•  

    Funkcjonariusze niestniejacego w akcji. Wstrząsający raport w USA: W ciągu 70 lat w Pensylwanii 1000 dzieci padło ofiarą księży-pedofili.
    Raport zawiera wiele bulwersujących opisów znęcania się nad dziećmi: jeden z księży dopuszczał się gwałtów na pięciu dziewczynkach będących siostrami - najmłodsza miała zaledwie 1,5 roku, inny duchowny kilkanaście razy zmusił do innych czynności seksualnych 10-letniego chłopca, powodując u niego uszkodzenia kręgosłupa i przedwczesną śmierć, z kolei grupa księży z jednej z diecezji w stanie Pensylwania zmuszała nastolatka do pozowania nago na krzyżu - księża z lubością fotografowali się na tle tej sceny ukrzyżowania, co obecnie stanowi "uzupełnienie" dokumentacji tego przestępstwa.

    W ocenie organizacji "Odpowiedzialność Biskupów" (Bishop Accountability) w latach 1950-2016 w Stanach Zjednoczonych ok. 6721 księży dopuściło się przestępstw seksualnych wobec nieletnich. Liczba dziecięcych ofiar molestowania szacowana jest na ok. 18 565 osób.

    Opinia publiczna, a następnie - władza, zaczęła się interesować sprawami wykorzystywania seksualnego dzieci przez kler po sprawie kardynała Bernarda Lawa, który w 2002 roku zrezygnował z funkcji arcybiskupa Bostonu po ujawnieniu, że przez lata tuszował przypadki pedofilii wśród tamtejszych księży.

    https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/newsamp-wstrzasajacy-raport-w-usa-w-ciagu-70-lat-w-pensylwanii-1000-,nId,2619142?__twitter_impression=true

    #katolicyzm #chrzescijanstwo #kler #pedofilia #kryminalistyka #zboczence #mendy #mafia #swiat #ateizm #usa #rakcontent #neuropa #bekazkatoli #japierdole
    pokaż całość

    źródło: ncregister.com

  •  

    Chciałbym przypomnieć tragiczną historię 23-letniego policjanta Grzegorza Załogi, zastrzelonego na służbie w Będzinie w nocy z 9 na 10 sierpnia 2003. Właśnie mija 15 lat. Choć nie są to wydarzenia z jakichś bardzo zamierzchłych czasów, to jest to historia niczym z filmów sensacyjnych.
    Mieli te same imiona i niemal tyle samo lat, ale poszli w życiu całkowicie inną drogą. Grzegorz Skowroński został gangsterem, Grzegorz Załoga policjantem. W sierpniu 2003 roku ich ścieżki skrzyżowały się na będzińskiej ulicy. 23-letni policjant ruszył w nocną pogoń za przestępcą, który właśnie napadł na człowieka. Uciekający strzelił funkcjonariuszowi prosto w głowę. Załoga zginął, a bandyta przepadł jak kamień w wodę. Rozpoczęła się obława. Gangster z kolegami uciekali czarnym, skradzionym audi 80. Namierzono ich dopiero po kilku dniach w Bielsku-Białej. Policja nie chciała strzelaniny w centrum miasta i dopiero gdy samochód nie zatrzymał się na blokadzie, padły strzały. Skowroński dostał w pierś, wtedy kumple porzucili go w samochodzie i znikli. Przy rannym znaleziono kałasznikowa, rewolwer i materiał wybuchowy z mechanizmem zegarowym.
    Kiedy młody policjant, opłakiwany przez rodziców i siostrę spoczął na cmentarzu, bandyta walczył o życie. Lekarze robili wszystko, żeby go ratować. Leczenie kosztowało 100 tys. zł, ale Skowroński nie zapłacił z tej sumy ani grosza; nie był ubezpieczony. Rachunek musiała uregulować prokuratura.
    Na procesie zabójca mówił, że strzelił przypadkowo. Ale nosił ze sobą broń, strzelił do policjanta co najmniej trzy razy. Tego fatalnego dnia pił ze znajomymi już od rana; gdy wieczorem wracał do domu, wpadł w złość, że psy w jednej z posesji na ulicy Krakowskiej za głośno szczekają. Zadzwonił do drzwi domu, właściciel mu otworzył, a wtedy Skowroński rzucił się na niego z pięściami. Skatowany mężczyzna wezwał policję. Przyjechał Grzegorz Załoga.

    W będzińskiej policji pracował od niedawna; właśnie zamierzał iść na studia. Syn sołtysa we wsi Hutki-Kanki; postawny, prawie dwa metry wzrostu, wysportowany. Ojciec wspominał, że zapowiadał się na świetnego policjanta. Miał dobrą kondycję i odporną psychikę, nigdy nie działał impulsywnie. Podawał przykład, że gdy kiedyś otruto im w stawie ryby, Grzegorz przyjął to spokojnie i zaczął logicznie myśleć, jak mogło do tego dojść. Zdaniem ojca, syn na pewno, w dniu swojej śmierci też działał odpowiedzialnie. Zdawał sobie sprawę, że chodzi o agresywnego przestępcę, którego należy powstrzymać. Bardzo tego chciał. I miał rację, naprawdę chodziło o gangstera, powiązanego z grupą sławnego "Krakowiaka". Skowroński nie zachował się jak pijany awanturnik, tylko jak gangster. Strzelał do policjanta.Zabił.

    Z jego broni zginął nie tylko Grzegorz Załoga. Po badaniach balistycznych okazało się, że dwa lata temu zastrzelono nim przechodnia na ulicy Bankowej w Katowicach. Sprawcy nie ujęto.
    "DZ" dotarł do rodziny gangstera. Konkubina mówiła, że nie wie, czym zajmował się ojciec jej dwojga dzieci. Chyba pracował na budowie, ale nie lubił pytań, skąd ma pieniądze. Utrzymywał rodzinę na dobrym poziomie, nie musiała pracować. Jeśli nawet podejrzewała, że robi czasem jakieś nieczyste interesy, to nigdy nie sądziła, że jest w gangu. Przyznała jednak, że ostatnio był nerwowy. Uprzedzał nawet, że będzie rzadziej bywać w domu. Dowiedziała się potem, że prokuratura szykowała przeciwko niemu oskarżenie o uprowadzenie ludzi, napady rabunkowe i udział w zbrojnym gangu. Był poszukiwany listem gończym.

    Siostra Skowrońskiego tłumaczyła, że mieli trudne dzieciństwo. Matka zmarła, a ojciec był przestępcą. Grzegorz zaopiekował się siostrą, wyglądało na to, że będzie inny niż ich ojciec. Nie pytała, w jaki sposób bez wykształcenia, bez zawodu zdobywa pieniądze. Ale dzięki niemu skończyła liceum. Kiedy się okazało, że to on zabił policjanta, była w szoku. Coś jednak jej mówiło, że to może być prawda. Ostatnio był zestresowany, tajemniczy, więcej pił.

    Skowroński od wczesnej młodości kradł, bił i napadał. Grzegorz Załoga poświęcał się nauce i pracy; remontował samochody, traktory, hodował ryby, uprawiał pole. Jego ojciec długo pracował za granicą, był spawaczem . Kiedy wyjeżdżał, Grzegorz zostawał z matką. Spadło na niego wiele obowiązków, ale dobrze sobie radził ze wszystkim.Bardzo kochał rodziców. Lubił, jaka mama szykuje mu śniadania. Miał 23 lata, gdy zginął. Dla matki właściwie był jeszcze dzieckiem. Po jego śmierci załamała się.

    Katowicki Sąd Okręgowy skazał Grzegorza Skowrońskiego na 25 lat więzienia. Sędzia uznał, że oskarżony liczył się z tym, że strzelając, może zabić człowieka. Apelacja nie zmieniła wydanego wtedy wyroku.

    - Przepraszam za tę śmierć, nie chciałem zabić - mówił Skowroński. Ojciec Grzegorza Załogi nie uwierzył mu w ani jedno słowo. - Ale to bez znaczenia, bo i tak nic mi nie zwróci syna - powiedział naszej gazecie. GKM

    http://zawiercie.naszemiasto.pl/artykul/historia-grzegorza-zalogi,2461225,art,t,id,tm.html
    #gruparatowaniapoziomu
    #policja
    #kryminalistyka
    #zaglebie
    pokaż całość

  •  

    Skazany na karę śmierci. Mirosław S. zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił

    - Ta dziewczynka miała tylko 10 lat. Mirosław S. ją zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił - wspomina emerytowany policjant. Do tej okrutnej zbrodni doszło latem 1990 roku we wsi Krzeszna na Kaszubach. Sprawca żyje, przebywa w ośrodku w Gostyninie. I zna dane osobowe 8-latki z domu dziecka w Toruniu. O tym, że groźny przestępca, izolowany w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, otrzymał dane 8-latki z domu dziecka „Młody Las” w Toruniu, piszemy od tygodnia. Dziś ujawniamy, czego się dopuścił w 1990 roku.

    Do zbrodni doszło 12 sierpnia 1990 roku we wsi Krzeszna. To letniskowa miejscowość, położona w samym sercu Kaszub, dokładnie w gminie Stężyca, w powiecie kartuskim. W czasach PRL-u tutejsze jeziora (Krzeszna leży u zbiegu Ostrzyckiego i Potulskiego) dosłownie oblepione były wypoczynkowymi ośrodkami zakładowymi.
    - Do jednego z takich ośrodków przyjechali też ci rodzice z 10-letnią dziewczynką - wspomina emerytowany już policjant z tej gminy, do którego udało nam się dotrzeć. - Pamiętam, że lato 1990 roku było całkiem ładne. W tamte dni bardzo dużo dzieciaków praktycznie nie wychodziło z jeziora. Rodzice spokojnie puszczali je w miejsca, gdzie była mielizna. Ta 10-latka też tam się bawiła... Mirosław S., wówczas koło trzydziestki, podpłynął do bawiących się dzieci łódką. Był w samych kąpielówkach. Zapraszał dzieci na łódź, ale chętnych nie było. W końcu zgodziła się ta jedna dziewczynka. Zrobiła to mimo protestów młodszej, 6-letniej towarzyszki zabaw, która przypominała jej, że „miała już wracać do domu, rodzice kazali”. Mirosław S. z dziewczynką wypłynął z Jeziora Potulskiego w kierunku Jeziora Ostrzyckiego. Akweny ta łączy „rzeczka”, jak mówili miejscowi. Przepłynęli ją spokojnie, dobili do brzegu i tutaj mężczyzna wysadził 10-latkę. Tak, jak jej obiecał - stąd miała już bliżej do kwatery. - Mała ubrana była tylko w strój kąpielowy. Weszła już między szuwary, a on najpewniej odprowadzał ją wzrokiem. Jakiś impuls kazał mu z tej łodzi zejść i pobiec za dziewczynką. Udusił ją i zaciągnął do łodzi - relacjonuje emerytowany policjant. - Potem zgwałcił ją kilka razy, już jako nieżywą. Z tego, co pamiętam, przyznał się do zgwałcenia jej jeszcze nazajutrz.

    Rodzice 10-latki zaalarmowali miejscowy komisariat o zaginięciu córki, gdy dziecko nie wróciło na noc. Aby pomóc miejscowym policjantom w poszukiwaniach, do Krzeszny przyjechały posiłki z komendy wojewódzkiej. - Bardzo pomogła nam wtedy ta 6-letnia dziewczynka, która widziała, jak 10-latka wsiadała z Mirosławem S. do łodzi. Potrafiła go opisać, nawet jego kąpielówki. Szukaliśmy jego i żywej lub martwej dziewczynki - wspomina emerytowany policjant. Nasz rozmówca nie pamięta, czy Mirosław S. był w Krzesznej na wakacjach, czy też tam pracował. Z dokumentów wynika, że miejscem zbrodni był Ośrodek Wypoczynkowy Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej. - Pamiętam, że jak do niego dotarliśmy, miał u siebie zakrwawiony ręcznik. Tłumaczył, że to po goleniu okolic krocza. Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, by zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi - relacjonuje policjant - A krew na ręczniku, jak się później okazało, była krwią tej dziewczynki... Skazany na śmierć Mirosław S. w obecności śledczych przyznał się do zbrodni. Do szyi ofiary przywiązał kawał metalu (prawdopodobnie był to kawałek szyny), a potem zwłoki wrzucił do jeziora. - Ale wypłynęły. Znaleźliśmy je. Pamiętam, jak przyjechał prokurator - wspomina nasz rozmówca. W 1991 r. ówczesny Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Mirosława S. na karę śmierci. Dlaczego jej nie wykonano? Jak S. trafił do ośrodka w Gostyninie?

    - Szczurek. No, taki mikry, chudy. Najwyżej 60 kilogramów ważył. Niepozorny facet. Tak zapamiętałem tego Mirosława S. - wspomina emerytowany policjant z Kaszub. W tamtych czasach, a przecież mówimy raptem o 1990 roku, praca śledczych różniła się mocno od obecnej praktyki. Badania DNA w Polsce raczkowały. Z dziećmi starano się postępować z wyczuciem, choć przesłuchiwanie w specjalnych pokojach, w obecności psychologa, było melodią przyszłości. 6-letnią dziewczynkę, która widziała, jak ofiara Mirosława S. wsiadała do jego łódki, rozpytywano inaczej.
    - Bardzo nam ta malutka pomogła, bo dużo pamiętała. Jak już dotarliśmy do Mirosława S., to trzeba było zrobić okazanie, czyli pokazać dziecku tego mężczyznę w towarzystwie przynajmniej dwóch podobnych. No, trochę się namęczyliśmy, żeby tych dwóch mikrych znaleźć - wspomina policjant emeryt. Z rodzicami dziewczynki było uzgodnione, jak rzecz będzie przebiegała. Oczywiście, o żadnych strasznych podejrzeniach dziecku nie mówiono. Umowa była taka, że jeśli rozpozna „pana od łódki”, to do niego podejdzie i poda mu rękę. - Długo się nie zastanawiała. Podeszła do Mirosława S. i chwyciła za rękę. Oczywiście, istotne były też jej zeznania. Pamiętam, że z wdzięczności podarowaliśmy jej później książkę z dedykacją - przypomina sobie mundurowy. Nie zapomni jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że Mirosław S. miał u siebie pisemka pornograficzne. Każdej kobiecie wydłubał krocze. Agresywnie, z impetem. Scyzorykiem albo cyrklem jakimś. - No, normalne to to nie było - komentuje nasz rozmówca. Rzecz druga to żal. Ten człowiek naprawdę go okazywał. Nie potrafił wytłumaczyć racjonalnie, co popchnęło go do okropnej zbrodni. Gdy z amoku otrzeźwiał, autentycznie żałował. Potwierdzą to potem śledczy i sąd. Akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S. kierowała do sądu Prokuratura Rejonowa w Kartuzach. Proces toczył się przed ówczesnym Sądem Wojewódzkim w Gdańsku. Oskarżycielem posiłkowym był ojciec 10-letniej ofiary. - 12 grudnia 1991 roku Mirosław S. skazany został na karę śmierci. Karą dodatkową było pozbawienia praw publicznych na zawsze - informuje sędzia Tomasz Adamski, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Gdańsku.

    Podkreślmy, że surowszej kary w Polsce nie było. Od tego wyroku jednak 20 marca 1992 roku rewizję wniósł obrońca oskarżonego. - Na rozprawie rewizyjnej sytuacja przedstawiała się następująco. Obrońca poparł rewizję, prokurator wnosił o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności, a oskarżyciel posiłkowy o utrzymanie wyroku w mocy. Sam oskarżony natomiast prosił o danie mu szansy - relacjonuje sędzia Tomasz Adamski. W wyniku rewizji Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrokiem z 27 maja 1992 roku zmienił wyrok i skazał Mirosława S. na karę 25 lat wiezienia. Orzekł też pozbawienie go praw publicznych na 10 lat.

    Mirosław S. trafił do ośrodka w Gostyninie tuż po tym, jak skończył odbywać karę 25 lat więzienia. W placówce umieszczono go na podstawie tzw. ustawy o bestiach. - 23 kwietnia 2015 roku (pod koniec odbywania kary - przyp. red.), po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał mężczyznę za osobę stwarzającą zagrożenie. Dlatego umieszczono go w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie - wyjaśnia sędzia Adamski.

    Z tego ośrodka właśnie na przełomie marca i kwietnia Mirosław S. dzwonił do domu dziecka „Młody Las” w Toruniu. Oferował przepisanie na jakieś dziecko swojej polisy ubezpieczeniowej. Pracownica podjęła temat. Telefonów było kilka. Ostatecznie, jak twierdzi dyrekcja, dane wytypowanej przez siebie 8-letniej dziewczynki przekazała przez telefon agentowi ubezpieczeniowemu. - Agent wyraźnie wymienił już nazwę ośrodka w Gostyninie. Wtedy pracownicy powinna zapalić się czerwona lampka - przyznaje Anna Czeczko-Durlak, dyrektor „Młodego Lasu”. W kwietniu Mirosław S. przysłał 8-latce imiennie zaadresowane życzenia urodzinowe. Według naszego informatora, dziewczynka cieszyła się z „życzeń od wujka”. Potem przestępca wysłał jeszcze 8-latce dwie paczki. W jednej była lalka. Te już na pewno do rąk wychowanki nie trafiły.

    Sprawą poważnie zainteresował się Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. To m.in. za jego sprawą udostępnienie danych osobowych 8-latki zaczęto w ogóle formalnie wyjaśniać. Dodajmy, że dziewczynka nie jest sierotą. Urząd Miasta Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, który bezpośrednio nadzoruje dom dziecka, zarządził w nim kompleksową kontrolę. Anna Czeczko-Durlak zobowiązana została do przeszkolenia pracowników w zakresie udostępniania danych osobowych dzieci. Ma też opracować procedury postępowania z darczyńcami. Sprawę udostępnienia danych bada też toruńska prokuratura. A Mirosław S.? Być może wspomina czasem Toruń. Tutaj dorastał, chodził - jak sam twierdzi - do szkoły specjalnej. Ostatni jego toruński adres pobytu to pewna ulica na lewobrzeżu. Kilka lat temu wzniesiono tutaj nowe bloki socjalne.

    Źródło i pełny tekst

    #mordercy #historiemordercow #pedofilia #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Czyżby większość wykopków miała zadatki na Kubę Rozpruwacza? ( ಠ_ಠ) #kryminalistyka #profilowanie #zbrodnia #przegryw #psychologia

  •  

    Zabójstwo Mirosława Majora, dyrektora KWK Staszic w Katowicach w listopadzie 1994

    Katowice jest największym miastem i stolicą woj. śląskiego. Za komuny większość mieszkańców Katowic pracowała w przemyśle. Najwięcej pracowało w kopalniach węgla kamiennego. W 1968 8% produkcji węgla kamiennego w Polsce pochodziła z katowickich kopalń. Po II wojnie światowej w Katowicach fedrowało 7 kopalń: Katowice, Kleofas, Wujek, Eminencja (bardziej znana jako Gottwald), Wieczorek, Boże Dary i Murcki. W 1964 na polach rezerwowych KWK Wieczorek powstała KWK Staszic. Dzisiejszy wpis będzie o morderstwie związanym z tą kopalnią.

    KWK Staszic dzisiaj jest ruchem KWK Murcki-Staszic, należącej do Polskiej Grupy Górniczej. O budowie tej kopalni zaczęto myśleć w połowie lat 50. Budowa zaczęła się w 1958. Wydobycie rozpoczęto 20 lipca 1964 r. 5 lipca 1978 r., dochodzi do wybuchu metanu, w wyniku której 4 górników zginęło, a 13 zostało rannych. Podczas stanu wojennego dochodzi do pacyfikacji kopalni. W 1993 KWK Staszic staje się częścią Katowickiego Holdingu Węglowego. Samodzielność kopalnii dobiega końca w 2010, kiedy zostaje połączona z KWK Murcki. Tyle słowem wstępu o Staszicu.

    20 listopada 1989 dyrektorem KWK Staszic zostaje dr inż. Mirosław Major. W końcowym roku rządów Majora załoga Staszica liczyła ok. 5700 osób, a wydobycie kształtowało się na poziomie 3,67 mln ton rocznie. W trakcie rządów wprowadził także rygorystyczny regulamin sprzedaży węgla, dzięki czemu na sprzedaży zyskiwała tylko kopalnia i KHW.

    24 listopad 1994 r. Przed kopalnią Staszic czeka długi sznur ciężarówek na załadunek węgla, rekordziści czekają po kilka dni. O 9:30 Mirosław Major zaprasza na spotkanie Ryszarda M., dyrektora firmy handlującej częściami do maszyn górniczych. Mają omówić ważny kontrakt. Kiedy poproszona przez dyrektora Staszica sekretarka idzie nastawić do kuchenki nastawić wodę na kawę, do sekretariatu wpada szczupły mężczyzna w jasnym płaszczu. Bez pukania wchodzi do gabinetu dyrektora. - Panie dyrektorze, mam do pana sprawę - woła mężczyzna. Major wpatruje się w gościa, który wyjmuje z kieszeni rewolwer i krzyczy: "To za to, co mi pan zrobił". Napastnik oddaje trzy strzały. Mirosław Major umiera na miejscu. Sprawca wychodzi z gabinetu i taksówką kieruje się do centrum Katowic. Następnego dnia jego zdjęcia trafiają na pierwsze strony gazet z dopiskiem "Poszukiwany".

    Mirosław Major to pierwszy w historii polskiego górnictwa dyrektor kopalni, który został zastrzelony w miejscu pracy. - Zabiła go mafia węglowa, bo wprowadził rygorystyczny regulamin sprzedaży węgla i odciął od zysków pośredników. Wykonano na nim wyrok, to miała być przestroga dla innych- mówił po śmierci Majora Andrzej Polak, szef "Solidarności" w kopalni Staszic. Ze względu na ten kontekst w śledztwo policji włącza się Urząd Ochrony Państwa.

    Kwadrans po śmierci dyrektora śledczy znają już nazwisko zabójcy. - Strzelał Zbigniew Manecki - mówi przybyłym na miejsce zdarzenia Ryszard M., bezpośredni świadek zabójstwa. Jego słowa potwierdza roztrzęsiona sekretarka dyrektora. - Przyszedł rano, chciał się pilnie widzieć z szefem, ale nie był umówiony, więc go nie wpuściłam. Do gabinetu wtargnął, gdy poszłam zaparzyć kawę. Jak tam weszłam, dyrektor leżał już na ziemi, a powietrze śmierdziało spalenizną - zeznaje Janina D.

    Zbigniew Manecki na Śląsk przyjechał pod koniec lat 70. z Kielc do pracy w kopalni. Z żoną i dwójką dzieci mieszka na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach. W 1989 zakłada spółkę Mercurius i dzierżawi od Staszica Karczmę Śląską. Jej klienci, oprócz przyjemności skosztowania np. rolady i modrej kapusty, mogą skorzystać z egzotycznej na owe czasy atrakcji. Panie oferują im masaże relaksacyjne.

    Na początku interes idzie świetnie, ale Manecki zaczyna mieć problemy z płatnościami. Zaległości za dzierżawę karczmy sięgają kilkudziesięciu tysięcy nowych złotych. Kopalnia wytacza mu sprawę i zdobywa sądowy nakaz zapłaty. 23 listopada 1994 r. Manecki odbiera na poczcie kolejne ponaglenie dotyczące spłaty zadłużenia.

    Kryminalni szybko ustalają jego adres, ale Manecki zdążył się pożegnać z żoną i wyjechać. Oburzeni działacze górniczej Solidarności przesyłają do MSW oraz kancelarii prezydenta RP oświadczenie: "Wyrażamy zaniepokojenie i oburzenie z powodu nieudolnego prowadzenia śledztwa".

    Katowicki Holding Węglowy, właściciel KWK Staszic, funduje nagrodę za udzielenie informacji o miejscu pobytu Maneckiego w wysokości 200 milionów złotych (po denominacji kwota wynosi 20 tysięcy złotych).

    Kilka godzin po zabójstwie Policja namierza Piotra Siarę, taksówkarza który przywiózł Zbigniewa Maneckiego na miejsce zbrodni. Kiedy przywiozłem go pod kopalnię, powiedział, żebym poczekał, bo nie zabawi tam długo. Czytałem gazetę, usłyszałem trzy wystrzały. Pomyślałem jednak, że w budynku trwa remont i wstrzeliwują kołki do betonu. Gdy wracaliśmy, rozmawialiśmy o interesach. Zbigniew Manecki nie wyglądał na człowieka, który chwilę wcześniej kogoś zamordował - zrelacjonował śledczym Siara. Bez wahania wskazuje Maneckiego jako mordercę.

    Skąd Manecki miał broń? Przedsiębiorca był przekonany że ktoś mu zagraża. Został członkiem Policyjnego Klubu Sportowego oraz dostał pozwolenie na broń. Miał manię prześladowczą. Był również notowany. Kilka lat wcześniej w ataku szału wtargnął do domu pracownika Okręgowej Dyrekcji Dróg Publicznych, który zabronił mu ustawić przy jezdni reklamy Karczmy Śląskiej. Próbował go wywlec na zewnątrz. Na miejsce musiała przyjechać policja, ale sprawa rozeszła się po kościach. Manecki został ukarany grzywną.

    Mimo że rysopis Maneckiego otrzymują wszystkie patrole w Polsce, on spokojnie dojeżdża do Raciborza PKS-em. Zwitkiem banknotów przekonuje Piotra Cholewę żeby podwiózł go do przejścia granicznego w Chałupkach. Tam kradnie dowód rejestracyjny, ubezpieczenie Mercedesa należącego do Cholewy i jego paszport. Cholewa zgłasza zaginięcie dokumentów.

    W Brnie na tamtejszej poczcie Manecki odsyła właścicielowi dowód rejestracyjny i ubezpieczenie. Przez Austrię, Włochy, Francję, Niemcy i Belgię Manecki dostaje się do brytyjskiego Ramsgate. Brytyjskie służby emigracyjne są najwyrażniej za cienkie na Maneckiego, gdyż zdołał on przemycić broń (a mówimy o czasach gdzie co drugi Polak chcący wjechać do UK był odsyłany). Niepokojony przebywa na Wyspach Brytyjskich do maja 1995. 9 maja 1995 r. sam zgłasza się na jeden z londyńskich komisariatów. W UK zostaje skazany za nielegalne posiadanie broni. Ostatecznie 14 lipca 1997 r. trafia do Aresztu Śledczego w Katowicach.

    Przesłuchany przez katowickich prokuratorów Zbigniew Manecki nie przyznaje się do zabójstwa Mirosława Majora. Jego wersja: -Zostałem wrobiony w tę zbrodnię. W dniu zabójstwa byłem umówiony z dyrektorem hotelu Katowice, bo chciałem tam wynająć całe piętro i otworzyć centrum consultingowe. Kiedy stanąłem przy windach, ktoś mnie zaatakował od tyłu i uderzył w głowę. Straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, leżałem na brzuchu w jakimś pomieszczeniu. Nieznani mi mężczyźni kazali mi trzy razy powiedzieć głośno, że właśnie zabiłem dyrektora kopalni Staszic i zgłosić się na policję. Tam miałem zostać zastrzelony.

    24 marca 1998 r. prokurator Robert Hernand skierował do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach akt oskarżenia przeciwko Maneckiemu. Oskarżycielem posiłkowym została żona zmarłego, Teresa Major. 2 października tego samego roku zapada wyrok. Zbigniew Manecki został skazany na 25 lat więzienia. Zakończenie kary nastąpi 9 listopada 2020 r.

    Na zdjęciu: Budynek w którym doszło do morderstwa

    pokaż spoiler Źródła: http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35063,18344889,trzy-strzaly-w-staszicu-dyrektor-kopalni-zostal-zabity-w-swoim.html
    http://nettg.pl/news/149237/zbrodnia-ktora-wstrzasnela-nie-tylko-gornictwem
    Jubileuszowe wydanie gazety zakładowej pracowników KWK Murcki-Staszic z okazji 50-lecia ruchu Staszic


    #kryminalistyka #zbrodnienarewirze -> autorski tag o zbrodniach
    pokaż całość

    źródło: nettg.pl

  •  

    Stało się co stać się kiedyś musiało.
    #kocigang trafil za swoje niecne poczynania do miejsca gdzie trafiają #badanimals czyli do więzienia!!!! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #kocigang #koty #kitku #pokazkota #heheszki #kryminalistyka #policja pokaż całość

  •  

    Zaginięcie rodziny Wolanych z Chorzowa w lutym 1994 r.

    Chorzów to jedno z większych miast Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Do lat 90-tych Chorzów miał jednolity charakter, przemysłowy. Dzisiaj łączy śląskie tradycje z nowoczesnymi centrami usług i handlu. Jednej z głównych arterii Chorzowa za komuny patronował Feliks Dzierżyński, którego działalność najlepiej opisała grupa młodzieży, która na początku 1952 r., oblała dłonie na pomniku Dzierżyńskiego czerwoną farbą. Po przemianach ustrojowych nazwę ulicy zmieniono na Katowicką. Jak się później okazało, nawiązanie do "krwawego Feliksa" nie jest pozbawione zasadności.

    W kamienicy mieszczącej się pod numer 75 na ul. Katowickiej dwupokojowe mieszkanie zajmowała rodzina Wolanych. Głową rodziny był Ryszard Wolany, urodzony 23 września 1959 r. Wolany 13 stycznia 1990 r., ożenił się z Barbarą Goral, urodzoną 10 listopada 1961 w Nowej Rudzie. Owocem ich miłości była trójka dzieci: Ilona (ur. 2 marca 1990 r. w Chorzowie), Sebastian (ur. 21 lutego 1992 r. w Chorzowie) i Andżelika (ur. 13 kwietnia 1993 r. w Chorzowie). Oprócz nich mieszkał w domu jeszcze syn Barbary z pierwszego małżeństwa, Arkadiusz Wyrzgała (ur. 13 czerwca 1988 r. w Chorzowie). Ryszard pracował jako portier w chorzowskim przedsiębiorstwie "Prodrym", zaś Barbara zajmowała się domem. Na co dzień Arek i Ilona chodzili do pobliskiego przedszkola, pozostałe dzieci przebywały w domu. Małżonków łączyła wspólna pasja. Było nią spożywanie alkoholu.

    Oprócz spożywania alkoholu Ryszarda i Barbarę łączyły problemy z prawem. Nawet w trakcie trwania małżeństwa mężczyzna miał okres odsiadki w więzieniu. Z ustaleń śledztwa wiadomo że awantury były normalnością w rodzinie. Zdarzało się, że Barbara potrafiła na parę dni "pójść w Polskę". W takich momentach nad dziećmi opiekował się Ryszard, a według sąsiadów niczego nie można mu było zarzucić.

    20 luty 1994 r., niedziela. W mieszkaniu przy ul. Katowickiej 75 pojawiła się matka i siostra Ryszarda Wolanego. Były zaniepokojone, ponieważ od kilku dni nie miały z nim kontaktu. W mieszkaniu dokonały makabrycznego odkrycia. Na kuchennej podłodze, w morzu krwi, leżały zwłoki Ryszarda. Przybyły lekarz stwierdził zgon. Zawiadomiono chorzowską Prokuraturę Rejonową. W kuchni znaleziono również kartkę odsyłającą do kasety znajdującej się w magnetofonie. Policjanci odtworzyli nagranie. To co usłyszeli, zapamiętali na długo.

    „Najdroższa mamo, kiedy będziesz słuchała tej taśmy, mnie już wśród żywych nie będzie, ponieważ stało się to, czego najbardziej się obawiałem, kiedy zawsze mówiłem, że prędzej czy później, jeśli tak będzie postępować, do tego dojdzie. Dziewiątego zeszła z tego świata wraz z dziećmi, a ja dzisiaj, to jest w niedzielę. Gdy będziesz słuchała tej taśmy, mnie już na świecie nie będzie, bo tylko jedna może być kara za to co się stało. Nie opłakujcie mnie, bo nie ma sensu. Takich jak ja się nie opłakuje. Oni leżą gdzieś na cmentarzu, tukej gdzie Janusz, ale gdzie, to tylko ja wiem i Pan Bóg. Cóż więcej mogę powiedzieć… Stało się, bo stać się musiało. Mamo, te samochody są dla Grzesia, łachy też, weźcie co uważacie, ino mieszkanie ostowcie Mietkowi, bo mnie już nic nie potrzeba. I tak, jak żech wom godoł, nie chca żadnego pogrzebu, nie chca żadnych kujwa pochówków. Tak macie zrobić, żeby było dobrze. No…”.

    Przeprowadzone oględziny mieszkania ujawniły rzeczy należące do Barbary oraz dzieci, w tym cała odzież zimowa i dziecięce wózki. Nie ujawniono jednak żadnych śladów świadczących o tym, że w mieszkaniu doszło do zabójstwa. W tym stanie rzeczy dalsze czynności miały być prowadzone dwutorowo: jeden aspekt miał tyczyć śledztwa w sprawie zgonu Ryszarda Wolanego, drugi zaś sprawy poszukiwawczej jego żony i dzieci.

    Na drugi dzień po odkryciu zwłok, Prokurator Rejonowy w Chorzowie wszczął śledztwo w sprawie „doprowadzenia do samobójstwa Ryszarda Wolanego, którego zwłoki ujawniono w dniu 20.02.1994 w Chorzowie tj. o przestępstwo z art. 151 kk”. Ekspertyza przeprowadzona 23 lutego 1994 r. w Zakładzie Medycyny Sądowej ówczesnej Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach doprowadziła do ustalenia, że przyczyną zgonu były rany cięte szyi oraz następowe wykrwawienie. Charakter i lokalizacja ran w ocenie biegłych przemawiały za działaniem samobójczym.

    Mimo tego ustalenia, śledztwo kontynowano, podejmując próbę zrekonstruowania ostatnich dni Ryszarda. Ustalenia wyglądają tak:
    31 styczeń 1994 r. - początek ferii zimowych w ówczesnym woj. katowickim, ostatni raz są widziane dzieci Wolanych
    8 luty 1994 r. - ostatni raz jest widziana Barbara Wolany, tego dnia odwiedziła dentystę który dokonał ekstrakcji siódemki.
    9 luty 1994 r. - Ryszard Wolany upoważnia swoją matkę do odbioru do ewentualnego odbioru odszkodowania od swojego zakładu pracy. Tego samego dnia odwiedza siostrę, której mówi że Barbara wyjechała z dziećmi oraz bliżej nieznanym Krzyśkiem do Niemiec.
    10 luty 1994 r. - Ryszard Wolany zjawił się w pracy pijany. Jednemu z kolegów nadmienił, że zabił swoją rodzinę a zwłoki zakopał. Koleżance z pracy oraz dwóm innym współpracownikom tego dnia powiedział, że żona i dzieci zatruły się gazem. Po pracy udał się do MOPS-u, gdzie pobrał przyznany dla jego rodziny zasiłek socjalny i bony żywnościowe. Zamienił też kilka słów z urzędniczką socjalną, która opiekował się rodziną Wolanych. Nadmienił jej, że żona z dziećmi wyjechała na zimowisko do Zwardonia.
    11 luty 1994 r. - Ryszard Wolany odwiedza swoją matkę, której mówi że nigdy nie zobaczy już Barbary oraz dzieci.
    13 luty 1994 r. - Ryszard Wolany popełnia samobójstwo.

    Kilka dni później, 18 lutego 1994 r. wspomniana już pracownica socjalna skontaktowała się z miejscowym prokuratorem, zawiadamiając o tym, że od jakiegoś czasu nikt nie widział Wolanych. Przekazano ten meldunek do II Komisariatu Komendy Rejonowej Policji w Chorzowie. Funkcjonariusz pojawił się w kamienicy przy ul. Katowickiej 75, jednak poprzestał na kilkukrotnym pukaniu do drzwi. W tamtym momencie brak było powodów do bardziej stanowczej interwencji, wszakże Wolani byli wolnymi ludźmi i nie musieli nikomu się tłumaczyć, gdyby mieli życzenie np. wyjechać na kilka dni.

    Po ujawnieniu zwłok Ryszarda, podjęto intensywne czynności poszukiwawcze. Zdjęcia zaginionych przekazano do wszystkich komend policji na terenie kraju, sprawdzano bliższą i dalszą rodzinę, penetrowano budynki w okolicy miejsca zamieszkania Wolanych. Ustalono, że cmentarz, o którym wspominał mężczyzna podczas nagrania znajduje się przy ul. Drzymały w Chorzowie, spoczywał na nim pierwszy mąż Barbary. Mimo szczegółowych oględzin nie udało się ustalić, czy rzeczywiście pochowano tam zwłoki zaginionych. Ktoś wpadł na pomysł, że Ryszard Wolany mógł wrzucać ciała do istniejących już grobowców. Policjanci chcieli otworzyć z tego powodu kilkadziesiąt nagrobków, jednak miejscowy proboszcz, będący administratorem cmentarza, stanowczo się temu sprzeciwił. W tej sytuacji użyczono z jednego z gliwickich przedsiębiorstw wykrywacz metali, pomocny przy poszukiwaniu zwłok. Okazało się jednak, że na cmentarzu zwłok akurat jest pod dostatkiem, więc tego rodzaju aparatura jest zupełnie bezużyteczna.

    Mimo, że w świetle zgromadzonego materiału dowodowego śmierć Barbary i jej dzieci jest dość prawdopodobna, to jednak nie ma najmniejszego dowodu na to, że rzeczywiście do niej doszło. Wobec tego miejscowa Prokuratura nie zdecydowała się na wszczęcie śledztwa w tej sprawie. toczące się zaś postępowanie przygotowawcze w sprawie śmierci Ryszarda Wolanego zostało umorzone z powodu niestwierdzenia znamion ustawowych przestępstwa. W postanowieniu czytamy też, że „brak jest jednoznacznych dowodów, pozwalających na stwierdzenie, iż Ryszard Wolany przed samobójczą śmiercią dokonał zabójstwa członków rodziny”.

    Chorzowscy policjanci, rekapitulując poczynione ustalenia procesowe i operacyjne doszli do przekonania, że najbardziej prawdopodobna wydaje się rzeczywiście wersja, że Ryszard dokonał zabójstwa swoich najbliższych. Nic nie sprzeciwia się daniu wiary twierdzeniom Ryszarda Wolanego, że dokonał tego 9 lutego 1994 r. Być może podał swoim dzieciom i żonie jakieś środki usypiające lub toksyczne, mógł też dokonać zabójstwa przez uduszenie podczas snu. Kolejne dni poświęcił na uporządkowanie swoich spraw oraz wyniesienie zwłok z mieszkania. Jak przypuszcza chorzowska Policja, nie mógł tego dokonać jednorazowo. W lutym 1994 r. jeden z chorzowskich zbieraczy metali kolorowych zawiadomił miejscowy komisariat o kradzieży ręcznego wózka, na którym zwykł był przewozić swoje łupy. Być może zdarzenie to ma związek ze zniknięciem Wolanych, wszakże Ryszard mógł na tym wózku przewozić ciała swoich najbliższych na cmentarz. Jak udało się ustalić, możliwe jest przejście czy przejechanie drogi z mieszkania zaginionych na cmentarz przy ul. Drzymały bez wzbudzania jakiegokolwiek zainteresowania przypadkowych przechodniów.

    Sprawa do dziś nie daje spokoju. W 2001 roku przy ul. Katowickiej 75 w Chorzowie pojawiła się ekipa Telewizyjnego Biura Śledczego wraz z Bronisławem Cieślakiem. Rezultat pracy można obejrzeć na Ipli w odcinku 90-tym (wg. numeracji Ipli, mają ją strasznie pomieszaną).

    Na zdjęciu: jedno z nielicznych zdjęć potomstwa Wolanych, na zdjęciu znajdują się Arkadiusz i Ilona.

    pokaż spoiler Zródła: https://bezprzedawnienia.blogspot.com/2018/02/testament-na-kasecie.html http://www.kryminatorium.pl/rodzina-wolanych-podcast/ https://fakty.interia.pl/news-slowa-zza-grobu,nId,813627


    #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu

    Zainteresowanych zapraszam do obserwowania mojego nowego autorskiego tagu #zbrodnienarewirze -> tu będą opisy różnych spraw kryminalnych (głównie z Polski), ale nie będą one wstawiane regularnie (z regularnością na wypoku mam problemy ( ͡° ͜ʖ ͡°))
    pokaż całość

    źródło: kryminatorium.pl

  •  

    Dziewczyna z Tempe
    27 Kwietnia 2002 roku niedaleko małego centrum handlowego (Strip Mall) w Tempe (Maricopa County, Arizona) znaleziono ciało dziewczyny, która blisko dobę wcześniej zmarła wskutek przedawkowania kokainy. Dziewczyna ta, mająca około 15-19 lat, ciemnawą karnację i charakterystyczne blizny na lewej ręce. Miała około 154 cm wzrostu przy wadze 54 kg, co oznaczało, że nie była "weteranką" jeśli chodzi o przyjmowanie tego narkotyku (zgodnie z zeznaniami, o których później). Jej ubrania nie były markowe.

    Na miejscu znaleziono również walkmana, z którego zdjęto odciski palców. Należały one do kobiety, mieszkającej w Phoenix, stolicy Arizony, a zatem w tym samym hrabstwie. Kobieta zaprzeczyła mówiąc, że nigdy nie widziała Jane Doe na oczy, jednak jej chłopak potwierdził, że nie tylko ją spotkał, ale również podrzucił autostopowiczkę podróżującą z Phoenix do Tempe. Według niego, dziewczyna posługiwała się językiem hiszpańskim, oraz planowała kupić bilety na koncert. Ponadto, przyznała się do "rekreacyjnego" zażywania narkotyków, co było powodem wydziedziczenia jej przez rodzinę. Kierowca po drodze wpuścił do auta mężczyznę, który okazał się być dilerem. Dziewczyna zamiast biletów, kupiła działkę kokainy. Po zażyciu narkotyku, dziewczyna dostała drgawek. Widząc to, kierowca zatrzymał się, wyciągnął dziewczynę z auta i kazał drugiemu pasażerowi zawiadomić pomoc na pobliskiej stacji benzynowej, jednak jak się później okazało, pomoc, choć wezwana, nigdy nie przyjechała.

    Władze nigdy nie oskarżyły kierowcy, ponieważ nie było dowodów na to, że dziewczyna zmarła w aucie, albo że kierowca był świadomy jej fatalnego stanu zdrowia. Pewnie tak samo jak mi, nasuwają się następujące pytania: Dlaczego kierowca pozwolił na przeprowadzenie transakcji narkotykowej w jego własnym aucie? Dlaczego nie został przy dziewczynie do samego końca? Dlaczego ciało znaleziono z dala od drogi? Co zrobił kierowca po porzuceniu dziewczyny? Kim był diler, i dlaczego nikt nie był w stanie go opisać? Dlaczego policja nie zareagowała od razu na wyzwanie? Osobiście wersja kierowcy w ogóle się nie klei. Pozostaje tylko liczyć na to, że pewnego dnia, Dziewczyna z Tempe doczeka się nie tyle sprawiedliwości, ale samego odkrycia jej tożsamości.

    Poniżej zdjęcie rekonstrukcji twarzy dziewczyny z Tempe. Proszę o nie wstawianie zdjęć denatki, nawet oznaczonych jako nsfw, tak jak parę osób zrobiło to pod ostatnim wpisem. Nawet, jeżeli regulamin wykopu pozwala na to, ja nie życzę sobie takich obrazków pod moim wpisem. Zainteresowanych zapraszam do obserwacji mojego autorskiego tagu #jedrzejnatropie , w którym będę opisywał różne niewytłumaczone zagadki oraz tajemnicze, niemal paranormalne zjawiska. Nie oczekujcie niestety na specjalnie regularne wpisy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #kryminalistyka #kryminalne #gruparatowaniapoziomu #csiwykop #jedrzejnatropie
    pokaż całość

    źródło: pope.jpg

  •  

    11 września 2001 roku zmienił oblicze świata, jednak zaledwie kilka dni po zamachu terrorystycznym doszło do niecodziennego incydentu, który przez ponad 16 lat nie został wyjaśniony. Dnia 14 września 2001 roku do recepcji wchodzi młody, przystojny mężczyzna. Zadbany, choć wychudzony (64 kilogramy przy ponad 180 cm wzrostu) prosi o pokój na formularzu podpisuje się jako Lyle Stevik, zaś podany adres to 1019 S. Progress Ave. Meridian. Za nocleg płaci 43.87 dolarów gotówką i bierze kluczyk do pokoju numer 8.

    Recepcjonistka nie miała wówczas prawa wiedzieć, że Lyle Stevick (przez "ck" na końcu) był jednym z bohaterów książki You must remember this. Treść książki jest tutaj niezwykle ważna, gdyż książkowy Lyle miał skłonności samobójcze (co ważne, ostatecznie przeżył). Po godzinie poirytowany wraca do recepcji. Unika kontaktu wzrokowego, jest wytrącony z równowagi. Wzbudza w recepcjonistce niepokój. Mimo, że hotel mieści się na uboczu, Lyle skarży się na hałas. Recepcjonistka zastanawia się, dlaczego podjęcie decyzji o zmianie pokoju zajęła gościowi aż godzinę? Wręcza mu klucz do pokoju numer 5, zmieniając na formularzu ósemkę na piątkę.

    Piątka ma to samo zakurzone wyposażenie, jednak różni się szczegółami i rozmieszczeniem mebli. Ma też szerszą wnękę z rurką na wieszaki. Lyle spędza tam piątkową noc i postanawia przedłużyć pobyt. Nie wiadomo, jak spędza kolejne dni, ale w weekend nie wpuszcza sprzątaczki, za to prosi ją o kilka dodatkowych świeżych ręczników. Warto wspomnieć, że Lyle był jedynym gościem w tym motelu. W poniedziałek 17 września o godzinie 11 mija doba hotelowa, choć pan Stevik jeszcze się nie wymeldował. Pokojówka zostaje zmuszona do przypomnienia klientowi o obowiązku wymeldowania, jednak o 11:30 nie uświadczy żadnej reakcji na jej pukanie do drzwi. W końcu postanawia wejść do pokoju. Nie śpi. Plecami do drzwi klęczy w rogu pokoju, z głową uniesioną do góry. Ma otwarte oczy. Pokojówka jest przekonana, że się modli. Zakłopotana brakiem reakcji gościa wychodzi i dzwoni do swojego współpracownika, prosząc o radę, co ma zrobić z pobożnym dziwakiem spod piątki.

    Pracownik pojawia się w motelu i razem z pokojówką wchodzi do pokoju numer 5. Zauważa, że Lyle sklęczy w ten sam sposób, jaki pokojówka opisała wcześniej. Jednak on zauważ pasek zaciśnięty na szyi Lyle'a, tak samo jak sine, opadnięte dłonie i nieobecny wzrok. Lyle Stevik nie żyje.

    Po wezwaniu służb pracownicy motelu zauważają kartkę. Była złożona, z napisem "for the room", w wewnątrz której znajdują 160 dolarów w dwudziestkach. Wezwani policjanci przeszukując pokój znajdują dwa zużyte ręczniki. Trzy dodatkowe, o które Lyle poprosił pokojówkę wciąż leżą złożone na krześle.W szufladzie trochę drobnych, pasta, szczoteczka do zębów. W koszu na śmieci lokalna gazeta, plastikowy kubek Pepsi, rolka po papierze toaletowym, oraz zgnieciona w kulkę biała kartka z ręcznie napisanym drukowanymi literami słowem SUICIDE (samobójstwo).

    Koroner za przyczynę śmierci uznaje uduszenie. To, co jasne od początku, się potwierdza. Lyle Stevik się powiesił. Policja chce dotrzeć do krewnych Lyle'a, jednak w pokoju nie znajdują żadnych dokumentów. Nie miał ze sobą żadnego dowodu tożsamości, płacił tylko gotówką. Policja pyta pracowników hotelu, czy pamiętają, czy Stevik miał ze sobą jakiś bagaż. Recepcjonistka nie jest w stanie powiedzieć, czy miał ze sobą plecak, czy nie. Być może kierowca jedynego kursującego w okolicy autobusu coś pamięta? Ale kierowca nie dość, że nie pamięta, czy przyjezdny mial plecak, to nie pamięta w ogóle nikogo podobnego do zmarłego mężczyzny. Mieszkańcy Amanda Park również nie przypominają sobie żadnego szczupłego i wysokiego bruneta kręcącego się po okolicy.

    Policja liczy, że Lyle wkrótce znajdzie się w bazie osób zaginonych. Ale ani przed jego śmiercią, ani w tygodniach po, nikt nie upomina się o swojego syna, brata, męża, o czarnych dłuższych włosach zaczesanych do tyłu. Odciski palców i DNA Stevika przechodzą przez policyjne bazy danych. Cisza. Policjanci jadą 600 kilometrów na 1019 S. Progress Avenue w Meridian - pod adres podany podczas meldowania do Lake Quinault Inn. Trafiają na hotel, w którym nikt nie kojarzy Lyle'a Stevika, ani mężczyzny z fotografii.

    Śledczy przeczesują kartoteki i spisy ludności. Po kilku dniach mają jasność, że ktoś taki, jak Lyle Stevik nigdy nie istniał.Rozpoczyna się tkanie z setek luźnych nici, prowadzących do nikąd. Dlaczego Stevik powiesił się na tak niskim wieszaku? Psycholog stwierdza, że musiało być to źródłem dodatkowego cierpienia, gdyż w trakcie (nawet zamierzonego) duszenia się, organizm wchodzi w tryb przetrwania i wszystkie siły skupia na przeżyciu. Zdławienie tej siły, to ponadludzki wysiłek. W swoich ostatnich chwilach, nie dbał o swój komfort, ale o komfort tych, którzy go znajdą (uregulowany rachunek i wysoki napiwek), a także sąsiadów - Stevik między ścianę a wieszak, wepchnął dwie poduszki, które miały wyciszać potencjalne uderzenia metalu o wnętrze wnęki. Dlaczego najpierw napisał kartkę informującą o samobójstwie, a następnie ją wyrzucił? Dlaczego czekał aż trzy dni? Dlaczego zrobił to w hotelowym pokoju?

    Śledczych zastanawia wiele rzeczy. Za duże ubrania: jasnoniebieskie Levi'sy, szara koszulka z Fruit of The Loom, szaroniebieska koszula w kratę i pasek z widocznie zużytymi wszystkimi dziurkami. Podejrzewają, że Lyle sporo schudł w czasie poprzedzającym śmierć. Na jego dłoniach zauważają symetryczne, trochę zagojone i charakterystyczne dla bulimików rany, powstałe w wyniku wywoływania wymiotów. Czy Lyle był bulimikiem?

    Koroner zwraca uwagę na niezwykle zadbane zęby - tak doskonały zgryz musi być efektem długiego i kosztownego leczenia ortodontycznego. To zdaje się potwierdzać pasta do zębów i szczoteczka - jedyne znalezione kosmetyki w pokoju zmarłego mężczyzny. Prowadzący śledztwo ma przeczucie, że tożsamość Stevika znajdzie się w którymś z domów należącym do klasy średniej, dość daleko od Amanda Park.

    Ale jak odnaleźć rodzinę kogoś, kogo pochodzenia nie można być pewnym? Lyle może być zarówno rasy kaukaskiej, jak i latynosem, pochodzić z Bliskiego Wschodu, albo być po części rdzennym mieszkańcem Ameryki? Mężczyzna z pokoju numer 5 nie ma żadnych znaków szczególnych, poza blizną po wycięciu wyrostka i charakterystycznych, przyrośniętych do szczęki płatków uszu. Żadnego kolczyka, tatuażu, specyficznej blizny. Wyróżnia go tylko pieprzyk po lewej stronie mocnego podbródka. To trochę za mało.

    Po kilku dniach badań, ciało Lyle'a Stevika zostaje pochowane 12 kilometrów od miejsca śmierci - w Aberdeen. Nie zostaje odprawiona żadna ceremonia, a grób jest nieoznakowany. Lyle znika z powierzchni ziemi. Choć zdjęcia denata widziały całe Stany, nikt nie potrafi rozpoznać Lyle'a. Od typowego Johna Doe różni go tylko pseudonim.

    Po pięciu latach od śmierci Lyle'a Stevika, jego sprawa trafia w ręce jednego z kanapowych detektywów. Internet jeszcze dobrze nie zna mediów społecznościowych, a ludzie nie mają jeszcze świadomości, że w internecie nic nie ginie i jak potężna to siła. Jeden człowiek zaraża sprawą drugiego i tak po kilku latach tworzy się niemała grupka internetowych śledczych, badających wszystkie możliwe tropy. Historia Lyle'a trafia na Reddit i wkrótce staje się najsłynniejszą historią człowieka NN w Stanach. Dotąd nieznana, tajemnicza, mroczna, smutna i przedziwnie zwykła historia fascynuje już nie tylko mieszkańców USA. Dociera do Europy, Australii, Azji i obiega cały świat. W świetnie moderowanym wątku na Reddicie, pojawiają się nie tylko przeróżne teorie, ale wreszcie padają konkretne nazwiska. Wszystkie prowadzą do ślepych zaułków.

    W sprawę szczególnie angażuje się Kanadyjka Lyndsay Sawler, która na Reddicie podpisuje się nickiem Urbex. Odkąd poznała historię Lyle'a, nie potrafi przestać o nim myśleć. A myśli, jak bardzo musiał być samotny człowiek, który wybrał sobie tak bolesną śmierć w tak odludnym miejscu i którego nikt, przez kilkanaście lat nie szukał. Człowiek, który za życia zrobił absolutnie wszystko, by zachować anonimowość i nie zostać odnalezionym i zidentyfikowanym, po swojej śmierci staje się legendą. Dla jednych jest jedną z wielu cikawych zagadek, dla innych staje się ważną częścią życia.

    Wątek na Reddicie zalewają nowe analizy, opracowania zdjęć z sekcji zwłok uwzględniający naturalne ułożenie ciała, pomysły, co można jeszcze zrobić. Pojawia się pomysł zbadania izotopów szkliwa Lyle'a, by zlokalizować jego pochodzenie. Takie badania jednak koszują, a śledztwo dotyczące ustalenia jego tożsamości, od dawna jest zawieszone. Zaangażowani w sprawę internauci robią zbiórkę i w kilkadziesiąt godzin pieniądze na kosztowne badania zostają zebrane. Podczas, gdy próbki przy współpracy śledczych wędrują do laboratorium, ktoś tworzy wątek, w którym analizuje fryzurę Lyle'a, która w 2001 roku była bardzo modna wśród mającej meksykańskie korzenie młodzieży. Typ włosów - czarnych, grubych i prostych zdaje się potwierdzać tę teorię.

    Zebrane pieniądze znacznie przekraczają potrzebną do badań izotopów kwotę, dlatego pojawia się pomysł, by zwrócić się do fundacji DNA Doe Project (na polski można by przetłumaczyć jako "DNA Nikomu Nieznanych"), która przeprowadza badania DNA i porównuje je z DNA dobrowolnie uploadowanymi do serwisów zajmujących się tworzeniem drzew genealogicznych. Taka opcja możliwa jest między innymi w MyHeritage.com, choć w Polsce jest jeszcze niedostępna. DNA Lyle'a zostaje wrzucone do kilku baz genealogicznych bez większych oczekiwań. Po kilkunastu latach śledztwa i tysiącach ślepych wątków, nie oczekuje się zbyt wiele. Tymczasem DNA Lyle'a znalazło swoją rodzinę w hrabstwie Alameda w Kalifornii.

    Fundaca DNA Doe Project o wyniku badań zawiadamia policję. Śledczy wraz z grupą wolontariuszy dość szybko ustalają najbliższą rodzinę Lyle'a i jadą do Kalifornii. Ta wizyta dla rodziny to szok, bo przez niemal siedemnaście lat, byli przekonani, że ich syn żyje. W pewnym momencie swojego życia postanowił odciąć się od rodziny, a ta uszanowała jego decyzję. W chwili śmierci miał 25 lat. Krewni proszą o anonimowość zarówno dla siebie, jak i dla swojego syna. Komunikat o rozwiązaniu sprawy Lyle'a trafia na Reddit z informacją, że za dwa dni cały wątek zostanie zamknięty. Lyle został zidentyfikowany. Rodzina nie chce ujawnić jego danych, ale dziękuje, że tysiące osób włączyły się w poszukiwania tożsamości ich syna. Część internautów przyjmuje wiadomość z radością, dla części to gorzka pigułka - wciąż nie wiedzą, kim jest samotny i nieszczęśliwy brunet z Amanda Park. Nie rozumieją rodziny, która nie szuka swojego dziecka. Nie rozumieją, jakim cudem, przez ponad szesnaście lat nie natknęli się na jego podobiznę. Jak mogli go nie rozpoznać?

    W załączonym zdjęciu wygenerowany komputerowo portret pamięciowy.
    Spora część tekstu została przeklejona przeze mnie z blogu: http://krotkiporadnik.pl/lyle-stevik-czlowiek-przez-ktorego-internet-nie-mogl-spokojnie-spac , posiłkowałem się również wikipedią.
    #csiwykop #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: pope.jpg

  •  

    Bob Hayward - były oficer z Utah Highway Patrol pełnił służbę nocą z 15 na 16 sierpnia 1975 w West Valley. Około godziny 3 nad ranem zauważył jadącego bez włączonych świateł Volkswagena. Po zatrzymaniu pojazdu i sprawdzeniu kierowcy zajrzał do samochodu. "Brakowało fotela pasażera ..., znalazłem rajstopy, narzędzia do włamań, mały łom i rzeczy, których większość ludzi nie woziłaby w samochodzie." Kierowca tłumaczył się, że jest studentem drugiego roku prawa, a znalezione w samochodzie rzeczy służą mu na zajęciach. Tym kierowcą był Ted Bundy.
    Good4Utah
    #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #kryminalistyka #fotohistoria #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Zainspirowany artykułem, który pojawił się na głównej postanowiłem zebrać w tym wpisie najciekawsze informacje dotyczące sprawy nieuchwytnego porywcza nazwanego "D.B Cooperem".

    Zwracam szczególną uwagę na informacje, które zostały pominięte przez autorkę wspomnianego artykułu, a w mojej ocenie są bardzo istotne.

    D.B. Cooper – imię przypisywane mężczyźnie, który 24 listopada 1971 porwał w USA Boeinga 727 z 42 osobami na pokładzie, lecącego z Portland do Seattle i po otrzymaniu 200 tys. dolarów[1] okupu wyskoczył z niego ze spadochronem nad południowymi Górami Kaskadowymi. Porywacza nie udało się ująć. W samolocie używał nazwiska Dan Cooper, jednak przez późniejsze nieporozumienie w mediach stał się znany jako „D.B. Cooper”. Mimo setek tropów w ciągu wielu lat, żaden dowód nie pozwolił odkryć prawdziwej tożsamości ani miejsca pobytu Coopera, a większość pieniędzy nigdy nie została odzyskana. Kilka konkurencyjnych teorii proponuje wyjaśnienie co stało się po skoku, jednak FBI uważa, że porywacz nie przeżył[2].

    Sposób ucieczki Coopera i brak pewności co do jego dalszych losów ciągle intrygują ludzi. Sprawa Coopera (FBI nadało jej kryptonim „Norjak”) jest jedynym nierozwiązanym przypadkiem porwania samolotu w USA[3][4] i jednym z niewielu na świecie.

    Porywacza nie udało się ująć. W samolocie używał nazwiska Dan Cooper, jednak przez późniejsze nieporozumienie w mediach stał się znany jako „D.B. Cooper”. Mimo setek tropów w ciągu wielu lat, żaden dowód nie pozwolił odkryć prawdziwej tożsamości ani miejsca pobytu Coopera, a większość pieniędzy nigdy nie została odzyskana. Kilka konkurencyjnych teorii proponuje wyjaśnienie co stało się po skoku, jednak FBI uważa, że porywacz nie przeżył.

    Tina Mucklow, stewardesa, która spędziła najwięcej czasu z porywaczem, opisała go jako „raczej miłego” i wystarczająco troskliwego, aby zaproponować, żeby załodze dostarczono posiłek po wylądowaniu w Seattle. Jednakże śledczy FBI określili Coopera jako „nieprzyzwoitego” i używającego „plugawego języka”[20].

    Początkowo sądzono, że porywacz wylądował na południowym wschodzie obszaru Ariel, niedaleko jeziora Merwin, 48 km na północ od Portland (45°57′N 122°39′W)[27]. Późniejsze teorie bazują na różnych źródłach – łącznie z zeznaniem dotyczącym warunków pogodowych pilota linii Continental Airlines Toma Bohana, który leciał 1200 metrów ponad i 4 minuty za lotem 305 – umiejscawiają strefę lądowania 30 km dalej na wschód. Jednak dokładne miejsce lądowania pozostaje nieznane[28].

    Pod koniec 1978 myśliwy, przechodzący niedaleko na północ od przypuszczalnej strefy lądowania Coopera, znalazł tabliczkę z instrukcją, jak opuścić schody rufowe Boeinga 727. Tabliczka pochodziła z tylnej klatki schodowej samolotu, który porwał Cooper[36].

    10 lutego 1980 ośmioletni Brian Ingram był ze swoja rodziną na pikniku, gdy znalazł 5880 dolarów w gnijących banknotach (294 banknoty 20-dolarowe). Leżały ciągle zapakowane w gumowe taśmy, około 12 m od brzegu i 5 cm pod powierzchnią, na płyciźnie rzeki Kolumbia, 8 km na północny zachód od Vancouver w stanie Waszyngton[37]. Po porównaniu numerów banknotów z tymi, które otrzymał Cooper prawie 9 lat wcześniej, stało się pewne, że pieniądze znalezione przez Ingrama były częścią okupu[36]. Po odkryciu prowadzący śledztwo agent FBI Ralph Himmelsbach stwierdził, że pieniądze musiały zostać tam umieszczone kilka lat po porwaniu ponieważ gumowe taśmy szybko niszczeją i nie mogły długo utrzymywać banknotów razem[38].

    W październiku 2007, FBI ujawniło, że uzyskano częściowy profil DNA Coopera z krawata, który zostawił na pokładzie samolotu[8]. 31 grudnia 2007 FBI wznowiło niezamkniętą sprawę publikując w Internecie nigdy wcześniej niepublikowane portrety pamięciowe, próbując wywołać wspomnienia, które mogłyby pomóc zidentyfikować Coopera. Według relacji prasy, FBI nie wierzy, aby Cooper przeżył skok, ale wyraża zainteresowanie ustaleniem jego tożsamości[8][9].

    W lipcu 2016 FBI oficjalnie zawiesiło sprawę dalszych poszukiwań D.B. Coopera[10].

    PS dla fanów teorii spiskowych:

    W kwietniu 2013 r. Earl Cossey, właściciel szkoły spadochronowej, który dostarczył cztery spadochrony wydane Cooperowi, został znaleziony martwy w jego domu w Woodinville, przedmieściu Seattle. Przyczyną śmierci było uderzenie tępym narzędziem w głowę. Sprawca zabójstwa pozostaje nieznany[56]. Zwolennicy teorii spiskowych natychmiast zasugerowali związek ze sprawą Coopera[57], jednak zdaniem organów ścigania nie ma podstaw aby twierdzić że taki związek istnieje[58]. Zdaniem władz najbardziej prawdopodobnym motywem morderstwa był rabunek[59].

    Wołam ekspertów csiwykop oraz śledczych z pokrewnych tagów. Wszelkie tropy i wskazówki będą mile widziane. Opinia ekspertów z tagu #lotnictwo będzie również mile widziana.

    Podsumowując; czy D.B Cooper mógł to przeżyć? Czy oficjalna wersja FBI nie jest czym w rodzaju ratowania twarzy?

    #fbi #csiwykop #ciekawostki #kryminalistyka

    https://pl.wikipedia.org/wiki/D.B._Cooper
    pokaż całość

    •  

      @tomosano: w tym dokumencie co oglądałem nie było nic o gumkach, znaleźli kawałki banknotów nad brzegiem rzeki, ale bardzo daleko od potencjalnej strefy lądowania. teraz mi się przypomina że prawdopodobnie wylądował na rozlewisku, spadochron z ciałem i torbą wkręcił się w śrubę, czy zaczepił o barkę wiozącą drewno w górę rzeki. Nie chce mi się teraz szukać który to był dokument

    •  

      spadochron z ciałem i torbą wkręcił się w śrubę

      @RabarbarDwurolexowy: Przecież nie znaleziono ani ciała, ani spadochronu, więc to tylko czyste spekulacje. FBI przecież nie mogło przyznać się do porażki. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Morderca rodziców

    Mamy rok 1997. Przenosimy się tym razem do Krakowa, chyba najciekawszego miasta kryminalnego w Polsce. Oprócz seryjnych morderców jak Karol Kot czy Władysław Mazurkiewicz, brutalnego morderstwa studentki z 98’, czy syna który zabił ojca, ściągnął z jego głowy skórę i włosy, zszył z tego maskę i nosił ją na sobie (sic!), jest również przypadek morderstwa rodziców, dziś już raczej mocno zapomniany. Jednak zacznijmy od początku.

    O Tomaszu Synowcu (tak, to ten miły chłopak ze zdjęcia) ciężko znaleźć zbyt dużo informacji. W Internecie są zaledwie tylko dwa artykuły na temat tej sprawy i jeden wywiad. Ale spokojnie, spróbujemy coś z tego stworzyć. Wiemy na pewno, że kilka dni przed morderstwem skończył 16 lat. Mieszkał z rodzicami na osiedlu Oświecenia w dawnej stolicy Polski.

    Tomasz uczęszczał do drugiej klasy technikum. Uczył się średnio, czasami zdarzało mu się wagarować. Może w szkole mu nie szło, ale w miłości było już zdecydowanie lepiej, Tomek miał dziewczynę, do której zresztą pojedzie po dokonaniu morderstwa.

    Rodzicami Tomka byli 36 letnia Wanda i 43 letni Stanisław. Obaj pracowali w hucie im. Sendzimira. Chłopak uważał relacje z matką za poprawne, z ojcem zdecydowanie nie było mu po drodze. Małżeństwo miało również ośmioletnią córkę.

    W dniu tragedii, 26 września chłopak nie poszedł do szkoły.

    Jego ojciec odkrył nieobecność syna w szkole. „Gdy wróciłem do domu, bił mnie pięściami. Kazał mi się uczyć. Zakazał mi oglądania telewizji, gier na komputerze, spotkań z dziewczyną oraz kolegami. Polecił mi oddać wszystkie pieniądze” - zeznał Tomasz podczas śledztwa.

    Około godziny 23, gdy rodzice już spali, wziął nóż, który po chwili zamienił na siekierę, i wszedł do pokoju rodziców. Gdy po raz pierwszy uderzył ojca w głowę, ten obudził się i krzyknął "O Boże!". Krzyk ten obudził śpiącą obok Wandę, Tomek widząc to zadał matce kilka uderzeń siekierą w głowę a następnie znów zaczął wymierzać ojcu kolejne ciosy. Uderzał wielokrotnie, jak sam przyznał nie wiedział dlaczego aż tyle razy, bo przecież już się nie ruszali. Pozbawił życia matkę, by zlikwidować świadka zbrodni. W tym samym pokoju, w łóżku obok spała siostra Tomka. Miała mocny sen, nie przebudziła się.

    Tomasz postanowił pozbyć się zwłok rodziców. Nie jest to jednak tak łatwe jak w filmach i wyszło mu to dość nieudolnie. Gdy ciało ojca okazało się zbyt ciężkie, chciał je poćwiartować brzeszczotem. Odciął prawą nogę na wysokości kolana, ale gdy próbował to samo zrobić z lewą, brzeszczot się zaklinował. Wtedy przebrał się, wziął kluczyki do opla astry rodziców i ich pieniądze. Całą noc jeździł po Krakowie. Rano spotkał się ze swoją dziewczyną, opowiedział jej o śmierci matki i ojca, ale twierdził, że to ktoś obcy ich zabił. Zmasakrowane zwłoki rodziców odkryła jego 8 letnia siostra. Synowca ujęto pod blokiem, w którym mieszkała jego dziewczyna. W samochodzie leżała zakrwawiona siekiera.

    Rozpoczął się proces. Na światło dzienne zaczęły wychodzić coraz to nowsze informacje, które pozwalają nam chociaż trochę inaczej patrzeć na całe zdarzenie. Prokuratura przesłuchała 70 świadków, m.in. nauczycieli oskarżonego, jego kolegów, członków rodziny, sąsiadów i znajomych. Wśród sąsiadów Tomasz miał bardzo dobrą opinię. Nauczyciele mieli do niego pretensje o to, że zdarzało mu się opuszczać lekcje.

    Chłopak był często bity przez ojca, najczęściej pięściami. Sam nigdy mu nie oddał. Jego mama zareagowała na przemoc tylko kilka razy jak Tomek był młodszy, potem była już obojętna.

    Podczas przeszukania mieszkania rodziny policja znalazła list, który Tomasz napisał do rodziców podczas jednej ze swych ucieczek z domu. Znalazły się w nim stwierdzenia: "wam było ze mną źle", "zapomnijcie o mnie na zawsze". List kończył się słowami "kochający was Tomek".

    Obrońca oparł się także na zeznaniach krewnych oskarżonego. - Wszyscy przyszli do sądu i prosili, żeby nie karać Tomka. Oni dobrze wiedzą, jak wyglądał świat w domu, gdzie dorastał Tomek, gdzie kształtowała się jego psychika. Wnoszę o łagodny wymiar kary - zakończył swoją mowę mecenas.

    Tomasz powiedział jedynie: - Chciałem przeprosić siostrę, babcię, dziadka, drugą babcię i wszystkich, których skrzywdziłem. Potem dodał: - Wyrok należy do sądu. Chciałem prosić, by był to wyrok jak najłagodniejszy.

    W 1998 r. Tomasz Synowiec został skazany na 15 lat więzienia. Po odbyciu 1/3 kary Tomek mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie. Sąd wymierzył mu najwyższą karę przewidywaną dla młodocianego mordercy przez kodeks karny. Od kilku lat Tomasz powinien żyć już na wolności.

    Miszczak: „Co życzyłeś ojcu na wigilię?”
    Synowiec: „Co mu życzyłem? No łamaliśmy się opłatkiem, no bo jak by to wyglądało, cała rodzina była, przeważnie mu mówiłem, śmiejąc się, żeby więcej nie bił”

    Ten krótki fragment rozmowy pochodzi z wywiadu, którego Synowiec udzielił w programie „cela nr”. Będzie umieszczony w pierwszym komentarzu. Można dojść do wielu przemyśleń, zdecydowanie wart obejrzenia.

    Jak ktoś jest zainteresowany bardziej tematem dzieci/nastolatków, które zamordowały kogoś ze swojej rodziny to polecam książkę Elliotta Leytona - „Jedyny, który pozostał przy życiu”. Przedstawia w niej różne sylwetki młodocianych morderców, próbując zarazem odpowiedzieć dlaczego doszło do danej zbrodni.

    To dopiero pierwsza sylwetka osoby, która zamordowała rodzica/rodziców, będzie ich więcej. Jak macie dzieci, pamiętajcie by o nie dbać ;) Miłego dnia!

    Obserwuj tag → #kryminalnyaz
    #kryminalistyka #zbrodnia #krakow #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler - http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/1708548,z-zimna-krwia,id,t.html
    - http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/1862824,15-lat-dla-zabojcy-rodzicow,id,t.html
    pokaż całość

    źródło: synowiec.jpg

  •  

    Zbrodnia w szkole

    Przenosimy się do 2001 roku, właśnie wtedy wydarzyło się morderstwo, które wstrząsnęło całą Polską.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką szkoły podstawowej z kilkunastoletnim stażem. W życiu zawodowym kobieta cieszyła się opinią bardzo dobrego pedagoga, która poświęcała się całkowicie pracy. Stale podnosiła swoje kwalifikacje, była bardzo inteligentna i przede wszystkim ambitna. Ponoć znała kilka języków obcych. Mimo że była atrakcyjną blondynką o miłym usposobieniu, kobieta przez długi czas żyła samotnie.

    W 1997 r. jej życie zmieniło się całkowicie za sprawą Jerzego, żonatego mężczyzny i ojca trójki dzieci. Mariola poznała Jerzego podczas zajęć sportowych w szkole. Jerzy był przewodniczącym rady rodziców, a jego najmłodszy syn, 7-letni Piotr, uczęszczał do pierwszej klasy.

    Obydwoje ukrywali łączące ich uczucie, jednak z czasem o romansie dowiedziała się rodzina Jerzego. Niektórzy mieszkańcy miasteczka zaczęli plotkować o związku nauczycielki i biznesmena. Mariola była nękana głuchymi telefonami, szykanowana listami z pogróżkami. Ktoś wypisywał wulgarne napisy na drzwiach jej mieszkania. Do zerwania tego związku nawiała ją również matka, ale kobieta nie chciała o tym słyszeć, Jerzy był jej całym światem. Mężczyzna zapewniał Mariolę, że ją kocha i że zamierza z nią budować nowe życie. Mówił, że pozostaje w związku z żoną tylko ze względu na Piotrusia, który był jego oczkiem w głowie. I właśnie za względu na syna prosił Mariolę o cierpliwość. Kobieta wierzyła jego obietnicom, ufała mu bezgranicznie. Nieoczekiwanie po czterech latach romansu Jerzy postanowił odejść od Marioli. Kobieta przeżyła gigantyczny szok.

    Po rozstaniu jest przygnębiona, zaczyna popadać w głęboką depresję. W dość krótkim czasie nauczycielka dwukrotnie próbuje odebrać sobie życie. Kilka tygodni później dochodzi do tragedii.

    25 kwietnia, Mariola przyszła do pracy rano, pomimo że lekcje zaczynała dopiero po południu. Około godziny 9.30 Myszkiewicz poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, że ma stawić się w gabinecie lekarskim, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki chłopak, uczeń klasy IV, udał się prosto do gabinetu. Ku jego zdziwieniu nie zastał tam pielęgniarki ani lekarza (w tym dniu nie dyżurowali). W gabinecie czekała na niego tylko Mariola (nauczycielka wcześniej poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu, wyjaśniając, że chce się zważyć). W pewnej chwili nauczycielka wyciągnęła introligatorski nóż i zaczęła zadawać ciosy Piotrkowi. Chłopiec próbował się bronić, ale nie miał żadnych szans. Kobieta najprawdopodobniej działała w furii, zadając całą serię ciosów głównie w głowę i szyję chłopca. Piotruś krzyczał i próbował się wydostać z gabinetu, co skutecznie uniemożliwiała mu kobieta. 11 latek miał na swoim ciele ponad trzydzieści ran kłutych.

    Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki. Spod drzwi gabinetu lekarskiego wypłynęły strugi krwi. Z wnętrza dochodziły odgłosy uderzeń. Nauczycielki zaczęły krzyczeć, walić pięściami w drzwi. Wyważył je dopiero wuefista. Ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok. Za Mariolą ruszyła policyjna obława.

    Wiadomość szybko obiegła media. Dla przykładu artykuł z wirtualnej polski, dzień po morderstwie - klik

    Na swoją kryjówkę wybrała pobliską Puszczę Knyszyńską. Nie przebywała tam jednak długo. Później dotarła do miasta Marki pod Warszawą. Tam udało jej się zadzwonić do siostry. Prosiła o radę. Ucieczka nie trwała jednak długo, w drugi dzień od popełnienia morderstwa została zatrzymana.

    W czasie śledztwa Mariola została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że kobieta była poczytalna w momencie dokonywania czynu. Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Obrona robiła wszystko, aby przekonać sąd do tego, że oskarżona działała w afekcie. Mariola tłumaczyła, że nie planowała morderstwa. Chciała porozmawiać z Piotrkiem. Jedenastolatek jednak miał ją bardzo wulgarnie zwyzywać (pamiętajmy, że oskarżona mogła powiedzieć wszystko, ciężko w ogóle ustalić czy ze sobą rozmawiali). Straciła panowanie nad sobą i zabiła Piotrka.

    Sędzia prowadząca sprawę stwierdziła, że niemal wszystkie dowody świadczą o tym, że Mariola Myszkiewicz całą zbrodnię wcześniej zaplanowała. Wywołując 11-letniego Piotra do gabinetu lekarskiego w plecaku miała przygotowany nóż z wysuniętym ostrzem. Również miała ze sobą paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    Komentatorzy procesu podkreślali zdumiewające opanowanie w zachowaniu oskarżonej. Na twarzy kobiety nie było widać żadnych uczuć. Dla obserwatorów był to spory szok.
    Czy zauważyliśmy wysoki sądzie na tej sali choć cień skruchy ze strony oskarżonej, choć jedną łzę w jej oczach. Czy usłyszeliśmy: "Wybaczcie mi". Ja tego nie słyszałem i sąd również - uważali oskarżyciele.

    Myszkiewicz została uznana winną zarzucanych jej czynów i skazana na 25 pozbawienia wolności.

    Czy słyszeliście o tej sprawie wcześniej? Czy kara dożywocia byłaby bardziej sprawiedliwa? Zapraszam do dyskusji.

    Obserwuj tag → #kryminalnyaz

    #kryminalistyka #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler - https://knyszynska.eu/czarna-bialostocka/20420-tego-nikt-sie-nie-spodziewal-zbrodnia-ktora-wstrzasnela-cala-polska
    - https://wiadomosci.onet.pl/na-tropie/zbrodnia-nauczycielki/xmxyl
    - https://fakty.interia.pl/polska/news-25-lat-wiezienia-dla-nauczycielki-z-czarnej-bialostockiej,nId,789201
    pokaż całość

    źródło: myszkiewicz.jpg

  •  

    Cześć. Wielkie dzięki za dobre przyjęcie ostatniego wpisu. Bez zbędnego przedłużania zapraszam do drugiego wpisu z serii #kryminalneaz. Sprawa jest mocno smutna i zdaje sobie sprawę, że będzie trochę wulgaryzmów w komentarzach. Mimo wszystko proszę o kulturalne dyskusje.

    Wampir z Byczyny

    Tragedia rozegrała się w Byczynie, małym miasteczku w województwie opolskim, otoczonym niemal w całości ceglanymi murami miejskimi.

    3 października 1996 roku, 9-letnia Kasia wyszła z domu o 7:40 do szkoły. Była jedynaczką, oczkiem w głowie rodziców. Lubiła się uczyć, w pierwszej klasie podstawówki nie opuściła ani jednego dnia.

    Około godziny 16 matka zaniepokoiła się, że córka nie wróciła jeszcze do domu. Matka miała nadzieję, że może odebrał ją maż i pojechali w odwiedziny do jego chorej siostry (pamiętajmy, że wtedy telefony nie były tak popularne). Niestety mąż wrócił do domu sam. Pod wieczór dziewczynki szukała już cała Byczyna. Kasia niestety już od wielu godzin nie żyła…

    Krzysztof Pańków był najbliższym sąsiadem Kasi i jego rodziców. Mieszkali drzwi w drzwi. Swego czasu zamienili się mieszkaniami. Pańków wiedział, że sąsiedzi szukają większego lokum i po śmierci ojca złożył im propozycję. Transakcja doszła do skutku. Mama Kasi od czasu do czasu zaglądała do mężczyzny z poczęstunkiem, np. po komunii dziewczynki. Choć nie byli żadnymi większymi przyjaciółmi, żyli w dobrych relacjach sąsiedzkich.

    Miał skłonności do nadużywania alkoholu i wyroki na karku. Miesiąc przed tragedią został mu odwieszony wyrok 8 miesięcy pozbawienia wolności. Mężczyzna pracował w zakładzie pogrzebowym.

    Pańków spotkał dziewczynkę kiedy szła do szkoły. Mimo wczesnej pory był pijany. Chwycił 9-latkę i wepchnął do swojego mieszkania. Co działo się dalej ciężko jednoznacznie ustalić. W wywiadzie udzielonym w programie „cela nr” (o nim trochę później) tak wspomina morderstwo:
    Pańków: „Śnił się kiedyś panu koszmar?”
    Miszczak: „Czasem ludzie mają koszmarne sny”
    Pańków: „To proszę to pomnożyć przez milion to otrzyma pan obraz tego co tam się stało”

    Udało się ustalić, że na pewno udusił Kasię paskiem po czym ją zgwałcił. Potem zaniósł ciało do łazienki i poćwiartował je w wannie.

    Policja i całe miasto cały czas szukało dziewczynki. Zrozpaczeni rodzice zgłosili się do jasnowidza. – „Została ogłuszona i przeniesiona do piwnicy domu z czerwonej cegły. Leży związana pod kartonami. Widzę długą ulicę... Pośpieszcie się!” - powiedział. Wskazówki jasnowidza zostały wzięte pod uwagę aż za dokładnie. Poszukiwania skoncentrowały się bowiem w okolicach ul. Długiej. Nie dały jednak rezultatu. To nie pierwszy przypadek jasnowidza, który w magiczny sposób widzi gdzieś żyjące dziecko. Choć wlewa nadzieje do serc rodziców, często też bardziej przeszkadza, tak jak w tym przypadku, gdy policja słucha jego tropów.

    Na drugi dzień od zaginięcia dziewczynki, trójka ochotników w godzinach popołudniowych przyszła w okolice dzikiego wysypiska śmieci. Między chaszczami zobaczyli reklamówki poplamione krwią. Jeden z nich podszedł do siatek, zajrzał do środka i momentalnie zasłabł. W jednej reklamówce była głowa Kasi, w drugiej ręce i nogi. Wiadomość o makabrycznym odkryciu szybko obiegła miasto.

    Policja błyskawicznie aresztowała mordercę. Musieli szybko wepchnąć go do radiowozu, bo spory tłum, który zebrał się pod kamienicą, chciał go zlinczować. Dziewięciolatki wcześniej szukano także i u niego, jednak nikt nie zwrócił uwagi na reklamówki za szafą ani na krwawe ślady w łazience, w której było ciemno, bo nie zapłacił rachunków i odcięto mu prąd.

    Przyznał się do morderstwa i powiedział, że resztę zwłok zakopał w pobliżu silosów (budowla przeznaczona do składowania materiałów sypkich) w Jaśkowicach.
    Tak wspominał tamten czas:
    „Kiedy tam szedłem, zmęczyłem się, podszedłem do kiosku i kupiłem sobie piwo. Obok mnie stali inni ludzie, spokojnie piłem, mając przy nodze torbę z kawałkami zwłok”.

    Na cmentarz w Byczynie w ostatniej drodze dziewięcioletniej Kasi towarzyszyło trzy tysiące osób.

    Mieszkańcy chcieli kary śmierci dla mężczyzny. On sam także chciał dla siebie takiego wyroku.
    W swoim ostatnim słowie Krzysztof Pańków powiedział: - „Nie mogę prosić ludzi o cokolwiek dla siebie, więc zwracam się do sądu o sprawiedliwy wyrok. Proszę o wymierzenie kary śmierci.” Publiczność na sądowej sali zaczęła wtedy bić brawo.
    Rozstrzygnięcie zapadło w sierpniu 1997 roku. Morderca usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Był pierwszą osobą na Opolszczyźnie skazaną na karę dożywotniego pozbawienia wolności odkąd w Polsce zniesiono karę śmierci.

    Mama Kasi po ogłoszeniu wyroku powiedziała:
    „Jedna rzecz mnie tylko pociesza, że jego ręka nie dotknie już żadnego dziecka”.

    Krzysztof Pańków odsiaduje swój wyrok w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich. Znajdziemy go w „Rejestrze Sprawców Przestępstw na tle seksualnym” - klik

    Jeszcze kilka słów o wywiadzie o którym już wcześniej wspominałem. Sprawę znam już kilka lat, przygotowując się do tego wpisu znów obejrzałem tą rozmowę. Bije z tego dialogu taki „chłód”, ciężko mi nawet to jakoś jednoznacznie nazwać. Uważam, że to najlepszy wywiad ze wszystkich jakie powstały w „cela nr” (mocny był jeszcze o mordercy rodziców, o tym może kiedy indziej). Mimo wszystko prowadzący Edward Miszczak mógł wycisnąć z tej rozmowy jeszcze więcej. Choć ciężko nie podchodzić do tej sprawy emocjonalnie, to jako prowadzący powinien wysłuchać swojego rozmówcę i wejść z nim w jakiś szerszy dialog, a często kończyło się to słownymi atakami i wyciąganiem słabych wniosków. Zostawiam link do wywiadu, sami oceńcie - klik

    #kryminalnyaz #kryminalistyka #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler - Magazyn Detektyw – marzec 2018
    - http://www.nto.pl/wiadomosci/kluczbork/art/4109829,wampir-z-byczyny-bestialskie-zabojstwo-ktore-wstrzasnelo-opolszczyzna,id,t.html
    - http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,255711,19970829RP-DGW,Prosze_o_smierc,.html
    pokaż całość

    źródło: pańków.png

    •  

      . Jeżeli nie ma absolutnie żadnych śladów, tropów, ale jest "widzenie" jasnowidza to co robić? Lepiej siedzieć z założonymi rękoma i czekać na to, że znajdzie się jakiś świadek czy sprawdzić?
      @MarMac: To równie i dobrze niech sobie wróżą z fusów po herbacie, albo leją wosk jak na Andrzejki. Wyjdzie taniej dla budżetu. Co to w ogóle za logika? Zawierzać szarlatanom, żerujacym na cudzym nieszczęściu, bo sami są niekompetentni w kwestii prowadzenia śledztwa i szukania śladów? Litości. pokaż całość

    •  

      @grubson234567: A myślisz, że czym jest przeczucie jak nie wróżeniem? Jak policjant ma przeczucie i zajrzy pod jakiś krzak i tam znajdzie dowód to "ma nosa" itp. Może powinienem napisać odwrotnie. Czym jest wróżenie jak nie przeczuciem. Są ludzie, którzy mają nosa - do giełdy, do ludzi itd. i to często są świetni maklerzy czy śledczy. Nie zaprzeczysz chyba, że są takie osoby. No więc jasnowidz też może być (podkreślam, że może być) taką osobą.
      Czasami dowodów nie ma, a wtedy ludzie chwytają się każdej możliwości. Taka jest natura ludzka, że nadzieja umiera ostatnia i podsycają ją nawet tak wątpliwe rzeczy jak jasnowidztwo. A co gdyby jasnowidz miał rację (bo np. sam był mordercą i jakieś chore powody sprawiły, że chciał nakierować śledczych na trop), a jego zdanie by olano? To, że posłuchano jasnowidza samo w sobie błędem nie jest, bo tak jak napisałem - to może morderca, który pogrywa z policją, a może gość serio ma jakieś przeczucie, które okaże się prawdą. Błędem jest to, że skupia się całą uwagę na tak wątpliwym zeznaniu, ale sprawdzenie go nie jest.
      Braku dowodów nie zwalałbym też na niekompetencje. Jakie dowody mogły być w tej sprawie bez wchodzenia do mieszkań losowych osób? O ślady na chodniku czy klatce mogło być trudno (na betonie ciężko o ślady stóp czy butów, walki raczej nie było, wszelkie włókna czy włosy ofiary i napastnika były w tym miejscu "naturalne", a i też nie było pewności, że to w tym miejscu doszło do porwania), o świadków jeszcze trudniej.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (11)

  •  

    Witam serdecznie. Rozpoczynam serię #kryminalnyaz w której będę starał się w jak najbardziej ciekawej i przejrzystej formie przedstawiać kryminalne sprawy z Polski (zabójstwa, niewyjaśnione zbrodnie, zagadkowe zaginięcia itd.). Jeśli ktoś ma jakieś ciekawe informacje o danej sprawie, wie coś więcej, będę bardzo wdzięczny jeśli się z nimi podzieli.

    Morderstwo w pociągu

    Powiedzmy na początku kilka słów o osobie, której życie zostało w brutalny sposób odebrane. 21-letnia Ania mieszkała w niewielkim Jarkowie pod Kołobrzegiem. Udało się jej ukończyć Studium Medyczne w Łomży z bardzo dobrymi ocenami, otrzymała dyplom technika farmacji i planowała dalszą edukację w tym kierunku. W przyszłości chciała zostać farmaceutką i prowadzić własną aptekę. Była osobą spokojną i niesamowicie pracowitą. Pracowała w smażalniach ryb, w barach, przy grillach. Lubili ją wszyscy. Zawsze chętnie pomagała innym. Była honorowym dawcą krwi, a także zarejestrowała się w banku dawców szpiku kostnego.

    Tragedia rozpoczęła się w 1 lipca 2004 roku. Ania pojechała zdawać egzaminy wstępne na warszawską Akademię Medyczną. Przez wiele miesięcy przygotowywała się do trudnych egzaminów i mocno wierzyła, że uda jej się dostać na wymarzony kierunek. Na stacji w Kołobrzegu o godzinie 22 wsiadła do pociągu. Znalazła dużo wolnego miejsca w ostatnim wagonie. Mogła zacząć spokojnie powtarzać materiał.

    Około godziny trzeciej wsiedli na dworcu kolejowym w Toruniu 22 letni Artur F. i 23 letni Dariusz M. Pierwszy z nich był drobnym przestępcą, raz został ukarany za włamanie. Nie stronił od narkotyków i wódki, po pijaku lubił się bić z byle powodu. Jego starszy kolega również nie był aniołem. Wyrzucony z domu za nieustanne kradzieże, przemieszkiwał w poczekalni Dworca Głównego w Toruniu bądź u kolegów „po fachu”. Naukę zakończył na szkole specjalnej.

    Artur miał właśnie urodziny, więc oboje planowali je "uczcić" w specjalny sposób - chcieli obrabować kogoś, zabić, a potem udać się na imprezę alkoholową. Przysiedli się do Ani. Jej telefon komórkowy leżał na stoliku, na palcach miała kilka pierścionków. Żeby uspokoić czujność Ani, zagadnęli ją - skłamali, że są studentami. Po ich sposobie mówienia oraz zachowania Ania szybko wywnioskowała, że nie są studentami. Próbowała wydostać się z przedziału, siłą ją zatrzymali. Gdy zaczęła krzyczeć, zatkali jej usta. Potem zamknęli drzwi, zasłonili okna, skrępowali i zakneblowali ofiarę. Bili i dusili. Koszmar Ani miała jeszcze potrwać pięć godzin.

    Za część pieniędzy ukradzionych od dziewczyny oprawcy kupili bilet u konduktora. Na chwilę zajrzał do przedziału, w którym przebywała Ania. Nie krzyczała, nie wzywała pomocy, nie próbowała uciekać - nawet wówczas kiedy Artur z Dariuszem wyszli na korytarz na papierosa. Sparaliżowana lękiem cały czas dygotała i błagała, żeby nie robić jej krzywdy. - Zabiję cię, jeśli będziesz krzyczała - powtarzał co jakiś czas Artur.

    Około godziny szóstej wysiedli na dworcu Warszawa Zachodnia i poszli w trójkę do poczekalni. Tam usiedli na ławce. Obok nich przechodzili ludzie. Ania mogła krzyczeć, mogła podbiec kogoś - żaden z nich nie trzymał jej wtedy za ręce. Nie skorzystała z tego. Na zawsze pozostanie to tajemnicą, dlaczego w ostatnich godzinach życia nie walczyła.

    Około siódmej rano zmusili ją, aby wsiadła z nimi do pociągu pospiesznego do Torunia, do ostatniego wagonu. Artur uznał, że przyszła pora na finał urodzin. Powiedział Ani, że wygląda jakby płakała i kazał jej iść do ubikacji i umyć sobie twarz. Wszedł tam razem z nią i zamknął drzwi. Tak wspominał moment morderstwa:
    "Wcisnąłem jej papierowe ręczniki do ust i kiedy to robiłem poleciały jej łzy. Potem Darek dał sygnał, że już wszystko gotowe. Ponoć złapałem ją za ramiona, wyciągnąłem z łazienki i popchnąłem ją w stronę otwartych drzwi wagonu."

    W pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza zmasakrowane ciało Ani zauważył jeden z konduktorów. Było straszliwie zmasakrowane – wyrzucona z pociągu Ania uderzyła w betonowy słup trakcyjny. Lekarz dokonujący sekcji zwłok, stwierdził, że Ania jeszcze żyła kiedy została wyrzucona z pociągu. Jej serce biło jeszcze przez trzy minuty.

    W Toruniu mordercy w lombardzie sprzedali ukradzione rzeczy Ani. Potem podzielili między sobą łupy. Za dwa złote pierścionki ściągnięte z palców ofiary, Artur F. dostał u jubilera 42 zł. Za dwa telefony komórkowe, które Dariusz M. zastawił w lombardzie (jeden należał do Ani, drugi ukradli innemu pasażerowi), otrzymał 65 zł. Potem wrócili do domów. Życie ludzkie w tym przypadku było warte ponad 100 złotych.

    Policja szybko ustaliła sprawców bestialskiego morderstwa Ani. Po tygodniu zostali aresztowani.

    Dariusz M. (na zdjęciu po lewej) został skazany na 25 lat więzienia, Artura F. (na zdjęciu po prawej) - na dożywocie (z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 35 latach.). Obaj przyjęli wyrok bez okazania żadnych emocji.

    #kryminalnyaz #kryminalistyka #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler Większość informacji zaczerpnąłem z poniższych stron:
    - https://wiadomosci.onet.pl/na-tropie/nocny-koszmar-ani-w-ostatnim-wagonie/gzdwv
    - http://www.gp24.pl/magazyn/art/4247115,spojrzec-w-oczy-diablu,id,t.html
    - http://www.gk24.pl/wiadomosci/kolobrzeg/art/4178711,nie-ma-litosci-dla-zabojcow,id,t.html
    pokaż całość

    źródło: az.jpg

  •  

    23 maja 1934: rabusie banici, Bonnie Parker (23) i Clyde Barrow (25) zostają zastrzeleni w zasadzce policji z Teksasu i Luizjany na wiejskiej drodze w pobliżu parafii Bienville w stanie Luizjana.

    #kryminalistyka #kryminalne #nsfw #mordercy #zlodzieje #fotografia

    źródło: 78.media.tumblr.com 18+

  •  

    Viktor Kalivoda, czyli policjant, uczestnik milionerów i zwyrodniały „Leśny zabójca” w jednym.

    Niepozorny, ciemnowłosy mężczyzna urodził się 11 września 1977 roku w miasteczku Slany na zachód od Pragi w ówcześnej Czechosłowacji. Jako dziecko i nastolatek był zamkniętym w sobie, małomównym dziwakiem. Rówieśnicy wspominali go jako zresztą podobnie - jako cichego samotnika.

    Gdy Kalivoda ukończył szkole średnia zdecydował się pójść na informatykę w Pradze. Nie poszło. Spróbował z pedagogiką. Ponowna porażka. Rzucił studia i postanowił zaciągnąć się do czeskiej policji. Na początku szlo dobrze, po niespełna roku jednak ponownie poczuł, że to nie jego powołanie i odszedł ze służby.

    W 2004 roku zgłosił się do czeskiej edycji Milionerów. Udało się. Nie tylko zakwalifikował się do programu, ale i najszybciej odpowiedział na pytanie pozwalające mu zagrać o większe pieniądze. Nie udało mu się zajść wyjątkowo daleko, ale nie poszło źle- zgarnął 320 tysięcy koron, czyli ok. 50 tysięcy złotych. Widzowie nie wiedzieli jeszcze, że usłyszą o tej epizodycznej postaci z telewizyjnego show nie raz, a nawet nie dwa.

    Półtora roku później Kalivoda zamordował małżeństwo starszych ludzi w Nedvedicach na Morawach z pistoletu Glock 34. Trzy dni pózniej, 16 października 2005, w okolicy swojego rodzinnego miasta zabił jeszcze jedna osobę - zastrzelił mężczyznę na spacerze z psem.

    Policja szybko rozpoczęła poszukiwania zabójcy i przesłuchania świadków. Mężczyzna nie był długo na wolności. Już cztery dni pózniej, 20 października 2005 lokalna policja zatrzymała go na podstawie zeznań naocznych świadków obu zabójstw.

    Podczas przesłuchania mężczyzna nie podał motywów swoich zbrodni. Pochwalił się za to, że planował jeszcze inne - chciał m.in. strzelać do przypadkowych przechodniów w praskim metrze. Kilka razy jechał nawet jedną, z linii metra z ukryta pod płaszczem bronią. Nie wziął się jednak na odwagę.

    Viktor Kalivoda czekał na proces do wiosny przyszłego roku. Ostatecznie, 27 czerwca 2006 roku Sąd Rejonowy w Pradze skazał go na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Mężczyzna nie wyraził skruchy i bez emocji reagował na ogłaszanie werdyktu sądu.

    Morderca został przewieziony do potem do zakładu karnego w Valdicach w północnych Czechach, gdzie spędził kolejne 4 lata życia. 26 września 2010 roku Kalivoda popełnił samobójstwo w więziennej celi - podciął sobie żyły. Wcześniej podczas zeznań miał przyznać, że w życiu wielokrotnie myślał o samobójstwie. Jego historia do dziś mrozi wielu Czechów, a jego sprawa wywołała medialną wrzawę. Nazwano go „Leśnym zabójcą” i prędko przytoczono migawki z jego uczestnictwa w popularnym teleturnieju. Wtedy nikt się nie spodziewał, jak skończy skromny Viktor ze Slan.

    #historiajednejfotografii #historia #fotohistoria #gruparatowaniapoziomu #milionerzy #kryminalistyka #fotografia #czechy
    pokaż całość

    źródło: x3.wykop.pl

  •  

    CZY BÓG WYBACZY SIOSTRZE BERNADETCIE

    Uwaga, długie i mocne. Jak jestes wrazliwy to lepiej odpusc czytanie

    Wieczorem 6 lutego 2006 roku Barbara Domaradzka z Rybnika zadzwoniła na policję. Jej syn Mateusz wyszedł poślizgać się na górce zwanej „Depta” i nie wrócił. Rozpoczęto poszukiwania. Policja użyła psów tropiących. Rozesłano komunikaty: 8 lat, 120 cm wzrostu, szczupły, włosy ciemny blond. Sprawdzono wszystkie miejsca, do których chłopiec mógł pójść. Ale nie znaleziono go.

    Policjanci zaczęli obserwować szkołę, do której chodził. Kręcili się koło niej dwaj mężczyźni: 22 letni- Łukasz i jego kuzyn, 25-letni Tomasz. Ustalono, że mogą mieć związek z zaginięciem Mateusza. Uczniowie mówili, że mężczyźni pili alkohol, dawali dzieciom słodycze, zachęcali do wspólnej gry w piłkę. Próbowali też dotykać chłopców i sami się przed nimi obnażali.

    Gdy policja zatrzymała Tomasza, okazało się, że od lat utrzymywał kontakty seksualne z Łukaszem. Początkowo je wymuszał, później Łukasz sam zaczął je inicjować, a także interesował się kontaktami seksualnymi z dziećmi.

    Tomasz przyznał, że znał zaginionego Mateusza. Opowiadał nawet, że chłopiec był bardzo piękny i że się w nim zakochał.

    Obaj mężczyźni zostali oskarżeni o zabójstwo. Sprawa – prowadziła ją gliwicka prokurator Joanna Smorczewska – miała charakter poszlakowy, bo nie było świadków zdarzenia ani ciała. Przeprowadzono więc eksperymenty procesowe. 6 marca 2006 r. policjanci przywożą kukłę odpowiadającą wyglądowi Mateusza. Tomasz opowiada, jak zaprosili chłopca na wspólne ślizganie się. Doszli na górkę. Rozebrali go. „Mieliśmy go tylko przeleciec. Ale mały zaczął się wyrywać. Krzyczał, że o wszystkim powie mamie” – zdradza Tomasz. Zaczęli go bić. W pewnej chwili chłopiec zemdlał. Mężczyźni przykryli go gałęzią. I poszli do sklepu „Balbina”. Wypili wino i dwa piwa. W Rybniku temperatura tej doby wahała się od – 8 do -22,4 stopni C.

    Podczas kolejnego eksperymentu w rybnickim lesie, mężczyźni opowiadają jak po wypiciu wina i piw wzięli z domu łopatę „sztychówkę” i wrócili po ciało chłopca. W obecności kamery pokazują, jak nieśli go aż do mostu kolejowego. Tam Łukasz został na czatach, a Tomasz sam poszedł zakopać ciało. Podczas eksperymentu Tomasz ma napady duszności, przyspieszone tętno. Opowiada jak patrzył na twarz leżącego w dole Mateusza i nie potrafił nasypać na nią ziemi. Wziął kawek ubrania, rzucił na chłopca i dopiero zaczął przysypywać ciało.

    Tomasz i Łukasz przed sądem odwołali wcześniejsze zeznania, mimo to w 2008 roku zostali skazani na 25 lat więzienia za zabójstwo. Sąd uznał, że ich wypowiedzi były tak bardzo zbieżne, że nie mogli ich uzgodnić przebywając w osobnych celach.

    Obszar wskazany przez mężczyzn jako teren pochowania Mateusza, jest zbyt rozległy, by można go przekopać. Ciała chłopca do tej pory nie odnaleziono,

    Ławeczka

    Jeszcze w trakcie procesu o zabójstwo Mateusza, do prokuratury okręgowej w Gliwicach przyszedł list od kolegi z celi Tomasza. Więzień donosił, że Tomasz przyznał się do zabójstwa, a także do gwałtów na dzieciach w Ośrodku Wychowawczym Sióstr Boromeuszek w Zabrzu, w którym mieszkał do osiemnastego roku życia. Jedynym powodem wysłania listu jest to, że sam mam dziecko, pisał autor.

    Na wniosek prokuratury w Gliwicach kolejny eksperyment odbył się w Ośrodku Sióstr Boromeuszek. Funkcjonariusze z dwudziestoletnim stażem pracy mówili potem, że czuli się w ośrodku nieswojo. Po kątach snuły się szare dzieci, wyglądały jak mali dorośli. W domu brakowało hałasu, radości. W pokojach nie było półek, jedynie łóżka przykryte kapą i taborety. W oknach kraty. Wszystko wspólne, nawet szafa z bielizną. Na pytania policjantów dlaczego dzieci nie mają szczoteczek do zębów w oddzielnych kubkach, siostry powiedziały, że dzieci wiedzą, która jest czyja. Ale skąd wiedzą, skoro wszystkie szczoteczki są niebieskie?

    Przed pokojem siostry dyrektor czekała na ławeczce trójka dzieci ze spuszczonymi głowami. Policjanci próbują z nimi porozmawiać, ale dzieci są przerażone. Z pokoju wychodzi siostra Bernadetta. Jeden z funkcjonariuszy opowiadał potem: „Tomasz spojrzał na nią i jakby diabła zobaczył. Jego strach był dziwny, bo siostra była spokojna, delikatna. Bardzo blada, szczupła, około 50 lat, roztaczała pewien czar osoby, która wie co robi”.

    Policjanci oraz prokurator poszli z siostrą do jadalni. Dzieci jadły w ciszy. Tomasz wskazał czworo z nich jako swoje ofiary. Wskazani chłopcy byli bardzo podobni do Mateusza.

    2 lata i 34

    Prokuratura Okręgowa w Gliwicach w 2007 roku rozpoczyna kolejną sprawę, tym razem przeciwko dyrektor Ośrodka Sióstr Boromeuszek Agnieszce F., czyli siostrze Bernadetcie oraz wychowawczyni w grupie chłopców Bogumile Ł., siostrze Franciszce.

    Tomasz opowiedział biegłemu psychologowi, jak w sierocińcu gwałcili go starsi wychowankowie. Nie miał wówczas nawet pięciu lat. Pamiętał, że to „było coś strasznego”. Nie pamiętał, kiedy sam zaczął dotykać innych chłopców.

    Z zeznań wychowanków ośrodka wynikało, że Tomasz wykorzystywał dzieci przez wiele lat. Miał ksywkę „Pantera”, bo skradał się w nocy do łóżek. Wszyscy wychowankowie o tym wiedzieli i twierdzili, że o zachowaniu Tomasza wiedziały także siostry.

    W roku 2007 w ośrodku mieszkało około 60 dzieci, dziewczynek i chłopców w wieku od dwóch do osiemnastu lat.

    Siostry nie starały się o ograniczenie władzy rodzicielskiej rodzicom i znalezienie dzieciom nowej rodziny lub chociaż rodziny zastępczej. Skutek był taki, że po kilkunastoletnim pobycie w ośrodku były odsyłane do tego samego środowiska, z którego przyszły. Nie miały innego.

    Siostry przyznały przed sądem, że niektórzy wychowankowie zostawali w ośrodku dłużej, bo nie mieli w ogóle dokąd wracać. Najstarszy miał 34 lata.

    Do gwałtów dochodziło w grupach chłopców.

    Dzieci opowiadały, że młodsi zamykani są na noc na klucz w pokoju z dwudziestoletnimi mężczyznami. Jedne twierdziły, że to kara za moczenie się do łóżka, inni mówili, że siostra nie tłumaczy, dlaczego muszą spać w danym pokoju. Jeśli dzieci zgłaszały siostrze Bernadetcie, że są dotykane, nie reagowała, nazywała jedynie molestujących zboczeńcami i pedałami, albo karała biciem po twarzy.

    Dzieci mówiły, że siostry biły je prawie codziennie, często do krwi. Nazywały „zboczeńcami, małymi gnojkami, debilami, ułomkami”.

    W ośrodku pracowało osiem sióstr, nie było psychologa. Pozostałe siostry podporządkowały się systemowi kar dyrektorki. Dziewczynkom za karę wkładały mydło do ust, wiązały do słupa lub kaloryfera, myły w zimnej wodzie. „Koleżanka przybiegła do mnie – zeznawał jeden z wychowanków. – Miała opuchnięte ręce, siniaki, płakała. Okazało się, że siostra przykuła ją do kaloryfera i zostawiła”.

    „Pamiętam jak dziewczyny zostały przyłapane na paleniu papierosów – mówiła podczas procesu jedna z sióstr. – Siostra Bernadetta mówiła, że są niemoralne, głupie i stoczą się jak rodzice, bo mają to w genach. Wszyscy milczeliśmy. Siostra dyrektor traktowała nas, nie tylko dzieci, z dużym dystansem, oschle. Jej obowiązki powodowały frustracje i agresywne odzwierciedlanie problemów. Zawsze starała się narzucać swoją wolę, nie można się było jej sprzeciwić”.

    Funkcjonariusze przypomnieli sobie w sądzie troje przerażonych dzieci, które siedziały na ławeczce przed pokojem siostry Bernadetty. Okazało się, że czekały na wymierzenie kary. Dzieci dostawały klapsy na gołą pupę za nierówny szlaczek w zeszycie, urwanie guzika, zgubienie skarpetki. Wychowankowie uważali kary za normalne. Zwłaszcza, jeśli do ośrodka trafili jako dwuletnie dzieci bite i maltretowane w domu.

    Prokuratura ustala, że takie zachowanie sióstr miało miejsce już od lat 70.

    Patologia

    Jak podaje strona parafii św. Andrzeja: działalność Sióstr św. Karola Boromeusza w Zabrzu trwa od 1887 r. Siostry opiekowały się chorymi i biednymi z całego miasta, prowadziły przedszkole oraz kursy robót ręcznych dla dziewcząt. W 1893 r. budynek został przeznaczony na „Dom Dziecka” i ta działalność trwa do dziś.

    Rafał, wychowanek sióstr w latach 1974-1991 roku, tak opisuje teraz lata w ośrodku: „Do dziś mam ślad na głowie, od tego jak siostra Monika uderzyła mnie menażką, bo śmialiśmy się podczas obiadu. Miałem 10 lat. Na jadalni musieliśmy być tak cicho, żeby muchy było słychać. Siostra uderzyła nas wszystkich, ale ja zemdlałem i podobno było dużo krwi. Zawiozły mnie do szpitala. Tłumaczyły, że przewróciłem się na rowerze. Lekarz mówił, że to niemożliwe, bo rana jest zbyt głęboka, ale sprawy nie zgłosił. Inne siostry też biły. Wieszkami, menażkami, chochlami do zupy, pasem, trzepaczkami, kluczami, krzesłami. Najgorzej pobiły Adama, bo miał problemy z mową. Biły go prętami po szyi aż pojawiła się krew. Później kazały mówić dzieciom, że się przeziębił i dlatego nie ma go w szkole przez tyle tygodni.

    Siostra Bernadetta była w ośrodku od 1978 roku, w 1994 została dyrektorem. Byłem zdziwiony jak później się zachowywała, bo wcześniej była spokojna i sama bała się siostry dyrektor Scholastyki. Myślę, że od niej przejęła ten system kar. W ośrodku ceniono rygor i dyscyplinę. Jeśli któraś z wychowawczyń była dla dzieci ciepła, przytulała je lub wykazywała większą troskę, była z ośrodka usuwana.

    Nauczycielka muzyki ze szkoły powiedziała, że ja i mój kolega mamy talent. Poprosiła siostry, bym poszedł do szkoły muzycznej. Lubiłem chodzić do szkoły: grałem na waltorni, fortepianie, miałem kolegów. Siostry zgodziły się nawet, abym śpiewał w chórze, ale później mi zabroniły. Nigdy nie wyjaśniały dlaczego.

    Nie narzekam, bo jako jedyny mogłem się rozwijać. Jak dzieci miały zdolności plastyczne, siostry zabraniały im malować. Za wyrwanie kartki w zeszycie były bite, nawet jeśli chciały zapisać swoje myśli. Gorsze od bicia było absolutne posłuszeństwo i brak prywatności. Jak dostałem zegarek od chrzestnej na komunię, to siostry go zabrały i zwróciły po kilku latach.

    Najbardziej nie lubiłem weekendów i świąt. Na święta dostawaliśmy dary z zagranicy. Widzieliśmy te owoce, ale siostry kazały czekać aż ksiądz poświęci, wiec gniły.

    Myliśmy się wszyscy razem. W jednej wannie. Ściągałem majtki, wkładałem takie do kąpieli, na chwilę wchodziłem do wanny, a po mnie te same majtki ubierał inny chłopak i wchodził do tej samej wody. Jak się zagapił, to siostry lały lodowatą wodą. Wycierały nas tym samym ręcznikiem, zmieniały dopiero, gdy woda się z niego lała.

    Budziły nas o 5:30 rano na modlitwę, później śniadanie, szkoła, obiad, odrabianie lekcji. Od 18:00 nie mogliśmy nic pić, jak ktoś był spragniony to próbował z kranu w łazience się napić pod nieuwagę sióstr. Budziły nas o 23:00 i rozkazywały się wysikać, nawet jak nie chciałeś. Najbardziej karane było nasikanie do łóżka. A tam były dzieci z rozbitych rodzin, które dużo przeżyły i często miały kłopoty z moczeniem się.

    Najbardziej jest mi przykro, że siostry kazały mi iść do zawodówki na ślusarza. Nie można było pójść do liceum. Wszystkim wybierały zawód. Mówiły, że jesteśmy upośledzeni. Teraz studiuję pedagogikę. Staram się zrozumieć ich zachowanie i to, dlaczego nikt nie reagował – nauczyciele, lekarze, kuratorium. Przecież dzieci chodziły do szkoły z siniakami, a jak nauczyciel zgłaszał siostrom, że chłopiec był pobity, to tygodniami nie wysyłały go do szkoły.

    To, że ośrodek prowadzony był przez zakonnice uśpiło czujność ludzi. Gdyby nauczycielka wyobraziła sobie, że to jej dziecko jest bite i poniżane, od razu rozpętałaby burzę. Ale dorośli nie myśleli o nas „dzieci” tylko „patologia”.”

    Nie myślę, aby siostra Bernadetta była bardzo religijna. Zresztą my lubiliśmy modlitwy, ale nie było ich dużo.

    Ceniony pedagog

    W trakcie sprawy prokurator Joanna Smorczewska złożyła wniosek do Kongregacji Sióstr Miłosierdzia o odwołanie siostry Bernadetty ze stanowiska dyrektora ośrodka. Na tej podstawie Kongregacja powołała nową dyrektor. Siostra Bernadetta została przeniesiona do Seminarium Duchownego w Opolu.

    Zaledwie kilka lat wcześniej, w 2003 roku siostra Bernadetta otrzymała zabrzańską nagrodę św. Kamila. „Kocham dzieci, serce mi pęka, kiedy widzę, że są opuszczone i smutne, wiem, ile dla nich znaczy uśmiech i ciepłe słowo” – mówiła w wywiadzie dla lokalnej gazety. Z artykułów w zabrzańskiej prasie wynikało, że siostra była cenionym pedagogiem, który poświecił życia dla dobra wychowanków.

    – Do czasu ujawnienia sprawy, z placówki, a także ze szkół, do których chodzą jej podopieczni, nie płynęły niepokojące sygnały, a Agnieszka F. zwana siostrą Bernadettą została nawet wyróżniona przez lokalną społeczność – zapewniał w trakcie procesu rzecznik kuratorium w Katowicach, Piotr Zaczkowski.

    Okazało się też, że do 2007 roku nie było w ośrodku żadnej kontroli z kuratorium.

    Kuratorzy tłumaczyli, że za kontrolę odpowiada tylko zakon. Po sprawdzeniu przepisów, także zapisów konkordatu, prokuratura w Gliwicach potwierdziła, że instytucje świeckie nie mogą ingerować w kontrolę sprawowaną przez zakon nad ośrodkiem.

    Katoliczki i diabeł

    Jednym ze świadków w procesie była nauczycielka Zofia Włodarska ze Szkoły Podstawowej nr 8 w Zabrzu, która jako jedyna zareagowała na prośby wychowanka Pawła, aby zabrać go z ośrodka.

    – Paweł został od nas przeniesiony w 2006 roku ze szkoły nr 13 w Zabrzu. Miał za duże ubranie, był brudny, podenerwowany, dzieci się z niego naśmiewały – opowiada Zofia Włodarska. – Mówił, że siostry zamykają go na noc z dwójką chłopaków, którzy go gwałcą. Powtarzał, że się zabije. Po moim zgłoszeniu został przeniesiony do interwencyjnej placówki wychowawczej – Centrum Wsparcia Kryzysowego Dzieci i Młodzieży. Później okazało się, że wszystko, co mówił było prawdą. Paweł w ciągu następnych kilku lat bardzo się zmienił. Był zadbany, uważny, dzieci go polubiły. To była największa przemiana, jaką do tej pory widziałam.

    Jedna z zabrzańskich nauczycielek opowiada teraz, że – gdy o procesie było już głośno – jej koleżanki z pokoju nauczycielskiego tak komentowały sprawę: „To konflikt wiary. Jestem katoliczką i nie będę donosić na siostry zakonne. Innym też odradzam”.

    „Siostra Bernadetta ma wpływy, była nie do ruszenia przez kilkadziesiąt lat. Na pewno zostanie i dzieci będą miały jeszcze gorzej.”

    „Siostra i tak do więzienia nigdy nie pójdzie. Po co dzieci mają przez to przechodzić.”

    „Nie wiadomo z czym musiały mierzyć się te wychowawczynie. Siostra Bernadetta jest miłą, delikatną osobą. A to są dzieci alkoholików, narkomanów. Przecież w takim dziecku, nawet jak ma trzy lata, może tkwić diabeł.”

    Psychotropy

    Z dokumentacji medycznej Poradni Neurologicznej i Psychologicznej w Zabrzu wynika, że podczas pobytu w Ośrodku Sióstr Boromeuszek Paweł był leczony na zaburzenia zachowania i nadpobudliwość. Siostry podawały mu leki. W 1999 roku doznał zatrucia lekami psychotropowymi i w stanie śpiączki przewieziono go do szpitala. U lekarzy ze szpitala ten fakt nie wzbudził podejrzeń. Siostry nie poinformowały o tym zdarzeniu lekarza, który leczył chłopca w poradni.

    Paweł ma teraz 22 lata, tak opisuje swój pobyt w ośrodku: – Do ośrodka trafiłem po jednej z imprez u rodziców. Miałem 1,5 roku. Siostry mówiły: »twoja stara jest nic nie warta, jesteś debilem, ułomem, gnojem«. Biły za wszystko. Najgorzej jeśli zsikałeś się do łóżka w nocy, albo byłeś głośno. Lubiły bezwzględną ciszę. Czasem prosiły starszych chłopaków o pomoc. »Dajcie im nauczkę” – mówiły. Wtedy prowadzili nas na gwiazdę. Tak mówiliśmy na strych z gwiazdą na podłodze. Chłopcy nas tam rozbierali, bili, do krwi. Siostry patrzyły.

    Każdy był bity, ale jeśli kogoś bito wcześniej w domu, to nawet nie myślał, że to coś złego. Co kilkuletnie dziecko może wiedzieć na temat zła? Czasem siostra Bernadetta tak mnie pobiła, że nie mogłem chodzić do szkoły. Raz wzięła drewniany wieszak. Biła po całym ciele. Już nie pamiętam za co. Ale najgorsze były uderzenia w głowę. Tak jakby chciała dostać się do środka. Musieli mi zszyć rany, wiec siostry wzięły mnie do szpitala i tłumaczyły lekarzowi, że się przewróciłem.

    Pierwszy raz przyszli do mnie w nocy jak miałem sześć lat. Spałem i rozebrał mnie starszy chłopak, kazał mi różne rzeczy zrobić. Od razu powiedziałem siostrze Bernadetcie i bardzo się bałem, bo siostra nie zareagowała. Później zaczęli do mnie przychodzić inni wychowankowie. Pytali czy chłopacy już mi to robili. Powiedzieli, że im też. Nikt się tym nie zajął. Więc zajęliśmy się sobą sami. Siostry musiały reagować na nasze próby samobójcze. Nałykałam się najsilniejszych psychotropów, zadzwoniły po karetkę. W szpitalu mówiły później: „myślał, że to cukierki”. Najdziwniejsze, że ich tłumaczenia nie miały sensu, a wszyscy wierzyli.

    Powiedziałem o gwałtach do nauczycielki. Mówiła, że to sprawdzi. A potem zobaczyłam jak rozmawia z siostrą Bernadettą na zebraniu. Śmiały się, żartowały. Czułem się przyparty do muru. Tak jakbym wybierał między śmiercią a życiem w ośrodku.

    Był taki jeden z braci. Silny. On zmuszał wielu. Siostry zamykały mnie z nim i jego bratem w pokoju na klucz. To jest taki strach, że już nie możesz myśleć ani czuć. Prosiłem siostrę Bernadettę, aby mnie przeniosła, bo mnie dotykają. Teraz myślę tylko, że Pan Bóg ma jej dużo do wybaczenia. Bo tego co się tam wydarzyło nie da się opowiedzieć. Próbuję to ubrać w słowa, ale trzeba przeżyć żeby zrozumieć.

    Myślę, że ludzie widzieli tylko habit, a trzeba widzieć serce. Ona go nie ma. Dla mnie to uosobienie zła. Najbardziej się boję, że takich wychowawców może być więcej.

    Na moje prośby zareagowała dopiero pani Zofia Włodarska, gdy w 2006 roku przeniesiono mnie do szkoły nr 8 w Zabrzu. Uwierzyła mi. Zgłosiła sprawę do prokuratury, zostałem zabrany z ośrodka. Tylko dzięki niej żyję. Pytała jak się czuję, co u mnie. Chwaliła. Chciałbym mieć taką matkę.

    Jak już wyszedłem z ośrodka, to sam o sobie nie myślałem dobrze. W nocy wszystkie historie wracały. Kilka lat temu postanowiłem to zakończyć. Stałem na moście. Zauważył mnie pan, który pomyślał, że chcę skoczyć. Chwycił mocno za rękę. Powiedział „Bóg cię kocha”. Rozpłakałem się i opowiedziałem mu wszystko.

    Tego ośrodka się nie da zapomnieć. Nadal chodzę taki skulony. Na razie pracuję jako ochroniarz i z tego się cieszę. Chciałbym kiedyś założyć rodzinę. Ale chciałbym powiedzieć ludziom, żeby nie mieli dzieci dla zasiłku albo becikowego, bo tacy się tutaj zdarzają. Potem dziecko ma dwa latka i ląduje w takim miejscu jak Ośrodek Sióstr Boromeuszek. Niech rodzice się przejdą po tych ośrodkach, poobserwują. To jest piekło, te dzieci nie chcą żyć.

    Proces

    Przed sądem zeznawało 22 wychowanków. Wszyscy, także dzieci, zeznawali w obecności siostry Bernadetty. Sędzia oddalił wniosek prokuratury, by nie było jej wtedy na sali sądowej. Uznał, że nie miałaby pełnego obrazu swojej sytuacji, co mogłoby naruszyć jej prawo do rzetelnej obrony.

    Biegła psycholog wielokrotnie prosiła o usuniecie pytań adwokatów, którzy zadawali je w zbyt skomplikowany sposób lub sugerowali dzieciom, że siostra dyrektor może jeszcze wrócić do ośrodka. Ale dzieci je już słyszały.

    „Podczas składania zeznań przed sądem u większości pokrzywdzonych widać było wysoki poziom napięcia i lęku, szczególnie w czasie odczytywania im wcześniejszych zeznań – napisała w opinii psycholog. – Niektórym stan emocjonalny nie pozwolił na dalszy udział w czynności procesowej i po potwierdzeniu złożonych wcześniej zeznań przestali odpowiadać na pytania bądź rozpłakali się”.

    Sióstr broniło dwóch adwokatów znanych z najwyższych stawek w Gliwicach.

    Siostra Bernadetta odmówiła składania wyjaśnień i nie przyznała się do winy. Nie skierowano jej na badania psychologiczne, ponieważ nie istniały podejrzenia o niepoczytalności. Jej adwokat nie nawiązywał do żadnych wydarzeń w jej życiu osobistym, które mogłyby tłumaczyć jej okrucieństwo.

    Siostra Bernadetta dwukrotnie odmówiła rozmowy do reportażu. „Proszę niech sprawa Zabrza pozostanie w cieniu. Życzę sukcesów w pracy” – napisała.

    Nieoficjalnie jedna z sióstr Kongregacji Sióstr Miłosierdzia w Trzebnicy mówi mi. – Przez kilkadziesiąt lat wszyscy ją w Zabrzu chwalili – nauczyciele, prasa, urzędnicy. W dzisiejszym świecie każdemu można udowodnić, że jest przestępcą.

    Kontrola

    Po procesie w ośrodku w Zabrzu zmniejszono liczbę wychowanków do 36. Zatrudnionych jest 23 pracowników, z tego siedem to siostry zakonne, reszta to świeccy wychowawcy. Zatrudniono psychologa, przeprowadzono remont, sale dwudziestoosobowe zamieniono na pokoje trzy-, czteroosobowe.

    Anna Wietrzyk, rzecznik kuratorium w Katowicach mówi, że obecnie placówka jest kontrolowana, ale kuratorium nadal odpowiada jedynie za poziom pedagogiczny (czyli może kontrolować, czy dzieci mają warunki do odrabiania lekcji i nauki). Za rozwój i bezpieczeństwo wychowanków nadal odpowiada jedynie Kongregacja Sióstr Miłosierdzia Św. Karola Boromeusza w Trzebnicy.

    Kongregacja Sióstr Miłosierdzia informuje, że ośrodek jest kontrolowany, ale siostry odmawiają rozmowy na ten temat.

    Wyrok

    W 2010 roku Sąd Rejonowy w Zabrzu uznał siostrę Bernadettę i siostrę Franciszkę za winne przemocy psychicznej i fizycznej wobec wychowanków, oraz podżegania do aktów pedofilskich na czterech nieletnich wychowankach i nakłanianie starszych wychowanków do przemocy fizycznej wobec młodszych chłopców.

    Siostra Bernadetta został skazana na dwa lata więzienia w zawieszeniu, natomiast siostra Franciszka – która zdaniem sądu była posłuszna i bezwzględnie przyjęła system kar narzucony przez dyrektor – na osiem miesięcy w zawieszeniu.

    W 2011 roku sąd apelacyjny zaostrzył karę wobec dyrektorki ośrodka. Skazano ją na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności. Uzasadnienie wyroku zostało utajnione.

    8 lipca 2011 siostra Bernadetta miała zgłosić się do aresztu karnego we Wrocławiu. Nie zgłosiła się. Od trzech lat sąd odracza karę po wnioskach siostry, w których powołuje się ona na zły stan zdrowia oraz podeszły wiek (ma 59 lat).

    W lutym siostra Bernadetta złożyła wniosek o warunkowe zawieszenie kary pozbawienia wolności ze względu na podeszły wiek oraz działalność na rzecz Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza. Posiedzenie sądu w tej sprawie odbędzie się 24 kwietnia 2014 roku.

    Pani Agnieszka

    Tomasz i jego kuzyn Łukasz od 2008 roku przebywają w więzieniu. Z ekspertyz psychologa wynika, że Tomasz nie ma zaburzeń pedofilnych. Boi się natomiast dorosłych kobiet. Według psychologa jego zachowanie prawdopodobnie ukształtował pobyt w ośrodku, szczególnie molestowanie przez starszych wychowanków, gdy był małym dzieckiem.

    Świadek obecny na obu procesach: – Zastanowiło mnie, że siostra ani przez chwilę nie pokazała, że żal jej chłopców. Podczas całego procesu była bardzo spokojna. Mówiła, że dzieci są złe, upośledzone i nie należy im wierzyć. Jedyne uczucia pokazała, gdy prokurator powiedziała do niej imieniem z dowodu „Pani Agnieszko”. Zaczerwieniła się ze złości, krzyczała, by nazywać ją „siostrą dyrektor Bernadettą”.

    http://justynakopinska.pl/instalator/wordpress/?page_id=33

    #neuropa #4konserwy #polska #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: kkpp.blox.pl

  •  

    Ciągle, ciągle muszę chodzić ulicami i sprzeczać się z tym czymś we mnie.

    Wczoraj obejrzałem film M - Morderca z 1931 i jestem pod mega wrażeniem, nie znam się na filmach ale ten był naprawdę super. Przedstawia historię śledztwa w sprawie Wampira z Düsseldorfu. Podchodziłem kilka razy do filmów z okresu międzywojennego ale jednak upływ czasu sprawiał, że nie trafiały do mnie a ten wbił mnie w fotel. Ujęcia zapadają w pamięci a ostatnia przemowa mordercy przeraża i szokuje. Czy możemy go żałować jako mordercę? Nie. A jako człowieka który nie kontroluje tego co robi? Chciałem się z Wami podzielić:) Znacie podobne filmy?

    #film #filmy #kryminalistyka #seryjnimordercy #przemyslenia #kino
    pokaż całość

  •  

    Dzisiaj o 20.00 na tvp kultura film M - Morderca o śledztwie w sprawie wampira z Dusseldorfu. Nie oglądałem ale oceny ma super.
    #film #kryminalistyka #seryjnimordercy

  •  

    Pedro Lopez

    Pedro Lopez jest kolejnym seryjnym mordercą, którego matka była prostytutką.
    Wiekszość seryjnych morderców ma jakąś obsesję na punkcie swoich matek. Owe matki najczęściej nie są wzorowymi matkami. Wspólnym pierwiastkiem wydaje się być element seksualny. Matki te albo prowokowały swoim wyglądem, albo miały dużą ilość partnerów, o których syn doskonale wiedział. Oczywiście, dzieci prostytutek mają znacznie większe szanse by to wszystko zauważyć, by być bardziej podatnymi na tego typu zachowania.


    Pedro Alonzo Lopez urodził się w kolumbijskim miasteczku Tolmia, w 1949 roku. W tamtych czasach Kolumbia była ostatnim miejscem w którym ktokolwiek chciałby przyjść na świat. W kraju tym trwała wojna domowa, w której zgineło około 200 000 ludzi.
    Lopez był synem biednej prostytutki, był siódmym z trzynaściorga rodzeństwa. Dzieciństwo spędzone w takich warunkach na pewno nie nalezało do udanych i radosnych. Jego matka była dominującą kobietą, trzymała swoje dzieci krótko. Mimo wszystko, w domu Lopeza było lepiej niż w innych domach.
    W 1957 roku, ośmioletni Pedro został przyłapany przez swoją matkę podczas stosunku seksualnego ze swoją młodszą siostrą. Od tej pory musiał żyć na ulicy. Nie mógł wrócić do domu. Przyszłość wyglądała ponuro. Jednak po pewnym czasie jakiś mężczyzna zaoferował Lopezowi mieszkanie i wyżywienie. Pedro nie mógł uwierzyć w swe szczęście. Zamiast do domu, nieznajomy mężczyzna zabrał chłopca na jakąś opuszczoną budowę. Tam odbył z nim kilkakrotnie stosunek seksualny, nastepnie zostawił go tak jak znalazł, na ulicy.
    Ta przygoda ze starszym mężczyzną wywołała u Pedra obawę przez obcymi. Sypiał w ciemnych zaułkach, nocami wyruszał na poszukiwania jedzenia. Żył tak prawie rok. W końcu zdobył się na opuszczenie miasteczka. Jego podróż zakończyła się w Bogocie. Po kilku dniach żebrania o jedzenie, chłopcem zainteresowała się pewna amerykańska para. Przynosili mu ciepłe pożywienie, wreszcie zaproponowali wspólne mieszkanie. Pedro przyjął ich propozycję. Dostał swój pokój z biurkiem, został nawet zapisany do szkoły dla sierot.

    > Więzienie

    Mimo całego szcześcia jakie dopisywało chłopcu, jego dobra sytuacja nie miała trwać wiecznie. W 1963 roku, gdy Pedro miał 12 lat, jego nauczycielka zaczęła go molestować seksualnie. Pedro zapomniał już o swoich obawach wobec dorosłych, jednak teraz wszystko to powróciło. Teraz towarzyszył temu również gniew. Własnie w przypływie gniewu ukradł w szkole pieniadze i uciekł z domu.
    Wojna domowa się skończyła. Kończyła sie tez zimna wojna. Zmieniły sie rządy i znów uruchamiano zatrzymane fabryki. Jednak Pedro nigdy nie otrzymał jakiegokolwiek wykształcenia. Kolejne sześć lat spedził na ulicach, prosząc o jedzenie i dokonując drobnych kradzieży.
    Jako nastolatek zaczął kraść samochody. Miał niewiele do stracenia, a lokalne gangi dobrze płaciły za taka robotę. Stał się doskonałym złodziejem samochodów.
    Pomimo swojego sprytu, w 1969 roku Pedro został złapany właśnie na kradzieży samochodu. Został skazany na 7 lat więzienia. Już dwa dni po rozpoczęciu kary, został brutalnie zgwałcony przez czterech starszych więźniów. Pedro obiecał sobie, że już nigdy nikt go nie dotknie. Sprawił sobie nóż. Przez nastepne cztery tygodnie szukał okazji i zabił tych czterech więźniów którzy go zgwałcili. Władze więzienia uznały, że Pedro działał w obronie własnej i dołożyły tylko dwa lata do wyroku.
    Czas spędzony w więzieniu, w polaczeniu ze wszystkim czego doświadczył wcześniej, spowodował niepowetowane straty w umyśle tego biednego chłopaka. Wszystko czego doświadczył od swojej matki spowodowało, że teraz bał się kobiet. Jakikolwiek związek z nimi uważał za niepraktyczny, wszystkie swoje pragnienia zaspokajał przy pomocy pism pornograficznych. Pedro uważał, że całe zło jakie go spotkało było zasługą jego matki.

    > Aresztowanie

    Pedro wyszedł z więzienia w 1978 roku. Dużo podróżował po Peru. Wtedy też zaczęły się morderstwa młodych dziewcząt. Gdy próbował porwać dziewięcioletnią Indiankę, został złapany przez jej współplemieńców. Torturowano go przez wiele godzin, następnie postanowiono pochować go żywcem. Jednak szczęście dopisało rownież i teraz. Nie wiadomo skąd pojawił się jakiś misjonarz i przekonał Indian, że morderstwo nie spodobałoby się Bogu, i że powinni oddać Lopeza odpowiednim władzom. Indianie, co prawda niechetnie, posłuchali rady misjonarza. Władze Preu deportowały Lopeza do Ekwadoru.
    Pedro zaczął podróżować po Ekwadorze. Często też bywał w Kolumbii. W okolicy szybko zaczęto notować zaginięcia młodych dziewcząt, jednak władze zignorowały te informacje. Wiekszość owych dziewcząt należała do różnych dziwnych zwiazków.
    W marcu 1980 roku, mała powódź w mieście Ambato odkryła ciała czterech dziewczynek, które niedawno zagineły. Mimo trudności z okresleniem przyczyny smierci, władze uznały, że było w tym coś podejrzanego.
    Kilka dni po powodzi, pewien mieszkaniec miasteczka, który robił zakupy ze swoją dwunastoletnią córką, zauważył jak jakiś obcy mężczyzna próbuje porwać jego dziecko. Natychmiast zaczął wzywać pomoc. Mężczyźnie nie udało się uciec. Został aresztowany.
    Podczas eskortowania na komisariat, Pedro zachowywał się niespokojnie. Sprawiał wrażenie szaleńca.

    > Niewiarygodne zeznania

    W komisariacie Pedro odmówił składania zeznań. Władze uznały, że trzeba podstępu by aresztowany zaczął mówić. Postanowiono zamknąć go w celi z pewnym duchownym, ojcem Cordoba Gudino. Jego zadanie polegało na zdobyciu zaufania i wypytanie o szczegóły przestępstwa.
    Milczenie nie trwało długo. Już następnego dnia Pedro zaczął opowiadać księdzu szczegóły niesłychanych zbrodni jakie popełnił. Spowiedź ta bardzo wzburzyła księdza, poprosił o opuszczenie celi. Następnie przeczytano Lopezowi wszystko to, co w celi opowiedział księdzu. Dopiero wtedy się poddał.
    Pedro powiedział, że zamordował przynajmniej 110 kobiet w Ekwadorze, około 100 w Kolumbii, oraz sporo ponad 100 w Peru. Powiedział też, że lubi dziewczęta z Ekwadoru. Są bardziej łagodne i ufne, wydają się też bardziej niewinne. Nie są tak podejżliwe wobec obcych jak kolumbijskie dziewczęta. Za owe morderstwa Pedro winił swoje trudne dzieciństwo i życie, oraz samotność. 'Straciłem swoją niewinność w wieku ośmiu lat. Postanowiłem zrobić to samo tylu dziewczętom ilu zdołam.' Zawsze też wybierał swoje ofiary za dnia. Nie chciał by zmrok ukrył przed nim widok ich agoni. Wyjaśnił również, że najpierw gwałcił ofiarę, następnie dusił ją patrząc jej głęboko w oczy. Gdy widział jak w ich oczach znikają ostatnie resztki życia odczuwał głęboką przyjemność oraz podniecenie seksualne. Nawet gdy umarły były jeszcze przydatne. Często robił przyjęcia, w których uczestniczyły ciała martwych dziewczynek. Sadzał je i rozmawiał z nimi.
    Policjanci na początku nie chcieli wierzyć zeznaniom Loepza. Pedro zgodził się nawet pokazać im kilka gróbów. Wkrótce jednak policjanci musieli zacząć wierzyć Lopezowi. Pedro pokazał im groby 53 dziewczynek w wieku od 8 do 12 lat. Nastepnego dnia wskazał miejsca spoczynku kolejnych 28 ofiar. Więcej ciał nie znaleziono, jednak ciała te mogły rozgrzebać zwierzęta, zabrać ze sobą powodzie itp.
    Po kilku dniach Pedro Lopez został oskarżony o popełnienie 57 morderstw. Liczba ta wzrosła do 110. Dyrektor więzienia, Victor Lascano stwierdził, że nie ma podstaw by nie wierzyć zeznaniom Lopeza, gdy znajduje się potwierdzenie chociażby części owych zeznań. Lascano ocenia także, że zamordowanych kobiet z pewnością było ponad 300.
    Niestety nie ma żadnych informacji o przebiegu krótkiej rozprawy, jednak pod koniec 1980 roku Pedro Lopez został skazany na dożywocie.

    > Wywiad

    W styczniu 1999 roku Pedro udzielił jedynego wywiadu. Oto fragmenty.

    'Jestem człowiekiem stulecia. Nikt nigdy o mnie nie zapomni. Polowałem na moje ofary całymi dniami. Szukałem dziewcząt w których spojrzeniu była niewinność i piękno. To były dobre dziewczęta. Pomagały swoim matkom. Chodziłem za nimi kilka dni, czekałem aż zostana same. Dawałem im jakieś prezenty, np. małe lusterko. Potem zabierałem je na skraj miasta, obiecując prezent dla ich matek.'
    'Zabierałem je do tajnych kryjówek, w których przygotowane były już ich groby. Czasem były tam też ciała poprzednich dziewcząt. Związywałem je, gwałciłem przy wschodzie słońca. Przy pierwszym blasku słońca dostawałem wytrysku. Chwytając za gardło zmuszałem je do uprawiania seksu. Gdy słońce całkowicie wzeszło zaczynałem je dusić.'
    'Wtedy tylko było dobrze gdy widziałęm ich oczy. W nocy bym tego nie zobaczył. Musiałem to robić przy swietle dziennym. To były fantastyczne chwile, gdy trzymałem dłonie na szyjach tych młodych kobiet. Zaglądałem im głęboko w oczy, widziałem iskry które powoli znikały. Tylko ktoś kto naprawdę zabił wieco mam na myśli.'
    'Gdy wyjdę na wolność znów poczuję to samo. Wszystko trwało od 5 do 15 minut. Byłem bardzo dokładny. Długo upewniałem się, że na pewno są martwe. Przykładałem lusterko by sprawdzić czy oddychają. Czasami musiałem je zabić ponownie.'
    'Nigdy nie krzyczały, ponieważ nie spodziewały się niczego złego. Były takie niewinne. Moje małe przyjaciółki lubiły towarzystwo. Często kładłem po kilka ciał obok siebie. Ale po chwili czułem się znudzony, one się nie ruszały. Więc szukałem kolejnych dziewcząt.'


    Pedro Lopez odsiaduje karę w więzieniu w Ekwadorze. Możliwe, że będzie mógł złożyć wniosek o przedterminowe zwolnienie. Jeśli uda mu się opuscić więzienie, czekają na niego kolejne procesy w Kolumbii i Peru.

    #mordercy #kryminalistyka
    #seryjnimordercy

    http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy&dane=LopezPedro.htm
    pokaż całość

    źródło: fthmb.tqn.com

    •  

      @mt5114: bo sie czepiasz ze ktos skopiowal z internetu.

    •  

      Ej na wikipedii znalazłem coś takiego:
      W 1980 roku sąd uznał go za winnego wielokrotnych morderstw i skazał go na karę dożywotnego pozbawienia wolności[1]. W 1994 roku został zwolniony i deportowany do Kolumbii. Ponownie podjął próbę morderstwa, został aresztowany i uznany za chorego psychicznie. W 1998 roku uznano go za zdrowego psychicznie i zwolniono z więzienia[2]. Obecnie López jest poszukiwany przez Interpol.

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    To zdjęcie przedstawia urodzoną 28 lutego 1969 roku Tarę Calico. Urodziła się w Belen (stan Nowy Meksyk) niedaleko znanego miasta Alboquerque. Jej matka po pewnym czasie rozstała się z jej ojcem i poślubiła Johna Doela (pracownik kolei), który bardzo angażował się w rolę ojczyma czwórki jej dzieci. Calico była bardzo ambitną i upartą dziewczyną, osiągała wszystkie swoje cele. Miała niesamowicie urozmaicone i zorganizowane życie. Studiowała kierunek pokrewny psychologii/psychiatrii na University of New Mexico i pracowała w lokalnym banku. Uwielbiała jazdę na rowerze i tenisa.
    Codziennie pokonywała 36-milową (58 km) trasę wzdłuż torów kolejowych i drogi nr 47. Początkowo przebywała ją z rodzicielką, lecz ta zauważyła, że śledzi je motocyklista. Poczuła w związku z tym duży dyskomfort i zaprzestała wycieczek. Tara traktowała pobłażliwie jej wielokrotne prośby o uzbrojenie, chociażby w gaz pieprzowy, była pewna siebie, szczególnie dlatego, że budziła ogromne zainteresowanie płci męskiej z powodu swej niesamowitej urody i silnego charakteru.

    Zaginięcie.
    20 września 1988 roku wówczas dziewiętnastoletnia Tara Calico jak co dzień wybrała się około godziny 9:30 na przejażdżkę rowerem matki (był różowy i miał żółte okablowanie, a więc był charakterystyczny). Przed wyjazdem oznajmiła, że gdy nie zjawi się do południa (12:00) - powinni ją zawołać i poszukać.
    Jedna z teorii podnosi, że dziewczyna przeczuwała to, co się stanie i dlatego wydała polecenie matce. Druga jednak mówi o tym, że była osobą, która miała zorganizowany cały dzień (o 12:30 miała grać w tenisa ze swoim chłopakiem, a o 16:00 miała rozpocząć zajęcia), wiadome jest, że nie chciała więc zatracić się w jeździe i muzyce.

    Poszukiwania i tajemnicze fotografie.
    O 12:05 matka zaczęła jej szukać i od razu wyczuła, że stało się coś złego. Po chwili zawiadomiła policję. Znalazło się 7 świadków, dziewczyna była widziana po raz ostatni o 11:45 zaledwie 2 mile(+/- 3,5 km od domu, mapka. Zauważono, że wyraźnie śledził ją biały/szary pick-up (Ford F100, model z lat 50), który był zmodyfikowany (a więc dosyć charakterystyczny).

    Podczas poszukiwań znaleziono w odległości 3 mil (5 km) od domu kasetę zespołu Boston, którą dziewczyna aktualnie miała w walkmanie i ślady szarpaniny, roweru nigdy nie znaleziono.
    W dalszych poszukiwaniach znaleziono również części jej walkmana 18 mil (29 km) na wschód od autostrady, dziewczyna nigdy nie zapuszczała się w te okolice, mapka. Matka uważała, że jest to ślad celowo pozostawiony przez nią podczas porwania. Policja początkowo przypuszczała, że dziewczyna uciekła z domu, lecz nie wzięła ze sobą niczego oprócz rzeczy, które brała ze sobą tylko na przejażdżki (walkman i słuchawki).

    Do czerwca 1989 roku śledztwo było martwe mimo ogromnego zaangażowania rodziny i znajomych w poszukiwania. Wtedy w Port St. Joe we Florydzie (1600 mil/2575 km dalej!) przypadkowa kobieta zaparkowała pod sklepem przy białym vanie (Toyota), w którym za kierownicą siedział około 40-letni mężczyzna z wąsem. Gdy wyszła - samochodu nie było, a znaleziono celowo porzucony/zgubiony (?) polaroid. To, co na nim zobaczyła ogromnie nią wstrząsnęło i od razu zawiadomiła policję. Na zdjęciu ujrzała dwójkę dzieci, były związane i miały zaklejone buzie taśmą izolacyjną. Po dotarciu zdjęcia do matki ta natychmiast rozpoznała w dziewczynie swoją córkę (m.in. poprzez charakterystyczną bliznę na nodze). Policja jednak nie była w stanie tego stwierdzić na podstawie zdjęć ofiary, które zostały dostarczone (m.in. owal twarzy, który mógł ulec zmianie przez to, że dziewczyna schudła), ostatecznie potwierdzono, że jest to Tara.
    Na zdjęciu obok niej leży książka jednego z jej ulubionych autorów (tematyka podobna do książek Sołżenicyna), nie był to jednak jej egzemplarz. Zapisany na niej był numer telefonu, jednak jakość zdjęcia jest na tyle zła i jest napisany na tyle niewyraźnie, że dopasowano >300 pozycji, tylko 57 z nich było działających, lecz nic to nie dało.
    Drugą sprawą do rozwikłania było to, kim jest chłopiec obok. Tożsamość szybko dopasowano do Michaela Henleya, który również zaginął w okolicy w tym samym roku. Michael był wtedy z rodziną na wycieczce w górach i wymknął się w środku nocy, podczas której była śnieżyca, więc rodzina nie mogła trafić na żadne ślady. Dziecko również rozpoznano.
    Obydwie rodziny udały się więc do miejsca znalezienia fotografii, by zobaczyć oryginał. Zdjęcie zbadano również pod kątem tego, gdzie mogło zostać zrobione i stwierdzono, że prawdopodobnie jest to wnętrze Toyoty (był to dostawczak). Obydwie rodziny zjednoczyły się i pocieszały, a poszukiwania rozszerzono na teren całego kraju. Znaleźli się też nowi świadkowie, którzy mieli widzieć Calico na plaży w Port St. Joe. Podobno wykonywała wtedy posłusznie polecenia niezidentyfikowanych mężczyzn. Dziewczyna miała wyglądać jak ta ze zdjęcia, jednak świadek nie potwierdził, że to Tara.

    We wrześniu 1989 roku obok placu budowy w Kalifornii znaleziono koleiny polaroid, na którym była dziewczyna z ustami zaklejonymi taśmą. Zdjęcie przedstawiało dziewczynę z pierwszej fotografii w identycznych warunkach (ta sama pościel) i skrępowaną w tej samej pozycji, tym razem nagą. Tym razem bez chłopca. Ten polaroid nie ujrzał nigdy światła dziennego (są spekulacje i rzekoma fotografia, ale nie jest to potwierdzone oficjalnie).

    W lutym 1990 roku znaleziono trzeci polaroid (również nieupubliczniony). Widnieje na nim dziewczyna bardzo podobna do poprzedniej dziewczyny/Tary. Ma na nim okulary z ciemnymi oprawkami i siedzi obok mężczyzny (brak identyfikacji) w pociągu.

    pokaż spoiler *Oba polaroidy, które rzekomo są prawdziwe wstawię w komentarzach.


    Chłopiec.
    W tym samym roku połączona sprawa Michaela Henleya została rozwiązana. Znaleziono szczątki chłopca (6-7 mil od miejsca jego zaginięcia, 75 mil od miejsca zaginięcia Tary). Okazało się, że cała sytuacja była nieszczęśliwym wypadkiem. Chłopiec zginął podczas śnieżycy. Próbował się schować, niestety, zmarł felernej nocy poprzez zamarźnięcie. Wyklucza się więc morderstwo i podrzucenie zwłok.
    Nadal pozostawała kwestia dziecka, którego później nikt nigdy oficjalnie nie rozpoznał (później dopasowano do niego zaginionego chłopca).

    Rodzice Tary jednak stale twierdzili, że na zdjęciu jest ona i ani na chwilę się nie zawahali.

    Dalsze losy rodziny i śledztwa.
    Obydwoje rodziców zmarło nie znając odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z córką. Do dziś ojczym i rodzeństwo Tary szukają rozwikłania zagadki. Dlaczego?
    W 2008 roku szeryf Rene Riviera z miejsca zaginięcia stwierdził, że wie, co się stało z Tarą. Mimo tego, że nie wie, kim są te dzieci i ich nie znał - twierdzi, że jest pewny co się stało 20 września 1989 roku.
    Uważa, że wtedy dwóch nastolatków śledziło dziewczynę Fordem i niechcący ją uderzyło. Groziła zawiadomieniem policji, w wyniku tego mieli ją zabić i zabrać rower. Ciało i rower miały zostać ukryte z pomocą ich rodziców. Twierdzi również, że zna ich nazwiska, ale ich nie ujawni, bo nie ma dowodów.
    Oczywiście ojczym nie wierzy w opowiastkę szeryfa i twierdzi, że prawdziwa jest wersja oficjalna.
    W czerwcu 2009 roku, po niemal równych 20 latach od znalezienia pierwszej fotografii wyciekło ksero zdjęcia chłopca, którego usta dodatkowo są zamazane markerem. Zostało wysłane do lokalnej gazety i policji w Port St. Joe (miejsce pierwszej fotografii). Nadawca nie był znany, stempel na liście wskazywał na Alboquerque. Nie zapominajmy, że dalej otwarta była sprawa chłopca, kolejna teoria mówi, że to David Borer, który zaginął 25 kwietnia 1988 roku na Alasce (jest bardzo podobny).
    W 2013 roku otworzono sprawę na nowo i pracuje nad nią 6-osobowy zespół.

    Teorie spiskowe.
    Na ten temat podczas 30 lat poszukiwania powstało wiele teorii spiskowych, ponieważ sprawa jest bardzo głośna dotąd, zwłaszcza że 5 lat temu otworzono ją na nowo.
    1. Wypadek samochodowy, w którym Tara zginęła i jej ciało wraz z rowerem ukryto pod wpływem paniki z powodu konsekwencji (teoria szeryfa).
    2. Tara została porwana, zdjęcia są prawdziwe i prawie 50-letnia kobieta nadal żyje (bądź nie) i została ofiarą pedofilii/handlu ludźmi.
    3. Dokument, który pojawił się na reddicie z 2010/2011 roku zawierający ponad 20 stron stworzony przez człowieka, który postanowił dogłębnie zbadać sprawę i próbował przesłuchiwać świadków. Rzekomo lokalne służby próbowały go uciszyć. Ludzie z reddita wiążą to z wypowiedzią szeryfa i twierdzą, że władze mogły pomóc ukryć zbrodnię. Jest także plotka krążąca po internecie, że wszyscy świadkowie mogący cokolwiek wiedzieć w ciągu roku tajemniczo zniknęli.
    4. Ktoś postanowił zrobić zdjęcie swoim dzieciom, ale nie chciał się do tego przyznać, bo boi się odebrania praw rodzicielskich. Marylin Manson przyznał się, że robił wielokrotnie tego typu dowcipy. Badania jednak dowodzą, że film, na którym zrobiono zdjęcie był jednak sprzedawany od maja 1989 roku, więc w grę nie wchodził niesmaczny żart sprzed lat.
    5. Koleżanka dziewczyny z liceum ma swoją teorię i zamierza nagrać film dokumentalny (pomaga jej znany z serialu "Breaking Bad" aktor RJ Mitte). Prowadzi również stronę taracalico.com, na której jest napisane, że na iTunes dostępny jest podcast, ja niestety nie mam do niego dostępu.

    Podałam tylko te najbardziej znane i ogólne, jeśli kogoś to ciekawi to zapraszam na reddit, są tam podejmowane kwestie tak banalnych rzeczy jak model papierośnicy lub puszka Sprite na rzekomym zdjęciu z pociągu.

    O ile Tara żyje, ma dzisiaj 49 lat.

    pokaż spoiler Źródła: Podcast Jaśmin z kanału stanowo.com
    reddit.com/r/UnresolvedMysteries
    Vanished: the Tara Calico Investigation
    Oficjalny raport policyjny w związku ze sprawą.
    Ogromne podziękowania dla @IgorK: za konsultację.


    #gruparatowaniapoziomu #historia #historiajednejfotografii #kryminalistyka #usa #zaginieni
    pokaż całość

    źródło: static.awm.com

  •  

    Niemcy. 19-letni Afgańczyk Ahmet R. stwierdza, że jednak nie chce być inżynierem. Postanawia wyjść na ulice Bergisch Gladbach i pobić przypadkową osobę, aby zaimponować kolegom. Bynajmniej też nie inżynierom, prawnikom czy lekarzom. Natrafia na 40-letniego Thomasa i rusza do ataku. Już po pierwszym silnym ciosie Thomas upada. Ahmet łamie mu podstawę czaszki. Podczas gdy niewinny mężczyzna walczy o życie w klinice w Kolonii-Merheim, nastoletni imigrant oraz jego koledzy idą świętować pobicie. Następnego dnia Thomas w wyniku odniesionych obrażeń, umiera. Zostawia żonę i dwójkę dzieci w wieku 9 i 13 lat.

    Sprawca trafił przed sąd - dla nieletnich. Za pobicie człowieka na śmierć dla szpanu niemiecka prokuratura żądała dwóch lat i ośmiu miesięcy więzienia. Mało? Sędzia Ulrike Grave-Herkenrath stwierdziła, że to i tak za dużo. Zwróciła uwagę na "negatywne skutki pobytu w więzieniu". Tłumaczyła, że "być może istnieją oczekiwania, że sprawca powinien cierpieć, jak cierpią poszkodowani, ale nie jest to główny cel postępowania karnego" i dała mu zawiasy. Ma odpracować 10 godzin prac społecznych tygodniowo i pójść na zajęcia radzenia sobie z agresją.

    Źródła:
    niemieckie:
    https://www.focus.de/regional/koeln/koeln-darum-verschont-koelner-richterin-den-jungen-schlaeger_id_9059737.html
    polskie:
    https://www.wp.pl/?paid=6261311389771393&service=wiadomosci.wp.pl
    https://www.tvp.info/37587388/ahmet-r-pobil-czlowieka-na-smierc-sad-skazal-go-na-trening-radzenia-sobie-z-agresja

    #swiat #niemcy #bekazlewactwa #przestepczosc #kryminalistyka #islam #europa #neuropa #4konserwy
    pokaż całość

  •  

    Policjanci szukają wskazówek w mieszkaniu mężczyzny, który powiesił się (albo został powieszony) podczas sesji BDSM, Los Angeles 1952 rok.

    Artykuł
    Książka

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #usa #kryminalistyka #nsfw #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: ....jpg 18+

  •  

    Dzisiaj jest ważny dzień dla polskiej kryminalistyki. Po 20 latach ruszyło w końcu śledztwo w sprawie brutalnie zamordowanej w 1998 roku 17-letniej Iwony Cygan. Od razu zaznaczam, że tekst nie jest mój (wiedziałam o tym, że śledztwo jest wznawiane), niestety nie miałam czasu o tym napisać i nie czułam też potrzeby. Jaki był powód? Jeden z użytkowników wykopu - @maxciekpl wrzuca odcinki MK 997 w którym wszystko zostało dokładnie opisane.
    W ramach uzupełnienia dodaję również link do newsbook.pl w którym opisana jest sprawa Tadeusza Draba, człowieka który głośno mówił o tym, kto popełnił zbrodnię. Jako jeden z kilku osób został brutalnie "uciszony".
    #historiabezcenzury #polscymordercy #kryminalistyka również #gruparatowaniapoziomu, lecz nie ja jestem w tym momencie autorem.
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Dwaj byli ochroniarze twórcy Biedronki zostali wczoraj oskarżeni o porwanie i pomocnictwo do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.

    Dziś nie każdy to pamięta. Najsłynniejszą sieć handlową w Polsce zakładał znany, kontrowersyjny biznesmen Mariusz Świtalski. „Karierę” rozpoczynał od kradzieży i włamań do sklepów. Po wyjściu z więzienia założył swoje. Majątek zbił na przekształceniu Elektromisu (uwikłanego w sprawy o niepłacenie podatków, omijanie cła, fikcyjne umowy itd.) w największą w Polsce sieć hurtowni spożywczych Eurocash. Sprzedaną później Jeronimo Martins. W 1998 r. Portugalczycy odkupili od niego kolejny biznes, czyli Biedronkę, liczącą wówczas ponad 240 sklepów.

    Co to wszystko ma wspólnego ze słynnym zabójstwem dziennikarza Jarosława Ziętary? Motywem zbrodni dokonanej w 1992 r. była "praca Jarosława Ziętary jako dziennikarza i jego zawodowe zainteresowania dotyczące afer gospodarczych, w których dochodziło do wzajemnego przenikania się świata przestępczego ze światem biznesu oraz polityki." Jedną z takich afer były nielegalne interesy Świtalskiego i innego poznańskiego biznesmena Aleksandra Gawronika. Od kilku lat toczy się już proces Gawronika, który według prokuratury miał nakłaniać ochroniarzy Elektromisu do zamordowania dziennikarza.

    Jeden z oskarżonych właśnie o zabójstwo ochroniarzy (były milicjant PRL) został potem biznesmenem, pracował w spółkach związanych ze Świtalskim, drugi - gdy do Polski przyjechali przedstawiciele portugalskiego koncernu Jeronimo Martins, by kupić od Świtalskiego sieć Biedronek, był ich ochroniarzem. Kiedy Portugalczycy kupili sieć Biedronka, przeszedł do nich do pracy, a po kilku latach został szefem ochrony całej sieci. Prokuratora interesowała się "ochroniarzami" od dawna, a zatrzymała ich po raz pierwszy w 2014 r., ale "wycofał się" wówczas świadek koronny.

    Czy właściciele Biedronki wiedzieli o kontrowersjach związanych z ich "ochroniarzem"? Na pewno wiedział o nich twórca sukcesu Biedronki, jej pierwszy portugalski szef. Co ciekawe, niemal w tajemnicy, niedługo po pierwszym zatrzymaniu domniemanych zabójców Ziętary, dostał Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi za - cytując Kancelarię Prezydenta: "wkład w rozwój gospodarczy Polski, tworzenie miejsc pracy, zaangażowanie firmy w działalność społeczną i charytatywną oraz znaczący wkład w rozwój stosunków handlowych między Polską a Portugalią". Uroczystość w MSZ miała „charakter kameralny i prywatny”. Publiczne wręczanie orderu osobie, tworzącej sukces firmy, której wypominano wyzysk pracowników oraz polskich firm, do jakiego dochodziło za jego rządów w dyskoncie, uznano bowiem wówczas za nieco niezręczne...

    https://www.wykop.pl/link/4349651/co-zabojcy-zietary-maja-wspolnego-z-biedronka/

    #afera #kryminalistyka #kryminalne #zietara #biznes #ekonomia
    pokaż całość

  •  

    Słynna na cały świat sprawa Karli Homolki i Paula Bernardo wciąż jest tematem do dyskusji o tym, jak bardzo można kogoś zmanipulować i co jesteśmy w stanie zrobić, gdy nam na kimś zależy.
    Nie ma wątpliwości co do winy Paula Bernardo. Zbrodnie, jakie popełnił zafundowały mu życie w więzieniu. Inaczej sprawa wygląda w przypadku jego żony i partnerki w zbrodni - Karli. Ją wymiar sprawiedliwości potraktował lżej, wierząc, że była poniekąd również ofiarą Paula.
    Rodzina Paula nie należała do szczęśliwych. Jego ojciec został oskarżony o molestowanie siostry Paula i skazany na karę więzienia. Jego matka popadła w depresję i prawie nie wychodziła z piwnicy ich domu w Toronto. Małego Paula zdawało się to w ogóle nie dotyczyć, zawsze chodził uśmiechnięty i radosny. Jednak, gdy miał 16 lat niespodziewanie spadła na niego informacja, która dotknęła go bardziej, niż przestępstwa jego ojca. Matka Paula przyznała, że był on owocem romansu i mężczyzna, którego uważał za swojego ojca wcale nim nie jest. Paul załamał się i wyzywał swoją matkę od ulicznic. Możliwe, że właśnie to wydarzenie wpłynęło na to, jak zaczął traktować kobiety. Dziewczyny, z którymi się umawiał odwracały się od niego, gdyż stosował wobec nich przemoc i nakłaniał je do brutalnego seksu, na punkcie którego miał obsesję. W latach 1987 - 1990 popełnił co najmniej 15 gwałtów w dzielnicy Toronto, Scarborough. Ofiary miały od 15 do 22 lat i pomimo, iż wiele z nich podało bardzo dokładny rysopis gwałciciela, przez długi czas nie podano jego rysopisu do wiadomości publicznej. Po kilku doniesieniach, że to Paul może być odpowiedzialny za napaści, Bernardo został przesłuchany i wypuszczony, gdyż śledczy nie mogli uwierzyć, aby taki przystojny młody mężczyzna mógł dokonać tak strasznych czynów. Bernardo atakował zwykle kobiety wracające samotnie do domu. Raz śledził młodą kobietę i włamał się do jej domu, jednak został wystraszony przez matkę ofiary. Za tę napaść skazano niesłusznie innego mężczyznę, który na wolność wyszedł dopiero w 2006 roku.
    W 1987 roku poznał Karlę Homolkę, młodą pracownicę gabinetu weterynaryjnego, która zakochała się w nim bez pamięci. Paul był przystojny, dobrze zarabiał i sprawiał pozytywne wrażenie. W odróżnieniu od innych dziewczyn Paula, Karli podobała się jego sadystyczna strona i podsycała jego zainteresowanie brutalnym seksem. Para pobrała się w 1991 roku, Karla nie miała nawet nic przeciwko, gdy Paul wyznał jej, że jest poszukiwanym w Scarborough gwałcicielem.
    Paul był świetnym manipulatorem. Szybko zdobył sympatię rodziców Karli i spędzał z nimi dużo czasu. Sprawiał wrażenie dobrze ułożonego młodego człowieka z dobra pracą. Ukrywał przez wszystkimi jednak, że pracę dawno stracił i zarabiał na życie przerzucając papierosy przez kanadyjsko-amerykańską granicę. Po wydaniu głośnej książki Breta Eastona Ellisa "American Psycho" w 1991 roku wpadł w obsesję na jej punkcie i czytał ja w kółko, jak Biblię (wyobrażał sobie pewnie, że ma tyle klasy i jest tak wspaniały, jak sam Patrick Bateman).
    Paul nie był jednak zadowolony, że nie był pierwszy partnerem seksualnym Karli. Zdradzał niezdrowe zainteresowanie młodszą siostrą Karli, Tammy. Spędzał dużo czasu z rodziną Homolka i stale flirtował z Tammy. Wielokrotnie wchodził do jej pokoju, gdy spała, by się masturbować.
    Karla postanowiła spełnić zachciankę męża i 24 lipca 1990 roku podała Tammy spagetti nafaszerowane środkiem usypiającym, który ukradła z kliniki weterynaryjnej. Bernardo zgwałcił nieprzytomną nastolatkę, która potem nie była niczego świadoma. Para zrobiła to samo z Tammy na Święta Bożego Narodzenia tego samego roku, gdy w sypialni na górze spali niczego nieświadomi rodzice. Jednak tym razem coś poszło nie tak. Nieprzytomna Tammy zaczęła wymiotować. Pomimo natychmiastowej reakcji Karli, która wiedziała co robić w takich przypadkach, Tammy udusiła się własnymi wymiocinami i zmarła. Para postanowiła upozorować nieszczęśliwy wypadek. Ubrali Tammy i wezwali karetkę, twierdząc, że nastolatka za dużo wypiła, usnęła i zaczęła wymiotować. Pomimo podejrzanych obrażeń na twarzy dziewczynki rodzice jak i pracownicy szpitala w tę historię uwierzyli. Niedługo po tym incydencie para wyprowadziła się do nowego domu pozostawiając rodziców Tammy w żałobie. Paul i Karla planowali się też pobrać. Śmierć własnej siostry nie wywarła zbyt dużego wrażenia na Karli, gdyż niedługo później spróbowała swojej sztuczki ponownie. Zaprzyjaźniła się z nastoletnią dziewczyną, której tożsamość nie jest znana i w mediach nazywana jest "Jane Doe". Karla spędziła z Jane dzień zabierając ją na zakupy i obiad. Wieczorem zabrała ją do domu, gdzie upiła ją alkoholem z mieszanką środka usypiającego. Gdy Jane straciła przytomność Karla przyprowadziła Paula mówiąc, że ma dla niego niespodziankę. Paul był początkowo niezadowolony, że Karla użyła tego samego środka, co w przypadku Tammy. Bał się, że Jane również umrze i będą mieli problemy. Jednak nie przeszkodziło mu to zgwałcić brutalnie Jane, nakłonić do tego również Karlę, a wszystko sfilmować. Jane obudziła się rano z bólem głowy i zaczęła wymiotować. Nie była świadoma tego, co jej się przydarzyło. Opuściła dom Karli i Paula myśląc, że nie doceniła siły alkoholu. Nie była zapewne również świadoma, jak wielkie miała szczęście, że uszła z życiem. Kolejne ofiary Paula i Karli nie podzieliły losu Jane Doe.
    Wczesnym rankiem 15 czerwca 1991 roku Paul natknął się na czternastoletnią Leslie Mahaffy. Dziewczynka wróciła zbyt późno z imprezy od koleżanki i nikt ze śpiących domowników nie chciał wpuścić jej do domu. Paul podszedł do Leslie, zaczął z nią rozmowę, wciągnął do samochodu, związał i założył opaskę na oczy, by nie widziała dokąd ją zbiera. Prawdopodobnie na początku planował puścić Leslie wolno po gwałcie. Karla i Paul nagrali film, na którym gwałcą związaną Leslie słuchając Boba Marleya i Davida Bowie. W czasie przerw między gwałtami para dawała jej do przytulenia misia, jako pocieszenie. Przyczyna śmierci Leslie nie jest znana. Paul twierdzi, że Karla podała jej śmiertelną dawkę środka usypiającego, a Karla twierdzi, że Paul ją udusił. Tego samego dnia para zjadła obiad z rodzicami Karli, gdy w piwnicy leżały zwłoki Mahaffy. Później poćwiartowali ciało nastolatki używając piły mechanicznej, a każdy kawek zatopili w cemencie. Para wykonała kilka wypadów nad niedalekie jezioro Gibson, gdzie cierpliwie rzucali do wody kawałek po kawałeczku. Niedługo później zwłoki zostały odkryte przez dwóch rybaków. W jednym z kawałków cementu zrobiła się dziura, która ukazała podobno martwe i przerażone oko Leslie. Dziewczynkę udało się zidentyfikować po aparacie ortodontycznym.
    12 kwietnia 1992 roku Karla i Paul udali się na przejażdżkę w poszukiwaniu nowej ofiary. Ich wybór padł na piętnastoletnią Kristen French. Karla podeszła do niej trzymając mapę w rękach i prosząc o pomoc w odnalezieniu drogi. Gdy nastolatka pochyliła się nad mapą została schwytana przez Paula i wciągnięta do samochodu. Tym razem Paul i Karla znęcali się nad swoją ofiarą aż trzy dni, zmuszając ją do picia dużych ilości alkoholu i nagrywając, jak ją torturują i gwałcą. W jednym z zaprezentowanych w sądzie nagrań Paul gwałci Kristen analnie, a później oddaje na jej twarz mocz. Kristen współpracowała ze swoimi porywaczami, jak tylko mogła, aby ujść z życiem. Jednak w końcu para udusiła Kristen, po czym oboje udali się na obiad wielkanocny w domu rodziców Karli. Nagie ciało dziewczynki znaleziono później w rowie. Została umyta i obcięto jej włosy, by usunąć dowody.
    Możliwe, że Paul i Karla popełniliby więcej morderstw, gdyby Paul nie zapomniał, że Karla jest jego partnerką w przestępstwie, nie popychadłem. Paul zaczął znęcać się nad Karlą, aż pewnego dnia w grudniu 1992 roku popił ją dotkliwie latarką po żebrach i twarzy pozostawiając wielkie siniaki. Zmartwieni współpracownicy Karli poinformowali jej rodziców, a ci w końcu nakłonili ją do wyprowadzenia się od Paula. Karla zamieszkała z krewnymi w ich domu w Brampton pod Toronto. Wtedy też świat Paula zaczął się walić. Badania DNA dowiodły, że to on stał za gwałtami w Scarborough i został zatrzymany. Karla zastała przesłuchana przez policję niedługo później i, licząc na uniewinnienie za współpracę, zeznała, że Paul zmusił ją do udziału we wszystkich morderstwach i gwałtach.
    Paul został skazany na dożywocie i otrzymał status tzw. "dangerous offender", co praktycznie dyskwalifikuje go do wyjścia na wolność kiedykolwiek w przyszłości za dobre sprawowanie. Karla zgodziła się przyjąć wyrok 12 lat więzienia za współpracę. Wyszła na wolność w 2005 roku i żyje prawdopodobnie w prowincji Quebec pod przybranym nazwiskiem. W czasie pobytu w więzieniu zapisywała się na wszystkie możliwe kursy resocjalizacyjne i terapie. Korzystając z możliwości studiowania on-line w Kanadzie ukończyła socjologię na Uniwersytecie Queens, co spotkało się z oburzeniem opinii publicznej.
    Karla przez niektórych opisywana jest jako ofiara manipulacji Paula, przez innych jako sprytna manipulatorka i oszustka. Pozostaje pod stałą kontrolą kuratora. Musi również informować policję o wszystkich swoich działaniach i uczęszczać na terapię. Pomimo swojej przeszłości wyszła za mąż i ma obecnie trójkę dzieci.

    #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Zaginiona Susan Powell

    7 grudnia 2009 w Salt Lake City bliscy zgłosili zaginięcie rodziny Powell po tym, jak Susan Powell nie pojawiła się w pracy, a jej synowie w szkole. Wezwani policjanci zgodzili się wyważyć drzwi do domu, obawiając się, że rodzina mogła ulec zatruciu gazem.

    Dom jednak okazał się pusty, a niedługo później na podjazd domu zajechało auto Powellów. Niestety historia nie zakończyła się jako zabawne nieporozumienie. Do domu wrócił tylko Joshua ze swoimi synami Charlesem (4 lata) i Bradenem (2 lata). Joshua został zabrany przez policję na przesłuchanie, lecz szybko zwolniony, gdyż nie wiedział nic o tym, gdzie może być jego żona. Twierdził, że nocą zabrał synów na jednodniowy camping w zachodnim Utah, zostawiając swoją żonę śpiącą w domu. Susan jednak nie pojawiła się w pracy, a jej telefon, torebka i dokumenty zostały w domu.

    Po Susan Powell nie było śladu, a jej rodzice prędko zaczęli zarzucać zięciowi, że nie przejmuje się odnalezieniem swojej żony i zapewne musiał brać udział w jej zaginięciu. Joshua odpierał te wszystkie ataki twierdząc, że Susan najpewniej go zostawiła dla innego mężczyzny, a jej rodzice oczerniają go próbując odebrać mu dzieci.

    Było jednak wiele faktów wskazujących na to, że mąż Susan powinien był być potraktowany przez policję poważniej. Problemy Powellów zaczęły się wiele lat wcześniej. Susan Cox i Joshua Powell pobrali się w Portland, w stanie Waszyngton w 2001 roku. W 2004 roku przeprowadzili się do Utah. Zeznania przyjaciół Susan oraz jej e-maile ujawniły, że ostatnie lata małżeństwa były dla Susan ciężkie. Jej mąż w 2007 ogłosił bankructwo, miał narobić rodzinie ponad 200 000 dolarów długu używając głównie kart kredytowych i kont Susan. Kobieta na parę miesięcy przed śmiercią nagrała film, w którym pokazała wszystkie drogie sprzęty elektroniczne nabyte przez jej męża oraz napisała list, w którym opisała małżeńskie problemy i zaznaczyła, że jeżeli w najbliższym czasie zginie w wypadku, to istnieje szansa, że wcale nie będzie to wypadek. Cały materiał trzymała w sekrecie w szufladzie swojego biurka w pracy, który potem został odkryty przez śledczych. W domu Powellów znaleziono też polisę na życie Susan opiewającą na 1,5 mln dolarów.

    Powellowie twierdzili, że postanowili wyprowadzić się z Portland, aby być bliżej rozwiedzionej matki i siostry Joshua. Za przeprowadzką stało jednak coś więcej. Susan chciała być jak najdalej od ojca swojego męża, który najwyraźniej zdradzał niezdrową seksualną obsesję na punkcie swojej synowej. Policyjne śledztwo w 2010 roku ujawniło na komputerze Stevena Powella ponad 4500 zdjęć Susan zrobionych z ukrycia bez jej wiedzy. Warto dodać, że w 2011 roku Steven został aresztowany za podglądanie i fotografowanie nieletnich synów swoich sąsiadów. Dewiacje seksualne miały być również powodem dla którego zostawiła go żona. Steven został początkowo skazany na dwa lata więzienia, a później w 2014 roku na 5 lat więzienia za posiadanie pornografii dziecięcej.

    Pomimo wszystkich tych zarzutów Steven Powell nie miał prawdopodobnie nic wspólnego z zaginięciem swojej synowej. Gdy policja wkroczyła do domu 7 grudnia i nikogo nie zastała, na wykładzinie zauważono mokrą plamę suszoną przez dwa włączone wentylatory. Śledztwo ustaliło, że w domu Powellów znajdowały się ślady krwi Susan i jeszcze jednego niezidentyfikowanego mężczyzny. Badania wykluczyły, by krew ta należała do Josha lub jego ojca. Istnieje kilka doniesień, według których dzieci Powellów poddały słowa swojego ojca w wątpliwość. Starszy z braci miał powiedzieć policji, że mama pojechała z nimi na camping, lecz nie wróciła. Jeden z nich namalował też w szkole obrazek przedstawiający trzy osoby siedzące w samochodzie i czwartą związaną w bagażniku. Jakiś czas po zaginięciu Susan Charlie miał również powiedzieć jednemu z nauczycieli w przedszkolu, że jego mama nie żyje. Pomimo wszystkich tych przesłanek wobec Josha nie podjęto żadnych działań.

    Joshua miał również nie zdradzać zainteresowania chęcią odnalezienia żony. Prędko wypłacił z jej konta oszczędności emerytalne, anulował jej cotygodniowe rehabilitacje, wypisał dzieci z przedszkola, by przenieść się z powrotem do stanu Waszyngton, aby być ze swoim ojcem. Przy próbie ponownego przesłuchania przez policję zażądał adwokata i przestał współpracować z policją.

    W 2010 roku powstała strona susanpowell.org, poświęcona całkowicie zaginięciu kobiety. Joshua został przedstawiony jako troskliwy ojciec, prawdopodobnie porzucony przez żonę. Strona sugerowała, że Susan uciekła za granicę z innym mężczyzną, który również zaginął w Utah w podobnym czasie. Rodzina kobiety odpierała wszystkie te zarzuty twierdząc, że nie ma najmniejszego dowodu na ucieczkę Susan, a strona musi być prowadzona przez Joshuę i jego ojca.

    W 2011 roku w okolicach, gdzie Joshua zwykł jeździć na camping przeprowadzono poszukiwania na dużą skalę z użyciem psów tropiących. Pomimo początkowych doniesień, że policja natrafiła na ludzkie szczątki nie udało się odnaleźć ani śladu po Susan.

    Joshua wszedł na drogę sądową, aby uzyskać pełną opiekę nad dziećmi. Jednak ze względu na trwające śledztwo sprawie jego żony i podejrzeń policji, co do jego osoby ta opieka została ostatecznie ograniczona. Joshua widywał swoje dzieci tylko przy obecności pracownika socjalnego.

    Gdy 5 lutego 2012 Charles i Braden zostali przyprowadzeni na wizytę w domu Stevena Powella, Joshua porwał chłopców, zamknął się z nimi w domu i odmówił wpuszczenia pracownicy społecznej do środka. Kobieta zadzwoniła na policję, gdy niedługo później w domu rozległ się wybuch. Ojciec i synowie zginęli, a sprawa zaklasyfikowana została jako morderstwo – samobójstwo. Joshua podpalił dom oraz włączył gaz doprowadzając do wybuchu. Przed wybuchem Joshua zadał obu chłopcom kilka ciosów siekierą w głowę. Siekierę znaleziono później przy jego ciele.

    Kolejną rodzinną tragedią było samobójstwo brata Joshua. Michael skoczył z dachu parkingu wielopoziomowego w Minneapolis i zmarł na miejscu. Po śmierci Joshua policja zaczęła interesować się jego bratem, po tym jak przypadkowo odkryto, że Michael porzucił swoje auto na wysypisku w Oregonie zaledwie kilka tygodni po zaginięciu Susan.

    Obecnie Susan wciąż uchodzi za zaginioną. Prawdopodobnie kwestią czasu jest, gdy zostanie uznana za zmarłą. Dwóch głównych podejrzanych nie żyje. Wiele osób wierzy, że ojciec Joshua i Michaela, Steven, jest jedyną osobą, która może wiedzieć, co stało się z Susan. Steven Powell wyszedł na wolność w lipcu 2017 roku, po odbyciu wyroku za posiadanie pornografii dziecięcej i odmawia współpracy w sprawie Susan Powell.

    #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @krulowa: Czo kurła...

      Starszy z braci miał powiedzieć policji, że mama pojechała z nimi na camping, lecz nie wróciła. Jeden z nich namalował też w szkole obrazek przedstawiający trzy osoby siedzące w samochodzie i czwartą związaną w bagażniku. Jakiś czas po zaginięciu Susan Charlie miał również powiedzieć jednemu z nauczycieli w przedszkolu, że jego mama nie żyje. Pomimo wszystkich tych przesłanek wobec Josha nie podjęto żadnych działań. pokaż całość

  •  

    Filmy inspirowane prawdziwymi zbrodniami.

    "Anna" i wampir (1981) - sprawa Wampira z Zagłębia
    Jestem mordercą (2016) - sprawa Wampira z Zagłębia
    Obywatel X (1995) - sprawa Andriej Czikatiło
    Morderca ze wschodu (2004) - sprawa Andriej Czikatiło
    Zodiak (2007) - sprawa Zodiaka
    Rozważny nieznajomy (1986) - sprawa Teda Bundy’ego
    Bezlitosny morderca (2002) - sprawa Teda Bundy’ego
    Polowanie na łowcę (2013) - sprawa Łowcy z Alaski
    Monster (2003) - sprawa Aileen Wuornos
    Niebiańskie stworzenia (1994) - sprawa Parker–Hulme
    Iceman: Historia mordercy (2012) - sprawa Richarda Kuklinskiego
    Diabelska przełęcz (2013) - sprawa Trójki z Memphis
    Dom przy Rillington Place 10 (1971) - sprawa Johna Christie
    Zabójcza podróż poślubna (2012) - sprawa Tiny Watson
    Polowanie na potwora (2005) - sprawa BTK
    Historia Chrisa Porco (2013) - sprawa Chrisa Porco
    In the Light of the Moon (2000) - sprawa Eda Geina
    Gacy (2003) - sprawa Johna Wayne’a Gacy’ego
    Chcę żyć! (1958) - sprawa Barbary Graham
    Taniec z nieznajomym (1985) - sprawa Ruth Ellis
    Carl Panzram: The Spirit of Hatred and Revenge (2012) - sprawa Carla Panzramiera
    Mad Dog Coll (1961) - sprawa Vincenta Colla
    Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (2007) - sprawa Jesse’go Jamesa
    W imię ojca (1993) - sprawa Gerry’ego Conlona
    The Chameleon (2010) - sprawa Nicholasa Barclay’a
    Z zimną krwią (1967) - sprawa Perry’ego Smitha i Richarda Hickocka (Rodzina Clutterów)
    Capote (2005) - sprawa Perry’ego Smitha i Richarda Hickocka (Rodzina Clutterów)
    Bez skrupułów (2006) - sprawa Perry’ego Smitha i Richarda Hickocka (Rodzina Clutterów)
    Oskarżona Amanda Knox (2011) - sprawa Amandy Knox
    Twarz anioła (2014) - sprawa Amandy Knox
    Siostry (2014) - sprawa Lindy Andersen
    Poszukiwana Sarah Pender (2013) - sprawa Sary Jo Pender
    Wszystko, co dobre (2010) - sprawa Roberta Dursta
    Badlands (1973) - sprawa Charlesa Starkweathera i Caril Ann Fugate
    Porwana: Historia Carliny White (2012) - sprawa Carliny White
    Mroczny sekret Jodi Arias (2013) - sprawa Jodi Arias
    Stare grzechy mają długie cienie (2014) - sprawa Dziewcząt z Alcasser
    Edwin Boyd (2011) - sprawa Edwina Boyda
    3096 dni (2013) - sprawa Nataschy Kampusch
    Zmowa (1988) - sprawa połaniecka
    Lincz (2010) - linczu we Włodowie
    Niebieski caprice (2013) - sprawa Johna Muhammada i Lee Malvo
    Porwanie Hannah Anderson (2015) - sprawa Hannahy Anderson
    Cleveland Abduction (2015) - sprawa Ariela Castro
    Sprawiedliwość dla Natalee Holloway (2011) - sprawa Natalee Holloway
    Lizzie Borden chwyta za siekierę (2014) - sprawa Lizzie Borden
    Mój mąż zabójca (2001) - sprawa Megan Kalajzich
    Zaginiona córeczka (2008) - sprawa Delimar Very
    Czerwony pająk (2015) - sprawa Karola Kota
    Amok (2017) - sprawa Krystiana Bali
    Sprawa Kalinki (2016) - sprawa Kalinki Bamberski
    The Axe Murders of Villisca (2016) - sprawa Axe
    Bodom (2016) - Jezioro Bodom
    Pozostawiona na śmierć. Historia Sandry i Tammi Chase (2012) - sprawa Sandry Chase
    Morderstwo na cienistym wzgórzuWataha u drzwi (2016) - sprawa Tate
    Zabójcza klika (2014) - sprawa Skylar Neese
    Oszukana (2008) - sprawa Wineville Chicken Coop Murders
    Dziewczyna z sąsiedztwa (2007) - sprawa Sylvii Likens
    Amerykańska zbrodnia (2007) - sprawa Sylvii Likens
    Czarna Dalia (2006) - sprawa Elizabeth Short

    #film #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @krulowa: Henry (1986) o H. Lee Lucasie
      From hell (2001) o Kubie rozpruwaczu
      Deranged (1974) o Edzie Geinie (jest kilka filmów o jego "dziełach")
      Oskarżeni (1988) o słynnym gwałcie zbiorowym na Cheryl Araujo
      Przynajmniej 2 filmy Helter Skelter o sekcie Mansona
      I jeszcze kilka innych, których tu na szybko nie znalazłem.

      +: krulowa
  •  

    Znacie jakieś książki o bardziej lub mniej dziwnych sprawach kryminalnych? Chodzi mi o szczegółowe opisy różnych historii w stylu boy in the box, przełęcz Diatłowa, czy np. krakowskie skórowanie.

    #czytajzwykopem #ksiazki #kryminalistyka

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #kryminalistyka

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów