•  

    Sondy von Neumanna - sposób na kolonizację Drogi Mlecznej?

    Droga Mleczna obfituje w miliardy gwiazd oraz planet, które znajdują się w niebotycznych odległościach od Ziemi. Spoglądając na ogrom naszej galaktyki, często zastanawiamy się nad tym, czy kiedykolwiek dotrzemy do obcych światów. Załogowe podróże międzygwiezdne wciąż pozostają dla nas sferą marzeń, zaś sondy kosmiczne nie są w stanie dolecieć nawet do najbliższych układów planetarnych. Mimo to, istnieje koncepcja hipotetycznego urządzenia, które może się okazać bardzo pomocne w eksploracji dalekiego kosmosu. Wg naukowców sondy von Neumanna, czyli samoreplikujące maszyny mogą doprowadzić do kolonizacji nawet całej Drogi Mlecznej. Wersja wideo tej tematyki znajduje się tutaj ---> link więc zachęcam do oglądania, a poniżej znajduje się wersja pisana:

    Sonda von Neumanna bierze swoją nazwę od nazwiska Johna von Neumanna, który był amerykańskim fizykiem i matematykiem węgierskiego pochodzenia. Ten genialny naukowiec zajmował się m.in. projektowaniem urządzeń, które mogłyby konstruować własne kopie. Takie urządzenia nazywane są maszynami samoreplikującymi. Koncepcja ta zakłada, że maszyna uzyskuje energię i surowce ze środowiska, po czym przetwarza surowce w swoje elementy i montuje z nich swoją kopię. W ten sposób bez ingerencji człowieka, maszyna mogłaby wyprodukować dowolną ilość swoich kopii.

    W 1949 roku John von Neumann jako pierwszy zaproponował model takiej maszyny. Koncepcja zakładała, że maszyna będzie wykorzystywać magazyn części zamiennych jako źródło surowców, niezbędnych do stworzenia duplikatu. 6 lat później pomysł ten został spopularyzowany dzięki publikacji w magazynie Scientific American. Sam Neumann nigdy nie łączył idei samoreplikujących maszyn z eksploracją kosmosu, jednak w późniejszych latach połączono oba pomysły. Zaowocowało to powstaniem koncepcji samoreplikującej sondy kosmicznej, nazywanej sondą von Neumanna.

    Idea takich sond pojawiała się w wielu książkach z gatunku science-fiction. Jako pierwszy w literaturze naukowej temat ten poruszył brytyjski informatyk Michael Arbib. W 1980 roku amerykański fizyk Robert Freitas przedstawił szczegółową analizę takiej sondy. Urządzenie zostałoby wysłane do sąsiedniego układu gwiezdnego, gdzie korzystając z surowców naturalnych wydobytych np. z planetoid czy księżyców zbudowałoby swoje kopie. Następnie kopie zostałyby wysłane do kolejnych systemów, powtarzając cały proces i powielając się w tempie wykładniczym. Ilość sond zaczęłaby się znacznie powiększać, co doprowadziłoby do ciekawych rezultatów.

    Robert Freitas przyjął dwa założenia. Po pierwsze, uznał, że sondy mogłyby uzyskać prędkość przelotową równą 10% prędkości światła dzięki zastosowaniu napędu jądrowego. Rozmiar sondy mógłby być bardzo niewielki, co pozwoliłoby uzyskiwać ogromne prędkości. Po drugie, sondy raz na 500 lat zakładałyby fabrykę samoreplikujących się sond pracującą z wydajnością jednej sondy na 500 lat. W ten sposób wg obliczeń Freitasa wszystkie sondy mogłyby dotrzeć do wszystkich gwiazd w Drodze Mlecznej w ciągu pół miliona lat. Taki czas w kosmicznej skali wydaje się naprawdę niewielki. Prędkość sond można by zwiększyć np. do 20% prędkości światła co przyspieszyłoby kolonizację Drogi Mlecznej. Z drugiej strony nawet zmniejszenie prędkości do zaledwie 1% prędkości światła wciąż pozwoliłoby na relatywnie szybki podbój całej galaktyki. W tym momencie pojawia się istotny problem – czy takie sondy służyłyby do kolonizacji czy też może do nieco innych celów?

    Każda sonda po zbudowaniu kopii mogłaby przystąpić do wykonywania wyznaczonego wcześniej zadania. Wyróżnia się kilka wariantów zastosowania takich sond. Pierwszy z nich odnosi się do obcych cywilizacji i próby nawiązania z nimi kontaktu. Gdyby sonda w którymś układzie gwiezdnym natrafiła na ślad inteligentnych istot, mogłaby próbować nawiązać z nimi kontakt. Aby tego dokonać, niezbędne byłoby wyposażenie sondy w zaawansowaną sztuczną inteligencję oraz możliwie dużą wiedzę na temat ludzkiej cywilizacji i kultury. Pozwoliłoby to sondzie przeprowadzać pełną interakcję z obcymi na miejscu, niezależnie od tego jak daleko byłoby to od Ziemi.

    Takie sondy komunikacyjne nazywane są sondami Bracewella, od nazwiska fizyka, który zaproponował taki rodzaj komunikacji z kosmitami. W przypadku gdyby sonda natknęła się na cywilizację, która byłaby od nas bardziej rozwinięta, to kwestia komunikacji mogłaby się odbyć w sposób bezpośredni. Z kolei jeśli sonda trafiłaby na dość prymitywne istoty, np. takie jak ziemski Homo Erectus, to mogłaby zostać zaprogramowana tak, aby je spokojnie obserwować lub też wpłynąć na ewolucję ich życia. Taki wariant został zaprezentowany w znakomitym filmie 2001 Odyseja Kosmiczna, gdy monolit będący sondą kosmiczną pojawił się przed hominidami, wpływając na ich rozwój. Co ciekawe, brytyjski fizyk Paul Davies zasugerował możliwość istnienia obcych sond takiego typu w naszym układzie, np. na Księżycu.

    Kolejny wariant sond to tzw. sondy Berserk, które byłyby przeciwieństwem sond Bracewella. Zamiast szukać nici porozumienia z obcymi istotami, zostałyby zaprogramowane do wyszukiwania i niszczenia wszelkich form życia które napotkają. Nazwa "Berserk" pochodzi z serii książek science-fiction autorstwa Freda Saberhagena, w której ludzkość prowadzi wojnę z maszynami tego typu. Wg autora, w takim wariancie złowroga cywilizacja zapewne wysyłałaby znacznie więcej kopii do każdego systemu gwiezdnego. Sondy tworzyłyby roje i unicestwiałyby wszystko co napotkają na swojej drodze. Takie urządzenia mogłyby być tworzone przez szczególnie ksenofobiczne cywilizacje, bądź też powstawać w wyniku jakichś błędów lub "mutacji" w bardziej pokojowych sondach.

    Następny wariant to tzw. sondy kolonizacyjne. W tym wariancie urządzenia zostałyby zaprogramowane do tego aby rozsiewać życie po całej galaktyce. Taka sonda przechowywałaby w jakiejś postaci zalążki życia z macierzystej planety, potencjalnie również gatunku który ją stworzył. Po znalezieniu planety mającej odpowiednie warunki lub też nadającej się do terraformowania, próbowałaby stworzyć na niej odpowiednią biosferę. Aby tego dokonać zaawansowana sonda ożywiałaby przechowywane embriony lub też tworzyłaby za pomocą nanotechnologii organizmy według instrukcji zapisanych w pamięci.

    Takie rozwiązanie mogłoby służyć terraformowaniu i przygotowaniu miejsca pod przyszłą kolonizację. Gdyby jednak planeta znajdowała się o tysiące lat świetlnych od macierzystej planety to być może sama sonda rozpoczęłaby proces kolonizacji. Sztuczna inteligencja zaprogramowana w sondzie przechowywałaby wiedzę i kulturę swoich twórców oraz potrafiłaby wychować i wyedukować ich nowe pokolenie. Nie wiadomo jednak czy cywilizacja dysponująca tak rozwiniętą technologią potrzebowałaby w ogóle kolonizować inne planety.

    Jak na razie nasz poziom techniki nie pozwala na stworzenie sond von Neumanna. Takie kosmiczne urządzenia wciąż pozostają melodią przyszłości, kiedy to zapragniemy wejść w kontakt z inną cywilizacją, skolonizować inne światy lub też po prostu prowadzić międzygwiezdne badania. Niewykluczone jednak, że gdzieś w Drodze Mlecznej już dawno temu istniały zaawansowane cywilizacje, które zbudowały takie sondy. To prowadzi nas do bardzo ciekawego problemu. Skoro w naszej galaktyce istnieje tyle miliardów planet na których powinny się rozwinąć inteligentne istoty to dlaczego nie natknęliśmy się dotąd na żadną samoreplikującą sondę kosmiczną?

    Wg obliczeń Roberta Freitasa wystarczyłoby pół miliona lat aby odpowiednio rozwinięta cywilizacja była w stanie wysłać sondy do wszystkich układów gwiezdnych w Drodze Mlecznej. Dodatkowo zdaniem grupy astrofizyków z Uniwersytetu Cornella, ponad 75% gwiazd znajdujących się w strefie Drogi Mlecznej, która sprzyja powstawaniu życia, jest starszych od naszego Słońca. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, że kosmiczne cywilizacje byłyby znacznie starsze od ziemskiej. Mimo to, nie zaobserwowaliśmy żadnej obcej sondy kosmicznej. Istnieją trzy wyjaśnienia tego problemu.

    Pierwszy z nich, bardzo pesymistyczny i smutny, zakłada, że jesteśmy sami we wszechświecie lub też że żadna cywilizacja w Drodze Mlecznej nigdy nie osiągnęła takiego poziomu aby wysyłać sondy von Neumanna. Amerykański fizyk Frank Tipler wskazywał, że brak takich sond sugeruje, że kosmici zwyczajnie nie istnieją. W odpowiedzi Carl Sagan stwierdził, że odpowiednio zaawansowana cywilizacja starałaby się zniszczyć takie sondy, w obawie, że ich zawrotne tempo replikacji zacznie stanowić zagrożenie. Dodatkowo niewykluczone, że wiele zaawansowanych cywilizacji uległo autodestrukcji z powodu wojen jądrowych lub kosmicznych katastrof, zanim jeszcze mogli wysyłać takie sondy.

    Kolejne wyjaśnienie może być takie, że samoreplikująca się sonda znajduje się w pobliżu Ziemi, ale my nie jesteśmy tego świadomi. Być może urządzenie obcej cywilizacji monitoruje rozwój życia na naszej planecie już od tysięcy lat, jednak zostało tak zaprogramowane aby w ogóle nie interweniować. Milczący obserwator prowadzi jedynie badania naszej kultury oraz naszego rozwoju i przesyła dane na macierzystą planetę. Taki wariant kojarzy się z hipotezą zoo, zgodnie z którą obcy nie nawiązują z nami kontaktu, gdyż wolą nas obserwować, w oczekiwaniu aż osiągniemy odpowiedni poziom rozwoju.

    Ostatnie wyjaśnienie zakłada, że taka sonda dotarła na Ziemię już bardzo dawno temu i wpłynęła na rozwój życia na naszej planecie. Być może stało się to już kilka miliardów lat temu, gdy takie urządzenie zasiało zarodniki życia na Ziemi w postaci bakterii. Przypomina to nam hipotezę panspermii kierowanej poruszaną w jednym z poprzednich odcinków. Inny wariant tego wyjaśnienia zakłada, że tak jak w Odysei Kosmicznej, jakiś rodzaj inteligentnej sondy wpłynął na rozwój pierwszych ziemskich hominidów, niejako naznaczając ich dalszą ścieżkę ewolucji. Kwestia tego, czy odwiedziły nas kiedyś sondy von Neumanna pozostaje niewiadomą. Jeśli nas odwiedziły to raczej nie były to sondy typu Berserk. Co prawda Ziemia przeżyła w swojej historii wiele masowych wymierań, jednak ciężko uwierzyć aby zaprogramowana, inteligentna sonda całkowicie nie eksterminowała życia na danej planecie.

    Sondy von Neumanna to interesujący przykład na to jak można eksplorować kosmos. Mogą służyć jako kosmiczna arka życia, jako rodzaj urządzenia do komunikacji z innymi cywilizacjami lub też do eksterminacji obcych form życia. Być może Ziemianie już niebawem zaczną opracowywać takie urządzenia. Tylko od nas zależy czy użyjemy ich do celów pokojowych czy też raczej wrogich. Kto wie, może to my jako pierwsi skolonizujemy całą Drogę Mleczną.

    Zapraszam na kanał na youtube ---> link oraz do obserwowania tagu #kosmiczneopowiesci

    #eksploracjakomosu #nauka #technika #kosmos #kosmiczneopowiesci #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #wszechswiat #ufo #rozrywka
    pokaż całość

    źródło: zdjecie12.jpg

  •  

    Hipoteza Panspermii - czy życie przybyło na Ziemię z kosmosu?
    Pochodzenie życia na Ziemi do dziś stanowi jedną z największych zagadek nauki. Spoglądając na naszą planetę, widzimy ogromną ilość różnorodnych form życia. W bardzo odległych czasach było jednak zupełnie inaczej i na Ziemi nie rozwijały się jeszcze żadne organizmy. Pytanie o to jak powstało życie na Ziemi doczekało się kilku różnych hipotez. Jedną z nich jest panspermia, a więc hipoteza, która zakłada że życie dotarło na Ziemię z kosmosu. Wersja wideo znajduje się tutaj --> link więc zachęcam do oglądania, zaś poniżej znajduje się wersja pisana:

    Od zarania dziejów ludzie zastanawiali się nad tym jak powstało życie. Tysiące lat temu nasi przodkowie nie posiadali dzisiejszej technologii ani wiedzy, przez co ich rozważania były znacznie ograniczone. Mimo to w V w.p.n.e. grecki filozof Anaksagoras rozważał możliwość, zgodnie z którą życie mogło przybyć na Ziemię z wszechświata. Przez następne wieki pomysł Anaksagorasa został zapomniany, jednak dziś ten grecki filozof jest często wymieniany jako inicjator hipotezy panspermii. Wraz z rozwojem biologii oraz fizyki, coraz więcej osób zaczęło dochodzić do podobnych wniosków co Anaksagoras.

    W XIX wieku temat kosmicznego pochodzenia życia na Ziemi rozwijali tacy naukowcy jak Berzelius, Richter czy Kelvin. W 1903 roku szwedzki chemik oraz fizyk Svante Arrhenius sformułował hipotezę panspermii w swoim artykule zatytułowanym ‘Dystrybucja życia w kosmosie’. Arrhenius był głównym propagatorem panspermii na początku XX wieku, sugerując że życie rozprzestrzenia się w kosmosie za pomocą bakterii. W późniejszych latach dołączyli do niego m.in. tacy naukowcy jak Fred Hoyle, Francis Crick czy Chandra Wickramasinghe, a wielu innych uważa tę hipotezę za prawdopodobną.

    Panspermia ma co najmniej pięć różnych wariantów – niektóre z nich dotyczą naturalnego przepływu bakterii w kosmosie, zaś inne są związane z obcymi cywilizacjami. Panspermia może zachodzić w skali międzyplanetarnej oraz międzygwiezdnej. Głównym założeniem panspermii jest to, że życie przybyło na Ziemię z kosmosu w postaci unoszących się w przestrzeni kosmicznej przetrwalników bakterii. Proces ten miałby się odbyć za pomocą komet, meteoroidów, planetoid a także sond kosmicznych. W ten sposób zalążki życia w postaci zarodników mikroorganizmów mogłyby się przenosić w kosmosie po różnych układach gwiezdnych.

    Pierwszym z pięciu wariantów panspermii jest tzw. Radiopanspermia. Wariant ten rozważał Svante Arrhenius, sugerując, że mikroskopijne bakterie mogłyby przetrwać w przestrzeni kosmicznej, będąc napędzane przez wiatr słoneczny. Takie rozwiązanie ma jednak kilka wad. Po pierwsze, wraz ze wzrostem rozmiarów oraz masy bakterii, skuteczność tej metody drastycznie maleje. Po drugie, Josif Szkłowski oraz Carl Sagan uznali, że metodę tę całkowicie pogrążyłoby śmiertelne działanie promieniowania kosmicznego. Zwolennicy radiopanspermii wpadli zatem na pomysł, aby osłaniać bakterie przed śmiertelnym promieniowaniem ultrafioletowym. Wg badań, w ten sposób zarodniki mogłyby przetrwać nawet do 6 lat w przestrzeni kosmicznej. Zważywszy na odległości międzygwiezdne taki wariant panspermii nie byłby jednak zbyt efektywny. Dodatkowo, w przypadku radiopanspermii bardzo łatwo o uszkodzenie DNA.

    Następny wariant panspermii to tzw. „teoria śmietnika” czyli przypadkowa panspermia, którą w 1960 roku opracował profesor astronomii Thomas Gold. W tym przypadku za panspermię odpowiedzialni byliby przedstawiciele obcej cywilizacji. Zdaniem Golda, w bardzo odległych czasach na Ziemi zjawiliby się członkowie zaawansowanej kosmicznej cywilizacji. Po zbadaniu naszej planety, oddaliliby się w stronę kosmosu, ale zanim by to zrobili, zostawiliby na Ziemi jakiegoś rodzaju śmieci, w których byłyby przechowane zarodniki życia. W ten sposób, przez przypadek zasialiby życie na Ziemi. Pomysł przypadkowej panspermii jest interesujący, jednak prawdopodobieństwo pozostawienia zarodników życia w śmieciach wydaje się niezbyt wysokie.

    Kolejny wariant panspermii nazywany jest litopanspermią. W tym przypadku zarodniki życia dotarłyby na Ziemię za pomocą materiałów skalnych. Takie materiały zostałyby wyrzucone z własnej planety lub innego ciała niebieskiego przez kosmiczną kolizję. Meteoryty podróżowałyby przez kosmos aż w końcu trafiałyby na odpowiednią planetę, co w odległej przeszłości miało się przytrafić także i Ziemi. Następnie drobinki życia adaptowałyby się do nowego środowiska i zaczęłyby się rozwijać. Podstawowym zarzutem wysuwanym przeciwko temu wariantowi była kwestia przetrwania żywych organizmów w przestrzeni kosmicznej. Zarodniki musiałyby przetrwać kosmiczną kolizję, podróż w przestrzeni kosmicznej bez ochronnej atmosfery oraz przy bardzo niskich temperaturach, a także wejście w atmosferę planety. Co prawda komety i asteroidy mogły mieć duże znaczenie w dostarczaniu na Ziemię substancji organicznych w początkowym okresie istnienia naszej planety, jednak czy zalążki życia mogłyby na nich przetrwać?

    Przez wiele lat odpowiedź na te pytanie wiązano z pewnym wydarzeniem, które miało miejsce podczas księżycowej misji Apollo 12. Członkowie tej wyprawy w 1969 roku przywieźli na Ziemię elementy lądownika Surveyor 3, które znajdowały się na powierzchni Księżyca w warunkach próżni kosmicznej przez ponad 2 lata. W trakcie badań, w jednej z kamer odkryto bakterie, które po czterech dniach na pożywce wznowiły funkcje życiowe. Wydawało się, że ten przykład potwierdza słuszność hipotezy panspermii, jednak późniejsza analiza wykazała, że mogło dojść do skażenia w laboratorium. Przez kolejne lata szukano innych przypadków, które mogłyby wykazać czy transport życia na kometach i asteroidach jest możliwy. Potwierdzenie przyszło w 2014 roku podczas eksperymentu przeprowadzonego na Uniwersytecie w Zurychu.

    Eksperyment wykazał, że plazmidy są w stanie przetrwać lot kosmiczny na powierzchni rakiety, w tym najbardziej krytyczny moment jakim jest wejście w atmosferę. Plazmidy to cząsteczki pozachromosomowego DNA występujące w cytoplazmie komórki, zdolne do autonomicznej replikacji. Wg badaczy cząsteczki DNA w dużej części były w stanie funkcjonować, przekazując informację genetyczną. Dodatkowo, przetrwalniki bakterii potrafią przetrwać w bardzo rozrzedzonej atmosferze na wysokości kilkudziesięciu kilometrów. Niewielkie ilości skały w bardzo dużym stopniu ograniczają negatywne skutki występującego w przestrzeni kosmicznej promieniowania na ich materiał genetyczny. Tak więc mogłyby one teoretycznie przenosić się np. w meteorytach i ożywić w korzystnych warunkach na innej planecie.

    Kolejnym wariantem jest tzw. pseudopanspermia, nazywana również miękką panspermią. Wg tego przypadku związki organiczne budujące zarodniki życia zostałyby włączone do mgławicy, z której powstają układy planetarne. Następnie takie zarodniki byłyby transportowane na powierzchnię planet, co skutkowałoby powstaniem na nich życia.

    Ostatni wariant panspermii to tzw. panspermia kierowana. Ten wariant również jest związany z obcymi cywilizacjami w kosmosie, ale wydaje się znacznie bardziej ciekawy od przypadkowej panspermii. Przedstawiciele zaawansowanej cywilizacji mieszkający gdzieś w Drodze Mlecznej, postanowiliby zasiać życie na bardzo odległych planetach. Aby tego dokonać, zbudowaliby specjalne statki-tarcze, które chroniłyby życie przed promieniowaniem kosmicznym. Zaprojektowaliby je tak, aby potrafiły się zaadaptować do odpowiednich warunków panujących na danej planecie. Wysłaliby tysiące lub nawet miliony takich statków w kierunku różnych gwiazd, a być może jedna z nich dotarłaby dawno temu na planetę Ziemię. Taka modyfikacja hipotezy panspermii omija argument, wg którego życie zostałoby zabite przez promieniowanie. Dodatkowo, to jedyny wariant, w którym życie zostałoby zasiane rozmyślnie.

    Koncepcja panspermii stara się wyjaśnić pochodzenie życia na Ziemi, jednak nie wyjaśnia pochodzenia życia samego w sobie. Panspermia przenosi jedynie ten problem na inną planetę lub obiekt kosmiczny i nie podaje żadnego wyjaśnienia jak powstało życie w miejscu, z którego te przybyło na Ziemię. Mimo to jest to bardzo ciekawa hipoteza, składająca się z kilku różnych wariantów. Dwa przypadki panspermii wydają się zdecydowanie najciekawsze i są to litopanspermia oraz panspermia kierowana. Niewykluczone, że życie na Ziemi przywędrowało np. na meteorytach, które uderzają w naszą planetę od początków jej istnienia. Z drugiej strony rozwiązaniem, które znacznie bardziej działa na wyobraźnię jest koncepcja panspermii kierowanej. Czy to możliwe, że przed kilkoma miliardami lat gdzieś w Drodze Mlecznej istniała cywilizacja, która zapragnęła rozsiewać życie za pomocą statków i sond, wyposażonych w zarodniki życia?

    To tylko czyste spekulacje, ale nie można wykluczyć, że jakaś wysoko rozwinięta cywilizacja podjęłaby się takiego celu. Jeśli tak się stało to taka cywilizacja zapewne już dawno wyginęła i nigdy nie dowiedziała się o tym, że na niepozornej planecie Ziemia zakwitły różnorodne formy życia, w tym człowiek tworzący cywilizację techniczną. Taki proces można też odwrócić. Jeśli Ziemianie wkroczą w przyszłości w erę kolonizacji kosmosu to kto wie czy również nie wystrzelą tysięcy sond oraz statków, niosących ze sobą zarodniki życia. Być może któraś z nich dotarłaby na planetę, której warunki sprzyjałyby do rozwoju życia i po miliardzie lat powstałaby tam cywilizacja techniczna, której bylibyśmy ojcami.

    W takich rozważaniach smutna jest myśl, że zapewne nigdy nie spotkalibyśmy się z taką cywilizacją, tak samo jak nigdy nie spotkalibyśmy przedstawicieli cywilizacji, która mogłaby wysłać zarodniki życia na Ziemię. Czy faktycznie tak właśnie było? Niewykluczone, że nigdy się tego nie dowiemy, gdyż dokładne zbadanie początków życia na Ziemi wciąż pozostaje dla naukowców jednym z najtrudniejszych zadań. Być może ziemskie życie powstało samorzutnie, z materii nieożywionej, w wyniku długiego i skomplikowanego procesu. Warto jednak pamiętać także o hipotezie panspermii, która również ma podstawy naukowe i od wielu lat działa na ludzką wyobraźnię. Kto wie, może życie na Ziemi naprawdę przybyło z kosmosu.

    Zapraszam na kanał na youtube --> link oraz do obserwowania tagu #kosmiczneopowiesci

    #nauka #kosmos #wszechswiat #eksploracjakomosu #kosmiczneopowiesci #ciekawostki #zainteresowania #ufo #fizyka #biologia #gruparatowaniapoziomu #rozrywka
    pokaż całość

    źródło: gol4.jpg

  •  

    Kosmiczne megastruktury to hipotetyczne konstrukcje, które mogłyby zostać zbudowane przez wysoko rozwinięte cywilizacje. Celem takich konstrukcji mogłoby być zapewnienie sobie dodatkowej przestrzeni życiowej, kolonizacja kosmosu lub też pozyskiwanie większej ilości energii. Jedną z ciekawszych megastruktur jest Torus Stanforda, czyli ogromna kolonia w przestrzeni kosmicznej, zaprojektowana w latach 70-tych przez naukowców z NASA oraz Uniwersytetu Stanforda. Wersja wideo znajduje się tutaj --> link natomiast poniżej wersja pisana.

    Idea kosmicznych kolonii pojawiła się już w XIX wieku. Amerykański pisarz Edward Everett Hale w 1869 roku napisał powieść „Ceglany księżyc”, w której zawarł pierwszy w literaturze opis stacji kosmicznej, krążącej wokół Ziemi. Była to kula o promieniu 60 m, zbudowana z termicznie odpornych cegieł, umieszczona na orbicie za pomocą olbrzymich kół zamachowych. W tamtych czasach takie struktury wydawały się nieosiągalną fantastyką, jednak od początku XX wieku kilku naukowców zaczęło na poważnie rozmyślać na temat podobnych konstrukcji. W 1903 roku Konstanty Ciołkowski, jeden z pionierów kosmonautyki, spekulował w swojej książce ‘Poza Ziemią’ nad budową obracającej się stacji kosmicznej, na której można by nawet uprawiać rośliny.

    W roku 1929 fizyk John Desmond Bernal zaproponował budowę kosmicznej koloni o populacji 30 tysięcy mieszkańców. Sferyczna skorupa o średnicy 1,6 km miałaby zostać wypełniona powietrzem, a rotacja zapewniałaby sztuczną grawitację. W tym samym czasie słoweński inżynier rakietowy Herman Potocnik rozważał możliwość umieszczenia obracającej się stacji kosmicznej na orbicie geostacjonarnej. Po II wojnie światowej niemiecki uczony Werner von Braun przedstawił wiarygodny opis takiej stacji, zamieszkałej przez ludzi. Jego pomysł, opisany w popularnym magazynie „Collier’s”, polegał na wykorzystaniu okrągłych modułów, połączonych w coś podobnego do koła, co miało wirować, by symulować grawitację. Koncepcje struktur zaproponowanych przez tych wybitnych naukowców, zostały rozwinięte w latach 70-tych, gdy NASA pragnęła zaprojektować system do kolonizacji kosmosu.

    Na początku lat 70-tych NASA zorganizowała serię badań na temat kosmicznych kolonii w Centrum Badawczym im. Josepha Amesa. Kierownictwo NASA jako szefów projektu wybrało Larry’ego Winklera oraz Gerarda O’Neilla, którym towarzyszyli naukowcy i inżynierowie z Uniwersytetu Stanforda. Latem 1975 roku rozpoczęli burzę mózgów nad tym jak miałaby działać taka megastruktura. Po owocnych dyskusjach przedstawili projekt ogromnej kosmicznej kolonii, którą nazwano Torus Stanforda. Nazwą ‘torus’ określa się bryłę geometryczną w kształcie pierścienia. Wyobrażeniem torusa może być powierzchnia obwarzanka lub napompowana dętka rowerowa. Właśnie taki kształt miałaby posiadać ta ogromna struktura, z tym, że dodatkowo w jej środku znajdowałaby się jeszcze centralna część konstrukcji. Podstawowym problemem na który trzeba było znaleźć rozwiązanie była kwestia wytworzenia sztucznej grawitacji, sprawiającej że ludzie mogliby tam spokojnie mieszkać. O’Neill oraz Winkler nie zgadzali się w sprawie częstotliwości obrotu megastruktury, jednak przy pomocy innych naukowców ustalono ostateczne parametry. Cała konstrukcja miała się obracać raz na minutę, przez co dzięki sile odśrodkowej wewnątrz pierścienia powstałaby sztuczna grawitacja na poziomie 0,9 – 1 g.

    Światło słoneczne byłoby dostarczane do wnętrza torusa za pomocą systemu luster. Do odwzorowania ziemskiej atmosfery użyto by dużych, cienkościennych zbiorników ciśnieniowych. Wg projektu Torus Stanforda miałby średnicę 1,8 km i mogłoby tam mieszkać ok. 10.000 ludzi. Taki teren byłby wystarczająco duży, aby można w nim było symulować naturalne środowisko. Wewnętrzna część torusa byłaby wykorzystywana jako przestrzeń życiowa. Gęstość zaludnienia odpowiadałaby temu jakie występuje na przedmieściach, a cała przestrzeń byłaby podzielona na część mieszkalną oraz część przeznaczoną do rolnictwa. Wnętrze konstrukcji przypominałoby długą, wąską, U-kształtną dolinę lodowcową, której końce sięgają ku górze i zamykają się tworząc kompletne koło. Pierścień byłby połączony z centralną częścią za pomocą sześciu 'szprych' o średnicy 15 metrów, które służyłyby jako przejścia dla ludzi oraz odpowiednich materiałów podróżujących z i do pierścienia. Ponieważ centralna część znajdowałaby się w osi obrotu stacji, to doświadczałaby najmniej sztucznej grawitacji i byłaby najłatwiejszym miejscem do dokowania statku kosmicznego.

    Torus Stanforda byłby obiektem o masie ponad 10 milionów ton. Do budowy używano by materiałów wydobytych z Księżyca. Wielka maszyna umieszczona w drugim punkcie Lagrange’a zbierałaby materiały, po czym przenosiłaby je do piątego punktu Lagrange’a, gdzie mogłyby zostać przetworzone, aby zbudować torus. Tylko materiały, których nie dałoby się uzyskać z Księżyca, byłyby przywożone z Ziemi. Alternatywnym źródłem zbierania materiałów mogłoby być pozyskiwanie ich z asteroid. W kolejnych latach rozważano zwiększenie wymiarów pierścienia, dzięki czemu konstrukcję mogłoby zamieszkiwać znacznie więcej, bo nawet 140.000 ludzi. Mimo że od stworzenia projektu minęło ponad 40 lat, NASA nigdy nie spróbowała zbudować takiej megastruktury. Po pierwsze, budowa Torusu Stanforda byłaby bardzo trudnym zadaniem, a po drugie wymagałaby ogromnego budżetu. Wg niektórych szacunków koszt takiego przedsięwzięcia wyniósłby wiele bilionów dolarów.

    Na razie nie zanosi się na to, aby takie konstrukcje powstały z rąk Ziemian. Megastruktury o podobnym kształcie i zastosowaniu występowały m.in. w filmach 2001: Odyseja Kosmiczna oraz Elizjum. Być może kiedyś takie konstrukcje jak Torus Stanforda nie pozostaną jedynie fantastyką naukową, ale staną się realnym przyczółkiem ludzkiej cywilizacji w przestrzeni kosmicznej. Prawdopodobnie pierwszym krokiem byłaby budowa megastruktury w pobliżu Ziemi, tak aby na bieżąco monitorować rozwój pierwszej kolonii. Gdyby okazało się, że wszystko poprawnie funkcjonuje to być może podjęto by decyzję o budowie kolejnych kolonii już w dalszej odległości od Ziemi. Ogromne miasta zamieszkałe przez Ziemian mogłyby się znajdować w pobliżu innych planet. W ten sposób w przypadku gdy planeta zupełnie nie nadaje się do zamieszkania, można by mieszkać w megastrukturze znajdującej się w jej pobliżu. Być może w bardzo odległej przyszłości możliwa byłaby również budowa kolonii na orbitach innych gwiazd. Samowystarczalne konstrukcje byłyby niezależne od macierzystej planety i w przypadku zagłady życia na Ziemi, ludzka cywilizacja dalej trwałaby w przestrzeni kosmicznej.

    Czy taka metoda byłaby efektywnym sposobem na kolonizację kosmosu? Ciężko pokusić się o jednoznaczną odpowiedź, gdyż jak na razie ogromne konstrukcje takie jak Torus Stanforda pozostają jedynie sferą marzeń. Być może w przyszłości Ziemianie opracują znacznie lepsze metody na przetrwanie naszego gatunku oraz zaludnianie wszechświata. Z drugiej strony, niewykluczone, że to właśnie budowa kosmicznych kolonii jest jednym z najlepszych sposobów kolonizacji. Być może gdzieś w innych częściach naszej galaktyki istnieją zaawansowane cywilizacje, które już miliony lat temu podjęły odpowiednie kroki, aby zaludnić obce światy. Cywilizacje o wyższym poziomie rozwoju mogły stworzyć setki baz i kolonii w różnych układach gwiezdnych oraz odpowiednio je zabezpieczyć przed meteoroidami i innymi zagrożeniami z kosmosu.

    Zapraszam na kanał na youtube --> link oraz do obserwowania tagu #kosmiczneopowiesci

    #ciekawostki #kosmos #kosmiczneopowiesci #eksploracjakomosu #technologia #nasa #zainteresowania #fizyka #nauka #rozrywka #gruparatowaniapoziomu #wszechswiat
    pokaż całość

    źródło: foto26.jpg

  •  

    Zagadka Kamiennych Dzbanów ze Starożytnego Laosu. Na terenie Laosu znajduje się kilka tysięcy tajemniczych kamiennych dzbanów, stworzonych przez nieznany lud. Zagadkowe obiekty o wadze kilku ton i wysokości 3 metrów zostały wzniesione przed tysiącami lat i do dziś nie wiadomo jakie było ich przeznaczenie. Wg miejscowych legend historia kamiennych dzbanów wiąże się z opowieścią o rasie 'gigantów', która miała niegdyś zamieszkiwać te tereny. Zagadka kamiennych dzbanów jest bardzo mało znana, zatem warto ją opisać. Wersja wideo tych mało znanych historii z wieloma zdjęciami obiektów znajduje się tutaj --> link zatem zapraszam do oglądania i wykopywania, natomiast poniżej znajduje się wersja pisana.

    Na terenie Laosu mieści się enigmatyczna Równina Dzbanów, położona niedaleko miasta Phonsavan. Na powierzchni kilkuset kilometrów kwadratowych rozrzucone są tutaj zagadkowe kamienne obiekty. Do opisania tych struktur najczęściej używa się słowa ‘dzbany’, jednak występują także pod takimi nazwami jak ‘amfory’, ‘słoiki’ czy ‘urny’. Do dziś naliczono ponad 2000 kamiennych dzbanów, skupionych w ponad 90 stanowiskach. Niektóre stanowiska zawierają po kilka obiektów, zaś w innych znajduje się ich nawet po kilkaset. Wysokość dzbanów dochodzi do 3 metrów, zaś waga do 6-7 ton, w tym rekordowo ciężki obiekt waży aż 13 ton. Większość dzbanów została wykuta ze skał osadowych, przeważnie z piaskowca, ale także z granitu oraz wapienia koralowego. Budowniczy posiadali wysoki poziom wiedzy o materiałach i technikach ich obróbki. Obiekty mają kształt okrągły lub obły, a niektóre z nich posiadają coś na kształt pokryw. Nasuwa się tutaj pierwsze pytanie – jaką funkcję spełniały te tajemnicze obiekty.

    Przez długie lata kamienne dzbany pozostawały niezbadane. W 1923 r. na teren Równiny dotarł francuski archeolog Henri Parmentier. Zgodnie z jego relacją, wiekszość kamiennych dzbanów była już okradziona ze swojej zawartości. Kilka lat później tajemnicze obiekty zostały zbadane przez archeolog Madeleine Colani, która wydała pracę naukową zatytułowaną ‘Megality Górnego Laosu’. Colani skatalogowała kamienne dzbany a także opisała, że niektóre z nich zawierały w sobie czarne garnki, korale ze szkła, kamienne kolczyki, dziwne ozdoby a także ludzkie kości. Podczas badań Colani i jej zespół natrafili również na jaskinię pełną szczątków ludzkich. Na podstawie tych znalezisk Colani uznała, że jaskinia była krematorium, zaś dzbany były w rzeczywistości urnami grzebalnymi. Zmarłych umieszczano w takich urnach aby “wysuszyć” ciało zanim poddano je procesowi kremacji. Pozostałe po kremacji szczątki z powrotem umieszczano w kamiennych naczyniach. Najnowsze odkrycia rzuciły jednak nieco inne światło na przeznaczenie tajemniczych obiektów.

    W zeszłym roku w kierunku Laosu ruszyła ekspedycja badawcza kierowana przez dr. Dougalda O’Reilly’ego z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego. Wśród badaczy znaleźli się naukowcy z Polski oraz studenci archeologii z Poznania, Wrocławia i Szczecina. Na podstawie wykopalisk ustalili, że niektóre dzbany były związane z kultem pogrzebowym. W trakcie prac w górzystej części Laosu badacze odkryli również zupełnie nowe dzbany, którym nie towarzyszyły żadne pochówki. Na tej podstawie wysnuto wniosek, że dzbany mogły być wykorzystywane w różny sposób przez kolejne ludy zamieszkujące te tereny.

    Inna próba wyjaśnienia zastosowania dzbanów zakłada, że służyły one do gromadzenia wody deszczowej w okresie monsunowym dla karawan wędrujących przez te obszary w okresach suszy. Woda taka po przegotowaniu znowu nadawała się do picia, co było od dawna stosowane na obszarze całej Azji. Paciorki znajdowane w niektórych dzbanach miałyby być wotami towarzyszącymi modlitwom o deszcz podczas postoju karawan. Większość badaczy uważa jednak że dzbany mają zbyt małe otwory, aby mogły służyć do tego celu. Wg innej hipotezy dzbany były wykorzystywane jako miejsca do przechowywania żywności.

    Przeznaczenie tajemniczych struktur to tylko jedna część zagadki, gdyż nieznana jest również odpowiedź na pytanie o to kto i w jaki sposób stworzył te kamienne dzbany. Spoglądając na ich rozmiary oraz sposób wykonania widać że kultura budowniczych stała na wysokim poziomie. Najprawdopodobniej do wykonania dzbanów użyto żelaznych narzędzi, choć nie jest to do końca pewne. Zdaniem niektórych badaczy tajemnicze obiekty nie pochodzą bezpośrednio z miejsca, w którym znajdują się obecnie, lecz zostały tam przetransportowane. Wg Andreasa Reinecke z Niemieckiego Instytutu Archeologii w Bonn wytwarzanie i transport ważących prawie 10 ton kamiennych naczyń wymagało organizacji i nakładów sił porównywalnych z tymi jakie w epoce neolitu były udziałem budowniczych ogromnych kamiennych grobowców z Europy. Kamienne dzbany musiały pokonać nawet kilkanaście kilometrów i to przy znacznych różnicach wysokości terenu. Niektóre hipotezy wskazują nawet na możliwy udział słoni, które miałyby być używane do transportu kamiennych naczyń.

    Datowanie kamieni opiera się wyłącznie na przypuszczeniach i zdaniem archeologów stworzono je między VI w.p.n.e. a V w.n.e. Autorstwo budowli przypisuje się nieznanej kulturze, która zamieszkiwała wówczas te tereny. Najczęściej określa się ich jako prehistoryczny lud z grupy językowej mon-khmer. Nic nie wiadomo na temat tej zaginionej kultury. Kamienne dzbany nie posiadają żadnych inskrypcji ani dekoracji, które mogłyby być pomocne. Na niektórych z nich wyrzeźbiono ludzkie postacie, a obok kamiennych obiektów znajdują się dyski, mogące pełnić rolę pokryw. One również zawierają podobizny ludzi oraz zwierząt – tygrysów i małp. Takie znaleziska to jednak stanowczo za małe podpowiedzi.

    W takim przypadku warto posłuchać co na temat autorów kamiennych dzbanów mają do powiedzenia mieszkańcy Laosu. Wg opowieści miejscowej ludności z historią dzbanów związani są tajemniczy 'giganci'. Ludność laotańska od wieków przekazuje sobie historie na temat grupy dziwnych istot, które w bardzo odległych czasach zamieszkiwały te tereny. Wg legend to właśnie giganci mieli być odpowiedzialni za stworzenie kamiennych dzbanów. Grupą tych istot miał dowodzić okrutny król Chao Angka, który po zwycięskiej wojnie nakazał wykuć dzbany do opijania sukcesów. Ile w tym prawdy, a ile mitu? Nie wiadomo kto wzniósł zagadkowe kamienne struktury z Laosu, więc warto mieć na uwadze opowieść o gigantach.

    Podobne historie o gigantach opowiadali również mieszkańcy Wysp Salomona, starożytnej Malty, wiele grup Indian, a jest o nich mowa także w Biblii. Czy słowo ‘giganci’ oznaczało konkretnie grupę istot o nadzwyczajnym wzroście, czy też może odnosiło się do ich ogromnych zdolności? Być może byli to członkowie zaawansowanej ludzkiej cywilizacji, która niestety przepadła na kartach historii. Inne osoby sugerują, że budowniczy mogli być sterowani przez przybyszów z kosmosu. Historia o tajemniczych gigantach to jedyna wzmianka na temat możliwych budowniczych tych konstrukcji. Ich tożsamość wciąż stanowi tajemnicę i można tylko zgadywać jakie motywacje kierowały ludźmi do budowy tysięcy kamiennych dzbanów.

    Co ciekawe, obecnie Równina Dzbanów jest jednym z najbardziej niebezpiecznych stanowisk archeologicznych na świecie. Tysiące niewybuchów - pozostałości po bombardowaniach amerykańskich w czasie wojny w Laosie - są do dziś przyczyną nieszczęśliwych wypadków. Z tego powodu ciężko o gruntowne przebadanie całości tego tajemniczego terenu. Być może jednak kiedyś uda się odkryć kto, jak i dlaczego stworzył te niezwykłe konstrukcje. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Zapraszam na kanał na youtube -> link oraz do obserwowania tagu #kosmiczneopowiesci

    #ciekawostki #zainteresowania #historia #ciekawostkihistoryczne #kultura #azja #kosmiczneopowiesci #oswiadczenie #zagadka #rozrywka
    pokaż całość

    źródło: zdjecie4.jpg

    +: Pete1, s.....r +57 innych
    •  

      @Gorti: Piaskowiec jest bardzo łatwy w obróbce - już Egipcjanie znali techniki obkuwania go, i to na co najmniej dwa tysiąclecia przed powstaniem tych dzbanów. Mogły faktycznie służyć do przechowywania żywności, np. ryżu, albo do produkcji sosu rybnego - skoro sos Garum znany był w Rzymie i w ogóle w Południowej Europie co najmniej od czasów Sofoklesa, czyli mniej-więcej w tym wlaśnie czasie, to dlaczego nie miałby być produkowany w Azji Płd-Wsch.? Warto dodać, że Garum produkowany był na terenie całego Imperium Rzymskiego właśnie w kamiennych kadziach. A przetransportowanie ich "na miejsce"? Skoro na tysiąclecia wcześniej poradzono sobie z transportem bloków kamiennych np. do budowy Piramid w Egipcie, albo do budowy Stonehenge. Trzecia rzecz - co to za neolit, skoro datuje się je od VI w. p.n.e.? pokaż całość

      +: Freakz
    •  

      Miałeś podawać źródła swoich wiadomości. Mógłbyś?

      +: Freakz
    • więcej komentarzy (1)

  •  

    W latach 1413-1891 na terenie Korei doszło do kilku ciekawych obserwacji UFO. Tysiące ludzi obserwowało wówczas tajemnicze obiekty o kształcie misy, które poruszały się wysoko na niebie. Wszystkie te obserwacje miały miejsce w czasach na wiele lat przed pierwszymi lotami samolotem. Co w takim razie widzieli wówczas ludzie? Wersja wideo tych mało znanych historii znajduje się tutaj -> link zatem zachęcam do oglądania i wykopywania, natomiast poniżej wersja pisana.

    W latach 1392-1897 na Półwyspie Koreańskim istniało królestwo Joseon. Korea dynastii Joseon była rozwiniętym państwem o wysokim poziomie kultury oraz nauki. Koreańczycy posiadali wówczas dużą wiedzę z zakresu astronomii – potrafili z ogromną dokładnością obliczać zaćmienia oraz przelot komet. Zjawiska takie jak pojawienie się Wielkiej Komety z 1402 roku zapisywali w Rocznikach Dynastii Joseon. Była to wielka kronika dziejów dynastii, składająca się z 888 ksiąg spisanych w 1893 tomach. Na łamach roczników oprócz standardowych relacji na temat życia społecznego oraz politycznego, spisano także inne, bardzo intrygujące historie.

    Pierwsza z nich pochodzi z 22 lipca 1413 roku, gdy władzę w królestwie sprawował Taejong. Tego dnia wieczorem na niebie nad Seulem pojawił się dziwny obiekt, który zwrócił uwagę mieszkańców miasta. Opisano go jako obiekt 'o kształcie misy', który przez długi czas krążył wysoko ponad miastem. Koreańczycy w zdumieniu przyglądali się temu zjawisku, do momentu aż tajemniczy obiekt nagle zniknął. Król Taejong natychmiast zebrał najlepszych astronomów, aby wyjaśnili czym mógł być ten niezwykły obiekt. Król sam interesował się astronomią i był świadkiem przelotu Wielkiej Komety z 1402 roku, jednak wiedział że tym razem nad miastem pojawiło się coś innego. Astronomowie nie byli jednak w stanie wyjaśnić tego zjawiska, a król Taejong, znany ze swojego okrucieństwa, postanowił ich ukarać. Zagadka niezwykłego zjawiska pozostała niewyjaśniona.

    Drugie zdarzenie pochodzi z 26 września 1609 roku, kiedy to królestwem władał Gwanghaegun. Wówczas to mieszkańcy kilku miast znajdujących się na terenie dzisiejszej prowincji Gangwon byli świadkami nadzwyczajnego zjawiska. Wg relacji spisanej w Rocznikach, na przejrzyście czystym i bezchmurnym niebie pojawił się dziwny świecący obiekt 'o kształcie misy'. Obiekt wydawał 'dźwięk niczym piorun' co wstrząsnęło niebem oraz ziemią. Wg zapisków tajemniczy pojazd latał 'szybko niczym strzała'. W pewnym momencie wydawało się że obiekt zamierza wylądować, ale potem przechylił się i uniósł w górę. Po chwili zniknął w iskrach, a osoba relacjonująca całe zdarzenie dodała, że wyglądało to tak jakby obiekt utrzymywał się w powietrzu 'za pomocą jakiejś energii'.

    Świadkami tego zdarzenia było tysiące osób z różnych okolicznych miast, co czyni je tym bardziej interesującym. Mimo dochodzenia nie udało się ustalić, czym mógł być ten niezwykły obiekt. Intrygujące zdarzenie z 1609 roku pozostaje mało znane w zachodnim kręgu kulturowym, zaś w Korei jest dziś kultowe i na jego podstawie powstają filmy oraz seriale. Obserwacje z 1413 oraz 1609 roku były widziane przez Koreańczyków, jednak wiele lat później w pobliżu Korei doszło do jeszcze jednego ciekawego incydentu, którego świadkami byli Brytyjczycy.

    Ostatni incydent miał miejsce pod koniec panowania dynastii Joseon. 24 lutego 1891 roku w pobliżu wyspy Czedżu, załoga brytyjskiego statku HMS Caroline ok. godziny 22:00 zaobserwowała dziwne światła na niebie. Zdaniem kapitana Charlesa Norcocka, statek był wówczas w odległości 17 mil od wyspy. Oto co zapisał kapitan:„To była zimna, księżycowa noc. Na początku myślałem, że są to jakieś ognie z wybrzeża. Czasem były skupione w jedno światło, a czasem poruszały się w nieregularnych liniach, kuliste w kształcie. Im dalej oddalaliśmy się od lądu, tym szybciej rozumiałem że nie mogą to być obiekty z wyspy.”

    Następnego dnia statek kontynuował podróż wzdłuż południowego wybrzeża Korei, gdy o 22:00 światła ponownie się pojawiły. Tym razem kapitan był przygotowany więc mógł się lepiej przyjrzeć dziwnym światłom, które poruszały się po przejrzystym, czystym niebie. „Kule ognia pojawiły się w nieco zmienionej formacji. Tym razem były w dużej grupie, z jednym światłem daleko po prawej. W pewnym momencie wyizolowana kula światła zniknęła a pozostałe utworzyły formację w kształcie półksiężyca lub diamentu i wisiały w zakrzywionej linii. Na horyzoncie pod światłami widać było wyraźne odbicie lub olśnienie. Światła wydawały się mieć czerwonawy kolor i emitowały cienki dym.”

    Tajemnicze światła poruszały się równolegle ze statkiem aż do poranka, kiedy to nagle zniknęły. Po przybyciu do Japonii, kapitan Norcock odkrył że inne statki również widziały podobne światła. Kapitan William Castle ze statku HMS Leander, na początku uznał światła za sygnał od statku będącego w niebezpieczeństwie, jednak gdy podpłynął to kule uniosły się wysoko ponad poziom morza. Nie rozumiejąc takiego zjawiska, uznał je za aktywność wulkaniczną po czym wznowił kurs. Takie wyjaśnienie nie zadowoliło kapitana Norcocka, który jako człowiek interesujący się nauką rozpoczął własne dochodzenie.

    Po pewnym czasie odkrył że rybacy z Japonii znają historie o dziwnym zjawisku świetlnym na wodzie. Wg ich relacji czasami dziwne płomienie ognia pojawiają się tuż nad wodą na kilka sekund po czym znikają. Norcock nie był przekonany co do takiego wyjaśnienia, gdyż to co obserwował zachowywało się zupełnie inaczej. Ostatecznie kapitan uznał że obserwowane zjawisko miało coś wspólnego z ogniami świętego Elma. Jest to zjawisko akustyczno-optyczne występujące w postaci łuny oraz wyładowań elektrycznych. Opis zachowania obserwowanych świateł nie pasuje jednak do takiego wyjaśnienia. Światła zmieniały swoją formację oraz wydawało się że świadomie podróżują za statkiem. Do dziś nie ma kompletnego wyjaśnienia czym była ta dziwna formacja świateł zaobserwowana przez załogę statku.

    Czym zatem były te dziwne obiekty obserwowane w Korei za czasów dynastii Joseon? Świecące obiekty o kształcie misy oraz kule światła znad wody zachowywały się w inteligentny sposób. Wszystkie te obserwacje miały miejsce w czasach na wiele lat przed pierwszymi lotami samolotem. Co w takim razie widzieli wówczas ludzie? Czy niezwykłe obiekty były pochodzenia pozaziemskiego? Warto rozważyć taką hipotezę, ponieważ ludzie byli świadkami przelotu dziwnych latających pojazdów przez całą historię ludzkości – od starożytności, przez średniowiecze, nowożytność aż do czasów współczesnych. Być może już od tysięcy lat jesteśmy obserwowani przez zaawansowane cywilizacje z kosmosu.

    Zapraszam na kanał na youtube -> link oraz do obserwowania tagu #kosmiczneopowiesci

    #kosmiczneopowiesci #ufo #ciekawostki #kultura #rozrywka #zainteresowania #oswiadczenie
    pokaż całość

  •  

    Potencjalne obce cywilizacje w kosmosie można sklasyfikować pod względem kilku czynników. Wielu ludzi ze świata nauki takich jak Kardaszew, Kaku czy Sagan zajmowało się tym zagadnieniem. Podział cywilizacji może dotyczyć technologii transportu, możliwości pozyskiwania energii oraz motywów działania. Tematyka ta jest bardzo ciekawa i daje spore pole do popisu dla wyobraźni. Wersja wideo rozważań o typologii kosmicznych cywilizacji znajduje się tutaj -> link więc zachęcam do oglądania i wykopywania, a miłośników lektury do przeczytania:

    Spoglądając w nocne niebo często zastanawiamy się czy istnieją tam inteligentne formy życia. W kosmosie znajdują się niezliczone miliardy galaktyk, gwiazd oraz planet. Wszechświat jest tak rozległy, że wydaje się wręcz niemożliwe aby jedynymi myślącymi istotami byli ludzie z planety Ziemia. Jeśli w kosmosie istnieje wiele różnych zbiorowisk inteligentnych form życia, to warto się zastanowić nad tym czy byłyby od nas bardziej rozwinięte. Zanim jednak wymienimy typy obcych cywilizacji w kosmosie, warto określić czym właściwie jest cywilizacja. Istnieje wiele definicji tego słowa, jednak najczęściej przyjmuje się, że jest to stan rozwoju społeczeństwa w jednostce czasu, warunkowany stopniem opanowania środowiska naturalnego. Na cywilizację składają się instytucje społeczne, zaawansowane formy komunikacji, zorganizowane życie miejskie, rozwinięty handel czy też umiejętność wznoszenia budowli. Jeśli zatem gdzieś w kosmosie istnieje grupa istot będąca na poziomie np. homo sapiens sprzed 150.000 lat to nie uznamy ich za cywilizację.

    Kosmiczne cywilizacje można podzielić według wielu kryteriów. Być może najłatwiejszym i najważniejszym wyznacznikiem jest to czy dana cywilizacja jest zdolna opuścić własny system gwiezdny. Ta umiejętność wydaje się być kluczowa przy okazji takich rozważań. Jeśli inteligentne istoty potrafiłyby tego dokonać to przestałyby być zależne od własnej gwiazdy. W chwili gdy gwiazda zaczęłaby np. stanowić zagrożenie, taka cywilizacja byłaby skazana na wymarcie. Nie pomogłaby tu nawet umiejętność opuszczenia własnej planety i udanie się na sąsiednią. Porównując to do układu słonecznego, w chwili gdy Słońce zacznie się stawać coraz bardziej gorące oraz zwiększać swój rozmiar, Ziemianie nie mogliby uciec np. na Marsa, gdyż tam również czekałaby ich zagłada. Jeśli cywilizacja jest w stanie opuścić swój system gwiezdny, mogłaby przenieść się do sąsiedniego układu gwiezdnego lub też poszukać takiego, który zapewniałby przetrwanie.

    Dodatkowo taka cywilizacja mogłaby nawiązywać kontakt z innymi cywilizacjami. Inteligentne istoty, które przebywają na własnej planecie mają bardzo małe szanse na to aby wejść w kontakt z przedstawicielami innej kosmicznej cywilizacji. W chwili gdy są w stanie podróżować przez różne układy gwiezdne, prawdopodobieństwo te znacznie się zwiększa. Z jednej strony łatwiej wówczas wychwycić jakiś sygnał, zaś z drugiej strony można po prostu natknąć się na zamieszkałą planetę. Oprócz korzyści jaki dałby taki kontakt w postaci wymiany informacji, wiedzy, technologii czy surowców, istnieją także niebezpieczeństwa. Z pewnością jednak znacznie lepiej być cywilizacją, która sama decyduje o tym z kim się porozumieć niż być cywilizacją, która tkwi na swojej planecie i może tylko biernie spoglądać jak zostaje odwiedzana.

    Ta kwestia wiąże się z kolejnym podziałem jakim są cywilizacje ekspansywne oraz zamknięte. Taki podział niekoniecznie musi być warunkowany technologią jaką posiada dana cywilizacja. Być może niektóre inteligentne istoty wcale nie chciałyby eksplorować kosmosu, mimo że dysponowałyby odpowiednią technologią do podróży międzygwiezdnych. Można to porównać do zachowania dwóch różnych kultur na Ziemi sprzed kilkuset lat. Cywilizacja zachodnia była wówczas ekspansywna a jej przedstawiciele eksplorowali Ziemię odkrywając nowe kontynenty i kultury. Z kolei cywilizacja japońska przez ponad 200 lat całkowicie odizolowała się od innych kultur, mimo że posiadała środki do ekspansji. Powody takiej izolacji przez cywilizację kosmiczną mogłyby być bardzo różne i zależeć np. od moralności, charakteru czy ośrodków władzy. Z kolei cywilizacja ekspansywna niekoniecznie musi być agresorem podbijającym inne planety. Jej przedstawiciele mogliby mieć pokojowe zamiary, wymieniać się technologią lub wiedzą albo też pomagać w rozwoju mniej zaawansowanym cywilizacjom.

    Oprócz podziału kosmicznych cywilizacji według technologii transportu oraz motywów działania, można także wyróżnić podział pod względem ilości wykorzystywanej energii. Taki podział zaproponował w 1964 roku rosyjski astrofizyk Nikołaj Kardaszew, od którego nazwiska pochodzi nazwa skala Kardaszewa. W następnych latach kilka osób rozwinęło i poszerzyło zakres tej typologii. W skali Kardaszewa cywilizacje dzieli się na kilka typów, a najniższym poziomem jest cywilizacja typu zero. Jest to taka cywilizacja, która spełnia kryteria definicji cywilizacji, przytoczonej na początku wpisu. Dobrym przykładem może tutaj być starożytny Sumer lub Egipt, gdzie istniały ośrodki władzy, pismo, miasta oraz handel. Cywilizacja typu 0 stara się wykorzystać zasoby własnej planety, jednak nie potrafi ich kontrolować. Ilość wykorzystywanej energii jest zatem niewielka. Zdaniem amerykańskiego astronoma Carla Sagana ludzka cywilizacja korzysta współcześnie z 0.16% dostępnej energii na Ziemi, co sprawia że na skali Kardaszewa jesteśmy na etapie 0.72.

    Cywilizacja typu I to cywilizacja planetarna, która wykorzystuje całą energię docierającą do ich planety z rodzimej gwiazdy. Taka cywilizacja byłaby w stanie kontrolować swoją planetę, m.in. zapobiegając huraganom. Mogłaby kontrolować i wykorzystywać reakcje termojądrowe a także przeobrażać światło w energię elektryczną za pomocą ogniw słonecznych lub energii wiatru. Zdaniem amerykańskiego fizyka Michio Kaku, Ziemianie osiągną ten stopień cywilizacji ok. roku 2100.

    Cywilizacja typu II to cywilizacja gwiezdna, która potrafi wykorzystać całą energię emitowaną przez rodzimą gwiazdę. Przedstawiciele takiej cywilizacji potrafiliby np. zbudować ogromną konstrukcję, która otaczałaby gwiazdę i umożliwiałaby wykorzystanie jej całej energii. Taką strukturę określa się nazwą Sfera Dysona, od nazwiska amerykańskiego fizyka Freemana Dysona, który jako pierwszy opisał taką ewentualność. Cywilizacja gwiezdna dzięki energii gwiazdy byłaby w stanie zbudować także megakomputer o ogromnych możliwościach obliczeniowych a także bojowe stacje kosmiczne, zdolne do niszczenia planet. Taka cywilizacja posiadałaby zapewne planetarny system władzy, gdyż taki system polityczny najbardziej sprzyjałby działaniom w kosmosie. Zdaniem Michio Kaku Ziemianie osiągną ten stopień cywilizacji ok. roku 2800.

    Cywilizacja typu III to cywilizacja galaktyczna, zdolna do wykorzystania energii porównywanej do energii światła emitowanej przez całą Galaktykę. Taka cywilizacja byłaby prawdziwym hegemonem w swojej galaktyce, czerpiąc energię z miliardów gwiazd. Przedstawiciele tej cywilizacji mogliby nawet pozyskiwać energię z czarnych dziur oraz z gwiazd neutronowych. Prawdopodobnie zarządzaliby całą galaktyką i tylko od nich zależałoby jak postępowaliby z innymi cywilizacjami. Wg szacunków Michio Kaku Ziemianie osiągną ten stopień cywilizacji dopiero za ok. 10.000 lat.

    Kolejne poziomy zaproponował amerykański pisarz fantastyki naukowej Isaac Asimov. Wg niego cywilizacja typu IV byłaby cywilizacją wykorzystującą energię z całej supergromady galaktyk. Jej przedstawiciele potrafiliby czerpać energię z tysięcy galaktyk, dzięki czemu byliby jeszcze bardziej rozwinięci niż cywilizacja typu II. Z kolei cywilizacja typu V byłaby cywilizacją Alfa, zdolną do wykorzystania energii całego wszechświata. Dla takiej cywilizacji praktycznie nie byłoby żadnych limitów i mogłaby zarządzać całym wszechświatem. Zapewne jej przedstawiciele znaliby wszystkie prawa rządzące kosmosem.

    Idąc dalej w stronę fantastyki naukowej można wyróżnić jeszcze dwa typy cywilizacji. Przyjmując, że teoria wieloświatów jest prawdziwa to cywilizacja typu VI mogłaby wykorzystywać energię z wielu wszechświatów. Jej przedstawiciele potrafiliby zmieniać prawa fizyki w innych wszechświatach a także przemieszczać się pomiędzy nimi, dzięki czemu mogliby przetrwać w przypadku groźby końca jednego wszechświata. Ostatnim typem cywilizacji byłaby cywilizacja typu VII, inaczej zwana boską. Jej przedstawiciele potrafiliby tworzyć wszechświaty, zaś ilość wykorzystywanej przez nich energii byłaby nieskończona. Dla takiej cywilizacji nie istniałyby żadne limity i mogliby uczynić niemal wszystko co zechcą. Ciężko sobie wyobrazić, aby taka cywilizacja mogła kiedykolwiek istnieć.

    Analizując typy obcych cywilizacji w kosmosie warto się zastanowić nad przyszłością naszej ziemskiej cywilizacji. Jak na razie jesteśmy bardzo prymitywną cywilizacją, której największym osiągnięciem jest załogowy lot na swojego satelitę. Sytuacja polityczna na naszej planecie jest daleka od ideału – używaliśmy wobec siebie broni atomowej i ciągle toczymy ze sobą wojny. Istnieje prawdopodobieństwo, że nigdy nie osiągniemy statusu cywilizacji typu 1, gdyż możemy zniszczyć się w wojnie jądrowej. Jeśli jednak przetrwamy najbliższych kilkadziesiąt lat, to kosmos czeka na to abyśmy zaczęli go eksplorować. Być może wówczas dołączymy do galaktycznej federacji zaawansowanych cywilizacji, które od wieków spokojnie monitorują nasz rozwój.

    Fajnie prowadzić takie rozważania, zwłaszcza gdy dochodzi do momentu powyżej cywilizacji typu III na Skali Kardaszewa. Wydaje się niezwykle mało prawdopodobnym, aby jakakolwiek cywilizacja była w stanie przeskoczyć poziom wyżej, ale mimowolnie człowiek lubi się zastanawiać nawet nad cywilizacją typu VII. Być przedstawicielem takiej cywilizacji musi być bardzo ciekawym doznaniem - ot oglądasz sobie jak tam się zachowują prymitywne hominidy na jednej z planet w jednym z wszechświatów. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Z drugiej strony ciekawe jest również zagadnienie 'polityki zagranicznej' obcych cywilizacji. Czy lepiej eksplorować kosmos i wchodzić w ewentualny kontakt z innymi cywilizacjami czy też raczej izolować się na własnej planecie i udawać, że się nie istnieje? Nie dowiemy się póki sami nie przeskoczymy o kilka poziomów wyżej.

    Zachęcam do obserwowania tagu #kosmiczneopowiesci oraz oglądania kanału na YT -> link

    #kosmiczneopowiesci #nauka #kosmos #mirkokosmos #eksploracjakomosu #wszechswiat #ciekawostki #zainteresowania #ufo #technologia #gruparatowaniapoziomu #ufo
    pokaż całość

    źródło: zdjecie14.jpg

  •  

    Ludzie od wieków opowiadali historie o niezwykłych miastach, których początki związane były z boskimi istotami. Przez wieki takie relacje uznawano jedynie za mity i legendy, jednak odkrycie Troi i Dwarki pokazało, że historie o zaginionych miastach mogą być prawdziwe. Warto przyjrzeć się relacjom na temat takich miast, jakie przekazywały ludy zamieszkujące Amerykę Północną oraz Południową. Wersja wideo znajduje się tutaj -> link więc zachęcam do oglądania i wykopywania, natomiast poniżej wersja pisana.

    Opowieści o zaginionych miastach znajdziemy na niemal wszystkich kontynentach. Bogowie bardzo często zarządzali miastami lub też nauczali w nich tubylców różnych przydatnych czynności. Starożytnym sumeryjskim miastem Eridu miał podobno zarządzać bóg Enki, z kolei w mieście Majów Chichen Itza, nauczać miał bóg Kukulkan. Wiele dawnych budowli nigdy nie zostało odnalezionych, przez co zdaniem sceptyków są to jedynie legendy, nie mające pokrycia w rzeczywistości. Czy faktycznie te relacje są tylko efektem wybujałej wyobraźni dawnych ludzi czy też może zaginione miasta wciąż czekają na odkrycie? W 1873 roku niemiecki archeolog amator Heinrich Schliemann odkrył ruiny legendarnej Troi, znanej z opisu w Iliadzie. Przez wieki historię o wojnie trojańskiej uważano raczej za mit, jednak okazało się, że takie miasto faktycznie niegdyś istniało. Podobne odkrycie miało miejsce w Indiach w roku 2001, kiedy to archeolodzy odkryli pod wodą ruiny miasta Dwarka. Wg hinduskich relacji te święte miasto miał założyć sam Kryszna, jednak tysiące lat temu Dwarka została zatopiona. Mając na uwadze te dwa przykłady, warto się zastanowić czy inne opowieści również mogą być prawdziwe. Na kontynentach obu Ameryk istnieje kilka intrygujących relacji o legendarnych zaginionych miastach.

    Cuzco, Peru. W czasach Imperium Inków to właśnie tutaj znajdowała się stolica tego państwa. Inkowie byli wysoko rozwiniętą cywilizacją, potrafiącą wznosić niezwykłe budowle czy też tworzyć kanały irygacyjne. Jedną z największych tajemnic otaczającą ten lud jest tajemnicze miasto Paititi, które miało się znajdować w płd.-wsch. części Peru na granicy z Boliwią. Wg Inków było to niezwykłe miasto pełne złota oraz przepychu, które wzniósł Inkarri, będący uczniem tajemniczego boga Wirakoczy. Kiedy w 1533 roku hiszpańscy konkwistadorzy podbili Cuzco, zaczęli plądrować bogate świątynie. Przerażeni Inkowie zebrali złote dyski, figurki i inne skarby, po czym wywieźli je karawaną złożoną z lam do miasta Paititi. Hiszpanom nigdy nie udało się odnaleźć tego miasta, jednak kilku misjonarzy podobno na własne oczy widziało skarby Paititi.
    W 1600 roku misjonarz Andrea Lopez spisał dokument, w którym opisywał wielkie miasto bogate w złoto, srebro i kamienie szlachetne. Lopez opisywał także wodospady i nieprzebytą puszczę wokół miasta, a wszystkie informacje przekazał papieżowi Klemensowi VIII. Z kolei w 1681 roku jezuicki misjonarz Fray Lucero rozmawiał z Indianami, którzy powiedzieli mu, że zaginione miasto Paititi leży za górami i lasami na wschód od Cuzco. Po przybyciu Hiszpanów miało się tam udać kilkanaście tysięcy Inków. Sam Lucero twierdził, że jego rozmówcy posiadali złote płyty, półksiężyce i kolczyki, które wg nich pochodziły z Paititi. Wielu poszukiwaczy skarbów próbowało zlokalizować Paititi, wędrując po terenach Peru, Boliwii i Brazylii. W ostatnich latach organizowano kilka wypraw badawczych, w skład których wchodzili archeolodzy i antropolodzy, jednak Paititi do dziś pozostaje nieodkryte.

    Inną wielką cywilizacją zamieszkującą kiedyś Amerykę byli Aztekowie. Kultura ta znana jest ze swoich osiągnięć w dziedzinie astronomii oraz architektury. Aztekowie zamieszkiwali tereny współczesnego Meksyku, jednak ich korzenie wywodzą się z tajemniczego miejsca zwanego Aztlan. Wg azteckich przekazów dawno temu w tym miejscu z nieba spadł wielki kamienny dom, z którego wynurzyło się 1600 bogów. W kolejnych latach bogowie nauczyli miejscowych Indian kultury, sztuki, architektury oraz wiedzy astronomicznej. W Aztlan znajdowało się niezwykłe miasto, będące centrum ich kultury. Wg Azteków miasto miało opływać w złoto i niezwykłe skarby. W 1064 roku bogowie nakazali Aztekom opuścić Aztlan i udać się na południe. Aztekowie wypełnili rozkaz, po czym po długiej podróży osiedlili się na terenie Meksyku, gdzie rozwijali swoją cywilizację. Wiele osób próbowało zlokalizować legendarne miasto Aztlan, do którego Aztekowie już nigdy nie wrócili. Najczęściej miasto te umiejscawiano na terenach dzisiejszej granicy amerykańsko-meksykańskiej, w okolicach Rio Grande. Mimo wielu prób, nikomu nie udało się odnaleźć miasta Aztlan. Warto zwrócić uwagę, że jednym z ważniejszych bogów Azteków był tajemniczy Quetzalcoatl, który przekazywał im wiedzę. Postać ta związana jest także z innym zaginionym miastem, które zostało odkryte w 2015 roku.

    Honduras. Na terenie tego kraju miało się znajdować słynne Białe Miasto, o którym od wieków krążyły legendy wśród konkwistadorów oraz poszukiwaczy skarbów. Mieszkańcy regionu Mosquitia od pokoleń powtarzają historie o „białym pałacu”, gdzie Indianie znaleźli schronienie przed konkwistadorami. Według legend „Białe Miasto” miało zostać założone właśnie przez Quetzalcoatla – Pierzastego Węża, boga Azteków. W mieście tym bóg Azteków miał stworzyć swój ośrodek kultu, a także przekazywać Indianom wiedzę. W lokalnych opowieściach przewija się także określenie „Miasto Małpiego Boga”. Nazwa pochodzi od podania, według którego istoty przypominające z wyglądu małpy porwały z okolicznych wsi kobiety oraz spłodziły z nimi potomstwo. Zdaniem tubylców gdzieś w ruinach miasta zakopany jest ogromny posąg Małpiego Boga. Przez wieki liczne ekspedycje poszukiwały „Białego Miasta”. O niezwykłych bogactwach regionu Mosquitia donosił już Hernán Cortéz w listach do króla Hiszpanii Karola V. Przez stulecia historie o Białym Mieście wkładano między mity i legendy, jednak w 2015 roku grupa archeologów odkryła pozostałości 52 starożytnych struktur. W ich skład wchodziły ziemne piramidy, place, sztuczne wzniesienia oraz kilka dobrze zachowanych przedmiotów. Jednym z nich była głowa tajemniczej istoty - pół człowieka, pół jaguara. Do dziś w rejonie Białego Miasta trwają prace archeologiczne. Przypadek ten pokazuje że także na kontynentach obu Ameryk opowieści o zaginionych miastach mogą być prawdziwe.

    Zapewne najsłynniejszym zaginionym miastem jest El Dorado, legendarne złote miasto znajdujące się na terenie dzisiejszej Kolumbii. Historia o El Dorado pochodzi z okolic jeziora Guatavita, gdzie żyły ludy z kultury Czibcza-Muisca. Przedstawiciele tej kultury posiadali ogromne ilości złota, którymi zarządzał ich przywódca, zwący się Zipa. Nazwa ta wywodzi się od intrygującego rytuału, w trakcie którego Zipa był oblewany żywicą oraz obsypywany złotym pyłem, po czym udawał się na środek jeziora aby oddać złoto bogu Bochica, który zamieszkiwał na jego dnie. Gdy hiszpańscy konkwistadorzy dowiedzieli się o rytuale oraz bogactwach, nazwali Zipę ‘El Dorado’, co oznaczało ‘złoty’. Indianie Czibcza-Muisca powiedzieli konkwistadorom, że w niedostępnych terenach znajduje się wielkie miasto bogów, obfitujące w złoto. W kolejnych latach konkwistadorzy oraz poszukiwacze skarbów podjęli wiele wypraw, mających na celu znalezienie tego miasta. Nazwa ‘El Dorado’, pierwotnie będąca hiszpańskim określeniem na Zipę, zmieniła znaczenie na złote miasto. Mimo wielu wypraw, nikomu nie udało się odnaleźć tego niezwykłego miasta, które stało się trwałym elementem kultury masowej.

    Historie o zaginionych miastach od wielu lat fascynują ludzi. Niektóre z legendarnych miast zostały odnalezione, przez co wiemy że dawne opowieści nie zawsze były jedynie mitami. Ludzie w dalszym ciągu udają się na poszukiwania innych zaginionych miast, w nadziei na wielkie odkrycie. Kontynenty obu Ameryk kryją w sobie wiele tajemnic, a wśród nich specjalne miejsce zajmuje kilka dawnych miast, których do dziś nikt nie może odnaleźć. Miasta te zawsze były powiązane z bogami i niezwykłymi istotami, które przybywały z nieba i odznaczały się niezwykłą mądrością. Kto wie, być może w najbliższych latach natrafimy na ślady Paititi, Aztlan bądź też El Dorado.

    #kosmiczneopowiesci #ciekawostki #kultura #ufo #historia #rozrywka #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: zdjecie12.jpg

  •  

    Jak mogłyby wyglądać inteligentne istoty z innych planet? Zastanówmy się czy być może humanoidalna forma nie byłaby optymalna dla istot pragnących stworzyć cywilizację. Wersja wideo tutaj -> link więc zachęcam do oglądania i wykopywania, natomiast dla miłośników czytania poniżej wersja pisana. Spoglądając w bezkres kosmosu, ludzie od wieków zastanawiają się czy istnieją tam inteligentne formy życia. Tylko w naszej galaktyce Drodze Mlecznej wg szacunków może się znajdować nawet ponad 100 miliardów planet. Jeśli na niektórych z tych planet mogło powstać życie to warto się zastanowić nad tym jaką mogłoby przybrać formę. Naturalnie takie rozważania są jedynie sferą domysłów, gdyż można bazować tylko na życiu jakie znamy z planety Ziemia. Jeśli życie istnieje także na innych planetach to z pewnością może przybierać najbardziej zdumiewające i niesamowite formy jakie tylko można sobie wyobrazić. Najlepiej widać to po tym jak niezwykle różnorodne są formy życia na naszej planecie. W przypadku rozważań nad wyglądem istot z kosmosu, warto się jednak skupić tylko na takich istotach, które są inteligentne i które są w stanie stworzyć cywilizację. To właśnie z takimi istotami ludzie mogliby nawiązać oficjalny kontakt.

    W kulturze masowej dominuje obraz humanoidalnych istot, które są podobne do ludzi. Wiele osób krytykuje taki sposób postrzegania kosmitów, zwracając uwagę na niepotrzebny antropomorfizm i przekonanie o ludzkiej wyjątkowości. Warto się jednak zastanowić czy być może humanoidalna forma nie byłaby odpowiednia dla istot pragnących stworzyć cywilizację.
    Jedyny namacalny przykład takich istot mamy na naszej planecie. Mimo że na Ziemi żyją miliony różnych gatunków zwierząt i roślin to tylko ludzie jako jedyni potrafili stworzyć cywilizację. Długi i mozolny rozwój ewolucji sprawił, że istoty człekokształtne wyewoluowały do formy współczesnego człowieka. Cywilizacji nie potrafiły stworzyć np. dinozaury, płaszczki czy też rekiny. Ludzka cywilizacja to jedyny znany nam przykład, na którym można bazować.

    Ludzie posiadają szereg cech, które sprzyjały im w dojściu do dzisiejszego stadium. Człowiek posiada duży mózg, który jest kluczowy do ewentualnego stworzenia cywilizacji. Człowiek posiada także chwytne i zręczne palce, za pomocą których mógł opanować sztukę posługiwania się narzędziami, od których zależne jest stworzenie ewentualnej cywilizacji technicznej. Niektóre zwierzęta na Ziemi potrafią posługiwać się bardzo prymitywnymi narzędziami, jednak ich anatomia w postaci utrudnionego chwytania i manipulowania wyklucza bardziej zaawansowane narzędzia. Człowiek posiada także niezbędne ośrodki komunikacji ze światem, takie jak oczy czy uszy, które są osadzone blisko mózgu. Nogi za pomocą których człowiek może się szybko przemieszczać również są bardzo istotne, gdyż dzięki nim można łatwo zdobywać pożywienie oraz uciekać przed drapieżnikami co zapewniało przetrwanie gatunku. Zręczność i rozwinięty mózg pomogły człekokształtnym przetrwać aż kilka milionów lat, w trakcie których rozwinęły się do formy współczesnego homo sapiens.

    Tak było na Ziemi, pytanie jednak czy podobne procesy zachodziłyby na innych planetach? Naturalnie niczego nie można być pewnym, jednak kilku naukowców w przychylny sposób wypowiadało się na temat tego, czy kosmici mogliby posiadać humanoidalne ciała. Jednym z nich jest Frank Drake, astrofizyk, założyciel SETI i twórca równania Drake’a. W jednym z wywiadów zapytany o ewentualny wygląd istot pozaziemskich, wypowiedział się w następujący sposób:

    **"Kosmici mogą być istotami humanoidalnymi. My, ludzie, możemy stać prosto na dwóch nogach, zachowując wolne ręce, za pomocą których manipulujemy przedmiotami czy narzędziami. Dzięki temu udało nam się zbudować radioteleskopy. Dobrze jest mieć głowę na szczycie ciała, bo dzięki temu można w porę wypatrzeć zwierzę, które chcemy upolować i zjeść, czy po prostu rozejrzeć się po okolicy. Dobrze, jeśli oczy znajdują się w głowie, bo dzięki temu impulsy nerwowe mają do pokonania krótką drogę od narządu wzroku do mózgu. Posiadanie dwojga oczu też ma kilka korzyści - możemy widzieć w trzech wymiarach i zachowujemy zdolność widzenia nawet gdy stracimy jedno oko. Podejrzewam, że gdybyśmy zobaczyli istoty pozaziemskie z odległości 100 metrów, oświetlone od tyłu, nie odróżnilibyśmy ich od ludzi. Różnice byłyby widoczne dopiero po zbliżeniu się do obcych.”**

    Frank Drake słusznie wskazał na kilka atutów, które sprzyjają w szybkim rozwoju i ewentualnej możliwości zbudowania cywilizacji. Warto też zauważyć, że natura lubi symetrię i bardzo możliwe że takie istoty mogłyby mieć symetryczną budowę ciała, podobnie jak np. ludzie. Pytanie jednak czy ewolucja na innych planetach przebiegłaby tak jak na Ziemi. Czy ewentualne inteligentne istoty posiadałyby humanoidalne ciała? Podczas debaty na Uniwersytecie Howarda na te pytanie odpowiedział Richard Dawkins, sławny ewolucjonista. Dawkins stwierdził, że jakkolwiek niczego nie można być pewnym, to jednak życie na Ziemi rozwijało się przez przewidywalne wzorce ewolucji i możemy się spodziewać, że na innych planetach odbywałoby się to w podobny sposób. Dawkins zaznaczył, że np. na Ziemi zwierzęta na oddzielnych kontynentach nadal mają podobne geny i cechy charakterystyczne mimo że dawno temu rozdzieliły się w łańcuchu ewolucyjnym.

    Ciekawy argument przytoczył także Bernard Bates, profesor fizyki z Uniwersytetu Puget Sound. Wg niego kosmici posiadający cywilizację oraz zaawansowaną technologię musieliby funkcjonować na lądzie, gdyż rozwinięta technologia potrzebuje ognia aby ją uruchomić. Zwracał także uwagę, że kluczowym czynnikiem dla rozwoju są dłonie z delikatnymi palcami, umożliwiającymi precyzyjne manipulowanie przedmiotami. Te wszystkie przesłanki wskazują nam dlaczego kosmici mogliby przypominać z wyglądu ludzi. Mimo podobieństwa istniałyby zapewne znaczne różnice w wyglądzie, wynikające z odmiennego środowiska, w którym się rozwijały – inna grawitacja czy też inny skład atmosfery. Wydaje się jednak że humanoidalna forma jest optymalna dla istot które mają stworzyć cywilizację.

    Przy takich rozważaniach warto też pamiętać o hipotezie starożytnych astronautów. Jeśli faktycznie od tysięcy lat jesteśmy odwiedzani przez inteligentne istoty z kosmosu to ich uwieczniony wygląd wskazuje na to, że są do nas podobne. Boskie istoty które przybywały z nieba miały humanoidalny wygląd co widać na starożytnych petroglifach, malowidłach, w opisach z tekstów religijnych a także bardziej współczesnych relacjach z bliskich spotkań trzeciego stopnia. Gdyby w najbliższym czasie na Ziemię przybyły statki kosmiczne to oczekiwalibyśmy, że wyjdą z nich kosmici w humanoidalnej formie, a nie np. w formie ptaków lub plazmy. Być może zatem obraz kosmitów znany z kultury masowej nie odbiega znacznie od prawdy i takie istoty byłyby do nas bardzo podobne.

    #kosmiczneopowiesci #ufo #nauka #przemyslenia #wszechswiat #oswiadczenie #fizyka
    pokaż całość

    źródło: obraz34.png

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    •  

      W kulturze masowej dominuje obraz humanoidalnych istot, które są podobne do ludzi. Wiele osób krytykuje taki sposób postrzegania kosmitów, zwracając uwagę na niepotrzebny antropomorfizm i przekonanie o ludzkiej wyjątkowości.

      To akurat jest prawda.

      Cywilizacji nie potrafiły stworzyć np. dinozaury, płaszczki czy też rekiny.

      Ciekawe dlaczego?

      Człowiek posiada duży mózg, który jest kluczowy do ewentualnego stworzenia cywilizacji.

      Nie tyle liczy się duży mózg, tylko stosunek masy mózgu do masy ciała danego zwierzęcia - im większy tym lepszy, tzw. współczynnik encefalizacji. Neandertalczyk miał większy mózg niż Homo Sapiens i jak skończył?

      Człowiek posiada także chwytne i zręczne palce, za pomocą których mógł opanować sztukę posługiwania się narzędziami, od których zależne jest stworzenie ewentualnej cywilizacji technicznej.

      To prawda, człowiek ma najzręczniejsze ręce ze wszystkich zwierząt.

      Naturalnie niczego nie można być pewnym, jednak kilku naukowców w przychylny sposób wypowiadało się na temat tego, czy kosmici mogliby posiadać humanoidalne ciała. Jednym z nich jest Frank Drake, astrofizyk, założyciel SETI i twórca równania Drake’a.

      Drake to astrofizyk nie biolog czy antropolog więc jego wiedza z tego tematu jest mocno ograniczona.

      Dobrze jest mieć głowę na szczycie ciała, bo dzięki temu można w porę wypatrzeć zwierzę, które chcemy upolować i zjeść, czy po prostu rozejrzeć się po okolicy.

      Głowa na szczycie ciała ma to do siebie, że w razie upadku łatwiej się roztrzaskuje, nie wspominając o problemach przy porodzie.

      Dobrze, jeśli oczy znajdują się w głowie, bo dzięki temu impulsy nerwowe mają do pokonania krótką drogę od narządu wzroku do mózgu. Posiadanie dwojga oczu też ma kilka korzyści - możemy widzieć w trzech wymiarach i zachowujemy zdolność widzenia nawet gdy stracimy jedno oko.

      A posiadanie większej ilości oczu "dookoła głowy" jest jeszcze lepsze.

      Podejrzewam, że gdybyśmy zobaczyli istoty pozaziemskie z odległości 100 metrów, oświetlone od tyłu, nie odróżnilibyśmy ich od ludzi. Różnice byłyby widoczne dopiero po zbliżeniu się do obcych.

      A Stanisław Lem pisał w swoich książkach, że gdybyśmy zobaczyli prawdziwych ET to byśmy nawet nie wiedzieli, że to oni.

      Pytanie jednak czy ewolucja na innych planetach przebiegłaby tak jak na Ziemi.

      Nie, nie przebiegała. Istnieje za dużo czynników losowych takich jak np. masowe wymierania.

      Czy ewentualne inteligentne istoty posiadałyby humanoidalne ciała?

      Patrze wyżej.

      Dawkins zaznaczył, że np. na Ziemi zwierzęta na oddzielnych kontynentach nadal mają podobne geny i cechy charakterystyczne mimo że dawno temu rozdzieliły się w łańcuchu ewolucyjnym.

      Bo wszystkie organizmy na Ziemi pochodzą od wspólnego przodka.

      Ciekawy argument przytoczył także Bernard Bates, profesor fizyki z Uniwersytetu Puget Sound. Wg niego kosmici posiadający cywilizację oraz zaawansowaną technologię musieliby funkcjonować na lądzie, gdyż rozwinięta technologia potrzebuje ognia aby ją uruchomić.

      100% prawdy.

      Zwracał także uwagę, że kluczowym czynnikiem dla rozwoju są dłonie z delikatnymi palcami, umożliwiającymi precyzyjne manipulowanie przedmiotami.

      Wystarczy jeden precyzyjny organ do manipulowania przedmiotami - na tyle silny, żeby udźwignąć kamień i go obrobić i na tyle słaby aby zbudować procesor. Nasze ręce nadają się do tego idealnie co nie oznacza, że są najlepsze w całym Wszechświecie.

      Mimo podobieństwa istniałyby zapewne znaczne różnice w wyglądzie, wynikające z odmiennego środowiska, w którym się rozwijały – inna grawitacja czy też inny skład atmosfery.

      To już sama grawitacja skreśla humanoidalną budowę ciała jako optymalną - przy dużej grawitacji potrzeba by było mocniejszego kręgosłupa , zaś przy słabej byłby zbyt łamliwy.

      Wydaje się jednak że humanoidalna forma jest optymalna dla istot które mają stworzyć cywilizację.

      Jest tylko i wyłącznie optymalna na Ziemi jako produkt 4 miliardów lat ewolucji życia.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    13 marca 1997 roku nad Phoenix doszło do jednego z ciekawszych przypadków masowej obserwacji UFO w drugiej połowie XX wieku. Tysiące niezależnych świadków, nagrania pokazujące kule światła a sam gubernator Arizony przyznał, że obiekty mogły pochodzić z innej planety. Wersja wideo tutaj -> link także jeśli ktoś woli obejrzeć to zapraszam i zachęcam do wykopywania. Natomiast poniżej wersja pisana: Arizona, 13 marca 1997 roku. To miał być kolejny spokojny dzień w okolicach miasta Phoenix, jednak to właśnie tu doszło do jednego z najciekawszych przypadków masowej obserwacji UFO z ostatnich lat. Tysiące osób obserwowało na niebie dziwne kule światła, a także ogromny obiekt który nie wytwarzał żadnego dźwięku.

    Zdarzenie określane mianem świateł z Phoenix jest bardzo ciekawe z kilku powodów. Po pierwsze, świadkami tego incydentu było wiele tysięcy osób, rozproszonych na dystansie 500 km. Po drugie, oprócz relacji świadków istnieją także nagrania tych niezwykłych obiektów. Po trzecie zaś, ówczesny gubernator Arizony który sam był uczestnikiem tych zdarzeń, uważa, że mogły to być pojazdy pozaziemskiego pochodzenia. Zanim przejdziemy do zdarzenia z 13 marca, warto wspomnieć o obserwacjach które miały miejsce dwa miesiące wcześniej. 22 stycznia doktor Lyn Kitej zauważyła nad horyzontem trzy bursztynowe kule światła, które przez kilka minut nie zmieniały pozycji aby nagle gwałtownie ruszyć i zniknąć z pola widzenia. Następnej nocy trzy tajemnicze obiekty pojawiły się dokładnie w tym samym miejscu. Wisiały wysoko ponad miastem, a doktor Kitej po nagraniu filmu postanowiła uwiecznić je także na fotografii. W chwili robienia zdjęcia nagle w miejscu gdzie były trzy kule światła, pojawiło się ich aż sześć. Razem miały ogromną rozpiętość. Te dwie obserwacje były jedynie preludium do tego co miało się wydarzyć 13 marca 1997 roku.

    Tego dnia wieczorem rozpoczęła się cała seria obserwacji UFO na nocnym niebie. Pierwsza relacja pochodzi jeszcze ze stanu Nevada, gdzie jeden świadek z miasta Henderson zauważył ok. godziny 20:00 ogromny obiekt w kształcie litery V, promieniejący kilkoma źródłami światła. Następna relacja pochodzi od oficera policji z Paulden, który podczas jazdy samochodem ok. 20:15 zauważył w powietrzu grupę 5 pomarańczowo-czerwonych kul światła poruszających się w bardzo szybkim tempie. Kilka minut później obiekty dotarły do miasteczka Prescott, gdzie zauważył je John Kaiser który przebywał przed domem wraz z żoną i synami. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że widzieli grupę 5 kul światła, które poruszały się w trójkątnej formacji. Obiekty promieniowały czerwoną poświatą, z wyjątkiem jednego na przedzie, który emitował jasne światło. Po kilku minutach grupę niezwykłych pojazdów zaobserwowano w miasteczku Dewey, oddalonym o 16 kilometrów od Prescott. 6 osób podróżujących drogą numer 69 relacjonowało, że widzieli grupę dziwnych kul światła zmierzających w stronę Phoenix. Wszyscy świadkowie twierdzili, że obiekty nie wytwarzały żadnego dźwięku.

    Światła zaczęły się zbliżać do Phoenix. Tim Ley, wraz z żoną i synem, zauważyli grupę świateł zmierzającą w stronę miasta znad Prescott. Kule światła zaczęły się do siebie zbliżać po czym utworzyły trójkątną formację. Poruszały się nie wydając żadnego dźwięku, co chwilę przyspieszając i zwalniając. Gdy światła przeleciały tuż nad ich domem, świadkowie zauważyli, że razem tworzą ogromny pojazd w kształcie litery V, z równomiernie rozłożonymi światłami. Tajemniczy obiekt ok. godziny 21:00 oddalił się w stronę centrum miasta. Kiedy formacja świateł ułożonych w formie litery V dotarła do Phoenix, zaczęła przykuwać uwagę coraz większej liczby osób. Jednym ze świadków był kierowca Bill Greiner, który w następujący sposób opisał całe zdarzenie:
    „Gdyby przed tym incydentem ktoś mi powiedział, że widział UFO to odpowiedziałbym: tak, tak, a ja wierzę w zębową wróżkę. Teraz mam jednak całkowicie nową perspektywę i być może jestem tylko głupim kierowcą, ale widziałem coś co zupełnie nie pasuje do naszego świata. Nigdy nie będę już taki sam jak wcześniej.”

    Grupa niezwykłych kul światła dotarła do centrum miasta na oczach tysięcy ludzi. To właśnie z tego momentu pochodzi większość nagrań jakie pojawiały się w mediach w ciągu ostatnich 20 lat. Na nagraniach widać grupę jasnych kul światła, które pojawiają się, wiszą w powietrzu, po czym się oddalają. Nagrania poddano wielokrotnym analizom, po których eksperci uznali, że są autentyczne. Po tym gdy kule światła zniknęły, oddaliły się w stronę Los Angeles, gdzie zaobserwował je jeszcze jeden świadek. W trakcie jazdy samochodem nagle zatrzymał pojazd aby zgłosić przez telefon obserwację grupy świateł poruszających się w powietrzu bez żadnego dźwięku. Pozostaje zatem pytanie czym tak naprawdę były te dziwne kule światła i co tak naprawdę wydarzyło się w tamten wieczór nad Arizoną.

    Przez długi czas żadne organy władzy nie zabierały stanowiska w sprawie świateł z Phoenix. Po tym jak media nagłośniły zdarzenie, w końcu amerykańskie wojsko wydało oświadczenie zgodnie z którym grupa obiektów zarejestrowana na kamerach nad centrum miasta była.. flarami zrzucanymi przez samoloty w trakcie treningów. Jednocześnie gubernator Arizony, Fife Symington zorganizował konferencję prasową na której stwierdził, że za incydent odpowiada wojsko i że nie ma potrzeby szukać innych wytłumaczeń. Oba oświadczenia odnosiły się do zdarzenia znad centrum miasta, natomiast władze nigdy nie zabrały głosu w sprawie pierwszych obserwacji które miały miejsce poza Phoenix, zanim obiekty tam dotarły. Osoby które na własną rękę próbowały obalić te zdarzenie jako obserwację UFO, uznały, że wszyscy świadkowie rozproszeni na dystansie 500 kilometrów mieli po prostu masowe halucynacje.

    Czy te wyjaśnienia rozwiązują sprawę z Phoenix? Nikt nigdy nie podał zadowalającego wyjaśnienia pierwszych obserwacji, ale po latach okazało się, że także światła znad Phoenix wymagają dalszego śledztwa. Osobą, która podważyła rewelacje wojska oraz stanowisko gubernatora był… sam gubernator, który po zakończeniu kariery politycznej wydał zaskakujące oświadczenie. Fife Symington w 2007 roku przyznał, że sam był wówczas świadkiem przelotu niezwykłych obiektów nieznanego pochodzenia, jednak z wiadomych względów politycznych nie mógł tego przyznać. W wywiadzie przyznał, że sam był pilotem przez co zna się na latających maszynach. Symington uznał, że to coś co zaobserwował było znacznie większe niż wszystkie ziemskie pojazdy jakie kiedykolwiek widział. Przyznał, że nie mogły to być flary ponieważ poruszały się zbyt symetrycznie i w geometrycznej formacji. Gubernator dodał, że wśród świadków było wiele odpowiedzialnych osób i nie rozumie dlaczego ludzie wyśmiewają teorie zgodnie z którymi te pojazdy mogły pochodzić z innej planety. Symington przyznał, że nie wyklucza takiego wyjaśnienia i że światła z Phoenix do dziś pozostają tajemnicą.

    To jednak nie wszystko. Gubernator przyznał, że po incydencie poprosił o informacje od dowódców sił powietrznych w kwestii wyjaśnienia tego zdarzenia. Wg jego relacji żaden z generałów ani dowódców nie potrafił wytłumaczyć co się wówczas stało. Personel pobliskiej bazy wojskowej również był bardzo zdziwiony całym zajściem, odmawiając jakichkolwiek wyjaśnień. Po tym jak wydano oświadczenie o flarach zrzucanych z samolotów, gubernator był tym bardziej przekonany, że 13 marca 1997 roku nad Phoenix doszło do niewytłumaczalnego zdarzenia.

    Zdarzenie z Phoenix to jeden z najciekawszych przypadków masowych obserwacji UFO w XX wieku. Mamy tutaj tysiące świadków, którzy niezależnie od siebie przekazywali takie same relacje. Mamy oświadczenie gubernatora stanu Arizona, który sam przyznaje, że to co widział mogło pochodzić nie z tego świata. Mamy nagrania pokazujące kule światła unoszące się nad centrum ogromnej metropolii. Tamtego dnia definitywnie coś się zdarzyło, pytanie jednak czy obserwowane obiekty pochodziły z Ziemi czy też może z innej planety? Niektórzy uważają, że amerykańskie wojsko mogło wówczas testować nowo opracowane pojazdy. Warto się jednak zastanowić czy test takich pojazdów nad centrum wielkiego miasta byłby rozsądnym rozwiązaniem. Problematyczne pozostają dziwne tłumaczenia jakie wydawali przedstawiciele wojskowi. Warto pamiętać też o tym, że obserwacje takich obiektów w zachodniej części Stanów Zjednoczonych miały miejsce równo 100 lat wcześniej, na wiosnę 1897 roku. Obserwacje są do siebie bardzo zbliżone, a wówczas nie mogły latać żadne ziemskie pojazdy.

    Czy to możliwe, że światła nad Phoenix mają pozaziemskie pochodzenie? Niewykluczone, że był to kolejny przykład na to, że od tysięcy lat jesteśmy obserwowani przez inteligentne istoty z kosmosu. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Ostatnio robiąc krótki research zauważyłem że istnieje bardzo dużo incydentów w których szereg polityków wypowiada się pochlebnie na temat pozaziemskiego pochodzenia obiektów. Zwykle uważa się że politycy nigdy nie mogliby przyznać się do czegoś takiego, bo są 'poważnymi ludźmi', a jednak w wielu sprawach tak właśnie robią. Ciekawe. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #kosmiczneopowiesci #ufo #oswiadczenie #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: obraz26.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów