•  

    Viktor Kalivoda, czyli policjant, uczestnik milionerów i zwyrodniały „Leśny zabójca” w jednym.

    Niepozorny, ciemnowłosy mężczyzna urodził się 11 września 1977 roku w miasteczku Slany na zachód od Pragi w ówcześnej Czechosłowacji. Jako dziecko i nastolatek był zamkniętym w sobie, małomównym dziwakiem. Rówieśnicy wspominali go jako zresztą podobnie - jako cichego samotnika.

    Gdy Kalivoda ukończył szkole średnia zdecydował się pójść na informatykę w Pradze. Nie poszło. Spróbował z pedagogiką. Ponowna porażka. Rzucił studia i postanowił zaciągnąć się do czeskiej policji. Na początku szlo dobrze, po niespełna roku jednak ponownie poczuł, że to nie jego powołanie i odszedł ze służby.

    W 2004 roku zgłosił się do czeskiej edycji Milionerów. Udało się. Nie tylko zakwalifikował się do programu, ale i najszybciej odpowiedział na pytanie pozwalające mu zagrać o większe pieniądze. Nie udało mu się zajść wyjątkowo daleko, ale nie poszło źle- zgarnął 320 tysięcy koron, czyli ok. 50 tysięcy złotych. Widzowie nie wiedzieli jeszcze, że usłyszą o tej epizodycznej postaci z telewizyjnego show nie raz, a nawet nie dwa.

    Półtora roku później Kalivoda zamordował małżeństwo starszych ludzi w Nedvedicach na Morawach z pistoletu Glock 34. Trzy dni pózniej, 16 października 2005, w okolicy swojego rodzinnego miasta zabił jeszcze jedna osobę - zastrzelił mężczyznę na spacerze z psem.

    Policja szybko rozpoczęła poszukiwania zabójcy i przesłuchania świadków. Mężczyzna nie był długo na wolności. Już cztery dni pózniej, 20 października 2005 lokalna policja zatrzymała go na podstawie zeznań naocznych świadków obu zabójstw.

    Podczas przesłuchania mężczyzna nie podał motywów swoich zbrodni. Pochwalił się za to, że planował jeszcze inne - chciał m.in. strzelać do przypadkowych przechodniów w praskim metrze. Kilka razy jechał nawet jedną, z linii metra z ukryta pod płaszczem bronią. Nie wziął się jednak na odwagę.

    Viktor Kalivoda czekał na proces do wiosny przyszłego roku. Ostatecznie, 27 czerwca 2006 roku Sąd Rejonowy w Pradze skazał go na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Mężczyzna nie wyraził skruchy i bez emocji reagował na ogłaszanie werdyktu sądu.

    Morderca został przewieziony do potem do zakładu karnego w Valdicach w północnych Czechach, gdzie spędził kolejne 4 lata życia. 26 września 2010 roku Kalivoda popełnił samobójstwo w więziennej celi - podciął sobie żyły. Wcześniej podczas zeznań miał przyznać, że w życiu wielokrotnie myślał o samobójstwie. Jego historia do dziś mrozi wielu Czechów, a jego sprawa wywołała medialną wrzawę. Nazwano go „Leśnym zabójcą” i prędko przytoczono migawki z jego uczestnictwa w popularnym teleturnieju. Wtedy nikt się nie spodziewał, jak skończy skromny Viktor ze Slan.

    #historiajednejfotografii #historia #fotohistoria #gruparatowaniapoziomu #milionerzy #kryminalistyka #fotografia #czechy
    pokaż całość

    źródło: x3.wykop.pl

  •  
    Soul0Eater

    +1727

    CZY BÓG WYBACZY SIOSTRZE BERNADETCIE

    Uwaga, długie i mocne. Jak jestes wrazliwy to lepiej odpusc czytanie

    Wieczorem 6 lutego 2006 roku Barbara Domaradzka z Rybnika zadzwoniła na policję. Jej syn Mateusz wyszedł poślizgać się na górce zwanej „Depta” i nie wrócił. Rozpoczęto poszukiwania. Policja użyła psów tropiących. Rozesłano komunikaty: 8 lat, 120 cm wzrostu, szczupły, włosy ciemny blond. Sprawdzono wszystkie miejsca, do których chłopiec mógł pójść. Ale nie znaleziono go.

    Policjanci zaczęli obserwować szkołę, do której chodził. Kręcili się koło niej dwaj mężczyźni: 22 letni- Łukasz i jego kuzyn, 25-letni Tomasz. Ustalono, że mogą mieć związek z zaginięciem Mateusza. Uczniowie mówili, że mężczyźni pili alkohol, dawali dzieciom słodycze, zachęcali do wspólnej gry w piłkę. Próbowali też dotykać chłopców i sami się przed nimi obnażali.

    Gdy policja zatrzymała Tomasza, okazało się, że od lat utrzymywał kontakty seksualne z Łukaszem. Początkowo je wymuszał, później Łukasz sam zaczął je inicjować, a także interesował się kontaktami seksualnymi z dziećmi.

    Tomasz przyznał, że znał zaginionego Mateusza. Opowiadał nawet, że chłopiec był bardzo piękny i że się w nim zakochał.

    Obaj mężczyźni zostali oskarżeni o zabójstwo. Sprawa – prowadziła ją gliwicka prokurator Joanna Smorczewska – miała charakter poszlakowy, bo nie było świadków zdarzenia ani ciała. Przeprowadzono więc eksperymenty procesowe. 6 marca 2006 r. policjanci przywożą kukłę odpowiadającą wyglądowi Mateusza. Tomasz opowiada, jak zaprosili chłopca na wspólne ślizganie się. Doszli na górkę. Rozebrali go. „Mieliśmy go tylko przeleciec. Ale mały zaczął się wyrywać. Krzyczał, że o wszystkim powie mamie” – zdradza Tomasz. Zaczęli go bić. W pewnej chwili chłopiec zemdlał. Mężczyźni przykryli go gałęzią. I poszli do sklepu „Balbina”. Wypili wino i dwa piwa. W Rybniku temperatura tej doby wahała się od – 8 do -22,4 stopni C.

    Podczas kolejnego eksperymentu w rybnickim lesie, mężczyźni opowiadają jak po wypiciu wina i piw wzięli z domu łopatę „sztychówkę” i wrócili po ciało chłopca. W obecności kamery pokazują, jak nieśli go aż do mostu kolejowego. Tam Łukasz został na czatach, a Tomasz sam poszedł zakopać ciało. Podczas eksperymentu Tomasz ma napady duszności, przyspieszone tętno. Opowiada jak patrzył na twarz leżącego w dole Mateusza i nie potrafił nasypać na nią ziemi. Wziął kawek ubrania, rzucił na chłopca i dopiero zaczął przysypywać ciało.

    Tomasz i Łukasz przed sądem odwołali wcześniejsze zeznania, mimo to w 2008 roku zostali skazani na 25 lat więzienia za zabójstwo. Sąd uznał, że ich wypowiedzi były tak bardzo zbieżne, że nie mogli ich uzgodnić przebywając w osobnych celach.

    Obszar wskazany przez mężczyzn jako teren pochowania Mateusza, jest zbyt rozległy, by można go przekopać. Ciała chłopca do tej pory nie odnaleziono,

    Ławeczka

    Jeszcze w trakcie procesu o zabójstwo Mateusza, do prokuratury okręgowej w Gliwicach przyszedł list od kolegi z celi Tomasza. Więzień donosił, że Tomasz przyznał się do zabójstwa, a także do gwałtów na dzieciach w Ośrodku Wychowawczym Sióstr Boromeuszek w Zabrzu, w którym mieszkał do osiemnastego roku życia. Jedynym powodem wysłania listu jest to, że sam mam dziecko, pisał autor.

    Na wniosek prokuratury w Gliwicach kolejny eksperyment odbył się w Ośrodku Sióstr Boromeuszek. Funkcjonariusze z dwudziestoletnim stażem pracy mówili potem, że czuli się w ośrodku nieswojo. Po kątach snuły się szare dzieci, wyglądały jak mali dorośli. W domu brakowało hałasu, radości. W pokojach nie było półek, jedynie łóżka przykryte kapą i taborety. W oknach kraty. Wszystko wspólne, nawet szafa z bielizną. Na pytania policjantów dlaczego dzieci nie mają szczoteczek do zębów w oddzielnych kubkach, siostry powiedziały, że dzieci wiedzą, która jest czyja. Ale skąd wiedzą, skoro wszystkie szczoteczki są niebieskie?

    Przed pokojem siostry dyrektor czekała na ławeczce trójka dzieci ze spuszczonymi głowami. Policjanci próbują z nimi porozmawiać, ale dzieci są przerażone. Z pokoju wychodzi siostra Bernadetta. Jeden z funkcjonariuszy opowiadał potem: „Tomasz spojrzał na nią i jakby diabła zobaczył. Jego strach był dziwny, bo siostra była spokojna, delikatna. Bardzo blada, szczupła, około 50 lat, roztaczała pewien czar osoby, która wie co robi”.

    Policjanci oraz prokurator poszli z siostrą do jadalni. Dzieci jadły w ciszy. Tomasz wskazał czworo z nich jako swoje ofiary. Wskazani chłopcy byli bardzo podobni do Mateusza.

    2 lata i 34

    Prokuratura Okręgowa w Gliwicach w 2007 roku rozpoczyna kolejną sprawę, tym razem przeciwko dyrektor Ośrodka Sióstr Boromeuszek Agnieszce F., czyli siostrze Bernadetcie oraz wychowawczyni w grupie chłopców Bogumile Ł., siostrze Franciszce.

    Tomasz opowiedział biegłemu psychologowi, jak w sierocińcu gwałcili go starsi wychowankowie. Nie miał wówczas nawet pięciu lat. Pamiętał, że to „było coś strasznego”. Nie pamiętał, kiedy sam zaczął dotykać innych chłopców.

    Z zeznań wychowanków ośrodka wynikało, że Tomasz wykorzystywał dzieci przez wiele lat. Miał ksywkę „Pantera”, bo skradał się w nocy do łóżek. Wszyscy wychowankowie o tym wiedzieli i twierdzili, że o zachowaniu Tomasza wiedziały także siostry.

    W roku 2007 w ośrodku mieszkało około 60 dzieci, dziewczynek i chłopców w wieku od dwóch do osiemnastu lat.

    Siostry nie starały się o ograniczenie władzy rodzicielskiej rodzicom i znalezienie dzieciom nowej rodziny lub chociaż rodziny zastępczej. Skutek był taki, że po kilkunastoletnim pobycie w ośrodku były odsyłane do tego samego środowiska, z którego przyszły. Nie miały innego.

    Siostry przyznały przed sądem, że niektórzy wychowankowie zostawali w ośrodku dłużej, bo nie mieli w ogóle dokąd wracać. Najstarszy miał 34 lata.

    Do gwałtów dochodziło w grupach chłopców.

    Dzieci opowiadały, że młodsi zamykani są na noc na klucz w pokoju z dwudziestoletnimi mężczyznami. Jedne twierdziły, że to kara za moczenie się do łóżka, inni mówili, że siostra nie tłumaczy, dlaczego muszą spać w danym pokoju. Jeśli dzieci zgłaszały siostrze Bernadetcie, że są dotykane, nie reagowała, nazywała jedynie molestujących zboczeńcami i pedałami, albo karała biciem po twarzy.

    Dzieci mówiły, że siostry biły je prawie codziennie, często do krwi. Nazywały „zboczeńcami, małymi gnojkami, debilami, ułomkami”.

    W ośrodku pracowało osiem sióstr, nie było psychologa. Pozostałe siostry podporządkowały się systemowi kar dyrektorki. Dziewczynkom za karę wkładały mydło do ust, wiązały do słupa lub kaloryfera, myły w zimnej wodzie. „Koleżanka przybiegła do mnie – zeznawał jeden z wychowanków. – Miała opuchnięte ręce, siniaki, płakała. Okazało się, że siostra przykuła ją do kaloryfera i zostawiła”.

    „Pamiętam jak dziewczyny zostały przyłapane na paleniu papierosów – mówiła podczas procesu jedna z sióstr. – Siostra Bernadetta mówiła, że są niemoralne, głupie i stoczą się jak rodzice, bo mają to w genach. Wszyscy milczeliśmy. Siostra dyrektor traktowała nas, nie tylko dzieci, z dużym dystansem, oschle. Jej obowiązki powodowały frustracje i agresywne odzwierciedlanie problemów. Zawsze starała się narzucać swoją wolę, nie można się było jej sprzeciwić”.

    Funkcjonariusze przypomnieli sobie w sądzie troje przerażonych dzieci, które siedziały na ławeczce przed pokojem siostry Bernadetty. Okazało się, że czekały na wymierzenie kary. Dzieci dostawały klapsy na gołą pupę za nierówny szlaczek w zeszycie, urwanie guzika, zgubienie skarpetki. Wychowankowie uważali kary za normalne. Zwłaszcza, jeśli do ośrodka trafili jako dwuletnie dzieci bite i maltretowane w domu.

    Prokuratura ustala, że takie zachowanie sióstr miało miejsce już od lat 70.

    Patologia

    Jak podaje strona parafii św. Andrzeja: działalność Sióstr św. Karola Boromeusza w Zabrzu trwa od 1887 r. Siostry opiekowały się chorymi i biednymi z całego miasta, prowadziły przedszkole oraz kursy robót ręcznych dla dziewcząt. W 1893 r. budynek został przeznaczony na „Dom Dziecka” i ta działalność trwa do dziś.

    Rafał, wychowanek sióstr w latach 1974-1991 roku, tak opisuje teraz lata w ośrodku: „Do dziś mam ślad na głowie, od tego jak siostra Monika uderzyła mnie menażką, bo śmialiśmy się podczas obiadu. Miałem 10 lat. Na jadalni musieliśmy być tak cicho, żeby muchy było słychać. Siostra uderzyła nas wszystkich, ale ja zemdlałem i podobno było dużo krwi. Zawiozły mnie do szpitala. Tłumaczyły, że przewróciłem się na rowerze. Lekarz mówił, że to niemożliwe, bo rana jest zbyt głęboka, ale sprawy nie zgłosił. Inne siostry też biły. Wieszkami, menażkami, chochlami do zupy, pasem, trzepaczkami, kluczami, krzesłami. Najgorzej pobiły Adama, bo miał problemy z mową. Biły go prętami po szyi aż pojawiła się krew. Później kazały mówić dzieciom, że się przeziębił i dlatego nie ma go w szkole przez tyle tygodni.

    Siostra Bernadetta była w ośrodku od 1978 roku, w 1994 została dyrektorem. Byłem zdziwiony jak później się zachowywała, bo wcześniej była spokojna i sama bała się siostry dyrektor Scholastyki. Myślę, że od niej przejęła ten system kar. W ośrodku ceniono rygor i dyscyplinę. Jeśli któraś z wychowawczyń była dla dzieci ciepła, przytulała je lub wykazywała większą troskę, była z ośrodka usuwana.

    Nauczycielka muzyki ze szkoły powiedziała, że ja i mój kolega mamy talent. Poprosiła siostry, bym poszedł do szkoły muzycznej. Lubiłem chodzić do szkoły: grałem na waltorni, fortepianie, miałem kolegów. Siostry zgodziły się nawet, abym śpiewał w chórze, ale później mi zabroniły. Nigdy nie wyjaśniały dlaczego.

    Nie narzekam, bo jako jedyny mogłem się rozwijać. Jak dzieci miały zdolności plastyczne, siostry zabraniały im malować. Za wyrwanie kartki w zeszycie były bite, nawet jeśli chciały zapisać swoje myśli. Gorsze od bicia było absolutne posłuszeństwo i brak prywatności. Jak dostałem zegarek od chrzestnej na komunię, to siostry go zabrały i zwróciły po kilku latach.

    Najbardziej nie lubiłem weekendów i świąt. Na święta dostawaliśmy dary z zagranicy. Widzieliśmy te owoce, ale siostry kazały czekać aż ksiądz poświęci, wiec gniły.

    Myliśmy się wszyscy razem. W jednej wannie. Ściągałem majtki, wkładałem takie do kąpieli, na chwilę wchodziłem do wanny, a po mnie te same majtki ubierał inny chłopak i wchodził do tej samej wody. Jak się zagapił, to siostry lały lodowatą wodą. Wycierały nas tym samym ręcznikiem, zmieniały dopiero, gdy woda się z niego lała.

    Budziły nas o 5:30 rano na modlitwę, później śniadanie, szkoła, obiad, odrabianie lekcji. Od 18:00 nie mogliśmy nic pić, jak ktoś był spragniony to próbował z kranu w łazience się napić pod nieuwagę sióstr. Budziły nas o 23:00 i rozkazywały się wysikać, nawet jak nie chciałeś. Najbardziej karane było nasikanie do łóżka. A tam były dzieci z rozbitych rodzin, które dużo przeżyły i często miały kłopoty z moczeniem się.

    Najbardziej jest mi przykro, że siostry kazały mi iść do zawodówki na ślusarza. Nie można było pójść do liceum. Wszystkim wybierały zawód. Mówiły, że jesteśmy upośledzeni. Teraz studiuję pedagogikę. Staram się zrozumieć ich zachowanie i to, dlaczego nikt nie reagował – nauczyciele, lekarze, kuratorium. Przecież dzieci chodziły do szkoły z siniakami, a jak nauczyciel zgłaszał siostrom, że chłopiec był pobity, to tygodniami nie wysyłały go do szkoły.

    To, że ośrodek prowadzony był przez zakonnice uśpiło czujność ludzi. Gdyby nauczycielka wyobraziła sobie, że to jej dziecko jest bite i poniżane, od razu rozpętałaby burzę. Ale dorośli nie myśleli o nas „dzieci” tylko „patologia”.”

    Nie myślę, aby siostra Bernadetta była bardzo religijna. Zresztą my lubiliśmy modlitwy, ale nie było ich dużo.

    Ceniony pedagog

    W trakcie sprawy prokurator Joanna Smorczewska złożyła wniosek do Kongregacji Sióstr Miłosierdzia o odwołanie siostry Bernadetty ze stanowiska dyrektora ośrodka. Na tej podstawie Kongregacja powołała nową dyrektor. Siostra Bernadetta została przeniesiona do Seminarium Duchownego w Opolu.

    Zaledwie kilka lat wcześniej, w 2003 roku siostra Bernadetta otrzymała zabrzańską nagrodę św. Kamila. „Kocham dzieci, serce mi pęka, kiedy widzę, że są opuszczone i smutne, wiem, ile dla nich znaczy uśmiech i ciepłe słowo” – mówiła w wywiadzie dla lokalnej gazety. Z artykułów w zabrzańskiej prasie wynikało, że siostra była cenionym pedagogiem, który poświecił życia dla dobra wychowanków.

    – Do czasu ujawnienia sprawy, z placówki, a także ze szkół, do których chodzą jej podopieczni, nie płynęły niepokojące sygnały, a Agnieszka F. zwana siostrą Bernadettą została nawet wyróżniona przez lokalną społeczność – zapewniał w trakcie procesu rzecznik kuratorium w Katowicach, Piotr Zaczkowski.

    Okazało się też, że do 2007 roku nie było w ośrodku żadnej kontroli z kuratorium.

    Kuratorzy tłumaczyli, że za kontrolę odpowiada tylko zakon. Po sprawdzeniu przepisów, także zapisów konkordatu, prokuratura w Gliwicach potwierdziła, że instytucje świeckie nie mogą ingerować w kontrolę sprawowaną przez zakon nad ośrodkiem.

    Katoliczki i diabeł

    Jednym ze świadków w procesie była nauczycielka Zofia Włodarska ze Szkoły Podstawowej nr 8 w Zabrzu, która jako jedyna zareagowała na prośby wychowanka Pawła, aby zabrać go z ośrodka.

    – Paweł został od nas przeniesiony w 2006 roku ze szkoły nr 13 w Zabrzu. Miał za duże ubranie, był brudny, podenerwowany, dzieci się z niego naśmiewały – opowiada Zofia Włodarska. – Mówił, że siostry zamykają go na noc z dwójką chłopaków, którzy go gwałcą. Powtarzał, że się zabije. Po moim zgłoszeniu został przeniesiony do interwencyjnej placówki wychowawczej – Centrum Wsparcia Kryzysowego Dzieci i Młodzieży. Później okazało się, że wszystko, co mówił było prawdą. Paweł w ciągu następnych kilku lat bardzo się zmienił. Był zadbany, uważny, dzieci go polubiły. To była największa przemiana, jaką do tej pory widziałam.

    Jedna z zabrzańskich nauczycielek opowiada teraz, że – gdy o procesie było już głośno – jej koleżanki z pokoju nauczycielskiego tak komentowały sprawę: „To konflikt wiary. Jestem katoliczką i nie będę donosić na siostry zakonne. Innym też odradzam”.

    „Siostra Bernadetta ma wpływy, była nie do ruszenia przez kilkadziesiąt lat. Na pewno zostanie i dzieci będą miały jeszcze gorzej.”

    „Siostra i tak do więzienia nigdy nie pójdzie. Po co dzieci mają przez to przechodzić.”

    „Nie wiadomo z czym musiały mierzyć się te wychowawczynie. Siostra Bernadetta jest miłą, delikatną osobą. A to są dzieci alkoholików, narkomanów. Przecież w takim dziecku, nawet jak ma trzy lata, może tkwić diabeł.”

    Psychotropy

    Z dokumentacji medycznej Poradni Neurologicznej i Psychologicznej w Zabrzu wynika, że podczas pobytu w Ośrodku Sióstr Boromeuszek Paweł był leczony na zaburzenia zachowania i nadpobudliwość. Siostry podawały mu leki. W 1999 roku doznał zatrucia lekami psychotropowymi i w stanie śpiączki przewieziono go do szpitala. U lekarzy ze szpitala ten fakt nie wzbudził podejrzeń. Siostry nie poinformowały o tym zdarzeniu lekarza, który leczył chłopca w poradni.

    Paweł ma teraz 22 lata, tak opisuje swój pobyt w ośrodku: – Do ośrodka trafiłem po jednej z imprez u rodziców. Miałem 1,5 roku. Siostry mówiły: »twoja stara jest nic nie warta, jesteś debilem, ułomem, gnojem«. Biły za wszystko. Najgorzej jeśli zsikałeś się do łóżka w nocy, albo byłeś głośno. Lubiły bezwzględną ciszę. Czasem prosiły starszych chłopaków o pomoc. »Dajcie im nauczkę” – mówiły. Wtedy prowadzili nas na gwiazdę. Tak mówiliśmy na strych z gwiazdą na podłodze. Chłopcy nas tam rozbierali, bili, do krwi. Siostry patrzyły.

    Każdy był bity, ale jeśli kogoś bito wcześniej w domu, to nawet nie myślał, że to coś złego. Co kilkuletnie dziecko może wiedzieć na temat zła? Czasem siostra Bernadetta tak mnie pobiła, że nie mogłem chodzić do szkoły. Raz wzięła drewniany wieszak. Biła po całym ciele. Już nie pamiętam za co. Ale najgorsze były uderzenia w głowę. Tak jakby chciała dostać się do środka. Musieli mi zszyć rany, wiec siostry wzięły mnie do szpitala i tłumaczyły lekarzowi, że się przewróciłem.

    Pierwszy raz przyszli do mnie w nocy jak miałem sześć lat. Spałem i rozebrał mnie starszy chłopak, kazał mi różne rzeczy zrobić. Od razu powiedziałem siostrze Bernadetcie i bardzo się bałem, bo siostra nie zareagowała. Później zaczęli do mnie przychodzić inni wychowankowie. Pytali czy chłopacy już mi to robili. Powiedzieli, że im też. Nikt się tym nie zajął. Więc zajęliśmy się sobą sami. Siostry musiały reagować na nasze próby samobójcze. Nałykałam się najsilniejszych psychotropów, zadzwoniły po karetkę. W szpitalu mówiły później: „myślał, że to cukierki”. Najdziwniejsze, że ich tłumaczenia nie miały sensu, a wszyscy wierzyli.

    Powiedziałem o gwałtach do nauczycielki. Mówiła, że to sprawdzi. A potem zobaczyłam jak rozmawia z siostrą Bernadettą na zebraniu. Śmiały się, żartowały. Czułem się przyparty do muru. Tak jakbym wybierał między śmiercią a życiem w ośrodku.

    Był taki jeden z braci. Silny. On zmuszał wielu. Siostry zamykały mnie z nim i jego bratem w pokoju na klucz. To jest taki strach, że już nie możesz myśleć ani czuć. Prosiłem siostrę Bernadettę, aby mnie przeniosła, bo mnie dotykają. Teraz myślę tylko, że Pan Bóg ma jej dużo do wybaczenia. Bo tego co się tam wydarzyło nie da się opowiedzieć. Próbuję to ubrać w słowa, ale trzeba przeżyć żeby zrozumieć.

    Myślę, że ludzie widzieli tylko habit, a trzeba widzieć serce. Ona go nie ma. Dla mnie to uosobienie zła. Najbardziej się boję, że takich wychowawców może być więcej.

    Na moje prośby zareagowała dopiero pani Zofia Włodarska, gdy w 2006 roku przeniesiono mnie do szkoły nr 8 w Zabrzu. Uwierzyła mi. Zgłosiła sprawę do prokuratury, zostałem zabrany z ośrodka. Tylko dzięki niej żyję. Pytała jak się czuję, co u mnie. Chwaliła. Chciałbym mieć taką matkę.

    Jak już wyszedłem z ośrodka, to sam o sobie nie myślałem dobrze. W nocy wszystkie historie wracały. Kilka lat temu postanowiłem to zakończyć. Stałem na moście. Zauważył mnie pan, który pomyślał, że chcę skoczyć. Chwycił mocno za rękę. Powiedział „Bóg cię kocha”. Rozpłakałem się i opowiedziałem mu wszystko.

    Tego ośrodka się nie da zapomnieć. Nadal chodzę taki skulony. Na razie pracuję jako ochroniarz i z tego się cieszę. Chciałbym kiedyś założyć rodzinę. Ale chciałbym powiedzieć ludziom, żeby nie mieli dzieci dla zasiłku albo becikowego, bo tacy się tutaj zdarzają. Potem dziecko ma dwa latka i ląduje w takim miejscu jak Ośrodek Sióstr Boromeuszek. Niech rodzice się przejdą po tych ośrodkach, poobserwują. To jest piekło, te dzieci nie chcą żyć.

    Proces

    Przed sądem zeznawało 22 wychowanków. Wszyscy, także dzieci, zeznawali w obecności siostry Bernadetty. Sędzia oddalił wniosek prokuratury, by nie było jej wtedy na sali sądowej. Uznał, że nie miałaby pełnego obrazu swojej sytuacji, co mogłoby naruszyć jej prawo do rzetelnej obrony.

    Biegła psycholog wielokrotnie prosiła o usuniecie pytań adwokatów, którzy zadawali je w zbyt skomplikowany sposób lub sugerowali dzieciom, że siostra dyrektor może jeszcze wrócić do ośrodka. Ale dzieci je już słyszały.

    „Podczas składania zeznań przed sądem u większości pokrzywdzonych widać było wysoki poziom napięcia i lęku, szczególnie w czasie odczytywania im wcześniejszych zeznań – napisała w opinii psycholog. – Niektórym stan emocjonalny nie pozwolił na dalszy udział w czynności procesowej i po potwierdzeniu złożonych wcześniej zeznań przestali odpowiadać na pytania bądź rozpłakali się”.

    Sióstr broniło dwóch adwokatów znanych z najwyższych stawek w Gliwicach.

    Siostra Bernadetta odmówiła składania wyjaśnień i nie przyznała się do winy. Nie skierowano jej na badania psychologiczne, ponieważ nie istniały podejrzenia o niepoczytalności. Jej adwokat nie nawiązywał do żadnych wydarzeń w jej życiu osobistym, które mogłyby tłumaczyć jej okrucieństwo.

    Siostra Bernadetta dwukrotnie odmówiła rozmowy do reportażu. „Proszę niech sprawa Zabrza pozostanie w cieniu. Życzę sukcesów w pracy” – napisała.

    Nieoficjalnie jedna z sióstr Kongregacji Sióstr Miłosierdzia w Trzebnicy mówi mi. – Przez kilkadziesiąt lat wszyscy ją w Zabrzu chwalili – nauczyciele, prasa, urzędnicy. W dzisiejszym świecie każdemu można udowodnić, że jest przestępcą.

    Kontrola

    Po procesie w ośrodku w Zabrzu zmniejszono liczbę wychowanków do 36. Zatrudnionych jest 23 pracowników, z tego siedem to siostry zakonne, reszta to świeccy wychowawcy. Zatrudniono psychologa, przeprowadzono remont, sale dwudziestoosobowe zamieniono na pokoje trzy-, czteroosobowe.

    Anna Wietrzyk, rzecznik kuratorium w Katowicach mówi, że obecnie placówka jest kontrolowana, ale kuratorium nadal odpowiada jedynie za poziom pedagogiczny (czyli może kontrolować, czy dzieci mają warunki do odrabiania lekcji i nauki). Za rozwój i bezpieczeństwo wychowanków nadal odpowiada jedynie Kongregacja Sióstr Miłosierdzia Św. Karola Boromeusza w Trzebnicy.

    Kongregacja Sióstr Miłosierdzia informuje, że ośrodek jest kontrolowany, ale siostry odmawiają rozmowy na ten temat.

    Wyrok

    W 2010 roku Sąd Rejonowy w Zabrzu uznał siostrę Bernadettę i siostrę Franciszkę za winne przemocy psychicznej i fizycznej wobec wychowanków, oraz podżegania do aktów pedofilskich na czterech nieletnich wychowankach i nakłanianie starszych wychowanków do przemocy fizycznej wobec młodszych chłopców.

    Siostra Bernadetta został skazana na dwa lata więzienia w zawieszeniu, natomiast siostra Franciszka – która zdaniem sądu była posłuszna i bezwzględnie przyjęła system kar narzucony przez dyrektor – na osiem miesięcy w zawieszeniu.

    W 2011 roku sąd apelacyjny zaostrzył karę wobec dyrektorki ośrodka. Skazano ją na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności. Uzasadnienie wyroku zostało utajnione.

    8 lipca 2011 siostra Bernadetta miała zgłosić się do aresztu karnego we Wrocławiu. Nie zgłosiła się. Od trzech lat sąd odracza karę po wnioskach siostry, w których powołuje się ona na zły stan zdrowia oraz podeszły wiek (ma 59 lat).

    W lutym siostra Bernadetta złożyła wniosek o warunkowe zawieszenie kary pozbawienia wolności ze względu na podeszły wiek oraz działalność na rzecz Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza. Posiedzenie sądu w tej sprawie odbędzie się 24 kwietnia 2014 roku.

    Pani Agnieszka

    Tomasz i jego kuzyn Łukasz od 2008 roku przebywają w więzieniu. Z ekspertyz psychologa wynika, że Tomasz nie ma zaburzeń pedofilnych. Boi się natomiast dorosłych kobiet. Według psychologa jego zachowanie prawdopodobnie ukształtował pobyt w ośrodku, szczególnie molestowanie przez starszych wychowanków, gdy był małym dzieckiem.

    Świadek obecny na obu procesach: – Zastanowiło mnie, że siostra ani przez chwilę nie pokazała, że żal jej chłopców. Podczas całego procesu była bardzo spokojna. Mówiła, że dzieci są złe, upośledzone i nie należy im wierzyć. Jedyne uczucia pokazała, gdy prokurator powiedziała do niej imieniem z dowodu „Pani Agnieszko”. Zaczerwieniła się ze złości, krzyczała, by nazywać ją „siostrą dyrektor Bernadettą”.

    http://justynakopinska.pl/instalator/wordpress/?page_id=33

    #neuropa #4konserwy #polska #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: kkpp.blox.pl

  •  

    Ciągle, ciągle muszę chodzić ulicami i sprzeczać się z tym czymś we mnie.

    Wczoraj obejrzałem film M - Morderca z 1931 i jestem pod mega wrażeniem, nie znam się na filmach ale ten był naprawdę super. Przedstawia historię śledztwa w sprawie Wampira z Düsseldorfu. Podchodziłem kilka razy do filmów z okresu międzywojennego ale jednak upływ czasu sprawiał, że nie trafiały do mnie a ten wbił mnie w fotel. Ujęcia zapadają w pamięci a ostatnia przemowa mordercy przeraża i szokuje. Czy możemy go żałować jako mordercę? Nie. A jako człowieka który nie kontroluje tego co robi? Chciałem się z Wami podzielić:) Znacie podobne filmy?

    #film #filmy #kryminalistyka #seryjnimordercy #przemyslenia #kino
    pokaż całość

  •  

    Dzisiaj o 20.00 na tvp kultura film M - Morderca o śledztwie w sprawie wampira z Dusseldorfu. Nie oglądałem ale oceny ma super.
    #film #kryminalistyka #seryjnimordercy

  •  
    Soul0Eater

    +19

    Pedro Lopez

    Pedro Lopez jest kolejnym seryjnym mordercą, którego matka była prostytutką.
    Wiekszość seryjnych morderców ma jakąś obsesję na punkcie swoich matek. Owe matki najczęściej nie są wzorowymi matkami. Wspólnym pierwiastkiem wydaje się być element seksualny. Matki te albo prowokowały swoim wyglądem, albo miały dużą ilość partnerów, o których syn doskonale wiedział. Oczywiście, dzieci prostytutek mają znacznie większe szanse by to wszystko zauważyć, by być bardziej podatnymi na tego typu zachowania.


    Pedro Alonzo Lopez urodził się w kolumbijskim miasteczku Tolmia, w 1949 roku. W tamtych czasach Kolumbia była ostatnim miejscem w którym ktokolwiek chciałby przyjść na świat. W kraju tym trwała wojna domowa, w której zgineło około 200 000 ludzi.
    Lopez był synem biednej prostytutki, był siódmym z trzynaściorga rodzeństwa. Dzieciństwo spędzone w takich warunkach na pewno nie nalezało do udanych i radosnych. Jego matka była dominującą kobietą, trzymała swoje dzieci krótko. Mimo wszystko, w domu Lopeza było lepiej niż w innych domach.
    W 1957 roku, ośmioletni Pedro został przyłapany przez swoją matkę podczas stosunku seksualnego ze swoją młodszą siostrą. Od tej pory musiał żyć na ulicy. Nie mógł wrócić do domu. Przyszłość wyglądała ponuro. Jednak po pewnym czasie jakiś mężczyzna zaoferował Lopezowi mieszkanie i wyżywienie. Pedro nie mógł uwierzyć w swe szczęście. Zamiast do domu, nieznajomy mężczyzna zabrał chłopca na jakąś opuszczoną budowę. Tam odbył z nim kilkakrotnie stosunek seksualny, nastepnie zostawił go tak jak znalazł, na ulicy.
    Ta przygoda ze starszym mężczyzną wywołała u Pedra obawę przez obcymi. Sypiał w ciemnych zaułkach, nocami wyruszał na poszukiwania jedzenia. Żył tak prawie rok. W końcu zdobył się na opuszczenie miasteczka. Jego podróż zakończyła się w Bogocie. Po kilku dniach żebrania o jedzenie, chłopcem zainteresowała się pewna amerykańska para. Przynosili mu ciepłe pożywienie, wreszcie zaproponowali wspólne mieszkanie. Pedro przyjął ich propozycję. Dostał swój pokój z biurkiem, został nawet zapisany do szkoły dla sierot.

    > Więzienie

    Mimo całego szcześcia jakie dopisywało chłopcu, jego dobra sytuacja nie miała trwać wiecznie. W 1963 roku, gdy Pedro miał 12 lat, jego nauczycielka zaczęła go molestować seksualnie. Pedro zapomniał już o swoich obawach wobec dorosłych, jednak teraz wszystko to powróciło. Teraz towarzyszył temu również gniew. Własnie w przypływie gniewu ukradł w szkole pieniadze i uciekł z domu.
    Wojna domowa się skończyła. Kończyła sie tez zimna wojna. Zmieniły sie rządy i znów uruchamiano zatrzymane fabryki. Jednak Pedro nigdy nie otrzymał jakiegokolwiek wykształcenia. Kolejne sześć lat spedził na ulicach, prosząc o jedzenie i dokonując drobnych kradzieży.
    Jako nastolatek zaczął kraść samochody. Miał niewiele do stracenia, a lokalne gangi dobrze płaciły za taka robotę. Stał się doskonałym złodziejem samochodów.
    Pomimo swojego sprytu, w 1969 roku Pedro został złapany właśnie na kradzieży samochodu. Został skazany na 7 lat więzienia. Już dwa dni po rozpoczęciu kary, został brutalnie zgwałcony przez czterech starszych więźniów. Pedro obiecał sobie, że już nigdy nikt go nie dotknie. Sprawił sobie nóż. Przez nastepne cztery tygodnie szukał okazji i zabił tych czterech więźniów którzy go zgwałcili. Władze więzienia uznały, że Pedro działał w obronie własnej i dołożyły tylko dwa lata do wyroku.
    Czas spędzony w więzieniu, w polaczeniu ze wszystkim czego doświadczył wcześniej, spowodował niepowetowane straty w umyśle tego biednego chłopaka. Wszystko czego doświadczył od swojej matki spowodowało, że teraz bał się kobiet. Jakikolwiek związek z nimi uważał za niepraktyczny, wszystkie swoje pragnienia zaspokajał przy pomocy pism pornograficznych. Pedro uważał, że całe zło jakie go spotkało było zasługą jego matki.

    > Aresztowanie

    Pedro wyszedł z więzienia w 1978 roku. Dużo podróżował po Peru. Wtedy też zaczęły się morderstwa młodych dziewcząt. Gdy próbował porwać dziewięcioletnią Indiankę, został złapany przez jej współplemieńców. Torturowano go przez wiele godzin, następnie postanowiono pochować go żywcem. Jednak szczęście dopisało rownież i teraz. Nie wiadomo skąd pojawił się jakiś misjonarz i przekonał Indian, że morderstwo nie spodobałoby się Bogu, i że powinni oddać Lopeza odpowiednim władzom. Indianie, co prawda niechetnie, posłuchali rady misjonarza. Władze Preu deportowały Lopeza do Ekwadoru.
    Pedro zaczął podróżować po Ekwadorze. Często też bywał w Kolumbii. W okolicy szybko zaczęto notować zaginięcia młodych dziewcząt, jednak władze zignorowały te informacje. Wiekszość owych dziewcząt należała do różnych dziwnych zwiazków.
    W marcu 1980 roku, mała powódź w mieście Ambato odkryła ciała czterech dziewczynek, które niedawno zagineły. Mimo trudności z okresleniem przyczyny smierci, władze uznały, że było w tym coś podejrzanego.
    Kilka dni po powodzi, pewien mieszkaniec miasteczka, który robił zakupy ze swoją dwunastoletnią córką, zauważył jak jakiś obcy mężczyzna próbuje porwać jego dziecko. Natychmiast zaczął wzywać pomoc. Mężczyźnie nie udało się uciec. Został aresztowany.
    Podczas eskortowania na komisariat, Pedro zachowywał się niespokojnie. Sprawiał wrażenie szaleńca.

    > Niewiarygodne zeznania

    W komisariacie Pedro odmówił składania zeznań. Władze uznały, że trzeba podstępu by aresztowany zaczął mówić. Postanowiono zamknąć go w celi z pewnym duchownym, ojcem Cordoba Gudino. Jego zadanie polegało na zdobyciu zaufania i wypytanie o szczegóły przestępstwa.
    Milczenie nie trwało długo. Już następnego dnia Pedro zaczął opowiadać księdzu szczegóły niesłychanych zbrodni jakie popełnił. Spowiedź ta bardzo wzburzyła księdza, poprosił o opuszczenie celi. Następnie przeczytano Lopezowi wszystko to, co w celi opowiedział księdzu. Dopiero wtedy się poddał.
    Pedro powiedział, że zamordował przynajmniej 110 kobiet w Ekwadorze, około 100 w Kolumbii, oraz sporo ponad 100 w Peru. Powiedział też, że lubi dziewczęta z Ekwadoru. Są bardziej łagodne i ufne, wydają się też bardziej niewinne. Nie są tak podejżliwe wobec obcych jak kolumbijskie dziewczęta. Za owe morderstwa Pedro winił swoje trudne dzieciństwo i życie, oraz samotność. 'Straciłem swoją niewinność w wieku ośmiu lat. Postanowiłem zrobić to samo tylu dziewczętom ilu zdołam.' Zawsze też wybierał swoje ofiary za dnia. Nie chciał by zmrok ukrył przed nim widok ich agoni. Wyjaśnił również, że najpierw gwałcił ofiarę, następnie dusił ją patrząc jej głęboko w oczy. Gdy widział jak w ich oczach znikają ostatnie resztki życia odczuwał głęboką przyjemność oraz podniecenie seksualne. Nawet gdy umarły były jeszcze przydatne. Często robił przyjęcia, w których uczestniczyły ciała martwych dziewczynek. Sadzał je i rozmawiał z nimi.
    Policjanci na początku nie chcieli wierzyć zeznaniom Loepza. Pedro zgodził się nawet pokazać im kilka gróbów. Wkrótce jednak policjanci musieli zacząć wierzyć Lopezowi. Pedro pokazał im groby 53 dziewczynek w wieku od 8 do 12 lat. Nastepnego dnia wskazał miejsca spoczynku kolejnych 28 ofiar. Więcej ciał nie znaleziono, jednak ciała te mogły rozgrzebać zwierzęta, zabrać ze sobą powodzie itp.
    Po kilku dniach Pedro Lopez został oskarżony o popełnienie 57 morderstw. Liczba ta wzrosła do 110. Dyrektor więzienia, Victor Lascano stwierdził, że nie ma podstaw by nie wierzyć zeznaniom Lopeza, gdy znajduje się potwierdzenie chociażby części owych zeznań. Lascano ocenia także, że zamordowanych kobiet z pewnością było ponad 300.
    Niestety nie ma żadnych informacji o przebiegu krótkiej rozprawy, jednak pod koniec 1980 roku Pedro Lopez został skazany na dożywocie.

    > Wywiad

    W styczniu 1999 roku Pedro udzielił jedynego wywiadu. Oto fragmenty.

    'Jestem człowiekiem stulecia. Nikt nigdy o mnie nie zapomni. Polowałem na moje ofary całymi dniami. Szukałem dziewcząt w których spojrzeniu była niewinność i piękno. To były dobre dziewczęta. Pomagały swoim matkom. Chodziłem za nimi kilka dni, czekałem aż zostana same. Dawałem im jakieś prezenty, np. małe lusterko. Potem zabierałem je na skraj miasta, obiecując prezent dla ich matek.'
    'Zabierałem je do tajnych kryjówek, w których przygotowane były już ich groby. Czasem były tam też ciała poprzednich dziewcząt. Związywałem je, gwałciłem przy wschodzie słońca. Przy pierwszym blasku słońca dostawałem wytrysku. Chwytając za gardło zmuszałem je do uprawiania seksu. Gdy słońce całkowicie wzeszło zaczynałem je dusić.'
    'Wtedy tylko było dobrze gdy widziałęm ich oczy. W nocy bym tego nie zobaczył. Musiałem to robić przy swietle dziennym. To były fantastyczne chwile, gdy trzymałem dłonie na szyjach tych młodych kobiet. Zaglądałem im głęboko w oczy, widziałem iskry które powoli znikały. Tylko ktoś kto naprawdę zabił wieco mam na myśli.'
    'Gdy wyjdę na wolność znów poczuję to samo. Wszystko trwało od 5 do 15 minut. Byłem bardzo dokładny. Długo upewniałem się, że na pewno są martwe. Przykładałem lusterko by sprawdzić czy oddychają. Czasami musiałem je zabić ponownie.'
    'Nigdy nie krzyczały, ponieważ nie spodziewały się niczego złego. Były takie niewinne. Moje małe przyjaciółki lubiły towarzystwo. Często kładłem po kilka ciał obok siebie. Ale po chwili czułem się znudzony, one się nie ruszały. Więc szukałem kolejnych dziewcząt.'


    Pedro Lopez odsiaduje karę w więzieniu w Ekwadorze. Możliwe, że będzie mógł złożyć wniosek o przedterminowe zwolnienie. Jeśli uda mu się opuscić więzienie, czekają na niego kolejne procesy w Kolumbii i Peru.

    #mordercy #kryminalistyka
    #seryjnimordercy

    http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy&dane=LopezPedro.htm
    pokaż całość

    źródło: fthmb.tqn.com

    +: itsdrhouse, Aquamarine +17 innych
  •  

    To zdjęcie przedstawia urodzoną 28 lutego 1969 roku Tarę Calico. Urodziła się w Belen (stan Nowy Meksyk) niedaleko znanego miasta Alboquerque. Jej matka po pewnym czasie rozstała się z jej ojcem i poślubiła Johna Doela (pracownik kolei), który bardzo angażował się w rolę ojczyma czwórki jej dzieci. Calico była bardzo ambitną i upartą dziewczyną, osiągała wszystkie swoje cele. Miała niesamowicie urozmaicone i zorganizowane życie. Studiowała kierunek pokrewny psychologii/psychiatrii na University of New Mexico i pracowała w lokalnym banku. Uwielbiała jazdę na rowerze i tenisa.
    Codziennie pokonywała 36-milową (58 km) trasę wzdłuż torów kolejowych i drogi nr 47. Początkowo przebywała ją z rodzicielką, lecz ta zauważyła, że śledzi je motocyklista. Poczuła w związku z tym duży dyskomfort i zaprzestała wycieczek. Tara traktowała pobłażliwie jej wielokrotne prośby o uzbrojenie, chociażby w gaz pieprzowy, była pewna siebie, szczególnie dlatego, że budziła ogromne zainteresowanie płci męskiej z powodu swej niesamowitej urody i silnego charakteru.

    Zaginięcie.
    20 września 1988 roku wówczas dziewiętnastoletnia Tara Calico jak co dzień wybrała się około godziny 9:30 na przejażdżkę rowerem matki (był różowy i miał żółte okablowanie, a więc był charakterystyczny). Przed wyjazdem oznajmiła, że gdy nie zjawi się do południa (12:00) - powinni ją zawołać i poszukać.
    Jedna z teorii podnosi, że dziewczyna przeczuwała to, co się stanie i dlatego wydała polecenie matce. Druga jednak mówi o tym, że była osobą, która miała zorganizowany cały dzień (o 12:30 miała grać w tenisa ze swoim chłopakiem, a o 16:00 miała rozpocząć zajęcia), wiadome jest, że nie chciała więc zatracić się w jeździe i muzyce.

    Poszukiwania i tajemnicze fotografie.
    O 12:05 matka zaczęła jej szukać i od razu wyczuła, że stało się coś złego. Po chwili zawiadomiła policję. Znalazło się 7 świadków, dziewczyna była widziana po raz ostatni o 11:45 zaledwie 2 mile(+/- 3,5 km od domu, mapka. Zauważono, że wyraźnie śledził ją biały/szary pick-up (Ford F100, model z lat 50), który był zmodyfikowany (a więc dosyć charakterystyczny).

    Podczas poszukiwań znaleziono w odległości 3 mil (5 km) od domu kasetę zespołu Boston, którą dziewczyna aktualnie miała w walkmanie i ślady szarpaniny, roweru nigdy nie znaleziono.
    W dalszych poszukiwaniach znaleziono również części jej walkmana 18 mil (29 km) na wschód od autostrady, dziewczyna nigdy nie zapuszczała się w te okolice, mapka. Matka uważała, że jest to ślad celowo pozostawiony przez nią podczas porwania. Policja początkowo przypuszczała, że dziewczyna uciekła z domu, lecz nie wzięła ze sobą niczego oprócz rzeczy, które brała ze sobą tylko na przejażdżki (walkman i słuchawki).

    Do czerwca 1989 roku śledztwo było martwe mimo ogromnego zaangażowania rodziny i znajomych w poszukiwania. Wtedy w Port St. Joe we Florydzie (1600 mil/2575 km dalej!) przypadkowa kobieta zaparkowała pod sklepem przy białym vanie (Toyota), w którym za kierownicą siedział około 40-letni mężczyzna z wąsem. Gdy wyszła - samochodu nie było, a znaleziono celowo porzucony/zgubiony (?) polaroid. To, co na nim zobaczyła ogromnie nią wstrząsnęło i od razu zawiadomiła policję. Na zdjęciu ujrzała dwójkę dzieci, były związane i miały zaklejone buzie taśmą izolacyjną. Po dotarciu zdjęcia do matki ta natychmiast rozpoznała w dziewczynie swoją córkę (m.in. poprzez charakterystyczną bliznę na nodze). Policja jednak nie była w stanie tego stwierdzić na podstawie zdjęć ofiary, które zostały dostarczone (m.in. owal twarzy, który mógł ulec zmianie przez to, że dziewczyna schudła), ostatecznie potwierdzono, że jest to Tara.
    Na zdjęciu obok niej leży książka jednego z jej ulubionych autorów (tematyka podobna do książek Sołżenicyna), nie był to jednak jej egzemplarz. Zapisany na niej był numer telefonu, jednak jakość zdjęcia jest na tyle zła i jest napisany na tyle niewyraźnie, że dopasowano >300 pozycji, tylko 57 z nich było działających, lecz nic to nie dało.
    Drugą sprawą do rozwikłania było to, kim jest chłopiec obok. Tożsamość szybko dopasowano do Michaela Henleya, który również zaginął w okolicy w tym samym roku. Michael był wtedy z rodziną na wycieczce w górach i wymknął się w środku nocy, podczas której była śnieżyca, więc rodzina nie mogła trafić na żadne ślady. Dziecko również rozpoznano.
    Obydwie rodziny udały się więc do miejsca znalezienia fotografii, by zobaczyć oryginał. Zdjęcie zbadano również pod kątem tego, gdzie mogło zostać zrobione i stwierdzono, że prawdopodobnie jest to wnętrze Toyoty (był to dostawczak). Obydwie rodziny zjednoczyły się i pocieszały, a poszukiwania rozszerzono na teren całego kraju. Znaleźli się też nowi świadkowie, którzy mieli widzieć Calico na plaży w Port St. Joe. Podobno wykonywała wtedy posłusznie polecenia niezidentyfikowanych mężczyzn. Dziewczyna miała wyglądać jak ta ze zdjęcia, jednak świadek nie potwierdził, że to Tara.

    We wrześniu 1989 roku obok placu budowy w Kalifornii znaleziono koleiny polaroid, na którym była dziewczyna z ustami zaklejonymi taśmą. Zdjęcie przedstawiało dziewczynę z pierwszej fotografii w identycznych warunkach (ta sama pościel) i skrępowaną w tej samej pozycji, tym razem nagą. Tym razem bez chłopca. Ten polaroid nie ujrzał nigdy światła dziennego (są spekulacje i rzekoma fotografia, ale nie jest to potwierdzone oficjalnie).

    W lutym 1990 roku znaleziono trzeci polaroid (również nieupubliczniony). Widnieje na nim dziewczyna bardzo podobna do poprzedniej dziewczyny/Tary. Ma na nim okulary z ciemnymi oprawkami i siedzi obok mężczyzny (brak identyfikacji) w pociągu.

    pokaż spoiler *Oba polaroidy, które rzekomo są prawdziwe wstawię w komentarzach.


    Chłopiec.
    W tym samym roku połączona sprawa Michaela Henleya została rozwiązana. Znaleziono szczątki chłopca (6-7 mil od miejsca jego zaginięcia, 75 mil od miejsca zaginięcia Tary). Okazało się, że cała sytuacja była nieszczęśliwym wypadkiem. Chłopiec zginął podczas śnieżycy. Próbował się schować, niestety, zmarł felernej nocy poprzez zamarźnięcie. Wyklucza się więc morderstwo i podrzucenie zwłok.
    Nadal pozostawała kwestia dziecka, którego później nikt nigdy oficjalnie nie rozpoznał (później dopasowano do niego zaginionego chłopca).

    Rodzice Tary jednak stale twierdzili, że na zdjęciu jest ona i ani na chwilę się nie zawahali.

    Dalsze losy rodziny i śledztwa.
    Obydwoje rodziców zmarło nie znając odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z córką. Do dziś ojczym i rodzeństwo Tary szukają rozwikłania zagadki. Dlaczego?
    W 2008 roku szeryf Rene Riviera z miejsca zaginięcia stwierdził, że wie, co się stało z Tarą. Mimo tego, że nie wie, kim są te dzieci i ich nie znał - twierdzi, że jest pewny co się stało 20 września 1989 roku.
    Uważa, że wtedy dwóch nastolatków śledziło dziewczynę Fordem i niechcący ją uderzyło. Groziła zawiadomieniem policji, w wyniku tego mieli ją zabić i zabrać rower. Ciało i rower miały zostać ukryte z pomocą ich rodziców. Twierdzi również, że zna ich nazwiska, ale ich nie ujawni, bo nie ma dowodów.
    Oczywiście ojczym nie wierzy w opowiastkę szeryfa i twierdzi, że prawdziwa jest wersja oficjalna.
    W czerwcu 2009 roku, po niemal równych 20 latach od znalezienia pierwszej fotografii wyciekło ksero zdjęcia chłopca, którego usta dodatkowo są zamazane markerem. Zostało wysłane do lokalnej gazety i policji w Port St. Joe (miejsce pierwszej fotografii). Nadawca nie był znany, stempel na liście wskazywał na Alboquerque. Nie zapominajmy, że dalej otwarta była sprawa chłopca, kolejna teoria mówi, że to David Borer, który zaginął 25 kwietnia 1988 roku na Alasce (jest bardzo podobny).
    W 2013 roku otworzono sprawę na nowo i pracuje nad nią 6-osobowy zespół.

    Teorie spiskowe.
    Na ten temat podczas 30 lat poszukiwania powstało wiele teorii spiskowych, ponieważ sprawa jest bardzo głośna dotąd, zwłaszcza że 5 lat temu otworzono ją na nowo.
    1. Wypadek samochodowy, w którym Tara zginęła i jej ciało wraz z rowerem ukryto pod wpływem paniki z powodu konsekwencji (teoria szeryfa).
    2. Tara została porwana, zdjęcia są prawdziwe i prawie 50-letnia kobieta nadal żyje (bądź nie) i została ofiarą pedofilii/handlu ludźmi.
    3. Dokument, który pojawił się na reddicie z 2010/2011 roku zawierający ponad 20 stron stworzony przez człowieka, który postanowił dogłębnie zbadać sprawę i próbował przesłuchiwać świadków. Rzekomo lokalne służby próbowały go uciszyć. Ludzie z reddita wiążą to z wypowiedzią szeryfa i twierdzą, że władze mogły pomóc ukryć zbrodnię. Jest także plotka krążąca po internecie, że wszyscy świadkowie mogący cokolwiek wiedzieć w ciągu roku tajemniczo zniknęli.
    4. Ktoś postanowił zrobić zdjęcie swoim dzieciom, ale nie chciał się do tego przyznać, bo boi się odebrania praw rodzicielskich. Marylin Manson przyznał się, że robił wielokrotnie tego typu dowcipy. Badania jednak dowodzą, że film, na którym zrobiono zdjęcie był jednak sprzedawany od maja 1989 roku, więc w grę nie wchodził niesmaczny żart sprzed lat.
    5. Koleżanka dziewczyny z liceum ma swoją teorię i zamierza nagrać film dokumentalny (pomaga jej znany z serialu "Breaking Bad" aktor RJ Mitte). Prowadzi również stronę taracalico.com, na której jest napisane, że na iTunes dostępny jest podcast, ja niestety nie mam do niego dostępu.

    Podałam tylko te najbardziej znane i ogólne, jeśli kogoś to ciekawi to zapraszam na reddit, są tam podejmowane kwestie tak banalnych rzeczy jak model papierośnicy lub puszka Sprite na rzekomym zdjęciu z pociągu.

    O ile Tara żyje, ma dzisiaj 49 lat.

    pokaż spoiler Źródła: Podcast Jaśmin z kanału stanowo.com
    reddit.com/r/UnresolvedMysteries
    Vanished: the Tara Calico Investigation
    Oficjalny raport policyjny w związku ze sprawą.
    Ogromne podziękowania dla @IgorK: za konsultację.


    #gruparatowaniapoziomu #historia #historiajednejfotografii #kryminalistyka #usa #zaginieni
    pokaż całość

    źródło: static.awm.com

  •  

    Niemcy. 19-letni Afgańczyk Ahmet R. stwierdza, że jednak nie chce być inżynierem. Postanawia wyjść na ulice Bergisch Gladbach i pobić przypadkową osobę, aby zaimponować kolegom. Bynajmniej też nie inżynierom, prawnikom czy lekarzom. Natrafia na 40-letniego Thomasa i rusza do ataku. Już po pierwszym silnym ciosie Thomas upada. Ahmet łamie mu podstawę czaszki. Podczas gdy niewinny mężczyzna walczy o życie w klinice w Kolonii-Merheim, nastoletni imigrant oraz jego koledzy idą świętować pobicie. Następnego dnia Thomas w wyniku odniesionych obrażeń, umiera. Zostawia żonę i dwójkę dzieci w wieku 9 i 13 lat.

    Sprawca trafił przed sąd - dla nieletnich. Za pobicie człowieka na śmierć dla szpanu niemiecka prokuratura żądała dwóch lat i ośmiu miesięcy więzienia. Mało? Sędzia Ulrike Grave-Herkenrath stwierdziła, że to i tak za dużo. Zwróciła uwagę na "negatywne skutki pobytu w więzieniu". Tłumaczyła, że "być może istnieją oczekiwania, że sprawca powinien cierpieć, jak cierpią poszkodowani, ale nie jest to główny cel postępowania karnego" i dała mu zawiasy. Ma odpracować 10 godzin prac społecznych tygodniowo i pójść na zajęcia radzenia sobie z agresją.

    Źródła:
    niemieckie:
    https://www.focus.de/regional/koeln/koeln-darum-verschont-koelner-richterin-den-jungen-schlaeger_id_9059737.html
    polskie:
    https://www.wp.pl/?paid=6261311389771393&service=wiadomosci.wp.pl
    https://www.tvp.info/37587388/ahmet-r-pobil-czlowieka-na-smierc-sad-skazal-go-na-trening-radzenia-sobie-z-agresja

    #swiat #niemcy #bekazlewactwa #przestepczosc #kryminalistyka #islam #europa #neuropa #4konserwy
    pokaż całość

  •  

    Policjanci szukają wskazówek w mieszkaniu mężczyzny, który powiesił się (albo został powieszony) podczas sesji BDSM, Los Angeles 1952 rok.

    Artykuł
    Książka

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #usa #kryminalistyka #nsfw #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: ....jpg 18+

  •  

    Dzisiaj jest ważny dzień dla polskiej kryminalistyki. Po 20 latach ruszyło w końcu śledztwo w sprawie brutalnie zamordowanej w 1998 roku 17-letniej Iwony Cygan. Od razu zaznaczam, że tekst nie jest mój (wiedziałam o tym, że śledztwo jest wznawiane), niestety nie miałam czasu o tym napisać i nie czułam też potrzeby. Jaki był powód? Jeden z użytkowników wykopu - @maxciekpl wrzuca odcinki MK 997 w którym wszystko zostało dokładnie opisane.
    W ramach uzupełnienia dodaję również link do newsbook.pl w którym opisana jest sprawa Tadeusza Draba, człowieka który głośno mówił o tym, kto popełnił zbrodnię. Jako jeden z kilku osób został brutalnie "uciszony".
    #historiabezcenzury #polscymordercy #kryminalistyka również #gruparatowaniapoziomu, lecz nie ja jestem w tym momencie autorem.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Dwaj byli ochroniarze twórcy Biedronki zostali wczoraj oskarżeni o porwanie i pomocnictwo do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.

    Dziś nie każdy to pamięta. Najsłynniejszą sieć handlową w Polsce zakładał znany, kontrowersyjny biznesmen Mariusz Świtalski. „Karierę” rozpoczynał od kradzieży i włamań do sklepów. Po wyjściu z więzienia założył swoje. Majątek zbił na przekształceniu Elektromisu (uwikłanego w sprawy o niepłacenie podatków, omijanie cła, fikcyjne umowy itd.) w największą w Polsce sieć hurtowni spożywczych Eurocash. Sprzedaną później Jeronimo Martins. W 1998 r. Portugalczycy odkupili od niego kolejny biznes, czyli Biedronkę, liczącą wówczas ponad 240 sklepów.

    Co to wszystko ma wspólnego ze słynnym zabójstwem dziennikarza Jarosława Ziętary? Motywem zbrodni dokonanej w 1992 r. była "praca Jarosława Ziętary jako dziennikarza i jego zawodowe zainteresowania dotyczące afer gospodarczych, w których dochodziło do wzajemnego przenikania się świata przestępczego ze światem biznesu oraz polityki." Jedną z takich afer były nielegalne interesy Świtalskiego i innego poznańskiego biznesmena Aleksandra Gawronika. Od kilku lat toczy się już proces Gawronika, który według prokuratury miał nakłaniać ochroniarzy Elektromisu do zamordowania dziennikarza.

    Jeden z oskarżonych właśnie o zabójstwo ochroniarzy (były milicjant PRL) został potem biznesmenem, pracował w spółkach związanych ze Świtalskim, drugi - gdy do Polski przyjechali przedstawiciele portugalskiego koncernu Jeronimo Martins, by kupić od Świtalskiego sieć Biedronek, był ich ochroniarzem. Kiedy Portugalczycy kupili sieć Biedronka, przeszedł do nich do pracy, a po kilku latach został szefem ochrony całej sieci. Prokuratora interesowała się "ochroniarzami" od dawna, a zatrzymała ich po raz pierwszy w 2014 r., ale "wycofał się" wówczas świadek koronny.

    Czy właściciele Biedronki wiedzieli o kontrowersjach związanych z ich "ochroniarzem"? Na pewno wiedział o nich twórca sukcesu Biedronki, jej pierwszy portugalski szef. Co ciekawe, niemal w tajemnicy, niedługo po pierwszym zatrzymaniu domniemanych zabójców Ziętary, dostał Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi za - cytując Kancelarię Prezydenta: "wkład w rozwój gospodarczy Polski, tworzenie miejsc pracy, zaangażowanie firmy w działalność społeczną i charytatywną oraz znaczący wkład w rozwój stosunków handlowych między Polską a Portugalią". Uroczystość w MSZ miała „charakter kameralny i prywatny”. Publiczne wręczanie orderu osobie, tworzącej sukces firmy, której wypominano wyzysk pracowników oraz polskich firm, do jakiego dochodziło za jego rządów w dyskoncie, uznano bowiem wówczas za nieco niezręczne...

    https://www.wykop.pl/link/4349651/co-zabojcy-zietary-maja-wspolnego-z-biedronka/

    #afera #kryminalistyka #kryminalne #zietara #biznes #ekonomia
    pokaż całość

  •  

    Słynna na cały świat sprawa Karli Homolki i Paula Bernardo wciąż jest tematem do dyskusji o tym, jak bardzo można kogoś zmanipulować i co jesteśmy w stanie zrobić, gdy nam na kimś zależy.
    Nie ma wątpliwości co do winy Paula Bernardo. Zbrodnie, jakie popełnił zafundowały mu życie w więzieniu. Inaczej sprawa wygląda w przypadku jego żony i partnerki w zbrodni - Karli. Ją wymiar sprawiedliwości potraktował lżej, wierząc, że była poniekąd również ofiarą Paula.
    Rodzina Paula nie należała do szczęśliwych. Jego ojciec został oskarżony o molestowanie siostry Paula i skazany na karę więzienia. Jego matka popadła w depresję i prawie nie wychodziła z piwnicy ich domu w Toronto. Małego Paula zdawało się to w ogóle nie dotyczyć, zawsze chodził uśmiechnięty i radosny. Jednak, gdy miał 16 lat niespodziewanie spadła na niego informacja, która dotknęła go bardziej, niż przestępstwa jego ojca. Matka Paula przyznała, że był on owocem romansu i mężczyzna, którego uważał za swojego ojca wcale nim nie jest. Paul załamał się i wyzywał swoją matkę od ulicznic. Możliwe, że właśnie to wydarzenie wpłynęło na to, jak zaczął traktować kobiety. Dziewczyny, z którymi się umawiał odwracały się od niego, gdyż stosował wobec nich przemoc i nakłaniał je do brutalnego seksu, na punkcie którego miał obsesję. W latach 1987 - 1990 popełnił co najmniej 15 gwałtów w dzielnicy Toronto, Scarborough. Ofiary miały od 15 do 22 lat i pomimo, iż wiele z nich podało bardzo dokładny rysopis gwałciciela, przez długi czas nie podano jego rysopisu do wiadomości publicznej. Po kilku doniesieniach, że to Paul może być odpowiedzialny za napaści, Bernardo został przesłuchany i wypuszczony, gdyż śledczy nie mogli uwierzyć, aby taki przystojny młody mężczyzna mógł dokonać tak strasznych czynów. Bernardo atakował zwykle kobiety wracające samotnie do domu. Raz śledził młodą kobietę i włamał się do jej domu, jednak został wystraszony przez matkę ofiary. Za tę napaść skazano niesłusznie innego mężczyznę, który na wolność wyszedł dopiero w 2006 roku.
    W 1987 roku poznał Karlę Homolkę, młodą pracownicę gabinetu weterynaryjnego, która zakochała się w nim bez pamięci. Paul był przystojny, dobrze zarabiał i sprawiał pozytywne wrażenie. W odróżnieniu od innych dziewczyn Paula, Karli podobała się jego sadystyczna strona i podsycała jego zainteresowanie brutalnym seksem. Para pobrała się w 1991 roku, Karla nie miała nawet nic przeciwko, gdy Paul wyznał jej, że jest poszukiwanym w Scarborough gwałcicielem.
    Paul był świetnym manipulatorem. Szybko zdobył sympatię rodziców Karli i spędzał z nimi dużo czasu. Sprawiał wrażenie dobrze ułożonego młodego człowieka z dobra pracą. Ukrywał przez wszystkimi jednak, że pracę dawno stracił i zarabiał na życie przerzucając papierosy przez kanadyjsko-amerykańską granicę. Po wydaniu głośnej książki Breta Eastona Ellisa "American Psycho" w 1991 roku wpadł w obsesję na jej punkcie i czytał ja w kółko, jak Biblię (wyobrażał sobie pewnie, że ma tyle klasy i jest tak wspaniały, jak sam Patrick Bateman).
    Paul nie był jednak zadowolony, że nie był pierwszy partnerem seksualnym Karli. Zdradzał niezdrowe zainteresowanie młodszą siostrą Karli, Tammy. Spędzał dużo czasu z rodziną Homolka i stale flirtował z Tammy. Wielokrotnie wchodził do jej pokoju, gdy spała, by się masturbować.
    Karla postanowiła spełnić zachciankę męża i 24 lipca 1990 roku podała Tammy spagetti nafaszerowane środkiem usypiającym, który ukradła z kliniki weterynaryjnej. Bernardo zgwałcił nieprzytomną nastolatkę, która potem nie była niczego świadoma. Para zrobiła to samo z Tammy na Święta Bożego Narodzenia tego samego roku, gdy w sypialni na górze spali niczego nieświadomi rodzice. Jednak tym razem coś poszło nie tak. Nieprzytomna Tammy zaczęła wymiotować. Pomimo natychmiastowej reakcji Karli, która wiedziała co robić w takich przypadkach, Tammy udusiła się własnymi wymiocinami i zmarła. Para postanowiła upozorować nieszczęśliwy wypadek. Ubrali Tammy i wezwali karetkę, twierdząc, że nastolatka za dużo wypiła, usnęła i zaczęła wymiotować. Pomimo podejrzanych obrażeń na twarzy dziewczynki rodzice jak i pracownicy szpitala w tę historię uwierzyli. Niedługo po tym incydencie para wyprowadziła się do nowego domu pozostawiając rodziców Tammy w żałobie. Paul i Karla planowali się też pobrać. Śmierć własnej siostry nie wywarła zbyt dużego wrażenia na Karli, gdyż niedługo później spróbowała swojej sztuczki ponownie. Zaprzyjaźniła się z nastoletnią dziewczyną, której tożsamość nie jest znana i w mediach nazywana jest "Jane Doe". Karla spędziła z Jane dzień zabierając ją na zakupy i obiad. Wieczorem zabrała ją do domu, gdzie upiła ją alkoholem z mieszanką środka usypiającego. Gdy Jane straciła przytomność Karla przyprowadziła Paula mówiąc, że ma dla niego niespodziankę. Paul był początkowo niezadowolony, że Karla użyła tego samego środka, co w przypadku Tammy. Bał się, że Jane również umrze i będą mieli problemy. Jednak nie przeszkodziło mu to zgwałcić brutalnie Jane, nakłonić do tego również Karlę, a wszystko sfilmować. Jane obudziła się rano z bólem głowy i zaczęła wymiotować. Nie była świadoma tego, co jej się przydarzyło. Opuściła dom Karli i Paula myśląc, że nie doceniła siły alkoholu. Nie była zapewne również świadoma, jak wielkie miała szczęście, że uszła z życiem. Kolejne ofiary Paula i Karli nie podzieliły losu Jane Doe.
    Wczesnym rankiem 15 czerwca 1991 roku Paul natknął się na czternastoletnią Leslie Mahaffy. Dziewczynka wróciła zbyt późno z imprezy od koleżanki i nikt ze śpiących domowników nie chciał wpuścić jej do domu. Paul podszedł do Leslie, zaczął z nią rozmowę, wciągnął do samochodu, związał i założył opaskę na oczy, by nie widziała dokąd ją zbiera. Prawdopodobnie na początku planował puścić Leslie wolno po gwałcie. Karla i Paul nagrali film, na którym gwałcą związaną Leslie słuchając Boba Marleya i Davida Bowie. W czasie przerw między gwałtami para dawała jej do przytulenia misia, jako pocieszenie. Przyczyna śmierci Leslie nie jest znana. Paul twierdzi, że Karla podała jej śmiertelną dawkę środka usypiającego, a Karla twierdzi, że Paul ją udusił. Tego samego dnia para zjadła obiad z rodzicami Karli, gdy w piwnicy leżały zwłoki Mahaffy. Później poćwiartowali ciało nastolatki używając piły mechanicznej, a każdy kawek zatopili w cemencie. Para wykonała kilka wypadów nad niedalekie jezioro Gibson, gdzie cierpliwie rzucali do wody kawałek po kawałeczku. Niedługo później zwłoki zostały odkryte przez dwóch rybaków. W jednym z kawałków cementu zrobiła się dziura, która ukazała podobno martwe i przerażone oko Leslie. Dziewczynkę udało się zidentyfikować po aparacie ortodontycznym.
    12 kwietnia 1992 roku Karla i Paul udali się na przejażdżkę w poszukiwaniu nowej ofiary. Ich wybór padł na piętnastoletnią Kristen French. Karla podeszła do niej trzymając mapę w rękach i prosząc o pomoc w odnalezieniu drogi. Gdy nastolatka pochyliła się nad mapą została schwytana przez Paula i wciągnięta do samochodu. Tym razem Paul i Karla znęcali się nad swoją ofiarą aż trzy dni, zmuszając ją do picia dużych ilości alkoholu i nagrywając, jak ją torturują i gwałcą. W jednym z zaprezentowanych w sądzie nagrań Paul gwałci Kristen analnie, a później oddaje na jej twarz mocz. Kristen współpracowała ze swoimi porywaczami, jak tylko mogła, aby ujść z życiem. Jednak w końcu para udusiła Kristen, po czym oboje udali się na obiad wielkanocny w domu rodziców Karli. Nagie ciało dziewczynki znaleziono później w rowie. Została umyta i obcięto jej włosy, by usunąć dowody.
    Możliwe, że Paul i Karla popełniliby więcej morderstw, gdyby Paul nie zapomniał, że Karla jest jego partnerką w przestępstwie, nie popychadłem. Paul zaczął znęcać się nad Karlą, aż pewnego dnia w grudniu 1992 roku popił ją dotkliwie latarką po żebrach i twarzy pozostawiając wielkie siniaki. Zmartwieni współpracownicy Karli poinformowali jej rodziców, a ci w końcu nakłonili ją do wyprowadzenia się od Paula. Karla zamieszkała z krewnymi w ich domu w Brampton pod Toronto. Wtedy też świat Paula zaczął się walić. Badania DNA dowiodły, że to on stał za gwałtami w Scarborough i został zatrzymany. Karla zastała przesłuchana przez policję niedługo później i, licząc na uniewinnienie za współpracę, zeznała, że Paul zmusił ją do udziału we wszystkich morderstwach i gwałtach.
    Paul został skazany na dożywocie i otrzymał status tzw. "dangerous offender", co praktycznie dyskwalifikuje go do wyjścia na wolność kiedykolwiek w przyszłości za dobre sprawowanie. Karla zgodziła się przyjąć wyrok 12 lat więzienia za współpracę. Wyszła na wolność w 2005 roku i żyje prawdopodobnie w prowincji Quebec pod przybranym nazwiskiem. W czasie pobytu w więzieniu zapisywała się na wszystkie możliwe kursy resocjalizacyjne i terapie. Korzystając z możliwości studiowania on-line w Kanadzie ukończyła socjologię na Uniwersytecie Queens, co spotkało się z oburzeniem opinii publicznej.
    Karla przez niektórych opisywana jest jako ofiara manipulacji Paula, przez innych jako sprytna manipulatorka i oszustka. Pozostaje pod stałą kontrolą kuratora. Musi również informować policję o wszystkich swoich działaniach i uczęszczać na terapię. Pomimo swojej przeszłości wyszła za mąż i ma obecnie trójkę dzieci.

    #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Zaginiona Susan Powell

    7 grudnia 2009 w Salt Lake City bliscy zgłosili zaginięcie rodziny Powell po tym, jak Susan Powell nie pojawiła się w pracy, a jej synowie w szkole. Wezwani policjanci zgodzili się wyważyć drzwi do domu, obawiając się, że rodzina mogła ulec zatruciu gazem.

    Dom jednak okazał się pusty, a niedługo później na podjazd domu zajechało auto Powellów. Niestety historia nie zakończyła się jako zabawne nieporozumienie. Do domu wrócił tylko Joshua ze swoimi synami Charlesem (4 lata) i Bradenem (2 lata). Joshua został zabrany przez policję na przesłuchanie, lecz szybko zwolniony, gdyż nie wiedział nic o tym, gdzie może być jego żona. Twierdził, że nocą zabrał synów na jednodniowy camping w zachodnim Utah, zostawiając swoją żonę śpiącą w domu. Susan jednak nie pojawiła się w pracy, a jej telefon, torebka i dokumenty zostały w domu.

    Po Susan Powell nie było śladu, a jej rodzice prędko zaczęli zarzucać zięciowi, że nie przejmuje się odnalezieniem swojej żony i zapewne musiał brać udział w jej zaginięciu. Joshua odpierał te wszystkie ataki twierdząc, że Susan najpewniej go zostawiła dla innego mężczyzny, a jej rodzice oczerniają go próbując odebrać mu dzieci.

    Było jednak wiele faktów wskazujących na to, że mąż Susan powinien był być potraktowany przez policję poważniej. Problemy Powellów zaczęły się wiele lat wcześniej. Susan Cox i Joshua Powell pobrali się w Portland, w stanie Waszyngton w 2001 roku. W 2004 roku przeprowadzili się do Utah. Zeznania przyjaciół Susan oraz jej e-maile ujawniły, że ostatnie lata małżeństwa były dla Susan ciężkie. Jej mąż w 2007 ogłosił bankructwo, miał narobić rodzinie ponad 200 000 dolarów długu używając głównie kart kredytowych i kont Susan. Kobieta na parę miesięcy przed śmiercią nagrała film, w którym pokazała wszystkie drogie sprzęty elektroniczne nabyte przez jej męża oraz napisała list, w którym opisała małżeńskie problemy i zaznaczyła, że jeżeli w najbliższym czasie zginie w wypadku, to istnieje szansa, że wcale nie będzie to wypadek. Cały materiał trzymała w sekrecie w szufladzie swojego biurka w pracy, który potem został odkryty przez śledczych. W domu Powellów znaleziono też polisę na życie Susan opiewającą na 1,5 mln dolarów.

    Powellowie twierdzili, że postanowili wyprowadzić się z Portland, aby być bliżej rozwiedzionej matki i siostry Joshua. Za przeprowadzką stało jednak coś więcej. Susan chciała być jak najdalej od ojca swojego męża, który najwyraźniej zdradzał niezdrową seksualną obsesję na punkcie swojej synowej. Policyjne śledztwo w 2010 roku ujawniło na komputerze Stevena Powella ponad 4500 zdjęć Susan zrobionych z ukrycia bez jej wiedzy. Warto dodać, że w 2011 roku Steven został aresztowany za podglądanie i fotografowanie nieletnich synów swoich sąsiadów. Dewiacje seksualne miały być również powodem dla którego zostawiła go żona. Steven został początkowo skazany na dwa lata więzienia, a później w 2014 roku na 5 lat więzienia za posiadanie pornografii dziecięcej.

    Pomimo wszystkich tych zarzutów Steven Powell nie miał prawdopodobnie nic wspólnego z zaginięciem swojej synowej. Gdy policja wkroczyła do domu 7 grudnia i nikogo nie zastała, na wykładzinie zauważono mokrą plamę suszoną przez dwa włączone wentylatory. Śledztwo ustaliło, że w domu Powellów znajdowały się ślady krwi Susan i jeszcze jednego niezidentyfikowanego mężczyzny. Badania wykluczyły, by krew ta należała do Josha lub jego ojca. Istnieje kilka doniesień, według których dzieci Powellów poddały słowa swojego ojca w wątpliwość. Starszy z braci miał powiedzieć policji, że mama pojechała z nimi na camping, lecz nie wróciła. Jeden z nich namalował też w szkole obrazek przedstawiający trzy osoby siedzące w samochodzie i czwartą związaną w bagażniku. Jakiś czas po zaginięciu Susan Charlie miał również powiedzieć jednemu z nauczycieli w przedszkolu, że jego mama nie żyje. Pomimo wszystkich tych przesłanek wobec Josha nie podjęto żadnych działań.

    Joshua miał również nie zdradzać zainteresowania chęcią odnalezienia żony. Prędko wypłacił z jej konta oszczędności emerytalne, anulował jej cotygodniowe rehabilitacje, wypisał dzieci z przedszkola, by przenieść się z powrotem do stanu Waszyngton, aby być ze swoim ojcem. Przy próbie ponownego przesłuchania przez policję zażądał adwokata i przestał współpracować z policją.

    W 2010 roku powstała strona susanpowell.org, poświęcona całkowicie zaginięciu kobiety. Joshua został przedstawiony jako troskliwy ojciec, prawdopodobnie porzucony przez żonę. Strona sugerowała, że Susan uciekła za granicę z innym mężczyzną, który również zaginął w Utah w podobnym czasie. Rodzina kobiety odpierała wszystkie te zarzuty twierdząc, że nie ma najmniejszego dowodu na ucieczkę Susan, a strona musi być prowadzona przez Joshuę i jego ojca.

    W 2011 roku w okolicach, gdzie Joshua zwykł jeździć na camping przeprowadzono poszukiwania na dużą skalę z użyciem psów tropiących. Pomimo początkowych doniesień, że policja natrafiła na ludzkie szczątki nie udało się odnaleźć ani śladu po Susan.

    Joshua wszedł na drogę sądową, aby uzyskać pełną opiekę nad dziećmi. Jednak ze względu na trwające śledztwo sprawie jego żony i podejrzeń policji, co do jego osoby ta opieka została ostatecznie ograniczona. Joshua widywał swoje dzieci tylko przy obecności pracownika socjalnego.

    Gdy 5 lutego 2012 Charles i Braden zostali przyprowadzeni na wizytę w domu Stevena Powella, Joshua porwał chłopców, zamknął się z nimi w domu i odmówił wpuszczenia pracownicy społecznej do środka. Kobieta zadzwoniła na policję, gdy niedługo później w domu rozległ się wybuch. Ojciec i synowie zginęli, a sprawa zaklasyfikowana została jako morderstwo – samobójstwo. Joshua podpalił dom oraz włączył gaz doprowadzając do wybuchu. Przed wybuchem Joshua zadał obu chłopcom kilka ciosów siekierą w głowę. Siekierę znaleziono później przy jego ciele.

    Kolejną rodzinną tragedią było samobójstwo brata Joshua. Michael skoczył z dachu parkingu wielopoziomowego w Minneapolis i zmarł na miejscu. Po śmierci Joshua policja zaczęła interesować się jego bratem, po tym jak przypadkowo odkryto, że Michael porzucił swoje auto na wysypisku w Oregonie zaledwie kilka tygodni po zaginięciu Susan.

    Obecnie Susan wciąż uchodzi za zaginioną. Prawdopodobnie kwestią czasu jest, gdy zostanie uznana za zmarłą. Dwóch głównych podejrzanych nie żyje. Wiele osób wierzy, że ojciec Joshua i Michaela, Steven, jest jedyną osobą, która może wiedzieć, co stało się z Susan. Steven Powell wyszedł na wolność w lipcu 2017 roku, po odbyciu wyroku za posiadanie pornografii dziecięcej i odmawia współpracy w sprawie Susan Powell.

    #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @krulowa: Czo kurła...

      Starszy z braci miał powiedzieć policji, że mama pojechała z nimi na camping, lecz nie wróciła. Jeden z nich namalował też w szkole obrazek przedstawiający trzy osoby siedzące w samochodzie i czwartą związaną w bagażniku. Jakiś czas po zaginięciu Susan Charlie miał również powiedzieć jednemu z nauczycieli w przedszkolu, że jego mama nie żyje. Pomimo wszystkich tych przesłanek wobec Josha nie podjęto żadnych działań. pokaż całość

  •  

    Filmy inspirowane prawdziwymi zbrodniami.

    "Anna" i wampir (1981) - sprawa Wampira z Zagłębia
    Jestem mordercą (2016) - sprawa Wampira z Zagłębia
    Obywatel X (1995) - sprawa Andriej Czikatiło
    Morderca ze wschodu (2004) - sprawa Andriej Czikatiło
    Zodiak (2007) - sprawa Zodiaka
    Rozważny nieznajomy (1986) - sprawa Teda Bundy’ego
    Bezlitosny morderca (2002) - sprawa Teda Bundy’ego
    Polowanie na łowcę (2013) - sprawa Łowcy z Alaski
    Monster (2003) - sprawa Aileen Wuornos
    Niebiańskie stworzenia (1994) - sprawa Parker–Hulme
    Iceman: Historia mordercy (2012) - sprawa Richarda Kuklinskiego
    Diabelska przełęcz (2013) - sprawa Trójki z Memphis
    Dom przy Rillington Place 10 (1971) - sprawa Johna Christie
    Zabójcza podróż poślubna (2012) - sprawa Tiny Watson
    Polowanie na potwora (2005) - sprawa BTK
    Historia Chrisa Porco (2013) - sprawa Chrisa Porco
    In the Light of the Moon (2000) - sprawa Eda Geina
    Gacy (2003) - sprawa Johna Wayne’a Gacy’ego
    Chcę żyć! (1958) - sprawa Barbary Graham
    Taniec z nieznajomym (1985) - sprawa Ruth Ellis
    Carl Panzram: The Spirit of Hatred and Revenge (2012) - sprawa Carla Panzramiera
    Mad Dog Coll (1961) - sprawa Vincenta Colla
    Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (2007) - sprawa Jesse’go Jamesa
    W imię ojca (1993) - sprawa Gerry’ego Conlona
    The Chameleon (2010) - sprawa Nicholasa Barclay’a
    Z zimną krwią (1967) - sprawa Perry’ego Smitha i Richarda Hickocka (Rodzina Clutterów)
    Capote (2005) - sprawa Perry’ego Smitha i Richarda Hickocka (Rodzina Clutterów)
    Bez skrupułów (2006) - sprawa Perry’ego Smitha i Richarda Hickocka (Rodzina Clutterów)
    Oskarżona Amanda Knox (2011) - sprawa Amandy Knox
    Twarz anioła (2014) - sprawa Amandy Knox
    Siostry (2014) - sprawa Lindy Andersen
    Poszukiwana Sarah Pender (2013) - sprawa Sary Jo Pender
    Wszystko, co dobre (2010) - sprawa Roberta Dursta
    Badlands (1973) - sprawa Charlesa Starkweathera i Caril Ann Fugate
    Porwana: Historia Carliny White (2012) - sprawa Carliny White
    Mroczny sekret Jodi Arias (2013) - sprawa Jodi Arias
    Stare grzechy mają długie cienie (2014) - sprawa Dziewcząt z Alcasser
    Edwin Boyd (2011) - sprawa Edwina Boyda
    3096 dni (2013) - sprawa Nataschy Kampusch
    Zmowa (1988) - sprawa połaniecka
    Lincz (2010) - linczu we Włodowie
    Niebieski caprice (2013) - sprawa Johna Muhammada i Lee Malvo
    Porwanie Hannah Anderson (2015) - sprawa Hannahy Anderson
    Cleveland Abduction (2015) - sprawa Ariela Castro
    Sprawiedliwość dla Natalee Holloway (2011) - sprawa Natalee Holloway
    Lizzie Borden chwyta za siekierę (2014) - sprawa Lizzie Borden
    Mój mąż zabójca (2001) - sprawa Megan Kalajzich
    Zaginiona córeczka (2008) - sprawa Delimar Very
    Czerwony pająk (2015) - sprawa Karola Kota
    Amok (2017) - sprawa Krystiana Bali
    Sprawa Kalinki (2016) - sprawa Kalinki Bamberski
    The Axe Murders of Villisca (2016) - sprawa Axe
    Bodom (2016) - Jezioro Bodom
    Pozostawiona na śmierć. Historia Sandry i Tammi Chase (2012) - sprawa Sandry Chase
    Morderstwo na cienistym wzgórzuWataha u drzwi (2016) - sprawa Tate
    Zabójcza klika (2014) - sprawa Skylar Neese
    Oszukana (2008) - sprawa Wineville Chicken Coop Murders
    Dziewczyna z sąsiedztwa (2007) - sprawa Sylvii Likens
    Amerykańska zbrodnia (2007) - sprawa Sylvii Likens
    Czarna Dalia (2006) - sprawa Elizabeth Short

    #film #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @krulowa: Henry (1986) o H. Lee Lucasie
      From hell (2001) o Kubie rozpruwaczu
      Deranged (1974) o Edzie Geinie (jest kilka filmów o jego "dziełach")
      Oskarżeni (1988) o słynnym gwałcie zbiorowym na Cheryl Araujo
      Przynajmniej 2 filmy Helter Skelter o sekcie Mansona
      I jeszcze kilka innych, których tu na szybko nie znalazłem.

      +: krulowa
  •  

    Znacie jakieś książki o bardziej lub mniej dziwnych sprawach kryminalnych? Chodzi mi o szczegółowe opisy różnych historii w stylu boy in the box, przełęcz Diatłowa, czy np. krakowskie skórowanie.

    #czytajzwykopem #ksiazki #kryminalistyka

  •  

    #gruparatowaniapoziomu #historia #historiabezcenzury #kryminalistyka

    Leszek Pękalski – „bestia”, „potwór”, „hurtownik zbrodni”, „rzeźnik”, jak nazywano go w mediach – na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie sieroty. Za duża czapa i zbyt wielka kurtka. Wszystko niechlujne i zaniedbane. Powyciągane kieszenie i brak guzików. Spodnie całe w plamach, aż łyszczą od brudu.

    Skaza

    ŁADNA TA DOKTOR, CO GO TERAZ BADAŁA, i całkiem nie stara jeszcze. Kazała mu ona sobie przypomnieć dobrych i złych ludzi ze swojego życia. Znaczy, kto dobry, a kto zły był na wolności dla niego, dla Leszka. Babcia, wuj, matka – zło to było, znęcali się nad nim zawsze od dziecka. To jej jutro powie, jak zapyta. Na pewno to było jego największe zło. Płakał przez nich wszystkich często. Nic ich nie obchodził nigdy. Bili i popychali jego zawsze. I w ogóle źle mu tam było wtedy w życiu, jeszcze przed murem. Teraz jest lepiej. Bardzo dużo lepiej. Kucharka z internatu, babcia Nowakowa i ta zakonnica, siostra Ania z Przytocka, co taka łagodna była i mydłem ładnie zawsze ona pachniała, to było jego dobro. I jeszcze pani Basia nauczycielka dobra była. I Sylwia, ta z lasu. Martwa już ona, ale była dobra. Jedzenie mu dawała. Dwa razy mu dała jedzenie. Do lasu mu przyniosła, co już nie wyszła z niego wtedy. Chleb i pasztetową. Szkoda, że nie żyła już potem ona, ale to nie była jego wina. Stało się tak i tyle. Kręciły mu się myśli po tabletkach, które dali, jak na tej karuzeli, co kiedyś przyjechała do Bytowa z wesołym miasteczkiem.

    Stał pod nią i patrzył. Inne dzieciaki obracały się na niej, aż potem i jemu zakręciło się w głowie, od tego stania i zadzierania głowy w górę, ale matka nie dała mu na bilet, pożałowała jak zawsze. Szarpnęła za kurtkę, powiedziała, że co on głupi, żeby w kółko się kręcić jak inni durnie, i poszli stamtąd sobie. Nie przejechał się, nie pokręcił na niej, tej karuzeli, a tak chciał... Popłakał się wtedy bardzo, posmarkał i jeszcze w pysk od matki dostał, że głupi, że beksa. Jak zawsze. Mały wtedy był, ale to właśnie dokładnie o matce pamięta. I powie tej doktor. Dzieciaki roześmiane na tej karuzeli i jego matka, co krzyczała i go szarpała, że do domu ma już iść. Ta Sylwia z lasu, co się interesują nią teraz wszyscy, to piękna była i imię miała piękne. Sylwia... Od niej się jego kłopoty z policją zaczęły i najwięcej się policjanci teraz o nią pytają, a on im pokazał i powiedział już wszystko. Bał się zawsze na tych wizjach, że ludzie z wioski Sylwii coś mu zrobią, ale policja pilnowała bardzo, żeby nie podeszli za blisko. Nie ogłaszali chyba nigdy, że wizja z nim będzie, ale ludzie i tak się zbierali, i patrzeć chcieli, jak i co on pokazuje. Piękna ta Sylwia była i dobra. Żal, że nie żyje już ona.

    O listy też ta ładna doktor się pyta. O jego pisanie. On listów już wysłał dużo do ludzi dobrych dla niego kiedyś. Do rodziny swojej też, a nikt do niego teraz nie napisze. Ani ten brat z jehowych, ani Nowakowa babcia. Joasia, siostra, też znać go nie chce teraz i na listy nie odpisuje. Ani na jeden mu nie odpisała, ale pieniądze kiedyś pożyczać to umiała, tylko oddać to już nie. I szwagier, niby dobry, ale gumowej lalki do seksu mu nie kupił. A inaczej wszystko mogło być z tą lalką. Głowa boli, cały czas go ostatnio boli. Za dużo tego wszystkiego... Tabletek tyle mu dają, że to pewnie od tego. W telewizji lwy ostatnio widział, jak polują. Film taki o zwierzętach w Afryce był.

    Lew walnął ją, tę sarnę czy co to tam było, dokładnie tak samo, jak on tę dziewczynę w Toruniu. Jeden raz ten lew uderzył i padła ona jak tamta. Dokładnie tak samo. Uśmiechnął się do siebie. Był jak ten lew, taki silny. Pośmiałby się w głos, ale zatkał usta kocem, żeby nie obudzić kolegów z celi. Był jak ten lew, ale tego im też nie powie. Sylwia, taka piękna była, i wtedy jeszcze ciepła była, jak ten pierwszy raz ją miał. Dobrze mu z nią było bardzo. I tutaj też mu jest dobrze. Ciepło jest i nie głoduje. Zawsze wiadomo, o której jedzenie dostaną. Tak jak u sióstr albo w internacie. Śniadanie, obiad i kolacja. Chleba dają tyle, ile się tylko chce. Z renty w sklepiku też może sobie dokupić pączka, drożdżówkę, oranżadę. Wcale tu nie jest tak źle. Mówili mu, że tutaj nie będzie miał źle i nie ma. Cela mała, podobna do pokoju u wujka, ale koja wygodna i na głowę nie pada. Nie musi martwić się, gdzie będzie spał, nie musi głodować, bo jedzenie dają regularnie i dokładkę można czasami dostać. I ci spod celi nie są najgorsi. Tylko musi uważać, co mówi.

    Nie lubią tutaj, jak się za dużo gada. Śmieją się i krzyczą: „Zamknij ryja, świrze!”. Jak był na wizji lokalnej w Lublinie, to go zamknęli w areszcie z grypsującymi. Wtedy nie było dobrze, oj, nie było dobrze. Bał się, że go zabiją. Bardzo się wtedy ich bał. Ściągnęli go w nocy za nogi na podłogę, narzucili mu na głowę koc. Myślał, że koniec jego nadszedł już, że zatłuką, zabiją go wtedy. Nawet modlić się zaczął, ale go nie zabili. Poturbowali trochę, pokopali i zabawili się z nim tylko. Wytatuowali mu wtedy psa na lewym udzie. I jeszcze napis na piersi – fuck you. Nie wie, co to znaczy, ale to pewnie nic dobrego. Dlatego teraz wieczorami siedzi cicho, żeby nie denerwować innych. Nic do nikogo nie mówi, tylko uśmiecha się do siebie. Jeszcze te zakonnice w Przytocku były dla niego takie dobre, nie to co matka i babka. Ta jedna, siostra Ania, co pachniała mydłem. Lubił ją najbardziej ze wszystkich i lubił się do niej przytulać, bo potem wieczorem zawsze miał wzwód, jak o tym pomyślał. Głowa boli, za dużo tego... Zasnąć nie można. Powie jutro, żeby mu dali jakieś tabletki na to, jak głowa boli. Ta policjantka też jest miła. Ta, z którą teraz tak często rozmawia. Tylko, że ona pachnie papierochami. I ten prokurator nie jest taki zły.

    Kawę mu zawsze postawi, papierosa da, a na wizjach, jak w Polskę jadą, czasami pozwoli nawet dwa obiady zjeść. Dużo się dopytuje. Ciągle prosi, żeby Leszek sobie przypominał wszystko po kolei, ale on i tak powie mu tylko to, co chce. Nigdy nie dowiedzą się, jak było naprawdę! Teraz on tu rządzi, bo tylko on wie. Tylko on wie, ile było tych posłusznych mu kobiet. A oni niech myślą, co chcą, niech go proszą. Powie tyle, ile chce. I nic więcej. Skaczą koło niego, bo teraz jest ważny. Już nic, gorzej niż jest, stać mu się nie może. Powiesić to chyba go nie powieszą. Podobno już teraz nie wieszają, bo jest zakaz na karę śmierci. To niech się od niego proszą. On swoje wie, a powie, co będzie chciał, albo za każdym razem powie im co innego. Nie dowiedzą się nigdy od Leszka, jak to naprawdę było. Zatkał usta kocem, bo znowu zaniósł się śmiechem.

    Okrągła buzia, ziemista, łojotokowa cera, przetłuszczone, krótkie, ciemne włosy. Ślina w kącikach ust. W chłodnych, brązowych oczach lekki zez. Przygarbiona postawa, długie ręce i lekko przygięte nogi ze stopami skierowanymi ku sobie sprawiają, że wygląda jak jedno wielkie nieszczęście. Porusza się charakterystycznym kaczym chodem. I zwykle śmierdzi, bo nigdy nie lubił się myć. Od takich jak on ludzie odsuwają się na ulicy, w sklepie, w autobusie. Nie wzbudza strachu, raczej litość, często obrzydzenie. Wielu takich widuje się pod sklepami w byłych wsiach popegeerowskich, siedzących z flaszką taniego wina na przystankach pekaesu. Jednak Leszek jest inny, bo Leszek ma skazę. Podniecają go kobiety, wszystkie kobiety. I stare, i te młode. Mężczyzn też lubi, a czasami lubi i dzieci. Bez względu na wiek , urodę, tuszę czy kalectwo chce uprawiać z nimi wszystkimi seks. Wszystko jedno gdzie, bo pragnienie dopada go nagle i nie umie nad nim zapanować. Musi się zaspokoić natychmiast.

    W parku, w lesie, na ulicy, na budowie. Proponuje wtedy seks każdemu, kogo napotka. Nigdy się nie zgadzają, a często śmieją się z niego, przeklinają go, wyzywają. I właśnie wtedy coś w nim pęka. Musi je uciszyć, musi spowodować, że będą mu posłuszne. Nie nazywa tego zbrodnią ani morderstwem. Mówi: „Miałem zdarzenie” albo „Zagrażałem”; „Wpuściła mnie bo nie wiedziała, że zaraz dojdzie do paniki”; „Zaspakajałem się na niej”; „Chciałem gdzieś, na kimś wyruchać się”; „W tym mieście tylko te dwa zdarzenia były, więcej tam nie miałem”; „Nie poddała mi się żadna. Dziewczyny się tak nie dawały, ale tak robiłem, żeby były posłuszne”; „Albo się pani da wyruchać, albo ja panią kijem zabiję”; „Uderzyłem ją kijem i nie żyła już wtedy ona. Żal, bo ładna ona była”. I wciąż nie może zrozumieć, że zrobił coś złego. Przecież gdyby zgodziły się na seks, może byłoby zupełnie inaczej. Może nawet ślub by wzięli i byliby razem? Pękalski podczas śledztwa przyznał się do zamordowania sześćdziesięciu siedmiu osób.

    W czasie rozmów z policjantami, kiedy padały pytania o morderstwa, denerwował się i zaczynał się jąkać. Trząsł się, drapał ręce, czasami gryzł dłonie. Ale z biegiem czasu hardział. Szybko przeszedł więzienną edukację. Zorientował się, że policjanci chcą dowiedzieć się więcej. I wiedział, że tylko on może im tej wiedzy dostarczyć. Poczuł się ważny. Nie był już wsiowym popychlem, nareszcie był Kimś. Mimo ogromu zbrodni policjantom też zdarzało się litować nad nim, a to, że się nad nim litują, nie przeszkadza mu, wręcz przeciwnie. Leszek lubi wzbudzać współczucie, bo to oznacza zainteresowanie. Po aresztowaniu wyglądał mizernie, ale jego mikra postawa jest myląca. Leszek zawsze był zwinny, szybki i miał siłę szympansa. Dlatego jego ofiary nie miały najmniejszych szans. Policjantki, które uczestniczyły w wizjach lokalnych, nie godziły się na symulowanie ofiar zbrodni. W tej roli zastępowały je manekiny albo silniejsi koledzy. Trudno było przewidzieć, czy Leszek nagle nie rzuci się na którąś z kobiet i nie zrobi jej krzywdy, bo przecież nie miał już nic do stracenia. Poza tym w trakcie śledztwa na widok ładnej kobiety Leszkowi często zaczynały drżeć ręce i zdarzało się, że mówił z uznaniem: „Ale ładna dupa”. Nie potrafi zapanować nad monstrualnym popędem. Nie ma żadnych hamulców.

    Podczas wizyty w areszcie ekipy telewizyjnej, która przywiozła mu erotyczne gazety, Pękalski – rozmawiając z nimi – zerkał na zdjęcia nagich kobiet i jednocześnie masował krocze. Nie przeszkadzała mu ani obecność dziennikarzy, ani pracująca kamera. To po prostu silniejsze od niego.
    Wśród prowadzących śledztwo największe zaufanie Leszka zdobyła doświadczona policjantka z komendy w Słupsku. Z nią współpracował najchętniej. Jednak – jak mówili jej koledzy – nawet ona, mimo ogromnego doświadczenia, przy pierwszych spotkaniach z Leszkiem nie czuła się bezpiecznie. Podczas przesłuchań Pękalski zachowywał się bardzo grzecznie. Opowiadając o wędrówkach po Polsce, często używał zwrotów: „proszę bardzo” i „elegancko”. Nieraz podkreślał, że jest sierotą i dlatego nie wolno go krzywdzić. Policjanci, kiedy zdołali się już z nim oswoić, zwracali się do niego łagodnie i zdrobniale: „Panie Leszku” albo „Lesiu”. A wtedy on chętnie Tak pół na pół.

    Łagodne podejście do Leszka i kupowanie mu jedzenia było jedynym sposobem wyciągnięcia od niego istotnych szczegółów. Każde podniesienie głosu powodowało jego niechęć do składania zeznań, obrażanie się i zamknięcie się w sobie na wiele tygodni. Leszka zatrzymano przypadkowo. Policja dreptała wokół zabójstwa młodej dziewczyny, ekspedientki z wiejskiego sklepu, zawężając powoli krąg podejrzanych. Biegli stworzyli jego portret pamięciowy. Miał być młodym mężczyzną o dużych potrzebach seksualnych, który działa wyjątkowo brutalnie. To rodziło obawy, że może zaatakować ponownie. Na trop Pękalskiego wpadła pracująca na komendzie sekretarka. To ona, przekładając akta, zwróciła uwagę, że Leszek miał na swoim koncie gwałt i wyrok w zawieszeniu. Powiedziała o tym przełożonym, więc sprawdzono jego alibi. Śledztwo szło jak po maśle i kiedy Leszek przyznał się do zabójstwa, policja cieszyła się z rychłego zakończenia sprawy. Po kilku rozmowach z podejrzanym przesłuchującym zrzedły miny. Leszek zaczął snuć swoją makabryczną, nekrofilską opowieść. Początkowo podejrzewano, że to rojenia psychopaty.

    Włosy stanęły dęba przesłuchującym, kiedy potwierdziła się pierwsza, druga, trzecia zbrodnia. To uprawdopodobniło kolejne. Leszek znał takie szczegóły, o których mógł wiedzieć tylko morderca, jak choćby to, że kobieta była ugryziona w pierś, że miała na sobie różową bieliznę, że zwłoki leżały na boku, a na ścianie nad nimi wisiały święte obrazki. Kiedy wieźli go na wizje lokalne, opowiadał, że pokój, w którym zabił, zmienił się, że wcześniej był pomalowany na żółto w szlaczki, a teraz jest niebieski. Opisywał dokładne ułożenie ciał i miejsca, gdzie pozostawił zwłoki. Pamiętał, że denat miał przecięty nożem pasek w spodniach. Z jego wędrówek po kraju policja sporządziła makabryczną mapę. W komendach w całej Polsce zdejmowano z najwyższych półek zakurzone akta, a Leszek wciąż mówił o nowych, istotnych dla śledztwa szczegółach, poprawiając policji statystyczną wykrywalność. Policjantów zaskakiwała jego pamięć, kiedy dokładnie opisywał miejsce zbrodni, wygląd i ubranie ofiary sprzed lat czy samochód, który przejeżdżał niedaleko, gdy uciekał. Bywało i tak, że nie poznawał go świadek, którego Leszek doskonale pamiętał...

    więcej w książce: Bestia. Studium zła - Magda Omilianowicz #ksiazki
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Dzisiaj porozmawiamy sobie o "polskim Frankensteinie".
    Joachim Knychała urodził się 8 września 1952 roku w Bytomiu. Wychowywany był przez matkę i babkę Niemkę, która nie mogła wybaczyć swojej córce tego, że związała się z Polakiem. Był wielokrotnie poniżany przez matkę, babkę i dzieci w szkole, nazywany "polskim bękartem" i "szwabem". W szkole zdobył zawód górnik-cieśla w 1970 roku i uprawiał go w kopalni "Andaluzja". W tym też roku został skazany na karę 3 lat pozbawienia wolności za gwałt zbiorowy (twierdził, że został wrobiony), w czasie odbywania kary zaczął silnie nienawidzić kobiety. Mimo tego miał żonę i dwójkę dzieci.

    Pierwszy raz próbował zabić niedługo po odbyciu kary (3 listopada 1974 roku). Wówczas zaatakował na klatce schodowej przy bytomskiej ul. Wrocławskiej 21-letnią Marię Borucką. Została uderzona w tył głowy, jednak dzięki grubej czapce i pomponowi wewnątrz cios został zamortyzowany, a ofiara dała radę go zobaczyć i uchroniło ją to od śmierci spod pręta zbrojeniowego.

    Następnie napadł na Stefanię M, 20 września 1975 roku. Dziewczyna umarła w wyniku otrzymania ciosu w tył głowy tępym narzędziem. W dniu śmierci była na libacji alkoholowej ze swoim chłopakiem i jej przyjaciółmi. Doszło do kłótni i nawet ją gonił. Początkowo to on był podejrzany, a nawet sam w to mocno wierzył. Pamiętał, że ją uderzył, miał jednak lukę w pamięci, został skazany na 15 lat pozbawienia wolności. Mimo wszystko, nie zwrócono uwagi na to, że zbrodnia była na tle seksualnym, nie emocjonalnym. Sprawę zamknięto.

    Warto dodać, że Knychała uczestniczył w rozprawie Zdzisława Marchwickiego, czyli "Wampira z Zagłębia". Podczas gdy Marchwicki oczekiwał na wykonanie wyroku (kara śmierci) 6 maja 1976 roku na ul. Nowej w Chorzowie - Knychała zamordował 38-letnią Mirosławę Sarnowską. Była bardzo ważnym świadkiem w procesie Marchwickiego o zabicie Jadwigi Kucianki. Rozpoznała Marchwickiego dwukrotnie (na okazaniu i wizji lokalnej). Została zabita w identyczny sposób w jaki zabito Kuciankę. Blisko domu, tępą siekierą zraniona w głowę i na tle seksualnym. Wracając z pracy, zaledwie 50 m od domu. Policjanci niechętnie chcieli łączyć to ze sprawą Marchwickiego i pojawiło się wiele spekulacji na temat tego, że to nie Marchwicki dokonał tych zbrodni, a także, że dalej jest na wolności.

    30 października 1976 roku na klatce schodowej przy ul. Rostka 21, ponownie w Bytomiu, zabito Teresę Ryms. Została kilkukrotnie uderzona w głowę, zabójca został spłoszony przez szczekanie psa, więc zaciągnął ciało do piwnicy z pierwszego piętra.
    Ofiara mieszkała naprzeciw milicji, nie odnotowano świadków.

    20 stycznia 1977 roku w Siemianowicach Śląskich zaatakował Barbarę, zobaczyła i zapamiętała napastnika. W tym momencie zaczęto wiązać wszystkie sprawy w całość, a Barbara znacznie przyczyniła się do identyfikacji sprawcy.

    2 lutego 1978 roku w Bytomiu odnotowano kolejny atak.

    24 czerwca 1978 roku napadł na dwie dziewczynki w wieku ok. 12 lat w lesie, podczas gdy zbierały tam jagody. Zwłoki jednej z dziewczynek zostały również obnażone. Katarzyna S. mimo wielu ciężkich obrażeń przeżyła i wniosła wiele do śledztwa. Jednak przez fakt tego, że znalazł ją jeden z milicjantów - podała jego wizerunek.

    W maju 1982 roku zaatakował ponownie i zabił ostatni raz. Tym razem wydał się sam. Stwierdził, że jego szwagierka Bogusia podczas spaceru upadła i zmarła. Tak też to traktowano. Była jego kochanką i była też w ciąży, dopiero przy sekcji stwierdzono, że nie było to przyczyną wypadku i została zamordowana. To było jedyne morderstwo, które nie było przypadkiem, ponieważ Bogusia chciała powiedzieć o całym romansie swojej siostrze (żonie Joachima).

    Wszystkie jego zbrodnie były dokonywane w celu demonstracji. Obnażał kobiety pośmiertnie, zabawiał się, także gwałcił. Nigdy nie chował ciał.
    Za każdym razem ciosy były pewne, sprawca więc miał jasny cel.

    Ciągle miałem mało krwi, to napadanie i mordowanie było silniejsze od mojego ja, a ponadto wychodziłem do pracy, ale tylko ja wiedziałem, jak ta praca naprawdę się przedstawia.
    Wszystkie ofiary zostały znalezione niedaleko śląskiej linii tramwajowej nr. 6 przechodzącej przez kilka miast, od numeru również nazwano jedną z grup zajmującą się sprawą.
    Ustalono, że wszystkie zabójstwa "były z lubieżności". Jest to najwyższa forma sadyzmu, zwykle nieplanowana (nie w przypadku Joachima, bardzo mocno planował zbrodnie). Patrząc na to z punktu widzenia zdrowej osoby - chęć morderstwa przychodzi jak ochota na seks. Sam czyn zaś powoduje erekcję i orgazm.
    W pewnym momencie dochodzenia stworzono nawet model mordercy w skali 1:1, był niemal identyczny. Jest to bardzo rzadki zabieg w kryminalistyce. Niestety, nawet ta metoda nie pomogła w odnalezieniu sprawcy.
    Podczas dochodzenia przesłuchano ponad 7000 mężczyzn i odnaleziono wielu przestępców seksualnych o mniejszym stopniu. Badano nawet wariografem. W roku 1979 zatrzymano również sprawcę, ale okazało się, że miał silne usprawiedliwienie czyli "dniówki sztygarskie". Przez to, że sztygar odbierał za niego pieniądze - miał wolne, a tak naprawdę wpisywano mu wówczas zmianę. Niemal wszystkie daty zgadzają się z rzekomymi "zmianami".
    Mimo wszystko, milicjanci byli wciąż dalecy od rozwiązania sprawy, a ze względów tego, że był stan wojenny, sprawie poświęcano zbyt mało czasu i ludzi.
    O jego sprycie mówi też to, że zaprzestał czynów w momencie znacznego ruszenia śledztwa do przodu, wstąpił do partii i zaczął uczęszczać do szkoły wieczorowej. Był przykładnym ojcem, mężem i współpracownikiem. Poprosił nawet w trakcie śledztwa o to, by powiedzieć o wszystkim swojej żonie, Halinie. Po to, by nie dowiedziała się od obcych. Zgodzono się i nagrywano rozmowę, a Achim się do wszystkiego przyznawał.

    Przecież normalnie, po ludzku, jak należy kochaliśmy się, było nam dobrze ze sobą, a Achim... coś Ty narobił?
    Jednym z mocniejszych momentów tej rozmowy było:

    Coś Ty zrobił, my po Tobie nie będziemy mieć renty. > A ten kożuch co mosz to będę mogła sprzedać bo Cię powieszą, nie?
    Joachim praktycznie na wszystkie jej pytania odpowiadał milczeniem, na to odpowiedział tylko:

    Ja.

    No ale do domu jaki wszedłeś, przecież ja nie zauważyłam, Achim. Co ja wtedy robiłam? I myśmy cholera, nikt nie poznał w domu, no ja nie wiem.

    No iżem jak miała rozszyfrować, Achim? Jak to możliwe? Jak to możliwe?

    Wiesz, tych dziewczynek to ja bym ci nie darowała, za to powinieneś wisieć...

    Podczas zatrzymania miał 30 lat. Nie przyznawał się, był niesamowicie inteligentnym człowiekiem i im bardziej go gnębiono fizycznie i psychicznie - tym więcej milczał. Ogromny wkład w śledztwo miał podinspektor Roman Hula, który zaczął przynosić mu do celi książki (uwielbiał je czytać) i rozmawiać z nim jak z przyjacielem. Za każdym razem na koniec, uświadamiał go między słowami o tym, jakie czekają go konsekwencje i że wiedzą, że to on. Przyznał się do 7 zabójstw i 5 usiłowań. Spisywał nawet pamiętniki z których wynikało, że martwił się tylko o żonę i dzieci, nie widział w tym siebie. Miał niezwykły żal do psychiatrów i psychologów, że nie chcieli go badać, a ze zbrodni był dumny. Chciał koniecznie przejść do historii.
    19 kwietnia 1984 roku został skazany na karę śmierci, był całkowicie świadomy zakończenia całego śledztwa od momentu zatrzymania.
    21 maja 1985 roku został stracony poprzez powieszenie w więzieniu przy Montelupich 7 w Krakowie. Był to jeden z ostatnich wyroków kary śmierci w Polsce.
    Na zdjęciu porównanie Joachima z jego trójwymiarowym modelem.

    #gruparatowaniapoziomu #historia #historiabezcenzury #kryminalistyka #seryjnimordercy #bytom #piekaryslaskie #siemianowice #siemianowiceslaskie #slask #prl
    pokaż całość

    źródło: bis.gazeta.pl

  •  

    Rozmowa seryjnego mordercy Richarda Kuklińskiego z psychologiem dr. Parkiem Dietzem w więzieniu Trenton State.
    Dla których, którzy lubią słuchać o miejscach w głowie, w których inteligencja zagina moralność. Fantastyczna batalia psychologiczna, próba sił dwóch naprawdę potężnych umysłów. Dla mnie osobiście przykład wielkości umysłu w kreowaniu murów i zaprzeczeń rzeczywistości.
    #psychologia #kryminalistyka #seryjnimordercy pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: Yezdemir, Aquamarine +61 innych
  •  

    Dla odmiany, dziś sprawa Pizza Bombera.

    Przebieg wydarzeń:

    28 sierpnia 2003 roku jest kolejnym gorącym dniem w Erie w Pensylwanii. Brian Wells (46 lat), który przez prawie 30 lat pracował w pizzerii Mama Mia, dostaje zlecenie na dowóz 2óch pizz na Peach Street 8631. Pózniej okaże się, że adres w rzeczywistości jest miejscem, w którym stoi wieża transmisyjna lokalnego oddziału CBS: WSEE-TV.

    Na miejscu Wells spotyka swoich wspólników, którzy planują wraz z nim, napad na bank. Plan zakładał założenie Wellsowi na pierś, sztucznej bomby. W razie jakichkolwiek pytań Wells miał powiedzieć, że 3ech czarnych ludzi zmusiło go do bycia żywą bombą i przetrzymywało go, jako zakładnika. Jednak plan się zmienia, w momencie gdy Wells dowiaduje się na miejscu, że bomba jest prawdziwa. Wells zostaje obezwładniony, a na szyję zostaje mu założona obroża z zapalnikiem. Na klatkę piersiową zostaje mu założona bomba, a na nią koszulka z napisem: GUESS WHO? (Zgadnij kto?). Do ręki dostaje zrobiony domowym sposobem shotgun, który wygląda podobnie do zwykłej laski, oraz 2 strony ręcznie napisanych instrukcji.

    Instrukcje, które dotyczą „bombowego zakładnika”, wymieniają listę ściśle określonych zadań na czas, które mogą opóźnić detonację i ostatecznie rozbroić bombę. Notatki informują również, że Wells jest pod stałą obserwacją i jakikolwiek kontakt z władzami, spowoduje detonację. „DZIAŁAJ TERAZ, MYŚL PÓŹNIEJ ALBO ZGINIESZ!” jest napisane na końcu notatek.

    Pierwszym zadaniem jest wejście do banku PNC i podanie kasjerowi notatki z żądaniem wydania 250 000$. Shotgun miał zostać użyty w przypadku braku współpracy, lub gdyby ktoś próbowałby uciec. Na wydanie całej kwoty, kasjer ma 15 minut, lub nastąpi eksplozja. Kasjerka, która w tamtym momencie nie miała dostępu do skarbca, daje Wellsowi torbę, w której znajduje się 8 702$ i z którymi Wells opuszcza bank. Kasjerka natychmiast dzwoni na plicję.

    15 minut później, policja zauważa Wellsa, który stoi koło swojego auta i od razu go aresztuje. Wells mówi, że trzy nieznane osoby umieściły bombę na jego szyi, dały mu shotgun i kazały ukraść pieniądze z banku oraz wykonać parę innych zadań, inaczej go zabiją.

    Policjanci na początku nie przystąpili do rozbrojenia bomby. Zostali wezwani saperzy, którzy przyjechali pół godziny po pierwszym telefonie na 911. 3 minuty zanim pojawili się saperzy, bomba eksploduje, wybijając dziurę wielkości pięści w klatce piersiowej Wellsa, który ginie na miejscu. Całe zdarzenie jest transmitowane na żywo w telewizji.

    Po zamachu, w trakcie sekcji, głowa Wellsa musiała zostać odcięta, żeby dokładnie zbadać bombę, której zapalnik znajdował się na jego szyi.

    Motyw:

    Wells do całej sprawy został wciągnięty przez Kena Barnesa, który był jego dilerem i u którego w domu, Wells spotykał się z prostytutką Jessicą Hoopsick. Barnes został wynajęty przez Marjorie Diehl-Armstrong do zabicia jej ojca. Marjorie po śmierci ojca, miała w spadku odziedziczyć 2 mln $. Niestety, jej ojciec rozdawał pieniądze znajomym i rodzinie, bo jak sam twierdził, jemu nie były potrzebne. Do jego śmierci w 2014 roku, z majątku zostało mniej niż 200 000$. Na dodatek, ojciec nigdy nie miał zamiaru zostawić córce czegokolwiek w spadku ze względu na jej różne zaburzenia psychiczne, przestępczość oraz nieumiejętność samodzielnego utrzymania się.

    Kolejni podejrzani:

    31 sierpnia, kolega z pracy Wellsa, Rob Pinetti, zostaje znaleziony martwy w swoim domu. Nigdy nie został bezpośrednio połączony ze napadem, ale prowadzący śledztwo zauważyli, że jego zachowanie radykalnie zmieniło się po śmierci Wellsa i stał się paranoikiem. Miał zostać przesłuchany w poniedziałek po swojej śmierci. Okazało się, że przedawkował narkotyki.

    20go sierpnia , Bill Rothstein, który mieszkał w domu w pobliżu wieży WSEE, zadzwonił na policję i poinformował, że ciało Jamesa Rodena jest schowane w zamrażarce w jego garażu. Rothstein został od razu aresztowany. Zaraz po jego telefonie na policję, ale przed jego ujęciem, Bill napisał notatkę, z której wynikało, że planował samobójstwo, ale nie ma ono nic wspólnego z Brianem Wellsem, chociaż sam Rothstein nigdy nie próbował popełnić samobójstwa. W areszcie powiedział, że Marjorie, z którą randkował i nawet był zaręczony na przełomie późnych lat 60' do wczesnych 70', zamordowała swojego ówczesnego chłopaka Rodena strzelając do niego sześć razy z shotgunu podczas gdy Roden spał na jej kanapie u niej w domu. Bill twierdził, że kobieta dała mu 2 000$, żeby ten pomógł jej posprzątać mieszkanie oraz wynieść ciało. Stwierdził, że zadzwonił na policję ze strachu, a sama Marj jest niebezpieczną manipulantką. Jeszcze tego samego dnia, została aresztowana.

    Marjorie:

    Muzyczny geniusz z najlepszymi ocenami w liceum. Ukończyła socjologię z wyróżnieniem. Jako dorosła została zdiagnozowana z postępującą chorobą dwubiegunową. Zdawała sobie sprawę ze swojej choroby. Była ponadprzeciętnie inteligentna. Była wcześniej znana policji ze względu na niewyjaśnione okoliczności śmierci swojego męża oraz kolejnych partnerów. W 1984 roku została aresztowana za zabicie ówczesnego partnera Roberta Thomasa, ale zostało uznane to za samoobronę.

    Podsumowanie:

    Ze sprawą związany był także Floyd Stockton, który mieszkał z Rothsteinem w czasie planowania napadu. Zostało mu odpuszczone 23 lata od wyroku za gwałt na nieletniej ze względu na zeznania obarczające Billa.

    Bill Rothstein zmarł na chłoniaka 30go czerwca 2004 roku, zanim zostały mu przedstawione zarzuty. Marjorie została skazana na dożywocie plus 30 lat. Zmarła w więzieniu na raka piersi 4go kwietnia 2017 roku. Do końca nie przyznała się, że miała cokolwiek wspólnego ze śmiercią Wellsa. W ten sposób, uniknęła kary śmierci.

    Mózgiem i prowodyrem operacji okazała się Marj, która do samej śmierci wszystkiego się wypierała. Cała wina miała leżeć po stronie Rothsteina, który pisał notatki oraz skonstruował bombę. Ken wciągnął Wellsa, a Floyd pomagał w planowaniu.

    W 2018 roku, Jessica Hoopsick przyznała się do brania udziału w całym przedsięwzięciu. W 2003 roku, kiedy była uzależnioną od narkotyków prostytutką, jej stałymi klientami byli Wells i Barnes. Wiedziała, że Marj, Bill, Ken i Floyd szukają kogoś, kto jako zakładnik z bombą pójdzie obrabować bank. Za podanie „frajera” na tacy miała dostać 5 000$, za które kupiła heroinę. Według Hoopsick, Wells od samego początku nie miał nic wspólnego ze sprawą, a jedynie został do wszystkiego zmuszony. Przyjaźnił się z Jessicą i jej rodziną. Był zwykłym, niezbyt rozgarniętym rozwozicielem pizzy, który został wplątany w napad, w którym ostatecznie zginął.

    Polecam serial na #netfilx: Evil Genius: The True Story of America's Most Diabolical Bank Heist.

    Oraz czarną komedię: 30 Minutes or Less z 2011 roku.

    #zbrodniczeumysly #ciekawostki #zbrodnia #kryminalistyka #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: liveleak.com 18+

  •  

    #gruparatowaniapoziomu #seriale #historia #historiabezcenzury #prl #kryminalistyka
    Ojciec ma boscha, pamięta ktoś scenę w serialu Pitbull, gdy Kamil Steinbach zagrał tego pojeba. #polskiyoutube

    Ciekawostka - wiele historii opowiedzianych w Pitbullu bazuje na prawdziwych wydarzeniach o których opowiadał Sławek Opala (pierwowzór postaci granej przez Marcina Dorocińskiego). Tutaj w wywiadzie opisuje prawdziwą wersję morderstwa przedstawionego w filmie: https://www.youtube.com/watch?v=ZtEsEFXnmgg&feature=youtu.be&t=18

    „Rodziną Potwornickich" mundurowi określili nastolatków, którzy jesienią 1999 r. w mieszkaniu przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie w okrutny sposób zamordowali swoją matkę.

    Ponad dwa lata temu głośno było o filmie „Matka Teresa od kotów" w reżyserii Pawła Sali, opartym na autentycznych makabrycznych wydarzeniach, do których doszło w inteligenckiej rodzinie na warszawskiej Ochocie.

    Przed zbrodnią małżeństwo K. mieszkało tam z piątką dzieci w wieku 7–25 lat. Wśród nich byli dwaj synowie 13- i 23-letni. Młodszy, Jędrek, zaczął naukę w gimnazjum. Starszy, Janek, przerwał studia i szukał swojej drogi. Chodził na kursy, pracował dorywczo.

    Między braćmi była silna więź. Młodszy był wpatrzony w starszego jak w obrazek. W dniu zabójstwa kobieta weszła do pokoju synów. Starszy zaszedł ją od tyłu i uderzył nożem w gardło. Kiedy próbowała się bronić, przytrzymał ją młodszy syn. Kiedy Janek uderzył nożem w szyję, Jędrek początkowo nie mógł na to patrzeć. Potem jednak pomógł odciąć matce głowę. – To był przykry widok, że człowiek nie żyje – mówił potem policjantom Jędrek.

    Bracia zamknęli pokój na klucz i wyszli z domu. Kupili plastikowe worki, w które zapakowali ciało i schowali do szafki w pokoju. Dzień później rodzina zgłosiła zaginięcie Iwony K. Szukali jej wszyscy, nawet bracia. Tymczasem ciało cały czas leżało w szafce obok.

    Przez pięć dni chłopcy spali ze zwłokami w jednym pokoju. Potem wyjechali z Warszawy. W tym czasie do ich mieszkania przyszedł dzielnicowy, który zajmował się sprawą zaginięcia Iwony K. Pokój chłopaków był zamknięty. Policjant postanowił wyważyć drzwi. Gdy wszedł do środka z mężem zaginionej, poczuli fetor rozkładających się zwłok. Poćwiartowane ciało leżało w workach na śmieci. Kobieta miała skrępowane ręce i nogi, w reklamówce obok leżała obcięta głowa.

    Chłopaków odnaleziono w Broku nad Bugiem. Przyjechali do pensjonatu, w którym dwa miesiące wcześniej byli z matką. Rozpoznał ich jeden z mieszkańców i wezwał policję.

    Przy chłopcach znaleziono dwa noże, w tym składany. To właśnie nim zamordowali matkę. Policjantom opowiadali, że najpierw podcięli jej gardło. Ona charczała, a oni cięli dalej. Do zabójstwa przyznali się jeszcze w policyjnym radiowozie w drodze do Warszawy. Zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Rozmawiali o grach komputerowych. – Tak musiało się stać. Nie było innego wyjścia. Czuję żal dlatego, że zabiłem człowieka, a nie dlatego, że zabiłem matkę – mówił podczas przesłuchania Jędrek. Dodał, że nie chcieli mamie zadawać cierpienia; chcieli, żeby umarła szybko.

    Tłumaczyli, że matka ich nie rozumiała. Kazała gasić światło, chodzić do szkoły. Nie dawała pieniędzy. Policjanci wspominali, że starszy z braci opowiadał o zbrodni tak, jakby to były sceny z filmu. – Nie byli normalni. Rodzina Potwornickich – skwitowali mundurowi. Biegli orzekli, że starszy z braci jest niepoczytalny. Trafił więc do zakładu zamkniętego. Młodszy decyzją sądu do poprawczaka, gdzie był do ukończenia 21. roku życia.

    – Chłopcy otrzymali bardzo dobre wychowanie, byli dobrze ułożeni, a mimo to młodszy z nich wpadł na pomysł, aby zabić matkę. Zrobił to razem z bratem, ale to 13-latek był inspiratorem. Wykorzystał chorobę brata, który nie miał problemów, aby pozbawić matkę życia – wspomina inspektor Marek Dyjasz.
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

    •  

      @NowyJa: No własnie nie do końca, bo przecież twórca Dallas Studios ma na imię Sebastian, a aktor grający Tomka Kozłowskiego to Filip Woźniak. Jest jakieś oficjalne potwierdzenie, że to ta sama osoba? Bo nie raz widziałem tę historię, że to Steinbach, ale nie udało mi się wciąż uzyskać potwierdzenia

    •  

      @Piesa Dallas to Sebastian Wydrzyński. Jestem pewny na 90% bo taki wyświetlał się na paypalu (gdy miał prywatną stronkę z materiałami i wpisowym, dwie dyszki) i na PolakPotrafi jak próbował zrealizować jakiś podobny projekt.

      +: Piesa
    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Ostatnio głośno o sprawie Tomasza Komendy, którego polskie "sądy" skazały na 25 lat w więzieniu, a po 18 latach faceta wypuszczono, bo sorry, prokuratorowi nie chciało się czytać akt, a sędzia był roztargniony. To teraz podobna sprawa z 2000 roku z Wałbrzycha. W marcu 2000 roku zabito w Wałbrzychu antykwariusza Henryka Śliwowskiego. Trzech kolesi weszło do antykwariatu w środku dnia, zabili właściciela jednym strzałem z rewolweru i kilkoma strzałami z pistoletu do wystrzeliwania gwoździ. Policja nie mogła nic ustalić w tej sprawie, do kogo należą odciski palców, dlaczego skradziono tylko zeszyt antykwariusza i kilka bezwartościowych monet (wiele wartościowych rzeczy nie zostało skradzionych, ofiara miała na ręce złotego rolexa i sporo kasy w kieszeni). Spawa trafiła do programu 997. Dzień po emisji materiału na policję przyszła kobieta, która twierdziła, że w dniu zabójstwa jej syn widział trzech mężczyzn wybiegających z antykwariatu. Na podstawie tylko i wyłącznie zeznań tego świadka (anonimowego), zatrzymano Radosława Krupowicza, po jakimś czasie zatrzymano też Patryka K. Całe oskarżenie opierało się tylko i wyłącznie na zeznaniach anonimowego świadka, który rozpoznał Radosława Krupowicza, ale nie potrafił już powiedzieć na 100% czy tego dnia widział też Patryka K. Prokuratura nie miała nic więcej- motywu, odcisków palców, broni, skradzionych przedmiotów, zeznań innych świadków. Co więcej, oskarżeni mieli alibi. To wszystko nie przeszkadzało sądowi skazać ich na 25 lat z możliwością warunkowego przedterminowego zwolnienia po 20 latach. Oskarżonych poddano też badaniu na wariografie, cały czas utrzymywali, że są niewinni, podczas badania wyszło, że mówią prawdę.
    W 2011 roku Sąd Apelacyjny zmniejszył im wyroki do 15 lat uznając, że przecież sprawców było trzech i to ten nieustalony trzeci mógł strzelać, jednak uznano też, że Radosław i Patryk godzili się z tym, więc wyrok 15 lat będzie adekwatny. Radosław Krupowicz wyszedł z więzienia w wieku 32 lat pod koniec 2014 roku, Partyk K. wyszedł później. Sprawa trafiła do Trybunału w Strasburgu. Po latach nawet policjant, który pracował przy tej sprawie, Janusz Bartkiewicz, stwierdził, że są niewinni. W 2002 roku przygotował raport mówiący o jego wątpliwościach co do winy oskarżonych, jego komendant zlekceważył ten raport. Stwierdził, że nie będą sobie teraz strzelać w stopę mówiąc, że się pomylili, skoro oskarżeni już siedzą na ławie oskarżonych i za chwilę ma zapaść wyrok. Policjanci byli przekonani, że sąd uniewinni Patryka i Radka z braku dowodów, jednak stało się inaczej. Zamieszczam linki do artykułów, z których korzystałem. W komentarzu link do wydania programu 997, po którym anonimowy świadek złożył zeznania.
    http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3695704,pierwsze-swieta-od-14-lat-bez-krat-skazany-za-zabojstwo-nikt-nie-odda-mi-mlodosci,2,id,t,sa.html
    http://www.radiowroclaw.pl/articles/view/39449/Glosna-sprawa-zabojstwa-antykwariusza-zajmie-sie-Trybunal-Praw-Czlowieka
    http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/394122,wroclaw-sad-apelacyjny-zmniejszyl-wyrok-za-zabojstwo-antykwariusza,id,t.html
    #polska #kryminalistyka #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Przenosimy się w czasie do 18 lipca 1946 roku. Wówczas 28-letni mężczyzna prowadził niezwykle żywą rozmowę podczas zapadającego zmroku, wśród dzieci przy łączeniu ul. Tarnogórskiej i Morcinka w Bytomiu. Nagle przechodnie usłyszeli strzały, w momencie, w którym dotarli do miejsca zdarzenia - kobieta nie żyła. Zmarła poprzez wylew krwi do jamy opłucnej i osierdzia, który był wynikiem ran postrzałowych klatki piersiowej, serca oraz płuc. Znaleziono przy niej łuski z 9 mm broni, jednak mimo analizy sprawcy nie znaleziono, ponieważ broń nie figurowała w spisie KGMO.
    45-letnia Anna S. była od roku mieszkanką jednej z niewielkich podwrocławskich wsi. Została wskutek repatriacji przeniesiona ze Lwowa razem z dwójką dzieci. Na kilka dni przed śmiercią odwiedził ją znajomy, który postanowił wykorzystać kredyt zaufania i okradł jej mieszkanie. Przybyła do Bytomia, by odnaleźć sprawcę. Ujęto go w listopadzie przez władze wojskowe, ponieważ był poszukiwany za dezercję. Nie przyznał się do zabójstwa, a i upływ czasu uniemożliwił sprawdzenie alibi i zebranie oskarżających dowodów, śledztwo umorzono.

    Niemalże po 10 latach między 26 listopada 1956 roku, a 18 kwietnia 1957 roku popełniono 3 morderstwa (a także 2 usiłowania), które były niesamowicie zbliżone do morderstwa Anny. Tym razem ofiarami byli mężczyźni.
    26 listopada 1956 roku Chaim N. skończył pracę o godzinie 18. Swoim zwyczajem wstąpił do budki z piwem, by skonsumować portera. Zaledwie piętnaście minut później znaleziono go martwego w bramie posesji, na której mieszkał. Nie posiadał obrażeń, a śledztwo nie ukazało śladów walki, czy też napadu w celach rabunkowych (znaleziono przy nim pieniądze i dokumenty). Pierwszym przypuszczeniem był zgon z przyczyn naturalnych. Jednak sekcja ukazała zupełnie inną przyczynę. Mięsień sercowy, aorta i płuco zostały uszkodzone przez pocisk, który nadal zalegał w ciele. Na podstawie jego zniszczeń stwierdzono, że strzał był oddany z daleka, a został wystrzelony z lufy o kalibrze 5,6 mm. Także i tym razem broń nie została zarejestrowana.
    Nie było wątpliwości, że jego śmierć została zaplanowana. Chwilę przed godziną 18:15 w bramie zgasło światło, a pocisk został wystrzelony z broni z tłumikiem. W celu potwierdzenia tej tezy podczas wizji lokalnej oddano strzały z kilku rodzajów broni. Jednak zbrodnia nie była tak doskonała, jaką być się wydawała. Sprawca w momencie wychodzenia z bramy został zauważony przez dwóch świadków. Zeznali, że sprawca był w wieku średnim (miał wtedy 39 lat) i ubrany był w buty z cholewkami, bryczesy oraz ciemną kurtkę. Niestety było ciemno i z wyglądu twarzy udało się jedynie zauważyć starannie i krótko przystrzyżony wąsik.
    Ponad miesiąc później (4 stycznia 1957 roku) jeden z sąsiadów, Paweł K. otrzymał odręcznie pisany anonim z wieloma błędami ortograficznymi. Do pisma załączono łuskę od identycznego pocisku.
    Błędnie jednak podejrzenia skierowano w stronę sąsiada lub grupy przestępczej jednak nie znaleziono odpowiednich dowodów, by ich oskarżyć.

    Zaledwie pięć dni po otrzymaniu anonima (9 stycznia 1957 roku) około godziny 21 Józef S. wraz ze swoją małżonką udali się taksówką do swojego domu w dzielnicy willowej na peryferiach Wrocławia. Przed bramą zauważono dwoje mężczyzn.
    Janina S. udała się do domu, zaś Józef S. udał się po ich syna do swej matki. Janina przebywając w kuchni usłyszała kroki na podwórzu, bezbłędnie stwierdziła, że są to kroki męża i syna. Nie wiedziała jednak, że nie tylko ich. Po chwili usłyszała huk. Pośpiesznie wybiegła przed dom i zauważyła uciekającego mężczyznę. Goniła za nim, lecz odpuściła i pobiegła w kierunku garażu. W ciemności potknęła się o ciało męża. Całe zajście widział syn zamordowanego. Widział sylwetkę sprawcy oraz słyszał jego nazwisko wymienione przez ojca podczas szamotaniny (niestety nie zapamiętał go). Niedaleko ciała znaleziono dwie łuski kalibru 9 mm (śledztwo wykazało, że broń została użyta podczas zabójstwa w Bytomiu) i oprawkę od zegarka z uszkodzonym uchwytem od paska (należał do Chaima N.). W ogrodzie na nieszczęście sprawcy znaleziono ślady obuwia, z którego można było wykonać gipsowe odlewy. Pozwoliły one na połączenie zbrodni z jednym sprawcą i ustalenie, że seryjny zabójca dysponował bronią małokalibrową oraz 9 mm.
    W toku śledztwa ustalono tożsamość dwóch mężczyzn sprzed bramy. Okazało się jednak, że przyjechali do inżyniera, by dokonać transakcji związanej z samochodem, odjechali tramwajem w stronę miasta, po ukazaniu świadkom zaprzeczyli o tym, jakoby mieli być sprawcami. Nie pomogło również wyjaśnienie konfliktów ofiary. Mimo tylu dowodów nie udało się ustalić zabójcy na tyle szybko, by nie zdążył dokonać kolejnych zbrodni.

    15 stycznia 1957 roku zauważono wtargnięcie do jednych z zabudowań na wrocławskim przedmieściu. Ofiarą miał być Zenon H., jednak życia został pozbawiony tylko jego pies.

    Przebywając w mieszkaniu usłyszałem nagle ujadanie psa, a w chwilę później huk na podwórzu. Gdy wybiegłem przed dom, zobaczyłem, że pies nie żyje, a jakiś mężczyzna biegnie ulicą. Wtedy szybko wsiadłem na rower i pomknąłem za nim. W pewnym momencie uciekający mężczyzna zatrzymał się, oślepił mnie światłem latarki i bez ostrzeżenia strzelił w moim kierunku. Na szczęście chybił, jednak po tym, co zaszło, zrezygnowałem z dalszego pościgu. [...] Widziałem napastnika z tyłu, był to mężczyzna średniego wzrostu, poruszał się szybko i zwinnie. Miał na sobie ciemną jesionkę i czapkę cyklistówkę. Nie znam go i trudno mi jest powiedzieć, z jakiego powodu miał do mnie pretensje.
    Po raz kolejny powiązano przestępstwo na podstawie łusek (tym razem kalibru 9 mm) i stwierdzono, że z tej samej broni wystrzelono pociski w kierunku Anny S. i Józefa S.
    25 stycznia 1957 roku Zenon H. otrzymał anonim o treści:

    Wyroku śmierci żądało 8 osób. Ponieważ uciekasz jak zając przed śmiercią łapać Cię i strzelać nikt nie będzie ale postanowiono sprezentować 3 kg materiału aby Cię wraz z żoną wysadzić. Nie chcemy żony i dziecka wysadzać to też uprzedzamy abyś je usunął. Pies zostanie usunięty. Nie spodziewaj się że Cię uchroni rodzina i ta. Cicho (dwa słowa nieczytelne) bez bólu
    Ekspertyza wykazała, że obydwa anonimy (umieściłam w pisowni oryginalnej) napisała jedna osoba.

    Niespełna 3 miesiące później (11 kwietnia 1957 roku) usiłowano zabić medyka, doktora A.H.
    Medyk nie odniósł obrażeń, ponieważ strzał był niecelny. Najprawdopodobniej został oddany z poddasza naprzeciw mieszkania lekarza, jednak tego nie ustalono. Znaleziono pocisk kalibru 5,6 mm z uszkodzonym pancerzem (nie nadawał się do badań).

    18 kwietnia 1957 roku, zaledwie tydzień później zginął Józef W., kierownik administracyjny Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Gdy leżał usłyszał trzask w pokoju obok. Jego żona zeznaje:

    Myślał, że otworzyły się drzwi do szafy.
    Po podejściu do okna otrzymał strzał prosto w serce. We framudze okna nie znaleziono niczego zaskakującego, mianowicie pocisk kalibru 5,6 mm z uszkodzonym pancerzem, drugi (również uszkodzony) znaleziono w ciele Józefa. Tym razem również nie ustalono konkretnego punktu, przypuszczano, że było to drzewo znajdujące się kilkadziesiąt metrów dalej. Tym razem orzeczono jednak, że broń musiała być wyposażona w optykę, a strzelec musiał być doświadczony. Była to pomoc w profilowaniu, ale w tak dużej miejscowości, jak Wrocław w tamtych czasach było wielu miłośników militariów i kolekcjonerów broni.

    Pewnej kwietniowej nocy (z 29 na 30 kwietnia) 1958 roku nastąpił prawdziwy przełom w śledztwie. Patrol wrocławskiej milicji zauważył mężczyznę, który zachowywał się bardzo dziwnie. Podczas legitymowania zauważyli, że posiada ukryte pod płaszczem, zawieszone na ramieniu solidne nożyce do cięcia żelaza. Nagle wykonał gwałtowny ruch w ich kierunku. Został szybko obezwładniony, a podczas rewizji znaleziono przy nim 9 mm FN gotowy do strzału oraz 67 sztuk amunicji, gumowe rękawiczki, klucze, dwie latarki i wiele innych podejrzanych przedmiotów. Tłumaczył się tym, że wszystkie te rzeczy znalazł i właśnie szedł oddać je do komisariatu...
    Podczas rewizji mieszkania znaleziono 4000 zł, zegarek bez szkiełka i oprawki, lufę do broni małokalibrowej, lufę do sztucera, optykę do broni, lornetkę, drabinę sznurkową, dużą ilość amunicji, klucze, wytrychy, piłki do cięcia oraz pudełko z materiałem wybuchowym. Część rzeczy znajdowała się w schowku wydrążonym w klocku drewna.
    Ekspertyza broni i łusek wykazała, że z tych sztuk zabito Annę S., Józefa S. i Zenona H. Udowodniono mu zabójstwa Chaima N. i Józefa W. Nie udało się to jednak w sprawie doktora.
    Baczyński nie był jednak autorem wysłanych anonimów, napisała je Emilia P., pielęgniarka, która zgodziła się je napisać w zamian za pomoc w znalezieniu mieszkania. Nie wiedziała o jego działalności i o tym, do czego mają służyć napisane przez nią słowa.

    Szeroko uśmiechnięty mężczyzna ze zdjęcia to urodzony w roku 1918 Władysław Baczyński, człowiek odpowiedzialny za ww. zbrodnie.
    Był zawodowym kierowcą, miał żonę i trójkę dzieci. Żyli ze skromnej renty inwalidzkiej, a wśród sąsiadów mieli nienaganną opinię. Nie miał nałogów, unikał konfliktów publicznych, bo te domowe rozwiązywał brutalną przemocą, lecz po cichu. Przed odejściem na rentę z Wytwórni Filmów Fabularnych otrzymał od dyrekcji opinię człowieka sumiennego i wysoko wykwalifikowanego. Jednak te z innych miejsc pracy nie były tak dobre, był uważany za zawistnego, mściwego i opryskliwego wobec współpracowników i przełożonych.
    Psychiatrzy stwierdzili, że nie był chory psychicznie, a więc był świadomy tego, co robi i jakie są tego konsekwencje oraz tego, że działał z premedytacją i był całkowicie poczytalny.
    Posiadał jednak odchylenia takie jak brak więzi uczuciowej z najbliższymi, obniżenie odczuwania uczuć wyższych, szacunku do drugiego człowieka, egocentryzm, zamknięcie w sobie, despotyzm i inne cechy charakterystyczne dla psychopaty.

    Prawdziwą zagadką dla niedoszłych ofiar, świadków, bliskich, milicji i psychiatrów był motyw. Sam twierdził, że czuł niechęć do ludzi krzywdzących współpracowników. Uważał, że jego byli przełożeni (Józef S. i Zenon H.) takimi byli.
    Na temat motywacji morderstwa Chaima N. mówił:

    Miałem z nim porachunki typu handlowego, ale w gruncie rzeczy nie miałem zamiaru go zabić, lecz jedynie postraszyć. W krytycznym momencie jednak N. chwycił za mój pistolet i wtedy padł strzał.
    Twierdził również, że nie chciał zabić Józefa S., a jedynie spalić samochód jego współlokatora dr. W.

    Czułem do doktora W. urazę, ponieważ nie przepisał mi takich leków, jakich chciałem.
    Inżynier S. zdradził mój zamiar, a nawet w pewnym momencie zaczął mnie bić, wtedy — w obronie własnej — strzeliłem do niego.

    Jedynym problemem w tych wyjaśnieniach było to, że samochód należał do Józefa S., doktor W. nie posiadał żadnego. Ba, Baczyński wiedział o tym.
    Annę S. natomiast zabił, bo uważał, że współpracowała z Niemcami. Nie jest to prawdą, z Niemcami łączył ją jedynie handel, a nawet była aktywistką ruchu oporu i miała w tej organizacji szczególne zasługi. Władysław również należał do ruchu oporu, ale był w nim tylko jednostką bez zasług. Przypuszcza się, że Anna S. podejrzewała go o wydanie aresztowanych osób, a więc została zabita, aby milczała.
    W przypadku Chaima N. nie ma żadnych świadków, którzy potwierdziliby jakiekolwiek ich spotkanie, a co dopiero wiedzieli o jakichkolwiek wspólnych sprawach.

    Na początku śledztwa Baczyński udawał, że jest niepoczytalny, nie wie co zrobił i co mu grozi. Odmawiał składania sensownych wyjaśnień. Prosił nawet o zwolnienie z aresztu. W tym czasie snuł też plany ucieczki, w ręce oficerów wpadł nawet gryps, w którym prosił o piłkę do żelaza.
    Po pewnym czasie postanowił zmienić taktykę i odpowiadać na pytania, które nie wymagają objaśnień. Przyznał się do wszystkich czynów oprócz usiłowania zabójstwa A.H. Początkowo po przyznaniu unikał pytań związanych ze szczegółami zbrodni, ale i tu z czasem odstąpił. Raz nawet cynicznie stwierdził, że miał zamiar rozprawić się jeszcze z wieloma ludźmi, ale nigdy nie odpowiedział na pytania o ich dane inaczej niż „Przygotowałem długą listę".
    W czasie rozprawy symulował choroby psychiczne. Zmienił podejście, ale nadal nie wykazywał skruchy.

    Uważny obserwator procesu dochodzi do przekonania, że jeśli w pierwszym dniu Baczyński symulował chorobę umysłową, a drugiego — udawał człowieka krzywdzonego przez wszystkich, to w dniu wczorajszym przede wszystkim bronił własnego życia i to za wszelką cenę. Niejednokrotnie zwracał on uwagę świadkom, że mówią nieprawdę, pouczał ich w bezczelny sposób, co mają mówić i jak jego zdaniem przedstawiają się fakty.
    Wczorajszy Baczyński, to nie ten sam sprzed dwóch dni, popisujący się nerwowymi tikami głowy, udzielający na pytania sądu czy prokuratora nielogicznych odpowiedzi. Oskarżony zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co mu grozi.


    Władysław Baczyński został skazany na karę śmierci, wyrok wykonano 17 maja 1960 roku. Miał wówczas 42 lata.

    pokaż spoiler Źródło: wiedza własna, artykuł Krzysztofa Gonerskiego.


    #gruparatowaniapoziomu #historia #historiabezcenzury #prl #kryminalistyka #seryjnimordercy #bytom #wroclaw #dolnyslask
    pokaż całość

    •  

      @puszkapandory: dowiedziałem się, że akta zakończonych spraw sądowych o zabójstwa przechowuje się przez okres 10 lat, z tym, że termin liczy się od wykonania kary/środków karnych. Czyli w tym wypadku, po wyroku leżą one jeszcze dość długo.

    •  

      @IgorK: Dzięki wielkie za poświęcenie czasu i zaangażowanie w pomoc ;)
      Wygląda na to, że w moim przypadku bardzo nikłe będą szanse na znalezienie czegokolwiek w archiwach sądów i prokuratury (obstawiam, że ta sprawa była umorzona najpóźniej w latach 50tych). Pozostaje mi tylko napisać do właściwych jednostek w nadziei, że nie pilnowali brakowania i mają przychylny stosunek do takich pomysłów jak szukanie jakiejś przedpotopowej sprawy :))
      Szkoda, że akta morderstw jednak nie dostają archiwalnej kategorii A, bo po brakowaniu pozostaje bazowanie na doniesieniach medialnych, które są ze swej natury kiepskim źródłem informacyjnym w takich sprawach.
      pokaż całość

      +: IgorK
    • więcej komentarzy (72)

  •  

    Odnośnie wpisu @Twinkle o Karolu Kocie - tutaj mam całą historię wraz z wywiadem przed egzekucją. Jeśli ktoś lubi czytać takie smaczki to się nie zawiedzie:
    "...lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt inny z Krakowa..."

    Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
    - Obywatel Karol Kot? - spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
    - Tak słucham - odparł młodzieniec.
    Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
    - Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy - padła zwyczajowo powtarzana formuła.
    - Panowie, ale o co chodzi? - zdziwił się Karol.
    - Wyjaśnimy na miejscu - uspokajali policjanci.
    - No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
    Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowania oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
    12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zaułku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewanym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Ból i dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańców Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Kraków żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając się kto będzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, 8 kłutych ran których doznała malutka Małgosia, cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki, nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo, ból jaki dosięgnął jeszcze inną kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze "szczęście" do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotąd nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się, w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza. Przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
    Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
    Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : "(...) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz - który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, targnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!"
    Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)." Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich."
    Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota aniżeli okazał na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem?
    Niektóre fragmenty rozmowy z nim zachowałem do dzisiaj.
    Wywiad
    - Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem co wiem, Pana młode życie pisane było suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadków należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znaleźć źródła zbrodniczej działalności.

    - Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta; lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

    - Proszę powiedzieć coś o sobie.

    - No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorożca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

    - Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

    - Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

    - Jak szła nauka?

    - Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z "polaka". Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

    - Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

    - Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków - Stare Miasto.

    - W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

    - To długi temat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie "Cracovia". Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

    - Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

    - Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energię i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą. Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry - zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

    - Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

    - Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

    - Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał? Jakie było miejsce w tym rodziców?

    - Pewnie że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego "Cracovia". Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś "tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny". Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno - że więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło - ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem, Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego "..popatrz, bierz przykład z Karola, chcę żebyś był taki, jak Karol". Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle że nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddał, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nie skonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, że byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

    - Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

    - Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie "donosiciel". Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

    - Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

    - Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym "Lolo erotoman' Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

    - Miał Pan jakieś zwierzęta?

    - W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew. To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

    - Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

    - Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyżywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł - taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował. Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostępnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem też na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

    - Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotykały Pana za to jakieś przykrości?

    - Na początku budy może tak, ale później - niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, że ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami różnie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako "Lolo" lub "Lolek", do tego dodawali "rozpruwacz", "krwawy" "erotoman", "wariat", "benzyna". Sam nazywałem siebie: "Lolo-rozpruwacz", "Lolo-pirotechnik", "Anastazja" i "AI Capone". Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem "Lolo-donosiciel", choć była to prawda.

    - No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

    - Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

    - Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

    - Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

    - Jak Pan ocenia swoje czyny?

    - Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

    - Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

    - Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

    - Przezywano Pana wampirem.

    - Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

    - Czy Pan się modli?

    - Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

    - Czy rozumie Pan uczucie miłości?

    - Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

    - W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

    - Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

    - A ból i cierpienie?

    - Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

    - Pana credo życiowe?

    - Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

    - Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

    - Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość - miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, że krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janką przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

    - No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

    - Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo, każde złe słowo. Kto tego nie przeżywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda, przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator "gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać".

    - Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy też, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, że za to wieszają - czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

    - Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

    - Właśnie o to spytałem.

    - Wytłumaczenie jest we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, że jestem porządnym człowiekiem. To, że mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

    - Jaką filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

    - Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć. Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, ukląkłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu. Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny, leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem "czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada". Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem "natchnienie". Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę też powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówiła zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę "od ucha do ucha", ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jak to było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka - w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji "Sielanka" wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach". Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam, ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia. Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, że trzeba go też wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, że na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, że nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

    - Co Pan czuł w momencie zabijania?

    - Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, że potrafiłem zaatakować tylko słabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co, miałem zabijać na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, słyszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza - słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

    - Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

    - Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

    - Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan mówi można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczał Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

    - Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem - jak słusznie mówił prokurator - który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

    - Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

    - Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego też, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na broń, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczkę, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

    - Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

    - Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę - otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

    - Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

    - Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę.

    - A obawa przed ujęciem?

    - Mógłbym powiedzieć, że się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd - jak mówiłem - nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

    - Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

    - Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle "ciało puszczone w ruch puszcza się dalej". To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

    - Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

    - Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała "to bydlę napadło mnie w kościele". Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robotę. Gdy druga staruszka też wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: "dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę".

    - Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

    - Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym "dobrym"? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem - to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przeżywam tragedię życiową. Prawda, że nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie shocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebką, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, że nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

    - Dużo czasu w toku procesu zajęła sprawa Pana poczytalności.

    - Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak spaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, że siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

    - Wróćmy do Pana ostatniego słowa w procesie.

    - Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę w sprawie wyroku - powiedziałem też, że nie.

    - Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

    - Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

    - Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

    - W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, że niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerosłem go. Dobrze, że ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

    - Czego się Pan obawia obecnie?

    - Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć. A gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

    - A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

    - W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostało, to tylko przygotować sobie watę, żeby stryczek za bardzo nie uwierał.

    - Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

    - Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

    - Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

    - Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

    Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator (bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu, młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci (w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in., że "szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci". Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r.
    Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #krakow #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Co mi od początku nie pasowało w tym tekście, to wzmianka o karate niby ćwiczonym przez Kota. Wydawało mi się, że w Polsce jeszcze wtedy nie było karate. Poszperałem po sieci i wszystkie źródła podają, że karate w Polsce pojawiło się pod koniec lat 60/na początku 70. Pierwsza oficjalna sekcja powstała w 1972, właśnie zresztą w Krakowie, a od 1968 roku karate było nauczane nieoficjalnie przez Andrzeja Drewniaka pod przykrywką "samoobrony judo". Nie ma żadnych informacji o karate w Polsce przed rokiem 1968. A w 1968 Kota już stracono.
      Kot twierdzi w tym wywiadzie, że karate ćwiczył "od czwartej klasy" - jak przypuszczam, technikum, a nie podstawówki :) - a aresztowany został w roku 1966, niedługo po maturze. Ponieważ technikum było pięcioletnie, musiałby ćwiczyć od roku 1965. Wygląda to na niemożliwe.
      Chyba że jego "ćwiczenie" polegało tylko na powtarzaniu ruchów podglądniętych gdzieś w zagranicznych filmach, i po prostu w wywiadzie się przechwalał. Albo autor wywiadu konfabuluje :)
      pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Czytam ten wywiad i pomiędzy wypowiedziami Karola rysuje mi się nieźle poryty człowiek, mocno narcystyczny i pełen przeciwieństw. Ktoś taki w innych okolicznościach mógłby zostać idealnym nazistą albo zbrodniarzem wojennym. Uderza mnie też ta jego niewinna powierzchowność, pod którą skrywa się naprawdę bestialska natura. Ktoś, kto wydaje ci się sympatycznym kolesiem może ci wbić nóż w plecy, kiedy się odwrócisz. Ech, co za świat... pokaż całość

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    Ten młody chłopiec to urodzony 18 grudnia 1946 roku Karol Kot. Uczeń technikum energetycznego wywodzący się z dobrej rodziny, wychowany na krakowskim Kazimierzu przy ulicy Meiselsa 2.
    Był członkiem klubu strzeleckiego zakochanym w wojsku, śmierci i broni palnej oraz białej. Za czasów wczesnej młodości zakradał się do rzeźni w Pcimiu, uczestniczył w zabójstwach bydła i pił krew zwierząt. Podczas powrotu zabijał napotkane zwierzęta. Już w latach szkolnych bawił się i groził rówieśnikom.

    Nosiłem ze sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła i zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali.
    21 września 1964 roku dokonał pierwszego ataku. Dwa dni później otrzymano kolejne zgłoszenie gdy znaleziono na Starym Mieście ranną starszą kobietę. Sprawca był śmiały, zaledwie tydzień później (29 września), jego pierwszą śmiertelną ofiarą została 77-letnia Maria Plichta. Została ugodzona w plecy w godzinach popołudniowych bagnetem w kościele sercanek przy ulicy Garncarskiej 24/sióstr prezentek przy ulicy Św.Jana 7 w Krakowie.

    pokaż spoiler Są różne źródła, jednak prawdopodobnie jest to ten drugi, w aktach mówi się o tym, jednak sam mówił o sercankach.

    Początkowo nie poczuła rany, zorientowała się dopiero w domu z którego wezwała już bezskuteczną pomoc. Mimo tego, że została przeprowadzona w warunkach szpitalnych. Chirurdzy po zbadaniu rany stwierdzili, że kobieta nie ma obrażeń wewnętrznych i podczas krótkiej obserwacji nastąpił zgon. Śledztwa umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

    Za cel obierał głównie starsze, bezbronne kobiety, co w czasach PRL-u wywołało w Krakowie falę strachu i psychozy. Skala zjawiska była tak ogromna, że na pogotowie przywożono kobiety z błahymi urazami takimi jak połamanie kończyn, a okazywało się, że mają na plecach ogromne pokrywki od garnków lub blachy, ponieważ wiedziały, że sprawca atakuje od tyłu.
    W 1,5 tygodnia Kot postawił na nogi całą milicję i wydawano liczne ostrzeżenia w prasie.
    W pewnym momencie za swój cel obrał dzieci.
    Drugą jego śmiertelną ofiarą 1,5 roku później (13 lutego 1966) był 11-letni Leszek Cołek wracający z zawodów saneczkowych na Kopcu Kościuszki.

    Po 6 ciosie poczułem, że leci mi z rąk. Dziwię się ludziom, że unikają i narzekają na trzynastego, a tymczasem okazuje się, że trzynasty może być wspaniałym dniem.
    W tym momencie nie było już wątpliwości, że nie był to przypadek i działał z wysoką premedytacją. Wywnioskowano to po ogromnej ilości ran, o wiele większej, niż jest potrzebna do zabicia dziecka (tzw. "nadzabijanie"/"overkill").
    W kwietniu 1966 roku zaatakował siedmioletnią Małgosię na ul. Sobieskiego przy okazji jej zejścia do skrzynki na listy. Prawdopodobnie powodem było to, że nie spotkał polonistki na której chciał się zemścić za zabranie noża podczas lekcji, a jak sam mówił "czuł potrzebę zabicia". Dziewczynka miała dużo szczęścia i mimo jedenastu ran zadanych kordelasem miała ogromne szczęście gdyż przeżyła.

    To podejście sprawiło, że znacznie zbliżono się do identyfikacji sprawcy, mimo, że niemal zignorowano trafne zeznania i opis Kota przez taksówkarza (stwierdzono, że miały one pobudki prywatne). Analiza była ciężka, ponieważ nie mordował z powodów rabunkowych czy też seksualnych. Zabijał dla dzikiej przyjemności, a jego modus operandi uległo szybkiej zmianie w momencie, w którym "zaspokoił swoje potrzeby". Prawdopodobnie dla większej przyjemności i utrudnienia wykrycia zmienił typ ofiary i sposób zadawania ciosów.
    Po napadach na dzieci zaczęto dogłębnie profilować sprawcę poprzez zeznania środowiskowe na podstawie ubioru gdyż stwierdzono, że jest to jedna i ta sama osoba (głównym znakiem rozpoznawczym była tarcza szkoły na ramieniu). Przełom jednak nastąpił w momencie, w którym na policję zgłosiła się jego bliska znajoma z klubu strzeleckiego (uważał ją za swoją dziewczynę), której kilkukrotnie się chwalił i rzucił się na nią z nożem grożąc śmiercią. Początkowo twierdziła, że to wytwór jego wyobraźni oraz głupi żart. Jednak szybko postanowiła to zgłosić ponieważ opowiedział jej szczegółowo o ataku na dziewczynkę, który później potwierdziła prasa.

    Na swoim koncie miał też 4 podpalenia i próby otrucia. Dla rekreacji trucizny w barach i dosypywał je znajomym, usiłował to zrobić sześciokrotnie (ani razu mu się to nie udało).

    Po tych zeznaniach ujęto go 14 lipca 1966 roku (w wieku 22 lat), niemal po zakończonych maturach (obserwowano go celowo do nich i pozwolono mu je zdać, prawdopodobnie by wykorzystać ten fakt do udowodnienia, "że jest normalny"). Początkowo nie przyznawał się do zarzucanych czynów (nie zostawiał żadnych śladów, więc udowodnienie winy było utrudnione), a i środowisko nie twierdziło by był do tego zdolny.

    Nikt nie wierzył, że młody, miły chłopiec o sympatycznej buzi może być bestią. Wyróżniał się, ale nikt nie przypuszczał, że to może być on. Był nadpobudliwy i ludzie byli pewni, że zaczepienie go może się skończyć agresją. Przeciętny uczeń, lecz pilny (na tyle, że studiował na własne potrzeby podręczniki anatomii długimi godzinami), dlatego też był stawiany za wzór. Wszyscy wiedzieli, że niezdrowo interesuje się bronią, miał dużą kolekcję a jego zeszyty były gęsto pokryte rysunkami broni. Nazywano go w żartach "krwawy Lolo", "Lolo rozpruwacz".

    Gdy już przyznał się do popełnionych zbrodni (w wyniku konfrontacji z ofiarami które przeżyły i go rozpoznały) opisywał je w zeznaniach i wizjach lokalnych z niezwykłą dumą i emocjonalnymi szczegółami. Nie krył też zamiarów, planów, widok krwi wywoływał na jego ustach uśmiech jak nic innego. Psychiatrzy stwierdzili, że był klasycznym sadystą, który z zabijania zrobił sobie jeden z najważniejszych celów życiowych.
    W zeznaniach powiedział:

    Warto było zabijać, nie żałuję tego.
    Przy badaniach psychiatrycznych odnaleziono typowe dla psychopatów zaniki pewnych części mózgu, inne badania mówią, że miał nieznaczne zmiany psychiatryczne odpowiadające za niepoczytalność, jednak pozwalające na sądzenie jako zdrowego człowieka, świadomego swoich czynów.

    Nie jestem zaskoczony i zdziwiony tym, że psychiatrzy uznali mnie za całkowicie poczytalnego, bowiem ja również za takiego się uważam. Chciałbym tylko przeczytać wszystkie notatki prasowe, jaki na mój temat zostały opublikowane.
    Na rozprawie również nie ukazywał skruchy, wręcz przeciwnie - pokazywał jak bardzo go to bawi, jest z tego dumny i nawet machał do znajomych ze szkolnych ławek.

    Wiem o tym, że nie można zabijać... ale mimo to postanowiłem zabijać, bo to sprawiało mi przyjemność. Oczywiście mogłem sobie odmówić tego rodzaju przyjemności, gdybym chciał, ale nie chciałem, to wolałem zabijać. Właściwie to niczego nie żałuję, nie żal mi też ludzi, których skrzywdziłem. Gdybym nie został zatrzymany, to zapewniam, że robiłbym to samo, to znaczy w dalszym ciągu zabijałbym ludzi dorosłych i dzieci.

    Podczas sekcji znaleziono u niego rozległy guz mózgu (znaleziony również u Charlesa Whitmana) prawdopodobnie odpowiedzialny również za odczuwanie agresji i lęku.
    Równy rok później ogłoszono wyrok kary śmierci, jednak w wyniku odwołania został on zmieniony na karę dożywocia. W tym momencie wkroczył jednak Prokurator Generalny i wniósł o rewizję nadzwyczajną. Jej skutkiem było z dniem 17 marca 1968 roku utracenie honorowych praw obywatelskich i powieszenie "Wampira z Krakowa" dnia 16 maja 1968 roku (w wieku 24 lat).

    Postać Kota przejawia się w wielu tworach literackich, muzycznych (bardzo rozsławił tą sprawę Świetlicki) i filmach (równie dokumentalnych, jak i inspirowanych jego historią). Najpopularniejszym i zawierającym najwięcej informacji jest "Był sobie chłopiec" na podstawie którego powstał ten wpis.

    Jeśli któryś z krakusów dotarł do tego momentu to proszę o odpowiedź na pytanie - czy historia Kota w piędziesięciolecie jego stracenia była żywa w mieście i czy ogólnie jest?

    pokaż spoiler Źródła: głównie film pt. "Był sobie chłopiec", wikipedia oraz wiedza własna.
    To, co napisałam zawiera zapewne mnóstwo błędów gramatycznych, za co przepraszam, ale jednak pisałam to przez 3 bezsenne godziny na telefonie.

    #gruparatowaniapoziomu #krakow #historia #prl #kryminalistyka #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: gfx.antyradio.pl

  •  

    Zamieściłem wczoraj w komentarzu, ale tutaj wklejam znowu.

    Swego czasu znana była sprawa z początku lat dziewięćdziesiątych opisywana co najmniej raz (bodajże) w Detektywie. Pisze z pamięci, ale strasznie mnie ta historia wtedy ruszyła. Lekarz, jego córka została zgwałcona na jakijś dyskotece. Koleś był jakimś patolem, zostawił ja pobitą na śniegu, zmarła dopiero po kilku godzinach, na jakimś polu. Kolesia złapali od razu. W sądzie przeczytał z kartki że jest mu przykro, i gdyby tylko mógł cofnąć czas...oklepane frazesy podyktowane przez obrońcę.
    Wtedy oskarżyciel posiłkowy - ojciec zamordowanej, wygłosił niesamowite przemówienie. Powiedział że to on przeprasza tego człowieka, za to że jeszcze niedawno życzył mu śmierci, zupełnie jakby cokolwiek mu to pomogło. Wstydzi się tego, że jako katolik, sam nie był w stanie nasladować Jezusa i życzył komukolwiek śmierci. Powiedział że dopiero teraz zrozumiał czym jest prawdziwe wybaczenie, i nie chce trucizny zemsty w swoim sercu. Utracił dziecko, ale ten człowiek ma również rodzinę, i nie chce aby oni stracili swojego syna. Facet ukochał go w sądzie jak swoje własne dziecko, i nawet ku zaskoczeniu całego sądu, poparł wniosek o złagodzenie kary.
    Wszyscy byli tym zachwyceni, skład sędziowski, obie rodziny, i nawet ów lekarz był cytowany przez księży w kazaniach.
    Patol natomiast nie do końca chyba ogarniał jak to jest wywinąć się spod topora, ponieważ - naturalnie - udawał skruchę, ale wielokrotnie określał swojego wybawcę jako frajera. A ten nawet odwiedzał go wielokrotnie w więzieniu wraz z jego rodzicami. Nawet wykłócał lepsze traktowanie i warunki u służby więziennej! Argumentował to tym, że ten człowiek juz ma pod górkę, i bez programów i godziwych warunków, przejdzie na złą stronę.
    Wyrok w końcu odsiedział, wyszedł z radością z zakładu i... zupełnie przepadł. Sprawdzano wiele tropów, aż w końcu sama rodzina zaginionego zasugerowała życzliwego lekarza, jako mającego motyw. Śledczy znaleźli jakies fragmenty ciała (?) zaginionego dokładnie w miejscu gwałtu sprzed lat. Czyżby to wybaczenie to był taki pic na wodę? Zasłona przed krwawą zemstą? Ale kto byłby w stanie tak grać? Tak płonnie mówić o wybaczeniu?
    Przez kilka miesięcy prześwietlano lekarza, badano jego alibi i przeszłość, ale poza wspomnianymi szczątkami i jego kamienną miną podczas zapoznania go z tą informacją, nie mieli zupełnie nic. Okazało się że jeżeli to zrobił, zrobił to tak przemyślanie, że zatarł wszelkie dowody, kunsztownie wyrobił sobie idealne alibi. Detektyw zapamiętał tylko jego cyniczny uśmiech, który kłucił się z tym wielkodusznym człowiekiem sprzed lat. Poza przeczuciem i chyba własnym rozsądkiem nie był mu w stanie niczego udowodnić. Facet przygotował się do tego epicko, i przez lata musiał pracowac nad całym planem, wyrabiał sobie powtarzające rytuały, które potwierdzały jego obecnosc w innych miejscach. Wszytko - nie do podważenia.
    Moim zdaniem facet geniusz, a geniusze również mogą być psychopatami.

    #kryminalistyka #ciekawostki #prawo #coolstory
    pokaż całość

  •  

    „Boy in the box” czyli jedna z najsłynniejszych nierozwiązanych spraw kryminalnych Ameryki

    25 lutego 1957 roku w Filadelfii odnaleziono owinięte w koc i włożone do kartonu ciało małego chłopca. Mimo, że minęło już ponad 60 lat wciąż nie odnaleziono mordercy ani nie wiadomo kim był „najbardziej znany bezimienny chłopiec Ameryki”.

    Ciało dziecka zostało znalezione przy wąskiej, rzadko uczęszczanej drodze. Dookoła były drzewa i krzaki, a okoliczni mieszkańcy urządzili w tym miejscu nielegalne wysypisko śmieci, co później znacznie utrudniło śledztwo.

    Co ciekawe chłopiec został odnaleziony dwukrotnie. Najpierw przez kłusownika, który nie powiadomił policji o swoim odkryciu, a około dwóch dni później przez mężczyznę, który notorycznie podglądał dziewczęta w okolicznej szkole. Drugi mężczyzna początkowo również nie chciał informować policji o znalezionych zwłokach, w końcu jednak zgłosił sprawę kolejnego dnia.

    Sekcja zwłok wykazała, że chłopiec miał około 4-6 lat i był bardzo mały jak na swój wiek, przez dłuższy czas był niedożywiony. Na bardzo bladej skórze (co sugerowało, że przez jakiś czas żył w zamknięciu) miał masę siniaków oraz siedem blizn, w tym trzy wyglądające na chirurgiczne, był obrzezany, nie miał za to znaków poszczepiennych. Włosy i paznokcie chłopca zostały krótko przycięte, prawdopodobnie tuż po śmierci, ponieważ kłęby włosów pokrywały ciało. Brwi były wyregulowane, a więc pojawiły się teorie, że chłopiec był wychowywany na dziewczynkę, a ostrzyżenie na krótko miało utrudnić jego identyfikację. Prawa dłoń i stopy dziecka były pomarszczone jakby przez dłuższy czas były zanurzone w wodzie. Karton wewnątrz był suchy, a więc musiał być zanurzony w wodzie tuż przed albo zaraz po śmierci. W gardle chłopca znajdowały się wymiociny z brązowej papki. Uznano, że był karmiony gotowaną fasolą. Dzięki bardzo niskiej temperaturze ciało było w bardzo dobrym stanie, co znaczenie utrudniło określenie daty zgonu. Śledczy uznali, że śmierć mogła nastąpić nawet 2-3 tygodnie wcześniej, a jej przyczyną był tępy uraz głowy.

    Policja dokładnie zbadała karton, w którym znaleziono chłopca. Niestety odciski palców były zbyt rozmazane, aby mogły być pomocne w śledztwie. Ustalono natomiast, że to pudło po dziecięcej kołysce. Udało się nawet znaleźć sklep, w którym ją sprzedano i wytypowano w jakim mniej więcej okresie dokonano sprzedaży. Niestety transakcja odbyła się gotówką i nie udało się odnaleźć nabywcy. Z resztą karton wcale nie musiał być własnością mordercy, mógł po prostu zostać znaleziony na wysypisku.

    Koc, w który zostało zawinięte ciało też okazał się ślepym tropem. Był to bardzo popularny w tamtym czasie koc w kratę z taniej flaneli. Policja ustaliła jedynie, że był naprawiany białą nitką na domowej maszynie do szycia i został przecięty na pół.

    Śledczy przeszukali również wysypisko, ale do dzisiaj nie wiadomo, czy znalezione rzeczy mają związek ze sprawą, czy zwyczajnie zostały tam wyrzucone przez kogoś innego. Znaleziono między innymi męski kaszkiet ze sztruksu ze skórzanym otokiem. Udało się ustalić, w którym sklepie został sprzedany oraz że uszyto jedynie 12 takich czapek. Sprzedawczyni dobrze zapamiętała mężczyznę, który go kupił, ponieważ prosił ją o dodanie wspomnianego skórzanego elementu. Miał około 20 lat, był ubrany w robocze ubranie i z wyglądu był „całkiem podobny do znalezionego chłopca”. Niestety nigdy go nie odnaleziono.

    Policja robiła co mogła, żeby natrafić na jakiś ślad prowadzący do rozwiązania sprawy. Bezskutecznie próbowano znaleźć szpital, w którym chłopiec urodził się i przechodził zabiegi chirurgiczne. Miasto zalały ulotki z podobizną dziecka, ukazywały się informacje w mediach, przesłuchiwano rodziny patologiczne i sierocińce... Bezskutecznie.

    Pod koniec lutego zgłosił się mężczyzna, który zeznał, że widział przy wysypisku kobietę z dzieckiem, która wyjmowała coś z bagażnika. Zaoferował jej pomoc, ale odmówiła. Jej również nie udało się znaleźć.

    Policja robiła co mogła, ale śledztwo stanęło w martwym punkcie. Starano się, aby chłopiec został pochowany pod swoim nazwiskiem, ale w lipcu w końcu odbył się pogrzeb, za który policjanci i detektywi zapłacili z własnych kieszeni.

    Pojawiło się mnóstwo teorii na temat dziecka. Sądzono, że może to być chłopiec porwany kilka lat wcześniej z hipermarketu, ale testy DNA wykluczyły tę teorię. Spekulowano, że może to dziecko cyrkowców, ofiara seryjnego zabójcy dzieci, okultyzmu czy eksperymentów medycznych. Przez jakiś czas sądzono, że to dziecko węgierskich emigrantów. Spośród 11 tysięcy zdjęć emigrantów wytypowano nawet chłopca wyglądającego identycznie, ale również ten trop okazał się niewłaściwy.

    Obecnie istnieją dwie najbardziej prawdopodobne teorie na temat chłopca z pudełka. Pierwsza została rozpowszechniona przez śledczego Remingtona Bristow, który za punkt honoru przyjął sobie rozwiązanie tej sprawy, poświęcił jej dziesiątki lat i mnóstwo prywatnych pieniędzy. Śledczy uznał, że w zabójstwo zamieszani są Arthur i Katherine Nicoletti, którzy razem z 20-letnią córką Anną Marią prowadzili sierociniec. Anna Maria była opóźniona intelektualnie i czterokrotnie była w ciąży. Trójka jej dzieci zmarła przy porodzie, a czwarte umarło porażone prądem w wesołym miasteczku. Nie wiadomo kto był ojcem dzieci.

    Rodzina mieszkała w dużym domu nad jeziorem około dwa kilometry od miejsca znalezienia zwłok. Bristow robił co mógł, żeby skazano rodzinę, ale nigdy niczego im nie udowodniono. Skontaktował się nawet z medium, które powiedziało, że chłopiec zmarł na skutek utopienia w jeziorze lub wypadł z okna. Nie było to zabójstwo, ale wypadek. W latach 60. w piwnicy domu Nicolettich znaleziono kołyskę, która odpowiadała kartonowi, a wiele lat później, po śmierci Katherine, Arthur ożenił się ze swoją pasierbicą Anną Marią. Śledczy aż do swojej śmierci w 1993 roku uważał, że chłopiec był dzieckiem Arthura i Anny Marii, ale nie ma na to dostatecznych dowodów.

    Druga prawdopodobna teoria powstała w 2002 roku, ponieważ to właśnie wtedy przez swojego psychologa z policją skontaktowała się biznesswoman z Ohio, znana jako M. Kobieta od dziecka była molestowana przez swoją matkę, która marzyła o tym, żeby mieć swojego własnego dziecięcego niewolnika seksualnego. Matka M. kupiła 2,5 rocznego chłopca o imieniu Jonathan, który był niedorozwinięty i niemy. Przez kilka lat chłopiec żył w piwnicy i notorycznie był molestowany i bity przez kobietę. Pewnego dnia chłopiec był w wannie i zaczął wymiotować gotowaną fasolą (!), a matka tak mocno biła dziecko, aż je zabiła. Miejsce zbrodni może być spójne z tym, że zwłoki chłopca miały pomarszczone od wody stopy i jedną dłoń. Po zabiciu Jonathana kobieta obcięła mu włosy i paznokcie, żeby utrudnić identyfikację, a następnie pojechała z córką na wysypisko śmieci, aby pozbyć się ciała. M. zeznała, że przy wyjmowaniu zwłok z bagażnika jakiś mężczyzna zaoferował im pomoc, a karton po kołysce został znaleziony na wysypisku. Niestety ta teoria również nie jest pewna, ponieważ M. miała problemy psychiczne i nie była do końca poczytalna, a w piwnicy jej dawnego domu nie znaleziono żadnego potwierdzenia jej słów.

    Sprawa chłopca z kartonu do dzisiaj nie została oficjalnie zamknięta, a w Filadelfii wciąż działa numer telefonu, na który można zadzwonić jeżeli ma się jakiekolwiek informacje.

    Więcej możecie dowiedzieć się na kanale Jaśmin lub Niediegetyczne

    #kryminalistyka #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu i specjalne pozdrowienia dla jednej osoby obserwującej #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: historicmysteries.com 18+

    +: Hecktalk, NoLife_ +2989 innych
  •  

    Miałem to dodać jakoś o 8 rano, ale prawdę mówiąc wolałem dłużej pospać ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #mierekwposzukiwaniutajemnic #gruparatowaniapoziomu

    Who put Bella in the Wych Elm? is a graffito which first appeared in 1944 following the 1943 discovery of the skeletonized remains of a woman by four children inside a wych elm in Hagley Wood, Hagley (located in the estate of Hagley Hall), in Worcestershire, England. The victim, whose murder is approximated to have occurred in 1941, remains unidentified, and the current location of her skeleton and autopsy report is unknown. (via Wklejpedia PS. Tym razem nie chciało mi się przetłumaczyć, zresztą to tak prymitywny angielski, że nawet ja rozumiem, więc…)

    Był 18 kwietnia 1943 roku. Czwórka chłopców (Robert Hart, Thomas Willetts, Bob Farmer i Fred Payne) wybrała się do lasu Hagley Wood, żeby się pobawić, powspinać po drzewach, czy pomęczyć miejscowe zwierzęta. Jakoś między szukaniem ptasich gniazd, a penetrowaniem koron kolejny drzew mały Bob Farmer wśród gałęzi wiązu (ang. Wych Elm) znalazł czaszkę. Pierwotnie chłopcy myśleli, że to czaszka jakiegoś zwierzęcia, jednak ludzkie włosy i zęby rozwiały ich wątpliwości. Początkowo chłopcy mieli nikomu nie mówić o znalezisku, ponieważ las po którym buszowali był własnością prywatną. Jednak Thomas Willetts czuł się z tym mocno nieswojo, dlatego w końcu powiedział rodzicom o znalezisku.
    Zaraz sprawa trafiła na komendę. Policja we wspomnianym wiązie znalazła niemal kompletny szkielet, but, złotą obrączkę ślubną i strzępki odzieży. Szczególnie cennym znaleziskiem była wspomniana czaszka (zdjęcie będzie w komentarzu), przez wzgląd na włosy i dosyć wyraźny wzór dentystyczny (brakowało kilku zębów). Dalsze przeszukiwanie terenu wokół drzewa przyniosły kolejne znalezisko – ręka zakopana nieopodal drzewa.

    Szczątki trafiły do prof. Jamesa Webstera. Ustalił, że należały do kobiety, która zmarła co najmniej 18 miesięcy temu, określając datę śmierci na październik 1941 roku lub nieco wcześniej. W ustach odkrył kawałek tafty, co zasugerowało, że kobieta zmarła w skutek uduszenia. Z pomiarów drzewa wywnioskował, że kobieta musiała być jeszcze ciepła (wiem jak to brzmi) gdy ją umieszczono w wiązie, ponieważ po rygor mortis kobieta zwyczajnie nie zmieściłaby się między gałęziami. Co jeszcze było wiadomo o tej kobiecie? W chwili śmierci miała ok. 35 lat, byłą raczej niewysoka (152 cm wzrostu), a badania miednicy sugerowały, że urodziła co najmniej jedno dziecko.

    Tutaj pozwolę sobie na malutkie wtrącenie odnośnie roku jej śmierci, czyli 1941, ponieważ właśnie w 1941 roku miało miejsce zgłoszenie pewnego mężczyzny, który zeznał, że słyszał krzyk kobiety z lasu. Policja jednak nic wtedy nie znalazła.
    Na podstawie rzeczy znalezionych przy szczątkach policja próbowała ustalić tożsamość kobiety. Jak się zapewne domyślacie, bezskutecznie. To były czasy wojny, wielu ludzi ginęło. Poza tym, jak się kazało po porównaniu materiału dowodowego z raportami o zaginionych, znaleziona kobieta nie pasowała do żadnego z nich. Czyli nikt nie zgłosił zaginięcia.

    Dochodzimy do punktu kulminacyjnego, czyli graffito na ścianie w Upper Dean Street w Brimingham. „Who put Bella in the Wych Elm?” doprowadziło śledczych do kilku nowych tropów, które miały wyjaśnić kim była Bella. Sam napis pojawił się również na ścianach budynków w miasteczku Stourbride oraz od 1970 roku na Obelisku Hagley’a. Nie znaleziono autora (lub autorów) napisów, sugerowano, że pierwszy mógł być dziełem jakiegoś żartownisia, a potem ten niesmaczny dowcip został podchwycony przez naśladowców. Inni twierdzili, że autorem napisów jest morderca Belli (lub jak głosiły jedne z pierwszych napisów Luebelli), bo sam fakt jak ją nazywał sugerował że znał jej tożsamość (przynajmniej sugerował pomysłodawcom tej teorii).
    Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że potem napis pojawiał się w formie przekształconej na „Who put Bella in the Witch Elm?”, co odnosi się do jednej z hipotez mających wyjaśnić przyczynę śmierci kobiety.

    Więc kim była nasza Piękna denatka?

    Teorii jest całe zatrzęsienie, w większości obalone, a te co pozostały są na ten moment nieweryfikowalne, przez brak materiału dowodowego. Jedna z nich sugeruje, że uduszoną była zaginiona kilka lat wcześniej prostytutka o przezwisku Bella. Natomiast najpewniej to nie była ona, rysopisy obu kobiet niezupełnie się pokrywały.

    Inna z teorii związana jest z postacią Jacka Myssopa. Według tego co powiedział swojej byłej żonie – Unie Myssop – on i van Ralt (kimkolwiek był) przyczynili się do śmierci tej kobiety. Z van Raltem była kobieta – holenderka precyzując. Miała on się upić do nieprzytomności, a panowie w ramach psikusa posadzili ją między gałęziami wiązu. Samego Jacka osadzono w szpitalu psychiatrycznym, gdyż w snach powracała do niego kobieta, która umarła wśród gałęzi drzewa. W tymże szpitalu zmarł, nim jeszcze chłopcy odnaleźli ciało kobiety. Mi się to nie dodaje, szczególnie biorąc pod uwagę znalezioną taftę. No i ręka, która była kawałek od drzewa, zakopana.

    A właśnie, ręka. Jej właśnie dotyczy kolejna teoria. Bellę zabiły czary. Według tej teorii cyganie (a któż by inny?) zabili Bellę podczas okultystycznego rytuału, sama ręka kojarzyła się z Ręką Chwały. Sama teza była na tyle popularna w prasie, że próbowano ją powiązać z tajemniczym morderstwem Charlesa Waltona (o nim może następnym razem). Stąd też wzięła się późniejsza forma graffito, gdzie "Witch elm" zastąpiło "Wych elm".

    Ostatnia teoria, którą omówię pochodzi z odtajnionych dokumentów MI5 o Josefie Jakobie - ostatnim człowieku, który został stracony w Tower of London 15 sierpnia 1941 r. Agent Abwehry , spadł na spadochronie w Cambridgeshire w 1941 r. Złamał kostkę podczas lądowania i wkrótce został aresztowany przez Home Guard. Znaleziono przy nim zdjęcie rzekomo jego kochanki, niemieckiej piosenkarki kabaretowej i aktorki o imieniu Clara Bauerle. Jakobs powiedział, że była szkolona na szpiega, i że gdyby nawiązał kontakt, mogła zostać po nim wysłana do Anglii. Niestety, nie ma dowodów na to, że Clara Bauerle została zrzucona na spadochronach do Anglii. Ponadto Bella miała 5 stóp (152 cm w cywilizowanej skali) wzrostu i kilku świadków twierdziło, że Clara Bauerle była wysoka (około 6 stóp czyli 30 cm więcej). We wrześniu 2016 r. Ustalono, że Clara Bauerle zmarła w Berlinie 16 grudnia 1942 r, zatem nie mogła być Bellą. Aczkolwiek sama teoria niewątpliwie była ciekawa.

    Koniec końców, nie wiemy kim była ta kobieta, jak się znalazła wśród gałęzi wiązu, ani kto pierwszy napisał na ścianie budynku to niepokojące pytanie. Sam napis powraca co raz, jak gdyby domagał się rozwiązania sprawy.

    #ciekaweciekawe #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historiajednejfotografii #morderstwo #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @Scorpjon: Czytałem nie tak dawno o tej sprawie (zresztą - było to typowe buszowanie po wikipedii po przeczytaniu jednego z Twoich wpisów, ach to cudo artykułów powiązanych :)) - i z tego co rozumiem, to ta kobieta była tak jakby w środku pnia (tudzież w jakimś wydrążeniu pnia) tego drzewa. No i co do teorii to tam chyba było, że najbardziej prawdopodobna jest ta z prostytutką, ale nie widziałem informacji o porównaniu jej rysopisu z rysopisem "denatki". pokaż całość

    •  

      @gumiorek: na jakimś blogu natrafiłem na info, że rysopisy się nie zgadzały ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    Zastanawiam się, co się w większości dzieje z osobami zaginionymi? Okazuje się po latach, że zostały zamordowane, zginęły, same uciekły przed kimś/jakaś sytuacją w ich życiu? Znacie jakieś ciekawe źródła, artykuły, przypadki?
    #zaginieni #zaginiecia #itaka #kryminalistyka

  •  

    Tego wyjątkowo eleganckiego i uprzejmego mężczyznę skazano na siedmiokrotną karę śmierci. Kiedy ogłaszano wyrok, tłumy zgromadzone na ulicach klaskały.
    Miał na koncie sześć (udowodnionych, nieoficjalnie jest to trzydzieści) ofiar. Jego ulubioną metodą byl strzał w tył głowy, ponieważ był "człowiekiem zbyt słabym psychicznie na walkę". Do dziś żywa jest opinia, że zabijał na zlecenie rządu. Dlatego też wielokrotnie śledztwa w jego sprawie umorzono. Dopiero w momencie w którym strzelił do Stanisława Ł. podczas snu zaczęło się "prawdziwe dochodzenie". Na początku pan Stanisław uwierzył w jego wymówkę jakoby huk spowodowała petarda. Jednak gdy zaczął uskarżać się na bóle głowy podczas tomografii znaleziono w jego czaszce kulę.
    Podczas śledztwa dowodem którego nie dało się obalić stała się jaśniejsza plama betonu na podłodze garażu. W betonie znaleziono na wpół rozłożone zwłoki Jadwigi i Zofii de Laveaux.
    Władysław Mazurkiewicz zwany był "eleganckim mordercą", a jego ostatnimi słowami przed straceniem były "Do widzenia, panowie. Niedługo wszyscy się tam spotkamy".

    pokaż spoiler #gruparatowaniapoziomu #historia #kryminalistyka #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: img.sadistic.pl

    •  

      @Janek_Porzycz: @Wiktor426: Oglądałam. :)

      @tekon: Jest na liście do przeczytania.

      @Ertrael: Niestety, ofiara była jedną z niewielu (ok. 20%) osób, które potrafią wyczuć zapach cyjanku.

      @kikut11: Oglądam w kwestii bardziej współczesnych spraw, bo jego filmy są niestety bardzo krótkie i mówią o najważniejszych rzeczach. Wolę Jaśmin. ;)

      @papysh: Zabrał go na wycieczkę do Zakopanego i facet zasnął w samochodzie. Strzelił mu w tył głowy, ten się obudził i spytał co jest źródłem huku. Władzio odpowiedział, że chciał go przestraszyć i to była petarda. Kula utknęła w czaszce nie docierając do mózgu i dopiero po kilku dniach udał się do lekarza.

      @Czarzy: Nie wiem jak można napisać o jednym z większych morderców starej polski, że jego historia jest zmyślona. :D

      @sareawok: Niestety takie czysto encyklopedyczne teksty tracą mnóstwo uwagi, ale będę miała na uwadze, bo jest w tym miesiącu kilka rocznic, więc się poprawię. ;)

      @fierce: @carbyne: @KRISSVector: @bircov: Pisałam to o 3 w nocy, więc palnęłam jak debil.
      pokaż całość

    •  

      Niedługo wszyscy się tam spotkamy

      @Twinkle: No jednak nie. (✌ ゚ ∀ ゚)☞

    • więcej komentarzy (21)

  •  

    LESZEK PĘKALSKI - WAMPIR Z BYTOWA

    Leszek Pękalski został skazany tylko za jedno morderstwo. Mimo to, media okrzyknęły go seryjnym mordercą. Dlaczego? Otóż on sam przyznał się do ponad 70 morderstw, które podczas wizji lokalnych opisał z wieloma szczegółami. Prokuratura nie znalazła jednak wystarczających dowodów, by go obciążyć.

    Od urodzenia lekko upośledzony, był uważany za niegroźnego wariata przez współmieszkańców Borzytuchomia, kaszubskiej wsi niedaleko Bytowa. Ile kobiet zamordował tak naprawdę, wie tylko on. Twierdził, że zabijał, gdyż tylko tak mógł zaspokoić swój popęd seksualny. Wcześniej proponował swoim ofiarom seks, jednak zawsze spotykał się z odmową. Jak sam zeznał: „Gdy były martwe, już nie odmawiały”.

    Po ataku rozbierał kobiety, by potem bawić się ich narządami płciowymi. Czasami dochodziło do penetracji, zwykle jednak wystarczała mu masturbacja. Najbardziej podniecało go to, że one mu już nie odmawiały, bo nie żyły. Nie śmiały się z niego. Mógł więc w spokoju robić to, co sobie wymyślił w swojej chorej wyobraźni. Gdy go aresztowano w roku 1992, zaczął przyznawać się do wszystkich nierozwiązanych morderstw w Polsce, popełnionych w ciągu kilkunastu ostatnich lat. Potem wycofał swoje zeznania, twierdząc, ze policjanci go oszukali obiecując „załatwienie kobiety na seks” w zamian za przyznanie się do niewykrytych zbrodni.

    Po nieudolnie przeprowadzonym śledztwie postanowiono oskarżyć go o 17 zabójstw. Udowodniono mu tylko jedno i skazano na karę 25 lat pozbawienia wolności.

    W więzieniu Pękalski stał się gwiazdą mediów. Chętnie udzielał wywiadów, podczas których z wielką dumą opowiadał o swoich zbrodniach. Takie zachowanie sprawiło, że nadano mu przydomek „Wampir z Bytowa”. W niektórych publikacjach można się również spotkać z określeniem „Hurtownik śmierci”, którego Pękalski nie lubił.

    Tuż przed wyjściem na wolność nie było już jednak tego Pękalskiego, którego wszyscy znali z prasowych artykułów. Brał udział w specjalnym programie resocjalizacyjnym, nie udzielał wywiadów i nie chciał, by prasa cokolwiek pisała na jego temat. Karę odbywał w Areszcie Śledczym w Starogardzie Gdańskim - zakończył ją 11 grudnia 2017 i od razu został umieszczony w zamkniętym ośrodku w Gostyninie.

    Są tacy, który twierdzą wprost, że Pękalski nikogo nie zabił. Że tylko został wrobiony przez policję, jako idealny kozioł ofiarny. Twierdzi się nawet, że jako upośledzony mężczyzna o umyśle dziecka do wszystkiego się przyznał, bo polubił swoją sławę seryjnego mordercy. Jaka jest prawda o „Wampirze z Bytowa”? To dzisiaj wie tylko Leszek Pękalski…

    #wmrokuhistorii #historia #zbrodnia #kryminalistyka #polska #xxwiek #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Z cyklu: "Łotry i zbóje"

    WŁADYSŁAW MAZURKIEWICZ - ELEGANCKI MORDERCA

    Był człowiekiem bogatym i szanowanym. W trudnych, powojennych czasach wyróżniał się tym, że jeździł luksusowym samochodem i pachniał drogimi, zachodnimi perfumami. Zabawny, przystojny, dobrze wychowany i zawsze elegancki, wzbudzał podziw wśród mężczyzn i zachwyt kobiet. Nikt nawet przez chwilę nie domyślał się, że jest on okrutnym seryjnym mordercą. Tym pierwszym w powojennej Polsce.

    Zabijał swoje ofiary przez 15 lat. Nie dlatego, żeby wyładować swoje frustracje lub zaspokoić się seksualnie. Na to byłby zbyt dumny. On po prostu mordował dla zysku.

    Już w czasie wojny, dzięki dobrym układom z gestapo, czuł się bezkarny. Pierwszej zbrodni dokonał w roku 1940. Swoje ofiary truł cyjankiem potasu. Truciznę podawał w herbacie lub w kanapkach z szynką. Po zabójstwie zabierał pieniądze i biżuterię, a ciała topił w Wiśle. Wyjątek zrobił tylko dla swoich dwóch sąsiadek, których ciała zamurował w podłodze swojego garażu.

    Wkrótce Mazurkiewicz zamienił truciznę na pistolet. Swoim ofiarą strzelał w głowę. Uważał, że tak było prościej i szybciej. We wrześniu 1955 roku popełnił jednak błąd, który zaprowadził go na szubienicę. Podczas podróży samochodem z Zakopanego do Warszawy, jego współpasażer zasnął. Mazurkiewicz postanowił to wykorzystać. Zatrzymał się i strzelił do niego.

    Kula utkwiła w czaszce ofiary, ta jednak nieświadoma niczego nadal żyła. Wystraszony hukiem wystrzału biznesmen uciekł. Po kilku dniach zgłosił się do lekarza z bólem głowy. Podczas badania znaleziono w jego głowie kulę, a oskarżenia padły na Mazurkiewicza.

    W toku śledztwa odkryto, czym naprawdę zajmował się szanowany dżentelmen, który latem 1956 roku stanął przed sądem. Najpierw Mazurkiewicz nie przyznał się do winy, jednak po przedstawieniu niepodważalnych dowodów zmienił nastawienie. Od tego momentu z dumą opowiadał o swoich morderstwach. Przyznał się do zabójstwa 30 osób, w większości kobiet.

    Opinia publiczna bardzo interesowała się jego procesem, a media relacjonowały każdy szczegół rozprawy. Prasa szybko nadała mu przydomki „Eleganckiego mordercy” i „Mordercy-dżentelmena”. Milicjanci woleli nazywać go jednak „Upiorem Krakowskim”.

    Udowodniono mu jedynie 6 zabójstw. To jednak wystarczyło, aby skazać go na śmierć. W sądzie podczas procesu Mazurkiewicz zachowywał się dostojnie. Był dumny ze swoich czynów, uśmiechnięty, grzeczny i elegancki. Taki sam też podszedł do szubienicy, pod koniec stycznia 1957 roku.

    Historia pierwszego polskiego seryjnego mordercy ma swoje barwne zakończenie. Zapytany o ostatnie słowo, „Elegancki morderca” uśmiechnął się i ukłonił wszystkim, po czym powiedział: „Do widzenia panowie! Niedługo spotkamy się tam wszyscy!”

    #wmrokuhistorii #historia #lotryizboje #ciekawostki #xxwiek #zbrodnia #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Jest taki były policjant/milicjant Janusz Bartkiewicz który kiedyś łapał morderców, a dzisiaj opisuje w internecie różne wspomnienia z tych wszystkich śledztw jakie prowadził. O słynnym zabójstwie studentów w Górach Stołowych w 1997 pisze nawet książke i opublikował już kilka rozdziałów http://janusz-bartkiewicz.eu/index.php/kryminalia/naroznik-1997
    A tutaj opisał np. różne przypadki zabójstw i porwań małych dzieci z lat 80 http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?p=1267
    http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?tag=janusz-bartkiewicz tutaj inne takie historie.
    Jeśli kogoś interesują takie rzeczy to polecam tego milicjanta ( ͡° ͜ʖ ͡°) #kryminalistyka #mordercy #zbrodnia #ciekawostki #seryjnimordercy #policja
    pokaż całość

  •  

    Kurde nie wiem czy to pisać ale ... znalazłem broń. Jak wiadomo trochę biegam i dziś rano wybrałem się zrobić swoje 15-20km po lesie.W lesie jakaś wycinka i leżą poukładane takie pniaki. Zachciało mi się sikać i znalazłem tam chyba jakiś pistolet.Trącilem butem ale nie dotykałem bo się trochę wycykałem. Nie wygląda na jakąś atrapę czy coś...Tzn. reklamówka a koło niej ten pistolet.Nie chciało mi się dzwonić na policję czy coś bo trochę jednak boję się że mnie wyśmieją a to będzie zabawka.No ale kurde w wojsku byłem i wiem jak broń wygląda....Nie wiem czy tam jutro też pobiec czy udawać że o niczym niewiem i olać temat.W sumie kurde nie da mi to spokoju chyba....Tzn. lekko kusiło mnie żeby wziąć przez jakiś worek to do domu ale chyba rozsądek zwyciężył . Teraz leżę i myślę. Gadałem żonie i mówi żeby zadzwonić na bagiety. Co robić? #pistolet #policja #bieganie #kryminalistyka #ciekawostki #niewiemjaktootagowac pokaż całość

    +: berys, annlupin +9 innych
  •  

    #gruparatowaniapoziomu

    Sprawa YOGTZE (niem. Der YOGTZE-Fall), również zagadka Bundesautobahn (niem. Das BAB-Rätsel) – tajemnicze morderstwo niemieckiego technika żywienia Günthera Stolla, dokonane w nocy z 25 na 26 października 1984. Sprawa ta została zaprezentowana pół roku później, 12 kwietnia 1985, w magazynie "Aktenzeichen XY ... ungelöst" na antenie ZDF. (via Wklejpedia)

    No, symboliczną notatkę wstępną mamy za sobą, pora przejść do konkretów. Mamy rok 1984, Günthera Stolla (o którym z wygody będę wspominać z samego nazwiska), mieszkańca Anzhausen, dzielnicy Wilnsdorfu. Stoll, jak już zostało wspomniane z zawodu był technikiem żywienia, aczkolwiek pracy nie posiadał. Za to posiadał manię na temat tajemniczych "ICH". Z relacji jego małżonki okazjonalnie opowiadał o tym, że "ONI" przyjdą i go dopadną. 25 października (przeddzień morderstwa) wspomniał żonie o nich dosyć dosadnie. Później Stoll miał powiedzieć „Teraz już wiem!” (niem. Jetzt geht mir ein Licht auf!), po czym napisał na kartce następujące litery: YOG’TZE (trzecim znakiem miała być litera G lub cyfra 6). Chwilę później skreślił to, co napisał i wyszedł z domu.

    Robi się dosyć creepy, co nie? Swoją drogą, kto chciałby polować na technika żywienia? XD

    No, bądź co bądź, Stoll zrobił wtedy to co każdy typowy facet z problemami. Tzn zawinął się do swojego niebieskiego Golfa I i pojechał do ulubionego baru "Papillon". Zamówił piwo i nagle wyrżnął o ziemię. Świadkowie później zeznali, że wg nich tylko zemdlał; na pewno pod wpływem alkoholu wtedy nie był (po jednym piwie to byłby wstyd). Warto zaznaczyć, że świadkowie zauważyli u Stolla poddenerwowanie, czy też bardziej przerażenie. Zaraz Stoll potem wyszedł z baru i odjechał. I tu się pojawia pierwsza dziura w rekonstrukcji wydarzeń. Następne dwie godziny są na ten moment nie do odtworzenia.

    Około 1:00 zajechał do Haigerseelbach (dziś Seelbach, dzielnica Haigeru), tam się wychowywał. Zadzwonił do drzwi sąsiadki z dzieciństwa Erny Hellfritz, lecz nie wszedł do środka. Rozmawiał z Erną przez okno, prosił o pomoc, bo jak stwierdził tej nocy może mu się coś złego stać. Stara pani próbowała go uspokoić i mówiła mu, że nic mu nie będzie jeśli wróci do żony itp. Takie tak pierdzielenie ( ͡° ͜ʖ ͡°) Było dosyć późno (szczególniej dla starszej kobitki), więc poleciła mu pojechać do domu.
    I tu mamy drugą dziurę w rekonstrukcji zdarzeń. Nic nie wiemy o kolejny dwóch godzinach.

    No i mamy punkt kulminacyjny. Około godziny 3:00 para kierowców ciężarówek znalazła ciężko uszkodzony samochód Volkswagena (oczywiście to był nasz Golfik) w rowie gdzieś przy autostradzie A45. Jeden z owych kierowców ruszył do najbliższej, przydrożnej budki telefonicznej, podczas gdy drugi przeprowadził pobieżne badanie samochodu.
    W samochodzie był mocno poturbowany i nagi technik żywienia. Jeszcze żył. Wyznał, że w samochodzie było jeszcze 4 innych mężczyzn, którzy już uciekli. Zaznaczył też, że nie byli jego przyjaciółmi, a obcymi. (Czyżby sprawcy?) Stoll zmarł w drodze do szpitala.

    Na chwilę wrócę do kierowców ciężarówki. Panowie Holger Meffert i Georga Konzler zeznali, że przy Golfiku zauważyli mężczyznę w jasnym ubraniu, który gdzieś się oddalił (jak dla mnie dosyć, kurła, mętne zeznania). No, ale przynajmniej widziano kogoś, kto mógł być podejrzanym. Według panów od dostarczania świeżych bułek wędlin itd mężczyzna zniknął między momentem gdy zauważyli Golfa, a wezwaniem pomocy.

    Tutaj można zadać pytanie, jak zginął tragiczny bohater tej historii. Cóż, śledczy początkowo zakładali, że się wpierdolił pod samochód albo samochód nieumyślnie wpierdolił się w niego ( ͡° ͜ʖ ͡°) Serio mówię. Mało tego, to uznano za oficjalną przyczynę jego śmierci. Warto zaznaczyć, że nie potrącił go jego samochód, tylko jakiś inny ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Czterech mężczyzn wspomnianych przez Stolla nie zidentyfikowano. Nie jest znane faktyczne miejsce yebnięcia Stolla przez niedookreślony dwuślad, ale za to wiadomo, że to nie było miejsce gdzie go znaleziono. Potrącono go wcześniej, po czym nagiego razem z niebieskim Golfikiem dostarczono w niedookreślony sposób do miejsca, gdzie go znaleźli tirowcy. Niektórzy z przesłuchiwanych kierowców wspomnieli o autostopowiczu blisko zjazdu Hagen-Süd. Jego również nie udało się zidentyfikować.

    Padło przypuszczenie, że sprawa YOGTZE może mieć związek z pobytem Günthera Stolla w Holandii, gdzie nawiązał kontakt z dilerami narkotykowymi. Teza ta nie została udowodniona. Aczkolwiek brzmi dosyć logicznie i całkiem nieźle, jeżeli można tak powiedzieć o morderstwie jakiego Mirka ( ͡° ͜ʖ ͡°)ノ⌐■-■

    Zostaje kwestia notatki zostawionej w domu. A ilu ludzi się przyglądało tym 6 znakom, to tyle mamy teorii na ten temat. I większość z nich jest o kant dupy potłuc. Jedna zakłada, że to nie YOG'TZE tylko rejestracja samochodu Y06T2E. Aczkolwiek mi ciężko w to uwierzyć, nie znam ludzi, którzy by cyfrę 2 zapisywali jako Z i to z taką kreseczką pośrodku (jak Ż).
    Inna odnosi się do wykształcenia naszego zamordowanego i YOG ma pochodzić od jogurtu, a 'TZE określa dodatek smakowy do niego. Tylko co to, kurna, ma do samej sprawy? ( ͡º ͜ʖ͡º
    Jedna z tych, które mnie bardziej rozpieprzają to sugestia, że ten ciąg znaków to anagram słowa ZYGOTE, czyli zygota. Ale to chyba ma nawet mniejszy związek z całą sprawą, niż te wspomniane jogurty o smaku TZE. Chociaż są tacy co tego bronią:

    Niektórzy sugerują, że JOGTZE może być anagramem dla Zygoty. Zygota jest najwcześniejszym stadium rozwojowym wielu organizmów wielokomórkowych. Termin pochodzi od starożytnego greckiego słowa, które oznacza złączony. Zygota tworzy się z pary gamet (męskich i żeńskich komórek rozrodczych) i zawiera informację genetyczną z każdej z nich, co skutkuje powstaniem organizmu żywego.Genetycznie modyfikowanie żywności lub składników może nie być niczym nowym i być może o to chodziło niezrozumiałemu technologowi żywienia.Koncepcja ta jest często uważana za pewnik przez dużą liczbę ogółu populacji, ale czy może być motywem morderstwa?

    źródło

    Cóż, nie jest pewne kto, ani dlaczego zabił Gunthera. Dosyć mało wiarygodną jest wersja o wypadku drogowym, tu myślę, że prędzej czy później znaleźliby kierowcę odpowiedzialnego za to. Zresztą mania bycia prześladowanym przez nich u zamordowanego, niewiadome w postaci dziur w rekonstrukcji wydarzeń, no i wspomniane 4 anony z samochody i anon w jasnej kurtce sugerują, że mogło to być zaplanowane.

    Zagadka pozostaje nierozwiązana do dzisiaj. Następnym razem może opiszę wam, trochę przeruchany, ale ciekawy przypadek Kobiety z Isdal.

    #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #ciekawostkizniemiec #tajemnice #kryminalistyka #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Kilka zdjęć z kartotek kryminalnych z XIX wiecznej Anglii. Na pierwszy rzut Irlandczyk James McGrath skazany na dożywocie za próbę wysadzenie w powietrze ratuszu w Liverpoolu i uczestnictwie w Fenian Brotherhood (zjednoczenie Iralndii)

    McGrath, along with James McKevitt, were arrested after a failed attempt to blow up Liverpool Town Hall. The men - both said to be part of the Fenian movement, which was campaigning for a united Ireland – were arrested soon after the event, which only managed to cause minimal damage.

    Both men were tried at Liverpool Assizes the same year. On August 3rd, James McGrath, aged 32, was sentenced to life imprisonment. James McKevitt received a 15-year sentence, which he is known to have served in Chatham Prison.

    Galeria

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #kryminalistyka #anglia #irlandia #myrmekochoria
    pokaż całość

  •  

    wpis będzie długi, polecam czytać częściami żeby się nie przemęczyć ( ͡º ͜ʖ͡º)
    Sprawa Tamam Shud
    Zapewne wielu z was słyszało o nierozwiązanej sprawie niezidentyfikowanego mężczyzny znalezionego 1 Grudnia 1948 na plaży Somerton 11 kilometrów od Adelaide. Postaram się objaśnić sprawę tym, którzy się w nią nie zagłębiali.
    Ciało owego mężczyzny zostało znalezione w pozycji siedzącej, oparte o falochron, z wyprostowanymi nogami. Ubrany był w białą koszulę, czerwono-niebieski krawat, brązowe spodnie, skarpety i buty oraz gustowny płaszcz. Przy jego zwłokach znaleziono wiele przedmiotów - nieużyty bilet pociągowy, nieużyty bilet autobusowy z Adelaide, mały aluminiowy grzebień, opróżnione do połowy opakowanie gum Juicy Fruit, paczkę papierosów Army Club oraz zapałki.
    Wszystkie metki z jego ubrań zostały usunięte, jego uzębienie oraz odciski palców nie pasowały do żadnej żyjącej osoby figurującej w bazie danych.
    Po przeprowadzeniu sekcji patolog Dr. Dwyer stwierdził że mężczyzna prawdopodobnie popełnił samobójstwo Barbituranami lub silnymi lekami nasennymi, choć nie był w stanie tego udowodnić. Policja nie była nic w stanie ustalić, śledztwo staneło w miejscu.

    Ustalenie przyczyny zgonu
    14 Czerwca 1949 wybitny patolog John Burton Cleland jeszcze raz przebadał ciało mężczyzny. Rzucił on nowe światło na sprawę, zauważył między innymi iż buty w które ubrany był mężczyzna były czyste i wypolerowane, nie zgadzało się to z wersją policji która myślała że szwendał się on cały dzień w okolicach plaży, twierdził on że mężczyzna musiał tam zostać przyniesiony. Chemik Cedric Stanton Hicks stwierdził natomiast że mężczyzna mógł zostać otruty glikozydami - konkretnie Strofantyną lub silnym wyciągiem z Naparstnicy, trucizny te nie zostawiają żadnych śladów w organizmie i w latach 40 były dosyć łatwo dostępne dla chemików. Nadal jednak nie można było jednoznacznie określić przyczyny śmierci.

    Tamam Shud
    W okresie ponownego badania mężczyzny odkryto również przeoczony wcześniej bardzo ważny dowód, malutką karteczkę z napisem "Tamam Shud" znaleziono w zaszytej kieszeni w spodniach mężczyzny. "Tamam Shud" oznaczana "Zakończony" w języku Perskim. Wycinek ten pochodził ze zbiorów Rubajjatów autorstwa Omara Chajjama, XI wiecznego Perskiego astronoma i poety. Policja zwróciła się do prasy o pomoc w zlokalizowaniu egzemplarza z którego pochodził wycinek, co się udalo. Na policję zgłosił się niejaki "Francis" z dokładnie tym egzemplarzem, twierdził on iż ukradł go z tylniego siedzenia otwartego samochodu stojącego na parkingu przy Jetty Road w Glenelg, blisko plaży Somerton. Na tyle księgozbioru zapisane były odręczne notatki - numer telefonu, jeszcze inny numer, oraz zaszyfrowana wiadomość która wyglądała tak:

    WRGOABABD
    M̶L̶I̶A̶O̶I̶
    WTBIMPANETP
    MLIABOAIAQC
    ITTMTSAMSTGAB

    Żaden łamacz kodów do dziś nie zdołał wymyślić rozwiązania, kryptografowie twierdzą że nie da się znaleźć "satysfakcjonującego rozwiązania" ponieważ owy tekst jest za krótki

    Numer telefonu znaleziony w książce należał do pielęgniarki Jessici Allen Thomson (1921-2007) która podczas przesłuchania przez Policję stwierdziła że nie ma pojęcia dlaczego mężczyzna miał jej numer telefonu oraz dlaczego jego ciało znajdowało się niedaleko jej miejsca zamieszkania.
    Niemniej jednak policja zdecydowała się naciskać na kobietę, przedstawiono jej odlew gipsowy twarzy martwego mężczyzny, Thomson stwierdziła że nie jest w stanie go zidentyfikować. Detektyw Leane prowadzony przesłuchanie zanotował jednak że kobieta była "kompletnie zaskoczona, wyglądała jakby miała za chwilę zemdleć". Paul Lawson, twórca odlewu który był obecny podczas przesłuchania stwierdził iż Thomson nie chciała ponownie spoglądać na odlew i ciągle odwracała wzrok.
    Thomson zeznała również że kiedyś posiadała kopię Rubajjatów, jednak oddała ją żołnierzowi Australijskiemu Alfowi Boxallowi, podpisała się na pierwszej stronie jako "JEstyn". Po tym jak policja odnalazła Boxalla okazało się iż nadal posiada on Rubajjaty z owym podpisem.

    Na tym praktycznie kończy się historia człowieka z Somerton. W śledztwie nie poczyniono dalszych postępów, aż do 2011 roku:
    Wtedy też pojawiły się dwie duże poszlaki, po pierwsze - do Polskiego antropologa Macieja Hennenberga zgłosiła się mieszkanka Adelaide która znalazła dowód osobisty niejakiego H.C. Reynoldsa, wydana podczas pierwszej wojny światowej dla Brytyjskiego marynarza. Hennenberg stwierdził że pomimo podobieństw w kształcie nosa, ust i oczu, nic nie było tak uderzające jak niemal identyczny kształt uszu oraz identyczne umiejscowienie pieprzyka na obu zdjęciach. Hennenberg stwierdził że jest duże prawdopodobieństwo iż H.C. Reynolds to właśnie Mężczyzna z Somerton

    Po drugie - prof. Derek Abbott przeprowadził badania genealogiczne krewnych Jessici Thomson i odkrył że jej najstarszy syn urodzony w 1948 Robin miał nie tylko większą górną część muszli od dolnej (1-2% populacji tak ma u rasy białej) to również chorował na bardzo rzadką chorobę genetyczną - Hipodontię. Tak samo jak mężczyzna z Somerton. Abbott stwierdził że prawdopodobieństwo takiego zbiegu okoliczności wynosi 1:20000000. Abbott wnosił o ekshumację Robina Thomsona oraz Mężczyzny z Somerton w celu porównania ich materiału genetycznego, jednak prokurator odrzucił wniosek twierdząc iż potrzeba więcej dowodów niż tylko takie poszlaki.

    na zakończenie - Kate Thomson twierdziła że jej matka oraz mężczyzna z Somerton mogli być radzieckimi szpiegami. Jessica Thomson nauczała imigrantów angielskiego, sama znała rosyjski i nigdy nie chciała powiedzieć gdzie i dlaczego się go nauczyła oraz była zagorzałą komunistką.

    Jeśli ktoś się przemęczył przez tą ścianę tekstu to pozdro xD
    #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #historiajednejfotografii #kryminalistyka #tajemnice
    pokaż całość

    źródło: SomertonMan2.jpg

  •  

    Aparat Marscha, służący w XIX wieku do wykrywania arszeniku. Bardzo przydatny przy podejrzeniu otrucia. Badaa ciesz, na przykład wyciąg z żołądka zmarłego, wlewano do kolby z kwasem i kawałkami cynku. Powstały wodór redukował arsen do lotnej arsyny, gazu o zapachu czosnku. Arsyna rozkładała się na gorącym szkle w przewężeniu rurki tworząc lustro metaliczne.
    https://www.wykop.pl/link/4251813/poison-story-bawelniana-wdowa/

    #kryminalistyka #ciekawostki #xixwiek #chemia
    pokaż całość

    źródło: nlm.nih.gov

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #kryminalistyka

0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów