Przeszkadza Ci #polityka na Wykopie?
Zarejestruj konto i sam decyduj jakie tematy chcesz wyświetlać!
  •  

    30ton lista, lista! Lista przebojów! #muzycznakartkazkalendarza

    9 października w Bridport urodziła się Polly Jean Harvey, znana jako PJ Harvey - brytyjska wokalistka, autorka tekstów, multiinstrumentalistka, odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego (MBE), w swojej 30-letniej karierze wielokrotnie nominowana i nagradzana w prestiżowych notowaniach. WSZYSTKIEGO NAJJJ!!!

    #muzyka #00s #alternativerock #indierock #pjharvey
    || PJ Harvey - Good Fortune ||
    jakbym Patti Smith słyszał
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Polecam serdecznie ten utwór! Czasem człowiek musi odpocząć od tego całego rapu i techno :))))) Możecie w komentarzach podesłać coś również podobnego, albo po prostu ciekawego do sprawdzenia!

    #punkrock #dreampop #indierock #eyedress #muzyka #polecanko

    źródło: youtube.com

  •  

    30ton lista, lista! Lista przebojów! #muzycznakartkazkalendarza

    28 sierpnia w Londynie na świat przyszła Florence Leontine Mary Welch - brytyjska wokalistka, autorka tekstów, współzałożycielka Florence + The Machine. WSZYSTKIEGO NAJJJ!!!

    #muzyka #10s #florenceandthemachine #alternativerock #indierock #artpop
    || Florence + The Machine - Hunger ||

    And it's Friday night and it's kicking in
    And I can't dress, they're gonna crucify me
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Arcade Fire - We Used To Wait (2010) z "The Suburbs"
    10 lat stuknęło płycie (づ•﹏•)づ
    #muzyka #arcadefire #indierock #chamberpop #nutkikropki

    źródło: youtube.com

  •  

    Jedna z ważniejszych płyt w moim życiu. Specjalna dedykacja dla @phalaenopsis - Stella was a diver and she always down
    #interpol #muzyka #postpunk #indierock #winyl #vinyl

    źródło: Adjustments.plist

  •  

    Słuchajmy albumów - nie pojedynczych utworów!

    4/31

    Dzień dobry wszystkim, smażę porcję kolejnego tekstu nad ranem, wszak nie czuję się szczególnie śpiący. Ptaki już zaczynają ćwierkać za oknem, więc wrzucam na warsztat album napawający mnie optymizmem, który uważam, że jest świetny do porannego przebudzenia jako, że wczoraj zapowiedziałem, że dzisiejszy będzie lżejszy i bardziej przystępny.

    Fleet Foxes - Fleet Foxes (2008)

    Gatunek: Folk rock / indie rock / indie folk

    Skąd padł pomysł, by opatrzyć album taką samą nazwą co zespół? Nie wiem, nie potrafiłem doszukać się takiej informacji. Lenistwo? Być może nie chcieli przesadnie skupiać się na wymyślaniu jakiejś chwytliwej nazwy. Nie przeszkodziło to jednak albumowi w żaden sposób. Leniwie brzmiący indie folk zagarnął bowiem bardzo wiele wysokich ocen w recenzjach i wspiął się wysoko w listach przebojów. Wielu krytyków śmiało stwierdziło, że to jeden z najlepszych albumów roku 2008. Czy zgodziłbym się wraz z nimi? Raczej tak, choć z czystej ciekawości przewertowałem jeszcze internet w poszukiwaniu 'top 2008 albums' żeby dowiedzieć się w jakie muzyczne skarby obfitował ten rok. Zaśmiałem się pod nosem widząc na większości z tych list omawiany przeze mnie album. Najwyraźniej coś w tym jest...

    Łagodny wokal rozgrzewa serce, a delikatna gitara budzi w nas poczucie beztroskości. Uważam, że to genialny album by na moment odskoczyć od otaczającej nas rzeczywistości, która narzuca stres i tempo. Warto dać pochłonąć się tej jakże przytulnej muzyce i nieco zwolnić.

    Można odsłuchać tutaj:

    - Spotify
    - Tidal
    - YouTube

    Zapraszam pod tag #sluchajmyalbumow

    #dziendobry #muzyka #gruparatowaniapoziomu #folkrock #indierock #indiefolk
    pokaż całość

    źródło: fleet-foxes.jpg

  •  

    Ariel Pink - This Night Has Opened My Eyes

    pokaż spoiler Drugie podejście ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #muzyka #szentmuzak #arielpink #indierock

    źródło: youtu.be

  •  

    Chyba najbardziej niedoceniany polski alternatywny zespół. Już od dłuższego czasu nieaktywni. George Dorn Screams - Spacja Kosmiczna #shoegaze #indierock #rock #alternativerock #postrock

    źródło: m.youtube.com

  •  

    #muzyka #20s #jpop #indiepop #jrock #indierock
    || Necry Talkie (ネクライトーキー) // 北上のススメ ||
    nie mam bladego pojęcia kto to, pierwszy raz ich widzę, ale...
    refren jest mega chwytliwy, funky i kawaiii (。◕‿‿◕。)

    źródło: youtube.com

  •  

    mirki i mirabelki szanowne, jakiś czas temu nagraliśmy teledysk, w którym użyliśmy:

    - wszystkie animacje z PowerPointa 95
    - prawie wszystkie tła z Office'a 97
    - prawie wszystkie WordArty
    - wpiździec clipartów

    Bardzo OK BOOMER ale pewnie nie jeden z Was mireczków milenialsów doceni temat. Muzyka to trochę klimaty Liam Gallagher, The Black Keys, Arctic Monkeys, Kasabian itd... kto słucha wie o co chodzi, dajcie znać co sądzicie mireczki bo trochę się cykam ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #muzyka #tworczoscwlasna #tworzeniemuzyki #rock #indierock
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Przecież ten nowy album The Strokes to jakieś wakacyjna utopia, odmładza mnie o 5 lat, w powietrzu czuję majową miłość, a moje mieszkanie zamienia się w plażę. Cudo

    The Strokes - Ode To The Mets

    #alternativerock #indierock #muzyka #thestrokes

    źródło: youtube.com

    +: M............k, kapuczina_corki_somsiada +6 innych
  •  

    Ukończyłem 23 level.
    Johnny Marr napisał w swej autobiografii, że miał 23 lata, gdy The Smiths się rozpadło; a moim największym osiągnięciem w tym wieku jest to, że sam jeszcze się nie rozpadłem...

    pokaż spoiler xD


    The Smiths - Sheila Take A Bow

    #muzyka #szentmuzak #thesmiths #indierock #indiepop #80s pokaż całość

    źródło: youtu.be

    +: j....d, Heydecker +7 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #postpunk #interpol #indierock

    Interpol - PDA

    w liceum miałem taki malutki, podręczny, by nie powiedzieć kieszonkowy odtwarzacz mp3. w moim ulubionym wówczas kolorze - czerwonym (wiecie - krew, wino, ZSRR i te sprawy).
    poza gustownym wyglądem, odtwarzacz miał wszystkie podstawowe i potrzebne do szczęścia opcje i funkcje.
    ciszej-głośniej, pauza-start, poprzedni-następny, drobny suwak do wyłączania, wejście na słuchawki i kabel usb. wyposażony był też w taki całkiem zmyślny mechanizm, klips, przy pomocy którego mogłem sobie go zakamuflować w kapturze, przyczepić przy plecaku, koszulce, a jak mi się nudziło to zacisnąć go na uchu. pojemność miał może na 5, albo 6 średniej długości albumów w przyzwoitej jakości. bardzo szybko się rozładowywał, dlatego używałem go bardziej jako zapasowego, "kryzysowego", "ratunkowego" odtwarzacza trzymanego akurat w tej kieszeni, która nie byłą dziurawa, ani nie była sklejona różową orbitką. sięgałem po niego zawsze, jak bateria głównym nośniku muzyki mi nawaliła, albo go akurat zapomniałem, albo po raz kolejny rozbiła mi się w nim szybka.

    dlatego zawsze skrupulatnie dobierałem porządkowałem jego zawartość, co do ostatniego wolnego bajta. bo wiecie, koło ratunkowe musi być uniwersalne, z miejsca dopasowane do sytuacji, pomocna brzytwa ma sztywno wyciągać z tarapatów, apteczka musi szybko łagodzić objawy, a alkohol momentalnie uśmierzać ból...
    tak wierzcie mi lub nie, przez praktycznie cały pierwszy rok mojej edukacji w XXXII LO w łodzi, trzymałem w pamięci wspomnianego odtwarzacza tylko dwie płyty, a jedną z nich było właśnie "Turn on the Bright Lights".

    cała historia anglojęzycznej muzyki gitarowej w 11 kawałkach.
    płyta tyleż przygnębiająca, co pocieszająca. buntownicza, co ugodowa. przygaszona, co wykrzyczana. melancholijna, co zdeterminowana. wyczerpująca, co wybudzająca. wyalienowana, co otwarta. zadająca pytania, co dająca odpowiedzi. niedbale przesterowana, co skrupulatnie dostrojona. poklepująca po plecach, co wodząca za nos. zgodna, co konfliktowa. dopasowująca się pod nastrój, co go kreująca. rozmyta w treści, co skupiona w formie. zwarta i sztywna rytmicznie, co ekspresyjnie ubarwiona. zaraz, zaraz. czy to właśnie na tym polega dorastanie? na tym polega życie w nastoletnim futerale? na tej wiecznej kaskadzie sprzeczności? nie wiem, ale dochodzę do wniosku, że gdybym wciąż miał wspomniany odtwarzacz, to w dalszym ciągu, trzymałbym na nim "Turn on the Bright Lights".
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Jest i kolejna z nowej płyty
    The Strokes - Brooklyn Bridge To Chorus
    #thestrokes #indierock #muzyka

    źródło: youtube.com

  •  

    #meskiegranie #krol #indierock #rock

    Król z Panią żoną to jednak spoko zespół. Ja cię krence.

    źródło: 1585852555355.jpg

  •  
    P.............i

    +10

    #muzyka #muzycznememy #americanfootball #mathrock #indierock #heheszki
    niedźwiedź w dużym smutnym domu ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    źródło: niedźwiedź.jpg

  •  

    Powtórzę jeszcze raz, bo nie było mnie słychać.
    Killersi, Foals i The Cure.
    W jeden dzień.
    (。◕‿‿◕。)
    #thekillers #foals #thecure #indierock #opener

  •  

    #muzyka #rock #mathrock #indierock #posthardcore #shellac
    naszło mnie coś dzisiaj na matematyczny rock

    Shellac – Dude Incredible (2014)

    pokaż spoiler po przejściu bezpośrednio przez link, jest playlista z całym albumem jak coś
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #dreampop #psychedelic #indierock

    Boogarins - Foi mal

    Mili ludzie, jak z Dinal Team pytają mnie co sądzę o Slowdive.
    a ja na to, że jak nauczyli się portugalskiego, spiekli policzki w słońcu i sięgnęli po winyle Spacemen 3, to stali się moim ulubionym zespołem.

    pokaż spoiler miłego weekendu (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #dreampop

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Piosenki.

    #2
    Beach Fossils - Tangerine

    Gatunki: indie rock, dream pop, chamber pop
    RIYL: The Sea and Cake, Lo Borges, Le meraviglie, jazdę pociągiem, słuchać muzyki z zamkniętymi oczami, sorbety

    "Mandarynka..." - niegdyś kojarząca mi się z jednym, z najbardziej wymownych symboli i duchologicznych atrybutów nawiedzających polskie realia w okresie świąt bożego narodzenia. później gdy już nieco podrosłem, zacząłem nałogowo tracić czas i resztki umiejętności społecznych oglądając po kilka filmów dziennie, to napatoczył mi się w odtwarzaczu i zapadł w pamięci całkiem dobry film niejakiego Seana Bakera (polecam Florida Project swoją drogą), zatytułowany właśnie "Tangerine".
    tak dzisiaj, mając przed oczami to rozdwojone znaczenie i dzisiejszy kawałek na słuchawkach, już sam nie wiem o co chodzi z tymi niewyrośniętymi pomarańczami.

    wracając do pierwotnego znaczenia, bo nie da się ukryć, że właśnie mamy wigilie...
    to czy wy też odczuliście, że te całe mandarynki od kilku lat są nieco inne? nie smakują tak jak trzeba?
    z dziecięcych lat zapamiętałem te pakowane do poręcznych siatek cytrusy, jako owoce na tyle słodkie, że spokojnie mogłem nimi uspokoić wewnętrznie odbywający się dramat małego człowieka i ostudzić cierpienie wynikające ze zjedzenia wszystkich żelek już pierwszego dnia świąt. a dzisiaj? to ledwie imitacja, pozory smaku i mechaniczne mielenie tektury po tej stronie zgryzu, gdzie akurat mnie nie boli żaden ząb...
    ich budowa, ich konsystencja i fizjologia pewnie też, są mi całkowicie obce i zupełnie inaczej je zapamiętałem. kiedyś człowiek musiał się mocno natrudzić żeby dorwać się do ich pancernie strzeżonego wnętrza, rozbroić je małymi, poobgryzanymi palcami i dotrzeć do całej esencji, którą w sobie skrywały. a teraz? mam wrażenie, że nie wymaga to aż takiego dużego nakładu pracy z mojej strony - wydaje mi się, że ktoś specjalnie przed nami je już obiera, a potem sprytnie dokleja skórkę dla niepoznaki, dlatego tak gładko mi to wychodzi.
    już nie wspominam o rozważnej i świadomej konsumpcji... i o tym że trzeba było nie lada gracji aby nie pobrudzić sobie nimi rąk, nie rozlać cennego nektaru i pamiętać o tych nieszczęsnych pestkach czekających aż się nimi triumfalnie udławimy. a obecnie? obecnie to nawet i o te wspomniane pestki ciężko (już powoli rozumiem po co je wcześniej obierają...). których nieobecność z jednej strony rozwiązuje, wydawałoby się trywialny i małostkowy problem, ale jednocześnie odbiera pewnego rodzaju rytualną, wpisaną w ich żywotność funkcje, która nadawała im wyróżniający się na tle np. takich pospolitych jabłek CHARAKTER.

    dobra, dobra... ja tu o jakichś multiwitaminach, a przecież wypadałoby coś napisać o samym singlu.
    Beach Fossils - zagadkowy zespół, istniejący w mojej świadomości praktycznie od ich debiutanckich poczynań, o których nie mogłem zbyt wiele dobrego powiedzieć - nudnawe, szkicowe i mało oryginalne indie jakiego wiele, a na drugim albumie powtórka z rozrywki. jednak na wysokości wydanego w 2017 roku Somersault, w końcu chłopakom "zaskoczyło co trzeba", a Dustin Payseur udowodnił, że w NY nie tylko Zachary Smith wie jak się gra dobre piosenki.
    goście odkupili swoje winy eklektycznym, niecodziennie zaaranżowanym i bogato zharmonizowanym graniem, które jednak pomimo wszelkich pozytywów i ogromu świetnie przemycanych inspiracji, nie sprawiało wrażenia szerszej przemyślanej wypowiedzi. nie zrozummy się źle - naprawdę lubię tę płytę, to mocno "moje granie", ale fakt, że wyborny zestaw 4 singli zgarnia tutaj każdą z nagród, o które Beach Fossils walczyli, jest bezdyskusyjną i kluczową kwestią.

    a Tangerine z tego całego zestawu jest, jakby to powiedzieć, dodatkowo kilka poziomów wyżej niż reszta singlowej stawki. stoi w kolejce po nagrodę za całokształt twórczości, ma zapewnioną pozycję lidera kilka konkursów przez zakończeniem sezonu i obserwuje końcówkę rozgrywki w żółtej koszulce na trybunach razem z publicznością.
    ta nieuchwytność, bezszelestnie muskająca pozorność lewitacji nad resztą materiału (i samą sobą) realizuje się już w samej kompozycji. gdzie zwiewność akordowo-akustycznej wspinaczki, ożywiana jest gitarowymi podmuchami, które w refrenach rozpadają się do przewietrzającej napięcie barokowej elegancji. smyczkowa dostojność, "poważkowy-dryg" i indie-rockowa fantazja spadają w jednoczącym je uścisku, mając tylko jeden spadochron do dyspozycji i lądując na godzącym ich temperamenty, rytmicznie-poetyckich terenach kołyszących się w bossa-novowowej rytmice. jak tak nie brzmi definicja #godelpoleca to ja się poddaję (swoją drogą to co wyczynia linia basowa zasługuje na jakiś osobny medal).

    nie chcę żeby zabrzmiało to jak tania, emocjonalna zagrywka z mojej strony. ale coś w tym jest, że w okresie gdy pierwszy raz wpadłem w "siatkę" "Tangerine" mało co mnie w życiu cieszyło. mało co chciało mi się w ogóle robić, a słuchanie muzyki było tylko łatwo dostępnym remedium, zagłuszającym odgłos wlekącej się za mną pustki. tak gdy już kawałek poszedł w świadomym obiegu, coś we mnie drgnęło, olśniło, poczułem pierwszy raz od dawna ciarki i przyjemnie mrożącą gęsią skórkę. przypomniałem sobie jak to jest czuć ekscytacje wizją poznawania nowej muzyki.
    poczułem zamierzchły, ale dobrze znany mi zapach. policzki i dłonie pokrył szczypiący w oczy miąższ. a w ustach zaczął pobrzmiewać łagodny dźwięk, bezboleśnie strzelających pestek...

    pokaż spoiler wesołych świat (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #tameimpala #indierock

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Albumy

    #3
    Tame Impala - Currents (20165)

    Gatunki: synthpop, psychedelic rock, pop
    RIYL: Electric Light Orchestra, Michael Jackson, Tears for Fears, Steely Dan, Prince, Hieronim Bosch, rozmawiać ze sobą na głos

    Kevin Parker jako Zbawiciel muzyki pop - chrystianizowane

    zacznijmy z grubej i spiralnie zwiniętej w stronę przyszłości rury. jeżeli jakikolwiek album dekady 10s miałby dźwignąć na swych barkach miano bycia jej muzyczną "wizytówką", miałby za zadanie zostać eksportowym pop-towarem naszej generacji dla przyszłych pokoleń, to nie widzę i nie potrafię odnaleźć lepszego kandydata niż Currents. tylko w tym przypadku wiedziałbym, że stawiam na prawdziwie ponadczasowy materiał, definiujący "ulotność czasu" jego publikacji, twórczo sięgający po zdobycze przeszłości i jednocześnie wybiegający swoją wizją w "nieokreśloną" przyszłość.
    dla ostudzenia emocji trzeba podkreślić i przypomnieć, że mówimy o ALBUMIE. o logicznie przyporządkowanych konkretnym indeksom piosenkach, kompleksowo zbudowanej wypowiedzi, gdzie w idealnych warunkach musi się znaleźć w niej miejsce zarówno na przebojowe single, jak i na wypełniające mini-konceptualne przerywniki upchane na wielopłaszczyznowo prowadzonym rozwoju akcji. który musi witać nas giętko wprowadzającym w jego brzmieniowe progi intro i jednocześnie zapadać nam w pamięci, odważnie zamykającym całość outro. jak ktoś ma wątpliwość, czy Currents na pewno pasuje do tego elementarzowego opisu - to zachęcam udać się do laryngologa.

    zadziwia mnie jak często było mi dane czytać od różnorakich pismaków, jak to "australijski zespół Tame Imapala" czegoś tam dokonał, coś tam nagrał... przepraszam najmocniej wszystkich tych, którym zburzę rockistowską wizję, że za wszystko odpowiedzialna jest jakakolwiek ekipa tak dobrze dogadujących się i dopełniających własne braki muzyków. Tame Impala studyjnie = Kevin Parker i nic więcej. ten niepozornej postury koleżka, ale kumulujący wokół siebie podniośle mieniącą się w złotym kolorycie aurę (w ramach ciekawostki - moja ciocia podobno widzi takie rzeczy i czyta "ludzi jak na dłoni", twierdząc, że odkąd wróciłem do żywych moja "aura" jest krwisto czerwona) jest równie utalentowanym co zawzięcie ambitnym muzykiem. gdzie uporczywie dążąca do celu część jego natury, to głównie kwestia obsesji na punkcie ewokowania konkretnego brzmienia upatrzonej epoki, wyrażana w oszukańczych zabiegach akustycznych iluzji, wibrujący w zasięgu działania wodotryskowych rozegranych sztuczek. a kwestia talentu to już czysto kompozytorska strefa, fundamentalnie budowanych piosenek traktowanych u samych podstaw z równie wielką dbałością o szczegół, co przy dekorowaniu wszechobecnymi i nadającymi końcowego blasku niuansów. stąd bierze się właśnie to niespotykane w dzisiejszej muzyce, przyjemnie przytłaczające poczucie obcowania z czymś tak "jednorodnie splecionym". niczym "bukiet tysiąca zapachów", dla którego jesteśmy w stanie z miejsca określić jego całościowy charakter jednym konkretnym smakiem, a jednocześnie czujemy każdy osobną nutę, z którego został skomponowany.

    Parker od 10 lat prowadzi tę jednoosobową, biorącą na siebie każdy instrument, wykonawstwo i produkcyjne wykończenie krucjatę. już od momentu wydania debiutanckiego Innerspeakera, kiedy w niezwykle wiernej i skutecznej odbudowie psych-rockowych żywiołów, udało mu się nabrać cały świat, że czas zatrzymał się w drugiej połowie lat 60, sprawiał wrażenie ukształtowanego i poukładanego muzyka. a nagrane po 2 latach Lonerism, będące niczym więcej niż bardziej radio-friendly, mniej jammująca kontynuacją pierwotnie obranego tropu tylko to potwierdzało. przypieczętowując jego pozycję i jednocześnie zaostrzało apetyt na to "co dalej", bo przecież już wszyscy jesteśmy zgodni, że gość celująco zdał egzamin z klasyki rocka.

    lepszego scenariusza nie można było sobie nawet wymarzyć, bo Currents jednoznacznie nawiązuje dialog z nieszczęsnymi i zjadającymi swój własny ogon w retromaniakalnym tonie, poprzedzającymi dokonaniami Australijczyka. jest wymownym wyzwoleniem z sentymentalnego ciężaru, którym krytycy i słuchacze go przytłoczyli, widząc w nim pozbawiony własnej tożsamości zlepek minionych tropów, głosów, piosenek i umarłych estetyk. ten album to swoisty komunikat dla każdego, kto by zachwycić się "nowym", potrzebuje czytelnych sygnałów, że jest w nim dużo "starego". dostajemy jasny komunikat od Kevina - "chcecie słuchać zajebistej muzyki?" no to przestańcie być niewolnikami tego co znacie, porzućcie ograniczające przyzwyczajenia i wskoczcie ze mną na pokład statku gdzie gramy "rocka przyszłości". gdzie gitary idą w odstawkę, jako skamieniały relikt i zabawka dla nieprzystosowanych do zmian na lepsze nudziarzy, które robią miejsce dla post-dyskotekowej, syntetycznej przyszłości.
    a dla tych bardziej opornych, którym sama muzyka nie wystarcza i chcą mieć jeszcze jakieś "theme" i mylnie rozumiane przesłanie. autor przygotował jasną deklaracje gdzie w tym wszystkim kryje się ludzka niedoskonałość. wystawiając zestaw post-break-upowej i personalnie potraktowanej poezji, wymieszanej z "zmartwychwstańczą" otoczką określana nowego siebie, w bardziej sprzyjających ku temu warunkach. droga wolna, rap-geniusz na was czeka...

    wracając jeszcze na koniec do kwestii wizjonerstwa...
    nie twierdzę oczywiście, że trzeci album Tame Impala to wynalezienie koła na nowo, wkroczenie na niezbadane wcześniej muzyczne terytorium, bez jakiegokolwiek długu wobec przeszłości. ale czy ktoś w tej dekadzie przebił się do szerszego grona odbiorców z tak autorską (prowadzącą autoreferencyjny dialog), future-rockowo zaprogramowaną wizją grania popu? coś co potrafiło tak uniwersalnie pogodzić w zachwycie słuchaczy różnych środowisk, nie tylko tych "około-hipsterskich", ale każdego kto podświadomie szuka w muzyce po prostu dobrych, przebojowych piosenek obdartych z kontrowersyjnej otoczki budowanej wokół jej autora? śmiem wątpić.
    podniosła konkluzja jest taka, że gdybym nie był tylko człowiekiem, a maszyną pozbawioną sentymentów i ze słusznie wprogramowaną informacją, że wszystkie te chwile, odejdą w niepamięć jak utracone przy formatowaniu dane, wskazałbym, że to właśnie Currents, ostatni długogrający album Kevina Parkera (którego człowieczeństwo pozostaje sprawą dyskusyjną), jest najlepszym zbiorem piosenek ostatnich 10 lat.

    poptimism 1:0 rockism
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #polskamuzyka

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Piosenki.

    #5
    pies – znowu idę

    Gatunki: indie rock
    RIYL: Ścianka, Agnieszka Maciąg - Zatrzymaj czas, Kolorofon - Bomba atomowa, Wczasy, Immanuel Kant

    strona 189

    pamiętasz która z kartek kalendarza zbierała wtedy kurz z ziemi? którą nogą rozpoczęłaś dzień? jak dogadywałaś się z nocą przed? ile czasu się stroiłaś zanim poznaliśmy się?

    czy było to na schodach ceglanej fortecy, gdzie ukryliśmy się w cieniu czerwonego sztandaru?
    czy może w zatrzasku dworcowego hałasu, który mówił ci, że już się więcej nie zobaczymy?
    czy pod puszystą fontanną, tańczącą w lustrzanej kopule nad naszymi głowami?

    to nie istotne. umówmy się, że byliśmy w każdym z tych miejsc jednocześnie. a jak mi nie wierzysz, to poczekajmy na lepszy czas, pozwól nam ubrać się tak samo i odegrajmy te minione dni jeszcze jeden raz.
    ~ ~ ~

    do faktu, że "znowu idę" to mój ulubiony polski kawałek ostatnich 10 lat, dorzucam jeszcze "niepełną rozkminę" dotyczącą rodzimej sceny.

    stawiam tezę do rozbrojenia i do uargumentowania konkretnymi przykładami w przyszłości - polskie indie, polski "niezal" dopiero w dekadzie 10s w końcu zyskał swoją osobliwą, ugruntowaną tożsamość.
    dopiero w tej dekadzie, początkujący twórcy rzeźbiący na własny rachunek, po "odczarowaniu polskiego dziedzictwa", autentycznie mogli wyzbyć się ograniczających kompleksów, korzystając z piękna i bogactwa możliwości pisania piosenek w JĘZYKU OJCZYSTYM. jednocześnie wykorzystując w bardzo sprawny sposób kanon zagranicznej "alternatywy", wynikający z dorastania i wychowania w jego rytmach, trzymając na osobnej zakładce teksty, i recenzje przybliżające ich znaczenie.
    nad wszystkim nie unosi się toksyczna "napinka" na "zachodni sukcesdx", bez śmiesznego parcia na zaistnienie, na wątpliwie definiowanych antypodach polskiego "show-bizu". wielu z tych artystów znalazło w końcu swoją niszę, która dała im możliwość grania tego "co i jak" chcą w niezależnych labelach, docierając do grupy odbiorców, której wcześniej na polskie scenie nie było (albo nie było dla niej odpowiednio zagospodarowanej przestrzeni?).

    jest też druga strona medalu. odnoszę wrażenie, że to środowisko zamknięte jest nieco w swojej "banieczce", gdzie przemiał i przepływ treści nie wycieka z określonego grona osób, fanpejdzy, portali i grup w mediach społecznościowych. moim zdaniem nie ma w tym nic złego, dopóki to środowisko dopuszcza kogoś nowego w swoje progi, nie faworyzuje w sztuczny sposób swoich "znajomków", za bardzo wierząc w potęgę własnej opinio twórczości (co przynosi odwrotny skutek od zamierzonego...). ale co by nie mówić, polski niezal nigdy nie miał się tak dobrze jak teraz, a mi z pozycji dziada dobrze się na to patrzy. a gdy docierają do mnie tak łapiące za serce perełki jak "znowu idę", nagrane przez ekipę gości, którzy jak sami opisują się na bandcampie - "cześć, nazywamy się pies i gramy piesenki" - to czuje pewnego rodzaju uczuciową ulgę. bo słyszę, że są na świecie ludzie potrafiący mówić w mniej pretensjonalny sposób niż ja, o wszystkim tym, co miałem kiedykolwiek do powiedzenia...
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #synthpop

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Albumy

    #9
    Part Time - What Would You Say? (2011)

    Gatunki: indie rock, synthpop, hypnagogic pop, lo-fi
    RIYL: Gary Wilson, John Maus, Ariel Pink, Buffalo '66, #nightdrive, GTA Vice City, skórzane kurtki, Police Dark Woman

    "What Would You Say?" - pamiętam, że to rozbudzające w uwodzicielski sposób pytanie zawarte w tytule albumu, z miejsca popchnęło mnie aby zweryfikować, czy muzyczna strona płyty owiana jest równie zagadkową aurą (plus kolejna tajemnica na okładce - na co patrzy główna postać?). i po części tak jest, bo drugi album Part Time (projekt którego mastermindem i kręgosłupem jest niejaki David Loca), to wyjątkowo spójnie wybrzmiewająca propozycja tego, czym mogłoby być lo-fi indie w świecie Ariel Pinkowej hypnagogi, gdyby wtłoczyć w nie nieco podmiotowej, „lirycznej prawdy”. gdyby tak nadać jej niepoprawnie romantycznych rumieńców i zaprawić osobistymi retrospekcjami, zniekształconymi pod ciężarem wspomnień. gdyby tak ugasić obezwładniające poczucie tęsknoty, w rozbrojonych z fałszu dźwiękach, ale jednocześnie trzymając w ręce skrywanej za plecami, całą garść poetyckich niedopowiedzeń.

    wspomnianych skojarzeń z „...Haunted Graffiti” nie sposób pominąć – Rosenberg i Loca wydali nawet w zeszłym roku wspólny kawałek, niemniej nie ma mowy o ślepym, odtwórczym naśladownictwie. Ariel stworzył nowy język, wyznaczył nową i niezagospodarowaną wcześniej przestrzeń do uprawiania „kasetowego popu”. jednak poruszanie się w progach tej kategorii estetycznej, od zawsze wymagało od chętnych uczestników i śmiałków, sporego nakładu, indywidualnie definiowanego artystycznego „ja”.
    Part Time odnalazł swojego własnego „spirit animal” w słodko-gorzkim i kontrolowanym melodramatyzmie syntezatorowego disco, granego na tle przygasłych neonów, które nawiedzają opustoszałe lokale, kilkanaście minut po ich oficjalnym zamknięciu. w tej scenerii Loca porusza się z zamkniętymi oczami, komfortowo opowiadając o tym co spędza mu sen z powiek, wspominając ulubione zapachy damskich perfum i jakie imię chciałby sobie dzisiaj wytatuować na przedramieniu.

    klawiszowa melodyka na "What Would You Say?", przejmuje tu główne "struny", jest pulsem albumu i spoiwem tworzącym pomost pomiędzy wyśnioną halucynacją o bliskość z ukochaną osobą, a uległością przebojowo-nostaligcznego synthpopu. mnogość zaraźliwych, śmiało stawiających kroczki i sprawiających wrażenie należących do "kanonu" synth-popu riffów, hooków i melodii upchanych na albumie wręcz poraża. i każde kwestionować, czy aby na pewno nikt tego wcześniej już nie nagrał. spokojnie, weryfikowałem - gość jest po prostu geniuszem.
    i za każdym razem gdy Loca zaczyna zapadać się w poetyce przeterminowanych miłości, jak i świeżo sformułowanych planów, wystawia rękę po pomoc zarówno w stronę wciągającego kiczu new-romantic, jak i bardziej wysmakowanych, sophisti-popowych rozwiązań.

    tak mijają kolejne retorycznie formułowane wersy, w których David przyznaje się do własnych błędów, tłumaczy się ze wszystkich wzlotów i upadków. zawiesza je na bańkach mydlanych z benzyny i rozświetla dyskotekową kulą zawieszoną nad centrum handlowym, opowiadając jak przez nie wygląda świat.
    a ja tak sobie siedzę i siedzę, myślę i myślę, że jak ktoś się aż tak przed nami otwiera, to warto posłuchać o czym mówi, bo może się okazać, że mówi też coś o nas samych.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #postpunk

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Piosenki.

    #9
    Rob Crow's Gloomy Place - Autumnal Palette

    Gatunki: indie rock, math rock, post-punk, midwest emo
    RIYL: Sunny Day Real Estate, Wire, 12 Rods, Guided By Voices, Boyhood, ciasto dyniowe, tablice korkowe

    może to mało odkrywcza myśl, ale jako grunt pod wpis nada się idealnie.
    jak przyjrzymy się muzycznym i popkulturowym trendom dojdziemy do wniosku, że w każdej z dekad muszą pobrzmiewać sentymentalne echa, poprzedzającego je dziesięciolecia. nie wiem na ile to słuszne spostrzeżenie, ale dla mojego pokolenia (urodzonego w pierwszej połowie lat 90 - chyba zaliczamy się do millenialsów<?>), można ich nasłuchiwać z wielu miejsc, zależnych od środowiskowych i światopoglądowych zmiennych - i nawet w polskich realiach ma to duże znaczenie. ja skupie się na takich, które wiążą się z moim osobistym "podwórkiem" i rzecz jasna, z dzisiejszą pozycją.

    Autumnal Palette - numer wydany w 2016 roku, na krzepiąco zatytułowanym albumie You're Doomed. Be Nice, przez weterana kalifornijskiego indie rocka Roba Crowa, który w nostalgicznym rozpędzie, gitarowo pnących się smugach "jesiennej tęsknoty", przywołuje zarówno podmiejską zadumę "midwestowskiego emo", jak i finezyjną wykończeniowość, kojarzoną z bardziej melodyjnymi odsłonami post-punka. gdzieś na przecięciu i granicy rozkładu tych dwóch substancji, wytrąca się niepokojąca gra skojarzeń, przywodząca na myśl pop-punkowość, taką z melodic-hardcore'owego segmentu, flashbackującą tysiącem godzin spędzonych na graniu w pierwsze trzy odsłony Tony Hawk's Pro Skater.
    i tu jest rozwiązanie kwestii poruszanej na początku wpisu, pierwsze "przejaskrawienie" przez które odbieram dzisiejszy kawałek. skate-punkowo ubrane oblicze, które zupełnie nie przetrwało próby czasu i zostało rozłożone, jak reszta milenialnych subkultur do hipsterskiej szafy z używanymi ciuchami. i czy tego chcę czy nie, wątpliwie sentymentalna zaduma, którą we mnie wywołuje ma mocno wstydliwy wydźwięk ("In Too Deep" od Sum 41 to naprawdę spoko kawałek jak coś).

    żeby nie było, że jestem taki sentymentalny...
    w "Autumnal Palette" słyszę zdecydowanie "coś" więcej, coś wykraczającego poza nerdowskie wspomnienie o palcach zdzieranych na padzie, w rytm skate-parkowych hitów. kompozycja sztywno zjeżdża na power-popowej rampie, w klasycznej kombinacji zwrotka-refren, gdzie ten drugi człon rozpada się w gitarowych "slide'ach". w dalszej kolejności nabijając punkty w posępnie ascetycznych ścianach dźwięku, gdzie z każdym szarpnięciem o papier ścierny, coraz bardziej zbliżają się do odpowiedzi na nurtujące je pytania o sens życia w samotności.
    w takich warunkach dochodzi do pewnego rodzaju akustycznej iluzji, przez co samoekspandujące refrenowe tekstury, za KAŻDYM razem brzmią i pędzą w INNY sposób. niczym grecka rzeźba, oblepiona różnym światłocieniem, prezentuje na pierwszym planie zupełnie coś innego, pobudza wyobraźnie w inny sposób. i co jest kluczowe - wcale nie powiedziane, a wręcz mało prawdopodobne, że utwór kiedyś znajdzie "tę" idealną scenerię, żebyśmy mogli usłyszeć co autor miał na myśli.
    i właśnie dlatego, niczym Options R legendarnego Wire, enigmatyczny "Autumnal..." nie trwa 2 minut i 37 sekund, tylko znacznie dłużej, bo nie sposób zaprzestać na jednym odsłuchu.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #macdemarco

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Piosenki.

    #17
    Mac DeMarco - On The Level

    Gatunki: indie rock, singer/songwriter, psychedelic pop
    RIYL: Haruomi Hosono, Bob Dylan, Big Lebowski, jedzenie z mikrofali, chodzenie spać z mokrymi włosami, Homm3

    kiedy 10 miesięcy temu wrzuciłem ten kawałek, dumałem sobie przez kilka kolejnych dni, czy moje ówczesne zachwyty nie są trochę na wyrost?
    że ten surowy klawisz mnie po prostu niespodziewanie ukąsił, perfidnie odwrócił moją uwagę i wybił mi z rąk racjonalność, którą na co dzień kurczowo trzymam przy sobie. że pozorna pasywność tego układu akordów, ogołocona z jakiejkolwiek symboliki podziałała jak ogłupiająca czynność z kategorii typu - kopanie piłką o ścianę, gdy jeszcze nikt z ekipy nie zjawił się na boisku. albo chodzenie do kościoła co niedziele... a tu mija już blisko rok, a ja za każdym razem jak wracam i im dłużej słucham On The Level na pętli, to z każdym kolejnym odtworzeniem, z każdym kolejnym obiegiem jego inercyjnie toczącego się tematu przewodniego, coraz bardziej się od niego uzależniam.

    gdybym na siłę próbował bawić się w skojarzenia, robił interpretatorskie fikołki, to zatrzymałbym się gdzieś w nieprzyjemnym potrzasku na pograniczu świata snu i jaźni. w pułapce niewyspania i bezsenności, kiedy jesteśmy zbyt wyczerpani żeby cokolwiek robić, ale też na tyle zmęczeni, że nie potrafimy się zmusić do spania. albo gdy po 2 godzinach snu czujemy się bardziej wyspani niż po zdrowo przespanych 7 godzinach, a z łóżka zrywa nas napływ adrenaliny, kończącej swój obieg po ciele tuż przy skroni. rozum czuje się oszukany, że oto teraz czas iść na wojnę, a my tracimy ten niecodzienny stan na myślenie o tym, co głupiego zrobiliśmy 8 lat temu...

    to wyżej to jedynie drobna dygresja...
    bo Mac DeMarco dokładnie wiedział do czego ta muzyka służy i do czego "ma służyć".
    na wysokości wydanego 2 lata temu This Old Dog, z którego pochodzi dzisiejszy kawałek, gość osiągnął apogeum swoich możliwości nie tylko jako muzyk, ale również jako metafizycznie ujęta postać. leżący na kanapie, jedzący cheetosy i grający na konsoli superbohater indie rocka, którego supermocą jest komponowanie jednej i tej samej piosenki, na milion różnych sposobów. najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że Mac w zupełnie niewymuszony sposób jest dokładnie tą osobą i takim artystą, którego publiczność od zawsze chciała w nim widzieć. a na wspomnianym albumie z 2017 roku, "gra dokładnie to co zawsze, a z drugiej strony nigdy nie grał w tak dobry sposób". nigdy jeszcze nie grał tak jak na This Old Dog, bo jego sceniczny i muzyczny dystans do rzeczywistości, dodatkowo skrywa w sobie jakąś pozornie nową jakość. tlą się się w nim wartości, z którymi wcześniej trudno było mu się pogodzić, których nie potrafił wcześniej wyrazić. słychać to szczególnie na On The Level, gdzie w tej ślamazarnie ciągnącej się kompozycji, między wierszami i w tekście, w końcu do głosu dochodzi prawda o tym, że na wybitność tego wesołka, składa się również nieco sentymentalnego i refleksyjnego przygnębienia.

    pokaż spoiler to chyba czas, żeby ustawić sobie ten kawałek jako poniedziałkowy budzik na 6:30 ¯\\_(ツ)_/¯
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: Rarcin_Mogala, j.........k +11 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #psychedelic

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Piosenki.

    #18
    Ariel Pink's Haunted Graffiti - Round and Round

    Gatunki: indie rock, new wave, psychedelic pop, jangle pop
    RIYL: R. Stevie Moore, John Maus, McCartney II, kadzidełka, grzańce, lumpeksy

    "ta piosenka przypomina mi o tobie"
    nie wiedziałem jak zacząć wpis, ale skoro pierwsze zdanie mam już za sobą, to mogę przejść od razu do meritum.

    postaram się krócej niż zwykle, bo nie ma sensu powtarzać tego samego w kółko.
    dzielenie kariery Ariela na przed i po "Before Today", z perspektywy czasu nie ma najmniejszego sensu. po przejściu do legendarnego 4AD, być może zyskał kilkanaście kilobajtów w jakości dźwięku, wymienił parę ważnych uścisków dłoni, ale pozostał w 100% wierny ideałom, które niszczą mu życie od momentu wydania House Arrest. to dalej ten sam "muzyczny włóczęga", buszujący na piosenkowym wysypisku cwaniak, czołowy iluzjonista recyklingowego piosenkopisarstwa i spadający za każdym razem na cztery łapy, geniusz post-podernistycznego popu.

    nie ukrywam, że od zawsze łykałem bez skrzywienia wszystko co wydawał, swego czasu można było mnie wręcz posądzić o bycie psychofanem (najważniejsze korespondencje w życiu wymieniałem pisząc je z maila ilovearielpink69@gazeta.pl). ale mijająca dekada, gdzie wydał wiele kapitalnych płyt, wiele wybornych singli jest tylko i "aż" podtrzymaniem passy, umocnieniem kapitalnej formy i dalszym brylowaniem jego błyskotliwego daru do wyciągania z pozornie nudnych motywów, drzemiących w nich pokładów przebojowości. dlatego pomimo, że Round and Round otworzyło wcześniej niedostępne Arielowi drzwi, rozszerzając mu perspektywę i zasięgi działania, to z czysto artystycznego punktu widzenia nie stanowi żadnej widocznej granicy w jego twórczości. ALE z jeszcze innej strony sam się w tym wszystkim motam, bo jednak wyróżniam ten, a nie inny kawałek. robiąc z niego jasny punkt, wbity w ścianę kołek, na którym pan Rosenberg w końcu może powieść najważniejsze trofeum w karierze. a tym samym nie podzieli losu piosenek, którym daje nowe życie odkopując je ze śmietnika i sam zostanie zapamiętany na wieki wieków, Ariel.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #rock

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Albumy

    #21
    Deerhunter - Halcyon Digest (2010)

    Gatunki: indie rock, dream pop, psychedelic rock
    RIYL: Of Montreal, Lilys, Elephant 6, Younger Than Yesterday, oglądanie zdjęć z dzieciństwa

    patrzę na datę wydania "Halycona..." i nasuwa się tylko jedna, dla niektórych być może ciężka do przełknięcia myśl - klasyczne rozumiany indie rock umarł. doczłapał do poczciwej starości i w naturalnym rozkładzie zdewaluowały się jego walory, opadł z sił i mocy sprawczych do walki o "większe znaczenie" w świecie muzyki.
    i myślę sobie, że z powyższą deklaracją mogę brzmieć jak jakiś "nienadążający boomer".
    podobny osąd, wśród bardziej doświadczonych odbiorców, mógł już padać dużo wcześniej, bo bardziej hardcorowi i ortodoksyjnie oddani ideałom słuchacze amerykańskiego indie, zwiastowali jego upadek w momencie gdy Modest Mouse, na wysokości Moon & Antarctica wyemigrowało z blaszanego garażu do większej wytwórni. ale nie dajmy się zwariować, terminologia się upłynniła, etos się spłaszczył, ale banał o "muzyce, która się sama obroni" zawsze będzie aktualny, bez względu na ideały.

    w tej schyłkowej narracji Halycon Digest odgrywa znaczącą, ale niemal całkowicie wyjałowioną z patetycznych tonów rolę. wydane przez Deerhunter 3 lata wcześniej Microcastle padło ofiarą środowiskowego hajpu, zostało namaszczone p4kowym BestNewMusic kiedy ten tytuł miał jeszcze jakiekolwiek znaczenie i z miejsca wpisało się w kanon /mu/core. a jak to zwykle bywa z hajpem, tak szybko jak balonik napełnił się od zachwytów i zanieczyścił okazjonalnymi hejtami, tak samo szybko stracił na objętości, i po czasie nikt już nie mówi o zbawcach gitarowej alternatywy.
    na wspomnianym wyżej Microcastle, Bradford Cox z ekipą mieli fantazję i chęci żeby sięgać po drugie, trzecie, czwarte... dno drążenia sensu istnienia utopionego w dreampopowej wszechrzeczy, tak na wydanej w 2010 roku płycie, postawili na dojrzale kłaniający się w pas rockowej historii zestaw kompozycji.

    właśnie to uderzyło mnie najdosadniej gdy po latach wróciłem do Halycon Digest.
    jego treściwa przyzwoitość, grzecznie ułożona na kompozycjach i oślepiająca powidokiem uczciwie przetwarzanych zapożyczeń i inspiracji. od wychodzącego na główny plan, country-rockowego żucia tytoniu spod znaku The Byrds, po ospale spadające pod powierzchnie Floydowskie ballady, aż po psych-popowe wycieczki przywodzące momentami na myśl brzmienie Manzarkowego klawisza, czy też dokonania Velevet Underground.
    do tego dorodny mix, barokowo-lustrzana produkcja (z kumulacją na bajkowym Helicopter), głębokie, pełne brzmienie okrywające się w bardziej dramatycznych i depresyjnych momentach "musique-concretowymi" efektami, szczególnie słyszalnymi na otwierającej album, enigmatycznej kontemplacji o stworzeniu świata pod postacią Earthquake. dorzućmy trackliste ułożoną w taki sposób, że serwuje słuchaczowi przemyślaną, meta-przejażdżkę o podświadomym usypianiu i pobudzaniu zainteresowania jej treścią. i nie możemy zapomnieć o tym, że w gruncie rzeczy to płyta, która traktuje właśnie o uczuciu dziewiczej, nieco naiwnej i szczeniackiej pogoni za nowo poznawaną muzyką, która dojrzewa, rozwija się i przeżywa rozczarowania razem z nami...

    pokaż spoiler rezultat jest tego taki, że Halycon Digest to album, który jak żaden inny z tej dekady, nadaję się do "wdrażania" na początkowe poziomy doznawania, jakkolwiek niedefiniowalnej, muzyki niezależnej. a ja sam, będąc już dziadem, chętnie do niego wracam i będę wracał...¯\\_(ツ)_/¯
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Ależ to był wczoraj śliczny koncert Miraski!

    The Twilight Sad okazał się być jednym z tych zespołów, które na żywo brzmią jeszcze korzystniej, aniżeli na nagraniach ze studia. Pan wokalista James Graham, poza kunsztownym operowaniem głosem (dodatkowo bogatym w twardy, bardzo charakterystyczny szkocki akcent), posiada także istotną skłonność do wpadania w egzaltację i wkłada dużo serca w oprawę występu, dzięki czemu te kawałeczki jeszcze wydatnie zyskiwały na efektowności. Przy każdym jednym utworze James pląsa po scenie, tańczy, podryguje, skacze, kręci się -- a podczas tego wczorajszego występu w warszawskim klubie Hydrozagadka, w trakcie jednego ze swoich większych scenicznych uniesień, on tam wydawał się nawet przez chwilę przeżywać coś, co bardzo przypominało nam atak epilepsji... coś trochę jakby taki Ian Curtis w latach świetności #pdk

    Bardzo martwi mnie mała popularność tego zespołu, nawet w tzw. kręgach alternatywnych; to jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe... coś jakby ludzie woleli męczyć ad infinitum ten sam wybór kawałeczków #thecure oraz #joydivision, natomiast takie śliczne nowości jak ta, nawet pomimo ich relatywnej przystępności, z zasady w ogóle ich nie interesowały... a nie czekaj, przecież w istocie, to właśnie tak wygląda ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Ciekawostka: małej popularności zespołu nieco pomogły występy w roli supportu The Cure oraz oficjalna rekomendacja od Roberta Smitha... i zapewne to właśnie dzięki temu było nas tam wczoraj na tym koncercie pewnie nawet nieco ponad 100 osób, a nie np. 15 (✌ ゚ ∀ ゚)☞

    Śpieszcie się słuchać Mirasy Drogie, zanim oni się rozpadną albo staną się modni!!!

    The Twilight Sad - The Arbor:

    #muzyka #rock #postpunk #shoegaze #indierock #alternativerock
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #dreampop

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Piosenki.

    #24
    Day Wave - Deadbeat Girl

    Gatunki: indie rock, dream pop, jangle pop
    RIYL: The Drums, The Smiths, #justindieshit, bezludne plaże, wesołe miasteczka po zmroku, fioletowy make-up

    strona 198 - piosenki na napisy końcowe...

    co by nie mówić, mijająca dekada rozpieszczała każdego kto ukochał sobie wydawane na własną rękę, lo-fi-indie-przynudzanko.
    bandcamp, soundcloud i inne platformy, jako wsparcie niezależnych labeli, stały się niezwykle wdzięcznym medium dla działających w takiej stylistyce artystów. jednak w zdecydowanej większości, tego typu muzyka zaczyna się i kończy na samym bezpiecznym „przynudzanku”. operującym ulotną nastrojowością, ułożeniem ścian dźwięku w skuteczną, ale prostą muzycznie całość. oczywiście nie ma w tym nic złego, jeżeli ktoś potrafi tymi wartościami ujmująco operować, ale ciężko wśród tego natłoku artystów, wyciągnąć kogoś wyróżniającego się i oryginalnego. dzisiejszy numer, wpisujący się w omawiany nurt, ma do zaoferowania coś więcej, nie bojąc się zderzenia z bardziej skomplikowanym tekstowo i muzycznie tonem, melancholijnie interpretując wczesne dokonania Beach Boysów, w pochmurnie post-punkowym scenerii.

    wszystkie niepozorne utwory - pamiętajcie by bacznie ich nasłuchiwać i szukać swojego własnego „Deadbeat Girl”, bo paradoksalnie to właśnie numery tego typu, wymagają od nas największych pokładów zrozumienia i cierpliwości. musimy się do nich obopólnie przyzwyczaić i przywyknąć. jednak nie jest to zrozumienie tożsame z przyswajaniem akademickiej wiedzy, nudnych regułek, czy interpretowaniem skomplikowanych wykresów. wspomniana cierpliwość i przyzwyczajenie powinny rozwiać nieco wątpliwości - moc sprawcza spoczywa na sferze czysto emocjonalnej. może dla niektórych to banał, truizm ale jak czegoś po prostu nie czujecie, to na nic się zda nawet największa determinacja. tak samo jest z ludźmi, z którymi się spotykamy i chcemy przemierzać świat, stojąc na wspólnie narysowanym mianowniku.

    ja sam, zaczynając wspólną historię z nieśmiałą Deadbeat Girl, już przy pierwszym wymienionym spojrzeniu czułem, że coś jest na rzeczy. że ktoś w moim imieniu próbował podpisać się na dokumentach upoważniających do oddania najważniejszego organu w moim ciele.
    miłosny zawód zawarty w słowach piosenki, dopełniany janglepopowo zawstydzaną dreampopową mgiełką, musiałem początkowo doglądać zza zaparowanej szyby. po omacku przemierzając powierzchnię jej bladego, nie dającego się opalić w kalifornijskim słońcu ciała.
    usilnie wypatrując sensu w jej oczach, zrozumiałem, że żeby w tym wszystkim trwać, muszę bezgranicznie ją pokochać, wraz z jej osobistą pustką i wspólnie dzielić z nią wszystkie, w szczególności te gorsze chwile. żeby chować ego do kieszeni i pamiętać, że nie cierpi gdy zapominam wyrzucić papierek po budyniu do śmieci...

    pokaż spoiler piosenka na napisy końcowe, ale trzeba dodać, że to serial, do tego tasiemiec i będzie miał jeszcze wiele sezonów.(⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #godelpoleca #muzyka #indierock #rock

    #dekadawmuzyce - podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

    Piosenki.

    #25
    Wavves - Super Soaker

    Gatunki: indie rock, surf punk, noise pop
    RIYL: Ty Segall, Ramones, wczesne Cloud Nothings, picie piwa w pełnym słońcu, chodzenie w butach bez skarpetek

    dwa dni temu, oddając się zamulanku i przeczesywaniu codziennego feedu zalewającego moją bańkę, trafiłem na ciekawy cytat Boba Dylana o Cobainie. "that kid has heart", rzekł podobno Bob po tym jak usłyszał Nirvanę wykonującą "Polly". sam Kurt, jak na buntownika przystało, nie przyjął tego zbyt entuzjastycznie i nie poczuł się zaszczycony takim błogosławieństwem z ust legendy.
    nie wiem czy gdyby Dylan usłyszał Super Soakera powiedziałby to samo Nathanie Williamsie (liderze Wavves). myślę, że coś bardziej w stylu - te dzieciaki z Kalifornii mają lepsze dragi niż kiedyś.

    nie bez powodu piszę w pierwszym akapicie zarówno o gościu, który nieformalnie zalegalizował dostęp do lekkich narkotyków w muzyce pop i Cobainie, który musiał nawiedzić wokalistę Wavves podczas jednego z (good)-tripów, mówiąc mu, że "od teraz będziesz moim nowym wcieleniem, i w końcu będę mógł wymienić te flanele na hawajską koszulę". nie dajmy się zwieść i wpaść w porównawczą pułapkę - tu nie chodzi tylko o brzmienie, i same kompozycje, tylko o pewnego rodzaju slackerski duch, punkowy etos, który podtapiany surf-rockową falą również ma powody do buntu.

    nie będę udawał, że niektóre zjawiska i dzieła kultury niegdyś nam bliskie, mogą po czasie stracić w naszych oczach na wartości - wtedy przychodzą z pomocą poczciwe sentymenty. bo przebojowy wigor i młodzieńcza głupota wciąż dudnią na hałaśliwym albumie King of the Beach (2010), sporadycznie ubogacanym rozgrzanymi od Los Angelowskiego słońca psychodelikami.
    jednak ja już nie jestem ten sam co 10 lat temu. nie mógłbym wybić szyby gołą ręką, ani nie wspiąłbym się na dach dwupiętrowego domku, żeby przespać tam noc pod gołym niebem. ale Super Soaker ma na zawsze szczególne miejsce w moim serduszku. nie zostawiając suchej nitki na poczuciu wstydu i prostując wątpliwości o tym co jest najbardziej zaraźliwym podmuchem gitarowego wiatru tej dekady.
    1:38 - dalej mam ciarki jak słyszę to wejście i aż mam ochotę zrobić coś głupiego, zapominając, że to nigdy się dobrze dla mnie nie kończyło...

    pokaż spoiler jedna rzeczy mi jeszcze nie daje spokoju, o co chodzi z tym Billem Clintonem? może rzeczywiście "trzecia droga" nie była tak głupim rozwiązaniem? ¯\\_(ツ)_/¯
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: DuzyZlyWilk, j.........k +9 innych
  •  

    #godelpoleca #muzyka #pjharvey #indierock

    Dekada w muzyce.

    #dekadawmuzyce - moje podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce. dwa rankingi - 30 piosenek i 30 albumów.

    Piosenki.

    #28
    PJ Harvey - The Community of Hope (2016)

    Gatunki: singer-songwriter, alternative-rock, folk-rock
    RIYL: John Lennon, Patti Smith, Lou Reed, wampiry, ofertę śniadaniową w McDonalds, filmy Jarmusha

    jest w moim uwielbieniu do Community of Hope, jakaś doza absurdu i skrajnie subiektywnej głupoty. już tłumaczę co mam na myśli. PJ Harvey - chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. fantastycznie przyjęte przez krytykę Let the Englad Shake z 2012 roku, wydaje się być pewnego rodzaju przypieczętowaniem jej wieloletniej kariery. a ja nie do końca potrafię się zachwycić "rozliczeniową liryką" wspomnianego albumu. historyczno-militarna istota tekstów, w połączeniu z sięganiem po tradycyjnie-muzyczne rozwiązania, po prostu mnie nuży i odstrasza. ale może to ja nie dorosłem do tego typu sztuki? albo to PJ nie potrafiła jej sprzedać, bez rezygnacji ze swoich głównych atutów znanych z poprzednich lat twórczości? kto wie...

    dzisiejszy kawałek jest czymś zupełnie innym niż wspomniany wcześniej album, skupia się na tym co tu i teraz. jednak Polly Jean w tym przypadku też nie pozostaje nietykalna i role się odwracają, bo już nie moja skromna persona podważa wartość jej twórczości, a właśnie spora część krytyki. nie chce zbytnio zgłębiać tematu, bo łatwo będzie popaść w przesadną analizę i interpretatorskie zacietrzewienie, a to nie o to chodzi. opisywana piórem Harvey waszyngtońska dzielnica Ward 7 jawi się jako obraz upadającej ameryki. jedna restauracja na krzyż, bieda, bezdomni, narkotyki a wokół tego ludzie niczym zombie, żyjący z nadzieją na lepsze jutro. nadzieją która cynicznie, wręcz prześmiewczo sprowadzana jest przez PJ do konsumpcyjnego rytuału, który ma być zwieńczony budową kolejnego Walmartu, w zadość uczynienie za wolnorynkowa katastrofę.

    być może autorka nie rozumie, nie czuje kontekstu, nie ma zaplecza i doświadczeń nabytych na drodze zgłębiania problematyki lokalnej społeczności. ktoś może się słusznie poczuć urażony tym jak opisuje rzeczywistość. inny mogą uznać, że z pozycji uprzywilejowanej artystki wykorzystuje niedostatki i tragedie dziejące się na co dzień, jedynie w ramach kolejnej pożywki i inspiracji dla własnej twórczości. ale nie zmienia to faktu, że w tym szorstko-gorzkim tekście jest ogrom, politycznie niepoprawnej prawdy. co w połączeniu z przewrotnie-gospelowym zaśpiewem refrenów, startym głosem PJ i podniośle wykładaną goryczą daje poczucie dziwnie oczyszczającego, wzruszającego komunikatu.
    a tak dla podsumowania - mam wrażenie, że na nagranie takiego kawałka mógłby się porwać Lennon w okresie tworzenia protest-songów. nawet z barwą głosu i samą muzyką mu po drodze - i to smutne, że niegdyś ta sama piosenka, byłaby równie aktualna co teraz.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  
    V.........f

    +9

    Kasabian - Where Did All The Love Go?
    #muzyka #rock #kasabian wg wiki #indierock ¯\_(ツ)_/¯

    źródło: youtube.com

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #indierock

0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:1,0:0

Archiwum tagów