•  

    Cały Jordan( ͡° ͜ʖ ͡°)
    - Graliśmy mecz przedsezonowy, o nic. Weterani mający za sobą kilka lat w lidze nie lubią tych spotkań, wolą mecze o stawkę. A ja jestem podekscytowanym, pełnym energii pierwszoroczniakiem. Michael z kolei gra od niechcenia - opowiadał przed pięcioma laty w programie Jimmy'ego Kimmela legendarny koszykarz Pacers - Reggie Miller. Wtedy Chuck Person, który w drużynie był specjalistą od trash-talkingu (utarczek słownych i gierek psychologicznych - red.) zaczął podpuszczać Reggiego: - Uwierzysz, że to Michael Jordan? Koleś, o którym każdy mówi, który to niby ma chodzić po wodzie? Niszczysz go, Reg! Powinieneś mu przygadać! Miller połknął haczyk. - No i mówię do Michaela: Kim ty jesteś? Wielkim Michaelem Jordanem? Tak, dobrze widzisz, jest nowy chłopak na dzielni. MJ spojrzał na mnie i tylko lekko pokręcił głową. Koszykarz Pacers do przerwy uzbierał 10 punktów, a Jordan ledwie 4. Na koniec meczu młodzieniec z Indiany miał 12 "oczek", a gwiazdor Byków 44. - Ograł mnie w drugiej połowie 40 do 2! Schodzi z boiska i rzuca do mnie: lepiej uważaj, by nigdy więcej nie zwracać się ten sposób do Czarnego Jezusa - wspominał Miller. W tym samym sezonie - w grudniu 1987 roku - Jordan i Byki zawitały do Salt Lake City na potyczkę z ekipą Utah Jazz. Podczas jednej z akcji mierzący 198 cm Jordan był kryty przez mającego 185 cm wzrostu Johna Stocktona. MJ obrócił się, wyskoczył i z łatwością zapakował piłkę do kosza. Gdy wracał truchtem do obrony, siedzący w pierwszym rzędzie właściciel Jazz Larry Miller miał krzyknąć: - Może byś tak zmierzył się z kimś równym sobie. Chwilę później Jordan rozpędził się w ataku, wzbił się w powietrze z wysoko uniesioną piłką i z furią zapakował nad mierzącym 211 cm Melem Turpinem. Gdy MJ wracał do obrony, z przekąsem zapytał Millera: - Czy ten był wystarczająco duży dla ciebie?
    #nba #sport #koszykowka
    pokaż całość

  •  

    zawsze mam ciary przy tym intro.... tych nieprzespanych nocy oglądając kolejne mecze finałowe od '91 do '98 na żywo nikt mi nie zabierze(。◕‿‿◕。)
    #nba #chicago #nostalgia #90s #sport #koszykowka

    źródło: youtube.com

  •  

    Nikt nam nie wmówi, że nie mieliśmy swoich air jordanów! Stomil Pivot; lata 80. Stan bdb, nic nie spękane ;) #buty #nba #nostalgia #gimbynieznajo #koszykowka #sport

    źródło: STOMIL_air.jpg

  •  

    W wieku 78 lat zmarł Jerry Sloan, trener #takenote w latach 1985 - 2011
    #nba #koszykowka #thelastdance

    pokaż spoiler Tak BTW R.I.P. Mirkolista

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 1590159200020.twitter.android.jpg

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Czas po 2 miesiącach wracać do teraźniejszości w PLK, ostatni mój wpis z cyklu #retrokosz :)

    Przez ostatnie tygodnie zapostowałem trochę opowiastek o poszczególnych sezonach i zbiorcze podsumowanie występów polskich zespołów w Europie, dekada po dekadzie. Przypisywałem też orientacyjne miejsca w kontekście Europy tych klubów, a teraz podsumowuję to jednym obrazkiem (taka twórczość własna :)) - najlepiej otworzyć w nowej kwarcie.

    Trochę widać w tym wykresie - np. bardzo rozsądną i dość powolną drogę Prokomu do tego co osiągnęli. Albo to jak wysoko w połowie lat 90 był Anwil w pucharach. Albo to że jak już nie mamy nikogo w Eurolidze to trudno przebić się gdzieś wyżej - chociaż w Eurolidze w ostatniej dekadzie to nasze zespoły statystowały.

    Dla dociekliwych:
    - jeśli pierwszy puchar (Euroliga) miał 16 miejsc to one zabierały pierwsze 16 pozycji
    - zwycięzca drugiego turnieju (np. EuroCup) miał miejsce 17, finalista 18, półfinaliści 19-20, ćwierćfinaliści 21-24, itd.
    - kilka pucharów zrównolegliłem, dlatego np. Arka, Anwil i Toruń są w tym samym miejscu na wykresie w roku 2019, albo dlatego Śląsk jest wysoko w 2001, kiedy grali w Suprolidze, która była słabsza od Euroligi, ale nie na tyle żeby uważać że był to drugi w hierarchii poziom
    - zawsze brałem środek przedziału, np. jeśli zespół odpadał w fazie grupowej Euroligi i był w przedziale 17-24, przypisywałem pozycję 20,5 :)

    No, to tyle ode mnie ze staroci :)
    Dobrze się bawiłem :)

    Wołam jak zwykle: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: Przechwytywanie.PNG

  •  

    Ech... Początek lat 90-ych i NBA - byłem w technikum, do dziś odsypiam te noce przed ekranem tv.

    Dla mnie serial Ostatni taniec to coś niesamowitego. Wiele nowych faktów, po prawie 30- latach a mocno je przeżywam.

    Dzięki serialowi inaczej patrzę na MJa. Wtedy, o dziwo, go nie do końca lubiłem. Ceniłem jak najbardziej, ale zawsze bardziej lubiłem Scottiego Pippena.
    Nie mieliśmy internetu, więc wiadomości były znikome. Czytało się prasę - na tym bazowało.

    W serialu poruszony jest wątek zarobków Pippena w Bulls. Pokazano jego frustrację, złość z tego powodu.

    Scottie Pippen, człowiek, który słynie z jednego z najgorszych kontraktów w historii NBA, tak naprawdę zarobił na koszykówca o 20 milionów dolarów więcej niż Michael Jordan.

    MJ debiutując w 1984 r. podpisał siedmioletni kontrakt w wysokości 6,3 miliona dolarów, a w 1988 podpisał 8-letnią,renegocjowaną umowę na 25,7 miliona dolarów.

    Jednak rosnąca popularność NBA oraz gwałtowny wzrost dochodów federacji (głównie dzięki samemu Jordanowi), sprawił że MJ zdołam wynegocjować w 1996 r. umowę o łącznej wartości 63,28 miliona dolarów za dwa ostatnie sezony gry.

    W serialu pokazano problemy Pippena z renegocjowaniem jego niskiego kontraktu, i frustrację z powodu odmowy klubu.

    Scottie odbił sobie finansowe tyły, kiedy podpisał pięcioletnią umowę o wartości 67,2 miliona dolarów z Houston Rockets w 1998 roku. Chociaż po roku przeszedł do Portland, Blazers musieli utrzymać wysokość kontraktu.

    Jordan tymczasem zakończył karierę koszykarską

    W 2003 roku Pippen wrócił do Bulls i podpisał dwuletnią umowę na 10,3 mln dolarów. Choć mając 37 lat był już daleki od świetnej formy, to kontrakt ten uznano w Chicago za gest wyrównujący straty z poprzednich lat gry w Bulls.

    Podsumowując, Pippen zakończył karierę zarobkami w wysokości 109,9 miliona dolarów, a Jordan 89,7 miliona dolarów.

    Oczywiście pomijam fakt, że Jordan czerpie do dziś ogromne zyski z kontraktu z Nike.

    #netflix #koszykowka #basketball #michaeljordan
    pokaż całość

    źródło: 7920204.3.jpg

    •  

      @ulan_mazowiecki: skoro jest tam jednak coś o Kukocu to wrócę do oglądania. Obejrzałem pierwsze 2 odcinki i się zagotowałem, jak pokazali mojego bohatera dzieciństwa w zaledwie kilku ujęciach, nie dając mu głosu, podczas kiedy taki śmieciuch, jak Kerr dostał tam więcej minut, niż w przeciętnym meczu i nawet na zapostowanym przez ciebie plakacie występuje jako "ten czwarty", podczas gdy Kukoc w tamtym sezonie był tak naprawdę trzecim po Jordanie i Pippenie najważniejszym graczem ofensywnym w rotacji, nawet mimo ograniczającej go roli w drużynie. Sam jako junior miałem krótką przygodę z amerykańską koszykówką i do dziś irytuje mnie to, jak Amerykanie traktują zawodników z Europy pokaż całość

    •  

      @Miroslaw_juz_nie_suchoklates: Kukoča jest dość dużo. Serial ma bardzo dobrze ułożony scenariusz. Dokładnie omówiono całą otoczkę przyjścia Toniego do Bulls. On też się wypowiada o swoich problemach z aklimatyzacją w momencie, gdy Scottie walczył o wyższy kontrakt a klub go olał i kupił Kukoča.

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Robiłem w ostatnich tygodniach zbiorcze podsumowania występów polskich zespołów w Europie dla:
    - lat 80
    - lat 90
    - lat 00

    Czas na ostatni taki wpis, czyli ostatnią dekadę, która była sporym zjazdem w dół. Tu nie będę już się silił na następne wpisy opisujące w szczegółach któryś sezon w wykonaniu danego zespołu, bo szczerze mówiąc nie bardzo jest nad czym się pochylić.
    Za to usiądę jeszcze kiedyś i wrzucę na wykres te "miejsca polskich zespołów w Europie".

    Przypominam tylko że w nawiasie kwadratowym po nazwie pucharu piszę który to poziom rozgrywek, a przed nazwą klubu „które to miejsce w Europie”, jeśli grały w fazie grupowej. Oczywiście miejsce jest umowne, bo nigdy najlepszy zespół niższego pucharu nie będzie słabszy, niż najsłabszy zespół wyższego. No ale jakoś chciałem to uporządkować.

    Lista w latach 2010-20:

    2010-11
    • [17-24] Asseco Gdynia – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy wyszły Maccabi, Baskonia, Żalgiris i Parizan
    • [41-56] Anwil Włocławek – ULEB EuroCup [2], faza grupowa, z grupy wyszły Alba Berlin i Caserta (Włochy)
    • [-] Trefl Sopot – FIBA EuroChallenge [3], runda kwalifikacyjna, odpadli z Dexia Mons (Belgia)

    2011-12
    • [17-24] Asseco Gdynia – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy wyszły Barcelona, Siena, UNICS i Galatasaray
    • [41-56] Turów Zgorzelec – Euroliga [1], 1 runda kwalifikacji, odpadli z Khimki Moskwa, potem faza grupowa ULEB EuroCup [2], z grupy wyszły Alba i Buducnost (Czarnogóra)

    2012-13
    • [17-24] Asseco Gdynia – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy wyszły Maccabi, Unicaja, Siena i Alba
    • [33-40] Stelmet Zielona Góra – ULEB EuroCup [2], druga faza grupowa (top16), z grupy wyszły Lokomotiv i Spartak St. Petersburg, w pierwszej fazie grupowej eliminowali Oostende (Belgia) i Panionios (Grecja)
    • [41-56] Trefl Sopot – ULEB EuroCup [2], faza grupowa, z grupy awansowały Lokomotiv i Galatasaray

    2013-14
    • [17-24] Stelmet Zielona Góra – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy wyszły Olympiacos, Galatasaray, Unicaja i Bayern, potem druga faza grupowa (z pominięciem pierwszej) ULEB EuroCup, z grupy wyszły UNICS i Valencia

    2014-15
    • [17-24] Turów Zgorzelec – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy wyszły Barcelona, Fenerbahce, Panathinaikos i Olimpia Mediolan, potem ULEB Eurocup [2], w drugiej fazie grupowej wyeliminowali Sevillę i Oostende, w 1/16 finału odpadli z Paris-Levallois
    • [49-60] Stelmet Zielona Góra – Euroliga [1], 1 runda kwalifikacji, odpadli z UNICSem Kazań, potem faza grupowa ULEB EuroCup, z grupy wyszły Lokomotiv, PAOK, Karsiyaka (Turcja) i Buducnost (Czarnogóra)

    2015-16
    • [17-24] Stelmet Zielona Góra – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy wyszły Lokomotiv, Barcelona, Panathinaikos i Żalgiris, potem ćwierćfinał ULEB Eurocup, odpadli z Gran Canarią, wcześniej eliminowali UNICS w 1/8 finału, a jeszcze wcześniej Ludwigsburg i Venezię w fazie grupowej top32
    • [77-92] Rosa Radom – FIBA Europe Cup [3], druga faza grupowa (top32), z grupy awansowały Frankfurt i Gaziantep (Turcja)
    • [77-92] Śląsk Wrocław – FIBA Europe Cup [3], druga faza grupowa (top32), z grupy awansowały Turk Telekom i Oostende (Belgia), w pierwszej fazie grupowej wyeliminowali m.in. Siauliai (Litwa)
    • [93-116] Turów Zgorzelec – FIBA Europe Cup [3], pierwsza faza grupowa, z grupy wyszły Ventspils i Pieno Zvaigzdes (Litwa)

    2016-17
    • [57-76] Stelmet Zielona Góra – FIBA Champions League [2/3], faza grupowa, z grupy wyszły Besiktas, AEK, Partizan, Ludwigsburg i Sassari, potem transfer do 1/8 finału FIBA Europe Cup [4] i porażka z Ciboną
    • [57-76] Rosa Radom – FIBA Champions League [2/3], faza grupowa, z grupy wyszły ASVEL, Neptunas (Litwa), Oldenburg, PAOK i Ventspils

    2017-18
    • [33-48] Stelmet Zielona Góra – FIBA Champions League [2/3], 1/8 finału, wyeliminowani przez Monaco, w grupie wyeliminowali Avellino, Oostende, Telekom Bonn i Aris
    • [49-72] Rosa Radom – FIBA Champions League [2/3], faza grupowa, z grupy wyszły Strasbourg, Banvit (Turcja), AEK i Bayreuth (Niemcy), w kwalifikacjach pokonali Antwerpię
    • [-] Stal Ostrów Wlkp. – FIBA Europe Cup [3], 1 runda kwalifikacji, odpadli z Bnei Herzliya (Izrael)

    2018-19
    • [49-72] Arka Gdynia – ULEB EuroCup [2/3], faza grupowa, wyeliminowani przez Lokomotiv, Albę, Cedevitę i Limoges
    • [49-72] Anwil Włocławek – FIBA Champions League [2/3], faza grupowa, wyeliminowani przez Murcię, Banvit, Niżny Nowogród i Le Mans
    • [-] Polski Cukier Toruń – FIBA Champions League [2/3], 3 runda kwalifikacji, wyeliminowani przez Bayreuth (Niemcy), wcześniej eliminowali Estudiantes Madryt i Tsmoki Mińsk
    • [-] Rosa Radom - FIBA Europe Cup [4], 1 runda kwalifikacji, wyeliminowani przez Kataję (Finlandia)

    2019-20
    • [49-72] Arka Gdynia – ULEB EuroCup [2/3], faza grupowa, z grupy wyszły Unicaja, Galatasaray, Oldenburg, Trento
    • [49-72] Anwil Włocławek – FIBA Champions League [2/3], faza grupowa, z grupy wyszły Hapoel Jerozolima, AEK, San Pablo Burgos i Bandirma
    • [49-72] Polski Cukier Toruń – FIBA Champions League [2/3], faza grupowa, z grupy wyszły Turk Telekom, Sassari, Oostende i Lietkabelis (Litwa), w kwalifikacjach eliminowali Karhu (Finlandia)
    • [89-104] Legia Warszawa – FIBA Champions League [2/3], 2 runda kwalifikacji, odpadli z Niżnym Nowogrodem, wyeliminowali Signal Prisztina (Kosowo), potem faza grupowa FIBA Europe Cup [4], z grupy wyszli Bakken (Dania) i Kormend (Węgry)

    Wołam jak zwykle: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

  •  

    Oj, ale wróciło wiele wspomnień dzięki "Ostatni taniec" na #netflix All Star Game 98. Po tylu latach ciągle się pamięta te twarze, nazwiska ehh #nba #koszykowka

    źródło: 1588793306807.jpg

    •  

      @L3stat: Ja po śmierci Kobego znowu złapałem vibe na koszykówkę. Cos tam kojarzyłem z 2012 plus, ale teraz nawwt zacząłem pykac w 2k ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      +: L3stat
    •  

      @wicked93 dla mnie z NBA jest jak z filmem, który w dzieciństwie uznawało się za wybitne dzieło. Ale gdy obejrzy się go po latach cały czar pryska. Bardzo żałuję ale nie potrafię patrzeć na grę gwiazd koszykówki w taki sposób jak na takich gości jak Grant Hill, Penny Hardaway, Dikembe Mutombo, MJ, Stockton to Malone... Czar prysnął chyba.

  •  

    Dobra to z perspektywy osoby, która nie potrafi grać w #koszykowka i całe życie tylko jarałem się piłką nożną, to muszę przyznać, że czuję magic Jordana, całej otoczki NBA, jestem rocznik 95 więc nie miałem szans widzieć to podczas akcji w tv oraz doświadczyć tego kultu, próbowałem wiele razy w szkole grać w kosza, ale przy moich 183 cm, a kolegów 190-200 cm to jak im łatwo rzuca się i gdy z dwutaktu dostałem 1, to zacząłem bardzo nie lubić ten sport, po obejrzeniu 6 odcinków, mam ochotę przeczytać Życie MJ, kupić piłkę do kosza i zacząć trenować. Dzięki #netflix kawał dobrej roboty, poziom #hbogo
    #nba
    pokaż całość

    źródło: comment_1588626819OJvBPARITUpwbxBjuL6DvW w400.jpg

  •  

    Dziękuję Ci Netflixie za ten serial. Dzięki niemu wróciły dziecięce wspomnienia: mecze NBA w TVP2 ("hej, hej tu NBA" Szaranowicza) i TVN (słynne finały z Utah Hazz), magazyn "za trzy", który prowadził młody Obuchowicz, pierwsza piłka Spaldinga, czasopismo Magic Basketball.
    Cały mój pokój obklejony był plakatami z gwiazdami NBA: Paytonem, Pippenem, Barkleyem, Shaq'iem no i oczywiście dwa największe plakaty MJ. Kosmiczny mecz widziałem chyba ze 30 razy i zawsze płacze przy scenie jak Michael ląduje na boisku baseballowym. Płakałem gdy MJ kończył karierę, byłem zalamany. Mimo, że później porzucilem grę w kosza i zainteresowanie nim na rzecz piłki nożnej, to jakaś cząstka tego pozostała we mnie. Znów siadam przed TV jak ten gówniak i podziwiam te piękne zagrania. Fajnie cofnąć się do tamtych chwil, to było piękne moc to przeżywać.
    #netflix #ostatnitaniec #thelastdance #koszykowka #nba
    pokaż całość

    źródło: AAAABTPOEbSSGaN1K-lCZR_Lsm2jGoe9iLoHlIUeqKQDuL0eyflC5Fml3MW0tjuH4CKXh1-npQ-OZ4kcow354J4a5hRhGIXC3EDfUR6KLL2v1Lr4bgjdiPcx

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Dziś o największym w historii polskiej koszykówki klubowej. Zapraszam na historię występów Asseco Prokomu Gdynia (już nie Sopot) w Eurolidze 2009-10. Był to największy sukces i ostatnie wyraziste występy naszych zespołów w pucharach. Trudno za takowe uznać pojedyncze zwycięstwa euroligowe w kolejnej dekadzie, maksymalnie druga faza grupowa słabszych pucharów. No może ćwierćfinał Eurocupu w wykonaniu Stelmetu w 2016. Ale to nie ten kaliber.

    Tło:

    Struktura moich wpisów jest zawsze taka sama. Czyli najpierw o zespole. Latem 2009 Prokom był po swoim 6 z rzędu Mistrzostwie Polski i po piątym występie w Eurolidze, gdzie na zmianę zespół docierał do drugiej fazy grupowej (top16) lub odpadał po pierwszej. W sezonie o którym mowa nie przypominam sobie żeby zespół był mniej lub bardziej gwiazdorski, ani żeby oczekiwania były inne niż zwykle.
    Budżet Prokomu w tamtych latach jak na polskie warunki był przepotężny, co najmniej 2x większy niż kolejnych zespołów aspirujących do medali w PLK. Trenerem trzeci rok z rzędu był Litwin Tomas Pacesas, multimedalista PLK na parkiecie i na ławce trenerskiej.
    Polska część składu praktycznie się nie zmieniła. Jedynie Filip Dylewicz spróbował swoich sił w lidze włoskiej w Avellino. Poza tym status quo, czyli Adam Hrycaniuk, Przemysław Zamojski, w mniejszej roli Piotr Szczotka, za to w większej Adam Łapeta i Mateusz Kostrzewski (21-latek). Do składu dokooptowano również z rezerw Łukasza Seweryna, ale z myślą o PLK, nie Eurolidze.

    Z zeszłego sezonu zostało też kilku obcokrajowców: Tyrone Brazelton, który po uniwerku grał pół sezonu w Ventspils i pół w Prokomie, senegalski center Pape Sow z doświadczeniami w NBA (również przyszedł w połowie poprzedniego sezonu), Ronnie Burrell – była gwiazda Bundesligi, Daniel Ewing, po trzech sezonach w Clippers, jednym w Chimkach i jednym w Prokomie, Qyntel Woods, najlepszy gracz parkietów PLK, przyszedł do Sopotu w połowie poprzedniego sezonu z Bolonii i David Logan, grający w Polsce już 2,5 roku (w Starogardzie Gdańskim i Zgorzelcu przed Prokomem).
    Jednym słowem stabilizacja, i to niespotykana jak na polskie warunki. Nowym zawodnikiem w składzie na ten sezon był tylko Jan-Hendrik Jagla, reprezentant Niemiec prosto z ligi hiszpańskiej, z Joventutu.

    Rotacja wyglądała mniej więcej tak:
    G: Ewing-Logan (+ Brazelton-Zamojski-Kostrzewski)
    F: Woods-Burrell (+ Szczotka-Jagla)
    C: Hrycaniuk (+Sow-Łapeta)

    W rzeczywistości startowe piątki wyglądały trochę inaczej, bo etatowym starterem był Szczotka, który poza pierwszą kwartą nie grał prawie wcale :) Drugą rzeczą było to że Przemysław Zamojski nabawił się poważnej kontuzji w lato i będzie wyłączony z gry przez pierwszą połowę sezonu, aż do stycznia 2010.

    Pierwsza faza grupowa:

    W tej części sezonu zadanie było proste (nie na parkiecie, tylko w założeniach) – wyeliminować dwa zespoły z 6-zespołowej grupy.
    Rywale i ich największe gwiazdy to:
    Panathinaikos – mistrz Grecji, po słabszym poprzednim sezonie w Europie. Gwiazdy: przede wszystkim Mike Batiste, Drew Nicholas i Nikola Peković. No i oczywiście hall of fame greckiej koszykówki: Nick Calathes, Dimitris Diamantidis, Antonis Fotsis, Vassilis Spanoulis. No i jeszcze Sarunas Jasikievicius i Milenko Tepić jakby było mało.
    Real – półfinalista ligi hiszpańskiej (bez medalu), ćwierćfinalista Euroligi. Tu były same gwiazdy: Louis Bullock, Jorge Garbajosa, Travis Hansen, Marko Jarić, Rimantas Kaukenas, Darius Lavrinovic, Sergio Lull, Pablo Prigioni, Felipe Reyes, Ante Tomić, Novica Velićković… i wymieniłem cały skład :)
    Khimki – wicemistrz Rosji i wicemistrz pucharu ULEB, debiutant w Eurolidze. Gwiazdy: super-zabójczy duet Keith Langford (z Bolonii) i Kelly McCarty, a pod koszem Robertas Javtokas i młody Timofey Mozgov :)
    Armani Mediolan – wicemistrz Włoch, top16 Euroligi w zeszłym roku. Gwiazdy: Morris Finley (ze Sieny), Jonas Maciulis (z Żalgirisu)
    Oldenburg – mistrz Niemiec, debiut w Eurolidze, a rok temu debiut w ogóle w pucharach (na 3 poziomie w EuroChallenge). Gwiazdy: Amerykanie Je’Kel Foster, Rickey Paulding byli najbardziej wybijający się, ale w zasadzie byli tam sami Amerykanie. Plus Milan Majstorović który za kilka lat zagra w Treflu i Marko Scekić który grał w Turowie.

    Mimo że nie była to najtrudniejsza z czterech grup, to każdy zespół oprócz Niemców był bardzo mocny. O awansie można było myśleć wyprzedzając przede wszystkim Włochów. Niemcy byli skazani na pożarcie.

    Rozgrywki grupowe zaczęły się pod koniec października. Od razu od wielkiego rozczarowania – w Gdyni Prokom nie potrafił wygrać z Oldenburgiem (81-87), w ostatniej kwarcie bezskutecznie goniąc kilkupunktową stratę. Woods w tym meczu miał linijkę 23+14, a po drugiej stronie najlepsi byli Jekel Foster (20pkt) i Rickey Paulding (23pkt, 5 trójek). Druga kolejka była tym większym wyzwaniem, że na koszykarzy mistrza Polski, w Madrycie czekał Real. Mecz „skończył” się gdzieś w drugiej kwarcie, kiedy Real zbudował kilkanaście punktów przewagi. Potem nigdy w tym meczu nie było już mniej niż 14 oczek różnicy. W Prokomie ponownie najlepszy był Woods (22pkt), Burrell dołożył 14pkt i 13zb. W Realu 6 zawodników przekraczało 10 punktów, a wynik końcowy to 94-72.

    Porażka z Niemcami trochę skomplikowała sytuację gdynian, ale już na początku listopada nadarzyła się szansa na rehabilitację. Do Gdyni przyjechali Włosi z Armani Jeans Mediolan. Podobnie jak mecz z Niemcami, i ten toczony był punkt za punkt. Do końcówki trzeciej kwarty maksymalna przewaga któregokolwiek zespołu to 3-4 punkty. Piorunujące w wykonaniu Prokomu były pierwsze 3 minuty ostatniej części gry – od stanu 64-62 wyszli na 77-67, a świetnie w tym czasie grał Pape Sow, na którego trochę narzekano. Tej zaliczki Prokom już nie wypuścił, ale nie obyło się bez horrorowej końcówki, w której 12 punktów z rzędu goście zdobyli rzutami wolnymi, nie trafiali w tej pogoni jednak za trzy. Kiedy doszli do 86-83, na linię powędrował Dan Ewing, trafił oba rzuty, a czasu na dwa posiadania już nie było. Prokom cieszył się z pierwszego zwycięstwa 88-83. Najlepszym graczem polskiego zespołu był tym razem Logan (23pkt), Sow dołożył solidne double-double 15+10. Woods grał 11 minut i spadł za faule (tak jak Burrell i Sow). Włosi rzucali w sumie 33/41 wolnych, sam Morris Finley miał 25pkt, 3/10 za 3 i 12/13 z linii. Litewski center Marijonas Petravicius miał 12/14 z wolnych (to głównie on w czwartej kwarcie odrabiał nimi straty).
    Oprócz Sow’a na cenzurowanym był też rezerwowy rozgrywający Tyrone Brazelton. Pojawienie się w zespole Lorinzy Harringtona, byłego gracza NBA, Valencii, a ostatnio Olimipji właściwie przesądzało los Brazeltona.

    Czwarta kolejka to przyjazd Panathinaikosu do Gdyni. Mecz nieco do zapomnienia, twarda obrona gości od początku pozwoliła im kontrolować wynik. 25-13 po 10min gry, 45-33 do przerwy, niemal 25 punktów różnicy na przełomie 3/4 kwarty. Ostatnia kwarta to rozprężenie Greków, którzy rzucili w niej tylko 11 punktów, ale najniższa strata w drugiej połowie pojawiła się na zegarze na sam koniec meczu i było to 65-75. Tym razem Sow był znowu beznadziejny (0/3 z gry), a pod koszem walczył głównie Jagla. Brazelton nie zagrał, 8min debiutu zaliczył Harrington. W PAO najlepsi byli Drew Nicholas (5 trójek) i Nikola Peković – obaj po 17 punktów. W tym momencie w tabeli trzy topowe zespoły (Real, PAO, Khimki) miały bilans 3-1, pozostałe walczące o ostatnie miejsce w top16 – 1-3. Prokom nie poprawił go też w ostatniej kolejce pierwszej rundy. W Moskwie mistrz Polski został pokonany przez Khimki 67-89. Dzielnie trzymali się do połowy drugiej kwarty, potem przewaga rosła systematycznie. Chwilę przed końcem meczu było to 26 punktów różnicy. Langford i McCarthy rzucili 20 i 22 punkty. W Prokomie najlepszy znowu Sow (18pkt, 12/13 z wolnych, co za sinusoida!), znowu słaby Woods (2/10 z gry), nie było już Brazeltona, a Harrington zagrał aż 30 minut.

    Przed rewanżami sytuacja w tabeli nie była najlepsza. Jedno zwycięstwo w 5 meczach, oznaczało że trzeba wygrać w rewanżach i z Niemcami i z Włochami na wyjazdach i prawdopodobnie coś jeszcze.
    Duża część planu powiodła się już na początku grudnia. Najpierw wyjazdowe 82-80 z Oldenburgiem, kiedy najważniejsze punkty dla Prokomu zdobywał Burrell, najwięcej Woods (25), a Milan Majstorović miał chybioną trójkę na zwycięstwo. Potem domowe zwycięstwo z Realem 82-76. Polskie zespoły już kiedyś wygrywały z Realem, ale nigdy nie z tak mocnym, raczej takim w kryzysie. Kluczowym fragmentem meczu była sekwencja na ok. 2 minuty do końca, kiedy przy stanie 74-72 dla Prokomu, Rimantas Kaukenas popełnił dwie straty z rzędu wykorzystane przez Logana i Woodsa w postaci punktów z kontry. Woods w tym meczu zdobył 27 punktów, skromniejsze 19 Logana, ale 7/8 za 2.

    Na 3 kolejki do końca, Prokom miał bilans 3-4, Mediolan 2-5, Oldenburg 1-6. Top16 było blisko, ale klucz to mecz we Włoszech. A ten od początku źle się układał. W pierwszej kwarcie strata wynosiła kilka punktów, w drugiej już ok. 15. Trochę lepsza gra w trzeciej kwarcie (Woods i Ewing) pozwoliła zejść do ok. 10 punktów deficytu, ale to było wszystko na co tego dnia było stać Prokom. Skończyło się 69-82, a więc nie dość że nie udało się tego meczu wygrać, to jeszcze Włosi odrobili małe punkty z meczu w Gdyni i wyszli przed Prokom w tabeli. Indywidualnie najlepsi byli rozgrywający: Morris Finley (20pkt) i Daniel Ewing (21pkt). Na mecz nie pojechał Pape Sow – może nie był 100% kandydatem do zwolnienia, kulisy jego absencji nie są do końca jasne, chodziło podobno o jakieś kwestie dyscyplinarne, a może to tylko przykrywka. Tak czy inaczej Prokom znalazł się w trudnej sytuacji w grupie i szukał jeszcze pierwszego centra.
    W 9 kolejce w Atenach cudu nie było, chociaż wisiał on w powietrzu przez większość meczu. W meczu zadebiutował Ratko Varda – następca Senegalczyka na pozycji centra. Gość z dużymi doświadczeniami w Europie, a nawet epizodem w NBA. Wyglądający jak na centra przystało jak rzeźnik :) Jeszcze w połowie czwartej kwarty Panathinaikos prowadził zaledwie jednym punktem. Przez kolejne trzy minuty jedyne punkty dla Prokomu to jeden wolny Łapety, dla PAO w tym czasie trafiali Peković, Jasikievicius i Nicholas trójkę i zrobiło się 64-56. Gdynianie walczyli jeszcze ambitnie do końca, np. doprowadzając do stanu 62-66 przy własnym posiadaniu, ale doświadczeni rywale nie dali sobie wyrwać zwycięstwa 74-66. Swój mecz w Moskwie przegrali też Włosi, tliła się jeszcze szansa na top16.

    Warunki były dwa: wygrać u siebie z Khimkami i nasłuchiwać wieści z Włoch, gdzie Armani nie mogło wygrać z Realem. W meczu Prokomu były fale – najpierw wyrównana pierwsza kwarta z lekkim wskazaniem na Prokom. Potem szturm gospodarzy w drugiej kwarcie – np. od stanu 29-25 do 45-29. Następnie odrobienie wszystkich strat przez Khimki w trzeciej kwarcie i w końcu wyrównana ostatnia część gry. W niej kluczowe punkty zdobywał Varda (5 z rzędu w tym trójka, od stanu 61-59 do 66-59), a potem faulowany Logan trafił 6 wolnych z rzędu. Próba nerwów zaliczona, wynik końcowy 75-70. Logan zaliczył 21 punktów, u rywali McCarty 22.
    W tym samym czasie w Mediolanie gospodarze dwoili się i troili, ale w ostatniej kwarcie Real przycisnął wyrzucając ich za burtę Euroligi, w top16 zagra więc Prokom. 4 zwycięstwa w 10 meczach wystarczyły, gdyby nie falstart z Oldenburgiem (było to ich jedyne zwycięstwo) to obyło by się pewnie bez takich nerwów.

    Druga faza grupowa:

    W top16 Prokom grał już trzy razy, w tym przed rokiem. Była to już bardzo wysoka półka. Polski zespół w pierwszym swoim sezonie w czołowej 16 Euroligi zanotował tam bilans 0-6, potem dwa razy po 1-5. Do awansu do ćwierćfinałów Euroligi potrzeba było co najmniej 3, a prawdopodobnie 4 zwycięstw. Więcej niż przez wszystkie 3 udziały Prokomu w tej fazie.

    A w grupie:
    CSKA Moskwa – mistrz Rosji i finalista Euroligi 2009, w składzie zabójcze duo JR Holden i Trajan Langdon na obwodzie, do tego Ramunas Siskauskas, Pops Mensah-Bonsu, Zoran Planinić, no i Rosjanie, przede wszystkim Victor Khryapa i Sasha Kaun.
    Unicaja Malaga – półfinalista ligi hiszpańskiej, zadomowieni na tym szczeblu pucharów. Był to zespół opanowany przez Amerykanów i Anglików: Robert Archibald, Omar Cook, Juan Dixon, Zabian Dowdell, Joel Freeland. Z obcokrajowców był jeszcze Czech Jiri Welsch, Brazylijczyk Augusto Lima i Grek Georgios Printezis, a najbardziej znaczącym Hiszpanem był Carlos Jimenez. Oczywiście większość z nich po grze w NBA.
    Żalgiris Kowno – wicemistrz Litwy (nie mistrz!), przechodzący trochę niemrawy okres w swojej historii. Był to zespół oparty głównie o Litwinów (np. Mantas Kalnietis, Dainius Salenga), wspartych duetem Amerykanów (Marcus Brown i Travis Watson) i kilkoma graczami z Bałkanów (Mirza Begić, Alensandar Capin i Mario Delas).

    Żalgiris wydawał się w zasięgu. CSKA i Unicaja absolutnie nie.

    Pierwszy mecz top16 pod koniec stycznia potwierdził baaardzo pierwszą z tych tez. Szczególnie w drugiej połowie Żalgiris nie miał żadnych argumentów i Prokom zwyciężył aż 89-65. 20 punktów zdobył Logan, a jeśli w top16 Euroligi 15minut po parkiecie biega Łukasz Seweryn (8pkt) to coś musiało pójść nieoczekiwanym torem :) Na małe usprawiedliwienie Litwinów – nie mógł u nich zagrać skrzydłowy Travis Watson. W Prokomie do gry wrócił Przemek Zamojski, od razu zdobył 11 punktów.
    Druga kolejka to wyjazd do Malagi. Mecz kluczowy w tej kampanii, o czym kibice przekonają się już niedługo. Przede wszystkim zaczęło się od mocnego 8-0 na start dla Prokomu. Przez całą pierwszą połowę ta niewielka zaliczka wypracowana w pierwszych minutach pozwalała kontrolować przebieg meczu. W połowie drugiej kwarty po trójce Ewinga było nawet 33-18, a Hiszpanie przecierali oczy ze zdumienia. Świetne 2-3 ostatnie minuty połowy pozwoliły gospodarzom wrócić do meczu, mimo sporej przewagi Prokomu, połowa zakończyła się prowadzeniem jedynie 37-33. Początek trzeciej kwarty to nerwówka. W 5 minut Malaga trafiła 7 punktów, Prokom 4. Mimo ze w kolejnych minutach polski zespół nadal miał problemy ze skutecznością to stała się rzecz niespodziewana – już do końca kwarty gospodarze nie rzucili punktów. Ok. 5 minut bez zdobyczy, i ok. 8 minut bez celnego rzutu w grze. Budowanie przewagi na nowo szło Prokomowi dość mozolnie, ale zamknięcie kosza rywalom pozwoliło na solidną zaliczkę 49-40 przed ostatnią kwartą. A w niej przez kolejne 3 minuty nikt nie zdobył punktów :) Sporadyczne kosze zdarzały się tak do 3min przed końcem meczu, ale było to kosz za kosz, Prokom nadal prowadził ok. 10 punktami (np. 53-45). Kluczowa była sekwencja na 3 minuty do końca, punkty zdobywali Hrycaniuk (1+1), Woods (2), Burrell (1+1), Woods (2+2), a odpowiedział tylko Archibald. Było po meczu, 67-47, a finalnie 70-50. Bardzo wstydliwy wynik dla Hiszpanów, tym bardziej że w ostatnie kilkanaście minut meczu trafili 11 punktów. Co ważne, +20 to duża zaliczka przed rewanżem, gdyby miały decydować małe punkty. Co najważniejsze: CSKA i Prokom 2-0, Unicaja i Żalgiris 0-2.

    Liderzy grupy spotkali się w Moskwie w kolejnej kolejce. Był to świetny mecz Prokomu, wyrównany jeszcze w trzeciej kwarcie. Topowe zespoły takie jak CSKA potrafią włączyć V bieg w odpowiednim momencie i tak też się stało. Przytrafiły się taka seria że od 55-55 CSKA w kilka minut zrobili 79-61 (czyli run 24-6), no i powrotu już stąd nie było. Mecz skończył się 84-73, a Unicaja wygrała z Żalgirisem. Varda trafił 15 punktów – rekord w Prokomie do tej pory, Ewing miał za to 2/10 z gry.
    Dwa tygodnie później rewanż z CSKA w Gdyni, kolejny wielki mecz, jak te z Realem czy Unicają. Lepiej zaczęli Rosjanie, ale w drugiej kwarcie zespoły kręciły się już koło remisu. Tak samo jak w trzeciej. Kluczowy fragment? Start czwartej kwarty, po trójce Langdona i wolnym Holdena CSKA prowadzi 69-64. Kolejne minuty to: Logan za 2 i za 3, wolne Woodsa, wolny Logana, Woods i Hrycaniuk za 2. Z 64-69 mamy 76-71 bo wolnymi odpowiedział jedynie Langdon. Potem było przeciąganie liny, ale wynik z grubsza stał w miejscu: 80-74, 84-77, a finalnie 88-81. Wspaniałe wieści napłynęły z Kowna, gdzie Żalgiris pokonał Malagę. Czyli: Prokom i CSKA 3-1, Żalgiris i Unicaja 1-3. Tylko katastrofa mogła odebrać Prokomowi awans do ćwierćfinału.

    Katastrofy nie było, chociaż najpierw Prokom przegrał w Kownie 88-93 z o nic nie walczącym Żalgirisem (23pkt Marcusa Browna vs. 22pkt Logana). Dwie godziny później po ciężkim meczu CSKA wygrało na wyjeździe z Unicają, co oznaczało że ci nie mają już matematycznych szans na prześcignięcie Prokomu. W ostatnim meczu Hiszpanie pozytywne zamknęli sezon wygrywając w Gdyni 82-63 (20-8 w ostatniej kwarcie), ale było to zwycięstwo bez znaczenia w tabeli. W ćwierćfinałach do 3 zwycięstw z tej grupy zagrają CSKA i po raz pierwszy w historii Asseco Prokom Gdynia.

    Play-offs:

    Mimo dużego jak na polskie warunki budżetu, Prokom w gronie 8 ćwierćfinalistów wyglądał jak kopciuszek. Zajmując drugie miejsce w tabeli w fazie top16, polski zespół trafił na zwycięzcę grupy H – Olympiacos Pireus, który będzie miał przewagę parkietu.
    Olympiacos był wtedy wicemistrzem Grecji, a w zeszłym sezonie pucharowym grał w Final 4 Euroligi. Byli zdecydowanym faworytem tego starcia, a nawet pewniakiem do 3-0. Nazwiska: Patrick Beverley (za 3 lata w NBA), Josh Childress (prosto po NBA), Scoonie Penn z Virutusu Bolonia, Litwin Linas Kleiza (zrobił sobie roczną przerwę od NBA), Milos Teodosić (za rok w CSKA, za 7 lat w NBA). Do tego Grecy: Sofoklis Schortsianitis, Theodoros Papaloukas, Ioannis Bourousis, Serb Nikola Vujcić czy Izraelczyk Yotam Halperin. Ten zespół miał wszystko żeby wygrać Euroligę, ale najpierw musiał szybko, na trzy strzały pokonać „jakiś tam zespół z Polski”. Dwa pierwsze mecze w Grecji.

    W pierwszym prawie 10tys ludzi nie rozumiało co dzieje się od początku. 8-0 i 14-4 dla Prokomu. Co klasa to klasa, więc Grecy szybko opanowali kryzys, ale aż do połowy trzeciej kwarty nie potrafili przełamać Prokomu i wszystko toczyło się na styku. Pod koniec trzeciej kwarty wyszli na 6-8 punktów przewagi i wydawało się że chociaż po ciężkim meczu, to zwycięstwa już nie oddadzą. 2 minuty do końca było 80-71, a wtedy 2 punkty trafił Woods i Varda, a trójkę Logan. Po drugiej stronie pudłowali Bouroussis i Teodosić i momentalnie zrobiło się 80-78. Po czasie spudłował Papaloukas, a Prokom miał szansę na wyrównanie. Piłkę stracił jednak Logan, a faulowany Teodosić wykorzystał oba wolne. Było minus 4, tylko jednego wolnego trafił Ewing, a gospodarze wzięli jeszcze jeden czas, po którym Teodosić trafił tylko jeden rzut wolny. Wciąż były to 2 posiadania różnicy, a do końca pozostały tylko sekundy. W ostatniej akcji trójek nie trafili Woods i Burrell, ale to i tak by nie wystarczyło. Wynik 83-79, z jednej strony wielka szkoda, bo było całkiem blisko, z drugiej lekkie niedowierzanie że Olympiacos da się ugryźć. Jeszcze najlepsi indywidualnie: Kleiza 26pkt, Teodosić 21pkt vs. Woods 23pkt (9/11 za 2 + 11zb.).

    Drugi mecz za 2 dni też był trzymający w napięciu, ale jego przebieg był inny. Zanim się rozpoczął Grecy zasabotowali autokar z hotelu na halę, który mieli zapewnić. Autokar ostatecznie w ogóle nie przyjechał, potem przedstawiciele Oly twierdzili że kierowca miął zawał serca. Polskim graczom pomógł recepcjonista z hotelu, który był fanem Panathinaikosu i skołował swoim gościom taksówki :) Tę historię przypomniał ostatnio red. Wasiek :)
    W meczu, który Prokom zaczął prawie bez rozgrzewki, Olympiacos szybko wyrobił sobie ok. 10 punktów przewagi, w drugiej kwarcie nawet ponad 15. Prokom częściowo zniwelował tę stratę jeszcze przed przerwą (38-46), a na początku trzeciej kwarty gracze polskiego zespołu zdobyli pierwsze 6 punktów (Logan, Jagla, Łapeta), bez odpowiedzi gospodarzy. Było 44-46, a Grecy mieli dejavu z meczu nr1. Potem 49-50, 56-57 i 58-62 po trzech kwartach. Czwarta to niestety lepszy początek Greków, dwie trójki Papaloiukasa (20pkt w całym meczu), dunk z faulem Kleizy (znowu 26pkt.) i szybko mamy 60-71, które do końca meczu jest spokojnie kontrolowane przez Olympiacos. Koczy się 73-90 i Olympiacosowi brakuje jednego zwycięstwa. Trzeba przyznać że te dwa nie przyszły łatwo.

    Mija kilka dni. Mamy 30 marca i trzeci mecz serii, tym razem w Gdyni, być może ostatni w sezonie pucharowym. Pierwsza kwarta to gra kosz za kosz, z lekkim wskazaniem na Prokom. 22-18 po pierwszej kwarcie. Druga kwarta zaczęła się od 5 punktów z rzędu Logana, gospodarze szybko uzyskali 9 punktów zaliczki, chwilę później po trójce Ewinga było 33-23, po trójce Jagli 38-23. Olympiacos nie wyglądał jak faworyt tej serii, a jak zespół który przypadkiem wygrał dwa pierwsze mecze. W grze w drugiej kwarcie trzymał ich Vujcic, do przerwy było 45-33. Obraz gry w trzeciej kwarcie był podobny, z tą różnicą że Prokomowi co raz ciężej przychodziło zdobywanie punktów. Nie wpadały trójki, a Olympiacos mozolnie dokładał punkt po punkcie, by w końcu zbliżyć się na 47-50. Sytuację opanowały dwie mega ważne trójki Jagli i Woodsa, a chwilę przed końcem kwarty Ewinga i Seweryna! Pozwoliło to utrzymywać 7-10pkt. przewagi, tak samo jak przez większą część czwartej kwarty. W ostatniej minucie po stratach Prokomu (Jagla + zablokowany Ewing) i punktach Teodosicia, Vujcicia i trójce Kleizy na tablicy pojawił się wynik 78-76, zapowiadający nerwową końcówkę, w której Grecy mają oczywiście więcej doświadczenia. Po czasie, na prowadzenie +4 trudnym floaterem Prokom wyprowadza Logan, a Childress dobija niecelny rzut Kleizy (20pkt w całym meczu). Na zegarze mniej niż 3 sekundy. Goście faulują Logana, który przestrzelił pierwszego wolnego. W ostatniej akcji meczu na dogrywkę rzuca za trzy Kleiza, ale piłka po dłoniach Logana nie leci nawet w stronę kosza. Jest 1-2 i jest duża niespodzianka! Cały zespół zagrał wyśmienicie, a najlepsi byli Woods i Ewing (4/4 za 3) – po 18 punktów. Nawet Seweryn który zagrał 3-minutowy epizod trafił kluczową trójkę.

    Zrobił się spory szum. Przemek Zamojski w krótkim dokumencie pt. Zamoj, wspomina że Ryszard Krauze, właściciel drużyny oferował milion dolarów (!) do podziału dla drużyny, jeśli w czwartym meczu doprowadzą do stanu 2-2. Takie to były pieniądze. Bonus za jedno zwycięstwo miał przewyższać budżety wielu polskich klubów. Presja i szansa zarazem nie posłużyły zawodnikom. 20-28 po pierwszej kwarcie 32-50 po drugiej. Po przerwie dogrywanie udanego sezonu do końca, przewaga Greków nigdy nie spadała już do wartości jednocyfrowej, ostatecznie 70-86.

    godnie z przewidywaniami Olympiacos trafił do Final 4, ale na pewno nie w takim stylu jak Grecy sobie wymarzyli. A Prokom pozostawił świetne wrażenie. W turnieju finałowym Grecy ograli Partizan w półfinale, ale w wielkim finale byli bez szans z Barceloną.

    Na zakończenie:

    Tak jak pisałem, był to ostatni duży wynik Prokomu w Eurolidze. Zagrali w niej jeszcze kolejne 3 lata, po zdobyciu trzech kolejnych mistrzostw kraju, ale nigdy nie zameldowali się już w top16, o play-offach nie mówiąc.
    Oczywiście zdobyli też mistrzostwo w maju. W play-offch mieli słabsze i lepsze mecze, siła tego składu na polskie warunki była jednak wystarczająca. Najpierw 3-0 ze Słupskiem (+6, +18 i +43 :)), potem ciężkie 3-0 z Treflem (+8, +11 ale po dogrywce i +8), a na koniec 4-0 z charakternym Anwilem pod wodzą Griszczuka. Wszystkie 4 wygrane mecze były do końca na styku, a przewagi to +7, +7 (odwrócili mecz w czwartej kwarcie), +3 (odwrócili mecz w czwartej kwarcie) i ostatecznie +1, gdzie do przerwy było -12.

    PS. Linkuję do hajlajtów z wygranego meczu nr3 z Olympiacosem w serii ćwierćfinałowej.

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Może i nie jest to jersey rodem z #nba, ale tak barwnego ubioru w #koszykowka dawno nie było i nie będzie.

    A na foto nie kto inny jak członek Hall of Fame Sarunas Marciulionis z olimpiady 1992

    źródło: i0.wp.com

  •  

    Dzisiaj odkryłem że jest nowa wersja PCF 2020 (Najlepszy manager koszykarski i na dodatek za darmo) wielkie dzięki @cult_of_luna że mi napisałeś o tej grze która jest w moim top 5 polecam również tym co interesują się NBA
    LINK
    #koszykowka #plk #euroliga #nba

  •  

    prychłem śmiechem z tego srogo

    #nba #koszykowka #netflix #seriale

    źródło: streamable.com

  •  

    Był sztukmistrz z Lublina to niech będzie czarna perła z Lublina. Lublin jest miastem który od zawsze jest rozpoznawalny na mapie świata i wprowadza pierwsze rozwiązania jak chodzi o sferę międzynarodową.
    Link
    #lublin #koszykowka #plk pokaż całość

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Dziś zapraszam do przeczytania chyba przedostatniej mojej porcji wspominek, bo to przedostatni tak wyrazisty sukces polskiego klubu w Europie – sezon 2007/08 w wykonaniu Turowa Zgorzelec.

    Tło:

    Mamy lato 2007. Wicemistrzem Polski zeszłego sezonu został zespół dość zasłużony i z długimi tradycjami, ale w PLK grający po długiej przerwie dopiero od dwóch lat. Turów jako beniaminek w 2005 grał od razu w półfinale, w kolejnym sezonie w ćwierćfinale, a kilka tygodni wcześniej wywalczył srebro w dość wyrównanych, ale przegranych 1-4 finałach z euroligowym Prokomem.
    Będzie to debiut Turowa w Europie, razem z innymi zespołami z polskiej czołówki – Śląskiem i Anwilem zagrają w drugim co do poziomu pucharze w Europie – ULEB Cup. Były to rozgrywki o bardzo podobnym statusie jak dzisiejszy EuroCup, tuż za Euroligą. W związku z sukcesem z poprzedniego sezonu na stanowisku trenera pozostał Słoweniec Saso Filipovski, młody trener (tylko 33 lata wtedy) z doświadczeniami z Olimpiji Lubljana jako pierwszy coach lub asystent.
    Turów nie był wtedy drużyną, w której jakieś większe role odgrywali Polacy. Po sezonie zatrzymano z bardziej znaczących tylko Roberta Witkę, skrzydłowego z pierwszej piątki. Odeszli Łukasz Koszarek (do Anwilu), po niezbyt imponującym poprzednim sezonie i specjalista od obrony Krzysztof Roszyk (do Asseco Prokomu). Na ich miejsce przyszli raczej mniej uznani zawodnicy – Robert Skibniewski po pierwszym sezonie poza Wrocławiem (w Świeciu), i Iwo Kitzinger, który chyba jeszcze nie był Marcinem Kosińskim wtedy ;)
    Ciekawsze rzeczy działy się w składzie obcokrajowym bo zostało aż 5 zawodników:
    Andres Rodriguez – rozgrywający z Portoryko, świetny obrońca i kreator gry, jedyne czego mu brakowało to rzut, do Zgorzelca przyszedł latem rok temu po tym jak z Dynamem Moskwa sięgnął po puchar w którym zaraz wystartuje Turów,
    Thomas Kelati – 25-latek, rzucający/skrzydłowy, przyszedł rok temu z Mons z Belgii jako dość anonimowy gracz, ale z miejsca stał się gwiazdą ligi,
    Vjekoslav Petrović – Słoweniec grający w Turowie jak inni obcokrajowcy od lata 2006, wcześniej grał w słoweńskim Slovanie, zadaniowiec,
    Dragisa Drobnjak – niewysoki, ale silny jak tur słoweński center, który trafił do Zgorzelca w pakiecie z trenerem Filipovskim,
    Slobodan Ljubotina – młody (22-lata) Serb, również z epizodem w Ljubljanie, więc również niejako po „znajomości z trenerem”, póki co zmiennik Drobnjaka.

    Zespół opuściło tylko dwóch stranieri, i to takich po których raczej nikt nie płakał – rezerwowy center Lance Williams i silny skrzydłowy Andrej Stimac.
    Do zespołu trafiło trzech kolejnych: David Logan, trochę jeździec bez głowy, bez doświadczeń w Europie, po połówce sezonu spędzonej w Starogardzie plus kameruński skrzydłowy Harding Nana, po świetnym sezonie w Polpaku. Dokładnie tak – w takiej proporcji, Logan był wtedy postrzegany jako typowy streetballowiec nadający się do drużyn dołu tabeli, Nana jako wyróżniająca się postać ligi. Trzecim nowym był Serb Marko Scekić, pozyskany pod kosz.

    Podsumowując skład:
    G: Rodriguez-Logan (+ Skibniewski, Kitzinger, Petrović)
    F: Kelati-Witka (+ Nana, Scekić)
    C: Drobnjak (+Ljubotina)

    Było kim grać, gorzej że nie było gdzie (pewnie niektórzy pamiętają halkę w Zgorzelcu). ULEB miał swoje wymagania, nie tak wielkie jak w Eurolidze, no ale poniżej pewnego poziomu organizacyjnego nie można było zejść, więc zrobiono ciekawy ruch i wymyślono granie w nowoczesnej hali Tipsport Arena w czeskim Libercu. Samochodem to coś koło 50-60km, mniej niż do Zielonej Góry, gdzie Turów będzie kiedyś jeszcze grać w pucharach.

    Faza grupowa:

    Puchar ULEB rozgrywany był w formacie 9 grup po 6 zespołów. Do fazy pucharowej awansowały 3 lub 4 z każdej grupy.
    Grupa Turowa to gr. I, i trzeba powiedzieć że nie była łatwa:
    UNICS Kazań – wicemistrz Rosji, poprzednio ćwierćfinalista ULEB Cup. W składzie dwóch Amerykanów: doświadczony Tariq Kirksay i jeszcze bardziej doświadczony rozgrywający Jerry McCullough. Oprócz tego gracze szerokiej kadry Rosji jak Sergei Chikalkin czy młody Viktor Keyru. No i obcokrajowcy z Europy: Darjus Lavrinović i Dusko Savanović.
    Hapoel Jerozolima – wicemistrz Izraela, poprzednio półfinalista ULEB Cup. Gwiazdami było tam amerykańskie trio Jamie Arnold (ex-Maccabi), Timmy Bowers i Ramel Curry, a ważne role mieli jeszcze rodzimi gracze: Sharon Shason i Guy Pnini (który w 2020 nie zakończył jeszcze kariery :)
    KK Zadar – wicemistrz Chorwacji, ale dopiero ćwierćfinalista Ligi Adriatyckiej. Aktualna siła zespołu to trzech Amerykanów: Corey Brewer (ale nie ten z NBA xD, chociaż też wybrany w drafcie kiedyś), zasiedziały w Zadarze Julius Johnson i nowy nabytek Shamell Stallworth. Bardzo dobrym koszykarzem był macedoński center Todor Gecevski, a jego zmiennikiem… Andrej Stimac z Turowa i Jure Lalić który za 8 lat zaliczy epizod w Zielonej Górze.
    SIG Strasobourg – ćwierćfinalista ligi francuskiej, ale w zeszłym sezonie z licencją Euroligi. Była tam masa Amerykanów, ale na wspomnienie zasługuje trójka Derrick Obasohan (pół Nigeryjczyk, reprezentant), Aaron Pettway (po świetnym sezonie w Kagerze Gdynia) i Eddie Shannon – rozgrywający pozyskany z Ventspils. Bardzo dużą rolę miał też reprezentant Izraela Afik Nissim, za to Francuzi byli graczami drugoplanowymi.
    EiffelTowers DenBosch – skazani na pożarcie mistrzowie Holandii, z niewielkim stażem w Europie. Zespół oparty totalnie o Amerykanów, z których najlepszym byli Darrell Tucker (rok wcześniej w Słupsku wcale się nie wyróżniał) i Dean Oliver (rok wcześniej w Śląsku).
    Grupa wydawała się trudna, z faworytami w postaci UNICSu i Hapoelu. O awansie można było myśleć wyprzedzając Strasbourg i/lub Zadar.

    Pierwszy mecz „w domu” miał być z górki i od początku był, bo do Liberca przyjechali Holendrzy. W przerwie było +13, po trzech kwartach +21, finalnie 80-65 (23pkt Kelati). Sprawdzianem był wyjazd tydzień później do Zadaru. Mecz punkt za punkt do końcówki trzeciej kwarty. Wcześniej największa przewaga którejkolwiek z ekip to 4 oczka. W 27 minucie Zadar wyszedł na kilkupunktowe prowadzenie po trójkach Brewera (21pkt w całym meczu) i przyszłego reprezentanta Chorwacji Roka Stipcevica. 21 punktów dołożył center Gecevski, a Zadar nie oddał już prowadzenia do końca. Skończyło się 74-85. 21 punktów rzucił Logan, ale cały Turów miał zaledwie 6 asyst w meczu. W tym momencie wszystkie 6 zespołów w tabeli miało bilans 1-1. W meczu nie wystąpił Vjeko Petrović który będzie się od teraz zmagał z kontuzjami. O tym że Turów może być ponadprzeciętną drużyną w tym sezonie kibice, którzy tłumniej już pojechali do Liberca przekonali się w trzeciej kolejce. Strasbourg został demolowany 66-42, a Filipovski pokazał jak kunsztownie można poustawiać ten zestaw ludzi w obronie. Poza pierwszą kwartą Strasbourg rzucił 28 punktów w 30 minut. Zresztą tylko pierwsza kwarta była wyrównana (13-14), potem dominacja Turowa. Żaden z graczy Strasbourga nie przekroczył 8 punktów w meczu.

    Pierwszy z naprawdę wielkich meczów tego sezonu to 27 listopada i wyjazd do Kazania. Mecz w którym oba zespoły rzucały po 30 rzutów wolnych i pudłowały masowo za trzy. Tuż przed przerwą Turów wyszedł na dwupunktowe prowadzenie i mimo że najwyżej w meczu prowadził kilkoma punktami nie oddał go ani na moment przez całą drugą połowę. W końcówce wolne trafiał Kelati (chociaż tylko 2 z 4), UNICS popełniał straty, a decydujące punkty jumperem trafił Logan. Zwycięstwo 80-75. Siedmiu graczy Turowa zdobywało punkty w przedziale 9-15. W składzie pojawił się zastępca Petrovicia – Marin Han, 20-letni Chorwat ze Splitu. Nie zagrał jednak i do samego końca sezonu będzie statystą w zespole. Bilans 3-1 w tym momencie w tabeli miał tylko Hapoel, a był to ostatni przeciwnik w pierwszej rundzie. Duże wyzwanie, które okazało się być świetnym meczem. Szczególnie w drugiej połowie. Zawężenie składu do 5 nazwisk w tym meczu przyniosło efekt. Ljubotina i Drobnjak zagrali po 30 minut, Rodriguez, Logan i Kelati po 40. Na krótkie zmiany wchodził Witka, Scekić, Kitzinger i Nana. Decydująca była trzecia kwarta, w której od stanu 30-37 zrobiło się 51-44 (czyli run 21-7). Turów wygrał mecz 78-68 i został samodzielnym liderem grupy w połowie rozgrywek. Rekordowe 34 punkty zdobył Logan (8/11 za 2, 5/9 za 3), 8 asyst miał Rodriguez, 11 zbiórek Drobnjak. W tym momencie Turów miał bilans 4-1, Hapoel 3-2, pozostałe drużyny 2-3 (UNICS też 2-3!), awans był bardzo realny.

    Kolejność rewanżów ta sama, więc na start drugiej rundy miał być spacerek w Holandii. Był, ale tylko w 1 kwarcie, potem niespodziewanie ciężki mecz walki, w którym ostatecznie lepszy był polski zespół (77-70). Wszystko rozstrzygnęło się w ostatnich dwóch minutach, w których EiffelTowers nie trafili punktu a, rzutami za 2 i 3 odpowiednio Logana (24pkt) i Kelatiego (26pkt), Turów wyszedł na prowadzenie. Hapoel przegrał w tej kolejce we Francji, Turów miał więc 2 już punkty przewagi nad drugim miejscem w tabeli. Tuż przed świętami ostatni mecz w roku 2007, czyli wyrównanie rachunków z Zadarem. Chorwaci ewidentnie nie pasowali ekipie Filipovskiego. Lekką przewagę utrzymywał Turów, ale Zadar odgryzał się. W czwartej kwarcie nikt nie mógł trafić do kosza, Turów w 10 minut trafił 5 punktów. W ostatniej minucie przy stanie 62-60 Drobnjak wykorzystał tylko 1 wolnego, a trójką na remis odpowiedział Brewer. Kolejny rzut przestrzelił beznadziejny tego dnia Rodriguez, Zadar miał szansę na zwycięstwo, ale piłkę stracił Brewer i potrzebna była dogrywka. W dodatkowym czasie znowu wszystko toczyło się na styku i znowu zaważyły ostatnie 2 minuty. Logan w 40minut trafił tylko 3 punkty (1/5), za to w dogrywce znowu był sobą i rzucił ich 9 z 14 drużyny, w tym dwie trójki. Chorwatom nie pomógł już świetny w tym meczu Brewer (27 punktów, 6 trójek), mecz skończył się wynikiem 77-72, a Turów z 6 zwycięstwami w 7 meczach był praktycznie pewny swego. Całkowicie pewnym był już po nowym roku, po trudnym zwycięstwie 64-61 w Strasbourgu. Tam losy meczu zgorzelczanie odwrócili w ostatniej kwarcie. Najpierw przez 8 minut odrobili stratę która utrzymywała się w drugiej połowie (-8), a w ostatnich dwóch minutach (to znowu nie przypadek!) Francuzi nie rzucili punktów. W te 2 minuty Kelati trafił dwa wolne i decydującą trójkę na zwycięstwo (w sumie 22 punkty). Teraz awans był już pewny na 100%, pewne było też pierwsze miejsce w tej grupie. Turów miał 7-1, kolejne zespoły co najwyżej 4-3.

    Ostatnie dwa mecze to w związku z sytuacją w tabeli mniejsze ciśnienie. Najpierw w przedostatniej kolejce 73-68 pokonany po raz drugi został UNICS. W tym meczu Turów znowu odwrócił losy meczu w ostatniej kwarcie, wygranej 26-16. Najlepszym strzelcem dla odmiany był Scekić. W ostatniej kolejce w Izraelu Hapoel dość łatwo ograł polski zespół 89-74, kontrolując mecz gdzieś od drugiej kwarty. 23 punkty dla gospodarzy rzucił Shason, a 25 punktów kolejny reprezentant Izraela Erez Markovich. Dla Turowa 20 punktów rzucił Logan, ale nie był to jego dobry mecz, mimo 6 trójek.

    Koniec rozgrywek grupowych. Turów pewnie wygrywa grupę z bilansem 8-2, tracąc średnio mniej niż 70pkt w meczu. Odpadają Holendrzy i Francuzi, wybronił się UNICS który zaczął sezon katastrofalnie, toteż z tej grupy cztery zespoły grają dalej.

    Faza pucharowa:

    Do turnieju Final 8 droga nie była bardzo długa, trzeba było pokonać rywali w 1/16 i 1/8 finału. Do fazy pucharowej nie wyszedł Anwil, wyszedł Śląsk, który przegra jednak zaraz z Dynamem.
    Turów w pierwszej rundzie trafił na mistrza Czech – Nymburk. Zrządzenie losu i paradoks zarazem, kiedy polski zespół domowe mecze pucharowe gra na czeskiej ziemi. Nymburk ledwo wyszedł ze swojej grupy, ale był to mocny zespół. Grupa zresztą też była mocna skoro wyrzucili z rozgrywek Fortitudo Bolonia. Siła czeskiego mistrza jak zwykle opierała się na zgraniu, posiadaniu połowy albo większości reprezentacji Czech i wsparciu zazwyczaj solidnych Amerykanów. W tym sezonie byli to Blake Schilb, grający do dziś, wtedy zaczynał karierę w Europie i dwóch doświadczonych obrońców: Monty Mack i Arthur Lee. Nie żadne super-gwiazdy, ale solidni i ograni w różnych ligach. Warto wspomnieć że ich trenerem był znany z udanych sezonów w Śląsku Muli Katzurin.
    Na pierwszy ogień mecz w wypełnionej po brzegi ogromnej CEZ Arena w Pradze (ponad 10tys widzów!). Do składu Turowa wrócił po kontuzji Vjeko Petrović. Początek zdecydowanie należał do Nymburka. Turów miał ogromne problemy w ataku. W połowie kwarty było 14-5 a na jej koniec 19-12. Totalna zapaść przyszła w drugiej kwarcie. Turów nie zdobył punktów od 11 do 14 minuty i w tym czasie zrobiło się 32-15. W końcówce pierwszej połowy wzmocniona obrona pozwoliła lekko zredukować straty do 34-21, ale Turów wciąż nie potrafił odnaleźć swojej gry w ataku. Dość kluczowe były 3 pierwsze minuty 3 kwarty, po trójkach Logana i Witki i punktach Drobnjaka zrobiło się 34-29 i mecz właściwie zaczął się na nowo. Przewaga 5 punktów to najczęstszy obraz na tablicy wyników i jak zwykle – Turów włączył „to coś” tuż przed końcem meczu. 3 minuty do końca wyszedł na prowadzenie 58-56 i 61-58. Trójkę na remis ostatnim rzutem w meczu trafił świetny strzelec Ladislav Sokolovsky, skończyło się wynikiem 61-61. Dogrywki nie grano, bo jeszcze rewanż w Polsce. Tzn. w Czechach :D Najlepszym strzelcem Turowa był Drobnjak z 14 punktami, totalnie nie mógł odnaleźć się Kelati (4 punkty, 1/6 z gry).

    Rewanż w Libercu grany był prawie jak na wyjeździe. Ten kto wygra ten mecz zagra w top16. Znowu lepiej zaczyna Nymburk, 25-18 na początku drugiej kwarty. Za chwilę Turów jednak doprowadza do remisu i Nymburk już nigdy w tym meczu nie wyjdzie na prowadzenie. Co nie znaczy że nie obyło się bez horroru. Jeszcze w 4 kwarcie Turów ma 11 punktów przewagi. Pogoń Czechów jest jednak systematyczna. Od stanu 68-59 w ostatnich 3 minutach meczu Turów nie trafia żadnego rzutu do końca meczu, 77 sekund przed końcem Lee Arthur trafia dwa wolne i jest tylko 68-66. Potem Kelati nie trafia trudnej trójki i Nymburk ma akcję na remis, rozgrywający Czechów posyła jednak podanie w bandy zamiast do kolegi. Czesi nie faulują, chcą wybronić ostatnią akcję Turowa, co im się udaje bo Rodriguez nie trafia jumpera z półdystansu. 10 sekund do końca, zbiórka Sokolovskiego i kontra która przy trójce Czechów może wyrzucić Turów z gry. Monty Mack rzuca jednak z półdystansu przy znakomitej obronie Rodrigueza, piłka tańczy na obręczy, Czesi mają jeszcze szansę na dobitkę, ale wywalczył ją w końcu Drobnjak przy kluczowej pomocy Scekicia. Turów w 1/8 finału!

    Ostatnie przeszkoda przed finałami to zespół BC Kijów, mistrz Ukrainy. Należy wspomnieć, że koszykówka ukraińska była dużo mocniejsza „przed wojną”, głównie z uwagi na spore pieniądze i znakomitych obcokrajowców którzy się na nie kusili. W zespole byli więc człowiek-prawie-legenda Włocławka – Vladimir Krstić (36-letni weteran), Gruzin Manuchar Markoishvili, ceniony w tamtych czasach w Europie i Słoweniec z reprezentacji Marko Maravić. Nie zabrakło Amerykanów Marcus Faison (z belgijskim paszportem), Pooh Jeter zaraz po uniwerku (za 4 lata gracz NBA, potem także reprezentacji Ukrainy), Ryan Stack który zabrał Prokomowi zwycięstwo w finale pucharu FIBA 5 lat wcześniej i kontuzjowany aktualnie Jacobs Jaacks. Mocny zestaw. W meczu w Kijowie Turów łatwo wypracował sobie ok. 10 punktów przewagi które utrzymywał przez całe spotkanie. Na początku trzeciej kwarty gospodarze doszli jeszcze na 32-36, ale szybko odpowiedział Logan i rozgrywający dobry mecz Ljubotina. Skończyło się 71-59 dla Turowa i w tym momencie trudno było sobie wyobrazić brak awansu do turnieju Final Eight. Logan rzucił 25 punktów (6/6 za 2, ale 3/10 za 3), Kelati dołożył 5 trójek i uzbierał 22 oczka. Dobrze wspomagał ich Ljubotina (15 punktów i 3 trójki (centra)).

    12 punktów zaliczki przed meczem u siebie – nic złego nie mogło się stać. No i długo nie działo się. Mecz w granicach remisu. W połowie trzeciej kwarty zgorzelczanom przydarzył się mini-kryzys, który potrwał do końca tej kwarty. Od 45-43 nie zdobyli punktów, po punktach Faisona zrobiło się 45-50, potem pudłowali Logan (2 razy) i Kelati i na sam koniec kwarty dwa punkty dorzucił Artur Drozdov. O ile mecz koło remisu był do zaakceptowania, o tyle minus 7 przed ostatnią kwartą zaczynało wyglądać groźnie. Tym gorzej że poza punktami Scekicia na początku czwartej kwarty niemoc Turowa trwała. Maravić trafił trójkę, Jeter dołożył wolne i nagle mamy minus 11! Taki wynik (od 8 do 11 punktów straty) utrzymuje się przez całą kwartę aż do końca. W ostatniej minucie Jeter wyprowadza Kijów trójką na znów 11 punktów przewagi. Dwumecz wisiał na włosku. W przedostatniej akcji meczu Ljubotina jest zablokowany przez Drozdova, ale piłką łapie Logan i zdobywa bardzo ważne punkty. 9 punktów straty, Ukraińcy potrzebują trójki do dogrywki. Po time-out’cie przestrzelił ją Markoishvili. Wszyscy odetchnęli z ulgą, tym bardziej że był to chyba najgorszy mecz Turowa w tej edycji pucharów. Tylko Logan z Kelatim przekraczali 10 punktów, ale mieli tylko 3/12 za 3 w sumie. Po drugiej stronie Jeter zaliczył 19 punktów. Nie mniej jednak sukces stał się faktem i Turów zagra w kwietniu w turnieju finałowym.

    Ukoronowaniem tego sukcesu był turniej w Turynie. Wszystkie zespoły poza Turowem miały składy praktycznie euroligowe. W składach mogliśmy oglądać choćby Rickiego Rubio, Rudego Fernandeza, czy też Marca Gasola. A grały tam Besiktas, Galatasaray, Joventut, Valencia, Girona, UNICS (ze zgorzeleckiej grupy) i Dynamo Moskwa. Właśnie Dynamo było rywalem Turowa w drugim dniu ćwierćfinałów.
    Co ciekawe ten zespół aktualnie (od jakoś 2012) nie istnieje na profesjonalnym poziomie. Wtedy byli półfinalistami ligi rosyjskiej, rok wcześniej doszli też do ćwierćfinału Euroligi. Zdecydowany faworyt tego starcia. W składzie Antonis Fotsis (kiedyś NBA i Real), Henry Domercant (z Olympiacosu), Travis Hansen (kiedyś NBA), od 2 lat w Dynamie, Milos Vujanić – świeżo upieczony mistrz Euroligi z Panathinaikosem i kilku reprezentantów Rosji, na czele ze Sergeiem Monią. A no i Robertas Javtokas – bym przeoczył. Oprócz tego Sergei Bykow, Dmitry Khvostov, Petr Samoylenko, itd. Grał też center z Serbii Nenead Misanović, który za kilka lat będzie miał epizody w Poznaniu i Sopocie (już w tym nowym Treflu).
    Mecz ciut lepiej zaczęli Rosjanie, wyrobili sobie ok. 4-8 punktów przewagi. Turów opanował kryzys na początku drugiej kwarty, a po kilku minutach wyszedł nawet na prowadzenie. Jeszcze do przerwy nie wyglądał ten mecz źle. Co prawda gracze z Moskwy znowu uzyskali kilka oczek przewagi, ale wynik 43-38 do przerwy był bardzo dobry dla polskiej drużyny. Chyba nawet nieco niespodziewany. Po przerwie cudu jednak nie było. Na dwie trójki Domercanta i punkty Javtokasasa odpowiedział tylko 2 punktami Logan. Później Domercant trafił jeszcze jedną trójką i zrobiło się 57-45, a po trzech kwartach 61-49. Turów w tym meczu miał problemy z atakiem, a w szczególności z początkami kwart. Nic dziwnego że na początku czwartej kwarty Dynamo znowu dołożyło kilka oczek (68-53) i emocje praktycznie się skończyły. Zrywy Turowa były zbyt jednostkowe, nie zanotowali oni w drugiej połowie praktycznie żadnej serii punktowej. Zdobyli w niej tylko 25 punktów. Ostateczny wynik to 78-63. Szkoda że ten turniej nie odbywał się w innej formule, bo kto wie czy jakby były jakieś rozgrywki grupowe, to z kimś nie urwali by meczu. A nawet jeśli nie to fajnie byłoby popatrzeć na ten zespół w starciu z jeszcze jakimś topowym przeciwnikiem. W ćwierćfinale 22 punkty dla Dynama rzucił Domercant (6/6 za 3!), po stronie Turowa 19 punktów Logana, 15 Kelatiego i długo długo nic.

    Nie dało się wygrać z takim rywalem nie mając solidnej głębi składu, a koniec końców Kitzinger, Skibniewski i Nana nie grali praktycznie w ogóle w pucharach, a Petrović albo był kontuzjowany, albo grał epizody. Nie był to zresztą wybitny gracz z poziomu europejskiego. Cały wynik w sezonie zrobiła więc siódemka: Rodriguez-Logan-Kelati-Scekić-Drobnjak + Witka i Ljubotina. Braki na tym poziomie były widoczne szczególnie na obwodzie. Żeby rywalizować z takim Dynamem w turnieju finałowym trzeba by było mieć z 2x taki budżet jakim dysponował Turów.

    Na zakończenie:

    Na zakończenie jak zwykle play-offy w PLK. Turów mimo napiętego grafika wygrał sezon regularny, trochę rzutem na taśmę. Oczywiście Prokom miał jeszcze bardziej napięty grafik, no ale była to niespodzianka. Prokom pierwszy raz od dawna nie będzie miał przewagi parkietu w play-offach. W ćwierćfinale szybkie 3-0 z Kotwicą Kołobrzeg, w półfinale nieszybkie, ale pewne 4-1 ze Śląskiem, a w finale porażka 3-4 z Prokomem w jednych z bardziej elektryzujących finałów PLK w historii. W piątym meczu wyjazdowym Prokom wyszedł na prowadzenie 3-2, nie wykorzystał szansy na zamkniecie serii w szóstym meczu u siebie, a w decydującym siódmym w Zgorzelcu przechylił losy meczu i serii w ostatniej kwarcie.
    Za rok po dużych zmianach w składzie (zostanie tylko Drobnjak i Witka, nie będzie też Filipovskiego) Turów znowu będzie wicemistrzem, a w pucharach zaistnieje jeszcze raz na chwilę przed tragiczną śmiercią - w 2014 (jedno zwycięstwo w Eurolidze) i w 2015 (dobre mecze w EuroCup).

    PS. Linkuję do najbardziej dramatycznego meczu - rewanżu z Nymburkiem :)

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #koszykowka #sport #plk

    Dzisiaj o 18 na sport.tvp.pl w ramach TVP Retro mecz z października 1998 - Anwil Włocławek - Śląsk Wrocław - ten zakończony słynnym rzutem Krzykały :)

    źródło: Firefox_Screenshot_2020-04-24T12-55-57.972Z.png

  •  

    fajnie się oglądało pierwsze dwa odcinki i narodziny tego konfliktu, chociaż Jordan to już bardzo wcześniej (jak mu kazali grać 7 minut w kwarcie po kontuzji i ani sekundy dłużej) nabrał wrogiego nastawienia, pewnie w kolejnych epizodach opowiedzą jeszcze historię pozostałych graczy ale centralną postacią pozostanie Jordan (co oczywiste)

    naprawdę szkoda, że to się tak potoczyło bo był potencjał aby jeszcze pograć z MJ w składzie 2-3 lata i może jeszcze z jeden tytuł ugrać jakby się młodych wprowadziło, druga sprawa Pippen się wpakował ślepo w ten kontrakt, śmieszną kasę zarabiał jak na takiego koszykarza, MJ nie chciał z nikim innym grać tylko z Jacksonem na ławce a co Phil później osiągnął z LAL to dobrze wiemy

    Krause faktycznie miał jakieś kompleksy, zamiast schować ego w kieszeń i cieszyć się z takiej paki to poszedł z nimi na wojnę, słabe to było, on chyba odszedł z Bulls w 2003 a a tedy chyba na sezon wrócił Pippen? gościu złożył dobrą pakę a jednocześnie ją rozpierdolił poprzez konflikty, zmarł w 2017 no cóż... najśmieszniejsze, że na wiki jak czytamy o Krause jako o wieloletnim przyjacielu Jacksona

    jeżeli ktoś nie oglądał to niżej Michael Jordan His Airness z 1999 z napisami PL także o karierze Jordana

    #nba #seriale #koszykowka
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Dobrze mi się udało wstrzelić z terminem z kolejnymi wspominkami polskich zespołów w Europie. Dziś o występach w Eurolidze Śląska Wrocław 2003/04, a Adam Wójcik obchodziłby 50 urodziny…

    Tło:

    W zeszłym sezonie, czyli 2002/03, Śląsk po raz pierwszy od 1997 roku nie zdobył mistrzostwa Polski (po 5 tytułach z rzędu). Zespół nie zagrał nawet w finale. Trzeba przyznać że nie była to drużyna najszczęśliwiej zbudowana. Nie mieli wtedy w składzie lidera – Sean Colson robił fajne cyferki, ale nie był raczej typem który sam wygra mecz. Sezon kończył na ławce asystent Jacek Winnicki.
    Nowy skład miał zbudować powracający do Wrocławia po 3 latach Izraelczyk Muli Katzurin, a jego zespół będzie ostatnim bardzo dobrym Śląskiem Wrocław. Za kilka lat zdobędą jeszcze brązowe medale, ale na pewno nie w roli faworyta ligi. No ale wracamy do „tu i teraz”, czyli lato 2003 i Katzurin buduje nowy zespół, z myślą o odzyskaniu tytułu i grze po raz czwarty z rzędu w Eurolidze (po raz trzeci gdyby nie liczyć Suproligi).

    Tamto lat w Polsce było dość gorące jeśli chodzi o Euroligę. ULEB właśnie wtedy zaczął kombinować z licencjami na grę bez względu na miejsce zajęte w lidze. Mistrz Polski Anwil Włocławek nie znalazł uznania wśród decydentów – oficjalnie rozeszło się m.in. o 5km za daleko położone lotnisko w Bydgoszczy. Nieoficjalnie Śląsk po prostu wyrobił sobie markę poprzednimi występami, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wicemistrz Polski z Sopotu też nie zagrał w tym sezonie w Eurolidze, mając do dyspozycji halę, lotnisko i euroligowy budżet.

    Śląsk w poprzednich 3 latach wyrobił sobie jako taką markę, ale tak po prawdzie to nie ugrał niczego poza pojedynczymi meczami. W Suprolidze 2001 wyszli z grupy, ale z 8 miejsca na 10 zespołów (bilans 7-11 całkiem niezły), by przegrać 1/8 finału z Maccabi 0-2 (-6 i -23). Rok później w „prawdziwej” Eurolidze skończyło się na fazie grupowej i 4 zwycięstwach w 14 meczach (Maccabi i Alba u siebie, Unicaja i Charleroi na wyjeździe). W rozgrywkach 2002/03 zabrakło do awansu do Top16 jednego lub dwóch zwycięstw. Bilans to 5-9, a zwycięstwa osiągnięte były z Virtusem, ASVEL i Partizanem w domu i Realem (słabym wówczas!) i Partizanem na wyjeździe. W bieżącym sezonie liczono na więcej.

    W składzie postawiono głównie na Polaków. Parę lat wcześniej zabójczy duet Adam Wójcik – Maciej Zieliński stał się triem, bo dojściu Dominika Tomczyka. W tym roku był to już kwartet – z NCAA do Śląska trafił 24-letni Michał Ignerski. Wsparciem dla nich mieli być: Radosław Hyży po dwóch latach we Francji, Robert Kościuk (były Ślązak) po powrocie z Inowrocławia i Paweł Wiekiera – doświadczony rezerwowy, który grał dla Śląska już w dwóch poprzednich sezonach – on jednak zaraz odejdzie z zespołu. Było też trzech młokosów: Paweł Mróz, Kamil Chanas i Robert Skibniewski (wszyscy w wieku 19-21 lat).
    Dobór obcokrajowców budził trochę wątpliwości, w większości nie były to uznane nazwiska:
    • Na rozegraniu Lynn Greer, 24-latek, który po uniwerku nie zaaklimatyzował się w drugiej lidze greckiej i pogrywał w D-League,
    • Na pozycji rzucającego obrońcy Derrick Phelps, niegdysiejsza gwiazda Bundesligi, ale już poza szczytem kariery, przyszedł z Ludwigsburga, wspomagany reprezentantem Estonii Tanelem Teinem, który nigdy nie grał na takim poziomie w Europie. On przyszedł z estońskiego Tartu.
    • Pod koszem Ryan Randle, prosto po uniwerku w Maryland, był to jego pierwszy sezon w Europie.
    Oprócz Phelpsa praktycznie debiutanci na poważnym poziomie.

    Podsumowując, roster przedstawiał się następująco, licząc zawodników z podstawowej rotacji:
    G: Greer-Zieliński + Kościuk-Phelps-Tein
    F: Tomczyk-Wójcik + Ignerski-Hyży
    C: Randle

    Dało się zauważyć sporą „dziurę” pod koszem. Ryana Randle na centrze wspomagać mógł tylko Adam Wójcik.

    Pierwsza runda:

    Zespół przystąpił do rozgrywek tak samo jak rok wcześniej jako Idea Śląsk Wrocław i trafił do 8-zespołowej grupy C. Do wyeliminowania były 2 lub 3 zespoły, jeden z szóstego miejsca też trafiał do Top16.
    Rywali nie będę opisywał w szczegółach, bo było tam tyle wielkich graczy, że mógłbym pisać i pisać. Na początek tylko wymienię zespoły: mistrz Turcji Efes Stambuł (etatowy uczestnik Top16 Euroligi), półfinalista ligi greckiej Olympiacos (etatowy ćwierćfinalista Euroligi), Tau Ceramica Vitoria – 2 lata temu mistrz, ale aktualny ćwierćfinalista hiszpańskiej ACB (też co roku w top16 Euroligi, kiedyś nawet wicemistrz), Valencia – wicemistrz Hiszpanii i zwycięzca ULEB Cup – debiutant w Eurolidze, mistrz Włoch Benetton Treviso, jedna z najlepszych wtedy ekip w Europie, sezon wcześniej finalista Euroligi. Dwa zespoły, które na pewno mogły być w zasięgu to grający bez powodzenia w Eurolidze mistrz Niemiec Alba Berlin i wicemistrz Francji ASVEL Lyon, już nie nowicjusz w Europie.
    W zeszłych latach ok. 6-7 zwycięstw w 14 meczach starczało do awansu. Trzeba było więc wygrywać nie tylko z tymi teoretycznie najsłabszymi.

    W październiku jeszcze przed startem Euroligi urazu doznał Ryan Randle, zespół został praktycznie bez centra. Szybko zdecydowano się na zastępstwo w postaci Bośniaka z australijskim paszportem Pero Vasiljevicia. Kształcił się koszykarsko w NCAA, a całą krótką dorosłą karierę (miał 26 lat) rozegrał w Australii – kolejny zawodnik do kolekcji bez doświadczenia w Europie.

    Inauguracja rozgrywek miała miejsce 6 listopada, a Śląsk podejmował Olympiacos, nieco słabszy niż zazwyczaj. Na dzień dobry wrocławianie sprawili mega sensację wygrywając 82-80. Lynn Greer zagrał kosmiczny mecz – 27 punków, 8 asyst, 7/9 z gry, 10/10 z wolnych. Tomczyk dołożył także 27 punktów (5/8 za 3). Po drugiej stronie jedynym zasługującym na wyróżnienie był Georgios Diamantopoulos (22 punkty). W pierwszej połowie mieliśmy mecz który był sinusoidą, Grecy budowali przewagę, po to by po chwili ją trwonić. Druga połowa to cios za cios, 44-45, 55-56, 60-58, 69-71. Trójki Tomczyka i wolne Greera w czwartej kwarcie pozwoliły zbudować minimalną przewagę Śląskowi (78-74). Mecz rozstrzygał się na rzuty wolne. Trzy z czterech w ostatnich sekundach trafił Phelps, a w najważniejszym momencie mylił się głęboki rezerowy Oly – Panagiotis Liadelis. Wracając do Phelpsa – był to jego ostatni mecz w Śląsku, bo do powrotu szykował się już Ryan Randle. Była gwiazda Alby Berlin (również NBA) w lidze spisywał się poniżej oczekiwań, a z formą jak z Filip z konopi wyskoczył Greer, więc postawiono na podkoszowy duet Randle-Vasiljević, zamiast dwóch Amerykanów na obwodzie.

    Druga kolejka to mecz w Berlinie z Albą właśnie. Już z Randlem i bez Phelpsa. Śląsk przypomniał sobie najlepsze czasy obrony za pierwszej kadencji Katzurina i ery Urlepa. W pierwszej kwarcie stracił tyko 9 punktów. Około środka meczu Niemcy odżyli i mimo wczesnego prowadzenia Śląska (21-9) odrobili straty. Druga fala wrocławian przyszła w drugiej połowie. Greer w trzeciej kwarcie zdobył 11 ze swoich 17 punktów, a polski zespół wyszedł na prowadzenie 57-39, potem 67-44. Ostatecznie 67-53. Dwustu kibiców z Wrocławia miało co świętować. 21 punktów rzucił Wójcik, a cały zespół z Berlina miał 9 (!) celnych rzutów za 2 w całym meczu. Sam Wójcik miał 7.
    Trzy zespoły w grupie miały bilans 2-0, w tym Śląsk.
    W trzeciej kolejce zespół pojechał do Lyonu – po dwóch takich zwycięstwach chyba już w roli faworyta. Co więcej, faworyt nie zawiódł, mając od drugiej kwarty mecz pod kontrolą na ok. 10-15 punktów przewagi. Wynik finalny to 77-65. Dla gości linijkę 21-7-9 wykręcił Greer, na którego powoli spoglądała z zazdrością cała Europa. Do zespołu po kontuzji wciąż nie mógł wpasować się Randle, w dwóch pierwszych swoich meczach zagrał 26 minut łącznie, trafił 2 punkty. W Berlinie nie oddał nawet rzutu. Niezbyt przydatny okazał się też Vasiljević, w Lyonie wyszedł na 1,5minuty. W tej sytuacji pod koszem grał Wójcik.

    Z bilansem 3-0 Śląsk obok (niespodziewanie) Valencii był jedyną niepokonaną ekipą w grupie. Na początku grudnia przyszły jednak dwie porażki. Najpierw pechowe 85-88 w domu z Pamesą Valencia. O wyniku przesądziły 4 punkty z rzędu (rzut Antoine Rigadeau, przechwyt Fabricio Oberto i kontra Federico Kammerichsa) na 30 sekund do końca meczu. Potem gładka (szczególnie w drugiej połowie) porażka w Kraju Basków z Vitorią 95-75. W tym pierwszym meczu Greer rzucił 28 punktów (+21 Wójcik i Oberto po drugiej stronie). W tym drugim katem wrocławian był Andres Nocioni. Grały też takie tuzy jak Arvydas Macijauskas, Jose Calderon, Pablo Prigioni czy Thiago Splitter. Po stronie Śląska mecz na swoich wątłych barkach dźwigał jak zwykle Greer – rzucił 26 punktów w tym 5 trójek.

    Sytuacja w grupie zacieśniła się. Efes i Valencia miały bilans 4-1, Śląsk, Benetton i Tau Ceramica po 3-2. Szokujące było to że Olympiacos przegrał wszystkie 5 spotkań – wyglądało na to że jeden rywal w drodze do awansu ubył, a z pozostałymi dwoma (ASVEL i Alba) Śląsk wygrał na wyjazdach i miał rewanże u siebie. Do końca pierwszej rundy dwie kolejki.

    11 grudnia 2003 miał miejsce kolejny wielki mecz Śląska. Ograli oni we Wrocławiu liderów grupy ze Stambułu. Na początku drugiej kwarty zanosiło się na porażkę (16-25), ale do przerwy różnica na korzyść Turków wynosiła tylko 5 punktów. Pierwsze momenty trzeciej kwarty to popis Greera, 8 punktów z rzędu i Śląsk szybko przejął prowadzenie (42-38). Minimalna przewaga utrzymywała się przez całą trzecią i czwartą kwartę. Po raz kolejny znakomita gra Greera, którego wspomagał Wójcik pozwoliła dowieźć minimalne prowadzenie do końcówki meczu, która była festiwalem rzutów wolnych. Finalnie 76-69 – wielkie zwycięstwo. 27 punktów Greera. Po drugiej stronie nie było takiego lidera, chociaż w pewnym momencie dał o sobie znać Kaya Peker. Trajan Langdon i Antonio Granger nie mogli się jednak wstrzelić z dystansu, co było kluczowe dla losów meczu. Śląsk trafił za to 9/15 za 3.
    W meczu zamykającym rundę, Benetton zafundował Śląskowi w Treviso konkretne lanie. Mecz rozstrzygnął się w pierwszych 10 minutach (31-12), końcowy wynik to demolka 98-56. Gospodarze nawet nie musieli się wysilać, a najlepszym strzelcem był rezerwowy Guilherme Giovannoni – 24 punkty i 6/7 zza linii.

    Przed rundą rewanżową tabela kształtowała się więc tak: Efes i Valencia 5-2, Śląsk, Benetton i Treviso 4-3, Olympiacos i ASVEL 2-4, Alba 1-5. Wciąż spora zaliczka żeby myśleć o byciu w czołowej piątce, mimo że wygrywać (na razie 2x z rzędu) zaczął Olympiacos.

    Runda rewanżowa:

    Rewanże zaczęły się po Nowym Roku. 8 stycznia w można powiedzieć kluczowym spotkaniu Śląsk grał w Pireusie z Olympiakosem. Niestety Grecy wygrali trzeci raz z rzędu zbliżając się w tabeli. Był to kolejny wyrównany mecz toczony około remisu. W trzeciej kwarcie gospodarze wypracowali sobie 8 punktów przewagi, ale jak zwykle świetnie dysponowany był Lynn Greer, przewaga spadła do 71-67 po trzech kwartach. W czwartej kwarcie po frontalnym ataku Olympiacosu (zaczęli od 9-0) mecz zdawał się być zamknięty przy 13 punktach straty. Śląsk jeszcze próbował (kolejne 7 punktów z rzędu), ale ten początek czwartej kwarty zaważył. Najbliżej wrocławianie zbliżyli się na 4 punkty, finalnie było 92-98. Po stronie Greków najlepszym na boisku był znowu Diamantopoulos (23 punkty, 7/9 z gry), w zespole wrocławskim rekord sezonu w Eurolidze pobił Greer – 31 punktów, 11/11 z wolnych. 21 oczek dołożył Wójcik, a wciąż nie błyszczał Randle. W ogóle nie grał już Vasiljević, wykorzystywany co najwyżej w małym wymiarze w meczach ligowych. Ważne było to że Olympiacos odrobił stratę z Wrocławia licząc małe punkty.

    Dziewiąta kolejka poprawiła nastroje – dość pewne zwycięstwo 92-80 z Albą (26 punktów Greera, 21 punktów dołożył Tein, który strzelcem nie był), po drugiej stronie świetny mecz rozegrał DeJuan Collins (28 punktów), a 7 minut zaliczył Szymon Szewczyk :) zgadza się – 16 lat temu :) Jeszcze jedno zwycięstwo zgodnie z planem to domowy mecz z ASVEL, w którym Śląsk bronił praktycznie przez cały mecz minimalnej przewagi kręcącej się koło 5-8 punktów. Ostatecznie polski zespół wygrał 84-75 (28 punktów Greera nikogo nie dziwi, prawda?), po drugiej stronie 23 punkty rzucił Karim Souchu.

    Do końca pierwszej fazy grupowej pozostały 4 kolejki. Śląsk wygrał już 5 razy, wygrywając wszystkie 4 mecze z nieco łatwiejszymi rywalami, ale tylko jeden z mocniejszymi, w dodatku z Olympiacosem, który nie był już tą samą drużyną co na początku sezonu. Po 5 porażkach wygrali już 5 kolejnych gier.
    Tabela na ten moment to: Efes 8-2, Valencia i Śląsk 6-4, Benetton, Tau Ceramica i Olympiacos 5-5. Z bilansami 2-8 nie liczyli już się Niemcy i Francuzi, ale było wiadomo, że trzeba wyprzedzić kogoś jeszcze i że nie będzie to proste.

    Nie udało to się w Valencii, porażka 102-73 była bezdyskusyjna, zaważyła druga kwarta przegrana 9-19. 24 punkty rzucił Greer, 23 dla zwycięzców Oberto. Na szczęście w Stambule przegrał też Olympiacos.
    Mecz którego być może najbardziej szkoda to przyjazd do Wrocławia Tau Ceramiki wzmocnionej od jakiegoś czasu Luisem Scolą. Nie pomogły 53 punkty rzucone przez duet Greer-Wójcik (30+23). Nie pomogła pozorna kontrola meczu w pierwszej połowie (53-43). Druga połowa toczyła się już koło remisu, a przy stanie 82-82 kluczową stratę popełnił Greer – żeby go ciągle nie chwalić. Hiszpanie zdobyli 5 punktów z rzędu, Śląsk mógł tylko faulować i liczyć na pudła z wolnych. Te były, ale za mało. Tak samo jak za późno wpadła ostatnia trójka Greera zmniejszająca straty do 1 punktu. Na więcej nie było już czasu. Znowu swój mecz przegrał Olympiacos. Na szczęście.

    Na dwie ostatnie kolejki plan był prosty – żeby awansować trzeba wygrać tyle spotkań co Grecy. Niestety bilans bezpośrednich meczów (+2 i -6) ustawiał Olympiacos przed Śląskiem w tabeli w razie równej liczby punktów.
    Kolejka 13, twardy bój w Stambule, 47-40 dla świetnego tego dnia Śląska do przerwy, 67-66 po trzech kwartach, w czwartej niepotrzebne szybkie rzuty Tomczyka i Greera i Efes zaczął kontrolować mecz. Śląsk jeszcze na chwilę wrócił do gry (89-91), ale po raz kolejny zabrakło detali i doświadczenia, brakowało kilku oczek i trzeba było faulować taktycznie. Znowu nie udało się wygrać takich „szachów” na linii rzutów osobistych. Efes zwyciężył 95-92.
    Dwie godziny później Olympiacos łatwo pokonał ASVEL i Śląsk po raz pierwszy od początku rozgrywek spadł na 6 miejsce w tabeli, które nie dawało pewności awansu.

    Trzeba było spoglądać na inne grupy. Jeden zespół z najlepszym bilansem spośród szóstych miejsc też miał grać dalej. W tym momencie Śląsk miał 5-6 i prawie -50 w małych punktach, z czego większość z jednego meczu z Treviso. W pozostałych grupach podobnie sytuowane drużyny miały bilans małych punktów nawet na plusie. Jedynym wyjściem było wygranie swojego ostatniego meczu z nieszczęsnym Benettonem. Wtedy albo Olympiacos w Berlinie przegra swój mecz i to oni się będą martwić o małe punkty i korespondencyjny pojedynek z innymi grupami, albo Grecy też wygrają i Śląsk będzie spoglądał w stronę Wilna gdzie Żalgiris nie może pokonać CSKA. Podstawowe zadanie to wygrać.

    Mecz z Benettonem to walka jak równy z równym, ale niestety tylko do 38 minuty, renomowani Włosi zwycięstwo zawdzięczali chłodnym głowom w końcówce. Skończyło się 77-72 i właśnie do tego meczu linkuję na dole. W Śląsku najlepsi byli Amerykanie: Greer 21 punktów, w końcu Randle (double-double 19+10), zabrakło jednak bardzo trójek (7/28 zespołu). W zespole z Treviso był istny gwiazdozbiór: Uros Slokar, Riccardo Pittis, Jorge Garbajosa (20 punktów), Tyus Edney, a nawet młody Andrea Bargnani. W trakcie meczu wydawało się że są w zasięgu i do ogrania, tym bardziej że oni nie musieli walczyć o awans, nie udało się jednak. Swój mecz chwilę później wygrał Olympiacos, w Berlinie Dalibor Bagarić dwoma wolnymi na 0.8 sekundy wyprowadził zespół na jednopunktowe prowadzenie, a do tej pory w meczu miał 1/3. To już było jednak bez znaczenia, podobnie jak to że dzień później w Wilnie CSKA pokonali Żalgiris – przy zwycięstwie Śląska to Litwini skończyli by grę w tym sezonie euroligowym.

    Czego zabrakło do tego jednego zwycięstwa więcej, w którymś z zaciętych meczów? Pewnie nie jest to proste pytanie, tym bardziej że tak bardzo w szczegółach to nie pamiętam niuansów tego sezonu. Śląsk bardzo dobrze rzucał za trzy, w sezonie regularnym było to 38%. Wydaje mi się że tych rzutów było jednak za dużo, nie mam takich statystyk, ale zapewne ta skuteczność siadała w drugich połowach. Myślę też, że aż takie dominowanie zespołu przez Greera ułatwiało renomowanym rywalom obronę w najważniejszych momentach meczu. Sam Greer notował blisko 4 straty na mecz, niektóre na tyle kluczowe że piszą o nich oficjalne notki z meczów. Po trzecie – Ryan Randle nie był takim zabijaką na jakiego wyglądał. W pamięci kibiców na pewno pozostał jego pozytywny odbiór, ale 8 punktów z groszem w lidze i raptem 6 z groszem w Europie to za mało. Tym bardziej że był dość surowy, a przez to jednowymiarowy, do tego totalnie bez wsparcia swojego zmiennika. Był to też powoli schyłek kariery Macieja Zielińskiego, który nie był tak dynamiczny jak kiedyś, a Michał Ignerski nie wszedł jeszcze na wysoki poziom. W lidze to funkcjonowało jeszcze jako tako, w pucharach obaj grali sporo, ale nie dawali drużynie za dużo.

    Na zakończenie:

    Euroligę Śląsk skończył już w połowie lutego. W składzie nie dokonano żadnych zmian do końca okienka, a zespół obronił pierwsze miejsce przed fazą play-off, skazując tym samym Anwil i Prokom na spotkanie w ewentualnym półfinale. Prokom był wtedy drużyną gwiazdorską, Anwil wzmocnił się po słabszym początku – oba te zespoły były groźne w kontekście walki o mistrzostwo. Ćwierćfinał poszedł gładko – trzy łatwe zwycięstwa z Astorią Bydgoszcz. W półfinale zapaliła się lampka ostrzegawcza. Podczas gdy w drugiej parze Anwil wykrwawiał się z Prokomem, Śląsk wygrał serię z Polonią Warszawa dopiero w piątym meczu. W finale byli bez szans z Prokomem. W pierwszym meczu u siebie zgnietli Prokom 76-59, ale potem było gorzej. Minus 12, minus 9, minus 7 i w końcu minus 11 na własnym parkiecie, w ostatnim meczu finałowym Śląska na kolejne wiele lat.

    Ciekawe były losy młodych Amerykanów ze Śląska. Greer poprzez Dynamo Moskwa i Neapol za 2 lata trafił do Milwaukee Bucks – rozegrał tam 41 meczów, miał nawet taki z 19 punktami. Potem był podstawowym graczem mocnych zespołów Euroligi: Olympiacos, Ulker, Mediolan. Karierę zakończył w 2015 w Turcji. Droga Randle’a była zgoła odmienna. Został jeszcze na rok we Wrocławiu, grał już zdecydowanie lepiej, z tym że Śląsk był dużo słabszy. W Eurolidze też już nie grali, były to "prokomowe" czasy. Potem próbował dostać się do NBA w kolejnym sezonie po Śląsku, zaczepił się w D-League. Kolejnego lata wrócił do Europy i grał 2 lata na Cyprze. A potem było jeszcze gorzej – Meksyk, 2 liga Francji, Szwajcaria, aż w końcu podrzędne amerykańskie rozgrywki w amerykańskiej lidze ABA. Karierę zakończył w wieku 30 lat w 2012 roku.

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Spencer Dinwiddie będzie grał dla reprezentacji Nigerii.

    #koszykowka #nba

    źródło: 1587284508728.jpg

  •  

    o pierdolony

    w sumie dzięki kwarantannie obejrzałem z 80 spotkań Chicago z Jordanem - poezja

    #sport #goat #nba #koszykowka

    źródło: youtube.com

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Dzisiaj zapraszam na podróż do sezonu 2002-03 i wyjątkową (i wyjątkowo długą) drogę Prokomu Trefla. Po pierwsze żaden polski zespół wcześniej ani później nie dotarł do finału europejskich rozgrywek, a udało to się wtedy sopocianom. Po drugie, takich rozgrywek jak FIBA Europe Champions Cup z tego sezonu też nie było ani wcześniej ani później :)
    No to zaczynamy.

    Tło:

    Najpierw o zespole. Prokom Trefl Sopot był wicemistrzem Polski 2002 i brązowym medalistą 2001. Pokazał się z dobrej strony dwukrotnie w Pucharze Koraca, docierając dwa razy do ćwierćfinału. Budżet dzięki hojności właścicieli rósł bardzo szybko. W sezonie 2002-03 byli już poważnymi kandydatami do złota w lidze. W drużynie pozostał trener Eugeniusz Kijewski, podobnie jak wielu zawodników, m.in. Tomasz Jankowski, dla którego miał być to ostatni sezon w karierze (mimo tylko 31 lat), młody Filip Dylewicz, Joe McNaull już z polskim obywatelstwem czy też Tomasz Wilczek w mniejszej roli. Co się w tamtych czasach dość rzadko zdarzało postawiono też na aż trzech obcokrajowców z zeszłego sezonu: skrzydłowi - Chorwat Josip Vranković, który już trzeci sezon miał grać w Sopocie (w poprzednich dwóch był liderem drużyny) i Serb Dragan Marković. Dla niego to drugi sezon nad morzem. Do tego obwodowy Litwin Darius Maskoliunas, reprezentant związany całą karierę z Żalgirisem i Prokomem. Czyli siódemka z poprzedniego udanego sezonu.
    Dołączyła czwórka nowych obcokrajowców, same duuuże nazwiska:
    • rozgrywający Drew Barry z ligi włoskiej, który dwa lata wcześniej przyjechał do Europy po 60 meczach w NBA,
    • center Jiri Zidek – Czech z Alby Berlin, 2 lata wcześniej mistrz Euroligi z Żalgirisem, w latach 1995-98 zagrał 135 meczów w NBA,
    • podkoszowy Tomas Masiulus – to jego pierwszy sezon w Sopocie, potem zadomowi się tu na długie lata, do tej pory dużą większość kariery spędził w Żalgirisie (również zdobył Euroligę), był reprezentantem, np. na IO w Sydney,
    • skrzydłowy Słoweniec Goran Jagodnik – kolejna przyszła gwiazda Sopotu i całej PLK, etatowy reprezentant, przyjechał do Sopotu z Rosji.
    Uzupełnieniem składu był Jacek Krzykała po dwóch latach gry w Ostrowie Wlkp., kiedy zabrakło dla niego miejsca w Śląsku. Skład był zatem imponujący: Barry-Maskoliunas (+Krzykała i Wilczek) na obwodzie, Vranković, Jagodnik, Masiulis, Marković, Jankowski na skrzydle, Zidek i McNaull na centrze.

    Teraz o pucharze. W 2002 roku ULEB powołał swój puchar będący zapleczem Euroligi, do którego zgłosiło się dużo ciekawych zespołów. W odpowiedzi FIBA połączyła Puchar Saporty i Koraca, który pod nazwą FIBA Europe Champions Cup przetrwał chyba tylko rok. Jego format był dziwaczny, najpierw były rozgrywki w trzech konferencjach (Północ, Południe i Zachód), potem rozgrywki centralne. Było kilka mocnych ekip bez dwóch zdań, ale rozstrzał poziomu był ogromny. Wyniki często kończyły się ostrym laniem którejś z drużyn. W sumie nic dziwnego że te rozgrywki nie przetrwały próby czasu.

    Rozgrywki konferencyjne:

    Prokom trafił do grupy C konferencji północnej. Jej faworytem zapewne był półfinalista ligi rosyjskiej Avtodor Saratov, ograny w Europie i z kilkoma gwiazdami. W grupie byli też mistrz Białorusi z Grodna, wicemistrz Czech z Novego Jicina pod nazwą Mlekarna Kunin, wicemistrz Łotwy – Skonto Ryga i Litwini z Alyta Alytus którzy skończyli ligę z brązowym medalem. Poza Saratovem były to zespoły kręcące się podobnie jak Prokom wokół co najwyżej Pucharu Koraca, ale na pewno z mniejszymi budżetami. Problemem mogło być to, że z 6 zespołów do rozgrywek rundy pan-europejskiej miały wyjść tylko dwie drużyny z grupy.

    Już za kilka tygodni okaże się że problemów żadnych nie było, bo Prokom przeszedł tę fazę jak burza. Ale po kolei. Zaczęli bez kontuzjowanego McNaulla od pewnego zwycięstwa w Sopocie z Białorusinami. Wynik 83-62, mecz jakkolwiek wyrównany był tylko w pierwszej połowie. 23 punkty Vrankovicia, po drugiej stronie brak dużych nazwisk, ciekawostką był Denis Korszuk który za kilka lat zląduje w PLK. Mecz w Czechach ustawił się już w pierwszej kwarcie (+13), finalnie 105-77 dla Sopotu, Czechom nie pomogło 26 punktów Fredericka Warricka.
    Kolejne dwa mecze to równie przekonujące zwycięstwa. 91-70 w Sopocie ze Skonto i 106-74 na Litwie, gdzie do drużyny dołączył McNaull (22 punkty od razu). Wszystko rozstrzygało się maksymalnie w drugiej kwarcie. W międzyczasie przez problemy z biodrem ze składu wyleciał Tomek Jankowski, a prawdziwym sprawdzianem dla Sopotu miał być przyjazd do Polski Avtodora. Największą gwiazdą był tam center Kebu Stewart, były gracz NBA, za rok gracz Prokomu, jego zmiennikiem niegdysiejsza gwiazda NCAA Wojciech Myrda (nie żyjący już niestety). Było też dwóch Kameruńczyków. Tu mecz rozstrzygnął się dla odmiany w pierwszej kwarcie (34-16), po trzech kwartach było 87-46, a finalnie 110-68. Drew Barry miał 8 asyst w pierwszej kwarcie (13 w całym meczu), McNaull 13 zbiórek, a najlepsi strzelcy Prokomu po 16 punktów, mimo rzucenia aż 110 przez zespół. Sopocianie zostali samodzielnym liderem grupy z bilansem 5-0, a pokonanie jakiegokolwiek rosyjskiego zespołu różnicą ponad 40 punktów nie mogło przejść bez echa.

    W drugiej rundzie totalnie nic się nie zmieniło – 81-65 na Białorusi, 106-85 u siebie z Czechami. W obu przypadkach po wyrównanej pierwszej kwarcie, w drugiej polski zespół dosłownie zamknął drogę do kosza rywalom (rzucali oni w 2q odpowiednio 6 i 8 punktów). A później kontrola. Drugi swój mecz w grupie przegrali Rosjanie, i to na dodatek z Mlekarną Kunin z Czech. Odtąd mieli walczyć tylko o 2 miejsce w grupie ze Skonto. Na Łotwę właśnie w 8 kolejce wybrali się wicemistrzowie Polski. Trzeba przyznać że Skonto mieli w składzie kilku utalentowanych Łotyszy, którzy albo grali albo będą grać w PLK: Edgars Sneps, Janis Blums, Gatis Jahovics, Rinalds Sirsins. Oprócz tego kilku innych Łotyszy około reprezentacji: Sandis Valters, Trojs Ostlers, Kaspars Berzins, Kristaps Janicenoks i uwaga Andris Biedrins, który za półtora roku przeniesie się już do końca kariery do NBA. Jedynym obcokrajowcem był skrzydłowy rozpoczynający karierę w Europie – Lamayn Wilson. Ten mecz był nieco bardziej wyrównany od innych, ale wciąż pod kontrolą Sopocian. Barry znowu z podwójnymi asystami (10), Jagodnik ze swoim rekordem sezonu 26 punktów. A końcowy wynik to 97-83. Ósme zwycięstwo z rzędu. Dziewiąte przyszło za tydzień. Do składu wrócił Jankowski, odpoczywał za to Barry, a Prokom rozbił Litwinów z Alytus 91-68 (26 punktów Vrankovicia, 13 zbiórek Masiulisa). W litewskim zespole nie było gwiazd, a to że sporą rolę pełnił tam 33-letni Krzysztof Wilangowski pokazywało jak słaby był to zespół. W międzyczasie Skonto i ich młodzi zawodnicy rozbili Avtodor 120-77, praktycznie wyrzucając ich za burtę. W ostatnim meczu grupowym Rosjanie mieli jeszcze teoretyczne szanse na awans, ale nie dali rady u siebie z Prokomem, nie pomogły nawet posiłki prosto z NBA (Darrick Martin, tylko 3 punkty). Po wyrównanej pierwszej połowie, drugą Prokom wygrał 49-29 i cały mecz 81-66, a Jankowski zanotował double-double (15+12).

    Koniec rozgrywek grupowych. Bilans 10-0, najniższe zwycięstwo to 14 punktów, na wyjeździe, z wiceliderem grupy. W całych rozgrywkach niepokonane były tylko 3 zespoły, wszystkie z Konferencji Północnej: Prokom, Anwil i Lietuvos :)

    W styczniu w Wilnie rozegrano finały konferencji. Turniej praktycznie towarzyski, nie decydujący o niczym w kontekście dalszych rozgrywek. W formacie Final Four spotkali się zwycięzcy konferencyjnych grup. W półfinałach polskie zespoły przegrały. Prokom nie dał rady UNICSowi Kazań, dostając lanie 80-114. Co ciekawe Kebu Stewart nie grał już w Saratovie tylko w Kazaniu. Był też znany ze Śląska Andrei Fetisov i kilku graczy z kręgu reprezentacji Rosji. 30 punktów rzucił Igor Kudelin, 27 odpowiedział Masiulis. UNICS zasypał Prokom 14 trójkami na 24 próby. Dzień później odbył się mecz o 3 miejsce w konferencji z Anwilem Włocławek. To trzecie i ostatnie do tej pory spotkanie polskich zespołów w pucharach. Jednocześnie jedno z aż 9 spotkań pomiędzy Anwilem i Prokomem w tamtym sezonie. Górą byli włocławianie 78-65, prowadząc +21 do przerwy. Mecz w sumie o nic i bez temperatury.

    Faza pan-europejska:

    Ważniejsze mecze miały nadejść w lutym i marcu. Grupa cztero-zespołowa, wychodził jeden zespół do ćwierćfinałów i kilka z drugich miejsc. Wciąż nie najmocniejsza stawka – (tym razem) mistrzowie Łotwy z Ventspils, wicemistrzowie Holandii, drużyna EiffelTowers Nijmegen i drugoligowiec (drugoligowiec!) z hiszpańskiego Ourense. W Prokomie było trochę problemów z kontuzjami, przewlekłe kłopoty Jankowskiego z biodrem, skręcona noga Zidka, kontuzja Barrego. Do składu dołączył center Todd Fuller, który pograł półtora sezonu w lidze hiszpańskiej, po 6 sezonach i 225 meczach w NBA. Kolejne grube nazwisko.

    Tu o awans trzeba było się troszkę postarać, bo Łotysze wydawali się groźni. Zaczęło się od gładkiego 72-48 z bezradnymi Hiszpanami, którzy w składzie mieli nawet jednego Amerykanina. W polskim zespole zadebiutował od razu Fuller (15 minut, 8 punktów). W drugiej kolejce wyjazd do Holandii do Nijmegen i dość trudny mecz z sinusoidą w wyniku. Zwycięstwo 94-85, 24 punkty Vrankovicia i wciąż niepełny skład. Holenderski zespół zdominowany był przez Amerykanów, a pierwsze skrzypce pełnił Ryan Robertson (26 punktów), który zaliczył w 2000 roku nawet 1 mecz w NBA. Zimny prysznic przyszedł w Ventspils, gdzie mistrzowie Łotwy pewnie wygrali z Prokomem 97-81. Katem sopocian był Ainars Bagatskis, znany z Bobrów Bytom (24 punkty już wtedy weterana). Łotysze przegrali jednak niespodziewanie 2 pierwsze mecze w grupie z Ourense i Nijmegen, więc okazali się niegroźni w tabeli.

    Rundę rewanżową Prokom zaczął od kolejnego łatwego zwycięstwa z Hiszpanami (82-66). Do składu wrócili po kontuzjach Barry i Zidek i przy bilansie 3-1 brakowało tylko jednego zwycięstwa w dwóch meczach do awansu do ćwierćfinału. Po bardzo zaciętym meczu przyszło ono już za tydzień, 87-86 z Holendrami. EiffelTowers mieli nawet szansę na zwycięstwo, ale ostatnia akcja nie przyniosła punktów. Walkę do ostatnich sekund zawdzięczali świetnym rzutom za 3 – 13/22 w całym meczu. Na zakończenie rozgrywek pozostał już tylko do dogrania mecz z Ventspils, wygrany 83-81 (21 punktów i trójka na zwycięstwo Jagodnika). Gospodarze „doprowadzili” do zaciętej końcówki, mimo że prowadzili już blisko 20 punktami.
    Bezproblemowy awans do ćwierćfinału z bilansem 5-1. Po 16 meczach dwóch faz grupowych i 15 zwycięstwach, przedzielonych dwumeczowym towarzyskim turniejem w Wilnie.

    Faza pucharowa:

    W przeciwieństwie do fazy grupowej, faza pucharowa tego dziwnego turnieju rozgrywała się błyskawicznie. Dwumecz w ćwierćfinale i szybki turniej Final Four.

    W ćwierćfinale przeciwnikiem Prokomu był francuski zespół Dijon. W drugiej fazie grupowej wyeliminowali oni z rozgrywek Anwil Włocławek, grupę w pierwszej fazie mieli jednak dość słabą, więc trudno było po tych meczach oceniać na co ich stać. Tak po prawdzie to Anwil sam się wyeliminował z rozgrywek porażkami z Porto, a z Dijon raz przegrał 2 punktami, by w rewanżu wygrać +14, można było więc przypuszczać że jest to zespół spokojnie do ogrania przez Prokom. W poprzednim sezonie Francuzi zajęli 6 miejsce w swojej lidze, w tym trwającym nie grali najlepiej i kręcili się koło środka tabeli. Najlepsi gracze tamtego sezonu to podkoszowi Amerykanie Rick Hughes, 2 lata wcześniej próbował sił w NBA, ale trafił w końcu do Francji gdzie jeszcze za 10 lat będzie najlepszym strzelcem ligi i Tarvis Williams – obaj byli jednak kontuzjowani, co znacząco zmniejszało szansę na sukces. Był też skrzydłowy Laurent Bernard z szerokiej kadry reprezentacji Francji i obwodowy weteran Bruno Hamm, który przygodę z reprezentacją miał już za sobą. Co ciekawe w Dijon grało też dwóch Polaków: Piotr Ignatowicz który latem wyjechał z PLK i nigdy już do niej nie wróci i Radosław Hyży, grający w Dijon drugi (i ostatni) sezon. W Prokomie niezdolni do gry byli Barry i Fuller, no ale skład był szeroki. W pierwszym meczu na wyjeździe do przerwy oba zespoły szły równo, 35-33 dla gospodarzy do przerwy i duże problemy ze skutecznością Prokomu. Przełomowa okazała się trzecia kwarta, po której Prokom prowadził 55-48 i zmierzał ku bardzo obiecującemu przed rewanżem wynikowi. W czwartej kwarcie minimalnie lepsi byli gracze Dijon, ale cały mecz wygrał Prokom 74-70. Tym bardziej cenne zwycięstwo że trafiali tylko 35% rzutów (2/12 Vrankovicia, 5/17 Jagodnika). Pod nieobecność francuskich Amerykanów, pod koszem dzielił i rządził McNaull (21pkt, 10 zbiórek). Po drugiej stronie najlepszym strzelcem był dość głęboki rezerwowy Ignatowicz - 14 punktów, a 10 dołożył Hyży.
    Przeglądając archiwalne internetowe zapowiedzi rewanżu, w oczy rzuciło mi się przeświadczenie że awans do turnieju finałowego był pewny, tym bardziej że do składu wracał Barry. Optymizm znalazł odzwierciedlenie w rzeczywistości, pierwsza kwarta ustawiła mecz, a losy dwumeczu do przerwy były przesądzone. Prokom prowadził 59-40 po 20 minutach. W drugiej połowie była tylko kontrola wyniku, a w rezultacie wynik 103-87. Za 3 tygodnie Prokom zagra w Salonikach w Final Four.

    W turnieju finałowym grano oczywiście już nie dwumecze, a po jednym spotkaniu. W półfinale Prokom trafił na Ventspils z Bagatskisem. Zespół z którym już dwukrotnie się mierzyli w drugiej fazie grupowej i ponieśli jedyną dotąd w całych rozgrywkach porażkę (na wyjeździe). W Sopocie polski zespół wygrał rzutem na taśmę. Oprócz dobrego znajomego Bagatskisa, najbardziej obawiano się młodego amerykańskiego rozgrywającego Mire’a Chatmana, który w tamtych meczach napsuł trochę krwi sopocianom. Obawy były bezpodstawne. Prokom w drugiej kwarcie wypracował sobie sporą zaliczkę, głównie przez (dla odmiany) dobrą obronę, niekoniecznie atak. Do przerwy 40-28, w trzeciej kwarcie kontrola kilkunastopunktowego prowadzenia, 9 kolejnych oczek dołożonych w ostatniej części. Bagatskis trafił 2/10 z gry, Chatman 1/3, cały zespół z Łotwy 6/29 za 3. Najlepszym zawodnikiem Sopotu znowu był McNaull (17pkt + 16 zbiórek). Końcowy wynik to 79-57 – kolejna miazga.

    W finale czekał już Aris Saloniki, gospodarz turnieju, który po ciężkim boju wygrał półfinał z serbskim Hemofarmem. Media i zawodnicy z Polski wypowiadali się w tonie „Aris nie może przegrać finału, sędziowie na to nie pozwolą” ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    Grecy jako klub przeżywali mini-kryzys w swojej historii. 2 lata z rzędu nie grali w play-offs ligi, był to dla nich powrót do pucharów gdzie grali ostatni raz w 2000. Skład zbudowali tym razem jednak bardzo mocny. Greccy zawodnicy nie byli może z pierwszego szeregu (młody center Prodromos Nikolaidis był wyróżniającym się), ale obcokrajowcy robili wrażenie: rozgrywający Will Solomon który przyjechał po pełnym sezonie w NBA (to się nie zdarzało zbyt często wtedy), kolejny gracz ex-NBA Ryan Stack (on grał tam 2 lata wcześniej), znany z Włocławka były reprezentant Chorwacji Ivan Grgat, młody Serb Miroslav Rajcević, który zagra w reprezentacji za kilka lat, przyszły reprezentant Rosji Fedor Likholitov, jeden z najlepszych bułgarskich koszykarzy Dimitar Angelov. Większość w wieku 22-25 lat. Nie mógł zagrać Alan Gregov pozyskany w środku sezonu ze Śląska (zastąpił go tam Sean Colson) bo grał już w Eurolidze i nie mógł być zgłoszony.
    Mecz finałowy długimi fragmentami wyglądał jak najlepszy mecz Prokomu w tym pucharowym sezonie, biorąc pod uwagę oczywiście moc rywala i to że był toczony na wyjeździe przy ogromnym tumulcie i 6 tysiącach greckich kibiców. Do przerwy walka była cios za cios (40-36 dla Arisu), po przerwie Prokom grał koncertowo. Od stanu 44-44, Prokom wyszedł na prowadzenie 54-44 (run 10 punktów z rzędu), a później nawet 57-46. Wtedy Grecy się przebudzili, a sędziowie zaczęli gwizdać dziwne rzeczy - jak relacjonują Ci co ten mecz oglądali. Aris odrobiał straty, 3 minuty do końca meczu wyszedł na prowadzenie 72-71, a potem po trójce Solomona 77-73. Kolejny zryw Prokomu i wyrównanie na 80-80 w ostatniej minucie. Następnie Stack trafił tylko jednego wolnego, a Maskoliunas odpowiedział „wielką” trójką (1:38:30 na filmie) na 7 sekund do końca. Czas. Faul na wyprowadzającym piłkę Solomonie, trochę bezsensowny, bo wyglądał na celowy. Solomon trafia tylko jednego wolnego, ale piłkę zbiera i dobija (+1 dla Arisu) Stack. Potem cuda z zegarem, ustalenie na niecałe 2 sekundy. „Bejsbolowe podanie” Vrankovicia pod kosz łapie Masiulis, ale nie trafia. Większość obserwatorów widzi faul, sędziowie nie gwiżdżą. Pewien trójmiejski portal 6 maja 2003 napisał artykuł podsumowujący mecz o tytule „Dla Arisu wszystko, dla Prokomu – nic”.
    W finale 25 punktów zdobył Marković i był najlepszym graczem na boisku, trochę zabrakło wsparcia od kolegów. Jagodnik tylko 2/10 z gry, Masiulis 1/9, Vranković tylko 10 punktów, niewidoczny Zidek, niewidoczny Barry, a Maskoliunas trafiają trójkę w ostatnich sekundach oddał dopiero drugi rzut w meczu. Po stronie gospodarzy Solomon zdobył 32 punkty, ale jego skuteczność pozostawiała sporo do życzenia, potrzebował do tego 25 rzutów. Stack zaliczył 17 zbiórek, w tym tę najważniejszą.

    Na zakończenie:

    Prokom Trefl Sopot rozegrał w sezonie 2002/2003 w sumie 68 meczów (46 ligowych i 22 pucharowe), niewiele mniej niż gra się w NBA. Dotarcie do finału jakichkolwiek rozgrywek europejskich to duży sukces, ale już za chwilę nad morzem było wielkie rozczarowanie. Napakowany gwiazdami zespół przegrał serię finałową z Anwilem Włocławek (2-4), który dla odmiany był mnie gwiazdorski niż rok wcześniej. Jak się potem okazało była to ostatnia przegrana ich seria finałowa na następne 10 lat. Kolejne występy Sopocian (a potem Gdynian) w Europie to drugi w hierarchii ULEB Cup (1 sezon) i Euroliga (9 sezonów).

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #nba #plk #koszykowka

    Adrian Bogucki (F/C, 210, rocznik 1999) zgłosił się do draftu.
    Tak tylko zauważam, szans nie ma żadnych ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    źródło: youtube.com

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Dzisiaj przybliżam kolejne chwalebne chwile w historii polskiego basketu w rywalizacji europejskiej.
    Na tapetę wziąłem Anwil Włocławek, sezon 2001-02 w Pucharze Saporty.

    Znowu mam łatwiej, nie dość że te mecze pamiętam, to jeszcze mam na podorędziu książkę pana Gąsiorowskiego, pt. Pucharowa Historia WTK Nobiles/Azoty/Anwil Włocławek ;)

    Tło:

    Sezon 2001-02 był ostatnim (choć w wakacje 2001 jeszcze nie było to wiadome) pucharem 2 kategorii w Europie pod panowaniem FIBA. Za rok był już ULEB Cup. Do fazy grupowej Saporty bez eliminacji trafiły kolejne 24 najsilniejsze po Eurolidze zespoły, w tym odwieczny wicemistrz Polski Anwil Włocławek.

    Zespół został wzmocniony bardzo. Wymieniono wszystkich obcokrajowców, poza Igorem Griszczukiem, wtedy już 36-letnim, który nie jestem pewien czy właśnie nie otrzymał obywatelstwa. Było to tak czy inaczej nieważne, bo był to pierwszy sezon w PLK w formule open, z nielimitowaną liczbą zawodników obcokrajowych.
    Oprócz Griszczuka w zespole pozostał tylko Roman Prawica i trener Stefan Tot, który zespół prowadził tylko w poprzednich play-offach 2001. Poza młodzieńcem Robertem Witką (wrócił z wypożyczenia z Sosnowca), nie było więcej Polaków, a nowe nabytki to:
    • Na obwodzie: Luka Pavicević, podstarzały już potrójny mistrz Euroligi z Jugoplastiką Split 1989, 1990, 1991 (czyli przed dekadą), Łotysz Armands Skele, 17-latek, jeden z najzdolniejszych graczy swojego rocznika w Europie i Goran Savanović, który po rocznej przerwie wracał do PLK (grał wcześniej w Treflu). Do tego oczywiście Griszczuk.
    • Na skrzydle: Jeff Nordgaard, gość z ligi francuskiej ale z doświadczeniami w NBA i Ed O’Bannon - z perspektywy lat, być może największe nazwisko w historii PLK do tamtego momentu. Co prawda od jego średnio udanego startu w NBA minęły 4 prawie bezproduktywne lata, ale wciąż miał dopiero 28 lat. Tę dwójkę uzupełniał wspomniany Prawica.
    • Pod koszem: Aleksander „Sasza” Kul, jeden z największych centrów w Europie – szkoda że tylko jeśli chodzi o wymiary. No może przesadzam, przyszedł z mocnego Galatasaray i był najlepiej zarabiającym graczem zespołu. Wspomagali go Mladjan Silobad, kolejny były mistrz Euroligi sprzed dekady (z Partizanem dla odmiany), zaliczył sezon wcześniej epizod w Polonii Warszawa, oraz Słowak Marek Andruska, już nie perspektywiczny bo miał 26 lat.

    Skład na moment startu sezonu był dość okazały. Do tego we wrześniu 2001 otwarto nowowybudowaną Halę Mistrzów, która na tamte czasy była obiektem na miarę gry w Europie.

    Zanim 30 października rozpoczęły się rozgrywki Pucharu Saporty, we Włocławku pożegnano się po 5 meczach ligowych z przyszłym-niedoszłym następcą Gregova i Miglinieksa i wszystkich razem wziętych, czyli z Paviceviciem. To że grał w poprzednim sezonie zaledwie w Finlandii mówiło samo o sobie. Był statyczny, słaby w obronie, a grę kreował tak sobie. Bilans zespołu w lidze na ten moment to 3-2 i dwie jednopunktowe porażki z Prokomem i ze starymi znajomymi z Pruszkowa. Nowym rozgrywającym zespołu został Matt Santangelo, włoski Amerykanin z Serie A, zaledwie 24-latek, którzy przyspieszył grę, był efektowny i szybko wkomponował się w zespół.

    Faza grupowa:

    Format to 4 grupy po 6 zespołów, awansować miały po 4 ekipy, tylko dwie odpadały. Najpierw o zespołach z wyższej półki:
    Lietuvos Rytas – wicemistrz Litwy (za kilka miesięcy zmienili Żalgiris na czele ligi litewskiej), rok wcześniej grali w Suprolidze, równolegle do Euroligi. W składzie anonimowy Amerykanin Walsh Jordan i panteon byłych, obecnych lub przyszłych gwiazd litewskiej koszykówki: Simas Jasaitis (20 lat), Robertas Javtokas (19 lat, za 8 lat mistrz Euroligi z Panathinaikosem), Rimantas Kaukenas (potem wiele lat w Eurolidze), Arvydas Macijauskas (za 4 lata w NBA), Ramunas Siskauskas (za 6 i 7 lat mistrz Euroligi z Panathinaikosem i CSKA). Tabuny 18-24 latków, którzy prędzej czy później zaistnieją w Europie i będą zdobywać medale z reprezentacją. Do tego młodziutki Mantas Cesnauskis, dziś legenda słupskiej koszykówki i Aivaras Kiausas, który potem grał w Śląsku. W połowie sezonu dojdzie jeszcze jeden przyszły gracz Śląska, Astorii i Anwilu – Kestutis Marciulionis – mimo 23 lat już olimpijczyk z Sydney. Świetny zespół co pokazało mistrzostwo Litwy za ponad pół roku, chociaż niedoceniany w Polsce.
    UNICS Kazań – wicemistrzowie Rosji. W składzie dwóch Amerykanów: Michael McDonald, dwa lata temu na granicy NBA (zagrał 1 mecz), a potem jeszcze Acie Earl, kolejny center, który swoje blisko 200 meczów w NBA rozegrał kilka lat wcześniej. „Bałkańcy” w składzie to Oliver Popović i Branislav Vicentić (2 lata wcześniej w AZS Lublin). Rodzimi gracze to reprezentanci Valentin Kubrakov, Anton Yudin, Evgeniy Pachutin i Petr Samoylenko. No i Estończyk Martin Muursep – 3 lata temu wrócił z NBA, poprzednie 2 sezony grał w AEK Ateny. Bardzo bardzo bardzo solidny zespół.
    Telekom Bonn – znani z różowych barw (T-Mobile ;)) wicemistrzowie Niemiec, dowodzeni przez trio: aktualny reprezentant Niemiec Hurl Beechum, gwiazda Bundesligi – Serb Aleksandar Nadfeji i Amerykański obrońca Terrence Rencher, który karierę zaczął w NBA i przez Włochy trafił do Niemiec.

    Dwa zespoły do „wyrzucenia” z grupy to:
    Astronauts Amsterdam – mistrzowie Holandii, ograni w Europie (kilka miesięcy wcześniej półfinał pucharu Koraca), z Amerykańskim skrzydłowym Joe Spinksem (legenda tego klubu) i Litwinem Egidijusem Mikalajunasem.
    Arkada Traiskirchen Lions – kopciuszek, zwycięzca pucharu Austrii, w lidze zajęli jednak dopiero 6 miejsce. W składzie Jamajnczyk Julian Dunkey, Słoweniec Milos Paravinja, bodajże największy paralityk w historii Anwilu (to za 7 lat), Serb Zdravko Radulović (przyszedł ze Słupska) no i full austriackich nazwisk.

    Gramy 10 meczów. Na dzień dobry Lietuvos Rytas we Włocławku pokazał kwintesencję litewskiej, systemowej koszykówki i zwyciężył 89-72. Dygresja – o ile dobrze kojarzę był to pierwszy sezon z kwartami zamiast połów. Wracając do meczu, Litwini panowali od drugiej kwarty, w trzeciej tylko na chwilę Anwil wrócił do gry na minus 5. Macijauskas rzucił 23 punkty, a Lietuvos 12 trójek. Kolejny mecz - wyjazd do Amsterdamu miał być spacerkiem. Ale nie był. Do przerwy śmieszny wynik 23-24 dla Anwilu (6-9 w drugiej kwarcie :)). W drugiej połowie sprawy w swoje ręce wziął nastolatek Skele. Nikt się we Włocławku po nim tego nie spodziewał. Rzucił 19 punktów, 8/11 z gry. Wynik końcowy na 61-59 dla Anwilu ustalił Goran Savanović trafiający rzuty wolne. Nie trafił żadnego z trzech wcześniej, a cały zespół zanotował żenujące 8/23 z linii. Wygrana była, stylu nie było. Do tego Anwil przegrał też trzecie ligowe spotkanie w 7 meczu, w Ostrowie.
    Dużym przełamaniem był wyjazd w trzeciej europejskiej kolejce do Kazania. Pierwsza połowa meczu w Kazaniu punkt za punkt, niespodziewana trzecia kwarta z kilkunastopunktową przewagą Anwilu i powolne odrabianie strat przez gospodarzy – w ostatnie 60 sekund odrobili 72-76 do 76-76 i potrzebna była dogrywka. W doliczonym czasie ton nadawał Anwil, chociaż UNICS przez chwilę znowu zdawał się odrabiać straty. Zacięta końcówka na rzuty wolne ustaliła wynik na 90-88 i było to zwycięstwo może nie wielce sensacyjne, ale niespodziewane. Dla gospodarzy 23 punkty rzucił Popović (12/14 z wolnych!), doskonały mecz dla Anwilu zaliczył O’Bannon (29 punktów, 18 zbiórek i 5 trójek (!)). W czwartej kolejce do Włocławka przyjechali Austriacy i tu nie mogło być niespodzianki, bilans 3-1 był więc na ten moment pewny. Skończyło się gładkim zwycięstwem, szczególnie w drugiej połowie. Wynik 84-67. Najlepszym graczem był Nordgaard (24 punkty, 10/15 z gry), ale Austriacy największe problemy mieli pod koszem. Ostatnia kolejka pierwszej rundy to wyjazd do Bonn. Bez kontuzjowanego Kula, za to po podbudowującym zwycięstwie z ligowym liderem z Sopotu. W Niemczech, mecz toczył się monotonnie, gospodarze dokładali po punkcie z każdą akcja, +5 po pierwszej kwarcie, +8 do przerwy, w trzeciej kwarcie było pozamiatane. Nic nie dało się zrobić z marną skutecznością. Z tego trendu wyłamał się tylko Santangelo (22 punkty).

    Po pierwszej rundzie Anwil miał bilans 3-2, trzecie miejsce w grupie i zespoły „do wyrzucenia” prawie wyrzucone z gry. Rewanż trzeba zacząć od ultra-trudnego meczu w Wilnie. Bez Kula i dodatkowo Savanovicia (kontuzje) mecz rozstrzygnął się już w pierwszej kwarcie. Po 20 minutach było minus 22. Końcowo 66-91. Liderem Litwinów tak jak we Włocławku był niezawodny Macijauskas (26 punktów).

    W międzyczasie przy bilansie w pucharach 3-3 i 9-6 w lidze pracę stracił trener Stefan Tot. Zespół miał ogromne wahania formy, od meczów świetnych po beznadziejne. Czarę goryczy przelały porażki w Słupsku i z bardzo słabą Notecią – to był zdaje się mecz w którym Alex Austin rzucił 50 punktów.
    Nowym coachem został Aleksander „Aco” Petrović, jeden z najwybitniejszych trenerów których widziały polskie parkiety. M. in. przed 8 laty trener reprezentacji Chorwacji, w której poprowadził swojego młodszego brata Drażena po medal na Eurobaskecie. Razem z nim do Włocławka przyjechał Vladimir Anzulović, dość młody Chorwat ze słoweńskiej Krki, który miał być odtąd drugim rozgrywającym. Miał odciążyć Matta Santangelo, któremu pomagali Savanović, Skele i Griszczuk – żaden z nich nie był typowym playmaykerem. Anzulović potem był często kontuzjowany i w sumie nie nagrał się w tych pucharach. Za chwilę dołączył do niego drwal, też z Chorwacji – Hrvoje Henjak. Center. Moja pamięć zarejestrowała go jak kogoś kto nie powinien grać w koszykówkę, miał tylko rozmiar. Nie mam pojęcia jak to się stało że 2 lata wcześniej był z Chorwacją na Eurobaskecie 1999. We Włocławku tych wzmocnień nikt nie traktował jako zbawienie. Raczej jako element „umowy”, że taki trener jak Petrović tu zawitał. Skład liczył 12 zawodników do grania (+ Witka) i był zamknięty do końca sezonu. Przy czym od kilku tygodni z gry wyłączony był Sasza Kul.

    W pucharowej tabeli zaraz za Anwilem plasowali się Astronauci z Amsterdamu, którzy już byli w drodze do Włocławka. Tego meczu nie można było przegrać, pamiętając o ledwie dwupunktowym zwycięstwie z pierwszej rundy. Efekt nowej miotły zadziałał. Co prawda Anwil wygrał „tylko” 79-67, ale po trzech kwartach było pewne 67-44 i wynik przez moment nie był zagrożony. Nie udało się wygrać włocławianom kolejnego meczu, z UNICsem w domu. Mecz był wyrównany z lekkim wskazaniem na gości, którzy od pierwszego starcia dokonali zmian w składzie (to wtedy doszedł m.in. znany z NBA Acie Earl, notabene za chwilę gracz Śląska). Porażka 79-85 mimo 23 punktów O’Bannona. Katem Anwilu był „lublinianin” Vicentić – 24 punkty i dwie trójki w ostatnich momentach wyrównanego meczu. Swoje mecze przegrywali w międzyczasie Holendrzy, więc mimo bilansu 4-4 awans do top16 był blisko.
    Minęły dwa tygodnie. Anwil pojechał do Austrii, wiadomo że jak po swoje, Arkadia była zespołem egzotycznym na tle innych rywali. 105-74 mówi samo za siebie. 20 punktów przekraczali O’Bannon i Savanović. Zgodnie z przewidywaniami chorwackie wynalazki (Anzulović i Henjak) były tylko uzupełnieniem składu. Ten drugi prawie w ogóle nie grał, a ten pierwszy narzekał na urazy. Bilans 5-4 i już pewny awans do top16. W ostatniej kolejce do Włocławka przyjechali koszykarze z Bonn. Teoretycznie można było ich jeszcze wyprzedzić na 3 miejscu w grupie, odrabiając minus 16 z pierwszego meczu, co mogło dać lepsze rozstawienie. Mecz był toczony punkt za punkt i w pewnym momencie wiadomo było że stawką jest już tylko prestiż. O’Bannon rzucił 23 punkty, jeden z lepszych meczów we Włocławku zanotował Silobad (7/9 z gry), ale po zaciętej końcówce to Niemcy cieszyli się ze zwycięstwa 84-82, wyprzedzili oni tym samym UNICS na 2 miejscu w grupie, którą bez problemów wygrał Lietuvos.

    Anwil był czwarty, po 4 zwycięstwach ze słabszymi rywalami i jednym (w Kazaniu) z 6 meczów z renomowanymi przeciwnikami. Mało optymistycznie przed fazą play-off.

    Faza pucharowa:

    Grupa D zdawała się być słabsza niż ta Anwilowa, Żeleźnik Belgrad, dogorywający Split, Iraklis Saloniki. Mimo wszystko niespodzianką było wygranie jej przez Slovakofarmę Pezinok – solidnych Słowaków, no ale tylko Słowaków :) W końcu Marek Andruska będący ważną postacią słowackich mistrzów siedział na końcu ławki we Włocławku. Nie można było ich za to lekceważyć, ze Słowakami już kiedyś Anwil odrabiał straty w pucharach, Śląsk 2 lata temu też męczył się niemiłosiernie. Do tego grupowy bilans 8-2 mówił sam za siebie.

    W słowackim zespole brak było gwiazd, o sile stanowili Ci sami którzy 2 lata wcześniej rywalizowali ze Śląskiem – Pavol Weiss, Dragan Ristanović, Aramis Naglić – podstarzałe gwiazdy osiadłe na Słowacji. Byli jeszcze znaczący gracze z Bałkanów lub krajów ZSRR (tzn. znaczący jak na ligę Słowacji), Andrej Lukjanec (rok wcześniej nie zwojował PLK), Marijan Kraljević czy Vladimir Kuzniecov. Mecz toczony był totalnie pod dyktando Anwilu, 30-22 po pierwszej kwarcie, 52-40 do przerwy, ponad 20 punktów przewagi w trzeciej kwarcie. Słowacy na chwilę zniwelowali jeszcze straty do minus 8, co było dość groźne w kontekście rewanżu, ale ostatecznie Anwil wygrał 95-78. Kul w pierwszym meczu po absencji rzucił 15 punktów, najlepszym strzelcem włocławian był znowu Santangelo (23 punkty). Po drugiej stronie trio Lukjanec-Naglić-Kraljević to 68 z 78 punktów Słowaków. W rewanżu wystarczyło być czujnym. Czujności brakowało gdzieś do 25 minuty, bo było już minus 11 i zaczynało się robić groźnie. Matt Santangelo po raz kolejny dał znać o sobie (28 punktów w całym meczu) i prawie w pojedynkę zniwelował straty (oddał sam 20 rzutów). Kiedy po trzech kwartach było tylko 52-46 dla gospodarzy raczej pewne było że nie odrobią strat. Skończyło się na kontrolowanej porażce 68-74 i to Anwil zameldował się w ćwierćfinale Saporty.

    W ćwierćfinale słabych zespołów już nie było, w ósemce były za to wszystkie cztery z anwilowej grupy, to pokazywało że te porażki z Lietuvosem czy Telekomem nie były jakąś znowu wielką wtopą. Rywalem w tej rundzie miał być Panionios Ateny – zespół zaraz za wielką grecką czwórką (PAO, Oly, AEK, PAOK) z niezłymi wynikami w pucharach w poprzednich latach. Pierwszy mecz to wyjazd do gorących (na trybunach!) Aten i plan by nawet przegrywając, zminimalizować straty do takich które da się odrobić we Włocławku. Skład Greków zdominowany był przez obcokrajowców: podkoszowi Amerykanie Kenyon Jones i Paul Shirley (za 3-4 lata kręcił się koło NBA), świetny Francuz Laurant Sciarra (reprezentant na IO w Sydney), Portugalczyk Joao Santos, doświadczony Bośniak Nenad Marković. Największą gwiazdą był jednak Grek, 21-letni Georgios Diamantopoulos, koniec końców najlepszy strzelec tej edycji Pucharu Saporty, który potem nie zrobił aż takiej kariery jaką mu wróżono.
    Wynik meczu w Grecji przez długie fragmenty oscylował wokół kilku punktów przewagi Panioniosu. Były to dla Anwilu całkiem nienajgorsze okoliczności. Minus 4 po pierwszej kwarcie, minus 5 do przerwy, w trzeciej kwarcie minus 8, ale Anwil udanie się odgryzał. Świetna sekwencja chwilę przed końcem meczu pozwoliła na zminimalizowanie strat do wyniku 74-77 i posiadania piłki, była nawet szansa na remis. Końcówka (pamiętam że słuchałem w radio) była jednak chaotyczna, dużo fauli i koniec końców 6/6 wolnych wykorzystanych przez Greków bez żadnej odpowiedzi Anwilu. Wynik końcowy 74-83 nie był zły, ale pozostał niedosyt, można było przegrać niżej. Punkty Greków rozłożyły się równomiernie, w Anwilu brylował Santangelo (20 pkt) i w końcu zdrowy Kul (23 punkty).
    Rewanż grany był tydzień później. Hala Mistrzów wypełniła się do ostatniego krzesełka, atmosfera z tamtego meczu (można powiedzieć że „grecka”) wspominana jest we Włocławku po dziś dzień. Mecz początkowo wyglądał podobnie jak w Grecji, ale ze wskazaniem na Anwil. 17-14 po 10 minutach gry. Pod koniec połowy dały się we znaki problemy ze skutecznością (tylko 11 punktów Anwilu w kwarcie) i na przerwę zespoły schodziły przy remisie 28-28. Drugą odsłonę lepiej zaczęli Grecy, wypracowali sobie już 6 punktów przewagi (czyli 15 w dwumeczu) i rywalizacja zdawała się być zamknięta. Końcówka trzeciej kwarty była jednak popisem włocławian, na ostatnią odsłonę schodzili z prowadzeniem 52-45 i zanotowali w drugiej połowie kwarty run 22-9. Nadzieja na awans wróciła. Czwarta kwarta to odlot w hali, Anwil dokładał punkt po punkcie i świetnie bronił. Szybko zniwelowany został deficyt z Aten, czyli 9 punktów. Ostateczny wynik to 75-59 i Anwil znalazł się jako drugi polski zespół po Mazowszance Pruszków w półfinale europejskiego pucharu (przynajmniej w czasach nowożytnych). Tyle że drugiego w hierarchii, a nie trzeciego.

    Półfinaliści to Anwil, Siena, Hapoel i hiszpańska Valencia, która miała być ostatnim przeciwnikiem w drodze do finału rozgrywanego w Lyonie. Był to piąty zespół ACB, w poprzednich 3 edycjach Saporty grali w finale, półfinale i ćwierćfinale. Odnosząc to do dzisiejszych czasów, byliby etatowym faworytem rozgrywek ULEB EuroCup zaraz za Euroligą (notabene takimi właśnie byli w ostatnich latach). Rzut oka na skład – bardzo ciekawy: Amerykanie Bernard Hopkins (ten nie aż tak bardzo znany), Derrick Alston (ten przyjechał z Barcelony, a 4 lata wcześniej grał w NBA, po Valencii odszedł do Realu), Holender Francisco Elson, który dopiero rozpoczynał karierę, a za 5 lat będzie mistrzem NBA z San Antonio. Wspomagali ich hiszpańscy reprezentanci ale gdzieś z trzeciego szeregu: Victor Luengo i Nacho Rodilla. No i amerykański Niemiec Casey Schmidt.
    Początek meczu w Valencii należał do gospodarzy, ale przez pierwszą kwartę nie wyglądało to tak źle, utrzymywało się kilka punktów przewagi. Dopiero druga kwarta to pokaz hiszpańskiej obrony i zabójczych kontr. W przerwie na tablicy było 40-27 i wydawało się że Hiszpanie to za wysokie progi. Po przerwie Anwil wyszedł odmieniony, podobnie jak w meczu z Panioniosem. Za sprawą O’Bannona i Kula odrobił część strat, po 3 kwartach było całkiem niezłe 48-54. Dobra gra była kontynuowana też w ostatniej kwarcie. Na 180 sekund do końca Anwil przegrywał tylko dwoma punktami, co byłoby wymarzonym wynikiem przed rewanżem. W tym momencie dały o sobie znać problemy z faulami, część zawodników miała po 4, za pięć spadł Aleksander Kul. W tamtym sezonie kiedy Kul był zdrowy, a musiał zejść z boiska za limit przewinień, gra włocławian siadała. Tak tez było i tym razem. Dosłownie w minutę czy dwie Hiszpanie trafili 3 trójki i przewaga urosła do ok. 10 punktów. Tak też się utrzymała do końca, a finalny wynik to 77-65. Znowu średni rezultat w kontekście dwumeczu i znowu z niedosytem, bo mogło być lepiej. Najbardziej aktywnym zawodnikiem polskiego klubu był Ed O’Bannon, miał co prawda problemy ze skutecznością, ale dołożył aż 18 zbiórek.
    Rewanż to pełna mobilizacja. We Włocławku liczono na powtórkę z rozrywki, czyli „drugi Panionios”. Zawodnicy nie dali rady wytrzymać jednak ciśnienia, początek był katastrofalny, tylko trochę opanowany po kilku minutach. Wynik po pierwszej kwarcie to 23-12 dla Hiszpanów i o finale nikt już nie myślał. Systematyczne odrabianie strat przez drugą i trzecią kwartę (tu świetna obrona, 6 punktów stracone w 10 minut) pozwoliła dojść na 40-41 w 28 minucie meczu. Do odrobienia było jeszcze 13, ale chodziło bardziej o to by pucharową przygodę zakończyć po prostu zwycięstwem, choćby bez awansu, bo strata w dwumeczu była wciąż duża. To się ostatecznie nie udało bo Hiszpanie po zaciętej końcówce zwyciężyli 58-53. We Włocławku nikt raczej nie rozpaczał, choć panowało przeświadczenie że gdyby nie ta feralna końcówka w pierwszym meczu to rewanż mógł wyglądać inaczej.
    Warto wspomnieć że Ed O’Bannon ze średnią 10.1 był trzecim zbierającym całych rozgrywek.

    Na zakończenie:

    Kibice powoli zacierali ręce na play-offy ligi, w której Anwil doznał co prawda kilku porażek, i ostatecznie skończył sezon regularny na 3 miejscu, ale za Petrovicia wpadek było dużo mniej niż za Tota. Z naszpikowanym gwiazdami składem, Anwil wydawał się być zespołem który może przeciwstawić się Śląskowi. W ćwierćfinale po nie najłatwiejszych bojach Anwil pokonał zespół z Pruszkowa, w finale jednak nie zagrał, bo na drodze stanął im Prokom Trefl Sopot – nowa siła polskiej koszykówki. W jednej z najlepszych serii półfinałowych w historii naszej ligi Prokom wygrali z Anwilem 3-2, a mistrzostwo Polski zdobył potem Śląsk – po raz ostatni.
    Zdemotywowany Anwil przegrał potem „mecze o nic”, czyli serię o brąz ze Stalą Ostrów Wielkopolski.
    Jak się okazało był to początek trendu, w którym polskie zespoły pokazujące się z dobrej strony w Europie nie osiągają celów w lidze. Tak będzie za rok w przypadku całej trójki Anwil, Prokom i Śląsk, z której tylko Anwil nie zbierze oklasków za puchary, za to zdobędzie mistrzostwo Polski.

    PS. Linkuję do skrótu udanej pogoni w meczu z Grekami, a za kilka dni myślę że ciekawy z wielu względów sezon 2003 w wykonaniu Prokomu Trefla.

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #historiajednejfotografii (mam nadzieję że nie nadużywam tagu)
    #sport #plk #koszykowka

    Tak jak Milan Gurović wielkim koszykarzem był, tak w głowie miał równo nawalone.
    Z jednej strony mistrz Świata i Europy, swego czasu jeden z najlepszych koszykarzy w Europie, z drugiej strony baaardzo niewyparzony język, nacjonalistyczne tatuaże, m.in. podobizna generała Dragoljuba Mihailovicia, który przez Chorwatów i Bośniaków traktowany jest jako zbrodniarz wojenny.

    Co do zdjęcia, jedno z bardziej "epickich" na naszych parkietach (szkoda że nie ma lepszej rozdzielczości ( ͡° ʖ̯ ͡°)) - Gurović grając w Sopocie, wymierzył cios Thomasowi Kelatiemu, właściwie niesprowokowany w żaden pozasportowy sposób. Ot, ferwor walki. Było to 4 mecz finałów 2008, dostał za to oszałamiającą karę 20tys PLN i 1 meczu zawieszenia. Po powrocie po zawieszeniu w 7 meczu serii finałowej, decydującym o Mistrzostwie Polski zdobył 36 punktów - był to wtedy rekord punktowy meczów finałowych w historii ligi ¯\_(ツ)_/¯
    pokaż całość

    źródło: v.wpimg.pl

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    A dziś zbiorcze podsumowanie występów polskich zespołów w Europie w dekadzie 2000-2010.

    Poprzednie wpisy na ten temat:
    - lata 80: https://www.wykop.pl/wpis/48458573/plk-koszykowka-sport-podpinam-sie-tez-pod-tag-tobi/
    - lata 90: https://www.wykop.pl/wpis/48513735/plk-koszykowka-sport-czas-na-kolejne-europejskie-w/

    Dekada 2000, to najlepsze lata polskiej koszykówki klubowej i najlepsze wyniki. Poniżej postuję listę występów w pucharach. W nawiasie kwadratowym po nazwie pucharu piszę który to poziom rozgrywek, a przed nazwą klubu „które to miejsce w Europie”, jeśli grały w fazie grupowej.
    Puchary były 3 lub 4, przy czym sporna hierarchia dotyczy tylko jednego sezonu - 2000/2001, w którym były konkurujące ze sobą Euroliga i Suproliga. Suproliga była nieco słabsza, ale dużym przekłamaniem byłoby liczenie że najlepsze zespoły Suproligi były na poziomie najsłabszych zespołów Euroligi.

    2000-01
    • [17-32] Śląsk Wrocław – Suproliga [1/2], 1/8 finału, wyeliminowani przez Maccabi Tel Aviv, z grupy odpadły Siena i Maccabi Raanana
    • [49-52] Anwil Włocławek – Puchar Saporty [3], ćwierćfinał, odpadli z Elan Chalon, eliminowali Caja San Fernando (Hiszpania), a w grupie m.in. Imolę (Włochy)
    • [73-76] Prokom Sopot – Puchar Koraca [4], ćwierćfinał, odpadli z Hemofarmem (Serbia), eliminowali Lokomotiv, w grupie m.in. Pekaes Pruszków :) W kwalifikacjach wygrali m.in. z Niemcami z Giessen
    • [85-100] Pekaes Pruszków – Puchar Koraca [4], faza grupowa, wyeliminowani przez Prokom i Astronauts (Holandia), w kwalifikacjach wyeliminowali Wurzburg
    • [-] Pogoń Ruda Śląska – Puchar Koraca [4], 1 runda kwalifikacyjna, odpadli z Szolnoki (Węgry)

    2001-02
    • [17-32] Śląsk Wrocław – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy awansowały Panathinaikos, Real, Skipper Bolonia i CSKA
    • [35-36] Anwil Włocławek – Puchar Saporty [2], półfinał, wyeliminowani przez Valencię, wyeliminowali m.in. Panionios
    • [61-64] Prokom Sopot – Puchar Koraca [3], ćwierćfinał, wyeliminowani przez Lokomotiv, wcześniej z grupy wyrzucili m.in. Jekaterynburg
    • [-] Hoop Pruszków – Puchar Koraca [3], runda kwalifikacyjna, wyeliminowani przez Kaposvari (Węgry)

    2002-03
    • [17-24] Śląsk Wrocław – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy awansowały CSKA, Ulker, Olympiakos, Virtus Bolonia i ASVEL
    • [50] Prokom Sopot – FIBA Europe Champions Cup [3], finał przegrany z Arisem, pokonali m.in. Ventspils i Dijon, a w grupie wyeliminowali m.in. Avtodor
    • [57-71] Anwil Włocławek – FIBA Europe Champions Cup [3], druga faza grupowa, wyeliminowani przez Dijon, w pierwszej eliminowali m.in. Jekaterynburg
    • [72-112] Polonia Warszawa – FIBA Europe Champions Cup [3], pierwsza faza grupowa, z grupy wyszły Lietuvos i Khimki
    • [72-112] Stal Ostrów Wlkp. – FIBA Europe Champions Cup [3], pierwsza faza grupowa, z grupy wyszły UNICS i Ventspils

    2003-04
    • [17-24] Śląsk Wrocław – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy awansowały Efes, Benetton, Valencia, Baskonia (Tau Ceramica) i Olympiacos
    • [33-40] Prokom Sopot – ULEB Cup [2], 1/8 finału, odpadli z Hapoelem Jerozolima, z grupy eliminowali m.in. Split, Cholet i Ionikos
    • [69-76] Anwil Włocławek – FIBA Europe League [3], 1/8 finału, odpadli z Arisem, w grupie eliminowali m.in. Peristeri (Grecja) i Paris Racing
    • [77-90] Polonia Warszawa – FIBA Europe League [3], faza grupowa, z grupy wyszli Ural Perm, Hapoel TA, Bamberg i Aris

    2004-05
    • [9-16] Prokom Sopot – Euroliga [1], druga faza grupowa (top16), wyeliminowani przez Benetton Treviso i Efes, w pierwszej grupie wyeliminowali Estudiantes Madryt, Olympiacos i Partizana
    • [33-40] Śląsk Wrocław – ULEB Cup [2], 1/8 finału, wyeliminowani przez Maroussi (Grecja), w grupie eliminowali Crvene Zvezda, Pompea Neapol, Telekom Bonn i Benfikę
    • [83-96] Anwil Włocławek – FIBA Europe League [3], faza grupowa, wyeliminowani przez Khimki, Tuborg (Turcja), Strasbourg i Astronauts (Holandia)

    2005-06
    • [17-24] Prokom Sopot – Euroliga [1], faza grupowa , z grupy wyszły Maccabi, Efes, Barcelona, Lietuvos, Olympiacos i Cibona
    • [41-48] Anwil Włocławek – ULEB Cup [2], faza grupowa, z grupy wyszły Reggio Emuilia, Hemofarm (Serbia), ASVEL, Panionios
    • [57-64] Śląsk Wrocław – FIBA EuroCup [3], druga faza grupowa (top16), z grupy wyszły Lokomotiv i Dexia Mons (Belgia), wcześniej eliminowali m.in. Hapoel Tel Aviv

    2006-07
    • [9-16] Prokom Sopot – Euroliga [1], druga faza grupowa (top16), z grupy wyszły Panathinaikos i Barcelona, w pierwszej fazie grupowej eliminowali Climamio Bolonia, Le Mans i Energie Koln
    • [41-48] Anwil Włocławek – ULEB Cup [2], faza grupowa, z grupy wyszły FMP (Serbia), Ventspils, Strasbourg, Udine

    2007-08
    • [17-24] Prokom Sopot – Euroliga [1], faza grupowa, z grupy wyszły CSKA, Siena, Baskonia, Żalgiris i Olympiacos
    • [29-32] Turów Zgorzelec – ULEB Cup [2], ćwierćfinał (Final Eight), porażka z Dynamem Moskwa, wcześniej eliminowali m.in. Nymburk i Strasbourg
    • [41-56] Śląsk Wrocław – ULEB Cup [2], 1/16 finału, porażka z Dynamem Moskwa, z grupy eliminowali Ludwigsburg i Kalev
    • [57-78] Anwil Włocławek – ULEB Cup [2], faza grupowa, z grupy wyszły Valencia, Khimki i Azovmash (Ukraina)

    2008-09
    • [9-16] Prokom Sopot – Euroliga [1], druga faza grupowa, z grupy wyszły Olympiacos i Baskonia, wcześniej eliminowali z grupy Żalgiris i Nancy (Francja)
    • [41-56] Turów Zgorzelec – ULEB Cup [2], faza grupowa, wyeliminowani przez Charleroi (Belgia) i Crvenę Zvezda
    • [73-88] Czarni Słupsk – ULEB Cup [2], 1 runda kwalifikacji, odpadli z UNICS Kazań, a potem transfer do FIBA Eurochallenge [3], faza grupowa, z grupy wyszli Liege (Belgia) i Cajasol (Hiszpania)

    2009-10
    • [5-8] Prokom Sopot – Euroliga [1], ćwierćfinał, odpadli po serii 1-3 z Olympiacosem, w top16 eliminowali Unicaję i Żalgiris, w pierwszej fazie grupowej Mediolan i Oldenburg
    • [41-56] Turów Zgorzelec – ULEB Eurocup [2], faza grupowa, z grupy awansowały Panellinios (Grecja) i Gran Canaria

    Najlepsze osiągnięcia które postaram się opisać bardziej w szczegółach w następnym tygodniu lub dwóch to:
    - Anwil 2002 i półfinał Saporty
    - Prokom 2003 i finał Europe Champions Cup
    - Turów 2008 i ćwierćfinał ULEB Cup
    - Prokom 2010 i ćwierćfinał Euroligi
    Ewentualnie zostawiam jeszcze jedną opcję, jeśli ktoś chce poczytać o jeszcze jakimś sezonie. Dajcie znać w komentarzu :)

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Kolejne czytadło na 15min czytania. Dziś o występach Zeptera Śląska Wrocław w sezonie 1999-2000 w Pucharze Saporty. Zapraszam :)

    W poprzednim „odcinku” przybliżałem wyczyny Mazowszanki Pruszków w trzecim co do ważności Pucharze Koraca. Przeskakujemy trzy lata do przodu. Nic nie zmieniło się w pucharach, nadal były trzy, nadal w fazach grupowych grało ponad 130 zespołów. Dużo zmieniło się od tamtej pory w samej PLK. Liga wchodziła albo już nawet weszła w najlepszy swój okres, a obcokrajowców mogło być już nie dwóch, a czterech, w tym maksymalnie dwóch Amerykanów.

    Tło:

    Lata 1999 roku to koniec pewnej ery w Śląsku Wrocław. Po dwóch mistrzostwach z rzędu z zespołem pożegnał się główny ich architekt – Andrej Urlep, zastąpił go Muli Katzurin. W Europie „urlepowe” drużyny grały ze zmiennym szczęściem. Po ćwierćfinale Saporty w 1998, przyszła dość niespodziewana porażka z Pivovarną Lasko tuż po fazie grupowej w 1999. Katzurin był wtedy trenerem reprezentacji Izraela, świeżo co wrócił z Eurobasketu, nie miał łatki speca od obrony, ale jak się za chwilę okaże jego zespół szybko zaczął bronić tak jak te poprzednie pod dowództwem El Furioso :)

    Tak mniej więcej od 1998 roku zapanował w PLK trend wymiany większości obcokrajowców po sezonie (głównie z uwagi na to że liga się rozwijała i brano co raz lepszych), toteż w składzie pojawili się nowi, ale dobrze znani: Chorwat Alan Gregov na pozycji rozgrywającego, jeszcze 4 lata wcześniej kadrowicz z medalami na każdej możliwej imprezie, który wymienił się miejscem grania z Rayem Miglinieksem (ten powędrował do Włocławka), obwodowy Łotysz Roberts Stelmahers, który zrobił furorę w słabej wtedy Zielonej Górze w drugiej połówce poprzedniego sezonu (również kadrowicz) i niejaki Jimmy Moore. Czwartym obcokrajowcem był Joe McNaull, grający w Śląsku od 2 lat, ale jeszcze bez polskiego obywatelstwa (to dostał w 2000).
    Możliwość grania czterema obcokrajowcami wykruszyła znaczną część polskiego składu, odeszli Wilangowski, Zyskowski, praktycznie zniknął Mirosław Łopatka i Jacek Krzykała (chociaż byli w składzie). Krzykała nie wystąpi potem w żadnym meczu pucharowym, mimo że słynny rzut oddał raptem rok wcześniej. Mniej minut zostanie też dla Tomasza Wilczka i Andrzeja Adamka. Główny trzon to oczywiście Maciej Zieliński i Adam Wójcik w swoim szczycie kariery, oraz nowy Polak w składzie: Piotr Szybilski po 3 sezonach w Pruszkowie. Skład we wrześniu nie prezentował się więc szczególnie okazale: Gregov i Stelmahers (+ Adamek i Wilczek) na obwodzie, Moore, Zieliński i Wójcik na skrzydle, McNaull i Szybilski na centrze.

    Rozgrywki grupowe:

    Euroliga od jakiegoś czasu była zamknięta dla drużyny mistrzowskiej w Polsce, Śląsk znowu zagrać miał w Pucharze Saporty. Kwalifikacji żadnych nie było, ot mistrz i zdobywca pucharu mieli miejsce w fazie grupowej składającej się z 8 grup po 6 zespołów. Tylko dwa zespoły z grupy odpadały – awans do 1/ 16 to nie był dla Śląska nawet plan minimum, a przyzwoitość.

    Grupa miała jednego faworyta: Kinder Bolonia – brązowy medalista ligi włoskiej (za kilka miesięcy mistrz Włoch), który był mistrzem Euroligi sprzed dwóch lat i wicemistrzem sprzed roku (!!!). Udział w Saporcie musiał być dla nich karą ;) W składzie bardzo międzynarodowo, to był euroligowy zespół: Predrag Danilović, Serb który wrócił rok temu z NBA, Antoine Rigaudeau – jeden z najlepszych francuskich graczy w historii, Saulius Stombergas który w maju zdobył Euroligę z Żalgirisem (oczywiście reprezentant), Nikos Ekonomou – gwiazda Panathinaikosu, Duńczyk Michael Andersen (za 6 lat w Prokomie), 19-letni Australijczyk David Andersen (za 10 lat gracz NBA), no i reprezentanci Włoch: Alessandro Abbio, Davide Bonora, Alessandro Frosini. Kinder był wtedy faworytem nie tyle grupy co całych rozgrywek.
    Oprócz Włochów w grupie znalazły się:
    Fenerbahce Stambuł – trzeci zespół ligi tureckiej, ale nie był to słynny i zawsze mocny Ulker – te zespoły połączyły się dopiero za kilka lat, w 2006. W składzie młodzi i średnio ograni Amerykanie: Jerome Robinson i Mark Miller (on za kilka lat w Prokomie), doświadczony Serb Radisav Curcić (epizod w NBA 8 lat wcześniej), kilku średnich Turków. Skład szału nie robił, ale zespół z Turcji w tamtym czasie, podobnie jak i dziś nie mógł być lekceważony,
    Ventspils – wtedy młody klub, który drugi raz z rzędu zdobył wicemistrzostwo Łotwy, ale zdążył już pokazać się w top16 Saporty. W składzie dwóch Amerykanów: znany z Bobrów center Yohance Nicholas (świetny sezon!) i raczej anonimowy Jimmy Polk. Oprócz tego oczywiście Łotysze na czele z młodym Aigarsem Vitolsem (etatowy reprezentant w dekadzie 00). Nie byli to znów gracze na Łotwie topowi.
    Pecs – brązowy medalista ligi węgierskiej – bez znaczących nawet w tamtym kraju nazwisk, ale ze znanym z epizodów w NBA skrzydłowym Dwaynem Whitfieldem,
    Norkkoping – czwarty (!) zespół ligi szwedzkiej, bez doświadczenia w Europie i bez wielkiej przyszłości nawet w najniższych pucharach w ciągu następnych lat. W składzie szwedzkie nazwiska które niewiele mi mówią i dwóch Amerykanów – JD Sanders i Paul Burke, które też mi niewiele mówią ;)

    Podsumowując – dość egzotyczna grupa jak na drugi poziom rozgrywek w Europie. A do tego z ogromnym rozstrzałem poziomu, patrząc chociażby na Włochów i Szwedów/Węgrów. Śląsk miał prawo myśleć tu o 2-3 miejscu w grupie.

    No to gramy. Na dobry początek gładkie i planowe zwycięstwo właśnie w Szwecji, 96-79 finalnie, wyróżnił się Gregov (22 punkty). Następny mecz to wyjazd do Turcji i dużo trudniejsze warunki, chociaż tak jak pisałem powyżej nie był to wtedy topowy turecki zespół. Ostatecznie nie grał nawet w play-offs swojej ligi. W dogrywce (69-69 w normalnym czasie), gospodarze popełniali bardzo dużo błędów i Zepter wywiózł ze Stambułu cenne zwycięstwo 83-77 (21 punktów Wójcika). Jeśli ktoś miał dotąd wątpliwości czy Śląsk wyjdzie z tej grupy, to już ich nie powinien mieć (na 8 spotkań do końca).
    W trzeciej kolejce przytrafiła się pierwsza porażka, za to jak najbardziej wkalkulowana. Kinder pozwolił Śląskowi rzucić 13 punktów w 20 minut po przerwie i wygrał 77-49. Przed meczem kontuzji nabawił się Stelmahers, Moore generalnie niewiele wnosił do zespołu, we Włoszech w większych rolach wystąpili więc drugoplanowi – Wilczek, Adamek i głęboki rezerwowy – 24-letni Rafał Bigus, zakontraktowany w Śląsku po powrocie z NCAA (Villanova). W połowie października sytuacja kadrowa stała się nieciekawa. Do domu odesłano Moore’a (po 3 meczach pucharowych i 4 ligowych), kontuzjowany był Stelmahers, Śląsk radził sobie w siódemkę: Gregov, Wilczek, Zielińki, Wójcik, McNaull + Adamek i Szybilski, reszta graczy epizodycznie. Po trudnych meczach udało się jednak pokonać kolejnych rywali – łotewski Ventspils (76-64, 22 punkty Zielińskiego) we Wrocławiu i na wyjeździe Węgrów z Pecs (74-65). W tym drugim meczu świetny występ Wójcika (27 punktów), ale też pierwszy małe minuty dla Stelmahersa po kontuzji. Rundę rewanżową Śląsk zacznie z bilansem 4-1 na drugim miejscu w tabeli, grając praktycznie dwoma obcokrajowcami, do tego zespoły z miejsc 4-6 mają bilans 1-4. Pokaźna zaliczka. Wciąż nie decydowano się na wakujące wzmocnienie zza oceanu.

    Zespół i kibice nie mieli czego się obawiać w kontekście wyjścia z grupy, co na początku listopada zostało udowodnione rozbiciem Szwedów – 93-63 (21 punktów McNaulla). Rewanż z Fenerbahce też szedł jak po maśle do pewnego momentu. Kilkanaście punktów przewagi na początku drugiej połowy, potem nieudana pogoń Turków. Finalnie 84-76, ponad 20 punktów Gregova, Zielińskiego i Wójcika i co ważniejsze – zapewniony awans do czołowej 16 pucharu. Nad trzecimi w tabeli Szwedami 2 zwycięstwa straty (i bezpośrednie mecze na minus). Nic złego tu się nie mogło już stać. Rewanż z Virtusem to pełne trybuny w Hali Ludowej i na wskroś defensywny mecz. 25-34 do przerwy i 51-64 po 40 minutach. Ówczesny zespół z Bolonii dowodzony przez wielkiego Ettore Messinę zdecydowanie wiedział jak bronić. W ataku istnieli tylko Wójcik i Zieliński (17+18 punktów), a kolejną przerwę z koszykówką musiał urządzić sobie Stelmahers. Zespół w lidze grał w tym czasie bezproblemowo. W tym momencie bilans zespołu w lidze to 12-0, a pierwszą porażkę poniosą dopiero w 15 kolejce we Włocławku za około miesiąc. Nadal nie spieszono się więc z podpisywaniem Amerykanina, który mógłby wskoczyć na miejsce zwolnionego wcześniej Moore’a.

    Druga dotkliwa porażka z Kinderem raczej nie psuła humorów. Do rozegrania pozostały 2 kolejki, wystarczyło wygrać raz żeby zająć drugie miejsce w grupie – tak mówiła matematyka, chociaż to miejsce było praktycznie pewne. Mecz w Ventspils tego zwycięstwa nie przyniósł (63-70), Łotysze obronili za to punkt przewagi nad Fenerbahce które było blisko odpadnięcia, razem z beznadziejnymi Węgrami. Ostatni mecz fazy grupowej – gładkie 74-57 z Pecs – wciąż z dyżurną siódemką, choć znowu mógł pograć ósmy w rotacji na ten moment Bigus. Mecz bez historii. Historią za to zostały rozgrywki grupowe, a kibice spoglądali w kierunku gr. E, gdzie dużo się działo, a to tam miał być rywal w 1/16 finału.

    Faza pucharowa:

    Ostatecznie w gr. E trzecie miejsce zajął mistrz Słowacji – Slovakofarma Pezinok. Taki rywal w 1/16 pucharu Saporty dosłownie na nikim nie robił wrażenia, chociaż wtedy słowackie zespoły miały całkiem przyzwoite wyniki w Europie. Mecze miały odbyć się w połowie stycznia. „Gwiazdami” rywali byli Chorwat Aramis Naglić który grał nawet na IO w Barcelonie przeciwko Dream Teamowi, Serb Dragan Ristanović, Amerykanin Gerald Lewis. Byli też Słowacy – Marek Andruska (za 2 lata w Anwilu) i Petr Micuda (za 4 lata w Ostrowie Wlkp.).
    W końcu zdecydowano się na transfer. Pamiętam wywiad bodajże z Włodzimierzem Szaranowiczem, który wtedy był blisko koszykówki (napisane jego głosem): my żeśmy podskoczyli w redakcji na równe nogi jak przyszła depesza (czy tam faks?) z Polskiej Agencji Prasowej, że O’Bannon w Śląsku. My żeśmy myśleli że to Ed, wielka gwiazda koszykówki uniwersyteckiej i niespełniony talent w NBA.
    O’Bannonem okazał się jego 3-late młodszy brat, Charles O'Bannon (Ed miał zagrać w PLK już niedługo jak się okazało), nie podkoszowy, a z pozycji 2/3, chociaż przy tym w ogóle nie rzucał za 3. W tym sezonie nie rozegrał żadnego meczu w NBA, grał sezon i 2 sezony wcześniej, a ja sam grałem Detroit w NBA Live 2000, gdzie był w składzie i miał nędzny overall na poziomie 58. No ale była to na warunku europejskie gwiazda. Na warunki polskie super-gwiazda. W tym samym momencie zespół wzmocnił Robert Kościuk, były reprezentant Polski, podkupiony z Komfortu Stargard.

    Wracamy do dwumeczu ze Słowakami. Mecz na Słowacji był dość wyrównany, górą był Śląsk 86-79. Media pisały że nie ma innej opcji niż awans do 1/8 po pewnym zwycięstwie za tydzień w rewanżu. Naglić dla gospodarzy rzucił 20 punktów, 24 punktami odpowiedział w końcu zdrowy Stelmahers, 21 dołożył Zieliński. Debiut zaliczyli O’Bannon i Kościuk. Rewanż tydzień później okazał się cięższy niż ktokolwiek przypuszczał. Na pewno nikt nie wyobrażał sobie że to Słowacy będą narzucać warunki, a dwumecz będzie kręcił się wokół remisu. Ostatecznie Śląsk wygrał mecz (i dwumecz), ale tylko 84-81, przechylając szalę w drugiej połowie dzięki grze Wójcika (23 punkty) i Szybilskiego. O’Bannon zaliczył drugi raz bezproduktywne 6 min gry. Dało się słyszeć głosy że jest pomyłką transferową. W 1/8 czekało już Adecco Mediolan, a nastroje były już mniej optymistyczne, zespół złapał lekką zadyszkę w lidze, na razie skutkującą drugą porażką w sezonie. Przy okazji – na tym etapie odpadł drugi polski przedstawiciel – Pekaes Pruszków, przegrywając dwumecz z Elan Chalon, chociaż występy w grupie były równie udane co Zeptera (bilans 8-2).

    Dwumecz z Mediolanem miał się okazać jednak tymi meczami, dzięki którym można ten sezon pucharowy pamiętać. Włosi byli 5 zespołem ligi w poprzednim sezonie, ale liga była chyba najmocniejszą wtedy w Europie – Varese, Benetton i Fortitudo w Eurolidze, Kinder i Adecco w Saporcie. Adecco nie byli już tak samo mocarni jak w połowie lat 90, ale wciąż grały tam uznane nazwiska, a największym był Jerome „Pooh” Richardson – nowy wtedy w drużynie, gdzie przyjechał po 639 meczach w NBA. Flavio Portaluppi czy Stefano Rusconi to byli lub obecni reprezentanci Włoch, a solidnie grał też Portugalczyk Sergio Ramos. Siłę zespołu niewątpliwie obniżała przerwa w grze centra Lee Nailona, 25-latka po NCAA, który dopiero po tym sezonie ma się przenieść do NBA na wiele lat. Śląsk wykorzystał chwilowe braki kadrowe drużyny z Mediolanu, zagrał prawdopodobnie najlepszy mecz w tym sezonie europejskim i powiększając przewagę z minuty na minutę odniósł przekonywujące zwycięstwo 75-57. Ojcem zwycięstwa był Adam Wójcik z 17 punktami, Richardson po drugiej stronie rzucił 19, ale reszta zawodników z Mediolanu została zatrzymana przez świetną obronę. Media pisały – „jedną nogą w ćwierćfinale”, a przed samym rewanżem „zachować czujność”. Czujność została zachowana, mecz rewanżowy toczył się punkt za punkt. Włosi wygrali tylko dwoma punktami (64-62).

    Ćwierćfinał Pucharu Saporty to potyczki z chorwackim KK Zadar, a sam udział na tym etapie to powtórzenie najlepszych występów Śląska w pucharach sprzed 2 i 3 lat kiedy odpadali z Panathinaikosem i Realem. Zadar był wtedy (jeszcze) uznaną marką, przy tym wicemistrzem Chorwacji, w dwóch następnych sezonach zagrają w Eurolidze (ostatni raz w historii). Pierwszy mecz w wypełnionej Hali Ludowej. Na parkiet wybiegają jedne z największych gwiazd bałkańskiego kosza: Dino Radja (już po NBA, przyjechał z Panathinaikosu) i Arijan Komazec (analogicznie z Olympiakosu). Do tego szeroki skład reprezentacji Chorwacji (również „z przyszłości”) – Hrvoje Perincić, Tomislav i Jurica Ruzić, 18-letni Marko Popović, który bogatą karierę zakończył w zeszłym sezonie. Kristjan Ercegović (Astoria, Polpharma, Górnik) i Goran Kalamiza (Prokom, Polonia) to gracze którzy niedługo zawitają do PLK. Scott Stewart był jedynym Amerykaninem i to od połowy sezonu. Do przerwy mecz toczył się punkt za punkt z minimalną przewagą gości. 33-29 dla Zadaru do przerwy. Po przerwie obraz gry się zmienił, Chorwaci dokładali po punkciku, osiągają kilkanaście oczek przewagi. W ostatnich minutach nacisk Śląska w obronie pozwalał sukcesywnie odrabiać straty, Chorwaci jednak utrzymywali kilkupunktowe prowadzenie, zwalniali więc akcje, skończyło się na wyniku 56-63 - niezamykającym drogi do półfinału, ale przed rewanżem dość niekorzystnym. Najlepszym zawodnikiem na parkiecie był Komazec z 16 punktami. Rewanż tydzień później Chorwaci rozpoczęli od mocnego uderzenia: 6-0, potem 16-6. Śląsk opanował sytuację i przed przerwą trzymał się na 3-5 punktów straty. 39-32 po 20 minutach nie rokowało jednak dobrze przed drugą połową, bo w sumie do odrobienia było 14 punktów. Gdy w połowie drugiej połowy przewaga gospodarzy nadal wynosiła 7-10 punktów, wiadomo było że zadanie jest już niewykonalne. Chwilę później było 60-45, a zryw Zeptera i ostateczny wynik 64-69 to raczej efekt rozprężenia graczy Zadaru. Byli zdecydowanie lepsi, a sam suchy rezultat tego meczu, tak samo jak dwumeczu raczej nie pokazywał że Chorwaci mieli wszystko pod kontrolą.

    Sezon pucharowy dobiegł końca. Śląsk po raz trzeci w ciągu 4 lat dotarł do ósemki drugiego najważniejszego pucharu, przeciwnik chociaż z niższej półki niż Real i PAO okazał się znowu za mocny. Za kilka miesięcy Wrocławianom z pomocą przyjdzie rozłam ULEB i FIBY, skutkujący dwoma Euroligami, w jednej z nich zagra Śląsk. Na drugi poziom rozgrywek wrócą jeszcze na 2 sezony do ULEB Cup (2004-2006) i będą to ostatnie do reaktywacji i 2015 roku ich kampanie europejskie.

    Na zakończenie:

    W maju Zepter Śląsk oczywiście po raz trzeci z rzędu zdobył Mistrzostwo Polski pokonując Komfort Stargard 3-0, Stal Ostrów Wlkp. 3-0 i Anwil Włocławek 4-1. Duża zasługa w tym Charlesa O’Bannona który bardzo źle zaczął grę w Europie. Był totalnie zagubiony, nawet w meczach ligowych, rozkręcił się jednak w play-offs. Może gdyby porządny stranieri zawitał do Wrocławia od razu po pożegnaniu Moore’a, jeszcze na jesieni, miałby więcej czasu na wkomponowanie w zespół i wynik w Europie byłby inny. A może Zadar i tak by to wziął.
    Tak czy inaczej, kibice musieli poczekać jeszcze rok czy dwa na najlepszych obcokrajowców jacy grali w Śląsku, najlepsze mecze w Europie (i najlepszych przeciwników) oraz najlepszy zespół Śląska w PLK.

    PS. Kinder Bolonia ostatecznie nie zdobył Saporty, przegrali finał z AEK Ateny (którzy nie bez trudu pokonali Zadar w półfinale).
    PS2. Kolejnego odcinka z lat 90 nie będzie, najpierw zbiorcze podsumowanie 2000, a potem wskoczymy do nowej dekady, najlepszej! :)
    PS3. Linkuję do pierwszego meczu ćwierćfinałowego z Zadarem

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Cicho tu ostatnio, dlatego pozwolimy sobie podesłać coś, co może Was zainteresować.

    W oficjalnym sklepie Nike ruszyła duża wyprzedaż. Mamy kod, który daje dodatkowe 30% zniżki na produkty z wyprzedaży, a to oznacza, że rabat może wynosić w sumie nawet 58%.

    Nie pisalibyśmy tego, gdyby to nie była naprawdę dobra promocja.
    Produktów jest ponad 1800 - dla kobiet i mężczyzn, i dla dzieci.

    - Promocja trwa tylko 5 dni.
    - Po wpisaniu specjalnego kodu otrzymacie dodatkowe 30% zniżki.
    - Ceny widoczne teraz w sklepie są cenami przed dodatkową zniżką!
    - Uwaga! Zniżka jest na produkty przecenione! Jest ich ponad 1800!
    - Ceny zmienią się na niższe dopiero w koszyku po wpisaniu kodu!
    - Kod rabatowy to: APRIL30
    - Koniec promocji we wtorek 14 kwietnia o godz. 23:59.
    - Link do oficjalnego sklepu Nike: bit.ly/NikeApril30

    Kilka przykładów promocji na buty do koszykówki (ale promocja jest na wiele innych produktów!):
    - Buty Kyrie Flytrap 3 – pierwsza cena 380zł – teraz 185,48zł
    - Buty Kyrie Flytrap II – pierwsza cena 419zł – teraz 206,48zł
    - Buty Zoom Freak 1 Multi – pierwsza cena 499,99zł – teraz 248,48zł
    - Buty Kyrie 6 – pierwsza cena 549,99zł – teraz 269,48zł
    - Buty PG 4 – pierwsza cena 499,99zł – teraz 248,48zł

    Na PROBASKET znajdziecie obszerny artykuł o tym jak kupować w oficjalnym sklepie Nike, jak skorzystać z tego rabatu itd.

    #nike #kodyrabatowe #nba #koszykowka #rabat #promocje #promocja

    na zdjęciu przykłady zniżki na buty koszykarkie, ale obowiązuje ona na całą masę innych produktów.
    pokaż całość

    źródło: nike promocja april30.png

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Piszę bo lubię i bo mi się nudzi.
    Dziś przybliżam europejski sezon w wykonaniu Mazowszanki Pruszków, kampania 1996-97.
    Myślę że tak na 10-15min czytania do kawy :)

    O tyle ciekawy to sezon, że tylko trzy zespoły w historii polskiej koszykówki doszły do półfinału jakichkolwiek rozgrywek (w tym jedna do finału). Pierwszym z nich był właśnie Pruszków, choć puchar to tylko trzecie w hierarchii rozgrywki o Puchar im. Radivoja Koraca :)

    Tło:

    Po pierwsze to w 1996 roku mieliśmy pierwszą od kilku lat poważną reorganizację pucharów. Nadal były trzy hierarchiczne turnieje, ale powoli rosnąca konkurencyjność drużyn z wielu krajów, a do tego chęć gry wielu zespołów z dalszych pozycji z mocniejszych lig wymusiła dopuszczenie dużo większej liczby drużyn. W sezonie 1995-96 w rozgrywkach grupowych trzech pucharów grało tylko 44 zespołów (16+12+16). W sezonie którego dotyczy ten wpis już 136 (24+48+64). Puchar Koraca mocno się zdewaluował, z drugiej strony przystąpiło do niego więcej zespołów z mocnych lig. Był więc „dalej” od Pucharu Europy, a jednocześnie zespołom z lig takich jak Polska grało tam się ciężej.

    Teraz o Pruszkowie.
    Na pierwszoligowej mapie pojawili się w sezonie 1993-94, zniknęli 10 sezonów później. Tylko jako beniaminek nie grali w play-offs, a w 1995 zdobyli mistrzostwo Polski w finałach pokonując Polonię Przemyśl. Sezon 1995-96 nie był udany. Dopiero 7 miejsce ówczesnego mistrza. Przegrali też finał Pucharu Polski z Nobilesem, więc nie mogli zagrać w Pucharze Europy. Rozszerzenie Pucharu Koraca pozwoliło jednak wystartować im pucharach kolejny rok z rzędu. Zmian w składzie praktycznie nie było. Co prawda nastąpiła wymiana trenerów z Włocławkiem – do Pruszkowa trafił Wojciech Krajewski, a w drugą stronę Jacek Gembal, ale w składzie rewolucji nie było. Zatrzymano zadomowionego już w Polsce Tyrice’a Walkera, pamiętającego mistrzostwo z 1995, dołożono do niego eksplozywnego obrońcę Jeffa Masseya (zdaje się że tuż po rozpoczęciu sezonu). Jak się miało okazać był to zabójczy duet. Massey miał tylko 23 lata i był po nieudanym ze względów zdrowotnych sezonie we Włoszech, pierwszym swoim zawodowym. Poza tym stały zestaw Polaków: Dariusz Parzeński, Krzysztof Dryja, Krzysztof Sidor, Leszek Karwowski, Jacek Rybczyński i młody Tomasz Suski. Jedyną dużą zmianą w polskim rosterze była wymiana doświadczonego Marka Sobczyńskiego (trafił do Stargardu, 2 lata potem zginął w wypadku) na „ogromnego”, niejakiego Piotra Szybilskiego - chociaż wtedy nie ważył jeszcze 130kg ;) Był wtedy w Polsce mało znanym koszykarzem, dopiero co wrócił z Providence z NCAA. On i Krzysztof Dryja pojechali w następne lato na bardzo udane Mistrzostwa Europy w Hiszpanii, ale trzeba uczciwie powiedzieć że tacy gracze jak Parzeński czy Karwowski, pomimo że z poza reprezentacji, też byli wyróżniającymi się ligowcami.

    Dla Mazowszanki miał to być trzeci start w pucharach, dwa lata wcześniej przegrali pierwszy dwumecz w Pucharze Koraca, rok wcześniej, czyli jako mistrz, odpadli z kwalifikacji Euroligi, też po jednym dwumeczu.

    Faza kwalifikacyjna i grupowa:

    Aby awansować do mocno-powiększonej fazy grupowej (16 grup po 4 zespoły, po dwa wychodziły dalej) trzeba było pokonać jednego rywala. Jako przeciwników los skojarzył im węgierski Honved – wicemistrza Węgier (potem mistrza w aktualnym sezonie). Jak pokazywały inne potyczki europejskie naszych zespołów, węgierskie kluby nie były wtedy chłopcami do bicia. Pierwszy mecz w Pruszkowie to jednak dość gładkie zwycięstwo 88-74 (20 punktów przekraczali Massey, Walker i Szybliski), rewanż to porażka pod kontrolą – 95-101, a trójka wymienionych wyżej znowu była +20 punktów. Mecz życia dla Węgrów zagrał Amerykanin Andrew Adderly (35 punktów, 5 trójek), ale słabo wtórował mu drugi stranieri – Jimmy Bridgers. 3 lata później równo słabo zaczął sezon w Śląsku i jeszcze przed jesienią się z nim pożegnano.
    Tak czy inaczej, faza grupowa, pierwsza w historii klubu, stała się faktem.

    Tutaj można było wylosować bardzo różnie, wyszło nie najgorzej:
    Varese, piąty zespół ligi włoskiej – w składzie m.in. Russ Millard wybrany w drafcie NBA, ale puszczony do Europy, gwiazda zespołu Nikola Loncar (2 lata później Mistrz Świata z reprezentacją Serbii, przyszedł tu z Realu) i kilku Włochów, z których najbardziej znanym był Andrea Menghin, syn słynnego Dino Meneghina,
    Bnei Herzliya, czwarty zespół ligi izraelskiej, dowodzony przez dwóch Amerykanów – Terrence’a Stansburego i Todda Mitchella. Obaj przed dekadą grali w NBA, obaj przybyli do Izraela z ligi francuskiej,
    Cherno More, wicemistrz Bułgarii, grający krajowym składem.

    Faworytami grupy byli Włosi i Izraelczycy, Mazowszanka startowała z pozycji underdoga. Już pierwszy mecz w Bułgarii był z gatunku takich które trzeba wygrać. Udało się nie bez trudu (potem okaże się że każdy mecz grupowy był niezwykle wyrównany) – wynik 91-85 (Szybilski 27 punktów + 13 zbiórek). Kolejny wyjazd do Izraela nie był tak udany, chociaż wynik 89-76 ustalił się dopiero bliżej końca meczu. Był tu też pojedynek strzelecki pomiędzy Walkerem (32pts) a Stansburym, który był blisko triple-double (31-8-10).
    Mecz który miał być zwrotnym punktem rozgrywek grupowych, to pierwsze spotkanie domowe na zakończenie pierwszej rundy. Do Pruszkowa przyjechali Włosi, nie pomogło im jednak ani 35 punktów Loncara, ani 11 trójek – na tamte czasy to coś jak 18 dziś (Mazowszanka w tym meczu miała 2/9 za 3). Po dramatycznym meczu górą był polski zespół 85-83, a przedstawiciele włoskiego zespołu mieli wtedy przyznać że Mazowszanka byłaby spokojnie w środku tabeli Serie A. Co ważniejsze pruszkowski zespół został liderem grupy na półmetku, a rewanże miał zacząć od ugoszczenia najsłabszych w grupie Bułgarów. Mecz z Cherno More do łatwych nie należał i przez cały jego przebieg gospodarze musieli gonić wynik, co w końcu się udało. Ostateczny rezultat 102-99, po raz kolejny trio Amerykanie+Szybilski zdobyło ponad 20 punktów każdy. Znakomity mecz po drugiej stronie zagrał 19-latek Todor Stoykov, jeden z najlepszych graczy reprezentacji Bułgarii w kolejnej dekadzie. Uzbierał 41 punktów, trafiając doskonałe 17/21 z gry.
    Stało się jasne, że Mazowszance niewiele brakuje do wyjścia z grupy. Tydzień wcześniej Bułgarzy pokonali zespół z Izraela, na ten moment polski i włoski zespół były z bilansem 3-1, pozostałe dwa z bilansem 1-3. Wystarczyło wygrać tylko raz. Nie udało to się jednak w rewanżu z Bnei Herzliya. M.in. przez kontuzje – nie wystąpili podkoszowi Karwowski i Szybilski. W Pruszkowie lepsi po dwóch dogrywkach o punkt byli goście (84-83). Stansbury zagrał 45minut i zaliczył triple-double (28-10-10). Sytuacja zaczęła się komplikować. Trzeba było wygrać we Włoszech lub liczyć na porażkę Bnei z Bułgarami.
    Mecz we Włoszech był dużym wyzwaniem, ale też trzeba przyznać że Włosi zapewnili sobie awans już kolejkę wcześniej. W Pruszkowie nadal brak było Szybilskiego. Po świetnym meczu pruszkowskich Amerykanów, polski zespół dopiął swego mimo, że mecz toczony był pod dyktando Włochów długimi fragmentami. Ostateczny wynik to 96-88. Loncar nie był już tak skuteczny jak w Pruszkowie, za to Massey z Walkerem zdobyli w sumie 58 punktów we dwójkę. Plan w postaci awansu wykonany. Co ciekawe izraelski zespół wygrał z Bułgarami, jeśli wierzyć archiwom mecz zaczął się tam wcześniej, więc zapewne sztab polskiego klubu dostał informację że trzeba odrabiać straty z pierwszej połowy w Varese. Zwycięstwo we Włoszech miało jeszcze inny wymiar - zwycięstwo w grupie, a to oznaczało jakąś formę rozstawienia. Przy tak różnych zespołach w rozgrywkach można i tak było trafić na każdego, ale Mazowszanka dwumecze zaczynała od wyjazdów.

    Faza pucharowa:

    Ponieważ zespołów w fazie grupowej było aż 64, to granie zaczynało się tu od 1/16 finału. Pierwszą przeszkodą był serbski OKK Sabac (wtedy znani jako Zorka Pharma), czwarty zespół ligi, który ledwo wyszedł ze swojej grupy, dzięki lepszemu bilansowi małych punktów w starciach z Niemcami. Zespól był oparty o graczy z krajów byłej już wtedy Jugosławii, największą gwiazdą był center Mijajlo Grusanović. Grał tam też Vlatko Ilić, który za chwilę będzie wicemistrzem Polski z Nobilesem, oraz nastoletni Predrag Savović, który doprawdy nie wiem jak kilka lat potem zagrał 27 meczów w Denver w NBA. W mniejszej roli był też Dusan Radović, obrońca który zadomowił się w Polsce na 9 sezonów pomiędzy rokiem 1998 i 2006. Cytat z Gazety Wyborczej (by Adam Romański):

    Koszykarze z Sabaca okazali się groźniejsi niż przewidywano w pruszkowskim obozie.
    sugeruje że serbski zespół nie był wyzwaniem które rzucało na kolana. W pierwszym spotkaniu w Serbii lepsi okazali się jednak gospodarze 81-77, ale porażka była na tyle nikła, że przed rewanżem panował optymizm. Pruszkowianie mocno przegrali walkę na tablicach (nie pierwszy raz), a Grusanović skończył tamten mecz z 33 punktami i 10 zbiórkami. W polskim zespole wyróżnił jak zwykle niezawodny Walker (26 punktów).
    Rewanż okazał się dreszczowcem z happy-endem. Po 40 minutach było 80-76 dla Mazowszanki, a oba wolne w ostatnich sekundach przestrzelił Ilić. Potrzebna była dogrywka, w której polski zespół dzielił i rządził, wygrywając ostatecznie 99-84. Grusanović skończył z 29 punktami, ale spadł za 5 fauli, być może to zaważyło. Punkty w pruszkowskim zespole rozłożyły się za to bardzo równomiernie. Zaskakują też aż 24 zbiórki w ataku, a łącznie 50 – zupełnie odwrotnie niż w wielu meczach Pruszkowa. A do tego komiczne jak na dzisiejsze standardy 6/8 za 3 :)

    Kolejna runda to 1/8 finału, czyli czołowa szesnastka. Losowanie było całkiem udane, turecki Meysu Kayseri był 7 zespołem ligi, wygrał swoją niezbyt mocną grupę, a w poprzedniej rundzie ledwo ograł dość anonimowy zespół z Chorwacji KK Vinkovci. Był to zresztą zdaje się ich jedyny występ w Europie. Zespół dominowało totalnie dwóch Amerykanów: rozgrywający Curtis Blair, wybrany nawet 4 lata temu wcześniej w drafcie NBA (gdzie w końcu nie zagrał) i podkoszowy Mitchell Smith. Przebieg pierwszego meczu na wyjeździe był niespodziewany. Tym bardziej że kontuzji nabawił się motor napędowy drużyny Jeff Massey, przez co nie wrócił po świętach z USA, a rolę drugiego rozgrywającego miał teraz pełnić Dominik Czubek, dziś legenda Pruszkowa, ściągnięty z rezerw w trybie awaryjnym. Jeden z artykułów z archiwów Gazety Wyborczej opisujący spotkanie zatytułowany jest „Przecieranie oczu” :) 41-25 dla Mazowszanki do przerwy, 80-72 na koniec meczu. Awans do ćwierćfinału nie był jeszcze pewny, ale postawiony został duży krok w tę stronę. Amerykanie z Turcji teoretycznie zrobili swoje (20+18 punktów), ale brakowało wsparcia rodzimych graczy. Zupełnie odwrotnie niż w Pruszkowie gdzie mecz życia zagrał Dryja – 28 punktów, 11 zbiórek, 11/12 z gry, 6/7 z wolnych. W rewanżu wszystko poszło jak należy, 11 punktów przewagi do przerwy praktycznie zamknęło ten dwumecz. Skończyło się pogromem 97-69. Wciąż bez Masseya, za to z piątką zawodników z dwucyfrowymi punktami (Walker z linijką 20-8-9).

    Awans do ćwierćfinału był sporym wydarzeniem. W poprzednich latach tylko Nobiles zdołał dopchać się gdzieś koło ósemki jakiegoś z pucharów. W ćwierćfinale nie było już słabych drużyn, właściwie były tylko bardzo dobre. Losowanie nie miało wielkiego znaczenia bo każdy byłby faworytem w starciu z Mazowszanką, a rywalem okazała się Unicaja Malaga. Wtedy nie był to jeszcze tak rozpoznawalny klub (chociaż rok wcześniej debiutował w Eurolidze), 6 miejsce w lidze w poprzednim sezonie i wicemistrzostwo Hiszpanii rok wcześniej na pewno jednak budziło szacunek. Rzut oka na skład – m.in. Alfonso Reyes i Nacho Rodriguez byli aktualnymi reprezentantami Hiszpanii. Kenny Miller i Deon Thomas byli już ogranymi w Europie graczami. W Pruszkowie wciąż nie było Masseya. W Hiszpanii pierwszy mecz bez niespodzianki – 60-74 to i tak niski wymiar kary. Pod nieobecność pierwszego rozgrywającego Krzysztof Sidor musiał grać 40 minut. Szybilski z Dryją pod koszem mieli tylko 3/15 z gry, ten drugi spada za faule. Rewanż miał być więc tylko formalnością. Ale nie był. Po 20 latach od tamtego wydarzenia Łukasz Cegliński pisał:

    Krzysztof Dryja i Piotr Szybilski zdemolowali ich pod koszem, Krzysztof Sidor z Tyricem Walkerem ośmieszyli na obwodzie – koszykarzy z Malagi z ciasnego blaszaka wymiótł huragan. Od wielkiego meczu Mazowszanki, która w ćwierćfinale Pucharu Koracza rozbiła Unicaję 84:57, minęło już 20 lat.”.
    Mecz zakończył się wynikiem 84-57, przy stanie 67-37 już było wiadomo kto zagra w półfinale rozgrywek. Dryja, Parzeński i Szybilski dla odmiany pod koszem mieli świetne 19/27 z gry, zbiórki polski zespół wygrał 39-24, a Unicaja nie potrafiła grać niczego innego niż grać pudłować pod koszem (4/20 samego Thomasa) i z obwodu - 5/20 drużyny.

    Uff. 3 tygodnie przerwy i półfinałowy dwumecz z tureckim Tofasem Bursa. Czwarty zespół ligi tureckiej, ale bez sukcesów w Europie. O sile zespołu stanowili Turek Samir Aydin, Chorwat Vladan Alanović (olimipijczyk z Atlanty i Barcelony, medalista MŚ i ME, 4 lata później gracz Śląska Wrocław) oraz dwóch Amerykanów: rozpoczynający grę w Europie center Rashard Griffith (mistrz Euroligi za 4 lata z Bolonią) i zadomowiony w Bursie rzucający Steve Rogers (on też miał epizod w Śląsku). Po raz pierwszy w tej kampanii Mazowszanka zaczynała dwumecz u siebie. Wyrównany mecz, zakończony wynikiem 74-77 dla gości nie zamykał jeszcze drogi do finału. Co raz bardziej doskwierał jednak brak Masseya. Kontuzjowany był też Karwowski, przez co rotacja wyglądała tak że było 5 doświadczonych zawodników, dwóch młokosów (Czubek i Suski), a do tego głęboki rezerwowy Rybczyński. Na rewanż zespół z Pruszkowa jechał w całkiem niezłych humorach, bo po kilku miesiącach przerwy do gry wrócić miał Jeff Massey. Cudu jednak nie było, od początku Turcy narzucili swój styl gry, do przerwy prowadzili +17 i wiele więcej nie dało się już ugrać. Massey zdobył 20 punktów w 21 minut, Walker tylko 8. Po drugiej stronie bardzo równomiernie rozłożone punkty. Ostatecznie 90-76 zamknęło drogę do finału.

    W finale, rozgrywanym też jako dwumecz, puchar zdobył Aris Saloniki, patrząc jednak po zestawie ćwierćfinalistów, a nawet drużyn top16, to Mazowszanka była czarnym koniem i największą rewelacją tych rozgrywek.

    Na zakończenie:

    Pierwsze poważniejsze granie w pucharach pruszkowskiego zespołu okazało się być długą przygodą, którą jak widać po przytoczonym artykule z 2017 roku, dziennikarze pamiętają do dziś. W kolejnych 3 latach zespół przemianowany na Pekaes grał już poziom wyżej, w Pucharze Saporty, zawsze wychodząc z grupy i zawsze odpadając w pierwszej rundzie play-offs.
    Ważne też, że po zakończeniu pucharowej przygody w marcu 1997 roku, zespól awansował do fazy play-offs PLK z drugiego miejsca, po trudnych bojach ograł Polonię Przemyśl, po jeszcze trudniejszych Bobry Bytom, by w wielkim finale zdobyć Mistrzostwo Polski po pokonaniu Komfortu Stargard Szczeciński 4-0 (66-65, 74-58, 84-75, 85-78). Było to drugie i ostatnie mistrzostwo tego zespołu w historii.

    Na koniec anegdota, czyli cytat od trenera Wojciecha Krajewskiego, odnośnie rewanżu z Malagą:

    Co ja pamiętam z tamtego meczu? Proszę pana, ja z tamtego sezonu pamiętam jedno – zdobyłem mistrzostwo, awansowałem do półfinału Pucharu Koracza, a potem zostałem zwolniony”

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    PS. Pucharowego meczu na YT żadnego nie znalazłem, nie pamiętam żeby były w TV. Chciałem Wam pokazać jak latał nad koszami Massey 180 cm w kapeluszu, ale też nie mogę namierzyć, to linkuję do krótkiego skrótu z półfinału ligi z Bobrami.
    PS2. Następny Śląsk 2000 – ostatni przed Euroligą :)

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    co to washington wizards doebało za logo XDD #nba #koszykowka

    źródło: scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Kolejna porcja wspominek. Na prośbę @DennisR przybliżam najciekawsze europejskie kampanie naszych zespołów w Europie w latach 90. Tzn. nie na prośbę, ale kolega zasugerował 3 ciekawe sezony. Oczywiście nie umiem się "streszczać", więc te 10-15 min trzeba poświęcić na poczytanie :)

    Dziś o występach Nobilesu Włocławek w Pucharze Europy w sezonie 1995-96.

    Tło:

    Zespół z Włocławka przebojem wdarł się do 1 ligi (jeszcze wtedy nie zwanej PLK) trzy lata wcześniej. W poprzednim sezonie po raz pierwszy nie grał w finale, skończył z brązowym medalem, który uprawniał do grania „tylko” w Pucharze Koraca. Z pomocą przyszedł wygrany Puchar Polski. Rozgrywki Pucharu Europy były drugimi najważniejszymi w Europie, kilka lat wcześniej zreorganizowanymi z Pucharu Zdobywców Pucharów, prawo do występów mieli jednak nadal zdobywcy krajowych pucharów. Nobiles miał tu zagrać po raz trzeci z rzędu. 2 lata wcześniej przeszli 2 rundy kwalifikacyjne, w poprzednim sezonie dotarli do 12-zespołowej fazy grupowej, co w połączeniu z 16-zespołową tak jak dziś Euroligą, dawało obraz jak znakomite i wymagające firmy tam grały.

    W zespole przed sezonem nie nastąpiły jakieś ogromne zmiany, trenerem pozostał Wojciech Krajewski. Najważniejszą zmianą była ta na „stanowisku” drugiego obcokrajowca. Do Igora Griszczuka dołączył center, pierwszy Amerykanin w historii klubu Ike Corbin, który przyleciał z dalekiej Japonii. Zastąpił on Białorusina Siergieja Żełudoka, który kolejne 4 lata miał spędzić w Inowrocławiu. Corbin we Włocławku zagrał tylko w tym jedynym sezonie, ale karierę skończył 4 lata później nie ruszając się już z PLK. Wśród polskich zawodników kluczową roszadą była zamiana Henryka Wardacha (chociaż 2 lata później znowu tu zagrał) na Andrzeja Wierzgacza, pięciokrotnego mistrza Polski ze Śląskiem.

    Faza kwalifikacyjna:

    Aby znów zagrać w fazie pucharowej Nobiles musiał pokonać dwie przeszkody. Niestety nie pamiętam czy to efekt rozstawienia czy losowania „pustego losu”, tak czy inaczej z pierwszej rundy Nobiles był zwolniony. W drugiej zmierzył się z Węgrami z BC Kormend. W poprzednim sezonie byli oni jedynie półfinalistami swojej ligi, ale wygrali podobnie jak Nobiles puchar krajowy. Liga węgierska była wtedy tak samo średnia jak dziś, może nawet słabsza, ale lekceważyć ich nie można było, tym bardziej że początek sezonu Nobiles miał trudny. Przed wylotem na Węgry wygrali tylko 1 mecz ligowy z trzech, a słabą formę potwierdził pierwszy pucharowy występ. Porażka 70-92 oznaczała praktycznie koniec marzeń o powtórce wyniku z zeszłego roku. W węgierskim zespole hulali reprezentanci tego kraju wspomagani przez mistrza Europy kadetów sprzed 10 lat Bośniaka Samira Mujanovicia oraz Amerykanina Charlesa Edmondsona.
    Rewanż który malował się pesymistycznie okazał się meczem-legendą włocławskiej koszykówki. Nobiles odrobił wszystkie straty i doprowadził do dogrywki przy prowadzeniu 67-45. Dogrywka przyniosła niejeden zawał serca po tym jak znowu na prowadzenie +22 (77-55) rzutem tuż przed końcem meczu wyprowadził Nobiles Mirosław Kabała. W drugiej dogrywce polski zespół postawił kropkę nad „i” i odniósł zwycięstwo 87-60. Warto wspomnieć że Igor Griszczuk zdobył w tym meczu tylko 2 punkty, był to jego jedyny mecz z jednocyfrową liczbą punktów w całych rozgrywkach.

    Pod koniec października zespół zaczął lepiej funkcjonować w lidze, wylosowany rywal w postaci Interu Bratyslawa znowu nie powodował miękkich kolan, trzecia runda wyglądała więc optymistycznie. Można było wylosować dużo gorzej, rozstawień tu nie było, a w grze był np. PAOK Saloniki, Partizan czy Żalgiris. We Włocławku (pamiętam!) zapanowało przeświadczenie że nie można nie awansować ze Słowakami, chociaż co bardziej sceptyczni kibice zwracali uwagę na to że największą sensacją II rundy wcale nie było odrobienie 22 punktów straty przez Nobiles, a wyeliminowanie przez Słowaków Galatasaray po zwycięstwie na wyjeździe (!).
    Pesymiści mieli rację. W Bratysławie Słowacy wygrali 11 punktami (87-76) utrzymując od początku kilkanaście punktów przewagi. Mistrzowie Słowacji (swoją drogą długo musieli czekać na powtórkę tego osiągnięcia) mieli w składzie oczywiście kilku reprezentantów Słowacji, a po raz pierwszy, ale nie ostatni, z Włocławkiem zetknął się niejaki Marek Andruska (wtedy miał 22 lata), późniejszy mistrz Polski :) W zespole nie było Amerykanów. Rewanż nie był tak spektakularny jak potyczka rundę wcześniej, ale nie mniej stresujący. Do przerwy wciąż około remisu a czasu na odrabianie strat co raz mniej. Sprawa wyjaśniła się na początku drugiej połowy, prawie 20 punktów przewagi po kilku minutach, finalnie 80-59 i awans drugi rok z rzędu do top12 Pucharu Europy.

    Faza grupowa:

    Grupa 6 zespołowa, 10 meczów, do Final Four wychodzą tylko dwie najlepsze ekipy – nikt o zdrowych zmysłach nie liczył na awans, ani nie stawiał takich celów. W grupie z Nobilesem znalazły się co prawda 3 bardzo dobre zespoły, powiedzmy „w zasięgu”, ale były też dwa które mogłyby grać wtedy w Eurolidze i miały w tej grupie rozdawać karty:
    PAOK Saloniki – mistrz Pucharu Koraca sprzed dwóch lat, zdobywca Pucharu Grecji, półfinalista ligi. W składzie mieli np. Deana Garretta, tego samego który kilka lat później grał w pierwszej piątce Minnesoty z Kevinem Garnettem, kilku Greków z mocnej reprezentacji, jak np. Efthimios Rentzias (wybrany w drafcie NBA 1996, ale zakotwiczył „tylko” w Barcelonie) czy Giannis Giannoulis, mistrz Euroligi 2001 z Panathinaikosem, co ciekawe tuła się nadal po niższych ligach Grecji, mając 43 lata na karku :) Zabójczy duet stanowiła jednak dwójka z Serbii – Branislav Prelević i Peja Stojaković – tak, ten sam :) W 1996 grał w niewymiarowej i niedoświetlonej hali we Włocławku, dwa lata później w Sacramento Kings :)
    Dynamo Moskwa – wicemistrz Rosji, ale bez większych sukcesów w Europie jeszcze wtedy. Co ciekawe sekcja koszykarska tego klubu aktualnie nie istnieje. W tamtym zespole grali tylko Rosjanie, a gwiazdą był jeden z najlepszych koszykarzy Europy tamtych lat Sergei Bazarevich, dziś ceniony trener. Poza tym kilku reprezentantów – Valeri Dayneko czy Vitaly Nosov, a także niejaki Ruslan Baidakov, prawie 10 lat później gracz Czarnych Słupsk i Astorii Bydgoszcz.

    Zespoły nieco mniej „straszne” to:
    KK Zrinjevac z Chorwacji, wicemistrz który odpadł z kwalifikacji Euroligi, w składzie z Amerykaninem Anthonym Bufordem, reprezentantami Chorwacji Ivicą Mariciem (8 lat później we Włocławku w barwach Anwilu), czy Emilio Kovaciciem, późniejszym cenionym graczem w Europie,
    Kalev Tallin – mistrz Estonii, również spadkowicz z Euroligi, oczywiście z połową reprezentacji w składzie: Rauno Pehka, Gert Kullamae, Martin Muursepp, który już sezon później grał w NBA, a potem również w Eurolidze. Do tego, co w Europie wschodniej w tamtych latach było rzadkością – dwóch Amerykanów, których nazwiska jednak nic mi nie mówią :)
    Olimpija Ljubjana – mistrz Słowenii, tak samo jak poprzednie 2 zespoły spad z kwalifikacji euroligowych (już rok później byli top4 Euroligi, a 2 lata wcześniej wygrali Puchar Europy). W składzie m.in. młodziutki Boris Gorenc (kilka lat później jeden z topowych graczy w Europie), Dusan Hauptman, wtedy już emeryt, legenda słoweńskiej koszykówki lat 80, nastoletni Marko Milić (wiele sezonów w Eurolidze i 2 w NBA), nastoletni Rasho Nesterovic (wiele sezonów w NBA) oraz jedyny w zespole Amerykanin – Anthony Reed, który grał tam drugi sezon. Na końcu ławki znani za kilka lat z PLK Jaka Daneu (Słupsk) i czarny charakter polskiej koszykówki Walter „wszystko czego dotknę rozpierdalam” Jeklin (Elana, Mazowszanka, Spójnia, Polonia + działacz przy Asseco Prokomie).

    Lecimy z meczami. Na start wyjazd na trudny teren do Moskwy i trzeba powiedzieć „tylko” minus 10 (84-94). Kolejne dwa domowe mecze z rywalami w zasięgu miały dać odpowiedź czy Nobiles da radę poprawić wynik 3 zwycięstw grupowych z zeszłego sezonu. Najpierw 96-85 z Kalevem (30 punktów Griszczuka), tydzień później 84-81 ze Zrinjevacem (35 punktów Griszczuka). Po trzech kolejkach bilans 2-1 i zapewne lekkie wow. Passa nie zostaje jednak podtrzymana w Słowenii, mimo wyrównanego długi czas meczu, Olimpija zwycięża 87-77 (31 punktów Gorenca, 36 Griszczuka), a w obliczu wyjazdu do Salonik, wyjście z grupy już w tym momencie było co najwyżej możliwe w kategoriach matematyki. 109-66 mówi samo za siebie, Peja Stojaković rzuca 31 punktów. W tym momencie bilans 2-3 i runda rewanżowa do zagrania. Nie udaje się wygrać z Dynamem we Włocławku (83-93, Dayneko 31 punktów), czar goryczy przelewa jedyna niespodziewana, a na pewno w takich rozmiarach, porażka w Tallinie. 112-60 mogło się przytrafić w Moskwie czy Grecji, ale nie w Tallinie, który przegrał wszystkie pięć pierwszych meczów. Już do przerwy było -22, a 10 minut po przerwie to run 37-5 Estończyków. Do rozegrania pozostały 3 mecze, w Chorwacji po wyrównanym boju lepsi byli gospodarze 98-94 (Tvrdić 34 punkty), ostatnim pozytywnym akcentem tego sezonu było domowe zwycięstwo z Olimpiją 97-85 (31 punktów Griszczuka). Na deser do Włocławka po swoje przyjechał PAOK i wygrał 112-57, a Stojaković zasadził 37 punktów. Ciekawe czy ktoś w hali wtedy myślał że za 2 lata będzie graczem NBA, a za 4 jednym z najlepszych tam Europejczyków.

    Finalnie Nobiles skończył fazę grupową na 5 miejscu, wyprzedzając Olimpiję. Bilans 3-7 był taki sam jak rok wcześniej, z tym że rok wcześniej grupa była chyba bardziej wyrównana, a nawet z zespołami które awansowały do Final Four Nobiles nie przegrywał tak wysoko (np. -8 z Tau Vitoria czy -15 z Benettonem). Występ był to więc nieco słabszy, choć zakończony w tym samym miejscu w Europie. Za to sezon przeszedł do historii dzięki dwóm dogrywkom z Węgrami w kwalifikacjach.
    Na uwagę zwraca fakt że Igor Griszczuk był najlepszym strzelcem rozgrywek grupowych ze średnią 26.9pts/g oraz najlepszym przechwytującym (3.3stl/g). Ike Corbin był najlepszym zbierającym – 11.2reb/g, a Mirosław Kabała drugim asystującym 5.9ast/g.
    Wspomnę jeszcze tylko że zespoły z grupy Nobilesu grały w final 4, Dynamo przegrało półfinał do dwóch zwycięstw z Vitorią, a PAOK wygrał 2-0 z Żalgirisem, a z Vitorią przegrał wielki finał.

    Na zakończenie:

    Trochę inaczej w tamtych latach wyglądała rotacja w trakcie meczu, normalnym było granie 6-7 zawodników. Sam oglądałem ostatnio ten mecz z Węgrami, uderzyło mnie jednak to że w drugiej połowie trener Krajewski przeprowadził 2 czy 3 zmiany w 20 minut :) W całym sezonie wyróżniała się trójka zawodników: Corbin, Griszczuk i Tomasz Jankowski. Piątkę dopełniał Kabała i słabszy niż rok wcześniej Roman Olszewski, a z ławki impuls dawał tylko duet Jarosław Krysiewicz i Andrzej Wierzgacz. Wtedy było to zdecydowanie za mało na jakieś spektakularne rzeczy, większe niż to co było. Tym bardziej że czwórka Polaków oprócz Tomka Jankowskiego była wtedy daleko od reprezentacji Polski.

    W lidze w tamtym sezonie Nobiles rozkręcił się po niemrawym początku na tyle że wygrał rundę zasadniczą (trochę wykorzystując pozorną zadyszkę Śląska), ale przegrał właśnie ze Śląskiem w półfinale i skończył na 4 miejscu, pierwszym w historii bez medalu. Był to początek mini-zapaści klubu, do grania o medale Nobiles powrócił dopiero po 3 latach kiedy sponsora of farb w większym wymiarze wspomógł sponsor azotowy. Na drugi poziom w Europie Anwil powrócił po 4 latach, chociaż po drodze były całkiem udane kampanie, jak np. ćwierćfinał pucharu Koraca.

    I na koniec – zwróćcie uwagę jak inna jest konkurencja w pucharach dziś. Euroliga liczy tyle samo, czyli 16 zespołów. Żeby dziś być w czołówce EuroCupu na drugim poziomie, trzeba mieć kosmiczny budżet, praktycznie euroligowy. W tamtych czasach do top12 (a co więcej do grania wielu meczów jak równy z równym) wystarczyło szczęśliwe losowanie i wyeliminowanie Węgrów i Słowaków. Czemu tak było? Prosta odpowiedź – tak samo jak w piłce nożnej konkurencją dla polskich klubów są teraz zespoły ze środka tabeli lig takich jak hiszpańska, włoska czy francuska. W sezonie 1995-96 w pucharach z Hiszpanii grała Vitoria (zdobywca pucharu), a w Eurolidze Real i Barcelona (mistrz i wicemistrz). Dziś w dwóch pierwszych pucharach nie ma miejsca dla Słowaków czy nawet Chorwatów, bo gra tam 7 zespołów z Hiszpanii, 6 z Turcji, itd.

    PS. Podlinkowuję mecz z Włocławka z PAOKiem, ostatni w tym sezonie.
    PS2. Następna Mazowszanka 1997 :)

    Wołam: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Czas na kolejne europejskie wspominki naszych zespołów. Odcinek drugi to lata 90.

    Link do krótkiego wpisu o latach 80 tutaj -> https://www.wykop.pl/wpis/48458573/plk-koszykowka-sport-podpinam-sie-tez-pod-tag-tobi/
    Lata 90 to dekada w której do PLK przyjeżdżali już solidni zawodnicy zagraniczni, jakość Polaków była chyba największa w historii, a zespoły lgnęły do Europy,

    Trzeba jeszcze uczciwie powiedzieć ze polska koszykówka klubowa rozbujała się około roku 1993-1994, dokładnie wtedy kiedy zaistniała święta wojna pomiędzy Wrocławiem i Włocławkiem. "Wyścig" napędzał budżety, a przez to rosła cała liga, nawet te zespoły ze środka budżetu.

    Co do pucharów. W latach 90 wciąż nie były tak komercyjne jak choćby 10 lat później, często grały tam zespoły półamatorskie, ale poziom w porównaniu do lat 80 na pewno się wyrównał. Wciąż jednak mieliśmy prosty podział na 3, hierarchicznie ułożone rozgrywki.

    Poniżej lista występów naszych zespołów. Za nazwą pucharu w nawiasie kwadratowym wpisywałem poziom tego pucharu []1[2][3], jeśli zespól grał w fazie grupowej, to przed jego nazwą wpisałem "które to miejsce w Europie". Oczywiście zwycięzca Pucharu Koraca [3] był dużo lepszą drużyną niż przeciętny uczestnik fazy grupowej Pucharu Saporty [2], ale jakoś chciałem to policzyć :) Przykładowo, jeśli mieliśmy 24-zespołową Euroligę, to zwycięzca Pucharu Europy był "na 25 miejscu w Europie", finalista na 26, półfinaliści 27-28, ci co odpadli w ćwierćfinałach 29-32, itd. Zespoły z kwalifikacji pomijałem, bo nawet w Eurolidze startowały tam drużyny z mocno niekoszykarskich krajów. W tej dekadzie nie było to jeszcze tak duże przekłamanie jak później, kiedy poszczególne puchary zaczęły ze sobą rywalizować.

    Ostatnia rzecz przed meritum - gdyby ktoś chciał żebym opisał (a mam ponadprzeciętnie dużo czasu i chęci) którąś z kampanii (jedną, dwie, trzy) któregoś zespołu z tej dekady, to poproszę o komentarz którą :) Napisałbym w taki bardziej "felietonowy" sposób jak to się działo :)

    1990-91
    • [-] Lech Poznań – Puchar Europy [1], pierwsza runda kwalifikacyjna, porażka z belgijskim Mechelen
    • [-] Śląsk Wrocław – Puchar Zdobywców Pucharów [2], druga runda kwalifikacyjna (dla Śląska pierwsza), odpadli z Hapoel Galil
    • [-] Bobry Bytom – Puchar Koraca [3], pierwsza runda kwalifikacyjna, odpadli z Hapoelem Tel Aviv

    1991-92
    • [-] Śląsk Wrocław – Euroliga [1], druga runda kwalifikacyjna (dla Śląska pierwsza), odpadli z Arisem, potem Puchar Europy [2], trzecia runda kwalifikacyjna (dla Śląska pierwsza), odpadli z Maccabi Rishon
    • [-] Lech Poznań – Puchar Europy [2], pierwsza runda kwalifikacyjna, odpadli z Honved (Węgry)
    • [-] Polonia Warszawa – Puchar Koraca [3], druga runda kwalifikacyjna, odpadli z Hapoelem Tel-Aviv, w pierwszej wyeliminowali Mitteldeutscher
    • [-] Górnik Wałbrzych – Puchar Koraca [3], pierwsza runda kwalifikacyjna, odpadli z Videoton (Węgry)
    • [-] Polfrost (Astoria) Bydgoszcz– Puchar Koraca [3], pierwsza runda kwalifikacyjna, odpadli z Gent (Belgia)
    • [-] Bobry Bytom – Puchar Koraca [3], pierwsza runda kwalifikacyjna, odpadli z TED Ankara

    1992-93
    • [-] Śląsk Wrocław – Euroliga [1], druga runda kwalifikacyjna, wyeliminowani przez Pesaro, a wyeliminowali wcześniej Dinamo Tibilisi, potem Puchar Europy [2] i w 3 rundzie kwalifikacji (trafili tam od razu) porażka z Arisem
    • [-] Bobry Bytom – Puchar Koraca [3], trzecia runda kwalifikacyjna, wyeliminowani przez Barcelonę
    • [-] Lech Poznań – Puchar Koraca [3], druga runda kwalifikacyjne (pierwsza dla Lecha), porażka z Albą Berlin

    1993-94
    • [-] Śląsk Wrocław - Euroliga [1], pierwsza runda kwalifikacji, wyeliminowani przez Holendrów z Den Bosch
    • [-] Nobiles Włocławek - Puchar Europy [2], 3 runda kwalifikacji, wyeliminowani przez Zadar, wyeliminowali Spartak St. Petersburg
    • [-] Lech Poznań - Puchar Koraca [3], 3 runda kwalifikacji, wyeliminowani przez francuski Antibes, wcześniej wyeliminowali VEF Ryga

    1994-95
    • [21-28] Nobiles Włocławek - Puchar Europy [2], ćwierćfinałowa faza grupowa (top12), z grupy wyszli Taugres (Hiszpania) i Benetton, wcześniej eliminowali m.in. Żalgiris
    • [-] Śląsk Wrocław - Euroliga [1], 1 runda kwalifikacji, odpadli z Kijowem
    • [-] Mazowszanka Pruszków – Puchar Koraca [3], 2 runda kwalifikacji, odpadli z Veroną
    • [-] Polonia Przemyśl - Puchar Koraca [3], 2 runda kwalifikacji, odpadli z Arisem
    • [-] Bobry Bytom – Puchar Koraca [2], 1 runda kwalifikacji, odpadli z Sakalai (Litwa)

    1995-96
    • [21-28] Nobiles Włocławek - Puchar Europy [2], ćwierćfinałowa faza grupowa (top12), z grupy wyszli PAOK i Dynamo Moskwa
    • [-] Mazowszanka Pruszków – Euroliga [1], 1 runda kwalifikacji, odpadli ze Zrindjevacem (Chorwacja)
    • [-] Bobry Bytom – Puchar Koraca [3], 3 runda kwalifikacji, odpadli z Arisem
    • [-] Śląsk Wrocław – Puchar Koraca [3], 1 runda kwalifikacji, odpadli z Siauliai (Litwa)

    1996-97
    • [29-32] Śląsk Wrocław – Puchar Europy [2], ćwierćfinał, odpadli z Realem, eliminowali m.in. Oostende i Avtodor
    • [33-40] Nobiles Włocławek – Puchar Europy [2], 1/8 finału, odpadli z Porto, eliminowali m.in. KK Zagreb i Scavolini
    • [75-76] Mazowszanka Pruszków – Puchar Koraca [3], półfinał, odpadli z Tofas, eliminowali m.in. Malagę, wygrali grupę z włoskim Varese
    • [105-136] Komfort Stargard Szczeciński – Puchar Koraca [3], faza grupowa, z grupy wyszli Caceres i Crvena Zvezda
    • [-] Elana Toruń – Puchar Koraca [3], runda kwalifikacyjna, odpadli ze Slovakofarmą (Słowacja)
    • [-] Polonia Przemyśl – Puchar Koraca [3], runda kwalifikacyjna, odpadli ze Spartą Praga

    1997-98
    • [29-32] Śląsk Wrocław – Puchar Europy [2], ćwierćfinał, odpadli z Panathinaikosem, eliminowali m.in. KK Zagrzeb
    • [41-56] Mazowszanka Pruszków – Puchar Europy [2], 1/16 finału, odpadli z Samarą
    • [81-88] Bobry Bytom – Puchar Koraca [3], 1/8 finału, odpadli z Dijon
    • [89-104] Komfort Stargard Szczeciński – Puchar Koraca [3], 1/16 finału, odpadli z Darussafaką, z grupy wyeliminowali m.in. Lokomitiv Kazań
    • [105-136] Nobiles Włocławek – Puchar Koraca [3], faza grupowa, wyeliminowani przez Ventspils i Spartak Moskwa
    • [-] Polonia Przemyśl – Puchar Koraca [3], runda kwalifikacyjna, wyeliminowani przez Spartę Praga

    1998-99
    • [41-56] Śląsk Wrocław – Puchar Saporty [2], 1/16 finału, odpadli z Pivovarną Lasko (Słowenia)
    • [41-56] Mazowszanka Pruszków – Puchar Saporty [2], 1/16 finału, odpadli z Benettonem, w grupie wyeliminowali m.in. Spartak Moskwa
    • [81-88] Pogoń Ruda Śląska – Puchar Koraca [3], 1/18 finału, odpadli z Estudiantes, w 1/16 pokonali Telekom Bonn, w grupie eliminowali m.in. Lokomotiv Kubań
    • [89-104] Bobry Bytom – Puchar Koraca [3], 1/16 finału, odpadli z Dijon, z grupy eliminowali m.in. włoskie Rimini
    • [105-136] Komfort Stargard Szczeciński – Puchar Koraca [3], faza grupowa, z grupy wyszli Norrkoping (Szwecja) i Alyta (Litwa)
    • [-] Elana Toruń – Puchar Koraca [3], runda kwalifikacyjna, odpadli z zespołem Honka (Finlandia)

    1999-00
    • [29-32] Śląsk Wrocław – Puchar Saporty [2], ćwierćfinał, odpadli z KK Zadar, eliminując m.in. Addecco Mediolan i Fenerbahce
    • [41-56] Pekaes Pruszków – Puchar Saporty [2], 1/16 finału, odpadli z Elan Chalon
    • [77-80] Anwil Włocławek – Puchar Koraca [3], ćwierćfinał, odpadli z Estudiantes, eliminowali m.in. Antwerpię i Ural Perm
    • [81-88] Pogoń Ruda Śląska – Puchar Koraca [3], 1/8 finału, odpadli z Virtusem Rzym
    • [105-136] Bobry Bytom – Puchar Koraca [3], faza grupowa, z grupy wyszli Siauliai (Litwa) i UNICS Kazań
    • [-] Unia Tarnów – Puchar Koraca [3], runda kwalifikacyjna, odpadli z Turku (Finlandia)

    Osobiście za największe sukcesy naszych zespołów uznaję dwa ćwierćfinały/top12 Pucharu Europy Nobilesu (1995-1996) i dwa ćwierćfinały/top8 tych rozgrywek Śląska (1997-1998), ćwierćfinał Pucharu Saporty Śląska 2000 i oczywiście półfinał Pucharu Koraca (choć to rozgrywki na poziomie dzisiejszego FIBA Europe Cup) Mazowszanki 1997.

    No to nad którym się pochylić? :)))
    pokaż całość

    •  

      @Tobiass: czasem nie wiem o co Ci chodzi :D w czym ona była dobra i czym się różni od każdej co gra teraz? :) drużyna jak drużyna, kilku zawodników wychowali i tyle :)

      EDIT: sprawdziłem bo nie pamiętam takich rzeczy z głowy, grali w PLK 8 lat i raz grali w play-offs w tym czasie
      EDIT2: może źle napisałem że nie wiem o co Ci chodzi, bardziej nie kumam na jakiej podstawie masz takie przemyślenia ;)

    •  

      @cult_of_luna Według mnie kluby jak Turów, Unia czy Polpak grały "prostą koszykówkę" lubię ten styl oglądać.

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    #plk #koszykowka #sport
    podpinam się też pod tag @Tobiass #retrokosz

    Tak sobie pomyślałem że skoro przerwa od kosza w europejskim i światowym wydaniu potrwa jeszcze trochę (a ja przy okazji zwariuję) to zrobię tu na wykopie taki mini-cykl z podsumowaniem występów polskich zespołach w pucharach, dekada po dekadzie, bo jedną właśnie kończymy.

    Dziś o latach 80, czyli w bloku wschodnim czas kiedy koszykówka nie była oficjalnie zawodem koszykarzy, a braki np. sprzętowe czy medyczne (nie mówiąc o logistycznych) mieliśmy ogromne w porównaniu do Europy. W następnych odcinkach będzie bardziej szczegółowo, bo i tych występów było więcej.

    Podział pucharów od lat 50 aż po 90 był zawsze taki sam: Puchar Europy (dla mistrzów), Puchar Zdobywców Pucharów i Puchar Koraca (wcześniej Tomeo Internacional) dla reszty zespołów.

    ------------------------------------------

    Trzeci poziom – w latach 80, tak jak przez większość 90 był to Puchar Koraca:
    • pierwszy udział polskiego zespołu to dopiero sezon 1988-89 i Górnik Wałbrzych, który zderzył się z Olympiakosem i po dwóch meczach skończył przygodę z Europą. Ciekawostką jest to że juniorem w składzie był Andrzej Adamek (obecnie trener), starsi kibice powinni kojarzyć go z boiska z lat 90 i wczesnych 00. W kolejnym sezonie żaden polski zespół już nie wystąpił w tym pucharze.

    Drugi poziom – Puchar Zdobywców Pucharów (znany też do lat 90 jako Recopa) – żaden polski zespół nie przystąpił do tych rozgrywek w latach 80

    Pierwszy poziom – czyli puchar dla krajowych mistrzów, przed Euroligą był to Puchar Europy (potem jak te rozgrywki były przemianowane na Euroligę, to Puchar Europy był drugimi rozgrywkami w Europie):
    Śląsk Wrocław 1980-81 grał w fazie grupowej (24 zespoły), kwalifikacji tu nie było, a z grupy wychodził tylko jeden zespół od razu do top4 (tu CSKA Moskwa), 6 meczów i bilans 2-4
    • 1981-84 – dziura, polskie zespoły nie grały
    Lech Poznań 1984-85 – pierwsza runda kwalifikacji i zacięte ale przegrane boje z Panathinaikosem
    Zagłębie Sosnowiec 1985-86 – pierwsza runda kwalifikacji i porażki z mistrzem Finlandii z Helsinek
    Zagłębie Sosnowiec 1986-87 – pierwsza runda kwalifikacji i porażka z Galatasaray (-12 i +11)
    Śląsk Wrocław 1987-88 – teoretycznie top16 pucharu, ale dla Śląska była to pierwsza i jedyna runda i porażki -64 i -71 (!!!!) z Barceloną (w sumie 134-269 w dwumeczu). Śląsk w tym sezonie skończył ligę dopiero na 8 miejscu, odpadając w ćwierćfinale. Duża rolę w drużynie wtedy odgrywał już Maciej Zieliński (16-letni!). Co ciekawe oba mecze były na wyjeździe, co by nie fatygować do Polski faworyta ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    • 1988-89 – mistrz Polski nie grał
    • 1989-90 – to najciekawsza historia, oficjalnie Lech Poznań był ósmą drużyną Europy :) W kwalifikacjach eliminowali mistrza Turcji (Eczacibasi, nie istnieje już ten klub) i ZSRR (BC Kijów). Ten drugi dwumecz ciekawy bo wyniki -16 i +20. Potem była faza grupowa, czyli 8-zespołowa liga, gdzie Lech przegrał wszystkie 14 spotkań, nawet z Holendrami :) Tak czy inaczej Lech mierzył się dwukrotnie ze zwycięzcą tych rozgrywek czyli Jugoplastiką Split z Kukocem, Radją, Tabakiem ale też np. Sretenoviciem czy Pavicevicem którzy potem grali w PLK. Biorąc ten wynik "dosłownie", 20 lat trzeba było czekać na lepszy, a po kolejnych 10 nie ma szans na podobny w bliższej przyszłości.

    Lata 90 były już mniej zamierzchłe, a przynajmniej dużą ich część w baskecie pamiętam. Kosz w Polsce rozkwitał, pojawili się obcokrajowcy, pojawiły się spore pieniądze, a polskie zespoły zaczęły do pucharów przystępować masowo. W następnym wpisie będę już więc leciał sezonami.

    Jako ciekawostka, poniżej mecz Lech – Maccabi Tel Aviv. Atmosfera w Hali Arena prawie bałkańska ( ͡° ͜ʖ ͡°) W składzie kilka poznańskich legend na czele z Torgowskim i Jechorkiem, a uzupełnieniem składu (nie grał na pewno) był 17-latek Tomasz Jankowski :)

    wołam standardowo: @Svoher @DennisR @ejrafi @jimi121 @l3chu @zyx123 @Tobiass @ShinpuTokubetsu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Sezon na dobrą zabawę uważam za rozpoczęty.
    #koszykowka #plk #gry

    źródło: 1585716985316.jpg

  •  

    Otwieram nowy tag zapraszam wszystkich fanów starej koszykówki na pierwszy ogień idzie mecz POLPAK ŚWIECIE (z Bobbym Dixonem) - GÓRNIK WAŁBRZYCH z 2008 roku. Kolejne części w komentarzach.
    #retrokosz #plk #koszykowka

    źródło: youtube.com

  •  

    Ciekawostka wiecie że kiedyś w Poznaniu była koszykówka na wysokim poziomie.
    #poznan #koszykowka

    źródło: youtube.com

  •  

    Ktoś tu podobno chciał Big Brothera? ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    #nba #koszykowka #bigbrother

    źródło: 1585319929393.jpg

  •  

    #nba #koszykowka

    Dziś na TVP Sport o 21:45 dokument pt. Bracia, o Drażenie Petroviciu i Vlade Divaciu (nie wiem czy dobrze odmieniłem :P).
    Jak ktoś nie zna to warto zerknąć.

  •  

    BIG 3 zorganizuje w kwietniu trzytygodniowy turniej, który zostanie objęty kwarantanną

    #nba #koszykowka

    źródło: 1584646157568.jpg

  •  

    #plk #koszykowka

    Po wywiadzie z prezesem Piesiewiczem:

    - Arka z bilansem 14-8 jest wyżej niż Toruń z bilansem 17-5 bo takie są przepisy FIBA (tak jak pisałem wczoraj), klasyfikując drużyny tak musiało być, tak samo zrobili w Belgii - podobno konsultowali z FIBA
    - tak jak pisałem wczoraj Stelmet będzie skłonny grać w VTB, więc zwolni się miejsce w BCL dla następnych
    - źle pisałem wczoraj że przesunie się wszystko o jedno miejsce, w takim sensie że z automatu fazę grupową ma tylko mistrz. Niezależnie od tego czy zrezygnują czy nie, wicemistrz (Start Lublin) ma miejsce w kwalifikacjach
    - Anwil będzie starał się o dziką kartę do BCL. Z wywiadu nie wynika czy do fazy grupowej, ale tak należy sądzić skoro w kwalifikacjach w zeszłym roku grała tam nawet Legia. FIBA chętnie widzi Anwil w rozgrywkach ze względów marketingowych, organizacyjnych, kibicowskich

    EDIT: natomiast bardzo słabe jest już odbijanie piłeczki w stronę Torunia że mogli nie przekładać meczów. Mógłby sobie buc darować.
    pokaż całość

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    Jeszcze jedno info z dzisiaj, chociaż nieoficjalne. Igrzyska Olimpijskie na razie nie są przełożone i jeśli odbędą się w normalnym terminie (jeśli) to raczej nie będzie kwalifikacji olimpijskich.

    Wtedy pozostałe wakaty przejmą drużyny na podstawie wyników mundialu i Polska leci do Tokio. Mniej podobno rozważanym scenariuszem jest przyznanie tych miejsc na podstawie rankingu FIBA, a wtedy Polskę zamienia Grecja.

    Jeśli faktycznie koszykarze zagrają na Igrzyskach to pamiętając że: w kwalifikacjach do MŚ trafiliśmy na reorganizację i najsłabszą w historii reprezentację Chorwacji, na mundialu trafiliśmy na najsłabszy zespół z każdego losowanego koszyka, a potem łączyliśmy się z najsłabszą po naszej grupą, z najsłabszą w historii reprezentacją Rosji to.... kurwa po medal tam pojedziemy, bo jak fart to fart :D

    Inna kwestia że ja nie wiem jak koszykarze mają zagrać w sierpniu po pół roku nie grania w kosza :)
    pokaż całość

  •  

    #plk #koszykowka #sport

    No to kilka słów ode mnie:

    1. Tabela jaka jest każdy widzi. Mistrzem w tym układzie (jeśli chciano go wyłonić a nie anulować rozgrywki) mogła zostać jedna drużyna. Czy jest to sprawiedliwe? I tak i nie. Pisałem pod jakimś komentarzem - zespoły mają różne strategie zakwalifikowania się do play-off, różne terminarze, różne obciążenia meczami pucharowymi a nawet różne strategie co do wydawania pieniędzy. Arka np. w ostatniej chwili dokupiła dwóch zawodników. Na ten moment sezonu, w przekroju 23 kolejek to jednak Stelmet był najlepszy i nie ma tu znaczenia że mógł nie być faworytem do złota.

    2. Jeśli Stelmet "zdobył" to mistrzostwo to w kuriozalnych warunkach, ale jednak na parkiecie. Jeśli inne drużyny "przegrały" to mistrzostwo, to już nie na parkiecie. Jedyną alternatywą dla tych rozstrzygnięć było anulowanie całego sezonu z rekomendacją dla FIBA że miejsca po 22 kolejce niech będą priorytetem w pucharach. Tak zrobiono na Słowacji i Węgrzech. Tak nie zrobiono w Belgii i na Litwie. Inne ligi są jeszcze w stanie zawieszenia, więc decyzje zapadną jakieś.

    3. Przy obecnym podziale miejsc w pucharach - Arka ma licencję ULEB EuroCup jeszcze chyba ten rok. Więc Stelmet ma kwalifikacje do Ligi Mistrzów FIBA, a Start od rund kwalifikacyjnych. Typowo jeszcze jedna drużyna (kolejna chętna) może grać w kwalifikacjach LM - czyli byłby to Anwil. Ale to stan na zeszły sezon. Nie wiadomo jaki będzie krajobraz koszykówki w Europie jesienią i FIBA może zrobić co zechce, np. zabrać Polsce 1 miejsce, albo dać Anwilowi dziką kartę od razu w fazie grupowej. Stelmet raczej będzie skłonny grać w VTB bo tam się zarabia pieniądze a nie dokłada do interesu (a przecież mają długi i spory z zawodnikami), więc wszystko poprzesuwa się o jedną pozycję jeśli tak się stanie. Czyli Toruń dostałby granie w kwalifikacjach LM - jeśli będzie chciał.

    4. Spadku w tym roku nie ma, bo szanowny prezes uznał że nie ma serca w tej sytuacji kogoś degradować ( ͡° ͜ʖ ͡°) o awansach z 1LM nic nie słychać, ale to najpierw w lato trzeba zobaczyć które kluby jeszcze istnieją i mają szansę przejść proces licencyjny. A potem się martwić kto z pierwszoligowców chce i ma środki by grać w PLK

    5. Słychać tu i ówdzie że straty klubów będą potężne. Niedokończony sezon to utracone zyski. Choćby z dni meczowych w hali. Choćby z innej interpretacji umów sponsorskich, itd. A te pieniądze w jakiejś mniejszej czy większej części zostały już wydane. Do tego w wielu przypadkach kluby uzależnione są od pieniędzy miejskich. A jak wiadomo w dobie kryzysu miejski budżet na promocje może wyglądać zupełnie inaczej niż w tym roku. Nie mówiąc o mniejszych czy większych sponsorach których kryzys dotknie w każdym praktycznie sektorze.

    6. Oczywiście aspekt finansowy tak krótkiego sezonu dotyczy całej Europy. Tylko oni finansowo pozbierają się szybko, a przynajmniej szybciej niż u nas. Ten sezon w PLK był świetny. Były dobre nazwiska, było 5 ekip naprawdę na niezłym poziomie. Zacięta walka o awans do PO, zacięta walka o utrzymanie. Zrobiliśmy kroczek w przód w stronę Europy, obawiam się że teraz zrobimy dwa w tył.

    7. Od siebie dodam że starałem się w tym sezonie jak mogłem pisać obiektywnie o #plk i reprezentacji. W przyszłym (mam nadzieję) będę pisał cały czas:
    - zapowiedzi meczów co kolejkę
    - zapowiedzi pucharowych rywali
    - zapowiedzi meczów reprezentacji
    - status Polaków za granicą raz w miesiącu
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

    •  

      Jeśli pieniądze im nie przysługują od dzisiaj to są w jeszcze większej dupie. Jeśli przyslugują to dla klubów to też nie jest kolorowa sytuacja no bo mniejsze wpływy i z biletów i z umów sponsorskich.

      @Gleba_kurfa_Rutkowski_Patrol: dokładnie tak jest. Aczkolwiek np. Anwil ma 2 problemy z głowy bo Dowe i Ledo spierdolili do Stanów jeszcze w trakcie zawieszenia ligi (a nawet chyba przed zawieszeniem, w trakcie zamknięcia trybun). Więc te kontrakty już się nie bawią. W Toruniu rozwiązano za porozumieniem stron z Wrightem i Hornsbym, więc tu wybrali i zawodnicy i klub jakiś złoty środek żeby się potem nie ciągać po sądach.

      Generalnie jeśli budżet na zawodników to 60% budżetu klubu, a trzeba im będzie zapłacić za te 3 miesiące przestoju, to tu już wchodzą grube miliony w grę.
      pokaż całość

    •  

      @Gleba_kurfa_Rutkowski_Patrol: a jeszcze o jednej rzeczy pomyślałem. Jeśli klub ma na stanie np. 4 Polaków z dwuletnimi kontraktami wynegocjowanymi w zeszłe lato, które zabierają np. 30% ich budżetu, a teraz finansowanie się zmieni i budżety będą niższe to siłą rzeczy na resztę zawodników będzie mniej hajsu. Strach pomyśleć jakie ananasy tu się zjadą na jesieni.

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Polska Liga Koszykówki nie bierze jeńców. Kończy sezon w tym momencie i mistrzem zostaje lider w obecnej chwili itd. Ale wiecie co jest najlepsze?

    Warto podkreślić, że działacze przyjęli jako wyznacznik sumę zdobytych punktów, lekceważąc różną liczbę spotkań rozegranych przez poszczególne drużyny. I tak np. Polski Cukier Toruń ma o dwa mecze rozegrane mniej niż cztery wyprzedzające go zespoły. Dużą niespodzianką jest też srebrny medal Startu Lublin, na którego wysokie miejsce przed sezonem nikt nie liczył. Nie może zatem dziwić, że decyzja o zakończeniu ligi w takim momencie, i w taki sposób, spotkała się z krytyką.

    Źródło
    #pilkanozna #koszykowka #ekstraklasa
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #koszykowka

0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1

Archiwum tagów