•  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Były prośby o napisanie o jakiejś kobiecie, także proszę - dziś przedstawiam Wam Bonnie i Clyde Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    KATARZYNA HARAZIN, rocznik '88
    BŁAŻEJ AMBROŻKO, rocznik '84

    Katarzyna i Błażej byli parą lub jak kto woli - konkubentami. W maju 2014 roku zaprosili do swojego mieszkania w centrum Białegostoku 45-letnią Ewę*, którą poznali wcześniej przypadkowo. Kobieta chętnie przystała na propozycję wspólnej imprezy, jednak szybko okazało się, że nowi znajomi nie mają co do niej dobrych zamiarów. Gospodarze zabarykadowali drzwi na klatkę schodową i po uwięzieniu ofiary w mieszkaniu zaczęli bić ją pięściami po głowie, kopać i uderzać butem po całym ciele. Najprawdopodobniej wszystko po to, by wymusić na niej kod PIN do jej karty bankomatowej, którą wcześnie zabrali. Oprawcy stawali się coraz bardziej okrutni i oprócz szarpania kobiety zaczęli ją upokarzać, każąc się nago czołgać i tańczyć, a także wyrywali jej i obcinali włosy. Grozili też, że wyrzucą ją przez okno na czwartym pietrze i okrutnie gwałcili.

    Gehenna pokrzywdzonej trwała kilkanaście godzin. Udało jej się uciec z mieszkania dopiero, wtedy gdy Katarzyna i Błażej wyszli, by wypłacić pieniądze z kota bankowego. Zmaltretowana kobieta schroniła się w pobliskim salonie fryzjerskim, gdzie poprosiła o wezwanie policji i pogotowia.

    Sprawcy zostali bardzo szybko ujęci.

    Katarzyna Harazin została oskarżona o gwałt, z kolei Błażej Ambrożko o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura obojgu postawiła zarzut rozboju oraz pozbawienia człowieka wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem.

    Co do przebiegu procesu niestety niewiele wiadomo, ponieważ została wyłączona jawność. Jedyne informacja, którą udało mi się znaleźć to to, że oskarżeni nie przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, między innymi do gwałtu.

    W lutym 2015 roku zapadł wyrok - dla Błażeja A. 6 i pół roku więzienia, a dla Katarzyny H. - 5 lat i 6 miesięcy. Dodatkowo (co na początku wydawało mi się błędem w Rejestrze, ale ta wzmianka powtarza się w notce zarówno na stronie skazanego, jak i skazanej, więc zapewne pomyłką nie jest) naprawienie szkody poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej solidarnie z in. kwoty 71 zł. (może akurat tylko 71 zł było na koncie bankowym pokrzywdzonej, stąd taka kwota)

    Wyrok nie był prawomocny, a skazani nie zgadzali się ze wszystkimi zarzutami, które pojawiły się w akcie oskarżenia. Apelację złożyły obie strony - zarówno obrońcy, jak i prokuratura, która wnioskowała o wyższe wyroki. 15 czerwca tego samego roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku podtrzymał wyrok, chociaż wykreślił jeden z zarzutów, a mianowicie grożenie nożem. (klik)

    Jak podaje strona internetowa Sądu Apelacyjnego w Białymstoku:

    Na podstawie art. 364 § 2 k.p.k. jawność przytoczenia powodów ogłoszonego wyroku została wyłączona w całości, albowiem przedmiotem sprawy pozostają okoliczności, które mogłyby naruszać ważny interes prywatny.

    . . .

    Katarzyna ma obecnie 30 lat, a Błażej 34. Wciąż nie przebywają na wolności.

    . . .

    Wygląda na to, że nasi partners in crime wzięli w więzieniu ślub. Jakiś czas temu strona Katarzyny w Rejestrze wyglądała jeszcze tak, a po aktualizacji oprócz zdjęcia zmieniło się także jej nazwisko na AMBROŻKO, a HARAZIN spadło do rubryczki "nazwisko rodowe".

    . . .

    * imię ofiary wymyśliłam na potrzeby tekstu

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    Wszystkie informacje na temat sprawców, które zawarłam w tym wpisie, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #bialystok #gwalt #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooo.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Przy wszelkich zbrodniach, media najwięcej uwagi poświęcają sprawcy. Dużo łatwiej jest mi znaleźć informacje dotyczące życia mordercy niż to jaką osobą była ofiara.* Trochę prościej jest natrafić na nagrania z zapłakaną rodziną pokrzywdzonej czy pokrzywdzonego, ale wręcz niemożliwym jest dowiedzenie się jak z tym wszystkim radzi sobie rodzina sprawcy. W Polsce, a w szczególności na wsiach, wielu ludzi wciąż stosuje odpowiedzialność zbiorową - "Stryj tego Mietka to ubek był, ty uważaj lepijjj!", "Za takie czyny to trzeba wybić jego rodzinę do czwartego pokolenia!" czy "Łona łUkrainka jest, toż to UPA, morderczyni!". Domyślam się, że wielu Mireczków mnie za ten wstęp zlinczuję (głównie za tych Ukraińców), ale ja jakoś nie chciałabym czuć się winną mając w rodzinie mordercę czy będąc tej samej narodowości co Mariusz Sowiński z mojego ostatniego wpisu.

    Piszę o tym dlatego, że ostatnio natrafiłam na kilka artykułów i wywiadów z rodzicami pedofilii. Każdy z nich był już starszym, schorowanym człowiekiem, bardzo nieszczęśliwym ze względu na to, co zrobiło jego dziecko. Często mieszkali na wsiach, byli wręcz opluwani przez sąsiadów, żyli samotnie, na uboczu i bali się wyjść poza swoje własne podwórko.

    Pewnie pojawią się opinie typu "JAK WYCHOWALI, TAK MAJĄ!", ale... skąd możemy wiedzieć jak było? Nie nam oceniać kto tutaj popełnił błąd, kto jest winien temu, że w kimś rozwinęła się dana parafilia. A może to tylko biologia?

    Dzisiejszy wpis będzie poświęcony jednemu z przestępów seksualnych, o którym kilka słów opowiedział jego ojciec tutaj.

    . . .

    * piszę tutaj o polskich mediach, bo jak można zauważyć we wpisach @riley24 czy w podcastach na youtubowym kanale Stanowo.com, w USA wygląda to całkowicie inaczej i opisowi ofiar czy rodzin obu stron jest poświęcane dużo więcej miejsca

    • • •

    ROMAN BRZESZCZ, rocznik '65

    Według mediów, Roman prawie połowę swojego życia spędził za kratami i wyszedł na wolność w 2013 roku po odsiedzeniu 12 lat za sześć przestępstw wobec dzieci w wieku od 6 do 10 lat. W Rejestrze można znaleźć zapis, że pierwszy raz został skazany za molestowanie małoletnich w 1996 roku.

    7 września 2013 roku Brzeszcz po wypuszczeniu z więzienia w Raciborzu, udał się do swojego rodzinnego domu w Chrzanowie (woj. małopolskie), gdzie mieszkał wciąż jego ojciec i jedna z sióstr. Jak relacjonował pan Włodzimierz, syn wyznał mu, że jest chory i sam sobie z tym nie poradzi, dlatego potrzebuje pomocy specjalistów. 18 września udali się wspólnie do szpitala, gdzie Roman został umieszczony na oddziale psychiatrycznym w celach diagnostycznych. Nie stwierdzono u niego choroby psychicznej, jedynie lekkie upośledzenie umysłowe. Mężczyzna wypisał się ze szpitala na własne życzenie po upływie 2 tygodni. Nie wiedział o tym jego prawny opiekun, czyli ojciec, ani sąd, który (podobno) 1 października wydał postanowienie, w którym nakazał osadzenie pedofila w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym i jego leczenie. Szpital Powiatowy w Chrzanowie twierdził, że nie otrzymała żadnych dokumentów, które wskazywałyby, że Roman Brzeszcz ma u nich pozostać.

    Tydzień po wyjściu ze szpitala Brzeszcz zaatakował 10-letniego chłopca w jednej z podkrakowskich miejscowości. Pedofil zaczepił go, zaciągnął na pobliskie ogródki działkowe, gdzie w opuszczonej altance brutalnie zgwałcił i wykorzystał seksualnie. Gdy dziecko długo nie wracało do domu, rodzice zaczęli go szukać, aż w końcu wezwali policję. Mundurowi odnaleźli przestraszonego Bartka, który opowiedział im, co się stało. Sporządzili rysopis sprawcy, a podejrzany został zatrzymany po 2 dniach.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Podejrzany przyznał się do zarzutów i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Na wniosek prokuratury został aresztowany, a z aresztu doprowadzony do Sądu Okręgowego w Krakowie. Nie wiadomo jakie składał wyjaśnienia, bo ze względu na dobro małoletniego sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności.

    Proces ruszył 18 lutego 2014 roku, a prokurator wnosił o orzeczenie kary 15 lat pozbawienia wolności. 27 maja tego samego roku zapadł wyrok - 12 lat więzienia, w którym Brzeszcz będzie poddany specjalistycznej trapi, a po odbyciu kary ma trafić do zamkniętego szpitala psychiatrycznego. U oskarżonego stwierdzono ograniczoną poczytalność, dlatego nie została zasądzona kara, o którą wniósł prokurator. Orzeczenie nie było prawomocne, ale patrząc w Rejestrze, kara nie zmieniła się, mimo apelacji i w październiku 2014 roku uprawomocniło się.

    . . .

    Z tego, co udało mi się dowiedzieć, sąd nie skierował Romana Brzeszcza na przymusowe leczenie po wyjściu z więzienia w 2013 roku, ponieważ w 2002 roku, kiedy został skazany za gwałty na dzieciach, nie istniały jeszcze odpowiednie przepisy, które by na to pozwalały (dopiero od czerwca 2010 coś takiego istnieje i nie może być stosowane wobec przestępców, którzy zostali skazani przed tą datą bo, jak wszyscy wiemy - "lex retro non agit", czyli "prawo nie działa wstecz"). A co do szpitala... Upiera się, że nie wiedział z kim ma do czynienia, że żadne papiery do nich nie dotarły. Co podobno prawdą nie było... Tutaj macie reportaż TVN-u na ten temat.

    • • •

    Pamiętajcie, że za każdą zbrodnią kryje się cierpienie wielu osób - nie tylko ofiary, jego rodziny, znajomych, ale także rodziny i bliskich sprawcy. Jeżeli chcielibyście poczytać więcej na temat rodzin pedofilii, zostawiam kilka linków:

    × klik - wypowiedzi matki pedofila
    × klik - o żonie pedofila
    × klik - ciekawy artykuł

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    Wszystkie informacje na temat sprawcy, które zawarłam w tym wpisie pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofil
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ SOWIŃSKI, rocznik '76

    Mariusza można śmiało nazwać jedną z "gwiazd" Rejestru - nie musiałam się zbytnio naszukać by odkryć jego historię bo nie dość, że jego nazwisko widnieje w Wikipedii, to w proponowanych hasłach pojawiają się tacy słynni zwyrodnialcy jak Pękalski czy Trynkiewicz.

    Media okrzyknęły Sowińskiego Wampirem ze Stefankowic, co uraziło go do tego stopnia, że pozwał Radio Lublin, które w jednej ze swoich audycji użyło owego określenia. Stwierdził, że przecież nie pije krwi i nie podobało mu się to, że przez nowy przydomek współwięźniowie wołają za nim "ejj, wampir!". Żądał od rozgłośni radiowej pół miliona złotych odszkodowania i oficjalnych przeprosin. W 2010 roku przegrał proces, a Sąd nakazał mu zwrócić 7,5 tys. zł, które lubelskie radio wydało na swojego prawnika. W tym czasie Sowiński już od trzynastu lat siedział w więzieniu i nie pracował, także ściągnięcie z niego tych pieniędzy było trudne, a może nawet jest niemożliwe do tej pory. Oczywiście, prawnika miał z urzędu, a skarb państwa zapłacił blisko 10 tys. zł za jego honorarium.

    Nasz dzisiejszy "bohater" pozywał zza krat wiele osób, ale o tym napiszę na końcu.

    . . .

    Mariusz Sowiński (zdjęcie) zakończył swoją edukację na szkole podstawowej, ponieważ zamiast się uczyć, wolał pracować i pomagać rodzicom w gospodarstwie. Matka mówiła o nim, że był pracowity, posłuszny i mogła zawsze na nim polegać. Opiekował się młodszym rodzeństwem i miał stałą paczkę kolegów, z którymi dorastał w rodzinnych Stefankowicach na Lubelszczyźnie. Jednak beztroskie dzieciństwo spędzane na graniu w piłkę i słuchaniu muzyki ze starego magnetofonu, zakłóciła straszna tragedia - gdy miał 10 lat powiesił się jego o rok młodszy braciszek.

    Bawiłem się z innymi dziećmi w janosików. Ja byłem wtedy u sąsiadów. Brat pobiegł w krzaki się wysikać i już nie wrócił. Znalazłem go w krzakach, miał pod brodą sznurek do suszenia bielizny. Od tamtej pory wszystko się we mnie zamknęło.

    - wspominał Sowiński.

    Miał także przyrodnie rodzeństwo - najprawdopodobniej 4 lata młodszego brata i 13 lat młodszą siostrę.

    W wieku 15 lat zaczął odbywać kontakty seksualne ze zwierzętami. Najpierw gwałcił tylko kury, których początkowo nie chciał zabijać, ale szybko zauważył, że bardzo podnieca go, gdy po stosunku same zdychają. Od tamtej pory, najpierw ukręcał im głowy, a potem gwałcił. Po jakimś czasie postanowił spróbować seksu z większą zwierzyną, a jego ofiarami padały krowy i klacze. Początkowo, by nie wierzgały, przywiązywał je do belki, ale gdy zauważył, że duszenie krowy wzmaga w nim podniecenie porównywalne ze stosunkiem seksualnym, zaczął zabijać i je.

    Nie miałem zbyt często ochoty na kobiety. Czasami kupowałem pisma erotyczne Wampa, Twój weekend, Cats, podobały mi się, ale nie onanizowałem się. Nie przepadam za pornografią. Widok nagiej kobiety niekoniecznie wywołuje u mnie podniecenie, ale duszenie tak.

    - opowiadał seksuologom już po zatrzymaniu wiele lat później.

    Pierwszą inicjację seksualną z człowiekiem odbył w wieku 18 lat - zgwałcił wówczas swoją niewidomą i schorowaną sąsiadkę Genowefę S. Prokuratura wszczęła śledztwo, które z uwagi na niewykrycie sprawcy zostało umorzone. Pokrzywdzona miała wówczas 64-lata.

    Mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął pracę na składzie buraczanym w sąsiedniej miejscowości. 9 października 1994 roku po zakończonej zmianie upił się z kolegami, a wracając w nocy do domu, przechodził obok posesji 63-letniej Zofii K., do której uczęszczał na lekcje religii, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Zazwyczaj, gdy był pod wpływem alkoholu, odczuwał silne pobudzenie seksualne, zapukał więc do domu samotnie mieszkającej kobiety. Drobna i mała staruszka dobrze pamiętała Mariusza z lat szkolnych i bez wahania otworzyła mu drzwi. Nie zdążyła nawet zapytać czego chce o tak późnej porze, gdy rosły mężczyzna złapał ją za szyję i zaczął dusić, aż straciła przytomność. Omdlałą zaciągnął do pokoju, gdzie rozebrał, brutalnie zgwałcił i zadusił na śmierć.

    Byłem spokojny, rozluźniony. Nie żałowałem, że ją zabiłem. Wychodząc od niej miałem zakrwawione ręce, bo najpierw wkładałem jej palce, później członka.

    - relacjonował.

    Następnego dnia sąsiadki znalazły ciało Zofii w studni, do której wrzucił ją zwyrodnialec.

    . . .

    O zabójstwo Zofii K. został oskarżony nijaki Kazimierz P. W trakcie śledztwa przyznał się do zbrodni, ale nie był jednak w stanie podać żadnych szczegółów dotyczących zabójstwa. Spędził w areszcie aż 19 miesięcy i ostatecznie został przez sąd uniewinniony.

    . . .

    Rok po zabójstwie, 26 listopada 1995 roku Sowiński ostro pił z kolegami na zabawie w Teratynie. (W KOMENTARZACH UMIEŚCIŁAM MAPKĘ) Do rodzinnych Stefankowic miał około 7 kilometrów, które postanowił pokonać na piechotę. Idąc przez pobliskie Kułakowice zauważył światło dobiegające ze stojącego na uboczu domku. Alkohol szumiał mu w głowie, wywołując silną żądzę. Ochota na seks była nie do przezwyciężenia. Wiedział, że mieszka tam samotnie starsza kobieta. Podszedł do budynku i zastukał w okno. Z wnętrza dobiegł głos staruszki. Antonina E. miała 80 lat.

    – Kto tam – dało się słyszeć z wnętrza domu.

    Tym razem nie odpowiedział. Wystraszona i przeczuwająca najgorsze staruszka szybko weszła na strych i przez okno zaczęła wzywać pomocy. Zboczenie błyskawicznie wyważył futrynę okna i wszedł do środka. Dopadł staruszkę i zaczął ją dusić. Gdy upadła, kolanami uciskał jej klatkę piersiową łamiąc żebra. Nieprzytomną rozebrał z bielizny i zgwałcił. Następnie znalezionymi zapałkami podpalił słomę i trociny leżące na strychu. Kobieta ostatkiem sił zdołała zejść na parter. Pożar zauważyli sąsiedzi. Wynieśli staruszkę z płonącego domu, wezwali karetkę i straż pożarną.

    Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Po 5 dniach zmarła. Przyczyną śmierci było zapalenie płuc, do którego doszło na skutek złamań żeber. Badający ją jeszcze za życia lekarz stwierdził, że była zgwałcona. Kobieta jednak najwidoczniej wstydziła się o tym mówić. Córce powiedziała, że dwaj mężczyźni wyważyli drzwi i żądali od niej pieniędzy (za rabusiów najprawdopodobniej wzięła strażaków). Policjanci, ze względu na zły stan zdrowia, nie zdążyli jej przesłuchać.

    . . .

    5 sierpnia 1996 roku 20-letni Mariusz Sowiński, na prośbę ojczyma pojechał rowerem do pobliskiego Hrubieszowa, by zapłacić za dzierżawę łąki. Po uregulowaniu należności, w drodze powrotnej do domu zachciało mu się pić. Zajechał więc na ogródki działkowe Oaza pod miastem, gdzie zauważył Wiesławę Ł. - 36-letnią matkę dwóch chłopców - 16 i 17-letniego.

    Gwałciciel ukrył rower i czekał na odpowiedni moment. Gdy uznał, że ten czas nadszedł, wyskoczył zza krzaków i zaatakował kobietę.

    Pojadłem trochę agrestu. Wtedy zobaczyłem pracującą w ogrodzie młodą kobietę. Zachciało mi się z nią kochać. Skryłem się więc za krzakami i obserwowałem co robi. Gdy zaczął padać deszcz, schowała się pod domek.

    - relacjonował kilka lat później.

    Zarzucił swojej ofierze drut na szyję i zaczął dusić. Kobieta broniła się jak mogła, wtedy oprawca jeszcze silniej uciskał i bił po twarzy. Straciła przytomność, wtedy przerzucił ją przez ramię i zaniósł na sąsiednią działkę. Tam rzucił na ziemię, rozebrał do naga i dwukrotnie zgwałcił. Słyszał jak oddycha. Dlatego wyciągnął scyzoryk, którym zadał jej śmiertelny cios prosto w serce. Potem położył jej głowę i szyję na druty, aby – jak zeznał – szybciej umarła. Na koniec zabrał jej zegarek kwarcowy i jak gdyby nigdy nic wrócił do domu.

    . . .

    Wiadomość o seryjnym mordercy szybko rozeszła się wśród mieszkańców Hrubieszowa i okolic. Ludzie wpadli w panikę, a kobiety bały się wychodzić same po zmroku. Organa ścigania działały pod ogromną presją przerażonego społeczeństwa i chciały jak najszybciej zatrzymać zwyrodnialca. Po 15 dniach został aresztowany 56-letni rencista Kazimierz U., który także posiadał działkę na terenie Oazy. Mężczyzna od początku zaprzeczał, jakoby miał z zabójstwem Wiesławy Ł. cokolwiek wspólnego. Badania DNA treści z pochwy, jednoznacznie wykluczyły, aby plemniki pochodziły od oskarżonego. Również zabezpieczone przy zwłokach włosy ani ślad spodu obuwia od niego nie pochodziły. Obciążały go jedynie badania osmologiczne - trzy psy tropiące użyte do eksperymentu potwierdziły, że na odzieży denatki oraz kwiatach leżących na jej rowerze znajduje się indywidualny zapach Kazimierza U. Ludzie odetchnęli z ulgą i cieszyli się z sukcesu mundurowych.

    Kazimierz U. stał się kozłem ofiarnym, na którego śledczy tylko czekali, ofiarą zdesperowanej policji, która przez kilka lat nie potrafiła złapać prawdziwego mordercy. Zaczęły pojawiać się niewygodne pytania, czy w toku śledztwa przypadkiem nie tworzono fałszywych dowodów (ślady zapachowe). Prokuratura Wojewódzka w Zamościu (nadrzędna nad hrubieszowską) wszczęła w tym kierunku postępowanie, które zostało umorzone wobec niestwierdzenia przestępstwa.

    Rencista wyszedł z aresztu dopiero po pół roku, a po roku oczyszczono go z zarzutów. Musiał wyjechać z rodzinnego Hrubieszowa, bo ludzie wytykali go palcami i snuli domysły czy to aby na pewno nie on był mordercą.

    Długie miesiące spędzone w areszcie i to pod zarzutem dokonania tak makabrycznej zbrodni, odcisnęły piętno na jego psychice. Podupadł na zdrowiu i kilka lat później zmarł.

    pokaż spoiler Przypomina mi to sprawę Zdzisława Marchwickiego, który także został niesprawiedliwie osądzony, ale w tym przypadku dodatkowo skazany na karę śmierci (którą wykonano w 1977), bo milicji bardzo śpieszyło się, by skazać kogokolwiek, żeby uspokoić spanikowany lud i zadowolić Edwarda Gierka, którego bratanica także została zamordowana przez seryjnego mordercę, za którego wzięli Marchwickiego.


    . . .

    W marcu 1997 roku Mariusz Sowiński rozpoczął służbę jako żołnierz poborowy w Nadwiślańskich Jednostkach MSWiA w Sanoku. Zarówno tam, jak i jeżdżąc na przepustki do rodzinnych Stefankowic, w czasie gdy nie mordował kobiet, zaspokajał swoje żądze na zwierzętach.

    Pewnego razu, gdy wracał z przepustki, nie mogąc doczekać się na autobus, postanowił kawałek drogi przejść pieszo, aż złapie jakąś okazję. Na okolicznych łąkach rolnicy wypasali krowy. Upatrzył sobie jedną, wyciągnął jej łańcuch z ziemi i zaprowadził w ustronne miejsce, pod drzewo. Tam zarzucił łańcuch na gałąź i ciągnął, aż zwierze się udusiło i bezwładnie opadło na ziemię. (zdjęcie - obrzydliwe, klikasz na własną odpowiedzialność) Następnie podniecony zwyrodnialec zgwałcił krowie truchło.

    Opowiadał także bez skrępowania policjantom o tym, jak darował życie krasuli swoich rodziców:

    U nas w domu była taka spokojna krowa, odbywałem z nią stosunki za każdym razem, jak byłem na przepustce.

    Na wsi zaczęły krążyć plotki na temat preferencji seksualnych Sowińskiego. Ktoś widział, jak prowadził zwierzę w odosobnione miejsce, a potem okazywało się, że leży tam już martwe. Miejscowi szybko skojarzyli fakty i niektórzy zaczęli się z niego naśmiewać.

    . . .

    31 sierpnia 1997 roku w Stefankowicach odbywały się dożynki. 21-letni Mariusz przyjechał wówczas do domu na przepustkę i wraz ze swoim kuzynem udał się na zabawę. Wypił sporo wina i około godziny 2 ruszył w drogę powrotną do domu. Tradycyjnie, po alkoholu zachciało mu się seksu, więc zaszedł pod dom niewidomej Genowefy S., którą zgwałcił kilka lat temu, jako 18-latek. Włamał się przez okno. Samotnie mieszkającą kobietę zbudził hałas. Zdezorientowana siadła na łóżku i nasłuchiwała. Mariusz wiedział, że go nie widzi, spokojnie odłączył przewód elektryczny od radia tranzystorowego, zarzucił jej na szyję i dusił. Ale już nie wystarczało mu duszenie, by się podniecić. Spirala przemocy nakręcała się. Bił ją pięścią po twarzy, łamał żebra.

    Gdy już nie krzyczała i leżała nieprzytomna na podłodze, rozebrałem ją do naga i dwa razy się z nią kochałem. Od przodu i od tyłu. Przed stosunkiem uderzyłem ją pięć razy w twarz. Nie wiem, czy żyła, nie było słychać czy oddycha.

    - opowiadał.

    Potem wrócił na zabawę, a rano, bladym świtem wstał i wyjechał do jednostki do Sanoka.

    . . .

    Następnego dnia znaleziono ciało 67-letniej Genowefy, a policjanci przesłuchali niemal wszystkich uczestników potańcówki, w której brał udział także Sowiński. Rozmawiali też z jego kuzynem i kolegami, z którymi spędził poprzednią noc i tak wpadli na trop mordercy.

    Mariusz Sowiński został zatrzymany już 4 września, kilka dni po swojej ostatniej zbrodni. Z Sanoka został przewieziony do Zamościa, gdzie postawiono mu zarzut morderstwa i gwałtu Genowefy S.

    Ku zaskoczeniu przesłuchujących go mundurowych, przyznał się do morderstwa staruszki, ale również do innych zbrodni, o których opowiadał bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji. Gdy policjanci pytali go, co zwróciło jego uwagę w mieszkaniach ofiar, wskazywał, to na placki ziemniaczane leżące na stole, to na radio stojące na parapecie. Opowiadając o swoich zbrodniach, miał minę bezbronnego dziecka, które tylko bawiło się, nie wiedząc, że to jest złe. Zeznania potwierdził w trakcie wizji lokalnej, która została przeprowadzona 7 września 1997 roku. Bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji pokazywał, którędy wchodził do domu ofiar, jak je rozbierał, dusił, mordował.

    (zdjęcie z wizji lokalnej)
    (drugie zdjęcie z wizji lokalnej)

    Podczas wizji lokalnych w miejscach morderstw zachowywał się jak na szkolnej wycieczce. Uśmiechał się, żartował.

    - opowiadali podczas procesu przerażeni policjanci.

    Sowiński był badany przez cały sztab psychiatrów i psychologów, był także kilka miesięcy na obserwacji w oddziale Psychiatrii Sądowej AM w Lublinie. Chętnie współpracował, jednak po jakimś czasie, niespodziewanie zmienił zdanie i wycofał się ze swoich zeznań. W liście z kliniki pisał:

    Wszystkie fakty zostały przeze mnie wymyślone podczas przesłuchania (…) kazali mi pod groźbą potwierdzić przed prokuratorem. Nie popełniłem żadnych zbrodni, o wszystkich denatkach przeczytałem w gazecie. Pochodzę z bardzo małej wioski, w której nic się nie dzieje, dlatego chciałem stać się osobą sławną, być opisanym w gazetach i mediach. Cel oczekiwany uzyskałem. Zdałem sobie sprawę, że (…) moja bujna wyobraźnia pociągnęła nieobliczalne skutki. Posiadam na każdy dzień alibi. Dlatego już nie chcę składać żadnych wyjaśnień.

    Jednak jego wcześniejsze słowa i dowody zebrane podczas śledztwa pozwoliły na sporządzenie aktu oskarżenia, który został skierowany do Sądu Wojewódzkiego w Zamościu w czerwcu 1998 roku. Prokuratura oskarżała Sowińskiego o poczwórne zabójstwo i gwałty ze szczególnym okrucieństwem oraz akty zoofilii.

    . . .

    Biegli stwierdzili, że Mariusz Sowiński ma przeciętny iloraz inteligencji, cechuje go mała pewność siebie, woli trzymać się na uboczu, stara się unikać konfliktów, dlatego raczej ulega innym, jest nieśmiały i mało spontaniczny. W swojej opinii pisali:

    Dominującym zachowaniem seksualnym podejrzanego stał się sadyzm. Zadawanie cierpień ofiarom (kobietom lub zwierzętom) ulegało stopniowej transformacji i ostatecznie stało się nie mniej ważne, a w istocie ważniejsze od samego współżycia. Duszenie kobiet i zwierząt było początkowo dokonywane głównie w celu obezwładnienia ofiar. Jednak z czasem na skutek wyuczenia, zachowania agresywne stały się elementem koniecznym praktyk seksualnych (bodźcem seksualnym).

    Według seksuologów, dewiacja seksualna określana jako sadyzm polimorficzny z zoofilią i nekrosadyzmem (ofiara martwa lub nieprzytomna jako warunek odbycia aktu płciowego), nie jest schorzeniem psychicznym, tylko zaburzeniem preferencji seksualnej (parafilią).

    W sprawie Sowińskiego powołano 20 biegłych z zakresu psychologii i seksuologii. Wszyscy powołani przez sąd biegli uznali, iż Mariusz Sowiński nie jest osobą chorą psychicznie, ani upośledzoną umysłowo. Oraz, że jego dewiacje mogą się jeszcze pogłębić.

    Nie znam przypadku, by ktoś kto uruchomił ciąg zachowań, mógł sam się powstrzymać. Trzeba chronić społeczeństwo przed takim człowiekiem. Zaburzenia preferencji seksualnej tego typu, cechują się wysokim ryzykiem nawrotowości i jak dotychczas nieskutecznością metod leczenia. Jedynym środkiem są androgeny, gdy się je bierze to popęd wygasa.

    - mówiła na sali rozpraw biegła psychiatra, porównując Sowińskiego do Kuby Rozpruwacza i Marchwickiego.

    . . .

    Proces ruszył jesienią 1998 roku.

    Po zakończeniu pierwszej rozprawy ojciec zamordowanej na hrubieszowskich ogródkach działkowych Wiesławy Ł. zaatakował Sowińskiego przemyconą do sądu siekierą. Konwojujący go policjanci zostali potraktowani gazem pieprzowym, a gwałciciel ugodzony siekierą w plecy. Napastnik został osadzony w Policyjnej Izbie Zatrzymań, a Sowiński trafił do szpitala. Mężczyzna drasnął go tylko w okolice lewej łopatki, a cios był niegroźny. Dzięki wstawiennictwu ówczesnego wojewody zamojskiego i protestach jego sąsiadów został zwolniony. Śledztwo w tej sprawie zostało wkrótce umorzone.

    Po wyzdrowieniu Sowińskiego, jego sprawa wróciła na wokandę.

    Prokuratura żądała kary dożywotniego pozbawienia wolności z możliwością warunkowego zwolnienia po upływie 50 lat. Aby podkreślić to, jak niebezpiecznym jest człowiekiem, przytoczyła fakt, że po jednym z zabójstw powybijał krowy właścicielki, a następnie zaczął obcować płciowo z ich zwłokami. Sowiński odmówił składania wyjaśnień, powiedział jedynie, że jest niewinny. Pytany przez biegłych o ocenę swojego postępowania, powiedział, że wie, iż źle zrobił, ale to była siła wyższa i nie ma wyrzutów sumienia.

    Obrońca oskarżonego wnioskował o umieszczenie go w zakładzie psychiatrycznym, próbując obalić ekspertyzy psychiatryczne i udowodnić, że Sowiński w chwili popełnienia zbrodni nie był niepoczytalny. Adwokat wniósł o dopuszczenie opinii biegłych psychiatrów z innego ośrodka niż lubelski, ale jego wniosek został odrzucony.

    Wyrok zapadł pod koniec czerwca 2000 roku. Sąd Okręgowy w Zamościu skazał Mariusza Sowińskiego na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie z więzienia dopiero po upływie 50 lat (czyli najwcześniej w roku 2047, w wieku 71 lat). Został także pozbawiony praw publicznych na 10 lat.

    Po apelacji sąd II instancji utrzymał wyrok w mocy, uzasadniając faktem, iż Sowiński stanowi zagrożenie dla otoczenia.

    Obrońca wniósł kasację i sprawa wróciła do Sądu Apelacyjnego w Lublinie. W 2003 roku SA ostatecznie utrzymał wyrok w mocy.

    . . .

    Początkowo Sowiński został osadzony w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich na Śląsku, przebywał też w AŚ we Wrocławiu i pewnie w wielu innych, bo raczej nie zdarza się by jakikolwiek więzień całą karę odbywał w jednym miejscu. Aktualnie przebywa w ZK Rzeszów-Załęże. Ze względu na znaczny stopień demoralizacji i nieprzewidywalność zachowań jest izolowany od współwięźniów i przebywa w celi jednoosobowej.

    Nie grypsuje, ukończył kurs czeladnika w zawodzie koszykarz – plecionkarz, w celi ma telewizor, ogląda programy informacyjne i filmy sensacyjne. Aktywnie uczestniczy w formach duszpasterskich. Objęty jest terapią dla sprawców przestępstw seksualnych.

    Od 2004 roku stara się o ułaskawienie od kolejnych prezydentów (od Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i w 2011 roku od Bronisława Komorowskiego. Ciekawe czy Dudy też nie oszczędził. ( ͡º ͜ʖ͡º) ) Z powodu negatywnej prognozy kryminologicznej (postępującej progresji zaburzeń seksualnych) wszystkie prośby zostały rozpatrzone negatywnie (jak pisze Wikipedia) na etapie sądowym i pozostawione bez dalszego biegu. (Jakby ktoś się orientował, o co chodzi, jak wyglądaj rozpatrywanie takiego wniosku - piszcie! @IgorK ? ( ͡° ͜ʖ ͡°) )

    Sowiński w swoim ostatnim wniosku do prezydenta Komorowskiego zapewniał, że żałuje swoich czynów, że chciałby cofnąć czas, podkreślał, że jest chorym człowiekiem i musi rozpocząć leczenie, ale w warunkach więziennych jest to niemożliwe. Pisał też, że jest osobą wierzącą, a na dowód tego wskazywał na "objawienia”, jakich rzekomo doświadczył tuż przed popełnieniem zbrodni. Miała mu się ukazać Matka Boska, Trójca Święta.

    Jestem członkiem Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej, studiuję regularnie Pismo św. i kieruję się zasadami w nim zawartymi. Już nigdy nie zejdę z drogi, jaką wytyczył mi Bóg.

    Twierdził, że chce zostać dawcą szpiku kostnego, że tylko w ten sposób może spełnić dług zaciągnięty wobec społeczeństwa.

    Jedynym z argumentów miał być także pogarszający się stan zdrowia jego dziadków i chęć pomocy (jak sam pisał) "w ich starości".

    Zrozumiałem swoje błędy, przeprosiłem listownie rodziny poszkodowanych, chociaż wiem, że nigdy nie naprawię krzywd jakie im wyrządziłem. Bo życie ludzkie jest najcenniejszym darem od Boga i nikt nie ma prawa go odbierać innym. Byłem wtedy młody, i nie w pełni władz umysłowych. Gdy teraz nad tym wszystkim się zastanawiam, to nie mieści mi się to w głowie, jak mogłem dopuścić się czegoś tak okropnego.

    - pisał w 2011 roku.

    pokaż spoiler Trochę to dziwne, jak na człowieka, który starszych ludzi gwałcił i mordował...


    . . .

    Tak jak wspominałam na początku, Sowiński co rusz kogoś pozywa. Oczywiście, wszystkie procesy przegrał.

    W grudniu 2001 roku pozwał Henryka J. spod Hrubieszowa, ojca kobiety, którą Mariusz Sowiński zamordował na ogródkach działkowych. Mężczyzna ten zaatakował go siekierą po pierwszym procesie, jak pisałam wyżej. Ze śląskiego Zakładu Karnego wniósł do hrubieszowskiego Sądu Rejonowego pozew o zasądzenie od Henryka J. tytułem odszkodowania i zadośćuczynienia początkowo 3 tys. zł, jednak ostatecznie stwierdził, że to zbyt mała kwota jak na krzywdy, które wyrządził mu pozwany i zażądał 10 tys. zł więcej. Pieniędzy domaga się jako zadośćuczynienie za obrażenia i straty moralne. (klik) Sąd w Hrubieszowie uznał, że przyznanie mordercy odszkodowania byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

    W drugim pozwie morderca domagał się od dwóch policjantów po 80 tysięcy złotych zadośćuczynienia za to, że nie zapewnili mu odpowiedniej ochrony, gdy Henryk J. go zaatakował. A za zniszczoną odzież żądał od funkcjonariuszy 360 zł.

    Z kolei od byłego szefa Prokuratury Rejonowej w Zamościu domagał się 500 tysięcy złotych odszkodowania wraz z odsetkami. Zarzucał prokuratorowi nieuprzejme zachowanie i to, że nie pozwolił mu dokładnie zapoznać się z aktami sprawy, w której był oskarżonym.

    W 2002 roku pozwał mieszkańca swoich rodzinnych Stefankowic. Chciał od niego 50 tys. zadośćuczynienia z odsetkami, za to, że przed 10 laty został poszkodowany przez jego konia. Do zdarzenia miało dojść w 1993 roku w Białympolu, w punkcie skupu koni. Koń należący do pozwanego, prowadzony w stronę wagi, niespodziewanie poderwał się i rozciął Mariuszowi prawy łuk brwiowy. Obrażenie było niewielkie, wystarczył tylko opatrunek, jednak po 9 latach, Sowiński stwierdził, że przez owe zdarzenie zaczął mieć problemy psychiczne i przez to teraz musi przebywać w więzieniu. Pozwany stwierdził, że pozywający go mężczyzna ma do niego pretensje od czasu, kiedy zabił mu krowy, a on przyłapał go na molestowaniu jednej z nich.

    W procesie, który wytoczył Radiu Lublin sąd rozpatrujący sprawę, sięgnął do słownika języka polskiego i znalazł tam określenie słowa "wampir" jako nie tylko kogoś, kto pije krew. Stwierdził, że można nazwać tak również seryjnego zabójcę z zaburzeniami psychicznymi, który dopuszcza się morderstw o podłożu seksualnym. Zresztą, gdyby wygrał, otworzyłoby mu to drogę do procesów przeciwko innym redakcjom...

    . . .

    Wszelkie cytaty (pisane kursywą) i fragmenty wypowiedzi Sowińskiego pochodzą stąd - klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #hrubieszow #stefankowice #seryjnymorderca
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Wrzucam dziś następny post, ponieważ był już wcześniej przygotowany. Ale wątpię, czy będę kontynuowała pisanie tutaj czegokolwiek, bo miała być to dla mnie przyjemność, a nie coś co sprawia przykrość. Konstruktywna krytyka - spoko, dużo już się dzięki temu nauczyłam. Ale chamstwo i wyzywanie od idiotek nie jest spoko. Rozumiem, że to tylko internet i tutaj wszyscy wiedzą wszystko najlepiej, ale można napisać to normalnie, bez poniżania drugiej osoby. Jestem miękka klucha, nie chcę się niepotrzebnie przejmować.

    Poprzedni wpis usunęłam, także do tego wołam tylko z mirkolisty.

    . . .

    BARTŁOMIEJ BUCZEK, rocznik '93

    Nie najbrzydszy typ, nie? Taki tam normik. Mijając go na ulicy w życiu bym nie pomyślała, że mógłby przeskrobać coś więcej niż kradzież gumy kulki w dwu tysięcznym pierwszym. Ba, mijając go na ulicy nawet nie zwróciłabym na niego uwagi - kompletnie zlewa się z szarym tłumem.

    Pedofil nie musi być starym, wąsatym chłopem z nadwagą i włosami na plecach. Może być właśnie takim zwykłym Bartkiem z lubelskiej wsi.

    U obecnie 25-letniego chłopaka stwierdzono tzw. czystą pedofilię. W całej Polsce nie ma nawet pięćdziesięciu tak skrajnie zaburzonych i niebezpiecznych osób.

    Bartłomiej Buczek gwałcił i wykorzystywał seksualnie swoją młodszą, rodzoną siostrę nieprzerwanie od 2007 do 2013 roku. Z ustaleń policji wynika, że jej koszmar zaczął się, gdy miała zaledwie siedem lat - starszy brat zaczął się wtedy do niej dobierać, ściągać majteczki i wkładał w nią palce. Gdy dziecko skończyło 10 lat zaczął gwałcić je regularnie. Zmuszał także to tzw. innych czynności seksualnych, szarpał i zatykał usta by nie krzyczała.

    Rodzeństwem opiekowała się babcia, matka wyjechała za chlebem za granicę. Gdy dziewczynka skończyła 13 lat, powiedziała o wszystkim rodzicielce, a ta zamiast zgłosić sprawę na policję - wyrzuciła syna z domu. Bartek był już wtedy pełnoletni i wyjechał do Niemiec.

    Sprawa wyszła na jaw dopiero w 2016 roku, gdy nastoletnia już ofiara gwałtów próbowała popełnić samobójstwo. Gdy syn marnotrawny powrócił z emigracji, został zatrzymany i doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Chełmie.

    Bartłomiej B. przyznał się do czynów zarzucanych mu przez śledczych, a w sierpniu 2017 odbyła się pierwsza rozprawa. (klik)

    Wyrok zapadł bardzo szybko, bo już na drugiej rozprawie kilka miesięcy później - 5 lat więzienia, psychoterapia i zakaz zbliżania się do swojej siostry na odległość mniejszą niż 200 metrów. (klik)

    Zgodnie z przytoczonym przez biuro prasowe SO w Lublinie artykułem odnośnie środków zabezpieczających, oznacza to, że po wyjściu z celi „sprawca, wobec którego orzeczono terapię, ma obowiązek stawiennictwa we wskazanej przez sąd placówce w terminach wyznaczonych przez lekarza psychiatrę, seksuologa lub terapeutę i poddania się terapii farmakologicznej zmierzającej do osłabienia popędu seksualnego, psychoterapii lub psychoedukacji w celu poprawy jego funkcjonowania w społeczeństwie”.

    (klik)

    Ostatnie informacje w internecie na temat wyroku były z września 2017 i mówiły o tym, że prokuratura złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku i szykuje się do apelacji, także myślałam, że niedługo możemy spodziewać się dalszych wieści o Bartku z Dubieńki. Jednak, jak zwykle cisza, a nowy wyrok zapadł. Z Rejestru wynika, że w kwietniu tego roku kara została zmniejszona na 4 lata pozbawienia wolności w systemie terapeutycznym i 3 lata zakazu zbliżania się do ofiary na odległość mniejszą niż 200 metrów.

    Bartłomiej Buczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Rzeszowie.

    . . .

    Jeżeli ktoś wystalkuje w internecie ofiarę Buczka - bardzo proszę o nieupublicznianie jej danych w komentarzach.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #chelm #dubienka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Zbliża się listopad. Przyroda przygotowuje się do zimowego snu. Noce stają się coraz dłuższe, a w mroku czai się zło. Zapraszam do podróży w czasie i przestrzeni do bawarskiej wioski z początków ubiegłego wieku.

    Na początku lat dwudziestych XX wieku, w piątkową noc pod koniec marca, niemiecka rodzina i ich nowa pokojówka zostali brutalnie zabici w swoim wiejskim i odizolowanym domu. Przedstawiciele organów ścigania przeprowadzili wywiady z kilkoma osobami - zarówno miejscowymi, jak i przyjezdnymi - starając się znaleźć osobę lub osoby odpowiedzialne za szokujące morderstwo sześciu osób. Jednak niemal sto lat później, nikt nigdy nie został oskarżony o przerażające zabójstwa, które miały miejsce na farmie w Hinterkaifeck, małym bawarskim gospodarstwie. W związku z tym, morderstwa pozostają nierozwiązane, co czyni dziką i krwawą masakrę, jednym z najstarszych nierozwiązanych niemieckich morderstw.

    Wiele osób badało brutalne morderstwa wykorzystujące narzędzia rolnicze i opracowywało własne teorie na temat tego, co się wydarzyło. Mimo to świat pozostaje pod wrażeniem tożsamości mordercy, co czyni Hinterkaifeck jedną z najczęściej komentowanych spraw w Niemczech. W masakrze zginęło czworo dorosłych i dwoje małych dzieci.

    W nocy 31 marca 1922 r. zabójca (lub grupa zabójców) zamordował Andreasa i Cäzilię Gruber, ich córkę Viktorię, dzieci Viktorii: Josefa i Cäzilię oraz gospodynię: Marię Baumgartner. Rodzina mieszkała na farmie o nazwie Hinterkaifeck, która znajduje się teraz w Waidhofen w Bawarii, Lekarz przeprowadził sekcję zwłok na sześciu ofiarach i stwierdził, że prawdopodobnie zostały zabite gracą, ręcznym narzędziem stosowanym w rolnictwie, mającym długi uchwyt i szeroką główkę z dłutem na jednym końcu i ostrzem z drugiej.

    Pokojówka została zamordowana w swojej sypialni, a Josef został zabity w łóżeczku w pokoju jego matki. Jednak pozostali członkowie rodziny zostali zamordowani w stodole, co doprowadziło władze do opracowania niepokojącej teorii.

    Ciała Andreasa, Cäzilii, Viktorii i ich wnuczki, małej Cäzilii, zostały odkryte w stodole, podczas gdy zwłoki Josefa i pokojówki, Marii, znaleziono w pomieszczeniach mieszkalnych. W związku z tym śledczy doszli do wniosku, że zabójca zwabił cztery ofiary do stodoły, po jednej na raz, i systematycznie atakował je gracą. Po zamordowaniu starszej pary, ich córki i wnuczki, sprawca ułożył krwawe zwłoki jedne na drugich i przykrył je sianem.

    Badacze odkryli, że młoda Cäzilia miała kępki włosów w dłoniach i łyse łatki na całej głowie, co doprowadziło ich do wniosku, że wyrwała sobie włosy. Władze teoretyzują, że dziewczynka prawdopodobnie nie umarła od razu. Cäzilia mogła wyrywać własne włosy, gdy leżała przez kilka godzin przerażona i umierająca, obok ciał matki i dziadków w stodole.

    Według policji, gdy 7-letnia dziewczynka, która była żywa, ale śmiertelnie ranna, umierała w stodole, otoczona martwymi ciałami swojej rodziny, mordercy weszli do domu i zamordowali gospodynię oraz Josefa. Następnie, zamiast uciekać, władze - na podstawie zeznań sąsiadów i dowodów znalezionych w domu - doszły do wniosku, że sprawca lub sprawcy nie od razu opuścili gospodarstwo Hinterkaifeck.

    Zabójstwa pozostały niezauważone przez cztery dni, do 4 kwietnia 1922 roku. Stało się tak w dużej mierze dlatego, że w kilka dni po morderstwach, sąsiedzi Gruberów zobaczyli dym z komina domu, wskazujący, że ktoś korzysta z kominka. Tak więc wydawało się, że rodzina żyje i ma się dobrze. Ponadto zwierzęta domowe i zwierzęta hodowlane były karmione, a ktoś nawet doił krowy.

    Policja odkryła również, że ktoś niedawno spożywał posiłek, co doprowadziło ich do wniosku, że zabójca nie tylko mieszkał w domu po zamordowaniu sześciu osób, ale także wykonywał codzienne rutynowe czynności, takie jak przygotowywanie posiłków i prowadzenie gospodarstwa.

    Ponieważ sprawca karmił zwierzęta i korzystał z kominka kilka dni po morderstwach, sąsiedzi rodziny nie byli szczególnie zaniepokojeni, gdy mała Cäzilia nie pojawiła się w szkolę w sobotę 1go kwietnia, lub gdy cała rodzina nie pojawiła się w kościele w niedzielę. Kiedy jednak Cäzilia nie pojawiła się w poniedziałek w szkole, a listonosz zauważył, że nikt nie odebrał listów, które dostarczył w ciągu weekendu, sąsiedzi Gruberów zaczęli martwić się o rodzinę.

    W rezultacie trzy osoby, które mieszkały w pobliżu domu Gruberów, odwiedziły gospodarstwo i odkryły zwłoki w stodole i w domu. Policja natychmiast została powiadomiona o zabójstwach. Powiadomiono także organy ścigania z Monachium. W trakcie śledztwa zostało przesłuchanych ponad 100 podejrzanych.

    W miesiącach poprzedzających masakrę na farmie Hinterkaifeck, miało miejsce wiele dziwnych zdarzeń. Niestety, Maria Baumgartner została zamordowana podczas pierwszej nocy pracując dla rodziny ponieważ poprzednia gosposia skończyła pracę około sześć miesięcy wcześniej twierdząc, że dom Gruberów był nawiedzony.

    Sąsiedzi powiedzieli policji, że patriarcha rodziny zgłosił kilka dziwnych incydentów, w tym niewyjaśnione ślady na śniegu prowadzące na farmę (bez żadnych prowadzących w drugą stronę) i na strych. Ludzie spekulują, że zabójca mógł ukrywać się w domu przez długi czas przed zamordowaniem sześciu mieszkańców. Andreas powiedział także swoim sąsiadom, że zaginął jego klucz i znalazł w domu dziwną gazetę, która nie była lokalna. Odmówił pożyczenia broni od jednego z sąsiadów, aby chronić siebie i swoją rodzinę.

    Choć niewyjaśnione ślady i brakujące klucze są nieco przerażające, nie są tak niepokojące jak domniemany kazirodczy związek między Andreasem Gruberem i jego córką, Viktorią Wygląda na to, że siedem lat przed zamordowaniem mieszkańców Hinterkaifeck, Andreas i Viktoria zostali skazani za kazirodztwo w 1915 roku. Victoria spędziła w więzieniu miesiąc, natomiast jej ojciec – cały rok.

    Podczas gdy wielu ludzi wierzyło, że dwuletni syn Viktorii, Josef, był dzieckiem Lorenza Schlittenbauera, człowieka, który mieszkał w pobliżu rodziny, niektórzy z sąsiadów Grubersa uważali, że dziecko jest owocem kazirodczego związku Andreasa z córką. Oznaczałoby to, że ojciec i córka kontynuowali współżycie ze sobą po latach skazania za kazirodztwo. Prawdziwa tożsamość ojca Josefa pozostaje tajemnicą po dziś dzień.

    Po odkryciu ciał rodziny Gruber i ich gospodyni, lekarz wykonał autopsje w stodole, w której czterech z nich zostało zamordowanych. Następnie lekarz sądowy usunął głowy wszystkich sześciu ofiar, które rzekomo wysłał do Monachium w celu dalszego zbadania. Podobno czaszki Gruberów i ich pokojówki również zostały przekazane jasnowidzom, prawdopodobnie w celu dowiedzenia się więcej o sprawcy lub sprawcach, którzy popełnili brutalną masakrę.

    Z nieznanych powodów, czaszki ofiar zatrzymano w Monachium. Tak więc rodzina Gruberów i ich służąca, Maria Baumgartner, zostali pochowani bez głowy. Według władz, czaszki zaginęły w czasie II WŚ i nigdy nie zostały odzyskane.

    Po przesłuchaniu ponad stu podejrzanych, nikogo nie aresztowano. Ludzie opracowali szereg teorii na temat tego, kto popełnił zabójstwa. Jedna z teorii głosiła, że rodzina Gruberów i ich gosposia zostali zabici przez Lorenza Schlittenbauera, sąsiada, którego wielu uważało za ojca syna Viktorii, Josefa. Był także człowiekiem, który rzekomo proponował pożyczenie Andreasowi broni, gdy ten wspomniał o dziwnych zdarzeniach, które miały miejsce na farmie przed morderstwem.

    Inną popularną teorią jest to, że Grubers i Maria Baumgartner zostali zabici przez Karla Gabriela, męża Viktorii. Gabriel podobno zginął w 1914 roku podczas służby w czasie I WŚ. Zwolennicy tej teorii uważają, że Gabriel faktycznie nie zginął w walce. Spekulują, że mąż Viktorii wrócił na farmę Hinterkaifeck po kilku latach, a kiedy uświadomił sobie, że jego żona była w związku z innym mężczyzną (w wyniku którego urodził się Josef), zamordował wszystkich sześciu mieszkańców w przypływie wściekłości.

    W 1923 roku, zaledwie rok po tym, jak rodzina Gruberów i ich pokojówka zostali brutalnie zamordowani, gospodarstwo Hinterkaifeck zostało zrównane z ziemią, a na jego miejscu umieszczono pomnik ofiar. Oprócz prostego betonowego sanktuarium na cmentarzu Waidhofen, znajduje się pomnik ku czci ofiar, w którym Gruberowie i ich gospodyni spoczywają bez czaszek.

    W 1999 roku starsza kobieta skontaktowała się z władzami, twierdząc, że były właściciel jej domu przyznał się do posiadania informacji o zabójstwach w Hinterkaifeck. Urzędnicy zbadali tę wskazówkę i dowiedzieli się, że właściciel rzekomo złożył zawiadomienie w 1935 roku. Było już jednak za późno, ponieważ potencjalny podejrzany był już martwy.

    W 2007 roku, ponad 80 lat po śmierci rodziny Gruber i ich służącej, uczniowie niemieckiej akademii policyjnej wykorzystali nowoczesne techniki do zbadania nierozwiązanej sprawy. Studenci wykluczyli wszystkich poza jednym podejrzanym, który ich zdaniem popełnił morderstwa na farmie Hinterkaifeck. Jednak podejrzany zabójca nie żyje, więc nie opublikowano danych osoby, która ich zdaniem jest odpowiedzialna za masakrę, z szacunku dla krewnych podejrzanego, którzy wciąż żyją.

    #zbrodniczeumysly #julacontent #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #zbrodnia #creepy
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Rolniczych Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki wszelkiej maści erotomanów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    JAN, BRZEZINY, rocznik '60

    Jan ma 58 lat i 180 cm wzrostu. Jest człowiekiem pracowitym i mimo wieku ciągle myśli o rozwoju. Jak sam mówi, lubi handlować i dobrze mu to wychodzi.

    Miłośnik koni i dalekich podróży. Jego wielkim marzeniem jest zamieszkać w Australii lub otworzyć pensjonat w górach. Ojciec trójki dorosłych dzieci i szczęśliwy dziadek pięciorga wnucząt. W swoim gospodarstwie hoduje owce, ma też konie i staw rybny.

    Szuka kobiety posiadającej zarówno wygląd (najlepiej w postaci platynowych włosów), jak i charakter, ale najważniejszy dla niego jest „błysk w oku”. Doświadczenia przeszłości sprawiły, że Jan nie toleruje u kobiet żadnych nałogów, a nade wszystko ceni sobie lojalność i szczerość w związku.

    W 2018 roku wziął udział w słynnym show "Rolnik szuka żony", gdzie zaprosił na swoje brzezińskie gospodarstwo trzy kobiety - Elżbietę, Marię i Małgorzatę.
    Podczas wspólnego zapoznawania się, Jan zaprosił Marię ps. Majkę Jeżowską, na strych swojej stodoły, gdzie chciał zaangażować swoją kandydatkę na żonę do transportu siana. Niestety podczas schodzenia z drabiny, Jan chciał złapać ją za dupkę, co spotkało się z ogólnym oburzeniem większości telewizyjnych widzów, jak i samej Marii.

    Ostatecznie przyszedł do niej z kwiatami, jednak one nie zrekompensowały wstydu i zażenowania, jakie przeżyła ona, oraz my wszyscy.

    • • •

    Wpis jest oczywiście fejkowy i stanowi suplement do wspólnej relacji z oglądania show #rolnikszukazony

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofilia #pedofile
    pokaż całość

    źródło: jan.png

  •  

    pokaż spoiler 20 czerwca 2006, dzień zaginięcia

    Jest lato roku 2006, trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej. Frauke Liebs, 21-letnia uczennica szkoły dla pielęgniarek, mieszka w Paderborn razem z Chrisem P. Młodzi ludzie przez cztery lata byli parą, a po rozstaniu pozostali przyjaciółmi. Jakiś czas temu zdecydowali się na wspólne zamieszkanie ze względów praktycznych.
    Jest 20 czerwca. Przedpołudnie Frauke spędza w szkole. Zajęcia kończą się o godzinie 15. Frauke umówiona jest na wieczór w restauracji z Chrisem oraz ze swoją mamą. Podczas posiłku Frauke dostaje od przyjaciółki SMS, który odczytuje na głos: to propozycja, by Frauke dołączyła do spotkania w pubie, gdzie cała grupa znajomych oglądać będzie mecz Anglia – Szwecja. Dziewczyna deklaruje, że chętnie skorzysta z zaproszenia.
    Zatem po kolacji mama i Chris podwożą Frauke do pubu. Dochodzi godzina 21. Po rozstaniu z Frauke Chris zauważa, że nie ma własnego klucza do mieszkania, obydwoje wracają więc do pubu, żeby Frauke mogła dać Chrisowi swój klucz. Wręczając mu go, Frauke zapowiada, że nie powinna wrócić późno. Chris obiecuje, że na nią poczeka.
    Wieczór w pubie
    W czasie tego pobytu w pubie Frauke nie jest zbyt zainteresowana meczem i przez cały czas wymienia SMS-y ze znajomymi. W końcu rozładowuje się bateria w jej telefonie – wtedy Isabella, jej przyjaciółka, pożycza jej swoją.
    Mimo że wszyscy się świetnie bawią, Frauke jako jedyna zaraz po meczu zaczyna się zbierać do wyjścia. Mówi do przyjaciółki, że nie chce, żeby Chris czekał na nią zbyt długo. Isabella odprowadza ją jeszcze do wyjścia. Praktycznie już w drzwiach Frauke przypomina sobie o pożyczonej baterii, wyjmuje ją więc z telefonu i oddaje. Jak później ustalono, gdy Frauke wychodziła z lokalu, było około godziny 23. Miała przed sobą około 20 do 30 minut drogi do domu na piechotę.
    Po północy Chris otrzymuje wiadomość SMS z informacją, że Frauke przyjdzie później. SMS brzmi zupełnie zwyczajnie i napisany jest w typowy dla Frauke sposób. Jakiś czas potem Chris dzwoni do niej, telefon jest jednak wyłączony. Chris na razie nie jest zaniepokojony, pamięta o rozładowanej baterii. Dalej ogląda telewizję, a mniej więcej po 3 w nocy zasypia, sam nie wiedząc, kiedy.
    Poranek
    O 8 rano Isabella zauważa brak przyjaciółki na zajęciach. Pyta nauczycielkę, czy Frauke może zgłaszała, że jest chora. Nauczycielka zaprzecza. Zaniepokojona Isabella w czasie najbliższej przerwy dzwoni do Chrisa. Jej niepokój bierze się stąd, że wie, jak dużą wagę Frauke przywiązuje do zajęć w szkole – zatem jedynym wytłumaczeniem jej nieobecności mogłoby być to, że przyjaciółka po prostu zaspała po wczorajszym imprezowaniu.
    Telefon budzi Chrisa. Natychmiast zagląda do pokoju współlokatorki. Łóżko jest jednak równo zaścielone, z pewnością Frauke nie spała tu tej nocy. Chris jest bardzo zaniepokojony. Natychmiast zaczyna dzwonić do szpitali, a wkrótce potem powiadamia mamę Frauke.
    Matka, mieszkająca w miejscowości Bad Driburg (leżącej w pobliżu Paderborn), od razu udaje się do miejscowego komisariatu, żeby zgłosić zaginięcie córki. Zgłoszenie nie zostaje jednak przyjęte, policjant tłumaczy matce, że córka jest osobą pełnoletnią, ma prawo przebywać tam, gdzie zechce, i że jest zdecydowanie za wcześnie na wszczynanie alarmu. Policjanci powiadamiają jednak komisariat w Paderborn, który z kolei sprawdza, czy zaginiona nie uległa wypadkowi i nie przebywa w jakimś szpitalu. W końcu jednak na skutek nacisków rodziców zgłoszenie o zaginięciu zostaje oficjalnie przyjęte (ok. godz. 14).
    Matka wraz z przyjaciółmi i znajomymi Frauke rozwieszają w całym w mieście ulotki ze zdjęciem dziewczyny i informacją o jej zaginięciu. Zaangażowanych jest w to około 40 osób.
    Niestety nie wiadomo konkretnie, jaką drogę obrała Frauke, żeby wrócić do domu – a w grę wchodzą trzy różne trasy. Jak później stwierdzono, pewne jest to, że wkrótce po opuszczeniu pubu Frauke musiała znaleźć się poza miastem, ponieważ SMS wysłany przez nią po północy przyszedł z obrębu masztu Nieheim-Entrup w mieście Nieheim, leżącym 40 km od Paderborn. Należy zatem przypuszczać, że Frauke wsiadła do jakiegoś pojazdu, i to najprawdopodobniej dobrowolnie, co można wywnioskować po tym, że przesłana przez nią wiadomość SMS brzmiała normalnie.
    Telefon od zaginionej
    Jest 22 czerwca, minął więc kolejny dzień. Od Frauke nie ma żadnej wiadomości. Nagle, dokładnie o 22:25, dzwoni telefon Chrisa. To Frauke!
    Chris natychmiast odbiera. „Hallo, Christos” – słyszy, i już w pierwszym momencie czuje niepokój, bo Frauke normalnie nigdy w ten sposób do niego się nie zwraca. Do tego jej głos brzmi, jakby była pod wpływem jakichś środków odurzających. „Chciałam powiedzieć, że u mnie wszystko w porządku i że niedługo wrócę do domu. Daj znać mamie, tacie i innym” – i to wszystko, Frauke się rozłącza.
    Chris odczuwa niepokój, nie rozumie tej dziwnej rozmowy. Mimo wszystko nie może powstrzymać radości, że Frauke dała znak życia i że – jak sama powiedziała – wkrótce pojawi się w domu.
    Po tym telefonie wszystkie najbliższe osoby czekają w mieszkaniu, aż przyjdzie Frauke. Ta jednak nie się zjawia. Nie można się również do niej dodzwonić, jej telefon jest wyłączony. Mija noc.
    SMS
    Jest kolejny dzień, tj. piątek, 23 czerwca. Policja wszczyna śledztwo z powodu podejrzenia o porwanie, dzięki czemu można śledzić połączenia z telefonu Frauke. Nie wygląda to jednak tak spektakularnie, jak w telewizji: nie można podsłuchiwać rozmów, wpływają jedynie dane o czasie i miejscu połączeń telefonu z konkretnym nadajnikiem (masztem) telefonii komórkowej.
    O godz. 23:04 Chris otrzymuje SMS od Frauke: „Dziś wracam do domu. Jestem w Paderborn”. Natychmiast powiadamia matkę Frauke. Rodzice przyjeżdżają do mieszkania córki i Chrisa. Wszyscy przez całą noc czekają na powrót Frauke, ta jednak się nie pojawia. Jej matka jest u kresu sił.
    Rodzice Frauke próbują nakłonić policję do intensywniejszych działań, śledczy jednak odpowiadają, że jest to nieuzasadnione, ponieważ Frauke jest w regularnym kontakcie z najbliższymi. Widocznie miała ochotę na oderwanie się od codzienności. To się zdarza, argumentuje policja.
    Jednak bliscy Frauke oraz jej przyjaciele są coraz bardziej zdenerwowani i wystraszeni, wiedzą bowiem, że takie zachowanie byłoby z jej strony absolutnie niemożliwe. Do ich świadomości coraz silniej przenika fakt, że Frauke musiało spotkać coś strasznego; pewni są przy tym, że przetrzymywana jest gdzieś wbrew swojej woli.
    Kolejne telefony
    Jest sobota, 24 czerwca, godz. 14:23. Kolejny telefon do Chrisa – Frauke zapowiada, że wróci dziś wieczorem do domu. Chris zdążył ją tylko zapytać, czy dzieje się coś złego, ale Frauke odpowiada tylko jak automat „Nie. Jestem w Paderborn. Jestem w Paderborn. Jestem w Paderborn.”, po czym się rozłącza.
    Dla policji jest to kolejny sygnał, że nie ma potrzeby żadnej interwencji.
    Matka Frauke (w wywiadzie dla czasopisma „Stern” – „Stern Crime”, 3. 05. 2016) skomentowała ten fakt następująco: „Policja powiedziała mi: ‘Czego Pani chce? Przecież zadzwoniła, żyje, my nie mamy tutaj nic do zrobienia‘. Byłam wzburzona. Dla mnie to wszystko było przerażające: te stałe zapowiedzi, że wróci do domu, jej zmieniony głos, wyłączony telefon. Policja nie wiedziała nawet, skąd były połączenia. Ustalono jedynie pochodzenie pierwszej wiadomości SMS. Wiele dni trwało, zanim operator sieci dostarczył dalszych informacji. Później się dowiedziałam, że policja złożyła wniosek o przekazanie jej danych jedynie z pierwszych telefonów do piątkowej nocy. Na kolejne czekaliśmy tygodniami, ponieważ nie było decyzji sądu.”
    W niedzielę, 25 czerwca (dokładnie o godz. 22:28), znów dzwoni Frauke, ponownie zapowiada, że wróci do domu. Zapytana, czy jest w niebezpieczeństwie, odpowiada, że nie, a na pytanie, dlaczego nie wróciła wczoraj, odpowiada, że wyjaśni to, gdy wróci do domu. Na ten powrót nikt z najbliższych jednak tak naprawdę nie liczy. Poniedziałek mija bez znaku życia od Frauke.
    Ostatni telefon
    We wtorek wieczorem jej rodzice oraz siostra czekają wraz z Chrisem na telefon. Ponieważ Frauke nie dzwoni, po 23 rodzice wychodzą. Jednak niedługo po ich wyjściu, tj. dokładnie o 23:24, dzwoni telefon. Odbiera Chris, ustawia głośnik, tak więc rozmowę słyszy również i Karen. Frauke mówi głosem bezbarwnym, w którym słychać wyczerpanie i bezbrzeżny smutek. Oto przebieg rozmowy (1):
    Frauke: Hallo, Chrissy. U mnie wszystko w porządku.
    Chris: Gdzie jesteś?
    F: Nie mogę powiedzieć.
    Ch: Przyjeżdżaj do domu.
    F: Nie, nie mogę.
    Ch: Dlaczego?
    F: Nie mogę powiedzieć.
    Ch: Czy jesteś przetrzymywana?
    F: Tak… Nie! Nie!
    Ch: Boisz się?
    F: Nie.
    Ch: Kto jest przy tobie?
    F: Nie mogę tego powiedzieć.
    Ch: Czy jesteś zmęczona?
    F: Tak, bardzo zmęczona.
    Ch: Wiesz, że szuka cię policja?
    F: Tak, wiem.
    Ch: Skąd to wiesz?
    F: Nie ma mnie prawie od tygodnia.
    Ch: Dlaczego cię nie ma?
    F: Przecież wiesz, Chris.
    Ch: Nie. Poznałaś jakiegoś nowego faceta?
    F: Przecież wiesz, że z powodu jakiegoś faceta nie znikałabym na tydzień. Przecież mnie znasz.
    Ch: Karen jest przy mnie. Wszyscy się martwimy.
    F: Czy mama i tata też tu są?
    Ch: Byli tu.
    F: Powiedz im, że ich bardzo kocham.
    Ch: Kiedy wrócisz?
    F: Nie wiem.
    Ch: Dlaczego nie przyszłaś, mimo że powiedziałaś, iż wrócisz.
    F: Później ci to wyjaśnię.
    Ch: Czy mam cię odebrać?
    F: Nie, nie da się.
    Ch: Czy możemy się gdzieś spotkać?
    F: Nie, nie da się. Nie da się.
    Ch: Gdzie jesteś?
    F: Mama.
    Ch: Gdzie jesteś?
    F: Mama.
    Ch: Gdzie jesteś?
    F: Mama.
    Ch: Kiedy się odezwiesz?
    F: Nie wiem.
    Ch: Odzywaj się przynajmniej raz dziennie.
    F: Dotychczas tak robiłam.
    Ch: Było mi bardzo smutno, że nie odezwałaś się wczoraj.
    F: Tak, wiem, że było ci smutno… Daj mi, proszę, Karen.
    Karen bierze telefon.
    F: Proszę, nie wypytuj mnie.
    K: Czy boisz się wrócić do domu?
    F: Nie.
    K: Posprzątamy mieszkanie, a nikt nie będzie się ciebie pytał, co się stało. Wracaj.
    F: Nie da się, ja jeszcze żyję.
    K: Jesteś z jedną osobą czy z wieloma?
    F: Proszę, nie pytaj mnie. Chciałabym być z wami. Chciałabym do domu.
    Chris bierze telefon.
    Ch: Odzywaj się przynajmniej raz dziennie.
    F: Tak robię. Ciao. Na razie.
    Po tej rozmowie siostra wybucha płaczem. Ma przeczucie, że to jakiś rodzaj pożegnania. Chris natomiast uważa, iż ta rozmowa to swego rodzaju postęp, choćby dlatego, że trwała ponad pięć minut.
    Matka Frauke jest wstrząśnięta, szczególnie tym, że na pytanie „Gdzie jesteś?” córka trzy razy odpowiedziała „Mama”. Czy to może jakaś ukryta wskazówka? Matka Frauke pracuje w gimnazjum w miejscowości Bad Driburg i w ciągu tygodnia mieszka tam w pewnego rodzaju mieszkaniu tymczasowym. Może powtórzone „Mama” było sugestią, żeby szukać sprawcy w tej miejscowości lub żeby w jakikolwiek sposób powiązać jej pobyt z miejscem pracy matki? Chris wątpi jednak, że Frauke była w stanie przekazać taką zawoalowaną wiadomość.
    Podczas gdy wszyscy wokół w nastroju euforii świętują mistrzostwa świata, to bliscy Frauke są u kresu wytrzymałości psychicznej. Postanawiają przygotować i rozwiesić kolejną partię ulotek. Policja odmawia interwencji, twierdząc, że dziewczyna po prostu uciekła z domu. Bliscy wiedzą jednak, że jest to niemożliwe, a bezczynność policji przysparza im dodatkowych frustracji.
    Cisza
    Od czasu tej długiej rozmowy Frauke milczy. W związku z brakiem interwencji policji rodzina wynajmuje prywatnego detektywa, a prócz tego rodzice i przyjaciele prowadzą poszukiwania na własną rękę. Siostra i brat Frauke przeglądają też jej komputer, kontaktują się z osobami, które prowadziły z nią rozmowy na czacie. Nikt jednak nie znajduje nikogo ani niczego podejrzanego.
    Mijają tygodnie, potem kolejne… Matka Frauke praktycznie nie śpi. Wszyscy podejrzewają to, co najgorsze, ale nie tracą nadziei.
    Zgłoszenie
    4 października o godz. 19:20 policja kryminalna w okolicach Lichtenau (leżącego 15-20 km od Paderborn) otrzymuje następujące zgłoszenie: przebywający w tej okolicy myśliwy przypadkowo natrafił na leżące pod drzewem zwłoki. Zwłoki leżą przy drodze krajowej 817, w odległości mniej więcej 10 metrów od samej drogi. Wokoło nie ma żadnych domów, w tym miejscu także nie chodzą piesi. Ze względu na ubiór zmarłej policja podejrzewa, że może chodzić o Frauke (a o tych podejrzeniach tego samego dnia zostaje powiadomiona jej matka). Dwa dni później wiadomość ta zostaje oficjalnie potwierdzona.
    Jak później ustalono, Frauke musiała zginąć najwyżej kilka dni po ostatnim telefonie. Ze względu na zaawansowany stan rozkładu ciała nie udało się ustalić przyczyny śmierci. Być może została uduszona, ale nie ma co do tego pewności. Podobnie nie znaleziono dowodów na to, że miało miejsce wykorzystanie seksualne, choć nie można tego wykluczyć. Nie znaleziono także śladów po narkotykach, jednak nie można wykluczyć użycia pigułki gwałtu, gdyż ta po krótkim czasie nie pozostawia śladów w organizmie. Pewne jest jedynie to, że miejsce znalezienia zwłok nie było miejscem zbrodni.
    W toku śledztwa wykluczone zostają osoby z bliższego i dalszego otoczenia Frauke. Apele do społeczeństwa nie dają rezultatów, nie zgłasza się nikt z jakąś przełomową informacją. Najistotniejsze dane pochodzą od operatora telefonii komórkowej – to miejsca logowania się telefonu Frauke do masztów. Z masztu w Nieheim logował się jej telefon, gdy został wysłany pierwszy SMS. Ponieważ pozostałe połączenia pochodziły z logowań do masztów stojących w innych miejscowościach w okolicy, policja przypuszcza, że Frauke przetrzymywano w Nieheim.
    Maszt w Nieheim obejmuje teren o średnicy 15 kilometrów. Nie jest zatem możliwe przeszukanie domów, budynków, garaży i wszelkich miejsc na takim obszarze. Policja podejmuje więc następujące działania: do skrzynek pocztowych wszystkich domów i mieszkań w tym mieście zostają wrzucone ulotki z informacjami dotyczącymi zaginięcia i śmierci Frauke i z apelem o pomoc w śledztwie.
    Otrzymano kilkadziesiąt wskazówek (co do miejsc, w których ewentualnie mogła być przetrzymywana Frauke – stojące na uboczu budynki, stodoły, przyczepy itp.), sprawdzono każdą z nich – bez rezultatu. Mimo upływu miesięcy, a potem lat, w sprawie nie pojawiły się żadne nowe wskazówki mogące się przyczynić do jej wyjaśnienia. Po całym dziesięcioleciu bilans śledztwa był następujący: sprawdzenie 900 osób, 40 przeszukań.
    Brak wiedzy o sprawcy i o okolicznościach zbrodni jest niewypowiedzianym ciężarem dla bliskich, gdyż wiąże się z poczuciem „niezamknięcia” sprawy.
    „Dom z horroru“
    Nadzieja na rozwiązanie sprawy Frauke pojawia się niespodziewanie, gdy w kwietniu 2016 roku aresztowany zostaje 46-letni Wilfried W. i jego eks-żona Angelika W. Para mieszka w miejscowości Bosseborn, administracyjnie będącej częścią miasta Höxter, które jest oddalone mniej więcej o 50 kilometrów od Pardeborn. Wilfried W. i Angelika W. zostają aresztowani po tym, jak się okazuje, że przetrzymywana przez nich 41-letnia kobieta umiera z powodu ran odniesionych wskutek maltretowania. Gdy w toku śledztwa wychodzi na jaw, że para dwa lata wcześniej zamordowała inną kobietę, ich dom okrzyknięty zostaje przez media „domem z horroru”, a prócz tego pojawiają się przypuszczenia, że jedną z ich ofiar była również Frauke Liebs.
    W grudniu 2016 roku po trwającym osiem miesięcy śledztwie dotyczącym „działań” pary z Höxter śledczy podają jednak do oficjalnej informacji, że nie odnaleziono żadnych poszlak wskazujących na to, że Wilfried W. i Angelika W mieli cokolwiek wspólnego z zaginięciem Frauke Liebs.
    Sprawa jej porwania i śmierci po dziś dzień pozostaje nierozwiązana.
    Źródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #kryminalistyka #niemcy #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Jakby były organizowane wybory mistera Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym to ten typek miałby zapewnione pierwsze miejsce. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Różowe paski, jakby któraś chciała zostać polską Afton Elaine Burton (żona Charlesa Mansona, zakochała się w nim i poślubiła, gdy odsiadywał już wyrok dożywocia, klik), to przedstawiam Wam świetnego kandydata - ten przystojniaczek dostał dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 40 latach!

    . . .

    MICHAŁ MORAS, rocznik '84

    Michał już w szkole eksperymentował z narkotykami. Standardowo zaczęło się od trawki, później amfetamina, a skończyło się na strzykawkach z heroiną. By mieć na następną działkę, jako nastolatek zaczął kraść - najpierw w domu, później w sklepach i wyszarpując kobietom torebki na ulicach. Miał założoną sprawę o rozbój, ale by nie odsiadywać kary, zadeklarował, że podejmie się leczenia nałogu. Z pomocą głęboko wierzących rodziców, wyjechał do Włoch do katolickiego ośrodka odwykowego. Po trzech i pół roku wrócił do rodzinnego Wrocławia, ale ze strachu przed powrotem do dawnego ćpuńskiego towarzystwa oraz brakiem możliwości spłacenia starych długów, po kilku dniach wyjechał do Jeleniej Góry.

    Tam poznał 10 lat starszą od siebie Annę, z którą zamieszkał i wychowywali wspólnie jej kilkuletniego syna. Uczył włoskiego w prywatnej szkole językowej, a później zatrudnił się w dziale technicznym Filharmonii Dolnośląskiej.

    Znajomi Michała z Filharmonii mówili o nim, że był dobrym i sumiennym pracownikiem. Według ich, Moras był bardzo skryty i niewiele ponad to, że znał się dobrze na tenisie i grał w piłkę nożną, są w stanie o nim powiedzieć. Przyznali także, że zdarzało mu się być agresywnym po alkoholu.

    Niestety, jego problemy z nałogami się nie skończyły, a raczej przybrały inną formę. Michał sporo pił i nałogowo grał na automatach, co nie wpływało dobrze na jego związek z Anną, która już niejednokrotnie wyrzucała go z mieszkania.

    Michał bywał często w Sport Pubie, który znajdował się kilka przecznic od Filharmonii, w której pracował.

    (Przychodził), kiedy tylko miał pieniądze, a jak się zgrał, to jeszcze potrafił stać godzinę, dwie i patrzeć, jak innym idzie. Skreślony chłopak. Wciągnięty po uszy. Kiedyś miał passę – wygrywał i wpatrzony był w automat tak, że nie zauważył, jak mu się od papierosa zaczęły paznokcie kopcić. Smród białka wokoło, a ten nie odrywa oczu od bębnów. *

    - opowiadał jeden ze stałych bywalców lokalu. Mówili o nim, że mimo wszystko był to chłopak na poziomie, filolog klasyczny i było o czym z nim porozmawiać.

    pokaż spoiler Nie wiem czy studiował filologię klasyczną, czy po prostu się nią interesował, nie znalazłam nigdzie rozwinięcia tej opinii.


    . . .

    7 marca 2013 roku Michał Moras (wtedy 29-latek) prosto po pracy udał się do Sport Pubu. Pijany w sztok opuścił lokal pół godziny przed północą i udał się w stronę Filharmonii, w której od kilkunastu dni nocował, o czym nie wiedział dyrektor przybytku (a przynajmniej tak twierdził). Anna postawiła Michałowi ultimatum - albo ona, albo nałóg. Kobieta przegrała tą nierówną walkę i kilkanaście dni wcześniej ostatecznie już wyrzuciła konkubenta ze swojego mieszkania.

    Michał do Filharmonii wrócił około północy. Wszedł od strony ulicy Bankowej, a drzwi otworzył mu Paweł K., 60-letni portier. Mężczyźni wypalili po papierosie, pewnie też rozmawiali, bo przecież nigdy wcześniej nie mieli żadnych zatargów. Nagle Moras zaatakował ochroniarza młotkiem, który zwykle nosił go przy sobie w plecaku. Bił tak, jakby chciał go trzy razy zabić ** i dźgał nożem. Ochroniarz zginął od ciosów w głowę. Zachłysnął się własną krwią.

    . . .

    O Pawle K wiadomo tylko tyle, że był człowiekiem dobrego serca. Zostawił żonę i dwoje dorosłych dzieci. Nie doczekał narodzin drugiego wnuka.

    . . .

    Po zabójstwie ochroniarza Moras wszedł na piętro do pokoi gościnnych. W jednym z nich zamieszkiwał, w sąsiednim przebywała niespełna 26-letnia harfistka Victoria Jankowska (zdjęcie), która następnego wieczoru miała zagrać koncert w Filharmonii. Mężczyzna zapukał do drzwi pokoju, w którym przebywała artystka i spytał czy może wejść. Kobieta się zgodziła, jednak morderca nie miał dobrych zamiarów. Victoria nie miała szans z silnym i wysportowanym napastnikiem. Mężczyzna związał ją i zakneblował. Pastwił się nad nią, brutalnie gwałcił i okaleczał przez kilka godzin. Na koniec udusił poduszką.

    . . .

    Victoria Anna Jankowska pochodziła z Warszawy, gdzie ukończyła polonistykę na UW. Była także studentką ostatniego roku na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Jak podaje Wikipedia, współpracowała z wieloma orkiestrami. (klik) Do Jeleniej Góry przejechała po raz pierwszy, 8 marca 2013 roku miała zagrać koncert „Muzyczne pary” - fragmenty "Tristana i Izoldy" Wagnera oraz "Romea i Julii" Czajkowskiego. Była jedynaczką.

    . . .

    Oprawca, zanim wyszedł z Filharmonii, udał się do swojego pokoju i przebrał z zakrwawionych ubrań, które porzucił na podłodze. Zostawił także list:

    Ania nie jest temu winna. Wszystko przez hazard. Poległem. Szukajcie mnie w piwnicy.

    Mogło to sugerować, że początkowo chciał popełnić samobójstwo. Jednak wyszedł z budynku i udał się na dworzec autobusowy.

    . . .

    Rankiem, 8 marca 2013 roku pracownicy Filharmonii na próżno czekali, by jak co dzień Pan Paweł otworzył im drzwi i przywitał swoim serdecznym "dzień dobry". Kilka minut po godzinie 7 wezwali strażaków, którzy musieli wybić szybę, by dostać się do środka budynku. Tuż przy portierni, w kałuży krwi leżał martwy ochroniarz. Od razu wezwano policjantów, którzy na piętrze dokonali następnego makabrycznego odkrycia - na podłodze, w pokoju gościnnym znaleźli ciało Victorii.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Michał Moras bardzo szybko stał się jednym z głównych podejrzanych. Prócz listu pozostawił po sobie mnóstwo śladów - odciski butów, palców czy zakrwawione ubrania. Policja ruszyła za nim w pościg. Morderca dojechał autobusem do Wrocławia, w którym przesiadł się do pociągu w kierunku Górnego Śląska. Został zatrzymany już po godzinie 19 w Jaworznie. (zdjęcie) Był całkowicie zaskoczony i nie stawiał oporu.

    Następnego dnia, w sobotę rozpoczęło się 6-godzinne przesłuchanie podejrzanego. Początkowo przyznał się tylko do zabicia portiera, a w kwestii morderstwa harfistki zasłaniał się niepamięcią. W końcu przyznał się do wszystkiego. Tego samego dnia odbyła się wizja lokalna oraz zapadła decyzja o 3-miesięcznym areszcie.

    Tego samego dnia prezydent Jeleniej Góry ogłosił trzydniową żałobę.

    . . .

    Ludzie, którzy kojarzyli Michała mówili, że często wodził wzrokiem za młodymi, atrakcyjnymi dziewczynami. Podobno, dzień przed morderstwem, był wyjątkowo wpatrzony w Victorię, którą zobaczył na scenie podczas próby w Filharmonii.

    . . .

    11 marca zostały ogłoszone wyniki sekcji zwłok. Wiadomo tylko, że Paweł K. zmarł z powodu odniesionych obrażeń głowy, a Victoria została uduszona. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze oznajmiła, że na prośbę rodziny zmarłej harfistki nie będzie udzielać żadnych dodatkowych informacji.

    . . .

    Paweł K. został pochowany 15 marca na starym cmentarzu w Jeleniej Górze. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła rodzina, bliscy, znajomi z pracy oraz orkiestra dęta Filharmonii Dolnośląskiej. (zdjęcia)

    Victoria została pochowana następnego dnia na cmentarzu służewieckim w Warszawie. Chórzyści z Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina zaśpiewali napisaną specjalnie na jej część pieśń żałobną. (zdjęcia)

    . . .

    14 lutego 2014 W jeleniogórskim Sądzie Okręgowym rozpoczął się proces. (zdjęcie) Michał Moras został oskarżony o dwa zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, gwałt ze szczególnym okrucieństwem i rozbój z użyciem noża. Prokuratura nie ujawniła wielu szczegółów morderstw ze względu na wyjątkowe okrucieństwo, a sędzia na wniosek pokrzywdzonych i ich rodzin, utajnił proces w całości.

    Jak mówił prokurator Sebastian Ziembicki, motyw jest bardzo złożony i nie da się o nim mówić nie wchodząc w szczegóły, a o ich nieujawnianie prosiła rodzina jednej z ofiar. Z aktu oskarżenia można wnioskować jednak, że chodziło o motyw złożony co najmniej z dwóch pobudek: seksualnej i rabunkowej. ***

    Biegli psychiatrzy oraz psycholog nie stwierdzili u Morasa żadnych zaburzeń i uznali, że w chwili zbrodni był on w pełni poczytalny i zdolny do ocenienia własnych czynów. Dodali też, że poziom inteligencji oskarżonego jest wyższy niż średni poziom dla jego grupy wiekowej.

    10 marca odbył się następny proces, a 5 maja Sąd ogłosił wyrok dożywotniego więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 50 latach. Zasądził też milion złotych nawiązki dla rodzin ofiar po 250 tys. złotych dla matki i córki ochroniarza oraz 500 tysięcy złotych dla matki zmarłej harfistki. Wyrok był nieprawomocny. Tego dnia Michała Morasa nie było na sali rozpraw.

    Sędzia Andrzej Żuk ogłaszając wyrok przez kilka minut odczytywał listę obrażeń jakie Michał M. zadał swym ofiarom. Oboje umierali w mękach, prosząc zabójcę o litość. Michał M. najpierw brutalnie zgwałcił harfistkę, zakneblował jej usta taśmą malarską, ciął nożem i gryzł. Kobieta zginęła uduszona. Michał M. zabrał jej 150 złotych i telefon komórkowy. Ochroniarzowi zadał ponad 60 ran nożem, młotkiem i innym nieustalonym tępym narzędziem. ****

    KLIK obrońca Michała Morasa, oraz z matką i przyjaciółką zamordowanej Victorii

    Obrońca skazanego złożył apelację o skrócenie okresu do prawa ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. (klik)

    Według Rejestru wyrok uprawomocnił się 15 października 2014 roku i został zmieniony tylko w kwestii ubiegania się o przedterminowe zwolnienie na 40 lat. Reszta bez zmian.

    Obrońca skazanego próbował jeszcze walczyć o swojego klienta, ale w listopadzie 2015 roku Sąd oddalił jego kasację od wyroku, którą uznał za bezsensowną. Zatem Michał Moras nie ma już więcej prawnych możliwości uchylenia się od prawomocnego wyroku.

    . . .

    W listopadzie 2015 r. mama zamordowanej Victorii założyła fundację jej imienia, mająca na celu zachowanie pamięci córki poprzez wspieranie wszelkich inicjatyw artystycznych twórców młodego pokolenia. (klik)

    . . .

    Rodzina Victorii wiele lat walczyła w sądzie o zadośćuczynienie za śmierć córki. Dopiero w marcu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że matce ofiary należy się 250 tys. zł, którą mają zapłacić wspólnie filharmonia oraz firma ochroniarska.

    Naszym zdaniem śmierć córki pani Barbary została spowodowana błędami zarówno po stronie samej filharmonii - organizacyjnymi, brakiem należytej staranności - jak i przez samą firmę ochroniarską, która nie zapewniła należytej ochrony.

    - mówił adwokat reprezentujący matkę zamordowanej kobiety.

    (klik)

    . . .

    Michał Moras aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym Nr 1 we Wrocławiu.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło
    **** źródło

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #victoriajankowska #jeleniagora #wroclaw #michalmoras #filharmonia
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Ostatnio pojawia się na wypoku dużo spraw kryminalnych, więc zastanawiam się, jak zostanie przyjęta taka sprawa.

    George'a Juniusa Stinneya - najstarszego syna młynarza w Karolinie Północnej - oskarżono o zgwałcenie i zabicie dwóch białych dziewczynek: jedenastoletniej Betty June Binnicker i ośmioletniej Mary Emmy Thames.

    Jedynym dowodem w sprawie było rzekome przyznanie się chłopca (rzekome, bo nie zachowała się żadna pisemna notatka czy transkrypcja - jedynie zeznanie oficera H.S. Newmana). Pojawiły się też poważne wątpliwości - ofiary zostały zabite ciężką, kolejową belką (łącznie zadano 13 ciosów). Ważący 40kg Stinney miałby duże problemy z podniesieniem tej belki, nie mówiąc o zadawaniu ciosów. Nie zbadano też dojrzałości płciowej chłopca, aby upewnić się, że mógł dopuścić się gwałtu. Także trójka jego rodzeństwa utrzymywała, że w czasie popełnienia zbrodni ich brat przebywał z nimi (choć oczywiście nikt nie był zainteresowany ich zeznaniami).

    Proces trwał niecałe trzy godziny. Na wydanie wyroku skazującego 12 przysięgłych (sami biali mężczyźni) potrzebowało 10 minut. Sędzia Phillip Stoll uzasadnił wyrok śmierci, tym że "Stinney był bardzo zdemoralizowaną jednostką". Adwokat Stinneya, Charles Plowden, nie próbował właściwie bronić klienta, nie poinformował go też o możliwości odwołania się i nie próbował komentować werdyktu. W wywiadzie powiedział, że "nie było sensu, bo rodzina nie miała na to pieniędzy".

    Wyrok wykonano w Central Correction Institute w Columbia w Karolinie Południowej, używając krzesła elektrycznego. Ze względu na drobną budowę ciała (155cm, 40kg), strażnicy mieli problemy z zapięciem pasów, a w czasie egzekucji musiał siedzieć na książce telefonicznej. Świadkowie uznali egzekucję za makabryczną, bo po pierwszym włączeniu prądu opadła zbyt duża maska zasłaniająca twarz. Stinney umarł po około 4 minutach.

    George Junius Stinney jest najmłodszym skazany na śmierć w USA i na całym kontynencie amerykańskim w XX wieku. Gdy wykonywano wyrok miał czternaście lat, siedem miesięcy i 29 dni.

    18 grudnia 2014 sąd uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję. Obrońcy praw człowieka od lat domagali się rewizji wyroku, podkreślając, że zabarwiony był rasizmem i nie opierał się na wiarygodnych dowodach. W latach 40. w Karolinie Południowej królowały tzw. prawa Jima Crowa, które ograniczały wolności obywatelskie czarnoskórej ludności. Ich celem było pogłębienie segregacji rasowej.

    #kryminalne #kryminalistyka #rasizm #mordercy #neuropa
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Dzięki za wszelkie sugestie - o czym pisać, jak pisać, co dodać, co zmienić czy zostawić. Wszystko biorę pod uwagę, dzięki temu zarówno ten tag, jak i polskiepato będą lepsze. I ja też się rozwinę. :)

    • • •

    RYSZARD WILIWIŃSKI, rocznik 70
    PATRYK WILIWIŃSKI, rocznik '94
    DOROTA WILIWIŃSKA, rocznik '73

    Po braciach Lipińskich, następna wesoła rodzinka w Rejestrze - Państwo Wiliwińscy z głębokiej podlaskiej wsi. Ojciec, syn i matka skazani za jeden z najbardziej obrzydliwych czynów, czyli art. 197 § 3 pkt 3 kk - gwałt na członku rodziny.

    W 2013 roku 13-letnia (wówczas) córka Wiliwińskich, ze względu na swoją lekką umysłową niepełnosprawność, została umieszczona w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Suwałkach. Dziewczynka zaczęła się dziwnie zachowywać wobec rówieśników - obłapywała ich, obmacywała i dotykała miejsc intymnych swoich koleżanek. W rozmowie z wychowawczynią powiedziała, że przecież tak robią tatuś i brat, a w jej mniemaniu to normalne. Nauczyciele zaalarmowali policję.

    Ryszard i Patryk Wiliwińscy zostali zatrzymani, nie przyznali się do winy. Dorota Wiliwińska wynajęła dla nich "najlepszego" adwokata.

    W toku śledztwa wyszło na jaw, że przez ostatnie 2 lata brat upośledzonej dziewczynki ją gwałcił, ojciec molestował i pokazywał pornograficzne zdjęcia, a matka o wszystkim doskonale wiedziała i najwyraźniej akceptowała, bo nie zrobiła nic by pomóc własnemu dziecku.

    Oczywiście, nikt na wsi nic nie podejrzewał, wszyscy byli wielce zaskoczeni winą swoich sąsiadów. Bo przecież taki gospodarny ten Rysiek był, a rodzina co niedziele do kościoła chodziła... Syn trochę łobuz, lubił wypić i nie dało się ukryć, że też ma orzeczenie o niepełnosprawności. Tutaj macie wypowiedzi mieszkańców Słobódki.

    Podczas trwania procesu, reporter TTV odwiedzili dom oskarżonych, by zadać im kilka pytań i jak się okazało, według matki i babki molestowanej dziewczynki, to nie był gwałt TYLKO WSPÓŁŻYCIE. KLIK <- tutaj można posłuchać ich rozmowy. I jeszcze tutaj -> KLIK, próby rozmów po jednej z rozpraw.

    Dziewczynka wraz z dwójką (podobno zdrowego) rodzeństwa została umieszczona w domu dziecka. Wiliwińscy walczyli przed sądem o ich powrót do domu, ale nie mogę znaleźć nigdzie informacji jak to się skończyło. W tej sprawie interweniował Rzecznik Praw Dziecka, który miał dopilnować by molestowana dziewczynka nie wróciła do swoich oprawców.

    Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, także nie wiadomo czy oskarżeni w końcu przyznali się do winy, ani jaką mieli linię obrony. Wyrok zapadł w listopadzie 2015 roku - ojciec 7 lat pozbawienia wolności, syn 5 oraz (dla obojga) zakaz kontaktowania się z ofiarą. Matka dostała 2 lata w zawieszeniu na 5. Orzeczenie nie było prawomocne i (oczywiście...) po odwołaniu wyrok został ostatecznie zmieniony... Jak wynika z Rejestru, w marcu 2016 Ryszard Wiliwiński został skazany na 4 lata pozbawienia wolności i 4 lata zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną. Patryk Wiliwiński otrzymał 3 lata pozbawienia wolności i 3 lata zakazu kontaktu. Wyrok Doroty Wiliwińskiej pozostał bez zmian.

    . . .

    Tutaj są zdjęcia domu i skazanych w sądzie.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofilia #pedofile #podlasie #slobodka
    pokaż całość

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Czarna Białostocka to niewielka, licząca niecałe 10 tysięcy mieszkańców miejscowość w województwie podlaskim. Przy wąskiej uliczce Romualda Traugutta znajduje się szkoła podstawowa pod tym samym imieniem. To spokojna okolica - w okół domki jednorodzinne, małe, osiedlowe sklepiki i sporo zieleni.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką z długim stażem - od 17 lat uczyła w klasach I-III. Miła i ambitna kobieta szybko zbyła sobie wśród uczniów sympatię, a u kolegów i koleżanek z pracy opinię świetnego pedagoga. Do swojego zawodu podchodziła z dużym zaangażowaniem i stale podnosiła swoje kwalifikacje. Poświęcając się całkowicie pracy, Mariola nie znalazła czasu by ułożyć sobie życie prywatne. Atrakcyjna, szczupła blondynka przez długi czas żyła samotnie.

    Wszystko zmieniło się jednak w 1997 roku podczas zajęć sportowych w szkole, gdy Mariola poznała Jerzego, szanowanego w okolicy biznesmena i ojca trójki dzieci, z których najmłodszy, Piotruś właśnie rozpoczął naukę w podstawówce przy ulicy Traugutta. Dwie dorosłe już córki uczyły się w Białymstoku. Mężczyzna został wybrany na przewodniczącego Rady Rodziców, co sprzyja częstszym spotkaniom nauczycielki z eleganckim i przystojnym przedsiębiorcą. Z czasem pomiędzy Mariolą, a Jerzym wybucha gorący romans, który szybko staje się sensacją małego miasteczka.

    O romansie dowiaduje się rodzina i żona biznesmena, a matka nauczycielki prosi córkę by zakończyła tę grzeszną znajomość. Mariola nie chciała nawet o tym słyszeć. Ludzie w okolicy zaczęli plotkować, wytykać palcami i krzywo patrzeć na oboje kochanków. Kobieta dostawała listy z pogróżkami i była nękana głuchymi telefonami, jednak dla miłości do Jerzego była w stanie znieść wszystko. Nie zniechęciła się także, kiedy ktoś powypisywał na drzwiach jej mieszkania wulgarne słowa.

    Jerzy zapewniał o swojej wielkiej miłości i obiecywał, że to z nią chce ułożyć sobie nowe życie, że w końcu zostawi swoją żonę, z którą od dawna mu się nie układało. Twierdzi, że trwa w małżeństwie jedynie ze względu na swojego najmłodszego syna. Prosił Mariolę o jeszcze chwilę cierpliwości i wyrozumiałości. Zakochana kobieta czekała, święcie wierząc w obietnice kochanka.

    W 2001 roku Jerzy niespodziewanie oświadcza, że to już koniec ich czteroletniego związku. Mężczyzna przepraszał, tłumaczył, że nie może tego dłużej ciągnąć, że chce naprawić swoje relacje z rodziną.

    Mariola wpadła w czarną rozpacz. Nie mogła uwierzyć, że facet, dla którego poświęciła tak wiele, nagle odchodzi. Zakochana kobieta nachodzi byłego kochanka, błaga i prosi o powrót. Na próżno. Z uśmiechniętej i atrakcyjnej kobiety, staje się wrakiem człowieka. W dość krótkim czasie, próbuje dwukrotnie odebrać sobie życie.

    . . .

    25 kwietnia 2001 roku Mariola przyszła do pracy wcześnie rano, pomimo, że lekcje zaczynała dopiero po południu. Rozżalona i złamana 38-latka, dzień wcześniej odbyła rozmowę z żoną swojego ukochanego. Była rozgoryczona.

    Myszkiewicz poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu lekarskiego, wyjaśniając, że chce się zważyć. Około godz. 9.30 poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, synowi Jerzego, że ma stawić się w gabinecie, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki 11-latek udał się prosto do szkolnej higienistki. Na miejscu czekała na niego Mariola, którą znał i dobrze zdawał sobie sprawę z tego co łączyło ją z jego ojcem. Mieszkańcy Czarnej Białostockiej podejrzewali nawet, że to on był autorem obraźliwych napisów na drzwiach nauczycielki.

    Zostaw mego tatę w spokoju!

    - miał jej kiedyś powiedzieć chłopiec.

    Nauczycielka chwilę rozmawiała z Piotrkiem, aż nagle wyciągnęła ze swojego plecaka nożyk introligatorski i zaczęła zadawać dziecku ciosy. Była wściekła. Dźgała na oślep. Długotrwale kumulowane emocje w końcu znalazły ujście. W swojej rozpaczy przestała myśleć logicznie, obwiniała dziecko o rozpad jej związku. Przecież Jerzy zawsze powtarzał, że to jego oczko w głowie...
    Piotruś próbował się bronić i wydostać z gabinetu, co mu skutecznie uniemożliwiała. W amoku wymachiwała ostrzem, trafiając w szyję oraz w głowę. Krew była wszędzie - na drzwiach, podłodze, płynęła strumieniem po drzwiami. Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki, które na widok czerwonej kałuży zaczęły krzyczeć i walić pięściami w zamknięte drzwi gabinetu. Wyważył je dopiero wuefista. W tym całym zamieszaniu ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok - skulony chłopiec leżał we krwi, miał ponad trzydzieści ran kłutych na szyi, podcięte gardło i uszkodzoną tętnice.

    Piotrek jeszcze wtedy żył. Wykrwawił się jednak przed przyjazdem pogotowia.

    Zajęcia zostały odwołane, a uczniowie wyprowadzeni ze szkoły bocznym wyjściem. Na miejscu pojawiła się policja, a przed budynkiem zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice. Wszyscy byli zszokowani, nikt nie mógł uwierzyć, że nauczycielka, na dodatek ta najbardziej lubiana i poważana, zabiła ucznia.

    Wątpliwości jednak nie było. Za Mariolą ruszyła policyjna obława, w którą zaangażowano około 200 funkcjonariuszy. Rozesłano rysopis kobiety, a następnego dnia wysłano za Mariolą list gończy. (link) Przeszukiwano okolice zalewu i pobliskie lasy, podejrzewano, że kobieta mogła popełnić samobójstwo.

    W Czarnej Białostockiej krążyły plotki, że już wcześniej zaplanowała morderstwo, dwa dni przed tragedią zlikwidowała konto w banku i wyjechała za granicę.

    Jak ona tu wróci, to nic dobrego ją nie czeka. Niech się modli, żeby policja była pierwsza. Lepiej dla niej, żeby już nie żyła.

    - mówili mieszkańcy.

    Mariola ukrywała się w pobliskiej Puszczy Knyszyńskiej, a dzień później dotarła do zakonu w Markach pod Warszawą, skąd zadzwoniła do swojej siostry. Prosiła o radę, była przerażona i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chciała się zabić lub oddać sama w ręce policji.

    W nocy z 26 na 27 kwietnia funkcjonariusze z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali Mariolę. W trakcie przesłuchania w prokuraturze przyznała się do winy, ale odmówiła składania wyjaśnień.

    . . .

    W tym samym czasie, 27 kwietnia odbył się pogrzeb zamordowanego Piotrka, w którym uczestniczyło kilka tysięcy osób. (zdjęcie) Podobno ojciec chłopca nie mógł wziąć udziału w uroczystości, ponieważ trafił na oddział kardiologiczny szpitala w Białymstoku.

    (o przebiegu pogrzebu)

    . . .

    Kilka dni po tragedii w Szkole Podstawowej nr. 2 w Czarnej Białostockiej pojawili się psycholodzy, którzy przez kilka dni prowadzili rozmowy z nauczycielami i uczniami, którzy mieli bezpośredni związek z tragedią. Dzieci najgorzej przeżyły wydarzenie z ostatnich dni.

    Są bardzo poruszone i są w nich duże emocje

    - relacjonował dyrektor.

    Płaczą. Można nawet powiedzieć, że to przeradza się w jakąś lekką histerię. Psycholodzy starali się przekazać im tylko fakty, odrzucając plotki. I przede wszystkim uspokoić emocje.

    . . .

    Niecały miesiąc po śmierci Piotrka, na budynku szkoły (za ścianą jest szkolny gabinet lekarski) pojawiła się upamiętniająca go tablica. Mimo tego, że rodzice chłopca zawiesili ją bez zgody dyrekcji i władz samorządowych, główne kontrowersje wywołał umieszczony na płycie napis:

    W dniu 25 kwietnia 2001 r. za tym murem został zamordowany Piotruś Popławski, uczeń klasy IV B. Prosimy o modlitwę. Rodzina.

    Mieszkańcy uważali, że ten napis straszy dzieci i ciągle przypomina im o tragedii, przez którą wciąż nie mogą spać po nocach. Tutaj można przeczytać ich tłumaczenia -> klik

    . . .

    Prokuratura w Białymstoku postawiła Marioli Myszkowskiej zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz o to, że zrobiła to w wyniku motywacji zasługujących na szczególne potępienie. Podobno w domu oskarżonej znaleziono list do Jerzego, w którym miała napisać wprost o tym, że według jej zamordowany chłopiec był przeszkodą w ich związku.

    Został zastosowany areszt tymczasowy, w którym Mariola, jako dzieciobójczyni nie miała łatwo. Z nieoficjalnych informacji wynika, że została tam dotkliwie pobita i przez pewien czas przebywała w śpiączce.

    . . .

    W czasie śledztwa została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że była poczytalna w momencie dokonywania morderstwa. Według psychiatrów i psychologów Mariolę cechuje ponadprzeciętna inteligencja, nie przejawia też skłonności do okazywania uczuć. W opinii biegłych ma silną osobowość, wysoką samoocenę i jest bardzo egocentryczna.

    Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Sąd ze względu na ważny interes prawny rodziców ofiary, uchylił częściowo jawność rozprawy.

    Podczas procesu Mariola nie pokazywała emocji. Tłumaczyła, że nie planowała morderstwa, chciała tylko porozmawiać z Piotrkiem, jednak chłopiec zaczął ją wulgarnie wyzywać i straciła nad sobą panowanie. Obrona także usiłowała przekonać sąd, że oskarżona działała w afekcie (za zabójstwo w afekcie groziłoby jej tylko 10 lat). Miało o tym świadczyć m.in. brutalność, nagłość i wielokrotność ciosów zadanych chłopcu. Opinię tę podzielili zresztą przesłuchiwani w sprawie biegli psychologowie i psychiatrzy.

    Prokurator miał zupełnie inny pogląd na sprawę. W trakcie śledztwa okazało się, że nóż, którym Mariola zabiła 11-latka był prezentem od Jerzego. Narzędzie zbrodni stanowiło jeden z głównych dowodów, popierających tezę o zemście zawartą w akcie oskarżenia. Jeden ze świadków zeznał, że nauczycielka dzień przed dokonaniem zbrodni odwiedziła Jerzego i jego żonę. Zażądała kupna mieszkania i umożliwienia wyjazdu z Czarnej Białostockiej. Obciążający dla kobiety był też fakt, że w plecaku, który miała ze sobą 25 kwietnia, znajdował się paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    . . .

    Sąd Okręgowy w Białymstoku uznał, iż Mariola Myszkiewicz zaplanowała tę zbrodnię i nie było to działanie w afekcie, jak ocenili biegli. Sąd podkreślił, że dożywocie byłoby karą zbyt wysoką i 15 lutego 2002 roku skazał Mariolę Myszkowską na 25 lat więzienia.

    Obrońca Marioli złożył apelację od wyroku i o wymierzenie niższej kary.

    W wyniku rozpatrzenia apelacji obrońcy oskarżonej nie doszło do zmiany wysokości wyroku, jednakże sąd II instancji stwierdził, że sąd I instancji popełnił błąd, nie podzielając opinii biegłych psychiatrów i psychologa odnośnie tego że oskarżona działała pod wpływem silnego wzburzenia. Chociaż sąd apelacyjny przyznał, że oskarżona była w takim stanie psychicznym, w którym emocje górowały nad intelektem, to jednak jej czynu nie może zostać uznany za usprawiedliwiony okolicznościami. Mariola M. działała w stanie silnego wzburzenia, ale nie można tego zakwalifikować jako działanie w afekcie.

    W maju 2003 roku sąd utrzymał wyrok 25 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po odbyciu 15 lat kary. (link)

    . . .

    Ona jeszcze sobie życie ułoży. Zna języki, jest bardzo sprytna. W więzieniu podobno bardzo się stara, żeby jak najszybciej wyjść na warunkowe

    – mówił o kobiecie jeden z jej dawnych podopiecznych.

    To co zrobiła było dla wszystkich zaskoczeniem. Nikt by się tego po niej nie spodziewał. To była najfajniejsza pani w szkole.

    . . .

    Znalazłam informacje z 2017 roku, że Mariola wciąż przebywa w więzieniu. Czy jest tam do dnia dzisiejszego - nie wiem. Aktualnie ma 55 lat.

    Piotrek Popławski miałby teraz 28.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #czarnabialostocka #czarna #bialostocka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #mariolamyszkiewicz
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Krótki wpis, ale ten ryj koniecznie trzeba pokazać.

    . . .

    TOMASZ KOZŁOWSKI, rocznik '73

    Pedofil i gwałciciel, 19 października 2017 roku skazany przez Sąd Okręgowy w Białymstoku za wielokrotne wykorzystywanie seksualne, doprowadzane do poddawania się innym czynnościom seksualnym oraz gwałty na swojej własnej córce.

    Jak wynika z aktu oskarżenia, do pierwszego zbliżenia miało dojść gdy dziewczynka miała zaledwie 6 lat. Do krzywdzenia dziecka dochodziło w latach 2005-2014. Jej gehenna skończyła się dopiero dziewięć lat później, kiedy była już nastolatką. Dziewczyna ma obecnie 19 lat.

    Ze względu na charakter sprawy, proces toczył się z wyłączeniem jawności. Sąd nie udzielił zbyt wielu informacji, między innymi na temat tego, kto wykrył przestępstwo i zawiadomił organy ścigania.

    Kozłowski początkowo został skazany na karę łączną 10 lat więzienia oraz zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 metrów i zakaz kontaktowania się z nią w jakiejkolwiek formie na okres 10 lat (jak już wiem - zakaz zbliżania się nie biegnie w trakcie odbywania kary w więzieniu). Wyrok nie był prawomocny i najwyraźniej po odwołaniu został zmieniony na 8 lat pozbawienia wolności (zakaz zbliżania się bez zmian) - jak wynika z Rejestru.

    Na jego koncie na Facebooku widać, że ten dewiant ma jeszcze inne, małe dzieci...

    Skazany przebywa obecnie w Areszcie Śledczym w Hajnówce.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #bialystok #grodek
    pokaż całość

    źródło: ggggg.jpg

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Proszę zaparzyć sobie dobrego czaju, usiąść wygodnie i zabierać się za czytanie - będzie długo! Ale warto. Jak dla mnie to "najlepsza" sprawa kryminalna ostatnich lat. Mogłabym z tego doktorat pisać. (。◕‿‿◕。)

    • • •

    Bezczelnie młoda, bezczelnie zdolna

    - pisała o sobie Zuzanna M. (foto) Jej znajomi zgodnie twierdzili, że jest osobą niezwykle inteligentną. Mogła wagarować miesiącami, ale zawsze zaliczała przedmioty. Oczytana, słuchała interesującej muzyki, była zawsze elokwentna i ostra w osądach. Na przemian przyciągająca i odpychająca.

    W szkole podstawowej i do połowy gimnazjum Zuzanna świetnie się uczyła. Gra w piłkę nożną dziewcząt (link), zdobyła nawet Złote Pióro prezydenta miasta. Ale w drugiej gimnazjalnej coś zaczyna się w jej życiorysie psuć. Zuza przestaje się uczyć i w cokolwiek angażować. Dzieci jej nie lubiły, dokuczały, wypisywały na ławkach i gdzie tylko się dało: "Jebać Zuzię". Matka postanowiła przenieść ją do innego gimnazjum.

    Na początku liceum znów jest z Zuzą wszystko dobrze. Dyrektor I LO w Białej Podlaskiej (woj. lubelskie), do którego uczęszczała mówi, że uczyła się dobrze i reprezentowała szkołę w zawodach sportowych. Musiała być lubiana, bo inni uczniowie wybrali ją na gospodynię klasy. Problemy zaczęły się pod koniec pierwszej klasy.

    Przeszkadzała w lekcjach i negowała wszystko, co mówią nauczyciele. Wychodziła z klasy trzaskając drzwiami i wyraźnie dawała pedagogom odczuć, że są najwyżej przeciętni w porównaniu z nią. W jej mniemaniu tylko ona była coś warta. Ewentualnie jej aktualne towarzystwo, które miała w zwyczaju często zmieniać.

    Pogardzam wszystkimi i mam wstręt taki do hołoty umysłowej, że rzygam.

    - cytowała Witkiewicza.

    W szkole była uważana za osobę, przez którą idzie się na dno. Wagary, narkotyki, dziwne towarzystwo. Wielu imponowało, że zawsze mogła zorganizować coś do palenia na imprezkę. Owijała sobie ludzi w okół palca - najpierw coś oferowała, potem wymagała posłuszeństwa. Przyciągała innością, mówiła jak się ubierać, pokazywała muzykę (jej kanał na yt), której nie znali, filmy, literaturę. Jej idol to Ian Curtis z Joy Division - okładkę Unknown Pleasures miała wytatuowaną na przedramieniu. (zdjęcie) Mój kolega, który ją znał, mówił, że nie dbała o siebie, często miała przetłuszczone włosy i przepocone ubrania.

    Rodzice uczniów uznali, że jest niebezpiecznym towarzystwem i odcinali swoje pociechy od jej toksycznego wpływu. Zuzka sprawiała wrażenia jakby jej to nie obchodziło i nie przywiązywała się do kogokolwiek. Znikali jedni chłopcy, pojawiali się inni. Zawsze znajdowała kolejnych słabych, bogatych, z dobrych domów. Dzięki niej mogli zaistnieć, zaczynali być dostrzegani, stawali się jej odbiciem.

    Czasem przychodzili rodzice, mówili, że ich dzieci gdzieś tam chodzą z Zuzanną. Na przerwach wicedyrektor miała za zadanie śledzić na monitoringu, z kim Zuza rozmawia, by ewentualnie ostrzec kolejne osoby.

    - wspomina dyrektor szkoły.

    Nauczyciele w końcu wezwali matkę Zuzy, która stwierdziła, że jest z córką w bardzo dobrych relacjach, że są przyjaciółkami i że to nauczyciele są winni, bo nie potrafią rozpoznać inteligencji dziecka. Zuzanna stała w trakcie rozmowy skruszona, ze spuszczoną głową. Obiecywała poprawę. Zdaniem dyrektora potrafiła idealnie grać to, czego akurat od niej oczekiwano.

    Matka Zuzanny Katarzyna M. pracuje na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach i wykłada historię. Zuza była bardzo dumna z rodzicielki, a jak ta zrobiła habilitację, córka od razu pochwaliła się tym na swoim Facebooku. Kiedy ktoś z nauczycieli zwrócił jej uwagę, że powinna mówić panie profesorze, a nie proszę pana, Zuza odpowiada, że na tytuł profesora trzeba sobie zapracować. I że profesorem tytułuje się jej matkę, nauczycielkę na wyższej uczelni.

    Mimo podziwu, Zuza czuła do niej także niechęć i była opryskliwa. Zamknij się - mówi do niej przy swoich koleżankach.

    Zuzanna od dzieciństwa była wychowywana przez swoich dziadków, ponieważ matka studiowała i nie miała dla niej czasu. Zamieszkały razem dopiero, gdy dziewczynka była w szóstej klasie szkoły podstawowej.

    Zdaniem Katarzyny M. ma wspaniałą córkę i żadne uwagi nie są w stanie tego zmienić. Mimo wszystko zawsze stała murem za Zuzą. Nie tyle razem z nią, ile raczej obok, opodal, na boku. Rodzicielki często nie było w domu. Nastolatka wyjechała kiedyś do Torunia na tydzień, gdy wróciła, opowiadała, że matka nawet nie zauważyła jej nieobecności.

    Matka sublokatorka - powie później o niej córka.

    Zuza zaczęła pisać wiersze po śmierci swojego ojca, który nie brał udziału w jej wychowywaniu, i którego w rzeczywistości nigdy nie znała. W wywiadzie do lokalnego portalu powiedziała:

    Mój własny koniec świata był powodem, dla którego zaczęłam szukać jakiejś formy wyrażania siebie.

    (wywiad)

    Przybrała pseudonim Maria Goniewicz, a matka pomogła jej sfinansować swój pierwszy tomik o tytule "33".

    Jest to liczba mistrzowska, liczba idealna.

    . . .

    Konflikty w szkole narastały, a Zuza przekraczała kolejne granice. Uczniowie mieli jej już serdecznie dość, więc napisali petycję do do dyrekcji z prośba o usunięcie ze szkoły konfliktowej koleżanki.

    Dyrektor próbował przekonać matkę Zuzanny, by nawiązała kontakt z poradnią psychologiczno-pedagogiczną. Szkoła postawiła krnąbrnej uczennicy wymagania, dała szansę na zamianę zachowania i oczekiwała zastosowania się do ustalonych reguł. Jednak matka Zuzy wolała zmienić szkołę niż zachowanie córki. Do kontaktu z poradnią także nie doszło.

    Trzecią klasę Zuzanna rozpoczęła już w innym miejskim liceum. Znajomości trochę się wykruszyły, ale wciąż lojalny Zuźce został Kamil N. (foto)

    Chłopak pochodził z dobrego i kochającego domu - jego tata Jerzy to pułkownik Straży Granicznej, a mama Agnieszka bardzo lubiana nauczycielką języka rosyjskiego. Rodzina niedawno wyprowadziła się z blokowiska w Białej Podlaskiej do nowego, pięknego domu pod miastem - w Rakowiskach. Kamil to ukochany jedynak, oczko w głowie babci. Delikatny, miły, dobrze wychowany, bardzo zżyty z matką. Tak przynajmniej opisywali go przyjaciele i znajomi. Mówili, że był spokojnych chłopakiem. Nie wychylał się.

    Dopiero pod wpływem Zuzanny zaczął się zmieniać - w tej opinii byli zgodni zarówno rodzice, szkoła, jak i znajomi nastolatków. Kamil stał się arogancki i zaczął wagarować. Rodzice konsekwentnie wyrażali swój sprzeciw wobec tej relacji i za wszelką cenę usiłowali odseparować syna od toksycznej dziewczyny. Bez skutku. Kamil stawał się kopią Zuzanny, chodził zawsze dwa kroki za nią.

    Zuza i Kamil poznali się jeszcze w gimnazjum katolickim, ale wtedy nie utrzymywali bliskich kontaktów. W liceum trafili do jednej klasy, ale zakumplowali się dopiero po imprezie półmetkowej. Przed pierwszą i drugą klasą Kamil mówił, że Zuza pachnie potem i jest niedomyta. A on zawsze taki czyściutki, świeżutki, najlepiej ubrany w klasie, w życiu by jej nie dotknął. Niewysoka, krępa, biodrom i pupie daleko do smukłości. Okrągła twarz, już lekki naddatek tkanki tłuszczowej na podbródku. I nagle - iluminacja. Kamil odkrywa, że ta niedomyta Zuza jest ciekawa. Niezwykła.

    Nastolatkowie spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. Oglądają wiele filmów, szczególnie pociąga ich kino amerykańskie: Quentin Tarantino, David Lyncha czy American Psycho z Christianem Bale'em.

    Naprawdę źle zaczęło się dziać w kwietniu 2014 roku, kiedy Kamila i Zuzannę posądzono o ukrywanie niespełna 15-letniej dziewczyny, która uciekła z domu. Najprawdopodobniej przetrzymali ją dzień lub dwa w domu u Kamila. Dziewczynka była kiedyś parą z Zuzanną i to ona namówiła ją do ucieczki. Poznały się jeszcze w gimnazjum, a z początku niewinna przyjaźń przerodziła się w fascynację starsza koleżanką. Zuza uprawiała z nią seks, gdy ta nie miała skończonych 15-lat. Rodzice małoletniej wnieśli sprawę do sądu.

    W październiku 2014 roku do Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej wpłynął akt oskarżenia. Poza uprawianiem seksu z poznaną jeszcze w gimnazjum nastolatką, Zuzannie zarzucono też częstowanie kolegów, w tym także Kamila, marihuaną. Oskarżenie to, najprawdopodobniej wnieśli rodzice chłopaka.

    W ramach tego śledztwa Zuzanna przeszła badania psychiatryczne. Specjaliści ocenili, że ma skłonność do przedstawiania siebie w lepszym świetle niż w rzeczywistości, wybiela siebie, bagatelizując potknięcia, a w jej życiu zabrakło wzorców mężczyzny jako ojca i partnera matki. Mężczyzna jako taki ma dla niej mniejsze znaczenie. Musi zasłużyć na akceptację.

    . . .

    7 grudnia 2014 roku Zuzanna na swoim fanpage publikuje wiersz:

    Ty i kobieta, której
    kiedyś zdeptałam serce,
    mieszkacie obok siebie. To dziwne
    miejsce, w którym ostatnio
    podobno jest o mnie głośno. (...)
    Przy-
    gotowa-
    nie do końca
    nie naszego świata
    nie zawsze
    jednak idzie
    dobrze,
    ale
    już niedługo.


    (link do całości)

    . . .

    W piątek, 12 grudnia 2014 roku Zuzanna i Kamil wybrali się w podróż do Warszawy, z której docelowo mieli dostać się do Krakowa, gdzie w niedzielę Zuza miała mieć swój własny wieczorek poetycki. W stolicy umówili się z Marcinem S. i jego dziewczyną Lindą M. (tak, to jest imię (・へ・) ), którzy mieli ich zawieźć autem do Krakowa. Zuza obiecała kierowcy 10 tys. złotych za ową przysługę, a jako zabezpieczenie jej i Kamila iPady.

    Około 50 kilometrów przed Krakowem, Zuza powiedziała, że muszą wracać, ponieważ zapomniała wziąć laptopa, z którego miała czytać wiersze na wieczorku. Kierowca nie był z tego faktu zadowolony, ale Zuza przekonuje go jeszcze większą sumą pieniędzy.

    W tym czasie Kamil pisze SMS-a do matki:

    Już prawie dojeżdżamy do Krakowa

    Matka odpowiada:

    W poniedziałek będzie próbna matura. Pamiętaj o tym

    A Kamil:

    Wrócę w niedzielę, mamo

    Zawracają z drogi i kierują się w kierunku Rakowisk. Kamil i Linda drzemią, Zuza słucha muzyki. Na miejsce dotarli późną nocą. Kamil prosi, żeby nie parkować przed jego domem, bo mogliby się obudzić sąsiedzi, ale trochę dalej, przy lasku. Wezmą laptop i za chwilę wrócą.

    W krzakach przebierają się w płaszcze przeciwdeszczowe i żółte, lateksowe rękawiczki. Mają ze sobą dwa porządne myśliwskie noże, które Zuza zabrała wcześniej z pokoju swojego dziadka. Kamil wchodzi do domu jako pierwszy i wyprowadza do ogrodu psa. Zdejmują buty.

    Matka czasem zasypiała przy telewizji w salonie, ale tym razem śpi z mężem w sypialni. Nastolatkowie stają nad ich łóżkiem - Zuzanna nad ojcem, Kamil nad matką.

    Raz, dwa, trzy...

    - liczy cicho dziewczyna. Na trzy zaczęli uderzać ostrzami w dół krótkimi, szybkimi pchnięciami. Na oślep. Matka zerwała się i krzycząc, zaczęła biec do drzwi. Nagle zapaliło się górne światło, któreś z nich zawadziło o kontakt. Kamil dogonił matkę i uderzył nożem w plecy od tyłu. Dla pewności, żeby się nie męczyła (dosłownie, tak powiedział - żeby się nie męczyła), przejechał dwa razy nożem mocno po gardle.

    Ojciec, mimo wylewu wewnętrznego, wstał i rzucił się na Zuzę. Przewrócili się, ślizgając się we krwi. Wytrącił jej z ręki nóż i oboje chcieli go rękami dosięgnąć: popularna scena w filmach, gdzie dwie osoby walczą na śmierć i życie. Wtedy Zuza ugryzła go w lewe przedramię i włożyła palce do oka. Klęcząc, oparł się na rękach. Dziewczyna dźgała go w plecy. Przedtem bała się, że nie można go będzie zabić. Ale on teraz właśnie umierał. Kiedy przestał się ruszać, poczuła ulgę.

    Wszedł Kamil.

    Czy już?

    - spytał. Powiedział, że muszą iść do matki, bo ona leży przed drzwiami wejściowymi. Wciągnęli ją do środka.

    Wyszli z domu i przeskoczyli siatkę ogrodową.

    Zuza przypomniała sobie, że na ręce ojca został ślad po ugryzieniu. Trzeba było obciąć tę rękę albo obie i gdzieś wyrzucić.

    Kamil przeskoczył siatkę i wrócił do domu. W kuchni znalazł nóż. Nie udało się obciąć ręki, tylko zmacerować ślady po zębach. Spryskał ranę perfumami. Może one usuną DNA.

    Zabrali laptop ojca, żeby upozorować kradzież i by pokazać Marcinowi i Lindzie: to ten zapomniany. Po drodze przebierają się w czyste ubrania, a zakrwawione pakują do plecaka. Jednak na ustalonym miejscu nie ma ani samochodu, ani znajomych.

    Zabijanie trwało godzinę. Marcin i Linda nie chcieli dłużej czekać i postanowili jechać do domu, do Poznania. Zuza zadzwoniła, że mają natychmiast po nich wracać i, jak było umówione, jechać do Krakowa. A nie było ich tak długo, bo w domu kłócili się z rodzicami Kamila.

    Studenci wracają i cała czwórka rusza w dalszą drogę.

    Kamil w samochodzie się nie odzywał. Ale Zuzanna w końcu nie wytrzymała i zaczęła opowiadać kolegom co zrobili. Była bardzo rozemocjonowana. Zaproponowała im po 100 tys. zł za milczenie i pozbycie się dowodów zbrodni - w bagażniku ich citroena leżał plecak z narzędziami zbrodni, zakrwawionymi rękawiczkami oraz elementami ubioru sprawców. Marcin S. i Linda M. godzą się na taki układ.

    Kamil i Zuza zatrzymują się u koleżanki z Białej Podlaskiej, która akurat studiuje i wynajmuje stancję w Krakowie. Nastolatkowie mają na sobie jeszcze ślady krwi i błota. Wyjaśniają dziewczynie, że zostali napadnięci. Gospodyni wychodzi z domu, bo ma coś do załatwienia, a kiedy wraca, widzi, że coś prali w jej pralce.

    Zapadło mi w pamięć, że Zuza przyszła i zaczęła myć buty w moim mieszkaniu. A Kamil był bez skarpetek, choć to był grudzień

    - zeznawała później dziewczyna. Niczego jednak nie podejrzewała.

    . . .

    W sobotę o godz. 7.40 otwarte drzwi wejściowe do domu Państwa N. w Rakowiskach zauważa przechodzący obok sąsiad. Wzywa policję.

    Pamiętnej nocy słyszałem wołanie o pomoc. Usłyszałem krzyk - "O Jezu! Ratunku! O Jezu!"

    - zeznawał później w sądzie sąsiad zamordowanych

    Myślałem jednak, że ciągle śpię i to mi się śni. Gdy się obudziłem nadal słyszałem ten głos. Byłem przerażony, że sen trwa na jawie. Jednak usłyszałem też szczekanie psa. To mnie uspokoiło, bo pomyślałem, że to po prostu jakaś kobieta przestraszyła się w nocy psa

    - relacjonował.

    Gdy rano wstałem i zobaczyłem krwawe ślady na elewacji sąsiedniego domu, szybko połączyłem fakty i zadzwoniłem po policję

    - dodał. Jeden ze śledczych, którzy pierwsi pojawili się na miejscu zbrodni relacjonował:

    Dom spłynął we krwi. Czegoś takiego nie widziałem, odkąd pracuję, prawie 30 lat. Sceneria gorsza niż w horrorach

    (zdjęcia domu po zdarzeniu -> tu, tu i tu)

    . . .

    Do znajomej, u której zatrzymali się mordercy, napisał kolega z Białej z informacją, że rodzice Kamila nie żyją. Ale dalej przez myśl jej nie przeszło, że za zbrodnią mogą stać osoby, które gości w mieszkaniu. Wprost przeciwnie - poprosiła kolegę, z którym pisała w internecie, by wezwał policję, bo nie chciała sama przekazać Kamilowi, że jego rodzice zginęli w tak straszny sposób.

    Chciałam, żeby to jakiś psycholog przekazał informację, że w taki sposób zginęli jego rodzice. Ja nie byłam w stanie tego powiedzieć

    - mówiła przed sądem.

    Mundurowi przyjechali dopiero po kilku godzinach. Zatrzymują już Zuzę i Kamila jako podejrzanych. Nastolatkowie udaj zaskoczonych. (zdjęcie z zatrzymania)

    W śmietniku przed blokiem policja odnalazła plecak ze zniszczonym laptopem i telefonami komórkowymi małżeństwa N.

    Nastolatkowie trafiają do policyjnego aresztu.

    Na początku nie przyznają się do winy. Jedynym z dowodów, który przekonał ich do potwierdzenia podejrzeń policjantów były zapiski z logowań się ich telefonów komórkowych.

    . . .

    Marcin S. I Linda M., gdy tylko dowiedzieli się, że szukają ich policjanci, sami zgłosili się na komendę w Poznaniu, a potem złożyli obszerne wyjaśnienia.

    Według składanych przez Zuzannę M. I Kamila N. zeznań rodzice Kamila nie akceptowali ich związku, co było jednym z motywów tej zbrodni. Liczyli także na spadek po rodzicach Kamila, który obliczyli na około 2 mln. złotych. Chcieli za pierwszy milion się bawić, a drugi zainwestować. Byli przekonani, że policja ich nie złapie - przecież zdjęli buty i robili wszystko w skarpetkach, a Kamil pisał do matki SMS-y, jako dowód, że byli daleko od miejsca zbrodni. ! lol

    Pomysł zabicia małżonków N. miał się pojawić w trakcie oglądania przez 18-latków filmów przepełnionych - jak sami mówili - przemocą i agresją. Do zbrodni ubrali się jak bohater filmu American Psycho ( ಠ_ಠ)... Na początku tylko żartowali sobie, że mogliby zabić rodziców Kamila, ale z czasem uznali, że ten żart może przyjąć formę faktów i zaczęli planować to zabójstwo. Jak wyjaśniła Zuzanna M. zaplanowali je krok po kroku, kupili np. lateksowe rękawiczki, które znaleziono na miejscu zbrodni.

    Zarzut postawiony dla nastolatków to (oczywiście) zabójstwo kwalifikowane.

    Z kolei, dwójce 19-latków – Marcinowi S. i Lindzie M postawiono zarzuty tak zwanego poplecznictwa. Według śledczych para ta działając wspólnie i porozumieniu utrudniała postępowanie karne pomagając Kamilowi N. i Zuzannie M., sprawcom zabójstwa, uniknąć odpowiedzialności karnej i zacierać ślady przestępstwa.

    . . .

    Podczas sekcji zwłok Jerzego i Agnieszki N. medycy zwracają uwagę na twarze zmarłych. Pułkownika zastygła w wyrazie przerażenia. Agnieszki - niewyobrażalnego zdziwienia. Biegli określą zabójstwo, jako atak niefachowy ze strony szaleńca, który niektóre ciosy zadaje na oślep. Dodali także:

    Człowiek nie umiera szybko. To była prawdziwa walka o życie. Nie ma wątpliwości, że rodzice wiedzieli, kto ich morduje.

    . . .

    15 grudnia odbyła się wizja lokalna z udziałem młodych morderców. (zdjęcia) (filmik)

    Czułem się tak, jakbym stał obok i na wszystko tylko patrzył, a moim ciałem władał ktoś inny

    -mówił Kamil.

    . . .

    Odczytanie ustaleń prokuratury i policji na tym etapie śledztwa (trochę więcej szczegółów niż napisałam) -> filmik

    . . .

    18 grudnia odbył się pogrzeb 42-letniej Agnieszki i 48-letniego Jerzego N. z Rakowisk. (filmik)

    Kamil N. wiedział o pogrzebie swoich rodziców. Poinformowali go o tym funkcjonariusze aresztu śledczego w Lublinie, gdzie trafił. Oświadczył, że nie będzie w nim uczestniczył, nie złożył też formalnego wniosku o umożliwienie mu tego.

    . . .

    Zuza i Kamil zostali skierowani na obserwację psychiatryczną. Miało to pomóc w określeniu, czy w trakcie zabójstwa mieli zdolność rozpoznania swoich czynów i pokierowania swoim postępowaniem.

    Zuzanna spędziła na obserwacji miesiąc, a w przypadku Kamila potrwała ona dłużej, bo aż od 11 lutego do 7 kwietnia 2015 roku. Zespół biegłych psychiatrów i psychologów ze względu na trudności natury diagnostycznej poprosił o wydłużenie czasu obserwacji chłopaka i sąd się na to zgodził. Równolegle też przedłużył obojgu podejrzanym areszty.

    Według wydanej opinii u Zuzanny M. nie stwierdzono objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Natomiast ma ona nieprawidłowo kształtującą się osobowość z wyraźnymi cechami narcystycznymi oraz dyssocjalnymi (agresywność, skłonność do przemocy, chłód emocjonalny).

    U Kamila N. biegli także nie stwierdzili objawów choroby psychicznej, cech upośledzenia umysłowego ani innego rodzaju zaburzeń psychicznych. Badania oraz analiza materiału dowodowego nie ujawniały u niego także obecności cech charakterystycznych dla osobowości zależnej czy antyspołecznej.

    A więcccc - w chwili zarzucanych im czynów byli poczytalny, co oznacza, że mieli pełną zdolność rozpoznania znaczenia tego czynu i pokierowania swoim postępowaniem.

    . . .

    Śledczy zamierzają pozbawić Kamila N. prawa do spadku po rodzicach.

    Zebraliśmy już dowody, przede wszystkim odnośnie do stanu majątku państwa N. jak i zeznania ich rodziny. Ze względów procesowych wniosek o pozbawienia prawa do dziedziczenia Kamila N. wniesiemy do sądu, dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia

    - zaznaczał prokurator.

    W czerwcu Prokurator Okręgowy w Lublinie skierował do Sądu Okręgowego w Lublinie pozew o uznanie Kamila N. za niegodnego dziedziczenia. Kamil w odpowiedzi na pozew złożył do sądu wniosek. Napisał w nim, że zgadza się z pozwem prokuratury, jednak tylko w części dotyczącej babci i wujka ze strony matki. Wynika z tego, że chłopak nie chciał by spadek po jego rodzicach przeszedł również na siostrę i brata jego zamordowanego ojca. Uważał, że babcia i wujek byli bardziej zżyci z jego rodzicami i to oni ponieśli największą tragedię w tej całej zbrodni, dlatego do nich powinien trafić spadek.

    . . .

    23 czerwca 2015 roku Marcin S. i Linda M. (zdjęcie), pomocnicy zabójców z Rakowisk zostali skazani przez lubelski sąd. Marcin usłyszał wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 8 tys. zł grzywny, z kolei Linda została skazana na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 5 tys. zł grzywny.

    . . .

    12 sierpnia 2015 sąd uznał, że Zuzanna M. w 2013 r. kilkakrotnie doprowadziła dziewczynę poniżej 15. roku życia do obcowania płciowego i poddania się innym czynnościom seksualnym. Ponadto Zuzanna M. w styczniu 2014 r. dała dwóm małoletnim marihuanę. Została skazana na karę 2 lat więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd oddał ją na ten czas pod dozór kuratora i zakazał jej zbliżania się do pokrzywdzonej.

    pokaż spoiler (przecież i tak siedziała w pierdlu, to co za różnica (ಠ‸ಠ ))


    18 sierpnia 2015 ruszył wspólny proces Zuzy i Kamila, na który udało mi się wejść w charakterze publiczności (jakby ktoś nie wiedział - tak, można jeżeli sprawa jest jawna ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Zuzanna M. była w ciemnych okularach przeciwsłonecznych, miała grobową minę. Przytyła. A Kamil... Jego widok ścisnął mi serce. Nigdy w życiu nie widziałam takiej depresji na twarzy. Był załamany, a podczas czytania aktu oskarżenia płakał. Btw, strasznie ładny chłopiec. Wyprostowany jak struna. Kompletnie niepozorny, zlewający się z tłem.

    Czytanie aktu oskarżenia było przerażające. Te wszystkie szczegóły, w jaki sposób zginęli ci biedni ludzie było wręcz obrzydliwe i miałam wrażenie, że trwało w nieskończoność. Posłuchajcie sami -> link

    Obrońcy oskarżonych wystąpili o wyłączenie jawności procesu. Prokurator przychyla się do wniosku ze względu na dobro pokrzywdzonych (chodzi o dziadków Kamila N.), zostaliśmy wyproszeni z sali i trwała narada. Gdy zostaliśmy poproszeni z powrotem do środka, sąd oświadczył o swojej decyzji częściowego wyłączenia jawności procesu i musieliśmy już wyjść z sali na stałe.

    Następnego dnia odbył się drugi proces. Przesłuchanie Reginy O. - babci Kamila, Michała O. - jednego z członków jego rodziny i Katarzyny M. - matki Zuzanny, zajęło blisko 4 godziny. Ich zeznania były niejawne.

    Tutaj macie zeznania innych świadków, między innymi znajomych ze szkoły -> link

    . . .

    11 września rozpoczął się proces w sprawie spadku po rodzicach Kamila, a wyrok zapadł już na pierwszej rozprawie, na którą chłopak nie został doprowadzony z aresztu.

    pokaż spoiler (podejrzewam, że nie chciał)


    I jakżeby inaczej - Sąd Okręgowy w Lublinie uznał 18-latka za niegodnego dziedziczenia po swych rodzicach.

    . . .

    15 września odbyła się kolejna rozprawa w sprawie morderstwa w Rakowiskach, na której przesłuchano jedenaście osób: trzech świadków i ośmioro biegłych. (zeznania)

    W grudniu zapadł wyrok - po 25-lat z możliwością ubiegania się o przedterminowe wyjście po odbyciu dopiero 20-lat kary. (mowy końcowe Wyrok nie był prawomocny.

    Sprawa zabójców z Rakowisk trafia do Sądu Najwyższego po interwencji ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro chciał dożywocia dla sprawców. Uznał, że wyrok 25 lat więzienia dla Kamila N. i Zuzanny M. jest zdecydowanie za niski.

    W kwietniu 2016 sąd apelacyjny utrzymał wyrok.

    . . .

    Zarówno Zuzanna M., jak i Kamil N. wyrazili skruchę, mówili, że żałują tego co zrobili.

    Kamil w celi poprawia błędy językowe innych więźniów. Uprawia ćwiczenia gimnastyczne, prosi o szachy. Postanowił studiować psychologię biznesu. Z Zuza zrywa. Piszą do siebie listy.

    Kamil wie, że rodzice mu wybaczyli. Śni mu się, że go przytulają. To potwierdzenie. Zawsze mu wybaczali, gdy żyli. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

    Rodzina Kamila odwróciła się od niego, nikt go nie odwiedza.

    Do Zuzy przychodzi mama. Babcia wciąż uważa, że jej wnuczka jest niewinna.

    Dziewczyna wygrywa w więzieniu konkurs literacki. (link)

    . . .

    Dom po rodzicach Kamila N. został wystawiony na sprzedaż. Z tego co widzę, ogłoszenie nie jest już dostępne, ale tutaj są jeszcze zdjęcia -> klik

    (screen ogłoszenia)

    . . .

    Jeżeli macie jakieś pytania na temat tej zbrodni - piszcie śmiało. Śledziłam sprawę do od początku do końca. Jeżeli coś jeszcze przypomni mi się na jej temat, dodam w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #rakowiska #bialapodlaska #mariagoniewicz #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

  •  

    Kolejny list z Mezopotamii. Jak ktoś jest wrażliwy, to lepiej nie czytać, ale i w tych czasach były problemy z starym zjawiskiem przemocy wobec najsłabszych.

    Powiedz mojemu Panu: Twój sługa Bahdi-Lim wysyła następująco wiadomość

    Ciało małego dziecka, którego wiek ledwo przekraczał rok, zostało odnalezione przy starej grobli, znajdującej się powyżej grodzi na wale przeciwpowodziowym na rzecze Eufrates. Ciało dziecka zostało wypatroszone i pozbawione wnętrzności, a klatka piersiowa została położona na jego głowie i reszta ciała również była okaleczona do tego stopnia, że nikt nie może poznać czy było ono płci żeńskiej czy męskiej. Tego samego dnia, gdy dowiedziałem się o tym raporcie postanowiłem podjąć rygorystyczne działania. Przesłuchałem nadzorcę dzielnic mieszkalnej, rzemieślniczej oraz portowej, ale żaden właściciel dziecka, ojciec, matka, i żaden przesłuchiwany człowiek nie posiadał żadnych informacji na temat tego wydarzenia. Tego samego dnia wysłałem Bell-lu-dari do mego Pana z tą wiadomością. Podczas siedmiu dni podróży Bell-lu-dari przesłuchiwałem wielu, ale [koniec wiadomości]"

    The body of a small child which was hardly one year old was
    found lying in front of the old dike which is upstream from the
    lower ditch openings(?) on the embankment of the river (Euphrates).
    The body of the child was cut open at its waist and the [contents]
    of its chest were placed on its head and it was [mutilated]
    from head to foot. Nobody can tell whether it was male or female.

    Nothing is left from its middle down to its lower end. The very
    day I heard this report, I resorted to strict measures; I questioned
    the overseers of the city quarters, the craftsmen and the harbor(?)
    people, but neither any owner of this child nor its father or
    mother nor anybody who could [shed light] on this incident came
    forward. The very same day, I sent Bell-lu-dari to my lord with
    this news. Also during the seven days since I sent Bell-lu-dari, I
    have done much questioning but [end broken]"

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #archeologia #kryminalistyka #smoczautopia #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: ox.ac.uk

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Z okazji takiej, że właśnie (w końcu!) nauczyłam się wołać z mirkolist - dziś następny wpis. A jutro spodziewajcie się prawdziwej perełki na hasztagu polskiepato. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    TOMASZ IBROŃ, rocznik '90
    MARCIN PRZYBYSZ, rocznik '85

    Takie tam chłopki roztropki. Obaj od jakichś 8 lat za kratkami. Kolejny przepis na to jak spieprzyć sobie najlepsze lata życia - także słuchajcie uważnie!

    W marcu 2010 roku między północą, a godziną drugą nad ranem dwóch pijanych mężczyzn weszło się do mieszkania swojej 55-letniej sąsiadki. Wdowa znała oprawców, dlatego prawdopodobnie wpuściła ich do środka. Tomasz Ibroń (wtedy 19-latek) i Marcin Przybysz (24 l.) zgwałcili i brutalnie zamordowali kobietę - zaatakowali ją drewnianym kołkiem i dusili kablem od żelazka. Na koniec roztrzaskali jej głowę. Martwą matkę w kałuży krwi odnalazł jej syn, który w nocy wrócił do domu.

    Policja przyjechała na miejsce ok. godz. 2:30, a pół godziny później na nogach była już cała wieś - liczące nie więcej niż 100 mieszkańców Kaczkówko (woj. kujawsko-pomorskie).

    Policja zatrzymała podejrzanych około 5 godzin po morderstwie, wciąż byli pijani. Jeden miał 0,6, a drugi 1,5 promila alk. w wydychanym powietrzu. Po schwytaniu zostali osadzeni w policyjnym areszcie do wytrzeźwienia, a przesłuchani dopiero następnego dnia.

    Z artykułów internetowych wynika, że jeden z nich miał już na koncie rozboje i kradzieże, a nawet pobyt w więzieniu. Ale na ich profilach w Rejestrze nie ma uwzględnionego paragrafu na temat działania w warunkach recydywy. Może to tylko wiejskie ploteczki albo następny błąd systemu... Nie wiem.

    Według gazet (np. link) zostali skazani na 25 lat więzienia, według Rejestru - tylko na 15.

    To już drugi przypadek, który opisuję, w którym długość kary podanej do opinii publicznej jest dłuższa niż ta z zapisu w Rejestrze. Co o tym sądzicie? Błąd czy manipulacja? A może wyrok został zmniejszony po odwołaniu, ale o tym już gazety nie napisały? Sprawę uciszono?

    . . .

    A widziałam dziś matkę jednego z tych chłopaków, jak szła przez wioskę i płakała

    - powiedziała jedna z mieszkanek okolicy, w której doszło do morderstwa.

    Ja się dziwię, ci chłopacy pochodzą ze zwykłych, niczym nie wyróżniających się pełnych rodzin. To są zwykli szarzy ludzie, którym się nie najlepiej powodzi, jak to w wioskach popegeerowskich bywa, bez perspektyw na lepszą przyszłość. Oni mieszkali niedaleko tej kobiety, praktycznie wychowali się przy niej. W tym mieszkaniu po wszystkim to podobno straszny był widok, ale ja tego nie widziałam. To jest nie do opisania, co się tam wydarzyło, sprawa jak z filmów grozy. W ostatnich tygodniach już się o tym nie mówiło, każdy żył codziennością, a pewnie teraz, po wyroku znów będzie się o tym przez jakiś czas mówić, a potem znów każdy wróci do swoich spraw.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych
    pokaż całość

    źródło: ffffffffff.jpg

    +: lubie-sernik, yaah +853 innych
    •  

      @kvoka: Masz może jakieś informacje jak wyglądają powroty takich ludzi do domu po pobycie w więzieniu? Nie potrafię sobie wyobrazić jak tak bardzo stygmatyzowani ludzie odnajdują się potem w rzeczywistości. Na pewno część się przeprowadza, ale spora część takich ludzi nie ma na to środków. I co potem żyją obok rodziny osoby którą zamordowali? Chora akcja.

    •  

      @kvoka: Ciekawe są Twoje wpisy. Tak sobie teraz myślę.. Od czasu do czasu czytam na temat niewyjaśnionych spraw kryminalnych, morderstw, zaginięć, itd. Popaprane to trochę, ale mnie takie sprawy ciekawią. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Zainspirowałaś mnie do dzielenia się takimi znaleziskami na wykopie. Co sądzisz?

    • więcej komentarzy (131)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ADRIAN BYCZEK, rocznik '93

    Pierwszego dnia sierpnia 2014 roku w godzinach popołudniowych małoletnia Emila B. przyszła wraz z koleżanką Kingą L. do swojego mieszkania w Bogatyni (dolnośląskie). Po upływie około 30 minut do pokoju, w którym siedziały dziewczyny wpadł starszy brat Emilii - 21-letni Adrian. W ręce trzymał nóż kuchenny, którym zaczął dźgać siedzącą na kanapie siostrę. Zadał jej co najmniej 5 ciosów w przedramię i uda. Kinga L. zaczęła z przerażenia krzyczeć, co na chwilę odwróciło uwagę sprawcy i pozwoliło Emilii się uwolnić. Wówczas napastnik podszedł do Kingi i zadał jej 3 ciosy nożem - jeden w podbrzusze, a dwa w lewy bark. W tym czasie Emila podbiegła do drzwi wejściowych chcąc je otworzyć, jednak Adrian jej na to nie pozwolił i grożąc nożem popchnął ją do kuchni. Kazał wejść do pomieszczenia także Kindze. Tam podjął próbę gwałtu na swojej siostrze, a następnie na jej koleżance, co w obu przypadkach mu się nie udało ze względu na brak erekcji. Kinga usiłowała przekonać napastnika, aby je wypuścił, obiecując przy tym, że nikomu nie powiedzą o całym zajściu. W tym całym zamieszaniu, jednej z dziewczyn udało się wezwać pomoc, telefonując do swojej matki. Gdy kobieta dotarła do mieszkania, Adrian zablokował drzwi opierając się o nie. Dopiero, gdy Kinga L. odciągnęła go, udało się je otworzyć i uwolnić obie pokrzywdzone. Natychmiast powiadomiły policję.

    Adrian Byczek w czasie napadu mówił do przerażonych dziewczyn:

    chcę ludziom czytać w myślach

    oraz

    za to co zrobiłem innym, muszę popełnić samobójstwo albo ich pozabijać

    W związku z tym został skierowany na obserwację do zamkniętego oddziału psychiatrycznego. Po wnikliwej i dogłębnej analizie biegli sądowi orzekli, że w momencie popełniania czynów był poczytalny, nie jest upośledzony umysłowo, a jedynie symuluje chorobę psychiczną... ( ಠ_ಠ)

    W toku śledztwa ustalono także, że oskarżony w lipcu 2014, czyli niecałe dwa tygodnie przed atakiem na Emilię i Kingę, zaatakował na ulicy inną kobietę. Zrzucił ją z roweru, po czym złapał za nogi i przeciągnął po asfalcie. Usiłował zdjąć jej spodenki i zgwałcić, jednak w tym czasie podjechał samochód, który spłoszył zboczeńca.

    (zdjęcie obrażeń) (zdjęcie obrażeń)

    Przesłuchiwany przyznał się do zarzucanych czynów

    – mówiła prokurator. W tym przypadku także próbował się bronić symulując chorobę psychiczną:

    Wyjaśniał, że popełnił je dlatego, by inni ludzie nie czytali mu w myślach i dlatego, by sam mógł nauczyć się to robić

    1 czerwca 2015 zapadł wyrok - według prasy 12 lat pozbawienia wolności, a według danych z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym - 10 lat. W jednym są jednak zgodni - odbyło się bez śmiesznych kar pieniężnych.

    Po ogłoszeniu wyroku do mediów dotarła informacja, że oskarżony, w maju 2014 roku usiłował zgwałcić więzienną psycholog.

    W dniu 26.05.2014 roku do gabinetu Pani psycholog funkcjonariusze służby więziennej wprowadzili Adriana B. Do jej obowiązków należało bowiem między innymi udzielanie pomocy psychologicznej osobom wykazującym trudności przystosowawcze oraz oddziaływanie psychokorekcyjne wobec osadzonych. W gabinecie pokrzywdzona pozostała tylko z podejrzanym. W/w usiadł na krześle, po czym psycholog przystąpiła z nim do rozmowy. W trakcie jej trwania osadzony wstał gwałtownie z krzesła i bez słowa ruszył w jej kierunku. Następnie z dużą siłą popchnął pokrzywdzoną przewracając ją na podłogę i chwycił za ramiona uniemożliwiając jej jakikolwiek ruch. Kobieta zaczęła głośno wzywać pomocy. Na miejsce przybiegli funkcjonariusze służby więziennej, którzy obezwładnili napastnika.

    - mówił Prokurator Okręgowy.

    Adrian B. znów chciał uniknąć odpowiedzialności symulując chorobę psychiczną. Tłumaczył, że zaatakował psycholog, bo (uwaga, uwaga!) chciał

    nauczyć się czytać w myślach

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    (link)

    Wyroku za to przestępstwo także nie jest uwzględnione w Rejestrze, a nie sądzę by uszło mu to płazem. Może to jakiś błąd lub danie nie są aktualne, nie wiem...

    Adrian Byczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Wołowie.

    • • •

    Kilka miesięcy temu, gdy pierwszy raz natrafiłam na sprawę Adriana Byczka, udało mi się znaleźć na FB profil jego, siostry i owej Kingi. Dziś już nie było to możliwe. Ciekawe ilu poszkodowanych przez jakiegoś zboczeńca z rodziny czy bliskiego otoczenia, musiało zniknąć z mediów społecznościowych po opublikowaniu danych ich oprawców w Rejestrz Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, hm.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Sprawa zabójstwa Moniki G. z Rabki, która gościła w naszym programie w lutym 1999 r., być może na zawsze pozostałaby zagadką, gdyby nie nowa inicjatywa Policji. Otóż w niektórych komendach wojewódzkich utworzono wydziały, które zajęły się analizą starych, nie wykrytych spraw. Nazwano je nieformalnie "Archiwum X". Wydziały te odnotowały już kilka spektakularnych sukcesów. Jednym z nich jest właśnie sprawa mordu, popełnionego na 18-letniej dziewczynie w dziewiątym miesiącu ciąży.

    Monikę znaleziono 21 października 1998 roku w nadrzecznych zaroślach w pobliżu klasztoru w Rabce. Nie żyła. Miała zmasakrowaną twarz i rany rąbane ręki. Dziewczyna wyszła po kryjomu z domu nocą, była więc zapewne z kimś umówiona. W tej sprawie podejrzewano nawet jej ojczyma, o którego zatrzymaniu informowaliśmy we wrześniu 1999 r. Z braku dowodów został on jednak zwolniony.

    Sprawcą tego zabójstwa okazał się narzeczony Moniki. Zabił, bo będąca z nim w ciąży dziewczyna stanęła mu na drodze nowej miłości. Pewnego wieczoru chłopak zwabił ją nad strumień i tam zmasakrował tępym narzędziem. Sąd wydał już w tej sprawie wyrok: 25 lat pozbawienia wolności.

    #kryminalistyka #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Pytanie za 100 punktów. Jak długo moze rozkładać sie ciało czlowieka (tak aby zostały tylko kosci?) w lesie? Ckekawi mnie to, bo właśnie czekam na bagiety, bo znalazłem szczątki w lesie....
    #kryminalistyka #kryminalne #pytaniedoeksperta

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ LIPIŃSKI, rocznik '84
    SŁAWOMIR LIPIŃSKI, rocznik '90
    MARCIN MAŁOCHA, rocznik '92

    Ekipka z Lublina ( ͡~ ͜ʖ ͡°) Tych dwóch to bracia, ale w akcji, którą zaraz Wam opiszę brał udział także trzeci Lipiński, najmłodszy z pato rodu, który niestety na wpis do Rejestru się nie załapał.

    Z 24 na 25 maja 2012 roku trwał koncert w ramach Feliniady - takie juwenalia na lubelskiej dzielnicy Felin. Dwóch studentów czy tam uczniów - Adrian Z. i Adam G. poznało tej nocy najmłodszego z Lipińskich, 19-letniego Rafała, który zaproponował im amfetaminę. Małolat wziął od nich pieniądze, jednak towaru nie dał, za to uciekł z kompanami - 20-letnim Marcinem M. oraz swoimi braćmi 28-letnim Mariuszem i 22-letnim Sławkiem. Zbieg okoliczności sprawił, że po jakimś czasie wszyscy wpadli na siebie na koncercie, a okradzeni upomnieli się o swoją kasę, co strasznie rozwścieczyło złodziejską patole. Najpierw pobili Adriana, kradnąc mu czapkę, bluzę i telefon, a gdy udało mu się uciec, Rafał L. pobiegł za nim, a pozostali swoją agresję skierowali na drugiego z chłopaków. Podobno prym wiódł najstarszy Lipiński (który btw dwa miesiące wcześniej wyszedł z więzienia) - kazał ofierze klęknąć i zadowolić się oralnie. Pozostali trzymali go za ręce i bili.

    Mario dawaj, wsadź mu!

    - krzyczeli Sławomir L. i Marcin M. Mariusz L. zaś wtykał ofierze członka w usta, bijąc go po głowie i kopiąc.

    Musisz zrobić mi dobrze, bo cię zaj...bię!

    - syczał. A gdy chłopak opierał się, Mariusz wpadł w szał.

    Nie chcesz, to ja zrobię dobrze tobie!

    Razem z kolegami zdjął mu spodnie i zgwałcił szyjką od butelki po piwie.

    Chcąc kompletnie upodlić swoją ofiarę, dwaj bracia Lipińscy oddali na niego mocz.

    Sprawcy wpadli po niespełna dwóch tygodniach i trafili do aresztu. Marcin M. i Rafał L. przyznali się tylko do pobicia, dwaj pozostali twierdzili, że są niewinni. (link)

    Prokuratura Rejonowa w Lublinie oskarżyła wszystkich czterech o rozbój, a trzech z nich (oprócz Rafała L.) o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. (link) Dodatkowo Mariusz L. był wcześniej karany, więc odpowiadał jak recydywista.

    Proces ruszył w styczniu 2013 i ze względu na ochronę prywatności poszkodowanych toczył się za zamkniętymi drzwiami. (zdjęcie) Podobno na pierwszej rozprawie działy się niezłe dramy - przed salą sądową czekały karynki, jedna nawet przyszła z kilkuletnim dzieckiem, które próbowała pokazać przez uchylone drzwi.

    W lipcu 2013 zapadł wyrok - Mariusz L. 9 lat pozbawienia wolności, Sławomir L. 5, a Marcin M. 3. Każdy z nich ma także obowiązek zapłaty kary pieniężnej po tysiąc złotych dla każdego z pokrzywdzonych i po 3 tysiące dla zgwałconego chłopaka.
    Rafał L., który jako jedyny nie odpowiadał za gwałt ze szczególnym okrucieństwem, dostał karę 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Objęty został także dozorem kuratora, ma zakaz nadużywania alkoholu i przyjmowania środków odurzających. (link)

    Aktualnie starsi bracia Lipińscy przebywają wciąż za kratkami - starszy w Chełmie, młodszy w Hrubieszowie. Jeżeli dobrze liczę to młodszy (Sławomir) powinien niedługo wyjść.

    Marcin M. jest już na wolności, najprawdopodobniej przebywa w Lublinie i gra w gałę ( ͡° ͜ʖ ͡°) (link)

    Co u najmłodszej latorośli Lipińskich nie mam pojęcia.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: nnnnn.jpg

  •  

    Jak myślisz, co się dzieje z twoim ciałem po śmierci?

    Prawdopodobnie masz mgliste pojęcie lub nie do końca realistyczną koncepcję zmian, przez które twoje ciało zacznie przechodzić, kiedy przyjdzie po ciebie śmierć.

    Nie jesteś sam. Większość ludzi nie zna makabrycznego procesu ludzkiej śmierci i rozkładu. Dokładamy wszelkich starań, aby śmierć i jej następstwa pozostały poza zasięgiem naszego wzroku i umysłu.

    Tylko w Stanach Zjednoczonych około 70% ludzi umiera obecnie w szpitalach, domach opieki lub ośrodkach opieki długoterminowej, zamiast w domach. A kiedy już umrzemy, nasze ciała są konserwowane i pokrywane makijażem, jeśli w ogóle mają być oglądanie, a następnie zwykle skremowane lub pochowane w trumnie głęboko pod ziemią.

    Teraz, nawet wraz z rytualną praktyką ukrywania śmierci, ludzkie ciało wciąż poddaje się procesowi rozkładu, po prostu jest on opóźniony na krótki czas. I tak bardzo, jak staramy się utrzymać tę dekompozycję z dala od nas i naszego umysłu, jest grupa naukowców, którzy badają ją uważnie i blisko siebie.

    Analitycy sądowi i antropologowie starają się lepiej zrozumieć, w jaki sposób ludzkie ciało rozpada się po śmierci, aby mogli wykorzystać te informacje, by pomóc w rozwiązywaniu zabójstw, a nawet w dochodzeniach w sprawie ludobójstwa - w każdej sytuacji, w której szukamy informacji na temat tego, jak, kiedy i gdzie zmarła dana osoba.

    Jednak nawet dla tych naukowców, którzy poświęcają swoje życie temu rodzajowi pracy, niektóre aspekty ludzkiej dekompozycji pozostają tajemnicą. Aby pomóc naukowcom w odkrywaniu tych tajemnic, w ciągu ostatnich dziesięcioleci pojawiły się nowe rodzaje obiektów badawczych: trupie farmy.

    Przed pojawieniem się trupich farm, we wczesnych latach siedemdziesiątych naukowcy zajmujący się medycyną sądową konsultujący się w sprawach karnych, musieli polegać na badaniach przeprowadzonych głównie na tuszach świń (fizjologicznie podobnych do ludzi w porównaniu do innych zwierząt). Nawet teraz wiele krajów, poza Stanami Zjednoczonymi, nadal wykorzystuje tuszki wieprzowe do takich badań.

    Ale w 1972 roku, jeden człowiek - dr William Bass, radykalnie zmienił dziedzinę kryminalistyki, kiedy założył pierwszą trupią farmę na University of Tennessee w Knoxville.

    Bass wpadł na pomysł trupich farm w czasie, gdy został poproszony o konsultację w lokalnej sprawie. Policja zauważyła, że niedawny grób pułkownika Williama Shy'ego z czasów wojny secesyjnej był ostatnio naruszony, a trup w jego wnętrzu wyglądał zaskakująco świeżo. Podejrzewali, że ktoś niedawno został zamordowany, a następnie umieszczony w tym starym grobie, aby ukryć zbrodnię.

    Bass zauważył, że ciało wciąż było różowe i poinformował policję, że rzeczywiście wydaje mu się, że zwłoki z czasów wojny, zostały podmienione na nowe ciało, które miało mniej niż rok.

    Jednak, mylił się. Dalsza analiza zębów i ubrań zmarłego wykazała, że rzeczywiście był to William Shy, a jego ciało zostało zachowane dzięki balsamowaniu i szczelnie zamkniętej żelaznej trumnie.

    Biorąc pod uwagę, że Bass przestrzelił o ponad 100 lat, zdał sobie sprawę, że potrzeba więcej badań na temat rozkładu człowieka. Trupie farmy stały się odpowiedzią.
    Pierwsza trupia farma zaczęła działać na działce o powierzchni 1,3 akra na terenie uniwersyteckim, gdzie badacze pozostawiali ludzkie ciała na otwartej przestrzeni w celu rozpadu w różnych warunkach, aby wyniki można było obserwować i śledzić na bieżąco.

    Od tego czasu w innych częściach Stanów Zjednoczonych otwarto około pół tuzina podobnych gospodarstw, w tym jedno na Western Carolina University, drugie na Southern Illinois University i największe na świecie na Freeman Ranch w Texas State University.

    Na wielu różnych trupich farmach w Ameryce z biegiem lat, tysiące zwłok uległy rozkładowi pod czujnym okiem badaczy. Na samym uniwersytecie w Tennessee było ich ponad 1800 z przekazanymi w ramach darowizny 1700 szkieletów i 4000 osób, które zapisały się, by oddać swoje ciała po śmierci.

    A co dzieje się z tymi wszystkimi ciałami po przybyciu na farmy?

    Procedury mogą się nieco różnić, ale np. w stanie Teksas, proces przebiega w następujący sposób: po pierwsze, naukowcy wykonują pomiary i fotografie, a także pobierają próbki włosów i krwi. Następnie przyporządkowują ciału numer identyfikacyjny, wynoszą na dwór i umieszczają na ziemi, co najmniej kilka metrów od innych pobliskich ciał (w tym samym czasie znajduje się ich około 50 sztuk).

    Nie jest to tak proste, na jakie wygląda. Naukowcy układają ciało (zazwyczaj nago, ale nie zawsze) w określonym miejscu, zgodnie z rodzajem badań, które starają się wykonać. Czasami ciała pozostają w otwartym słońcu, innym razem w cieniu lub w wysokiej trawie, itp. Naukowcy czasami umieszczają ciała pod klatkami, aby uniemożliwić zwierzętom żer, takim jak sępy, które się zlatują, gdy nie ma innych ludzi. Ciała mogą również zostać ułożone bez klatki, aby personel mógł obserwować działanie zwierząt.

    Co więcej, badacze mogą umieszczać ciała w określonych miejscach, w których policja może znaleźć ciało w przypadku zabójstwa. Na przykład zwłoki mogą być pozostawione w zbiornikach wodnych, przywiązane do drzew lub nawet umieszczone w bagażnikach samochodowych.

    W międzyczasie stacja pogodowa monitoruje wszystkie istotne czynniki, w tym temperaturę, wilgotność, itd., podczas gdy naukowcy ściśle monitorują rozkład.

    Najważniejszym pytaniem - tym, które napędzało stworzenie wszystkich trupich farm, jest: co dzieje się z ludzkim ciałem, gdy się rozkłada? Odpowiedzi mogą się różnić w zależności od konkretnych czynników (temperatura, flora i fauna, itp.), które naukowcy biorą pod uwagę, ale podstawowy proces jest spójny.

    Kiedy człowiek umiera, najpierw płyn w jego komórkach wycieka, a bakterie natychmiast zaczynają ucztować. Bakterie następnie przekształcają płyny i ciała stałe wewnątrz ciała w gazy, które powodują wzdęcia ciała. Na tym etapie, osiągniętym w ciągu kilku dni po śmierci, ciało może nabrzmiewać do prawie dwukrotnie większego od stanu początkowego. W międzyczasie, bakteryjna produkcja siarki nadaje również ciału dziwny, żółtawy kolor, będący częścią procesu zwanego "marmurkowatością". Właśnie wtedy przybywają muchy i składają jaja, które wylęgają się i larwy zaczynają pochłaniać mięso. Robaki zaczynają od twarzy, co może prowadzić do zasuszonej, poczerniałej czaszki z rzeźbionymi, otwartymi rysami połączonymi z wciąż spuchniętym ciałem. Następnie, około trzech dni po śmierci, ciało wchodzi w fazę oczyszczania. Gdy ciało kurczy się, wyciekają z niego ciecze tak bogate w azot, że mogą zabić otaczającą trawę i pozostawić czarny obszar. Później robaki i bakterie pochłoną całe ciało w ciągu kilku tygodni. Proces ten pozostawia zwłoki, które wysychają do tego stopnia, że w sześć miesięcy po śmierci wszystko, co pozostaje, to kości, chrząstki i skóra, którą można pomylić z brudną odzieżą.

    Przed powstaniem trupich farm, naukowcy nie mieli okazji obserwować i monitorować opisanego powyżej rodzaju rozkładu ludzkiego w taki sposób, w jaki mogą teraz. Poza tym, że pomagają naukowcom w określeniu szczegółów opisanego powyżej procesu rozkładu, farmy umożliwiły naukowcom poznanie wielu rzeczy, które są zarówno fascynujące, jak i użyteczne w dochodzeniach policyjnych.

    Na przykład naukowcy opracowali lepsze szacunki czasu zgonu na podstawie gazów emitowanych z ciała, które z czasem uwalniają się w określonym modelu. Ponadto naukowcy mogą teraz lepiej określić warunki środowiskowe, które towarzyszą czyjejś śmierci i czy osoba na przykład miała na sobie ubrania. Widzieli, jak ciała ubrane i nieumyte rozkładają się w różnych warunkach środowiskowych i wiedzą, co dzieje się z ciałem w każdym przypadku.

    Przełomy dokonane na farmach mogą nawet pomóc władzom odnaleźć zaginione ciała. Naukowcy zajmujący się hodowlą organizmów znaleźli określone rodzaje substancji chemicznych, które gromadzą się wokół martwych ciał ludzkich, a jeśli te substancje znajdują się w danym miejscu, być może uda się znaleźć i ciało.

    Co więcej, badacze wykorzystali farmy, aby zrozumieć rodzaj łańcucha pokarmowego, zwanego martwiczym, który wchodzi w grę, gdy organizm ludzki ulega rozkładowi. Na przykład bakterie, które żywią się ciałem, mogą przyciągać pewne owady, które stają się ofiarą myszy, które stają się ofiarą, na przykład węży, itd.

    I choć ludzie umierają i rozkładają się przez tysiące lat od tysięcy lat, to dopiero w ostatnich kilku dekadach skonstruowaliśmy trupie farmy, które pozwoliły nam dokonać istotnych odkryć naukowych, takich jak te.

    W Polsce, niestety, nie ma takich miejsc i póki co, nie planuje się ich stworzyć.

    #julacontent #ciekawostki #medycyna #medycynasadowa #smierc #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: assets.rebelcircus.com 18+

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ANNA ŚCIBURA, rocznik '88

    Jedna z niewielu kobiet w Rejestrze i następny smutny przykład tego jak zmarnować sobie całe życie w młodym wieku.

    Laska jest z moich rodzinnych stron, pamiętam ją nawet ze szkolnego autobusu - filigranowa brunetka, całkiem ładna jak na wiejską karynkę. Nie wiem jaką wtedy była osobą, ale jej permanentny bicz fejs mógł już coś niepokojącego zwiastować.

    W sierpniu 2009 roku Anna (miała wtedy niecałe 21 lat) z Andrzejem W. (wtedy 33 latek) i według prasy 17to letnią Pauliną P, a według wiejskich plotek 15to letnią Magdą (・へ・) od rana doili alko i jeździli autem po okolicznych wsiach. Zajechali do zagajnika koło domu sąsiada Anny, Bogdana B. (48 l.), z którym najpierw rozmawiali i pili wódkę, a potem doszło do kłótni. Według Anny, Bogdan zaczął je bezczelnie podrywać i zbytnio się spoufalać, co rozwścieczyło dziewczyny - razem z Pauliną P. (czy tam Magdą) zaczęły go bić i kopać. Skakały na niego z maski samochodu łamiąc żebra, obojczyk i nos. Jak wynika z akt śledztwa Andrzej W. i Paulino-Magda przytrzymali ofiarę, a Anna Ś. zdjęła mu spodnie i bieliznę, i stanęła nad nim z drewnianym kołkiem w ręku. Zamachnęła się, z całych sił wbiła kij w odbyt ofiary i złamała. Pięciocentymetrowy kawałek drewna został w jamie brzusznej Bogdana B. i rozerwał mu wnętrzności. Mężczyzna z bólu zemdlał, a ekipka pijanych oprawców próbowała przysypać go ziemią czy tam przykryć gałęziami, aż w końcu zrezygnowali i uciekli. Zalanego krwią Bogdana B. znaleźli okoliczni mieszkańcy. Trafił do szpitala w Lublinie (link do rozmowy z nim) i przeszedł kilka ciężkich operacji, ale niestety po dwóch miesiącach cierpień zmarł.

    Anna i Andrzej usłyszeli zarzut zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. Nieletnia Paulina/Magda odpowiadała przed sądem dla nieletnich. (link)

    W listopadzie 2010 roku zapadł wyrok - po 12 lat pozbawienia wolności i 8 tys. zł zadośćuczynienia rodzinie zamordowanego. Anna odsiaduje swój w Zakładzie Karnym numer 1 w Grudziądzu, Andrzej w Opolu Lubelskim i najprawdopodobniej wyjdą już za 3 lata. (link)

    Co z tą Pauliną czy jak jej tam było - nie wiem. Odpowiadała przed sądem dla nieletnich, podobno zamknęli ją w jakimś ośrodku.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #lublin #motycz #patologiazewsi #patologiazmiasta #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    62 lata temu…

    30 sierpnia 1956 roku w Krakowie skazał na karę śmierci Władysława Mazurkiewicza, pierwszego seryjnego mordercę w powojennej Polsce. Ówcześni dziennikarze nazwali go „Eleganckim mordercą”, jednak milicjanci woleli mówić o nim „Upiór krakowski”.

    Mazurkiewicz był człowiekiem niezwykle bogatym i powszechnie szanowanym. Jeździł luksusowym samochodem i pachniał drogimi, zachodnimi perfumami. Zabawny, przystojny, dobrze wychowany i zawsze elegancki, wzbudzał podziw wśród mężczyzn i zachwyt kobiet. Nikt nie domyślał się, że przez 15 lat „dorabiał” sobie jako seryjny morderca. Nie zabijał, aby wyładować swoje frustracje. Nie chodziło mu o zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb. Był na to wszystko zbyt dumny. On po prostu zabijał dla zysku.

    Już w czasie wojny, dzięki dobrym układom z gestapo, czuł się bezkarny. Pierwszej zbrodni dokonał w roku 1940. Swoje ofiary truł cyjankiem potasu. Truciznę podawał w herbacie lub w kanapkach z szynką. Po zabójstwie zabierał pieniądze i biżuterię, a ciała topił w Wiśle. Wyjątek zrobił tylko dla swoich dwóch sąsiadek, których ciała zamurował w podłodze swojego garażu.

    Wkrótce Mazurkiewicz zamienił truciznę na pistolet. Swoim ofiarą strzelał w głowę. Uważał, że tak było prościej i szybciej. We wrześniu 1955 roku popełnił jednak błąd, który zaprowadził go na szubienicę. Podczas podróży samochodem z Zakopanego do Warszawy, jego współpasażer zasnął. Mazurkiewicz postanowił to wykorzystać. Zatrzymał się i strzelił do niego.

    Kula utkwiła w czaszce ofiary, ta jednak nieświadoma niczego nadal żyła. Wystraszony hukiem wystrzału biznesmen uciekł. Po kilku dniach zgłosił się do lekarza z bólem głowy. Podczas badania znaleziono w jego głowie kulę, a oskarżenia padły na Mazurkiewicza.

    W toku śledztwa odkryto, czym naprawdę zajmował się szanowany dżentelmen, który latem 1956 roku stanął przed sądem. Najpierw Mazurkiewicz nie przyznał się do winy, jednak po przedstawieniu niepodważalnych dowodów zmienił nastawienie. Od tego momentu z dumą opowiadał o swoich morderstwach. Przyznał się do zabójstwa 30 osób, w większości kobiet.

    Udowodniono mu jedynie 6 zabójstw. To jednak wystarczyło, aby skazać go na śmierć. W sądzie podczas procesu Mazurkiewicz zachowywał się dostojnie. Był dumny ze swoich czynów, uśmiechnięty, grzeczny i elegancki. Taki sam też podszedł do szubienicy, pod koniec stycznia 1957 roku.

    Historia pierwszego polskiego seryjnego mordercy ma swoje barwne zakończenie. Zapytany o ostatnie słowo, „Elegancki morderca” uśmiechnął się i ukłonił wszystkim, po czym powiedział:

    „Do widzenia panowie! Niedługo spotkamy się tam wszyscy!”

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #seryjnimordercy #polska #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kryminalne #kryminalistyka #kalendarium #historiajednejfotografii
    pokaż całość

  •  

    Obywatel X. Bardzo dobry kryminał. Jeśli ktoś interesuje się kryminalistyką, na pewno kojarzy Andrieja Czikatiło - seryjnego mordercę o którym opowiada film. Miał on na koncie 53 ofiary, zamordowane w brutalny sposób. Mimo, iż dość szybko wykryto jego zbrodnie, to przez bardzo długi czas pozostawał nieuchwytny, przez nieomylność Związku Sowieckiego.
    Świetna obsada i fantastycznie zaprezentowany klimat tamtych czasów. Film dostępny na #hbogo.
    #film #kryminalistyka #filmnawieczor
    pokaż całość

  •  

    Funkcjonariusze niestniejacego w akcji. Wstrząsający raport w USA: W ciągu 70 lat w Pensylwanii 1000 dzieci padło ofiarą księży-pedofili.
    Raport zawiera wiele bulwersujących opisów znęcania się nad dziećmi: jeden z księży dopuszczał się gwałtów na pięciu dziewczynkach będących siostrami - najmłodsza miała zaledwie 1,5 roku, inny duchowny kilkanaście razy zmusił do innych czynności seksualnych 10-letniego chłopca, powodując u niego uszkodzenia kręgosłupa i przedwczesną śmierć, z kolei grupa księży z jednej z diecezji w stanie Pensylwania zmuszała nastolatka do pozowania nago na krzyżu - księża z lubością fotografowali się na tle tej sceny ukrzyżowania, co obecnie stanowi "uzupełnienie" dokumentacji tego przestępstwa.

    W ocenie organizacji "Odpowiedzialność Biskupów" (Bishop Accountability) w latach 1950-2016 w Stanach Zjednoczonych ok. 6721 księży dopuściło się przestępstw seksualnych wobec nieletnich. Liczba dziecięcych ofiar molestowania szacowana jest na ok. 18 565 osób.

    Opinia publiczna, a następnie - władza, zaczęła się interesować sprawami wykorzystywania seksualnego dzieci przez kler po sprawie kardynała Bernarda Lawa, który w 2002 roku zrezygnował z funkcji arcybiskupa Bostonu po ujawnieniu, że przez lata tuszował przypadki pedofilii wśród tamtejszych księży.

    https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/newsamp-wstrzasajacy-raport-w-usa-w-ciagu-70-lat-w-pensylwanii-1000-,nId,2619142?__twitter_impression=true

    #katolicyzm #chrzescijanstwo #kler #pedofilia #kryminalistyka #zboczence #mendy #mafia #swiat #ateizm #usa #rakcontent #neuropa #bekazkatoli #japierdole
    pokaż całość

    źródło: ncregister.com

  •  

    Chciałbym przypomnieć tragiczną historię 23-letniego policjanta Grzegorza Załogi, zastrzelonego na służbie w Będzinie w nocy z 9 na 10 sierpnia 2003. Właśnie mija 15 lat. Choć nie są to wydarzenia z jakichś bardzo zamierzchłych czasów, to jest to historia niczym z filmów sensacyjnych.
    Mieli te same imiona i niemal tyle samo lat, ale poszli w życiu całkowicie inną drogą. Grzegorz Skowroński został gangsterem, Grzegorz Załoga policjantem. W sierpniu 2003 roku ich ścieżki skrzyżowały się na będzińskiej ulicy. 23-letni policjant ruszył w nocną pogoń za przestępcą, który właśnie napadł na człowieka. Uciekający strzelił funkcjonariuszowi prosto w głowę. Załoga zginął, a bandyta przepadł jak kamień w wodę. Rozpoczęła się obława. Gangster z kolegami uciekali czarnym, skradzionym audi 80. Namierzono ich dopiero po kilku dniach w Bielsku-Białej. Policja nie chciała strzelaniny w centrum miasta i dopiero gdy samochód nie zatrzymał się na blokadzie, padły strzały. Skowroński dostał w pierś, wtedy kumple porzucili go w samochodzie i znikli. Przy rannym znaleziono kałasznikowa, rewolwer i materiał wybuchowy z mechanizmem zegarowym.
    Kiedy młody policjant, opłakiwany przez rodziców i siostrę spoczął na cmentarzu, bandyta walczył o życie. Lekarze robili wszystko, żeby go ratować. Leczenie kosztowało 100 tys. zł, ale Skowroński nie zapłacił z tej sumy ani grosza; nie był ubezpieczony. Rachunek musiała uregulować prokuratura.
    Na procesie zabójca mówił, że strzelił przypadkowo. Ale nosił ze sobą broń, strzelił do policjanta co najmniej trzy razy. Tego fatalnego dnia pił ze znajomymi już od rana; gdy wieczorem wracał do domu, wpadł w złość, że psy w jednej z posesji na ulicy Krakowskiej za głośno szczekają. Zadzwonił do drzwi domu, właściciel mu otworzył, a wtedy Skowroński rzucił się na niego z pięściami. Skatowany mężczyzna wezwał policję. Przyjechał Grzegorz Załoga.

    W będzińskiej policji pracował od niedawna; właśnie zamierzał iść na studia. Syn sołtysa we wsi Hutki-Kanki; postawny, prawie dwa metry wzrostu, wysportowany. Ojciec wspominał, że zapowiadał się na świetnego policjanta. Miał dobrą kondycję i odporną psychikę, nigdy nie działał impulsywnie. Podawał przykład, że gdy kiedyś otruto im w stawie ryby, Grzegorz przyjął to spokojnie i zaczął logicznie myśleć, jak mogło do tego dojść. Zdaniem ojca, syn na pewno, w dniu swojej śmierci też działał odpowiedzialnie. Zdawał sobie sprawę, że chodzi o agresywnego przestępcę, którego należy powstrzymać. Bardzo tego chciał. I miał rację, naprawdę chodziło o gangstera, powiązanego z grupą sławnego "Krakowiaka". Skowroński nie zachował się jak pijany awanturnik, tylko jak gangster. Strzelał do policjanta.Zabił.

    Z jego broni zginął nie tylko Grzegorz Załoga. Po badaniach balistycznych okazało się, że dwa lata temu zastrzelono nim przechodnia na ulicy Bankowej w Katowicach. Sprawcy nie ujęto.
    "DZ" dotarł do rodziny gangstera. Konkubina mówiła, że nie wie, czym zajmował się ojciec jej dwojga dzieci. Chyba pracował na budowie, ale nie lubił pytań, skąd ma pieniądze. Utrzymywał rodzinę na dobrym poziomie, nie musiała pracować. Jeśli nawet podejrzewała, że robi czasem jakieś nieczyste interesy, to nigdy nie sądziła, że jest w gangu. Przyznała jednak, że ostatnio był nerwowy. Uprzedzał nawet, że będzie rzadziej bywać w domu. Dowiedziała się potem, że prokuratura szykowała przeciwko niemu oskarżenie o uprowadzenie ludzi, napady rabunkowe i udział w zbrojnym gangu. Był poszukiwany listem gończym.

    Siostra Skowrońskiego tłumaczyła, że mieli trudne dzieciństwo. Matka zmarła, a ojciec był przestępcą. Grzegorz zaopiekował się siostrą, wyglądało na to, że będzie inny niż ich ojciec. Nie pytała, w jaki sposób bez wykształcenia, bez zawodu zdobywa pieniądze. Ale dzięki niemu skończyła liceum. Kiedy się okazało, że to on zabił policjanta, była w szoku. Coś jednak jej mówiło, że to może być prawda. Ostatnio był zestresowany, tajemniczy, więcej pił.

    Skowroński od wczesnej młodości kradł, bił i napadał. Grzegorz Załoga poświęcał się nauce i pracy; remontował samochody, traktory, hodował ryby, uprawiał pole. Jego ojciec długo pracował za granicą, był spawaczem . Kiedy wyjeżdżał, Grzegorz zostawał z matką. Spadło na niego wiele obowiązków, ale dobrze sobie radził ze wszystkim.Bardzo kochał rodziców. Lubił, jaka mama szykuje mu śniadania. Miał 23 lata, gdy zginął. Dla matki właściwie był jeszcze dzieckiem. Po jego śmierci załamała się.

    Katowicki Sąd Okręgowy skazał Grzegorza Skowrońskiego na 25 lat więzienia. Sędzia uznał, że oskarżony liczył się z tym, że strzelając, może zabić człowieka. Apelacja nie zmieniła wydanego wtedy wyroku.

    - Przepraszam za tę śmierć, nie chciałem zabić - mówił Skowroński. Ojciec Grzegorza Załogi nie uwierzył mu w ani jedno słowo. - Ale to bez znaczenia, bo i tak nic mi nie zwróci syna - powiedział naszej gazecie. GKM

    http://zawiercie.naszemiasto.pl/artykul/historia-grzegorza-zalogi,2461225,art,t,id,tm.html
    #gruparatowaniapoziomu
    #policja
    #kryminalistyka
    #zaglebie
    pokaż całość

  •  

    Skazany na karę śmierci. Mirosław S. zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił

    - Ta dziewczynka miała tylko 10 lat. Mirosław S. ją zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił - wspomina emerytowany policjant. Do tej okrutnej zbrodni doszło latem 1990 roku we wsi Krzeszna na Kaszubach. Sprawca żyje, przebywa w ośrodku w Gostyninie. I zna dane osobowe 8-latki z domu dziecka w Toruniu. O tym, że groźny przestępca, izolowany w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, otrzymał dane 8-latki z domu dziecka „Młody Las” w Toruniu, piszemy od tygodnia. Dziś ujawniamy, czego się dopuścił w 1990 roku.

    Do zbrodni doszło 12 sierpnia 1990 roku we wsi Krzeszna. To letniskowa miejscowość, położona w samym sercu Kaszub, dokładnie w gminie Stężyca, w powiecie kartuskim. W czasach PRL-u tutejsze jeziora (Krzeszna leży u zbiegu Ostrzyckiego i Potulskiego) dosłownie oblepione były wypoczynkowymi ośrodkami zakładowymi.
    - Do jednego z takich ośrodków przyjechali też ci rodzice z 10-letnią dziewczynką - wspomina emerytowany już policjant z tej gminy, do którego udało nam się dotrzeć. - Pamiętam, że lato 1990 roku było całkiem ładne. W tamte dni bardzo dużo dzieciaków praktycznie nie wychodziło z jeziora. Rodzice spokojnie puszczali je w miejsca, gdzie była mielizna. Ta 10-latka też tam się bawiła... Mirosław S., wówczas koło trzydziestki, podpłynął do bawiących się dzieci łódką. Był w samych kąpielówkach. Zapraszał dzieci na łódź, ale chętnych nie było. W końcu zgodziła się ta jedna dziewczynka. Zrobiła to mimo protestów młodszej, 6-letniej towarzyszki zabaw, która przypominała jej, że „miała już wracać do domu, rodzice kazali”. Mirosław S. z dziewczynką wypłynął z Jeziora Potulskiego w kierunku Jeziora Ostrzyckiego. Akweny ta łączy „rzeczka”, jak mówili miejscowi. Przepłynęli ją spokojnie, dobili do brzegu i tutaj mężczyzna wysadził 10-latkę. Tak, jak jej obiecał - stąd miała już bliżej do kwatery. - Mała ubrana była tylko w strój kąpielowy. Weszła już między szuwary, a on najpewniej odprowadzał ją wzrokiem. Jakiś impuls kazał mu z tej łodzi zejść i pobiec za dziewczynką. Udusił ją i zaciągnął do łodzi - relacjonuje emerytowany policjant. - Potem zgwałcił ją kilka razy, już jako nieżywą. Z tego, co pamiętam, przyznał się do zgwałcenia jej jeszcze nazajutrz.

    Rodzice 10-latki zaalarmowali miejscowy komisariat o zaginięciu córki, gdy dziecko nie wróciło na noc. Aby pomóc miejscowym policjantom w poszukiwaniach, do Krzeszny przyjechały posiłki z komendy wojewódzkiej. - Bardzo pomogła nam wtedy ta 6-letnia dziewczynka, która widziała, jak 10-latka wsiadała z Mirosławem S. do łodzi. Potrafiła go opisać, nawet jego kąpielówki. Szukaliśmy jego i żywej lub martwej dziewczynki - wspomina emerytowany policjant. Nasz rozmówca nie pamięta, czy Mirosław S. był w Krzesznej na wakacjach, czy też tam pracował. Z dokumentów wynika, że miejscem zbrodni był Ośrodek Wypoczynkowy Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej. - Pamiętam, że jak do niego dotarliśmy, miał u siebie zakrwawiony ręcznik. Tłumaczył, że to po goleniu okolic krocza. Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, by zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi - relacjonuje policjant - A krew na ręczniku, jak się później okazało, była krwią tej dziewczynki... Skazany na śmierć Mirosław S. w obecności śledczych przyznał się do zbrodni. Do szyi ofiary przywiązał kawał metalu (prawdopodobnie był to kawałek szyny), a potem zwłoki wrzucił do jeziora. - Ale wypłynęły. Znaleźliśmy je. Pamiętam, jak przyjechał prokurator - wspomina nasz rozmówca. W 1991 r. ówczesny Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Mirosława S. na karę śmierci. Dlaczego jej nie wykonano? Jak S. trafił do ośrodka w Gostyninie?

    - Szczurek. No, taki mikry, chudy. Najwyżej 60 kilogramów ważył. Niepozorny facet. Tak zapamiętałem tego Mirosława S. - wspomina emerytowany policjant z Kaszub. W tamtych czasach, a przecież mówimy raptem o 1990 roku, praca śledczych różniła się mocno od obecnej praktyki. Badania DNA w Polsce raczkowały. Z dziećmi starano się postępować z wyczuciem, choć przesłuchiwanie w specjalnych pokojach, w obecności psychologa, było melodią przyszłości. 6-letnią dziewczynkę, która widziała, jak ofiara Mirosława S. wsiadała do jego łódki, rozpytywano inaczej.
    - Bardzo nam ta malutka pomogła, bo dużo pamiętała. Jak już dotarliśmy do Mirosława S., to trzeba było zrobić okazanie, czyli pokazać dziecku tego mężczyznę w towarzystwie przynajmniej dwóch podobnych. No, trochę się namęczyliśmy, żeby tych dwóch mikrych znaleźć - wspomina policjant emeryt. Z rodzicami dziewczynki było uzgodnione, jak rzecz będzie przebiegała. Oczywiście, o żadnych strasznych podejrzeniach dziecku nie mówiono. Umowa była taka, że jeśli rozpozna „pana od łódki”, to do niego podejdzie i poda mu rękę. - Długo się nie zastanawiała. Podeszła do Mirosława S. i chwyciła za rękę. Oczywiście, istotne były też jej zeznania. Pamiętam, że z wdzięczności podarowaliśmy jej później książkę z dedykacją - przypomina sobie mundurowy. Nie zapomni jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że Mirosław S. miał u siebie pisemka pornograficzne. Każdej kobiecie wydłubał krocze. Agresywnie, z impetem. Scyzorykiem albo cyrklem jakimś. - No, normalne to to nie było - komentuje nasz rozmówca. Rzecz druga to żal. Ten człowiek naprawdę go okazywał. Nie potrafił wytłumaczyć racjonalnie, co popchnęło go do okropnej zbrodni. Gdy z amoku otrzeźwiał, autentycznie żałował. Potwierdzą to potem śledczy i sąd. Akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S. kierowała do sądu Prokuratura Rejonowa w Kartuzach. Proces toczył się przed ówczesnym Sądem Wojewódzkim w Gdańsku. Oskarżycielem posiłkowym był ojciec 10-letniej ofiary. - 12 grudnia 1991 roku Mirosław S. skazany został na karę śmierci. Karą dodatkową było pozbawienia praw publicznych na zawsze - informuje sędzia Tomasz Adamski, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Gdańsku.

    Podkreślmy, że surowszej kary w Polsce nie było. Od tego wyroku jednak 20 marca 1992 roku rewizję wniósł obrońca oskarżonego. - Na rozprawie rewizyjnej sytuacja przedstawiała się następująco. Obrońca poparł rewizję, prokurator wnosił o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności, a oskarżyciel posiłkowy o utrzymanie wyroku w mocy. Sam oskarżony natomiast prosił o danie mu szansy - relacjonuje sędzia Tomasz Adamski. W wyniku rewizji Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrokiem z 27 maja 1992 roku zmienił wyrok i skazał Mirosława S. na karę 25 lat wiezienia. Orzekł też pozbawienie go praw publicznych na 10 lat.

    Mirosław S. trafił do ośrodka w Gostyninie tuż po tym, jak skończył odbywać karę 25 lat więzienia. W placówce umieszczono go na podstawie tzw. ustawy o bestiach. - 23 kwietnia 2015 roku (pod koniec odbywania kary - przyp. red.), po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał mężczyznę za osobę stwarzającą zagrożenie. Dlatego umieszczono go w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie - wyjaśnia sędzia Adamski.

    Z tego ośrodka właśnie na przełomie marca i kwietnia Mirosław S. dzwonił do domu dziecka „Młody Las” w Toruniu. Oferował przepisanie na jakieś dziecko swojej polisy ubezpieczeniowej. Pracownica podjęła temat. Telefonów było kilka. Ostatecznie, jak twierdzi dyrekcja, dane wytypowanej przez siebie 8-letniej dziewczynki przekazała przez telefon agentowi ubezpieczeniowemu. - Agent wyraźnie wymienił już nazwę ośrodka w Gostyninie. Wtedy pracownicy powinna zapalić się czerwona lampka - przyznaje Anna Czeczko-Durlak, dyrektor „Młodego Lasu”. W kwietniu Mirosław S. przysłał 8-latce imiennie zaadresowane życzenia urodzinowe. Według naszego informatora, dziewczynka cieszyła się z „życzeń od wujka”. Potem przestępca wysłał jeszcze 8-latce dwie paczki. W jednej była lalka. Te już na pewno do rąk wychowanki nie trafiły.

    Sprawą poważnie zainteresował się Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. To m.in. za jego sprawą udostępnienie danych osobowych 8-latki zaczęto w ogóle formalnie wyjaśniać. Dodajmy, że dziewczynka nie jest sierotą. Urząd Miasta Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, który bezpośrednio nadzoruje dom dziecka, zarządził w nim kompleksową kontrolę. Anna Czeczko-Durlak zobowiązana została do przeszkolenia pracowników w zakresie udostępniania danych osobowych dzieci. Ma też opracować procedury postępowania z darczyńcami. Sprawę udostępnienia danych bada też toruńska prokuratura. A Mirosław S.? Być może wspomina czasem Toruń. Tutaj dorastał, chodził - jak sam twierdzi - do szkoły specjalnej. Ostatni jego toruński adres pobytu to pewna ulica na lewobrzeżu. Kilka lat temu wzniesiono tutaj nowe bloki socjalne.

    Źródło i pełny tekst

    #mordercy #historiemordercow #pedofilia #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Czyżby większość wykopków miała zadatki na Kubę Rozpruwacza? ( ಠ_ಠ) #kryminalistyka #profilowanie #zbrodnia #przegryw #psychologia

  •  

    Wykopki, polecicie mi jakieś kanały na yt o sprawach kryminalnych? Coś w typu stanowo, że facetka bajdurzy dość długo i można sobie w tle oglądać, a nie jakieś 10 min filmiki. Thank you from the mountain
    #youtube #kryminalne #kryminalistyka #pytanie #kiciochpyta

  •  

    Zabójstwo Mirosława Majora, dyrektora KWK Staszic w Katowicach w listopadzie 1994

    Katowice jest największym miastem i stolicą woj. śląskiego. Za komuny większość mieszkańców Katowic pracowała w przemyśle. Najwięcej pracowało w kopalniach węgla kamiennego. W 1968 8% produkcji węgla kamiennego w Polsce pochodziła z katowickich kopalń. Po II wojnie światowej w Katowicach fedrowało 7 kopalń: Katowice, Kleofas, Wujek, Eminencja (bardziej znana jako Gottwald), Wieczorek, Boże Dary i Murcki. W 1964 na polach rezerwowych KWK Wieczorek powstała KWK Staszic. Dzisiejszy wpis będzie o morderstwie związanym z tą kopalnią.

    KWK Staszic dzisiaj jest ruchem KWK Murcki-Staszic, należącej do Polskiej Grupy Górniczej. O budowie tej kopalni zaczęto myśleć w połowie lat 50. Budowa zaczęła się w 1958. Wydobycie rozpoczęto 20 lipca 1964 r. 5 lipca 1978 r., dochodzi do wybuchu metanu, w wyniku której 4 górników zginęło, a 13 zostało rannych. Podczas stanu wojennego dochodzi do pacyfikacji kopalni. W 1993 KWK Staszic staje się częścią Katowickiego Holdingu Węglowego. Samodzielność kopalnii dobiega końca w 2010, kiedy zostaje połączona z KWK Murcki. Tyle słowem wstępu o Staszicu.

    20 listopada 1989 dyrektorem KWK Staszic zostaje dr inż. Mirosław Major. W końcowym roku rządów Majora załoga Staszica liczyła ok. 5700 osób, a wydobycie kształtowało się na poziomie 3,67 mln ton rocznie. W trakcie rządów wprowadził także rygorystyczny regulamin sprzedaży węgla, dzięki czemu na sprzedaży zyskiwała tylko kopalnia i KHW.

    24 listopad 1994 r. Przed kopalnią Staszic czeka długi sznur ciężarówek na załadunek węgla, rekordziści czekają po kilka dni. O 9:30 Mirosław Major zaprasza na spotkanie Ryszarda M., dyrektora firmy handlującej częściami do maszyn górniczych. Mają omówić ważny kontrakt. Kiedy poproszona przez dyrektora Staszica sekretarka idzie nastawić do kuchenki nastawić wodę na kawę, do sekretariatu wpada szczupły mężczyzna w jasnym płaszczu. Bez pukania wchodzi do gabinetu dyrektora. - Panie dyrektorze, mam do pana sprawę - woła mężczyzna. Major wpatruje się w gościa, który wyjmuje z kieszeni rewolwer i krzyczy: "To za to, co mi pan zrobił". Napastnik oddaje trzy strzały. Mirosław Major umiera na miejscu. Sprawca wychodzi z gabinetu i taksówką kieruje się do centrum Katowic. Następnego dnia jego zdjęcia trafiają na pierwsze strony gazet z dopiskiem "Poszukiwany".

    Mirosław Major to pierwszy w historii polskiego górnictwa dyrektor kopalni, który został zastrzelony w miejscu pracy. - Zabiła go mafia węglowa, bo wprowadził rygorystyczny regulamin sprzedaży węgla i odciął od zysków pośredników. Wykonano na nim wyrok, to miała być przestroga dla innych- mówił po śmierci Majora Andrzej Polak, szef "Solidarności" w kopalni Staszic. Ze względu na ten kontekst w śledztwo policji włącza się Urząd Ochrony Państwa.

    Kwadrans po śmierci dyrektora śledczy znają już nazwisko zabójcy. - Strzelał Zbigniew Manecki - mówi przybyłym na miejsce zdarzenia Ryszard M., bezpośredni świadek zabójstwa. Jego słowa potwierdza roztrzęsiona sekretarka dyrektora. - Przyszedł rano, chciał się pilnie widzieć z szefem, ale nie był umówiony, więc go nie wpuściłam. Do gabinetu wtargnął, gdy poszłam zaparzyć kawę. Jak tam weszłam, dyrektor leżał już na ziemi, a powietrze śmierdziało spalenizną - zeznaje Janina D.

    Zbigniew Manecki na Śląsk przyjechał pod koniec lat 70. z Kielc do pracy w kopalni. Z żoną i dwójką dzieci mieszka na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach. W 1989 zakłada spółkę Mercurius i dzierżawi od Staszica Karczmę Śląską. Jej klienci, oprócz przyjemności skosztowania np. rolady i modrej kapusty, mogą skorzystać z egzotycznej na owe czasy atrakcji. Panie oferują im masaże relaksacyjne.

    Na początku interes idzie świetnie, ale Manecki zaczyna mieć problemy z płatnościami. Zaległości za dzierżawę karczmy sięgają kilkudziesięciu tysięcy nowych złotych. Kopalnia wytacza mu sprawę i zdobywa sądowy nakaz zapłaty. 23 listopada 1994 r. Manecki odbiera na poczcie kolejne ponaglenie dotyczące spłaty zadłużenia.

    Kryminalni szybko ustalają jego adres, ale Manecki zdążył się pożegnać z żoną i wyjechać. Oburzeni działacze górniczej Solidarności przesyłają do MSW oraz kancelarii prezydenta RP oświadczenie: "Wyrażamy zaniepokojenie i oburzenie z powodu nieudolnego prowadzenia śledztwa".

    Katowicki Holding Węglowy, właściciel KWK Staszic, funduje nagrodę za udzielenie informacji o miejscu pobytu Maneckiego w wysokości 200 milionów złotych (po denominacji kwota wynosi 20 tysięcy złotych).

    Kilka godzin po zabójstwie Policja namierza Piotra Siarę, taksówkarza który przywiózł Zbigniewa Maneckiego na miejsce zbrodni. Kiedy przywiozłem go pod kopalnię, powiedział, żebym poczekał, bo nie zabawi tam długo. Czytałem gazetę, usłyszałem trzy wystrzały. Pomyślałem jednak, że w budynku trwa remont i wstrzeliwują kołki do betonu. Gdy wracaliśmy, rozmawialiśmy o interesach. Zbigniew Manecki nie wyglądał na człowieka, który chwilę wcześniej kogoś zamordował - zrelacjonował śledczym Siara. Bez wahania wskazuje Maneckiego jako mordercę.

    Skąd Manecki miał broń? Przedsiębiorca był przekonany że ktoś mu zagraża. Został członkiem Policyjnego Klubu Sportowego oraz dostał pozwolenie na broń. Miał manię prześladowczą. Był również notowany. Kilka lat wcześniej w ataku szału wtargnął do domu pracownika Okręgowej Dyrekcji Dróg Publicznych, który zabronił mu ustawić przy jezdni reklamy Karczmy Śląskiej. Próbował go wywlec na zewnątrz. Na miejsce musiała przyjechać policja, ale sprawa rozeszła się po kościach. Manecki został ukarany grzywną.

    Mimo że rysopis Maneckiego otrzymują wszystkie patrole w Polsce, on spokojnie dojeżdża do Raciborza PKS-em. Zwitkiem banknotów przekonuje Piotra Cholewę żeby podwiózł go do przejścia granicznego w Chałupkach. Tam kradnie dowód rejestracyjny, ubezpieczenie Mercedesa należącego do Cholewy i jego paszport. Cholewa zgłasza zaginięcie dokumentów.

    W Brnie na tamtejszej poczcie Manecki odsyła właścicielowi dowód rejestracyjny i ubezpieczenie. Przez Austrię, Włochy, Francję, Niemcy i Belgię Manecki dostaje się do brytyjskiego Ramsgate. Brytyjskie służby emigracyjne są najwyrażniej za cienkie na Maneckiego, gdyż zdołał on przemycić broń (a mówimy o czasach gdzie co drugi Polak chcący wjechać do UK był odsyłany). Niepokojony przebywa na Wyspach Brytyjskich do maja 1995. 9 maja 1995 r. sam zgłasza się na jeden z londyńskich komisariatów. W UK zostaje skazany za nielegalne posiadanie broni. Ostatecznie 14 lipca 1997 r. trafia do Aresztu Śledczego w Katowicach.

    Przesłuchany przez katowickich prokuratorów Zbigniew Manecki nie przyznaje się do zabójstwa Mirosława Majora. Jego wersja: -Zostałem wrobiony w tę zbrodnię. W dniu zabójstwa byłem umówiony z dyrektorem hotelu Katowice, bo chciałem tam wynająć całe piętro i otworzyć centrum consultingowe. Kiedy stanąłem przy windach, ktoś mnie zaatakował od tyłu i uderzył w głowę. Straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, leżałem na brzuchu w jakimś pomieszczeniu. Nieznani mi mężczyźni kazali mi trzy razy powiedzieć głośno, że właśnie zabiłem dyrektora kopalni Staszic i zgłosić się na policję. Tam miałem zostać zastrzelony.

    24 marca 1998 r. prokurator Robert Hernand skierował do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach akt oskarżenia przeciwko Maneckiemu. Oskarżycielem posiłkowym została żona zmarłego, Teresa Major. 2 października tego samego roku zapada wyrok. Zbigniew Manecki został skazany na 25 lat więzienia. Zakończenie kary nastąpi 9 listopada 2020 r.

    Na zdjęciu: Budynek w którym doszło do morderstwa

    pokaż spoiler Źródła: http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35063,18344889,trzy-strzaly-w-staszicu-dyrektor-kopalni-zostal-zabity-w-swoim.html
    http://nettg.pl/news/149237/zbrodnia-ktora-wstrzasnela-nie-tylko-gornictwem
    Jubileuszowe wydanie gazety zakładowej pracowników KWK Murcki-Staszic z okazji 50-lecia ruchu Staszic


    #kryminalistyka #zbrodnienarewirze -> autorski tag o zbrodniach
    pokaż całość

    źródło: nettg.pl

  •  
    l...l

    +47

    Stało się co stać się kiedyś musiało.
    #kocigang trafil za swoje niecne poczynania do miejsca gdzie trafiają #badanimals czyli do więzienia!!!! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #kocigang #koty #kitku #pokazkota #heheszki #kryminalistyka #policja pokaż całość

  •  

    Zaginięcie rodziny Wolanych z Chorzowa w lutym 1994 r.

    Chorzów to jedno z większych miast Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Do lat 90-tych Chorzów miał jednolity charakter, przemysłowy. Dzisiaj łączy śląskie tradycje z nowoczesnymi centrami usług i handlu. Jednej z głównych arterii Chorzowa za komuny patronował Feliks Dzierżyński, którego działalność najlepiej opisała grupa młodzieży, która na początku 1952 r., oblała dłonie na pomniku Dzierżyńskiego czerwoną farbą. Po przemianach ustrojowych nazwę ulicy zmieniono na Katowicką. Jak się później okazało, nawiązanie do "krwawego Feliksa" nie jest pozbawione zasadności.

    W kamienicy mieszczącej się pod numer 75 na ul. Katowickiej dwupokojowe mieszkanie zajmowała rodzina Wolanych. Głową rodziny był Ryszard Wolany, urodzony 23 września 1959 r. Wolany 13 stycznia 1990 r., ożenił się z Barbarą Goral, urodzoną 10 listopada 1961 w Nowej Rudzie. Owocem ich miłości była trójka dzieci: Ilona (ur. 2 marca 1990 r. w Chorzowie), Sebastian (ur. 21 lutego 1992 r. w Chorzowie) i Andżelika (ur. 13 kwietnia 1993 r. w Chorzowie). Oprócz nich mieszkał w domu jeszcze syn Barbary z pierwszego małżeństwa, Arkadiusz Wyrzgała (ur. 13 czerwca 1988 r. w Chorzowie). Ryszard pracował jako portier w chorzowskim przedsiębiorstwie "Prodrym", zaś Barbara zajmowała się domem. Na co dzień Arek i Ilona chodzili do pobliskiego przedszkola, pozostałe dzieci przebywały w domu. Małżonków łączyła wspólna pasja. Było nią spożywanie alkoholu.

    Oprócz spożywania alkoholu Ryszarda i Barbarę łączyły problemy z prawem. Nawet w trakcie trwania małżeństwa mężczyzna miał okres odsiadki w więzieniu. Z ustaleń śledztwa wiadomo że awantury były normalnością w rodzinie. Zdarzało się, że Barbara potrafiła na parę dni "pójść w Polskę". W takich momentach nad dziećmi opiekował się Ryszard, a według sąsiadów niczego nie można mu było zarzucić.

    20 luty 1994 r., niedziela. W mieszkaniu przy ul. Katowickiej 75 pojawiła się matka i siostra Ryszarda Wolanego. Były zaniepokojone, ponieważ od kilku dni nie miały z nim kontaktu. W mieszkaniu dokonały makabrycznego odkrycia. Na kuchennej podłodze, w morzu krwi, leżały zwłoki Ryszarda. Przybyły lekarz stwierdził zgon. Zawiadomiono chorzowską Prokuraturę Rejonową. W kuchni znaleziono również kartkę odsyłającą do kasety znajdującej się w magnetofonie. Policjanci odtworzyli nagranie. To co usłyszeli, zapamiętali na długo.

    „Najdroższa mamo, kiedy będziesz słuchała tej taśmy, mnie już wśród żywych nie będzie, ponieważ stało się to, czego najbardziej się obawiałem, kiedy zawsze mówiłem, że prędzej czy później, jeśli tak będzie postępować, do tego dojdzie. Dziewiątego zeszła z tego świata wraz z dziećmi, a ja dzisiaj, to jest w niedzielę. Gdy będziesz słuchała tej taśmy, mnie już na świecie nie będzie, bo tylko jedna może być kara za to co się stało. Nie opłakujcie mnie, bo nie ma sensu. Takich jak ja się nie opłakuje. Oni leżą gdzieś na cmentarzu, tukej gdzie Janusz, ale gdzie, to tylko ja wiem i Pan Bóg. Cóż więcej mogę powiedzieć… Stało się, bo stać się musiało. Mamo, te samochody są dla Grzesia, łachy też, weźcie co uważacie, ino mieszkanie ostowcie Mietkowi, bo mnie już nic nie potrzeba. I tak, jak żech wom godoł, nie chca żadnego pogrzebu, nie chca żadnych kujwa pochówków. Tak macie zrobić, żeby było dobrze. No…”.

    Przeprowadzone oględziny mieszkania ujawniły rzeczy należące do Barbary oraz dzieci, w tym cała odzież zimowa i dziecięce wózki. Nie ujawniono jednak żadnych śladów świadczących o tym, że w mieszkaniu doszło do zabójstwa. W tym stanie rzeczy dalsze czynności miały być prowadzone dwutorowo: jeden aspekt miał tyczyć śledztwa w sprawie zgonu Ryszarda Wolanego, drugi zaś sprawy poszukiwawczej jego żony i dzieci.

    Na drugi dzień po odkryciu zwłok, Prokurator Rejonowy w Chorzowie wszczął śledztwo w sprawie „doprowadzenia do samobójstwa Ryszarda Wolanego, którego zwłoki ujawniono w dniu 20.02.1994 w Chorzowie tj. o przestępstwo z art. 151 kk”. Ekspertyza przeprowadzona 23 lutego 1994 r. w Zakładzie Medycyny Sądowej ówczesnej Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach doprowadziła do ustalenia, że przyczyną zgonu były rany cięte szyi oraz następowe wykrwawienie. Charakter i lokalizacja ran w ocenie biegłych przemawiały za działaniem samobójczym.

    Mimo tego ustalenia, śledztwo kontynowano, podejmując próbę zrekonstruowania ostatnich dni Ryszarda. Ustalenia wyglądają tak:
    31 styczeń 1994 r. - początek ferii zimowych w ówczesnym woj. katowickim, ostatni raz są widziane dzieci Wolanych
    8 luty 1994 r. - ostatni raz jest widziana Barbara Wolany, tego dnia odwiedziła dentystę który dokonał ekstrakcji siódemki.
    9 luty 1994 r. - Ryszard Wolany upoważnia swoją matkę do odbioru do ewentualnego odbioru odszkodowania od swojego zakładu pracy. Tego samego dnia odwiedza siostrę, której mówi że Barbara wyjechała z dziećmi oraz bliżej nieznanym Krzyśkiem do Niemiec.
    10 luty 1994 r. - Ryszard Wolany zjawił się w pracy pijany. Jednemu z kolegów nadmienił, że zabił swoją rodzinę a zwłoki zakopał. Koleżance z pracy oraz dwóm innym współpracownikom tego dnia powiedział, że żona i dzieci zatruły się gazem. Po pracy udał się do MOPS-u, gdzie pobrał przyznany dla jego rodziny zasiłek socjalny i bony żywnościowe. Zamienił też kilka słów z urzędniczką socjalną, która opiekował się rodziną Wolanych. Nadmienił jej, że żona z dziećmi wyjechała na zimowisko do Zwardonia.
    11 luty 1994 r. - Ryszard Wolany odwiedza swoją matkę, której mówi że nigdy nie zobaczy już Barbary oraz dzieci.
    13 luty 1994 r. - Ryszard Wolany popełnia samobójstwo.

    Kilka dni później, 18 lutego 1994 r. wspomniana już pracownica socjalna skontaktowała się z miejscowym prokuratorem, zawiadamiając o tym, że od jakiegoś czasu nikt nie widział Wolanych. Przekazano ten meldunek do II Komisariatu Komendy Rejonowej Policji w Chorzowie. Funkcjonariusz pojawił się w kamienicy przy ul. Katowickiej 75, jednak poprzestał na kilkukrotnym pukaniu do drzwi. W tamtym momencie brak było powodów do bardziej stanowczej interwencji, wszakże Wolani byli wolnymi ludźmi i nie musieli nikomu się tłumaczyć, gdyby mieli życzenie np. wyjechać na kilka dni.

    Po ujawnieniu zwłok Ryszarda, podjęto intensywne czynności poszukiwawcze. Zdjęcia zaginionych przekazano do wszystkich komend policji na terenie kraju, sprawdzano bliższą i dalszą rodzinę, penetrowano budynki w okolicy miejsca zamieszkania Wolanych. Ustalono, że cmentarz, o którym wspominał mężczyzna podczas nagrania znajduje się przy ul. Drzymały w Chorzowie, spoczywał na nim pierwszy mąż Barbary. Mimo szczegółowych oględzin nie udało się ustalić, czy rzeczywiście pochowano tam zwłoki zaginionych. Ktoś wpadł na pomysł, że Ryszard Wolany mógł wrzucać ciała do istniejących już grobowców. Policjanci chcieli otworzyć z tego powodu kilkadziesiąt nagrobków, jednak miejscowy proboszcz, będący administratorem cmentarza, stanowczo się temu sprzeciwił. W tej sytuacji użyczono z jednego z gliwickich przedsiębiorstw wykrywacz metali, pomocny przy poszukiwaniu zwłok. Okazało się jednak, że na cmentarzu zwłok akurat jest pod dostatkiem, więc tego rodzaju aparatura jest zupełnie bezużyteczna.

    Mimo, że w świetle zgromadzonego materiału dowodowego śmierć Barbary i jej dzieci jest dość prawdopodobna, to jednak nie ma najmniejszego dowodu na to, że rzeczywiście do niej doszło. Wobec tego miejscowa Prokuratura nie zdecydowała się na wszczęcie śledztwa w tej sprawie. toczące się zaś postępowanie przygotowawcze w sprawie śmierci Ryszarda Wolanego zostało umorzone z powodu niestwierdzenia znamion ustawowych przestępstwa. W postanowieniu czytamy też, że „brak jest jednoznacznych dowodów, pozwalających na stwierdzenie, iż Ryszard Wolany przed samobójczą śmiercią dokonał zabójstwa członków rodziny”.

    Chorzowscy policjanci, rekapitulując poczynione ustalenia procesowe i operacyjne doszli do przekonania, że najbardziej prawdopodobna wydaje się rzeczywiście wersja, że Ryszard dokonał zabójstwa swoich najbliższych. Nic nie sprzeciwia się daniu wiary twierdzeniom Ryszarda Wolanego, że dokonał tego 9 lutego 1994 r. Być może podał swoim dzieciom i żonie jakieś środki usypiające lub toksyczne, mógł też dokonać zabójstwa przez uduszenie podczas snu. Kolejne dni poświęcił na uporządkowanie swoich spraw oraz wyniesienie zwłok z mieszkania. Jak przypuszcza chorzowska Policja, nie mógł tego dokonać jednorazowo. W lutym 1994 r. jeden z chorzowskich zbieraczy metali kolorowych zawiadomił miejscowy komisariat o kradzieży ręcznego wózka, na którym zwykł był przewozić swoje łupy. Być może zdarzenie to ma związek ze zniknięciem Wolanych, wszakże Ryszard mógł na tym wózku przewozić ciała swoich najbliższych na cmentarz. Jak udało się ustalić, możliwe jest przejście czy przejechanie drogi z mieszkania zaginionych na cmentarz przy ul. Drzymały bez wzbudzania jakiegokolwiek zainteresowania przypadkowych przechodniów.

    Sprawa do dziś nie daje spokoju. W 2001 roku przy ul. Katowickiej 75 w Chorzowie pojawiła się ekipa Telewizyjnego Biura Śledczego wraz z Bronisławem Cieślakiem. Rezultat pracy można obejrzeć na Ipli w odcinku 90-tym (wg. numeracji Ipli, mają ją strasznie pomieszaną).

    Na zdjęciu: jedno z nielicznych zdjęć potomstwa Wolanych, na zdjęciu znajdują się Arkadiusz i Ilona.

    pokaż spoiler Zródła: https://bezprzedawnienia.blogspot.com/2018/02/testament-na-kasecie.html http://www.kryminatorium.pl/rodzina-wolanych-podcast/ https://fakty.interia.pl/news-slowa-zza-grobu,nId,813627


    #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu

    Zainteresowanych zapraszam do obserwowania mojego nowego autorskiego tagu #zbrodnienarewirze -> tu będą opisy różnych spraw kryminalnych (głównie z Polski), ale nie będą one wstawiane regularnie (z regularnością na wypoku mam problemy ( ͡° ͜ʖ ͡°))
    pokaż całość

    źródło: kryminatorium.pl

  •  

    Dziewczyna z Tempe
    27 Kwietnia 2002 roku niedaleko małego centrum handlowego (Strip Mall) w Tempe (Maricopa County, Arizona) znaleziono ciało dziewczyny, która blisko dobę wcześniej zmarła wskutek przedawkowania kokainy. Dziewczyna ta, mająca około 15-19 lat, ciemnawą karnację i charakterystyczne blizny na lewej ręce. Miała około 154 cm wzrostu przy wadze 54 kg, co oznaczało, że nie była "weteranką" jeśli chodzi o przyjmowanie tego narkotyku (zgodnie z zeznaniami, o których później). Jej ubrania nie były markowe.

    Na miejscu znaleziono również walkmana, z którego zdjęto odciski palców. Należały one do kobiety, mieszkającej w Phoenix, stolicy Arizony, a zatem w tym samym hrabstwie. Kobieta zaprzeczyła mówiąc, że nigdy nie widziała Jane Doe na oczy, jednak jej chłopak potwierdził, że nie tylko ją spotkał, ale również podrzucił autostopowiczkę podróżującą z Phoenix do Tempe. Według niego, dziewczyna posługiwała się językiem hiszpańskim, oraz planowała kupić bilety na koncert. Ponadto, przyznała się do "rekreacyjnego" zażywania narkotyków, co było powodem wydziedziczenia jej przez rodzinę. Kierowca po drodze wpuścił do auta mężczyznę, który okazał się być dilerem. Dziewczyna zamiast biletów, kupiła działkę kokainy. Po zażyciu narkotyku, dziewczyna dostała drgawek. Widząc to, kierowca zatrzymał się, wyciągnął dziewczynę z auta i kazał drugiemu pasażerowi zawiadomić pomoc na pobliskiej stacji benzynowej, jednak jak się później okazało, pomoc, choć wezwana, nigdy nie przyjechała.

    Władze nigdy nie oskarżyły kierowcy, ponieważ nie było dowodów na to, że dziewczyna zmarła w aucie, albo że kierowca był świadomy jej fatalnego stanu zdrowia. Pewnie tak samo jak mi, nasuwają się następujące pytania: Dlaczego kierowca pozwolił na przeprowadzenie transakcji narkotykowej w jego własnym aucie? Dlaczego nie został przy dziewczynie do samego końca? Dlaczego ciało znaleziono z dala od drogi? Co zrobił kierowca po porzuceniu dziewczyny? Kim był diler, i dlaczego nikt nie był w stanie go opisać? Dlaczego policja nie zareagowała od razu na wyzwanie? Osobiście wersja kierowcy w ogóle się nie klei. Pozostaje tylko liczyć na to, że pewnego dnia, Dziewczyna z Tempe doczeka się nie tyle sprawiedliwości, ale samego odkrycia jej tożsamości.

    Poniżej zdjęcie rekonstrukcji twarzy dziewczyny z Tempe. Proszę o nie wstawianie zdjęć denatki, nawet oznaczonych jako nsfw, tak jak parę osób zrobiło to pod ostatnim wpisem. Nawet, jeżeli regulamin wykopu pozwala na to, ja nie życzę sobie takich obrazków pod moim wpisem. Zainteresowanych zapraszam do obserwacji mojego autorskiego tagu #jedrzejnatropie , w którym będę opisywał różne niewytłumaczone zagadki oraz tajemnicze, niemal paranormalne zjawiska. Nie oczekujcie niestety na specjalnie regularne wpisy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #kryminalistyka #kryminalne #gruparatowaniapoziomu #csiwykop #jedrzejnatropie
    pokaż całość

    źródło: pope.jpg

  •  

    11 września 2001 roku zmienił oblicze świata, jednak zaledwie kilka dni po zamachu terrorystycznym doszło do niecodziennego incydentu, który przez ponad 16 lat nie został wyjaśniony. Dnia 14 września 2001 roku do recepcji wchodzi młody, przystojny mężczyzna. Zadbany, choć wychudzony (64 kilogramy przy ponad 180 cm wzrostu) prosi o pokój na formularzu podpisuje się jako Lyle Stevik, zaś podany adres to 1019 S. Progress Ave. Meridian. Za nocleg płaci 43.87 dolarów gotówką i bierze kluczyk do pokoju numer 8.

    Recepcjonistka nie miała wówczas prawa wiedzieć, że Lyle Stevick (przez "ck" na końcu) był jednym z bohaterów książki You must remember this. Treść książki jest tutaj niezwykle ważna, gdyż książkowy Lyle miał skłonności samobójcze (co ważne, ostatecznie przeżył). Po godzinie poirytowany wraca do recepcji. Unika kontaktu wzrokowego, jest wytrącony z równowagi. Wzbudza w recepcjonistce niepokój. Mimo, że hotel mieści się na uboczu, Lyle skarży się na hałas. Recepcjonistka zastanawia się, dlaczego podjęcie decyzji o zmianie pokoju zajęła gościowi aż godzinę? Wręcza mu klucz do pokoju numer 5, zmieniając na formularzu ósemkę na piątkę.

    Piątka ma to samo zakurzone wyposażenie, jednak różni się szczegółami i rozmieszczeniem mebli. Ma też szerszą wnękę z rurką na wieszaki. Lyle spędza tam piątkową noc i postanawia przedłużyć pobyt. Nie wiadomo, jak spędza kolejne dni, ale w weekend nie wpuszcza sprzątaczki, za to prosi ją o kilka dodatkowych świeżych ręczników. Warto wspomnieć, że Lyle był jedynym gościem w tym motelu. W poniedziałek 17 września o godzinie 11 mija doba hotelowa, choć pan Stevik jeszcze się nie wymeldował. Pokojówka zostaje zmuszona do przypomnienia klientowi o obowiązku wymeldowania, jednak o 11:30 nie uświadczy żadnej reakcji na jej pukanie do drzwi. W końcu postanawia wejść do pokoju. Nie śpi. Plecami do drzwi klęczy w rogu pokoju, z głową uniesioną do góry. Ma otwarte oczy. Pokojówka jest przekonana, że się modli. Zakłopotana brakiem reakcji gościa wychodzi i dzwoni do swojego współpracownika, prosząc o radę, co ma zrobić z pobożnym dziwakiem spod piątki.

    Pracownik pojawia się w motelu i razem z pokojówką wchodzi do pokoju numer 5. Zauważa, że Lyle sklęczy w ten sam sposób, jaki pokojówka opisała wcześniej. Jednak on zauważ pasek zaciśnięty na szyi Lyle'a, tak samo jak sine, opadnięte dłonie i nieobecny wzrok. Lyle Stevik nie żyje.

    Po wezwaniu służb pracownicy motelu zauważają kartkę. Była złożona, z napisem "for the room", w wewnątrz której znajdują 160 dolarów w dwudziestkach. Wezwani policjanci przeszukując pokój znajdują dwa zużyte ręczniki. Trzy dodatkowe, o które Lyle poprosił pokojówkę wciąż leżą złożone na krześle.W szufladzie trochę drobnych, pasta, szczoteczka do zębów. W koszu na śmieci lokalna gazeta, plastikowy kubek Pepsi, rolka po papierze toaletowym, oraz zgnieciona w kulkę biała kartka z ręcznie napisanym drukowanymi literami słowem SUICIDE (samobójstwo).

    Koroner za przyczynę śmierci uznaje uduszenie. To, co jasne od początku, się potwierdza. Lyle Stevik się powiesił. Policja chce dotrzeć do krewnych Lyle'a, jednak w pokoju nie znajdują żadnych dokumentów. Nie miał ze sobą żadnego dowodu tożsamości, płacił tylko gotówką. Policja pyta pracowników hotelu, czy pamiętają, czy Stevik miał ze sobą jakiś bagaż. Recepcjonistka nie jest w stanie powiedzieć, czy miał ze sobą plecak, czy nie. Być może kierowca jedynego kursującego w okolicy autobusu coś pamięta? Ale kierowca nie dość, że nie pamięta, czy przyjezdny mial plecak, to nie pamięta w ogóle nikogo podobnego do zmarłego mężczyzny. Mieszkańcy Amanda Park również nie przypominają sobie żadnego szczupłego i wysokiego bruneta kręcącego się po okolicy.

    Policja liczy, że Lyle wkrótce znajdzie się w bazie osób zaginonych. Ale ani przed jego śmiercią, ani w tygodniach po, nikt nie upomina się o swojego syna, brata, męża, o czarnych dłuższych włosach zaczesanych do tyłu. Odciski palców i DNA Stevika przechodzą przez policyjne bazy danych. Cisza. Policjanci jadą 600 kilometrów na 1019 S. Progress Avenue w Meridian - pod adres podany podczas meldowania do Lake Quinault Inn. Trafiają na hotel, w którym nikt nie kojarzy Lyle'a Stevika, ani mężczyzny z fotografii.

    Śledczy przeczesują kartoteki i spisy ludności. Po kilku dniach mają jasność, że ktoś taki, jak Lyle Stevik nigdy nie istniał.Rozpoczyna się tkanie z setek luźnych nici, prowadzących do nikąd. Dlaczego Stevik powiesił się na tak niskim wieszaku? Psycholog stwierdza, że musiało być to źródłem dodatkowego cierpienia, gdyż w trakcie (nawet zamierzonego) duszenia się, organizm wchodzi w tryb przetrwania i wszystkie siły skupia na przeżyciu. Zdławienie tej siły, to ponadludzki wysiłek. W swoich ostatnich chwilach, nie dbał o swój komfort, ale o komfort tych, którzy go znajdą (uregulowany rachunek i wysoki napiwek), a także sąsiadów - Stevik między ścianę a wieszak, wepchnął dwie poduszki, które miały wyciszać potencjalne uderzenia metalu o wnętrze wnęki. Dlaczego najpierw napisał kartkę informującą o samobójstwie, a następnie ją wyrzucił? Dlaczego czekał aż trzy dni? Dlaczego zrobił to w hotelowym pokoju?

    Śledczych zastanawia wiele rzeczy. Za duże ubrania: jasnoniebieskie Levi'sy, szara koszulka z Fruit of The Loom, szaroniebieska koszula w kratę i pasek z widocznie zużytymi wszystkimi dziurkami. Podejrzewają, że Lyle sporo schudł w czasie poprzedzającym śmierć. Na jego dłoniach zauważają symetryczne, trochę zagojone i charakterystyczne dla bulimików rany, powstałe w wyniku wywoływania wymiotów. Czy Lyle był bulimikiem?

    Koroner zwraca uwagę na niezwykle zadbane zęby - tak doskonały zgryz musi być efektem długiego i kosztownego leczenia ortodontycznego. To zdaje się potwierdzać pasta do zębów i szczoteczka - jedyne znalezione kosmetyki w pokoju zmarłego mężczyzny. Prowadzący śledztwo ma przeczucie, że tożsamość Stevika znajdzie się w którymś z domów należącym do klasy średniej, dość daleko od Amanda Park.

    Ale jak odnaleźć rodzinę kogoś, kogo pochodzenia nie można być pewnym? Lyle może być zarówno rasy kaukaskiej, jak i latynosem, pochodzić z Bliskiego Wschodu, albo być po części rdzennym mieszkańcem Ameryki? Mężczyzna z pokoju numer 5 nie ma żadnych znaków szczególnych, poza blizną po wycięciu wyrostka i charakterystycznych, przyrośniętych do szczęki płatków uszu. Żadnego kolczyka, tatuażu, specyficznej blizny. Wyróżnia go tylko pieprzyk po lewej stronie mocnego podbródka. To trochę za mało.

    Po kilku dniach badań, ciało Lyle'a Stevika zostaje pochowane 12 kilometrów od miejsca śmierci - w Aberdeen. Nie zostaje odprawiona żadna ceremonia, a grób jest nieoznakowany. Lyle znika z powierzchni ziemi. Choć zdjęcia denata widziały całe Stany, nikt nie potrafi rozpoznać Lyle'a. Od typowego Johna Doe różni go tylko pseudonim.

    Po pięciu latach od śmierci Lyle'a Stevika, jego sprawa trafia w ręce jednego z kanapowych detektywów. Internet jeszcze dobrze nie zna mediów społecznościowych, a ludzie nie mają jeszcze świadomości, że w internecie nic nie ginie i jak potężna to siła. Jeden człowiek zaraża sprawą drugiego i tak po kilku latach tworzy się niemała grupka internetowych śledczych, badających wszystkie możliwe tropy. Historia Lyle'a trafia na Reddit i wkrótce staje się najsłynniejszą historią człowieka NN w Stanach. Dotąd nieznana, tajemnicza, mroczna, smutna i przedziwnie zwykła historia fascynuje już nie tylko mieszkańców USA. Dociera do Europy, Australii, Azji i obiega cały świat. W świetnie moderowanym wątku na Reddicie, pojawiają się nie tylko przeróżne teorie, ale wreszcie padają konkretne nazwiska. Wszystkie prowadzą do ślepych zaułków.

    W sprawę szczególnie angażuje się Kanadyjka Lyndsay Sawler, która na Reddicie podpisuje się nickiem Urbex. Odkąd poznała historię Lyle'a, nie potrafi przestać o nim myśleć. A myśli, jak bardzo musiał być samotny człowiek, który wybrał sobie tak bolesną śmierć w tak odludnym miejscu i którego nikt, przez kilkanaście lat nie szukał. Człowiek, który za życia zrobił absolutnie wszystko, by zachować anonimowość i nie zostać odnalezionym i zidentyfikowanym, po swojej śmierci staje się legendą. Dla jednych jest jedną z wielu cikawych zagadek, dla innych staje się ważną częścią życia.

    Wątek na Reddicie zalewają nowe analizy, opracowania zdjęć z sekcji zwłok uwzględniający naturalne ułożenie ciała, pomysły, co można jeszcze zrobić. Pojawia się pomysł zbadania izotopów szkliwa Lyle'a, by zlokalizować jego pochodzenie. Takie badania jednak koszują, a śledztwo dotyczące ustalenia jego tożsamości, od dawna jest zawieszone. Zaangażowani w sprawę internauci robią zbiórkę i w kilkadziesiąt godzin pieniądze na kosztowne badania zostają zebrane. Podczas, gdy próbki przy współpracy śledczych wędrują do laboratorium, ktoś tworzy wątek, w którym analizuje fryzurę Lyle'a, która w 2001 roku była bardzo modna wśród mającej meksykańskie korzenie młodzieży. Typ włosów - czarnych, grubych i prostych zdaje się potwierdzać tę teorię.

    Zebrane pieniądze znacznie przekraczają potrzebną do badań izotopów kwotę, dlatego pojawia się pomysł, by zwrócić się do fundacji DNA Doe Project (na polski można by przetłumaczyć jako "DNA Nikomu Nieznanych"), która przeprowadza badania DNA i porównuje je z DNA dobrowolnie uploadowanymi do serwisów zajmujących się tworzeniem drzew genealogicznych. Taka opcja możliwa jest między innymi w MyHeritage.com, choć w Polsce jest jeszcze niedostępna. DNA Lyle'a zostaje wrzucone do kilku baz genealogicznych bez większych oczekiwań. Po kilkunastu latach śledztwa i tysiącach ślepych wątków, nie oczekuje się zbyt wiele. Tymczasem DNA Lyle'a znalazło swoją rodzinę w hrabstwie Alameda w Kalifornii.

    Fundaca DNA Doe Project o wyniku badań zawiadamia policję. Śledczy wraz z grupą wolontariuszy dość szybko ustalają najbliższą rodzinę Lyle'a i jadą do Kalifornii. Ta wizyta dla rodziny to szok, bo przez niemal siedemnaście lat, byli przekonani, że ich syn żyje. W pewnym momencie swojego życia postanowił odciąć się od rodziny, a ta uszanowała jego decyzję. W chwili śmierci miał 25 lat. Krewni proszą o anonimowość zarówno dla siebie, jak i dla swojego syna. Komunikat o rozwiązaniu sprawy Lyle'a trafia na Reddit z informacją, że za dwa dni cały wątek zostanie zamknięty. Lyle został zidentyfikowany. Rodzina nie chce ujawnić jego danych, ale dziękuje, że tysiące osób włączyły się w poszukiwania tożsamości ich syna. Część internautów przyjmuje wiadomość z radością, dla części to gorzka pigułka - wciąż nie wiedzą, kim jest samotny i nieszczęśliwy brunet z Amanda Park. Nie rozumieją rodziny, która nie szuka swojego dziecka. Nie rozumieją, jakim cudem, przez ponad szesnaście lat nie natknęli się na jego podobiznę. Jak mogli go nie rozpoznać?

    W załączonym zdjęciu wygenerowany komputerowo portret pamięciowy.
    Spora część tekstu została przeklejona przeze mnie z blogu: http://krotkiporadnik.pl/lyle-stevik-czlowiek-przez-ktorego-internet-nie-mogl-spokojnie-spac , posiłkowałem się również wikipedią.
    #csiwykop #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: pope.jpg

  •  

    Bob Hayward - były oficer z Utah Highway Patrol pełnił służbę nocą z 15 na 16 sierpnia 1975 w West Valley. Około godziny 3 nad ranem zauważył jadącego bez włączonych świateł Volkswagena. Po zatrzymaniu pojazdu i sprawdzeniu kierowcy zajrzał do samochodu. "Brakowało fotela pasażera ..., znalazłem rajstopy, narzędzia do włamań, mały łom i rzeczy, których większość ludzi nie woziłaby w samochodzie." Kierowca tłumaczył się, że jest studentem drugiego roku prawa, a znalezione w samochodzie rzeczy służą mu na zajęciach. Tym kierowcą był Ted Bundy.
    Good4Utah
    #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #kryminalistyka #fotohistoria #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów