachmanów i tłukli ich na śmierć. Pięściami, kijami, łopatami. Niektórzy pożyczali ukradkiem broń od Amerykanów, by odpłacić się esesmanom za lata cierpienia.

    ''Przybyliśmy tu, by powstrzymać całe to kurewstwo, a teraz sami robimy to samo. Nie tak powinni walczyć Amerykanie'', wspominał 22-letni kapral Henry Mills.

    Nagle, o 12:00, na plac wybiegł dowódca 3. batalionu, ppłk Felix L. Sparks, który zaczął strzelać w powietrze z pistoletu i krzyczeć, by przerwać ogień. Kopał i bił strzelających żołnierzy, by ci przestali. Po chwili strzelanina ucichła. Pod murem i na placu apelowym leżało co najmniej 80 zabitych Niemców. Niektórzy mieli porozłupywane czaszki, innych utopiono w wodzie. Sporo jęczało z bólu od ran.

    Kilka chwil później rozległa się seria karabinu maszynowego. Rozhisteryzowany szeregowiec Curtin, płacząc, na wściekłe pytanie Sparksa, czemu to zrobił, odpowiedział, że ''oni próbowali uciec''. Sparks uderzył go pięścią i kazał zabrać z placu.

    O 12:25 przybył do obozu gen. Henning Linden, dowódca 42. Dywizji Piechoty, który próbował negocjować ze wszystkimi, by uspokoić sytuację, jednak doszło do wściekłej kłótni ze Sparksem, który go po prostu przegonił z obozu. Więźniowie wrócili do baraków, esesmani pod ścianę, do ciał swoich martwych kolegów. Wg niektórych źródeł, o 14:45 doszło do wznowienia masakry, kiedy por. Jack Bushyhead, Indianin, wymordował sam pozostałych 346 niemieckich żołnierzy z karabinu maszynowego. Zaledwie 10 miało przeżyć, bo uciekli z obozu. O 18:00 zapanował spokój, kiedy do obozu przybył 1. batalion 157. pułku.

    Ilu Niemców zginęło - tego nie wiadomo. Ppłk Sparks do końca życia twierdził, że zginęło 30-50 jeńców, ale jego słowa są mało wiarygodne, bo na zdjęciach widać znacznie większą liczbę zabitych. Wersję tę potwierdzono w książce Alexa Kershawa ''Liberator''. Mjr Howard A. Buechner, oficer medyczny 3. batalionu, twierdził w swojej książce ''The Hour of the Avenger'', że zamordowano co najmniej 500 jeńców, jednak Buechner sam przyznawał, że nie widział całej masakry. Sprawą zainteresował się prokurator wojskowy 3. Armii USA, ppłk Joseph Whitaker. 8 czerwca 1945 roku Whitaker przedłożył raport gen. Pattonowi, w którym sugerował postawienie przed sądem Sparksa. Patton wniosek odrzucił, chroniąc tym samym Sparksa, a sam raport został utajniony aż do 1991 roku. Nikt nie poniósł za to odpowiedzialności.

    Cokolwiek się tam nie zdarzyło - zbrodnia pozostaje zbrodnią. Warto tutaj dodać, że Brytyjczycy, którzy wyzwolili nie mniej przerażające KL Neuengamme i KL Bergen-Belsen, nikogo tam nie zabili.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 59301661_2472732502771519_2015309787561984000_o.jpg 18+

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj będzie za to dłuższy wpis, bo i rocznica ciekawa. (Post z 28 Kwietnia - Mleko)

    Zdjęcie nie ma związku z treścią wpisu, a wpis niczego nie propaguje. To tylko fanfic o kamieniu i pełni rolę edukacyjną.

    Kamień powstał w końcu lipca któregoś tam roku. Nosił trzy imiona: pierwsze, po Indianinie, który został prezydentem Meksyku, a dwa dalsze na cześć włoskich socjalistów. Całkowicie przypadkiem jedno z tych imion noszę również ja. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Wszyscy wiedzą, że był świetnym mówcą i wytrawnym politykiem, ale jaki był prywatnie? Postać nieodgadniona po dziś dzień, chociaż niektóre kanały żartobliwie nazywane „historycznymi“ przedstawiają go jako zboczonego psychopatę.

    Uwielbiał dawać przykład. To, czego wymagał od innych, robił najpierw sam. Doskonale dbał o swój wizerunek, był prawdziwym showmanem. Miał świetny głos - tubalny baryton, idealnie nadający się do płomiennych przemów z balkonu na Palazzo Venezia. Przemawiał donośnie, z serca, nie czytając z kartek. Był wirtuozem przemów, doskonale potrafił przemówić dla prostego obywatela.

    A obywatele go szczerze kochali. Za to, że był synem wiejskiego kowala, z prostego ludu - takiego, jak oni. Za to, że z wyśmiewanych pariasów Europy, poniżanych w każdym kraju, uczynił z nich dumnych ze swojego pochodzenia. Zniszczył mafię na Sycylii (do dziś jako jedyny), osuszył Błota Pontyjskie, przeprowadził wiele reform edukacji, służby zdrowia, rozbudował komunikację. Za jego rządów kraj rozkwitł i stał się regionalną potęgą.

    Utrwalał swój wizerunek sportowca, więc chętnie dawał się fotografować podczas jazdy konnej, czy nawet za sterami samolotu. Odsłaniał też swój tors w czasie żniw w Agro Pontino, pracując wraz z rolnikami. Swoich oponentów wyzywał na pojedynki szermierki - wygrał wszystkie 22. Lubił młodzież, uważał, że jest ona kluczem do odbudowy potęgi państwa, cenił jej ducha i odwagę, dlatego wiele poświęcał na jej kształcenie. Nie przepadał za to za klasami wyższymi - arystokracją zwyczajnie gardził, uważając ją za gromadę bogatych bufonów. Zdarzyło się, że angielskim lordom kazał czekać kilka godzin na audiencję.

    Gardził też tym austriackim kapralem, wprost nazywał go barbarzyńcą i krzykaczem. „Trzydzieści stuleci historii pozwala nam patrzeć z politowaniem na pewne doktryny, jakie szerzą po drugiej stronie Alp potomkowie ludów, które nie znały pisma w dniach, gdy Rzym słynął Cezarem, Wergiliuszem i Augustem“, mówił gdy usłyszał bełkot o „aryjskich nadludziach“. Kapral zaś zazdrościł mu talentu oratorskiego i charyzmy, prosił nawet o autograf, na co przyszła odpowiedź odmowna z włoskiej ambasady.

    W innych krajach kamień był szanowany. W Polsce nadano mu Order Orła Białego i traktowano jako przyjaciela. Dał temu wyraz, gdy zabiegał o uwolnienie z obozów koncentracyjnych polskich profesorów z UJ. Cieszył się ogromnym prestiżem i uznawano go za jednego z najważniejszych graczy na arenie międzynarodowej. Szanowali i podziwiali go Churchill, Adenauer, Freud, Carl Schmitt.

    Książki pochłaniał w zawrotnym tempie. Czytał wszystko - od Machiavellego, poprzez Freuda, kończąc na Marksie. Wbrew pozorom, był skromnym człowiekiem. Wywodził się z niskiej klasy. Potrafił szanować każdy zysk. Kochał sport, uwielbiał jeździć na nartach. Specjalnie na jego rozkaz rozbudowano ośrodek w Terminillo, by można było niego korzystać 4 miesiące w roku. Chociaż rzadko dawał po sobie to poznać, to wzruszała go sztuka - jego kochanka wspominała, że gdy w radio leciała „Cyganeria“ Pucciniego, to on z udawaną marsową miną krył się za gazetą, by nie widziała, że łzy spływają mu po policzkach. Grywał też na skrzypcach i uwielbiał włoskich kompozytorów. Był szczodrym mecenasem sztuki i cieszył się uznaniem artystów.

    Lubił też kino, zwłaszcza komedie. Jego ulubioną był „Flip i Flap“, śmiał się do rozpuku. Oglądał też kreskówki, chociaż jak sam przyznawał, nigdy ich nie rozumiał.

    Był kochającym ojcem, chociaż nie było mu dane spędzać dużo czasu z najmłodszymi dziećmi. Był bardzo dumny zwłaszcza z córki Eddy i syna Bruno. Edda wyszła za mąż za ministra spraw zagranicznych, zaś syn szedł konsekwentnie w ślady ojca - był nawet pilotem. Bruno zginął w katastrofie lotniczej, co jego ojciec bardzo przeżył. Był prawdziwym amantem. Miał wręcz tabuny kochanek. Najsłynniejszą oczywiście pozostała Clara - a to dlatego, że jej ostatnim życzeniem było zginąć wraz z nim.

    Kiedy jego zabójca 74 lata temu zapytał go o ostatnie życzenie, ten odparł, patrząc mu w oczy: „Mierz w serce!“.

    Jego największą zbrodnią było to, że sprzymierzył się z tym austriackim kapralem i malarzem pokojowym.

    Zdjęcie nie ma związku z treścią wpisu, a wpis niczego nie propaguje. To tylko edukacyjny fanfic o kamieniu powstały dzięki mojemu mistrzowi z Wojna Mussoliniego.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58380328_2471328199578616_4591463916533448704_n.png

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Heinkle He-111E należące do Legionu Condor (dywizjon K/88) podczas załadunku bomb, Saragossa, przełom 1938/39 r.

    Dzisiaj (Post z 26 kwietnia - Mleko) mija 82. rocznica powstania symbolu. Czy prawdziwego, to oceńcie sami. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    26 kwietnia 1937 roku był pogodnym dniem w Guernice. Co prawda był to poniedziałek, dzień targowy, ale targ skończył się w południe. Po południu miasteczko żyło już swoim życiem, chociaż w ostatnich dniach nieco się rozrosło - z 5 tys. mieszkańców liczba wzrosła do 7 tys. Wojna domowa i tu zostawiała swoje piętno. Byli uciekinierzy z nieodległego Bilbao, personel szpitala wojskowego i dwa bataliony baskijskiej piechoty. Przez mały kamienny most Renteria nad rzeką Oca przechodziły transporty wojskowe i uzupełnienia wojsk, wyładowywane na stacji kolejowej, a i w samym miasteczku pełną parą pracowały dwie fabryki broni (Unceta i Beistegui Hermanos) oraz jedna amunicji (Talleres Gernika). Ot, kolejne miasteczko wciągnięte w przemysł wojenny.

    Nagle, około 16:30 pojawił się nad miastem pojedynczy samolot. Na skrzydłach miał czarne koła i białe X. Ale jego smukła, elegancka sylwetka, zdradzała zagraniczne pochodzenie, z niewątpliwie doskonałej wytwórni. Samolot a był to He-111 z niemieckiego Legionu Condor - ruszył ku stacji kolejowej. Zrzucił tam serię bomb i odleciał. Niedługo potem pojawiły się na bardzo dużej wysokości ponad 3,5 km trzy trójmotorowe, inne już maszyny - włoskie Savoia Marchetti S.M. 79 - które również zaczęły bombardowanie. Jednak silny wiatr, wiejący z północy zwiał je wprost na zabudowania. Kwadrans później nadleciały dwa kolejne samoloty - He-111 i Do-17 - które również obrzuciły bombami stację kolejową. Budynki wokół zaczęły płonąć. Gernika stanęła w ogniu.

    Pół godziny później, o 17:15 pojawiło się aż osiemnaście trójmotorowych Ju-52, które chyba na oślep zaczęły zrzucać swoje bomby wprost w kłęby dymu w rejonie stacji i mostu. Atakowały falami przez 2,5 godziny w 20-minutowych odstępach. O 19:30 ruszyła ostatnia fala.

    Pożar w Guernice szalał przez dwa dni. Straż pożarna z odległego o 30 km Bilbao przybyła bardzo opieszale o 22, ponad dwie godziny po zakończeniu nalotu, i po pięciu godzinach zakończyła akcję gaszenia pożaru, prowadzoną bardzo nieudolnie. Zginęło od 90 do 120 osób. Pożar wypalił 71 % zabudowy, w dziwny sposób omijając najcenniejszą dla Basków dzielnicę historyczną, gdzie znajdował się słynny Dąb Pamięci i ratusz.

    Ale gdy wygasł prawdziwy ogień, wybuchł medialny pożar. Jeszcze tego samego dnia lewicowy korespondent brytyjskiego Timesa, George L. Steer, opisał przerażający nalot w swoim artykule, gdzie zamieścił mrożące krew w żyłach opisy o polujących na matki z dziećmi faszystowskie samoloty i obrzucaniu granatami krów i zakonnic. Później jednak okazało się, że Steer napisał swój artykuł w pokoju hotelowym w Bilbao, kiedy nawet nie był na miejscu zdarzenia. W rzeczywistości żadnego ostrzeliwania cywilów i obrzucania ich granatami nie było. Gazety na całym świecie prześcigały się w podawaniu newsów o zaplanowanej z zimną krwią faszystowskiej zbrodni. Rząd republikański natychmiast ''obliczył'' liczbę ofiar na 1654 zabitych, chociaż pojawiały się szacunki, mówiące o nawet 3000. Słynny malarz i ojciec kubizmu, a przy tym fanatyczny komunista, Pablo Picasso otrzymał polecenie opracowania dzieła, potępiającego nalot, który zaprezentowano na Wystawie Światowej w Paryżu.

    Strona narodowa na początku zaprzeczała, by w ogóle doszło do nalotu, a potem twierdziła - być może nie bez racji - że republikanie sami podpalili miasto. Franco osobiście strzelił sobie w kolano, oskarżając republikanów o prowokację.

    Jednak kilka tygodni później, Guernikę odwiedził brytyjski pionier lotnictwa i parlamentarzysta, sir Archibald James. Zbadał on ruiny i oświadczył z całą stanowczością, że niemożliwym jest, by bombardowanie było tak precyzyjne, by spaliło 3/4 miasta do ziemi, a reszty nawet nie tknęło. Dało to podstawę sądzić, że republikanie być może celowo nie gasili pożarów, a być może sami je rozprzestrzeniali (co robili m.in. w 1936 r. podczas wycofania z Irun, które zostało podpalone). Podobne wątpliwości snuli m.in. polscy reporterzy wojenni, ale te głosy utonęły we wrzasku medialnym, który każdego, kto śmiał wątpić w oficjalną wersję, nazywał ''faszystą''.

    Niemiecki Legion Condor, mimo, iż składał się niemal wyłącznie z profesjonalnych żołnierzy i inżynierów, został trwale skojarzony z mordercami dzieci. Po nalocie na Guernikę Niemcom zabroniono przeprowadzać naloty w rejonach miast (co doprowadziło do konfliktu między dowódcą Legionu, gen. Hugo Sperrlem, a gen. Franco) i tego zakazu konsekwentnie przestrzegali do końca wojny w Hiszpanii. Celem Niemców był most i dworzec, tam też znalazło się najwięcej lejów po bombach, ale silny wiatr spowodował rozrzut bomb, które spadały na budynki. Warto tutaj dodać, że decyzję o nalocie wydał gen. Juan Vigon, dowódca brygady karlistowskiej, chcąc wykorzystać zamieszanie i zdobyć miasto.

    Cóż dodać... gdy pół roku wcześniej, 10 września 1936 r. republikańskie samoloty bombardowały szpitale i kościoły w Oviedo, zabijając 120 cywilów, nikt nie zająknął się o zbrodni. Nie było zagranicznych reporterów. Nikt nie malował obrazów. Tak było i wówczas, gdy republikańskie bomby spadały na Kadyks, Salamankę, Cabrę...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58373068_2468705743174195_2960308987611840512_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj (Wczoraj - Mleko) obchodzimy Dzień Flagi Rzeczypospolitej. Niektórzy złośliwie mówią, że to taki tylko przerywnik w majówce, a nie prawdziwe święto, ale to nieprawda.

    Święto ustanowiono w 2004 roku na pamiątkę kilku polskich żołnierzy, którzy nad ranem 2 maja 1945 roku zatknęli polską flagę na pruskiej Siegessäule w Berlinie. Zawieszenie polskiej flagi w stolicy niemieckiego agresora, było marzeniem milionów Polaków, marzeniem snutych od 1939 roku. Tych pięciu żołnierzy je urzeczywistniło. Przypomnijmy zatem w tym miejscu ich nazwiska.

    Byli to żołnierze 8. baterii 3. dywizjonu 1. Pułku Artylerii Lekkiej: ppor. ds. pol.-wych. Mikołaj Troicki, plut. Kazimierz Otap, kpr. Antoni Jabłoński oraz kanonierzy: Aleksander Kasprowicz i Eugeniusz Mierzejewski.

    Oddajmy głos kapitanowi Jabłońskiemu:

    ''Godzina druga w nocy, maj, ciemno. Weszliśmy w głąb niemieckich pozycji. Patrzymy; stoi tam wieża jakaś. A dowódca podporucznik Troicki mówi: „Chłopcy, to kolumna Zwycięstwa. Jeszcze koło 1870 roku, gdy Wilhelm wygrał z Francją, na zwycięstwo pobudował tę kolumnę”. Weszliśmy do środka i zobaczyliśmy kable telefonów niemieckich, lecące po schodach. To był punkt obserwacyjny Niemców. Przecięliśmy te kable i schowaliśmy się. Schody kręte, żelazne, ale nikt po nich nie zszedł, żeby skontrolować, dlaczego nie ma łączności. Więc dowódca kazał przygotować automaty i dziesięć metrów jeden od drugiego zaczęliśmy iść w górę. Weszliśmy. Patrzymy, a stoi tylko aparat telefoniczny. Na wieży widać zaś tego anioła, postawionego na znak zwycięstwa. A wysokości miał chyba przeszło trzy metry.''

    ''W parku [Tiergarten] wisiały różnokolorowe spadochrony, na których Niemcy zrzucali żywność dla berlińczyków. Z czasz wycięliśmy dwa prostokąty: biały i czerwony. Powiązaliśmy je kablami i flaga była gotowa. "Za Polskę, za Warszawę, za zwycięstwo!" - powiedzieliśmy i zapłakaliśmy.''

    Kapitan Jabłoński przebył długą drogę do Kolumny Zwycięstwa. W 1939 roku w rodzinnym Surażu aresztowali go Sowieci i wcielili przymusowo do Armii Czerwonej. Walczył w jej szeregach latem 1941 roku, a potem wywieziono go za Ural, do robót w lesie. Nie zdążył, jak niektórzy z przyszłych ''kościuszkowców'', do Andersa. Władze sowieckie utrudniały przejazdy, nie zwalniały Polaków, albo nawet ich nie informowały o możliwości zaciągnięcia się. Trafił do Sielc nad Oką. Przebył całą drogę spod Lenino jako radiotelegrafista. Zmarł w 2015 roku w rodzinnym Surażu w wieku 96 lat.

    I Kazimierz Otap miał podobną drogę - spod Białegostoku trafił na Syberię, a stamtąd do Sielc. Mikołaj Troicki zaś służył w ZWZ-AK, aresztowany, trafił do Jugosławii, służył u czetników, a potem przeszedł do partyzantów Tito aż do wyzwolenia Belgradu, później wrócił do Polski. Z kolei Eugeniusz Mierzejewski walczył w szeregach AK aż do 1944 roku i po wkroczeniu Armii Czerwonej został zmobilizowany do Wojska Polskiego.

    Ot, takie to, polskie losy...

    Mam nadzieję, że i Wy wywiesiliście flagę - dla tych, dla których najwięcej ona znaczyła.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 57431176_2478061252238644_6774326185108176896_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Powrót Byka. U-47, jeden z najlepszych U-Bootów całej Kriegsmarine, dowodzony przez legendarnego Günthera Priena, znanego jako ''Byk ze Scapa Flow''.

    Günther Prien już przed wojną uchodził za jednego z najlepszych podwodniaków. Przystojny, o szerokim uśmiechu, znany był z agresywnego prowadzenia działań bojowych, atakując z jak najmniejszej odległości. W 1938 r. objął dowództwo swojego okrętu typu VII B - U-47.

    Jego, że tak powiem przewrotnie, dzień chwały, nadszedł w nocy z 13 na 14 października 1939 r. Zdecydowano się bowiem na zadanie ciosu szpilką zaledwie - ale ciosu w samo serce butnej brytyjskiej floty. Wybrano bazę Royal Navy w Scapa Flow. Atak miał dwojakie znaczenie: osłabienie brytyjskiej blokady na Morzu Północnym oraz dokonanie symbolicznej zemsty w miejscu, gdzie 20 lat wcześniej zagładzie uległa kajzerowska Hochseeflotte. Prien do zadania zgłosił się na ochotnika. Ze względu na duże niebezpieczeństwo utraty okrętu, zdecydowano się usunąć z niego Enigmę i tajne materiały.

    U-47 wpłynął do Scapa Flow wykorzystując lukę o szerokości zaledwie 17 metrów między wrakami blokującymi. Tuż po północy był już na kotwicowisku. Ku jednak rozczarowaniu Priena było ono niemal całkiem puste. Niemal. Był jeden smakowity kąsek - pancernik HMS ''Royal Oak''. Tuż przed pierwszą w nocy Prien nakazał odpalić cztery torpedy. Jedna się zaklinowała, dwie chybiły, ale jedna trafiła w dziób pancernika. Brytyjczycy jednak uznali, że eksplozja miała charakter samoistny i poza rozkazem sprawdzenia temperatury w komorach amunicyjnych nie ogłosili alarmu. Wielu marynarzy poszło spać. Zemściło się to kwadrans później, kiedy w pancernik uderzyły trzy dalsze torpedy, rozrywając burtę okrętu. Royal Oak zatonął o 1:29, grzebiąc w swoim wnętrzu 833 ludzi, w tym swego dowódcę.

    Jego pogromca uchodził w tym czasie w ciemności, uciekając z bazy. U-47 dotarł do Wilhelmshaven 17 października w glorii zasłużonego bohatera; tego, który upokorzył zadufaną w sobie Royal Navy. Natychmiast odznaczono go Krzyżem Żelaznym I klasy, całą załogę - II klasy, zaś niedługo później Führer wysłał po niego osobisty samolot i odznaczył Krzyżem Rycerskim. Prien został ochrzczony mianem ''Byka ze Scapa Flow'', zaś jego załoga udekorowała kiosk okrętu wizerunkiem prychającego byka.

    Sława Priena nie wygasła z czasem. Stał się jednym z najlepszych podwodniaków Rzeszy z 30 zatopionymi statkami na koncie. Rywalizował przyjacielsko z Joachimem Schepke, innym sławnym podwodniakiem, dowódcą U-100. Prien zginął podczas najczarniejszego miesiąca asów U-Bootwaffe - w marcu 1941 r., który zabrał bohaterskich oficerów. Prien zginął podczas ataku na konwój OB-293 7 marca 1941 r. od bomb głębinowych korwet HMS ''Camellia'' i HMS ''Arbutus'', niedługo później, bo 17 marca, zginął także Schepke, a legendarny Otto Kretschmer, zwany ''Królem Tonażu'', dostał się do niewoli. Śmierć Priena była długo ukrywana przez Niemców. ''Byk ze Scapa Flow'' zostawił żonę i osierocił córkę.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58378695_2465842750127161_1535141673753903104_n.jpg

    •  

      U-47 wpłynął do Scapa Flow wykorzystując lukę o szerokości zaledwie 17 metrów między wrakami blokującymi. Tuż po północy był już na kotwicowisku. Ku jednak rozczarowaniu Priena było ono niemal całkiem puste. Niemal. Był jeden smakowity kąsek - pancernik HMS ''Royal Oak''. Tuż przed pierwszą w nocy Prien nakazał odpalić cztery torpedy. Jedna się zaklinowała, dwie chybiły, ale jedna trafiła w dziób pancernika. Brytyjczycy jednak uznali, że eksplozja miała charakter samoistny i poza rozkazem sprawdzenia temperatury w komorach amunicyjnych nie ogłosili alarmu. Wielu marynarzy poszło spać. Zemściło się to kwadrans później, kiedy w pancernik uderzyły trzy dalsze torpedy, rozrywając burtę okrętu. Royal Oak zatonął o 1:29, grzebiąc w swoim wnętrzu 833 ludzi, w tym swego dowódcę.

      Jego pogromca uchodził w tym czasie w ciemności, uciekając z bazy. U-47 dotarł do Wilhelmshaven 17 października w glorii zasłużonego bohatera;

      @Mleko_O: przecież to brzmi komicznie
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemiecki Bf-109G, zestrzelony nad Anzio, 25 stycznia 1944 r. Dzisiaj ostatni wpis o Anzio - działania lotnicze, o które sporo z Was prosiło niedawno.

    Żeby wszystko zrozumieć, trzeba cofnąć się niemal do samego początku lądowania. Wbrew pozorom, pierwsze jednostki niemieckie, które stawiły czoła Aliantom, nie były lądowe, tylko powietrzne. Zanim Niemcy aktywowali plan ''Richard'' i sprowadzili formacje naziemne, należało utrudnić życia Aliantom.

    Na początku, marsz. Kesselring miał do dyspozycji raczej niewielkie siły - we Włoszech było to cztery dywizjony myśliwskich Bf-109, dwa dywizjony myśliwsko-bombowych FW-190, dwa dywizjony bombowych Ju-88 i jeden dywizjon zdobycznych włoskich lekkich bombowców Caproni Ca. 314, wspartych pięcioma eskadrami rozpoznawczymi. Pod Anzio operować mogło łącznie ok. 60 bombowców. Kesselring poprosił o wzmocnienie z południowej Francji. Owe siły składały się z 60 bombowców Do-217K i ciężkich He-177 ''Greif'', dysponujących tajną bronią - bombami kierowanymi Fritz X i przeciwokrętowymi pociskami Hs-293. Wynalazki te były przerażające - lotnicy kontrolowali ich lot za pomocą fal radiowych, obserwując tor lotu, znajdując się poza zasięgiem ognia plot. I mogli bezbłędnie nimi trafić.

    Zaciekłe walki powietrzne rozpoczęły się już 23 stycznia, dzień po lądowaniu, do ataku ruszyło 55 niemieckich samolotów z KG 100. Oberwały 'Fritzami' dwa brytyjskie niszczyciele - HMS ''Janus'' zatonął ze 130 ludźmi na pokładzie, a HMS ''Jervis'' urwało dziób. W nocy flotę nękały He-177 z II./KG 40 przybyłe z francuskiego Bourdeaux, zrzucające flary i atakujące w ciemności.

    Następnego dnia nie było lepiej. 24 stycznia o zmierzchu kolejnych 50 samolotów zaatakowało flotę inwazyjną. Ciężko uszkodzono niszczyciel USS ''Plunkett'', który dostał bombą 250 kg. Zginęło 50 marynarzy. Niemcy dopuścili się też haniebnego aktu - uderzyli na okręty szpitalne. Trafiony bombą został HMHS ''St. David'', który szybko zatonął, zabierając ze sobą 54 rannych i członków personelu medycznego. HMHS ''Leinster'', pechowo nazwany po swoim poprzedniku, zatopionym w 1918 r., został trafiony dwiema bombami, a bliskie wybuchy uszkodziły HMHS ''St. Andrew''.

    ''Pomogliśmy najlepiej, jak mogliśmy rannym. Na szczęście większość z nich mogła chodzić. Większość rzuciła się do wyjścia i gdy statek zaczął się przewracać, powiedziano nam, by skakać do wody'', wspominała amerykańska pielęgniarka ppor. Ruth Hindman.

    Zażarte walki w powietrzu trwały ponad tydzień, wśród atakowanych statków był też polski s/s ''Narwik'', dzielnie broniący się przed napastnikami. Niemcy 27 stycznia zatopili bombami kierowanymi krążownik HMS ''Spartan'' 27 stycznia, zabijając i raniąc 83 ludzi, a 29 transportowiec ''Samuel Huntington'', który zwyczajnie eksplodował - odłamki rozrzucało na 2,5 kilometra! Podczas prób jego wydobycia, wrak zapalił się i... znowu eksplodował.

    Niemieckie działania były tak wyniszczające, że dowódca zespołu, kontradm. Lowry, nakazywał każdego dnia po 16 oddalanie się od brzegu i rozproszenie jednostek. Bardzo wpływało to na wspieranie ogniem desantu na lądzie, bo okręty po prostu uciekały. Alianci próbowali przeciwdziałać, zagłuszając falami radiowymi niemieckie bomby kierowane, ale Niemcy mogli to obejść - wystarczyło, że operator zmienił kanał nadawania sygnałów. Były to jedne z pierwszych walk elektronicznych w historii. Ponadto, na teren przyczółka ściągnięto radar SCR-584 i silne jednostki przeciwlotnicze.

    Żeby powstrzymać Luftwaffe, USAAF przeprowadziły 30 stycznia siłami 215 ciężkich bombowców nalot na cztery główne niemieckie bazy. Ostrzeżone przez radar i chcąc się ratować przed zniszczeniem na ziemi, niemieckie samoloty poderwały się, ale wtedy zaskoczyły je lecące na bardzo niskiej wysokości P-47 Thunderbolt z 325. Grupy Myśliwskiej, niewykryte przez radar. Amerykanie zestrzelili 14 myśliwców i 22 bombowce. Do końca tygodnia nad samym Anzio Niemcy stracili aż 98 samolotów. Działania te ograniczyły walki w powietrzu.

    Ale nie trwało to długo. Niemcy stale się wzmacniali i w połowie lutego z 600 niemieckich samolotów w basenie Morza Śródziemnego 475 znalazło się we Włoszech. 3 lutego do ataku ruszyło 20 myśliwsko-bombowych FW-190 zaatakowało przyczółek, po prostu go demolując (wówczas to przypadkowo zbombardowano szpital polowy), chociaż Niemcy utracili 15 zestrzelonych i uszkodzonych samolotów. 16 lutego Luftwaffe przeprowadziła dwa ataki myśliwców bombardujących, które startowały nawet... z prostych odcinków dróg.

    15 lutego bomba kierowana rozpruła niszczyciel HMS ''Inglefield'', który zatonął, 2 marca zniszczono transportowiec ''Elihu Yale'', który zniknął w wielkiej eksplozji wraz z zacumowanym doń okrętem LCT-35.

    Do działań ruszyły też U-Booty - 18 lutego U-410 por. Horst-Arno Fenskiego trafił dwiema torpedami, w tym jedną akustyczną, krążownik HMS ''Penelope'', który zatonął, grzebiąc w swoim wnętrzu 417 ludzi. Był to widowiskowy atak torpedowy, bo krążownik w chwili trafienia płynął z dużą prędkością 26 węzłów. Fenski dopadł też transportowiec "Fort St. Nicolas" i okręt desantowy LST-348. Z kolei U-230 Paula Siegmanna zatopił dwa okręty - LST-418 i LST-305.

    Również miny zbierały swoje żniwo - 26 stycznia wpadły na nie dwa okręty desantowe, na LST-422 zginęło 483 ludzi, na LCI-32 - 30.

    Ale i Alianci bombardowali zaciekle cele. Pisałem już, że w operacji ''Fischfang'' na Niemców uderzyło 288 ciężkich i 176 średnich bombowców, zrzucając 1100 ton bomb, 8 lutego 174 amerykańskie bombowce obrzuciły bombami niemieckie pozycje, bombardowano także rejon Albano, uszkadzając jedno z ciężkich dział kolejowych. Walki w powietrzu toczyły się niemal do końca istnienia przyczółka.

    Była to bodaj ostatnia bitwa, w której Luftwaffe odegrała istotną rolę.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58659904_2464021066975996_2993502341711265792_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj mija kolejna rocznica bitwy straceńców. (Post z 19 kwietnia - Mleko) Jedni nie mieli praktycznie nic, drudzy mieli przygniatającą przewagę w sile ognia i uzbrojeniu. Ci pierwsi wiedzieli, że zginą i nie zwyciężą. Dla tych drugich zwycięstwo miało być łatwe i ostateczne, zakończone zniszczeniem symboli przeciwnika. Ale bitwa nie była łatwa, a obrońcy w osamotnieniu walczyli przez długie dni.

    Tak, macie rację. Oczywiście chodzi mi o bitwę o Wzgórza Seelow w 1945 roku.

    16 kwietnia 1945 roku rozpoczęła się operacja berlińska Armii Czerwonej. Sowieci do ataku na stolicę Rzeszy przeznaczyli gigantyczne siły, liczące 2,5 miliona żołnierzy i 41,6 tysięcy dział, wspartych przez 6500 czołgów oraz 7500 samolotów, zgrupowane w trzech frontach: 1. Białoruskim marszałka Żukowa, 2. Białoruskim marsz. Rokossowskiego i 1. Ukraińskim marsz. Koniewa. W operacji wzięły też udział dwie polskie armie, liczące 185 tys. ludzi: 1. AWP sowieckiego generała Popławskiego i 2. AWP sowieckiego agenta Świerczewskiego.

    Niemcy mogli temu przeciwstawić zaledwie 1/3 tego: 767 tys. żołnierzy, 1519 czołgów i dział samobieżnych, 2224 samoloty i 9303 działa w resztkach dwóch Grup Armii: ''Wisła'' i ''Środek'', dowodzonych odpowiednio przez gen. Heinriciego i marsz. Schőrnera.

    Niemcy rozpaczliwie próbowali wybudować umocnienia i zatrzymać Armię Czerwoną przed Berlinem pod kierunkiem Heinriciego, jednego z najlepszych w doktrynie obronnej Wehrmachtu. Spuścili wodę ze zbiornika w górze Odry i zamienili pas terenu w bagno. Heinrici wiedział, że Sowieci uderzą w rejonie autostrady, więc tam skupił obronę. Stworzyli trzy pasy obrony w okolicach wzgórz Seelow, 90 km na wschód od stolicy Rzeszy nazywanych ''bramą do Berlina''. Obsadziło je 91 tys. żołnierzy 9. Armii gen. Theodora Bussego. Do dyspozycji mieli 587 czołgów i dział samobieżnych i 2625 dział. Busse zapewniał Goebbelsa, że: ''utrzymamy się tak długo, aż Amerykanie będą mogli nas kopnąć w dupę''. Jednak Heinrici wiedział, że opór potrwa tylko 3-4 dni, zanim Sowieci zmiażdżą jego linie obronne.

    Przeciw sobie mieli 1. Front Białoruski, liczący milion żołnierzy, wspartych przez 3100 czołgów, 3200 samolotów i 16 tys. dział w 9 armiach regularnych i dwóch pancernych. Były nawet okręty - 192 kanonierki i ścigacze Flotylli Dnieprzańskiej. Żukow chciał być architektem tego zwycięstwa i tylko sobie je zawdzięczać. Jego plan był rozbudowany, a do ataku skierowano najlepsze jednostki - weteranów z Łuku Kurskiego i Stalingradu.

    16 kwietnia o 3 w nocy rozpoczęła się dwugodzinna nawała artylerii z 8900 luf i katiusz. Tego dnia sowieckie lotnictwo wykonało 6500 lotów na niemieckie linie. O 5 rano, po zakończeniu ostrzału, włączono 143 reflektory przeciwlotnicze wzdłuż linii frontu, by oślepić Niemców - był to autorski pomysł Żukowa.

    Jednak Niemcy nie byli w ciemię bici. Tuż przed ostrzałem wycofali swoich żołnierzy z pierwszej linii i nie ponieśli praktycznie żadnych strat. Co więcej, włączone reflektory nie zdały egzaminu... a raczej pomogły Niemcom. Światło bowiem odbijało się od chmur pyłu i dymu podniesionego po ostrzale i oślepiało samych Sowietów, którzy byli w dodatku doskonale widoczni w świetle.

    Kiedy Sowieci ruszyli wreszcie do ataku, ugrzęźli w sztucznym bagnie. Gdy wybrnęli z błota i ruszyli do drugiego pasa umocnień, niemiecka artyleria wałem ognia i żelaza zmusiła ich do ucieczki. Niemiecka obrona pozostała po drugiej stronie Wzgórz Seelow i była nietknięta. Kiedy Sowieci podeszli pod wzgórza, Niemcy z góry, ze swoich dobrze zamaskowanych pozycji obrzucali ich setkami granatów i zalewali ogniem broni maszynowej.

    Upokorzony Żukow rzucił do ataku obie swoje armie pancerne gwardii - 1. i 2. - chociaż wcześniej trzymał je w rezerwie na szturm Berlina. Razem: 1400 czołgów. Liczył się ze stratami, ale nie z tym, że Niemcy go zatrzymają. ''Walki na wzgórzach Seelow były bardzo ciężkie. Nikt z nas nie spodziewał się tak wielkiego oporu. Kiedy wczesnym popołudniem 16 kwietnia nasze czołgi zostały posłane w bój, ponieśliśmy poważne straty'', wspominał kpt. Władimir Krawczenko, dowódca kompanii pancernej.

    Sowieckie czołgi grzęzły w bagnistym terenie, brakowało dla nich dróg, i szybko padały łupem przyczajonych żołnierzy z pancerfaustami (w ciągu dwóch pierwszych godzin zniszczonych zostało ponad dwieście!), ale czołgi pomogły w natarciu i przełamały pierwszą linię obronną, posuwając linię frontu o 1,5 km.

    17 kwietnia Sowieci ponawiali szturmy, nasilili ostrzał, 800 samolotów uderzyło na wzgórza. Sowieckie 5. Armia Uderzeniowa i 2. APanc.Gwardii przełamały drugą linię obronną. Co więcej, na południu 1. Front Ukraiński marsz. Koniewa odepchnął niemiecką 4. APanc. Co więcej, marsz. Schőrner zamiast wesprzeć lewą flankę, trzymał się na południu. Niemcy z trudem zatykali luki, z Berlina autobusami dowieziono dodatkowe siły. Do kontrataków ruszył 23. DGren. SS ''Nederland'' i 11. DGren.Panc. SS ''Nordland'', czasowo zatrzymując Sowietów. Do desperackiego ataku ruszyły samoloty Luftwaffe, próbując heroicznie zniszczyć 32 mosty na Odrze, ale obrona przeciwlotnicza była potężna. Niektórzy z lotników Rzeszy decydowali się na ataki samobójcze, ale wszystko na marne - jeśli dochodziło do jakichś uszkodzeń, były one na ogół niewielkie.

    Ale siły 9. Armii były już wyczerpane. Brakowało amunicji, Sowieci okrążali kolejne pozycje, lub zwyczajnie siłowo je wyłamywali. Niemcy, choć stawiali zażarty opór, walczyli o każdą piędź ziemi, pancerfaustami rozbijali dziesiątki czołgów, nie mogli wygrać tej bitwy. Sowieci przedarli się przez obronę 9. Dywizji Spadochronowej siłami 2. APanc.Gwardii i ominęli wzgórza od północy siłami 47. Armii. Zdziesiątkowane resztki 9. Armii i 4. APanc. zamknięto w trzech kotłach, które pomału likwidowano, chociaż części 9. Armii udało się wyrwać na zachód.

    Dopiero 19 kwietnia Żukowowi udało się pokonać niemiecką obronę i dotrzeć tam, gdzie miał być 17 kwietnia. Tymczasem o południowe przedmieścia Berlina walczyły już wojska Koniewa.

    Była to chyba ostatnia regularna bitwa Wehrmachtu i Armii Czerwonej. Niemcy stracili 12 tys. żołnierzy, ale sowieckie straty były jeszcze wyższe. Zginęło 38 tys. sowieckich i polskich żołnierzy, 40-100 tysięcy było rannych, zniszczono 743 czołgi.

    ''Jeszcze nigdy nie widziałem tylu martwych ciał, ile leżało na wzgórzach Seelow.Na tym niewielkim skrawku ziemi śmierć poniosło wiele tysięcy radzieckich żołnierzy. A najstraszliwszą rzeczą było to, że oni walczyli i ginęli, wiedząc, że ta wojna skończy się już za kilka tygodni'', wspominał por. Stefan Doernberg z 8. Armii Gwardii.

    Zażarty opór Niemców zaniepokoił samego Stalina, który nakazał poprawne traktowanie niemieckich jeńców i zakazał brania odwetu, zdając sobie sprawę, że sowieckie okrucieństwa miały wpływ na determinację obrońców.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 57583188_2457194760991960_971412995517186048_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ranny sierżant David Christian z 5. Dywizji Marines przy zniszczonym japońskim samolocie Nakajima J1N Gekko, 24 lutego 1945 r. Pamiętacie jeszcze o cyklu o Iwo Jimie? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Upadek góry Suribachi popsuł plany generałowi Kuribayashi - zakładał on, że pozycja na wulkanie utrzyma się przez dziesięć dni, zaś upadła po pięciu. Część obrońców zdołała się wycofać na północ wyspy i dołączyć do sił głównych.

    Ale mimo zdobycia góry, Amerykanie nadal mieli ciężką przeprawę. Do natarcia na północ skierowano już wszystkie trzy dywizje marines. Na zapleczu zaś zaczął się ruch jak w ulu - w sumie dobre porównanie, bo pracowały tam ''pszczółki'' (''Seabees'' - CB - construction battalion, jednostki budowlane US Navy), darzone zresztą dużym szacunkiem, bo ich członkowie uchodzili za pracowitych i przy tym odważnych, narażając się nierzadko na pierwszej linii). ''Pszczółki'' dostarczały żywność, amunicję, wodę na pierwszą linię. ''Gdy zapadł zmrok, wszyscy marines gapili się na zbliżający się do nich ciągnik z amunicją, wodą i kontenerami z gorącym żarciem. Dwóch facetów szło przed nim i latarkami wskazywali drogę kierowcy'', wspominał chor. George Green.

    Poza dostarczaniem żywności, ''pszczółki'' wzięły się do pracy i, mimo, że południowy kraniec wyspy był nadal pod japońskim ostrzałem, ryły i kopały, wydłużając pas startowy na zdobytym lotnisku nr 1, zasypywały leje po bombach, budowały drogi, rozminowywały teren, naprawiały pojazdy. Ponadto, żeby nieco usprawnić dostarczanie zaopatrzenia i przyspieszyć działania, Amerykanie zdecydowali się na wysadzenie desantu na zachodnim brzegu wyspy. Wschodnie wybrzeże było już zapchane pojazdami i górami skrzyń z zaopatrzeniem.

    A co było na lądzie? Rzeźnia. 24 lutego Amerykanie przeszli do generalnej ofensywy, wsparci ogniem pancernika USS ''Idaho'', miotającego swoje 355 mm pociski na japońskie pozycje. Japończycy jednak skryli się w jaskiniach, dobrze przewidując pasy natarcia. Trzymający centralny odcinek płk Masuo Ikeda, dowódca 145. pułku piechoty, kazał zaminować drogi i pasy startowe na lotnisku nr 2, oraz zmyślnie rozstawił działa przeciwpancerne. Kiedy Amerykanie, wsparci czołgami Sherman, ruszyli do ataku, Japończycy z miejsca ich zatrzymali. Działa biły raz po raz, niszcząc kilkanaście czołgów. Pozbawieni wsparcia pancernego marines do ataku ruszyli tradycyjnym sposobem - z bazookami, miotaczami ognia i ładunkami wybuchowymi.

    Kiedy Amerykanom udało się wybić dziurę w obronie, stanęli przed największym koszmarem Iwo Jimy - kompleksem na południu wyspy, zwanym ''Meatgrinder''- ''maszynka do mięsa''. Były to: wzgórze 382, płytkie zagłębienie, nazwane ''Amfiteatrem'' i ''Guz Indyka'' - wzgórze z wielkim bunkrem. Ponadto, nieopodal znajdowały się ruiny wioski Minami - usiane pułapkami i gniazdami broni maszynowej piekło. Wszystkim dowodził mjr Sadasue Senda, dowódca 2. brygady mieszanej. W centrum zaś płk Ikeda obsadził wzgórze ''Peter'', na końcu pasa lotniska nr 2.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58374738_2455860587792044_329597997908230144_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Szeregowiec Carl E. Gallion z 45. Dywizji Piechoty rozkoszuje się papierosem w swojej kryjówce. Anzio, kwiecień 1944 roku. Jest to przedostatni wpis z cyklu o Anzio.

    Po zatrzymaniu niemieckich ataków życie na przyczółku ustabilizowało się. W pewnym sensie. To, co nastąpiło, przypominało żywcem horror z najczarniejszych dni Passchendaele i Sommy z I wojny.

    Była to walka na wyniszczenie, w której obie strony zagrzebały się w swoich dołkach i nieustannie ponosiły straty od ognia artylerii i bombardowań. Przyczółek pokryła sieć okopów i rowów łącznikowych, buldożery wznosiły kunsztowne osłony z gruzu i belek, usypywano wały ziemne.

    Czasem słychać było gdzieś ciche pyknięcie i narastający szum, a następnie rozdzierającą uszy eksplozję i widać było olbrzymi słup ziemi lub gejzer na wodzie.

    Niemcy już w lutym sprowadzili dwa olbrzymie działa kolejowe K5 kal. 280 mm w rejon Ciampino. Były to potężne monstra o masie 218 ton, z długimi na 16 metrów lufami. Strzelały z ukrycia, z ponad 45 kilometrów, po strzale cofając się w głąb wydrążonego w skale tunelu kolejowego. Alianccy żołnierze nadali im nazwy ''Anzio Annie'' i ''Anzio Express'', zazwyczaj okraszonych całą gamą wyszukanych epitetów. Przed ich ćwierćtonowymi pociskami nie było praktycznie żadnej osłony.

    Czasem zza chmur wyskakiwał ''Popcorn Pete'', jak nazywano niemieckie bombowce zrzucające niespodzianie serię bomb przeciwpiechotnych. W pogodne dni wysoko na niebie wisiał ''Photo Joe'', czyli samolot rozpoznawczy, kontrolujący ruch w porcie w Anzio.

    Alianci, chroniąc się przed niemieckimi bombami, stawiali zasłony dymne, zwłaszcza w okresach ładnej pogody. Ale i tak, na małej przestrzeni, spadające pociski i bomby musiały w coś trafiać. 3 lutego jeden z dokonujących tego dnia nalotu 20 niemieckich FW-190 uciekając w pośpiechu przed goniącym go Sptifirem, zrzucił przypadkowo bomby na szpital polowy. Momentalnie zginęło tam 28 osób, a 64 zostały ranne. 9 lutego z kolei pocisk trafił w inny szpital, zabijając dwie amerykańskie pielęgniarki i raniąc 6 żołnierzy. W kolejnym 13 lutego zginęło 5 ludzi, a 14 zostało rannych. A to zestawienie tylko z jednego tygodnia. Niemcy, strzelając na mały obszar, nawet nie chcąc, trafiali w co popadło. Rejon szpitala nazwano ''pół mili do piekła''. Jeśli będziecie chcieli, działania lotnicze mogę jeszcze omówić w osobnym poście.

    Najbardziej cierpiał rzecz jasna piechur na pierwszej linii, trzęsąc się z zimna w swoim przepełnionym wodą dołku, wystawiony na zimny deszcz i wiatr, ogień strzelecki i ogień moździerzy, godzinami nie mogąc zmienić pozycji. Najlepsze były ruiny zabudowań, ale one ściągały ogień wroga. Szerzyły się choroby, powróciła stopa okopowa i gorączka, tysiące żołnierzy trzeba było hospitalizować (m.in. Audie Murphy zachorował). Monotonię tę z rzadka przerywały wypady grup szturmowych, pochwytujących jeńców i patrole na ziemi niczyjej, likwidujące gniazda wrogiego karabinu maszynowego bądź snajpera, albo zakładające posterunki obserwacyjne.

    Niemcy wiedzieli, że morale Aliantów nie jest zbyt wysokie. Dlatego odpowiednio przygotowywali materiały propagandowe. Wieczorami, gdy przycichała strzelanina, w eter płynęły słowa piosenki ''Lili Marleen'' i audycje radiowe. ''George'' specjalizował się w makabrycznych opisach i ostrzeżeniach, zaś ''Sally'' uwodzicielskim głosem zachęcała do dezercji, mówiąc, że wszędzie będzie lepiej, niż na tym przeklętym przyczółku.

    W parze szły ulotki, rozmaicie przygotowane. Czasem były to ''przepustki'' do niemieckich linii, czasem złośliwy rysunek tonącego żołnierza z amerykańską flagą i podpisem: ''Anzio - druga Dunkierka'', czasem było to wyobrażenie pięknej, roznegliżowanej dziewczyny (''Sweetie you left behind'') w objęciach opasłego bogacza o semickich rysach (te cieszyły się dużą popularnością jako ozdoba kwater), ale najsłynniejszym pozostał rysunek trupiej czaszki, wkomponowanej w zarys wybrzeża z podpisem: ''Beach-head - Death's head''.

    Śmierć dalej zgarniała swoje żniwo na przyczółku straconej szansy...

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 57402285_2452925534752216_5775276045703839744_o.jpg

    +: Mr_Beniz, m....4 +88 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Amerykański myśliwiec Curtiss P-40E z 57. Grupy Myśliwskiej na lotnisku w Afryce, kwiecień 1943 r.

    Wiosną 1943 r. sytuacja Niemców w Afryce była niewesoła. Co prawda Rommel włoił Amerykanom pod Kasserine, siły niemieckie były dużo większe, niż w poprzednim roku, co pozwoliło na utworzenie Heeresgruppe ''Afrika'' i udało się zająć Tunis przed Amerykanami, jednakże Niemców i Włochów trapiły typowe dla afrykańskiego teatru działań bolączki: ustawiczny brak zaopatrzenia. W Afryce brakowało portów, zdolnych przyjąć statki, co więcej, brakowało też samych statków i okrętów do eskorty. W związku z tym zdecydowano się na tworzenie mostu powietrznego, który będzie zaopatrywać oddziały Osi.

    Do mostu skierowano pokaźne siły Luftwaffe: Jagdfliegerführer Sizilien, Fliegerführer Afrika, Fliegerkorps Tunis i sporo innych jednostek. Rzucono w końcu marca '43 r. ponad 400 samolotów transportowych, w tym potężne Messerschmitty Me-323 ''Gigant'', sporo jednostek przerzucono spod Stalingradu. Samoloty miały latać rankiem, w okresie ''lunchu'', jednak braki w jednostkach myśliwskich powodowały, że 1 myśliwiec przypadał na 5 samolotów transportowych.

    Alianci dzięki programowi ULTRA wiedzieli o niemieckich przygotowaniach. Pułkownik James H. Doolittle, bohater nalotu na Tokio, zaproponował zniszczenie niemieckiego mostu powietrznego, kiedy ten już nabierze rozmachu. Myśliwce - brytyjskie i amerykańskie - miały czatować w powietrzu, zaś bombowce miały atakować lotniska i niszczyć samoloty na ziemi. Operacja otrzymała kryptonim ''Flax''.

    Operacja rozpoczęła się 5 kwietnia 1943 r. i z miejsca przyniosła sukces. Nad morzem amerykańskie Lightningi przechwyciły grupę niemieckich samolotów transportowych, zestrzeliwując 11 z nich za cenę 6 P-38. Tego samego dnia amerykańskie bombowce zaatakowały lotnisko na Sycylii, niszcząc 21 i uszkadzając 41 samolotów. 11 kwietnia zestrzelono 17 trzysilnikowych transportowych Ju-52. 17 kwietnia doszło do wielkiej bitwy, w której niemieckie Bf-109 przechwyciły amerykańskie bombowce nad Palermo. Dwusilnikowe Bf-110 zaczęły atakować bombowce, a myśliwce zajęły się eskortą, odpędzając napastników.

    Jednak 18 kwietnia doszło do tragedii, zwanej Palmsonntag Massaker - Masakra Niedzieli Palmowej. Tego dnia 57 amerykańskich i brytyjskich myśliwców przechwyciło wielką formację niemieckich samolotów, wracających na Sycylii, liczącą 80 maszyn.

    ''Lecieli w najpiękniejszej formacji, jaką kiedykolwiek widziałem. Żal było ją rozbijać. Przypominało to piękny film propagandowy'', wspominał por. William B. Campbell.

    Niemcy, siedzący w Ju-52 w desperacji rzucili się do okien i zaczęli strzelać z wszelkiej broni, by odpędzić napastników. ''Kiedy się zbliżyłem, uświadomiłem sobie, że zostałem trafiony przez ogień z samolotów po obu stronach. To wyglądało, jakby świecili do mnie czerwonymi latarkami z okienek samolotów'', wspominał por. Richard Hunziker

    Na próżno. Lecące w dużej, ciasnej formacji, powolne Ju-52 spadały w płomieniach jeden za drugim. Alianci nie musieli specjalnie celować - gdzie się skierowali, tam był jakiś cel. Pomalowane na zielono samoloty transportowe ciężko było odróżnić od morza, więc Anglicy i Amerykanie otwierali ogień z niewielkiej odległości, dewastując junkersy. Amerykańscy lotnicy wspominali potem, że widzieli ''coś jak setki czarnych żuczków, miotających się w wodzie''. Alianci zgłosili zestrzelenie aż 146 maszyn, po późniejszej weryfikacji zaliczono im 24 zestrzelone samoloty i 35, które zdołały lądować przymusowo. Alianckie straty wyniosły zaledwie 6 samolotów. ''To było fantastyczne - po prostu nie mogłeś nie trafić'', wspominał kpt. James Curl, ''Chwilami miałem aż trzy naraz w celowniku''.

    Niemcy szybko się zemścili i rozpoczęli ofensywę bombową na alianckie lotniska. Wysyłano także specjalnych włoskich komandosów, którzy mieli atakować bazy i składy zaopatrzeniowe, ale bez skutku.

    23 kwietnia australijskie, brytyjskie, afrykanerskie i polskie myśliwce przechwyciły nad Pantellerią formację 16 Me-323. Kiedy Polacy walczyli z eskortą, Brytyjczycy wytłukli wielkie Giganty (o Gigantach w Afryce będzie osobny wpis, jeśli chcecie). Jeszcze przed końcem operacji, amerykańskie Liberatory zbombardowały Bari, niszcząc na ziemi 54 samoloty.

    Goering, zaszokowany stratami, nakazał odwołać most powietrzny. Kesselring go przekonał, że trzeba zapatrywać okrążonych Niemców i Włochów. Marszałek wyraził zgodę, jednak samoloty miały latać od tej pory tylko nocą i nad Sardynią. Próbowano też zrzucać zaopatrzenie i Było już jednak za późno. W Tunezji Brytyjczycy zajmowali kolejne lotniska, pozbawiając Luftwaffe zaplecza. Jednostki ewakuowały się z Afryki na wszelkie sposoby, byleby tylko nie lecieć w bezbronnym transportowcu. Zdarzało się, że do jednomiejscowych myśliwców wciskało się nawet 2-3 ludzi. Ostatni lot z zaopatrzeniem wykonano 4 maja, na tydzień przed kapitulacją Niemców w Afryce.

    Operacja Flax zakończyła się wielkim sukcesem i masakrą niemieckiego lotnictwa transportowego - utracono łącznie 400 maszyn, co było potwornym ciosem, zwłaszcza po ciężkich stratach zadanych pod Stalingradem. Alianckie straty łącznie wyniosły 35 samolotów. Morskim odpowiednikiem ''Flax'' była ''Retribution'', jednak jej jedynym sukcesem było zatopienie dwóch niewielkich statków transportowych w maju 1943 r.

    Można śmiało powiedzieć, że pokonanie lotnictwa transportowego walnie przyczyniła się do klęski oddziałów Osi w Afryce.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56990339_2451249084919861_2197041299943587840_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Radzieckie dziecko - ''syn pułku'' opatrywany przez sanitariuszkę, 1943 r.

    Sporo z Was pisało o potencjale demograficznym ZSRR i to na nim chciałbym się dzisiaj skoncentrować.

    Przyjęło się mówić, że Armia Czerwona miała ''nieskończone zasoby ludzkie''. Że przeciwników ''nakrywała czapkami''. Jest to MIT.

    ''Teza, jakoby ZSRR posiadał nieograniczone rezerwy ludzkie, mimo wielkich strat poniesionych na froncie, jest, jako odpowiedź, nieprawdziwa. (...) Sowieckie armie zawsze miały braki w ludziach.'' ~ prof. Richard Overy.

    ZSRR w przededniu II WŚ miał populację liczącą 162-168 milionów mieszkańców. Po aneksji kolejnych terytoriów liczba ta zwiększyła się w 1941 r. do 188 milionów.

    Liczba ta jest imponująca, to prawda, ale należy pamiętać, że Sowieci raczej niechętnie byli nastawieni do rekrutowania mężczyzn z terytoriów okupowanych (w przypadku Łotyszy przyjęto znikomą wręcz liczbę 8 tysięcy ludzi!), więc liczba poborowych zasadniczo nie uległa zmianie. Wg spisu powszechnego, Sowieci mieli 40 milionów mężczyzn zdolnych do noszenia broni w 1937 r.

    Owe 40 milionów mężczyzn podzielonych było na kilka klas. W styczniu 1941 r. było to:
    - odbywający zasadniczą służbę wojskową - 3 roczniki (1919-21)
    - I klasa rezerwy - 14 roczników (1905-1918), liczących razem 9,9 mln ludzi
    - II klasa rezerwy - 9 roczników (1896-1904), liczących razem 6,8 mln ludzi
    - III klasa rezerwy - 6 roczników (1890-1895), liczących razem 3,3 mln ludzi

    14 czerwca 1941 r. Armia Czerwona zaczęła przechodzić na stopę wojenną i powołała pod broń 4 miliony rezerwistów z I puli, zwiększając stan armii do 9,6 miliona 1 lipca 1941 r. Ponieważ Niemcy posuwali się w tempie błyskawicznym, zagarniając najbardziej zaludnione terytoria ZSRR, już w sierpniu Sowieci zaczęli powoływać pod broń rezerwistów z II klasy, oraz młodszych, z roczników powyżej 1921.

    W 1942 r. sam Stalin, wydając słynny rozkaz nr 227 stwierdził, że Związek Radziecki ''utracił przewagę nad Niemcami w rezerwach ludzkich''.

    W toku wojny ZSRR powołał pod broń łącznie 34,4 miliona ludzi. Wg badacza historii Armii Czerwonej, Grigorija Kriwoszejewa, w toku wojny poległo i zmarło od ran 6,329 mln czerwonoarmistów. Kolejny 1,05 mln zaginęło lub zmarło od chorób i w wypadkach, a 1,283 mln zginęło w niemieckich obozach. Łącznie: 8,668 mln zabitych czerwonoarmistów. Inne dane (autorstwa Davida Glantza) opiewają na nawet 11,285 milionów zabitych.

    Ponadto, dalszych 22 miliony zostało rannych lub chorych, z czego 17 mln przywrócono do służby. Doliczyć należy do tego ok. 940 tys. sowieckich jeńców, którzy po zwolnieniu z niewoli zostali przywróceni do służby czynnej.

    Oznaczałoby to, że spośród wszystkich powołanych do służby 90 % stało się ofiarami wojny - polegli, zmarli, zaginieni, ranni, chorzy. W najlepszym wypadku, bo w najgorszym byłoby to 99 %.

    Żeby to zobrazować, ktoś kiedyś policzył: na każdy metr odległości między Moskwą, a Berlinem przypadało dziesięciu zabitych czerwonoarmistów.

    Warto też spojrzeć na dane rocznikowe - III kwartał roku 1943 był najkrwawszym momentem w historii Armii Czerwonej, kiedy zginęło i zostało rannych 2,864 mln czerwonoarmistów.

    Ponieważ sowieckie straty były przerażające (np. rocznik 1923 został niemal całkowicie wycięty w pień - przeżyło zaledwie 3 %), Sowieci rozpoczęli szukanie rezerw. Wcielono wszystkich dostępnych poborowych z klas I-III. W 1943 r. dopuszczono do służby w RKKA nie-europejskich mieszkańców ZSRR: Kazachów, Jakutów, Czukczy, Turkmenów, Kirgizów, czy Mongołów, którzy wcześniej nie mogli służyć. Oblicza się, że spośród 34 mln czerwonoarmistów aż 8 milionów nie było słowiańskiego pochodzenia.

    Już w 1942 roku zaczęto z łagrów zwalniać byłych wojskowych, ale w późniejszym okresie zwalniano już także więźniów politycznych i kryminalnych. W samym 1944 roku zwolniono ponad milion więźniów, którzy trafili do Armii Czerwonej. Niektóre szacunki mówią, że pospolici bandyci i kryminaliści stanowili aż 10 % Armii Czerwonej.

    By zapełnić braki kadrowe, STAWKA pozwoliła na służbę kobietom i łącznie 800 tysięcy trafiło do Armii Czerwonej, wykonując zadania zarówno na tyłach, zastępując mężczyzn, jak i na froncie. Do Armii Czerwonej przygarniano także sporo dzieci (nastolatków zdolnych nosić broń), zwłaszcza z domów dziecka. Skala pozostaje nieznana, ale na pewno nie były to pojedyncze przypadki.

    Sowieci także, zajmując dany obszar w okresie 1943-45 po prostu przymusowo wcielali byłych więźniów, jeńców i robotników przymusowych, zarówno obywateli ZSRR, jak także Litwinów, Polaków, czy Łotyszy. Sowiecka 13. Armia we wrześniu 1943 r. zmobilizowała 30 tysięcy ludzi na zajmowanych przez siebie terenach nad Dnieprem. A to tylko jeden przykład. Warto dodać, że w 1945 r. przeciętny stan sowieckiej dywizji wynosił 4-5 tysięcy żołnierzy, zamiast regulaminowych 11 tys. Już w 1943 roku niemieccy żołnierze wspominali, że w Armii Czerwonej znajdowały się całe oddziały złożone z dzieci i starców.

    Sowieci, będąc de facto już demograficznie pod ścianą, w 1944 roku wymuszali na swoich satelitach i nowych ''sojusznikach'' (Rumunia, Bułgaria, Polska, Finlandia) wystawianie jak największych armii do walki z Niemcami. W przypadku Polski tylko braki kadrowe uniemożliwiły wystawienie 3 armii (wystawiono dwie), co dało Sowietom 370 tys. żołnierzy. Z kolei Rumuni wysłali cztery armie, liczące 538 tys. ludzi. Ponadto, powoływano doraźne jednostki, jak sformowany przy oblężeniu Budapesztu pułk węgierski, liczący 2 tys. jeńców, skierowanych do walk z Niemcami. Łącznie w ten sposób Sowieci otrzymali dodatkowych ok. 2,5 miliona żołnierzy. W 1945 roku nie było praktycznie pasa frontu, który byłby obsadzony wyłącznie sowieckimi dywizjami - były one poprzetykane polskimi, rumuńskimi, bułgarskimi, czechosłowackimi i jugosłowiańskimi formacjami.

    Danych kompletnych co do strat nie poznamy nigdy. Oficjalnie mówi się, że ZSRR stracił 27 milionów obywateli, ale pojawiają się dane dużo wyższe, mówiące o nawet 46 milionach. W 2000 r. rosyjskie centrum badawcze ''Los'', przed zamknięciem, ustaliło z imienia i nazwiska 19,7 milionów zabitych obywateli ZSRR, służących w Armii Czerwonej, zaznaczając, że dane są niepełne. ZSRR poniósł tak straszne straty w ludności, że dopiero w 1959 roku osiągnięto stan sprzed inwazji Niemiec w 1941 r.

    Wiem, że się rozpisałem, ale nie uszczknąłem tego tematu. Mam nadzieję, że niektórym naświetli to, że pisanie o mitach jest żmudne i trudne, bo trzeba krótką esencję zbierać z wielu ksiąg, liczących setki stron. Jeśli gdzieś popełniłem błąd - zapraszam do dyskusji i uzupełniania tego długawego tekstu.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56949330_2449706788407424_5512366202569097216_n.jpg

    •  

      @Merytoryk:

      Wiadomo jakim to było kosztem, ale to Sowieci defilowali potem przy Bramie Branderburskiej, a nie Niemcy na Placu Czerwonym.

      Dobra, panie, ale w tym rozrachunku i pięknych sloganach pomijasz masę czynników. To, że Sowieci defilowali przy Bramie Brandenburskiej nie stało się tylko dzięki zdolnościom mobilizacyjnym ZSRR. Ba, nawet bym powiedział, że ich zdolności mobilizacyjne miały w tym znikome znaczenie. W pierwszej kolejności znaczenie mieli Alianci, w drugiej osłabienie Niemców, w trzeciej sowiecki przemysł, odpowiednio wzmocniony.

      No jest to jednak bardzo duża różnica, zwłaszcza, że Niemcy nie mogli tam rzucić pełni sił.

      Nie jest, jeśli zsumujemy liczbę obywateli Rzeszy + obywateli Osi, walczącej wyłącznie na wschodzie (Węgry, Słowacja, Finlandia, Rumunia, razem 37 milionów) i dodamy do tego, że Niemcy kontrolowali najbardziej zaludnione terytoria ZSRR, ergo osłabiając potencjał demograficzny Sowietów o jakieś 50 %. Przewaga liczebna Sowietów wówczas topnieje wręcz w oczach.

      Gospodarczo wiele Rzeszy to wiele nie pomagało, a przynajmniej niewystarczająco, skoro w wojnę był włączony już przemysł amerykański i dodatkowo zasoby imperium brytyjskiego.

      Miliony robotników przymusowych nie pomagało niemieckiej gospodarce? Ciekawa i, szczerze powiedziawszy, bardzo odważna teza. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Podsumowując, nie wiem czemu bagatelizujecie kwestię ludnościową albo może chcecie ją umniejszyć

      Ja podaję fakty. Faktem jest to, że ''nieograniczone zasoby ludzkie'' to był mit. Koniec, kropka. Nie ma nic dalej. Sowieci w 1944 roku stali demograficznie pod ścianą. Nie mieli kogo wysyłać już do boju. Skrobali dno gara i gdyby wojna potrwała dłużej, to Armia Czerwona zamieniłaby się w Volkssturm, dziadków w wieku 70+, jeżdżących w T-34. Gdyby nie Alianci, to ZSRR tę wojnę by przegrał, nawet mimo swoich rzekomo ''nieograniczonych'' zasobów ludzkich.
      pokaż całość

      +: Daroo24
    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: No masz rację pominąłem fakt, że Niemcy przecież też zmobilizowali ogromną armię.

    • więcej komentarzy (30)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Fiński żołnierz w rejonie Taipale, data nieznana. Dzisiaj kończymy już Talvisotę. Miało być jeszcze parę wpisów, ale raz, że mamy połowę kwietnia, dwa, że brakuje mi dramatycznie zdjęć, a jesienią będzie 80. rocznica wojny, więc wolę się nie wypstrykać ze wszystkiego, bo za pół roku wracamy. Podsumowanie, będzie dłużej.

    Klęski Armii Czerwonej w grudniu i styczniu doprowadziły do całkowitego wstrzymania działań ofensywnych. Brak postępów wywołał niezadowolenie Stalina. Nic dziwnego - potężna, zmechanizowana Armia Czerwona została zatrzymana przez jakichś białofińskich faszystów, biedaków na nartach. Wojna w stylu Blitzkriegu zawiodła. Skompromitowany Woroszyłow został odwołany w końcu grudnia 1939 r. Zastąpił go komandarm I rangi, Siemion Timoszenko.

    Ten zwyczajnie zwiększył liczbę wojsk o 26 dywizji i siedem brygad pancernych (ok. 700 tys. ludzi!), zgarnął najlepszych dowódców w Armii Czerwonej i przygotował jeszcze większą liczbę dział. Przygotowano jednostki wyposażone i przystosowane do walk w zimie i odpowiednio zaopatrzono.

    1 lutego rozpoczęła się gigantyczna ofensywa na Przesmyku Karelskim. W ciągu 24 godzin Sowieci zalewają burzą ognia i żelaza fińskie pozycje -- tylko pod Summa było to 90 tysięcy pocisków. Podobno wykorzystano nawet spadochroniarzy. Jednakże, i ten atak zawodzi - Sowieci zostają krwawo odparci.

    Sowieci się nie poddają i 5 lutego wznawiają ofensywę. Na odcinku fińskiej 7. DP bez przerwy przez 7 godzin spadają pociski. Kanonadę słychać w kwaterze marszałka Mannerheima, 150 kilometrów za linią frontu. Każdy fiński batalion ''dostaje''na swoim odcinku 20 tysięcy pocisków. Potem do ataku ruszają setki czołgów, ciągnąc opancerzone sanie z piechotą, ale i ten szturm zostaje odparty. Sowieci, by powstrzymać wycofujących się, uzbrajają NKWD w pistolety maszynowe, które miały zatrzymywać dezerterów i strzelać do wycofujących się - był to przedsmak rozkazu 227, wydanego w 1942 r.

    Finowie jednak raz za razem odrzucali atakujących, wyprowadzali kolejne kontrataki, niszczyli setki czołgów. Na samym odcinku fińskiej 5. Dywizji zabitych zostało 3 tys. sowieckich żołnierzy i zniszczono 60 czołgów.

    ''Jak trzask z bicza uderzają pociski armat przeciwpancernych w ściany toczących się przez maź błota i śniegu radzieckich T-28 i BT. Ogień fińskiej broni maszynowej kosi szeregi szturmującej piechoty radzieckiej...'', wspominał jeden z fińskich obrońców.

    Ale Sowieci 11 lutego wyprowadzają kolejną ofensywę. Pod Summa dochodzi do drugiej bitwy, w której trzy sowieckie dywizje atakują jedną fińską. Wszystkie fińskie jednostki były po prostu wyczerpane - mimo, że sowiecka 123. DS, atakująca pod Summa straciła 70 czołgów, Finowie nie mieli już odwodów. W zaciekłych walkach pozycje przechodziły z rąk do rąk, ale fińskie siły po prostu topniały w oczach - II. Korpus stracił 6406 ludzi, a III. Korpus - 4888 w walkach od lutego do marca. Pod Lähde wreszcie Sowietom udaje się dokonać włamania 50 czołgami, które ostatkiem sił zablokowała zdziesiątkowana 3. Dywizja. Finowie muszą się cofnąć bliżej Viipuri.

    Sowietom udaje się wreszcie przełamać Linię Mannerheima, która powstrzymywała ich przez 70 dni. Przełamanie kolejnych pozycji stanowiło tylko kwestię czasu. Do kontrataku ruszają fińskie czołgi z 4. kompanii pancernej, wspartych przez batalion jegrów i piechoty. W jedynej bitwie pancernej wojny zimowej - pod Honkaniemi 26 lutego - Finowie ponoszą klęskę, a słabe Vickersy są celem sowieckich dział.

    Sowieci ominęli Koivisto i zbliżyli się do Viipuri, gdzie nadludzkim wysiłkiem Finów zostali powstrzymani tuż pod miastem. Jednak radzieccy dowódcy postanowili oflankować Finów i przejść po zamarzniętej zatoce, lecz fińska artyleria nadbrzeżna powstrzymała Sowietów, roztrzaskując lód pod ich nogami. Działa, sanie, ciągniki, czołgi tonęły wraz z ludźmi w lodowatej wodzie. Finowie walczą zacięcie o każdy metr ziemi, rozbijają dziesiątki czołgów, ale nie mogą wygrać tej bitwy. 1 marca Sowieci byli już na przedmieściach Viipuri.

    Finowie ponieśli w walce ciężkie straty, dlatego zdecydowano się na zawarcie pokoju, nie było ich również już stać na prowadzenie dłuższej wojny, zaś wiosenne roztopy nie pozwoliłyby już zatrzymać Sowietów. Brakowało amunicji do dział - było po osiem pocisków na armatę. Dodatkowo, wojna stawała się niewygodna także dla Kremla - coraz bardziej realna stawała się groźba interwencji Aliantów. Stalin bał się także reakcji Hitlera, myśląc, że Niemcy wykorzystają wojnę zimową do rozpoczęcia walk ze Związkiem Radzieckim.

    W nocy z 12 na 13 marca 1940 roku w Moskwie podpisano traktat pokojowy, na mocy którego Finlandia utraciła 12 % swojego terytorium: Przesmyk Karelski, rejon Petsamo i kilka wysepek w Zatoce Fińskiej, ponadto musiała wydzierżawić półwysep Hanko na 30 lat flocie radzieckiej. W zamian za to ocaliła swoją niezależność. Prezydent Finlandii, Kyösti Kallio skomentował to gorzko: ''Niech uschnie ręka, która podpisała taki dokument.''

    Pięć miesięcy później dotknął go prawostronny paraliż.

    Na zakończenie wojny zimowej, Carl Mannerheim wydał odezwę do fińskich żołnierzy, w której podziękował im za wielkie męstwo i ofiarność na polu bitwy:

    ''Żołnierze!
    Walczyłem na polach wielu bitew, ale nigdy nie widziałem ludzi bijących się tak jak wy! Jestem dumny z was tak jak dumny może być ojciec ze swych dzieci. Jestem dumny z każdego człowieka z północnych wzgórz. Z synów z równin znad Zatoki Botnickiej, z Karelskich lasów, ze wzgórz Savo, z urodzajnych pól Häme i Satakunta, z liściastych łąk Uusimaa i Varsinais-Suomi. Jestem równie dumny z ofiary pracowników fabryk oraz ofiary biednego chłopa, jak również tego bogatego.''

    Bilans wojny był miażdżący. Finowie stracili 26 tysięcy poległych i 43 tysiące rannych, jednak straty Sowietów były przerażające. Oficjalne dane mówią o 167 tysiącach poległych i zaginionych oraz o 207 tysiącach rannych i wziętych do niewoli, jednak pojawiały się dane, mówiące o milionowych stratach. Armia Czerwona straciła również 3543 czołgi i 934 samoloty. Amerykański korespondent wojenny w Sztokholmie napisał: ''Wojna zimowa ujawniła więcej tajemnic Armii Czerwonej, niż ostatnie dwadzieścia lat.''

    Fiński żołnierz, Anti Olavi Ponkanen podsumował wojnę jednym zdaniem: ''Nasze jeziora pełne są trupów Rosjan''.

    ...Dawno, dawno temu, w odległym kraju na krańcach Europy, wielki i silny Goliat napadł na słabego, małego Dawida. Walka była długa i ciężka. Lecz tylko w Biblii wygrywa słaby Dawid. A ta walka odbyła się naprawdę i Goliat musiał wygrać - i wygrał. Ale do dziś Goliat, patrząc na świat z ponurego, smaganego zimnymi wichrami zamku o czerwonych gwiazdach, pragnie zapomnieć o tym ''zwycięstwie''. I jego marzeniem jest, by wraz z nim zapomniał cały świat.

    Bohaterski, maleńki naród, zapomniany na dalekich krańcach Europy, nie uląkł się potęgi bolszewickiego imperium. Nie wystraszył się jego tanków i armat, jak wielu przed nim. Z pogardą odrzucił szantaż Moskwy, broniąc swego domu przed łobuzami spod czerwonej szmaty. Zaciekle bronił swojego domu przed agresorem, w ciężkiej walce, w której dopingował go cały świat. Po stronie najeźdźców była technika i miażdżąca przewaga liczebna, po stronie obrońców - ich odwaga i hart ducha.

    Finowie lubią powtarzać, że Finlandia straciła Karelię - ocaliła jednak honor.

    I to będzie najlepszy komentarz do tej wojny.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 57183822_2448194881891948_5552569789404151808_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    ''La guerra ha terminado!''

    Żołnierz armii narodowej w Madrycie, kwiecień 1939 roku. Dzisiaj będzie chwilę dłużej jako podsumowanie.

    Koniec był blisko. Oderwany od rzeczywistości premier Negrin obiecywał złote góry, rozdawał awanse na prawo i lewo, snując rojenia o rychłym zwycięstwie. Ale na łonie samej Republiki tlił się już spisek. Wśród oficerów armii republikańskiej narastał gniew i sprzeciw, chęć zakończenia bezsensownej wojny, której nie można było wygrać. Część chciała ratować skórę, inni uważali, że to już koniec. Nieprzerwanie przez granicę przelewały się tłumy uciekinierów. Francuzi nie byli zbyt zadowoleni - liczyii na 40 tys. uchodźców, a zjawiło się ich 400 tysięcy. Wielu musiało spać pod gołym niebem, bo nie było dla nich zakwaterowania.

    4 marca 1939 r. wybuchło powstanie w Kartagenie. Rozpoczęli je oficerowie republikańscy, dowodzeni przez płk. Gerardo Armentię, którzy aresztowali dowództwo portu. Do rebelii przyłączyła się Piąta Kolumna płk. Arturo Espa i zawiązała sojusz ze spiskowcami, a następnie wezwała na pomoc oddziały narodowe. Flota republikańska zagroziła na początku otwarciem ognia, ale zdecydowała się uciec do francuskiej Bizerty, obawiając się niemieckich bombowców. Franco, myśląc, że Kartagena jest wolna, wysłał konwój 16 statków, które miały ją zająć. Czerwoni odpowiedzieli wysłaniem rezerwowych oddziałów (206. brygada z 4. dywizji, dowodzonej przez komunistę Joaquima Rodrigueza), które 7 marca odzyskały kontrolę nad miastem, pokonując rebeliantów i przejęły baterie artylerii nadbrzeżnej. Niedługo później baterie trafiły idący na czele konwoju statek ''Castillo de Olite'' i zatopiły go. Zginęło 1476 żołnierzy narodowych, a 636 wzięto do niewoli. Jest to największa strata jednorazowa w ludziach w historii Hiszpanii.

    W Madrycie z kolei wieczorem 5 marca zawiązała się Narodowa Rada Obrony, kierowana przez płk. Segismundo Casado (później dowództwo objął gen. Jose Miaja, dowódca obrony Madrytu). Zasiadali w niej przedstawiciele partii socjalistycznej, związkowcy, anarchiści i republikanie. Wieczorem radio wyemitowało przemówienie, w którym ogłoszono, że Negrin zostaje pozbawiony władzy. Ten, zdumiony nielojalnością swoich oficerów, zadzwonił do Casado, i zapytał, co się dzieje. Casado odparł, że zbuntował się przeciw niemu. Negrin powiedział: ''To jakieś szaleństwo'', na co Casado odpowiedział: ''Spełniam swój obowiązek jako Hiszpan i jako oficer''. Żołnierze republikańscy zajęli cele w Madrycie, a na froncie zaczęli strzelać do komunistów. Wojsko i ludność mieli dość głodu, wojny i terroru. Rada nakazała zamknięcie pism komunistycznych i aresztowanie każdego oficera, czy komisarza komunistycznego w zasięgu.

    Komuniści nie zamierzali odpuścić władzy. Do ataku ruszyły zdominowane przez fanatycznych komunistów oddziały płk. Luisa Barcelo, który chciał zabić spiskowców. Doszło do wojny domowej w wojnie domowej. W stolicy doszło do kilkudniowych, krwawych walk. Zginął ok. tysiąc ludzi - ostatnich ofiar wojny domowej. W końcu, oddziały Barcelo zostały okrążone i zniszczone, a on sam został schwytany i rozstrzelany. Armia narodowa czekała cierpliwie, patrząc, aż wróg się wykrwawi. Casado próbował zawrzeć pokój z generałem Franco, ale ten oczekiwał jednego: bezwarunkowej kapitulacji. Casado przystał na to i wszystkie oddziały otrzymały rozkaz niestrzelania do ''faszystów''.

    Pod koniec marca oddziały narodowe rozpoczęły ostatnią ofensywę w kierunku Madrytu. Nie napotkały żadnego oporu. Armia gen. Yagüego zajęły 2 tys. km kwadratowych i wzięły 30 tys. jeńców. 30-31 marca zajęto Walencję i Kartagenę. Republikanie poddawali się tysiącami (wzięto łącznie 150 tys. jeńców), wszędzie wisiały białe flagi. 1 kwietnia 1939 r. wojna zakończyła się.

    Tak skończyła się jedna z najdziwniejszych, najbardziej niezwykłych, a zarazem najbardziej brutalnych wojen w historii.

    Była to pierwsza naprawdę nowoczesna wojna, w której prym wiodły już czołgi i samoloty, to one przełamywały front i utrzymywały linie. Toczyła się ona wśród śniegów i gór, w saharyjskim upale, na morzu, w powietrzu, w miastach i lasach. Była to pierwsza wojna kombinowana, powiedzielibyśmy - hybrydowa, w której tak samo ważna była walka na froncie, jak i poza nim. Była to pierwsza tak sfeminizowana wojna, w której kobiety masowo nie tylko pracowały, ale walczyły w pierwszej linii z bronią w ręku. Była to naprawdę międzynarodowa wojna, w której uczestniczyli przedstawiciele z niemal całego świata - 70 krajów, od dalekiej Gwinei Równikowej, po Chińczyków. Była to pierwsza wojna, w której tak istotną rolę odegrały media i dygnitarze, tłumnie odwiedzający front. To pierwsza taka wojna na symbole - po jednej stronie zamordowani księża, po drugiej - lecące na miasta bomby.

    Była to pierwsza tak brutalna wojna, w której ofiarami padali nie tylko wojskowi, ale też w dużej mierze cywile. Głodzeni, bici, torturowani, rozstrzeliwani, gnębieni. Chyba nigdy w historii nie było tak wielkiej nienawiści do religii i symboli, podczas której mordowano masowo księży i zakonnice.

    Jeszcze jedno wyróżnia tę wojnę. Jej historię spisali nie zwycięzcy, lecz przegrani, którzy stworzyli wokół siebie romantyczny mit ''przegranej słusznej sprawy''.

    W wojnie domowej zginęło łącznie około 400 tysięcy Hiszpanów - zarówno w walce, jak i wskutek terroru, białego i czerwonego. Zginęło 80 tys. żołnierzy narodowych i 110 tys. republikańskich. W wyniku terroru zginęło co najmniej 120 tys. osób. Tysiące zmarły z chorób, głodu i ran. Po zakończeniu wojny generał Franco rozpoczął prześladowania i egzekucje wobec przegranych.

    Smutnym symbolem tego pozostaje los spiskowców płk. Casado, którzy chcieli przecież zakończyć wojnę. Casado musiał uciec do Wenezueli, z której wrócił w 1961 r., generał Manuel Matallana zmarł w madryckim więzieniu w 1952 r., a Cipriano Mera, pogromca fanatyków Barcelo, uciekł do Francji po trzech latach w więzieniu i zmarł na wygnaniu w 1975 r.

    Jedno warto dodać.

    Han Pasado.

    Salud, Generale, i cała narodowa Hiszpanio.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56716231_2446767895367980_5908641549113098240_n.jpg

  •  

    Witam ponownie, wracamy do normalności. Dzisiaj, jak się można domyślić, post z soboty

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Drogie Fanki, drodzy Fani

    Dzisiaj Wielka Sobota, jutro świętujemy Wielkanoc. Zapewne już byliście poświęcić pokarmy, niektórzy gotują ostatnie pyszności na wielkanocny stół. Czekamy na miłe spotkanie w rodzinnym gronie, pyszne potrawy i cieszymy się z ładnej pogody.

    Ale ja, tak jak i przy Bożym Narodzeniu myślami jestem przy tej wojennej Wielkanocy, podczas której mało kto mógł się cieszyć miłością i rodziną. Smutnych świętach, jak każde wojenne święta. I obrazki same przychodzą:

    - rozdawane brytyjskim dzieciom marchewki na patyku, wojenny, tani zamiennik dla lodów i innych słodyczy;

    - marznący w swoich błotnistych dołkach pod Anzio, w gliniastej ziemi alianccy i niemieccy żołnierze, czekający, by wreszcie ten okopowy koszmar się skończył;

    - przerażający szturm oblężonego Wrocławia, kiedy 1 kwietnia 1945 r. Sowieci rzucili wszystko, co mieli, by zdobyć lotnisko w Gądowie i dosłownie starli w proch stawiających im czoła niemieckich spadochroniarzy;

    - jakby na przekór bogate polskie Święta, kiedy cierpiący pod niemiecką okupacją Polacy chcieli uczcić Zmartwychwstanie Pańskie, kiedy wynajdowano, cudem czasem, kawałek mięsa, lub mazurka z lukrowym napisem ''Wesołego Alleluja'' i ten jeden raz w roku zapomnieć o wojnie:

    ''Wzruszenia towarzyszyły dzieleniu się tradycyjnym, wielkanocnym jajem. To nie były posiłki, albowiem nie mogły one nasycić głodu, lecz patriotyczne symbole, pomagające wytrwać, przetrwać i – doczekać.''

    - tonący japoński statek szpitalny ''Awa Maru'', trafiony celnymi torpedami amerykańskiego okrętu podwodnego. Z 2004 osób na pokładzie przeżyła tylko jedna osoba...

    - sypiące się hojnie bomby, czy to podczas Wielkanocy 1944 na Belgrad i Sofię, czy w 1942 na Cejlon i Belfast... jedyne świąteczne jajka, jakich nikomu nie żałowano;

    - zbliżająca się do Okinawy gigantyczna flota inwazyjna, licząca 1400 jednostek. Nikt nie przypuszczał, że walka, rozpoczęta 1 kwietnia, zakończy się po ponad 80 dniach i pochłonie dziesiątki tysięcy istnień...

    - polscy żołnierze II. Korpusu, stacjonujący w Palestynie, którzy odwiedzali Jerozolimę, modląc się o jak najszybszy powrót do domu, do bliskich, i zakończenie wojny.

    I wiele, wiele innych historii, mało świątecznych. Zanim podzielimy się święconym jajkiem, pomyślmy chwilę o tych, którym nie było dane obchodzić Wielkanocy w tak radosny i bogaty sposób.

    Dużo mówi się o przebaczeniu i braku wrogości, by te wyjątkowe dni obchodzić szczególnie. Dlatego też pogódźmy się ze wszystkimi i cieszmy się wspólnie.

    Szczęśliwych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 58441708_2458819384162831_860766254196064256_n.jpg

  •  

    Dzisiaj dłużej ale czytajcie baaardzo powoli bo przez ponad tydzień nic wam nie wrzucę (jadę pooglądać spuściznę Imperium Rzymskiego ( ͡° ͜ʖ ͡°) )

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Muszę powiedzieć, że wzruszenie mnie łapie, gdy patrzę na to zdjęcie. Wrzuciłem je bowiem jako jedno z pierwszych - dokładnie pięć lat i tydzień temu. Wtedy było 99 lajków, zaskoczycie mnie dzisiaj - będzie 10 razy tyle? ( ͡° ͜ʖ ͡°) Dziś będzie dłużej.

    ''Symbol klęski... Amerykańscy żołnierze oglądają porzuconego Me-262, ukrytego między drzewami przy autostradzie. Z racji silnych ataków na lotniska, Niemcy pod koniec wojny byli zmuszeni wykorzystywać autostrady. Kwiecień 1945 roku.''

    Tak naprawdę to Me-262 A-2a z 1./KG 51, porzucony pod Brunnthal, maj 1945 r.

    Me-262, część II: przeciw Fortecom i Liberatorom

    ''To było... jakby być Bogiem'' ~ ppor. Klaus Neumann, JG 7.

    Noc 26 lipca 1944 roku była pogodna i jasna nad Monachium. Pojedynczy Mosquito z 540. dywizjonu RAF leciał na pułapie 8,5 km. Porucznik A. E. Wall, pilot, czuł się bezpieczny - na tej wysokości nie zagrażała im ani artyleria, ani niemieckie myśliwce. Noc mijała spokojnie. Nawigator, ppor. A.S. Lobban znudzony patrzył na radar. Nagle zawołał: ''Bandyta na 6.! Zbliża się, i to szybko!''. Wall był zdumiony - niby skąd, u licha, mógł się tu wziąć niemiecki samolot, i to tak nagle? Nie było czasu na myślenie, trzeba było uciekać. Wall był spokojny. Mosquito to pierwszorzędna maszyna. Mało który samolot mógł go dogonić. Zaraz zostawią natręta za sobą.

    Mylił się.

    Mosquito zwiększał prędkość nurkując, skrzydła wibrowały niebezpiecznie od przeciążenia, ale Wall poczuł lód na plecach, gdy Lobban przerażonym głosem powiedział mu: ''Zbliża się''. Jak?! Pędzili ponad 650 km/h!

    Niemiecki samolot otworzył ogień. Wall poczuł wstrząs. Zostali trafieni, samolot zadymił. Mosquito ostatnim wysiłkiem skierował się w chmury i wtedy zobaczyli odchodzącego prześladowcę. Miał smukły, rekini kadłub. Dwa blade ogniki tańczyły pod jego skrzydłami. I nie miał śmigła.

    Kiedy weszli w chmurę, Lobban wykrztusił z siebie tylko:

    - Czym była ta rzecz?!

    Me-262, gdy się pojawił na niebie, wywołał konsternację w alianckich sztabach. I autentyczne przerażenie wśród załóg, które widząc maszynę szybką jak tajfun, potrafiły wykrztusić z siebie tylko bezładną mieszaninę strachu i podziwu. Mówili, że to najbardziej przerażająca rzecz, jaką można ujrzeć.

    Pierwszą jednostką, która otrzymała nowe samoloty, była Kommando Nowotny, elitarna jednostka, dowodzona przez sławnego Walthera Nowotnego, ''Tygrysa z Wołchowa''. Była to pierwsza w historii jednostka myśliwców odrzutowych. W toku służby zestrzeliła ona 21 alianckich samolotów za cenę sześciu Me-262, w tym samego Nowotnego, który poległ w walce 8 listopada 1944 r. Kommando Nowotny oddelegowano do dalszego szkolenia i przemianowano na JG 7 ''Nowotny'', na cześć poległego dowódcy.

    Nowy typ samolotu przeraził Aliantów tak bardzo, że celem nr 1 ataków bombowych była fabryka Messerschmitta w Regensburgu. Ale Niemcy byli sprytniejsi i produkcję przenieśli do kopalni Walpersberg w Turyngii, a samoloty montowano nierzadko w otwartych fabrykach na leśnych polanach. Mimo wszelkich trudności, zbudowano 1433 samoloty, jednak tylko 200 trafiło do walki. Niemcy obeszli też utrudnienia z paliwem - Me-262 był napędzany paliwem J2, uzyskiwanym z węgla drzewnego. Było tanie i łatwo dostępne, ale potrzebowano go dużo.

    Najsłabszym ogniwem okazał się czynnik ludzki. Wyczerpana Luftwaffe nie miała już kim obsadzać wizjonerskiej maszyny. Większość pilotów przechodziła krótki trening naziemny i 8-godzinny kurs pilotażu. Dlatego do latania na Me-262 kierowano pozostałych przy życiu Expertów. Najlepszych z najlepszych. Heinz Bär, Erich Rudorffer, Theodor Weißenberger, Heinrich Ehrler, Johannes Steinhoff - ten ostatni został trwale oszpecony po wypadku na Me-262, gdy pękła mu opona podczas startu.

    Alianci szybko poznali słabe strony Me-262 i wiedzieli, że najłatwiejszym sposobem na zestrzelenie odrzutowca było zaczajanie się w rejonie lotniska. Dopadano startujące i lądujące Jaskółki, niemogące się bronić. Taktyka ta została określona mianem ''łapania szczurów''. Wymusiło to na Niemcach powołanie specjalnych jednostek myśliwców ochraniających lotniska Me-262. Należy tu jednak dodać, że żaden aliancki pilot nie zestrzelił więcej niż jednego Me-262.

    Samolot był o ponad 160 km/h szybszy od najszybszych alianckich myśliwców. Uzbrojone w cztery działka 30 mm MK 108 Rheinmetall-Borsig i niekierowane rakiety R4M, pędzące z prędkością 870 kilometrów na godzinę odrzutowe potwory siały śmierć i zniszczenie wśród wypraw bombowych na niemieckim niebie. ''Prędkość tych maszyn w walce z naszymi P-51 i P-47 zdumiewała nas'', powiedział jeden z pilotów 336. dywizjonu bombowego. Podaje się, że Jaskółki zestrzeliły od 700 do 900 alianckich samolotów przy stratach własnych wynoszących zaledwie 85 maszyn. W jednym ze starć sześć Me-262 zestrzeliło bez żadnych strat 14 bombowców. Por. Kurt Welter z 25 zestrzeleniami był i pozostaje po dziś dzień asem wszech czasów na odrzutowcach.

    ''Nasi strzelcy pokładowi byli ogłupiali prędkością tej maszyny, i mimo naszej miażdżącej siły ognia, nie zrobiliśmy jej żadnej krzywdy. Odrzutowiec przeleciał przez naszą już i tak ciasną formację tak blisko, że mogliśmy zobaczyć pilota, nity w poszyciu i ziejące ogniem działka. Skrzydło prowadzącego samolotu zostało odcięte od reszty, niczym jakąś niewidzialną piłą i samolot zwalił się ku ziemi'', wspominał por. Eugene T. Jensen z 349. dywizjonu bombowego.

    Planowano kolejne modyfikacje - m.in. zamontowanie kabiny ciśnieniowej, ale zabrakło już czasu. Powstała wersja bombowa A-2a z dwoma działkami 30 mm i zaczepami na dwie bomby 250 kg. Była i wersja rozpoznawcza A-4a z dwoma aparatami, była dwumiejscowa wersja nocna B-1a i uzbrojona w działko 50 mm wersja A-1a/U4. W styczniu 1945 r. do testów trafił Me-262C, zwany ''Heimatschützer'', wysokościowy potwór, osiągający pułap 12 km w zaledwie cztery minuty.

    Ale nawet rewolucyjna maszyna i najlepsze wysiłki doskonałych pilotów nie mogły pomóc przy przygniatającej przewadze liczebnej wroga. Niemcy walczyli dzielnie i ofiarnie, zestrzeliwali setki wrogów, zażarcie bronili nieba Rzeszy, ale nie mogli wygrać tej bitwy. 18 marca 1945 r. 37 Me-262 strąciło 25 bombowców za cenę dwóch własnych maszyn. Ale to było zaledwie 2 % liczącej 1200 samolotów wyprawy. Największa liczba Me-262 w powietrzu jednego dnia to 59 maszyn - 44 z III./JG 7 i 15 myśliwsko-bombowych z I./KG(J) 54 7 kwietnia 1945 r. Przeciw sobie miały 1200 bombowców i 800 myśliwców. Wiele brało udział w ostatnim boju - bitwie o Berlin, atakując sowieckie cele naziemne i samoloty. Ostatnie zestrzelenie w Europie przypadło również Me-262 - por. Fritz Stehle z 2./JG 7 zestrzelił 8 maja o 4 po południu sowiecką Airacobrę nad Erzgebirge.

    Samolot pojawił się zbyt późno i w zbyt małej liczbie, by móc zmienić losy wojny. Cudowna broń zawiodła, zaś czwórka odrzutowców dzielnie stawiających czoła tysiącom alianckich maszyn była codziennością w 1945 r., co przepięknie pokazano w ułamku sekundy w filmie ''Furia''. Symbolem tego był los majora Heinricha Ehrlera, asa z 208 zestrzeleniami. 4 kwietnia 1945 r., prowadząc cztery odrzutowce przeciwko 1200 alianckim bombowcom nad Stendal zestrzelił dwie Fortece. Kiedy zorientował się, że nie ma już amunicji, nadał swój ostatni komunikat do przyjaciela, wspomnianego Weißenbergera:

    - Theo, tutaj Heinrich. Właśnie zestrzeliłem dwa bombowce. Nie mam już amunicji. Zamierzam staranować trzeci. Trzymaj się! Do zobaczenia w Walhalli!

    Po czym skierował się na trzeci bombowiec i uderzył w niego. Oba samoloty spadły w płomieniach. W grudniu 2018 r. powiadomiono, że rozpoczęto poszukiwania ciała majora. Odnalezienia szczątków majora czeka jego brat, który chce go godnie pochować.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56795581_2443615575683212_5381935592047116288_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    79 lat i 1 dzień temu. (Post z wczoraj - Mleko)

    ''We are so outnumbered there's only one thing to do. We must attack.''

    Sir Andrew Cunningham, dowódca Royal Navy.

    Jakby ktoś nie wiedział - tak wygląda bohaterstwo w najczystszej postaci. Bohaterstwo słabego, maleńkiego Dawida w walce z wielkim i silnym Goliatem.

    8 kwietnia 1940 roku na Morzu Północnym wachtowy na brytyjskim niszczycielu HMS ''Glowworm'' dostrzegł sylwetkę niszczyciela, który zidentyfikował się jako okręt szwedzki. Jednak był to niemiecki niszczyciel Z11 ''Bernd von Arnim'', który szybko otworzył ogień. Jednak kmdr Gerard Roope, dowódca ''Glowworma'' był czujny i nie dał się zaskoczyć. Niemiecki niszczyciel poprosił o wsparcie i wkrótce przypłynął kolejny niszczyciel - Z5 ''Paul Jacobi''. Wskutek celnego ostrzału z brytyjskiego okrętu, oba niszczyciele niemieckie zrezygnowały ze starcia, chowając się we mgle i prosząc bazę w Kilonii o pomoc. ''Glowworm'' ścigał je jakiś czas, wierząc, że dotrze w ten sposób do głównych sił inwazyjnych na Norwegię i nada ich pozycję do dowództwa Royal Navy.

    Po wyjściu z mgły, ''Glowworm'' natknął się na główną flotę inwazyjną, której trzon stanowił krążownik ciężki ''Admiral Hipper'', zmierzającą ku Norwegii. Niemiecki kolos miał miażdżącą przewagę siły ognia. Mimo gigantycznej dysproporcji sił, kmdr Roope zdecydował się atakować, wypełniając tym samym odwiecznego ducha Royal Navy. Dzielny niszczyciel podjął nieudaną próbę ataku torpedowego, otrzymując kilka trafień na skutek huraganowego ognia ''Hippera''. Mimo to, poważnie uszkodzony ''Świetlik'' cały czas się ostrzeliwał. Jeden z pocisków ''Hippera'' przewrócił maszt ''Glowworma'', który spowodował zwarcie syreny okrętowej - jej dźwięk towarzyszył niszczycielowi do samego końca. Okryty kłębami dymu, płonący niszczyciel wykonał zwrot i ruszył pełną parą na krążownik, taranując go i poważnie uszkadzając - rozdarto 30 metrów pancerza, do kadłuba wlało się 500 ton wody. Chwilę później bohaterski, maleńki ''Świetlik'' zatonął wraz ze 111 członkami załogi.

    Dowódca krążownika, Kapitän zur See Hellmuth Heye natychmiast nakazał zatrzymać okręt i udzielić pomocy brytyjskim marynarzom. Wyłowiono ich 40. Komandor Roope był ostatni raz widziany, gdy kiwał ręką na pożegnanie swoim ludziom, po czym nakryła go fala i zniknął pod wodą. Walkę obserwował z pokładu krążownika m.in. znany już nam Ali Cremer, późniejszy dowódca U-333.

    Po powrocie do Kilonii, komandor Heye - za pośrednictwem kanałów dyplomatycznych - przekazał Brytyjczykom swój raport z walki z niszczycielem i zasugerował odznaczenie jego bohaterskiego dowódcy. Tak też się stało i kmdr por. Gerard Roope jako pierwszy podczas II WŚ otrzymał najwyższe brytyjskie odznaczenie za męstwo - Krzyż Wiktorii, przekazany jego żonie 10 lipca 1945 roku. Jest to jedyny przypadek odznaczenia brytyjskiego oficera na wniosek oficera Kriegsmarine.

    Zdjęcie NIE MA na celu propagowania ustrojów totalitarnych.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56582262_2442048689173234_9039388346702364672_n.png

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj miało być o czymś innym, ale w nawiązaniu do sytuacji spod UW i w chęci dokończenia wątku, wracamy do Hiszpanii. Republikańscy żołnierze przekraczają granicę z Francją, luty 1939 r.

    Upadek Katalonii był poważną oznaką rozpadu Republiki Hiszpanii. Rząd uciekł do przygranicznego Figueres, gdzie 1 lutego po raz ostatni zebrały się Kortezy, hiszpański parlament. Było zaledwie 62 deputowanych. Gwoździem programu było przemówienie premiera Republiki, Juana Negrina. Negrin, z zawodu lekarz, z ideologii komunista, wyglądał żałośnie: nieogolony, brudny, w pomiętej marynarce. Snuł rojenia o zakończeniu wojny i zakończeniu represji.

    Przygraniczne Figueres z 15 tys. napęczniało do 100 tys. ludzi. Nad miastem wyły silniki niemieckich i włoskich bombowców. Pełno było uciekinierów, dezerterów, polityków, zrezygnowanych cywilów. Armia narodowa ich nie ścigała, pozwalając im odejść. Franco pozbywał się w ten sposób problemu. 28 stycznia 1939 r. Francja otworzyła wreszcie granicę, długo wzbraniając się przed potokiem uciekinierów hiszpańskich.

    Uciekali też ostatni członkowie Brygad Międzynarodowych, nierzadko pijani w sztok i śpiewający na całe gardło. Po rowach walały się setki karabinów, hełmów i innego, niepotrzebnego już nikomu wyposażenia. Na początku lutego granicę przeszli też członkowie rządu.

    Dogasały ostatnie boje - 4 lutego zakończyła się ostatnia duża bitwa wojny domowej - bitwa pod Valsequillo w Andaluzji. Resztki armii republikańskiej - 90 tys. ludzi, wspartych przez 200 dział i 40 czołgów - próbowało ostatni raz uniknąć tego, co nieuniknione. Republikanom szło początkowo dobrze, wbili się na 8 km w głąb obrony nacjonalistów, ale zła pogoda i połączone ataki niemieckiego i włoskiego lotnictwa odrzuciły ich siły. Powstańcy wyprowadzili kontratak i odrzucili republikanów. Ci ostatni stracili 6 tys. ludzi na darmo.

    Gdzież była ta, która krzyczała z mównicy przez kilka ostatnich lat ''No pasaran'', na zmianę z ''Lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach''?... Dolores Ibarruri nie zamierzała pójść w ślady swoich haseł, którymi tak chętnie szermowała. Uciekła do Oranu w Algierii, a potem do ZSRR. Uciekł i prezydent Azana, i przewodniczący partii komunistycznej, Jose Diaz, i dowódcy armii, Enrique Lister i Juan Modesto. Nikt jakoś nie chciał ''umrzeć stojąc''...

    Armia czerwonych rozpadała się - w ciągu pięciu dni (5-10 lutego) powstańcy wzięli ponad 200 tysięcy jeńców. Resztki terytorium Republiki umierały - dosłownie. Tam, gdzie wchodziły oddziały narodowe, zastawały spaloną ziemię i schorowanych, głodnych ludzi. Do samej Barcelony armia narodowa wyłącznie w lutym musiała wysłać 72 tys. ton węgla i 35 tys. ton mąki. Na zrujnowanym zapleczu - w Katalonii, Andaluzji, Kastylii - odżywali dywersanci, którzy przetrwali długie lata. Podejrzewa się, że w czasie wojny ok. 50 % mieszkańców stolicy było cichymi zwolennikami Franco.

    Cel ostateczny - Madryt - leżał w zasięgu ręki i o tym - będzie w następnym, końcowym już wpisie.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56442975_2440495492661887_1485247231949799424_n.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemieccy spadochroniarze z 4. Dywizji w przerwie od walk pod Anzio, marzec 1944 r. To już końcówka, a dawno nie było.

    ''The crosses grow on Anzio,
    Where hell is six feet deep.''

    Po załamaniu się operacji ''Fischfang'' z połowy lutego, Niemcy podjęli jeszcze jedną próbę zmiażdżenia przyczółka. Nazwano ją ''Seitensprung''. Walki toczyły się zresztą bez wytchnienia - 24 lutego 508. batalion czołgów ciężkich, wyposażony w ''Tigery'' dosłownie rozniósł kompanię Shermanów. Zniszczono 17 wozów bez strat własnych. Brytyjczycy alarmowali, że mają tylko 30 % stanów, ale na szczęście dla nich Niemcy wycofali się, nie kontynuując natarcia, uznając, że nie przebiją obrony.

    W nowej operacji Niemcy przeznaczyli siły dywizji pancerno-spadochronowej HG, 26. DPanc. i 362. DP. Nowa operacja miała zacząć się 25 lutego, ale przesunięto ją z powodu złej pogody. 28 lutego przed pozycjami niemieckimi położono zasłonę dymną, co upewniło Amerykanów, że zbliża się atak.

    29 lutego nad ranem lał deszcz, przypominający oberwanie chmury, wszędzie było pełno błota. O 4:00 rozległ się huk dział - Niemcy zaczęli swój ostrzał, ale spotkało ich niemiłe zaskoczenie. Przygotowani do obrony Amerykanie ściągnęli na prawą flankę, za pozycje 3. DP dwa dywizjony haubic samobieżnych M7, które otworzyły ogień.

    Mimo to, atak niemiecki się rozpoczął... i praktycznie z miejsca się załamał. Niemieccy piechurzy zalegli pod silnym ogniem obrońców przyczółka. Jedynie 1028. pułk grenadierów pancernych zdołał przebić się przez obronę amerykańskich spadochroniarzy. Natarcie wyglądało jak z I WŚ: na czele szli saperzy z nożycami do cięcia drutu i ładunkami wydłużonymi, a za nimi podążali krzyczący i śpiewający piechurzy. Grenadierzy przełamali obronę Amerykanów i dotarli do stanowisk moździerzy, gdzie wywiązała się zażarta walka nawet na noże i kolby. Mimo, że Niemcy przebyli 800 metrów, ich atak i tu się załamał.

    Dalsze ataki wstrzymywała pogoda, po obu stronach. Niemieckie ciężkie niszczyciele Elefant grzęzły w błocie, podobnie jak Tigery. Amerykanie zaś nie mogli liczyć na wsparcie samolotów, bo uziemiła je deszczowa pogoda. Nawet nocą oświetlanie terenu było trudne - deszcz gasił flary.

    Następnego dnia przejaśniło się na tyle, że do akcji włączyło się lotnictwo Aliantów, wsparcia udzielała też artyleria okrętowa. Na pozycje niemieckie spadło łącznie 66 tys. pocisków! 1 marca nakazano wstrzymanie ataku - było już jasne, że przyczółek nie zostanie zlikwidowany. Niemcy stracili 1374 ludzi i 56 czołgów.

    Następnego dnia w akcji zasłużył się drobny chłopaczyna z Teksasu, którego wiersz jest na początku. Audie Murphy, bo tak się nazywał, ledwo 19-letni, napotkawszy uszkodzony niemiecki czołg, podczołgał się do niego, i używając granatów nasadkowych i koktajli Mołotowa, wysadził go. Otrzymał za to Brązową Gwiazdę - jedno z wielu odznaczeń, które zdobył, stając się najbardziej uhonorowanym żołnierzem USA.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56521002_2439232589454844_1227219336406499328_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemiecki motocyklista w otoczeniu bułgarskich dzieci, wiosna 1941 roku. Ponieważ prosiliście, to zaczynamy krótki cykl z Bałkanów '41 - część I.

    Najczęściej podawanym, i nieprawdziwym powodem, dla którego Niemcy rozpoczęli wojnę z Jugosławią było rzekome ''ratowanie'' Włochów w Grecji. Tymczasem prawda jest bardziej złożona.

    Przede wszystkim, trzeba pamiętać, że walki w Grecji niespecjalnie zajmowały Niemców. W grudniu 1940 r. niemieccy oficerowie wizytowali linię frontu w Epirze i ustalili z Włochami, że Wehrmacht nie będzie ingerować.

    Inwazja na Jugosławię była efektem kilku okoliczności. Początkowo, kraj ten przyłączył się do Państw Osi (podpisał m.in. Pakt Trzech w zamian za obietnicę otrzymania Salonik), ale z inspiracji (i kasy) Brytyjczyków doszło w Belgradzie do zamachu stanu w nocy z 26 na 27 marca 1941 r., w wyniku którego obalono księcia Pawła - regenta Jugosławii, a na jego miejscu osadzono młodego króla Piotra II Karadziordziewicia. Młody, bo zaledwie 17-letni król natychmiast zerwał pakt z Niemcami i zawarł pakt o przyjaźni z ZSRR.

    A taki obrót sytuacji już bardzo nie podobał się Niemcom - ponieważ sowiecko-jugosłowiański pakt zagrażał planowanej operacji ''Barbarossa''. I to był główny powód dla którego Niemcy najechali Jugosławię. Do planu ''Marita'' wyznaczono siły niemieckiej 2. Armii (gen. Maximilian von Weichs), elementy 12. Armii (gen. Wilhelm List) oraz 1. Grupę Pancerną (gen. Ewald von Kleist). Razem: 19 dywizji, w tym 5 pancernych i po dwie górskie i zmotoryzowane, wspartych przez 875 czołgów i 990 samolotów. Niemcy mieli atakować od Austrii, Bułgarii, Węgier i Rumunii - do tych krajów Niemcy przybywali po cywilnemu i w tajemnicy. Ponadto, poproszono o udział Węgrów. Premier tego kraju, Pal Teleki, dowiedziawszy się o wkroczeniu wojsk niemieckich 3 kwietnia, popełnił samobójstwo. Mimo to, Węgrzy zaproponowali wystawienie pięciu dywizji w trzech korpusach: I., V. i Szybkim, wszystko w ramach węgierskiej 3. Armii (gen. Elemér Gorondy-Novák). Oprócz tego, udział miały wziąć włoskie 9. (gen. Pirzio Biroli) i 2. Armie (gen. Vittorio Ambrosio), liczące razem 22 dywizje i 666 samolotów.

    Razem: 750 tys. ludzi.

    Plan był śmiały i oparty o ideę Blitzkriegu. Wojska 2. Armii, atakujące z Austrii i Węgier, miały opanować Słowenię i zdobyć Zagrzeb. Wojska 12. Armii i 1. GPanc. miały opanować Macedonię. Niemiecki XLVI. KPanc. miał ruszyć na Sarajewo i współdziałać z włoską 2. Armią, węgierska 3. Armia miała zająć Wojwodinę, a 9. Armia - Czarnogórę.

    Przeciw sobie koalicja miała Królewską Armię Jugosławii. Liczyła ona aż 850 tys. ludzi w 33 dywizjach, dysponowała 500 samolotami (w tym, co ciekawe, 73 Messerschmittami Bf-109), 200 czołgami i ponad 7 tysiącami dział. Uzbrojenie było głównie czeskiej i francuskiej proweniencji. Jugosłowianie spodziewali się ataku i gorączkowo rozbudowywali obronę.

    6 kwietnia 1941 r., dokładnie 78 lat temu, ryknęły setki silników nad jugosłowiańskim niebem.

    #unternehmenmarita #marita

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56513054_2437635579614545_8337972036387209216_o.jpg

    +: W.....0, Kwassokles +144 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Chyba jeden z najpiękniejszych, a zarazem najlepszych myśliwców II WŚ - Me-262, zwany ''Schwalbe'', w tle taka sama maszyna, obie z Kommando ''Nowotny''. Część I.

    Wbrew pozorom, Me-262 nie powstał pod koniec wojny. Projekt samolotu opracowała firma Messerschmitt A.G. już w 1939 roku, ale wówczas Ministerstwo Lotnictwa nie było zainteresowane innowacyjną i drogą maszyną. Polecono jednak zbudowanie trzech prototypów, co popchnęło program do przodu.

    Me-262 praktycznie od samego początku trapiły poważne problemy z silnikami, których nie udało się wyeliminować do samego końca. Pierwszy prototyp posiadał silnik tłokowy Junkers Jumo 210G oraz dwa silniki odrzutowe BMW 003. Pierwszy lot zakończył się porażką - oba silniki odrzutowe uległy awarii, a pilot zdołał wylądować za pomocą silnika tłokowego. Zmusiło to konstruktorów do zmiany silników - na ich miejsce wybrano silniki Junkers Jumo 004, które, choć cięższe, były dużo mniej awaryjne. Niemniej, i te silniki były problematyczne. Przy zbyt gwałtownych manewrach lub zmianie ciągu miały tendencję do zapalania się, lub gaśnięcia. Ponadto, łopatki turbiny szybko się kruszyły i łamały, niszcząc silniki. Problem rozwiązywały stopy rzadkich metali - wanadu, chromu i niklu, ale Niemcy mieli ich po prostu za mało w latach 1942-43. Niemieccy inżynierowie, mimo najlepszych wysiłków, badali po prostu nieznane, mając zbyt mało materiałów i niewielką, czysto teoretyczną wiedzę.

    Mimo to, udało im się w samolocie zastosować - czasem przypadkowo - wizjonerskie rozwiązania, jak skośne skrzydła. Ich zastosowanie było podyktowane koniecznością zniwelowania zmiany rozkładu mas, spowodowanej większymi rozmiarami silników. Konstruktorzy nieświadomie stworzyli korzystny układ pozwalający przezwyciężyć niekorzystny wpływ powstającej przy prędkościach poddźwiękowych fali uderzeniowej i przy okazji zwiększyć prędkość maksymalną.

    Podobnie było przy podwoziu - początkowo samolot miał tradycyjny układ z kółkiem ogonowym, jednak okazało się, że podczas start strumień wylotowy z silników niszczył nawierzchnię, a sam start był bardzo trudny. Problem rozwiązano, stosując trójpodporowe podwozie, które dodatkowo polepszyło widok z kabiny.

    Kokpit z kolei był bardzo pomysłowy. Tablica przyrządów, stery i fotel, osłonięty płytą pancerną, były częścią zintegrowanego segmentu, który montowano do kadłuba w końcowej fazie produkcji, co usprawniało cały system.

    Jednak do projektu wmieszał się Grőfaz, który zażądał, by samolot przystosowano do wersji bombowej. O ile przeprojektowanie zajęło tylko 3 tygodnie, o tyle należało opracować nowe programy szkolenia dla pilotów i wyposażenie maszyn. Decyzja ta była niezrozumiała, bo Luftwaffe dysponowała wówczas dużo lepszym bombowcem odrzutowym - Arado Ar-234. We wrześniu 1944 r. Grőfaz wyraził zgodę, by na 20 bombowych Me-262 budowano jeden egzemplarz myśliwca.

    CDN

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56551672_2436082709769832_7100185774762491904_n.jpg

    +: N...........................i, Yokaii +88 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Sztandar chwały. Jedno z najsłynniejszych zdjęć II wojny światowej. W nagrodę będzie dłużej. Ten wpis dedykuję temu komuś, z kim miałem pisać książkę o Iwo Jimie...

    Zażarte walki o Suribachi trwały dwa dni. Marines walczyli o każdy metr tuneli, aż udało im się dotrzeć do magazynów amunicyjnych. Wielu japońskich obrońców popełniło samobójstwo, lub zdołało się wycofać do północnej części wyspy, do kwatery głównej generała Kuribayashiego. Amerykanie podciągnęli wreszcie czołgi, te zaciekle ostrzeliwały wejścia do jaskiń, wspierając nacierających marines. Podczas jednego z ostrzałów od ognia czołgów zginął dowódca obrony Suribachi, płk Atsuchi. Amerykanie ostrzeliwali też pociskami z płynnym fosforem jaskinie. Płonący fosfor, którego nie dało się niczym ugasić, wciskał się w najdrobniejsze szczeliny i palił wszystko na popiół. Nie żałowały rakiet i bomb atakujące raz po raz Corsairy i Helldivery, szczodrze na japońskie pozycje spadały pociski artylerii okrętowej. Major Yonomata w ostatniej odezwie do swoich ludzi powiedział: ''Ci, którzy jeszcze pozostali, są w pełni świadomi, że nadzieje na odepchnięcie Amerykanów, czy powrót żywym do naszych domów, do naszych ukochanych, są wykluczone. Jesteśmy zgubieni. Ale będziemy walczyć do końca.''

    23 lutego 1945 roku nieco się wypogodziło. Następne wydarzenia najlepiej oddać świadkowi. Raymond Jacobs, łącznościowiec z 2. batalionu 28. pułku wspominał: ''To był piątkowy poranek. Patrol pod dowództwem sierżanta Watsona wrócił ze zwiadu. Zameldowali, że na samym szczycie i wewnątrz krateru nie ma już Japów. Kapitan zadzwonił do płk Johnsona, szefa 2. batalionu, a ten kazał zająć Suribachi. Wyznaczył do tego 40 ludzi i porucznika Schriera z kompanii F jako dowódcę. Wręczył mu amerykańską flagę, by ją zatknął na wierzchołku. Ja dostałem rozkaz, by iść z nimi i zapewnić łączność radiową.
    Szliśmy bardzo powoli, było stromo i ślisko. W niektórych miejscach musieliśmy się czołgać, pomagając sobie łokciami i kolanami. Porucznik Schrier rozstawiał czujki. Do krateru dotarliśmy już niewielką grupą. Wydawało się, że teren jest czysty. Ktoś znalazł rurę - na Iwo Jimie nie było o nie trudno - i przyczepił flagę. Ktoś nogą oczyścił dół, w którym umieściliśmy flagę. Chwilę później pasy i gwiazdy poszybowały w górę''.

    Ale to była pierwsza flaga. Zdjęcie z jej zatknięcia zrobił Lou Lowery z magazynu USMC, ''The Leatherneck''. Ułamek sekundy po zrobieniu zdjęcia z pobliskiej groty wypadło dwóch Japończyków - jeden rzucił się z mieczem, drugi rzucił granatem. Lowery uskoczył na dno krateru, a obaj Japończycy zginęli.

    Kiedy marines dostrzegli flagę, zaczęli wiwatować i cieszyć się. Płk Johnson uznał, że flaga jest zbyt cenna, ''bo jeszcze jakiś sukinsyn sobie ją weźmie'' i kazał zmienić ją na większą - banderę z okrętu USS LST-758. Sam pułkownik poległ 2 marca 1945 r., zabity przez ostrzał moździerzy.

    Kiedy pulchny 30-letni, mało znany reporter Joe Rosenthal z Associated Press dowiedział się, że marines idą zatknąć flagę, natychmiast tam popędził, przebierając krótkimi nogami. Spóźnił się, ale, jak sam później mówił, dopisało mu szczęście. Załapał się na moment zmiany flagi.

    i wtedy to, stojąc na chybotliwym stosie kamieni, nie używając wizjera, zrobił to Zdjęcie. Zdjęcie przez wielkie ''Z'', które dało mu nagrodę Pulitzera, zapewniło dożywotnią sławę i stało się sławne na całym świecie aż do dziś. Trafiało na pocztówki, plakaty, nawet pudełka zapałek. Uwieczniono ten moment na pomniku Korpusu Piechoty Morskiej na cmentarzu Arlington. Całe wydarzenie sfilmował sierż. Bill Genaust z Korpusu (poległ 4 marca w walce z czołgistami barona Nishi, gdy wszedł do jaskini oświetlając drogę swoją kamerą).

    Na zdjęciu jest sześciu żołnierzy. Od lewej: Ira Hayes, Harold Schultz, Michael Strank, Rene Gagnon, Franklin Sousley i Harlon Block.

    Zaledwie trzech z nich przeżyło bitwę. Michael Strank zginął 1 marca raniony odłamkiem pocisku, Harlon Block został zabity tego samego dnia kilka godzin później przez moździerz, a Franklin Sousley został zastrzelony przez snajpera 21 marca, na kilka dni przed zakończeniem walk.

    Pozostali przeżyli, stali się sławni, sprzedawali akcje, nawet wystąpili w filmie ''Piaski Iwo Jimy'' w 1948 r., gdzie grali samych siebie, ale...

    Do 1947 roku uważano, że pierwszym z prawej jest sierż. Hank Hansen, weteran spadochroniarzy, który poległ 1 marca. W rzeczywistości zatykał on pierwszą flagę. Dopiero Ira Hayes osobiście udał się do ojca Harlona Blocka i powiedział mu, że to jego syn jest na zdjęciu. Tak na marginesie, to małżeństwo Blocków rozpadło się po śmierci syna - matka Harlona nigdy nie wybaczyła mężowi, że wysłał go na wojnę. Rodzinie Hansena powiedziano przez telefon, że nastąpiła pomyłka.

    Do 2016 roku uważano, że na zdjęciu jest medyk John Bradley. Ten, lecząc się z ran (został ciężko ranny w nogi 13 marca) w istocie zatykał pierwszą flagę i nie chciał ujawniać, że ma coś z tym wspólnego. Rene Gagnon w raporcie w Waszyngtonie ujawnił, że Bradley też zatykał flagę. Bradley nie przyznał się, że to nie on jest na zdjęciu, gdyż myślał, że chodzi o sprawę pierwszego zdjęcia. Nie miał żadnych korzyści z tego tytułu, do końca życia odmawiał prasie wywiadów. Nawet swojej żonie powiedział tylko jeden, jedyny raz, że zatykał flagę na Iwo Jimie. Do końca życia dręczyły go koszmary z Iwo Jimy. Nawet podczas kręcenia filmu okłamał rodzinę, że jedzie ''w interesach''. Gdy dzwonili reporterzy i historycy, kazał dzieciom mówić, że jest w Kanadzie na rybach. Nie chciał mieć nic wspólnego z Iwo Jimą. Zmarł w 1994 r.

    Rene Gagnon jako jedyny z chęcią czerpał korzyści ze swojej sławy, ale trwały one krótko. Po wojnie chwytał się różnych zajęć. Nie wychodziły mu biznesy, ludzie, którzy obiecywali mu stanowiska podczas akcji sprzedawania obligacji, odwrócili się od niego. Pracował w fabryce i skończył jako woźny. Kiedy 20 lat po wojnie odwiedził Iwo Jimę, przeżył zawał. Zmarł w nędzy w 1979 r.

    Losy Iry Hayesa łamią serce i wyciskają łzy z oczu. I on nie chciał mieć nic wspólnego z tą sprawą, ale wydał go Gagnon. Hayes pochodził z biednej rodziny indiańskiej z plemienia Pima w Arizonie. Nie chciał żadnego zainteresowania wokół swojej osoby. Uważał, że mu się ono nie należy. Że prawdziwi bohaterowie polegli na Iwo Jimie. Próbował uciec od sławy i żyć normalnie. Nie pomagało mu to, że był Indianinem, wielokrotnie źle traktowanym przez białych. Popadł w alkoholizm. Nigdy się nie ożenił. Wielokrotnie trafiał do aresztu za pijaństwo i włóczęgostwo. W więzieniu pozwalano mu na opuszczanie flagi na dziedzińcu. W 1955 r. zmarł z powodu wychłodzenia organizmu i zatrucia alkoholem. Szeryf z Phoenix, który wielokrotnie go aresztował za pijaństwo, powiedział o nim: ''Był bohaterem dla wszystkich, lecz nie dla samego siebie''.

    Cała trójka spotkała się ostatni raz przy odsłonięciu pomnika na cmentarzu Arlington w 1954 r. Mimo, że Hank Hansen zatykał pierwszą flagę na Iwo Jimie, jego rodziców nawet nie zaproszono.

    Harold Schultz, ciężko ranny 13 marca 1945, zmarł w 1995 roku, jako ostatni z ludzi na zdjęciu. Pracował całe życie na poczcie, sortując przesyłki. Nigdy nie odniósł się publicznie do kwestii flagi. Jego córka, zapytana o to, jak odniósłby się do tej sprawy, powiedziała: ''Na pewno byłby zawstydzony. Nigdy nie szukał sławy''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56442060_2434455066599263_5595288406008528896_n.png

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dwóch marines oczyszcza umocnienia w pobliżu góry Suribachi, Iwo Jima, 21 lutego 1945 r.

    Na Iwo Jimie pogoda pogorszyła się już trzeciego dnia. Lał ulewny deszcz, było zimno i pochmurno. Przemarznięci marines nie spali. Szczękając zębami trzęśli się w swoich dołkach w nocy. Z zimna i strachu. Nadal brakowało amunicji, a przede wszystkim - czołgów, których nie można było przerzucić na plaże przez wzburzone morze.

    Mimo wyłamywania kolejnych pozycji umocnionych, dowodzący obroną góry Suribachi płk Kanehiko Atsuchi wciąż dysponował 900 żołnierzami. Jego zastępca, mjr Yonomata, patrząc przez lornetkę na zbocze góry rzucił zimno: ''Zaczynają się wspinać w stronę naszych linii. Niech poznają smak naszej stali i ołowiu!''.

    W istocie Amerykanie walczyli z Japończykami u podnóża góry przez cały dzień 22 lutego. Dopiero pod wieczór 3. batalionowi 28. pułku marines udało się okrążyć zbocze. Japończycy jednak nadal górowali na swoich pozycjach. Dopiero zmasowany ostrzał artylerii okrętowej, ściągnięcie ciężarówek Dodge z wyrzutniami rakiet i użycie bazook pozwoliło na przytłumienie zażartego ognia obrońców. Wtedy to marines wdarli się do jaskiń. Tutaj jednak nie mogła im pomóc posiadana przewaga techniczna. Znowu pierwsze skrzypce odgrywały miotacze ognia, granaty z termitem, ładunki wybuchowe. Góra wewnątrz przypominała ciemny, koszmarny labirynt, w którym z każdej strony mogły paść strzały, lub pojawić się znikąd japoński żołnierz z nożem w dłoni. Ciemności rozświetlały tylko eksplozje, błyski wystrzałów i długie języki płomieni z miotaczy ognia. Zdarzały się przypadki wpadnięcia na siebie amerykańskich oddziałów i dopiero siarczyste przekleństwa po angielsku uświadamiały obu stronom pomyłkę. Skały tłumiły łączność, więc Amerykanie musieli sięgnąć do telefonów polowych i gońców.

    Zażarte walki trwały także na innych odcinkach. 25. pułk walczył o kamieniołom. Tam też został ciężko ranny ppłk Justice Chambers, dowódca 3. batalionu. Za swoją odważną postawę, gdy dowodził nieprzerwanie z pierwszej linii przez trzy dni, został odznaczony Medalem Honoru. Poważne straty i przemęczenie wojsk zmusiły gen. Smitha do wprowadzenia odwodu - 21. pułku z 3. Dywizji. Ci wkroczyli do walki w okolicach lotniska nr 2, mniej-więcej w centrum wyspy. Na swoje nieszczęście, trafili na doskonale przygotowane pozycje japońskiego 145. pułku płk. Masuo Ikedy. W ciągu dnia kompania F 2. batalionu 21. pułku została całkowicie rozniesiona. Ale i marines się odgryzali. W walkach szczególnie wsławił się zaledwie 22-letni operator miotacza ognia, kpr. Hershel Williams, który palił bunkier za bunkrem (w jednym wypadku wsadził dyszę miotacza w otwór wentylacyjny i dosłownie usmażył obrońców bunkra). Kiedy grupa Japończyków próbowała go zaatakować bagnetami, odparł atak jednym strzałem miotacza. Odznaczono go Medalem Honoru. Pan Williams żyje do dziś. Mam z nim nawet kontakt.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56520061_2432805326764237_1976932068633870336_o.jpg

    •  

      @Xardin:

      potem płacz bo amerykanie przywieźli miotacze ognia i bomby atomowe...

      Fajnie, że dokonywanie zbrodni przez państwo X usprawiedliwia zbrodnie państwa Y. To co, Polacy mieliby prawo zamknąć Niemców w obozach i zrobić im Holocaust, bo Niemcy przecież Polaków w Auschwitz gazowali? Myślałem, że ludzkość wyrosła już z poziomu ''oko za oko''.

      Raz że kłamiesz

      Mocne słowa, aż się spociłem. ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

      bo np latające tygrysy pojawiły się jeszcze przed dołączeniem USA do wojny

      Tzw. ''Latające Tygrysy'' w walce wzięły udział pierwszy raz 20 grudnia 1941 r. - blisko dwa tygodnie po dołączeniu USA do wojny. Co więcej, nie dość, że piloci latali na starych samolotach i mieli ich ograniczoną liczbę, to Waszyngton wywierał naciski i groził członkom AVG za służenie w Chinach, co zaowocowało rozwiązaniem jednostki latem 1942 r.
      Przykro mi, ale ~60 samolotów to nie jest jakieś porażające wsparcie. Nowoczesne samoloty przybyły dopiero w październiku 1944 roku.

      Opisywałem to już i niepodważalnym faktem jest, że USA miały Chiny głęboko i szeroko, a wsparcie dla Chin było żałosne.

      raczej to ty im plujesz broniąc ewidentnego agresora.

      W odróżnieniu od ciebie, mam wymierną wiedzę na temat konfliktu w Chinach i nie staram się wmawiać innym, że USA do wojny dołączyło z powodu Chińczyków, czy japońskich zbrodni w Chinach. Gdzie Amerykanie mieli te zbrodnie, to można sprawdzić, gdzie i kiedy zmarł doktor Shiro Ishii, dowódca jednostki 731, która dokonywała okrutnych eksperymentów medycznych w Mandżurii. Podpowiedź: bynajmniej nie zawisł na szubienicy.

      > Ultimatum hulla nie było wypowiedzeniem wojny, było sposobem jakim należy rozmawiać z podobnymi państwami.

      Ultimatum Hulla nie miało nic wspólnego ze zbrodniami wojennymi w Chinach (które, jak napisałem wyżej, Amerykanie mieli w dupie), a jego powodem było wkroczenie Japończyków do Indochin (za zgodą zarządzających nimi Francuzów zresztą). Warunki tego aktu były dla Japonii nie do przyjęcia i w dodatku łamały prawo międzynarodowe (np. unieważniając inne umowy Japonii z państwami trzecimi). Poza tym, Japonia uderzyła na Holenderskie Indie Wschodnie w grudniu 1941 roku - PO ataku na Pearl Harbor.

      Kocham takich typów, co guzik wiedzą na temat, a zabierają głos. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      bardzo dobry wywód, widzę, że nie tylko ja jestem fanatykiem miotaczy ognia.

      @IIWSwKolorze1939-45: Nie ma co ukrywać, to niesłychanie fascynująca broń. Różne rodzaje czegoś co dzisiaj nazywamy "miotaczem ognia" pojawiały się w naszej historii dość często (choćby słynny grecki/bizantyjski ogień) i nie ma się w sumie co dziwić - to jedna z najbardziej niszczycielskich i przerażających broni jaką można na polu bitwy spotkać.

      Świetnie można to wyczuć po lekturze pamiętników i wspomnień z pierwszej wojny, gdzie ta broń po raz pierwszy została użyta na naprawdę masową skalę - ja tam specjalnie nie ukrywam że najpewniej to bym się posrał w gacie z przerażenia, widząc "rzygi" ognia kierowane w stronę mojego okopu ;p
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (27)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Generał dywizji Marian Spychalski promuje podchorążych centralnej szkoły oficerów polityczno-wychowawczych, październik 1945 r. Oficerowie pol.-wych. byli, jak to sami określali, kuźnią ideologiczną ludowego Wojska Polskiego. Zdjęcie z gazety ''Żołnierz Polski''.

    Planowałem ten post już dawno, więc będzie długo - chyba przekuję to w jakiś artykuł.

    Kiedy w maju 1945 roku skończyła się II wojna światowa, bynajmniej nie oznaczało to ustania działań wojennych. W Polsce w wielu miejscowościach władza PPR i Sowietów była czysto iluzoryczna. Faktycznie w wielu gminach i powiatach władzę sprawowali partyzanci z podziemia niepodległościowego. Przykładowo, w gimnazjum w Kolnie politruk zapytał młodzież, jakich zna przedstawicieli władzy, to większość wymieniła nazwisko dowódcy lokalnego oddziału partyzanckiego. Płk Janusz Neugebauer pisał o województwie białostockim w 1946 r.: ''W niektórych gminach władza była budowana czterokrotnie. Przychodziło wojsko, wybierano władze gminne, które zaczynały pracę. Natychmiast (częstokroć tego samego dnia) po wyjściu wojska przychodziła banda i władze likwidowała.''

    Do walk skierowano nowo sformowany Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (utworzony pod koniec marca 1945 r.), do którego - złożonego początkowo z 1. Brygady Wojsk Wewnętrznych (utworzonej na bazie 1. samodzielnego batalionu specjalnego i 1. batalionu ochrony jeńców wojennych) wcielono w maju przymusowo całą 4. Dywizję Piechoty i zasilono dwiema brygadami zaporowymi (1. i 2.). W dużym uproszczeniu KBW miał pełnić rolę podobną, co NKWD, czyli zabezpieczać tyły i prowadzić akcje przeciwpartyzanckie. Kadrę KBW stanowili głównie fanatyczni komuniści, wywodzący się z m.in. brygad międzynarodowych, Armii Ludowej i jednostek sowieckich.

    W praktyce okazało się, że to nie działa - KBW był po prostu za słaby liczebnie (w maju 1945 r. liczył 8500 uzbrojonych ludzi), co gorsza, trapiły go ustawiczne dezercje - w samym okresie kwiecień-maj 1945 r. zdezerterowało ponad 800 żołnierzy. Co gorsza dla komunistów, w walce KBW ponosił klęskę za klęską - partyzanci nie tylko robili zasadzki i unikali ścigających ich kabewiaków, ale i rozbijali obozy podległe NKWD i KBW, jak w Błudku i Rembertowie. Oczywistym było, że - mimo wsparcia aż 15 pułków NKWD - rolę zwalczania ''reakcyjnych bandytów'' musiało przejąć na siebie tzw. ludowe Wojsko Polskie. Nie bez przyczyny było też to, że armia miała w społeczeństwie znacznie większy autorytet, niż organy bezpieki. Zwolniono z demobilizacją, wstrzymano urlopy wypoczynkowe - i rzucono Polaków do walk przeciw Polakom. Ogółem użyto sił siedmiu dywizji piechoty - 1., 2., 3., 4. (w składzie KBW), 8., 9. i 18. DP, 23 pułków artylerii, trzech pułków kawalerii, pięciu pułków czołgów, dwóch brygad haubic i pułku saperów.

    Jednak i tutaj dezercje były codziennością. Swego czasu przeżyłem szok, że od służby w WP w samym 1944 roku uchylało się więcej żołnierzy, niż zginęło w ogóle w szeregach tej formacji (w akcji ze stycznia 1945 r. przymusowo wcielono 27,5 tys. uchylających się, dla porównania - w szeregach WP zginęło 17 500 ludzi + 10 tys. zaginionych). Dezercje były prawdziwą zmorą - największa dezercja z 31. pułku piechoty w październiku 1944 r. liczyła 636 ludzi! W marcu 1945 r. z 28. pułku uciekło 380 żołnierzy, a z Biłgoraja - 500. Ogółem w samych latach 1944-45 zdezerterowało 19 tys. żołnierzy, a wielu dołączało do oddziałów partyzanckich. Żołnierze po prostu nie chcieli walczyć z rodakami. Co ważne, także i partyzanci unikali walki z armią, puszczając ich wolno, nawet z bronią.

    Warto tu wspomnieć o udziale 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte płk Malutina (pozdrawiam fanów ''Czterech pancernych''), która już latem 1945 r. brała udział w akcjach pacyfikacyjnych przeciwko oddziałom Zygmunta Kamińskiego ''Tura'' i kpt. Władysława Łukasiuka ''Młota'', która schwytała 68 partyzantów. Niedługo później, w sierpniu 1945 r., 5. Brygada Wileńska mjr. Szendzielarza ''Łupaszki'' rozbiła grupę operacyjną z 2. pułku 1. Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki (''kościuszkowców'') i kompanię zmotoryzowaną z 1. BPanc., biorąc m.in. 72 jeńców.

    W pierwszych powojennych miesiącach do walk kierowano całe dywizje, wsparte czołgami i nawałami artyleryjskimi, co nie zdawało egzaminu, chociaż do końca roku ujęto lub zabito 3300 partyzantów. Problem był coraz bardziej palący, więc w grudniu 1945 roku rozpoczęto bardziej przemyślane działania.

    Minister obrony narodowej, Michał Rola-Żymierski (warto dodać - zdegradowany przedwojennym wyrokiem za korupcję do stopnia szeregowca) polecił współdziałać wojsku z organami UB, KBW i MO, organizować wspólne imprezy, koncerty, festyny, celem nawiązania bliskiej współpracy i usuwania wszelkich animozji.

    Wspomniany Neugebauer postulował: ''Złamać bezkarność chłopstwa ukrywającego bandytów. Na bandycki terror reakcji odpowiedzieć naszym terrorem. (…) Postawić zasadę odpowiedzialności zbiorowej wsi za zbrodnie dokonane na jej terenie. Na akty zbrodnicze reagować natychmiast: nakładaniem kar materialnych, konfiskatą dobytku, masowymi aresztowaniami, przesiedleniem mieszkańców wsi na tereny zachodnie (nie całością wsi, ale w rozproszkowaniu), natychmiastowym na miejscu rozstrzeliwaniem schwytanych z bronią w ręku i właścicieli domów, w których broń została znaleziona, w skrajnych wypadkach, przy napotkaniu na zbrojny opór wsi, spaleniem wsi''.

    Jednym z najmroczniejszych przejawów ww postępowania był udział żołnierzy 1. pułku piechoty z 1. DP w obławie augustowskiej w lipcu 1945 r., podczas której UB, NKWD, MO, czerwonoarmiści i żołnierze WP aresztowali 7 tys. ludzi, z których 600 zamordowano.

    Podstawą miała być powołana Państwowa Komisja Bezpieczeństwa - tajny organ, stworzony przez komunistów w celu koordynowania walki o władzę, nie tylko zbrojnej, ale też politycznej (zwalczanie PSL, ochrona referendum 1946, ochrona wyborów 1947, akcje propagandowe). Zasiadali w niej generałowie WP: Karol Świerczewski, Władysław Korczyc i Marian Spychalski, komendant MO, Franciszek Jóźwiak oraz dowódca KBW, gen. Bolesław Kieniewicz. Przewodniczącym był Rola-Żymierski, a jego zastępcą - minister spraw wewnętrznych, Stanisław Radkiewicz. Co ciekawe (a raczej haniebne dla niżej wymienionych), do PKB przyjęto także przedwojennych generałów, a więc Stefana Mossora (jako nadzorujący oddział III Sztabu Generalnego), Mikołaja Prus-Więckowskiego (dowódca Krakowskiego OW) i Gustawa Paszkiewicza (dowódca Białostockiego OW, co ciekawe, był generałem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie), którzy mieli koordynować walkę z ''bandami''. Poszczególne dywizje rozdzielono po jednej na województwo w ramach 14 stref bezpieczeństwa (w ramach wojewódzkich komitetów bezpieczeństwa), zaś każdy pułk otrzymywał ''swoje'' powiaty. Utworzono sztaby powiatowe, złożone z sił wojska, UB i KBW. Zmniejszono liczbę wojsk (operowano głównie zmotoryzowanymi odpowiednikami batalionów) i wycofano ciężkie pojazdy pancerne, jako bezużyteczne w walce z partyzantami. Wydawano specjalne broszury, określające, jak należy tropić ''bandy'' m.in. w warunkach zimowych PKB do kolejnych akcji dysponowała siłami liczącymi ok. 180 tys. ludzi.

    Jak żołnierze do tego podchodzili? Niech świadczy o tym notatka z PUBP w Olsztynie, gdzie oficer wojska odmawiał uczestnictwa w obradach i szefowi sztabu powiatowego oświadczył: ''Waszego urzędu strzegł nie będę, i tych, co ciążą im krzywdy na sumieniach i zemsty ludzi się boją''. W jednostkach 4. i 47. pułku z okresu walk z oddziałami mjr. Mariana Bernaciaka ''Orlika'' w maju 1946 r. w raportach pisano wprost, że ''żołnierze zupełnie jawnie objawiali swe reakcyjne zapatrywania i niechęć do przeprowadzanych operacji''. W kwietniu 1946 r. oddziały KBW i wojska wdały się w potyczkę pod Radomskiem z oddziałem kpt. Stanisława Sojczyńskiego ''Warszyca''. W pewnym momencie z pozycji partyzantów dobiegło wołanie: ''Bracia Polacy, nie strzelajcie, przejdźcie do nas, będzie wam lepiej!''. W odpowiedzi na to żołnierze KBW zaczęli biec do partyzantów, rzucając broń. Rozwścieczeni oficerowie polityczni kazali strzelać do swoich, ale pozostali żołnierze odmówili. Po śmierci dowódcy pododdziału z 6. pułku żołnierze WP i KBW poddali się partyzantom, a potem zostali puszczeni wolno.

    Żeby zachęcić żołnierzy do walk, zdecydowano się na różne premie. I tak, za każdą rzecz zdobytą na ''bandytach'' wypłacano nagrody. Za karabin - 100 zł, za pistolet - 200 zł, za erkaem - 300 zł, za radiostację - 1000 zł. Później sumy podwojono. Ponadto, wyznaczono 500 comiesięcznych premii po 100 zł i postanowiono rozdzielać je wśród żołnierzy najbardziej ''zasłużonych''. Żołnierze również zostali zapewnieni, że otrzymają co najmniej 10 hektarów i mają pierwszeństwo w wyborze gospodarstw na Ziemiach Odzyskanych. Nadawano sporo odznaczeń, także tych najwyższych, hojnie też przyznawano awanse i urlopy. Znam przypadek sierżanta, który za dowodzenie przy rozbiciu oddziału NZW otrzymał awans o dwa stopnie, 20 tys. złotych nagrody, 30 dni urlopu, Krzyż Walecznych, przeniesienie na lepsze stanowisko...

    Efekty przyszły z czasem. W czerwcu 1946 r. batalion saperski 1. Dywizji Piechoty okrążył i zniszczył oddział wspomnianego ''Orlika'' (on sam popełnił samobójstwo). Żołnierzy zaangażowanych w tę akcję hojnie obdarowano odznaczeniami: 5 otrzymało Virtuti Militari, 6 Krzyż Grunwaldu, 7 Krzyż Walecznych. Każdy otrzymał też Odznakę Grunwaldzką.

    Duże znaczenie miała obecność sowieckich oficerów z NKWD jako doradców od zwalczania partyzantki, oraz indoktrynacja polityczna i - chociaż podziemie niepodległościowe starało się unikać walki z wojskiem - to z czasem WP nie miało skrupułów, by walczyć z partyzantami. Wpływ na to miały też straty ponoszone w walce.

    Niemałą rolę odegrał także terror w wojsku - za porzucenie broni, albo niezbyt zdecydowaną postawę karano rozstrzelaniem. Stosowano sądy pokazowe, z bardzo surowymi wyrokami, zgodnie z zaleceniami Mossora. Sztab Generalny WP naciskał, by przypadki dezercji, poddania się, czy bratania z ''bandytami'' jawnie potępiać jako ''niegodne żołnierza''.

    Wszczęto szeroko zakrojoną akcję propagandową w gazetach dla żołnierzy, rozpoczęto intensywne ''pogadanki'' (a raczej pranie mózgu) prowadzone przez oficerów pol.-wych. W prasie ustawicznie pisano o ''bandach eneszetowskich'', ''andersowskich dywersantach'', ''reakcji spod znaku PSL'', ''londyńskiej klice''. Pisano o ''zamachach na demokratów'', zohydzano i przedstawiano jako ''faszystów'' działaczy rządu emigracyjnego. Wojsko brało udział w zabezpieczaniu referendum i wyborów, udawało się w rajdy po kraju, prowadząc działania agitacyjne. Jednocześnie wygłaszano pogadanki w szkołach i urzędach gminnych, by zniechęcić ludność do partyzantów, zwłaszcza do młodych apelowano, wskazując na ''bezsens tej walki''. Wojsko zaś otrzymało odgórny rozkaz, by do ludności cywilnej odnosić się serdecznie, pomagać, nie być uciążliwym i nigdy nie karać jej za pomoc ''bandom''. Zwrócono na to uwagę, gdyż dotychczasowe stosowanie represji i pacyfikowanie wsi przynosiło skutek odwrotny do zamierzonego.

    Jednostki były w stanie podwyższonego pogotowia, stale gotowe, by ruszyć w pościg, a następnie rozdzielić się i okrążyć oddziały ''bandytów''. Taktyka ta zaczęła przynosić pewne efekty, jak podczas działań 2. DP w operacji pod Iłżą.

    Po 1947 r. działania bezpieczeństwa przekazano KBW i UB, a armia zaczęła przechodzić na stopę pokojową, czasem biorąc jeszcze udział w obławach na ''reakcyjnych bandytów'' (jeszcze w IV kwartale 1948 r. przeprowadzono 7700 akcji zbrojnych, zabito 74 partyzantów, 4902 aresztowano). W wyniku działań PKB tylko w okresie od stycznia 1946 do lutego 1947 r. zginęło i zostało rannych 3800 partyzantów, a aresztowano ponad 22 tysiące. Liczby te były na pewno większe. Ogółem w walce zginęło ok. 7 tys. partyzantów i 12 tys. członków sił bezpieczeństwa - w tym 2756 żołnierzy WP.

    Należy pamiętać i nie wolno zapomnieć o tej ciemnej, być może najciemniejszej karcie żołnierzy ''zapomnianych''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56608911_2431044676940302_4699034546442600448_o.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    ''Hasło czerwonych było takie: nie przejdą. A my przeszliśmy i mówię wam... i mówię wam, że przejdziemy!''

    Takie słowa wypowiedział Mussolini z balkonu na Palazzo Venezia na wieść o zdobyciu Barcelony. Na zdjęciu: mieszkanki tego miasta świętują zwycięstwo armii narodowej z marokańskimi regulares, 27 stycznia 1939 r. Dzisiaj powinien być wpis o zakończeniu wojny (bo dziś mamy 80. rocznicę), ale postanowiłem podzielić go na dwie części, bo mocno zaniedbałem wojnę domową. Będzie nieco dłużej

    Po katastrofie nad Ebro armia republikańskiej Hiszpanii była w rozsypce. A już nawet nie armia, tylko cała Republika. Jasnym było, że batalia nad Ebro była ostatnim nabojem rządu Juana Negrina i postawieniem wszystkiego na jedną kartę. Terytorium umierającej Republiki stopniało do 1/3 powierzchni kontynentalnej Hiszpanii.

    Armia rozpadała się w oczach. Zdemoralizowani żołnierze republikańscy bez żadnej krępacji spotykali się z żołnierzami armii narodowej i wymieniali się zaopatrzeniem: tytoń za bibułki, żyletki za mydło, skarpetki za jedzenie itd. Armia generała Franco była dużo lepiej wyposażona i zaopatrzona, a Republika po prostu przymierała głodem - dobowy posiłek jednej osoby to 2 uncje grochu. Para używanych butów kosztowała 1600 peset - półroczną pensję! Pieniądze straciły wartość - płacono papierosami, jedzeniem, odzieżą. W grudniu 1938 r. doszło do masowych strajków wygłodzonej ludności w Barcelonie i Madrycie. Rząd republikański udawał, że nie widzi problemu, a nawet dopuszczał się dalszych defraudacji rezerw złota (dochodziło do tego, że wysłannicy rządu kradli pieniądze i wyjeżdżali do państw neutralnych). Komisarze w jednostkach donosili: ''w brygadzie 98. jeden z żołnierzy podszedł do stanowisk faszystowskich, a faszysta poczęstował go papierosem. (...) żołnierze ze 150. brygady wielokrotnie spotykali się z faszystami, aby wspólnie śpiewać flamenco i dowcipkować.'' Przerażeni widmem klęski rojos przeprosili się nawet z Kościołem - w listopadzie 1938 r. w Barcelonie pozwolono odprawić mszę w intencji poległych żołnierzy komunisty... republikańskich - w mieście, gdzie zniszczono wszystkie kościoły i gromko krzyczano: ''śmierć księżom''.

    Jednostki topniały w oczach, żołnierze dezerterowali, albo przyłączali się do ''faszystów''. Mimo, że armia czerwonych liczyła w teorii jeszcze 300 tys. ludzi, to nie była w stanie powstrzymać armii narodowej. W szeregach brakowało już tzw. brygad międzynarodowych - komunistycznych jednostek, tworzonych pod okiem Kominternu. Wycofano ich jeszcze w trakcie bitwy nad Ebro, chociaż w miażdżącej większości składały się one z rodowitych Hiszpanów. Nieliczni pozostali cudzoziemcy, oszalali ze strachu dezerterowali, nie bacząc na tropiącą ich bezpiekę SIM, i błagali w placówkach dyplomatycznych swoich państw o ratunek.

    23 grudnia 1938 r. armia narodowa przeszła do ofensywy. Na niebie dominowały włoskie i niemieckie samoloty - powstańcy mieli dziesięć razy więcej samolotów. Republikanie bronili się tydzień, a potem ich armia rozpadła się jak domek z kart. Trzy linie obronne nacjonaliści zdmuchnęli niemal z marszu. 15 stycznia powstańcy zajęli Tarragonę. Do Barcelony było już blisko. Samo miasto było przemarznięte i głodne, mieszkańcy palili książki i meble, by się ogrzać. Śmierdziało zgniłymi rybami i zjełczałą oliwą z oliwek. Ranni milicjanci i żołnierze na piechtę próbowali uciekać, bojąc się zemsty nadchodzących falangistów i karlistów. Umierali z zimna i ran, brocząc krwią. Dokonywano napadów i rabunków, nocami słychać było strzały i krzyki ludzi wyszarpujących sobie jedzenie. Niektórzy popełniali samobójstwa. W takim chaosie z miasta uciekł rząd Negrina 25 stycznia.

    Następnego dnia do Barcelony wkroczyły oddziały nawarskie, witane owacyjnie przez ukrywających się dotąd katolików. Na ulicach wyprawiono wielki, czterodniowy festyn z okazji uczczenia zwycięstwa, a do Franco telegram z gratulacjami wysłał m.in. były król, Alfons XIII.

    Ale cios ostateczny jeszcze nie nadszedł...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56418253_2429602593751177_465926229887811584_n.jpg

    +: c.......5, Yokaii +139 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Fiński żołnierz u brzegów Kemijärvi, luty 1940 r. Zdjęcie dla mnie kolorował Colour by Eneko. Musimy się sprężyć, bo z Finlandii zostało nam jeszcze co najmniej 5-6 postów, a inne cykle już wbijają mi bagnety w plecy, ponaglając mnie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Także na północy nie było inaczej. Sowieci planowali przecięcie Finlandii na pół w okolicach domu świętego Mikołaja - pod Rovaniemi. Informacje zbierano już od 1938 r. dzięki komunistycznym zdrajcom z Finlandii i opracowano na tej podstawie raport przewidywanych pasów natarcia latem 1939 r.

    Teren pod natarcie był solidnie przygotowany - jeszcze w 1938 r. Sowieci rękami 100 tysięcy niewolników rozbudowali drogi i tory kolejowe przez Kandałakszę z Murmańska do Moskwy, co pozwalało na szybki przerzut wojsk (notabene, pisałem o tej linii kolejowej w kontekście Barbarossy). Udało się zgromadzić zaopatrzenia i środków transportu dla 40 tys. żołnierzy.

    Całość fińskich sił w tym rejonie stanowił jeden batalion Er.P 17 i jedna kompania - Er.K Kojonen. Razem 1200 ludzi. Istniały one w ramach tzw. Grupy Lapońskiej gen. Kurta Walleniusa, mającej bronić Laponii, złożonej z jednego pułku piechoty, dwóch batalionów, ośrodka zapasowego i baterii artylerii. Siły były osłabione, bo większość jednostek odesłano do Karelii, brakowało też umocnień. Finowie nie wierzyli, by Sowieci uderzyli na dalekiej północy. Wywiad ustalił, że Sowieci w rejonie mieli jedną dywizję. W rzeczywistości były to cztery.

    Do ataku Sowieci przeznaczyli jednostki 9. Armii Wasilija Czujkowa, a konkretniej 122. DS i później 88. DS.

    Finowie szybko wycofali się z tego regionu. Początkowy atak sowiecki się powiódł, jednak Finowie zmontowali na szybko brygadę piechoty i odbili do 8 grudnia część utraconego terenu. Jednak klin sowieckiej armii nadał istniał.

    Do czasu.

    W połowie grudnia sformowana Grupa Lapońska uderzyła na Pelkosenniemi, flankując z północy sowieckie pozycje. Czujkow, przerażony powtórką spod Suomussalmi, zareagował natychmiast i rzucił do boju szybkie oddziały narciarskie. Dwóm fińskim kompaniom udało się przeniknąć sowieckie pozycje, a następnie, nieco przypadkowo, odkryć sowiecki skład zaopatrzeniowy. Oczywiście zniszczono go, co Sowietów wprawiło w panikę. Zaczęli bezładnie uciekać na wschód, a rozproszone sowieckie oddziały były bez trudu okrążane i rozbijane przez Finów.

    W końcu, 13 stycznia Sowieci wycofali się na wschód. Finowie dotarli do Märkäjärvi i tam pozostali do końca wojny. W końcu lutego zastępują ich Szwedzi z Korpusu Ochotniczego, którzy w marcu opierają się ostatniej sowieckiej ofensywie. 13 marca, ostatniego dnia wojny, Sowieci wznawiają atak, licząc na przełamanie frontu. Gigantyczne nagromadzenie artylerii i samolotów na niewiele się zdało - Szwedzi utrzymali swoje pozycje.

    Bitwa pod Salla trwała trzy miesiące, od pierwszego do ostatniego dnia wojny. Fińskie straty wyniosły 1100 ludzi, w tym 213 Szwedów. Sowieckie straty wyniosły 4000 ludzi.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    źródło: 56140468_2424970757547694_7030608459913494528_n.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów