•  

    Sprawa April Tinsley

    8-letnia April mieszkała w Fort Wayne w stanie Indiana, ale zmarła.

    #historieriley #kryminalne

    źródło: wykop.pl

  •  

    #ciekawostki #kryminalne #creepy
    Na zdjęciu widzicie Samanthe Koenig. Ofiarę porywacza, gwałciciela i seryjnego mordercy Israela Keyesa https://en.wikipedia.org/wiki/Israel_Keyes

    Samantha została uprowadzona w wieku 18 lat z kawiarni w której pracowała. Była tak mocno wystraszona, że nie włączyła alarmu choć taki w kawiarni był.
    https://www.youtube.com/watch?v=V26GhTKTlI4

    Isreal w swojej przydomowej komórce związał ją i zgwałcił, a potem udusił. Już w drodze do swojego miejsca zamieszkania pytał Samanthy o kartę kredytową. Ta odpowiedziała, że jest w samochodzie jej chłopaka z którym mieszkała , a także ze z swoimi rodzicami. Potem chciał jej telefon. Ten został w jej pracy. Po zbrodni schował ciało do szafy w komórce i pojechał po kartę i telefon. Jak włamywał się do samochodu chłopaka ten usłyszał hałas i wyszedł przed dom. Kilka dobrych sekund mierzyli się wzrokiem po czym jej chłopak wbiegł do domu zawołać ojca Samanthy. Kiedy wyszli Isreala już nie było. Po zbrodni Israel wyjechał z Alaski gdzie miały miejsce te wydarzenia. Jeździł po stanach i chciał dalej zabijać (przed Samanthą były inne porwania i morderstwa). Ułatwiać mu miały różnego rodzaju bronie, które dużo wcześniej po ukrywał po całym kraju. Jednak dowiedział się, że zostały zabrane społecznie pieniądze na poszukiwania Samanthy. 60 tyś. dolarów.
    Israel wrócił na Alaskę. Wyciągnął z szafy zamarznięte ciało Smamanthy. Posadził na krześle. Przyszył jej powieki, żeby miał otwarte oczy. Przystawił aktualną gazetę i zrobił zdjęcie, które miało mu pomóc w wyciągnięciu tych pieniędzy na okup. Pieniądze przelano na konto opisanej już karty. I to go zgubiło. Wypłacał małymi kwotami, ale zostawiał ślady i tak go złapali.
    pokaż całość

    źródło: S..jpg

  •  

    "Pedofile w sutannach są bezkarni" - fragmenty szokującej książki "Kler"
    "12-letni chłopiec z penisem w ustach. Wykonane telefonem komórkowym nagranie jest przerażające. A jeszcze bardziej przerażające jest to, że ksiądz Alojzy Polus (...) sterroryzował nim skutecznie dziecko, które wcześniej zmusił do stosunku oralnego po podaniu mu narkotyków." Autor książki "Kler" ujawni wstrząsające wątki, których nie zobaczymy w filmie Smarzowskiego.

    "Dwunastoletni chłopiec z penisem w ustach. Wykonane telefonem komórkowym nagranie jest przerażające. A jeszcze bardziej przerażające jest to, że ksiądz Alojzy Polus z małopolskiego Korycina sterroryzował nim skutecznie dziecko, które wcześniej zmusił do stosunku oralnego po podaniu mu narkotyków.

    Kiedy zobaczyła Alojza, bo tak go wołano w parafii, wiedziała: jest winny. Bardzo drobny facet, ogolony na zero, krzywe zęby, duża dolna warga, obwisłe policzki. Jakby kiedyś był niezmiernie gruby, ale się odchudził. Okulary z podwójną ogniskową raz powiększały, a raz zmniejszały mu oczy – były albo wyłupiaste jak u kameleona, albo małe i ciemne – jak rybie. Ruszał się też niczym zimnokrwiste stworzenie. Sekundy martwoty, po nich nagłe gesty. I znowu zastygał w bezruchu. Niewielki drapieżnik. Taki, który nie zdoła przegryźć gardła łani, lecz zabije młode. Wyżre jaja z gniazda lub połknie pisklęta.

    Gdy w efekcie doniesienia nauczycielki (do Interpolu!) Polusem zainteresowała się bierna wcześniej małopolska policja i wyznaczono termin badania chłopca pod kątem obecności substancji toksycznych, wystraszony ksiądz usiłował namówić swoją ofiarę do samobójstwa.
    Ksiądz Michał Zub z parafii Świętych Apostołów w Dyrawie wkładał dziesięciolatce ręce w majtki, a członka w usta. Wiele lat później, kiedy jego ofiara dorosła, zaczął dobierać się do jej córki. Zaczął ostrożnie: wsuwał nogę ośmioletniego dziecka pod sutannę i onanizował się stopą małej. Potem posunął się znacznie dalej.

    Ksiądz Kazimierz Moruś z Krakowa pod pozorem cudownego leczenia epilepsji obryzgał nasieniem skazaną na wózek dziewczynkę, która w efekcie popadła w i od tego czasu dwa razy próbowała odebrać sobie życie. Jak ustaliłam, niepełnosprawna nastolatka jest tylko jedną z co najmniej trzech ofiar rzekomego uzdrowiciela-hipnotyzera, który "mówi językami i nakłada ręce".
    Ksiądz Mirosław Tuchlin, homoseksualista efebofil ze wsi Piaski (przeniesiony potem do jeszcze mniejszego Brzydowa), kolekcjonował pornografię dziecięcą, a chłopców do seksu łowił w szkołach, gdzie uczył religii, albo pod sklepami monopolowymi. Płacił im drobnymi kwotami.

    #ksiazki #film #kino #ateizm #bekazkatoli #polska #katolicyzm #polityka #kryminalne #czarnemendy #pedofilewiary #pedofilia #gwalt #skurwysynywkieckach
    https://ksiazki.wp.pl/pedofile-w-sutannach-sa-bezkarni-fragmenty-szokujacej-ksiazki-kler-6283640277874305a
    pokaż całość

    źródło: v.wpimg.pl

  •  

    Sprawa April Tinsley

    8-letnia April mieszkała w Fort Wayne w stanie Indiana. 1 kwietnia 1988 roku przypadał Wielki Piątek, a więc zajęcia w jej szkole zostały skrócone. Dziewczynka wróciła do domu, zjadła obiad i spytała czy może wyjść do swojej przyjaciółki Nicole. Matka zgodziła się i kazała jej wrócić między 15.30 a 16.00.

    Gdy minęła 16.00 i April nie wróciła do domu, jej matka zaczęła się niepokoić. Zadzwoniła do matki Nicole i zapytała o córkę. Dziewczynki skończyły się bawić po 15.00 i wyszły w stronę parku, który znajdował się mniej więcej w połowie drogi między domami przyjaciółek. Nicole miała zostać w parku, a April iść dalej do swojego domu. Nigdy jednak do niego nie dotarła.

    Około 18.00 matka zgłosiła zaginięcie April na policji. Rozpoczęły się poszukiwania, jednak nie natrafiono na żaden ślad. 4 kwietnia przypadkowy mężczyzna znalazł ciało dziewczynki w zaroślach, około 13 metrów od drogi. Na miejscu brakowało jednego buta dziewczynki, który odnaleziono później około 250 metrów od miejsca znalezienia ciała, po przeciwnej stronie drogi. Sekcja wykazała, że dziewczynka została zgwałcona i uduszona.

    Policja podejrzewała, że zabójcą musi być ktoś mieszkający w pobliżu, ponieważ ciało zostało znalezione w miejscu, o którym wiedzą prawdopodobnie tylko miejscowi. Znalazł się świadek, który zeznał, że widział 1 kwietnia dziewczynkę ubraną jak April, która wsiadła do niebieskiego pick-upa. Kierowcą miał być około 30-letni blondyn. Lokalna społeczność bardzo zaangażowała się w szukanie mordercy. Do policji zgłoszono tysiące tropów, które potencjalnie mogły w jakikolwiek sposób pomóc. Niestety nie udało się znaleźć sprawcy. Zdaniem mieszkańców za morderstwem musieli stać sataniści.

    Dwa lata później, w 1990 roku, na drzwiach stodoły znaleziono napis "Zabiłem 8-letnią April M. Tinsley. Znaleźliście jej drugiego buta? Haha. Zabiję znowu!". Na miejscu nie było jednak żadnych odcisków palców czy innych tropów mogących pomóc w znalezieniu mordercy.

    Sprawa stanęła w miejscu na kolejne 14 lat. W 2004 roku na czterech rowerach należących do młodych dziewcząt znaleziono liściki z groźbami. Autor podawał się za mordercę April. Do trzech liścików dołączone były zużyte prezerwatywy a do czwartej zdjęcie z Polaroidu przedstawiające męskie genitalia. DNA zgadzało się z materiałem genetycznym znalezionym na ciele dziewczynki, jednak nie występowało w policyjnej bazie.

    Śledczy nie wiedzieli co robić, a więc opublikowali listy w nadziei, że może pojawią się jakieś nowe poszlaki od okolicznych mieszkańców. I rzeczywiście, znów zaczęły napływać nowe tropy, a jeden z nich wydawał się szczególnie interesujący. Pewien mężczyzna oskarżył o morderstwo swojego własnego ojca. W czasie popełnienia zbrodni rodzina mieszkała niedaleko domu April, a ojciec miał niebieskiego pick-upa, którego przemalował kilka dni po śmierci dziewczynki. Policja znalazła w domu podejrzanego notatnik z kartkami pasującymi do listów z pogróżkami i aparat Polaroida. Mężczyzna twierdził, że w dniu porwania April pracował, jednak z dokumentów wynika, że ani w dzień porwania, ani odnalezienia ciała dziewczynki, nie pojawił się w pracy. DNA mężczyzny nie zgadzało się jednak z DNA mordercy. Śledztwo znów stanęło w martwym punkcie.

    W międzyczasie nastąpił rozwój firm genologicznych, dzięki którym ludzie tworzą swoje własne profile DNA w celu dowiedzenia się czegoś więcej o swoim pochodzeniu lub znalezienia dalekich krewnych. W 2018 roku porównano DNA mordercy z bazami danych takich firm, dzięki czemu w maju udało się wytypować dwóch braci, którzy prawdopodobnie odpowiadają za śmierć April. Śledczy znaleźli w śmieciach jednego z nich, 53-letniego Johna Millera, zużyte prezerwatywy, z których pobrali próbki DNA do badań. Okazało się, że to właśnie John jest odpowiedzialny na morderstwo April.

    Policjanci pojawili się w jego przyczepie w niedzielę 15 lipca. Gdy zapytali czy wie w jakiej sprawie przyszli, powiedział tylko "April Tinsley". Miller przyznał się do zgwałcenia i uduszenia ośmiolatki, a także do zgwałcenia jej zwłok.

    Źródła: youtube, fakt

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  
    consummatumest

    +16

    Ostatnio niesamowicie wciągnęłam się w kanał Stanowo.com Laska opowiada o morderstwach, dziwnych sytuacjach i niewyjaśnionych zaginięciach/morderstwach. Jej materiały trwają po godzinę, czasem więcej, ale kurde :D Włączam jak jadę pociągiem, tramwajem. Leci w tle jak sprzątam, czy robię coś na kompie. Jak dla mnie opowiada bardzo fajnie i ma fajny głos, ale podejrzewam, że niektórych jej sposób mowy może denerwować. Opowiada tak, że można się zapoznać z mordercą, czy ofiarą i jakoś pozostaje później smutek, nostalgia. A nie takie suche fakty kto kogo gdzie kiedy zabił. Tu możemy się wczuć w sytuację.
    Nie wiem czy znacie, czy nie. Ale polecam gorąco, konsumatumest.
    #polskiyoutube #youtube #mordercy #kryminalne #gownowpis
    pokaż całość

  •  

    Zephany Nurse – afrykańska Maddie McCann

    Zephany urodziła się w kwietniu 1997 roku w Cape Town w RPA. Była pierwszym dzieckiem Celeste i Morne Nurse. 30 kwietnia kobieta w stroju pielęgniarki zapewniła Celeste, że jej córka śpi w łóżeczku obok, a więc młoda matka również położyła się spać. Po obudzeniu okazało się jednak, że dziecko zniknęło. Natychmiast zawiadomiono policję, która przeszukała szpital. Nie znaleziono jednak nic, co mogło pomóc w identyfikacji porywacza. W tunelu łączącym oddział położniczy z ulicą znaleziono poduszkę. Rodzice Zephany uznali, że jakaś kobieta musiała za jej pomocą udawać ciążę, aby swobodnie poruszać się po oddziale położniczym.

    Policjanci przepytali kobiety i personel szpitala. Pacjentki zeznały, że pewna kobieta ubrana jak pielęgniarka próbowała zaprzyjaźnić się z kobietami przebywającymi na oddziale. Jedna z młodych matek krótko z nią rozmawiała i jakiś czas później widziała ją z płaczącym dzieckiem na rękach. Nie udało się jednak odnaleźć owej "pielęgniarki".

    5 dni po porodzie Celeste wróciła do domu bez dziecka. Małżeństwo początkowo myślało, że to jakiś żart lub sen, przecież takie rzeczy się nie zdarzają. Nie ustawali w poszukiwaniach swojej córeczki. Co roku obchodzili jej urodziny i dbali o to, aby sprawa co jakiś czas pojawiała się w mediach. Celeste często udzielała wywiadów i gdy dochodziło do porwań innych dzieci, zawsze oferowała pomoc rodzinom.

    Co najmniej dwa razy pojawiła się nadzieja na odnalezienie Zephany. Sąsiedzi pewnej kobiety zgłosili na policji, że ma ona dziecko bardzo podobne do porwanej dziewczynki i nie zauważyli wcześniej, żeby była w ciąży. Okazało się jednak, że dziecko było chłopcem.

    W lipcu 2009 roku do rodziców Zephany zadzwoniła kobieta, która wyszeptała "Wiem o twojej córce" po czym poprosiła o przyniesienie 500.000 randów południowoafrykańskich (około 70.000 dolarów) w wyznaczone miejsce. Nie dotarła jednak na spotkanie. Okazało się, że dzwoniącą kobietą była niejaka Glenda Doubell, 50-letnia sąsiadka matki Celeste. Kobieta została oskarżona o wymuszenie i skazana na 3-letni areszt domowy, 5.000 randów grzywny i 600 godzin prac społecznych.

    Na początku 2015 roku młodsza córka państwa Nurse, Cassidy, rozpoczęła naukę w nowej szkole. Uczniowie od razu zobaczyli duże podobieństwo między 13-latką, a inną 17-letnią uczennicą. Mimo, że nastolatki dzieliła spora różnica wieku, od razu się zaprzyjaźniły. Gdy ojciec Cassidy dowiedział się o tym, zaczął podejrzewać, że 17-latka może być ich zaginioną córką. Powiedział żonie o swoich przypuszczeniach i zorganizował spotkanie z Cassidy i jej nową przyjaciółką w McDonaldzie. Mężczyzna spytał dziewczynę o datę urodzenia, a gdy ta odpowiedziała, że urodziła się 30 kwietnia 1997 roku (data porwania) był pewny, że to jego córka. Natychmiast poinformował o tym policję.

    Śledczy sprawdzili akt urodzenia nastolatki i okazało się, że został on sfałszowany. Następnie wykonano badania DNA, które wykazały, że 17-latka to Zephany. Opieka społeczna zdecydowała, że dziewczyna ma zamieszkać ze swoimi biologicznymi rodzicami, których dom mieścił się milę od jej poprzedniego miejsca zamieszkania. Jej dotychczasowa matka (nigdzie nie ma podanych jej danych osobowych) odpowie przed sądem za porwanie.

    Państwo Nurse byli wniebowzięci i próbowali odbudować swoje relacje z córką, jednak gdy tylko Zephany uzyskała pełnoletność, wyprowadziła się do swojego poprzedniego ojca (który z resztą najprawdopodobniej nie wiedział nic o porwaniu i był przekonany, że to jego biologiczna córka). Dziewczyna uważała, że mimo wszystko była bardzo dobrze wychowywana, jeździła na wakacje ze swoimi "przybranymi" rodzicami i miała zwyczajne życie rodzinne. Wciąż używała imienia nadanego jej przez porywaczkę.

    Tymczasem rozpoczął się proces jedynej matki, którą znała. 52-letnia szwaczka zeznała, że dziecko zostało jej przekazane na stacji kolejowej przez niejaką Sylvię i była pewna, że to legalna adopcja. Nigdy jednak nie odnaleziono dokumentów, które mogłyby to potwierdzać. Kobieta zeznała też, że kilka razy poroniła, ponieważ jako dziecko została porzucona przez matkę i wielokrotnie zgwałcona, a jej byli partnerzy znęcali się nad nią. Porywaczka rozpaczliwie marzyła o dziecku i powiedziała, że 17 lat i 10 miesięcy, które spędziła z Zephany było najlepszym czasem w jej życiu. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia. W sierpniu 2016 roku skazano ją na 10 lat więzienia.

    W kwietniu 2018 roku pojawiły się informację, że Zephany pracuje nad książką i filmem opowiadającym o jej życiu.

    Źródła: fakt, wikipedia, allthatsinteresting, theguardian

    PS 1. W jednym z artykułów na temat Zephany poruszony został temat handlu dziećmi i przestępstw popełnianych na nieletnich w RPA. W maju 2016 roku pewną 20-letnią kobietę skazano na 5 lat więzienia w zawieszeniu za wystawienie noworodka na Gumtree za 5.000 randów (230 funtów). Kobieta chciała sprzedać chłopca po tym jak jej chłopak przestał płacić na dziecko po wykonaniu testów, które pokazały, że to nie jego syn.

    PS 2. Mam pytanie, na które być może ktoś z Was zna odpowiedź, a mianowicie: czy można umieścić czyjś tekst w całości na innej stronie bez zgody autora, jeżeli poda się źródło? Dwa z moich wpisów (o Dorothy Scott tutaj i Jennifer Kesse tutaj) zostały w całości skopiowane i wklejone na stronie paranormalne.pl. Niby na końcu podano źródło, ale jednak wydaje mi się to mocno niefajne..

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    •  

      @riley24 był film z podobnym motywem, tylko tytułu nie pamiętam. Rodzina z trójką dzieci, jeden chłopiec zaginął porwany w wieku trzech lat. Po 10 latach ktoś, nie pamiętam czy jego brat czy matka, zobaczył w sąsiedztwie chłopca podobnego do niego, zaczęły się badania DNA i w ogóle i rzeczywiście to był ten porwany syn, przyszywana matka chyba już nie żyła (porywaczka), ojciec nie miał pojęcia o porwaniu i myślał że to była legalna adopcja. Chłopak musiał zamieszkać z nową rodziną i uciekał codziennie do ojca (╥﹏╥) pokaż całość

      +: riley24
    •  

      @riley24 kiedyś byłem na paranormalne.pl tłumaczem to zazwyczaj teksty tlumaczylem sle zdarzali sie tacy co kopiowali slowo w slowo(mi tez pewnie pare razy zdarzalo). Ah kiedys to bylo. Teraz to już inny serwis niż dawniej.

    • więcej komentarzy (36)

  •  

    11 sierpnia 1934 roku oficjalnie zostało otwarte więzienie Alcatraz. Jak to wszystko się zaczęło? Czy faktycznie dopiero wtedy zaczęto więzić tam ludzi?

    W 1775 roku do zatoki San Francisco wpłynął statek San Carlos Juan de Ayala. Jego kapitan dostrzegł niewielką, skalistą wyspę, na której było bardzo dużo ptaków. Postanowił więc ją ochrzcić mianem "Isla de los Alcatres", czyli "Wyspą Pelikanów". Była omijana od zawsze. Nie było tam słodkiej wody, także roślinność nie należała do bujnych. Indianie wierzyli, że zamieszkują ją duchy.
    Od samego początku pełniła funkcję izolacyjną, ponieważ zsyłano tam osoby łamiące podstawowe reguły obowiązujące w plemieniu.

    W 1854 roku ustawiono tam pierwszą na zachodnim wybrzeżu latarnię morską i zaczęto budować fort, który rozpoczął pełnienie swej funkcji w grudniu 1859 roku. W forcie zamontowano ponad setkę dział. Takim sposobem USA uzyskało największą wojskową fortyfikację na zachodzie i pierwszą stałą placówkę na Pacyfiku. Mimo tego Alcatraz dla fanów militariów była od zawsze ciekawostką, ponieważ jedynym wykorzystaniem dział była salwa po śmierci Lincolna (co ciekawe, od razu postanowiono tam umieścić kilkadziesiąt osób, które były zadowolone z jego morderstwa).
    W końcu (z początkiem wojny secesyjnej) stwierdzono, że Alcatraz nie sprawdzi się jako fortyfikacja i stwierdzono, że będzie dobrym miejscem do osadzania więźniów, ponieważ dookoła niej szaleją silne i zimne prądy wodne.

    Pod koniec wojny, w 1865 roku trzymano tam już 50 więźniów. Zsyłano tam dezerterów, żołnierzy konfederackich i cywilów ze zbuntowanych stanów. Warunki, w których żyli były tragiczne. Trzymano ich w piwnicach wartowni, spali obok siebie na kamiennej posadzce. Nie mieli dostępu do bieżącej wody, ogrzewania czy też toalety. Ich jedynym pożywieniem był chleb i woda.
    Część posiadała przykute do nogi kule. Cięższą formą kary było umieszczenie więźnia w małym, zamkniętym i nagrzanym pomieszczeniu. W pewnym momencie miejsce zaczęło się kończyć. Początkowo więźniowie byli zmuszeni do zbudowania drewnianych cel, później zastąpiono je budynkami. Część tą nazywano Dolnym Więzieniem.

    Od około 1870 roku zaczęto zsyłać na Alcatraz pojmanych Indian. Największą grupą przywiezioną w styczniu 1895 roku było 19 przedstawicieli "starszyzny" plemienia Hopi (plemię nadal istnieje, są osiedleni w Arizonie, na terenie rezerwatu). Zostali pojmani za to, że nie zgodzili się na przymusową edukację i toczyli spory o ziemię.

    4 lipca 1876 roku, dokładnie w setną rocznicę uzyskania niepodległości przez USA postanowiono zademonstrować (po raz ostatni) możliwości obronne budowli. W tym celu został zbudowany statek, którego celem było uderzenie w fort i efektowne zatonięcie. Akcja nie powiodła się.

    W roku 1899, tuż po zakończeniu wojny amerykańsko-hiszpańskiej w więzieniu przebywała ponad dwudziestokrotnie większa liczba ludzi, niż powinna. Był to ogromny napływ porwanych hiszpanów i amerykańskich żołnierzy, którzy dopuścili się przestępstw. Przekroczono wtedy liczbę 450 osadzonych. Więźniowie dostali nakaz wybudowania ponad 150 metrowego bloku. Mieściło się w nim 600 cel, każda miała toaletę. Dodatkowo wybudowano elektrownię zasilającą wyspę, kantynę, kuchnię, bibliotekę, umywalnię i warsztaty pracy. Po 13 latach, chwilę przed wybuchem I WŚ zakończono prace.
    Wkrótce na wyspie zaczął się napływ wziętych do niewoli, niemieckich marynarzy.
    Był to moment w którym Alcatraz zasłynęło swoją złą sławą. Co się do tego przyczyniło?
    Ostre i ścisłe przepisy, a także surowe kary za ich łamanie. Do kar zaliczało się ograniczenie jedzenia, bardzo ciężka praca i przykuwanie ponad 5 kg kul do jednej z nóg. Więźniów bardzo często wykorzystywano jako służących rodzinom żołnierzy. Robili wszystko, nawet zajmowali się dziećmi.
    Do1933 roku zliczono 29 prób ucieczki,łącznie próbowało zbiec 80 osadzonych. 17 z nich albo udało się uciec, albo utonęli w bezlitosnych wodach. Resztę schwytano lub totalnie wyczerpani postanowili wrócić.

    To właśnie w 1934 roku zaostrzono przepisy i wzmocniono ochronę na tyle, że ucieczka z wyspy stała się niemal niemożliwa. W tym samym roku armia stwierdziła, że utrzymanie obiektu kosztuje zbyt wiele (zwłaszcza transporty wody i żywności). Obiekt oddano władzom cywilnym.

    W lipcu tego samego roku, po dwóch latach odbywania kary w Atlancie do Alcatraz został przeniesiony najsłynniejszy więzień tych murów. Wówczas 35-letni Alphonse Gabriel Capone został przeniesiony tam ze względu na to, że w Atlancie był traktowany ze zbyt wielką ulgą, bardziej jako celebryta, niż przestępca. Na wyspie nie mógł na to liczyć. Stamtąd nie mógł już operować swoim gangiem i nie liczyły się jego pieniądze. Również nie był lubiany przez współwięźniów, nękali go, a nawet kilkukrotnie próbowali zabić. Wszystkiemu winny był brak respektu dla tamtejszych zwyczajów i fakt, że odmawiał uczestnictwa w buntach. W 1938 roku przeniesiono go do więziennego szpitala, chorował przez kiłę (nabawił się jej w młodzieńczych czasach) i mocny upadek psychiczny (chorował na demencję i miał wiele innych związanych z syfilisem zaburzeń). 6 stycznia 1939 przeniesiono go do więzienia o złagodzonym rygorze w Kalifornii, został z niego zwolniony 16 listopada tego samego roku (odbył w sumie 7 z 11 lat kary pozbawienia wolności).

    Pierwszy masowy transport odbył się właśnie 11 sierpnia 1934 roku. Dokładnie 84 lata temu 60 agentów FBI przetransportowało 137 więźniów sprawiających trudności, głównie morderców i złodziei. Na miejscu przyjęło ich 155 strażników, których zadaniem nie było resocjalizować, a utrzymywać porządek, wszystkiego pilnował James A. Johnston, który był dyrektorem placówki najdłużej (napisał o tym książkę "Alcatraz Island Prison and the Men Who Live There" którą można kupić już za niecałe 6$). W 1963 roku Alcatraz zostało zamknięte z powodów budżetowych i dziś jest tylko muzeum.

    Niemal wszyscy więźniowie byli gangsterami lub mordercami. Najsłynniejsi przetrzymywani tam ludzie oprócz Capone to:
    - George Kelly Barnes ("Machine Gun Kelly"). Uprzednio był drobnym przemytnikiem, odbył karę i wyszedł za dobre sprawowanie. W świat przestępczy wprowadziła go jego żona, Kathryn Thorne, kupiła mu pierwszą broń (stąd też pseudonim "Machine Gun"). 22 lipca wraz z Albertem L. Batesem uprowadził Charlesa F. Urschela i Waltera R. Jaretta (przy wspominkach będę pisała tylko o Urschelu). Zażądali 200 000 dolarów okupu (dziś 3.8 miliona dolarów). Byli więzieni na ranczu teściów Kelly'ego. Urschel jednak znacznie przechytrzył oprawców. Miał zawiązane oczy, ale zapamiętywał odgłosy otoczenia, zostawiał odciski palców na przedmiotach w zasięgu rąk, odliczał kroki. Teściowie i wspólnik zostali zatrzymani 12 sierpnia. Małżeństwo zostało zatrzymane dopiero 26 września 1933 roku.
    12 października 1933 roku zostali skazani na dożywocie. Kelly po skazaniu spędził siedemnaście lat w Alcatraz, był więźniem o numerze 117. W 1951 roku potajemnie przeniesiono go do innego więzienia. 18 lipca 1954 roku podczas 59 urodzin zmarł na atak serca.
    - Albert Lawrence Bates. Złodziej i jeden z najlepszych włamywaczy w latach '20 i '30, wieloletni partner "Machine Gun Kelly'ego". Przebywał w Alcatraz dwa razy. Początkowo w momencie, gdy była to jeszcze placówka wojskowa, skazany za dezercję. Następnie wielokrotnie skazywany za włamania. W późniejszym czasie zaczął rabować banki w towarzystwie Kelly'ego. Następnie porwali Urschella. Zmarł 4 lipca 1948 roku w Alcatraz z powodu ataku serca.
    - Alvin Francis Karpis "Creppy Ray" (urodzony jako Albin Francis Karpavičius). Pochodzący z Litwy zbrodniarz, jeden z dowódców gangu Barker-Karpis. Był jedynym z czterech "Publicznych wrogów nr. 1" i jako jedyny nie został zabity przed schwytaniem. Spędził najwięcej czasu jako więzień Alcatraz (26 lat). Przygodę z łamaniem prawa zaczął dość wcześnie, bo w wieku 10 lat. Sprzedawał wówczas pornografię i zaczął obracać się w towarzystwie hazardzistów, przemytników i alfonsów. Mając ledwie 19 lat został skazany na 10 lat za włamanie, ale uciekł. Następnie przyłapano go na kradzieży samochodu i odesłano do poprawczaka. Gdy przewieziono go do innego więzienia w którym spotkał Freda Barkera (brata Arthura) i po wyjściu Karpisa założyli gang Barker-Karpis (Barker sterował nim z więzienia). W pewnym momencie liczył on aż 25 osób. Kierował działaniami podczas porywania Hammera i Bremera (przyjaciela Roosvelta). Po strzelaninie, w której zabito Ma i Freda Bakerów niemal zakończył swoją karierę, lecz FBI namierzyło go razem z Campbellem, po tej sytuacji ukrywał się kilka miesięcy, ale nie zaprzestał swoich działań. Udało mu się jeszcze zrabować pociąg i zarobić na tym 27 000 dolarów. 1 maja 1936 roku został schwytany, przebywał w Alcatraz aż do jego zamknięcia, podczas dalszej kary spotkał nawet młodego Mansona. Został zwolniony warunkowo, lecz jego książka została wydana pośmiertnie. Prawdopodobnie zmarł przez przedawkowannie leków i alkoholu, nie wykonano sekcji zwłok, został pochowany w Hiszpanii.
    Ciekawostka: W 1934 roku Karpis usunął z dłoni linie papilarne.
    - Arthur R. Baker ("Doc"). Członek gangu rodzinnego stworzonego przez matkę, a kontynuowanego przez jego brata i Alvina Karpisa. Był znany z gwałtownych i nieprzemyślanych decyzji. Skazywany uprzednio za rabunki i morderstwo. Został skazany na karę śmierci, lecz zwolniony z niej warunkowo po odwołaniu. Niedługo po wyjściu uczestniczył w napadach, podczas których zabito 3 policjantów. Podczas porwania dwóch zamożnych ludzi (William Hammer i Edward Bremer) zatrzymał się by zatankować samochód, zdjął w tym celu rękawiczkę. Odcisk zidentyfikowano. Został skazany na dożywocie. Wraz z Karpisem wysłano go do Alcatraz. Zginął 13 stycznia 1939 roku. Podczas jednej z wielu zakończonych niepowodzeniem ucieczek został postrzelony w głowę, gdy po wydostaniu próbował zbudować tratwę z Dale'm Stamphill'em.
    - Harvey Bailey ("The Dean of American Bank Robbers"). Był jednym z najlepszych złodziei. Dokonał największego rabunku banku w historii. Wyszedł z niego z ponad milionem dolarów. Od 1920 nie ukradziono większej kwoty. Do Alcatraz przeniesiony za ucieczkę z więzienia w Dallas. W tym celu porwał strażnika i użył go jako żywej tarczy. Schwytano go ponownie i uznano, że brał współudział w porwaniu Charlesa F. Urschela (był na ranczu na którym go przetrzymywano), skazano go na dożywocie.
    - Robert Franklin Stroud (Birdman of Alcatraz"). Morderca uznany za jednego z najbardziej znanych przestępców USA. W Leavenworth zajmował się hodowlą i sprzedażą ptaków, stał się również szanowanym ornitologiem, niestety, nie pozwolono mu tego robić w Alcatraz.
    W wieku 13 lat uciekł od ojca, a w wieku zaledwie 18 był alfonsem na Alasce. W styczniu 1909 roku (19 lat) zastrzelił barmana, który zaatakował jego prostytutkę. Skazano go na 12 lat. Bardzo szybko zyskał reputację niebezpiecznego osadzonego, często konfrontował się z innymi więźniami i strażnikami. W 1916 roku zasztyletował strażnika. Po kilku procesach skazano go na dożywocie. W 1920 roku gdy przebywał w izolatce odkrył gniazdo z trzema wróblami i zaczął się nimi opiekować. Wkrótce jego kolekcja sięgała 300 kanarków.Wydał książkę na temat ptaków. Znacznie rozwinął temat patologii i wynalazł sposób leczenia krwotocznej posocznicy. Zyskał tym duży szacunek ornitologów i rolników. Ostatecznie w 1942 przeniesiono go do Alcatraz, gdy odkryto, że potajemnie wytwarza alkohol.
    19 grudnia 1942 roku został więźniem nr. 594 w Alcatraz, rok później zdiagnozowano go jako psychopatę. Gdy pozbawiono go ornitologii postanowił napisać książkę na temat zmian systemu karnego na przestrzeni lat. W 1959 roku przeniesiono go do Centrum Medycznego dla więźniów w Springfield. Zmarł 21 listopada 1963 roku. W więzieniu spędził 54 lata, z czego 42 w izolatce.

    Ucieczek z Alcatraz było wiele, mniej lub bardziej spektakularnych. Tylko co do jednej jest przypuszczenie, że nie skończyła się tragicznie. To właśnie ta najbardziej znana, z 11 czerwca 1962 roku. Wtedy Frank Lee Moris oraz bracia John i Clarence Anglin opracowali w ciągu kilku miesięcy plan. Jednak czy doskonały?
    Z ponad 50 płaszczów przeciwdeszczowych uszyli tratwę. Okradali pracownie więzienne w celu zdobycia narzędzi ucieczki. Pracowali nad tunelem na zmianę kilkaset godzin. Bracia (osadzeni razem w celi) przygotowali manekiny z mydła, papieru toaletowego, włosów ukradzionych fryzjerowi, a także dokładnie namalowane podobizny. O godzinie 21:30 zgasły światła w całym budynku. Morris i Anglinowie przez pokrywę wentylacji przeszli na dach, następnie ponad 15 metrów w dół i tu ślad o nich zaginął. Alarm zabrzmiał dopiero kolejnego dnia. Według FBI utonęli, znaleźli wiele rzeczy z ich ekwipunku, ale nigdy nie trafiono na ciała. 17 lipca 1962 rzekomo załoga okrętu SS Norefjell widziała niedaleko mostu Golden Gate dryfujące ciało w uniformie więziennym. Informacja została jednak przekazana dopiero w październiku, a zwłok nigdy nie odnaleziono.

    Współtowarzysz z celi Morrisa (miał również uciekać i pomagał w przygotowaniach) zdradził plany o kradzieży ubrań i samochodu, lecz żadne nie zostały w tym czasie odnotowane.
    Próbowano iść wieloma tropami:

    - Holenderscy naukowcy stwierdzili, że prądy wodne podczas tej nocy miały ich zaprowadzić na znajdującą się obok wyspę Angel.
    - Brat Anglinów twierdził, że dostał od nich list (przebywał wtedy w więzieniu). Zmarł dwa lata później, ale rodzina twierdziła, że go zabito, gdyż nie chciał wyjawić kryjówki.
    - Powstała nawet plotka, że bracia przyszli w kobiecych charakteryzacjach na pogrzeb swojej matki. Nawet ten trop został zbadany.
    - W 2013 roku na posterunek w Richmond rzekomo wysłał list John Anglin. Twierdził w nim, że Morris zmarł w 2008 roku, a Clarence w 2011. Pisał też, że ma 83 lata i choruje na raka. Napisał również, że jeśli w telewizji zostanie ogłoszone, że będzie skazany na rok więzienia ze słuszną opieką medyczną - poda miejsce swego pobytu. FBI mimo grafologii i odcisków palców nie jest w stanie potwierdzić autentyczności, mimo, że w nią wątpią.
    Śledztwo może zostać umorzone dopiero 11 maja 2030 roku, gdy nadejdzie dzień 99 urodzin Clarence.

    pokaż spoiler Źródła: newsweek, wikipedia, filmy.
    Dodałam jeszcze 11 sierpnia, ale Mihau zepsuł.


    #historia #kryminalne #gruparatowaniapoziomu #mordercy #usa i troszkę #militaria
    pokaż całość

  •  

    Skazany na karę śmierci. Mirosław S. zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił

    - Ta dziewczynka miała tylko 10 lat. Mirosław S. ją zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił - wspomina emerytowany policjant. Do tej okrutnej zbrodni doszło latem 1990 roku we wsi Krzeszna na Kaszubach. Sprawca żyje, przebywa w ośrodku w Gostyninie. I zna dane osobowe 8-latki z domu dziecka w Toruniu. O tym, że groźny przestępca, izolowany w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, otrzymał dane 8-latki z domu dziecka „Młody Las” w Toruniu, piszemy od tygodnia. Dziś ujawniamy, czego się dopuścił w 1990 roku.

    Do zbrodni doszło 12 sierpnia 1990 roku we wsi Krzeszna. To letniskowa miejscowość, położona w samym sercu Kaszub, dokładnie w gminie Stężyca, w powiecie kartuskim. W czasach PRL-u tutejsze jeziora (Krzeszna leży u zbiegu Ostrzyckiego i Potulskiego) dosłownie oblepione były wypoczynkowymi ośrodkami zakładowymi.
    - Do jednego z takich ośrodków przyjechali też ci rodzice z 10-letnią dziewczynką - wspomina emerytowany już policjant z tej gminy, do którego udało nam się dotrzeć. - Pamiętam, że lato 1990 roku było całkiem ładne. W tamte dni bardzo dużo dzieciaków praktycznie nie wychodziło z jeziora. Rodzice spokojnie puszczali je w miejsca, gdzie była mielizna. Ta 10-latka też tam się bawiła... Mirosław S., wówczas koło trzydziestki, podpłynął do bawiących się dzieci łódką. Był w samych kąpielówkach. Zapraszał dzieci na łódź, ale chętnych nie było. W końcu zgodziła się ta jedna dziewczynka. Zrobiła to mimo protestów młodszej, 6-letniej towarzyszki zabaw, która przypominała jej, że „miała już wracać do domu, rodzice kazali”. Mirosław S. z dziewczynką wypłynął z Jeziora Potulskiego w kierunku Jeziora Ostrzyckiego. Akweny ta łączy „rzeczka”, jak mówili miejscowi. Przepłynęli ją spokojnie, dobili do brzegu i tutaj mężczyzna wysadził 10-latkę. Tak, jak jej obiecał - stąd miała już bliżej do kwatery. - Mała ubrana była tylko w strój kąpielowy. Weszła już między szuwary, a on najpewniej odprowadzał ją wzrokiem. Jakiś impuls kazał mu z tej łodzi zejść i pobiec za dziewczynką. Udusił ją i zaciągnął do łodzi - relacjonuje emerytowany policjant. - Potem zgwałcił ją kilka razy, już jako nieżywą. Z tego, co pamiętam, przyznał się do zgwałcenia jej jeszcze nazajutrz.

    Rodzice 10-latki zaalarmowali miejscowy komisariat o zaginięciu córki, gdy dziecko nie wróciło na noc. Aby pomóc miejscowym policjantom w poszukiwaniach, do Krzeszny przyjechały posiłki z komendy wojewódzkiej. - Bardzo pomogła nam wtedy ta 6-letnia dziewczynka, która widziała, jak 10-latka wsiadała z Mirosławem S. do łodzi. Potrafiła go opisać, nawet jego kąpielówki. Szukaliśmy jego i żywej lub martwej dziewczynki - wspomina emerytowany policjant. Nasz rozmówca nie pamięta, czy Mirosław S. był w Krzesznej na wakacjach, czy też tam pracował. Z dokumentów wynika, że miejscem zbrodni był Ośrodek Wypoczynkowy Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej. - Pamiętam, że jak do niego dotarliśmy, miał u siebie zakrwawiony ręcznik. Tłumaczył, że to po goleniu okolic krocza. Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, by zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi - relacjonuje policjant - A krew na ręczniku, jak się później okazało, była krwią tej dziewczynki... Skazany na śmierć Mirosław S. w obecności śledczych przyznał się do zbrodni. Do szyi ofiary przywiązał kawał metalu (prawdopodobnie był to kawałek szyny), a potem zwłoki wrzucił do jeziora. - Ale wypłynęły. Znaleźliśmy je. Pamiętam, jak przyjechał prokurator - wspomina nasz rozmówca. W 1991 r. ówczesny Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Mirosława S. na karę śmierci. Dlaczego jej nie wykonano? Jak S. trafił do ośrodka w Gostyninie?

    - Szczurek. No, taki mikry, chudy. Najwyżej 60 kilogramów ważył. Niepozorny facet. Tak zapamiętałem tego Mirosława S. - wspomina emerytowany policjant z Kaszub. W tamtych czasach, a przecież mówimy raptem o 1990 roku, praca śledczych różniła się mocno od obecnej praktyki. Badania DNA w Polsce raczkowały. Z dziećmi starano się postępować z wyczuciem, choć przesłuchiwanie w specjalnych pokojach, w obecności psychologa, było melodią przyszłości. 6-letnią dziewczynkę, która widziała, jak ofiara Mirosława S. wsiadała do jego łódki, rozpytywano inaczej.
    - Bardzo nam ta malutka pomogła, bo dużo pamiętała. Jak już dotarliśmy do Mirosława S., to trzeba było zrobić okazanie, czyli pokazać dziecku tego mężczyznę w towarzystwie przynajmniej dwóch podobnych. No, trochę się namęczyliśmy, żeby tych dwóch mikrych znaleźć - wspomina policjant emeryt. Z rodzicami dziewczynki było uzgodnione, jak rzecz będzie przebiegała. Oczywiście, o żadnych strasznych podejrzeniach dziecku nie mówiono. Umowa była taka, że jeśli rozpozna „pana od łódki”, to do niego podejdzie i poda mu rękę. - Długo się nie zastanawiała. Podeszła do Mirosława S. i chwyciła za rękę. Oczywiście, istotne były też jej zeznania. Pamiętam, że z wdzięczności podarowaliśmy jej później książkę z dedykacją - przypomina sobie mundurowy. Nie zapomni jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że Mirosław S. miał u siebie pisemka pornograficzne. Każdej kobiecie wydłubał krocze. Agresywnie, z impetem. Scyzorykiem albo cyrklem jakimś. - No, normalne to to nie było - komentuje nasz rozmówca. Rzecz druga to żal. Ten człowiek naprawdę go okazywał. Nie potrafił wytłumaczyć racjonalnie, co popchnęło go do okropnej zbrodni. Gdy z amoku otrzeźwiał, autentycznie żałował. Potwierdzą to potem śledczy i sąd. Akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S. kierowała do sądu Prokuratura Rejonowa w Kartuzach. Proces toczył się przed ówczesnym Sądem Wojewódzkim w Gdańsku. Oskarżycielem posiłkowym był ojciec 10-letniej ofiary. - 12 grudnia 1991 roku Mirosław S. skazany został na karę śmierci. Karą dodatkową było pozbawienia praw publicznych na zawsze - informuje sędzia Tomasz Adamski, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Gdańsku.

    Podkreślmy, że surowszej kary w Polsce nie było. Od tego wyroku jednak 20 marca 1992 roku rewizję wniósł obrońca oskarżonego. - Na rozprawie rewizyjnej sytuacja przedstawiała się następująco. Obrońca poparł rewizję, prokurator wnosił o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności, a oskarżyciel posiłkowy o utrzymanie wyroku w mocy. Sam oskarżony natomiast prosił o danie mu szansy - relacjonuje sędzia Tomasz Adamski. W wyniku rewizji Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrokiem z 27 maja 1992 roku zmienił wyrok i skazał Mirosława S. na karę 25 lat wiezienia. Orzekł też pozbawienie go praw publicznych na 10 lat.

    Mirosław S. trafił do ośrodka w Gostyninie tuż po tym, jak skończył odbywać karę 25 lat więzienia. W placówce umieszczono go na podstawie tzw. ustawy o bestiach. - 23 kwietnia 2015 roku (pod koniec odbywania kary - przyp. red.), po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał mężczyznę za osobę stwarzającą zagrożenie. Dlatego umieszczono go w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie - wyjaśnia sędzia Adamski.

    Z tego ośrodka właśnie na przełomie marca i kwietnia Mirosław S. dzwonił do domu dziecka „Młody Las” w Toruniu. Oferował przepisanie na jakieś dziecko swojej polisy ubezpieczeniowej. Pracownica podjęła temat. Telefonów było kilka. Ostatecznie, jak twierdzi dyrekcja, dane wytypowanej przez siebie 8-letniej dziewczynki przekazała przez telefon agentowi ubezpieczeniowemu. - Agent wyraźnie wymienił już nazwę ośrodka w Gostyninie. Wtedy pracownicy powinna zapalić się czerwona lampka - przyznaje Anna Czeczko-Durlak, dyrektor „Młodego Lasu”. W kwietniu Mirosław S. przysłał 8-latce imiennie zaadresowane życzenia urodzinowe. Według naszego informatora, dziewczynka cieszyła się z „życzeń od wujka”. Potem przestępca wysłał jeszcze 8-latce dwie paczki. W jednej była lalka. Te już na pewno do rąk wychowanki nie trafiły.

    Sprawą poważnie zainteresował się Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. To m.in. za jego sprawą udostępnienie danych osobowych 8-latki zaczęto w ogóle formalnie wyjaśniać. Dodajmy, że dziewczynka nie jest sierotą. Urząd Miasta Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, który bezpośrednio nadzoruje dom dziecka, zarządził w nim kompleksową kontrolę. Anna Czeczko-Durlak zobowiązana została do przeszkolenia pracowników w zakresie udostępniania danych osobowych dzieci. Ma też opracować procedury postępowania z darczyńcami. Sprawę udostępnienia danych bada też toruńska prokuratura. A Mirosław S.? Być może wspomina czasem Toruń. Tutaj dorastał, chodził - jak sam twierdzi - do szkoły specjalnej. Ostatni jego toruński adres pobytu to pewna ulica na lewobrzeżu. Kilka lat temu wzniesiono tutaj nowe bloki socjalne.

    Źródło i pełny tekst

    #mordercy #historiemordercow #pedofilia #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    #kryminalne #nierozwiazane
    (wcześniej opublikowane na stronie paranormalne.pl)

    29 września 1982 roku siedem osób w Chicago i okolicach zażyło zatrute tabletki, w konsekwencji czego doszło do ich zgonów. Wydarzenia towarzyszące tym śmierciom rozpoczęły medialną burzę na temat jak w ogóle mogło do tego dojść.

    Ofiarami byli: Mary Kellerman (12l.), Mary Reiner (27l.), Mary McFarland (31l.), Paula Prince (35l.), Adam Janus (27l.), Stanley Janus (25l.), Theresa Janus (19l.)

    Ostatnia trójka była ze sobą spokrewniona. Adam Janus źle się poczuł i został przewieziony do szpitala, gdzie zmarł. Gdy jego rodzina wróciła do domu by go opłakiwać, brat Adama oraz jego żona, Theresa, wzięli te same leki, co on (tylenol), co doprowadziło do ich zgonów. Tej samej nocy detektyw z Cook County, Nick Pishos, porównał buteleczkę z tabletkami rodziny Janus z tą należącą do innej ofiary, Mary Kellerman. Pishos zauważył, że buteleczki tylenolu miały taki sam numer kontrolny, "MC2880".

    Zastępczy lekarz sądowy, Edmund Donoghue, kazał Pischos'owi powąchać buteleczki. Obydwie pachniały jak migdały. Mówi się, że cyjanek pachnie jak migdały dla 20-40% społeczeństwa. Kontakt z cyjankiem może doprowadzić do napadów padaczkowych, zatrzymania krążenia i zaburzeń oddychania. Wyniki badań krwi ofiar pokazały, że przyjęły one od 100 do 1000 więcej cyjanku potasu niż wynosi jego śmiertelna dawka.

    1 października władze były już pewne, że leki specjalnie zostały zatrute cyjankiem potasu. Później tego samego dnia, McNeil Consumer Products, firma podlegająca Johnson & Johnson, wycofała ponad 31 milionów buteleczek tylenolu i wydała ostrzeżenie. Zaoferowali też zastąpienie wycofanych buteleczek nowymi i zaproponowali 100.000 dollarów nagrody za informacje o sprawie. Te środki ostrożności kosztowały firmę ponad 100,000,000 dollarów.

    5 października nad sprawą pracowało już FBI oraz Amerykański Prokurator Generalny. Podaje się, że w gazetach napisano na ten temat ponad 100,000 osobnych artykułów. Rozpoczęła się panika. Ludzie przekonani, że zostali otruci, oblegali szpitale. Tego samego miesiąca wykryto około 270 incydentów zainicjowanych przez ludzi kopiujących pierwsze zabójstwa. Inni naśladowcy używali też trutki na szczury i kwasu chlorowodorowego.

    Jednym z faktów, który zbijał policję z tropu na samym początku było to, że wszystkie ofiary kupiły swoje leki w innych sklepach. Ponadto, te sklepy zaopatrywały się w leki z innych zakładów produkcyjnych.

    Ponad 10 milionów wycofanych tabletek zostało przebadanych. 50 kapsułek z 8 różnych butelek zawierało cyjanek. 5 z nich należało do ofiar, 2 zostały przysłane po wycofaniu, a 1 wciąż stała na sklepowej półce. Nie znaleziono odcisków palców ani fizycznych dowodów obecności mordercy w sklepach. Monitoring nie był wtedy jeszcze tak popularny, a śledczy rozpatrywali możliwy motyw zbrodni jako chęć zniszczenia firmy Johnson & Johnson.

    Śledczy przesłuchiwali niezadowolonych pracowników, złodziei złapanych w aptekach, z których pochodziły zatrute tabletki i osoby niedawno wypuszczone z więzień lub ośrodków psychiatrycznych. Podawano nawet do ogólnej wiadomości informacje o pogrzebach ofiar w nadziei, że morderca się na nich pojawi. Ostatecznie policja doszła do wniosku, że osoba, która to zrobiła odwiedziła każdy ze sklepów, kupiła buteleczki, a potem zwróciła je.

    Śledczy ustalili, że morderca podłożył tabletki w sklepach 28 września, dzień przed zgonami. Ich rozumowanie brało się z faktu, iż cyjanek w końcu straciłby trujące właściwości, dlatego ktokolwiek to zrobił musiał nie tylko być w tych sklepach, ale też zrobić to w Chicago.

    Pierwszym podejrzanym był Roger Arnold, 48-letni pracownik doku, który pewnej nocy powiedział o morderstwach podejrzane rzeczy w barze. Po przesłuchaniu go i przeszukaniu jego domu, policja znalazła kilka interesujących powiązań. Arnold pracował w tym samym sklepie, co ojciec jednej z ofiar, Mary Reiner. Według New York Times'a sklep, w którym Reiner kupiła tabletki znajdował się na przeciwko oddziału psychiatrycznego żony Rogera. Zaś w jego domu odnaleziono książki opisujące jak dokonywać zbrodni, zlewki i inne chemiczne przyrządy, a także proszek, który okazał się węglanem potasu. Arnold odmówił udziału w teście wykrywaczem kłamstw, a policja ostatecznie nie zebrała dostatecznych dowodów, aby go aresztować. Rok później Arnold zastrzelił John'a Stanisha ponieważ był przekonany, że to on wydał go policji za komentarze w barze. Stanisha zginął, a Roger został skazany na 30 lat więzienia, ale wyszedł wcześniej za dobre sprawowanie.

    Drugim podejrzanym był Theodore J. Kaczynski, znany też jako "Unabomber". Kiedyś genialny matematyk, obecnie odsiaduje dożywocie za zamordowanie trzech osób i zranienie kolejnych 23 bombami wysłanymi pocztą. Pierwszą poszlaką wskazującą na niego było to, że był z Illonois. Jednak jedno z morderstw (nieuznawane za oficjalne) miało miejsce w Sheridan, Wyoming dwa miesiące przed morderstwami w Chicago. Miasto to było po drodze do domku Kaczynski'ego w Montanie, w którym to mieszkał podczas zabójstw.

    Theodore często używał adresów zwrotnych i pseudonimów związanych z drewnem (ang. wood). Jest to interesujące ponieważ 2 z 3 założycieli Johnson & Johnson miało na drugie imię Wood.

    W 2009 roku FBI zażądało próbki DNA od Kaczynski'ego. Mężczyzna odpowiedział, że byłby skłonny ją oddać pod warunkiem, że sąd nie pozwoli na przeprowadzenie aukcji jego własności. Jego wyjaśnienia

    "Nawet zakładając, że FBI jest całkowicie szczere (założenie, do którego nie jestem skłonny), częściowe profile DNA mogą rzucić podejrzenie na osoby, które są całkowicie niewinne. Przykładowo, takie profile mogą pokazać, że 5%, 3% lub 1% Amerykanów ma takie same profile, co osoba, która popełniła dane przestępstwo.''

    Dodał jeszcze:

    "Pewne dowody skonfiskowane z mojego domku w 1996 mogą okazać się ważne."

    Kaczynski wierzył, że przedmioty poddane aukcji mogły być istotne w udowodnieniu, że nigdy nie posiadał cyjanku potasu. Mimo to aukcja się odbyła, a Kaczynski odmówił oddania próbki DNA.

    Trzecim i głównym podejrzanym był James Lewis. Tydzień po pierwszych zgonach firma Johnson & Johnson otrzymała kopię ręcznie napisanego listu z odciskami palców Lewis'a. Oto treść listu:

    "Panowie, jak widzicie, łatwo jest umieścić cyjanek (zarówno węglan jak i cyjanek potasu) w buteleczki stojące na sklepowych półkach. A ponieważ cyjanek umieszczony jest w żelatynie, łatwo jest sprawić, że kupujący przełkną gorzką tabletkę. Innym plusem jest to, że cyjanek działa szybko. Wystarczy tak niewiele. I nie będzie czasu na środki zaradcze. Jeśli nie przeszkadza wam rozgłos tych małych tabletek, nic nie róbcie. Do tej pory, wydałem mniej niż 50 dollarów i zajmuje mi to mniej niż 10 minut na jedną buteleczkę. Jeśli chcecie skończyć z zabójstwami przelejcie 1.000.000.000 na konto bankowe # 84-49-597 w Continental Illinois Bank Chicago, IL. Nie próbujcie powiadamiać FBI ani władz z Chicago. Kilka moich telefonów cofnie wszystko, co moglibyście zrobić."

    Wydano nakaz jego aresztowania i ostatecznie został pojmany 13 grudnia w Nowym Jorku. Co dziwne, konto bankowe podane w liście nie należało do Lewis'a, a do Frederic'a Miller'a McCahey'a. Lewis był przekonany, że McCahey oszukał jego żonę na 511 dollarów i podał jego konto bankowe z nadzieją, że to wyjawi oszustwo. Mimo to przeszłość Lewis'a przekonała policję, że mógłby być odpowiedzialny za te morderstwa. W wieku 19 lat rzekomo gonił swoją matkę z siekierą. W 1966 został przyjęty do stanowego szpitala psychiatrycznego w Missouri po spożyciu 36 tabletek anacyny. Tam zdiagnozowano u niego schizofrenię. Później Lewis został oskarżony (i uniewinniony) o zamordowanie mężczyzny o imieniu Raymond West, który to został znaleziony rozczłonkowany w swoim własnym domu w 1978 roku. Po tym Lewis i jego żona założyli biznes polegający na imporcie maszyn do robienia tabletek z Indii. W 1981 roku został oskarżony o fałszowanie kart kredytowych. Policja przeszukała jego dom i znalazła dość dowodów żeby aresztować go za te fałszerstwa, w wyniku czego on i jego żona uciekli do Chicago i żyli tam pod przybranymi nazwiskami przez prawie rok, akurat w czasie trwania morderstw. Na jego korzyść świadczy, że kupił bilety z Chicago do Nowego Jorku 4 września, 25 dni przed zabójstwami. Jak wcześniej wspomniano, zabójca musiał podłożyć cyjanek na krótko przed spożyciem leków przez ofiary, więc 25 dni to zbyt długi odstęp czasu. Niektórzy śledczy wierzyli, że mógł wrócić do Chicago, pożyczyć samochód, podłożyć truciznę i opuścić miasto. Dodatkowo, kamera z jednego ze sklepów pokazywała mężczyznę z brodą, który zdaniem niektórych przypominał Lewis'a. Ostatecznie prokuratura nie miała wystarczających dowodów, żeby skazać Lewis'a.

    Pomimo tego, niedługo później został aresztowany za wymuszenie i skazany na 20 lat więzienia, lecz odsiedział tylko 13. Podczas pobytu w zakładzie karnym często mówił w jaki sposób ktoś mógłby podłożyć śmiertelną dawkę cyjanku potasu. Wypuszczono go w 1995 roku. Obecnie wraz z żoną mieszka w Cambridge. W 2010 roku wydał książkę zatytułowaną "Poison! A doctor's Dilemma." ("Trucizna! Dylemat lekarza.").

    Jedyną pozytywną rzeczą, która wynikła z tej afery było stworzenie zaplombowanych opakowań. Ostatecznie nikt jednak nie wie kim był morderca i dlaczego on/ona to zrobił/a...

    Źródło: https://www.buzzfeed...13LW#.vxPrQbglr
    pokaż całość

  •  

    Zbrodnia pod Połańcem - 25 grudnia 1976

    Źródło:http://niniwa22.cba.pl/zbrodnia_pod_polancem.htm

    Marcin Radzimowski

    Gdy się Chrystus rodził...

    Zrębin. Niewielka wieś pod Połańcem, w byłym województwie tarnobrzeskim, obecnie świętokrzyskim. Kilkadziesiąt domów, asfaltowa droga, jakiś sklep, remiza. Wieś jak każda inna, ale tylko na pozór. Jej mieszkańcy wciąż noszą piętno zbrodni, która wydarzyła się tutaj równo trzydzieści lat temu, w wigilię Bożego Narodzenia 1976 roku.

    WYBACZYĆ? NIGDY!

    - Herbatę zaparzę. Rzadko ktoś obcy tu zagląda, czasem sąsiadki odwiedzą. Teraz już nie mam nikogo, mąż zmarł osiem wiosen temu - mówi kobieta, zapraszając do swojego domu pod adresem Zrębin 25.

    Zdzisława Kalita bez trudu odgaduje przyczynę mojej wizyty. W tym roku miną dokładnie trzy dekady od pamiętnej wigilii Bożego Narodzenia. Wtedy to z rąk zbrodniarzy zginęła jej 18-letnia córka Krysia wraz z mężem Stanisławem, oraz ukochany syn Miecio, który miał ledwie skończone 12 lat. Zginęło też dziecko w łonie Krysi, wnuczek, którego pani Zdzisławie nie było dane zobaczyć.

    - Od tamtej pory nie mam świąt. Tylko łzy i rozpacz. O tym nie można zapomnieć, takie rany się nie zabliźniają - mówi Kalitowa. - Niektórzy zabójcy żyją, mają dzieci, wnuki. Mnie tego wszystkiego pozbawili.

    Na pytanie, czy kiedyś będzie w stanie wybaczyć, marszczy brwi. Oczy zaczynają się szklić od łez. - A pan by wybaczył? Do końca swoich dni nie wybaczę. Nie potrafię. Moje dzieci leżą w grobie - mówi. Pokazuje dwa portrety. Na jednym jest Miecio, drugi to zdjęcie ślubne Krysi i Staszka.

    KRÓL ZRĘBINA

    Rodzina Sojdów miała we wsi poważanie. Niespełna 50-letni Jan był największym gospodarzem w okolicy. Miał traktor, co w tamtych czasach było bardzo rzadkie. Wszyscy wiedzieli, że to bardzo zamożna rodzina. Sojda był przed laty ławnikiem w sądzie, znał się też na wyrywaniu zębów, miał znajomości w urzędach i instytucjach.
    - To był taki samozwańczy król Zrębina. Oj, wiele ludzi się go bało - macha ręką starsza kobieta, mieszkająca nieopodal domu "króla".

    Sojda miał szwagra Józefa Adasia, który pobudował się po sąsiedzku. Miał też dwóch zięciów - Stanisława Kulpińskiego i Jerzego Sochę. Ten pierwszy mieszkał w jego domu.

    Z rodziną Kalitów Sojdowie żyli jak pies z kotem. Przyczyną cichego konfliktu były zaszłości sprzed lat. Według ustaleń, dziadek zamordowanych później ludzi, udzielił kiedyś pomocy organom ścigania w zatrzymaniu Jana Sojdy, podejrzanego o dokonanie gwałtu. Jakiś czas później na podwórku Sojdy wskutek "wypadku" z bronią palną, zginął syn owego dziadka Kalitów. Wkrótce później w niejasnych okolicznościach zginął sprawca tego zabójstwa.

    KTOŚ PODNIÓSŁ RĘKĘ

    - Ta nienawiść narastała stopniowo. Momentem przełomowym była kradzież kiełbasy w czasie wesela u Kalitów - wspomina Janusz Ragan, emerytowany policjant z Nowej Dęby.

    W 1976 roku Ragan był młodym, 26-letnim sierżantem Milicji Obywatelskiej. Pracował w wydziale kryminalnym Komendy Wojewódzkiej MO w Tarnobrzegu. Był jednym z dwóch głównych śledczych prowadzących "sprawę połaniecką".

    Wróćmy jednak do wspomnianego wesela Krysi i Staszka. Jako że Kalitowie i Sojdowie byli spokrewnieni, rodzice Krysi zaprosili całą tamtą rodzinę na wesele. Żona Józefa Adasia (siostra Sojdy) piekła ciasto weselne. - Ktoś przyuważył, że Adasiowa podkrada kiełbasę. Na dodatek po weselu zabrała zastawę stołową przyniesioną z wypożyczalni - dodaje oficer policji. - To były czasy, gdy nie było w można w sklepie kupić nawet zwykłych talerzy. Przykazała Kalitowej, żeby w wypożyczalni skłamać, iż naczynia się rozbiły.

    O kradzieży kiełbasy zrobiło się we wsi dość głośno. Jan Sojda poczuł się bardzo urażony wysuwanym wobec jego rodzinie zarzutom złodziejstwa. Żeby podnosić rękę na króla Zrębina? Tak być nie mogło. Właśnie wtedy w jego głowie zrodził się okrutny plan, aby w akcie zemsty wymordować "Kalitowe dzieci".

    WIGILIJNA ZBRODNIA

    Nadkomisarz Janusz Ragan otwiera grubą tekę. To prawie całe śledztwo. Setki kartek, kopii protokołów przesłuchań, dokumentów, pokwitowań. Gromadził to wszystko rozpracowując zbrodnię, która na początku była zwykłym wypadkiem samochodowym. - Zabójcy planując zbrodnię, działają zazwyczaj w ukryciu, samotnie, bez świadków. W tym przypadku było inaczej. Aby to zrozumieć, trzeba poznać tamtych ludzi, panujące w tej wsi zwyczaje i autorytety - mówi Ragan. Odpala papierosa, pochylając się nad swoimi zapiskami. Wraca myślami trzydzieści lat wstecz.

    W zbrodniczy plan Sojda wtajemniczył szwagra Józefa Adasia oraz obu zięciów - Kulpińskiego i Sochę. Wybrał datę - wigilijną noc 1976 roku. Z sądowych akt sprawy dowiaduję się, że dzień zaplanowanego zabójstwa nie był przypadkowy. Sojda chciał tego dokonać na oczach świadków, aby w ten sposób przekonać ich, że sam jest bezkarny, a okrutny los spotka każdego, kto ośmieli się z nim zadrzeć.

    WYWABIENI Z KOŚCIOŁA

    W wieczór wigilijny obok rynku w Połańcu zaparkowały dwa autobusy - san i autosan. Przywiozły ludzi ze Zrębina na pasterkę. Około trzydziestu osób zostało w sanie i zamiast iść na mszę, piło wódkę. Pijaństwo w czasie pasterki to był w pewnym sensie niepisany zwyczaj zrębinian. W sanie był między innymi Sojda, jego szwagier i zięciowie, którzy przyjechali pod kościół swoim fiatem. W kościele była Krysia Kalitowa z mężem i bratem.

    - Sojda poprosił cioteczną kuzynkę Kalitów, aby ta dyskretnie wywabiła Krystynę. Powiedział, że ojciec robi matce w domu awanturę i żeby wracali - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner z Tarnobrzega, w czasie procesu będący pełnomocnikiem pokrzywdzonych.

    Krystyna, Stanisław i Miecio wyszli z kościoła i ruszyli pieszo w stronę odległego o pięć kilometrów domu. Przechodzili obok sana, w którym trwała libacja. Myśleli, że może autobus zaraz pojedzie w stronę Zrębina. Adaś i Sojda nie wpuścili ich jednak do środka. Poszli dalej, po zaśnieżonej drodze, przy padającym śniegu i wiejącym wietrze.

    Upłynęło kilka minut. Biesiadnikom z sana skończyła się wódka. Padło hasło: jedziemy na melinę do Zrębina po alkohol. Sojda jednak wiedział, że nie o wódkę tu idzie.

    MAKABRA NA DRODZE

    Fiatem 125 w kierunku Zrębina wyruszył zięć Sojdy - Socha, za nim san z podpitymi pasażerami, za kierownicą którego usiadł Józef Adaś. A potem drugi autobus - autosan prowadzony przez Macieja Wysockiego. Sojda groźbami zmusił go do jazdy. Z wyjątkiem rodziny króla Zrębina nikt nie był świadom wydarzeń, jakie wkrótce nastąpią. - Jakieś dwa kilometry dalej jadący "dużym fiatem" Socha dostrzegł Kalitów. Potrącił idącego poboczem od strony jezdni 12-letniego Mieczysława - mówi prokurator Jacek Świercz z Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. To drugi śledczy, który obok ówczesnego wiceprokuratora wojewódzkiego Franciszka Bełczowskiego, prowadził tę sprawę.

    Autobusy zatrzymały się za fiatem. Z sana wyskoczyli Adaś i Sojda, zaczęli bić Stanisława, męża Krysi. Katowali go metalową korbą - kluczem do odkręcania kół i metalowym prętem. Oprawcy z zimną krwią roztrzaskali mu głowę. Gdy upadł martwy, zbrodniarze rzucili się w pogoń za uciekającą w pola Krystyną. "Wujku, nie zabijaj mnie. Zabiliście mi męża, zostawcie chociaż mnie matce" - błagała Sojdę 18-letnia dziewczyna. Ale bestie nie znały litości. Używając klucza szwagrowie bestialsko zatłukli dziewczynę.

    To nie był jednak koniec makabry. Na drodze ze złamaną nogą leżał i jęczał potrącony 12-latek. Sprawcy wyciągnęli go na środek jezdni. Sojda stanął z przodu i pokazując rękami, naprowadził na rannego chłopaka fiata kierowanego przez Sochę. Jak ustalono w czasie procesu, W aucie siedziały też żony Kulpińskiego i Sochy. Koło samochodu zmiażdżyło głowę dziecka!

    ŚWIADKOWIE PATRZYLI

    Cała ta makabra rozgrywała się na oczach około 30 osób siedzących w sanie. Jak potem ustalono w śledztwie, pośród nich byli partyjni aktywiści, sołtys, a nawet członek ORMO (Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej). Początkowo niektórzy próbowali wybiec z autobusu, ale w drzwiach stanął zięć Sojdy - Stanisław Kulpiński. Groził, że jeśli ktoś wyjdzie to spotka go los "Kalitowych dzieci".

    Z sana wydostało się jednak trzech mężczyzn, między innymi Henryk Witek. To on półtora roku później jako piąty zasiadł na ławie oskarżonych. Według ustaleń, gdy Adaś i Sojda mordowali w polach Krystynę, Witek podbiegł zaciekawiony i zaświecił latarką. Widział bestialską zbrodnię, ale nie zareagował. Bał się sprzeciwić Sojdzie.

    - Operacyjnie ustaliłem, że w autobusie ludziom grożono pistoletem. Niestety nie udało się tego przełożyć na dowód procesowy - mówi nadkomisarz Janusz Ragan. - Jakiś czas później ten ORMO-wiec z autobusu przyniósł mi pistolet, który rzekomo ktoś mu podrzucił na podwórze.

    PODPISALI WŁASNĄ KRWIĄ

    Po zamordowaniu trzech osób, sprawcy nakazali wszystkim osobom z sana przejść do autosana. Przerażeni i pijani ludzie posłusznie wykonali rozkaz. Sami oprawcy natomiast wciągnęli martwe ciała do sana. Do pomocy zmusili też Henryka Witka. Autokary ruszyły w stronę Zrębina. Zatrzymały się dwieście metrów przed pierwszymi zabudowaniami.

    - Ciała Stanisława i Mieczysława sprawcy położyli w rowie. Józef Adaś najechał sanem na te ciała, pozorując wypadek drogowy. Tego sana tam zostawili - mówi prokurator Jacek Świercz. - Zwłoki Krystyny obnażyli i położyli za autobusem, dla upozorowania gwałtu.

    Aby świadkom zamknąć usta, Sojda naprędce zorganizował w autosanie przysięgę. Najpierw kazał wszystkim uklęknąć i przyrzekać, że nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli. Potem każdemu dawał krzyżyk do całowania, potem nakłuwał palec agrafką, aby każdy świadek zostawił ślad własną krwią na kartce papieru. - Dzisiaj to brzmi jak scenariusz filmu, ale wówczas taka była ludzka mentalność, że dali się zastraszyć. Sam nie potrafię tego zrozumieć - mówi były milicjant.

    Dopełnieniem tych groteskowych wręcz obrzędów było przekupywanie. Każdemu ze świadków zbrodni Sojda wręczył plik banknotów.

    KAŻDY SZUKA ALIBI

    Aby świadkowie bestialskiego mordu mieli alibi, autosan zawiózł ich z powrotem do Połańca. Każdy miał wejść do kościoła tak, aby inni ludzie go widzieli. Henryka Witka i jeszcze jednego świadka fiatem odwieziono pod kościół w sąsiedniej Beszowej, aby tam szukali sobie alibi. Jakby co - w Połańcu nawet tego wieczora nawet nie byli. - Po zakończeniu pasterki, ludzie wsiedli do autosana i wymieszali się świadkowie zbrodni z tymi, którzy byli na mszy w kościele - wyjaśnia prokurator.

    W tym czasie pod kościołem rabanu narobił kierowca sana twierdząc, że ktoś ukradł mu autobus. Nie zgłosił tego jednak na milicję. Wsiadł do drugiego autobusu. Potem ustalono, że był jednym ze świadków zbrodni i doskonale wiedział, iż za kierownicą jego autobusu siedział Adaś.

    Gdy w czasie drogi powrotnej z pasterki autosan kierowany przez Macieja Wysockiego zatrzymał się przy sanie stojącym w rowie, zaciekawieni ludzie wybiegli na zewnątrz. Ktoś dostrzegł nogi wystające spod samochodu. Wezwano milicję...

    MILICJA KAZAŁA MÓWIĆ

    - Przepraszam pana, Henryka Witka szukam. Gdzie można go znaleźć? - pytam mężczyzny napotkanego obok przystanku autobusowego w Zrębinie. Wygląd jegomościa sugeruje, że jest on lekko "zawiany" albo na kacu. Zniszczona twarz zdradza, że za kołnierz nie wylewa.

    - Henryk Witek? To ja - oświadcza, ku mojemu zaskoczeniu. - A o co chodzi?

    Wyjaśniam, że o sprawę "Kalitowych dzieci". On był oskarżony o współudział i fałszywe zeznania. W kryminale przesiedział pięć i pół roku. Na początku milicjantom i prokuratorowi opowiedział o tym, co działo się w autobusie, przed sądem pamięć go już zawodziła i zupełnie zmienił zdanie. Teraz twierdzi, że siedział niewinnie.

    - To był wypadek, a nie zabójstwo - mówi Witek, ale mało przekonująco. - Panie, było minęło. Milicjanci bili świadków, kazali mówić, tak jak oni chcieli. No to mówiłem bzdury. A jak w sądzie człowiek prawdę powiedział, to zamknęli do aresztu, że niby fałszywie się świadczy. Siedziałem niewinnie.

    NIE WIDZIAŁEM, NIE WIEM

    Podobnie twierdzi Maciej Wysocki, który w wigilijną noc siedział za kierownicą autosana. Przekonuje, że zbrodni nie widział choć przyznaje, że nie wie, czy jej nie było. - Po prostu nie widziałem. Gdy dojechałem autobusem na miejsce, w rowie stał "san". Dopiero potem ktoś zobaczył nogi wystające spod auta - wspomina. - Śledczy bili, zmuszali świadków do potwierdzenia zeznań takich, jakie oni sobie wymyślili. Były oficer MO wspomina, że gdy Wysocki został przesłuchany w prokuraturze, nie wrócił od razu do domu. Wcześniej poszedł do knajpy, pił alkohol.

    - Do domu wrócił pod wieczór, trochę poobdzierany. Nie wiem, pewnie się przewrócił - mówi Janusz Ragan. - Następnego dnia zrobił u lekarza obdukcję, ze niby został pobity. Złożył skargę. Zostało wszczęte postępowanie i ustalono, że to nie są ślady pobicia, a lekarz sfałszował zaświadczenie.

    Wysocki jednak trzyma się swojej wersji. W zakładzie karnym za zatajanie zbrodni i fałszywe zeznania spędził pięć lat.

    CO WIDZIAŁ STASIU?

    Kilka dni po zabójstwie "Kalitowych dzieci", 14-letni wtedy Stasiu Strzępek przechodząc obok domów Sojdy i Adasia, wykrzyknął: "Zabójcy. Zabiliście mojego kolegę Miecia". - To był pierwszy trop mówiący o tym, że to nie był wypadek drogowy. Zanim jednak przesłuchaliśmy tego chłopca trzeba było ustalić, co to za chłopak i czy jest wiarygodny - wspomina nadkomisarz Ragan. - Później okazało się, że gdy Stasiu Strzępek szedł razem z dwoma kolegami i minęły ich owe dwa autobusy. A potem, gdy doszedł do miejsca znalezienia ciał, widział Adasia kręcącego się przy stojącym w rowie sanie.

    Z pasterki chłopak wrócił przerażony. Matka wspominała w sadzie, że płakał i wyraźnie gnębiło go coś, co widział. Dopiero kilka tygodni później podczas formalnego przesłuchania wyjawił, że widział Adasia na miejscu zdarzenia.

    PRZED MATKĄ BOSKĄ

    Skończyły się święta Bożego Narodzenia, przyszedł Nowy Rok 1977. Przez blisko pięć miesięcy milicja prowadziła śledztwo pod kątem wypadku drogowego. Sprawą zajęła się powołana grupa z komendy wojewódzkiej w Tarnobrzegu. Dzięki zeznaniom Stasia Strzępka milicja wiedziała, że rzekomo "kradzionym sanem kierował Adaś.

    - Został zatrzymany w połowie lutego pod zarzutem spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym - mówi emerytowany policjant. - Wciąż jednak nie dawały mi spokoju obrażenia stwierdzone na ciałach ofiar. Byłem prawie przekonany, że to nie był wypadek.

    Adaś siedział w areszcie, trwało śledztwo, pojawiały się coraz to nowe fakty. Rodzinie Sojdów zaczął się palić grunt pod nogami. Któregoś wieczora w sąsiadującej ze Zrębinem Wolicy zorganizowano potajemnie spotkanie świadków zbrodni. Przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską, zapalonych świecach i krucyfiksie, ludzie ponownie złożyli przysięgę. Mieli milczeć.

    - Oprócz tego członkowie rodziny Sojdów zastraszali świadków. Wręczali im pieniądze i medaliki przywiezione z Częstochowy - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner. - Jeden z takich medalików dostała ta cioteczna kuzynka Kalitów, która wywołała Krysię z kościoła.

    A JEDNAK ZABÓJSTWO

    Wkrótce okazało się, że biegły dokonujący sekcji zwłok nie wykonał podstawowych badań. Nie miał zresztą uprawnień. Był przekonany, że to ofiary wypadku drogowego. A może chciał, aby tak było? W każdym razie po kilku miesiącach, na wniosek prokuratora zarządzono ekshumację ciał i dokonanie ponownej sekcji. Jej wyniki nie pozostawiały złudzeń - to były ofiary potwornej zbrodni.

    Przeglądam przyniesiony z sądowego archiwum trzeci tom akt sprawy. Są w nim zdjęcia i wyniki drugiej sekcji zwłok. Dziura w czaszce jednej z zamordowanych osób idealnie wręcz pasuje kształtem do korby - klucza do kół. To było narzędzie zbrodni. - Trzy miesiące po Adasiu aresztowany został Sojda, pod zarzutem mataczenia w śledztwie i nakłaniania świadków do fałszywych zeznań - kontynuuje Ragan. - Za kolejne dwa lub trzy miesiące w areszcie znaleźli się Kulpiński i Socha.

    Część świadków przestała się bać, na przesłuchaniach wychodziły fakty, która składały się w logiczną całość. Na tej podstawie odtworzono przebieg tragicznych zdarzeń. Prokuratorzy zaczęli pisać akt oskarżenia.

    JEDYNY, KTÓRY MÓWIŁ

    Warto w tym miejscu wspomnieć, że jedynym świadkiem, który od samego początku zeznał, iż Sojda, jego szwagier i zięciowie z zimną krwią zamordowali rodzinę Kalitów, był Leszek Brzdękiewicz. Ten świadek nie dożył jednak procesu. W okresie Wielkanocy 1978 roku nagle zaginął. Jego ciało znaleziono w przepływającej przez Połaniec rzece Czarnej. Leżał twarzą do dołu w kilkucentymetrowej głębokości wodzie.

    - Było przypuszczenie, że ktoś mu "pomógł" umrzeć - mówi Janusz Ragan, były milicjant. - Miałem nawet pewne ustalenia operacyjne wskazujące, że w sprawę mogą być zamieszani dalsi krewni Sojdy. Niestety, nie udało się tego przełożyć na materiał dowodowy. Została wersja przypadkowego utonięcia.

    Pozostałych kilkudziesięciu świadków co rusz to zmieniało swoje zeznania. Ale największy wysyp "fałszywek", miał dopiero nastąpić w sądzie. Według śledczego Janusza Ragana, to był efekt błędu taktycznego zastosowanego przez kierownictwo milicji.

    - Po zakończeniu śledztwa, a przed rozpoczęciem procesu, ci świadkowie zostali pozostawieni sami sobie - mówi emerytowany policjant. - Skończyły się w Zrębinie wizyty milicji, skończyły się wezwania do prokuratury. Ten czas wykorzystała rodzina oskarżonych która rozpowiadała po wsi, że sprawa jest załatwiona i lada dzień "chłopy wyjdą z aresztu". Ludzie postanowili nie obciążać w sądzie Sojdy, z obawy przed zemstą.

    ZMOWA MILCZENIA

    W listopadzie 1978 roku przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu (z siedzibą w Sandomierzu), ruszył proces. Sala rozpraw zapełniała się niemal dzień w dzień, co przy dzisiejszych przepisach prawnych, jest praktycznie niemożliwe. Ba, niektóre posiedzenia odbywały się nawet w wolne (kiedyś były też robocze) soboty.

    - Część zastraszonych świadków całkowicie zmieniła zeznania złożone w śledztwie. Oskarżeni nie przyznawali się do winy. Odmawiali składania wyjaśnień. Nie oświadczali się - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner, pełnomocnik rodziny zamordowanych.
    Pięcioosobowy skład orzekający z przewodniczącym sędzią Markiem Maciągiem, nie miał jednak zamiaru biernie patrzeć na jawne kłamstwa. Na pewien czas wyłączono nawet jawność posiedzeń, aby rodziny oskarżonych nie słyszały, co zeznają świadkowie.

    To także nie pomagało, dlatego sąd zaczął nakładać kary na świadków. Najpierw pieniężne, a gdy i te nie skutkowały - zaczęto stosować areszty.

    MÓWIĆ, CZY SIEDZIEĆ?

    - Niektórzy świadkowie zaraz po wyjściu z sali rozpraw zakuwani byli w kajdanki i trafiali do aresztu. Dla niektórych jednak strach przed Sojdą był większy, niż groźba kilkuletniej odsiadki - mówi sędzia Edward Loryś, prezes Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu.

    To właśnie sędzia Loryś przed laty, jako sędzia Sądu Wojewódzkiego w Tarnobrzegu, rozpoznawał sprawy świadków "sprawy połanieckiej" oskarżonych o fałszywe zeznania i zatajanie zbrodni. - Z tego, co pamiętam, zapadały wtedy kary nawet siedmiu, ośmiu lat pozbawienia wolności - wspomina prezes tarnobrzeskiej "okręgówki".

    W sumie za złożenie fałszywych zeznań przed sądem, ukaranych zostało 18 świadków. Większość z nich spędziła za kratkami kilka lat, jak choćby wspomniany wcześniej Maciej Wysocki czy Henryk Witek. Ale byli też tacy, którzy po odsiedzeniu kilku dni przychodzili po rozum do głowy i składali wniosek o ponowne przesłuchanie. Powiedzieli prawdę i wrócili do domów. Zmowa milczenia została przerwana.

    CZTERY RAZY ŚMIERĆ

    Po trwającym dokładnie rok procesie, 10 listopada 1979 roku Sąd Wojewódzki w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu wydał wyrok: 51-letni Jan Sojda - kara śmierci, 37-letni Józef Adaś - kara śmierci, 30-letni Jerzy Socha - kara śmierci, 31-letni Stanisław Kulpiński - kara śmierci. Henryk Witek skazany został na pięć lat więzienia.

    Wyrok nie był jednak prawomocny, a obrońcy oskarżonych nie mieli zamiaru pozwolić na wysłanie ich klientów na szubienicę. Jak się wkrótce okazało, ich starania częściowo przyniosły korzystny dla dwóch oskarżonych skutek.

    Warto nadmienić, że obrońcami Sojdy, Adasia, Sochy i Kulpińskiego byli już wówczas bardzo znani adwokaci, między innymi Zbigniew Dyka (późniejszy minister sprawiedliwości), czy nieżyjący dziś znany obrońca w procesach politycznych, mecenas Władysław Siła - Nowicki.

    Niedawno na tym ostatnim cieniem położyły się podejrzenia rzucane przez niektórych Zaporczyków (członków oddziału partyzanckiego pochodzącego z Tarnobrzega Hieronima Dekutowskiego). Według nich to właśnie Siła - Nowicki miał wydać "ubekom" Dekutowskiego, pseudonim Zapora.

    SKORO NIEWINNI, TO...

    Gdy obrońcy skazanych na karę śmierci mieli w rękach pisemne uzasadnienie wyroku, liczące bagatela 646 stron maszynopisu, złożyli rewizję do Izby Karnej Sądu Najwyższego. To była wówczas druga instancja, rolę której spełniają obecnie Sądy Apelacyjne.

    Adwokaci w stustronicowej apelacji wytknęli prokuratorom, milicjantom i wreszcie sędziom szereg błędów. Główne zarzuty przez nich wysuwane to wymuszanie od świadków zeznań siłą i pod groźbą aresztowania, niedopuszczanie przed oblicze sądu świadków mogących wskazać nowe okoliczności, prowadzenie wizji lokalnej tak długo, że aż zasłabł jeden z obrońców. - Skoro adwokaci twierdzili, że oskarżeni byli niewinni, to kto zabił? No kto? - pyta retorycznie Zdzisława Kalita, matka i teściowa pomordowanych ludzi. - Gdyby naprawdę byli bez winy, to nie musieliby pieniędzmi zamykać ust ludziom.

    Na niekorzyść Sojdy przemawia też między innymi przechwycony gryps, który pisał do żony. "(...) Niech w sądzie zmieni zeznania i podtrzyma to, że byłem podczas pasterki w domu i to koniecznie (...)".

    PRZEKAZANI KATU

    5 lutego 1982 roku w Sądzie Najwyższym zapadł wyrok. Wobec Jana Sojdy i Józefa Adasia utrzymane zostały kary śmierci, skazanym Jerzemu Sosze i Stanisławowi Kulpińskiemu sąd zamienił "kaesy" (tak w nomenklaturze sądowej określana jest kara śmierci) na odpowiednio 25 i 15 lat pozbawienia wolności. Wyrok dla Henryka Witka został utrzymany.

    Z prawa łaski nie skorzystała Rada Państwa. 23 listopada tego samego roku, w Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich w Krakowie, dwaj skazańcy zostali przekazani katu. Wyrok wykonano poprzez powieszenie, w obecności lekarza, naczelnika więzienia i prokuratora Franciszka Bełczowskiego. Podobno przed egzekucją miało też miejsce coś dziwnego, ale nikt otwarcie o tym mówić dziś nie chce. - Powiem tylko tyle, że to, co się tam wydarzyło, bezspornie świadczyło o tym, że obaj skazani byli winni - mówi anonimowo jeden z naszych rozmówców.

    Wątpliwości co do winy oskarżonych wciąż ma ich obrońca, mecenas Zbigniew Dyka:
    - Często wracam myślami do tej sprawy, bo choć robiłem wszystko, nie udało mi się ocalić dwóch głów. I żałuję, że sądowi nie udało się wyjaśnić wielu wątpliwości - mówi mecenas Dyka z Krakowa. - Ten proces, co by o nie mówić, nie był uczciwy, bo pozbawiono świadków ich świętego prawa do swobodnego składania zeznań.

    W 1992 roku Dyka, już jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny wystąpił do Sądu Najwyższego o rewizję nadzwyczajną wyroku w "sprawie połanieckiej". W sprawę rodziny skazanych angażowały też Episkopat Polski. To też nie pomogło. W lutym 1993 roku Sąd Najwyższy odrzucił wniosek o rewizję, jako "oczywiście bezzasadny".
    Kilka miesięcy później o ministrze zrobiło się głośno, gdy spóźnił się na głosowanie w sprawie wotum nieufności dla premier Hanny Suchockiej. Jej rząd przepadł większością jednego głosu.

    STRACENI ZA NIEWINNOŚĆ?

    Wchodząc na podwórze rodziny Sojdów, czuję się jakoś dziwnie. Nie wiem czego się spodziewać. Przy budzie ujada pies. Z dużego, ładnie tynkowanego domu wychodzi około 60-letni mężczyzna. To Stanisław Kulpiński. - Nie chcę o tym rozmawiać. Dziennikarze wysłuchają, przytakną, a potem napiszą te bzdury, które są w aktach. Ja za niewinność siedziałem w więzieniu jedenaście i pół roku - mówi zięć "króla" Zrębina. - A szwagier Socha siedział trzy lata dłużej. Teraz w Krakowie mieszka.

    Nawet się nie dziwię, że próbuje mnie odprawić z kwitkiem. Dotychczas nie rozmawiał z żadnym dziennikarzem. Nagle jednak otwierają się drzwi wejściowe do domu i wygląda przez nie kobieta. Gdy dowiaduje się, o co chodzi, ku mojemu zaskoczeniu zaprasza do środka. Tam jestem jeszcze bardziej zdziwiony. Przy stole w kuchni siedzi żona Sojdy, żona Adasia, Kulpińska, Kulpińskich córka z dzieckiem...

    - Mój Boże, chłopy zostały stracone za niewinność. Mojego powiesili za to, że w wigilię spał ze mną pod pierzyną - mówi prawie płacząc Sojdowa.

    DZIADZIUŚ BYŁ W DOMU

    Następne dwadzieścia minut to przeplatające się monologi. Najwięcej głosu zabiera Anna Kulpińska, która w czasie wigilii 1976 roku miała niespełna rok. Przebieg zdarzeń zna z opowiadań rodziny. A może powiedzieli jej to, w co sami chcieliby wierzyć? - Dziadziuś i tatuś tego nie zrobili. Dziadziuś był w domu, nie był w żadnym Połańcu, mną się opiekował. A tatuś był z mamusią w kościele - mówi wnuczka Sojdy.

    Podobnie mówią pozostałe kobiety. Mówią o dramacie ich rodzin, o dzieciach wychowywanych bez ojców, o nieprzespanych nocach, niesprawiedliwości sądu, milicjantach i prokuratorach biciem zmuszających świadków do zeznań. - Napisz pan, panie drogi, że niewinnych ludzi skazali na śmierć - mówi Adasiowa. - Czy gdyby to wszystko była prawda, to mieszkalibyśmy w Zrębinie? Z ludźmi się odzywamy, bo wiedzą, że nasze chłopy niewinne były. Niech pan ich zapyta.

    Podają nazwiska, adresy. Na bieżąco weryfikuję te dane. To świadkowie, którzy trafili do aresztu za fałszywe zeznania w sądzie. - Oni właśnie w sądzie prawdę mówili, a wcześniej zeznawali tak, jak im kazali śledczy - mówi Kulpińska.

    Słucham, siedzą przy stole naprzeciw Kulpińskiego. Patrzę w oczy człowiekowi, który w ocenie wielu osób nie powinien już żyć. Po głowie kołacze się myśl: a może jest niewinny? Bo czy można tak dobrze kłamać patrząc prosto w oczy?

    CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

    "Sprawa połaniecka" wciąż kryje sporo tajemnic, odpowiedzi na większość z nich już nie uda się znaleźć. Dlaczego nowy i nie zniszczony autobus san przeznaczono na kasację już dwa tygodnie po "wypadku"? Dlaczego pierwszą sekcję zwłok wykonał lekarz bez uprawnień? Dlaczego milicja dopuściła się kilku innych zaniedbań? Czy zbadano wszelkie wątki, jakie pojawiły się przy okazji sprawy głównej?

    Ciekawi mnie, jak po trzydziestu latach uczestnicy procesu oceniają wyrok. Czy cztery kary śmierci były słuszne? Zdzisława Kalita: - A jakaż może być inna sprawiedliwa kara, gdy ktoś odbiera życie innemu człowiekowi?

    Mecenas Rajmund Aschenbrenner: - Sędzia Marek Maciąg był bardzo dobrym prawnikiem. Nie mam żadnych wątpliwości, że wyrok był sprawiedliwy. Nadkomisarz Janusz Ragan: - Kara była sprawiedliwa. Moim zdaniem powinny zostać wykonane wszystkie cztery "kaesy"...

    Wyjeżdżając ze Zrębina nie mogę się oprzeć wrażeniu, że trzydzieści lat temu zatrzymał się tutaj czas. Wsiadając do samochodu czuję na plecach wzrok ludzi. Jakby wciąż bali się, że za chwilę ujrzą "króla" Zrębina...

    Zbrodnia wciąż fascynuje

    "Sprawa połaniecka" od samego początku budziła ogromne zainteresowanie. Na jej podstawie książki napisali między innymi Hanna Krall, Roman Bratny ("Wśród nocnej ciszy", Wiesław Łuka ("Nie oświadczam się"). Postała też sztuka teatralna i film "Zmowa", kilkanaście prac magisterskich, dziesiątki publikacji prasowych, audycji radiowych i telewizyjnych. Wciąż sprawa ta jest analizowana przez naukowców i adeptów zawodów prawniczych.

    Sprawa w liczbach

    W śledztwie przesłuchano 232 świadków, jednego z nich aż czternaście razy. Trzydziestu ośmiu świadków odwołało pierwotne obciążające zeznania, osiemnastu z nich zostało aresztowanych. W czasie procesu przez sądem przesłuchano ponad 220 osób, najstarszy świadek miał ponad sto lat.

    Rzeźnik bez litości

    W pewnym momencie Jan Sojda, próbując ratować własną skórę, napisał do żony gryps. Karteczka została przechwycona. Niektórzy zarzucają, że gryps został spreparowany przez milicjantów: "(...) nie lituj się nad szwagrem Adasiem, jak rzeźnik nie lituje się nad świnią, gdy ją przerabia na kiełbasy".

    Od autora

    Serdecznie dziękuję wszystkim osobom, które pomogły mi podczas zbierania materiałów do niniejszej publikacji, a które nie zostały w niej wymienione.

    WIKIPEDIA: https://pl.wikipedia.org/wiki/Sprawa_po%C5%82aniecka
    W zalączniczku muzyczka tematyczna

    #kryminalne #kryminalnehistorie #muzyka #blackmetal
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Dziewczynka, która rozpłynęła się w powietrzu

    Isabel Celis miała sześć lat, gdy zniknęła ze swojej sypialni w Tucson w stanie Arizona. Dziewczynka zajmowała pokój na parterze, w domu, gdzie poza jej rodzicami mieszali również dwaj bracia.
    Matka Isabel, Becky, nie zdawała sobie sprawy, że widzi ją prawdopodobnie po raz ostatni 20 kwietnia 2012, gdy o godzinie 23 kładła córkę spać. Na drugi dzień kobieta wyszła do pracy przed siódmą rano nie zaglądając już do pokoju Isabel. O godzinie ósmej odebrała telefon od męża, Sergia, z przeraźliwą informacją, że Isabel nie ma w łóżku, okno w jej pokoju jest otwarte na oścież, a siatka zabezpieczająca pokój przed insektami - wyrwana. Policja wezwana na miejsce próbowała pomóc rodzinie w poszukiwaniach, jednak po dziecku nie było śladu. Dużym tropem w sprawie okazało się być zeznanie sąsiadki, której okna wychodziły na tą samą stronę, co okno Isabel. Koło godziny szóstej rano kobieta słyszała męskie głosy, jednak nie umiała sprecyzować, czego dotyczyła rozmowa. Nie słyszała też głosu dziewczynki. Istotnie policjanci zabezpieczyli wiele odcisków butów pod oknem Isabel.
    Wiele osób wskazuje ojca dziewczynki, Sergia, jako zamieszanego w jej zaginięcie. Do prasy dotarły nagrania dwóch telefonów wykonanych na policję przez Becky i Sergio, tuż po odkryciu zniknięcia dziecka. W głosie Becky słychać autentyczny strach i panikę, w momencie, gdy zgłoszenie Sergia jest pełne opanowania. Mężczyzna nawet próbował żartować. Można posłuchać tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=NdxeFztDic4
    Jednak może być to spowodowane szokiem i niedowierzaniem w to, co się dzieje. Sergio jako mężczyzna mógł chcieć pokazać po sobie pozorny sposób i opanowanie, i może też przekonać siebie samego, że wszystko szybko się wyjaśni (bo jaki idiota żartowałby do policji zgłaszając przestępstwo, które chce, by uszło mu na sucho?). Pomimo tego Sergio nigdy nie został postawiony w stan oskarżenia.
    Rodzina Celis wysunęła jednak podejrzenia w stronę kuzyna Becky Justina Mastromarino. Argumentem rodziny jest fakt, że Justin mieszkał niedaleko domu państwa Celis oraz, że wyjechał kilka dni po ogłoszeniu zaginięcia Isabel. W feralną noc Justin bawił się na mieście razem ze swoim przyjacielem. Mężczyźni wrócili do domu Justina około drugiej rano i spali do ósmej. Jednak ponieważ oboje tej nocy nadużywali alkoholu i palili marihuanę przyjaciel Justina nie jest wystarczająco wiarygodnym świadkiem, by zapewnić mu alibi. Justin nie chce rozmawiać z prasą i wynajął adwokata. Nie ma jednak podstaw, by postawić mu zarzuty.

    Sprawdzenie wszystkich kamer przemysłowych w pobliżu domu nie przyniosło również żadnych nowych wskazówek. Kamery pokazują kilka przejeżdżających aut w ciągu nocy oraz rodzinę Isabel biegającą rano po ulicy podczas poszukiwań. Jednak taśmy nie zarejestrowały ani śladu dziewczynki.
    Jest kilka szczegółów, które powodują, że za zaginięciem Isabel stoi ktoś z bliskiego grona rodziny:
    - Rodzina Celis miała trzy psy, jednak żaden z nich nie obudził rodziny szczekaniem;
    - Sergio zasnął oglądając telewizję, gdy jego żona spała, obudził się dopiero o 5 rano i udał się do łózka, jednak nie słyszał niczego podejrzanego (jak twierdzi);
    - Justin Mastromarino mieszkał przez jakiś czas w domu rodziny Celis, więc (jeżeli to był on) psy mogły na niego nie zareagować;
    - W grudniu 2012 Sergio dobrowolnie zgodził się wyprowadzić z domu i nie kontaktować z synami. Nigdy nie zostało podane do publicznej wiadomości, co stało za tą decyzją;
    - Tucson znajduje się zaledwie godzinę drogi od Meksyku. Pojawiły się teorie (jak zawsze w takim wypadku), że dziewczynka została uprowadzona/sprzedana do Meksyku.
    - Przez długi czas prasa donosiła o niewielkich śladach krwi znalezionych w pokoju dziewczynki, łazience i samochodzie. Jednak po dokładnym zbadaniu śladów nikogo nie aresztowano, ponieważ krew okazała się należeć do Becky i Sergio.
    Policja twierdzi, że spędzili dużo czasu na tym konkretnym śledztwie. Jednak sześć lat później nadal nie było aresztowań, ani żadnego tropu.
    31 marca 2017 r. Komendant policji Chris Magnus przeprowadził konferencję prasową i powiedział, że szczątki Isabel Celis znaleziono na obszarach wiejskich w hrabstwie Pima.
    Policja dowiedziała się o miejscu, w którym ukryto szczątki od anonimowego informatora. Osoba ta nie miała jednak nic wspólnego z uprowadzeniem 6-latki.

    pokaż spoiler Fanpage poświęcony Isabel, można na nim znaleźć wiele zdjęć dziewczynki https://www.facebook.com/FindIsabelCelis/


    #kryminalne #kryminalnehistorie
    pokaż całość

    źródło: s2.jpg

  •  

    Śmierć Debbie Wolfe

    Debbie Wolfie była uśmiechniętą 28-letnią pielęgniarką, ale zmarła.

    #historieriley #kryminalne

  •  

    Śmierć Debbie Wolfe

    Debbie Wolfie była uśmiechniętą 28-letnią pielęgniarką, która pracowała w szpitalu w Fayetteville w Karolinie Północnej. Kobieta mieszkała razem z dwoma ukochanymi owczarkami niemieckimi w małym domku obok stawu, który był otoczony lasem, około 6 kilometrów od najbliższych domów i bazy wojskowej. Debbie lubiła pływać, polować (miała własną strzelbę), była bardzo lubiana, odpowiedzialna i szczyciła się porządkiem w swoim domu.

    25 grudnia 1985 roku rano wymieniła się ze swoją matką prezentami i pojechała do pracy. Zmiana przebiegała zwyczajnie i wieczorem jak zawsze pojechała do domu. Jednak kolejnego dnia nie pojawiła się w szpitalu i nikogo nie poinformowała, że jej nie będzie, co było zupełnie do niej nie podobne. Współpracownicy próbowali się do niej dodzwonić, jednak bezskutecznie, aż w końcu skontaktowali się z jej matką, Jenny. Kobieta, razem ze swoim przyjacielem Kevinem, pojechała zobaczyć do domku Debbie, czy wszystko w porządku. Gdy przyjechali na miejsce od razu zobaczyli, że coś jest nie tak. Na posesji leżało mnóstwo pustych puszek po piwie i psy biegały swobodnie po podwórku, wyglądały jakby nie jadły od dłuższego czasu. Samochód kobiety stał w innym miejscu niż zazwyczaj, a siedzenie kierowcy było maksymalnie odsunięte do tyłu, podczas gdy Debbie zawsze przysuwała je sobie jak najbliżej kierownicy.

    W domu również panował ogromny bałagan. Torebka Debbie była wepchnięta pod łóżko, a na podłodze w kuchni leżał jej uniform pielęgniarki. Na automatycznej sekretarce nagrał się nieznany matce mężczyzna, który powiedział, że opuściła już kilka dni w pracy i prosił, aby oddzwoniła. Tymczasem Debbie opuściła dopiero kilka godzin swojej zmiany, poprzedniego dnia przecież normalnie pracowała.

    Zaniepokojona Jenny zadzwoniła na policję i wkrótce do domu Debbie przyjechał funkcjonariusz z psem. Pobieżnie obejrzał teren i z niewiadomych przyczyn założył, że matka kobiety i jej przyjaciel przeszukali pobliski staw. Debbie była jednak dorosła, a więc policjant poinformował Jenny, że można zacząć szukać jej córkę dopiero za trzy dni. W rzeczywistości poszukiwania rozpoczęły się dopiero po pięciu dniach, a w międzyczasie do domku zaginionej kobiety przyjeżdżało mnóstwo przyjaciół i członków rodziny, którzy chcieli w jakikolwiek sposób pomóc. Niestety przy okazji zadeptywali ślady.

    W końcu policja rozpoczęła oficjalne poszukiwania i zaczęła przeszukiwać teren. Znów jednak pominięto staw i nie znaleziono żadnych śladów. Przesłuchano dwóch mężczyzn, których zaloty Debbie odrzuciła, jednak oboje mieli alibi. Odnaleziono też mężczyznę, który zostawił wiadomość na sekretarce, jednak i on nie miał nic wspólnego z zaginięciem.

    Koło stawu znaleziono odciski butów dwóch osób i ślady ciągnięcia czegoś lub kogoś. Policja jednak ignorowała ten trop i 1 stycznia Jenny sama zatrudniła kogoś do przeszukania stawu (lub według innych źródeł zrobili to jej przyjaciele). Zbiornik nie był głęboki, miał maksymalnie dwa metry głębokości, jednak był bardzo zamulony. Mniej więcej na środku stawu znaleziono ciało dziewczyny, jej głowa i tułów znajdowały się w metalowej beczce i wystawały tylko nogi. Policja zabrała ciało i beczkę zostawiła na brzegu, tłumacząc, że ktoś po nią później przyjedzie.

    Raport z sekcji zwłok nie mówił nic o przyczynie śmierci. Co ciekawe Debbie miała w płucach tylko pół łyżeczki wody, a jej oczy i usta były zamknięte, co jest niespotykane u topielców. We krwi kobiety nie było śladów alkoholu ani narkotyków, w okolicach krocza znaleziono ślady nasienia (niestety badania DNA jeszcze nie istniały, a próbki wkrótce zaginęły). Ciało było w tak dobrym stanie, że pogrzeb mógł się odbyć przy otwartej trumnie. Funkcjonariusze uznali, że nie było to zabójstwo, ale nieszczęśliwy wypadek. Kobieta miała bawić się ze swoimi psami, poślizgnąć się, wpaść do wody i utopić. Koniec śledztwa.

    Co jeszcze ciekawsze, beczka, która stała na brzegu, zniknęła. Policjanci uznali, że nurkowie się pomylili i nigdy nie było żadnej beczki. Kurtka Debbie miała tak napęcznieć od wody, że wszystkim miało się wydawać, że ciało jest w beczce. Rodzina kobiety postanowiła nawet ponownie przeszukać staw w nadziei, że być może w jakiś sposób się tam sturlała, jednak nie przyniosło to żadnych rezultatów.

    Ponieważ śledztwo zostało zakończone, nie było powodów, aby trzymać ubrań kobiety w policyjnym archiwum i po dwóch miesiącach oddano je matce. Tylko, że to nie były ubrania Debbie. Owszem, to właśnie w nich znaleziono ją martwą, ale były na nią o wiele za duże. Spodnie były za długie, obszerna wojskowa kurtka nie należała do niej, biustonosz był o trzy rozmiary za duży, a buty za duże i w dodatku męskie. Na butach nie było też żadnych śladów błota, które powinno się pojawić, skoro Debbie miała się na nim poślizgnąć.

    Mimo, że oficjalnie sprawa śmierci Debbie Wolfe jest rozwiązana, tak naprawdę nie wiadomo co się stało i pewnie nigdy się nie dowiemy. Tak samo jak nie wiadomo dlaczego policja tak bardzo chciała zamieść wszystko pod dywan. Matka aż do końca swojego życia wierzyła, że ktoś musiał porwać jej córkę i przetrzymywać przez jakiś czas, a następnie zabić i porzucić zwłoki w stawie.

    Źródła: joemonster, paranormalne, stanowo

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    •  

      Źródła: joemonster, paranormalne, stanowo

    •  

      @thekes: @kam966:
      @Ineedtochillout:

      Co wy z tymi wojskowymi snujecie teorie jak z amerykańskich horrorów :D Samotny domek w lesie, potężna baza wojskowa i to wszystko poza cywilizacją, co może się złego wydarzyć? Brzmi jak trailer fimu. Robicie z wojskowych bestie, które wychodzą wieczorem na polowanie niczego niespodziewających się kobiet. Te tezy są równoznaczne z teoriami spiskowymi. Było dużo historii morderstw, które najłatwiej było podciągnąć pod tego typu - nieco mistyczne można by rzec - rzeczy, a w rzeczywistości epilog spraw okazywał się dość prosty - zabijały osoby z otoczenia ofiary, albo lokalni gwałciciele. W tej sprawie o ile pamiętam, znaleziono jakieś rzeczy jej byłego chłopaka, czy coś pokaż całość

    • więcej komentarzy (104)

  •  

    Zaginięcie Jennifer Kesse

    Na początek małe ogłoszenie. Jeżeli ktoś woli oglądać i słuchać zamiast czytać to może zajrzeć TUTAJ, gdzie znajdzie wersję tego wpisu na yt. Myślę, że fajnie zobaczyć różne osoby i miejsca dotyczące jakiejś sprawy, a niestety mikro nie daje możliwości dodania większej ilości zdjęć w żaden sensowny sposób. Nie zależnie od tego jaką formę wybierzecie, jak zawsze mam nadzieję, że historia Wam się spodoba :)

    24-letnia Jennifer Kesse miała wspaniałe życie. Przed rokiem skończyła studia z zakresu finansów, znalazła dobrą pracę i już zdążyła trzykrotnie w niej awansować. Miała kochającą rodzinę i chłopaka. Właśnie wróciła z wakacji do zakupionego dwa miesiące wcześniej mieszkania w Orlando. Wszystko posypało się dosłownie w jednej chwili.

    W czwartek 19 stycznia 2006 roku Jennifer wyleciała ze swoim chłopakiem Robertem na krótkie wakacje na Wyspy Dziewicze. Za zgodą kobiety w jej mieszkaniu w tym czasie mieszkał jej brat Logan z przyjaciółmi. Para wróciła w niedzielę 22 stycznia i tę noc spędzili razem w mieszkaniu Roberta w Ft. Landerdale, skąd Jennifer wyjechała następnego ranka do pracy.

    Około 18:00 wyszła z biura i pojechała prosto do domu. Wieczorem zadzwoniła do swojej rodziny i dowiedziała się od Logana, że jeden z jego przyjaciół zostawił telefon w jej mieszkaniu i chciałby odebrać go następnego dnia. Jennifer zgodziła się. Około 23.00, podczas rozmowy z ojcem, ktoś zapukał do drzwi kobiety i nic nie odpowiadał. Jen powiedziała, że to na pewno któryś z sąsiadów. Następnie zadzwoniła do Roberta. Para kontaktowała się z sobą każdego wieczoru i poranka. Według niektórych źródeł o coś się pokłócili.

    Następnego dnia Jennifer nie odpisywała na SMSy od Roberta. Gdy próbował do niej dzwonić, od razu włączała się skrzynka głosowa. To było zupełnie niepodobne do Jen, ale mężczyzna przypomniał sobie, że tego ranka miała brać udział w ważnym spotkaniu, a więc uznał, że pewnie dlatego nie odbiera.

    Około 11.00 współpracownicy Jennifer skontaktowali się z jej rodzicami, ponieważ kobieta nie dotarła do pracy i nie odbierała telefonów. Rodzina od razu uznała, że coś jest nie tak. Jen była bardzo odpowiedzialna i poważnie podchodziła do swoich obowiązków. Coś musiało się stać. Od razu wsiedli do samochodu i wyjechali ze swojego domu w Bradenton w kierunku Orlando. W międzyczasie zadzwonili do zarządcy budynku, aby sprawdził mieszkanie Jennifer. Nikogo w nim nie było, a samochód zniknął sprzed budynku.

    Brat kobiety dotarł do jej mieszkania około 15.00, a jej rodzice przyjechali 15 minut później. Wszystko wskazywało na to, że Jennifer była rano w domu i szykowała się do pracy. Ręczniki były wilgotne, na podłodze w łazience leżała jej piżama, a na umywalce rozłożone były kosmetyki do makijażu. Na niepościelonym łóżku leżały eleganckie ubrania do pracy.

    Jeszcze tego samego dnia zgłoszono zaginięcie na policji, a wieczorem gotowe już były ulotki do rozwieszenia w okolicy. Niestety jej osiedle dopiero powstało. Nie zamontowano na nim jeszcze kamer i sporo mieszkań było pustych, a więc nie było żadnych świadków.

    Jennifer była bardzo wyczulona na punkcie swojego bezpieczeństwa. Zawsze zamykała na klucz drzwi od mieszkania i samochodu, nigdy nie otwierała obcym i zawsze miała przy sobie gaz pieprzowy. Umiała się bronić. Nawet gdy robotnicy dokonywali poprawek w jej mieszkaniu, drzwi na korytarz były otwarte a Jen rozmawiała przez cały czas przez telefon ze swoim ojcem. Po zniknięciu kobiety w mieszkaniu nie było żadnych śladów walki ani włamania, co może sugerować, że musiał być w to zamieszany ktoś znajomy.

    W czwartek 26 stycznia na policję zadzwonił mężczyzna, który widział informację o zaginięciu Jennifer w telewizji. Powiedział, że na jego osiedlu, oddalonym o około kilometr od osiedla Jen, od kilku dni zaparkowany jest samochód podobny do samochodu kobiety. To rzeczywiście było jej auto. Sprawdzono monitoring i okazało się, że ktoś zaparkował je tam około godziny 12.00 w dzień zaginięcia, następnie kierowca przebywał w samochodzie około 30-35 sekund i spokojnie się oddalił. Niestety nagranie było bardzo słabej jakości, ale sprawdzono także drugą kamerę, która robiła zdjęcia co trzy sekundy i znajdowała się zaledwie kilka metrów od przechodzącego kierowcy. Niestety na każdym zdjęciu twarz zasłonięta jest przez słupki od ogrodzenia. Nie można nawet określić płci przechodzącej osoby i nigdy jej nie znaleziono.

    Samochód Jennifer został bardzo dokładnie wyczyszczony ze wszystkich śladów. Znaleziono jedynie kawałek odcisku palca, zbyt mały do analizy, oraz małe włókno. Na tylnym siedzeniu leżał sprzęt DVD Roberta, co wykluczyło motyw rabunkowy. Nie odnaleziono natomiast telefonu Jennifer oraz kolegi jej brata, iPoda kobiety, jej torebki, teczki ani ubrań, w które była tego dnia ubrana. Karty kredytowe i telefony komórkowe nigdy więcej nie zostały użyte.

    Psy podjęły trop osoby, która prowadziła samochód Jennifer. Prowadził on od auta do klatki schodowej do mieszkania kobiety, a następnie urywał się.

    Oczywiście głównym podejrzanym został Robert, który miał jednak niepodważalne alibi. Co ciekawe były chłopak Jennifer Matt spędził noc z poniedziałku na wtorek w barze naprzeciwko mieszkania kobiety, jednak i tutaj znaleźli się świadkowie, którzy potwierdzili niewinność mężczyzny.

    Jennifer bardzo często skarżyła się na robotników, którzy prowadzili prace remontowe na osiedlu. Mężczyźni często ją zaczepiali i gwizdali za nią. Większość z nich była nielegalnymi imigrantami, a więc policja nie mogła ich odnaleźć, aby przesłuchać.

    Jeden ze współpracowników Jennifer miał podobno obsesję na jej punkcie. Chciał się z nią związać, jednak kobieta nie była zainteresowana, zwłaszcza, że był żonaty. Owy mężczyzna bardzo się zdenerwował, gdy dowiedział się, że Jen pojechała na wakacje ze swoim chłopakiem. W dzień zaginięcia pojawił się w pracy dopiero popołudniu, argumentując, że dostał mandat i dlatego się spóźnił. Gdy kolejnego dnia inny pracownik rozmawiał z nim o zaginięciu Jennifer powiedział „prawdopodobnie została już zjedzona przez aligatory”. Policja nie zdołała mu jednak niczego udowodnić.

    Rodzina Jennifer nie wyklucza, że kobieta mogła zostać ofiarą handlu ludźmi. Policjanci jednak są sceptyczni co do tej teorii.

    Rodzice wciąż nie ustają w poszukiwaniach swojej córki i wierzą, że kiedyś odnajdą ją żywą. Do tej pory policjanci przebadali ponad 1000 tropów. Ojciec twierdzi, że policja odmówiła im dostępu do informacji i sam zatrudnił zespół prawników i śledczych.

    Źródła: detektywistyczny.net, medium.com, youtube

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i2.wp.com

  •  

    JonBenet Ramsey

    Liczba dokumentów o sprawie JonBenet Ramsey na YouTube jest przytłaczająca. Historia ta pozostaje w czołówce najdziwniejszych, niewyjaśnionych spraw. Może jednak powinna pozostać w czołówce najbardziej spartaczonych śledztw w historii.

    JonBenet Ramsey przyszła na świat 6 sierpnia 1990 roku w Atlancie. Była drugim dzieckiem Johna i Patsy. John Ramsey kierował dobrze prosperującą firmą graficzną. W 1991 roku ze względów służbowych przeprowadził się z rodziną do Boulder w Kolorado. Patsy Ramsey, Miss Zachodniej Wirginii z roku 1977, zaczęła zapisywać kilkuletnią JonBenet na konkursy piękności. Dziewczynka w swoim krótkim życiu zdobyła wiele tytułów, m.in.: Amerykańskiej Małej Miss, Małej Miss Kolorado, Dziecięcej Gwiazdy, Narodowej Małej Miss i tak dalej, i tak dalej.
    Rodzina Ramsey spędzała Święta Bożego Narodzenia 1996 roku w swojej trzypiętrowej posiadłości w Boulder. W nocy z 24 na 25 grudnia w domu znajdowały się tylko cztery osoby: państwo Ramsey, JonBenet oraz jej dziewięcioletni brat Burke. Według zeznań Patsy Ramsey kobieta wstała wcześnie rano 25 grudnia i odkryła list od porywaczy na blacie w kuchni. List rozpoczynał się słowami:
    „Drogi Panie Ramsey,
    Słuchaj uważnie! Jesteśmy grupą ludzi, którzy reprezentują zagraniczną organizację. Szanujemy pański biznes, lecz nie kraj, któremu służy. Pańska córka znajduje się w naszych rękach. Jest bezpieczna i nie stanie jej się krzywda. Jeśli chcesz, by doczekała 1997 roku postępuj zgodnie z poniższymi warunkami (…)”
    Następnie następowało żądanie wypłacenia 118 tysięcy dolarów. Co ciekawe, jest to kwota identyczna do kwoty premii, jaką otrzymał John Ramsey zeszłego roku. Porywacz poinformował, że zadzwoni pomiędzy godziną 8 a 10 w celu podania miejsca przekazania okupu. Dużą część listu zajmowały ostrzeżenia, że każda próba kontaktu z policją czy nawet znajomymi oznacza automatyczną egzekucję jego córki. List był podpisany literami „S.B.T.C.”.

    Rodzice prędko odkryli, że list nie jest żartem, a JonBenet zniknęła ze swojego łóżka i nie było jej w domu. Pomimo wyraźnych ostrzeżeń rodzice zadzwonili po policję oraz bliskich znajomych. W domu prędko zaczęli pojawiać się bliscy i sąsiedzi. Do domu Ramseyów oddelegowano policjantkę Lindę Arndt, która miała sprawdzić dom i oczekiwać z Ramseyami na telefon od porywaczy. W tym samym czasie John uruchomił procedurę podjęcia pieniędzy z banku, a jego przyjaciel podjął je zaraz po otwarciu placówki. John Ramsey wraz z dwójką przyjaciół przeszukał też pospiesznie wszystkie pomieszczenia domu, ominęli jednak jedną komórkę w piwnicy, ponieważ drzwi zdawały się być zacięte. Oględziny domu nie wskazały żadnych widocznych oznak włamania. Można było jedynie wejść do domu usuwając kratę zakrywającą okna w piwnicy i otwierając jedno z nich poprzez szybę, którą przypadkiem stłukł John kilka miesięcy wcześniej. Minęła godzina 10, jednak nikt nie zadzwonił. Według obserwacji Lindy Arndt, Ramseyowie nie zdawali się być szczególnie zdziwieni brakiem telefonu. Nie rozmawiali też wiele ze sobą, a większość czasu spędzili w osobnych pokojach. Zachowanie to wzbudziło podejrzenia policjantki, jednak należy pamiętać, że człowiek w wyniku szoku i stresu postępuje często w sposób nieoczekiwany. Linda zrobiła obchód z Johnem po domu z nadzieją, że może dostrzeże on jakieś niewidoczne dla niej oznaki włamania. Zeszli do piwnicy i tym razem udało się otworzyć blokujące się wcześniej drzwi. A za nimi, na brudnej podłodze, leżały zwłoki JonBenet Ramsey, owinięte białym kocem. Ręce i nogi dziecka były skrępowane białym sznurkiem, a usta zaklejone taśmą izolacyjną.

    Zatrzymajmy się w tym momencie i wyliczmy wszystkie dotychczasowe błędy. Policja pozwoliła rodzinie i przyjaciołom swobodnie wchodzić oraz wychodzić z domu, prawdopodobnie doprowadzając do zatarcia ważnych śladów. John wyniósł zwłoki dziecka na górę i uwolnił je z więzów oraz taśmy. Należy podkreślić, że policjanci z policji okręgowej w Kolorado z początku podejrzewali rodziców o morderstwo córki i nie przywiązali wystarczającej wagi do zabezpieczenia miejsca zbrodni. W wielu wywiadach, artykułach i dokumentach najbliższe godziny po odkryciu listy z żądaniem okupu, oraz godziny po odkryciu zwłok opisywane są w różny sposób. Nie ma w tym nic dziwnego, bo panowało ogromne zamieszanie, a każdy ze świadków zapamiętuje wydarzenia na swój sposób.
    Sekcja zwłok przeprowadzona 27 grudnia wykazała, że przyczyną śmierci było uduszenie w połączeniu z urazem czaszkowo-mózgowym. Ciało miało kilka otarć na rękach i nogach oraz prawym policzku. Nie było widocznych oznak gwałtu, lecz znaleziono niewielkie otarcia i ślady krwi w pochwie, więc nie wykluczono oznak molestowania seksualnego, mimo iż owe ślady nie były typowe dla gwałtu. Ciało JonBenet nie nosiło żadnych śladów nadużycia, zaniedbania czy wcześniejszego molestowania, co mogłoby stawiać rodziców w złym świetle. Dziewczynka została uduszona pętlą wykonaną ze sznurka połączonego z rączką pędzla zabranego z pokoju JonBenet. Śledczy zwracają uwagę, że pętla została wykonana przez kogoś znającego się na węzłach. Analiza treści żołądka wykazała, że dziewczynka tuż przed śmiercią jadła ananasy, jednak rodzice zaprzeczyli, aby karmili nimi JonBenet. Na zdjęciach wykonanych w domu Ramseyów w dniu zbrodni można dopatrzeć się otwartej puszki z ananasami. Żeby było ciekawiej znaleziono na niej odciski palców brata ofiary, Burke’a. Jednak rodzice są przekonani, że ich syn spał całą noc swoim pokoju i przez początkowe godziny poszukiwań JonBenet.
    Na piżamie dziewczynki znajdowały się niewielkie ślady krwi oraz moczu. JonBenet często moczyła łóżko w nocy i to samo przydarzyło jej się w noc przed śmiercią, o czym świadczy zmoczone plastikowe prześcieradło.
    Patsy i John Ramsey szybko stali się najbardziej znienawidzoną parą Ameryki. Oskarżano ich o wykorzystywanie córki poprzez wożenie ją po konkursach piękności i odbieranie tym sposobem dzieciństwa. Umalowana twarz JonBenet zdobiła pierwsze strony wszystkich gazet. Powstała teoria, że Patsy wstała w nocy, zbudzona przez JonBenet, która zmoczyła łózko i w przypływie nieopanowanej złości zabiła dziewczynkę. Wszystkie późniejsze zabiegi miały na celu upozorowanie nieudanego porwania. Silnym dowodem przeciw Patsy był rzekomy list od porywaczy. Kilka analiz grafologicznych wykazało bardzo wyraźnej podobieństwo pomiędzy pismem porywacza a pismem Patsy. Rodzice jednak obstawili przy swojej niewinności i wynajęli nawet byłego agenta FBI, by przeprowadził dla nich prywatne śledztwo.

    Zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy nad tym nawałem informacji. Jeżeli rozważymy teorię Patsy-morderczyni to mamy do czynienia z matką, która w gniewie bije swoją córkę z powodu moczenia łózka. Możemy też rozważyć, że Patsy podjęła próby przebrania córki, lecz ta w wyniku nieszczęśliwego wypadku uderzyła o coś głową i doznała poważnych obrażeń. Patsy była zapewne kobietą przejmującą się opinią innych i wizja zostania kimś, kto zabił przypadkiem własne dziecko mogła doprowadzić ją do nieracjonalnego działania i podjęcia prób upozorowania porwania. Jednak nie zapominajmy, że JonBenet została uduszona z zimną krwią za pomocą przemyślanej pętli. Patsy musiałaby być osobą niezwykle wyrachowaną, żeby tym sposobem dobić własne dziecko. Dziecko, które w opinii wszystkich bliskich kochała nad życie.
    Próba upozorowania włamania i ataku kojarzy mi się trochę ze sprawą Rity Gorgonowej. Rita zabijając swoją pasierbicę spenetrowała palcem jej pochwę w celu upozorowania gwałtu. Niewielkie obrażenia JonBenet wspomniane wyżej mogą świadczyć o czymś podobnym. Na taśmie zdjętej z ust dziewczynki nie ma śladów śliny czy prób odklejenia taśmy, co oświadczy o tym, że dziewczynka była cały czas nieprzytomna lub że taśma została naklejona po jej śmierci.
    Jednak jesteśmy zmuszeniu porzucić na razie teorię rodziców-morderców.
    Dzięki stale rozwijającym się metodom medycyny sądowej w 2003 roku udało się wyodrębnić z plam krwi na ubraniu ofiary DNA nieznanego mężczyzny. Ślady znajdowały się w trzech różnych miejscach i nie mogło być mowy o przypadku. Odwróciło to zupełnie uwagę od Johna i Patsy, którzy po prawie 10 latach otrzymali list z przeprosinami od policji Kolorado. Jednak wyodrębnione DNA nie znajdowało się z żadnej z dostępnych baz i śledztwo znów utknęło w miejscu.
    W 2006 roku gazety ogłosiły zakończenie sprawy JonBenet. Czterdziestojednoletni były nauczyciel, skazany wcześniej za posiadanie dziecięcej pornografii, John Mark Karr, przyznał się do morderstwa. Został aresztowany w Tajlandii po wysłaniu kilku e-maili z przyznaniem się do winy do dziennikarza w Kolorado. Podczas przesłuchania zeznał, że podał dziewczynce narkotyki i molestował ją, jednak jej śmierć była wypadkiem. Nie zgadzało się to zupełnie z autentycznym stanem rzeczy, ponieważ autopsja wykluczyła obecność jakichkolwiek narkotyków. DNA John Marka Karra nie pasowało również do DNA wyodrębnionego z ubrania dziewczynki. Karr został zwolniony, a prasa ogłosiła, że morderca dziewczynki jednak wciąż pozostaje na wolności.

    Teoria, jakoby rodzice byli mordercami zdała się legnąć w gruzach. Gdzie zatem poszukiwać mordercy? Zastanówmy się nad przebiegiem teoretycznego porwania. Ktoś włamuje się do domu Ramseyów poprzez okno w piwnicy, ogłusza dziewczynkę, knebluje i schodzi z nią do piwnicy, po drodze zostawiając list z żądaniem okupu. W piwnicy dochodzi do jakiegoś wypadku lub napastnik zmienia zdanie i morduje JonBenet używając do tego między innymi pędzla, który zabrał z jej pokoju. Wszystko wydaje się chaotyczne i improwizowane, nie jak zorganizowane porwanie przez jakąś tajemniczą organizację. Idąc dalej tym tokiem myślenia, morderca musiał znać dobrze układ pokoi w dużym domu Ramseyów. Musiał znać Ramseyów osobiście i być tam wcześniej. Możliwe też, że włamał się do domu wcześniej, na przykład w ciągu dnia i ukrywał w którymś z pomieszczeń. Jednak to wszystko wydaje się niezwykle ryzykowne, po co włamywać się do pełnego domu w czasie świąt, gdy można łatwiej uprowadzić dziewczynkę w drodze do szkoły lub w czasie, gdy w domu jest mniej świadków?

    Dwie główne teorie – zarówno nieudane porwanie jak i morderstwo dokonane przez rodziców zdają się nie mieć uzasadnienia. Do kogo należy zagadkowe DNA? Dlaczego list z żądaniem okupu jest napisany pismem łudząco przypominającym pismo Patsy? Czy możliwe, aby morderca naśladował jej styl celowo?

    Zastanawia mnie osoba Burke’a Ramseya. Od początku był chroniony przez rodziców przed zainteresowaniem mediów. Jednak ten odcisk palca na puszce z ananasami... To on musiał być tym, który karmił siostrę przed śmiercią. Są informacje, że chłopiec został przesłuchany, jednak nie ma o tym zbyt wielu informacji. Winy 31-latka nie wyklucza przyjaciółka rodziny, 64-letnia Judith Phillips. Kobieta twierdzi, że zdarzało jej się widzieć jak chłopcu puszczały nerwy.
    Gdy Burke przyszedł na świat był oczkiem w głowie Patsy. Później pojawiła się mała dziewczynka, która skradła uwagę wszystkich. Mógł poczuć się o nią zazdrosny powiedziała. Kobieta wspomina także, że rok przed zabójstwem brat uderzył JonBenet kijem golfowym, zostawiając jej bliznę na policzku. Twierdzi również, że po śmierci 6-latki Ramseyowie zabronili przyjaciołom rozmawiać z policją i dziennikarzami.
    Zgadzam się z teorią, że Burke mógł zabić JonBenet. Nie sądzę jednak, by tego chciał. Myślę, że Patsy zrobiła co w jej mocy, by ochronić jedyne żyjące dziecko. Myślę, że to ona napisała list z żądaniem okupu podczas gdy John odegrał scenę w piwnicy powiedziała „The Sun” Judith Phillips. Jednak zagadkowe ślady krwi burzą tę odważną teorię. Czy możliwe, by ślady krwi też zostały sfingowane?
    Patsy Ramsey zmarła w 2006 roku na raka jajników, z którym walkę rozpoczęła jeszcze za życia córki. John Ramsey w 2011 ożenił się ponownie i żyje w Michigan. Nie ma zbyt wielu informacji o losach Burke’a.
    Śledztwo zostało ponownie otwarte w 2013 roku, jednak nie przyniosło nowych tropów.
    JonBenet Ramsey miałaby dziś 28 lat.

    #kryminalne #kryminalnehistorie
    pokaż całość

    źródło: ww3.jpg

  •  

    Dziewczyna z Tempe
    27 Kwietnia 2002 roku niedaleko małego centrum handlowego (Strip Mall) w Tempe (Maricopa County, Arizona) znaleziono ciało dziewczyny, która blisko dobę wcześniej zmarła wskutek przedawkowania kokainy. Dziewczyna ta, mająca około 15-19 lat, ciemnawą karnację i charakterystyczne blizny na lewej ręce. Miała około 154 cm wzrostu przy wadze 54 kg, co oznaczało, że nie była "weteranką" jeśli chodzi o przyjmowanie tego narkotyku (zgodnie z zeznaniami, o których później). Jej ubrania nie były markowe.

    Na miejscu znaleziono również walkmana, z którego zdjęto odciski palców. Należały one do kobiety, mieszkającej w Phoenix, stolicy Arizony, a zatem w tym samym hrabstwie. Kobieta zaprzeczyła mówiąc, że nigdy nie widziała Jane Doe na oczy, jednak jej chłopak potwierdził, że nie tylko ją spotkał, ale również podrzucił autostopowiczkę podróżującą z Phoenix do Tempe. Według niego, dziewczyna posługiwała się językiem hiszpańskim, oraz planowała kupić bilety na koncert. Ponadto, przyznała się do "rekreacyjnego" zażywania narkotyków, co było powodem wydziedziczenia jej przez rodzinę. Kierowca po drodze wpuścił do auta mężczyznę, który okazał się być dilerem. Dziewczyna zamiast biletów, kupiła działkę kokainy. Po zażyciu narkotyku, dziewczyna dostała drgawek. Widząc to, kierowca zatrzymał się, wyciągnął dziewczynę z auta i kazał drugiemu pasażerowi zawiadomić pomoc na pobliskiej stacji benzynowej, jednak jak się później okazało, pomoc, choć wezwana, nigdy nie przyjechała.

    Władze nigdy nie oskarżyły kierowcy, ponieważ nie było dowodów na to, że dziewczyna zmarła w aucie, albo że kierowca był świadomy jej fatalnego stanu zdrowia. Pewnie tak samo jak mi, nasuwają się następujące pytania: Dlaczego kierowca pozwolił na przeprowadzenie transakcji narkotykowej w jego własnym aucie? Dlaczego nie został przy dziewczynie do samego końca? Dlaczego ciało znaleziono z dala od drogi? Co zrobił kierowca po porzuceniu dziewczyny? Kim był diler, i dlaczego nikt nie był w stanie go opisać? Dlaczego policja nie zareagowała od razu na wyzwanie? Osobiście wersja kierowcy w ogóle się nie klei. Pozostaje tylko liczyć na to, że pewnego dnia, Dziewczyna z Tempe doczeka się nie tyle sprawiedliwości, ale samego odkrycia jej tożsamości.

    Poniżej zdjęcie rekonstrukcji twarzy dziewczyny z Tempe. Proszę o nie wstawianie zdjęć denatki, nawet oznaczonych jako nsfw, tak jak parę osób zrobiło to pod ostatnim wpisem. Nawet, jeżeli regulamin wykopu pozwala na to, ja nie życzę sobie takich obrazków pod moim wpisem. Zainteresowanych zapraszam do obserwacji mojego autorskiego tagu #jedrzejnatropie , w którym będę opisywał różne niewytłumaczone zagadki oraz tajemnicze, niemal paranormalne zjawiska. Nie oczekujcie niestety na specjalnie regularne wpisy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #kryminalistyka #kryminalne #gruparatowaniapoziomu #csiwykop #jedrzejnatropie
    pokaż całość

    źródło: pope.jpg

  •  

    Zaginięcie Dorothy Scott

    Dorothy Scott była 32-latką samotnie wychowującą 4-letniego syna. Mieszkała w domu swojej ciotki w Stanton w Kalifornii, a pracowała jako sekretarka w sklepie w oddalonym o 20 minut drogi Anaheim, gdzie mieszkali jej rodzice. Była spokojną i sympatyczną domatorką, która bardzo ceniła sobie chrześcijańskie wartości.

    Jej życie byłoby całkiem normalne, gdyby nie tajemniczy mężczyzna, który od pewnego czasu wydzwaniał do jej pracy. Podczas niektórych rozmów wyznawał jej miłość, a podczas innych groził. Dorothy początkowo nie traktowała tego poważnie, ale telefony stawały się coraz częstsze, a groźby coraz poważniejsze. Mężczyzna powiedział, że napadnie ją, gdy będzie sama, a następnie zamorduje ją i poćwiartuje, żeby nikt nigdy jej nie znalazł. Potrafił podać dokładny plan dnia kobiety i opisać w co jest ubrana. Jego głos wydawał się znajomy, jednak Dorothy nie potrafiła powiedzieć skąd.

    W maju 1980 roku kobieta rozważała zakup broni i zapisała się na kurs karate. Tydzień później, 28 maja, podrzuciła syna do swoich rodziców i wybrała się na spotkanie pracownicze. Zauważyła, że Conrad Bostron (jeden z jej współpracowników) ma dziwny ślad na ramieniu i źle się czuje. Razem z Pam Head zawiozły go do szpitala, gdzie okazało się, że ukąsiła go czarna wdowa.

    Conrad został wypisany około 23:00. Pam poszła z nim do apteki, a Dorothy w tym czasie miała iść po samochód i czekać na nich przed wejściem do szpitala. Jednak gdy para wyszła po kilku minutach, Dorothy jeszcze nie było. Dopiero po jakimś czasie jej samochód minął ich z piskiem opon. Nie widzieli kto prowadził, auto skręciło w prawo i ktoś wyłączył światła. Pam i Conrad uznali, że może coś się stało z synem Dorothy i musiała szybko jechać do domu. Postanowili poczekać na nią w szpitalu. Gdy jednak minęło kilka godzin, a kobiety dalej nie było, zadzwonili do jej rodziców. Okazało się, że Dorothy nie dotarła do domu. O zaginięciu poinformowano policję.

    Wkrótce odnaleziono jej samochód. Został porzucony i podpalony około 15 kilometrów od szpitala. Wokół nie było żadnego śladu Dorothy ani porywacza. Policja nie miała żadnego punktu zaczepienia. Nie wiadomo kto wydzwaniał do kobiety, kto mógł mieć motyw ani co mógł z nią zrobić.

    Niedługo po zaginięciu anonimowy mężczyzna zadzwonił do redakcji lokalnej gazety i powiedział, że zabił Dorothy, ponieważ przyłapał ją na zdradzie. Podał wiele szczegółów, między innymi kolor jej szalika w dniu zaginięcia i powód, dla którego była tego wieczoru w szpitalu. Policja uznała, że faktycznie mógł być zamieszany w jej zaginięcie.

    Wszyscy, którzy potencjalnie mogli być odpowiedzialni na porwanie mieli alibi. Przesłuchano jej współpracowników, jednak nie przyniosło to żadnych rezultatów. Dorothy nie miała kontaktu z klientami, a więc nie mógł być to żaden z nich.

    Od czasu zaginięcia co środę do matki Dorothy dzwonił tajemniczy mężczyzna. Niekiedy pastwił się pytając „czy Dorothy jest w domu?”. Czasami opowiadał, że zabił a czasami, że porwał i przetrzymuje kobietę. Dzwonił tylko, gdy matka była sama, a więc prawdopodobnie obserwował jej dom i znał plan dnia domowników. Połączenia nigdy nie były na tyle długie, aby można było go namierzyć. Dzwonił co tydzień aż do kwietnia 1984 roku (przez 4 lata!), gdy telefon odebrał mąż matki. Wtedy tajemniczy mężczyzna rozłączył się i telefony ustały.

    Zwłoki Dorothy znaleziono 6 sierpnia 1984 roku w rowie przy drodze. Zwłoki to dużo powiedziane, ponieważ z kobiety został sam szkielet. Nie można było określić przyczyny ani czasu zgonu. Znaleziono też jej pierścionek i zegarek.

    Sprawca nigdy nie został ujęty. Jest jednak jeden podejrzany. Mike Butler znał Dorothy, ponieważ jego siostra pracowała z nią w sklepie. Podobno, gdy tylko poznał Dorothy, zaczął mieć obsesję na jej punkcie. Butler mieszkał w górach Santiago i według wielu ludzi był bardzo niestabilny emocjonalnie i mocno zaangażowany w różne kulty. Policja nie miała jednak dostatecznych dowodów, aby postawić mu jakiekolwiek zarzuty. Mężczyzna zmarł w 2014 roku.

    Źródła: detektywistyczny.net, medium.com

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Zaginięcie Madeleine McCann

    Poszukiwania Madeleine McCann odbiły się echem na całym świecie. Podobne reakcje wywołała między innymi sprawa JonBenet Ramsey. Algarve to malowniczy region na samym południu Portugalii. Malownicze miasteczka i położone tuż
    nad oceanem i klifowe wybrzeża przyciągają turystów z wielu krajów, między innymi z Wielkiej Brytanii.
    W maju 2007 roku Kate i Gerry McCann spędzali wakacje ze swoją trzyletnią córką Madeleine i dwoma młodszymi synami bliźniakami w Praia da Luz w Algarve. McCannowie byli z wykształcenia lekarzami w dobrej sytuacji materialnej, kochali swoje dzieci i nie było oznak, by źle je traktowali. Czas w Portugalii spędzali głównie ze swoimi pozostałymi przyjaciółmi z Wielkiej Brytanii i ich dziećmi. W czasie swojego pobytu zawsze spotykali się wieczorem około godziny 20 na kolację w restauracji w ośrodku wypoczynkowym, w którym przebywali, zostawiając swoje dzieci śpiące w apartamentach zaledwie 50 metrów dalej. McCannowie zajmowali narożny apartament na parterze. Do mieszkania można dostać się na dwa sposoby: poprzez szklane drzwi w salonie wychodzące na tereny ośrodka wypoczynkowego, gdzie znajdowały się między innymi basen, korty tenisowe i restauracja, oraz przez drzwi z drugiej strony mieszkania wychodzące na ulicę. Madeleine spała wraz z braćmi w jednej z dwóch sypialni.

    W czwartek, 3 maja, w czasie śniadania Madeleine zapytała, dlaczego nikt do nich nie przyszedł, gdy wczoraj w nocy ona i jej brat płakali. Pytanie nie zostało potraktowane poważnie, ale w świetle późniejszych wypadków rodzice zaczęli podejrzewać, że ktoś mógł próbować dostać się do mieszkania noc wcześniej. Kate zauważyła również na bluzce od piżamy Madeleine dużą brązową plamę, którą wtedy zignorowała. Dzieci spędziły poranek w hotelowym klubie dla dzieci, gdy rodzice spędzali czas z przyjaciółmi. Popołudnie rodzina bawiła się razem nad basenem, wtedy też Kate zrobiła ostatnie zdjęcie Madeleine. McCannowie położyli dzieci spać około godziny 19. O godzinie 20:30 udali się na kolację w restauracji oddalonej o 50 metrów od ich mieszkania. Wcześniej tego dnia pracownicy hotelu zostawili zapytanie w ogólnodostępnej hotelowej książce kontaktowej, czy powinni ponownie zarezerwować dla nich stolik blisko ich apartamentów, by mogli doglądać dzieci. McCannowie sądzą, że porywcze mogli widzieć notatkę.
    McCannowie i ich przyjaciele średnio co pół godziny sprawdzali, czy u dzieci wszystko w porządku. Drzwi od strony restauracji i basenu można było zamknąć tylko od środka, więc pozostawili je niezamknięte. Gerry zaszedł do mieszkania około godziny 21 i zastał wszystko w najlepszym porządku. Zastanowiły go tylko drzwi do pokoju dzieci, które zastał szeroko otwarte, a był pewien, że zostawił je zamknięte. Zamknął je z powrotem i wrócił do przyjaciół.
    O godzinie 21:30 Kate chciała pójść zajrzeć do dzieci, ale jeden z przyjaciół obecnych przy stole, Matthew Oldfield, zaoferował, ze zajrzy do nich po drodze do swoich dzieci. W apartamencie McCannów panowała cisza. W pokoju dzieci światło było zgaszone, więc nie zajrzał do pokoju i nie widział, czy Madeleine wciąż tam była. Jednak drzwi były ponownie otwarte, mimo iż Gerry McCann zamknął je pół godziny wcześniej. O 22:00 to Kate poszła do dzieci. Zobaczyła, że drzwi do pokoju są otwarte i chwyciła klamkę, by je zamknąć, jednak te zatrzasnęły się same z hukiem, jakby w mieszkaniu był przeciąg. Weszła do pokoju i zobaczyła, że okno w pokoju dzieci jest teraz otwarte, a Madeleine zniknęła ze swojego łóżka. Bliźnięta wciąż spały w swojej kołysce. Po prędkim przeszukaniu mieszkania pobiegła z powrotem do restauracji, krzycząc, że ktoś zabrał Madeleine. Zaraz potem Gerry poprosił Matthew Oldfielda, by pobiegł do recepcji wezwać policję. W ciągu nocy 60 osób, a wśród nich pracownicy hotelu i goście przeszukali całą okolicę sądząc początkowo, że Madeleine sama opuściła pokój. Policja przeszukała też wszystkie studnie, opuszczone budynki i inne niebezpieczne miejsca, jednak bez skutku.

    Pomimo upływu lat wciąż nie wiadomo, co dokładnie zaszło w apartamencie McCannów. Wiele osób oskarża rodziców Madeleine o jej zaginięcie. McCannowie wielokrotnie występowali w mediach prosząc o pomoc i odpowiadając na pytania dziennikarzy. Sprawiali wrażenie ludzi spokojnych, opanowanych i statecznych, co wiele osób odebrało jako dowód ich winy. Wedle powszechnej opinii, Madeleine miała ulec wypadkowi i umrzeć, a rodzice, bojąc się odpowiedzialność, ukryli jej ciało. Ostatnią osobą, która miała widzieć Madeleine był jej ojciec. Jeżeli jego zeznanie jest prawdą, do porwania doszło pomiędzy godziną 21 i 22, ponieważ Matthew Oldfield nie widział, czy dziewczynka była w mieszkaniu, gdy zaszedł tam o 21:30.
    Początkowo sądzono, że Madeleine została zabrana zaraz po tym, jak Gerry McCann opuścił apartament. Jane Tanner, jedząca kolację razem z McCannami, opuściła stół zaraz po Gerrym, by sprawdzić swoje dzieci. W wąskiej uliczce minęła Gerry'ego, który wracając od swoich dzieci zatrzymał się, by porozmawiać z innym gościem hotelu. Mężczyźni nie pamiętali, by Jane ich minęła, więc jej zeznanie długo było traktowane jako nieprawdziwe. Tanner zbliżając się do mieszkania McCannów zobaczyła mężczyznę niosącego śpiące dziecko, który wyłonił się zza rogu i oddalił się od hotelu. Nie widziała twarzy jego ani dziecka, ale zapamiętała, ze dziecko było bose. Szkic mężczyzny pojawił się potem wielokrotnie w mediach. Jednak w 2013 roku udało się wyjaśnić, że osobą, którą widziała wtedy Jane był inny wczasowicz, który odebrał swoją córkę po wieczornej zabawie w klubie dla dzieci. Około godziny 22 w odległości około 500 metrów, para innych turystów, Mary i Martin Smith, widziała mężczyznę niosącego śpiącą dziewczynkę. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby nie czuł się komfortowo niosąc dziecko i oddalał się w kierunku plaży. Według policji istnieje duże prawdopodobieństwo, że to właśnie Mary i Martin widzieli porywacza. Wiele osób zeznało, że widziało różnych mężczyzn zachowujących się dziwnie w pobliżu
    apartamentu McCannów 3 maja i w dniach poprzedzających porwanie. Do drzwi apartamentów pukał między innymi mężczyzna mówiący, że zbiera pieniądze na sierociniec. Bardzo możliwe, że był to ktoś kto robił rekonesans. 3 maja popołudniu dwóch mężczyzn było widzianych na balkonie apartamentu 5C zaraz obok apartamentu McCannów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że 5C nie było w tym czasie wynajęte i teoretycznie nikt nie powinien był tam przebywać (mam nadzieję, że policja dobrze to sprawdziła i nie byli to pracownicy hotelu). Około godziny 18 tego samego dnia, widziano mężczyznę stojącego na schodach do mieszkania McCannów. O godzinie 23 dwóch mężczyzn było widzianych kłócących się na ulicy niedaleko miejsca porwania. Gdy zdali sobie sprawę, że zostali zauważeni przez świadków ściszyli głosy i odeszli. Nie wiadomo, czy te zdarzenia są ze sobą połączone.

    W początkowych fazach śledztwa policja popełniła wiele kardynalnych błędów. Miejsce zdarzenia nie zostało odpowiednio wcześnie zabezpieczone, a technicy policyjni badali mieszkanie bez odpowiedniej odzieży ochronnej.
    McCannowie składali początkowo zeznania poprzez tłumacza, co sprawiało, że zeznania nie były dokładne i doprowadzały do nieporozumień. Zagadkowe okazało się otwarte okno. Sugerowało, że ktoś dostał się do środka otwierając okno, jednak McCannowie byli pewni, że okno było dokładnie zamknięte i można je było otworzyć jedynie od wewnątrz. Z zewnętrznej strony nie było żadnych oznak włamania. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że to Madeleine otworzyła okno chcąc uciec lub zawołać o pomoc, gdy usłyszała, że ktoś niepożądany wtargnął do mieszkania. Według niektórych teorii to Kate McCann otwarła okno, by upozorować porwanie.
    W lipcu 2007 roku brytyjski detektyw przywiózł na miejsce zdarzenia dwa psy, z których jeden był wyszkolony w tropieniu zapachu zwłok, a drugi w zapachu krwi. Oba psy wyczuły coś w mieszkaniu wynajętym przez McCannów. Jeden z psów wyczuł zapach zwłok w bagażniku i środku samochodu wynajmowanym przez McCannów w trakcie pobytu. Pies zaalarmował też detektywów, gdy powąchał ubrania Kate McCann. Brzmi poważnie? Niestety nic z tego nie jest niezbitym dowodem. Kate McCann pracowała jako lekarz rodzinny i wielokrotnie miała do czynienia ze zmarłymi. Z wynajmowanego auta korzystała przed McCannami niezliczona liczba osób. Tak samo jak z mieszkania, które zajmowali. Wszystkie oskarżenia zostały obalone przez adwokata McCannów.
    Jednak w samochodzie znaleziono też DNA Madeleine, w czym nie byłoby nic dziwnego, ponieważ zostawiamy nasze DNA praktycznie wszędzie, gdzie przebywamy, jednak auto zostało wynajęte po zniknięciu Madeleine.
    Dla podsumowania: jeżeli to McCannowie zabili Madeleine, musieli ukryć jej ciało na przynajmniej dwa tygodnie na terenie hotelu, by później wynająć auto i wywieźć je w inne miejsce. Wydaje się to wręcz niemożliwe, w sytuacji, gdy policja i wszyscy wokół stale ich obserwują. Cały teren hotelu został również dokładnie przeszukany, więc ciało musiałoby być niezwykle dokładnie ukryte. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że DNA Madeleine po prostu znajdowało się na rzeczach i ubraniach McCannów i przeniosło się razem z nimi do samochodu.
    Inną popularną teorią jest, że Madeleine została porwana przez siatkę pedofilii. Co jakiś czas w mediach wypływa informacja, że dziewczynka podobna do Madeleine była widziana w różnych częściach świata. Zagadkowi mężczyźni widziani na terenie hotelu zdają się potwierdzać tę tezę. Możliwe też, że dziewczynka miała zostać porwana dla okupu, jednak coś poszło nie tak i doszło do jej śmierci.

    #kryminalne #kryminalnehistorie
    pokaż całość

  •  

    Janusz: Wiem o niej wszystko. Dwa dni za nią łaziłem.
    Tomasz: Janusz, do rzeczy! Jak się nazywa?
    Janusz: Nazywa się Iwona Grzybowska. Zamieszkuje kawalerkę przy ulicy Blacharska 4. Z dzieckiem i z psem. Pies wabi się Fifek i co najlepsze lubi parówki, tak jak ja.
    #seriale #polska #kryminalne

  •  

    John List

    9 listopada 1971 John List postanowił zamordować całą swoją rodzinę. Najpierw postrzelił w głowę swoją żonę, Helen, następnie wszedł po schodach swojej 19-pokojowej posiadłości w New Jersey do mieszkania na strychu, które zajmowała jego 84-letnia teściowa i zastrzelił i ją.
    Następnie zaczekał cierpliwie, aż jego dzieci: szesnastoletnia Patricia i trzynastoletni Frederick wrócą ze szkoły. Oboje zabił strzałem w tył głowy. Następnie przygotował sobie lunch, wsiadł w samochód, pojechał do banku i zamknął wszystkie konta w banku. Zdążył również pojechać do liceum swojego najstarszego syna Johna i obejrzeć, jak gra w piłkę nożną na boisku. Po skończonej grze zabrał syna do domu i zastrzelił. Postanowił rozłożyć ciała swojej rodziny na śpiworach w sali balowej domu, jedynie ciało teściowej pozostawił na strychu.
    W liście znalezionym później na jego biurku wyjaśnił, że widział w swoim życiu zbyt wiele zła i nie mógł pozwolić, żeby jego rodzina żyła na takim świecie. Tłumaczył sobie, że mordując swoich bliskich zapewni im miejsce w niebie (jakże szlachetnie z jego strony, czyż nie?). Zanim opuścił dom posprzątał pobieżnie miejsca zbrodni, włączył światła, włączył radio na stację religijną i... wyciął swoją postać z każdego rodzinnego zdjęcia, jakie znajdowało się w domu.
    Zbrodnia Lista pozostała nieodkryta przez prawie miesiąc. John zadbał o to, aby nikogo nie zdziwiło znikniecie całej rodziny. Poinformował szkolę, że zabiera dzieci do krewnych na parę tygodni. Wstrzymał też dostawy prasy i mleka do domu. Sąsiedzi zauważyli, że w domu Listów stale paliły się światła, lecz nigdy nie widzieli nikogo zajmującego się domem. Gdy światła zaczęły się przepalać postanowili powiadomić policję.
    Pościg za Johnem Listem był opóźniony o miesiąc. Nie wiadomo było, czy John zbiegł zacierając za sobą wszystkie ślady, czy może popełnił samobójstwo i jego ciało nie zostało jeszcze odkryte. Jego auto zostało znalezione na parkinu lotniska JFK w Nowym Jorku, lecz nie było żadnego dowodu wskazującego na to, że wsiadł na pokład samolotu.
    Działania Johna Lista to niezwykła mieszanka szaleństwa i inteligencji. Dokonał szalonego i irracjonalnego czynu wykazując się jednocześnie sprytem i przebiegłością.
    John List urodził się w Michigan w bardzo religijnej rodzinie. Brał aktywny udział w II Wojnie Światowej, następnie skończył Administrację i Zarządzanie na Uniwersytecie Michigan, tylko po to, aby zaraz potem wziąć udział w Wojnie Koreańskiej. Wtedy też poznał swoją przyszłą żonę Helen, wdowie po żołnierzu zabitym w Korei, i jej córkę. Para pobrała się i przeniosła do Kalifornii, gdzie John pracował jako wojskowy księgowy. W 1965 roku John otrzymał ofertę dobrej pracy w New Jersey, więc rodzina przeniosła się do pięknej wiktoriańskiej posiadłości w Westfield.
    Sprawa pozostała otwarta przez ponad 17 lat, gdy 1 czerwca 1989 roku kobieta mieszkająca w Denver w Kolorado obejrzała odcinek słynnego programu America's Most Wanted poświęcony morderstwie na rodzinie List. W programie pokazano rzeźbę postarzonej twarzy Johna Lista. Projekt był wykonany tak dokładnie, że kobieta rozpoznała w poszukiwanym swojego sąsiada Roberta "Boba" Clarka i postanowiła wezwać policję. Clark został aresztowany i pomimo, iż długo upierał się, że zaszła straszliwa pomyła i nie jest Johnem Listem, porównanie odcisków palców skłoniło go do przyznania się do winy.
    List stwierdził, że zabił swoją rodzinę, ponieważ stał na skraju bankructwa. Stracił pracę na jakiś czas przed morderstwem, jednak wstydził się do tego przyznać i spędzał dnie siedząc na dworcu kolejowym i czytając gazety. W tajemnicy nienawidził swojej żony, która popadła w alkoholizm i zmagała się z problemami psychicznymi. Według sądowych psychologów John cierpiał na obsesyjno - kompulsywne zaburzenie osobowości, został jednak szybko skazany na dożywocie za morderstwo pierwszego stopnia.
    Zmarł w więzieniu w 2008 roku z powodu komplikacji po przebytym zapaleniu płuc. Zapytany kiedyś, czy rozważał zabicie siebie po zamordowania rodziny odpowiedział, że nie mógł popełnić samobójstwa, ponieważ nie poszedłby wtedy do nieba.

    #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: wykop.jpg

  •  

    Los Angeles, 29 marca 1971r. - Hall of Justice.Cztery członkinie "rodziny" Charlesa Mansona (LR Cathy Gillies, Kitty Lutesinger, Sandy Good i Brenda McCann) czuwają przez cały proces, w którym Manson i trzy inne kobiety zostały skazane za zabójstwo , między innymi, aktorki Sharon Tate.
    #fotohistoria #gruparatowaniapoziomu #kryminalne pokaż całość

  •  

    Zaginięcie Louisa Le Prince

    Film z 1888 roku zatytułowany "Roundhay Garden Scene" uważany jest za pierwszy w historii zapis filmowy i zapewne większość z nas czytała o nim w podręcznikach do historii. Ten kilkusekundowy film został nakręcony przez Francuza Louisa Le Prince własnoręcznie zbudowaną przez niego kamerą. Pomimo, iż wynalezienie filmu kojarzy się częściej z braciami Lumiere to właśnie Le Prince dał początek kinematografii. Mało kto jednak wie, że Le Prince zaginął w sposób rodem z kryminałów Gastona Leroux.
    Louis Le Prince urodził się w 1841 roku w miejscowości Metz we Francji. Za sprawą przyjaciela ojca, Louisa Daguerre (twórcy techniki robienia zdjęć zwanej dagerotypią), już jako chłopiec miał styczność z raczkującą wtedy sztuką fotografii. Doświadczenia z dzieciństwa zainspirowały go do podjęcia studiów poświęconych malarstwie w Paryżu oraz chemii w Lipsku. Po studiach mieszkał i pracował najpierw w Wielkiej Brytanii, gdzie się ożenił, a później Stanach Zjednoczonych. Zawsze poświęcając się pracy nad fotografią i wynalezieniem "ruszającego się zdjęcia". Sukces osiągnął w 1888 roku w Leeds. "Roundhay Garden Scene" przedstawia członków jego rodziny spacerujących po ogrodzie. Film trwa 2,5 sekundy.

    Zaledwie dwa lata po swoim wielkim sukcesie Le Prince pracował już nad nową, lepszą wersją swojej kamery, którą miał zamiar wkrótce opatentować w Wielkiej Brytanii i wyjechać do Stanów, aby promować swoją pracę. Przed podróżą postanowił spędzić trochę czasu we Francji. Odwiedził swojego brata mieszkającego w Dijon.
    16 września 1890 roku brat (nie znalazłam nigdzie jego imienia) odprowadził Louisa na pociąg do Paryża i był ostatnią osobą, która widziała go żywego. Le Prince wsiadł do pociągu i ślad zaginął po nim, jak i po jego bagażu. W poszukiwania zaangażowany został Scotland Yard i francuska policja. Nikt z obecnych na stacji i w pociągu nie pamiętał Louisa, nikt nie zauważył również niczego podejrzanego. Louise Le Prince rozpłynął się w powietrzu. Przeszukano okolice torów kolejowych na trasie Dijon - Paryż, lecz bezskutecznie.
    Krąży wiele hipotez o tym, co mogło przydarzyć się Louisowi. Jedną z najprostszych jest, że wielki wynalazca cierpiał na depresję, miał dość zmagania się z trudną dziedziną jakiej się podjął i, prawdopodobnie już w Paryżu, popełnił samobójstwo. Nie ma jednak żadnych dowodów, aby Le Prince miał ze sobą problemy, ponadto jego biznes przynosił dochody. Bardziej prawdopodobnym wydaje się, że Louis, zmęczony ciągłym pościgiem patentowym, umyślnie postanowił zniknąć i zacząć życie gdzieś indziej.
    Według innej, bardziej spiskowej teorii, Louis został zamordowany dla swojej kamery. Niedługo po zaginięciu Le Prince pierwszą kamerę opatentował nikt inny, a słynny Thomas Edison. Żona i najstarszy syn Louisa daremnie walczyli z urzędem patentowym uznanie ich bliskiego jako pierwszego wynalazcy. Jakkolwiek nieprawdopodobne wydaje się, żeby Thomas Edison był zamieszany w zaginięcie i prawdopodobne morderstwo swojego konkurenta, ta teoria należy do jednej z najczęściej powtarzanych. Dodatkowej pikanterii dodaje fakt, że syn Louisa, zaciekle walczący o uznanie osiągnięć ojca, zginął zaledwie kilka lat później w tajemniczym wypadku podczas polowania na kaczki.
    Nikt ze świadków nie zapamiętał Louisa, ani na stacji kolejowej, ani później w pociągu. Jedyną osobą twierdzącą, że Le Prince wsiadł do pociągu do Paryża był jego brat. Dlatego i on jest często wymieniany jako jeden z podejrzanych. Zazdrość i rywalizacja między braćmi mogła być wystarczającym motywem.
    W 2003 roku w policyjnych archiwach Paryża znaleziono zdjęcie anonimowej ofiary utonięcia z 1890 roku. Twarz zmarłego, jakkolwiek zniekształcona niezaprzeczalnie przypomina twarz Louisa Le Prince. Nie wiadomo jednak, gdzie pochowano zwłoki topielca, więc dokonanie testów DNA w celu identyfikacji nie będzie możliwe, a szansa rozwiązania zagadki Louisa Le Prince prawdopodobnie przepadła bezpowrotnie.

    #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Najwięksi psychopaci i mordercy.

    Sailson Jose Das Graças

    "Mordował, żeby się wyluzować". W ciągu 9 lat zabił 42 osoby - 39 kobiet, dwóch mężczyzn i 2-letnie dziecko. – „Zabijałem dla przyjemności. Po zabiciu zostawałem przez chwilę, a następnie uciekałem” – opisywał swoje zbrodnie Sailson Jose Das Graças. Brazylijczyk został zatrzymany w grudniu 2014 roku. Przyznał dziennikarzom, że zanim dokonywał ataku, obserwował przyszłe ofiary miesiącami. Działał też jako zabójca do wynajęcia. Pierwszego zabójstwa dokonał mając zaledwie 17 lat. Napadał głownie na białe kobiety. Sailson Jose das Gracas mówił policjantom, że gdy nie zabijał, to robił się nerwowy. Jedno zabójstwo wystarczało mu na dwa - trzy miesiące. Szokujące zeznania podsumował stwierdzeniem, że lubi swoją "pracę", dlatego nie obawiał się zatrzymania. Zapytany o to, czy ma wyrzuty sumienia, Brazylijczyk stwierdził, że nie. – „Pójdę do więzienia na 10, 15 czy 20 lat, a następnie, jak tylko wyjdę, to zrobię to samo” – przyznał. Zgodnie z prawem brazylijskim, maksymalna kara za zabójstwo to 30 lat więzienia.

    Hélène Jégado

    Służąca - seryjna morderczyni. Hélène Jégado (ur. 1803 w Plouhinec, zm. 26 lutego 1852 w Rennes). W ciągu 18 lat otruła co najmniej 36 osób. Pochodziła z małej miejscowości w Bretanii. W wieku 7 lat straciła matkę i trafiła pod opiekę dwóch ciotek, pracujących jako służące na plebanii w Bubry. Kiedy ukończyła 17 lat, pomagała jednej ze swoich ciotek, pracujących w Séglien. W tym czasie zajmowała się głównie nauką gotowania. Pierwszego zabójstwa Jégado dokonała w 1833, kiedy pracowała jako kucharka na plebanii we wsi Guern, u ks. François Le Drogo. W ciągu zaledwie 3 miesięcy straciło życie siedem osób stołujących się na plebanii, w tym sam ks. Le Drogo, jego matka i ojciec, a także siostra duchownego.

    Szczery żal i rozpacz kucharki nie wzbudzały podejrzeń co do jej udziału w przestępstwie. W okolicy panowała epidemia cholery i serię zgonów wiązano z przyczynami naturalnymi. Jégado powróciła do Bubry, gdzie objęła posadę po ciotce. Tym razem za jej przyczyną zmarły trzy osoby, w tym jedna z jej krewnych. Z Bubry trafiła do Locminé, gdzie gotowała w domu Marie-Jeanne Leboucher. Wkrótce zmarła właścicielka mieszkania i jej córka, a syn poważnie zachorował. Przeżycie zawdzięczał prawdopodobnie temu, że nie jadł większości potraw przygotowanych przez kucharkę.

    Po śmierci Marie-Jeanne Leboucher, Jégado znalazła trafiła do domu wdowy Lorey, także mieszkającej w Locminé. Wdowa zmarła po zjedzeniu zupy przyrządzonej przez jej nową kucharkę. W maju 1835 Jégado znalazła pracę w domu Madame Toussaint, gdzie zmarły kolejne cztery osoby, a łączna liczba jej ofiar sięgnęła siedemnastu. W 1835 Jégado znalazła pracę w klasztorze w Auray, ale szybko ją straciła, kiedy zakonnice odkryły przypadki wandalizmu i świętokradztwa, o które podejrzewano nową kucharkę. W kolejnych miejscach także nie pracowała długo, choć kilka osób udało się jej w tym czasie uśmiercić. Większość zmarłych zdradzało typowe objawy zatrucia arszenikiem, ale trucizny nie udało się odnaleźć w rzeczach osobistych Jégado. Coraz większe problemy w znalezieniu pracy wynikały w dużej mierze z kleptomanii, na którą cierpiała kucharka.

    W 1849 Jégado przeniosła się do Rennnes i znalazła zatrudnienie w domu Théophile Bidarda, profesora prawa na miejscowym uniwersytecie. Zastąpiła chorą służącą, Rose Tessier, którą wcześniej zatrudniał Bidard, a która zmarła tuż po pojawieniu się w domu nowej służącej. W 1851 ciężko zachorowała i zmarła Rosalie Sarrazin - jedna ze służących pracujących w domu Bidarda. Dostrzegając podobieństwo symptomów choroby u Sarrazin i u Tessier, Bidard zlecił przeprowadzenie autopsji zmarłej służącej. Wykazała ona ponad wszelką wątpliwość otrucie jako przyczynę zgonu. 1 lipca 1851 Hélène Jégado została aresztowana przez policję. Proces Jégado rozpoczął się 6 grudnia 1851. W toku procesu oskarżona zachowywała się histerycznie, modląc się lub wznosząc okrzyki przeciwko swoim oskarżycielom. Twierdziła, że nie wie, co to jest arszenik i nigdy go nie używała. Badania ofiar jednoznacznie wskazały na użycie arszeniku i soli antymonu. Sąd w Rennes skazał Jégado na karę śmierci. 26 lutego 1852 została zgilotynowana na oczach tłumu gapiów na Champ-de-Mars w Rennes.

    Wiktor Sajenko i Ihor Supruniuk

    Maniacy z Dniepropetrowska – medialne określenie grupy odpowiedzialnej za serię morderstw dokonanych w Dniepropetrowsku na Ukrainie w czerwcu i lipcu 2007 roku. Sprawa została okryta złą sławą ze względu na fakt, że niektóre zbrodnie zostały przez morderców nagrane na wideo, a jeden z filmów wyciekł do internetu. Dwaj 19-letni mieszkańcy Dniepropetrowska, Wiktor Sajenko oraz Ihor Supruniuk, zostali oskarżeni o 21 morderstw. Trzeciemu oskarżonemu, Ołeksandrowi Hanży, postawiono zarzut dwóch napadów z bronią, które miały miejsce przed morderstwami. 11 lutego 2009, wszyscy trzej zostali uznani za winnych. Supruniuk i Sajenko otrzymali karę dożywotniego pozbawienia wolności, a Hanża został skazany na 9 lat pozbawienia wolności. Supruniuk i Sajenko złożyli apelację, która została odrzucona przez Sąd Najwyższy Ukrainy w listopadzie 2009 roku.

    Supruniuk i Wiktor Sajenko znali się od siódmego roku życia. Byli nierozłączni. Chłopcy pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin. Ojciec Igora był pilotem, podobno latał z samym Leonidem Kuczmą. Młodzi interesowali się komputerami i większość czasu spędzali surfując po internecie. W szkolnej opinii napisano o Igorze, że nie utrzymuje kontaktów z kolegami z klasy, o Wiktorze zaś, że źle rozumie pojęcie przyjaźni i zbyt łatwo podporządkowuje się innym. Po latach okazało się, że to podporządkowanie doprowadziło go do udziału w serii morderstw. Dziś już wiadomo, że inicjatywa wyszła od Igora. Supruniuk urodził się 20 kwietnia, tak jak Adolf Hitler. Chłopak bardzo wziął to sobie do serca – fascynował go faszyzm, siła i dominacja. Około 14. roku życia nastolatkowie znaleźli sobie nową pasję: torturowanie i zabijanie złapanych zwierząt. Wieszali je na drzewach, patroszyli, a ich krwią malowali nazistowskie symbole. Pozowali, wykonując gest znany jako faszystowskie pozdrowienie. W całej tej makabrycznej grze chodziło o to, by wyzbyć się lęków i zahamowań, nauczyć zabijania. Podobno chcieli zostać zawodowymi zabójcami.

    Supruniuk i Sajenko jeździli po Dniepropetrowsku i okolicznych miejscowościach samochodem Igora, który nielegalnie dorabiał jako taksówkarz. Czasem zaczajali się w parkach, czasem na poboczu drogi lub w lesie i czekali na samotnego przechodnia czy rowerzystę. To przypominało polowanie. Bywało, że mordowali klientów Igora. Ofiarę atakowali z zaskoczenia i uderzali w głowę młotkiem, rurą czy prętem. Jeśli przeżyła, znęcali się nad nią w niewyobrażalny sposób – przebijali czaszkę, wydłubywali śrubokrętem oczy. Najmłodsza zakatowana osoba miała 13 lat, najstarsza 70. Łączyło je tylko jedno – przeważnie były to kobiety, osoby starsze, pijane lub niepełnosprawne, a więc słabsi, ci, którzy nie mogli się bronić. Sadyści posunęli się nawet do zabicia ciężarnej. Znaleziono ją z rozprutym brzuchem. Szóstego lipca w jedną noc zamordowali trzy osoby, a jedną z nich była 28-letnia Elena Szram, samotna matka 12-letniego chłopca. Została zabita zaledwie kilkaset metrów od domu. - Nie było ani jednej części jej ciała, która nie zostałaby zmasakrowana. Kiedy przybyliśmy do kostnicy, nie mogliśmy jej rozpoznać. Nie dało się zrekonstruować jej twarzy do pogrzebu – mówi matka Eleny.

    Najbardziej znana jest historia zabójstwa Siergieja Jacenki. Ten sympatyczny 48-latek miał raka gardła, ale mimo że był na rencie, starał się być aktywny i dorabiał w różnych miejscach. Dwunastego lipca jechał na motorowerze do wnuka. Około godziny 18:00 jego telefon przestał odpowiadać. Zaniepokojona żona rozpoczęła natychmiastowe poszukiwania, potem rozwiesiła plakaty z podobizną męża. Kilka dni później ktoś zauważył porzucony motorower i wezwał rodzinę zaginionego, która znalazła ciało pana Siergieja nieopodal wysypiska śmieci. Igor i Wiktor nagrali wszystko - to, jak z zimną krwią planują atak, jak czekają na potencjalną ofiarę oraz tortury i mord. Wydłubywali ofierze oczy śrubokrętem, gdy jeszcze żyła i przebili się do mózgu. Cały czas uśmiechali się do kamery, ziewali, żartowali. Film na pewnym etapie późniejszego śledztwa przeciekł do Internetu. Rodzina ofiary odmówiła obejrzenia go. Powstało przynajmniej pięć podobnych nagrań. To jednak nie zaspokajało ambicji morderców.

    Uwielbiali chodzić na pogrzeby swoich ofiar, fotografowali się w kostnicach, w których wystawiano ciała, na tle trumien, koło nagrobków. Ataki udało się przeżyć ośmiu osobom. Ich zeznania pomogły w ostatecznym rozwiązaniu zagadki. Decydujący jednak okazał się moment, w który zabójcy postanowili sprzedać telefon jednej z ofiar w miejscowym komisie. Aby pokazać, że urządzenie działa, włączyli je, a milicja namierzyła aparat. Organy ścigania zadziałały błyskawicznie – obu mężczyzn aresztowano jeszcze przy kasie sklepu. Do aresztu trafił również zamieszany w kilka ich napadów Aleksandr.

    Javed Iqbal

    “Mam zamiar sprawić, że wiele matek zapłacze. Wyślę ich synów na tamten świat bez trumien, rynsztokiem”.

    Javed Iqbal pochodził z zamożnej rodziny. Jego ojcem był Muhhamad Mogul, dobrze prosperujący biznesmen. Chłopak mógł więc do woli korzystać z wszystkich dóbr materialnych dostępnych bogatym rodzinom w Pakistanie. Był też bardzo kochanym dzieckiem. Najinteligentniejszy i najprzystojniejszy z rodzeństwa. W szkole zawsze w czołówce najlepszych uczniów. Niestety, Javed był też bardzo agresywny i trudny do kierowania. Dla zabawy zabijał zwierzęta, bił młodszych kolegów. Po ukończeniu szkoły ojciec powierzył mu, jako swojemu ulubieńcowi, kierowanie fabryką maszyn. Javed zatrudniał w niej wielu młodych chłopców ze względu na niskie koszty. To wtedy właśnie zaczęło go do nich ciągnąć.

    Dość długo zachowywał pozory i wiódł pozornie spokojne życie. Miał żonę, córkę, pieniądze, kamerę video, którą filmował swoje szczęśliwe życie. W 1999 roku Javed został aresztowany za zgwałcenie dwóch chłopców. Wtedy zaczął się jego upadek. Stracił rodzinę, pieniądze, szacunek. Zamieszkał w slamsach. W głowie zrodził mu się makabryczny plan. “Przez całe życie zyskałem dużo szacunku. Miałem dobrze prosperującą firmę, duży dom, luksusowy samochód. To wszystko mi odebrano. Upadłem. (…). Nienawidzę tego świata. Moja kochana matka, która była dla mnie wszystkim, zmuszona była oglądać mój upadek. (…). Dostała ataku serca i umarła. Piekło mi się otworzyło. Sprawię, że inne matki będą cierpiały i płakały, tak jak moja matka płakała i cierpiała. Będę zabijał każdego dnia. Zabijał i zabijał. Przeczytałem gdzieś, że można całkowicie rozpuścić ludzkie ciało w beczce, w której połączy się dwa kwasy. Postanowiłem przeprowadzić eksperyment na małym uciekinierze. Udało się. Jego ciało uległo całkowitemu rozpuszczeniu w ciągu 12 godzin. Zmieniło się w ciecz. Odtąd ciała płynęły, jak woda. Pierwsze morderstwo mi się udało, więc zdecydowałem, że moja misja powinna się zacząć”.

    22 listopada 1999 roku Javed wysłał do dziennikarza “Daily Jang” przesyłkę, która zawierała zdjęcia młodych chłopców ponumerowane od 1 do 100, list oraz 32-stronicowy pamiętnik. W domu psychopaty policjanci znaleźli stosy ubrań i butów dziecięcych, a w dwóch beczkach z kwasem zwłoki trzech chłopców. Po 5 tygodniach udało się zatrzymać ukrywającego się mordercę. Proces trwał 32 dni. Po tym czasie zapadł historyczny wyrok - Javed Iqbal Mogul został skazany na śmierć przez uduszenie w obecności rodzin ofiar, a następnie jego ciało zostało pocięte na 100 kawałków i rozpuszczone w kwasie.

    Aileen Carol Wuornos

    Aileen Carol Wuornos wychowała się w Michigan. Jej ojciec odszedł od żony, zanim dziewczynka przyszła na świat. Skazany za zgwałcenie dziecka, został zabity w więzieniu. Matka zniknęła, gdy miała pół roku. Wychowywali ją dziadkowie alkoholicy. Aileen bardzo szybko zdobyła doświadczenia w sprawach seksu. W wieku 14 lat zaszła w ciążę. Dziecko jej odebrano. Wkrótce potem została prostytutką. Była biseksualna, nie stroniła od przemocy - odsiedziała dwa lata za napad z bronią w ręku. Przez długie lata pozostawała w związku z Tyrią Moore. Z całego serca nienawidziła mężczyzn. Wkrótce zrobiła to, czego bardzo pragnęła - zamordowała swoją pierwszą ofiarę. Był nim jej klient Richard Mallory. Jego ciało porzuciła na poboczu drogi we Florydzie. Otrzymał pięć strzałów w klatkę piersiową z pistoletu 0,22 cala. W latach 1989 - 1990 w ten sam sposób zginęło sześciu innych mężczyzn. Policja wpadła w końcu na trop seryjnej morderczyni. Brakowało jednak dowodów i świadków, obciążających kobietę. Aileen została aresztowana, na podstawie listu gończego, wydanego za nielegalne posiadanie broni. W końcu śledczy dotarli do Tyrii Moore. Kobiecie już od dawna ciążył związek z Aileen. Wiedziała o wszystkich zbrodniach swej kochanki i bardzo bała się oskarżeń o współudział. Zaczęła współpracować z policją. Zadzwoniła do aresztu i powiedziała Wuornos, że policja chce ją zamknąć. Wtedy Aileen postanowiła ratować swoją kochankę. Przyznała się do winy. Alieen została skazana 16 stycznia 1992 roku na sześciokrotną karę śmierci. Została stracona przez zastrzyk z trucizną.

    Ottis Toole

    Brutalny morderca z USA, działający w parze z Henrym Lee Lucasem. Obaj napadali na młode kobiety, prostytutki, autostopowiczki, zabijali je i ćwiartowali ich ciała. Dopuszczali się również aktów nekrofilii i kanibalizmu. Nie wiadomo dokładnie, ile kobiet zabił. Obu mordercom przypisuje się śmierć ponad 600 osób.

    Henry Lee Lucas przyszedł na świat pod koniec Wielkiego Kryzysu w zabitej dechami miejscowości Blacksburgh w stanie Virginia. Jego rodzina zamieszkiwała obskurny barak na peryferiach tego miasteczka - daleko poza granicą, do której sięgały wodociągi, elektryczność i linie telefoniczne. Poza Henrym Lee gnieździli się tam jeszcze jego rodzice i ośmioro rodzeństwa. Matka z upodobaniem lżyła i biła męża, ale najwięcej radości sprawiało jej znęcanie się nad Henrym. Henry musiał się przyglądać, jak mama obsługuje licznie odwiedzających jej norę klientów. Jeśli próbował wymigać się od tego obowiązku, dostawał tęgie lanie - raz było tak solidne, że trzy dni leżał nieprzytomny, zanim Bernie się zlitował i zawiózł go do szpitala. Ustawiczne maltretowanie zrobiło w końcu swoje - w głowie chłopca zaczęły ożywać jakieś „głosy", a ponieważ Anderson mianował go pełnoetatowym opiekunem i nadzorcą domowej destylarni, jeszcze przed ukończeniem dziesiątego roku życia popadł w zaawansowany alkoholizm.

    Ukończywszy piątą klasę, Henry przerwał edukację i w szkole więcej się nie pojawił. Z braku lepszego zajęcia coraz częściej zadawał się z alfonsem Berniem, który nauczał go, jak dręczyć różne żywe stworzenia i kopulować ze zwierzętami - zarówno przed ich uśmierceniem, jak i po nim. Wprowadzony takim oto sposobem w świat doznań erotycznych i coraz bardziej nimi zainteresowany, kilkunastoletni Henry zaczął dla zabicia czasu regularnie gwałcić przyrodniego brata. W 1983 roku, przyznał, że jako piętnastolatek udusił i zgwałcił jakąś dziewczynę z Lynchburga. Jej ciało zakopał w pobliskim lasku. Zeznanie to pozwoliło wreszcie rozwikłać zagadkową sprawę zniknięcia siedemnastoletniej Laury Burnley w 1951 roku.

    W 1959 roku podczas ostrego picia z matką doszło do potężnej awantury. Viola zamierzyła się na niego kijem od szczotki, na co Henry dobył noża i poderżnął jej gardło. Zanim zbiegł, znalazł chwilę, by zgwałcić zwłoki siedemdziesięcioczteroletniej matki. Pięć dni później aresztowano go w Toledo, w stanie Ohio. Przyznał się do winy i jako matkobójca skazany został na 20 do 40 lat więzienia. Odsiadując wyrok, zaczął ponownie „słyszeć w głowie głosy" - tym razem odezwała się Viola, która z zemsty za to, co jej uczynił, nakłaniała syna, by odebrał sobie życie. Po dwóch nieudanych próbach samobójczych Henry'ego przeniesiono do Iowa State Mental Hospital (Stanowego Szpitala dla Psychicznie Chorych stanu Iowa). Tam został zdiagnozowany jako „psychopata o skłonnościach samobójczych", „sadysta" i „zboczeniec seksualny". Po ponad 4 latach kuracji środkami farmakologicznymi i elektrowstrząsami wrócił do więzienia bardziej szalony niż kiedykolwiek.

    W kwietniu 1970 roku minęła połowa minimalnego wymiaru kary, co dawało prawo do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie warunkowe. Jak zwykle w takich wypadkach Henry stanął przed obliczem specjalnej komisji. On sam utrzymywał później, że na zadane mu przez jednego z członków tego gremium pytanie: „A teraz panie Lucas, proszę powiedzieć, czy jeśli zwolnimy pana warunkowo, znów pan będzie zabijał?", miał odpowiedzieć: „Yes, sir, jeśli mnie teraz zwolnicie, będę zabijał znowu". Opowiadał też, że na pożegnanie zapowiedział strażnikom: „Zostawię wam prezent na progu". Jeszcze tego samego dnia zamordował dwie kobiety, których ciała podrzucił w dobrze widocznym miejscu pod murem więziennym. W 1975 roku, w Jacksonville na Florydzie zetknął się z Ottisem Toole'em.

    Kiedy Ottis był dzieckiem jego babka otwarcie wyznawała satanizm i miała zwyczaj zabierać Ottisa na cmentarze, skąd oboje wykradali zwłoki niezbędne w obrzędach tego kultu. Krążyły też pogłoski, że poza bezczeszczeniem ludzkich szczątków sekta jego babci miała obyczaj jadać ludzkie mięso i wyprawiać orgie seksualne. Wkrótce para z piekła rodem zaczęła zabijać. Przemieszczali się ze stanu do stanu, kradnąc po drodze samochody, zabijając ludzi i rabując wszystko, co wydawało im się łatwym łupem. Od czasu do czasu - ot tak, żeby poczuć dreszczyk prawdziwej emocji - „rozwalili" jakiś bank. Niekiedy zabijali, żeby zdobyć samochód, czasami, żeby zaspokoić swe chucie cielesne, zdarzało się też, że robili to dla czystej przyjemności zabijania. Obydwaj przysięgali później, że jeśli nie mieli czasu, by zatrzymać się i zamordować autostopowicza własnoręcznie, rozjeżdżali go samochodem, dodawali gazu i ruszali w dalszą drogę. Czego to nie robi się dla zabawy.

    Z czasem też na jaw wyszło specyficzne upodobanie kulinarne Ottisa. Krótko przed śmiercią, w roku 1996, Ottis Toole udzielił wywiadu niezależnemu dziennikarzowi Billy'emu Bobowi Bartonowi. Kiedy ich rozmowa zeszła na gastronomiczne upodobania Toole'a, Barton zauważył, że słowa rozmówcy świadczą o jego szczególnym upodobaniu do potraw z młodych chłopców. „Trochę się tego w życiu zjadło” -odparł skromnie Ottis i dorzucił garść szczegółów. - „Najpierw wychodziłem, żeby upolować jakiegoś małego chłopaka [...] chwytałem go, wiązałem, kneblowałem, pakowałem do bagażnika i wiozłem do siebie"”. „Po rozebraniu do naga trzeba go powiesić - głową na dól - za kostki, poderżnąć gardło, wypatroszyć, usunąć wnętrzności, wątrobę i serce. Potem odciąć głowę i spuścić krew. [...] Piekłem ich w całości nad węglem drzewnym; węgiel drzewny daje mało dymu. Trzeba zdjąć ciało i nadziać je na stalowy pręt. Wsadza się go w tyłek i pcha mocno, aż wyjdzie szyją [...] potem mocuje wszystko na widełkach rożna, żeby można było obracać. Smaczne jak cholera"”.

    Psychopata przyznał się do zjedzenia 150 ofiar! Z powodu ograniczonej poczytalności, sąd nie mógł orzec wobec Ottisa kary śmierci, wymierzył mu jednak sześć wyroków dożywotniego więzienia, w tym za podpalenie i morderstwo. Henry Lee ostatecznie został skazany na karę śmierci. Prokuraturze udało się udowodnić mu 30 morderstw. 15 września 1996 roku Ottis Toole zmarł w zakładzie karnym na marskość wątroby w wieku czterdziestu siedmiu lat. Datę egzekucji Lucasa wyznaczono na 30 czerwca 1998 roku. Jednak trzy dni przed terminem gubernator George W. Bush złagodził mu wyrok. Sześćdziesięcioczteroletni Henry Lee Lucas zmarł 11 marca 2001 roku.
    #kryminalne #mordercy #seryjnimordercy #psychologia
    pokaż całość

  •  

    Zaginięcie Brianny Maitland

    Brianna urodziła się 8 października 1986 roku w stanie Vermont i od zawsze była zabawna, spontaniczna i pełna życia. Miała mnóstwo przyjaciół i była bardzo ambitna. Ufała ludziom do tego stopnia, że zawsze brała autostopowiczów i nawet zapraszała ich do swojego domu, co martwiło jej matkę. W okolicy swoich 17 urodzin (październik 2003) postanowiła się usamodzielnić i wyprowadzić od rodziców. Początkowo dorosłe życie szło jej dosyć topornie. Rzuciła liceum i pomieszkiwała u przyjaciół. Przez pewien czas mieszkała nawet z dwoma różnymi facetami i ich rodzinami. W lutym 2004 roku wynajęła mieszkanie ze współlokatorką, znalazła dwie prace (w restauracji Black Lantern Inn w Montgomery i restauracji w St. Albans), zapisała się do szkoły wyrównawczej i postanowiła zdawać egzamin GED.

    W piątek 19 marca udało jej się zdać ten egzamin. Tego dnia wybrała się ze swoją matką na zakupy i świetnie się bawiły. W pewnym momencie Brianna zobaczyła coś lub kogoś przed sklepem i wyszła. Gdy jej matka wyszła na parking zobaczyła spiętą i wstrząśniętą córkę, która jednak nie powiedziała o co chodzi. Powiedziała tylko, że musi wracać do domu, bo nie chce spóźnić się do pracy. Około 15:00 dotarła do mieszkania, napisała współlokatorce kartkę, że po pracy od razu przyjedzie do domu i wyjechała do Black Lantern Inn. W pracy zachowywała się normalnie i około 23:20 wyszła do domu. Współpracownicy chcieli zaprosić ją na kolację, jednak odmówiła tłumacząc, że rano ma zmianę w drugiej restauracji. Nigdy więcej jej nie widziano. Rodzice wspominają, że tego wieczoru przejeżdżali obok jej pracy. Matka chciała ją odwiedzić, jednak ojciec uznał, że to może ją zawstydzić. Do dzisiaj żałują, że jednak tego nie zrobili.

    W sobotę kilku przechodniów wezwało policję do auta znajdującego się około 1 mili od restauracji. Samochód uderzył bagażnikiem w ścianę opuszczonej stodoły stojącej przy drodze. W środku znaleziono dwa czeki z Black Lantern Inn wystawione na nazwisko Brianny, jej leki na migrenę, soczewki kontaktowe i mnóstwo drobiazgów. Przy samochodzie leżała butelka wody, drobne pieniądze i niezapalony papieros. Nie było jednak kluczyków od auta. Policjanci uznali, że samochód był prowadzony przez pijanego kierowcę i postanowili go odholować. Jeden z nich pojechał do restauracji, żeby uzyskać jakieś informacje, ale ta była zamknięta, a więc olał temat. Mimo, że samochód zarejestrowany był na matkę Brianny, nikt jej nie poinformował o odholowaniu. Zdjęcia porzuconego samochodu zostały zrobione przez przypadkowe osoby przejeżdżające drogą w sobotę rano i trzeba przyznać, że mają w sobie coś niepokojącego.

    W poniedziałek wieczorem Jillian Stont (współlokatorka Brianny) wróciła do mieszkania po weekendowym wyjeździe i zobaczyła kartkę pozostawioną w piątek. Zadzwoniła do rodziców Brianny i zapytała, czy wiedzą co się dzieje z ich córką. Na początku nie zmartwili się zbytnio i uznali, że na pewno jest u jakichś przyjaciół. Obdzwonili jednak wszystkich znajomych nastolatki i nikt nic nie wiedział. We wtorek lub czwartek (według różnych źródeł) zaginięcie zostało zgłoszone na policji. Policjanci jednak początkowo zbagatelizowali zgłoszenie i uznali, że Brianna mogła po prostu gdzieś wyjechać. Dziewczyna często wspominała, że chciałaby opuścić Vermont i zamieszkać w jakimś dużym mieście.

    Zdesperowany ojciec postanowił przeszukać samochód i łomem otworzyć bagażnik. Obawiał się, że znajdzie w nim ciało córki, jednak nic takiego nie miało miejsca. Dopiero 30 marca, policja postanowiła dokładnie przeszukać samochód. Nie ujawniono jednak czy znaleziono w nim jakiekolwiek ślady walki czy DNA. Zaczęto przeszukiwać teren z psami, jednak te nie podjęły żadnego tropu. Rodzice Brianny zgłosili się do fundacji pomagającej w poszukiwaniach zaginionych. Od 3 do 5 kwietnia 500 ochotników przeszukiwało teren w promieniu 5 mil od miejsca znalezienia auta, nie natrafiono jednak na żaden ślad. Zaangażowano prywatnego detektywa, a ojciec Brianny przez kilka miesięcy praktycznie nie pracował, ponieważ cały swój czas przeznaczał na poszukiwania.

    Rozpoczęły się telefony od różnych osób, które dawały wskazówki, w większości nic nie znaczące. Dzwoniła nawet rodzina zaginionej 5 tygodni wcześniej Maury Murray, której samochód też został porzucony w dziwny sposób. Podejrzewano, że może za obydwoma zaginięciami stoi ta sama osoba, jednak poza porzuconym samochodem i podobnym czasem, tych dwóch spraw nic nie łączyło.

    Znaleźli się świadkowie, którzy widzieli auto Brianny w noc z piątku na sobotę. Pierwszy przejeżdżał koło samochodu między 23:30 a 0:30 (10 minut lub godzinę i 10 minut od wyjścia Brianny z pracy). Zeznał, że światła były włączone i nie widział nikogo w samochodzie lub okolicy samochodu. Drugi świadek przejeżdżał obok ok. 0:00-0:30 i wtedy światła były wyłączone, ale migał jeden z kierunkowskazów. Trzecim świadkiem był były chłopak nastolatki, który zauważył samochód około 4:00 rano i nawet zatrzymał się, żeby sprawdzić, czy to samochód Brianny. Nie był jednak pewien, nikogo nie było w pobliżu, a więc odjechał.

    Podczas śledztwa okazało się, że Brianna (pod wpływem matki) zgłosiła pobicie kilka tygodni przed zaginięciem. 27 lutego była ze swoim chłopakiem i przyjaciółmi na imprezie, podczas której flirtowała z chłopakiem Keallie LaCrosse. Zazdrosna dziewczyna złamała jej nos i poturbowała tak mocno, że Brianna miała wstrząs mózgu. Oczywiście po zaginięciu 17-latki zarzuty oddalono. Policja zbadała ten wątek, jednak uznano, że Keallie nie miała nic wspólnego z zaginięciem.

    Ktoś wykonał też anonimowy telefon i poinformował, że dziewczyna jest przetrzymywana w piwnicy domu wynajmowanego przez Ramona Ryansa i Nathaniela Jacksona. Policja przeszukała budynek, nie było w nim jednak śladu Brianny. Znaleziono za to broń, marihuanę, kokainę i crack. Sami mężczyźni byli dealerami i według zeznań licznych świadków znali 17-latkę. Może miała wobec nich długi?

    W latach 1999-2000 w Vermont działała szajka zajmująca się handlem żywym towarem. Było kilka przypadków zmuszania kobiet do prostytucji. Może Brianna też tak skończyła?

    W styczniu 2006 roku ktoś zgłosił, że widział kobietę łudząco podobną do Brianny w kasynie w Atlantic City. Była w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Policja sprawdziła nagrania z kamer i pokazała je rodzinie dziewczyny. Film był jednak tak złej jakości, że rodzice nie mogli ani potwierdzić ani zaprzeczyć, że to ich córka. Nie wiadomo kim była tajemnicza kobieta i towarzyszący jej mężczyzna. W czerwcu 2007 ponownie zgłoszono, że widziano ją w tym mieście, jednak znów nie można było stwierdzić, czy to na pewno Brianna.

    W marcu 2016 roku policja oświadczyła, że w samochodzie Brianny znaleziono DNA, które może należeć do osoby zamieszanej w zaginięcie. Nie powiedziano jednak nic więcej. Nie podano do wiadomości publicznej, czy DNA pochodzi z włosa, krwi czy spermy. Nie można nawet dywagować, czy należało do zabójcy/porywacza, czy osoby, którą Brianna wcześniej gdzieś podwoziła. Skoro przez tyle lat nie znaleziono tej osoby to musiało należeć do kogoś, kto nigdy nie był karany i jego danych nie ma w bazie.

    Sprawa wciąż jest niewyjaśniona i nie ma żadnych podejrzanych. Według policji jest „wiele skrajnych tropów, które wciąż są badane”. Rodzice Brianny nie wierzą, że dziewczyna wciąż żyje, ale nie ustają w poszukiwaniach i wciąż dążą do rozwiązania zagadki zniknięcia córki.

    Źródła: nbcnews, trace-evidence, niediegetyczne

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    •  

      @Odczuwam_Dysonans możesz mieć rację. Riley24 o tym nie wspomina u siebie ale czytałam gdzieś, że znaleziono na ziemi również naszyjnik Brianny. To by pasowało do opcji szamotaniny.
      Ta sprawa jest bardzo tajemnicza, szkoda że przez nieudolność policji i trochę obojętność innych kierowców szybciej nie zaczęto jej szukać. Choć osobiście uważam, że dziewczyna raczej zginęła tej samej nocy lub krótko po.

      +: kacap-
    •  

      @thekes: no szkoda, widać rodzice przeczuwali że jest źle, skoro ojciec na własną rękę otwierał bagażnik... Widać policja była na tyle niekompetentna, że wiedzieli, że nawet tego nie zrobili ( ͡° ʖ̯ ͡°)

      +: kacap-
    • więcej komentarzy (129)

  •  

    Zaginięcie Nicolasa Barclay

    Nicolas Barclay urodził się 31 grudnia 1980 roku. Mieszkał w San Antonio (Teksas) ze swoją matką Beverly, starszą siostrą Carey i starszym bratem Jasonem. Zdecydowanie nie można powiedzieć, że był „dobrym dzieckiem”. Kilka razy był tak agresywny wobec swojej matki, że musiała wzywać policję. W wieku 13 lat był już notowany za kradzieże i pobicie nauczyciela, miał trzy tatuaże zrobione najprawdopodobniej przez innego dzieciaka w jego wieku, wagarował...

    13 czerwca 1994 roku dostał od matki 5 dolarów na grę w koszykówkę i poszedł po parku oddalonego od domu o 1-2 mile. Po skończonej zabawie zadzwonił do domu i chciał, żeby matka przyjechała po niego. Telefon odebrał jednak Jason, który powiedział, że Beverly śpi i musi wrócić pieszo. Nicolas nie wrócił do domu i więcej nie było z nim kontaktu.

    Oczywiście jego zaginięcie zostało zgłoszone na policję, jednak sprawa nie została potraktowana zbyt poważnie, ponieważ nastolatek już wcześniej uciekał z domu i zawsze wracał w przeciągu doby. Co więcej 14 czerwca miała odbyć się rozprawa decydująca o tym czy zostanie ze swoją rodziną, czy zostanie odesłany do ośrodka dla młodocianych przestępców. Policjanci uznali, że niedługo sam wróci do domu.

    Trzy dni później Jason zadzwonił na policję i powiedział, że widział Nicolasa próbującego włamać się do ich garażu. Gdy jednak policjanci przyjechali 13-latka już nie było. W okolicy nie było też żadnych śladów wskazujących na jego obecność.

    Jak wspomina matka Nicolasa, sprawa nie zainteresowała mediów. Tak naprawdę tylko rodzina nastolatka była zainteresowana jego odnalezieniem. Przed tym wydarzeniem Beverly miała problemy z narkotykami, jednak zaginięcie syna zmobilizowało ją do zerwania z nałogiem. Odwrotnie było jednak z Jasonem, chłopak ćpał coraz więcej.

    W październiku 1997 roku stał się cud. Po trzech latach odnaleziono Nicolasa w Linares w Hiszpanii. Został porwany i był przetrzymywany jako niewolnik seksualny przez grupę wysoko postawionych wojskowych. Mężczyźni bili go, gdy mówił po angielsku, a więc nauczył się francuskiego i podstaw kilku innych europejskich języków. Jednak w swoim ojczystym języku zaczął mówić z wyraźnym akcentem.

    Po kilku dniach do Hiszpanii przyleciała siostra Nicolasa, która rozpoznała swojego brata. Zauważyła jednak, że chłopak bardzo się zmienił. Stał się cichy i jakiś inny, ale to chyba oczywiste po latach znęcania się nad nim. Bardzo zmienił się też fizycznie, jego włosy pociemniały a oczy zmieniły kolor z niebieskiego na brązowy. Wszystko na skutek eksperymentów, które robili na nim wojskowi. Nicolas niewiele pamiętał ze swojego wcześniejszego życia, a więc Carey pokazała mu dziesiątki zdjęć rodziny i znajomych, aby odświeżyć mu pamięć.

    Nastolatek musiał rozpoznać przed urzędnikami kilka zdjęć, aby udowodnić swoją tożsamość. Udało mu się to w 4 na 5 przypadków. Mógł wrócić do domu, gdzie czekała na niego matka, mnóstwo krewnych i znajomych. Jedyną osobą, która przyszła go odwiedzić dopiero po jakimś czasie był Jason, który gdy go zobaczył powiedział tylko „powodzenia” i wyszedł.

    Życie Nicolasa wracało na dawne tory. Szesnastolatek wrócił do liceum i chętnie występował w mediach opowiadając swoją historię. To właśnie podczas jednego z takich wywiadów prywatny detektyw, Charlie Parker, zauważył, że coś tu nie gra. Porównał w programie graficznym uszy 13-letniego i 16-letniego Nicolasa i doszedł do wniosku, że to nie ta sama osoba! (Tak, uszy są trochę jak odciski palców, każdy ma inne) Parker podzielił się tą informacją z FBI, ale agenci nie byli zbyt zainteresowani rozpatrywaniem takich rewelacji.

    Dopiero po jakimś czasie Nicolas został zabrany do psychologa, który oświadczył, że mowa ciała chłopaka pokazuje, że opowiadając swoją historię nie korzysta ze wspomnień, ale z wyobraźni. Biegły zaświadczył także, że akcent nastolatka wyklucza, że wychowywał się w angielskojęzycznym domu. Agentka FBI skontaktowała się z siostrą Nicolasa, która miała czekać na niego na lotnisku i o wszystkim jej opowiedziała. Powiedziała też, że nie muszą mieszkać z „Nicolasem” i żeby nie przyjeżdżała. Carey była tym wszystkim bardzo wstrząśnięta i oczywiście zgodziła się z kobietą, jednak na lotnisko i tak przyjechała. Przywitała się z chłopakiem jak z bratem. Tak jakby wcześniejszej rozmowy w ogóle nie było. Co więcej rodzina nie zgadzała się na pobranie od „Nicolasa” odcisków palców czy DNA. Dopiero nakaz sądowy ich do tego zmusił. Okazało się, że za 16-letniego Nicolasa podawał się 23-letni Francuz, Frédéric Bourdin, który był poszukiwany przez Interpol właśnie za podszywanie się pod innych. Szacowano, że Bourdin do tej pory mógł ukraść nawet 500 tożsamości.

    Francuz od lat przemieszczał się między ośrodkami dla nieletnich w całej Europie. Był patologicznym kłamcą. Nawet po zatrzymaniu wykonywał dziesiątki telefonów i informował ludzi poszukujących zaginionych, że ma informację na temat ich bliskich. Został skazany na 6 lat więzienia. W 2007 roku ożenił się i ma 3 dzieci.

    Jak to się stało, że Bourdin przez trzy i pół miesiąca mieszkał z rodziną na drugim krańcu świata i podawał się za ich syna? W październiku 1997 roku zadzwonił na policję z budki telefonicznej w Linares i powiedział, że jest z żoną na wakacjach i znalazł nastolatka, który dziwnie się zachowuje. Później skulił się na podłodze i czekał na przyjazd policji. Na komisariacie mówił niewiele. Powiedział tylko, że jest Amerykaninem i chce zadzwonić do rodziny, ale musi to zrobić w nocy ze względu na różnicę czasu. Policjanci zgodzili się i zostawili go na noc samego w biurze. Ten czas wykorzystał na dzwonienie na różne komisariaty w całym USA i podając się na policjanta, który znalazł zagubionego amerykańskiego nastolatka. W końcu znalazł odpowiednią tożsamość, przesłano mu czarno-biały fax na temat Nicolasa i potwierdził, że to właśnie jego znaleziono. Sprawy zaczęły się komplikować, gdy zobaczył kolorową ulotkę ze zdjęciem chłopaka. Okazało się, że wygląda zupełnie inaczej niż on. Bourdin przefarbował się na blond, a w ośrodku dla nieletnich zrobił sobie trzy tatuaże, takie jakie miał Nicolas. Ciągle chodził w czapce, szaliku i okularach przeciwsłonecznych. Dzięki zdjęciom pokazanym przez Carey przeszedł test przed urzędnikami.

    Co więc stało się z prawdziwym Nicolasem? Nie wiadomo, do dziś nie został odnaleziony. Być może w jego śmierć był zaangażowany Jason, a nawet cała rodzina? To by tłumaczyło dlaczego podobno go widział trzy dni po zaginięciu (zabójcy czasem zgłaszają takie informację, żeby pokazać policji, że ktoś jednak żyje) i dlaczego tak szorstko odnosił się do Bourdina, gdy ten podawał się za jego brata. Jakby od początku wiedział, że to nie może być Nicolas. Ta teoria wyjaśnia też dlaczego ani Carey ani Beverly nie zauważyły, że to nie zaginiony nastolatek, tylko ktoś zupełnie obcy i nawet niepodobny. Dlatego też Carey tak nalegała na oglądanie dziesiątek zdjęć. Nikomu jednak nie można nic udowodnić. Sam Jason zmarł w 1998 roku po przedawkowaniu narkotyków.

    Źródła: theodysseyonline, telegraph, film The Inposter

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: img1.wsimg.com

    •  

      @thekes: Jason ćpał już wcześniej ;)

    •  

      @laczka była ostatnio na wykopie historia zaginięcia kilkuletniej dziewczynki, potem odnalazła się x kilometow od domu w jakims miescie, wszyscy szczesliwi a chwile potem zwłoki prawdziwej córki znaleziono na terenie działki... Rodzice nie zorientowali się lub nie chcieli zorientować, że to nie ich dziecko. Tutaj mogło być podobnie. Pytanie czy to byla wyrachowana gra czy az takie zaslepienie. Ludzie robią dziwne rzeczy czy to probujac cos ukryć czy chcąc w coś wierzyc. Może przestraszyli się, że ktoś podaje sie za Nicolasa, jednak po coś ta siostra walkowala z nim te zdjecia, zabraniali testów dna, ignorowali ostrzezenia policji. Może naiwnie liczyli ze potrzymaja go kilka miesiecy a potem on sam ucieknie/pomogą mu w tym. Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby 3 dorosłe osoby nie zauważyły, że to nie ta osoba pokaż całość

    • więcej komentarzy (51)

  •  

    Trójka z West Memphis

    Sprawa trzech nastolatków skazanych za brutalne morderstwo, którego nie popełnili była dosyć głośna jakiś czas temu. Bardzo możliwe, że sporo z Was zna ten przypadek, a więc tych którzy nie słyszeli (albo słyszeli, ale chcą sobie przypomnieć) zapraszam do czytania :)

    Wszystko zaczęło się 5 maja 1993 roku, gdy trzech 8-letnich chłopców (Christopcher Byers, Michael Moore i Steve Branch) wyszło pojeździć na rowerach. Dzieci często bawiły się na wzgórzu Robin Hooda w lesie i dosyć dobrze znały ten teren. Miały wrócić do domów przed 17:00, jednak jak nietrudno się domyślić, tak się nie stało.

    Po 17:00 zaniepokojeni rodzice zaczęli szukać swoich synów, niestety bezskutecznie. O 19:00 zawiadomiono policję, która rozpoczęła oficjalne poszukiwania. Teren przeczesywało też wielu ochotników należących do lokalnej społeczności. Wkrótce w rzece znaleziono rowery ośmiolatków, a następnie ich ubrania i samych nagich chłopców.

    Christopcher, Michael i Steve nie żyli i widać było, że ktoś okrutnie znęcał się nad nimi przed śmiercią. Zostali pobici, pocięci nożem, pogryzieni, wykastrowani, a ich ręce i nogi były związane sznurówkami. Policjanci popełnili mnóstwo błędów na miejscu zbrodni i nie zabezpieczyli odpowiednio terenu. Między innymi usunęli ciała ze strumienia przed wstępnymi oględzinami lekarskimi, co było niezgodne z procedurami. Policja i lokalna społeczność od razu uznała, że to tak straszne morderstwo musi być sprawką satanistów.

    Tego samego dnia o godzinie 20:42 do pobliskiej restauracji wpadł czarnoskóry, cały umazany krwią mężczyzna, który zabarykadował się w łazience. Niestety, gdy policja dojechała na miejsce zdążył już uciec. Policjanci zebrali próbki krwi, ale nigdy ich nie zbadali. Nie powiązali też tego wydarzenia z zabójstwem trzech chłopców.

    6 maja na komendzie przesłuchiwana była niejaka Vicki Hutcheson, która dopuściła się kradzieży. Kobieta powiedziała, że jej syn zna trzech nastolatków, którzy na pewno są odpowiedzialni za zabójstwo dzieci. Dzieciak opowiedział, że widział orgie satanistyczne, nastolatkowie zmusili go do picia krwi i generalnie strasznie fantazjował. Vicki natomiast zaproponowała, że będzie udawała zainteresowanie satanizmem i wypyta chłopaków co wiedzą wiedzą na ten temat. Nastolatkowie spławili ją, ale kobieta i tak powiedziała policji, że zabrali ją na orgię, gdzie składali ofiary.

    To wystarczyło, żeby oskarżyć Jessiego Misskelley, Jasona Baldwin i Damiena Echolosa o morderstwo. Wszyscy trzej nastolatkowie żyli w ogromnej biedzie, a najgorszym ich przewinieniem było to, że nie byli tacy jak reszta lokalnej społeczności. Jessie był opóźniony, jego IQ wynosiło tylko 70 i miał mentalność dziecka. Jason był fanem metalu, ale policja najbardziej uwzięła się na Damiena. Chłopak nie tylko był fanem cięższych brzmień, ale miał też depresję, a przez próbę samobójczą nawet przez chwilę przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Nastolatek zawsze, niezależnie od pogody, nosił długi czarny płaszcz, był wyznawcą pogańskiego kultu „wicca”, a przez rówieśników uznawany był za dziwaka.

    Przesłuchania rozpoczęto od Jessiego. Chłopak był maglowany przez kilkanaście godzin, bez obecności rodziców czy adwokata. Policjanci powiedzieli, że go wypuszczą, jeżeli powie to, co chcą usłyszeć. Jessie nie znał szczegółów zbrodni, a więc zadawano pytania w taki sposób, aby jego zeznania zgadzały się z tym, co przydarzyło się ośmiolatkom. Na tej podstawie aresztowano jego i pozostałą dwójkę. Jason i Damien dostali obrońców z urzędu i nie przyznali się do winy, ale nie mieli mocnego alibi. W czasie morderstwa po prostu siedzieli w domu.

    19 stycznia 1994 rozpoczął się proces Jessiego. Zaproponowano mu, że jeżeli oskarży Jasona i Damiena przed sądem, jego wyrok zostanie skrócony. Nastolatek nie zgodził się. Już wcześniej próbował wycofać się z tego, co powiedział na komisariacie. Po dwutygodniowym procesie siedemnastolatka skazano na dożywocie i dwa wyroki po 20 lat.

    Po miesiącu przed sądem stanął Jason i Damien. O tym drugim krążyły niestworzone historie. W jego pokoju znaleziono czaszkę kota i notatnik z cytatami z piosenek i książek. Uznano, że to zapiski satanisty. Jego dziewczyna była w ciąży, a więc krążyły plotki, że chciał oddać to dziecko szatanowi...

    Oczywiście nie można skazać nikogo bez dowodów. Sprawdzono ślady ugryzień i nie pasowały one do uzębienia nastolatków. DNA znalezione na miejscu zbrodni również nie należało do chłopaków. Niedaleko domów nastolatków było jezioro, w którym znaleziono nóż, ale nie było na nim żadnych śladów. Mimo to uznano go za narzędzie zbrodni. Sędzia zdawał się cały czas sprzyjać prokuraturze i nie dopuścił do zeznań kilku kluczowych dla obrony ekspertów. Na podstawie zeznań Vicki i Jessiego nastolatków skazano. Szesnastoletni Jason dostał dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia, a osiemnastoletni Damien został skazany na śmierć. Lokalna społeczność, przekonana, że mordercy zostali skazani, odetchnęła z ulgą.

    Tak rozpoczęło się kilkunastoletnie piekło trójki chłopaków. Najgorzej oczywiście miał Damien, który przez cały ten czas uwięziony był w celi śmierci i żył w niepewności, kiedy go zabiją. Czekał na telefon od gubernatora, który pewnego dnia powie, że już czas. Nie wiedział, czy to będzie za tydzień czy kilka lat. W celi śmierci był odizolowany od innych więźniów, nie miał nawet łóżka, a gdy bolał go ząb, po prostu mu go wyrywano.

    Sprawa stała się bardzo głośna medialnie. W uwolnienie trójki z West Memphis zaangażował się m.in. Johnny Depp i Peter Jackson. Organizowano mnóstwo koncertów, podczas których zbierano pieniądze na adwokatów, protestowano... Jednak kilku sędziów zrobiło kariery na tej sprawie, a więc bardzo zależało im, żeby Jessie, Jason i Damien pozostali w więzieniu. Vicki i jej syn odwołali swoje zeznania, jednak nic to nie dało. Próbki krwi, które znaleziono w łazience po tym, gdy zabarykadował się w niej czarnoskóry mężczyzna, zaginęły.

    We wrześniu 2010 roku zespół prawników zaprezentował przed Sądem Najwyższym nowe dane dotyczące sprawy. Znaleziono świadka (13-letniego w czasie zabójstwa), który po godzinie 18.00 widział chłopców w towarzystwie ojczyma Stevena. Zbadano też DNA z dwóch włosów, które znaleziono na sznurówkach, którymi związano dzieci. Pierwszy należał do ojczyma Stevena, a drugi do jego znajomego, który odwiedził go na krótko przed zniknięciem chłopców.

    Trójka ponownie stanęła przed sądem dopiero w 2011 roku (po 18 latach!). Okazało się, że jedynym sposobem na wyjście z więzienia jest tzw. porozumienie Alford plea, czyli powiedzenie przed sądem „przyznaję się do winy, ale jestem niewinny”. Dzięki temu poprzedni werdykt mógł zostać unieważniony i rozpoczął się nowy proces, w którym zostali oskarżeni o trzykrotne zabójstwo drugiego stopnia i skazani na karę 18 lat więzienia, którą już odbyli. 19 sierpnia 2011 roku Damien, Jessie i Jason wyszli na wolność. Oczywiście w takim przypadku nie mieli prawa do żadnego odszkodowania.

    Źródła: kanał Jaśmin na yt, mordercy.jun

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    •  

      Polecam reportaż West of Memphis. Jest z napisami na CDA. Przeczytałem też Życie po śmierci Echolsa. Straszna historia.

    •  

      @thekes: byl a w konserwatywnych bieda stanach nadal sie w pewien sposob trzyma.

      Po prostu ichni konserwatysci uwazaja satanistow jak i wszystkich metali(moze poza hardcorowcami) za wrogow swojej kultury, religii etc. Co powoduje ze policja/prokuratura/sedziowie/lawy przysieglych byly i sa z gory negatywnie nastawione.
      Nawet jak nic konkretnego nie mieli to dazyli do skazania, by zgnoic "wroga spoleczenstwa" poprzez odizolowanie w wiezieniu i zniszczenie zycia. pokaż całość

    • więcej komentarzy (137)

  •  

    Caledonia Jane Doe

    Rankiem 10 listopada 1979 roku pewien farmer w Kaledonii (stan Nowy Jork) zobaczył coś czerwonego na jednym ze swoich pól kukurydzy. Mężczyzna był przekonany, że to ubranie jakiegoś bezdomnego czy kłusownika, jednak gdy podszedł bliżej, zobaczył martwą dziewczynę. Oczywiście od razu powiadomił policję. Jako pierwszy na miejsce zbrodni przybył John York, który postawił sobie za punkt honoru rozwiązanie tej sprawy.

    Ciało było w pełni ubrane i nie było żadnych śladów napaści seksualnej. Kieszenie były wywrócone na lewą stronę, najprawdopodobniej w celu zabrania dokumentów tożsamości dziewczyny. Śmierć nastąpiła na skutek wykrwawienia, ponieważ została postrzelona w głowę i plecy. Plamy krwi sugerowały, że dziewczyna była na drodze przy polu i tam została postrzelona w głowę, a następnie ktoś wciągnął ją na pole kukurydzy i tam postrzelił w plecy. Niestety większość dowodów została zmyta przez ulewę w nocy.

    Rozpoczęły się próby zidentyfikowania ciała oraz poszukiwanie zabójcy. Jedyną osobą, która pamiętała dziewczynę była kelnerka z Limy. Kobieta widziała ją w nocy z jakimś mężczyzną, który miał ok. 173 cm wzrostu i nosił okulary w drucianej oprawce. Policja poszukiwała go jako "osobę zamieszaną w sprawę", niestety nigdy nie udało się go odnaleźć.

    Zamordowana dziewczyna miała od 13 do 19 lat, 160 cm wzrostu i 54 kg wagi. Miała brązowe oczy i jasnobrązowe falujące włosy do ramion, które około 4 miesięcy wcześniej zostały rozjaśnione do blondu. Jej paznokcie były pomalowane na kolor koralowy. Miała ślady opalenizny, które sugerowały, że przyjechała z jakiegoś cieplejszego miejsca. Sekcja zwłok wykazała, że dziewczyna miała grupę krwi A Rh-, a kilka godzin przed śmiercią jadła kukurydzę, ziemniaki i gotowaną szynkę (co pokrywało się z zeznaniami kelnerki). Zęby dziewczyny nie miały żadnych wypełnień, a na niektórych była próchnica, a więc prawdopodobnie pochodziła z biedniejszej rodziny, którą nie było stać na opiekę stomatologiczną.

    Jane Doe (nazwisko używane w USA dla niezidentyfikowanych kobiet) ubrana była w czerwoną kurtkę, wielobarwną koszulę z kołnierzykiem, brązowe sztruksowe spodnie, niebieskie podkolanówki, biały biustonosz, niebieskie majtki i brązowe buty. Miała na sobie srebrny naszyjnik z trzema małymi turkusami, który wyglądał na własnoręcznie zrobiony. Przypominał replikę indiańskiej biżuterii produkowanej w południowo-zachodnim USA. Dziewczyna miała przy sobie dwa metalowe breloki. Jeden w kształcie serca z wycięciem w kształcie klucza i napisem "ten, kto dzierży klucz, może otworzyć moje serce", a drugi w kształcie klucza. Analiza pyłków drzew na ubraniu wykazała, że przed śmiercią była w południowej Kalifornii, Arizonie, na Florydzie lub w północnym Meksyku.

    Pod ciałem znaleziono łuskę pochodzącą z broni kalibru 38. Porównano ją z tysiącami skonfiskowanych pistoletów z USA, Kanady, Europy i Meksyku, jednak nie przyniosło to żadnych rezultatów. I to właściwie tyle. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Nikt nie zgłosił zaginięcia dziewczyny odpowiadającej rysopisowi, nie było żadnych śladów prowadzących do mordercy, ani motywów zbrodni.

    W 1984 roku Henry Lee Lucas przyznał się do zamordowania dziewczyny, jednak nie było na to żadnych dowodów. Sprawa stała się dosyć znana w całych Stanach i omawiana była między innymi w takich programach jak "America's Most Wanted". John York został w latach 80. szeryfem i cały czas dbał o to, aby śledztwo było aktywne.

    We wrześniu 2005 roku ciało Caledonia Jane Doe ekshumowano, aby pobrać z niego próbki DNA i porównać z bazą danych. To również nie przyniosło żadnych rezultatów. W 2006 roku ponownie zbadano pyłki znalezione na ubraniach. Wywnioskowano, że dziewczyna najprawdopodobniej mieszkała w okolicach San Diego, a następnie podróżowała (być może autostopem) przez góry Sierra Nevada i przez cały kraj aż do Nowego Jorku.

    Carl Koppelman był księgowym, który po pracy wykonywał portrety niezidentyfikowanych ofiar w taki sposób, aby jak najbardziej przypominały ich wygląd za życia. W 2010 roku stworzył taki portret Caledonia Jane Doe, jednak wciąż nikt nie rozpoznawał zamordowanej dziewczyny.

    Mniej więcej w tym samym czasie pewna osoba z Brooksville na Florydzie (nigdzie nie ma podanych danych personalnych) próbowała znaleźć na portalach społecznościowych swoją koleżankę z liceum, Tammy Alexander. Gdy jej się nie udało, skontaktowała się z przyrodnią siostrą dziewczyny, Pamelą Dyson. Okazało się, że Tammy często uciekała z domu i pod koniec lat 70. słuch po niej zaginął. Jej matka była lekomanką, często wpadała w furię i robiła awantury, miała myśli samobójcze. Zmarła 17 stycznia 1998 roku, a jej nekrolog wprost mówił, że Tammy zmarła. Pamela jednak wyobrażała sobie, że jej siostra uciekła, żeby zacząć wszystko od nowa i mieszka gdzieś z mężem i dziećmi.

    W sierpniu 2014 roku Pamela i koleżanka/kolega z liceum postanowili sprawdzić jak wyglądał raport o zaginięciu Tammy. Biuro szeryfa poinformowało ich jednak, że nigdy nie zgłoszono zaginięcia dziewczyny. Pamela podejrzewała, że rodzice złożyli raport, jednak przez historię ucieczek z domu, nie zostali potraktowani poważnie. Tak więc zaginięcie Tammy zgłoszono dopiero w 2014 roku.

    Nieco później Carl Koppelman przeglądał stronę z bazą zaginionych osób i zobaczył zdjęcie dziewczyny bardzo przypominające portret, który stworzył. 25 stycznia 2015, na podstawie próbek DNA pobranych od przyrodniej siostry, potwierdzono, że Caledonia Jane Doe to Tammy. Dziewczyna została znaleziona martwa 8 dni po swoich 16 urodzinach, a jej identyfikacja zajęła 35 lat 2 miesiące i 15 dni.

    Teraz śledztwo koncentruje się na znalezieniu mordercy. Podobno od czasu identyfikacji ciała do policji wpłynęło wiele nowych wskazówek. W 2016 roku porównywano próbki DNA znalezione na miejscu zbrodni z DNA trzech mężczyzn, jednak żaden z nich nie miał nic wspólnego z zabójstwem.

    Źródła: wikipedia, unidentified

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com 18+

  •  

    Porwanie dziecka Lindberghów

    Charles Lindbergh w 1927 roku jako pierwszy samotnie przeleciał samolotem nad Atlantykiem bez międzylądowań i stał się jednym z największych bohaterów Ameryki. Prasa nie odstępowała go na krok. W 1932 roku porwano jego dziecko, co wstrząsnęło całym krajem.

    We wtorek 1 marca 1932 roku o godzinie 20.00 Betty Gow, niańka 20-miesięcznego Charlesa Lindbergha Juniora, położyła chłopca spać w jego sypialni na pierwszym piętrze domu w Hopewell. Ojciec dziecka pracował w swoim gabinecie dokładnie pod pokojem syna i około 21.30 usłyszał jakieś podejrzane dźwięki. Zignorował je jednak i uznał, że to na pewno odgłosy z kuchni. Pół godziny później Betty zajrzała do pokoju chłopca i zobaczyła puste łóżeczko. Natychmiast pobiegła zobaczyć, czy któryś z domowników nie zabrał małego Charlesa, jednak nikt nie miał przy sobie chłopca. W jego sypialni były ślady ubłoconych butów na podłodze, otwarte okno i list na parapecie.

    O 22.30 do Hopewell przyjechali pierwsi policjanci i reporterzy. Na podwórku znaleziono odciski butów dwóch osób, a przy drodze wjazdowej 3-częściową składaną drabinę. Znaleziony przy oknie list napisany został łamaną angielszczyzną z dużą ilością błędów. Autorem musiał być cudzoziemiec, najprawdopodobniej Niemiec, który żądał 50.000 dolarów okupu. Na drabinie znaleziono około 400 odcisków palców, jednak żaden z nich nie był pełny i nie nadawał się do analizy. Odciski butów zostały zniszczone przez śledczych i dziennikarzy.

    Sprawa wstrząsnęła całą Ameryką i zaczął nią żyć cały kraj. W końcu niecodziennie dochodzi do porwania członka jednej z najsłynniejszych rodzin na świecie, dziecka światowego idola i uosobienia sukcesu. Mnóstwo ludzi chciało pomóc w poszukiwaniach. Nawet sam Al Capone zza krat deklarował chęć pomocy. Władze New Jersey wyznaczyły nagrodę za informację w wysokości 25.000 dolarów, a Lindbergh dołożył do tej kwoty kolejne 50.000.

    Wkrótce przyszedł kolejny list od porywaczy z żądaniem 70.000 dolarów, ponieważ policja została zaangażowana w sprawę. Po kilku dniach żądali już 100.000. John F. Condon, emerytowany nauczyciel, zaoferował swoją pomoc w prowadzeniu negocjacji. Wkrótce spotkał się z „Johnem” (jak przedstawił się porywacz) na cmentarzu, gdzie mieli ustalić szczegóły przekazania okupu. Co ciekawe Lindbergh nie poinformował o tym policji. Po kilku dniach Condon ponownie spotkał się z „Cmentarnym Johnem” i przekazał mu 50.000 dolarów okupu w zamian za informację, gdzie znajdą Charlesa Juniora. Pieniądze należały do serii tak zwanych „złotych dolarów”, które rok później miały zostać wycofane z obiegu, a ich numery seryjne zostały spisane. Charles Lindbergh nalegał, żeby policja nawet nie zbliżała się do miejsca wymiany, aby jego synowi nic się nie stało. Informacja o miejscu przebywania chłopca okazała się błędna i nie udało się go odnaleźć.

    12 maja 1932 roku pewien kierowca zatrzymał się przy lesie (około 7 km od domu Lindbergha) za potrzebą i znalazł rozkładające się chciało Charlesa Juniora. Zwłoki były pogryzione przez zwierzęta. Sekcja wykazała, że chłopiec zmarł około dwóch miesięcy wcześniej, być może nawet w noc porwania. Dziecko miało rozłupaną czaszkę. Policja założyła, że zostało upuszczone z drabiny. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że chłopiec został uderzony czymś w głowę, np. młotkiem. Ciało dziecka zostało skremowane i rozsypane na wybrzeżu, a Lindbergh nigdy już nie mówił o synu.

    Policja nie miała żadnego punktu zaczepienia. Podejrzewano, że porywaczom musiał pomagać ktoś z domowników. Dom w Hopewell był w remoncie, a Lindberghowie przyjeżdżali do niego tylko w weekendy. 1 marca nocowali w nim po raz pierwszy w środku tygodnia. Nikomu jednak nie można było niczego udowodnić. Policja cały czas miała nadzieję, że ktoś przyjdzie wymienić w banku dużą kwotę „złotych dolarów” i wtedy uda się ująć sprawcę. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Śledztwo stanęło w martwym punkcie.

    2,5 roku później pewien mężczyzna zapłacił w Nowym Jorku za paliwo „złotym dolarem”. Sprzedawca był podejrzliwy, ponieważ te banknoty wycofano już z obiegu i nie wiedział, czy mają jakąkolwiek wartość. Na wszelki wypadek spisał numer rejestracyjny samochodu. Okazało się, że to banknot pochodzący z okupu. Policja sprawdziła numery samochodu, który należał do Bruna Richarda Hauptmanna, niemieckiego imigranta i cieśli. W jego domu znaleziono 14.000 dolarów z okupu i natychmiast został aresztowany.

    Proces rozpoczął się 3 stycznia 1935 roku. Przed budynkiem sądu zebrały się tysiące reporterów i gapiów. Richard Hauptmann nie przyznał się do winy. Twierdził, że pieniądze należały do Isidora Fischa, jego wspólnika, który niedawno zmarł. Sprawdzono akta Hauptmanna i okazało się, że już wcześniej popełniał przestępstwa. W Niemczech m.in. użył drabiny, żeby włamać się i okraść burmistrza. Do USA dostał się uciekając z więzienia i ukrywając na parowcu. Jeden ze wsporników drabiny użytej do porwania został zrobiony z deski, która była częścią podłogi na jego strychu. Co więcej, analiza grafologiczna wykazała, że pismo Hauptmanna jest zgodne z pismem na żądaniach okupu. Na drzwiach od szafy w jego domu znaleziono napisany ołówkiem adres i numer telefonu do Condona.

    Po 6 tygodniach procesu Hauptmann został skazany na karę śmierci. Zaproponowano mu, że uniknie kary śmierci, jeżeli wyda swoich wspólników i przyzna się do winy, ale uparcie twierdził, że jest niewinny. 3 kwietnia 1936 roku mężczyzna został stracony na krześle elektrycznym. Śledztwo trwało bardzo długo, a policja działała pod wielką presją społeczeństwa, aby w końcu zakończyć tę sprawę. Mimo, że to niemożliwe, żeby Hauptmann sam dokonał porwania, śledztwo uznano za zakończone i nie szukano jego wspólników.

    Jednak czy to na pewno Hauptmann porwał i zabił Charlesa Lindbergha Juniora? Po latach wielu badaczy ponownie przeanalizowało sprawę i uznano, że tak naprawdę można mu udowodnić jedynie posługiwanie się pieniędzmi z okupu. Stwierdzono, że pismo z żądań okupu jest nienaturalnie pogrubione i zaokrąglone, tak jakby ktoś wzorował się na piśmie Hauptmanna. W dodatku pisownia mężczyzny była bardzo dobra. Przed oddaniem próbek jego pisma do analizy zmuszono go do przepisania żądań okupu z błędami. Deska, z której zrobiono drabinę pochodziła z podłogi na strychu Hauptmanna, jednak ten miał całą szopę pełną drewna, którego nikt by z nim nie powiązał. Już nie mówiąc o tym, że mężczyzna był podobno bardzo utalentowanym cieślą, a drabina była kiepskiej jakości. Hauptmann miał też alibi na noc porwania. Jego brygadzista potwierdził, że był w pracy, jednak podczas procesu wycofał to oświadczenie, a arkusz z godzinami niespodziewanie zniknął.

    Dodatkowo zeznania świadków są bynajmniej dziwne. Lindbergh twierdził, że rozpoznał porywacza po głosie, ponieważ słyszał go na cmentarzu podczas negocjacji. Jednak słyszał tylko dwa słowa wypowiadane przez porywacza („Hey, doctor”) i to dwa lata przed procesem. Condon twierdził, że okup odebrał Hauptmann, jednak nie rozpoznał go wcześniej podczas policyjnego okazania. Znalazł się też świadek, który widział Hauptmanna w okolicy Hopewell, jednak jak się później okazało był... ślepy.

    A więc może faktycznie pieniądze należały do Isidora Fischa, a Hauptmann znalazł się w ich posiadaniu przypadkowo? Według zeznań mężczyzny 5 grudnia 1933 roku Isidor urządził przyjęcie pożegnalne przed swoim wyjazdem do Lipska, gdzie miał odwiedzić krewnych. Tego dnia Fisch przekazał mu pudełko na buty z „ważnymi dokumentami”. Hauptmann włożył pudło do szafy i nie myślał o nim więcej. Był pewny, że Isidor wkrótce wróci do Ameryki, ponieważ pożyczył mu 7.000 dolarów. Ten jednak zmarł na gruźlicę 29 marca 1934 roku, przez co nigdy już nie wrócił do USA. Hauptmann pogodził się ze stratą tych 7.000 dolarów. Nieco później, podczas porządków w szafie znalazł pudełko od Isidora, z którego wypadło ponad 14.000 dolarów. Hauptmann postanowił potraktować to jako zwrot pożyczki, o którym nie powiedział nawet swojej żonie.

    Co ciekawe Isidor złożył podanie o paszport 12 maja 1932 roku, a więc w dzień odkrycia ciała chłopca. Nigdy nie udało się wykluczyć jego udziału w porwaniu. Jednak według świadków nie wyglądało na to, żeby Fisch miał jakiekolwiek pieniądze z okupu. Mężczyzna był tak biedny, że rodzice regularnie musieli przysyłać mu pieniądze, praktycznie umierał z głodu. Jego brat zeznał, że przed śmiercią nigdy nawet nie wspomniał o Hauptmannie.

    Możliwe, że sam Charles Lindbergh był zamieszany w porwanie i zamordowanie swojego syna. W końcu tylko on wiedział, że właśnie tę noc rodzina spędzi w Hopewell. Tego wieczoru miał udzielić wywiadu w Nowym Jorku. Zawsze był bardzo punktualny, jednak tym razem nie przyszedł i tłumaczył się tym, że zapomniał. To mu się nigdy nie zdarzało. Dodatkowo nie ufał policji i ukrywał przed nią negocjacje z porywaczami. Chciał kontrolować śledztwo, co zresztą mu się udawało (w końcu najsłynniejszemu człowiekowi na świecie się nie odmawia). Psychologowie twierdzą jednak, że to wynikało z charakteru mężczyzny, który dosłownie musiał wszystko kontrolować.

    Lindbergh był wyznawcą ruchu eugenicznego, który zakłada rozmnażane najsilniejszych i najmądrzejszych jednostek, a sterylizowanie tych słabszych fizycznie i umysłowo. Według plotek Charles Junior miał pewne wady fizyczne, m.in. otwarte ciemiączko, które już dawno powinno się zrosnąć oraz krzywicę, ale według lekarza nie było to nic poważnego. Jednak Lindbergh mógł nie akceptować ułomności swojego syna i chcieć pozbyć się go z domu, np. oddając go do zakładu.

    W 1936 roku pojawiły się groźby pod adresem drugiego dziecka Lindberghów, a więc rodzina postanowiła wyprowadzić się do Europy. W latach 50. Charles postanowił rozpowszechniać swoją spermę, aby stworzyć lepszą rasę i spłodził 7 dzieci z 3 Niemkami (wyszło to na jaw dopiero w 2003 roku, długo po śmierci Lindbergha).

    Ciekawą postacią w tej sprawie jest także służąca z Englewood (miejsca, w którym rodzina Lindberghów mieszkała w trakcie remontu ich nowego domu), Violet Sharp. Kobieta składała sprzeczne zeznania. Gdy policjanci przyjechali przesłuchać ją po raz trzeci, pobiegła na górę i wypiła mleczko do czyszczenia sreber z cyjankiem potasu, na skutek czego zmarła. Policja uznała, że miała poważne problemy emocjonalne. Istnieje teoria, że może przez przypadek udzieliła komuś informacji o tym, gdzie 1 marca Lindberghowie spędzą noc i czuła się winna. Ktoś mógł na przykład zadzwonić i o nich zapytać, a ona odpowiedziała, że nie ma ich w domu i noc spędzą w Hopewell.

    W grudniu 1963 roku (31 lat po porwaniu!) Eugene C. Zorn czytał u fryzjera artykuł o porwaniu Charlesa Lindbergha Joniora. Przypomniał sobie, jak w 1931 roku jego sąsiad, niemiecki imigrant John Knoll, zabrał go do parku rozrywki. Gdy Eugene był w basenie, John rozmawiał z mężczyzną, którego nazwał Bruno i w rozmowie padło słowo Englewood Zaczął wiązać Johna z porwaniem i uznał, że musiał być wspólnikiem Hauptmanna.

    Takie nagłe olśnienie po latach brzmi dosyć niedorzecznie. Są jednak przesłanki, aby sądzić, że to prawda. Mężczyźni mieszkali dosyć blisko siebie, a więc prawdopodobnie się znali. Na podstawie zeznań Condona, stworzono portret pamięciowy, który był niesamowicie podobny do Knolla. Co więcej, mężczyzna, który odebrał okup podpisywał się na listach jako John.. Mediator zeznał też, że na kciuku mężczyzny była jakaś dziwna narośl i miał silny niemiecki akcent. Na zdjęciach Knolla można zauważyć, że jego kciukami rzeczywiście było coś nie tak. John 3 tygodnie po porwaniu stał się bardzo hojny, a w 1935 roku wypłynął pierwszą klasą na rejs do Niemiec za 700 dolarów (to wystarczyłoby na opłacenie jego czynszu na 6 lat!). Z drugiej strony Hauptmann już od dziecka używał wyłącznie imienia Richard i nigdy nie przedstawiał się jako Bruno. Nawet w szkolnych zeszytach podpisywał się wyłącznie drugim imieniem. Mediator zeznawał przed sądem, że jest absolutnie pewny, że po okup na cmentarz przyszedł Hauptmann.

    Śmierć Charlesa Lindbergha Juniora była pierwszą, od zabójstwa Abrahama Lincolna, żałobą narodową w USA. Kolejna miała nadejść dopiero po zabójstwie Kennedy'ego. Porwanie chłopca skutkowało też zmianą prawa. Od tego momentu porwanie dziecka było tak samo karane jak porwanie dorosłego.

    Źródła: dokument „Who killed Lindbergh's baby?”, który można obejrzeć na Netflixie, menway.interia, crime-mystery, crimeofrhecentury.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: img.refresher.sk

  •  

    #ukraina #kryminalne

    Część z zatrzymanych przez Policję Ukraińców, głównie z Wołynia, którzy mieli działać w ramach grupy włamującej się do domów i torturującej Polaków, jeszcze w czerwcu zwolniono z braku twardych dowodów.

    Jak informowaliśmy wcześniej, banda Ukraińców z Wołynia włamywała się w nocy do domów w Chełmie i okolicach. Torturowali mieszkańców, by zrabować ich oszczędności. Początkowo informowano o 4 zatrzymanych, później część mediów, w tym „Nowy Tydzień” podawała, że niedługo później zatrzymano kolejne cztery osoby.

    https://kresy.pl/wydarzenia/policja-zwolnila-czesc-ukraincow-z-grupy-ktora-wlamywala-sie-i-torturowala-polakow/
    pokaż całość

  •  

    Zaginięcie Kali Brown i Charliego Craven

    30-letnia Kala Brown i 32-letni Charlie Craven byli zwyczajną parą mieszkającą w południowej Karolinie. On pracował w drukarni, a ona imała się różnych dorywczych zajęć. Nie przelewało im się, byli jednak bardzo lubiani wśród lokalnej społeczności. Zawsze mili i pomocni. Jednak pewnego dnia zniknęli bez słowa.

    31 sierpnia 2016 rodzicie Kali zgłosili na policji zaginięcie córki i jej partnera. Początkowo sądzono, że para po prostu wyjechała na wakacje lub gdzieś zabalowała. Jednak dni mijały i dalej nie było żadnych wieści. Nie było ich stać na żaden dłuższy wyjazd, nikt ze znajomych nie wiedział co się z nimi stało... W końcu, w drugim tygodniu września, policja rozpoczęła poszukiwania. Chociaż „poszukiwania” to dużo powiedziane, bo tak naprawdę nie było żadnego punktu zaczepienia. Żadnych wskazówek, samochód zniknął bez śladu, nikt nic nie wiedział.

    3 listopada pewien rezolutny policjant postanowił sprawdzić konta Kali i Charliego na facebooku. Okazało się, że 30 sierpnia pisali do siebie o spotkaniu w sprawie pracy. Mięli posprzątać i opiekować się jakimś terenem. Kala napisała Charliemu numer telefonu do właściciela działki i kazała mu do niego zadzwonić.

    Oczywiście policjanci od razu sprawdzili numer i okazało się, że należy do Todda Kohlheppa. 45-latek zajmował się sprzedażą nieruchomości i cieszył się wielkim szacunkiem wśród lokalnych grubych ryb. Część policjantów pojechała do jego domu, a część pojechała w pobliże Woodruff, gdzie Todd był umówiony z Kalą i Charliem.

    Okazało się, że teren, który para miała uprzątnąć był praktycznie niewidoczny z głównej drogi. Był ogrodzony i bardzo trudno było znaleźć wjazd. Jednak, gdy policjantom udało się już dostać na farmę, zobaczyli coś, co zupełnie nie pasowało do dziczy panującej wokół. Spory kontener, z którego odłaziła zielona farba. Gdy podeszli bliżej usłyszeli wołania o pomoc dobiegające ze środka. Po wejściu zobaczyli Kalę, przypiętą łańcuchami do ścian kontenera. Kobieta powiedziała, że Todd Kolepp zabił Charliego, a ją zamknął. Była tak słaba, że zeznawać mogła dopiero po kilku dniach hospitalizacji.

    W tym samym czasie policja przyjechała do domu Todda, potentata na rynku nieruchomości. Mężczyzna początkowo chciał załatwić wszystko po znajomości i obrócić sprawę w żart. Mówił, że nic nie wie o zaginionych i sam się za nimi oglądał, gdy jeździł po okolicy. Jednak podczas tej rozmowy policjanta zawiadomiono o znalezieniu Kali, Todd został aresztowany.

    5 listopada po południu lekarze pozwolili na przesłuchanie Kali. Kobieta zeznała, że 31 sierpnia przyjechała z Charliem na farmę, którą mieli posprzątać. Teren wyglądał na tak zaniedbany i opuszczony, że początkowo myśleli, że to jakiś żart. Czekali pół godziny, aż około 15.00 na farmę wjechało eleganckie volvo, co ich uspokoiło. Z samochodu wyszedł Tedd, który uśmiechnął się do nich na powitanie, a następnie strzelił do Charliego trzykrotnie w klatkę piersiową. Zawinął go w niebieską plandekę i wywiózł gdzieś ciągnikiem, a ich samochód ukrył. Kalę zamknął w kontenerze, a nieco później rozebrał i wielokrotnie zgwałcił. Wieczorem zabrał ją do pobliskiego budynku (na parterze trzymał ciągnik, a na piętrze urządził salon), gdzie pozwolił jej wziąć prysznic, a następnie dał jej konserwę i kilka kromek chleba. Kobieta zwymiotowała.

    Przez okres przetrzymywania w kontenerze jej dni wyglądały identycznie. Około 13.00 Tedd miał przerwę na lunch i przyjeżdżał na farmę. Mocował się z zamkami i zabezpieczeniami przy wejściu do kontenera, odwiązywał Kalę i gwałcił ją na różne wymyślne sposoby. Następnie znów przypinał ją łańcuchami do ścian, sprawdzał, czy ma kobieta w zasięgu ręki wiadro na odchody, krakersy, konserwy i wodę, zakładał garnitur i około 15.00 wracał do pracy. Kala zostawała sama w ciemnościach na kolejne 22 godziny.

    Wielokrotnie powtarzał, że w jej wypadku łamie wszystkie swoje zasady. Zazwyczaj mężczyzn mordował od razu, a kobiety po zgwałceniu. Sam się dziwił, że trzymał ją na czas nieokreślony. Czasem z kolei mówił jej, że niedługo będzie kopać sobie grób albo że ją sprzeda „mężczyznom wymagającym i znającym się na seksie, takim jak on”.

    Podczas przesłuchiwań Todd cały czas twierdził, że jest niewinny. Po około tygodniu od aresztowania odwiedziła go matka. Kobieta powiedziała, że całkowicie wierzy swojemu synowi. Jej dziecko nie mogło być mordercą. Innego zdania byli jednak policjanci. Funkcjonariusze przekazali Toddowi, że mają już dosyć dowodów, aby go skazać i dla własnego dobra powinien zacząć współpracować. Mężczyzna przyznał się do zabójstwa Charliego oraz innych osób.

    16 listopada odbyła się wizja lokalna, podczas której Kolhlepp pokazał, gdzie znajdują się groby. Gdy opowiadał jak zabijał i grzebał swoje ofiary, cały czas uśmiechał się i żartował. Był z tego niezwykle dumny. Na farmie znaleziono 3 ciała, jednak Todd przyznał się do 7 zabójstw. Opowiedział detektywom, że 13 lat wcześniej zabił 4 osoby w sklepie motocyklowym. W 2003 roku kupił motocykl, na którym nie umiał jeździć, a więc chciał go wymienić na inny. Pracownicy sklepu kpili z jego nieporadności, co jak sam powiedział, było niewybaczalnym błędem. Zastrzelił ich i szczycił się tym, że przez tyle lat pozostawał nieschwytany.

    Todd od dzieciństwa wykazywał zachowania sadystyczne. Dorastał w południowej Karolinie i Georgii w bardzo biednej i rozpadającej się rodzinie. Kiepsko się uczył, mimo że był bardzo inteligentny. Nie przepadał za spędzaniem czasu z rówieśnikami, lubił za to strzelać do psów i karmić rybki trucizną. Jako 15-latek porwał i gwałcił przez kilka dni o rok młodszą koleżankę ze szkoły. Przez sąd został potraktowany jak dorosły i skazany na 14 lat więzienia, gdzie został magistrem informatyki. W wieku 30 lat wyszedł na wolność i skończył jeszcze dwa kierunki studiów. Dorobił się sporego majątku.

    W maju 2017 roku zapadł wyrok za zbrodnie popełnione na przełomie 13 lat. Todd Kolhlepp został skazany na siedmiokrotne dożywocie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe.

    Źródła: Detektyw (numer 4/2018), Newsweek, CBSnews (dużo zdjęć) i tvn24.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

    +: Idamianos, Pan_Chorubka +3016 innych
  •  

    Piękna Bestia

    Irma Grese była jedną z najokrutniejszych i najmłodszych nadzorczyń SS w niemieckich obozach koncentracyjnych. Przeszła do historii za sprawą wymyślnych tortur oraz niesamowitej urody.

    Irma urodziła się 7 października 1923 roku jako jedno z piątki dzieci. Gdy miała 12 lat jej matka popełniła samobójstwo i niedługo po tym jej ojciec ożenił się z kobietą, która miała już czwórkę dzieci. 14-letnia Grese uciekła w domu i zarabiała na życie pracując w mleczarni i sklepie. Rok później zatrudniła się w sanatorium dla żołnierzy SS w Hohenlychen, gdzie robiono operacje na więźniach. Przez dwa lata pracowała jako asystentka pielęgniarki, jednak nie udało jej się zdać egzaminów pielęgniarskich.

    W 1942 roku 18-letnia Irma aplikowała na stanowisko strażniczki w obozie w Ravensbrück i otrzymała tę pracę. Bez problemu przeszła podstawowe szkolenie. Już wtedy uwielbiała kopać więźniarki do nieprzytomności.

    Nieco później została przeniesiona do Auschwitz, gdzie początkowo pracowała jako telefonistka, a później pilnowała komanda budowy dróg i ogrodowego. Irma chętnie przyjmowała nowe obowiązki i szybko awansowała na zastępczynię głównej nadzorczyni obozu dla kobiet w Brzezince, a w 1944 roku została nadzorczynią w obozie C.

    Jak wspominają byłe więźniarki, Irma Grese była niesamowicie piękna. Miała około 163 cm wzrostu i 50 kg wagi, idealne proporcje ciała i anielską twarz. Była jasną blondynką z niebieskimi, wesołymi oczami.

    Pewnego dnia przyszła obejrzeć operację ran piersi, wykonywaną bez znieczulenia. Cierpienia więźniarki niezwykle ją podnieciły. Jej radość była tym większa im mocniej kopała krzyczącą z bólu kobietę. Od tego czasu często smagała młode więźniarki pejczem po piersiach, co powodowało u nich rany, zakażenia i ogromne cierpienie. Oprócz „standardowego” strzelania bez powodu (miała zabijać 30 więźniów dziennie), stosowała wymyśle tortury. Jedną z nich było związywanie nóg rodzących więźniarek i obserwowanie ich agonii.

    Grese znana była również ze swojego bujnego życia erotycznego. Zachowały się nawet dokumenty potwierdzające, że wielokrotnie badała się pod kątem chorób wenerycznych. Często miała homoseksualne kontakty z osadzonymi, które później zabijała. Sypiała z więźniarkami bezpośrednio przed wysłaniem ich do komory gazowej. Oprócz tego podobno była kochanką samego Josefa Mengele, któremu asystowała podczas operacji. Mimo całego swojego okrucieństwa była bardzo naiwna i często opowiadała, że po zakończeniu wojny zostanie gwiazdą Hollywood.

    W styczniu 1945 roku została ewakuowana z transportem więźniarek do obozu w Ravensbrück, a następnie awansowano ją na kierowniczkę obozowej służby pracy w obozie w Bergen-Belsen. 15 kwietnia Brytyjczycy wyzwolili obóz, jednak Grese w tym czasie transportowała więźniarki. Została aresztowana, gdy wróciła dwa dni później.

    Proces trwał dwa miesiące. Irma Grese nie przyznała się do winy i nie okazała skruchy. Podczas przesłuchiwania świadków śmiała się szyderczo. Skazano ją na karę śmierci. 13 grudnia 1945 roku wyrok wykonano, a 22-letnia Irma była najmłodszą osobą, którą kiedykolwiek stracili Brytyjczycy. Noc przed śmiercią głośno śpiewała nazistowskie piosenki, a do kata szła uśmiechając się. W liście pożegnalnym podkreśliła, że umiera z czystym sumieniem.

    Ciało Irmy pogrzebano najpierw na cmentarzu więziennym, a w 1954 roku przeniesiono je na cmentarz miejski w Hammeln. W 1986 roku grób zlikwidowano, ponieważ przychodziły na niego pielgrzymki nazistów, którzy do dziś uważają ją za męczennicę.

    Źródła: „Detektyw” - wydanie specjalne 02/2017, therichest (ciekawostki, do których trzeba podchodzić z pewną dozą niepewności)

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Zainspirowany wpisami o mordercach spod tagu # historieriley pomyślałem, że chcielibyście poczytać sobie do obiadu o kimś takim jak Albert Fish. Będzie to jednak zwykła przeklejka z Wikipedii (link na dole):

    Hamilton Howard „Albert” Fish (ur. 19 maja 1870, zm. 16 stycznia 1936) – amerykański seryjny morderca, kanibal, sadysta, masochista, pedofil. Podejrzany o zamordowanie co najmniej pięciorga dzieci, sam przyznał się do trzech, jak również do torturowania co najmniej setki małoletnich ofiar. Czyny te uzasadniał potrzebą przeżywania silnych wrażeń. Kiedy sąd skazał go na karę śmierci przez krzesło elektryczne, powiedział: „To dopiero będzie przeżycie, umrzeć na krześle...”. W trakcie wykonywania wyroku pomagał katu przy podczepianiu elektrod.

    Dzieciństwo i młodość

    Albert Fish urodził się w Waszyngtonie. Jego ojciec, Randall Fish, kapitan statku pływającego na rzece Potomak, zmarł 15 października 1875. Ponieważ pani Fish nie radziła sobie z samotnym wychowaniem czwórki dzieci, najmłodsze z nich, Albert, zostało oddane do Sierocińca Świętego Jana w Waszyngtonie. Panowały tam bardzo surowe zasady, wychowanków często poddawano karom cielesnym, takim jak chłosta i to właśnie tam Albert rozwinął w sobie skłonności masochistyczne. Przebywając w sierocińcu Fish śpiewał także w kościelnym chórze.

    W 1879 roku jego matka otrzymała posadę państwową, co umożliwiło jej opiekę nad najmłodszym synem i Fish opuścił sierociniec. Mając dwanaście lat nawiązał romans z innym nastolatkiem. Partner Fisha wprowadził go w takie praktyki jak picie moczu i koprofagia. Fish zaczął poświęcać swoje weekendy na wizyty w łaźniach publicznych, gdzie mógł oglądać rozebranych chłopców.

    Około 1890 roku Albert przybył do Nowego Jorku, gdzie, jak twierdził, utrzymywał się z bycia męską prostytutką. Przyznawał później, że w tym okresie zaczął dopuszczać się gwałtów na młodych chłopcach. W 1898 roku, dzięki staraniom swojej matki, Albert poślubił kobietę, młodszą od niego o 9 lat. Miał z nią sześcioro dzieci: Alberta, Annę, Gertrude, Eugene, Johna i Henry’ego.

    Od 1898 roku pracował jako malarz pokojowy, przyznając później, że w tym okresie dokonał gwałtu na około setce dzieci, przeważnie chłopcach poniżej szóstego roku życia. Wtedy też kochanek Alberta zabrał go do Muzeum Figur Woskowych, gdzie kompletnie go zafascynował przekrój penisa. Zdarzenie to wpłynęło silnie na rozwój zainteresowania Fisha kastracją. Nawiązawszy romans z upośledzonym umysłowo mężczyzną Albert spróbował go wykastrować, uprzednio go wiążąc; mężczyźnie jednak udało się uciec. Po tym doświadczeniu Fish zwiększył częstotliwość swoich wizyt w domach publicznych, gdzie poddawał się niekończącym sesjom chłosty.

    W 1903 roku Albert Fish został aresztowany za defraudację i skazany na pobyt w więzieniu. Wyrok odbywał w Sing Sing. W 1917 żona Fisha porzuciła go dla niejakiego Johna Straube, współlokatora Fishów. Po odejściu żony Albert zaczął słyszeć głosy. Pewnego dnia owinął się w dywan, twierdząc, że wypełnia instrukcje przekazane mu przez świętego Jana.

    Morderstwa

    Proces Alberta Fisha, oskarżonego o morderstwo z premedytacją popełnione na Grace Budd, rozpoczął się 11 marca 1935 roku. Rozprawie przewodniczył Frederick P. Close, oskarżał Elbert F. Gallagher, zaś obrońcą Fisha był James Dempsey. Proces trwał dziesięć dni. Fish na wstępie oznajmił, iż jest niepoczytalny, opowiadając sądowi o głosach, które nakazywały mu mordowanie dzieci. Zeznający biegli psychiatrzy rozwodzili się nad licznymi parafiliami Fisha: urofilią, koprofilią, pedofilią i masochizmem, nie mogli się jednak zgodzić czy oznaczają one, że oskarżony jest chory psychicznie. Obrona okazała również zdjęcie rentgenowskie miednicy Fisha, na którym widać było ponad dwanaście igieł, wbitych tam własnoręcznie przez oskarżonego. Sąd uznał Fisha za poczytalnego, winnego i skazał na śmierć.

    Po ogłoszeniu wyroku Fish przyznał się do zamordowania ośmioletniego Francisa X. McDonnell na Staten Island. Francis został zgwałcony, a następnie uduszony własnymi szelkami.

    Prawdopodobne ofiary

    Fish był podejrzany o popełnienie innych zbrodni, choć nigdy się do nich nie przyznał. Detektyw William King wierzył, że Fish był „Wampirem z Brooklynu”, seryjnym mordercą i gwałcicielem, na swe ofiary wybierającym głównie dzieci.

    Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Albert_Fish

    #kryminalne #mordercy #choryskurwiel #truestory
    pokaż całość

  •  

    Richard Chase – wampir z Sacramento

    pokaż spoiler Uczciwie ostrzegam, aby osoby, które aktualnie jedzą poczekały z czytaniem, aż im się trochę "uleży". Jeżeli ktoś jest szczególnie wrażliwy to może niech pominie ten wpis i zapraszam na następny za kilka dni ;)
    I tak, wiem, że było już o nim na wykopie. Ale bądźmy szczerzy, wszystko już było ¯\\_(ツ)_/¯


    Richard Chase urodził się 23 maja 1950 roku w Santa Clara w Kalifornii. Tak jak to zazwyczaj bywa w przypadku seryjnych morderców, jego dzieciństwo nie było łatwe. Rodzice znęcali się nad nim fizycznie, a awantury były codziennością. Podobno wychowywali go w typową dla tamtych czasów dyscypliną. Richard w wieku 10 lat zabił kota i tym samym dopełnił trzeci element Triady MacDonalda (moczenie łóżka, podpalanie oraz znęcanie się nad zwierzętami – występowanie tych trzech rzeczy w młodości może być sygnałem rozwijającej się osobowości patologicznej lub antyspołecznej). Już od najmłodszych lat nadużywał alkoholu i narkotyków.

    W liceum miał kilka dziewczyn, jednak nie potrafił utrzymać stałego związku. Jedną z przyczyn mogła być niemożność utrzymania erekcji w obecności kobiet. Nastoletni Richard Chase osiągał orgazm tylko przy mordowaniu zwierząt i nekrofilii. Kontaktował się nawet w tej sprawie z psychologiem, który stwierdził, że źródłem problemów może być choroba psychiczna. Chase nie był zainteresowany leczeniem. Wkrótce zaczął oskarżać matkę o próbę otrucia, a więc ojciec zmusił go do wyprowadzki.

    Richard zamieszkał ze współlokatorami, którzy szybko zauważyli, że nie będzie z nim łatwo mieszkać. Bardzo często był pod wpływem alkoholu i LSD. Chodził po mieszkaniu nago, nawet gdy u współlokatorów byli goście. Wkrótce Chase zaczął przynosić do mieszkania martwe zwierzęta i pić ich krew. Uważał, że jego serce się kurczy i jeżeli będzie zbyt małe to umrze. Jedyną metodą, aby zatrzymać ten proces miało być picie krwi. Tego już było za wiele i współlokatorzy wyrzucili go z mieszkania.

    Richard Chase był paranoikiem i wierzył, że jego ciało jest manipulowane od zewnątrz. Uważał też, że jego mózg i głowa kręcą się w przeciwnych kierunkach, a więc ogolił się na łyso, żeby to obserwować. Był hipochondrykiem i wierzył, że jego serce czasami się zatrzymuje oraz że naziści próbują zamienić jego krew w proszek. Aby temu zapobiec zabijał zwierzęta i pił ich krew. Czasami zjadał je na surowo, a czasami mieszał ich narządy wewnętrzne z coca-colą w blenderze, tworząc koktajle.

    W 1975 roku trafił do szpitala psychiatrycznego po tym, jak wstrzyknął sobie krew królika do żył. Chase myślał, że królik połknął przed śmiercią kwas akumulatorowy, który teraz przedostał się do jego żołądka. Pewnego dnia personel szpitala przyłapał go z twarzą umazaną krwią i dwoma martwymi ptakami, które złapał przez kraty. Od tego czasu nazywany był „Draculą”. W 1976 roku zdiagnozowano u niego schizofrenię paranoidalną i uznano za zagrożenie dla społeczeństwa. Po jakimś czasie, dzięki leczeniu farmakologicznemu, nie był już tak kwalifikowany, a więc mógł wyjść ze szpitala. Jego matka uznała, że Richard nie potrzebuje leków, a więc zaprzestał leczenia.

    Po wyjściu ponownie zamieszkał sam. Bardzo gorliwie czytał artykuły na temat zabójstw. Stał się fanem Dusiciela z Hillside, który działał nieopodal. Rozwinęła się także jego obsesja na punkcie broni krótkiej, kupił nawet kilka pistoletów. Przestał się kąpać i myć zęby. Jego waga spadła do 66 kg przy 180 cm wzrostu. Pewnego dnia zadzwonił do drzwi matki, a gdy otworzyła rozsmarował sobie wnętrzności martwego kota na twarzy. Kobieta spokojnie wróciła do domu i nikomu o tym nie powiedziała.

    3 sierpnia 1977 roku policja w Nevadzie znalazła samochód zakopany w piasku, w którym było mnóstwo krwi oraz wątroba w wiadrze. Przez lornetkę zobaczyli nagiego Richarda, który krzyczał i był cały umazany krwią. Próbował uciekać, ale złapano go. Okazało się, że krew należała do krowy.

    Chase wkrótce uznał, że zabijanie zwierząt jest zbyt męczące i lepiej przerzucić się na ludzi. Nic jednak nie robił z tą myślą. Punktem przełomowym było Boże Narodzenie, którego matka nie chciała z nim spędzić. 27 grudnia 1977 roku wszedł do domu pewnej kobiety z Sacramento i wystrzelił ze swojej broni kalibru 22. Nikomu nic się nie stało.

    29 grudnia 51-letni Ambrose Griffin, inżynier i ojciec dwójki dzieci, pomagał wypakowywać żonie zakupy z samochodu. Chase podszedł do niego, strzelił mu w głowę i uciekł. Ambrose zmarł, a policja rozpoczęła poszukiwania mordercy. Syn Griffina zeznał, że w tym samym tygodniu widział sąsiada spacerującego z bronią po ulicy, ale po sprawdzeniu ten top okazał się błędny. Wykryto natomiast, że do zabójstwa mężczyzny użyto tej samej broni, co dwa dni wcześniej w domu kobiety z Sacramento. Pewien 12-latek zeznał też, że gdy jechał rowerem, około 20-letni mężczyzna jadący samochodem, strzelił do niego. Nie pamiętał jednak żadnych szczegółów. Chłopca poddano nawet hipnozie, podczas której powiedział, że numery rejestracyjne samochodu to 219EEP, które jednak okazały się błędne.

    11 stycznia 1978 roku Chase poprosił swoją sąsiadkę o papierosa, po czym zmusił ją do oddania całej paczki. Mniej więcej w tym samym czasie włamał się do domu młodego małżeństwa, którego akurat nie było w domu. Ukradł część kosztowności, oddał mocz do szuflady i kał do dziecięcego łóżeczka. Gdy właściciel domu wrócił, zaatakował Richarda, jednak udało mu się uciec.

    23 stycznia Chase postanowił ponownie zamordować. W tym celu chodził od drzwi do drzwi i szukał tych otwartych. Uważał, że zamknięte drzwi są znakiem, że nie jest mile widziany, natomiast otwarte były dla niego zaproszeniem. Jeanne Layton zeznała, że próbował wejść przez szklane drzwi na jej patio. Ona stała po drugiej stronie. Spokojnie na nią spojrzał i pociągnął za klamkę, ale gdy okazało się, że drzwi były zamknięte, odwrócił się, zapalił papierosa i odszedł. Wkrótce spotkał Nancy Holden, z którą chodził kilka lat temu do liceum. Próbował ją podwieźć, ale kobieta przerażona jego okropnym wyglądem, odmówiła.

    W końcu udało mu się znaleźć dom z otwartymi drzwiami. 22-letnia Teresa Wallin, która była w 3 miesiącu ciąży, zostawiła je otwarte, aby wyrzucić śmieci. Jej mąż był w tym czasie w pracy. Chase wszedł do domu i strzelił do niej trzy razy, a następnie poszlachtował nożem rzeźniczym. Wyjął z niej kilka narządów wewnętrznych, krew zaczął zbierać do wiadra, a następnie zgwałcił jej zwłoki i wypił krew. Na koniec wyszedł na dwór, gdzie znalazł psie odchody, które umieścił w ustach Teresy.

    Kolejny raz zaatakował 27 stycznia. Wszedł do domu 38-letniej Evelyn Miroth, w którym był też jej 6-letni syn Jason, 2-letni siostrzeniec David i sąsiad Danny Meredith, który pomagał jej przy dzieciach. Chase najpierw spotkał Danny'ego, którego zastrzelił, ukradł mu portfel i kluczyki od samochodu. Następnie strzelił w głowy Jasona i Davida, a na końcu Evelyn. Prawdopodobnie kilkakrotnie zgwałcił analnie trupa kobiety i co najmniej 6 razy dźgnął ją nożem w odbyt. Wlał jej krew do wiadra i wypił, a następnie zaniósł ciało 2-latka do łazienki, gdzie rozłupał jego czaszkę i zaczął jeść mózg. W tym momencie do drzwi zapukała 6-letnia dziewczynka z sąsiedztwa, która tego dnia miała bawić się z Jasonem. Wystraszony Chase zabrał zwłoki Davida i uciekł do swojego mieszkania, gdzie poćwiartował zwłoki dziecka. Dziewczynka zaalarmowała sąsiada, który zadzwonił na policję.

    Po zobaczeniu tak przerażającego miejsca zbrodni policja urządziła obławę na sprawcę. FBI przedstawiło profil mordercy, który miał być wysoki, niedożywiony i brudny. Mężczyzna miał być typem samotnika i co najważniejsze, wciąż miał zabijać. Przesłuchiwano setki osób, aż w końcu po 5 dniach zgłosiła się Nancy Holden. Kobieta zeznała, że jakiś czas temu miała dziwne spotkanie ze swoim kolegą z liceum, którego nie widziała od lat. Policjanci sprawdzili akta Chase'a i postanowili pojechać do jego mieszkania. Richard nie chciał ich wpuścić, a więc zaczaili się na niego przed budynkiem i aresztowali, gdy tylko się pojawił. W tylnej kieszeni wciąż miał rewolwer i portfel Danny'ego. Nie przyznawał się do winy.

    Przeszukano mieszkanie Chase'a. Wszystkie naczynia były całe we krwi i panował ogromny smród. Blender, w którym przygotowywał swoje koktajle, był pełen gnijącego mięsa. Wszędzie były plamy krwi, kości zwierząt i części ciała. Jakiś czas później znaleziono zwłoki Davida w skrzyni przy kościele. Głowa chłopca była odcięta i leżała pod ciałem, brakowało wielu narządów wewnętrznych.

    Podczas procesu obrona Chase'a twierdziła, że jest niepoczytalny. On sam mówił, że kosmici zmusili go do zabijania i nie miał na to wpływu. Wyglądał okropnie, jego waga spadła do 49 kg. Przebadało go 12 psychologów, którym przyznał się do strachu, że jego ofiary wstaną z martwych i przyjdą po niego. Część linii obrony polegała na opowiadaniu, że Chase interesował się historią Draculi, czytał artykuły o rytuałach związanych z krwią, w których pisano, że picie krwi innych wzmacnia lub uzdrawia. Obrona wnioskowała o uznanie go winnym 6 morderstw drugiego stopnia, za co grozi dożywocie.

    8 maja 1978 roku ława przysięgłych zdecydowała jednak, że jest winny 6 morderstw pierwszego stopnia. Skazano go na karę śmierci w komorze gazowej.

    Podczas pobytu w więzieniu inni osadzeni bali się Chase'a. Wielokrotnie próbowali namówić go do popełnienia samobójstwa, jednak za bardzo ich przerażał, aby sami zdecydowali się na zabicie go. 26 grudnia 1980 roku Richard Chase został znaleziony martwy w swojej celi. Przedawkował środki antydepresyjne, które odkładał przez kilka tygodni.

    Źródła: didyouknowfacts, historicmysteries, murderpedia

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    @riley24: Możesz się wziąć za robotę i coś napisać? Chcę kryminał nowy a jak sądzę to nie tylko ja :)

    #historieriley #kryminalne

  •  

    23 maja 1934: rabusie banici, Bonnie Parker (23) i Clyde Barrow (25) zostają zastrzeleni w zasadzce policji z Teksasu i Luizjany na wiejskiej drodze w pobliżu parafii Bienville w stanie Luizjana.

    #kryminalistyka #kryminalne #nsfw #mordercy #zlodzieje #fotografia

    źródło: 78.media.tumblr.com 18+

  •  

    Ten moment, kiedy jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych przestępców na świecie i jedziesz do Waszyngtonu, żeby zrobić sobie zdjęcie z synkiem przed Białym Domem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #narkotykizawszespoko #ciekawostki #kryminalne #historiajednejfotografii

    •  

      Ile osób zabił? Ja nie wierzę w to co mówią amerykanie. Oni są w stanie z kogoś zrobić terrorystę tylko dlatego, że zarabiał mając ich w dupie.

      @KCPR: Kurwa gościu, albo masz 13 lat albo oglądałeś jedynie Narcos xD Ten gość robił zamachy bombowe i zabił co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi rękoma swoich ludzi (sam też nazabijał, żeby dojść do takiej pozycji), aby nie doprowadzić do ekstradycji do USA i żeby poszerzać wpływy, a ludzie z niego robią dobrego wujka Pablo niczym jego matka XD PANIE BO ON DOLARY DAWAŁ NA SZKOŁY.

      Gorsze są tylko obecnie meksykańskie kartele jak Sinaloa czy Los Zetas (tylko dlatego, że jest duża konkurencja). Te wszelkie gangsterskie gadki to można sobie między książki włożyć jak trochę poczytasz czy to o Polsce, Włoszech, Kolumbii, Meksyku czy choćby terrorystach z różnych zakątków świata. Wszyscy są takimi samymi zwierzętami tylko mają dostęp do rożnych narzędzi i różne interesy. A interesy są dla nich najważniejsze, szacunek, honor i inne wysrywy to są dla żołnierzy, żeby ich trzymać w ryzach i żeby karawana się nie wyjebała zbyt szybko.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    Nie lubię poniedziałków

    Dzisiaj poniedziałek, a więc prawdopodobnie część z Was usłyszy w radiu piosenkę "I don't like Mondays" irlandzkiego zespołu The Boomtown Rats. Jednak nie każdy wie, że inspiracją do napisania tego utworu były prawdziwe wydarzenia.

    16-letnia Brenda Spencer mieszkała na przedmieściach San Diego, a jej okno wychodziło na plac zabaw przy podstawówce Cleveland Elementary School. 29 stycznia 1979 roku około 8:30 rano drobna nastolatka otworzyła ogień do dzieci czekających na zajęcia.

    W tym czasie dyrektor i jeden z nauczycieli przebywali w gabinecie. Początkowo mylili huk z petardami. Przez okno zobaczyli jednak, że niektóre dzieci padają na ziemię, inne uciskają różne części ciała, a część rozgląda się przestraszona i zdezorientowana. Mężczyźni wybiegli, aby pomóc uczniom. Dyrektor niemal natychmiast został śmiertelnie raniony przez Brendę. Po chwili wybiegł woźny, który chciał okryć go kocem, jednak i on został postrzelony, na skutek czego zmarł. Po przybyciu policji, dziewczyna raniła także jednego z funkcjonariuszy. Cała akcja trwała około 15 minut, podczas których Brenda oddała od 29 do 40 strzałów (w zależności od źródeł) i raniła 8 dzieci. W końcu policja zarekwirowała śmieciarkę, którą postawiono na linii ognia.

    Po wszystkim dziewczyna zabarykadowała się w swoim domu. Dziennikarce lokalnej gazety udało się do niej dodzwonić i zapytała o motyw tak okropnego czynu. Brenda powiedziała „Nie lubię poniedziałków. Musiałam jakoś ożywić ten dzień”, a także „Nie miałam żadnych motywów, żeby to zrobić, to była po prostu świetna zabawa”. Nastolatka poddała się po siedmiogodzinnym oblężeniu. Podczas aresztowania nie stawiała oporu, była spokojna i opanowana. W mieszkaniu znaleziono liczne butelki po piwie i whiskey, jednak dziewczyna nie była pod wpływem alkoholu ani narkotyków.

    Co sprawiło, że młoda dziewczyna posunęła się do tak okropnego czynu? Brenda urodziła się 3 kwietnia 1962 roku w San Diego. Jej rodzice rozwiedli się, po czym zamieszkała ze swoim ojcem i dwoma siostrami. Jak wspominają nauczyciele, nastolatka ledwo odzywała się na zajęciach, była zamknięta w sobie, ale świetnie szło jej robienie zdjęć. Wygrała nawet konkurs fotograficzny. Dzieci z sąsiedztwa twierdziły, że Brenda zażywała narkotyki, wagarowała, kradła, była okrutna wobec zwierząt i fascynowała się bronią palną. Jednak jej ojciec powiedział, że „zawsze była szczęśliwą i dobrą córką. Dobrze się zachowywała i nigdy nie miała żadnych problemów w szkole”. To bardzo życzeniowe myślenie, ponieważ w 1978 roku włamała się do szkoły i strzelała w szyby. Miała na koncie próbę samobójczą, a przez wagarowanie była pod opieką kuratora sądowego.

    W grudniu 1978 roku psychiatra, który badał dziewczynę na zlecenie kuratora, zdiagnozował u niej depresję. Jej stan był tak ciężki, że zalecił umieszczenie Brendy w szpitalu psychiatrycznym, jednak jej ojciec nie zgodził się. Zamiast tego kupił jej pod choinkę karabin półautomatyczny kalibru 22 z mnóstwem amunicji. Brenda powiedziała „prosiłam go o radio, a on kupił mi broń” oraz „poczułam się tak, jakby on chciał, żebym się zabiła”. Kilka tygodni przed strzelaniną powiedziała przyjaciołom, że nikt jej nie rozumie, ale pewnego ranka wszyscy będą na nią patrzeć i będą pokazywać ją w telewizji. Czuła się niekochana, nieważna i miała żal do rodziny oraz nauczycieli za to, że nikt nie udzielił jej pomocy.

    Brenda przyznała się do zabójstwa dwóch osób oraz postrzelenia dziewięciu. Sąd potraktował ją jak dorosłą i skazał na dożywocie z możliwością wcześniejszego zwolnienia po 25 latach. Dziewczyna pierwszy raz ubiegała się o zwolnienie w 1993 roku i twierdziła, że podczas strzelaniny była pod wpływem alkoholu i narkotyków. Wniosek odrzucono. W 2001 roku powiedziała, że ojciec wykorzystywał ją seksualnie od 9 roku życia. Nigdy wcześniej o tym nie wspominała, nie było na to żadnych dowodów ani świadków. W 2005 roku twierdziła, że ojciec znęcał się nad nią i pewnego razu uderzył tak mocno, że nastąpił uraz płatu skroniowego mózgu (wcześniej twierdziła, że uraz był skutkiem wypadku na rowerze). Ostatni raz ubiegała się o zwolnienie w 2009 roku i będzie mogła znów to zrobić w 2019.

    Bob Geldof, lider zespołu The Boomtown Rats, w jednym z wywiadów powiedział, że Brenda napisała do niego list. Stwierdziła w nim, że jest zadowolona ze swojego czynu, ponieważ Bob uczynił ją sławną.

    Strzelanina w 1979 roku była pierwszą strzelaniną w szkole w historii USA. 10 lat później podobne przestępstwo miało miejsce w kalifornijskiej szkole Cleveland Elementary School w Stockton. 5 osób zostało zabitych, a 29 rannych. Uczniowie, którzy zostali ranni w strzelaninie z 1979 roku, bardzo mocno to przeżyli. Twierdzili, że to czego doświadczyli bardzo głęboko odcisnęło się na ich psychice, a wydarzenie z 1989 roku było dla nich swoistym ponurym przypomnieniem. W 2001 roku Brenda powiedziała, że czuje się odpowiedzialna za wszystkie szkolne strzelaniny, które miały miejsce w Stanach.

    Historia Brendy Spencer przedstawiona została w jednym z odcinków „Kobiet, które niosły śmierć” (S02E01, na Netflixie jest to odcinek 1). Można o niej także przeczytać pod linkami: 1 2 3 4 5 6

    #historieriley #kryminalne #ciekawostki
    pokaż całość

    +: ciemny_kolor, r......7 +2659 innych
  •  

    Porwanie Elizabeth Smart

    14-letnia Elizabeth Smart mieszkała wraz z rodzicami i piątką rodzeństwa w Salt Lake City w stanie Utah. Jej rodzina należała do Mormonów i bardzo poważnie podchodziła do spraw wiary. Żyli jak typowa, niczym niewyróżniająca się rodzina.

    Wszystko posypało się 4 czerwca 2002 roku. Tego dnia Smartowie wzięli udział w szkolnym rozdaniu nagród, wrócili do domu po 21.00 i od razu zaczęli szykować się do snu. Ojciec nie włączył alarmu, ponieważ obawiał się, że któreś z dzieci mogłoby go uruchomić, gdy wstanie w nocy do toalety. Około godziny 2.00 w nocy do sypialni Elizabeth i jej 9-letniej siostry Mary Katherine wtargnął uzbrojony w nóż Brian Mitchell. Mężczyzna przyłożył do gardła nastolatki broń i powiedział „chodź ze mną albo zabiję ciebie i całe twoje rodzeństwo”. Hałas obudził Mary, ale przestraszona dziewczynka udawała, że śpi. Po wyjściu porywacza i Elizabeth wyszła z pokoju, aby powiadomić rodziców. Przestraszyła się jednak cienia mężczyzny na korytarzu i wróciła do łóżka. Dopiero po dwóch godzinach poszła do sypialni rodziców, którzy początkowo myśleli, że ich córka miała koszmar. Zauważyli jednak porwaną siatkę na oknie i oczywiście brak Elizabeth.

    Mary opisała mężczyznę najdokładniej jak potrafiła. Powiedziała, że porywaczem był biały ciemnowłosy mężczyzna wzrostu jednego z ich braci (172 cm), w wieku 30-40 lat, ubrany w jasne ubranie i kapelusz golfowy. W rzeczywistości miał 49 lat, ubrany był na czarno i nie miał kapelusza. Dziewczynka nie przyjrzała się dokładnie twarzy, jednak kojarzyła jego głos. Nie mogła tylko wpaść na to skąd.

    Mitchell zabrał Elizabeth do obozowiska w lesie (zaledwie 7 km od domu dziewczyny), gdzie już czekała jego żona Wanda. Kobieta przebrała dziewczynkę w białe szaty i przywiązała do drzewa metalowym kablem. Według małżeństwa odbyła się „ceremonia zaślubin”, po której nastolatka stała się żoną Mitchella i teraz ich związek musi zostać skonsumowany. Elizabeth zupełnie nie wiedziała co się dzieje i co chcą jej zrobić. W jej domu seks był tematem tabu i niewiele o nim wiedziała. Mężczyzna zgwałcił ją tej nocy, tak jak robił to przez następne miesiące, czasem nawet kilkakrotnie w ciągu jednego dnia.

    Kim był Mitchell? Mężczyzna urodził się w 1953 roku w mormońskiej rodzinie. W wieku 16 lat został przyłapany na obnażaniu się przed dzieckiem, a w wieku 19 ożenił się. Małżeństwo nie trwało zbyt długo, jednak zdążył dorobić się dwójki dzieci, które po rozwodzie trafiły pod jego opiekę. Później wstąpił do wspólnoty Hare Kryszna, nadużywał alkoholu i narkotyków. Następnie ponownie się ożenił, spłodził dwójkę dzieci i znów się rozwiódł. Była żona twierdziła, że Mitchell molestował ich 3-letniego syna, ale nie udało się tego potwierdzić. W dniu rozwodu poślubił o 8 lat starszą Wandę Elianę Barzee, rozwódkę z 6 dzieci. Kobieta miała trudne stosunki z dziećmi, jedna z córek nazywała ją nawet potworem. Początkowo Mitchell i Wanda bardzo aktywnie angażowali się w życie Kościoła Mormonów, ale mężczyzna stawał się coraz bardziej radykalny w swoich poglądach i ostatecznie opuścił Kościół. Uznał, że jest prorokiem i zaczął używać imienia Emmanuel.

    Po porwaniu Elizabeth policja i lokalna społeczność bardzo zaangażowały się w poszukiwania. Szukało jej ponad 2000 wolontariuszy, psy i helikoptery, rodzice apelowali w telewizji o pomoc i roznoszono ulotki z podobizną dziewczyny. Niestety bezskutecznie. Dziewczyna pewnego dnia słyszała nawet nawoływania szukającej jej ekipy, ale Mitchell zagroził, że ją zabije jeżeli się odezwie.

    Kostki dziewczyny były cały czas przywiązane metalowym kablem do drzewa, aby ograniczyć jej możliwość poruszania się. Kazał jej wybrać sobie nowe imię, a więc odtąd mówiono na nią „Esther” (po Esterze ze Starego Testamentu). Mitchell twierdził, że Elizabeth jest pierwszą z jego „dziewiczych żon”. Notorycznie ją gwałcił, zmuszał do oglądania pornografii oraz picia alkoholu i brania narkotyków, żeby osłabić jej upór. Wielokrotnie groził, że ją zabije, głodził ją i karmił śmieciami. Pewnego dnia napoił ją alkoholem, a rano dziewczyna obudziła się z twarzą we własnych wymiocinach i piasku. Czuła się bezradna, brudna, niekochana i opuszczona, a Mitchella uważała za niepokonanego i sprawującego kontrolę nad absolutnie wszystkim.

    Co ciekawe Mitchell wielokrotnie zabierał Wandę i Elizabeth do różnych publicznych miejsc, jednak nastolatka zawsze miała twarz zakrytą chustką (zachowało się nawet zdjęcie z jakiejś imprezy, można je zobaczyć w komentarzach). W sierpniu 2002 roku wybrali się do biblioteki, aby poszukać informacji na temat miejsca, do którego chcieli się przeprowadzić. Pewien mężczyzna rozpoznał oczy Elizabeth i natychmiast poinformował policję. Mitchell powiedział funkcjonariuszowi, że to jego córka, a religia zabrania kobietom publicznego pokazywania twarzy i wypowiadania się. Wanda zasygnalizowała dziewczynie pod stołem, że ma się nie odzywać. Niestety policjant przyjął takie wyjaśnienie i nie drążył tematu. Elizabeth była wściekła na siebie za to, że się nie odezwała i obserwowała jak jej jedyna nadzieja oddala się. Z jednej strony to trochę dziwne, że nic nie zrobiła, ale z drugiej strony była tylko zastraszoną i zmanipulowaną dziewczynką.

    We wrześniu Mitchell, Wanda i Elizabeth przenieśli się do Kalifornii. Małżeństwo planowało porwać kolejną dziewczynę, ale przy próbie włamania Mitchell usłyszał jakiś hałas w domu i wycofał się. Koczowali w różnych obozowiskach, do których zazwyczaj przenosili się w środku nocy. 12 grudnia mężczyzna został aresztowany za włamanie do kościoła w El Cajon. Nikt jednak nie podejrzewał go o nic więcej, a więc po kilku dniach został zwolniony. Po jego powrocie Elizabeth wmówiła mu, że objawił jej się Bóg, który kazał im wracać do Utah. Mitchell uznał, że z takim argumentem nie można się kłócić, a więc wrócili.

    Policjanci nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Początkowo podejrzewali Richarda Ricciego, który miał na koncie włamania do okolicznych domów i próbę zabicia policjanta. Mężczyzna wykonywał kiedyś prace remontowe w domu Smartów, a więc stał się głównym podejrzanym. Richard nie przyznał się jednak do winy i twierdził, że nigdy nie skrzywdziłby dziecka. Siostra Elizabeth również była pewna, że to nie jego słyszała w noc porwania. Mężczyzna zmarł po kilku tygodniach w areszcie na skutek wylewu krwi do mózgu.

    W październiku 2002 roku siostra Elizabeth przypomniała sobie do kogo należał głos. Była pewna, że słyszała go u Emmanuela, mężczyzny, którego jakiś czas temu jej rodzice zatrudnili do drobnych prac na dachu i grabienia liści. Policja była sceptyczna, ponieważ dziewczynka przypomniała sobie o tym po bardzo długim czasie, a sam Emmanuel przebywał w ich domu tylko kilka godzin. Państwo Smart zatrudnili jednak rysownika, a część zdjęć do portretu pamięciowego przekazała nawet rodzina Mitchella. Policja nie chciała jednak rozpowszechnić tego portretu. W lutym zrozpaczeni rodzice, widząc że śledztwo utknęło w martwym punkcie, postanowili sami przekazać podobiznę mediom.

    12 marca 2003 roku Mitchell został rozpoznany w Sandy w stanie Utah, gdy szedł z Wandą i Elizabeth. Nastolatka miała na sobie perukę, okulary przeciwsłoneczne i chustkę zasłaniającą twarz. Gdy wezwani policjanci zaczęli do niej mówić po imieniu, zawstydziła się i opuściła głowę. Porywacz został aresztowany, a nastolatka wróciła do rodziców.

    Po powrocie do domu zorganizowano nocleg dla całej rodziny w jednym pokoju. Elizabeth powiedziała jednak, że idzie spać do siebie i żeby się nie martwili, bo zobaczą się jutro rano. Przez całą noc jej rodzice co chwilę sprawdzali, czy naprawdę śpi w swoim łóżku.

    Proces Mitchella i Wandy ciągnął się latami. Wykonano mnóstwo badań psychiatrycznych mających określić, czy są poczytalni. Mężczyzna, który wciąż twierdził, że jest prorokiem, każdy dzień przesłuchań rozpoczynał od śpiewania pieśni religijnych. Elizabeth zeznawała dopiero w 2009 roku. Wyjawiła wtedy wiele szczegółów, o których nigdy wcześniej nie wspominała nawet najbliższej rodzinie. W końcu zapadł wyrok. Wanda przyznała się do winy i w 2010 roku została skazana na 15 lat więzienia. Obrona twierdziła, że Mitchell w chwili popełnienia przestępstwa był niepoczytalny i powinien zostać uniewinniony. W 2011 roku skazano go na dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

    Elizabeth Smart działa obecnie w obronie zaginionych osób i ofiar napaści seksualnych. Jest także rzeczniczką programu uczącego dzieci jak mają się zachować, gdy staną oko w oko z przestępczością. Skończyła studia, wyszła za mąż i mówi, że nigdy nie zamieniłaby swojego życia na żadne inne. Często wspomina słowa, które usłyszała od matki dzień po powrocie do domu: „Ten mężczyzna zabrał ci już wystarczająco dużo życia, nie pozwól mu zabrać ani sekundy więcej. Najprawdopodobniej nigdy nie poczujesz, że został należycie ukarany, ale najlepszą karą dla niego będzie Twoje szczęście”.

    Elizabeth często wypowiada się na temat tego co przeszła, można było jej posłuchać np. podczas TEDx. Do poczytania: 1, 2, 3.

    #historieriley #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Tajemnicza śmierć Elisy Lam

    Film z windy, na którym po raz ostatni widać Elisę Lam żywą, można zobaczyć w większości zestawień na temat tajemniczych i paranormalnych nagrań. Mówi się wtedy o nawiedzeniu, duchach czy opętaniu. Jednak czy rzeczywiście tak było?

    Elisa urodziła się 30 kwietnia 1991 roku w rodzinie imigrantów z Hongkongu. Mieszkała w Kanadzie, bardzo lubiła czytać, była aktywna w różnych social mediach i studiowała na Uniwersytecie British Columbia. Dziewczyna cierpiała na zaburzenia afektywne dwubiegunowe oraz depresję, jednak jak podkreślają jej rodzice, nie miała żadnych prób samobójczych. Raz zdarzyło jej się uciec z domu.

    Gdy miała 21 lat postanowiła wybrać się na samotną podróż po zachodnim wybrzeżu USA. Wyruszyła na początku 2013 roku. Elisa codziennie brała leki, jednak rodzice kontrolowali jej stan. Każdego dnia kontaktowali się z nią telefonicznie i gdyby coś się działo, byli w stanie niemal natychmiast do niej przylecieć. Mimo że dziewczyna była bardzo aktywna w Internecie, nie publikowała żadnych zdjęć ze swojej wyprawy.

    26 stycznia 2013 roku Elisa przybyła do Los Angeles i zamieszkała w hotelu Cecil. Sam hotel był dosyć ciekawym wyborem. Budynek ma 600 pokoi, mieści się w nie najlepszej dzielnicy i owiany jest złą sławą. Wydarzyło się w nim mnóstwo morderstw i samobójstw, zatrzymywali się tam seryjni mordercy i podobno to właśnie w nim ostatni raz widziano Czarną Dalię żywą. Krążą plotki, że każdy z 600 pokoi jest nawiedzony. W 2013 roku hotel już trochę podupadał, a właściciele szukali oszczędności gdzie tylko mogli.

    Elisa początkowo została dokwaterowana do kilku nieznajomych dziewczyn. Te jednak szybko uznały, Lam zachowuje się dziwnie (nie wyjaśniły co znaczy „dziwnie”) i już po jednej nocy została przeniesiona do pokoju jednoosobowego.

    Przez kolejnych kilka dni zwiedzała miasto i często chodziła do księgarni. 31 stycznia powinna wyjechać do Santa Cruz. Tego dnia nie zadzwoniła do rodziców i nie odbierała od nich telefonów. Zaniepokojone małżeństwo zgłosiło zaginięcie na policję i jak najszybciej przyleciało do Los Angeles. Śledczy przeszukali hotel na tyle dokładnie, na ile było to możliwe (nie mogli wchodzić do wynajętych pokoi), co jednak nie przyniosło żadnych skutków. Psy również nie podjęły tropu. Obsługa ostatni raz widziała Elisę 31 stycznia, gdy wracała sama do pokoju. Tego dnia widziała ją także sprzedawczyni w księgarni, która wspominała, że dziewczyna była bardzo przyjazna i ożywiona. Szukała pamiątek dla rodziny, a także zastanawiała się, czy książka, którą chce kupić nie jest zbyt ciężka, żeby z nią podróżować.

    6 lutego informacja o zaginięciu ukazała się w social mediach, a 14 lutego opublikowano film z zepsutej windy, na którym ostatni raz widać Elisę. Nagranie jest bardzo niepokojące. Dziewczyna wchodziła i wychodziła z windy, naciskała przypadkowe guziki, wyglądała jakby z kimś rozmawiała, jednak nie widać nikogo poza nią. Niektórzy twierdzą że wyglądała na przestraszoną albo jakby się przed kimś ukrywała. Jednak psychologowie przeanalizowali jej mowę ciała i uważają, że była zrelaksowana i wyglądała jakby się z kimś bawiła. Najprawdopodobniej jej choroba nasiliła się do tego stopnia, że miała halucynacje. Oznaczenie czasowe na filmie zostało zamazane, a więc pojawiły się teorie, że nagranie jest spowolnione , przyspieszone lub że brakuje jednej minuty, podczas której ktoś był przy niej. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

    W międzyczasie goście hotelu zaczęli narzekać na jakość wody. Skarżyli się, że ma dziwny kolor i smak. 19 lutego postanowiono sprawdzić cztery ogromne zbiorniki wodne na dachu, z których płynęła woda do pokoi. Każdy zbiornik miał dwa metry wysokości, otwieraną, około 10-kilową klapę w pokrywie oraz mieścił 3785 litrów wody. W jednym z nich znaleziono ciało Elisy, już w znacznym stopniu rozkładu. Wszyscy goście natychmiast opuścili hotel.

    Dziewczyna była naga, a jej ubrania zostały wrzucone do zbiornika. Autopsja nie wykazała żadnych śladów walki, stosunków seksualnych, alkoholu ani narkotyków. Wykazała natomiast, że Elisa była pod wpływem pięciu różnych leków przepisanych przez lekarza oraz dwóch , które można kupić bez recepty. Skutkiem ubocznym niektórych z nich mogły być halucynacje, a innych silne myśli samobójcze czy pogłębienie manii. Mimo, że leki zostały przepisane przez lekarza, Elisa nie powinna zażywać ich jednocześnie. To była mieszanka wybuchowa. Dziewczyna zmarła najprawdopodobniej w dzień swojego zaginięcia.

    Samobójstwo czy zabójstwo? Zastanawiano się, czy ktoś nie pomógł Elisie dostać się na dach. Wiodły na niego tylko dwie drogi. Pierwsza, przez okno na bardzo wysoko zawieszone schody przeciwpożarowe w kiepskim stanie. Druga droga prowadziła przez zamykane na klucz drzwi dla obsługi, przy których zamontowany był alarm informujący, gdyby ktoś się z nimi szarpał. Jednak na samym dachu było graffiti, wielokrotnie widywano tam gości hotelowych, a nawet zdarzyło się kilku samobójców skaczących z tego miejsca. Pokrywy zbiorników nie były zabezpieczone żadną kłódką czy zamkiem, teoretycznie każdy mógł je otworzyć.

    Rodzice Elisy oskarżyli hotel o zaniedbania, jednak sąd umorzył tę sprawę. W akcie napisano, że przyczyną śmierci dziewczyny był atak manii i załamanie nerwowe. Najprawdopodobniej chciała popełnić samobójstwo lub z jakiegoś powodu postanowiła wejść do zbiornika (np. żeby popływać) i nie udało jej się wyjść.

    Mimo, że sprawa śmierci Elisy Lam została już wyjaśniona, wciąż istnieje mnóstwo teorii na ten temat. Przedstawię tylko skrótowo najdziwniejsze z nich. Pierwszą jest oczywiście opętanie. Kiedyś w hotelu Cecil zatrzymał się twórca kościoła satanistycznego i napisał wiersz o mężczyźnie, który spalił swoją córkę o imieniu Siela (anagram imienia Elisa), a później narysował ufoludka, którego nazwał Lam, a więc to na pewno jego duch ją opętał. Druga teoria związana jest z creepypastą o windzie. Podobno jeżeli będzie się jeździć windą w górę i w dół, w pewnym momencie wsiądzie kobieta, która też będzie jeździć tą widną, aż w końcu zapyta „na które piętro jedziemy?” i wtedy stanie się coś paranormalnego. Niektórzy twierdzą też, że Elisa była agentem CIA i ją zlikwidowali. Sprawdzono nawet, które guziki naciskała w windzie i okazało się, że w Biblii pod tymi liczbami są cytaty o wodzie. Elisa kiedyś udostępniła na tweeterze link do artykułu o tym, że jakaś firma pracowała nad peleryną niewidką. Lam na pewno dowiedziała się za dużo i ją zabili. Historia ze znalezieniem zwłok w zbiorniku z wodą pojawiła się też w horrorze „Dark water” z 2005 roku, a więc niektórzy przypuszczają, że film zainspirował mordercę.

    Więcej szczegółów tej sprawy można usłyszeć na kanale Jaśmin a na stronie paranormalne są różne rozważania dotyczące teorii spiskowych (mimo, że sprawa jest wyjaśniona, domysły internautów są bardzo ciekawe).

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #kryminalne

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:1,0:0,1:0,0:0,1:0

Archiwum tagów