•  

    28 lat temu...

    24 listopada 1991 roku, około godziny 18.45 czasu lokalnego, w swoim londyńskim domu zmarł Freddie Mercury, legendarny frontman grupy Queen. Śmierć wokalisty nastąpiła w wyniku powikłań (wywołanych przez AIDS) na zapalenie płuc. Na kilka tygodni przed śmiercią Freddie przestał przyjmować leki, oprócz tych przeciwbólowych.

    W ceremonii pogrzebowej uczestniczyło 35 osób. Na temat miejsca, w którym znalazły się prochy skremowanego ciała wokalisty krąży kilka teorii. Pierwsza głosi, że zostały one wrzucone do Jeziora Genewskiego, kolejna mówi o tym, że urnę zakopano w ziemi pod wiśnią znajdującą się na terenie posesji muzyka. Możliwe też, że grób artysty znajduje się na jednym z angielskich cmentarzy, jednak umieszczono na nim fałszywe nazwisko artysty.

    Płyta Queen zatytułowana "Made in Heaven", nad którą Mercury pracował do ostatniej chwili życia, ukazała się dopiero cztery lata po jego śmierci, zgodnie z wolą muzyka. Ostatnim teledyskiem nakręconym z jego udziałem był klip do "These Are the Days of Our Lives". Było to pożegnanie z wielbicielami.

    Mercury zapisał w testamencie 500 tysięcy funtów Jimowi Huttonowi, 500 tysięcy kucharzowi Joe Fannelliemu, 500 tysięcy osobistemu asystentowi Peterowi Freestone’owi oraz 100 tysięcy funtów kierowcy i ochroniarzowi Terry’emu Giddingsowi. Posiadłość Garden Lodge oraz 50% reszty majątku artysta zapisał Mary Austin, a po 25% przekazał matce Jery oraz siostrze Kashmirze. Freddie nie przewidział w testamencie pieniędzy na cel walki z AIDS, jednak za życia wielokrotnie wspierał badania nad chorobą.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #queen #freddiemercury #kalendarium #anglia #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Mercury.jpg

  •  

    „PUFFHAUS” W BUCHENWALDZIE – OBOZOWY DOM PUBLICZNY

    (Fragment książki Katriny Shawver „Od Auschwitz do Ameryki Niezwykła historia polskiego pływaka”)

    Z rozkazu Himmlera każdy obóz koncentracyjny miał „puffhaus”, czyli dom publiczny. Pod koniec lata 1943 r. nie wiodło im się na wojnie, Rosjanie nacierali na froncie wschodnim, spychając ich stronę granicy. Niemieckie dowództwo „postanowiło być miłe” dla starszych więźniów i strażników. Więźniowie ciężko pracują, więc potrzebują dziewczyn.

    […]

    W 1943 r. zbudowali „puff” w Buchenwaldzie. Były tam wanny, ręczniki, zasłony w oknach, małe dywaniki i inne drobiazgi. Kapo Arno był stolarzem i stał na czele komanda cieśli. Pracowali dzień i noc, budując 14 umeblowanych pokoi, bo kazano im szybko skończyć. Specjalnie wyselekcjonowane dziewczyny przybyły z Ravensbrück.

    Zrobili w „pufie” wszystko takie ładne. Kwiaty, dywany, wszystko było ładne. Łącznie było tylko 14 dziewczyn: Niemki, cztery polki i dwie Rosjanki. Więźniowie widzieli umalowane twarze, fryzury i zasłony w oknach. Gdy przyszło to otwarcie „puffu”, więźniowie, którzy chcieli odwiedzić dziewczyny, podawali swoje nazwiska pisarzowi blokowemu, a on podawał je pisarzowi obozowemu. Tam blokowy sprawdzał kwalifikacje więźniów, którzy złożyli prośbę. Czy zasłużyli? Czy popełnili poważne przestępstwo? Potem odsyłał dokument z datami, kiedy który numer może pójść do „puffu”.

    Zazwyczaj było tylu chętnych, że trzeba było czekać wiele dni. Każdego dnia po apelu zbierała się grupka czekających na swoją kolej. Stali w kolejce na schodach prowadzących do bloku. Gdy zadzwonił dzwon na koniec dnia pracy, wszyscy biegli co sił w nogach do bloku 24A.

    – mieli możliwość, żeby się wcześniej umyć?

    – Nie, one tam ich myły. A faceci biegli co sił, by skraść serca dziewczyn. Zwykli więźniowie nawet nie próbowali się starać o karty wstępu do „puffu”. Tylko więźniowie o wyższej pozycji, tacy jak kapo i ci, którzy byli w dobrych stosunkach z Niemcami, mogli tam wchodzić. Zwykli więźniowie nawet nie próbowali. Wielu było nieśmiałych, albo byli żonaci i nie chcieli, by ktoś widział, że tam chodzą. Nie czuli się z tym dobrze. Więc chodzili tam głównie bandyci, złodzieje i blockmeisterzy (brygadziści). Czas wizyty wynosił tylko 12 minut. […] To był limit. 12 minut. Poza tym wszyscy byliśmy zmęczeni po pracy. W Buchenwaldzie nie dało się podymać zbyt długo.

    […]

    Nie wszyscy pieprzyli – nie było czasu. Czasem tylko pogłaskali dziewczynę po ramieniu, pocałowali ją, pocieszyli i byli gotowi. A później, po wszystkim, musieli stanąć w kolejce do zastrzyku. Przychodził pielęgniarz i każdy musiał przed nim stanąć, by dostać zastrzyk dezynfekujący. Potem wychodzili i wracali do baraków. Zastrzyki były głównie po to, by chronić dziewczyny.

    – Czy więźniowie musieli płacić?

    – Tak, dwie marki. Nie wiem, coś koło tego. Niemcy nie robili niczego za darmo.

    […]

    Na zdjęciu:
    Widok „puffu”, czyli obozowego domu publicznego w Buchenwaldzie, rok 1943.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #wojna #iiwojnaswiatowa #niemcy #polska #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #iiirzesza
    pokaż całość

    źródło: 20191016_145025.jpg

  •  

    SZCZECIŃSKA DEFILADA ŚMIERCI

    Dokładnie 57 lat temu, 9 października 1962 roku, podczas defilady wojsk Układu Warszawskiego w Szczecinie doszło do tragicznego wypadku. Polski czołg typu T-54A, nad którym załoga straciła panowanie, wjechał w tłum widzów. Na miejscu zginęło co najmniej 7 osób, głównie dzieci, 21 zostało rannych, a kolejne 22 poturbowane w wyniku paniki, jaka wybuchła po tej katastrofie.

    „Szczecin witał sojusznicze wojska jesiennym słońcem, kolorami flag, serdecznym uśmiechem. Szczeciniacy (!) wylegli tłumnie na trasę przemarszu oddziałów radzieckich, NRD i Wojska Polskiego” – czytał lektor słowa komentarza utrwalone w jednym z ostatnich wydań Magazynu Filmowego Radar (wojskowej kroniki filmowej) w roku 1962. Widzom, głównie żołnierzom służby zasadniczej i zawodowej oraz rodzinom tych ostatnich, pokazano wielką defiladę w Szczecinie. Przeszła, a raczej przejechała ona ulicami tego miasta we wtorek, 9 października 1962 roku, na zakończenie ćwiczeń wojsk Układu Warszawskiego zorganizowanych pod kryptonimem „Gryf Pomorski” na terenie Pomorza Zachodniego i w północnej części ówczesnej NRD.

    Ćwiczących żołnierzy odwiedzili wówczas I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR Władysław Gomułka, premier Józef Cyrankiewicz i marszałek Sejmu PRL Czesław Wycech, co legło u podstaw pogłoski, że ci przywódcy Polski Ludowej przyjechali również do Szczecina na defiladę. Gdy o godzinie 15:00 dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego, generał dywizji Czesław Waryszak, meldował ministrowi obrony narodowej PRL, generałowi broni Marianowi Spychalskiemu, gotowość wojsk do defilady, na trybunie honorowej Gomułki i Cyrankiewicza nie było. Był zaś dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, marszałek Związku Radzieckiego Andriej Greczko. Obok niego stali generałowie radzieccy, enerdowscy i polscy oraz przedstawiciele władz województwa szczecińskiego, z I sekretarzem KW PZPR Antonim Walaszkiem na czele. Po przemówieniach Spychalskiego i Walaszka ruszyła defilada, którą zainaugurowała część lotnicza.

    Nad Szczecinem przeleciały śmigłowce, bombowce i myśliwce, a ulicami centrum miasta przejechały kolumny sprzętu bojowego Armii Radzieckiej, Narodowej Armii Ludowej NRD i Wojska Polskiego. Jechały ciężarówki ciągnące armaty, rakiety i transportery opancerzone, ciągnęły czołgi. Przed defiladą przedstawiciele wojska, milicji oraz lokalnych władz administracyjnych ustalili ogólne zasady bezpieczeństwa.

    Żołnierze WSW mieli strzec porządku i bezpieczeństwa w rejonie trybuny honorowej, a na pozostałej części śródmiejskich ulic, którymi miał przejechać sprzęt wojskowy trzech armii, zadanie to scedowano na Milicję Obywatelską. Ponadto widzowie mieli oglądać defiladę z chodników dla pieszych i pod żadnym pozorem nie wchodzić na jezdnię.

    Tymczasem świadkowie wspominali, że niektórzy, także dzieci, przebiegali jezdnię alei Piastów w trakcie defilady, a chodniki nie mieściły tłumów, które przyszły oglądać rakiety i czołgi. W wielu miejscach ludzie stali na jezdni, mniej więcej metr od krawężnika, a nawet nieco więcej. A że ludzie stali z obu stron, jezdnia dla jadącego sprzętu wojskowego skurczyła się o dwa, a w niektórych miejscach nawet o trzy metry. To bardzo dużo. Ponadto na wspomnianej naradzie dotyczącej bezpieczeństwa ustalono, że kolumny wojsk zmotoryzowanych poruszać się będą z prędkością 20 kilometrów na godzinę. To ustalenie złamali już Rosjanie, którzy defilowali jako pierwsi. Ich wozy bojowe i rakiety jechały szybciej. O ile? Nikt tego nie mierzył. W każdym razie świadkowie twierdzili, że wojsko jechało bardzo szybko, aż drżała ziemia.

    Nie tylko na dzieciach robiło to duże wrażenie. Były wiwaty i oklaski, zagłuszane przez ryk silników pędzących pojazdów. Niektórzy szczecinianie rzucali kwiaty. Po Rosjanach i kolumnie wojsk wschodnioniemieckich na ulicach Szczecina zaprezentowały się pojazdy Wojska Polskiego. Defiladę zamykały czołgi T-54A, nowość na wyposażeniu naszej armii, rzadko pokazywane publicznie. Radiostacja czołgu o numerze taktycznym 0165 z 1. Kompanii Czołgów 5. Dywizji Pancernej w Słubicach odebrała słowa dowódcy pancerniaków, pułkownika Wojnara: „Dołączyć! Dołączyć!”, co było skutkiem narzucenia ostrego tempa przez defilujące pododdziały Armii Radzieckiej.

    „Staraliśmy się dostosować. Bo rozkaz to rozkaz. W poprzek przechodziły szyny tramwajowe. I poślizg. […] Nie straciłem zimnej krwi i krzyknąłem do mechanika-kierowcy: »Karol, hamuj! Zaciąg[nij] drążki do tyłu i co będzie, to będzie. Tylko nie manewruj!«. A ludzi było tyle, że nie mieścili się na chodniku. Stali też na ulicy [tu w znaczeniu jezdni – przyp. L.A.]. I w tej panice jeden drugiego wpychał pod gąsienice” – wspominał po latach Bronisław Bieniarz, wówczas dowódca czołgu 0165. Jego kierowcą-mechanikiem był wspomniany Karol, czyli starszy szeregowiec Karol Gieliszkiewicz.

    Wbrew temu, co przez lata twierdzili niektórzy szczecinianie, stalowy kolos nie wjechał na chodnik. Zatrzymał się przed krawężnikiem, zabijając lub raniąc osoby, które stały na jezdni. Były to głównie dzieci z pobliskich szkół, zwłaszcza ze Szkoły Podstawowej numer 1, koło której doszło do tragicznego wypadku. „Mordercy!” – zaczęli krzyczeć ludzie. „Zamknęliśmy się w czołgu. Nie wiem, jak długo czekaliśmy, ale chyba dziesięć minut później ktoś zapukał we właz. Przyjechała obstawa z WSW. Wychodzę z czołgu, patrzę: krew, włosy, strzępy ludzkich ciał” – wspominał dalej Bronisław Bieniarz.

    Ani operatorzy filmowi z wytwórni „Czołówka”, realizujący film dokumentalny o ćwiczeniach wojsk Układu Warszawskiego i materiały do magazynu „Radar”, ani operator raczkującej wtedy Telewizji Szczecin, ani żaden z fotoreporterów prasowych i fotografów-amatorów nie utrwalił tragicznego wypadku na alei Piastów w pobliżu skrzyżowania z ulicą Jagiellońską. W każdym razie nigdzie takie zdjęcia się nie pojawiły, a wiele by nam one powiedziały. Zachowały się jednak zdjęcia z samej defilady i setki metrów taśmy filmowej wówczas naświetlonej przez operatorów „Czołówki”. I wszędzie widać jedno: tłumy ludzi, których setki zeszły z chodnika na jezdnię.

    Załogę czołgu 0165 przewieziono od razu do prokuratury wojskowej, a potem do pobliskiego szpitala MSW na badania krwi i moczu. Badania takie przeprowadzono dwukrotnie. W organizmach żołnierzy nie znaleziono śladów alkoholu, bo jest mało prawdopodobne, by wówczas – był wszak rok 1962 – szukano w organizmach żołnierzy Wojska Polskiego śladów jakichś środków odurzających. Ze szpitala czołgiści wrócili do prokuratury i dopiero 11 października zostali zwolnieni do macierzystej jednostki. W środę, 10 października, czytelnicy„Głosu Szczecińskiego” znaleźli ledwie widoczną notatkę, zatytułowaną „Komunikat”, następującej treści:

    „Z głębokim bólem i żalem donosimy, że w dniu wczorajszym – w czasie przejazdu polskiej jednostki zmechanizowanej przez nasze miasto w pobliżu skrzyżowania ulic Jagiellońskiej i Piastów – zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. W wyniku doznanych obrażeń zmarło sześć osób, w tym pięcioro dzieci. Jednocześnie z przykrością stwierdzamy, iż mimo wielu apeli, w których proszono o zachowanie zdyscyplinowania na trasie przemarszu wojsk, część mieszkańców Szczecina nie wykazała właściwej postawy. Szczególnie przykrym jest fakt, iż wielu rodziców pozostawiło swoje dzieci bez właściwej opieki. W celu szczegółowego ustalenia przyczyn wypadku powołana została specjalna komisja”

    Tylko tyle i aż tyle.

    „Głos Szczeciński” podał, że pod gąsienicami czołgu 0165 zginęło sześć osób, w tym pięcioro dzieci. Tymczasem na tablicy pamiątkowej przytwierdzonej do ściany Szkoły Podstawowej numer 1, przy alei Piastów, widnieją imiona i nazwiska siedmiorga dzieci. Są to: Bogumiła Florczak lat 8, Leszek Kolczyński lat 9, Ryszard Krawczyński lat 7, Henryk Sikuciński lat 6, Ryszard Stachura lat 9, Fryderyk Zawiślak lat 12 i Marian Zdanowicz lat 10. Pod nazwiskami jest także informacja, że 21 osób zostało rannych. Między pisaną na gorąco informacją prasową a tablicą pamiątkową nie musi być wcale sprzeczności. Gdy redagowano tę pełną przemilczeń notkę, dwie z siedmiu wymienionych na tablicy osób mogły jeszcze żyć. Szczecińscy lekarze twierdzili później, że ofiar wśród dzieci było więcej, ale nigdy nie udało się tego potwierdzić w sposób niebudzący żadnych wątpliwości. Jeden z lekarzy zapamiętał dziewięcioletniego chłopca Leszka Lipińskiego, który zmarł na stole operacyjnym. Takiego nazwiska nie ma na tablicy.

    Weryfikacja nazwisk ze szkolnej tablicy pamiątkowej była i jest mocno utrudniona. W czasach PRL, a przynajmniej do końca sierpnia 1980 roku, nikt by się tego nie podjął, a po 1989 roku okazało się, że ze szpitalnych kartotek usunięto karty z zapisami dotyczącymi tego wtorku i kilku następnych dni. Prawdopodobnie wkrótce po defiladzie…

    Jeszcze raz okazało się, że w Polsce Ludowej o wypadkach z udziałem wojska nie wolno było mówić i pisać. Śledztwo jednak trwało. Przesłuchano dziesiątki osób, przeprowadzono eksperymenty dowodowe. Całą dokumentację z wojskowego śledztwa zniszczono jednak w stanie wojennym. Zachowały się z niej zaledwie okruchy informacji. Wiemy wprawdzie, że przed defiladą mających w niej uczestniczyć kierowców pojazdów wojskowych przewieziono jej trasą, ale próbnej defilady nie było. Ponadto kierowcy-mechanicy czołgów nie byli przeszkoleni do ich prowadzenia po ulicach. Śledczy uznali również, że nieskutecznie odgrodzono tłum od jezdni, a ludzie nie słuchali milicjantów każących im się cofnąć.

    Mimo tych niedociągnięć uznano, że przy organizacji defilady w Szczecinie nie popełniono błędów i 9 marca 1963 roku, równo pięć miesięcy po tragedii w alei Piastów, Prokuratura Śląskiego Okręgu Wojskowego śledztwo umorzyła. Dowódcy czołgu 0165 i jego kierowcy-mechanika nikt nie ścigał. Przesłuchano ich jeszcze kilka razy i sprawa została zamknięta…

    Na zdjęciu:
    Tablica pamiątkowa na murze Szkoły Podstawowej nr 1, w okolicy której doszło do wypadku. Jej uczniami było czworo z dzieci, które zginęły w wypadku

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #szczecin #ciekawostkihistoryczne #prl #kalendarium #wypadek #wojsko
    pokaż całość

    źródło: 800px-Szczecin_tablica_pamiatkowa_SP_Nr_1_al_Piastow.jpg

  •  

    ZABÓJCZY STRIPTIZ W AUSCHWITZ

    23 października 1943 roku z Bergen-Belsen przybył do Auschwitz transport 1700 Żydów, w normalnych wagonach pasażerskich, nie w wagonach bydlęcych. Ta grupa zapłaciła Gestapo dużą sumę pieniędzy za wizy do Ameryki Południowej, do której mieli się udać przez Szwajcarię. Przy ich przybyciu oficer SS odgrywał rolę przedstawiciela Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wygłosił uprzejme przemówienie, wyjaśniając czekający ich proces dezynfekcji, wymagany przed wyjazdem do Szwajcarii. Powiedział, że ich pociąg ma odjechać o siódmej rano.

    Nowo przybyli najwyraźniej uwierzyli, że dezynfekcja i prysznic to część normalnej procedury imigracyjnej. Zostali sprowadzeni do podziemnej szatni przy komorze gazowej, zamaskowanej jako duża łaźnia z prysznicami. Niektórzy rozebrali się i przeszli do łaźni. Inni zaczęli się wahać, przestali się rozbierać i byli coraz bardziej niespokojni i podejrzliwi.

    Esesmani zaczęli tracić cierpliwość i rozpięli kabury pistoletów. Wymachując kijami, zaczęli popychać opornych i wrzeszczeć, by jak najszybciej się rozbierali.

    Teraz naprawdę już przerażeni ludzie zaczęli się niechętnie rozbierać. Strażnicy uspokoili się i stali, gapiąc się na rozbierające się kobiety. Uwaga dwóch esesmanów, Josefa Schillingera i Waltera Quackernacka została rozproszona, gdy piękna, czarnowłosa kobieta zaczęła powolny, uwodzicielski striptiz. Uniósłszy spódnicę i pokazawszy im udo, upewniła się, że przykuła ich uwagę. Gdy gapili się na nią, popatrzyła prosto na nich i powoli zrzuciła bluzkę.

    Później swobodnie oparła się o filar i powoli schyliła się, by zdjąć buty na wysokich obcasach. W mgnieniu oka zdjęła but i uderzyła Quackernacka obcasem w czoło. Skoczyła w kierunku jego padającego ciała, wyszarpnęła jego pistolet z otwartej kabury i oddała dwa strzały do stojącego obok Schillingera, który padł na betonową posadzkę.

    Gdy inni esesmani podbiegli, by odciągnąć Schillingera, Quackernack leżał i jęczał, trzymając zakrwawioną twarz w dłoniach. Kobieta niewiele myśląc oddała trzeci strzał, ale nie trafiła Quackernacka, za to zraniła Oberscharführera SS Emmericha w nogę.

    Wybuchł chaos i krzyk, gdy tłum usiłował się wydostać z szatni. Gdy esesmani wydobyli trzech poszkodowanych, zatrzasnęli i zaryglowali drzwi szatni i zgasili światło, pozostawiając więźniów w całkowitej ciemności. Przybył komendant Höss i rozkazał swoim ludziom zastrzelić wszystkich. Którzy pozostali w szatni.

    Ci z transportu, którzy już weszli do łaźni, zostali natychmiast potraktowani typową porcją Cyklonu B i zmarli. Następnie Niemcy otworzyli drzwi, włączyli silne reflektory i rozstrzelali tłum w szatni z karabinów maszynowych. Wszyscy Żydzi zginęli w ciągu kilku minut.

    Schillinger zmarł w drodze do szpitala. Emmerich przeżył, ale został inwalidą. Ten incydent był jednym z nielicznych, gdy więzień zdołał zastrzelić strażnika…

    #wmrokuhistorii #historia #auschwitz #iiwojnaswiatowa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #polska #niemcy #iiirzesza
    pokaż całość

    źródło: oswiecim_18.jpg

  •  

    FUKUOKA - JAPOŃSKIE PIEKŁO

    Po ataku na Pearl Harbor, 7 grudnia 1941 roku, wojska japońskie rozpoczęły błyskawiczny podbój Azji oraz wysp Pacyfiku. Już wcześniej rząd Japonii rozpoczął ogromną kampanię represyjną, wymierzoną głównie w komunistów i przeciwników imperialistycznego reżimu. W zaprowadzeniu porządku pomóc miała policja wojskowa zwana Kempeitai, pełniąca funkcję tajnej policji politycznej.

    W okresie II wojny światowej jednostka ta stanowiła główne narzędzie terroru nie tylko na obszarach okupowanych przez japońskie wojska, ale również w samej Japonii. Przeciwników politycznych zamknięto w obozach. Nikt nie silił się specjalnie na wymyślanie powodów uwięzienia. Wystarczył jeden gest lub słowo, by znaleźć się w miejscu, które gorsze było od samego piekła.

    Jednym z takich obozów było więzienie w Fukuoce, znajdujące się na japońskiej wyspie Kiusiu. Trafiali tam wszyscy wrogowie rządu Japonii i samego cesarza Hirohito. Koreańczycy, Chińczycy, Amerykanie. Największą grupę więźniów stanowili jednak Japończycy.

    Wrogowie ojczyzny od razu po przybyciu do obozu uznawani byli za winnych. Przyznanie się do winy było tylko kwestią czasu, a pomóc w tym miały prowadzone w tajemnicy przesłuchania. Gdy zawiodły, a opór skazanego był większy niż się spodziewano – przychodził czas na tortury.

    Na tortury można było trafić o każdej porze dnia i nocy. Najczęściej więzień nie dowiadywał się nawet dlaczego zostanie im poddany. A w taki sposób karano nawet za najmniejsze wykroczenie. Zabronione były rozmowy z współwięźniami. Za jakikolwiek kontakt z innym człowiekiem groziła kaźń. Na terenie obozu jenieckiego nie można było śpiewać, gwizdać, rysować i pisać. Każdą formę sztuki surowo karano. Poważnym wykroczeniem stał się nawet uśmiech. Najpoważniejszym przestępstwem było jednak nieokazanie szacunku strażnikowi. Brak ukłonu i zasalutowania oznaczał natychmiastowe represje w postaci wielogodzinnych tortur.

    Sadystyczni strażnicy prześcigali się w wymyślaniu najróżniejszych sposobów na zadawanie bólu swoim ofiarom. Nie potrzebowali żadnego powodu. Ot tak, wyłącznie dla zaspokojenia swoich chorych żądz gaszono na ciele więźniów papierosy, świece lub rozpalone do czerwoności żelazne pręty. Wrząca woda i płonący olej również należały do popularnych narzędzi tortur. Oblewano nimi najczulsze miejsca na ciele – nos, uszy, brzuch i genitalia.

    Wyrywanie paznokci, obcinanie palców, rażenie prądem, zmuszanie do kilkugodzinnego klękania na potłuczonym szkle, rozciąganie stawów kolanowych i łokciowych, łamanie kończyn i żeber, wbijanie pod paznokcie drzazg – to wszystko należało do „żelaznego repertuaru” więziennych sadystów w mundurach.

    Choroby były wszechobecne w obozie. Malaria i dyzenteria (czerwonka) dziesiątkowała ludność w Fukuoce w sposób okrutny i systematyczny. Chorzy czekali na śmierć leżąc we własnej krwi, wymiocinach i odchodach. Umierający przypominali żywe trupy, a ich ciała pokryte często wrzodami i gnijącymi ranami były siedliskiem ogromnej ilości owadów. Widok był przerażający…

    Chorzy trafiali do prowizorycznej izby, gdzie unosił się silny zapach środków dezynfekcyjnych. Z powodu braku leków i narzędzi medycznych nikt specjalnie nie zajmował się leczeniem chorób. Każdy więzień, który tam trafiał mógł czekać wyłącznie na własną śmierć. Personel medyczny bardziej zainteresowany był badaniem zwłok i dokonywaniem różnego rodzaju doświadczeń i eksperymentów medycznych, także za żywych pacjentach.

    Po kapitulacji Japonii i zakończeniu II wojny światowej na Pacyfiku, zdecydowana większość okrutnych strażników japońskich obozów jenieckich nie podzieliła losu swoich hitlerowskich odpowiedników i umknęła przed wymiarem sprawiedliwości. W procesach najczęściej uznawani zostawali wyłącznie za wykonawców rozkazów swoich przełożonych. Wyroki uniewinniające stały się częstym zjawiskiem. Mimo swojego niebywałego barbarzyństwa nie ponieśli kary i dożyli końca swoich dni ciesząc się tym, czego pozbawiali swoich więźniów – wolnością…

    Amerykanie posunęli się nawet do stwierdzenia, że zbrodnie popełnione przez Japończyków nie były tak nikczemne i okrutne jak czyny, których dopuścili się naziści sądzeni w Norymberdze. Z takim wyrokiem byli więźniowie japońskich obozów nie pogodzili się nigdy. Jak widać, sprawiedliwość po wojnie miała wiele twarzy…

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #iiwojnaswiatowa #azja #japonia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #swiat #wojna #wojnanapacyfiku
    pokaż całość

    źródło: Fukuoka-ub-camp-17.jpg

  •  

    DIABEŁ, KTÓRY ZOSTAŁ PAPIEŻEM

    Oktawian ze Spoleto (Ottaviano di Spoleto) urodził się prawdopodobnie około 937 roku, choć niektóre źródła sugerują, że mogło to nastąpić nawet 7 lat wcześniej. Przyszły papież był owocem związku przyrodniego rodzeństwa z arystokratycznego rodu hrabiów Tusculum – Alberyka II, samozwańczego księcia Rzymu i Aldy Bosonide. Ich wspólną matką była sławna Marozja – kobieta, która w okresie „pornokracji” posiadała w Rzymie niemal nieograniczoną władzę i możliwość wpływania na decyzje urzędujących papieży.

    Czasy „pornokracji” przypadły na wiek X i przez historyków nazwane zostały „czarnym stuleciem”. Właśnie wtedy papiestwem tak naprawdę zaczęły rządzić wpływowe kobiety. Jako, że same nie mogły pełnić żadnych funkcji w kościelnych strukturach, wykorzystywały swoje wdzięki, aby skutecznie manipulować kolejnymi papieżami. Marozja, tak jak wcześniej jej matka Teodora, będąc papieską konkubiną uprawiała własną politykę. Miała również wielki wpływ na wybór kolejnych papieży i niewątpliwy udział przy ich późniejszych, nagłych zgonach.

    Alberyk II wymusił na synu przyjęcie święceń kapłańskich. W wieku 16 lat Oktawian został duchownym. Nie chciał tego, ponieważ dużo bardziej podobało mu się życie jakie prowadził do tej pory. Jako wyuzdany biseksualista, prowadził hulaszczy tryb. Gromadził wokół siebie całą rzeszę innych rozpustnych młodzieńców i frywolne dziewczęta, nie zważając na ich status społeczny, co bardzo przeszkadzało Alberykowi, który miał wobec syna bardzo konkretne plany…

    W ich realizacji oczywiście pomogła Marozja. Będący na łożu śmierci Alberyk zmusił papieża Agapita II do złożenia obietnicy, że następnym głową Kościoła zostanie jego syn. Było to jawnym pogwałceniem dekretu Symmachusa „Consilium dilectionis vestrae” z roku 499, który jasno stwierdzał, że za życia obecnego papieża, nie można dokonać wyboru jego następcy. W X wieku nikt się jednak specjalnie tym dekretem nie przejmował.

    16 grudnia 955 roku obietnica została spełniona i 18-letni Oktawian został następcą św. Piotra, przyjmując imię Jan XII (Ioannes XII). Sprawowanie najważniejszego urzędu w Kościele nie zmieniło jego zamiłowań do rozpustnego życia. Wręcz przeciwnie…

    Cały Rzym aż huczał od plotek na temat jego rozwiązłości. Mówiono o nim, że jako papież wynalazł grzechy, których do tej pory nie znano. Mnisi z wielu klasztorów dniami i nocami modlili się o jego szybka śmierć. Zarzuty, które stawiano Janowi XII były poważne, nawet jak na okres „pornokracji”, który ze skromnością i celibatem niewiele miał wspólnego.

    Nowy papież ofiary składane przez pielgrzymów przeznaczał na hazard, a gdy popadł w długi, do ich spłaty wykorzystał kosztowności z papieskiego skarbca. Otaczał się licznymi kochankami (zarówno męskimi, jak i żeńskimi), którym rozdawał złote kielichy pochodzące z bazyliki św. Piotra. Nawet nie próbował ukrywać swoich licznych romansów, a swoją siedzibę (Pałac Laterański) zamienił w dom publiczny, w którym często dochodziło do homoseksualnych orgii.

    Jan XII szokował duchowieństwo nie tylko swoimi orgiami, ale i specyficznymi żartami. Pewnego razu, aby zrobić na złość swoim przeciwnikom, wyświęcił 10-letniego chłopca na biskupa. Cała ceremonia odbyła się w stajni!

    Rzymianie skarżyli się, że przez papieskie ekscesy maleje liczba pielgrzymów maleje z dnia na dzień. Zwłaszcza wśród kobiet, które z obawy przed rozwiązłością i niepohamowaną żądzą papieża przestały odwiedzać święte miejsca. Kronikarz Benedykt z Socrate zapisał:

    „[…] nieszczęsne niewiasty przestały przybywać w obawie, że padną ofiarą żądzy Jana, jako że lubował się on w posiadaniu całej kolekcji podległych mu dam”

    Każdy, kto próbował wyjaśnić papieżowi, że ten prowadzi się niewłaściwie, zostawał kastrowany i ekskomunikowany.

    Nawet Otton I, który przez Jana XII został w roku 962 koronowany na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, popadł w konflikt z papieżem. Oskarżył go w liście o liczne występki przeciwko Bogu, a lista papieskich grzechów zdawała się nie mieć końca – popełnienie kazirodztwa z dwoma siostrami; przemienienie świętego pałacu w dom publiczny; lubieżne stosunki z kochanką własnego ojca oraz z wieloma wdowami; związek z własną siostrzenicą; gwałcenie młodych mniszek; granie w kości i wzywanie diabła, by ten pomógł mu wygrać; nadanie chłopcu godności biskupiej w celu osiągnięcia korzyści materialnych; wyłupienie oczu spowiednikowi; publiczny udział w polowaniach; noszenie broni oraz ranienie nią niewinnych osób; podpalanie domów swoich przeciwników; zabójstwa; świętokradztwo; krzywoprzysięstwo oraz wzywanie różnych demonów. Nie ulegało wątpliwości - na Tronie Piotrowym zasiadał diabeł we własnej osobie...

    Cesarz Otton udał się do Rzymu, aby wezwać Jana XII do złożenia wyjaśnień. Papież nie miał jednak zamiaru się tłumaczyć. Zamiast tego odpowiedział, że wszystkie oskarżenia wymyślili biskupi oraz wysłał Ottonowi wiadomość, w której ogłaszał ekskomunikę cesarza. Dzień przed przybyciem Ottona do Lateranu, papież uciekł.

    Cesarz zwołał sąd, który uznał Jana winnym kazirodztwa, cudzołóstwa i morderstwa, po czym 4 grudnia 963 roku usunął go z urzędu. Dodatkowo Otton zażądał, aby następcą Jana został kapłan nie splamiony podobnymi grzechami, ale zwołany synod nie znalazł takiego człowieka… Dwa dni później Jana XII zastąpiono więc Leonem VIII.

    Gdy dwa miesiące później Otton wyjechał, Jan wrócił do Rzymu z armią swoich wiernych towarzyszy, zmusił Leona VIII do ucieczki. Ponownie obwołał się papieżem, a na swoich przeciwnikach dokonał srogiej zemsty. Biczowanie, obcinanie nosów, genitaliów, rąk i nóg oraz wyrywanie języka stały się ulubionymi torturami pałającego żądzą zemsty Jana.

    Okrutne represje zostały przerwane w kwietniu 964 roku, kiedy do Rzymu powrócił zaniepokojony całą sytuacją Otton I. Jan uciekł do Kampanii. Zmarł miesiąc później, 14 maja 964 roku. Oficjalnym powodem śmierci miał być atak serca, jednak wkrótce pojawiło się mnóstwo plotek na temat prawdziwej przyczyny śmierci byłego papieża. Jedni mówili, że zmarł na udar mózgu podczas miłosnych igraszek z dwoma młodymi chłopcami.

    Inna wersja (znacznie częściej powtarzana) głosiła, iż Jan XII został zamordowany przez zazdrosnego męża jednaj ze swoich kochanek, który przyłapał parę na gorącym uczynku. Mężczyzna ugodził uciekającego Jana sztyletem (według innej opowieści uderzył go kamieniem w tył głowy) i zostawił na pewną śmierć w górach. Po trzech dniach samotnego konania były papież zmarł. W chwili śmierci miał zaledwie 24 lata…

    Na zdjęciu:
    Papież Jan XII. Na portretach przedstawiany błędnie jako starszy mężczyzna, gdyż w chwili swojej śmierci miał zaledwie 24 lata.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #religia #papiez #kosciol #chrzescijanstwo #katolicyzm #rzym #swiat
    pokaż całość

    źródło: janXII.png

  •  

    W MROKU HISTORII pomaga:

    Jeden z naszych czytelników, Pan Grzegorz Siwiec, zwrócił się do nas z prośbą o pomoc przy próbie identyfikacji zdjęcia znalezionego w pamiątkach po zmarłej niedawno ciotce.

    Fotografia zrobiona została podczas przedwojennego wesela. Widoczne są na nim cztery osoby w mundurach. Czy jest ktoś, kto pomoże Panu Grzegorzowi rozpoznać w jakiej formacji wojskowej służyli przedstawieni na zdjęciu mężczyźni i gdzie zrobiona została ta fotografia?

    Podpowiedzi można zostawić w komentarzach lub napisać bezpośrednio do Pana Grzegorza na adres:

    siwiec.grzegorz@wp.pl

    #wmrokuhistorii #historia #starezdjecia #fotografia #pomagajzwykopem #zdjecia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #wojsko #wojskopolskie #munduriwyposazenie #identyfikacja #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: a.jpg

  •  

    80 lat temu...

    17 września 1939 roku, łamiąc polsko-sowiecki pakt o nieagresji, Armia Czerwona wkroczyła na teren Rzeczypospolitej Polskiej, realizując ustalenia zawarte w tajnym protokole paktu Ribbentrop-Mołotow. Konsekwencją sojuszu dwóch totalitaryzmów był rozbiór osamotnionej Polski.

    Sowiecka napaść na Polskę była realizacją układu podpisanego w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku przez ministra spraw zagranicznych III Rzeszy Joachima von Ribbentropa oraz ludowego komisarza spraw zagranicznych ZSRS Wiaczesława Mołotowa, pełniącego jednocześnie funkcję przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych (premiera).

    Integralną częścią zawartego wówczas sowiecko-niemieckiego paktu o nieagresji, był tajny protokół dodatkowy. Jego drugi punkt, dotyczący bezpośrednio Polski, brzmiał następująco:

    "W wypadku terytorialnych i politycznych przekształceń na terenach należących do Państwa Polskiego granica stref interesów Niemiec i ZSRS przebiegać będzie w przybliżeniu po linii rzek Narwi, Wisły i Sanu. Kwestia, czy w obopólnym interesie będzie pożądane utrzymanie niezależnego Państwa Polskiego i jakie będą granice tego państwa, będzie mogła być ostatecznie wyjaśniona tylko w toku dalszych wydarzeń politycznych. W każdym razie oba rządy rozstrzygną tę kwestię na drodze przyjaznego porozumienia"

    Wkraczająca na ziemie Rzeczypospolitej Armia Czerwona zachowywała się równie bestialsko jak wojska niemieckie. Przykładów zbrodni popełnianych na polskich wojskowych, policjantach i cywilach jest wiele, m.in. w Grodnie po zajęciu miasta Sowieci wymordowali ponad 300 jego obrońców, na Polesiu 150 oficerów, a w okolicach Augustowa 30 policjantów.

    W starciach z Armią Czerwoną zginęło ok. 2,5 tys. polskich żołnierzy, a ok. 20 tys. było rannych i zaginionych. Do niewoli sowieckiej dostało się ok. 250 tys. żołnierzy, w tym ponad 10 tys. oficerów, którzy na mocy decyzji podjętej 5 marca 1940 roku przez Biuro Polityczne WKP(b) zostali rozstrzelani.

    Na zdjęciu:
    Spotkanie żołnierzy Wehrmachtu i Armii Czerwonej 20 września 1939 roku, na wschód od Brześcia.

    #wmrokuhistorii #historia #kalendarium #iiwojnaswiatowa #zsrr #polska #rocznica #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: Bundesarchiv_Bild_101I-121-0008-25,_Polen,_Treffen_deutscher_und_sowjetischer_Soldaten.jpg

  •  

    73 lata temu...

    13 września 1946 w więzieniu przy ul. Montelupich w Krakowie został stracony nazistowski zbrodniarz Amon Göth.

    Amon Göth nie tylko mordował więźniów obozu, ale również ich okradał. W bardzo precyzyjny sposób obrabowywał wszystkich nowo przybyłych więźniów z ich dobytku. Cały ten majątek traktował jako swoją osobistą zdobycz wojenną, której nie kwapił się odprowadzać do kas hitlerowskich. Mimo nieformalnego przyzwolenia na bogacenie się kosztem ofiar obozów, skala tego zjawiska była tak duża, że w 1944 Göth został aresztowany przez władze niemieckie.

    Nadchodząca klęska nazistów nie pozwoliła go osądzić. Göth trafił do sanatorium. Alianci, dzięki wcześniejszemu znalezieniu wielkiego magazynu z kosztownościami, natrafili na jego trop. Został aresztowany w maju 1945 roku przez wojska amerykańskie.

    Proces odbył się w dniach od 27 sierpnia do 5 września 1946 roku. Göth został skazany na śmierć przez powieszenie. Dopiero trzecia próba egzekucji zakończyła się śmiercią Götha, jego ostatnie słowa przed śmiercią brzmiały:"Heil Hitler".

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #niemcy #polska #iiwojnaswiatowa #kalendarium #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Amon_Goeth-prisoner_1945.jpg

  •  

    405 lat temu…

    21 sierpnia 1614 roku zmarła legendarna węgierska hrabina Elżbieta Batory, nazywana często „Panią na Cachticach”, „krwawą hrabiną” lub „Wampirzycą z Transylwanii”. Cechować ją miała zarówno wielka uroda, jak i wielki sadyzm. Węgierska księżna na trwałe zapisała się w historii jako jedna z najkrwawszych kobiet Europy.

    Kąpiele we krwi, torturowanie swoich służących, uprawianie czarnej magii, a w końcu proces i zamurowanie żywcem w komnacie swojego zamku - z tym Elżbieta Batory kojarzy się dzisiaj niemal wszystkim miłośnikom horrorów. Raz stworzona legenda stała się powodem trwającego kilkaset lat niesłusznego oczerniania kobiety, która była tylko ofiarą męskiego świata polityki z początku XVII wieku. Prace węgierskich historyków wskazują jasno, że cachticka księżna padła ofiarą okrutnej manipulacji wymierzonej w nią przez jej kuzyna, palatyna Thurzó.

    Popularna legenda mówi, że 4 lata przed swoją śmiercią Elżbieta Batory została zamurowana w wieży cachtickiego zamku, a pożywienie podawano jej przez mały otwór. Jest to jednak nieprawda, bo dostęp do niej miało kilka osób, m.in. syn, kilku strażników i spowiednik. Nie wiadomo natomiast, co było przyczyną jej śmierci. Wśród historyków węgierskich dominuje kilka teorii na ten temat. Jedni sugerują, że hrabina popełniła samobójstwo. Inni są przekonani Elżbieta zmarła w sposób naturalny.

    Jaka jest prawda o ostatnich chwilach życia „krwawej hrabiny”? O jej śmierci wiadomo tylko tyle, że w dniu 21 sierpnia 1614 roku ciało 54-letniej Elżbiety Batory znalezione zostało na podłodze jej komnaty przez jednego ze strażników. Istnieją dwie wersje na temat ostatnich chwil hrabiny. Według jednej z wersji strażnik, który natknął się na jej martwe ciało miał powiedzieć, że ciało kobiety było „nienadające się do oglądania i nie przypominające hrabiny” – sugerować to może, że śmierć nastąpiła co najmniej tydzień wcześniej. Bardziej prawdopodobna wydaje się jednak relacja, którą 25 sierpnia (4 dni po jej śmierci) palatyn Jerzy Turzo opisał w liście do węgierskiego króla Macieja II:

    „Wieczorem dnia poprzedniego skarżyła się strażnikowi, że ma chłodne ręce. Poduszka, którą zwykle miała pod głową, tego wieczoru podłożyła pod nogi. Mówi się, że gorliwie się modliła i śpiewała. Możliwe, że na kilka godzin przed śmiercią przebudziła się w niej iskierka litości nad swoimi ofiarami i popełnionymi czynami. Zmarła nagle, bez bólu, bez światła”

    Jedną z osób, które odetchnęły z ulgą po śmierci hrabiny był na pewno Maciej II. W momencie jej zgonu cały ogromny dług króla, zaciągnięty u Elżbiety i jej zmarłego kilka lat wcześniej męża, został anulowany…

    Elżbietę Batory pochowano dopiero trzy miesiące później, 25 listopada 1614 roku, w krypcie kościoła w Cachticach. Jednak mieszkańcy, którzy szczerze nienawidzili i zarazem bali się hrabiny zażądali usunięcia jej ciała. Pochowano ją ponownie w roku 1617 w Nagyecsed, w północno-wschodnich Węgrzech, gdzie znajdowała się rodowa siedziba rodziny Báthory.

    Kiedy w roku 1995 otworzono rodzinną kryptę, nie znaleziono w niej Elżbiety. Niektórzy historycy twierdzą, że jej kości pochowano gdzieś na cmentarzu w Budapeszcie, nie ma jednak żadnych dowodów, że tak się stało. Jej szczątków do dzisiaj nie odnaleziono...

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #smierc #wegry #slowacja #kalendarium
    pokaż całość

    źródło: Anna Friel jako Elżbieta Batory w filmie z 2000 roku.jpg

  •  

    DZIEŃ, W KTÓRYM POLAK UPOKORZYŁ „RUSKICH”

    W niedzielę, 20 października 1957 roku, reprezentacja Polski rozegrała mecz, który przeszedł do historii polskiej piłki nożnej. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie biało-czerwoni w pięknym stylu pokonali 2:1 kadrę narodową ZSRR. To sensacyjne zwycięstwo odbiło się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale w całej sportowej Europie.

    Kapitanem reprezentacji Polski, który wyprowadził swoją drużynę na eliminacyjny mecz Mistrzostw Świata ze Związkiem Radzieckim był Gerard Cieślik. Murowanym faworytem spotkania byli oczywiście piłkarze radzieccy – w Moskwie bezdyskusyjnie pokonali Polaków aż 3:0, byli ponadto mistrzami olimpijskimi, a w składzie obecny był Lew Jaszyn - uważany przez wielu ekspertów za najlepszego bramkarza w historii piłki nożnej.

    Na trybunach świeżo otwartego Stadionu Śląskiego mecz oglądało około 100 tysięcy kibiców, przeraźliwie wygwizdujących każdy kontakt z piłką piłkarzy ZSRR – to jedyne miejsce, gdzie można było bezkarnie dać upust szczerym emocjom.

    Cieślik, wcielony podczas wojny przymusowo do Wehrmachtu i aresztowany później przez Sowietów, rozegrał swój mecz życia. Najpierw wykorzystał sytuację „sam na sam” z Jaszynem, później mimo niskiego wzrostu, wygrał walkę o górną piłkę i zdobył głową drugą bramkę.

    Po końcowym gwizdku sędziego na Stadionie Śląskim zapanowała euforia. Ludzie krzyczeli ze szczęścia, śpiewali „Sto lat!”, wpadali sobie w ramiona. Niektórzy płakali z radości, patrząc z niedowierzaniem na tablicę wyników. Kibice, po przełamaniu kordonu wokół murawy, wbiegli na boisko i pochwycili na ramiona Cieślika, Brychczego oraz Szymkowiaka, po czym... zanieśli ich do szatni! Tam, jak wspominają naoczni świadkowie, Szymkowiak się popłakał. Miał również powiedzieć:

    „To wygrana dla mojego ojca, te skurwysyny zamordowały go w Katyniu!”

    Kibice reprezentacji Polski byli pijani ze szczęścia - i to dosłownie! Po meczu z trybun służby porządkowe zebrały ponad 50.000 butelek po wódce. Feta dość szybko przeniosła się ze stadionu na ulice śląskiej aglomeracji. Oczywiście, zbyt entuzjastyczne okazywanie radości ze zwycięstwa nad wschodnim sąsiadem mogło się skończyć spotkaniem z milicją, a nawet represjami ze strony SB. Władysław Gomułka rozsądnie nakazał milicji i wojsku wycofać się do koszar.

    Bohaterem polskich kibiców stał się bezapelacyjnie Gerard Cieślik, któremu po meczu nadano dość ryzykowny przydomek – „człowiek, który upokorzył Ruskich”. O określeniu tym wspomniała nawet sportowa prasa. Ówczesna władza nie była zachwycona…

    Aby tonować zbyt euforyczne nastroje, w poniedziałkowym wydaniu „Przeglądu Sportowego” na pierwszej stronie pojawiły się dwa równorzędne materiały – redakcja przypomniała, że w rozgrywanym równolegle meczu rezerw „druga reprezentacja” ZSRR zdeklasowała Polskę „B” 5:2.

    W okresie PRL reprezentacje Polski i ZSRR spotkały się na Stadionie Śląskim jeszcze tylko raz: 22 maja 1983 roku rozegrały mecz w ramach eliminacji do piłkarskich mistrzostw Europy we Francji w 1984 roku. Spotkanie, rozegrane dwa miesiące przed zniesieniem stanu wojennego, obejrzało 75 tys. widzów. Padł wówczas remis 1:1. Powtórki z 1957 roku nie było.

    Na zdjęciu:
    Kapitan reprezentacji Polski, Gerard Cieślik, wyprowadza swoich kolegów na boisku w pamiętnym meczu ze Związkiem Radzieckim w Chorzowie. Za nim bramkarz Edward Szymkowiak, dla którego mecz ten stał się osobistą "zemstą" na Sowietach na los jego ojca.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #sport #pilkanozna #ciekawostkihistoryczne #zsrr #polska #gruparatowaniapoziomu #rosja
    pokaż całość

    źródło: Cieslik.png

  •  

    PUBLICZNE EGZEKUCJE W RADOMIU, DOKONANE PRZEZ NIEMCÓW NA POLAKACH

    Kradzież broni z radomskiego zakładu była jedną z najważniejszych form działalności Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej w Radomiu. Głównym celem konspiratorów stał się jeden z najlepszych wówczas pistoletów na świecie – legendarny Vis.

    We wrześniu 1942 roku miało miejsce starcie niemieckich policjantów z żołnierzami Armii Krajowej na stacji kolejowej w miejscowości Rożki pod Radomiem. Przy polskich żołnierzach znaleziono pistolety Vis, co doprowadziło do dekonspiracji działalności pracowników Fabryki.

    12 października 1942 roku, niemieccy okupanci rozpoczęli w Radomiu serię publicznych egzekucji, w trakcie których powieszono 50 osób. Większość ofiar związana była z radomską Fabryką Broni, z której wykradano pistolety Vis, wykorzystywane następnie w działalności konspiracyjnej. Przy stacji kolejowej zbudowano szubienice i powieszono pierwszych 10 skazanych. Ciała straconych wisiały tam przez cały dzień. Każdy przejeżdżający pociąg osobowy zatrzymywał się w tym miejscu na kilkanaście minut, by pasażerowie mogli przyjrzeć się przerażającemu widokowi.

    Dzień później druga szubienica stanęła przy tzw. szosie kieleckiej, kolejnego dnia – następna przed jedną z hal Fabryki Broni. 15 października, w czwartek – będącym w Radomiu dniem targowym – egzekucję wykonano przy szosie warszawskiej. Okupantowi zależało na tym, by straceńców zobaczyli także podążający na targowisko mieszkańcy podradomskich wsi.

    W sumie stracono 50 osób. Byli to mężczyźni i kobiety w różnym wieku, w większości zaangażowane w działalność konspiracyjną. Ogromne straty poniosły wówczas rodziny m.in. Winczewskich, Kiełbowskich i Graboszów. Reszta z aresztowanych została w przeważającej większości deportowana do obozów koncentracyjnych i tam poniosła śmierć.

    Po 16 latach od tych tragicznych wydarzeń (19 października 1958 roku) w pobliżu miejsca egzekucji został odsłonięty pomnik upamiętniający pracowników pomordowanych podczas niemieckiej okupacji.

    Na zdjęciu:
    Egzekucja na stacji kolejowej w Rożkach koło Radomia dokonana przez Niemców 12 października 1942 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #polska #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #zbrodnia #niemcy #iiirzesza
    pokaż całość

    źródło: Radom2.jpg

  •  

    32 lata temu...

    17 sierpnia 1987 roku, w więzieniu Spandau (Berlin Zachodni), zmarł w wieku 93 lat Rudolf Hess, ostatni z wodzów hitlerowskich i były zastępca Adolfa Hitlera.

    Rudolf Hess był najstarszym i najdroższym więźniem świata. Spędził za kratami 46 lat. Strażnik znalazł go nieprzytomnego z kablem elektrycznym na szyi. Brytyjskie władze wojskowe w Berlinie Zachodnim oświadczyły, że więzień targnął się na własne życie.

    Rudolf Hess wsławił się tym, że w maju 1941 roku wykonał skok na spadochronie nad Szkocją, z pilotowanego przez siebie samolotu Messerschmitt 110. Najprawdopodobniej liczył na to, że uda mu się doprowadzić do odrębnego porozumienia pokojowego między III Rzeszą a Wielką Brytanią. Został złapany. Podawał się początkowo za Alfreda Horna. Aresztował go ojciec znanej piosenkarki Olivii Newton-John, Brian. Do zakończenia wojny Brytyjczycy przetrzymywali go w Szpitalu Wojskowym w Abergavenny, ale spędził też cztery dni w londyńskiej Tower.

    Hess był sądzony wraz z innymi zbrodniarzami nazistowskimi w Norymberdze przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy. Został skazany na karę dożywotniego więzienia i nigdy już nie odzyskał wolności. Kilkakrotne starania o jego uwolnienie ze względu na wiek i zły stan zdrowia były odrzucane.

    Śmierć wiekowego nazisty od początku wzbudzała ogromne kontrowersje. Wiele osób, które śledziły losy jednego z liderów nazistowskich Niemiec, nie chciało uwierzyć, że schorowany 93-letni człowiek był w stanie powiesić się na kablu.

    Zgodnie z oficjalnymi danymi popełnił samobójstwo. Czy był to jednak prawdziwy Rudolf Hess? Na jego ciele nie znaleziono blizn z okresu walk w I wojnie światowej, których nie można było w żaden sposób zamaskować bądź usunąć. Ponadto sama śmierć Hessa wzbudza wiele kontrowersji. Pytano, jak Hess mógł wyrwać kabel z nocnej lampy oraz zawiesić go na klamce od okna, będąc schorowanym człowiekiem z artretyzmem?

    Mimo oficjalnego stanowiska władz brytyjskich, krewni Hessa nigdy nie pogodzili się z taką interpretacją, twierdząc, że dokonano zabójstwa i zlikwidowano ostatniego więźnia Spandau. Po przeprowadzonej sekcji zwłok jako przyczynę zgonu uznano uduszenie poprzez ucisk kabla elektrycznego, jednakże powtórna sekcja zwłok wykluczyła, jako przyczynę zgonu powieszenie, lecz zadzierzgniecie sznura elektrycznego wokół szyi, co miałoby skłaniać do zabójstwa. Tak twierdził między innymi syn Rudolfa Hessa – Wolf Rüdiger, uważając, że za śmiercią ojca stali Brytyjczycy, obawiający się ujawnienia całej prawdy o faktycznych rokowaniach niemiecko-brytyjskich, prowadzonych do 1941 roku.

    Ponadto na zdjęciach zrobionych w pomieszczeniu, w którym zmarł hitlerowiec, widać, że kabel, na którym miał się powiesić, jest dość długi. Dorosłemu, wysokiemu mężczyźnie sprawiłoby sporo problemu odebranie sobie za jego pomocą życie.

    Kilka lat temu Scotland Yard opublikował raport sporządzony przez detektywa Howarda Jonesa. Swoje informacje czerpał od lekarza, który zajmował się Hessem. Mężczyzna wskazał nazwiska dwóch agentów SAS, którzy najprawdopodobniej „pomogli” niemieckiemu naziście w odejściu z tego świata. Chirurg, który zajmował się czołową postacią w hitlerowskich Niemczech, miał rozmawiać na ten temat z oficerem wywiadu, który odpowiadał za przeszkolenie dwóch potencjalnych morderców.

    Zabójstwa Rudolfa Hessa miano dokonać na podstawie rozkazu wydanego przez brytyjski rząd. Londynowi zależało, aby nie wyszły na jaw tajemnice związane ze spiskiem na premiera Churchilla. Raport został przedstawiony prokuraturze jeszcze w 1989 roku.

    Niedługo po samobójczej śmierci Rudolfa Hessa więzienie w Spandau, w którym przebywał on i inni skazani w Norymberdze zbrodniarze wojenni, zostało zburzone. Niemcy nie chcieli, by stało się ono celem pielgrzymek neonazistów.

    Na zdjęciu:
    Syn Rudolfa Hessa, Wolf Rüdiger Hess, stoi przy swoim zmarłym ojcu.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #niemcy #iiwojnaswiatowa #kalendarium #berlin #europa #iiirzesza #rudolfhess #smierc
    pokaż całość

    źródło: Hess.1987.jpg 18+

    +: b......a, funthomas +334 innych
  •  

    JACK MOLINAS - Z NBA DO MAFII

    Jack Molinas mógł zostać legendą koszykówki. W roku 1953 został przyjęty do zespołu Fort Wayne Pistons. Zamiast jednak poświęcić się karierze w NBA, wolał „ustawiać” mecze. Szybko okazało się, że Molinas jest uzależniony od zakładów bukmacherskich. Za każdy sprzedany mecz brał od ludzi powiązanych z mafią nawet tysiąc dolarów. Zostawał nawet po treningach, by w spokoju ćwiczyć pudłowanie.

    Na sprzedaży meczów dorobiłby się pewnie fortuny, gdyby nie ówczesny szef NBA Maurice Podoloff, który wydał otwartą wojnę bukmacherom. Jackowi udowodniono sprzedaż meczy. Kara mogła być tylko jedna – dożywotnia dyskwalifikacja!

    Nie zerwał z nałogiem. Przez cztery lata pracował dla mafii z Chicago jako fachowiec od ustawiania meczy. W tym czasie zwerbował do współpracy ponad 20 czołowych zawodników ligi. Ich zadaniem było pilnowanie zamówionych przez mafię wyników.

    Najdroższe restauracje, najpiękniejsze kobiety, najszybsze samochody. Tak żył Molinas. Wkrótce uwierzył, że jest królem życia. Ciągle powtarzał, że nie ma na niego mocnych. Zaczął oszukiwać nawet mafię, dla której pracował…

    Brał od szefów pieniądze na przekupienie zawodników, jednak nie robił tego. Podawał nazwiska współpracujących koszykarzy, którzy niczego nieświadomi grali uczciwie. Ten plan działał przez pół roku. Potem „szef wszystkich szefów” z Chicago zaprosił go na wakacje do Miami. Tam na dzień dobry połamano Molinasowi wszystkie palce.

    W roku 1959 oszust trafił do więzienia za handel meczami. Miał odsiedzieć piętnaście lat, wyszedł po sześciu. Na wolności chciał odbudować swoją pozycję. Zaczął pilnować mafijnych wpływów w branży filmów pornograficznych. Po kilku latach znowu poczuł się niezwyciężony.

    Postanowił sobie dorobić. Wkrótce pół miliona dolarów z mafijnej kasy trafiło wprost do jego kieszeni. Mafia nie wybacza takich uczynków, o czym Jack przekonał się 3 sierpnia 1975 roku. Właśnie wtedy odwiedził go wynajęty zabójca. Trzy kule zakończyły żywot Jacka Molinasa - człowieka, który myślał, że może oszukać mafię…

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #usa #mafia #ameryka #sport #nba #koszykowka
    pokaż całość

    źródło: Molinas.jpg

  •  

    SMOKI DOBRE NA WSZYSTKO, CZYLI LEKI ZE SMOCZEJ APTEKI

    Z gawędami, bajkami czy legendami o smokach spotkać się można w pismach wielu narodów Europy i Azji już od najdawniejszych czasów - opowiadali o nich Sumerowie, Asyryjczycy, Persowie i Hindusi. Występują w mitach o stworzeniu świata, pojawiają się w dziejach dawnych Słowian i Germanów. W europejskiej symbolice smok ucieleśniał zło, nieszczęście, grozę i cierpienie. Zgoła inaczej przedstawiano je we wschodniej Azji - smok do dziś uchodzi tam za symbol szczęścia, sprawiedliwości i urodzaju. Choć dziś smoki traktowane są jako fikcyjne stworzenia, kiedyś wiara w nie była niepodważalna. Wierzono również, że wszelkie smocze specyfiki są wstanie uleczyć dosłownie wszystko...

    Według legend nie tylko dzielni rycerze mieli do czynienia ze smokami. Zwykli ludzie także stykali się z tymi bestiami i to w codziennym życiu. A popyt na wyroby z ziejących ogniem stworzeń był ogromny. W aptekach sprzedawano „sanguis draconis” - smoczą krew. Była to żywiczna, czerwono-brązowa substancja, bezzapachowa i bezsmakowa, zmielona na proszek. Pozyskiwano ją z łupin owoców wschodnioindyjskich palm Calamus Draco, lub z pociętych pni rośliny Dracaena Draco L., która rosła na Wyspach Kanaryjskich.

    Św. Hildegarda, przeorysza klasztoru benedyktynek w Disibodenbergu (1098-1179), zalecała chorym, którzy cierpieli na kamicę, pić smoczą krew. Krew należało przechowywać w jakimś wilgotnym miejscu, żeby trochę tą wilgocią nasiąkła. Potem wrzucało się do wody, która od krwi się zagrzewała. Pić ją trzeba było na czczo przez 9 dni i zaraz potem coś zjeść. Św. Hildegarda jednak ostrzegała przez używaniem czystej smoczej krwi, bo groziło to człowiekowi nagłą i bolesną śmiercią.

    Interesująca legenda wiąże się z założeniem benedyktyńskiego klasztoru w Wiltenie, na przedmieściu Insbrucku. Założyć miał go olbrzym Heymo, krótko po tym jak zabił okrutnego smoka, pilnującego miasta. W miejscu, gdzie smok został zabity, zaczęła wyciekać z ziemi czarna, ohydnie pachnąca „smocza krew”, której ludzie z powodzeniem używali do leczenia rozmaitych chorób stawów i skóry. Dzisiaj wiadomo, że ta "smocza krew" to olej ziemny (tzw. ichtiol), który zawiera triasowe łupki bitumiczne. Wierzono też, że w mózgu smoka znajduje się „smoczy kamień”, który jako niezastąpiony środek przeciwko wszelkim truciznom, był wysoko ceniony. Jeśli został wyjęty z głowy smoka za życia, ten kto go posiadał, nie musiał się obawiać otrucia.

    Wysokie ceny osiągał magiczny proszek z zębów smoka, rzekomo o działaniu odmładzającym. Lecznicze właściwości smoczych szczątków badał i opisał lekarz z Preszowa (dzisiejsza Słowacja), Johann Paterson Hain (1615-1675). Smocze kości z okolicznych jaskiń pozyskiwał od miejscowych obywateli, albo ich sam poszukiwał. Wyniki badań publikował w czasopiśmie „Miscellanea medico-physica Academiae Naturae Curiosorum sive Ephemeridum medico-physicarum Germanicarum curiosarum”, które wydawała niemieckie towarzystwo przyrodoznawcze. W jednym z numerów wspomniał o jaskini Aksamitka koło Haligowiec, którą uważano na przybytek smoków, ponieważ znajdowano w niej mnóstwo „smoczych” kości:

    „Kości znalazł w bardzo głębokiej i bardzo długiej jaskini niedaleko klasztoru kartuzów koło Dunajca... W górach Karpat jest jaskinia niemal zapełniona kośćmi, jak mówią letni pasterze owiec. Także mówią, że te bestie umierają jedna na drugiej, kiedy są mianowicie zmożone chorobą i szukają ulgi, stąpają po leżących kościach, a kiedy zawieje po jamach i rozpadlinach wiatr, zwierzę tak sobie odpocznie, że aż tam zdechnie i powiększy kupę innych padlin. Mówi się, że bestia w nocy wychodzi, a niekiedy się tam ukrywa (...) Powiadają, że jakiś Włoch przyszedł do tej jaskini, magicznymi sztuczkami wyprowadził z niej smoka, siadł na niego i odleciał.”

    W roku 1672 Hain napisał:

    „Wieśniak, który odwiedza smocze dziury, doniósł był prześwietnemu panu hrabiemu Władysławowi Rakoczemu cały szkielet z kości młodego smoka. Te to zmielone kości sprzedawano przeciwko padaczce”

    O „smoczych kościach” w jaskini koło Haligowiec pisał również polski geograf Stanisław Duńczewski około 1760 roku, powołując się na Macieja Bela. Kości i zęby znajdowane w jaskiniach należały oczywiście do wymarłych zwierząt. Ich poszukiwacze uzyskiwali za swoje znaleziska dobre ceny, dlatego wiele kości, które mogły być obiektem badań paleontologicznych, bezpowrotnie przepadło.

    Ogromną rolę smoki odgrywały także w chińskiej medycynie ludowej. We wszystkich aptekach można było kupić "smocze" kości i zęby - na choroby serca, nerek i krążenia, jak również na upławy, gorączkę i suchoty. Najdroższy był proszek ze smoczych zębów, który był ulubionym środkiem odmładzającym. W rzeczywistości były to jednak kości i zęby dawno wymarłych zwierząt. Chińscy aptekarze kupowali kości od poszukiwaczy, którzy z tego mieli spore dochody, więc znaleziska ukrywali i uniemożliwiali do nich dostęp paleontologom.

    Na zdjeciu:
    XIX-wieczny obraz „Św. Jerzy i smok” (Gustave Moreau).

    #wmrokuhistorii #ciekawostki #historia #smoki #sredniowiecze #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #medycyna
    pokaż całość

    źródło: smok2.jpg

  •  

    459 lat temu...

    7 sierpnia 1560 roku, w rodzinnym majątku Nyírbátor (stanowiącym część regionu Ecsed) przyszła na świat Elżbieta Batory (węg. Báthory Erzsébet) - węgierska hrabina, której życie i śmierć przeszły do krwawej legendy.

    Niemal każdy słyszał historię o okrutnej hrabinie, która pragnąc zachować wieczną młodość, kąpała się we krwi młodych dziewic. Cechować ją miała zarówno wielka uroda, jak i wielki sadyzm. Węgierska księżna na trwałe zapisała się na kartach historii jako jedna z najkrwawszych kobiet Europy. Nazywana jest dziś "Panią na Cachticach", "krwawą hrabiną" lub "wampirzycą z Transylwanii", a przez wieki jej imię budziło grozę. Torturowanie swoich służących, uprawianie czarnej magii, a w końcu proces i zamurowanie żywcem w komnacie swojego zamku - z tym Elżbieta Batory kojarzy się dzisiaj niemal wszystkim miłośnikom horrorów.

    Jaka jest prawda o Elżbiecie Batory? Czy rzeczywiście dopuściła się wszystkich czynów, o które ją oskarżono? A może stała się ofiarą wyrafinowanego spisku, który jej chciwa rodzina uknuła wspólnie z zadłużonym królem i Habsburgami? Prawda o jej życiu wydaje się być znacznie ciekawsza niż legenda, którą hrabina po sobie zostawiła...

    Węgierscy historycy od dłuższego czasu wskazują jasno, że wszystkie złe czyny, jakich dopuścić się miała Elżbieta, nigdy nie miały miejsca, a cachticka księżna padła ofiarą okrutnej manipulacji wymierzonej w nią przez jej kuzyna, palatyna Thurzó. Raz stworzona legenda stała się powodem trwającego kilkaset lat niesłusznego oczerniania kobiety, która była tylko ofiarą męskiego świata polityki z początku XVII wieku...

    #wmrokuhistorii #europa #swiat #wegry #kobiety #kalendarium #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Elżbieta.Batory.jpg

  •  

    721 lat temu...

    22 lipca 1298 roku miała miejsce bitwa pod Falkirk. Była to jedna z wielu batalii podczas walk o niepodległość Szkocji. Starcie zakończyło się wygraną Anglików, którzy doszczętnie rozbili powstańcze wojska szkockie, pod wodzą Williama Wallace’a.

    Po szkockiej wygranej pod Stirling w roku 1297, William Wallace podjął decyzję o inwazji na północną Anglię w celu zdobycia zapasów na zimę. Kilka dni później wojska szkockie zgromadzone na wrzosowisku Roslin Moor ruszyły na południe, przekroczyły rzekę Tweed i wkroczyły do Nortumbrii, pustosząc hrabstwa Durham, Cumberland i Northumberland. Spalili Alnwick i oblegli Carlisle. Żołnierze Wallace'a nie oszczędzili nikogo, kto mówił po angielsku lub popierał angielskiego monarchę.

    Po powrocie do swojej siedziby, w marcu 1298 roku, został pasowany na rycerza w kościele Św. Marii Leśnej w Selkirk. Gdy obwołany został "Strażnikiem Szkocji", zaczął sprawować władzę nad Królestwem w imieniu uwięzionego przez Anglików szkockiego króla Jana Balliola.

    Kiedy angielski król Edward I wrócił z działań zbrojnych prowadzonych na kontynencie, zebrał armię i wyruszył osobiście na północ, by ostatecznie uporać się z Wallace'm. Wobec wkroczenia do Szkocji wojsk angielskich, nowy "Strażnik" przyjął taktykę unikania otwartej walki, wciągając Anglików w głąb kraju. Edward przejrzał te zamiary i spiesznym marszem spod Edynburga dogonił niewyćwiczone i słabo uzbrojone oddziały szkockie w Falkirk, 22 lipca 1298 roku. Szkocka konnica, dowodzona i składająca się ze szlachty, opuściła pole bitwy zaraz po jej rozpoczęciu.

    Taktyka wojsk Wallace'a, polegająca na rozbijaniu konnicy długimi włóczniami, tym razem zawiodła ze względu na zgromadzonych po stronie przeciwnika łuczników. Ich długie "angielskie łuki" siały spustoszenie na polu bitwy, w efekcie czego doprowadziły do klęski wojsk Szkockich. Wallace został ranny ale przeżył bitwę. Jego armia została jednak zdziesiątkowana. Ci co przeżyli uciekli i schronili się w lasach Callande. Kronika Rishangera przytacza pamiętne zdanie, które miał wygłosić Wallace do swojej armii: "I hale browghte zowe to the ryng, hoppe zef ze kunne", co w tłumaczeniu ze staroangielskiego znaczy: "Przyprowadziłem was na arenę, a teraz przekonamy się, czy umiecie tańczyć".

    Porażka wpędziła Wallace’a w depresję i podważyła wiarę Szkotów w jego zdolności przywódcze. Zrezygnował z tytułu "Strażnika Szkocji" (być może został tej funkcji pozbawiony) i postanowił prowadzić walkę podjazdową oraz sabotować działania wroga. Sukcesję po nim objęli - Robert de Bruce (późniejszy król Robert I) i Sir John Comyn, zwany "Czerwonym". Przez kolejne lata Wallace, który wraz ze swoimi towarzyszami wycofał się do lasu, prowadził partyzanckie wypady przeciwko angielskim okupantom.

    Na zdjęciu:
    Pomnik upamiętniający miejsce bitwy pod Falkirk.

    #wmrokuhistorii #historia #swiat #szkocja #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kalendarium #ciekawostkihistoryczne #europa
    pokaż całość

    źródło: Wallace memorial, Battle of Falkirk.JPG

    •  

      @w-mroku-historii @CarpetKnight97 @Trojden : Jak już jesteśmy w temacie to polecam film Król wyjęty spod prawa/Outlaw King o wydarzeniach dziejących się zaraz po Falkirk. Chociarz produkcja Netflixa to jednak film jest zadziwiająco poprawny (nie idealny żeby nie było ale nie ma mieczów na plecach ( ͡° ͜ʖ ͡°) ), w sam raz na wieczór.

    •  

      @Toomoo: Miecze na plecach zawsze kojarzyły mi się z Conanem, i w sumie nie wiedziałem, czy faktycznie jacyś ludzie nosili miecze (dwuręczne lub półtoraki) na plecach, czy to czysta fikcja. A gdy pierwszy raz oglądałem "Bravehearta", to właśnie z powodu miecza na plecach Gibson-Wallace skojarzył mi się z Conanem.

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    76 lat temu...

    15 lipca 1943 roku, w rocznicę bitwy pod Grunwaldem, żołnierze 1 Warszawskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki złożyli przysięgę, w której była mowa o wiernej służbie ojczyźnie a zarazem o dochowaniu wierności Związkowi Sowieckiemu. Dywizja rozpoczęła szlak bojowy z Armią Czerwoną, walcząc m.in. w bitwie pod Lenino, uczestnicząc w wyzwalaniu Polski i w zdobyciu Berlina.

    Dywizja powstała w wyniku starań komunistycznego Związku Patriotów Polskich i wniosku przedłożonego władzom sowieckich w kwietniu 1943 r. Jej dowódcą był ppłk Zygmunt Berling, który pozostał w ZSRS po ewakuacji armii polskiej tworzonej przez gen. Władysława Andersa. Zabiegi te były zgodne z intencjami sowieckimi.

    Powstająca dywizja cierpiała na braki kadrowe. Znakomita większość polskich oficerów została bowiem albo zamordowana w Katyniu i Charkowie w 1940 roku albo opuściła ZSRS w szeregach armii Andersa. Do dywizji skierowano więc oficerów z Armii Czerwonej, na ogół nie znających języka polskiego. Część spośród tych oficerów miała pochodzenie polskie. Byli to także potomkowie zesłańców.

    Stan etatowy dywizji wynosił ponad 11 tysięcy żołnierzy. W sierpniu Zygmunt Berling otrzymał sowiecki stopień generała. 1 Dywizja Piechoty im. T. Kościuszki pierwszy raz wzięła udział w walce 12 i 13 października 1943 roku w bitwie pod Lenino i poniosła ciężkie straty. Poległo lub zmarło z ran 510 żołnierzy, 652 uznano za zaginionych (część dostała się do niewoli niemieckiej), 1776 zostało rannych. Stanowiło to około 20 proc. stanu dywizji. Na taki rozmiar strat wpłynęło nieostateczne wyszkolenie, nieumiejętne dowodzenie, decyzja o rozpoznaniu bojem, skrócenie przez dowódcę armii, w skład której wchodziła dywizja, przygotowania artyleryjskiego.

    W listopadzie 1943 roku nowym dowódcą dywizji został Wojciech Bewziuk, oficer skierowany z Armii Czerwonej. Był nim do końca wojny. 1. Dywizja Piechoty im. T. Kościuszki brała udział na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku w walce o przyczółki na Wiśle, w rejonie Dęblina, o warszawską Pragę we wrześniu 1944 roku oraz o Wał Pomorski w lutym 1945 roku i w walkach o wyzwolenie Kołobrzegu w marcu 1945. Uczestniczyła także w zdobyciu Berlina na przełomie kwietnia i maja 1945 roku.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #iiwojnaswiatowa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kalendarium #ciekawostkihistoryczne #zsrr #wojsko
    pokaż całość

    źródło: IDWP.jpg

  •  

    550 lat temu...

    15 lipca 1469 roku, w miejscu gdzie przebiegała granica Brandenburgii i Pomorza, doszło do niecodziennej bitwy. Powodem zbrojnego starcia nie były jednak ogromne wpływy, wielkie bogactwa lub urażona duma jednego z władców. Mieszkańcy dwóch sąsiedzkich miast, pomorskiego Białogardu i brandenburskiego Świdwina, pobili się o… zwykłą krowę!

    Historia rozpoczęła się zimą 1468 roku. Jeden z mieszkańców malutkiej osady Nemmin (dzisiejsze Niemierzyno, w powiecie świdwińskim) miał problem z przezimowaniem swojej krowy. W zamian za opiekę przekazał ją swojemu przyjacielowi z Białogardu. Gdy wiosną następnego roku właściciel krowy wrócił po swoja pociechę - spotkał się ze stanowczą odmową. Na nic zdały się prośby i błagania. Chciwy Białogardzianin ani myślał o zwróceniu zwierzęcia. Przyjaźń między mężczyznami skończyła się, a do głosu doszły dawne sąsiedzkie zatargi.

    Świdwinianie, którzy od dłuższego czasu byli skłóceni z mieszkańcami Białogardu, zgodzili się pomóc poszkodowanemu. Kilka dni później, pod osłoną nocy, wdarli się do białogardzkiego gospodarstwa i zwierzę zabrali.

    Białogardzianin nie mógł takiej zniewagi puścić płazem. Zwołał szybko kilku miejscowych oprychów i wkrótce zjawili się u „porywaczy” z zamiarem odbicia krasuli - i to z nawiązką! Do domu wrócili z kilkoma sztukami bydła. Spodziewając się odwetu, razem ze swoimi pomocnikami, uzbrojeni w widły i kosy, dzień i noc pilnowali swojego nowego dobytku.

    Wkrótce uzbrojeni Świdwinianie ruszyli w stronę Białogardu po swoje krowy. Po dotarciu na miejsce było zbyt ciemno, by zorientować się, które krowy pochodzą ze Świdwina - postanowiono więc zabrać wszystkie, które napotkano w białogardzkich gospodarstwach. Gdy ochotnicy wrócili do miasta, okazało się, że krów przyprowadzono znacznie więcej niż wcześniej utracono. Nadwyżkę bydła potraktowano jako zadośćuczynienie za poniesione straty. Tymczasem napięcie pomiędzy dwoma miastami sięgnęło zenitu. Sąsiedzka wojna wisiała już w powietrzu…

    Dwa uzbrojone oddziały stanęły naprzeciw siebie około południa, w upalny letni dzień 15 lipca 1469 roku, na wrzosowiskach zwanych ówcześnie Landgen’schen Heide, znajdującymi się pomiędzy miejscowościami Alt Schlage (dzisiejsza Sława, 8 km od Świdwina) i Ziezenow (inna nazwa Ziezeneff, obecnie Cieszeniewo, około 9 km od Świdwina).

    Gdy opadł bitewny kurz, okazało się, że w „bitwie o krowę” zginęło 300 Białogardzian. Do świdwińskiej niewoli trafiło 100 jeńców. Zwycięzcy zdobyli sztandar Białogardu. Ich łupem padło również 50 wozów wypełnionych sprzętem wojennym. Ciała poległych w walce pozostawiono w Langen’schen na pastwę dzikiej zwierzyny. Podobno szczątki zabitych w bitwie mężczyzn widywano na wrzosowisku jeszcze przez wiele lat...

    Białogardzcy jeńcy zostali przywiezieni do Świdwina i zamknięci w warowni na wieży miejskiej zwanej „Kiek in Pommern”. Mieli tam pozostać dopóki nie zostanie za nich zapłacony okup przez członków ich rodzin. Zapłata za uwięzionych Białogardzian nigdy jednak nie wpłynęła. Świdwinianie nie mieli w zwyczaju karmić swoich jeńców, w związku z tym wszyscy pojmani zmarli z głodu…

    Dzień po bitwie nad amboną świdwińskiego kościoła zawieszono zdobytą chorągiew Białogardu. Wisiała tam nieprzerwanie przez 220 lat, do czasu kiedy 16 kwietnia 1689 roku wybuchł w mieście wielki pożar. Spłonęło nie tylko całe kościelne wnętrze, ale i zdobyczny sztandar.

    Więcej na temat niezwykłej bitwy:
    „Bitwa o krowę”

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #bialogard #swidwin #wojna #kalendarium #sredniowiecze
    pokaż całość

    źródło: cow_face.jpg

  •  

    BEZKRWAWE EGZEKUCJE, CZYLI ŚMIERĆ PO MONGOLSKU

    W średniowiecznym Imperium mongolskim karą śmierci dla wodzów było gotowanie żywcem – w ten sposób chciano uniknąć przelania krwi, a tym samym okrycia ich hańbą. Dżamuka, rywal Czyngis-chana, kazał ugotować 70 szlachciców w 70 kotłach. Jednakże jednego, szczególnie znienawidzonego wroga, skazał na ścięcie, a potem rozkazał ciągnąć jego bezgłowe ciało za koniem, co miało stanowić wyraz jego bezgranicznej pogardy dla zabitego.

    Wiele mongolskich metod egzekucji unikało przelewu krwi. Pewnego szlachcica oskarżonego o spiskowanie przeciwko Czyngis-chanowi ukarano tak, że zaszyto mu wszystkie otwory w ciele, zawinięto w koc i wrzucono do rzeki. Rukn al-Din, przywódca Asasynów (muzułmańskiej sekty walczącej z krzyżowcami) został przez Mongołów potraktowany zgoła inaczej. Kiedy skapitulował przed nimi w roku 1256 postanowiono dokonać na nim egzekucji godnej człowieka szlachetnie urodzonego. Rukn al-Din został kopany i bity tak długo, aż umarł. Ciosy zadawano w taki sposób, aby nie przebić mu skóry i uniknąć przelania jego krwi.

    W roku 1223 po bitwie nad rzeką Kałką, niedaleko Morza Azowskiego, kniaziowie kijowscy poddali się Mongołom pod warunkiem, że nie zostanie przelana ich krew. Mongołowie dotrzymali słowa – związali pokonanych, wrzucili do wykopanego wcześniej rowu kładąc jeńców jednego na drugim. Następnie mongolscy przywódcy przygnietli ich ciężką, drewnianą platformą, po czym urządzono nad miażdżonymi wrogami wielką ucztę z okazji zwycięstwa. Część źródeł podaje, że wszyscy jeńcy zginęli, jednak zdaniem rosyjskiego historyka Lwa Nikołajewicza Gumilowa ci, którzy przeżyli mongolską ucztę zostali puszczeni wolno.

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #mongolia #azja #sredniowiecze #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #egzekucja #smierc #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: MongolCavalrymen.jpg

  •  

    LIZZIE BORDEN - DZIEWCZYNA Z SIEKIERĄ

    4 sierpnia 1892 roku Andrew Borden i jego druga żona zostali zamordowani w swoim domu, w Fall River (stan Massachusetts, USA). Pierwsza zginęła Abby. Podczas sprzątania salonu kobieta otrzymała dziewiętnaście ciosów toporem w głowę. Dwie godziny później podobny los spotkał jej męża. Śpiącemu mężczyźnie zadano jedenaście ciosów tym samym narzędziem. Połowa jego czaszki została odcięta, a jedno z uderzeń rozpłatało oko na dwie części.

    O morderstwa oskarżono 32-letnią Lizzie Borden, która jako jedyna miała powód, by zabić swojego ojca i macochę. Dowody jednoznacznie wskazywały na nią. W piwnicy domu znaleziono topór, a Lizzie krótko po morderstwach spaliła jedną ze swoich sukni, którą rzekomo pobrudziła czerwoną farbą. Mimo, że pierwsza odkryła zwłoki, jej zachowanie nie zdradzało oznak szoku lub zdenerwowania. W swoich zeznaniach często podawała sprzeczne informacje i wielokrotnie zmieniała wersje wydarzeń.

    Motyw był jasny. 70-latek zapisał połowę ogromnego majątku swojej żonie. Spotkało się to z ostrym sprzeciwem Lizzie i jej siostry Emmy. Kobiety obawiały się utraty majątku. W dzień morderstwa Andrew zamierzał przepisać swojej żonie resztę dobytku, a bezrobotnym córkom pozostawić jedynie skromną rentę. Nie zdążył…

    Jako, że Emma w tym dniu przebywała poza miastem, dla policjantów stało się jasne, że morderczynią jest Lizzie. Kobieta została aresztowana. Nie przyznała się jednak do winy. Jej proces przeszedł do legendy i już na zawsze stał się częścią amerykańskiego folkloru. Nawet w dziecięcych wierszykach kobieta wciąż nazywana jest „dziewczyną z siekierą”.

    Rozprawą morderczyni żyła połowa Ameryki, a opinia publiczna od razu wydała wyrok skazujący. Wszyscy przeżyli szok, gdy ława przysięgłych uniewinniła kobietę z powodu niewystarczających dowodów.

    Lizzie Borden była wolna, jednak wszyscy jej bliscy odsunęli się od niej. Zmarła samotnie w roku 1927. Raz tylko odwiedziła ją siostra. Kobiety rozmawiały krótką chwilę. O czym? Nie wiadomo. Jednak kilka dni później Emma popełniła samobójstwo. Podobno w ostatniej rozmowie Lizzie opowiedziała co tak naprawdę wydarzyło się w ich domu przy 92 Second Street w Fall River…

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #usa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #zbrodnia #ameryka #xixwiek #kobiety
    pokaż całość

    źródło: lizzie.jpg

  •  

    76 lat temu...

    4 lipca 1943 roku miała miejsce jedna z najbardziej tajemniczych katastrof II wojny światowej.

    O godzinie 23:07, 16 sekund po starcie z lotniska na Gibraltarze, samolot C- 87 Liberator wodował na morzu i wkrótce zatonął. W katastrofie zginął premier polskiego rządu na emigracji i Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych gen. Władysław Sikorski oraz jego córka Zofia Leśniowska, której ciała nigdy nie odnaleziono. Premier wracał wtedy do Londynu z podróży na Bliski Wschód.

    Okoliczności katastrofy i jej przebieg od początku budziły wątpliwości. Uratowała się tylko jedna osoba, czeski pilot Eduard Prchal. Zastanawiające, że Czech nigdy nie używał kamizelki ratunkowej, a tym razem miał ją na sobie. Nie wiadomo kto jeszcze poza premierem Polski i jego córką poniósł śmierć, ponieważ lista pasażerów zaginęła.

    Według oficjalnej wersji wydarzeń przyczyną katastrofy było zablokowanie sterów, a kluczowym dowodem miały być zeznania ocalałego pilota. Co ciekawe, to co mówił Eduard Prchal nie wytrzymuje konfrontacji z innymi relacjami, a przede wszystkim z ustaleniami ekspertów zajmujących się katastrofą.

    Zwłoki gen. Władysława Sikorskiego zostały przewiezione do Wielkiej Brytanii i w pośpiechu pochowane na cmentarzu lotników polskich w Newark. Oficjalnie nigdy nie przeprowadzono sekcji zwłok, a zdjęcia, które zostały zrobione tuż po katastrofie zniknęły.

    Pozostaje nadzieja, że władze Wielkiej Brytanii ujawnią posiadane na ten temat dokumenty. Normalnie dokumenty utajniane są na 30 lat. Tuż po śmierci Władysława Sikorskiego nasi sojusznicy wydłużyli ten okres do 50 lat. Po upływie tego terminu przedłużyli okres karencji o kolejne 40 lat. Według prof. Pawła Wieczorkiewicza Brytyjczycy zachowują się tak, jakby starali się ukryć dowody zbrodni.

    Jeśli nic się nie zmieni, to dokumenty dotyczące śmierci polskiego premiera, poznamy dopiero w 2033 roku.

    Na zdjęciu:
    Gen. Sikorski 4 lipca 1943 na Gibraltarze - jedno z ostatnich zdjęć przed katastrofą.

    Źródło:
    PolskieRadio.pl

    #wmrokuhistorii #polska #iiwojnaswiatowa #gibraltar #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kalendarium #zamach #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Sikorski.jpg

  •  

    243 lata temu...

    4 lipca 1776 roku, w Filadelfii, podpisana została Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Głosiła ona prawo do ustanawiania wszelkich aktów państwowych, wypowiadania wojny i zawierania pokoju przez dawne kolonie angielskie w Ameryce Północnej.

    Autorami Deklaracji byli, między innymi, późniejsi prezydenci USA Thomas Jefferson, John Adams oraz polityk i uczony Benjamin Franklin. Nazwiska wszystkich 56 sygnatariuszy, których nazwano później "ojcami-założycielami", nie zostały podane do publicznej wiadomości przez ponad sześć miesięcy, aby ochronić ich przed prześladowaniami ze strony Anglików.

    Na "ulotkowej" wersji Deklaracji Niepodległości, wydrukowanej w noc jej uchwalenia i rozprowadzanej wśród ludności następnego dnia, podpisy złożyli tylko on i sekretarz Kongresu Kontynentalnego, Charles Thomson.

    Gdy 2 sierpnia uroczyście podpisywano oficjalny dokument, Hancock złożył duży, rzucający się w oczy podpis. Według jednej z anegdot, Hancock miał złożyć tak wielki podpis, aby król Wielkiej Brytanii nie potrzebował okularów i... bez problemu przeczytał nazwisko zdrajcy...

    Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych była aktem prawnym uzasadniającym prawo Trzynastu Kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej do wolności i niezależności od króla Wielkiej Brytanii - Jerzego III.

    Głównym celem konstytucji była centralizacja władzy, uwzględniająca prawa wszystkich stanów i dająca im swobodę decydowania o swoich sprawach wewnętrznych. Konstytucja zaproponowała jednakową liczbę reprezentantów w Senacie dla każdego stanu oraz proporcjonalną do liczby ludności danego stanu liczbę przedstawicieli w Izbie Reprezentantów.
    Konstytucja ta wciąż obowiązuje w Stanach Zjednoczonych służąc wszystkim Amerykanom.

    POSTSCRIPTUM...

    Gdy zbliżała się 50. rocznica podpisania Deklaracji Niepodległości, pojawiły się pomysły, aby doprowadzić do spotkania dwóch prezydentów: Adamsa i Jeffersona, którzy byli jedynymi prezydentami-sygnatariuszami Deklaracji. Niestety, ich stan zdrowia, nie pozwolił na to spotkanie. Zrządzeniem losu, obaj zmarli tego samego dnia - 4 lipca 1826 roku - dokładnie w 50. rocznicę podpisania Deklaracji Niepodległości.

    Na zdjęciu:
    Obraz ilustrujący podpisanie deklaracji niepodległości autorstwa Johna Trumbulla (1819)

    #wmrokuhistorii #historia #usa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ameryka #kalendarium #swiat
    pokaż całość

    źródło: Declaration_of_Independence_(1819),_by_John_Trumbull.jpg

  •  

    KRYSTYNA SKARBEK - DIAMENTY, GRUŹLICA I NAGIE WOJSKO

    Niezwykłe czyny Polki Krystyny Skarbek spowodowały, że już za życia stała się legendą. Przez wielu jest nazywana najlepszym szpiegiem II Wojny Światowej. Oficerowie wojskowi wstawali, gdy wchodziła do pokoju, a Churchill nazywał ją „swoim ulubionym szpiegiem”. Jej sposób bycia prowokował jednak wiele ożywionych dyskusji. Była kobietą pełną temperamentu, uwikłaną w liczne romanse. Przebierała w mężczyznach, bawiąc się nimi. Miała niewyparzony język i nie liczyła się z konwenansami. Jednak ogromnej odwagi, pomysłowości i determinacji w walce nie mógł Krystynie Skarbek odmówić nikt.

    Podczas jednej prób przekroczenia polskiej granicy została aresztowana przez słowacki patrol. Policjanci przeszukali jej bagaże, znajdując dużą sumę pieniędzy, którą podzielili między siebie. Agentka wiedziała, że Słowacy za chwilę znajdą również przemycane przez nią tajne dokumenty. Nie mogła dłużej czekać. Zaczęła uwodzić jednego z policjantów, na tyle skutecznie, że ten zrezygnował z dalszego przeszukiwania, po czym zbliżył się do kobiety i zaczął bawić się jej naszyjnikiem. Kiedy drugi policjant otworzył kolejny bagaż, Krystyna musiała działać szybko. Wbiła swoje paznokcie w twarz kokietowanego wcześniej Słowaka i zrywając swój naszyjnik krzyknęła: „moje diamenty!”. Kiedy policjanci zaczęli zbierać z ziemi porozrzucane diamenty, Krystyna Skarbek rzuciła się do ucieczki. Po chwili okazało się, że diamenty są fałszywe. Patrol zaczął strzelać w stronę uciekinierki. Agentka była już jednak daleko i żadna z kul jej nie dosięgła.

    W styczniu 1941 roku Skarbek i jej partner Andrzej Kowerski zostali namierzeni w Budapeszcie i aresztowani przez Gestapo. Podczas trwającego wiele godzin przesłuchania Krystyna odegrała jedną ze swoich najsłynniejszych ról. Nagle zaczęła udawać, że bardzo źle się czuje, po chwili ugryzła się mocno w język, poczekała aż krew wypełni jej usta i zaczęła kasłać opluwając przy okazji swoja krwią oficera prowadzącego przesłuchanie. Na pytanie co jej jest odparła, że choruje na ciężką odmianę gruźlicy i jest umierająca. Natychmiast zabrano ją na badania lekarskie. Podczas prześwietlenia węgierski lekarz zauważył ślady choroby w jej płucach. Tylko Krystyna wiedziała, że ślady te to pozostałość po niegroźnej chorobie, której nabawiła się podczas swojej pracy w zakładach Fiata z okresu przedwojennego. Niemcy, którzy panicznie bali się gruźlicy, stwierdzili, że kobieta i tak wkrótce umrze więc zwolnili ją do domu. Wypuścili też Kowerskiego, aby ją odprowadził. Było dla nich pewne, że również i on jest chory.

    Kolejnym wielkim wyczynem Krystyny było wydarzenie na przełęczy Larche we Francji, gdzie namówiła do dezercji około dwóch tysięcy Polaków, siłą wcielonych do Wehrmachtu. Jej fantastyczna mowa przez megafon zszokowała swoich dowódców, którzy byli świadkami jej słów:

    „Ja i moi francuscy przyjaciele chcielibyśmy, żebyście zrzucili te mundury i walczyli przeciwko Niemcom. Ale nie możecie walczyć w ich mundurach, a innych niestety nie mamy! Musicie więc iść naprzód rozebrani do pasa!”

    W jednej chwili, około dwóch tysięcy polskich żołnierzy zdarło z siebie niemieckie mundury i idąc nago za Krystyną, zaczęło wymachiwać tymi mundurami nad swoimi głowami.

    Clare Mulley, autorka książki „The Spy Who Loved: the Secrets and Lives of Christine Granville, Britain's First Female Special Agent of World War II” („Kobieta Szpieg, Polka w służbie jego królewskiej mości”), wydanej w roku 2012, tak pisze o Krystynie:

    „Christine kochała namiętnie. Kochała mężczyzn i seks, adrenalinę i przygodę, rodzinę i ojczyznę, kochała życie i kochała wolność, aby żyć jego pełnią. Kiedy prawo lub konwenans odmawiały jej tej wolności, przeciwstawiała się oczekiwaniom, łamiąc zasady albo zmieniając wiarę, wiek, nazwisko lub życiorys. W obliczu zagrożenia inwazją, okupacją lub terrorem walczyła z pasją, determinacją i odwagą, którymi nie dorównywał jej żaden inny agent specjalny podczas II wojny światowej”

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #iiwojnaswiatowa #kobiety #wojna
    pokaż całość

    źródło: SkarbekSOE.jpg

  •  

    114 lat temu...

    22 czerwca 1905 roku wybuchło pierwsze w historii Imperium Rosyjskiego powstanie, głównie polskich i żydowskich robotników, na terenie rozwijającej się w tym okresie Łodzi. Do historii przeszło pod nazwą "łódzkie" lub "czerwcowe". Zryw ten miał miejsce w ramach ogólnokrajowej Rewolucji 1905 roku.

    Niezadowolenie społeczne, wynikające z przegranej wojny z Cesarstwem Japonii, głęboki kryzys gospodarczy, prawie czternastogodzinny dzień pracy (najwięcej w Europie) oraz bardzo niskie płace pogłębiły nastroje antycarskie oraz wzmocniły w Królestwie Kongresowym (Polskim) dążenia do zaprzestania rusyfikacji w szkołach oraz niepodległości kraju (oprócz domagania się praw dla pracowników fabryk, sama rewolucja miała także charakter niepodległościowy).

    Wszystko zaczęło się w pod koniec stycznia 1905 roku. W Petersburgu (ówczesnej stolicy Rosji) zebrało się przed Pałacem Zimowym około dwustu tysięcy ludzi, domagających się zakończenia wojny z Japonią oraz poprawy ekonomicznej dla robotników. Przebywający w Carskim Siole Mikołaj II postanowił nie prowadzić rozmów z demonstrantami. Rozkazał rozpędzić tłum przy pomocy carskiego wojska oraz kozaków. Zginęło kilkaset osób. Wieść o tej krwawej demonstracji szybko ogarnęła całą Rosję, w tym Łódź.

    Jeden z większych początkowych protestów odbył się kilka dni po „Krwawej niedzieli”. Stutysięczny tłum, protestując przeciwko cenzurze i domagający się wyborów do Dumy Państwowej, maszerował ulicami miasta bardzo spokojnie, za to 1 lutego robotnicy, żądający wypłaty zaległej tygodniówki, stoczyli z Kozakami jedną z pierwszych potyczek, która zapoczątkowała ideę walki z caratem. Na przełomie stycznia i lutego zginęło wtedy około 19 osób. 12 kwietnia zaczęły powstawać pierwsze barykady robione przez strajkujących na głównych ulicach. Bunt ludności miasta trwał…

    Nastał maj. Podczas „Dnia Pracy” strajkowało około 30 tysięcy ludzi. Od tej chwili główne pochody oraz marsze były organizowane przez partie socjalistyczne – PPS, Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy oraz Bund. Demonstracje organizowane były także na pogrzebach. 26 maja odbył się pochówek robotnika zastrzelonego przez Kozaków przed zakładami Grohmana – Jana Grabczyńskiego. Wzięło w nim udział 50 tysięcy osób.

    W czerwcu strajki oraz napięta sytuacja doprowadzały do coraz gorszych wydarzeń. 18 czerwca, kilka dni przed wybuchem zbrojnego powstania, Kozacy zaatakowali w lesie łagiewnickim kilkaset osób wracających z jednej z demonstracji. Zginęło 5 osób, a rannych zostało ponad 40. Dwa dni później, w czasie pogrzebu ofiar poprzedniego protestu, doszło do masakry, podczas której tragiczną śmierć poniosło 21 osób.

    Dzień po wybuchy powstania w Łodzi wzniesiono już 100 barykad. Zbyt słabe uzbrojenie robotników nie mogło powstrzymać przedzierania się wojsk carskich przez tereny „okupowane” i niszczenie barykad, co doprowadziło do ciężkich walk, szczególnie na dawnej już ul. Południowej. Ostatnie barykady padły 24 czerwca na ulicy Wschodniej, po wielkich starciach z Rosjanami. W ciągu dwóch dni zginęło 151 osób a kilkaset zostało rannych. Car Mikołaj wprowadził w powiecie łódzkim oraz w samej Łodzi stan wojenny. Gdzieniegdzie trwały jeszcze potyczki na ulicach, nie miały już one jednak większego znaczenia…

    Powstanie „łódzkie” („czerwcowe”) stanowczo potępił ówczesny papież Pius X.

    Na pamiątkę tych wydarzeń, ulica Południowa została nazwana ulicą Rewolucji 1905. W 1975 roku odsłonięto Pomnik Czynu Rewolucyjnego w parku na łódzkim Zdrowiu i wiele. W Łodzi znaleźć można także wiele innych ciekawych miejsc, związanych z tymi wydarzeniami...

    Na zdjęciu:
    Zamieszki w Łodzi podczas rewolucji 1905 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #lodz #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kalendarium #ciekawostkihistoryczne #rocznicanadzisiaj #swiat
    pokaż całość

    źródło: 1905.jpg

  •  

    ACYLIUSZ AWIOLA - KONSUL, KTÓRY UMARŁ NA WŁASNYM POGRZEBIE

    Acyliusz Awiola (Manius Acilius Aviola) był rzymskim arystokratą, który dorobił się zaszczytnego stanowiska - w roku 54 został konsulem. I w zasadzie to był jego jedyny sukces. Nie wygrał żadnej bitwy, nie wybudował niczego okazałego, nie był mecenasem sztuki. Nie brał nawet udziału w żadnym obyczajowym skandalu.

    Najpewniej historia szybko by o nim zapomniała, gdyby nie jedno wydarzenie - jego własny pogrzeb. Ta poważna uroczystość sprawiła, że wspomnieli o nim rzymscy historycy i pisarze tacy jak Pliniusz Starszy i Waleriusz Maksymus.

    Nie zachowały się daty śmierci i pogrzebu Awioli, ale jeden szczegół opowiadany był później długo po pogrzebie. Otóż gdy ciało konsula złożone zostało na stosie, który podpalono, a jego płomienie zaczęły dosięgać Awiolę, ten nagle... ożył!

    Krzycząc i wymachując rękami, Rzymianin próbował za wszelką cenę wydostać się z płonącego stosu pogrzebowego. Na próżno. Nikt nie mógł mu pomóc i konsul kolejny raz wyzionął ducha. Tym razem już ostatecznie.

    Pliniusz Starszy, który podobno był świadkiem tego wydarzenia, zanotował:
    „Awiola, były konsul, ożył na stosie, a ponieważ nie można było nieść mu pomocy z przyczyny przemagających płomieni, spalił się żywcem”

    Na zdjęciu:
    Rzymska urna na prochy, zawierająca łacińską inskrypcję. Druga połowa I wieku n.e.

    #wmrokuhistorii #swiat #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #starozytnosc #rzym #ciekawostkihistoryczne #europa #pogrzeb
    pokaż całość

    źródło: aviola.jpg

  •  

    252 lata temu...

    19 czerwca 1767 roku we francuskiej prowincji Gévaudan zginęła 19-letnia Jeanne Bastide - ostatnia ofiara legendarnej "bestii z Gévaudan". Po tym ataku liczba ofiar nieznanego mordercy (morderców) zatrzymała się na liczbie 112 zabitych i 53 rannych.

    Nieznane stworzenie w ciągu trzech lat (1764-1767) dokonało 240 ataków na kobiety i dzieci. Do zbrodni dochodziło w okolicach prowincji Gévaudan, leżącej w okolicach dzisiejszego departamentu Lozère. Ktoś lub coś bestialsko okaleczało ludzkie ciała a szczątki rozrzucało po okolicznych lasach i polach. Nawet interwencja samego króla Francji, który wysłał do Gévaudan swoich najlepszych żołnierzy i myśliwych nie przynosiła rezultatu. Tożsamość bestii okazała się największą tajemnicą w XVIII-wiecznej Europie.

    Dwa dni po ataku na Jeanne Bastide, 19 czerwca 1767 roku markiz Jean-Joseph d'Apcher zorganizował i opłacił obławę złożoną z trzystu strzelców. Jean Chastel przygotowując się do polowania, przetopił trzy srebrne medaliony z wizerunkiem Matki Boskiej na kule, które poświęcił w kaplicy Matki Boskiej z Beaulieu. W trakcie polowania, w okolicach Saugues, wprawił wszystkich w osłupienie, kiedy wyszedł na środek polany, uklęknął, założył okulary, wyciągnął różaniec i otworzył Biblię. Czytając czekał na bestię... Ta niespodziewanie wyskoczyła z krzaków, jednak gdy tylko zauważyła myśliwego - stanęła nieruchomo. Według relacji świadków, nagle zrobiła się spokojna. Przyglądała się Chastelowi, machając przy tym ogonem. Dokładnie tak, jak zachowywała się w obecności wspomnianego wcześniej Chaumette'a. Wystraszeni towarzysze zaczęli krzyczeć, aby strzelał, on jednak spokojnie zdjął okulary, zamknął Biblię a różaniec schował. Wolno wycelował. W tym czasie bestia stała nieruchomo, wciąż przyglądając się Chastelowi. Po pierwszym strzale stworzenie nawet nie drgnęło, drugi strzał powalił jednak zwierzę na ziemię. Bestia w końcu była martwa, zostawiając po sobie tragiczny bilans ofiar: 112 zabitych, 53 rannych...

    Na temat tej tragedii powstało mnóstwo publikacji prasowych i książek. Zachowały się także oryginalne notatki sporządzone przez okolicznych mieszkańców. Opisy tajemniczej bestii nie pasowały do żadnego znanego zwierzęcia, co zrodziło wiele spekulacji. Wieśniacy wierzyli, że był to wilkołak. Inni widzieli w niej skrzyżowanie ogromnego wilka z psem, a nawet egzotyczne drapieżniki. W paryskim Muzeum Historii Naturalnej wnikliwie analizowano wszystkie rysunki anatomiczne z XVIII wieku, ale nie wydano jednoznacznej opinii. Wielu badaczy tej historii twierdzi jednak, że wyjaśnienie tej zagadki może być znacznie bardziej "ludzkie" niż kiedykolwiek sądzono, a najwięcej na sumieniu zdaje się mieć bohater, który zabił bestię i ocalił Gévaudan...

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #swiat #francja #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #bestia #tajemnice #kalendarium #rocznica
    pokaż całość

    źródło: Gevaudan.jpg

  •  

    75 lat temu...

    16 czerwca 1944 roku w mieście Columbia (w Karolinie Południowej) wykonano egzekucję na 14-letnim czarnoskórym chłopcu. George Junius Stinney został skazany na krzesło elektryczne za domniemane zabójstwo dwóch białych dziewczynek: 11-letniej Betty June Binnicker i 8-letniej Mary Emmy Thames.

    Po procesie trwającym 3 godziny, George'a skazano na karę śmierci. Zarówno werdykt, jak i przebieg procesu wzbudził spore kontrowersje. Dziewczynki zmarły w wyniku uderzenia ciężką belką. Wiele osób miało wątpliwości, czy mizerny, ważący 40 kg, chłopak byłby w stanie w ogóle ją podnieść. Sekcja zwłok wykazała co najmniej sześć uderzeń u Mary i siedem u Betty.

    Jedynym dowodem w procesie były zeznania George'a (prawdopodobnie wymuszone torturami). Stinney zeznał, że dziewczynki spytały go, gdzie mogą zerwać kwiaty, zaczęły go bić, przez co młodsza spadła do rowu, drugą natomiast uderzył w obronie własnej.

    12 białym mężczyznom z ławy przysięgłych wydanie werdyktu zajęło niespełna 10 minut. Chłopiec był tak mały, że aby móc przeprowadzić egzekucję na krześle elektrycznym posadzono go na grubej książce. W egzekucji brało udział czterdziestu świadków, w tym ojcowie zabitych dziewcząt. Stinney szedł na egzekucję ściskając w ręku Biblię. Świadkowie uznali egzekucję za makabryczną, bo po pierwszym włączeniu prądu opadła zbyt duża maska mająca oszczędzić im widoku przerażonej twarzy.

    18 grudnia 2014 roku sąd w Karolinie Południowej uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję.

    Na zdjęciu:
    14-letni George Junius Stinney po aresztowaniu.

    #wmrokuhistorii #swiat #usa #ciekawostki #egzekucja #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #morderstwo #dzieci
    pokaż całość

    źródło: George Junius Stinney.jpg

  •  

    75 lat temu...

    16 czerwca 1944 roku siły Ukraińskiej Powstańczej Armii z zimną krwią zamordowały kilkudziesięciu Polaków jadących pociągiem osobowym z miejscowości Bełżec do Rawy Ruskiej.

    Do masakry doszło w okolicach wsi Zatyle (dziś województwo lubelskie). Banda ukraińskich zbrodniarzy dowodzonych najprawdopodobniej przez Dmytra Karpenkę ps. „Jastrub” około godziny 7 rano zatrzymała jadący pociąg. Ukraińcy przebrani w niemieckie mundury weszli na tory, a będący z nimi w zmowie ukraiński maszynista Zachariasz Procyk, zatrzymał skład.

    Zbrodniarze wtargnęli do pociągu. Najpierw legitymowali wszystkich pasażerów, aby oddzielić Polaków od Ukraińców. Tych pierwszych w bestialski sposób zamordowali nie oszczędzając nawet kobiet i dzieci. Drugich wypuścili. Z zachowanych relacji wynika, że przed dokonaniem mordu Polaków bito kolbami karabinów i okradano ich z posiadanych rzeczy. W swoim morderczym amoku jedną z Polek, która była w ciąży, przybili bagnetami do ziemi, a następnie rozpruli jej brzuch. Zaledwie kilku osobom udało się jakimś cudem przeżyć. Jedna z ofiar, 19-letnia dziewczyna, błagała znanego jej ze szkoły napastnika, aby darował jej życie, oddając mu biżuterię, lecz inny upowiec zastrzelił ją.

    Mieszkańcy Bełżca i kolejarze, którzy dotarli na miejsce tragedii, zorganizowali przewiezienie ciał ofiar drezynami do Bełżca. Tam dokonano identyfikacji części z nich.

    Kilka dni później odbył się w Tomaszowie Lubelskim pogrzeb części ofiar ukraińskich bestii, który ze względu na ogrom bestialstwa i jego skalę, zamienił się w patriotyczną manifestację.

    Historycy spierają się co do liczby zamordowanych wówczas Polaków. Ich szacunki wahają się od 41 do 70 osób.

    Miejsce napadu na pociąg przez UPA zostało upamiętnione krzyżem. Powstał też pomnik pamięci Polaków, pasażerów pociągu relacji Bełżec-Rawa Ruska-Lwów, ofiar zbrodni nacjonalistów ukraińskich. Napis na pomniku brzmi: „W tym miejscu 16 czerwca 1944 roku nacjonaliści ukraińscy wymordowali ponad 50 Polaków, pasażerów pociągu relacji Bełżec-Lwów. Pomnik ufundowany przez Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych oraz Urząd Gminy w Bełżcu”

    Na zdjęciu:
    Polacy zamordowani przez ludobójców z OUN-UPA w Bełżcu. Las przy torze kolejowym.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #iiwojnaswiatowa #zbrodnia #upa #ukraina #swiat #kresy #ciekawostki #kalendarium #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Bełżec.jpg

  •  

    75 lat temu...

    10 czerwca 1944 roku oddział niemieckich wojsk Waffen-SS wchodzący w skład 2. Dywizji Pancernej SS „Das Reich” wymordował niemal całą ludność miasteczka Oradour-sur-Glane, w odwecie za zabicie przez Resistance (francuski ruch oporu) oficera SS.

    Tego dnia z Chaillac-sur-Vienne wyjechał specjalny konwój 2. Dywizji Pancernej „Das Reich”, dowodzony przez porucznika Brunona Waltera. Wszystkie pojazdy miały zakryte światła, co znacząco utrudniało podróż. Eskorta konwoju liczyła 30 żołnierzy. Cała kolumna skierowała się na wschód, aby ominąć rejon opanowany przez partyzantów z francuskiego ruchu oporu. Żołnierze przewozili pewien tajemniczy ładunek.

    Co było ładunkiem owego konwoju? Tego nie wiedział nikt, nawet dowódca. Oficjalnie w 30 drewnianych, starannie zaplombowanych skrzyniach, znajdowała się kancelaria dywizji. Istnieją głosy mówiące, że ładunkiem tym mogło być złoto, będące własnością jednego z dowódców, zdobyte w nielegalny sposób. Właśnie ten kruszec miał być powodem zachowania tak wielkiej tajemnicy.

    Konwój poruszał się swoją trasą w absolutnych ciemnościach i ciszy. Gdy zbliżyli się już do wyznaczonego celu - nagle padł strzał. Po chwili rozpętało się prawdziwe piekło, a na konwój ze wszystkich stron posypały się pociski. Samochód osobowy wiozący porucznika Waltera stanął w płomieniach, oświetlając miejsce walki i tym samym pogarszając sytuację Niemców. Żołnierze wyskakiwali z ciężarówek i transporterów, prosto pod grad pocisków, padali ranni i zabici. Ukryci w gąszczach partyzanci strzelali do esesmanów, dobrze widocznych dzięki płomieniom buchającym z auta, jak do tarcz strzelniczych. Po chwili było już po walce.

    Starcie przeżył tylko jeden Niemiec, który ukryty w przydrożnym rowie obserwował z przerażeniem, jak partyzanci dobijają jego rannych kolegów i ładują przejęte skrzynie do swojej ciężarówki, po czym odjeżdżają na północ, w stronę Oradour-sur-Glane.

    Około godziny trzeciej w nocy wiadomość o zasadzce dotarła do sztabu dywizji, kwaterującego w Saint-Junien. Sturmbannführer Adolf Diekmann, dowódca batalionu był wściekły. Za wszelka cenę chciał odzyskać skradzione skrzynie. Poszukiwania utraconego ładunku rozpoczęto od miasteczka Oradour-sur-Glane, w kierunku którego pojechali partyzanci z przejętym ładunkiem.

    Nad ranem do Oradour-sur-Glane wkroczyli SS-mani, dowodzeni przez Diekmanna. Zablokowali wszystkie drogi wyjazdowe, po czym zaczęli wyciągać z domów mieszkańców, których zamknęli w kilku oddzielnych budynkach. Kiedy trwały przesłuchania, inni żołnierze przetrząsali wszystkie zabudowania w miejscowości.

    Poszukiwania zakończyły się fiaskiem, a rozwścieczony Diekmann nakazał wymordowanie wszystkich mieszkańców, sądząc, że wśród nich znajdują się bojownicy ruchu oporu, którzy brali udział w nocnym ataku. Według niego, reszta mieszkańców wspierała partyzantów i udzielała im schronienia.

    Adolf Diekmann wydał swoim żołnierzom rozkaz zamordowania wszystkich mieszkańców miasteczka. SS-mani zaprowadzili mężczyzn do stodół i rozstrzelali, a kobiety i dzieci zamknęli w kościele, który podpalili. Żołnierze wrzucali przez okna granaty, a próbujących uciec zabijali seriami z broni maszynowej. Tego dnia w Oradour-sur-Glane zginęło, według różnych relacji, od 642 do 648 ludzi, z czego większość stanowiły kobiety (207) i dzieci (254), a same miasteczko spalono do fundamentów. Masakrę przeżyło tylko 7 ludzi, którym udało się uciec - w tym jedna kobieta, 47-letnia Marguerite Rouffanche, której udało się wyskoczyć przez niewielkie okno z płonącego kościoła, pięciu mężczyzn i dziecko.

    Była to największa hitlerowska zbrodnia we Francji, dotychczas nie spotykana. Wprawdzie Niemcom zdarzało się dotąd, że w publicznych egzekucjach mordowali zakładników, ale nigdy przedtem nie zgładzili w zachodniej Europie całej populacji miasteczka i nie zrównali go z ziemią. Tego typu metody stosowano na wschodzie (na terenach Polski, Ukrainy i Związku Radzieckiego), gdzie w walkach ze słowiańskimi „podludźmi” nie obowiązywały żadne reguły.

    Na pamiątkę tej strasznej zbrodni wszystkie ruiny w zniszczonym miasteczku pozostawiono w ich oryginalnym stanie. Znajduje się tam również muzeum, a przy wjeździe do miasta widnieje napis: „Souviens-Toi - Remember”, czyli „Pamiętaj”.

    Na zdjęciu:
    Ruiny miasteczka Oradour-sur-Glane.

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #niemcy #swiat #kalendarium #francja #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #europa #ciekawostkihistoryczne #zbrodnia
    pokaż całość

    źródło: ORADOUR-SUR-GLANE.jpg

    +: S................y, Bushi13 +18 innych
  •  

    STRZELANINA W MAGDALENCE, CZYLI NOC W ŚNIEŻNYM PIEKLE

    Do zaśnieżonej wsi Magdalenka przybyły dwa oddziały antyterrorystyczne. Była noc, z 5 na 6 marca 2003 roku. Akcja miała być tylko formalnością. W jednym z domów znajdowali się dwaj mężczyźni poszukiwani listami gończymi. Białorusin Igor Pikus (znany również jako Aleksander Wołodin) oraz Robert Cieślak (pseud. „Cieluś”) spali twardym snem. Tak się przynajmniej policjantom wydawało…

    Około czterdzieści minut po północy pierwszy oddział AT znalazł się na posesji. W tym samym czasie drugi staranował bramę wjazdową i znalazł się w miejscu gdzie powinny znajdować się boczne drzwi do domu. Policjantów przywitała jednak tylko ściana. Oczekiwanych drzwi nie było. Plan szturmu nie powiódł się. Trzeba było improwizować. Oba oddziały zajęły pozycję przed głównym wejściem. Kilka sekund dzieliło ich od wdarcia się do domu śpiących gangsterów. Nikt nie wiedział, że bandyci tylko czekali na ten moment…

    Nagła eksplozja zaminowanego wejścia powaliła antyterrorystów. Podkom. Dariusz Marciniak stał najbliżej bomby. Z powodu odniesionych ran (został trafiony odłamkiem w głowę) zmarł kilka minut po wybuchu. Drugi najciężej ranny, nadkom. Marian Szczucki, był nieprzytomny (zmarł tydzień później w szpitalu). Odłamki ręcznie robionych min-pułapek raniły kolejnych siedemnastu funkcjonariuszy. To był jednak dopiero początek dramatu. W oknach pojawili się uzbrojeni przestępcy i od razu rozpoczęli ostrzał. Wbrew przypuszczeniom policji wcale nie spali. Uzbrojeni „po zęby”, cierpliwie czekali na antyterrorystów i nie mieli zamiaru pozwolić wziąć się żywcem. Skąd wiedzieli o planowanej w tajemnicy akcji? Dlaczego nikt wcześniej nie wiedział, że bandyci gotowi są na śmierć? Takich pytań wkrótce pojawiło się więcej.

    Pikus i Cieślak dysponowali ogromnym arsenałem. 29 sztuk broni maszynowej ułożonej na stolikach przy każdym oknie zapewniło im możliwość ciągłego prowadzenia ostrzału bez konieczności przeładowywania oraz udawania się po nią w inne miejsce. Dodatkowo w ich posiadaniu znajdowały się granaty, których bandyci nie wahali się użyć.

    Po długiej wymianie ognia gangsterzy zostali znalezieni martwi. Nie zginęli jednak od policyjnych kul. Zatruli się tlenkiem węgla w wyniku pożaru, jaki wybuchł w domu. Relacje policjantów po zakończonej akcji nie pozostawiały złudzeń. W trakcie operacji panował totalny chaos i dezinformacja. Brak karetek pogotowia, błędne plany budynku, brak zgody przełożonych na użycie broni snajperskiej i szturmowej oraz „ktoś”, kto doniósł gangsterom o planowanej akcji – to wszystko doprowadziło do wywołania prawdziwej politycznej burzy.

    Szybkie wkroczenie na teren posesji, zaskoczenie bandytów i natychmiastowe aresztowania – taki scenariusz antyterroryści przerabiali już setki razy. Tym razem coś poszło nie tak. Zawiodło wszystko, co mogło zawieść, a brawurowa policyjna akcja zakończyła się wielkim dramatem. Dwóch zabitych funkcjonariuszy i 17 rannych. Akcja w Magdalence pokazała, że nie wystarczy odwaga dzielnych stróżów prawa, jeśli brakuje odpowiedniego wyposażenia i przygotowania.

    Po strzelaninie w Magdalence zmieniono, co prawda, przepisy dotyczące organizowania podobnych akcji i dozbrojono antyterrorystów w znaczny sposób, jednak winnym tej tragedii nigdy nie postawiono żadnych zarzutów. Mimo rozpoczęcia kilku „medialnych” procesów, wszystkich oskarżonych o nie dopełnienie obowiązków służbowych uniewinniono. Osoba odpowiedzialna za poinformowanie gangsterów o wymierzonej przeciwko nim akcji rozpłynęła się we mgle…

    Na zdjęciu:
    Dom, w którym schronili się bandyci. Fotografia wykonana następnego dnia po dramatycznej akcji antyterrorystów. Czerwoną strzałką zaznaczone zostało miejsce wybuchu ukrytej przez gangsterów bomby.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #policja #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #kryminalne #mafia #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Magdalenka.jpg

  •  

    76 lat temu...

    2 czerwca 1943 roku Ukraińcy z UPA dokonali przerażającej zbrodni na polskich mieszkańcach wsi Hurby, w województwie wołyńskim. W ataku na nieistniejącą dziś miejscowość zginęło około 250 osób, w tym liczne dzieci i kobiety.

    Napastnicy w liczbie około 1000 osób, wśród których były również kobiety, przystąpili do mordowania Polaków za pomocą siekier, wideł i bagnetów. Ofiary poddawano przed śmiercią licznym torturom, kobiety gwałcono. Część zabudowań wsi spalono, liczne ofiary zginęły od ognia.

    Napastnicy nie oszczędzali nikogo: bolesną śmierć zadawali nawet dzieciom, kobiety były gwałcone, a wielu osobom odcinano poszczególne części ciała. Ofiary zbrodni i ich oprawcy doskonale się znali. Wielu łączyła nawet zażyła, wielopokoleniowa przyjaźń.

    Na nic jednak zdały się prośby o litość i darowanie życia. Jednocześnie banderowcy podpalili wiele zabudowań, a w pożarach zginęły kolejne osoby. Napastnicy dokonywali również grabieży, plądrowali gospodarstwa i zabierali wszystko, co tylko mogli. Ocaleni z napadu Polacy uciekli w kilku grupach do pobliskiej miejscowości Mizocz. Po drodze byli wyłapywani i mordowani przez banderowców.

    Po kilku dniach, w asyście niemieckiej żandarmerii, Polacy powrócili do Hurb, aby pochować zamordowanych rodaków i zabrać ze sobą nielicznych ocalałych, którym udało się gdzieś ukryć. Z późniejszych relacji wynika, że Ukraińcy powrócili do miejscowości i zbezcześcili wiele zwłok. Ciała były wygrzebywane z ziemi i rozrzucane po pobliskich polach.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #iiwojnaswiatowa #kalendarium #zbrodnia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ukraina #swiat #ciekawostkihistoryczne #upa #wolyn #kresy
    pokaż całość

    źródło: hurby2.jpg

  •  

    75 lat temu...

    24 maja 1944 roku w Szymbarku (w województwie pomorskim) niemiecka policja rozstrzelała dziesięciu "Zakładników Szymbarskich" - żołnierzy Tajnej Organizacji Wojskowej "Gryf Pomorski". Egzekucja dokonana na Polakach była odwetem za zastrzelenie mieszkającego we wsi Niemca - strażnika z KL Stutthof.

    Uroczystości pogrzebowe pomordowanych zakładników odbyły się dopiero w maju 1946, po przeniesieniu ciał ofiar z miejsca rozstrzelania na cmentarz w Szymbarku. Wśród ofiar znajdowali się m.in. Bronisław Brunka i Stanisław Patoka. W miejscu zbrodni znajduje się pomnik (na zdjęciu).

    Tajna Organizacja Wojskowa "Gryf Pomorski" (TOW "Gryf Pomorski") była największą na Pomorzu Gdańskim niezależną, podziemną, regionalną organizacją konspiracyjną o charakterze wojskowo-cywilnym. Działała od połowy 1941 roku do końca marca 1945 roku. Szczególną aktywność przejawiała na terenach wiejskich i leśnych, prowadząc działania sabotażowe i walkę zbrojną przeciw niemieckiemu okupantowi.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #iiwojnaswiatowa #niemcy #kalendarium #rocznica #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #swiat
    pokaż całość

    źródło: szymbark.jpg

  •  

    72 lata temu...

    28 kwietnia 1947 o godzinie 4.00 nad ranem rozpoczęła się "Akcja Wisła" – akcja pacyfikacyjna o charakterze wojskowym przeprowadzona w latach 1947–1950 przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów działającym na terytorium państwowym RP w celu odcięcia walczących oddziałów UPA od naturalnego zaplecza.

    Bezpośrednim pretekstem do rozpoczęcia akcji była śmierć generała Karola Świerczewskiego w dniu 28 marca 1947 roku, podczas gdy sama akcja została zaplanowana już kilka miesięcy wcześniej. Generał zginął w zasadzce w miejscowości Jabłonki koło Baligrodu w Bieszczadach, gdy udawał się na inspekcję posterunku wojskowego w Cisnej.

    "Akcja Wisła" polegała na masowym wysiedleniu ludności cywilnej z terenów Polski południowo-wschodniej (obszary na wschód od Rzeszowa i Lublina), głównie na tzw. Ziemie Odzyskane, która objęła Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków i mieszane rodziny polsko-ukraińskie. Akcja przeprowadzona została przez wojskowe i zmilitaryzowane oddziały struktur państwowych oraz agendy cywilne (Państwowy Urząd Repatriacyjny).

    Pod koniec II wojny światowej walki pomiędzy UPA a jednostkami ludowego Wojska Polskiego oraz polskiego podziemia niepodległościowego (AK, NSZ), jako konsekwencje rzezi wołyńskiej na terenie południowo-wschodniej Polski, nie ustały, a nawet się nasiliły.

    Przyczyną intensyfikacji walk była z jednej strony chęć oderwania tego terenu od Polski i utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego po oczekiwanym konflikcie zbrojnym państw zachodnich z ZSRR, z drugiej zaś strony repatriacja ludności ukraińskiej do ZSRR. UPA za wszelką cenę chciała zapobiec wysiedleniu ludności ukraińskiej. Atakowała więc m.in. siedziby komisji przesiedleńczych, stacje kolejowe, mosty, wiadukty, tory, linie telefoniczne. Jednocześnie palono już wysiedlone wsie, aby zapobiec osiedlaniu się polskich osadników. UPA paliła i terroryzowała również wioski i miasta, w których mieszkała ludność polska.

    Działaniom OUN-UPA sprzyjał górzysty, silnie zalesiony teren, słabo rozwinięte sieci dróg, a w zasadzie ich brak, a także mała liczba ośrodków miejskich i garnizonów wojskowych. UPA zbudowała tam sieć bunkrów, kryjówek, w których rozlokowano składy materiałowe oraz szpitale. Sotnie „Chrina”, „Bira” i „Stacha” czuły się tu jak prawowici gospodarze, nie bardzo przejmując się istnieniem państwa polskiego.

    Doraźne działania, podjęte przez grupę operacyjną oddziałów WP i KBW, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. By skończyć z OUN-UPA, postanowiono połączyć zmasowaną operację przeciwko oddziałom UPA z przesiedleniem ludności ukraińskiej na Ziemie Zachodnie i Północne. W tym celu powołano Grupę Operacyjną „Wisła”.

    Na zdjęciu:
    Oddział Milicji Obywatelskiej, ustawiony do przeglądu. Pogórze Dynowskie 1946 rok w czasie walk z UPA.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ukraina #prl #kalendarium #rocznica
    pokaż całość

    źródło: wisla.jpg

  •  

    42 lata temu...

    26 kwietnia 1977 roku, w milicyjnym garażu w Katowicach, wykonano wyrok śmierci na Zdzisławie Marchwickim, domniemanym seryjnym mordercy zwanym „Wampirem z Zagłębia”. Sąd uznał go za winnego zabójstwa 14 kobiet i próbę zabójstwa kolejnych 7. Czy jednak faktycznie Zdzisław, alkoholik maltretowany przez własną żonę, był „Wampirem z Zagłębia”?

    Gdy w latach 60. XX wieku na Górnym Śląsku i Zagłębiu doszło do brutalnych morderstw kobiet, na mieszkańców tych okolic padł blady strach. Gdzieś w ciemnych zakamarkach grasował seksualny maniak. Szybko okazało się, że sposób ataku był zawsze podobny. Sprawca atakował kobiety na otwartym terenie, najczęściej blisko ich miejsca zamieszkania. Śledził je, następnie zakradał się od tyłu i uderzał tępym narzędziem w głowę. Jeśli kobieta po pierwszym uderzeniu żyła – bił do skutku. Martwe ofiary zaciągał w ustronne miejsce, gdzie po ich rozebraniu, dokonywał najróżniejszych czynności seksualnych. Jednak nigdy nie dokonywał gwałtu.

    Odkrywano ciała kobiet z rozchylonymi udami. Ich bielizna była pocięta, a narządy płciowe obnażone. Kiedy okazało się, że wszystkich ataków dokonuje ten sam seryjny morderca, sprawca szybko otrzymał od milicji operacyjny przydomek – „Wampir z Zagłębia”.

    Milicja oficjalnie nie informowała społeczeństwa o grasującym psychopacie. Przecież seryjni mordercy mieli być wyłącznie częścią „zepsutego kapitalistycznego Zachodu”, w państwach socjalistycznych takie rzeczy nie mogły się zdarzyć. Jednak „ulica” wiedziała swoje. Ludzie szeptali i powtarzali zasłyszane plotki. Tymczasem ginęły kolejne kobiety. W ciągu pierwszych dwóch lat swojej działalność „Wampir z Zagłębia” zaatakował 16 kobiet.

    Siedemnasta ofiara mordercy sprawiła, że nastąpił przełom w śledztwie. 11 października 1966 roku znaleziono zwłoki osiemnastoletniej Jolanty Gierek, bratanicy Edwarda Gierka, który był wówczas I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Polskie władze postanowiły za wszelką cenę dopaść „Wampira z Zagłębia” za wszelka cenę.

    Nagle sprawa przybrała polityczny charakter. Oprócz powiązań z Gierkiem, dopatrzono się tego, że jedną z kobiet zamordowano 22 lipca. Inna miała na nazwisko Gomółka (podobne do Gomułki, I sekretarza KC PZPR) – pojawiło się przekonanie, że sprawca „podniósł rękę” na władze ludową. Do marca 1970 roku zwyrodnialec miał na swoim koncie 21 ataków, w tym 14 morderstw.

    Specjalna grupa operacyjna milicji o nazwie „Anna” wytypowała prawie pół tysiąca podejrzanych. Wśród nich był Zdzisław Marchwicki, alkoholik i awanturnik. Doniosła na niego żona, która podczas kolejnej domowej awantury zadzwoniła na milicję z prośba, aby przyjechali „zabrać sobie Wampira”.

    Marchwicki wszystkiemu zaprzeczał. Liczne prowokacje milicyjne i brutalne przesłuchania zrobiły swoje. Podczas procesu podejrzany przyznał się do popełnionych morderstw. Gdy sędzia zapytał Marchwickiego, czy jest mordercą, ten odparł niepewnie: „No z tego co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak”.

    Mimo, że proces był wyłącznie poszlakowy i nie przedstawiono Marchwickiemu twardych dowodów uznano, że to właśnie on jest słynnym „Wampirem z Zagłębia”. Skazano go na karę śmierci przez powieszenie, wykonaną 26 kwietnia 1977 roku, w milicyjnym garażu w Katowicach.

    Echa tych zbrodni i pokazowego procesu nie milkną do dzisiaj, wzbudzając wiele kontrowersji. Wielu milicjantów z grupy „Anna” wątpiło w jego winę. Wątpliwości miał również sędzia Ochman, który skazał Marchwickiego na śmierć. Miał on powiedzieć po procesie: „Gdybyśmy wydali inny wyrok, ludzie na sali by nas roznieśli”

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #zbrodnia #kryminalne #kalendarium #rocznica #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Marchwicki.jpg

  •  

    BOSO PO RATUNEK - HISTORIA LAURY SECORD

    Laura Secord przyszła na świat 13 września 1775 roku i jest dziś uważana za jedną z największych bohaterek narodowych Kanady.

    W wieku 20 lat wraz z rodziną przeprowadziła się do Górnej Kanady, gdzie dwa lata później została żoną lojalisty Jamesa Secorda. W czasie brytyjsko-amerykańskiej wojny z roku 1812 jej mąż wziął udział w bitwie pod Queenston Heights, gdzie został poważnie ranny. Jednak to Laura, a nie James, przeszła do legendy...

    W czasie krótkiej okupacji Ontario przez wojska amerykańskie, w maju 1813 roku, w jej rodzinnym domu swój sztab urządziło sobie amerykańskie dowództwo. Pewnego wieczora Laura przypadkowo podsłuchała fragment narady wojskowej. W takim sposób dowiedziała się o planach nagłego i niespodziewanego ataku na brytyjski oddział porucznika Jamesa FitzGibbona. Natychmiast postanowiła go ostrzec.

    Amerykanie nikogo nie wypuszczali z posiadłości bez konkretnego powodu, dlatego też następnego ranka, pod pozorem wyprowadzenia krów na pastwisko Laura wyszła z domu. Uprzedziła żołnierzy, że wróci później niż zwykle, ponieważ postanowiła odwiedzić chorego sąsiada. Miało dać jej to czas, zanim zostanie wysłany pościg, by zawrócić Laurę do domu. Nieświadomi jej planu Amerykanie pozwolili Laurze oddalić się z posesji...

    Laura samotnie przeszła 32 km. W trakcie wędrówki przez 6 godzin wspinała się przez trudne do przejścia góry. Po drodze zniszczyła swoje buty i przez ostatnie kilka kilometrów musiała iść boso. W końcu kobieta natknęła się na patrol Indian z plemienia Mohawk, którzy pomogli jej bezpiecznie dotrzeć do sztabu porucznika FitzGibbona.

    Dzięki informacjom Laury Brytyjczykom udało się uniknąć zasadzki pod Beaver Dams. Amerykanie stracili możliwość ataku z zaskoczenia, co doprowadziło do ich porażki i dostania się do brytyjskiej niewoli.

    Wkrótce historia stała się sławna. Dla Brytyjczyków i Kanadyjczyków stała się bohaterką narodową. W 1860 książę Walii Albert Edward złożył Laurze wizytę, podczas której ofiarował jej nagrodę w wysokości 100 funtów. Była to wówczas znaczna suma pieniędzy.

    Laura zmarła 17 października 1868 roku w wieku 93 lat. Obecnie w jej posiadłości mieści się muzeum, a jej pomnik stoi na cmentarzu Drummond Hill w Niagara Falls, gdzie została pochowana.

    Ucieczka Laury Secord przeszła do kanadyjskich mitów narodowych, jednak dla Amerykanów pozostała zdrajczynią, kolaborującą ze znienawidzonymi przez nich wojskami Brytyjczyków...

    Na zdjęciu:
    Pomnik Laury Secord w Ottawie (Kanada).

    #wmrokuhistorii #historia #ameryka #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #usa #ciekawostkihistoryczne #kobiety #swiat #wojna
    pokaż całość

    źródło: secord.jpg

  •  

    EUSTACHY - MNICH, KTÓRY ZOSTAŁ PIRATEM

    Urodził się w roku 1170 w Boulogne-sur-Mer, we Francji. Jego ojciec, Baldwin Busket, był rycerzem szanowanym w całym hrabstwie. Jako, że Eustachy był drugim dzieckiem, przeznaczony został do stanu duchownego. Po studiach w hiszpańskim Toledo wrócił w rodzinne strony i wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru w Samer. Wbrew woli ojca, nie zapisał się jednak w historii Kościoła, ale w historii piractwa.

    Eustachy przywdziewał habit tak długo, jak długo żył jego ojciec. Po jego śmierci, mnich bez żalu opuścił klasztor. W Boulogne został przyjęty na dwór hrabiego Reginalda de Dammartin, gdzie szybko uzyskał znaczne wpływy, które sprawnie wykorzystywał do pogromu swoich wrogów. Gdy wyszło na jaw, że w wolnych chwilach były mnich okrada swojego hrabiego, Reginald de Dammartin kazał aresztować Eustachego. Nie zdążył, gdyż Eustachy wymknął się z zamku i uciekł. Przez kilka następnych miesięcy ukrywał się w okolicznych lasach, prowadząc życie banity, żyjącego z okradania przejezdnych kupców.

    Z tego okresu pochodzą legendy, przedstawiające Eustachego jako miejscowego Robin Hooda, który okradał bogatych i oddawał biednym. Trudno dziś ustalić, czy opowieści o dobrym sercu Eustachego są prawdziwe. Wiadomo tylko, z razem ze swoją bandą siał w Boulogne terror i zamęt. Hrabia de Dammartin robił wszystko, by schwytać banitę, ale mimo zakrojonych na szeroką skalę pościgów nie udało się schwytać byłego mnicha.

    Kiedy bandycki żywot przestał przynosić zyski, Eustachy popłynął do Anglii i zaproponował swoje usługi królowi Janowi bez Ziemi. Monarcha uczynił Eustachego swoim piratem, zaopatrzył w list kaperski i dał pod rozkazy flotyllę pięciu okrętów. Mnich szybko stał się postrachem mórz. Nazywano go nawet “mistrzem piratów” i „arcypiratem”. Jan bez Ziemi, w uznaniu zasług Eustachego, oddał mu pod komendę kolejne jednostki oraz uczynił dowódcą wyprawy na Wyspy Normandzkie.

    Powodzenie wyprawy zadecydowało o tym, że król uczynił Mnicha swoim wasalem, a zdobyte przez niego ziemie nadał w lenno. Wszystko po to, żeby zapewnić sobie wierność pirata. W tym celu władca przymykał też oczy na jego ciemne sprawki. Gdy angielski król zawarł przymierze z hrabią Boulogne, Eustachy w ramach protestów przeszedł na stronę swoich niedawnych wrogów.

    Wkrótce Eustachy kontrolował prawie cały Kanał La Manche. Nie uznawał niczyjej władzy, a swoje łupieżcze wyprawy prowadził po obu stronach kanału. Był lojalny wyłącznie wobec francuskiego królewicza i następcy tronu Ludwika, który często korzystał z jego eskorty podczas przeprawiania się do Anglii.

    Po porażce Francuzów pod Lincoln, Ludwik powierzył Eustachemu dowództwo nad armadą z Calais, która miała dostarczyć do Anglii wojsko i złoto. 24 sierpnia 1217 roku do bitwy pod Sandwich. Były mnich okazał się nie być wyjątkowo złym dowódcą. Jego statki atakowały Anglików chaotycznie, nie zważając na nieprzychylny wiatr. Pierwszy łupem wrogich okrętów padł idący na czele statek Eustachego. Ten sam los spotkał prawie sześćdziesiąt francuskich okrętów, rozproszonych i zdezorientowanych przez brak rozkazów od dowództwa. Eustachy próbował schować się w ładowni przebrany za marynarza, ale został rozpoznany i ścięty. Zginął prawdopodobnie z ręki młodego angielskiego króla, Henryka III, Głowa Eustachego, zatkniętą na włóczni, pokazywana była później wszystkim innym uczestnikom bitwy…

    Na zdjęciu:
    XIII-wieczna ilustracja, przedstawiająca śmierć Eustachego Mnicha, z ręki Henryka III, w bitwie pod Sandwich w roku 1217.

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #sredniowiecze #piractwo #anglia #ciekawostkihistoryczne #kosciol #religia
    pokaż całość

    źródło: Eustachy.Mnich.jpg

  •  

    KAROL LEVITTOUX - ŚMIERĆ W PŁOMIENIACH

    Karol Levittoux urodził się prawdopodobnie w roku 1820, w Kumelsku koło Kolna. Już w czasach szkolnych dał się on poznać jako uczeń o niepospolitych zdolnościach i nieugiętej woli. W 1839 roku założył w Łukowie Związek Patriotyczny, którego działalność polegała na pracy samokształceniowej oraz agitacji.

    Organizacja była częścią składową Stowarzyszenia Ludu Polskiego. Z jego inicjatywy powstał też podobny związek w Chełmie. Spiskowcy planowali wywołanie powstania zbrojnego, utworzenie rządu republikańskiego oraz zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie chłopów. W organizacji zwano go "Konarszczykiem".

    Zdrada Jana Thierbacha, nauczyciela Szkoły Elementarnej w Łukowie, który podstępnie wkradł się do organizacji w 1841 roku, sprowadziła liczne aresztowania. Czternastu najbardziej obciążonych, łącznie z Levittoux, osadzono w celach X pawilonu Cytadeli warszawskiej.

    Tak całą sytuację relacjonował Bolesław Limanowski:

    "Armia szpiegów pod dowództwem słynnego Abramowicza napadała na domy, dwory i, znalazłszy jakąś książkę zakazaną lub jaką inną poszlakę, więziła i odsyłała do cytadeli. (…) Tak było w 1841 r., kiedy wykryto związek młodzieży szkolnej w Łukowie. Przywieziono wówczas około 200 młodzieńców. Młodzież trzymała się dzielnie i nic z niej wydobyć nie można było. Kierownikiem tego związku był Karol Levittoux, wielkiego hartu i niezwykłych zdolności młodzieniec. Dostał on 2 tysiące pałek, co dwa dni po 400, był głodzony, nie dawano mu spać, ale wszystko to wytrzymał i nikogo nie wydał. Z powodu zaślubin następcy Mikołaja wystarano się o uwolnienie młodzieży łukowskiej, ale z tej łaski wyłączono Levittoux. Wówczas starano się ułatwić mu ucieczkę i w grzbiecie książki wraz z listem, kluczem [szyfrem] pisanym, przysłano piłkę do przerzynania krat. Przy rewizji więźniów, która odbywała się często, wpadły one w ręce żandarmów. Rozpoczęły się więc nowe badania [przesłuchania] i nowe męczarnie."

    7 lipca 1841 roku wyczerpany fizycznie i psychicznie Karol Levittoux, obawiając się, że nie wytrzyma kolejnego przesłuchania i wyda współpracowników, podpalił łóżko i zginął w płomieniach. W chwili swojej śmierci miał zaledwie 21 lat...

    Cyprian Kamil Norwid, w liście do Zygmunta Krasińkiego, tak opisał śmierć Levittoux:

    "Kląkł na łóżku z twardych desek powrozami słomianymi okręconych – pod one deseczki świecę postawił; wolno zapaliły się powrozy kręcone ze słomy. Jak wieczność długo musiały się rozżarzać, nim zaczęły śmierć zadawać. Kilka godzin ujść musiało nim to łóżko w stos się przeobraziło i to raczej węglem niż płomieni. Znaleziono go na kolanach z piersią i twarzą zwęgloną, bez życia wpół opadłym…"

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #xixwiek #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Levittoux.jpg

  •  

    TAJEMNICZA ŚMIERĆ SUPERMANA

    Postać Supermana znana jest z komiksów, filmów animowanych i seriali telewizyjnych. Bohatera spopularyzował na świecie aktor George Reeves (1914-1959), który w roku 1951 podpisał niezbyt opłacalny, wieloletni kontrakt na serial „Przygody Supermana”.

    37-letni aktor, mający za sobą występ w przeboju „Przeminęło z wiatrem”, doskonale zdawał sobie sprawę, że występy w telewizji maja niższy prestiż niż gra w kinowych hitach. Jednak status światowej gwiazdy, jaki zapewniła mu postać Clarka Kenta, zrekompensowała mu spadek (jak sam uważał) do hollywoodzkiej „drugiej ligi”.

    Reeves spędził na planie serialu kilka następnych lat. U szczytu sławy aktor nawiązał romans z Toni Lanier, żoną Eddiego Mannixa, jednego z szefów wielkiego studia MGM. Wierzył, że w Hollywood jest nietykalny i zupełnie zignorował fakt, że mąż jego kochanki to były gangster z New Jersey. Mannix był zamieszany w kilka spraw o morderstwo i wciąż utrzymywał kontakty z mafią.

    Romans Toni i Supermana stał się tajemnicą poliszynela. Niby nikt nic nie wiedział, ale całe Los Angeles aż huczało od plotek. Wcześniej czy później pogłoski o małżeńskiej zdradzie musiały dojść do uszu Eddiego. I doszły w roku 1959.

    Kontrakt telewizyjny Reevesa wygasł, a on nie otrzymywał żadnych nowych angaży. Aktor zaczął pić i popadł w depresję. 16 czerwca 1959 roku ciało George’a znaleziono w jego rezydencji. Zginął od strzału w głowę z bliskiej odległości.

    Oficjalnie uznano to za samobójstwo - mimo, że w domu Reevesa nie znaleziono broni, z której padł strzał, a w ścianie sypialni, w której zginął, znaleziono dwie kolejne kule, pochodzące z tej samej broni, co kula z głowy Reevesa.

    Choć policja uznała sprawę za nierozwiązaną, nieoficjalnie w całym Los Angeles mówiono, że aktora zabiła mafia. Nie wiedziano tylko, kto wynajął zabójcę – zdradzony Mannix, czy porzucona Toni…

    Na zdjęciu:
    George Reeves w swojej najsłynniejszej roli - jako Superman.

    #wmrokuhistorii #historia #ameryka #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #usa #hollywood #film #zbrodnia #ciekawostkihistoryczne #swiat
    pokaż całość

    źródło: Reeves.Superman.jpg

    •  

      @TwoWolves: Ogółem wtedy nie przywiązywano uwagi do odcisków palców czy nawet do poprawnego zachowania sceny zbrodni. Np po zabójstwie jednego z bossów mafii w Nowym Jorku w latach 30, jeden z dziennikarzy po prostu włożył w dłoń zabitego Asa Pik i strzelił dosyć ikoniczną fotkę a policjanci oraz obecny prokurator uznali to za nic złego.

      Sporo się zmieniło w tej sprawie dopiero w latach 60 wraz z rozwojem kryminalistyki i technik laboratoryjnych. Współczesne normy w kwestii podejścia do zbierania dowodów to dopiero lata 70, gdy FBI zaczęło prowadzić szkółki objazdowe (taką szkółkę widać choćby w serialu Mindhunter) w celu doszkalania policjantów oraz rząd federalny zaczął wspierać lokalne policje finansowo. pokaż całość

      źródło: i.pinimg.com

    •  

      A wszystko zaczęło się od Zishe Breitbarta, który był pierwowzorem Supermana. Tak Superman pochodzi z Polski. Z niewielkiej gminy pod Łodzią. Swoją drogą to jedna z najbogatszych gmin, gdzie magazyny centralne ma Lidl, Castorama i kilka innych. Zishe był żydowskim cyrkowcem, o którym w Strykowie nikt nie pamięta.

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    GORALENVOLK - PODHALAŃSCY PRZYJACIELE HITLERA

    Po zajęciu Podhala przez III Rzeszę, we wrześniu 1939 roku, Niemcy wraz z niektórymi polskimi kolaborantami - Wacławem Krzeptowskim, Henrykiem Szatkowskim, Józefem Cukrem, Witalisem Wiederem - usiłowali udowodnić Góralom, iż nie są pochodzenia polskiego, tylko niemieckiego – góralskiego.

    W tym celu stworzyli zakrojoną akcję germanizacyjną zwaną „Goralenvolk”. Wymyślono także niebieskie kenkarty (niem. Kennkarte), dowody tożsamości ważne na terenie Generalnego Gubernatorstwa, oznaczone literą „G” (Górale).

    Przynależność do wyimaginowanego narodu przyjęło wówczas około 18% Podhalańczyków. Poza kartami identyfikacyjnymi polskimi i niemieckimi, na Podhalu wydawano również karty góralskie. Za ich przyjęcie obiecywano ochronę przed wywozem na przymusowe roboty do Niemiec i obniżenie podatków. Największym zainteresowaniem wśród południowych mieszkańców Polski „karty górala” cieszyły się w czterech miejscach. Były to miasta: Zakopane, Nowy Targ, Kościelisko i Szczawnica.

    Wydano ich w sumie 30 tysięcy (ze 150 tysięcy dostępnych), co oznacza największą liczbę „Volksdeutschów” w GG. Gdy zrodziła się już idea powstania nowego narodu, wkrótce zaczęto myśleć również myśleć o powstaniu całkowicie odrębnego państwa marionetkowego, niewchodzącego w skład GG. Państwo to otrzymało nazwę Goralenland.

    W 1942 roku doprowadzono do powstania Komitetu Góralskiego, który miał być zalążkiem państwa „góroli”, jednak szybko zakończyło się fiaskiem. Niemcy przez cały okres okupacji zdawali sobie sprawę z silnego patriotyzmu Podhalańczyków i obecnej na tych terenach tatrzańskiej partyzantki Polskiego Państwa Podziemnego. Działała tam Konfederacja Tatrzańska (jednym z członków był Józef Kuraś), która tropiła zdrajców Polski i niemieckich żołnierzy.

    Pod koniec wojny Wacław Krzeptowski opuścił Zakopane wraz ze swoim majątkiem, nie informując o tym fakcie Niemców. Krótko po wyzwoleniu został złapany i skazany na karę śmierci przez Armię Krajową. W 1946 roku w Zakopanem odbył się pokazowy proces kierownictwa Goralenvolku. Zastępca Krzeptowskiego, Józef Cukier został skazany na 15 lat więzienia. Mniej ważni członkowie Komitetu Góralskiego otrzymali wyroki od 3 do 5 lat więzienia, a główni organizatorzy zdrady - Szatkowski i Wieder - uciekli wraz z Wehrmachtem przed zbliżającą się do stolicy Tatr armią radziecką.

    Na zdjęciu:
    Przewodniczący Komitetu Góralskiego Wacław Krzeptowski (w środku) podczas spotkania z Hansem Frankiem (z lewej) w listopadzie 1939 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #wojna #ciekawostki #polska #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #podhale #niemcy #ciekawostkihistoryczne #swiat
    pokaż całość

    źródło: Goralenvolk.jpg

  •  

    76 lata temu...

    9 lutego 1943 roku oddział Hryhorija Perehijniaka "Dowbeszki-Korobki", uznany za pierwszą sotnię UPA, dokonał w kolonii Parośla I na Wołyniu masakry polskich mieszkańców, zabijając 173 osóby z 26 rodzin, w tym dzieci i niemowlęta. Zbrodnia ta dała początek rzezi wołyńskiej - jednemu z najokrutniejszych aktów barbarzyństwa, dokonanego na ludności cywilnej podczas II wojny światowej.

    "Mord w Parośli - preludium do rzezi wołyńskiej":

    "Ukraińcy nacjonaliści z UPA przyszli nad ranem. Uzbrojeni w siekiery, piły i kosy. Najpierw podstępnie związali, potem zaatakowali wszystkich mieszkańców polskiej wsi Parośla na Wołyniu. Ofiary umierały najczęściej od ciosów w głowę, zadanych siekierą. Mężczyźni, kobiety i dzieci – dla nikogo Ukraińcy nie mieli litości. W ciągu godziny wieś Parośla przestała istnieć.

    W Parośli ocalało zaledwie 13 osób, w większości dzieci. Przeżyty koszmar odcisnął na nich trwały ślad. Część z nich pozostała kalekami do końca życia. Nienawiść do Polaków, podsycana skutecznie przez nacjonalistów Ukraińskich doprowadziła do sytuacji, w której sąsiad z przyjaciela stał się wrogiem. Żądza krwi i marzenia o „wolnej Ukrainie” okazały się silniejsza niż przyjaźń kwitnąca przez lata pomiędzy dwoma narodami – polskim i ukraińskim. Mord we wsi Parośla stał się iskrą, która wywołała pożar na Wołyniu, doprowadzając tym samym do śmierci około 100 tysięcy ludzi."

    Ludobójstwo Polaków na Wołyniu zaczęło się właśnie w Parośli…

    [...]

    Jeszcze w roku 1943, w miejscu rzezi postawiono krzyż, upamiętniający wszystkich pomordowanych Polaków. Dziś już nie ma po nim nawet śladu. Pośrodku lasu, w miejscu, gdzie istniała Parośla, jeden z Ukraińców – Anton Dorofijewicz Kowalczuk w roku 1974 sam wzniósł pamiątkowy krzyż z informacją, że właśnie tutaj potwornej zbrodni dokonali jego rodacy – ukraińscy nacjonaliści, kierujący się nieopisaną wręcz nienawiścią do wszystkiego, co obce. Anton Kowalczuk do końca swoich dni modlił się w pobliskim kościele o dusze pomordowanych mieszkańców Parośli. I opowiadał ich historię każdemu, kto chciał słuchać. A chciało niewielu.

    Większość Ukraińców nie chciało też pamiętać o tym, co wydarzyło się 9 lutego 1943 roku. Tylko stary Anton, jako jeden z nielicznych był świadomy tego, jak wielką zbrodnię popełnili jego rodacy i czuł z tego powodu wielki wstyd. Miał wyrzuty sumienia i wciąż pamiętał. Bo tylko on chciał pamiętać…

    Na zdjęciu:
    Krzyż wykonany przez Antona Kowalczuka w roku 1974. Zawiera odważny napis, wskazujący morderców. (fot. Janusz Horoszkiewicz)

    #wmrokuhistorii #wolyn #historia #kalendarium #gruparatowaniapoziomu #polska #ukraina #iiwojnaswiatowa #wojna #ludobojstwo #rzezwolynska #kresy #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: 634966768215500000.jpg

  •  

    NIEMIECKA ZBRODNIA W BOISKACH – ŚMIERĆ ZA OPATRUNEK

    Umiejętnie i wręcz profesjonalnie opatrzona rana. W ten sposób Niemcy wpadli na ślad Polaków, którzy na przełomie 1942 i 1943 roku udzielili pomocy ukrywającemu się przed nazistami Żydowi i opatrzyli jego okaleczenia. Przesłuchiwany mężczyzna przyznał, że opatrunek fachowo założył mu Józef Krawczyk ze wsi Boiska.

    2 stycznia 1943 roku, we wsi Boiska na południu Mazowsza, przed domem rodziny Krawczyków pojawili się niemieccy żandarmi. Za pomoc żydowskiemu zbiegowi Józef, jego małżonka Zofia oraz kilkuletni syn Adam zostali bestialsko zastrzeleni. Sprawcy nie odmówili sobie rabunku domu Krawczyków. Odjeżdżając, podpalili zabudowania.

    To nie był jednak koniec. Następnie żandarmi udali się do gospodarstwa Boryczków. Niemcy otrzymali bowiem informacje, że Zofia Boryczka - ochrzczona Żydówka - pomagała ukrywającym się w lasach Żydom, dostarczając im miedzy innymi jedzenie. Tylko z tego powodu żandarmi zastrzelili Zofię, jej męża Stanisława oraz synka Zygmunta, który miał niespełna rok.

    Ocalała przebywająca w gospodarstwie 12-letnia bratanica Stanisława, Maria. Dziewczynka na początku uciekła Niemcom, a schwytana przekonała ich, że nie jest córką Boryczków. Również to gospodarstwo zostało złupione przez Niemców. Tylko dzięki błaganiom sąsiadów rodziny Boryczków, ich dom nie został podpalony.

    Nie były to niestety jedyne niemieckie zbrodnie w tym regionie, dokonane na Polakach ukrywających Żydów. Wcześniej zamordowano mieszkającą w Boiskach rodzinę Kryczków. Niemcy dopuścili się również mordów w pobliskich Starym Ciepielowie, Rekówce, Świesielicach i Zajączkowie.

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #niemcy #iiirzesza #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #wojna #polska #swiat
    pokaż całość

    źródło: 003.jpg

  •  

    CHARLES YUKL - MORDERCZY PIANISTA

    Karin Irene Schlegel z Nowego Jorku miała wszystko, o czym może marzyć 24-latka. Pieniądze i dobrą pracę asystentki redaktora w McGraw Publishing Company. Dodatkowo wydała książkę na temat aranżacji wnętrz, która zbierała rewelacyjne recenzje. To było jednak za mało dla kobiety, która od dziecka pragnęła zostać aktorką. W roku 1974 rzuciła więc pracę i zapisała się do szkoły aktorskiej. W lokalnej prasie odnalazła ogłoszenie, na które postanowiła odpowiedzieć.

    Nauczyciel gry na pianinie Charles Yukl (urodzony w 1935 roku) rozpoczynał właśnie pracę nad swoim pierwszym filmem reklamowym i jako reżyser potrzebował młodej aktorki. Pierwsze przesłuchanie wyznaczył na dzień 20 sierpnia o godzinie 21 w swoim mieszkaniu przy 120 Waverly Place. Znajomi odradzali Karin wieczorną wizytę w prywatnym domu nieznanego mężczyzny. Pragnienie bycia aktorką okazało się jednak silniejsze, więc kobieta nie posłuchała dobrych rad.

    Gdy tylko Karin przekroczyła próg mieszkania „pianisty”, ten rzucił się na nią i zaczął dusić swoim krawatem. Robił to tak mocno, że złamał jej kark. Potem zaczął bić martwe już ciało kobiety. Uderzał z całej siły, nie mogąc przestać. Następnie rozebrał do naga zmasakrowane zwłoki i kontynuował bicie. Gdy się zmęczył, wyciągnął z kieszenie żyletkę i zaczął ciąć ciało.

    W tym samym momencie zadzwoniła żona Charlesa, informując go, że za kwadrans będzie w domu. Przestraszony „pianista” owinął zwłoki Karin z folię i schował je pod ich małżeńskie łóżko. Pani Enken Yukl nie tylko nie zauważyła śladów krwi w ich mieszkaniu, nie była również świadoma, że w nocy, gdy uprawiała z mężem seks, pod ich łóżkiem leżały zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. A może nie chciała zauważyć?

    Następnego ranka, gdy tylko żona Yukla wyszła do pracy, Charles zabrał ciało Karin, wyniósł na dach swojego bloku i tam je porzucił. Wszystkie rzeczy należące do młodej kobiety ukrył w koszu na śmieci. Następnie wrócił do mieszkania i zaczął przygotowywać obiad, na który zaprosił swoich przyjaciół.

    Karin znalazł dozorca budynku. Stan zwłok był przerażający - naga kobieta miała poderżnięte gardło i odcięte sutki. Niektóre fragmenty ciała były ponacinane żyletką, najbardziej piersi i wagina (sekcja zwłok wykazała brak odciętej łechtaczki). Dodatkowo martwa kobieta została zgwałcona (prawdopodobnie po wyniesieniu na dach). Dowody zebrane przez policjantów pozwoliły oskarżyć Charlesa o morderstwo pierwszego stopnia. Z powodu błędów prawnych podczas procesu, sąd skazał „pianistę” jedynie na 15 lat więzienia. Jego żonie nigdy nie przedstawiono żadnych zarzutów.

    Po kilku dniach „odsiadki” Charles Yukl powiesił się w swojej celi 22 sierpnia 1982 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #mordercy #usa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zbrodnia #ameryka #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: yukl.jpg

  •  

    IGNACY ŁUKASIEWICZ I HONORATA STACHERSKA - ZAKAZANY ZWIĄZEK TWÓRCY PRZEMYSŁU NAFTOWEGO

    Pochodzący ze zubożałej szlacheckiej rodziny Ignacy Łukasiewicz (1822-1882) był polskim farmaceutą i przedsiębiorcą. Dziś znany jest przede wszystkim jako współtwórca przemysłu naftowego w Europie oraz wynalazca lampy naftowej. Z zamiłowania był chemikiem oraz fizykiem.

    Był również wielkim społecznikiem. Propagował budowę dróg i mostów, szkół oraz szpitali, finansując wiele inicjatyw z własnej kieszeni, walczył z biedą i alkoholizmem w regionie, tworzył kasy zapomogowe i fundusze emerytalne. Dążył do rozwoju rodzącego się tam przemysłu naftowego nie skupiając go całkowicie w swoich rękach, lecz namawiając i pomagając w tworzeniu również innych firm. W roku 1854 założył pierwszą na świecie kopalnię ropy naftowej w Bóbrce koło Krosna

    Znacznie mniej wiadomo o jego życiu prywatnym. I nic dziwnego, ponieważ sam Łukasiewicz miał sporo do ukrycia. Przez blisko 30 lat żył bowiem w związku kazirodczym ze swoją siostrzenicą...

    On miał 35 lat,ona 20. Honorata Stacherska była córką Emilii, rodzonej siostry Ignacego Łukasiewicza. Ich związek w XIX wieku stał się obyczajową sensacją w zaborze austriackim. Ignacy poświęcił bardzo dużo czasu i ogromne pieniądze, aby zrealizować swoje marzenie - chciał ożenić się z Honoratą na przekór wszystkim, którzy odradzali mu ten "zakazany związek". Sama starania prawne trwały ponad rok. Zakochani musieli uzyskać zgodę zarówno rządu Galicji, jak i samego papieża.

    Papież Pius IX po długich wahaniach zezwolił parze na zalegalizowanie związku i 20 kwietnia 1857 roku odbył się ślub.

    Pomimo skandalu obyczajowego, głośnych głosów oburzenia i wielu plotek w kegu najbliższego otoczenia państwa Łukasiewiczów, ich małżeństwo uchodziło za bardzo udane. Oboje wspierali się w trudnych momentach, których nie brakowało.

    Przed końcem 1957 roku młodzi małżonkowie przenieśli się z Gorlic do Jasła, gdzie Ignacy wydzierżawił aptekę Romualda Palcha, w tym też czasie, wraz z braćmi Zielińskimi projektował i budował rafinerię w Klęczanach. Jego praca była coraz bardziej dostrzegana i honorowana.

    Ich szczęście nie trwało długo. W roku 1859 Łukasiewiczów dotknęła ogromna tragedia. Ich 2-letnia córka Marianna zmarła. Przyczyną śmierci była prawdopodobnie gruźlica (lub zator płucny). Mniej więcej w tym samym czasie spłonęła, należąca do Łukasiewiczów, rafineria w Ulaszowicach.

    Miłość nie pozwoliła im się jednak poddać. Oboje przetrwali najgorszy czas. Zamieszkali w Chorkówce, wspólnie z siostrą i matką Honoraty. Tam też znalazło schronienie wielu politycznych emigrantów oraz weterani Powstania Styczniowego, którzy zawsze mogli liczyć na bezwarunkowa pomoc państwa Łukasiewiczów.

    Ignacy zmarł 7 stycznia 1882 na zapalenie płuc. Honorata umarła w Krakowie 24 września 1897, Przeżywszy swojego ukochanego męża o 15 lat. Oboje są pochowani w Zręcinie.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kobiety
    pokaż całość

    źródło: 002.jpg

  •  

    PAPIEŻ SYKSTUS IV - MIŁOŚNIK TORTUR I PORNOGRAFII

    Gdy Sykstus IV wybrany został nowym papieżem, początkowo przyjęto ten fakt z nieukrywanym entuzjazmem. Wszyscy mieli nadzieję, że nowy papież dokona moralnej odnowy Kościoła i przywróci sztuce należne jej w Watykanie miejsce. Szybko jednak pożałowano tej decyzji…

    Sykstus IV przyszedł na świat 21 lipca 1414 roku w Celle Ligure (region Liguria w północnych Włoszech) jako Francesco della Rovere. Pochodził z biednej rodziny. W wieku 9 lat rozpoczął naukę we franciszkańskim konwencie w Savonie. Wstąpił do tego zakonu, aby kontynuować naukę na uniwersytetach w Padwie, Bolonii i Pawii, gdzie uzyskał doktoraty z filozofii i teologii. W roku 1444 przyjął święcenia kapłańskie i został profesorem teologii. Swoją działalność duchowną poświęcał głównie na pisaniu traktatów teologicznych, dotyczących „Krwi Chrystusa” i „Niepokalanego poczęcia Marii”.

    Papieżem został 9 sierpnia 1471 roku. Tuż po swoim wyborze podpisał „kapitulację wyborczą”, w której obiecał zwalczenie nepotyzmu w strukturach kościelnych. Wkrótce okazało się, że Sykstus IV nie tylko nie miał zamiaru walczyć z tym zjawiskiem, ale i sam stał się jego wielkim zwolennikiem. Za jego rządów nepotyzm osiągnął niespotykaną wcześniej skalę.

    Cały Rzym huczał od plotek na temat jego nieślubnego potomstwa. Aż sześciu swoich synów, których nazywał „bratankami”, uczynił kardynałami. Podobno jeden z nich, słynący ze swojej urody Pietro Riario, był owocem związku Sykstusa IV ze swoja rodzoną siostrą. Zarówno Pietro, jak i jego drugi syn Giuliano della Rovere (późniejszy papież Juliusz II) dopuszczali się kazirodczych aktów seksualnych z własnym ojcem w zamian za klejnoty pochodzące z watykańskiego skarbca.

    Niemal wszyscy członkowie rodziny della Rovere otrzymali wysokie stanowiska – nie tylko kościelne, ale i świeckie. Takie praktyki szybko zaczęły być głośno krytykowane, zwłaszcza, że większość przedstawicieli tej rodziny okazała się niegodna do piastowania jakiejkolwiek funkcji poprzesz swój rozwiązły tryb życia.

    Wszystkie źródła zgodnie potwierdzają, że Sykstus IV był człowiekiem bardzo pobożnym. Nie przeszkadzało mu to jednak wykorzystywać papieskiego tronu do własnych celów. Niemal całą swoją uwagę poświęcał nie sprawom boskim, ale pomnażaniu własnego majątku. Podniósł wszelkie możliwe podatki. Wprowadził także nowe. Każdy kapłan, który chciał mieć kochankę musiał za ten przywilej zapłacić. Papież poszedł na rękę również zamożnym mężczyznom, którzy po zapłaceniu odpowiedniego podatku, mieli pełne prawo „pocieszać” zamężne kobiety, podczas nieobecności ich mężów.

    Sykstus IV zdobył również renomę „szczodrego dobroczyńcy dla prostytutek”. Aby powiększyć swój majątek zbudował w Rzymie okazały dom publiczny, przeznaczony dla osób obojga płci. Pracę w nim mogła znaleźć niemal każda chętna kurtyzana, bez względu na wiek i status społeczny. Za możliwość legalnego zarobkowania prostytutki płaciły papieżowi około 400 dukatów rocznie. Prowadzone w tym czasie zapiski sugerują, że podczas pierwszego roku za pracę w „papieskim burdelu” prostytutki zapłaciły łącznie około 26 tysięcy dukatów.

    Wydając specjalną bullę zastrzegł sobie jedyne prawo do produkowania i sprzedawania specjalnych „papieskich figurek”, przedstawiających postać świętego baranka. Oświadczył wiernym, że dotknięcie kupionej figurki nie tylko leczy wszelkie możliwe choroby i chroni kobiety przed śmiercią podczas ciąży, ale również ratuje przed pożarem, rozbiciem statku na morzach i oceanach, gradem, piorunami oraz popadnięciem w obłęd. Wierni ochoczo nabywali święte baranki, przez co do skarbca Sykstusa IV trafiły ogromne sumy. Był on także pierwszym papieżem, który wprowadził (w roku 1474) płatne odpusty za dusze zmarłych, gdzie pieniądze wpłacane przez rodzinę nieboszczyka były jedynym gwarantem odpuszczenia grzechów i życia wiecznego po śmierci.

    Papież, który nie ukrywał swojego biseksualizmu czerpał z życia pełnymi garściami. Nie miał także nic przeciwko temu, aby inni korzystali z życia w każdy możliwy sposób. Gdy pewna rodzina kardynała z kościoła św. Łucji zwróciła się do Sykstusa IV z pisemna prośbą o zgodę na popełnienie grzechu pederastii i kazirodztwa podczas trzech najgorętszych miesięcy w roku – w czerwcu, lipcu i sierpniu – na co papież bez wahania się zgodził a pod petycją własnoręcznie napisał: „Niech się stanie, co się uprasza”.

    Sykstus IV słynął także ze swojego uwielbienia dla sztuki. Nie tylko tej wzniosłej. Wiele uwagi poświęcał dziełom zawierającym erotykę i bluźnierstwa. Tak było w przypadku opublikowanej w Niemczech wizji niejakiego mnicha Alano de Rupe:

    „Pewnego razu przenajświętsza Dziewica Maryja wkroczywszy do celi zamkniętego Alamo de Rupe, wzięła włos z jego głowy i uczyniła pierścień, z którym poślubiła ojca i spowodowała, by ją pocałował i trzymał w dłoni jej pierś. I mówiąc wprost, w krótkim czasie stała mu się tak bliska, jak kobieta zwykła być blisko ze swym mężem”

    Mnich swoje erotyczne fantazje przelewał na papier, Papież nie tylko się w nich ochoczo zaczytywał, ale je również uświęcał.

    Przez cały jego pontyfikat bardziej skłaniał się ku sprawom świeckim, jednak nie zapomniał całkowicie o obronie wiary. 1 listopada 1478 roku na wyraźną prośbę hiszpańskiej pary królewskiej – Ferdynanda Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej – wydał bullę papieską sankcjonującą hiszpańską Inkwizycję, instytucję kościelną zajmująca się walką z heretykami. Z papieskiego polecenia Naczelnym Inkwizytorem został okryty złą sławą Tomás de Torquemada, który stał się symbolem religijnej nietolerancji.

    Uwielbiał wszelkie tortury, a skazanych chętnie palił na stosie. Był jednym z inicjatorów dekretu o wygnaniu Żydów z Hiszpanii w 1492 roku. Szacuje się, że w samej tylko Hiszpanii życie w płomieniach straciło około 2 tysięcy heretyków. Sykstus IV kilka razy zaprotestował przeciwko nadużyciom Torquemady, jednak jego upomnienia nie przyniosły żadnego efektu.

    Pod koniec swojego życia Sykstus był tak znienawidzony w całym Rzymie, że gdy zmarł 12 sierpnia 1484 roku, jego papieskie apartamenty zostały doszczętnie ograbione. Podczas, gdy martwe ciało papieża leżało w łożu, ludzie w szaleńczej radości wynosili wszystko, co wpadło im w ręce. Nie pozostawiono ani jednej papieskiej szaty, a osobisty kapelan Sykstusa IV, aby przykryć papieskie zwłoki musiał pożyczyć sutannę od miejscowego diakona.

    Jedyna pozytywną strona pontyfikatu Sykstusa IV była jego troska o rozwój sztuki. Sprowadził do Rzymu wielu wybitnych artystów, a z Rzymu uczynił prawdziwe miasto renesansu. W Pałacu Watykańskim ufundował Kaplicę Sykstyńską (wybudowaną w latach 1475-1483), która otrzymała nazwę na jego cześć. Jego wielkie zasługi w dziedzinie propagowania sztuki nie uchroniły Sykstusa IV przed opinią jednego z najgorszych papieży w historii Kościoła. Kronikarz Stefano Infessura napisał kilka dni po jego śmierci:

    „Najszczęśliwszy to dzień, w którym dobry Bóg uwolnił całe chrześcijaństwo od bezbożnego i występnego papieża, nie mającego w swym sercu ni bojaźni Bożej, ni miłości do świata chrześcijańskiego, ni miłosierdzia dla ludzi”

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #ciekawostki #religia #kosciol #watykan #papiez #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #europa
    pokaż całość

    źródło: Sisto_IV.jpg

  •  

    218 lat temu...

    31 stycznia 1801 roku w Bilczy koło Kielc urodziła się ksiądz Piotr Ściegienny - twórca idei wybuchu chłopsko-narodowego powstania.

    Podstawą jego działalności publicznej była jednoczesna walka o niepodległość Polski i o pełne uwłaszczenie chłopów. Postulował zniesienie wielkiej własności ziemskiej. Walkę przeciw posiadaczom chłopstwo miało prowadzić w sojuszu z mieszkańcami miast i „dobrymi panami”, dobrowolnie wyzbywającymi się swej ziemi.

    Radykalnymi tezami i powoływaniem się na autorytet Kościoła pragnął wzniecić w chłopach ogień buntu przeciwko zaborcy. Jego starania spełzły na niczym, a sam ksiądz musiał za głoszone poglądy srogo odpokutować.

    Rosyjski zaborca próbował za wszelką ceną stworzyć "czarną legendą" księdza. Nakazano prasie, która podlegała kontroli carskiej cenzury, pisać o nim w sposób paszkwilancki i straszny. W negatywnych artykułach o Ściegiennym przodował zwłaszcza "Kurier Warszawski".

    Program Ściegiennego w istocie był jak na owe czasy radykalny. Ksiądz postulował wyzwolenie spod jarzma zaborców, ale też zniesienie pańszczyzny, uwłaszczenie chłopów i rozparcelowanie wielkich majątków ziemskich. Swoje tezy rozpowszechniał wśród chłopów Kielecczyzny i Lubelszczyzny w tzw. "Złotej książeczce", prawdopodobnie był też autorem "Listu Ojca Świętego Grzegorza papieża do rolników i rzemieślników", w którym Ojciec św. Grzegorz XVI rzekomo miał zachęcać chłopów do powstania.

    Ksiądz Piotr Ściegienny był wielkim patriotą, ale jednocześnie człowiekiem, który nie miał szerszego rozeznania w sytuacji Polaków we wszystkich trzech zaborach. W ogóle nie zdawał sobie sprawy, jakiego działania się podejmuje.

    Kapłanowi nie udało się doprowadzić do wybuchu powstania. Konspiratorów wydał uczeń Ściegiennego. Poszukiwany przez carskie władze ksiądz próbował zbiec, ale został złapany. Ściegienny załamał się na śledztwie i wydał pozostałych spiskowców. On sam został wydalony ze stanu kapłańskiego i skazany na śmierć. W ostatniej chwili wyrok zamieniono na katorgę. Z zesłania Ściegienny wrócił w 1871 roku. Przywrócono mu godność kapłańską w 1883 roku. Swoistą formą pokuty był fakt, że do końca życia sprawował posługę kapłańską wśród chorych.

    Ściegienny zmarł 6 czerwca 1890. Jego pogrzeb przerodził się w manifestację patriotyczną.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kalendarium #religia #kosciol
    pokaż całość

    źródło: sp._Ks._Piotr_Sciegienny.jpg

  •  

    CHARLES CALDWELL - PIERWSZY "CZARNY" UNIEWINNIONY ZA ZABÓJSTWO "BIAŁEGO"

    Pod koniec lat 60. XIX wieku w USA narastała przemoc na tle rasowym. Ku Klux Klan każdego niemal dnia organizował liczne napady, pobicia, lincze i podpalenia. W samym tylko stanie Kentucky (w roku 1867) archiwa odnotowują 116 aktów przemocy, które zakończyły się śmiercią osób czarnoskórych z rąk członków Ku Klux Klanu.

    Rok później postrzelony został czarnoskóry kowal Charles Caldwell, który urodził się jako niewolnik. Później został wybrany do Senatu w stanie Missisipi i cieszył sie wśród białych złą sławą "buntowniczego i pyskatego Murzyna". Zaatakował go syn miejscowego białego sędziego. W samoobronie Charles odpowiedział ogniem i zabił napastnika. Za swój czyn stanął przed sądem, a ława przysięgłych złożona była wyłącznie z białych ławników.

    Podczas swojego procesu Charles bronił się mówiąc, że został zaatakowany pierwszy i działał jedynie w samoobronie. Ku wielkiemu zaskoczeniu miejscowej białej ludności, czarny kowal został uniewinniony. Był to pierwszy taki przypadek w Stanach Zjednoczonych, kiedy "czarny" oskarżony o zabójstwo "białego" nie tylko nie został powieszony, ale nawet wyszedł na wolność.

    Historia ta jednak nie skończyła się dobrze... Ku Klux Klan nie zapomniał o czarnym kowalu i 7 lat później, w Boże Narodzenie 1875 roku Caldwell padł ofiarą grupy kilku członków klanu. Pobity do nieprzytomności, wkrótce zmarł na skutek odniesionych ran. Żaden biały, biorący udział w tej "egzekucji" nie został aresztowany. Był to oczywisty znak, że do zniesienia segregacji rasowej w USA jeszcze daleka droga. Zwłaszcza na amerykańskim południu...

    Na zdjęciu:
    Dwóch zamaskowanych członków Ku Klux Klanu w roku 1870.

    #wmrokuhistorii #historia #ameryka #swiat #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #usa #ciekawostkihistoryczne #xixwiek
    pokaż całość

    źródło: kkk.jpg

  •  

    KREW NA SUFICIE - BUDDYJSKA ŚWIĄTYNIA GENKO-AN

    Japońska świątynia buddyjska Genko-an w Kyoto skrywa w sobie pewien mroczny sekret. Na drewnianym suficie gołym okiem widoczne są czerwone plamy. Znaleźć tam można także czerwone odciski dłoni i stóp. Te plamy to ślady krwi sprzed ponad 400 lat...

    Deski, których użyto do budowy tego sufitu pochodzą z zamku Fushimi, zbudowanego przez jedną z najważniejszych postaci w historii Japonii - Hideyoshiego Toyotomi, który był przywódcą politycznym i militarnym w okresie Azuchi-Momoyama.

    W roku 1600 Torii Mototada, obrońca zamku, przez 11 dni starał się odeprzeć ataki armii samuraja Mitsunari Ishida. Wojsko Motatady dzielnie się broniło, jednak przeważające siły wroga wdarły się na zamek. Wtedy to rozegrała się zacięta bitwa - tak krwawa, że deski na podłodze zostały całkowicie przesiąknięte krwią. Ishida wygrał tę bitwę, a Torii poległ w trakcie walk o zamek jako ostatni. Martwe ciała leżały na zamku przez kilka dni.

    Wkrótce zamek został odbity przez sojuszników Mototady, natomiast Ishida został stracony jeszcze w tym samym roku. Na pamiątkę krwawej bitwy i ku czci poległych obrońców, deski z podłogi przewieziono w 5 różnych świątyń w Japonii - między innymi do Genko-an w Kyoto, gdzie do dzisiaj są częścią świątynnego sufitu i przypominają odwiedzającym o tej ponurej historii i poległych samurajach...

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #japonia #azja #ciekawostkihistoryczne #smierc #buddyzm
    pokaż całość

    źródło: Genko-an2.jpg

  •  

    EDUARD BOHLEN - WRAK W GŁĘBI LĄDU

    Eduard Bohlen był niemieckim statkiem pasażersko-towarowym zwodowanym w styczniu 1891 roku w stoczni Blohm & Voss w Hamburgu. Statek należał do armatora Woermann-Linie i był wykorzystywany do przewożenia różnych ładunków między portami w Afryce.

    Jednostka miała 95 metrów długości i tonaż około 2272 GT. Na jej pokładzie znajdowało się miejsce dla 46 pasażerów i 30 członków załogi. Prędkość maksymalna wynosiła 10,5 węzła.

    W toku eksploatacji Eduard Bohlen wykorzystywany był do wielu zadań, a przez pewien czas wykorzystywano go nawet jako statek niewolniczy.

    5 września 1909 roku po wypłynięciu z Swakopmund w kierunku Table Bay, statek uderzył w gęstej mgle o brzeg niedaleko Conception Bay w dzisiejszej Namibii. Miejsce to nazywane jest Wybrzeżem Szkieletowym (inna nazwa to Wybrzeże Szkieletów), ponieważ panujące w tym rejonie warunki (silne prądy i liczne płycizny) doprowadzają do wielu katastrof.

    Statek wpadł na jedną z takich płycizn i mimo prób wydostania się jednostka zakopała się w piasku. Cała załoga opuściła jednostkę i udała się do pobliskiej kopalni diamentów. Gdy w kolejnych dniach ponownie próbowano wydostać statek, okazało się, że silne prądy nagromadziły wokół kadłuba tyle piasku, że nie dało się go wydostać.

    W kolejnych tygodniach wrak coraz bardziej przesuwał się w głąb lądu. Przez pewien czas wykorzystywano go nawet jako schronienie dla pracowników pobliskiej kopalni diamentów. Gdy kopalnię zamknięto, Eduard Bohlen powoli zaczął popadać w ruinę.

    Obecnie wrak znajduje się 300 metrów w głębi lądu i jest całkowicie zniszczony. Pozostał jedynie szkielet kadłuba, w większości przykryty przez piasek. Pokazuje to jak bardzo zmieniło się wybrzeże Namibii przez ostatnie 100 lat.

    Na zdjęciu:
    Współczesny wygląd wraku statku Eduard Bohlen oraz statek w roku 1906 (lewy górny róg)

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #afryka #podroze #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #statki #ciekawostkihistoryczne #wraki #niemcy
    pokaż całość

    źródło: Eduard Bohlen.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów