•  

    Morderstwo w Los Angeles, USA 1960.

    "Murder, 12 December 1960. Lt. R.W. Lauritzen inspects the body of L.L. Hardwick, 43. Police Sgt. Reggie Floyd looks on.In background is victim's car."

    USCdigital archive/Los Angeles Examiner Negatives Collection, 1950-1961

    Galeria

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #usa #kryminalistyka #myrmekochoria
    pokaż całość

  •  

    Zapraszam na nową historię z cyklu #polskiepato.

    W opowieści występuje dość zawiły wątek rodzinny, więc w ramach ułatwienia narysowałam dla Was drzewo genealogiczne, które znajdziecie w sekcji komentarzy.

    • • •

    W 1948 r. 20-letni Jan Sojda został zatrzymany pod zarzutem zgwałcenia pasterki krów. Mężczyzna został skazany na osiem miesięcy bezwzględnego aresztu, a winą za uwięzienie obarczył dalszego krewnego, Jana Roja, który jako członek ORMO był przy jego zatrzymaniu, brał aktywny udział w śledztwie i rozprawie sądowej. Trzy lata po tych wydarzeniach zaginął 10-letni syn Roja, Marian. Chłopiec został odnaleziony zastrzelony, a jego ciało przeleżało ukryte pod gałęziami na podwórzu Sojdy przez dwa letnie miesiące. Załadować broń miał sam gospodarz, a pociągnąć za spust jego znajomy. Zdarzenie zostało uznane za wypadek, Sojdę uniewinniono, a sprawca dostał niski wyrok w zawieszeniu. Mężczyzna ten zginął w tajemniczym wypadku samochodowym pół roku później, a wzajemna niechęć pomiędzy rodzinami była odczuwalna przez następne lata.

    Po tym jak skazanie uległo zatarciu, Jan Sojda został ławnikiem sądowym, przez co miał w zwyczaju przechwalać się swoją znajomością prawa. Prowadził także duże i dobrze prosperujące gospodarstwo, a przez mieszkańców rodzinnej wsi nazywany był "królem Zrębina". Z zamożnym rolnikiem rozsądnie było mieć dobre stosunki, ponieważ jako jedyny w okolicy posiadał ciągnik i telefon stacjonarny. Umiał też robić zastrzyki i wyrywać chore zęby, co nie było bez znaczenia, gdy do najbliższego lekarza trzeba było iść kilka kilometrów.

    Gospodarz często opowiadał o swoich licznych znajomościach i koneksjach, przez co wzbudzał jeszcze większy respekt wśród lokalnej społeczności. Gdy jeden z sąsiadów zaprzeczył, jakoby to jego pies zagryzł i pożarł kurę z gospodarstwa Sojdy, nazajutrz znalazł truchło zwierzęcia z rozprutym żołądkiem, w którym znajdowały się resztki kurzych piór i pazurów.

    Z biegiem lat zarówno córka Jana Roja, jak i dzieci Jana Sojdy założyły własne rodziny. W sierpniu 1976 r. odbyło się huczne wesele wnuczki Roja, 18-letniej Krysi ze starszym o siedem lat Stanisławem Łukaszkiem. Na przyjęciu zorganizowanym przez państwa Kalitów, rodziców panny młodej, zjawiło się ponad pół wsi. Nie zabrakło także rodziny Sojdów, a Wiesława Adaś, siostra Jana Sojdy, pomagała w kuchni podczas wesela. W trakcie zabawy kobieta wydawała obcym przez okno duże ilości mięsa i wódki, co zauważył syn gospodarzy, niespełna 13-letni Miecio. Gdy Zdzisława Kalita zwróciła uwagę nieuczciwej krewnej, ta poczuła się urażona do tego stopnia, że odwróciła się na pięcie i opuściła zaślubiny. Następnego dnia wróciła z żądaniem przeprosin, a w ramach zadośćuczynienia domagała się towaru w tamtych czasach deficytowego – części zastawy stołowej, którą wypożyczono na wesele.

    Słuchajcie, zabieram dzbanki, wy powiecie, że one się stłukły i zapłacicie za nie

    – zaproponowała.

    Gdy jej żądania zostały odrzucone, skomentowała:

    Nie dasz dzbanków, nasze stosunki już się popsują na zawsze!

    Jednak pani Kalitowa była nieugięta. Od tej pory nikt z rodziny Sojdów nie odzywał się do Kalitów i Rojów, a wieść o kłótni rozeszła się po całej wsi. Zarzuty o złodziejstwo okazały się wielką zniewagą dla brata Adasiowej.

    Wyplenię te Kalitowe plemię!

    – odgrażał się wściekły Sojda.

    . . .

    25 grudnia 1976 r. w kościele św. Marcina w Połańcu odbywała się pasterka. Przed świątynią zaparkowały dwa autobusy, specjalnie wynajęte do przewozu mieszkańców sąsiedniego Zrębina. Jednak nie wszyscy uczestniczyli we mszy – w jednym z pekaesów Jan Sojda wraz z kilkunastoma innymi osobami pili wódkę. Była to swego rodzaju coroczna miejscowa tradycja.

    Kazania słuchała Krysia wraz z mężem i bratem Mietkiem. Wyszli jednak przed zakończeniem obrządków po tym jak niespodziewanie podeszła do nich kuzynka.

    Krycha, twój ojciec rozrabia w domu po pijaku, wracajcie szybko do chałupy

    – szepnęła.

    Mimo mrozu i zaawansowanej ciąży Krysi, Jan nie wpuścił ich do autobusu. To on wymyślił historię z domową awanturą, by wybawić "Kalitowe dzieci" z kościoła.

    Muszę z Kryśką Kalitów zrobić porządek, albo tak, albo tak. Nie będą nas dłużej nosić po pyskach jako złodziei mięsa. Od ich wesela do dziś wystarczy

    – powiedział Sojda.

    Cała trójka udała się pieszo w czterokilometrową podróż do rodzinnego domu. Kilkadziesiąt minut później "król Zrębina" wraz ze swoim szwagrem, 34-letnim Józefem Adasiem, zięciem, 28-letnim Stanisławem Kulpińskim oraz 30 innymi pasażerami ruszyli sprzed świątyni. Za nimi jechał drugi autobus, a na czele Fiat 125p prowadzony przez 27-letniego Jerzego Sochę, drugiego zięcia Sojdy. Jego pasażerkami były córki Jana. Większość pasażerów myślała, że jedzie po wódkę, jednak gdy samochód osobowy dogonił młode małżeństwo i chłopca, Socha dodał gazu i wjechał w idącego od zewnętrznej strony Mietka. Za nim z piskiem hamulców zatrzymały się autosany. Gdy przerażeni Łukaszkowie usiłowali pomóc rannemu, w ich stronę biegł już Sojda i Adaś. Mężczyźni zaczęli bić pięściami Staszka i okładać po głowie trzykilogramowym kluczem do odkręcania kół. Gdy skatowany osunął się na ziemię, mężczyźni zaczęli uderzać Krysię. Dziewczyna uciekła w pole, jednak oprawcy szybko ją dopadli.

    Wujku, nie zabijaj mnie, wujku... Zabrałeś mi męża i brata, zostaw chociaż mnie matce

    – błagała 18-latka.

    Oprawcy jednak nie mieli litości. Sojda trzymał ciężarną za włosy, a Adaś zadawał ciosy kluczem do kół, podczas gdy latarką przyświecał im 25-letni Henryk Witek.

    Całemu zajściu przez okna autobusu przyglądało się 30 świadków, większość nietrzeźwa. Niektórzy chcieli pomóc katowanym sąsiadom, jednak w drzwiach stał Kulpiński i groził, że jeżeli ktoś wysiądzie, to spotka go taki sam los.

    Gdy Krysia straciła przytomność, mężczyźni przyciągnęli ją do drogi.

    Sojda! Sojda! Co wy chcecie od mojej żony, od nas wszystkich

    – rozległ się w ciemnościach głos Staszka, który resztką sił usiłował stanąć na nogi. Wtedy Jan podszedł do niego i zadał jeszcze kilka uderzeń kluczem. Wskutek wgniecenia kości czaszki do mózgu mężczyzna zmarł. Wtedy Sojda zwrócił się do jęczącego z bólu Mietka. Wsiadł za kierownicę fiata i najechał na głowę chłopca. Przyczyną jego śmierci było rozległe złamanie kości ze zmiażdżeniem i stłuczeniem tkanki mózgowej.

    Przesiądźcie się wszyscy do drugiego autobusu

    – rozkazał przerażonym pasażerom wiejski lider, a ludzie posłusznie opuścili pojazd.

    Nieżyjących już mężczyzn i nieprzytomną dziewczynę wnieśli do środka i przewieźli półtora kilometra dalej. Sojda oświadczył, że trzeba upozorować wypadek samochodowy oraz gwałt. 120 metrów od zabudowań Zrębina ułożyli w rowie zwłoki, a w pewnej odległości od nich wciąż żywą Krystynę. Miejsce kierowcy pustego autobusu zajął Józef Adaś, który najechał na ciała Staszka i Miecia. Następnie cofnął auto wzdłuż dna rowu, najeżdżając tylnym kołem na dziewczynę, przez co doznała złamania kości miednicy. Śmierć Krystyny nastąpiła z powodu rozległego złamania kości czaszki i przerwania rdzenia kręgowego na wysokości czwartego kręgu szyjnego. Zwłoki ciężarnej obnażyli, zsuwając jej reformy (rodzaj damskich majtek z dłuższą nogawką i wysokim stanem) i podciągając palto do góry. Ciało ułożyli za pekaesem, który pozostawili na miejscu.

    Gdy Sojda wrócił do autobusu, oświadczył, że nikt nie może mówić na temat tego, czego byli świadkami, bo inaczej skończy jak "Kalitowe dzieci". Trzymał w ręku różaniec i kazał każdemu do siebie podejść, powtórzyć za nim słowa przysięgi milczenia i pocałować krzyżyk. Biorący udział w dziwnym rytuale mieli nakłuwane agrafką opuszki palców, by namalowanym kroplą krwi krzyżykiem na papierze potwierdzić pakt. W międzyczasie jeden z zięciów "króla Zrębina" przywiózł teczkę wypchaną pieniędzmi, które rozdawał przysięgającym.

    Po "ceremonii" każdy z obecnych musiał wymyślić sobie alibi. Socha zawiózł Henryka Witka do sąsiednich Łubic, by ten mógł zeznać, że na pasterce był w tamtejszym kościele. Gdy odjeżdżali, kierowca na prośbę teścia ponownie przejechał po Mietku Kalicie. Wielu ze świadków mordu wróciło do Połańca. Po zakończeniu mszy kierowca jednego z autobusów wszczął alarm, że został mu skradziony pojazd. Wierni wsiedli do drugiego i ruszyli w drogę powrotną do wsi. Po drodze zauważyli zaginiony autobus i wezwali milicję, która na miejscu zjawiła się około drugiej w nocy.

    . . .

    U ciebie wszystkie dzieci wybite

    – powiedział następnego ranka Wacławowi Kalicie zapłakany szwagier. Mężczyzna zemdlał.

    Cała wieś mówiła tylko o jednym, jednak nikt ze świadków zabójstwa nie chciał wyjawić prawdy o zdarzeniach minionej nocy.

    Jeszcze tego samego dnia na posterunku milicji pojawił się Sojda i zaproponował mundurowym łapówkę w wysokości 100 tys. zł (równowartość około dwuletnich przeciętnych zarobków, starczyłoby na Fiata 126p i jeszcze trochę zostało), by ci prowadzili dochodzenie w kierunku wypadku samochodowego, a nie morderstwa. Mieszkańcy Zrębina solidarnie milczeli, nie chcąc wyprowadzać z błędu mundurowych, którzy podejrzewali wypadek.

    Jednak niespodziewanie znalazł się jeszcze jeden obserwator całego zajścia – 14-letni Staś Strzępka, przyjaciel zamordowanego Miecia. Feralnej nocy chłopiec wracał pieszo z pasterki i widział jak sprawcy układają zwłoki na poboczu.

    Bandyto! Zabiłeś mi kolegę!

    – wykrzykiwał Staś przed domem Józefa Adasia dzień po morderstwie.

    Z obawy przed wykryciem Sojda chciał obłaskawić chłopca, zaczął zapraszać go do siebie, usiłując wpłynąć na jego wspomnienia z bożonarodzeniowej nocy. Częstował go amerykańskimi papierosami i dawał prezenty, a Sojdowa karmiła obiadami, poiła winem i obiecywała w przyszłości za żonę swoją jeszcze małą córkę. Kazali mu klęczeć przed obrazem Matki Boskiej i przyrzekać, że nic owej nocy nie widział, podyktowali też fałszywe zeznania, które chłopiec musiał wyrecytować, podczas gdy gospodarz nagrywał go na magnetofon. W końcu Sojda zaproponował Strzępkom 20 tys. zł, krowę i meble w zamian za milczenie ich syna. Ci jednak odmówili, mimo że byli najbiedniejszą rodziną we wsi. To rozwścieczyło Jana i jego sprzymierzeńców. Zaczęła się nagonka na rodzinę chłopca, groźby i nachodzenie.

    W śledztwie odnośnie do wydarzeń z nocy 25 grudnia zostały popełnione liczne błędy. Nie zabezpieczono miejsca zdarzenia, znalezionych przy autobusie przedmiotów takich jak pusta butelka po wódce, a sekcje zwłok zostały wykonane przez lekarza bez uprawnień. Medyk wprawdzie odbył szkolenie z przeprowadzania autopsji, ale nie przystąpił do egzaminu. Zwłoki zbadał bardzo pobieżnie i jak stwierdził po trzech latach, zastosował "uproszczoną technikę sekcyjną", która nie wykazała, że w wigilijną noc pod Zrębinem mogło dojść do czegoś więcej niż tylko do śmiertelnego wypadku drogowego. Przyznał też, że odstąpił od pewnych czynności na polecenie prokuratora, który nie chciał "zeszpecić zwłok".

    Tuż przed Nowym Rokiem na połanieckim cmentarzu odbył się pogrzeb ofiar, w którym uczestniczyło wielu świadków ich morderstwa. Jedną z trumien pomagał nieść nawet sam Jan Sojda.

    Dwa tygodnie po świętach Bożego Narodzenia został oddany do kasacji sprawny wciąż Autosan (zdjęcie), którym poruszali się sprawcy. Nie zabezpieczono w nim także śladów, które mogłyby pomóc w ustaleniu winowajców.

    Mordercy wraz ze swoimi rodzinami zastraszali całą wieś. Sojda rozdawał łapówki w zamian za milczenie i dyktował zeznania. Kalitowie dostawali anonimowe pogróżki, wypuszczono im w nocy krowy z obory, a najbliżsi krewni radzili:

    Wy dajta spokój, dzieci wam i tak już nikt nie wróci... Wy niepotrzebnie szukata zbrodniarzy, trzeba szukać tych, co na waszych dzieciach zrobili wypadek drogowy.

    Sprawcy wciąż naciskali na 14-letniego świadka i jego rodzinę. Sojda usiłował nawet wywieźć chłopca do wcześniej przekupionego psychiatry, aby stwierdził u niego ociężałość umysłową. Gdy i ten plan się nie powiódł, ktoś podpalił Strzępkom stodołę i regularnie wybijał w chałupie okna. W końcu Staszek zdecydował się zeznawać, dzięki czemu w lutym 1977 r. milicja zatrzymała Józefa Adasia pod zarzutem spowodowania wypadku drogowego. W międzyczasie sprawę tego dziwnego (jak cały czas sądzono) wypadku przejęła specjalna grupa milicjantów z komendy wojewódzkiej w Tarnobrzegu.

    Sojda z zięciami wciąż usiłowali trzymać wieś w ryzach. Zorganizowali spotkanie w sąsiedniej Wolnicy, gdzie przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską i krucyfiksem, w blasku świec kazali zebranym ponownie składać przysięgę milczenia. Każdy dostał także od 2 do 10 tys. zł (średnia pensja wynosiła wtedy około 4 tys. zł) i medalik, po które kilka dni wcześniej sam morderca pojechał na Jasną Górę, gdzie modlił się o uniewinnienie.

    Nagonka na Strzępków zaostrzyła się do tego stopnia, że ojciec rodziny musiał czuwać nocami z siekierą. Ktoś regularnie wrzucał przez okno drobne monety, jakby symbol judaszowych srebrników. Równolegle do prokuratury dochodziły anonimowe groźby pod adresem rodziny Kalitów:

    Matka zginie tak, jak zginęły jej dzieci, to było upomnieniem dla nich wszystkich, dla całej rodziny. Proszę ją upomnieć i to jak najszybciej, bo nie doczekają obydwoje z mężem rozprawy sądowej. I nawet nie będą wiedzieć, jak ktokolwiek dostał. Proszę tę sprawę rozstrzygnąć jak najszybciej i proszę ją o to jak najszybciej upomnieć, bo będzie straszna tragedia.

    Nie wszystkich jednak we wsi udało się zastraszyć. Jeden z pasażerów autobusu, Leszek Brzdękiewicz, złożył zeznania obciążające sprawców, dzięki czemu wiosną 1977 r. milicja aresztowała Jana Sojdę, a latem obu jego zięciów. Sam świadek niestety nie doczekał procesu, ponieważ rok później w Wielkanoc pijany utopił się w pobliskiej rzeczce Czarnej. Mimo tego, że poziom wody sięgał do kostek, sprawa została uznana za wypadek i umorzona.

    Dostaliśmy informacje o osobach, które mogły pomóc Leszkowi utonąć. Jednak nie mieliśmy dowodów

    – mówił po latach jeden z milicjantów pracujących przy tej sprawie.

    Henryk Witek, który najpierw występował w charakterze świadka, pod koniec maja został aresztowany pod zarzutem pomocnictwa w morderstwie. Jako jedyny przyznał się do uczestnictwa w zbrodni, a podczas przesłuchania wyjaśniał, że bał się rodziny Jana Sojdy, dlatego nie stanął w obronie ofiar.

    Jakie jest porównanie między waszym strachem i waszą bojaźnią przed paru uderzeniami ze strony Sojdy i Adasia, a próbą uratowania życia kobiety w piątym miesiącu ciąży i dwóch mężczyzn?

    – zapytał prokurator.

    Mężczyzna nie odpowiedział. Prokuratura zarzuciła mu pomocnictwo w zabójstwie.

    . . .

    26 maja 1977 roku odbyły się ekshumacje zwłok ofiar. Wykazały one między innymi, że uszkodzenia głów Krystyny i Stanisława wyglądają dokładnie tak, jakby pochodziły od uderzeń zadanych podłużnym, twardym, tępym i ciężkim przedmiotem.

    W sierpniu odbyła się wizja lokalna, której przyglądali się wszyscy mieszkańcy Zrębina.

    Podczas śledztwa okazało się, że Sojda sporządzał listę ludzi do zabicia w związku ze sprawą śmierci Łukaszków i Mietka.

    Po aresztowaniu sprawców część świadków zaczęła opowiadać o zdarzeniach z nocy 25 grudnia 1976 roku. Wielu z nich w końcu odwołała zeznania, jednak dowody zebrane przez milicję pozwoliły, by rozprawa ruszyła 7 listopada 1978 r. w Sądzie Wojewódzkim w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu. Proces stał się bardzo medialny, a tak zwaną "sprawę połaniecką" śledziła cała Polska Rzeczpospolita Ludowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Podczas pierwszej rozprawy Kulpińska przysięgała na swoje dzieci, że jej mąż jest niewinny. Żony oskarżonych do końca zarzekały się, że ten proces to kłamstwa i pomówienia. Z kolei siedzący na ławie oskarżonych Jan Sojda zwrócił się do Zdzisławy Kalitowej:

    A jak się będziesz czuć, Zdzisiu, gdy ja wyjdę z więzienia?

    Podczas procesu anonimowe groźby w kierunku krewnych zamordowanych oraz mieszkańców Zrębina nie ustawały. Rodzina oskarżonych wciąż usiłowała przekupywać świadków, a Kulpińscy chwalili się, że cała prokuratura i sąd zostali już przekupieni.

    Wy dajta spokój, dzieci wam nikt nie wróci, a żywych chłopów wpakujeta do więzienia

    – usiłowali przekonać krewni rodziców zamordowanych, którzy występowali w sprawie jako oskarżyciele posiłkowi.

    Przed sądem ludzie wciąż milczeli lub twierdzili, że nic nie pamiętają.

    . . .

    Sojda wielokrotnie usiłował wysyłać z więzienia grypsy do swojej żony, w których instruował co do zeznań i tego, komu na wsi zapłacić łapówkę, na które łącznie wydali od 200 do 400 tys. zł.

    Jeden z mieszkańców Zrębina, gdy któregoś dnia zaprzęgał konia, znalazł na furmance przyciśniętą kamieniem kartkę. Jej treść jednoznacznie sugerowała, że jeśli podzieli się z kimś swoimi wątpliwościami, jego obejście pójdzie z dymem. Kolejny gospodarz został nocą zaatakowany i poczuł na swojej krtani nóż. Usłyszał ostrzeżenie, żeby nic nikomu nie mówił. Inny rolnik w czasie prac polowych usłyszał od rodziny Sojdów, że będzie miał “łeb ucięty kosą”.

    Po pierwszej rozprawie ktoś podpalił groby Krysi, Staszka i Mietka. Świadek widział tylko zarys uciekającej kobiety. Ludzie we wsi byli przerażeni, szeptali między sobą: "Co będzie jak Sojdowie jednak wrócą?".

    Gdy Zdzisława Kalita spotkała w autobusie jedną z żon zatrzymanych mężczyzn, ta zaczęła krzyczeć:

    Przez Was nasze chłopy wsadzone, one wyjdą niedługo i gówno im narobita!

    Prowadzący sprawę prokurator postanowił chwilowo odpuścić rozpatrywanie winy oskarżonych i zajął się wykazywaniem kłamstw i mataczeń w zeznaniach świadków. Zaczęły się liczne aresztowania. Przerażeni wizją więzienia mieszkańcy Zrębina zaczęli zeznawać prawdę.

    . . .

    Po roku trwania procesu odbyła się druga wizja lokalna, której przyglądała się prawie cała wieś.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    10 dni wcześniej powiesił się ojciec Stasia Strzępka. Uzależniony od alkoholu mężczyzna nie wytrzymał wciąż trwających prześladowań i nagonek na jego rodzinę. Przez okna wciąż sypały się drobne monety, jego syn był obrzucany kamieniami i butelkami, a dwa tygodnie przed śmiercią ktoś znów wybił im szyby w chałupie.

    Ino Sojdowe chłopy wyjdą jakim swoim sposobem z więzienia, a my, matka, możemy pierwsze pójść z dymem. Jak ony wrócą, zarządzą wsią, to nas nikt nie zapyta, czy prawda nam kazała tak zeznawać, czy tak. Kto ze strachu będzie słuchał prawdy?

    – zamartwiał się przed swoją śmiercią mężczyzna.

    . . .

    Zanim w sprawie morderstwa młodego małżeństwa i 12-letniego chłopca zapadł ostateczny wyrok, aresztowano wiele osób za mataczenie i składanie fałszywych zeznań, odwoływanie ich czy utrudnianie przebiegu rozprawy. Z około 232 przesłuchanych świadków aż 38 odwoływało swoje zeznania, a 24 z nich aresztowano. Tylko trójka zdecydowała się opowiadać przed sądem. Ostatecznie 18 świadków spędziło w więzieniu od czterech do ośmiu lat. Jedna z sióstr Jana Sojdy także została skazana.

    Idź pan w cholerę

    – powiedziała do swojego obrońcy, opuszczając salę sądową po ogłoszeniu wyroku czterech lat pozbawienia wolności.

    Sąd 77 razy korzystał z prawa nakładania na świadków uchylających się od zeznań kar pieniężnych od 500 zł do 2 tys. zł, co w sumie wyniosło 51 tys. zł.

    Sąd dwoił się i troił, odbierał przysięgi, odczytywał zeznania ze śledztwa, pytał o przyczyny rozbieżności zeznań, a kiedy świadkowie bezczelnie odmawiali zeznania lub kręcili –- upominał, przywoływał do porządku, groził karami. Gdy i to nie odnosiło skutku, posypały się kary pieniężne i areszty. Siedziały nieraz całe rodziny.

    – pisał Bogusław Sygit w swojej książce "Kto zabija człowieka. Najgłośniejsze procesy kryminalne w powojennej Polsce".

    Jednak większość świadków do końca zachowała milczenie.

    Nie znalazłam żadnych informacji, czy jakąkolwiek odpowiedzialność ponieśli milicjanci i prokuratorzy za błędy popełnione w śledztwie.

    . . .

    Ostatni proces odbył się w 10 listopada 1979 r. Pod budynkiem Sądu w Sandomierzu kilkaset osób wykrzykiwało:

    Dawać ich tu, wystawimy szubienicę na ulicy!

    Jan Sojda w swoim ostatnim słowie prosił o powrót do domu by w najbliższą Wigilię móc podzielić się z rodziną opłatkiem. Józef Adaś odczytał swoją wcześniej przygotowaną mowę, w której zapewniał o swojej niewinności. Uznał, że nie zasługuje na żaden wyrok i prosi o uniewinnienie. Jerzy Socha, Stanisław Kulpiński i Henryk Witek także prosili o wydanie wyroku uniewinniającego.

    Sąd uznał wszystkich mężczyzn za winnych zarzucanych im czynów i skazał Sojdę, Adasia, Sochę i Kulpińskiego na mocy art. 148 § 1 kk. i art. 40 § 1 punkt 1 kk. na karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych na zawsze. Z kolei Witka na karę pięciu lat pozbawienia wolności i pozbawienie praw publicznych na siedem lat. Jego klasyfikację prawną czynu zmieniono z pomocy w zabójstwie na pomoc sprawcy przestępstwa.

    Przewodniczący kompletu orzekającego, sędzia Marek Mociąg, tak uzasadniał wyrok:

    Proces przeciw społeczeństwu wsi, więc nie tylko przeciw skazanym. W kraju na nieszczęście zdarza się kilkaset zabójstw rocznie. Ale jeszcze nie zdarzyło się, aby społeczność wiejska zanikiem sumienia, korupcją, przekupstwem, strachem, paraliżem woli utkała tak szczelną zasłonę milczenia wokół zbrodni. (...) Retoryczne pytanie: ile jest warte ludzkie życie? W okolicach Połańca nabiera ponurego wymiaru konkretnego – może być warte od pięciu do pięćdziesięciu tysięcy złotych łapówek. (...)

    Kara poprzez eliminację jest karą wyjątkową, stosowaną wobec ludzi, którzy okazują wyjątkowy ładunek okrucieństwa w pozbawianiu życia innych. Kara ta ma przypominać, że człowiek posiada tylko jedno życie i nikt nie ma prawa tego życia przerywać. Zwłaszcza jeśli jest to życie ludzi, którzy – jak Mieczysław, jak Krystyna z nienarodzonym dzieckiem w łonie, jak Stanisław – nie narazili się nikomu.

    Wyrok nie był prawomocny.

    Ludzie, zostańcie z Bogiem, odchodzimy i nie wiemy, kiedy wrócimy

    – powiedział Sojda, wychodząc z sali sądowej.

    . . .

    Na początku 1981 r. rozpoczął się proces kasacyjny.

    Według sądu rodzina oskarżonych zachowywała się agresywnie, dlatego została wyproszona z budynku i otrzymała zakaz pojawiania się tam.

    16 marca 1981 r. w Sądzie Najwyższym zapadł prawomocny wyrok. Sąd uznał wszystkich oskarżonych za winnych zarzucanych im czynów i utrzymał w mocy wyrok wobec Jana Sojdy, Józefa Adasia oraz Henryka Witka. Karę Jerzego Sochy zmienił na karę 25 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Wyrok Stanisława Kurpińskiego został zmieniony na 15 lat pozbawienia wolności oraz sąd orzekł pozbawienie praw publicznych na 10 lat. W tamtym czasie w polskim prawie nie było kary dożywocia.

    Stanie nasza niewinność przed oczami!

    – krzyczała matka jednego ze skazanych do Zdzisławy Kality tuż po ogłoszeniu wyroku.

    . . .

    Dwa lata od dnia ogłoszenia wyroku Sojdzie posiwiały wąsy.

    Będę wisiał i się nie martwię

    – mówił wtedy.

    Niech się martwią te, co mnie powieszą. Sojda jest inny niż wszystkie ludzie. Dziś żyje, jutro może go nie być. Ci, co mnie osądzili, do końca swego życia nie przebadają mego charakteru. Niech się z tym gryzą, że mnie nie przebadali. Sojda zabierze do grobu całego Sojdę, z nikim się sobą nie podzieli.
    Ani on, ani Adaś, Socha, Kurpiński czy Witek nigdy nie przyznali się do winy i nie przeprosili poszkodowanych.

    Karę śmierci wobec 54-letniego wtedy Jana Sojdy i 40-letniego Józefa Adasia wykonano przez powieszenie 23 listopada 1982 r. w krakowskim Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich. Według jednego ze świadków egzekucji ostatnie słowa Sochy brzmiały: "Nie jestem winowaty, to śledcze winne za zrobienie tej szopki".

    Jerzy Socha w wieku 45 lat został warunkowo zwolniony z zakładu karnego po odsiedzeniu 14 lat i sześciu miesięcy, a Stanisław Kulpiński spędził w więzieniu 11 lat i sześć miesięcy. Wyszedł w wieku 41 lat.

    . . .

    My ciągle rozmawiamy na jeden tylko temat: najgorzej temu z nas obojga, które zostanie ostatnie. Kto poda kroplę wody?

    – mówiła Zdzisława Kalita w latach 80.

    Jej mąż Wacław zmarł w 1998 r. Na początku 2018 r. pani Kalitowa (zdjęcie z 2006 r.) wciąż żyła i mieszkała w tym samym domu w Zrębinie.

    W 2006 r. jeden z dziennikarzy chciał nawiązać kontakt ze Staszkiem Strzępkiem. Okazało się, że dorosły już mężczyzna ma poważny problem z alkoholem, rzadko bywa w swojej rozwalającej się chacie i ciężko jest się z nim porozumieć.

    W styczniu 2007 r. dziennikarze zagadnęli Henryka Witka, który powiedział:

    Jak Boga kocham, nie było mnie tam. Wciąż żyją ludzie, którzy mogą to potwierdzić. Bili mnie, to powiedziałem, co chcieli usłyszeć. Potem w sądzie odwołałem, ale nic to nie dało. Nie mam pojęcia, czy to było zabójstwo, czy wypadek. Mnie tam nie było.

    Rodzina Sojdy zapowiadała, że chce zgłosić sprawę do Trybunału w Strasburgu.

    Chodzę po wsi z podniesioną głową, bo ludzie wiedzą, że jestem niewinny. Wierzę, że cała prawda jeszcze ujrzy światło dzienne

    – mówił Stanisław Kulpiński (zdjęcie).

    klik <- krótki reportaż z grudnia 2014 r.

    W styczniu 2018 r. dziennikarze TVN-u udali się do Zrębina, gdzie okazało się, że nawet po 41 latach od zbrodni ludzie boją się o niej mówić. -> klik (pokazują dużo zdjęć z akt)

    Rodziny skazanych do tej pory uważają, że ich bliscy są niewinni.

    . . .

    Na podstawie tej zbrodni w 1988 r. powstał film "Zmowa" w reżyserii Janusza Petelskiego, warto zobaczyć (jest na CDA).

    • • •

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć, bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mój Patronite. Działa już płatność kartą, PayPal i inne takie, tak że jakby ktoś jednak chciał zrezygnować z wypicia jednego piwka i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność – będę dozgonnie wdzięczna!

    Na patronite’owego bloga wrzuciłam dziś:

    • uzasadnienie wyroku Sądu Najwyższego
    • reakcja ojca na informację o śmierci jego dzieci, relacja z kostnicy i miejsca zdarzenia
    • tłumaczenia oskarżonych, ich wersja wydarzeń z 25 grudnia 1976 r.
    • reakcja rodziny Kalitów na wykonanie wyroków
    • Wigilie rodziny Kalitów po śmierci dzieci

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z książki "Nie oświadczam się" Wiesława Łuki, którą bardzo Wam polecam. Informacje z prasy, które zawarłam w swoim tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #sprawapolaniecka #zrebin #polaniec #karasmierci
    pokaż całość

    •  

      @badhunt: zawsze mnie to zastanawiało jak ktoś przysiągł na coś to momentalnie uznawało się że mówi prawdę xd przecież to dziwne. Ja mógłbym co 5 minut przysięgać a dalej kłamać jeśli by mi naprawdę zależało

    •  

      @derigen90: Z mówieniem prawdy to właśnie różnie działa, ale były eksperymenty gdzie studenci przed napisaniem egzaminu składali przysięgę o nieściąganiu i w tej grupie potem mniej osób ściągało. Generalnie wygląda to tak, że przysięga cię do czegoś skłoni jeżeli składasz ją z intencją dotrzymania i koszt nie jest zbyt wysoki, tutaj na przykład koszt wydania mordercy był wysoki bo oni trzęśli całą wsią a na autorytet państwa nie było co liczyć. A takie automatyczne akceptowanie, że nikt pod przysięgą nie skłamie wynikało z innych podstaw społecznych, ludzie bardziej kierowali się kolektywem, czy to w postaci "co ludzie powiedzą" czy "piekło mnie czeka", obecnie raczej myślimy indywidualistycznie. pokaż całość

    • więcej komentarzy (48)

  •  

    polecam grupę na fb
    są tam osoby pracujące w prosektorium, wiele ciekawych rzeczy można się dowiedzieć i zdjęcia fajne pooglądać :)
    #kryminalistyka #kryminalne #prosektorium

  •  

    Ciekawostka: w 1931 roku w Stanach Zjednoczonych pewien mężczyzna ukradł samolot, ale został uniewinniony - samoloty nie były bowiem uważane za "pojazdy" i w tamtym czasie nie istniało prawo zabraniające kradzieży tego środka transportu.

    #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #przestepcy #samoloty #prawo #usa #swiat #kalkazreddita pokaż całość

    +: GothBoyy666, Salty_donut +10 innych
  •  

    #szkolastandard

    Mężczyzna włamał się do domu - ugotował posiłek, zrobił pranie, wpisał się do dziennika właściciela

    Takie rzeczy tylko w Kanadzie xD Włamywacz dokonał przy tym dość ciekawego wpisu w dzienniku właściciela rancza. Zapraszam do lektury.

    Link do artykułu.
    Link do znaleziska (zachęcam do wykopywania).

    #angielski #jezykangielski #angielskizwykopem #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #kanada #przestepcy #swiat #blamecanada
    pokaż całość

    źródło: canada.jpg

  •  

    #szkolastandard

    Szlochający morderca

    W latach 1980-1982 seryjny morderca w Minneapolis zabijał swoje ofiary, po czym zapłakany dzwonił na policję i przepraszał za swoje czyny, naprowadzając funkcjonariuszy na miejsce zbrodni. Zapraszam do lektury.

    Link do artykułu.
    Link do znaleziska (zachęcam do wykopywania).

    #angielski #jezykangielski #angielskizwykopem #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #zbrodnia #przestepcy #swiat #usa
    pokaż całość

  •  

    Mirabelki i Mirki, po nadspodziewanie ciepłym przyjęciu poprzedniego mojego filmu, popełniłem kolejny. Jako, że mamy dzisiaj dokładnie sześćdziesiątą rocznicę tych wydarzeń, na tapet trafiła tragedia na Przełęczy Diatłowa

    Sześćdziesiąt lat temu, na przełomie stycznia i lutego, gdzieś na Uralu zaginęła dziewięcioosobowa grupa turystów. Poszukiwania z początku leniwe, szybko nabrały tempa, gdy sprawą zainteresowały się sowieckie władze. Pod koniec lutego pierwsi członkowie wyprawy zostali znalezieni – martwi. Wszystko wskazywało, że z jakiegoś powodu byli zmuszeni opuścić namiot wycinając się z niego, a pozbawieni schronienia zamarzli na śmierć. Gdy na wiosnę odkryto pozostałe ciała, to co odkryli śledczy zdumiało ich. Ciała nosiły ślady ciężkich urazów, przywodzących na myśl obrażenia ofiar wypadków samochodowych. Dodatkowo ubrania na ciałach wykazywały wysoką promieniotwórczość. Gdy to odkryto, sprawa została natychmiast zamknięta. Mimo upływu sześćdziesięciu lat, wydarzenia na zboczach Chołatczachl wciąż pozostają niewyjaśnioną tajemnicą. Wyniki oficjalnego śledztwa są niewystarczające, a efekty śledztw dziennikarzy niepewne. Czy dziś, mimo setek teorii jesteśmy w stanie dociec, co tak naprawdę wydarzyło się w okolicy przełęczy, którą później nazwano Przełęczą Diatłowa? Na to pytanie spróbuję odpowiedzieć w tym, zdecydowanie zbyt długim (i jednocześnie zbyt krótkim), filmie.

    Link

    Jeżeli ktoś z was uzna, że film warto dodać jako znalezisko, to proszę śmiało. Reklamowanie własnych treści jest w wykopalisku raczej traktowane jako spam, więc tego nie zrobię, ale jeżeli ktoś z was to zrobi to będę kryty (i wdzięczny) :>

    #youtube #qualitycontent #tworczoscwlasna #ciekawostki #kryminalistyka #kryminalnesprawy #przeleczdiatlowa
    pokaż całość

  •  

    #szkolastandard

    Czechy: Matka zjadała 7-letniego syna żywcem

    Wstrząsająca historia z 2008 roku. Matka będąca członkinią sekty więziła swojego 7-letniego syna w piwnicy i regularnie zjadała kawałki jego ciała. Zbrodnię odkrył przypadkiem jej sąsiad. Zapraszam do lektury.

    Link do artykułu.
    Link do znaleziska (zachęcam do wykopywania).

    #ciekawostki #jezykangielski #angielski #angielskizwykopem #kryminalne #kryminalistyka #zbrodnia #przestepczosc #czechy #swiat
    pokaż całość

  •  

    W Stanach Zjednoczonych działają takie portale jak Meet-An-Inmate czy Write a Prisoner, na których więźniowie mogą umieszczać swoje ogłoszenia, a potencjalni zainteresowani napisać do nich list lub e-mail. Wyszukiwarka pomaga selekcjonować użytkowników według ich miejsca odsiadki, orientacji seksualnej, wyznania, znaku zodiaku, popełnionego przestępstwa czy daty zakończenia odbywania kary (jest też opcja "w celi śmierci").

    Zdaniem zwolenników takich portali zwiększają one szanse na resocjalizację. A co Wy o tym myślicie? Uważacie, że taka strona sprawdziłaby się w Polsce? Chcielibyście by powstała? #kvokapyta

    Pamiętajcie, że osadzeni to nie tylko ten najgorszy element, o którym piszę w swoich tekstach. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #kryminalne #kryminalistyka #dyskusja #ankieta
    pokaż całość

    Czy miałbyś/miałabyś coś przeciwko temu by strona tego typu powstała w Polsce?

    • 35 głosów (30.43%)
      Tak
    • 50 głosów (43.48%)
      Nie
    • 30 głosów (26.09%)
      Obojętne
  •  

    PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    • Część 2 •

    Latem 2011 r. Ewa związała się z Kazimierzem Ch.*, który zaopiekował się nią i córkami, które po jakimś czasie zaczęły nazywać go tatą. Szynszecki wciąż nachodził rodzinę i żądał spotkania z dziećmi. W 2012 r. Ewa i Kazimierz wynajęli razem mieszkanie, a kobieta zaszła w ciążę. Mimo to Mariusz wciąż nachodził parę średnio co dwa dni. Wydzwaniał do nich także, gdy już wzięli ślub.

    Gdy Lena poszła do szkoły, zaczęły się jej problemy w relacjach z rówieśnikami. Miała też symptomy nerwicowe, tiki nerwowe, bywała agresywna, a jej sprawność intelektualna była niższa niż u rówieśników. Mogło to świadczyć o zaniedbaniach we wczesnym dzieciństwie, choć widać było, że dziewczynka ma bardzo dobry kontakt z matką, jest też czysta i zadbana. Lena została przebadana w poradni psychologiczno-pedagogicznej, gdzie wkrótce trafiła także Amelia, która także zaczęła przejawiać trudności dydaktyczne i emocjonalne.

    Ze względu na trudności w utrzymaniu mieszkania, w październiku 2015 r. Ewa wraz z drugim mężem oraz trójką córek zamieszkali u Janiny G. Dziewczynki bardzo ufały swojej prababci, dlatego podczas jednej z rozmów zwierzyły jej się ze wspomnień z domu w Parszczycach. Ośmioletnia Lena mówiła o tym, jak ojciec dawał jej do picia alkohol podczas zakrapianych imprez z mężczyznami, którzy śmiali się z tego, co wcześniej robili jej mamie w piwnicy. Przyznała też, że na imprezach tych była obecna jej druga babcia, matka Szynszeckiego. Opowiadała, że ojciec kazał jej lizać jego genitalia, a 7siedmioletnia Amelia mówiła, że panowie robili mamie krzywdę i "miała majtki na dole". Zszokowana 80-latka kazała dziewczynkom usiąść przy stole i wszystko z siebie wyrzucić.

    Fragmenty ich wspomnień (całość udostępniłam na swoim Patronite):

    Lena: Tata kleił buzię i wiązał ręce i nogi. A ja razem z tatą Mariuszem robiłam krzywdę siostrze, bo krzyczała za mamą, dlatego moja siostra była obsikana i obsrana. Zaprowadzałam z tatą Mariuszem mamę do piwnicy. Uderzałam mamę w głowę. My z tatą Mariuszem chcieliśmy zabić mamę, aby była nowa czarna mama z braciszkiem. (...) Ja stałam w pokoju to tata Mariusz ściągał mi majtki i rajstopy, i wtedy dotykał mnie w miejscu gdzie robię siku, tym czym tata robi siku - fiut, fujara. (...) Z tym tatą się całowałam w łóżku. (...) W pokoju gdy jest ciemno całuję moją siostrę Amelię. Teraz już tak nie robię. Tylko rozmawiamy o szkole. Gdy mój tata Kazimierz mi zabronił rozwalać drzwi od szafki to powiedziałam, że go wyrżnę nożem, a kiedyś indziej, że go zabiję. (...) Kopałam mamę, gdy była w ciąży. Było nas wtedy dwie, to dlatego kopałam mamę po brzuchu, po to żeby kolejna siostra się nie urodziła.

    Amelia: Ten tata Mariusz robił mi dużo krzywdy, on mnie kleił buzię, wiązał ręce do tyłu i nogi. Jedzenie, okruchy od siostry Leny dawał ten zły tata. (...) Lena tacie Mariuszowi, to co ma między nogami, w spodniach, to się nazywa wiut. Siostra Lena mi to mówiła. Robiła to, żeby tacie zrobiło się dobrze. Lena, kiedy byłam związana to się ze mnie śmiała z tego, że leżałam na podłodze, zesrana i zesikana. Mama była zamknięta w piwnicy. Lena mówiła i pokazała, że mama jadła jak pies. Ja byłam mała. Jak była robiona krzywda, bałam się wtedy mówić. Ale teraz już się nie boję.
    Po rozmowie z prawnuczkami, Janina G. zapytała o wszystko Ewę. Ich matka rozpłakała się, była zszokowana tym, co jej były mąż robił córkom. Kobiety wspólnie uzgodniły, że dziewczynki nie mogą tego w sobie dłużej tłumić.

    . . .

    We wrześniu 2012 r. kochanka Mariusza Aneta A. przystała na jego propozycję i wraz ze swoim synem wprowadziła się do domu w Parszczycach. Podczas gdy A. wyjeżdżała rano do pracy, sześciolatek pozostawał pod opieką konkubenta matki. Mężczyzna krzyczał na chłopca z błahych powodów, wulgarnie wyzywał, bił otwartą ręką po głowie i pupie, co często tłumaczył później jako żarty. Zabrał chłopcu wszystkie oszczędności, nie pozwalał jeździć rowerem ani zapraszać kolegów.

    On ci na głowę nasra, to musi być bity!

    – uzasadniał Anecie A.

    Ponadto zmuszał chłopca, by kładł się z nim w łóżku, a sam rozbierał się do naga i przytulał do niego.

    Szynszecki znęcał się także nad swoją konkubiną – bił ją po głowie, gdy miała odmienne zdanie w jakiejkolwiek kwestii, zmuszał do seksu, gdy tego nie chciała, miał pretensje, że zbyt późno wraca z pracy, szarpał za włosy, gdy musiała rano wyjść i zabraniał zapraszać kogokolwiek do domu, nawet jej rodzinę.

    Dopiero w 2016 r. kobieta wraz z synem wyprowadziła się.

    . . .

    21 lutego 2016 r. o godzinie 6:05 Mariusz Szynszecki został zatrzymany w swoim domu w Parszczycach.

    Mężczyzna nie przyznał się do zarzucanych mu czynów, uznał, że Ewa kłamie, bo chce się na nim zemścić. Przyznał, że uderzył ją tylko raz w twarz z otwartej dłoni, gdy powiedziała mu, że nie jest ojcem Leny i Amelii. Stwierdził też, że ich małżeństwo byłoby udane, gdyby nie teściowa, która "non stop buntowała żonę". Nie przyznał się także do znęcania się nad Anitą A. i jej synem, a na zarzut molestowania Leny odpowiedział, że "nie mógłby z dzieckiem dwuletnim".

    Szynszecki został oskarżony również o znęcanie nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. W grudniu 2015 r. wezwani na miejsce inspektorzy z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami zastali na jego podwórku przywiązanego sznurem do budy kundelka, który leżał na ziemi w konwulsjach. Pinio nie miał nawet obroży, a na szyi liczne otarcia i otwarte rany. Pies nie dostawał jedzenia, ani wody, a sierść miał sfilcowaną i oblepioną błotem. Zwierzę w stanie agonalnym zostało zawiezione do weterynarza i mimo prób ratowania, następnego dnia zmarło śmiercią głodową.

    Oskarżony początkowo przyznał się do zagłodzenia psa, jednak po jakimś czasie odwołał swoje tłumaczenia.

    Szynszecki został poddany badaniu sądowo-psychologicznemu, a jego poczytalność nie budziła żadnych wątpliwości. Biegli stwierdzili także, że jego intelekt mieści się w normie, jednak osobowość jest nieprawidłowa – ma obniżoną uczuciowość wyższą i niskie poczucie własnej wartości, przez co reaguje agresywnie lub impulsywnie na jakikolwiek wyrażony w stosunku do niego sprzeciw czy krytykę. Swoje nieszczęścia, porażki i problemy przypisuje innym, nie biorąc za nie żadnej odpowiedzialności.

    . . .

    Proces rozpoczął się w grudniu 2016 r.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Tym razem sąd nie dał wiary zeznaniom rodziny oskarżonego i uznał, że usiłują ukryć wiedzę jaką posiadają "na temat zachowania oskarżonego wobec żony, dzieci, a następnie wobec" Anity A. i jej syna. "Wynika to z faktu, że jest to środowisko patologiczne, pozbawione prawidłowych wzorów. Wielodzietna rodzina brata oskarżonego objęta była nadzorem kuratora. Matka Mariusza Szynszeckiego również znana jest w środowisku lokalnym, jako osoba uzależniona od alkoholu".

    Wyrok zapadł 13 czerwca 2017 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał Mariusza Szynszeckiego za winnego wszystkich zarzucanych mu czynów oraz skazał:

    • za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem (art. 207 § 1 i 2 kk) nad Ewą, Leną i Amelią oraz pozbawienie Ewy wolności na okres dwóch lat, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 2 i 3 kk), na karę 14 lat pozbawienia wolności, 10 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 60 tys. zł;

    • za wielokrotne zgwałcenie Ewy ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk), na karę 12 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

    • za wykorzystywanie seksualne córki (art. 199 § 2 kk, art. 200 § 1 i 4 kk, art. 201 kk), na karę 10 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu oraz na zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

    • za znęcanie się (art. 207 § 1 kk)) nad Anitą A. oraz jej synem, na karę 3 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 10 tys. zł;

    • za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad psem Piniem przez co doprowadził do śmierci zwierzęcia (art. 35 ust. 1 i 2 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724, art. 35 ust. 3a Ust. z 21.08.1997 o och.zwierz. Dz.U.2003.106.1002, art. 35 ust. 4 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724), na karę 2 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu posiadania zwierząt oraz 3 tys. zł nawiązki na rzecz Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt "Animals".

    Orzeczona kara łączna za ww. to 25 lat pozbawienia wolności z możliwością ubiegania się o zwolnienie warunkowe po odbyciu co najmniej trzech czwartych kary, a także 15 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi i zbliżania na odległość mniejszą niż 200 m, obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    (klik)

    Sąd zdaje sobie sprawę, że to kara o charakterze eliminacyjnym

    – powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Marta Urbańska.

    W grudniu 2017 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku utrzymał wyrok w mocy.

    W osobnym śledztwie Prokuratura Rejonowa w Gdyni ustalała personalia mężczyzn, którzy razem z Szynszeckim gwałcili uwięzioną kobietę. W grudniu 2018 r. media poinformowały, że zatrzymani zostali dwaj bracia skazanego – Andrzej i Marian Sz. oraz ich kuzyn Tadeusz B. (zdjęcie). Prokuratura postawiła im zarzut wielokrotnego zgwałcenia Ewy między styczniem 2009 r., a grudniem 2010 r. Żaden z nich nie przyznał się do popełnienia zarzuconych im czynów. Wszystkim trzem mężczyznom grozi od 3 do 15 lat pozbawienia wolności. (klik)

    Bracia Sz. trafili do policyjnego aresztu, a B. oczekuje na wyrok na wolności i nawet rozmawiał z dziennikarzami – klik.

    . . .

    *te imiona wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć bym mogła pozwolić sobie na to, by poświęcić więcej czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mojego Patronite. Działa już płatność kartą, PayPal i inne takie, tak że jakby ktoś jednak chciał zrezygnować z wypicia jednego piwka i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność – będę dozgonnie wdzięczna!

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku oraz jego uzasadnienia (111 stron skanów!), który dostałam od Sądu Okręgowego w Gdańsku oraz wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #rejestrzboczencow #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #puck #parszczyce #gdansk #kaszuby #joseffritzl #gwalt #zgwalcenie
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    •  

      @Anty_Chryst: Nie. Sugeruję, że dzieci z rodzin alkoholików zawsze będą miały w plecy w porównaniu do "zdrowych rodzin". Choćby dlatego, że same, po omacku muszą wypracowywać na własnej rodzinie prawidłowy wzór. Coś, czego by nie było, gdyby pochodziły ze zdrowej. Osoba z mojej rodziny nigdy nie widziała niczego złego w swoim postępowaniu - bo nie tknęła alkoholu, nie posuwała się do przemocy fizycznej. Człowiek nie miał świadomości tego, co robi; pewnie też miał obniżoną empatię. Jedno z jego dzieci ma się za w pełni funkcjonalnego i dobrego człowieka. Pije rzadko. Sprawa wypłynęła jak dzieci tego starszego, dorosły. Natomiast istnieje zależność między skłonnościami do uzależnień a określonymi cechami charakteru. Do alkoholu ciągnie też ludzi o określonych cechach, podczas gdy część cech jest dziedziczna. Nie masz możliwości spojrzeć z boku na swoje zachowanie i ocenić. Ja nie mam możliwości spojrzeć na swoje własne. Pamiętaj też, że istnieje okropna możliwość, że jeśli z alkoholem wiązała się u was jakaś zła cecha charakteru (agresja, skłonność do ryzyka, czyli np. brak obaw przed wyrządzeniem komuś czegoś złego), to to może przeskoczyć pokolenie i wybić w pokoleniu dzieci lub wnuków. Bez alkoholu, który jest tylko symptomem. Nie ma nic gorszego niż bycie krzywdzonym przez własne dziecko/wnuka. pokaż całość

    •  

      @empty_silence: nie zamierzam posiadać dzieci także nic nie wybije xd
      Jak dla mnie ze mna jest wszystko ok z wyjątkiem seksu i wszystiego co wokół niego, na tym punkcie jest totalnie pierdolnięty xd

    • więcej komentarzy (90)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Do dzisiejszego postu podpinam także mój drugi tag #polskiepato, ponieważ o gorszej patologii jeszcze nie słyszałam. Ostrzegam, że poniższy tekst o tak zwanym polskim Fritzlu może nie nadawać się dla osób o słabych nerwach.

    Historię musiałam podzielić na dwa posty, ponieważ wpis jest zbyt długi jak na wykopowe normy.

    • • •

    • Część 1 •

    MARIUSZ SZYNSZECKI, rocznik '69

    Mariusz był czwartym i ostatnim dzieckiem państwa Sz. i "ukochanym synkiem mamusi". Grażyna Sz.* od lat miała poważny problem z alkoholem, który spożywała nawet w ciąży. Z kolei ojciec, zanim zginął w wypadku samochodowym w 2015 r., stronił od procentów i zajmował się gospodarstwem. Gdy dzieci były już dorosłe, po drugiej stronie podwórza postawił budynek (zdjęcie) w surowym stanie, do którego od razu wprowadził się najmłodszy syn. Nie było tam bieżącej wody, ogrzewania ani kanalizacji. Trzeba było korzystać ze studni i wychodka na podwórku, a do ogrzewania służyła ustawiona w jednym z pomieszczeń westfalka (w komentarzu dodałam skan opisu panujących w domu warunków).

    W rodzinnym domu pozostali rodzice, trzej synowie wraz z żonami oraz jedenaścioro wnucząt. "Na swoim" Mariusz stale urządzał popijawy z kolegami, braćmi i matką. Mimo wszystko, zdaniem mieszkańców Parszczyc (woj. pomorskie) był spokojną osobą. Edukację zakończył już po szkole podstawowej, pracował dorywczo fizycznie. Wiosną 2005 r. zatrudnił się na budowie w jednej z miejscowości na Półwyspie Helskim, gdzie poznał młodszą od siebie o 12 lat Ewę*. Wówczas 24-latka sprzedawała w sklepie, w którym Mariusz robił zakupy. Był zawsze miły i szarmancki, w końcu ich wspólne rozmowy przeniosły się poza miejsce pracy kobiety. Sam na sam mężczyzna był romantyczny, opiekuńczy i zawsze nienagannie ubrany, co imponowało dziewczynie i już w listopadzie tego samego roku para zaczęła rozmawiać o ślubie i wspólnym zamieszkaniu. Ewa zapoznała ukochanego ze swoimi rodzicami, a pod koniec roku wprowadziła się do jego domu na kaszubskiej wsi. Złe warunki mieszkalne miały być chwilowe, Mariusz obiecał, że do lata budynek będzie wykończony. Nigdy jednak tak się nie stało.

    W styczniu 2006 r. Ewę odwiedziła matka Bożena K.* oraz dwaj bracia. Mariusz zapewniał ich o wielkim uczuciu do konkubiny i częstował herbatą drżących z zimna gości. Jednak gdy teściowa zapytała, czy może poznać jego mieszkającą obok rodzinę, kategorycznie odmówił i odrzekł, że jeżeli ma z tym problem, to może już wracać do siebie.

    1 marca para wzięła ślub cywilny, o którym rodzice Ewy dowiedzieli się dopiero po fakcie, ponieważ Mariusz nie życzył sobie ich obecności. Świeżo upieczona pani Szynszecka poprosiła matkę, która z życiowego wyboru córki nie była zadowolona, by od tej pory zawsze zapowiadała swoje odwiedziny. Po ślubie Ewa zrezygnowała z pracy w sklepie, ponieważ z nowego miejsca zamieszkania trudno było jej tam dojeżdżać.

    Po zaślubinach zachowanie Szynszeckiego radykalnie się zmieniło. Pierwszy raz żonę uderzył już po tygodniu.

    Bo chciałam jechać do matki. Gdy ochłonął, przeprosił i zapewnił, że to ostatni raz. Ale to nigdy nie był ostatni raz

    – opowiadała po latach.

    Mężczyzna zaczął krzyczeć na kobietę z byle powodu, wyzywać od "kurew" i "szmat" oraz nadużywać alkoholu, na który wydawał większość zarobionych pieniędzy. Bił ręką po głowie, bo – jak tłumaczył – wtedy nie ma śladów. Ewie nie pozwalał wychodzić na podwórko, awanturował się, gdy choć chwilę spóźniła się z odgrzaniem obiadu, przygotowaniem kawy, czy gdy chciała zadzwonić do matki. Mariusz rzadko pracował, a większość czasu spędzał na zakrapianych libacjach z rodziną. Gdy w kwietniu Ewa zaszła w ciążę, ucieszył się, jednak nie przestał znęcać się nad nią psychicznie i fizycznie.

    Pod koniec ciąży Ewa trafiła na dwa tygodnie do szpitala, jednak małżonek nie odwiedził jej ani razu. W grudniu 2006 r. na świat przyszła ich pierwsza córka Lena*. Gdy Mariusz po raz pierwszy zobaczył dziewczynkę i jej ciemne włoski, uznał, że nie jest jego dzieckiem i wściekły zaczął Ewę okładać rękami po głowie. Chociaż początkowo starał się jej pomagać w nowych obowiązkach, to bardzo szybko z tego zrezygnował. Gdy żona była jeszcze w połogu zaczął siłą wymuszać na niej odbywanie bolesnych stosunków, krzycząc, że jest to jej małżeńskim obowiązkiem.

    Podczas odwiedzin matki, Ewa w końcu zwierzyła się z tego opowiedziała o problemach z mężem. Poprosiła jednak o dyskrecję, licząc na to, że po narodzinach dziecka mężczyzna się zmieni. Zmartwiona kobieta przystała na prośbę córki i ponownie odwiedziła ją dopiero przed świętami Bożego Narodzenia, a następnie w styczniu 2007 r., gdy odbył się ślub kościelny pary. Bożena K. pomogła młodym w przygotowaniu przyjęcia, jednak dzień po weselu wciąż nietrzeźwy Mariusz odprawił teściową z domu, a Ewa poprosiła, żeby mu się nie sprzeciwiać. Mimo tego kobieta ponownie przyjechała na Kaszuby w marcu i zauważyła u córki podbite oko. Nie chciała uwierzyć zapewnieniom pary, że to od przypadkowego uderzenia w szafę. Prosiła Ewę o powrót z nią do rodzinnego domu, ta jednak nie chciała się na to zgodzić.

    W domu Szynszeckich dochodziło do coraz brutalniejszych aktów agresji. Mariusz stopniowo przyzwyczajał Ewę do przemocy, czemu słaba psychicznie kobieta ulegała. Mimo ciągłych zapewnień męża, że i tak nikt nie uwierzy w jej krzywdę, kobieta w końcu odważyła się zadzwonić do matki. Bożena K. przyjechała do Parszczyc zabrać córkę od męża tyrana, ten jednak kategorycznie sprzeciwił się temu, by wzięły ze sobą niespełna półroczną Lenę. Przystał na to dopiero, gdy pod dom przyjechała wezwana przez jego żonę policja. Ewa wraz z dzieckiem zamieszkała z rodzicami, jednak po wielu telefonach męża, błaganiach i obietnicach poprawy, wróciła. Po powrocie tylko pierwsza noc była spokojna, następnego dnia wyzwiska i przemoc znów były na porządku dziennym. Wtedy też Ewa zorientowała się, że ponownie jest w ciąży, jednak tym razem małżonek nie był z tego faktu zadowolony. Wszczął awanturę i z wrzaskiem zarzucił żonie, że to dziecko nie jest jego, tylko jego brata. Od tego czasu agresja Szynszeckiego nasiliła się. Pił, znęcał się nad i wymieniał wszystkich znanych sobie mężczyzn jako potencjalnych sprawców jej ciąży. Bita kobieta pokazała siniaki i rany teściowej, ta jednak zlekceważyła je i uznała, że to tylko chwilowe zachowania i jej syn na pewno się uspokoi.

    Gdy Ewa chciała pojechać z małą Leną do swojej babci Janiny G.*, by ta mogła zobaczyć prawnuczkę, rozwścieczony Mariusz zaczął okładać żonę dłońmi po głowie i kopać po nogach, twierdząc, że należy jej się to za to, że chciała sama opuścić mieszkanie i decydować za swoją rodzinę. Następnego dnia udawał, że nic się nie stało i kazał zjawić się na umówionej wizycie, by nie wzbudzić podejrzeń krewnych Ewy.

    Zachowanie Mariusza nie zmieniło się, nawet gdy kobieta była już w zaawansowanej ciąży. Bił ją po całym ciele, uderzał jej głową o ścianę, a mimo próśb, by oszczędził brzuch i nienarodzone dziecko, które nie było niczemu winne. Prosiła, by uderzał ją tylko w plecy i osłaniała się, jak mogła, jednak ten odpowiadał, że nie będzie nim dyrygować i będzie bił gdzie tylko chce. Kobieta bała się zwierzać matce, która coraz częściej bywała w Parszczycach, mimo ciągłego sprzeciwu zięcia.

    W styczniu 2008 r. na świat przyszła druga córka, Amelia*. Gdy Ewa wraz z noworodkiem wróciła ze szpitala, jej starszą córką zajmowała się teściowa, ponieważ Mariusz uznał, że skoro nie chciał drugiego dziecka, to jego żona musi radzić sobie sama. Niedługo po jej powrocie do domu mężczyzna uderzył ją w napęczniałe od mleka piersi, ponieważ był przeciwny temu, by karmiła nimi córkę. Kobieta z opuchniętym biustem musiała udać się do lekarza, któremu skłamała o prawdziwej przyczynie bólu. W późniejszym czasie mężczyzna zaczął coraz rzadziej bywać w domu i większość czasu spędzał na rodzinnych libacjach u w budynku obok. Gdy wracał do domu, wszczynał awantury i zabraniał żonie uczyć dziewczynki samodzielności, jedzenia łyżką czy korzystania z zabawek.

    Gdy Amelia miała pół roku, Ewa podjęła ponowną próbę ucieczki. Razem z córkami wyjechała do matki, jednak po jakimś czasie znów uwierzyła w zapewnienia o zmianie i wróciła do męża. Sytuacja wcale się nie poprawiła.

    Po pierwszych urodzinach młodszej z córek Mariusz oświadczył Ewie, że jest mu potrzebna tylko do pilnowania dzieci –na czas swoich nieobecności w domu zaczął zamykać ją na klucz. Sam robił zakupy, nakazywał żonie przygotowywać posiłki, których nie pozwalał jej spożywać, za to miała siedzieć i patrzeć, jak on to robi. Ciągle z niej szydził, wyzywał i bił. Pewnego dnia przeciągnął ją za włosy po podłodze, aż uderzyła się w głowę i straciła przytomność. Ocknęła się zamknięta w podziemiach domu.

    To jest twoje miejsce i to ci się należy

    – oświadczył, gdy w końcu pojawił się w zatęchłej piwniczce. Mężczyzna wykręcił w pomieszczeniu żarówkę, a oprócz ciemności kobieta musiała znosić także brud i szczury. Piwnica nie była ogrzewana, a jesienią i zimą Ewa przykrywała się starymi kurtkami, by nie zamarznąć. Nie mogła wychodzić nawet do toalety, a swoje potrzeby załatwiała w kącie. Oprawca nie pozwalał jej także się myć ani zmieniać ubrań, nawet podczas okresu. Gdy krew menstruacyjna kleiła się do jej ciała, pozwolił jej jedynie założyć czyste majtki, musiała jednak pozostać w zesztywniałych od czerwonej cieczy spodniach. Czasami schodził do piwnicy i tam ją gwałcił.

    Mariusz nie uznawał młodszej z córek, dlatego do snu zamykał ją w jednym z nieogrzewanych pokoi. Gdy płakała, zaklejał jej usta taśmą, związywał kończyny i unieruchomioną zostawiał, by tak leżała godzinami w mokrych od moczu i brudnych od kału ubraniach. Obu dziewczynek nie mył, nie przebierał ani nie wypuszczał z domu. Lena mogła jeść normalne posiłki, Amelia dostawała tylko suchy chleb lub okruchy z talerza starszej siostry. Z Leną spał w jedynym ogrzewanym pokoju. Dziewczynka miała ponad dwa latka, gdy zaczął ją obmacywać i dotykać penisem jej krocza. Masturbował się przy niej, nakazywał, by lizała i całowała jego członka, doprowadzając do wytrysku do metalowej miski, w której następnie przygotowywał “posiłki” dla Ewy. Do nasienia dorzucali chleb, zalewali wrzątkiem i raz dziennie, wieczorami zanosili do piwnicy. Gdy po latach kobieta dowiedziała się, co było składnikiem jej kolacji, zwymiotowała.

    Kobieta usiłowała wydostać się z zamknięcia, wybijając szybę w oknie, przez które jednak nie mogła się przecisnąć. Gdy jej oprawca zobaczył potłuczone szkło, związał jej ręce, tłumacząc obecnej przy tym córce:

    Trudno, zwiążemy ją, trzeba, bo tu będzie nam biła szyby.

    Od tej pory kobieta była zmuszona do spożywania posiłków w pozycji klęczącej, ze skrępowanymi na plecach dłońmi. Wieczorami, gdy mąż z córką stawiali jej miskę na środku piwnicznego pomieszczenia, Ewa klękała i pochylała się nad naczyniem.

    Mama je jak piesek

    – mówiła dziewczynka.

    Odtąd związana kobieta musiała załatwiać swoje potrzeby w spodnie, ponieważ nie była już w stanie ich samodzielnie zdjąć.

    Mariusz wypuszczał Ewę na górę tylko wtedy, gdy miała przyjechać do nich Bożena K. albo opieka społeczna, gdy trzeba było przypilnować dziewczynek pod jego nieobecność, przygotować mu posiłek czy pojechać załatwić sprawy w urzędzie. Pozwalał jej się wtedy umyć w zimnej wodzie, przebrać i zająć się dziewczynkami – rozwiązać Amelię, obmyć z fekaliów, przebrać i nakarmić.

    Podczas wizyt członków rodziny Ewa miała zachowywać się, jakby nic się nie stało i pod groźbą śmierci nie opowiadać nikomu o tym, co dzieje się, gdy goście opuszczają dom Szynszeckich. Mariusz nie wychodził z pomieszczenia, w którym przebywała i pilnował, by nie jadła. Sam podczas takich odwiedzin zachowywał się jak przykładny mąż i ojciec.

    Matkę Ewy bardzo martwiła bieda w domu córki, dlatego gdy odwiedzała ją raz lub dwa w miesiącu, zawsze przywoziła jedzenie i zabawki – jednak gdy tylko odjeżdżała, Mariusz palił w piecu prezenty dla dzieci, a jedzenie zabierała do siebie jego matka.

    Teściowa przychodziła do piwnicy, zostawiała tarkę oraz suchy chleb i kazała mi trzeć. Śmiała się, że nie dostanę nic do jedzenia

    – opowiadała później Ewa.

    Początkowo kobieta usiłowała podjadać, gdy tylko znajdowała się na górze, jednak z czasem Mariusz nauczył starszą z córek, by donosiła na matkę, gdy tylko zauważy, że ta próbuje coś jeść. Przyłapana, była za każdym razem dotkliwie bita, dlatego z czasem zrezygnowała z prób zjedzenia czegoś poza swoją wieczorną porcją chleba z wodą i spermą. Szynszecki kazał także Lenie bić matkę drewnianym kijem po głowie. Pokazywał dziewczynce, jak ma ją kopać i poniżać, tłumacząc, że trzeba tak robić. Ewa wiedziała, że córka nie miała pojęcia, że źle robi, toteż bez najmniejszej pretensji znosiła zadawany przez nią ból.

    Po pewnym czasie od uwięzienia, gdy za oknem robiło się już ciemno, Mariusz schodził z Leną do piwnicy, zakładali Ewie na głowę stary, śmierdzący worek po ziemniakach i związaną kładli na podłodze. Wtedy zza kotary wychodzili po kolei mężczyźni i ją gwałcili. Na początku wierzgała i krzyczała, jednak po kilku pobiciach zrezygnowała z prób obrony. Świadkiem wszystkiego była trzyletnia już dziewczynka. Szynszecki zapraszał kolegów także podczas menstruacji Ewy, a za każdy stosunek inkasował po 20 zł, za co kupował alkohol, którym częstował także starszą z córek.

    Bywały dni, że Mariusz pozwalał Ewie wyjść na chwilę na podwórze, gdzie jadła z psiej miski. Na dłużej mogła opuszczać piwnicę dopiero latem 2009 r., gdy mąż wysłał ją do pracy przy zbiorze borówek amerykańskich. Wszystkie zarobione pieniądze zabierał i pilnował, by zastraszona kobieta nie powiedziała nikomu o swojej sytuacji. W 2010 r. pracowała także w sklepie w pobliskiej miejscowości. Tam udawało jej się podjadać, robiąc zakupy "na zeszyt". Mąż dopatrywał, by żona wracała do domu na czas, dręczył ją telefonami i odbierał rowerem. Po powrocie z pracy zawsze musiała wracać do piwnicy.

    Ewa wiele razy chciała popełnić samobójstwo, jednak myśl o dzieciach podtrzymywała ją przy życiu. W szczególności troska o młodszą z córek, której Szynszecki szczerze nienawidził.

    Po jakimś czasie, Mariusz związał się z dawną znajomą swojej matki, a zarazem byłą partnerką jednego z jego braci. Powiedział córkom, że Aneta A.* to ich nowa mama, a jej syn jest ich bratem. Lena i Amelia nazywały nową partnerkę ojca "czarną mamą".

    . . .

    Na początku grudnia 2010 r. Ewie udało się porozmawiać na osobności z pracownicą opieki społecznej, której zwierzyła się, że mąż ją bije i nadużywa alkoholu. Urzędniczka, mimo że widziała, że kobieta jest wychudzona i znerwicowana, poradziła jej jedynie zgłosić sprawę na policję i założyć mężowi "niebieską kartę".

    28 grudnia Ewa musiała zjawić się w Urzędzie Pracy, dokąd zwykle woził ją bratanek Szynszeckiego. Tego dnia jednak nie mógł, dlatego mąż pozwolił jej zadzwonić do matki i poprosić o podwiezienie. Mężczyzna wiedział, że to jedyne wyjście, by nie stracić zasiłku.

    Ewa nie mogła już ustać na nogach, wiedziała, że jeżeli nie ucieknie, to umrze. Zadzwoniła do matki i poprosiła, zanosząc się płaczem:

    Przyjedź po mnie już dziś, jeżeli mnie kochasz.

    Gdy Bożena K. wraz synem dojechali na miejsce, Ewa była bardzo słaba, brudna, a w spodniach miała kał. Oznajmiła Mariuszowi, że wyjeżdża do rodziców na kilka dni i zabiera dziewczynki, by mogły zobaczyć dziadka. Mąż jednak kategorycznie się nie zgodził i wszczął awanturę. Kobieta zabrała dzieci w samych kapciach i uciekła do samochodu. Szynszecki zaczął dobijać się do drzwi, rzucał się na maskę i groził wszystkim śmiercią. Gdy rodzinie udało się odjechać, ten ruszył ich śladem. Na miejscu walił pięścią w drzwi mieszkania, dopóki nie została wezwana policja.

    Gdy awantura ucichła, Ewa wyznała rodzinie, że mąż się nad nią znęcał, jednak nie chciała opowiadać szczegółów. Brat bezzwłocznie zawiózł ją do szpitala na obdukcję, następnie na policję. Jednak ze strachu kobieta nie wyznała całej prawdy, pomijając m.in. wątek o zbiorowych gwałtach.

    Szynszecki nie przyznał się do winy. Jego matka zeznała, że małżeństwo syna było normalne, nie zauważyła nic niepokojącego. Stwierdziła, że nigdy nie była świadkiem, by groził synowej lub ją bił. Widywała się z nimi prawie codziennie i jej zdaniem syn rzadko się upijał.

    Mieszkający z nią dorosły już wnuk potwierdził te zeznania.

    Kłamie!

    – komentowała później Ewa.

    Dzień przed ucieczką dzwoniłam do niego, żeby uspokoił swojego wujka. Nie zasmakował mu obiad. Roztrzaskał talerz o podłogę, wyprosił dzieci do drugiego pokoju, szarpnął mnie za włosy i walił głową o ścianę. Po kilku minutach wyszedł i pojechał do sklepu po wódkę. Wtedy wzięłam telefon, który zostawił na łóżku i zadzwoniłam do bratanka, który mieszkał naprzeciwko.

    Reszta rodziny Szynszeckiego także uznała, że nie widzieli w ich małżeństwie niczego podejrzanego.

    Kilka dni po ucieczce dziewczynki w zabawie zaczęły przejawiać dziwne zachowania – Lena ściągała Amelii rajstopy, mówiąc, że chce zrobić jej to samo, co tata. Starsza z sióstr opowiadała także, że "lizała tacie między nogami", a ten wkładał jej "coś różowego". Pokazywała, gdzie mężczyzna ją dotykał, mówiła, że było to bolesne i że porównywał wielkość ich biustów. Były zlęknione, moczyły się w nocy, a na widok taśmy klejącej wpadały w histerię. Wciąż nękana telefonami i groźbami Ewa postanowiła nie zgłaszać nigdzie swoich podejrzeń. Dzięki wsparciu bliskich i pomocy społecznej wniosła pozew o alimenty oraz rozwód, który zakończył się pozbawieniem Szynszeckiego władzy rodzicielskiej.

    Przez długi czas po uwolnieniu Ewa bała się wyjść z domu, a nawet zasypiać. Do snu kładła się wyłącznie na podłodze. Na śniadanie wystarczało jej ćwierć kromki chleba, a większe ilości pokarmu wymiotowała. Była chorobliwie chuda, znerwicowana, miała obgryzione paznokcie i tiki nerwowe. Jednak już w styczniu 2011 r. udało jej się znaleźć pracę, zaczęła uczęszczać także do psychologa. Lekarz stwierdził u niej nerwicę depresyjną oraz cechy osobowości bierno-zależnej. Przejawiała również symptomy charakterystyczne dla zespołu stresu pourazowego. Obie dziewczynki również zostały przebadane psychiatrycznie, a wiele z ich zachowań mogło świadczyć o molestowaniu – czteroletnia Lena odgrywała w zabawie w stosunku do siostry zachowania przemocowe i seksualne, a Amelia dotykała lalki w okolicach krocza.

    Śledztwo nadzorowała Prokuratura Rejonowa w Pucku. 30 maja 2011 r. asesor (osoba dopiero uczącą się zawodu prokuratora) Małgorzata Koprowska umorzyła postępowanie, a jej decyzję zaakceptowali zwierzchnicy. W uzasadnieniu stwierdziła, że występują dwie sprzeczne wersje, a do zeznań Leny, ze względu na jej wiek, podchodzi z dużą ostrożnością. Ewa odwołała się od wyroku. Śledztwo kontynuował Bartłomiej Konkel, zastępca prokuratora rejonowego w Pucku, który 30 listopada ponownie umorzył śledztwo. Jego zdaniem słowa Ewy "nie znajdują odzwierciedlenia w zeznaniach teściowej, siostrzeńca męża, najbliższego sąsiada i pracownicy socjalnej”, a "zebrany materiał dowodowy nie potwierdza wersji zdarzeń, nie licząc zeznań matki oraz brata, którzy ich treść oparli na relacji zasłyszanej od pozywającej”.

    W grudniu Ewa napisała drugie zażalenie:

    W tej okropnej, ciemnej piwnicy zamykał mnie na kłódkę. W nocy otwierał, związywał ręce, nogi i wtedy gwałcił. Po wszystkim bił mnie po głowie. Przez ten czas moja mama mogła przyjeżdżać tylko na telefon. Przywoziła ciasta i słodycze, a ja z tego nie mogłam nic jeść, bo mąż mi zabraniał. Nawet spałam w tej piwnicy związana i czekałam, aż mnie rano rozwiąże. Wtedy wychodziłam, robiłam dzieciom śniadanie i obiad, którego nie mogłam zjeść. Z głodu byłam zmuszona jeść z wiaderka naszego psa Pinia. Były dni, że musiałam spać w lesie (...) Zawsze brakowało pieniędzy na jedzenie i środki czystości. Dzięki temu, że przez trzy miesiące zbierałam te borówki amerykańskie, mieliśmy za co kupić żywność. A on nawet nie pilnował dzieci ani nie sprzątał, tylko pił ze swoją matką oraz braćmi wódkę i duże piwa 1,5 l Staropolskie Mocne. Za moje pieniądze kupował te duże piwa i papierosy, a dzieci były brudne, głodne i obsrane. A jak wracałam z tych borówek, to musiałam prać ręcznie ubranie, posprzątać pokoje, odkurzyć i ugotować dzieciom coś do jedzenia. Pozwany chodził nietrzeźwy nawet cały tydzień. Przez ten czas źle się czułam, to znaczy słabo z głodu i upałów. A za to, że pracowałam, codziennie byłam bita po głowie i kopana po nogach.

    Pismo to także zostało odrzucone, a Prokuratura Rejonowa w Pucku 23 marca 2013 r. definitywnie zakończyła śledztwo słowami: Brak jakichkolwiek obiektywnych dowodów wskazujących na uzasadnione podejrzenie popełnienia występku, o którym pokrzywdzona zeznaje. (...) Fakt, że do zdarzenia miało dojść w trakcie kłótni małżeńskiej w prywatnym domu – nie zaś w miejscu publicznym – a także rodzaj i rozmiar ujemnych następstw tego zdarzenia, należy stwierdzić, że brak jest przesłanek, które wskazywałyby na to, że interes społeczny przemawia za kontynuowaniem ścigania z urzędu. Zebrane dowody nie wskazują, żeby Ewa Sz. była osobą nieporadną ze względu na wiek, chorobę czy kalectwo i nie mogła skierować do sądu prywatnego aktu oskarżenia.

    . . .

    DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #puck #parszczyce #gdansk #kaszuby #joseffritzl #gwalt #zgwalcenie
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Polecam grupę na fb Nauka, Morderstwa, medycyna sądowa, Kryminalistyka codziennie jakaś nowa opowieść, ciekawi ludzie, zdjęcia, szczegółowe opisy..
    #kryminalistyka #kryminalne

  •  

    Pewnie już wszyscy wiedzą, że III sezon "True Detective" wychodzi teraz. Co ciekawe sprawa, którą zajmują się nasi detektywi może być znajoma dla czytelników tego tagu. Sprawa zaginięcia dzieci Purcellów w pewnym sensie jest zbitką pewnych spraw jak np: West Memphis Three (nastolatkowie w fioletowym garbusie), zabójstwo Jacoba Wetterlinga i oczywiście małe puszczenie oka podczas drugiego odcinka ("A co z ćpunami? W Arkansas pojawiła się heroina.") do sprawy "Chłopców na torach", o której pisałem kiedyś.. Najprawdopodobniej sprawa Purcellów będzie kombinacją wszystkich powyższych zapewne, ale wiemy też, że skazano kogoś jako kozła ofiarnego, więc pewnie jeszcze będzie jakiś zakręt. Oprócz tego jest wzmianka o satanizmie w D&D, bo była kiedyś panika w amerykańskich mediach o tym, ale to raczej fałszywy ślad rzucony na zmyłkę.

    #kryminalistyka #ciekawostkihistoryczne #seriale #truedetective #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

  •  

    Dziś na #polskiepato prawdziwie patologiczna historia.

    Jeżeli chcesz wesprzeć moje pisanie i pomóc w realizacji dalszych planów związanych z hasztagami polskiepato i rejestrzboczencow, zapraszam na mojego Patronite. Póki co jest tam możliwa tylko jedna (jakaś dziwaczna) forma płatności, w następnym tygodniu będzie już karta i PayPal, tak że jakbyś chciał(a) zrezygnować z jednego piwka podczas zbliżającego się weekendu i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność to będę dozgonnie wdzięczna. ♥

    • • •

    Kamil G. (zdjęcie) został porzucony przez matkę, gdy miał zaledwie kilka lat. Kobieta bez słowa opuściła rodzinę, a jedynymi informacjami o jej aktualnych miejscach pobytu były mandaty przychodzące na adres ich rodzinnego mieszkania w Nakle nad Notecią (woj. kujawsko-pomorskie). Chłopiec wraz z dwójką rodzeństwa pozostał pod nieudolną opieką ojca, a gdy mężczyzna zmarł, dzieciaki trafiły na wychowanie do ciotek. Mimo pomocy asystenta rodziny, nowi opiekunowie nie radzili sobie z Kamilem. Jako nastolatek popadł w szemrane towarzystwo i przysparzał wielu kłopotów, przez co w gimnazjum nie zdał do następnej klasy. Po nieustannych ucieczkach z domu został umieszczony w Ośrodku Wychowawczym w Debrznie, który opuścił w 2013 r. Po powrocie do rodzinnej miejscowości wciąż za nic miał uwagi dorosłych, wagarował i znikał z miejsca zamieszkania na kilka dni. Dlatego też jego kurator we wrześniu wystąpił do sądu z wnioskiem o umieszczenie 16-latka w młodzieżowym ośrodku wychowawczym lub w zawodowej rodzinie zastępczej.

    10 listopada 2013 r. G. znowu uciekł z domu ciotki i zatrzymał się u swojego starszego kolegi Jakuba D., zwanego Dudkiem. Jego matka Wioletta D. właśnie wyjechała do Wielkiej Brytanii, by odwiedzić pracującego tam od pół roku męża. Mająca poważne problemy z alkoholem kobieta zaczęła walczyć z nałogiem, dopiero gdy ten wyjechał za pracą. Wcześniej w domu rodziny D. często dochodziło do głośnych awantur i libacji, a sąsiedzi ich dom nazywali otwarcie "meliną na Jackowskiego" (klik). Pod nieobecność rodziców 19-latek został w mieszkaniu sam, ponieważ jego o rok starszy brat Łukasz wcześniej trafił do więzienia m.in. za kradzieże.

    Znajomi imprezowali przez kilka dni, a gdy skończyły im się pieniądze, sprzedali dekoder telewizyjny. W tym czasie rodzina szukała Kamila, byli nawet w domu przy Jackowskiego 6, gdzie drzwi otworzył im Jakub, który stwierdził, że nastolatka z nim nie ma. We wtorek 12 listopada w mieszkaniu przebywał także 16-letni Jakub R., kolega z klasy Kamila, 23-letni Dawid R. ps. Różko oraz jeszcze dwóch innych młodych mężczyzn, o których niewiele wiadomo.

    Dawid R. był bardzo dobrym kolegą Dudka. Oprócz wspólnych popijaw zajmowali się także drobnymi kradzieżami i włamaniami. Kilka razy brali udział w pobiciach i byli bardzo dobrze znani miejscowej policji. Różko był uzależniony od alkoholu i narkotyków, i chwalił się znajomością z lokalnymi kryminalistami, choć kilka lat wcześniej wydawało się, że wybierze inną życiową drogę, ponieważ przez jakiś czas uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Na imprezie wszyscy pili, palili papierosy, ćpali, a nawet tańczyli. Około godziny 22:00 w mieszkaniu zostali tylko Jakub D., Dawid R., Kamil G. i Jakub R. Różko i Dudek zaczęli słownie dręczyć Kamila. Ubliżali mu, zmuszali do skręcania wszystkim papierosów i przyrządzania jedzenia. Gdy 16-latek odmówił, R. zaczął kopać go po twarzy, a D. rozpędził się i uderzył w niego kolanami. Później przy wielkiej aprobacie i zachętach starszych chłopaków doszło do bójki pomiędzy G. a jego szkolnym kolegą. Po godzinie 23:00 po Jakuba R. przyszła matka i nakazała wracać do domu. Gdy opuścił mieszkanie, Dudek i Różko stali się jeszcze bardziej agresywni w stosunku do Kamila. Zaczęli znęcać się nad nastolatkiem, kopiąc go i bijąc pięściami. W końcu zakrwawionego wrzucili do skrzyni tapczanu i kontynuowali domówkę, co jakiś czas tam zaglądając, by przypalić go papierosem czy wymierzyć następny cios. Po pewnym czasie D. wziął nóż i zaczął ciąć i dźgać Kamila, a gdy ostrze się wykrzywiło, Dawid R. sięgnął po następne, a później po kuchenny tłuczko–tasak (klik). Okładali go nim, aż odpadłdrewniany trzonek. Wtedy Dudek przytrzymał Kamila, po czym drugi z oprawców go zgwałcił. Gdy skończył, zapytał Jakuba, czy też chce, ten jednak odmówił i wepchnął ofierze w odbyt trzonek od tłuczka. Po wszystkim znów zamknęli kanapę, usiedli na niej i pili alkohol.

    Mężczyźni postanowili dobić nastolatka i półprzytomnemu założyli na szyję pętlę z paska od spodni R. Dusili go na zmianę, a później razem, zapierając się o kanapę, bo jak sami przyznali: "ręce od tego duszenia rozbolały". Ściskali tak długo, aż pękła mu kość gnykowa i nastolatek się udusił. Zmasakrowane zwłoki, oprawcy zamknęli w skrzyni tapczanu.

    Po wszystkim, nie próbując nawet zacierać po sobie śladów, Jakub zmienił zakrwawione ubrania i udał się wraz z Dawidem do jego mieszkania. R. przebrał się, spakował dowód osobisty, konsolę x-box, zdjęcie rodzinne i w piątek rano obaj ruszyli w stronę dworca PKP.

    Wychodząc z domu, powiedziałem tacie, że nie wiem, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy. Ale tata o nic nie pytał

    – opowiadał później.

    . . .

    W czwartek 14 listopada 2013 r. matka Jakuba D. wróciła do mieszkania, w którym zastała pobojowisko i brak dekodera telewizyjnego. Zadzwoniła na policję, by zgłosić kradzież, a później do syna, który poinformował ją, że jest w Pile. Zdziwiona tym faktem kobieta zaczęła sprzątać walające się po podłodze butelki, porozbijane naczynia i wietrzyć śmierdzące meliną pomieszczenia. Zauważyła też sporo plam krwi i zabarwione na czerwono ubrania, jednak ten widok specjalnie jej nie zaniepokoił. Pomyślała, że po prostu doszło do bójki.

    No, chłopaki. Wie pan, jak to chłopaki... czasem się pobiją, no nie?

    – opowiadała później, rozkładając ręce.

    Dopiero gdy otworzyła wersalkę, krzyknęła z przerażenia i natychmiast wezwała policję.

    Podczas gdy w domu przy ulicy Jackowskiego trwały oględziny, z krążącą wokół budynku zdenerwowaną Wiolettą D. próbowali porozmawiać dziennikarze, ta jednak na widok reportera zaczęła machać gniewnie rękami i krzyczeć:

    Idź pan, bo ci zaraz wypier***ę! I po co ci to?! Wypier****j stąd!

    . . .

    Pierwszym przystankiem Jakuba i Dawida była faktycznie Piła. Potem pojechali do Szczecina, Świnoujścia i Poznania. Gdzieś w trasie Dawid wyrzucił przez okno wagonu swój pasek od spodni, którym udusili Kamila.

    16 listopada policja w Krzyżu Wielkopolskim zatrzymała dwóch mężczyzn, którzy około północy zaczęli walić w dzwon kościoła znajdującego się naprzeciwko komisariatu*. W chwili zatrzymania obaj mieli ponad promil alkoholu w wydychanym powietrzu, jednak nie stawiali oporu. Wkrótce okazało się, że zatrzymani to podejrzani o morderstwo w Nakle D. (zdjęcie) oraz R. (zdjęcie).

    Druga wersja mówi, że mężczyźni sami zgłosili się na komisariat po rozmowach ze swoimi matkami. Wcześniej ustalili między sobą wersję wydarzeń i kto jakie bierze na siebie winy.

    Podczas pierwszego przesłuchania mężczyźni przyznali się do zarzucanych im czynów i ze szczegółami, choć bez emocji, zdali relację ze zbrodni. Postanowili zabić Kamila, ponieważ po tak ciężkim pobiciu i tak nie byłby w stanie samodzielnie funkcjonować i zostałby "roślinką".

    Jakub D. tłumaczył motyw pobicia tym, że "wkręcili sobie", że jest im winny pieniądze.

    . . .

    Rodzinna miejscowość podejrzanych huczała od plotek. Jedni mówili, że Kamil G. zginął z powodu 30 zł, które był winien oprawcom, inni twierdzą, że tamci wściekli się, bo nastolatek nie chciał wykonywać ich poleceń, a jeszcze inni, że poszło o to, że któregoś dnia na policji powiedział za dużo na temat Jakuba R.

    Koledzy G. twierdzili, że to właśnie jego klasowy kolega Jakub zapoznał go ze starszymi kolegami. Nastolatek zaczął często znikać w melinie przy Jackowskiego, mimo ostrzeżeń znajomych.

    Chyba w poniedziałek widzieliśmy Kamila w oknie. Wyglądał na wystraszonego. Dudek nas okłamał, że go tam nie ma, a był. Potem jeszcze raz, może to była środa, wołałem Kamila. Dudek powiedział, że Kamil gdzieś poszedł

    – relacjonował jeden ze znajomych zamordowanego.

    . . .

    Kilka dni po zatrzymaniu podejrzanych odbyła się wizja lokalna z ich udziałem. Mężczyźni ze szczegółami opowiadali o tym, jak katowali nastolatka.

    To się zaczęło w kuchni

    – wyjaśniał Jakub D.

    Kamil patrzył na mnie, bo oczekiwał, że mu pomogę. Ale ja tego nie zrobiłem

    – dodał.

    Ustalono, że katowanie nastolatka trwało od czterech do sześciu godzin.

    Szliśmy pić i znowu wracaliśmy do kanapy

    – relacjonowali, dziwiąc się, że nastolatek po prostu nie uciekł z mieszkania.

    . . .

    Biegli medycyny sądowej znaleźli na ciele Kamila G.wielomiejscowe zasinienia naskórka, rany tłuczone głowy, rany błony śluzowej jamy ustnej, ranę kłutą w okolicy biodrowej, rany cięte na kończynach górnych, szyi, tułowiu i kończynach dolnych, rany błony śluzowej, wylewy krwawe oraz wielomiejscowe podpłynięcia krwawe w tkankach miękkich odbytu i błony śluzowej odbytu. Przyczyną zgonu nastolatka było dwumiejscowe złamanie kości gnykowej, w wyniku czego G. się udusił.

    Zgromadzony materiał dowodowy dał Prokuraturze Rejonowej w Nakle podstawy do postawienia Dawidowi R. oraz Jakubowi D. zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz zgwałceniem (art. 148, par. 2, pkt. 1,2 kk.). Z kolei Jakub R. usłyszał zarzut pobicia.

    Biegli psychiatrzy stwierdzili, że D. i R. byli świadomi swoich poczynań. U obu stwierdzono jednak typ osobowości nieprawidłowej.

    Biegły z dziedziny seksuologii uznał:

    U oskarżonych nie stwierdziłem objawów dewiacji seksualnych w rozumieniu choroby. Czyny, których się dopuścili, nie miały motywacji seksualnej, ale miały na celu upokorzenie ofiary. Tu istotnym czynnikiem był spożywany alkohol, który ma działanie odhamowujące, obniża krytycyzm.

    . . .

    Akt oskarżenia przeciwko Dawidowi R. oraz Jakubowi D. trafił do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy 27 czerwca 2014 r., a 30 września ruszył proces (klik) (klik).

    Jakub D. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) wszedł na salę potrząsając demonstracyjnie łańcuchami i już na początku rozprawy kazał sobie zdjąć kajdanki, na co przewodniczący składu sędziowskiego nie zezwolił.

    Proszę z łaski swojej, oskarżony się nie rusza, bo to przeszkadza. Zrozumiał oskarżony?

    – mówił Marek Kryś, sędzia Sądu Okręgowego w Bydgoszczy.

    Może nie będę oddychał?

    – odparł Jakub D.

    Słucham?

    – dociekał sędzia.

    Może nie będę oddychał?

    – powtórzył D.

    Oskarżony jest bezczelny

    – powiedział sędzia.

    Co jestem?

    – pytał oskarżony.

    Bezczelny

    – powtórzył sędzia.

    Później już do końca rozprawy Jakub D. uśmiechał się ironicznie, śmiał, poprawiał sędziów, przerywał i dyskutował.

    Dawid R. (zdjęcie) (zdjęcie) robił wrażenie dużo mniej pewnego siebie. Stał z potulnie spuszczoną głową, a na jego twarzy trudno było dostrzec jakąkolwiek emocję nawet wtedy, gdy przeprasza ciotkę zamordowanego:

    Przepraszam panią bardzo. Wiem, że to niewiele zmieni, ale żałuję tego bardzo.

    Życia mu nie oddasz

    – odpowiedziała kobieta.

    Tym razem mężczyźni wyparli się jakoby mieli zgwałcić Kamila i przyznali się jedynie do zabójstwa, mimo tego, że wcześniej kilkukrotnie przyznawali się do obu z zarzutów.

    Brat mi pisał z więzienia, że mam nie brać gwałtu na siebie. Przyznałem się wtedy, bo mieliśmy uzgodnione z Różko, że bierzemy winę po połowie, ale o gwałcie mieliśmy nie mówić. Jak zobaczyłem, że on mówi, no to też powiedziałem, a teraz się wycofuję. Zmyśliłem to

    – tłumaczył Jakub D.

    Ja bym do chłopaka nie stanął, gejem nie jestem. Zabić tak, ale nie zgwałcić. To tak trudno zrozumieć?

    – dodał jeszcze.

    Nic nie uzgadnialiśmy

    – stwierdził R.

    Jak, nie?

    – odparł Jakub D.

    My piliśmy w czasie ucieczki, a jak się pije, to nie można ustalać

    – stwierdził.

    (klik)

    Następnego dnia przed sądem zeznawał Jakub R., który opowiadał co pamięta z nocy z 12 na 13 listopada 2014. Jakub D. ponownie zakłócał przebieg rozprawy, a na zeznania świadka reagował śmiechem. Gdy sędzia spytał co go tak bawi, stwierdził:

    Zeznania. Bo nie są prawdą.

    Na następną rozprawę, która odbyła się także w listopadzie, został doprowadzony z zakładu karnego Łukasz D., brat Jakuba. Mimo wielu upomnień mężczyźni usiłowali uciąć sobie pogawędkę. Starszy z braci nie chciał nic mówić przed sądem i skorzystał z prawa do odmowy składania zeznań. Chwilę później, gdy policjanci wyprowadzili go z sali rozpraw, krzyknął do Jakuba siedzącego na ławie oskarżonych:

    Tylko cicho, nie?!

    . . .

    Na grudniowej rozprawie biegły psychiatra podkreślał, że u Jakuba D. nie stwierdzono choroby psychicznej. Posiada on osobowość nieprawidłową, która jednak nie ma wpływu na poczytalność, a jego cechy osobowości znajdują się pod pełną kontrolą badanego. U Dawida R. także stwierdzono nieprawidłową osobowość, dodatkowo od 14 roku życia był uzależniony od alkoholu i środków odurzających. Występowały u niego cechy zespołu zależności alkoholowej. Psycholog Ewa Napierała stwierdziła jednoznacznie, że u D. sprawność intelektualną ma na poziomie przeciętnym. Natomiast u R. znajduje się ona w dolnych granicach normy.

    Tego dnia na świadków powołane zostały biegłe z Zakładu Medycyny Sądowej w Bydgoszczy, które zgodnie stwierdziły, że Kamila można było jeszcze uratować.

    Nawet, jeśli dojdzie do złamania kości gnykowej, a ucisk na szyję zostałby zwolniony i wdrożone odpowiednie leczenie, istniałaby możliwość odratowania ofiary, jednak ta pomoc musiałaby być natychmiastowa.

    W styczniu 2015 r. na rozprawie puszczono nagranie z wizji lokalnej. Podczas fragmentu, w którym jeden z oskarżonych opowiadał o zgwałceniu Kamila, oskarżony Jakub D. śmiał się szyderczo (zdjęcie).

    . . .

    10 marca 2015 r. w swojej mowie końcowej ciotka Kamila pytała oskarżonych, jakie mieli prawo, by go zamordować.

    Czy pamiętacie jak on wyglądał? Pamiętasz? A jak go pobiłeś też pamiętasz? Bo ja do końca życia nie zapomnę tego widoku

    – mówiła.

    Jemu bólu żeście narobili i mnie też

    – dodała po chwili.

    Adwokat wspierający kobietę, mec. Jerzy Matysiak, nie wierzył w resocjalizację oskarżonych i żądał dla obu dożywotniego pozbawienia wolności. Takiego samego wymiaru kary chciał prokurator, który proponował jeszcze, by zapłacili rodzinie pokrzywdzonego zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł.

    Obrońcy oskarżonych chcieli niższej kary. Adwokat Jakuba D. mec. Ireneusz Olszewski mówił, że do tej tragedii mogłoby nie dojść, gdyby nie zaniedbania ze strony policji. To, że w mieszkaniu D. trwała impreza zgłosiła na komisariacie matka Jakuba R., jednak mundurowi zlekceważyli jej zgłoszenie. Podkreślił także, że to nie Jakub D. rozpoczął katowanie Kamila:

    Po prostu się przyłączył, nie chcąc pozostać w tyle. Jest to swoisty element młodzieńczej subkultury.

    Inną linię obrony przyjął obrońca Dawida R. mec Bartłomiej Krakowski:

    Oskarżony nie jest zbytnio inteligentny. Jak na tę jego inteligencję niezbyt wysoką wpłynęło to, że był od tygodnia w momencie zdarzenia pijany i naćpany, bez momentów dłuższego trzeźwienia?

    Dawid R. ponownie wyraził skruchę, a Jakub D. prosił o łagodny wymiar kary.

    (klik)

    . . .

    17 marca 2015 r. w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy zapadł wyrok. Jakub D. i Dawid R. zostali skazani na karę po 25 lat pozbawienia wolności. Ich warunkowe zwolnienie nie może nastąpić wcześniej niż po odbyciu co najmniej 20 lat orzeczonej kary.

    Według sądu motyw działania sprawców był banalny:

    Uznali, że po bójce z Jakubem R., który wcześniej był w mieszkaniu, Kamil był jeszcze za mało pobity. Poza tym – nie zrobił oskarżonym kotletów.

    Ich działanie było bezduszne, bestialskie, świadczące wręcz o odczłowieczeniu. Oskarżeni mieli możliwość przerwania ciągu zdarzeń, jednak napawali się agresją wobec bezbronnego człowieka, który nic im nie zrobił. Potraktowali pokrzywdzonego jak worek treningowy, jak śmiecia, który można wrzucić do skrzyni tapczanu, a po wyjęciu dalej gnębić i tłamsić

    – mówiła sędzia sprawozdawca Anna Warakomska w uzasadnieniu wyroku.

    Prokurator żądał dla oskarżonych dożywocia, jednak sędzia Anna Warakomska uzasadniła:

    Kara dożywotniego pozbawienia wolności swą rangą jest zrównana z kiedyś obowiązującą karą śmierci. Można ją wymierzyć wtedy, kiedy w sprawie brak jest jakichkolwiek okoliczności łagodzących.

    Zdaniem sądu okoliczności łagodzących było kilka, z czym nie zgodził się adwokat ciotki zamordowanego Kamila i złożył apelację.

    W październiku 2015 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał stanowisko sądu w Bydgoszczy, jednak dodatkowo zaostrzył wyrok.

    Sąd podtrzymał orzeczenie z marca, uznając, że kara 25 lat pozbawienia wolności za to zabójstwo jest kara adekwatną. Dodatkowo włączył w treść orzeczenia winę za czyn z artykułu 197 kodeksu, czyli dokonanie zgwałcenia

    – mówił mec. Jerzy Matysiak.

    Dlatego Jakub D. i Dawid R. nie będą mogli ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z odbywania kary.

    . . .

    W październiku 2014 r. matka Jakuba D., Wioletta udzieliła krótkiego wywiadu "Gazecie Pomorskiej".

    Ja nie wiem, czemu oni wszyscy, te pismaki wypisują takie bzdury o moim Kubie

    – denerwowała się.

    Nigdy nie miałam z nim problemów. Nie pozwalałam kupować alkoholu. To, jak już przestałam pić. Bo ja już nie piję

    – zaznaczała. Wspominała też, że mówiła synowi by się "z tymi gówniarzami" nie zadawał i że najgorszym z nich wszystkich to "był ten Różko".

    Nie wiem, co teraz zrobię. Chyba napiszę do niego list. Do Kuby. Nie widziałam go od zeszłego roku. Robią z niego w sądzie takiego, co to tylko w kącie stał. A on taki nie jest. Oj nie. Nie pozwoliłby, żeby ktoś go przestawiał z kąta w kąt...

    . . .

    Jakub D. ma obecnie około 25 lat, a Dawid R. 29. Do końca kary zostało im jeszcze do odsiedzenia około 20 lat.

    . . .

    *jakby ktoś chciał zobaczyć sobie to miejsce i przekonać się jak bardzo blisko znajduje się od komisariatu policji to proszę —> klik ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Zapraszam także na mój drugi hasztag rejestrzboczencow.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd oraz z artykułu Agnieszka Kozak "Cztery godziny piekła", który ukazał się w magazynie "Detektyw" nr. 10/2018 (jeżeli ktoś będzie zainteresowany mogę wysłać na priv zdjęcia, chociaż średnio widzę w tym sens, ponieważ pani Kozak skopiowała fragmenty z "Ekspressu Bydgoskiego" i innych gazet, więc tam macie to samo, istne kopiuj–wklej, tylko w innej kolejności + dodała do tego zmyślone informacje i przeinaczyła kilka faktów).

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #naklo #naklonadnotecia #bydgoszcz
    pokaż całość

    źródło: hfhfhf.jpg

  •  

    Jeśli ktoś się interesował sprawą Jayme Closs, zaginionej trzynastolatki z miasteczka Barron w stanie Wisconsin, mam bardzo dobre wieści ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Została odnaleziona żywa, nieopodal miejscowości Gordon (WI). Zdołała uciec, porywaczowi i mordercy swoich rodziców, i poinformować o swojej sytuacji, kobietę przechadzającą się w pobliżu ze swoim psem. Ta następnie poinformowała policję. Porywacz został zatrzymany, wiadomo o nim na razie tylko tyle, że jest to około dwudziestoletni mężczyzna. Jayme została przewieziona do szpitala w Duluth (WI). Około północy czasu CST (08:20 naszego czasu) zostanie przekazana swoim krewnym.

    Nastolatka, zaginęła 15 paździdrnika 2018 i jej odnalezienie żywej po prawie trzech miesiącach od zaginięcia, jest czymś dość niezwykłm jak na tego typu sprawę.

    #usa #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    KRZYSZTOF ROGUS, rocznik '89
    DAWID PĘDZIK, rocznik '84

    Krzysztof Rogus już jako nastolatek trafił do schroniska dla nieletnich za usiłowanie zabójstwa i dotkliwe pobicie starszej kobiety. Lekko upośledzony i zdemoralizowany chłopak pracował jako stolarz, chociaż ukończył tylko szkołę podstawową, w przeciwieństwie do swojego o pięć lat starszego kolegi Dawida. Pędzik z zawodu był kucharzem, a w swoim 24-letnim życiu był już dwunastokrotnie sądownie karany — za popełnienie przestępstw przeciwko mieniu, bezpieczeństwu w komunikacji i ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii.

    Mężczyźni (zdjęcie) mieszkali w małej podkarpackiej wsi Siedliska-Bogusz. 13 lutego 2009 r. 19-letni Rogus w towarzystwie Pędzika odwiedził męża swojej starszej siostry. 33-letniemu Krzysztofowi Kurczowi w małżeństwie nie układało się najlepiej, dlatego też zażądał rozwodu, a żona wraz z dziećmi wyprowadziła się z ich wspólnego domu na obrzeżach wsi. Tam też tego zimowego dnia pili wódkę. Młodsi mężczyźni już wcześniej uzgodnili między sobą, że zabiją i okradną Kurcza dlatego, gdy już pijany przysypiał na krześle, przystąpili do ataku. Pędzik uderzył go dwukrotnie trzykilogramowym metalowym młotkiem w część ciemieniową głowy, po czym Rogus włączył piłę motorową i przeciął mu kark, prawie ucinając głowę.

    Popatrz, jaką mu zrobiłem ranę!

    — krzyknął do kolegi, po czym wyciągnął martwemu szwagrowi 100 zł z kieszeni.

    Mieszkanie spłynęło krwią. Pędzik spalił swoje zakrwawione buty w piecu, po czym obaj udali się nad rzekę. Gdy narzędzia zbrodni zniknęły pod wodą, poszli do sklepu, a z zakupionym za skradzione pieniądze alkoholem wrócili do domu Krzysztofa Kurcza. Martwego gospodarza przykryli kołdrą, by podczas picia wódki nie musieć patrzeć na jego zmasakrowane zwłoki. Mężczyźni imprezowali tam jeszcze przez kilka dni, a telefony od zmartwionej matki Kurcza odbierał Rogus i zapewniał kobietę, że u jej syna wszystko w porządku.

    Gdy po trzech dniach skończyły im się pieniądze oraz wódka, udali się do sąsiedniego domu, gdzie mieszkała 75-letnia Aniela Kurcz — ciotka zamordowanego Krzysztofa.

    Gdy weszliśmy do domu, zasłoniłem okna, żeby nikt nic nie widział

    — opowiadał później przed sądem Pędzik.

    Mężczyźni grozili staruszce siekierą i nożem oraz dotkliwie ją pobili. Kobieta miała złamany nos z przemieszczeniem, złamane żebro oraz pękniętą ścianę żołądka. Obolałą kobietę Rogus uderzył otwartą dłonią w twarz, zdjął majtki, pociągnął za nogi, a gdy z krzesła upadła plecami na podłogę, Pędzik przytrzymał jej nogi, a Rogus zgwałcił. Po tym jeden z oprawców zaczął okładać ją obuchem siekiery po głowie, powodując jej zgon. Z mieszkania zabrali 2,5 tys. zł i udali się do sklepu po alkohol.

    Już następnego dnia, 17 lutego zapukali do drzwi 79-letniej Zofii N. Poprosili kobietę o wodę, twierdząc, że wyczerpała się w chłodnicy ich auta. Gdy zorientowali się, że jest sama, wtargnęli do domu i grożąc nożem, zażądali wydania pieniędzy. Staruszka oddała im tysiąc złotych, jednak sprawcy nie chcieli uwierzyć, że to wszystkie oszczędności, które posiadała, dlatego związali ją sznurem oraz kablem elektrycznym. N. nie miała więcej gotówki, a nieusatysfakcjonowani mężczyźni, ze strachu przed wydaniem ich policji, postanowili zabić staruszkę. Rogus nakrył jej głowę swetrem, a Pędzik dwukrotnie uderzył obuchem siekiery w głowę. Po wszystkim udali się do sklepu po alkohol.

    . . .

    18 lutego sąsiadka jednej z zamordowanych kobiet razem z pracownicą pomocy społecznej odkryły zwłoki. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Policjanci interweniujący w związku z tym zgłoszeniem dowiedzieli się od pobliskich mieszkańców, że od kilku dni nie widzieli także mieszkającego obok Krzysztofa Kurcza. Mundurowi zapukali do domu mężczyzny, a gdy nie było odpowiedzi nawet na uderzenia w okna, postanowili wyważyć drzwi i wejść do środka.

    Rogus i Pędzik zostali zatrzymani już pięć godzin później. Przyznali się do morderstw i kradzieży.

    (krótki reportaż)

    Podejrzanych aresztowano na trzy miesiące, a od 19 lutego zaczęły się wizje lokalne z ich udziałem. Podczas jednej z nich mężczyźni przyznali, że gdyby zabrakło im pieniędzy, byłyby kolejne ofiary.

    Zarówno Krzysztof Rogus, jak i Dawid Pędzik zostali uznani za poczytalnych i świadomych swoich czynów w trakcie popełniania zbrodni. Stwierdzono u nich obniżony intelekt oraz nieprawidłowo ukształtowane osobowości, ale nie choroby psychiczne.

    Proces rozpoczął się w marcu 2010 r. (zdjęcie) (zdjęcie) i trwał zaledwie tydzień. Przed pierwszą rozprawą poirytowany Rogus pokazywał wulgarne gesty w kierunku mediów.

    Mężczyźni przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, ale odmówili składania wyjaśnień. Podtrzymali jednak swoje wcześniejsze wyjaśnienia, złożone w czasie śledztwa, które na pierwszej rozprawie odczytał sąd. Wtedy też Pędzik powiedział, że zabili Kurcza, bo jego żona "miałaby wtedy spokój". Twierdził także, że miał z nią romans, a kobieta chciała i tak się rozwieść.

    Podczas ostatniej z trzech rozpraw prokurator domagał się dla oskarżonych wyroku dożywocia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dla Rogusa po odbyciu 60 lat kary, a dla Pędzika — po 55.

    Według prokuratury, działania sprawców były planowane i ukierunkowane na zysk, a następnie na zatarcie śladów zbrodni. Oskarżeni działali pod wpływem alkoholu, wybierali na ofiary osoby samotne, o których wiedzieli, że otrzymują regularne świadczenia, oraz mieszkające w domach oddalonych od innych zabudowań. Z zebranego materiału dowodowego wynikało, że motywem działania oskarżonych była chęć uzyskania pieniędzy na alkohol, a następnie pozbawienie życia pokrzywdzonych, którzy mogli ich zidentyfikować.

    Obrońcy oskarżonych wnosili o łagodniejsze wyroki, natomiast sami oskarżeni w mowie końcowej przeprosili za swoje czyny.

    Wyrok zapadł 1 kwietnia 2010 r. Sąd Okręgowy w Rzeszowie uznał obu mężczyzn (zdjęcie) (zdjęcie) za winnych zarzucanych im czynów oraz skazał:

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) oraz rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Krzysztofa Kurcza (art. 280 § 2 kk), na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

    • za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Anieli Kurcz (art. 280 § 2 kk), na kary po 8 lat pozbawienia wolności;

    • za zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem Anieli Kurcz (art. 197 § 4 kk oraz art. 197 § 3 kk) Krzysztofa Rogusa na 8 lat pozbawienia wolności, z kolei Dawida Pędzika na 6 lat;

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Anieli Kurcz na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

    • za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Zofii N. (art. 280 § 2 kk), na kary po 10 lat pozbawienia wolności;

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Zofii N. na kary po 25 lat pozbawienia wolności.

    Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa dla obu sprawców to dożywotnie pozbawienie wolności. Dla Krzysztofa Rogusa z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po upływie 45 lat, a dla Dawida Pędzika po 40. Obaj mężczyźni mają też zapłacić matce zamordowanego, Danucie Kurcz, po 10 tys. zł.

    Sąd zezwolił także na publikację pełnych danych oraz wizerunków oskarżonych.

    W uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Popek powiedział, że nie ma wątpliwości, iż doszło do zbrodni o dużym stopniu szkodliwości społecznej, dlatego też obaj oskarżeni zasłużyli na kary o charakterze eliminacyjnym, a społeczeństwo należy przed nimi chronić.

    Każda zbrodnia jest tragedią. Jednakże oskarżeni działali z rozmysłem, wyrachowaniem, na zimno, nie okazywali żadnych oznak wyrzutów sumienia. Potrafili wrócić na miejsce przestępstwa, spożywać alkohol obok zwłok. To wszystko świadczy o wysokim zdemoralizowaniu oskarżonych

    — podkreślał.

    Po wyjściu z sali sądowej wujek zamordowanego Krzysztofa Kurcza ze łzami w oczach powiedział:

    Teraz czujemy się bezpieczni. Sędzia wymierzył słuszną karę, ale za takie czyny powinna być śmierć.

    . . .

    Obrońcy oskarżonego złożyli apelację po ogłoszeniu wyroku, domagając się po 25 lat dla każdego ze sprawców.

    Zaniedbania wychowawcze i rodzinne spowodowały, że ma taki charakter. To rzutowało na czyny, które popełnił. Trzeba dać mu szansę, jest młody

    — przekonywał adwokat Pędzika. Z kolei obrońca Rogusa uznał, że okolicznością łagodzącą powinno być to, że przyznał się do winy. Matka zamordowanego oraz prokuratura chcieli utrzymania wyroku w mocy. Prokurator Stanisław Rokita z Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie uznał:

    To są seryjni mordercy. Drapieżnik zabija, by zdobyć pożywienie. Oni zrobili to dla dzikiej przyjemności. Czy można każdego z nich nazwać człowiekiem? Jedyna słuszna kara to całkowita eliminacje ze społeczeństwa.

    Krzysztof Rogus poprosił o ponowne badania psychiatryczne, kwestionując opinie biegłych. Próbował przekonać, że popełniając zbrodnie, nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Sąd także miał wątpliwości, czy normalni ludzie są w stanie dopuścić się takich czynów, dlatego przystał na wniosek i wysłał obu mężczyzn na dalsze obserwacje.

    . . .

    8 marca 2011 r. odbyła się ostatnia rozprawa (zdjęcie) (zdjęcie), na której sędzia Zbigniew Śnigórski z Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie przytoczył opinię biegłych, którzy ponownie nie stwierdzili u oskarżonych żadnych chorób psychicznych.

    Psychiatrzy uznali, że byli poczytalni, gdy zabijali. Dlatego sąd nie znalazł żadnych podstaw do obniżenia im kary. Jedyną jest całkowita eliminacja

    — wyjaśniał sędzia.

    Mowę prokuratora skazani zakłócali wulgarnymi odezwaniami. Uciszyli się dopiero po kolejnym upomnieniu przez sędziego i groźbie wyrzucenia z sali.

    Wyrok Sądu Okręgowego w Rzeszowie został utrzymany w mocy, a w uzasadnieniu tej decyzji przez Sąd Apelacyjny w Rzeszowie czytamy:

    Wysoki stopień demoralizacji oskarżonych, niekorzystne prognozy resocjalizacyjne wręcz przemawiają za tym, aby takiego sprawcę eliminować z życia społecznego na maksymalnie długi okres czasu, a nawet jak w tym przypadku dożywotnio.

    Tylko przypomnieć należy, że stosowany w przeszłości wobec Krzysztofa Rogusa środek poprawczy za czyn związany z usiłowaniem popełnienia zbrodni zabójstwa, jak też środki karne orzekane w 12 wyrokach wobec oskarżonego Dawida Pędzika okazały się całkowicie bezskuteczne. (...)

    Podobnie, nie mogła mieć istotnego znaczenia na wymiar kary okoliczność wynikająca z faktu przyznania się oskarżonych do popełnienia zarzucanych im czynów i nie tylko dlatego, że ich wyjaśnienia co do przebiegu samych zdarzeń nie zawsze były zgodne. (...)

    Nie można również podzielić twierdzeń apelacji, że oskarżeni wyrazili żal i skruchę za swoje czyny.

    Ich zachowania, a zwłaszcza oskarżonego (nazwisko ocenzurowane) na rozprawie apelacyjnej, w sposób jednoznaczny przeczą temu, co jest podnoszone w apelacjach.

    Na rozprawie apelacyjnej sędzia przewodniczący stwierdził:

    To były trzy egzekucje. Szwagier był tak pijany, że nawet dźwięk piły motorowej go nie obudził. Nie trzeba było go zabijać. Wystarczyło sięgnąć do jego kieszeni. Staruszki można było tylko przytrzymać i też zdobyliby pieniądze. Trudno o tym mówić bez załamania głosu, ciarki przechodzą.

    Na koniec dodał jeszcze:

    Wiedzieli, co robili. Zacierali ślady. Obaj nie dają gwarancji, że po opuszczeniu więzienia po 25 latach nie popełnią kolejnej zbrodni.

    Danuta Kurcz po wyjściu z sali z sądowej odetchnęła z ulgą. Nie mogła liczyć na karę śmierci dla morderców jej syna, jednak zarówno ona, jak i mieszkańcy miejscowości Siedliska-Bogusz oraz okolicznych wsi bali się, że skazani mogą wyjść po 15 latach i wrócić w rodzinne strony.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Rzeszowie oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Zapraszam też na mój drugi tag polskiepato.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #siedliskabogusz #podkarpacie #seryjnimordercy #seryjnemorderstwo #krzysztofrogus #dawidpedzik #dozywocie #polskiesprawykryminalne
    pokaż całość

    •  

      @Bezimienny_BeZi: w komentarzach pod artykułami na ich temat, ludzie pisali, że cała rodzina Rogusów to straszna patologia. Podobno to rodzina wielodzietna, kradną i piją do tego. Mieszkali w jakiejś wsi obok i dostali od państwa dom. A ta żona zamordowanego sprowadziła mu do domu kilkoro patologicznych członków swojej familii i "jakiegoś bezdomnego" i urządził na chacie meline. Dlatego ją w końcu pogonił. Nie wiem czy to prawda. pokaż całość

    •  

      Serio, dla pieniędzy stawać w obronie takiego odpadu, które stwarza zagrożenie dla mieszkańców całego miasteczka. Z powodu tych pierdolonych banknotów

      @JEST-SUPER:
      A słyszałeś o czymś takim jak obrona z urzędu?
      Fakt, że każdy oskarżony musi mieć obrońcę, sprawia, że wyrok - w założeniu - jest jeszcze bardziej sprawiedliwy i odpowiedni, bo wynika z okoliczności sprawy, a nie z tego, że oskarżony nie umiał się bronić. Obrońca nie usprawiedliwia czynu, ani sprawcy, tylko gwarantuje klientowi równe szanse wobec aparatu państwowego (prokuratury).
      Kto miałby decydować czy należy Ci się obrońca czy nie? Zbigniew Ziobro? Czy ekspert z portalu wykop.pl? Dlatego należy się każdemu.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (67)

  •  

    #szkolastandard

    Zapraszam na zapoznanie się z historią napadu, który po latach nadal porusza całą Japonię. 118 tys. przesłuchanych, setki detektywów (dwóch z nich zmarło z wycieńczenia podczas śledztwa) - wszystko na nic. Zuchwałej kradzieży dokonał facet podający się za policjanta.

    Link do artykułu.
    Link do znaleziska (zachęcam do wykopywania).

    Standardowo zapraszam na fanpage na Facebooku - dzięki za wszelkie polubienia!

    #angielski #angielskizwykopem #jezykangielski #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #japonia #kryminalne #zbrodnia #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: jpnheist.jpg

  •  

    Zabójstwo w sklepie monopolowym, USA 1958 rok.

    "Murder at liquor store 2200 South Central Ave. Vicitim lies on floor behind counter where he was shot, as detectives examine counters for fingerprints of killer. Detective L.L. Hightower examines body of shooting victim

    USCdigital archive/Los Angeles Examiner Negatives Collection, 1950-1961"

    Galeria

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #kryminalistyka #myrmekochoria
    pokaż całość

  •  

    Sprawa zaginięcia Mariah Kay Woods

    ZAGINIĘCIE
    26 listopada 2017 roku, w niedzielę, między godziną 20:00- 20:30 Kristy Woods położyła swoją 3 -letnią córkę spać. Ostatnią osobą, która widziała dziecko był partner jej matki Earl Kimrey, który mieszkał razem z nimi. Około północy miała ona wyjść ze swojego pokoju. Mężczyzna polecił jej wówczas, aby wróciła do łóżka i poszła spać.
    Gdy rankiem Kristy Wood weszła do jej pokoju, zobaczyła puste łóżko. Kobieta była przekonana, że córkę porwano. Sprawę zaginięcia zgłosił na policję z samego rana partner kobiet, informując dyspozytora 911, że dziecko zniknęło, a piżama, którą matka ubrała dziewczynce do snu, znajduje się na podłodze w jej pokoju.

    PRZESŁUCHANIA
    Policja przesłuchała matkę i jej partnera , a także rozmawiała z biologicznym ojcem dziewczynki Alexem Woodsem. Powiedział on funkcjonariuszom, że to z radia dowiedział się, że policja poszukuje jego dziecka i nikt nie poinformował go o tym, że 3-latka zaginęła. Zeznał, że ostatni raz widział swoją córkę i jej dwóch braci około rok wcześniej, kiedy dostał ją na miesiąc pod opiekę.
    W jednym z wywiadów ojciec Mariah wyraził swoje powątpiewanie w wersję wydarzeń zakładającą porwanie. Uważał za niemożliwe, że w domu były 4 osoby: dwoje dorosłych i dwoje dzieci i nikt z nich nic nie widział i nie słyszał.

    BŁAGALNY APEL MATKI
    Dzień po zaginięciu, matka dziewczyny wygłosiła telewizyjne przemówienie, w którym zwracała się ona do potencjalnego porywacza i błagała go o zwrócenie jej córki. Niestety, bezskutecznie. Kristy Woods poinformowała ponadto, że dziewczynka nosi obuwie ortopedyczne na obu nogach i ma problemy z chodzeniem bez nich.

    POSZUKIWANIA
    W poszukiwania włączyli się wszyscy okoliczni mieszkańcy. Funkcjonariusze policji zaczęli od przeszukania domu i jego okolic. Znaleźli wówczas ślady, mogące mieć związek ze zniknięciem dziewczynki, jednak wówczas jeszcze nie mieli pojęcia, jaki. Wśród przedmiotów znalezionych w domu przy Dawson Cabin Road była piżama dziewczynki, fragment ściany z jej sypialni, taśma klejąca, część maty podłogowej z furgonetki, cztery butelki wybielacza, strzykawka, łopata i czarna torba z taśmą izolacyjną.

    Sprawdzono również zbiornik wodny i opuszczony dom, niedaleko miejsca, w którym zaginęła dziewczynka.
    Policja podała, że nie ma śladów żadnego samochodu dookoła domu (poza samochodem Kristy Woods), jednak tylne drzwi domu były otwarte w nocy, której zaginęła dziewczynka. Już na początku jednym z podejrzanych stał się partner matki dziewczynki. To on widział jako ostatni dziecko żywe.

    Początkowo kluczem do rozwiązania sprawy wydawały się opublikowane przez FBI zdjęcia z monitoringu pewnej kobiety w towarzystwie małej dziewczynki, która pasowała do opisu Mariah. FBI stwierdziło jednak później, że kobieta na zdjęciu nie miała żadnego związku z toczącym się śledztwem w sprawie odnalezienia dziewczynki.

    ODNALEZIENIE CIAŁA
    Niespełna tydzień po zaginięciu (2.12.2017 r.), na jaw wyszła okrutna i brutalna prawda.
    Kiedy setki wolontariuszy szukało dziewczynki przez wiele dni, zespół nurkowy z Fayetteville znalazł jej ciało na dnie Holly Shelter Creek w odległym rejonie powiatu Pender - około 40 km od jej domu.

    Według policji, ślady na ciele ofiary wskazywały jednoznacznie na zabójstwo. Nie było to jednak miejsce śmierci dziewczynki. Ktoś próbował po prostu ukryć ciało.
    Earl Kimrey został aresztowany (około godzinę przed odnalezieniem ciała ofiary) i oskarżony o zatuszowanie śmierci 3-latki oraz zacieranie śladów. Nakaz aresztowania mówi, że Kimrey przeniósł ciało Mariah z miejsca, w którym zmarła, wiedząc, że jej śmierć nie była naturalna. Kimrey ma za sobą długą historię kryminalną, obejmującą oskarżenia o kradzież, napaść, groźby oraz rozboje pod wpływem alkoholu.

    DODATKOWE FAKTY
    Biologiczny ojciec dziewczynki w chwili zaginięcia córki, był w sporze z jej matką o opiekę nad nią oraz jej braćmi. Udostępnił on dokumenty z Child Protection Services, w którym udowodnione jest, że dziewczynka była molestowana przez partnera matki. O wszystkim opowiedział 10-letni brat Mariah, który był regularnie bity przez podejrzanego Earla Kimreya. Mówił też, że jego mama była w pełni świadoma wszystkiego, co działo się z dziewczynką i tego, co robił jej partner.

    ROZWIĄZANIE SPRAWY
    Według raportu autopsyjnego, opublikowanego 18 lipca 2018 roku, trzyletnia dziewczynka została zapakowana w worki na śmieci, zanim jej ciało zostało podrzucone do potoku.
    Ciało znajdowało się w trzech plastikowych workach na śmieci, które były związane i zapakowane w zapięty na zamek pokrowiec na poduszki. Poza ciałem dziewczynki w pokrowcu znajdował się również fragment cementu, najprawdopodobniej pochodzący z krawężnika. Jednak to nie on był narzędziem zbrodni. Prawdopodobnie morderca chciał w ten sposób zapobiec wypłynięciu ciała na powierzchnię wody.
    Nie było żadnych widocznych urazów, oprócz siniaka przy lewym oku i kilku zadrapań na twarzy, jednak wewnątrz czaszki doszło do krwawienia. Według raportu, nie było żadnych dowodów na to, że ofiara została napastowana seksualnie.

    Policja już wcześniej twierdziła, że Mariah zmarła z powodu zatrucia chloroformem, co sekcja zwłok potwierdziła. Chloroform to substancja, którą stosowano dawniej w medycynie, w celu wprowadzenia pacjenta w głęboką narkozę, jednak ze względów bezpieczeństwa, w latach 70. całkowicie go wycofano na rzecz mniej toksycznych środków.

    Policja dotarła do świadków, którzy widzieli jak Kimrey pakował do furgonetki pakunek, którego rozmiary określili jako: “Większe od torby na książki” i opuścił dom, który dzielił z Kristy Woods i jej dziećmi w nocy 26 listopada.

    OSKARŻENIE
    24 stycznia 2018 roku Earlowi Kimreyowi postawiono zarzut zabójstwa 3-letniej dziewczynki. Mężczyzna jest oskarżony o zabójstwo pierwszego stopnia i przestępstwo z użyciem przemocy wobec dzieci, oraz zadanie poważnych obrażeń ciała, w wyniku których doszło do śmierci Mariah Kay Woods. Kimery jest przetrzymywany w areszcie w Onslow, bez możliwości wyjścia za kaucją.

    Pierwsza rozprawa odbyła się 14 lutego 2018 roku. Prokurator w sprawie Kimreya, ogłosił 15 lutego, że będzie domagał się kary śmierci dla sprawcy. Przewidywany termin procesu sądowego został wyznaczony na wrzesień 2019, ponieważ strony potrzebują czasu na zapoznanie się z dowodami w sprawie. Proces może potrwać kilka tygodni, ponieważ prokuratura będzie domagać się kary śmierci dla oskarżonego.

    Kristy Woods nie postawiono żadnych zarzutów.

    Wersja na YouTube

    #kryminalne #kryminalistyka #zaginieni #mordercy #zbrodnia
    pokaż całość

  •  

    #anonimowemirkowyznania
    Cześć,

    To nie bait, boję się. W youtube wpadłem w polemikę z jakimś osobnikiem, cóż, obraziłem go, a ten mi pisze, że mam jak w banku, że zdechnę i pozdrawia z grupy mokotowskiej. Po awatarze faktycznie jakiś kark, więc to może być prawda.

    Pytanie, co robić, żeby uniknąć namierzenia? Czy jeśli usunę kanał na yt to znikają wtedy też inne moje komentarze? Mordy tam nie pokazywalem. Czy to jest dobry sposób, żeby się ukryć? Jakie są szanse, że może mnie faktycznie znaleźć po koncie na yt zakładając, że pomoże mu fachowy informatyk?

    Myślę nad pokasowaniem wszystkich swoich kont.

    Iść na policję w sprawie gróźb karalnych? Nie chcę tego robić, ale to byłby jakiś ślad na wypadek, gdyby mi się coś stało. A jeśli faktycznie dotrą do faceta i on w ten sposób dowie się podczas postępowania kim jestem? Chciałbym tego uniknąć.

    Serio, przestraszyłem się, nigdy więcej napinek w internecie. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    Dodajcie to jak najszybciej, jestem spanikowany i chciałbym wiedzieć co robić.

    #internet #pytanie #prawo #policja #youtube #kryminalne #997 #kiciochpyta #pytaniedoeksperta #bezpieczenstwo #anonimowosc #mafia #kryminalistyka

    Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
    Kliknij tutaj, aby wysłać OPowi anonimową wiadomość prywatną
    Post dodany za pomocą skryptu AnonimoweMirkoWyznania ( https://mirkowyznania.eu ) Zaakceptował: Zkropkao_Na
    Dodatek wspierany przez: Wyjazdy dla maturzystów
    pokaż całość

    •  

      @SanchezYZF: jangcy jest w chinach a yakuza to japońska mafia, pozdrawiam cieplutko :)

    •  

      Ja: Przede wszystkim nic na wykopie nie ginie. W tej chwili wykop to jedyny działający serwis z pornografią dziecięcą. Każdy kto skopiował linki zdjęć przez te cztery-sześć godzin, kiedy wykop udostępniał te treści na stronie, może otworzyć i pobrać zdjęcia z pornografią dziecięcą. Również wpisując hasło "wykop" w wyszukiwarce grafiki można uzyskać dostęp do tych zdjęć. W tej sprawie były setki jeśli nie tysiące zgłoszeń na policję, a administracja nie zrobiła nic w tej sprawie. Więc chłopie, taki leszczyk, co podpisał na siebie wyrok śmierci konentarzem w necue tym bardziej jest już trupem, bo policja ma wy### na "przestępstwa internetowe". Znałem gościa z grupy mokotowskiej póki nie poszedł siedzieć za gwałt, bo kelnerka "zasłużyła sobie" złą reakcją na złapanie za tyłek (nie podam lokalu, bo może nadal ludzie kojarzą tą sprawę, miasto tuż pod Warszawą). Najlepiej siedź w domu, a rodzina niech gdzieś wyjedzie. Tak będzie najprościej.
      Zawsze jak będziesz miał szansę krzyknij "znam Arka". Może to ten po#b łysy o którym wspomniałem wyżej i daruje koledze kuzyna. Tyle mogę zrobić.

      Zaakceptował: Eugeniusz_Zua}
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (43)

  •  

    Więcej historii kryminalnych z Polski na #polskiepato oraz rejestrzboczencow.

    • • •

    Gdy Józef Wagner miał cztery lata, jego ojciec popełnił samobójstwo. Od tej pory wspomnienie poczucia strachu towarzyszącego widokowi trumny spuszczanej do wąskiego dołu było z nim już zawsze. Mały Józio został sam z matką, która biła go za najdrobniejsze przewinienia. Czasami zamykała też w ciemnej piwniczce, gdzie siedział skulony na węglu. Ze strachu przed karą często nie wracał do domu i głodny tułał się po ulicach Gliwic. Zaczął włamywać się do domów i mieszkań, aż trafił do domu dziecka. Stamtąd też uciekał, więc został umieszczony w ośrodku wychowawczym. Tam także nie miał łatwego życia – kary cielesne i przemoc seksualna były na porządku dziennym. Bywało, że rozbierano go do naga i wyprowadzano na zewnątrz, gdzie w listopadowym mrozie polewano go lodowatą wodą i bito pasem.

    Po przejściu przez wiele ośrodków wychowawczych spędził lata w więzieniu za kradzieże i rozboje. W końcu założył warsztat stolarski, ożenił się, pogodził z matką, która sama nie radziła sobie z wspomnieniami z własnego dzieciństwa naznaczonego przemocą i gwałtami. Zaczęła uczęszczać na spotkania biblijne, gdzie zabierała syna. Ten nie zrezygnował jednak z kradzieży, w których teraz pomagała mu małżonka. Doczekał się także córki. W końcu firma splajtowała, a on zaczął się imać różnych prac dorywczych i coraz częściej pić alkohol. Leczył się także psychologicznie.

    27 lutego 1992 r. zaprosił do siebie kolegę, a gdy skończyło im się piwo, postanowili udać się do osiedlowego sklepu. Józef wziął ze sobą tłuczek do mięsa, tłumacząc żonie, że to na wypadek awantury. Po drodze spotkał sąsiada, z którym wdał się awanturę, a podczas bójki uderzył go w głowę obuchem, powalając na ziemię. Oprawca wraz z towarzyszem ruszył do sklepu. Po zakupieniu alkoholu zjawili się u znajomych w mieszkaniu przy ulicy Raciborskiej, w którym przebywało trzech innych mężczyzn. Tam Józef przy wódce opowiedział kolegom, jak dwa dni wcześniej wdarł się na mównicę w kościele świętej Barbary i próbował wygłosić kazanie. Wierni zaczęli z niego szydzić, co go rozwścieczyło, dlatego wyjął nóż i zaczął im wygrażać. Potem chciał utoczyć własną krew do kielicha i opowiedzieć o swojej nadludzkiej sile, jednak powstrzymała go policja. Ta historia bardzo rozbawiła jego towarzyszy, co także nie spodobało się Józefowi, który wszczął kłótnię. Doszło do bójki, w trakcie której Wagner sięgnął po tłuczek i siekierę. Mężczyźni błagali go o życie, jeden z nich mówił, że ma żonę i dziecko, jednak nawet to nie przekonało oprawcy. Kazał im uklęknąć i się modlić. Zadawał im ciosy, wykrzykując religijne hasła. Jeden z ranionych mężczyzn zaczął uciekać w stronę drzwi, aż w końcu padł, charcząc krwią. Oprawca podszedł do niego i zadał kilka uderzeń siekierą w tył głowy. Wrócił do pastwienia się nad pozostałymi, nikomu nie pozwalając wezwać pogotowia. Krew tryskała na wszystkie strony, a każda z ofiar otrzymała po kilkanaście ciosów. Trzej mężczyźni zmarli na miejscu. Nie udało się także uratować sąsiada, zatłuczonego w osiedlowej bramie.

    Jedyny ocalały opowiadał później:

    Jego twarz zmieniła się, gdy zabijał, był blady, miał wywrócone białka oczne.

    Policjanci, którzy zjawili się na miejscu, wręcz brodzili we krwi i ludzkich tkankach. Ze względu na silne rozczłonkowanie, trudno było dopasować niektóre części ciała do ofiar. W katowickim instytucie medycyny sądowej zabrakło stołów, aby pomieścić wszystkie fragmenty zwłok. Prasa nazwała zabójcę "wampirem z Gliwic".

    Wagner nie przyznał się do zabicia wszystkich czterech mężczyzn. Obwiniał kolegę, jedną z ofiar. Utrzymywał, że sam jest odpowiedzialny tylko za jedną śmierć i że działał w afekcie. Podczas przesłuchania zachowywał się dziwnie, mówił, że ma dar i posłał go sam Bóg i że "coś mu kazało rąbać". Później odwołał swoje wyjaśnienia, jednak zeznania świadków i dowody pozwoliły ustalić, że to on zabijał. Badania psychiatryczne wykazały, że jest psychopatą oraz charakteropatą.

    W 1993 r. Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał go na 25 lat pozbawienia wolności (w kodeksie karnym widniała wtedy kara śmierci, jednak obowiązywał zakaz jej wykonywania, czyli moratorium, o którym pisałam tutaj; nie było ówcześnie kary dożywotniego pozbawienia wolności). Po ogłoszeniu wyroku żona Wagnera powiedziała córce, że jej ojciec nie żyje.

    Według dyrektora Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich Józef Wagner "należał do wyjątkowo spokojnych skazanych". Brał udział w spotkaniach religijnych, angażował się w prace społeczne, udzielał się w wolontariacie i uczęszczał na zajęcia kulturalne. Nauczył się na pamięć kodeksu karnego, dzięki czemu pomagał innym więźniom. Wykonywał także prace odpłatne poza murami więzienia, m.in. w przedszkolu: zajmował się ogrodem, remontami i naprawą; (możliwość pracy w zakładzie karnym jest formą nagrody, nie każdy ma taki przywilej, tym bardziej z możliwością wychodzenia poza więzienne mury). Rodzice dzieci nie wiedzieli, za co został skazany mężczyzna pracujący w pobliżu ich pociech. W więzieniu nie brał jednak udziału w żadnej terapii, która pomogłaby mu uporać się ze swoimi cechami osobowościowymi. Przez wszystkie lata spędzone za kratami ukończył jedynie 30-godzinny kurs zastępowania agresji.

    Po odbyciu 15 lat kary Józef Wagner mógł już starać się o przedterminowe zwolnienie (art. 78 k.k.) – ubiegał się o nie aż 13 razy.

    Przesłanką do udzielenia warunkowego przedterminowego zwolnienia jest pozytywna prognoza kryminologiczna, czyli przekonanie, że więzień nie popełni ponownie przestępstwa. Przy jej ocenie brana jest pod uwagę opinia psychologa i wychowawcy oraz postawa skazanego, okoliczności popełnienia przestępstwa czy zachowanie po jego popełnieniu i w czasie odbywania kary (art. 69 k.k.). Dopiero na podstawie tych dowodów sąd może podjąć decyzję i ocenić, czy może udzielić przedterminowego zwolnienia. Jednak mimo pozytywnej prognozy nie musi on podejmować pozytywnej decyzji.

    W przypadku Józefa Wagnera decyzja sądu była każdorazowo odmowna ze względu na negatywną prognozę kryminologiczną, którą więzienny wychowawca wystawiał ze względu na przestępstwa oraz brak krytycyzmu w stosunku do popełnionych morderstw.

    W końcu, 8 sierpnia 2012 r. Sąd Okręgowy w Opolu stwierdził, że Wagner jest gotowy na powrót do społeczeństwa. Prognoza poprzedzająca decyzję sądu była także negatywna, jednak tym razem skazany sporządził pisemne wyrażenie żalu za zabójstwa. Dodatkowo wniosek jego poparli dyrektor i wicedyrektor zakładu, kapelan i psycholog oddziałowy. Nie byli jednak powołani biegli w tej sprawie. Prokurator także nie wyraził sprzeciwu, a w sądzie Wagner sprawiał wrażenie pokornego i skruszonego. Zapewniał, że się zmienił i jest innym człowiekiem.

    Decydując o zwolnieniu, sąd mógł zlecić przeprowadzenie dodatkowych badań psychiatrycznych skazanego, nie wnioskował o to jednak ani prokurator, ani wychowawca. Dlatego w lutym 2013 r. Józef Wagner po 21 latach, w wieku 49 lat wyszedł na wolność. Został mu przyznany jedynie kurator sądowy na 10 lat, czyli na okres próbny. Sąd nałożył na niego także obowiązki: zarabiania, powstrzymania się od alkoholu, zawiadamiania o zmianie miejsca pobytu oraz niekontaktowania się z osobami karanymi.

    . . .

    Po wyjściu z więzienia Wagner otrzymał mieszkanie przy ulicy Zabrskiej w Gliwicach. Zajął się pracami wykończeniowymi — malował mieszkania, układał parkiety i kafelki.

    13 sierpnia 2013 r. znajomi Józefa zabrali go ze do mieszkania ich koleżanki. Towarzystwo piło piwo i rozmawiało, a dialog najbardziej kleił się pomiędzy Wagnerem a 21-letnią Martyną*. Dziewczyna zaszła do swojej przyjaciółki prosto z urzędu pracy. Była rozżalona, ponieważ jedynym proponowanym jej zatrudnieniem było sprzątanie klatek schodowych. Zwierzała się mężczyźnie, że ma dwójkę małych dzieci, którym chciałaby zapewnić jak najlepszy byt, jednak przez ciążę w młodym wieku nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia i teraz ciężko jej znaleźć porządną pracę. Józef słuchał jej uważnie i ze spokojem, w ojcowski wręcz sposób pocieszał. Nie podrywał jej, nie prawił komplementów, sprawiał raczej wrażenie psychologa lub księdza z powołania. W końcu towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Józef mieszkał nieopodal, więc zaproponował Martynie, by wpadła do niego kontynuować rozmowę. Dziewczyna zgodziła się, nie mając pojęcia, że sprawiający dobre wrażenie mężczyzna w średnim wieku to czterokrotny morderca. Na miejscu poczęstował ją piwem i włączył muzykę. Był bardzo spokojny, a Martyna czuła się bezpiecznie, dopóki po wyjściu z toalety nie zobaczyła, że czeka na nią na korytarzu. Zaczęła czuć się nieswojo, dlatego po niedługim czasie rozmowy podziękowała za towarzystwo i chciała wyjść, jednak okazało się, że drzwi do mieszkania są zamknięte. Józef uśmiechnął się tylko i odparł:

    Już nie wyjdziesz.

    Przestraszona dziewczyna zaczęła płakać i błagać, by ją wypuścił, ten jednak był nieugięty. Zmienił się nie do poznania: z osoby miłej, ciepłej i ujmującej – w potwora. Przystawił jej do szyi nóż i powiedział:

    Bądź cicho. Nie zrobi mi różnicy, jeśli ciebie też zabiję. Już to robiłem.

    Po czym rzucił ją na łóżko i zaczął dusić. Rozkazał jej być grzeczną, wtedy może wypuści ją nad ranem. Zgwałcił ją kilkukrotnie, a później stwierdził, że ją zwiąże i będzie trzymał przez miesiąc. W końcu zamknął dziewczynę w mieszkaniu i wyszedł kupić alkohol i papierosy. Wtedy Martyna, która ciągle miała przy sobie telefon komórkowy, zadzwoniła do męża z prośbą o pomoc. Znała tylko numer budynku, dlatego, gdy przyjechał na miejsce wraz ze znajomymi, dziewczyna uderzała głośno w drzwi. Mężczyźni wyłamali je, a schodząc po klatce schodowej, spotkali wracającego ze sklepu Józefa. Mąż Martyny rzucił się na niego i dotkliwie pobił, po czym odwiózł żonę do domu i natychmiast zadzwonił na policję.

    Myślałem, że przyjedzie pani psycholog z policjantką, ale przysłano siedmiu mężczyzn, którzy zaczęli wypytywać żonę o szczegóły gwałtu. Zadano jej ten ból na nowo. Pojechaliśmy na miejsce. Wagnera już tam nie było. Potem na komisariacie żona znów musiała zeznawać przed mężczyzną. Nie wiem, czemu Wagnera. od razu nie zatrzymano

    – opowiadał.

    Mężczyzna po pobiciu trafił do szpitala z dość poważnymi obrażeniami, skąd w końcu samowolnie się oddalił i ukrył. Mąż poszkodowanej opowiadał:

    Dzwonił potem do żony wielokrotnie. Groził, że skrzywdzi ją i dzieci. Próbował wymusić, by wycofała zeznania. Zdarzyło się nawet, że gdy jechała z córką i teściową autobusem, usiadł naprzeciw niej i się uśmiechał. Znów zadzwoniłem na policję. Dopiero pani prokurator przesłuchała żonę z udziałem psychologa i wydała nakaz zatrzymania.

    Wagner wysyłał jej także SMS-y, w których groził śmiercią jej i jej całej rodzinie. Został zatrzymany dopiero 4 września, po czym stał się pierwszym w historii gliwickiej prokuratury oskarżonym o gwałt, którego przyprowadzono bez kajdanek. Najprawdopodobniej zagadał funkcjonariuszy, którzy uwierzyli, że jest niewinny.

    Zaraz po tym do prokuratury zadzwonił pracownik więzienia w Strzelcach Opolskich, który miał przeczucie, że stanie się coś złego i Wagner nie powinien zostać zwolniony z zakładu karnego. Dodał, że to człowiek bardzo inteligentny, który zyskał przychylność kierownictwa zakładu, tak że wszyscy zapomnieli o zbrodni, której dokonał.

    Józef Wagner nie przyznał się do winy. Zaprzeczył, jakoby miał przetrzymywać Martynę w mieszkaniu i odbyć z nią stosunki seksualne wbrew jej woli. Zapewniał także, że nie stosuje przemocy wobec kobiet.

    Ja myślę, że jestem więźniem przeszłości. Ja muszę siedzieć. Ja nie mam prawa być na wolności, mnie można pomówić o byle co i ja siedzę dlatego, że kiedyś byłem karany

    – powiedział reporterom. Pytany o zabójstwo z 1992 r. odparł, że nie nazywa tego morderstwem i źle się czuje z takim nazewnictwem. Te zdarzenia nazywa po prostu bójką, która zakończyła się tragicznie. A socjopatą nazwali go po to, by go "wsadzić".

    Wagner został umieszczony w areszcie tymczasowym, a prokuratura w Gliwicach oskarżyła go o kilkakrotne zgwałcenie, uwięzienie, grożenie pozbawieniem życia oraz stosowanie przemocy fizycznej.

    . . .

    W mediach zawrzało. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, że czterokrotny morderca, który dzięki lukom w kodeksie karnym w latach 90. zamiast kary śmierci lub dożywocia dostał tylko 25 lat pozbawienia wolności, opuścił teraz więzienie za "dobre sprawowanie".

    Okazało się, że w jednym z więzień – w Jastrzębiu-Zdroju – mówił wychowawcy, że nie czuje się winny tych zabójstw. Ten wtedy doradził mu, że aby wyjść na wolność, musi okazać skruchę i przyznać się do winy, ponieważ sąd już zawierzył wersji świadków. Dlatego właśnie napisał oficjalne pismo i nikt później nie badał, czy sam wierzy w to, co w nim zawarł. Okazało się także, że jego zachowanie analizowali tylko pracownicy zakładu karnego, w którym przebywał, nikt z zewnątrz.

    Psycholog więzienny widział go zaledwie kilka razy, ponieważ najczęściej w zakładach karnych na 200 skazanych przypada jeden psycholog. Z kolei wychowawca ma przydzielone 600-800 osób.

    Kurator Józefa Wagnera widział się z nim w ciągu pół roku (od wyjścia z więzienia do gwałtu) sześć razy. Jego zdaniem podopieczny nie naruszył żadnego z nałożonych na niego obowiązków.

    Tam doszło do bójki. Nie możemy być pewni, że ktoś inny nie zabił, a on za to odbywa karę. W bójce ktoś może stracić przytomność i nie pamiętać całego obrazu sytuacji. Trudno mi uwierzyć, że zabił tylu ludzi. Wagner był uczciwy. Nie robił awantur przez cały okres odbywania kary. W celi jest mała przestrzeń. Osoby o skłonnościach do agresji bardzo szybko ją ujawniają. To moje prywatne odczucia — myślę, że znalazł się w złym czasie i miejscu. Ale nie kwestionuję wyroku.

    Tę rażąco nieprofesjonalną wypowiedź skrytykowali goście magazynu reporterskiego "Państwo w państwie". Na temat sprawy wypowiadał się biegły sądowy, były sędzia i prezes Fundacji "Sławek".

    klik <– "Państwo w państwie", gdzie pokazano m.in. fragmenty wywiadu z Wagnerem, w którym usiłuje minimalizować wszystko to, co się stało i udaje ofiarę systemu. Symuluje nawet, że ma problemy ze słuchem.

    To, że skazany jest grzeczny w zakładzie, o niczym nie świadczy. Człowiek, który morduje siekierą i tłuczkiem do mięsa, powinien siedzieć w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, mieć dobrego lekarza, intensywną terapię, której nie przeprowadza się w więzieniu

    – komentował w rozmowie z “Gazetą Wyborczą” były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski. Z kolei prof. Piotr Kruszyński, znany karnista z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził:

    Jestem zdumiony tą decyzją, nie mieści mi się to w głowie. W normalnych często banalnych sprawach, bardzo trudno jest uzyskać przedterminowe zwolnienie. Trzeba spełnić szereg warunków, przejść długą, skomplikowaną procedurę. A tutaj mamy sytuację, że człowiek skazany za poczwórne zabójstwo, wychodzi na wolność zdecydowanie zbyt wcześnie.

    Wagner ma silne zaburzenia

    – mówiła prokurator.

    Z jednej strony często się wzrusza, wydaje się subtelny, mówi o poezji, książkach. Ale gdy przedstawiłam mu akt oskarżenia, stał się niezwykle agresywny, używał mocnych wulgaryzmów, twarz mu się wykrzywiła. Tak jakby znajdowały się w nim dwie kompletnie różne osoby.

    Wagner rzuciłby się na nią z pięściami, gdyby nie interwencja policjanta.

    Specjaliści zgodnie twierdzili, że Sąd Okręgowy w Opolu popełnił błąd, udzielając „wampirowi z Gliwic” warunkowego zwolnienia.

    . . .

    Dziennikarzowi TVN24 Józef Wagner opowiadał, że wdarł się na mównicę w kościele po to, by "powygłupiać się" i trafić do zakładu psychiatrycznego, zamiast do więzienia, które groziło mu za wcześniejsze napady i rozboje. A podczas mordowania kolegów po prostu wpadł w amok i "szał bitewny", z którego niewiele pamięta (klik).

    Dziennikarka Gazety Wyborczej, która przeprowadzała z nim kilkugodzinny wywiad, była przekonana, że Wagner nie żałuje tego, co zrobił, nie odczuwa wyrzutów sumienia, co więcej – jak sam mówił – nie jest pewien, czy popełnił przypisane mu zbrodnie.

    Jestem niewinny. Wszystko wymyśliła prokuratura. Na panią prokurator napisałem już kilkadziesiąt skarg: do Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokuratury Generalnej, prezesa sądu okręgowego, prezesa sądu rejonowego. Chcę założyć sprawę mężowi kobiety, która mnie pomawia, ale mi odmawiają. Założę sprawę psycholog, bo napisała też, że nadużywam środków psychoaktywnych, a ja nigdy nie brałem narkotyków.

    Na dowód przygotował dla niej stertę pism i skarg na prokuraturę oraz na kierownictwo aresztu.

    Staram się nie marnować czasu. Nie oglądam telewizji, wolę grać w szachy, pisać wiersze, aforyzmy, książki. Wiem, że jestem nadwrażliwy. Płaczę przy filmach jak "Waleczne Serce" lub słuchając muzyki Jean-Michela Jarre'a. Postanowiłem, że sam nauczę się grać. Napisałem pismo do dyrektora zakładu, by pozwolili mi na keyboard. Zaznaczyłem, że rozumiem, iż fortepian nie zmieści się do celi. Dostałem odmowę, więc napisałem kolejną prośbę o dostęp do szkoły muzycznej. Powołałem się na konkretne zapisy prawne i następnego dnia powiedziano, że mogę mieć ten keyboard. W zakładach karnych miałem w celi telewizor, odtwarzacz wideo, kablówkę. Czasem było mi wręcz źle, że posiadam tak wiele, gdy inni ludzie nie mają za co żyć

    – opowiadał.

    Dziennikarka oceniała go jako niezwykle inteligentnego człowieka, z wyjątkowym darem przekonywania ludzi do swojej wersji zdarzeń. Podczas wizyty w więzieniu była zaskoczona, z jaką wyższością odnosił się do strażników, wręcz rozstawiał ich po kątach. Natomiast, gdy została z nim już sama, stał się subtelny, wyważony i ze spokojem odpowiadał na wszystkie pytania. Stwarzał wokół siebie aurę bezpieczeństwa, można było poczuć się z nim bardzo swobodnie.

    Dopiero przy drugiej rozmowie, gdy dziennikarka była uprzednio ostrzeżona przez psychologów, w jaki sposób może zachowywać się wobec niego, by cokolwiek z niego wydobyć, postanowiła kontrolować swoje wypowiedzi. Wtedy wyszła z niego jego druga strona — zaczął się bardzo denerwować, wykazywał niezdrowe pobudzenia, gdy mówił o śmierci i zabijaniu, błyszczały mu oczy. Widać było, że tematy związane z zabijaniem go ekscytują. W nerwach opowiadał dziennikarce, że nie dziwi się ludziom, którzy strzelają do polityków.

    Umiem robić naboje, broń, bomby. Od lat interesują mnie militaria, potrafię zrobić nawet te skomplikowane konstrukcje. Myślałem, aby wejść do budynku prokuratury lub sądu. Posługiwanie się trotylem jest proste i można zabić wielu ludzi. W zamknięciu mój gniew tylko się kumuluje

    – chwalił się.

    klik <- wersja wydarzeń Wagnera

    . . .

    Według opinii psychologów i psychiatrów z 2013 r., Wagnera charakteryzuje wysoki poziom rozwoju intelektualnego, bardzo dobra orientacja w relacjach interpersonalnych oraz wysoka koncentracja na sobie. W celu zaspokojenia potrzeb może być nastawiony instrumentalnie i mieć skłonności do manipulacji. O dziwno, tym razem nie stwierdzono u niego psychopatii, socjopatii czy charakteropatii.

    Psycholog kryminalny Jan Gołębiowski (osobiście jestem wielką fanką tego pana) zajmujący się tworzeniem profili psychologicznych stwierdził jednak:

    Myślę, że Wagner ma wysoką, choć niestabilną samoocenę. Jego postawa wielkościowa zasłania wątpliwości i kompleksy, których pewnie nabawił się w dzieciństwie. Trzeba też pamiętać, że 20 lat w więzieniu bardzo zmienia człowieka, niestety na gorsze. To tam człowiek się socjopatyzuje. Aby przetrwać, musi manipulować, odgrywać rolę, kłamać. Psychopaci potrafią idealnie dostosować się do warunków zamknięcia. To często najlepsi więźniowie. Stają się niebezpieczni na wolności, gdy pozbawi się ich rutyny i kontroli. Często mają ogromne możliwości kreacji. Do perfekcji opanowali przekonywanie innych do swojej wersji zdarzeń.

    W więzieniu w Raciborzu, do którego trafił Wagner, uznano, że nie klasyfikuje się on do terapii, bo nie ma choroby psychicznej.

    . . .

    Na początku sierpnia 2014 r. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się pierwsza rozprawa (klik). Prowadząca sprawę prokurator nie dziwiła się, że mężczyzna potrafił przekonać do siebie bardzo wiele osób. Była przekonana, że gdyby nie natychmiastowa reakcja męża życie Martyny byłoby zagrożone.

    Na pewno oskarżony jest osobowością skomplikowaną. Z jednej strony sprawia wrażenie osoby bardzo spokojnej, spolegliwej wręcz. Takiej, która chce przekonać do swoich racji. Natomiast w momencie, w którym mu się to nie udaje, kiedy zauważa, że osoba, która go przesłuchuje, lub przeprowadza badania, ma odmienne zdanie, to natychmiast reaguje gniewem, agresją, czy nawet wulgaryzmami. Niewątpliwie jest osobą, która kreuje się, i po części mu się to udaje, na osobę bardzo spokojną, chętną do współpracy. Rozmawiającą. Interesującą się wieloma dziedzinami sztuki

    – powiedziała.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    19 września 2016 r. sąd w Gliwicach, bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych, uniewinnił Józefa Wagnera. Prokurator uznał ten wyrok za niesłuszny i zapowiedział apelację. Jednak od tej pory media milczą w tej sprawie.

    . . .

    *imię wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #gliwice #jozefwagner
    pokaż całość

    źródło: jw.png

    •  

      Witam, rok temu z "hakiem" protezowałam Józefa Wagnera - aparat słuchowy. Oczywiście nie wiedzialam kto to jest - dopiero wracajac z pracy zasugerowana przez mamę że złodziejaszka (taka informacje uslyszalysmy od pielęgniarki zakładowej) ponieważ przyjechal w asyscie 4 mundurowych wieziennych-nie prowadzą z kajdankami na nogach (pracowała jako kurator społeczny oraz ławnik) wygoglowalam go - jakie było moje zaskoczenie gdy zaczelam wglebiac się w temat. Wampir zrobił na mnie i kolezance z pracy wrażenie osoby która owszem "zboczyla" na zle tory ale kazdy ma prawo do drugiej szansy i tak do dzisiaj telepie mna jak o tym wspominam- jaj czlowiek może zmanipulowac drugiego i wcielić sie tak jakby w inną osobe. Józek przebywał w areszcie w Gliwicach i z tego co wiem starał się o odbywanie kary - bo za gwałt dostał 4-5lat - na wolności pod warunkiem stalego monitoringu czy cos takiego. Wiem ze aparat sluchowy był mu niezbedny do rozprawy. Był to listopad, grudzień 2017 z poczatkiem 2018 miala odbyc sie rozprawa - czy ktoś coś w8e nowego na ten temat?? pokaż całość

    •  

      @kvoka: A co z zabezpieczeniem nasienia sprawcy? Ta kobieta nie miała zrobionej obdukcji?

    • więcej komentarzy (72)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Dziś krótki wpis i – jak zawsze – maksimum informacji, do których udało mi się dotrzeć. Jutro lub za dwa dni wrzucę Wam coś dłuższego.

    Jest to także wpis, do którego po raz pierwszy nie wołam, bo jak wynikło z ankiety –- większość z Was woli, bym z tego zrezygnowała. Zresztą, te Mirkolisty nie działają należycie, i każdorazowo bardzo wiele osób pomijały. Wiem, że nie każdemu będzie się podobała ta zmiana, ale nie jestem w stanie zrobić tak, by wszyscy byli zadowoleni. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Mam nadzieję, że obserwując tag, niczego nie przegapicie!

    • • •

    DARIUSZ BUDA, rocznik '69

    Buda urodził się w Nowym Dworze Gdańskim (woj. pomorskie), gdzie jego dzieciństwo podobno nie należało do łatwych, ale nie doszukałam się szczegółów.

    Został skazany z artykuł 168 § 2 kk/69 (który od 1969 do 1998 r. traktował o zmuszeniu kogoś do "czynu nierządnego") po raz pierwszy już w roku 1993 jako 24-letni mężczyzna. Nie odbył jednak całej kary i zamiast trzech lat w więzieniu spędził tylko półtora roku.

    Kilka lat po wyjściu na wolność, 28 lipca 1996 r. we wsi Laskowice Wielkie (woj. opolskie) zaatakował przypadkowo spotkaną kobietę. Ogłuszył ją kilkoma ciosami w głowę i gwałcił, bijąc po całym ciele. Skatowanej ofierze zacisnął na szyi sznurówkę i udusił. Z martwą odbył jeszcze stosunek analny.

    Prokuratura postawiła mu zarzut morderstwa oraz zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem, co było działaniem w recydywie. Sąd Wojewódzki w Elblągu uznał Budę za winnego zarzucanych mu czynów, a w listopadzie 1998 r. mężczyzna usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności oraz pozbawienia praw publicznych na okres 10 lat.

    Obrońca oskarżonego wniósł apelację, w której wnioskował o zmianę kary na 25 lat pozbawienia wolności. Adwokat uważał m.in., że sąd nie wziął pod uwagę jednej z ekspertyz wyrażającej pogląd, że w chwili popełniania zbrodni zdolność sprawcy do kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona. Powołał się także na jego młody wiek, dobrą opinię w miejscu pracy oraz nienaganne zachowanie w więzieniu podczas odsiadywania pierwszego wyroku za zgwałcenie.

    W kwietniu 1999 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku nie uwzględnił apelacji. Wspomniana ekspertyza została zgodnie odrzucona przez dwóch psychiatrów, ponadto wśród jej twórców nie było żadnego lekarza z tej dziedziny. Z kolei dobrą opinię o Budzie sąd dostrzegł, jednak nie nadał jej żadnego znaczenia dla sprawy, ponieważ jej ranga jest zbyt mała w zestawieniu z całym szeregiem okoliczności wyjątkowo obciążających, w świetle których rozpatrywana zbrodnia jawi się jako szczególnie drastyczna i wstrząsająca. Za okoliczności łagodzące nie uznał także faktu, że w momencie popełnienia zbrodni oskarżony miał niespełna 27 lat, ani tego, że przez trudne dzieciństwo był osobą niedowartościowaną, co według obrońcy miało być przyczyną pojawienia się dewiacji seksualnej. Zbrodnię sąd uznał za wyjątkowo odrażającą, a sposób działania Budy za bezlitosny i okrutny, dlatego bezdyskusyjnie występuje potrzeba trwałej eliminacji oskarżonego z życia społecznego.

    . . .

    Dariusz Buda karę pozbawienia wolności zaczął odsiadywać w Zakładzie Karnym w Sztumie, jednak informacja o jego aktualnym pobycie nie jest podana. Pewne jest tylko, że mężczyzna wciąż nie przebywa na wolności.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Elblągu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #nowydworgdanski #laskowicewielkie
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    •  

      Adwokat uważał m.in., że sąd nie wziął pod uwagę jednej z ekspertyz wyrażającej pogląd, że w chwili popełniania zbrodni zdolność sprawcy do kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona. Powołał się także na jego młody wiek, dobrą opinię w miejscu pracy oraz nienaganne zachowanie w więzieniu podczas odsiadywania pierwszego wyroku za zgwałcenie.

      Co ma młody wiek, dobra opinia w miejscu pracy i nienaganne zachowanie podczas odsiadywania pierwszego wyroku do brutalnego gwałtu, morderstwa i recydywy?

      @nexetpl: art. 53 § 2 Wymierzając karę, sąd uwzględnia w szczególności motywację i sposób zachowania się sprawcy, zwłaszcza w razie popełnienia przestępstwa na szkodę osoby nieporadnej ze względu na wiek lub stan zdrowia, popełnienie przestępstwa wspólnie z nieletnim, rodzaj i stopień naruszenia ciążących na sprawcy obowiązków, rodzaj i rozmiar ujemnych następstw przestępstwa, właściwości i warunki osobiste sprawcy, sposób życia przed popełnieniem przestępstwai zachowanie się po jego popełnieniu, a zwłaszcza staranie o naprawienie szkody lub zadośćuczynienie w innej formie.
      pokaż całość

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (67)

  •  

    Jest to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych w historii byłego NRD. Znana jest w Niemczech pod nazwą „Krzyżówkowe morderstwo”, gdyż sprawca zbrodni wykryty został dzięki kilku gazetowym krzyżówkom, po których znalezieniu przeprowadzono badanie pisma na niespotykaną skalę. Próbkę pisma stanowiły litery wpisane do owych kilku krzyżówek – z tego też powodu „Krzyżówkowe morderstwo” jest najprawdopodobniej precedensem na skalę światową.

    Halle-Neustadt – socjalistyczne marzenie
    Miasto Halle-Neustadt zbudowane zostało w połowie lat 60. ubiegłego wieku specjalnie dla pracowników przemysłu chemicznego. Halle-Neustadt, promowane jako socjalistyczne marzenie szczęśliwego człowieka, to właściwie jedno wielkie osiedle bloków przeznaczonych dla około stu tysięcy mieszkańców. Lars Bense urodzony w roku 1973 był typowym dzieckiem tego socjalistycznego miasta.

    Wyjście do kina

    Jest 15 stycznia 1981 roku. Lars, uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej, wybiera się w tym dniu do kina. Na dworze pada śnieg.
    Po seansie chłopiec nie pojawia się w domu. Rodzice zaczynają się niepokoić. Około godziny 18 zawiadamiają policję o jego zaginięciu (enerdowska policja to Volkspolizei – tzw. „Policja Ludowa”, czyli odpowiednik Milicji Obywatelskiej). Jeszcze tego samego dnia o godz. 20 rozpoczynają się poszukiwania chłopca. Są znacznie utrudnione za sprawą śnieżnej pogody, jednak akcja prowadzona jest także i w nocy, a funkcjonariuszom pomagają wolontariusze Policji Ludowej, tj. zorganizowana grupa zaangażowanych obywateli. Przeszukiwane są wszystkie potencjalnie „podejrzane” miejsca, a w szczególności pomieszczenia piwniczne w budynkach stojących w okolicy, w której mieszka rodzina Bense. Akcja nie przynosi jednak żadnych rezultatów.

    Żadnego śladu

    Dwa dni po zaginięciu chłopca w prasie ukazuje się oficjalny komunikat na ten temat wraz ze zdjęciem Larsa. Mieszkańcy Halle-Neustadt proszeni są o pomoc w odnalezieniu dziecka.
    Ówczesny rejonowy komisariat policji mieści się w budynku komendy straży pożarnej. Cztery pomieszczenia leżące na czwartym piętrze budynku przeznaczone zostają dla funkcjonariuszy specjalizujących się w sprawach morderstw. Pierwotne plany są takie, że policja ma tu odbywać narady i koordynować poszukiwania chłopca. Prócz wersji porwania śledczy biorą pod uwagę, że chłopiec mógł wpaść do rzeki i utonąć; za nieprawdopodobną – po uwzględnieniu sytuacji rodzinnej w domu Larsa – uznają jego ucieczkę z domu. Po sprawdzeniu wszystkich, jak się zdaje, wchodzących w grę miejsc, poszukiwania prowadzone są także w kanałach biegnących pod ziemią, jednak nikt nie trafia na żaden ślad Larsa Bense.
    Tak się składa, że blok, w którym mieszka rodzina Larsa, stoi dokładnie naprzeciwko komendy, po drugiej stronie ulicy. Kapitan Siegfried Schwarz, szef ówczesnego Wydziału zabójstw okręgu  Halle, jeszcze po latach wspomina, jak w ówczesnym czasie, siedząc w pracy, stawał przy oknie swojego gabinetu i spoglądał w okna mieszkania rodziny Larsa, zastanawiając się, co mogło stać się z chłopcem.
    Walizka na torach
    14 dni po zaginięciu Larsa na trasie Halle-Lipsk dróżnik wykonuje rutynowy obchód torów. Na odcinku 107, 4 km zauważa leżącą niedaleko torów walizkę. Z ciekawości otwiera ją – i dostrzega owinięte w folię ciało dziecka. Dróżnik, przerażony, odskakuje na bok.
    Wkrótce na miejscu jest już policja. Funkcjonariusze podejrzewają, że może chodzić o zaginionego od dwóch tygodni Larsa Bense. Już w południe walizka wraz z zawartością zostaje dostarczona do Instytutu medycyny sądowej w Lipsku. Dopiero po obfotografowaniu walizka zostaje otwarta. Zwłoki dziecka zapakowane są w plastikowy worek; obok znajduje się kilka zgniecionych, przemoczonych gazet.
    W wyniku obdukcji lekarze stwierdzają, że chłopiec został wykorzystany seksualnie, a jego śmierć nastąpiła w wyniku uderzeń tępym narzędziem w głowę. Na ciele dziecka znaleziono wiele ran kłutych.
    Krzyżówki w gazetach
    Sama walizka wraz ze znajdującymi się w niej gazetami zostaje zabezpieczona i przewieziona do Halle w celu dalszych badań. Jak się okazuje, w każdej z kilku gazet są częściowo rozwiązane przez kogoś krzyżówki.
    Od początku jest oczywiste, że dotarcie do sprawcy morderstwa nie będzie łatwe. Kapitan Siegfried Schwarz wspomina po latach, że od początku miał wtedy przeczucie, iż to właśnie krzyżówki okażą się jedyną możliwą do wykorzystania wskazówką.
    Niespotykana akcja
    Zespół powołany do rozwiązania tej sprawy postanawia przeprowadzić akcję niespotykaną dotychczas w historii kryminalistyki NRD, tj. zebrać próbki pisma od wszystkich mieszkańców Halle-Neustadt. Jest to przedsięwzięcie o ogromnym zasięgu, ale policja jest pewna jednego: jeśli nie uda się dotrzeć do sprawcy przez pismo, to wkrótce będzie kolejna ofiara.
    Funkcjonariusze obchodzą zatem wszystkie mieszkania, klatka po klatce, blok po bloku, i proszą wszystkie osoby z każdego lokalu o napisanie krótkiego (wcześniej ustalonego) tekstu. Akcja ta jest bardzo żmudna – wprawdzie zdarza się, że przy jednej wizycie udaje się jednocześnie zebrać próbki pisma od kilku osób, jednak często nie wszyscy są obecni – i wtedy trzeba się umawiać na inny termin.
    Czynności te przeprowadza się systematycznie i niezwykle starannie, nikt nie jest pomijany, nawet te osoby, które w owym czasie zmarły lub się wyprowadziły (w takich sytuacjach próbki pisma dostarczane są z dokumentacji meldunkowej lub ubezpieczeniowej). Trzeba też bardzo dokładnie wypytywać o to, czy i kiedy w danym mieszkaniu przebywały jakieś osoby odwiedzające. Konieczne jest również dowiadywanie się (co z zasady wymaga dużej subtelności), kto i gdzie mieszka bez obowiązującego meldunku.
    Akcja ta wymaga ogromnych nakładów osobowych, a przy tym wiadomo, że będzie wymagać ich jeszcze przez długi czas – Halle-Neustadt liczy wówczas sto tysięcy mieszkańców. Po domach chodzą więc (zarówno w mundurach, jak i w cywilu) funkcjonariusze wszelkiego rodzaju: z policji kryminalnej, drogowej, oddziałów prewencyjnych, także strażacy.
    Działania te są jak szukanie igły w stogu siana i wszyscy biorący w niej udział zdają sobie z tego sprawę. Motywację stanowi jednak myśl: to najważniejszy ślad, jaki jest w tej sprawie..
    Czyja jest ta walizka?
    Policjanci prócz tego działają na inne sposoby. Kapitan Schwarz, licząc się z możliwością dojścia do sprawcy dzięki odnalezieniu właściciela walizki, wpada na pomysł wystawienia jej na widok publiczny, i to konkretnie w sklepie znajdującym się dokładnie naprzeciwko miejsca, w którym Lars widziany był ostatni raz. Kierownictwo sklepu wprawdzie dość mocno protestuje, ale kapitan w końcu stawia na swoim.
    Przy walizce zostaje umieszczona informacja, że przedmiot ten jest prezentowany w celu wyjaśnienia sprawy ciężkiego przestępstwa; nie ma żadnych wskazówek, że może chodzić o sprawę Larsa Bense. Przez dwa dni po wystawieniu sklep jest non stop obserwowany.
    Działania te nie przynoszą jednak żadnych rezultatów, być może dlatego, że walizka jest produktem masowym. Na trop przestępcy nie naprowadza także plastikowy worek, w który owinięte były zwłoki dziecka: okazuje się, że jest to opakowanie kołder, także produkowanych na masową skalę.

    Wciąż jedyna droga

    W tym momencie już wyraźnie widać, że pismo rzeczywiście jest jedynym pozostałym w sprawie tropem. Akcja zbierania próbek cały czas trwa. Wydział zabójstw zostaje poszerzony o specjalną komórkę, której zadaniem jest analiza pisma: jest to 6-7 osób; siedzą w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu i zajmują się wyłącznie porównywaniem próbek z oryginałami.
    Równolegle z tymi działaniami przeprowadzane są systematyczne akcje zbierania starych gazet. Młodzi ludzie, a konkretnie tzw. pionierzy, w wyznaczonych częściach osiedli, zbierają makulaturę. Gazety są sortowane, a następnie przeszukiwane przez funkcjonariuszy policji pod kątem wypełnionych w nich krzyżówek. Cel tej akcji jest taki, żeby w razie stwierdzonego podobieństwa móc zawęzić geograficznie krąg poszukiwań autora pisma.
    Jednocześnie policja czeka na opinię biegłych, którzy – na podstawie posiadanych oryginalnych próbek – będą mogli powiedzieć coś o autorze pisma z krzyżówek w walizce. W końcu opinia jest gotowa: według biegłych krzyżówki wypełnione zostały przez kobietę w średnim wieku.
    W opinii śledczych informacja ta oznacza jedno: że autor pisma i sprawca to dwie różne osoby. Odnalezienie tej pierwszej daje jednak możliwość dotarcia do sprawcy, tak więc dalsze poszukiwania nie tracą przez to sensu.
    Poszerzenie działań
    Środowisko karanych wcześniej homoseksualistów i pedofilów jest bardzo dokładnie prześwietlane, policjanci nie natrafiają jednak na żadną informację mogącą mieć związek z zaginięciem Larsa.
    Pod koniec marca, po 2 miesiącach pracy nad porównywaniem próbek pisma i przeprowadzeniu blisko tysiąca ośmiuset przesłuchań i rozpytań, wciąż nie ma żadnego efektu. Odbywa się narada, na której policja podsumowuje dotychczasowe działania i podejmuje decyzję o poszerzeniu ich zakresu. Badaniem objęte zostają dodatkowe dokumenty, tj. 95 tysięcy formularzy do nadawania telegramów, 40 tysięcy wniosków o zarejestrowanie samochodu, 250 tysięcy wniosków o wystawienie dowodu osobistego, prócz tego około 100 tysięcy akt kadrowych zakładów chemicznych. Adolf Döling, szef komórki zajmującej się analizą pisma, coraz bardziej obawia się tego, żeby – za sprawą nieprawidłowej pracy osoby sprawdzającej – nie umknęła jakaś próbka.

    Nadchodzi lato.
    Wielomiesięczna praca, która nie przyniosłefektu, oraz zmęczenie spowodowane mnóstwem nadgodzin wywołują kryzys u wszystkich osób zajmujących się tą sprawą. Przejawia się ono tym, że spada motywacja uczestników oraz wiara w powodzenie przedsięwzięcia. Mija wrzesień, październik, poczucie beznadziejności w zespole wzrasta.
    Ten spadek wiary jest, jak się zdaje, uzasadniony, bo dotychczasowe nakłady pracy były przeogromne i pozostają bez efektów, a przy tym próbki pisma pobrano dopiero od 20 tysięcy mieszkańców Halle-Neustadt. Przy takim tempie i nakładzie sił potrzeba jeszcze co najmniej dwóch i pół roku, żeby pobrać próbki pisma od wszystkich mieszkańców miasta.
    Śledczy postanawiają uprościć metodę pobierania próbek: osobie badanej podsuwa się wyłącznie schemat krzyżówki do uzupełnienia.

    Niespodziewany przełom

    10 listopada, zgodnie z wyznaczoną kolejnością, próbki pisma mają być pobierane od mieszkańców bloku nr 398. W jednym z lokali mieszka czterdziestoparoletnia pani G., jednakże niestety nie ma jej obecnie w domu. Jak dowiaduje się funkcjonariusz pobierający próbki, pani G. przebywa nad morzem, gdzie pracuje jako pomoc sezonowa w kurorcie nadbałtyckim Wustrow.
    Tak jak to jest przyjęte, próbkę pisma od takiej osoby pobiera miejscowa policja. Tak też się dzieje: ponieważ p. G. jest kelnerką w kawiarni przy plaży, tam właśnie zostaje pobrana od niej próbka pisma. Próbka ta zostaje następnie przekazana do Halle, gdzie dociera dokładnie w piątek 13 listopada, a kilka dni później trafia do rąk śledczego analizującego pismo.

    „To ona!”

    Już po pierwszym spojrzeniu na pismo pani G. policjant ma niemal pewność, że jest ono zgodne z tym, które znaleziono na krzyżówkach w walizce. Biegnie do przełożonych, ci zaś natychmiast kontaktują się z policją w Wustrow. Wkrótce śledczy w Halle otrzymują informację zwrotną, według której pani G. nie ma obecnie w pracy – jest w drodze do Werder (Havel) w powiecie poczdamskim, gdzie jest umówiona ze swoją 20-letnią córką. Stamtąd obydwie kobiety mają razem udać się na urlop.
    Czterech funkcjonariuszy policji kryminalnej (wśród nich Adolf Döling) jedzie jeszcze tej samej nocy dwoma autami z Halle do Werder. Między piątą a wpół do szóstej nad ranem docierają na miejsce. Dwóch funkcjonariuszy wchodzi do domu, w którym przebywa matka wraz z córką. Obydwie kobiety są kompletnie zaskoczone wizytą. Gdy padają pierwsze pytania, od razu widać, że nie mają o niczym pojęcia, a sprawcy należy raczej szukać wśród osób będących z nimi w kontakcie.

    Sprawca

    Zarówno pani G., jak i jej córka, zostają poproszone o udanie się wraz z funkcjonariuszami do auta. Jeszcze w drodze do Halle w trakcie rozmowy policjanci uzyskują informację, że jakiś czas temu córka pani G. miała chłopaka (który przez pewien czas był w posiadaniu kluczy do ich mieszkania). Imię i nazwisko chłopaka przekazane zostaje drogą radiową do Halle.
    Jest nim dziewiętnastolatek Matthias S., mieszkaniec Halle. Obecnie, jak dowiadują się policjanci, Matthias S. przebywa w Turyngii w mieście Friedrichroda. Pracuje tam w otwartym rok wcześniej domu wczasowym Związków Zawodowych – jest pracownikiem działu technicznego.
    Tego samego dnia Matthias S. zostaje aresztowany w miejscu pracy. Wiadomość o tym lotem błyskawicy roznosi się po ośrodku. Koledzy Matthiasa S. oraz inni pracownicy domu wczasowego nie mają pojęcia, o co chodzi. Podejrzewają, że aresztowanie ma jakiś związek z kradzieżą, która miała tu miejsce jakiś czas temu, a dotychczas nie została wyjaśniona.

    Zeznanie

    Matthias S. zostaje przewieziony do Halle. Jego przesłuchanie trwa wiele godzin, aż do nocy. W końcu przyznaje się do swojego czynu. Opowiada, że nieznajomego mu chłopca spotkał i zagadnął pod kinem. Kusząc go tym, że pokaże mu samochodziki, zaprowadził go do mieszkania pani G., wiedząc, że w tym czasie nikogo w nim nie będzie. W mieszkaniu wykorzystał chłopca seksualnie, a następnie, ze strachu przed zdemaskowaniem, zabił go, uderzając go wielokrotnie młotkiem w głowę. Ponieważ chłopiec wciąż żył, Matthias S. dźgnął go jeszcze kilka razy nożem w okolice serca. Potem włożył ciało do walizki (należącej do pani G.), a leżące w pokoju gazety wykorzystał jako materiał do wypełnienia pustych miejsc. Następnie wraz z walizką udał się do pociągu jadącego do Lipska. Walizkę z ciałem wyrzucił przez okno na trasie w trakcie jazdy pociągu.

    Rodzice sprawcy

    Po aresztowaniu Matthiasa S. do prokuratury zgłasza się jego ojciec z zapytaniem, z jakiego powodu jego syn został zatrzymany. Gdy dowiaduje się, że Matthias S. jest mordercą siedmioletniego Larsa Bense, doznaje szoku.
    Od tamtego momentu rodzice Matthiasa S. nie ważą się wyjść na ulicę ani nie pojawiają się w pracy. Władze znajdują dla nich nową tożsamość, zupełnie nowe miejsce zamieszkania i nowe miejsca pracy.
    21 listopada miejscowa gazeta podaje jedynie krótki komunikat o schwytaniu sprawcy, i to na drugiej stronie.

    Proces

    W lecie roku 1982 rozpoczyna się proces Matthiasa S. Za sprawą zeznań jego dziewczyny w trakcie procesu wychodzi na jaw zaburzona seksualność Matthiasa S., manifestująca się m.in. w tym, że przed stosunkiem zmuszał swoją dziewczynę do opowiadania mu w kontekście seksualnym o małych chłopcach.
    Matthias S. zostaje skazany na dożywocie i pozbawienie praw publicznych.

    Nowy wyrok

    Po przełomie wyroki z czasów NRD zostają poddane weryfikacji. W rozumieniu prawa Republiki Federalnej Niemiec Matthias S. był w momencie popełnienia zbrodni przestępcą młodocianym, tak więc zgodnie z tym postępowanie przeciwko niemu zostaje podjęte ponownie.
    W nowym procesie Matthias S. również otrzymuje wyrok dożywocia, jednakże orzeka się skrócenie kary do (pozostających jeszcze) lat dziesięciu z jednoczesnym nakazem pobytu skazanego w Ośrodku Psychiatrii Sądowej w Uchtspringe. Ma to stworzyć szanse wyleczenia Matthiasa S. z jego chorobliwych fantazji seksualnych i tym samym dać przynajmniej częściową gwarancję, że nie powróci on na drogę przestępstwa.
    Nie-prawdziwa historia po 30 latach
    W 2013 roku zapomniana już nieco sprawa „krzyżówkowego morderstwa” niespodziewanie trafia na pierwsze strony gazet. Dzieje się tak dlatego, że ukazuje się książka „Der Kreuzworträtselmord. Die wahre Geschichte” („Krzyżówkowe morderstwo. Prawdziwa historia”), napisana przez Kerstin Apel, byłą dziewczynę Matthiasa S.
    W książce autorka podaje zupełnie inną wersję wydarzeń z 1981 roku: twierdzi, że wiedziała o zbrodni i nawet pomogła swojemu chłopakowi w pozbyciu się ciała dziecka. W mediach robi się zamieszanie, a sprawa trafia do prokuratury ze względu na konieczność rozpatrzenia ewentualnego współudziału autorki w przestępstwie. Wydawnictwo wydaje publiczne oświadczenie, w którym stwierdza, że książka jest absolutną fikcją, i podkreśla, że uwaga ta zamieszczona została również na początku książki. Wydawnictwo dodaje, że autorka, mimo że jej opowieść bazuje na wydarzeniach autentycznych, miała prawo do ich artystycznego przetworzenia.
    Sprawa rok później zostaje umorzona, a sama autorka przyznaje, że dodała i „ubarwiła” niektóre fakty w celu udramatyzowania zaprezentowanych wydarzeń.
    Źródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #kryminalistyka #niemcy #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Skończyłam właśnie czytać, polecam cieplutko jeżeli ktoś również interesuje się profilowaniem seryjnych morderców i lubi czytać o zagadkowych morderstwach (ʘ‿ʘ)
    #mindhunter #ksiazki #psychologia #netflix #kryminalistyka

  •  

    Cześć @kvoka @entliczek_pentliczek @Deadend @MusicURlooking4 @riley24 !

    Tak sobie myślę, że fajnie by było tworzyć wpisy z poszukiwanymi listami gończymi. Zdjęcie + opis dlaczego jest poszukiwany. Jest duże zainteresowanie waszymi wpisami. Może ktoś kogoś rozpozna, albo zna z okolicy i dopisze coś ciekawego. Co o tym myślicie? Ja się do pisania takich rzeczy nie nadaje a Wam to fajnie wychodzi.

    #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    +: smierdzace-skarpetki, S............z +17 innych
  •  

    Kilka dni temu miałem okazję popełnić wpis pod #grafolofia . Potraktuję ten jako swoistą kontynuację.

    Członkinię Izraelskiego Stowarzyszenia Grafologii Naukowej i eksperta grafologii sądowej Inessę Goldberg poproszono o analizę próbek pisma nieznanej jej osoby:

    Przed nami osobowość złożona, skrywająca wiele konfliktów wewnętrznych i mająca za sobą mnóstwo negatywnych trudnych doświadczeń, które wsiąkły w nią jak w gąbkę.
    W połączeniu z raczej histerycznym usposobieniem wpłynęły na te osobowość, pozostawiając w niej trwały ślad.
    Autor analizowanego fragmentu to osoba bardzo zamknięta w sobie, jakby ściśnięta psychicznie i fizycznie. Czuje i pragnie pozbyć się znienawidzonej niepewności oraz niskiej samooceny lub przynajmniej je ukryć, ze wszystkich sił dążąc do kompensowania swoich problemów w innych sferach.
    ...
    Zawsze stara się sięgać coraz wyżej i stawać się kimś jeszcze bardziej znaczącym, aby zdobyć szacunek, przede wszystkim samego siebie, który trudno było by rozwinąć przy tak krytycznym i tłamszącym indywidualność wychowaniu, jakiego doświadczył ten człowiek, zwłaszcza z ojcowskiej strony.
    ...
    Człowiek którego pismo jest tu przedmiotem badań, należy do tych którzy zamykają się w sobie i żyją wedle własnych zasad: zazwyczaj też są bardzo nieufni i przesadnie ostrożni w stosunku do ludzi.
    Wyraźna cecha takiej osobowości to łączenie zimnej kalkulacji z impulsywnymi wybuchami, negatywistycznymi nastrojami i reakcjami.
    ...
    Pismo skreślił człowiek o dużej inteligencji, zawsze posiadający własne, inne od pozostałych zdanie, jednak o dużych trudnościach adaptacyjnych. W tym charakterze pisma przejrzyście jest wyrażony "syndrom ofiary" i "mentalność obrazy", ta osoba zawsze czuje się bowiem obrażona, znieważona, dyskryminowana.
    Nastrój takich ludzi często udziela się innym obrażonym i znieważonym, w czyich duszach są nurty gniewu, a oni mają zdolność poprowadzenia ich za sobą.
    ...
    Autor pisma bywa w kontaktach dość szorstki i chłodny, to jego mechanizm obronny. Może kierować swoje złośliwe i kpiące strzały w stronę tych którzy się z nim nie zgadzają.
    Z powodu wymienionych słabych stron osobowości człowiek ten nie jest cierpliwy, ani tolerancyjny, nie potrafi pojąc psychiki innych ludzi, w szczególności kobiet.

    ...
    Jest dość uparty, nieustępliwy i niezwykle krytyczny w stosunku do wszystkich, także do siebie; jego zasady, wartości, samokontrola wydają się zbyt surowe i mogą zagnać go w ślepy zaułek. Brak mu giętkości dyplomaty.
    Myśli ogólnie, nie jest praktyczny. Rozumuje logicznie, ale z dużą dozą intuicji.
    Właśnie intuicyjne "czucie" często z nawiązką kompensuje mu brak praktyczności.


    Rysopis grafologiczny próbki pisma okazał się należeć do...

    pokaż spoiler ...Władimira Putina prezydenta Rosji.


    Grafologię w wielu krajach wykorzystuje się do selekcji zatrudnionego personelu. Bez takiego testu nie powierza się kierowniczych stanowisk czy tych które wymagają odpowiedzialności materialnej.
    Dotyczy to Izraela ale też Francji czy USA, ponadto testy grafologiczne obowiązują tam w wojsku czy policji, NASA czy agencjach rządowych (CIA, FBI).
    Podobnie jak w tekście wyżej bada się też pismo przeciwników politycznych w tym z wrogich państw.

    pokaż spoiler #ciekawostki #grafolofia #kryminalistyka #izrael #rosja #ocieplaniewizerunkuputina #putin


    Poniżej przykładowe odręczne pismo opisanej osoby.
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

  •  

    PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    Część 2

    W sylwestra 2016/2017 został aresztowany Józef K., co dla mieszkańców Szczucina było zaskoczeniem. Mężczyzna od początku śledztwa sprawiał wrażenie osoby, która chce pomóc rodzinie Cyganów w odnalezieniu mordercy. Często ich odwiedzał, wypytywał o sprawę i mówił, że będzie samodzielnie prowadził śledztwo. Z ojcem Iwony znał się jeszcze z młodych lat, gdy razem pracowali w Spółdzielni Kółek Rolniczych. K. grał nawet na weselu jego szwagierki, a gdy założyli rodziny, ich córki kolegowały się ze sobą. Józef K. mówił nawet głośno o tym, że podejrzewa swojego syna o dokonanie tej zbrodni. Przestał później jednak interesować się sprawą, ponieważ, jak sam twierdził, jego córka zaczęła dostawać telefony z pogróżkami.

    Stary Klapa zajmował się w życiu wieloma rzeczami. Był ratownikiem WOPR, kierownikiem jednej ze szczucińskich drużyn, a także myśliwym, przez co miał pozwolenie na broń. Przez jakiś czas pracował w ORMO. W 1998 r. opiekował się jednym z hangarów nad Wisłą, w którym WOPR trzymało motorówki i sprzęt ratowniczy. Prowadził też ośrodek wodno-rekreacyjny. Organizował tam często zamknięte i huczne imprezy, na których spotykali się tylko wysoko sytuowani ludzie miejscowi oraz m.in. z Tarnowa i z Dąbrowy Tarnowskiej, ówczesny wójt Szczucina, politycy z Warszawy, z SLD (którzy potem działali w resortach siłowych za czasów rządów Leszka Millera), policjanci, sędziowie, prokuratorzy, lekarze, szczuciński proboszcz oraz właściciel firmy Tankpol Roman M. (ten sam, który ufundował nagrodę za znalezienie sprawcy; może to był wabik na kogoś, kto mógł zbyt dużo wiedzieć na temat morderstwa?), ważna postać w branży paliwowej i transportowej. W 2002 r. został zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą w tzw. aferze paliwowej. Wniosek o jego zwolnienie z aresztu złożyli m.in. były wójt Szczucina oraz tamtejszy proboszcz. Józef K. często pił też z Andrzejem Ł. ps. Jabłuszko z Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz byłym funkcjonariuszem ZOMO w Tarnowie, świetnie znał się także z naczelnikiem wydziału kryminalnego tej komendy, Bogusławem P. ps. Papuśny, którego często odwiedzał w pracy.

    Według śledczych, na tych spotkaniach Stary Klapa gromadził na wszystkich "haki". Mężczyzna często powtarzał, że ma takie układy, że nikt go nie ruszy.

    W styczniu 2017 r. K. usłyszał zarzut pomocnictwa i składania fałszywych zeznań oraz został umieszczony w areszcie śledczym na okres trzech miesięcy.

    . . .

    W grudniu 2016 r. odbyło się także przesłuchanie Renaty G.-D. (zdjęcie), dawnej przyjaciółki zamordowanej Iwony. Jednak sąd nie zgodził się na jej aresztowanie zaraz po zatrzymaniu, wyraził na to zgodę dopiero po odwołaniu się prokuratury. Same procedury trwały półtora miesiąca, w czasie których kobieta zdążyła zapaść się pod ziemię. Nie stawiła się także w prokuraturze na planowane następne przesłuchanie i nie usprawiedliwiła swojej nieobecności. Dlatego i za nią został wysłany międzynarodowy list gończy. 20 lutego 2017 r. późnym wieczorem na krakowskim lotnisku Straż Graniczna dokonała jej zatrzymania tuż po przylocie do Polski. Kobieta usłyszała zarzut czterokrotnego składania fałszywych zeznań, jednak według pełnomocnika rodziny Cyganów rola Renaty w tej zbrodni jest o wiele większa niż wynikałoby to z kwalifikacji prawnej czynu. W jego ocenie dziewczyna wiedziała, co planują sprawcy w stosunku do Iwony. Była świadoma następstw, które spotkały jej przyjaciółkę, a przynajmniej się na nie godziła.

    Kobieta została umieszczona w areszcie na okres trzech miesięcy.

    (klik)

    . . .

    Zarzuty usłyszeli także emerytowany wieloletni posterunkowy ze Szczucina Leszek Witaszek oraz policjant Grzegorz J., którzy w noc morderstwa patrolowali okolicę. W późniejszym czasie zostali zatrzymani również: Maciej C. – były komendant z Dąbrowy Tarnowskiej (pan ten wypowiadał się w programie "997" z 1999 r., do którego link podałam wyżej; zwróćcie uwagę na to jak nie patrzy prowadzącemu w oczy), Bolesław P. ps. Papuśny – długoletni naczelnik wydziału kryminalnego w Dąbrowie Tarnowskiej oraz były funkcjonariusz SB, Paweł W. – wcześniej funkcjonariusz, później pracownik cywilny komendy w Dąbrowie Tarnowskiej, Andrzej K. – były komendant Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz przez ponad 11 komendant komisariatu w Szczucinie, a także policjanci: Jerzy S., Marek K., Waldemar G., Longin F., Krzysztof B., Robert N. oraz Jacek M. Zarzucono im nadużycie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub niedopełnienia obowiązków oraz poplecznictwo, czyli utrudnianie postępowania karnego, co skutkowało niewykryciem sprawcy zabójstwa i jego pomocników przez lata. Wszyscy zostali aresztowani na trzy miesiące. Z wolnej stopy będzie odpowiadać także funkcjonariusz Ryszard S.

    Paweł W., który jako jeden z pierwszych prowadził w 1998 r. śledztwo w sprawie śmierci Iwony, na polecenie swojego przełożonego Bogusława P. (prywatnie szwagra Leszka Witaszka), miał zamienić zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady, czyli włosy, które były nośnikami materiału genetycznego.

    Maciej C., który przeprowadzał oględziny przedmiotów zabezpieczonych w okolicach miejsca zbrodni, miał wyprostować pętlę z drutu, którym uduszono Iwonę. Nie opisał też tego kluczowego dowodu, ani nie zrobił zdjęć.

    Andrzej K., również na polecenie Bogusława P., bez żadnego pokwitowania odebrał od rodziny ubrania i biżuterię ofiary, które miała na sobie w noc zabójstwa. Bez rejestracji przechowywano je w komisariacie, aż w końcu ubrania zaginęły.

    Bogusław P. może być także autorem wysyłanych przez lata anonimów, którymi mógł wpływać na bieg śledztwa.

    Według ustaleń śledczych, niektórzy policjanci faktycznie od lat wiedzieli, że jednym z zabójców jest Paweł K., jednak nic z tą informacją nie zrobili. Jeden z mundurowych miał też wskazać sprawcę rodzinie zamordowanej.

    Sierżant Leszek Witaszek współpracował z policjantami, a jego zeznania okazały się bardzo ważne dla śledztwa. Funkcjonariusz przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze. Rodzina Iwony ze względu na jego postawę sporządziła pisemny "akt przebaczenia", w którym mimo wielkiej doznanej krzywdy wybacza mu jego postępowanie. Dokument ten znalazł się w aktach sprawy i nie wyklucza się, że może on mieć znaczenie dla innych podejrzanych funkcjonariuszy. Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

    . . .

    Policja i prokuratura, analizując zgromadzony materiał dowodowy, ustaliła, że z zabójstwem Iwony bezpośredni związek ma zaginięcie i śmierć Tadeusza Draba w 1999 r. Według ustaleń w dniu zaginięcia szedł z trzema mężczyznami, którzy nie mieszkali w Szczucinie. Następnie został odurzony alkoholem, przewieziony łodzią motorową na środek rzeki i wrzucony do wody. Motorówka miała być później spalona i zatopiona, a w maju 2018 r. śledczy z pomocą strażaków i płetwonurków usiłowali ją odnaleźć (klik). Prokurator wyjaśniał, że wytypowano osoby, które zdaniem śledczych dopuściły się zamordowania Draba, jednak formalnie nikt nie został jeszcze oskarżony.

    W kwietniu 2017 r. policjanci z zespołu Archiwum X zaczęli także badać okoliczności tajemniczej śmierci Marka Kapela (klik) (klik) (klik). Według ich ustaleń, wstępne okoliczności tej sprawy wskazują, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek, ani samobójstwo, a raczej ktoś umyślnie spuścił na niego fragment betonowego ogrodzenia.

    Włączyliśmy te dwa postępowania do śledztwa, bowiem mają one bezpośredni związek z wiedzą tych dwóch osób o zabójstwie Iwony Cygan

    – informował prokurator.

    . . .

    Podejrzanym wątkiem jest także samobójstwo 34-letniego sierżanta Andrzeja J. ze szczucińskiego komisariatu. Mężczyzna strzelił sobie w głowę z broni służbowej, pozostawiając żonę i trójkę małych dzieci. Wszystkie wypowiedzi na temat jego śmierci na komendzie w Szczucinie i rzekome powody, które można znaleźć w prasie, są wypowiedziane przez policjantów oskarżonych w sprawie Iwony Cygan (np. tutaj). Wiadomo, że policjantowi jako jednemu z nielicznych ufała rodzina zamordowanej, a on próbował ich wspierać i znaleźć sprawcę. Mówił także, że bardzo by chciał "żeby ta sprawa wyszła”. Jednym z policjantów, którzy znajdowali się na komisariacie w noc śmierci J. zabójstwa był Waldemar G., który obecnie jest oskarżony o mataczenie w sprawie o zabójstwo Iwony.

    . . .

    W kwietniu 2017 r.oku, po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W kwietniu 2017 r., po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W grudniu 2017 r. ojciec oraz siostry zamordowanej Iwony wydali specjalne oświadczenie, w którym nie zgodzili się, aby proces toczył się w Sądzie Okręgowym w Tarnowie. Z wnioskiem o wyłączenie tarnowskiego sądu ze sprawy zwróciła się także Prokuratura Krajowa.

    Sprawa została przeniesiona do Sądu w Rzeszowie, którego działania także wzbudziły podejrzenia rodziny Cyganów. Początkowo rzeszowski sąd chciał zwrócić prokuraturze akt oskarżenia, twierdząc, że wymaga on poprawek – zarzuty muszą być w całości jawne. Jednak sąd apelacyjny nie dopatrzył się żadnych braków i uznał, że zniesienie klauzuli tajności nie wchodzi w grę, gdyż część zarzutów wobec oskarżonych opiera się na niejawnych dokumentach policji, których absolutnie nie można odtajnić. Rodzina Cyganów uważała również, że jako ostatni dowiadywali się o wszelkich ważnych decyzjach, a o zwrocie aktu oskarżenia przeczytali dopiero w mediach. Nie udało im się jednak zmienić sądu ani sędziego.

    Dla nas rozpoczynający się proces jest niesłychanie ważny. Jednak nadal uważamy, że absolutnie nie powinien odbywać się on w Rzeszowie, ale w miejscu dalekim od lokalnych układów

    – mówiła siostra zamordowanej.

    . . .

    Akt oskarżenia wpłynął ponownie do Sądu Okręgowego w Rzeszowie w styczniu 2018 r.

    Ustalona przez śledczych wersja wydarzeń z sierpnia 1998 r. kształtuje się następująco:

    Jak wynika z aktu oskarżenia, w latach 90. w lokalu Roberta K. kwitł handel narkotykami oraz były tam nagrywane filmy pornograficzne z udziałem młodych dziewczyn, które wcześniej były odurzane, a mężczyźni gwałcili je grupowo. Wiele z nich było nieletnich, a niektóre mogły być nawet umysłowo niepełnosprawne. Nagrania często były narzędziem szantażu wobec ofiar, a także wpływowych znajomych, którzy nie raz brali w orgiach udział. Materiały wideo były sprzedawane do Austrii, gdzie Paweł K. wraz ze swoim ojcem prowadzili nielegalne interesy polegające na tym, że pod pretekstem organizowania prac zarobkowych wywoził młode dziewczyny do domów publicznych. Ich werbowaniem zajmował się Młody Klapa, który jeździł po okolicznych miejscowościach i zaczepiał kobiety. Ich selekcja odbywała się w lokalu Trabanta, gdzie było osobne pomieszczenie z weneckim lustrem. Często obserwowali zza niego bawiące się na dyskotece osoby i oceniali, która im się podoba. Niektóre z pokrzywdzonych zgłosiły się po latach do prokuratury.

    Iwona wyszła na spotkanie z przyjaciółka Renatą i wspólnie udały się do zajazdu w Szczucinie, gdzie rozmawiały z kolegami, ale nie piły alkoholu. Po wyjściu z lokalu spacerowały w pobliżu rynku, a w tym samym czasie okolicę tę patrolowali policjanci Leszek Witaszek oraz Grzegorz J. Około godziny 22:00 przy nastolatkach, z piskiem opon, około dwóch, -trzech metrów od policyjnego auta, zatrzymał się biały polonez, który prowadził Paweł K. Obok niego siedział nieżyjący już dziś Robert K. zwany Trabantem, a z tyłu ojciec Pawła, Józef. Obie nastolatki wsiadły do środka, Iwona niechętnie, jednak mogła czuć się pewniej przez bliskość policyjnego patrolu, w którym jeden z policjantów był ojcem jej koleżanki z klasy, dodatkowo błyskało się i zaczął padać deszcz. Samochód ruszył, a całą sytuację widziała także trójka mężczyzn, wśród nich Tadeusz Drab. Świadek wsiadł do radiowozu i obawiając się nadchodzącej burzy poprosił znajomych policjantów o podwiezienie do domu. Policjanci wraz z Drabem ruszyli za polonezem i jechali za nim aż do rzeki, gdzie mundurowi wysadzili pasażera i wrócili do patrolowania miasteczka.

    Najprawdopodobniej Iwona była bita już w samochodzie, a później przetrzymywana w przystani wodnej WOPR. Cała piątka przed północą podjechała pod bar "U Trabanta", gdzie ponownie widzieli ich policjanci, którzy zaparkowali nieopodal. Gdy wraz z Iwoną pojawili się w pubie, znajdowało się tam około 30 osób. Przy barze stała dziewczyna Pawła K., żona Trabanta oraz barmanka. Na zewnątrz szalała burza, lało jak z cebra. Mężczyźni, nie kryjąc się, wraz z Iwoną weszli do wydzielonego pomieszczenia, w którym to między innymi były nagrywane filmy pornograficzne. Tam Młody Klapa usiłował zgwałcić nastolatkę, ale ta zaciekle się broniła. Wtedy Trabant i Józef K. chwycili ją za ręce i przytrzymali, a Paweł K. bił twardym narzędziem typu kastet oraz kopał po całym ciele. Po uderzeniach w głowę Iwona na jakiś czas straciła przytomność. Po północy mężczyźni związali jej ręce i podtrzymując zakrwawioną nastolatkę, wyprowadzili ją z lokalu i wepchnęli do poloneza. Całe zdarzenie ponownie widziała duża grupa klientów lokalu oraz policjanci, którzy mogli dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się "U Trabanta". Jak twierdzi Prokuratura Krajowa, wszystkie osoby, które tamtego wieczoru bawiły się w lokalu, są dziś zidentyfikowane z imienia i nazwiska. Żadna z nich przez następne 19 lat nie przyszła do Cyganów i nie opowiedziała, co stało się tego wieczoru.

    Paweł K., Józef K. i Robert K. wywieźli Iwonę w stronę hangarów WOPR, a za nim ruszył policyjny radiowóz oraz jeszcze jeden samochód. Według relacji policjanta Witaszka, biały polonez skręcił w inną stronę niż oni, jednak co do jego wersji jest wiele wątpliwości.

    Dalsze wydarzenia tej nocy udało się odtworzyć dopiero od godziny drugiej. Wówczas w okolicy wału nad Wisłą, około 200 metrów od hangarów WOPR, po wyjściu z poloneza Iwona zaczęła uciekać, jednak sprawcy dopadli ją i znów brutalnie pobili. Dziewczyna straciła przytomność, a Paweł K. z pobliskiego ogrodzenia wybiegu dla zwierząt wziął długi patyk ze stalowym drutem, który owinął jej wokół szyi. Miał to widzieć Tadeusz Drab, który mieszkał niedaleko rzeki i zobaczywszy światła wyszedł sprawdzić co się dzieje. Mężczyzna później pobiegł do małżeństwa mieszkającego obok, którym opowiedział czego był świadkiem.

    Po zabójstwie sprawcy częściowo zdjęli ubranie z Iwony próbując upozorować zabójstwo na tle seksualnym.

    Starsza z sióstr Iwony kilka lat temu dotarła do świadka, który twierdził, że w noc zabójstwa widział, jak policyjne radiowozy stały na wiślanym wale, nieopodal miejsca, gdzie następnego dnia odnaleziono ciało nastolatki. O ich pobycie na miejscu zbrodni zaraz po morderstwie może świadczyć także to, że gdy około godziny 9:00 ojciec Iwony udał się na komisariat w Szczucinie zgłosić zaginięcie córki to zastał tam sierżanta Leszka Witaszka oraz Grzegorza J., którzy służbę powinni skończyć już o godzinie 7:00, a mimo tego nie udali się do domu spać, tylko przyjechali na komisariat. Wersję te potwierdza także inny z byłych policjantów ze Szczucina.

    Ojciec Iwony wraz z Leszkiem Witaszkiem udali się do domu Cyganów, gdzie w tym czasie przebywała również Renata. Policjant chciał z nią koniecznie porozmawiać, więc oboje zamknęli się w pokoju. Po jakimś czasie mężczyzna wyszedł i oświadczył, że dziewczyna nic nie wie i że Iwona na pewno wróci.

    Dzisiaj prawie przekonany jestem, że powiedział jej, co ma mówić.

    – twierdził ojciec zamordowanej.

    Według materiałów policyjnych, zaginięcie nastolatki zostało zgłoszone dopiero około godziny 13:00. Najprawdopodobniej w ten sposób chciano ukryć fakt, że szczucińska policja nie prowadziła żadnej akcji poszukiwawczej.

    Dzień po zabójstwie Leszek Witaszek przywiózł Tadeusza Draba do sklepu swojej żony w sąsiedniej wsi i kupił mu kilka piw. Po czym razem z Grzegorzem J. wzięli go do radiowozu i wypytywali szczegółowo o to, co widział poprzedniej nocy. Po tej rozmowie Drab utrzymywał, że nie był niczego świadkiem, z kolei policjanci nie sporządzili z tej rozmowy żadnej służbowej notatki.

    klik <– Najnowszy reportaż "UWAGI" na temat sprawy Iwony Cygan, w którym pokazana jest wizualizacja przebiegu wydarzeń z sierpnia 1998 r., relacje rodziny oraz argumenty potwierdzające obecność Leszka Witaszka oraz Grzegorza J. przy wale wiślanym zaraz po morderstwie.

    Zastanawiający jest także fakt, że Bogusława P. naczelnika wydziału kryminalnego, a prywatnie szwagra Leszka Witaszka nie było następnego dnia na miejscu zabójstwa, co może sugerować, że był tam już wcześniej.

    Wielu świadków zeznaje, że w sprawę zamieszany jest też inny policjant z dąbrowskiej komendy, Andrzej Ł., pseudonim Jabłuszko, który był wtedy członkiem zarządu tarnowskiego WOPR i miał klucz do hangarów. Rok po zabójstwie wyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dzwonił potem do Szczucina i wypytywał ludzi co się dzieje w śledztwie. Do Polski przyjechał znowu w 2009 r., chciał zostać na dłużej. Jednak po przesłuchaniu w Archiwum X i badaniu wariografem spakował walizki i następnego dnia wrócił do USA. Dziś prawdopodobnie to on jest świadkiem incognito.

    . . .

    Jako motyw zabójstwa Iwony pojawia się handel żywym towarem. Kilku świadków zeznało, że Iwona miała wyjechać do Austrii razem z siostrą Renaty, która już od kilku lat pracowała w wiedeńskiej knajpie. Nastolatka nawet wyrobiła sobie paszport i zapewne na początku nie domyślała się do czego jest przeznaczona. Mogła być już komuś sprzedana, a ludzie, którzy zapłacili pieniądze za młodą dziewczynę, domagali się dowiezienia zakupionego towaru. Inna hipoteza zakłada, że tamtego wieczoru Iwona miała być w hangarze komuś wystawiona lub Paweł K., Józef K. oraz Robert K. chcieli nagrać film pornograficzny z jej udziałem. Może dziewczyna zbyt dobrze poznała sekrety szczucińskiego układu, a gdy chciała się wycofać, stała się dla nich potencjalnym zagrożeniem.

    . . .

    Robert K. ps. Trabant był z wykształcenia mechanikiem lotniczym. Przez jakiś czas pracował jako strażak w szczucińskiej OSP, służył też w jednostce komandosów. Był bardzo agresywnym człowiekiem. Pod koniec lat 90. wraz z innymi lokalnymi biznesmenami sponsorował zakup sprzętu dla lokalnej policji. Mężczyzna oprócz prowadzenia dwóch najpopularniejszych lokali w Szczucinie, czerpał także zyski z filmów pornograficznych i z handlu narkotykami.

    Następnego dnia po zabójstwie w pubie "U Trabanta" zaczął się remont. Przebywali tam wtedy m.in. Paweł K., jego dziewczyna oraz Trabant z żoną. Według późniejszych zeznań świadków do baru przyjechało wtedy trzech policjantów z Dąbrowy Tarnowskiej w cywilnych ubraniach, którzy rozpytywali o zabójstwo Iwony. Notatek z tego zdarzenia nie było później w aktach sprawy.

    Młodsza siostra Iwony chodziła z synem Roberta K. do klasy, rodzice czasem przyprowadzali go do Cyganów, by mógł pobawić się z koleżankami, a Iwona odprowadzała go pod wieczór do domu.

    Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.

    . . .

    W sierpniu 2018 r. mieszkańcy Szczucina chcieli uczcić 20. rocznicę śmierci Iwony Cygan poprzez odprawienie w jej intencji mszy. Jednak proboszcz miejscowej parafii odmówił, twierdząc, że obecnie na miasto jest za duża nagonka w mediach i to szkodzi parafii. Kiedy wierni próbowali dowiedzieć czegoś więcej w tej sprawie, zostali poinformowani przez jednego z księży, że msza się odbyła, jednak ze względu na nowe przepisy RODO nie można udzielać więcej informacji. Duchowny dodał również, że parafia mogła odmówić odprawienia nabożeństwa, ponieważ parafianie zgłosili się zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a ponadto jest sezon urlopowy i połowy księży nie ma. Msza w intencji Iwony odbywa się jednak co roku na prośbę rodziny i jest zamawiana pół roku wcześniej. Nabożeństwo to odbywa się jednak w sąsiedniej parafii.

    . . .

    6 czerwca 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie ruszył proces (klik). Oskarżycielami posiłkowymi byli ojciec Iwony oraz jej dwie siostry. Mama zamordowanej niestety nie doczekała się sprawiedliwości i zmarła kilka lat temu.

    Praktycznie całe życie czekałam na ten dzień. Często sobie go wyobrażałam. Ludzie, którzy są oskarżeni o morderstwo, byli w tych myślach. Bo od początku wiedzieliśmy, że to oni. Przez 20 lat próbowano nam wmówić, że zabójstwa nie było - akt oskarżenia, który zostanie dziś odczytany, jest dowodem na to, że tej sprawy nie da się już dłużej zamiatać pod dywan

    – mówiła przed drzwiami do sali sądowej starsza z sióstr zamordowanej nastolatki.

    Na ławie oskarżonych zasiadło 18 osób: Paweł K., Józef K., Renata G.-D. oraz 15 skorumpowanych policjantów. Dowiezieni z aresztów zasiedli w pomieszczeniu za kuloodporną szybą. Przed oskarżonymi siedzieli w dwóch rzędach ich adwokaci, aż 25 osób, ponieważ każdy z oskarżonych posiadał dwóch lub trzech obrońców. Znalazło się tam kilku bardzo popularnych prawników "z najwyższej półki".

    W sprawie występują także świadkowie incognito, przez co między innymi proces toczy się częściowo za zamkniętymi drzwiami. Wiadomo tylko, że oskarżeni na sali sądowej nie zachowali powagi, wręcz zachowywali się "jak na spotkaniu towarzyskim".

    W czerwcu odbyła się następna rozprawa, na której sąd zgodził się na obecność mediów, jednak nie wolno im na bieżąco przekazywać relacji z procesu. Wszystko po to, by świadkowie, którzy do tej pory nie byli jeszcze przesłuchiwani, nie zmieniali zeznań pod wpływem innych relacji.

    Sąd szuka złotego środka. Nie chce całkowicie utajniać sprawy. Media mają prawo być na sali rozpraw. Dziennikarze mogą gromadzić materiały, bo przyjdzie moment, w którym będzie to można ujawnić. Te zgromadzone materiały mogą im się przydać po zakończeniu procesu czy wtedy, gdy ten zakaz zostanie złagodzony. A to jest możliwe

    – mówił rzecznik Sądu Okręgowego w Rzeszowie. Z kolei sędzia Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości, decyzję tę skomentowała następująco:

    Jest to ograniczanie swobody mediów oraz praw obywatelskich. Zasadą konstytucji jest prawo obywatela do jawnego rozpoznania sprawy.

    Na rozprawie, która odbyła się na początku października, sąd uchylił areszt tymczasowy dla 13 byłych policjantów oraz dla Renaty G.-D. Większość z nich dotąd nie złożyła nawet zeznań przed sądem, tak jak 35 świadków incognito występujących w sprawie. Sąd uznał jednak, że oskarżeni nie mogą już wpływać na świadków i postanowił wypuścić podejrzanych na wolność ze skutkiem natychmiastowym, więc po rozprawie podejrzani nie wrócili już do zakładów karnych. Dostali jedynie zakaz opuszczania kraju oraz obowiązek meldowania się na posterunku w Szczucinie.

    Prokurator Piotr Krupiński, naczelnik Małopolskiego Wydziału do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Prokuraturze Krajowej złożył zażalenie na decyzję rzeszowskiego sądu okręgowego, w której podkreślił, że istnieje realna groźba matactwa ze strony oskarżonych.

    Istotna w całej sytuacja jest realna obawa, że zwolnieni z aresztu oskarżeni policjanci mogliby próbować ustalać, kim są anonimowi świadkowie ze Szczucina, niewielkiego, liczącego 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczka, i próbować ich zastraszać. Na ten aspekt sprawy zwraca uwagę rodzina zamordowanej, zaznaczając, że niełatwo było przez długie lata przerwać zmowę milczenia wokół tragedii.

    30 października Sąd Apelacyjny miał rozpoznać zażalenia prokuratury, jednak nie był w stanie ponieważ Sąd Okręgowy w Rzeszowie nie wysłał im wszystkich akt. Ostatecznie akta przesłano, jednak posiedzenie zostało odroczone, a kolejne wyznaczone na 13 i 14 listopada. Jednak przez zwłokę sądu okręgowego zażalenia, które według przepisów winny być rozpoznane niezwłocznie, będą rozpoznane prawie półtora miesiąca od wyjścia podejrzanych z aresztu.

    . . .

    Na grobie Iwony Cygan wyryto słowa: "Tu leży niewinna istota, którą skrzywdził człowiek””. Miałaby dziś 37 lat.

    . . .

    W 2011 r. w programie "Listy gończe" został wyemitowany odcinek o sprawie Iwony Cygan –> klik

    Reportaż UWAGI z 2017 r. –> klik

    Filmik z youtubowego kanału Niediegetyczne z 2017 r. –> klik

    Reportaż TVN INFO z 2018 r.–> klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    Zapraszam także do obserwowaniarejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

    +: Freakz, Figlarz +934 innych
    •  

      a witaszek za co był sądzony? w procesie z tego roku nie bierze udziału? przecież policjant mataczący przy sprawie powinien być sądzony za współudział.

      @kuhonnyje_rewaljucje:

      Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

      Z tekstu to jednoznacznie nie wynika ale najprawdopodobniej Witaszek poddał się dobrowolnie karze bez przeprowadzenia rozprawy. W takiej sytuacji sąd wyłącza pozostałych sprawców do odrębnego postępowania i sądzi ich w "normalnym" trybie. Witaszek może występować w sprawie "głównej" jako świadek. pokaż całość

    •  

      Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się >sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał >wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.
      @kvoka: No jaki biedaczek, z pewnością w tej sprawie mu nagle wyrzuty przyszły na myśl, a jak przehandlował porno z nastolatkami, albo same nastolatki za granicę, to wszystko spoko. pokaż całość

    • więcej komentarzy (58)

  •  

    Dziś nowy wpis na #polskiepato.

    Historię podzieliłam na dwa posty, ponieważ przy próbie dodania całości w jednym wpisie pojawia się komunikat z Wykopu, że treść jest za długa. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    • • •

    Część 1

    W 1998 r. Iwona Cygan była uśmiechniętą i pełną życia 17-latką. Uwielbiała dzieci, a one ją. Często zbierała grupkę urwisów z okolicy i organizowała im zabawy. Zadatki na przedszkolankę łączyły się z jej planami na przyszłość, ponieważ nastolatka marzyła o zawodzie nauczycielki. Była ładną i dość nieśmiałą dziewczyną, ostrożną w nawiązywaniu kontaktów. Uczyła się dobrze, a po wakacjach miała iść do 3. klasy liceum w Dąbrowie Tarnowskiej.

    Ostatni miesiąc wakacji był w Szczucinie (woj. małopolskie) dość chłodny, mimo tego 13 sierpnia Iwona postanowiła wybrać się na rolki. Gdy była już przy furtce, starsza siostra zawołała ją do telefonu, więc dziewczyna wróciła jeszcze do mieszkania. Dzwoniła Renata G., z którą się przyjaźniła, jednak niedawno podjęła decyzję, by zakończyć znajomość i przyznać rację mamie, która od początku była przeciwna tej relacji. Nastolatka mówiła, że nie ufa koleżance, uważała, że ma dziwne towarzystwo i czuła się przez nią okłamywana.

    Dziewczyny były równolatkami, jednak to Renata dominowała w ich znajomości. Od jakiegoś czasu zadawała się z tak zwaną "elitą Szczucina", czyli z okolicznymi biznesmenami i ludźmi z pieniędzmi. Należał do nich prawie 40-letni Robert K. ps. Trabant właściciel baru "U Trabanta" oraz klubu "Zajazd Leśny". Lokale znajdowały się blisko siebie, w samym centrum miasteczka, a z braku innych rozrywek mieszkańcy Szczucina uczęszczali zwykle do obu lokalów tego samego wieczoru. Czas tam spędzali zarówno licealiści, jak i dorośli, także policjanci zaprzyjaźnieni z właścicielem, który cieszył się w okolicy powszechnym uznaniem. Jedni przychodzili potańczyć, drudzy robić szemrane interesy. Wśród kolegów Renaty byli też znajomi jej siostry, przez miejscowych nazywani "grupą austriacką". Jednym z nich był 26-letni Paweł K. ps. Młody Klapa. Mężczyzna skończył zawodówkę, w której wyuczył się na tokarza. Przez jakiś czas pracował jako ochroniarz w barze Trabanta, a później zaczął wyjeżdżać do Grecji, następnie do Austrii, gdzie na czarno podejmował się prac budowlanych. Z czasem zajął się także organizacją wyjazdów do sprzątania domów w Austrii.

    Podczas rozmowy telefonicznej Renata usilnie przekonywała Iwonę do spotkania, zapewniając, że to bardzo pilne. Mimo długiego opierania się, nastolatka niechętnie przystała na propozycję i przekonana, że za chwilę wróci do domu, pomachała mamie i około godziny 19:00 ruszyła w stronę kościoła, w pobliżu którego się umówiła. Dziewczyny udały się do "Zajazdu Leśnego", gdzie rozmawiały ze znajomymi. O godzinie 21:00 siostra Iwony spotkała ją wychodzącą z lokalu –. była uśmiechnięta i mówiła, że wybiera się już do domu. Późnym wieczorem starsza z córek wróciła przekonana, że siostra śpi w swoim pokoju. Ich matka, słysząc zamykające się drzwi wejściowe, była pewna, że wróciła także Iwona. Niestety, nad ranem nie zastała jej w łóżku. Rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Starsza córka bezzwłocznie zadzwoniła do Renaty, jednak telefon odebrała jej siostra, która powiedziała, że nastolatka jest na kursie na prawo jazdy. Rodzina zaginionej udała się tam z nadzieją, że dowie się, co się stało z Iwoną. Według ich relacji, Renata w ogóle nie zdawała się zaskoczona zniknięciem przyjaciółki, zachowywała się dziwnie i długo nie chciała z wrócić z nimi do Szczucina, by pomóc w poszukiwaniach. Od razu po powrocie ojciec zgłosił policji zaginięcie.

    Jeszcze tego samego dnia około godziny 14:30 rolnik, który prowadził krowę na pastwisko, odnalazł przy wale Wisły w Łęce Szczucińskiej zmasakrowane ciało Iwony. Nastolatka leżała twarzą do ziemi, na plecach miała skrępowane sznurkiem ręce, a na szyi zadzierzgniętą pętlę z drutu. Jej ciało było częściowo obnażone, a spodnie i bielizna zsunięte na uda. Była brutalnie pobita, miała głównie obrażenia głowy, okolicy potylicznej, klatki piersiowej, pleców oraz dwukrotnie złamaną żuchwę. Uderzenia były zadawane ze znaczną siłą, po całym ciele i przy użyciu różnych przedmiotów. Miała też wyrwane kolczyki i obcięte włosy, co mogło świadczyć o tym, że sprawcy chcieli upokorzyć swoją ofiarę. Policjant pracujący nad sprawą wspominał:

    Analiza oględzin miejsca ujawnienia zwłok i samego ciała ofiary wskazuje, że sprawcy chcieli ją upokorzyć, pastwić się nad nią. Być może w trakcie tego zdarzenia doszło do aktów mających ślady seksualności. W grupie napastników na pewno byli mężczyźni.

    Iwona umarła w wyniku gwałtownego uduszenia drucianą pętlą i częściowego zamknięcia dróg oddechowych krwią spływającą z obrażeń twarzy. Nie było żadnych śladów, które wskazywałyby, że została zgwałcona. Nastolatka była pobita do takiego stanu, że rodzina nie była w stanie zidentyfikować jej ciała. Udało im się to na podstawie ubrań, które miała na sobie.

    W pobliżu zwłok znajdowały się fragmenty sztachet i rozbite butelki po winie. Policja zabezpieczyła także włókna w rzadkim kolorze biskupim oraz ludzkie włosy. W nocy podczas burzy, deszcz zatarł większość śladów.

    Według oficera policji, sprawcami musiały być osoby, które dobrze znały okolicę:

    Sprawcy w tym miejscu czuli się bezkarnie i pewnie. A więc znali pewne zwyczaje sąsiednich domów i że w miejscu zbrodni nie zjawi się potencjalny świadek. Być może czuli się na tyle bezkarni, że nawet nie obawiali się, że jak ktoś ich zauważy to i tak im nic nie grozi.

    . . .

    Policja popełniła szereg błędów i rażących zaniedbań, które były widoczne już od samego początku śledztwa. Zwłoki Iwony szybko zabrano, a na miejscu zbrodni nikt nie został. Nie zabezpieczono nawet terenu. Dopiero po interwencji członka rodziny Cyganów śledczy wrócili na miejsce i ostatecznie zabezpieczono szereg dowodów.

    Mimo intensywnych opadów minionej nocy psy tropiące złapały ślad. Jednak prokurator stwierdził, że idą za zającem i kazał je odwołać.

    Niedaleko miejsca odnalezienia zwłok, pod namiotami wypoczywali turyści, których funkcjonariusze nawet nie przesłuchali. Nie przeszukano także hangarów WOPR, ani baru "U Trabanta". Nie zabezpieczono ważnych dowodów lub je zniszczono. Nie włączono też do materiałów śledztwa żadnych notatek obciążających osoby, które dzisiaj w tej sprawie są oskarżone. Za to przesłuchano około 250 świadków, których zeznania jednak zdaniem policji były bezwartościowe i nie wniosły nic do śledztwa. Nie postawiono także nikomu zarzutów, a jedną z pierwszych hipotez policji było to, że Iwonę zabili sataniści.

    W miasteczku zapanowała zmowa milczenia. Mieszkańcy najwyraźniej bali się rozmawiać z policją, która zresztą także nie starała się ujawnić prawdy o tym brutalnym morderstwie. Cała okolica dużo wcześniej wiedziała, u kogo danego dnia będą odbywały się przeszukania, czy kto kiedy będzie wzywany na przesłuchanie. Mieszkańcy Szczucina wiedzieli także, kto dokonał tej zbrodni, a już następnego dnia po morderstwie, na rynku rozmawiano o tym, kto dokładnie w nim uczestniczył.

    Renata podczas jednego z pierwszych przesłuchań w Dąbrowie Tarnowskiej twierdziła, że nie znała Iwony. Mimo tego, że wszyscy w okół doskonale widzieli ich intensywną przyjaźń, a oczywistym było, że dziewczyna kłamie. Nie zostały jednak postawione jej żadne zarzuty. Według jej późniejszej relacji, miała rozstać się z Iwoną na rynku po godzinnym spotkaniu i każda z nich poszła w swoim kierunku.

    Dwa miesiące po znalezieniu ciała policja zwróciła rodzicom Iwony jej ubrania, co jest standardową procedurą, jeżeli rzeczy osobiste nie są już potrzebne do badań. Jednak trzy tygodnie później u pogrążonej w żałobie rodziny pojawił się człowiek w mundurze funkcjonariusza policji twierdząc, że musi je ponownie zabrać. Rodzina wydała wszystko, z wyjątkiem butów. Mężczyzna nie zostawił żadnego pokwitowania, a rzeczy nie trafiły do prokuratury, tylko rozpłynęły się bez śladu.

    . . .

    Na pogrzeb Iwony przyszły tysiące ludzi, głównie młodzież. Koledzy nieśli trumnę kilka kilometrów ze Szczucina do Ratajów, gdzie została pochowana. (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    W styczniu 1999 r. został wyemitowany odcinek programu "997" (klik), w którym poinformowano o nagrodzie ufundowanej przez wójta Szczucina i lokalnego biznesmena, właściciela firmy Tankpol, o wysokości 20 tysięcy złotych za pomoc w ujęciu sprawców. Po emisji programu 31-letni Tadeusz Drab (zdjęcie) powiedział w barze kolegom, że wie, kto zabił Iwonę i chce podzielić się tą wiedzą z policją. Chwalił się, że to on zgarnie nagrodę. Nie zdążył jednak złożyć zeznań, ponieważ już następnego dnia zaginął, a jego ciało wyłowiono z Wisły dopiero po kilku miesiącach. Miejscowi śledczy uznali to za samobójstwo, choć nic nie wskazywało na to, by mężczyzna z planami na przyszłość i ukochaną dziewczyną u boku, którą miał niedługo poślubić, chciał targnąć się na swoje życie. Dodatkowo Drab świetnie pływał, był wręcz wychowany nad rzeką, a po wyłowieniu z wody ręce miał skrępowane sznurem. Jednak to także nie przekonało śledczych do wszczęcia dochodzenia w sprawie zabójstwa oraz nie połączyli tej sprawy z morderstwem Iwony.

    Śmierć Tadeusza zamknęła na dobre usta mieszkańcom Szczucina i okolic. Gdy ktoś próbował rozmawiać z mundurowymi sąsiedzi ostrzegali – "przestań, bo zginiesz jak Tadek Drab". Ludzie panicznie bali się sprawców, których doskonale znali, tak samo zresztą jak policja i rodzina ofiary.

    . . .

    Po zabójstwie Iwony w Szczucinie zaczęło dochodzić do niewyjaśnionych aktów agresji wobec mieszkańców. Został pobity miejscowy ksiądz oraz licealiści, których dodatkowo wywieziono nad Wisłę i grożono śmiercią.

    . . .

    Sprawa Iwony Cygan po raz pierwszy została umorzona 8 lipca 1999 r. z powodu "braku dowodów".

    . . .

    20 grudnia 2013 r. kuzyn Iwony, który od początku bardzo pomagał rodzicom zamordowanej w dotarciu do prawdy, odnalazł swojego syna, 18-letniego Darka Cygana powieszonego w garażu. Wszelkie okoliczności jego śmierci wskazywały na udział osób trzecich, jednak Prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej umorzyła śledztwo. Darek znał się z synem Trabanta i według jednej z relacji chłopcy mieli pokłócić się na jednym z grillów, po czym Cygan miał mu powiedzieć, że jest synem mordercy.

    . . .

    Rankiem 24 sierpnia 2014 r. w Szczucinie przypadkowy przechodzień odnalazł ciało 30-letniego Marka Kapela (zdjęcie). Zwłoki znajdowały się w dziwnym ułożeniu, a mianowicie głowa została przygnieciona ciężkimi elementami betonowego ogrodzenia, które zadziałały jak gilotyna (zdjęcie) (zdjęcie). Jego ciało wyglądało tak, jakby walczył, aby wydostać się spod betonowych płyt. W dniu swojej śmierci Marek, który na co dzień pracował w firmie budowlanej, wyszedł z baru "Ambrozja", gdzie według barmanki wypił niewiele, może dwa lub trzy piwa. Do domu miał około trzech kilometrów, które przemierzał wzdłuż jednej z najczęściej uczęszczanych dróg w miasteczku. Monitoring zarejestrował jego postać około godziny 23:10, jednak w zasięgu kolejnej kamery mężczyzna już się nie pojawił. Osiem godzin, które upłynęły pomiędzy ostatnim nagraniem a odnalezieniem zwłok, owiane jest tajemnicą. Policjanci uznali, że zginął około północy, jednak według ratowników medycznych, którzy zjawili się na miejscu odnalezienia zwłok, musiało to być około czwartej nad ranem. Tymczasem, około drugiej w nocy, tuż obok miejsca, gdzie leżał Kapel, policjanci wylegitymowali dwóch mężczyzn, którzy szli środkiem drogi. Co więcej, jak pokazuje monitoring, w nocy dwa razy obok tego miejsca przejeżdżał radiowóz.

    Następnego dnia na miejscu odnalezienia zwłok nikt nie zabezpieczył śladów, a po dwóch godzinach było już tam pusto. Ubrania Marka po jakimś czasie zostały zutylizowane, nie pobrano z nich także żadnych śladów. Nie wezwano psów tropiących ani nie zlecono przeprowadzenia eksperymentu, który mógłby wykazać, czy wybicie samodzielne głową przęsła było w ogóle możliwe. W końcu postępowanie w sprawie śmierci Marka Kapela zostało umorzone przez Prokuraturę Rejonową w Dąbrowie Tarnowskiej ze względu na "brak znamion czynu zabronionego" i mimo sprzeciwu rodziny uznane za nieszczęśliwy wypadek lub samobójstwo.

    Wiadomo było, że Marek posiadał informacje dotyczące morderstwa Iwony Cygan. Koledzy prosili go, aby nie mówił o tym głośno, ostrzegali, że "skończy jak Tadek Drab". Dwa miesiące przed śmiercią potrącił go samochód, a nieznany sprawca uciekł. Kapel miał złamane trzy żebra i stłuczoną rękę, jednak nie chciał zgłosić zdarzenia na policję. Najprawdopodobniej odebrał to jako ostrzeżenie i umyślne potrącenie.

    (klik)

    . . .

    Matka zamordowanej Iwony mówiła, że przy policjantach i prokuratorach ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej czuła się jak morderczyni, nie jak ofiara. Przez wiele lat rodzina Cyganów nie mogła nawet znaleźć pełnomocnika, który by ją reprezentował. Kolejni adwokaci z kancelarii w Tarnowie, a nawet w Krakowie odmawiali, tak jakby doskonale wiedzieli, że nie jest to zwykła sprawa kryminalna. Wszyscy widzieli, że gdy tylko ktoś próbował dotrzeć do prawdy, miał realne kłopoty. Po wielu latach batalii z mundurowymi – dopiero gdy w 2009 r. sprawą zainteresowało się krakowskie Archiwum X – śledztwo zaczęło nabierać tempa. Udało się nawiązać kontakt ze świadkiem wydarzeń z sierpnia 1998 r. Mężczyzna w rozmowie z policjantami zeznał, że widział, jak na rynku przy Iwonie i Renacie zatrzymał się gwałtownie biały polonez prowadzony przez Pawła K. zwanego Młodym Klapą. Po krótkiej rozmowie dziewczyny wsiadły do środka. Świadek w obliczu prokuratury wycofał się jednak z części zeznań, a niebawem po tym Archiwum X zostało odsunięte od sprawy, ponieważ "ktoś wyżej" uznał, że "za bardzo angażuje się w pomoc rodzinie". Śledztwo ponownie zostało umorzone. W 2014 r. sąd nakazał prokuratorom je wznowić, stwierdzając, że nie zrobiono wszystkiego, aby odnaleźć mordercę. Krótko po tym udało się dotrzeć do nowych dowodów, a mianowicie do kasety wideo, na której widać, jak Paweł K. bawi się na weselu w Szczucinie dwa dni po śmierci Iwony. Było tam niespełna sto osób, w tym prawie wszyscy oskarżeni dziś o udział w zabójstwie. Na nagraniach widać, że Młody Klapa był ubrany w marynarkę koloru biskupiego, prawdopodobnie tę samą, której włókna zabezpieczono na miejscu zabójstwa Iwony. Jego pobyt na zabawie wskazywał także na to, że alibi z 1998 r., według którego w noc morderstwa miał być w drodze do Austrii jest nieprawdziwe.

    W 2016 r. media podały informację, że policjanci są o krok od złapania morderców. Na początku października w Łęce Szczucińskiej, gdzie przed laty znaleziono ciało nastolatki, został przeprowadzony eksperyment procesowy (klik), który miał polegać na m.in. odtworzeniu relacji świadka (zdjęcie) (zdjęcie). W eksperymencie brała udział Żandarmeria Wojskowa, która użyczyła drona do skanowania terenu oraz naziemnego sprzętu do mapowania 3D miejsc zdarzeń. (klik)

    Do tego czasu zebraliśmy bardzo dużo materiału dowodowego. Z najnowszych informacji wynika, że miejsce znalezienia zwłok najprawdopodobniej nie było miejscem zabójstwa. Pod uwagę bierzemy również fakt, że ciało Iwony było roznegliżowane. Choć sekcja zwłok wykluczyła jakikolwiek kontakt seksualny. Uważamy, że sprawca celowo chciał wprowadzić w błąd policję co do miejsca i motywu zbrodni

    – mówił Bogdan, szef krakowskiego Archiwum X. Po latach została przerwana też zmowa milczenia, a policja dotarła do świadków wydarzeń sprzed lat, którzy w końcu zdecydowali się na rozmowę z funkcjonariuszami.

    klik <– wywiad z owym Bogdanem, bardzo ciekawy człowiek (rozmowa nie dotyczy tej sprawy).

    . . .

    Zaraz po przeprowadzeniu wizji lokalnej w Łęce Szczucińskiej zaginął 79-letni Wojciech Sołtys (zdjęcie) ze Świdrówka pod Szczucinem. Dopiero po ponad trzech tygodniach poszukiwań w trudno dostępnym miejscu nad Wisłą znaleziono jego zwłoki. Mężczyzna leżał twarzą do ziemi i był nieadekwatnie ubrany do pory roku – miał na sobie tylko koszulkę polo z długim rękawem oraz dresowe spodnie. Kilkaset metrów dalej znajdował się spalony wrak jego samochodu. Tablica rejestracyjna leżała na ziemi.

    Mężczyzna posiadał plany na przyszłość, remontował dom i miał już kupiony bilet na lot do Stanów Zjednoczonych, w których wcześniej spędził ponad 30 lat życia. W dniu, w którym zaginął, nie zjawił się na lotnisku, o czym powiadomiono jednego z jego braci, który od razu wybrał się do domu Wojciecha. Zastał tam otwartą bramę na posesję. Nie było słychać szczekania psa, który – jak się później okazało – leżał martwy. Jego sekcja zwłok wykazała, że zmarł z wygłodzenia.

    Przy ciele denata znaleziono sporo gotówki, w tym amerykańskie dolary, oraz telefon komórkowy.

    Jednoznacznej przyczyny śmierci nie udało się ustalić. Wykluczono natomiast, że był to jakiś uraz, jak np. pobicie.

    Biegli wskazali, że najbardziej prawdopodobną przyczyną zgonu była ostra niewydolność układu krążenia w przebiegu uszkodzenia mięśnia sercowego na tle miażdżycowym

    – mówił zastępca prokuratora rejonowego w Dąbrowie Tarnowskiej. Tłumaczył też, że dla dobra śledztwa więcej szczegółów ujawnić nie może, ale. dodał, że prowadzą śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

    Krewni zmarłego nie wierzą w zgon z przyczyn naturalnych. Według brata sprawcą musiał być ktoś miejscowy, kto dobrze znał okolicę, ponieważ miejsce znalezienia zwłok jest obszarem rzadko uczęszczanym i trudno dostępnym.

    Tarnowska prokuratura w końcu umorzyła sprawę, której akta dopiero pod koniec 2017 r. trafiły do Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Postępowanie zaczęło być prowadzone w kierunku podejrzenia zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

    . . .

    Śledztwo w sprawie morderstwa Iwony Cygan kontynuował Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wraz z policjantami ze specjalnej grupy zajmującej się niewyjaśnionymi zbrodniami sprzed lat –- Archiwum X – z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

    Zebrane przez nich dowody, zeznania świadków oraz opinie Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie pozwoliły, by w grudniu 2016 r. za 45-letnim już Pawłem K. został wysłany list gończy, a Sąd Okręgowy w Tarnowie wydał Europejski Nakaz Aresztowania (klik) (klik), ponieważ nieznane było aktualne miejsce pobytu podejrzanego. Na liście gończym widniała kwalifikacja mówiąca o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem, a zdaniem prokuratury podejrzany 13 i 14 sierpnia 1998 r., korzystając z pomocy swego ojca Józefa K. ps. Stary Klapa, zadawał Iwonie liczne ciosy twardym narzędziem, a następnie wywiózł ją w okolice wałów przeciwpowodziowych w Łęce Szczucińskiej, gdzie ofiarę skrępował i doprowadził do jej śmierci.

    Paweł K. został aresztowany 9 stycznia 2017 r. w Wiedniu przez austriackie organy ścigania, a w połowie miesiąca został wysłany z Polski wniosek o jego ekstradycję. Po dwóch rozprawach sądowych w tej sprawie Młody Klapa (zdjęcie) został przetransportowany do Polski wojskowym samolotem 11 maja, a następnie eskortowany przez Żandarmerię Wojskową do Aresztu Śledczego w Krakowie. Jeszcze podczas pobytu w Wiedniu, K. twierdził, że jest krewnym byłej premier Ewy Kopacz, która chroniła go przez te wszystkie lata, o czym pisały wszystkie austriackie media (klik). Polityk wszystkiemu zaprzeczyła i wytłumaczyła się zwykłą zbieżnością nazwisk.

    17 maja w polskiej prokuraturze Paweł K. nie przyznał się do zarzutu i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Mężczyzna został przebadany wykrywaczem kłamstw, które wykazało, że posiada dużą wiedzę na temat zabójstwa Iwony, że coś ukrywa i usiłuje oszukać urządzenie, stosując uniki psychologiczne.

    Kolega Młodego Klapy zeznał, że mężczyzna ten jest maniakiem seksualnym i w latach 90. gdy przyjeżdżał z Austrii do rodzinnego Szczucina, często razem bywali u tarnowskich prostytutek.

    . . .

    DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

  •  

    David Burke i jego brutalna zemsta na pokładzie samolotu

    Mieszkańcy Kalifornii są przyzwyczajeni do nagłych wstrząsów ziemi. Życie w sąsiedztwie wielkiego uskoku tektonicznego przyzwyczaiło ich do niespodziewanych drgnięć. Ale to ma w sobie coś dziwnego. Coś zaskakującego. Gdy chwilę po godzinie 16 7 grudnia 1987 przez hrabstwo San Luis Obispo przebiega nagły wstrząs, ludzie mają wrażenie, że nie pochodzi z głębi ziemi.

    Wkrótce nad okolicą zaczynają krążyć śmigłowce. Załoga jednego z nich, należącego do telewizyjnej stacji CBS, po pewnym czasie natyka się na ponury obraz: na zboczu wzgórza w miejscowości Paso Robles, w górach Santa Lucia, widzą wybity w ziemi krater i rozsypane dookoła drobne szczątki – pozostałości British Aerospace 146 o rejestracji N350PS, niewielkiego, czterosilnikowego samolotu pasażerskiego produkcji brytyjskiej, chętnie używanego na krótkich i średnich trasach, w tym przypadku realizującego rejs nr 1771 Pacific Southwest Airlines – lokalne połączenie z San Francisco do Los Angeles. Gołym okiem widać, że żadna z 43 osób na pokładzie nie miała szans na przeżycie.

    Dochodzenie

    Wkrótce w Paso Robles pojawiają się śledczy. Nie tylko z NTSB – wśród osób uwijających się na wzgórzu wiele ma identyfikatory z charakterystycznym logo FBI. Od razu widać, że samolot uderzył w ziemię z ogromną siłą: ciał 27 spośród ofiar tragedii nigdy nie udało się zidentyfikować. Udaje się odnaleźć czarne skrzynki: ciężko poharatane, zdeformowane, pogięte. Po ich otwarciu okazuje się, że taśma wewnątrz jest porozrywana. Technicy FBI ciężko, mozolnie, całymi dniami dopasowują do siebie strzępy taśmy magnetycznej. W końcu można odsłuchać zapis rozmów w kokpicie. To, co płynie z głośników, dogłębnie wstrząśnie nie tylko ludźmi z branży lotniczej.

    Początkowo wszystko przebiega normalnie. Maszyna spokojnie przemierza niebo na wysokości 22000 stóp (ok. 6700 m), 44-letni kapitan Greg Lindamood i o cztery lata starszy pierwszy oficer James Nunn gawędzą ze sobą. Gdy wypytują kontrolę lotów o turbulencje, nastrój nagle się zmienia. Słychać dwa głośne huknięcia.

    – Cholera, co to było? – Nunn od razu łączy się z kontrolą lotów. – Wieża, tu PSA 1771. Chyba słyszeliśmy wystrzały w kabinie.

    To ostatni komunikat, jaki kontroler lotów usłyszał. Jeszcze zanim PSA 1771 znikł z ekranu radaru, zawiadomił FBI: wszelkie przestępstwa na pokładzie samolotu są objęte jurysdykcją federalną. Taśma biegnie dalej. Słychać otwierane drzwi do kokpitu i przerażony głos stewardesy, Deborah Neil:

    – Kapitanie, mamy problem!

    – Co się dzieje?

    Kolejny wystrzał jest dużo głośniejszy. Ciało stewardesy upada na podłogę.

    – To ja jestem tym problemem.

    Następne dwa strzały są już ogłuszająco głośne: padły w kokpicie, w bezpośrednim sąsiedztwie mikrofonu. W tle słychać histeryczny wrzask pasażerów. Samolot zaczyna nabierać prędkości, słychać jakieś niezrozumiałe zdania i jeszcze jeden wystrzał. Potem jest już tylko ryk silników i wycie alarmów. A potem niezwykle głośny trzask. Jak oszacowano później, BAe 146, pikując w stronę ziemi, tuż przed uderzeniem przekroczył barierę dźwięku. Gdy uderzył w ziemię, przeciążenie działające na ciała pasażerów przekraczało siłę ciążenia ziemskiego mniej więcej 5000 razy.

    Każdy, nawet najdrobniejszy fragment znaleziony na miejscu tragedii może być teraz dowodem w śledztwie w sprawie masowego morderstwa. Udaje się odnaleźć fragmenty siedzenia: widać w nim ślady po kulach. Wreszcie jeden z techników znajduje fragmenty papierowej torebki, jaką można znaleźć przy siedzeniach pasażerów. Po starannym poskładaniu strzępów widać naprędce skreślone słowa.

    „Cześć, Ray. To ironiczne, że tak się to musi skończyć. Prosiłem cię o litość, ze względu na moją rodzinę, pamiętasz? Nie okazałeś mi jej. Więc ode mnie też jej nie zaznasz.”

    Po numerze seryjnym udaje się zidentyfikować miejsce, z którego pochodził fotel ze śladami po kulach. Z listy pasażerów wynika, że ono akurat było puste. Natomiast na fotelu bezpośrednio przed nim zasiadał Raymond Thompson – jeden z menedżerów linii PSA. Ślady po kulach wskazują na broń ręczną dużego kalibru, najpewniej .44 Magnum – taki pocisk, wystrzelony z niewielkiej odległości, przebiłby ciało, fotel i jeszcze miałby dość energii, by przebić następny fotel… Teraz trzeba odkryć, kto aż tak nienawidził Thompsona. Śledczy wypytują o ostatnio zwolnione z pracy osoby, szukają też takich, z którymi Thompson miał zatarg w życiu prywatnym. Poszukiwania nie trwają długo. Jeden ze śledczych kładzie na biurku przełożonego teczkę personalną ze zdjęciem czarnoskórego mężczyzny z bujną fryzurą i charakterystyczną bródką.

    Brudna kartoteka

    35-letni David Burke pochodził z jamajskiej rodziny, zamieszkałej w Wielkiej Brytanii. Gdy był jeszcze dzieckiem, wraz z rodzicami wyemigrował do USA, osiedlając się w stanie Nowy Jork. Pracował tam dla lokalnej linii lotniczej, ale nie tylko: policja i FBI podejrzewały go o udział w przemycie narkotyków z Jamajki do USA. Zanim cokolwiek mu udowodniono, wyjechał na Zachodnie Wybrzeże. Tu zatrudnił się jako sprzątacz w Pacific Southwest Airlines. Niestety, skłonności do łatwego zarobku miał nadal. Zauważono, że z samolotów, którymi się zajmował, często ginęły pieniądze, jakimi pasażerowie płacili za napoje i przekąski podawane w czasie lotu. W końcu jeden ze stewardów zauważył, jak Burke kradnie z wózka z napojami 69 dolarów, i natychmiast zawiadomił przełożonego. Ray Thompson wezwał Burke’a do siebie; ten się kajał i prosił o jeszcze jedną szansę, ale Thompson sucho go poinformował, że kradzieży nie będzie tolerował, i zwolnił Burke’a dyscyplinarnie. Thompson często latał z San Francisco do domu w okolicy LA, wykorzystując właśnie rejs nr 1771. 7 grudnia 1987 wraz z nim na pokład BAe 146 wsiadł David Burke…

    Udało się mniej więcej ustalić, co się działo na pokładzie N350PS. Chwilę przed tym, jak rozpoczęło się pandemonium, słychać, że ktoś przez dziwnie krótką chwilę korzysta z toalety. Najpewniej Burke, idąc do toalety, rzucił lub podał Thompsonowi papierową torbę, na której nagryzmolił kilka zdań. W toalecie szybko wyjął i odbezpieczył broń, wyszedł, podszedł do Thompsona i zastrzelił byłego szefa. Następnie ruszył w stronę kokpitu, zabijając najpierw stewardesę, a następnie obu pilotów. Potem przestawił ciąg silników na maksymalne obroty i pchnął stery przed siebie, przechylając nos samolotu pionowo w dół… Nie jest do końca jasne, dla kogo był przeznaczony ostatni, słyszany na taśmie wystrzał. Początkowo podejrzewano, że Burke po prostu się zastrzelił.

    Później, podczas poszukiwań, znaleziono szczątki rewolweru .44 Magnum wraz z fragmentem palca w osłonie języczka spustowego. Eksperci FBI byli zgodni: gdyby Burke się zastrzelił, siła odrzutu wyrwałaby broń z jego martwej ręki – tymczasem gdy samolot uderzył w ziemię, zabójca wciąż zaciskał broń mocno w dłoni… Jednym z pasażerów tragicznego lotu był jeden z głównych pilotów linii PSA, Douglas Arthur. Oficjalnie uznano, że próbował pertraktować z Burke’em albo nawet wedrzeć się do kokpitu i uratować maszynę – i to w niego był wymierzony ostatni pocisk… Z fragmentu palca trzymającego szczątki rewolweru udało się zdjąć odcisk linii papilarnych – był identyczny z odciskiem palca Davida Burke’a, znajdującego się w kartotekach nowojorskiej policji.

    Przesłuchiwani przezeń współpracownicy Burke’a, jak i jego sympatie (miał ich kilka, w sumie urodziły mu siedmioro dzieci) opisywali go jako człowieka gwałtownego, porywczego, nie cofającego się przed przemocą. Jeden z jego kolegów z pracy zgłosił się na policję, przyznając, że to on był właścicielem feralnego rewolweru – Burke pożyczył go na dzień przed tragicznym lotem, twierdząc, że czuje się zagrożony napaścią w swoim mieszkaniu. Wreszcie jedna z jego sympatii opowiedziała policji o dziwnej wiadomości, jaką 7 grudnia Burke nagrał na jej automatyczną sekretarkę. Brzmiała ona jak ostatnie pożegnanie…

    Jak się tam dostał

    Śledztwo ma się ku końcowi. Pozostaje odpowiedzieć na jedno pytanie – absolutnie fundamentalne dla bezpieczeństwa lotów. Jakim cudem David Burke wniósł załadowaną broń palną na pokład samolotu? Po tym, gdy na przełomie lat 60. i 70. przez branżę przetoczyła się fala porwań i zamachów, wprowadzono dokładne kontrole tak bagażu, jak i pasażerów wsiadających na pokład… Zdawałoby się nierealne, że ktoś zdołałby przemycić załadowany duży rewolwer. Tyle że niektóre osoby wsiadające do samolotu były wyłączone z obowiązkowej kontroli osobistej. Nie kontrolowano personelu pokładowego, pilotów – i pracowników linii i portów lotniczych. Burke co prawda był już byłym pracownikiem PSA, ale ciągle jeszcze miał identyfikator i legitymację służbową – mijało kilka dni, zanim wszystkie formalności związane ze zwolnieniem z pracy były zakończone, a dokumenty i przywileje odebrane…

    Zmiany w przepisach wprowadzono natychmiast. Każda osoba wchodząca na pokład samolotu, włącznie z załogą, jest od tej pory kontrolowana, jej bagaż również. Gdy pracownik odchodzi z linii lotniczej, czy to na drodze zwolnienia, czy idąc na emeryturę, czy zmieniając pracę – traci wszelkie bonusy, przywileje i uprawnienia natychmiast, natychmiast też zdaje wszelkie legitymacje i dokumenty. Jako że na pokładzie N350PS znajdowało się po kilku dyrektorów dużych firm – Chevron USA i Pacific Bell – wiele firm wprowadziło zasadę, że na pokładzie jednego samolotu nie może znajdować się więcej niż jedna osoba z zarządu firmy.

    https://disasterintheair.wordpress.com/2017/12/07/bez-litosci/

    (Na zdjęciu pokazane jest to co zostało z samolotu)

    #gruparatowaniapoziomu
    #ciekawostki
    #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

  •  

    Mirki, pamiętacie zapewne mój wpis nt. znalezienia mojego przyjaciela po 6 miesiącach od zaginięcia? Wiele osób zarzucało mi wtedy atencję na jego śmierci... Teraz atencji jak najbardziej potrzeba. Pod tym linkiem jest reportaż, kilka miesięcy po znalezieniu ciała. Tutaj tekst skróconych rozmów z rodziną miesiąc przed znalezieniem ciała.Są w nim omówione podstawowe rzeczy zaprzeczające logice tego, co orzekła policja. Sprawę zakończono jako "samobójstwo". Oczywistym jest, że jako rodzina i przyjaciele Damiana się z tym nie zgadzamy. Najprostsze podważenia są w tym krótkim materiale, a niedopatrzeń jest o wiele więcej. A o innych nie wiem, czy wolno mi na tyle otwarcie mówić. W każdym razie chodzi o #wykopefekt.
    Mama Damiana od długiego czasu bezskutecznie usiłuje wytoczyć drugą sprawę. Wszyscy jesteśmy pewni tego, że Damianowi odebrano życie. Policja jednak stara się zasunąć wszystko pod dywan. Jedyne czego chcemy to SPRAWIEDLIWOŚĆ. Wiemy, że nie wrócimy mu życia, ale chcemy sprawiedliwego wyroku. Jesteśmy pewni, że zrobiły to osoby trzecie i mogą to zrobić nie raz.
    Czy jesteście w stanie pomóc w jakimkolwiek działaniu #policja innym niż ignorowanie? Nie mam pojęcia, jakieś programy pokroju Uwaga, Rutkowski? Coś, co pomoże w jakimkolwiek stopniu ruszyć drugi proces, porządnie przesłuchać świadków i dokładnie przeprowadzić śledztwo. Bardzo proszę o wyplusowanie w gorące. Wyrzucenie tego na główną będzie moim marzeniem.

    Przepraszam za spam tagami, ale nie daje spokoju to mi, a co dopiero jego mamie, która wygląda jak wrak siebie, bo musi walczyć o swoje #prawo
    #pytanie #kiciochpyta #kryminalne #kryminalistyka #suwalki
    pokaż całość

    źródło: d-pt.ppstatic.pl

  •  

    Niestałość nastrojów, porywczość. Skłonność do okrucieństwa w stosunku do otaczających go ludzi.
    Skłonność do utopijnego myślenia.
    Z natury ambitny, pyszałkowaty pragnie sławy; pozbawiony zdolności do określenia swojego właściwego miejsca w życiu i w związku z tym odpowiedniego postępowania.
    Pożąda znacznie więcej niż potrafi odpowiednio do swoich zdolności.


    Powywszy tekst jest fragmentem charakterystyki osobowości wykonanym na próbce pisma z pomocą grafologa z Freiburga (lata 20 XIX w.)
    Osoba której tekst badano to 28 letni mężczyzna, malarz, Adolf Schicklgruber ... po zdobyciu sławy, znany jako Adolf Hitler.

    pokaż spoiler #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #ocieplaniewizerunkuadolfahitlera #bekazlewactwa #historia #grafolofia #kryminalistyka

    Poniżej przykładowe odręczne pismo Adolfa z 1931r.
    pokaż całość

    źródło: g.cz

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Ostrzegam, że opis tej zbrodni jest drastyczny i dotyczy dziecka! Wrażliwsi są proszeni o nieczytanie poniższego tekstu.

    • • •

    KRZYSZTOF PAŃKÓW, rocznik '66

    Rankiem 3 października 1996 roku 9-letnia Kasia G. (zdjęcie) jak co dzień wyszła do szkoły w rodzinnym Byczynie (woj. opolskie), jednak na klatce schodowej spotkała pijanego sąsiada, 30-letniego Krzysztofa. Mężczyzna siłą zaciągnął dziewczynkę do swojego mieszkania (zdjęcie), gdzie skrępował jej ręce i nogi krawatami. Unieruchomioną przyduszał poduszką i wkładał palce do pochwy. W końcu zacisnął na jej szyi materiałowy pasek od sukienki i udusił. Wszystko to trwało około sześciu godzin.

    Matka Kasi nie zmartwiła się, gdy córka nie wróciła do domu po szkole, myśląc, że wybrała się ze swoim ojcem w odwiedziny do chorej ciotki. Rodzice zaczęli poszukiwania dopiero od godziny 16:00, a wieczorem trzecioklasistki szukała już cała Byczyna. Jednak dziewczynka nie żyła już od godziny 14:30 — wtedy Pańków zaniósł jej zwłoki do łazienki, ułożył w wannie i zaczął ćwiartować przy użyciu kuchennego noża i piłki do metalu. Fragmenty ciała spakował w foliowe reklamówki i upychał za szafą.

    Rodzina i mieszkańcy miasteczka przeszukiwali wszystkie pobliskie kamienice, zjawili się także u Krzysztofa, jednak nie zauważyli nic niepokojącego. Mężczyzna nie płacił rachunków za energię, więc elektrownia odłączyła mu prąd, dlatego w ciemnościach panujących w jego mieszkaniu ciężko było dostrzec wszechobecne ślady krwi. Początkowo nikt nie podejrzewał, że Pańków może mieć coś wspólnego z zaginięciem Kasi, ponieważ bardzo dobrze znał zarówno ją, jak i jej rodziców. Od lat mieszkali drzwi w drzwi, a matka i ojciec dziewczynki czasami zapraszali go na obiady i dawali jedzenie, gdy nie miał pieniędzy. Rok wcześniej, podczas komunii córki, jej matka przyniosła mu nawet poczęstunek.

    Wieczorem wyniósł poćwiartowane ciało z domu i porzucił na podmiejskim dzikim wysypisku oraz obok silosów w pobliskich Jaśkowicach. Kiedy tam szedł, zmęczył się, więc postanowił odpocząć i kupić sobie piwo. Stał spokojnie z innymi ludźmi i popijał browarka, mając przy nodze torbę z ciałem dziewczynki.

    Następnego dnia okolicę wysypiska przeszukiwała trójka ochotników. Około godziny 11:00 mężczyźni dojrzeli w krzakach poplamione krwią reklamówki, w których spakowana była głowa oraz kończyny zaginionej. Jeszcze tego samego dnia policja zatrzymała mordercę, którego wskazali okoliczni mieszkańcy. Według ich relacji Pańków nie pomagał w poszukiwaniach Kasi, dodatkowo był widziany z podejrzanie wyglądającymi pakunkami. Gdy mundurowi wyprowadzali Krzysztofa, pod jego kamienicą zabrał się rozjuszony tłum, który chciał go zlinczować.

    Podczas przesłuchania mężczyzna od razu przyznał się do winy i wskazał, gdzie zakopał tułów 9-latki. Decyzję o jej poćwiartowaniu tłumaczył tym, że kiedyś przeczytał, że jest to najlepszym sposobem na pozbycie się zwłok.

    Podczas wizji lokalnej dokładnie pokazał miejsca, w których porzucił zwłoki i precyzyjnie opisał przebieg zbrodni. W trakcie jej trwania ponownie omal nie doszło do samosądu z rąk mieszkańców.

    . . .

    Kasia została pochowana w rodzinnej miejscowości. Jej trumnę nieśli harcerze, a za nimi podążało aż trzy tysiące żałobników.

    . . .

    Proces (zdjęcie) (zdjęcie) wzbudzał wiele emocji, a ludzie żądali dla oskarżonego kary śmierci, na której wykonywanie obowiązywało wtedy moratorium.*

    Kasia była jedynaczką i długo oczekiwanym przez rodziców dzieckiem. Na jednej z rozpraw jej matka powiedziała:

    Miałam w życiu tylko jeden kwiat. Ten kwiat potrzebował opieki, potrzebował troski. Nie potrafił się bronić. Został w brutalny sposób zaatakowany, zniszczony i rozrzucony po polach. Dlatego domagam się jak najwyższego wymiaru kary i żeby ta kara ustrzegła te wszystkie kwiaty, które jeszcze są, jeszcze cieszą nasze oczy. Bo moich oczu już nic nie ucieszy.

    Podczas rozprawy Pańków skorzystał z prawa odmowy składania wyjaśnień, jednocześnie podtrzymując wyjaśnienia, które składał podczas śledztwa.

    . . .

    Krzysztof Pańków został oskarżony o zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem oraz morderstwo. 28 sierpnia 1997 roku zapadł wyrok, w którym za pierwszy z czynów został skazany na 8 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat pozbawienia praw publicznych, z kolei za drugi otrzymał dożywotnie pozbawienie wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Orzeczona kara łączna za wszystkie czyny to dożywotnie pozbawienie wolności oraz pozbawienie praw publicznych na 10 lat.

    Przed odczytaniem wyroku oskarżony w swojej mowie końcowej powiedział:

    Nie mogę prosić ludzi o cokolwiek dla siebie, więc zwracam się do sądu o sprawiedliwy wyrok. Proszę o wymierzenie kary śmierci.

    Wyrok nie uprawomocnił się gdyż oskarżony i jego obrońca złożyli apelację, w której wnieśli o łagodniejszy wymiar kary. Adwokat uznał między innymi, że Sąd Wojewódzki w Opolu (w latach 1950-1999 teraźniejsze sądy okręgowe były nazywane wojewódzkimi, ze względu na dawny podział administracyjny na 49 województw) wydał wyrok pod naciskiem opinii publicznej. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał jednak, że nie ma podstaw, by tak twierdzić i utrzymał wyrok w mocy. Podkreślił także, że fakt, iż od zgwałcenia do zabicia Kasi minęły około dwie lub trzy godziny, dowodzi, że oskarżony miał czas na przemyślenie swojego postępowania i dalszych zamiarów. Sąd uznał, że mimo tego, iż Pańków nie był wcześniej karany za zbrodnie na tle seksualnym, są nikłe szanse na jego resocjalizację i sprawia potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa.

    . . .

    Dziś Kasia byłaby już Katarzyną i miałaby 31 lat.
    . . .

    W roku 2000 Pańków udzielił wywiadu w programie "Cela nr" —> klik (polecam!)

    . . .

    * moratorium (łac. moratorius, zwlekający) – zawieszenie, tymczasowe wstrzymanie.

    W 1988 r. władza ludowa stwierdziła, że z jakichś przyczyn wstrzymanie wykonywania kary śmierci może przynieść im korzyść (pewnie chodziło o zyskanie przychylności społeczeństwa), dlatego zaczęło obowiązywać moratorium na jej wykonywanie. Tak jak dość częste za PRL-u amnestie. Tym razem jednak nie zawracali sobie głowy uchwalaniem ustaw, tylko po prostu stwierdzili, że wyroki śmierci nie będą wykonywane. Zostawili sobie w ten sposób furtkę na przyszłość, gdyby się okazało, że wykonywanie kary śmierci trzeba przywrócić. Dopiero po zmianie systemu uregulowano tę kwestię ustawowo (zresztą w kiepski sposób, co pokazał przypadek Trynkiewicza). Ponadto to uregulowanie ustawowe było jednym z niezbędnych warunków integracji Polski z UE.

    Już w trakcie obowiązywania moratorium 10 osób zostało skazanych na karę śmierci (klik). Dopiero w 1995 r. niewykonane kary zamieniono na karę 25 lat pozbawienia wolności.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Opolu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: pankow.jpg

    +: Stefan_Dywersant, parasolka90 +749 innych
  •  

    Przestępcy wg płci i wieku (na 10 tys. osób) Źródło

    Obserwuj #infog - codziennie ciekawa infografika (społeczeństwo, gospodarka, technologia)

    #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #rozowepaski #niebieskiepaski

    *(dane dla Szkocji, ale mniej więcej taki rozkład występuje na całym świecie)
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

    •  

      @vvertoi:

      nie sprawdzilem tego ale wykres age-crime się podobno pokrywa z age-creativity

      Zależy jak definiujemy "kreatywność". Jeżeli chodzi o odkrycia naukowe i wynalazki to wykres bardzo podobny ale przesunięty w prawo, choć to pewnie efekt pracy nad pomysłem, który pojawił się parę lat wcześniej:

      źródło: inc.com

    •  

      Takie zależności nie zmieniają się znacznie przez kilka lat

      @cieliczka: Zależności nie, ale liczby bezwzględne mogły się od tego czasu mocno zmienić. W 2009 roku osoba mająca 20 lat pochodziła z rocznika liczącego ok 570 tys. Obecnie taka osoba pochodzi z rocznika liczącego ok 380 tys, czyli ich liczba spadła o 1/3, więc pewnie i przestępczość mniej więcej o tyle.
      Policja ma się czym chwalić :)
      pokaż całość

      +: lavinka
    • więcej komentarzy (4)

  •  

    18 listopada 2018, Bielsko-Biała, ul. Młyńska, godz. 1.50 - Co najmniej dwa rozbite samochody, skoszone słupki i rozbita szyba w drzwiach bloku to bilans nocnej szarży samochodem osobowym ulicami Bielska-Białej. W związku ze zdarzeniami w bezpośrednim pościgu naczelnik bielskiej drogówki zatrzymał mężczyznę. Zatrzymany był bardzo pobudzony i agresywny. – Ledwo co wyszedłem, a wy znowu „robicie mi koło płotu” – dyskutował z policjantami. – Siedziałem za dragi. – dodał. Grupa dochodzeniowo-śledcza zabezpieczyła ślady. Więcej: http://www.bielsko.biala.pl/nasygnale/aktualnosci/38911/uciekajac-zgubil-buty-mezczyzne-zatrzymal-naczelnik-drogowki-foto

    #bielskobiala #policja #wrd #kolizja #samochody #kierowcy #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: DSC_1558.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    W swoim życiu czytałam o wielu przerażających zbrodniach i zagłębiałam się w mnóstwo przyprawiających o gęsią skórkę historii, ale żadna z nich nie wzbudziła we mnie takich emocji jak to gdy w 2015 roku pierwszy raz usłyszałam o tym, co zrobił ten człowiek. Sprawa była dość medialna, do opinii publicznej zostało podane sporo informacji, jednak od początku nie chciałam znać jej szczegółów. Bardzo ciężko było mi słuchać wywiadu z ofiarą, oczyma wyobraźni widzieć łzy za jej przeciwsłonecznymi okularami.

    Myślałam, że tej sprawy nie dam rady opisać. Próbowałam nawet się do tego zmusić, ale za każdym razem przyprawiała mnie to o takie mdłości i ścisk w gardle, że ze względu na swoje zdrowie psychiczne postanowiłam nie robić nic na siłę. Najwyraźniej dzięki pisaniu poprzednich postów moje podejście do zbrodni i odporność psychiczna uległy zmianie i dziś już z większym spokojem mogłam przygotować poniższy tekst. Chyba zaczynam rozumieć podejście ludzi, którzy zawodowo zajmują się morderstwami, zbrodniami, sekcjami zwłok itp. To nie jest tak, że człowiek staje się bezuczuciowy i zimny, raczej jego podejście staje się bardziej profesjonalne, w miarę zdobywania doświadczeń i przywykania do pewnych widoków odcina się od większości emocji związanych ze swoim zawodem. Wydaje mi się to naturalną koleją rzeczy.

    • • •

    GRZEGORZ PILARSKI, rocznik '71

    Grzegorz (zdjęcie) mieszkał wraz ze schorowaną matką i bratem w niewielkiej kawalerce na osiedlu Tysiąclecia w Gnieźnie (woj. wielkopolskie). Jako starszy z synów dominował nad resztą domowników, a robił to głównie siłą i groźbami. Był znany w okolicy jako miejscowy awanturnik, bywał agresywny szczególnie po alkoholu i trzymał się w towarzystwie osób, posiadających na swoim koncie pobyty w zakładach karnych. Sam wielokrotnie odbywał kary pozbawienia wolności, między innymi za oszustwa, przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, rozboje, groźby karalne czy pobicie swojej konkubiny, która zaginęła bez śladu w 2012 roku — ale o tym napiszę już na samym końcu. Pilarski spędzał czas głównie na piciu alkoholu z kolegami i bratem pod blokiem, a w zimniejsze dni — w piwnicach. Mieszkańcy bali się go, częstowali papierosami lub "ratowali złotóweczką" dla świętego spokoju.

    W sąsiednim bloku przy ulicy Budowlanych od niedawna zamieszkała 23-letnia Milena * (zdjęcie) wraz z rodzicami, partnerem (zdjęcie) i kilkuletnią córką (zdjęcie).

    Z chłopakiem nie układało jej się najlepiej, a sąsiedzi opowiadali, że kłótnie były na porządku dziennym. Ich zdaniem matką była dobrą, normalną, która zajmuje się swoją córką. Często widywali ją popołudniami z małą w piaskownicy lub na spacerze.

    Według jednego źródła młoda kobieta szukała pocieszenia, przeżywała kryzys, w trakcie którego poznała swojego 44-letniego sąsiada. Według drugiego — Milena bardzo spodobała się Pilarskiemu, jednak odrzuciła jego zaloty, co go rozwścieczyło. Po krótkiej znajomości doszło do sprzeczki, po której mężczyzna zamknął się z Milena w swoim mieszkaniu, schował klucze i bił ją po głowie. Włożył jej także palec do oka. W końcu jej matka wezwała policjantów, którzy zagrozili wyważeniem drzwi. Po uwolnieniu kobieta powiedziała mundurowym, że nic złego się nie stało, nie złożyła także zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Mimo to postanowiła zerwać kontakty z Pilarskim, co bardzo mu się nie spodobało. Zaczął nachodzić jej rodzinę, wielokrotnie groził im śmiercią, dobijał się do drzwi i żądał spotkania z dziewczyną.

    27 października 2015 roku, czyli dwa tygodnie po wypuszczeniu z mieszkania, 23-latka znów spotkała się z Pilarskim. Mężczyzna organizował libację alkoholową w jednej z blokowych piwnic. Po zakończeniu imprezy, gdy wszyscy znajomi się rozeszli, ściągnął tam kobietę pod pretekstem pokazania jej czegoś, a gdy znaleźli się już na miejscu nie chciał jej wypuścić. Zaczął bić, łamiąc jej przy tym zatokę szczękową i kilka zębów. Dusił, przez co straciła przytomność. Był wściekły za to, że w ostatnich dniach go unikała, a gdy przychodził pod drzwi mieszkania, jej rodzice wzywali policję. Mówił, że z nim się tak nie pogrywa, po czym brutalnie zgwałcił. Następnie kciukami, z pełną siłą wcisnął jej gałki oczne w głąb czaszki, przez co złamał ściany oczodołów, spowodował krwotok wewnętrzny i stale oślepił. • Jeżeli ktoś chce znać szczegóły obrażeń to screen z opisu wrzuciłam w komentarzach (1). • Omdlałą z bólu związał sznurem, zakneblował i zamknął w stęchłej piwnicznej komórce. Nazajutrz półprzytomną znów pobił i zgwałcił, następnie już kompletnie ślepą zaprowadził do swojego mieszkania, gdzie ją przetrzymywał przez kilka dni. Kobieta leżała na wersalce i wymiotowała, a Pilarski podawał jej tylko wodę do picia. Ponownie zgwałcił ją i ciągnął za włosy. W mieszkaniu składającym się tylko z jednego pokoju i kuchni przebywała w tym czasie jego matka oraz brat, jednak żadne z nich nie udzieliło cierpiącej kobiecie pomocy. Rodzina jadła, oglądała telewizję, rozmawiała, bracia nawet wspólnie pili alkohol i spali, gdy w tym samym pomieszczeniu leżała zakrwawiona i obolała Milena.

    Kobieta obiecała swojemu oprawcy, że jeżeli ją wypuści nie powie nikomu, co się stało, on jednak pozostawał niewzruszony na jej prośby. W końcu do mieszkania zapukał dzielnicowy, któremu mężczyzna nie otworzył, jednak w obawie o konsekwencje po trzech dniach wypuścił dziewczynę i odprowadził pod jej klatkę schodową.

    29 października drzwi otworzyła jej matka. Milena płakała, miała opuchnięte oczy, a po policzkach ciekła jej krew. Mówiła, że nic nie widzi. Trafiła do gnieźnieńskiego szpitala, a następnie została przetransportowana karetką do Poznania.

    Rokowania od początku były beznadziejne — nie ma możliwości by uratować wzrok pokrzywdzonej. Jeżeli pomoc zostałaby udzielona niezwłocznie po uszkodzeniu oczu, szanse na uratowanie zdolności widzenia byłyby większe, jednak uwzględniając charakter zadanych obrażeń i tak byłyby niepewne.

    Dziewczyna była w stanie ciężkiego szoku pourazowego, nie chciała powiedzieć nic na temat swojego kilkudniowego zniknięcia. Lekarz był przerażony stanem pacjentki, nie miał też wątpliwości, że ma do czynienia z przemocą, dlatego bezzwłocznie zawiadomił policję.

    Jeszcze 30 października Pilarski groził rodzinie Mileny, a następnego dnia został już zatrzymany. Pił piwo z kolegami pod sklepem, nie stawiał oporu, był spokojny i opanowany. Podczas przesłuchania bardzo mało i ostrożnie mówił. Twierdził, że żałuje, ale nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to zrobił. Przyznał się do wszystkich zarzutów, oprócz gwałtów, twierdził, że kobieta dobrowolnie zgodziła się uprawiać z nim seks.

    . . .

    Mężczyźnie postawiono kilka zarzutów, między innymi zgwałceń ze szczególnym okrucieństwem, przestępstw pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem, przestępstw przeciwko czci i nietykalności cielesnej, spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz używanie gróźb karalnych. Po jakimś czasie zmieniono zarzuty przyjmując, że kilka z tych przestępstw popełnionych zostało w warunkach recydywy.

    . . .

    Podczas śledztwa wielokrotnie zmieniał swoje tłumaczenia. Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    21 października 2016 roku ruszył proces. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Pilarski przyznał się do sześciu z siedmiu stawianych mu zarzutów, znów zaprzeczył jedynie zgwałceniu kobiety. Pokrzywdzona ze względu na swój stan psychiczny nie pojawiła się w sądzie.

    Obrońca oskarżonego wniósł o wyłączenie jawności rozprawy, tłumacząc to drastycznymi okolicznościami sprawy. Na utajnienie procesu nie zgodziła się jednak prokurator, dlatego pozostał jawny.

    Według biegłych siłę, z jaką oskarżony wciskał gałki oczne, można porównać do wystrzału korka od szampana. Była tak wielka, że złamaniu uległy ściany oczodołów, dlatego lekarz stwierdził, iż nie było absolutnie szans na odzyskanie wzroku. Dodał, iż kobiecie od razu po zdarzeniu powinno się udzielić specjalistycznej pomocy połączonej z podaniem silnych leków przeciwbólowych.

    Ucisk na gałki oczne to było wykorzystywane jako form tortur w średniowieczu, nawet powodująca zgon ofiar.

    — stwierdził biegły.

    Mężczyzna wyraził skruchę, żałował oślepienia Mileny, jednak sędzia uznała, że to tylko próba złagodzenia wyroku, a nie szczera reakcja. Powołała się na opinię psychologów i psychiatrów, ale nie chciała mówić o szczegółach, bo lekarska diagnoza była niejawna. Powiedziała jednak:

    Nie jest w stanie współczuć, odczuwać żalu. Nie ma perspektyw, by skazany mógł swoje zachowanie zmienić.

    Wysoki poziom demoralizacji, kolejne wyroki i pobyty w więzieniu niczego go nie nauczyły. Budził postrach wśród sąsiadów.

    To czyn okrutny. Ofiara miała 23 lata i całe życie przed sobą. Nigdy nie zobaczy swojego dziecka, nie zobaczy, jak dorasta, idzie do szkoły.

    . . .

    10 listopada odbyła się następna rozprawa. Przed sądem zeznawał m.in. biegły lekarz, który odniósł się do działań Pilarskiego, który przemywał oczy kobiety wodą z rumiankiem, co mogło jeszcze bardziej jej zaszkodzić. Mówił także o innych obrażeniach, których doznała pokrzywdzona, co do których nie mieli wątpliwości, że musiały powstać w wyniku co najmniej kilku uderzeń otwartą dłonią lub zaciśniętą pięścią. (klik)

    . . .

    27 lutego 2017 roku zapadł wyrok, którego odczytanie zajęło sądowi aż kilkanaście minut. Oskarżony prosił o łagodną karę ze względu na ciężką sytuację osobistą.

    • Za uderzenie Mileny i włożenie jej palca do oka (art. 217. § 1.), co było działaniem w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na rok więzienia, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za jej uwięzienie (art. 189 § 1 kk) został skazany na 2 lata pozbawienia wolności, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za wielokrotne grożenie pokrzywdzonej oraz jej najbliższym (art. 190 § 1 kk), co było czynem popełnionym także w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na 2 lata 6 miesięcy pozbawienia wolności oraz 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za pozbawienie wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 3 kk w zw. z § 1 kk), spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci pozbawienia wzroku (art. 156 § 1 pkt 1 kk), kilkukrotne (art. 11 § 2 kk) zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk w zw. z § 1 kk), co było działaniem w tzw. multirecydywie (art. 64 § 2 kk) został skazany na 15 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m., 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie za doznaną krzywdę poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej kwoty 200 tys. zł.

    Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa to 20 lat pozbawienia wolności, którą Pilarski będzie odbywać w systemie terapeutycznym, ze względu na zaburzenia osobowości i uzależnienie od alkoholu. Po wyjściu z więzienia będą stosowane środki zabezpieczające w postaci elektronicznej kontroli miejsca pobytu oraz terapii. Wyrok nie był prawomocny.

    Wszystkie okoliczności wskazują, że oskarżony wykazuje wysoki poziom demoralizowania. Wieloletnie pobyty w zakładzie karnym nie nauczyły go właściwie niczego. Po odbyciu jednej kary wychodził na wolność, budził postrach wśród sąsiadów. Ludzie boją się mówić o tym, co było udziałem oskarżonego. Linia życiowa oskarżonego była taka, a nie inna, bo sąd ujawnił materiały z innych postępowań Prokuratury Rejonowej w Gnieźnie, które dotyczyły aktów przemocy, jakich oskarżony miał się dopuszczać wobec swojej poprzedniej partnerki. Te akty przemocy, które są w tamtej sprawie zapisane, wskazują na niepoprawność oskarżonego. Sąd uznał, że przy tym natężeniu okoliczności obciążających, przy niepoprawności, recydywie, opinii psychiatrów i psychologa, z których wynika brak perspektyw na zmianę postępowania, tylko najwyższy wymiar kary jest adekwatny do okoliczności.

    - mówiła sędzia. Podobno Pilarski groził oślepieniem także swojej poprzedniej partnerce.

    (klik)
    (klik)

    . . .

    Obrońca oskarżonego złożył apelację po ogłoszeniu wyroku, a 4 lipca odbyła się ostatnia rozprawa. Po zapoznaniu się z opinią strony skarżącej, a więc prokuratora rejonowego oraz pełnomocnika oskarżonej, sąd nie uznał argumentacji zawartej w apelacji za wystarczającą i podtrzymał wyrok Sądu Okręgowego, uzasadniając to tym iż mężczyzna jest wielokrotnym recydywistą, który dalej może szkodzić społeczeństwu. Tym samym 46-letni obecnie Grzegorz P. spędzi w więzieniu 20 lat.

    . . .

    klik <- reportaż UWAGI na ten temat

    . . .

    Po reportażu UWAGI ze stanowiska Prokuratora Rejonowego w Gnieźnie odwołano Piotra Gruszkę. Uznano bowiem, że nie wyjaśnił on wszystkich okoliczności sprawy, m.in. nieudzielenia pomocy pokrzywdzonej przez osoby znajdujące się w mieszkaniu. Prokurator krajowy Bogdan Świeczkowski mówił:

    Podstawą podjęcia takiej decyzji były błędy, do jakich doszło w toku postępowania prowadzonego przez prokuraturę rejonową w Gnieźnie. W toku postępowania prokurator nie wyjaśnił wszechstronnie okoliczności sprawy, w tym w szczególności okoliczności związanych z nieudzieleniem pomocy Milenie W. przez członków rodziny Grzegorza P., którzy w czasie zdarzenia przebywali w mieszkaniu.

    . . .

    W lutym 2018 roku gnieźnieńska prokuratura postawiła 42-letniemu bratu Pilarskiego zarzut nieudzielenia pomocy pozbawionej wówczas wolności przez swojego brata Grzegorza P. Milenie W., która znajdowała się w położeniu grożącym jej bezpośrednim niebezpieczeństwie poniesienia uszczerbku na zdrowiu. Mężczyzna nie przyznał się do winy, ponadto twierdził, że nie miał pojęcia o zaistniałej sytuacji, bo długo pracował i nie było go w mieszkaniu.

    W czerwcu miał ruszyć proces, na którym oskarżony pojawił się pijany. Sąd wezwał policjantów, którzy przeprowadzili badanie alkomatem, po którym okazało się, że ma około 1. promila alkoholu we krwi. Została zastosowana wobec niego kara porządkowa za uchybienie powagi sądu i mężczyzna trafił do aresztu na siedem dni.

    Na jednej z rozpraw Paweł P. (zdjęcie) (zdjęcie) składał wyjaśnienia:

    Widziałem, że miała oczy wduszone, teraz już to wiem, ale wtedy nie wiedziałem. Myślałem, że została pobita. Zjadłem coś i poszedłem do apteki kupić coś na te oczy, jakieś krople. Jak wróciłem, to podałem bratu te opatrunki, a ja się wykąpałem i poszedłem spać. Na drugi dzień, jak wróciłem, to brata z nią już nie było.

    Z kolei poszkodowana zeznawała:

    Nie przypominam sobie, by on kupował jakieś krople. W domu nie był cały czas, przychodził wieczorami i było go słychać. Policja, kiedy była pod drzwiami, to ich nie otwierali. Pamiętam, że był w domu i jak leżałam to wtedy na pewno pili. Na pewno widział, że byłam zakrwawiona, bo miałam białą bluzę i była cała we krwi.

    klik <- tutaj jest relacja z pierwszej rozprawy

    22 października odbyła się następna rozprawa, której streszczenie znajdziecie tutaj.

    Matka Pilarskiego prawdopodobnie nie usłyszy zarzutów. Kobieta cierpi na chorobę psychosomatyczną. Kontakt z nią jest utrudniony, przez co mogła nie być świadoma tego, co działo się w mieszkaniu w październiku 2015 roku. Opinię w tej sprawie wydadzą jeszcze powołani biegli.

    Na początku listopada 2018 zapadł wyrok w sprawie Pawła P. — 3 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności, 9 miesięcy ograniczenia wolności, podczas których będzie wykonywał prace społeczne w ilości 40 godzin w miesiącu. Ponadto, jest zobowiązany do zapłacenia kwoty 30 tys. zł zadośćuczynienia Milenie W. Jest to kwota niższa od postulowanej przez oskarżyciela posiłkowego, ale wyższa od tej proponowanej przez prokuratora. Paweł P. ma także zwrócić Milenie W. koszty wynajęcia pełnomocnika. Wyrok nie jest prawomocny.

    . . .

    Zaginiona Wioletta Tepper (2) (zdjęcie) ostatni raz widziana była w 2012 rok na terenie Gniezna, Poznania oraz Pomorza. Od tej pory nie odzywa się ani do matki, ani do nastoletniej córki. (klik)

    Przed zaginięciem żyła w konkubinacie z Grzegorzem Pilarskim. Mężczyzna wielokrotnie ją bił, katował i wybijał zęby. Ogolił jej też głowę na łyso — na zdjęciu opublikowanym przez policję jest w peruce. Kobieta często szukała pomocy u sąsiadów, którzy pozwalali jej się u siebie obmyć z krwi, wzywali pogotowie i policję.

    W postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową w Gnieźnie Pilarski był jednym z podejrzanych o zabójstwo swojej konkubiny. Zabrakło jednak dowodów, by go skazać, a sprawa została w końcu umorzona. Jednak po kilku latach akta postępowania zostały dołączone do akt w sprawie zgwałcenia, oślepienia oraz uwięzienia Mileny. Połączenie wątku zaginięcia Wioletty Tepper i sprawy Mileny miało dać pełen obraz profilu psychologicznego oskarżonego.

    Nie znalazłam informacji na temat dalszego śledztwa w tej sprawie. Kobieta do dzisiaj pozostaje osobą zaginioną, nie wiadomo także czy została zamordowana, czy uciekła przed swoim oprawcą.

    klik <- reportaż na ten temat

    . . .

    * ofiara zdecydowała się nie ukrywać swojej tożsamości. Mecenas reprezentujący pokrzywdzoną mówił:

    Gwałt to temat tabu. Wstydliwy. Gdy kobieta mówi o gwałcie, naraża się na pytania w rodzaju: a dlaczego nie uciekła, a po co się z nim zadawała, a może sama z nim poszła? Zgwałcone kobiety często wolą więc nawet nie wspominać nikomu o tym, co się stało. Duszą to w sobie latami. A jeśli już zdecydują się złożyć zeznania i sprawa zaczyna się toczyć, to chcą wyłączenia jawności. Nie znam przypadku, by było inaczej. Myśmy postanowili to zmienić. Choć ona zdaje sobie sprawę, że emocjonalnie będzie ją to bardzo dużo kosztować, postanowiła się z tym zmierzyć. Uznała, że trzeba skończyć ze wstydem ofiary. Niech się wstydzi oskarżony.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Poznaniu oraz z wyroku Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informację z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Tym razem informacje do wpisu czerpałam nie tylko z artykułów z prasy, ale głównie z zanonimizowanego wyroku i jego uzasadnienia, który dostałam od Sądu Okręgowego w Częstochowie.

    Mam zamiar ubiegać się o wszystkie skany wyroków spraw, o których będę w przyszłości pisała na hasztagu rejestrzboczeńców. To na pewno zwiększy ilość faktów zawartych w opisywanych przeze mnie historiach i ludziach, ale także łączy się z większą ilością pracy, co będzie skutkowało mniejszą częstotliwością wpisów. Postaram się jakoś pogodzić pisanie z obowiązkami z życia poza-internetowego, chociaż w przypadku dzisiejszego wpisu, który tworzyłam na podstawie kilku artykułów internetowych oraz 72. kartek wyroku - nie było łatwo! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    A... Chciałam jeszcze podziękować za każde miłe słowo odnośnie mojej działalności na Wykopie, każdą ciekawą dyskusję pod moimi wpisami, każde niecierpliwe wyczekiwanie, każdą sugestię co, jak, o kim czy o czym pisać - to mega motywuje i uczy.

    A najbardziej dziękuję @IgorK za poprawianie moich błędów w "około sądowym" słownictwie (dzięki niemu w końcu wiem, że PODEJRZANY SKŁADA WYJAŚNIENIA, A NIE ZEZNAJE!) oraz @TerazMnieWidac za czuwanie nad moim laictwem w kwestiach poprawnego pisania.

    Tego tekstu nikt mi nie sprawdzał, także sorka za ewentualne błędy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    Ostrzegam, że w poniższym tekście są dość obrzydliwe opisy aktów seksualnych (a przynajmniej mnie obrzydzają ( ͡° ʖ̯ ͡°) ). Nie chciałam ani przepisywać, ani pisać po swojemu wielu z nich, dlatego dla bardziej ciekawskich w komentarzach wrzucam fragmenty screenów, które dostałam. Przyszły do mnie już ocenzurowane, jednak postanowiłam je jeszcze bardziej zanonimizować i zamiast inicjałów ofiar zostawiłam tylko po jeden literze, od której zmyśliłam ich imiona. Nie chciałabym by ktokolwiek wystalkował pokrzywdzone dziewczyny lub kogoś z rodziny sprawców (dlatego m.in. nie podałam płci dziecka oskarżonej).

    . . .

    Ok, można już wstawiać cysternę czaju i rozsiadać się wygodnie do czytania.

    • • •

    JACEK "MAGILLA" SZYMONIK, rocznik '65

    Szymonik był dobrze znany w Blachowni - małym mieście pod Częstochową (woj. śląskie), gdzie od wielu lat mieszkał wraz z żoną i już dorosłym synem lub dorosłą córką. Okoliczni mieszkańcy śmiało nazywali go gangsterem, a on sam miał już na swoim koncie kilka wyroków, którymi został między innymi skazany za przestępstwa przeciwko mieniu, dokumentom, broni, amunicji czy przestępstwa z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. W 2009 roku zasiadł na ławie oskarżonej wraz z innymi członkami tak zwanej mafii paliwowej, która trudniła się handlowaniem mieszanym paliwem i oszustwami podatkowymi. (klik)

    Długo przed swoim ostatnim wyrokiem był podejrzany o odurzanie dziewcząt w wieku 16-19 lat i filmowanie ich w pornograficznych ujęciach. Mężczyzna chwalił się swoim bogactwem wśród nastolatek, proponował pomoc w zrobieniu kariery w modelingu. Ostentacyjnie wyjmował przy nich grube pliki pieniędzy, dawał prezenty i grał dobrego wujka. Potem gdy uznał, że dziewczyny są już z nim zaprzyjaźnione, zapraszał do domu, częstował narkotykami i gwałcił przy włączonych kamerach. (klik)

    W 2010 roku otrzymywał kilkukrotnie przerwy w wykonywaniu kary, natomiast na początku 2011 roku został przedterminowo zwolniony z więzienia. Powodem była choroba wątroby. Mężczyzna cierpiał także na cukrzycę i przewlekłe zapalenie wątroby typu C (WZW).

    Podczas jednego ze zwolnień w odsiadywaniu kary, we wrześniu 2010 roku pod pretekstem urządzenia domówki, zaprosił do siebie 17-letnią Ewelinę *, którą od dłuższego czasu podrywał i usiłował doprowadzić do spotkania poprzez naciskanie na ich wspólną znajomą - starszą kuzynkę nastolatki. Zawiózł dziewczyny do hotelu, gdzie poczęstował licealistkę drinkiem, po którym straciła przytomność. Obudziła się leżąc w drugim pokoju, całościowo ubrana, jednak z lekko zsuniętymi spodniami. Szymonik przyniósł otumanionej dziewczynie pizzę i wręczył prezenty - telefon komórkowy, buty i ubrania, po czym odwiózł do domu.

    . . .

    Ewelina pochodziła wielodzietnej rodziny, gdzie najmłodsze z piątki dzieci miało zaledwie 5 lat. Matka była bezrobotna, a ojciec opuścił rodzinę i nie utrzymywał z nimi kontaktu. Nastolatka wagarowała i niejednokrotnie powtarzała klasę. Według psychologów poziom jej rozwoju wskazywał na pogranicze upośledzenia umysłowego.

    . . .

    Kilka dni później, podjechał do idącej przez ulicę Eweliny i zaproponował odwiedzenie go w jego mieszkaniu, co argumentował posiadaniem filmów z jej udziałem, które rzekomo nagrał, gdy była nieprzytomna. Jakiś czas później czekał na nią pod szkołą, chociaż nigdy wcześniej nie mówiła mu gdzie się uczy. Zastraszona nastolatka wsiadła do auta Szymonika i z nadzieją na odzyskanie nagrania, pojechała z nim do jego mieszkania w Częstochowie. Na miejscu mężczyzna podał jej do picia napój, po którym ponownie straciła świadomość. Dopiero wtedy mężczyzna nagrał stosunek, który ponownie odbył z nieprzytomną 17-latką. Dziewczyna ocknęła się ubrana w pustym mieszkaniu, nie pamiętając niczego co się zdarzyło i czym prędzej uciekała.

    Przy następnym spotkaniu odtworzył jej prawie godzinne nagranie z ich udziałem i zagroził pokazaniem filmu rodzicom nastolatki, a w zamian za odstąpienie od tego zamiaru zażądał sprzątania i gotowania w jego mieszkaniu. Szantażowana dziewczyna zgodziła się i zaczęła przez kilka godzin, od poniedziałku do czwartku pracować u swojego oprawcy. Podczas wykonywania prac domowych Szymonika nie było w mieszkaniu, więc czasami dziewczynie pomagała jej przyjaciółka Dominika.*

    . . .

    Dominika poznała rok starszą Ewelinę w gimnazjum w Blachowni. 16-latka pochodziła z malej miejscowości, gdzie mieszkała razem z siostrą, mamą i ojcem, który często się awanturował i nadużywał alkoholu. Nastolatka ma krótszą jedną rękę, a według psychologów jej sprawność intelektualna kształtowała się poniżej przeciętnej.

    . . .

    Podczas jednej z takich wizyt w mieszkaniu pojawił się Szymonik. Mężczyzna zagaił dziewczyny i poczęstował herbatą, po której stały się otępiałe, a na otaczającą je rzeczywistość reagowały z opóźnieniem. Mężczyzna, wykorzystując ich nieświadomość, odbył z obiema stosunki seksualne.

    Do następnego spotkania doszło na przełomie listopada i grudnia 2010 roku, a uczestniczył w nim także 44-letni Wojciech S.

    . . .

    Wojciech S. od 14 lat był w związku partnerskim, nie ma dzieci. Ma wykształcenie zawodowe, jest górnikiem, utrzymywał się jednak z prac dorywczych.

    . . .

    Cała czwórka piła wspólnie szampana, aż Szymonik zaproponował Ewelinie narkotyki, na co nastolatka przystała. Powyżej łokcia zawiązała sobie pasek od szlafroka, a Jacek wstrzyknął w jej żyłę przezroczystą substancję. Wojciech S. także zaaplikował sobie narkotyk, jednak Dominika zdecydowanie odmówiła. Obecni usilnie namawiali 16-latkę, aż w końcu siłą go jej zaaplikowali. Następnie, Jacek Sz. polecił dziewczynom się wykąpać. Po wyjściu z łazienki ponownie wstrzyknął im substancję, kazał się rozebrać i włożyć pończochy. Nastolatki były odurzone i co chwilę traciły świadomość, a mężczyźni wykorzystując ich stan rozkazali się im wspólnie dotykać, lizali je po narządach płciowych, a Szymonik odbył stosunek płciowy zarówno z Eweliną, jak i z Dominiką. Mężczyzna wiedział, że jest zarażony wirusem WZW, jednak mimo to nie używał prezerwatywy. Po stosunku, młodsza z dziewcząt uciekła do toalety i chciała jak najszybciej wrócić do domu, co rozwścieczyło gospodarza, który wyrzucił ich z mieszkania i kazał wracać pieszo.

    Następnego dnia Jacek zadzwonił do Eweliny by przekazała Dominice informacje, że jest w posiadaniu nagrań z jej udziałem.

    Na początku 2011 roku, Ewelina zaproponowała Dominice udanie się z nią do mieszkania Szymonika w Częstochowie, zapewniając, że mężczyzny nie będzie wtedy w domu. Dziewczyna przystała na propozycje znajomej, jednak na miejscu okazało się, że gospodarz także się pojawił. Pomimo nalegań i gróźb mężczyzny, młodsza z dziewczyn nie skorzystała z propozycji zażycia narkotyków i uciekła.

    Ewelina zażywała środku odurzające, nawet gdy sama udawała się do mieszkania. Z jej zeznań wynika, że Jacek Sz. zmuszał ją do tego, a ona w obawie przed upublicznieniem nagrań zgadzała się na wszystko, co proponował. Mężczyzna samodzielnie aplikował jej narkotyki. Pewnego razu usiłowała uniknąć wkłucia się w żyle i odsunęła rękę, wtedy Szymonik uderzył ją w twarz. Po wszystkim zgwałcił nastolatkę szepcząc jej do ucha, że warto być grzeczną dziewczynką.

    . . .

    Mieszkanie w Częstochowie Szymonik wynajął by jego dawna kochanka Ksenia miała gdzie zamieszkać gdy opuści mury więzienia.

    KSENIA ANTES, rocznik '80

    Antes jest rozwiedziona od 2009 roku i ma jedno dziecko w wieku 6 lat, którym prawnym opiekunem jest matka Kseni.

    Od listopada 2008 roku odbywała karę roku i 6. miesięcy pozbawienia wolności za m.in. znęcanie się nad swoją matką oraz dzieckiem (dla ciekawskich to dokładnie za: 207 § 1 kk, 157 § 2 kk, 210 § 1 kk, 160 § 2 kk w zw. z art. 11 § 2 kk). Szymonik odwiedzał Ksenię w więzieniu i często rozmawiali przez telefon.

    W marcu 2011 roku Antes wyszła z zakładu karnego i zamieszkała w mieszkaniu swojego dawnego kochanka. Po kilku dniach zadzwoniła do Eweliny przedstawiając się fałszywym imieniem, zaproponowała spotkanie oraz pomoc w rozwiązaniu sprawy szantażowania jej przez Szymonika. Jednak w umówionym miejscu pojawili się razem, a Ksenia groziła nastolatce, że jeżeli chce mieć z nią dobre relacje ma robić to, czego ona od niej żąda. Następnego dnia kazała stawić się dziewczynie w mieszkaniu, gdzie ustawiła kamerę, do której kazała nastolatce oświadczyć, że lubi ćpać. Po zakończeniu nagrania kazała wstrzyknąć jej sobie w żyły przezroczystą substancję oraz dała jej do połknięcia małą, białą tabletkę, po której zamroczoną, wspólnie z Szymonikiem gwałciła. Do takich spotkań dochodziło wielokrotnie, a gdy nastolatka odmawiała wykonania jakiś czynności seksualnych lub nie chciała mówić, co podnieca ją w Kseni, była bita rekami po twarzy czy drewnianą łyżką po stopach.

    W końcu Antes zażądała pojawienia się w mieszkaniu także Dominiki. Na miejscu zaaplikowała dziewczynom narkotyki, kazała wziąć przyrznic i położyć się w łóżku. W sypialni pojawiła się naga wraz z Szymonikiem i zażądała od przestraszonej i otumanionej młodszej z dziewczyn włożyć sobie wibrator do pochwy. Następnie mężczyzna zgwałcił nastolatkę, mimo jej płaczu i próśb. Gdy któraś odmawiała wykonywania jego poleceń bił je z całej siły w twarz, co je trochę ocuciło i wywołało jeszcze większy lament. Mimo tego kazał im wzajemnie wkładać sobie wibratory do pochwy. Zapłakane dziewczyny, w końcu uciekły do łazienki i zostały wyrzucone z mieszkania. Otumanione, krążyły po mieście aż do świtu obiecując sobie, że już więcej nie pojawią się w tym mieszkaniu.

    Szantażowana ujawnieniem nagrań z jej udziałem, Ewelina wciąż posłusznie zjawiała się w częstochowskim mieszkaniu na każde żądanie Jacka lub Kseni. Kobieta często gwałciła nastolatkę be udziału Szymonika, kazała całować i dotykać ją po narządach płciowych, używać wibratorów. Raz zakleiła dziewczynie usta, owinęła taśmą nogi i ręce, a następie biła po twarzy i pośladkach.

    Wszelkie próby zerwania kontaktów z oprawcami spełzły na niczym. Nie pomogły nawet zmiany numerów telefonów przez nastolatki.

    . . .

    Około maja 2011 roku Szymonik zaczepił na ulicy 14-letnią Paulinę * pytając o jej miejsce zamieszkania.

    . . .

    Paulina pochodziła z rodziny o ciężkiej sytuacji materialnej. W domu odcięto dopływ wody, warunki mieszkaniowe były bardzo złe, a jedynymi źródłami utrzymania była pomoc z MOPS-u i prace dorywcze ojczyma nastolatki. Biologiczny ojciec Pauliny opuścił rodzinę gdy ta miała 10 lat, nie płacił także alimentów, za co odsiadywał wyrok. Z aktualnym partnerem jej matka miała troje dzieci w wieku od 4 lat do 4 miesięcy, a z poprzednich związków również troje w wieku od 16 do 5 lat. Rodzina, wraz z ojcem i bratem ojczyma Pauliny mieszkali w Częstochowie. Dziewczyna miała przyznanego kuratora, uczyła się źle, a według psychologów jej sprawność intelektualna kształtowała się na pograniczu upośledzenia.

    . . .

    Dziewczynka miesiąc temu poznała Jacka poprzez Ewelinę, dlatego się go nie bała. Jednak gdy ten razem z Ksenią zaczął czekać na nią pod szkołą, proponował wycieczki i prezenty, przestraszona nastolatka poskarżyła się swojemu ojczymowi i od tej pory rodzice zaczęli odprowadzać ją do szkoły.

    We wrześniu Jacek i Ksenia udali się do miejsca zamieszkania dziewczynki, by porozmawiać z jej ojczymem, z którym Szymonik odbywał kiedyś wyrok w tym samym więzieniu. Mężczyzna zaproponował, by Paulina zajmowała się dzieckiem Kseni i sprzątała jej mieszkanie, za co matka 14-latki miała otrzymywać po 100 zł. Pożyczył także opiekunom Pauliny pieniądze, które obiecali oddać, gdy ojczym dziewczynki znajdzie lepiej płatną pracę.

    Para zaczęli zabierać dziewczynkę na wycieczki, lody i usiłowali zbudować jej zaufanie. Ksenia zaprosiła ją do domu, ugotowała obiad i słuchała z nią muzyki. Podarowała także bieliznę, którą kazała założyć dziewczynce, a następnie robiła jej zdjęcia w wyzywających pozach. Dziewczynka za zgodą rodziców kilkukrotnie nocowała w mieszkaniu Jacka, zwykle spała w jednym łóżku z Ksenią, jednak do niczego pomiędzy nimi nie dochodziło. Do czasu. Pewnej nocy wspólnie zgwałcili dziewczynkę, grożąc, że jeżeli powie o tym komuś to źle się to dla niej skończy. Paulina próbowała krzyczeć i uciekać, jednak jej oprawcy zamknęli drzwi na klucz. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (1).

    Po wszystkim Szymonik dał dziewczynce 100 złotych. Później Ksenia wielokrotnie do niej dzwoniła i proponowała spotkania, jednak ta za każdym razem stanowczo odmawiała. W końcu, we wrześniu 2011 roku Jacek i Ksenia czekali na Paulinę pod jej gimnazjum. Groźbami zmusili ją do wejścia do samochodu i zawieźli do swojego mieszkania. Podczas drogi Ksenia zadzwoniła do matki dziewczynki informując, że przebywa z nią oraz że odwiezie ją wieczorem do domu. Tego dnia także zgwałcili 14-latkę. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (2). Tym razem dostała od oprawców 150 zł i prezenty.

    . . .

    Jesienią 2011 roku Ksenia Antes zadzwoniła do Dominiki i zażądała spotkania. Przestraszona dziewczyna przystała na to, jednak jedynie pod warunkiem, że kobiety zobaczą się w miejscu publicznym. Spotkały się w okolicach dworca w Częstochowie, gdzie Antes oświadczyła, że posiada nagrania z ostatniej wizyty nastolatek w mieszkaniu Szymonika. Poleciła dziewczynie pojawić się u siebie w sobotę wieczorem, by uzyskać więcej informacji. Przed zaplanowaną wizytą wielokrotnie dzwoniła do Dominiki, grożąc, że jeżeli nie wykona jej polecenia film z jej udziałem pokaże dyrektorowi szkoły, matce i chłopakowi nastolatki. W mieszkaniu zastała tylko Ksenię, która oświadczyła jej, że musi wykupić film poprzez spełnianie jej rozkazów. Kazała jej umyć się i przebrać w wcześniej przygotowaną bieliznę. Następnie, wraz z Szymonikiem zgwałciła nastolatkę. Mimo jej płaczów i próśb mężczyzna odbywał z nią stosunek analny, a Ksenia kazała zadowalać się oralnie. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (3).

    Gdy dziewczyna wkładała buty i zbierała się do wyjścia, Szymonik powiedział, że ma przychodzić do nich co tydzień, a do Kseni dzwonić codziennie i pytać jak się czuje.

    Po tych wydarzeniach Dominika postanowiła nigdy więcej nie spotykać się z Ksenią i Jackiem, którzy mimo to usilnie naciskali na kontakt, wciąż wydzwaniali i nękali nastolatkę SMS-ami. Po wiadomości o treści

    odbierz ty suko bo twój chłopak dowie się o filmikach

    wyrzuciła i zniszczyła kartę sim. Spotkała się z Eweliną i zalewając się łzami pytała koleżankę, dlaczego ją w to wciągnęła. Starsza z nastolatek zwierzyła jej się, że dwukrotnie została wciągnięta przez Szymonika i Antes do samochodu i zgwałcona. Dziewczyny postanowiły pójść na policję, jednak zanim się na to zabrały oprawcy zostali aresztowani za sprawą gwałtu na 14-latce.

    . . .

    30 września Ksenia zadzwoniła do Pauliny i zapraszała do swojego mieszkania. Gdy dziewczynka odmówiła, kobieta zadzwoniła do jej matki, a ta skontaktowała się z córką. Wtedy 14-latka opowiedziała jej wszystko co wydarzyło się z udziałem Szymonika i Antes. Matka powiadomiła o słowach córki swojego partnera, jednak żadne z nich nie zgłosiło sprawy na policję. O dziwnych relacjach dziewczynki z dużo starszym mężczyzną poinformowała kuratora dopiero matka partnera matki Pauliny (mam nadzieję, że się nie pogubiliście ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Pracownik socjalny przeprowadził rozmowę z pokrzywdzoną i jeszcze tego samego dnia ona jak i jej rodzeństwo zostało odebrane matce i umieszczone w Ośrodku Opiekuńczym.

    . . .

    Jacek Szymonik, Ksenia Antes oraz Wojciech S. zostali zatrzymani. Żadne z nich nie przyznało się do zarzucanych im czynów oraz złożyli obszerne wyjaśnienia. Wobec nich został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Prokurator całej trójce postawił zarzuty. Prócz gwałtów Szymonikowi postawiono zarzut narażania poszkodowanych młodocianych kobiet na zarażenie chorobą zakaźną. Zostały przeprowadzone także badania psychologiczne oraz seksuologiczne.

    Biegli lekarze psychiatrii nie stwierdzili u Jacka Szymonika objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Stwierdzili natomiast cechy osobowości nieprawidłowej i w przeszłości nadużywanie środków psychoaktywnych. Jego biologiczna siła popędu seksualnego znajduje się w granicach dolnej normy. Oskarżony w swoich zachowaniach wykazuje cechy dewiacyjne - oglądactwo, ekshibicjonizm, uczestnictwo w seksie grupowym, zachowania sadystyczne wobec uwodzonych partnerek. (...) Biegły u J.S. nie rozpoznał pedofilii jako preferowanego sposobu zaspokajania potrzeb seksualnych.

    Z kolei z opinii sądowo-seksuologicznej na temat Kseni Antes wynika, że jej potrzeby seksualne są dość wyraźne. W hierarchii potrzeb życiowych seks zajmuje u niej pozycję wysoką, przy czym uprawianie seksu samo w sobie jest tu ważniejsze niż związki uczuciowe z partnerami. K.A. nie jest osobą absolutnie pruderyjną. W miarę upływu lat i nabywania coraz to nowych doświadczeń seksualnych pojawiają się u niej tendencje do wyrafinowania seksualnego czy skłonności do poszukiwania nadzwyczajnych bodźców podniecających dla zwiększenia napięć emocjonalnych. Wyrafinowanie seksualne może wieść do opisanych w zarzucie zachowań dewiacyjnych, a konkretnie triolizmu i seksu grupowego (...). Jest to odmiana ekshibicjonizmu skojarzonego z oglądactwem z cechami sadomasochistycznymi. Stwierdzili także, że jej sprawność intelektualna mieści się w normie. Natomiast jej osobowość jest zaburzona, a ponadto jest uzależniona od środków odurzających.

    Z opinii seksuologa wynika, że Wojciech S. ma ograniczoną zdolność w odbywaniu stosunku dopochwowego, co jest potwierdzeniem rodzaju wykonywanych czynności seksualnych z pokrzywdzonymi. W zakresie ogólnej sprawności intelektualnej funkcjonuje on na poziomie normy, jednak jego osobowość funkcjonuje nieprawidłowo w sferze emocjonalno-motywacyjnej.

    . . .

    Według psychologa u Eweliny występują cechy niedojrzałości emocjonalnej i społecznej, spowodowane najprawdopodobniej niekorzystnym wpływem środowiska wychowawczego. Symptomy te mają postać nadmiernej drażliwości, chwiejności emocjonalnej, reaktywności, braku poczucia bezpieczeństwa. Niska jest zdolność tolerancji na stres i umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Nie potrafi przewidzieć skutków swoich zachowań i wyprowadzać praktycznych wniosków ze swoich doświadczeń. Przejawia niedojrzałe formy obronne. Ma niską samoocenę, poczucie niekompetencji, permanentny brak pewności co do swoich możliwości. Zależy jej na społecznej aprobacie, oczekuje od innych uczucia, uznania, akceptacji. W trakcie badania pozostawiała pod wpływem negatywnych czynników stresujących. Reaguje nadmierną czujnością i lękiem. Na tle przeżytej sytuacji pojawiają się myśli suicydalne. Przeżywa poczucie winy.

    Przemoc seksualna oparta była na wykorzystywaniu przez sprawcę swojej pozycji ekonomicznej, intelektualnej, emocjonalnej. Bardzo szybko potrafił uzależnić opiniowaną od siebie, również poprzez szantaż. Sprawca początkowo uwodził. Wybierał dziewczyny odrzucone, spragnione bliskości i miłości, z biednych rodzin, z problemami osobowościowymi i niskimi zasobami intelektualnymi. Stwarzał możliwości, przyciągał prezentami lub ich obietnicami.

    Biegła psycholog stwierdziła, że Dominika podczas badania reagowała nadmierną czujnością i lekiem. Ciężar odpowiedzialności spadł na niedojrzałą dziewczynę, która boryka się ze strachem, wstydem, poczuciem winy i skrzywdzenia oraz bezsilnością. Pojawiają się objawy stresu pourazowego w postaci koszmarów nocnych, ponownego przeżywania urazu we wspomnieniach, braku koncentracji i przygnębienia.

    Z kolei w opinii o Paulinie, czytamy, że w słabym stopniu ujawnia własne przeżycia i emocje, co wynika z jej możliwości intelektualnych oraz z obawy przed kompromitacją. Opiniowana wychowała się w niekorzystnej atmosferze rodzinnej (rozstanie rodziców, częste zmiany miejsca zamieszkania, niewłaściwe oddziaływania wychowawcze). W takiej rodzinie nie było możliwości zaspokojenia jej podstawowych potrzeb psychicznych, a mianowicie potrzeby bezpieczeństwa, miłości i akceptacji. Pozostawał w niej niedosyt związany z niezaspokojeniem powyższych potrzeb. Stąd łatwość z jej strony ulegania osobom, które mają choćby częściowo zaspokoić jej potrzeby. (...) Dziewczyna była wciągana w relacje seksualne poprzez stopniowe przełamywanie w niej poczucia wstydu - przebieranie w erotyczną bieliznę, robienie jej zdjęć. Sprawca aby zniewolić dziewczynę i przygotować do uległości podczas zachowań seksualnych stosował wobec niej przemoc fizyczną.

    . . .

    Matka Pauliny została pozbawiona praw rodzicielskich do córki.

    . . .

    W lutym 2012 roku zapadł wyrok.

    Jacek Szymonik za 7 czynów został skazany na 12 lat więzienia. Dodatkowo 15 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych dziewcząt na odległość 100 metrów.

    Ksenia Antes, której dowiedziono 6 przestępstw pomocnictwa w gwałtach i zastraszania, otrzymała także wyrok 12 lat oraz 10 lat zakazu zbliżania się do określonych osób na odległość 100 metrów.

    Wojciech S. za jeden gwałt zbiorowy miał odsiedzieć 3 lata.

    . . .

    W 2015 roku Szymonik otrzymał zwolnienie z odsiadywania kary, ze względu na swój stan zdrowia. Jednak do aresztu nie wrócił, a za oskarżonym został wysłany list gończy. (klik)

    Dopiero w maju 2018 roku został zatrzymany w Hiszpanii i przywieziono go do Polski. (klik)

    . . .

    * te imiona wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Niektóre z formacji, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #czestochowa #blachownia
    pokaż całość

    źródło: sz.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów