Kliknij jeżeli szukasz --> Źródła wpisów

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Żołnierze dywizji spadochronowo-pancernej ''Hermann Gőring'' mijają unieruchomiony niszczyciel czołgów ''Elefant'' z 1. kompanii 653. batalionu ciężkich niszczycieli, 17 lutego 1944 r. Dzisiaj będzie dłużej.

    Niemcy ruszyli do przodu, wściekle ostrzeliwując Amerykanów. Raz po raz do ataku ruszała Luftwaffe, ostrzeliwując okopy i bombardując pozycje wroga.
    Na próżno. Obawiając się utraty cennych Panther i Elefantów, te trzymały się na dystans, poza zasięgiem alianckich dział. Ciężkie nosiciele min Borgward, w teorii zdalnie sterowane, zapadały się w błocie i całkowicie zawiodły. Niemiecka artyleria, mimo iż dobrze wstrzelana, szybko umilkła z braku pocisków. Dobrze walczył 508. batalion czołgów ciężkich, eliminując sporo Shermanów i dział, ale wsparcie ograniczała błotnista ziemia, utrudniająca poruszanie się 56-tonowym kolosom.

    Amerykanie zaś błyskawicznie ściągnęli w zagrożony rejon Shermany ze 191. batalionu pancernego i M10 z 645. batalionu niszczycieli czołgów, oraz baterii plot. kal. 90 mm. Broniący się w centrum amerykanki 179. pułk miał wsparci 144 dział!

    Szkolny pułk z Berlina, przysłany specjalnym rozkazem Hitlera, zawiódł już pierwszego dnia, kiedy wytracił większość oficerów. Jego żołnierze bezładnie cofali się w panice ku swoim liniom. Równie ciężkie straty poniósł 3. batalion 12 pułku szturmowego i szkolny pułk spadochronowy z 4. Dywizji - ten ostatni stracił całe dwie kompanie w ogniu artylerii. Niemcy wdarli się początkowo w brytyjskie linie, ale zostali zmiażdżeni kontratakiem Shermanów z 46. pułku pancernego. Weterani z 3. DGPanc. wspominali, że ostrzał artyleryjski był najsilniejszy, jaki napotkali w ciągu tej wojny. Pierwszego dnia Niemcy stracili 1677 żołnierzy. Były to najwyższe niemieckie straty dzienne podczas całej bitwy pod Anzio. Zdobyto zaledwie 2 kilometry terenu.

    Ale i alianci tracili ludzi - bataliony 45. Dywizji liczyły po 250-300 ludzi z wyjściowych 850. W nocy 17 lutego Kampfgruppe ''Gräser'' z 29. pułku grenadierów przerwała obronę na styku linii 157. i 179. pułku 45. DP. Co więcej, rankiem 145., 725. i 741. pułki grenadierów, wsparte 60 czołgami rozerwały linie obronne 45. DP, docierając do linii kolejowej i lasu Padigliano. A dalej była już tylko plaża.

    Amerykanie odpowiedzieli huraganowym ogniem artylerii i ciężkimi nalotami (176 średnich i 288 ciężkich bombowców zrzuciło 1100 ton bomb!). Duży udział w tym miał kpt. William McKay, pilot samolotu obserwacyjnego, który niestrudzenie podawał koordynaty artylerzystom. W nocy z 17 na 18 lutego 45. Dywizja próbowała atakować, ale jej bataliony (2. i 3. ze 157. pułku i 3. ze 179. pułku) zostały dosłownie unicestwione podczas szturmu Carroceto.

    Walki trwały całe cztery dni, Niemcy nocami próbowali zinfiltrować obronę i przenikali na tyły Aliantów. Małe grupki świetnie uzbrojonych żołnierzy przechodziły linię frontu, obrzucając granatami stanowiska Amerykanów. Raz po raz Niemcy atakowali, czasem wdzierając się do okopów, gdzie walczono zaciekle w błotnistej mazi na noże, kolby i gołe pięści. Niemieckie natarcie słabło jednak z dnia na dzień - po prostu jednostki traciły zbyt dużo ludzi.

    Generał Penney, dowódca brytyjskiej 1. DP, pytał Lucasa o szczegółowe wytyczne, ten go zbył mówiąc: ''Mam do pana pełne zaufanie, Bill, proszę przydzielić chłopcom robotę''. Niedługo potem Penney został ranny.
    Wreszcie, 18 lutego, Lucas zgodził się na wprowadzenie grup bojowych: ''H'' z amerykańskiego 6. pułku zmechanizowanego i 30. pułku piechoty i ''T'' z brytyjskiej 169. brygady i 46. pułku pancernego, które ruszyły do zaciekłych kontrataków, ostatecznie stopując natarcie zdziesiątkowanej KG ''Gräser'' 20 lutego.

    Operacja ''Fischfang'' zakończyła się niemiecką klęską. Niemcy stracili 5389 żołnierzy, w większości od huraganowego ognia artylerii. Aliancka artyleria wystrzeliła aż 158 tys. pocisków. W 65. DP pozostało zaledwie 901 żołnierzy, ciężkie straty poniosła też 714. dywizja. 3. DGPanc. straciła co najmniej 500 ludzi i większość wozów bojowych (w batalionie dział szturmowych zostały 3 sprawne pojazdy).

    Alianci utracili równie wielu żołnierzy - oblicza się, że straty wyniosły co najmniej 5133 ludzi. Sama 45. Dywizja straciła 3400 żołnierzy. Wśród poległych było jedno nikomu nic wówczas nie mówiące nazwisko - por. Eric Waters z 8th Royal Fusiliers z brytyjskiej 56. DP. Pochowano go w zbiorowej mogile na cmentarzu Falasche.

    Blisko 40 lat później, jego syn, Roger, napisze piosenkę: ''When the Tigers Broke Free''...

    Jedną z ostatnich ''ofiar'' niemieckiego natarcia był sam generał John Lucas. Marszałek Harold Alexander, dowodzący we Włoszech, uznał (nareszcie!), że czas najwyższy pozbyć się tego kunktatora i odebrał mu dowodzenie pod Anzio. Na jego miejsce powołano dotychczasowego dowódcę amerykańskiej 3. DP, gen. Luciana Truscotta.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Amerykański marine obserwuje wysadzenie japońskiego schronu niedaleko Suribachi. Iwo Jima, luty 1945 r.

    To, że Amerykanom udało się odciąć Suribachi pierwszego dnia, nie oznaczało jeszcze żadnego sukcesu. Górę należało zdobyć - a do tego zadania wyznaczono 28. pułk piechoty morskiej.

    Od rana 20 lutego marines otrzymywali gigantyczne wsparcie artylerii okrętowej i ataków lotniczych. Jednak posunęli się o zaledwie 70 metrów w sześć godzin. Nawet wsparcie czołgów niewiele pomogło. 2000 obrońców góry, dowodzonych prze 57-letniego pułkownika Kanehiko Atsuchiego, stawiało zażarty, mężny opór.

    Suribachi była prawdziwą twierdzą. Znajdowało się tam 120 betonowych schronów, górę przeorano dziesiątkami tuneli i stanowisk dział oraz karabinów maszynowych. Generał Kuribayashi liczył, że utrzyma się ona przez 10 dni.

    Kiedy Amerykanie ruszali do ataku, zalewała ich burza ognia i stali z japońskich stanowisk, doskonale przygotowanych. Porucznik Wells wspominał: ''Nie widziałem niczego, co mogłoby osłonić nas przed ogniem przeciwnika''.

    Na domiar złego, zaczął padać deszcz. Ulewa i silny wiatr nie tylko pogarszały widoczność, ale całkowicie uniemożliwiały zaopatrywanie oddziałów na wyspie. Szer. Tatum z 27. pułku wspominał: ''Niebo zasłaniały ciemne chmury i ciągle padał deszcz. Byliśmy przemoknięci, a wulkaniczna gleba zamieniała się w miękką, lepką maź.'' Ranni leżeli na plażach, czekając na ewakuację, pojazdy grzęzły w błocie - zwłaszcza czołgi, do których ustawicznie brakowało paliwa i które ciągle trzeba było naprawiać z uszkodzeń. W sztormie tonęły barki i amfibie, pociągając ze sobą cenne pociski i paliwo. W nocy marines marzli w swoich dołkach, modląc się, by Japończycy nie próbowali atakować. Rozciągano druty kolczaste i linki z puszkami, by powstrzymać nocne rajdy na amerykańskie linie.

    21 lutego wznowiono natarcie, rozpoczynając szturm generalny na górę. Amerykanie posunęli się o 400-600 metrów, a więc postępy były dużo lepsze. Por. Wells wspominał po trafieniu: ''Czułem jak kończą mi się siły, a moje rany zaczęły dawać o sobie znać. Nie jadłem, nie piłem i nie załatwiałem się przez dwa i pół dnia''.

    Gorzej było na wschodzie wyspy. O ile Amerykanie zdołali zająć lotnisko, o tyle ugrzęźli w rejonie kamieniołomu, tuż obok lotniska. Zdobyto zaledwie 50 metrów terenu! Kapitan Joseph McCarthy, dowódca kompanii ''G'' z 24. pułku wspominał, że spośród 324 żołnierzy, jakich miał pod komendą, tylko 35 było w stanie chodzić. Szer. Santoro za to wspominał, bardzo szczerze zresztą: ''Poniżej mnie znajdowało się wejście do tunelu.Zobaczyłem, jak dwóch Japończyków z karabinami wyczołguje się na kolanach. Strzeliłem im w plecy i jest mi z tego powodu niezmiernie przykro, bo nie wiedziałem, jak po japońsku powiedzieć, żeby się odwrócili''.

    Do trzeciego dnia udało się zdobyć tylko 1/4 wyspy. Do tego momentu marines stracili 4500 ludzi.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45:

      w swojej wypowiedzi pomieszałeś wydarzenia i chronologię, bo nie było jednego embarga, a dwa i to rozdzielone czasowo - 26 września 1940 na złom, 1 sierpnia 1941 na ropę. Szansa na pokój istniała po obydwu datach, z tym że jego cena dla Japonii rosła z każdym nowym miesiącem, a główna przeciwwaga dla "jastrzębi" (mam tu na myśli "jastrzębi" w wydaniu japońskim, czyli zwolenników konfrontacji z Zachodem, bo niestety zasadniczo podbój i agresja w celu zabezpieczenia japońskiej dominacji była dla większości decydentów i wojskowych czymś naturalnym), premier Konoe, nie był w stanie powstrzymać coraz silniejszego stronnictwa wojskowego (między innymi dlatego, że nie okazał się zbyt wielkim mężem stanu i zdarzyło mu się parę dziwnych momentów). Nie można też zapominać o samym Hirohito, który rozgrywał swoją partię szachów i są historycy, według których nie był marionetką jak to się powszechnie uważa. Polityka japońska była więc wypadkową różnych stronnictw i choć z różnych względów przeważały "jastrzębie", to nie można powiedzieć, że wszyscy wojskowi i politycy preferowali konflikt z Zachodem. Przecież jeszcze w październiku 1941 Konoe podejmował próby ustawienia spotkania z Rooseveltem... torpedowane po obydwu stronach ( ͡° ʖ̯ ͡°)

      Po stronie amerykańskiej też scierały się różne koncepcje. Roosevelt jeszcze w październiku 1940 dopuszczał możliwość jakiegoś porozumienia z opcją na pozostanie Japonii w kontynentalnej Azji, z drugiej strony był konfrontacyjnie nastawiony Hull...
      pokaż całość

    •  

      @Gniewo_: no i ultimatum Hulla na deser. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ale dziękuję za smakowitą wypowiedź.

    • więcej komentarzy (20)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Radziecki jeniec z uśmiechem rozkoszuje się papierosem. Finlandia, Parikkala, grudzień 1939 r. Dla niego piekło się skończyło... na razie.

    Przy okazji posta, ogłoszenie. Dostałem propozycję od Wydawnictwa Napoleon V ws. wydania mojej książki. Dawno nie byłem tak podekscytowany! Mam tylko problem - nie wiem O CZYM napisać. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Muszę coś wybrać z tematów! Waham się między Iwo Jimą, Anzio, a Barbarossą.

    Po wczorajszym poście o pechowym sowieckim czołgiście padło parę pytań o jeńców - mamy jeszcze dużo materiału z Talvisoty, więc muszę się sprężyć.

    Związek Radziecki spodziewał się wziąć do niewoli co najmniej 25 tysięcy jeńców - i dla tylu też przygotowano miejsce w obozach. Tymczasem w toku całej wojny zimowej, Sowieci wzięli do niewoli zaledwie 900 Finów, plus 1700 cywilnych więźniów. Większość zamknięto w dawnym klasztorze w Griazowcu. W marcu 1940 r. zwolniono jeńców, zaś cywili zwalniano do maja. Z sowieckiej niewoli wróciło 838 fińskich żołnierzy.

    Szer. Forth z 4. kompanii 9. pułku piechoty wspominał:

    ''Pokonywałem już ostatni odcinek i gdy zostało mi
    zaledwie 10 m, jak spod ziemi wyskoczyło około 20 żołnierzy. I co się okazało? Byli to Rosjanie. (...) Podeszli do mnie, byli bardzo ożywieni i hałaśliwi. Wszyscy mówili jednocześnie i zaczęli grzebać mi w kieszeniach. Któryś z nich zabrał aparat fotograficzny. Teraz przekonałem się, że był to dobry pomysł, by włożyć zegarek do kieszonki w wewnętrznych spodniach, na które miałem nałożony brudny kombinezon. Nikt nie zdjął mi rękawiczek, więc udało mi się zachować obrączkę ślubną. Podbiegł jakiś oficer i pod strażą zabrał mnie na tyły, tym samym rozpoczynając okres mojej niewoli.''

    Zupełnie inaczej sytuacja przedstawiała się po drugiej stronie frontu. Morale upadało. Zdarzało się, że żołnierze otwarcie się buntowali przeciwko wojnie z Finami. W latach 90. odkryto, że za sprzeciw wobec wojny z Finlandią skazano łącznie 843 oficerów i żołnierzy.

    Radzieccy bojcy, głodni i zmarznięci, często celowo oddawali się do fińskiej niewoli. Finowie wzięli podczas wojny zimowej ok. 5900 sowieckich jeńców, z czego 135 zmarło z powodu chorób i odmrożeń. 152 dołączyło do ''Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej'', chcąc walczyć na froncie, ale nie dopuszczono ich do tego. Po zakończeniu wojny zbiegli do Szwecji i Norwegii, obawiając się kary.

    A Związek Radziecki nie darował ''zdrajcom''. Ci, którzy wrócili, byli poddani ''reedukacji'', co oznaczało wysłanie ich do łagrów. Z reguły - na pięć lat. Dobrym przykładem może być historia kierowcy Łarionowa z 91. batalionu czołgów, wziętego do niewoli pod Summa. Po powrocie z niewoli skazano go na 5 lat łagru. Dopiero w 1962 r. mógł wrócić do rodziny w Leningradzie.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Zdobyty i naprawiony czołg T-28 w mieście Varkaus, 1 kwietnia 1940 roku. Finlandia zdobyła dwa pojazdy tego typu podczas wojny zimowej. Oba pojazdy - nr 48 i 49 - znaleziono pod Summa, niedaleko schronu Poppius w Święto Trzech Króli 1940 r. Zanim je wydobyto zamarzniętej ziemi, pod ostrzałem, minął ponad tydzień. Utworzono z nich Pluton Czołgów Ciężkich por. Räsänena, ale nie wziął on udziału w walce. Oba pojazdy zdaje się przetrwały wojnę i znajdują się w muzeum w Parola w Finlandii (Finowie w ogóle mają najwięcej tych czołgów na świecie bo aż cztery). Czołgi nie sprawdziły się w wojnie zimowej, gdyż okazało się, że mają zbyt cienkie pancerze i są wrażliwe na ogień fińskiej broni przeciwpancernej.

    Warto wspomnieć, że w czasie wojny zimowej Finowie zdobyli jeszcze 47 czołgów T-26 różnych wersji oraz 6 czołgów z miotaczami ognia OT-130 i OT-26.

    Pomóżcie z wojną zimową - mam tyle materiału jeszcze, a nie wiem, czy go wrzucać.

    Bardzo ciekawą relację z rejonu walk pod Summa zamieścił w swojej książce Bair Irincheev. Autorem relacji jest por. Kairinen, dowódca kompanijnych moździerzy w 15. pułku piechoty. Historia wydarzyła się 19 grudnia 1939 r. Dzisiaj będzie dłużej.

    Mój adiutant, kapral Reino Syrjänen, dał się poznać jako dzielny i dojrzały żołnierz. Podczas bitwy w rejonie Summy […] posłałem go do wioski, by nawiązał kontakt z kapitanem Fransem-Juliusem Janssonem, ponieważ linie telefonicznie zostały zerwane. Syrjänen dotarł do bunkra dowodzenia, lecz powrót okazał się trudny. Drzwi znajdowały się w zasięgu stojącego w pobliżu radzieckiego czołgu. [...] W lesie natknął się na kolejny czołg radziecki. Miał uniesione wysoko główne działo.

    Syrjänen zastanawiał się, dlaczego to monstrum stoi bezczynnie na naszych tyłach. Postanowił rzucić kamieniem we właz czołgu. Na wszelki wypadek trzymał w gotowości przeładowany pistolet. Właz otworzył się i wyłoniły się z niego uniesione ręce. Ponieważ Syrjänen nie zna rosyjskiego, gestem nakazał nieprzyjacielowi, by zszedł z maszyny. Ten posłuchał i na ziemi ponownie podniósł ręce. Syrjänen rozkazał jeńcowi iść przodem. Wartownicy zatrzymali Syrjänena wraz z jeńcem.

    Po zgłoszeniu mi tego incydentu, poleciłem przyprowadzić ich do mnie. Powitałem radzieckiego jeńca w jego ojczystym języku. Wydawał się przerażony i zmęczony. Kiedy poprosiłem go, żeby usiał i zdjął futrzany kombinezon, wyglądało na to, że trochę się uspokoił. Poczęstowałem go papierosem, który zapaliłem, i najpierw sam się nim zaciągnąłem. Najwyraźniej Rosjaninowi spodobał się smak tytoniu Työmies. Wyjąłem mapę Finlandii i mały słownik fińsko-rosyjski, po czym rozpocząłem przesłuchanie: „Do którego korpusu lub dywizji należy twoja jednostka?”. Gdy uzyskałem odpowiedzi na wszystkie standardowe pytania, dowiedziałem się także, dlaczego czołg stał w tak dziwnym miejscu. Jeniec wyjaśnił, że skończyło się paliwo. […] Przesłuchałem oficera szczegółowo. Powiedział mi, że ofensywa nie powiodła się wskutek silnego ostrzału prowadzonego przez artylerię fińską, a on rozkazał swoim ludziom odwrót. Przyznał, że obawiał się powrotu do własnej jednostki, więc pozostał w pojeździe, tak by mógł go zabić jakiś fiński żołnierz.

    Przerwałem przesłuchanie i poleciłem Syrjänenowi, by wrócił do czołgu i przyniósł wszystkie znajdujące się w nim papiery. Ponieważ przed schron zajechał saniami kierowca kompanijny z posiłkiem, zaproponowałem jeńcowi, żebyśmy razem zjedli. Podziękował mi ukłonem. Ciągnąłem rozmowę, posługując się słownikiem. Od czasów Szkoły Podchorążych zapomniałem już trochę rosyjskiego! Jeniec zaoferował mi tytoń fajkowy, ale odmówiłem, gdy tylko go powąchałem. Jak już wspomniałem, jeniec bał się wrócić do własnej jednostki bez czołgu. Zgodnie z prawem wojskowym
    obowiązującym w Związku Radzieckim było to ciężkie przestępstwo. Gdy zapytałem go, co by się stało, gdyby wrócił bez maszyny, zrobił gest poderżnięcia gardła.

    W tym momencie kapitan wyjął z kieszeni ruble, a także odpiął swój mapnik i mi je podał. Kiedy mój adiutant również zaczął wyjmować ruble z kieszeni, jeniec wyjaśnił, skąd ma tyle pieniędzy. Okazało się, że przewoził miesięczny żołd dla całego batalionu. Był dzień wypłaty, ale rozkazano mu wziąć udział w walce. Skutkiem tego nie był w stanie nikomu wydać żołdu. Co to za osobliwy system? Syrjänen zgodnie z moim rozkazem pobiegł do porzuconego czołgu i przyniósł cały plecak pełen rubli w banknotach o różnych nominałach. Wziąłem sobie po jednym banknocie na pamiątkę, po czym poleciłem Syrjänenowi, by udał się na nasze tyły, sprowadził sanie i zawiózł jeńca do kwatery głównej pułku. Potem poinformowałem oficera łączności pułku, podporucznika Välimaa, że wysłałem do kwatery jeńca ze znaczną kwotą pieniędzy w rublach. Na pierwszej stronie słownika rosyjsko-fińskiego, który wyjąłem z mapnika jeńca, zapisałem: „Zatrzymałem ten słownik jako prezent od dowódcy batalionu ciężkich czołgów, kapitana Wasilewicza. Summa, 19–20 grudnia 1939 roku”.

    W czołgu znaleziono jeszcze worki z listami i od tamtej pory Finowie nazywali czołgi T-28 ''dyliżansami''. ;)

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Wracamy do standardowych serii. Pomału zbliżamy się do końca opowieści spod Anzio.

    Panther Ausf. D z 26. Dywizji Pancernej na trasie Anzio-Nettuno, 16 lutego 1944 roku.

    Poprzednio pisałem, że Niemcy macali brytyjską obronę na północy przyczółka i przypuścili ograniczony atak w rejonie wioski Aprilia, miażdżąc obronę. Ale niemieckie ambicje nie były ograniczone do tego niewątpliwego sukcesu.

    Do pełnoskalowej operacji ''Fischfang'', mającej na celu zniszczenie przyczółka, gen. von Mackensen zgromadził pokaźne siły. Były to: 26. DPanc., dywizja ''Hermann Gőring'', 3. i 29. DGren.Panc., 4. Dywizja Spadochronowa, 65., 114., 362. i 715. DP, wsparte przez 146. pułk grenadierów pancernych i dwa bataliony włoskich komandosów - ''Folgore'' i ''Decima''. Na prośbę von Mackensena, Grőfaz obiecał dostarczyć nowe cudowne bronie. Z własnej inicjatywy wysłał pułk szkolny Infanterie-Lehrregiment Berlin-Spandau. Przysłano kompanię ciężkich niszczycieli czołgów ''Elefant'' z 654. batalionu, batalion nowych Panther z 4. pułku panc., 508. batalion Tigerów, przybył także specjalny batalion Panzer Abt. (Fkl) 301, dysponujący ciężkimi nosicielami ładunków wybuchowych Borgward IV. Niemcy zgromadzili też pokaźną liczbę artylerii - 452 działa różnych kalibrów, więcej od Aliantów, jednak Niemcy cierpieli na braki amunicji i musieli strzelać celnie i krótko.

    16 lutego 1944 roku pogoda była ładna, przestało wreszcie lać, chociaż teren nadal był obrzydliwie mokry, a tłusta maź lepiła się do wszystkiego. Większość alianckich żołnierzy trzęsła się z zimna, nie mogąc spać. O 6 rano linia frontu ryknęła. Niemcy zaczęli strzelać. Kanonada trwała 30 minut. Do ataku ruszyła Luftwaffe, rzucając 35 myśliwców, siejących bombami po alianckich stanowiskach. Niemcy atakowali tego dnia z powietrza aż siedemnaście razy! Potem do ataku ruszyła piechota i broń pancerna. W centrum atakował pułk szkolny, na prawej flance - 3. batalion 12. pułku szturmowego, a na lewej - szkolny pułk spadochronowy, wsparty czołgami dywizji ''HG''.

    Ale Alianci nie dali się zaskoczyć. Nie uszły ich uwadze próby infiltracji, odgłosy kopania, warkot pojazdów. Podczas patroli pochwycili paru jeńców.
    W centrum przyczółka znajdowała się teraz świeża amerykańska 45. Dywizja, po lewej mając brytyjską 56., a po prawej - amerykańską 3. DP. Dopiero teraz opłaciło się przemienienie przyczółka w twierdzę. Każdy dom i zagroda stały się fortecami, wzajemnie osłaniającymi się ogniem. Przygotowano liczne stanowiska karabinów maszynowych i dział ppanc., ściągnięto świeże siły na przyczółek. Rozbudowano sieć łączności, a koło Nettuno znalazło się nawet niewielkie lotnisko dla kierujących ogniem samolotów Piper Cub. Kiedy do natarcia ruszyła niemiecka piechota, rozstrzelały się alianckie działa i okręty, huraganowym ogniem pokrywając przedpole. Także piechurzy wściekle zaczęli strzelać.

    Pod Anzio zaczęła się chyba największa jatka w ciągu tej bitwy.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Wybaczcie późną porę, jednakże miałem awarię fb i nie mogłem niczego dodać. Niezbyt miałem też ochotę na pisanie czegokolwiek z różnych powodów. Ale dzisiaj w nagrodę będzie dłużej. Uwaga - proszę o zachowanie poziomu komentarzy i cywilizowaną dyskusję. To bardzo trudny temat, zapewne wielu się nie spodoba, ale ja mam to do siebie, że kontrowersja jest moją renomą.

    ''Żołnierz z orkiestry pułku KBW usiłuje zabrać akordeon rzucony na stertę zrabowanych przedmiotów.
    -Zostawić, nie ruszać niczego! - bandyta jest wściekły. - Biegiem do wagonu, ty przeklęty psie!
    W oczach żołnierza łzy. Stojąc na stopniach wagonu rzuca półgłosem:
    - Czekaj, łobuzie, jeszcze się spotkamy. Nie daruję ci tego akordeonu...
    - Nie darujesz? Komu, mnie nie darujesz?! - watażka mierzy z pistoletu. - Nie będziesz miał takiej okazji.
    Ciszę zimowego wieczoru przerywa huk wystrzałów.
    (...)
    »Bury« jest widocznie zadowolony.''

    ''Ryngraf z trupią czaszką'', 1973.

    Kapitan Romuald Rajs.

    Postać bardzo niejednoznaczna. Dla wielu odznaczony bohater wojenny (zasłużył się szczególnie w 1944 r., kawaler Orderu Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i Srebrnego Krzyża Zasługi z Mieczami), dla innych krwawy zbrodniarz.

    Kim był? Szaleńczo odważny w boju, zdolny dowódca, świetny żołnierz. Przedwojenny zawodowy podoficer, walczył we wrześniu 1939 r. w szeregach 85. pułku piechoty. Pod koniec września jego grupa została osaczona i rozbrojona przez Białorusinów. On sam przedostał się do Wilna i działał w konspiracji od 1939 r. Latem 1944 r. brał udział w operacji ''Ostra Brama''. Po aresztowaniu swojego dowódcy przez NKWD, wyprowadził oddział z okrążenia i go rozwiązał. Zgłosił się do służby w WP pod fałszywym nazwiskiem, zdezerterował wraz z 29 ludźmi w maju i skontaktował się z ''Łupaszką'', dołączając się do jego V Brygady Wileńskiej. Po rozwiązaniu oddziału postanowił walczyć dalej i przystąpić do NZW, formując III Brygadę Wileńską. Zimą 1945-46 jego oddział zapisał swoją najciemniejszą kartę, pacyfikując pięć wsi i zabijając 79 cywili.

    III Brygada została rozbita wiosną 1946 roku. Sam Rajs został aresztowany jesienią 1948 r. Na procesie w Białymstoku nie przyznał się do winy i odpowiedział oskarżającym go prokuratorom: ''Ja jestem Polak i katolik, a wy jesteście pieski stalinowskie''. Został rozstrzelany 30 grudnia 1949 r. Jego grób do dziś nie został odnaleziony.

    Dzisiaj przyjrzałbym się kwestiom tych zbrodni, jedna po drugiej. Oczywiście, pokrótce tylko, ale w razie jakby ktoś pytał - podeślę źródła.

    1) Zaleszany, 29 stycznia 1946 roku.

    Rankiem tego dnia oddział kapitana Rajsa, liczący ok. 120 ludzi i 40 wozaków wkroczył do wsi. Co ważne, oddział był ucharakteryzowany na grupę operacyjną KBW, dowodzoną przez sowieckich oficerów: żołnierze przybrali nowe nazwiska specjalnie na tę okoliczność, a kilku oficerów nosiło sowieckie mundury. Zwracali się do siebie po rosyjsku.

    Początkowo nic nie zapowiadało tragedii, bo oddział nie planował żadnej akcji represyjnej. Ludność wsi zachowywała się poprawnie, ale była niechętnie nastawiona do jakiegokolwiek wojska w ogóle (zdarzało się, że jej mieszkańcy odpędzali też oddziały ludowego Wojska Polskiego). Warto tu dodać, że w Zaleszanach silna była komórka Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, która kolaborowała z Sowietami już w 1939 roku i była entuzjastycznie nastawiona do komunizmu w ogóle. Widząc nowy oddział wojska doszło nawet do tego, że zastępca kpt. Rajsa, por. Chmielowski, został uderzony cegłą.

    Rajs zażądał wydania obroków i podstawienia nowych wozów, na co ludność Zaleszan zbuntowała się. Wg niektórych badaczy, uważali oni, że jako lojalna wobec ZSRR i Polski Ludowej, mają prawo odmówić, nawet wojsku ''sowieckiemu''.

    Zniecierpliwiony kapitan Rajs nakazał zgromadzić w jednej z chałup całą ludność wsi po południu. Większość posłusznie się tam stawiła. W toku spotkania wyprowadzono z chałupy dwóch nastolatków - członków partii komunistycznej (posiadali też broń), których zastrzelono.

    ''Bury'' następnie wygłosił krótkie przemówienie, mówiąc, że wieś zostanie ukarana i zabudowania zostaną spalone. Żołnierze NZW przystąpili następnie do podpalania zabudowań, nie sprawdzając ich jednak. Co ciekawe, kilka domów pominięto, jak te, w których partyzanci uzyskali pomoc.

    W toku działań, podpalono też strzałem w strzechę chałupę, w której znajdowali się mieszkańcy wsi. Ci zaczęli uciekać. Piotr Leończuk, mieszkaniec wsi, wspominał: ''Ja uciekałem przez drzwi od kuchni. Otworzyli je sami ludzie […]. Nie strzelano do nas […]. Jestem natomiast pewien, że z tych ludzi co byli w chałupie nikt nie zginął.''

    Przy podpalaniu zabudowań doszło jednak do tragedii. Okazało się, że kilkanaście osób nie poszło na spotkanie i ukryło się w domach, były to w większości kobiety i dzieci - 14 osób. Córka Nikity Niczyporuka, sołtysa, którego najbardziej dotknęła ta tragedia, w 1996 roku zeznała, że jej matka obawiała się, że zostaną wywiezieni ''na roboty'' i dlatego wróciła do domu i ukryła się z dziećmi. Mieszkańcy zginęli wskutek zaczadzenia. Taką wersję wydarzeń przedstawili m.in. lokalni funkcjonariusze UB podczas śledztwa. Warto tu dodać, że w jednym domu partyzantom, zamierzającym podpalić dom, drzwi otworzyła starsza kobieta (nie wiedziała o przyjściu partyzantów, leżąc w łóżku), którą z niego wyprowadzono - i nic się jej nie stało.

    Nikt nie dobijał cywilów, nie wrzucał rannych w ogień, ani nie polował specjalnie na kobiety i dzieci.

    Łączny bilans ofiar: 16.

    2) Wólka Wygonowska i Puchały Stare, 30-31 stycznia 1946 r.

    Uchodząc z płonących Zaleszan partyzanci ruszyli ku Wólce Wygonowskiej, gdzie wykonali wyrok na dwóch mężczyznach, o których wiadomo było, że są członkami KPZB (informację uzyskano od mieszkańców wsi). Spalono też sześć domów. Należy tu wspomnieć, że we wsi mieszkało 300 osób, większość Białorusinów.
    Później oddział, cały czas występujący jako grupa operacyjna, skierował się do Krasnej Wsi, gdzie Rajs zażądał od sołtysa 40 furmanek. Z Krasnej Wsi oddział wyruszył w stronę Puchał Starych. Kilkunastu woźniców ''Bury'' zwolnił do domu jeszcze w Krasnej Wsi.

    Po przybyciu na miejsce, zarządzono postój 31 stycznia. Tam na rozkaz kpt. Rajsa rozstrzelano 27-30 woźniców. Są rozbieżne źródła, dlaczego miało się tak stać. Józef Korzeniewski ps. ''Osa'', dowódca drużyny w III. Brygadzie, w rozmowie ze znajomym z ROAK parę tygodni później został zapytany, czemu tak się stało. ''Osa'' odparł, że furmani ''sami wygadali swój los''. Stąd można przypuszczać, że w rozmowie z partyzantami-nadal grającymi rolę KBW (furmani nie byli przy działaniach we wsi), wozacy mogli okazać poparcie dla nowej władzy i skrajną nieprzychylność wobec ''band''. Badania wskazują na to, że furmani do końca byli przeświadczeni, że mają do czynienia z ''ludowym'' wojskiem.

    Warto wspomnieć, że:
    - kilkunastu furmanów ''Bury'' wypuścił przed zdarzeniem, większość z nich była Białorusinami;
    - wśród rozstrzelanych jeden z furmanów nie był prawosławny (adwentysta);
    - w trakcie postoju do ''Burego'' zgłosiła się delegacja Krasnej Wsi i poprosiła, by ''pan komendant'' zwolnił jednego z furmanów, gdyż oni poświadczają, że to porządny człowiek. ''Bury'' przystał na to i zwolnił tego człowieka.

    Sam kapitan Rajs na swoim procesie twardo podtrzymywał, że furmani zostali zastrzeleni za ''wrogie ustosunkowanie do nielegalnych organizacji''.

    Ogólny bilans ofiar: 30-33

    3) Zanie, Szpaki i Końcowizna, 1 lutego 1946 r.

    Oddział podzielił się na plutony. Do Zań poszedł pluton por. Jana Boguszewskiego ''Bitnego'', do Szpaków miał iść pluton ppor. Włodzimierza Jurasowa ''Wiarusa'', zaś do Końcowizny - pluton NN ''Leszka''

    W Szpakach doszło do strzelaniny. Jak potwierdzali na procesie kpt. Rajsa, mieszkańcy mieli broń, ukrytą w ziemiankach i w domach. Widząc zbliżający się wieczorem bliżej niezidentyfikowany oddział, mieszkańcy otworzyli ogień. Partyzanci, lepiej uzbrojeni, przełamali opór i podpalili zabudowania. Zginęło sześć osób. Jednym z nich był Paweł Filipczuk, były partyzant sowiecki. Jego córka, będąc na wówczas na miejscu, w 1996 r. zeznała, że odmawiano jej pomocy, mówiąc że jej ojciec i inni ''czerwoni'' partyzanci sami ściągnęli na wieś nieszczęście (sugerowała też, że zabici stawiali opór i dlatego zginęli). Zabitych, jako współpracowników nowej władzy, wskazali partyzantom sami mieszkańcy wsi - Białorusini.

    Istnieją doniesienia o popełnieniu gwałtu przez partyzantów we wsi, ale złożyła je jedna osoba i nie potwierdził ich nikt inny.

    Warto tu wspomnieć, że ppor. Jurasow był prawosławnym Białorusinem, część jego plutonu także. Jeden z żołnierzy Wiarusa pochodził ze Szpaków i wskazywał domy ''czerwonych'' mieszkańców.

    W Zaniach również doszło do strzelaniny, bliźniaczo podobnej ze Szpaków. Podchodzący w ciemnościach (był już późny wieczór) do wsi partyzanci zostali ostrzelani przez mieszkańców, na co wskazują zeznania świadków. Partyzanci ppor. ''Bitnego'' szybko przełamali opór i wpadli do wsi, próbując złapać sprawców, którzy ukryli się pośród cywilów. Rozpoczęła się bezładna strzelanina, zapłonęły zabudowania. Część partyzantów otworzyła ogień do cywilów. W pewnym momencie jeden z domów eksplodował w wyniku zapłonu ukrytej w nim amunicji. W Zaniach zginęło - w zależności od źródeł - od 20 do 30 osób, spłonęło 13 domów.

    Jest kilka hipotez, dlaczego tak się stało. Jedna zakłada że ''Bitny'' utracił panowanie nad żołnierzami, którzy po prostu ''stracili głowę'' w ogólnym chaosie, inna, że jego żołnierze, pochodząc z tego rejonu, po prostu chcieli się zemścić, pamiętając działania ludności białoruskiej w latach 1939-41 i później.

    Tu trzeba wspomnieć, że kapitana Rajsa nie było ani w Szpakach, ani w Zaniach, nie brał udziału w tych pacyfikacjach, udał się z plutonem ''Leszka'' do Końcowizny, gdzie nie zginęła ani jedna osoba.

    Łączny bilans ofiar: 30 osób.

    Podsumowanie.

    Łącznie zginęło około 79 osób. Jest to oczywiście straszne, że ginęli cywile i nie powinno to mieć miejsca, zaś kapitan Rajs ponosi odpowiedzialność moralną za przynajmniej część tych zbrodni.

    Jednakże, jak starałem się wyżej udowodnić, żadna z ofiar nie zginęła dlatego, że była wyznania prawosławnego, albo pochodzenia białoruskiego.

    Warto tutaj wspomnieć, że na procesie kapitana Rajsa obciążające go zeznania składali m.in. mieszkańcy wsi, w większości krewni i znajomi ofiar, lub osobiście poszkodowani, którzy w swoich zeznaniach w latach 40. zatajali fakty niewygodne dla nich (jak ostrzelanie partyzantów). Powstał wtedy też mit, jakoby ludzie ci zginęli ze względu na swoje pochodzenie, a nawet takie kurioza, że ''Bury'' kazał im się przeżegnać po katolicku. Zeznania obciążające w rodzaju tych wyżej składali też byli podkomendni kapitana - ''Szczygieł'' i ''Gołąb'', którzy otrzymali bardzo lekkie potraktowanie - żadnego nie skazano na śmierć, mimo osobistego uczestnictwa w ww wydarzeniach. Jeden z nich nie został w ogóle aresztowany!

    Kogoś może dziwić, że partyzanci udawali grupę operacyjną i podpalali zabudowania, a mieszkańcy w to wierzyli, ale należy pamiętać, że pacyfikacji wsi dopuszczały się też oddziały KBW i UB na Białostocczyźnie, jak w Brzezinach, czy Mieszukach.

    Nie chcę tutaj nikogo zanudzać kwestiami wojny partyzanckiej, bo to temat rzeka, a wpis i tak jest bardzo długi, ale myślę, że mam na tyle inteligentnych Czytelników, że rozumieją, że wojna partyzancka - niestety - jest po prostu brudna. Nie zajmuję się nią m.in. z tego powodu, bo każda siła partyzancka dopuszczała się strasznych zbrodni. Zbrodnie Tity, czy czetników, szły w tysiące ofiar. Nie inaczej było w przypadku UPA, czy sowieckich partyzantów. Zbrodnie popełniali też żydowscy partyzanci na Kresach (m.in. pacyfikacja wsi Naliboki i Koniuchy - 160 ofiar), francuscy w Dolinie Rodanu (masakry na wziętych do niewoli Niemcach po sierpniu 1944 r.), czy włoscy w Alpach w końcowym okresie wojny (25 kwietnia 1945 r. zamordowali co najmniej tysiąc osób, ogółem zgładzili ok. 18 tysięcy bezbronnych ludzi, w większości po wojnie). W działaniach pacyfikacyjnych zawsze obie strony dopuszczały się okrucieństw - a cierpieli często zwykli cywile, wykorzystywani jako tarcze. Jak w przypadkach opisanych wyżej.

    Wiem, że nie uszczknąłem tematu, że zrobiłem go po łebkach, ale wpis jest dość długi i mam nadzieję, że chociaż kilku osobom naświetliłem temat ''bandyty »Burego«''.

    Koloryzacja: Mikołaj Kaczmarek - Kolor Historii

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    W Wojsku Polskim również nie zabrakło kobiet. W 1943 r. utworzono 1 Samodzielny Batalion Kobiecy, czyli słynne ''platerówki'', którego członkinie pełniły funkcję wartowniczą, medyczną oraz przeciwlotniczą. Jedną z bardziej znanych była szeregowiec Aniela Krzywoń, poległa pod Lenino, odznaczona Vrituti Militari i tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. Inną ciekawą kobietą, chociaż już nie platerówką, była kapitan Janina Błaszczak, która dowodziła obroną ul. Czerniakowskiej w Warszawie 1944 r.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Maureen Dunlop z Air Transport Auxiliary obok bombowca Fairey Barracuda, 16 listopada 1944 roku.

    W ATA, przerzucającej samoloty z fabryk do jednostek, służyło łącznie 168 kobiet. Podczas służby 15 z nich zginęło.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Shirley Slade, członkini WASP w 1943 r. Zdjęcie było okłdką magazynu ''Life''. WASP pełnił podobne funkcje, co bliźniacza ATA w brytyjskiej armii. Od sierpnia 1943 do grudnia 1944 r. przeszkolono jako pilotów ponad 2 tys. kobiet. Przerzucały one samoloty z fabryk do jednostek wojskowych. Wykonały łącznie 60 milionów mil lotów. 38 z nich zginęło, jedna zaginęła.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Księżniczka Elżbieta, jako porucznik w ATS, kwiecień 1945. Elżbieta jest jedyną członkinią (w sensie kobietą) rodziny królewskiej, która odbyła służbę wojskową. Dokonała tego na własną prośbę, wymuszając to na ojcu, Jerzym VI.

    W ATS służyło łącznie 190 tys. kobiet, zajmując się obroną przeciwlotniczą, mechaniką, transportem i administracją.

    Obok WASP istniały też:

    - WAAF (Women's Auxiliary Air Force, ''waafki''), podległa RAF, licząca 180 tys. kobiet
    - WREN (Women's Royal Naval Service, ''wrenki''), podległe Royal Navy, licząca 5,5 tys. kobiet.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Uwaga ogłoszenia parafialne:
    1) Post z wczoraj
    2) Polecam zajrzeć na fb ponieważ tam pod postem znajduje się kilkanaście zdjęć z opisami (!) (na wypoku nie da się zrobić z postu galerii)

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Co prawda Pań mam tylko 15 % wśród swoich Fanów, ale nie znaczy to, że należy o nich zapomnieć. :)

    Dzisiaj obchodzimy Dzień Kobiet. Mam nadzieję, ancymony, że daliście wszystkim Paniom wokół kwiatka?

    Wszystkiego Najlepszego dla wszystkich Pań. Szczególnie dla pewnej, która czasem tu zagląda. :)

    Z tej okazji wyjątkowy post.

    Wojna była uważana za męską rozrywkę. Nie chodziło zbytnio o szowinizm, a poczucie obowiązku - to mężczyzna miał chronić kobiety przed krzywdą, a nie się za nimi kryć. Z tego też powodu kobiety rzadko służyły na froncie z bronią w ręku, najczęściej pracowały w przemyśle, albo zajmowały się pracą administracyjną. Ale oczywiście - są od tego dość liczne wyjątki.

    Pierwsze, co nam się nasuwa, kiedy mówimy o kobietach z giwerami to oczywiście Związek Radziecki. Nie było to w Rosji niczym dziwnym - już w I WŚ utworzono batalion żeński dowodzony przez Marię Boczkariową.
    Armia Czerwona poniosła w latach 1941-42 tak gigantyczne straty, że nawet chcąc nie chcąc trzeba było je uzupełniać. Mężczyźni szli na front, a ich role przejmowały kobiety. Oczywiście, nie tylko w fabrykach i kołchozach, ale także na bezpośrednim zapleczu frontu, a nawet na nim. W 1943 r. w Armii Czerwonej służyło blisko 350 tysięcy kobiet, rok później było to już 470 tysięcy. 200 tysięcy zostało odznaczonych, a 89 otrzymało tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.

    Utworzono żeńskie jednostki lotnicze, w czym niemały wkład miała Marina Raskowa, pierwsza kobieta-pilot ZSRR. Uzyskała też tytuł nawigatora i wykładała na akademii lotniczej. Raskowa, wykorzystując swoją osobistą znajomość ze Stalinem, przekonała go do utworzenia trzech żeńskich jednostek lotniczych. Utworzono łącznie trzy: 586. pułk myśliwski, 588. pułk nocnych bombowców oraz 125. pułk bombowy (tym osobiście dowodziła Raskowa aż do swojej śmierci w 1943 r.). Ze wszystkich wyłącznie 588. pułk był całkowicie kobiecy, w pozostałych służyli też mężczyźni. Łącznie 100 kobiet, które wylatały 30 tysięcy misji i 20 z nich uzyskało tytuł Bohatera ZSRR. Jedną z bardziej znanych była słynna ''biała lilia ze Stalingradu'' - Lidia Litwiak, która zestrzeliła osiem niemieckich samolotów i zginęła w 1943 r.

    Związek Radziecki kobiety do walk rzucił też na lądzie. 2484 kobiety ukończyły szkolenie snajperskie. Wojnę przeżyło zaledwie 500 z nich, reszta zginęła. Najsłynniejszymi były Roza Szanina i żyjąca do dzisiaj Nina Łobkowska. O rzekomej ''pani zmyślona śmierć'' z Odessy pisać nie będę.

    Były też kobiety w innych służbach. Obsługiwały karabiny maszynowe, jak Nina Oniłowa, odznaczona orderem Czerwonego Sztandaru, jeździły czołgami jak Aleksandra Samusenko i Maria Oktjabrskaja, służyły w jednostkach plot., jak 1077. pułk przeciwlotniczy w Stalingradzie. Były też partyzantami, jak gwiazda radzieckiej propagandy, Zoja Kosmodemjańskaja, powieszona przez Niemców w 1941 r.

    Drugim państwem, który szeroko wykorzystywał kobiety na froncie, była oczywiście Jugosławia Josipa Broz Tity. W NOVJ służyło łącznie około 100 tysięcy kobiet, z czego aż 40 tysięcy poległo podczas wojny. Kobiety mogły być oficerami na równi z mężczyznami i dowodzić męskimi żołnierzami.

    Armia brytyjska i amerykańska nie wysyłały kobiet na front, jednak były one bardzo ważne dla frontu.

    W ramach US Army powstał Women's Auxiliary Army Corps, przekształcony potem w WAC. W ramach US Marine Corps powstał Marine Corps Women's Reserve, a US Navy powołała WAVES - ''Women Accepted for Volunteer Emergency Service''. We wszystkich przypadkach kobiety zajmowały się zadaniami pomocniczymi: były sekretarkami, radiooperatorkami, kierowcami, mechanikami i stenotypistkami. Analogiczne organizacje powołała Wielka Brytania: Auxiliary Territorial Service i Women's Royal Naval Service. W ATS służyła m.in królowa Elżbieta II. Utworzono też służby powietrzne - Women Airforce Service Pilots (USA) i Air Transport Auxiliary (Wlk. Brytania), które dostarczały samoloty z fabryk do jednostek. W obu krajach kobiety służyły też w obronie przeciwlotniczej, wypatrując samolotów wroga i obsługując reflektory.

    Ważna była też służba medyczna. W US Army istniał Army Nurse Corps, w którym służyło 60 tys. pielęgniarek, a 14 tys. dalszych - w ramach WAVES. Służyły w szpitalach, na statkach szpitalnych, w USA i w służbach ewakuacyjnych. Ponad 80 z nich trafiło do niemieckiej i japońskiej niewoli. Podczas wojny zginęło 201 amerykańskich pielęgniarek, np. pod Anzio podczas bombardowania zginęły por. Glenda Spelhaug i ppor. LaVernc Farquhar. Jedną z najwyżej odznaczonych, o ile nie najwyżej, była płk Ruby Bradley, która ''na koncie'' miała m.in. Legię Zasług i Brązową Gwiazdę. Służyła podczas II WŚ i wojny w Korei, w armii przez ponad 20 lat.

    W armii brytyjskiej dopuszczono do rekrutacji kobiet w ramach SOE - Special Operations Executive. Służyło ich łącznie 49. Zginęło 16 z nich, zakatowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Najsłynniejszymi były Violette Szabo i... Krystyna Skarbek.

    Podobne role, co wyżej, kobiety pełniły też w armii kanadyjskiej i francuskiej, jednakże u Francuzów bywały frontowymi żołnierzami, walcząc z bronią w ręku. Co prawda było ich niewiele, ale były. Najsłynniejszą jest żyjąca do dzisiaj Simone Segouin, pierwsza kobieta-oficer w armii francuskiej, odznaczona Croix de Guerre.

    Armia niemiecka do samego końca wojny nie dopuszczała kobiet do służby na froncie, chociaż zdarzały się pewne wyjątki. W Wehrmachcie służyło 500 tysięcy kobiet w służbach łączności (słynne Blitzmädchen - ''błyskawiczne dziewczyny''), w obronie przeciwlotniczej i jako kierowcy. 400 tysięcy dalszych pracowało jako wojskowe pielęgniarki, zwalniając tym samym mężczyzn. 24 otrzymały Krzyże Żelazne za odwagę pod ogniem. Czasami jednak brały udział w działaniach frontowych, np. 23-letnia Ilse Kirsch z młodzieżowej organizacji BDM brała udział w zamachu na wybranego przez Amerykanów burmistrza Akwizgranu, Franza Oppenhoffa. Pamiętacie też na pewno dziewczynę z filmu ''Upadek'', która obsługiwała działo plot. i w której każdy się podkochiwał? Prawdziwa nazywała się Inge Dombrowski i faktycznie brała udział w walce o Berlin, popełniając samobójstwo ze strachu przed zgwałceniem przez Sowietów.

    W Finlandii 100 tysięcy kobiet służyło w ramach Lotta Svärd. Kobiety nie mogły nosić broni, służba była w pełni ochotnicza i prawdopodobnie była największą żeńską organizacją II WŚ. Kobiety pełniły służbę przeciwlotniczą, przeciwchemiczną, administracyjną i oczywiście medyczną.

    We Włoszech sytuacja poszła o krok dalej. Pod koniec wojny Benito Mussolini zapragnął kobiecych służb wojskowych i tak do Servizio Ausiliario Femminile trafiło 7,5 tys. kobiet. Poza typowymi rolami administracyjnymi, przeciwlotniczymi i medycznymi, 300 z nich walczyło na froncie. Komunistyczni terroryści, eufemistycznie zwani ''partyzantami'' okrutnie się mścili na schwytanych członkiniach SAF, gwałcąc je i mordując. Zginęło ogółem 300 kobiet. Najsłynniejszą była Franca Barbier, odznaczona pośmiertnie Złotym Medalem Wojskowym. Niektóre walczyły także daleko od Włoch - jak Rosa Dainelli w Addis Abebie, która w 1941 r. wysadziła brytyjski skład z amunicją, opóźniając m.in. wprowadzenie pistoletu maszynowego Sten o kilka miesięcy.

    Także i Rumunia miała swoje kobiety na froncie. Zainspirowano się fińską Lottą i utworzono 108. eskadrę transportu medycznego, zwaną ''Escadrilla Alba'', ponieważ kobiety-piloci nosiły śnieżnobiałe kombinezony. Latały nad Odessą i Stalingradem, ewakuując pod ogniem rannych. Niektóre zginęły, lub dostały się do niewoli. Dowódcą jednostki była Mariana Dragescu, tuż przed śmiercią w 2013 r. wreszcie doceniona i awansowana na stopień komandora.

    W armii japońskiej kobiety nie walczyły oficjalnie z bronią w ręku. Były głównie pielęgniarkami w szpitalach, jednakże, podczas walk na Saipanie i na Okinawie kobiety dzielnie brały udział w walce, niejednokrotnie wykonując samobójcze misje przeciwko Amerykanom. 600 młodych dziewcząt służyło jako pielęgniarki na Okinawie. Obawiając się Amerykanów, większość z nich popełniła samobójstwo, wypijając truciznę, albo podrzynając sobie gardła brzytwami.
    Przy armii japońskiej warto wspomnieć też o Narodowej Armii Indyjskiej, formacji sojuszniczej wobec Japończyków, która biła się z Brytyjczykami. Przywódca Hindusów, Czandra Bose, uważał, że kobiety powinny być tak samo silne jak mężczyźni i zezwolił hinduskim kobietom na służbę na froncie, gdzie walczyły z Brytyjczykami.

    Polacy nie byli w niczym gorsi. Przed 1939 rokiem istniało Przysposobienie Wojskowe Kobiet, liczące 47 tys. członkiń, później w ramach Polskich Sił Zbrojnych utworzono Pomocniczą Służbę Kobiet (tzw. ''pestki''), która podejmowała podobne zadania, co bliźniacze anglo-amerykańskie formacje. Służyła tam m.in. córka marszałka Piłsudskiego, Jadwiga. Pod okupacją kobiety ratowały Żydów, jak zapomniana niemal dzisiaj Zofia Kossak-Szucka, założycielka Żegoty (przy okazji zajadła antysemitka), czy oczywiście, Irena Sendler. Nie brakło kobiet wśród Cichociemnych - Elżbieta Zawacka ''Zo'' była jedyną pośród nich.
    Kobiety oczywiście też walczyły z bronią w ręku. W ramach Armii Krajowej powołano oddział ''Dysk'', dowodzony przez Wandę Gertz, zajmujący się sabotażem i rozbrajaniem ładunków wybuchowych. Kobiety walczyły w powstaniu warszawskim, wiele z nich brutalnie zamordowali bandyci z jednostek Dirlewangera i Kamińskiego.
    W Wojsku Polskim również nie zabrakło kobiet. W 1943 r. utworzono 1 Samodzielny Batalion Kobiecy, czyli słynne ''platerówki'', którego członkinie pełniły funkcję wartowniczą, medyczną oraz przeciwlotniczą. Jedną z bardziej znanych była szeregowiec Aniela Krzywoń, poległa pod Lenino, odznaczona Vrituti Militari i tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. Inną ciekawą kobietą, chociaż już nie platerówką, była kapitan Janina Błaszczak, która dowodziła obroną ul. Czerniakowskiej w Warszawie 1944 r.

    Wiem, że to nie jest całość, że nawet nie uszczknąłem tematu, ale chociaż tyle mogę dzisiaj opowiedzieć. Kobiety, choć w mniejszej liczbie, także wykrwawiały się a froncie. Walczyły i ginęły, były okrutnie torturowane, bite i gwałcone, gdy dostały się do niewoli. Traktowane niejednokrotnie z lekceważeniem, a nawet molestowane przez własnych rodaków (jak miało to miejsce w Armii Czerwonej). Dlatego z dumą przeczytajcie ich historie i kupcie swoim Paniom po kwiatku.

    Bo w końcu wojna jednak ma w sobie coś z kobiety... ;)

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @WojTech80: ja tam nim gardzę, on kopiuje wpisy słynnego fanpejdża II wojna światowa w kolorze, pewnie jest komunistą i nazistą w jednym, a do tego ma mleko w nazwie. Mleko jest białe. A wiesz co jeszcze jest białe? No właśnie. ヽ( ͠°෴ °)ノ

      Co do książek, zależy co Cię interesuje.

      +: Mleko_O
    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: "It's okay to be white" ;)

      Interesują mnie książki z ciekawostkami, analizami i opisami decyzji, wnioskami, bardziej europa niż pacyfik. Np. całkiem podobała mi się "Dunkierka. Walka do ostatniego żołnierza" Hugh Sebag-Montefiore (przeczytana dawno przed znanym (ale wg mnie słabym) filmem).

    • więcej komentarzy (34)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Uwaga, będzie długo.

    Ofiara jednej z najsłynniejszych potyczek pancernych II WŚ. Szeregowiec Julian H. Patrick, kierowca Shermana M4A1W76 z kompanii ''F'' 32. pułku 3. Dywizji Pancernej leży martwy we włazie swojego czołgu. W czołgu zginął jeszcze dowódca, a ładowniczy był ciężko ranny. Kolonia, 6 marca 1945 roku. Sherman został zniszczony przez Panther Ausf. G z 9. Dywizji Pancernej. Niemiecki czołg zniszczył jeszcze jednego Shermana, a kolejnego uszkodził, nim sam został schwytany przez najnowszy pojazd pancerny USA - Pershinga. Walka była wyjątkowa, bo została sfilmowana przez amerykańskich łącznościowców i jest dostępna w internecie. Proszę o uszanowanie zdjęcia.

    Pan Tomasz Szczerbiak (serdecznie pozdrawiam cierpliwego Fana) zadał mi pytanie, co dzieje się w czołgu po trafieniu. Odpowiem tak, jak zwykle: ZALEŻY.

    Jest to zależne od wielu czynników: typu czołgu, rodzaju jego pancerza, kąta trafienia pocisku, rodzaju użytej broni, odległości z jakiej pojazd został trafiony, a nawet od rodzaju stali, czy pogody.

    Jednak jest to bardzo ciekawe pytanie i postaram się odpowiedzieć w miarę wyczerpująco i przynajmniej przytoczyć kilka świadectw z różnych stron frontu.

    Szeregowiec John Marshall, pomocnik kierowcy Shermana w kompanii ''B'' 707. batalionu pancernego wspominał tak trafienie w Hürtgen w listopadzie 1944 r.:

    ''W tym momencie rozległa się potworna eksplozja. Pocisk ciężkiego moździerza trafił nasz czołg pomiędzy dwoma przednimi lukami. Wstrząs spowodował, że ogarnęło mnie dziwne odrętwienie. Chociaż czułem krew w ustach, krwawiłem z nosa. Zostałem chwilowo ogłuszony, ale nie byłem ranny. Spojrzałem na naszego kierowcę, Johna Alyeę. Patrzył prosto przed siebie jak w transie. Doszedłem do wniosku, że on również jest cały. Wyjąłem rozbity peryskop, założyłem zapasowy i wyjrzałem na zewnątrz. Z dwóch żołnierzy pozostała jedynie obuta noga, głowa ze skórą zdartą do gołej czaszki i poszarpany płaszcz.''

    Na początku wojny ręczna broń przeciwpancerna była obliczona na przebicie pancerza i zabicie kierowcy, bądź unieruchomienie czołgu, tak, by mogli się nim zająć piechurzy i go zniszczyć. Pancerze w większości były nitowane z kilku powodów. Nitowany pancerz był łatwiejszy w naprawie, tańszy i - jak się zdarzało - potrafił rozłożyć energię eksplozji pocisku. Działa przeciwpancerne miały w większości mały kaliber, do 40-50 mm, jak niemiecka PaK 35/36 kal. 37 mm, francuska Hotchkiss 25 mm, brytyjska 2-funtowa kal. 37 mm, japońska Typ 94, amerykańska M3 kal. 37 mm, czy włoska Elefantino kal. 47/32 mm.

    Szeregowiec Harti Effenberger, kierowcy PzKpfw 38(t) z 4. Dywizji Pancernej z bitwy pod Mokrą we wrześniu 1939 r.:

    ''W każdym razie przed nami wybuchnęły płomieniami dwa czołgi. Nikt nie otwierał włazu, wszyscy zginęli. Schade zupełnie stracił głowę. Za nami również palił się czołg i trzeba było go wyminąć. To wystarczyło. Dostaliśmy z bardzo bliska boczny strzał z działka ppanc. Pamiętam potworny wstrząs poprzedzony jasnym błyskiem, huk i szum płomieni ogarniających unieruchomiony czołg. Pamiętam jeszcze, że Schade ciągnął mnie w górę do włazu i zginął natychmiast po jego otwarciu… Potem już pamiętam od razu szpital…''

    Jednak z wprowadzeniem silniejszych dział ppanc., jak niemieckie PaK 38 kal. 50 mm, o większych kalibrach nie wspominając, nitowane pancerze okazały się zabójcze dla załóg. Niemieckie pociski z rdzeniem wolframowym PzGr 40 po prostu przebijały pancerze jak papierową kartkę, a co gorsza, nity odrywały się wewnątrz i zabijały latały po wnętrzu czołgu, raniąc i zabijając załogę. Dlatego też od 1941 roku czołgi z nitowanym pancerzem zaczęły odchodzić do lamusa. Warto tutaj dodać, że pierwsze sygnały o nieskuteczności małokalibrowych dział ppanc. zaczęły się podczas Kampanii Francuskiej 1940 r. i operacji ''Compass'' w Afryce. Zarówno niemieccy, jak i włoscy artylerzyści nie mogli, mimo najlepszych wysiłków, przebić pancerzy oponentów - francuskich Char B1 i brytyjskich Matild, niejednokrotnie ginąc na swoich pozycjach, próbując walczyć do samego końca...

    Problemu tego nie mieli Sowieci, którzy bardzo szybko zrezygnowali z nitowanych pancerzy. To właśnie na Ostfroncie doszło do najbardziej zaciętych bitew pancernych z użyciem kalibrów, o jakich konstruktorom nie śniło się jeszcze 10 lat wcześniej. Tutaj wielokrotnie doszło do sytuacji, że starsza broń przeciwpancerna po prostu nie czyniła żadnej szkody twardym pancernym potworom. Doskonałym przykładem może być tutaj postać lejtnanta Kołobanowa, dowódcy czołgu KW-1, który 19 sierpnia 1941 r. stoczył ciężki bój pod Krasnogwardyjskiem z niemieckimi oddziałami z 8. DPanc. Pojazd otrzymał aż 156 trafień - i żadne nie przebiło pancerza. Kołobanow za to skasował aż 22 pojazdy wroga.

    Istnienie sowieckich czołgów ciężkich wymusiło na Niemcach skonstruowanie pojazdów odpowiadających im zarówno pancerzem, jak i uzbrojeniem, czyli słynnych ''Tygrysów'' i ''Panter''. Sowieci odpowiedzieli wprowadzeniem samobieżnych dział ISU-152, zwanych ''zwierobojami'' (''zwierzobójca''), z haubicami ML-20 152 mm, które wykorzystywały potężne pociski BR-540:

    ''Pocisk przeciwpancerny BR-540 (masa 48,75 kg) lub nawet przeciw-betonowy (masa 40 kg) w licznych przypadkach bezpośredniego trafienia pancerz czołgów niemieckich dosłownie przełamywał, co powodowało kompletne zniszczenie trafionego wozu. Trafienie pociskiem przeciwpancernym lub nawet przeciw-betonowym w wieżę „Tygrysa” zrywało ją z łożyska i kadłuba. Wybuch granatu odłamkowo-burzącego OF-540 (masa 43,56 kg) lub nawet haubicznego OF-530 (masa 40 kg) w odległości 2-3 m OD czołgu średniego Pz.IV albo zrzucał wieżę z wozu albo całkowicie demolował jego podwozie.''

    Żeby też nie demonizować sowieckich potworów, należy na marginesie dodać, że ISU-122 i 152 miały szansę głównie w zasadzkach i głównie przy oddaniu pierwszego strzału. Długi czas ładowania działa (podobny problem miały czołgi IS-2 z armatami D-25T rozdzielnego ładowania) i powolność tych pojazdów powodowały, że w przypadku dostrzeżenia ich przez Niemców, ''zwierzobójca'' sam stawał się zwierzyną.

    Tigery miały twardy pancerz. Jeden Tiger z 503. batalionu czołgów ciężkich pod Rostowem w 1943 r. otrzymał ponad 250 trafień, z czego 11 z dział 76 mm i żaden pocisk nie przebił pancerza. Z kolei pewien czołg IS-2 podczas walk w Karelii otrzymał 48 trafień - żaden pocisk nie przebił pancerza.

    Późniejsze armaty ppanc., jak brytyjska QF 17-funtowa, niemieckie PaK 40 i PaK 43 kal. 75 i 88 mm, czy amerykańskie działa M1 kal. 90 mm, bez trudu mogły nawiązać walkę z większością, jeśli nie wszystkimi pojazdami pancernymi i bez trudu przebijały ich pancerze. W takich wypadkach załoga nie miała czasu na reakcję - po prostu pojazd był niszczony w ułamku sekundy. Ewenementem była niemiecka armata KwK 44 kal. 128 mm, która przebijała większość pojazdów na wylot. Wraz z budynkami, za którymi się kryły. :v

    Józef Rogowski, służący w 4. pułku czołgów ciężkich w czołgu IS-2 wspominał bój na Wale Pomorskim w lutym 1945 roku: ''Czołgi T-34 z brygady pancernej poszły przed nami (zgodnie z koncepcją użycia JS-2 szły w 2-ej linii) (…) jeden z nich się nagle zapalił. (…) Wybuch, dym i ten drugi (T-34) się pali. (…) – Naprotiw giermańskije tanki i samochodki jadut! Rąbnąłem raz, drugi – oni też ale niecelnie (…) I nagle grzmot, błysk w środku czołgu jakby piorun walnął (…) jakbym na chwilę stracił przytomność. Ledwo ją odzyskałem, już mi się chce wyrywać z tego zamkniętego pudła. Aby tylko wydostać się na powietrze, na wolne! A tu znowu grzmot, wstrząs (…) Żurawski siedzi na dnie (…) coś tam niezrozumiale mamrocze.''

    Gerd Schmeckle, dowódca Stuga IV: " ... "gotowały się" dwa czołgi, parę sekund później pojazd przeszył potężny wstrząs. Schmuckle stracił na chwilę przytomność. Gdy się ocknął, wnętrze było zalane krwią. Kierowca siedział nieżywy na krzesełku, martwy działonowy utknął do połowy we włazie, radiooperator zaś zginął w pozycji stojącej ... "

    Upraszczając wszystko, przy trafieniu pociskiem przeciwpancernym pierwszą rzeczą był nagły wzrost ciśnienia wewnątrz (ów huk i dzwonienie w uszach, zwłaszcza, jeśli pocisk nie przebił pancerza), reszta - w zależności od tego, co i w co trafiło. Najczęściej awarii ulegała cała elektryka wewnątrz pojazdu.Dość częstym wypadkiem było zniszczenie przyrządów optycznych, jako najbardziej wrażliwego punktu czołgu - dlatego na filmach dość często pokazany jest ostrzał z kaemów, który to właśnie miał uszkodzić peryskopy. Jeśli pocisk trafił w przedział silnikowy, lub przedział amunicyjny... to najczęściej było po czołgu. Dochodziło do eksplozji, lub zapłonu. W takim wypadku załoga miała niewielkie szanse na przeżycie i często paliła się żywcem. Bardzo częstym przypadkiem w sowieckich czołgach było tzw. 'zerwanie kapelusza', czyli eksplozja amunicji, która dosłownie wyrywała z pierścienia wieżę czołgu i odrzucała ją na kilkanaście metrów. To dowodzi li tylko tego, że ''palność'' Shermanów była na tle innych pojazdów II WŚ całkowicie w normie. Pod koniec wojny pancerze niemieckich czołgów były stworzone z tak słabej jakościowo stali, że pociski ppanc. nie musiały ich przebijać. Pod wpływem trafienia stal się rozwarstwiała (kruszyła) od wewnątrz, rozpadając się na odłamki, które latały po wnętrzu, zabijając załogę, niczym nity parę lat wcześniej. Podobne problemy trapiły sowieckie pojazdy w okresie 1941-42, zanim otrzymano porządną amerykańską stal - budowane na szybko i byle jak pojazdy ponosiły duże straty w załogach.

    Porucznik Bohdan Tymieniecki we wspomnieniach ''Na imię jej było Lily'' opisuje walkę z Panterą: "... Zrobiło mi się ciepło. Pantera jak na talerzu, żeby tylko dojść do strzału! (...) Wiadomo że pancerza nie przebije, ale to dla teoretyków za zielonym stolikiem. Pierwszy pocisk na tę odległość spali mu wszystkie przewody elektryczne i unieruchomi wieżę, a za drugim - załoga straci ochotę do walki i opuści czołg...''

    Nie inaczej było na Pacyfiku. Por. Bob Green z 96. Dywizji Piechoty wspominał walki na Okinawie: „Serce bolało od rozpaczliwych wołań o pomoc odciętych, okrążonych i bez przerwy atakowanych czołgistów”.
    Amerykańskie czołgi były narażone na ostrzał japońskich armat ppanc. Typ 1 kal. 47 mm, które - chociaż nieszkodliwe od czoła - mogły zniszczyć Shermana z boku lub z tyłu (penetracja pancerza od 36 do 57 mm). Wymuszało to na Amerykanach dopancerzanie czołgów za pomocą przyspawanych zapasowych ogniw gąsienic i płyt pancernych, wyciętych z wraków Shermanów. Jack Armstrong, dowódca Shermana 1. batalionie pancernym marines, w toku bitwy o Okinawę stracił aż trzy czołgi - tam Amerykanie utracili 225 czołgów. Z kolei japońskie czołgi miały cienki i nadal nitowany pancerz. Amerykanie początkowo używali przeciw nim amunicji przeciwpancernej, gdy z konsternacją zauważyli, że pociski po prostu przelatują przez czołgi japońskie. Zaczęto używać więc pocisków burzących, które zwyczajnie rozrywały pancerze jak domki z kart. Podobnie smutny los spotykał włoskie pojazdy pancerne, które miały dość gruby (jak na początek wojny), ale nadal nitowany pancerz, niestanowiący żadnego problemu dla armat 75 mm.

    W Europie było równie źle, zwłaszcza biorąc pod uwagę nasycenie po stronie niemieckiej wręcz olbrzymich środków ręcznej broni przeciwczołgowej, jak Panzerfausty i Panzerschrecki. Po internecie krąży wideo z wyciągania załogi z francuskiej 2. Dywizji Pancernej z Shermana. Pocisk niemieckiego działa 88 mm trafił w wieżę, celowniczemu urwał głowę, dowódcę przebił na wylot, a ładowniczemu urwał ręce. Poza tym czołg był nienaruszony, bo pocisk przeleciał, nie eksplodując. W przypadku pocisków kumulacyjnych, które dosłownie przepalały pancerz, nie ma chyba świadectw - a przynajmniej ja się nie spotkałem - by ktoś to przeżył. Zwłaszcza trafienie pancerfaustem. W wypadku tych ostatnich problem był tak naglący, że Amerykanie dopancerzali swoje czołgi betonem, albo osłaniali workami z piaskiem. Z kolei Sowieci montowali... łóżka, tworząc ubogą wersję pancerza przeciwkumulacyjnego (Niemcy na taki wypadek mieli stalowe płyty zwane Schürzen, montowane na Pz. III i Pz. IV). Skuteczność amerykańskich i sowieckich zabezpieczeń była jednak niewielka. W walkach o Berlin Sowieci stracili 1250 czołgów w 12 dni. Ponad 120 straciła w sześć pierwszych dni wyłącznie 3. APanc.Gw.

    Widok z zewnątrz... Pewien amerykański oficer opisał to jako niesamowite widowisko. Języki ognia, snopy iskier, tryskające z każdej szczeliny, wypływające aluminium z silnika, niczym srebrne łzy, topiące się gumowe części i rozgrzana do czerwoności stal. A wszystko ogarnięte niczym żałobnym kirem przez czarny, tłusty dym.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj będzie bez koloru. Ale wybaczycie mi to.

    ''Tylko guziki nieugięte
    Potężny głos zamilkłych chórów
    Tylko guziki nieugięte
    Guziki z płaszczy i mundurów''

    Fragment ''Guzików'' Zbigniewa Herberta. Mojego ulubionego wiersza.

    Ciało majora Adama Solskiego z 57. pułku piechoty, ekshumowane w Katyniu, kwiecień 1943 roku.

    Jeśli wczoraj ktoś zdążył się wzruszyć po Stalinie, dzisiaj mu przejdzie. Bo wczoraj minęła 79. rocznica podpisania przez Stalina notatki 794/Б autorstwa szefa NKWD, Ławrientija Berii. Wraz z nim zatwierdzili ją Woroszyłow, Mołotow, Mikojan, Kaganowicz i Kalinin. Decyzję podjęto m.in. w kooperacji z sojusznikami z III Rzeszy na konferencjach metodycznych Gestapo-NKWD, gdzie zaprzyjaźnione państwa dzieliły się swoimi propozycjami.

    Notatka zalecała eliminację ''wrogów władzy radzieckiej''.

    Kim byli owi straszni ''wrogowie władzy radzieckiej'', których należało zniszczyć, a ich ciała zalać wapnem i pogrzebać, w nadziei, że nikt nie dowie się prawdy?

    Tysiące wspaniałych ludzi. Bohaterów. Obrońców Rzeczypospolitej, którzy latami chronili Ją, walcząc na wielu frontach. Zasłużeni dla Polski eksperci, wojskowi, naukowcy, inżynierowie. Wśród nich wąsaty generał Minkiewicz, bohater bitwy pod Kostiuchnówką w 1916 r. i były dowódca KOP. Piękna śpiewaczka i podporucznik pilot, córka generała Dowbora-Muśnickiego, Janina Lewandowska. Kuzyn generała Hallera i pogromca Konarmii Budionnego, generał Stanisław Haller. Bohaterski obrońca Twierdzy Brzeskiej, generał Konstanty Plisowski. I tysiące innych.

    Od jesieni 1939 roku przebywali oni w sowieckiej niewoli w obozach starobielskim (3800), kozielskim (4400) i ostaszkowskim (6300), oraz innych, m.in. w Kijowie i Mińsku. W sumie - 21 798 ''wrogów ludu''. Wzięci do niewoli podczas wspólnej, sojuszniczej agresji na Polskę zaprzyjaźnionych ludobójców z Niemiec i Związku Radzieckiego.

    Z Kozielska dowożono jeńców do stacji Gniezdowo pociągiem, potem czarnymi autobusami wieziono w las katyński. Tam wyciągano ich z pojazdów, zarzucano płaszcze na głowę, wiązano ręce. Potem kaci z NKWD strzelali w kark. Strzelano im w głowy z pistoletów niemieckiej produkcji, bo szybciej się je ładowało. Z Ostaszkowa i Starobielska jeńców wieziono odpowiednio do Kalinina i Charkowa, gdzie zabijano ich w piwnicach więzień NKWD. Piwnice wyłożone były wojłokami, by tłumić odgłosy wystrzałów. Na podłodze rozsypane były trociny, by pochłaniały krew. Naczelny kat, członek osobistej ochrony Stalina, Wasilij Błochin, odziany w skórzany fartuch osobiście wydawał instrukcje, jak należy strzelać, by zostawić mało krwi. Kaci z NKWD skarżyli się, że są ''przepracowani'', spali po 3 godziny na dobę.

    Ciała wywożono w las, ruszających się jeszcze dobijano bagnetami. Ciała zalewano wapnem, by szybciej się rozłożyły. Potem buldożery zasypywały doły ze zwłokami. Na grobach posiano trawę, posadzono drzewa.

    Ostatni wpis z dziennika majora Solskiego mówi: ''Piąta rano. Od świtu dzień rozpoczął się szczególnie. Wyjazd karetką więzienną w celkach (straszne!). Przywieziono gdzieś do lasu; coś w rodzaju letniska. Tu szczegółowa rewizja. Zabrano zegarek, na którym była godzina 6.30. Pytano mnie o obrączkę, którą (...). Zabrano ruble, pas główny, scyzoryk''.

    Jego i jego brata Kazimierza (kapitan artylerii) zamordowano w kwietniu 1940 r. Adam zginął 9, Kazimierz 17 kwietnia. Syn Kazimierza, Leszek Solski, zginął, lecąc na uroczystości do Smoleńska w 2010 roku.

    Niedawno wydano album o zbrodni katyńskiej na Ukrainie. Przeglądając go, znalazłem zdjęcie z przedmiotami znalezionymi przy pomordowanych. Wśród nich był jeden medal. ''Polska swemu obrońcy''. Zaśniedziały, zleżały w ziemi kawałek metalu. Dar od Rzeczypospolitej dla jej rycerza, który nie zawahał się Jej bronić. I takich rycerzy spoczęło tam blisko 22 tysiące. Mnie ścisnęło za gardło, że taki koniec spotkał tysiące wspaniałych ludzi.

    Opowiedziałbym tutaj o moim dziadku, więźniu starobielskiego obozu, który uniknął zbrodni łobuzów spod czerwonej szmaty, o prezencie od niego - Orzełku Katyńskim, który noszę od ponad dziesięciu lat w klapie marynarki, o trudnych, smutnych, tragicznych życiorysach. Ale nie.

    Jedynym komentarzem, jaki pozwolę sobie zamieścić, jest cytat ks. Zdzisława Peszkowskiego:

    ''Hitleryzm przynajmniej częściowo został nazwany, osądzony i potępiony. A bolszewizm? Nie było Norymbergi dla katynizmu i dla przestępców ze Wschodu.''

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj miało być coś innego, ale nie mam za bardzo czasu, a i chcę przechytrzyć system - na pewno nie dostanę bana. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Dzisiaj mija 66. rocznica śmierci... człowieka ze zdjęcia. (Wczoraj oczywiście - Mleko)

    Pamiętacie film ''Niepokonani'' z Edem Harrisem i Colinem Farrellem? Farrell vel Walka, grając tam sowieckiego bandytę, miał wytatuowanych Lenina i Stalina na klatce piersiowej. Gdy jeden z uciekinierów zaczął się podśmiewać, Farrell wściekły szarpnął nim i krzyknął:

    - Wiesz, co znaczy ''Stalin'', żartownisiu? To znaczy ''człowiek ze stali''!

    To, wbrew pozorom ma dużo wspólnego z prawdą - bandyci w ZSRR podobno często tatuowali sobie wizerunki ''wodzów proletariatu'', licząc, że pluton egzekucyjny nie odważy się strzelać do samego Stalina...

    Kiedy czytałem książkę córki Stalina, Swietłany Alliłujewy miałem bardzo dziwne wrażenie. Takie wrażenie, które ciężko opisać. Mianowicie, w swoich wspomnieniach mówiła o dyktatorze Związku Radzieckiego, zbrodniarzu odpowiedzialnym za śmierć i cierpienie milionów ludzi - ''tata''. Wtedy łapałem się na myśli, że przecież on dla niej był tatą, że też miał rodzinę - i nie byłem sobie w stanie tego wyobrazić.

    Jaki był Iosif Wissarionowicz Stalin? Pierwsze, co przychodzi mi na myśl - to że był zimny. Nie kochał nawet własnego syna. Kiedy Jakow Dżugaszwili dostał się do niemieckiej niewoli, Niemcy zaproponowali wymianę syna Stalina na marszałka Paulusa. Stalin zimno odparował: ''Nie mam syna Jakowa''. Z drugim synem Wasilijem i córką Swietłaną Stalin spędzał więcej czasu, są zdjęcia, jak nosi Swietłanę na rękach. Jednak po samobójstwie żony Stalin dzieci zaczął traktować z nienawiścią. Wg Swietłany śmierć żony odarła go z resztek ludzkiego ciepła. Z wnukami prawie się nie widywał. Po śmierci dyktatora Wasilij zmarł z powodu przewlekłego alkoholizmu, a Swietłana uciekła do USA.

    ''Podczas jednego ze spotkań Jekaterina [matka Stalina] zapytała syna, co robi na Kremlu. Miał jej odpowiedzieć: „Pamiętasz, mateczko, cara? No, to ja jestem kimś w jego rodzaju”. Odpowiedz podobno nie zadowoliła pobożnej staruszki, bo odparła: „Jednak szkoda, że nie zostałeś popem”. Miała mu za złe, że odwrócił się od Boga.''

    Stalin prowadził nocny tryb życia. Dzień zaczynał w południe i pracował aż do godzin porannych. Wszyscy jego podwładni musieli być na skinienie ręki, co całkowicie dezorganizowało funkcjonowanie państwa. Jego biurko było zawalone papierami - bardzo dużo czytał. Po 400-500 stron dziennie. Zaczytywał się w raportach, gazetach, ale i nie stronił od książek. Jego biblioteka liczyła 20 tys. pozycji. Podobno znał nawet starożytną grekę. Kiedy pierwszy raz usłyszał o Hitlerze, nakazał sprowadzić sobie egzemplarz ''Mein Kampf'' i bardzo mu się spodobała. Czytywał też oczywiście dzieła Marksa, Lenina i - cóż za zaskoczenie - Stalina.

    Miał kompleksy z powodu swojego niskiego wzrostu (165 cm) i zajęczej wargi, którą ukrywał pod sławnym wąsem. Wąsem zresztą strasznie pożółkłym od palenia fajki. Bardzo wstydził się swojej dziobatej twarzy - pamiątki po ospie i dlatego każda jego fotografia była poddawana retuszowi.

    Uwielbiał kino. Szczególnie lubił westerny. Był jednak bardzo konserwatywny w odbiorze i nie znosił scen erotycznych. Podobno z oburzeniem zareagował na scenę pocałunku w jednym z filmów. Słuchał muzyki operowej - Czajkowskiego i Korsakowa.

    Do legendy przeszły jego bankiety. Sam dyktator lubił prostą, gruzińską kuchnię, a więc słynne chaczapuri, lawasz i pierogi chinkali. Nie gustował zbytnio w wódce, za to uwielbiał gruzińskie wino i armeński koniak. Przyjęcia na daczy w Kuncewie były bardzo wystawne. Nawet zagraniczni goście byli zdumieni wyszukanymi potrawami. Zresztą Stalin zmuszał wszystkich do picia i lubił obserwować, jak cała jego wierchuszka kończy zabawę pod stołem. On sam zawsze był na tyle trzeźwy, by pójść do drugiego pokoju i położyć się na kanapie.

    Jedyne, co go realnie interesowało, to nie pieniądze i bogactwo, tylko władza. Ludzi traktował jak pionki na szachownicy, które może dowolnie przesunąć. Nie przywiązywał wagi do rzeczy materialnych - po jego śmierci odkryto, że miał niewiele rzeczy osobistych, m.in. słynną fajeczkę, drewniany piórnik i pióro wieczne, a po daczy walały się zwitki banknotów.

    Jeden jedyny raz wyraził współczucie względem innego narodu - i to takiego, którego szczerze nienawidził. Kiedy Amerykanie rzucili bombę atomową na Hiroszimę, nazwał to barbarzyństwem. Był przerażony niezrównaną potęgą Amerykanów. Polityka USA kojarzyła mu się odtąd wyłącznie z atomowym szantażem. Nie żeby szczególnie nie chciał mieć swojej bomby atomowej...

    Kiedy umierał 5 marca 1953 r. (dziwnym zrządzeniem losu, w dokładnie 13. rocznicę wydania rozkazu o wymordowaniu polskich oficerów z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa), w zadymionym pomieszczeniu, w kałuży własnego moczu, jedyną osobą, która płakała, była jego córka.

    Dla niej to był po prostu tato.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Operator miotacza ognia z kompanii ''B'' 9. pułku marines biegnie ku japońskim bunkrom. Iwo Jima, 19 lutego 1945 r. Ponieważ tak prosiliście o Iwo - atakujemy/bronimy się dalej.

    Kiedy Amerykanie ruszyli do przodu, rozpętała się rzeź. Strzelał każdy załom terenu, każde wzgórze, każda szczelina w terenie. Wszystko ziało ogniem. Z potwornym gwizdem spadały granaty moździerzowe i potężne pociski 320 mm, które po prostu zmiatały wszystko, w co trafiły. Tonęły amfibie i barki, płonęły czołgi, eksplodowały skrzynie z amunicją. Wielkie słupy czarnego piasku wyrastały w miejscu trafienia, powietrze zaroiło się od świetlistych paciorków pocisków broni maszynowej. W potwornym huku, błyskach eksplozji przerażeni marines próbowali utworzyć linię walki. Zewsząd dobiegały krzyki o sanitariusza. Oficerowie rozpaczliwie próbowali wezwać wsparcie ogniowe. Porzucano wszystko poza bronią i amunicją. Dopiero po godzinie tej rzezi przybyłe na plażę buldożery zaczęły wypychać miękki pył wulkaniczny, torując przejście. Przybyły też czołgi Sherman (każda dywizja miała jeden batalion pancerny), wsparcia udzielały też gąsienicowe amfibie - amtracki z haubicami.

    Na lewej flance sławny bohater wojenny, odznaczony Medalem Honoru sierżant John Basilone krzyczał do swoich ludzi: ''Dawajcie chłopaki! Dacie radę!''. Kiedy kilku z nich zaczęło biec za swym dowódcą, wybuchł pomiędzy nimi granat moździerzowy, zabijając wszystkich na miejscu.

    Ale Iwo Jima miała stać się miejscem sławy innych bohaterów.

    W centrum, gdzie lądowała 4. Dywizja Marines, jeden sierżant krzyknął do swoich ludzi ''Osłaniajcie mnie!''. Pobiegł naprzód, uzbrojony jedynie w pistolet i dwa granaty. Niczym postać z filmu akcji strzelał z biodra i wrzucił granat do środka japońskiego bunkra. Wracał się po granaty kilka razy i zniszczył pięć japońskich stanowisk, gdy japoński granat wybuchł mu pod nogami, zabijając na miejscu. Nazywał się Darrell S. Cole. Pośmiertnie odznaczono go Medalem Honoru, jako pierwszego z 27 odznaczonych na Iwo Jimie.

    1. batalion 28. pułku z 5. Dywizji na lewej flance parł naprzód, chcąc jedynie odciąć Suribachi od reszty wyspy. Rannych porzucano, gdzie upadli. Liczyło się tylko, by przebyć jak największy dystans. Zdemolowany batalion (łącznie 15 ludzi, do końca dnia stracili ponad 600 marines) dotarł na drugi brzeg, tocząc zażarte walki z żołnierzami japońskiego 320. batalionu piechoty.

    4. Dywizja nie posunęła się wiele dalej - zdobyto zaledwie 450 metrów terenu do wieczora. Przykładowo, liczącego 900 marines 3. batalionu 25. pułku (zwanego ''Ghoulami'' od antyrefleksyjnego kremu, jaki mieli na twarzach) zostało 150 ludzi. Nie zdołano opanować nawet podstawowego celu - lotniska nr 1, nie mówiąc o podejściu do Suribachi. Do końca dnia zginęło i zostało rannych 2400 Amerykanów. Jedna z kompanii w ciągu dnia cztery razy zmieniała dowódcę. W innej z 240 ludzi zostało 18.

    Amerykanie z morza odpowiadali raz po raz gigantycznymi nawałami ogniowymi. Bez skutku. Na czas ostrzału Japończycy milkli, a później wznawiali morderczą burzę ognia i żelaza. Schrony zdobywano pojedynczo, jeden po drugim, w zaciętych bojach z gotowymi na śmierć żołnierzami Cesarza. Najcenniejsze były bazooki, ładunki wybuchowe i miotacze ognia. Używano również granatów z termitem, które nie dawały szans obrońcom. Ale to wszystko wymagało zbliżenia się na niewielką odległość do bunkrów. Jeśli udało się podejść, to bunkier był niszczony - płonących, uciekających z przeraźliwym krzykiem Japończyków dobijali inni marines. Dopiero, gdy wyładowano większą ilość Shermanów Zippo - z miotaczami ognia - zdołano jako tako ustabilizować sytuację. Jednak czołgi i amtracki były zaciekle niszczone przez japońską artylerię jeden po drugim. Z najwyższym trudem marines wyrąbywali sobie przejście w japońskiej obronie.

    Wieczorem, gdy sytuacja się nieco uspokoiła, wystrzeliwane raz po raz flary oświetlały przerażający widok - kursujące ciągle barki z rannymi, pracujący w pocie czoła budowlańcy, którzy choć trochę chcieli uprzątnąć plażę, dymiące wraki i pełno kraterów, a w każdym z nich przynajmniej jeden zabity marine. Japończycy i tak przez całą noc nękali Amerykanów, albo ostrzałem z moździerzy, albo podczołgując się do ich jam i podrzynając im po cichu gardła. Większość więc nie spała, szczękając zębami z zimna.

    Generał Kuribayashi, spokojnie paląc papierosa na północy wyspy, z satysfakcją myślał o wykonaniu swojego zadania.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Szwedzcy ochotnicy podczas Mszy Świętej, styczeń 1940 r.

    Bohaterstwo maleńkiego fińskiego Dawida w walce z potężnym sowieckim Goliatem odbiła się szerokim echem na całym świecie.

    I dopiero wtedy okazało się, ilu przyjaciół na świecie ma dzielny naród drwali i myśliwych.

    Stany Zjednoczone niemal natychmiast zamroziły kontakty handlowe ze Związkiem Radzieckim. W grudniu 1939 r. były prezydent USA, Herbert Hoover powołał fundusz pomocy dla Finlandii. Do stycznia 1940 r. Amerykanie wysłali Finom ponad 6 milionów dolarów. Proponowano nawet przydzielenie Finom 100 tys. mil kwadratowych na Alasce. USA wysłały do Finlandii 43 samoloty Buffalo.

    Nie zabrakło ochotników z Norwegii, choć bojaźliwy norweski rząd, obawiając się sprowokowania Niemiec, utrudniał jak mógł ochotnikom przedostanie się do Finlandii i z 725 tylko 125 wzięło udział w walce. Wśród nich byli ci, którzy mieli w przyszłości stać się legendami ruchu oporu przeciw Niemcom - Max Manus i Leif Larsen. Potajemnie przerzucono też 12 armat 12 tys. pocisków i przekazano 2 mln koron norweskich.

    Nie obyło się też bez wyrazów sympatii z dalekiej Italii. Benito Mussolini z oburzeniem przyjął wiadomość o agresji na Finlandię i wycofał włoskiego ambasadora z Moskwy. Niemal natychmiast polecił przygotować sprzęt dla Finów - w tym najnowsze włoskie myśliwce Fiat G.50 i 100 tysięcy karabinów. Osobiście napisał pełen gniewu list do tego czeskiego kaprala, w którym zarzucał mu zdradę Paktu Antykominternowskeigo. Setki włoskich pilotów zgłosiło się na ochotnika do walki. Niektórzy, jak weteran wojny domowej w Hiszpanii, ppłk Giuseppe Casero, dotarli do Finlandii. Inni, jak sierżant Diego Manzocchi, weteran wojen w Abisynii i Hiszpanii, zginęli na fińskiej ziemi.

    Maleńki węgierski naród dał od siebie najwięcej. Rząd Pala Telekiego natychmiast wysłał milion węgierskich pengo. 25 tys. Węgrów zgłosiło się na ochotnika do służby, ale dopuszczono tylko 350. Jednak tak, jak w przypadku Włochów, tak i węgierską pomoc blokowali Niemcy. Węgrzy musieli wybrać trasę naokoło, poprzez Włochy, Francję, Wlk. Brytanię i Norwegię. Zanim dotarli do Finlandii, skończyła się wojna. W Finlandii służyło ogółem 366 Węgrów.

    Francja i Wielka Brytania planowały wysłanie korpusu ekspedycyjnego, ale na ich drodze stanął opór Norwegii, która nie zgodziła się przepuścić korpusu. Warto dodać, że Sowieci brali pod uwagę możliwość desantu Aliantów i w Murmańsku utrzymywali spore siły. W skład korpusu miały wejść m.in. 13. półbrygada Legii Cudzoziemskiej i polska Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich. Francuzi wysłali spore ilości sprzętu, za darmo: 160 dział, 500 kaemów, 795 tys. pocisków artyleryjskich, 20 mln nabojów karabinowych i 200 tys. granatów. Brytyjczycy dorzucili 24 bombowce Blenheim i 30 myśliwców Gladiator, 10 Hurricane'ów oraz 40 karetek.

    Ale nikt nie dał tyle, ile Szwedzi. Natychmiast przekazano Finlandii 330 dział z dużymi zapasami amunicji, 29 samolotów i 135 tys. karabinów. Z pomocą sąsiadom pospieszyło osiem tysięcy szwedzkich żołnierzy. Przybyło blisko tysiąc robotników i inżynierów. Szwedzki Korpus Ochotniczy liczył 8402 żołnierzy. Szwedzi wzięli udział w bitwach pod Markajärvi i Salla. W walce zginęło 33 z nich, w tym ich dowódca, ppłk Magnus Dürssen.

    Przybyło także tysiąc Duńczyków, dowodzonych przez kapitana Christiana von Schalburga, późniejszego dowódcę Freikorps Danmark w SS. Był i tysiąc Estończyków, potajemnie przerzucanych przez Bałtyk, i 850 Ukraińców, i 350 Iżorów, którzy przemknęli się przez sowiecką granicę, i ponad 200 ochotników z innych państw. Był i słynny późniejszy aktor, Christopher Lee, byli i Polacy, jak porucznik Feliks Pecho i sierżant Wacław Ulas. Byli i ''biali'' Rosjanie - pozbawieni swej ojczyzny, bili się za inne, pod dowództwem Borysa Bażanowa. Byli nawet żydowscy uciekinierzy z całej Europy, walczący o azyl, byli Holendrzy, Belgowie, fińscy emigranci z USA, nawet kilkunastu Niemców. Z dalekich Hiszpanii i Portugalii nadpłynęły wyrazy wsparcia - Hiszpanie przekazali 800 tys. marek i... 500 butelek mszalnego wina, wielu ludzi spontanicznie przekazywało ubrania i leki. Przekazano także haubice, amunicję i ciągniki, jednak dotarły one już po wojnie. Biedna Portugalia nie miała pieniędzy, więc zaoferowała dostawy żywności. Zgłosiła się setka Portugalczyków do walki po stronie Finów, w tym weterani wojny domowej w Hiszpanii. Gotowość do pomocy wyrazili także przybysze z Kraju Kwitnącej Wiśni, proponując dostawy broni. Z Brazylii też nadpłynęła pomoc w postaci - a jakże - 10 tys. worków kawy, a Australia dostarczyła 250 ciężarówek, koce, ubrania i... puszki z zupą z kangura. Nawet z Argentyny i Chile przypłynęło 4,5 tys. ochotników ''Cazadores de Montana'', specjalnego pułku górskiego wprawionego we wspinaczce w Andach, dowodzonych przez ówczesnego podpułkownika Juana Perona.

    Cały świat dopingował maleńki naród w jego bohaterskiej walce z sowieckim imperium.

    Niestety - tylko dopingował. Większość uzbrojenia i wsparcia przybyło dopiero pod sam koniec konfliktu, lub już po nim. Niemcy skutecznie blokowali transporty, zwłaszcza z uzbrojeniem, do Finlandii, chroniąc swojego sowieckiego sojusznika. Stalin nie zapomniał tej przysługi swojemu przyjacielowi, Adolfowi Hitlerowi i odwdzięczył się niedługo później w Norwegii.

    Jednak Finowie nie zapomnieli niczyjej pomocy. Tuż po wojnie sporo fińskich ochotników przedostało się do Norwegii i Danii, chcąc podjąć walkę z Niemcami podczas operacji ''Weserübung''. Uzbrojenie od przyjaznych narodów nie zmarnowało się - półtora roku później włoskie hełmy i karabiny, amerykańskie myśliwce, brytyjskie bombowce, francuskie armaty, szwedzkie działka, belgijskie i hiszpańskie pistolety pomogły Finom odbić to, co ukradli im Sowieci.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ile jeszcze to potrwa?... Medyk z 45. Dywizji Piechoty tkwi w swoim dołku strzeleckim, Anzio, luty 1944 r.

    Z przyczółkiem pod Anzio Niemcy wiązali duże nadzieje. Liczyli, że uda im się odwrócić złą passę, łańcuch niepowodzeń, który prześladował Wehrmacht od czasów Kurska. Dowodzący 14. Armią pod Anzio gen. von Mackensen liczył na likwidację przyczółka i odniesienie spektakularnego zwycięstwa. Z początkiem lutego nasiliły się niemieckie patrole i ostrzał. Atak zaplanowano na 3 lutego, ale niespodziewany amerykański nalot zniszczył punkt dowodzenia LXXVI. Korpusu, który miał koordynować działania. Atak opóźnił się o 24 godziny, co wyszło Niemcom na dobre: popsuła się dokumentnie pogoda, uziemiając alianckie lotnictwo. Zanim to nastąpiło, Niemcy poczęstowali Aliantów ostatnim nalotem, który zdezorganizował przyczółek.

    W nocy padał rzęsisty deszcz. Widoczność była niewielka, brytyjscy i amerykańscy żołnierze kryli się w swoich jamach przed potokami błota. Tłusta, gliniasta ziemia oblepiała mundury i broń.

    Przed północą niebo rozświetliło się jednak seriami błysków i eksplozji. Artyleria strzelała krótko, ale celnie. Tuż potem z ciemności wyłoniły się dziesiątki Niemców. Brytyjczycy na północy próbowali się cofać, ale nagle z tyłu ich pozycji nadszedł ostrzał. Niemcy sięgnęli po swoją ulubioną taktykę infiltracji i przeniknęli brytyjskie pozycje. Brytyjczykom wydawało się, że Niemcy są wszędzie. W ciemnościach, rozświetlanych seriami wystrzałów i rozbrzmiewających krzykami walczących, siły brytyjskie musiały się cofnąć. W powstałą lukę wdarli się Niemcy i teraz walczono na najbliższych dystansach. Na pięści, noże, kolby karabinów. Jednak Niemcy uzyskiwali stopniowo przewagę, co wzbudziło panikę w brytyjskich liniach. Do walki rzucono świeżą 56. Dywizję Piechoty, która zastąpiła wyczerpaną 1. DP. Seria kontrataków pozwoliła ustabilizować front i zamknąć wyłom. Brytyjczycy ponieśli ciężkie straty, tracąc 1400 ludzi w zaledwie jedną noc.

    W nocy z 7 na 8 lutego natarcie wznowiono. I znowu Niemcy przeniknęli na tyły brytyjskie, i znowu położyli silny ostrzał artylerii. Obrona zaczęła się chwiać, Niemcy zajęli zrujnowaną Aprilię, dziesiątkując brytyjski 1. batalion pułku Scots Guard i amerykański 894. batalion niszczycieli czołgów. Alianci zareagowali silnym bombardowaniem (zrzucono 145 ton bomb) i ostrzałem z morza, a także wprowadzeniem dwóch pułków świeżej 45. Dywizji Piechoty. Do Aprilii 11 lutego dotarł tylko 1. batalion 179. pułku, wsparty paroma czołgami ze 191. batalionu pancernego, który został zdemolowany przez niemieckie czołgi z Kampfgruppe ''Gräser'' z 3. DGren.Panc. w całonocnej bitwie na wąskich, zasłanych gruzem uliczkach. Z batalionu zostało 43 ludzi. Brytyjczycy i Amerykanie w ciągu trzech dni utracili 3 tys. żołnierzy, zaś Niemcy odbili utracone pozycje i zlikwidowali brytyjski wyłom.

    A był to dopiero przedsmak.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Przyszedł bolszewik - znów piosnka stara
    Czerwonych synów białego cara.
    Polak, co nie chciał zostać Kainem,
    Że chciał być wiernym ojczyźnie synem,
    Chciał jej wolności w słońcu i chwale,
    A że śmiał mówić o tym zuchwale,
    Że nie chciał by go więziono, bito,
    Był "reakcyjnym polskim bandytą"

    (...)

    Teraz, gdy w gruzach Germania legła,
    Jest Polska "Wolna i Niepodległa",
    Jest wielka. Młoda, swobodna, śliczna,
    I nawet mówią "demokratyczna".

    Cóż z tego, kiedy kto Polskę kocha,
    W kim pozostało sumienia trochę,
    Komu niemiłe sowieckie myto,
    Jeszcze raz został "polskim bandytą".

    I znowu polskości tłumią zapały
    Tortury UB, lochy, podwały.
    O Boże, chciałbym zapytać Ciebie,
    Jakich Polaków najwięcej w niebie?
    (głos z góry)
    Płaszczem mej chwały, blaskiem okryci
    Są tutaj wszyscy "polscy bandyci".

    Autor nieznany, 1946 r.

    Dzisiaj będzie długo i szczerze. Myślę, że bez proszenia o łapki - ale im więcej dacie, tym będzie mi milej, że komuś chciało się to czytać.

    Obchodzimy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. (1 Marca - Mleko)

    Pamiętam, kiedy jako mały chłopiec, lubiłem zaczytywać się w ''tygryskach''. Małe broszurki, po niecałą złotówkę za sztukę. Można było je kupić wszędzie. Na dworcach, w antykwariatach, na ulicy. Nieliczne były o interesującym mnie froncie zachodnim, większość - o ludowych gierojach, o ''utrwalaczach władzy ludowej''. Kilka razy wpadły mi w ręce te o ''bohaterskich'' ubekach i milicjantach, co to zwalczali ''reakcyjne bandy''. Z wściekłości rwałem je na kawałki i paliłem w piecu. Bywały też wiersze, takie jak zapomnianego już dziś czołowego wierszoklety komunistycznych gadzinówek, Mieczysława Jastruna, ''Ballada o Puszczy Świętokrzyskiej'':

    ''Twarze spode łba, jakby wyjrzały spod hełmu
    żelaznego najeźdźcy, w oczach - nocy bielmo.
    Szeleszczą po kolana, brodząc w zeschłych zielskach.
    Szkaplerz lub krzyż na szyi, w ręku broń angielska.
    Pod pachą ciepłem ciała ogrzana pepesza
    jak żmija utuczona ołowiem się zwiesza.
    Mundur polskich żołnierzy, w piersi serca wrogów,
    Wiatr nocny idzie z nimi, przyjaciel rozłogów.''

    W proces zohydzania ''reakcyjnych bandytów'' włączyli się Brzechwa, Putrament, Bahdaj, Przymanowski, Broniewska, Gerhard, Kruczkowski i wielu, wielu innych.

    Dla mnie te ''reakcyjne bandy'', ci plugawi ''sanacyjni faszyści'' to byli bohaterowie. Rycerze z orłem w koronie, którzy walczyli przeciwko najbardziej antyludzkiemu systemowi w historii. Przeciwko łobuzom spod czerwonej szmaty, niemającym nic wspólnego z cywilizacją ludzką.

    Ostatni gladiatorzy II Rzeczypospolitej.

    Dzisiaj trochę żałuję, że tak robiłem. Dlaczego? Bo bolszewicka retoryka ''bandytów'' jak widać wraca. ''Byli też bandyci'', ''popełniali zbrodnie'' - padają często sformułowania, po czym wymienia się dwa, może trzy nazwiska, ciągle te same.

    A przecież Żołnierze Wyklęci to nie tylko kapitan Rajs i jego ''skazy na pancerzu'', wymieniane do znudzenia.

    To także ciemnowłosy Marian Bernaciak ''Orlik'', który wydzierał z komuszych łapsk więźniów raz za razem i stoczył największą bitwę z sowieckimi okupantami w Lesie Stockim.

    To także brodaty Anatol Radziwonik ''Olech'', który siał postrach na dalekiej Nowogródczyźnie, ''wróg numer jeden'' dla NKWD.

    To także dowcipkujący sobie bohater Szarych Szeregów, Jan Rodowicz ''Anoda'', któremu ubeckie - pardon moi - skurwysyny skakały po klatce piersiowej, a potem wyrzuciły przez okno z czwartego piętra.

    To także nieco nieśmiały Antoni Heda ''Szary'', który w najsłynniejszej akcji rozbił więzienie w Kielcach i uwolnił 700 ludzi.

    To dwóch nieomalże braci - Hieronim Dekutowski ''Zapora'' i Zdzisław Broński ''Uskok'', którzy do samego końca wierzyli w wolną Polskę, oddając ducha ''Cichociemnych'' - ''Wywalcz Jej wolność, lub zgiń!''. Niemal też jak bracia zginęli - ''Uskok'' przeżył ''Zaporę'' o zaledwie pół roku...

    To także słynny ''Zuch'', bieszczadzki postrach komuny i UPA, Antoni Żubryd, którego podstępnie wraz z ciężarną żoną zamordował komunistyczny zbir. Zbir, który w komforcie dożył swoich dni jako szanowany reżyser...

    To też dawny pilot z eleganckim wąsikiem, obrońca Warszawy, Henryk Flame, który się ujawnił, za co milicyjny bandzior poczęstował go kulką w plecy z karabinu. Jego oddział wysadzono w powietrze, a innych wymordowano strzałem w tył głowy...

    To także zmarły dwa lata temu podlaski łowca czekistów, bohater walki z trzema okupantami, którego ''banda'' wzbudzała przerażenie wśród milicjantów, Zygmunt Błażejewicz.

    To także ten, którego pozbawiono głowy po śmierci, ten, który ukrywał się jeszcze 18 lat po wojnie. ''Przystojny, figurę miał, głos łagodny. No... w moim guście był. Taki z brzuszkiem'', wspominała roniąc łzy jego ukochana, Danuta Mazur. Tak. Józef Franczak ps. ''Laluś''.

    To dziesiątki, setki innych życiorysów. Znanych i mniej znanych. Żołnierzy ''ludowego'' WP, którzy uciekli do lasu, jak Henryk Chabiera, odznaczony medalem ''Zasłużony na Polu Chwały'' za walki o Wrocław, dawnych ''Hubalczyków'', jak słynny Maciej Kalenkiewicz ''Kotwicz'' grasujący na Kresach, powstańców warszawskich, jak chociażby nadal żyjący generał Jan Podhorski, byłych żołnierzy PSZ, jak przyjaciel Witolda Pileckiego, Ryszard Jamontt-Krzywicki, nawet weteranów Wielkiej Wojny i 1920 roku jak Zygmunt Broniewski.

    Życiorysów kresowych straceńców i tych, co walczyli w kraju. Zwykłych chłopców ze wsi i zawodowych żołnierzy, robotników i intelektualistów. Prawicowych i lewicowych.

    Życiorysów pełnych wspaniałych kart, ale - również tych ciemnych. Jak w każdej formacji zbrojnej, tu też bywały zbrodnie. Ale były one pojedyncze i stanowiły PROMIL całości. Po drugiej stronie zbrodnie były na porządku dziennym. Tysiące ludzi w więzieniach, katowanych, bitych, maltretowanych. Z wyrwanymi paznokciami, z wybitymi zębami, przypalanych papierosami, tłuczonych do nieprzytomności metalowymi pałami. Winny, czy niewinny - na śmierć. Jakoś nikt nie wypomina, że ''utrwalacze władzy ludowej'' siali terror, krzywdę i śmierć, karabinem, pięścią i szantażem dusząc tych, którzy chcieli wolnej Polski.

    Ale przecież - to byli tylko ''żołnierze zapomniani'', co to ''najkrótszą drogą wracali''...

    Gdy ''zapomniani żołnierze'' z ''ludowego'' Wojska Polskiego chodzili na uroczystości, byli obsypywani przywilejami i odznaczeniami, oglądali filmy o samych sobie, ''reakcyjni bandyci'' siedzieli w wilgotnych celach, nieludzko katowani. Zamordowanych wywożono i wyrzucano ich ciała jak śmieci, po nocy, do masowych grobów. Do dzisiaj identyfikuje się ich na Łączce, by móc ich godnie pochować.

    Nawet gdyby kapitan Rajs, zawodowy żołnierz, bohater wojenny odznaczony Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych, miał być, jak chcą ci, którzy oceniają historię zerojedynkowo, ''bandytą'' (bo wybaczcie, ale ''bandyta'' to określenie wprost z komunistycznej nomenklatury, a dla mnie człowiek, który walczył siedem długich lat i wielokrotnie okazywał swoją odwagę, nie może być nazwany po prostu ''bandytą'', jak jakiś pierwszy z brzegu zbój rabujący staruszki), to jego zbrodnie - które jakkolwiek się wydarzyły - są pojedynczymi przypadkami w cieniu ogromu zła wyrządzonego przez Sowietów i ich polskojęzycznych pachołków.

    Nie można zapominać, kto ten terror rozpętał, kto rozpoczął kampanię nienawiści, kto zaczął więzić i zabijać. Wyklęci nie poszli do lasu, bo mieli taki kaprys, tylko dlatego, że ''władza ludowa'' ich ścigała, więziła i mordowała.

    To nie Wyklęci zamykali milicjantów w barakach zasłanego jeszcze ciepłymi popiołami ludzkimi Majdanka. To nie Wyklęci trzymali ubeków w kazamatach lubelskiego zamku, gdy dogorywało jeszcze powstanie w Warszawie. To nie Wyklęci czerwonoarmistów pod lufami wywieźli na Sybir z Wileńszczyzny, gdy losy wojny ważyły się w Normandii i na Białorusi.

    Tak, jak w ogólnej ocenie II WŚ nikt nie próbuje przeciwstawiać niemieckiego zła pojedynczymi zbrodniami Brytyjczyków, czy Kanadyjczyków, tak i tu nie wolno zapomnieć, że sprawcami olbrzymiej tragedii byli Sowieci i ich poplecznicy.
    Tak - także tego, że popchnęli żołnierzy Wojska Polskiego do bratobójczej walki, popędzając ich w las, do walki z ''reakcyjnymi bandytami''.

    „A może już nikt o nas nie wspomni i nawet nie będzie pamiętać, że walczyliśmy o wolność Ojczyzny, może określenie nas bandytami, wpajane społeczeństwu, pozostanie już na zawsze”, miał rzec wspomniany ''Zapora''.

    Rzadko patrzę tak przychylnie na popkulturowy patriotyzm, jak na ten nasz - polski, poświęcony tym, którzy stanęli na szańcach straceńczej walki. Jak na tych, którzy są dumni z bohaterów antykomunistycznego powstania. Powstania oddolnego, spontanicznego, będącego wyrazem sprzeciwu polskich patriotów przeciw czerwonej opresji. I nie dają posłuchu powtarzanej komunistycznej retoryce o ''bandytach''.

    To tylko dowodzi tego, że, na szczęście, ''Zapora'' się mylił.

    Niektórych z tych ''sanacyjnych faszystów'' osobiście poznałem i jestem z tego dumny. Ludzi, u których rzadko brakuje baretki Virtuti i Krzyża Walecznych, do dzisiaj zaskakujących błyskiem w oku i doskonałą pamięcią. Jak wspominany niedawno generał Tadeusz Bieńkowicz ps. ''Rączy'', jak zmarły parę lat temu ppłk Czesław Naleziński ps. ''Arsen'', jak adiutant ''Ognia'', Zbigniew Paliwoda ps. ''Jur'', jak porucznik Wacław Szacoń ''Czarny'', przyjaciel Józefa Franczaka. Prawdziwy przyjaciel, który całe życie bronił dobrego imienia ostatniego Wyklętego.

    Dziś już część od lat nie żyje, ale zostają zdjęcia, nagrania, wpisy i pamięć ludzka.

    Z dumą wspomnijcie ich imiona.

    Koloryzacja: Mikołaj Kaczmarek - Kolor Historii.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Nie zapomnijcie o Patronite.

    Kiedy czarne, wulkaniczne plaże Iwo Jimy pokrywały się wrakami pojazdów i ciałami zabitych marines, jeden człowiek w milczeniu spoglądał na tę rzeź przez lornetę. Amerykański dowódca, gen. Holland Smith powiedział o nim: ''Nie wiem, kim on jest, ale japoński generał kierujący tym występem to sprytny gość''.
    ''Sprytnym gościem'' był dowódca obrony wyspy, generał Tadamichi Kuribayashi.

    Był to niezwykły człowiek. Pochodził z niewielkiego rodu samurajskiego o wojskowych tradycjach. Ukończył Cesarską Akademię Sztabową z drugą lokatą. Był absolwentem szkoły kawalerii. Kochał jeździć konno. Miał za sobą trzydzieści lat w służbie Cesarza, z których trzy spędził jako zastępca attache wojskowego Japonii w Waszyngtonie. Później dowodził Dywizją Gwardii Cesarskiej, strzegąc pałacu w Tokio. Znał i szanował Amerykanów. ''Amerykańska potęga produkcyjna jest poza naszym wyobrażeniem. (...) Używając jednego guzika, cały przemysł zostanie zmobilizowany do celów wojskowych. (...) Stany Zjednoczone to ostatni kraj na Ziemi, z którym Cesarstwo powinno toczyć wojnę'', napisał w liście do żony. Stronił od szarż banzai i samobójczego fanatyzmu, przez co inni oficerowie oskarżali go o tchórzostwo. Generał spokojnie odparował: ''Będziemy bronić tej wyspy do ostatniego człowieka. Jeśli nasze dzieci będą mogły żyć bezpiecznie choćby o jeden dzień dłużej, każdy dzień obrony jest tego warty''.
    Został fantastycznie sportretowany przez mojego ulubionego japońskiego aktora, Kena Watanabe w przepięknym filmie ''Listy z Iwo Jimy''.

    Generał wiedział, że jego misja jest przegrana. Że nie przybędzie mu na odsiecz Cesarska Flota. Że zginie. Japoński oficer, zwłaszcza takiej rangi, nie miał bowiem prawa przeżyć przegranej batalii. Kiedy jeden z oficerów rzucił sarkastycznie, że najlepiej byłoby zatopić wyspę, pozbawiony poczucia humoru generał zamachnął się na niego laską. Miał już bowiem plan stworzenia z wyspy twierdzy. Wiedział, że Amerykanie bardzo poważnie podchodzą do kwestii poległych i rannych. Chciał wydać Amerykanom bitwę na swoich warunkach. Bitwę na wyczerpanie.

    Jedną z jego pierwszych decyzji była ewakuacja całej ludności cywilnej z wyspy. Rozkazał też usunąć wszelkie stanowiska polowe z plaż, natomiast nakazał budować umocnienia w głębi wyspy, drążyć tunele i budować bunkry w jaskiniach. Taką siecią została pokryta góra Suribachi. W bazalcie kuto schrony i bunkry, stanowiska karabinów i moździerzy. Bunkry były tak dobrze zamaskowane, że wyglądały jak skały bądź stosy kamieni. Stworzono także sporo atrap pojazdów i bunkrów, które miały zmylić Amerykanów. Generał zakazał żołnierzom wychodzić z bunkrów, dopóki nie zostaną wysadzeni albo siłą z nich wyciągnięci. Tuż przed bitwą, generał wymusił na żołnierzach przysięgę, że zanim sami zginą, zabiją po dziesięciu wrogów. Zakazał też popełniania samobójstw i szarż banzai.

    Opracowano pięć sektorów obronnych. Kuribayashi prawidłowo przewidział, że Amerykanie wylądują w najwęższym miejscu wyspy, chcąc odciąć Suribachi od reszty. Tam był ulokowany pierwszy sektor. Drugi przebiegał mniej-więcej w centrum, w pobliżu lotniska nr 1, a trzeci, rezerwowy - w okolicach lotniska nr 3 w oparciu o wzgórza 362 A, B i C. Dwa ostatnie sektory znajdowały się we wschodniej części wyspy, stanowiąc ostatnią linię obrony.

    Całą wyspę pokrywały pola ostrzału wszelkiej broni cięższej. 25 % żołnierzy z garnizonu skierowano na stałe do budowy fortyfikacji. Tunele budowano tak, by wytrzymały ostrzał i bombardowanie i zapewniały łączność. Podłączono do części z nich elektryczność, przygotowano tory pod wagoniki z amunicją, zamaskowano otwory wentylacyjne. Tworzono także najróżniejszy system bunkrów - od jednoosobowych dołków strzeleckich,(nazywanych przez Amerykanów ''pajęczymi norami'') po potężne, wielopoziomowe bunkro-schrony artyleryjskie. Pozbawieni wody (na wyspie nie ma jej źródeł), dręczeni chorobami, gryzieni przez komary i muchy, kryjąc się przed bombami amerykańskich Liberatorów, prowadzących ciężkie naloty, japońscy żołnierze uparcie ryli i kopali, przygotowując przyszłe pole bitwy. Kuribayashi nakazał oszczędzanie racji żywnościowych, by starczyło ich jak najwięcej na czas bitwy.

    Garnizon docelowo składał się z nowo utworzonej 109. DP (14 tys. ludzi), dodano także 2. Samodzielną Brygadę Mieszaną (5000 ludzi) z sąsiedniej Chichi Jimy generała Sadasue, 145. pułk oraz 2200 żołnierzy piechoty morskiej i personelu naziemnego, wszystko dowodzone przez wiceadmirała Rinosuke Ichimaru, później przybyło parę oddziałów (m.in. pięć batalionów ppanc) oraz 26. pułk pancerny podpułkownika barona Takeichi Nishi.

    To także był niezwykły człowiek. Pochodził ze starego i szanowanego samurajskiego rodu. Podobno miał koligacje rodzinne z samym Cesarzem. Podobnie jak Kuribayashi, kochał konie i także ukończył szkołę kawalerii. W 1932 zdobył złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles na swoim koniu, Uranie, kupionym we Włoszech dwa lata wcześniej. Znał i przyjaźnił się z takimi sławami Hollywood, jak Douglas Fairbanks i Mary Pickford (których gościł w swoim domu w Tokio). Prowadził życie prawdziwego playboya - rozbijał się sportowymi autami i ścigał motorówkami. Jednak, gdy tylko Japonia się o niego upomniała, wrócił natychmiast, stając na czele 26. pułku w Mandżurii, następnie wysłano go na Iwo Jimę, gdzie przybył w lipcu 1944r. Gdy przepadło większość czołgów (storpedowanych przez amerykański okręt podwodny), udał się do Tokio, gdzie Kuribayashi poprosił go o zdobycie większej ilości czołgów. W Japonii sugerowano mu pozostanie. Ale odmówił. Nie chciał opuszczać swych żołnierzy. Wrócił, przywożąc 22 czołgi.

    Na Iwo Jimie stan artylerii zwiększył się do:

    -361 dział o kal. 75 mm lub większym,
    -94 dział plot o kal. 75 mm,
    -33 dział okrętowych o kal. 80 mm lub większym,
    -12 moździerzy kal. 320 mm,
    -65 moździerzy o kal 150 mm i 81 mm,
    -ponad 200 działek plot o kal. 20 i 25 mm,
    -69 działek ppanc o kal. 47 i 37 mm,
    -22 czołgów (każdy z nich zamaskowano i okopano, wykorzystując jako nieruchomy element fortyfikacji)

    Gdy Amerykanie lądowali, generał nakazał wstrzymać ogień. Spokojnie poczekać, aż plaże się zapełnią. Aż zaopatrzenie i kolejne fale desantu wypchną marines naprzód. I dopiero wtedy ich rozgnieść na plażach, unicestwić, zadać jak najwyższe straty...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    24 grudnia 1942 roku.

    Spiker niemieckiego radio monotonnym spokojnym głosem wzywa:
    - Drodzy słuchacze, pozwólcie, że wezwiemy teraz wszystkich naszych kolegów, rozrzuconych po odległych miejscach. I zaczynają padać nazwy: Liinahmari, Kreta, Leningrad, Atlantyk, Sycylia, Rżew. Wreszcie - pada i kolejna nazwa.
    Przez chwilę jest cicho, po czym odległy, niewyraźny głos odpowiada:
    - Tu Stalingrad! Tu front na Wołdze!

    Chwilę później rozlega się kolęda. ''Cicha noc'' śpiewana dla żołnierzy od Pirenejów po Wołgę. Dla tych z kotła stalingradzkiego - być może ostatnia kolęda w życiu.

    ''Gdzie leżą Niemcy? Pod Stalingradem!'' - taki dowcip krążył po Warszawie na wieść o klęsce 6. Armii. Wczoraj minęła 76. rocznica kapitulacji ostatnich oddziałów niemieckich. Żelazny pierścień sowieckiego okrążenia dusił poprzednie dwa miesiące pozostających w kotle żołnierzy Osi. Luftwaffe i 4. Armia dzielnie próbowały ratować ginącą armię Paulusa - na próżno. Ranni i zdrowi oblepiali dosłownie startujące samoloty z lotnisk, żołnierze sami się ranili, byleby wrócić do domu. Leżały tysiące ciał, których nie miał kto pochować. Żołnierze umierali z głodu i ran, dręczyły ich choroby i zimno. Jednoręki dowódca 16. DPanc., gen. Hans Hube odmówił powrotu samolotem do Niemiec, mimo iż dostał wyraźny rozkaz. Powiedział że nie opuści swoich żołnierzy. Specjalna grupa żandarmerii musiała go wciągać na pokład siłą. Wysłany z prośbami o pomoc do Wilczego Szańca major von Witzewitz na tyrady Hitlera o obronie do ostatniego naboju odpalił: „Mein Führer nie mogę powiedzieć tym ludziom, aby walczyli do ostatniego naboju, ponieważ oni nawet tego nie mają!”

    26 stycznia 1943 r. Sowieci rozcięli ostatnie punkty oporu na pół. Południowa część ze słynnym domem towarowym Uniwermag dowodzona przez Paulusa, poddała się 31 stycznia. W ostatniej chwili Hitler awansował Paulusa na marszałka, licząc, że ten się zastrzeli. Dowódca 6. Armii nie zachował jednak odrobiny honoru.

    Północne zgrupowanie w ruinach sławnej fabryki traktorów Krasnyj Oktjabr było dowodzone przez gen. Karla Streckera, dowódcą XI. Korpusu. Wraz z nim heroicznie stawiały czoła sowieckim oddziałom resztki chorwackiego 369. pułku piechoty i dywizja ''Von Stumpfeld'', złożonej z rosyjskich i kozackich ochotników pod niemieckim dowództwem. Oddziały Streckera walczyły dzielnie aż do 2 lutego. Ten dzień uznaje się za koniec bitwy stalingradzkiej. W Niemczech ogłoszono trzydniową żałobę narodową.

    Do sowieckiej niewoli poszło 91 tys. Niemców z 350 tysięcy walczących w Stalingradzie. Po latach do Niemiec wróciło zaledwie 5 tysięcy, w tym sam Paulus, który niewolę przeżył w komfortowych warunkach, gdy jego żołnierze umierali z głodu. Oprócz Niemców, poległy tysiące dzielnych żołnierzy włoskich, węgierskich i rumuńskich, którzy próbowali powstrzymać pancerny walec Armii Czerwonej mimo miażdżącej dysproporcji sił...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Kompania śmierci. Oddział szturmowy z 5. pułku piechoty, Summa, grudzień 1939 r.

    Początkowo Sowietom w Karelii szło bez problemów. Finowie nie stawiają oporu. Spokojnie, bez paniki, wycofują się na umocnienia Linii Mannerheima. Komandarm Kiriłł Mierieckow ogląda przez lornetę pozycje fińskie. Wiele słyszał o potędze Linii Mannerheima. Śmieje się pod nosem. Wie, że nie ma na świecie bunkrów, które oprą się dwudziestu dywizjom, wspartych czołgami i artylerią. A już szczególnie nie powstrzymają ich jacyś białofińscy faszyści.

    Fińskie umocnienia nie są szczególnie imponujące. Podstawowym schronem jest tzw. ''korsu'' - nieduży schron zbudowany z drewna i ziemi, wyposażony w stanowisko karabinu maszynowego. Uzupełniają je ''bunkkeri'', zbudowane głównie z kamieni, choć czasem trafia się jakiś z betonu. Przed nimi stoją przeniesione i wkopane siłą mięśni ludzkich wielkie głazy, ważące po trzy tony - skromna imitacja zębów smoka, na które mogą pozwolić sobie bogate państwa.

    Komandarm nie zna jednego. Ducha i zapału obrońców, jedynego, czego posiadają więcej od Armii Czerwonej. To miał być podstawowy czynnik obrony.

    Na prawej flance, tuż u brzegów jeziora Ładoga Sowieci próbują sforsować rzekę Taipale 6 grudnia, w fińskie święto narodowe. Do ataku ruszają cztery sowieckie dywizje. Finowie odpowiadają ogniem z armat, rozbijając lód pod atakującymi Sowietami. Setki czerwonoarmistów wpadają do lodowatej wody, wraz z nimi sprzęt, pojazdy, konie. Natarcie zostaje wstrzymane, Sowieci przechodzą do obrony. Walki przybierają charakter starć pozycyjnych aż do marca - nim jednak wojna się skończy, fińska ziemia pod Taipale pochłonie 10 tysięcy sowieckich żołnierzy.

    Na lewej flance, pod Summa, nad obroną górują dwa betonowe schrony - ''Poppius'' i ''Milion marek''. Summa to brama do Viipuri - głównego miasta Karelii. Obrona była tu najsilniejsza ze wszystkich - stanowiło ją 18 betonowych schronów. Jednak Finowie nie przewidzieli natarcia Sowietów przez pobliskie bagna. Pierwszego dnia, 16 grudnia, do ataku rusza 100 czołgów. Finowie spokojnie przepuszczają część czołgów i wybijają podążającą za nimi piechotę. Kiedy sowieckie czołgi znalazły się na tyłach fińskich pozycji, zostają wyeliminowane, jeden po drugim, butelkami z benzyną i ogniem ze schronów. Dwa wyżej wymienione stały się centralnym punktem oporu, zmuszając do wycofania się cały sowiecki 650. pułk. Finowie nocami podkradają się i zakładają miny w spodziewanych pasach natarcia. Raz po raz wkraczają do akcji miotacze ognia, sowiecka artyleria zalewa burzą ognia i żelaza fińskie pozycje. Na darmo. Sowieci nie posunęli się nawet o krok. Mikołaj Wirta, sowiecki pisarz, tak opisywał walki o Summa: ''Na każdej ścieżce i na każdej drodze czeka niewidzialne niebezpieczeństwo przygotowane złośliwą i barbarzyńską ręką. Na naszych oczach wybuchają miny pod czołgami, wybuchają w stertach nawozów i w stogach siana, pod zaspami śniegu.''

    Bitwa pod Summa kończy się 22 grudnia patem.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Zniewalający uśmiech. Niemiecki spadochroniarz z 4. Dywizji Spadochronowej ze zdobycznym brytyjskim Brenem, Anzio, koniec stycznia 1944 r.

    W poprzednim wpisie opisałem katastrofalny atak rangersów na Cisternę, zakończony de facto unicestwieniem dwóch batalionów i poharataniem trzeciego. A jak było na innych odcinkach?

    Do ataku 29/30 stycznia na skrzyżowanie Campoleone na północy wyznaczono brytyjską 24. brygadę. Brygadier Murray, dowódca brygady, zarządził odprawę na terenie zagrody 1,5 km od ''Fabryki''. Problem w tym, że trzy jeepy z oficerami sztabu wpadły w zasadzkę, z ośmiu zginęło 3, a czwarty dostał się do niewoli. Operacja opóźniła się już na starcie. Co gorsza, okazało się, że przydzielone do wsparcia Brytyjczyków Shermany zwyczajnie... zapadają się w miękkim, grząskim gruncie - Anzio leżało na terenach osuszonych przez Mussoliniego malarycznych Błot Pontyjskich i, mimo wysiłków, teren nadal był podmokły.

    Brytyjski atak na skrzyżowanie Campoleone na północy posuwał się w ślimaczym tempie. Mimo dzielnego wznawiania natarcia raz po raz i wzięcia blisko 500 jeńców, Brytyjczycy natrafili na bardzo silny opór. Niemcy mieli po prostu przygotowane odpowiednie pozycje obronne. Teren był trudny: stromy, pokryty licznymi jarami, lejami i wąwozami. Idące bataliony: Irish Guard i Scottish Guard wdali się w ciężkie walki pozycyjne, osiągając postępy liczone w metrach. Brygadier Murray nakazał w końcu wstrzymanie natarcia.

    Wznowiono je następnego dnia, ale także bez większych sukcesów. W tym brała udział 3. brygada. Walki były tak chaotyczne, że dowódca batalionu King's Shropshire Light Infantry przypadkiem zaszedł do domu, gdzie czekał posiłek, a na podwórzu stało... niemieckie działo pancerne. Ataki Brytyjczyków nadal były jednak bardzo powolne. Nacierający batalion Sherwood Foresters z 820 ludzi stracił 670, zatrzymując się tuż przed Campoleone. Natarcie wspierać miała amerykańska 1. DPanc. gen. Harmona. Ten udał się na wizytację brytyjskich stanowisk. Kompania, którą napotkał, liczyła 16 z wyjściowych 116 ludzi. Zginęli wszyscy dowódcy. Atak wstrzymano i jednostki cofnęły się na pozycje wyjściowe.

    Nie lepiej wiodło się siłom amerykańskim pod Cisterną. Spadochroniarze z 509. batalionu próbowali okrążyć miasto i przechwycić most, ale ten wyleciał w powietrze, zanim do niego dobiegli. Z kolei 3. DP zaległa w walkach pozycyjnych między murkami i polami, dostając się pod silny ostrzał. Dopiero sprowadzenie czołgów i wsparcia artylerii pozwoliło na siłowe wyłamywanie niemieckiej obrony, ale przyniosło to mizerne efekty, a do Cisterny zabrakło ponad kilometra. Wykrwawiona dywizja musiała zatrzymać natarcie, nie wiedząc, że broniący się Niemcy z 71. DP też są wyczerpani. W bitwie pod Cisterną Amerykanie stracili 3 tysiące ludzi – niektóre bataliony miały zaledwie 20 % stanu.

    Przyczółek pod Anzio z bazy wypadowej, która miała zadać cios Niemcom na Linii Gustawa stał się oblężoną twierdzą. Następny ruch należał już do Niemców.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Josip Broz - dobar skroz, jak głosiło powiedzenie w dawnej Jugosławii. Jednak czy na pewno? Dzisiaj będzie nieco dłużej. Niezbyt często zajmuję się Bałkanami, bo brakuje mi zdjęć i mam opory przed tym tematem, ale dziś zrobię wyjątek.

    Josip Broz Tito był niewątpliwie ważną postacią II WŚ. Wg jednych, w końcu to on scalił ruchy partyzanckie pod swoją komendą i stworzył potężną NOVJ i wypędził praktycznie samodzielnie Niemców z Jugosławii. Ci zresztą na niego polowali, starczy wspomnieć bitwę o Drvar w maju 1944 r. Miał dobry zmysł polityczny, wiedział, po której stronie się opowiedzieć, by Jugosławia była niezależna. Wg innych, w tym jego biografa, Jerzego Wojdyłło, był on tchórzem, a doniesienia o jego legendzie są zwyczajną propagandą. Nadal się go zresztą kocha na Bałkanach - zdarza się, że gdzieniegdzie wiszą jego portrety, przepasane czarnym kirem, od jego śmierci w 1980 roku. Nie będzie to jednak wpis poświęcony jego życiorysowi.

    Zauważyłem, że Tito cieszy się dużą popularnością w Polsce, jako ten, który sprzeciwił się Stalinowi, twórca ''komunizmu z ludzką twarzą''. Tyle tylko, że ta ''ludzka twarz'' komunizmu, jak zawsze, oznaczała dziesiątki tysięcy grobów. Bardzo niewiele po polsku jest na temat zbrodni NOVJ, a Bałkany kojarzą się głównie z okrucieństwem ustaszy. Jakby tylko jedna strona je popełniała.

    Wiosną 1945 roku na Bałkanach Oś była w odwrocie, ale na terenach dzisiejszych Chorwacji i Słowenii twardo broniły się niedobitki kolaboracyjnych formacji - słoweńskiej Błękitnej Gwardii, chorwackich ustaszy, bałkańskich jednostek SS. Walki zakończyły się tam grubo po kapitulacji Niemiec - bitwa pod Poljaną zakończyła się 15 maja, a pod Odżakiem 25 maja 1945 r.

    Gdy ucichły działa, zaczęła się rzeź. Rzeź, rozpętana przez siepaczy Tito.

    15 maja 1945 r. doszło do wydarzeń, zwanych masakrą w Bleiburgu. Brytyjczycy z 38. brygady piechoty wydali Jugosławii schwytanych uciekinierów - poza ustaszami, byli też Kozacy, żołnierze SS i Wehrmachtu, oraz cywile. Schwytanym Jugosłowianie wydali ultimatum - godzina na poddanie się, albo wszyscy zostaną wymordowani, bez poszanowania dla znaków Czerwonego Krzyża. Poddali się. Schwytanych partyzanci zaczęli masowo rozstrzeliwać, część wysłano z powrotem w głąb kraju w marszach śmierci. Niektóre źródła mówią o udziale Brytyjczyków w masakrze. Niektórych zamykano w zbiornikach wodnych i powoli topiono. Maruderów bez litości rozstrzeliwano. We wsi Žančani rozstrzelano 1500 osób, w Podutik - dalszych 800. Ogólną liczbę ofiar Bleiburga szacuje się na od 20 do nawet 80 tysięcy ofiar (zapewne wliczając część niżej wymienionych zbrodni).

    Jaka była w tym odpowiedzialność Tito? Dominik Vuletić pisze: ''Należy podkreślić, że kiedy miały miejsce wydarzenia w Bleiburgu i podczas marszów śmierci, on [Tito] był premierem, ministrem obrony, generalnym sekretarzem partii komunistycznej i głównodowodzącym sił jugosłowiańskich, więc, de facto i de iure, miał pełną kontrolę nad wszystkimi siłami i nie ulega wątpliwości, że ponosi on pełną odpowiedzialność. Jugosłowiańskie siły, które brały udział w masakrze w Bleiburgu, wykonywały polecenia Tito i były pod jego kontrolą.''

    Część z repatriowanych zamknięto w obozach koncentracyjnych. W dwóch największych - Teharje i Sterntal - zginęło łącznie 10 tys. ludzi. Kobiety gwałcono, mężczyzn torturowano i bito, brakowało żywności, szerzyły się choroby. Brutalnie z więźniami obchodziła się OZNA - służba bezpieczeństwa, kierowana przez przyjaciela Tito, Aleksandara Rankovicia.

    Doszło też do innych masakr. W Kočevskim Rogu w końcu maja 1945 r. wymordowano od 12 do 19 tysięcy Słoweńców. Ciała potem wysadzano w powietrze, by nie zostawić śladów. W masakrze w Tezno 19-26 maja 1945 r. zginęło 15 tysięcy kolejnych. Świadek, jeden z partyzantów, pisze: ''Więźniowie zostali zgromadzeni nad dołem, gdzie leżeli poprzedni rozstrzelani. Następnie ograbiono ich ze wszystkiego, co mieli. Później wszystkich rozstrzelano. Widziałem tę rzeź ze stu metrów, może mniej. (...) Kolejne ciała były zrzucane na stos poprzednich. Potem partyzanci oddali jeszcze kilka serii do stosu ciał, upewniając się, że nie zostawili nikogo przy życiu''. Masakry te czasem zalicza się do ofiar Bleiburga.

    W kopalni Barbara zamordowano 1400 dalszych więźniów. Ich ciała wydobyto dopiero w 2009 roku po usunięciu betonu, pieczętującego wejście. Dopiero w 2017 r. podsumowano liczbę ofiar. W kopalni Pečovnik zamknięto 12 tysięcy Chorwatów - w tym tysiące kobiet i dzieci - zasypano wejście, pozwalając umrzeć z głodu, pragnienia i braku powietrza wszystkim w środku. W okresie 1943-46 w jaskiniach krasowych zwanych fojbe, partyzanci Tito zamordowali od 6 do 11 tysięcy Włochów. Ich ciała zrzucano w głąb jaskiń.

    Można tak wymieniać jeszcze długo. Celowo opisuję tylko to, co zdarzyło się podczas II WŚ i bezpośrednio po niej, bo zbrodnie Tito sięgają i przedwojnia, i okresu powojennego, zaś Jugosławia po wojnie była państwem policyjnym, równie totalitarnym, jak ZSRR. W Słowenii znajduje się łącznie 600 cmentarzy, gdzie pochowanych jest minimum 100 tysięcy ofiar Tito. Te, całościowo, oblicza się na od 150 do nawet 250 tysięcy zamordowanych. W drobiazgi pokroju rozstrzeliwania jeńców, nie ma co się bawić, bo tego nie da się policzyć.

    Jak to jest, że Franco i Mussolini są powszechnie uznanymi krwawymi zbrodniarzami, mając dużo mniejszą liczbę ofiar na sumieniu - już mniejsza o to, czy słusznie, czy nie - a Tito to taki dobry wujek, co to zrobił ''fajną Jugosławię'' i poniżał Stalina?

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Żołnierz batalionu ''Monte Cervino'' w ZSRR, marzec 1942 r.

    Ostatni już wpis o Włochach pod Stalingradem. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Armia włoska pod wpływem doświadczeń z wojny w Grecji, już w grudniu 1940 r. sformowała specjalny batalion narciarzy, którego żołnierze mieli poruszać się w trudnym, zaśnieżonym terenie. Batalion składał się z plutonu dowodzenia i dwóch kompanii Alpini, każda licząca trzy plutony, jego stan wynosił 320 żołnierzy.

    Żołnierze otrzymali specjalne wyposażenie: narty, dwie pary butów na gumowej podeszwie, wiatrówki, płaszcz podszyty futrem, bandoliery z czterema ładownicami i zimowy komplet maskujący, obejmujący też pokrowce na hełmy z gustownym piórkiem. Batalion był lekką jednostką i nie dysponował artylerią.

    Jednostka została wysłana na front wschodni jako uzupełnienie CSIR w marcu 1942 r. Po pierwszych, niezbyt udanych walkach (w jednej zasadzce batalion stracił 56 żołnierzy, z czego ponad połowa to odmrożenia). W związku z tym, batalion został wydatnie wzmocniony moździerzami i dodatkowymi plutonami broni maszynowej. Później batalion zrehabilitował się w walce, a Sowieci nazywali jego żołnierzy ''białymi diabłami''.

    Podczas operacji ''Mały Saturn'' batalion miał za zadanie osłaniać sztab Korpusu Alpejskiego wraz z elitarnym XXX. batalionem saperów szturmowych Guastatorów, oraz zabezpieczać odwrót. Osłonił. W dniach 14-15 stycznia 1943 r. ''Monte Cervino'' został całkowicie unicestwiony. Bohaterski opór nie poszedł na marne i spora część włoskich wojsk mogła zawczasu się wycofać i uniknąć okrążenia. Część żołnierzy batalionu (przede wszystkim ranni) zdołała się wycofać na ciężarówkach i własnych nartach, ale większość walczyła do samej śmierci, przeciwstawiając się sowieckim czołgom. Przeciw nim mieli tylko butelki z benzyną i granaty. Zniszczyli co najmniej 20 z nich. Z 564 ludzi 114 zginęło, 226 zaginęło. Po latach z sowieckiej niewoli wróciło zaledwie 15. Jednostkę rozwiązano, ale jej sztandar uhonorowano najwyższym włoskim odznaczeniem - Złotym Medalem za Odwagę. Za męstwo na polu bitwy uhonorowano też 135 żołnierzy różnymi odznaczeniami za męstwo (oraz część też Krzyżami Żelaznymi), co rzadko się zdarzało.

    Dodam tu od siebie, że klęska Włoch w ZSRR była jedną z najważniejszych przyczyn upadku rządów Mussoliniego. Utracono tysiące ludzi (a że w wielu wypadkach pobór był przeprowadzany lokalnie, to całe regiony Włoch straciły swoich mężczyzn) i masę sprzętu, co gorsza, doprowadzono do rozproszenia i tak wątłych sił i zaopatrzenia, potrzebnych na wojnie z Anglikami w Afryce. Co więcej, braki te były tak poważne (spowodowane też klęską w Afryce), że jeszcze pół roku później Włochom brakowało żołnierzy do obrony własnych granic. Już nie wspominając o napięciach i niesnaskach z niemieckimi ''sojusznikami'', którzy Włochów zwyczajnie porzucili na polu bitwy.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @Mleko_O: kurła, niech ktoś mi proszę wytłumaczy po co Mussolini pchał swoich ludzi, i to tych bardziej pewnych bo między innymi z Czarnych Koszul, do Rosji. CSIR ani nie był porządnie zmotoryzowany (środki na transport zaledwie jednej dywizji piechoty, reszta na nogach), bez sensownego ppanc (92 x 47mm na trzy dywizje, no tak średnio bym powiedział), a to wszystko wobec przeciwnika, który nawet po bułki do sklepu jeździł czołgami.

      A przecież Mussolini w lipcu 1941 wyrazil się następujaco: „…jednego tylko pragnę, by Niemcy stracili jak najwięcej pierza w tej wschodniej kampanii, błędem jest mówienie o walce z bolszewizmem. Hitler wie, że bolszewizm już dawno nie istnieje. Żaden kodeks nie chroni własności prywatnej w tym stopniu, jak kodeks cywilny w Rosji. Lepiej by zrobił, gdyby przyznał, że pragnie wyeliminować potęgę kontynentalną, która uzbrojona w czołgi 52-tonowe, chciała z nim uregulować rachunki”.

      Gdzie Benito miał głowę? Zamiast mielić swoich najbardziej ideowych ludzi w rosyjskiej maszynce do mięsa, nie lepiej byłoby te wszystkie ciężarówki i działa wysłać do Afryki?
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Żołnierze 452. batalionu przeciwlotniczego przy dziale 40 mm Boforsa w rejonie Marny-Renu we Francji, listopad 1944 r.

    Ostatnio przypomniał mi się film ''Operacja Overlord'' i całkiem rozliczne dyskusje na temat zgodności historycznej, czyli poruszenie sprawy murzyńskich żołnierzy w US Army podczas II WŚ, szczególnie w jednostkach spadochronowych. Każda okazja do dyskusji historycznej jest dobra, nawet w temacie horroru wojennego. To, że film był słaby, to inna sprawa (dziękuję za to eine Osobe, która mi go pokazała).

    Podczas II WŚ za ocean wysłano 125 tys. Afroamerykanów. Większość z nich służyła w jednostkach tyłowych, transportując i pilnując zaopatrzenia, w kuchniach polowych, jako grabarze, czy jako budowlańcy. Było natomiast kilka jednostek walczących na froncie.

    W ramach US Army sformowano dwie dywizje piechoty - 92. ''Buffalo'' i 93. ''Blue helmets''. Obie jednostki raczej nie popisały się na froncie. Pierwsza z nich w ciągu siedmiu miesięcy walk trzykrotnie poniosła dotkliwą klęskę w walce z Włochami (m.in. w opisywanej przeze mnie bitwie pod Garfagnaną). Jednostkę uznano za słabo zorganizowaną i łatwo wpadającą w panikę. Z kolei 93. DP walczyła na Bougainville, a w zasadzie dobijała okrążony japoński garnizon i... też jej szło średnio, zwłaszcza, że przeciwnik był chory, wygłodzony i pozbawiony zaopatrzenia.

    Inne jednostki, warte wspomnienia to:
    - dwa bataliony pancerne: 761. i 784. Ten pierwszy, dla odmiany, walczył bardzo dobrze, walcząc w Ardenach. Batalion chwalił sam Patton;
    - dwa bataliony niszczycieli czołgów: 614. i 827.;
    - batalion artylerii plot. - 452., który zestrzelił na pewno 68 niemieckich samolotów i był jednym ze skuteczniejszych jednostek;
    - batalion balonów zaporowych (320);
    - pułk artylerii (333.)

    Tyle z ważniejszych, było ich oczywiście więcej. Większość z nich nigdy nie trafiła na front, jak np. 2. Dywizja Kawalerii. Celowo nie wspominam o lotnikach, bo to temat na osobny wpis.

    Należy tu podkreślić, że jednostki nie były stricte czarne. Nazywano je ''colored'', ponieważ służyli w nich zarówno biali, jak i czarni żołnierze. Oczywiście, kadry były białe, ale też część żołnierzy. Brało się to stąd, że biali szeregowcy i podoficerowie mieli stanowić trzon jednostki i służyć za wzór, a przy okazji zabezpieczać sytuację, gdyby okazało się, że czarni żołnierze zawiodą. Wywodziło się to z praktyki sięgającej jeszcze wojny secesyjnej i postawy czarnoskórych żołnierzy, którzy niejednokrotnie rozbiegali się w panice.

    Co do samych czarnych spadochroniarzy - istnieli. W grudniu 1943 r. sformowano 555. batalion spadochronowy, jednak jednostka nigdy nie osiągnęła pełnego stanu. Planowano wysłać ją do Europy podczas ofensywy w Ardenach, ale zanim udało się to zrobić, Alianci przekraczali już Ren i nie było sensu wysyłać kolejnej jednostki na front. Czarni spadochroniarze zostali skierowani do Oregonu, gdzie gasili pożary wywołane przez japońskie bomby Fu-Go. Była to ich jedyna ''akcja bojowa''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dwóch członków Żydowskiej Policji Porządkowej aresztuje Żyda przeznaczonego do deportacji, getto łódzkie. Dzisiaj będzie dłużej. I będzie prawdziwie - masz z tym problem? NIE PISZ. A jak już piszesz, to merytorycznie - inaczej leci ban, nie mam ochoty użerać się z trollami.

    ''Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy –
    O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
    I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby –
    Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!''

    Icchak Kacnelson, ''O bólu mój''.

    Pamiętam, że jako dziecko oglądałem ''Pianistę'' i zastanawiałem się, co to za ludzie z białymi opaskami na rękawach okładają pałami Żydów i razem z esesmanami wpychają ich do bydlęcych wagonów.

    Jüdischer Ordnungsdienst - czyli Żydowska Policja Porządkowa - została utworzona pod koniec 1940 r. Po części podlegała Judenratom - radom żydowskim, zarządzającymi gettami - a po części Niemcom. Były to żydowskie bojówki, kolaborujące z Niemcami. Nazywano ich ''odemanami''. Nie mogli nosić broni palnej, ale wyposażono ich w opaski i drewniane pałki, którymi okładali podejrzanych. Posiadali w Warszawie nawet własne więzienie przy ul. Józefińskiej 37, gdzie zwożono aresztowanych przez Gestapo. Największą liczbę żydowskich policjantów miało getto warszawskie - 2500, dalszych 1300 było w Łodzi, a 500 we Lwowie. W całej Polsce było ich kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy. ''Najsłynniejsi'' z nich to Józef Andrzej Szeryński-Szenkman i Jakub Lejkin. Byli i inni: Anatol Chari – żydowski policjant w łódzkim getcie, który wepchnął do transportu śmierci swoją narzeczoną. Calek Perechodnik – policjant w getcie w podwarszawskim Otwocku – umieścił w transporcie do Treblinki swoją żonę i dwuletnią córeczkę.

    „Członkowie żydowskiej Ordnungsdienst albo gwałcili młode żydowskie dziewczyny, albo wymuszali na nich usługi seksualne przy Umschlagplatz. (...) Oczywiście, nigdy ich nie uwalniano. Ale strażnicy robili z nimi to, czego chcieli.”

    Policjanci żydowscy zapisali się bardzo negatywnie we wspomnieniach, jako brutalni nadgorliwcy. Uczestniczyli w patrolach wraz z Niemcami po getcie, konfiskatach żywności, dokonywali oszustw i świadczyli usługi w zamian za wykorzystywanie seksualne młodych kobiet. Bili i okradali mieszkańców getta, Mieli jeszcze czarniejszą kartę - brali udział w sporządzaniu list do deportacji do NIEMIECKICH obozów koncentracyjnych i wspólnie z NIEMCAMI ich dokonywali. Czasem kolaboranci nawet brali udział w egzekucjach, jak np. w Krakowie.

    Przykładowo, Szenkman był autorem prowokacji, by ściągnąć na Umschlagplatz biedotę żydowską pod pozorem wydawania marmolady. Kiedy plac się zapełnił, wszystkich zapakowano do wagonów i wysłano w jedną stronę... Szenkman dwa razy w tygodniu informował Gestapo o nastrojach w getcie. Jako jeden z nielicznych nie musiał nosić gwiazdy Dawida. Kiedy siedział na Pawiaku, aresztowany za przemyt, zastąpił go Lejkin, który osobiście nadzorował deportacje do Treblinki od maja do sierpnia 1942 r. Lejkina zastrzelił członek ŻOB w październiku 1942 r., Szenkman zaś popełnił samobójstwo w styczniu 1943 r.

    „Żydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i żandarmów spadała na getto jak banda dzikich zwierząt. Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał siedem osób, aby je poświęcić na ołtarzu dyskryminacji. Przyprowadzał ze sobą kogokolwiek mógł schwytać – przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą”, wspominał Bernard Goldstein.

    Szczytem był udział ''odemanów'' w tłumieniu powstania w getcie warszawskim, gdzie wskazywali możliwe kryjówki i wrzucali otrzymane od Niemców granaty do piwnic.

    Wielu z nich zostało wymordowanych na samym końcu (jak warszawski oddział ''ZA'', czyli Zivil-Abteilung, chodzących po cywilnemu, zamordowanych w grudniu 1943 r.), ale innym udało się przeżyć. Przehandlowali oni bowiem tysiące swoich braci w zamian za swoje życie...

    Hannah Arendt napisała: „Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej tej ponurej historii.”

    Ciemnych plam jest więcej.

    Choćby takich, jak opisane niżej, już z kacetów:

    ''Jehuda Bacon jako 14-latek należał do komanda transportowego, które w zimie przechodziło także do krematorium, skąd zabierano prochy do wysypywania dróg. Członkowie Sonderkommando mówili temu jeszcze dziecku, że kobieta nieżyjąca od trzech minut jest jeszcze jak żywa. I wyżywali się na zwłokach''. Nie muszę dodawać, co oznacza ''wyżywali się'' w tym kontekście...

    Takich jak Chaim Rumkowski w nieodłącznym płaszczu w jodełkę i kapeluszu, wyciągający rękę do stłoczonych w łódzkim getcie Żydów i wołający: ''Dzieci! Oddajcie mi wasze dzieci!''. Tysiące dzieci, które na jego apel odebrano rodzicom i wysłano prosto do komór gazowych, wraz ze starcami i chorymi - łącznie ok. 20 tys. ludzi.

    Byli i inni: „Mojżesz Meryn z Sosnowca, Efraim Barsz z Białegostoku, Jakub Gens z Wilna [ten m.in. brał udział w złapaniu przywódcy ruchu oporu, Icchaka Wittenberga] czy Józef Parnas ze Lwowa. Oni i ich Judenraty byli współsprawcami żydowskiej Zagłady”, pisał dr Pietrzak.

    Takich, jak Abraham Gancwajch, kierownik Urzędu do Walki z Lichwą i Spekulacją, znanej ''Trzynastki'', podlegającej wyłącznie Gestapo, poszukującej ukrytego mienia na terenie getta i zwalczającej ruch oporu na jego terenie.

    Takich, jak Lonek Skosowski, członek niesławnej ''Żagwi'', organizacji na żołdzie Gestapo, zajmującej się szmalcownictwem, dokonującej prowokacji, infiltrując i zwalczając konspirację pomagającą Żydom. Niektórzy członkowie ''Żagwi'' mieli pozwolenie na broń i dochodziło do strzelanin między nimi, a członkami polskich organizacji konspiracyjnych. ''Żagiew'' była odpowiedzialna za m.in. prowokację w Hotelu Polskim w sierpniu 1943 r., w której wywabiono z ukrycia ok. 2500 Żydów, którym obiecano przedostanie się do Ameryki Południowej, a następnie aresztowano i wysłano do KL Bergen-Belsen. Podobne organizacje istniały w m.in. Lublinie, Krakowie i Białymstoku. Bywały takie przypadki, że ratowany Żyd donosił na Polaka, tak zginął m.in. adwokat i narodowiec Roman Blum, który został zadenuncjowany przez Żydówkę, której dostarczył jej fałszywe dokumenty. Zamęczono go w KL Flossenburg.

    Po prowokacji w Hotelu Polskim AK wydała bezwzględny nakaz wybicia grupy Skosowskiego - on sam został zastrzelony przez oddział AK w listopadzie 1943 r., a jego grupa zlikwidowana do początku 1944 r.

    Ale cóż, dla Polaków to przecież była ''tylko śmierć jak śmierć'', nie taka ''metafizyczna''...

    Źródła, bo na pewno ktoś będzie pytał:

    ''Życie codzienne warszawskiego getta'' Tadeusz Bednarczyk
    ''Ludzie w Auschwitz'' Hermann Langenbein
    ''Courage under siege: starvation, disease and death in the Warsaw Ghetto'' Charles G. Roland
    ''Eichmann w Jerozolimie'' Hannah Arendt
    ''Kronika getta warszawskiego: wrzesień 1939 – styczeń 1943'' Emanuel Ringielblum
    ''Martyrologia i zagłada Żydów warszawskich'' Henryk Rudnicki

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      tak, Engelking powiedziała, że dla Polaków śmierć była kwestią biologiczną, no śmierć jak śmierć, za to Żydzi przeżywali ją jako metafizyczne spotkanie z twórcą.

      @IIWSwKolorze1939-45: Nie manipuluj.

      Ona powiedziała u Olejnik to:

      Myślę, że oni już nie byli ludźmi w oczach tych, którzy ich wydawali, którzy ich łapali, którzy ich więzili, związywali im ręce, zawozili ich na posterunek. Myślę, że to jest jakiś problem, właśnie ten brak szacunku, pogarda, która ich otaczała, osamotnienie, że to było zderzenie się zupełnie różnych płaszczyzn, że ta śmierć żydowska wynikała również z takiej całkowitej niemożności porozumienia, dla Polaków to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć, a dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym, czy nie wiem, w jaki sposób oni przeżywali tą śmierć

      I tylko w kontekście śmierci Żydów w Zagładzie, a nie jak kto przeżywa własną śmierć...
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (31)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Zestrzelony sowiecki samolot rozpoznawczy Polikarpow R-5, 7 stycznia 1940 r.

    Sowieci, atakując Finlandię, mieli też absolutne panowanie w powietrzu - do ataku rzucili blisko 4 tys. maszyn, więcej, niż miały w tym czasie RAF i L'Armee de l'Air razem w linii. Wśród nich liczne były całkiem udane bombowce SB-2, użyte wcześniej bojowo w Hiszpanii, oraz myśliwce I-15, I-16 oraz I-153.

    Finowie zaś mieli jedynie 114 samolotów, w większości przestarzałych, w dodatku zbieranych z całego świata. Głównymi myśliwcami były holenderskie Fokkery D. XXI. Po wybuchu wojny Finlandia natychmiast zakupiła sporą ilość samolotów z różnych krajów, m.in. brytyjskie Gladiatory, francuskie Morane'y i włoskie Fiaty G.50. Było to jednak nadal mało i w efekcie rzadko kiedy Finowie mieli więcej, niż 100 maszyn gotowych do lotu.

    Jednak sowiecka przewaga w powietrzu niewiele pomogła, bo w Finlandii... nie było czego bombardować. Nie było wielu dróg, czy składów, więc ataki skupiły się na drogach kolejowych i miastach. Sowieci prowadzili terrorystyczne naloty na miasta od początku agresji - w nalocie na Helsinki 30 listopada zginęło 200 cywilów. Viipuri obrzucono łącznie 12 tysiącami bomb. W trakcie wojny w nalotach zginęło 957 Finów.

    Nic więc dziwnego, że piloci myśliwscy Finlandii uchodzili za elitę, polującą na powietrznych piratów. Najsłynniejszym z nich był porucznik Jorma Sarvanto, który 6 stycznia 1940 r. dokonał niezwykłego czynu w pobliżu miasta Kuopio.

    Rankiem odezwały się syreny alarmowe. Miasto, jak większość w Finlandii, nie posiadało obrony przeciwlotniczej. Pierwsza fala nalotu nie wyrządziła większych strat, ale do miasta zbliżała się druga - osiem bombowców DB-3. Sowieccy lotnicy zrzucili bomby na bezbronne miasto i odlecieli na południe. Wtedy do akcji wkroczył por. Sarvanto na Fokkerze D. XXI ze swoim skrzydłowym.

    Chmury rozstąpiły się i w jasnym świetle styczniowego ranka Sarvanto dostrzegł siedem błyszczących srebrzyście punkcików. Podszedł od tyłu do pierwszego z nich i otworzył ogień, zapalając silnik. Sowieci dopiero wtedy ujrzeli napastnika i otworzyli huraganowy ogień z karabinów maszynowych. Fin jednak spokojnie i metodycznie przenosił ogień na kolejne cele. Jeden bombowiec po drugim spadały, ciągnąc warkocze dymu. Na ostatni zabrakło już amunicji, ale tego dopadł skrzydłowy. Z ośmiu bombowców tylko jeden dotarł do bazy. Z 24 sowieckich lotników zginęło 22, dwóch Finowie wzięli do niewoli. W ciągu zaledwie czterech minut Sarvanto zniszczył sześć nieprzyjacielskich bombowców. W ciągu całej wojny stał się najskuteczniejszym lotnikiem Finlandii, mając na koncie 13 zestrzeleń. Za nim uplasowali się kpt. Ehrnrooth i sierż. Pyötsiä z 7 zestrzeleniami.

    W toku wojny Sowieci nad Finlandią stracili ok. 600 maszyn. Finowie utracili 62 samoloty zestrzelone. Jako ciekawostkę można podać, że w Finlandii służyło kilku Polaków, m.in. por. Feliks Pecho, latający w pułku LeR 4 na Junkersie W.34.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    +: johnkashtan, Trzezwiejacy_Pijaczynka +76 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    74 lata temu, 19 lutego 1945 roku (Post oczywiście z wczoraj - Mleko)...

    Wydawało się, że będzie to spacerek. Ot, kolejna wysepka do bogatej kolekcji już zdobytych przez amerykański korpus piechoty morskiej. Zwłaszcza, że desantować się miała wręcz ścisła elita Korpusu - doświadczeni weterani z walk o Bougainville, Guam, Saipan, Tinian, Kwajalein.

    Maleńka wyspa z archipelagu Bonin, o powierzchni zaledwie 21 kilometrów kwadratowych, kształtem przypominała kotlet, albo kurze udko, zwężając się ku południowemu zachodowi. Była czarna jak węgiel, bo pokrywał ją pył wulkaniczny, a w powietrzu unosił się smród siarki. To wszystko za sprawą góry, wznoszącej się nad wyspą. Góry, która symbolem pozostaje do dzisiaj.

    Góry Suribachi na wyspie Iwo Jima.

    Wyspa miała duże znaczenie strategiczne. Znajdował się na niej radar oraz lotnisko 53. Hikodan Sentoki, jednostki myśliwców przechwytującej wyprawy bombowe. To z niej płynęły ostrzeżenia o zbliżających się do serca Japonii Superfortecach. Zdobycie wyspy pomogłoby ograniczyć straty, zapewniłoby eskortę myśliwską i pozwoliło ratować załogi, które musiałyby wodować w morzu.

    Amerykanie nie spodziewali się dużego oporu. Zakładali, że zdobycie wyspy zajmie cztery dni. Według ich informacji, na wyspie było tylko parę tysięcy żołnierzy, chorych na dyzenterię, wygłodzonych, słabych.

    Do ataku przeznaczono trzy dywizje piechoty morskiej: 4. i 5., mające lądować w pierwszym rzucie, oraz 3., która miała pozostać w odwodzie. Wszystkie posiadały po pułku artylerii i batalionie pancernym. Wspierały ich po cztery bataliony amfibii i czołgów pływających oraz dwa bataliony ciężkich haubic jednostek korpuśnych. Jednostki wzmocniono na wypadek strat. Lądować miało 70 647 marines V. Korpusu gen. Hollanda ''Howlin' Mad'' Smitha. Zgromadzono potężną armadę 495 statków transportowych, wiozących tyle jedzenia, że starczyłoby dla półmilionowego miasta przez miesiąc, oraz 100 milionów papierosów. Nad naprawami uszkodzeń miało czuwać 10 batalionów Seabees. Były trzy okręty szpitalne, bank krwi i cztery barki specjalnie przystosowane do transportu rannych. Osłonę zapewniało 26 lotniskowców z 1213 samolotami, 8 pancerników, 8 krążowników ciężkich i 77 niszczycieli admirała Spruance'a, pogromcy admirała Nagumo spod Midway. Wszystko to liczyło ćwierć miliona ludzi. Na każdy kilometr kwadratowy wyspy przypadało po 60 samolotów i 1500 marines...

    ''To nie wyglądało na prawdziwą wojnę, tylko na inscenizację zrobioną specjalnie na użytek kina'', wspominał por. John McClain. Miał rację. Sprowadzono ponad setkę reporterów wojennych. Wśród nich był i najsłynniejszy korespondent wojenny Ernie Pyle, i laureat Pulitzera z ''Harper's'', John Marquand, przybył i Joe Rosenthal z ''Associated Press'', który miał zapewnić sobie nieśmiertelną sławę.

    Waszyngton chciał ostatecznie zmazać hańbę Pearl Harbor desantem na japońską ziemię. Wyspę bombardowano zaciekle od czerwca poprzedniego roku. Trzy dni przed desantem huraganowy ogień położyły niemal wszystkie okręty wojenne. Strzelali w dzień i w nocy, przez trzy dni, z każdego kalibru. ''A wyspa tkwiła tam w ciemnym, burzliwym morzu, odbierając tę chłostę bezgłośnie i po stoicku'', napisał John Marquand. Trałowano miny, niszczono przeszkody podwodne, przygotowywano podejście, oznaczano granice stref widocznymi bojami.

    19 lutego nadszedł dzień desantu.

    Marines podano solidne śniadanie (jajka i steki), po czym o 6 rano zaczęli schodzić do barek i amfibii. Dzień był bardzo pogodny. Do 8 rano strzelały okręty, potem położono jeszcze ostrzał rakietowy i do ataku ruszyło 120 samolotów. O 9 rano wylądowała I fala desantu. W ciąg godziny na plaży znalazły się dwa pułki. Największym problemem był miękki pył wulkaniczny, w którym żołnierze i pojazdy się zapadały. Kładziono specjalne maty, by można było się poruszać. Wyładowywano pojazdy, zaopatrzenie, paliwo, amunicję. Amfibie kursowały do brzegu i z powrotem. Cisza dzwoniła w uszach. Gdy zaczęła lądować druga fala, marines na plaży ruszyli w głąb lądu.

    I wtedy rozpętało się piekło.

    Każdy pagórek, każdy załom terenu, wszystko ziało ogniem. Góra Suribachi bluznęła burzą ognia i żelaza, zasypując stłoczonych na plażach marines gradem pocisków. Spadały granaty moździerzowe, seriami siały ukryte karabiny maszynowe, prowadzono ostrzał nawet z małych jednoosobowych stanowisk. ''Gdziekolwiek ulokowali pocisk - trafiał on w coś'', napisał repoter ''Newsweeka''. Skrzynie z amunicją i pojazdy wylatywały w powietrze w wielkich snopach ognia. Płonęły amfibie, tonęły barki, przerażeni marines deptali po sobie, próbując się kryć. W ciągu 20 minut Amerykanie stracili przeszło tysiąc ludzi. Wśród nich - niespełna 30-letni sierżant John Basilone, bohater walk na Guadalcanal, odznaczony Medalem Honoru.

    Tak to zaczął się ''spacerek''...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Roześmiany kapral ''Wypad'' ze świeżo zdobytym niemieckim karabinem maszynowym MG 08/15 z pułku ''Baszta'', 23 sierpnia 1944 roku.

    ''Około 10 atakujemy budynek... Mój siedmioosobowy zespół był pierwszy i udało nam się zdobyć broń porzuconą przez Niemców. Chwytam ciężki karabin maszynowy, do torby wkładam granaty. Zbieramy wszystko i biegniemy do kwatery, żeby tę broń ukryć. W chwili wybuchu powstania na 17 osób mieliśmy jeden pistolet. Strasznie się cieszyliśmy, że mamy tyle broni. I nagle widzimy trzyosobową grupę i oni mnie fotografują''.

    Pod koniec Powstania otrzyma Order Virtuti Militari i awans na porucznika. Uniknąwszy niewoli, trafi w łapy NKWD, do łagru w Krasnowodsku, daleko, hen daleko w Turkmenistanie, gdzie spędzi ponad rok w towarzystwie niemieckich i japońskich jeńców wojennych (z jednym lotnikiem się nawet zaprzyjaźni).

    ''Istotnie, wkrótce przyjechali chorzy jeńcy japońscy, świetnie wyekwipowani, ale większość ciężko rannych, niektórzy beznadziejnie. Po paru dniach przybyła też grupa jeńców Wehrmachtu, niezwykle owacyjnie witana przez Japończyków.''

    Wróci do Polski na mocy ''amnestii'' i zaangażuje się w działalność naukową, zostając profesorem nauk ekonomicznych.

    Tak, Witold Kieżun z pewnością wówczas nie wiedział, ile niespodzianek zgotuje jeszcze mu życie...

    Tydzień temu Pan Profesor obchodził 97. urodziny. (6 lutego - Mleko) W ubiegłym roku wysłałem do niego kartkę z życzeniami i podziękowaniami za walkę - choć głupio to brzmi od kogoś, kto urodził się niemal pół wieku po wojnie...

    Zapytany, co chciałby przekazać młodemu pokoleniu odpowiedział:

    ''Żeby się cieszyli, że mają Polskę. Żeby Ją kochali, tak jak ja kocham, niezależnie od wszystkich historii, jakie się dzieją - złe i dobre. Żeby czuli, że my walczyliśmy dla nich, z myślą o przyszłości.''

    Wzruszające życzenia. Więcej niż 100 lat, Panie Profesorze!

    Koloryzacja: Mikołaj Kaczmarek - Kolor Historii.

    Z ogłoszeń parafialnych: stwierdziłem, że istniejąca grupa IIWŚwK powinna ożyć. Dlatego też wszystkich Fanów zapraszam, by rozpalili na niej płomień dyskusji. Wstęp wolny, link w komentarzu.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Żołnierze Brazylijskiego Korpusu Ekspedycyjnego podczas załadunku na statki, Rio de Janeiro, lipiec 1944 r.

    Wspomniałem jakiś czas temu, że Brazylia była jedynym państwem Ameryki Pd., który wysłał swoich żołnierzy w zwartej jednostce do walki z Niemcami.

    Brazylia lawirowała na początku II WŚ. Brazylia handlowała na potęgę z obiema stronami konfliktu, sprzedając kawę, drewno i tytoń, a przede wszystkim - bezcenny dla wszystkich kauczuk. Po upadku Holenderskich Indii Wschodnich w 1942 r., zajętych przez Japonię, Brazylia stała się ostatnim źródłem tego surowca dla Aliantów. Nic dziwnego, że USA próbowały przeciągnąć kraj na swoją stronę. Jednakże, w Brazylii bez trudu funkcjonowały włoskie linie lotnicze LATI, które przerzucały włoskich i niemieckich agentów do Ameryki Południowej, korzystając z licznej diaspory w tym kraju. Brytyjski wywiad doprowadził do skompromitowania linii i zamknięcia ich. W końcu prezydent Vargas zerwał stosunki z Niemcami i zezwolił Amerykanom na stacjonowanie w swoim kraju oraz atakowanie niemieckiej żeglugi.

    W odpowiedzi Niemcy i Włosi ruszyli do ofensywy podwodnej, w krótkim czasie zatapiając 13 statków, na których zginęło 1700 Brazylijczyków. To przeważyło szalę. Vargas w sierpniu 1942 r. wypowiedział Niemcom wojnę.

    Większość społeczeństwa była jednak przeciwna udziałowi w wojnie. Mówiono, że ''prędzej węże zaczną palić, niż Brazylia wyśle swoich żołnierzy do Europy''. Sceptykom sprzyjały fakty - brazylijska armia była bardzo zacofana. Cała broń pancerna to kilkanaście starych Renault FT. Większość uzbrojenia pochodziła z I WŚ z zapasów armii francuskiej. Brazylia w 1942 r. mogłaby stawić czoła co najwyżej Kolumbii, a nie Wehrmachtowi.

    W reorganizacji armii pomóc mieli Amerykanie. Początkowo zakładano wysłanie 100 tys. Brazylijczyków do Europy, ale ostatecznie wybrano jedną dywizję, liczącą 25 tys. ludzi. Jednostka liczyła trzy wzmocnione pułki (1., 6., 11.) piechoty, pułk artylerii, kompanię rozpoznawczą i batalion saperów. Dowódcą jednostki został gen. João de Moraes. Szkolenie przeciągało się, bo Brazylijczycy - w większości rolnicy i plantatorzy - nie mieli bladego pojęcia o walce.

    Jako emblemat jednostki wybrano właśnie naszywkę z palącym wężem - by udowodnić sceptykom, że Brazylia jednak pójdzie na wojnę.

    Dopiero w 1944 r. zaczęto etapowo przerzucać dywizję do Włoch. Jako pierwszy przybył 6. pułk, który i tak trzeba było doszkolić i doposażyć na miejscu. Jednostka weszła do walki w połowie października i... z miejsca poniosła ciężkie straty (290 ludzi) po niemieckim kontrataku. W listopadzie przybył 1. pułk i obie jednostki wzięły udział w krwawych bojach o Monte Castello od listopada 1944 r. do lutego 1945 r., tracąc 417 ludzi. Wtedy przybył ostatni, 11. pułk, który zdążył wziąć udział w końcowych walkach.

    W toku walk Brazylijczycy wzięli 20 tys. niemieckich i włoskich jeńców (większość w ostatnim boju o Collecchio w kwietniu 1945 r.). W walce zginęło i zostało rannych 2100 ''Palących Węży''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    A teraz szybko do skupu. Żołnierze dywizji spadochronowo-pancernej ''Hermann Goering'' ze swoimi zdobyczami, Anzio, luty 1944 r.

    Poprzednio pisałem, że w nocy z 29 na 30 stycznia 1944 r. miało ruszyć ogólne natarcie z przyczółka pod Anzio. Brytyjczycy mieli nacierać na Campoleone - skrzyżowanie na drodze Cisterna-Rzym na północy - a Amerykanie - miasteczko Cisterna na południu.

    Do ataku na Cisternę skierowano 6615. pułk specjalny, złożony z 1., 3. i 4. batalionu rangersów oraz 509. batalionu spadochronowego. Byli to bardzo doświadczeni w boju i świetnie wyszkoleni żołnierze. Z kolei na północy miała nacierać brytyjska 24. brygada, wsparta ogniem amerykańskiej 1. DPanc.

    Jednak czas Lucasa już bezpowrotnie minął. Niemcy nie byli tacy słabi, jak tydzień wcześniej.

    Do ataku skierowano 1. i 3. batalion rangersów, którzy mieli przejść parowem Pantano wzdłuż drogi do Cisterny. 4. batalion pozostał w rezerwie, mając czekać na dotarcie reszty do Cisterny, a potem zaatakować. Poczernieni sadzą, z kieszeniami wyładowanymi amunicją i granatami rangersi przechodzili tuż obok niemieckich stanowisk, niekiedy słysząc nawet niemieckie komendy i rozmowy. Pod osłoną nocy, amerykańscy komandosi dotarli do wylotu parowu tuż przed świtem. Mieli do przebycia 700 metrów otwartej przestrzeni. Amerykanie wyszli z jaru i... natknęli się na grupę niemieckich łącznościowców, obozujących pod gołym niebem.

    Rangersi desperacko rzucili się na Niemców, zabijając część z nich za pomocą kolb i noży, ale kilku zdołało uciec, krzycząc o pomoc. Rangersi weszli dosłownie w sam środek zgrupowania dywizji ''Hermann Goering''. Momentalnie okolica zaroiła się od Niemców, z każdego budynku, każdego stogu siana, każdej sterty desek – bluznęła mordercza palba. Rangersi próbowali wyrąbać sobie drogę odwrotu, ale jako lekko uzbrojona piechota nie mieli szans. W pewnym momencie dało się usłyszeć chrzęst gąsienic. Amerykanie, myśląc, że to własne czołgi, zaczęli wychodzić ku nim. Jednak czołgi były niemieckie i odpowiedziały ogniem i ruszyły do natarcia, miażdżąc rangersów. Jeden z nich osobiście zniszczył dowódca 1. batalionu, major Jack Dobson. Amerykanom udało się nawet opanować dwa czołgi, zostały jednak zniszczone przez nieświadomych sytuacji innych żołnierzy.

    Walka zamieniała się w rzeź. Rangersi skontaktowali się z dowództwem i błagali o wsparcie, jednak go nie otrzymali, a okrążeni mieli się przebijać do własnych linii. Niemcy zaś metodycznie rozcinali okrążone bataliony, a następnie chwycili się haniebnego sposobu. Ustawili wziętych do niewoli rangersów jako żywe tarcze i nawoływali pozostałych do kapitulacji. Siedmiogodzinna bitwa zaczęła przygasać. Z 767 ludzi zaledwie 6 wróciło do własnych linii. 450 dostało się do niewoli, reszta zginęła. W jeden dzień US Army utraciła połowę swoich komandosów. Zdjęcia setek maszerujących jeńców po ulicach Rzymu obiegły prasę całej Europy, dobitnie sygnalizując klęskę operacji „Shingle”.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Post z wczoraj

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj nie będzie wpisu historycznego. Opowiem za to o niezwykłych ludziach.

    Wracając dziś do domu, dostałem dwie wiadomości. Dobrą i złą.

    Dobra była taka, że w skrzynce znalazłem dwa listy z Niemiec. Kilka tygodni temu postanowiłem napisać do dwóch kolejnych, jednych z ostatnich, kawalerów Krzyża Rycerskiego. Do Hugo Brocha, porucznika pułku myśliwskiego JG 54 ''Grünherz'' (jednostki tak wytrawnych Expertów, jak Erich Rudorffer, Walther Nowotny i Otto Kittel), asa z 81 zwycięstwami na koncie. Oraz do Ludwiga Bauera, również porucznika, tyle, że z 9. Dywizji Pancernej, weterana walk pod Moskwą, na Kaukazie i w Ardenach.

    Obaj odpowiedzieli, napisali do mnie krótkie listy (muszę szybko je przetłumaczyć). Pan Broch dwa lata temu zasłynął, tym, że mając 95 lat, wsiadł do Spitfire'a. W Kurlandii poznał majora Rudorffera, do którego także napisałem list parę lat temu. Pan Bauer wysłał mi swój album na temat swojej służby. W Ardenach ledwo uszedł z życiem z płonącej Pantery. Siedem razy ranny.

    Obaj, w momencie dokonania tych niezwykłych czynów mieli odpowiednio 23 i 22 lata. Mniej, niż ja mam teraz.

    Zła wiadomość była taka, że Pan Generał Tadeusz Bieńkowicz z AK potrzebuje pilnie krwi.

    Pana Generała poznałem, gdy jeszcze miał podpułkownikowskie szlify na naramiennikach. Kilkukrotnie byłem na jego wykładach, jeden sam prowadziłem. Mam z nim kilka zdjęć i kilka jego autografów. Gdy przy nim stałem, moją uwagę rozpraszały dwa ordery na jego mundurze.

    Virtuti Militari i Krzyż Walecznych.

    Odznaczenia rycerza Rzeczypospolitej, który własną piersią, mając nieco ponad 20 lat, bronił Jej przed potworami, antyludzkimi monstrami spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy.

    Pan Generał błyszczy blaskiem dawno minionych czasów. Innej Polski, innego pokolenia. Pokolenia Kolumbów, którym my nie dorastamy do pięt. Mówił ze swadą, ale i z powagą, opowiadał swój wspaniały życiorys, godzien świetnego filmu. O zamachach na gestapowców, odbijaniu więźniów, o walce na Kresach. Życiorys bohatera.

    Moją dumą jest, że mogłem go poznać.

    Pan Generał pilnie potrzebuje krwi. Dowiedziałem się o tym w pociągu, więc, gdy tylko dojechałem, wyskoczyłem z wagonu i pojechałem pierwszy raz w życiu oddać krew. Przede mną była masa ludzi, w tym żołnierze z garnizonu.

    Jeśli zatem są tu patrioci, którzy nie słowami, lecz czynem, chcą uhonorować żyjących bohaterów, apeluję.

    Idźcie oddać krew.

    Ktoś może mi napisać, że to skandal, że piszę listy do hitlerowców. Że jestem nazistą i pewnie volksdeutschem.

    Jestem historykiem. Ci ludzie to bezcenni świadkowie historii. Za 10, 15 lat ich już nie będzie. Odejdą z tego świata. Jeśli ktoś będzie ich sądzić, to sam Najwyższy.

    Ci, którzy wyzywają mnie od nazistów, też szybko zapomną. A ja będę pamiętał, że pisałem do weteranów walk, że spotykałem się z nimi, że mam - teraz - 100 podpisów weteranów z różnych krajów. Polski, Wlk. Brytanii, Kanady, Niemiec, USA. I jestem, i zawsze będę dumny z tego, że upamiętniłem ich imiona.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Post oczywiście z wczoraj

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ja wiem, że dzisiaj są Walentynki (najlepszego zakochanym!), jednakże, podczas II WŚ było to typowo anglosaskie święto i w zasadzie nie ma o czym pisać na ten temat.

    Radzieckie Iljuszyny Ił-2, czyli słynne ''Szturmowiki'' podczas lotu, sierpień 1944 r.

    Ił-2 powstał bezpośrednio pod wpływem niemieckich dokonań na polu lotnictwa. Sowieci byli zafascynowani samolotami bezpośredniego wsparcia wojsk. Już w latach 20. w Lipiecku wraz z Niemcami testowali samoloty Junkers J.I i uznali, że potrzebują podobnego samolotu. Przekonanie to pogłębiły sukcesy użycia dwupłatowych Henschli Hs-123 przez Legion Condor w wojnie domowej w Hiszpanii.

    Radziecki samolot powstał w biurze Siergieja Iljuszyna pod oznaczeniem CKB-55. Początkowo samolot miał być dwumiejscowy, ale na osobisty rozkaz Stalina zrezygnowano z tylnego strzelca, wymuszał to również zbyt słaby silnik Mikulina.

    Gdy rozpoczęła się niemiecka inwazja, Stalin osobiście nakazał przyspieszenie prac i rozpoczęcie produkcji samolotu, mówiąc ''Szturmowiki są nam potrzebne jak powietrze, jak chleb''. Lotnictwo ZSRR posiadało wtedy tylko 249 maszyn tego typu.

    W toku walk okazało się jednak, że samolot bardzo odstaje od pola walki. Szturmowiki były za wolne (z trudem 400 km/h, tyle, co krytykowany za prędkość i dużo starszy Stukas) i zbyt ociężałe w locie. Nie udało się tego wyeliminować do samego końca wojny. Co więcej, miały niewielki udźwig zaledwie 400 kg, co odpowiadało możliwościom myśliwców jednosilnikowych (jak Bf-109), mogąc zabrać dwie bomby 100 kg i cztery rakiety. Co gorsza, nie posiadał on celownika bombowego. Poligonowe testy wykazały, że zrzut z 50 m na obiekt o wielkości 2000 metrów kwadratowych ma 3,5 % szans trafienia. Jeszcze gorzej wypadały testy broni pokładowej - w Moskwie przy testach działek SzWAK okazało się, że zaledwie 1,1 % pocisków trafił cel, nie wyrządzając mu przy tym żadnej szkody. Niewielki wagomiar (50 i 100 kg) bomb pozwalał na zniszczenie celu tylko wtedy, gdy ta wybuchła 5-8 metrów od niego, co było praktycznie niemożliwe. Rakiety, mając bardzo niewielką głowicę bojową (niecały kilogram, śmiesznie mała ilość w porównaniu do np. amerykańskich rakiet HVAR z głowicami o masie 21 kg) również były nieskuteczne Działka 20 i 23 mm były całkowicie nieszkodliwe dla większości niemieckich czołgów. Jedyną w miarę skuteczną bronią były niewielkie bomby kasetowe PTAB o masie 2,5 kg. Ił-2 zabierały 192 bomby tego typu w dwóch kasetach pod kadłubem i, lecąc nisko, obsypywały niemieckie pojazdy setkami bomb, zdolnych przebić górny pancerz czołgów. Samoloty jednak były wówczas bardzo narażone na ostrzał przeciwlotniczy. Pod Kurskiem Iły zgłosiły zniszczenie 270 czołgów niemieckiej 3. DPanc. Problem w tym, że jednostka miała przed bitwą... 80 czołgów. Podobne zgłoszenie dotyczyło 17. DPanc., która - mając 67 czołgów - miała stracić ich 240.

    Ponadto, mimo, że opancerzone, Szturmowiki ponosiły olbrzymie straty. Brak tylnego strzelca we wczesnych wersjach, powolność i mała zwrotność powodowały, że były one bardzo narażone na ogień artylerii plot. Ponadto, wielki wpływ miał fakt, że większość pilotów nie miała w początkowym okresie bladego pojęcia, jak używać tych maszyn. Pierwszą jednostką był 4. SzAP (pułk lotnictwa szturmowego), który po dwóch tygodniach walk (22 czerwca-10 lipca 1941) utracił 55 z 65 Ił-2. Wysokie straty w 1941 r. doprowadziły do zmodyfikowania samolotu i dodania stanowiska tylnego strzelca.

    Co więcej, zdarzało się, że Niemcy, wiedząc, że ogon samolotu nie jest w żaden sposób opancerzony, na nim koncentrowali swój ogień. Wśród lotników Luftwaffe powstały nawet zespoły, specjalizujące się w zwalczaniu Szturmowików, atakując od dołu. Najlepszym z nich był Otto Kittel, który ze swoich 267 zestrzeleń miał aż 94 Ił-2. Poległ zresztą w walce z nimi w lutym 1945 r. Inni to Joachim Brendel (88 zestrzelonych Ił-2), Johannes Wiese (70 zestrzelonych) i Erich Rudorffer (58 zniszczonych Szturmowików).

    Niemcy nazywali samolot ''Zementbomber'' (''cementowy bombowiec''), a Finowie - ''maatalouskone'' (''traktor''). Podczas walk w Karelii w 1944 r. Niemcy i Finowie w miesiąc zestrzelili 174 Ił-2. Warto tutaj dodać, że nawet jeśli samolot nie został zestrzelony, to bywało i tak, że przy lądowaniu uszkodzonej maszyny kadłub się łamał w miejscu łączenia drewnianego, słabego ogona z opancerzonym przodem samolotu.

    Miał bardzo przestarzałą konstrukcję (większość państw poszła ścieżką myśliwców bombardujących - nie tylko dysponujących lepszym udźwigiem, ale przede wszystkim prędkością i zwrotnością, której Szturmowik nie miał), awaryjną i słabo uzbrojoną. Było tak źle, że za 10 lotów na Ił-2 nadawano tytuł Bohatera ZSRR. Był to najczęściej zestrzeliwany typ samolotu WWS - utracono ich w walce 10 765. W walce masowo ginęli strzelcy pokładowi, bo ich stanowiska nie były tak dobrze chronione - współczynnik śmierci wynosił jednego pilota do siedmiu poległych strzelców.

    Bohater ZSRR i pilot Ił-2, Walentin Awerjanow wspominał samolot: ''Nurkować nie mógł, ale na małej wysokości był bardzo skuteczny. Braliśmy 400 kg bomb, rzadko 600 – bo nie chciał wystartować. Prawdę mówiąc możliwości bombowych w Szturmowikach nie było. Dlaczego? Nieraz nie trafialiśmy w cel! Тo samo z rakietami RS – poleciały i postraszyły. Najbardziej dokładną bronią były działka.''

    Sowieci byli świadomi wad Ił-2 i dlatego, kiedy tylko nadarzyła się okazja, to wprowadzili unowocześnioną wersję, zwaną Ił-10.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    A dzisiaj coś, co zna chyba każdy fan II WŚ i Finlandii. Fiński snajper ze zdobycznym Mosinem z celownikiem PE.

    W Polsce jeśli chodzi o Finów, to każdy zna dwie postaci - marszałka Mannerheima i... Valkoinen Kuolema. Najsłynniejszego snajpera świata. Simo Häyhä.

    Dobrze strzelać potrafił chyba każdy mężczyzna w Finlandii. Myślistwo było popularnym zajęciem w zalesionym kraju. W latach 20. jako karabin dla armii i Gwardii Obywatelskiej wybrano karabin Mosina, produkowany przez firmę Sako pod oznaczeniami m/27 i m/28. Ponieważ uznano, że należy wykorzystać koncepcję snajperów, postanowiono przetestować celowniki optyczne. Zamówiono w lokalnej firmie Oy Physica 230 celowników pryzmatycznych, jednak nie były one zbyt udane (były zbyt delikatne i wrażliwe na spadki temperatur) i tylko 150 przystosowanych egzemplarzy trafiło na front.

    W związku z tym, większość fińskich snajperów, nie posiadała celowników optycznych, korzystając wyłącznie z muszki i szczerbinki. Jednak, gdy była tylko okazja, przejmowali zdobyczne, nawet uszkodzone, sowieckie karabiny wyborowe z dobrymi celownikami PEM i PE, opartymi o niemieckie celowniki Zeissa. Co więcej, wbrew sowieckim przekazom, Finowie raczej rzadko strzelali z drzew. Pozycja ta była nielubiana, bo nie pozwalała strzelcowi na szybki odwrót. Wykorzystywano je głównie w celu obserwowania nieprzyjaciela i kierowania ognia artylerii.

    Nie istniały żadne szkoły snajperskie, ani podręczniki do walki tego rodzaju. Większość snajperów była całkowitymi samoukami. Działali najczęściej w dwuosobowych zespołach, przenikając przez sowieckie linie, albo wspierając ogniem kolegów na froncie. Jeden strzelał, drugi obserwował. Wykorzystywali swoją znajomość terenu i narty do szybkiego przemieszczania się. Przygotowywali sobie kilka stanowisk, zmieniając je po kilku strzałach. Były to najczęściej wydrążone jamy, nazywane przez Rosjan ''finskij sugrob''. Fińscy strzelcy strzelali z ich wnętrza, by nie zdradzał ich płomień wystrzału.

    Długie kolumny zmotoryzowane, uwięzione w motti były doskonałym celem. Strzelali niespiesznie, jakby delektując się chwilą. Piechotę zostawiali najczęściej w spokoju, to szarże były ich celem. Dziesiątkowali całe jednostki.

    Jeden z dziennikarzy zapytał fińskiego snajpera, czy strzelanie do czerwonoarmistów sprawiało mu jakieś osobiste ''kłopoty''. Fin, po krótkim namyśle odparł: ''Owszem, wie pan, starali się robić uniki, chować za osłoną i biec zygzakiem''.

    Najsłynniejszym oczywiście pozostał Häyhä, mając 700 Sowietów na koncie (są co do tego wątpliwości, jak co do istnienia innego snajpera, zwanego Sulo Kolkka), ale byli i inni:
    - ppor. Kalle Moilanen - ponad 200 zabitych w dwa miesiące;
    - kpl. Kaarlo Aarnio - 150 zabitych;
    - Toivo Maukonen - 150-200 zabitych.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Chiński żołnierz ćwiczy w przerwie od walk, Szanghaj, sierpień 1937 r.

    Zauważyłem znamienną rzecz - piszę o kolejnych bitwach wojny chińsko-japońskiej, ale dość często pojawia się pytanie ''czemu Chińczycy przegrywali''. Dlatego dzisiaj pokuszę się o wyjaśnienie podstaw, bo faktycznie - pisanie o bitwach nie oddaje całego obrazu. Dzisiaj będzie długo, bo temat jest ważny.

    Żeby zrozumieć słabość Chin w II WŚ, trzeba cofnąć się o przynajmniej 40 lat, czyli do pierwszej wojny chińsko-japońskiej 1894-95. Japonia, która stosunkowo niewiele wcześniej otworzyła się na świat, wybrała prostą drogę do budowania potęgi i obrony własnej niezależności: atak na osłabionego sąsiada. Chiny zaś były idealnym przeciwnikiem. Od lat trawione wewnętrznymi sporami i wojnami, eksploatowane i grabione przez europejskie mocarstwa nie mogły się obronić przeciwko świetnie wyszkolonej, nowoczesnej armii japońskiej. Klęska Chin zachęciła inne potęgi europejski do grabienia Państwa Środka. W 1898 r. Niemcy szantażem wymusili dzierżawę Półwyspu Szantung z miastem Qingdao, w tym samym roku Rosja wymusiła przejęcie Port Artur, Francja - Kuangczouwan na południu, a Wlk. Brytania - Hongkong. Kryzys pogłębiło powstanie bokserów, brutalnie spacyfikowane przez europejski korpus ekspedycyjny w 1900 r., oraz wojna rosyjsko-japońska.

    I WŚ nie zmieniła zbytnio sytuacji Chin. W 1915 r. Japonia wymusiła na Chinach prawo do budowania fabryk i kopalń na terenach chińskich. Co więcej, mimo, że Ententa obiecała Chinom zwrot niemieckich koncesji, w 1919 r. zostały one przekazane Japonii. Oburzone zdradą Chiny nie uznały Traktatu Wersalskiego. Co więcej, w tzw. ''Traktacie Czterech Potęg'' z 1921 r. Chiny potrzebowały zgody banków USA, Francji, Wlk. Brytanii i Japonii na uzyskanie pożyczek zagranicznych. Potęgi europejskie drenowały Chiny, łamiąc wszystkie wartości, w obronie których rzekomo później walczyli z Japończykami...

    Należy też wspomnieć, że Chiny nie były jednolitym państwem. W 1915 r. doszło do rozpadu armii Chin na frakcje Anfu i Zhili, które toczyły ze sobą wojnę (do której dołączyła frakcja Fengtian i Guangxi), która trwała aż do 1929 r. Potem doszła jeszcze wojna domowa z komunistami i ogólne rozbicie dzielnicowe Chin. Ogółem - jeden wielki chaos.

    Dopiero w 1930 roku rozpoczęto modernizację armii we współpracy z Niemcami. Niemcy okazali się być najbardziej wartościowym dla Chin sojusznikiem (bo reszta świata niezbyt była zainteresowana Chinami, licząc, że jeszcze słabsze Chiny staną się doskonałym rynkiem zbytu i kolonią europejskich mocarstw), ale ambitne plany utworzenia 80 dywizji elitarnych, opartych o wzorce Wehrmachtu pokrzyżował wybuch wojny z Japonią.

    W praktyce Chiny w 1937 roku dysponowały zaledwie ośmioma regularnymi dywizjami piechoty, wyszkolonymi na wzór niemiecki. Pisałem o nich kiedyś - i większość z nich wymiotła bitwa o Szanghaj w 1937 roku. Ponadto, Chiny posiadały jedną dywizję pancerno-motorową - była to 200. Dywizja, posiadająca włoskie tankietki i niemieckie samochody pancerne oraz - później - sowieckie czołgi.

    Czym więc była reszta? Normalnie chińska dywizja piechoty miała siłę brygady i liczyła 4-5 tys. ludzi, przy czym uzbrojenia strzeleckiego starczyło dla połowy. Reszta miała się doposażać w trakcie walk, lub tworzyła korpusy samobójcze, uzbrojone w miecze (jak dadao na zdjęciu) i ładunki wybuchowe. Chińczycy mieli poważne braki w broni maszynowej i artylerii, nie wspominając o środkach transportu i czołgach. Co więcej, nawet dywizje ''niemieckie'' były słabsze od swoich japońskich odpowiedników, licząc 10 tys. ludzi i odpowiadając siłą dywizjom lekkim w innych państwach. Chińska dywizja składała się w teorii z dwóch brygad, a każda z trzech batalionów.

    Chińczycy dysponowali uzbrojeniem z całego świata - produkowane w kraju chińskie kopie karabinów Mausera, stare karabiny zakupione w Japonii, skupowali czeskie, szwajcarskie, austriackie, francuskie, polskie, fińskie i belgijskie konstrukcje, później używali także amerykańskich i brytyjskich oraz sowieckich. Zaopatrzenie w amunicję było koszmarem logistycznym.

    Żołnierze byli kiepsko szkoleni, bo brakowało zwyczajnie kadr - większość wyszkolonych oficerów, lub podoficerów albo zginęła w walce, albo przeszła na służbę do chińskiej armii, walczącej po stronie Japonii (armia Wanga Jingweia). W toku późniejszych działań w walce wręcz Chińczyków szkolili japońscy jeńcy, bo ci byli niezrównani w walkach na bagnety i starciach okopowych.

    Zatem, mimo iż Armia Narodowo-Rewolucyjna (jak nazywały się siły Kuomintangu i komunistów) miała 4,3 mln żołnierzy w 515 dywizjach, to ich siła była dużo mniejsza niż japońskich armii w Chinach. Co gorsza, pobór do chińskich dywizji wyglądał jak łapanka (''poborowych'' ciągnięto skutych łańcuchami przez wiele kilometrów, głodzono, bito, a nawet zabijano) i pochłonął wiele ofiar (mieszkańcy Chin wspominali, że bali się jednakowo Japończyków, jak i swoich żołnierzy, bo ci kradli, mordowali, palili i gwałcili równie okrutnie jak agresorzy).
    W wyniku ''poboru'' zginęło około trzech milionów Chińczyków. Podkreślmy to - trzech milionów.
    Co więcej, tworzone były jednostki karne, których żołnierze byli kierowani do rozminowania nieoznakowanych pól minowych, albo samobójczych szturmów.

    Japończycy zaś w dywizji mieli 20 tys. ludzi, dysponujących dużą brygadą piechoty, pułkiem artylerii i pułkiem kawalerii. Jednostki mogły być wsparte doraźnie batalionami pancernymi. W efekcie, Japończycy dysponując elastycznie dowodzonymi, niewielkimi siłami, potrafili rozbijać całe chińskie armie.

    Co więcej, Chiny praktycznie nie otrzymywały ani zagranicznych pożyczek od USA i Wlk. Brytanii, ani zaopatrzenia Lend-Lease. Chiny były zresztą długo lekceważone na arenie międzynarodowej, bo mocarstwom nie zależało na powstrzymaniu Japonii, dopóki nie zagrażała ona ich własnym interesom. Należy tu jednak podkreślić, że walka w Chinach angażowała ponad połowę sił japońskiej armii, a Japończycy - mimo wielkich zwycięstw i kolejnych podbojów - nie zdołali rozbić sił chińskich do końca wojny. W interesie Aliantów było wspieranie Chin.

    Widocznie tego nie zrozumieli...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Kompania Leibstandarte w czarnych mundurach, Berlin, 1938 r. Zdjęcie i wpis NIE PROPAGUJĄ IDEOLOGII TOTALITARNYCH.

    Na pewno spotkaliście się chociaż raz z obrazkami z wyliczanką ochotników do Waffen-SS i krąglutkim zero przy Polakach. Oraz podpisem, że Polacy nie służyli w SS.
    Wyliczanka ta, jak większość pseudo-historycznych obrazków w internecie, oczywiście jest nieprawdą. Tak na marginesie, to z niewiadomych powodów w tego rodzaju zestawieniach pomija się jakoś Węgrów, którzy utworzyli dwie pełne dywizje SS - 25. i 26. Dywizje Grenadierów.

    Po pierwsze, poza tym, że są tam liczby z czapki, to nie jest prawdą, że Polacy jako jedyni nie mieli swoich jednostek Waffen-SS. Nie mieli ich także Szwajcarzy, Portugalczycy, Irlandczycy, Litwini i Grecy - to tak z ważniejszych. Istniały formacje kolaboracyjne z niektórych tych krajów (jak Litwa, czy Grecja, ale w Polsce także), niebędące jednak częścią SS.
    Podstawą takich wymysłów była książka Chrisa Bishopa ''Zagraniczne formacje'', w których przy Polakach umieścił on liczbę 0.

    Po drugie, nie jest też prawdą, że Polacy w ogóle w SS nie służyli. Zachowały się raporty z 1. Dywizji Pancernej generała Maczka, mówiące o jeńcach wziętych pod Falaise w sierpniu 1944 r. Stoi w nich jasno, że zarówno w LSSAH, jak i 12. DPanc. SS ''Hitlerjugend'' służy pewna liczba Polaków. Skąd się wzięli? W 1944 roku Waffen-SS i Wehrmacht po prostu walczyły o rekrutów i W-SS często... zwyczajnie kradła poborowych do Wehrmachtu, zabierając ich z punktu zbornego do koszar SS. Wśród nich niejednokrotnie zdarzali się wcieleni przymusowo Polacy. Być może byli polscy ochotnicy do SS, ale to kwestia wymagająca dalszego zbadania.

    Pomijam oczywiście tutaj kwestię tzw. Goralenvolku, bo nie jest zbyt istotna, a także tzw. Legionu Orła Białego, co do którego istnienia są poważne wątpliwości i w zasadzie brak jakichkolwiek dowodów.

    Zresztą, od zawsze jestem przeciwnikiem potępiania kogokolwiek tylko za to, jaki mundur nosił. Potępia się zbrodnie wojenne i inne niegodne czyny, a nie to, że ktoś na mundurze miał jakieś symbole. Zwłaszcza, że spośród 38 dywizji W-SS zbrodnie popełniła mniej, niż połowa (mogę tę kwestię opisać w przyszłości, jeśli będzie życzenie). Przykładowo, estońscy esesmani walczyli o niepodległość swoich krajów, a w 1950 roku nawet USA uznały, że członkowie tych formacji nie byli wrodzy wobec Stanów. Bywało nawet tak, że byli estońscy esesmani... w Norymberdze pilnowali w amerykańskich mundurach zbrodniarzy niemieckich.

    Wielonarodowość tej organizacji jednocześnie udowadnia, że Niemcy nie mieli problemu z przyjmowaniem tzw. ''podludzi'' w szeregi swoich elitarnych formacji. Istniała bowiem zarówno białoruska (30.), jak i ukraińska (14.) dywizje SS, byli także Hindusi (Legion Hinduski), Bośniacy (13.), Serbowie (24.), Albańczycy (23.), Rosjanie (RONA), czy Azerowie (Wschodnioturecki Związek Bojowy SS).

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: Prosta kwestia. Jest zdanie:

      Po pierwsze, poza tym, że są tam liczby z czapki, to nie jest prawdą, że Polacy jako jedyni nie mieli swoich jednostek Waffen-SS.
      Skąd wziąłeś tę tezę? Na obrazku jest mowa o braku Polaków w SS i o braku kolaboracji. Nie ma na obrazku mowy, że w żadnym innym państwie nikt nie utworzył jednostki SS. Jest konkretnie zdanie: "Polska jest jedynym państwem, które nie kolaborowało ani z sowieckim ani z niemieckim zaborcą.". Rozciąganie tego na "Polska jest jedynym europejskim państwem, którego obywatele nie współpracowali z III Rzeszą i ZSRR." jest nadinterpretacją, bo chociażby z definicji nie można kolaborować z państwem, które nie jest okupantem. I mówienie, że nie, chodziło o wszystkie państwa, bo podano też przykład Finlandii znowu jest jak dla mnie nadinterpretacją, dużo sensowniejsze jest uznanie, że Finlandia to tutaj przykład państwa, które nie było okupowane, a mimo to współpracowało. Ale to dalej nie znaczy, że obrazek sugeruje, że oprócz Polaków obywatele żadnego innego europejskiego państwa nie współpracowali z III Rzeszą, czy ZSRR. Jaśniej nie potrafię. IMHO do obrazku, który już jest uproszczeniem i nieprawdą dopisujesz rzeczy, których tam nie ma i z nimi również walczysz, co nie ma najmniejszego sensu. pokaż całość

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: On chyba jest Portugalofobem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      +: drect
    • więcej komentarzy (34)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Japońskie czołgi Typ 89 z japońskiego 1. batalionu pancernego podczas bitwy pod Xuzhou, kwiecień 1938 r.

    Po zwycięstwie w Nankinie w grudniu 1937 r. Japończycy skierowali się na południe. Chińska sytuacja była raczej dramatyczna - większość bardziej wartościowych jednostek została wymieciona podczas bitwy o Szanghaj. W tej sytuacji, gubernator prowincji Szantung, Han Fuju, wolał się cofać i zachować swoje oddziały, aniżeli pozwolić się zniszczyć Japończykom. Jednak po upadku Quingdao, Czang Kaj-Szek nakazał go aresztować i rozstrzelać za niesubordynację.

    Japończycy nieubłaganie parli naprzód. Japońska Armia Północnych Chin, wsparta przez Armię Ekspedycyjną Chin Centralnych, dowodzonych przez świetnych generałów Isogaia Rensuke i Seishiro Itagakiego, dosłownie rozcięła chińską obronę na Rzece Żółtej. Chińczycy, siłami aż 64 dywizji rozmieścili się wokół Xuzhou. Generał Itagaki ruszył na południe, nie okrążając miasta. Dotarł do Taierzhuang, gdzie został pokonany przez gen. Li Zongrena.

    Ostatecznie, Japończycy w rejonie Xuzhou dysponowali siedmioma dywizjami i dwiema brygadami piechoty oraz dwoma batalionami pancernymi. Część sił miała odciąć chiński odwrót na zachód. Chińczycy wyprowadzili jednak kontratak pod Lanfeng 21 maja 1938 r. siłami swojej najlepszej jednostki - 200. Dywizji Piechoty, jedynej zmechanizowanej dywizji w armii chińskiej (dysponowała ona sowieckimi czołgami, włoskimi tankietkami i niemieckimi samochodami pancernymi). Jednak japońska 14. Dywizja nie dała się zaskoczyć i odrzuciła chiński kontratak (bardzo źle skoordynowany i dowodzony) huraganowym ogniem artylerii. 200. DP musiała się wycofać, a samą próbę kontrataku Czang Kaj-Szek skomentował jako ''zapas śmiechu na wieki''.

    Japońskie postępy były jednak na tyle groźne (17 maja zaczęli ostrzeliwać miasto i wykonali desant na południe, niemal zamykając pierścień), że Czang nakazał wycofanie się. Żeby spowolnić nacierające armie japońskie i zyskać czas, przygotowując obronę Wuhan zdecydowano się wysadzić tamy na Rzece Żółtej. Udało się to, jednak ceną były zniszczone setki tysięcy domów i około 800 tysięcy zabitych przez powódź. 3 miliony ludzi opuściło swój rejon zamieszkania, a milion pozostał bez dachu nad głową. To tak w temacie strat w Chinach...

    Japończycy w walce bezpośredniej zwyczajnie zmietli chińską obronę, jednak mieli za mało sił, żeby zamknąć pierścień okrążenia, co pozwoliło się wymknąć części wojsk chińskich, część przeszła do działań partyzanckich. Ci, którzy się wymknęli, stawili opór pod Wuhan. Straty były jednak znowu na korzyść Japonii: 100 tys. Chińczyków i 30 tys. Japończyków.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    ''With Molotov cocktail in hands
    No fear of their tanks!''

    Finowie prezentują swoją broń przeciwpancerną - wiązki granatów i butelki zapalające.

    Sowieci miażdżyli Finów czołgami - mieli przewagę 50:1. Finowie jednak, niewzruszeni tą potęgą, sięgnęli po sprawdzony sposób zwalczania czołgów - butelki z benzyną. Pierwszy raz użyli ich marokańscy Regulares w wojnie domowej w Hiszpanii, miotali nimi polscy obrońcy Grodna i Wilna, ale to w rękach Finów stały się sławne na cały świat.

    Finowie stwierdzili, że butelki zapalające należy ulepszyć - szmatka wetknięta w szyjkę ma tendencję do gaśnięcia, lub, co gorsza, oblewania płonącą mieszanką rzucającego. Dlatego butelki były zaczopowane, a po bokach przymocowywano dwie długie sztormowe zapałki z draską. Żołnierz najpierw zapalał zapałkę, która paliła się przez 30 sekund, a dopiero potem rzucał. Butelki zapalające rzucano z tyłu czołgu, na pokrywę silnika. Przy odrobinie szczęścia wlot powietrza mógł zassać do silnika płonącą ciecz i spowodować eksplozję paliwa. Z reguły do unieszkodliwienia jednego sowieckiego czołgu potrzebne były tylko dwie butelki zapalające.

    Fińskie butelki były zresztą produkowane na bazie benzyny i smoły lub nafty, alkoholu i smoły. Zdarzały się wersje z wewnętrzną ampułką z kwasem siarkowym, które zapalały się przy rozbiciu. Główną fabryką, która je tworzyła była... gorzelnia Rajamäki, należącą do państwowej wytwórni alkoholów Alko. Co ciekawe, początkowo butelki posiadały nakrętki z napisem ''Alko-Rajamäki''. Na sowiecką reakcję nie trzeba było długo czekać, bo wywiad szybko zlokalizował obiekt i gorzelnia była wielokrotnie bombardowana. Mimo to, Rajamäki wyprodukowała ponad 540 tys. butelek zapalających.

    Butelki zapalające zresztą niedługo później przybrały swoją słynną nazwę, pod którą znane są po dziś dzień. Wiaczesław Mołotow, minister spraw zagranicznych ZSRR chełpił się przed Stalinem, że uczci jego urodziny (18 grudnia) koktajlem w zdobytych Helsinkach. Ale ponieważ coś tak jakby nie wyszło, to Finowie stworzyli swoje ''koktajle'' i zaczęli częstować nimi Sowietów. Z przerażającą skutecznością.

    Obok koktajlu jest widoczny klockowaty Käsigranaatit - granat przeciwpancerny, oparty luźno o niemieckie Geballteladung z I WŚ. Głowica była wypełniona trotylem, lub amatolem. Były wersje polowe, jak i produkowane w fabrykach o masie 2, 3 i 4 kg.

    Finowie zresztą w walce z czołgami wykazywali się olbrzymią pomysłowością: między koła jezdne wsuwali grube belki, by unieruchomić pojazd, a potem wspinali się na czołg i wrzucali granaty do środka. Podczas bitwy pod Summa w grudniu 1939 r. szeregowiec Einar Schadewitz wskoczył na sowiecki czołg i próbował otworzyć właz swoim nożem puukko. Kiedy spostrzegł, że to raczej nie działa, zapukał grzecznie granatem we właz i zaczął krzyczeć. Kiedy Sowieci wreszcie otworzyli, poczęstował ich granatem. Później koledzy go pytali, co krzyczał.

    Odpowiedział: ''Otwieraj Iwan, śmierć do ciebie puka''.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Taka jest właśnie wojna. Zabity włoski żołnierz przy ciężarówce Fiat, łuk Donu, styczeń 1943 r. Dzisiaj będzie dłużej.

    Niemcy, jak wszystkie potęgi II WŚ, winą za swoje niepowodzenia obarczali swoich sojuszników. Nie inaczej było pod Stalingradem, gdzie niemieccy dowódcy, a wraz z nimi propaganda i różni historycy winę zwalili na Włochów, Węgrów i Rumunów. Że to przez nich, przez ich ''tchórzostwo'' doszło do klęski.

    Szkoda tylko, że owi historycy ''zapominają'' wspomnieć, że włoska 8. Armia (będąca w centrum) była rozciągnięta na 270 kilometrów. Znacznie to przekraczało schematy organizacyjne. Wojskom koalicji antysowieckiej brakowało dramatycznie środków przeciwpancernych, czołgów (Włosi mieli tylko 50 lekkich czołgów L6, całkowicie niegroźnych dla T-34) i wsparcia lotniczego. Już nie wspominając o środkach transportu i łączności, chociaż dowódca rumuńskiej 3. Armii, gen. Dumitrescu już w listopadzie sygnalizował, że Rumuni nie zdołają obronić pozycji, jeśli Niemcy nie wyślą wsparcia czołgów.
    Włoskie siły to II. Korpus (dywizje ''Sforzesca'', ''Ravenna'' i ''Cosseria''), Korpus Alpejski (dywizje ''Julia'', ''Tridentina'' i ''Cuneense''), XXXV. Korpus (dywizje CSIR: ''Pasubio'', ''Torino'' i ''Celere'') oraz rezerwowa dywizja ''Vicenza''. Jednostki wspierał batalion narciarski ''Monte Cervino'', 63. Legion Czarnych Koszul, 6. pułk bersalierów i 120. pułk artylerii.

    Wydawałoby się, że Włosi walczyli krótko - bo ''tylko'' trzy dni. Jednak Sowieci do ataku ruszają już 11 grudnia 1942 r. Na samym odcinku dywizji ''Ravenna'' i ''Cosseria'' naciera przez pięć dni 28 sowieckich batalionów. Sowieci stratami się nie przejmowali - mieli 115 batalionów, a w rezerwie cztery korpusy pancerne. Razem - 450 tys. ludzi i 1200 czołgów. A wszystkim dowodził jeden z najzdolniejszych sowieckich generałów - Nikołaj Watutin.
    Mimo, że Włosi mieli ogromne niedobory amunicji i broni maszynowej, dzielnie odpierali ataki przeciwnika, wycinając setkami atakujących. Ciał na przedpolach Włochów urosło tyle, że żołnierze musieli w trakcie walk je usuwać, żeby móc dalej się bronić.

    Jednak największa nawet odwaga i hart ducha nie mogą pomóc, kiedy przeciwnik ma miażdżącą przewagę liczebną...

    Kiedy 16 grudnia rozpoczęła się operacja ''Mały Saturn'', wymęczonych dotychczasowymi bojami Rumunów dosłownie rozjechała. Włosi stawiali bohaterski opór przez trzy dni. W marznącej mżawce Sowieci gubią się i wpadają na pola minowe. Od ognia dział, ładunków wybuchowych i granatów, a nawet ataków z butelkami z benzyną Sowieci tracą setki czołgów. W końcu linie obronne zaczęły pękać na odcinku ''Ravenny'', a potem ''Cosserii''. Do ataku ze śpiewem na ustach ruszyły Czarne Koszule, ale niewiele to pomogło. 63. Legion został niemal całkowicie zniszczony w odważnych kontratakach (jednostka otrzymała Złoty Medal Waleczności). Sowieci przebili się przez włoskie linie (w tym zaciekle walczącej ''Julii'', za co wymieniono dywizję w Wehrmachtbericht) i dotarli do Kantemirowki, na dalekich tyłach, gdzie zaskoczyli sztab ''Ravenny'', wywołując panikę. W efekcie cała 8. Armia musiała się wycofać. Niemcy odmawiali udzielenia pomocy sojusznikom i kradli włoskie środki transportu. Pomocy kolegom na ziemi niezmordowanie udzielali włoscy piloci, ostrzeliwując sowieckie oddziały i zrzucając zaopatrzenie. Ducha włoskich żołnierzy oddaje postawa syna dowódcy armii. Podczas odwrotu gen. Italo Gariboldi wysłał samolot po swojego syna, Mario. Ten, na usilne nalegania pilota, odpowiedział, że nie opuści swoich żołnierzy. Najżałośniej wypadli Niemcy, konkretnie esesmani z 14. SS-Polizei-Regiment i grupy ''Fegelein'', których obronę Sowieci zmiażdżyli już pierwszego dnia, zmuszając esesowców do panicznej ucieczki.
    Włosi cofają się w dwóch grupach - północnej i południowej, tocząc zaciekłe boje pod Arbuzowką i Krasnojarskiem. W połowie stycznia 1943 r., gdy Sowieci szturmują już linie Korpusu Alpejskiego, wymęczona włoska armia przebija się do Charkowa, utraciwszy około 60-70 tysięcy ludzi. Sowieci w operacji ''Mały Saturn'' stracili ok. 100 tysięcy ludzi i 900 czołgów.

    Niemieccy oficerowie łącznikowi jednak wystawili Włochom taką opinię: ''Twierdzenie, wyrażane przez niektórych, według którego Włosi zwyczajnie uciekli, nie tyle jest przesadą, co zwyczajnie jest nieprawdą.''
    Ciekawe świadectwo Włochom wystawił też sam Nikita Chruszczow: "Walczyłem przeciwko Włochom w rejonie Doniecka, gdzie miałem na przeciwko sobie Czarne Koszule, których uważałem za najbardziej walecznych wśród nich. Walczyli bardzo dobrze i myślałem, że dzieje się tak z powodu niechęci do nas. Jednak po przesłuchaniu wielu jeńców, stwierdziłem, że nie żywią wobec nas nienawiści."

    Ot, znowu... ''tchórzliwi makaroniarze''...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Brytyjskie Shermany z 46. pułku pancernego posuwają się drogą w kierunku Campoleone, towarzyszy im piechota z pułku Irish Guards. Anzio, 25 stycznia 1944 r.

    Wracamy do tematu Anzio. Tutaj pytanie - nie mam niestety kolorowych zdjęć z działań lotniczych, a te są dość ciekawe. Będę się musiał posiłkować grafikami, albo czarno-białymi zdjęciami. Może być?

    Zachowanie gen. Lucasa, dowódcy VI. Korpusu było niezrozumiałe. Zamiast iść i rozbić słabą niemiecką obronę, ten umacniał przyczółek niczym fortecę. Budował okopy, zakładał miny. Stracił niepowtarzalną szansę. Na jego lekkie usprawiedliwienie można powiedzieć tylko, że trochę spowolnił go gen. Clark, mówiąc: ''Nie wychylaj się, Johnny''.

    Dopiero 25 stycznia 1944 roku podjęto jakiekolwiek działania. Niejako Lucasa zmusiło do tego przeludnienie niewielkiego przyczółka - nagromadzenie ludzi i sprzętu zaczynało po prostu wypychać jednostki naprzód. Do ataku ruszyła brytyjska 24. brygada z 56. Dywizji Piechoty.

    Celem był niewielki zespół budynków z czymś, co wyglądało, jak komin, dlatego obiekt zaczęto przezywać ''fabryką''. Była to jednak Aprilia, wioska-osiedle, budowana za rządów Mussoliniego. Osiedla posiadały własne kina, kościoły, ratusze, sklepy, ośrodki zdrowia, garaże i nieodzowną siedzibę komitetu partii faszystowskiej.

    Jednak Niemcy nie byli już słabi - naprzeciwko Brytyjczyków stanęła niemiecka 3. Dywizja Grenadierów Pancernych. Mimo, że w początkowym starciu Brytyjczycy dobrze sobie radzili (wzięli 110 jeńców), to Niemcy zdołali się wycofać, a pod osłoną nocy obsadzili zabudowania wokół Aprilii. Rankiem przeszli do kontrnatarcia.

    Z samego rana grupy Niemców szturmowały zabudowania. Pojawiły się działa szturmowe, a nawet Tigery. Te ostatnie zaczęły po prostu burzyć osiedle ogniem swoich 88-milimetrowych dział. Brytyjskie Cromwelle były przeważnie bezradne. Dopiero, gdy jeden z niemieckich czołgów stracił gąsienicę i, mimo, że nadal prowadził ogień, został dobity strzałem z Piata, to pozostałe wycofały się. W ich miejsce przybyła silna niemiecka artyleria, obracając w gruzy Aprilię i sąsiednie Carroceto.

    Wcale nie lepiej było w sektorze amerykańskim - tam 3. Dywizja Piechoty, mimo wspacia 504. pułkiem spadochronowym i huraganowego ognia artylerii okrętowej z krążownika ''Brooklyn'' zwyczajnie zaległa przed swoim celem - miasteczkiem Cisterna. Tam z kolei zażarty opór stawiała dywizja pancerno-spadochronowa ''Hermann Goering''.

    Ciężkie walki trwały dwa dni i w zasadzie nie przyniosły rozstrzygnięcia. Te niepowodzenia martwiły w zasadzie wszystkich alianckich dowódców - oznaczały, że sytuacja się zmieniła. Po tygodniu Niemcy mieli pod Anzio więcej ludzi, niż Alianci. Jednak Lucas nadal zwlekał. Winston Churchill później napisał rozgoryczony: ''Myślałem, że wypuściliśmy rozżartego rysia, a tym okazał się nieruchawy wieloryb, wyrzucony na plażę''.

    Duże natarcie zaplanowano na noc z 29 na 30 stycznia. I to miało okazać się znamienne.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Murzyński kapral podczas układania kanistrów z benzyną.

    Alianci pod koniec sierpnia 1944 roku stanęli przed dużym problemem - większość portów była w rękach niemieckich, którzy zamienili je w twierdze, zaś zaopatrzenie na front transportowano z plaż i jedynego, zrujnowanego portu w Cherbourgu. Do pewnego momentu zaopatrzenie transportowano wprost z plaż, jednak błyskawiczny odwrót Niemców znacznie wydłużył linie zaopatrzeniowe i jednostki na froncie stanęły w obliczu braku żywności, mundurów, a przede wszystkim paliwa, amunicji i części zamiennych, wobec czego kontynuowanie ofensywy było niemożliwe. Zaś na plażach leżały odłogiem całe zbiorniki materiałów pędnych i góry skrzyń z amunicją i jedzeniem. Planowano położenie rurociągu, transportującego benzynę, ale nie było na to czasu - front potrzebował zaopatrzenia ''na już''. Zniszczenia sieci kolejowej tuż przed inwazją zmusiły Aliantów do jedynego wyjścia - kołowego transportu.

    Z jednostek pozabierano maksymalne ilości ciężarówek, jeden brytyjski korpus zajmował się wyłącznie transportem, zaś do służby skierowano tysiące ludzi, którzy musieli dostarczyć dziennie 20 tysięcy ton zaopatrzenia dla walczących wojsk. Jedna dywizja podczas działań ofensywnych ''konsumowała'' dziennie minimum 600 ton zaopatrzenia - paliwa, amunicji, żywności, środków medycznych.

    Po drogach poruszało się blisko 6 tysięcy ciężarówek, niezmordowanie jeżdżących w obie strony, przewożąc 12,5 tys. ton zaopatrzenia. Konwoje liczyły maksymalnie pięć ciężarówek, ze względu na niebezpieczeństwo ataków Luftwaffe, był eskortowane przez Jeepy, zaś na drogach rozmieszczono spore ilości żandarmerii (w tym specjalnie powołany do tego celu 793. batalion żandarmerii) i tyłowych jednostek, pilnujące szlaku. Do poruszania się wytyczono tylko dwie drogi jednokierunkowe - północną pojazdy jechały z Cherbourga do bazy w Chartres z zaopatrzeniem, a południową wracały puste po następne towary. Tak przeprowadzono operację ''Red Ball Express'' - nazwa nawiązywała do XIX-wiecznej lokomotywy, a nadzorował ją płk Loren Albert Ayers, zwany ''Małym Pattonem'' ze względu na energiczność i zdecydowanie w działaniu. 75 % żołnierzy, biorących udział w operacji, było murzynami, którzy pełnili służbę w jednostkach transportowych. Wielu z nich otrzymało tylko godzinne przeszkolenie w jeździe za kółkiem. Zdarzało się, że przemęczeni kierowcy dopuszczali się sabotażu, by zyskać chociaż chwilę snu. Operacja trwała od końca sierpnia aż do połowy listopada 1944 roku, kiedy zdobyto ujście Skaldy i umożliwiono zaopatrywanie wojsk przez port w Antwerpii.

    Bardzo dobrze wysiłek logistyczny Aliantów obrazuje muzeum w Overloon, gdzie idzie się po składanym moście Baileya, rozstawionym nad setkami, tysiącami skrzyń. Dopiero wtedy człowiek uświadamia sobie ogrom tego przedsięwzięcia.

    Po II WŚ, w Korei, również zorganizowano podobną operację i ją również nazwano ''Red Ball Express''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Japończycy wkraczają do Taiyuan, listopad 1937 r.

    Gdy jeszcze trwała batalia o Szanghaj, Japończycy uderzyli na prowincję Shanxi, położoną w północnych Chinach. Jest to teren bogaty w złoża węgla kamiennego, nic więc dziwnego, że była to pożądana zdobycz.

    Japończykom niemal z marszu udało się zająć trzecie duże miasto prowincji - Datong. Chińczycy w desperacji zjednoczyli się ze znienawidzonymi komunistami i zorganizowali obronę w rejonie Wielkiego Muru. Japończycy, wsparci oddziałami mongolskimi, ominęli jednak pozycje obronne, idąc przez położony z boku wąwóz Niangziguan pod koniec października. Oskrzydlili tym samym leżącą w centrum stolicę prowincji - miasto Taiyuan.

    W tym samym czasie, trwała bitwa o skrzyżowanie Xinkou. Chiński generał Yan Xishan zgromadził swoje wojska - 280 tys. ludzi - w tym miejscu, chcąc wydać Japończykom walną bitwę. Chińczycy mieli dobrze przygotowane pozycje obronne, otaczały ich góry, a jedyna droga prowadziła do bronionego Taiyuan - byli więc niemal niepokonani. Frontalną obronę skrzyżowania stanowili żołnierze Xishana, zaś prawą flankę bronili komuniści Zhu De, oparci o rzekę Sutou.

    Japończycy, w osobie generała Seishiro Itagakiego, byli świadomi silnej linii obronnej, dlatego 13 października uderzyli zmasowanymi siłami - 140 tys. ludzi, wspartych przez 500 czołgów i 300 samolotów, a także liczne okręty rzeczne. 16 października Chińczycy wyprowadzili zaciekły kontratak, w walce odrzucając na chwilę Japończyków. W ruch poszły koktajle Mołotowa, bo chińskim żołnierzom dramatycznie brakowało artylerii. Poległ dowódca chińskiej 9. Armii, gen. Hao Mengling. Zażarte walki trwały dzień w dzień. Japończycy górowali sprzętem i siłą ognia, ale Chińczycy mieli lepsze pozycje obronne. Trwały wypady partyzanckie i dywersyjne na japońskie tyły. Chińczykom udało się nawet zwyciężyć w starciu w wąwozie Pingxingguan, gdzie komuniści ze 115. dywizji zrobili zasadzkę na dwie japońskie kolumny zaopatrzeniowe i rozbili je, przejmując trochę zaopatrzenia (100 karabinów, jedno działo, 2 tys. pocisków). Straty wyniosły po 400 ludzi po obu stronach. Był to ważny sukces propagandowy - bodaj pierwsze zwycięstwo Chińczyków. Z kolei 19 października 769. pułk piechoty ze 120. dywizji zaatakował lotnisko w Yangmingbao, niszcząc 24 samoloty na ziemi.

    Jednakże japoński walec był nieubłagany - po dwóch tygodniach ciężkich walk wzmocnieni Japończycy (sprowadzono cztery bataliony specjalne) 26 października skruszyli chińską obronę.Na niektórych odcinkach Japończycy po prostu rozjechali czołgami chińskie linie. Po wdarciu się na wąwóz Niangziguan chińskie armie rozpoczęły odwrót. Niedługo potem, 9 listopada Japończycy zajęli Taiyuan i objęli kontrolę nad prowincją. Ich sukces był zupełny. Obie strony poniosły wysokie straty, ale chińskie były pięciokrotnie wyższe - 100 tys. ludzi. Ważny był jednak skutek - dzięki współpracy Kuomintangu i komunistów Japończycy ponieśli straty. Był to przyczynek do dalszej współpracy obu sił.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemieccy spadochroniarze z 4. Dywizji Spadochronowej na motocyklach BMW R75, rejon Anzio, koniec stycznia 1944 roku.

    Plan generała Clarka opiewał na desant 110 tys. żołnierzy. W pierwszym rzucie lądować miały dwie dywizje - brytyjska 1. na lewym skrzydle, amerykańska 3. na prawym. Pozostałe siły stanowiły: amerykańskie 45. DP, 1. DPanc., 6615. pułk specjalny (złożony z 1., 3. i 4. batalionów rangersów i 509. batalionu spadochronowego) oraz 504. pułk spadochronowy, oraz brytyjskie: 56. DP i 2. brygada specjalna (złożona z komandosów z 9. i 43. batalionu). Wsparcia udzielały, jak wspomniano, 5 krążowników, 24 niszczyciele i 60 innych okrętów wojennych. Wśród pozostałych jednostek pływających znalazły się polskie statki - S/S ''Narwik'' i S/S ''Sobieski''. Z powietrza pomocy udzielało osiem dywizjonów myśliwskich (po trzy Spitfire'ów i Kittyhawków, dwa Mustangów) i siedem bombowych (jeden Bostonów, sześć Mitchelli).

    Dobra, a co mieli Niemcy?

    Nic.

    No takie nic, to nie do końca. W rejonie Anzio-Nettuno Niemcy posiadali jeden batalion grenadierów pancernych, trzy kompanie saperów, baterię armat przeciwlotniczych i kompanię włoskich dział pancernych. Może tysiąc ludzi. Tyle.

    Jednak dowodzący od listopada 1943 r. marszałek Kesselring zdawał sobie sprawę z możliwości przeprowadzenia desantu za Linią Gustawa. Dlatego zlecił opracowanie planu alarmowego ''Richard'', polegającego na przerzucie jednostek w rejon zagrożony. Opracowano trasy marszruty, składy paliw, miejsca postojów, ale musiało potrwać, zanim jednostki trafiły na miejsce. Niemcy, patrolujący wybrzeże, byli w stanie alarmu od kilku tygodni. Akurat 22 stycznia alarm odwołano, by wartownicy mogli się przespać. Obudziło ich dopiero szturchanie lufami amerykańskich Thompsonów...

    Jednak już o 3 w nocy (godzinę po desancie), Niemcy złożyli meldunki, a o 5 rano poinformowano Kesselringa. Ten natychmiast rozkazał przerzut 4. DS i dywizji ''Hermann Goering'' w rejon Anzio. Ciężkie zniszczenia infrastruktury, spowodowane nalotami poprzedzającymi inwazję (ucierpiał bardzo port w Civitavecchia oraz główne lotnisko Luftwaffe w tym rejonie - Ciampino) spowalniały jednak przerzut.

    Tymczasem dowodzący VI. Korpusem gen. Lucas do końca dnia wyładował już 36 tys. żołnierzy i 3200 pojazdów. ''Muszę najpierw mocno stanąć na nogach i nie robić żadnych głupstw pod wpływem chwili'', napisał w dzienniku. Alianci więc, zamiast iść naprzód... zaczęli się okopywać, a nawet stawiać zapory minowe. Pierwszego dnia utracono 13 zabitych i 97 rannych, głównie od min. Lucas był głuchy na prośby i apele swoich podwładnych, którzy prosili go, by przeprowadzić chociaż silne rozpoznanie. Nie zgadzał się. Atmosfera była mało wojenna - żołnierze się okopali, rozstawiali namioty, organizowali składy, a nawet grali w karty, myszkowali w ruinach okolicznych wiosek i pisali listy.

    ''Uśmiechnięty Albert'' już 22 stycznia wieczorem powiedział zadowolony: „Anglicy i Amerykanie przegrali już pierwszą rundę tego starcia”.

    #shingle

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dżentelmen na zdjęciu to Fregattenkäpitan Reinhard ''Teddy'' Suhren, jeden z najlepszych podwodniaków Kriegsmarine, a jednocześnie jeden z moich ulubionych dowódców U-Bootów. Zdjęcie wykonano zapewne po 31 grudnia 1941 roku, kiedy Suhrena udekorowano Liśćmi Dębu do Krzyża Rycerskiego. Dawno nie było nic z U-Bootów. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    ''Był oryginałem. Był tylko jeden Reinhard Suhren'', wspominał jeden z dowódców ''Teddy'ego''. Jego przezwisko wzięło się z tego, że drwił sobie z maszerowania w akademii, aż któryś z oficerów powiedział mu, że ''maszeruje jak niedźwiadek Teddy''. Umawiał się z Żydówką, w hamburskich barach ścigał się w piciu z czarnoskórymi marynarzami - i w ogóle się nie przejmował. Kiedy przehulał cały żołd w paryskim night-clubie, admirał Doenitz wysłał mu czek na 400 marek ze swoich własnych pieniędzy. Z Ewą Braun w Obersalzbergu tańczył zakazanego w Rzeszy swinga.

    Ot, podrywacz, imprezowicz... i świetny podwodniak.

    Spędził rok jako oficer wachtowy na U-48, najlepszym z niemieckich U-Bootów (okręt zatopił łącznie 51 statków i jeden okręt wojenny o łącznym tonażu 306 000 ton). Za służbę Suhren otrzymał Krzyż Rycerski za pomoc w zatopieniu 200 tys. ton BRT. W kwietniu 1941 roku objął dowództwo nad U-564. Jego U-Boot na kiosku miał wymalowane trzy czarne koty. Jako dowódca, zatopił 18 wrogich statków, o łącznym tonażu 95 tys. ton, za co otrzymał Liście Dębu i Miecze do Krzyża Rycerskiego jako zaledwie jeden z pięciu oficerów U-Bootów podczas wojny. Wojnę przetrwał, ponieważ pod koniec 1942 roku przeniesiono go do flotylli szkolnej. Co ciekawe, Krzyż Rycerski otrzymał także jego starszy brat, Gerd, również oficer U-Bootów.

    Suhren przyjaźnił się z kapitanem Rolfem Mützelburgiem, dowódcą U-203, również asem U-Bootów. Podczas spotkania na morzu, Suhren zauważył, że Mützelburg skacze z kiosku U-Boota do wody, by popływać w morzu i wyraził dezaprobatę, mówiąc, że to narażanie życia. Chyba miał rację, bo dwa miesiące później Mützelburg niefortunnie skoczył i skręcił sobie kark.

    Jednak ''Teddy'' najbardziej zasłynął z dwóch akcji - pierwsza to dopadnięcie u ''bezpiecznych'' brzegów Ameryki meksykańskiego tankowca ''Potrero del Llano'' 14 maja 1942 roku (tego samego dnia, U-106 zatopił inny meksykański tankowiec). Tym samym Meksyk, nieco przymuszony przez USA, wypowiedział wojnę Niemcom. Tak to, 25-letni oficer wywołał wojnę (swoją drogą, zastanawiające jak daleko sięgała U-Bootwaffe atakując swoich wrogów...).

    Druga zaś, to pozdrowienie przez Suhrena jego przyjaciela, Horsta Uphoffa, zwanego ''Hein'', dowódcy U-84, po powrocie do portu po ostatnim, najdłuższym rejsie (ponad 3 miesiące, od lipca do września 1942 r.). Wszyscy myśleli, że U-564 zatonął, bo nie było od niego żadnych wiadomości. Kiedy uszkodzony okręt wpływał do portu, ''Teddy'' krzyknął:

    - Hein, Hein! Czy naziści są jeszcze u władzy?!

    Od aresztowania przez Gestapo uratowała go interwencja samego Doenitza, ale tego dnia Suhren był sławny w całej U-Bootwaffe.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Fiński żołnierz pod Suomussalmi, grudzień 1939 r. Dzisiaj znowu będzie dłużej, bo notka jest uzupełnieniem poprzedniej o Suomussalmi.

    Bitwa pod Suomussalmi uchodzi po dziś dzień za miejsce bohaterstwa Finlandii i symbol Talvisoty. Sowieci, poza 27 tysiącami ludzi stracili też 5 tys. karabinów, 350 karabinów maszynowych, 100 dział, 43 czołgi, 260 ciężarówek i 1170 koni. Zagładzie uległy dwie sowieckie dywizje strzeleckie - 44. i 163.

    W bitwie pod Suomussalmi kolumna 81. górskiego pułku strzeleckiego i 759. pułku strzeleckiego posuwały się po lodzie, osłaniał je z tyłu 662. pułk strzelecki. Ten ostatni Finowie wybili do nogi. Dowódca pułku Szarow i komisarz pułkowy Podchomutow na samym początku natarcia zbiegli przez las do Juntusranty. Osądzono ich i rozstrzelano za tchórzostwo. Osamotniona 44. DS niedługo potem podzieliła los poharatanej 163. DS. Rozciągnięta w długiej kolumnie, osłabiona (część jej oddziałów wspierała 163. DS) - nie miała szans. Lotnictwo zrzuciło tylko kilka worków z suszonką. Zalecano zabić konie, by nakarmić żołnierzy. Uciekający z pola bitwy oficerowie NKWD próbowali popełnić samobójstwo. 5 stycznia 1940 r. Finowie zniszczyli kwaterę 25. pułku i rozpoczęli szturm pozycji 146. pułku. Ciężko ranny major Jewliew, dowódca okrążonego 146. pułku strzeleckiego, przesłał niezaszyfrowaną wiadomość radiową: ''Pomóżcie nam, my tu umieramy!'', po czym radio zamilkło. Reszki 122. pułku artylerii i dwóch pułków piechoty wyrwały się w nocy z 6 na 7 stycznia, po czym Sowieci się wycofali. Już po wszystkim korespondenci wojenni z całego świata przybyli na pole bitwy, by zobaczyć niezwykłe sceny zniszczenia i śmierci.

    Dla Sowietów klęska była straszliwa. Potężna Armia Czerwona, chełpiąca się największą liczbą czołgów na świecie została pokonana przez jakichś biedaków na nartach. Bezpośrednio po bitwie, dowódca 44. Dywizji Strzeleckiej, kombrig Aleksiej Winogradow, oraz jego szef sztabu Wołkow i komisarz polityczny Parchomienko, zostali obarczeni winą za tę klęskę i rozstrzelani przez żołnierzy swojej własnej dywizji. Zarzucano im porzucenie rannych, ucieczkę z pola bitwy i błędne decyzje. Wasilij Czujkow, który dowodził 9. Armią w wojnie zimowej (atakującej właśnie pod Suomussalmi), a potem 62 Armią pod Stalingradem, w swoich wspomnieniach nie wspomniał o klęsce na drodze do Raate i wojnie zimowej. Temat ten boli Rosjan do dzisiaj.

    Bitwa pod Suomussalmi udowodniła rozliczne błędy Armii Czerwonej. Sowieci wyruszyli na wojnę kompletnie nieprzygotowani do warunków klimatycznych. Brakowało zimowego kamuflażu, ciepłych ubrań i butów. Pod Raate walczyłą 44. DS, złożona głównie z poborowych pochodzących z Ukrainy, kompletnie nieprzygotowanych do takiego klimatu. Żołnierze dostawali nieodpowiednie jedzenie - głównie czarny chleb i herbatę. Tymczasem Finowie byli dobrze przygotowani na zimę i uczynili z niej swego najlepszego sojusznika. Jeździć na nartach umiał każdy mężczyzna w Finlandii, a to właśnie narty były głównym sposobem poruszania się. Finowie dawali swoim żołnierzom kaloryczne posiłki - tłustą zupę i kiełbasę. Zdarzało się, że zmyślni Finowie pozostawiali swoje kuchnie polowe i robili wokół nich zasadzki na głodnych i zmarzniętych Rosjan. Atakowali też sowieckie kuchnie polowe, pozostawiając sowieckich żołnierzy bez ciepłego posiłku.

    Sowieci, zmarznięci, głodni, wyczerpani, często dezerterowali, lub celowo oddawali się do fińskiej niewoli. Żeby ich powstrzymać, powołano pierwsze zagradotriady - oddziały zaporowe NKWD, które miały strzelać do wycofujących się bez rozkazu.

    Finowie też obserwowali radzieckie kolumny, a także podsłuchiwali komunikację, bo Sowieci wykorzystywali łączność telefoniczną.

    Sowieci, przygotowując atak na Finlandię, najwyraźniej nie przewidzieli, że kraj ten nie nadaje się do wojny zmechanizowanej. Liczne bagna, jeziorka, gęste lasy i wąskie drogi uniemożliwiały posuwanie się kolumnom pancernym. Przywiązane do nielicznych dróg długie kolumny były wymarzonym celem nawet dla słabych sił fińskich. Gdy w marcu 1940 roku wściekły Stalin wezwał swoich dowódców i zapytał ich o przyczyny tych strat, jeden odpowiedział, że... nie wiedziano, że Finlandia jest pokryta gęstym lasem. Dyktator zimno odparował: ''Już czas, by nasza armia wiedziała, że tam są lasy''.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @Darth_Gohan:

      1) Ale ''uczyć się'' i ''umieć jeździć'' to nie znaczy ''posiadać''. Zadałem Ci pytanie, ponawiam je trzeci raz - jakie masz źródło na to, że wszyscy Finowie w armii mieli narty. Bo że oddziały Sisti je miały (bo oddziały pograniczników z definicji musiały mieć narty) to wiem, a reszta?

      2) > Tak jak dla mnie to przewaga technologiczna.

      Nie dość, że nie rozumiesz znaczenia zwrotu ''przewaga techniczna'' (''przewaga uzyskana dzięki środkom technicznym''), to jeszcze mylisz przewagę technologiczną i techniczną. ''Dramat'' to najlepszy komentarz.

      3) > ruskie nie mieli ich czym rozwalić

      Oczywiście, że mieli, sowiecka artyleria była wtedy bodaj najpotężniejsza na świecie. Znowu udowadniasz, że nie masz bladego pojęcia o wojnie zimowej.

      Z tego jednego zdania prawdziwa jest tylko pierwsza część, ale też nie do końca. Bo co znaczy ''w dobrych miejscach''? W Finlandii, przy jej ukształtowaniu terenu, to każde miejsce było dobre.

      Inna sprawa, że największe fińskie zwycięstwa wojny zimowej bynajmniej nie wynikały z obecności Linii Mannerheima.
      pokaż całość

    •  

      @vendaval: dokładnie tak, cel uświęca środki tylko my musimy być mesjaszem narodów.

      w przypadku Finow była to pierwsza niepodległość od niepamiętnych czasów nawet pod butem Rosjan którzy okazali się lepsi od Szwedów.

      Dla nas ta sama autonomia to jak splunięcie w twarz bo my mieliśmy prawie 1000 letnia wielka RP. Kwestia perspektywy.

      Tak później pomogli im Niemcy ale potrafili bronić słabej Finlandii pomimo braku tradycji państwowości
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    Post z wczoraj

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Każdy, kto choć trochę interesuje się II wojną światową, zna ten statek. Ładna sylwetka, pojedynczy komin, pomalowany na biało kadłub. Nazwany po szwajcarskim naziście, zamordowanym przez żydowskiego studenta. Flagowy statek wycieczkowy organizacji sportowej III Rzeszy Kraft durch Freude - ''Siła przez radość''. Miał tylko jedną klasę - innej nie było. Nazywano go ''statkiem bez klas'', podkreślając związek z robotnikami. 74 lata temu wypływał w swój ostatni rejs. Dzisiaj będzie długo.

    Styczeń 1945 roku był bardzo zimnym miesiącem. Padał gęsty śnieg, ziemię skuł lód. Nawet Zatoka Gdańska była nim pokryta. Ale to nie mróz był największym problemem.

    12 stycznia ruszyła ofensywa styczniowa Armii Czerwonej. Setki tysięcy oszalałych ze strachu niemieckich cywilów uciekało na zachód. Bali się Sowietów. Propaganda III Rzeszy eksponowała okrucieństwo radzieckich żołdaków - jak przyszłość miała pokazać - było to prorocze. Wśród nich uchodzili też bonzowie NSDAP, oficerowie Gestapo, policjanci, umykający przed odpowiedzialnością za swoje zbrodnie. Ewakuowano też ciężko rannych żołnierzy, marynarzy, służby pomocnicze.

    Jedynym ratunkiem były porty. Ostatnią deską ratunku były granatowe mundury Kriegsmarine. Tysiące ludzi wierzyło, że admirał Doenitz nie zawiedzie. Że ocali ich od wojennego szaleństwa. „Płacono niewiary­godnie wysokie sumy za zaświadczenie ewa­kuacyjne lub kartę okrętową. Korupcja by­ła powszechna. Kobiety próbowały przemy­cać na statki synów i mężów. Przebierały ich we własne stroje, chowały w kufrach i skrzyniach. Nie zawsze wybiegi te kończy­ły się pomyślnie. Tereny portów i pokłady statków kontrolowane były przez patrole SS, które wyłapywały dezerterów i męż­czyzn nadających się do Volkssturmu”, wspominała jedna z mieszkanek Pillau.

    Statki były przeładowane do granic możliwości. Odchodziły małymi konwojami do Rzeszy w ramach operacji ''Hannibal''. Pływały do Kilonii, Flensburga, Lubeki. Zaprzęgnięto wszystko, co mogło pływać - okręty wojenne, parowce, większe trawlery, a przede wszystkim - statki pasażerskie. Wśród nich był ''Wilhelm Gustloff''. Do przeszłości należały luksusy na jego pokładzie. Od 1939 r. statek służył jako jednostka szpitalna i hulk koszarowy Kriegsmarine. Pojawił się wojenny kamuflaż, zamontowano na nim działka przeciwlotnicze i wyrzutnie bomb głębinowych.

    Na statku znalazło się 173 członków załogi, 918 marynarzy z 2. U-Boot Lehr-Division, 373 dziewczęta z kobiecych służb pomocniczych, 162 rannych żołnierzy Wehrmachtu i 4424 uciekinierów. Liczba pasażerów na pewno była większa. Statek był przeładowany do granic możliwości. Pasażerom pozwalano zabrać tylko jedną walizkę, bo nie było miejsca. Mówi się, że było na nim ponad 10 tys. ludzi. „Wraz z sąsiadką dostałam miejsce w kajucie. W ewidencję wpisano tylko mnie i ją, a przecież była z nami trójka dzieci. Dzieci poniżej pięciu lat, a nawet starsze, nie były re­jestrowane. Widziałam ponadto, że mnó­stwo ludzi wchodziło przez trap dla obsługi. Byli to odwiedzający, goście załogi, zaopa­trzeniowcy. Wielu z nich miało ze sobą bagaż. Wszyscy wiedzieli, że dużo osób wcho­dziło na pokład, bo załatwili sobie przepust­ki »na czarno«”, wspomina pani Łucja, mieszkanka Gdyni, która była na statku.

    30 stycznia „Wilhelm Gustloff” wraz ze statkiem „Hansa” miał wypłynąć w konwoju pod eskortą dwóch okrętów. Jednak awaria „Hansy” spowodowała, że statek płynął sam, pod eskortą torpedowca „Löwe”. Drugi okręt zrezygnował z powodu ciężkich warunków atmosferycznych. Termometr wykazywał na zewnątrz -18 °C, wiał zimny i porywisty wiatr, morze było wzburzone, szybko zapadał zmrok.

    „Kazano nam szczelnie zasłonić bulaje, statek miał iść w całkowitym zaciem­nieniu. Po kaju­tach chodzili marynarze i sprawdzali czy wszyscy mają włożone kamizelki. Nie wol­no było ich zdejmować. Wykonałam polece­nie, ale nie wszyscy posłuchali rozkazu ka­pitana. Wielu podłożyło sobie kamizelki pod głowę, by wygodniej było spać”, wspominała pani Łucja. Niektóre ciężarne kobiety nawet rodziły na statku - jako miejsce urodzenia zapisywano aktualną pozycję „Gustloffa”.

    „Wilhelm Gustloff” płynął prostym kursem na zachód. Nie zygzakował, co mogłoby go uratować. Wachtowi przeczesywali morze, ale nie mogli niczego dostrzec. Do dzisiaj nie wiadomo, czemu radiotelegrafista na statku nie odebrał wiadomości, że w pobliżu pływa radziecki okręt podwodny.

    A tym był S-13, dowodzony przez kapitana III rangi, Aleksandra Marinesko. Był to problematyczny dowódca. Był odważny, to prawda, ale jednocześnie pił na umór i zabawiał się. W grudniu 1944 roku oskarżono go dezercję i zdradę. Powodem była kilkudniowa impreza w Turku, podczas której Marinesko zabawiał się z właścicielką hotelu, a która okazała się być pracownicą szwedzkiego wywiadu. Dowodzący Flotą Bałtycką admirał Tribuc polecił Marinesce zrehabilitować się udanym patrolem bojowym.

    O 19:10 wachtowy na S-13 zawiadomił dowódcę o dużej jednostce, wypływającej w zaciemnieniu z portu w Gdańsku. Marinesko natychmiast wydał rozkaz rozpoczęcia akcji bojowej. Z pozycji półwynurzonej nakazał odpalić trzy torpedy.

    O 21:16 statek został trafiony na wysokości Ławicy Słupskiej, niedaleko Łeby. Pierwsza torpeda uderzyła w dziób statku, w lewą burtę. Początkowo nikt się nie przejął, uznano to za wejście na dryfującą minę. Ale zaraz potem w śródokręcie trafiła druga, w rejon basenu pływackiego. Z powodu braku miejsca ulokowano w nim 174 dziewczyny ze służb łączności. Zginęły wszystkie, poza dwiema. Trzecia torpeda trafiła w maszynownię, unieruchamiając silniki.

    Na pokładzie wybuchła panika. Załoga statku natychmiast zaczęła nadawać komunikat SOS i strzelać czerwonymi rakietami w niebo, w nadziei, że ktoś ich zobaczy. Momentalnie zgasły wszystkie światła. Ludzie biegali bezładnie i tratowali się. Niektórzy torowali sobie drogę wiosłami, czy pałkami, a nawet bronią palną. Eksplozje wygięły wiele drzwi, klinując przejścia. Ranni leżeli na korytarzach w kałużach krwi. Nikt się nimi nie zajmował. „Kiedy statek został trafiony, zrozumiałam że muszę jak najszybciej wydostać się na pokład. Sąsiadka, dosłownie na moich oczach, osiwiała. To po prostu niewiarygod­ne, ale jej włosy zrobiły się białe jak śnieg. (...) Dzieci płakały za matkami, zrozpa­czone matki nawoływały swoje dzieci. W sa­lach znajdowało się jeszcze wielu ludzi. Gdy statek przechylił się na bok, zostali wypchnięci w głębiny przez rozbite luki. (...) Od czasu do czasu rozbrzmiewały strzały. Oficerowie zabijali swoje żony, a później siebie.”

    Próbowano opuścić szalupy, ale żurawiki były zamarznięte. Kilka szalup spadło do wody, inne wywracały się, bo były przeładowane. By choć trochę opóźnić zatonięcie i uratować jak najwięcej ludzi, jeden z kapitanów, Harry Weller, kazał zamknąć grodzie wodoszczelne. Tym samym odciął drogę ucieczki zgromadzonym pod pokładem. Jednak statek coraz bardziej zanurzał się w głębinach. Ludzie skakali wprost do wody. Jednak większość szybko marła z powodu hipotermii. „Opuściliśmy kajutę przez okno. Wskoczyliśmy bezpośrednio do wody. Mo­rze było lodowate. Wszędzie panowała ciemność. Ludzie wzywali pomocy, a nade mną wielki »Gustloff«, ogromna masa stali powoli była pochłaniania przez wodę”, wspominał Willi Johen, marynarz Kriegsmarine.

    W pewnym momencie statkiem targnął wstrząs. Myślano, że to kolejna torpeda, ale nie. „Gustloff” zanurzył się tak głęboko, że zarył dziobem w dno. Woda zalewała cały kadłub. Kto został jeszcze na statku - ten ginął. Część rozbitków zgromadziła się na wysoko uniesionej rufie, czekając na ratunek. Pod nimi kłębiły się setki ludzi. Gdy statek zanurzył się ostatecznie, część ludzi pociągnął za sobą w wielkich wirach wodnych. Po 65 minutach po „Wilhelmie Gustloffie” zostały tylko tłumy rozbitków w wodzie i przeładowane szalupy.

    Torpedowiec „Löwe” nie zauważył na początku zatonięcia statku. Dopiero po odebraniu sygnału zawrócił i przystąpił do akcji ratunkowej. Dla wielu ludzi było już jednak za późno. Wielu, których wyłowiono, zmarło na pokładzie. Inni umierali w szalupach i pontonach. Akcja ratunkowa, mimo iż szybka, ocaliła tylko od 900 do 1200 osób. Pozostali zginęli, głównie od zimna.

    Mówi się o 9 tysiącach ofiar. Była to największa katastrofa morska w historii.

    Morze wyrzucało ludzkie kości jeszcze przez kilka miesięcy od Ustki po Piławę. Część ofiar pochowano w tajemnicy w Łebie i Ustce. Większości nigdy nie udało się odnaleźć. Zginęło co najmniej 6600 osób, taką liczbę postawił dawny członek załogi, Heinz Schön, wieloletni badacz dziejów statku. W 2013 roku, po śmierci pana Schöna, zgodnie z jego ostatnim życzeniem, pochowano go we wraku statku. Operacja ''Hannibal'' zakończyła się jednak dużym sukcesem. Ewakuowano 2 miliony osób, a śmierć pasażerów kilku statków, choć straszna, była zaledwie kroplą w morzu uratowanych.

    Aleksander Marinesko po zatopieniu przetrwał ataki niemieckiej eskorty. Później zatopił również „Von Steubena”, na którym zginęło 3500 osób. Stał się tym samym najskuteczniejszym podwodniakiem sowieckiej floty. Ku swojemu rozczarowaniu nie otrzymał tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, a jedynie Order Czerwonego Sztandaru. Po wojnie pływał na statkach handlowych, a nawet trafił do łagru za kradzież. Stał się alkoholikiem. Podobno dowiedziawszy się, ilu cywilów storpedował, nie potrafił sobie tego darować. Zmarł w 1963 r. po długiej chorobie.

    Nawet radziecka propaganda przez wiele lat nie podnosiła ataku Marinesko. Wydawało się, że chwalenie się zabiciem tysięcy bezbronnych ludzi było nietaktowne nawet dla Sowietów. Dopiero w późnych latach 60., już po śmierci Marinesko zaczęto kreować mity na ten temat, jak ''atak wieku'', ''uratowanie żeglugi alianckiej przed ofensywą U-Bootów'', czy ''Marinesko - osobisty wróg Hitlera''. Sam wrak radzieccy nurkowie wielokrotnie penetrowali, szukając na nim Bursztynowej Komnaty. Od 1994 roku nie można nurkować w rejonie wraku, gdyż Polska uznała go za grób wojenny.

    Na koniec tego długiego wpisu dodam od siebie, że zatopienie statku nie było zbrodnią wojenną. „Wilhelm Gustloff” szedł zaciemniony, był uzbrojony i był pod eskortą okrętu wojennego. To tak słowem przypomnienia dla tych, którzy podwodniaków niemieckich nazywają zbrodniarzami za zatapianie podobnych alianckich jednostek. Marinesko miał pełne prawo odpalić torpedy. Jednak osobiście uważam, że nawet gdyby statek szedł oznakowany symbolami Czerwonego Krzyża i rzęsiście oświetlony, to i tak by go zatopiono - Sowieci nie raz, nie dwa pokazywali, gdzie mają znaki Czerwonego Krzyża.

    Jednakże... zatopienie „Wilhelma Gustloffa” było raczej wątpliwym i mało chwalebnym sukcesem militarnym. Zapisało się w historii jako olbrzymia tragedia tysięcy cywilów i rannych. Często nikomu nic winnych ludzi. Zwykłych ludzi - dzieci, kobiet, starców. Dziewcząt z kobiecych służb i młodych żołnierzy. Pamięci o tej tragedii dedykuję ten wpis.

    Statek, nazwany po naziście, zatonął w 12. rocznicę dojścia Hitlera do władzy i w dokładnie 50. rocznicę urodzin swojego patrona. Czyż mógłby być bardziej wymowny symbol, do czego doprowadziła Niemcy wiara w narodowy socjalizm?...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @pan_kleks8: Ta sama zasada dotyczy piechoty, inaczej nie możesz odróżnić wroga, wroga poddającego się albo cywila. Skradasz się, jesteś wrogiem. Chcesz się poddać, masz być widoczny i rzucić broń. Jesteś cywilem, nie czaj się w mroku z karabinem. Zasady wymagają wiary ze wróg też ich przestrzega, pewnego fair play, ale bez nich nawet nie było by możliwości się poddać bo każdy strzelałby do wszystkiego co się rusza.

    •  

      @Mleko_O: to niesamowite, lubię 2 wojnę światową z czytałem sporo na ten temat i niestety ale Nigdy nie widziałem wzmianki o tym statku co wydaje się skandaliczne. Historię piszą zwycięzcy można powiedzieć...

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Musicie mi wybaczyć milczenie, albowiem byłem zajęty pracą nad tekstem do gazety. Co ciekawe, tekst nie jest poświęcony II WŚ, ani nawet historii. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Znowu trochę dłużej, ale wrócę jutro.

    ''Nikt tędy nie przejdzie'' - tak brzmiało motto legendarnego włoskiego korpusu Alpini. Elitarnej formacji, doskonałych żołnierzy z Dolomitów i Alp, której tradycje sięgają 1872 r. Istnieje do dzisiaj. Jej żołnierze odznaczają się eleganckimi kapeluszami z kruczym piórem - stąd też ich przezwisko: ''Czarne Pióra''. Formacja brała udział we wszystkich wojnach Włoch, zapisując się złotymi zgłoskami na polach bitew. 76. rocznicę jednej z nich obchodzimy dzisiaj.

    Korpus Alpini nie ucierpiał podczas operacji ''Mały Saturn'' i nie został zniszczony pod Stalingradem. Złożony z trzech dywizji górskich: ''Tridentina'', ''Julia'' i ''Cuneense'' stanowił północną flankę włoskiej armii. 14 stycznia 1943 r. ruszyła druga część ''Saturna'' - ofensywa Frontu Woroneskiego. Sowieci mieli miażdżącą przewagę w ludziach, działach i czołgach. Wojskom koalicji antybolszewickiej groziło okrążenie. Całkowicie zniszczona została węgierska 2. Armia, a niemiecki 24. Korpus Pancerny został odepchnięty na zachód. Włosi jednak stawiają bohaterski opór, dokonując nawet lokalnych kontrataków. Jednak dzielna obrona Włochów nie przydała się na wiele - Sowieci dokonali okrążenia nad Donem, zamykając żelazny pierścień wokół blisko 90 tysięcy żołnierzy. Dowódcy włoscy zdecydowali się na odwrót dwiema kolumnami. Jako ubezpieczenie została moja ukochana dywizja ''Julia''. Mając ledwo kilka niemieckich dział pancernych i wyrzutni rakiet, zapisała wspaniałą kartę. Jej żołnierze walczyli dosłownie do samego końca - Sowieci przebili się przez ich linie dopiero, kiedy zabili wszystkich obrońców. Z bohaterskiej dywizji (16 tys. ludzi) zostaje tylko 3300.

    Strzelec alpejski, Tulio Lisignoli, wspominał:

    „Rosjanie rozpoczęli wielką ofensywę, która przełamała nasze pozycje obronne, a Niemcy nie pozwalali nam się wycofać, gdy front zaczął się załamywać. […] Wszyscy szliśmy pieszo, ponieważ transport motorowy już dawno wyczerpał zapasy paliwa, albo utknął w wysokim śniegu. Mieliśmy na szczęście dużo mułów, które wykorzystywaliśmy do transportu sprzętu i rannych. […] około 80% naszych żołnierzy miało odmrożone stopy, dłonie i uszy. Skórzane buty stwardniały na kamień od straszliwego mrozu i często zdejmowano je razem ze skórą. […] Nasz ekwipunek nie był dostosowany do minusowych temperatur. Mieliśmy otrzymać podszyte wełną, a posiadaliśmy tylko szare i zielone wełniane peleryny, które nosiliśmy we Włoszech. Hełmy od razu wyrzuciliśmy jako zbędne. […] Dodatkowy sprzęt, jaki mieliśmy ze sobą, poszedł w zapomnienie, zaledwie po paru dniach, bo nie mieliśmy siły, aby go nosić.”.

    Tymczasem dwie grupy szły na zachód. Na południu wycofywała się nadal zwarta i dumna ''Tridentina'', w ciężkich walkach przebijając sowieckie linie, na północy - ''Cuneense'' i resztki ''Julii'', które natknęły się pod Wałujkami na pięciokrotnie większe siły Sowietów. Obie dywizje zostały straszliwie poharatane w boju. Celem obu kolumn była Nikołajewka - mała wioska, która była granicą kotła. Morale upadało, rodziły się konflikty. Butni Niemcy dawali wyraz swej pogardy do Włochów, oskarżali ich o dezercje i wykłócali się o prawo do pojazdów. Sytuacje pogarszały ataki partyzantów. 40-tysięczna zbieranina ostatkiem sił próbowała ujść z życiem.

    Rankiem 26 stycznia 1943 roku Włosi stanęli pod Nikołajewką. Do ataku ruszyła ''Tridentina'', została jednak odepchnięta. Włosi zebrali się jeszcze raz i ruszyli. Z potwornym rykiem, z desperacją, z rozpaczą do ataku ruszyli wszyscy - Włosi, Niemcy, Węgrzy, Chorwaci, Kozacy, nawet stu Rumunów. Atak osobiście z karabinem w reku prowadził dowódca korpusu Alpini, generał Giulio Martinat. Powiedział on wówczas: ''Z batalionem Edolo zacząłem, z batalionem Edolo chcę skończyć''. ''Edolo'' był jednym z batalionów 5. pułku alpejskiego. Generał służył w nim podczas I WŚ. Zginął podczas natarcia. Za jego bohaterstwo odznaczono go Złotym Medalem za Odwagę.

    Sowieci, przerażeni tak szalonym atakiem cofnęli się, po czym w ich liniach wyrąbali lukę Włosi. Do niemieckich linii po 350-kilometrowym marszu dotarło 40 tysięcy żołnierzy wszystkich narodowości, w tym 27 tysięcy Alpini z początkowej liczby 57 tys. Wielu rannych, chorych, z odmrożeniami Smutną katastrofą zakończył się los ''Cuneense'' i ''Julii'' - nie zdołały one wyjść z okrążenia.''Vicenza'' i ''Cuneense'' zostały całkowicie zniszczone (ocalało ok. 1300 żołnierzy), większość trafiła do niewoli. W kotle pozostało 40 tysięcy włoskich żołnierzy - martwych, rannych i wziętych do niewoli. Włosi jednak mogli liczyć na wsparcie. Ludność cywilna, traktowana przez nich dobrze, odwdzięczała się. Kapelan dywizji „Tridentina”, ks. Carlo Gnocchi wspominał: „Widzieliśmy, jak cała ludność wiejska Białorusi i Ukrainy, mieszkająca na zgliszczach, dziesiątkowana przez głód i przez niemiecką okupację, otwierała przed nami drzwi swoich ciepłych domów.”

    Gorzko spełniła się treść ulotek, jakie Sowieci zrzucali przed pozycjami Alpini latem 1942 r.: ''Witamy nad Donem, Alpini: szkoda, że nikt z was już nie zobaczy pięknych Włoch''...

    Ale wróg wyraził największe uznanie. 30 stycznia 1943 r. Radio Moskwa podało: ''Tylko włoski Korpus Alpini można uznać za niepokonany na froncie rosyjskim''

    Tacy to byli ci ''tchórzliwi makaroniarze''...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Brytyjski Sherman z 23. brygady pancernej podczas wyładunku pod Anzio, 22 stycznia 1944 roku.

    Tym samym rozpoczynamy krótki cykl poświęcony operacji, która miała stać się ''przyczółkiem straconej szansy'', a której 75. rocznica minęła przedwczoraj. (minęła 22 stycznia ( ͡° ͜ʖ ͡°) - Mleko)

    Zimą 1943-44 Alianci po otwarciu drugiego frontu we Włoszech... stanęli. Niemcy bardzo sprawnie zorganizowali się po kapitulacji Włoch. Przybyły do Włoch w listopadzie 1943 r. marszałek Albert Kesselring zorganizował silną linię umocnień, którą nazwano Linią Gustawa, z centralnym punktem oporu na masywie Monte Cassino. Marszałek obiecał Gröfazowi utrzymanie tej linii przez przynajmniej 6 miesięcy. Trudny teren, niewielka liczba dróg oraz kolejne pozycje umocnione skutecznie niwelowały aliancką przewagę techniczną.

    Amerykanie ciągle obsesyjnie wracali do tematu lądowania we Francji. Brytyjczycy stopowali porywczych sojuszników, wiedząc, że dotychczasowe amerykańskie operacje desantowe kończyły się chaosem, bałaganem i nierzadko groziły katastrofą.

    Nieoczekiwanie Brytyjczyków poparł dowodzący amerykańską 5. Armią generał Mark Clark. 48-letni generał miał jednak swoje własne powody: był bardzo ambitny, a przy tym próżny. Podczas lądowania pod Salerno omal nie doprowadził do katastrofy, od której wybawił go gen. Montgomery.

    Plan Brytyjczyków, nazwany ''Shingle'', pierwotnie obejmował desant jednej dywizji za liniami niemieckimi, co miało doprowadzić do załamania się obrony. Główny ciężar miał spoczywać na 5. Armii. Jednak Clark rozbudował plan do skali operacyjnej. Z początkowej liczby 35 tys. żołnierzy siły zwiększono aż do 110 tys.

    Jako miejsce desantu wybrano rejon Anzio-Nettuno ze względu na dogodne piaszczyste plaże i sporą liczbę dróg, prowadzących nawet do Rzymu. Przeprowadzano skuteczną dezinformację gromadząc środki transportowe w różnych portach, lotnictwo wykonywało naloty wymiatające, unieszkodliwiając niemiecką obronę. Żołnierze szkolili się z terenu i punktów orientacyjnych. Desant miał rozpocząć się równocześnie z natarciem na Linię Gustawa - ten plan się udał. 18 stycznia 1944 r. ruszyło natarcie X. i II. Korpusu w rejonie rzek Garigliano i Rapido.

    Dowódcą sformowanego VI. Korpusu został gen. John Lucas. Chyba najgorszy możliwy wybór. Przedwcześnie posiwiały, flegmatyczny, przypominający żółwia, wyglądający jak podstarzały urzędnik, a nie oficer. Miał bardzo mizerne doświadczenie bojowe z jesieni 1943 r. Z niezrozumiałych powodów oceniany wysoko przez innych oficerów.

    Noc z 21 na 22 stycznia w rejonie Anzio była bardzo cicha. O 1:50 niebo zajaśniało setkami błysków. Po dziesięciu minutach ku brzegowi ruszyły setki barek desantowych i amfibii, lądując niemal w zupełnej ciszy. Ze strony brzegu nie padł nawet jeden strzał.

    Blady styczniowy świt oświetlił kolumienki piechoty zmerzające do swych celów, wyładunek pojazdów i zaopatrzenia, oraz tworzenie szkieletu obrony. Operacja ''Shingle'' rozpoczęła się szczęśliwą gwiazdą.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Brazylijskie Thunderbolty P-47D z 1. GAvCa we Włoszech, wiosna 1945 r.

    Brazylia była jedynym państwem Ameryki Południowej, który wysłał swoje wojska do walki do Europy. Poza nimi, aktywny udział w wojnie wzięły też Kuba i Meksyk. Sporo osób kojarzy lądowy komponent brazylijski, czyli Brazylijski Korpus Ekspedycyjny (znane ''Palące Węże''), ale mało kto wie, że poza piechurami Brazylijczycy wysłali też swoich lotników.

    Brazylijska armia w 1942 r., kiedy ten kraj wypowiedział Niemcom wojnę, była w opłakanym stanie (myśliwców było tylko 12 sztuk). Nie inaczej było z lotnictwem. Mimo, że piloci posiadali sporą ilość wylatanych godzin (1-2 tys.) w ramach lotnictwa transportowego i pocztowego, to trzeba było wszystko zorganizować w wojskowy sposób. Z tego względu formowanie jednostki, czyli 1. Grupy Lotnictwa Myśliwskiego (1.Grupo de Aviacao de Caca, GAvCa) przesunęło się na grudzień 1943 r.

    Piloci jednak dość szybko wdrażali się w szkolenie z amerykańską pomocą i już w maju 1944 r. brali udział w patrolowaniu Kanału Panamskiego. Później przeszkolono ich na nowych samolotach P-47, a w październiku 1944 r. wysłano ostatecznie do Europy.

    Jednostka liczyła cztery eskadry. W Europie dołączono ją jako czwarty dywizjon do amerykańskiej 350. Fighter Group, chociaż liczyła 43 pilotów i w niczym nie przypominała dywizjonu. Brazylijczycy pierwsze loty wykonali 31 października. Warto wspomnieć, że w składzie jednostki znajdował się jeden oficer z dużym doświadczeniem bojowym. Był to por. Alberto Torres, który odbył prze wstąpieniem do GAvCa 64 patrole bojowe i zatopił U-Boota U-199.

    Ponieważ był to już koniec 1944 roku, to Brazylijczycy nie mieli zbytnio okazji do walk powietrznych z Niemcami. Ich udział sprowadzał się do lotów rozpoznawczych oraz wymiatających. Ponieważ nie było rezerw, brazylijscy piloci latali albo do końca wojny, albo do odniesienia ran lub śmierci. Tylko 7 wysłano do Brazylii z powodu problemów zdrowotnych.

    Głównym zagrożeniem była artyleria przeciwlotnicza. W tok służby utracono 23 samoloty. Zginęło 9 Brazylijczyków, a 5 dostało się do niewoli, trzech dalszych ukrywało się na terytorium niemieckim. Wykonano 2546 misji bojowych i zrzucono 1010 ton bomb. Zniszczono łącznie ok. 1600 wagonów kolejowych, samochodów i czołgów niemieckich. Samego 22 kwietnia 1945 r. zniszczono 100 pojazdów, a dzień ten był najbardziej ''pracowitym'' w historii GAvCa. Dzisiaj 22 kwietnia jest obchodzony w Brazylii jako święto lotnictwa myśliwskiego.

    Ciekawym przypadkiem była historia zestrzelonego 22 kwietnia por. Marcosa Magalhaesa, który przy lądowaniu złamał obie nogi. Od linczu ze strony wściekłych włoskich cywilów wybawili go niemieccy żołnierze. Ponieważ Niemcy się wycofywali, niemiecki oficer dał mu pistolet i polecił chronić szpital i rannych.

    Wyjątkowego pecha miał za to por. Medeiros, który, zestrzelony przez Flak skoczył ze spadochronem. Podczas opadania wiatr zniósł go na linie wysokiego napięcia i pilot zginął porażony prądem.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Filipiński partyzant, Gerilino Bening. Podczas bitwy o Leyte w październiku 1944 r. był przydzielony do amerykańskiej 96. Dywizji jako przewodnik.

    W Polsce bardzo niewiele uwagi poświęca się innym ruchom oporu. A ruch oporu w Azji podczas II WŚ jest jedną wielką tajemnicą.

    W 1942 r., po długiej kampanii na Bataanie, upadły Filipiny. Nie oznaczało to bynajmniej końca walki. Spora część zarówno amerykańskich, jak i filipińskich żołnierzy uciekła w góry i ukryła się, by następnie kontynuować walkę. Osobnym ruchem był ruch Hukbalahap, czyli ''Armia narodowa przeciwko japońskim żołnierzom'', złożony głównie z komunistów. Istniał również muzułmański ruch oporu, nazywany ''Moro'', który - chociaż nienawidzący Amerykanów - uważał Japonię za zagrożenie dla własnej egzystencji. Ponadto istniał też zdecentralizowany ruch oporu na wyspie Visayas, prowadzący walkę podjazdową. Wartym wspomnienia tutaj był ''generał'' Wendell Fertig, pułkownik saperów, który został na Filipinach w 1942 r. i sam nadał sobie wyższy stopień, by zjednać filipińskich partyzantów.

    Siłą rzeczy, najsilniejszy był ruch oporu związany z Amerykanami (USAFFE). Ruch oporu całościowo liczył minimum 310-320 tysięcy ludzi. Amerykanie doceniali znaczenie partyzantów i już w końcu 1942 r. nawiązano kontakt z różnymi grupami, by doprowadzić do unifikacji i centralizacji działań. Amerykańskie okręty podwodne dostarczały zaopatrzenie, pieniądze i agentów, a zabierały ze sobą uciekinierów. Prowadzono też działania wywiadowcze i organizowano pomoc dla cywilów.

    Przez całą wojnę na Filipinach trwała krwawa jatka. Komuniści bowiem nie uznawali innych partyzantów i zaciekle ich zwalczali, atakując w zasadzkach. Z kolei Moro byli niechętnie nastawieni do Amerykanów, nie współpracowali i prowadzili bardzo brutalną walkę, często okrutnie mordując japońskich i filipińskich cywilów, a potem obcinali im uszy. Z drugiej strony Japończycy i współpracujący z nimi przedstawiciele Republiki Filipin zaciekle tropili partyzantów. Japońska tajna policja Kempeitai także była brutalna w zwalczaniu ruchu oporu, zabijając całe rodziny podejrzanych o walkę.

    A ta była zaciekła. Filipińczycy wielokrotnie dali wyraz dużej odwagi. Już w 1942 r. oddział złożony z kadetów, nazwany ''Hunters ROTC'' dokonał rajdu na Union College w Manili i zdobył 100 karabinów. Z kolei kapitan Nieves Fernandez zdołał wybić 200 Japończyków, za co ci wyznaczyli nagrodę 10 000 peso za jego głowę. W bitwie o Cebu City w kwietniu 1945 r. 8,500 partyzantów por. J. Cushinga i B. Valdesa wsparło amerykańską 23. Dywizję i rozbili japońską 102. DP, zabijając jej dowódcę, gen. Takeo Manjome i biorąc do niewoli 2 tys. jeńców. Partyzanci udzielili dużego wsparcia podczas rajdów na obozy: rajdu na Cabantuan w styczniu 1945 r., za co filipińscy przywódcy, kpt. Juan Pajota i Eduardo Joson otrzymali Brązowe Gwiazdy, i spadochronowego rajdu na Los Banos w lutym 1945 i uwolnienie tysięcy więźniów.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #iiwojnaswiatowawkolorze

0:0,0:1,0:1,0:1,0:0,0:1,0:1,0:1,0:1,0:1,0:1,0:0,0:0,0:0,0:1

Archiwum tagów