•  

    Lotnisko im. Johna F. Kennedy’ego w Nowym Jorku jest jednym z najbardziej znanych i rozpoznawalnych lotnisk na świecie. W ciągu roku przewijają się przez nie dziesiątki tysięcy samolotów i dziesiątki milionów pasażerów, zarówno odbywających loty krajowe, jak i międzynarodowe. W dzisiejszym wpisie przeniesiemy się do nocy 31 października 1999 roku. Wtedy to z lotniska wystartował lot, którego historia do dziś wzbudza kontrowersje i który przyczynił się do wielu dyskusji na płaszczyznach zarówno lotnictwa, jak i polityki.

    Noc 31 października 1999 roku zapowiadała się na kolejny, rutynowy dzień dla pracowników lotniska. Wśród setek samolotów przygotowujących się do lotu znajdował się również 10-letni Boeing 767-366ER, przygotowujący się do transatlantyckiego lotu. Maszyna o numerze rejestracyjnym SU-GAP i nazwie własnej Tuthmosis III należała do egipskich państwowych linii lotniczych EgyptAir. Samolot poprzedniego dnia przyleciał do Nowego Jorku z San Francisco - po wylądowaniu na pokład dosiedli się nowi pasażerowie zaś maszynę zatankowano i załadowano. Ze względu na długość lotu dokonano również zmiany załogi. Na pokładzie samolotu znalazło się 4 pilotów podzielonych na dwie “zmiany”- pierwsza z nich odpowiedzialna była za start i lądowanie maszyny wraz z ok. 3 godzinami lotu po starcie i godziną lotu przed lądowaniem, podczas gdy druga miała kontrolować lot w trakcie przelotu nad Atlantykiem i Europą. Ogółem, dowództwo spoczywało na ramionach kapitana Ahmeda El-Habashiego. 57-letni kapitan był doświadczonym pilotem - do 31 października miał na koncie 14,384 wylatanych godzin, z czego 6,356 na maszynach typu Boeing 767. Pierwszym oficerem pierwszej zmiany był 36-letni Adel Anwar. Pierwotnie nie miał on znajdować się w załodze na ten lot, ale zamienił się zmianami z kolegą by zdążyć na ślub w ojczyźnie. Był on znacznie mniej doświadczony od kapitana - na jego koncie znalazło się do tej pory 3,361 godzin, z czego 1,468 z nich spędził za sterami Boeinga 767. W drugiej zmianie również znalazła się dwójka pilotów - 52-letni kapitan El Sayed Nour El Din (12,204 godziny wylatane, 1,332 z nich na Boeingach 767) oraz 59-letni pierwszy oficer Gamil el-Batouty (12,538 godzin wylatanych, 5,191 na Boeingach 767). Poza pilotami, na pokładzie znalazło się ostatecznie również 10 członków załogi kabinowej oraz 203 pasażerów. Większość z pasażerów stanowili amerykańscy turyści wybierający się podróż do Egiptu. Poza nimi na pokładzie znajdował się również Hatem Rushdy - szef szkolenia pilotów EgyptAir na Boeingach 767 oraz grupa 33 oficerów Egipskich Sił Powietrznych, powracających do kraju po odbyciu wspólnych szkoleń z US Air Force.

    O godzinie 1:20 samolot poderwał się z pasa numer 22R lotniska Kennedy’ego, kierując się na północny wschód wzdłuż wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. O godzinie 1:35 samolot uzyskał zezwolenie na wejście na wysokość przelotową 33,000 stóp (10,058 metrów). Ok. 15 minut później radar kontroli lotów wskazał, iż samolot nagle obniżył lot o prawie 14,600 stóp (4,500 metrów) w zaledwie 36 sekund. Wkrótce po tym zanikł sygnał transpondera maszyny, zaś o godzinie 1:52 samolot kompletnie zniknął z radarów kontroli obszaru w Nowym Jorku. Kolejne próby wezwania maszyny na różnych częstotliwościach przez kontrolę lotów oraz przez przelatujące w okolicy maszyny rejsowe Lufthansy i Air France nie dały jakiegokolwiek rezultatu. Wkrótce w miejsce, gdzie radary zarejestrowały ostatnią pozycję maszyny wysłano śmigłowce, samoloty i okręty Straży Przybrzeżnej. Nocne poszukiwania nie dały rezultatów. Nad ranem do ratowników dotarły złe wieści - okręt szkoleniowy amerykańskiej Marynarki Handlowej T/V Kings Pointer odkrył na powierzchni morza plamę paliwa oraz niewielkie szczątki maszyny, na pozycji oddalonej o 100 kilometrów na południe od wyspy Nantucket w stanie Massachusetts. Szybko stało się jasne, iż z wypadku nikt nie ocalał. 217 pasażerów i członków załogi zginęło na miejscu. Wydobyte z morza fragmenty wraku zaczęto składować w hangarze na lotnisku w Newport w stanie Rhode Island, gdzie wkrótce swój sztab założyli również śledczy z amerykańskiej Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu. Wkrótce, dołączyli do nich również śledczy FBI i Egipskiego Zarządu Lotnictwa Cywilnego, eksperci z zakładów Boeinga i Pratt & Whitney, oraz przedstawiciele linii lotniczej.

    Podstawowym zadaniem na tym etapie śledztwa stało się dokładne zbadanie wraku maszyny i odnalezienie jej czarnych skrzynek. Badanie dna morskiego wykazało istnienie dwóch osobnych obszarów szczątków - jedno zawierało praktycznie całą maszynę, zaś drugie, mniejsze - fragmenty klap, slotów, hamulców aerodynamicznych oraz lewy silnik maszyny. Oznaczało to, iż samolot zaczął rozpadać się w powietrzu jeszcze przed uderzeniem o taflę wody, przy czym uderzył on o nią w dużej mierze nienaruszony - wykluczało to więc możliwość eksplozji bomby na pokładzie maszyny (co potwierdziły również późniejsze badania fragmentów wraku na obecność materiałów wybuchowych przeprowadzone przez FBI, które dały wynik negatywny). 8 listopada 1999 roku z dna morza udało się wydobyć rejestrator parametrów lotu Boeinga. 5 dni później odnaleziono zaś rejestrator głosów w kokpicie. Obie czarne skrzynki zostały przetransportowane do laboratorium NTSB w Waszyngtonie, gdzie technikom udało się odzyskać zawarte w nich dane.

    Te dane miały wkrótce stać się podstawą do kontrowersji. Śledczy rozpoczęli działania od przesłuchania zapisu z rejestratora rozmów w kokpicie. Nagranie rozpoczynało się krótko po otrzymaniu przez lot 990 zgody na start. Sam start i następne 20 minut lotu przebiegały rutynowo - w kokpicie znajdowali się kapitan El-Habashi, pierwszy oficer Anwar i kapitan Rushdy, zaś samolot zgodnie z planem wspinał się do osiągnięcia wysokości przelotowej. Pierwszy sygnał, że coś odbiegało od normy śledczy zauważyli ok. 20 minut po rozpoczęciu nagrania - odpowiadało to godzinie 1:39 w dniu wypadku. Do kokpitu wszedł zmiennik Adela Anwara - pierwszy oficer Gamil El-Batouty, który zaczął nalegać na to, aby Anwar pozwolił mu zmienić go. Młodszy wiekiem pilot zaczął zarzekać się że był wypoczęty i początkowo nie chciał podporządkować się woli zmiennika. El-Batouty jednak nalegał dalej, zaś młodszy wiekiem i doświadczeniem pilot w końcu ustąpił - najprawdopodobniej nie chcąc stawiać się bardziej doświadczonemu i starszemu wiekiem koledze. W tym samym czasie kokpit opuścił również kapitan Rushdy, udając się wraz z Anwarem na obiad do kabiny pasażerskiej. W kokpicie pozostali więc jedynie kapitan El-Habashi i pierwszy oficer El-Batuoty. Przez następne 5 minut lot dalej przebiegał rutynowo - piloci zajęci byli rozmową, przerywaną na odpowiadanie na komunikaty z kontroli lotów. O godzinie 1:49 kapitan El-Habashi opuścił kokpit, udając się do toalety. Pierwszy oficer El-Batouty przebywał od tej pory w kokpicie sam.

    To, co nastąpiło później zmroziło krew w żyłach amerykańskich śledczych. Przez następne 12 sekund w kokpicie panowała cisza. Potem, rejestrator zarejestrował głos pierwszego oficera wypowiadającego chicho jakieś słowa - śledczy nie byli w stanie zidentyfikować, co mówił El-Batouty. Po tym wypowiedział on jednak jedno zdanie - “Powierzam się Allahowi.” Po tym, śledczy usłyszeli dźwięk przestawianego fotela. Badanie rejestratora parametrów lotu wykazało, iż zaraz po przestawieniu fotela El-Batouty wyłączył autopilota maszyny - zrobił to na tyle szybko, iż w kokpicie nie rozbrzmiał związany z tym sygnał alarmowy. Przez następne osiem sekund samolot kontynuował lot poziomy. Po tym, jednak, pierwszy oficer ponownie wypowiedział zdanie “Powierzam się Allahowi.”, zredukował moc silników do biegu jałowego, po czym mocno popchnął wolant do przodu, wprowadzając samolot w lot nurkowy. Przez następne 8 sekund lotu nurkowego El-Batouty powtórzył wypowiedziane wcześniej zdanie osiem razy. Nagła zmiana położenia maszyny sprawiła, iż w jej wnętrzu zapanował stan nieważkości. Pomimo tego, o godzinie 1:50 i 6 sekund rejestrator rozmów zanotował, iż kapitanowi El-Habashiemu udało się wrócić do kokpitu. Był zdezorientowany, kilkakrotnie pytał się pierwszego oficera, co się stało. Ten zignorował pytanie, ponownie powtarzając wypowiedziane wcześniej zdanie. Niedługo po powrocie kapitana do kokpitu rozbrzmiał w nim alarm - samolot przekroczył maksymalną prędkość operacyjną (0,86 Macha). Według danych z rejestratora parametrów lotu, kapitan El-Habashi zareagował, ciągnąc swój wolant do siebie. Dało to rezultat - na wysokości 27,300 stóp (8321 metrów) samolot zaczął powoli wychodzić z nurkowania. Kapitan starał się też ciągle dowiedzieć się, co się stało - pierwszy oficer ignorował jednak jego zapytania. Do tego dane wykazały, iż El-Batouty odciął w tym momencie dopływ paliwa do obu silników. Dane dotyczące wychylenia steru wysokości wskazały, iż od godziny 1:50 i 21 sekund wychylony był w dwóch różnych kierunkach - lewa strona steru wysokości (połączona z wolantem kapitana) wychylona była maksymalnie w górę, zaś prawa strona (połączona z wolantem pierwszego oficera) wychylona była maksymalnie w dół - kapitan kilkakrotnie powiedział również pierwszemu oficerowi aby ten pomógł mu wyprowadzić samolot z lotu nurkowego. Obie czarne skrzynki przestały działać ok. 10 sekund później, gdy oba silniki przestały pracować w wyniku odcięcia dopływu paliwa, pozbawiając samolot źródła prądu. Według danych radaru, samolot utrzymywał się po tym w powietrzu przez ok. 1,5 minuty - wyszedł z nurkowania na wysokości ok 16,000 stóp (4800 metrów), po czym wzniósł się na wysokość ok. 24,000 stóp (7315 metrów) po czym wszedł w ostatnie nurkowanie, rozbijając się z dużą prędkością o powierzchnię Oceanu Atlantyckiego, zabijając natychmiastowo wszystkie 217 osób znajdujących się na pokładzie.

    Zapisy obu czarnych skrzynek malowały przerażający obraz - wynikało z nich jasno, iż cokolwiek spotkało lot 990 rozpoczęło się wtedy, gdy zastępczy pierwszy oficer pozostał sam w kokpicie. Czarne skrzynki nie zarejestrowały odgłosów czy skutków wybuchu bomby, ani jakichkolwiek alarmów wskazujących na awarię któregokolwiek z systemów samolotu. Wnioski śledczych NTSB strona egipska przyjęła jednak niczym afront. Egipska prasa zaczęła pisać o tym, iż El-Batouty padł ofiarą żydowsko-amerykańskiego spisku, mającego ukryć prawdziwe przyczyny katastrofy. Inne gazety pisały, iż samolot został zestrzelony przez amerykańską marynarkę wojenną, zaś działania NTSB miały na celu ukrycie tego faktu. Z pewnością oliwy do ognia dolały również media amerykańskie, publikując niepoprawnie przetłumaczone wypowiedzi pierwszego oficera. Niektórzy egipscy oficjele wciąż utrzymywali, iż na pokładzie doszło do eksplozji bomby. Niedługo po wydobyciu czarnych skrzynek Egipt powołał własną komisję mającą wyjaśnić przyczyny tragedii. Ta już na samym początku kategorycznie odrzuciła tezę, iż za katastrofę odpowiedzialny był Gamil El-Batouty. Według egipskiej komisji, za katastrofę miała odpowiadać niezidentyfikowana dotąd awaria mechaniczna steru wysokości Boeinga 767. Egipscy śledczy szybko znaleźli rzekomy dowód wśród części wydobytych z morza. Znaleziono wśród nich trzy nity będące częścią steru wysokości, które wykazywały ślady pęknięć zmęczeniowych powstałych przed katastrofą. Kontrole przeprowadzone w następstwie tego odkrycia przez Federalną Administrację Lotnictwa wykazały istnienie podobnych pęknięć w 34 innych samolotach typu Boeing 767. Symulacje przeprowadzone przez inżynierów Boeinga i śledczych NTSB wykazały jednak, iż nawet w wypadku zablokowania się jednego ze sterów wysokości samolot wciąż mógł być w pewnym zakresie kontrolowany przez pilotów - ograniczonym, ale nie doprowadzającym do utraty kontroli nad maszyną. Do podobnych wniosków amerykańscy śledczy doszli, gdy Egipcjanie wysunęli hipotezę o możliwej awarii siłowników pneumatycznych steru wysokości - symulacje takich awarii przeprowadzone w symulatorze Boeinga 767 wykazywały, iż w wypadku współdziałania załogi samolot wciąż można było kontrolować i bezproblemowo wyprowadzić z nurkowania. Parametry zarejestrowane w trakcie symulacji porównano również z zapisem z rejestratora parametrów lotu z rozbitej maszyny - ani jedna z proponowanych przez Egipt awarii mechanicznych nie doprowadzała do odtworzenia warunków i danych zarejestrowanych w czarnej skrzynce rozbitej maszyny.

    Osobno od śledztw NTSB i ECAA, swoje działania prowadziła również agencja FBI. Skupiając się na hipotezie, iż El-Batouty rozbił samolot umyślnie, agenci rozpoczęli poszukiwania możliwego motywu takiego działania. Szybko rozpoczęto budowanie profilu. Z przesłuchań kolegów z pracy i rodziny, wyjawiał się obraz doświadczonego pilota. El-Batouty latanie rozpoczął jako członek Egipskich Sił Powietrznych, w szeregach których walczył w Wojnie Sześciodniowej i Wojnie Jom Kippur. Wojsko El-Batouty opuszczał jako doświadczony pilot i instruktor. W roku 1987 otrzymał on pracę jako pierwszy oficer w EgyptAir. Pomimo zaawansowanego wieku i dużego doświadczenia nigdy nie podszedł do egzaminu na stopień kapitana - najprawdopodobniej ze względu na słabą znajomość języka angielskiego. W szeregach pilotów EgyptAir zwyczajem było jednak zwracanie się do El-Batoutyego jako “Kapitanie” ze względu na jego wiek i doświadczenie - fakt ten zarejestrowała również czarna skrzynka lotu 990. Fakt ten nie zdawał się jednak grać większej roli - El-Batouty miał stwierdzić, że pozycja pierwszego oficera pozwalała mu na lepsze rozplanowanie lotów, zwłaszcza do Stanów Zjednoczonych - gdzie przebywała jego chora na toczeń córka, którą regularnie odwiedzał. Badanie otoczenia El-Batoutyego również nie wykazywało odcyhleń od normy - nie znaleziono dowodów na jego przynależność do grup radykalnych, terrorystycznych czy dowodów na problemy finansowe czy rodzinne - El-Batouty w momencie katastrofy znajdował się na trzy miesiące przed emeryturą.

    W roku 2000 doszło jednak do zdarzenia, które mogło przybliżyć śledczym motywy działania pierwszego oficera. W lutym kapitan EgyptAir Hamdi Taha poprosił o azyl w Londynie. Jak stwierdził, posiadał on informacje dotyczące lotu 990 i chciał rozmawiać z amerykańskimi śledczymi. Agenci FBI szybko dotarli do Londynu, gdzie Taha został przesłuchany. Według jego zeznań, powodem działań El-Batoutyego miała być decyzja władz linii, zakazujących mu wykonywania lotów do Stanów Zjednoczonych. Miało to być następstwem regularnych skarg na jego zachowanie, składanych przez gości i personel hotelu Pennsylvania w Nowym Jorku, w którym nocowały załogi EgyptAir. Przesłuchania prowadzone przez FBI potwierdziły te doniesienia - według nich El-Batouty wielokrotnie składał pracownicom hotelu niedwuznaczne propozycje, obmacywał je, napastował seksualnie czy też nawet obnażał się przed nimi. Początkowo kierownictwo linii zamiatało sprawę pod dywan, ale w końcu uznano, iż zachowanie El-Batoutyego źle wpływa na wizerunek linii. Według zeznań Tahy, obecność kapitana Rushdyego w Nowym Jorku również nie była przypadkowa - miał on przekazać El-Batoutyemu wiadomość, iż lot 990 miał być jego ostatnim lotem transatlantyckim przed odejściem na emeryturę i niejako “eskortować” go z powrotem do Egiptu. To właśnie ta decyzja miała wyzwolić w El-Batoutym gniew na tyle silny, iż celowo rozbił on samolot w akcie zemsty przeciwko Rushdyemu i EgyptAir. Egipskie władze zaprzeczyły doniesieniom Tahy, ponownie podkreślając tezę o awarii mechanicznej jako przyczynie tragedii. Ostatecznie, FBI nigdy nie udało się w stu procentach określić, co mogło kierować poczynaniami pierwszego oficera.

    Ostatecznie, NTSB opublikowało raport dotyczący katastrofy lotu 990 13 marca 2002 roku. Egipska komisja również opublikowała swój raport, w którym wyraźnie odrzuca teorię o winie Gamila El-Batoutyego. Według strony egipskiej, za przyczynę katastrofy należy uznać awarię siłowników hydraulicznych steru wysokości, zaś pierwszy oficer El-Batouty starał się ratować samolot, a nie rozbić go. Strona amerykańska odrzuciła tą tezę, bazując się na symulacjach, badaniach i testach wykonanych na własne zlecenie przy współudziale producenta samolotu. Amerykański raport kończy się następującymi sformułowaniami:

    Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu stwierdza, iż za prawdopodobną przyczynę wypadku lotu EgyptAir 990 należy uznać zejście z planowanej ścieżki lotu i uderzenie samolotu o powierzchnię Oceanu Atlantyckiego, spowodowane manewrami wykonanymi przez zastępczego pierwszego oficera. Powód wykonania tych manewrów przez pierwszego oficera nie mógł zostać ustalony.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #usa #egipt #lotnictwo #samoloty #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Dzisiejszy wpis zabierze nas w podróż na zachodnie wybrzeże USA lat 70. XX wieku. To właśnie tam w owym okresie grasował seryjny morderca, którego ofiarami były w dużej mierze studentki i autostopowiczki. Z tego powodu prasa nadała mu przydomek “The Co-Ed Killer” - “Zabójcy Studentek”. Człowiekiem odpowiedzialnym za te zbrodnie miał okazać się ktoś, kto na ścieżkę zbrodni wkroczył już w czasach młodości i który miał stać się jednym z modelowych przykładów seryjnego mordercy.

    Edmund Emil Kemper III urodził się 18 grudnia 1948 roku w mieście Burbank w stanie Kalifornia. Był drugim dzieckiem małżeństwa Edmunda i Clarnell Kemperów. Dzieciństwo Kempera trudno było uznać za szczęśliwe - pomiędzy jego rodzicami często dochodziło do kłótni, często rozpoczynanych przez matkę. Sam Edmund szybko zaczął wyróżniać się spośród rówieśników - głównie za sprawą ponadprzeciętnej inteligencji i wysokiego wzrostu - w wieku 15 lat mierzył sobie 1,93 metra wzrostu. Gdy Edmund miał 9 lat, jego rodzice rozwiedli się, zaś on sam wraz z dwoma siostrami oddany został pod opiekę Clarnell. Matka - neurotyczna alkoholiczka - często znęcała się psychicznie i fizycznie nad młodym Edmundem, cementując jego nienawiść do niej. To zachowanie matki odcisnęło swoje piętno na Edmundzie - od czasu ukończenia 10 lat zaczął przejawiać oznaki, iż rosła w nim niejako “ciemna strona”. W trakcie zabaw z siostrami wielokrotnie prosił je o zabawę w ”krzesło elektryczne” czy “komorę gazową”, w których to udawał umierającą ofiarę. W wieku 10 lat w tajemnicy przed resztą rodziny zamordował należącego do nich kota, grzebiąc go żywcem. Ciało po pewnym czasie odkopał, zdekapitował, a głowę nabił na kolec. Trzy lata później zabił drugiego kota rodziny - tym razem, jednak, matka Kempera odnalazła fragmenty zwłok zwierzęcia w szafie w pokoju Edmunda.

    W wieku 15 lat Kemper uciekł z domu, chcąc ponownie zamieszkać z ojcem. Odnalazł go w Van Nuys w stanie Kalifornia - jak się okazało, Edmund senior ożenił się ponownie. Edmund junior mieszkał przez pewien czas wraz z seniorem, dopóki ten nie wysłał go do North Fork na ranczo, gdzie mieszkali dziadkowie Kempera. Edmund junior nienawidził mieszkania tam razem z zniedołężniałym dziadkiem i babcią która według jego słów “ciągle emaskulowała zarówno mnie, jak i dziadka.”.

    Ta nienawiść w pełnej krasie wyszła na światło dzienne 27 sierpnia 1964 roku. Gdy dziadek Kempera wyjechał po zakupy, między siedzącą w kuchni babcią a wnukiem wywiązała się zażarta kłótnia. W jej trakcie Kemper na chwilę wyszedł z pokoju, wracając do niego z karabinem w ręku. Po powrocie do kuchni wycelował w kobietę po czym pociągnął za spust, zabijając ją strzałem w głowę. Po tym jeszcze dwukrotnie strzelił jej w plecy, po czym zadał jej kilka ciosów nożem. Gdy dziadek Kempera powrócił do domu, młody Edmund zastrzelił go na podjeździe do garażu - jak sam stwierdził po to, aby nie musiał zobaczyć ciała własnej żony. Po dokonaniu zbrodni Edmund powrócił do domu i zadzwonił do matki, nie wiedząc, co robić dalej. Ta nakazała mu wezwać policję, co Edmund uczynił.

    W policyjnym areszcie Edmund przyznał się do zabicia dziadków. Poza wyjaśnieniem, dlaczego zamordował dziadka stwierdził również, iż motywem morderstwa miała być chęć poznania uczucia towarzyszącego zamordowaniu własnej babci. Jako, iż Kemper w momencie dokonania podwójnego morderstwa miał 15 lat, nie został postawiony przed sądem czy też skazany na karę więzienia - zamiast tego umieszczony został w szpitalu psychiatrycznym w Atascadero, zdiagnozowany jako cierpiący na schizofrenię paranoidalną. Kemper był badany dalej - psychiatrzy z Atascadero nie zgodzili się z diagnozą psychiatrów sądowych - według nich Kemper nie był chory na schizofrenię i przejawiał cechy pasujące do osobowości bierno-agresywnej. Przeprowadzone w szpitalu testy na iloraz inteligencji dały zaś wynik 145 punktów. W trakcie pobytu w szpitalu Kemper blisko współpracował z personelem, przeprowadzając nawet wywiady i testy psychologiczne z innymi więźniami. Ta wiedza pozwoliła mu później na lepsze planowanie morderstw i oszukiwanie psychiatrów.

    18 grudnia 1969 roku Kemper został warunkowo wypuszczony na wolność i oddany pod opiekę matce - pomimo sprzeciwów psychiatrów. Przez to zamieszkał w miejscowości Aptos w okolicach Uniwersytetu w Santa Cruz, gdzie jego matka pracowała jako asystentka administracyjna. Lata rozłąki na zagoiły jednak ran z dzieciństwa - Clarnell cały czas odnosiła się do Edmunda z pogardą i nienawiścią. Kłótnie pomiędzy matką i synem stały się niejako częścią życia codziennego. Sam Kemper imał się różnych prac, próbując nawet zostać policjantem - jego podanie odrzucono jednak ze względu na wzrost - w owym czasie Edmund mierzył 2,06 metra. Odrzucenie podania nie zmieniło jednak podejścia Kempera, przez co stał się częstym bywalcem baru “Jury Room” - znanego miejsca spotkań policjantów po służbie, z którymi zawarł kilka znajomości. Wkrótce, Kemper znalazł pracę jako pracownik Departamentu Autostrad Stanu Kalifornia, przez co był w stanie wyprowadzić się z domu matki i wynająć mieszkanie w Alameda. Matka jednak cały czas nie dawała mu spokoju, często telefonując i składając mu niezapowiedziane wizyty. Ze względu na problemy finansowe Edmund często musiał wracać do Aptos. W owym czasie Kemper zaczął również odczuwać żądze mordu - widząc duże ilości autostopowiczek zaczął niejako przygotowywać grunt pod morderstwa, wożąc w samochodzie noże, kajdanki czy plastikowe worki.

    Ostatecznie, kolejnej żądzy mordu Kemper uległ 7 maja 1972 roku. Wtedy to jadąc przez miejscowość Berkley zatrzymał się, aby zabrać dwie autostopowiczki - 18-letnie Mary Ann Pesce i Anitę Luchessę. Obie kobiety poprosiły o podwózkę na Uniwersytet Stamforda. Kemper, po godzinie jazdy, zatrzymał się w odludnym, zalesionym miejscu w okolicach miejscowości Alameda. Z rozmów z innymi gwałcicielami w Atascadero Kemper wiedział, iż nie mógł zostawić świadków. Z tego powodu skuł obie kajdankami,, po czym wrzucił Luchessę do bagażnika. Następnie powrócił do Mary Ann, którą dźgnął kilkukrotnie nożem, a następnie udusił. Po tym tak samo postąpił z Anitą. Oba ciała schował do bagażnika, wyruszając w drogę do wynajmowanego mieszkania. Po drodze został zatrzymany przez policję za niedziałające światło stopu - kontrolujący Kempera policjant nie odkrył zwłok, przez co Kemper bez problemów wrócił do domu. W mieszkaniu ciała rozebrał, sfotografował, po czym odbył z nimi stosunek seksualny. Następnie zwłoki rozczłonkował - fragmentów ciał pozbył się w okolicach góry Loma Prieta. W tej okolicy pozbył się też odciętych głów obu studentek - z nimi również odbył pośmiertny stosunek seksualny.

    Po raz kolejny Kemper zaatakował 14 września 1972 roku. Tym razem jego ofiarą padła 15-letnia Aiko Koo. Po wywiezieniu jej w odludne miejsce, Kemper zmusił ją do posłuszeństwa grożąc jej bronią - pistoletem kalibru .22 cala. Po związaniu jej Kemper podduszał ją tak długo, aż straciła przytomność po czym zgwałcił ją i zamordował. Po powrocie do mieszkania - z przystankiem w pobliskim barze, gdzie wypił kilka kolejek - Kemper ponownie uprawiał seks z ciałem, po czym rozczłonkował je, porzucając fragmenty zwłok w odludnym miejscu. Zaledwie 2 miesiące później - 29 listopada 1972 roku - Kemper uznany został przez monitorujących go psychiatrów za niegroźnego dla społeczeństwa. Jego kartoteka została również oczyszczona - dzięki temu później nikt nie podejrzewał go o dokonanie morderstw na studentkach.

    Na następne morderstwo przyszło czekać do 7 stycznia 1973 roku. Ofiarą Kempera padła 18- Cindy Schall, którą spotkał na terenie kampusu Cabrillo College. Po wywiezieniu jej w odludne miejsce Kemper zastrzelił ją z pistoletu, po czym schował jej zwłoki do bagażnika i pojechał do domu matki, gdzie tymczasowo pomieszkiwał. Zwłoki następnie ukrył w szafie w pokoju, gdzie spał. Gdy matka wyszła do pracy, Kemper odbył stosunek seksualny ze zwłokami, po czym włożył je do wanny, gdzie ciało rozczłonkował. Fragmentów zwłok pozbył się poprzez wyrzucenie ich do morza - głowę ofiary zachował jednak dla siebie. Po odbyciu z nią kilkukrotnego stosunku zakopał ją w ogródku domu matki w taki sposób, iż niejako “patrzyła” na jej sypialnię - jak stwierdził sam Kemper dlatego, iż jego matka “uwielbiała, gdy ludzie zapatrywali się w nią”.

    Zniknięcia studentek i odnajdywanie kolejnych ciał sprawiło, iż w rejonie Santa Cruz zapanowała psychoza strachu. Jako, iż ofiary były autostopowiczkami zalecano, aby wsiadać do samochodów wyłącznie z naklejkami informującymi o przynależności do uniwersytetu. Ta metoda nie mogła się jednak sprawdzić w wypadku Kempera, który posiadał taką naklejkę ze względu na pracę matki. 5 lutego 1973 roku, po kolejnej burzliwej kłótni z matką wściekły Kemper ponownie wyruszył w drogę z żądzą mordu. Ofiary odnalazł na kampusie uniwersytetu - były nimi 23-letnia Rosalind Thorpe i 20-letnia Allison Liu. Po tym, jak kobiety wsiadły do auta, Kemper zabił obie strzałami z pistoletu, po czym owinął ich ciała w koce. Po powrocie do domu Kemper postąpił z nimi tak samo, jak z innymi.

    Ostatnich morderstw Kemper miał dopuścić się 20 kwietnia 1973 roku. Wieczorem tego dnia przebywał w domu matki, gdy ta wróciła do niego po imprezie. Gdy Clarnell położyła się spać, Kemper wszedł do sypialni, uderzył ją kilkakrotnie w głowę młotkiem, po czym podciął jej gardło. Gdy był pewny, że nie żyje, Edmund odciął głowę od ciała, wykorzystał ją seksualnie, po czym położył na półce i przez następnych kilka godzin używał jej w charakterze tarczy do rzutek. W tym czasie wyciął z niej również język i krtań, które próbował następnie nieskutecznie zmielić w młynku do odpadów w kuchni. Po tym Kemper poszedł do baru, gdzie napił się a następnie powrócił do domu. Wtedy też zadzwonił do najbliższej przyjaciółki matki - 59-letniej Sally Hallet - którą zaprosił na “obiad-niespodziankę”. Gdy Hallet dotarła do domu Clarnell, Kemper zaatakował ją, mordując ją przez uduszenie. Następnego ranka Edmund Kemper opuścił dom, zostawiając przy tym notatkę dla policji, w której pisał:

    “Ok. 5:15 rano, Niedziela. Ona nie musi już cierpieć z rąk tego okropnego “morderczego Rzeźnika”. Poszło szybko - we śnie - tak jak chciałem. Bez niedbalstwa czy też bez końca, panowie. Po prostu z “braku czasu”. Mam coś do zrobienia!!!”

    Po opuszczeniu domu Kemper skierował się do miejscowości Pueblo w stanie Colorado. Kiedy tam dotarł dowiedział się, iż nikt nie odkrył zwłok jego matki czy jej koleżanki. Znajdując najbliższą budkę telefoniczną zadzwonił na policję, przyznając się do dokonania podwójnego morderstwa. Odbierający rozmowę policjant nie potraktował zgłoszenia poważnie - uznając je za żart, kazał Kemperowi zadzwonić później. Po kilku godzinach Kemper odezwał się ponownie - tym razem poprosił policjantów o połączenie go ze znajomym funkcjonariuszem, któremu powtórzył swojej przyznanie się do winy. Tym razem jego wyznanie wzięto na poważnie. Edmund Kemper został aresztowany - nie stawiał oporu. Na komisariacie przyznał się również do dokonania sześciu morderstw na studentkach w północnej Kalifornii. Pytany o to, dlaczego oddał się dobrowolnie w ręce policji, stwierdził:

    “Oryginalny cel zniknął… To wszystko nie miało już celu ani fizycznego, ani psychicznego. To była tylko strata czasu… Nie mogłem już tego dłużej emocjonalnie wytrzymać. Pod koniec zrozumiałem szaleństwo tego całego i nieomal dogorywając ze zmęczenia stwierdziłem - pieprzyć to i skończyłem.”

    7 maja 1973 roku Edmund Kemper został oficjalnie oskarżony o dokonanie 8 zabójstw. W trakcie śledztwa współpracował z policją, przestawiając bardzo obszerne i szczegółowe zeznania dotyczące każdej zbrodni, w jakiej brał udział. Ostatecznie, proces Kempera rozpoczął się 23 października 1973 roku przed sądem w Santa Cruz. Biegli sądowi uznali, iż Kemper był poczytalny i w pełni sił fizycznych i psychicznych w momencie dokonywania zbrodni - te zaś motywowane były nienawiścią do matki - zamordowane studentki były jedynie substytutem dla jej postaci. 8 listopada 1973 roku ława przysięgłych uznała Edmunda Kempera winnym zarzucanych mu czynów. Ze względu na obowiązujące wtedy moratorium na wykonywanie kary śmierci (o którą Kemper zabiegał) sąd wymierzył mu karę ośmiu kar dożywotniego pozbawienia wolności. W następstwie wyroku Edmund Kemper osadzony został w California Medical Facility w Vacaville, gdzie przebywa do dziś. W trakcie wykonywania wyroku kilkakrotnie udzielał wywiadów mediom, gdzie wyjaśniał motywy swoich zbrodni. Swój występ w filmie dokumentalnym Murder: No Apparent Motive z 1984 roku zakończył następującymi słowami:

    “Gdzieś na świecie jest ktoś, kto ogląda ten film, ale jeszcze tego nie zrobił - nie zabił nikogo, ale chce to zrobić, jest wściekły, walczy z tym uczuciem lub jest pewny, że je kontroluje. Ten ktoś musi z kimś porozmawiać na ten temat. Musi zaufać komuś, usiąść i porozmawiać o czymś, co nie jest przestępstwem; przecież myślenie o tym to nie przestępstwo. Zrobienie tego to nie tylko przestępstwo; to coś okropnego. To uczucie nie chce odejść i jest ciężkie do zatrzymania, gdy już się rozpocznie.”

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #usa #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Na zdjęciu widoczny jest należący do firmy kurierskiej samolot McDonnell Douglas MD-10-30F sfotografowany na lotnisku w Anchorage w stanie Alaska - jedna z trzynastu takich maszyn latająca w barwach tej firmy. Z samolotem ze zdjęcia - o numerze bocznym N306FE - łączy się jednak przerażająca i niezwykła historia która sprawiła, iż jest to chyba najbardziej znana maszyna tego typu.

    Aby zrozumieć przyczynę “sławy” N306FE, należy cofnąć się do dnia 7 kwietnia 1994 roku. Owego dnia N306FE stał zaparkowany na lotnisku w Memphis w stanie Tennessee - mieście będącym główną siedzibą firmy FedEx. Samolot miał tego dnia wykonywać lot 705 - regularny kurs z Memphis do San Jose w stanie Kalifornia. Łącznie, na pokładzie samolotu miało początkowo znaleźć się tylko trzech członków załogi - 49-letni kapitan David Sanders, 42-letni pierwszy oficer James Tucker i 39-letni inżynier pokładowy Andrew Peterson. Tuż przed startem okazało się, iż do trójki załogantów miał dołączyć dodatkowy pasażer. Był nim 42-letni Auburn Calloway - inżynier pokładowy, pierwotnie mający być członkiem załogi lotu 705. Jednakże ze względu na fakt, iż poprzedniego dnia przekroczył czas pracy o 1 minutę musiano zmienić skład załogi. Calloway dotarł na pokład maszyny jako pierwszy - niedługo po nim do samolotu wszedł inżynier pokładowy Peterson. Już na samym początku zauważył problem - wyłączony obwód zasilający rejestrator rozmów w kokpicie. Myśląc, iż była to zwykła awaria, Peterson zresetował bezpiecznik i zapisał zdarzenie w dzienniku pokładowym. Nie mógł wtedy wiedzieć, iż był to jeden z kroków planu, który dla całej załogi lotu 705 miał oznaczać walkę o śmierć i życie.

    Około godziny 15:00 DC-10 poderwał się z pasa startowego w Memphis, kierując się w stronę San Jose. Zarówno start jaki i wznoszenie przebiegały rutynowo. Około 20 minut po starcie, jednak, wszystko się zmieniło. Calloway wszedł bez słowa do kokpitu i nagle zaatakował Petersona, uderzając go młotkiem w głowę. Uderzenie było na tyle silne, iż doprowadziło do pęknięcia tętnicy skroniowej. Zaraz po tym Calloway zaatakował pozostałych dwóch pilotów uderzając ich kilkukrotnie młotkami. Nim załoganci zdołali otrząsnąć się z efektów tego nagłego ataku, Calloway wybiegł z kokpitu, po czym powrócił do niego trzymając w ręku harpun. Tym razem, jednak, załoga była gotowa. Gdy Calloway wszedł do kokpitu, Peterson chwycił za harpun, a kapitan Sanders rzucił się na Callowaya, starając się powalić go na ziemię. Z pomocą przyszedł nagle Tucker - ciągnąc za wolant podniósł dziób samolotu o 15 stopni. Nagły manewr sprawił, iż Calloway, Peterson i Sanders stracili równowagę i wylecieli z kokpitu do przestrzeni pomiędzy kokpitem a przestrzenią załadunkową. Wiedząc, iż ranni Sanders i Peterson będą potrzebowali każdej możliwej pomocy w obezwładnieniu Callowaya, Tucker postanowił pomóc im, wykonując gwałtowne manewry - nauczony doświadczeniem jako instruktor na samolotach szturmowych A-4 Skyhawk z czasów służby w lotnictwie marynarki wojennej USA. Zaraz po podniesieniu dziobu i rozpoczęciu wznoszenia pochylił samolot na lewe skrzydło, obracając samolot o 140 stopni - 80 stopni więcej niż dopuszczalny limit przechyłu na samolotach typu DC-10. Następnie, Tucker wprowadził samolot w lot nurkowy - trójka walczących ze sobą mężczyzn została przyparta do siatki ochraniającej palety z towarem. Calloway nie złożył jednak broni, cały czas siłując się z Petersonem i Sandersem - kapitan został w tym czasie dwukrotnie trafiony młotkiem w głowę. Nagłe nurkowanie sprawiło, iż samolot szybko nabierał prędkości - gdy instrumenty pokazały 460 węzłów (850 km/h - prawie 200 km/h szybciej niż maksymalna dopuszczalna prędkość maszyny) Tucker odkrył, iż zawirowania powietrza zablokowały ster wysokości. Samolot zbliżał się również do granicy prędkości dźwięku - a nie był zaprojektowany do jej przekroczenia. Tuckerowi udało się jednak wyjść z sytuacji gdy odkrył, iż silniki samolotu cały czas pracowały na pełnej mocy. Jako, iż w wyniku pierwszego uderzenia młotkiem stracił kontrolę nad prawą częścią ciała, Tucker musiał przez chwilę użyć jedynej sprawnej ręki do zmniejszenia mocy, tracąc chwilowo kontrolę nad maszyną. Pomimo tego, wkrótce udało mu się ustabilizować maszynę. Korzystając z okazji zaalarmował on kontrolę obszaru w Memphis, informując ich o próbie porwania i prosząc o zgodę na powrót do Memphis. Po udzieleniu zgody Tucker poprosił również o interwencję oddziałów specjalnych policji i pomoc medyczną.

    Poza kokpitem sytuacja wciąż była nierozstrzygnięta. Co prawda Peterson i Sanders powstrzymywali Callowaya przed powrotem do kokpitu, jednak ze względu na odniesione obrażenia i upływ krwi zaczęli tracić siły. Słysząc wzbierające odgłosy walki, Tucker zaczął przechylać maszynę na lewo i prawo sprawiając, iż trójka mężczyzn z tyłu rzucana była o ściany samolotu. Wkrótce, Sandersowi udało się wyrwać młotek z rąk Callowaya i zadać mu cztery ciosy. Ten zwrot sytuacji sprawił, iż Calloway został, choć na chwilę, obezwładniony. Kapitan Sanders nakazał wtedy Tuckerowi opuścić kokpit i przyjść z pomocą ciężko krwawiącemu Petersonowi. Przez moment w kokpicie nie było nikogo - załoganci zdecydowali, iż to kapitan Sanders, najlżej ranny z nich, powinien sprowadzić samolot na ziemię. Po powrocie do kokpitu i rozeznaniu w sytuacji Sanders odkrył, iż lądowanie będzie niezwykle trudne. Samolot wciąż znajdował się zbyt wysoko i leciał zbyt szybko, aby wylądować na pasie numer 9, jaki poczatkowo zaoferowała kontrola lotów w Memphis. Do tego, maszyna ważyła o 16 ton więcej niż maksymalnie dopuszczalna masa przy próbie lądowania. Co gorsza, w tym modelu samolotu przełączniki służące do zrzucania paliwa znajdowały się na panelu inżyniera pokładowego - znajdującego się poza zasięgiem kapitana siedzącego w lewym fotelu pilota. Krążenie nad lotniskiem zaś groziło tym, iż Calloway mógł wyrwać się z rąk Petersona i Tuckera i zaatakować ponownie. Wiedząc o tym, kapitan Sanders poprosił o zgodę na lądowanie na dłuższym pasie 36L. Podejście do pasa z tej pozycji wymagało jednak wykonania dwóch ciasnych zakrętów - co przy ciężkiej maszynie z częściowo oślepionym przez brak okularów i cieknącą z głowy krew pilotem za sterami było prawie że niewykonalne. Kapitan Sanders postanowił jednak podjąć ryzyko. W międzyczasie Calloway ponownie próbował wyrwać się spod kontroli Tuckera i Petersona - pomimo obrażeń obaj załoganci zdołali utrzymać go w ryzach. Ostatecznie, kapitanowi Sandersowi udało się bezpiecznie wylądować na lotnisku w Memphis i zatrzymać samolot na pasie startowym.

    Zaraz po zatrzymaniu maszyny na jej pokład dostał się strażak i ratownik medyczny David Teague. Z pomocą kajdanek rzuconych mu przez jednego z policjantów ostatecznie obezwładnił on Auburna Callowaya na dobre. Cała czwórka mężczyzn z pokładu lotu 705 została natychmiast przetransportowana do szpitala - Calloway został przy tym przywiązany pasami do noszy i eskortowany przez uzbrojonych policjantów. Z trójki członków załogi jedynie kapitan Sanders był w stanie opuścić samolot, a następnie karetkę o własnych siłach. W szpitalu lekarze musieli zaszyć kilka głębokich rozcięć na głowie kapitana i praktycznie przyszyć mu z powrotem całą prawą małżowinę uszną. Pierwszy oficer Tucker i inżynier pokładowy Peterson byli zaś w stanie krytycznym - lewa strona czaszki Tuckera była roztrzaskana w tak małe kawałki, iż niektóre z nich wbiły mu się w mózg, powodując częściowy paraliż i zanik zmysłu dotyku. Do tego w trakcie walki z Callowayem Tucker zwichnął żuchwę i został dźgnięty w prawe ramię. Peterson stracił zaś dużo krwi z powodu pęknięcia tętnicy skroniowej i również zdiagnozowano u niego pęknięcie czaszki.

    Prawie od razu FBI rozpoczęło śledztwo mające na celu wyjaśnienie motywów, jakimi kierował się Auburn Calloway. W samolocie odnaleziono list, który Calloway napisał do swojej byłej żony, z którą rozwiódł się w 1990 roku. W nim to bardzo wyraźnie zaznaczył, jak ważne było dla niego zabezpieczenie finansowej przyszłości dla dwójki dzieci. Śledczy odkryli również, iż już następnego dnia - 8 kwietnia 1994 roku - Calloway miał stawić się na przesłuchanie w sprawie sfałszowanych dokumentów potwierdzających liczbę wylatanych w powietrzu godzin, jakie przedstawił w procesie rekrutacyjnym. Śledczy uznali, iż stojąc przed perspektywą utraty pracy i braku możliwości zapewnienia bytu dzieciom, Calloway dotarł do punktu z którego jedynym wyjściem było to, co wydarzyło się na pokładzie lotu 705. Analizując dokumenty znalezione w mieszkaniu Calloway śledczy natrafili m.in. na dokumenty potwierdzające przesłanie 54 tysięcy dolarów na konto byłej żony Callowaya na kilka dni przez 7 kwietnia, spisany testament oraz na klauzulę ubezpieczeniową w umowie Callowaya, która zapewniała wypłatę 2,5 miliona dolarów odszkodowania jego rodzinie w wypadku śmierci na skutek wypadku przy pracy. Ten zapis wyjaśniał, dlaczego Calloway użył tak nietypowej broni w próbie porwania samolotu. Łącznie, śledczy zabezpieczyli na miejscu zbrodni 4 młotki, harpun i nóż - jak się okazało, rany zadane przez tego typu broń byłby niemożliwe do odróżnienia od ran powstałych na skutek rozbicia się samolotu. Śledczy dowiedzieli się również, iż to Calloway odłączył obwód rejestratora rozmów w kokpicie w celu zatarcia śladów.

    Ostatecznie proces Auburna Callowaya zakończył się 15 sierpnia 1995 roku. Calloway nie przyznał się do winy, zasłaniając się chwilową niepoczytalnością. Ława przysięgłych nie uwierzyła w to wyjaśnienie, uznając go winnym zarzutów próby dokonania morderstwa i próby porwania samolotu. Sąd wymierzył Callowayowi dwie kary dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości zwolnienia warunkowego. Obecnie, Auburn Calloway odbywa karę w więzieniu federalnym Lompoc w hrabstwie Santa Barbara w Kalifornii jako więzień numer #14601-076. Cała trójka członków załogi lotu 705 przeżyła zarówno próbę porwania jak i długą rehabilitację - jednakże ze względu na odniesione obrażenia nie byli w stanie wrócić do latania komercyjnego. Już 26 maja 1994 roku amerykański Związek Zawodowy Pilotów Komercyjnych odznaczył Davida Sandersa, Jamesa Tuckera i Andrew Petersona Złotymi Medalami za Heroizm - najwyższym odznaczeniem, jakie może uzyskać amerykański pilot cywilny. W tej historii jest jednak jeszcze miejsce dla czwartego bohatera tego dnia  - samolotu N306FE, który wytrzymał manewry, do których nie był zaprojektowany i posłużył niejako jako broń mogąca obezwładnić porywacza. W wyniku agresywnego latania i lądowania z przeciążeniem samolot został uszkodzony - naprawy kosztowały FedEx 800 tysięcy dolarów. Po modyfikacji do standardu MD-10 samolot służy w flocie przewoźnika aż po dziś dzień.

    #kronikakryminalnafranka #usa #historia #historiajednejfotografii #gruparatowaniapoziomu #lotnictwo
    pokaż całość

    źródło: cdn.planespotters.net

  •  

    W dzisiejszym wpisie przeniesiemy się do Japonii. Kraj ten regularnie zaliczany jest do czołówki państw o najniższym wskaźniku przestępczości. Nie oznacza to, oczywiście, iż Japonia jest państwem, w którym nie ma przestępców. Jeden z takich przypadków wyszedł na jaw na przełomie roku 2000 i 2001, gdy japońska policja aresztowała widocznego na zdjęciu mężczyznę - rozmiar i natura jego czynów sprawiły, iż w trakcie późniejszego procesu media nadały mu przydomek “bestii z ludzką twarzą”.

    Historia ta zaczęła się już w maju 2000 roku - wtedy to do Tokio przybyły dwie Brytyjki - 21-letnia Lucie Blackman oraz jej koleżanka - 21-letnia Louise Phillips. Obie poznały się podczas pracy jako stewardessy dla linii British Airways. Po rozwiązaniu umowy z firmą, obie przeniosły się do Tokio, chcą zarobić pieniądze w egzotycznym dla siebie miejscu. Lucie szybko znalazła pracę jako hostessa w klubie nocnym Casablanca w dzielnicy Roppongi. Dzielnica ta znana była w dużej mierze właśnie z dużej liczby nocnych klubów i barów, gdzie samotni mężczyźni szukali towarzystwa młodych kobiet - bez przyzwolenia, jednak, na dotykanie ich czy składania im propozycji o charakterze seksualnym. Dla japońskiej policji dzielnica ta była również jednym z głównych terenów działania zorganizowanych grup przestępczych zrzeszonych pod wspólną nazwą Yakuza. Pomimo tego, Lucie szybko zaaklimatyzowała się w nowej rzeczywistości, utrzymując przy tym regularny kontakt z rodziną pozostającą w Wielkiej Brytanii.

    Całość miała jednak zmienić się 1 lipca 2000 roku. Rankiem Lucie wyszła z mieszkania, które dzieliła z Louise. Wychodziła na tzw. douhan - opłaconą z góry spotkanie z klientem klubu Casablanca. W wypadku tego typu spotkań klienci mają obowiązek “odstawić” hostessę z powrotem do klubu. W tym wypadku, jednak, do tego nie doszło - po Lucie zaginął jakikolwiek ślad. Następnego dnia do Louise Phillips zadzwonił nieznany mężczyzna - według jego słów, Lucie miała dołączyć do sekty religijnej i zerwać jakikolwiek kontakt z resztą świata. Koleżanka Lucie nie uwierzyła w słowa tajemniczego mężczyzny - prawie natychmiast po tym powiadomiła o zaginięciu dziewczyny jej mieszkającą w Anglii matkę. Siostra Lucie - Sophie - prawie natychmiast podjęła decyzję o wyruszeniu do Japonii w celu poszukiwania siostry. Do Tokio Sophie dotarła już 4 lipca, po czym starła się zgłosić zaginięcie siostry policji i brytyjskiej ambasadzie. Na miejscu, jednak, spotkała się z bardzo lekceważącym podejściem do sprawy ze strony japońskiej policji. Początkowo, stróże prawa nie chcieli nawet przyjąć zgłoszenia o zaginięciu Lucie twierdząc, że w trakcie spotkania z pewnością za dużo wypiła i znajdzie się, gdy wytrzeźwieje. Policjanci odnosili się do sprawy lekceważąco, kompletnie ignorując prośby Sophie o dogłębniejsze zbadanie sprawy. 10 lipca 2000 roku do Tokio dotarł ojciec Lucie - Tim Blackman. Widząc brak reakcji ze strony władz i wciąż nie wiedząc wiele o losie córki, Blackman podjął decyzję o nagłośnieniu sprawy w mediach. 13 lipca 2000 roku Tim Blackman zwołał konferencję prasową, w której zwrócił się z apelem o pomoc do japońskiego społeczeństwa i policji.

    Powoli udawało się również rekonstruować ostatni dzień, gdy Lucie Blackman widziana była żywa. Nad ranem 1 lipca, Lucie wyszła z domu, udając się na douhan. Według zeznań Louise Phillips, Lucie dzwoniła jeszcze do niej dwukrotnie z telefonu komórkowego, jaki dostała od klienta - o godzinie 17:00 gdy zwierzyła się, iż klient zabrał ją do mieszkania na wybrzeżu i o 19:00, gdy powiedziała, iż za około pół godziny zacznie wracać do domu. Od tej pory kontakt urwał się zupełnie. Na podstawie tych zeznań Tim Blackman wystąpił z zapytaniem, czy policja byłaby w stanie namierzyć miejsce, z którego dzwoniła Lucie na podstawie billingów telefonicznych. Ojciec dziewczyny spotkał się jednak z odpowiedzią odmowną - według policjantów, tego typu operacja stanowiłaby naruszenie obowiązujących w Japonii praw prywatności. Wkrótce Blackmanowie uzyskali jednak silnego sojusznika - niedługo po konferencji prasowej do Tokio przybył z wizytą ówczesny premier Wielkiej Brytanii Tony Blair. W trakcie pobytu w stolicy Japonii Blair spotkał się z rodziną, obiecując wsparcie poprzez poruszenie kwestii zniknięcia Brytyjki w rozmowie z premierem Japonii w trakcie nadchodzącego szczytu G8. Tim Blackman działał dalej - wkrótce uruchomiona została infolinia, gdzie możliwi świadkowie bądź osoby znające los Lucy mogły anonimowo poinformować rodzinę. Anonimowość sprawiła również, iż wkrótce na numer zaczęły zgłaszać się inne, zagraniczne hostessy, unikające kontaktów z policją ze względu na groźbę deportacji.

    Z opisu niektórych hostess zaczął wyłaniać się mroczny obraz - kilka kobiet dzwoniących na infolinię opisywało nietypowy douhan. Klientem był schludnie ubrany, zamożny i dobrze mówiący po angielsku japoński biznesmen w wieku od 45 do 50 lat. W każdym wypadku zabierał on hostessy do mieszkania na wybrzeżu, gdzie częstował je kolacją oraz specjalnym winem. Niedługo po posmakowaniu trunku kobiety traciły przytomność. Odzyskiwały ją najczęściej nad ranem, nie pamiętając, co działo się w trakcie nocy - często też przez następnych kilka dni ciężko chorowały. Poza zbieraniem nowych informacji, rodzice Lucy wystąpili z prośbą do Lorda Kanclerza Derry’ego Irvine’a o sporządzenie ekspertyzy prawnej dotyczącej legalności sprawdzenia billingów telefonicznych w świetle japońskiego prawa. Ekspertyza wykazała, iż tego typu działanie w ramach objętego tajemnicą śledztwa nie łamało prawa. Stojąc pod presją ze strony politycznej i medialnej, japońska policja została niejako zmuszona do potraktowania zniknięcia Lucie na poważnie.

    11 października 2001 roku śledztwo ponownie nabrało rozpędu. Owego dnia policja doprowadziła na przesłuchanie 48-letniego Jojiego Obarę - pochodzącego z rodziny koreańskich imigrantów biznesmena zajmującego się handlem nieruchomościami. W trakcie przesłuchania Obara początkowo zaprzeczał, iż miał jakikolwiek związek z tą sprawą i odmawiał składania zeznań. Milczenie Obary w trakcie przesłuchań sprawiło, iż policjanci wkrótce przeszukali należące do niego mieszkania. W trakcie przeszukań zabezpieczono m.in. aparat fotograficzny, w którym znaleziono film ze zdjęciami przedstawiającymi Lucie Blackman, duże ilości chloroformu, pamiętniki Obary, dokumenty oraz zbiór prawie 4000 kaset VHS. Po odkryciu filmu ze zdjęciami Lucie Blackman, Obara zmienił zeznania - stwierdził, iż faktycznie była w jego mieszkaniu, ale opuściła je wieczorem, udając się na pobliską stację kolejową. Tłumaczenie to nie usatysfakcjonowało policji. Sprawdzenie zbioru kaset okazało się wstrząsające - niektóre taśmy zawierały zapisy gwałtów, jakich Obara dokonywał na nieprzytomnych kobietach. Analiza pamiętnika Obary naprowadziła policję na kolejny trop - uwagę śledczych przykuł wpis z lutego 1992 roku, brzmiący “Carita Ridgway - za dużo chloroformu.” Policjanci szybko rozpoczęli badanie tego tropu.

    Wpis z pamiętnika doprowadził ich do tragicznej historii - w lutym 1992 roku do jednego z tokijskich szpitali trafiła 21-letnia Carita Ridgway - pochodząca z Australii modelka, również pracująca jako hostessa w dzielnicy Roppongi. Według słów mężczyzny, który przywiózł ją do szpitala - przedstawił się jako “pan Nishida” - Ridgway miała poczuć się źle po zjedzeniu surowej ostrygi. Stan hostessy szybko pogarszał się - w ciągu kilku dni zapadła w śpiączkę spowodowaną ostrą niewydolnością wątroby. Jej stan był na tyle zły, iż musiała zostać podłączona do respiratora. 29 lutego 1992 roku rodzina Ridgway podjęła decyzję o odłączeniu respiratora. W roku 2000 policjanci prowadzący sprawę Lucie Blackman powrócili do owego szpitala. Okazało się, iż w laboratorium szpitala wciąż znajdował się fragment wątroby Ridgway pobrany w trakcie biopsji. Badanie toksykologiczne potwierdziło obecność chloroformu w tkance wątrobowej. Do tego, policjantom udało się również odnaleźć taśmę VHS, na której nagrano dokonany przez Obarę gwałt na Ridgway. Stało się jasne, iż za śmierć Carity Ridgway odpowiadało zatrucie chloroformem.

    Bazując na dostępnym materiale dowodowym, prokuratura była już w stanie oskarżyć Obarę o gwałt i morderstwo na Caritcie Ridgway i gwałt na kolejnych ośmiu kobietach. Sprawa Lucie Blackman, jednak, pozostawała nierozwiązana. W lutym 2001 roku policja postanowiła dokonać ponownego przeszukania okolic nadmorskiego apartamentu Obary mieszczącego się w miejscowości Miura w prefekturze Kanagawa, mieszczącej się 50 kilometrów na południe od Tokio. 9 lutego 2001 roku w jaskini mieszczącej się kilkaset metrów od mieszkania dokonano makabrycznego odkrycia. Pod odwróconą wanną odnaleziono osiem worków z pociętymi fragmentami ludzkich zwłok oraz czaszkę zanurzoną w cemencie. Badania dentystyczne potwierdziły, iż szczątki należały do Lucie Blackman. Odnalezienie zwłok brytyjki zbiegło się w czasie z nowymi informacjami, do jakich dotarła japońska policja. Analiza historii wyszukiwania w przeglądarce internetowej w komputerze Obary dowiodła, iż zaraz po zniknięciu Lucie wyszukiwał on porad dotyczących postępowania z ofiarami przedawkowania narkotyków. Analiza połączeń telefonicznych wykonywanych z jego telefonu wykazała, iż kilkakrotnie dzwonił do okolicznych szpitali - przesłuchania pracowników dowiodły, iż również pytał się o to, jak pomóc ofierze przedawkowania. Kolejnych poszlak dostarczyła sekcja zwłok Lucie Blackman - stan rozkładu ciała nie pozwolił na określenie przyczyny zgonu, ale analiza ran dokonanych w punktach rozczłonkowania zwłok wykazała, iż sprawca najprawdopodobniej użył do tego celu piły łańcuchowej. Wśród dokumentów zabezpieczonych w mieszkaniu Obary odnaleziono rachunek wystawiony na zakup piły łańcuchowej, winylowej maty, worka cementu i rozkładanego stołu z dnia 4 lipca 2000 roku. Kolejną poszlaką okazała się notatka służbowa spisana przez dwóch policjantów uczestniczących w interwencji w Miurze 6 lipca 2000 roku. Policjanci zostali wezwani przez gospodarza domu, który uskarżał się na głośny hałas dochodzący z mieszkania Obary. Sam Obara nie wpuścił policjantów do mieszkania twierdząc, iż za hałas odpowiadał prowadzony przez niego remont łazienki. Policjanci, nie doszukując się w hałasie znamion przestępstwa, nie zrobili nic poza sporządzeniem notatki. Fakt ten, połączony z początkowym brakiem zainteresowania policji okazał się być jednym z głównych punktów krytyki wymierzonej w japońskie władze przez miesiące po aresztowaniu Obary i w trakcie procesu.

    6 kwietnia 2001 roku Joji Obara został oficjalnie oskarżony o uprowadzenie, gwałt, morderstwo i ukrycie zwłok Lucie Blackman. Jak w wypadku poprzedniego oskarżenia nie przyznał się do winy. Po ponad roku przygotowań, proces “bestii z ludzką twarzą” rozpoczął się przez sądem w Tokio 10 października 2002 roku. Prokuratura łącznie oskarżyła Obarę o uprowadzenie, gwałt i morderstwo na osobach Lucie Blackman oraz Carity Ridgway i o dokonanie dalszych ośmiu gwałtów. Oskarżony nie przyznał się do winy. Proces trwał aż do 24 kwietnia 2007 roku - odcisnął on również swoje piętno na rodzinie Blackmanów. Tim i Jane Blackman rozwiedli się, Sophie Blackman próbowała popełnić samobójstwo i przez 9 miesięcy przebywała w szpitalu psychiatrycznym, zaś brat Lucie Rupert rzucił studia ze względu na załamanie nerwowe. Ostatecznie, sąd uznał Obarę winnym gwałtu i morderstwa na Caritcie Ridgway i dokonania ośmiu gwałtów, skazując go na wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Sąd uznał jednak, iż dowody łączącę Obarę ze śmiercią Lucie Blackman były niewystarczające i uniewinnił go z zarzutów związanych z tą sprawą. Obie strony natychmiast złożyły apelacje. Dalszy proces trwał od 25 marca do 16 grudnia 2008 roku. Sąd apelacyjny podtrzymał poprzedni wyrok w mocy, uznając dodatkowo Obarę winnym porwania Lucie Blackman oraz rozczłonkowania i ukrycia jej zwłok. Obrona Jojiego Obary złożyła kolejną apelację do Sądu Najwyższego - ten jednak w grudniu 2010 ostatecznie uprawomocnił wyrok sądu apelacyjnego i potrzymał zasądzoną karę dożywotniego pozbawienia wolności.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #japonia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: murderpedia.org

    •  

      @FrankJUnderwood: pamiętam z TV, głośna sprawa. Widziałem wywiad z rodzicami. Po obejrzeniu tych kaset (w sumie znaleziono ponad 4000 VHS) podejrzewa się go o ponad 400 gwałtów. Nie wiadomo na pewno ile z tych kobiet zabił. W pamiętniku zapisał, że chciał odbyć seks z 500 kobietami przed swoimi 30 urodzinami. Miał też totalnego świra na punkcie blondynek, ale gwałcił też Japonki - niby z zemsty za to co Japonia zrobiła Korei w czasie wojny i później.

      Tim i Jane Blackman rozwiedli się,
      tak ale przyczyna była inna, ojciec wziął pieniądze przekazane przez przyjaciela Obary, prawie 600.000 USD. Matka znienawidziła go za to. Ojciec też starał się załagodzić sprawę i nie naciskać zbytnio w czasie rozprawy.

      Matka zgłosiła męża na policję, że ten przyjął trefne pieniądze.

      Na zdjęciu ofiara tego potwora.
      pokaż całość

      źródło: secure.i.telegraph.co.uk

    •  
      R...n

      0

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (23)

  •  

    Akcja dzisiejszego wpisu zabierze nas do Londynu, na ulicę Princes Gate w dzielnicy Kensington. Położona w bogatej części Londynu jest domem dla ambasad czy też Instytutu Polskiego i Muzeum im. Generała Sikorskiego. W ciągu 6 dni w kwietniu i maju 1980 roku, jednak, stała się słynna na cały świat z zupełnie innego powodu.

    Poranek 30 kwietnia 1980 roku zapowiadał się na kolejny, spokojny dzień w pracy dla konstabla Trevora Locka. Jako członek gałęzi Ochrony Dyplomatycznej londyńskiej Metropolitan Police pełnił tego dnia służbę patrolowo-ochronną przed ambasadą Islamskiej Republiki Iranu przy ulicy 16 Princes Gate. Około godziny 11:30, jednak, spokój okolicy został zachwiany. Do Locka podbiegła nagle grupka mężczyzn, która szybko obezwładniła go i zaciągnęła do budynku ambasady, grożąc mu bronią. Zaskoczony Lock zdołał jedynie nacisnąć przycisk alarmowy radia - nie zdołał dobyć służbowego rewolweru, schowanego w kaburze pod połami kurtki. Uzbrojeni mężczyźni szybko weszli do budynku ambasady i opanowali ją w ciągu kilku minut. Ostatecznie, w rękach terrorystów znalazło się 26 zakładników. W większości byli to irańscy pracownicy ambasady - wśród nich najwyższym rangą okazał się charges d’affaires Gholam-Ali Afrouz. Wśród zakładników znaleźli się również syryjski dziennikarz Mustapha Karkouti, brytyjsko-pakistański dziennikarz Muhammad Hashir Faruqi oraz dwaj pracownicy BBC - dźwiękowcy Chris Cramer i Simeon Harris. Około godziny 12:00 ambasada została w pełni otoczona przez policję - dowództwo nad operacją oblężenia ambasady przejął komisarz John Dellow. Wkrótce, na miejscu zjawili się również policyjni strzelcy wyborowi oraz jednostki nasłuchowe. W budynku przy ulicy 70 Whitehall zebrał się również sztab kryzysowy COBRA - wobec braku chęci współpracy ze strony rządu Iranu (który oskarżył USA i Wielką Brytanię o zorganizowanie ataku w odpowiedzi na zajęcie ambasady USA w Teheranie) podjęto decyzję o zastosowaniu wobec sytuacji prawa brytyjskiego (z pominięciem Konwencji Wiedeńskiej).

    O godzinie 15:15 terroryści nawiązali kontakt z policją przez podrzucony przez okno ambasady telefon polowy. Głos w słuchawce przedstawił się jako Oan Ali Mohammed. Był on członkiem organizacji terrorystycznej Demokratycznego Frontu Rewolucyjnego Wyzwolenia Arabistanu - separatystycznej organizacji arabskiej, domagającej się odłączenia od Iranu i ogłoszenia autonomii prowincji Chuzestan w południowo-zachodnim Iranie. Zaledwie rok wcześniej irańskie siły bezpieczeństwa stłumiły arabską rebelię w owej prowincji - to wydarzenie miało wpłynąć mocno na decyzję o ataku na ambasadę. W rozmowie z negocjatorami Oan, używający pseudonimu “Salim” przedstawił pierwsze żądanie - uwolnienia więzionych w Chuzestanie 91 arabskich więźniów. Zagroził również, iż w wypadku niespełnienia żądania terroryści mieli wysadzić ambasadę w powietrze następnego dnia o godzinie 12:00. Oprócz tego, Oan zażądał przysłania do ambasady lekarza, gdyż jedna z zakładniczek - sekretarz prasowa Frieda Mozaffarian - źle się poczuła. Policja odmówiła wykonania tego żądania, a wobec pogarszającego się stanu zdrowia zakładniczki, terroryści wypuścili ją na wolność o godzinie 16:30.

    Wieczór 30 kwietnia i noc z 30 kwietnia na 1 maja nie przyniosły nowych wieści od terrorystów. Sztab COBRA kontynuował obrady, zaś na miejscu zdarzenia pojawili na dobre rozstawiły się media - atak na ambasadę i wzięcie zakładników stało się jednych z głównych tematów omawianych w prasie, radiu i telewizji. Dziennikarze, skupieni na ambasadzie, nie zauważyli jednak, iż o godzinie 3:30 do budynku Royal College of General Practitioners, mieszczącego się “ściana w ścianę” z ambasadą weszła grupa mężczyzn w czarnych ubraniach. Byli to komandosi Eskadry B jednostki specjalnej SAS, którzy przybyli wieczorem z głównej bazy pułku w Hereford. Ich dowódca - podpułkownik Michael Rose - szybko został włączony do sztabu kryzysowego i rozpoczął planowanie ewentualnego szturmu na ambasadę.

    Wczesnym rankiem 1 maja, terroryści wykonali telefon do redakcji wiadomości BBC. W rozmowie telefonicznej z dziennikarzami, Oan potwierdził ponownie swoją tożsamość i grupę, do której należał oraz stwierdził, iż zakładnicy nie pochodzącym z Iranu nic się nie stanie. Kolejny telefon rozbrzmiał niedługo później - korzystając z postawionego wcześniej telefonu polowego (gdyż w ciągu ranka policja odcięła linię telefoniczną i teleksową ambasady), Simeon Harris poprosił o przysłanie do ambasady lekarza. Jak się okazało znajomy Harrisa - Chris Cramer - również zachorował, a jego stan szybko pogarszał się. Policyjni negocjatorzy odmówili wykonania prośby proponując, aby Cramer został zwolniony. Ostatecznie, negocjacje zakończyły się sukcesem, i o godzinie 11:15 Cramer został wypuszczony z ambasady, po czym zabrany do szpitala. W trakcie dnia negocjatorzy zrozumieli również, iż terroryści nie będą w stanie spełnić groźby wysadzenia ambasady. Terroryści zgodzili się na wydłużenie terminu do godziny 14:00, ale nawet po jego upłynięciu groźba nie została spełniona. Ostatecznie, przed końcem dnia Oan wystosował nowe żądania - nadania przez brytyjskie media manifestu grupy oraz bezpiecznego opuszczenia Wielkiej Brytanii, które miało zostać wynegocjowane przez minimum trzech ambasadorów państw arabskich. W tajemnicy przed terrorystami, policja rozpoczęła również operację założenia podsłuchów w ambasadzie.

    Przez kolejne 3 dni - od 2 do 4 maja - policja i terroryści kontynuowali negocjacje. 2 maja żądania terrorystów zostały ogłoszone w wieczornych wiadomościach BBC - ci uznali jednak materiał za zbyt fałszywy i niedopracowany. Brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych wystosowało również prośby do ambasadorów kilku państwa arabskich o możliwość nawiązania kontaktu z terrorystami. Za kulisami trwały jednak przygotowania do możliwego szturmu ambasady przez komandosów SAS. Podczas zebrań sztabu COBRA podjęto decyzję o prowadzeniu negocjacji aż do momentu śmierci zakładnika bądź bliskiej śmierci zakładnika - sztab zezwalał na rozpoczęcie szturmu w wypadku zaistnienia jednej z tych sytuacji. Pierwotnie, plan szturmu zakładał uderzenie od frontu ambasady, połączone ze sforsowaniem drzwi wejściowych i atak przez okna na parterze. 2 maja, jednak, policji udało się namierzyć gospodarza domu. Ten zaś stwierdził, iż w wyniku audytu bezpieczeństwa przeprowadzonego przez SAS kilka lat wcześniej, dokonano poważnych zmian - okna na parterze i pierwszym piętrze wyposażono w szyby ze szkła pancernego, zaś drzwi frontowe zostały wzmocnione stalowymi płytami. Pierwotny plan musiał więc zostać zmieniony. 3 maja wieczorem kilku komandosom SAS udało się niezauważenie przejść z dachu budynku w którym stacjonowali na dach ambasady - tam odkryli oni niezaznaczony na planach świetlik i zamocowali liny, na których komandosi mogliby spuścić się z dachu i dostać się do środka budynku przez okna.

    Ostatecznie plan szturmu ambasady, opracowany przez generała brygady Petera de la Billière’a, podpułkownika Michaela Rose’a i majora Hectora Gullana, został przedstawiony 4 maja. Według niego, komandosi mieli zostać podzieleni na dwie duże grupy - Czerwoną i Niebieską. Zadaniem grup był równoczesny atak na ambasadę od strony ściany frontowej i tylnej. Grupy zostały również podzielone na mniejsze, czteroosobowe zespoły, które miały za zadanie m.in. zdetonowanie ładunku wybuchowego spuszczonego przez świetlik celem zdezorientowania terrorystów czy też szturm przez drzwi wejściowe od strony patio budynku i zabezpieczenie parteru, piwnicy oraz głównej klatki schodowej ambasady. Większość komandosów miała jednak zjechać z dachu ambasady na linach i zabezpieczyć pierwsze i drugie piętro, forsując drogę przez okna ładunkami wybuchowymi. Pomimo faktu, iż oblężenie trwało już pięć dni, pokojowe rozwiązanie sytuacji wciąż było daleko - negocjacje pomiędzy brytyjskim MSZ i ambasadorami państw arabskich stanęły w martwym punkcie - Wielka Brytania nie chciała zgodzić się na bezpieczne opuszczenie kraju przez terrorystów, o co apelowali ambasadorowie. Policyjni negocjatorzy mogli obiecać jednak terrorystom ponowne nadanie manifestu w wiadomościach BBC w zamian za uwolnienie dwóch zakładników. Terroryści przystali na te warunki - 3 maja z budynku wypuszczono sekretarkę Hyechę Kanji i pakistańskiego turystę Alego Ghanzafara. Przeciągające się negocjacje i ciągłe opóźnienia w wykonywaniu żądań zaczęły jednak coraz bardziej denerwować terrorystów.

    Negocjacje trwały jednak dalej - 5 maja, jednak, wszystko miało się zmienić. O godzinie 13:00 Oan zakomunikował przez telefon polowy, iż jeśli w ciągu 45 minut pod ambasadą nie pojawi się jakikolwiek ambasador państwa arabskiego, to terroryści zabiją zakładnika. O godzinie 13:40 Trevor Lock przejął słuchawkę - zgłosił, iż terroryści wybrali spośród zakładników głównego sekretarza prasowego ambasady Abbasa Lavasaniego i zaprowadzili go do osobnego pokoju. Lavasani nie został wybrany przypadkowo - w trakcie niewoli wielokrotnie prowokował terrorystów i był zagorzałym zwolennikiem rewolucji islamskiej w Iranie. Według Locka, Lavasani mówił kilkakrotnie, iż jeśli terroryści chcieliby zabić zakładnika, to on zgłosiłby się sam. O godzinie 13:45 w słuchawce telefonu negocjatorów rozbrzmiały trzy strzały, po czym linia zamilkła. Strzały te usłyszeli również zgromadzeni wokół ambasady policjanci i dziennikarze. O godzinie 15:50 podpułkownik Rose otrzymał rozkaz od ministra spraw wewnętrznych Williego Whitelawa, nakazujący przygotowanie się do szturmu ambasady. O godzinie 17:00 Rose zaraportował, iż komandosi byli gotowi do szturmu na ambasadę w ciągu 10 minut od wydania ewentualnego rozkazu. O godzinie 18:20 pod ambasadę przyprowadzony został imam z pobliskiego meczetu, w celu nawiązania kontaktu z terrorystami. W takcie rozmowy Oana i imamem padły kolejne trzy strzały, a Oan ogłosił, iż terroryści zabili zakładnika i będą zabijać kolejnych co 30 minut. Na potwierdzenie swoich słów, kilka minut po zakończeniu rozmowy terroryści wyrzucili zwłoki Lavasaniego przez drzwi frontowe. Potwierdzenie śmierci zakładnika przypieczętowało decyzję o rozpoczęciu szturmu - na wniosek komisarza Davida McNee i za zgodą premier Margaret Thatcher dowództwo nad sytuacją przekazano z rąk Metropolitan Police w ręce brytyjskiej armii. O godzinie 19:07 dowodzący dotąd operacją komisarz John Dellow przekazał dowództwo Rose’owi, zezwalając na atak na ambasadę na komendę Rose’a oraz nakazując negocjatorom odwrócenie uwagi Oana przez zajęcie go rozmową przez telefon polowy.

    Szturm ambasady, znany pod kryptonimem Operacja “Nimrod”, rozpoczął się o godzinie 19:23. Zgodnie z planem, komandosi zaczęli spuszczać się po linach po ścianach budynku. Na tyłach ambasady, jednak, sytuacja szybko poszła niezgodnie z planem - prowadzący sekcję komandos zaplątał się w linę, co sprawiło, iż nie mógł spuścić się niżej i narażało go na obrażenia w wypadku zdetonowania ładunków wybuchowych. Jeden z żołnierzy próbujących pomóc dowódcy niechcący zbił szybę butem, co usłyszeli wszyscy zgromadzeni w budynku ambasady. Nie mogąc użyć ładunków wybuchowych, komandosi zbili szyby na drugim piętrze młotkami i weszli do środka, wrzucając do pomieszczeń granaty hukowe. Eksplozje granatów zapaliły zasłonę, a płomienie szybko dotarły do zaplątanego komandosa. Na szczęście, drugiej grupie żołnierzy schodzącej z dachu udało się odciąć liny i uratować dowódcę. Wkrótce potem, zgromadzeni wokół budynku dziennikarze i policjanci usłyszeli głuchy wybuch - jego źródłem był ładunek wybuchowy, który komandosi spuścili przez świetlik, chcąc zdezorientować terrorystów. Wkrótce, kamery telewizyjne uchwyciły ubrane na czarno sylwetki komandosów na balkonie frontowym ambasady, a po chwili frontem budynku wstrząsnęła potężna eksplozja. To komandosi drużyny Niebieskiej bezproblemowo zjechali z dachu na balkon, po czym podłożyli ładunek wybuchowy na drzwiach, forsując drogę do środka.

    W środku budynku, sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli porywaczy. Eksplozje ładunków wybuchowych zdezorientowały terrorystów, którzy nie wiedzieli, skąd nadchodził atak. Komandosi z frontu ambasady weszli przez balkon do biblioteki, gdzie natknęli się na Simeona Harrisa. Harris został szybko wyprowadzony na balkon, gdzie jego ucieczkę nagrały kamery BBC. Komandosi kontynuowali natarcie, zabijając terrorystę ukrywającego się w pokoju przylegającym do biblioteki. W tym samym czasie, przywódca terrorystów starał się sprawdzić źródło dźwięku, gdy nagle został powalony na ziemię przez Trevora Locka, starającego się obezwładnić terrorystę. Jak się później okazało, terroryści niedbale przeszukali policjanta i nie znaleźli przy nim jego służbowego rewolweru, który Lock następnie ukrywał przez cały czas oblężenia. Uzbrojony Lock i Oan zaczęli walczyć w parterze, gdy nagle do pokoju wpadli dwaj komandosi. Lock, słysząc ich krzyk, rzucił się w stronę drzwi, z dala od leżącego na ziemi Oana. Komandosi następnie otworzyli ogień z pistoletów maszynowych, zabijając Oana na miejscu.

    Większość zakładników przetrzymywana była w pokoju teleksowym na drugim piętrze. W momencie rozpoczęcia szturmu, terroryści otworzyli ogień do zakładników - w wyniku ostrzału zginął pracownik ambasady Ali Akbar Samadzadeh, a ranni zostali Gholam-Ali Afrouz i doradca medyczny Ahmad Dadgar. Terroryści, słysząc zbliżających się komandosów, stchórzyli - rzucili broń i starali wmieszać się w tłum zakładników. Komandosi nie mieli litości - dwaj zidentyfikowani terroryści zostali podstawieni pod ścianą i zastrzeleni. Po tym, komandosi rozpoczęli wyprowadzanie zakładników z budynku główną klatką schodową. W trakcie przejścia, jeden z ukrywających się wśród zakładników terrorystów wyciągnął z kieszeni granat - widząc to, jeden z komandosów zrzucił terrorystę w dół schodów, gdzie dwaj inni żołnierze otworzyli ogień, zabijając go na miejscu. Około godziny 19:40 szturm zakończył się. Zakuci w kajdanki zakładnicy zostali wyprowadzeni na tył ambasady. Tam, Simeon Harris zidentyfikował ostatniego terrorystę - Fowziego Nejada, który starał się ukryć wśród zakładników. Zaraz po identyfikacji, jeden z komandosów chwycił Nejada i zaczął prowadzić go z powrotem w stronę budynku ambasady. Od zamiaru odstąpił jednak gdy dowiedział się, iż operacja była transmitowana na żywo w telewizji. Operacja “Nimrod” zakończyła się sukcesem.

    Ostatecznie, oblężenie ambasady Iranu w Londynie kosztowało życie dwóch zakładników i pięciu terrorystów. Dwoje zakładników i jeden komandos odniosło rany. Niedługo po zakończeniu operacji, policja rozpoczęła śledztwo w sprawie śmierci zakładników i terrorystów. Zakończyło się ono stwierdzeniem, iż komandosi SAS dokonali “morderstwa w majestacie prawa” i nie postawiono im żadnych zarzutów. Inne śledztwo dowiodło, iż terroryści mogli być wspierani przez władze irackie - cała szóstka posługiwała się irackimi paszportami, zaś broń jakiej używali, została przemycona na teren Wielkiej Brytanii najprawdopodobniej w worku irackiej poczty dyplomatycznej. Fowzi Nejad został aresztowany i następnie skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności za udział z ataku. W roku 2008 został warunkowo zwolniony z więzienia po odbyciu 27 lat kary. Jego deportacja do Iranu nie jest jednak możliwa ze względu na fakt, iż w kraju tym grożą mu tortury i śmierć. Nejad mieszka do dziś w Londynie pod zmienionym nazwiskiem. Za swoją postawę w trakcie oblężenia konstabl Trevor Lock odznaczony został Medalem Jerzego. Operacja “Nimrod” sprawiła również, iż jednostka SAS stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych jednostek antyterrorystycznych na świecie.

    #kronikakryminalnafranka #gruparatowaniapoziomu #historia #historiajednejfotografii #terroryzm #uk #iran #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: shadowspear.com

    +: w.........r, retore12 +403 innych
  •  

    W dzisiejszym wpisie przeniesiemy się do Polski w początkach roku 1957. To właśnie wtedy w Warszawie dokonano zbrodni, za którą tak naprawdę nikt nigdy nie odpowiedział, zaś jej dokładne szczegóły i motywacje kryminalistów do dziś nie są w pełni znane i są cały czas obiektem spekulacji kryminologów i historyków.

    Zbliżała się godzina 14:00 22 stycznia 1957 roku. Z budynku męskiego Liceum im. św Augustyna, mieszczącego się przy ulicy Naruszewicza 32 na warszawskim Mokotowie wyszła grupka czterech uczniów. Nie zaszli daleko – przy skrzyżowaniu ulic Wejnerta i Naruszewicza do grupki podeszło dwóch mężczyzn. Jak później zeznali chłopcy, mężczyźni ci nie byli im znani i wyglądali na pracowników tajnych służb bądź milicjantów w cywilu. Jeden z nich następnie zapytał o Bohdana Piaseckiego – jednego z chłopców idących w grupie. Gdy Piasecki potwierdził swoją tożsamość, mężczyzna wyciągnął z teczki plik kartek – pokazał go chłopcu, który wkrótce podążył za nim ulicą Wejnerta. Drugi z „tajniaków” podążył za parą, która wkrótce dotarła do zaparkowanej przy krawężniku taksówki marki Warszawa. Trójka mężczyzn weszła do środka i odjechała w stronę Śródmieścia. Jej odjazd obserwowała czwórka osób – koledzy Piaseckiego Wojciech Szczęsny, Janusz Świątkowski i Ryszard Karwański oraz kioskarz Henryk Rysak – wszyscy spisali również numer rejestracyjny taksówki, tknięci przeczuciem, że cała sytuacja wydawała się im dziwna. Jak miało się później okazać, wspomniana trójka była ostatnimi osobami postronnymi, które widziały Bohdana Piaseckiego żywego.

    O godzinie 16:00 macocha Bohdana – Barbara Piasecka – zgłosiła milicji zaginięcie syna . Wkrótce rozpoczęto śledztwo zakładające, iż Bohdan został uprowadzony. Potwierdzenie tej informacji przyszło szybko – już tego samego dnia do ojca Bohdana – Bolesława Piaseckiego – zadzwonił nieznany mężczyzna. Dzwoniący informował, iż w Urzędzie Pocztowym Numer 1 przy ulicy Świętokrzyskiej 31/33 oczekiwał na niego pozostawiony na poste restante list. Ostemplowana na 19 stycznia 1957 roku koperta potwierdzała najgorsze przeczucia rodziny – pozostawiony w niej list stwierdzał, iż Bohdan został porwany. Porywacze zapowiedzieli, iż wypuszczą chłopca po zapłaceniu okupu – miał on wynosić 4 tysiące dolarów i 100 tysięcy złotych. Dwa dni później porywacze odezwali się ponownie – Piasecki otrzymał polecenie wysłania podwładnego z pieniędzmi oraz znakiem rozpoznawczym – małym porożem jelenia – do restauracji „Kameralna” przy ulicy Foksal, skąd miał on otrzymać następne instrukcje. Zadania tego podjął się ksiądz Mieczysław Suwala, prefekt Liceum św. Augustyna.

    25 stycznia 1957 roku ks. Suwala, w asyście nieumundurowanych funkcjonariuszy MO i MSW dotarł do restauracji. Tam wkrótce został wezwany przez obsługę do telefonu – głos w słuchawce nakazał mu udać się do domu przy alei Na Skarpie 65. Na miejscu odnalazł on instrukcję, każącą mu udać się na 8 piętro. Na piętrze znajdowała się kolejna zapisana maszynopisem kartka, nakazującą udanie się na ulicę Jakubowską 16, w okolicach Wału Miedzeszyńskiego. Tam odnaleziono kolejną instrukcję, nakazującą udanie się na wiadukt mostu kolejowego przy warszawskiej Pradze. Na skutek błędu kierowcy, Suwała wysiadł na złym wiadukcie i nie znalazł instrukcji. Drugi kierowca, przebrany w sutannę i wysłany później dotarł na właściwe miejsce – tam jednak nie odnalazł instrukcji.

    Wieczorem 25 stycznia porywacze jednak odezwali się ponownie – telefonując do Bolesława Piaseckiego nakazali mu udać się do kościoła św. Krzyża, gdzie miała czekać wiadomość. Jej treść zszokowała rodzinę chłopca – porywacze dostrzegli eskortę milicji podążającą za Suwalą. Ze względu na to podwyższyli kwotę okupu o 100 tysięcy złotych i nakazali namalować na wieżyczce mostu Poniatowskiego numer telefonu, pod którym mieli się skontaktować w sprawie ponownego przekazania okupu. Telefon zadzwonił następnego dnia rano – tym razem wysłannik, wyposażony w pieniądze i duże na minimum pół metra poroże jelenia - miał dotrzeć na skrzyżowanie alei Jerozolimskich i ul. Marszałkowskiej. Zadania podjął się członek egzekutywy Stowarzyszenia PAX Ryszard Reiff, któremu towarzyszył znajomy z czasów II Wojny Światowej Mieczysław Lipka, schowany w bagażniku samochodu Reiffa. Na miejscu Reiff nie odnalazł instrukcji – jak się okazało, została ona przechwycona przez agenta MSW, nim Reiff dotarł na miejsce. Notatka nakazywała Reiffowi udanie się na ulicę Dynasy 16, gdzie miała czekać kolejna instrukcja – Reiff nie odnalazł jej. Ostatnią próbę kontaktu porywacze podjęli 26 stycznia, wykonując telefon do współpracownika Bolesława Piaseckiego Jana Dobraczyńskiego, nakazując oczekiwać z okupem na telefon naajpierw wieczorem 26 stycznia, a następnie 27 stycznia o godzinie 15:00. Telefon jednak nigdy już nie zadzwonił – kontakt z porywaczami urwał się na zawsze.

    Równolegle z próbą przekazania okupu prowadzono czynności związane z namierzeniem taksówki, do której wsiedli porywacze Piaseckiego. W Wydziale Komunikacji potwierdzono, iż samochód marki Warszawa o numerze rejestracyjnym T-72-222 należał do Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego. Już 22 stycznia na ulicy Wilczej auto zostało zatrzymane przez patrol MO, zaś jego kierowca – Ignacy Ekerling – zatrzymany a następnie przesłuchany w charakterze świadka. Ekerling zeznał iż owego w okolicach godziny 13:00 do taksówki na ulicy Żelaznej wsiadł mężczyzna. Kazał on następnie zawieźć się pod gmach Sądu Okręgowego przy alei Generała Świerczewskiego (dzisiejsza al. Solidarności), gdzie dołączył do niego drugi mężczyzna. Pasażerowie następnie kazali Ekerlingowi jechać na Mokotów – początkowo na ulicę Naruszewicza, a następnie Wejnerta. Na ulicy Wejnerta kazali kierowcy zatrzymać się, a następnie opuścili pojazd – pierwszy pasażer oddalił się, zaś drugi pozostał przy aucie. Po pięciu minutach pierwszy mężczyzna powrócił, razem z Bohdanem Piaseckim. Następnie, Ekerling miał odwieźć całą trójkę z powrotem pod gmach Sądu, gdzie pierwszy mężczyzna zapłacił za kurs a następnie opuścił pojazd, kierując się razem z drugim mężczyzną i Piaseckim do wejścia budynku. Milicjanci nie poprzestali jedynie na przesłuchaniu taksówkarza – wkrótce, przesłuchano również Wojciecha Szczęsnego, jak i Henryka Rysaka. Ich zeznania zaprzeczały wersji taksówkarza – obaj świadkowie stwierdzili, iż Ekerlinga w ogóle w taksówce nie było. Według zeznań kioskarza, samochód stał na ulicy Wejnerta pusty przez ok. 30 minut, zaś oprócz dwóch mężczyzn, którzy uprowadzili Piaseckiego, w samochodzie nie przebywała żadna inna osoba. Milicjantów zdziwiło też to, że Ekerling nie był w stanie podać rysopisu pasażerów – pomimo tego, iż według ich obliczeń przebywał w ich towarzystwie przez prawie pełną godzinę. Ekerling kłamał również twierdząc, iż taksówką tą jechał jako kierowca rezerwowy – dokumentacja MPT wskazywała, iż dzień przed porwaniem otrzymał ją jako kierowca stały. Nie był on również w stanie określić, co dokładnie robił przed wykonaniem kursu na ulicę Wejnerta. Pomimo nieścisłości w zeznaniach i podejrzeń, iż Ekerling mógł współpracować z porywaczami, nie zastosowano wobec niego ani aresztu ani dozoru. Ani milicja, ani MSW zdawały się kompletnie nie zwracać uwagi na podejrzane zachowanie Ekerlinga – niedługo po przesłuchaniu otrzymał wizę umożliwiającą wyjazd do Izraela, wysłał tam bagaż i sprzedał mieszkanie. W kwietniu 1957 roku usiłował również wyjechać z Polski – wyjazdowi zapobiegła jednak interwencja Bolesława Piaseckiego w MSW. Ekerling powrócił następnie do Warszawy, gdzie jakby nigdy nic powrócił do pracy w MPT. W tym samym miesiącu Wojciech Szczęsny został zaatakowany przez nieznanego sprawcę, zaś Henryk Rysak utrzymywał, iż w trakcie miesiąca był przez kogoś śledzony.

    Przez resztę roku 1957 śledztwo popadło w kompletny marazm, spotęgowany przez fakt rozdrobnienia go na wiele komórek MO i MSW, które nie współpracowały ze sobą. Rozpoczęło się jakby na nowo w roku 1958, po zmianie prokuratora prowadzącego. 1 kwietnia 1958 roku Ignacy Ekerling został aresztowany. W jego mieszkaniu znaleziono interesujące dokumenty – w tym zapiski potwierdzające znajomość Ekerlinga z byłymi pracownikami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego pochodzenia żydowskiego – kilku z nich, przed wyjazdem do Izraela, mieszkało w miejscach, gdzie porywacze pozostawiali wskazówki dotyczące pozostawienia okupu. We wrześniu 1958 roku do życia oficjalnie powołano Grupę Operacyjno-Dochodzeniową „Zaginiony”. Cztery miesiące później, jednak, śledztwo miało przybrać jeszcze bardziej makabryczny odcień.

    Był ranek, 8 grudnia 1958 roku. Do budynku mieszkalnego mieszczącego się przy alei Generała Świerczewskiego nr 82a weszli hydraulicy. Ich zadaniem była rutynowa inspekcja urządzeń sanitarnych w budynku. Gdy zeszli do piwnicy zdziwił ich fakt, iż jedne z drzwi zostały zabite gwoździami. Hydraulikom po chwili udało się usunąć blokadę i otworzyć drzwi. Widok, jaki ukazał się ich oczom był przerażający. W pomieszczeniu, pomyślanym jako umywalnia i ubikacja planowanego schronu obrony przeciwlotniczej, znajdowały się zmumifikowane zwłoki. Mężczyźni szybko zadzwonili na milicję. Przybyli na miejsce stróże prawa i personel medyczny rozpoczęli oględziny. Na podłodze schronu odnaleziono zeszyty i książki, podpisane jako należące do Bohdana Piaseckiego. Zwłoki zostały następnie przewiezione do kostnicy, gdzie zostały zidentyfikowane zarówno przez rodzinę, jak i stomatologa. Sekcja zwłok wykazała istnienie dwóch ran – rany kłutej lewej piersi zadanej sztyletem wciąż wbitym w ciało – ostrze ominęło serce, aczkolwiek przebiło lewe płuco. Drugą ranę, zadaną tępym narzędziem, odkryto z tyłu głowy zwłok – według patologów, uderzenie doprowadziło do pęknięcia kości ciemieniowej lewej, kości skroniowej lewej, jak i podstawy czaszki. Sekcja zwłok nie była w stanie ustalić, która z ran w ostateczności doprowadziła do śmierci Bohdana. Oględziny zwłok również okazały się szokujące – koszula, jaką miał na sobie Bohdan była czysta i nie nosiła śladów zabrudzeń od potu na kołnierzu czy mankietach. Oznaczało to, iż chłopiec został najprawdopodobniej zamordowany w dniu porwania lub już następnego dnia po nim. Cała historia z okupem i poszukiwanie instrukcji na terenie całej Warszawy były jedynie mistyfikacją.

    Odnalezienie zwłok Bohdana Piaseckiego ostatecznie zamknęło rozdział związany z porwaniem i zaginięciem. Wydawało się, iż przełom był bliski – jednakże dopiero 30 września 1959 roku zadecydowano o postawieniu Ignacego Ekerlinga w stan oskarżenia. Zarzucono mu współudział w pozbawieniu wolności przez użyczenie porywaczom samochodu. Ostatecznie, jednak, do procesu nigdy nie doszło – na zlecenie Jerzego Albrechta i na mocy decyzji Antoniego Alstera, wiceministra spraw wewnętrznych, akt oskarżenia został wycofany, a Ekerling został zwolniony z aresztu, pomimo protestów Bolesława Piaseckiego. Z późniejszych wspomnień Zenona Kliszki wynika, iż wycofanie aktu oskarżenia zaaprobował nawet sam Władysław Gomułka. Ignacy Ekerling zmarł w roku 1977, zaś śledztwo w sprawie śmierci Bohdana Piaseckiego zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy dnia 22 grudnia 1978 roku. Sam Bolesław Piasecki zmarł w dniu 1 stycznia 1979 roku, nigdy nie dowiedziawszy się, kto stał za śmiercią jego syna.

    Historycy jak i znawcy tego okresu nie mają jednak wątpliwości, iż śmierć Bohdana Piaseckiego miała podłoże polityczne. Aby zrozumieć, dlaczego, należy przyjrzeć się postaci kluczowej – jego ojcu Bolesławowi. W okresie dwudziestolecia międzywojennego Piasecki był bardzo zaangażowanym działaczem środowiska narodowościowego – w trakcie nauki w gimnazjum i na początku studiów był jednym z czołowych działaczy endeckiego Obozu Wielkiej Polski. Delegalizacja tej organizacji przez władze sanacyjne w roku 1933 nie powstrzymała Piaseckiego – wkrótce stał się on jednym ze współzałożycieli Obozu Narodowo-Radykalnego. Niedługo po tym, w ONR doszło jednak do rozłamu – w jego skutku Piasecki stanął na czele najbardziej radykalnego odłamu tej organizacji – Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga. W tym okresie Falanga znana była z jawnego głoszenia poglądów antysemickich i antykomunistycznych. Jej członkowie odpowiedzialni byli za ataki na żydowskie sklepy, siedziby żydowskiej partii socjalistycznej „Bund” czy też ataki na pochody pierwszomajowe. Sam Piasecki, co dowiodły późniejsze odkrycia w archiwach, był w owym czasie również współpracownikiem II Oddziału Sztabu Generalnego. W trakcie kampanii wrześniowej Piasecki wziął udział w walkach jako dowódca plutonu Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. Odrzucił przy tym jakiekolwiek myśli o kolaboracji z Niemcami, zaś w grudniu 1939 roku został aresztowany przez Gestapo. Na mocy wstawiennictwa włoskich faszystów, jednak, wiosną 1940 roku został zwolniony z więzienia. Po wyjściu z więzienia Piasecki rozpoczął formowanie tzw. Uderzeniowych Batalionów Kadrowych – jednostek partyzanckich, walczących z Niemcami i radziecką partyzantką w rejonie Podlasia. W roku 1943 Bataliony zostały wcielone w szeregi AK, biorąc później udział w akcji „Burza”. W przeciwieństwie do wielu innych partyzantów, Piasecki początkowo uniknął aresztowania z rąk Armii Czerwonej i NKWD – w roku 1944 przedostał się do centralnej Polski, gdzie starał się sformować oddziały gotowe do walki z siłami komunistów. Plany te przerwało jednak aresztowanie przez NKWD w listopadzie 1944 roku i osadzenie w więzieniu w Lublinie.

    W trakcie odsiadki w Piaseckim jakby zaszła przemiana – stał się on nagle gorącym orędownikiem sojuszu z ZSRR przy jednoczesnym oparciu o poglądy nacjonalistyczne i katolickie. Głoszone przez Piaseckiego teorie zainteresowały bardzo ważnego człowieka – samego generała Iwana Sierowa, wiceszefa NKWD. Ta dziwna znajomość wydawałoby się dwóch wrogich sobie ludzi okazała się dla Piaseckiego bardzo przydatna – już w lipcu 1945 roku został zwolniony z więzienia. Kontakty ze Sierowem sprawiły, iż Piasecki był później podejrzewany przez osoby takie jak Władysław Gomułka czy Leopold Tyrmand o bycie radzieckim agentem. Nagły wzrost znaczenia i pozycji Piaseckiego w hierarchii stalinowskiej Polski mógł legitymizować tego typu teorie – w roku 1947 Piasecki stanął na czele Stowarzyszenia PAX, zrzeszającego tzw. „postępowych katolików” - katolików wspierających władze PRL. W okresie stalinizmu PAX rósł w siłę – na łamach publikacji „Dziś i Jutro” i „Słowa Powszechnego” regularnie pojawiały się artykuły jawnie potępiające hierarchów kościelnych sprzeciwiających się władzom komunistycznym. W roku 1953 PAX przejął kontrolę na „Tygodnikiem Powszechnym”, ku wściekłości kościoła. PAX rozrastał się również jako przedsiębiorstwo, praktycznie monopolizując produkcję dewocjonaliów, przejmując nieruchomości czy też monopolizując produkcję... długopisów oraz płynu „Ludwik”. O ile PAX rósł w siłę, o tyle władze nigdy do końca nie zaufały Piaseckiemu – istnieją dowody, iż był on inwigilowany przez UB.

    Śmierć Józefa Stalina w marcu 1953 roku miała jednak zwiastować nadchodzącą „odwilż”. W realiach PRL, jednak, jej jawnymi znakami miały być śmierć Bolesława Bieruta i przejęcie władzy przez Władysława Gomułkę jesienią roku 1956. Następujące miesiące „odwilży” miały również odbić się na tajnych służbach – likwidacja Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego czy przemiana UB w SB i podporządkowanie jednostek SB komendom MO doprowadziły niejako do „rozprężenia” i chwilowego chaosu w działaniach służb – zwiększając prawdopodobieństwo dokonania zbrodni i uniknięcia kary. W samym Stowarzyszeniu PAX „odwilż” również doprowadziła do tarć – Bolesław Piasecki jasno opowiedział się po stronie partyjnego bloku konserwatywnego „natolińczyków”, krytykując na łamach pism PAX planowane reformy i nazywając Wydarzenia Poznańskie „chuligańskimi wybrykami”. 2 stycznia 1957 roku doszło jednak do spotkania pomiędzy Bolesławem Piaseckim i Władysławem Gomułką, podczas którego Gomułka scementował pozycję Piaseckiego na czele PAX. Zaledwie 20 dni później Bohdan Piasecki po raz ostatni wyszedł z budynku Liceum św. Augustyna...

    Przez lata istniało wiele teorii na temat tego, kto stał za śmiercią Bohdana Piaseckiego. Jedne z najbardziej popularnych zakładają, iż śmierć Piaseckiego powiązana była z przedwojenną działalnością ojca w kręgach antysemickich. Według tej wykładni, za porwaniem i morderstwem mieli stać byli członkowie MBP pochodzenia żydowskiego, którzy krótko po morderstwie wyjechali do Izraela. Ich motywacją miała być chęć zemsty na Bolesławie Piaseckim za działalność przedwojenną i uniknięcie kary po wojnie. Według historyka Jana Żaryna, w morderstwo oprócz Ignacego Ekerlinga mieli być jeszcze zamieszani były szofer Antoniego Alstera Mieczysław Katz, kryminalista Mikołaj Barkowski i byli agenci UB Stefan Łazorczyk i Adam Kossowski. O udziale Kossowskiego miał świadczyć fakt, iż to jemu podlegało służbowe mieszkanie MO mieszczące się w budynku przy alei Świerczewskiego 82a – według historyków, to właśnie tam Piasecki miał zostać zamordowany. Łazorczyk został zaś rozpoznany jako jeden z mężczyzn, który porwał Piaseckiego z ulicy. Czas, w jakim dokonano porwania również miał znaczenie – porywacze uderzyli, gdy gwiazda Bolesława Piaseckiego zaczęła przygasać i wydawało się, że nie posiada on już tak silnego poparcia w kręgach partyjnych jak za czasów stalinizmu. Dodatkową motywacją mógł być również fakt pozostawienia Piaseckiego na czele PAX pomimo „odwilży” oraz chęć wzbogacenia się - jak zauważa Patryk Pleskot w książce „Zabić. Mordy polityczne w PRL”, „na zemście można przecież zarobić”. Różnie tłumaczone jest również późniejsze wycofanie aktu oskarżenia wobec Ekerlinga – według niektórych teorii ma być to potwierdzenie, iż w śmierć Piaseckiego miał być zamieszany wiceminister spraw wewnętrznych Antoni Alster. Inne zaś twierdza, iż Alster nie był zamieszany w mający „oddolny” charakter spisek, a jego działanie miało na celu „wyciszenie” negatywnie nacechowanej i politycznej sprawy. Tą drugą wersję zdają się potwierdzać wspomnienia Zenona Kliszki – Kliszko miał stwierdzić, iż Gomułka zgodził się na wycofanie aktu oskarżenia na wniosek Romana Zambrowskiego w celu uniknięcia możliwych rozruchów na tle antysemickim. Inna teoria zakłada zaś, iż mordercy byli częścią żydowskiej grupy Nekana, zajmującej się polowaniem na byłych nazistów (a za takiego uważany był Bolesław Piasecki). Teorie te pozostają jednak jedynie teoriami – prawdy o śmierci Bohdana Piaseckiego i tego, kto za nią stał, najprawdopodobniej nie dowiemy się nigdy.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #gruparatowaniapoziomu #polska #prl
    pokaż całość

    źródło: piasecki.jpg

  •  

    Był wrzesień 1972 roku. Oczy świata w tym okresie zwrócone były w dużej mierze na Monachium , gdzie trwały właśnie Letnie Igrzyska Olimpijskie. Sukcesy sportowców, jednak, miały wkrótce zostać przesłonięte przez wydarzenia, które na zawsze miały zapisać się w historii Niemiec i świata.

    Była noc 5 września. Wioskę olimpijską w Monachium spowijały cisza i spokój – większość sportowców spała. Około godziny 4:30 przez płot odgradzający kompleks olimpijski od reszty miasta przeskoczyło 8 mężczyzn ubranych w dresy i niosących materiałowe torby. Pomogła im przy tym grupa kanadyjskich sportowców – z pewnością myśleli oni, że mężczyźni byli jedną z wielu grupek atletów wykradających się z wioski celem spędzenia wieczoru w Monachium a następnie wracającymi nad ranem do swoich kwater. Mężczyźni ci byli w rzeczywistości terrorystami należącymi do palestyńskiej organizacji Czarny Wrzesień. W torbach zaś ukryte były karabiny AK, pistolety TT-33 oraz granaty ręczne. Po przeskoczeniu płotu swoje kroki skierowali w stronę budynku mieszczącego się przy Conollystraße 31. Wybór celu nie był przypadkowy – to właśnie w tym budynku w mieszkaniach numer 1, 2 i 3 zakwaterowana została kadra sportowców izraelskich. Korzystając ze skradzionych kluczy szybko weszli do środka.

    Pierwszą osobą która zorientowała się, iż coś jest nie tak był sędzia zapaśniczy Jusef Gutfreund. Ze snu zbudził go odgłos drapania w drzwi mieszkania numer 1, gdzie spali trenerzy oraz sędziowie. Gdy Gutfreund chciał sprawdzić, co się dzieje, zauważył, iż drzwi do mieszkania otwierają się, a na korytarzu stoją uzbrojeni i zamaskowani mężczyźni. Widząc to Gutfreund rzucił się w stronę drzwi, starając się je zablokować. Jego opór został szybko przełamany, ale dało to czas trenerowi sztangistów – Tuwji Sokołowskiemu – na wyskoczenie przez okno i ucieczkę. W stronę napastników rzucił się również trener zapaśników Mosze Weinberg, starając się wyrwać im broń. Jeden z terrorystów postrzelił go jednak w policzek. Terroryści zmusili rannego Weinberga do zaprowadzenia ich do mieszkań, gdzie spali inni członkowie zespołu izraelskiego. Weinberg zaprowadził ich do mieszkania numer 3, kłamiąc przy tym, iż w mieszkaniu numer 2 nie było Żydów. W mieszkaniu numer 3 terroryści wzięli za zakładników 3 sztangistów i 3 zapaśników, których zaskoczyli we śnie. W trakcie prowadzenia nowych zakładników do mieszkania numer 1, Weinberg ponownie zaatakował porywaczy – udało mu się zranić dwóch z nich nim został zastrzelony. Taki sam los spotkał sztangistę Josefa Romano. W zamieszaniu zapaśnik Gad Cobari zdołał wymknąć się terrorystom i uciec przez podziemny parking. Obudzeni przez hałasy w korytarzu sportowcy z mieszkania numer 2 zdołali uciec. Ostatecznie, terroryści wzięli 9 zakładników – trenera strzelectwa Ketaha Szorra, zapaśników Eliezera Halfina i Marka Slawina, sztangistów Dawida Bergera i Zewa Friedmana, szermierza Andre Spitzera, trenera lekkiej atletyki Amicura Szapira, sędziego sztangistów Jakowa Springera i Jusefa Gutfreunda.

    Rankiem 5 września wioska olimpijska została otoczona przez monachijską policję. Terroryści, w większości rekrutujący się z obozów dla palestyńskich uchodźców w Libanie, Syrii i Jordanii, wystosowali żądania. Były jasne – domagali się zwolnienia 234 palestyńskich więźniów przetrzymywanych na terenie Izraela oraz zwolnienia z niemieckiego więzienia Ulrike Meinhof i Andreasa Baadera, założycieli lewicowej organizacji terrorystycznej Frakcji Czerwonej Armii. Rząd Izraela prawie natychmiast odmówił udziału w negocjacjach. Rząd RFN przyjął zupełnie inną taktykę, oferując terrorystom okup bądź też wymianę zakładników na wysokich urzędników rządu RFN. Terroryści nie zgodzili się jednak na te warunki. Negocjacje, prowadzone pomiędzy przywódcą terrorystów Lutiffem Afifem (pseudonim „Issa”) a komendantem policji monachijskiej Manfredem Schreiberem, ministrem spraw wewnętrznych Bawarii Bruno Merkiem i ministrem spraw wewnętrznych RFN Hansem-Dietrichem Genscherem trwały praktycznie przez cały 5 września. Ostatecznie, wieczorem terroryści zmienili zdanie. Zgodzili się na opuszczenie terytorium RFN wraz z zakładnikami na pokładzie samolotu, który miał zabrać ich do Kairu. Co prawda rząd Egiptu nie zgodził się na przelot, ale negocjatorzy nie zamierzali tak naprawdę w pełni wykonać woli porywaczy – planowali za to wciągnąć ich w zasadzkę.

    Porywacze oraz zakładnicy zostali wieczorem przetransportowani na lotnisko wojskowe Fürstenfeldbruck na zachód od Monachuim na pokładzie dwóch śmigłowców UH-1 Huey Bundeswehry. Na płycie lotniska stał również samolot Boeing 727, mający w teorii zabrać terrorystów i zakładników do Kairu. Po wylądowaniu obu śmigłowców o godzinie 22:30, „Issa” oraz jego zastępca Yussuf Nazzal (pseudonim „Tony”) ruszyli w stronę samolotu i weszli na jego pokład. Po chwili, jednak, obaj wybiegli z powrotem na płytę lotniska, krzycząc coś do swoich towarzyszy, którzy pozostali przy obu śmigłowcach. Wtedy, ze strony wieży kontroli lotów lotniska padł strzał - „Tony”, trafiony w udo, upadł na ziemię. To niemieccy strzelcy rozmieszczeni w wieży kontroli lotów i na płycie lotniska otworzyli ogień do terrorystów. W ciągu kilku minut od niemieckich kul zginęli Ahmed Chic Taah i Afif Ahmed Hamid, którzy pozostali w śmigłowcach, aby pilnować zakładników i pilotów. Pozostali terroryści, zaskoczeni i zdezorientowani odpowiedzieli ogniem na ślepo, skupiając się w dużej mierze na wieży kontroli lotów. W wyniku ich ostrzału zginął niemiecki policjant Anton Fliegerbauer. Strzelanina przybierała na sile z minuty na minutę, zaś około północy na lotnisko dotarły policyjne wozy opancerzone. Ich widok najprawdopodobniej uświadomił terrorystom, iż ich czas dobiegł końca.

    Cztery minuty po północy 6 września jednym ze śmigłowców wstrząsnęła eksplozja. Jak się później okazało, jeden z terrorystów (najprawdopodobniej „Issa”) otworzył ogień do związanych w środku zakładników, a następnie wrzucił do środka odbezpieczony granat. Przywódca terrorystów zginął od ognia niemieckiej policji zaledwie kilka minut później. Po chwili jego los podzielił inny terrorysta – Khalid Jawad. W tym samym czasie kolejny Palestyńczyk – najprawdopodobniej Adnan Al-Gashey – zamordował pozostałych zakładników, strzelając do każdego z nich co najmniej czterokrotnie. Niedługo po tym, bitwa na płycie lotniska zakończyła się. Niemieckim policjantom udało się aresztować trzech terrorystów – Adnana Al-Gasheya, Jamala Al-Gasheya i Mohammada Safady'ego. Ostatni z porywaczy – ranny Youssuf Nazzal – zbiegł w stronę parkingu lotniska, gdzie zginął po krótkiej wymianie ognia z niemiecką policją ok. godziny 1:30. Operacja odbicia zakładników zakończyła się całkowitą klęską.

    Późniejsze śledztwa i opracowania na temat masakry w Monachium ujawniły szereg kompromitujących i tragicznych błędów ze strony władz RFN, Bawarii oraz działań niemieckiej policji. Wioska olimpijska w Monachium była bardzo słabo strzeżona, kiepsko zabezpieczona i rzadko patrolowana przez policję. Izraelska delegacja, zmartwiona niskim poziomem zabezpieczeń apelowała o przydzielenie dodatkowej ochrony – prośbę tą zignorowano. Po rozpoczęciu kryzysu, monachijska policja i funkcjonariusze Straży Granicznej próbowali już po południu 5 września dokonać próby oswobodzenia zakładników z budynku przy Conollystraße. Funkcjonariusze ci byli jednak nieprzygotowani i nieprzeszkoleni do prowadzenia tego typu działań. Przygotowania do akcji były również transmitowane na żywo przez telewizję, gdyż policja nie usunęła mediów z terenu działań – przez to terroryści mogli w czasie rzeczywistym śledzić niemieckie przygotowania. Po tym, jak porywacze zagrozili zabiciem zakładników, akcję odwołano.

    Operacja odbicia zakładników na lotnisku Fürstenfeldbruck również spotkała się z ogromną falą krytyki. Planujący akcję źle oszacowali liczbę terrorystów – bazując na zeznaniach Waltera Trögera, który został wpuszczony przez terrorystów do budynku w celu sprawdzenia stanu zakładników uznano, iż terrorystów było jedynie 4 lub 5. Nawet, gdy przy transporcie na lotnisko okazało się, że jest ich więcej, plan nie został zmieniony. Według planu, w podstawionym samolocie Boeing 727 mieli oczekiwać policjanci przebrani w mundury stewardów i pilotów, których zadaniem było obezwładnienie porywaczy wchodzących na pokład. Policjanci ci byli kompletnie nieprzygotowani do prowadzenia akcji antyterrorystycznych i tuż przed przylotem śmigłowców uciekli z samolotu, nie informując o tym nikogo ze sztabu dowodzenia. W tym momencie przeciwko ośmiu terrorystom pozostało jedynie pięciu strzelców wyborowych rozmieszczonych w wieży kontroli lotów i na płycie lotniska. Strzelcami wyborowymi byli jednak jedynie z nazwy – żaden z nich nie był odpowiednio przeszkolony, a ich wyboru dokonano na podstawie wyników strzelań rekreacyjnych (jeden z funkcjonariuszy, znany jako”Snajper Numer 2” miał później stwierdzić, iż „Jest zdania, iż nie jest strzelcem wyborowym.”). Strzelcy nie byli również odpowiednio wyposażeni – nie mieli na sobie kamizelek kuloodpornych czy hełmów oraz nie wyposażono ich w radia, przez co nie mogli skoordynować działań między sobą czy dowództwem. Ich uzbrojenie stanowiły jedynie karabiny Heckler & Koch G3, których nie wyposażono w celowniki optyczne czy noktowizyjne. Pozycja, w jakiej wylądowały śmigłowce również działała przeciwko nim – wylądowały one pośrodku pasa startowego i z nosami skierowanymi w stronę wieży kontroli lotów. Taka pozycja sprawiła, iż terroryści byli w stanie schować się za lub pod kadłubami maszyn, a strzelcy znajdujący się na płycie lotniska znaleźli się w linii ognia policjantów na wieży kontroli lotów. Strzelcy na wieży nie otrzymali również informacji o tym, gdzie znajdowali się strzelcy na płycie lotniska – w trakcie wymiany ognia od kul strzelców ranny został snajper numer 2 i pilot śmigłowca Gunnar Ebel.

    Trójka schwytanych terrorystów osadzona została w więzieniu w Monachium w oczekiwaniu na proces. Do tego, jednak, nigdy nie doszło. 29 października 1972 roku terroryści Czarnego Września porwali lecący z Damaszku do Frankfurtu samolot Lufthansy i skierowali go do Zagrzebia, grożąc wysadzeniem go, jeśli schwytani w Monachium porywacze nie zostaną zwolnieni z więzienia. Niemiecki rząd przystał na te warunki prawie natychmiast. Już o godzinie 21:03 tego samego dnia samolot z zakładnikami i uwolnionymi więźniami wylądował na lotnisku w Trypolisie. Do dziś istnieje wiele teorii mówiących, iż porwanie to było jedynie przykrywką, mającą maskować umowę zawartą rzekomo między Czarnym Wrześniem a rządem RFN – terroryści z Monachium za brak nowych ataków terrorystycznych na terenie Niemiec Zachodnich. Na potwierdzenie tych teorii nie ma jednak jednoznacznych dowodów.

    Masakra w Monachium miała jednak również inne konsekwencje. Pokazywała, jak bardzo nieprzygotowane do wojny z terroryzmem były państwa zachodnie. Reakcja była szybka – 17 kwietnia 1973 rząd RFN powołał do życia jednostkę antyterrorystyczną GSG 9 (Grenzschutzgruppe 9), podlegającą Niemieckiej Policji Federalnej. Na jej czele stanął podpułkownik Ulrich Wegener, jeden ze świadków masakry na Fürstenfeldbruck. Jednostka ta przeszła udany chrzest bojowy w nocy z 17 na 18 października 1977 roku, gdy jej operatorzy odbili z rąk porywaczy samolot Boeing 737 Lufthansy, uprowadzony w trakcie lotu z Palma de Mallorca do Frankfurtu i zmuszony do lądowania w Mogadiszu. W roku 1973 rząd francuski powołał do życia jednostkę antyterrorystyczną GIGN (Groupe d'Intervention de la Gendarmerie Nationale), również w odpowiedzi na atak w Monachium. Powstanie nowych jednostek antyterrorystycznych w Europie i rozwój antyterrorystycznych Drużyn Projektów Specjalnych brytyjskiej jednostki SAS (Special Air Service) zainspirował amerykańskiego pułkownika Charlesa Beckwitha do stworzenia amerykańskiego odpowiednika takich jednostek – w roku 1977 w Fort Bragg powstała jednostka SFOD-D, znana również jako „Delta”.

    Izraelska odpowiedź na Monachium nie kazała na siebie długo czekać. Już 8 września 1972 roku samoloty Izraelskich Sił Powietrznych dokonały nalotów na bazy Organizacji Wyzwolenia Palestyny w Syrii i Libanie – dokładna liczba ofiar tych nalotów nie jest znana. Niedługo po tym premier Golda Meir zaaprobowała rozpoczęcie operacji „Gniew Boży”. Jej celem było uderzenie w struktury Czarnego Września i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, celem zapobieżenia „kolejnemu Monachium”. Operacja ta uważana była również niejako za zemstę za śmierć 11 zakładników. Już 16 października 1972 roku w Rzymie agenci Mossadu zastrzelili Waela Zwaitera, reprezentanta OWP we Włoszech. 8 grudnia w eksplozji bomby zamontowanej pod biurkiem w swoim paryskim mieszkaniu śmiertelnie ranny został Mahmoud Hamshari, reprezentant OWP we Francji. 24 stycznia 1973 roku w eksplozji bomby ukrytej pod łóżkiem w pokoju hotelowym w Larnace zginął Hussein Al Bashir, członek organizacji Fatah operujący na Cyprze. 9 kwietnia 1973 roku izraelscy komandosi dokonali udanego rajdu na kryjówkę OWP w Bejrucie w ramach operacji „Jutrzenka Młodości”. W wyniku szturmu wśród zabitych znalazło się trzech wysokich funkcjonariuszy organizacji terrorystycznych. Byli to Muhammad Youssef al-Najar – dowódca operacyjny Czarnego Września, Kamal Adwan – dowódca operacyjny Organizacji Wyzwolenia Palestyny i Kamal Nasser – członek egzekutywy OWP i jej rzecznik prasowy. Jednym z głównych celów operacji „Gniew Boży” pozostawał jednak Ali Hassan Salameh, dowódca Brygady 17 ruchu Fatah i członek Czarnego Września uważany za „mózg” zamachów w Monachium. W lipcu 1973 roku norweska policja aresztowała w Lillehammer sześciu agentów Mossadu podejrzewanych o zamordowanie Ahmeda Bouchikiego – pochodzącego z Maroka kelnera, błędnie zidentyfikowanego jako Salameha. Pięciu agentów zostało skazanych na kary więzienia, jednak już w roku 1975 zostali zwolnieni i wydaleni z powrotem do Izraela. Przez następne lata Mossad kilkukrotnie próbował dokonać zamachu na Salameha, między innymi w Szwajcarii i Hiszpanii. Ostatecznie, Salameh zginął 22 stycznia 1979 roku w Bejrucie w eksplozji samochodu-pułapki. Operacja „Gniew Boży” miała trwać aż do lat 90. i pochłonąć dziesiątki ofiar.

    Można być pewnym, iż wśród celów operacji „Gniew Boga” znaleźli się również trzej ocaleli terroryści z Monachium. Dziś znany jest los tylko jednego z nich – Jamala Al-Gasheya. Po zwolnieniu zaszył się gdzieś w Afryce Północnej – najprawdopodobniej w Tunezji, gdzie być może żyje do dziś. Po raz ostatni Al-Gashey pokazał się publicznie w roku 1999, gdy udzielił wywiadu wykorzystanego w filmie dokumentalnym „Jeden Dzień w Monachium” w reżyserii Kevina MacDonalda. Los pozostałych dwóch porywaczy – Mohammada Safady'ego i Adnana Al-Gasheya – nie jest znany. Według niektórych pogłosek, oboje zostali zabici przez Mossad kilka lat po masakrze. Inne źródła mówią, iż al-Gashey zmarł na atak serca w latach 70., a Safady zginął z rak Falangistów w czasie wojny domowej w Libanie w latach 80. Inna teoria mówi, iż Safady żyje po dziś dzień w ukryciu w jednym z państw arabskich. Prawdy o losie tych ludzi, jednak, najprawdopodobniej nie dowiemy się nigdy.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #terroryzm #niemcy #izrael #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    W dzisiejszym wpisie przeniesiemy się do listopada roku 1987. W owym czasie Korea Południowa żyła w dużej mierze przygotowaniami do nadciągających Letnich Igrzysk Olimpijskich w Seulu, mających odbyć się już w za kilka miesięcy. Dnia 29 listopada, jednak, uwaga mediów zwrócona była w zupełnie innym kierunku. Nad ranem czasu lokalnego do Seulu dotarła wiadomość, iż kontrola lotów w Tajlandii utraciła kontakt z samolotem linii lotniczych Korean Air wykonującym lot 858 – z Bagdadu do Seulu z międzylądowaniami w Abu Zabi i Bangkoku. Na pokładzie maszyny typu Boeing 707 znajdowało się 104 pasażerów i 11 członków załogi. Już wkrótce do kraju zaczęły docierać również informacje wskazujące na to, iż zniknięcie samolotu nie było zwykłym wypadkiem.

    Informacje te napłynęły z dość niezwykłego źródła – Bahrajnu. Jak się okazało, mężczyzna i kobieta legitymujący się japońskimi paszportami odbyli lot na pokładzie zaginionego samolotu z Bagdadu do Abu Zabi. Z Abu Zabi planowali dalszy lot do Ammanu – jednakże ze względu na problemy wizowe zmuszeni byli do opuszczenia Zjednoczonych Emiratów Arabskich i przelotu do Bahrajnu. Tamtejsza ambasada Japonii zainteresowała się tym faktem i dla pewności postanowiła dogłębniej sprawdzić parę cudem ocalałych turystów. Okazało się jednak, iż paszporty, jakimi posługiwali się mężczyzna i kobieta były sfałszowane. Odkrywając to, ambasada wydała zalecenie zatrzymania turystów. Próba zatrzymania okazała się jednak być znacznie bardziej tragiczna, niż by się wydawało. W jej trakcie kobieta – przedstawiona w paszporcie jako Mayumi Hachiya – rzuciła się na policjantkę próbując odebrać jej broń. W trakcie szamotaniny policjantka wytrąciła kobiecie z ust papieros. Nagle zarówno kobieta jak i mężczyzna – legitymujący się jako Shinichi Hachiya – upadli w konwulsjach na ziemię, zaś z ich ust zaczęła wydobywać się piana. Oboje przewieziono do szpitala, gdzie lekarze stwierdzili zgon mężczyzny. Kobieta przeżyła.

    Sekcja zwłok mężczyzny wykazała, iż zgon nastąpił na skutek zażycia cyjanku potasu. Na lotnisku niedługo po przewiezieniu pary do szpitala policjantom udało się zabezpieczyć dwa papierosy Malboro, w których odnaleziono przegryzione ampułki z cyjankiem. Wydarzenia te szybko zwróciły uwagę południowokoreańskiego kontrwywiadu – podobnie zamaskowane kapsułki zabezpieczono przy kilkudziesięciu aresztowanych bądź zabitych północnokoreańskich szpiegach i sabotażystach. Po podzieleniu się tą informacją z bahrańskimi służbami, podjęto decyzję o ekstradycji kobiety do Korei Południowej.

    W Seulu policjanci i agenci wywiadu przystąpili do przesłuchań. Kobieta przyznała, iż jej paszport był sfałszowany. Jednakże przedstawiła się agentom jako Pai Chui Hui – sierota z północnych Chin. Fakt, iż używała jedynie dialektu kantońskiego – bardziej rozpowszechnionego na południu Chin – sprawił, iż agenci nie uwierzyli w jej historię. Kobieta szła jednak w zaparte, zaś trwające prawie tydzień przesłuchania nie dały rezultatów. Podejrzewając, iż kobieta była tak naprawdę północnokoreańską agentką, agenci kontrwywiadu zastosowali fortel. Ósmego dnia wyprowadzili oni kobietę najpierw na krótki spacer ulicami Seulu, a następnie pokazali film dokumentujący życie w Korei Południowej. Działanie to dało zdumiewające rezultaty – kobieta nagle zaczęła płakać, rzuciła się w ramiona przesłuchującej ją agentki i przyznała się do winy. Przez następne dni złożyła bardzo szczegółowe zeznania, które pozwoliły odtworzyć historię jej życia i rozwiązać tajemnicę lotu 858.

    Rzekoma „sierota z Chin” tak naprawdę nazywała się Kim Hyun Hui. Urodziła się 27 stycznia 1962 roku w Kaesong w Korei Północnej w wysoko postawionej rodzinie – jej ojciec był dyplomatą, który w roku 1963 otrzymał skierowanie do pracy w ambasadzie KRLD na Kubie. W wieku 18 lat Hyun Hui została wybrana jako przyszła agentka wywiadu. Krótko po tym wydarzeniu trafiła do obozu szkoleniowego w okolicach Pjongjangu, gdzie przeszła trwające 7 lat szkolenie w szpiegostwie i sabotażu. Do jej szkolenia zaliczało się również trzy lata nauki języka japońskiego (jej nauczycielem był porwany przez północnokoreańskie służby obywatel Japonii Yaeko Taiguchi) oraz szkolenie z dialektu kantońskiego odbywające się pod przykrywką w Makau.

    W roku 1987 Hyun Hui miała spotkać się z samym Kim Dzong Ilem – synem rządzącego Korea Północną Kim Ir-Sena. Dzong Il przedstawił jej rozkaz napisany rzekomo przez jego ojca. W nim to wyszczególniono jej misję – wysadzenie w powietrze południowokoreańskiego samolotu rejsowego. Według rozkazu akt ten miał na celu odstraszenie zagranicznych turystów przed przyjazdem na Igrzyska Olimpijskie oraz destabilizację kraju przed nadciągającymi wyborami parlamentarnymi. Aby wykonać zadanie, Hyun Hui sparowano z innym agentem – Kimem Seung Ilem.

    Operacja rozpoczęła się już 12 listopada 1987 roku. Wtedy to para agentów odbyła podróż z Pjongjangu do Budapesztu, z międzylądowaniem w Moskwie. Przez następnych kilka dni agenci oczekiwali w Budapeszcie na oficera kontaktowego. Ten pojawił się w kryjówce 18 listopada – tego samego dnia trójka agentów przekroczyła granicę z Austrią. Po stronie austriackiej oficer prowadzący przekazał parze pieniądze oraz dwa sfałszowane japońskie paszporty. Po dotarciu do Wiednia para zakupiła szereg biletów - na przeloty z Wiednia do Belgradu, z Belgradu do Bagdadu, z Bagdadu do Abu Zabi, z Abu Zabi do Ammanu i z Ammanu do Rzymu, jak również i bilet „awaryjny” z Abu Zabi do Bahrajnu. 27 listopada para zjawiła się w Belgradzie. To właśnie tam otrzymali oni od pracowników ambasady KRLD ładunki wybuchowe - 350 gramów C-4 detonowane zapalnikiem czasowym ukryte w radiu tranzystorowym Panasonic i 700 g płynnego ładunku wybuchowego PLX ukrytego w butelce po whisky. Już następnego dnia agenci wsiedli na pokład samolotu lecącego do Bagdadu.

    W Bagdadzie Hyun Hui uruchomiła zapalnik czasowy przed wejściem na pokład lotu 858. Samolot wystartował o godzinie 22:30 czasu lokalnego. Lot do Abu Zabi trwał krótko – Hyun Hui i Seung Il opuścili samolot nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Według późniejszych zeznań, bombę ukryli w schowku na bagaż podręczny na wysokości zajmowanych przez siebie miejsc – 7B i 7C. Ładunek wybuchowy eksplodował ok. godziny 14:05 czasu koreańskiego, gdy samolot znajdował się na wysokości przelotowej nad Morzem Andamańskim, nieopodal wybrzeży Birmy. Eksplozja rozerwała samolot w powietrzu, zabijając wszystkie 115 osób znajdujące się na pokładzie. Przez następne miesiące szczątki samolotu odnajdywano na plażach w Tajlandii. Pomimo poszukiwań, nigdy nie odnaleziono czarnych skrzynek maszyny.

    Za swój czyn Kim Hyun Hui stanęła przed południowokoreańskim sądem, oskarżona o terroryzm i 115 morderstw. Przyznała się do winy i okazała skruchę. W marcu roku 1989 sąd skazał ją na karę śmierci. Kilka miesięcy później, jednak, prezydent Korei Południowej Roh Tae-woo zastosował wobec niej prawo łaski. Według jego wykładni, Kim Hyun Hui była jedynie narzędziem w rękach zbrodniczego reżimu, zaś na jej decyzje wpłynęła również silna indoktrynacja i „pranie mózgu”. Kim Hyun Hui mieszka do dziś w Korei Południowej – jej dokładne miejsce pobytu jest utajone ze względu na groźbę zemsty ze strony Korei Północnej. W roku 1992 wydana została jej autobiografia - „Łzy Mojej Duszy” - dochód ze sprzedaży został w całości przekazany rodzinom ofiar zamachu na lot 858.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #koreapolnocna #koreapoludniowa #terroryzm #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: cdn.aviation-safety.net

  •  

    Miejsce zbrodni, do którego zabierze nas dzisiejszy wpis jest dość nietypowe. Znajduje się na dnie Oceanu Atlantyckiego, 190 kilometrów na południowy zachód od hrabstwa Cork w Irlandii i na głębokości prawie dwóch kilometrów. Sam obszar miejsca zbrodni zbliżony jest do prostokąta o długości 16 kilometrów i szerokości 6 kilometrów. To właśnie ta lokalizacja jest również miejscem najgorszego masowego morderstwa w historii Kanady.

    Był ranek, 23 czerwca 1985 roku. Dla kontrolerów ruchu lotniczego pracujących w centrum kontroli lotów w Shannon dzień zapowiadał się rutynowo. Głównym zadaniem kontrolerów w Shannon jest monitorowanie ruchu lotniczego na północno -wschodnim Atlantyku. Tego ranka jednym z samolotów lecących na wschód był lot numer 182 linii lotniczych Air India. Wykonywał go samolot Boeing 747-237B o numerze rejestracyjnym VT-EFO, znany również jako Emperor Kanishka. Lot 182 był rutynowym kursem z Montrealu do Bombaju, z międzylądowaniami w Londynie i New Delhi. Na pokładzie maszyny znajdowało się 307 pasażerów i 22 członków załogi. O godzinie 7:14 czasu lokalnego załoga lotu Air India nawiązała kontakt z kontrolerami z Shannon, pop czym otrzymała zgodę na dalszy lot w stronę Londynu. Krótko po tym, jednak, samolot nagle zniknął z ekranu radaru bez nadania jakiegokolwiek sygnału alarmowego. Kontrola lotów w Shannon działała szybko – o godzinie 7:30 podniesiono alarm, zaś w ostatnią znaną lokalizację samolotu wysłano samoloty, śmigłowce i znajdujące się w pobliżu jednostki nawodne.

    O godzinie 9:13 przepływający w okolicy statek handlowy Laurentian Forest zgłosił dostrzeżenie szczątków samolotu na powierzchni wody. Wkrótce, inne jednostki zgłosiły zauważenie pływających na tafli wody ludzkich zwłok. Szybko stało się jasne, iż wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie samolotu zginęły. Wyłowione z wody zwłoki ofiar szybko trafiły do kostnicy w Cork, gdzie poddano je autopsjom. Wyniki sekcji zwłok wskazywały, iż samolot rozpadł się w powietrzu – w 26 przypadkach stwierdzono śmierć na skutek hipoksji, zaś ciała 25 ofiar nosiły ślady wybuchowej dekompresji. Fakt, iż wiele zwłok odnajdywano bez ubrań świadczył również, iż ofiary zostały najprawdopodobniej wyssane z samolotu przed uderzeniem w taflę oceanu. Późniejsze badania dna oceanu przez brytyjskie, francuskie i kanadyjskie okręty wykazały, iż wrak samolotu rozrzucony został na dużej powierzchni – oznaczało to, iż rozpadł się on jeszcze przed uderzeniem w taflę wody.

    Dla prowadzących śledztwo w sprawie katastrofy odkrycie przyczyny dekompresji stało się sprawą priorytetową. Z tego powodu szybko położono nacisk na odnalezienie czarnych skrzynek samolotu. Te odnaleziono w dniach 9 i 10 lipca 1985 roku. Sprawdzenie ich zawartości okazało się jednak być w pewnym stopniu rozczarowujące – na taśmach czarnych skrzynek nie zanotowano jakichkolwiek anomalii czy problemów. Jednakże fakt, iż oba rejestratory przestały działać dokładanie w tym samym czasie wskazywał, iż do dekompresji doszło nagle i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Za taki stan rzeczy mogła odpowiadać eksplozja przemyconej na pokład samolotu bomby – wkrótce nowe dowody sprawiły, iż stała się ona jeszcze bardziej możliwa.

    W czasie, gdy lot numer 182 zbliżał się do wybrzeży Irlandii, na lotnisku Narita w Tokio eksplodowała bomba. W wyniku wybuchu zginęło dwóch bagażowych, zaś cztery inne osoby zostały ranne. Jak się okazało, doszło do eksplozji bomby ukrytej w walizce, która dotarła do Tokio na pokładzie samolotu linii Canadian Pacific, który przyleciał z Vancouver. Walizka eksplodowała, gdy bagażowi przygotowywali się do załadowania jej na pokład samolotu linii Air India lecący z Tokio do Bangkoku. Śledztwo japońskiej policji wykazało, iż bombę ukryto w radiu wyprodukowanym przez firmę Sanyo. Wiadomość o wybuchu w Tokio sprawiła, iż do śledztwa włączyła się również Królewska Kanadyjska Policja Konna.

    Śledztwo policji szybko zaczęło łączyć fakty związanie z eksplozją w Tokio jak i katastrofą lotu 182. Szybko okazało się, że bilety na oba loty zostały kupione w Vancouver przez tą samą osobę – jako imię i nazwisko podała ona imiona M. Singh dla osoby lecącej do Bombaju i L. Singh dla osoby lecącej do Bangkoku – z pewnością dane te były jednak fałszywe. Badanie radia Sanyo użytego jako korpusu dla bomby również okazały się owocne – urządzenie to wyprodukowano w dość niewielkiej ilości – jedynie 2000 sztuk – zaś wszystkie egzemplarze zostały wysłane do hurtowni i sprzedawców detalicznych w okolicach Vancouver. Kanadyjska policja szybo odkryła, iż na kilka tygodni przed katastrofą dwa takie urządzenia zostały kupione przez nieznanego nabywcę w mieście Duncan w Kolumbii Brytyjskiej. Owocne okazały się również okazać przesłuchania pracowników lotniska w Vancouver – według nich osoba podająca się jako M. Singh pojawiła się na lotnisku 22 czerwca 1985 roku. Tam napotkała jednak na problem – przy odprawie bagażowej okazało się, że Singh nie miał zagwarantowanego miejsca na pokładzie lotu 182 – był jedynie wpisany na listę rezerwową. Pomimo tego Singh usilnie nalegał i wykłócał się z pracownicą lotniska o to, aby jego bagaż został odprawiony aż do New Delhi. Ostatecznie, stojąc pod presją czasu i prawie 30 pasażerami w kolejce, pracownica pozwoliła Singhowi na nadanie walizki. Według zeznań świadków, sam Singh nie wsiadł w ogóle na pokład samolotu.

    Jako, iż na lotnisku w Vancouver nie było maszyny służącej do prześwietlania bagaży, walizka Singha bez problemów dotarła do Montrealu. Tam lotnisko wyposazone było w maszynę skanującą, jednak w dniu 23 czerwca była ona zepsuta. Z tego powodu pracownicy lotniska musieli używać ręcznych skanerów do badania bagażu. W wyniku braków w wyszkoleniu personelu, bomba nie została wykryta i walizka przenosząca ją została załadowana na pokład lotu 182. Badania szczątków samolotu wyłowionych z oceanu dowiodły, iż walizkę najprawdopodobniej przenosił kontener bagażowy umieszczony w przednim luku bagażowym. Lokalizacja bomby wyjaśniała również, dlaczego obie czarne skrzynki przestały pracować w tym samym czasie – w samolotach Boeing 747 przedni luk bagażowy położony jest tuż za pomieszczeniem, w którym zainstalowane są komputery samolotu i systemy elektroniczne. Eksplozja bomby doprowadziła najprawdopodobniej do natychmiastowego zniszczenia centrum elektronicznego, co poskutkowało zatrzymaniem zapisu rejestratorów.

    Po ostatecznym upewnieniu się, iż doszło do zamachu, kanadyjska policja rozpoczęła poszukiwanie sprawców. Praca śledczych pozwoliła na zidentyfikowanie grupy odpowiedzialnej za planowanie i wykonanie zamachu. Była nią sikhijska organizacja terrorystyczna Babbar Khalsa, opowiadająca się za stworzeniem niepodległego państwa sikhijskiego Chalistanu w prowincji Pundżab. Zamachy na samoloty Air India pomyślane były jako zemsta za działania rządu Indii skierowane przeciwko społeczności sikhijskiej – a w szczególności za szturm armii indyjskiej na Złotą Świątynię w Armitsar z czerwca roku 1984 (znany jako Operacja Niebieska Gwiazda) i za pogromy sikhów w okresie od 31 października do 3 listopada 1984 roku, w których łącznie zginęło prawie 3 tysiące osób. Śledztwo rządu Kanady w sprawie zamachu na lot 182 trwało prawie 20 lat i pochłonęło sumę 130 milionów dolarów kanadyjskich. Na ławie oskarżonych zasiadło łącznie ośmiu członków Babbar Khalsa mieszkających w Kanadzie podejrzanych o udział w spisku. Ostatecznie tylko jeden z nich – Inderjit Singh Reyat – został skazany na 15 lat więzienia za skonstruowanie obu bomb. Człowiek uważany za przywódcę spisku – Talwinder Singh Parmar – uniknął skazania. 15 października 1992 roku Parmar został zabity w starciu z policją w Pundżabie – szczegóły jego śmierci nie są jednak znane.

    17 czerwca 2010 roku opublikowany został sporządzony przez sędziego Sądu Najwyższego Kanady Johna Majora raport dotyczący działania rządu, policji i służb wywiadowczych w związku z zamachem na lot 182. Raport stanowczo krytykował działania zarówno Policji Konnej jak i Wywiadu, punktując wiele błędów popełnionych przez służby – a zwłaszcza ignorowanie ostrzeżeń, nienależytą ochronę świadków czy też niszczenie dowodów.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #kanada #terroryzm #lotnictwo #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Śląsk, rok 1974. To właśnie w tym rejonie Polski Ludowej – a dokładnie w sali Domu Kultury przy Zakładach Cynkowych „Silesia” w Siemianowicach Śląskich miał rozpocząć się proces człowieka, oskarżonego o bycie najgorszym seryjnym mordercą w nowożytnej historii Polski. Obok niego na ławie oskarżonych mieli również zasiąść dwaj bracia, siostra, siostrzeniec oraz kochanek brata, oskarżeni o pomoc w czynach, jakich dokonał. Człowiekiem tym był widoczny na zdjęciu 47-letni Zdzisław Marchwicki.

    Cała sprawa „Wampira z Zagłębia” miała jednak rozpocząć się prawie 10 lat wcześniej. W dniu 7 listopada 1964 roku nieopodal stacji kolejowej w Dąbrówce Małej w północnej części Katowic znaleziono zwłoki Anny Mycek. Sekcja zwłok wykazała, iż zginęła ona na skutek uderzenia tępym narzędziem w tył głowy. Początkowo milicjanci uznali, iż śmierć Mycek miała mieć związek z problemami w małżeństwie – jej mąż wkrótce przyznał się do winy, ale nie znaleziono dowodów na to, iż to on był rzeczywistym sprawcą morderstwa. Śmierć Anny Mycek miała być jedynie początkiem serii napadów i morderstw, z które miał być odpowiedzialny „Wampir z Zagłębia”.

    17 marca 1965 roku w Będzinie odnaleziono zwłoki Lidii Nowackiej. Kobieta, podobnie jak Mycek, zginęła od silnego uderzenia tępym narzędziem w tył głowy. Jej dolna połowa ciała została obnażona – nie doszukano się jednak śladów gwałtu. W samym roku 1965 w Będzinie, Sosnowcu, Czeladzi i Sławkowie odnotowano aż 10 przypadków morderstw i ataków na kobiety, w których doszukano się znacznych podobieństw. Aparat bezpieczeństwa wkrótce połączył te przypadki ze sobą i rozpoczął działania mające na celu schwytanie sprawcy. W tym celu zarówno milicja jak i Służba Bezpieczeństwa powołały własne grupy operacyjne, którym nadano pierwotnie nadano kryptonim „Zagłębie”. Jednym z głównych zadań obu grup było ustalenie motywów działania sprawcy. Od samego początku sprawy wysnuto hipotezę, iż działania mordercy miały podłoże polityczne. Według wykładni milicji, morderstwa miały na celu ukazanie, iż aparat bezpieczeństwa PRL jest niewydolny i nie radzi sobie z walką z przestępczością. Dla niektórych funkcjonariuszy sam fakt, iż morderstw dokonywano na terenie Śląska i Zagłębia Sosnowieckiego miało być mocnym dowodem – miał być to rejon znany z ciągot rewolucyjnych. Wielu milicjantów i agentów SB z pewnością pamiętało również wydarzenia z 3 grudnia 1961 roku – wtedy to 33-letni Stanisław Jaros dokonał próby zamachu na I Sekretarza KC PZPR Władysława Gomułkę, podkładając ładunek wybuchowy na trasie konwoju, którym miał jechać Gomułka. Zamach nie powiódł się – ładunek zdetonowano, gdy przejeżdżała obok niego kawalkada, w której Gomułki nie było. Za swój czyn Jaros został skazany na śmierć i stracony.

    Wątek polityczny sprawy „Wampira” stawał się jednak coraz bardziej możliwy. 15 czerwca 1966 roku w Sosnowcu zamordowana została Maria Gomółka – wymowa jej nazwiska nasuwała jednoznaczne skojarzenia. 11 października 1966 roku w Będzinie znaleziono zwłoki Jolanty Gierek – siostrzenicy I Sekretarza KW PZPR na Śląsku Edwarda Gierka. Morderstwo to dla wielu stało się jednoznacznym dowodem politycznych motywacji mordercy. Tych było jeszcze kilka – niektóre z dat dokonania morderstw były znaczące w kontekście systemu socjalistycznego. Anna Mycek zginęła 7 listopada – rocznicę Rewolucji Październikowej. 22 lipca 1965 roku – w rocznicę ogłoszenia Manifestu PKWN - zginęła w Sosnowcu Jadwiga Zygmunt. 3 października 1968 zamordowano Jadwigę Sąsiek – ofiara wywodziła się z rodziny, w której dwóch członków było komendantami powiatowymi milicji, zaś jeden pracował jako dyżurny na komisariacie MO w Będzinie.

    Inna hipoteza zakładała, iż morderstwa dokonywane w Zagłębiu miały podłoże seksualne. Świadczyć miał o tym fakt, iż ofiary odnajdywano obnażone od pasa w dół. Tej samej hipotezie przeczył jednak fakt, iż sprawca nie gwałcił ofiar – według majora Jerzego Gruby, który prowadził śledztwo, fakt ten sprawił, iż motyw seksualny zbrodni nie był zbyt prawdopodobny. Niezależnie od motywów działania, „Wampir” pozostawał nieuchwytny, pomimo działań milicji i SB.

    W roku 1968 stało się jasne, iż śledztwo grupy operacyjnej „Anna” (nazwę grupy zmieniono bo morderstwie Jolanty Gierek) stanęło w miejscu. Milicja nie dysponowała jakimikolwiek dowodami rzeczowymi, mogącymi naprowadzić ich na trop „Wampira”. Zeznania świadków zaś były bardzo nieprecyzyjne – pozwalały jedynie na potwierdzenie, iż „Wampir” był mężczyzną. Brak postępów w śledztwie sprawił, iż milicja zwróciła się z apelem do społeczeństwa – 14 grudnia 1968 roku w gazetach pojawiło się obwieszczenie. W nim to milicja potwierdzała to, co społeczność miejscowa wiedziała od dawna – iż na terenie Zagłębia Sosnowieckiego grasował seryjny morderca kobiet. Oprócz tego, milicja zaoferowała milion złotych nagrody za wskazanie tożsamości „Wampira”. Apel okazał się być niezwykle skuteczny – prawie natychmiast po jego ogłoszeniu funkcjonariusze grupy „Anna”” zostali zasypani donosami i listami. Efekt był jednak odwrotny do zamierzanego - w wielu wypadkach informacje zawarte w donosach były zmyślone bądź bezużyteczne, zaś napływ korespondencji sparaliżował pracę operacyjną grupy „Anna”.

    4 marca 1970 roku w Siemianowicach Śląskich odnaleziono zwłoki Jadwigi Kucianki. Była to już 14 ofiara przypisywana „Wampirowi”. Pomimo kilku lat śledztwa, milicja cały czas błądziła, nie będąc w stanie zidentyfikować sprawcy. W kwietniu w Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach zorganizowano naradę, mającą na celu przedstawienie hipotez dotyczących „Wampira”. To właśnie na tej naradzie zdecydowano się w pełni przyjąć wątek seksualny jako główny motyw działania sprawcy. Poza tym, jednak, milicjanci oraz współpracujący z nimi psychologowie i psychiatrzy nie mieli pojęcia, kim mógł być „Wampir”. Wiele teorii dotyczących jego charakteru czy nawet sprawności fizycznej czy też seksualnej wzajemnie się wykluczało. Ze względu na własną niemoc milicja zwróciła się nawet o pomoc do zagranicznych ekspertów – podpułkownika doktora Manfreda Ochernala z NRD i doktora Jamesa Brussela z USA. Ich opinie, jednak, usunęły się niejako na drugi plan od listopada 1971 roku.

    18 listopada 1971 roku na komendę miejską milicji w Siemianowicach Śląskich trafił donos, napisany przez Marię Marchwicką. W nim to kobieta prosiła stróżów prawa o ukaranie męża za znęcanie się nad rodziną i alkoholizm. 23 listopada do domu, w którym mieszkała Marchwicka zapukał sierżant Stanisław Pająk. Spisał on protokół, na podstawie którego prokuratura rozpoczęła śledztwo. Już wkrótce Maria Marchwicka zaczęła zeznawać. Z jej zeznań wyjawiał się obraz małżeństwa pełnego przemocy, gwałtów i upokorzenia. Według Marchwickiej jej mąż – Zdzisław – miał być również zamieszany w morderstwo Anny Mycek i Jadwigi Kucianki.

    Rankiem 6 stycznia 1972 roku milicjanci aresztowali Zdzisława Marchwickiego w Siemianowicach Sląskich. Nie stawiał oporu – był nawet zaskoczony, iż do aresztowania go wysłano aż dwa samochody. Początkowo, prokuratura oskarża go o znęcanie się nad żoną i znieważenie funkcjonariusza milicji podczas interwencji z dnia 15 listopada. Wkrótce, jednak, Marchwicki oskarżony został o zbrodnie przypisywane „Wampirowi z Zagłębia”. Początkowo, Marchwicki nie przyznał się do winy. Jak twierdził, o zbrodniach wiedział, bo mówili o nich ludzie, a on sam ofiar nie znał. Nie przyznał się również do oskarżeń o znęcanie się nad rodziną. Przyznał się jedynie do kradzieży złomu o wartości 1500 złotych z kopalni „Siemianowice”, w której był zatrudniony. Przez następnych kilka miesięcy Marchwicki był wielokrotnie poddawany długim przesłuchaniom, zaś prokuratura wystąpiła również – z sukcesem - o przedłużenie mu aresztu. W areszcie do celi dokooptowywano mu często milicjantów grających niejako role zatrzymanych. Istnieją dowody, iż naciskali oni na Marchwickiego, chcąc wymusić od niego przyznanie się do winy. Po kilku miesiącach aresztu i ciągłych przesłuchań, Marchwicki w końcu przyznał się do dokonania morderstw. W późniejszym czasie zaprzeczał jednak, iż dokonał tych morderstw (na przykład, na protokole przesłuchania z 16 maja 1972 roku, w którym przyznawał się do dokonania zbrodni, na każdej stronie napisał Tak powiedziałem, ale to nie jest prawda), twierdząc, iż nigdy nie zabił żadnej kobiety, zaś o morderstwach wiedział od innych ludzi oraz od milicjantów, którzy go przesłuchiwali (była to prawda – milicjanci wielokrotnie opisywali Marchwickiemu szczegóły, w jakich ginęły kobiety). Dla milicjantów wywody te nie miały jednak znaczenia.
    Wkrótce, milicja zarzuciła sieć. 23 maja 1972 roku aresztowany został Jan Marchwicki – brat Zdzisława. Dzień później aresztowano drugiego brata – Henryka. W lipcu aresztowana została siostra Marchwickiego Halina Flak. W listopadzie i grudniu dokonano dwóch kolejnych aresztowań – Józefa Klimczaka, partnera Jana Marchwickiego i Zdzisława Flaka – syna Haliny Flak. Władze przygotowywały się do przeprowadzenia wielkiego procesu, noszącego wszelkie znamiona procesu pokazowego. Oskarżenie tak wielu osób miało ukazać zgniliznę moralną panującą w rodzinie Marchwickich i ukazać, jaki wpływ miała ona na morderstwa popełnione przez Zdzisława. Nadchodzący proces przyciągnął uwagę opinii publicznej – z tego powodu zadecydowano, iż odbędzie się on w hali widowiskowej Domu Kultury Zakładów Cynkowych „Silesia” w Siemianowicach Śląskich. Składowi sędziowskiemu miał przewodniczyć sędzia Józef Ochman, zaś w roli oskarżyciela wystąpić prokurator Józef Gurgul, zastępując w tym Leszka Polańskiego, który odmówił udziału w procesie.

    Proces „Wampira z Zagłębia” rozpoczął się 18 września 1974 roku. Na ławie oskarżonych zasiadło sześć wcześniej aresztowanych osób. Najcięższe zarzuty spoczęły na Zdzisławie Marchwickim, oskarżonym o 20 zabójstw i usiłowań zabójstw, znęcanie się nad rodziną oraz znieważenie funkcjonariuszy MO. Jana Marchwickiego oskarżono o zlecenie morderstwa Jadwigi Kucianki, podżeganie do zabójstwa, łapownictwo i demoralizowanie młodzieży. Henryk Marchwicki i Józef Klimczak oskarżeni został o współudział w morderstwie Jadwigi Kucianki i zacieranie śladów. Halinę Flak oskarżono o przyjmowanie rzeczy osobistych ofiar bez powiadomienia milicji i wyłudzenie zwolnienia lekarskiego. Na ostatnim oskarżonym – Zdzisławie Flaku - spoczął zaś zarzut kradzieży części samochodowych o wartości 9 tysięcy złotych, skradzionych z Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Tychach. Proces „Wampira” trwał do 28 lipca 1975 roku. Jego przebieg był szeroko relacjonowany w prasie – aczkolwiek w wersji odpowiednio „przyklepanej” przez cenzurę. Wiele zeznań świadków okazywało się niespójnych czy też wprost bezużytecznych. W wypadku dowodów rzeczowych nie było lepiej – jednym z dowodów miał być zegarek Jolanty Gierek, który Zdzisław Marchwicki miał rzekomo sprzedać na targu w Będzinie – problem w tym, iż żaden ze świadków nie rozpoznał w sprzedawcy Marchwickiego. Sam proces nie przebiegał również bezproblemowo – głównie z sprawą Jana Marchwickiego, który ze względu na fakt pracy jako kierownik dziekanatu Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim miał dużą wiedzę na temat „przekrętów” związanych z uczelnią. Sam Jan Marchwicki przyjmował bardzo często łapówki, „załatwiając” dzieciom bogatych obywateli i bonzów partyjnych miejsca na studiach. Od roku 1962 był również Tajnym Współpracownikiem SB o pseudonimie „Janusz”, zaś jego celem była inwigilacja środowiska kościelnego. Z tego powodu Marchwicki często wykrzykiwał z ławy oskarżonych fakty niewygodne dla władzy, przez co był bardzo często usuwany z sali.

    28 lipca 1975 roku odczytano wyrok. Sąd uznał podsądnych winnymi zarzucanych im czynów. Zdzisław i Jan Marchwiccy skazani zostali na karę śmierci. Henryk Marchwicki skazany został na 25 lat pozbawienia wolności, a Józef Klimczak na 12 lat. Halinę i Zdzisława Flaków skazano na 4 lata pozbawienia wolności. Apelacja do Sądu Najwyższego spełzła na niczym – wyroki na Zdzisławie i Janie Marchwickich wykonano przez powieszenie w Areszcie Śledczym w Katowicach 26 kwietnia 1977 roku.

    Przez następne lata po procesie ukazało się wiele publikacji, mających na celu utwierdzenie społeczeństwa w przekonaniu, iż Zdzisław Marchwicki był „Wampirem z Zagłębia”. Wśród nich należy m.in. wymienić powieść Tadeusza Wielogławskiego Na tropach zabójcy czy też cykl reportaży sądowych autorstwa Barbary Seidler, które ukazały się na łamach Życia Literackiego. Pomocną rękę wyciągnęło również kino – 2 lipca 1982 roku miał swoją premierę film Anna i Wampir w reżyserii Jana Kidawy. Dopiero po upadku PRL pojawiła się możliwość jawnej dyskusji o tym, czy Zdzisław Marchwicki rzeczywiście był winny. Jednym z głównych kamieni milowych w tej dyskusji jest film dokumentalny Jestem mordercą... w reżyserii Macieja Pieprzycy z roku 1998. W jego produkcji brał również udział Henryk Marchwicki. Tuż przed premiera filmu, jednak, Henryk Marchwicki zmarł. Według wersji policji, pijany spadł ze schodów i złamał kręgosłup. Po tym miał wrócić do mieszkania, położyć się na łóżku i umrzeć we śnie. Śledztwo prokuratury rejonowej w Katowicach zostało umorzone ze względu na brak znamion popełnienia przestępstwa.

    Wiele osób za najbardziej prawdopodobnego „Wampira” uważa Piotra Olszowego – chorującego na schizofrenię malarza, który w marcu 1970 roku zamordował własną rodzinę i popełnił samobójstwo przez samospalenie. Miał on być również autorem tzw. „Anonimów Tarnogórskich” - dwóch anonimowych listów wysłanych na milicję niedługo po zabójstwie Jadwigi Kucianki. Według analizy dr. Brussela, anonimy te zostały napisane przez prawdziwego „Wampira”. Hipoteza na temat Olszowego pozostaje jednak tylko hipotezą – najprawdopodobniej pełnej prawdy na temat „Wampira z Zagłębia” nie dowiemy się nigdy.

    Przy pisaniu korzystałem z książki Przemysława Semczuka Wampir z Zagłębia.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #polska #prl #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: marchwicki.jpg

  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się do Warszawy w latach 50. XX wieku - a dokładnie w roku 1955. Stolica Polski Ludowej w owym czasie w dużej mierze podniosła się po zniszczeniach II Wojny Światowej. Pomimo uprzątnięcia gruzu i odnowie miasta, niewielu mieszkańców mogło się czuć bezpiecznie. Praktycznie co nocy dochodziło w różnych miejscach Warszawy do napadów, rozbojów, bijatyk czy morderstw. Życie przestępcze Warszawy, opisane przez Leopolda Tyrmanda w powieści Zły kwitło, pomimo starań władzy ludowej. Z pewnością pomagał w tym fakt, iż stan wyposażenia milicji w Warszawie był tragiczny. Na całe miasto milicjanci mieli do dyspozycji jedynie 10 radiowozów i 40 rowerów. Brakowało środków łączności czy też narzędzi do zabezpieczania śladów na miejscach zbrodni. Stan uzbrojenia milicjantów również przedstawiał się fatalnie - w większości za broń osobistą stróżów prawa służyły przestarzałe rewolwery Nagant wz. 1895. Nowocześniejsze pistolety TT-33 pozostawały dla większości milicjantów jedynie marzeniem. To właśnie w tych warunkach miała narodzić się bandycka legenda Jerzego Paramonowa.

    Jerzy Paramonow urodził się 5 kwietnia 1931 roku w Skierniewicach. O jego życiu przed i w trakcie trwania II Wojny Światowej wiadomo bardzo niewiele - z pewnością ukończył on 6 klas szkoły podstawowej - jednakże po tym nie kontynuował nauki. Kilkakrotnie również zmieniał miejsca zatrudnienia i zamieszkania - pracował jako tokarz, w Fabryce Płyt Gramofonowych czy też w Domu Książki w Warszawie jako magazynier. Prace te nie odwiedziły go jednak od przestępstw. Po raz pierwszy podał on w konflikt z prawem w roku 1948 - wtedy to trafił on pod dozór rodziców za kradzież skórzanej kurtki we Wrocławiu. W roku 1951 trafił na sześć lat do więzienia - za rozboje, kradzież i gwałt z użyciem niebezpiecznego narzędzia (sztyletu). Na mocy amnestii po śmierci Stalina więzienie opuścił w roku 1953 - wtedy to też przeniósł się do Warszawy. Tam ponownie został aresztowany za rozboje i skazany na 8 miesięcy pozbawienia wolności - zwolniono go jednak warunkowo przed upływem kary 7 kwietnia 1955 roku. Paramonow powrócił do starego trybu życia - większość czasu spędzał grając w karty i biorąc udział w alkoholowych libacjach w różnych melinach i spelunach Warszawy. To prawdopodobnie w trakcie jednej z takich popijaw zrodził się w nim pomysł na dokonywanie napadów na sklepy. Do jego wykonania potrzebna mu była jednak broń palna.

    Był 18 sierpnia 1955 roku. Nocą, ulicą Syreny spacerował milicjant - starszy sierżant Stanisław Lesiński. Wcześniej został on wezwany do Fabryki Płyt Gramofonowych, celem dokonania oględzin miejsca włamania. Wracając do domu, został nagle zaatakowany. Sprawcą ataku był właśnie Jerzy Paramonow. Uzbrojony w łom, powalił milicjanta na ziemię i zadał mu kilka silnych ciosów w głowę - rany okazały się na tyle poważne, iż Lesiński stracił na stałe wzrok w lewym oku. Po tym, jak milicjant stracił przytomność, Paramonow obrabował go - łupem padł pistolet TT-33 oraz dwa zapasowe magazynki.

    Do pierwszego napadu doszło 20 sierpnia 1955 roku w Międzyborowie w okolicach Grodziska Mazowieckiego. Paramonow napadł tam na sklep GS - jego łupem padło 9 tysięcy złotych. Uciekając z miejscowości, napadł również na idącego drogą rolnika, kradnąc mu rower i 300 złotych. Kolejnego napadu Paramonow dopuścił się 26 sierpnia w Warszawie - ze sklepu przy ulicy Powązkowskiej 14 zrabował tysiąc złotych. Tego samego dnia napadł również na restaurację “Goplana” we Włochach - tam zrabował z kasy 1120 złotych, zaś jego łupem padły również drobne kwoty znalezione w torebkach pracownic restauracji.

    Do następnego napadu doszło 1 września 1955 roku. Tym razem Paramonow nie działał sam - tego samego dnia poznał w kolejce do Urzędu Zatrudnienia 20-letniego Kazimierza Gaszczyńskiego. Obaj mężczyźni szybko zaprzyjaźnili się, a po wypiciu kilku kolejek wódki ruszyli do akcji. Tym razem za cel obrali sklep WSS “Społem” w Alei Waszyngtona. Ich łupem padł tam utarg w wysokości 11 tysięcy złotych oraz 500 złotych zrabowane ekspedientkom z torebek. Za kolejne cele Paramonow i Gaszczyński obrali sklepy Miejskiego Handlu Detalicznego przy ulicach Kościelnej i Kościuszki - z obu miejsc udało im się zrabować 5 tysięcy złotych. Ostatniego napadu w tej serii przestępcy dokonali na sklep WSS w Aninie, znajdujący się przy ulicy 27 Grudnia. Wtedy jednak, nie wszystko poszło według planu. Jednym z klientów sklepu był Piotr Szymczyk - poruszający się o wózku inwalida. Gdy Paramonow i Gaszczyński sterroryzowali ekspedientkę, Szymczyk rzucił w Paramonowa pustą butelką po oranżadzie. Za namową Gaszczyńskiego, krzyczącego “Strzelaj!”, Paramonow pociągnął za spust. Wystrzelił dwa razy, ciężko raniąc Szymczyka w głowę - na skutek obrażeń Szymczyk został całkowicie sparaliżowany. Łupem złodziei padło 150 złotych.

    Pieniądze z rozbojów Paramonow w dużej mierze przeznaczał na hulanki - głównie w jego ulubionym miejscu - hotelu Polonia. 22 września 1955 roku Paramonow wyszedł na miasto ze szwagrem - Zdzisławem Gadajem. Początkowo bawili się w barze “Stolica” przy placu Powstańców. Wkrótce jednak zdecydowali się na zmianę lokalu - oboje wsiedli do taksówki kierowanej przez Antoniego Masztalerza i kazali się zawieźć do lokalu “Pigalak” przy ulicy Poznańskiej. Tam do obu mężczyzn dołączyła prostytutka. Paramonow następnie kazał taksówkarzowi pojechać na ulicę Pankiewicza, gdzie w sklepie nocnym kupił wódkę i czekoladę. Po tym samochód zatrzymał się na rogu ulic Marszałkowskiej i Wspólnej, gdzie cała trójka pasażerów zaczęła pić wódkę. Wkrótce, zabawa w samochodzie przykuła uwagę przejeżdżającego obok na rowerze milicjanta - sierżanta Zdzisława Łęckiego. Po wylegitymowaniu towarzystwa i puszczeniu prostytutki wolno, kazał on taksówkarzowi jechać na ulicę Wilczą, gdzie znajdował się najbliższy komisariat milicji. Wysiadając z samochodu przed komisariatem, Łęcki usłyszał dziwny dźwięk - gdy spojrzał na chodnik zobaczył nagle leżący na nim magazynek z pistoletu TT-33, który, jak się później okazało, wypadł Paramonowowi z kieszeni. Gdy podniósł wzrok, zobaczył już tylko wycelowaną w niego lufę broni. Paramonow pociągnął za spust dwukrotnie, raniąc Łęckiego w pierś. Ranny milicjant upadł na ziemię, gdzie Paramonow dobił go strzałem w głowę. Strzały zaalarmowały obsadę posterunku i zmusiły Paramonowa i Gadaja do ucieczki. W trakcie pościgu doszło do wymiany ognia, w której ranny został kapral milicji Zenon Misztal. Pomimo tego, przestępcy uciekli. W kieszeni zabitego milicjanta znaleziono jednak dowody osobiste Paramonowa i Gadaja, z zapisanym adresem zamieszkania - ulicą Tylżycką 7. Pod tym adresem milicjanci zastali jedynie Gadaja, którego aresztowano - Paramonow wymknął się im ponownie.

    Milicjanci szybko skojarzyli, iż Paramonow był głównym sprawcą serii napadów z sierpnia i września - jego wizerunek pokrywał się z rysopisem podanymi przez ofiary napadów. Już następnego dnia po śmierci Łęckiego gazety takie jak Trybuna Ludu czy Życie Warszawy opublikowały wizerunek Paramonowa. Rozpoczęła się ogólnokrajowa obława - Paramonow i Gaszczyński zaś uciekli z Warszawy, starając się zmylić ścigających. 25 września w Bobrownikach nieopodal Łowicza napadli na mężczyznę, kradnąc mu rower. W kolejnej wsi napadli na rolnika Stanisława Kromskiego, jadącego z czteroletnim synem, również chcąc ukraść rower. Kromski stawiał opór, za co Gaszczyński czterokrotnie uderzył go uchwytem pistoletu w głowę - obrażenia te sprawiły, iż Kromski stracił słuch w lewym uchu. Szarpanina zmusiła jednak przestępców do ucieczki, gdyż szybko na pomoc Kromskiemu pospieszyli inni mieszkańcy wsi. 26 września bandyci dotarli do Skierniewic - tam napadli na sklep, skąd zrabowali 2,5 tysiąca złotych, wódkę, papierosy i czekoladę. Paramonow wszedł również w posiadanie młotka - w pistolecie skończyła się amunicja, a Paramonow uznał, że młotek przyda mu się do “cichego mordowania”.

    Ostatecznie dwójka zbiegów wróciła do Warszawy nocą z 1 na 2 października. Zmęczeni pościgiem, głodni i zmarznięci, zasnęli w stogach siana w okolicach Dworca Wschodniego, na tyłach ówczesnej Warszawskiej Fabryki Motocykli. Wkrótce jednak na teren ten dotarł patrol milicji - miejsce to było znane jako nieformalna “noclegownia” dla różnej maści przestępców. Milicjanci - sierżant Henryk Skiba i starszy strzelec Józef Ostrowski nagle zauważyli, iż jedna ze stert siana wyglądała na poruszoną. Gdy weszli na jej szczyt zauważyli dwie sylwetki śpiących mężczyzn. Korzystając z elementu zaskoczenia szybko obezwładnili ich, związując im ręce paskami od płaszczy. Przy Paramonowie znaleźli pistolet i młotek. Podejrzanych następnie odeskortowano do portierni Zakładów Mięsnych przy ulicy Owsianej, skąd potem taksówką całą grupę zawieziono do Komendy Miejskiej.

    Proces Jerzego Paramonowa i Kazimierza Gaszczyńskiego, oskarżonych o szesnaście napadów rabunkowych i morderstwo, rozpoczął się 8 listopada 1955 roku przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie. Oskarżeni przyznali się do winy. Wyrok ogłoszono już 11 listopada - Paramonow i Gaszczyński skazani zostali na karę śmierci. Wyrok na Jerzym Paramonowie wykonano przez powieszenie 21 listopada 1955 roku w areszcie śledczym przy ulicy Rakowieckiej 37 w Warszawie. W wypadku Kazimierza Gaszczyńskiego Rada Państwa skorzystała z prawa łaski - karę śmierci zmieniono na karę dożywotniego pozbawienia wolności.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #gruparatowaniapoziomu #prl #polska

    Przy pisaniu opierałem się na książcze Przemysława Semczuka Czarna wołga. Kryminalna Historia PRL, którą z resztą bardzo polecam.
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    Dzisiejszy wpis zabierze nas do Afryki - dokładniej do Ugandy i na teren Międzynarodowego Portu Lotniczego w Entebbe. Lotnisko to w lipcu 1976 roku miało stać się celem operacji, która miała się zapisać w dziejach świata jako jedna z najlepiej wykonanych operacji sił specjalnych w historii. Ślady po tym wydarzeniu widoczne są nawet do dziś, co widać na zdjęciu.

    Ciąg zdarzeń mający doprowadzić do takiego rozwoju sytuacji rozpoczął się 27 czerwca 1976 roku. Wtedy to z lotniska im. Bena Guriona w Tel Awiwie wystartował samolot Airbus A300 linii Air France o rejestracji F-BVGG. Wykonywał on lot nr 139 - z Tel Awiwu do Paryża z międzylądowaniem w Atenach. Pierwsza część lotu minęła bez jakichkolwiek zakłóceń. Niedługo po starcie z Aten, jednak, grupa czterech porywaczy sforsowała drzwi kokpitu i zmusiła załogę do współpracy. Z grupy dwójka porywaczy należała do Grupy Operacji Zewnętrznych Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny - ich dowódca, Wadie Haddad, był odpowiedzialny za słynne porwania z Dawson Field z roku 1970. Pozostała dwójka należała do niemieckiej organizacji Komórek Rewolucyjnych. Zgodnie z żądaniami porywaczy, załoga skierowała samolot do Bengazi w Libii celem zatankowania paliwa przed przelotem do Entebbe w Ugandzie. W Bengazi samolot spędził na płycie lotniska prawie siedem godzin, nim otrzymał on paliwo i zgodę na lot do Entebbe. Do celu przybył o godzinie 15:15 czasu lokalnego 28 lipca 1976 roku. W owym czasie na pokładzie samolotu znajdowało się 247 pasażerów i 12 członków załogi (w Bengazi samolot opuściła obywatelka Izraela Patricia Martell).

    Po wylądowaniu w Entebbe zakładników podzielono na dwie grupy - obywateli Izraela i posiadających podwójne obywatelstwo oraz zakładników z innych państw. Cała operacja prowadzona była również z asystą ugandyjskiego wojska, na osobisty rozkaz rządzącego Ugandą Idi Amina, który współpracował z Palestyńczykami. 28 lipca terroryści wystosowali swoje żądania - obiecali oni uwolnienie zakładników i zwrot samolotu w zamian za okup w wysokości 5 milionów dolarów i zwolnienie z więzień 53 bojowników popierających niepodległość Palestyny - 40 z tych wojowników było wówczas przetrzymywanych w więzieniach na terenie Izraela. Żądania te miały zostać spełnione do 1 lipca 1976 roku - w innym wypadku porywacze mieli zacząć zabijać zakładników.

    Początkowo, rząd Izraela sprawiał wrażenie skłonnego do negocjacji. W tajemnicy przed mediami rozpoczęto jednak planowanie operacji uwolnienia zakładników na wypadek, gdyby negocjacje nie doszły do skutku. Poza własnymi źródłami, Izraelczycy zwrócili się również po pomoc do niezwykłego źródła - przez rząd USA poprosili oni Anwara Sadata - ówczesnego prezydenta Egiptu - o pomoc w negocjacjach. Amin i porywacze pozostawali jednak w większości nieugięci - zgodzili się jednak na przedłużenie terminu wykonania żądań do 4 lipca 1976 roku. Do 1 lipca porywacze zwolnili również 148 pasażerów samolotu nie będących Żydami. Opóźnienie to dało czas siłom specjalnym Izraela na opracowanie planu odbicia zakładników z lotniska.

    Plan, znany jako Operacja Thunderbolt (Piorun) zakładał, iż komandosi mieli dotrzeć do Entebbe na pokładzie 4 samolotów transportowych C-130 Hercules. Siły podzielone zostały na trzy grupy - dowodzenia, szturmową (mającą zaatakować lotnisko i oswobodzić zakładników) oraz wsparcia (mającą na celu ochronę samolotów oraz osłonę grupy szturmowej przed ogniem ze strony wojsk ugandyjskich - w skład tej grupy wchodził również oddział Sajjeret Matkal mający na celu zniszczenie stacjonujących w Entebbe ugandyjskich MiGów 17 i 21). Całkowite dowództwo nad operacją sprawował generał brygady Dan Shoromon, zaś dowództwo nad grupą szturmową powierzono pułkownikowi Jonatanowi Netanjahu.

    Jednym z głównych problemów stojącym przed planistami był fakt, iż samoloty C-130 nie posiadały wystarczającego zasięgu, aby dolecieć z Izraela do Entebbe i z powrotem. Izrael nie posiadał wtedy możliwości zatankowania tak wielu maszyn w powietrzu, zaś większość krajów Afryki Wschodniej chciała pozostać neutralna, nie chcąc narażać się na zemstę Idiego Amina bądź palestyńskich terrorystów. Wkrótce jednak, najprawdopodobniej dzięki staraniom diaspory żydowskiej w Kenii, prezydent tego kraju Jomo Kenyatta zezwolił Izraelskim Siłom Powietrznym zarówno na przelot przez przestrzeń powietrzną Kenii, jak i międzylądowanie na lotnisku w Nairobi. Ostatecznie, zgodę na rozpoczęcie operacji wydano 3 lipca o godzinie 18:30.

    Ostatecznie, w skład powietrznej armady poza 4 samolotami C-130 weszły jeszcze dwie maszyny Boeing 707 - w rolach powietrznego szpitala oraz centrum dowodzenia. Wieczorem 3 lipca 1976 roku, samoloty wystartowały z Sharm el-Sheikh z okupowanego przez Izrael półwyspu Synaj, kierując się w stronę Entebbe. Trasa lotu przebiegała w dużej mierze nad Morzem Czerwonym - samoloty leciały również w dużej mierze na pułapie ok. 30 metrów, aby uniknąć wykrycia przez egipskie i saudyjskie radary. Przy ujściu Morza Czerwonego i na południe od Dżibuti samoloty skręciły na zachód, kierując się w okolice Nairobi. Tam od grupy odłączył się Boeing szpitalny - drugi kontynuował lot.

    Pierwszy z Herculesów wylądował na płycie lotniska w Entebbe około godziny 23:00 czasu izraelskiego. Jego pojawienie się zdziwiło pilnujących lotniska ugandyjskich żołnierzy. Po zatrzymaniu się maszyny z rampy załadunkowej nagle zjechały samochody terenowe Land Rover oraz czarna limuzyna Mercedes - zdarzenie to jeszcze bardziej skonsternowało ugandyjczyków, gdyż w taki sposób poruszał się zwykle Idi Amin. Wkrótce kolumna pojazdów znalazła się w pobliżu terminala, gdzie przetrzymywano zakładników. Wkrótce, między komandosami a ugandyjskimi żołnierzami doszło do wymiany ognia - wydarzenie to zmusiło komandosów do natychmiastowego szturmu terminala.

    W ciągu kilkudziesięciu sekund komandosi weszli do środka. O ile na zewnątrz lotnisko strzeżone było przez żołnierzy ugandyjskich, o tyle zakładników pilnowała czwórka porywaczy oraz trójka terrorystów, która dołączyła do nich w Entebbe. Według zeznań świadków po wejściu do terminala jeden z żołnierzy zaczął po hebrajsku i angielsku krzyczeć przez megafon, aby zakładnicy zostali na ziemi. Między komandosami a porywaczami wywiązała się morderca wymiana ognia - zginęła w niej czwórka porywaczy oraz trójka zakładników. Pozostała trójka porywaczy ukryła się w korytarzu prowadzącym do głównej hali terminala - komandosi najpierw obrzucili ich granatami, a następnie zastrzelili.

    W międzyczasie na pasie startowym wylądowały pozostałe samoloty Hercules - z ich wnętrz wyjechały pojazdy opancerzone oraz wysypali się spadochroniarze oraz żołnierze Brygady Golani, związując walką resztę sił chroniących lotnisko. Wkrótce, dało się słyszeć głośne wybuchy - to komandosi z grupy osłonowej zaczęli wysadzać stojące na płycie lotniska ugandyjskie myśliwce. W międzyczasie komandosi z grupy szturmowej zaczęli wyprowadzanie zakładników z terminala i wprowadzanie ich na pokład jednego z transportowców. Wtedy to grupa ta znalazła się pod ostrzałem ugandyjskich żołnierzy znajdujących się w wieży kontroli lotów lotniska. Izraelczycy odpowiedzieli ogniem ciężkich karabinów maszynowych i granatników przeciwpancernych, co zmusiło ugandyjczyków do przerwania ognia.Ostatecznie, zaledwie 30 minut po rozpoczęciu szturmu, izraelskie samoloty wystartowały w lot do Nairobi. Za sobą pozostawiały 7 zabitych porywaczy, ok. 40 zabitych ugandyjskich żołnierzy i ok. 30 zniszczonych ugandyjskich myśliwców. Po stronie izraelskiej zginął tylko jeden komandos - pułkownik Netanjahu. Oprócz niego, rannych zostało 5 komandosów i 10 zakładników. Operacja Piorun zakończyła się sukcesem.

    Sukces operacji wprawił Idi Amina w wściekłość. Dyktator szybko rozkazał przeprowadzenie czystki mniejszości kenijskiej w Ugandzie oraz wydał polecenie zamordowania Dory Bloch - zakładniczki, która w momencie szturmu znajdowała się w szpitalu w Kampali. Zwłoki Bloch odnaleziono dopiero w roku 1979 na terenie plantacji cukru 32 kilometry na wschód od Kampali. Kolejną ofiarą furii Amina miał stać się minister rolnictwa Kenii Bruce MacKenzie - człowiek, który wpłynął na decyzję prezydenta Kenyatty o pomocy Izraelowi. MacKenzie zginął w zamachu bombowym przeprowadzonym 24 maja 1978 roku. 31 grudnia 1980 roku w hotelu Norfolk w Nairobi eksplodowała bomba, zabijając 20 osób i raniąc 87 - za sprawców uznano palestyńskich terrorystów, mszczących się za współpracę Kenii.

    Do dziś Operację Piorun (znaną również jako Operacja Entebbe) uważa się za jedną z modelowych akcji odbicia zakładników z rąk terrorystów przez siły specjalne.

    #kronikakryminalnafranka #gruparatowaniapoziomu #historia #historiajednejfotografii #izrael #uganda
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    Dziś zawitamy do Londynu lat 40. XX wieku - dokładniej do roku 1948. Stolica Wielkiej Brytanii śledziła bacznie proces mężczyzny, oskarżonego o zamordowanie 5 osób i pozbycie się ich zwłok poprzez rozpuszczenie w kwasie. Z tego powodu prasa okrzyknęła go mianem “kwasowego mordercy” - Acid Bath Murderer. Mężczyzną tym był 39-letni John George Haigh.

    Haigh urodził się 24 lipca 1909 roku w miejscowości Stamford w hrabstwie Lincolnshire w religijnej i konserwatywnej rodzinie. W młodości przejawiał duże zainteresowanie muzyką klasyczną - zainteresowanie to wkrótce przerodziło się w umiejętność gry na fortepianie. Haigh był również dobrym uczniem - otrzymał m.in. stypendia naukowe w szkole im. Królowej Elżbiety w Wakefield czy samej katedry w Wakefield, gdzie śpiewał w chórze. Po zakończeniu edukacji rozpoczął praktyki jako mechanik samochodowy. Po roku opuścił jednak zakład, znajdując następnie zatrudnienie jako sprzedawca ubezpieczeń.

    Wtedy jednak w Haighu zaczęła zachodzić przemiana na gorsze. W roku 1930 został zwolniony z pracy za kradzież pieniędzy z kasy. W roku 1934 zaś trafił do więzienia, skazany na 15 miesięcy więzienia za oszustwa finansowe i fałszerstwo, polegające na sprzedaży nieistniejących samochodów i fałszowaniu dokumentacji. W owym czasie rozpadło się również jego małżeństwo co sprawiło, iż odwróciła się od niego rodzina. Haigh wyszedł na wolność w roku 1936 - przeniósł się do Londynu, gdzie znalazł zatrudnienie jako serwisant automatów hazardowych i szofer Williama McSwana - bogatego właściciela kilku kasyn na terenie Londynu. Podczas pracy u McSwana Haigh ponownie próbował się nielegalnie wzbogacić - tym razem sprzedając podrobione akcje poniżej ceny rynkowej. Wkrótce jednak oszustwo odkryto, zaś Haigh został skazany na 4 lata pozbawienia wolności. Więzienie Haigh opuścił przez to niedługo po rozpoczęciu II Wojny Światowej. W czasie wojny Haigh był kilkakrotnie aresztowany za kradzieże i fałszerstwa.

    W trakcie jednego z pobytów w celi Haigh zrozumiał, iż jego poprzednie przestępstwa odkrywano, gdyż ich ofiary pozostawały żywe i mogły zgłosić przestępstwo policji. Zaczął więc interesować się możliwością popełnienia zbrodni doskonałej - takiej, gdzie po ofierze nie pozostał nawet ślad. Za inspirację obrał francuskiego seryjnego mordercę Gerogesa - Aleksandra Sarreta, który pozbywał się zwłok ofiar przez rozpuszczenie w silnie stężonym kwasie siarkowym. Według późniejszych zeznań Haigh prowadził w więzieniu eksperymenty, używając szczurów i myszy jako obiektów testowych. Gdy w roku 1943 opuszczał więzienie, Haigh był gotowy popełnić zbrodnie, które miały wstrząsnąć Wielką Brytanią.

    Pierwszą ofiarą Haigha miał okazać się jego były pracodawca - William McSwan. Po wyjściu z więzienia Haigh pracował jako księgowy w firmie inżynierskiej, gdy wpadł na McSwana w pubie. Wkrótce, McSwan zaproponował mu pracę w charakterze kuriera, mającego zbierać czynsze od najemców nieruchomości. Haigh przystał na propozycję i wkrótce poznał rodziców McSwana - Donalda i Amy. Widząc bogactwo, w jakim żyli, Haigh uznał całą rodzinę za idealny cel. 6 września 1944 roku William McSwan zaginął. Zaniepokojeni rodzice szybko zwrócili się do Haigha o pomoc. Ten wyjaśnił im, że William uciekł do Szkocji, aby uniknąć poboru do wojska. Prawda była jednak znacznie bardziej tragiczna. W dniu zaginięcia Haigh zaprowadził McSwana do piwnicy domu przy 79 Gloucester Road pod pretekstem pokazania mu warsztatu, w jakim miał serwisować maszyny do pinballa. W samym warsztacie Haigh zaatakował McSwana, zadając mu kilka silnych ciosów pałką w głowę, zabijając go na miejscu. Zwłoki następnie do pustej beczki po ropie, którą wypełnił stężonym kwasem siarkowym. Do warsztatu powrócił dwa dni później, gdy zwłoki rozpuściły się w ciężki do zidentyfikowania szlam. Szlamu tego Haigh pozbył się poprzez wylanie przez otwór odpływowy w podłodze.

    Kłamstwo Haigha zadziałało - McSwanowie nie szukali syna, zaś Haigh dalej pracował u nich jak kurier. Wkrótce jednak II Wojna Światowa zaczęła zbliżać się ku końcowi, przez co Donald i Amy McSwan coraz częściej pytali się o syna. Haigh zrozumiał, iż musiał ich zamordować, aby prawda nie wyszła na jaw. 2 lipca 1945 zwabił on najpierw Donalda, a następnie Amy do warsztatu na Gloucester Road po pretekstem spotkania z synem, gdzie zamordował ich ciosami pałką w głowę. Zwłok pozbył się w taki sam sposób, ajk w wypadku pierwszego morderstwa.

    Po dokonaniu morderstw Haigh działał szybko. Rozpowiadając historię, iż McSwanowie wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, Haigh sprzedał ich posiadłości i zawłaszczył czeki emerytalne Donalda McSwana. Przez to wzbogacił się on o kwotę prawie 8 tysięcy funtów - na owe czasy była to suma zawrotna. Sam Haigh zamieszkał w hotelu Onslow Court w dzielnicy Kensington. Wkrótce jednak fortuna Haigha zaczęła topnieć - głównie ze względu na uzależnienie od hazardu. Nie chcąc powrócić do dawnego stylu życia, Haigh rozpoczął polowanie na nowe ofiary latem 1947 roku.

    Kolejnymi ofiarami mordercy miało okazać się małżeństwo Hendersonów - Archibald i Rosalie. Należeli oni do bogatszej klasy średniej - głównie dzięki temu, iż Archibald był lekarzem. Haigh nawiązał z nimi kontakt, gdy udawał zainteresowanie kupnem mieszkania należącego do Hendersona. Hendersonowie i Haigh szybko nawiązali znajomość, co sprawiło, iż Haigh stał się ich częstym gościem. Podczas jednej z wizyt ukradł on również należący do Archibalda Hendersona rewolwer Webley. 12 lutego 1948 roku Haigh zaprosił pana Hendersona do garażu w Crawley, pod pretekstem pokazania mu wynalazku, nad którym pracował. Po wejściu do garażu Haigh zabił Hendersona strzałem w tył głowy. Następnie zadzwonił on do Rosalie z wiadomością, iż jej mąż miał się źle poczuć i poprosił ją o przyjazd. Gdy Rosalie dotarła na miejsce, ją też zastrzelił. Ciała trafiły do wypełnionych kwasem beczek, zaś Haigh szybko spieniężył majątek Hendersonów. Tym razem pieniądze skończyły się znacznie szybciej - już w lutym 1949 roku Haigh poszukiwał kolejnej ofiary.

    Szóstą i jak się później okazało ostatnią ofiarą Haigha miała być 69-letnia Olive Durand-Deacon - wdowa po bogatym prawniku, również mieszkająca w hotelu Onslow Court. 19 lutego 1949 roku Haigh zwabił ją do warsztatu w Crawley i zamordował strzałem w szyję. Tym razem jednak Haigh nie przewidział, iż przyjaciółka Durand-Deacon - Constance Lane - zgłosi jej zaginięcie zaledwie dwa dni po morderstwie. Policja rozpoczęła poszukiwania od wizyty w hotelu Onslow Court - widok Haigha wśród rzeszy emerytów zamieszkujących hotel wydał się im podejrzany. Odkrycie, iż Haigh był w przeszłości karany za fałszerstwa sprawiło, iż policja zaczęła znacznie dogłębniej sprawdzać jego majątek. Wkrótce, policjanci dokonali rewizji na terenie warsztatu w Crawley. W jednej z walizek odnaleziono kwit z pralni wystawiony na Olivię Durand-Deacon oraz dokumenty noszące nazwiska Hendersonów i McSwanów. Udało się również zabezpieczyć rewolwer Webley kalibru .38 cala oraz ubrania ochronne. Sprawdzenie wysypiska śmieci na terenie warsztatu dało makabryczne rezultaty - patologowie sądowi zidentyfikowali tam część ludzkiej stopy, kamienie żółciowe, fragment uzębienia (zidentyfikowany później jako należący do Olivii Durant-Deacon) oraz prawie 14 kilogramów tłuszczu pochodzenia ludzkiego. Zebrane dowody okazały się wystarczające do aresztowania Johna George'a Haigha. Ten szybko przyznał się do morderstwa pani Durant-Deacon oraz do pięciu pozostałych zabójstw.

    Proces Johna George’a Haigha rozpoczął się 1 kwietnia 1949 roku. Oskarżony przyznał się do winy, zasłaniając się niepoczytalnością - według własnych słów o jego niepoczytalności miał świadczyć fakt, iż rzekomo pił krew swoich ofiar. Badania prowadzone przez biegłych nie potwierdziły jego zeznań, przez co sąd odrzucił jego prośbę o uznanie niepoczytalności. 18 lipca 1949 roku sąd wydał wyrok - John George Haigh został uznany winnym dokonania 6 morderstw i skazany na karę śmierci przez powieszenie. Egzekucji dokonał kat Albert Pierrepoint w więzieniu Wandsworth 6 sierpnia 1949 roku.

    #kronikakryminalnafranka #historia #uk #historiajednejfotografii #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: murderpedia.org

  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się do Związku Radzieckiego w latach 80. XX wieku. Ostatnia dekada istnienia komunistycznego supermocarstwa znana jest głównie z okresów glasnost’ i pierestrojki - które niejako doprowadziły później do rozpadu ZSRR. Dla mieszkańców Rostowa nad Donem na południu kraju, okres ten miał być tożsamy ze strachem przed grasującym w okolicy seryjnym mordercą, biorącym na cel dzieci i młodzież. Ze względu na swoją brutalność miał być później znany jako “Rzeźnik z Rostowa”.

    Spokój tej okolicy zaburzony został 24 grudnia 1978 roku. Wtedy to z rzeki Gruszewki nieopodal miejscowości Szachty wyłowione zostały okaleczone zwłoki dziewczynki. Ofiarę zidentyfikowano jako 9-letnią Jelenę Zakotnową. Sekcja zwłok wykazała, iż dziewczynka zginęła w wyniku uduszenia - sprawca rozpruł jej również brzuch nożem. Milicja szybko odnalazła prawdopodobnego sprawcę - miał nim być 25-letni robotnik Aleksandr Krawczenko, skazany już wcześniej za gwałt i morderstwo. Żona Krawczenki początkowo zeznała, iż przez cały wieczór był w domu - milicjanci, grożąc jej oskarżeniem o współudział, wymusili od niej kompletnie inne zeznanie. Sam Krawczenko podczas procesu stwierdził, iż przyznał się do winy ze względu na tortury, jakim miał być poddany przez śledczych. Sąd pozostał na te okoliczności niewzruszony i skazał Krawczenkę na śmierć. Nikt jednak nie wiedział, iż morderca Zakotnowej pozostawał na wolności i dopiero miał rozpocząć swoje łowy.

    Do kolejnego, makabrycznego morderstwa doszło 3 września 1981 roku w Rostowie nad Donem. Ofiarą była 17-letnia Larissa Tkaczenko. Morderca zwabił ją do zalesionego obszaru w okolicach centrum Rostowa, a następnie zamordował najpierw bijąc kijem a następnie dusząc gołymi rękoma. Po śmierci ciało zbezczeszczono - sprawca odgryzł ofierze sutek, zaś w wielu miejscach odnaleziono ślady po zębach. Śledztwo w sprawie tego morderstwa szybko stanęło w miejscu ze względu na brak świadków czy dowodów rzeczowych. Na kolejne brutalne zabójstwo trzeba było czekać aż do 27 czerwca 1982 roku. Wtedy to w okolicach wsi Doński nieopodal rostowa znaleziono zwłoki 13-letniej Liubow Biriuk. Z oględzin miejsca zbrodni wynikało, iż sprawca zaciągnął dziewczynkę do krzaków, zdarł z niej ubranie po czym zadźgał nożem. Łącznie na ciele ofiary doliczono się 22 ran kłutych i ciętych. Sprawca wyłupił również ofierze oczy.

    Po śmierci Ljubow Biriuk liczba morderstw zaczęła wzrastać - od lipca do września 1982 roku doliczono się pięciu kolejnych morderstw o charakterystyce podobnej do tych poprzednich. Zwłoki znajdowano głównie w terenach zielonych w Szachtach, Krasnodarze czy też w okolicach Rostowa. We wszystkich wypadkach ofiary ginęły na skutek ran zadanych nożem - ciała były również okaleczane po śmierci. Zwłoki znajdowano w dużej mierze w okolicach przystanków autobusowych i stacji kolejowych. Miejsca zbrodni łączył również fakt, iż ofiarom wyłupiono oczy - miało się to stać niejako “wizytówką” mordercy. 11 grudnia 1982 roku w okolicach Nowoszachtyńska odnaleziono zwłoki 10-letniej Olgi Stamalczenok - sekcja zwłok wykazała aż 50 ran kłutych oraz fakt, iż morderca rozpruł klatkę piersiową oraz brzuch ofiary i wyciął z niego macicę i część jelita grubego. To właśnie to morderstwo uświadomiło milicji, iż mieli do czynienia z seryjnym mordercą.

    Wieści o możliwym seryjnym mordercy szybko dotarły z Rostowa do Moskwy. W odpowiedzi w styczniu 1983 roku na miejsce wysłano majora milicji Michaiła Fetisowa, który szybko objął nadzór nad sprawą. Wkrótce na miejscu znalazł się również patolog sądowy Wiktor Burakow. Posiłki z Moskwy nie były w stanie jednak zapobiec kolejnym morderstwom. W czerwcu 1983 roku w płytkim grobie nieopodal stacji kolejowej w Szachtach znaleziono zwłoki 15-letniej Laury Sarkizjan. Do września doliczono się kolejnych pięciu zabójstw pasujących domodus operandi mordercy. Milicjanci uznali, iż sprawca był najprawdopodobniej człowiekiem chorym psychicznie, homoseksualistą bądź pedofilem - rozpoczęto żmudny proces wyszukiwania potencjalnych sprawców oraz sprawdzania ich alibi. Skoncentrowano się w dużej mierze na recydywistach, osobach zwolnionych z szpitali psychiatrycznych bądź notowanych już przestępców seksualnych. Wkrótce do dokonania morderstw przyznało się kilku młodocianych - ich zeznania wkrótce okazały się jednak fałszywe, gdyż zaczęto odnajdywać kolejne ofiary. Do końca roku odnaleziono dwa ciała - 19-letniej Wiery Szewkun w Szachtach i 14-letniego Siergieja Markowa w Nowoczerkasku.

    Nadszedł rok 1984, a morderca dalej pozostawał nieuchwytny. Nie przestawał również zabijać - w styczniu i lutym zaatakował w Parku Lotników w Rostowie, mordując dwie kobiety. 24 marca zaatakował w Nowoszachtyńsku - jego ofiarą padł 10-letni Dimitrij Ptasznikow. Tym razem milicjanci mieli nieco szczęścia - udało im się stworzyć portret pamięciowy podejrzanego na podstawie zeznań świadków, którzy widzieli, iż chłopczyk oddalił się w towarzystwie mężczyzny w średnim wieku. Na miejscu zbrodni zabezpieczono również odcisk buta, jak i próbki spermy i śliny. Nawet to nie przybliżyło jednak milicji do schwytania sprawcy. Ten zaś atakował dalej - do września w okolicach Szacht i Rostowa doliczono się aż dziesięciu morderstw, które z dużą pewnością można było przypisać seryjnemu mordercy.

    13 września 1984 roku milicja zatrzymała 48-letniego Andrieja Czikatiłę po tym, jak został zauważony przy próbach odprowadzania kobiet z dworca autobusowego w Rostowie. Przy Czikatile znaleziono nóż oraz kawałek liny - wkrótce milicja odkryła, iż był podejrzewany o kradzież w miejscu pracy, co sprawiło, iż mogli go zatrzymać na dłużej, niż 48 godzin. Czikatiło wydał się milicjantom podejrzany - jego wygląd pasował do rysopisu mężczyzny widzianego z Dimitrijem Ptasznikowem. Badanie krwi wykluczyło go jednak z grona podejrzanych - Czikatiło posiadał grupę krwi A, podczas gdy sprema z miejsc zbrodni była typu AB. Czikatiłę skazano na rok więzienia za kradzież - wyszedł jednak po trzech miesiącach - w grudniu 1984 roku.

    Ku zdumieniu śledczych, morderstwa nagle ustały. Miała to być jednak cisza przed burzą. 1 sierpnia 1985 roku w okolicach stacji kolejowej przy lotnisku Domodiedowo w Moskwie odnaleziono zwłoki 18-letniej Natalii Pochlistowej. Charakter obrażeń prawie natychmiast potwierdził, iż padła ona ofiarą seryjnego mordercy z okolic Rostowa. Wkrótce, zaatakował on również na “starych śmieciach” - 27 sierpnia w Szachtach znaleziono zwłoki Iriny Gułajewej. Ponowne uaktywnienie się mordercy spotkało się z odpowiedzią z samej Moskwy - do Rostowa wysłano prokuratora Issę Kostojewa, który przejął przywództwo nad grupą śledczą. Na wniosek Wiktora Burakowa dokonano również, czegoś, o czym nigdy w ZSRR nie słyszano - zwrócono się z prośbą o pomoc do psychologa w celu stworzenia profilu psychologicznego mordercy. Okazał się nim doktor Aleksander Buchanowski. Na wniosek Burakowa Buchanowski otrzymał wgląd do dokumentacji śledztwa celem ich dokładnego przestudiowania. Owocem tej pracy okazało się być 65-stronicowe opracowanie, w którym Buchanowski nakreślił profil podejrzanego. Według opracowania, sprawcą morderstw był mężczyzna, w wieku od 40 do 50 lat. Buchanowski stwierdził, iż podejrzany przeżył najprawdopodobniej ciężkie dzieciństwo, które w większości spędził samotnie, przez co miał duże trudności w nawiązywaniu kontaktów z kobietami. Sprawca miał być również średniej inteligencji, żonaty, może nawet mieć dzieci, ale był przy tym najprawdopodobniej również sadystą i impotentem, nie mogącym osiągnąć erekcji bez oglądania ludzkiego cierpienia. Według Buchanowskiego, morderstwa miały być dla sprawcy zastępstwem aktów seksualnych - wybór narzędzia zbrodni miał również znaczenie, gdyż nóż miał być w tym akcie substytutem dla penisa. Na podstawie miejsc i czasów dokonania zbrodni Buchanowski stwierdził również, iż sprawca musiał pracować na stanowisku wymagającym częstego podróżowania.

    Pomimo przygotowania profilu, morderca jakby zapadł się pod ziemię. W latach 1986 - 87 odnotowano jedynie jedno morderstwo, które można było przypisać sprawcy poprzednich zabójstw. 18 sierpnia 1986 roku na terenie kołchozu w Batajsku odkryto płytki grób zawierający zwłoki 18-letniej Iriny Pogoriełowej. Brak nowych morderstw skłonił wielu milicjantów do postawienia hipotezy, iż morderca albo umarł albo przeniósł się do innej części ZSRR. Ta druga hipoteza nie znalazła potwierdzenia - inne jednostki milicji nie meldowały o odnalezieniu ofiar, których obrażenia pasowały by do poprzednich ofiar. Ponownie, jednak, miała to być cisza przed burzą.

    W maju 1988 do śledczych z grupy mordercy z Rostowa dotarła wstrząsająca wiadomość. W mieście Iłowajśk na Ukrainie odnaleziono zwłoki 9-letniego Aleksieja Woronki - rany, jakich doznał przed śmiercią wskazywały jednoznacznie, iż morderca zaatakował ponownie. Pomiędzy majem a sierpniem 1989 roku odkryto dwie kolejne ofiary, które przypisano seryjnemu mordercy. Stojąc pod presją z Moskwy oraz prasy, milicja zwiększyła obecność funkcjonariuszy umundurowanych jak i nieumundurowanych na stacjach kolejowych i dworcach autobusowych w całym okręgu rostowskim. Te działania nie powstrzymały mordercy. W lutym 1990 roku w Rostowie odnaleziono wykastrowane i mocno podźgane zwłoki 11-letniego Andrieja Krawczenki. 8 marca tego samego roku w Ogrodzie Botanicznym odnaleziono podobnie okaleczone zwłoki 10-letniego Jarosława Makarowa. Ostatecznie, pod presją opinii publicznej, milicja musiała zmienić taktykę.

    Tym razem postanowiono rozpocząć nową operację. Na dużych dworcach w całym rejonie Rostowa rozmieszczono dodatkowe siły umundurowanych milicjantów. Na mniejszych stacjach zaś wzmożono patrole funkcjonariuszy w cywilu - a zwłaszcza na stacjach w Donleskozie, Lesostepie i Kripicznej, gdzie morderca uderzał najczęściej. 6 listopada 1990 roku patrolujący stację Donleskoz nieumundurowany milicjant zauważył wychodzącego z lasu mężczyznę w średnim wieku. Obserwując go, milicjant nabrał podejrzeń - mężczyzna miał widoczne ślady brudu na łokciach i kolanach, choć jego ubiór był zbyt formalny jak na wyjście do lasu na grzyby. Na policzku mężczyzny milicjant zauważył również czerwony ślad. Podejrzenia milicjanta nie były wystarczające do aresztowania podejrzanego, ale wystarczające do wylegitymowania go. Mężczyzną tym okazał się być Andriej Czikatiło.

    13 listopada, w lesie z którego wyłonił się Czikatiło odnaleziono zwłoki 22-letniej Swietłany Korostik. Milicjanci szybko zrozumieli, iż najbardziej prawdopodobnym sprawcą morderstwa był właśnie Andriej Czikatiło. Sprawdzenie akt śledztwa wykazało, iż został już zatrzymany w związku z tą sprawą w roku 1984, a jego nazwisko znalazło się na liście możliwych podejrzanych rozesłanej po całym ZSRR w roku 1987. Sprawdzenie przeszłości Czikatiły również okazało się być owocne - wyszło na jaw, iż w latach od roku 1970 do 1981 musiał dwukrotnie zmieniać szkoły, w jakich pracował ze względu na oskarżenia o molestowanie seksualne uczniów. Po roku 1981 pracował jako zaopatrzeniowiec firmy budowlanej w Rostowie, a po wyjściu z więzienia w 1984 zatrudniony został w fabryce lokomotyw w Nowoczerkasku. Obie te prace wymagały od niego częstych podróży służbowych - sprawdzenie dat podróży i porównanie ich z datami morderstw pokazało, iż w wielu wypadkach Czikatiło był w mieście, w którym dokonano morderstwa w danym dniu. To wystarczyło, aby objąć Czikatiło obserwacją. Ostatecznie, Andriej Czikatiło został aresztowany 20 listopada 1990 roku, gdy wychodził z kawiarni w Nowoczerkasku. Nie stawiał oporu.

    W momencie aresztowania milicja była w stanie przypisać Czikatile udział w 36 morderstwach. Po aresztowaniu Czikatiłę poddano badaniom krwi i spermy. Ich wynik zszokował śledczych - o ile krew Czikatiły była grupy A, to jego sperma dawała wynik grupy krwi AB. Wyjaśniało to, dlaczego badanie krwi w roku 1984 okazało się być nieskuteczne. Pomimo tego, Czikatiło nie przyznawał się do winy w sprawie morderstw, choć przyznał się do molestowania seksualnego uczniów i uczennic z czasów bycia nauczycielem. 29 listopada 1990 roku, jednak, po tym, jak doktor Buchanowski przeczytał Czikatile profil psychologiczny, ten przyznał się przed nim do winy. Następnego dnia prokurator Kostojew oficjalnie oskarżył Czikatiłę o dokonanie 36 morderstw - morderca przyznał się do dokonania 34. Przez następne miesiące Czikatiło przyznał się do dokonania dodatkowych 22 morderstw na terenie całego ZSRR - w tym w Leningradzie, Zaporożu, Taszkiencie czy Krasnodarze. W wielu wypadkach dokładnie opisał miejsce zbrodni i to, co robił z ofiarą. Jak sam stwierdził, większość ofiar poznawał na dworcach lub w pobliżu miejsc publicznych. W miejsca odosobnione zwabiał je różnymi obietnicami - w wypadku dzieci obietnicą pokazania Zachodnich filmów czy poczęstowania cukierkami, a wypadku dorosłych napicia się wódki. Gdy docierał na miejsce zbrodni, tam atakował nagle, zadając od 30 do 50 ciosów nożem, głównie w klatkę piersiową. Ofiary często patroszył i pozostawał z nimi aż do momentu, gdy serce przestawało bić - jak sam twierdził, patrzenie na umierającego człowieka sprawiło mu “satysfakcję i przyjemność”. Początkowo wyłupywał on również ofiarom oczy - jak twierdził, gdyż wierzył w legendę, iż w oczach ofiary morderstwa odbijał się wizerunek mordercy. Ostateczny dowód winy Czikatiło dostarczył milicji w grudniu 1990 roku, gdy zaprowadził ich do miejsca pochówku Aleksieja Chobotowa - 10-letniego chłopca, którego zamordował 28 sierpnia 1989 roku w Szachtach. W sierpniu 1991 roku Czikatiło został poddany badaniom psychiatrycznym w Instytucie Serbskiego w Moskwie. Psychiatrzy zdiagnozowali u niego sadyzm oraz zaburzenia osobowości typu borderline, jednak uznali, iż jest on w stanie stanąć przed sądem.

    Proces Andrieja Czikatiły rozpoczął się w Rostowie 14 kwietnia 1992 roku. Jako pierwszy, duży proces państwowy po rozpadzie ZSRR, przyciągnął on uwagę całego kraju. Sam Czikatiło w trakcie procesu zachowywał się dość nieobliczalnie - kilkakrotnie odwoływał wcześniejsze zeznania, wyzywał świadków, kolegium sędziowskie jak i rodziny ofiar i zachowywał się agresywnie. Według psychologów, była to jedynie gra mająca na celu przekonanie sędziów o chorobie psychicznej. Ostatecznie, wyrok odczytano i zasądzono w dniach 14 i 15 października 1992 roku. Na podstawie materiału dowodowego i zeznań świadków jak i własnego przyznania się do winy, Andriej Czikatiło został uznany winnym 52 z 53 zarzucanych mu morderstw jak i 5 zarzutom napaści na tle seksualnym i skazany na karę śmierci i 86 lat więzienia. Apelacje do Sądu Najwyższego Federacji Rosyjskiej i prośba o łaskę prezydenta Borysa Jelcyna spełzły na niczym. Wyrok wykonano przez strzał z pistoletu za ucho 14 lutego 1994 roku w więzieniu w Nowoczerkasku.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #gruparatowaniapoziomu #rosja #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: biography.com

  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się do Londynu w wiosnę roku 1993. To właśnie w tym czasie w mieście grasował seryjny morderca, którego celem stali się homoseksualni mężczyźni. Człowiek widoczny na zdjęciu przez prawie cztery miesiące pozostawał nieuchwytny, podczas, gdy liczba jego ofiar rosła…

    8 marca 1993 roku 45-letni Peter Walker wyszedł zabawić się na miasto. Za miejsce zabawy wybrał pub Coleherne w zachodnim Londynie - było to bardzo popularne miejsce spotkań wśród homoseksualnych mężczyzn - również tych zainteresowanych sadomasochizmem. Podczas wieczoru Walker zapoznał innego mężczyznę, którego zaprosił do swojego mieszkania w dzielnicy Battersea, celem odbycia stosunku seksualnego. Według późniejszego śledztwa policji, w mieszkaniu nieznajomy przywiązał Walkera do łóżka, po czym udusił go plastikową torbą. Oględziny mieszkania wykazały, iż morderca był bardzo skrupulatny - nie odnaleziono jakichkolwiek obcych odcisków palców czy śladów DNA. Sąsiedzi Walkera stwierdzili, iż w nocy nie słyszeli oni niczego niezwykłego. Z mieszkania zniknęła również karta płatnicza ofiary, zaś sprawdzenie wyciągów bankowych wykazało, iż z konta Walkera ktoś wybrał pieniądze po jego śmierci. Poza tymi poszlakami, dowodów mogących wskazać mordercę praktycznie nie było. Ten zaś szykował się do kolejnego morderstwa.

    Doszło do niego 28 maja. Ofiarą okazał się być 37-letni Christopher Dunne - mieszkający w dzielnicy Wealdstone bibliotekarz. Początkowo jednak policja uznała, iż przyczyną śmierci mogło być uduszenie w trakcie aktu seksualnego, a nie morderstwo. Do tego, policjanci pracujący nad przypadkiem Dunne’a byli zupełnie inną grupą, która nie wiedziała o morderstwie Petera Walkera. Z tego powodu śmierć Dunne’a nie została rozpoznana jako kolejne morderstwo.

    4 czerwca 1993 roku policja otrzymała kolejne zgłoszenie o morderstwie. Tym razem ofiarą okazał się być 35-letni Perry Bradley - amerykański biznesmen mieszkający i pracujący w Londynie. Jego zwłoki znaleziono związanie w łóżku - według patologów śmierć nastąpiła na skutek uduszenia sznurem. Ponownie w mieszkaniu nie znaleziono obcych odcisków palców czy materiału genetycznego. Do tego, rodzina Bradleya zeznała, iż nie przejawiał on do tej pory skłonności homoseksualnych. Przez to, sprawy tej nie połączono z poprzednimi, co miało okazać się tragiczne.

    Zaledwie trzy dni po śmierci Bradley’a, morderca zaatakował ponownie. Jego ofiarą stał się 33-letni Andrew Collier. Jego zwłoki odkryto 9 czerwca w jego własnym mieszkaniu - jak w innych wypadkach były przywiązane do łóżka. Za przyczynę śmierci uznano uduszenie kawałkiem sznura. Policjanci badający miejsce zbrodni dostrzegli podobieństwa pomiędzy nim a miejscem zbrodni w sprawie Petera Walkera - zwłoki odnaleziono w tych samych pozycjach, mieszkania obrabowano a przyczyna śmierci była w obu wypadkach praktycznie identyczna. Rozmowa z policjantami regularnia patrolującymi rejon mieszkania Colliera również dała rezultaty. Policjanci dowiedzieli się, iż w noc morderstwa tuż przed blokiem Colliera doszło do sporej rozmiarów bijatyki. Dokonując oględzin kraty na oknie w holu policyjni technicy zabezpieczyli odcisk palca nieznanej osoby - z dużą pewnością uznano, iż należał do mordercy, aczkolwiek brak komputerowej bazy danych odcisków palców sprawił, iż identyfikacja właściciela odcisku była, do czasu aresztowania tej osoby, niemożliwa. Wkrótce, policjanci w końcu zrozumieli, iż mieli do czynienia z seryjnym mordercą, który za cel obrał homoseksualnych mężczyzn. Potwierdzenie tej informacji przyszło z nieoczekiwanej strony - 12 czerwca na policję zadzwonił anonimowy mężczyzna. W trakcie rozmowy wyraził on irytację faktem, iż policja nie powiązała morderstw ze sobą i przyznawał się do ich dokonania. Zapowiedział również, iż zabije ponownie.

    Jak się okazało, obietnica ta miała się spełnić. Tego samego dnia 41-letni Emanuel Spiteri - pochodzący z Malty kucharz i regularny bywalca pubu Coleherne - został uduszony we własnym mieszkaniu. Morderca, chcąc zatrzeć ślady, podpalił mieszkanie - ogień jednak szybko wygasł. Po odkryciu zwłok kilka dni później policja szybko połączyła śmierć Spiteriego z pozostałymi morderstwami. Sprawdzając, gdzie mieszkał Spiteri i biorąc pod uwagę jego częste wizyty w pubie Colherne policja uznała, iż najprawdopodobniej powrócił on do domu razem z mordercą pociągiem metra. Ta hipoteza była trafna - sprawdzenie zapisu monitoringu na stacji Charing Cross ukazało policjantom Spiteriego idącego ramię w ramię z nieznanym mężczyzną. Policja działała szybko - zdjęcia z monitoringu znalazły się w mediach, zaś policja wystąpiła również z apelem do społeczeństwa.

    Wkrótce, na policję wpłynęło pisemne oświadczenie 39-letniego Colina Irelanda, mieszkającego w Southend-on-Sea, 65 km na wschód od Londynu. W nim to przyznawał się on do tego, iż to on był mężczyzną widocznym na zdjęciach z monitoringu. Zaświadczał on również, iż nie zamordował Spiteriego - jak zeznawał, po dotarciu do mieszkania miał on zostawić go z innym mężczyzną. Dwa dni po wysłaniu oświadczenia Ireland został zatrzymany do wyjaśnienia. Przy aresztowaniu pobrano jego odciski palców - pasowały one idealnie do tych znalezionych w mieszkaniu Andrew Colliera. To jak i fakt, iż był ostatnim człowiekiem widzianym z Emanuelem Spiterim wystarczyło, aby oskarżyć go o dokonanie dwóch morderstw. Wkrótce jednak Ireland przyznał się do dokonania wszystkich pięciu morderstw. W swoich zeznaniach szczegółowo opisał każdą zbrodnię. Jak sam przyznał, jego motywem była chęć zdobycia sławy jako seryjny morderca - zaprzeczył przy tym oskarżeniom o homofobię twierdząc, iż homoseksualni mężczyźni mieli być dla niego “łatwymi celami” - sam Ireland nie był gejem. Ireland działał według starannego schematu - po dotarciu do mieszkań ofiar krępował je, maskując swoje prawdziwe motywy chęcią erotycznej gry. Po związaniu ofiar torturował je poprzez duszenie, chcąc uzyskać od nich numery PIN do kart płatniczych - środki, jakie pozyskiwał z tych kont przeznaczał na opłacanie podróży koleją do Londynu i z powrotem - w momencie dokonywania morderstw Ireland nie posiadał stałego źródła dochodu. Po wyciągnięciu od ofiar informacji dokonywał morderstwa przez uduszenie. Po dokonaniu morderstwa dokładnie czyścił mieszkania, zacierając ślady. Sam podróżował również ze zmianą odzieży - ubrań użytych w czasie morderstw pozbywał się. Mieszkania ofiar opuszczał nad ranem, aby nie wzbudzać podejrzeń sąsiadów.

    Proces Colina Irelanda, oskarżonego o pięciokrotne morderstwo, rozpoczął się przed sądem Old Bailey w Londynie 20 sierpnia 1993 roku. Ireland przyznał się do winy. W grudniu 1993 roku został skazany na pięć kar dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości zwolnienia warunkowego. Za kratami Colin Ireland pozostał aż do śmierci w wyniku choroby płuc w dniu 21 lutego 2012 roku.

    #kronikakryminalnafranka #uk #historia #historiajednejfotografii #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: gutsandgore.co.uk

  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się na Śląsk lat 70. XX wieku - dokładnie do roku 1976. Wtedy to cały rejon konurbacji śląskiej mógł odetchnąć z ulgą - sąd w Katowicach skazał wtedy domniemanego “Wampira z Zagłębia” - Zdzisława Marchwickiego - na karę śmierci za dokonanie 21 morderstw kobiet w okresie od 1964 do 1970 roku. Milicja, aparat bezpieczeństwa i wymiar sprawiedliwości odtrąbiły sukces w walce z przestępczością. Miał on się jednak okazać jedynie chwilowy…

    Był 6 maja 1976 roku. Milicjanci z Chorzowa otrzymali zawiadomienie o odnalezieniu zwłok przy ulicy Nowej. Sam widok zwłok zjeżył włosy na głowach milicjantów - kobieta zginęła w wyniku uderzenia tępym narzędziem w tył głowy, zaś jej dolna część ciała była obnażona - wskazywało to na seksualny motyw morderstwa. Milicjantom natychmiast przypomniała się sprawa “Wampira”. Sprawdzenie dokumentów ofiary zszokowało ich jeszcze bardziej - okazała się nią być 38-letnia Mirosława Sarnowska - jeden z najważniejszych świadków w procesie Zdzisława Marchwickiego. Milicjanci przeczuwali, iż mogli mieć do czynienia z mordercą naśladującym Marchwickiego.

    30 października 1976 roku w Bytomiu w piwnicy bloku mieszkalnego przy ulicy Rostka 21 odnaleziono zwłoki Teresy Ryms. Jak w wypadku Sarnowskiej, sprawca najpierw zaatakował ją tępym narzędziem - ciosy były na tyle silne, iż ofiara zginęła na miejscu. Martwą kobietę następnie zaciągnął do piwnicy, gdzie obnażył ją. Po morderstwie Teresy Ryms milicjanci zaczęli odnotowywać kolejne napady na kobiety - 20 stycznia 1977 sprawca zaatakował kobietę w Siemianowicach Śląskich, 2 lutego 1978 roku w Bytomiu i 31 lipca 1979 roku w Chorzowie. Sprawdzając akta innych spraw śledczy uznali, iż sprawca mógł być również odpowiedzialny za atak na 21-letnią Marię Borucką w Bytomiu 3 listopada 1974 roku i za morderstwo Stefanii M. z 20 września 1975 roku. Wszystkie te przestępstwa łączył fakt, iż napadów i morderstw dokonywano w okolicach przystanków tramwajowych linii numer 6. Stąd też grupę śledczą mającą na celu schwytanie mordercy nazwano “Szóstką”. Na podstawie zeznań ocalałych kobiet udało się stworzyć zarówno portret pamięciowy mordercy, jak i bardzo szczegółowo oddany manekin. Pomimo starań milicji sprawca dalej pozostawał nieuchwytny.

    23 czerwca 1979 roku “Szóstka” otrzymała zawiadomienie o morderstwie i próbie morderstwa dokonanych w Piekarach Śląskich. Ofiarami okazały się być dwie dziewczynki - Katarzyna Sosna i Halina Syda. Halina zginęła w wyniku odniesionych ran, zaś Kasia została ciężko ranna - później na jej głowie doliczono się 27 śladów po uderzeniach siekierką. Brutalność mordercy sprawiła, iż milicja w Piekarach Śląskich nadała grupie dochodzeniowej kryptonim “Frankenstein”. Ta szybko zawiązała współpracę z “Szóstką” z Bytomia, również doszukując się podobieństw w atakach.

    Wkrótce w powiązaniu ze sprawą aresztowano mężczyznę. Był nim 27-letni Joachim Knychała - mieszkaniec Piekar Śląskich, zatrudniony jako górnik w KWK Andaluzja. Milicjanci byli zdumieni, jak bardzo podobny do wizerunków sprawcy morderstw i ataków był Knychała. Został on również rozpoznany podczas okazania przez Barbarę Rzepkę - kobietę zaatakowaną w Siemianowicach Śląskich. Sprawdzenie list obecności w kopalni wykazało jednak, iż w dniach dokonania morderstw i napaści Knychała miał być w pracy na przodku. Z tego powodu nie oskarżono go.

    8 maja 1982 roku milicja w Piekarach Śląskich otrzymała zawiadomienie o śmierci kobiety. Po przyjeździe na miejsce zdarzenia ofiarę zidentyfikowano jako Bogusławę Ludygę. Osobą, która wezwała milicję był Joachim Knychała - Bogumiła była jego szwagierką. Badanie zwłok wykazało jednak, iż jej śmierć nie była przypadkowa - rana na głowie powstała w wyniku uderzenia tępym narzędziem, a na bieliźnie ofiary odnaleziono ślady spermy. Joachim Knychała został aresztowany.

    W trakcie przesłuchań Knychała początkowo nie przyznawał się do winy. Badanie wariografem wykazało jednak, iż kłamał on nie tylko w sprawie śmierci szwagierki, ale również wtedy gdy pytano się go o to, czy kiedykolwiek zabił człowieka. Wkrótce, Knychała przyznał się do dokonywania morderstw i ataków od 1974 do 1982 roku. Jego alibi okazało się być fikcją - jako aktywista Związku Młodzieży Socjalistycznej Knychała często wyrabiał nadgodziny, za które przyznano mu dni wolne. Pomimo tego w listy obecności wpisywano, iż w te dni był w pracy. Sprawdzenie kartoteki Knychały wykazało również, iż mając 18 lat został skazany na 3 lata więzienia za udział w gwałcie zbiorowym. Spytany o to stwierdził, iż nigdy nie uważał wyroku za sprawiedliwy - według samego siebie został on w gwałt wrobiony. Wydarzenie to, w połączeniu z trudnym dzieciństwem, podczas którego był często poniżany przez wychowujące go matkę i babkę, scementowały jego nienawiść do kobiet. Knychała zeznał również, iż wytworzyły się w nim niejako dwie osobowości - kochającego męża i ojca oraz sadystycznego mordercy, mogącego zaspokoić swój popęd seksualny jedynie przez gwałt i morderstwo.

    Proces Joachima Knychały, oskarżonego o 5 zabójstw i 7 usiłowań zabójstw, zakończył się 19 kwietnia 1984 roku. Sąd uznał go winnym zarzucanych mu czynów i skazał na karę śmierci. Knychała przyjął wyrok ze spokojem - jak sam później stwierdził na karę tą zasługiwał. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano przez powieszenie w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich 7 21 maja 1985 roku.

    #kronikakryminalnafranka #polska #prl #historia #historiajednejfotografii #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: imgur.com

  •  

    Dzisiejszy wpis przeniesie nas w okolice wsi Zrębin, w dzisiejszym województwie świętokrzyskim. To tam w nocy z 24 na 25 grudnia 1976 roku rozegrały się wydarzenia, które miały wstrząsnąć całą Polską i zapisać się na stałe w kanonie polskiej kryminalistyki. “Sprawa połaniecka”, bo tak do dziś określa się tą zbrodnię, na zawsze zmieniła oblicze tego rejonu.

    Źródłem i niejako zaczątkiem zbrodni miały, według późniejszych zeznań, okazać się wydarzenia sprzed kilku miesięcy wcześniej. Wtedy to we wsi odbyło się wesele 25-letniego Stanisława Łukaszka i 18-letniej Krystyny Kality. Wśród zaproszonych gości znalazł się również 48-letni Jan Sojda. Sojda w hierarchii wsi zajmował bardzo wysoką pozycję - jego gospodarstwo było jednym z największych w okolicy, oraz jako jedyny we wsi miał dostęp do telefonu, jak i mógł pochwalić się posiadaniem ciągnika. Sojda, jak sam twierdził, posiadał również wiele koneksji, co miało tłumaczyć jego relatywną zamożność. Innym gościem miała być również siostra Sojdy - Wiesława Adaś, która zaoferowała pomoc w kuchni. Podczas wesela zauważono jednak, iż wynosiła ona dla siebie znacznie więcej wędlin i mięsa, niż było to ustalone z Kalitami - gospodarzami wesela. Gdy wspomniano jej to, Adaś obraziła się i opuściła wesele. Następnego dnia próbowała ona również wymusić na gospodarzach oddanie zastawy stołowej wypożyczonej z koła gospodyń wiejskich. Sojda, wściekły, iż członków jego rodziny oskarżano o kradzież, miał wtedy wykrzyczeć, iż “Kalitowe plemię wypleni”. Nikt nie wiedział wtedy, iż od tej pory zaczął planować zemstę. Według innej wersji, Sojda miał żywić nienawiść do Kalitów już wcześniej - od czasów zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej, gdy został aresztowany i skazany na 8 miesięcy więzienia za gwałt. Człowiekiem odpowiedzialnym za doprowadzenie Sojdy pod sąd był Jan Roj - dziadek Krystyny.

    Oprócz Jana Sojdy, w zbrodni mieli wziąć udział jego szwagier - 34-letni Józef Adaś, jak i dwaj zięciowie - 28-letni Stanisław Kulpiński i 27-letni Jerzy Socha. Okazja nadarzyła się w noc wigilijną 1976 roku. Wtedy to mieszkańcy Zrębina wyruszyli w dwóch autobusach (marki San i Autosan) na pasterkę do kościoła w Połańcu. W trakcie mszy w Sanie odbywała się libacja alkoholowa, w której udział brało ok. 30 osób - w tym Jan Sojda. Wtedy to postanowił on w końcu zemścić się na Kalitach.

    Ofiarami mieli okazać się Stanisław Łukaszek, Krystyna Łukaszek (w momencie dokonania zbrodni w 5 miesiącu ciąży) i 12-letni brat Krystyny - Mieczysław. Z mszy wywabiono ich pod pretekstem, iż ojciec Krystyny miał upić się i wpaść w szał w domu. Jako, iż Sojda nie wpuścił Łukaszków do autobusu, wyruszyli oni w drogę pieszo, idąc poboczem drogi. Niedługo później, za nimi ruszył konwój składający się z obu autobusów i taksówki Fiat 125p, za której kierownicą siedział Jerzy Socha. Wkrótce, pojazdy dogoniły pieszych. Socha, zrównując się z Łukaszkami, celowo potrącił Mieczysława Kalitę. Gdy małżeństwo sprawdzało, co się stało, z Sana wyskoczyli Sojda i Adaś. Kulpiński pozostał w środku, blokując drzwi i krzycząc “kto wyjdzie, tego spotka ten sam los”. Sojda i Adaś wtedy zaatakowali ofiary, zatłukując je na śmierć kluczem do kół i metalowym prętem. Po zamordowaniu dorosłych Mieczysława Kalitę dobito poprzez rozjechanie go samochodem. Zwłoki ofiar załadowano do Sana i przewieziono 1,5 kilometra dalej, gdzie wyrzucono je do rowu, pozorując wypadek. W rowie pozostawiono również Sana - świadkowie zbrodni - w większości pijani - przesiedli się do Autosana.

    W Autosanie Jan Sojda stał się głową niezwykłego rytuału - każdy ze świadków miał przysiąc na krzyż różańca, iż zachowa milczenie. Pakt ten przypieczętowano przez ucałowanie krzyża, nakłucie palca agrafką i złożenie niejako “podpisu” krwią na kartce papieru. Każdy ze świadków otrzymał również pieniądze - według późniejszych ustaleń, na same łapówki Sojda miał łącznie wydać aż 200 tysięcy złotych. Same zwłoki ofiar odkryto, gdy na milicję po mszy zgłosił się kierowca Sana, któremu skradziono autobus.

    Początkowo śledztwo nie brało pod uwagę możliwości, iż doszło do morderstwa. Zamiast tego uznano, iż miano do czynienia z wypadkiem komunikacyjnym. Zmowa milczenia, która spadła na Rzepin, z pewnością utrudniała dojście do prawdy. Innym problemem był fakt, iż śledztwo było prowadzone wyjątkowo nieudolnie. Sekcji zwłok dokonał lekarz bez uprawnień, autobus San zezłomowano bez zabezpieczenia śladów, zaś samo miejsce zbrodni zostało zabezpieczone wyjątkowo niechlujnie. W tych wczesnych dniach jedyną osobą łamiącą zmowę okazał się być Leszek Brzdękiewicz - w swoich zeznaniach jednoznacznie stwierdzał, iż doszło do morderstwa i podał nazwiska Sojdy, Adasia, Sochy i Kulpińskiego. W Wielkanoc 1978 roku zwłoki Brzdękiewicza odnaleziono w przepływającej niedaleko rzece Czarnej. Według oficjalnej wersji doszło do przypadkowego utonięcia.

    Wkrótce jednak pętla zaczęła się zaciskać. Ekshumacja zwłok ofiar i ich ponowna sekcja wykazały, iż ich rany były zbyt poważne, jak na ofiary rzekomego wypadku drogowego. Pomimo starań Sojdy (wśród nich były dalsze łapówki jak i kolejna ceremonia przysięgania na krucyfiks i podpisywania się krwią), wkrótce bojący się wyroków więzienia za składanie fałszywych zeznań mieszkańcy zaczęli mówić. To wystarczyło.

    Proces Jana Sojdy, Józefa Adasia, Jerzego Sochy i Stanisława Kulpińskiego rozpoczął się 7 listopada 1978 roku przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu. Wszyscy oskarżeni nie przyznali się do winy. Proces, głównie ze względu na opór świadków przed zeznawaniem, trwał aż do 10 listopada 1978 roku. Decyzją sądu wszyscy czterej oskarżeni zostali uznani winnymi zarzucanych im czynów i skazani na karę śmierci przez powieszenie. Rada Państwa, na wniosek obrony, skorzystała jednak częściowo z prawa łaski. Jerzemu Sosze karę śmierci zmieniono na 25 lat więzienia, zaś Stanisławowi Kulpińskiemu na 15 lat więzienia. Wyroki śmierci wobec Jana Sojdy i Józefa Adasia zostały utrzymane w mocy. Egzekucji obydwu skazanych dokonano 23 listopada 1982 roku w budynku aresztu śledczego przy ulicy Monetlupich 7 w Krakowie. W osobnych procesach 18 świadków skazano na kary więzienia za zatajanie prawdy bądź składanie fałszywych zeznań.

    Historia “sprawy połanieckiej” wstrząsnęła ówczesną opinią publiczną. Wydarzenia z nocy z 24 na 25 grudnia 1976 wpisały się również do kanonu polskiej kultury. W roku 1987 wydana została powieść Wśród nocnej ciszy autorstwa Romana Bratnego, której fabułę oparto na wydarzeniach z tej nocy. Na podstawie reportażu sądowego Wiesława Łuki Nie oświadczam się reżyser Janusz Petelski nakręcił film Zmowa, który miał swoją premierę 25 września 1990 roku.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #polska #prl #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    W dzisiejszym wpisie przeniesiemy się w rejony Irlandii Północnej pod koniec lat 70, w sam środek okresu znanego w historii Wielkiej Brytanii i Irlandii jako “The Troubles”. Okres ten charakteryzowała w dużej mierze silna aktywność grup terrorystycznych obu stron konfliktu - katolików opowiadających się za przyłączeniem prowincji Ulster do Republiki Irlandii oraz protestanckich zwolenników unii z Londynem. Zamachy bombowe czy strzelaniny pomiędzy oboma stronami konfliktu stały się w Irlandii Północnej zjawiskiem prawie codziennym. Przemoc nasiliła się zwłaszcza po 30 stycznia 1972 roku po wydarzeniach słynnej “Krwawej Niedzieli”, kiedy brytyjscy spadochroniarze zamordowali 14 cywili biorących udział w proteście przeciwko internowania katolików w Londonderry/Derry.

    Był 27 sierpnia 1979 roku. Dla Lorda Louisa Mountbattena, byłego wicekróla Indii i prywatnie wuja księcia Filipa, dzień zapowiadał się rutynowo. Spędzał on wtedy czas w swojej letniej rezydencji - zamku Classiebawn we wsi Mullaghmore w hrabstwie Sligo w północno-zachodniej Irlandii. Tego dnia rankiem Mountbatten planował wybrać się na morze aby postawić tam klatki na homary i łowić tuńczyki. Do tego celu miała mu posłużyć prywatna łódź Shadow V, zacumowana na przystani w Mullaghmore. Oprócz samego Mountbattena, w morze wyruszyli również jego córka Patricia, zięć John, dwójka wnuków - Nicholas i Paul, matka zięcia Doreen i Paul Maxwell - dodatkowy członek załogi. Gdy łódź odpłynęła zaledwie kilkaset metrów od przystani, na jej pokładzie doszło do eksplozji. Poprzedniej nocy Thomas McMahon - członek IRA i konstruktor bomb - zakradł się do niestrzeżonej łodzi i umieścił w niej 23-kilogramowy zdalnie detonowany ładunek wybuchowy. Eksplozja w mgnieniu oka zniszczyła łódź, wyrzucając jej pasażerów do wody. Na pomoc natychmiast pospieszyły inne statki w zatoce. Mountbatten, któremu eksplozja prawie oderwała obie nogi, został wyciągnięty z wody żywy. Jego rany okazały się jednak zbyt rozległe i zmarł on, zanim udało się przewieźć go do szpitala. Poza nim, w eksplozji zginęła również dwójka wnuków Mountbattena. Doreen Knatchbull - matka zięcia Mountbattena - zmarła następnego dnia w szpitalu. Pozostała trójka pasażerów odniosła poważne obrażenia.

    Zamach na Lorda Mountbattena nia miał być jednak jedynym atakiem IRA wymierzonym w brytyjską administrację tego dnia. O godzinie 16:40 czasu lokalnego w okolicach przygranicznej miejscowości Warrenpoint w hrabstwie Down w Irlandii Północnej przejeżdżał konwój armii brytyjskiej, składający się z dwóch ciężarówek oraz samochodu terenowego Land Rover. Pasażerami konwoju byli członkowie 2. Batalionu Pułku Spadochronowego - formacji znienawidzonej wśród irlandzkich katolików za udział w wydarzeniach “Krwawej Niedzieli”. Gdy jadąca jako ostatnia ciężarówka zrównała się z zaparkowaną na poboczu ciężarówką załadowaną belami siana, doszło do eksplozji ładunku wybuchowego ukrytego w sianie. Ważąca 227 kilogramów zdalnie detonowana bomba zmiotła brytyjską ciężarówkę z drogi, zamieniając ją w widoczną na zdjęciu kupę pogiętego i spalonego złomu. Z ośmiu jadących wozem żołnierzy przeżyło tylko dwóch - odnieśli oni bardzo poważne obrażenia. O sile eksplozji świadczył fakt, iż z ciała kierowcy - 19-letniego Anthony’ego Wooda - pozostała jedynie miednica “przyspawana” przez falę termiczną do resztek siedzenia.

    Według późniejszych raportów, żołnierze mieli prawie natychmiast znaleźć się pod ogniem snajperów usytuowanych po drugiej stronie granicy. Odpowiedzieli oni ogniem, celując w dwie sylwetki widoczne na północ od miejsca zasadzki. Rzekomi “snajperzy” IRA byli tak naprawdę parą brytyjskich cywili. W wyniku ostrzału jeden z nich - 29-letni William Hudson - zginął a drugi - Barry Hudson - został ranny.

    Rozlokowany nieopodal od miejsca eksplozji oddział Royal Marines szybko poinformował dowództwo o zdarzeniu. Natychmiast na miejsce wysłano posiłki mające na celu zajęcie się rannymi i zabezpieczenie obszaru. Wsród nich były m.in. śmigłowiec Westland Wessex mający zabrać rannych do szpitala oraz śmigłowiec Gazelle, którym podróżował podpułkownik David Blair, którego zadaniem miało być objęcie dowództwa na miejscu. Po dotarciu do Warrenpoint rozlokował on punkt dowodzenia w stróżówce zamku Narrow Water nieopodal miejsca zamachu.

    Brytyjczycy nie wiedzieli jednak, iż IRA dokładnie przestudiowała procedury, jakimi kierowała się armia brytyjska w wyniku podobnych ataków. W stróżówce - jedynym miejscu uznanym przez IRA za idealne do ustanowienia punktu dowodzenia - umieszczono drugi ładunek wybuchowy - ukryty w pojemnikach na mleko i ważący 363 kilogramy. Ładunek został zdetonowany radiowo o godzinie 17:12 - 32 minuty po pierwszej eksplozji. Wybuch zniszczył stróżówkę, wyrzucając we wszystkie strony kawałki granitu i uszkadzając startujący właśnie śmigłowiec Wessex. W drugiej eksplozji zginęło 12 żołnierzy - 10 spadochroniarzy i dwóch członków pułku Highlanders - podpułkownik Blair i sygnalista - kapral Victor MacLeod. Jedynym śladem po zwłokach podpułkownika Blaira był nadpalony epolet - reszta ciała wyparowała w eksplozji. Świadkowie relacjonowali później, iż fragmenty ciał rozrzucone były po całej okolicy - z rzeki wyłowiono m.in. zerwaną z głowy twarz, zidentyfikowaną jako należącą do spadochroniarza - majora Petera Furmana. Łącznie w obu eksplozjach zginęło 18 żołnierzy, a 6 zostało poważnie rannych - zasadzka pod Warrenpoint miała okazać się najgorszym pod względem ofiar atakiem na armię brytyjską w okresie “The Troubles”.

    IRA bardzo szybko przyznała się do obydwu ataków. Za najbardziej prawdopodobnych sprawców zamachu w Warrenpoint uznano parę żołnierzy IRA - Joe’ego Brennana i Brendana Brunsa. Niedługo po zamachu zostali oni aresztowani przez irlandzkich Gardaí, ale wkrótce zostali oni zwolnieni z aresztu za kaucją ze względu na brak dowodów. Burns zginął w roku 1988 w eksplozji bomby, którą przewoził na miejsce planowanego zamachu. Brennan został aresztowany i skazany w roku 1996 w związku z inną sprawą - został jednak zwolniony z więzienia w roku 1999 na mocy Porozumienia Wielkopiątkowego. Na mocy tego samego dokumentu więzienie opuścił Thomas McMahon, skazany 23 listopada 1979 roku na dożywocie za zamach na Lorda Mountbattena. Akcja IRA pociągnęła za sobą zemstę - jeszcze tego samego dnia bojówkarze protestanckiej organizacji paramilitarnej Ulster Volunteer Force (UVF) zamordowali w Belfaście 43-letniego Johna Patricka Hardy’ego - mężczyznę niesłusznie podejrzewanego o bycie członkiem IRA.

    #kronikakryminalnafranka #historia #uk #terroryzm #gruparatowaniapoziomu #historiajednejfotografii
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się do Anglii lat 60. XX wieku, w okolice miasta Manchester. To właśnie tam w tym okresie działała para morderców widocznych na zdjęciu, których czyny miały na stałe wpisać się w historię brytyjskiej kryminalistyki i wstrząsnąć całym społeczeństwem na wiele lat.

    Wieczór 6 października 1965 roku nie zapowiadał się na zbyt odbiegający od normy dla policji w hrabstwie Cheshire. Spokój chwili zburzył jednak telefon, odebrany późnym wieczorem. Zdenerwowany mężczyzna przedstawił policjantom przerażającą historię - miał on być naocznym świadkiem morderstwa. Dzwoniącym okazał się być 17-letni David Smith. Z jego zeznań wynikało, iż jego szwagier - 27-letni Ian Brady - miał zamordować człowieka. Kolejnym świadkiem zdarzenia miała, według zeznań Smitha, być dziewczyna Brady’ego - 23-letnia Myra Hindley.

    Policja potraktowała zgłoszenie poważnie. Już następnego dnia rano do drzwi domu przy 16 Wardle Brook Avenue w Hattersley zapukali policjanci. W mieszkaniu zastano zarówno Brady’ego, jak i Hindley. Przeszukanie domu potwierdziło obawy policji - w pokoju na piętrze znaleziono zwłoki młodego człowieka. Ian Brady został natychmiast aresztowany pod zarzutem morderstwa. Zwłoki zidentyfikowano jako należące do 17-letniego studenta inżynierii Edwarda Evansa. Sekcja zwłok wykazała, iż zginął na skutek uduszenia - najprawdopodobniej kablem elektrycznym. Przed śmiercią został również kilkukrotnie uderzony w głowę obuchem siekiery - obrażenia te pasowały do opisu ataku, jaki podał David Smith. Myrę Hindley aresztowano 11 listopada i postawiono jej zarzut współudziału w morderstwie.

    Przesłuchania świadków i podejrzanych trwały. Według zeznań Brady’ego, morderstwa na Evansie miał dokonać wraz ze Smithem w samoobronie - Hindley miał być jedynie niemym świadkiem zbrodni. Zeznania te kolidowały z wersją wydarzeń opowiedzianą przez Smitha - według niego morderstwa miał dokonać wyłącznie Brady, a Hindley miała zachęcać go do tego. Smith wspomniał również, iż po morderstwie Evansa Brady spakował “ryzykowne książki” do walizki, którą gdzieś zostawił. 15 października walizkę odkryto w szafce w poczekalni dworca w Manchesterze. Jej zawartość zmroziła krew w żyłach policjantów. W środku znaleziono zdjęcia przedstawiającę nagą, związaną i zakneblowaną dziewczynkę oraz taśmę magnetofonową, na której zarejestrowano jej krzyki i wołania o pomoc, jak i głosy Brady’ego i Hindley. Wkrótce, udało się ustalić tożsamość dziewczynki - była nią 10-letnia Lesley Ann Downey, której nie widziano od 26 grudnia 1964 roku, gdy zniknęła z terenu wesołego miasteczka w Manchesterze.

    Znalezisko na stacji kolejowej sprawiło, iż policja zaczęła podejrzewać, iż Brady i Hindley mogli być odpowiedzialni za kolejne morderstwa. Ponowne przeszukanie domu przy 16 Wardle Brook Avenue przyniosło rezultaty - w domu znaleziono stary zeszyt ćwiczeń, który według podpisu miał należeć do Johna Killbride’a - 12-letniego chłopca zaginionego od 23 listopada 1963 roku. Kolejnymi dowodami miały okazać się zdjęcia Myry Hindley zrobione na wrzosowiskach Saddleworth - było ich niezwykle dużo, co posunęło śledczym myśl, iż to właśnie tam zakopane były ciała. Ich przeczucie okazało się trafne - już 16 października 1965 roku policjant przeszukujący wrzosowisko zauważył wystającą z torfu ludzką kość. Znaczyła ona niejako położenie grobu - leżące tam zwłoki zidentyfikowano na podstawie resztek ubrań jako należące do Lesley Ann Downey. 21 października policjanci natrafili na grób, w którym znajdowały się zwłoki Johna Killbride’a - jego również zidentyfikowano na podstawie resztek ubrań. Nowo odkryte dowody sprawiły, iż 6 grudnia 1965 Ian Brady został oficjalnie oskarżony o trzykrotne morderstwo. Myrę Hindley oskarżono o dwa morderstwa i pomoc w ukrywaniu Brady’ego przed policją.

    Proces “morderców z wrzosowisk” rozpoczął się 19 kwietnia 1966 roku. Trwał on dwa tygodnie, po których ława przysięgłych wydała wyrok - Myrę Hindley i Iana Brady’ego uznano winnymi wszystkich zarzucanych im czynów. Sąd skazał Brady’ego na trzy kary dożywotniego pozbawienia wolności, a Myrę Hindley na dwie kary dożywocia i 7 lat więzienia. W obu wypadkach sąd odmówił skazanym prawa do zwolnienia warunkowego. Na tym jednak sprawa ta nie miała się zakończyć…

    W roku 1985 Ian Brady miał rzekomo przyznać się przed dziennikarzem Fredem Harrisonem do dokonania dwóch kolejnych morderstw. Ofiarami miały być 16-letnia Pauline Reed (zaginiona od 12 lipca 1963 roku i bliska przyjaciółka siostry Myry Hindley, Maureen) i 12-letni Keith Bennet, zaginiony od 16 czerwca 1964 roku. Raporty prasowe sprawiły, iż policja w Manchesterze wznowiła śledztwo. Ponownie na wrzosowiska Saddleworth wysłano setki policjantów mających na celu odszukanie zwłok. W poszukiwaniach tych pomagali również sami skazani - zarówno Hindley jak i Brady byli wywożeni na wrzosowiska celem określenia możliwych obszarów ukrycia zwłok. 1 lipca 1987 roku, zaledwie 100 metrów od miejsca, gdzie Brady zakopał zwłoki Lesley Ann Downey, odkryto zakopany w torfie szkielet, który zidentyfikowano jako należący do Pauline Reed. Po odkryciu zwłok zarówno Brady jaki i Hindley oficjalnie przyznali się do morderstw Reed i Benneta. Według własnych zeznań, wybierali oni samotne ofiary, w dużej mierze dzieci, gdyż były one znacznie bardziej ufne od dorosłych. Na wrzosowiska wywabiano je głównie pod pretekstem pomocy w poszukiwaniu drogiej rękawiczki, jaką miała tam zgubić Hindley. Ofiary zwykle ginęły uduszone lub pobite na śmierć (poza Pauline Reed, której Brady poderżnął gardło) - wszystkie ofiary poza Edwardem Evansem były również przed śmiercią molestowane seksualnie i gwałcone. Ze względu jednak na fakt, iż zarówno Brady jak i Hindley nie mieli szans na opuszczenie więzienia przed śmiercią, prokuratura nie postawiła im nowych zarzutów.

    W trakcie odsiadki Myra Hindley kilkakrotnie próbowała starać się o zwolnienie z więzienia. Za każdym razem jednak jej wnioski były odrzucane. Ian Brady niedługo po osadzeniu w więzieniu stwierdził, iż nigdy nie chciał zostać z niego zwolniony. W roku 1985 Ian Brady został oficjalnie uznany za osobę niepoczytalną chorą na psychopatię, przez co przeniesiony został ze zwykłego więzienia do silnie strzeżonego szpitala psychiatrycznego Ashworth w Sefton w hrabstwie Merseyside.

    Myra Hindley zmarła na zapalenie płuc 15 listopada 2002 roku w wieku 60 lat. Ian Brady zmarł w podobnych okolicznościach 15 maja 2017 roku w wieku 79 lat.

    Pomimo szeroko zakrojonych poszukiwań na terenie wrzosowisk Saddleworth, zwłok Keitha Benneta nie odnaleziono do dziś.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #gruparatowaniapoziomu #seryjnimordercy #uk
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    +: a.....a, h...........e +359 innych
  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się do września 1972 roku. To właśnie wtedy Konstantynowem Łódzkim i jego okolicami doszło do dwóch morderstw, które zelektryzowały Polską Rzeczpospolitą Ludową i o których szeroko rozpisywał się prasa - co w owym czasie było dość niezwykłe. Dokonała ich dwójka młodych mężczyzn, widocznych na zdjęciu.

    Był 14 września 1972 roku. Ten dzień miał okazać się ostatnim “normalnym” dla dwójki przyszłych morderców. Byli nim mieszkańcy Konstantynowa Łódzkiego - 19-letni Janusz Dębiński i 18-letni Konstanty Feder. Od pewnego czasu przymierzali się oni do ucieczki do RFN. Byli również notowani przez milicję - głównie za próby konstrukcji samopałów czy też zdobycia broni palnej na inne sposoby. Sam Dębiński interesował się II Wojną Światową, a zwłaszcza historią Narodowych Sił Zbrojnych. Dwójka wychodząc z domów miała przy sobie broń - samodzielnie skonstruowanych samopał, pistolet TT i pistolet maszynowy PPS wraz z amunicją. Jak później zeznał Feder, plan miał polegać na kradzieży samochodu i przedostaniu się do Czechosłowacji. Stamtąd planowali wyruszyć dalej - do RFN bądź Włoch (pomimo faktu, iż żaden z nich nie miał prawa jazdy).

    Feder i Dębiński wyruszyli do Łodzi tramwajem linii 45. Gdy tam dotarli, wyruszyli w stronę pobliskich postojów taksówek. Szybko odnaleźli to, czego szukali - samochód Fiat 125p. Za jego kierownicą siedział 28-letni Czesław Pacha. Po wejściu do taksówki młodzi ludzie kazali zawieźć się do Konstantynowa Łódzkiego. W okolicach wsi Żabiczki kazali kierowcy zatrzymać się, po czym wyciągnęli broń, chcąc go zastraszyć i zmusić do oddania im samochodu. Pacha, uważając pewnie, iż broń nie była prawdziwa, odmówił. Wtedy doszło do krótkiej szarpaniny, podczas której Feder pociągnął za spust. Kula trafiła taksówkarza w głowę, zabijając go na miejscu.

    Po dokonaniu morderstwa Feder i Dębiński szybko oddalili się w stronę stacji kolejowej w Lublinku. Tam wsiedli do pociągu jadącego w stronę Kalisza. Z pociągu wysiedli na stacji Ociąż - jeden przystanek za Kaliszem. Z Ociąża wyruszyli dalej na piechotę, wkrótce docierając do wsi Fabianów. W Fabianowie zdecydowali, iż będą musieli zdobyć pieniądze, aby móc kontynuować swoją “misję”. Za cel do rabunku, jak się okazało, obrali dom 31-letniego stolarza Jana Barczyńskiego. Około godziny 21:00 mordercy zapukali do drzwi. Gdy Barczyński otworzył drzwi, Feder i Dębiński zażądali od niego pieniędzy, grożąc mu bronią. Między mężczyznami doszło do szarpaniny, po czym Dębiński wystrzelił, gdy Barczyński próbował zamknąć drzwi. Trafiony w pierś mężczyzna osunął się na ziemię w agonii. Feder i Dębiński wbiegli do mieszkania, terroryzując bronią i krępując sznurem resztę rodziny. W szafie znaleźli dwa tysiące złotych, które zabrali wraz z ubraniami i jedzeniem, uciekając z Fabianowa.

    Dwa morderstwa dokonane w krótkim odstępie czasu szybko powiązano ze sobą. Milicja szybko również zidentyfikowała podejrzanych. Rozpoczęto szeroko zakrojoną obławę, zwracając się również z pomocą do społeczeństwa. Wkrótce wizerunki Dębińskiego i Federa znalazły się w ogólnopolskich mediach.

    Sprawcy zbrodni kontynuowali ucieczkę. W Fabianowie wsiedli do pociągu jadącego do Jeleniej Góry. Po dotarciu do celu kupili ubrania, jedzenie i koce, używając do tego skradzionych pieniędzy. Następnym celem dla dwójki miała być Legnica - aby tam dotrzeć wsiedli do pociągu jadącego z Jeleniej Góry do Opola. W pociągu tym jednak zostali rozpoznani przez milicjanta - sierżanta Karola Frączka. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji w Jaworzynie Śląskiej, Frączek przystawił pistolet do pleców Dębińskiego i kazał jemu i Federowi wysiadać. Po wyjściu z pociągu Feder rzucił się do ucieczki - Frączek nie podjął pościgu, zadowalając się aresztowaniem Dębińskiego. Sam Feder aresztowany został 26 września we wsi Tarzyna po tym, jak wygłodzony i wyczerpany próbował poprosić o coś do jedzenia od jednego z gospodarzy.

    Proces dwójki morderców odbył się przed Sądem Wojewódzkim w Łodzi. Wyrok ogłoszono 30 stycznia 1973 roku. Janusz Dębiński skazany został na karę śmierci. Jako, iż w momencie popełnienia zbrodni Konstanty Feder był jeszcze niepełnoletni, sąd nie mógł skazać go na śmierć. Zamiast tego otrzymał on wyrok 25 lat pozbawienia wolności. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski - Janusz Dębiński został stracony 25 września 1973 roku. Konstanty Feder wyszedł na wolność w roku 1990. Wydarzenia z okresu od 14 do 26 września posłużyły jako inspiracja fabuły filmu “Zapis Zbrodni” w reżyserii Andrzeja Trzosa - Rastawieckiego. Film miał swoją premierę 20 września 1974 roku.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #gruparatowaniapoziomu #polska #prl
    pokaż całość

    źródło: d-pt.ppstatic.pl

  •  

    Był poniedziałkowy poranek, 20 marca 1995 roku w Tokio - stolicy Japonii. Ogromne miasto budziło się do życia po minionym weekendzie. Setki tysięcy ludzi wyruszyło do pracy korzystając z systemu metra i kolei podmiejskiej. Nie wiedzieli jeszcze, że stali się celem dla religijnej sekty, której przywódcą był człowiek widoczny na zdjęciu.

    Był nim Chizuo Matsumoto - znany jednak lepiej pod swoim przybranym imieniem - Shoko Asahara. Od roku 1987 stał on na czele sekty znanej jako Aum Shinrykio (jap. Najwyższa Prawda). Nauczanie sekty opierało się w dużej mierze na mieszaninie ezoterycznego buddyzmu, pseudonauki, przepowiedni Nostradamusa, apokaliptycznego chrześcijaństwa i hinduizmu. Sam Asahara uważał się za “nowego Chrystusa”, mającego przeprowadzić “wybrańców” - członków sekty - przez nuklearny armageddon III Wojny Światowej. Przez lata Aum rósł w siłę - w szczycie swojego istnienia do sekty należało prawie 40 tysięcy osób.

    Za głównych wrogów sekty Ashara uważał japoński rząd oraz rodzinę cesarską - w jego rozumieniu zostali oni “skażeni” przez konsumpcjonizm i materializm przyniesiony z Zachodu. Wraz ze wzrostem liczby członków sekta rozpoczęła rozwój własnego programu zbrojeniowego. Na jego czele stali najbliżsi współpracownicy Asahary - naukowcy Masami Tsuchiya i Seiichi Endo. Wkrótce, w laboratoriach Aum rozpoczęto produkcję gazów bojowych (w dużej mierze fosgenu, sarinu i gazu VX) jak i broni biologicznej (pałeczek jadu kiełbasianego i wąglika). Wśród nabytków Aum znalazł się również rosyjski śmigłowiec Mi-17 (później odkryto, iż miał on służyć do rozpylenia chmury sarinu nad Tokio)

    Wieczorem 27 czerwca 1994 roku w mieście Matsumoto w prefekturze Nagano członkowie sekty rozpylili sarin z tyłu furgonetki w okolicach bloku mieszkalnego, w którym znajdowali się sędziowie zajmujący się sprawą sprzedaży gruntów sekcie. Zakup gruntów został oprotestowany przez mieszkańców, przez co trafił pod sąd - przewidywania co do wyroku nie zapowiadały się zbyt pomyślnie dla Asahary. Atak sarinem miał na celu zarówno uniemożliwienie wydania wyroku, jak i przetestowanie sarinu produkowanego przez sektę. Atak był pomyślny - zginęło 8 osób, a ponad 200 zostało zatrutych. Japońska policja za głównego podejrzanego uznała Koreę Północną - sekta Najwyższa Prawda pozostała poza podejrzeniami.

    18 marca 1995 roku Asahara otrzymał wiadomość od informatorów służących w Siłach Samoobrony, iż japońska policja planowała wejść na teren głównej kwatery Aum w związku z różnymi śledztwami wymierzonymi przeciwko sekcie (dotyczącymi m.in. morderstwa rodziny Sakamoto w roku 1989 czy też morderstwa członka sekty z użyciem gazu VX w roku 1994). To właśnie ta wiadomość sprawiła, iż rozpoczęto przygotowania do ataku w Tokio. Jego celem miało być odwrócenie uwagi policji od sekty i opóźnienie śledztw w jej sprawie - Ashara nie planował przyznawać się do ataku.

    20 marca pięciu zamachowców (Yasuo Hayashi, Toru Toyoda, Kenichi Hirose, Masato Yokoyama i Ikuo Hayashi) stało na peronach stacji metra, oczekując na swoje pociągi. Każdy z nich miał przy sobie parasol zakończony metalowym czubkiem oraz plecak, w którym znajdowały się paczki z płynnym sarinem owinięte w gazety. Dokładnie o godzinie 8:00 mieli oni przebić paczki czubkami parasola, po czym opuścić pociągi i oddalić się, korzystając z pomocy innych członków sekty kierujących samochodami. Linie metra, w których zamachowcy mieli rozpylić gaz były starannie dobrane - wszystkie krzyżowały się na stacji Kasumigaseki, w okolicach której znajdowały się budynki rządowe jak i kwatera główna policji.

    O godzinie 8, zgodnie z planem, zamachowcy uderzyli. Wkrótce, pasażerowie metra zaczęli odczuwać skutki zatrucia sarinem. Jak się później okazało, jedynie Kenichi Hirosemu udało się uwolnić całe 0,9 litra sarinu - inni zamachowcy albo przebili wyłącznie jedną paczkę, bądź dziurki dokonane przez czubki parasoli były zbyt małe, aby uwolnić całą substancję. Do tego, chemikom sekty nie udało się w pełni oczyścić substancji - wielu pasażerów zeznało później, iż gaz wydzielał bardzo drażniący zapach - czysty sarin zaś jest bezwonny. Przez to liczba ofiar śmiertelnych była znacznie mniejsza - łącznie w ataku zginęło 12 osób, zaś ponad 4000 uległo zatruciu.

    Plany Ashary zakładające, iż policja nie zajmie się sektą spaliły na panewce. Zaledwie dwa dni po ataku 2500 policjantów przy wsparciu Sił Samoobrony dokonała nalotów na siedziby sekty w całej Japonii. W nalotach dokonano wielu aresztowań wysokich członków sekty. Zabezpieczono również środki chemiczne, sprzęt laboratoryjny i dokumenty. Naloty i aresztowania kontynuowano przez kolejne kilka miesięcy. Sekta jednak nie składała broni - 30 marca członek sekty dokonał zamachu na życie Takaji Kunimatsu - komendanta policji odpowiedzialnego za operację wymierzoną przeciwko Aum. Policjant cudem przeżył, choć został czterokrotnie postrzelony. Sam Ashara został aresztowany 16 maja 1995 roku. Tego samego dnia w biurze gubernatora Tokio eksplodowała bomba ukryta w liście, raniąc sekretarkę. Od maja do lipca członkowie sekty czterokrotnie próbowali zaatakować tokijskie metro z użyciem cyjanowodoru i Cyklonu B.

    Sam Ashara został 27 lutego 2004 roku skazany na śmierć przez powieszenie. Z piątki zamachowców z 20 marca 1995 roku, jedynie Ikuo Hayashi, ze względu na współpracę z policją, skazany został na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Pozostali zamachowcy zostali skazani na śmierć. Wyroków do dziś nie wykonano. W wyniku akcji policji Aum przestał istnieć. Pozostali członkowie sekty wyrzekli się zbrodniczych działań Ashary i przekształcili się w nową sektę, znaną pod nazwą Aleph. Funkcjonuje ona do dziś.

    #historia #historiajednejfotografii #terroryzm #japonia #kronikakryminalnafranka
    pokaż całość

    źródło: newsimg.bbc.co.uk

    +: S....e, skeeball +1135 innych
  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się do miasta Oklahoma City, stolicy stanu Oklahoma. Do ataków terrorystycznych z 11 września 2001 roku to właśnie to miasto było świadkiem najgorszego w skutkach ataku terrorystycznego dokonanego na terytorium Stanów Zjednoczonych. Za jego wykonanie odpowiedzialny był mężczyzna widoczny na zdjęciu.

    Timothy McVeigh (bo tak nazywał się ów człowiek) urodził się w mieście Lockport w stanie Nowy Jork 23 kwietnia 1968 roku w rodzinie o irlandzkich korzeniach. Jego rodzice rozwiedli się, gdy Timothy miał 10 lat – od tej pory wychowywany był przez ojca. W szkole uczył się średnio, aczkolwiek przejawiał duże zdolności w zakresie programowania. W okresie szkolnym McVeigh zaczął również interesować się bronią palną i prawami z nią związanymi. Po ukończeniu liceum przez moment studiował w koledżu Bryant & Stratton – studiów tych jednak nie ukończył.

    Po nieudanym pobycie na studiach McVeigh zaciągnął się do Armii – w maju 1988 ukończył szkolenie piechoty w Forcie Benning w stanie Georgia. Do zaciągnięcia się motywowała go głównie nienawiść do Związku Radzieckiego i chęć przygotowania się na wypadek wojny nuklearnej z komunistycznym mocarstwem. Do wojny z ZSRR nie doszło, jednak McVeigh wysłany został jako jeden z wielu żołnierzy do Zatoki Perskiej, celem wzięcia udziału w Operacji Pustynna Burza. McVeigh wziął czynny udział w kampanii jako działonowy pojazdu opancerzonego M2 Bradley. Kampanię McVeigh zakończył odznaczony Brązową Gwiazdą. Po powrocie do USA starał się o przyjęcie do sił specjalnych – odpadł jednak w drugim dniu selekcji. McVeigh wkrótce stał się jedną z ofiar zmniejszenia armii ze względu na rozpad ZSRR – został z niej zwolniony z honorami w roku 1992.

    Po odejściu do cywila McVeigh przelał swą nienawiść z ZSRR na rząd federalny USA. Nienawiść ta wezbrała na sile zwłaszcza po wyborze Billa Clintona na prezydenta – McVeigh jak wielu konserwatystów obawiał się, iż nowy prezydent znacząco zaostrzy restrykcje związane z posiadaniem broni palnej. W owym czasie życie osobiste McVeigha nie było usłane różami – popadł on w długi ze względu na uzależnienie od hazardu i miewał trudności w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich. Wkrótce jednak dwa wydarzenia miały zmienić życie McVeigha na zawsze.

    21 sierpnia 1992 roku w Ruby Ridge na teren posiadłości rodziny Weaverów weszli agenci federalni. Ich zadaniem było aresztowanie Randy'ego Weavera za niestawienie się na rozprawie dotyczącej nielegalnego posiadania broni. Pomiędzy obiema stronami doszło do wymiany ognia, w wyniku której zginał jeden agent federalny, 14-letni Samuel Weaver (syn Randy'ego) i pies rodziny. W wyniku strzelaniny FBI przystąpiło do oblężenia posiadłości Weavera, przyjmując przy tym niezwykle agresywną postawę jeśli chodzi o zezwolenie na otwarcie ognia. W jej wyniku 22 sierpnia w wyniku ognia snajperskiego zginęła żona Weavera – 43 letnia Vicki, zaś sam Weaver został ranny. Oblężenie zakończyło się pokojowo 31 sierpnia – agresywna postawa agentów federalnych umocniła jednak nienawiść McVeigha do rządu i była z pewnością czynnikiem w jego radykalizacji.

    Kroplą, która przelała czarę goryczy w oczach McVeigha miało okazać się jednak postępowanie agentów federalnych podczas oblężenia w Waco. 28 lutego 1993 roku na teren posiadłości należącej do sekty Gałęzi Dawidowej w Waco w stanie Teksas weszli agenci biura ATF, wspierani przez lokalną policję. Mieli oni za zadanie zbadanie doniesień o tym, jakoby na terenie posiadłości znajdowała się nielegalna broń palna oraz, czy na jej terenie nie dochodziło do znęcania się nad kobietami i dziećmi. Między członkami sekty i agentami federalnymi doszło do wymiany ognia – w jej wyniku zginęło 4 agentów federalnych a 16 zostało rannych. Po stronie przeciwnej doliczono się 6 ofiar śmiertelnych. Nieudany rajd miał zapoczątkować trwające prawie 2 miesiące oblężenie. 19 kwietnia 1993 roku FBI przystąpiło do szturmu na posesję, z użyciem pojazdów inżynieryjnych M728 CEV, mających na celu wybicie dziur w ścianach, przez które rozpoczęto pompowanie gazu łzawiącego. Po prawie sześciu godzinach w budynku nagle wybuchł pożar, który szybko strawił cały kompleks – do dziś nie jest wiadome, czy za powstanie pożaru odpowiadał szturm FBI, czy też pożar został zaprószony przez członków sekty. Zginęło 76 osób.

    Tragedia w Waco dopełniła dzieła radykalizacji McVeigha. Od tej pory, razem z wspólnikiem Terry'm Nicholsem, rozpoczął planowanie możliwej „zemsty za Waco i Ruby Ridge”. Początkowo McVeigh planował przeprowadzenie zamachu na pojedynczych funkcjonariuszy federalnych związanych z tymi sprawami (na potencjalnej liście celów znaleźli się m.in. prokurator generalna Janet Reno czy też Lon Horiuchi – snajper FBI z Ruby Ridge odpowiedzialny za śmierć Vicki Weaver). Wkrótce jednak zmienił taktykę – zamiast ataku na pojedynczych ludzi zaplanował uderzenia w „centra dowodzenia” - budynki, w których znajdowały się biura agencji federalnych. Na celowniku McVeigha znalazły się w dużej mierze biura FBI, ATF i DEA. Za inspirację posłużyła mu w dużej mierze książka „Turner Diaries” napisana przez zwolennika białej supremacji Williama Luthera Pierce'a - w niej to główny bohater dokonuje ataku na kwaterę główną FBI celem wywołania wojny rasowej w USA.

    19 kwietnia 1995 roku – dokładnie w drugą rocznicę tragedii w Waco – Timothy McVeigh wyruszył w stronę budynku federalnego im. Alfreda P. Murrah w Oklahoma City. Na pace ciężarówki, która jechał znajdowały się 2,3 tony mieszanki azotanu amonu i nitrometanu, schowane w 13 beczkach ułożonych w kształcie odwróconej litery J, formujące niejako ładunek kumulacyjny. O godzinie 8:57 McVeigh zapalił lont, po czym zaparkował ciężarówkę tuż przed budynkiem i oddalił się. O godzinie 9:02 budynkiem wstrząsnęła potężna eksplozja, która prawie natychmiast doprowadziła do zawalenia się 1/3 budynku i powstania krateru o szerokości 9 metrów i głębokości 2 metrów. Eksplozja uszkodziła do tego ponad 300 budynków w obszarze 16 ulic i zniszczyła 86 samochodów. Ostatecznie, zginęło 168 osób, a ponad 680 zostało rannych.

    FBI natychmiast rozpoczęło obławę na możliwych podejrzanych – za najbardziej prawdopodobne grupy mogące dokonać tego typu ataku uznano międzynarodowych terrorystów, kartele narkotykowe bądź ultraprawicowych ekstremistów. Sam Timothy McVeigh został zatrzymany zaledwie 90 minut po eksplozji – za jazdę bez tablicy rejestracyjnej i posiadanie ukrytej broni palnej. W radiowozie, którym transportowano McVeigha odkryto później wizytówkę, na której odwrocie napisano „Dynamit 5$ za laskę, potrzebuję więcej.”. Na samym miejscu eksplozji udało się odnaleźć oś ciężarówki użytej do przetransportowania bomby, na której zapisany był numer VIN, jak i resztki tablicy rejestracyjnej. Numer ten doprowadził agentów FBI do wypożyczalni firmy Ryder w Junction City w stanie Kansas. Pracownik firmy podał rysopis podejrzanego, który pokrywał się z wyglądem McVeigha. McVeigh został również rozpoznany przez pracownicę motelu, w którym nocował. 21 kwietnia 1995 roku Timothy McVeigh został aresztowany przez FBI. Tego samego dnia w ręce policji oddał się wspólnik McVeigha Terry Nichols – w jego domu odnaleziono m.in. spłonki, worki z azotanem amonu, mapę Oklahoma City z zaznaczonym budynkiem federalnym i miejscem, gdzie McVeigh zaparkował samochód służący mu do ucieczki jak i broszury i książki na temat budowy bomb.

    Proces Timothego McVeigha rozpoczął się 24 kwietnia 1997 roku i trwał do 2 czerwca. Ostatecznie, McVeigh został uznany winnym 11 zarzutów spisku i morderstwa funkcjonariuszy federalnych i skazany na karę śmierci. W osobnym procesie, Terry Nichols został skazany na dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego za współudział. Michael i Lori Fortier, którzy również pomagali McVeighowi (głównie przez pomoc w zwiadzie budynku i pomoc w zdobyciu sfałszowanego prawa jazdy) również trafili na ławę oskażonych. Ostatecznie, ze względu na współpracę ze śledczymi, Michael Fortier skazany został na 12 lat więzienia i grzywnę w wysokości 75 tysięcy dolarów za współudział i niepoinformowanie władz. Za dobre sprawowanie został on zwolniony po 10,5 roku odbycia kary i objęty programem ochrony świadków.

    Apelacja obrony, żądająca zmiany wyroku śmierci na dożywocie w wypadku McVeigha spełzła na niczym. Wyrok wykonano poprzez zastrzyk z trucizną 11 lipca 2001 roku w więzieniu federalnym Terre Haute w stanie Indiana. Była to pierwsza od 38 lat egzekucja wykonana z nadania rządu federalnego USA.

    #historia #historiajednejfotografii #usa #kronikakryminalnafranka #terroryzm #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: clarkprosecutor.org

  •  

    Dziś znajdujemy się w mieście Rochester, położonym w stanie Nowy Jork. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się ono niczym szczególnym na tle innych, podobnych siedlisk. W końcówce lat 80. XX wieku, jednak, w Rochester grasował seryjny morderca kobiet widoczny na zdjęciu, znany głównie pod pseudonimem „Zabójcy znad rzeki Genesee” („Genesee River Killer”).

    Historia seryjnych morderstw dokonanych w Rochester zaczęła się 24 marca 1988. W strumieniu położonym na obrzeżach miasta odnaleziono zwłoki kobiety. Ofiarą okazała się być 27-letnia Dorothy Blackburn – prostytutka, którą ostatni raz widziano żywą 15 marca na zbiegu ulic Lake i Lyle – rejonie znanym z aktywności prostytutek. Sekcja zwłok wykazała, zgon nastąpił przez uduszenie – poza tym jednak nie udało się zabezpieczyć jakichkolwiek śladów. Ciało nie nosiło również znamion gwałtu. Przez to śledztwo szybko stanęło w miejscu. Do czasu.

    11 września 1988 roku mieszkający nieopodal rzeki Genesee Hector Maldonado wybrał się na spacer jej brzegiem, szukając butelek zwrotnych. W pewnym momencie natknął się on na szkielet leżący w krzakach blisko rzeki. Poczałkowo myślał, iż należał on do zabitego jelenia, ale resztki ubrań leżące nieopodal szybko uświadomiły mu, iż odnalazł szkielet ludzki. Szybko ustalono, iż był to szkielet kobiety i że najprawdopodobniej zginęła w wyniku uduszenia. Kryminologom udało się również zrekonstruować wizerunek ofiary na podstawie kształtu czaszki – dzień po opublikowaniu wizerunku w prasie, na policję zadzwonił ojciec 28-letniej Anny Steffen, który dokonał pozytywnej identyfikacji. Szybko okazało się, że Steffen również była prostytutką. Ponownie, jednak, nie udało się zabezpieczyć jakichkolwiek śladów mogących naprowadzić policję na trop sprawcy.

    Przez następne miesiące policjanci w Rochester zaczęli znajdować coraz to więcej ciał prostytutek bądź kobiet widywanych w okolicach Lake i Lyle. Szybko doszukiwano się podobieństw – ofiary ginęły uduszone gołymi rękoma, zaś ciała porzucane były w strumieniach bądź ciekach wodnych w okolicach rzeki Genesee. We wszystkich wypadkach nie udawało się zabezpieczyć jakichkolwiek śladów DNA czy też odcisków palców. W listopadzie 1989 roku liczba ofiar wyniosła już 8. Jedynym tropem znanym policji było zeznanie prostytutki o pseudonimie „Barb”, iż jedną z zabitych prostytutek – 29-letnią Elizabeth Gibson - widziano po raz ostatni, gdy wsiadała do samochodu typu hatchback z człowiekiem o imieniu „Mitch” za kierownicą. Na tym jednak wiedza policji kończyła się.

    Do pewnego przełomu w sprawie doszło 23 listopada 1989 roku. Wtedy to odnalezione zostało ciało 30-letniej June Stott, zaginionej od prawie 4 tygodni. Tym razem, jednak, ciało zostało okaleczone – morderca rozciął je ostrym narzędziem od szyi do pępka. Badanie plam opadowych wykazało jednak, iż nacięcia dokonano długo po śmierci denatki – Stott odnaleziono w pozycji twarzą do dołu, podczas gdy plamy opadowe widoczne były na plecach. Oznaczało to, iż morderca powrócił na miejsce poprzednio dokonanej zbrodni.

    Przeczuwając, iż mogła to być okazja do złapania mordercy, policja zwiększyła częstotliwość patroli powietrznych terenu wzdłuż rzeki Genesee. Na drogach zaczęło się również pojawiać więcej radiowozów, gotowych do przechwycenia możliwych podejrzanych. 3 stycznia 1990 roku zapowiadał się na kolejny, rutynowy dzień. Przelatując jednak nieopodal parku Northampton, załoga śmigłowca dostrzegła zwłoki leżące pod mostem drogowym. Ich uwagę prawie natychmiast przykuł również stojący nieopodal samochód z otwartymi drzwiami kierowcy. Ten wkrótce powrócił do auta i oddalił się z miejsca postoju, śledzony przez śmigłowiec. Przybyły na miejsce patrol lądowy potwierdził obserwację załogi śmigłowca – pod mostem odnaleziono zwłoki 34-letniej June Cicero, prostytutki zaginionej od 17 grudnia poprzedniego roku. Gdy tylko informacja o odnalezieniu zwłok potwierdziła się, policjanci zdecydowali się zatrzymać tajemniczy samochód do kontroli.

    Kierowcą podejrzanego auta okazał się być pracownik fabryki żywnościowej i weteran wojny w Wietnamie – 44-letni Arthur Shawcross. Sprawdzenie jego kryminalej przeszłości zjeżyło włosy na głowie policjantów prowadzących śledztwo. Okazało się, iż w roku 1972 Shawcross skazany został na 25 lat więzienia za dwa morderstwa, dokonane na 10-letnim Jacku Blake'u i 8-letniej Karen Ann Hill. Po 12 latach odsiadki został jednak warunkowo zwolniony z więzienia, pomimo protestów psychiatrów (który zdiagnozowali u niego schizofrenię i psychopatię). Pierwotnie, Shawcross miał zostać osiedlony w miastach Bighampton i Dehli w stanie Nowy Jork, ale w obu wypadkach został wraz z dziewczyną wypędzony przez mieszkańców. Ostatecznie, komisja ds. zwolnień osiedliła go w Rochester, nie zawiadamiając o nim jednak lokalnej policji. Decyzja ta oznaczała, iż jego nazwiska nie znaleziono w lokalnym rejestrze przestępców zwolnionych warunkowo z więzienia.

    Pomimo mocnych podejrzeń, policjanci nie byli w stanie udowodnić winy Shawcrossa. Przesłuchania podejrzanego ciągnęły się, ale Shawcross nie przyznawał się do winy. Policja miała jednak asa w rękawie – prostytutkę, która zeznawała w sprawie morderstwa Elizabeth Gibson. Ta prawie natychmiast rozpoznała Shawcrossa jako „Mitcha”. Pomimo tego Shawcross dalej odmawiał współpracy, tłumacząc się „zbiegiem okoliczności”. Wkrótce jednak Shawcross załamał się pod presją i przyznał się do dokonania 11 morderstw.

    Proces Arthura Shawcrossa rozpoczął się w listopadzie 1990 roku. Oskarżony nie przyznał się do winy, zasłaniając się niepoczytalnością. Na jego stan miał rzekomo wpływać m.in. stres pourazowy, którego miał nabawić się w wyniku służby w Wietnamie. Szybko okazało się jednak, iż Shawcross nigdy nie walczył na froncie – był jedynie zaopatrzeniowcem wydającym żołnierzom mundury. Historie Shawcrossa o rzekomym szaleństwie nie przekonały ławy przysięgłych. Shawcross skazany został na 250 lat więzienia za dokonanie dziesięciu morderstw – kilka miesięcy później skazany został również na kolejny wyrok dożywocia za jedenaste morderstwo. Po ogłoszeniu wyroku osadzony został w zakładzie karnym Sullivan w stanie Nowy Jork, gdzie przebywał aż do śmierci w wyniku zatrzymania akcji serca w dniu 10 listopada 2008 roku.

    #historia #historiajednejfotografii #kronikakryminalnafranka #usa #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: a3.files.biography.com

  •  

    Dziś pozostajemy w realiach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jednakże z okolic Łodzi przeniesiemy się na tereny obecnego województwa świętokrzyskiego, nieopodal Starachowic. To właśnie w tym rejonie – dokładnie we wsi Rzepin – doszło do zbrodni, która wstrząsnęła lokalną społecznością i o której ludzie pamiętają aż do dziś. Jednym z jej wykonawców był człowiek widoczny na zdjęciu.

    Była noc z 2 na 3 listopada 1969 roku. Większość mieszkańców Rzepina spała bądź właśnie kładła się do snu, gdy nagle na niebie zajaśniała łuna. Szybko okazało się, że jej źródłem był dom sołtysa wsi – 45-letniego Mieczysława Lipy. Po dotarciu na miejsce okazało się, iż dom stał w płomieniach. Przybyli na miejsce mieszkańcy wsi i strażacy szybko rzucili się na ratunek uwięzionym w ogniu. Był to jednak trud daremny. Wkrótce, ze zgliszcz wyciągnięto aż 5 ciał członków rodziny Lipów – Mieczysława, 81-letniej Marianny, matki Mieczysława, 27-letniego bratanka sołtysa - Władysława oraz jego ciężarnej żony – 18-letniej Krystyny, jak i ciało 54-letniej bratowej Mieczysława – Zofii. Początkowo wszystko wskazywało na nieszczęśliwy wypadek. Prawda miała się jednak okazać znacznie straszniejsza.

    Pierwszych dowodów obalających tezę o wypadku dostarczyła sekcja zwłok. Według niej członkowie rodziny Lipów nie zginęli w wyniku pożaru, a wyniku ran ciętych, kłutych i szarpanych zadanych różnymi narzędziami – siekierą, nożem czy też motyką. Biegli szybko ustalili również, iż pożar został zaprószony – za paliwo dla ognia posłużyła słoma zniesiona ze stodoły do obejścia domu. Milicjanci prowadzący śledztwo wiedzieli, że mieli do czynienia z pięciokrotnym morderstwem. Śledczy uznali za możliwe dwa motywy zbrodni. Pierwszym miał być motyw rabunkowy – z domu Lipów zniknęło prawie 20 tysięcy złotych zebranych z podatków gruntowych oraz prawie 60 tysięcy złotych, które Mieczysław Lipa otrzymał na poczet kredytu zaciągniętego na kilka dni przed dokonaniem zbrodni. Inna wersja zakładała, iż mord miał być zemstą za nieznane jak na razie śledczym czyny.

    Wkrótce milicji udało się wytypować możliwych podejrzanych – rodzinę Zakrzewskich. Uwaga śledczych skupiona była głównie na osobach głowy rodziny – 64-letniego Józefa Zakrzewskiego i 40-letniego starszego syna – Czesława Zakrzewskiego. Starszy Zakrzewski znany był jako człowiek mściwy i zawistny, łatwo popadający w konflikty z innymi – do tego zalegał z płaceniem podatków, co skłóciło go z Mieczysławem Lipą. Czesław zaś był już notowany, głównie za rozboje i różne, drobne kradzieże. Poza silnymi podejrzeniami milicja nie miała jednak twardych dowodów na udział Zakrzewskich w zbrodni.

    W lutym 1970 roku Czesław Zakrzewski został aresztowany – oficjalnym powodem zatrzymania miała być kradzież drzewa z lasu, które odnaleziono na terenie jego gospodarstwa. W areszcie do celi Czesława dokooptowany został inny więzień, z którym szybko nawiązał on przyjazne stosunki. Nie wiedział jednak, iż współlokator celi był tak naprawdę agentem milicji, którego zadaniem była inwigilacja Zakrzewskiego. Ten wkrótce przyznał się do tego, iż brał on udział w morderstwach rodziny Lipów wraz z ojcem i młodszym bratem – 22-letnim Adamem. Wyznania te wystarczyły, aby przedstawić Czesławowi zarzut wielokrotnego morderstwa. Wkrótce Czesław zmienił zeznania, obwiniając o zbrodnię jednego z sąsiadów – Antoniego W. Zakrzewski doprowadził milicjantów do tajnej skrytki, rzekomo należącej do prawdziwego sprawcy. W skrytce odnaleziono m.in. karabin, pistolet i zakrwawiony płaszcz.

    W tym samym czasie agent MO siedzący w celi z Zakrzewskim namówił go do napisania listów do Radia Wolna Europa, co miało rzekomo sprawić, iż zostałby odbity z rąk władz i wywieziony na Zachód. W listach przyznał się on nie tylko do mordu na rodzinie Lipów, ale również do trzech, niewyjaśnionych dotąd morderstw, których miał dokonać wraz z ojcem. Wyznanie to wystarczyło, aby aresztować również Józefa i Adama Zakrzewskich. Podczas przeszukania gospodarstw zabezpieczono słój z pieniędzmi, w którym doliczono się prawie 120 tysięcy złotych. Na wielu banknotach odnaleziono ślady krwi.

    Początkowo ani Józef ani Adam Zakrzewscy nie przyznawali się do winy. Nowe zeznania Czesława rzuciły jednak nowe światło na sprawę, wychodzącą już poza morderstwo wyłącznie rodziny Lipów. Pierwszego mordu Czesław miał dokonać z ojcem Józefem 7 grudnia 1954 roku. Wtedy to ich ofiarą miał paść Bolesław Hartung, zastrzelony z karabinu znalezionego wiele lat później w tajnej skrytce. Drugą ofiarą Zakrzewskich okazał się być Jerzy Żaczkiewicz – 13 grudnia 1957 roku mordercy wyprowadzili go na oczach rodziny z domu, związali krowim łańcuchem, po czym zamordowali ciosem bagnetem w kark. Ciała pozbyli się, wrzucając je do studni. Później – w latach 60. - dokonali oni mordu na Janie Borowcu, lokalnym dentyście, którego Czesław zastrzelił z pistoletu, gdy ten próbował uciec przed rabunkiem. Czesław stwierdził, iż ofiary zginęły, gdyż były „złymi ludźmi”. Podał również motyw mordu na rodzinie Lipów – miała to być zemsta za fakt, iż Władysław Lipa asystował przy zarekwirowaniu Zakrzewskim 4 tys. złotych z tytułu niezapłaconych podatków. Z zeznań Czesława wynikało również, iż przed morderstwami cała rodzina zbierała się w pokoju Józefa Zakrzewskiego przed krzyżem, aby dokonać niejako „sądu” na ludziach, których mieli zabić. Wyrok śmierci zapadał poprzez przechylenie palącej się świecy i wypowiedzenie słów „Na […], niech skapnie!”

    Proces rodziny Zakrzewskich rozpoczął się przed Sądem Rejonowym w Starachowicach 22 marca 1971 roku. Józefa i Czesława oskarżono o dokonanie ośmiu morderstw oraz inne przestępstwa, takie jak rozbój, nielegalne posiadanie broni czy podpalenie. Adam Zakrzewski oskarżony został o dokonanie pięciu morderstw. Przez czas trwania procesu oskarżeni wielokrotnie zmieniali zeznania, przerzucając się winą bądź też kompletnie zaprzeczając, iż mieli cokolwiek wspólnego ze sprawą. Próbowali również symulować chorobę psychiczną, prawdopodobnie chcąc uniknąć skazania na karę śmierci. Często udawali, iż nie słyszą bądź nie rozumieją, o co pytali się ich oskarżyciele bądź nagle wybuchali płaczem. Ostatecznie do winy przyznał się wyłącznie Józef Zakrzewski, prawdopodobnie motywowany chęcią ratowania synów od stryczka.

    Wyrok wydany został 28 czerwca 1971 roku. Za morderstwa na rodzinie Lipów, Jerzym Żaczkiewiczu i Janie Borowcu (nie udało się zgromadzić wystarczających dowodów, aby wydać wyrok za morderstwo Bolesława Hartunga) sąd skazał Józefa Zakrzewskiego oraz Czesława Zakrzewskiego na karę śmierci przez powieszenie. Adam Zakrzewski, za współudział w morderstwie na rodzinie Lipów, skazany został na 25 lat pozbawienia wolności. Wyroki śmierci wykonano przez powieszenie w lutym 1972 w więzieniu przy ulicy Montelupich 7 w Krakowie. Adam Zakrzewski nie doczekał końca kary - popełnił samobójstwo w celi kilka lat po zapadnięciu wyroku skazującego.

    #kronikakryminalnafranka #historia #seryjnimordercy #polska #prl #historiajednejfotografii
    pokaż całość

    źródło: reportaze-sadowe.wprost.pl

  •  

    Dziś składamy wizytę w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej lat 50. i 60. Na lata te przypadał okres działalności seryjnego mordercy kobiet widocznego na zdjęciu. Przez milicjantów i związanych ze sprawą znany był pod pseudonimem „Wampir z Gałkówka”.

    Był lipiec 1952 roku. W lesie należącym do nadleśnictwa Zielona Góra położonym nieopodal wsi Gałkówek w ówczesnym województwie łódzkim odnalezione zostały zwłoki kobiety. Ofiarę wkrótce zidentyfikowano jako 67-letnią Józefę Pietrzykowską. Ślady na szyi wskazywały, iż została uduszona, najprawdopodobniej gołymi rękoma. Ciało zostało również obnażone od pasa w dół, co sugerowało seksualny motyw napaści. Milicja szybko rozpoczęła śledztwo w sprawie morderstwa, ale bardzo szybko utknęło ono w martwym punkcie. Morderstwo Józefy Pietrzykowskiej miało być jednak początkiem makabrycznej serii.

    W grudniu 1952 roku milicja odnalazła kolejne, porzucone w lesie ciało – 32-letniej Marii Kunki. Szybko doszukano się podobieństw pomiędzy śmiercią Kunki a morderstwem z lipca. Ofiarę ponownie uduszono – tym razem szalikiem. Jak w poprzednim wypadku, sprawca obnażył ofiarę i pozostawił jej zwłoki w lesie. Milicjanci szybko zaczęli podejrzewać, iż mieli do czynienia z tym samym sprawcą.

    Pomimo tego, iż udało się połączyć sprawy tajemniczych morderstw z okolic Gałkówka, morderca zabijał dalej. W marcu 1953 roku na polu położonym nieopodal wsi Józefów odnaleziono zwłoki 21-letniej Teresy Piekarskiej. Prawie dwa lata później – w styczniu 1955 roku – ofiarą „Wampira” padła 24-letnia Irena Bernadetta Dunajska. Po raz ostatni morderca uderzył dwukrotnie w roku 1956 – w marcu zamordował 18-letnią Helenę Walos, zaś w sierpniu – 22-letnią Helenę Klatę. Pomimo wzrastającej liczby ciał milicja nie była w stanie wskazać winnego. Ze względu na fakt, iż zwłoki znajdowane były w okolicach linii kolejowej łączącej Gałkówek z Andrzejowem jedna z hipotez zakładała, iż sprawcą mógł być pracownik PKP. Wkrótce zeznania kobiet, które przeżyły ataki „Wampira” zdawały się potwierdzać tą tezę – co prawda nie były one w stanie opisać wyglądu twarzy przestępcy, ale według zeznań nosił on mundur. Trop kolejowy, jak się miało wkrótce okazać, był jednak fałszywy. Pomimo szeroko zakrojonego śledztwa sprawca nie został ujęty. W 1957 roku śledztwo w sprawie „Wampira z Gałkówka” zostało umorzone. Dopiero morderstwo dokonane prawie dziesięć lat później miało w końcu doprowadzić milicję do sprawcy.

    Był wrzesień 1967 roku. Milicja w Warszawie otrzymała zgłoszenie o znalezieniu ciała w mieszkaniu w kamienicy przy ulicy Siennej. Zanurzone w wannie zwłoki należały do 87-letniej emerytki Marii Gałeckiej. Początkowo zakładano – głównie przez podeszły wiek denatki – iż zgon mógł nastąpić z przyczyn naturalnych. Obdukcja zwłok wykazała jednak ślady po siniakach na ramionach i nogach oraz ślady po ostrym narzędziu (żyletce) na pośladkach. Nowe dowody jednoznacznie wskazywały na morderstwo. Z rozmów z sąsiadami i rodziną szybko wytypowano podejrzanego – był nim 38-letni zawodowy kierowca Stanisław Modzelewski. Podejrzany był już znany milicji - kilkakrotnie karano go za drobne kradzieże i spowodowanie wypadku w ruchu drogowym. Według zeznań sąsiadów był on skonfliktowany z Gałecką. Kilkakrotnie miał grozić jej śmiercią, a w roku 1965 nawet posunąć się do próby morderstwa. Prokurator prowadzący sprawę wydał wkrótce pozwolenie na aresztowanie Modzelewskiego w charakterze podejrzanego. Okazał się to jednak początkowo trudne, gdyż znikł on z Warszawy. Milicji udało się go jednak wkrótce odnaleźć – okazało się, iż przeniósł się z Warszawy do wsi Patoki w województwie łódzkim.

    Nad ranem 24 września 1967 roku milicja weszła do domu, w którym przebywał Modzelewski wraz ze szwagrem i żoną. Podejrzany nie stawiał oporu i nie próbował uciekać. Po przewiezieniu do Warszawy rozpoczęto przesłuchania. Już kilka dni po aresztowaniu, Modzelewski przyznał się do morderstwa Gałeckiej. Wkrótce jednak zaczął opowiadać o napadach na kobiety i morderstwach, które miał dokonać w latach 50. w okolicach Gałkówka. Milicjanci szybko sprawdzili akta Modzelewskiego. Okazało się, iż w czasie służby wojskowej w latach 50. oddelegowany został jako kierowca do garnizonu w Gałkówku. Sprawiło to, iż wkrótce poznał okoliczny teren, a służba jako kierowca pozwoliła mu na swobodne poruszanie się po okolicy i dawała mu alibi. Milicja szybko doszła do wniosku, iż umundurowany napastnik opisywany przez kobiety, które przeżyły jego atak i Stanisław Modzelewski to ta sama osoba. Wizje lokalne przeprowadzone na miejscach zbrodni jedynie utwierdziły milicjantów w przekonaniu, iż udało im się schwytać „Wampira z Gałkówka”. Sam Modzelewski przyznał się do winy i szczegółowo opisywał każdą zbrodnię.

    5 lutego 1969 roku Stanisław Modzelewski został uznany winnym dokonania siedmiu morderstw i usiłowania czterech kolejnych zabójstw. Wyrokiem Sądu Rejonowego w Łodzi skazany został na karę śmierci. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano przez powieszenie w listopadzie 1969 roku w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej 37 w Warszawie.

    Fragment zeznań Stanisława Modzelewskiego:

    „…ja nie zwracałem uwagi na jej wiek, lub na wygląd zewnętrzny, aby tylko była kobieta…rozróżniałem to, że nie jest mężczyzną lub dzieckiem, które ma dziesięć lat, bo to już było widać, małe…gdy zauważyłem samotną kobietę, to jeszcze nie doszłem, a trzęsłem się jak liść, traciłem panowanie i co robiłem to nie wiem…mnie nie robiło różnicy czy kobieta jest w starszym wieku czy młoda…”

    #kronikakryminalnafranka #seryjnimordercy #prl #polska #historia #historiajednejfotografii
    pokaż całość

    źródło: murderpedia.org

  •  

    W dzisiejszym wpisie przenosimy się do miasta Witchita w stanie Kansas, położonym w centralnej części Stanów Zjednoczonych. To właśnie tam grasował widoczny na zdjęciu seryjny morderca, który przez ponad 30 lat unikał schwytania i terroryzował społeczność owego miasta. Przez swoje czyny stał się przez to jednym z najbardziej niesławnych seryjnych morderców w historii USA.

    5 stycznia 1974 roku policja otrzymała wezwanie do domu przy 803 North Edgemoor Street – miejsca zamieszkania rodziny Otero. Na miejscu odkryto 4 ciała członków rodziny - 38-letniego Josepha, 33-letniej Julie, 11-letniej Josephine i 9-letniego Josepha Juniora. Zwłoki męża i żony odkryto w sypialni. Oboje zostali skrępowani liną, a następnie uduszeni – Julie kawałkiem liny, a Joseph plastikową torbą. Joseph Junior zginął tak samo, jak jego ojciec. Śmierć 11-letniej Josephine była jednak chyba najgorsza. Po sprowadzeniu jej do piwnicy, morderca powiesił ją za szyję, używając rury odpływowej jako szubienicy. Ślady wskazywały, iż kilkakrotnie luzował linę, wydłużając jej cierpienie. Ślady nasienia zabezpieczone na podłodze wskazywały na seksualny motyw morderstwa. Szybko udało się ustalić grupę krwi mordercy – była nią grupa 0. Ze względu na braki technologiczne nie było możliwe ustalenie profilu DNA sprawcy. Nie pozostawił on również jakichkolwiek innych śladów mogących ułatwić identyfikację. Śledztwo szybko stanęło w miejscu.

    W październiku 1974 roku w jednej z książek biblioteki Uniwersytetu Stanowego Kansas odnaleziono anonimowy list. Autor niezwykle szczegółowo opisał przebieg morderstwa rodziny Otero – wiele detali zawartych w liście nie przekazano mediom, co wskazywało, iż nadawcą był sam morderca. Ponownie jednak wykazał się ostrożnością – list po napisaniu na maszynie skopiował, używając do tego publicznie dostępnej kserokopiarki. Uniemożliwiło to zidentyfikowanie maszyny do pisania czy też zidentyfikowanie osoby, która wykonała kopię. Przez następne trzy lata od otrzymania listu, jednak, zapadł się pod ziemię – nie dokonano w tym okresie jakiegokolwiek morderstwa pasującego do modus operandi mordercy. Była to jednak cisza przed burzą.

    17 marca 1977 roku zabójca uderzył ponownie – tym razem jego ofiarą była samotna matka – 24-letnia Shirley Vian. W biały dzień morderca wszedł siłą do jej domu, grożąc rodzinie bronią. Po zamknięciu trójki dzieci w toalecie zabrał Vian do sypialni, gdzie związał ją a następnie udusił kawałkiem sznura. Prawdopodobnie chciał torturować ją dłużej, ale został spłoszony przez dzwoniący telefon. Zabójca zaatakował ponownie 8 grudnia – tym razem ofiarą była 25-letnia Nancy Fox, pracownica sklepu jubilerskiego. Ją też związano, a następnie uduszono skórzanym paskiem od spodni. Morderstwo Nancy Fox zostało zgłoszone przez samego mordercę, który zadzwonił na policję z budki telefonicznej.

    Na początku 1978 roku morderca ponownie podjął próbę kontaktu z policją. Anonimowy list został tym razem podrzucony do skrzynki na listy lokalnej telewizji KAKE. W liście nadawca przyznał się do łącznie 7 morderstw – rodziny Otero, Shirley Vian, Nancy Fox i jednej, nieznanej ofiary (zidentyfikowanej później jako zamordowanej w kwietniu 1974 roku 21-letniej Kathryn Bright). Oprócz przyznania się do morderstw, nadawca wyrażał również irytację ze względu na brak rozgłosu. Zaproponował, aby od tej pory tytułowany był skrótem BTK – od słów Bind (Wiązać), Torture (torturować) i Kill (zabić). Do listy załączył również wiersz, dedykowany śmierci Nancy Fox. Po tym jednak, zapadła cisza.

    5 maja 1985 roku z rowie na obrzeżach miasta odnaleziono zwłoki 53-letniej Marine Hedge. Sekcja zwłok wykazała, iż została uduszona. Nie była jednak pewności co do tego, czy mordercą na pewno był BTK. 1 lutego 1991 roku odkryto kolejne ciało – należało do 62-letniej Dolores Davies. Ją też uduszono, a następnie przeniesiono z domu do odosobnionego miejsca. Pomimo odkrycia nowych ofiar, śledztwo w sprawie BTK nie posunęło się ani o krok. Do czasu.

    W roku 2004, dzięki postępom w zakresie rozpoznawania DNA, ponownie przebadano próbki nasienia, pozostawione przez mordercę w latach 70. Tym razem, naukowcom udało się stworzyć profil DNA seryjnego mordercy. Niedługo po tym – 18 marca 2004 roku – do redakcji gazety Wichita Eagle przyszedł anonimowy list. Nadawcą był BTK – w nim to przyznawał się do morderstwa 28-letniej Vicki Wegerle, zamordowanej we wrześniu 1986 roku. Było to niezwykle ważne, gdyż pod paznokciami ofiary znaleziono obcy materiał genetyczny. Porównanie próbek z profilem DNA potwierdziło, iż sprawcą był BTK. Przez następne dziesięć miesięcy BTK przez cały czas pozostawał w kontakcie z policją, używając w tym celu wiadomości pozostawianych często w pustych pudełkach po płatkach śniadaniowych. Wkrótce jednak, popełnił on błędy, który miał kosztować go wolność.

    W styczniu 2005 kolejną wiadomość od BTK odkryto na pace pickupa zaparkowanego na parkingu marketu budowlanego Home Depot w Witchita. Parking ten, o czym morderca nie wiedział, był nadzorowany przez kamery przemysłowe. Co prawda nie uchwyciły one wizerunku mordercy, ale analiza materiału pozwoliła na identyfikację samochodu jakim się poruszał – był nim czarny Jeep Cherokee. Wkrótce policja otrzymała kolejny list – w nim to morderca pytał się, czy komputerowa dyskietka mogłaby wskazać na osobę, która z niej korzystała. Policja, decydując się na wciągnięcie BTK w pułapkę odpowiedziała, używając zaszyfrowanego ogłoszenia w gazecie, że nie. Wkrótce w jednej z paczek oznaczonych literami BTK znaleziono dyskietkę. Na podstawie metadanych pliku tekstowego ustalono, iż ostatnią osobą używającą dyskietki był ktoś o nazwie użytkownika „Dennis”, zaś plik edytowany był na komputerze należącym do Luterańskiego Kościoła Chrystusa w Witchita. Prawie natychmiast zidentyfikowano głównego podejrzanego – 59-letniego Dennisa Radera, prezesa kongregacji.

    Policja przystąpiła do obserwacji Radera. Szybko okazało się, iż jeździł on czarnym Jeepem Cherokee. W bazie DNA Uniwersytetu Stanowego odnaleziono również próbkę DNA córki Radera. Porównanie go z profilem DNA BTK wykazało, iż BTK był jej ojcem. Były to wystarczające dowody, aby aresztować Radera. Dokonano tego 25 lutego 2005 roku.

    Po zatrzymaniu Rader początkowo nie przyznawał się do winy. Po kilku godzinach przesłuchania, policjanci wyłożyli karty na stół stwierdzając, iż BTK jest ojcem dzieci Radera. Po tym, Rader przyznał się, iż to on był seryjnym mordercą. 28 lutego 2005 roku został oficjalnie oskarżony o dokonanie 10 morderstw. Osobiście, Rader stanął przed sądem stanął 27 czerwca. Przyznał się do winy, a następnie szczegółowo opisał każde dokonane morderstwo. Policja odkryła, iż długie przerwy w dokonywaniu zabójstw spowodowane były faktem, iż Rader musiał wychowywać własne dzieci. Zatrudnił się również jako instalator systemów alarmowych, co miało uśpić czujność potencjalnych ofiar. Wielu znajomych nigdy nie podejrzewało go o bycie seryjnym mordercą.

    18 sierpnia 2005 roku ława przysięgłych uznała Dennisa Radera winnym dokonania 10 mordestw. Sąd skazał do na dziesięć kar dożywocia co sprawiło, iż najwcześniej wyjdzie na wolność w roku 2180. Do dziś osadzony jest w więzieniu stanowym w El Dorado.

    #kronikakryminalnafranka #seryjnimordercy #usa #historia #historiajednejfotografii
    pokaż całość

    źródło: murderpedia.org

  •  

    W dzisiejszym wpisie pozostajemy na Wyspach Brytyjskich. Tym razem jednak przeniesiemy się na północ od Londynu, w okolice miasta Bradford w hrabstwie West Yorkshire. To właśnie tam na początku lat 70. XX wieku grasował seryjny morderca kobiet, znany jako „Rozpruwacz z Yorkshire” („The Yorkshire Ripper”).

    30 października 1975 roku na placu zabaw w Leeds policja odnalazła zwłoki 28-letniej prostytutki Wilmy McCann. Sekcja zwłok wykazała, iż napastnik był niezwykle brutalny – najpierw dwukrotnie uderzył on ofiarę tępym narzędziem (najprawdopodobniej młotkiem) w głowę, po czym piętnaście razy dźgnął ją nożem. Pomimo szeroko zakrojonej akcji policyjnej nie udało się odnaleźć ani świadków morderstwa, ani jakichkolwiek śladów mogących naprowadzić policję na trop mordercy. W styczniu 1976 roku w Leeds odnaleziono zwłoki kolejnej prostytutki – ofiarą była 42-letnia Emily Jackson. Szybko doszukano się podobieństw pomiędzy tą sprawą a morderstwem Wilmy McCann z zeszłego roku. Ponownie, ofiarę najpierw zaatakowano poprzez uderzenie młotkiem w głowę, a następnie zadźgano – patolog badający zwłoki Jackson doliczył się aż 51 ran kłutych szyi, klatki piersiowej i brzucha. Tym razem jednak morderca nie był aż tak ostrożny – policjantom udało się zabezpieczyć ślady butów na glebie wokoło miejsca zbrodni i na udzie ofiary. Ustalono, iż nosił on kalosze rozmiaru 7. Jednakże, jakby wyczuwając rosnącą presję ze strony policji, morderca przestał zabijać. Do czasu.

    Kolejną ofiarę odnaleziono w lutym 1977 roku w parku Roundhay w północnym Leeds. Była nią kolejna prostytutka – 28-letnia Irene Richardson. Sekcja zwłok wykazała, iż zginęła od silnych uderzeń tępym narzędziem w głowę. Po śmierci zaś morderca okaleczył zwłoki nożem. Policja nie miała już wątpliwości – w okolicach Leeds grasował seryjny morderca. Na miejscu najnowszej zbrodni udało się również zabezpieczyć ślady opon, co mogło pomóc w ustaleniu marki samochodu, jakim poruszał się podejrzany. W kwietniu 1977 roku morderca zaatakował ponownie – tym razem ofiarą była 32-letnia Patricia Atkinson, odnaleziona we własnym mieszkaniu w Bradford. Na pościeli ponownie odnaleziono ślad po kaloszu rozmiaru 7. 26 czerwca w Leeds odnaleziono zwłoki 16-letniej Jayne MacDonald – jako, iż nie była ona prostytutką, jej morderstwo zmieniło postrzeganie mordercy przez opinię publiczną. Pomimo tego, mordował on dalej.

    W październiku w Manchesterze odnaleziono zwłoki 20-letniej prostytutki, Jean Jordan. Przeszukując okolicę, policjanci odnaleźli jej torebkę. W niej znaleziono praktycznie nowy banknot pięciofuntowy. Sprawdzenie numeru seryjnego wykazało, iż należał on do partii dostarczonej pracodawcom do wypłacania wynagrodzeń. Jedną z firm, która mogła otrzymać ów banknot, była firma transportowa T&WH Clarke. Wkrótce przesłuchano wszystkich jej pracowników – wśród nich był jeden z kierowców – mieszkający w Bradford 31-letni Peter Sutcliffe. Jednakże podał on policji dość wiarygodne alibi, a zmęczeni przesłuchiwaniem ponad 400 osób policjanci nie sprawdzili go. Wkrótce, śledztwo w sprawie banknotu zawieszono.

    W styczniu 1978 roku odnaleziono dwie kolejne ofiary – 21-letnią Yvonne Pearson, zamordowaną w Bradford i 18-letnią Helen Rytkę, zamordowaną w Huddersfield. Obie ofiary były prostytutkami. Wkrótce prasa nadała tajemniczemu mordercy przydomek „Rozpruwacza z Yorkshire”. W maju tego samego roku odnaleziono kolejne zwłoki – tym razem ofiarą była 40-letnia Vera Millward, zamordowana na parkingu szpitala Royal Infirmary w Manchesterze. Niedługo po tym policja rozpoczęła operację obserwacyjną, której celem były samochody widywane w dzielnicach „czerwonych latarni” w zachodnim Yorkshire. Jeden z widzianych często samochodów należał do znanego już policji Petera Sutcliffe'a – widywany był w Leeds, Manchesterze i Bradford. Niezadowoleni z wyjaśnień podejrzanego, policjanci chcieli przesłuchać go ponownie. Plany pokrzyżowało im jednak kolejne morderstwo – w kwietniu 1979 odnaleziono zwłoki 19-letniej Josephine Whitaker. Ponownie, technikom udało się zabezpieczyć ślady butów. Ślady zużycia podeszwy podsunęły technikom myśl, iż sprawca mógł być zawodowym kierowcą – ponownie kierowało to podejrzenia na osobę Petera Sutcliffe'a.

    Śledztwo wkrótce jednak przybrało kompletnie nowy obrót. W jednym z anonimowych listów wysłanych policji w związku ze sprawą „Rozpruwacza” znaleziono kasetę magnetofonową. Nagrano na nią wiadomość, w której mężczyzna identyfikujący się jako „Jack” przyznawał się do winy i naśmiewał się z prowadzącego śledztwo George'a Oldfielda. Ze względu na akcent, z jakim wypowiadane były słowa, nadawcę wiadomości zaczęto opisywać jako „Wearside Jack”. Policja uznała taśmę za autentyczną i rozpoczęła poszukiwania możliwych podejrzanych mówiących z podobnym akcentem. Miało się to okazać tragiczne w skutkach.

    Pomimo szeroko zakrojonych poszukiwań, morderca nie przestawał zabijać. We wrześniu 1979 roku odnaleziono zwłoki 20-letniej Barbary Leach, studentki na uniwersytecie w Bradford. Kolejne dwa razy „Rozpruwacz” zaatakował w roku 1980 – w sierpniu w Leeds odnaleziono ciało 47-letniej Marguerite Wallis. Cztery miesiące później odnaleziono już trzynaste zwłoki – zidentyfikowano je jako 20-letnią studentkę Jaqueline Hill. Nowe morderstwa sprawiły, iż policja utworzyła nową drużynę śledczą, mająca w końcu schwytać mordercę. Na podstawie badania czasu i miejsc zbrodni przypuszczono, iż sprawca mieszkał w mieście Bradford – ponownie sprawiło to, iż na liście podejrzanych znalazł się Peter Sutcliffe.

    2 stycznia 1981 roku, patrol policji natknął się na Sutcliffe'a w Sheffield. Na siedzeniu pasażera samochodu siedziała 24-letnia Olivia Reivers, znana policji prostytutka. Sutcliffe'a aresztowano gdy okazało się, iż tablice rejestracyjne jego samochodu były kradzione. Podejrzany na kilka chwil oddalił się od policjantów w krzaki, pod pretekstem wysikania się. Gdy jeden z policjantów powrócił na miejsce zatrzymania następnego dnia, w krzakach odnalazł młotek, nóż i kawałek liny. Drugi nóż odnaleziono w spłuczce toalety na komisariacie, gdzie przetrzymywano Sutcliffe'a. Po dwóch dniach przesłuchań Sutcliffe przyznał się do bycia „Rozpruwaczem z Yorkshire”. Do chwili aresztowania Sutcliffe był w związku z tą sprawą przesłuchiwany aż dziewięć razy.

    5 stycznia Sutcliffe został oficjalnie oskarżony o dokonanie 13 morderstw. Poza nimi, przyznał się również do ponad 10 ataków na kobiety w zachodnim Yorkshire. Proces „Rozpruwacza” rozpoczął się 5 maja 1981 roku. Sutcliffe nie przyznał się do zarzutów morderstwa, zasłaniając się niepoczytalnością. Według samego siebie, był jedynie narzędziem w rękach Boga, który miał mu się objawić na płycie nagrobnej imigranta z Polski Bronisława Zapolskiego i nakazać mu mordowanie prostytutek. Sąd nie przychylił się do tej opinii i po dwóch tygodniach procesu skazał Petera Sutcliffe'a na dwadzieścia kar dożywocia z możliwością zwolnienia warunkowego po odbyciu 30 lat kary. W roku 2010 komisja sędziowska orzekła, iż Sutcliffe nigdy nie zostanie wypuszczony na wolność. „Rozpruwacz z Yorkshire” w więzieniu spędził trzy lata – pomimo, iż sąd uznał go za poczytalnego, zdiagnozowano u niego schizofrenię. W roku 1984 przeniesiony został do zamkniętego zakładu psychiatrycznego w Broadmoor, gdzie przebywał do sierpnia 2016 roku, gdy uznano, że nie wymagał już leczenia. Od tej pory karę odbywa w więzieniu Jej Królewskiej Mości Frankland.

    Niedługo po skazaniu Sutcliffe'a na policję spadła fala krytyki. Zlecone przez Home Office śledztwo wewnętrzne wskazało na przeładowanie informacyjne, problemy z katalogowaniem informacji i zbytnie skupienie się na anonimowej taśmie magnetofonowej jako główne przyczyny powolnych postępów w śledztwie. W roku 2005 bezrobotny alkoholik John Samuel Humble przyznał, iż to on był nadawcą taśmy „Wearside Jacka”. Za utrudnianie śledztwa skazany został w roku 2006 na osiem lat pozbawienia wolności.

    #kronikakryminalnafranka #uk #historia #historiajednejfotografii #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: ichef.bbci.co.uk

    +: 6REY1MISTERIO9, g........e +323 innych
  •  

    Na zdjęciu widzimy dom udający styl tudorski, dość popularny w Anglii. Z pozoru nie wydaje się, aby wyróżniał się czymś szczególnym - jednakże w rzeczywistości skrywał on mroczną tajemnicę "Uprzejmego Mordercy".

    Był 8 luty 1983 roku. Nad ranem na teren posesji przy ulicy 23 Cranley Gardens, mieszczącej się w spokojnej dzielnicy Muswell Hill na północnych przedmieściach Londynu, weszli hydraulicy. Od kilku dni mieszkający w domu lokatorzy uskarżali się na niedrożną kanalizację i okropny smród wydobywający się z rur. Technicy początkowo nie wiedzieli, co było przyczyną problemu, ale wkrótce znaleziono winnego – otwór odpływowy zatkany był przez niezidentyfikowane fragmenty mięsa i kości. Fachowcy szybko powiadomili o znalezisku policję obawiając się, iż mogli natknąć się na ludzkie szczątki. Badania laboratoryjne potwierdziły ich obawy – zarówno mięso jak i kości były pochodzenia ludzkiego.

    Na podstawie położenia fragmentów w rurach policjanci doszli do wniosku, iż fragmenty te wrzucone zostały do ubikacji bądź zlewu przez lokatora mieszkającego na najwyższym piętrze. Szybkie sprawdzenie meldunku pozwoliło ustalić, iż był nim 37-letni pracownik biura pośrednictwa pracy Dennis Nilsen. Następnego ranka policjanci zapukali do drzwi Nilsena. Ten wpuścił ich do środka bez jakiegokolwiek oporu. W nozdrza policjantów prawie natychmiast uderzył zapach rozkładającego się mięsa. Podejrzewając, że gdzieś w mieszkaniu ukryte jest ciało, stróże prawa szybko zaczęli wywierać presję na podejrzanego. Ten jednak szybko wskazał na szafę stojącą w sypialni. Po jej otwarciu znaleziono w niej dwa plastikowe worki, zawierające rozczłonkowane ludzkie zwłoki. Nilsen został natychmiast aresztowany pod zarzutem morderstwa. W trakcie jazdy na komisariat zszokował policjantów – przyznał się, iż łącznie dokonał od piętnastu do szesnastu morderstw. Takie wyznanie musiało być jednak bardzo dokładnie sprawdzone.

    Następnego dnia rozpoczęto przesłuchanie Nilsena. Ten od początku ściśle współpracował z policją, nie starając się ukrywać rozmiarów zbrodni. Na podstawie jego zeznań szybko odnaleziono więcej fragmentów ludzkich zwłok – w skrzyni na herbatę w salonie oraz w szufladzie pod wanną w łazience. Łącznie, w mieszkaniu składowane były zwłoki trójki osób. Szybko jednak Nilsen zaczął opowiadać policjantom o początkach swojej serii zabójstw.

    Pierwszego morderstwa Nilsen dokonał 30 grudnia 1978 roku, kiedy to mieszkał jeszcze pod starym adresem przy 195 Melrose Avenue. Ofiarą był 14-letni Stephen Holmes, którego Nilsen poznał w odległym nieopodal pubie. Uważając, iż Holmes był starszy, niż się wydawało, Nilsen zaprosił go na libację do swojego mieszkania. Młody chłopak przyjął ofertę – obaj wkrótce upili się, a następnie poszli spać. Gdy Nilsen obudził się rankiem następnego dnia zdecydował, że Holmes „zostanie z nim na Nowy Rok, niezależnie od tego, czy tego chce czy nie”. Stwierdził również, iż decyzja o morderstwie przyszła „z głębi jego duszy”. Następnie poddusił on 14-latka krawatem, po czym dokończył dzieła, topiąc go w wiadrze z wodą. Zwłoki Stephena Holmes'a Nilsen ukrył pod deskami podłogowymi – trzymał je tam aż do sierpnia 1979 roku, kiedy to spalił je w ogródku posesji.

    Kolejnego udanego morderstwa Nilsen dokonał prawie rok później – 3 grudnia 1979 roku. Tego dnia zapoznał w pubie 23-letniego studenta z Kanady, Kennetha Ockendona. Zaprosił go do siebie – po drodze wstąpili do sklepu monopolowego, gdzie kupili alkohol. Gdy Ockendon zasnął na kanapie po popijawie, Nilsen udusił go kablem od słuchawek. Zwłoki owinął w plastikowe worki i ponownie schował pod deski podłogi – aczkolwiek przez następne dwa tygodnie kilkakrotnie wyciągał je spod podłogi i sadzał na kanapie gdy oglądał telewizję bądź pił alkohol. Podczas rewizji domu Nilsena w roku 1983 znaleziono tam mapę Londynu w formie książki – na jednej ze stron kryminolodzy odnaleźli odcisk palca, który zidentyfikowano jako należący do Ockendona.

    Trzeciego mordu Nilsen dokonał 17 maja 1980 roku. Ofiarą tym razem padł 16-letni Martin Duffey, uczeń szkoły gastronomicznej który przyjechał do Londynu bez wiedzy rodziców. Gdy Nilsen natknął się na niego, Duffey był wygłodzony i zmęczony – nie miał przy sobie pieniędzy, zaś ostatnie kilka nocy spędził śpiąc na dworcu Euston. Nilsen zabrał go do domu przy Melrose Avenue, obiecując mu posiłek i nocleg. Gdy Duffey spał, Nilsen poddusił go prymitywną garotą zrobioną z kawałka sznurka i krawata, po czym utopił go w kuchennym zlewie. Po zabójstwie umył ciało ofiary, po czym schował je w szafie – gdy ciało zaczęło gnić po paru tygodniach, również ono trafiło pod deski podłogi.

    Od tej pory następne zabójstwa następowały ze znacznie zwiększoną częstotliwością. Do końca roku Nilsen zabił kolejnych pięciu mężczyzn, aczkolwiek policji udało się potwierdzić tożsamość jedynie jednej z tych ofiar – 26-letniego Williama Davida Sutherlanda. Schemat był w każdym wypadku podobny – ofiary Nilsen zapoznawał w barach, po czym zapraszał je do mieszkania. Tam dusił je, w dużej mierze, gdy te spały, po czym zwłoki chował pod deskami podłogi. Wkrótce jednak smród zgniłego mięsa i rozłażące się wszędzie robactwo sprawiło, iż Nilsen musiał działać, aby zapobiec wykryciu. Dzięki dostępowi do ogródka posesji, pod koniec roku spalił ciała ofiar pomordowanych od grudnia 1979 roku. Aby zamaskować zapach palonych zwłok, na samą górę ogniska wrzucił starą oponę samochodową. Pogorzelisko ogniska dokładnie przeczesał grabiami, niszcząc wszelkie pozostałości – wśród nich nienaruszoną czaszkę. Policja przeprowadziła trzytygodniowe prace wykopaliskowe w ogródku dawnego mieszkania Nilsena – w ziemi znaleziono wówczas prawie 2000 fragmentów ludzkich kości.

    W roku 1981 Nislen zamordował kolejne trzy osoby – jedyną zidentyfikowaną ofiarą był 23-letni Malcolm Barlow, zamordowany 18 września. Ze względu na nadciągający remont posesji, Nilsen był zmuszony do wyprowadzki – dzień przed nią spalił resztę zwłok sprawiając, iż nikt nie odkrył jego mrocznej tajemnicy. W domu przy Cranley Gardens nie miał jednak dostępu do ogródka, zaś konstrukcja podłogi sprawiła, iż nie był w stanie chować pod nią zwłok. Nie przeszkodziło mu to jednak w dokonaniu kolejnych zabójstw. W marcu 1982 roku jego ofiarą padł 23-letni John Howlett – po walce, w której Howlett przez chwilę dusił Nilsena, morderca poddusił go do nieprzytomności fragmentem tapicerki, po czym utopił go w wannie. Później, Nilsen rozczłonkował zwłoki – pomógł mu w tym fakt, iż w czasie służby w armii przydzielono go do służby w kuchni. Głowę, stopy i ręce wygotował w garnku, oddzielając mięso od kości. Następnie co jakiś czas spuszczał małe kawałki mięsa i kości w toalecie.

    Dwa miesiące później Nilsen dokonał próby morderstwa 21-letniego homoseksualisty Carla Stottora. Gdy jednak okazało się, że ofiara dawła znaki życia, Nilsen skutecznie utrzymał go przy życiu. Po tym, jak Stottor wydobrzał, Nilsen puścił go wolno. W październiku 1982 roku Nilsen zamordował 27-letniego Grahama Allena – jego zwłoki również rozczłonkował na podłodze kuchni. Ostatniego morderstwa dokonał 26 stycznia 1983 roku – ofiarą zidentyfikowano jako 20-letniego Stevena Sinclaira.

    11 lutego 1983 roku Dennis Nilsen został oficjalnie oskarżony o zamordowanie Stevena Sinclaira. Proces seryjnego mordercy rozpoczął się 24 października tego samego roku. Nilsen oskarżony został o sześć morderstw i dwa usiłowania zabójstwa. Początkowo planował przyznać się do winy, jednakże w dniu procesu nie zrobił tego. Zamiast tego odrzucił zarzuty, zasłaniając się niepoczytalnością. Badania psychiatryczne i analiza zeznań dowiodły jednak, iż Nilsen był w pełni świadom konsekwencji swoich czynów w momencie popełniania zbrodni, przez co mógł być sądzony jako poczytalny. 4 listopada sąd wydał wyrok – Dennis Nilsen został uznany winnym zarzucanych mu czynów i skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Sędzia David-Croom Johnson zaopiniował również, aby Nilsen spędził za kratami co najmniej 25 lat. W roku 2006 komisja sądowa zaopiniowała, aby Nilsen nigdy nie został zwolniony z więzienia.

    #kronikakryminalnafranka #historia #anglia #uk #historiajednejfotografii #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: i.dailymail.co.uk

    +: p......e, Banderoza +301 innych
    •  

      Jako, że Stottor nie zgłosił próby morderstwa policji to nic się nie stało.
      xD

      Potem zeznawał na procesie jako świadek.

      @FrankJUnderwood: co najmniej dziwne, że koleś nic nie zrobił z tym, że inny chciał go zabić, ale jak nie poszło, to się nim opiekował... dom wariatów

      za wiki

      "In May 1982, Nilsen encountered Carl Stottor, a 21-year-old homosexual, as the youth drank at the Black Cap pub in Camden.[39] Nilsen engaged Stottor in conversation; discovering the youth was depressed following a failed relationship. After plying the youth with alcohol,[78] Nilsen invited Stottor to his flat, assuring his guest he had no intention of sexual activity. At Nilsen's flat, Stottor consumed further alcohol before falling asleep upon an open sleeping bag; he later awoke to find himself being strangled as Nilsen informed him, "Stay still".[79] In his subsequent testimony at Nilsen's trial, Stottor stated he initially believed Nilsen was trying to free him from the zip of the sleeping bag, before he returned to a state of consciousness. He then vaguely recalled hearing "water running" before realising he was immersed in the water and that Nilsen was attempting to drown him. After briefly succeeding in raising his head above the water, Stottor gasped the words, "No more, please! No more!" before Nilsen again submerged Stottor's head beneath the water.[79]
      Believing he had killed Stottor, Nilsen seated the youth in his armchair, then noted his mongrel dog, Bleep, licking Stottor's face. Nilsen realised the tiniest thread of life still clung in the youth: he rubbed Stottor's limbs and heart to increase circulation, covered the youth's body in blankets, then lay him upon his bed. When Stottor regained consciousness, Nilsen embraced him; he then explained to Stottor he had almost strangled himself on the zip of the sleeping bag, and that he had resuscitated him. Over the following two days, Stottor repeatedly lapsed in and out of consciousness. When Stottor had regained enough strength to question Nilsen as to his recollections of being strangled and immersed in cold water, Nilsen explained he had become caught in the zip of the sleeping bag following a nightmare, and that he had placed him in cold water as "you were in shock". Nilsen then led Stottor to a nearby railway station, where he informed the youth he hoped they might meet again before he bade him farewell."

      super wytłumaczenie...
      pokaż całość

    •  

      Dennis Nilsen

      @FrankJUnderwood:

      źródło: i.dailymail.co.uk

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    W poprzednich odcinkach:

    Charles Starkweather
    Ivan Milat
    Ciała w Beczkach

    W dzisiejszym tekście przenosimy się z Australii do Moskwy, stolicy Rosji. To właśnie tam, od roku 1992 do roku 2006 grasował seryjny morderca widoczny na zdjęciu. Z wyglądu, można by powiedzieć, typowy „Rusek”, czekający tylko, aby przykucnąć sobie z butelką piwa w ręku, ubrany w dres Adidasa.

    Był 15 października 2005 roku. Dwójka milicjantów patrolowała pieszo teren Parku Bitcewskiego – 22 kilometrów kwadratowych zieleni położonych w południowej części Moskwy. W pewnym momencie, natknęli się oni na rozkładające się zwłoki mężczyzny leżące w krzakach z dala od wytyczonej ścieżki. Należały one do 31-letniego Nikołaja Worobiowa. Milicjanci szybko zorientowali się, że ofiara została zamordowana – świadczyły o tym w dużej mierze rozległe obrażenia głowy oraz fakt, iż w dużej wielkości ranę na tyle głowy wetknięto butelkę po wódce. Pomimo tego, nie udało się znaleźć ani świadków zbrodni, ani jakichkolwiek innych śladów mogących naprowadzić milicję na trop mordercy.

    Miesiąc później, w Parku Bitcewskim odkryto kolejne zwłoki – 63-letniego Nikołaja Zacharczenki. Od tego momentu milicja zaczęła odkrywać coraz to więcej zwłok – do stycznia 2006 roku doliczono się aż siedmiu. We wszystkich wypadkach ofiary – w dużej mierze bezdomni mężczyźni – zginęły od silnych uderzeń tępym narzędziem (później ustalono, iż ciosy zadawane były młotkiem) w głowę, zaś w rany wetknięte były różne przedmioty – zwykle butelki po wódce bądź patyki. Milicja zorientowała się, iż w Park Bitcewski stał się miejscem działania seryjnego mordercy.

    Dużym problemem stało się zidentyfikowanie mordercy – na miejscach zbrodni nie zostawiał on jakichkolwiek śladów mogących ułatwić jego identyfikację. Dbał również o to, aby morderstw dokonywano z dala od uczęszczanych ścieżek, co sprawiło, iż nie udawało się odnaleźć jakichkolwiek świadków. Dobór ofiar miał również znaczenie – byli to w dużej mierze bezdomni, alkoholicy i emeryci – ludzie mający ograniczony kontakt z innymi bądź samotnicy, których zniknięcia nikt nie zauważał. Plotki rozprzestrzeniały się szybko – jedna z nich zakładała, iż mordercą mógł być zbiegły pacjent szpitala psychiatrycznego przyległego do Parku. Sprawdzenie danych pacjentów obaliło ta teorię dość szybko. Inna teoria głosiła, iż milicja miała do czynienia nie z zabójcą, ale zabójczynią.

    Niezależnie od wysuwanych teorii, liczba odkrytych ciał wkrótce wzrosła do aż 12. W kwietniu 2006 roku odnaleziono kolejne zwłoki – tym razem jednak wydawało się, iż morderca zmienił swoje modus operandi. Nowo odkrytą ofiarą była kobieta – 48-letnia pracownica supermarketu Larissa Kułagina. W czerwcu tego samego roku znaleziono następne zwłoki kobiety – 36-letniej Mariny Moskaliowej. Tym razem jednak milicjanci mieli szczęście – w kieszeni płaszcza zamordowanej odnaleziono bilet metra. W międzyczasie milicjantom pomógł również syn Moskaliowej. Dostarczył on milicji informację, iż przed śmiercią jego matka miała wybrać się na spacer ze swoim chłopakiem – Saszą. Na notatce, jaką Moskaliowa zostawiła synowi, zanotowała również numer telefonu „Saszy” - milicja ustaliła, iż należał on do Aleksandra Piczuszkina, 32-letniego pracownika supermarketu. Owocne okazało się również sprawdzenie monitoringu na stacjach metra nieopodal Parku Bitcewskiego – kamery uchwyciły Moskaliową idącą ramię w ramię z Piczuszkinem.

    Dla milicji były to wystarczające dowody, aby aresztować podejrzanego – dokonano tego 16 czerwca 2006. Początkowo nie przyznawał się do winy, jednakże wzrastając liczba dowodów przeciw niemu sprawiła, iż wkrótce zmienił zeznania. W nich to przyznawał się nie tylko do morderstwa popełnionego na Moskaliowej, ale aż do 60 kolejnych morderstw, jakich miał dokonywać w Parku Bitcewskim od roku 1992.

    Początkowo milicjanci sceptycznie podchodzili do liczby, jaką podał Piczuszkin. Myśleli, że uda im się oskarżyć go o zamordowanie 14 osób, których zwłoki odnaleziono do tej pory. Przeszukanie mieszkania Piczuszkina okazało się owocne, zwłaszcza w kontekście dwóch zabezpieczonych przedmiotów. Pierwszym z nich był młotek, który zidentyfikowano jako narzędzie zbrodni „Szaleńcy z Parku Bitcewskiego”. Drugi z przedmiotów był jeszcze bardziej interesujący – była to szachownica, na której zaznaczono cyframi 61 pól. Według zeznań Piczuszkina, chciał on zabić 64 osoby – jedna ofiara miała przypadać na jedno pole na szachownicy.

    Wkrótce po aresztowaniu Piczuszkina rozpoczęto serię 27 wizji lokalnych, mających na celu zobrazowanie morderstw. Morderca, co pokazał policjantom, działał według prostego schematu. Ofiary często zapoznawał w parku lub nieopodal niego, po czym zapraszał je w ustronne miejsce, często oferując wspólne napicie się alkoholu. Gdy wraz z ofiarą docierał na miejsce, atakował znienacka, bijąc z całej siły młotkiem po głowie. Gdy ofiara umierała, Piczuszkin wtykał jej w głowę butelkę po wódce bądź patyki – był to swego rodzaju podpis mordercy.

    Piczuszkin nie ograniczał się jednak do mordowania wyłącznie w Parku. Pewnego dnia zaprowadził on milicjantów do odległego nieopodal bloku mieszkalnego. Tam przyznał, iż 18 stycznia 2002 roku zabił bezdomnego mężczyznę o imieniu Sława, wyrzucając go przez balkon na najwyższym piętrze. Śmierć tą uznano początkowo za samobójstwo. Innym razem, doprowadził on milicję na miejsce zbrodni, którego jeszcze oficjalnie nie odkryto. Znaleziono tam resztki szkieletu 36-letniego Olega Ławrynienki – 15 zidentyfikowanej do tej pory ofiary Piczuszkina.

    Milicjanci jednak wciąż nie wiedzieli, gdzie znajdowało się ponad 40 innych zwłok ofiar, które przypisywał sobie Piczuszkin. Odpowiedź przyszła szybko – w czasie jednej z wizji lokalnych morderca zaprowadził milicjantów do studzienki odpływowej, położonej głęboko w lesie. Tam wyjaśnił, w jaki sposób pozbywał się zwłok – wrzucał je do studzienek, gdzie znikały bez śladu. Milicja przeprowadziła próbę – wrzucony do odpływu manekin został rozerwany na strzępy przez płynącą pod dużym ciśnieniem wodę. W ten sposób Piczuszkin zabił m.in. swoją pierwszą ofiarę – 18-letniego Michaiła Odiczuka, kolegę z klasy, który nie chciał zostać wspólnikiem Piczuszkina, czy też 9-letniego bezdomnego chłopca, znanego jako Mitka.

    Szybko ustalono również, dlaczego Piczuszkin przestał pozbywać się zwłok ofiar w kanałach. Według psychologów, nie był on w stanie utrzymać tej tajemnicy dla siebie, pragnąc sławy i rozgłosu. Psychologowie ustalili również, iż głównym motywem Piczuszkina była chęć zaspokojenia sadystycznej żądzy mordu. Działał on w sposób metodyczny i znał konsekwencje swoich czynów co sprawiło, iż był w pełni zdrowia psychicznego.

    Proces „Szachowego Mordercy” rozpoczął się przed moskiewskim sądem 13 września 2007 roku. Łącznie oskarżono go o 48 morderstw – sprawiło to, iż stał się najgorszym seryjnym mordercą w historii Rosji – gorszym nawet od niesławnego „Rzeźnika z Rostowa” - Andrieja Czikatiły. Proces trwał sześć tygodni, podczas których Piczuszkin przyznał się do zarzucanych mu czynów. 29 października 2007 roku sąd skazał Aleksandra Piczuszkina na karę dożywotniego więzienia bez możliwości zwolnienia warunkowego. Pierwsze piętnaście lat kary ma spędzić w odosobnieniu.

    #kronikakryminalnafranka #seryjnimordercy #rosja #historia #historiajednejfotografii #fotografia
    pokaż całość

    źródło: murderpedia.org

  •  

    Zgodnie z prośbą, następne teksty będą również otagowane tagiem #kronikakryminalnafranka.

    Poprzednie wpisy:

    Charles Starkweather
    Ivan Milat

    W dzisiejszym tekście pozostaniemy w Australii, aczkolwiek z Sydney przenosimy się nieco na zachód, do małej osady zwanej Snowtown. Leży ona 145 kilometrów na północ od miasta Adelaide, zaś na zdjęciu widać budynek – dawną siedzibę banku. Na pierwszy rzut oka nie widać, aby budynek ten wyróżniał się czymkolwiek szczególnym. Jednakże, jak już wiemy, nawet za zwyczajnymi rzeczami mogą się kryć niewyobrażalne historie...

    Za pewnego rodzaju moment przełomowy w historii, którą mam zamiar opisać, można uznać dzień 21 listopada 1998 roku. Wtedy to na policję zgłoszone zostało zaginięcie 37-letniej Elizabeth Haydon, mieszkającej w dzielnicy Sailsbury North – znanej wśród mieszkańców miasta jako wylęgarnia biedoty i patologii. Zaginięcie zgłosił brat Haydon, zaś policja szybko wzięła się do pracy. Mąż zaginionej, 41-letni Mark Haydon, został poproszony o złożenie zeznań. Policjantów zdziwił fakt, iż zdawał się kompletnie nie przejmować faktem zaginięcia własnej żony. W trakcie składania zeznań Haydon wymienił nazwiska dwóch znajomych sobie mężczyzn, które również zwróciły uwagę policji.

    Osobami, o których wspomniał Haydon, byli 32-letni pracownik rzeźni John Bunting i 27-bezrobotny Robert Wagner. Policjantów zaciekawiła w dużej mierze osoba Roberta Wagnera – rok wcześniej zgłoszono zaginięcie jego partnera – 42-letniego Barry'ego Lane'a. Pomimo tego, sprawdzenie wyciągów konta Lane'a wykazało, iż regularnie dokonywano z niego wypłat. Śledztwo wykazało, iż osobą dokonującą wypłat z konta był właśnie Robert Wagner. Jego związek z kolejnym zaginięciem sprawił iż policja rozpoczęła bardziej drobiazgowe śledztwo, skupiające się w dużej mierze na zaginięciach zgłoszonych w rejonie dzielnicy Sailsbury North. Wkrótce, policjantom udało się odnaleźć aż 5 spraw, w których Wagner (a wraz z nim Bunting i Haydon) znali osoby zaginione bądź byli ich sąsiadami.

    Przeczuwając, iż sprawa może okazać się znacznie mroczniejsza niż się wydawało, policja zaczęła działać znacznie bardziej energicznie – cała trójka podejrzanych objęta została 24-godzinną obserwacją, zaś wkrótce policjanci otrzymali zezwolenie na założenie podsłuchu telefonicznego.

    Kolejny przełom w sprawie nastąpił 18 maja 1999 roku. Policjanci obserwujący Buntinga i Wagnera podążyli za nimi do osady Snowtown. Podczas obserwacji podejrzanych, zwrócili uwagę na zaparkowaną w miasteczku czerwoną Toyotę Land Cruiser. Szybie sprawdzenie numerów rejestracyjnych i opisu samochodu potwierdziło, iż należał on do zaginionej Elizabeth Haydon. Gdy Bunting i Wagner odjechali z powrotem w stronę Adelaide dokonano oględzin samochodu. Był on pusty, ale mieszkający nieopodal świadek zeznał, iż zawartość samochodu przeniesiona została do opuszczonego budynku banku. Policjanci, nie chcąc zwlekać, szybko weszli do środka. Początkowo okazało się, iż służył on jako skład części komputerowych i elektronicznych. Jednakże uwagę policjantów szybko przykuł skarbiec który, z jakiegoś powodu, był zamknięty.

    Po otwarciu skarbca okazało się, że otwór drzwiowy zasłonięty został czarną, plastikową folią. Po usunięciu tej prowizorycznej przeszkody, w nozdrza policjantów uderzył niewyobrażalny smród, przypominający zapach gnijącego mięsa. W środku skarbca odnaleziono 6 plastikowych beczek, pojemniki z silnie stężonym kwasem solnym jak i różnego rodzaju przedmioty – noże, piłę ręczną, taśmę klejącą czy też zwoje lin. Otwarcie beczek potwierdziło obawy policji – zawierały one rozczłonkowane ludzkie zwłoki zanurzone w kwasie w różnym stanie rozkładu czy też rozpuszczenia.

    Odkrycie zwłok w końcu dało pretekst policji do działania. Zaledwie trzy dni później – 21 maja 1999 roku – Bunting, Wagner i Haydon zostali aresztowani. Policjanci szybko odkryli również, iż Haydon był najemcą budynku, w którym odkryto zwłoki. Pomimo rosnącej liczby dowodów przeciwko nim, wszyscy trzej podejrzani milczeli. Śledztwo posuwało się dalej – szybko udało się ustalić, iż beczki łącznie zawierały 8 ciał. Sprawę dalej posunął również anonimowy telefon, jaki policja otrzymała 22 maja – rozmówca stwierdził, iż na terenie posesji, w której niegdyś mieszkał John Bunting znajdowały się ludzkie zwłoki. Było to prawdą – podczas przeszukania posesji odkryto dwa groby zawierające ludzkie zwłoki. Liczba ofiar wzrosła do 10.

    Ze względu na fakt, iż trójka głównych podejrzanych nie współpracowała z policją, skupiono się na synu partnerki Buntinga – 19-letnim Jamesie Vlassakisie. Bazowano przy tym na jego nerwowym zachowaniu i zeznaniach jego znajomych. Przeczucie policji okazało się trafne – Vlassakis szybko zgodził się na współpracę i zaczął zeznawać. Policjanci nie byli jednak w pełni gotowi na to, co usłyszeli.

    Z zeznań Vlassakisa wynikło, iż po raz pierwszy Bunting dokonał morderstwa w sierpniu 1992 roku. Jak się później okazało, jego ofiarą padł 22-letni Clinton Trezise, włóczęga oraz jeden z partnerów zaginionego Barry'ego Lane'a. Według przechwałek Buntinga, zwabił on Trezise'a do swojego domu pod pretekstem obejrzenia filmu, po czym zatłukł go na śmierć łopatą. Motywem zbrodni posłużyła nieprawdziwa plotka, iż Trezise był pedofilem. Następnie, z pomocą Wagnera i Lane'a, wywiózł jego zwłoki w okolice wsi Lower Light i tam zakopał w płytkim grobie. Szkielet Trezise'a odnaleziono już w 1994 roku, ale ze względu na błędy proceduralne nie został on zidentyfikowany.

    Do kolejnego morderstwa doszło prawie 3 lata później, w grudniu 1995 roku. Ofiarą stał się 26-letni Ray Davies – upośledzony umysłowo sąsiad Buntinga, fałszywie oskarżony przez inną sąsiadkę, 47-letnią Suzanne Allen o przystawianie się do jej wnuków. Bunting i Wagner dotkliwie pobili Daviesa, po czym przyprowadzili go do domu Buntinga. Tam był on bestialsko torturowany – jego palce do nóg zgnieciono kombinerkami, do tego był bity pałkami po genitaliach, nim Bunting udusił go kawałkiem liny. Następnie Bunting z Wagnerem rozczłonkowali ciało i zakopali je w ogródku posesji. Tydzień po morderstwie Daviesa Bunting sprzedał przyczepę kempingową, w której mieszkał Davies, zaś policja ustaliła, iż miał on również dostęp do jego konta bankowego.

    Trzecią ofiarą Buntinga i Wagnera stał się 19-letni Michael Gardiner - homoseksualista również niesłusznie oskarżony o pedofilię. Zamordowano go w sierpniu 1997 roku – był on również pierwszą ofiarą, której zwłoki schowano w beczce. Niedługo po tym kolejną ofiarą stał się Barry Lane – jego zgubił fakt iż zaczął się domyślać, czego dopuszczali się Bunting i Wagner. Bunting uważał go również za „brudasa” i pedofila – w tym wypadku oskarżenie to było prawdziwe, gdyż Lane związał się z Wagnerem, gdy ten miał 14 lat. Lane'a zamordowano w październiku 1997 roku – zginął uduszony kawałkiem liny. Bunting szybko zaczął używać jego samochodu, zaś Wagner ukrył fakt jego śmierci, aby na konto Lane'a dalej wpływały pieniądze z zasiłków.

    Oprócz Buntinga i Wagnera, w mordestwie Lane'a brał udział trzeci mężczyzna – chory na schizofrenię 18-letni Thomas Trevilyan. Nie pożył jednak długo – gdy tylko Bunting usłyszał, iż Trevilyan rozpowiadał o swoim udziale w morderstwie Lane'a, postanowił go uciszyć. Razem z Wagnerem wywiózł go w okolice Kersbrook – małej wsi oddalonej o 36 km od Adelaide. Tam, mordercy upozorowali samobójstwo, wieszając Trevilyana na drzewie. Podstęp udał się – policja zakwalifikowała śmierć Trevilyana jako samobójstwo.

    Następnego morderstwa dokonano w kwietniu 1998 roku. Ofiarą okazał się być 29-letni Gavin Porter – bliski znajomy Jamesa Vlassakisa, uzależniony od heroiny. Bunting wielokrotnie opisywał Portera jako „nic nie wartego śmiecia” - opinię taką rezerwował do opisywania pedofili, homoseksualistów i uzależnionych od narkotyków. Impulsem do dokonania mordu był moment, gdy Bunting przypadkowo ukuł się strzykawką po heroinie, której użył Porter. Vlassakis zeznał, iż Bunting użył morderstwa Portera do zastraszenia go i niejako „wprowadzenia” go do kręgu morderców. Opisał moment, gdy Bunting i Wagner zawołali go do garażu, gdzie leżały zwłoki nowej ofiary. Od tego momentu Vlassakis brał udział w kolejnych morderstwach.

    Kolejnych dwóch morderstw dokonano we wrześniu 1998 roku. Ofiarami byli 21-letni Troy Youde – przyrodni brat Vlassakisa oraz 18-letni Frederic Brooks – upośledzony psychicznie nastolatek mieszkający w okolicy. Youde stał się celem po tym gdy wyszło na jaw, ze molestował seksualnie Vlassakisa. Brooksa wybrano jako kolejną ofiarę ze względu na upośledzenie – miał przez to być „łatwym celem”. Obie ofiary były torturowane przed śmiercią – poddawano je elektrowstrząsom, przypalano skórę papierosami czy zgniatano palce z pomocą kombinerek. W listopadzie, Bunting, Wagner i Vlassakis poddali torturom i zamordowali 29-letniego Gary'ego O'Dwyer'a – mieszkającego w okolicy mężczyznę poruszającego się na wózku – ponownie, uznano go za „łatwy cel”. Następną ofiarą stała się Elizabeth Haydon – żona Marka Haydona, który brał udział w morderstwach i którego garaż używany był do przechowywania beczek ze zwłokami. Po jej śmierci i narastającej presji ze strony policji, Bunting szybko nakazał pozbycie się beczek ze zwłokami z domu Haydona – w ten oto sposób trafiły do skarbca bankowego w Snowtown.

    Ostatnią ofiarą morderców miał stać się 21-letni David Johnson. Był on kolejnym, przyrodnim bratem Jamesa Vlassakisa, aczkolwiek nie był ani pedofilem, ani homoseksualistą. Vlaasakis, na rozkaz Buntinga, zwabił Johnsona do Snowtown pod pretekstem kupna komputera 9 maja 1999 roku. Na miejscu Johnson był długo torturowany, a następnie uduszony przez Buntinga kawałkiem liny. Po śmierci Johnsona jego ciało zostało rozczłonkowane i wrzucone do beczki – Wagner i Bunting dopuścili się na nim również aktów kanibalizmu.

    Proces „Ciał w Beczkach”, jak ochrzciła go prasa, rozpoczął się w roku 2001. Jako pierwszy na ławie oskarżonych, w dniu 21 czerwca, zasiadł James Vlassakis, oskarżony o 5 morderstw. Vlassakis przyznał się do udziału w czterech. Ze względu na pomoc, jaką udzielił policji, skazany został na cztery kary dożywocia z możliwością zwolnienia warunkowego po 26 latach odbycia kary. Przez kolejne 32 dni zeznawał również jako świadek w procesie innych oskarżonych. Kolejnym podsądnym był Mark Haydon – oskarżony o dwa morderstwa i współudział w pięciu mordach. Nie przyznał się do winy. W trakcie procesu wycofano się z oskarżenia o dwa mordestwa uznając, że Haydon był jedynie „bezmyślnym podwładnym” Buntinga. W końcu uznano go winnym pięciokrotnego współudziału w morderstwie, za co skazany został na 25 lat pozbawienia wolności.

    Proces dwójki głównych oskarżonych – Johna Buntinga i Roberta Wagnera – rozpoczął się w październiku 2002 roku. Wagner przyznał się do zamordowania trzech z jedenastu ofiar, Bunting nie przyznał się do winy we wszystkich dwunastu przypadkach, o jakie go oskarżono. Proces trwał ponad rok – w jego trakcie cała Australia poznała niewyobrażalny rozmiar zbrodni i jej okrucieństwo. Obydwaj oskarżeni nigdy nie ukazali nawet odrobiny skruchy za swoje czyny. W 2007 roku liczbę zarzutów zmniejszono o jeden w obu wypadkach – nie zebrano wystarczającej ilości dowodów, aby przypisać Buntingowi i Wagnerowi udział w śmierci Suzanne Allen, której rozczłonkowane zwłoki znaleziono w ogródku domu Buntinga. Ostatecznie, wyrok ogłoszony został we wrześniu 2003 roku – Robert Wagner został uznany winnym dokonania dziesięciu morderstw, za co skazany został na dziesięć wyroków dożywocia. John Bunting, uznany za przywódcę gangu morderców, skazany został na jedenaście wyroków dożywocia. W obu wypadkach sąd pozbawił skazanych prawa do zwolnienia warunkowego.

    #historiajednejfotografii #historia #seryjnimordercy #australia #fotografia
    pokaż całość

    źródło: resources0.news.com.au

    +: T...i, Tfor +697 innych
Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów