•  

    18 listopada 2018, Bielsko-Biała, ul. Młyńska, godz. 1.50 - Co najmniej dwa rozbite samochody, skoszone słupki i rozbita szyba w drzwiach bloku to bilans nocnej szarży samochodem osobowym ulicami Bielska-Białej. W związku ze zdarzeniami w bezpośrednim pościgu naczelnik bielskiej drogówki zatrzymał mężczyznę. Zatrzymany był bardzo pobudzony i agresywny. – Ledwo co wyszedłem, a wy znowu „robicie mi koło płotu” – dyskutował z policjantami. – Siedziałem za dragi. – dodał. Grupa dochodzeniowo-śledcza zabezpieczyła ślady. Więcej: http://www.bielsko.biala.pl/nasygnale/aktualnosci/38911/uciekajac-zgubil-buty-mezczyzne-zatrzymal-naczelnik-drogowki-foto

    #bielskobiala #policja #wrd #kolizja #samochody #kierowcy #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: DSC_1558.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    W swoim życiu czytałam o wielu przerażających zbrodniach i zagłębiałam się w mnóstwo przyprawiających o gęsią skórkę historii, ale żadna z nich nie wzbudziła we mnie takich emocji jak to gdy w 2015 roku pierwszy raz usłyszałam o tym, co zrobił ten człowiek. Sprawa była dość medialna, do opinii publicznej zostało podane sporo informacji, jednak od początku nie chciałam znać jej szczegółów. Bardzo ciężko było mi słuchać wywiadu z ofiarą, oczyma wyobraźni widzieć łzy za jej przeciwsłonecznymi okularami.

    Myślałam, że tej sprawy nie dam rady opisać. Próbowałam nawet się do tego zmusić, ale za każdym razem przyprawiała mnie to o takie mdłości i ścisk w gardle, że ze względu na swoje zdrowie psychiczne postanowiłam nie robić nic na siłę. Najwyraźniej dzięki pisaniu poprzednich postów moje podejście do zbrodni i odporność psychiczna uległy zmianie i dziś już z większym spokojem mogłam przygotować poniższy tekst. Chyba zaczynam rozumieć podejście ludzi, którzy zawodowo zajmują się morderstwami, zbrodniami, sekcjami zwłok itp. To nie jest tak, że człowiek staje się bezuczuciowy i zimny, raczej jego podejście staje się bardziej profesjonalne, w miarę zdobywania doświadczeń i przywykania do pewnych widoków odcina się od większości emocji związanych ze swoim zawodem. Wydaje mi się to naturalną koleją rzeczy.

    • • •

    GRZEGORZ PILARSKI, rocznik '71

    Grzegorz (zdjęcie) mieszkał wraz ze schorowaną matką i bratem w niewielkiej kawalerce na osiedlu Tysiąclecia w Gnieźnie (woj. wielkopolskie). Jako starszy z synów dominował nad resztą domowników, a robił to głównie siłą i groźbami. Był znany w okolicy jako miejscowy awanturnik, bywał agresywny szczególnie po alkoholu i trzymał się w towarzystwie osób, posiadających na swoim koncie pobyty w zakładach karnych. Sam wielokrotnie odbywał kary pozbawienia wolności, między innymi za oszustwa, przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, rozboje, groźby karalne czy pobicie swojej konkubiny, która zaginęła bez śladu w 2012 roku — ale o tym napiszę już na samym końcu. Pilarski spędzał czas głównie na piciu alkoholu z kolegami i bratem pod blokiem, a w zimniejsze dni — w piwnicach. Mieszkańcy bali się go, częstowali papierosami lub "ratowali złotóweczką" dla świętego spokoju.

    W sąsiednim bloku przy ulicy Budowlanych od niedawna zamieszkała 23-letnia Milena * (zdjęcie) wraz z rodzicami, partnerem (zdjęcie) i kilkuletnią córką (zdjęcie).

    Z chłopakiem nie układało jej się najlepiej, a sąsiedzi opowiadali, że kłótnie były na porządku dziennym. Ich zdaniem matką była dobrą, normalną, która zajmuje się swoją córką. Często widywali ją popołudniami z małą w piaskownicy lub na spacerze.

    Według jednego źródła młoda kobieta szukała pocieszenia, przeżywała kryzys, w trakcie którego poznała swojego 44-letniego sąsiada. Według drugiego — Milena bardzo spodobała się Pilarskiemu, jednak odrzuciła jego zaloty, co go rozwścieczyło. Po krótkiej znajomości doszło do sprzeczki, po której mężczyzna zamknął się z Milena w swoim mieszkaniu, schował klucze i bił ją po głowie. Włożył jej także palec do oka. W końcu jej matka wezwała policjantów, którzy zagrozili wyważeniem drzwi. Po uwolnieniu kobieta powiedziała mundurowym, że nic złego się nie stało, nie złożyła także zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Mimo to postanowiła zerwać kontakty z Pilarskim, co bardzo mu się nie spodobało. Zaczął nachodzić jej rodzinę, wielokrotnie groził im śmiercią, dobijał się do drzwi i żądał spotkania z dziewczyną.

    27 października 2015 roku, czyli dwa tygodnie po wypuszczeniu z mieszkania, 23-latka znów spotkała się z Pilarskim. Mężczyzna organizował libację alkoholową w jednej z blokowych piwnic. Po zakończeniu imprezy, gdy wszyscy znajomi się rozeszli, ściągnął tam kobietę pod pretekstem pokazania jej czegoś, a gdy znaleźli się już na miejscu nie chciał jej wypuścić. Zaczął bić, łamiąc jej przy tym zatokę szczękową i kilka zębów. Dusił, przez co straciła przytomność. Był wściekły za to, że w ostatnich dniach go unikała, a gdy przychodził pod drzwi mieszkania, jej rodzice wzywali policję. Mówił, że z nim się tak nie pogrywa, po czym brutalnie zgwałcił. Następnie kciukami, z pełną siłą wcisnął jej gałki oczne w głąb czaszki, przez co złamał ściany oczodołów, spowodował krwotok wewnętrzny i stale oślepił. • Jeżeli ktoś chce znać szczegóły obrażeń to screen z opisu wrzuciłam w komentarzach (1). • Omdlałą z bólu związał sznurem, zakneblował i zamknął w stęchłej piwnicznej komórce. Nazajutrz półprzytomną znów pobił i zgwałcił, następnie już kompletnie ślepą zaprowadził do swojego mieszkania, gdzie ją przetrzymywał przez kilka dni. Kobieta leżała na wersalce i wymiotowała, a Pilarski podawał jej tylko wodę do picia. Ponownie zgwałcił ją i ciągnął za włosy. W mieszkaniu składającym się tylko z jednego pokoju i kuchni przebywała w tym czasie jego matka oraz brat, jednak żadne z nich nie udzieliło cierpiącej kobiecie pomocy. Rodzina jadła, oglądała telewizję, rozmawiała, bracia nawet wspólnie pili alkohol i spali, gdy w tym samym pomieszczeniu leżała zakrwawiona i obolała Milena.

    Kobieta obiecała swojemu oprawcy, że jeżeli ją wypuści nie powie nikomu, co się stało, on jednak pozostawał niewzruszony na jej prośby. W końcu do mieszkania zapukał dzielnicowy, któremu mężczyzna nie otworzył, jednak w obawie o konsekwencje po trzech dniach wypuścił dziewczynę i odprowadził pod jej klatkę schodową.

    29 października drzwi otworzyła jej matka. Milena płakała, miała opuchnięte oczy, a po policzkach ciekła jej krew. Mówiła, że nic nie widzi. Trafiła do gnieźnieńskiego szpitala, a następnie została przetransportowana karetką do Poznania.

    Rokowania od początku były beznadziejne — nie ma możliwości by uratować wzrok pokrzywdzonej. Jeżeli pomoc zostałaby udzielona niezwłocznie po uszkodzeniu oczu, szanse na uratowanie zdolności widzenia byłyby większe, jednak uwzględniając charakter zadanych obrażeń i tak byłyby niepewne.

    Dziewczyna była w stanie ciężkiego szoku pourazowego, nie chciała powiedzieć nic na temat swojego kilkudniowego zniknięcia. Lekarz był przerażony stanem pacjentki, nie miał też wątpliwości, że ma do czynienia z przemocą, dlatego bezzwłocznie zawiadomił policję.

    Jeszcze 30 października Pilarski groził rodzinie Mileny, a następnego dnia został już zatrzymany. Pił piwo z kolegami pod sklepem, nie stawiał oporu, był spokojny i opanowany. Podczas przesłuchania bardzo mało i ostrożnie mówił. Twierdził, że żałuje, ale nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to zrobił. Przyznał się do wszystkich zarzutów, oprócz gwałtów, twierdził, że kobieta dobrowolnie zgodziła się uprawiać z nim seks.

    . . .

    Mężczyźnie postawiono kilka zarzutów, między innymi zgwałceń ze szczególnym okrucieństwem, przestępstw pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem, przestępstw przeciwko czci i nietykalności cielesnej, spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz używanie gróźb karalnych. Po jakimś czasie zmieniono zarzuty przyjmując, że kilka z tych przestępstw popełnionych zostało w warunkach recydywy.

    . . .

    Podczas śledztwa wielokrotnie zmieniał swoje tłumaczenia. Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    21 października 2016 roku ruszył proces. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Pilarski przyznał się do sześciu z siedmiu stawianych mu zarzutów, znów zaprzeczył jedynie zgwałceniu kobiety. Pokrzywdzona ze względu na swój stan psychiczny nie pojawiła się w sądzie.

    Obrońca oskarżonego wniósł o wyłączenie jawności rozprawy, tłumacząc to drastycznymi okolicznościami sprawy. Na utajnienie procesu nie zgodziła się jednak prokurator, dlatego pozostał jawny.

    Według biegłych siłę, z jaką oskarżony wciskał gałki oczne, można porównać do wystrzału korka od szampana. Była tak wielka, że złamaniu uległy ściany oczodołów, dlatego lekarz stwierdził, iż nie było absolutnie szans na odzyskanie wzroku. Dodał, iż kobiecie od razu po zdarzeniu powinno się udzielić specjalistycznej pomocy połączonej z podaniem silnych leków przeciwbólowych.

    Ucisk na gałki oczne to było wykorzystywane jako form tortur w średniowieczu, nawet powodująca zgon ofiar.

    — stwierdził biegły.

    Mężczyzna wyraził skruchę, żałował oślepienia Mileny, jednak sędzia uznała, że to tylko próba złagodzenia wyroku, a nie szczera reakcja. Powołała się na opinię psychologów i psychiatrów, ale nie chciała mówić o szczegółach, bo lekarska diagnoza była niejawna. Powiedziała jednak:

    Nie jest w stanie współczuć, odczuwać żalu. Nie ma perspektyw, by skazany mógł swoje zachowanie zmienić.

    Wysoki poziom demoralizacji, kolejne wyroki i pobyty w więzieniu niczego go nie nauczyły. Budził postrach wśród sąsiadów.

    To czyn okrutny. Ofiara miała 23 lata i całe życie przed sobą. Nigdy nie zobaczy swojego dziecka, nie zobaczy, jak dorasta, idzie do szkoły.

    . . .

    10 listopada odbyła się następna rozprawa. Przed sądem zeznawał m.in. biegły lekarz, który odniósł się do działań Pilarskiego, który przemywał oczy kobiety wodą z rumiankiem, co mogło jeszcze bardziej jej zaszkodzić. Mówił także o innych obrażeniach, których doznała pokrzywdzona, co do których nie mieli wątpliwości, że musiały powstać w wyniku co najmniej kilku uderzeń otwartą dłonią lub zaciśniętą pięścią. (klik)

    . . .

    27 lutego 2017 roku zapadł wyrok, którego odczytanie zajęło sądowi aż kilkanaście minut. Oskarżony prosił o łagodną karę ze względu na ciężką sytuację osobistą.

    • Za uderzenie Mileny i włożenie jej palca do oka (art. 217. § 1.), co było działaniem w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na rok więzienia, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za jej uwięzienie (art. 189 § 1 kk) został skazany na 2 lata pozbawienia wolności, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za wielokrotne grożenie pokrzywdzonej oraz jej najbliższym (art. 190 § 1 kk), co było czynem popełnionym także w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na 2 lata 6 miesięcy pozbawienia wolności oraz 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za pozbawienie wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 3 kk w zw. z § 1 kk), spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci pozbawienia wzroku (art. 156 § 1 pkt 1 kk), kilkukrotne (art. 11 § 2 kk) zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk w zw. z § 1 kk), co było działaniem w tzw. multirecydywie (art. 64 § 2 kk) został skazany na 15 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m., 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie za doznaną krzywdę poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej kwoty 200 tys. zł.

    Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa to 20 lat pozbawienia wolności, którą Pilarski będzie odbywać w systemie terapeutycznym, ze względu na zaburzenia osobowości i uzależnienie od alkoholu. Po wyjściu z więzienia będą stosowane środki zabezpieczające w postaci elektronicznej kontroli miejsca pobytu oraz terapii. Wyrok nie był prawomocny.

    Wszystkie okoliczności wskazują, że oskarżony wykazuje wysoki poziom demoralizowania. Wieloletnie pobyty w zakładzie karnym nie nauczyły go właściwie niczego. Po odbyciu jednej kary wychodził na wolność, budził postrach wśród sąsiadów. Ludzie boją się mówić o tym, co było udziałem oskarżonego. Linia życiowa oskarżonego była taka, a nie inna, bo sąd ujawnił materiały z innych postępowań Prokuratury Rejonowej w Gnieźnie, które dotyczyły aktów przemocy, jakich oskarżony miał się dopuszczać wobec swojej poprzedniej partnerki. Te akty przemocy, które są w tamtej sprawie zapisane, wskazują na niepoprawność oskarżonego. Sąd uznał, że przy tym natężeniu okoliczności obciążających, przy niepoprawności, recydywie, opinii psychiatrów i psychologa, z których wynika brak perspektyw na zmianę postępowania, tylko najwyższy wymiar kary jest adekwatny do okoliczności.

    - mówiła sędzia. Podobno Pilarski groził oślepieniem także swojej poprzedniej partnerce.

    (klik)
    (klik)

    . . .

    Obrońca oskarżonego złożył apelację po ogłoszeniu wyroku, a 4 lipca odbyła się ostatnia rozprawa. Po zapoznaniu się z opinią strony skarżącej, a więc prokuratora rejonowego oraz pełnomocnika oskarżonej, sąd nie uznał argumentacji zawartej w apelacji za wystarczającą i podtrzymał wyrok Sądu Okręgowego, uzasadniając to tym iż mężczyzna jest wielokrotnym recydywistą, który dalej może szkodzić społeczeństwu. Tym samym 46-letni obecnie Grzegorz P. spędzi w więzieniu 20 lat.

    . . .

    klik <- reportaż UWAGI na ten temat

    . . .

    Po reportażu UWAGI ze stanowiska Prokuratora Rejonowego w Gnieźnie odwołano Piotra Gruszkę. Uznano bowiem, że nie wyjaśnił on wszystkich okoliczności sprawy, m.in. nieudzielenia pomocy pokrzywdzonej przez osoby znajdujące się w mieszkaniu. Prokurator krajowy Bogdan Świeczkowski mówił:

    Podstawą podjęcia takiej decyzji były błędy, do jakich doszło w toku postępowania prowadzonego przez prokuraturę rejonową w Gnieźnie. W toku postępowania prokurator nie wyjaśnił wszechstronnie okoliczności sprawy, w tym w szczególności okoliczności związanych z nieudzieleniem pomocy Milenie W. przez członków rodziny Grzegorza P., którzy w czasie zdarzenia przebywali w mieszkaniu.

    . . .

    W lutym 2018 roku gnieźnieńska prokuratura postawiła 42-letniemu bratu Pilarskiego zarzut nieudzielenia pomocy pozbawionej wówczas wolności przez swojego brata Grzegorza P. Milenie W., która znajdowała się w położeniu grożącym jej bezpośrednim niebezpieczeństwie poniesienia uszczerbku na zdrowiu. Mężczyzna nie przyznał się do winy, ponadto twierdził, że nie miał pojęcia o zaistniałej sytuacji, bo długo pracował i nie było go w mieszkaniu.

    W czerwcu miał ruszyć proces, na którym oskarżony pojawił się pijany. Sąd wezwał policjantów, którzy przeprowadzili badanie alkomatem, po którym okazało się, że ma około 1. promila alkoholu we krwi. Została zastosowana wobec niego kara porządkowa za uchybienie powagi sądu i mężczyzna trafił do aresztu na siedem dni.

    Na jednej z rozpraw Paweł P. (zdjęcie) (zdjęcie) składał wyjaśnienia:

    Widziałem, że miała oczy wduszone, teraz już to wiem, ale wtedy nie wiedziałem. Myślałem, że została pobita. Zjadłem coś i poszedłem do apteki kupić coś na te oczy, jakieś krople. Jak wróciłem, to podałem bratu te opatrunki, a ja się wykąpałem i poszedłem spać. Na drugi dzień, jak wróciłem, to brata z nią już nie było.

    Z kolei poszkodowana zeznawała:

    Nie przypominam sobie, by on kupował jakieś krople. W domu nie był cały czas, przychodził wieczorami i było go słychać. Policja, kiedy była pod drzwiami, to ich nie otwierali. Pamiętam, że był w domu i jak leżałam to wtedy na pewno pili. Na pewno widział, że byłam zakrwawiona, bo miałam białą bluzę i była cała we krwi.

    klik <- tutaj jest relacja z pierwszej rozprawy

    22 października odbyła się następna rozprawa, której streszczenie znajdziecie tutaj.

    Matka Pilarskiego prawdopodobnie nie usłyszy zarzutów. Kobieta cierpi na chorobę psychosomatyczną. Kontakt z nią jest utrudniony, przez co mogła nie być świadoma tego, co działo się w mieszkaniu w październiku 2015 roku. Opinię w tej sprawie wydadzą jeszcze powołani biegli.

    Na początku listopada 2018 zapadł wyrok w sprawie Pawła P. — 3 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności, 9 miesięcy ograniczenia wolności, podczas których będzie wykonywał prace społeczne w ilości 40 godzin w miesiącu. Ponadto, jest zobowiązany do zapłacenia kwoty 30 tys. zł zadośćuczynienia Milenie W. Jest to kwota niższa od postulowanej przez oskarżyciela posiłkowego, ale wyższa od tej proponowanej przez prokuratora. Paweł P. ma także zwrócić Milenie W. koszty wynajęcia pełnomocnika. Wyrok nie jest prawomocny.

    . . .

    Zaginiona Wioletta Tepper (2) (zdjęcie) ostatni raz widziana była w 2012 rok na terenie Gniezna, Poznania oraz Pomorza. Od tej pory nie odzywa się ani do matki, ani do nastoletniej córki. (klik)

    Przed zaginięciem żyła w konkubinacie z Grzegorzem Pilarskim. Mężczyzna wielokrotnie ją bił, katował i wybijał zęby. Ogolił jej też głowę na łyso — na zdjęciu opublikowanym przez policję jest w peruce. Kobieta często szukała pomocy u sąsiadów, którzy pozwalali jej się u siebie obmyć z krwi, wzywali pogotowie i policję.

    W postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową w Gnieźnie Pilarski był jednym z podejrzanych o zabójstwo swojej konkubiny. Zabrakło jednak dowodów, by go skazać, a sprawa została w końcu umorzona. Jednak po kilku latach akta postępowania zostały dołączone do akt w sprawie zgwałcenia, oślepienia oraz uwięzienia Mileny. Połączenie wątku zaginięcia Wioletty Tepper i sprawy Mileny miało dać pełen obraz profilu psychologicznego oskarżonego.

    Nie znalazłam informacji na temat dalszego śledztwa w tej sprawie. Kobieta do dzisiaj pozostaje osobą zaginioną, nie wiadomo także czy została zamordowana, czy uciekła przed swoim oprawcą.

    klik <- reportaż na ten temat

    . . .

    * ofiara zdecydowała się nie ukrywać swojej tożsamości. Mecenas reprezentujący pokrzywdzoną mówił:

    Gwałt to temat tabu. Wstydliwy. Gdy kobieta mówi o gwałcie, naraża się na pytania w rodzaju: a dlaczego nie uciekła, a po co się z nim zadawała, a może sama z nim poszła? Zgwałcone kobiety często wolą więc nawet nie wspominać nikomu o tym, co się stało. Duszą to w sobie latami. A jeśli już zdecydują się złożyć zeznania i sprawa zaczyna się toczyć, to chcą wyłączenia jawności. Nie znam przypadku, by było inaczej. Myśmy postanowili to zmienić. Choć ona zdaje sobie sprawę, że emocjonalnie będzie ją to bardzo dużo kosztować, postanowiła się z tym zmierzyć. Uznała, że trzeba skończyć ze wstydem ofiary. Niech się wstydzi oskarżony.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Poznaniu oraz z wyroku Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informację z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Morderca z manią wielkości.

    Ta sprawa kryminalna pełna jest zaskakujących wydarzeń i zwrotów akcji. Jest wyjątkowa także i z innych powodów: pokazuje, w jaki sposób śledczym udało się „podejść” podejrzanego i, uderzając w jego ambicję i chęć zyskania sławy, doprowadzić go do tego, żeby przyznał się do kilku morderstw.

     W Wielkim Kanionie

    Jest 11 kwietnia 1993 roku. Tuż przed południem w biurze parkowym w Wielkim Kanionie zdenerwowany mężczyzna zgłasza wypadek. Informuje, że on i jego żona od czterech dni wędrowali przez skały Kanionu, a gdy dziś doszli do formacji Horseshoe Canyon, by tam odpocząć, on chciał zrobić kilka zdjęć. Ustawiał statyw, odwrócony plecami, nagle usłyszał jakiś odgłos i obejrzał się – żony już nie było. Opowiada, jak to natychmiast zaczął jej szukać, biegając wkoło w panice. W końcu ją dostrzegł – spadła, jak oszacował, mniej więcej 45 metrów w dół. Zszedł więc ostrożnie po skałach, a gdy wreszcie do niej dotarł, od razu zauważył, że nie żyje, mimo iż – przynajmniej na pierwszy rzut oka – nie miała żadnych ran prócz kilku zadrapań na twarzy.
    Mężczyzna nazywa się Robert Spangler, a jego żona – Donna Spangler.
    A więc wypadek
    Strażnicy natychmiast udają się na miejsce wypadku, wezwana zostaje także policja. Robert musi opowiedzieć o przebiegu dnia i podać wszystkie okoliczności wypadku. Jego zeznanie notowane jest bardzo szczegółowo. Składając je, Robert jest kompletnie załamany i płacze; o żonie wypowiada się z czułością, a jego zeznanie robi wrażenie bardzo szczerego.
    Funkcjonariusze biura szeryfa zgodnie z procedurą wszczynają śledztwo. Prócz samego Roberta nie ma innych świadków, ale nic w tym, co zaszło, nie budzi podejrzeń policji – Donna najwyraźniej straciła równowagę w jakimś niezabezpieczonym miejscu i spadła.
    Miejscowy lekarz wystawia świadectwo zgonu z adnotacją, że śmierć Donny była wypadkiem. Śledztwo zostaje umorzone.

    Telefon po roku

    Mija rok, nadchodzi lato. Pewnego dnia śledczy Bruce Cornich z policji hrabstwa Coconino otrzymuje telefon. Dzwoni osoba z kręgu przyjaciół Donny i informuje o swoich podejrzeniach co do jej śmierci oraz o tym, że Nancy, pierwsza żona Roberta, zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach.
    Śledczy traktuje tę wskazówkę bardzo poważnie. Ściąga materiały na temat tego zdarzenia – i rzeczywiście trafia na dziwną sprawę.

    Sprawa sprzed lat

    Jest 30 grudnia 1978, Littleton, Colorado. Tu mieszkają Robert i Nancy Spengler wraz z dwójką swoich dzieci Susan (15) i Davidem (17).
    Przed południem chłopak Susan przyjeżdża do swojej dziewczyny – telefonował do niej wcześniej, ale nikt nie odbierał. Nikt nie otwiera drzwi, chłopak podchodzi więc pod dom i rzuca kamykami w okno Susan, tak jak to zawsze robi. Ponieważ Susan nie reaguje, chłopak obchodzi dom. Dostaje się do środka przez uchylone okienko w pomieszczeniu gospodarczym. Idzie na górę do pokoju Susan. Widzi ją, jak leży na łóżku, więc żeby ją obudzić, rzuca w nią rękawiczkami z okrzykiem „Sue, obudź się!”.
    Dziewczyna ani drgnie – do chłopaka zaczyna docierać, że nie żyje. Odwraca się i biegnie do pokoju jej brata. David leży częściowo na łóżku, a obok na podłodze jest krew.
    Przerażony chłopak dzwoni na policję. Jest wpół do dwunastej w południe.

    Na miejscu zbrodni

    W protokole jest informacja, co zastali śledczy na miejscu zbrodni: młoda kobieta z raną postrzałowa leżała twarzą w dół na łóżku. W przedpokoju leżał jej brat częściowo na łóżku, częściowo na podłodze, twarz miał w poduszce. Zginął od strzału w klatkę piersiową.
    Na parterze policjanci znajdują ciało Nancy – dosłownie „wbite” w krzesło, na którym siedziała. Krzesło stoi przy biurku, a na biurku znajduje się maszyna do pisania. W maszynie tkwi arkusz: to pismo podpisane tylko jedną literą: „N”. Wygląda na list pożegnalny. Z jego treści można wnioskować, że Nancy zastrzeliła obydwoje dzieci, gdy te spały.
    Pięć godzin później wraca do domu Robert. Udzielając wyjaśnień mówi, że w jego małżeństwie były problemy i że dzień wcześniej wieczorem między nim a żoną miała miejsce kłótnia, której ciąg dalszy nastąpił rano. Robert dodaje, że z tego właśnie powodu rano powiedział żonie, że chce się wyprowadzić.
    Złożone przez niego zeznania wskazują, że Nancy, załamana perspektywą rozstania z mężem, zdecydowała się zabić siebie i swoją rodzinę. Mimo pewnych niejasności śledczy przychylają się do tej wersji. Wkrótce potwierdza ją także lekarz medycyny sądowej: Nancy się zastrzeliła, zastrzeliwszy najpierw swoje dzieci.

    Wznowienie sprawy

    W świetle tych wydarzeń sprzed lat obecny wypadek Donny prezentuje się jednak inaczej. Bruce Cornich z policji w Coconino dochodzi do następującego wniosku: jeśli przed laty Robert zabił swoją rodzinę, to był w stanie zamordować także i Donnę. Bruce Cornich kontaktuje się z policjantami z Littleton.
    Po otrzymaniu tych informacji Paul Goodman, śledczy z Littleton, decyduje się wznowić sprawę z roku 1978. Funkcjonariusze ponownie studiują akta i sprawdzają wszystkie dowody, które znaleziono na miejscu zbrodni.
    Ślady sprzed lat
    Zaczynają od maszyny do pisania i listu. Policjanci zwracają uwagę na to, że na kartce z listem nie było żadnych odcisków palców. Te znajdowały się jedynie na maszynie, natomiast z niektórych miejsc maszyny ktoś próbował coś usunąć.
    Kolejną sprawą jest usytuowanie rewolweru, z którego Nancy jakoby oddała do siebie strzał. Policjanci ponownie przeglądają akta i dochodzą do wniosku, że strzał w głowę Nancy wygląda, jakby był oddany ze zbyt dużej odległości, tj. z takiej, z której samobójca nie mógłby tego zrobić lub też z takiej, z której samobójcy zwykle strzałów nie oddają.
    Z tego też powodu obecnie śledczy uważają, że lekarz medycyny sądowej, który w ówczesnym czasie wystawiał świadectwo zgonu i uznał śmierć Nancy za samobójstwo, najwyraźniej coś przeoczył. Aby rozwiać te wątpliwości, zwracają się do specjalisty zajmującego się ranami postrzałowymi i proszą go o to, aby sprawdził wszystkie dostępne dane.

    Opinia biegłego

    Powołany biegły stwierdza, że kula trafiła Nancy prosto w czaszkę. Jednak na zdjęciach widać, że wokół dziury po wystrzale były drobne punkty, które wyglądały jak niewielkie rysy, układające się w pewien specyficzny wzór. Ten wzór wokół rany jest dla specjalisty pierwszym sygnałem, że coś tu jest nie w porządku, gdyż po oddaniu strzału z broni „wychodzi” nie tylko kula, lecz także np. drobinki niespalonego prochu.
    Taki proch pozostawia na skórze charakterystyczne ślady, natomiast ślady na skórze Nancy pokazują, że strzał w czoło oddany został z odległości od 15 do 25 cm. To zbyt duża odległość i wersję samobójstwa należy wykluczyć, choćby dlatego, że z punktu widzenia samobójcy byłoby zbyt duże prawdopodobieństwo, iż kula ominie cel. Typowe dla samobójstw są rany postrzałowe kontaktowe, w których wylot lufy styka się bezpośrednio ze skórą.
    Ekspert stwierdza, że w tym wypadku strzał został musiał zostać oddany przez inną osobę. Nancy została więc zamordowana.
    Robert jest podejrzany
    Robert staje się głównym podejrzanym. Śledczy z Littleton decydują się wznowić sprawę śmierci jego rodziny, ale nie są pewni, czy mają wystarczająco dużo dowodów w ręku, by móc postawić go w stan oskarżenia z powodu zamordowania rodziny. I rzeczywiście, prawie zaraz po wznowieniu śledztwa zaczyna wyglądać na to, że utkwi ono znowu w martwym punkcie.
    Policja postanawia zatem przyjrzeć się śmierci Donny, licząc na to, że może znajdzie się coś, co umożliwi oskarżenie Roberta o jej zamordowanie. Niestety, w tej sprawie nie ma zbyt wielu śladów, nie ma też zeznań świadków. Jest oczywiste, że jeśli podejrzany się nie przyzna, trudno będzie udowodnić mu zamordowanie żony; jednocześnie jest bardzo mało prawdopodobne, że do zbrodni przyzna się osoba taka jak Robert, czyli ktoś, kto był w stanie dokonać kilku morderstw i od lat pozostaje bezkarny.
    FBI zwraca się z prośbą o pomoc do wykwalifikowanych profilerów. Na ich polecenie FBI zaczyna dyskretne przepytywanie rodziny i znajomych Roberta, by zebrać jak najwięcej szczegółowych informacji na jego temat, zwłaszcza takich, które mówiłyby coś o jego osobowości. Policja i FBI rozważają stworzenie strategii, która doprowadziłaby Roberta do przyznania się do popełnionych zbrodni.

    Diagnoza

    Jest już rok 1999. Robert jest cały czas obserwowany. W tym czasie mieszka on w Grand Junction w stanie Colorado, ma w sumie już czwartą żonę i pracuje jako aktor w teatrze. Gdy podczas jednej z prób nagle nie może przypomnieć sobie tekstu, udaje się do lekarza.
    Okazuje się, że Robert ma nieuleczalnego raka mózgu. O tej diagnozie – a także o tym, że został mu jedynie około rok życia – informuje rodzinę oraz przyjaciół. Jedna ze znajomych mu osób przekazuje te informację policji w Littleton.
    Śledczy z Littleton zdają sobie sprawę, że trzeba możliwie szybko zmusić Roberta do mówienia; jednocześnie mają nadzieję, że ten w obliczu śmierci zdecyduje się przyznać do popełnionych zbrodni. Rozpoczyna się wyścig z czasem – śledczy postanawiają pojechać do Grand Junction i działać tam dalej, połączywszy siły z miejscową policją. Planują zacząć od przesłuchania Roberta.

    Pierwsza rozmowa z Robertem

    W dniu 14 września 2000 roku ma miejsce pierwsza rozmowa z Robertem. Przesłuchujący go pytają, czy nie chciałby, zwłaszcza teraz, w obliczu rychłej śmierci, zrzucić z siebie ciężaru. Niestety, nie udaje się im wydobyć od podejrzanego żadnych konkretnych zeznań.
    Gdy jednak na koniec mówią, że chcieliby z nim jeszcze porozmawiać, Robert odpowiada „Wiem”, a następnego dnia rano dzwoni i sam proponuje rozmowę.
    Trudno powiedzieć, co nim kieruje – być może jest to pragnienie pozostawania w centrum uwagi, a być może świadomość, że nie ma już aż tak wiele do stracenia.
    Przełomowe przesłuchanie
    Podczas tego drugiego spotkania śledczy wcielają w życie opracowaną wcześniej strategię, której sens sprowadza się do tego, żeby przemówić do Roberta jako osoby żądnej uznania i sławy i w ten sposób nakłonić go do złożenia zeznań.
    Wygląd komisariatu zaaranżowano tak, by wyolbrzymić rozmiar dochodzenia. Biuro szeryfa wyglądało, jakby sprawą zajmowały się dziesiątki osób: na tablicy było nazwisko Roberta, a w pomieszczeniu siedziało kilka osób przy telefonach i komputerach.
    Przesłuchujący informują Roberta o tym, że jego zeznania będą miały ogromną wartość naukową. Profilerzy chcieliby go przebadać, gdyż mogliby się od niego wiele dowiedzieć. Agent mówi również, że wprawdzie miał do czynienia z zabójcami, ale nigdy z kimś tak twórczym, jeśli więc Robert zechciałby opowiedzieć o swoich zbrodniach, stałby się niezwykle interesującym obiektem badań. Przesłuchujący podkreślają, że chodzi o seryjnych zabójców – profilerzy chcą się dowiedzieć o nich więcej i dlatego Robert mógłby opowiedzieć o swoich działaniach, bo przecież ma na swoim koncie kilka ofiar.
    Strategia okazuje się niezwykle skuteczna: po czterogodzinnym przesłuchaniu Robert przyznaje się do zabójstwa pierwszej żony i dwójki swoich dzieci.
    Szczegóły dawnej zbrodni
    Pozbawionym emocji głosem opisuje ze szczegółami zbrodnię sprzed lat. Zaczyna od tego, że planował ją już wcześniej, skłonił więc kiedyś Nancy do tego, żeby wystukała literę „N” na pustej kartce, na której potem napisał „samobójczy” list.
    W dniu zbrodni powiedział żonie, że ma dla niej niespodziankę na gwiazdkę, i w ten sposób nakłonił ją, żeby zeszła na dół do piwnicy. Tam poprosił: „Chodź tu, siadaj i zamknij oczy”, a gdy to uczyniła, wyciągnął pistolet i strzelił jej w głowę.
    Robert opowiada, że następnie poszedł na górę do pokoju córki. Susan spała. „Strzeliłem jej w serce, z tego, co pamiętam. Sprawozdanie lekarza dokładnie się zgadza” – mówi Robert przesłuchującym. Następnie udał się do pokoju syna. Ten nie spał, widocznie obudził go dźwięk wcześniejszego strzału. Robert zastrzelił syna, stojąc w drzwiach. Chłopak osunął się, ale nadal żył. Robert uznał, że jeśli zbrodnia ma zostać przypisana Nancy, to nie może strzelić po raz drugi, więc udusił syna poduszką.
    Opowiadając to, Robert nie okazuje emocji, jest chłodny i bardzo rzeczowy. Równie spokojny i rzeczowy jest wtedy, gdy wyjaśnia śledczym, dlaczego zamordował całą swoją rodzinę.
    „Zdecydowałem wtedy, że to będzie dla mnie w jakiś sposób łatwiejsze niż rozwód. I powtórzę to raz jeszcze: myślałem wtedy po prostu, że to jest dobry pomysł” – stwierdza.
    To zeznanie stanowi wyjaśnienie morderstwa z roku 1978. Gdy jednak policja pyta o śmierć Donny, Robert upiera się przy tym, że to był jedynie wypadek.
    Zostać słynnym seryjnym mordercą…
    Funkcjonariusze wiedzą, że Robert pragnie sławy i uznania i że fascynuje go wizja tego, iż zostanie uznany za słynnego seryjnego mordercę. Postanawiają uderzyć w ten właśnie punkt – czyli wykorzystać jego manię wielkości.
    Agent FBI zwraca się do Roberta następującymi słowami: „Nie jesteś seryjnym mordercą, skoro zabiłeś tylko raz – a opowiedziałeś nam tylko o jednym zabójstwie, którego dokonałeś, czyli o tym sprzed 16 lat.”
    Ten chwyt okazuje się strzałem w dziesiątkę. Ponieważ Robert bezwzględnie chce uchodzić za seryjnego mordercę i zyskać poszanowanie profilerów, przyznaje się do zabójstwa Donny.

    Jak zginęła Donna

    „To była spontaniczna decyzja. Donna nie była ciężkiej postury, tak więc nie było to trudne” – relacjonuje Robert. Mówi, że po prostu wyciągnął przed siebie obydwie ręce i zepchnął żonę w przepaść. Jego motywacja była podobna, jak w przypadku pierwszej żony – takie rozwiązanie było prostsze niż rozwód.
    Robert składa na ten temat obszerne zeznania. Nie wykazuje najmniejszej skruchy ani żalu, jest wręcz dumny, że przez tyle lat nikt nie wpadł na jego ślad, mimo iż popełnił tyle morderstw. Podczas przesłuchania z widoczną fascynacją opowiada o sobie samym: „Chciałbym się dowiedzieć, co sprawiło, że zdobyłem się na taki czyn. Myślę, że większość ludzi – i tu mam całkowitą pewność – nie potrafiłaby tego. Ja jestem inny. Jestem interesujący. Pan na przykład jest zwyczajnym człowiekiem” – mówi, spoglądając na agenta FBI.
    Sprawa medialna i proces
    Informacje o całej sprawie przedostają się do mediów. W Grand Junction, w którym Robert ostatnio mieszkał i znał mnóstwo osób, wiadomość rozprzestrzenia się lotem błyskawicy. Osoby, które go znały, są wstrząśnięte, gdyż uważały Roberta za miłego, spokojnego człowieka. Całe miasto przez wiele miesięcy nie mówi o niczym innym.
    Robert trafia do aresztu. Ponieważ przyznał się do wszystkich zbrodni, nie trzeba powoływać ławy przysięgłych.
    Podczas procesu, na którym są tłumy osób, Robert zachowuje się, jakby był na scenie: uśmiecha się i mruga do znajomych.
    Zostaje uznany za winnego czterech morderstw i skazany na dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego.
    Śledczy podkreślają, że wyrok ten miał ogromne znaczenie dla bliskich Nancy, ponieważ zyskali pewność, iż nie była sprawcą śmierci swoich dzieci. Po 22 latach rodzina Nancy mogła więc odetchnąć z ulgą.
    W sierpniu 2001 roku, czyli ponad 20 lat po zamordowaniu swojej rodziny oraz 8 lat po zamordowaniu swojej żony Donny Robert Spangler umarł w więzieniu na raka. W chwili śmierci miał 68 lat.
    Źródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #kryminalistyka #mordercy #psychopatia #seryjnimordercy
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Tym razem informacje do wpisu czerpałam nie tylko z artykułów z prasy, ale głównie z zanonimizowanego wyroku i jego uzasadnienia, który dostałam od Sądu Okręgowego w Częstochowie.

    Mam zamiar ubiegać się o wszystkie skany wyroków spraw, o których będę w przyszłości pisała na hasztagu rejestrzboczeńców. To na pewno zwiększy ilość faktów zawartych w opisywanych przeze mnie historiach i ludziach, ale także łączy się z większą ilością pracy, co będzie skutkowało mniejszą częstotliwością wpisów. Postaram się jakoś pogodzić pisanie z obowiązkami z życia poza-internetowego, chociaż w przypadku dzisiejszego wpisu, który tworzyłam na podstawie kilku artykułów internetowych oraz 72. kartek wyroku - nie było łatwo! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    A... Chciałam jeszcze podziękować za każde miłe słowo odnośnie mojej działalności na Wykopie, każdą ciekawą dyskusję pod moimi wpisami, każde niecierpliwe wyczekiwanie, każdą sugestię co, jak, o kim czy o czym pisać - to mega motywuje i uczy.

    A najbardziej dziękuję @IgorK za poprawianie moich błędów w "około sądowym" słownictwie (dzięki niemu w końcu wiem, że PODEJRZANY SKŁADA WYJAŚNIENIA, A NIE ZEZNAJE!) oraz @TerazMnieWidac za czuwanie nad moim laictwem w kwestiach poprawnego pisania.

    Tego tekstu nikt mi nie sprawdzał, także sorka za ewentualne błędy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    Ostrzegam, że w poniższym tekście są dość obrzydliwe opisy aktów seksualnych (a przynajmniej mnie obrzydzają ( ͡° ʖ̯ ͡°) ). Nie chciałam ani przepisywać, ani pisać po swojemu wielu z nich, dlatego dla bardziej ciekawskich w komentarzach wrzucam fragmenty screenów, które dostałam. Przyszły do mnie już ocenzurowane, jednak postanowiłam je jeszcze bardziej zanonimizować i zamiast inicjałów ofiar zostawiłam tylko po jeden literze, od której zmyśliłam ich imiona. Nie chciałabym by ktokolwiek wystalkował pokrzywdzone dziewczyny lub kogoś z rodziny sprawców (dlatego m.in. nie podałam płci dziecka oskarżonej).

    . . .

    Ok, można już wstawiać cysternę czaju i rozsiadać się wygodnie do czytania.

    • • •

    JACEK "MAGILLA" SZYMONIK, rocznik '65

    Szymonik był dobrze znany w Blachowni - małym mieście pod Częstochową (woj. śląskie), gdzie od wielu lat mieszkał wraz z żoną i już dorosłym synem lub dorosłą córką. Okoliczni mieszkańcy śmiało nazywali go gangsterem, a on sam miał już na swoim koncie kilka wyroków, którymi został między innymi skazany za przestępstwa przeciwko mieniu, dokumentom, broni, amunicji czy przestępstwa z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. W 2009 roku zasiadł na ławie oskarżonej wraz z innymi członkami tak zwanej mafii paliwowej, która trudniła się handlowaniem mieszanym paliwem i oszustwami podatkowymi. (klik)

    Długo przed swoim ostatnim wyrokiem był podejrzany o odurzanie dziewcząt w wieku 16-19 lat i filmowanie ich w pornograficznych ujęciach. Mężczyzna chwalił się swoim bogactwem wśród nastolatek, proponował pomoc w zrobieniu kariery w modelingu. Ostentacyjnie wyjmował przy nich grube pliki pieniędzy, dawał prezenty i grał dobrego wujka. Potem gdy uznał, że dziewczyny są już z nim zaprzyjaźnione, zapraszał do domu, częstował narkotykami i gwałcił przy włączonych kamerach. (klik)

    W 2010 roku otrzymywał kilkukrotnie przerwy w wykonywaniu kary, natomiast na początku 2011 roku został przedterminowo zwolniony z więzienia. Powodem była choroba wątroby. Mężczyzna cierpiał także na cukrzycę i przewlekłe zapalenie wątroby typu C (WZW).

    Podczas jednego ze zwolnień w odsiadywaniu kary, we wrześniu 2010 roku pod pretekstem urządzenia domówki, zaprosił do siebie 17-letnią Ewelinę *, którą od dłuższego czasu podrywał i usiłował doprowadzić do spotkania poprzez naciskanie na ich wspólną znajomą - starszą kuzynkę nastolatki. Zawiózł dziewczyny do hotelu, gdzie poczęstował licealistkę drinkiem, po którym straciła przytomność. Obudziła się leżąc w drugim pokoju, całościowo ubrana, jednak z lekko zsuniętymi spodniami. Szymonik przyniósł otumanionej dziewczynie pizzę i wręczył prezenty - telefon komórkowy, buty i ubrania, po czym odwiózł do domu.

    . . .

    Ewelina pochodziła wielodzietnej rodziny, gdzie najmłodsze z piątki dzieci miało zaledwie 5 lat. Matka była bezrobotna, a ojciec opuścił rodzinę i nie utrzymywał z nimi kontaktu. Nastolatka wagarowała i niejednokrotnie powtarzała klasę. Według psychologów poziom jej rozwoju wskazywał na pogranicze upośledzenia umysłowego.

    . . .

    Kilka dni później, podjechał do idącej przez ulicę Eweliny i zaproponował odwiedzenie go w jego mieszkaniu, co argumentował posiadaniem filmów z jej udziałem, które rzekomo nagrał, gdy była nieprzytomna. Jakiś czas później czekał na nią pod szkołą, chociaż nigdy wcześniej nie mówiła mu gdzie się uczy. Zastraszona nastolatka wsiadła do auta Szymonika i z nadzieją na odzyskanie nagrania, pojechała z nim do jego mieszkania w Częstochowie. Na miejscu mężczyzna podał jej do picia napój, po którym ponownie straciła świadomość. Dopiero wtedy mężczyzna nagrał stosunek, który ponownie odbył z nieprzytomną 17-latką. Dziewczyna ocknęła się ubrana w pustym mieszkaniu, nie pamiętając niczego co się zdarzyło i czym prędzej uciekała.

    Przy następnym spotkaniu odtworzył jej prawie godzinne nagranie z ich udziałem i zagroził pokazaniem filmu rodzicom nastolatki, a w zamian za odstąpienie od tego zamiaru zażądał sprzątania i gotowania w jego mieszkaniu. Szantażowana dziewczyna zgodziła się i zaczęła przez kilka godzin, od poniedziałku do czwartku pracować u swojego oprawcy. Podczas wykonywania prac domowych Szymonika nie było w mieszkaniu, więc czasami dziewczynie pomagała jej przyjaciółka Dominika.*

    . . .

    Dominika poznała rok starszą Ewelinę w gimnazjum w Blachowni. 16-latka pochodziła z malej miejscowości, gdzie mieszkała razem z siostrą, mamą i ojcem, który często się awanturował i nadużywał alkoholu. Nastolatka ma krótszą jedną rękę, a według psychologów jej sprawność intelektualna kształtowała się poniżej przeciętnej.

    . . .

    Podczas jednej z takich wizyt w mieszkaniu pojawił się Szymonik. Mężczyzna zagaił dziewczyny i poczęstował herbatą, po której stały się otępiałe, a na otaczającą je rzeczywistość reagowały z opóźnieniem. Mężczyzna, wykorzystując ich nieświadomość, odbył z obiema stosunki seksualne.

    Do następnego spotkania doszło na przełomie listopada i grudnia 2010 roku, a uczestniczył w nim także 44-letni Wojciech S.

    . . .

    Wojciech S. od 14 lat był w związku partnerskim, nie ma dzieci. Ma wykształcenie zawodowe, jest górnikiem, utrzymywał się jednak z prac dorywczych.

    . . .

    Cała czwórka piła wspólnie szampana, aż Szymonik zaproponował Ewelinie narkotyki, na co nastolatka przystała. Powyżej łokcia zawiązała sobie pasek od szlafroka, a Jacek wstrzyknął w jej żyłę przezroczystą substancję. Wojciech S. także zaaplikował sobie narkotyk, jednak Dominika zdecydowanie odmówiła. Obecni usilnie namawiali 16-latkę, aż w końcu siłą go jej zaaplikowali. Następnie, Jacek Sz. polecił dziewczynom się wykąpać. Po wyjściu z łazienki ponownie wstrzyknął im substancję, kazał się rozebrać i włożyć pończochy. Nastolatki były odurzone i co chwilę traciły świadomość, a mężczyźni wykorzystując ich stan rozkazali się im wspólnie dotykać, lizali je po narządach płciowych, a Szymonik odbył stosunek płciowy zarówno z Eweliną, jak i z Dominiką. Mężczyzna wiedział, że jest zarażony wirusem WZW, jednak mimo to nie używał prezerwatywy. Po stosunku, młodsza z dziewcząt uciekła do toalety i chciała jak najszybciej wrócić do domu, co rozwścieczyło gospodarza, który wyrzucił ich z mieszkania i kazał wracać pieszo.

    Następnego dnia Jacek zadzwonił do Eweliny by przekazała Dominice informacje, że jest w posiadaniu nagrań z jej udziałem.

    Na początku 2011 roku, Ewelina zaproponowała Dominice udanie się z nią do mieszkania Szymonika w Częstochowie, zapewniając, że mężczyzny nie będzie wtedy w domu. Dziewczyna przystała na propozycje znajomej, jednak na miejscu okazało się, że gospodarz także się pojawił. Pomimo nalegań i gróźb mężczyzny, młodsza z dziewczyn nie skorzystała z propozycji zażycia narkotyków i uciekła.

    Ewelina zażywała środku odurzające, nawet gdy sama udawała się do mieszkania. Z jej zeznań wynika, że Jacek Sz. zmuszał ją do tego, a ona w obawie przed upublicznieniem nagrań zgadzała się na wszystko, co proponował. Mężczyzna samodzielnie aplikował jej narkotyki. Pewnego razu usiłowała uniknąć wkłucia się w żyle i odsunęła rękę, wtedy Szymonik uderzył ją w twarz. Po wszystkim zgwałcił nastolatkę szepcząc jej do ucha, że warto być grzeczną dziewczynką.

    . . .

    Mieszkanie w Częstochowie Szymonik wynajął by jego dawna kochanka Ksenia miała gdzie zamieszkać gdy opuści mury więzienia.

    KSENIA ANTES, rocznik '80

    Antes jest rozwiedziona od 2009 roku i ma jedno dziecko w wieku 6 lat, którym prawnym opiekunem jest matka Kseni.

    Od listopada 2008 roku odbywała karę roku i 6. miesięcy pozbawienia wolności za m.in. znęcanie się nad swoją matką oraz dzieckiem (dla ciekawskich to dokładnie za: 207 § 1 kk, 157 § 2 kk, 210 § 1 kk, 160 § 2 kk w zw. z art. 11 § 2 kk). Szymonik odwiedzał Ksenię w więzieniu i często rozmawiali przez telefon.

    W marcu 2011 roku Antes wyszła z zakładu karnego i zamieszkała w mieszkaniu swojego dawnego kochanka. Po kilku dniach zadzwoniła do Eweliny przedstawiając się fałszywym imieniem, zaproponowała spotkanie oraz pomoc w rozwiązaniu sprawy szantażowania jej przez Szymonika. Jednak w umówionym miejscu pojawili się razem, a Ksenia groziła nastolatce, że jeżeli chce mieć z nią dobre relacje ma robić to, czego ona od niej żąda. Następnego dnia kazała stawić się dziewczynie w mieszkaniu, gdzie ustawiła kamerę, do której kazała nastolatce oświadczyć, że lubi ćpać. Po zakończeniu nagrania kazała wstrzyknąć jej sobie w żyły przezroczystą substancję oraz dała jej do połknięcia małą, białą tabletkę, po której zamroczoną, wspólnie z Szymonikiem gwałciła. Do takich spotkań dochodziło wielokrotnie, a gdy nastolatka odmawiała wykonania jakiś czynności seksualnych lub nie chciała mówić, co podnieca ją w Kseni, była bita rekami po twarzy czy drewnianą łyżką po stopach.

    W końcu Antes zażądała pojawienia się w mieszkaniu także Dominiki. Na miejscu zaaplikowała dziewczynom narkotyki, kazała wziąć przyrznic i położyć się w łóżku. W sypialni pojawiła się naga wraz z Szymonikiem i zażądała od przestraszonej i otumanionej młodszej z dziewczyn włożyć sobie wibrator do pochwy. Następnie mężczyzna zgwałcił nastolatkę, mimo jej płaczu i próśb. Gdy któraś odmawiała wykonywania jego poleceń bił je z całej siły w twarz, co je trochę ocuciło i wywołało jeszcze większy lament. Mimo tego kazał im wzajemnie wkładać sobie wibratory do pochwy. Zapłakane dziewczyny, w końcu uciekły do łazienki i zostały wyrzucone z mieszkania. Otumanione, krążyły po mieście aż do świtu obiecując sobie, że już więcej nie pojawią się w tym mieszkaniu.

    Szantażowana ujawnieniem nagrań z jej udziałem, Ewelina wciąż posłusznie zjawiała się w częstochowskim mieszkaniu na każde żądanie Jacka lub Kseni. Kobieta często gwałciła nastolatkę be udziału Szymonika, kazała całować i dotykać ją po narządach płciowych, używać wibratorów. Raz zakleiła dziewczynie usta, owinęła taśmą nogi i ręce, a następie biła po twarzy i pośladkach.

    Wszelkie próby zerwania kontaktów z oprawcami spełzły na niczym. Nie pomogły nawet zmiany numerów telefonów przez nastolatki.

    . . .

    Około maja 2011 roku Szymonik zaczepił na ulicy 14-letnią Paulinę * pytając o jej miejsce zamieszkania.

    . . .

    Paulina pochodziła z rodziny o ciężkiej sytuacji materialnej. W domu odcięto dopływ wody, warunki mieszkaniowe były bardzo złe, a jedynymi źródłami utrzymania była pomoc z MOPS-u i prace dorywcze ojczyma nastolatki. Biologiczny ojciec Pauliny opuścił rodzinę gdy ta miała 10 lat, nie płacił także alimentów, za co odsiadywał wyrok. Z aktualnym partnerem jej matka miała troje dzieci w wieku od 4 lat do 4 miesięcy, a z poprzednich związków również troje w wieku od 16 do 5 lat. Rodzina, wraz z ojcem i bratem ojczyma Pauliny mieszkali w Częstochowie. Dziewczyna miała przyznanego kuratora, uczyła się źle, a według psychologów jej sprawność intelektualna kształtowała się na pograniczu upośledzenia.

    . . .

    Dziewczynka miesiąc temu poznała Jacka poprzez Ewelinę, dlatego się go nie bała. Jednak gdy ten razem z Ksenią zaczął czekać na nią pod szkołą, proponował wycieczki i prezenty, przestraszona nastolatka poskarżyła się swojemu ojczymowi i od tej pory rodzice zaczęli odprowadzać ją do szkoły.

    We wrześniu Jacek i Ksenia udali się do miejsca zamieszkania dziewczynki, by porozmawiać z jej ojczymem, z którym Szymonik odbywał kiedyś wyrok w tym samym więzieniu. Mężczyzna zaproponował, by Paulina zajmowała się dzieckiem Kseni i sprzątała jej mieszkanie, za co matka 14-latki miała otrzymywać po 100 zł. Pożyczył także opiekunom Pauliny pieniądze, które obiecali oddać, gdy ojczym dziewczynki znajdzie lepiej płatną pracę.

    Para zaczęli zabierać dziewczynkę na wycieczki, lody i usiłowali zbudować jej zaufanie. Ksenia zaprosiła ją do domu, ugotowała obiad i słuchała z nią muzyki. Podarowała także bieliznę, którą kazała założyć dziewczynce, a następnie robiła jej zdjęcia w wyzywających pozach. Dziewczynka za zgodą rodziców kilkukrotnie nocowała w mieszkaniu Jacka, zwykle spała w jednym łóżku z Ksenią, jednak do niczego pomiędzy nimi nie dochodziło. Do czasu. Pewnej nocy wspólnie zgwałcili dziewczynkę, grożąc, że jeżeli powie o tym komuś to źle się to dla niej skończy. Paulina próbowała krzyczeć i uciekać, jednak jej oprawcy zamknęli drzwi na klucz. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (1).

    Po wszystkim Szymonik dał dziewczynce 100 złotych. Później Ksenia wielokrotnie do niej dzwoniła i proponowała spotkania, jednak ta za każdym razem stanowczo odmawiała. W końcu, we wrześniu 2011 roku Jacek i Ksenia czekali na Paulinę pod jej gimnazjum. Groźbami zmusili ją do wejścia do samochodu i zawieźli do swojego mieszkania. Podczas drogi Ksenia zadzwoniła do matki dziewczynki informując, że przebywa z nią oraz że odwiezie ją wieczorem do domu. Tego dnia także zgwałcili 14-latkę. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (2). Tym razem dostała od oprawców 150 zł i prezenty.

    . . .

    Jesienią 2011 roku Ksenia Antes zadzwoniła do Dominiki i zażądała spotkania. Przestraszona dziewczyna przystała na to, jednak jedynie pod warunkiem, że kobiety zobaczą się w miejscu publicznym. Spotkały się w okolicach dworca w Częstochowie, gdzie Antes oświadczyła, że posiada nagrania z ostatniej wizyty nastolatek w mieszkaniu Szymonika. Poleciła dziewczynie pojawić się u siebie w sobotę wieczorem, by uzyskać więcej informacji. Przed zaplanowaną wizytą wielokrotnie dzwoniła do Dominiki, grożąc, że jeżeli nie wykona jej polecenia film z jej udziałem pokaże dyrektorowi szkoły, matce i chłopakowi nastolatki. W mieszkaniu zastała tylko Ksenię, która oświadczyła jej, że musi wykupić film poprzez spełnianie jej rozkazów. Kazała jej umyć się i przebrać w wcześniej przygotowaną bieliznę. Następnie, wraz z Szymonikiem zgwałciła nastolatkę. Mimo jej płaczów i próśb mężczyzna odbywał z nią stosunek analny, a Ksenia kazała zadowalać się oralnie. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (3).

    Gdy dziewczyna wkładała buty i zbierała się do wyjścia, Szymonik powiedział, że ma przychodzić do nich co tydzień, a do Kseni dzwonić codziennie i pytać jak się czuje.

    Po tych wydarzeniach Dominika postanowiła nigdy więcej nie spotykać się z Ksenią i Jackiem, którzy mimo to usilnie naciskali na kontakt, wciąż wydzwaniali i nękali nastolatkę SMS-ami. Po wiadomości o treści

    odbierz ty suko bo twój chłopak dowie się o filmikach

    wyrzuciła i zniszczyła kartę sim. Spotkała się z Eweliną i zalewając się łzami pytała koleżankę, dlaczego ją w to wciągnęła. Starsza z nastolatek zwierzyła jej się, że dwukrotnie została wciągnięta przez Szymonika i Antes do samochodu i zgwałcona. Dziewczyny postanowiły pójść na policję, jednak zanim się na to zabrały oprawcy zostali aresztowani za sprawą gwałtu na 14-latce.

    . . .

    30 września Ksenia zadzwoniła do Pauliny i zapraszała do swojego mieszkania. Gdy dziewczynka odmówiła, kobieta zadzwoniła do jej matki, a ta skontaktowała się z córką. Wtedy 14-latka opowiedziała jej wszystko co wydarzyło się z udziałem Szymonika i Antes. Matka powiadomiła o słowach córki swojego partnera, jednak żadne z nich nie zgłosiło sprawy na policję. O dziwnych relacjach dziewczynki z dużo starszym mężczyzną poinformowała kuratora dopiero matka partnera matki Pauliny (mam nadzieję, że się nie pogubiliście ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Pracownik socjalny przeprowadził rozmowę z pokrzywdzoną i jeszcze tego samego dnia ona jak i jej rodzeństwo zostało odebrane matce i umieszczone w Ośrodku Opiekuńczym.

    . . .

    Jacek Szymonik, Ksenia Antes oraz Wojciech S. zostali zatrzymani. Żadne z nich nie przyznało się do zarzucanych im czynów oraz złożyli obszerne wyjaśnienia. Wobec nich został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Prokurator całej trójce postawił zarzuty. Prócz gwałtów Szymonikowi postawiono zarzut narażania poszkodowanych młodocianych kobiet na zarażenie chorobą zakaźną. Zostały przeprowadzone także badania psychologiczne oraz seksuologiczne.

    Biegli lekarze psychiatrii nie stwierdzili u Jacka Szymonika objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Stwierdzili natomiast cechy osobowości nieprawidłowej i w przeszłości nadużywanie środków psychoaktywnych. Jego biologiczna siła popędu seksualnego znajduje się w granicach dolnej normy. Oskarżony w swoich zachowaniach wykazuje cechy dewiacyjne - oglądactwo, ekshibicjonizm, uczestnictwo w seksie grupowym, zachowania sadystyczne wobec uwodzonych partnerek. (...) Biegły u J.S. nie rozpoznał pedofilii jako preferowanego sposobu zaspokajania potrzeb seksualnych.

    Z kolei z opinii sądowo-seksuologicznej na temat Kseni Antes wynika, że jej potrzeby seksualne są dość wyraźne. W hierarchii potrzeb życiowych seks zajmuje u niej pozycję wysoką, przy czym uprawianie seksu samo w sobie jest tu ważniejsze niż związki uczuciowe z partnerami. K.A. nie jest osobą absolutnie pruderyjną. W miarę upływu lat i nabywania coraz to nowych doświadczeń seksualnych pojawiają się u niej tendencje do wyrafinowania seksualnego czy skłonności do poszukiwania nadzwyczajnych bodźców podniecających dla zwiększenia napięć emocjonalnych. Wyrafinowanie seksualne może wieść do opisanych w zarzucie zachowań dewiacyjnych, a konkretnie triolizmu i seksu grupowego (...). Jest to odmiana ekshibicjonizmu skojarzonego z oglądactwem z cechami sadomasochistycznymi. Stwierdzili także, że jej sprawność intelektualna mieści się w normie. Natomiast jej osobowość jest zaburzona, a ponadto jest uzależniona od środków odurzających.

    Z opinii seksuologa wynika, że Wojciech S. ma ograniczoną zdolność w odbywaniu stosunku dopochwowego, co jest potwierdzeniem rodzaju wykonywanych czynności seksualnych z pokrzywdzonymi. W zakresie ogólnej sprawności intelektualnej funkcjonuje on na poziomie normy, jednak jego osobowość funkcjonuje nieprawidłowo w sferze emocjonalno-motywacyjnej.

    . . .

    Według psychologa u Eweliny występują cechy niedojrzałości emocjonalnej i społecznej, spowodowane najprawdopodobniej niekorzystnym wpływem środowiska wychowawczego. Symptomy te mają postać nadmiernej drażliwości, chwiejności emocjonalnej, reaktywności, braku poczucia bezpieczeństwa. Niska jest zdolność tolerancji na stres i umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Nie potrafi przewidzieć skutków swoich zachowań i wyprowadzać praktycznych wniosków ze swoich doświadczeń. Przejawia niedojrzałe formy obronne. Ma niską samoocenę, poczucie niekompetencji, permanentny brak pewności co do swoich możliwości. Zależy jej na społecznej aprobacie, oczekuje od innych uczucia, uznania, akceptacji. W trakcie badania pozostawiała pod wpływem negatywnych czynników stresujących. Reaguje nadmierną czujnością i lękiem. Na tle przeżytej sytuacji pojawiają się myśli suicydalne. Przeżywa poczucie winy.

    Przemoc seksualna oparta była na wykorzystywaniu przez sprawcę swojej pozycji ekonomicznej, intelektualnej, emocjonalnej. Bardzo szybko potrafił uzależnić opiniowaną od siebie, również poprzez szantaż. Sprawca początkowo uwodził. Wybierał dziewczyny odrzucone, spragnione bliskości i miłości, z biednych rodzin, z problemami osobowościowymi i niskimi zasobami intelektualnymi. Stwarzał możliwości, przyciągał prezentami lub ich obietnicami.

    Biegła psycholog stwierdziła, że Dominika podczas badania reagowała nadmierną czujnością i lekiem. Ciężar odpowiedzialności spadł na niedojrzałą dziewczynę, która boryka się ze strachem, wstydem, poczuciem winy i skrzywdzenia oraz bezsilnością. Pojawiają się objawy stresu pourazowego w postaci koszmarów nocnych, ponownego przeżywania urazu we wspomnieniach, braku koncentracji i przygnębienia.

    Z kolei w opinii o Paulinie, czytamy, że w słabym stopniu ujawnia własne przeżycia i emocje, co wynika z jej możliwości intelektualnych oraz z obawy przed kompromitacją. Opiniowana wychowała się w niekorzystnej atmosferze rodzinnej (rozstanie rodziców, częste zmiany miejsca zamieszkania, niewłaściwe oddziaływania wychowawcze). W takiej rodzinie nie było możliwości zaspokojenia jej podstawowych potrzeb psychicznych, a mianowicie potrzeby bezpieczeństwa, miłości i akceptacji. Pozostawał w niej niedosyt związany z niezaspokojeniem powyższych potrzeb. Stąd łatwość z jej strony ulegania osobom, które mają choćby częściowo zaspokoić jej potrzeby. (...) Dziewczyna była wciągana w relacje seksualne poprzez stopniowe przełamywanie w niej poczucia wstydu - przebieranie w erotyczną bieliznę, robienie jej zdjęć. Sprawca aby zniewolić dziewczynę i przygotować do uległości podczas zachowań seksualnych stosował wobec niej przemoc fizyczną.

    . . .

    Matka Pauliny została pozbawiona praw rodzicielskich do córki.

    . . .

    W lutym 2012 roku zapadł wyrok.

    Jacek Szymonik za 7 czynów został skazany na 12 lat więzienia. Dodatkowo 15 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych dziewcząt na odległość 100 metrów.

    Ksenia Antes, której dowiedziono 6 przestępstw pomocnictwa w gwałtach i zastraszania, otrzymała także wyrok 12 lat oraz 10 lat zakazu zbliżania się do określonych osób na odległość 100 metrów.

    Wojciech S. za jeden gwałt zbiorowy miał odsiedzieć 3 lata.

    . . .

    W 2015 roku Szymonik otrzymał zwolnienie z odsiadywania kary, ze względu na swój stan zdrowia. Jednak do aresztu nie wrócił, a za oskarżonym został wysłany list gończy. (klik)

    Dopiero w maju 2018 roku został zatrzymany w Hiszpanii i przywieziono go do Polski. (klik)

    . . .

    * te imiona wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Niektóre z formacji, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #czestochowa #blachownia
    pokaż całość

    źródło: sz.jpg

  •  

    JOACHIM KNYCHAŁA - WAMPIR Z BYTOMIA

    Urodzony w roku 1952 Joachim Knychała nienawidził kobiet. Wychowywany przez matkę i babkę, doświadczył z ich strony wielu upokorzeń. Poczucie krzywd, których doznał kazało mu się mścić. Czarę goryczy przelało niesłuszne oskarżenie o gwałt na koleżance, którego nie popełnił.

    Pierwszy raz zaatakował w Bytomiu. Był rok 1974. Jego ataki przypominały te, których dokonał jego idol – „Wampir z Zagłębia”. Knychała grasował zawsze nocą. Śledził ofiarę, potem uderzał. Zawsze od tyłu, blisko jej miejsca zamieszkania.

    Pierwsze dwie zaatakowane kobiety przeżyły. Trzecia już nie miała tyle szczęścia, a każda kolejna zbrodnia wyzwalała w nim jeszcze większe pokłady nienawiści do płci pięknej. Uważał się za „łowcę”, a swoich ofiar szukał w tramwaju linii 6. Dało to nazwę grupie operacyjnej milicji („Szóstka”), która postanowiła schwytać psychopatę. Nadano mu przydomek „Wampir z Bytomia”, choć ze względów na obrażenia ciała jakie odnosiły zamordowane kobiety częściej mówiono o Knychale „Frankenstein”.

    Wiek i wygląd kobiet, które atakował nie miały dla niego żadnego znaczenia. Zwłoki kobiet porzucał w ustronnych miejscach. Zawsze były rozebrane, a sekcja zwłok wykazała, że gwałtu dokonywano już po ich śmierci.

    Szanował tylko swoją żonę Halinę. Wracał do niej po każdym morderstwie. Był wtedy spokojnym, czułym i kochającym mężem. Nikt nie wiedział, że Knychała miał także drugie, mordercze oblicze.

    W czerwcu 1979 roku zaatakował dwie małe dziewczynki. Zmasakrowane nagie ciała znaleziono w rowie. Ku zaskoczeniu funkcjonariuszy, jedna z nich cudem przeżyła. Nie potrafiła jednak wskazać swojego oprawcy.

    Zawsze bezbłędny Knychała sam „wystawił się” swoim łowcom. Po morderstwie kilofem swojej siedemnastoletniej szwagierki Bogusi, zawiadomił milicję o nieszczęśliwym wypadku. Lekarze stwierdzili jednak, że z całą pewnością był to zaplanowany atak.

    „Wampira z Bytomia” aresztowano podczas pogrzebu ostatniej ofiary. Znajdujący się potrzasku Knychała, po badaniu wariografem, szybko przyznał się do wszystkich morderstw i ze szczegółami opowiedział o swoich czynach. Każdy detal zgadzał się z milicyjnymi ustaleniami. Był dumny ze swoich dokonań. Zeznał, że miał jeden cel – chciał być najlepszy w mordowaniu kobiet. Przez kilka lat dążył do tego, aby stać się największym mordercą w powojennej Polsce.

    Knychała został skazany na śmierć za zabójstwo 5 kobiet i ataki na 7, które przeżyły. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i „Wampira z Bytomia” powieszono 28 października 1985 roku w więzieniu Montelupich w Krakowie. Była to przedostatnia egzekucja w historii Polski.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: Knychała.jpg

  •  

    Dziś na #polskiepato przedstawię Wam trzy sprawy, które aktualnie toczą się w Sądzie Okręgowym w Lublinie. Wszystkie dotyczą dzieciobójstw dokonanych przez bardzo młode kobiety w latach 2017 - 2018.

    Przerażającym zbiegiem okoliczności jest to, że dwa z trzech morderstw noworodków zostały popełnione przez studentki pedagogiki, które uprzednio deklarowały wielką miłość do dzieci i wyrażały chęć opiekowania się nimi zawodowo w przyszłości. W każdym z trzech przypadków ofiarami były dziewczynki, które na tym świecie nie przeżyły nawet pół godziny.

    W żadnym z opisanych poniżej procesów nie zapadł jeszcze prawomocny wyrok, tak że na pewno będę jeszcze o nich pisała w następnych postach, co oznaczę #polskiepato. Proszę śledzić tag, bo do tego wołać raczej nie będę.

    Jeżeli uda mi się zdobyć daty następnych rozpraw to na pewno wybiorę się na nie w charakterze widza i zdam Wam relację! ( ͡º ͜ʖ͡º) Jeżeli ktoś z #lublin mógłby mi w tym pomóc to proszę pisać na priv, płacę wdzięcznością!

    • • •

    15 października 2017 roku podczas niedzielnego spaceru w miejscowości Krzesimów (woj. lubelskie) jeden z mieszkańców zauważył w zaroślach nad rzeką Sawką ciało noworodka. Na miejscu pojawili się policjanci, strażacy i prokurator. Przeszukano brzeg rzeki, zabezpieczono ślady i usiłowano ustalić, w którym miejscu dziecko zostało wrzucone do wody.

    Od momentu odnalezienia ciała funkcjonariusze wraz z prokuraturą prowadzili intensywne dochodzenie. Przez wiele godzin na miejscu odnalezienia zwłok trwały oględziny. Z drugiej zaś strony prowadzone były czynności operacyjne, do których zaangażowali się policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

    – relacjonował rzecznik lubelskiej policji.

    Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka urodziła się żywa, a przyczyną śmierci było utonięcie. Śledczy wskazali również na wychłodzenie organizmu. Dziecko żyło około pół godziny i utopiło się tej samej nocy, której przyszło na świat. Nie odcięto mu nawet pępowiny.

    26 października śledczy zatrzymali 22-letnią Anetę P. (zdjęcie) (zdjęcie) w jej rodzinnym domu w gminie Mełgiew. Na trop podejrzanej śledczy wpadli po jej dziwnej wizycie w Komendzie Powiatowej Policji w Świdniku, gdzie zgłosiła, że jest pomawiana o spodziewanie się dziecka. Uprzednio udała się do ginekologa po zaświadczenie, że nie jest w ciąży i poprosiła o receptę na środki antykoncepcyjne.

    Podczas przesłuchania kobieta przyznała się do winy, złożyła także wyjaśnienia. Usłyszała zarzut, że działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia córki, wrzuciła ją do wody, w wyniku czego spowodowała jej śmierć. Czyn zarzucony podejrzanej stanowi zbrodnię zabójstwa i zagrożony jest karą pozbawienia wolności od 8 lat do dożywocia. Wobec kobiety został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Aneta P. mieszkała razem z rodzicami - ojcem rolnikiem oraz matką pracownicą samorządową. Studiowała w Lublinie, a zarobkowo opiekowała się dziećmi. W internetowym ogłoszeniu reklamowała się tak:

    Studiuję pedagogikę specjalną, mam 5-letnie doświadczenie w opiece nad dziećmi. Zajmowałam się zarówno kilkumiesięcznymi maluchami, nastolatkami, jak i dziećmi z zespołem Downa.

    Dziewczyna cieszyła się dobrą opinią sąsiadów, którzy mieli ją za typową szarą myszkę.

    . . .

    W toku śledztwa ustalono, że ojcem noworodka był dużo starszy od Anety P. żonaty mężczyzna, ojciec trójki dzieci. Zarówno 42-letni kochanek podejrzanej, jak i jej rodzice zostali przesłuchani w charakterze świadków i zwolnieni bez postawienia zarzutów. Nikt z jej najbliższych nie wiedział o ciąży, którą skrzętnie ukrywała od marca 2017 roku, gdy tylko się o niej dowiedziała. To, że lekko przytyła, starała się maskować ubraniami. Mimo tego, że wiedziała o swoim stanie, wciąż przyjmowała tabletki antykoncepcyjne.

    Kobieta nie potrafiła wyjaśnić powodów uśmiercenia swojej córki. Powiedziała śledczym, że działała pod wpływem emocji, a wrzucenie dziecka do rzeki było pierwszą rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, jednak policjanci ustalili. że podejrzana przygotowywała się do zabójstwa już od dłuższego czasu. Jeszcze kilka miesięcy przed porodem wpisywała w swoją wyszukiwarkę internetową hasła o treści: co może zabić dziecko w 5 miesiącu ciąży, jak poronić w drugim trymestrze, szukała także informacji o aborcji w 6 i 7 miesiącu ciąży oraz lekach, których zażywanie jest zabronione podczas ciąży.

    . . .

    14 października 2017 roku Aneta położyła się spać między godziną 21 a 22. Jednak około drugiej nad ranem obudziły ją silne bóle porodowe. Po trzech godzinach urodziła zdrową córkę, następnie wzięła nożyczki leżące na regale i przecięła jej pępowinę. Owinęła noworodka w koszulkę, ubrała się i bladym świtem wyszła z domu. Jak podaje akt oskarżenia: Dziecko płakało na tyle cicho, że nie obudziło pozostałych domowników. Niosła je przez pole kukurydzy, drogę i stary cmentarz, aż dotarła do rzeki, gdzie wyjęła córeczkę z koszulki i wrzuciła do wody. Podobnie uczyniła z łożyskiem, które urodziła chwilę wcześniej. Po powrocie do domu usiłowała zatrzeć ślady - spaliła koszulkę, w której niosła dziecko, uprała pościel i ubrania. Nad ranem umówiła się na wizytę do ginekologa, po której udała się na świdnicki komisariat policji, co jej zdaniem miało zapewnić jej alibi.

    . . .

    Na początku lipca 2018 roku do Sądu Okręgowego w Lublinie wpłynął akt oskarżenia przeciwko Anecie P. Prokuratura postawiła jej zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim.

    . . .

    5 września rozpoczął się proces (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie). Na pierwszej rozprawie stawili się rodzice i rodzeństwo oskarżonej, którzy zgodnie odmówili składania zeznań w sprawie. Gdy jeden z fotoreporterów próbował zrobić zdjęcie Anecie P., jej ojciec rzucił się na niego z pięściami.

    Na wniosek obrońcy podejrzanej i prokuratora sąd wyłączył jawność postępowania, dlatego treść zeznań ojca zamordowanego noworodka oraz wyjaśnień Anety P. nie zostały podane do wiadomości publicznej. Wiadomo tylko, że kobieta nie przyznała się do zabójstwa, a jedynie do wrzucenia dziecka do wody.

    . . .

    17 września i 15 października odbyły się następne rozprawy, a 23 października zapadł nieprawomocny wyrok. Aneta P. została skazana na 12 lat pozbawienia wolności.

    klik <- filmik z odczytania wyroku

    W świetle dowodów okoliczności popełnionego czynu nie budzą wątpliwości. Brak jest jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, aby oskarżona znajdowała się w jakimkolwiek stanie, który wpływałby na jej postępowanie. Pomimo pełnej świadomości, że dziecko żyje i płacze, pokonała nocą znaczny odcinek drogi, w tym przedzierając się przez zarośla, po czym wrzuciła je do wody. Sposób działania oskarżonej był drastyczny, a dziecko nie miało żadnych szans na przeżycie.

    – uzasadniał wyrok sędzia. Zwrócił też uwagę, że 23-latka jest wykształcona i ma wiedzę pedagogiczną, pomimo tego z pełną świadomością postanowiła utopić swoją córkę.

    Przy odczytaniu wyroku obecna była tylko matka Anety P.

    Prokurator wnioskował wcześniej o 25 lat więzienia, dlatego podejrzewam, że możemy spodziewać się apelacji i jeszcze jednej rozprawy - o czym na pewno napiszę.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    21-letnia Weronika B. mieszkała wraz z rodzicami i dwójką braci w Lublinie. W domu panowały dobre relacje i zawsze mogła liczyć na wsparcie bliskich. Była wolontariuszką w domach dziecka i przedszkolach oraz studentką pedagogiki w rodzinnym mieście.

    . . .

    Początek września 2017 roku był wciąż bardzo słoneczny i wakacyjny, dlatego rodzina Weroniki wybrała się nad jezioro. Nastolatka została sama w mieszkaniu i postanowiła zaprosić swojego chłopaka oraz parę znajomych. Tej nocy wypiła kilka kieliszków wódki, paliła papierosy i zażywała LSD. Według relacji świadków dziewczyna oprócz wychodzenia co kilkanaście minut do toalety nie zachowywała się inaczej niż zwykle. Następnego dnia wstała z łóżka dopiero około godziny 12, zrobiła swojemu chłopakowi śniadanie, którego sama nie jadła, ponieważ stwierdziła, że źle się czuje. W końcu oznajmiła, że idzie się wykąpać i na długo zniknęła w łazience.

    W wannie urodziła zdrową, 3-kilogramową córkę. Po porodzie szczelnie zawinęła łożysko oraz noworodka w trzy ręczniki i foliowe reklamówki, które zawiązała na supeł. Później posprzątała łazienkę i udała się do pokoju, gdzie do szuflady pod łóżkiem włożyła szczelny pakunek.

    Po południu zadzwoniła do rodziców, którzy byli już w drodze powrotnej do Lublina, z prośbą o leki na zapalenie pęcherza. Cały wieczór przesiedziała w łazience, co tłumaczyła miesiączką i złym samopoczuciem. Dziewczyna z godziny na godzinę czuła się coraz gorzej, co budziło zaniepokojenie jej rodziców. W końcu po wyjściu z toalety zemdlała, a jej matka zauważyła ślady krwi na posadzce. Bezzwłocznie zawiozła córkę do szpitala, gdzie ginekolog stwierdził, że dziewczyna musiała niedługo wcześniej urodzić, czemu Wiktoria kategorycznie zaprzeczyła.

    O zdarzeniu została powiadomiona policja, która przeszukała mieszkanie rodziny B. i bardzo szybko znalazła zwłoki noworodka. Weronika została natychmiast zatrzymana i trafiła do aresztu tymczasowego. Miesiąc później zmieniono jej areszt na dozór policji oraz na poręczenie majątkowe o kwocie 15 tys. zł.

    Kobieta nie przyznała się do zabójstwa. Zapewniała, że dziecko urodziło się sine i w plamach dlatego uznała, że jest martwe. Z jej wyjaśnień wynika, że po porodzie była w szoku, dlatego schowała noworodka do szuflady. Twierdziła, że nie wiedziała, że jest w ciąży i nie miała żadnych objawów, które mogłyby o tym świadczyć.

    W lipcu 2017 roku, po powrocie z zagranicznych wakacji, jej chłopak zauważył, że przytyła i podejrzewał ciążę, ale ona zaprzeczyła. Wykonała dwa testy ciążowe, z których jeden dał wynik negatywny, a drugi pozytywny. Ten z wynikiem negatywnym uznała za wiarygodny i pokazała swojemu chłopakowi. Dodała też, że nigdy nie była u ginekologa.

    Weronika B. spędziła cztery tygodnie w szpitalu pod obserwacją, po której biegli psychiatrzy stwierdzili, że dziewczyna jest zdrowa, a w trakcie popełniania zbrodni była poczytalna i w pełni świadomie zabiła swoje dziecko. Po porodzie nie była w szoku, o czym mogło świadczyć np. to, że po wszystkim udała się na uczelnię.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był chłopak oskarżonej. Z kolei sekcja zwłok wykazała, że dziecko przyszło na świat w 8. lub 9. miesiącu ciąży. Na ciele noworodka nie stwierdzono cech bezpośredniej przemocy fizycznej. Biegli ustalili, że dziewczynka urodziła się żywa i zdolna do samodzielnego życia. Można przyjąć, że do zgonu doszło najprawdopodobniej w mechanizmie powolnego uduszenia - czytamy w akcie oskarżenia, który w lipcu 2018 roku trafił do Sądu Okręgowego w Lublinie. Prokuratura zarzuca w nim Weronice B., że 3 września 2017 roku z premedytacją zamordowała swoje nowo narodzone dziecko. Czyn ten został zakwalifikowała jako art. 148 kk. i jest zagrożony karą pozbawienia wolności nawet do dożywocia. (klik)

    . . .

    Proces miał zacząć się 20 września 2018 roku, jednak oskarżona nie pojawiła się tego dnia w sądzie. Następna rozprawa odbyła się 22 października.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Obrona wnioskowała o całkowite wyłączenie jawności procesu, jednak sędzia tylko częściowo przychylił się do prośby, wyłączając jawność na czas odczytywania wyjaśnień oskarżonej z etapu śledztwa.

    Kobieta odmówiła składania wyjaśnień przed sądem. W charakterze świadków wystąpili jej rodzice i bracia, jednak zeznawać zgodził się tylko ojciec (zdjęcie) i młodszy brat (zdjęcie) oskarżonej.

    Nie wiedziałem, że córka jest w ciąży, bo nie było żadnych symptomów o tym świadczących.

    – zeznawał ojciec Weroniki i zapewniał, że dziewczyna bardzo przeżyła zaistniałą sytuację, musiała korzystać z pomocy psychologa i psychiatry. Przekonywał także, że zawsze chciała mieć dzieci, co potwierdził jej brat, dodając jeszcze, że była zdeklarowaną przeciwniczką aborcji.

    Moja siostra jest wrażliwą osobą. (...) Tamtego dnia bardzo źle wyglądała. Była w takim amoku. Rodzice powiedzieli mi później, co się stało.

    Z aktu oskarżenia wynika, że jej chłopak również nie wiedział o ciąży. W sądzie zeznawała jego matka.

    Jak się o tym dowiedział, to wymiotował z nerwów. Był w szoku. (...) Weronika bardzo kocha dzieci. Dlatego poszła na pedagogikę.

    . . .

    Następna rozprawa jest planowana na koniec listopada 2018.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Agata F. (zdjęcie) mieszkała z matką, babcią i dwojgiem rodzeństwa w małej wsi o nazwie Majdan Kozłowiecki (woj. lubelskie). Sąsiedzi mówili, że to dobra rodzina. 22-latka studiowała w Lublinie, jednak informacja o kierunku nie została nigdzie podana.

    Według Super Expressu dziewczyna na swoim profilu na Facebooku (który już nie istnieje) miała umieszczone słowa Jana Pawła II: Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa, żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować.

    . . .

    30 czerwca 2018 roku Agata F. wraz ze swoim narzeczonym Rafałem M. (26) udali się na wesele. Podczas ich nieobecności, rodzice postanowili przeszukać pokój córki, ponieważ od dłuższego czasu podejrzewali, że dziewczyna może być w ciąży. Mimo oferowanej pomocy ze strony rodziny i partnera, młoda kobieta nieustannie zaprzeczała ich domniemaniom. Kilka dni wczesniej jej figura wróciła do normy, dlatego wszczęli poszukiwania. Około południa zawiadomili policję z Komendy Powiatowej w Lubartowie (woj. lubelskie). Śledczy pod nadzorem prokuratora udali się do drewnianego domku rodziny F. (zdjęcie) gdzie zastali makabryczne odkrycie - w piecu znajdowało się częściowo zwęglone ciało noworodka.

    Jeszcze tego samego dnia funkcjonariusze dokonali zatrzymania kobiety. (zdjęcie) Podejrzana wraz ze swoim partnerem zostali wyprowadzeni przez policję w trakcie wesela (jakaś gazeta pisała, że jeszcze przed rosołem!).

    klik

    Narzeczony dziewczyny został przesłuchany w charakterze świadka i zwolniony do domu.

    Podejrzana trafiła do szpitala na badania, gdzie przez kilka godzin pilnowali ją policjanci. Następnie, podczas przesłuchania przyznała się do urodzenia dziecka i spalenia jego zwłok, a z jej wyjaśnień wynika, że dziecko przyszło na świat już martwe. Na tym etapie śledztwa biegli z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie nie byli w stanie kategorycznie temu zaprzeczyć lub potwierdzić. Jednak zanim przeprowadzono dodatkowe badania, prokuratura postawiła Agacie F. zarzut zabójstwa, a Sąd Rejonowy w Lubartowie zastosował areszt tymczasowy.

    Do porodu miało dojść w nocy z 27 na 28 czerwca 2018 roku. Kobieta urodziła dziewczynkę w łazience, następnie owinęła ją w ręcznik i ukryła w palenisku znajdującego się w jej pokoju pieca. Później posprzątała ślady porodu, a następnego dnia rozpaliła ogień, starając się spalić zwłoki.

    Śledczy zaczęli prowadzić intensywne czynności, które miały wyjaśnić okoliczności tej tragedii. Między innymi biegli analizowali komputer i telefony kobiety, by sprawdzić, czy (jak w przypadku wyżej opisanej sprawy Anety P.) nie wyszukiwała w internecie haseł związanych ze sposobami na poronienie lub pozbycie się noworodka.

    Jeżeli dziecko faktycznie urodziło się martwe, prokuratura musiałaby zmienić kwalifikację czynu na zbezczeszczenie zwłok, za co grozi do 2 lat więzienia.

    . . .

    Zdaniem psychiatrów Agata F. jest poczytalna i może wziąć udział procesie sądowym.

    Wyniki sekcji zwłok noworodka były znane dopiero we wrześniu.

    Istnieje duże prawdopodobieństwo, że po porodzie dziecko żyło i oddychało. Można też przypuszczać, że było zdolne do samodzielnego życia. Nie można jednak stwierdzić jak długo żyło po urodzeniu. (...) Biegli wykluczyli u dziecka zatrucie tlenkiem węgla, a zatem należy przypuszczać, że trafiło do pieca już nieżywe.

    - informowała Prokuratura Rejonowa z Lubartowa.

    Na ciele noworodka nie znaleziono urazów mechanicznych. Jednak w jego organizmie znajdowała się substancja psychotropowa – pochodna amfetaminy, którą Agata F. zażyła jeszcze w ciąży, i która przez łożysko przedostała się do organizmu dziecka.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był narzeczony oskarżonej.

    W związku z tym, że ustalenia biegłych nie zgadzają się z wyjaśnieniami, które wcześniej składała podejrzana, 14 września prokuratura ponownie ją przesłuchała. Kobieta odmówiła jednak wszelkich wyjaśnień.

    . . .

    Ostatnią informacją w mediach na temat tej sprawy jest to, że lubartowska prokuratura skierowała wniosek do Sądu Okręgowego w Lublinie o przedłużenie tymczasowego aresztu dla podejrzanej.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #dzieciobojstwo #lubelszczyzna #krzesimow #swidnik #lubartow #majdankozlowiecki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Hej Mirabelki i Mirki. Po kilku latach tworzenia filmów z gier dla garstki widzów i vlogów bez ładu, składu, i scenariusza, popełniłem taki film:

    Zaginięcie Lisanne Froon i Kris Kremers
    https://www.youtube.com/watch?v=F439YYteu_k

    Historia na wykopie znana, zresztą na Mirko pierwszy raz o niej przeczytałem z dwa lata temu. Zaintrygowała mnie na tyle, że od tamtej pory zbierałem informacje, badałem źródła i analizowałem wszystko, co znalazłem. Kilka miesięcy temu zacząłem przekuwać to w krótki, "mroczny" film na Halloween dla mojej skromnej grupy widzów. Już po paru tygodniach okazało się, że tekst ma 21 stron a4, a liczba obrazów idzie w dziesiątki, jeśli nie setki. Koniec końców film ma prawie godzinę i 20 minut. Moje jebane Opus Magnum.

    Przed publikacją podesłałem film kilku osobom. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to pierwszy mój naprawdę ciekawy film, i że obejrzeli w całości, mimo że niektóre moje kilkuminutowe są dla nich nie do przebrnięcia. Ba! Jednemu nawet się wymsknęło, że ogrom pracy i jakość skończonego dzieła kwalifikuje to do wykopowego tagu #gruparatowaniapoziomu. I że to chyba pierwszy mój film, który naprawdę warto podać dalej. No to podaję - oglądajcie. Źródła i informacje w opisie.

    Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście zapoznali się z resztą kanału, jednakże skoro przez 7 lat zgromadziłem zaledwie 2k subów to albo tworzę niszowy, albo nijaki content, mam nadzieję że ten film przełamię tę passę.

    Pochwały mile widziane, konstruktywna krytyka również, ale pamiętajcie, że jestem amatorem, generalnie nie mam wielkiego pojęcia o kręceniu i montażu :P

    #youtube #qualitycontent #tworczoscwlasna #ciekawostki #kryminalistyka #kryminalnesprawy #panama
    pokaż całość

  •  

    WAMPIR ZE SZTOKHOLMU

    4 maja 1932 roku w Sztokholmie, nieopodal stacji metra Sankt Eriksplan znaleziono martwą Lilly Lindeström, 32-letnią prostytutkę. Kobieta została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu. Według ustaleń policji zabójstwa dokonano 2 lub 3 dni wcześniej.

    Po wejściu do mieszkania ofiary policja zastała makabryczny widok: naga Lilly leżała nago, brzuchem do dołu, na własnej kanapie. Jej głowa była niemal całkowicie roztrzaskana. Całe mieszkanie było nieskazitelnie wysprzątane, a ubrania denatki schludnie ułożone na podłodze. Na miejscu zbrodni znaleziono również zakrwawioną chochlę do sosów, była ona jednak zbyt lekka, by uznać ją za narzędzie zbrodni. Poza krwią z obrażeń głowy wokół ciała znajdowało się mnóstwo mniejszych i większych plam krwi, pochodzenia której śledczy nie byli pewni.

    Za przyczynę zgonu uznano bardzo silne uderzenie w głowę. Podczas śledztwa ustalono, że krótko przed swoją śmiercią ofiara odbyła stosunek seksualny. Podczas oględzin zwłok okazało się, że w odbycie ofiary wciąż znajdowała się wypełniona spermą prezerwatywa. Podczas sekcji zwłok odkryto, że prawie cała krew Lilly została usunięta z jej ciała.

    Policja przypuszczała, że sprawca wypił krew ofiary, wykorzystując w tym celu znalezioną na miejscu zbrodni chochlę do sosów. O dokonanie zbrodni podejrzewano poprzednich klientów zamordowanej, jednak, po długim śledztwie, żadnemu z nich nie postawiono zarzutów. Szwedzki tabloid „Aftonbladet” nazwał nieuchwytnego mordercę „Wampirem ze Sztokholmu”.

    Sprawy morderstwa Lilly Lindeström nigdy nie udało się rozwiązać.

    Na zdjęciu:
    Lilly Lindeström, ofiara niezidentyfikowanego „Wampira ze Sztokholmu”.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #szwecja #europa #kryminalne #ciekawostkihistoryczne #kryminalistyka #xxwiek #mordercy #sztokholm
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    W nocy z 15 na 16 września 2014 roku do małego bloku we wsi Batorowo (woj. warmińsko-mazurskie) 35-letnia Teresa Z.-Sz. wezwała karetkę pogotowia. Ratownicy zabrali jej krwawiącą siostrzenicę Gabrysię do szpitala w pobliskim Elblągu, z którego następnie została przetransportowana na oddział chirurgii specjalistycznego szpitala dziecięcego w Olsztynie, gdzie lekarze musieli bezzwłocznie przeprowadzić operacje ze względu na poważne obrażenia pochwy i odbytu u dziecka. 8-miesięczna dziewczynka była w stanie krytycznym. Rozpoznano u niej także tak zwany zespół u dziecka maltretowanego, a na jej ciele znaleziono liczne stłuczenia, rany, siniaki oraz złamania rąk i nóg. Elbląscy medycy uprzednio zawiadomili policję, która zatrzymała niepełnosprawnego wujka dziewczynki, jednak po wynikach badań spermy znalezionej na poszkodowanym dziecku, 17 września po południu zatrzymano męża Teresy - 37-letniego Jacka Szymańczuka. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    JACEK SZYMAŃCZUK, rocznik '77

    Gdy mundurowi wyprowadzili podejrzanego, w mieszkaniu została jego żona Teresa ze swoją matką i bratem Marcinem oraz dwójką dzieci Szymańczuków w wieku 5 i 6 lat. Rodzina mieszkała razem na parterze w starym bloku. Byli dobrze znani pomocy społecznej, ponieważ od lat utrzymywali się ze świadczeń socjalnych, a gołym okiem można było zauważyć, że wszyscy są w jakimś stopniu upośledzeni. W ich domu nie było alkoholu czy przemocy, jednak dzieci często chodziły brudne i zaniedbane, ze względu na co został im przyznany tzw. opiekun rodziny.

    Gabrysia była pod opieką wujostwa (zdjęcie) od około miesiąca. Matka dziewczynki uznała, że jest niewydolna finansowo i tymczasowo nie jest w stanie zaopiekować się córką. Według jej relacji, siostra Teresa sama zaproponowała taką formę pomocy.

    Jacek Szymańczuk złożył wyjaśnienia, w których częściowo potwierdził podejrzenia policjantów. Prokuratura skierowała wniosek o tymczasowy areszt dla podejrzanego i postawiła mu zarzut dopuszczenia się innej czynności seksualnej.

    Mężczyzna w końcu przyznał się do winy. Gdy ze szczegółami zaczął opowiadać, jak przez dwa tygodnie krzywdził dziecko, nagle zaczął wymiotować. Jakby dopiero wtedy dotarło do niego czego się dopuścił.

    Aresztowana na 3 miesiące została także żona Jacka. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Teresie Z.-Sz. został postawiony zarzut narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia osoby, nad którą miała sprawować opiekę. Kobieta musiała zauważyć obrażenia ciała dziewczynki, jednak przez wiele dni nie zareagowała i nie udzieliła jej pomocy.

    Gabrysia po opuszczeniu szpitala została umieszczona w rodzinie zastępczej, na wniosek prokuratury Sąd Rejonowy w Braniewie wszczął postępowanie zmierzające do odebrania praw rodzicielskich Danucie Z. i Marcinowi L. – biologicznym rodzicom dziecka. Ich starsza córka, kilkuletnia Roksana nadal z nimi mieszkała, ale znajdowała się pod opieką kuratora.

    Dwójka dzieci Jacka i Teresy w tym czasie przebywała pod opieką babci. Zostały przesłuchane w obecności psychologa, by upewnić się, czy w przeszłości także nie były wykorzystywane seksualnie przez ojca.

    . . .

    Gdy dziennikarka UWAGI zapytała panią prokurator o to, czy choć przez chwilę było widać po sprawcy jakąś skruchę, kobieta ze łzami w oczach odpowiedziała:

    To nie są ludzie, którzy mają takie myślenie na poziomie refleksji. Na pewno się denerwowali, po prostu ludzki strach przed odpowiedzialnością, dlatego wezwali pogotowie, bo się wystraszyli, bo dziecko zaczęło umierać. To jest trudne do wytłumaczenia dla rozsądnie myślących ludzi, więc to raczej dla jakichś psychologów, psychiatrów... Nie wiem. Można sobie debaty robić, dlaczego ludzie tak się zachowują i dlaczego są takie skutki. Przecież w tym domu była jeszcze i ciocia, i babcia, więc to nie jest tak, że on był sam z tym dzieckiem...

    . . .

    W maju 2015 roku sąd zdecydował, że Gabrysia pozostanie w rodzinie zastępczej, a matkę i ojca pozbawi praw rodzicielskich. Podjął też działania w sprawie starszej z córek - Danucie Z. przydzielono nadzór kuratora, którego zobowiązał do składania sprawozdań z tej opieki co 6 miesięcy, z kolei ojcu Marcinowi L. ograniczył władzę do współdecydowania o istotnych sprawach dziecka związanych z edukacją, leczeniem i formami spędzania wolnego czasu.

    . . .

    1 czerwca 2015 roku Prokurator Okręgowy w Elblągu skierował do Sądu Okręgowego w Elblągu akt oskarżenia przeciwko Jackowi Szymańczukowi, któremu zarzucono zgwałcenie małoletniej poniżej 15 roku życia i naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia jako czyn ciągły (dokładnie to przestępstwa z art. 197 § 3 pkt 2 k.k. w zb. z art. 157 § 1 k.k. w zw. z art. 11 § 2 k.k. i z art. 12 k.k.) oraz popełnienie czynu z art. 160 § 2 k.k. czyli zaniechanie podjęcia działań zmierzających do udzielenia dziecku, posiadającemu obrażenia ciała, pomocy lekarskiej i narażenia go tym samym na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

    Aktem oskarżenia objęto także Teresę Z.-Sz., której zarzucono tylko popełnienie przestępstwa z (wyżej opisanego) art. 160 § 2 k.k.

    Jackowi groziła kara od 3 do 15 lat pozbawienia wolności, a jego żonie od 6 miesięcy do 5 lat.

    (informacja i cytat pochodzą ze strony internetowej rzecznika prasowego PO w Elblągu)

    . . .

    Proces ruszył 16 lipca 2015 roku i już na pierwszej rozprawie zapadł błyskawiczny wyrok ze względu na to, że oboje oskarżeni poprzez swoich obrońców złożyli wnioski o dobrowolne poddanie się karze – Jacek Szymańczuk prosił o 9 lat pozbawienia wolności, z kolei Teresa Z.-Sz. o 9 miesięcy. Takie też wyroki otrzymali. Mężczyzna otrzymał dodatkowo 5-letni zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 100 metrów, co jest obligatoryjnie w tego typu sprawach. Na poczet kary sędzia zaliczył pobyt oskarżonych w areszcie.

    Przed salą rozpraw Teresa Z.-Sz. płakała, mówiła, że nie chce więcej znać swojego męża i nie wybaczy mu tego, co zrobił. Z jej szlochów można wywnioskować, że im także zostały odebrane dzieci, jednak nie znalazłam w internecie żadnego artykułu na ten temat (tutaj jest film z jej wypowiedziami oraz z dnia odczytania wyroku). Nie sądzę jednak by okazało się, że Jacek molestował także własne dzieci, ponieważ nie ma o tym wzmianki w Rejestrze.

    Oskarżona zarzekała się, że nic nie wiedziała o tym, że jej mąż wielokrotnie gwałcił Gabrysię. Odczytując wyrok, sędzia jednak stwierdził, że kobieta miała tego świadomość, ale nie podjęła w związku z tym żadnej interwencji.

    Mając świadomość, że dziecko posiada obrażenia ciała w postaci połamania kończyn górnych i dolnych, co manifestowało płaczem, a przy dotykaniu okolic uszkodzonych reakcją obronną kończyn w postaci próby ich cofnięcia i nasilonym płaczem, nie podjęła żadnych działań mających na celu udzielenie dziecku pomocy lekarskiej.

    Uznał także, że gdy dochodziło do przestępstw Teresa Z.-Sz. miała ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia zarzucanego jej czynu.

    Na wymiar kary wpływa także szereg okoliczności, m.in. niekaralność i to w jakich okolicznościach popełniony czyn nastąpił. Oskarżeni skorzystali z możliwości dobrowolnego poddania się karze. Elementem tego jest to, że trzeba uznać swoją winę i być gotowym na poniesienie konsekwencji. Tutaj dowody były jasne i przekonujące dla sądu i nie widział podstaw, by ich nie uwzględnić.

    - wyjasniał prokurator. Dodał także, że w ocenie prokuratury kary są adekwatne do charakteru popełnionych czynów i okoliczności.

    Nie wiadomo, czy skazani wyrazili na sali sądowej żal za popełnione czyny, ponieważ sędzia prowadzący wyłączył jawność rozprawy.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    Na koniec pozwolę sobie przytoczyć słowa Martina Luthera Kinga: Ten kto biernie akceptuje zło, jest za nie tak samo odpowiedzialny jak ten, kto je popełnia.

    . . .

    klik <- reportaż UWAGI na ten temat

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #pedofilia #pedofil #pedofilia #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu


    • • •

    Ziomki, proszę Was o wzięcie udziału w ankiecie. Jeżeli macie jakieś specjalne wytyczne co do czasu to piszcie w komciu. ( ͡º ͜ʖ͡º)
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    W jakich godzinach chciałbyś/chciałabyś bym wrzucała teksty na #rejestrzboczencow?

    • 342 głosy (14.92%)
      Poranne, 7:00-10:00
    • 538 głosów (23.47%)
      Wieczorne, 18:00-21:00
    • 102 głosy (4.45%)
      Za dnia!
    • 1310 głosów (57.16%)
      Obojętne mi to.
  •  

    pokaż spoiler Wyjaśnienie całej sprawy z reddita.


    Mini-spoiler Making a Murderer.

    CO SIĘ NAPRAWDĘ STAŁO? SPRAWA TERESY HALBACH I STEVENA AVERY

    Morderstwo Teresy Halbach zaczyna się od telefonu Stevena Avery'ego do agencji samochodowej Auto Trader, w którym prosi o przyjazd Teresy w celu zrobienia zdjęć samochodu na sprzedaż. Teresa przyjeżdża i robi zdjęcia. Po wykonaniu swojej pracy wsiada do samochodu i chce odjeżdżać, jednak wtedy pojawia się przystojny i czarujący Steven, który przekonuje młodą dziewczynę aby wpadła na drinka do jego przytulnego baraku.

    Kiedy tylko Teresa wchodzi do środka zostaje zaatakowana i przykuta kajdankami do łóżka. Następnie Steven woła swojego upośledzonego 16-letniego siostrzeńca Brandana i rozkazuje mu zgwałcić Terese. Po odbyciu gwałtu idą oboje do pokoju obok oglądać telewizje. Po około 15 minutach Steven wraca do sypialni i dźga kobietę nożem w brzuch, następnie ją dusi, obcina jej włosy i podcina gardło - wszystko jest zalane krwią, ale Teresa pomimo otwartej rany na jej gardle nadal oddycha. Wówczas następuje decyzja o przeniesieniu jej do garażu gdzie Steven rozkazuje Brandanowi zastrzelić Terese. Dostaje 3 kulki z karabinu, jedną w głowę, drugą w serce i trzecią w brzuch. Wreszcie nie żyje.

    Teraz te leniwe spasione sukinsyny wrzucają całe krwawiące ciało Teresy do bagażnika jej samochodu (gdzie zostawia jedyne śladowe ilości własnej krwi) aby je przewieźć 10 metrów dalej za dom Stevena gdzie znajduje się kilkumetrowe ognisko. Nie lepiej przenieść ciało za własny dom na piechotę? Nie. Po czterech godzinach ciało Teresy zostaje skremowane w ognisku i Steven z Brandanem postanawiają pozbyć się samochodu ofiary przestawiając go kilkadziesiąt metrów dalej w miejsce ciągle znajdujące się na terenie posesji Stevena - ach wybaczcie, cały zakrwawiony po dokonaniu masakry Stev jedzie samochodem Teresy, ale Brandon idzie za nim na piechotę, przecież nie znaleziono w samochodzie jego DNA. Żadnej krwi Teresy w środku samochodu również nie odnaleziono, zapewne geniusz zbrodni Steven zadbał o każdy szczegół, wziął prysznic i założył czyściutkie ciuchy, niestety Brandon, ani prokuratura o niczym takim nie wspomniała, więc to tylko moje domysły. Może się jeszcze zastanawiacie dlaczego Steven nie postanowił zniszczyć samochodu używając zgniatarki, którą posiadał na swojej posesji? No nie wiem, pewnie nie chciał utrudniać śledztwa.

    Wróćmy jednak do faktów z ukryciem samochodu (którego właściwie niezbyt ukryto), po przykryciu go dwoma gałązkami Steven postanawia otworzyć maskę samochodu i rozłączyć kable z akumulatora aby mieć pewność, że nikt go nie przestawi - logiczne. Aby to zrobić musiał niestety dotknąć klamki od przedniej maski, więc sterylnie wyczyszczony Steven nie zostawił tam żadnej krwi ani Teresy, ani swojej, która ciekła mu z palca, a tylko ogromną ilość potu, którą rzekomo znaleziono parę dni po odnalezieniu samochodu.

    Krew z palca Stevena! Jak wiadomo nasz wujek z Ameryki posiadał otwartą ranę na palcu prawej dłoni, z której masywnie sączyła się krew, niestety nie ubrudził nią ani kierownicy, ani klamki samochodowej, ani skrzyni biegu, ani kluczyków, ani broni, ani innego logicznego miejsca, które stykały się z jego dłonią. Upaćkał natomiast masywnie stacyjkę samochodu, której ubrudzenie przy odpalaniu samochodu nie jest normalnie możliwe. A dla ułatwienia swojej identyfikacji Steven dodatkowo wrócił do samochodu i porozrzucał tam drobinki własnej starej zaschniętej krwi.

    Teraz czas na sprzątanie baraku, na który mieli dużo czasu, bo przecież nikt w okolicy nie poczuć smrodu spalonego ciała. Jak pewnie nie wiecie Steven poza prowadzeniem wielkiego wysypiska śmieci jest również profesjonalnym czyścicielem miejsc zbrodni i jego IQ wynoszące 80 punktów wcale mu w tym nie przeszkadza. Właśnie dlatego pomimo okropnego syfu i burdelu jaki zastano w jego sypialni po aresztowaniu zdołał profesjonalnie i niewykrywalnie wyczyścić w nim najmniejszy mikromilimetr krwi Teresy z każdej ściany, buta, materaca, skarpetki, dywanu, kajdanek, szpar w betonie i sufitu. Steven był tak zajebisty w swojej pracy, że nawet wyczyścił krew znajdującą się na kurzu, zaschniętym brudzie oraz oleju znajdującym się na częściach samochodowych w garażu. Nawet nie musiał do tego używać wybielacza, własna ślina wystarczyła. Piep*zony mistrz zbrodni! A nie, chyba jednak nie. Po pozostawieniu całego mieszkania w syfie, ale bez najmniejszego śladu masakry, ten wsiowy przygłup zostawił przecież wspomnianą już plamę własnej krwi w najbardziej widocznym miejscu w samochodzie ofiary!

    Po dokonaniu najbardziej dokładnego wyczyszczenia miejsca zbrodni w historii Ameryki, nasi mordercy udali się do wypaleniska, w którym niedawno paliło się ognisko wielkości grzyba atomowego po ataku na Hiroshime i idealnie skremowało ciało Teresy - no oprócz paru kości, które geniusze postanowili wrzucić do beczki, którą postawili obok swojego baraku. Dlaczego? BO KU*WA MOGLI!

    To już prawie wszystko, Steven jeszcze wrócił do swojego pokoju gdzie schował kluczyki od samochodu Teresy, które podczas szóstego przeszukania tego samego pokoju same musiały wypaść przed oczy policjanta, który kilka lat wcześniej po dostaniu wiadomości, że niesłusznie skazano Cię za gwałt nic z tym nie zrobił.

    A co robi nasz Dexter po tym gdy kilka dni później pojawiają się wolontariusze z grupy poszukiwawczej? Pomimo braku jakiegokolwiek nakazu chętnie wpuszcza ich na swoją posesje w celu przeszukania składowiska samochodów. A dlaczego niby nie? Przecież znajduje się tam tylko poszukiwane od tygodnia auto upieprzone w Twojej krwi i przykryte dwoma gałązkami zwracającymi na siebie uwagę z kilkudziesięciu metrów.

    To naprawdę się stało! Udowodnijcie, że nie!

    #makingamurderer #kryminalne #kryminalistyka #zabojstwo #netflix #seriale
    pokaż całość

  •  

    Zaginięcie dzieci Beaumont

    Jedna z najgłośniejszych, niewyjaśnionych tajemnic Australii. Od tego zdarzenia minęło już ponad 50 lat, ale sprawa porwania dzieci Beaumont wciąż wzbudza wiele emocji.

    Szczęśliwa i kochająca się rodzina. Państwo Beaumont mieli trójkę dzieci: 10- letnią Jane, 8-letnią Arnnę i 5-letniego Granta. Mieszkali w mieście Adelaide na południu Australii, na przedmieściach dzielnicy Samerton.

    Głowa rodziny – Jim Beaumont – był marynarzem. Jego małżonka Nancy nie pracowała zawodowo, zajmowała się dziećmi. Pięcioosobowa rodzina mieszkała w niewielkim domku w pięknej okolicy. Zaledwie kilka minut drogi od słonecznej, piaszczystej plaży. Nikt nie spodziewał się, że wkrótce ich szczęśliwe życie zamieni się w koszmar.

    Dzieci od pewnego czasu mogły chodzić same na plażę. Styczeń jest tam najcieplejszym miesiącem w roku. W 1966 roku temperatury sięgały nawet 40 stopni. Najstarsza córka miała opiekować się swoim młodszym rodzeństwem. Somerton było spokojną dzielnicą, nie było zatem powodów do obaw. Dzieci na plażę dojeżdżały autobusem. Wykorzystywały każdą wolną chwilę, aby spędzić czas nad brzegiem wody. Podczas dziesiątek wypraw nie było żadnych problemów, aż do 26 stycznia 1966 roku. Wtedy dzieci wyszły na plażę po raz ostatni i nigdy nie wróciły do domu.

    Dzień zaginięcia

    26 stycznia jest świętem narodowym w Australii. Był to ciepły dzień. Nic więc dziwnego, że dzieci chciały spędzić go nad wodą. Przed wyjściem dostały od mamy drobne pieniądze, aby mogły kupić przekąski na plaży. Dzieciaki wyszły na autobus. Przystanek znajdował się kilkaset metrów od ich domu na rogu Harding Street i Diaronal Road.

    Nie ma wątpliwości, że dzieci dotarły w to miejsce i około godziny 10:10 wsiadły do autobusu. Rodzeństwo było widziane przez kilkoro świadków, potwierdził to również kierowca autobusu. Jedna z pasażerek zapamiętała nawet kolory ubrań dzieci oraz to, że starsza z dziewczynek trzymała w ręku swoją ulubioną książkę „Little Women”. Po 5-minutowej podróży dzieci wysiadły przy plaży Glenelg. Była godzina 10:15.

    Godzinę później dzieci Beaumont bawią się na plaży. To potwierdzona relacja świadków. Zważywszy na to, że było to słoneczny przedpołudnie, a w dodatku święto narodowe i dzień wolny od pracy, nad brzegiem wody było wielu turystów.

    Tajemniczy mężczyzna

    Pewna starsza kobieta zauważyła, że dzieci były obserwowane przez młodego mężczyznę w niebieskich kąpielówkach. Początkowo opalał się w pobliżu, ale później dołączył do zabawy i spędził z dziećmi kilkanaście minut. Na podstawie zeznań kobiety oraz innych świadków udało się stworzyć portret pamięciowy – jasnowłosy mężczyzna, z pociągłą twarzą.

    Do dziś nie udało się ustalić kim był mężczyzna. Dla wielu osób jest to główny podejrzany. Przez lata pojawiało się wiele hipotez. Spekulowano kim był, skąd pochodził oraz co robił na plaży w Adelaide. Jednak żadnych ustaleń nigdy nie udało się potwierdzić. Pewne jest jednak to, że dzieci opuściły plażę w towarzystwie tego tajemniczego mężczyzny.

    Między godziną 11:45 a 12:15 świadkowie widzieli całą czwórkę przy sklepie ze słodyczami, znajdującym się w okolicy. Wizyta w tym miejscu wiąże się z dwoma ważnymi poszlakami. Dzieci kupiły tam słodkie ciastka, które bardzo lubiły. Jednak pojawił się również inny zakup. Ciastko z mięsem. Państwo Beaumont zapewniali, że żadna z ich pociech na pewno nie byłaby zainteresowana takim produktem. Co więcej, za wszystko zapłacono jednofuntowym banknotem. Ten szczegół okazał się bardzo ważną wskazówką dla śledczych.

    Przed wyjściem na plażę Pani Beaumont wręczyła najstarszej córce pieniądze – 8 szylingów i jedną sześciopensówkę. Nie było tam żadnego jednofuntowego banknotu. Dzieci nie miały swoich oszczędności, więc ktoś musiał dać im banknot, którym zapłaciły w sklepie. Całkiem możliwe, że ciastko z mięsem kupione było na prośbę osoby, która wręczyła im pieniądze. Osoby, z którą dzieci były widziane po raz ostatni… Mężczyzna nie wszedł do sklepu, nie wiadomo gdzie wtedy przebywał. Jeżeli miał złe zamiary wobec dzieci, na pewno miał na uwadze, aby jak najmniej osób widziało ich razem.

    Przed wizytą w sklepie mężczyzna pomógł ubrać się dzieciom. Według świadka, który widział to zdarzenie, nieznajomy robił to powoli z uśmiechem na twarzy. Wyglądało na to, że sprawiało mu to wielką przyjemność.

    Wiele wskazywało na to, że mężczyzna mógł mieć kontakt z dziećmi już wcześniej. Młodsza z córek państwa Beaumount wspomniała kiedyś, że jej starsza siostra ma chłopaka. Rodzice uznali to za żart. Może jednak chodziło o jasnowłosego mężczyznę, który kazał trzymać znajomość w sekrecie?

    Gdy dzieci o umówionej porze nie wróciły do domu, ich matka podejrzewała, że spóźniły się na autobus i przyjadą z opóźnieniem. Podobne sytuacje miały już miejsce. Jednak godziny mijały, a Jane, Arnna i Grant nie wracali do domu.

    Poszukiwania

    Zaniepokojeni rodzice rozpoczęli poszukiwania. Próbowali odtworzyć trasę przebytą przez dzieci, mając nadzieję na szczęśliwe zakończenie dnia. Jednak ani w pobliżu domu, ani na plaży, nie udało się znaleźć żadnych śladów, które mogłyby pomóc w odnalezieniu.

    Około godziny 19:30 policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu dzieci. Jim Beaumont kontynuował poszukiwania, chodząc po okolicy przez całą noc, podczas gdy matka czekała na nich w domu. Nad ranem Jane, Arnna i Grant oficjalnie zostali uznani za osoby zaginione. Policja rozpoczęła śledztwo na niebywałą skalę, a sprawa zaginionego rodzeństwa Beaumont do dziś uznawana jest za jedną największych zagadek kryminalnych Australii.

    Policja początkowo przyjęła założenie, że dzieci Beaumont utopiły się podczas kąpieli. Była to najbardziej prawdopodobna hipoteza, jednak na plaży nie znaleziono ich rzeczy. Wchodząc do wody musiałyby zostawić na lądzie swoje ubrania, ręczniki, a także książkę, którą tego dnia starsza z dziewczynek miała przy sobie.

    Sąsiedzi, rodzina i przyjaciele Państwa Beaumont zostali szczegółowo przesłuchani. Przeszukano gruntownie całą okolicę. Próbowano znaleźć jakikolwiek ślad. Sporządzono portret pamięciowy tajemniczego mężczyzny, jednak działania te nie przyniosły żadnego rezultatu.

    5 dni po zaginięciu Państwo Beaumont wystąpili w telewizji, z apelem o pomoc w rozwiązaniu sprawy. Od tego czasu, o zaginięciu w Adelaide wiedział cały kraj.

    Do policji zaczęły napływać masowe zgłoszenia, ale żadna z poszlak nie okazała się kluczowa. Śledztwo utknęło w miejscu na kilka miesięcy, aż do momentu gdy do funkcjonariuszy zgłosił się nowy świadek. Pewna kobieta zeznała, że w noc zaginięcia dzieci, widziała mężczyznę z portretu, wchodzącego z trójką dzieci do opuszczonego domu. Po kilku godzinach kilkuletni chłopiec wybiegł z budynku, ale złapał go tajemniczy mężczyzna i razem wrócili do środka. Kobieta nie poinformowała o tym policji przez 6 miesięcy. Dlaczego? Tego nie wiemy. Nie udało się również ustalić, czy mówiła prawdę.

    Kolejne zaginięcie

    Po 7 latach od tajemniczego zaginięcia Jane, Arnny i Granta, w tym samym mieście doszło do podobnego zdarzenia. Ponownie zostały porwane dzieci, a portret pamięciowy sprawcy był bardzo podobny do szkicu przedstawiającego tajemniczego mężczyznę sprzed 7 lat.

    25 sierpnia 1973 roku to dzień, który był sportową ucztą dla wszystkich fanów futbolu amerykańskiego w mieście Adelaide. Na miejscowym stadionie kibicowało kilkadziesiąt tysięcy osób. Wśród nich były także dwie zaprzyjaźnione rodziny. Państwo Ratcliffe z 11-letnią Joanne oraz państwo Gordon z 4-letnią Kirste. W trakcie meczu młodsza z dziewczynek zakomunikowała, że musi iść do toalety. 11-letnia Joanne zapewniła, że zaprowadzi tam młodszą koleżankę i zaopiekuje się nią. Dziewczynki wyszły ok. 15:45 i już nie wróciły. Zaniepokojeni rodzice zaczęli przeszukiwać stadion, wydano specjalne komunikaty, w poszukiwania zaangażowało się mnóstwo osób. Dziewczynki zapadły się pod ziemię. Wszystko wskazywało na to, że zostały porwane…. O 17:12 ich zaginięcie zgłoszono policji.

    Udało się dotrzeć do wielu świadków, którzy widzieli dziewczynki w towarzystwie tajemniczego mężczyzny. Jego portret pamięciowy był bardzo podobny do poszukiwanego mężczyzny sprzed 7 lat. Ponadto okoliczności porwania były bardzo podobne. Pomimo usilnych prób ta sprawa wciąż pozostaje niewyjaśniona. Zachodzi jednak duże prawdopodobieństwo, że za dwa porwania w mieście Adelaide odpowiedzialny był ten sam człowiek.

    Podejrzani

    Sprawa zaginionych dzieci była bardzo medialna w Australii. Media co jakiś czas wracały do tematu. Przez lata pojawiło się kilku podejrzanych. Jednym z nich był skazany na dożywocie w 1984 roku Bevan von Einem, który zabił 15-letniego chłopca, a także był odpowiedzialny za kilka innych zbrodni.
    Wśród obserwatorów akcji poszukiwawczej z 1966 roku znajdował się mężczyzna bardzo podobny do von Einema. Jak dobrze wiemy, sprawcy zbrodni lubią przychodzić w miejsca, w których prowadzone są czynności śledcze. Niejednokrotnie zadaniem policjantów jest potajemne fotografowanie gapiów, ponieważ zdarzało się, że w tłumie obserwatorów stał sprawca zbrodni. Von Einem jednak nigdy nie przyznał się do związku ze sprawą dzieci Beaumont i nic mu nie udowodniono.

    Z biegiem lat pojawiali się również inni podejrzani, którym również nie udało się nic udowodnić.

    Zaledwie kilka miesięcy temu w mediach głośno było o przełomie w sprawie. Australijskie dzienniki relacjonowały przeszukiwania terenu, na którym mogły znajdować się szczątki zaginionych.

    W 2007 roku na policję zgłosiła się pewna kobieta, która oskarżyła o uprowadzenie sprzed lat własnego ojca. Relacjonowała, że w dniu zaginięcia dzieci Beaumont, ojciec przyszedł do ich domu ze znajomym. Na jego koszuli była krew. Według zeznań kobiety na tylnym siedzeniu samochodu znajdowały się zwłoki poszukiwanych dzieci. Te zeznania dla wielu wydawały się absurdalne, ale niedługo potem wszystko potwierdził jej brat.

    Policja przesłuchała ojca, czyli Allana McIntyre, ten jednak do niczego się nie przyznał i nie znaleziono żadnych śladów potwierdzających zeznania jego dwójki dzieci. Jednak podczas składania wyjaśnień policja zainteresowała się znajomym, o którym mówiły. Był to Anthony Munro – biznesmen, który w momencie zaginięcia dzieci mieszkał w Adelaide, ale niedługo potem wyjechał na stałe do Kambodży. Został ściągnięty do Australii na przesłuchanie. W 2016 zeznawał jako podejrzany w śledztwie dzieci Beaumont. W tej sprawie nie udało mu się niczego udowodnić, ale został uznany winnym za inne przestępstwa związane z napaścią seksualną na dzieci w Adelaide w latach 60. i 70.

    Według wielu głosów mężczyzna był łudząco podobny do portretu pamięciowego sprzed lat. Był wysoki, atletycznie zbudowany, miał jasne włosy i wyraziste rysy twarzy. Nie było również wątpliwości, że miał skłonności pedofilskie. Nie znaleziono jednak żadnych śladów, które mogłoby połączyć go z porwaniem z 1966 roku.

    Śledztwo wciąż trwa

    Jeszcze 3 lata przed przesłuchaniem Anthonego Munro opublikowana została książka „The Satin Man”. Autor również oskarżał tam o zbrodnię sprzed lat swojego ojca –Henrego Phippsa. Mężczyzna był znanym biznesmenem w Adelaide i przed laty był już na celowniku policji. Jednak teraz, po latach, jego syn opublikował nowe informacje. Autor książki podobno miał widzieć trójkę porwanych w dzień zaginięcia, na podwórku przed domem. Zapewniał, że ich ciała zostały zakopane na jednej z posiadłości bogatego biznesmena. Policja odniosła się do tej publikacji i zaprzeczyła tym doniesieniom. Domniemany podejrzany zmarł 3 lata przed wydaniem książki. Nie było możliwości, aby go przesłuchać.

    https://www.kryminatorium.pl/zaginiecie-dzieci-beaumont/

    #kryminalne
    #australia
    #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: kryminatorium.pl

    +: Mahmood_Kowalski, lwonly +36 innych
  •  

    Kto podrzuci dobry kryminał detektywistyczny dziejący się w Polsce w latach 1900-1920? Moga też być inne materiały o tej tematyce. #ksiazki #czytajzwykopem #kryminalne #kryminalistyka #kryminal #historia

  •  

    Tajemnice Archiwum X. Wpadka po 11 latach

    Danuta F. była 29- letnią, śliczną dziewczyną, która właśnie wyszła za mąż, za Kazimierza G. Wiodło im się dobrze, ona nauczycielka spod Nowego Targu, on rolnik, któremu robota paliła się w rękach, a ziemia przynosiła wspaniałe plony. Zbudowali dom, żyli w szczęściu. Tylko jednej rzeczy im brakowało: dziecka.

    No Kazek, trzeba by coś zasiać, za mało się starasz- żartowali sąsiedzi. On ze śmiechem odpowiadał im, że samo staranie się jest tak przyjemne, że na razie mu wystarczy. - Wszystko w swoim czasie, chłopaki - odpowiadał i nie pomylił się. Miejscowy lekarz na początku 1993 r. oznajmił Danucie F., że jest w ciąży.

    Narodziny ustalił na koniec roku. - Musi teraz pani dbać o siebie, żadnego większego wysiłku- ostrzegł młodą mamę. Posłuchała i prowadziła rozsądny tryb życia, zrezygnowała nawet z dawania prywatnych lekcji angielskiego, by mieć czas na wypoczynek

    Pod koniec września 1993 r. Danuta F. Postanowiła odwiedzić matkę w Zakopanem, ale i zajrzeć do tamtejszej biblioteki, by pożyczyć kilka książek na temat wychowania dziecka. - Nie jedź. Jak wychować berbecia sama ci powiem, a resztę podpowie ci instynkt. Nie musisz wyczytywać tych mądrości - doradzała jej teściowa. 29-latka chciała jednak jeszcze zajrzeć do znajomych, tym bardziej, że lekarz prosił, by więcej nie odbywała dalekich podróży, a do Zakopanego było zaledwie 20 km. Pojechała. Kazimierz G. był w polu, gdy następnego dnia rano pod dom zajechała policja i poprosiła go do prosektorium.

    Śmierć na Równi

    - To pomyłka. Danka jest cała i zdrowa, kto miałby czelność zrobić krzywdę kobiecie w zaawansowanej ciąży - góral szukał wsparcia u funkcjonariuszy. Oni unikali jego wzroku, bo wiedzieli, że fałszywa pociecha nie ukoi bólu młodego męża, który stracił żonę. Kazimierz G. omal nie zemdlał, widząc pocięte nożem ciało ukochanej. - Jaki potwór mógł zrobić coś podobnego! - krzyczał, ale nikt nie był w stanie udzielić mu odpowiedzi.

    - Szukamy zabójcy, ale to chyba będzie ciężka sprawa - poinformowali go śledczy. Oszczędzili mężczyźnie drastycznych szczegółów, że jego żonie przed śmiercią ktoś zadał kilkanaście ciosów nożem w nogi, brzuch i to tak, że konała w strasznych męczarniach. Nie przeżyło także dziecko znajdujące się w brzuchu młodej matki. To była dziewczynka - stwierdzili lekarze na sekcji zwłok.

    Obnażone zwłoki odnalazła nad ranem 30 września kobieta idąca do pracy. Zauważyła, że zza krzaków na Równi Krupowej, w centrum Zakopanego, wystaje damski but, a dalej widoczne były stopy i reszta ciała zamordowanej. Motyw seksualny zbrodni od razu był jasny, wskazywało na niego ułożenie ciała, obnażenie zwłok ofiary, rany brzucha. Napastnik prawdopodobnie zaatakował kobietę około 80 m dalej, a później, pod osłoną ciemności, przeciągnął ciało, tu za krzakami rozebrał i pastwił się nad nim. - Szukamy najpierw wśród naszych zboczeńców i przestępców seksualnych. Potem sprawdzamy w pensjonatach ludzi, którzy przyjechali do Zakopanego - zdecydowali prowadzący śledztwo. Jednak nawet najmniejszy ślad nie doprowadził ich do rozwikłania ponurej zagadki śmierci Danuty F.

    Jedynie co ustalono, to że w dniu zabójstwa była w bibliotece, odwiedziła swoją rodzinę, spacerowała po centrum miasta, gdzie zauważyli ją sprzedawcy pamiątek i nawet zachęcali, by kupiła coś dzidziusiowi. - Ale ja jeszcze nie wiem czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka - odpowiadała im z uśmiechem.
    Mijały dni, tygodnie, lata, a zbrodnia na Równi Krupowej nie została rozwiązana.


    Archiwum X po 10 latach

    Po 10 latach akta sprawy trafiły do Komendy Wojewódzkiej w Krakowie, gdzie właśnie utworzono tzw. Archiwum X, specjalny wydział zajmujący się niewykrytymi zbrodniami, które popełniono na terenie Małopolski. Policjanci z Archiwum X najpierw przeanalizowali cztery tomy akt śledztwa, potem zaczęli szperać w innych, niewykrytych sprawach z Zakopanego i okolic. I tu bomba. Dokopali się lakonicznego meldunku, że 4 października, dwa tygodnie po zabójstwie Danuty F., nieznany mężczyzna na Równi Krupowej zaatakował 41-letnią góralkę wracającą z kościoła. Napastnik miał na łańcuchu ostry hak, dwa razy zatoczył nim koło nad głową i zapolował na kobietę. Co więcej, śledczy znaleźli jeszcze ważniejszego świadka, góralkę, która 30 września ratowała młodą dziewczynę

    - Ona miała ranę szarpaną nogi, ktoś zaatakował ją hakiem. Zawiozłam ją do szpitala i tam zostawiłam, nigdy więcej jej nie widziałam - zeznała góralka. W szpitalu nie został żaden ślad udzielenia pomocy rannej, która padła ofiarą bandyty, i to dzień po tym, jak zamordował Danutę F. Analiza danych z sekcji zwłok Danuty F. poparta opinią lekarzy sądowych pozwoliła stwierdzić, że jedna z ran zabitej pochodziła właśnie od takiego haka.

    - To był seryjny przestępca, atakował hakiem, starał się nim zwalić z nóg ofiary, a potem chciał zadawać ciosy nożem. W przypadku Danuty F. niestety był skuteczny - stwierdzili policjanci z Archiwum X. Wzięli pod lupę niewykryte sprawy dotyczące gwałtów. Zwłaszcza jedna rzuciła im się w oczy. Dotyczyła zgwałcenia zakonnicy, która przyszła pomodlić się do jednej z kaplic. Tu też nie wykryto sprawcy, który swój czyn popełnił w 1993 r.

    Przyznał się żonie

    Wydawało się, że zabójca jednak umknie sprawiedliwości, ale policjantom pomógł przypadek, a zwłaszcza nagłośnienie tej sprawy "hakowego" - bo tak go określano w mediach.
    W telewizji znalazł się materiał na ten temat z cyklu "Bez przedawnienia", wyemitowany we wrześniu 2004 r., dokładnie 11 lat od dokonania zbrodni. Kilka dni później na policję zgłosiła się młoda kobieta, Marta S., która zeznała, że jej mąż po oglądnięciu tego programu przyznał się jej, że to on jest "hakowym".


    - Mówił, że mieszkał wtedy w Zakopanem, po kilku latach przeniósł się do Krakowa, a tu założył rodzinę, mamy maleńkie dziecko, on pracuje w jednej ze stacji telewizyjnych jako elektryk - zeznała kobieta. Powiedziała, że kazała mężowi samemu zgłosić się na policje, ale odmówił, więc ona czuje się w obowiązku to zrobić za niego.

    Piotra S. zatrzymano na stadionie, gdy jako kibic wybrał się na mecz Wisły Kraków. Przyznał się do zabójstwa, w trakcie wizji lokalnej pokazał, gdzie zostawił zwłoki i gdzie wcześniej zaatakował kobietę. Opowiadał, że tamtego dnia pił alkohol w barze Green w Zakopanem z kolegą Kazimierzem S., obaj zauważyli przechodzącą kobietę w ciąży, a wtedy on poszedł za nią. Chwilę z nią rozmawiał, siedzieli na ławce i w pewnej chwili zasnął, a gdy się obudził, to był cały umazany krwią. Zauważył zwłoki kobiety i okaleczył je.

    Kolejne przesłuchania obfitowały w dalsze szczegóły zbrodni, ale mężczyzna zaczął zmieniać wersje zdarzeń, twierdził, że w przenoszeniu zwłok pomagali mu dwaj inni mężczyźni, nie umiał wytłumaczyć motywów swojego czynu, zadawania tak licznych ciosów nożem, który miał w plecaku. O haku cały czas milczał i nie chciał rozmawiać na ten temat.

    W końcu poddano mężczyznę długotrwałej obserwacji sądowo psychiatrycznej, której wyniki były jednoznaczne. Piotr S. dokonując zabójstwa 11 lat wcześniej był niepoczytalny, a stany chorobowe mają u niego tendencję powracającą.

    Sąd Okręgowy w Nowym Sączu na tej podstawie uznał w 2005 r., że Piotr S. zamordował w 1993 r. Danutę F., ale jednocześnie orzekł wobec mężczyzny umieszczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze.

    Lekarze psychiatrzy nie mają bowiem wątpliwości, że w przyszłości mógłby z dużym prawdopodobieństwem dopuszczać się podobnych, okrutnych zbrodni. Mąż Danuty F. założył już nową rodzinę, ale gdy dowiedział się, że odnaleziono zabójcę, nie krył radości. Tym bardziej, że wieś podejrzewała cały czas, że to on krwawo pozbył się żony.

    #kryminalistyka
    #polska
    #kryminalne
    https://gazetakrakowska.pl/tajemnice-archiwum-x-hakowy-wpadl-po-11-latach/ar/1080298
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Był mroźny poranek 8 grudnia 2010 roku. Ewelina Skwara (zdjęcie) bladym świtem wsiadła na swój czerwony składak (zdjęcie) i jak co dzień wyruszyła w drogę do szkoły. Od rodzinnego domu w Służewie Polu (kujawsko-pomorskie) do pobliskiego gimnazjum miała do pokonania zaledwie 2 km. Tego dnia nigdy tam jednak niedotarta, a jej rower, uszkodzony i porzucony na poboczu, zauważyła sąsiadka, która bezzwłocznie zawiadomiła rodziców 14-latki. Rodzina natychmiast wszczęła poszukiwania. Zawiadomiona policja spekulowała, że mogło dojść do wypadku samochodowego, jednak w tym miejscu i w tym czasie nikt nie zgłosił podobnego zdarzenia, a poszukiwania Eweliny po okolicznych szpitalach także nie przyniosły wyczekiwanych rezultatów. Rozpoczęto szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, do której włączyło się ponad 200 strażaków, żołnierzy i okolicznych mieszkańców, którzy mimo złych warunków atmosferycznych, przeczesywali okoliczne lasy i pola. Niestety, nie pomógł także sprowadzony z Warszawy śmigłowiec wyposażony w specjalistyczną aparaturę do poszukiwań - kamery termowizyjne i do rejestracji obrazu w trudnych warunkach pogodowych. Nastolatka zapadła się jak kamień w wodę. (zdjęcie)

    Po kilku dniach, gdy przeszukanie 600 hektarów lasów i pobliskich terenów nie przyniosło rezultatów, tracąca wszelkie nadzieje rodzina poprosiła o pomoc jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który bez żadnych wątpliwości stwierdził, że dziewczynka nie żyje, a miejsce, gdzie znajdują się zwłoki opisał między innymi jako "święte", z figurami nieopodal.

    klik <- reportaż nagrany po 3 dniach od zaginięcia Eweliny

    Poszukiwania trwały w dzień i w nocy, przesłuchano także ponad 120 osób, zbadano ślady opon samochodowych zabezpieczone przy znalezionym rowerze. Zatrzymano nawet jednego podejrzanego mężczyznę, ale z braku dowodów został on wypuszczony.

    Za pomoc w odnalezieniu dziewczynki wyznaczono nagrodę 11 tys. zł - po 5 tys. od Komendanta Wojewódzkiego Policji w Bydgoszczy oraz od wójta Aleksandrowa Kujawskiego, a 1 tys. dołożyła anonimowa osoba.

    . . .

    4 stycznia 2011 roku podczas rutynowego obchodu podleśniczy z leśnictwa Dąbrowa Biskupia, administrującego laskami w Chlewiskach (czyli około 20 kilometrów od miejsca, w którym znaleziono porzucony rower Eweliny), natknął się na ciało młodej kobiety i niezwłocznie powiadomił policję. Szczątki znajdowały się w lesie, niedaleko lokalnej drogi, prowadzącej z Inowrocławia w kierunku Włocławka.

    klik <- szczegóły odnalezienia ciała (trochę obrzydliwe, dlatego podaję link, zamiast opisu)

    Miejsce odnalezienia zwłok było zgodne z opisem, który wcześniej podał Krzysztof Jackowski - teren był bagnisty, a nieopodal znajdował się cmentarz, którego figury widział jasnowidz z Człuchowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Ciało było w stanie daleko posuniętego rozkładu oraz poszarpały je zwierzęta, co uniemożliwiło szybką identyfikację. O tym, że to ludzkie szczątki, przypominały tylko długie blond włosy. Prokurator zdecydował, że tylko kurtka i plecak wraz z zawartością znalezione przy ofierze zostaną pokazane matce zaginionej. Kobieta rozpoznała rzeczy córki, a kilka dni później tożsamość Eweliny Skwary potwierdziły badania DNA.

    Jeszcze przed wynikami badań genetycznych, 12 stycznia późnym popołudniem policjanci z Wydziału Kryminalnego komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy doprowadzili do jednostki 26-letniego Jacka Urbańskiego. (wideo z zatrzymania)

    . . .

    JACEK URBAŃSKI, rocznik '84

    Przed zatrzymaniem mieszkał z rodzicami w małej wsi Koszczały (kujawsko-pomorskie) i pracował przy uboju zwierząt w pobliskich Radojewicach. W 2008 roku zamieszkał ze swoją konkubiną, z którą ma synka. Jednak dwa lata później wrócił do rodzinnego domu.

    Był dalekim krewnym swojej ofiary, jednak o tym, jak i w ogóle o jego istnieniu, rodzina Eweliny dowiedziała się dopiero po całym zdarzeniu. Ich ojcowie są kuzynami, lecz od lat nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Urbański jednak znał dziewczynkę, ponieważ od kilku miesięcy ją obserwował.

    Jego rodzinna miejscowość to zaledwie kilka domów wzdłuż wąskiej, gruntowej drogi (nawet samochód Google Maps tam nie zajeżdżał). Oczywiście, wszyscy się dobrze znali, a sąsiedzi mieli o Jacku bardzo dobre zdanie. Według nich był to zwykły, niczym się niewyróżniający, cichy chłopak, który nie sprawiał większych problemów. Do tego był baaaaardzo pobożny - co niedziele chodził do kościoła i przyjmował komunię. Gdy był młodszy chodził na każde majowe nabożeństwa i różaniec, a do dwudziestego roku życia był ministrantem (to chyba pasuje do nowego hasztagu @lakukaracza_ #mordercychrystusa (・へ・) ). Skończył tylko szkołę specjalną i gdyby nie jego wykształcenie, a raczej jego brak, zdaniem mieszkańców Koszczał Urbański nadawałby się do seminarium.

    Na imprezy nie chodził, nie pił, z podejrzanym towarzystwem się nie zadawał. Pracowity. Trochę zamknięty w sobie. Czasem się z niego nabijali, że jest taki nieśmiały w stosunku do dziewczyn. Zawsze spuszczał głowę w ich towarzystwie.

    - opowiada jedna z sąsiadek.

    Z kolei, jego znajomi uważali, że od dawna można było zauważyć, że ma pociąg seksualny do dzieci. Wodził wzrokiem za córką kolegi, a jeden z jego współpracowników zeznał:

    Pracował z nami facet, który siedział kiedyś za gwałt na dziewczynce. Widziałem, że przyglądał się Jackowi, kiedy obserwował tę dziewczynkę. Swój swojego wyczuje. A może obaj gapili się na nią równocześnie?

    Miał też obsesję na punkcie pisania SMS-ów, przez to często nie dosypiał w nocy. Nigdy nie rozstawał się ze swoim telefonem. Zanim doszło do morderstwa, szukał kobiety do współżycia, albo jak to sam określił "dziewczyny do poderwania". Był nachalny i wypisywał do różnych dziewczyn, a jedna z nich wspominała:

    Miałam wtedy góra 14 lat. Moi rodzice zatrudnili Jacka i jego ojca do remontu naszego domu. W czasie pracy Jacek często mnie zaczepiał. Gadał dziwne rzeczy. Na przykład, że jest śmiertelnie chory i zostało mu kilka miesięcy życia. Potem zdobył skądś mój numer. Dręczył mnie SMS-ami i telefonami. Pisał, że podglądał mnie przez okno.

    . . .

    Jacek Urbański zaplanował, za którym zakrętem uderzy w Ewelinę swoim peugeotem. Nie za mocno, żeby nic się jej nie stało. Wybrał do tego jedyny odludny fragment drogi, którą dziewczynka codziennie pokonywała. Nastolatka wylądowała w zaspie, a mężczyzna wysiadł z samochodu i wyciągnął ją ze śniegu. Wymierzył jej uderzenie w twarz z otwartej ręki i siłą zaciągnął do środka i wywiózł do lasu w okolicy Chlewisk. Doskonale znał ten teren, ponieważ był zatrudniony w masarni nieopodal. Kierując się do pracy na pewno nie było mu jednak tam po drodze, co wskazuje, że zbrodnię wcześniej zaplanował.

    To miejsce (...) koło cmentarza wybrał już wcześniej. Rozłożył kartony, bo na ziemi leżał śnieg. Kazał rozebrać się Ewelince. Wyciągnął nóż. Powiedział, że jak będzie głośno, to poderżnie jej gardło. Ale ona i tak krzyczała i płakała. Nie wiedział dlaczego, ale podobało mu się to. * Po zgwałceniu (którego opis był tak drastyczny, że nie został podany do opinii publicznej) kazał się jej się ubrać, położyć na plecach i naciągnąć czapkę na oczy. Posłusznie zrobiła to, o co ją prosił oprawca, wierząc, że wykonując jego polecenia przeżyje. Wtedy zadał dziewczynce kilka ciosów w okolice serca, co spowodowało wylew wewnętrzny i zgon na miejscu. Jej bielizną wytarł zakrwawiony nóż.

    Udusiłem ją przez pomyłkę, a potem poderżnąłem jej gardło. Zabić jej nie chciałem. Naprawdę tego nie planowałem. Po prostu się stało.

    - tłumaczył się później policji podczas przesłuchania.

    Kilka dni po zabójstwie Eweliny, rodzina Urbańskiego zgłosiła jego zaginięcie. Mężczyzna wyszedł z pracy i słuch o nim zaginął. Dodatkowo wysłał do swojego kolegi SMS-a z informacją, że został uprowadzony. Tego samego dnia wieczorem do dyżurnego Komendy Miejskiej Policji we Włocławku dotarła wiadomość, że w okolicach dawnej bazy MPK natrafiono na spalony samochód i jakiegoś mężczyznę, z którym trudno jest nawiązać kontakt. Mówił coś o tajemniczym BMW, które za nim jeździło i o kimś, kto woził go przez kilka dni w bagażniku, a potem zmusił, przystawiając coś zimnego do głowy, by spalił własne auto. Rysopis odpowiadał poszukiwanemu mieszkańcowi gminy Dobre. Młody człowiek trafił do włocławskiego szpitala, z którego został odebrany przez rodzinę. **

    Nie można wykluczyć, że po zamordowaniu Eweliny jego psychika nie wytrzymała, stąd taka irracjonalna próba zatarcia tropu.

    - przypuszczał jeden z funkcjonariuszy.

    Paradoksalnie, wymyślone przez niego porwanie, do którego miało rzekomo dojść pod Dąbrową Biskupią, pozwoliło mundurowym skojarzyć go ze sprawą zaginięcia Eweliny, lecz stało się to dopiero po odnalezieniu jej ciała.

    Informacja o zaginięciu Urbańskiego dotarła do Komendy Powiatowa Policji w Inowrocławiu, która połączyła pewne fakty - białego busa na radziejowskich numerach rejestracyjnych, którego posiadał podejrzany i którego policja zajmująca się sprawą zaginięcia dziewczyny zaczęła poszukiwać już kilka dni po znalezieniu jej roweru. Samochód widzieli świadkowie, a matka zamordowanej zeznała, że kilka miesięcy wcześniej córka zwierzała się, że stale mija ją to samo auto, z którego ktoś ją chyba obserwuje i obawiała się, że jest śledzona.

    Przez kilka tygodni odprowadzaliśmy ją do szkoły i ze szkoły. Czasami jeździła z bratem, czasami ze mną. Nie zauważyliśmy nic podejrzanego i daliśmy sobie z tym spokój.

    - opowiadała mama Eweliny.

    . . .

    Dowody zbrodni, czyli majtki dziewczyny i nóż, którym ją zadźgał, Urbański podrzucił do chlewni, w której pracował.

    Wiem, jaki to był nóż. Często wyciągał go przy nas. To był zwykły scyzoryk. Na każdym jarmarku można taki kupić. Zawsze otwierał nam nim coca-colę.

    - wspominał znajomy mordercy.

    Miesiąc po zabójstwie nastolatki, morderca wracał z pracy wraz z kolegami, gdy w radiowych wiadomościach podwali informację o odnalezieniu w pobliskim lesie zmasakrowanych zwłok.

    Kolega powiedział wtedy, że jakby dorwał tego skur * * * yna, który zabił tę dziewczynkę, to by go zaj * * * ł. Jacek się wtedy strasznie zdenerwował. Telefon mu wypadł z ręki. W domu zemdlał.

    . . .

    Materiały zgromadzone przez śledczych wystarczyłyby już w dniu zatrzymania postawić podejrzanemu zarzut porwania, zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem.

    Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa we Włocławku, na wniosek której sąd zastosował wobec zatrzymanego trzymiesięczny areszt tymczasowy (aleeee jak można się spodziewać, będzie on konsekwentnie przedłużany aż do chwili, gdy zapadnie prawomocny wyrok).

    Jacek Urbański przyznał się do winy. Pierwszy raz już podczas zatrzymania. Jak relacjonował jeden z funkcjonariuszy pracujących przy tej sprawie:

    Choć nie od razu poinformowaliśmy go, za co, sam spontanicznie zaczął opowiadać, co zrobił z Eweliną.

    Drugi raz w trakcie nocnego przesłuchania, a trzeci podczas wizji lokalnej, której przyglądała się matka zamordowanej dziewczynki. Podczas jej trwania policjanci bardziej obawiali się ataku tłumu i samosądu na podejrzanym niż o to, że im ucieknie. Za wszelką cenę starali się nie dopuścić mieszkańców Służewa do Urbańskiego.

    14 stycznia odbyło się trwające ponad godzinę posiedzenie aresztowe w sądzie, podczas którego podejrzany ponownie przyznał się do winy oraz skorzystał z prawa do domowy składania wyjaśnień. Zgodził się jednak odpowiadać na pytania sądu i potwierdził wszystko, co mówił wcześniej na przesłuchaniach.

    Wyniki sekcji zwłok potwierdziły gwałt na dziewczynce, znaleziono również materiał genetyczny należący do podejrzanego.

    . . .

    20 stycznia 2011 na cmentarzu w Goszczewie odbył się pogrzeb Eweliny Skwary. Została pochowana obok swojej siostry bliźniaczki Patrycji, która zmarła dwa dni po ich urodzeniu, także 8 grudnia, tylko 14 lat wcześniej... Przerażający zbieg okoliczności.

    Mimo złej pogody w Służewie pojawiły się setki ludzi z całego województwa. Już pół godziny przed rozpoczęciem mszy kościół w Służewie był zapełniony. Dziesiątki ludzi nie zmieściło się w świątyni. ***

    (zdjęcia)

    Pomnik na mogile dziewczynek ufundowali okoliczni mieszkańcy.

    . . .

    W miejscu odnalezienia ciała Eweliny, jej rodzice postawili głaz z tablicą upamiętniającą.

    (zdjęcie) (zdjęcia)

    . . .

    Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    . . .

    Pod koniec czerwca do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Urbańskiemu.

    Jacek U. oskarżony jest o to, że 8 grudnia na drodze pomiędzy Służewem Pole a Służewem pozbawił wolności 14-letnią Ewelinę S., co łączyło się ze szczególnym udręczeniem. Najpierw potrącił ją samochodem marki peugeot, a następnie przy użyciu przemocy umieścił ją w bagażniku samochodu, wywiózł do lasu w okolicy miejscowości Chlewiska, gdzie przy użyciu przemocy i groźby jej użycia doprowadził do zgwałcenia. Następnie, działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia małoletniej, zadał jej kilka ciosów nożem w okolice serca. W ten sposób spowodował zgon.

    - argumentował prokurator.

    . . .

    Ewelina była najmłodsza z piątki rodzeństwa. Niestety, jej śmierć nie była ostatnią tragedią w rodzinie Skwarów - około dziewięciu miesięcy po jej zaginięciu, 3 sierpnia 2011 roku jej 24-letni brat Przemek zginął w wypadku.

    40-letnia kobieta kierująca tico uderzyła w jego motorower. Chłopak zmarł po kilku godzinach od przywiezienia do szpitala.

    (zdjęcia)

    . . .

    W październiku we włocławskim sądzie ruszył proces. Ze względu na charakter tej sprawy prokurator wnioskował o wyłączenie jawności, mimo to rodzice zamordowanej dziewczynki tuż przed wejściem na salę podkreślali, że zależy im na wyłączeniu jawności procesu.

    Złożyliśmy taki wniosek, ponieważ chcieliśmy, aby wszyscy dowiedzieli się, co czeka sprawców, którzy dopuszczają się takich czynów.

    - mówiła matka Eweliny.

    Nie mamy żadnego interesu w tym, by chronić rodzinę Urbańskich. Cała Polska powinna się dowiedzieć, jakiego człowieka wychowali!

    - dodał ojciec.

    pokaż spoiler Rozumiem żal i emocje taty zamordowanej, ale taka odpowiedzialność zbiorowa (o której zresztą pisałam [tutaj](https://www.wykop.pl/wpis/35898143/od-1-stycznia-2018-dziala-w-polsce-publiczny-rejes/)) jest niesprawiedliwa i krzywdząca...


    Sąd podjął jednak decyzję o zniesieniu jawności procesu, tłumacząc swoją decyzję dobrem pokrzywdzonych, jak i troską o interes sprawcy i jego rodziny. Proces toczył się więc za zamkniętymi drzwiami.

    . . .

    Podczas procesu byli przesłuchiwani aż 243 świadkowie. Podobno Urbański ani razu na spojrzał na rodzinę zamordowanej, a na pytania odpowiadał tylko dwoma słowami - "tak" lub "nie".

    Odbyło się siedem rozpraw. Oskarżony na żadnej nie powiedział, że przeprasza.

    . . .

    19 marca 2012 zapadł nieprawomocny wyrok - dożywocie z możliwością przedterminowego zwolnienia po odbyciu 35 lat kary pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    klik <- odczytanie wyroku

    W uzasadnieniu wyroku sędzia powiedział, że dopiero w mowie końcowej morderca wyraził skruchę i przeprosił za swój czyn.

    Rodzice Eweliny przyjęli wyrok z ulgą i nie odwoływali się od niego. Matka zamordowanej podczas uzasadnienia płakała, a ojciec, po wyjściu z sali sądowej życzył skazanemu by nie dożył wyjścia zza krat.

    Sam Urbański, jak i jego adwokat (o dziwo!) także nie odwołali się od wyroku, który w związku z tym uprawomocnił się po 7 dniach
    . . .

    Ewelina w grudniu tego roku kończyłaby 22 lata.

    . . .

    klik <- reportaż Telewizji Kujawy, nagrany po ponad 2 latach od zaginięcia Eweliny

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu


    • • •

    UWAGA, UWAGA, UWAGA! POSZUKUJĘ POMOCNIKA LUB POMOCNICY! :)

    Potrzebuję osoby, albo i kilku, do redagowania moich tekstów przed wrzuceniem. Bardzo zależny mi, żeby owi pomocnicy mieli dużą wiedzę z zakresu polonistyki i nauczyli mnie pisać poprawnie, dawali rady i nie krzyczeli. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Nie chodzi mi tylko o wyłapywanie literówek czy niepotrzebnych przecinków - chciałabym by ktoś pokierował mną jak nie popełniać błędów stylistycznych, nie zmieniać czasu w trakcie pisania itd.

    Jeżeli ktoś jest chętny - proszę pisać na priv.
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Strzelanina w sklepie monopolowym przy 5601 South Main Street, 14 lipca 1951 rok.

    "Paul Anastas -- 58 years (victim of 353 West 69th Street); Detective Sergeant J. L. Lamonica; Lieutenant A. A. Ruiz; Lieutenant Bill Cummings; "

    Galeria

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #kryminalistyka #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: monopolowy.jpg

  •  

    Dziś pod tagiem #polskiepato prawdziwe patologiczna historia. Proszę zaparzyć dużo czaju, wołać sąsiadów, wkładać stopy do miednicy z wodą i musztardą (podobno zdrowe) i rozsiąść się do czytania!

    Ciężko było mi tę historię poskładać w jedną całość, bo doniesienia medialne nieco się od siebie różniły i wszędzie panował straszny chaos informacyjny. Mam nadzieję, że cała opowieść trzyma się kupy i nie pomyliłam kolejności zdarzeń.

    • • •

    Joanna pochodziła z małej wsi w powiecie ostródzkim, z rodziny z trudnościami finansowymi, ale nie patologicznej. Gdy miała 16 lat związała się z 12 lat starszym od siebie mężczyzną, z którym dość szybko założyła rodzinę i zamieszkała w okolicach Olsztyna. Niestety, ich związek nie należał do udanych i jak wynika z relacji kobiety, partner bił ją, znęcał się nad ich wspólnymi dziećmi i nadużywał alkoholu. W 2010 roku niespełna 26-letnia ciężarna Joanna uciekła od swojego oprawcy i wraz z czwórką dzieci znalazła schronienie w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Olsztynie (warmińsko-mazurskie). W tym samym budynku mieścił się punkt Caritasu Archidiecezji Warmińskiej, w którym pomagał 28-letni Piotr G. (zdjęcie)

    Piotr jako dziecko przeszedł nieudaną operację kręgosłupa, przez co został inwalidą i poruszał się na wózku. Mimo swojego upośledzenia fizycznego był aktywnym i zaradnym życiowo człowiekiem - ukończył studia teologiczne, jeździł samochodem, był lektorem, działał w ruchu studenckim pomagającym potrzebującym i angażował się w życie swojej dzielnicy. Był osobą bardzo lubianą i popularną, właśnie ze względu na swoje charytatywne działalności. Służył także do mszy, ponieważ był człowiekiem głęboko wierzący, a jego marzeniem było pójście do seminarium, na co nie pozwoliła mu jego niepełnosprawność.

    Mężczyzna zaangażował się w pomoc Joannie i jej dzieciom, usiłując stworzyć im jak najlepsze warunki do życia. Szybko zaprzyjaźnił się z kobietą, a szczególna więź powstała także między nim, a jej dziećmi, którym poświęcał sporo czasu, troszczy się i wozi na kolanach. Po kilku miesiącach znajomości Piotr oświadczył się kobiecie, mimo sprzeciwu jego bliskich. Przyjaciele odradzali mu ten związek, jednak mężczyzna był po raz pierwszy w życiu zakochany i nie zważał na niczyje słowa. Kobieta wraz z piątką swoich dzieci wprowadziła się do mieszkania Piotra jesienią 2010 roku, a niecały rok od pierwszego spotkania para pobrała się.

    Po niedługim czasie wspólnego życia Joanna przestała przypominać tą miłą i zagubioną dziewczynę, którą była na początku znajomości z Piotrem. W domu nieustannie wybuchają awantury, a kobieta stała się roszczeniowa, miała pretensje do męża, że nie spełnia jej oczekiwań i wymagań. Zaczęła coraz częściej wychodzić z domu i spotykać się z innymi mężczyznami, a mężowi kazała w tym czasie opiekować się dziećmi. Sprowadzała kochanków nawet do ich wspólnego mieszkania. W końcu związała się z sąsiadem Jackiem P. i specjalnie nie kryła się z tym związkiem przed swoim mężem. Uprawiała nawet seks z P., gdy w drugim pokoju przebywał Piotr. Mąż czuł się upokorzony, a konflikty między małżonkami narastały. Joanna w kłótniach stawała się coraz bardziej agresywna, przez co dochodziło nawet do rękoczynów. Wyzywała męża, zastraszała, biła i zrzucała z wózka inwalidzkiego.

    . . .

    O kochanku Joanny wiem tylko tyle, że był pracownikiem oponiarskiej firmy Michelin i wcześniej był notowany za jazdę pod wpływem alkoholu.

    . . .

    Jacek P. wprowadza się do mieszkania Piotra i Joanny, co doszczętnie załamuje psychicznie niepełnosprawnego mężczyznę. Zaczyna często bywać poza domem i tułać się samotnie po Olsztynie, a nawet żebrać, ponieważ momentami nie miał co jeść.

    W lutym 2013 roku Piotr wnosi pozew o rozwód i eksmisję niewiernej małżonki z mieszkania.

    Joanna zachodzi w szóstą ciążę, a ojcem dziecka jest jej kochanek. Gdy Piotr dowiaduje się o tym, prosi żonę by zostawiła Jacka P. i deklaruje, że wychowa jej kolejne dziecko. Kobieta jednak planuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem, choć nie chce stracić mieszkania, które jest własnością jej męża, dlatego groźbami próbuje nakłonić go do wycofania sprawy z sądu. Joanna staje się jeszcze bardziej agresywna, a Piotr żalił się znajomym, że nawet grozi mu nożem. Mężczyzna obawiał się o swoje życie, dlatego wyprowadza się z mieszkania i przez pewien czas przebywa w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Składa też zawiadomienie przeciwko Joannie o popełnienie przestępstwa z art. 207 § 1 k.k. czyli znęcanie się fizycznie lub psychicznie, jednak odmówiono wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

    W marcu 2013 roku Piotr sporządza testament, w którym wydziedzicza żonę oraz jej dzieci.

    . . .

    29 kwietnia 2013 roku Joanna (wtedy 29-latka) i Jacek P. (41) spotkali się ze swoim znajomym Łukaszem K. (31).

    . . .

    Łukasz K., słabo znał Jacka i Joannę. Jego zdaniem, tego dnia chciał się tylko upić, ponieważ musiał uczcić to, że jego dziewczyna miała niedługo urodzić dziecko, do tego za kilka dni (lub według innego źródła - już kilka dni temu) kończył mu się dozór elektroniczny, który miał zasądzony za jazdę pod wpływem alkoholu. A przynajmniej sam tak twierdzi i przedstawia trochę inną wersję wydarzeń -> klik
    Polecam przeczytać jego relację po przeczytaniu mojego tekstu.

    . . .

    W trakcie wspólnej alkoholizacji wpadli na pomysł pozbycia się Piotra (31). Joanna zadzwoniła do swojego męża i zasugerowała, że przemyślała jego propozycje i chciałaby z nim na ten temat porozmawiać. Późnym wieczorem małżonkowie udają się na spacer przez osiedle Nagórki. Kobieta wywozi Piotra na wózku w okolice starego parku, gdzie w krzakach czekali już na nich Jacek i Łukasz. Dwaj bandyci zrzucają mężczyznę z wózka i brutalnie biją. Najpierw próbują skatować go na śmierć, potem dusić rekami, jednak mężczyzna wciąż oddychał. Zacisnęli mu więc na szyi pętlę z paska od spodni. Następnie rozebrali ciało Piotra G., a ubrania usiłowali spalić w opuszczonej ruderze. (zdjęcie) (zdjęcie) Druga wersja wydarzeń mówi, że próbowali spalić zwłoki, jednak udało im się zwęglić tylko ciuchy denata.

    Nagie zwłoki Piotra porzucili w krzakach, a w drodze powrotnej wrzucili do studzienki kanalizacyjnej telefon ofiary, który wraz z portfelem zabrali z miejsca zbrodni, by upozorować motyw rabunkowy. Po morderstwie cała trójka udaje się do mieszkania Joanny i jej martwego już męża, gdzie urządzają zakrapianą imprezę oraz orgię, ponieważ kobieta proponuje im seks w trójkącie, na który podobno już wcześniej mieli się umawiać.

    Następnego dnia w południe przypadkowy przechodzień zauważa ciało mężczyzny w okolicach placu zabaw przy ulicy Barcza i natychmiast wzywa policję.

    Martwy mężczyzna leżał pod drzewem, ale podczas przeszukiwania terenu znaleziono portfel ofiary (...) W portfelu był dowód osobisty z adresem, więc policjanci zaraz się tam pojawili i zastali żonę Piotr G. oraz "przyjaciela domu" Jacka P. Oboje udawali, że nie mają o niczym pojęcia.

    - opowiadał rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie.

    Gdy biegli stwierdzili, że Piotr został uduszony, natychmiast zatrzymano jego żonę i jej kochanka. Przyciśnięci przyznali się do winy oraz wskazali trzeciego sprawcę. Łukasz K. także przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Cała trójka trafia do aresztu, a Joanna, z uwagi na to, że była w ciąży, do specjalnego oddziału aresztu w Ostródzie.

    Na początku maja odbyła się wizja lokalna z udziałem sprawców.

    Zdjęcia Jacka P. podczas wizji lokalnej -> klik, klik, klik, klik

    Podejrzani o morderstwo zaczęli zmieniać zeznania. Po tym, jak początkowo przyznali się do winy, później każdy przedstawia inną wersję wydarzeń, co zaczyna komplikować sprawę.

    . . .

    Tłumy przyjaciół i znajomych uczestniczyły w pogrzebie Piotra na cmentarzu w Dywitach, który odbył się 9 maja.

    klik <- relacja z pogrzebu
    klik <- wypowiedzi bliskich zamordowanego

    . . .

    W grudniu 2013 roku prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe przesłała do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuca zabójstwo całej trójce oskarżonych. Jak czytamy w komunikacie z ich strony internetowej:

    W dniu 16.12.2013r. Prokurator Rejonowy Olsztyn – Południe w Olsztynie skierował do miejscowego Sądu Okręgowego akt oskarżenia p – ko Joannie G., Jackowi P. i Łukaszowi K.

    Zostali oni oskarżeni o to, że w dniu 29.04.2013r. w Olsztynie, działając wspólnie i w porozumieniu z zamiarem bezpośredniego pozbawienia życia Piotra G., w ramach ustalonego podziału ról, zgodnie z którym Joanna G. przekazała Jackowi P. i Łukaszowi K. materiały do owinięcia rąk, aby nie zostawili śladów, a następnie wyprowadziła poruszającego się na wózku inwalidzkim Piotra G. z mieszkania w ustalone miejsce, gdzie wymieniony został zaatakowany przez Jacka P. i Łukasza K., którzy po wepchnięciu go w krzaki i zrzuceniu z wózka inwalidzkiego bili go pięściami i kopali po całym ciele oraz dusili paskiem, w następstwie czego doznał on licznych obrażeń ciała powodujących zatrzymanie krążenia i oddychania oraz aspiracje krwi do górnych dróg oddechowych, co skutkowało jego zgonem.

    . . .

    Joanna została pozbawiona praw rodzicielskich, a jej pięcioro dzieci trafiło do rodzin zastępczych i do Domu Dziecka.

    W 2014 roku urodziła w areszcie szóste dziecko, które zaraz po przyjściu na świat zostało adoptowane przez ludzi, którzy nie wiedzieli, że jego rodzicami jest para morderców.

    . . .

    (zdjęcie)

    . . .

    Proces ruszył 28 lutego 2014 i jak podaje olsztyńska gazeta:

    Ze względu na drastyczność sprawy i konieczność ochrony dobrych obyczajów sąd utajnił przebieg procesu na czas składania wyjaśnień przez oskarżonych.

    Wiadomo jedynie, że Joanna nie przyznała się do winy, zaś oskarżeni mężczyźni przyznali się tylko pośrednio, bo nie do zamierzonego zabójstwa, lecz tylko do pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

    W jawnej już części procesu zeznawał biegły lekarz sądowy. Stwierdził, że ofiara przez kilka minut była duszona. Miała też poważne obrażenia głowy: złamaną szczękę, oczodół, kość jarzmową, a także krwiaki mózgu. Wszystko to razem było przyczyną śmierci Piotra G.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    14 maja 2014 zapadł pierwszy wyrok - Joanna oraz Jacek P. zostali skazani na dożywocie. Natomiast Łukasz K. na 15 lat pozbawienia wolności, co według strony internetowej Sądu Apelacyjnego w Białymstoku zostało uargumentowane w ten sposób:

    Sąd uznał, że podejmowane przez Łukasza K. czynności nie miały charakteru wiodącego i nie nosiły drastycznego charakteru. Jego rola w zdarzeniu była dopełniająca, nie miał on też pełnej wiedzy na temat motywów kierujących pozostałymi oskarżonymi. Zatem orzeczona wobec niego kara winna być niższa.

    Sędzia nie miał wątpliwości co do winy skazanych. Nie pomogły łzy i zapewnienia morderczyni, że jest niewinna.

    Po ogłoszeniu wyroku widownia na sali Sądu Okręgowego w Olsztynie zaczęła bić brawo.

    Przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że kara dożywotniego więzienia dla dwójki oskarżonych jest karą adekwatną do popełnionej zbrodni.

    Joanna G. i jej przyjaciel planowali zabójstwo Piotra. Jednym z motywów było przejęcie jego mieszkania, w którym planowali wspólne dalsze życie. (...) Oskarżona doznała samej dobroci od Piotra G., przyjął ją i jej piątkę dzieci pod swój dach, żebrał na ulicach, by utrzymać całą rodzinę, a ona nie potrafiła tego docenić.

    - mówił, uzasadniając wyrok sędzia.

    (tutaj są zdjęcia z tego procesu)

    Wyrok nie był prawomocny, a apelację wnieśli obrońcy całej trójki oskarżonych. Domagali się dla nich niższych kar, argumentując to następująco:

    Obrońca Joanny G. uważa, że powinna ona ponieść odpowiedzialność jedynie za pomocnictwo do czynu popełnionego przez pozostałych oskarżonych, ewentualnie w przypadku uznania jej za współwinną zabójstwa, z uwagi na poboczną rolę, złożenie obszernych wyjaśnień, wcześniejszą niekaralność i młody wiek należy wymierzyć jej karę znacznie łagodniejszą.

    Obrońca Jacka P., domagając się uchylenia wyroku i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sądowi I instancji zarzucił naruszenie szereg przepisów procedury karnej oraz błąd w ustaleniach faktycznych polegający na przyjęciu m.in., że oskarżony ten działał z zamiarem bezpośrednim zabójstwa. Z ostrożności procesowej, na wypadek nieuwzględnienia tych zarzutów, wniósł o złagodzenie wymierzonej oskarżonemu kary.

    Natomiast obrońca Łukasza K. wniósł o zmianę wyroku poprzez uznanie, że oskarżony ten wypełnił swoim zachowaniem znamiona przestępstwa z art. 158 § 1 k.k. bądź wymierzenie mu kary znacznie łagodniejszej.*

    (Art. 158. § 1. - Kto bierze udział w bójce lub pobiciu, w którym naraża się człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 § 1 lub w art. 157 § 1, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.)

    5 listopada odbył się proces apelacyjny, w którym zapadł już prawomocny wyrok. Sąd Apelacyjny w Białymstoku złagodził karę dla Joanny i Jacka P. z dożywocia na karę 25 lat więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 15 latach. Wyrok Łukasza K. pozostał bez zmian.

    Dożywocie jest karą eliminacyjną i nie daje szansy na wyjście z zakładu karnego. Stosuje się je wobec osób zdemoralizowanych, które nie poddają się resocjalizacji. Sąd uznał, że Joanna G. i Jacek P. nie są na tyle zdemoralizowani, że powinni być trwale wyeliminowani ze społeczeństwa.

    - tak sędzia opisywał uzasadnienie wyroku.

    Wyjaśnił także, dlaczego kobiecie został przypisany współudział w zabójstwie, a nie jedynie pomocnictwo. Przypominał, że współsprawcą może być także osoba, która własnoręcznie "nie zabija, nie zadaje ciosów, nie kopie, nie strzela, nie topi, nie dusi". Sędzia mówił, że jeżeli oskarżonej "przyświecał" zamiar zabicia męża, cała trójka miała taki plan, a rolą żony był "udział w istotnym elemencie tego planu" (m.in. zwabienie męża do domu i wyprowadzenie go w ustronne miejsce) - jej współdziałanie w tej zbrodni było ewidentne.

    Sąd apelacyjny wziął pod uwagę m.in. niekaralność sprawców. - Nie są ludźmi zdegenerowanymi do cna, których należy traktować jako sprawców o małym procencie (szans na) poddanie resocjalizacji - powiedział sędzia, przywołując opinie psychologów i psychiatrów.

    Sąd ocenił też, iż zbrodnia nie została dokonana z premedytacją, bo pomysł "pozbycia się" męża kobiety zrodził się nagle, gdy ten nie chciał zostać w domu z dziećmi kobiety (z innego związku); nie było też szczególnego okrucieństwa. Nie wiadomo, kto pomysł zabójstwa podsunął. **

    . . .

    To przerażające i zadziwiające zarazem ile upokorzeń jest w stanie znieść człowiek by zmusić kogoś by go kochał. I gdzie jest granica pomiędzy szlachetnością, dobrocią, a zwykłą głupotą, naiwnością i brakiem doświadczenia?

    . . .

    klik <- ciekawy artykuł na ten temat, rozbudowany o wiele wypowiedzi znajomych Piotra G.
    klik <- reportaż UWAGI na ten temat
    klik <- odcinek serii dokumentalnej "Polskie zabójczynie" z telewizji kryminalnej Crime+Investigation Polsat na temat tej zbrodni, mało szczegółowy, ale z inscenizacją wydarzeń

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #olsztyn #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooooooo.jpg

  •  

    Leonardas Zavistonovičius - masowy morderca z Drawczy o polskich korzeniach

    Jest niedziela 15 lutego 1998, około godziny 4 rano Zavistonovičius uzbraja się w rosyjski karabin myśliwski IZH-12 oraz karabinek czeskiej produkcji ZKK-601 z celownikiem optycznym - obie bronie posiadał legalnie, a pozwolenie zostało odnowione mniej niż rok przed tymi wydarzeniami.

    Tak uzbrojony Zavistonovičius najpierw udał się do najbardziej oddalonego od jego farmy domu. Jego właścieciel, Jonas Bareika (40 lat), został zastrzelony w własnym łóżku. Zabita została także partnerka Bareikasa, Marytė Rutkauskienė, która w tym czasie robiła stojaki na miotły. Po wszystkim udał się do sąsiada Bareikasa, Leonasa Garbatavičiusa (58 lat), którego zastrzelił przed drzwiami frontowymi jego domu. Następnym przystankiem była farma Vrubliauskasów, gdzie zabił Vytautasa Vrubliauskasa (38 lat) i ranił jego matke Jadvyge (76 lat) i siostrę Zofiję (42 lata). Zofija, która mieszkała w Širvintos, przyjechała w odwiedziny na weekend, zmarła tej samej nocy w czasie operacji w szpitalu w Sirvintos. Jadvyga zmarła tydzień później w szpitalu w Wilnie.

    Sprawca następnie wyruszył do domu Raudeliūnasów, który był najbliżej jego własnego domostwa. Kolejnymi ofiarami były Vanda Raudeliūnienė (66 lat) i córka, która ją odwiedzała Dalia Kalibatienė (48 lat), starsza porucznik w litewskim Ministerstwie Obrony Narodowej. Zavistonovičius zastrzelił także psa, który próbował obronić kobiety.

    By móc położyć się na zlodowaciałej ziemi morderca przyniósł z własnego domu materac i położył się na nim by zastawić zasadzkę na Antanasa Raudeliūnas, jego zięcia Mindaugas Kalibatas i wnuków Viliusa (17 lat) i Tadasa. Mężczyźni zbierali drewno w pobliskim lesie. Usłyszeli strzały ale nie zaniepokoili się od razu, gdyż myśleli że to myśliwi są na polowaniu. Gdy czterech mężczyzn wyszło z lasu Zavistonovičius postrzelił Mindaugasa Kalibatas w klatkę piersiową lecz był to tylko lekki postrzał, który nie sprawił poważnych uszkodzeń wewnętrznych. Potem sprawca postrzelił Viliusa, który biegł by pomóc ojcu. Gdy morderca zbliżył się do nich, Kalibatas i jego drugi syn Tadas, zaatakowali go, zabrali broń i pobili do nieprzytomności.

    Jako, że nikt w wiosce nie miał telefonu Mindaugas Kalibatas sam zawiózł syna Viliusa do szpitala w Sirvintos, oddalonego o około 15 kilometrów. Niestety Vilius zmarł w drodze. Szpital powiadomił policję i wysłał karetki na miejsce zdarzenia. Zofija Vrubliauskaitė i Jadvyga Vrubliauskienė nadal żyły. Zavistonovičius został aresztowany i przewieziony do szpitala, gdzie około godziny 22 zmarł w wyniku pęknięcia podstawy czaszki.

    Litewski rząd zareagował na najwyższych szczeblach, gdyż istniała obawa iż masakra miała podłoże polityczne i mogła spowodować dalszą przemoc. Wydarzyło się to także w czasie osiemdziesiątej rocznicy odzyskania niepodległości przez Litwę. Zavistonovičius był członkiem polskiej mniejszości narodowej na Litwie, która ma napięte stosunki z litewskim rządem. Wszystkie ofiary były litewskiej narodowości. Wice minister Gediminas Vagnorius powołał specjalna komisję do zbadania okoliczności zbrodni, w tym czasie sekretarz prasowy prezydenta Algridasa Brazuskasa starał się przekonać media, by opóźniły wioadomość aż do wyjazdu z Litwy Aleksandra Kwaśniewskiego, ówczesnego prezydenta Polski, który uczestniczył w uroczystościach w Wilnie.

    W wyniku przeprowadzonego śledztwo ustalono, że masakra spowodowana była chorobą psychiczną (uporczywe zaburzenia urojeniowe oraz schizofrenia), a nie pobudkami politycznymi. Zavistonovičius posiadał broń myśliwską od roku 1975. Pozwolenia były cyklicznie odnawiane. W procesie odnawiania, Zavistonovičius musiał przejść badania psychiatryczne. Żaden z lekarzy, którzy badali go nie zauważył nic podejrzanego, co wywołało wiele kontrowersji. W czasie śledztwa odkryto, że w 1985 sprawca został skierowany i leczony w Wileńskim Szpitalu Psychietrycznym. Zavistonovičius był żonaty trzy razu. Ostatnia z żon odeszła od niego 10 miesięcy przed rzezią w Drawczy. Opisała go jako chorobliwie zazdrosnego i miał manię prześladowczą, mimo wszystko sąsiedzi widzieli w nim inteligentnego i pomocnego człowieka. Bliscy zaczęli dostrzegać różne symptomy już w roku 1978, którego mogą mieć związek z wypadkiem samochodowym z 1976. W świetle tych odkryć, prokuratora oskarżyła siedmiu lekarzy, którzy badali Zavistonovičiusa w związku z pozwoleniem o broń, o zaniedbanie obowiązków. Jednakże, stwierdzono że do tych zaniedbań nie doszło, bo bez scentralizowanej bazy danych nie mogli oni wiedzieć, że Zavistonovičius był leczony psychiatrycznie, a jego symptomy były skutecznie ukrywane i maskowane na tyle, by przejść krótkie badanie bez żadnych podejrzeń.

    pokaż spoiler W sieci jest mało informacji o samym sprawcy i wydarzeniu, czy był on lub czuł się polakiem, nie wiem. Na niektórych stronach piszą o nim jako o Polaku, na innych jako o Litwinie.
    Tłumaczenie z ang. wikipedii.
    #seryjnimordercy #kryminalne #kryminalistyka #swiat
    pokaż całość

    +: lwonly, sikzmiednicy +34 innych
  •  

    Vladislav Roslyakov - osiemnastoletni zamachowiec z Kerczu

    Vladislav już od lat najmłodszych lat postrzegany był jako dziecko okrutne, które torturowało koty na swoim rodzinnym osiedlu. Gdy miał około 10 lat jego rodzice rozwiedli się. Powodem miał być poważny uraz głowy, którego doznał ojciec. Uraz ten wpłynął na jego zachowanie, stał się agresywny w stosunku do syna, żony jak i innych krewnych.

    Roslyakov uczył się w lokalnej szkole, jednak nauka nie była jego mocną stroną i po prostu chciał zdać kolejny semestr. Nie miał żadnych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Jego głównymi hobby były bronie oraz gry video.

    W 2015 roku zaczął studia na kierunku elektrotechnicznym. W czasie studiów pogłębiło się w nim zainteresowanie bronią oraz doszły do tego materiałami wybuchowymi. Przy okazji zapisał się także na zajęcia z walki nożami bagnetowymi. Regularnie ćwiczył też na siłowni, jako że chciał powiększyć swoją masę mięśniową. W sieci krążą także plotki jakoby Roslyakov wraz z matką uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Rosyjska stacja RBK TV przeprowadziła wywiad z znajomym Roslyakova, który powiedział, że "nienawidził on swojej szkoły i przysiągł zemstę na nauczycielach". W dniach poprzedzających atak rozprawiał w mediach społecznościowych nad brakiem sensu życia, możliwej strzelaninie oraz samobójstwie.

    Kamery bezpieczeństwa uchwyciły na filmie Roslyakova niosącego ośmiostrzałową strzelbę Hatsan Escort Aimguard o kalibrze 12 GA z chwytem pistoletowym. Ubrany był w czarne spodnie oraz T-shirt z napisem "hatred" (pol. nienawiść). Jego strój przypominał ten noszony przez Erica Harrisa (jednego z zamachwców z pamiętnej masakry w liceum w Kolorado), co doprowadziło do spekulacji iż zamach z Kerczu był nim inspirowany.

    Roslyakov zakupił strzelbę 8 września bieżącego roku, a 13 października dokupił do niej 150 nabojów. Wszystko zostało nabyte legalnie w sklepie z bronią.

    Kilku świadków widziało zamachowca chodzącego w te i z powrotem po korytarzach Politechniki i strzelającego do przypadkowych uczniów i nauczycieli, aż skończyła mu się amunicja. Wtedy też nastąpił wybuch bomby. Lokalna policja podała do wiadomości, że na kampusie było więcej ładunków wybuchowych, na szczęście zostały one rozbrojone. Jedna z osób, którym udało się przeżyć atak powiedziała, że trwał on ponad 15 minut.

    Na stronie internetowej miasta, możemy odczytać, że eksplozja nastąpiła na pierwszym piętrze budynku, natomiast strzelanina miała miejsce na drugim. Uczniowie, którzy widzieli eksplozje opisali, że wybiła wszystkie okna w budynku, a po niej ludzie zaczęli uciekać z budynku.

    Wice minister Krymu Sergei Aksyonov w wywiadzie stwierdził, że możliwe iż napastnik posiadał wspólnika, który kierował młodym Roslyakovem i poszukują oni tej osoby,

    Większość ofiar to nastolatkowie. 15 uczniów i 5 nauczycieli zginęło od ran postrzałowych, 74 osoby były lub nadal są hospitalizowane, kilku osobom trzeba było dokonać amputacji.

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #terroryzm
    pokaż całość

    źródło: images.jpg

  •  

    Morderca z butelką kakao

    Opisaną poniżej zbrodnię z pewnością można określić jako popełnioną ze szczególnym okrucieństwem. Jak się jednak wydaje, nazwa ta nie jest adekwatna, gdyż to, co zrobił sprawca, charakteryzuje się wprost niewyobrażalnym bestialstwem. Warto przy tym dodać, że działał z zimną krwią i z wyjątkowo niskich pobudek; jeśli uwzględni się przy tym funkcję, jaką pełnił w społeczeństwie, staje się zrozumiałe, dlaczego sprawa „mordercy z butelką kakao” zasługuje na miano jednej z najokrutniejszych współczesnych zbrodni. Ponieważ wydarzyła się w Niemczech, a w Polsce jest zupełnie nieznana, opisuję ją tutaj – zresztą zgodnie z celem, jaki przyświeca mojemu portalowi.
    Zaginięcie pary dorosłych

    W upalny czerwcowy dzień 1996 roku na jednym z posterunków policji w Monachium zjawiają się jednocześnie państwo L. oraz państwo K. Chcą zgłosić zaginięcie swoich dorosłych dzieci: 42-letniej córki Gabriele L. (państwo L.) oraz 28-letniego syna Thila K. (państwo T.). Zaginieni Gabriele i Thilo są parą, tak więc rodzice porozumieli się ze sobą i dlatego pojawiają się jednocześnie. I jedni, i drudzy przyjechali z daleka; są bardzo zdenerwowani, gdyż od 12 czerwca, tj. od prawie tygodnia, nie mają znaku życia ani od Gabriele, ani od Thila.

    Policjant, który wysłuchuje ich wyjaśnień, nie widzi podstaw do przyjęcia zgłoszenia zaginięcia, ponieważ osoby, o których jest mowa, są dorosłe, a poza tym nic nie wskazuje na zaistnienie przestępstwa lub na grożące im niebezpieczeństwo.

    Rodzice jednak się upierają, że coś musiało się stać. Gabriele od tamtego czasu nie pojawiła się w pracy, a kwiaty w jej mieszkaniu niepodlewane są już od wielu dni i zupełnie zwiędły, co sami widzieli, gdyż tam byli. Wyjaśniają, że sąsiadka, a jednocześnie przyjaciółka Gabriele, ma zawsze zapasowy komplet kluczy.

    Jednocześnie rodzice Thila podają argumenty przemawiające za tym, że coś się stało: przede wszystkim to, że mieszkanie ich syna wygląda na opuszczone w pośpiechu, wciąż włączony jest jego komputer, a Thilo od wielu dni nie pojawił się w pracy.

    Argumenty te przekonują dyżurującego funkcjonariusza, który decyduje się przyjąć zgłoszenie. Wkrótce wpływa ono do jednostki zajmującej się poszukiwaniem osób zaginionych.
    W mieszkaniu Gabriele

    Policjanci przyglądają się szczegółom sprawy i kontaktują z bliskimi i znajomymi zaginionych. Na podstawie uzyskanych informacji wykluczają takie wersje jak uprowadzenie Gabriele i Thila albo ich wspólne samobójstwo, za prawdopodobne natomiast uznają, że zaginionych spotkało coś złego. Policjant przydzielony do sprawy decyduje się obejrzeć mieszkanie Gabriele.

    Umówiona z policjantem przyjaciółka Gabriele otwiera wraz z nim drzwi do mieszkania. W środku wszystko wygląda zupełnie normalnie, nie ma żadnych śladów walki ani też niczego, co mogłoby budzić zaniepokojenie – jedynie poza faktem, że wszystkie kwiaty są zwiędnięte.

    Przyjaciółka informuje, że gdy pojawiła się tu z rodzicami Gabriele, to mieszkanie było normalnie zamknięte. Kobieta podkreśla także, że jest absolutnie niemożliwe, by Gabriele wyjechała, nie prosząc jej – jak zwykle – o podlewanie kwiatów. Jest pewna, że z mieszkania zniknął sprzęt wideo, odtwarzacz CD i aparat fotograficzny; są to przedmioty, które Gabriele dostała od Thila.

    W czasie gdy policjant rozgląda się po pokoju, przyjaciółka nagle sobie coś przypomina: Gabriele ostatnio jej nadmieniła, że były partner obiecał jej znaleźć osobę, przy pomocy której będzie mogła niezwykle korzystnie ulokować swoje oszczędności. Przyjaciółce wydaje się, że Gabriele miała się z nim w tym celu spotkać, lecz nie pamięta, kiedy. Może jednak podać imię i nazwisko owego byłego partnera: Peter R.; jest to zresztą policjant i również mieszka i pracuje w Monachium. Kobieta dodaje jeszcze, że był on wielką miłością Gabriele.
    Ślady

    Po obejrzeniu mieszkania śledczy schodzi do garażu podziemnego i ogląda auto Gabriele. Jest ono bardzo brudne, pokryte błotem. Po bliższym przyjrzeniu się widać drobne ślady wyglądające jak krew, rozproszone na całej przedniej masce. Podobne ślady widoczne są także w różnych miejscach we wnętrzu auta, a szczególnie dużo ich jest w bagażniku.

    Śledczy zarządza oględziny mieszkania oraz samochodu.

    W mieszkaniu Gabriele ekipa poszukiwawcza nie znajduje żadnych istotnych śladów. Jeśli chodzi o podejrzane plamy w samochodzie, to wstępnie przeprowadzony szybki test wykazuje, że na pewno są to ślady ludzkiej krwi.
    Rozmowy ze znajomymi zaginionych

    Funkcjonariusz zajmujący się sprawą postanawia porozmawiać z owym Peterem R., byłym partnerem Gabriele. Ze względu na to, że Peter R. jest również policjantem, błyskawicznie znajduje jego numer służbowy.

    W trakcie rozmowy Peter R. potwierdza, że Gabriele to jego była partnerka. Mówi, że zna też Thila, nawet czasem spotykali się we trójkę; nic jednak nie wie o ich zaginięciu. Dodaje, że jakiś czas temu Gabriele prosiła go telefonicznie o to, by towarzyszył jej w spotkaniu z doradcą bankowym, który obiecał, że przedstawi jej możliwość korzystnego ulokowania pieniędzy. Peter pojechał z nią nawet na to spotkanie, ale ze sprawy nic nie wyszło, gdyż ów doradca się nie pojawił. Było to około 3-4 tygodnie temu, a od tamtego czasu nie miał z Gabriele kontaktu.

    Inne osoby z kręgu bliskich i znajomych zaginionych również nie wnoszą nic konkretnego do sprawy, a ponieważ prowadzący ją policjant ma poważne podejrzenia, że miało miejsce przestępstwo (co jest uzasadnione choćby ze względu na ślady krwi znalezione w aucie zaginionej), decyduje się na włączenie w nią wydziału zabójstw.

    Tymczasem z laboratorium przychodzą wyniki badań, potwierdzające, że ślady krwi w aucie zaginionej należą bez wątpienia do jego właścicielki. Prócz tego część śladów w bagażniku auta to ślady krwi należącej do Thila. Funkcjonariusze nie mają pewności, czy Thilo jest sprawcą, czy również ofiarą. To, że zbrodnię popełniła inna osoba, uznają na razie za mało prawdopodobne, zwłaszcza że z przeprowadzonych rozpytań wynika, że ani Gabriele, ani Thilo nie mieli żadnych wrogów – nie wiadomo więc zupełnie, jaki miałby być ewentualny motyw działania sprawcy lub też sprawców.
    Śledztwo nabiera tempa

    W końcu policjanci znajdują coś, co mogłoby wskazywać na motyw – pieniądze. Wiadomo, że Gabriele posiadała 130 tys. marek, jednakże tych pieniędzy nigdzie nie ma: ani na jej koncie, ani na koncie Thila, ani w mieszkaniu żadnego z nich. Nikt również nie wie o tym, że w ostatnim czasie zostały gdzieś ulokowane.

    Śledztwo nabiera tempa po tym, jak przyjaciółka, która wcześniej nie była w stanie określić, kiedy dokładnie Gabriele miała się spotkać z byłym partnerem w sprawie ulokowania pieniędzy, kojarzy nagle kilka faktów i jest w stanie podać datę: wtorek, 11 czerwca. Jest tego absolutnie pewna.
    Zaskoczenie i dziwne przeczucie

    Prowadzący śledztwo policjanci są kompletnie zaskoczeni – z tej informacji wynika, i to praktycznie ze stuprocentową pewnością, że w ów wtorek, 11 czerwca, Gabriele miała się spotkać z byłym partnerem Peterem R., policjantem. Ale dlaczego w takim razie on nic o tym nie wspomniał?!

    Czyżby po prostu pomylił terminy? Czy można pomylić daty wydarzenia sprzed dwóch tygodni z wydarzeniami sprzed trzech lub czterech tygodni?

    Policjanci dochodzą do wniosku, że można, jednak w ich głowach zapala się czerwone światło.

    Jednocześnie ogarnia ich uczucie, które nawet trudno im nazwać – w końcu Peter R. jest policjantem! Przesłuchujący go funkcjonariusz tak wspomina ten moment w swojej książce:

    […] wzbudziło to moją nieufność, mimo że jakaś wewnętrzna blokada tłumiła mój dobrze wyostrzony zmysł zwykle podpowiadający mi właściwy trop. Czy dlatego, że osoba, o którą chodziło, była policjantem? Nie, żebym był naiwny i sądził, że policjanci nie mogą zostać mordercami. Wręcz przeciwnie – każdy człowiek może stać się mordercą. Bez wyjątku! W tym poglądzie utwierdzałem się tym bardziej, im dłużej pracowałem w wydziale zabójstw. Mimo to coś się we mnie burzyło. Brało się to chyba z tego, że chodziło tu o „członka rodziny”. Ja w każdym razie traktowałem policję monachijską jako swego rodzaju wielką rodzinę. (1)

    Szef wydziału zabójstw postanawia natychmiast ściągnąć Petera R. na komendę i porozmawiać z nim osobiście.
    Co mówi Peter R.

    Podczas rozmowy Peter R. upiera się przy tym, że jego ostatni kontakt z Gabriele miał miejsce trzy lub cztery tygodnie temu, a może nawet jeszcze wcześniej. Na pytanie, czy może jednak miał on miejsce w miniony wtorek, 11 czerwca, reaguje stanowczym protestem. Mówi, że to niemożliwe, bo w minioną środę, 12 czerwca, już o 8 rano poszedł na umówione spotkanie, które rozpoczynało wycieczkę zakładową, tak więc pamiętałby na pewno, że dzień wcześniej spotkał się z Gabriele.

    Rozmowa przeciąga się. Jej głównym tematem staje się owo spotkanie Petera R. i Gabriele z doradcą bankowym. Peter R. nie potrafi podać żadnych szczegółów, które pozwoliłyby zidentyfikować owego doradcę. Nie potrafi też podać żadnych bliższych informacji na temat potencjalnej inwestycji, mimo że powinien wiedzieć coś więcej, skoro Gabriele prosiła go o pomoc – dlatego też przesłuchujący go policjant nabiera coraz większych podejrzeń.

    Wreszcie przesłuchujący pyta Petera R. wprost, gdzie był w nocy z wtorku 11 czerwca na środę 12 czerwca. Reakcja Petera R. jest następująca: najpierw jakoby nie może sobie tego przypomnieć, a potem mówi, że spędził tę noc w różnych knajpach, bo zawsze ma w zwyczaju spędzać poza domem noc przed wycieczką zakładową.

    Na potwierdzenie tego, że był w wymienionych lokalach, nie może jednak podać żadnych świadków. Na dodatek twierdzi, że przemieszczał się własnym samochodem i nie pił alkoholu.
    Świadek staje się podejrzanym

    Przesłuchujący komisarz jest już właściwie pewny, że ma do czynienia ze sprawcą. Ze względów formalnych konieczna jest teraz zmiana statusu przesłuchiwanego ze świadka na podejrzanego.

    W międzyczasie komisarz otrzymuje informację o tym, że w dziale, w którym pracuje Peter R., miało miejsce niepokojące zdarzenie: z szafki jednego z policjantów skradziono broń służbową. Było to na początku miesiąca, natomiast po tygodniu, a konkretnie 12 czerwca, broń niespodziewanie z powrotem znalazła się na swoim miejscu.

    Policjanci uważają, że nie może być dziełem przypadku to, iż kradzieży broni dokonano w tym samym dziale, w którym pracuje podejrzany, i to akurat w czasie, kiedy zgłoszono zaginięcie. Niewykluczone jest przy tym, że broń była narzędziem zbrodni.
    Coraz trudniejsze przesłuchanie

    Rozmowa z Peterem R. trwa już od wielu godzin. Zgodnie z procedurami trzeba go już teraz oficjalnie poinformować, że jest podejrzany o zamordowanie dwóch osób i jako taki właśnie przesłuchiwany.

    Gdy Peter R. dowiaduje się o tym, reaguje oburzeniem; krzyczy, że ten bezpodstawny zarzut zniszczy mu życie.

    Dla przesłuchującego go komisarza są to również bardzo trudne chwile, także i dlatego, że ma resztki wątpliwości co do winy Petera R. i zdaje sobie sprawę z dramatycznych konsekwencji ewentualnej pomyłki – a taka możliwość pozostaje zawsze, dopóki dana sprawa nie jest ostatecznie wyjaśniona. Oczywiste jest przy tym, jaka będzie reakcja mediów na wieść o tym, że policjant podejrzewany jest o zamordowanie dwóch osób…
    Nowa wersja wydarzeń

    W międzyczasie Peter R. odbywa spotkanie ze swoim adwokatem i zmienia taktykę składania zeznań. Przyznaje się do tego, że na przestrzeni tygodnia dwa razy spotkał się z Gabriele w sprawie lokaty pieniędzy – twierdzi, że także własnych (gdyż przechowuje w domu w gotówce otrzymane w spadku 100 tys. marek). Pierwsze spotkanie miało miejsce we wtorek, 2 czerwca, drugie zaś, owszem, w ów wtorek, 11 czerwca. Na żadnym z nich doradca bankowy się nie pojawił. Po każdym z tych spotkań Peter R. pojechał wraz z Gabriele do restauracji w Bad Reichenhall, po czym wrócili do Monachium.

    Peter R. dodaje, że podczas spotkania we wtorek, 11 czerwca, Gabriele poprosiła go o przechowanie swoich pieniędzy – te pieniądze znajdują się teraz u niego w domu, wraz z kwotą, którą otrzymał w spadku; razem jest to 230 tysięcy marek. Po tym spotkaniu zgodnie z jej życzeniem podwiózł ją pod dom, w którym mieszkał Thilo, i więcej jej nie widział. W kolejnych dniach oczywiście próbował się z nią skontaktować, ale to się nie udało. Potem zaś usłyszał o jej zaginięciu – naturalnie on również miał od razu złe przeczucia.

    Peter R. wyjaśnia, że nie powiedział tego wszystkiego wcześniej, ponieważ obawiał się, że nikt nie uwierzy mu w to, iż Gabriele dobrowolnie powierzyła mu swoje pieniądze. Przypuszczał również, że policja od razu zacznie go podejrzewać o to, że miał coś wspólnego z jej zniknięciem.
    Apel w mediach

    Historia opowiedziana przez Petera R. jest nieprawdopodobna, ale komisarz zdaje sobie sprawę, że w sądzie może być trudno ją obalić, zwłaszcza jeśli się okaże, że Gabriele w ostatnim czasie rzeczywiście przechowywała te pieniądze w domu. Dla wszystkich jest jasne, że dopiero znalezienie zwłok Gabriele oraz Thila będzie mogło stanowić ostateczny dowód tego, że zbrodnia w ogóle miała miejsce.

    Ponieważ wciąż nie udało się zdobyć żadnych wskazówek dotyczących miejsca ukrycia zwłok, policja decyduje się na apel w mediach; o zgłoszenie się z informacjami proszone są osoby, które po 11 czerwca widziały Gabriele L. oraz Thila K. lub też samochód Gabriele (załączone są jego zdjęcia oraz numery rejestracyjne). W apelu dodano informację, że w tej sprawie aresztowany został policjant, którego podejrzewa się o zamordowanie poszukiwanych osób; pozwoliło to na podkreślenie, jak ważna jest pomoc obywateli w tej sprawie.
    Samochód na leśnej ścieżce

    Jak można się było spodziewać, aresztowanie policjanta było dla wszystkich szokiem i odbiło się w mediach szerokim echem. Wzmogło to jednak zainteresowanie sprawą – na policję codziennie wpływała ogromna liczba wskazówek, z których wszystkie trzeba było starannie sprawdzić.

    Zadanie to było udziałem członków komisji specjalnej powołanej do sprawy zaginięcia Gabriele i Thila. Szczególnie warta uwagi wydawała się zwłaszcza jedna informacja: auto o wyglądzie podobnym do tego ze zdjęć widziane było w lesie w miejscowości Hebertshausen.

    Hebertshausen leży w odległości około pół godziny drogi od Monachium, a informacja o aucie podana jest niezależnie od siebie przez dwóch różnych świadków. Dodatkowo jeden z nich widział, jak taki właśnie samochód w szybkim tempie wyjeżdżało z leśnej ścieżki.
    Akcja poszukiwawcza

    W związku z uzyskanymi wskazówkami policja właśnie w tym rejonie zarządza akcję poszukiwawczą, o czym zresztą poinformowany zostaje Peter R.

    Poszukiwania się rozpoczynają. Już na początku znalezione zostają wiszące na drzewie zwłoki, niemal od razu jasne jest jednak, że nie może chodzić ani o Gebriele, ani o Thila, gdyż stan rozkładu zwłok jest zbyt zaawansowany. Po kilku dniach okazuje się zresztą, że należą one do młodej pielęgniarki, która zaginęła przed dwoma laty; wszystko wskazuje zresztą na to, że kobieta popełniła samobójstwo.

    Akcja poszukiwawcza nie jest łatwa, las jest bardzo gęsty, a na dworze panują upały. Mijają kolejne dni, a ciał Gabriele L. i Thila K. wciąż nie udaje się odnaleźć. Niektórych policjantów ogarnia nawet zwątpienie, czy kiedykolwiek będzie to możliwe.
    Telefon w środku nocy

    Od zaginięcia Gabriele L. i Thila K. mijają niemal cztery tygodnie. O drugiej w nocy szefa wydziału zabójstw budzi telefon. Dzwoniący policjant informuje go o tym, że w lesie w okolicy Dachau znaleziono dwa ciała, mężczyzny i kobiety. Żadne z nich nie ma głowy ani rąk. Być może chodzi o zaginionych.

    Komisarz natychmiast wstaje i udaje się na miejsce wraz z lekarzem medycyny i całą ekipą.

    Ciała leżą głęboko w lesie, przykryte leśnym podszyciem w niedostępnym miejscu lasu, w odległości kilku metrów od wąziutkiej leśnej dróżki. Od razu zarządzona zostaje akcja mająca na celu odnalezienie pozostałych części obydwu ciał.

    Rano komisarz osobiście informuje Petera R. o znalezieniu zwłok w lesie w okolicy Hebertshausen pod Dachau. Oskarżony nie mówi nic, ale w jego oczach widoczny jest strach i ogromne napięcie. Od razu decyduje się skorzystać z tego, że zgodnie z procedurą może teraz porozmawiać ze swoim adwokatem.

    Po krótkiej rozmowie z prawnikiem Peter R. powraca do pokoju komisarza i wybucha płaczem, wykrzykując „Tak, ja to zrobiłem”. Niedługo potem składa obszerne zeznania.
    Zeznanie Petera R.

    Zabicie Gabriele zaplanował na 4 czerwca. Przygotował kakao w plastikowej butelce i rozpuścił w nim tabletki z lekiem o nazwie rohypnol (tabletki te ukradł na komendzie). Miał wszystko przemyślane i przygotowane: siekierę, łopatę, worki, kakao. Miejsce w lesie wybrał już dawno.

    Umówił się z Gabriele późnym popołudniem pod bankiem, kusząc ją informacją o tym, że znalazł osobę, która oferuje fantastyczne możliwości ulokowania pieniędzy. Gabriele pojawiła się, mając przy sobie, tak jak to było ustalone, pieniądze w gotówce. Naturalnie wymyślony doradca nie pojawił się, tak więc w ramach pocieszenia Peter R. zaprosił Gabriele na kolację do lokalu w Bad Reichenhall, leżącego około godzinę drogi od Monachium (często jadali tam razem, gdy byli jeszcze parą).

    Tak oddalone miejsce wybrał dlatego, że nie wiedział, ile czasu minie, zanim środek nasenny w kakao zacznie działać.

    Po zjedzeniu posiłku w restauracji wyruszyli w drogę powrotną do Monachium. Właśnie w czasie tej podróży powrotnej planował poczęstować Gabriele spreparowanym napojem, ale wcześniej na wszelki wypadek spytał, czy tak jak obiecała, nic nikomu nie powiedziała o spotkaniu z bankierem. Odparła na to, że nikomu, jedynie Thilowi, ale on z pewnością zachowa to dla siebie.

    Ta wiadomość bardzo zaskoczyła Petera R. i spowodowała jego zmianę planów – postanowił odłożyć je na kolejny tydzień, żeby wszystko przemyśleć. W ciągu kolejnych dni wahał się nawet, czy całkowicie nie porzucić swoich zamiarów, ale w końcu postanowił, że zabije również i Thila.

    Tydzień później doszło do ponownego spotkania, a gdy „umówiony” doradca znowu się nie pojawił, Peterowi R. udało się jeszcze raz namówić Gabriele na wizytę w restauracji w Bad Reichenhall. Pojechali tam jego autem (Gabriele zostawiła swój samochód na miejscu). W czasie jazdy zaproponował jej wypicie kakao – zgodziła się, wypiła i bardzo szybko zasnęła mocnym snem.

    Dojechał do miejsca, w którym Gabriele pozostawiła swój samochód. Wszędzie było pusto i ciemno, Peter R. zatem otworzył auto i przeniósł śpiącą Gabriele na siedzenie obok kierowcy. Ze swojego auta wyjął wszystkie przygotowane rzeczy i ruszył w drogę do lasu, do miejsca, które wcześniej wybrał.

    W lesie położył śpiącą Gabriele obok auta, rozebrał ją do naga, wziął siekierę i po prostu odciął jej głowę. Odciął jej również dłonie. Odcięte części ciała włożył do worka na śmieci i schował go w gęstwinie. Ciało ukrył w leśnym podszyciu.

    Wrócił do domu, umył się i przebrał. Wziął kolejną butelkę kakao i również do niej wrzucił tabletki rohypnolu.

    Autem Gabriele pojechał do domu Thila. Była druga w nocy, gdy zadzwonił do jego drzwi. Powiedział Thilowi, że Gabriele miała wypadek, gdy jechała jego autem, i leży w Dachau w szpitalu. Thilo ubrał się błyskawicznie. W drodze do Dachau Peter R. zaproponował mu kakao, które Thilo bardzo chętnie wypił i po którym tak jak Gabriele zaraz zasnął. Peter R. pojechał do tego samego miejsca w lesie i postąpił tak samo, jak wcześniej: odciął Thilowi głowę oraz dłonie i włożył je do worka, w którym znajdowały się odcięte części ciała Gabriele. Ciało Thila przeciągnął tak, żeby leżało obok ciała Gabriele.

    Było już po trzeciej, powoli zaczynało świtać. Peter R. wrócił do domu, umył się i przebrał, po czym pojechał pod dom Gabriele jej autem, odstawiając je w garażu podziemnym. Posługując się należącą do niej kartą poszedł do bankomatu i podjął 1000 marek. Wrócił do domu, schował tam pieniądze, po czym pojechał w umówione miejsce na spotkanie z kolegami i koleżankami z pracy, z którymi miał się udać na wycieczkę zakładową. Nie mógł przestać myśleć o tym, co się wydarzyło w nocy, ale mimo to uważa tę wycieczkę za bardzo udaną.

    Następnego dnia pojechał do domu Gabriele, wsiadł do jej auta i pojechał do lasu. Worek z odciętymi częściami ciała włożył do bagażnika. Ale w tym momencie worek niespodziewanie się otworzył. Peter R. zawinął go ponownie. Potem pojechał w okolice Hebertshausen i przy drodze biegnącej wzdłuż jakiegoś pola zakopał worek.

    Peter R. deklaruje, że jest gotowy pokazać to miejsce policji.
    Odcięte części ciała

    Peter R. zostaje tam zabrany w towarzystwie policji i lekarza sądowego. Jak się okazuje, we wskazanym miejscu rzeczywiście zakopane są odcięte głowy i dłonie Gabriele oraz Thila.

    W drodze powrotnej Peter R. wyjaśnia, dlaczego zabrał sprzęt z mieszkania G – chodziło mu o to, żeby rzucić podejrzenie na Thila. Wyjaśnia również, że planował zdjąć ubranie także i Thilowi, ale zmienił zdanie, gdyż uznał, że ma już zbyt mało czasu.

    Zapytany o motyw tej zbrodni Peter R. tłumaczy go następująco: gdy Gabriele jakiś czas temu powiedziała mu o tym, że ma na koncie 130 tys. marek , to nie mógł przestać o tym myśleć. Wciąż chodziło mu po głowie, że gdyby je miał, to – po dodaniu 100 tys. marek, którymi sam dysponował – posiadałby w sumie blisko ćwierć miliona marek, a to już oznacza bogactwo.

    Myśl ta stała się jego obsesją. Najpierw na wpół świadomie, a potem już całkiem świadomie zaczął obmyślać, w jaki sposób mógłby przejąć pieniądze Gabriele. Włamanie, napad – te możliwości odrzucił, gdyż wydały mu się zbyt ryzykowne. Pozostało tylko jedno – zabić Gabriele. Wtedy zaczął planować zbrodnię.
    Wyrok

    18 lipca 1997 roku Peter Roth został skazany na dożywocie. W uzasadnieniu przewodniczący składu sędziowskiego orzekł, że zbrodnia ta jest tak odrażająca, iż nie da się zrozumieć mechanizmów psychicznych, które działały u oskarżonego. (2)

    Po dziś dzień, mimo upływu czasu, wiele osób nie jest w stanie zapomnieć o sprawie policjanta, który powodowany jedynie chciwością, zaplanował i popełnił zbrodnię, której elementem było odcięcie głów ofiarom, i to jeszcze żywym.

    Bestialstwo czynu popełnionego przez Petera R. sprawiło, że w mediach ożyła dyskusja nad przywróceniem kary śmierci.
    Żródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #policja #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Były prośby o napisanie o jakiejś kobiecie, także proszę - dziś przedstawiam Wam Bonnie i Clyde Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    KATARZYNA HARAZIN, rocznik '88
    BŁAŻEJ AMBROŻKO, rocznik '84

    Katarzyna i Błażej byli parą lub jak kto woli - konkubentami. W maju 2014 roku zaprosili do swojego mieszkania w centrum Białegostoku 45-letnią Ewę*, którą poznali wcześniej przypadkowo. Kobieta chętnie przystała na propozycję wspólnej imprezy, jednak szybko okazało się, że nowi znajomi nie mają co do niej dobrych zamiarów. Gospodarze zabarykadowali drzwi na klatkę schodową i po uwięzieniu ofiary w mieszkaniu zaczęli bić ją pięściami po głowie, kopać i uderzać butem po całym ciele. Najprawdopodobniej wszystko po to, by wymusić na niej kod PIN do jej karty bankomatowej, którą wcześnie zabrali. Oprawcy stawali się coraz bardziej okrutni i oprócz szarpania kobiety zaczęli ją upokarzać, każąc się nago czołgać i tańczyć, a także wyrywali jej i obcinali włosy. Grozili też, że wyrzucą ją przez okno na czwartym pietrze i okrutnie gwałcili.

    Gehenna pokrzywdzonej trwała kilkanaście godzin. Udało jej się uciec z mieszkania dopiero, wtedy gdy Katarzyna i Błażej wyszli, by wypłacić pieniądze z kota bankowego. Zmaltretowana kobieta schroniła się w pobliskim salonie fryzjerskim, gdzie poprosiła o wezwanie policji i pogotowia.

    Sprawcy zostali bardzo szybko ujęci.

    Katarzyna Harazin została oskarżona o gwałt, z kolei Błażej Ambrożko o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura obojgu postawiła zarzut rozboju oraz pozbawienia człowieka wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem.

    Co do przebiegu procesu niestety niewiele wiadomo, ponieważ została wyłączona jawność. Jedyne informacja, którą udało mi się znaleźć to to, że oskarżeni nie przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, między innymi do gwałtu.

    W lutym 2015 roku zapadł wyrok - dla Błażeja A. 6 i pół roku więzienia, a dla Katarzyny H. - 5 lat i 6 miesięcy. Dodatkowo (co na początku wydawało mi się błędem w Rejestrze, ale ta wzmianka powtarza się w notce zarówno na stronie skazanego, jak i skazanej, więc zapewne pomyłką nie jest) naprawienie szkody poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej solidarnie z in. kwoty 71 zł. (może akurat tylko 71 zł było na koncie bankowym pokrzywdzonej, stąd taka kwota)

    Wyrok nie był prawomocny, a skazani nie zgadzali się ze wszystkimi zarzutami, które pojawiły się w akcie oskarżenia. Apelację złożyły obie strony - zarówno obrońcy, jak i prokuratura, która wnioskowała o wyższe wyroki. 15 czerwca tego samego roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku podtrzymał wyrok, chociaż wykreślił jeden z zarzutów, a mianowicie grożenie nożem. (klik)

    Jak podaje strona internetowa Sądu Apelacyjnego w Białymstoku:

    Na podstawie art. 364 § 2 k.p.k. jawność przytoczenia powodów ogłoszonego wyroku została wyłączona w całości, albowiem przedmiotem sprawy pozostają okoliczności, które mogłyby naruszać ważny interes prywatny.

    . . .

    Katarzyna ma obecnie 30 lat, a Błażej 34. Wciąż nie przebywają na wolności.

    . . .

    Wygląda na to, że nasi partners in crime wzięli w więzieniu ślub. Jakiś czas temu strona Katarzyny w Rejestrze wyglądała jeszcze tak, a po aktualizacji oprócz zdjęcia zmieniło się także jej nazwisko na AMBROŻKO, a HARAZIN spadło do rubryczki "nazwisko rodowe".

    . . .

    * imię ofiary wymyśliłam na potrzeby tekstu

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    Wszystkie informacje na temat sprawców, które zawarłam w tym wpisie, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #bialystok #gwalt #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooo.jpg

    •  

      ofiara mogła np. dochodzić zadośćuczynienia na drodze cywilnej

      @Partyzant_z_buszu: Też o tym pomyślałem, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze, aby rozpocząć proces cywilny, trzeba wpłacić zaliczkę w wysokości 10-20% (nie pamiętam dokładnie) kwoty, której się oczekuje. Czyli już na starcie jest się dodatkowo stratnym. Po drugie, w przypadku takich patoli, wyegzekwowanie jakichkolwiek pieniędzy graniczy z cudem, szczególnie jak siedzą w pierdlu, gdzie przeważnie nie mają żadnych dochodów. pokaż całość

      +: kvoka
    •  

      @bircov: nie płaci się 10-20%, a 5% od wartości przedmiotu sporu, przy czym może być tak (nie chce mi się sprawdzać), że w tym przypadku jest opłata stała. Ponadto jest instytucja zwolnienia od kosztów sądowych, gdzie nie płaci się opłaty od pozwu jeśli sytuacja finansowa nie pozwala na poniesienie tych kosztów. Kwestia egzekucji to już zupełnie inna sprawa, ale na to już nic nie poradzisz, bo jak patola nie zarabia, to nie ma z czego egzekwować niestety.

      A i nie jest się stratnym jeśli się wygra sprawę, bo strona przegrywająca musi te koszty oddać stronie wygrywającej.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (89)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Przy wszelkich zbrodniach, media najwięcej uwagi poświęcają sprawcy. Dużo łatwiej jest mi znaleźć informacje dotyczące życia mordercy niż to jaką osobą była ofiara.* Trochę prościej jest natrafić na nagrania z zapłakaną rodziną pokrzywdzonej czy pokrzywdzonego, ale wręcz niemożliwym jest dowiedzenie się jak z tym wszystkim radzi sobie rodzina sprawcy. W Polsce, a w szczególności na wsiach, wielu ludzi wciąż stosuje odpowiedzialność zbiorową - "Stryj tego Mietka to ubek był, ty uważaj lepijjj!", "Za takie czyny to trzeba wybić jego rodzinę do czwartego pokolenia!" czy "Łona łUkrainka jest, toż to UPA, morderczyni!". Domyślam się, że wielu Mireczków mnie za ten wstęp zlinczuję (głównie za tych Ukraińców), ale ja jakoś nie chciałabym czuć się winną mając w rodzinie mordercę czy będąc tej samej narodowości co Mariusz Sowiński z mojego ostatniego wpisu.

    Piszę o tym dlatego, że ostatnio natrafiłam na kilka artykułów i wywiadów z rodzicami pedofilii. Każdy z nich był już starszym, schorowanym człowiekiem, bardzo nieszczęśliwym ze względu na to, co zrobiło jego dziecko. Często mieszkali na wsiach, byli wręcz opluwani przez sąsiadów, żyli samotnie, na uboczu i bali się wyjść poza swoje własne podwórko.

    Pewnie pojawią się opinie typu "JAK WYCHOWALI, TAK MAJĄ!", ale... skąd możemy wiedzieć jak było? Nie nam oceniać kto tutaj popełnił błąd, kto jest winien temu, że w kimś rozwinęła się dana parafilia. A może to tylko biologia?

    Dzisiejszy wpis będzie poświęcony jednemu z przestępów seksualnych, o którym kilka słów opowiedział jego ojciec tutaj.

    . . .

    * piszę tutaj o polskich mediach, bo jak można zauważyć we wpisach @riley24 czy w podcastach na youtubowym kanale Stanowo.com, w USA wygląda to całkowicie inaczej i opisowi ofiar czy rodzin obu stron jest poświęcane dużo więcej miejsca

    • • •

    ROMAN BRZESZCZ, rocznik '65

    Według mediów, Roman prawie połowę swojego życia spędził za kratami i wyszedł na wolność w 2013 roku po odsiedzeniu 12 lat za sześć przestępstw wobec dzieci w wieku od 6 do 10 lat. W Rejestrze można znaleźć zapis, że pierwszy raz został skazany za molestowanie małoletnich w 1996 roku.

    7 września 2013 roku Brzeszcz po wypuszczeniu z więzienia w Raciborzu, udał się do swojego rodzinnego domu w Chrzanowie (woj. małopolskie), gdzie mieszkał wciąż jego ojciec i jedna z sióstr. Jak relacjonował pan Włodzimierz, syn wyznał mu, że jest chory i sam sobie z tym nie poradzi, dlatego potrzebuje pomocy specjalistów. 18 września udali się wspólnie do szpitala, gdzie Roman został umieszczony na oddziale psychiatrycznym w celach diagnostycznych. Nie stwierdzono u niego choroby psychicznej, jedynie lekkie upośledzenie umysłowe. Mężczyzna wypisał się ze szpitala na własne życzenie po upływie 2 tygodni. Nie wiedział o tym jego prawny opiekun, czyli ojciec, ani sąd, który (podobno) 1 października wydał postanowienie, w którym nakazał osadzenie pedofila w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym i jego leczenie. Szpital Powiatowy w Chrzanowie twierdził, że nie otrzymała żadnych dokumentów, które wskazywałyby, że Roman Brzeszcz ma u nich pozostać.

    Tydzień po wyjściu ze szpitala Brzeszcz zaatakował 10-letniego chłopca w jednej z podkrakowskich miejscowości. Pedofil zaczepił go, zaciągnął na pobliskie ogródki działkowe, gdzie w opuszczonej altance brutalnie zgwałcił i wykorzystał seksualnie. Gdy dziecko długo nie wracało do domu, rodzice zaczęli go szukać, aż w końcu wezwali policję. Mundurowi odnaleźli przestraszonego Bartka, który opowiedział im, co się stało. Sporządzili rysopis sprawcy, a podejrzany został zatrzymany po 2 dniach.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Podejrzany przyznał się do zarzutów i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Na wniosek prokuratury został aresztowany, a z aresztu doprowadzony do Sądu Okręgowego w Krakowie. Nie wiadomo jakie składał wyjaśnienia, bo ze względu na dobro małoletniego sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności.

    Proces ruszył 18 lutego 2014 roku, a prokurator wnosił o orzeczenie kary 15 lat pozbawienia wolności. 27 maja tego samego roku zapadł wyrok - 12 lat więzienia, w którym Brzeszcz będzie poddany specjalistycznej trapi, a po odbyciu kary ma trafić do zamkniętego szpitala psychiatrycznego. U oskarżonego stwierdzono ograniczoną poczytalność, dlatego nie została zasądzona kara, o którą wniósł prokurator. Orzeczenie nie było prawomocne, ale patrząc w Rejestrze, kara nie zmieniła się, mimo apelacji i w październiku 2014 roku uprawomocniło się.

    . . .

    Z tego, co udało mi się dowiedzieć, sąd nie skierował Romana Brzeszcza na przymusowe leczenie po wyjściu z więzienia w 2013 roku, ponieważ w 2002 roku, kiedy został skazany za gwałty na dzieciach, nie istniały jeszcze odpowiednie przepisy, które by na to pozwalały (dopiero od czerwca 2010 coś takiego istnieje i nie może być stosowane wobec przestępców, którzy zostali skazani przed tą datą bo, jak wszyscy wiemy - "lex retro non agit", czyli "prawo nie działa wstecz"). A co do szpitala... Upiera się, że nie wiedział z kim ma do czynienia, że żadne papiery do nich nie dotarły. Co podobno prawdą nie było... Tutaj macie reportaż TVN-u na ten temat.

    • • •

    Pamiętajcie, że za każdą zbrodnią kryje się cierpienie wielu osób - nie tylko ofiary, jego rodziny, znajomych, ale także rodziny i bliskich sprawcy. Jeżeli chcielibyście poczytać więcej na temat rodzin pedofilii, zostawiam kilka linków:

    × klik - wypowiedzi matki pedofila
    × klik - o żonie pedofila
    × klik - ciekawy artykuł

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    Wszystkie informacje na temat sprawcy, które zawarłam w tym wpisie pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofil
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ SOWIŃSKI, rocznik '76

    Mariusza można śmiało nazwać jedną z "gwiazd" Rejestru - nie musiałam się zbytnio naszukać by odkryć jego historię bo nie dość, że jego nazwisko widnieje w Wikipedii, to w proponowanych hasłach pojawiają się tacy słynni zwyrodnialcy jak Pękalski czy Trynkiewicz.

    Media okrzyknęły Sowińskiego Wampirem ze Stefankowic, co uraziło go do tego stopnia, że pozwał Radio Lublin, które w jednej ze swoich audycji użyło owego określenia. Stwierdził, że przecież nie pije krwi i nie podobało mu się to, że przez nowy przydomek współwięźniowie wołają za nim "ejj, wampir!". Żądał od rozgłośni radiowej pół miliona złotych odszkodowania i oficjalnych przeprosin. W 2010 roku przegrał proces, a Sąd nakazał mu zwrócić 7,5 tys. zł, które lubelskie radio wydało na swojego prawnika. W tym czasie Sowiński już od trzynastu lat siedział w więzieniu i nie pracował, także ściągnięcie z niego tych pieniędzy było trudne, a może nawet jest niemożliwe do tej pory. Oczywiście, prawnika miał z urzędu, a skarb państwa zapłacił blisko 10 tys. zł za jego honorarium.

    Nasz dzisiejszy "bohater" pozywał zza krat wiele osób, ale o tym napiszę na końcu.

    . . .

    Mariusz Sowiński (zdjęcie) zakończył swoją edukację na szkole podstawowej, ponieważ zamiast się uczyć, wolał pracować i pomagać rodzicom w gospodarstwie. Matka mówiła o nim, że był pracowity, posłuszny i mogła zawsze na nim polegać. Opiekował się młodszym rodzeństwem i miał stałą paczkę kolegów, z którymi dorastał w rodzinnych Stefankowicach na Lubelszczyźnie. Jednak beztroskie dzieciństwo spędzane na graniu w piłkę i słuchaniu muzyki ze starego magnetofonu, zakłóciła straszna tragedia - gdy miał 10 lat powiesił się jego o rok młodszy braciszek.

    Bawiłem się z innymi dziećmi w janosików. Ja byłem wtedy u sąsiadów. Brat pobiegł w krzaki się wysikać i już nie wrócił. Znalazłem go w krzakach, miał pod brodą sznurek do suszenia bielizny. Od tamtej pory wszystko się we mnie zamknęło.

    - wspominał Sowiński.

    Miał także przyrodnie rodzeństwo - najprawdopodobniej 4 lata młodszego brata i 13 lat młodszą siostrę.

    W wieku 15 lat zaczął odbywać kontakty seksualne ze zwierzętami. Najpierw gwałcił tylko kury, których początkowo nie chciał zabijać, ale szybko zauważył, że bardzo podnieca go, gdy po stosunku same zdychają. Od tamtej pory, najpierw ukręcał im głowy, a potem gwałcił. Po jakimś czasie postanowił spróbować seksu z większą zwierzyną, a jego ofiarami padały krowy i klacze. Początkowo, by nie wierzgały, przywiązywał je do belki, ale gdy zauważył, że duszenie krowy wzmaga w nim podniecenie porównywalne ze stosunkiem seksualnym, zaczął zabijać i je.

    Nie miałem zbyt często ochoty na kobiety. Czasami kupowałem pisma erotyczne Wampa, Twój weekend, Cats, podobały mi się, ale nie onanizowałem się. Nie przepadam za pornografią. Widok nagiej kobiety niekoniecznie wywołuje u mnie podniecenie, ale duszenie tak.

    - opowiadał seksuologom już po zatrzymaniu wiele lat później.

    Pierwszą inicjację seksualną z człowiekiem odbył w wieku 18 lat - zgwałcił wówczas swoją niewidomą i schorowaną sąsiadkę Genowefę S. Prokuratura wszczęła śledztwo, które z uwagi na niewykrycie sprawcy zostało umorzone. Pokrzywdzona miała wówczas 64-lata.

    Mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął pracę na składzie buraczanym w sąsiedniej miejscowości. 9 października 1994 roku po zakończonej zmianie upił się z kolegami, a wracając w nocy do domu, przechodził obok posesji 63-letniej Zofii K., do której uczęszczał na lekcje religii, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Zazwyczaj, gdy był pod wpływem alkoholu, odczuwał silne pobudzenie seksualne, zapukał więc do domu samotnie mieszkającej kobiety. Drobna i mała staruszka dobrze pamiętała Mariusza z lat szkolnych i bez wahania otworzyła mu drzwi. Nie zdążyła nawet zapytać czego chce o tak późnej porze, gdy rosły mężczyzna złapał ją za szyję i zaczął dusić, aż straciła przytomność. Omdlałą zaciągnął do pokoju, gdzie rozebrał, brutalnie zgwałcił i zadusił na śmierć.

    Byłem spokojny, rozluźniony. Nie żałowałem, że ją zabiłem. Wychodząc od niej miałem zakrwawione ręce, bo najpierw wkładałem jej palce, później członka.

    - relacjonował.

    Następnego dnia sąsiadki znalazły ciało Zofii w studni, do której wrzucił ją zwyrodnialec.

    . . .

    O zabójstwo Zofii K. został oskarżony nijaki Kazimierz P. W trakcie śledztwa przyznał się do zbrodni, ale nie był jednak w stanie podać żadnych szczegółów dotyczących zabójstwa. Spędził w areszcie aż 19 miesięcy i ostatecznie został przez sąd uniewinniony.

    . . .

    Rok po zabójstwie, 26 listopada 1995 roku Sowiński ostro pił z kolegami na zabawie w Teratynie. (W KOMENTARZACH UMIEŚCIŁAM MAPKĘ) Do rodzinnych Stefankowic miał około 7 kilometrów, które postanowił pokonać na piechotę. Idąc przez pobliskie Kułakowice zauważył światło dobiegające ze stojącego na uboczu domku. Alkohol szumiał mu w głowie, wywołując silną żądzę. Ochota na seks była nie do przezwyciężenia. Wiedział, że mieszka tam samotnie starsza kobieta. Podszedł do budynku i zastukał w okno. Z wnętrza dobiegł głos staruszki. Antonina E. miała 80 lat.

    – Kto tam – dało się słyszeć z wnętrza domu.

    Tym razem nie odpowiedział. Wystraszona i przeczuwająca najgorsze staruszka szybko weszła na strych i przez okno zaczęła wzywać pomocy. Zboczenie błyskawicznie wyważył futrynę okna i wszedł do środka. Dopadł staruszkę i zaczął ją dusić. Gdy upadła, kolanami uciskał jej klatkę piersiową łamiąc żebra. Nieprzytomną rozebrał z bielizny i zgwałcił. Następnie znalezionymi zapałkami podpalił słomę i trociny leżące na strychu. Kobieta ostatkiem sił zdołała zejść na parter. Pożar zauważyli sąsiedzi. Wynieśli staruszkę z płonącego domu, wezwali karetkę i straż pożarną.

    Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Po 5 dniach zmarła. Przyczyną śmierci było zapalenie płuc, do którego doszło na skutek złamań żeber. Badający ją jeszcze za życia lekarz stwierdził, że była zgwałcona. Kobieta jednak najwidoczniej wstydziła się o tym mówić. Córce powiedziała, że dwaj mężczyźni wyważyli drzwi i żądali od niej pieniędzy (za rabusiów najprawdopodobniej wzięła strażaków). Policjanci, ze względu na zły stan zdrowia, nie zdążyli jej przesłuchać.

    . . .

    5 sierpnia 1996 roku 20-letni Mariusz Sowiński, na prośbę ojczyma pojechał rowerem do pobliskiego Hrubieszowa, by zapłacić za dzierżawę łąki. Po uregulowaniu należności, w drodze powrotnej do domu zachciało mu się pić. Zajechał więc na ogródki działkowe Oaza pod miastem, gdzie zauważył Wiesławę Ł. - 36-letnią matkę dwóch chłopców - 16 i 17-letniego.

    Gwałciciel ukrył rower i czekał na odpowiedni moment. Gdy uznał, że ten czas nadszedł, wyskoczył zza krzaków i zaatakował kobietę.

    Pojadłem trochę agrestu. Wtedy zobaczyłem pracującą w ogrodzie młodą kobietę. Zachciało mi się z nią kochać. Skryłem się więc za krzakami i obserwowałem co robi. Gdy zaczął padać deszcz, schowała się pod domek.

    - relacjonował kilka lat później.

    Zarzucił swojej ofierze drut na szyję i zaczął dusić. Kobieta broniła się jak mogła, wtedy oprawca jeszcze silniej uciskał i bił po twarzy. Straciła przytomność, wtedy przerzucił ją przez ramię i zaniósł na sąsiednią działkę. Tam rzucił na ziemię, rozebrał do naga i dwukrotnie zgwałcił. Słyszał jak oddycha. Dlatego wyciągnął scyzoryk, którym zadał jej śmiertelny cios prosto w serce. Potem położył jej głowę i szyję na druty, aby – jak zeznał – szybciej umarła. Na koniec zabrał jej zegarek kwarcowy i jak gdyby nigdy nic wrócił do domu.

    . . .

    Wiadomość o seryjnym mordercy szybko rozeszła się wśród mieszkańców Hrubieszowa i okolic. Ludzie wpadli w panikę, a kobiety bały się wychodzić same po zmroku. Organa ścigania działały pod ogromną presją przerażonego społeczeństwa i chciały jak najszybciej zatrzymać zwyrodnialca. Po 15 dniach został aresztowany 56-letni rencista Kazimierz U., który także posiadał działkę na terenie Oazy. Mężczyzna od początku zaprzeczał, jakoby miał z zabójstwem Wiesławy Ł. cokolwiek wspólnego. Badania DNA treści z pochwy, jednoznacznie wykluczyły, aby plemniki pochodziły od oskarżonego. Również zabezpieczone przy zwłokach włosy ani ślad spodu obuwia od niego nie pochodziły. Obciążały go jedynie badania osmologiczne - trzy psy tropiące użyte do eksperymentu potwierdziły, że na odzieży denatki oraz kwiatach leżących na jej rowerze znajduje się indywidualny zapach Kazimierza U. Ludzie odetchnęli z ulgą i cieszyli się z sukcesu mundurowych.

    Kazimierz U. stał się kozłem ofiarnym, na którego śledczy tylko czekali, ofiarą zdesperowanej policji, która przez kilka lat nie potrafiła złapać prawdziwego mordercy. Zaczęły pojawiać się niewygodne pytania, czy w toku śledztwa przypadkiem nie tworzono fałszywych dowodów (ślady zapachowe). Prokuratura Wojewódzka w Zamościu (nadrzędna nad hrubieszowską) wszczęła w tym kierunku postępowanie, które zostało umorzone wobec niestwierdzenia przestępstwa.

    Rencista wyszedł z aresztu dopiero po pół roku, a po roku oczyszczono go z zarzutów. Musiał wyjechać z rodzinnego Hrubieszowa, bo ludzie wytykali go palcami i snuli domysły czy to aby na pewno nie on był mordercą.

    Długie miesiące spędzone w areszcie i to pod zarzutem dokonania tak makabrycznej zbrodni, odcisnęły piętno na jego psychice. Podupadł na zdrowiu i kilka lat później zmarł.

    pokaż spoiler Przypomina mi to sprawę Zdzisława Marchwickiego, który także został niesprawiedliwie osądzony, ale w tym przypadku dodatkowo skazany na karę śmierci (którą wykonano w 1977), bo milicji bardzo śpieszyło się, by skazać kogokolwiek, żeby uspokoić spanikowany lud i zadowolić Edwarda Gierka, którego bratanica także została zamordowana przez seryjnego mordercę, za którego wzięli Marchwickiego.


    . . .

    W marcu 1997 roku Mariusz Sowiński rozpoczął służbę jako żołnierz poborowy w Nadwiślańskich Jednostkach MSWiA w Sanoku. Zarówno tam, jak i jeżdżąc na przepustki do rodzinnych Stefankowic, w czasie gdy nie mordował kobiet, zaspokajał swoje żądze na zwierzętach.

    Pewnego razu, gdy wracał z przepustki, nie mogąc doczekać się na autobus, postanowił kawałek drogi przejść pieszo, aż złapie jakąś okazję. Na okolicznych łąkach rolnicy wypasali krowy. Upatrzył sobie jedną, wyciągnął jej łańcuch z ziemi i zaprowadził w ustronne miejsce, pod drzewo. Tam zarzucił łańcuch na gałąź i ciągnął, aż zwierze się udusiło i bezwładnie opadło na ziemię. (zdjęcie - obrzydliwe, klikasz na własną odpowiedzialność) Następnie podniecony zwyrodnialec zgwałcił krowie truchło.

    Opowiadał także bez skrępowania policjantom o tym, jak darował życie krasuli swoich rodziców:

    U nas w domu była taka spokojna krowa, odbywałem z nią stosunki za każdym razem, jak byłem na przepustce.

    Na wsi zaczęły krążyć plotki na temat preferencji seksualnych Sowińskiego. Ktoś widział, jak prowadził zwierzę w odosobnione miejsce, a potem okazywało się, że leży tam już martwe. Miejscowi szybko skojarzyli fakty i niektórzy zaczęli się z niego naśmiewać.

    . . .

    31 sierpnia 1997 roku w Stefankowicach odbywały się dożynki. 21-letni Mariusz przyjechał wówczas do domu na przepustkę i wraz ze swoim kuzynem udał się na zabawę. Wypił sporo wina i około godziny 2 ruszył w drogę powrotną do domu. Tradycyjnie, po alkoholu zachciało mu się seksu, więc zaszedł pod dom niewidomej Genowefy S., którą zgwałcił kilka lat temu, jako 18-latek. Włamał się przez okno. Samotnie mieszkającą kobietę zbudził hałas. Zdezorientowana siadła na łóżku i nasłuchiwała. Mariusz wiedział, że go nie widzi, spokojnie odłączył przewód elektryczny od radia tranzystorowego, zarzucił jej na szyję i dusił. Ale już nie wystarczało mu duszenie, by się podniecić. Spirala przemocy nakręcała się. Bił ją pięścią po twarzy, łamał żebra.

    Gdy już nie krzyczała i leżała nieprzytomna na podłodze, rozebrałem ją do naga i dwa razy się z nią kochałem. Od przodu i od tyłu. Przed stosunkiem uderzyłem ją pięć razy w twarz. Nie wiem, czy żyła, nie było słychać czy oddycha.

    - opowiadał.

    Potem wrócił na zabawę, a rano, bladym świtem wstał i wyjechał do jednostki do Sanoka.

    . . .

    Następnego dnia znaleziono ciało 67-letniej Genowefy, a policjanci przesłuchali niemal wszystkich uczestników potańcówki, w której brał udział także Sowiński. Rozmawiali też z jego kuzynem i kolegami, z którymi spędził poprzednią noc i tak wpadli na trop mordercy.

    Mariusz Sowiński został zatrzymany już 4 września, kilka dni po swojej ostatniej zbrodni. Z Sanoka został przewieziony do Zamościa, gdzie postawiono mu zarzut morderstwa i gwałtu Genowefy S.

    Ku zaskoczeniu przesłuchujących go mundurowych, przyznał się do morderstwa staruszki, ale również do innych zbrodni, o których opowiadał bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji. Gdy policjanci pytali go, co zwróciło jego uwagę w mieszkaniach ofiar, wskazywał, to na placki ziemniaczane leżące na stole, to na radio stojące na parapecie. Opowiadając o swoich zbrodniach, miał minę bezbronnego dziecka, które tylko bawiło się, nie wiedząc, że to jest złe. Zeznania potwierdził w trakcie wizji lokalnej, która została przeprowadzona 7 września 1997 roku. Bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji pokazywał, którędy wchodził do domu ofiar, jak je rozbierał, dusił, mordował.

    (zdjęcie z wizji lokalnej)
    (drugie zdjęcie z wizji lokalnej)

    Podczas wizji lokalnych w miejscach morderstw zachowywał się jak na szkolnej wycieczce. Uśmiechał się, żartował.

    - opowiadali podczas procesu przerażeni policjanci.

    Sowiński był badany przez cały sztab psychiatrów i psychologów, był także kilka miesięcy na obserwacji w oddziale Psychiatrii Sądowej AM w Lublinie. Chętnie współpracował, jednak po jakimś czasie, niespodziewanie zmienił zdanie i wycofał się ze swoich zeznań. W liście z kliniki pisał:

    Wszystkie fakty zostały przeze mnie wymyślone podczas przesłuchania (…) kazali mi pod groźbą potwierdzić przed prokuratorem. Nie popełniłem żadnych zbrodni, o wszystkich denatkach przeczytałem w gazecie. Pochodzę z bardzo małej wioski, w której nic się nie dzieje, dlatego chciałem stać się osobą sławną, być opisanym w gazetach i mediach. Cel oczekiwany uzyskałem. Zdałem sobie sprawę, że (…) moja bujna wyobraźnia pociągnęła nieobliczalne skutki. Posiadam na każdy dzień alibi. Dlatego już nie chcę składać żadnych wyjaśnień.

    Jednak jego wcześniejsze słowa i dowody zebrane podczas śledztwa pozwoliły na sporządzenie aktu oskarżenia, który został skierowany do Sądu Wojewódzkiego w Zamościu w czerwcu 1998 roku. Prokuratura oskarżała Sowińskiego o poczwórne zabójstwo i gwałty ze szczególnym okrucieństwem oraz akty zoofilii.

    . . .

    Biegli stwierdzili, że Mariusz Sowiński ma przeciętny iloraz inteligencji, cechuje go mała pewność siebie, woli trzymać się na uboczu, stara się unikać konfliktów, dlatego raczej ulega innym, jest nieśmiały i mało spontaniczny. W swojej opinii pisali:

    Dominującym zachowaniem seksualnym podejrzanego stał się sadyzm. Zadawanie cierpień ofiarom (kobietom lub zwierzętom) ulegało stopniowej transformacji i ostatecznie stało się nie mniej ważne, a w istocie ważniejsze od samego współżycia. Duszenie kobiet i zwierząt było początkowo dokonywane głównie w celu obezwładnienia ofiar. Jednak z czasem na skutek wyuczenia, zachowania agresywne stały się elementem koniecznym praktyk seksualnych (bodźcem seksualnym).

    Według seksuologów, dewiacja seksualna określana jako sadyzm polimorficzny z zoofilią i nekrosadyzmem (ofiara martwa lub nieprzytomna jako warunek odbycia aktu płciowego), nie jest schorzeniem psychicznym, tylko zaburzeniem preferencji seksualnej (parafilią).

    W sprawie Sowińskiego powołano 20 biegłych z zakresu psychologii i seksuologii. Wszyscy powołani przez sąd biegli uznali, iż Mariusz Sowiński nie jest osobą chorą psychicznie, ani upośledzoną umysłowo. Oraz, że jego dewiacje mogą się jeszcze pogłębić.

    Nie znam przypadku, by ktoś kto uruchomił ciąg zachowań, mógł sam się powstrzymać. Trzeba chronić społeczeństwo przed takim człowiekiem. Zaburzenia preferencji seksualnej tego typu, cechują się wysokim ryzykiem nawrotowości i jak dotychczas nieskutecznością metod leczenia. Jedynym środkiem są androgeny, gdy się je bierze to popęd wygasa.

    - mówiła na sali rozpraw biegła psychiatra, porównując Sowińskiego do Kuby Rozpruwacza i Marchwickiego.

    . . .

    Proces ruszył jesienią 1998 roku.

    Po zakończeniu pierwszej rozprawy ojciec zamordowanej na hrubieszowskich ogródkach działkowych Wiesławy Ł. zaatakował Sowińskiego przemyconą do sądu siekierą. Konwojujący go policjanci zostali potraktowani gazem pieprzowym, a gwałciciel ugodzony siekierą w plecy. Napastnik został osadzony w Policyjnej Izbie Zatrzymań, a Sowiński trafił do szpitala. Mężczyzna drasnął go tylko w okolice lewej łopatki, a cios był niegroźny. Dzięki wstawiennictwu ówczesnego wojewody zamojskiego i protestach jego sąsiadów został zwolniony. Śledztwo w tej sprawie zostało wkrótce umorzone.

    Po wyzdrowieniu Sowińskiego, jego sprawa wróciła na wokandę.

    Prokuratura żądała kary dożywotniego pozbawienia wolności z możliwością warunkowego zwolnienia po upływie 50 lat. Aby podkreślić to, jak niebezpiecznym jest człowiekiem, przytoczyła fakt, że po jednym z zabójstw powybijał krowy właścicielki, a następnie zaczął obcować płciowo z ich zwłokami. Sowiński odmówił składania wyjaśnień, powiedział jedynie, że jest niewinny. Pytany przez biegłych o ocenę swojego postępowania, powiedział, że wie, iż źle zrobił, ale to była siła wyższa i nie ma wyrzutów sumienia.

    Obrońca oskarżonego wnioskował o umieszczenie go w zakładzie psychiatrycznym, próbując obalić ekspertyzy psychiatryczne i udowodnić, że Sowiński w chwili popełnienia zbrodni nie był niepoczytalny. Adwokat wniósł o dopuszczenie opinii biegłych psychiatrów z innego ośrodka niż lubelski, ale jego wniosek został odrzucony.

    Wyrok zapadł pod koniec czerwca 2000 roku. Sąd Okręgowy w Zamościu skazał Mariusza Sowińskiego na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie z więzienia dopiero po upływie 50 lat (czyli najwcześniej w roku 2047, w wieku 71 lat). Został także pozbawiony praw publicznych na 10 lat.

    Po apelacji sąd II instancji utrzymał wyrok w mocy, uzasadniając faktem, iż Sowiński stanowi zagrożenie dla otoczenia.

    Obrońca wniósł kasację i sprawa wróciła do Sądu Apelacyjnego w Lublinie. W 2003 roku SA ostatecznie utrzymał wyrok w mocy.

    . . .

    Początkowo Sowiński został osadzony w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich na Śląsku, przebywał też w AŚ we Wrocławiu i pewnie w wielu innych, bo raczej nie zdarza się by jakikolwiek więzień całą karę odbywał w jednym miejscu. Aktualnie przebywa w ZK Rzeszów-Załęże. Ze względu na znaczny stopień demoralizacji i nieprzewidywalność zachowań jest izolowany od współwięźniów i przebywa w celi jednoosobowej.

    Nie grypsuje, ukończył kurs czeladnika w zawodzie koszykarz – plecionkarz, w celi ma telewizor, ogląda programy informacyjne i filmy sensacyjne. Aktywnie uczestniczy w formach duszpasterskich. Objęty jest terapią dla sprawców przestępstw seksualnych.

    Od 2004 roku stara się o ułaskawienie od kolejnych prezydentów (od Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i w 2011 roku od Bronisława Komorowskiego. Ciekawe czy Dudy też nie oszczędził. ( ͡º ͜ʖ͡º) ) Z powodu negatywnej prognozy kryminologicznej (postępującej progresji zaburzeń seksualnych) wszystkie prośby zostały rozpatrzone negatywnie (jak pisze Wikipedia) na etapie sądowym i pozostawione bez dalszego biegu. (Jakby ktoś się orientował, o co chodzi, jak wyglądaj rozpatrywanie takiego wniosku - piszcie! @IgorK ? ( ͡° ͜ʖ ͡°) )

    Sowiński w swoim ostatnim wniosku do prezydenta Komorowskiego zapewniał, że żałuje swoich czynów, że chciałby cofnąć czas, podkreślał, że jest chorym człowiekiem i musi rozpocząć leczenie, ale w warunkach więziennych jest to niemożliwe. Pisał też, że jest osobą wierzącą, a na dowód tego wskazywał na "objawienia”, jakich rzekomo doświadczył tuż przed popełnieniem zbrodni. Miała mu się ukazać Matka Boska, Trójca Święta.

    Jestem członkiem Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej, studiuję regularnie Pismo św. i kieruję się zasadami w nim zawartymi. Już nigdy nie zejdę z drogi, jaką wytyczył mi Bóg.

    Twierdził, że chce zostać dawcą szpiku kostnego, że tylko w ten sposób może spełnić dług zaciągnięty wobec społeczeństwa.

    Jedynym z argumentów miał być także pogarszający się stan zdrowia jego dziadków i chęć pomocy (jak sam pisał) "w ich starości".

    Zrozumiałem swoje błędy, przeprosiłem listownie rodziny poszkodowanych, chociaż wiem, że nigdy nie naprawię krzywd jakie im wyrządziłem. Bo życie ludzkie jest najcenniejszym darem od Boga i nikt nie ma prawa go odbierać innym. Byłem wtedy młody, i nie w pełni władz umysłowych. Gdy teraz nad tym wszystkim się zastanawiam, to nie mieści mi się to w głowie, jak mogłem dopuścić się czegoś tak okropnego.

    - pisał w 2011 roku.

    pokaż spoiler Trochę to dziwne, jak na człowieka, który starszych ludzi gwałcił i mordował...


    . . .

    Tak jak wspominałam na początku, Sowiński co rusz kogoś pozywa. Oczywiście, wszystkie procesy przegrał.

    W grudniu 2001 roku pozwał Henryka J. spod Hrubieszowa, ojca kobiety, którą Mariusz Sowiński zamordował na ogródkach działkowych. Mężczyzna ten zaatakował go siekierą po pierwszym procesie, jak pisałam wyżej. Ze śląskiego Zakładu Karnego wniósł do hrubieszowskiego Sądu Rejonowego pozew o zasądzenie od Henryka J. tytułem odszkodowania i zadośćuczynienia początkowo 3 tys. zł, jednak ostatecznie stwierdził, że to zbyt mała kwota jak na krzywdy, które wyrządził mu pozwany i zażądał 10 tys. zł więcej. Pieniędzy domaga się jako zadośćuczynienie za obrażenia i straty moralne. (klik) Sąd w Hrubieszowie uznał, że przyznanie mordercy odszkodowania byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

    W drugim pozwie morderca domagał się od dwóch policjantów po 80 tysięcy złotych zadośćuczynienia za to, że nie zapewnili mu odpowiedniej ochrony, gdy Henryk J. go zaatakował. A za zniszczoną odzież żądał od funkcjonariuszy 360 zł.

    Z kolei od byłego szefa Prokuratury Rejonowej w Zamościu domagał się 500 tysięcy złotych odszkodowania wraz z odsetkami. Zarzucał prokuratorowi nieuprzejme zachowanie i to, że nie pozwolił mu dokładnie zapoznać się z aktami sprawy, w której był oskarżonym.

    W 2002 roku pozwał mieszkańca swoich rodzinnych Stefankowic. Chciał od niego 50 tys. zadośćuczynienia z odsetkami, za to, że przed 10 laty został poszkodowany przez jego konia. Do zdarzenia miało dojść w 1993 roku w Białympolu, w punkcie skupu koni. Koń należący do pozwanego, prowadzony w stronę wagi, niespodziewanie poderwał się i rozciął Mariuszowi prawy łuk brwiowy. Obrażenie było niewielkie, wystarczył tylko opatrunek, jednak po 9 latach, Sowiński stwierdził, że przez owe zdarzenie zaczął mieć problemy psychiczne i przez to teraz musi przebywać w więzieniu. Pozwany stwierdził, że pozywający go mężczyzna ma do niego pretensje od czasu, kiedy zabił mu krowy, a on przyłapał go na molestowaniu jednej z nich.

    W procesie, który wytoczył Radiu Lublin sąd rozpatrujący sprawę, sięgnął do słownika języka polskiego i znalazł tam określenie słowa "wampir" jako nie tylko kogoś, kto pije krew. Stwierdził, że można nazwać tak również seryjnego zabójcę z zaburzeniami psychicznymi, który dopuszcza się morderstw o podłożu seksualnym. Zresztą, gdyby wygrał, otworzyłoby mu to drogę do procesów przeciwko innym redakcjom...

    . . .

    Wszelkie cytaty (pisane kursywą) i fragmenty wypowiedzi Sowińskiego pochodzą stąd - klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #hrubieszow #stefankowice #seryjnymorderca
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    •  

      Nie znam statystyk, ale nie wydaje mi się, żeby za dużo dziewięciolatków się wieszało, w ogóle taki pomysł u dziecka jest dla mnie szokujący.

      @jamtojest: Przegladalem kiedys stastyki samobojstw z roznych lat na stronie KGP, bylo kilka takich przypadkow. Nie wiem jak to mozliwe, wydaje mi sie, ze to jakies sztuczne kwalifikowanie dziwnych wypadkow, nie potrafie sobie wyobrazic takiego czynu u dziecka. pokaż całość

    •  

      @kvoka:

      Pierwszą inicjację seksualną z człowiekiem odbył w wieku 18 lat
      już myślałem że zaczął wychodzić na prostą. a potem:

      - zgwałcił wówczas swoją niewidomą i schorowaną sąsiadkę Genowefę S.

      kurr co za chory typ xD

    • więcej komentarzy (169)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Wrzucam dziś następny post, ponieważ był już wcześniej przygotowany. Ale wątpię, czy będę kontynuowała pisanie tutaj czegokolwiek, bo miała być to dla mnie przyjemność, a nie coś co sprawia przykrość. Konstruktywna krytyka - spoko, dużo już się dzięki temu nauczyłam. Ale chamstwo i wyzywanie od idiotek nie jest spoko. Rozumiem, że to tylko internet i tutaj wszyscy wiedzą wszystko najlepiej, ale można napisać to normalnie, bez poniżania drugiej osoby. Jestem miękka klucha, nie chcę się niepotrzebnie przejmować.

    Poprzedni wpis usunęłam, także do tego wołam tylko z mirkolisty.

    . . .

    BARTŁOMIEJ BUCZEK, rocznik '93

    Nie najbrzydszy typ, nie? Taki tam normik. Mijając go na ulicy w życiu bym nie pomyślała, że mógłby przeskrobać coś więcej niż kradzież gumy kulki w dwu tysięcznym pierwszym. Ba, mijając go na ulicy nawet nie zwróciłabym na niego uwagi - kompletnie zlewa się z szarym tłumem.

    Pedofil nie musi być starym, wąsatym chłopem z nadwagą i włosami na plecach. Może być właśnie takim zwykłym Bartkiem z lubelskiej wsi.

    U obecnie 25-letniego chłopaka stwierdzono tzw. czystą pedofilię. W całej Polsce nie ma nawet pięćdziesięciu tak skrajnie zaburzonych i niebezpiecznych osób.

    Bartłomiej Buczek gwałcił i wykorzystywał seksualnie swoją młodszą, rodzoną siostrę nieprzerwanie od 2007 do 2013 roku. Z ustaleń policji wynika, że jej koszmar zaczął się, gdy miała zaledwie siedem lat - starszy brat zaczął się wtedy do niej dobierać, ściągać majteczki i wkładał w nią palce. Gdy dziecko skończyło 10 lat zaczął gwałcić je regularnie. Zmuszał także to tzw. innych czynności seksualnych, szarpał i zatykał usta by nie krzyczała.

    Rodzeństwem opiekowała się babcia, matka wyjechała za chlebem za granicę. Gdy dziewczynka skończyła 13 lat, powiedziała o wszystkim rodzicielce, a ta zamiast zgłosić sprawę na policję - wyrzuciła syna z domu. Bartek był już wtedy pełnoletni i wyjechał do Niemiec.

    Sprawa wyszła na jaw dopiero w 2016 roku, gdy nastoletnia już ofiara gwałtów próbowała popełnić samobójstwo. Gdy syn marnotrawny powrócił z emigracji, został zatrzymany i doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Chełmie.

    Bartłomiej B. przyznał się do czynów zarzucanych mu przez śledczych, a w sierpniu 2017 odbyła się pierwsza rozprawa. (klik)

    Wyrok zapadł bardzo szybko, bo już na drugiej rozprawie kilka miesięcy później - 5 lat więzienia, psychoterapia i zakaz zbliżania się do swojej siostry na odległość mniejszą niż 200 metrów. (klik)

    Zgodnie z przytoczonym przez biuro prasowe SO w Lublinie artykułem odnośnie środków zabezpieczających, oznacza to, że po wyjściu z celi „sprawca, wobec którego orzeczono terapię, ma obowiązek stawiennictwa we wskazanej przez sąd placówce w terminach wyznaczonych przez lekarza psychiatrę, seksuologa lub terapeutę i poddania się terapii farmakologicznej zmierzającej do osłabienia popędu seksualnego, psychoterapii lub psychoedukacji w celu poprawy jego funkcjonowania w społeczeństwie”.

    (klik)

    Ostatnie informacje w internecie na temat wyroku były z września 2017 i mówiły o tym, że prokuratura złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku i szykuje się do apelacji, także myślałam, że niedługo możemy spodziewać się dalszych wieści o Bartku z Dubieńki. Jednak, jak zwykle cisza, a nowy wyrok zapadł. Z Rejestru wynika, że w kwietniu tego roku kara została zmniejszona na 4 lata pozbawienia wolności w systemie terapeutycznym i 3 lata zakazu zbliżania się do ofiary na odległość mniejszą niż 200 metrów.

    Bartłomiej Buczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Rzeszowie.

    . . .

    Jeżeli ktoś wystalkuje w internecie ofiarę Buczka - bardzo proszę o nieupublicznianie jej danych w komentarzach.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #chelm #dubienka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Zbliża się listopad. Przyroda przygotowuje się do zimowego snu. Noce stają się coraz dłuższe, a w mroku czai się zło. Zapraszam do podróży w czasie i przestrzeni do bawarskiej wioski z początków ubiegłego wieku.

    Na początku lat dwudziestych XX wieku, w piątkową noc pod koniec marca, niemiecka rodzina i ich nowa pokojówka zostali brutalnie zabici w swoim wiejskim i odizolowanym domu. Przedstawiciele organów ścigania przeprowadzili wywiady z kilkoma osobami - zarówno miejscowymi, jak i przyjezdnymi - starając się znaleźć osobę lub osoby odpowiedzialne za szokujące morderstwo sześciu osób. Jednak niemal sto lat później, nikt nigdy nie został oskarżony o przerażające zabójstwa, które miały miejsce na farmie w Hinterkaifeck, małym bawarskim gospodarstwie. W związku z tym, morderstwa pozostają nierozwiązane, co czyni dziką i krwawą masakrę, jednym z najstarszych nierozwiązanych niemieckich morderstw.

    Wiele osób badało brutalne morderstwa wykorzystujące narzędzia rolnicze i opracowywało własne teorie na temat tego, co się wydarzyło. Mimo to świat pozostaje pod wrażeniem tożsamości mordercy, co czyni Hinterkaifeck jedną z najczęściej komentowanych spraw w Niemczech. W masakrze zginęło czworo dorosłych i dwoje małych dzieci.

    W nocy 31 marca 1922 r. zabójca (lub grupa zabójców) zamordował Andreasa i Cäzilię Gruber, ich córkę Viktorię, dzieci Viktorii: Josefa i Cäzilię oraz gospodynię: Marię Baumgartner. Rodzina mieszkała na farmie o nazwie Hinterkaifeck, która znajduje się teraz w Waidhofen w Bawarii, Lekarz przeprowadził sekcję zwłok na sześciu ofiarach i stwierdził, że prawdopodobnie zostały zabite gracą, ręcznym narzędziem stosowanym w rolnictwie, mającym długi uchwyt i szeroką główkę z dłutem na jednym końcu i ostrzem z drugiej.

    Pokojówka została zamordowana w swojej sypialni, a Josef został zabity w łóżeczku w pokoju jego matki. Jednak pozostali członkowie rodziny zostali zamordowani w stodole, co doprowadziło władze do opracowania niepokojącej teorii.

    Ciała Andreasa, Cäzilii, Viktorii i ich wnuczki, małej Cäzilii, zostały odkryte w stodole, podczas gdy zwłoki Josefa i pokojówki, Marii, znaleziono w pomieszczeniach mieszkalnych. W związku z tym śledczy doszli do wniosku, że zabójca zwabił cztery ofiary do stodoły, po jednej na raz, i systematycznie atakował je gracą. Po zamordowaniu starszej pary, ich córki i wnuczki, sprawca ułożył krwawe zwłoki jedne na drugich i przykrył je sianem.

    Badacze odkryli, że młoda Cäzilia miała kępki włosów w dłoniach i łyse łatki na całej głowie, co doprowadziło ich do wniosku, że wyrwała sobie włosy. Władze teoretyzują, że dziewczynka prawdopodobnie nie umarła od razu. Cäzilia mogła wyrywać własne włosy, gdy leżała przez kilka godzin przerażona i umierająca, obok ciał matki i dziadków w stodole.

    Według policji, gdy 7-letnia dziewczynka, która była żywa, ale śmiertelnie ranna, umierała w stodole, otoczona martwymi ciałami swojej rodziny, mordercy weszli do domu i zamordowali gospodynię oraz Josefa. Następnie, zamiast uciekać, władze - na podstawie zeznań sąsiadów i dowodów znalezionych w domu - doszły do wniosku, że sprawca lub sprawcy nie od razu opuścili gospodarstwo Hinterkaifeck.

    Zabójstwa pozostały niezauważone przez cztery dni, do 4 kwietnia 1922 roku. Stało się tak w dużej mierze dlatego, że w kilka dni po morderstwach, sąsiedzi Gruberów zobaczyli dym z komina domu, wskazujący, że ktoś korzysta z kominka. Tak więc wydawało się, że rodzina żyje i ma się dobrze. Ponadto zwierzęta domowe i zwierzęta hodowlane były karmione, a ktoś nawet doił krowy.

    Policja odkryła również, że ktoś niedawno spożywał posiłek, co doprowadziło ich do wniosku, że zabójca nie tylko mieszkał w domu po zamordowaniu sześciu osób, ale także wykonywał codzienne rutynowe czynności, takie jak przygotowywanie posiłków i prowadzenie gospodarstwa.

    Ponieważ sprawca karmił zwierzęta i korzystał z kominka kilka dni po morderstwach, sąsiedzi rodziny nie byli szczególnie zaniepokojeni, gdy mała Cäzilia nie pojawiła się w szkolę w sobotę 1go kwietnia, lub gdy cała rodzina nie pojawiła się w kościele w niedzielę. Kiedy jednak Cäzilia nie pojawiła się w poniedziałek w szkole, a listonosz zauważył, że nikt nie odebrał listów, które dostarczył w ciągu weekendu, sąsiedzi Gruberów zaczęli martwić się o rodzinę.

    W rezultacie trzy osoby, które mieszkały w pobliżu domu Gruberów, odwiedziły gospodarstwo i odkryły zwłoki w stodole i w domu. Policja natychmiast została powiadomiona o zabójstwach. Powiadomiono także organy ścigania z Monachium. W trakcie śledztwa zostało przesłuchanych ponad 100 podejrzanych.

    W miesiącach poprzedzających masakrę na farmie Hinterkaifeck, miało miejsce wiele dziwnych zdarzeń. Niestety, Maria Baumgartner została zamordowana podczas pierwszej nocy pracując dla rodziny ponieważ poprzednia gosposia skończyła pracę około sześć miesięcy wcześniej twierdząc, że dom Gruberów był nawiedzony.

    Sąsiedzi powiedzieli policji, że patriarcha rodziny zgłosił kilka dziwnych incydentów, w tym niewyjaśnione ślady na śniegu prowadzące na farmę (bez żadnych prowadzących w drugą stronę) i na strych. Ludzie spekulują, że zabójca mógł ukrywać się w domu przez długi czas przed zamordowaniem sześciu mieszkańców. Andreas powiedział także swoim sąsiadom, że zaginął jego klucz i znalazł w domu dziwną gazetę, która nie była lokalna. Odmówił pożyczenia broni od jednego z sąsiadów, aby chronić siebie i swoją rodzinę.

    Choć niewyjaśnione ślady i brakujące klucze są nieco przerażające, nie są tak niepokojące jak domniemany kazirodczy związek między Andreasem Gruberem i jego córką, Viktorią Wygląda na to, że siedem lat przed zamordowaniem mieszkańców Hinterkaifeck, Andreas i Viktoria zostali skazani za kazirodztwo w 1915 roku. Victoria spędziła w więzieniu miesiąc, natomiast jej ojciec – cały rok.

    Podczas gdy wielu ludzi wierzyło, że dwuletni syn Viktorii, Josef, był dzieckiem Lorenza Schlittenbauera, człowieka, który mieszkał w pobliżu rodziny, niektórzy z sąsiadów Grubersa uważali, że dziecko jest owocem kazirodczego związku Andreasa z córką. Oznaczałoby to, że ojciec i córka kontynuowali współżycie ze sobą po latach skazania za kazirodztwo. Prawdziwa tożsamość ojca Josefa pozostaje tajemnicą po dziś dzień.

    Po odkryciu ciał rodziny Gruber i ich gospodyni, lekarz wykonał autopsje w stodole, w której czterech z nich zostało zamordowanych. Następnie lekarz sądowy usunął głowy wszystkich sześciu ofiar, które rzekomo wysłał do Monachium w celu dalszego zbadania. Podobno czaszki Gruberów i ich pokojówki również zostały przekazane jasnowidzom, prawdopodobnie w celu dowiedzenia się więcej o sprawcy lub sprawcach, którzy popełnili brutalną masakrę.

    Z nieznanych powodów, czaszki ofiar zatrzymano w Monachium. Tak więc rodzina Gruberów i ich służąca, Maria Baumgartner, zostali pochowani bez głowy. Według władz, czaszki zaginęły w czasie II WŚ i nigdy nie zostały odzyskane.

    Po przesłuchaniu ponad stu podejrzanych, nikogo nie aresztowano. Ludzie opracowali szereg teorii na temat tego, kto popełnił zabójstwa. Jedna z teorii głosiła, że rodzina Gruberów i ich gosposia zostali zabici przez Lorenza Schlittenbauera, sąsiada, którego wielu uważało za ojca syna Viktorii, Josefa. Był także człowiekiem, który rzekomo proponował pożyczenie Andreasowi broni, gdy ten wspomniał o dziwnych zdarzeniach, które miały miejsce na farmie przed morderstwem.

    Inną popularną teorią jest to, że Grubers i Maria Baumgartner zostali zabici przez Karla Gabriela, męża Viktorii. Gabriel podobno zginął w 1914 roku podczas służby w czasie I WŚ. Zwolennicy tej teorii uważają, że Gabriel faktycznie nie zginął w walce. Spekulują, że mąż Viktorii wrócił na farmę Hinterkaifeck po kilku latach, a kiedy uświadomił sobie, że jego żona była w związku z innym mężczyzną (w wyniku którego urodził się Josef), zamordował wszystkich sześciu mieszkańców w przypływie wściekłości.

    W 1923 roku, zaledwie rok po tym, jak rodzina Gruberów i ich pokojówka zostali brutalnie zamordowani, gospodarstwo Hinterkaifeck zostało zrównane z ziemią, a na jego miejscu umieszczono pomnik ofiar. Oprócz prostego betonowego sanktuarium na cmentarzu Waidhofen, znajduje się pomnik ku czci ofiar, w którym Gruberowie i ich gospodyni spoczywają bez czaszek.

    W 1999 roku starsza kobieta skontaktowała się z władzami, twierdząc, że były właściciel jej domu przyznał się do posiadania informacji o zabójstwach w Hinterkaifeck. Urzędnicy zbadali tę wskazówkę i dowiedzieli się, że właściciel rzekomo złożył zawiadomienie w 1935 roku. Było już jednak za późno, ponieważ potencjalny podejrzany był już martwy.

    W 2007 roku, ponad 80 lat po śmierci rodziny Gruber i ich służącej, uczniowie niemieckiej akademii policyjnej wykorzystali nowoczesne techniki do zbadania nierozwiązanej sprawy. Studenci wykluczyli wszystkich poza jednym podejrzanym, który ich zdaniem popełnił morderstwa na farmie Hinterkaifeck. Jednak podejrzany zabójca nie żyje, więc nie opublikowano danych osoby, która ich zdaniem jest odpowiedzialna za masakrę, z szacunku dla krewnych podejrzanego, którzy wciąż żyją.

    #zbrodniczeumysly #julacontent #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #zbrodnia #creepy
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Rolniczych Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki wszelkiej maści erotomanów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    JAN, BRZEZINY, rocznik '60

    Jan ma 58 lat i 180 cm wzrostu. Jest człowiekiem pracowitym i mimo wieku ciągle myśli o rozwoju. Jak sam mówi, lubi handlować i dobrze mu to wychodzi.

    Miłośnik koni i dalekich podróży. Jego wielkim marzeniem jest zamieszkać w Australii lub otworzyć pensjonat w górach. Ojciec trójki dorosłych dzieci i szczęśliwy dziadek pięciorga wnucząt. W swoim gospodarstwie hoduje owce, ma też konie i staw rybny.

    Szuka kobiety posiadającej zarówno wygląd (najlepiej w postaci platynowych włosów), jak i charakter, ale najważniejszy dla niego jest „błysk w oku”. Doświadczenia przeszłości sprawiły, że Jan nie toleruje u kobiet żadnych nałogów, a nade wszystko ceni sobie lojalność i szczerość w związku.

    W 2018 roku wziął udział w słynnym show "Rolnik szuka żony", gdzie zaprosił na swoje brzezińskie gospodarstwo trzy kobiety - Elżbietę, Marię i Małgorzatę.
    Podczas wspólnego zapoznawania się, Jan zaprosił Marię ps. Majkę Jeżowską, na strych swojej stodoły, gdzie chciał zaangażować swoją kandydatkę na żonę do transportu siana. Niestety podczas schodzenia z drabiny, Jan chciał złapać ją za dupkę, co spotkało się z ogólnym oburzeniem większości telewizyjnych widzów, jak i samej Marii.

    Ostatecznie przyszedł do niej z kwiatami, jednak one nie zrekompensowały wstydu i zażenowania, jakie przeżyła ona, oraz my wszyscy.

    • • •

    Wpis jest oczywiście fejkowy i stanowi suplement do wspólnej relacji z oglądania show #rolnikszukazony

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofilia #pedofile
    pokaż całość

    źródło: jan.png

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Jakby były organizowane wybory mistera Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym to ten typek miałby zapewnione pierwsze miejsce. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Różowe paski, jakby któraś chciała zostać polską Afton Elaine Burton (żona Charlesa Mansona, zakochała się w nim i poślubiła, gdy odsiadywał już wyrok dożywocia, klik), to przedstawiam Wam świetnego kandydata - ten przystojniaczek dostał dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 40 latach!

    . . .

    MICHAŁ MORAS, rocznik '84

    Michał już w szkole eksperymentował z narkotykami. Standardowo zaczęło się od trawki, później amfetamina, a skończyło się na strzykawkach z heroiną. By mieć na następną działkę, jako nastolatek zaczął kraść - najpierw w domu, później w sklepach i wyszarpując kobietom torebki na ulicach. Miał założoną sprawę o rozbój, ale by nie odsiadywać kary, zadeklarował, że podejmie się leczenia nałogu. Z pomocą głęboko wierzących rodziców, wyjechał do Włoch do katolickiego ośrodka odwykowego. Po trzech i pół roku wrócił do rodzinnego Wrocławia, ale ze strachu przed powrotem do dawnego ćpuńskiego towarzystwa oraz brakiem możliwości spłacenia starych długów, po kilku dniach wyjechał do Jeleniej Góry.

    Tam poznał 10 lat starszą od siebie Annę, z którą zamieszkał i wychowywali wspólnie jej kilkuletniego syna. Uczył włoskiego w prywatnej szkole językowej, a później zatrudnił się w dziale technicznym Filharmonii Dolnośląskiej.

    Znajomi Michała z Filharmonii mówili o nim, że był dobrym i sumiennym pracownikiem. Według ich, Moras był bardzo skryty i niewiele ponad to, że znał się dobrze na tenisie i grał w piłkę nożną, są w stanie o nim powiedzieć. Przyznali także, że zdarzało mu się być agresywnym po alkoholu.

    Niestety, jego problemy z nałogami się nie skończyły, a raczej przybrały inną formę. Michał sporo pił i nałogowo grał na automatach, co nie wpływało dobrze na jego związek z Anną, która już niejednokrotnie wyrzucała go z mieszkania.

    Michał bywał często w Sport Pubie, który znajdował się kilka przecznic od Filharmonii, w której pracował.

    (Przychodził), kiedy tylko miał pieniądze, a jak się zgrał, to jeszcze potrafił stać godzinę, dwie i patrzeć, jak innym idzie. Skreślony chłopak. Wciągnięty po uszy. Kiedyś miał passę – wygrywał i wpatrzony był w automat tak, że nie zauważył, jak mu się od papierosa zaczęły paznokcie kopcić. Smród białka wokoło, a ten nie odrywa oczu od bębnów. *

    - opowiadał jeden ze stałych bywalców lokalu. Mówili o nim, że mimo wszystko był to chłopak na poziomie, filolog klasyczny i było o czym z nim porozmawiać.

    pokaż spoiler Nie wiem czy studiował filologię klasyczną, czy po prostu się nią interesował, nie znalazłam nigdzie rozwinięcia tej opinii.


    . . .

    7 marca 2013 roku Michał Moras (wtedy 29-latek) prosto po pracy udał się do Sport Pubu. Pijany w sztok opuścił lokal pół godziny przed północą i udał się w stronę Filharmonii, w której od kilkunastu dni nocował, o czym nie wiedział dyrektor przybytku (a przynajmniej tak twierdził). Anna postawiła Michałowi ultimatum - albo ona, albo nałóg. Kobieta przegrała tą nierówną walkę i kilkanaście dni wcześniej ostatecznie już wyrzuciła konkubenta ze swojego mieszkania.

    Michał do Filharmonii wrócił około północy. Wszedł od strony ulicy Bankowej, a drzwi otworzył mu Paweł K., 60-letni portier. Mężczyźni wypalili po papierosie, pewnie też rozmawiali, bo przecież nigdy wcześniej nie mieli żadnych zatargów. Nagle Moras zaatakował ochroniarza młotkiem, który zwykle nosił go przy sobie w plecaku. Bił tak, jakby chciał go trzy razy zabić ** i dźgał nożem. Ochroniarz zginął od ciosów w głowę. Zachłysnął się własną krwią.

    . . .

    O Pawle K wiadomo tylko tyle, że był człowiekiem dobrego serca. Zostawił żonę i dwoje dorosłych dzieci. Nie doczekał narodzin drugiego wnuka.

    . . .

    Po zabójstwie ochroniarza Moras wszedł na piętro do pokoi gościnnych. W jednym z nich zamieszkiwał, w sąsiednim przebywała niespełna 26-letnia harfistka Victoria Jankowska (zdjęcie), która następnego wieczoru miała zagrać koncert w Filharmonii. Mężczyzna zapukał do drzwi pokoju, w którym przebywała artystka i spytał czy może wejść. Kobieta się zgodziła, jednak morderca nie miał dobrych zamiarów. Victoria nie miała szans z silnym i wysportowanym napastnikiem. Mężczyzna związał ją i zakneblował. Pastwił się nad nią, brutalnie gwałcił i okaleczał przez kilka godzin. Na koniec udusił poduszką.

    . . .

    Victoria Anna Jankowska pochodziła z Warszawy, gdzie ukończyła polonistykę na UW. Była także studentką ostatniego roku na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Jak podaje Wikipedia, współpracowała z wieloma orkiestrami. (klik) Do Jeleniej Góry przejechała po raz pierwszy, 8 marca 2013 roku miała zagrać koncert „Muzyczne pary” - fragmenty "Tristana i Izoldy" Wagnera oraz "Romea i Julii" Czajkowskiego. Była jedynaczką.

    . . .

    Oprawca, zanim wyszedł z Filharmonii, udał się do swojego pokoju i przebrał z zakrwawionych ubrań, które porzucił na podłodze. Zostawił także list:

    Ania nie jest temu winna. Wszystko przez hazard. Poległem. Szukajcie mnie w piwnicy.

    Mogło to sugerować, że początkowo chciał popełnić samobójstwo. Jednak wyszedł z budynku i udał się na dworzec autobusowy.

    . . .

    Rankiem, 8 marca 2013 roku pracownicy Filharmonii na próżno czekali, by jak co dzień Pan Paweł otworzył im drzwi i przywitał swoim serdecznym "dzień dobry". Kilka minut po godzinie 7 wezwali strażaków, którzy musieli wybić szybę, by dostać się do środka budynku. Tuż przy portierni, w kałuży krwi leżał martwy ochroniarz. Od razu wezwano policjantów, którzy na piętrze dokonali następnego makabrycznego odkrycia - na podłodze, w pokoju gościnnym znaleźli ciało Victorii.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Michał Moras bardzo szybko stał się jednym z głównych podejrzanych. Prócz listu pozostawił po sobie mnóstwo śladów - odciski butów, palców czy zakrwawione ubrania. Policja ruszyła za nim w pościg. Morderca dojechał autobusem do Wrocławia, w którym przesiadł się do pociągu w kierunku Górnego Śląska. Został zatrzymany już po godzinie 19 w Jaworznie. (zdjęcie) Był całkowicie zaskoczony i nie stawiał oporu.

    Następnego dnia, w sobotę rozpoczęło się 6-godzinne przesłuchanie podejrzanego. Początkowo przyznał się tylko do zabicia portiera, a w kwestii morderstwa harfistki zasłaniał się niepamięcią. W końcu przyznał się do wszystkiego. Tego samego dnia odbyła się wizja lokalna oraz zapadła decyzja o 3-miesięcznym areszcie.

    Tego samego dnia prezydent Jeleniej Góry ogłosił trzydniową żałobę.

    . . .

    Ludzie, którzy kojarzyli Michała mówili, że często wodził wzrokiem za młodymi, atrakcyjnymi dziewczynami. Podobno, dzień przed morderstwem, był wyjątkowo wpatrzony w Victorię, którą zobaczył na scenie podczas próby w Filharmonii.

    . . .

    11 marca zostały ogłoszone wyniki sekcji zwłok. Wiadomo tylko, że Paweł K. zmarł z powodu odniesionych obrażeń głowy, a Victoria została uduszona. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze oznajmiła, że na prośbę rodziny zmarłej harfistki nie będzie udzielać żadnych dodatkowych informacji.

    . . .

    Paweł K. został pochowany 15 marca na starym cmentarzu w Jeleniej Górze. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła rodzina, bliscy, znajomi z pracy oraz orkiestra dęta Filharmonii Dolnośląskiej. (zdjęcia)

    Victoria została pochowana następnego dnia na cmentarzu służewieckim w Warszawie. Chórzyści z Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina zaśpiewali napisaną specjalnie na jej część pieśń żałobną. (zdjęcia)

    . . .

    14 lutego 2014 W jeleniogórskim Sądzie Okręgowym rozpoczął się proces. (zdjęcie) Michał Moras został oskarżony o dwa zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, gwałt ze szczególnym okrucieństwem i rozbój z użyciem noża. Prokuratura nie ujawniła wielu szczegółów morderstw ze względu na wyjątkowe okrucieństwo, a sędzia na wniosek pokrzywdzonych i ich rodzin, utajnił proces w całości.

    Jak mówił prokurator Sebastian Ziembicki, motyw jest bardzo złożony i nie da się o nim mówić nie wchodząc w szczegóły, a o ich nieujawnianie prosiła rodzina jednej z ofiar. Z aktu oskarżenia można wnioskować jednak, że chodziło o motyw złożony co najmniej z dwóch pobudek: seksualnej i rabunkowej. ***

    Biegli psychiatrzy oraz psycholog nie stwierdzili u Morasa żadnych zaburzeń i uznali, że w chwili zbrodni był on w pełni poczytalny i zdolny do ocenienia własnych czynów. Dodali też, że poziom inteligencji oskarżonego jest wyższy niż średni poziom dla jego grupy wiekowej.

    10 marca odbył się następny proces, a 5 maja Sąd ogłosił wyrok dożywotniego więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 50 latach. Zasądził też milion złotych nawiązki dla rodzin ofiar po 250 tys. złotych dla matki i córki ochroniarza oraz 500 tysięcy złotych dla matki zmarłej harfistki. Wyrok był nieprawomocny. Tego dnia Michała Morasa nie było na sali rozpraw.

    Sędzia Andrzej Żuk ogłaszając wyrok przez kilka minut odczytywał listę obrażeń jakie Michał M. zadał swym ofiarom. Oboje umierali w mękach, prosząc zabójcę o litość. Michał M. najpierw brutalnie zgwałcił harfistkę, zakneblował jej usta taśmą malarską, ciął nożem i gryzł. Kobieta zginęła uduszona. Michał M. zabrał jej 150 złotych i telefon komórkowy. Ochroniarzowi zadał ponad 60 ran nożem, młotkiem i innym nieustalonym tępym narzędziem. ****

    KLIK obrońca Michała Morasa, oraz z matką i przyjaciółką zamordowanej Victorii

    Obrońca skazanego złożył apelację o skrócenie okresu do prawa ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. (klik)

    Według Rejestru wyrok uprawomocnił się 15 października 2014 roku i został zmieniony tylko w kwestii ubiegania się o przedterminowe zwolnienie na 40 lat. Reszta bez zmian.

    Obrońca skazanego próbował jeszcze walczyć o swojego klienta, ale w listopadzie 2015 roku Sąd oddalił jego kasację od wyroku, którą uznał za bezsensowną. Zatem Michał Moras nie ma już więcej prawnych możliwości uchylenia się od prawomocnego wyroku.

    . . .

    W listopadzie 2015 r. mama zamordowanej Victorii założyła fundację jej imienia, mająca na celu zachowanie pamięci córki poprzez wspieranie wszelkich inicjatyw artystycznych twórców młodego pokolenia. (klik)

    . . .

    Rodzina Victorii wiele lat walczyła w sądzie o zadośćuczynienie za śmierć córki. Dopiero w marcu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że matce ofiary należy się 250 tys. zł, którą mają zapłacić wspólnie filharmonia oraz firma ochroniarska.

    Naszym zdaniem śmierć córki pani Barbary została spowodowana błędami zarówno po stronie samej filharmonii - organizacyjnymi, brakiem należytej staranności - jak i przez samą firmę ochroniarską, która nie zapewniła należytej ochrony.

    - mówił adwokat reprezentujący matkę zamordowanej kobiety.

    (klik)

    . . .

    Michał Moras aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym Nr 1 we Wrocławiu.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło
    **** źródło

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #victoriajankowska #jeleniagora #wroclaw #michalmoras #filharmonia
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Ostatnio pojawia się na wypoku dużo spraw kryminalnych, więc zastanawiam się, jak zostanie przyjęta taka sprawa.

    George'a Juniusa Stinneya - najstarszego syna młynarza w Karolinie Północnej - oskarżono o zgwałcenie i zabicie dwóch białych dziewczynek: jedenastoletniej Betty June Binnicker i ośmioletniej Mary Emmy Thames.

    Jedynym dowodem w sprawie było rzekome przyznanie się chłopca (rzekome, bo nie zachowała się żadna pisemna notatka czy transkrypcja - jedynie zeznanie oficera H.S. Newmana). Pojawiły się też poważne wątpliwości - ofiary zostały zabite ciężką, kolejową belką (łącznie zadano 13 ciosów). Ważący 40kg Stinney miałby duże problemy z podniesieniem tej belki, nie mówiąc o zadawaniu ciosów. Nie zbadano też dojrzałości płciowej chłopca, aby upewnić się, że mógł dopuścić się gwałtu. Także trójka jego rodzeństwa utrzymywała, że w czasie popełnienia zbrodni ich brat przebywał z nimi (choć oczywiście nikt nie był zainteresowany ich zeznaniami).

    Proces trwał niecałe trzy godziny. Na wydanie wyroku skazującego 12 przysięgłych (sami biali mężczyźni) potrzebowało 10 minut. Sędzia Phillip Stoll uzasadnił wyrok śmierci, tym że "Stinney był bardzo zdemoralizowaną jednostką". Adwokat Stinneya, Charles Plowden, nie próbował właściwie bronić klienta, nie poinformował go też o możliwości odwołania się i nie próbował komentować werdyktu. W wywiadzie powiedział, że "nie było sensu, bo rodzina nie miała na to pieniędzy".

    Wyrok wykonano w Central Correction Institute w Columbia w Karolinie Południowej, używając krzesła elektrycznego. Ze względu na drobną budowę ciała (155cm, 40kg), strażnicy mieli problemy z zapięciem pasów, a w czasie egzekucji musiał siedzieć na książce telefonicznej. Świadkowie uznali egzekucję za makabryczną, bo po pierwszym włączeniu prądu opadła zbyt duża maska zasłaniająca twarz. Stinney umarł po około 4 minutach.

    George Junius Stinney jest najmłodszym skazany na śmierć w USA i na całym kontynencie amerykańskim w XX wieku. Gdy wykonywano wyrok miał czternaście lat, siedem miesięcy i 29 dni.

    18 grudnia 2014 sąd uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję. Obrońcy praw człowieka od lat domagali się rewizji wyroku, podkreślając, że zabarwiony był rasizmem i nie opierał się na wiarygodnych dowodach. W latach 40. w Karolinie Południowej królowały tzw. prawa Jima Crowa, które ograniczały wolności obywatelskie czarnoskórej ludności. Ich celem było pogłębienie segregacji rasowej.

    #kryminalne #kryminalistyka #rasizm #mordercy #neuropa
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Dzięki za wszelkie sugestie - o czym pisać, jak pisać, co dodać, co zmienić czy zostawić. Wszystko biorę pod uwagę, dzięki temu zarówno ten tag, jak i polskiepato będą lepsze. I ja też się rozwinę. :)

    • • •

    RYSZARD WILIWIŃSKI, rocznik 70
    PATRYK WILIWIŃSKI, rocznik '94
    DOROTA WILIWIŃSKA, rocznik '73

    Po braciach Lipińskich, następna wesoła rodzinka w Rejestrze - Państwo Wiliwińscy z głębokiej podlaskiej wsi. Ojciec, syn i matka skazani za jeden z najbardziej obrzydliwych czynów, czyli art. 197 § 3 pkt 3 kk - gwałt na członku rodziny.

    W 2013 roku 13-letnia (wówczas) córka Wiliwińskich, ze względu na swoją lekką umysłową niepełnosprawność, została umieszczona w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Suwałkach. Dziewczynka zaczęła się dziwnie zachowywać wobec rówieśników - obłapywała ich, obmacywała i dotykała miejsc intymnych swoich koleżanek. W rozmowie z wychowawczynią powiedziała, że przecież tak robią tatuś i brat, a w jej mniemaniu to normalne. Nauczyciele zaalarmowali policję.

    Ryszard i Patryk Wiliwińscy zostali zatrzymani, nie przyznali się do winy. Dorota Wiliwińska wynajęła dla nich "najlepszego" adwokata.

    W toku śledztwa wyszło na jaw, że przez ostatnie 2 lata brat upośledzonej dziewczynki ją gwałcił, ojciec molestował i pokazywał pornograficzne zdjęcia, a matka o wszystkim doskonale wiedziała i najwyraźniej akceptowała, bo nie zrobiła nic by pomóc własnemu dziecku.

    Oczywiście, nikt na wsi nic nie podejrzewał, wszyscy byli wielce zaskoczeni winą swoich sąsiadów. Bo przecież taki gospodarny ten Rysiek był, a rodzina co niedziele do kościoła chodziła... Syn trochę łobuz, lubił wypić i nie dało się ukryć, że też ma orzeczenie o niepełnosprawności. Tutaj macie wypowiedzi mieszkańców Słobódki.

    Podczas trwania procesu, reporter TTV odwiedzili dom oskarżonych, by zadać im kilka pytań i jak się okazało, według matki i babki molestowanej dziewczynki, to nie był gwałt TYLKO WSPÓŁŻYCIE. KLIK <- tutaj można posłuchać ich rozmowy. I jeszcze tutaj -> KLIK, próby rozmów po jednej z rozpraw.

    Dziewczynka wraz z dwójką (podobno zdrowego) rodzeństwa została umieszczona w domu dziecka. Wiliwińscy walczyli przed sądem o ich powrót do domu, ale nie mogę znaleźć nigdzie informacji jak to się skończyło. W tej sprawie interweniował Rzecznik Praw Dziecka, który miał dopilnować by molestowana dziewczynka nie wróciła do swoich oprawców.

    Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, także nie wiadomo czy oskarżeni w końcu przyznali się do winy, ani jaką mieli linię obrony. Wyrok zapadł w listopadzie 2015 roku - ojciec 7 lat pozbawienia wolności, syn 5 oraz (dla obojga) zakaz kontaktowania się z ofiarą. Matka dostała 2 lata w zawieszeniu na 5. Orzeczenie nie było prawomocne i (oczywiście...) po odwołaniu wyrok został ostatecznie zmieniony... Jak wynika z Rejestru, w marcu 2016 Ryszard Wiliwiński został skazany na 4 lata pozbawienia wolności i 4 lata zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną. Patryk Wiliwiński otrzymał 3 lata pozbawienia wolności i 3 lata zakazu kontaktu. Wyrok Doroty Wiliwińskiej pozostał bez zmian.

    . . .

    Tutaj są zdjęcia domu i skazanych w sądzie.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofilia #pedofile #podlasie #slobodka
    pokaż całość

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Czarna Białostocka to niewielka, licząca niecałe 10 tysięcy mieszkańców miejscowość w województwie podlaskim. Przy wąskiej uliczce Romualda Traugutta znajduje się szkoła podstawowa pod tym samym imieniem. To spokojna okolica - w okół domki jednorodzinne, małe, osiedlowe sklepiki i sporo zieleni.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką z długim stażem - od 17 lat uczyła w klasach I-III. Miła i ambitna kobieta szybko zbyła sobie wśród uczniów sympatię, a u kolegów i koleżanek z pracy opinię świetnego pedagoga. Do swojego zawodu podchodziła z dużym zaangażowaniem i stale podnosiła swoje kwalifikacje. Poświęcając się całkowicie pracy, Mariola nie znalazła czasu by ułożyć sobie życie prywatne. Atrakcyjna, szczupła blondynka przez długi czas żyła samotnie.

    Wszystko zmieniło się jednak w 1997 roku podczas zajęć sportowych w szkole, gdy Mariola poznała Jerzego, szanowanego w okolicy biznesmena i ojca trójki dzieci, z których najmłodszy, Piotruś właśnie rozpoczął naukę w podstawówce przy ulicy Traugutta. Dwie dorosłe już córki uczyły się w Białymstoku. Mężczyzna został wybrany na przewodniczącego Rady Rodziców, co sprzyja częstszym spotkaniom nauczycielki z eleganckim i przystojnym przedsiębiorcą. Z czasem pomiędzy Mariolą, a Jerzym wybucha gorący romans, który szybko staje się sensacją małego miasteczka.

    O romansie dowiaduje się rodzina i żona biznesmena, a matka nauczycielki prosi córkę by zakończyła tę grzeszną znajomość. Mariola nie chciała nawet o tym słyszeć. Ludzie w okolicy zaczęli plotkować, wytykać palcami i krzywo patrzeć na oboje kochanków. Kobieta dostawała listy z pogróżkami i była nękana głuchymi telefonami, jednak dla miłości do Jerzego była w stanie znieść wszystko. Nie zniechęciła się także, kiedy ktoś powypisywał na drzwiach jej mieszkania wulgarne słowa.

    Jerzy zapewniał o swojej wielkiej miłości i obiecywał, że to z nią chce ułożyć sobie nowe życie, że w końcu zostawi swoją żonę, z którą od dawna mu się nie układało. Twierdzi, że trwa w małżeństwie jedynie ze względu na swojego najmłodszego syna. Prosił Mariolę o jeszcze chwilę cierpliwości i wyrozumiałości. Zakochana kobieta czekała, święcie wierząc w obietnice kochanka.

    W 2001 roku Jerzy niespodziewanie oświadcza, że to już koniec ich czteroletniego związku. Mężczyzna przepraszał, tłumaczył, że nie może tego dłużej ciągnąć, że chce naprawić swoje relacje z rodziną.

    Mariola wpadła w czarną rozpacz. Nie mogła uwierzyć, że facet, dla którego poświęciła tak wiele, nagle odchodzi. Zakochana kobieta nachodzi byłego kochanka, błaga i prosi o powrót. Na próżno. Z uśmiechniętej i atrakcyjnej kobiety, staje się wrakiem człowieka. W dość krótkim czasie, próbuje dwukrotnie odebrać sobie życie.

    . . .

    25 kwietnia 2001 roku Mariola przyszła do pracy wcześnie rano, pomimo, że lekcje zaczynała dopiero po południu. Rozżalona i złamana 38-latka, dzień wcześniej odbyła rozmowę z żoną swojego ukochanego. Była rozgoryczona.

    Myszkiewicz poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu lekarskiego, wyjaśniając, że chce się zważyć. Około godz. 9.30 poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, synowi Jerzego, że ma stawić się w gabinecie, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki 11-latek udał się prosto do szkolnej higienistki. Na miejscu czekała na niego Mariola, którą znał i dobrze zdawał sobie sprawę z tego co łączyło ją z jego ojcem. Mieszkańcy Czarnej Białostockiej podejrzewali nawet, że to on był autorem obraźliwych napisów na drzwiach nauczycielki.

    Zostaw mego tatę w spokoju!

    - miał jej kiedyś powiedzieć chłopiec.

    Nauczycielka chwilę rozmawiała z Piotrkiem, aż nagle wyciągnęła ze swojego plecaka nożyk introligatorski i zaczęła zadawać dziecku ciosy. Była wściekła. Dźgała na oślep. Długotrwale kumulowane emocje w końcu znalazły ujście. W swojej rozpaczy przestała myśleć logicznie, obwiniała dziecko o rozpad jej związku. Przecież Jerzy zawsze powtarzał, że to jego oczko w głowie...
    Piotruś próbował się bronić i wydostać z gabinetu, co mu skutecznie uniemożliwiała. W amoku wymachiwała ostrzem, trafiając w szyję oraz w głowę. Krew była wszędzie - na drzwiach, podłodze, płynęła strumieniem po drzwiami. Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki, które na widok czerwonej kałuży zaczęły krzyczeć i walić pięściami w zamknięte drzwi gabinetu. Wyważył je dopiero wuefista. W tym całym zamieszaniu ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok - skulony chłopiec leżał we krwi, miał ponad trzydzieści ran kłutych na szyi, podcięte gardło i uszkodzoną tętnice.

    Piotrek jeszcze wtedy żył. Wykrwawił się jednak przed przyjazdem pogotowia.

    Zajęcia zostały odwołane, a uczniowie wyprowadzeni ze szkoły bocznym wyjściem. Na miejscu pojawiła się policja, a przed budynkiem zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice. Wszyscy byli zszokowani, nikt nie mógł uwierzyć, że nauczycielka, na dodatek ta najbardziej lubiana i poważana, zabiła ucznia.

    Wątpliwości jednak nie było. Za Mariolą ruszyła policyjna obława, w którą zaangażowano około 200 funkcjonariuszy. Rozesłano rysopis kobiety, a następnego dnia wysłano za Mariolą list gończy. (link) Przeszukiwano okolice zalewu i pobliskie lasy, podejrzewano, że kobieta mogła popełnić samobójstwo.

    W Czarnej Białostockiej krążyły plotki, że już wcześniej zaplanowała morderstwo, dwa dni przed tragedią zlikwidowała konto w banku i wyjechała za granicę.

    Jak ona tu wróci, to nic dobrego ją nie czeka. Niech się modli, żeby policja była pierwsza. Lepiej dla niej, żeby już nie żyła.

    - mówili mieszkańcy.

    Mariola ukrywała się w pobliskiej Puszczy Knyszyńskiej, a dzień później dotarła do zakonu w Markach pod Warszawą, skąd zadzwoniła do swojej siostry. Prosiła o radę, była przerażona i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chciała się zabić lub oddać sama w ręce policji.

    W nocy z 26 na 27 kwietnia funkcjonariusze z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali Mariolę. W trakcie przesłuchania w prokuraturze przyznała się do winy, ale odmówiła składania wyjaśnień.

    . . .

    W tym samym czasie, 27 kwietnia odbył się pogrzeb zamordowanego Piotrka, w którym uczestniczyło kilka tysięcy osób. (zdjęcie) Podobno ojciec chłopca nie mógł wziąć udziału w uroczystości, ponieważ trafił na oddział kardiologiczny szpitala w Białymstoku.

    (o przebiegu pogrzebu)

    . . .

    Kilka dni po tragedii w Szkole Podstawowej nr. 2 w Czarnej Białostockiej pojawili się psycholodzy, którzy przez kilka dni prowadzili rozmowy z nauczycielami i uczniami, którzy mieli bezpośredni związek z tragedią. Dzieci najgorzej przeżyły wydarzenie z ostatnich dni.

    Są bardzo poruszone i są w nich duże emocje

    - relacjonował dyrektor.

    Płaczą. Można nawet powiedzieć, że to przeradza się w jakąś lekką histerię. Psycholodzy starali się przekazać im tylko fakty, odrzucając plotki. I przede wszystkim uspokoić emocje.

    . . .

    Niecały miesiąc po śmierci Piotrka, na budynku szkoły (za ścianą jest szkolny gabinet lekarski) pojawiła się upamiętniająca go tablica. Mimo tego, że rodzice chłopca zawiesili ją bez zgody dyrekcji i władz samorządowych, główne kontrowersje wywołał umieszczony na płycie napis:

    W dniu 25 kwietnia 2001 r. za tym murem został zamordowany Piotruś Popławski, uczeń klasy IV B. Prosimy o modlitwę. Rodzina.

    Mieszkańcy uważali, że ten napis straszy dzieci i ciągle przypomina im o tragedii, przez którą wciąż nie mogą spać po nocach. Tutaj można przeczytać ich tłumaczenia -> klik

    . . .

    Prokuratura w Białymstoku postawiła Marioli Myszkowskiej zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz o to, że zrobiła to w wyniku motywacji zasługujących na szczególne potępienie. Podobno w domu oskarżonej znaleziono list do Jerzego, w którym miała napisać wprost o tym, że według jej zamordowany chłopiec był przeszkodą w ich związku.

    Został zastosowany areszt tymczasowy, w którym Mariola, jako dzieciobójczyni nie miała łatwo. Z nieoficjalnych informacji wynika, że została tam dotkliwie pobita i przez pewien czas przebywała w śpiączce.

    . . .

    W czasie śledztwa została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że była poczytalna w momencie dokonywania morderstwa. Według psychiatrów i psychologów Mariolę cechuje ponadprzeciętna inteligencja, nie przejawia też skłonności do okazywania uczuć. W opinii biegłych ma silną osobowość, wysoką samoocenę i jest bardzo egocentryczna.

    Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Sąd ze względu na ważny interes prawny rodziców ofiary, uchylił częściowo jawność rozprawy.

    Podczas procesu Mariola nie pokazywała emocji. Tłumaczyła, że nie planowała morderstwa, chciała tylko porozmawiać z Piotrkiem, jednak chłopiec zaczął ją wulgarnie wyzywać i straciła nad sobą panowanie. Obrona także usiłowała przekonać sąd, że oskarżona działała w afekcie (za zabójstwo w afekcie groziłoby jej tylko 10 lat). Miało o tym świadczyć m.in. brutalność, nagłość i wielokrotność ciosów zadanych chłopcu. Opinię tę podzielili zresztą przesłuchiwani w sprawie biegli psychologowie i psychiatrzy.

    Prokurator miał zupełnie inny pogląd na sprawę. W trakcie śledztwa okazało się, że nóż, którym Mariola zabiła 11-latka był prezentem od Jerzego. Narzędzie zbrodni stanowiło jeden z głównych dowodów, popierających tezę o zemście zawartą w akcie oskarżenia. Jeden ze świadków zeznał, że nauczycielka dzień przed dokonaniem zbrodni odwiedziła Jerzego i jego żonę. Zażądała kupna mieszkania i umożliwienia wyjazdu z Czarnej Białostockiej. Obciążający dla kobiety był też fakt, że w plecaku, który miała ze sobą 25 kwietnia, znajdował się paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    . . .

    Sąd Okręgowy w Białymstoku uznał, iż Mariola Myszkiewicz zaplanowała tę zbrodnię i nie było to działanie w afekcie, jak ocenili biegli. Sąd podkreślił, że dożywocie byłoby karą zbyt wysoką i 15 lutego 2002 roku skazał Mariolę Myszkowską na 25 lat więzienia.

    Obrońca Marioli złożył apelację od wyroku i o wymierzenie niższej kary.

    W wyniku rozpatrzenia apelacji obrońcy oskarżonej nie doszło do zmiany wysokości wyroku, jednakże sąd II instancji stwierdził, że sąd I instancji popełnił błąd, nie podzielając opinii biegłych psychiatrów i psychologa odnośnie tego że oskarżona działała pod wpływem silnego wzburzenia. Chociaż sąd apelacyjny przyznał, że oskarżona była w takim stanie psychicznym, w którym emocje górowały nad intelektem, to jednak jej czynu nie może zostać uznany za usprawiedliwiony okolicznościami. Mariola M. działała w stanie silnego wzburzenia, ale nie można tego zakwalifikować jako działanie w afekcie.

    W maju 2003 roku sąd utrzymał wyrok 25 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po odbyciu 15 lat kary. (link)

    . . .

    Ona jeszcze sobie życie ułoży. Zna języki, jest bardzo sprytna. W więzieniu podobno bardzo się stara, żeby jak najszybciej wyjść na warunkowe

    – mówił o kobiecie jeden z jej dawnych podopiecznych.

    To co zrobiła było dla wszystkich zaskoczeniem. Nikt by się tego po niej nie spodziewał. To była najfajniejsza pani w szkole.

    . . .

    Znalazłam informacje z 2017 roku, że Mariola wciąż przebywa w więzieniu. Czy jest tam do dnia dzisiejszego - nie wiem. Aktualnie ma 55 lat.

    Piotrek Popławski miałby teraz 28.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #czarnabialostocka #czarna #bialostocka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #mariolamyszkiewicz
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Krótki wpis, ale ten ryj koniecznie trzeba pokazać.

    . . .

    TOMASZ KOZŁOWSKI, rocznik '73

    Pedofil i gwałciciel, 19 października 2017 roku skazany przez Sąd Okręgowy w Białymstoku za wielokrotne wykorzystywanie seksualne, doprowadzane do poddawania się innym czynnościom seksualnym oraz gwałty na swojej własnej córce.

    Jak wynika z aktu oskarżenia, do pierwszego zbliżenia miało dojść gdy dziewczynka miała zaledwie 6 lat. Do krzywdzenia dziecka dochodziło w latach 2005-2014. Jej gehenna skończyła się dopiero dziewięć lat później, kiedy była już nastolatką. Dziewczyna ma obecnie 19 lat.

    Ze względu na charakter sprawy, proces toczył się z wyłączeniem jawności. Sąd nie udzielił zbyt wielu informacji, między innymi na temat tego, kto wykrył przestępstwo i zawiadomił organy ścigania.

    Kozłowski początkowo został skazany na karę łączną 10 lat więzienia oraz zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 metrów i zakaz kontaktowania się z nią w jakiejkolwiek formie na okres 10 lat (jak już wiem - zakaz zbliżania się nie biegnie w trakcie odbywania kary w więzieniu). Wyrok nie był prawomocny i najwyraźniej po odwołaniu został zmieniony na 8 lat pozbawienia wolności (zakaz zbliżania się bez zmian) - jak wynika z Rejestru.

    Na jego koncie na Facebooku widać, że ten dewiant ma jeszcze inne, małe dzieci...

    Skazany przebywa obecnie w Areszcie Śledczym w Hajnówce.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #bialystok #grodek
    pokaż całość

    źródło: ggggg.jpg

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Proszę zaparzyć sobie dobrego czaju, usiąść wygodnie i zabierać się za czytanie - będzie długo! Ale warto. Jak dla mnie to "najlepsza" sprawa kryminalna ostatnich lat. Mogłabym z tego doktorat pisać. (。◕‿‿◕。)

    • • •

    Bezczelnie młoda, bezczelnie zdolna

    - pisała o sobie Zuzanna M. (foto) Jej znajomi zgodnie twierdzili, że jest osobą niezwykle inteligentną. Mogła wagarować miesiącami, ale zawsze zaliczała przedmioty. Oczytana, słuchała interesującej muzyki, była zawsze elokwentna i ostra w osądach. Na przemian przyciągająca i odpychająca.

    W szkole podstawowej i do połowy gimnazjum Zuzanna świetnie się uczyła. Gra w piłkę nożną dziewcząt (link), zdobyła nawet Złote Pióro prezydenta miasta. Ale w drugiej gimnazjalnej coś zaczyna się w jej życiorysie psuć. Zuza przestaje się uczyć i w cokolwiek angażować. Dzieci jej nie lubiły, dokuczały, wypisywały na ławkach i gdzie tylko się dało: "Jebać Zuzię". Matka postanowiła przenieść ją do innego gimnazjum.

    Na początku liceum znów jest z Zuzą wszystko dobrze. Dyrektor I LO w Białej Podlaskiej (woj. lubelskie), do którego uczęszczała mówi, że uczyła się dobrze i reprezentowała szkołę w zawodach sportowych. Musiała być lubiana, bo inni uczniowie wybrali ją na gospodynię klasy. Problemy zaczęły się pod koniec pierwszej klasy.

    Przeszkadzała w lekcjach i negowała wszystko, co mówią nauczyciele. Wychodziła z klasy trzaskając drzwiami i wyraźnie dawała pedagogom odczuć, że są najwyżej przeciętni w porównaniu z nią. W jej mniemaniu tylko ona była coś warta. Ewentualnie jej aktualne towarzystwo, które miała w zwyczaju często zmieniać.

    Pogardzam wszystkimi i mam wstręt taki do hołoty umysłowej, że rzygam.

    - cytowała Witkiewicza.

    W szkole była uważana za osobę, przez którą idzie się na dno. Wagary, narkotyki, dziwne towarzystwo. Wielu imponowało, że zawsze mogła zorganizować coś do palenia na imprezkę. Owijała sobie ludzi w okół palca - najpierw coś oferowała, potem wymagała posłuszeństwa. Przyciągała innością, mówiła jak się ubierać, pokazywała muzykę (jej kanał na yt), której nie znali, filmy, literaturę. Jej idol to Ian Curtis z Joy Division - okładkę Unknown Pleasures miała wytatuowaną na przedramieniu. (zdjęcie) Mój kolega, który ją znał, mówił, że nie dbała o siebie, często miała przetłuszczone włosy i przepocone ubrania.

    Rodzice uczniów uznali, że jest niebezpiecznym towarzystwem i odcinali swoje pociechy od jej toksycznego wpływu. Zuzka sprawiała wrażenia jakby jej to nie obchodziło i nie przywiązywała się do kogokolwiek. Znikali jedni chłopcy, pojawiali się inni. Zawsze znajdowała kolejnych słabych, bogatych, z dobrych domów. Dzięki niej mogli zaistnieć, zaczynali być dostrzegani, stawali się jej odbiciem.

    Czasem przychodzili rodzice, mówili, że ich dzieci gdzieś tam chodzą z Zuzanną. Na przerwach wicedyrektor miała za zadanie śledzić na monitoringu, z kim Zuza rozmawia, by ewentualnie ostrzec kolejne osoby.

    - wspomina dyrektor szkoły.

    Nauczyciele w końcu wezwali matkę Zuzy, która stwierdziła, że jest z córką w bardzo dobrych relacjach, że są przyjaciółkami i że to nauczyciele są winni, bo nie potrafią rozpoznać inteligencji dziecka. Zuzanna stała w trakcie rozmowy skruszona, ze spuszczoną głową. Obiecywała poprawę. Zdaniem dyrektora potrafiła idealnie grać to, czego akurat od niej oczekiwano.

    Matka Zuzanny Katarzyna M. pracuje na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach i wykłada historię. Zuza była bardzo dumna z rodzicielki, a jak ta zrobiła habilitację, córka od razu pochwaliła się tym na swoim Facebooku. Kiedy ktoś z nauczycieli zwrócił jej uwagę, że powinna mówić panie profesorze, a nie proszę pana, Zuza odpowiada, że na tytuł profesora trzeba sobie zapracować. I że profesorem tytułuje się jej matkę, nauczycielkę na wyższej uczelni.

    Mimo podziwu, Zuza czuła do niej także niechęć i była opryskliwa. Zamknij się - mówi do niej przy swoich koleżankach.

    Zuzanna od dzieciństwa była wychowywana przez swoich dziadków, ponieważ matka studiowała i nie miała dla niej czasu. Zamieszkały razem dopiero, gdy dziewczynka była w szóstej klasie szkoły podstawowej.

    Zdaniem Katarzyny M. ma wspaniałą córkę i żadne uwagi nie są w stanie tego zmienić. Mimo wszystko zawsze stała murem za Zuzą. Nie tyle razem z nią, ile raczej obok, opodal, na boku. Rodzicielki często nie było w domu. Nastolatka wyjechała kiedyś do Torunia na tydzień, gdy wróciła, opowiadała, że matka nawet nie zauważyła jej nieobecności.

    Matka sublokatorka - powie później o niej córka.

    Zuza zaczęła pisać wiersze po śmierci swojego ojca, który nie brał udziału w jej wychowywaniu, i którego w rzeczywistości nigdy nie znała. W wywiadzie do lokalnego portalu powiedziała:

    Mój własny koniec świata był powodem, dla którego zaczęłam szukać jakiejś formy wyrażania siebie.

    (wywiad)

    Przybrała pseudonim Maria Goniewicz, a matka pomogła jej sfinansować swój pierwszy tomik o tytule "33".

    Jest to liczba mistrzowska, liczba idealna.

    . . .

    Konflikty w szkole narastały, a Zuza przekraczała kolejne granice. Uczniowie mieli jej już serdecznie dość, więc napisali petycję do do dyrekcji z prośba o usunięcie ze szkoły konfliktowej koleżanki.

    Dyrektor próbował przekonać matkę Zuzanny, by nawiązała kontakt z poradnią psychologiczno-pedagogiczną. Szkoła postawiła krnąbrnej uczennicy wymagania, dała szansę na zamianę zachowania i oczekiwała zastosowania się do ustalonych reguł. Jednak matka Zuzy wolała zmienić szkołę niż zachowanie córki. Do kontaktu z poradnią także nie doszło.

    Trzecią klasę Zuzanna rozpoczęła już w innym miejskim liceum. Znajomości trochę się wykruszyły, ale wciąż lojalny Zuźce został Kamil N. (foto)

    Chłopak pochodził z dobrego i kochającego domu - jego tata Jerzy to pułkownik Straży Granicznej, a mama Agnieszka bardzo lubiana nauczycielką języka rosyjskiego. Rodzina niedawno wyprowadziła się z blokowiska w Białej Podlaskiej do nowego, pięknego domu pod miastem - w Rakowiskach. Kamil to ukochany jedynak, oczko w głowie babci. Delikatny, miły, dobrze wychowany, bardzo zżyty z matką. Tak przynajmniej opisywali go przyjaciele i znajomi. Mówili, że był spokojnych chłopakiem. Nie wychylał się.

    Dopiero pod wpływem Zuzanny zaczął się zmieniać - w tej opinii byli zgodni zarówno rodzice, szkoła, jak i znajomi nastolatków. Kamil stał się arogancki i zaczął wagarować. Rodzice konsekwentnie wyrażali swój sprzeciw wobec tej relacji i za wszelką cenę usiłowali odseparować syna od toksycznej dziewczyny. Bez skutku. Kamil stawał się kopią Zuzanny, chodził zawsze dwa kroki za nią.

    Zuza i Kamil poznali się jeszcze w gimnazjum katolickim, ale wtedy nie utrzymywali bliskich kontaktów. W liceum trafili do jednej klasy, ale zakumplowali się dopiero po imprezie półmetkowej. Przed pierwszą i drugą klasą Kamil mówił, że Zuza pachnie potem i jest niedomyta. A on zawsze taki czyściutki, świeżutki, najlepiej ubrany w klasie, w życiu by jej nie dotknął. Niewysoka, krępa, biodrom i pupie daleko do smukłości. Okrągła twarz, już lekki naddatek tkanki tłuszczowej na podbródku. I nagle - iluminacja. Kamil odkrywa, że ta niedomyta Zuza jest ciekawa. Niezwykła.

    Nastolatkowie spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. Oglądają wiele filmów, szczególnie pociąga ich kino amerykańskie: Quentin Tarantino, David Lyncha czy American Psycho z Christianem Bale'em.

    Naprawdę źle zaczęło się dziać w kwietniu 2014 roku, kiedy Kamila i Zuzannę posądzono o ukrywanie niespełna 15-letniej dziewczyny, która uciekła z domu. Najprawdopodobniej przetrzymali ją dzień lub dwa w domu u Kamila. Dziewczynka była kiedyś parą z Zuzanną i to ona namówiła ją do ucieczki. Poznały się jeszcze w gimnazjum, a z początku niewinna przyjaźń przerodziła się w fascynację starsza koleżanką. Zuza uprawiała z nią seks, gdy ta nie miała skończonych 15-lat. Rodzice małoletniej wnieśli sprawę do sądu.

    W październiku 2014 roku do Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej wpłynął akt oskarżenia. Poza uprawianiem seksu z poznaną jeszcze w gimnazjum nastolatką, Zuzannie zarzucono też częstowanie kolegów, w tym także Kamila, marihuaną. Oskarżenie to, najprawdopodobniej wnieśli rodzice chłopaka.

    W ramach tego śledztwa Zuzanna przeszła badania psychiatryczne. Specjaliści ocenili, że ma skłonność do przedstawiania siebie w lepszym świetle niż w rzeczywistości, wybiela siebie, bagatelizując potknięcia, a w jej życiu zabrakło wzorców mężczyzny jako ojca i partnera matki. Mężczyzna jako taki ma dla niej mniejsze znaczenie. Musi zasłużyć na akceptację.

    . . .

    7 grudnia 2014 roku Zuzanna na swoim fanpage publikuje wiersz:

    Ty i kobieta, której
    kiedyś zdeptałam serce,
    mieszkacie obok siebie. To dziwne
    miejsce, w którym ostatnio
    podobno jest o mnie głośno. (...)
    Przy-
    gotowa-
    nie do końca
    nie naszego świata
    nie zawsze
    jednak idzie
    dobrze,
    ale
    już niedługo.


    (link do całości)

    . . .

    W piątek, 12 grudnia 2014 roku Zuzanna i Kamil wybrali się w podróż do Warszawy, z której docelowo mieli dostać się do Krakowa, gdzie w niedzielę Zuza miała mieć swój własny wieczorek poetycki. W stolicy umówili się z Marcinem S. i jego dziewczyną Lindą M. (tak, to jest imię (・へ・) ), którzy mieli ich zawieźć autem do Krakowa. Zuza obiecała kierowcy 10 tys. złotych za ową przysługę, a jako zabezpieczenie jej i Kamila iPady.

    Około 50 kilometrów przed Krakowem, Zuza powiedziała, że muszą wracać, ponieważ zapomniała wziąć laptopa, z którego miała czytać wiersze na wieczorku. Kierowca nie był z tego faktu zadowolony, ale Zuza przekonuje go jeszcze większą sumą pieniędzy.

    W tym czasie Kamil pisze SMS-a do matki:

    Już prawie dojeżdżamy do Krakowa

    Matka odpowiada:

    W poniedziałek będzie próbna matura. Pamiętaj o tym

    A Kamil:

    Wrócę w niedzielę, mamo

    Zawracają z drogi i kierują się w kierunku Rakowisk. Kamil i Linda drzemią, Zuza słucha muzyki. Na miejsce dotarli późną nocą. Kamil prosi, żeby nie parkować przed jego domem, bo mogliby się obudzić sąsiedzi, ale trochę dalej, przy lasku. Wezmą laptop i za chwilę wrócą.

    W krzakach przebierają się w płaszcze przeciwdeszczowe i żółte, lateksowe rękawiczki. Mają ze sobą dwa porządne myśliwskie noże, które Zuza zabrała wcześniej z pokoju swojego dziadka. Kamil wchodzi do domu jako pierwszy i wyprowadza do ogrodu psa. Zdejmują buty.

    Matka czasem zasypiała przy telewizji w salonie, ale tym razem śpi z mężem w sypialni. Nastolatkowie stają nad ich łóżkiem - Zuzanna nad ojcem, Kamil nad matką.

    Raz, dwa, trzy...

    - liczy cicho dziewczyna. Na trzy zaczęli uderzać ostrzami w dół krótkimi, szybkimi pchnięciami. Na oślep. Matka zerwała się i krzycząc, zaczęła biec do drzwi. Nagle zapaliło się górne światło, któreś z nich zawadziło o kontakt. Kamil dogonił matkę i uderzył nożem w plecy od tyłu. Dla pewności, żeby się nie męczyła (dosłownie, tak powiedział - żeby się nie męczyła), przejechał dwa razy nożem mocno po gardle.

    Ojciec, mimo wylewu wewnętrznego, wstał i rzucił się na Zuzę. Przewrócili się, ślizgając się we krwi. Wytrącił jej z ręki nóż i oboje chcieli go rękami dosięgnąć: popularna scena w filmach, gdzie dwie osoby walczą na śmierć i życie. Wtedy Zuza ugryzła go w lewe przedramię i włożyła palce do oka. Klęcząc, oparł się na rękach. Dziewczyna dźgała go w plecy. Przedtem bała się, że nie można go będzie zabić. Ale on teraz właśnie umierał. Kiedy przestał się ruszać, poczuła ulgę.

    Wszedł Kamil.

    Czy już?

    - spytał. Powiedział, że muszą iść do matki, bo ona leży przed drzwiami wejściowymi. Wciągnęli ją do środka.

    Wyszli z domu i przeskoczyli siatkę ogrodową.

    Zuza przypomniała sobie, że na ręce ojca został ślad po ugryzieniu. Trzeba było obciąć tę rękę albo obie i gdzieś wyrzucić.

    Kamil przeskoczył siatkę i wrócił do domu. W kuchni znalazł nóż. Nie udało się obciąć ręki, tylko zmacerować ślady po zębach. Spryskał ranę perfumami. Może one usuną DNA.

    Zabrali laptop ojca, żeby upozorować kradzież i by pokazać Marcinowi i Lindzie: to ten zapomniany. Po drodze przebierają się w czyste ubrania, a zakrwawione pakują do plecaka. Jednak na ustalonym miejscu nie ma ani samochodu, ani znajomych.

    Zabijanie trwało godzinę. Marcin i Linda nie chcieli dłużej czekać i postanowili jechać do domu, do Poznania. Zuza zadzwoniła, że mają natychmiast po nich wracać i, jak było umówione, jechać do Krakowa. A nie było ich tak długo, bo w domu kłócili się z rodzicami Kamila.

    Studenci wracają i cała czwórka rusza w dalszą drogę.

    Kamil w samochodzie się nie odzywał. Ale Zuzanna w końcu nie wytrzymała i zaczęła opowiadać kolegom co zrobili. Była bardzo rozemocjonowana. Zaproponowała im po 100 tys. zł za milczenie i pozbycie się dowodów zbrodni - w bagażniku ich citroena leżał plecak z narzędziami zbrodni, zakrwawionymi rękawiczkami oraz elementami ubioru sprawców. Marcin S. i Linda M. godzą się na taki układ.

    Kamil i Zuza zatrzymują się u koleżanki z Białej Podlaskiej, która akurat studiuje i wynajmuje stancję w Krakowie. Nastolatkowie mają na sobie jeszcze ślady krwi i błota. Wyjaśniają dziewczynie, że zostali napadnięci. Gospodyni wychodzi z domu, bo ma coś do załatwienia, a kiedy wraca, widzi, że coś prali w jej pralce.

    Zapadło mi w pamięć, że Zuza przyszła i zaczęła myć buty w moim mieszkaniu. A Kamil był bez skarpetek, choć to był grudzień

    - zeznawała później dziewczyna. Niczego jednak nie podejrzewała.

    . . .

    W sobotę o godz. 7.40 otwarte drzwi wejściowe do domu Państwa N. w Rakowiskach zauważa przechodzący obok sąsiad. Wzywa policję.

    Pamiętnej nocy słyszałem wołanie o pomoc. Usłyszałem krzyk - "O Jezu! Ratunku! O Jezu!"

    - zeznawał później w sądzie sąsiad zamordowanych

    Myślałem jednak, że ciągle śpię i to mi się śni. Gdy się obudziłem nadal słyszałem ten głos. Byłem przerażony, że sen trwa na jawie. Jednak usłyszałem też szczekanie psa. To mnie uspokoiło, bo pomyślałem, że to po prostu jakaś kobieta przestraszyła się w nocy psa

    - relacjonował.

    Gdy rano wstałem i zobaczyłem krwawe ślady na elewacji sąsiedniego domu, szybko połączyłem fakty i zadzwoniłem po policję

    - dodał. Jeden ze śledczych, którzy pierwsi pojawili się na miejscu zbrodni relacjonował:

    Dom spłynął we krwi. Czegoś takiego nie widziałem, odkąd pracuję, prawie 30 lat. Sceneria gorsza niż w horrorach

    (zdjęcia domu po zdarzeniu -> tu, tu i tu)

    . . .

    Do znajomej, u której zatrzymali się mordercy, napisał kolega z Białej z informacją, że rodzice Kamila nie żyją. Ale dalej przez myśl jej nie przeszło, że za zbrodnią mogą stać osoby, które gości w mieszkaniu. Wprost przeciwnie - poprosiła kolegę, z którym pisała w internecie, by wezwał policję, bo nie chciała sama przekazać Kamilowi, że jego rodzice zginęli w tak straszny sposób.

    Chciałam, żeby to jakiś psycholog przekazał informację, że w taki sposób zginęli jego rodzice. Ja nie byłam w stanie tego powiedzieć

    - mówiła przed sądem.

    Mundurowi przyjechali dopiero po kilku godzinach. Zatrzymują już Zuzę i Kamila jako podejrzanych. Nastolatkowie udaj zaskoczonych. (zdjęcie z zatrzymania)

    W śmietniku przed blokiem policja odnalazła plecak ze zniszczonym laptopem i telefonami komórkowymi małżeństwa N.

    Nastolatkowie trafiają do policyjnego aresztu.

    Na początku nie przyznają się do winy. Jedynym z dowodów, który przekonał ich do potwierdzenia podejrzeń policjantów były zapiski z logowań się ich telefonów komórkowych.

    . . .

    Marcin S. I Linda M., gdy tylko dowiedzieli się, że szukają ich policjanci, sami zgłosili się na komendę w Poznaniu, a potem złożyli obszerne wyjaśnienia.

    Według składanych przez Zuzannę M. I Kamila N. zeznań rodzice Kamila nie akceptowali ich związku, co było jednym z motywów tej zbrodni. Liczyli także na spadek po rodzicach Kamila, który obliczyli na około 2 mln. złotych. Chcieli za pierwszy milion się bawić, a drugi zainwestować. Byli przekonani, że policja ich nie złapie - przecież zdjęli buty i robili wszystko w skarpetkach, a Kamil pisał do matki SMS-y, jako dowód, że byli daleko od miejsca zbrodni. ! lol

    Pomysł zabicia małżonków N. miał się pojawić w trakcie oglądania przez 18-latków filmów przepełnionych - jak sami mówili - przemocą i agresją. Do zbrodni ubrali się jak bohater filmu American Psycho ( ಠ_ಠ)... Na początku tylko żartowali sobie, że mogliby zabić rodziców Kamila, ale z czasem uznali, że ten żart może przyjąć formę faktów i zaczęli planować to zabójstwo. Jak wyjaśniła Zuzanna M. zaplanowali je krok po kroku, kupili np. lateksowe rękawiczki, które znaleziono na miejscu zbrodni.

    Zarzut postawiony dla nastolatków to (oczywiście) zabójstwo kwalifikowane.

    Z kolei, dwójce 19-latków – Marcinowi S. i Lindzie M postawiono zarzuty tak zwanego poplecznictwa. Według śledczych para ta działając wspólnie i porozumieniu utrudniała postępowanie karne pomagając Kamilowi N. i Zuzannie M., sprawcom zabójstwa, uniknąć odpowiedzialności karnej i zacierać ślady przestępstwa.

    . . .

    Podczas sekcji zwłok Jerzego i Agnieszki N. medycy zwracają uwagę na twarze zmarłych. Pułkownika zastygła w wyrazie przerażenia. Agnieszki - niewyobrażalnego zdziwienia. Biegli określą zabójstwo, jako atak niefachowy ze strony szaleńca, który niektóre ciosy zadaje na oślep. Dodali także:

    Człowiek nie umiera szybko. To była prawdziwa walka o życie. Nie ma wątpliwości, że rodzice wiedzieli, kto ich morduje.

    . . .

    15 grudnia odbyła się wizja lokalna z udziałem młodych morderców. (zdjęcia) (filmik)

    Czułem się tak, jakbym stał obok i na wszystko tylko patrzył, a moim ciałem władał ktoś inny

    -mówił Kamil.

    . . .

    Odczytanie ustaleń prokuratury i policji na tym etapie śledztwa (trochę więcej szczegółów niż napisałam) -> filmik

    . . .

    18 grudnia odbył się pogrzeb 42-letniej Agnieszki i 48-letniego Jerzego N. z Rakowisk. (filmik)

    Kamil N. wiedział o pogrzebie swoich rodziców. Poinformowali go o tym funkcjonariusze aresztu śledczego w Lublinie, gdzie trafił. Oświadczył, że nie będzie w nim uczestniczył, nie złożył też formalnego wniosku o umożliwienie mu tego.

    . . .

    Zuza i Kamil zostali skierowani na obserwację psychiatryczną. Miało to pomóc w określeniu, czy w trakcie zabójstwa mieli zdolność rozpoznania swoich czynów i pokierowania swoim postępowaniem.

    Zuzanna spędziła na obserwacji miesiąc, a w przypadku Kamila potrwała ona dłużej, bo aż od 11 lutego do 7 kwietnia 2015 roku. Zespół biegłych psychiatrów i psychologów ze względu na trudności natury diagnostycznej poprosił o wydłużenie czasu obserwacji chłopaka i sąd się na to zgodził. Równolegle też przedłużył obojgu podejrzanym areszty.

    Według wydanej opinii u Zuzanny M. nie stwierdzono objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Natomiast ma ona nieprawidłowo kształtującą się osobowość z wyraźnymi cechami narcystycznymi oraz dyssocjalnymi (agresywność, skłonność do przemocy, chłód emocjonalny).

    U Kamila N. biegli także nie stwierdzili objawów choroby psychicznej, cech upośledzenia umysłowego ani innego rodzaju zaburzeń psychicznych. Badania oraz analiza materiału dowodowego nie ujawniały u niego także obecności cech charakterystycznych dla osobowości zależnej czy antyspołecznej.

    A więcccc - w chwili zarzucanych im czynów byli poczytalny, co oznacza, że mieli pełną zdolność rozpoznania znaczenia tego czynu i pokierowania swoim postępowaniem.

    . . .

    Śledczy zamierzają pozbawić Kamila N. prawa do spadku po rodzicach.

    Zebraliśmy już dowody, przede wszystkim odnośnie do stanu majątku państwa N. jak i zeznania ich rodziny. Ze względów procesowych wniosek o pozbawienia prawa do dziedziczenia Kamila N. wniesiemy do sądu, dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia

    - zaznaczał prokurator.

    W czerwcu Prokurator Okręgowy w Lublinie skierował do Sądu Okręgowego w Lublinie pozew o uznanie Kamila N. za niegodnego dziedziczenia. Kamil w odpowiedzi na pozew złożył do sądu wniosek. Napisał w nim, że zgadza się z pozwem prokuratury, jednak tylko w części dotyczącej babci i wujka ze strony matki. Wynika z tego, że chłopak nie chciał by spadek po jego rodzicach przeszedł również na siostrę i brata jego zamordowanego ojca. Uważał, że babcia i wujek byli bardziej zżyci z jego rodzicami i to oni ponieśli największą tragedię w tej całej zbrodni, dlatego do nich powinien trafić spadek.

    . . .

    23 czerwca 2015 roku Marcin S. i Linda M. (zdjęcie), pomocnicy zabójców z Rakowisk zostali skazani przez lubelski sąd. Marcin usłyszał wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 8 tys. zł grzywny, z kolei Linda została skazana na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 5 tys. zł grzywny.

    . . .

    12 sierpnia 2015 sąd uznał, że Zuzanna M. w 2013 r. kilkakrotnie doprowadziła dziewczynę poniżej 15. roku życia do obcowania płciowego i poddania się innym czynnościom seksualnym. Ponadto Zuzanna M. w styczniu 2014 r. dała dwóm małoletnim marihuanę. Została skazana na karę 2 lat więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd oddał ją na ten czas pod dozór kuratora i zakazał jej zbliżania się do pokrzywdzonej.

    pokaż spoiler (przecież i tak siedziała w pierdlu, to co za różnica (ಠ‸ಠ ))


    18 sierpnia 2015 ruszył wspólny proces Zuzy i Kamila, na który udało mi się wejść w charakterze publiczności (jakby ktoś nie wiedział - tak, można jeżeli sprawa jest jawna ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Zuzanna M. była w ciemnych okularach przeciwsłonecznych, miała grobową minę. Przytyła. A Kamil... Jego widok ścisnął mi serce. Nigdy w życiu nie widziałam takiej depresji na twarzy. Był załamany, a podczas czytania aktu oskarżenia płakał. Btw, strasznie ładny chłopiec. Wyprostowany jak struna. Kompletnie niepozorny, zlewający się z tłem.

    Czytanie aktu oskarżenia było przerażające. Te wszystkie szczegóły, w jaki sposób zginęli ci biedni ludzie było wręcz obrzydliwe i miałam wrażenie, że trwało w nieskończoność. Posłuchajcie sami -> link

    Obrońcy oskarżonych wystąpili o wyłączenie jawności procesu. Prokurator przychyla się do wniosku ze względu na dobro pokrzywdzonych (chodzi o dziadków Kamila N.), zostaliśmy wyproszeni z sali i trwała narada. Gdy zostaliśmy poproszeni z powrotem do środka, sąd oświadczył o swojej decyzji częściowego wyłączenia jawności procesu i musieliśmy już wyjść z sali na stałe.

    Następnego dnia odbył się drugi proces. Przesłuchanie Reginy O. - babci Kamila, Michała O. - jednego z członków jego rodziny i Katarzyny M. - matki Zuzanny, zajęło blisko 4 godziny. Ich zeznania były niejawne.

    Tutaj macie zeznania innych świadków, między innymi znajomych ze szkoły -> link

    . . .

    11 września rozpoczął się proces w sprawie spadku po rodzicach Kamila, a wyrok zapadł już na pierwszej rozprawie, na którą chłopak nie został doprowadzony z aresztu.

    pokaż spoiler (podejrzewam, że nie chciał)


    I jakżeby inaczej - Sąd Okręgowy w Lublinie uznał 18-latka za niegodnego dziedziczenia po swych rodzicach.

    . . .

    15 września odbyła się kolejna rozprawa w sprawie morderstwa w Rakowiskach, na której przesłuchano jedenaście osób: trzech świadków i ośmioro biegłych. (zeznania)

    W grudniu zapadł wyrok - po 25-lat z możliwością ubiegania się o przedterminowe wyjście po odbyciu dopiero 20-lat kary. (mowy końcowe Wyrok nie był prawomocny.

    Sprawa zabójców z Rakowisk trafia do Sądu Najwyższego po interwencji ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro chciał dożywocia dla sprawców. Uznał, że wyrok 25 lat więzienia dla Kamila N. i Zuzanny M. jest zdecydowanie za niski.

    W kwietniu 2016 sąd apelacyjny utrzymał wyrok.

    . . .

    Zarówno Zuzanna M., jak i Kamil N. wyrazili skruchę, mówili, że żałują tego co zrobili.

    Kamil w celi poprawia błędy językowe innych więźniów. Uprawia ćwiczenia gimnastyczne, prosi o szachy. Postanowił studiować psychologię biznesu. Z Zuza zrywa. Piszą do siebie listy.

    Kamil wie, że rodzice mu wybaczyli. Śni mu się, że go przytulają. To potwierdzenie. Zawsze mu wybaczali, gdy żyli. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

    Rodzina Kamila odwróciła się od niego, nikt go nie odwiedza.

    Do Zuzy przychodzi mama. Babcia wciąż uważa, że jej wnuczka jest niewinna.

    Dziewczyna wygrywa w więzieniu konkurs literacki. (link)

    . . .

    Dom po rodzicach Kamila N. został wystawiony na sprzedaż. Z tego co widzę, ogłoszenie nie jest już dostępne, ale tutaj są jeszcze zdjęcia -> klik

    (screen ogłoszenia)

    . . .

    Jeżeli macie jakieś pytania na temat tej zbrodni - piszcie śmiało. Śledziłam sprawę do od początku do końca. Jeżeli coś jeszcze przypomni mi się na jej temat, dodam w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #rakowiska #bialapodlaska #mariagoniewicz #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

  •  

    Kolejny list z Mezopotamii. Jak ktoś jest wrażliwy, to lepiej nie czytać, ale i w tych czasach były problemy z starym zjawiskiem przemocy wobec najsłabszych.

    Powiedz mojemu Panu: Twój sługa Bahdi-Lim wysyła następująco wiadomość

    Ciało małego dziecka, którego wiek ledwo przekraczał rok, zostało odnalezione przy starej grobli, znajdującej się powyżej grodzi na wale przeciwpowodziowym na rzecze Eufrates. Ciało dziecka zostało wypatroszone i pozbawione wnętrzności, a klatka piersiowa została położona na jego głowie i reszta ciała również była okaleczona do tego stopnia, że nikt nie może poznać czy było ono płci żeńskiej czy męskiej. Tego samego dnia, gdy dowiedziałem się o tym raporcie postanowiłem podjąć rygorystyczne działania. Przesłuchałem nadzorcę dzielnic mieszkalnej, rzemieślniczej oraz portowej, ale żaden właściciel dziecka, ojciec, matka, i żaden przesłuchiwany człowiek nie posiadał żadnych informacji na temat tego wydarzenia. Tego samego dnia wysłałem Bell-lu-dari do mego Pana z tą wiadomością. Podczas siedmiu dni podróży Bell-lu-dari przesłuchiwałem wielu, ale [koniec wiadomości]"

    The body of a small child which was hardly one year old was
    found lying in front of the old dike which is upstream from the
    lower ditch openings(?) on the embankment of the river (Euphrates).
    The body of the child was cut open at its waist and the [contents]
    of its chest were placed on its head and it was [mutilated]
    from head to foot. Nobody can tell whether it was male or female.

    Nothing is left from its middle down to its lower end. The very
    day I heard this report, I resorted to strict measures; I questioned
    the overseers of the city quarters, the craftsmen and the harbor(?)
    people, but neither any owner of this child nor its father or
    mother nor anybody who could [shed light] on this incident came
    forward. The very same day, I sent Bell-lu-dari to my lord with
    this news. Also during the seven days since I sent Bell-lu-dari, I
    have done much questioning but [end broken]"

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #archeologia #kryminalistyka #smoczautopia #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: ox.ac.uk

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Z okazji takiej, że właśnie (w końcu!) nauczyłam się wołać z mirkolist - dziś następny wpis. A jutro spodziewajcie się prawdziwej perełki na hasztagu polskiepato. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    TOMASZ IBROŃ, rocznik '90
    MARCIN PRZYBYSZ, rocznik '85

    Takie tam chłopki roztropki. Obaj od jakichś 8 lat za kratkami. Kolejny przepis na to jak spieprzyć sobie najlepsze lata życia - także słuchajcie uważnie!

    W marcu 2010 roku między północą, a godziną drugą nad ranem dwóch pijanych mężczyzn weszło się do mieszkania swojej 55-letniej sąsiadki. Wdowa znała oprawców, dlatego prawdopodobnie wpuściła ich do środka. Tomasz Ibroń (wtedy 19-latek) i Marcin Przybysz (24 l.) zgwałcili i brutalnie zamordowali kobietę - zaatakowali ją drewnianym kołkiem i dusili kablem od żelazka. Na koniec roztrzaskali jej głowę. Martwą matkę w kałuży krwi odnalazł jej syn, który w nocy wrócił do domu.

    Policja przyjechała na miejsce ok. godz. 2:30, a pół godziny później na nogach była już cała wieś - liczące nie więcej niż 100 mieszkańców Kaczkówko (woj. kujawsko-pomorskie).

    Policja zatrzymała podejrzanych około 5 godzin po morderstwie, wciąż byli pijani. Jeden miał 0,6, a drugi 1,5 promila alk. w wydychanym powietrzu. Po schwytaniu zostali osadzeni w policyjnym areszcie do wytrzeźwienia, a przesłuchani dopiero następnego dnia.

    Z artykułów internetowych wynika, że jeden z nich miał już na koncie rozboje i kradzieże, a nawet pobyt w więzieniu. Ale na ich profilach w Rejestrze nie ma uwzględnionego paragrafu na temat działania w warunkach recydywy. Może to tylko wiejskie ploteczki albo następny błąd systemu... Nie wiem.

    Według gazet (np. link) zostali skazani na 25 lat więzienia, według Rejestru - tylko na 15.

    To już drugi przypadek, który opisuję, w którym długość kary podanej do opinii publicznej jest dłuższa niż ta z zapisu w Rejestrze. Co o tym sądzicie? Błąd czy manipulacja? A może wyrok został zmniejszony po odwołaniu, ale o tym już gazety nie napisały? Sprawę uciszono?

    . . .

    A widziałam dziś matkę jednego z tych chłopaków, jak szła przez wioskę i płakała

    - powiedziała jedna z mieszkanek okolicy, w której doszło do morderstwa.

    Ja się dziwię, ci chłopacy pochodzą ze zwykłych, niczym nie wyróżniających się pełnych rodzin. To są zwykli szarzy ludzie, którym się nie najlepiej powodzi, jak to w wioskach popegeerowskich bywa, bez perspektyw na lepszą przyszłość. Oni mieszkali niedaleko tej kobiety, praktycznie wychowali się przy niej. W tym mieszkaniu po wszystkim to podobno straszny był widok, ale ja tego nie widziałam. To jest nie do opisania, co się tam wydarzyło, sprawa jak z filmów grozy. W ostatnich tygodniach już się o tym nie mówiło, każdy żył codziennością, a pewnie teraz, po wyroku znów będzie się o tym przez jakiś czas mówić, a potem znów każdy wróci do swoich spraw.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych
    pokaż całość

    źródło: ffffffffff.jpg

    •  

      @kvoka: Masz może jakieś informacje jak wyglądają powroty takich ludzi do domu po pobycie w więzieniu? Nie potrafię sobie wyobrazić jak tak bardzo stygmatyzowani ludzie odnajdują się potem w rzeczywistości. Na pewno część się przeprowadza, ale spora część takich ludzi nie ma na to środków. I co potem żyją obok rodziny osoby którą zamordowali? Chora akcja.

    •  

      @kvoka: Ciekawe są Twoje wpisy. Tak sobie teraz myślę.. Od czasu do czasu czytam na temat niewyjaśnionych spraw kryminalnych, morderstw, zaginięć, itd. Popaprane to trochę, ale mnie takie sprawy ciekawią. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Zainspirowałaś mnie do dzielenia się takimi znaleziskami na wykopie. Co sądzisz?

    • więcej komentarzy (131)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ADRIAN BYCZEK, rocznik '93

    Pierwszego dnia sierpnia 2014 roku w godzinach popołudniowych małoletnia Emila B. przyszła wraz z koleżanką Kingą L. do swojego mieszkania w Bogatyni (dolnośląskie). Po upływie około 30 minut do pokoju, w którym siedziały dziewczyny wpadł starszy brat Emilii - 21-letni Adrian. W ręce trzymał nóż kuchenny, którym zaczął dźgać siedzącą na kanapie siostrę. Zadał jej co najmniej 5 ciosów w przedramię i uda. Kinga L. zaczęła z przerażenia krzyczeć, co na chwilę odwróciło uwagę sprawcy i pozwoliło Emilii się uwolnić. Wówczas napastnik podszedł do Kingi i zadał jej 3 ciosy nożem - jeden w podbrzusze, a dwa w lewy bark. W tym czasie Emila podbiegła do drzwi wejściowych chcąc je otworzyć, jednak Adrian jej na to nie pozwolił i grożąc nożem popchnął ją do kuchni. Kazał wejść do pomieszczenia także Kindze. Tam podjął próbę gwałtu na swojej siostrze, a następnie na jej koleżance, co w obu przypadkach mu się nie udało ze względu na brak erekcji. Kinga usiłowała przekonać napastnika, aby je wypuścił, obiecując przy tym, że nikomu nie powiedzą o całym zajściu. W tym całym zamieszaniu, jednej z dziewczyn udało się wezwać pomoc, telefonując do swojej matki. Gdy kobieta dotarła do mieszkania, Adrian zablokował drzwi opierając się o nie. Dopiero, gdy Kinga L. odciągnęła go, udało się je otworzyć i uwolnić obie pokrzywdzone. Natychmiast powiadomiły policję.

    Adrian Byczek w czasie napadu mówił do przerażonych dziewczyn:

    chcę ludziom czytać w myślach

    oraz

    za to co zrobiłem innym, muszę popełnić samobójstwo albo ich pozabijać

    W związku z tym został skierowany na obserwację do zamkniętego oddziału psychiatrycznego. Po wnikliwej i dogłębnej analizie biegli sądowi orzekli, że w momencie popełniania czynów był poczytalny, nie jest upośledzony umysłowo, a jedynie symuluje chorobę psychiczną... ( ಠ_ಠ)

    W toku śledztwa ustalono także, że oskarżony w lipcu 2014, czyli niecałe dwa tygodnie przed atakiem na Emilię i Kingę, zaatakował na ulicy inną kobietę. Zrzucił ją z roweru, po czym złapał za nogi i przeciągnął po asfalcie. Usiłował zdjąć jej spodenki i zgwałcić, jednak w tym czasie podjechał samochód, który spłoszył zboczeńca.

    (zdjęcie obrażeń) (zdjęcie obrażeń)

    Przesłuchiwany przyznał się do zarzucanych czynów

    – mówiła prokurator. W tym przypadku także próbował się bronić symulując chorobę psychiczną:

    Wyjaśniał, że popełnił je dlatego, by inni ludzie nie czytali mu w myślach i dlatego, by sam mógł nauczyć się to robić

    1 czerwca 2015 zapadł wyrok - według prasy 12 lat pozbawienia wolności, a według danych z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym - 10 lat. W jednym są jednak zgodni - odbyło się bez śmiesznych kar pieniężnych.

    Po ogłoszeniu wyroku do mediów dotarła informacja, że oskarżony, w maju 2014 roku usiłował zgwałcić więzienną psycholog.

    W dniu 26.05.2014 roku do gabinetu Pani psycholog funkcjonariusze służby więziennej wprowadzili Adriana B. Do jej obowiązków należało bowiem między innymi udzielanie pomocy psychologicznej osobom wykazującym trudności przystosowawcze oraz oddziaływanie psychokorekcyjne wobec osadzonych. W gabinecie pokrzywdzona pozostała tylko z podejrzanym. W/w usiadł na krześle, po czym psycholog przystąpiła z nim do rozmowy. W trakcie jej trwania osadzony wstał gwałtownie z krzesła i bez słowa ruszył w jej kierunku. Następnie z dużą siłą popchnął pokrzywdzoną przewracając ją na podłogę i chwycił za ramiona uniemożliwiając jej jakikolwiek ruch. Kobieta zaczęła głośno wzywać pomocy. Na miejsce przybiegli funkcjonariusze służby więziennej, którzy obezwładnili napastnika.

    - mówił Prokurator Okręgowy.

    Adrian B. znów chciał uniknąć odpowiedzialności symulując chorobę psychiczną. Tłumaczył, że zaatakował psycholog, bo (uwaga, uwaga!) chciał

    nauczyć się czytać w myślach

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    (link)

    Wyroku za to przestępstwo także nie jest uwzględnione w Rejestrze, a nie sądzę by uszło mu to płazem. Może to jakiś błąd lub danie nie są aktualne, nie wiem...

    Adrian Byczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Wołowie.

    • • •

    Kilka miesięcy temu, gdy pierwszy raz natrafiłam na sprawę Adriana Byczka, udało mi się znaleźć na FB profil jego, siostry i owej Kingi. Dziś już nie było to możliwe. Ciekawe ilu poszkodowanych przez jakiegoś zboczeńca z rodziny czy bliskiego otoczenia, musiało zniknąć z mediów społecznościowych po opublikowaniu danych ich oprawców w Rejestrz Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, hm.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Sprawa zabójstwa Moniki G. z Rabki, która gościła w naszym programie w lutym 1999 r., być może na zawsze pozostałaby zagadką, gdyby nie nowa inicjatywa Policji. Otóż w niektórych komendach wojewódzkich utworzono wydziały, które zajęły się analizą starych, nie wykrytych spraw. Nazwano je nieformalnie "Archiwum X". Wydziały te odnotowały już kilka spektakularnych sukcesów. Jednym z nich jest właśnie sprawa mordu, popełnionego na 18-letniej dziewczynie w dziewiątym miesiącu ciąży.

    Monikę znaleziono 21 października 1998 roku w nadrzecznych zaroślach w pobliżu klasztoru w Rabce. Nie żyła. Miała zmasakrowaną twarz i rany rąbane ręki. Dziewczyna wyszła po kryjomu z domu nocą, była więc zapewne z kimś umówiona. W tej sprawie podejrzewano nawet jej ojczyma, o którego zatrzymaniu informowaliśmy we wrześniu 1999 r. Z braku dowodów został on jednak zwolniony.

    Sprawcą tego zabójstwa okazał się narzeczony Moniki. Zabił, bo będąca z nim w ciąży dziewczyna stanęła mu na drodze nowej miłości. Pewnego wieczoru chłopak zwabił ją nad strumień i tam zmasakrował tępym narzędziem. Sąd wydał już w tej sprawie wyrok: 25 lat pozbawienia wolności.

    #kryminalistyka #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Pytanie za 100 punktów. Jak długo moze rozkładać sie ciało czlowieka (tak aby zostały tylko kosci?) w lesie? Ckekawi mnie to, bo właśnie czekam na bagiety, bo znalazłem szczątki w lesie....
    #kryminalistyka #kryminalne #pytaniedoeksperta

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ LIPIŃSKI, rocznik '84
    SŁAWOMIR LIPIŃSKI, rocznik '90
    MARCIN MAŁOCHA, rocznik '92

    Ekipka z Lublina ( ͡~ ͜ʖ ͡°) Tych dwóch to bracia, ale w akcji, którą zaraz Wam opiszę brał udział także trzeci Lipiński, najmłodszy z pato rodu, który niestety na wpis do Rejestru się nie załapał.

    Z 24 na 25 maja 2012 roku trwał koncert w ramach Feliniady - takie juwenalia na lubelskiej dzielnicy Felin. Dwóch studentów czy tam uczniów - Adrian Z. i Adam G. poznało tej nocy najmłodszego z Lipińskich, 19-letniego Rafała, który zaproponował im amfetaminę. Małolat wziął od nich pieniądze, jednak towaru nie dał, za to uciekł z kompanami - 20-letnim Marcinem M. oraz swoimi braćmi 28-letnim Mariuszem i 22-letnim Sławkiem. Zbieg okoliczności sprawił, że po jakimś czasie wszyscy wpadli na siebie na koncercie, a okradzeni upomnieli się o swoją kasę, co strasznie rozwścieczyło złodziejską patole. Najpierw pobili Adriana, kradnąc mu czapkę, bluzę i telefon, a gdy udało mu się uciec, Rafał L. pobiegł za nim, a pozostali swoją agresję skierowali na drugiego z chłopaków. Podobno prym wiódł najstarszy Lipiński (który btw dwa miesiące wcześniej wyszedł z więzienia) - kazał ofierze klęknąć i zadowolić się oralnie. Pozostali trzymali go za ręce i bili.

    Mario dawaj, wsadź mu!

    - krzyczeli Sławomir L. i Marcin M. Mariusz L. zaś wtykał ofierze członka w usta, bijąc go po głowie i kopiąc.

    Musisz zrobić mi dobrze, bo cię zaj...bię!

    - syczał. A gdy chłopak opierał się, Mariusz wpadł w szał.

    Nie chcesz, to ja zrobię dobrze tobie!

    Razem z kolegami zdjął mu spodnie i zgwałcił szyjką od butelki po piwie.

    Chcąc kompletnie upodlić swoją ofiarę, dwaj bracia Lipińscy oddali na niego mocz.

    Sprawcy wpadli po niespełna dwóch tygodniach i trafili do aresztu. Marcin M. i Rafał L. przyznali się tylko do pobicia, dwaj pozostali twierdzili, że są niewinni. (link)

    Prokuratura Rejonowa w Lublinie oskarżyła wszystkich czterech o rozbój, a trzech z nich (oprócz Rafała L.) o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. (link) Dodatkowo Mariusz L. był wcześniej karany, więc odpowiadał jak recydywista.

    Proces ruszył w styczniu 2013 i ze względu na ochronę prywatności poszkodowanych toczył się za zamkniętymi drzwiami. (zdjęcie) Podobno na pierwszej rozprawie działy się niezłe dramy - przed salą sądową czekały karynki, jedna nawet przyszła z kilkuletnim dzieckiem, które próbowała pokazać przez uchylone drzwi.

    W lipcu 2013 zapadł wyrok - Mariusz L. 9 lat pozbawienia wolności, Sławomir L. 5, a Marcin M. 3. Każdy z nich ma także obowiązek zapłaty kary pieniężnej po tysiąc złotych dla każdego z pokrzywdzonych i po 3 tysiące dla zgwałconego chłopaka.
    Rafał L., który jako jedyny nie odpowiadał za gwałt ze szczególnym okrucieństwem, dostał karę 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Objęty został także dozorem kuratora, ma zakaz nadużywania alkoholu i przyjmowania środków odurzających. (link)

    Aktualnie starsi bracia Lipińscy przebywają wciąż za kratkami - starszy w Chełmie, młodszy w Hrubieszowie. Jeżeli dobrze liczę to młodszy (Sławomir) powinien niedługo wyjść.

    Marcin M. jest już na wolności, najprawdopodobniej przebywa w Lublinie i gra w gałę ( ͡° ͜ʖ ͡°) (link)

    Co u najmłodszej latorośli Lipińskich nie mam pojęcia.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: nnnnn.jpg

  •  

    Jak myślisz, co się dzieje z twoim ciałem po śmierci?

    Prawdopodobnie masz mgliste pojęcie lub nie do końca realistyczną koncepcję zmian, przez które twoje ciało zacznie przechodzić, kiedy przyjdzie po ciebie śmierć.

    Nie jesteś sam. Większość ludzi nie zna makabrycznego procesu ludzkiej śmierci i rozkładu. Dokładamy wszelkich starań, aby śmierć i jej następstwa pozostały poza zasięgiem naszego wzroku i umysłu.

    Tylko w Stanach Zjednoczonych około 70% ludzi umiera obecnie w szpitalach, domach opieki lub ośrodkach opieki długoterminowej, zamiast w domach. A kiedy już umrzemy, nasze ciała są konserwowane i pokrywane makijażem, jeśli w ogóle mają być oglądanie, a następnie zwykle skremowane lub pochowane w trumnie głęboko pod ziemią.

    Teraz, nawet wraz z rytualną praktyką ukrywania śmierci, ludzkie ciało wciąż poddaje się procesowi rozkładu, po prostu jest on opóźniony na krótki czas. I tak bardzo, jak staramy się utrzymać tę dekompozycję z dala od nas i naszego umysłu, jest grupa naukowców, którzy badają ją uważnie i blisko siebie.

    Analitycy sądowi i antropologowie starają się lepiej zrozumieć, w jaki sposób ludzkie ciało rozpada się po śmierci, aby mogli wykorzystać te informacje, by pomóc w rozwiązywaniu zabójstw, a nawet w dochodzeniach w sprawie ludobójstwa - w każdej sytuacji, w której szukamy informacji na temat tego, jak, kiedy i gdzie zmarła dana osoba.

    Jednak nawet dla tych naukowców, którzy poświęcają swoje życie temu rodzajowi pracy, niektóre aspekty ludzkiej dekompozycji pozostają tajemnicą. Aby pomóc naukowcom w odkrywaniu tych tajemnic, w ciągu ostatnich dziesięcioleci pojawiły się nowe rodzaje obiektów badawczych: trupie farmy.

    Przed pojawieniem się trupich farm, we wczesnych latach siedemdziesiątych naukowcy zajmujący się medycyną sądową konsultujący się w sprawach karnych, musieli polegać na badaniach przeprowadzonych głównie na tuszach świń (fizjologicznie podobnych do ludzi w porównaniu do innych zwierząt). Nawet teraz wiele krajów, poza Stanami Zjednoczonymi, nadal wykorzystuje tuszki wieprzowe do takich badań.

    Ale w 1972 roku, jeden człowiek - dr William Bass, radykalnie zmienił dziedzinę kryminalistyki, kiedy założył pierwszą trupią farmę na University of Tennessee w Knoxville.

    Bass wpadł na pomysł trupich farm w czasie, gdy został poproszony o konsultację w lokalnej sprawie. Policja zauważyła, że niedawny grób pułkownika Williama Shy'ego z czasów wojny secesyjnej był ostatnio naruszony, a trup w jego wnętrzu wyglądał zaskakująco świeżo. Podejrzewali, że ktoś niedawno został zamordowany, a następnie umieszczony w tym starym grobie, aby ukryć zbrodnię.

    Bass zauważył, że ciało wciąż było różowe i poinformował policję, że rzeczywiście wydaje mu się, że zwłoki z czasów wojny, zostały podmienione na nowe ciało, które miało mniej niż rok.

    Jednak, mylił się. Dalsza analiza zębów i ubrań zmarłego wykazała, że rzeczywiście był to William Shy, a jego ciało zostało zachowane dzięki balsamowaniu i szczelnie zamkniętej żelaznej trumnie.

    Biorąc pod uwagę, że Bass przestrzelił o ponad 100 lat, zdał sobie sprawę, że potrzeba więcej badań na temat rozkładu człowieka. Trupie farmy stały się odpowiedzią.
    Pierwsza trupia farma zaczęła działać na działce o powierzchni 1,3 akra na terenie uniwersyteckim, gdzie badacze pozostawiali ludzkie ciała na otwartej przestrzeni w celu rozpadu w różnych warunkach, aby wyniki można było obserwować i śledzić na bieżąco.

    Od tego czasu w innych częściach Stanów Zjednoczonych otwarto około pół tuzina podobnych gospodarstw, w tym jedno na Western Carolina University, drugie na Southern Illinois University i największe na świecie na Freeman Ranch w Texas State University.

    Na wielu różnych trupich farmach w Ameryce z biegiem lat, tysiące zwłok uległy rozkładowi pod czujnym okiem badaczy. Na samym uniwersytecie w Tennessee było ich ponad 1800 z przekazanymi w ramach darowizny 1700 szkieletów i 4000 osób, które zapisały się, by oddać swoje ciała po śmierci.

    A co dzieje się z tymi wszystkimi ciałami po przybyciu na farmy?

    Procedury mogą się nieco różnić, ale np. w stanie Teksas, proces przebiega w następujący sposób: po pierwsze, naukowcy wykonują pomiary i fotografie, a także pobierają próbki włosów i krwi. Następnie przyporządkowują ciału numer identyfikacyjny, wynoszą na dwór i umieszczają na ziemi, co najmniej kilka metrów od innych pobliskich ciał (w tym samym czasie znajduje się ich około 50 sztuk).

    Nie jest to tak proste, na jakie wygląda. Naukowcy układają ciało (zazwyczaj nago, ale nie zawsze) w określonym miejscu, zgodnie z rodzajem badań, które starają się wykonać. Czasami ciała pozostają w otwartym słońcu, innym razem w cieniu lub w wysokiej trawie, itp. Naukowcy czasami umieszczają ciała pod klatkami, aby uniemożliwić zwierzętom żer, takim jak sępy, które się zlatują, gdy nie ma innych ludzi. Ciała mogą również zostać ułożone bez klatki, aby personel mógł obserwować działanie zwierząt.

    Co więcej, badacze mogą umieszczać ciała w określonych miejscach, w których policja może znaleźć ciało w przypadku zabójstwa. Na przykład zwłoki mogą być pozostawione w zbiornikach wodnych, przywiązane do drzew lub nawet umieszczone w bagażnikach samochodowych.

    W międzyczasie stacja pogodowa monitoruje wszystkie istotne czynniki, w tym temperaturę, wilgotność, itd., podczas gdy naukowcy ściśle monitorują rozkład.

    Najważniejszym pytaniem - tym, które napędzało stworzenie wszystkich trupich farm, jest: co dzieje się z ludzkim ciałem, gdy się rozkłada? Odpowiedzi mogą się różnić w zależności od konkretnych czynników (temperatura, flora i fauna, itp.), które naukowcy biorą pod uwagę, ale podstawowy proces jest spójny.

    Kiedy człowiek umiera, najpierw płyn w jego komórkach wycieka, a bakterie natychmiast zaczynają ucztować. Bakterie następnie przekształcają płyny i ciała stałe wewnątrz ciała w gazy, które powodują wzdęcia ciała. Na tym etapie, osiągniętym w ciągu kilku dni po śmierci, ciało może nabrzmiewać do prawie dwukrotnie większego od stanu początkowego. W międzyczasie, bakteryjna produkcja siarki nadaje również ciału dziwny, żółtawy kolor, będący częścią procesu zwanego "marmurkowatością". Właśnie wtedy przybywają muchy i składają jaja, które wylęgają się i larwy zaczynają pochłaniać mięso. Robaki zaczynają od twarzy, co może prowadzić do zasuszonej, poczerniałej czaszki z rzeźbionymi, otwartymi rysami połączonymi z wciąż spuchniętym ciałem. Następnie, około trzech dni po śmierci, ciało wchodzi w fazę oczyszczania. Gdy ciało kurczy się, wyciekają z niego ciecze tak bogate w azot, że mogą zabić otaczającą trawę i pozostawić czarny obszar. Później robaki i bakterie pochłoną całe ciało w ciągu kilku tygodni. Proces ten pozostawia zwłoki, które wysychają do tego stopnia, że w sześć miesięcy po śmierci wszystko, co pozostaje, to kości, chrząstki i skóra, którą można pomylić z brudną odzieżą.

    Przed powstaniem trupich farm, naukowcy nie mieli okazji obserwować i monitorować opisanego powyżej rodzaju rozkładu ludzkiego w taki sposób, w jaki mogą teraz. Poza tym, że pomagają naukowcom w określeniu szczegółów opisanego powyżej procesu rozkładu, farmy umożliwiły naukowcom poznanie wielu rzeczy, które są zarówno fascynujące, jak i użyteczne w dochodzeniach policyjnych.

    Na przykład naukowcy opracowali lepsze szacunki czasu zgonu na podstawie gazów emitowanych z ciała, które z czasem uwalniają się w określonym modelu. Ponadto naukowcy mogą teraz lepiej określić warunki środowiskowe, które towarzyszą czyjejś śmierci i czy osoba na przykład miała na sobie ubrania. Widzieli, jak ciała ubrane i nieumyte rozkładają się w różnych warunkach środowiskowych i wiedzą, co dzieje się z ciałem w każdym przypadku.

    Przełomy dokonane na farmach mogą nawet pomóc władzom odnaleźć zaginione ciała. Naukowcy zajmujący się hodowlą organizmów znaleźli określone rodzaje substancji chemicznych, które gromadzą się wokół martwych ciał ludzkich, a jeśli te substancje znajdują się w danym miejscu, być może uda się znaleźć i ciało.

    Co więcej, badacze wykorzystali farmy, aby zrozumieć rodzaj łańcucha pokarmowego, zwanego martwiczym, który wchodzi w grę, gdy organizm ludzki ulega rozkładowi. Na przykład bakterie, które żywią się ciałem, mogą przyciągać pewne owady, które stają się ofiarą myszy, które stają się ofiarą, na przykład węży, itd.

    I choć ludzie umierają i rozkładają się przez tysiące lat od tysięcy lat, to dopiero w ostatnich kilku dekadach skonstruowaliśmy trupie farmy, które pozwoliły nam dokonać istotnych odkryć naukowych, takich jak te.

    W Polsce, niestety, nie ma takich miejsc i póki co, nie planuje się ich stworzyć.

    #julacontent #ciekawostki #medycyna #medycynasadowa #smierc #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: assets.rebelcircus.com 18+

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ANNA ŚCIBURA, rocznik '88

    Jedna z niewielu kobiet w Rejestrze i następny smutny przykład tego jak zmarnować sobie całe życie w młodym wieku.

    Laska jest z moich rodzinnych stron, pamiętam ją nawet ze szkolnego autobusu - filigranowa brunetka, całkiem ładna jak na wiejską karynkę. Nie wiem jaką wtedy była osobą, ale jej permanentny bicz fejs mógł już coś niepokojącego zwiastować.

    W sierpniu 2009 roku Anna (miała wtedy niecałe 21 lat) z Andrzejem W. (wtedy 33 latek) i według prasy 17to letnią Pauliną P, a według wiejskich plotek 15to letnią Magdą (・へ・) od rana doili alko i jeździli autem po okolicznych wsiach. Zajechali do zagajnika koło domu sąsiada Anny, Bogdana B. (48 l.), z którym najpierw rozmawiali i pili wódkę, a potem doszło do kłótni. Według Anny, Bogdan zaczął je bezczelnie podrywać i zbytnio się spoufalać, co rozwścieczyło dziewczyny - razem z Pauliną P. (czy tam Magdą) zaczęły go bić i kopać. Skakały na niego z maski samochodu łamiąc żebra, obojczyk i nos. Jak wynika z akt śledztwa Andrzej W. i Paulino-Magda przytrzymali ofiarę, a Anna Ś. zdjęła mu spodnie i bieliznę, i stanęła nad nim z drewnianym kołkiem w ręku. Zamachnęła się, z całych sił wbiła kij w odbyt ofiary i złamała. Pięciocentymetrowy kawałek drewna został w jamie brzusznej Bogdana B. i rozerwał mu wnętrzności. Mężczyzna z bólu zemdlał, a ekipka pijanych oprawców próbowała przysypać go ziemią czy tam przykryć gałęziami, aż w końcu zrezygnowali i uciekli. Zalanego krwią Bogdana B. znaleźli okoliczni mieszkańcy. Trafił do szpitala w Lublinie (link do rozmowy z nim) i przeszedł kilka ciężkich operacji, ale niestety po dwóch miesiącach cierpień zmarł.

    Anna i Andrzej usłyszeli zarzut zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. Nieletnia Paulina/Magda odpowiadała przed sądem dla nieletnich. (link)

    W listopadzie 2010 roku zapadł wyrok - po 12 lat pozbawienia wolności i 8 tys. zł zadośćuczynienia rodzinie zamordowanego. Anna odsiaduje swój w Zakładzie Karnym numer 1 w Grudziądzu, Andrzej w Opolu Lubelskim i najprawdopodobniej wyjdą już za 3 lata. (link)

    Co z tą Pauliną czy jak jej tam było - nie wiem. Odpowiadała przed sądem dla nieletnich, podobno zamknęli ją w jakimś ośrodku.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #lublin #motycz #patologiazewsi #patologiazmiasta #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    62 lata temu…

    30 sierpnia 1956 roku w Krakowie skazał na karę śmierci Władysława Mazurkiewicza, pierwszego seryjnego mordercę w powojennej Polsce. Ówcześni dziennikarze nazwali go „Eleganckim mordercą”, jednak milicjanci woleli mówić o nim „Upiór krakowski”.

    Mazurkiewicz był człowiekiem niezwykle bogatym i powszechnie szanowanym. Jeździł luksusowym samochodem i pachniał drogimi, zachodnimi perfumami. Zabawny, przystojny, dobrze wychowany i zawsze elegancki, wzbudzał podziw wśród mężczyzn i zachwyt kobiet. Nikt nie domyślał się, że przez 15 lat „dorabiał” sobie jako seryjny morderca. Nie zabijał, aby wyładować swoje frustracje. Nie chodziło mu o zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb. Był na to wszystko zbyt dumny. On po prostu zabijał dla zysku.

    Już w czasie wojny, dzięki dobrym układom z gestapo, czuł się bezkarny. Pierwszej zbrodni dokonał w roku 1940. Swoje ofiary truł cyjankiem potasu. Truciznę podawał w herbacie lub w kanapkach z szynką. Po zabójstwie zabierał pieniądze i biżuterię, a ciała topił w Wiśle. Wyjątek zrobił tylko dla swoich dwóch sąsiadek, których ciała zamurował w podłodze swojego garażu.

    Wkrótce Mazurkiewicz zamienił truciznę na pistolet. Swoim ofiarą strzelał w głowę. Uważał, że tak było prościej i szybciej. We wrześniu 1955 roku popełnił jednak błąd, który zaprowadził go na szubienicę. Podczas podróży samochodem z Zakopanego do Warszawy, jego współpasażer zasnął. Mazurkiewicz postanowił to wykorzystać. Zatrzymał się i strzelił do niego.

    Kula utkwiła w czaszce ofiary, ta jednak nieświadoma niczego nadal żyła. Wystraszony hukiem wystrzału biznesmen uciekł. Po kilku dniach zgłosił się do lekarza z bólem głowy. Podczas badania znaleziono w jego głowie kulę, a oskarżenia padły na Mazurkiewicza.

    W toku śledztwa odkryto, czym naprawdę zajmował się szanowany dżentelmen, który latem 1956 roku stanął przed sądem. Najpierw Mazurkiewicz nie przyznał się do winy, jednak po przedstawieniu niepodważalnych dowodów zmienił nastawienie. Od tego momentu z dumą opowiadał o swoich morderstwach. Przyznał się do zabójstwa 30 osób, w większości kobiet.

    Udowodniono mu jedynie 6 zabójstw. To jednak wystarczyło, aby skazać go na śmierć. W sądzie podczas procesu Mazurkiewicz zachowywał się dostojnie. Był dumny ze swoich czynów, uśmiechnięty, grzeczny i elegancki. Taki sam też podszedł do szubienicy, pod koniec stycznia 1957 roku.

    Historia pierwszego polskiego seryjnego mordercy ma swoje barwne zakończenie. Zapytany o ostatnie słowo, „Elegancki morderca” uśmiechnął się i ukłonił wszystkim, po czym powiedział:

    „Do widzenia panowie! Niedługo spotkamy się tam wszyscy!”

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #seryjnimordercy #polska #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kryminalne #kryminalistyka #kalendarium #historiajednejfotografii
    pokaż całość

  •  

    jeden prokurator opowiadał kiedyś o historii dojrzałego pana, którego miała porzucić młoda kochanka. Pan przygotował zemstę, w ten sposób, że przywiązał kobietę do kaloryfera i malował jej ciało kwasem przy pomocy pędzelka. Następnie uciekł do Australii, gdzie żyje do tej pory. Ktoś ma temat tej sprawy więcej do powiedzenia? Dziadek podobno nie moze byc ekstradowany, bo ma obywatelstwo australijskie i jezdzi na wozku. #kryminalne #kryminalistyka pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #kryminalistyka

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:1

Archiwum tagów