•  

    Vladislav Roslyakov - osiemnastoletni zamachowiec z Kerczu

    Vladislav już od lat najmłodszych lat postrzegany był jako dziecko okrutne, które torturowało koty na swoim rodzinnym osiedlu. Gdy miał około 10 lat jego rodzice rozwiedli się. Powodem miał być poważny uraz głowy, którego doznał ojciec. Uraz ten wpłynął na jego zachowanie, stał się agresywny w stosunku do syna, żony jak i innych krewnych.

    Roslyakov uczył się w lokalnej szkole, jednak nauka nie była jego mocną stroną i po prostu chciał zdać kolejny semestr. Nie miał żadnych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Jego głównymi hobby były bronie oraz gry video.

    W 2015 roku zaczął studia na kierunku elektrotechnicznym. W czasie studiów pogłębiło się w nim zainteresowanie bronią oraz doszły do tego materiałami wybuchowymi. Przy okazji zapisał się także na zajęcia z walki nożami bagnetowymi. Regularnie ćwiczył też na siłowni, jako że chciał powiększyć swoją masę mięśniową. W sieci krążą także plotki jakoby Roslyakov wraz z matką uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Rosyjska stacja RBK TV przeprowadziła wywiad z znajomym Roslyakova, który powiedział, że "nienawidził on swojej szkoły i przysiągł zemstę na nauczycielach". W dniach poprzedzających atak rozprawiał w mediach społecznościowych nad brakiem sensu życia, możliwej strzelaninie oraz samobójstwie.

    Kamery bezpieczeństwa uchwyciły na filmie Roslyakova niosącego ośmiostrzałową strzelbę Hatsan Escort Aimguard o kalibrze 12 GA z chwytem pistoletowym. Ubrany był w czarne spodnie oraz T-shirt z napisem "hatred" (pol. nienawiść). Jego strój przypominał ten noszony przez Erica Harrisa (jednego z zamachwców z pamiętnej masakry w liceum w Kolorado), co doprowadziło do spekulacji iż zamach z Kerczu był nim inspirowany.

    Roslyakov zakupił strzelbę 8 września bieżącego roku, a 13 października dokupił do niej 150 nabojów. Wszystko zostało nabyte legalnie w sklepie z bronią.

    Kilku świadków widziało zamachowca chodzącego w te i z powrotem po korytarzach Politechniki i strzelającego do przypadkowych uczniów i nauczycieli, aż skończyła mu się amunicja. Wtedy też nastąpił wybuch bomby. Lokalna policja podała do wiadomości, że na kampusie było więcej ładunków wybuchowych, na szczęście zostały one rozbrojone. Jedna z osób, którym udało się przeżyć atak powiedziała, że trwał on ponad 15 minut.

    Na stronie internetowej miasta, możemy odczytać, że eksplozja nastąpiła na pierwszym piętrze budynku, natomiast strzelanina miała miejsce na drugim. Uczniowie, którzy widzieli eksplozje opisali, że wybiła wszystkie okna w budynku, a po niej ludzie zaczęli uciekać z budynku.

    Wice minister Krymu Sergei Aksyonov w wywiadzie stwierdził, że możliwe iż napastnik posiadał wspólnika, który kierował młodym Roslyakovem i poszukują oni tej osoby,

    Większość ofiar to nastolatkowie. 15 uczniów i 5 nauczycieli zginęło od ran postrzałowych, 74 osoby były lub nadal są hospitalizowane, kilku osobom trzeba było dokonać amputacji.

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #terroryzm
    pokaż całość

    źródło: images.jpg

  •  

    Ale trzeba być zwyrolem żeby pójść "pocieszać" zgwałconą dziewczynę i drugi raz ją zgwałcić. Niewyobrażalne

    Podczas zeznań na policji ksiądz przyznał się do odbycia stosunku z 17-latką. Przestępstwo określił mianem "metody terapeutycznej zastosowanej na ofierze, aby pomóc jej zapomnieć o złych doświadczeniach napastowania seksualnego w przeszłości” - “Chciałem pokazać jej, że stosunek seksualny z mężczyzną może być przyjemny” - mówił policjantom.

    http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24059601,ksiadz-skazany-w-usa-zgwalcil-17-latke-w-ramach-terapii-jest.html#s=BoxOpCzol10

    Przypuszczam, że zwolennicy Michalkiewicza powiedzą, że hehehe niejedna by tak chciała przecież ( ಠ_ಠ)

    #bekazkatoli #katolicyzm #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Morderstwo w Setagaya

    Japonia uznawana jest za jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie, przez niektórych uznawany jest nawet za najbezpieczniejszy kraj. Nic dziwnego, że morderstwo, którego dokonano w 2000 roku w cichej dzielnicy Tokio do dzisiaj przykuwa uwagę.

    Państwo Miyazawa wprowadzili się do Setegaya w 1990 roku. W tamtym czasie w ich sąsiedztwie mieszkało około 200 rodzin. Bezpośrednio za płotem ich domu znajdował się skate park. Władze planowały rozbudowę parku, zaczęto przesiedla
    mieszkańców i w 2000 roku okolicę zamieszkiwały już tylko cztery rodziny. Jedną z nich stanowił 44-letni Mikio Miyazawa, który pracował dla londyńskiej firmy Interbrand, jego 41-letnia żona Yasuko, która była nauczycielką, ich 8-letnia córka Niina i 6-letni syn Rei. Rodzina mieszkała w bliźniaku dzielonym z matką Yasuko, jej siostrą oraz szwagrem. Planowali wyprowadzić się z Setagaya w marcu 2001 roku.

    30 grudnia 2000 roku rodzina spędzała spokojny wieczór w domu. Mikio pracował w swoim gabinecie, jego żona i córka oglądały telewizję na górze, a syn spał. O 22.38 mężczyzna otworzył e-mail chroniony hasłem. To istotne, ponieważ świadczy o tym, że o tej godzinie jeszcze żył.

    Następnego ranka matka Yasuko próbowała dodzwonić się do córki, ale telefon nie odpowiadał. Kobieta postanowiła zajrzeć do rodziny Miyazawa, jednak nikt nie otwierał, a więc otworzyła drzwi zapasowym kluczem. U stóp schodów na drugie piętro znalazła zadźganego Mikio. Pozostali członkowie 4-osobowej rodziny również byli martwi. Zrozpaczona kobieta wezwała policję.

    Śledczy ustalili, że linia telefoniczna w domu została odcięta a intruz (lub intruzi) uzbrojony w nóż wszedł około 23.30 przez okno w łazience na piętrze. Najprawdopodobniej najpierw udał się do pokoju 6-letniego chłopca i udusił małego Rei w jego własnym łóżku. Być może ojciec usłyszał hałas i poszedł sprawdzić co się dzieje. Wtedy włamywacz zaatakował go, dusił i kilkakrotnie dźgnął nożem. Ciała matki i córki znaleziono przy drabinie na poddasze. Ich rany były bardziej dzikie i zadawane nawet po ich śmierci, co sugeruje, że intruz być może nienawidził kobiet. Podczas ataku nóż włamywacza złamał się, a więc zszedł do kuchni po inny. W tym czasie matka zaczęła opatrywać rany córki. Być może myślała, że włamywacz uciekł. Ślady krwi sugerują, że próbowały się schować. Niestety intruz wrócił z nożem znalezionym w kuchni i dokończył morderstwo rodziny Miyazawa.

    Co ciekawe intruz spędził w domu kilka godzin, podczas których surfował po internecie, poczęstował się lodami z lodówki, a nawet przespał się na kanapie w salonie. Zostawił też mnóstwo dowodów. W toalecie znaleziono jego odchody. Po analizie stwierdzono, że jadł posiłek ze szpinaku i sezamu, co było typowym daniem przyrządzanym przez matki dla swoich synów. Śledczy podejrzewali, że napastnik wciąż musi mieszkać z matką.

    W domu znajdowały się również obydwa noże, którymi dokonano morderstw. Najprawdopodobniej Yasuko udało się zranić napastnika i w związku z tym na jednym z nich była jego krew grupy A. Bardzo ciekawa okazała się analiza krwi. Ustalono, że jego matka pochodziła najprawdopodobniej z Europy, być może z okolic Adriatyku. Ojciec intruza natomiast pochodził z północno-wschodniej Azji. W DNA jego ojca występował marker (tak udało mi się przetłumaczyć, jeżeli ktoś zna się na tej terminologii to proszę o sprostowanie), który występował u jednego na czterech lub pięciu Koreańczyków, jednego na dziesięciu Chińczyków oraz jednego na trzynastu Japończyków.

    Morderca przebrał się i zostawił w domu swoje ubrania, schludnie złożone w kosteczkę. Ubrany był w szary kapelusz, kolorowy szalik, czarną kurtkę, czarne rękawiczki, koszulkę z długim rękawem i białe buty. Ubrania wyprane były w wodzie bogatej w minerały (twardej wodzie), podczas gdy w Japonii od dawna używano tylko miękkiej wody. Pranie w twardej wodzie powszechne było natomiast w Korei Południowej. Intruz zostawił także torbę biodrową, w której znaleziono kawałek taśmy klejącej używanej do deskorolek oraz ziarenka piasku. Jak się okazało piasek najprawdopodobniej pochodził z okolic bazy wojskowej oddalonej o około 100 mil od Los Angeles. Podejrzewano, że napastnik mógł być jednym ze stacjonujących w Japonii amerykańskich żołnierzy. Z drugiej strony mógł kupić tę torbę z drugiej ręki, np. na ebuy.

    W domu znaleziono również dokładny odcisk palca mordercy, jednak nie udało się go dopasować do żadnego z odcisków zebranych w bazie. Zaczęto przesłuchiwać świadków. Ktoś zeznał, że przechodził obok domu państwa Miyazawa wieczorem 30 grudnia i słyszał odgłosy kłótni rodzinnej. Inna osoba widziała mężczyznę, który biegł za ich domem. Taksówkarz zeznał, że w tym czasie miał zlecenia na trzy kursy z Setagaya. Każdy z trzech mężczyzn miał powyżej 30 lat i z żadnym z nich nie rozmawiał podczas jazdy. Jeden z pasażerów poplamił mu tylne siedzenie krwią. Około 6 godzin po odkryciu ciał do ośrodka medycznego oddalonego około 75 mil od domu zgłosił się mężczyzna z poważną raną kłutą. Niestety wtedy jeszcze policja nie wiedziała, że napastnik jest ranny, a więc nie szukano go w takich miejscach. Nikt nawet nie spisał danych rannego mężczyzny.

    Śledczy zaczęli głowić się nad przyczyną morderstw. Rozważano różne motywy, od osobistych do finansowych. Z domu być może zniknęło 150.000 jenów (1256 dolarów), jednak nie jest to pewne, ponieważ reszta rodziny nie wiedziała, gdzie dokładnie mogły znajdować się pieniądze. W wielu źródłach można znaleźć informację, że brakowało także pocztówek z życzeniami szczęśliwego Nowego Roku przesłanych od przyjaciół. Jednak kartki mogły zostać zabrane przez samych śledczych, którzy mogli je zabezpieczyć, aby skontaktować się z bliskimi ofiar. Motywem mogła być również zemsta. Mikio kilkakrotnie kłócił się z osobami przychodzącymi do skate parku, ponieważ nadmierny hałas przeszkadzał jego rodzinie. Czy to jednak powód do morderstwa? Podejrzewano, że zbrodnie mógł popełnić jakiś nielegalny imigrant lub włóczęga, jednak nie ma na to żadnych dowodów.

    Policja ogłosiła nagrodę za pomoc w złapaniu mordercy w wysokości 20 milionów jenów. Przez ostatnie 18 lat sprawą zajmowało się ćwierć miliona funkcjonariuszy, którzy przebadali 16 tysięcy tropów od mieszkańców. Mimo mnóstwa dowodów znalezionych na miejscu zbrodni, do dzisiaj nie udało się ustalić kto zamordował rodzinę Miyazawa.

    Źródła: listverse, japantoday, morbidstreak, unresolved

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Morderca z butelką kakao

    Opisaną poniżej zbrodnię z pewnością można określić jako popełnioną ze szczególnym okrucieństwem. Jak się jednak wydaje, nazwa ta nie jest adekwatna, gdyż to, co zrobił sprawca, charakteryzuje się wprost niewyobrażalnym bestialstwem. Warto przy tym dodać, że działał z zimną krwią i z wyjątkowo niskich pobudek; jeśli uwzględni się przy tym funkcję, jaką pełnił w społeczeństwie, staje się zrozumiałe, dlaczego sprawa „mordercy z butelką kakao” zasługuje na miano jednej z najokrutniejszych współczesnych zbrodni. Ponieważ wydarzyła się w Niemczech, a w Polsce jest zupełnie nieznana, opisuję ją tutaj – zresztą zgodnie z celem, jaki przyświeca mojemu portalowi.
    Zaginięcie pary dorosłych

    W upalny czerwcowy dzień 1996 roku na jednym z posterunków policji w Monachium zjawiają się jednocześnie państwo L. oraz państwo K. Chcą zgłosić zaginięcie swoich dorosłych dzieci: 42-letniej córki Gabriele L. (państwo L.) oraz 28-letniego syna Thila K. (państwo T.). Zaginieni Gabriele i Thilo są parą, tak więc rodzice porozumieli się ze sobą i dlatego pojawiają się jednocześnie. I jedni, i drudzy przyjechali z daleka; są bardzo zdenerwowani, gdyż od 12 czerwca, tj. od prawie tygodnia, nie mają znaku życia ani od Gabriele, ani od Thila.

    Policjant, który wysłuchuje ich wyjaśnień, nie widzi podstaw do przyjęcia zgłoszenia zaginięcia, ponieważ osoby, o których jest mowa, są dorosłe, a poza tym nic nie wskazuje na zaistnienie przestępstwa lub na grożące im niebezpieczeństwo.

    Rodzice jednak się upierają, że coś musiało się stać. Gabriele od tamtego czasu nie pojawiła się w pracy, a kwiaty w jej mieszkaniu niepodlewane są już od wielu dni i zupełnie zwiędły, co sami widzieli, gdyż tam byli. Wyjaśniają, że sąsiadka, a jednocześnie przyjaciółka Gabriele, ma zawsze zapasowy komplet kluczy.

    Jednocześnie rodzice Thila podają argumenty przemawiające za tym, że coś się stało: przede wszystkim to, że mieszkanie ich syna wygląda na opuszczone w pośpiechu, wciąż włączony jest jego komputer, a Thilo od wielu dni nie pojawił się w pracy.

    Argumenty te przekonują dyżurującego funkcjonariusza, który decyduje się przyjąć zgłoszenie. Wkrótce wpływa ono do jednostki zajmującej się poszukiwaniem osób zaginionych.
    W mieszkaniu Gabriele

    Policjanci przyglądają się szczegółom sprawy i kontaktują z bliskimi i znajomymi zaginionych. Na podstawie uzyskanych informacji wykluczają takie wersje jak uprowadzenie Gabriele i Thila albo ich wspólne samobójstwo, za prawdopodobne natomiast uznają, że zaginionych spotkało coś złego. Policjant przydzielony do sprawy decyduje się obejrzeć mieszkanie Gabriele.

    Umówiona z policjantem przyjaciółka Gabriele otwiera wraz z nim drzwi do mieszkania. W środku wszystko wygląda zupełnie normalnie, nie ma żadnych śladów walki ani też niczego, co mogłoby budzić zaniepokojenie – jedynie poza faktem, że wszystkie kwiaty są zwiędnięte.

    Przyjaciółka informuje, że gdy pojawiła się tu z rodzicami Gabriele, to mieszkanie było normalnie zamknięte. Kobieta podkreśla także, że jest absolutnie niemożliwe, by Gabriele wyjechała, nie prosząc jej – jak zwykle – o podlewanie kwiatów. Jest pewna, że z mieszkania zniknął sprzęt wideo, odtwarzacz CD i aparat fotograficzny; są to przedmioty, które Gabriele dostała od Thila.

    W czasie gdy policjant rozgląda się po pokoju, przyjaciółka nagle sobie coś przypomina: Gabriele ostatnio jej nadmieniła, że były partner obiecał jej znaleźć osobę, przy pomocy której będzie mogła niezwykle korzystnie ulokować swoje oszczędności. Przyjaciółce wydaje się, że Gabriele miała się z nim w tym celu spotkać, lecz nie pamięta, kiedy. Może jednak podać imię i nazwisko owego byłego partnera: Peter R.; jest to zresztą policjant i również mieszka i pracuje w Monachium. Kobieta dodaje jeszcze, że był on wielką miłością Gabriele.
    Ślady

    Po obejrzeniu mieszkania śledczy schodzi do garażu podziemnego i ogląda auto Gabriele. Jest ono bardzo brudne, pokryte błotem. Po bliższym przyjrzeniu się widać drobne ślady wyglądające jak krew, rozproszone na całej przedniej masce. Podobne ślady widoczne są także w różnych miejscach we wnętrzu auta, a szczególnie dużo ich jest w bagażniku.

    Śledczy zarządza oględziny mieszkania oraz samochodu.

    W mieszkaniu Gabriele ekipa poszukiwawcza nie znajduje żadnych istotnych śladów. Jeśli chodzi o podejrzane plamy w samochodzie, to wstępnie przeprowadzony szybki test wykazuje, że na pewno są to ślady ludzkiej krwi.
    Rozmowy ze znajomymi zaginionych

    Funkcjonariusz zajmujący się sprawą postanawia porozmawiać z owym Peterem R., byłym partnerem Gabriele. Ze względu na to, że Peter R. jest również policjantem, błyskawicznie znajduje jego numer służbowy.

    W trakcie rozmowy Peter R. potwierdza, że Gabriele to jego była partnerka. Mówi, że zna też Thila, nawet czasem spotykali się we trójkę; nic jednak nie wie o ich zaginięciu. Dodaje, że jakiś czas temu Gabriele prosiła go telefonicznie o to, by towarzyszył jej w spotkaniu z doradcą bankowym, który obiecał, że przedstawi jej możliwość korzystnego ulokowania pieniędzy. Peter pojechał z nią nawet na to spotkanie, ale ze sprawy nic nie wyszło, gdyż ów doradca się nie pojawił. Było to około 3-4 tygodnie temu, a od tamtego czasu nie miał z Gabriele kontaktu.

    Inne osoby z kręgu bliskich i znajomych zaginionych również nie wnoszą nic konkretnego do sprawy, a ponieważ prowadzący ją policjant ma poważne podejrzenia, że miało miejsce przestępstwo (co jest uzasadnione choćby ze względu na ślady krwi znalezione w aucie zaginionej), decyduje się na włączenie w nią wydziału zabójstw.

    Tymczasem z laboratorium przychodzą wyniki badań, potwierdzające, że ślady krwi w aucie zaginionej należą bez wątpienia do jego właścicielki. Prócz tego część śladów w bagażniku auta to ślady krwi należącej do Thila. Funkcjonariusze nie mają pewności, czy Thilo jest sprawcą, czy również ofiarą. To, że zbrodnię popełniła inna osoba, uznają na razie za mało prawdopodobne, zwłaszcza że z przeprowadzonych rozpytań wynika, że ani Gabriele, ani Thilo nie mieli żadnych wrogów – nie wiadomo więc zupełnie, jaki miałby być ewentualny motyw działania sprawcy lub też sprawców.
    Śledztwo nabiera tempa

    W końcu policjanci znajdują coś, co mogłoby wskazywać na motyw – pieniądze. Wiadomo, że Gabriele posiadała 130 tys. marek, jednakże tych pieniędzy nigdzie nie ma: ani na jej koncie, ani na koncie Thila, ani w mieszkaniu żadnego z nich. Nikt również nie wie o tym, że w ostatnim czasie zostały gdzieś ulokowane.

    Śledztwo nabiera tempa po tym, jak przyjaciółka, która wcześniej nie była w stanie określić, kiedy dokładnie Gabriele miała się spotkać z byłym partnerem w sprawie ulokowania pieniędzy, kojarzy nagle kilka faktów i jest w stanie podać datę: wtorek, 11 czerwca. Jest tego absolutnie pewna.
    Zaskoczenie i dziwne przeczucie

    Prowadzący śledztwo policjanci są kompletnie zaskoczeni – z tej informacji wynika, i to praktycznie ze stuprocentową pewnością, że w ów wtorek, 11 czerwca, Gabriele miała się spotkać z byłym partnerem Peterem R., policjantem. Ale dlaczego w takim razie on nic o tym nie wspomniał?!

    Czyżby po prostu pomylił terminy? Czy można pomylić daty wydarzenia sprzed dwóch tygodni z wydarzeniami sprzed trzech lub czterech tygodni?

    Policjanci dochodzą do wniosku, że można, jednak w ich głowach zapala się czerwone światło.

    Jednocześnie ogarnia ich uczucie, które nawet trudno im nazwać – w końcu Peter R. jest policjantem! Przesłuchujący go funkcjonariusz tak wspomina ten moment w swojej książce:

    […] wzbudziło to moją nieufność, mimo że jakaś wewnętrzna blokada tłumiła mój dobrze wyostrzony zmysł zwykle podpowiadający mi właściwy trop. Czy dlatego, że osoba, o którą chodziło, była policjantem? Nie, żebym był naiwny i sądził, że policjanci nie mogą zostać mordercami. Wręcz przeciwnie – każdy człowiek może stać się mordercą. Bez wyjątku! W tym poglądzie utwierdzałem się tym bardziej, im dłużej pracowałem w wydziale zabójstw. Mimo to coś się we mnie burzyło. Brało się to chyba z tego, że chodziło tu o „członka rodziny”. Ja w każdym razie traktowałem policję monachijską jako swego rodzaju wielką rodzinę. (1)

    Szef wydziału zabójstw postanawia natychmiast ściągnąć Petera R. na komendę i porozmawiać z nim osobiście.
    Co mówi Peter R.

    Podczas rozmowy Peter R. upiera się przy tym, że jego ostatni kontakt z Gabriele miał miejsce trzy lub cztery tygodnie temu, a może nawet jeszcze wcześniej. Na pytanie, czy może jednak miał on miejsce w miniony wtorek, 11 czerwca, reaguje stanowczym protestem. Mówi, że to niemożliwe, bo w minioną środę, 12 czerwca, już o 8 rano poszedł na umówione spotkanie, które rozpoczynało wycieczkę zakładową, tak więc pamiętałby na pewno, że dzień wcześniej spotkał się z Gabriele.

    Rozmowa przeciąga się. Jej głównym tematem staje się owo spotkanie Petera R. i Gabriele z doradcą bankowym. Peter R. nie potrafi podać żadnych szczegółów, które pozwoliłyby zidentyfikować owego doradcę. Nie potrafi też podać żadnych bliższych informacji na temat potencjalnej inwestycji, mimo że powinien wiedzieć coś więcej, skoro Gabriele prosiła go o pomoc – dlatego też przesłuchujący go policjant nabiera coraz większych podejrzeń.

    Wreszcie przesłuchujący pyta Petera R. wprost, gdzie był w nocy z wtorku 11 czerwca na środę 12 czerwca. Reakcja Petera R. jest następująca: najpierw jakoby nie może sobie tego przypomnieć, a potem mówi, że spędził tę noc w różnych knajpach, bo zawsze ma w zwyczaju spędzać poza domem noc przed wycieczką zakładową.

    Na potwierdzenie tego, że był w wymienionych lokalach, nie może jednak podać żadnych świadków. Na dodatek twierdzi, że przemieszczał się własnym samochodem i nie pił alkoholu.
    Świadek staje się podejrzanym

    Przesłuchujący komisarz jest już właściwie pewny, że ma do czynienia ze sprawcą. Ze względów formalnych konieczna jest teraz zmiana statusu przesłuchiwanego ze świadka na podejrzanego.

    W międzyczasie komisarz otrzymuje informację o tym, że w dziale, w którym pracuje Peter R., miało miejsce niepokojące zdarzenie: z szafki jednego z policjantów skradziono broń służbową. Było to na początku miesiąca, natomiast po tygodniu, a konkretnie 12 czerwca, broń niespodziewanie z powrotem znalazła się na swoim miejscu.

    Policjanci uważają, że nie może być dziełem przypadku to, iż kradzieży broni dokonano w tym samym dziale, w którym pracuje podejrzany, i to akurat w czasie, kiedy zgłoszono zaginięcie. Niewykluczone jest przy tym, że broń była narzędziem zbrodni.
    Coraz trudniejsze przesłuchanie

    Rozmowa z Peterem R. trwa już od wielu godzin. Zgodnie z procedurami trzeba go już teraz oficjalnie poinformować, że jest podejrzany o zamordowanie dwóch osób i jako taki właśnie przesłuchiwany.

    Gdy Peter R. dowiaduje się o tym, reaguje oburzeniem; krzyczy, że ten bezpodstawny zarzut zniszczy mu życie.

    Dla przesłuchującego go komisarza są to również bardzo trudne chwile, także i dlatego, że ma resztki wątpliwości co do winy Petera R. i zdaje sobie sprawę z dramatycznych konsekwencji ewentualnej pomyłki – a taka możliwość pozostaje zawsze, dopóki dana sprawa nie jest ostatecznie wyjaśniona. Oczywiste jest przy tym, jaka będzie reakcja mediów na wieść o tym, że policjant podejrzewany jest o zamordowanie dwóch osób…
    Nowa wersja wydarzeń

    W międzyczasie Peter R. odbywa spotkanie ze swoim adwokatem i zmienia taktykę składania zeznań. Przyznaje się do tego, że na przestrzeni tygodnia dwa razy spotkał się z Gabriele w sprawie lokaty pieniędzy – twierdzi, że także własnych (gdyż przechowuje w domu w gotówce otrzymane w spadku 100 tys. marek). Pierwsze spotkanie miało miejsce we wtorek, 2 czerwca, drugie zaś, owszem, w ów wtorek, 11 czerwca. Na żadnym z nich doradca bankowy się nie pojawił. Po każdym z tych spotkań Peter R. pojechał wraz z Gabriele do restauracji w Bad Reichenhall, po czym wrócili do Monachium.

    Peter R. dodaje, że podczas spotkania we wtorek, 11 czerwca, Gabriele poprosiła go o przechowanie swoich pieniędzy – te pieniądze znajdują się teraz u niego w domu, wraz z kwotą, którą otrzymał w spadku; razem jest to 230 tysięcy marek. Po tym spotkaniu zgodnie z jej życzeniem podwiózł ją pod dom, w którym mieszkał Thilo, i więcej jej nie widział. W kolejnych dniach oczywiście próbował się z nią skontaktować, ale to się nie udało. Potem zaś usłyszał o jej zaginięciu – naturalnie on również miał od razu złe przeczucia.

    Peter R. wyjaśnia, że nie powiedział tego wszystkiego wcześniej, ponieważ obawiał się, że nikt nie uwierzy mu w to, iż Gabriele dobrowolnie powierzyła mu swoje pieniądze. Przypuszczał również, że policja od razu zacznie go podejrzewać o to, że miał coś wspólnego z jej zniknięciem.
    Apel w mediach

    Historia opowiedziana przez Petera R. jest nieprawdopodobna, ale komisarz zdaje sobie sprawę, że w sądzie może być trudno ją obalić, zwłaszcza jeśli się okaże, że Gabriele w ostatnim czasie rzeczywiście przechowywała te pieniądze w domu. Dla wszystkich jest jasne, że dopiero znalezienie zwłok Gabriele oraz Thila będzie mogło stanowić ostateczny dowód tego, że zbrodnia w ogóle miała miejsce.

    Ponieważ wciąż nie udało się zdobyć żadnych wskazówek dotyczących miejsca ukrycia zwłok, policja decyduje się na apel w mediach; o zgłoszenie się z informacjami proszone są osoby, które po 11 czerwca widziały Gabriele L. oraz Thila K. lub też samochód Gabriele (załączone są jego zdjęcia oraz numery rejestracyjne). W apelu dodano informację, że w tej sprawie aresztowany został policjant, którego podejrzewa się o zamordowanie poszukiwanych osób; pozwoliło to na podkreślenie, jak ważna jest pomoc obywateli w tej sprawie.
    Samochód na leśnej ścieżce

    Jak można się było spodziewać, aresztowanie policjanta było dla wszystkich szokiem i odbiło się w mediach szerokim echem. Wzmogło to jednak zainteresowanie sprawą – na policję codziennie wpływała ogromna liczba wskazówek, z których wszystkie trzeba było starannie sprawdzić.

    Zadanie to było udziałem członków komisji specjalnej powołanej do sprawy zaginięcia Gabriele i Thila. Szczególnie warta uwagi wydawała się zwłaszcza jedna informacja: auto o wyglądzie podobnym do tego ze zdjęć widziane było w lesie w miejscowości Hebertshausen.

    Hebertshausen leży w odległości około pół godziny drogi od Monachium, a informacja o aucie podana jest niezależnie od siebie przez dwóch różnych świadków. Dodatkowo jeden z nich widział, jak taki właśnie samochód w szybkim tempie wyjeżdżało z leśnej ścieżki.
    Akcja poszukiwawcza

    W związku z uzyskanymi wskazówkami policja właśnie w tym rejonie zarządza akcję poszukiwawczą, o czym zresztą poinformowany zostaje Peter R.

    Poszukiwania się rozpoczynają. Już na początku znalezione zostają wiszące na drzewie zwłoki, niemal od razu jasne jest jednak, że nie może chodzić ani o Gebriele, ani o Thila, gdyż stan rozkładu zwłok jest zbyt zaawansowany. Po kilku dniach okazuje się zresztą, że należą one do młodej pielęgniarki, która zaginęła przed dwoma laty; wszystko wskazuje zresztą na to, że kobieta popełniła samobójstwo.

    Akcja poszukiwawcza nie jest łatwa, las jest bardzo gęsty, a na dworze panują upały. Mijają kolejne dni, a ciał Gabriele L. i Thila K. wciąż nie udaje się odnaleźć. Niektórych policjantów ogarnia nawet zwątpienie, czy kiedykolwiek będzie to możliwe.
    Telefon w środku nocy

    Od zaginięcia Gabriele L. i Thila K. mijają niemal cztery tygodnie. O drugiej w nocy szefa wydziału zabójstw budzi telefon. Dzwoniący policjant informuje go o tym, że w lesie w okolicy Dachau znaleziono dwa ciała, mężczyzny i kobiety. Żadne z nich nie ma głowy ani rąk. Być może chodzi o zaginionych.

    Komisarz natychmiast wstaje i udaje się na miejsce wraz z lekarzem medycyny i całą ekipą.

    Ciała leżą głęboko w lesie, przykryte leśnym podszyciem w niedostępnym miejscu lasu, w odległości kilku metrów od wąziutkiej leśnej dróżki. Od razu zarządzona zostaje akcja mająca na celu odnalezienie pozostałych części obydwu ciał.

    Rano komisarz osobiście informuje Petera R. o znalezieniu zwłok w lesie w okolicy Hebertshausen pod Dachau. Oskarżony nie mówi nic, ale w jego oczach widoczny jest strach i ogromne napięcie. Od razu decyduje się skorzystać z tego, że zgodnie z procedurą może teraz porozmawiać ze swoim adwokatem.

    Po krótkiej rozmowie z prawnikiem Peter R. powraca do pokoju komisarza i wybucha płaczem, wykrzykując „Tak, ja to zrobiłem”. Niedługo potem składa obszerne zeznania.
    Zeznanie Petera R.

    Zabicie Gabriele zaplanował na 4 czerwca. Przygotował kakao w plastikowej butelce i rozpuścił w nim tabletki z lekiem o nazwie rohypnol (tabletki te ukradł na komendzie). Miał wszystko przemyślane i przygotowane: siekierę, łopatę, worki, kakao. Miejsce w lesie wybrał już dawno.

    Umówił się z Gabriele późnym popołudniem pod bankiem, kusząc ją informacją o tym, że znalazł osobę, która oferuje fantastyczne możliwości ulokowania pieniędzy. Gabriele pojawiła się, mając przy sobie, tak jak to było ustalone, pieniądze w gotówce. Naturalnie wymyślony doradca nie pojawił się, tak więc w ramach pocieszenia Peter R. zaprosił Gabriele na kolację do lokalu w Bad Reichenhall, leżącego około godzinę drogi od Monachium (często jadali tam razem, gdy byli jeszcze parą).

    Tak oddalone miejsce wybrał dlatego, że nie wiedział, ile czasu minie, zanim środek nasenny w kakao zacznie działać.

    Po zjedzeniu posiłku w restauracji wyruszyli w drogę powrotną do Monachium. Właśnie w czasie tej podróży powrotnej planował poczęstować Gabriele spreparowanym napojem, ale wcześniej na wszelki wypadek spytał, czy tak jak obiecała, nic nikomu nie powiedziała o spotkaniu z bankierem. Odparła na to, że nikomu, jedynie Thilowi, ale on z pewnością zachowa to dla siebie.

    Ta wiadomość bardzo zaskoczyła Petera R. i spowodowała jego zmianę planów – postanowił odłożyć je na kolejny tydzień, żeby wszystko przemyśleć. W ciągu kolejnych dni wahał się nawet, czy całkowicie nie porzucić swoich zamiarów, ale w końcu postanowił, że zabije również i Thila.

    Tydzień później doszło do ponownego spotkania, a gdy „umówiony” doradca znowu się nie pojawił, Peterowi R. udało się jeszcze raz namówić Gabriele na wizytę w restauracji w Bad Reichenhall. Pojechali tam jego autem (Gabriele zostawiła swój samochód na miejscu). W czasie jazdy zaproponował jej wypicie kakao – zgodziła się, wypiła i bardzo szybko zasnęła mocnym snem.

    Dojechał do miejsca, w którym Gabriele pozostawiła swój samochód. Wszędzie było pusto i ciemno, Peter R. zatem otworzył auto i przeniósł śpiącą Gabriele na siedzenie obok kierowcy. Ze swojego auta wyjął wszystkie przygotowane rzeczy i ruszył w drogę do lasu, do miejsca, które wcześniej wybrał.

    W lesie położył śpiącą Gabriele obok auta, rozebrał ją do naga, wziął siekierę i po prostu odciął jej głowę. Odciął jej również dłonie. Odcięte części ciała włożył do worka na śmieci i schował go w gęstwinie. Ciało ukrył w leśnym podszyciu.

    Wrócił do domu, umył się i przebrał. Wziął kolejną butelkę kakao i również do niej wrzucił tabletki rohypnolu.

    Autem Gabriele pojechał do domu Thila. Była druga w nocy, gdy zadzwonił do jego drzwi. Powiedział Thilowi, że Gabriele miała wypadek, gdy jechała jego autem, i leży w Dachau w szpitalu. Thilo ubrał się błyskawicznie. W drodze do Dachau Peter R. zaproponował mu kakao, które Thilo bardzo chętnie wypił i po którym tak jak Gabriele zaraz zasnął. Peter R. pojechał do tego samego miejsca w lesie i postąpił tak samo, jak wcześniej: odciął Thilowi głowę oraz dłonie i włożył je do worka, w którym znajdowały się odcięte części ciała Gabriele. Ciało Thila przeciągnął tak, żeby leżało obok ciała Gabriele.

    Było już po trzeciej, powoli zaczynało świtać. Peter R. wrócił do domu, umył się i przebrał, po czym pojechał pod dom Gabriele jej autem, odstawiając je w garażu podziemnym. Posługując się należącą do niej kartą poszedł do bankomatu i podjął 1000 marek. Wrócił do domu, schował tam pieniądze, po czym pojechał w umówione miejsce na spotkanie z kolegami i koleżankami z pracy, z którymi miał się udać na wycieczkę zakładową. Nie mógł przestać myśleć o tym, co się wydarzyło w nocy, ale mimo to uważa tę wycieczkę za bardzo udaną.

    Następnego dnia pojechał do domu Gabriele, wsiadł do jej auta i pojechał do lasu. Worek z odciętymi częściami ciała włożył do bagażnika. Ale w tym momencie worek niespodziewanie się otworzył. Peter R. zawinął go ponownie. Potem pojechał w okolice Hebertshausen i przy drodze biegnącej wzdłuż jakiegoś pola zakopał worek.

    Peter R. deklaruje, że jest gotowy pokazać to miejsce policji.
    Odcięte części ciała

    Peter R. zostaje tam zabrany w towarzystwie policji i lekarza sądowego. Jak się okazuje, we wskazanym miejscu rzeczywiście zakopane są odcięte głowy i dłonie Gabriele oraz Thila.

    W drodze powrotnej Peter R. wyjaśnia, dlaczego zabrał sprzęt z mieszkania G – chodziło mu o to, żeby rzucić podejrzenie na Thila. Wyjaśnia również, że planował zdjąć ubranie także i Thilowi, ale zmienił zdanie, gdyż uznał, że ma już zbyt mało czasu.

    Zapytany o motyw tej zbrodni Peter R. tłumaczy go następująco: gdy Gabriele jakiś czas temu powiedziała mu o tym, że ma na koncie 130 tys. marek , to nie mógł przestać o tym myśleć. Wciąż chodziło mu po głowie, że gdyby je miał, to – po dodaniu 100 tys. marek, którymi sam dysponował – posiadałby w sumie blisko ćwierć miliona marek, a to już oznacza bogactwo.

    Myśl ta stała się jego obsesją. Najpierw na wpół świadomie, a potem już całkiem świadomie zaczął obmyślać, w jaki sposób mógłby przejąć pieniądze Gabriele. Włamanie, napad – te możliwości odrzucił, gdyż wydały mu się zbyt ryzykowne. Pozostało tylko jedno – zabić Gabriele. Wtedy zaczął planować zbrodnię.
    Wyrok

    18 lipca 1997 roku Peter Roth został skazany na dożywocie. W uzasadnieniu przewodniczący składu sędziowskiego orzekł, że zbrodnia ta jest tak odrażająca, iż nie da się zrozumieć mechanizmów psychicznych, które działały u oskarżonego. (2)

    Po dziś dzień, mimo upływu czasu, wiele osób nie jest w stanie zapomnieć o sprawie policjanta, który powodowany jedynie chciwością, zaplanował i popełnił zbrodnię, której elementem było odcięcie głów ofiarom, i to jeszcze żywym.

    Bestialstwo czynu popełnionego przez Petera R. sprawiło, że w mediach ożyła dyskusja nad przywróceniem kary śmierci.
    Żródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #policja #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Zabił 54-letnią kobietę. Oddał się w ręce policji po 4 latach

    27-letni William Leverett, który figuruje w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, w 2014 roku śmiertelnie dźgnął nożem matkę dwójki dzieci, 54-letnią Mellisę Millan, która wybrała się na wieczorny jogging w centrum. Zabójca oddał się w ręce policji męczony wyrzutami sumienia. Jak doszło do tej zbrodni?

    20-letni William Winters Leverett żył w Colorado, USA. W maju 2011 roku został uznany winnym napaści seksualnej na małoletnią. Sąd nie wymierzył kary więzienia, ale zasądził na rzecz Leveretta grzywnę (438 $), umieszczenie w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, przymusowe leczenie oraz karę w zawieszeniu. William Leverett wkrótce po orzeczeniu wyroku przeprowadził się do domu swoich dziadków w Simsbury. Miejscowość oddalona od Colorado o osiem stanów i ponad 3 tys. km. Swoją decyzję argumentował poczuciem wstydu w związku z wyrokiem sądu.

    Ponad 3 lata później, 20 listopada 2014 r. 54-letnia mieszkanka Simsbury, Mellisa J. Millan, wychodzi z domu pobiegać. Kobieta startowała w triathlonach i wieczorny jogging był dla niej rutyną. Tym razem nie wróciła z treningu. Została odnaleziona po godzinie 20, przy popularnym szlaku pieszo-rowerowym, w centrum Simsbury.

    Gdy na miejsce przybyła policja, kilka osób stało nad pokrytą krwią, leżącą na lewym boku kobietą. Funkcjonariusze przeprowadzili resuscytację krążeniowo-oddechową na niereagującej ofierze, która następnie została przetransportowana do szpitala. Tam lekarz stwierdził zgon. Po sekcji zwłok stwierdzono, że kobieta zmarła z powodu rany kłutej w klatce piersiowej, a jej śmierć została sklasyfikowana jako zabójstwo.

    Śmierć Mellisy Millan wstrząsnęła mieszkańcami miasteczka. Na miejscu zdarzenia nie znaleziono żadnego narzędzia zbrodni. Nikt nie był świadkiem ataku, który według policji miał miejsce między godziną 19:30 a 20. Śledztwo stanęło w martwym punkcie. W 2015 roku anonimowa osoba zaoferowała nawet 40 tys. $ za jakiekolwiek informacje, które doprowadzą do aresztowania sprawcy. Nie przyniosło to rezultatu. Policji nie udało się znaleźć zabójcy przez prawie 4 lata.

    Przełom nastąpił w środę, 19 września, tego roku.

    27-letni William Winters Leverett zjawił się na komendzie policji wraz z członkami kościoła do którego należy. Leverett przyznał się do popełnionej zbrodni. Powiedział, że nie może żyć z tym co zrobił. Grupa wyznaniowa przyszła z nim, by go wspierać, po tym jak z własnej woli przyznał się do zabójstwa Mellisy Millan przed pastorem, a potem przed resztą zgromadzenia.

    Leverett podczas policyjnego przesłuchania zeznał, że w dniu zbrodni wracał z obowiązkowego spotkania terapeutycznego dla przestępców seksualnych, które w ramach kary wymierzył mu sąd w Colorado. Udał się w okolice szklaku pieszo-rowerowego w poszukiwaniu „kontaktu z ludźmi”. Opowiadał, że czuł się zakłopotany. Kilka miesięcy wcześniej poznał kobietę, z którą się spotykał. Obawiał się, że odkryje ona jego tajemnicę o seksualnej napaści i wyroku z 2011. Leverett czuł się tym zawstydzony i przerażony, a w jego głowie pojawiła się myśl, że gdyby po prostu kogoś zabił to wszystko to by zniknęło i nie musiałby się tłumaczyć. Wtedy zauważył biegnącą 54-letnią Melissę Millan. Jak zeznał później, kobietę widział po raz pierwszy, nie znali się. Podczas przesłuchania opowiedział, że jej widok bardzo go podniecił, pobudził emocjonalnie. Jednak po chwili poczuł gniew, gdyż pomyślał, że kobieta jest spoza jego ligi. Wtedy wpadł w szał.

    Wysiadł z samochodu z zamiarem przestraszenia Melissy nożem. Umyślnie wbiegł wprost na nią (w miejscu gdzie jedna z ulicznych lamp nie działała), sprawiając, że kobieta zatrzymała się. Wtedy dźgnął ją w klatkę piersiową. Mellisa zdążyła odepchnąć napastnika, po czym osunęła się i wypadła przez drewnianą barierkę na drogę. Leverett wrócił do swojego samochodu, odjechał w boczną ulicę, tam wyrzucił nóż przez okno i odjechał z miejsca zbrodni. Kilka dni później wrócił na miejsce zdarzenia, odnalazł narzędzie zbrodni i zniszczył je w zgniatarce do śmieci. Zakrwawione buty wyrzucił do kontenera z ubraniami na cele dobroczynne, a rękawice ukrył w stodole.

    We wrześniu 2018 r., po przesłuchaniu, Leverett wskazał śledczym miejsce, w którym ukrył przedmiot z miejsca zbrodni. Zebrane DNA zgadza się z DNA ofiary. Po przeszukaniu mieszkania okazało się, że po zabójstwie Leverett pisał do członków rodziny listy, gdzie przyznał się do popełnionej zbrodni. Listów nigdy nie wysłał.

    William Winters Leverett. Rejestr sprawców przestępstw seksualnych
    2014: Reportaż TV dzień po zabójstwie
    Miejsce zbrodni: tu, tu
    Zdjęcia z prowadzonego dochodzenia: tu, tu, tu
    2018: Nagranie z posterunku. Leverett oddaje się w ręce policji
    2018: Reportaż TV podsumowujący całą sprawę

    #usa #kryminalne #wydarzenia #policja #przestepczosc #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Były prośby o napisanie o jakiejś kobiecie, także proszę - dziś przedstawiam Wam Bonnie i Clyde Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    KATARZYNA HARAZIN, rocznik '88
    BŁAŻEJ AMBROŻKO, rocznik '84

    Katarzyna i Błażej byli parą lub jak kto woli - konkubentami. W maju 2014 roku zaprosili do swojego mieszkania w centrum Białegostoku 45-letnią Ewę*, którą poznali wcześniej przypadkowo. Kobieta chętnie przystała na propozycję wspólnej imprezy, jednak szybko okazało się, że nowi znajomi nie mają co do niej dobrych zamiarów. Gospodarze zabarykadowali drzwi na klatkę schodową i po uwięzieniu ofiary w mieszkaniu zaczęli bić ją pięściami po głowie, kopać i uderzać butem po całym ciele. Najprawdopodobniej wszystko po to, by wymusić na niej kod PIN do jej karty bankomatowej, którą wcześnie zabrali. Oprawcy stawali się coraz bardziej okrutni i oprócz szarpania kobiety zaczęli ją upokarzać, każąc się nago czołgać i tańczyć, a także wyrywali jej i obcinali włosy. Grozili też, że wyrzucą ją przez okno na czwartym pietrze i okrutnie gwałcili.

    Gehenna pokrzywdzonej trwała kilkanaście godzin. Udało jej się uciec z mieszkania dopiero, wtedy gdy Katarzyna i Błażej wyszli, by wypłacić pieniądze z kota bankowego. Zmaltretowana kobieta schroniła się w pobliskim salonie fryzjerskim, gdzie poprosiła o wezwanie policji i pogotowia.

    Sprawcy zostali bardzo szybko ujęci.

    Katarzyna Harazin została oskarżona o gwałt, z kolei Błażej Ambrożko o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura obojgu postawiła zarzut rozboju oraz pozbawienia człowieka wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem.

    Co do przebiegu procesu niestety niewiele wiadomo, ponieważ została wyłączona jawność. Jedyne informacja, którą udało mi się znaleźć to to, że oskarżeni nie przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, między innymi do gwałtu.

    W lutym 2015 roku zapadł wyrok - dla Błażeja A. 6 i pół roku więzienia, a dla Katarzyny H. - 5 lat i 6 miesięcy. Dodatkowo (co na początku wydawało mi się błędem w Rejestrze, ale ta wzmianka powtarza się w notce zarówno na stronie skazanego, jak i skazanej, więc zapewne pomyłką nie jest) naprawienie szkody poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej solidarnie z in. kwoty 71 zł. (może akurat tylko 71 zł było na koncie bankowym pokrzywdzonej, stąd taka kwota)

    Wyrok nie był prawomocny, a skazani nie zgadzali się ze wszystkimi zarzutami, które pojawiły się w akcie oskarżenia. Apelację złożyły obie strony - zarówno obrońcy, jak i prokuratura, która wnioskowała o wyższe wyroki. 15 czerwca tego samego roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku podtrzymał wyrok, chociaż wykreślił jeden z zarzutów, a mianowicie grożenie nożem. (klik)

    Jak podaje strona internetowa Sądu Apelacyjnego w Białymstoku:

    Na podstawie art. 364 § 2 k.p.k. jawność przytoczenia powodów ogłoszonego wyroku została wyłączona w całości, albowiem przedmiotem sprawy pozostają okoliczności, które mogłyby naruszać ważny interes prywatny.

    . . .

    Katarzyna ma obecnie 30 lat, a Błażej 34. Wciąż nie przebywają na wolności.

    . . .

    Wygląda na to, że nasi partners in crime wzięli w więzieniu ślub. Jakiś czas temu strona Katarzyny w Rejestrze wyglądała jeszcze tak, a po aktualizacji oprócz zdjęcia zmieniło się także jej nazwisko na AMBROŻKO, a HARAZIN spadło do rubryczki "nazwisko rodowe".

    . . .

    * imię ofiary wymyśliłam na potrzeby tekstu

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    Wszystkie informacje na temat sprawców, które zawarłam w tym wpisie, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #bialystok #gwalt #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooo.jpg

    •  

      ofiara mogła np. dochodzić zadośćuczynienia na drodze cywilnej

      @Partyzant_z_buszu: Też o tym pomyślałem, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze, aby rozpocząć proces cywilny, trzeba wpłacić zaliczkę w wysokości 10-20% (nie pamiętam dokładnie) kwoty, której się oczekuje. Czyli już na starcie jest się dodatkowo stratnym. Po drugie, w przypadku takich patoli, wyegzekwowanie jakichkolwiek pieniędzy graniczy z cudem, szczególnie jak siedzą w pierdlu, gdzie przeważnie nie mają żadnych dochodów. pokaż całość

      +: kvoka
    •  

      @bircov: nie płaci się 10-20%, a 5% od wartości przedmiotu sporu, przy czym może być tak (nie chce mi się sprawdzać), że w tym przypadku jest opłata stała. Ponadto jest instytucja zwolnienia od kosztów sądowych, gdzie nie płaci się opłaty od pozwu jeśli sytuacja finansowa nie pozwala na poniesienie tych kosztów. Kwestia egzekucji to już zupełnie inna sprawa, ale na to już nic nie poradzisz, bo jak patola nie zarabia, to nie ma z czego egzekwować niestety.

      A i nie jest się stratnym jeśli się wygra sprawę, bo strona przegrywająca musi te koszty oddać stronie wygrywającej.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (89)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Przy wszelkich zbrodniach, media najwięcej uwagi poświęcają sprawcy. Dużo łatwiej jest mi znaleźć informacje dotyczące życia mordercy niż to jaką osobą była ofiara.* Trochę prościej jest natrafić na nagrania z zapłakaną rodziną pokrzywdzonej czy pokrzywdzonego, ale wręcz niemożliwym jest dowiedzenie się jak z tym wszystkim radzi sobie rodzina sprawcy. W Polsce, a w szczególności na wsiach, wielu ludzi wciąż stosuje odpowiedzialność zbiorową - "Stryj tego Mietka to ubek był, ty uważaj lepijjj!", "Za takie czyny to trzeba wybić jego rodzinę do czwartego pokolenia!" czy "Łona łUkrainka jest, toż to UPA, morderczyni!". Domyślam się, że wielu Mireczków mnie za ten wstęp zlinczuję (głównie za tych Ukraińców), ale ja jakoś nie chciałabym czuć się winną mając w rodzinie mordercę czy będąc tej samej narodowości co Mariusz Sowiński z mojego ostatniego wpisu.

    Piszę o tym dlatego, że ostatnio natrafiłam na kilka artykułów i wywiadów z rodzicami pedofilii. Każdy z nich był już starszym, schorowanym człowiekiem, bardzo nieszczęśliwym ze względu na to, co zrobiło jego dziecko. Często mieszkali na wsiach, byli wręcz opluwani przez sąsiadów, żyli samotnie, na uboczu i bali się wyjść poza swoje własne podwórko.

    Pewnie pojawią się opinie typu "JAK WYCHOWALI, TAK MAJĄ!", ale... skąd możemy wiedzieć jak było? Nie nam oceniać kto tutaj popełnił błąd, kto jest winien temu, że w kimś rozwinęła się dana parafilia. A może to tylko biologia?

    Dzisiejszy wpis będzie poświęcony jednemu z przestępów seksualnych, o którym kilka słów opowiedział jego ojciec tutaj.

    . . .

    * piszę tutaj o polskich mediach, bo jak można zauważyć we wpisach @riley24 czy w podcastach na youtubowym kanale Stanowo.com, w USA wygląda to całkowicie inaczej i opisowi ofiar czy rodzin obu stron jest poświęcane dużo więcej miejsca

    • • •

    ROMAN BRZESZCZ, rocznik '65

    Według mediów, Roman prawie połowę swojego życia spędził za kratami i wyszedł na wolność w 2013 roku po odsiedzeniu 12 lat za sześć przestępstw wobec dzieci w wieku od 6 do 10 lat. W Rejestrze można znaleźć zapis, że pierwszy raz został skazany za molestowanie małoletnich w 1996 roku.

    7 września 2013 roku Brzeszcz po wypuszczeniu z więzienia w Raciborzu, udał się do swojego rodzinnego domu w Chrzanowie (woj. małopolskie), gdzie mieszkał wciąż jego ojciec i jedna z sióstr. Jak relacjonował pan Włodzimierz, syn wyznał mu, że jest chory i sam sobie z tym nie poradzi, dlatego potrzebuje pomocy specjalistów. 18 września udali się wspólnie do szpitala, gdzie Roman został umieszczony na oddziale psychiatrycznym w celach diagnostycznych. Nie stwierdzono u niego choroby psychicznej, jedynie lekkie upośledzenie umysłowe. Mężczyzna wypisał się ze szpitala na własne życzenie po upływie 2 tygodni. Nie wiedział o tym jego prawny opiekun, czyli ojciec, ani sąd, który (podobno) 1 października wydał postanowienie, w którym nakazał osadzenie pedofila w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym i jego leczenie. Szpital Powiatowy w Chrzanowie twierdził, że nie otrzymała żadnych dokumentów, które wskazywałyby, że Roman Brzeszcz ma u nich pozostać.

    Tydzień po wyjściu ze szpitala Brzeszcz zaatakował 10-letniego chłopca w jednej z podkrakowskich miejscowości. Pedofil zaczepił go, zaciągnął na pobliskie ogródki działkowe, gdzie w opuszczonej altance brutalnie zgwałcił i wykorzystał seksualnie. Gdy dziecko długo nie wracało do domu, rodzice zaczęli go szukać, aż w końcu wezwali policję. Mundurowi odnaleźli przestraszonego Bartka, który opowiedział im, co się stało. Sporządzili rysopis sprawcy, a podejrzany został zatrzymany po 2 dniach.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Podejrzany przyznał się do zarzutów i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Na wniosek prokuratury został aresztowany, a z aresztu doprowadzony do Sądu Okręgowego w Krakowie. Nie wiadomo jakie składał wyjaśnienia, bo ze względu na dobro małoletniego sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności.

    Proces ruszył 18 lutego 2014 roku, a prokurator wnosił o orzeczenie kary 15 lat pozbawienia wolności. 27 maja tego samego roku zapadł wyrok - 12 lat więzienia, w którym Brzeszcz będzie poddany specjalistycznej trapi, a po odbyciu kary ma trafić do zamkniętego szpitala psychiatrycznego. U oskarżonego stwierdzono ograniczoną poczytalność, dlatego nie została zasądzona kara, o którą wniósł prokurator. Orzeczenie nie było prawomocne, ale patrząc w Rejestrze, kara nie zmieniła się, mimo apelacji i w październiku 2014 roku uprawomocniło się.

    . . .

    Z tego, co udało mi się dowiedzieć, sąd nie skierował Romana Brzeszcza na przymusowe leczenie po wyjściu z więzienia w 2013 roku, ponieważ w 2002 roku, kiedy został skazany za gwałty na dzieciach, nie istniały jeszcze odpowiednie przepisy, które by na to pozwalały (dopiero od czerwca 2010 coś takiego istnieje i nie może być stosowane wobec przestępców, którzy zostali skazani przed tą datą bo, jak wszyscy wiemy - "lex retro non agit", czyli "prawo nie działa wstecz"). A co do szpitala... Upiera się, że nie wiedział z kim ma do czynienia, że żadne papiery do nich nie dotarły. Co podobno prawdą nie było... Tutaj macie reportaż TVN-u na ten temat.

    • • •

    Pamiętajcie, że za każdą zbrodnią kryje się cierpienie wielu osób - nie tylko ofiary, jego rodziny, znajomych, ale także rodziny i bliskich sprawcy. Jeżeli chcielibyście poczytać więcej na temat rodzin pedofilii, zostawiam kilka linków:

    × klik - wypowiedzi matki pedofila
    × klik - o żonie pedofila
    × klik - ciekawy artykuł

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    Wszystkie informacje na temat sprawcy, które zawarłam w tym wpisie pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofil
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ SOWIŃSKI, rocznik '76

    Mariusza można śmiało nazwać jedną z "gwiazd" Rejestru - nie musiałam się zbytnio naszukać by odkryć jego historię bo nie dość, że jego nazwisko widnieje w Wikipedii, to w proponowanych hasłach pojawiają się tacy słynni zwyrodnialcy jak Pękalski czy Trynkiewicz.

    Media okrzyknęły Sowińskiego Wampirem ze Stefankowic, co uraziło go do tego stopnia, że pozwał Radio Lublin, które w jednej ze swoich audycji użyło owego określenia. Stwierdził, że przecież nie pije krwi i nie podobało mu się to, że przez nowy przydomek współwięźniowie wołają za nim "ejj, wampir!". Żądał od rozgłośni radiowej pół miliona złotych odszkodowania i oficjalnych przeprosin. W 2010 roku przegrał proces, a Sąd nakazał mu zwrócić 7,5 tys. zł, które lubelskie radio wydało na swojego prawnika. W tym czasie Sowiński już od trzynastu lat siedział w więzieniu i nie pracował, także ściągnięcie z niego tych pieniędzy było trudne, a może nawet jest niemożliwe do tej pory. Oczywiście, prawnika miał z urzędu, a skarb państwa zapłacił blisko 10 tys. zł za jego honorarium.

    Nasz dzisiejszy "bohater" pozywał zza krat wiele osób, ale o tym napiszę na końcu.

    . . .

    Mariusz Sowiński (zdjęcie) zakończył swoją edukację na szkole podstawowej, ponieważ zamiast się uczyć, wolał pracować i pomagać rodzicom w gospodarstwie. Matka mówiła o nim, że był pracowity, posłuszny i mogła zawsze na nim polegać. Opiekował się młodszym rodzeństwem i miał stałą paczkę kolegów, z którymi dorastał w rodzinnych Stefankowicach na Lubelszczyźnie. Jednak beztroskie dzieciństwo spędzane na graniu w piłkę i słuchaniu muzyki ze starego magnetofonu, zakłóciła straszna tragedia - gdy miał 10 lat powiesił się jego o rok młodszy braciszek.

    Bawiłem się z innymi dziećmi w janosików. Ja byłem wtedy u sąsiadów. Brat pobiegł w krzaki się wysikać i już nie wrócił. Znalazłem go w krzakach, miał pod brodą sznurek do suszenia bielizny. Od tamtej pory wszystko się we mnie zamknęło.

    - wspominał Sowiński.

    Miał także przyrodnie rodzeństwo - najprawdopodobniej 4 lata młodszego brata i 13 lat młodszą siostrę.

    W wieku 15 lat zaczął odbywać kontakty seksualne ze zwierzętami. Najpierw gwałcił tylko kury, których początkowo nie chciał zabijać, ale szybko zauważył, że bardzo podnieca go, gdy po stosunku same zdychają. Od tamtej pory, najpierw ukręcał im głowy, a potem gwałcił. Po jakimś czasie postanowił spróbować seksu z większą zwierzyną, a jego ofiarami padały krowy i klacze. Początkowo, by nie wierzgały, przywiązywał je do belki, ale gdy zauważył, że duszenie krowy wzmaga w nim podniecenie porównywalne ze stosunkiem seksualnym, zaczął zabijać i je.

    Nie miałem zbyt często ochoty na kobiety. Czasami kupowałem pisma erotyczne Wampa, Twój weekend, Cats, podobały mi się, ale nie onanizowałem się. Nie przepadam za pornografią. Widok nagiej kobiety niekoniecznie wywołuje u mnie podniecenie, ale duszenie tak.

    - opowiadał seksuologom już po zatrzymaniu wiele lat później.

    Pierwszą inicjację seksualną z człowiekiem odbył w wieku 18 lat - zgwałcił wówczas swoją niewidomą i schorowaną sąsiadkę Genowefę S. Prokuratura wszczęła śledztwo, które z uwagi na niewykrycie sprawcy zostało umorzone. Pokrzywdzona miała wówczas 64-lata.

    Mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął pracę na składzie buraczanym w sąsiedniej miejscowości. 9 października 1994 roku po zakończonej zmianie upił się z kolegami, a wracając w nocy do domu, przechodził obok posesji 63-letniej Zofii K., do której uczęszczał na lekcje religii, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Zazwyczaj, gdy był pod wpływem alkoholu, odczuwał silne pobudzenie seksualne, zapukał więc do domu samotnie mieszkającej kobiety. Drobna i mała staruszka dobrze pamiętała Mariusza z lat szkolnych i bez wahania otworzyła mu drzwi. Nie zdążyła nawet zapytać czego chce o tak późnej porze, gdy rosły mężczyzna złapał ją za szyję i zaczął dusić, aż straciła przytomność. Omdlałą zaciągnął do pokoju, gdzie rozebrał, brutalnie zgwałcił i zadusił na śmierć.

    Byłem spokojny, rozluźniony. Nie żałowałem, że ją zabiłem. Wychodząc od niej miałem zakrwawione ręce, bo najpierw wkładałem jej palce, później członka.

    - relacjonował.

    Następnego dnia sąsiadki znalazły ciało Zofii w studni, do której wrzucił ją zwyrodnialec.

    . . .

    O zabójstwo Zofii K. został oskarżony nijaki Kazimierz P. W trakcie śledztwa przyznał się do zbrodni, ale nie był jednak w stanie podać żadnych szczegółów dotyczących zabójstwa. Spędził w areszcie aż 19 miesięcy i ostatecznie został przez sąd uniewinniony.

    . . .

    Rok po zabójstwie, 26 listopada 1995 roku Sowiński ostro pił z kolegami na zabawie w Teratynie. (W KOMENTARZACH UMIEŚCIŁAM MAPKĘ) Do rodzinnych Stefankowic miał około 7 kilometrów, które postanowił pokonać na piechotę. Idąc przez pobliskie Kułakowice zauważył światło dobiegające ze stojącego na uboczu domku. Alkohol szumiał mu w głowie, wywołując silną żądzę. Ochota na seks była nie do przezwyciężenia. Wiedział, że mieszka tam samotnie starsza kobieta. Podszedł do budynku i zastukał w okno. Z wnętrza dobiegł głos staruszki. Antonina E. miała 80 lat.

    – Kto tam – dało się słyszeć z wnętrza domu.

    Tym razem nie odpowiedział. Wystraszona i przeczuwająca najgorsze staruszka szybko weszła na strych i przez okno zaczęła wzywać pomocy. Zboczenie błyskawicznie wyważył futrynę okna i wszedł do środka. Dopadł staruszkę i zaczął ją dusić. Gdy upadła, kolanami uciskał jej klatkę piersiową łamiąc żebra. Nieprzytomną rozebrał z bielizny i zgwałcił. Następnie znalezionymi zapałkami podpalił słomę i trociny leżące na strychu. Kobieta ostatkiem sił zdołała zejść na parter. Pożar zauważyli sąsiedzi. Wynieśli staruszkę z płonącego domu, wezwali karetkę i straż pożarną.

    Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Po 5 dniach zmarła. Przyczyną śmierci było zapalenie płuc, do którego doszło na skutek złamań żeber. Badający ją jeszcze za życia lekarz stwierdził, że była zgwałcona. Kobieta jednak najwidoczniej wstydziła się o tym mówić. Córce powiedziała, że dwaj mężczyźni wyważyli drzwi i żądali od niej pieniędzy (za rabusiów najprawdopodobniej wzięła strażaków). Policjanci, ze względu na zły stan zdrowia, nie zdążyli jej przesłuchać.

    . . .

    5 sierpnia 1996 roku 20-letni Mariusz Sowiński, na prośbę ojczyma pojechał rowerem do pobliskiego Hrubieszowa, by zapłacić za dzierżawę łąki. Po uregulowaniu należności, w drodze powrotnej do domu zachciało mu się pić. Zajechał więc na ogródki działkowe Oaza pod miastem, gdzie zauważył Wiesławę Ł. - 36-letnią matkę dwóch chłopców - 16 i 17-letniego.

    Gwałciciel ukrył rower i czekał na odpowiedni moment. Gdy uznał, że ten czas nadszedł, wyskoczył zza krzaków i zaatakował kobietę.

    Pojadłem trochę agrestu. Wtedy zobaczyłem pracującą w ogrodzie młodą kobietę. Zachciało mi się z nią kochać. Skryłem się więc za krzakami i obserwowałem co robi. Gdy zaczął padać deszcz, schowała się pod domek.

    - relacjonował kilka lat później.

    Zarzucił swojej ofierze drut na szyję i zaczął dusić. Kobieta broniła się jak mogła, wtedy oprawca jeszcze silniej uciskał i bił po twarzy. Straciła przytomność, wtedy przerzucił ją przez ramię i zaniósł na sąsiednią działkę. Tam rzucił na ziemię, rozebrał do naga i dwukrotnie zgwałcił. Słyszał jak oddycha. Dlatego wyciągnął scyzoryk, którym zadał jej śmiertelny cios prosto w serce. Potem położył jej głowę i szyję na druty, aby – jak zeznał – szybciej umarła. Na koniec zabrał jej zegarek kwarcowy i jak gdyby nigdy nic wrócił do domu.

    . . .

    Wiadomość o seryjnym mordercy szybko rozeszła się wśród mieszkańców Hrubieszowa i okolic. Ludzie wpadli w panikę, a kobiety bały się wychodzić same po zmroku. Organa ścigania działały pod ogromną presją przerażonego społeczeństwa i chciały jak najszybciej zatrzymać zwyrodnialca. Po 15 dniach został aresztowany 56-letni rencista Kazimierz U., który także posiadał działkę na terenie Oazy. Mężczyzna od początku zaprzeczał, jakoby miał z zabójstwem Wiesławy Ł. cokolwiek wspólnego. Badania DNA treści z pochwy, jednoznacznie wykluczyły, aby plemniki pochodziły od oskarżonego. Również zabezpieczone przy zwłokach włosy ani ślad spodu obuwia od niego nie pochodziły. Obciążały go jedynie badania osmologiczne - trzy psy tropiące użyte do eksperymentu potwierdziły, że na odzieży denatki oraz kwiatach leżących na jej rowerze znajduje się indywidualny zapach Kazimierza U. Ludzie odetchnęli z ulgą i cieszyli się z sukcesu mundurowych.

    Kazimierz U. stał się kozłem ofiarnym, na którego śledczy tylko czekali, ofiarą zdesperowanej policji, która przez kilka lat nie potrafiła złapać prawdziwego mordercy. Zaczęły pojawiać się niewygodne pytania, czy w toku śledztwa przypadkiem nie tworzono fałszywych dowodów (ślady zapachowe). Prokuratura Wojewódzka w Zamościu (nadrzędna nad hrubieszowską) wszczęła w tym kierunku postępowanie, które zostało umorzone wobec niestwierdzenia przestępstwa.

    Rencista wyszedł z aresztu dopiero po pół roku, a po roku oczyszczono go z zarzutów. Musiał wyjechać z rodzinnego Hrubieszowa, bo ludzie wytykali go palcami i snuli domysły czy to aby na pewno nie on był mordercą.

    Długie miesiące spędzone w areszcie i to pod zarzutem dokonania tak makabrycznej zbrodni, odcisnęły piętno na jego psychice. Podupadł na zdrowiu i kilka lat później zmarł.

    pokaż spoiler Przypomina mi to sprawę Zdzisława Marchwickiego, który także został niesprawiedliwie osądzony, ale w tym przypadku dodatkowo skazany na karę śmierci (którą wykonano w 1977), bo milicji bardzo śpieszyło się, by skazać kogokolwiek, żeby uspokoić spanikowany lud i zadowolić Edwarda Gierka, którego bratanica także została zamordowana przez seryjnego mordercę, za którego wzięli Marchwickiego.


    . . .

    W marcu 1997 roku Mariusz Sowiński rozpoczął służbę jako żołnierz poborowy w Nadwiślańskich Jednostkach MSWiA w Sanoku. Zarówno tam, jak i jeżdżąc na przepustki do rodzinnych Stefankowic, w czasie gdy nie mordował kobiet, zaspokajał swoje żądze na zwierzętach.

    Pewnego razu, gdy wracał z przepustki, nie mogąc doczekać się na autobus, postanowił kawałek drogi przejść pieszo, aż złapie jakąś okazję. Na okolicznych łąkach rolnicy wypasali krowy. Upatrzył sobie jedną, wyciągnął jej łańcuch z ziemi i zaprowadził w ustronne miejsce, pod drzewo. Tam zarzucił łańcuch na gałąź i ciągnął, aż zwierze się udusiło i bezwładnie opadło na ziemię. (zdjęcie - obrzydliwe, klikasz na własną odpowiedzialność) Następnie podniecony zwyrodnialec zgwałcił krowie truchło.

    Opowiadał także bez skrępowania policjantom o tym, jak darował życie krasuli swoich rodziców:

    U nas w domu była taka spokojna krowa, odbywałem z nią stosunki za każdym razem, jak byłem na przepustce.

    Na wsi zaczęły krążyć plotki na temat preferencji seksualnych Sowińskiego. Ktoś widział, jak prowadził zwierzę w odosobnione miejsce, a potem okazywało się, że leży tam już martwe. Miejscowi szybko skojarzyli fakty i niektórzy zaczęli się z niego naśmiewać.

    . . .

    31 sierpnia 1997 roku w Stefankowicach odbywały się dożynki. 21-letni Mariusz przyjechał wówczas do domu na przepustkę i wraz ze swoim kuzynem udał się na zabawę. Wypił sporo wina i około godziny 2 ruszył w drogę powrotną do domu. Tradycyjnie, po alkoholu zachciało mu się seksu, więc zaszedł pod dom niewidomej Genowefy S., którą zgwałcił kilka lat temu, jako 18-latek. Włamał się przez okno. Samotnie mieszkającą kobietę zbudził hałas. Zdezorientowana siadła na łóżku i nasłuchiwała. Mariusz wiedział, że go nie widzi, spokojnie odłączył przewód elektryczny od radia tranzystorowego, zarzucił jej na szyję i dusił. Ale już nie wystarczało mu duszenie, by się podniecić. Spirala przemocy nakręcała się. Bił ją pięścią po twarzy, łamał żebra.

    Gdy już nie krzyczała i leżała nieprzytomna na podłodze, rozebrałem ją do naga i dwa razy się z nią kochałem. Od przodu i od tyłu. Przed stosunkiem uderzyłem ją pięć razy w twarz. Nie wiem, czy żyła, nie było słychać czy oddycha.

    - opowiadał.

    Potem wrócił na zabawę, a rano, bladym świtem wstał i wyjechał do jednostki do Sanoka.

    . . .

    Następnego dnia znaleziono ciało 67-letniej Genowefy, a policjanci przesłuchali niemal wszystkich uczestników potańcówki, w której brał udział także Sowiński. Rozmawiali też z jego kuzynem i kolegami, z którymi spędził poprzednią noc i tak wpadli na trop mordercy.

    Mariusz Sowiński został zatrzymany już 4 września, kilka dni po swojej ostatniej zbrodni. Z Sanoka został przewieziony do Zamościa, gdzie postawiono mu zarzut morderstwa i gwałtu Genowefy S.

    Ku zaskoczeniu przesłuchujących go mundurowych, przyznał się do morderstwa staruszki, ale również do innych zbrodni, o których opowiadał bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji. Gdy policjanci pytali go, co zwróciło jego uwagę w mieszkaniach ofiar, wskazywał, to na placki ziemniaczane leżące na stole, to na radio stojące na parapecie. Opowiadając o swoich zbrodniach, miał minę bezbronnego dziecka, które tylko bawiło się, nie wiedząc, że to jest złe. Zeznania potwierdził w trakcie wizji lokalnej, która została przeprowadzona 7 września 1997 roku. Bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji pokazywał, którędy wchodził do domu ofiar, jak je rozbierał, dusił, mordował.

    (zdjęcie z wizji lokalnej)
    (drugie zdjęcie z wizji lokalnej)

    Podczas wizji lokalnych w miejscach morderstw zachowywał się jak na szkolnej wycieczce. Uśmiechał się, żartował.

    - opowiadali podczas procesu przerażeni policjanci.

    Sowiński był badany przez cały sztab psychiatrów i psychologów, był także kilka miesięcy na obserwacji w oddziale Psychiatrii Sądowej AM w Lublinie. Chętnie współpracował, jednak po jakimś czasie, niespodziewanie zmienił zdanie i wycofał się ze swoich zeznań. W liście z kliniki pisał:

    Wszystkie fakty zostały przeze mnie wymyślone podczas przesłuchania (…) kazali mi pod groźbą potwierdzić przed prokuratorem. Nie popełniłem żadnych zbrodni, o wszystkich denatkach przeczytałem w gazecie. Pochodzę z bardzo małej wioski, w której nic się nie dzieje, dlatego chciałem stać się osobą sławną, być opisanym w gazetach i mediach. Cel oczekiwany uzyskałem. Zdałem sobie sprawę, że (…) moja bujna wyobraźnia pociągnęła nieobliczalne skutki. Posiadam na każdy dzień alibi. Dlatego już nie chcę składać żadnych wyjaśnień.

    Jednak jego wcześniejsze słowa i dowody zebrane podczas śledztwa pozwoliły na sporządzenie aktu oskarżenia, który został skierowany do Sądu Wojewódzkiego w Zamościu w czerwcu 1998 roku. Prokuratura oskarżała Sowińskiego o poczwórne zabójstwo i gwałty ze szczególnym okrucieństwem oraz akty zoofilii.

    . . .

    Biegli stwierdzili, że Mariusz Sowiński ma przeciętny iloraz inteligencji, cechuje go mała pewność siebie, woli trzymać się na uboczu, stara się unikać konfliktów, dlatego raczej ulega innym, jest nieśmiały i mało spontaniczny. W swojej opinii pisali:

    Dominującym zachowaniem seksualnym podejrzanego stał się sadyzm. Zadawanie cierpień ofiarom (kobietom lub zwierzętom) ulegało stopniowej transformacji i ostatecznie stało się nie mniej ważne, a w istocie ważniejsze od samego współżycia. Duszenie kobiet i zwierząt było początkowo dokonywane głównie w celu obezwładnienia ofiar. Jednak z czasem na skutek wyuczenia, zachowania agresywne stały się elementem koniecznym praktyk seksualnych (bodźcem seksualnym).

    Według seksuologów, dewiacja seksualna określana jako sadyzm polimorficzny z zoofilią i nekrosadyzmem (ofiara martwa lub nieprzytomna jako warunek odbycia aktu płciowego), nie jest schorzeniem psychicznym, tylko zaburzeniem preferencji seksualnej (parafilią).

    W sprawie Sowińskiego powołano 20 biegłych z zakresu psychologii i seksuologii. Wszyscy powołani przez sąd biegli uznali, iż Mariusz Sowiński nie jest osobą chorą psychicznie, ani upośledzoną umysłowo. Oraz, że jego dewiacje mogą się jeszcze pogłębić.

    Nie znam przypadku, by ktoś kto uruchomił ciąg zachowań, mógł sam się powstrzymać. Trzeba chronić społeczeństwo przed takim człowiekiem. Zaburzenia preferencji seksualnej tego typu, cechują się wysokim ryzykiem nawrotowości i jak dotychczas nieskutecznością metod leczenia. Jedynym środkiem są androgeny, gdy się je bierze to popęd wygasa.

    - mówiła na sali rozpraw biegła psychiatra, porównując Sowińskiego do Kuby Rozpruwacza i Marchwickiego.

    . . .

    Proces ruszył jesienią 1998 roku.

    Po zakończeniu pierwszej rozprawy ojciec zamordowanej na hrubieszowskich ogródkach działkowych Wiesławy Ł. zaatakował Sowińskiego przemyconą do sądu siekierą. Konwojujący go policjanci zostali potraktowani gazem pieprzowym, a gwałciciel ugodzony siekierą w plecy. Napastnik został osadzony w Policyjnej Izbie Zatrzymań, a Sowiński trafił do szpitala. Mężczyzna drasnął go tylko w okolice lewej łopatki, a cios był niegroźny. Dzięki wstawiennictwu ówczesnego wojewody zamojskiego i protestach jego sąsiadów został zwolniony. Śledztwo w tej sprawie zostało wkrótce umorzone.

    Po wyzdrowieniu Sowińskiego, jego sprawa wróciła na wokandę.

    Prokuratura żądała kary dożywotniego pozbawienia wolności z możliwością warunkowego zwolnienia po upływie 50 lat. Aby podkreślić to, jak niebezpiecznym jest człowiekiem, przytoczyła fakt, że po jednym z zabójstw powybijał krowy właścicielki, a następnie zaczął obcować płciowo z ich zwłokami. Sowiński odmówił składania wyjaśnień, powiedział jedynie, że jest niewinny. Pytany przez biegłych o ocenę swojego postępowania, powiedział, że wie, iż źle zrobił, ale to była siła wyższa i nie ma wyrzutów sumienia.

    Obrońca oskarżonego wnioskował o umieszczenie go w zakładzie psychiatrycznym, próbując obalić ekspertyzy psychiatryczne i udowodnić, że Sowiński w chwili popełnienia zbrodni nie był niepoczytalny. Adwokat wniósł o dopuszczenie opinii biegłych psychiatrów z innego ośrodka niż lubelski, ale jego wniosek został odrzucony.

    Wyrok zapadł pod koniec czerwca 2000 roku. Sąd Okręgowy w Zamościu skazał Mariusza Sowińskiego na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie z więzienia dopiero po upływie 50 lat (czyli najwcześniej w roku 2047, w wieku 71 lat). Został także pozbawiony praw publicznych na 10 lat.

    Po apelacji sąd II instancji utrzymał wyrok w mocy, uzasadniając faktem, iż Sowiński stanowi zagrożenie dla otoczenia.

    Obrońca wniósł kasację i sprawa wróciła do Sądu Apelacyjnego w Lublinie. W 2003 roku SA ostatecznie utrzymał wyrok w mocy.

    . . .

    Początkowo Sowiński został osadzony w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich na Śląsku, przebywał też w AŚ we Wrocławiu i pewnie w wielu innych, bo raczej nie zdarza się by jakikolwiek więzień całą karę odbywał w jednym miejscu. Aktualnie przebywa w ZK Rzeszów-Załęże. Ze względu na znaczny stopień demoralizacji i nieprzewidywalność zachowań jest izolowany od współwięźniów i przebywa w celi jednoosobowej.

    Nie grypsuje, ukończył kurs czeladnika w zawodzie koszykarz – plecionkarz, w celi ma telewizor, ogląda programy informacyjne i filmy sensacyjne. Aktywnie uczestniczy w formach duszpasterskich. Objęty jest terapią dla sprawców przestępstw seksualnych.

    Od 2004 roku stara się o ułaskawienie od kolejnych prezydentów (od Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i w 2011 roku od Bronisława Komorowskiego. Ciekawe czy Dudy też nie oszczędził. ( ͡º ͜ʖ͡º) ) Z powodu negatywnej prognozy kryminologicznej (postępującej progresji zaburzeń seksualnych) wszystkie prośby zostały rozpatrzone negatywnie (jak pisze Wikipedia) na etapie sądowym i pozostawione bez dalszego biegu. (Jakby ktoś się orientował, o co chodzi, jak wyglądaj rozpatrywanie takiego wniosku - piszcie! @IgorK ? ( ͡° ͜ʖ ͡°) )

    Sowiński w swoim ostatnim wniosku do prezydenta Komorowskiego zapewniał, że żałuje swoich czynów, że chciałby cofnąć czas, podkreślał, że jest chorym człowiekiem i musi rozpocząć leczenie, ale w warunkach więziennych jest to niemożliwe. Pisał też, że jest osobą wierzącą, a na dowód tego wskazywał na "objawienia”, jakich rzekomo doświadczył tuż przed popełnieniem zbrodni. Miała mu się ukazać Matka Boska, Trójca Święta.

    Jestem członkiem Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej, studiuję regularnie Pismo św. i kieruję się zasadami w nim zawartymi. Już nigdy nie zejdę z drogi, jaką wytyczył mi Bóg.

    Twierdził, że chce zostać dawcą szpiku kostnego, że tylko w ten sposób może spełnić dług zaciągnięty wobec społeczeństwa.

    Jedynym z argumentów miał być także pogarszający się stan zdrowia jego dziadków i chęć pomocy (jak sam pisał) "w ich starości".

    Zrozumiałem swoje błędy, przeprosiłem listownie rodziny poszkodowanych, chociaż wiem, że nigdy nie naprawię krzywd jakie im wyrządziłem. Bo życie ludzkie jest najcenniejszym darem od Boga i nikt nie ma prawa go odbierać innym. Byłem wtedy młody, i nie w pełni władz umysłowych. Gdy teraz nad tym wszystkim się zastanawiam, to nie mieści mi się to w głowie, jak mogłem dopuścić się czegoś tak okropnego.

    - pisał w 2011 roku.

    pokaż spoiler Trochę to dziwne, jak na człowieka, który starszych ludzi gwałcił i mordował...


    . . .

    Tak jak wspominałam na początku, Sowiński co rusz kogoś pozywa. Oczywiście, wszystkie procesy przegrał.

    W grudniu 2001 roku pozwał Henryka J. spod Hrubieszowa, ojca kobiety, którą Mariusz Sowiński zamordował na ogródkach działkowych. Mężczyzna ten zaatakował go siekierą po pierwszym procesie, jak pisałam wyżej. Ze śląskiego Zakładu Karnego wniósł do hrubieszowskiego Sądu Rejonowego pozew o zasądzenie od Henryka J. tytułem odszkodowania i zadośćuczynienia początkowo 3 tys. zł, jednak ostatecznie stwierdził, że to zbyt mała kwota jak na krzywdy, które wyrządził mu pozwany i zażądał 10 tys. zł więcej. Pieniędzy domaga się jako zadośćuczynienie za obrażenia i straty moralne. (klik) Sąd w Hrubieszowie uznał, że przyznanie mordercy odszkodowania byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

    W drugim pozwie morderca domagał się od dwóch policjantów po 80 tysięcy złotych zadośćuczynienia za to, że nie zapewnili mu odpowiedniej ochrony, gdy Henryk J. go zaatakował. A za zniszczoną odzież żądał od funkcjonariuszy 360 zł.

    Z kolei od byłego szefa Prokuratury Rejonowej w Zamościu domagał się 500 tysięcy złotych odszkodowania wraz z odsetkami. Zarzucał prokuratorowi nieuprzejme zachowanie i to, że nie pozwolił mu dokładnie zapoznać się z aktami sprawy, w której był oskarżonym.

    W 2002 roku pozwał mieszkańca swoich rodzinnych Stefankowic. Chciał od niego 50 tys. zadośćuczynienia z odsetkami, za to, że przed 10 laty został poszkodowany przez jego konia. Do zdarzenia miało dojść w 1993 roku w Białympolu, w punkcie skupu koni. Koń należący do pozwanego, prowadzony w stronę wagi, niespodziewanie poderwał się i rozciął Mariuszowi prawy łuk brwiowy. Obrażenie było niewielkie, wystarczył tylko opatrunek, jednak po 9 latach, Sowiński stwierdził, że przez owe zdarzenie zaczął mieć problemy psychiczne i przez to teraz musi przebywać w więzieniu. Pozwany stwierdził, że pozywający go mężczyzna ma do niego pretensje od czasu, kiedy zabił mu krowy, a on przyłapał go na molestowaniu jednej z nich.

    W procesie, który wytoczył Radiu Lublin sąd rozpatrujący sprawę, sięgnął do słownika języka polskiego i znalazł tam określenie słowa "wampir" jako nie tylko kogoś, kto pije krew. Stwierdził, że można nazwać tak również seryjnego zabójcę z zaburzeniami psychicznymi, który dopuszcza się morderstw o podłożu seksualnym. Zresztą, gdyby wygrał, otworzyłoby mu to drogę do procesów przeciwko innym redakcjom...

    . . .

    Wszelkie cytaty (pisane kursywą) i fragmenty wypowiedzi Sowińskiego pochodzą stąd - klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #hrubieszow #stefankowice #seryjnymorderca
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Mr Cruel

    Około 4.00 nad ranem 22 sierpnia 1987 roku ktoś włamał się do domu 4-osobowej rodziny mieszkającej w Lower Plenty, około 20 km od Melbourne. Włamywacz, którego twarz ukryta była pod maską narciarską, uzbrojony był w nóż i pistolet. Swoje kroki od razu skierował do głównej sypialni, gdzie związał ręce i nogi rodziców, zakleił im usta taśmą i zamknął w garderobie. Powiedział, że chce tylko "pieniędzy, ubrań i jedzenia". Hałas obudził śpiącego za ścianą 6-letniego syna zaatakowanej pary. Intruz, znany później jako Mr Cruel, zakneblował chłopca i przywiązał go do łóżka. Celem mężczyzny od początku była mieszkająca w tym domu 11-letnia dziewczynka, której kazał dokładnie umyć zęby oraz ciało. Przez następne dwie godziny Mr Cruel molestował ją i przechadzał się po domu, odciął linię telefoniczną, zdążył nawet przygotować i zjeść posiłek. Na koniec kazał dziewczynce spokojnie policzyć do 100, a następnie uwolnić rodziców. W tym czasie zniknął.

    Z domu zabrał jedynie niebieską kurtkę i pudełko płyt z klasycznymi nagraniami. Policja była w kropce. Rodzina mieszkała w bezpiecznej okolicy, nie było żadnych podejrzanych... Dziewczynka zeznała, że słyszała jak Mr Cruel rozmawiał z kimś przez telefon i powiedział osobie po drugiej stronie, że jeżeli nie zrobi jakiejś rzeczy to jej dzieci będą następne. Po sprawdzeniu bilingów okazało się, że żadne połączenie nie zostało w tym czasie wykonane, a intruz najprawdopodobniej chciał podrzucić policji fałszywy trop.

    Mr Cruel kolejny raz zaatakował ponad rok później, 27 grudnia 1988 roku, około 5.30 rano. Mężczyzna włamał się do domu w Ringwood, w którym mieszkała z rodzicami i trzema młodszymi siostrami 10-letnia Sharon Wills. Intruz miał na sobie granatowy kombinezon i niebieską maskę narciarską, uzbrojony był w nóż i mały pistolet. Związał ręce i nogi rodziców miedzianym drutem, zawiązał im oczy, zakleił usta taśmą i zażądał pieniędzy. Następnie ukradł około 35 dolarów ze stolika nocnego, przeciął linie telefoniczne i obudził Sharon zwracając się do niej po imieniu. Kazał dziewczynce bardzo dokładnie się umyć i w międzyczasie wziął dla niej kilka ubrań na przebranie. Później zakrył jej oczy, włożył knebel w usta i wyszedł z nią z domu. Rodzice zdołali się uwolnić około 15 minut później. Ojciec pobiegł do sąsiada, aby zadzwonić na policję. Niestety i tym razem nie było żadnego punktu zaczepienia czy podejrzanego, rozpoczęły się poszukiwania porwanej dziewczynki.

    Około 18 godzin po uprowadzeniu Sharon, zaraz po północy 28 grudnia, pewna kobieta zauważyła dziewczynkę ubraną w zielony worek na śmierci na roku ulicy, kilka kilometrów od jej domu. Sharon była w zaskakująco dobrym nastroju (biorąc pod uwagę jej traumatyczne przeżycia), była spokojna i opanowana. Dziewczynka zeznała, że przez cały czas miała zawiązane oczy i nie widziała porywacza, słyszała jednak nisko latające samoloty. Mr Cruela opisała jako łagodnego człowieka, który nakarmił ją nawet kanapką, mlekiem i lemoniadą. Przed wypuszczeniem dokładnie umył 10-latkę, obciął jej paznokcie i kazał umyć zęby. W ten sposób z ciała dziewczynki zostały zmyte wszelkie potencjalne ślady. Porwanie Sharon wstrząsnęło jej rodziną do tego stopnia, że przez następne miesiące cała szóstka spała razem w salonie. Willsowie kupili nawet psa obronnego.

    Mr Cruel zapadł się pod ziemię na kolejne 1,5 roku. Ponownie zaatakował 13 lipca 1990. 13-letnia Nicola Lynas mieszkała z rodzicami i o dwa lata starszą siostrą Fioną w Canterbury. Lyansowie byli zamożnymi Anglikami, którzy przyjechali do Australii w celach biznesowych i zamieszkali przy bardzo dobrej ulicy. Feralnego wieczoru rodzice nastolatek wyszli na przyjęcie i zostawili córki same. Około 23.30 Mr Cruel włamał się do ich domu, przywiązał Fionę do łóżka i powiedział, że jej rodzice będą musieli zapłacić 25 tysięcy dolarów, aby jej siostra wróciła bezpiecznie do domu. Przeciął linie telefoniczne, kazał Nicoli dokładnie umyć ciało i zęby, zakrył jej oczy. Następnie porwał 13-latkę wynajętym przez rodzinę samochodem, który stał na podjeździe. Po przejechaniu około kilometra przesiedli się do innego auta.

    Rodzice dziewczynek wrócili do domu około 20 minut po porwaniu. Policja początkowo zakładała, że porwanie ma związek z interesami prowadzonymi przez ojca. Rodzice wierzyli, że ma charakter osobisty, a po 36 godzinach od porwania błagali na konferencji prasowej, aby porywacz oddał im córkę. 14 godzin później Mr Cruel wypuścił Nicolę około 5 kilometrów od jej domu. Dziewczyna udała się do pobliskiego domu, skąd zadzwoniła do ojca. Była w pełni ubrana i owinięta w koc. 13-latka zeznała, że przez cały czas miała zasłonięte oczy, a porywacz od razu obiecał jej, że zostanie wypuszczona po 50 godzinach. Nicola została przywiązana do łóżka, ale czasem udawało jej się dostrzec, co dzieje się wokół niej. Zeznała, że porywacz miał około 175 cm wzrostu i rudawobrązowe włosy. Dzięki niej udało się stworzyć szkice domu Mr Cruela i jego samochodu, słyszała też nisko lecące samoloty. Dziewczyna zeznała, że mężczyzna mówi do kogoś, jednak nie słyszała odpowiedzi, a więc być może porywacz znów próbował popchnąć śledztwo na niewłaściwe tory. Nicola została dokładnie wykąpana przed wypuszczeniem.

    Niecały rok później, 13 kwietnia 1991 roku, porwana została kolejna dziewczynka. 13-letnia Karmein Chan mieszkała z rodzicami i dwoma młodszymi siostrami w Templestowe. Państwo Chan byli imigrantami, którzy pracowali po 18 godzin na dobę, aby zapewnić córkom luksusowe życie. Byli właścicielami trzech restauracji, inwestowali w nieruchomości i często nie wracali do domu przed północą. Mr Cruel włamał się do ich domu około 20.40, zamknął dwie młodsze dziewczynki w garderobie, powiedział im, że chce tylko pieniędzy, a następnie porwał Karmein. Dziewczynki uwolniły się kilka minut później i zadzwoniły do ojca. Na podjeździe stał samochód rodziny, na którym ktoś napisał "zapłać, azjatycki handlarzu narkotyków" oraz "więcej jeszcze przed nami" (prawdopodobnie aby zmylić policję). Psy podjęły trop wiodący na oddalony o około 300 metrów parking.

    Tym razem dziewczynka nie odnalazła się po 18 ani nawet 50 godzinach. Po 72 godzinach od porwania zorganizowano konferencję prasową, na której zrozpaczona rodzina błagała porywacza, aby oddał im dziecko. Później rodzice opublikowali w gazecie artykuł, w którym zaszyfrowali informacje, które Karmein mogłaby bez problemu zrozumieć. Zaoferowali okup, jednak nikt się po niego nie zgłosił. Policja początkowo nie zakwalifikowała domu państwa Chan jako miejsca zbrodni, a więc większość potencjalnych śladów została zadeptana. To znacznie utrudniło i tak już niełatwe śledztwo. Później jednak śledczy robili co mogli, aby odnaleźć Karmein. Sprawa jej porwania zyskała najwyższą rangę, za pomoc w odnalezieniu nastolatki obiecano nawet 300 tysięcy dolarów nagrody.

    Prawie rok po porwaniu, 9 kwietnia 1992 roku, odnaleziono szczątki ciała nastolatki w oddalonym o 20 km od jej domu Thomastown. Dziewczyna została trzykrotnie postrzelona w głowę. Niestety udało się odzyskać jedynie część jej czaszki, szczęki i szyi. Policja założyła, że mordercą był Mr Cruel. Matka Karmein wspominała swoją córkę jako niepokorną, a więc być może dziewczyna próbowała uciec. Mężczyzna mógł nie planować morderstwa, ale być może spanikował. Karmein była ostatnią dziewczynką porwaną przez Mr Cruela, a więc może jej śmierć tak nim wstrząsnęła, że przestał porywać i molestować dzieci. Być może nie mógł już porywać ze względu na wiek lub stan zdrowia, albo zmienił obszar i sposób działania.

    Już od pierwszego przestępstwa Mr Cruela, policja robiła wszystko, aby go złapać. Dzięki wsparciu FBI stworzono profil porywacza. Opisano go jako bardzo inteligentnego, cechującego się wysokim stopniem planowania i organizacji oraz dużą pewnością w swoich działaniach. Prawdopodobnie miał stałe zatrudnienie, postrzegany był jako dobry sąsiad, człowiek uprzejmy, spokojny, nieco zamknięty w sobie, ale też być może zaangażowany w działalność społeczną. Mieszkał lub pracował w obrębie porwań. Być może jego zawód związany był z edukacją, ponieważ porwania zawsze następowały w czasie przerw od szkoły. Mężczyzna miał australijski akcent, od 30 do 50 lat, około 175 cm wzrostu, rudobrązowe włosy i brwi oraz był szczupłej budowy ciała z małym brzuszkiem.

    Śledczy uważali, że Mr Cruel nagrywał lub robił zdjęcia swoich ofiar. Gdy zostanie złapany będzie miał te materiały wraz z inną pornografią dziecięcą. Prawdopodobnie miesiącami przygotowywał się i obserwował rodziny swoich ofiar. Niestety policji nie udało się ustalić kim był Mr Cruel. W 1994 roku śledztwo zostało odłożone na półkę.
    Dopiero w kwietniu 2010 roku utworzono specjalną grupę policji, która miała dokonać przeglądu sprawy. Okazało się, że niektóre dowody zniknęły, m.in. taśma użyta do związania jednej z ofiar, na której mogło być DNA porywacza. Głównym podejrzanym w latach 90. był były wykładowca na Uniwersytecie w Melbourne, który mieszkał na przedmieściach tego miasta. W latach 70. został skazany na 10 lat więzienia po przyznaniu się do popełnienia szeregu gwałtów i innych przestępstw, w tym ataków z nożem w ręku na dziewczęta i młode kobiety w ich domach. Jednak zarówno wtedy, jak i teraz, niczego nie można było mu udowodnić.

    W 2013 roku aresztowano Roberta Keitha Knighta, pracownika młodzieżowego i szkolnego wolontariusza. Mężczyzna został skazany za napaści seksualne na nieletnich w 1980 i 1996 roku. W 2009 roku zaczął gromadzić pornografię dziecięcą. Niestety nigdy nie stanął przed sądem, ponieważ czekając na proces, popełnił samobójstwo.
    Łącznie na rozwiązanie sprawy Mr Cruela wydano 4 miliony dolarów, przeszukano 30 tysięcy domów, przesłuchano 27 tysięcy podejrzanych i sprawdzono 10 tysięcy tropów. W kwietniu 2016 roku zwiększono nagrodę za informacje mogące doprowadzić do odkrycia i zatrzymania porywacza do miliona dolarów. Mimo wszelkich starań do dzisiaj nie wiadomo kim był Mr Cruel.

    Źródła: missedandwanted, stayathomemum, unresolved

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Netflix pokazał pełen zwiastun serialu dokumentalnego Making a Murderer: Część 2.

    Zobacz zwiastun>>

    Wraca jeden z najznakomitszych dokumentalnych seriali kryminalnych. Pierwszy sezon Making a Murderer był medialnym wstrząsem, który można porównać wyłącznie do Przeklętego: Życie i śmierci Roberta Dursta. Jednak zostawił widzów nieco osieroconych brakiem domknięcia historii.

    Nie wiadomo czy kontynuacja Making a Murderer będzie finałem historii Stevena Avery’ego. Jednak dokumentalistki Netflixa spędziły kolejne trzy lata, przyglądając się sprawie, która poruszyła nie tylko widzów, ale również media, polityków i prawników.

    Przypomina, że pod koniec 2015 roku Laura Ricciardi i Moira Demos zasugerowały w swoim 10-odcinkowym dokumencie, że lokalne władze mogły manipulować dowodami, by doprowadzić do skazania Avery’ego. Po wyjściu z więzienia, mężczyzna oczyszczony z zarzutu brutalnego gwałtu, domagał się wielomilionowego odszkodowania. To nie było na rękę władzom. Te zrobiły wszystko, by trafił ponownie za kratki w związku z morderstwem Teresy Halbach. Obecnie odsiaduje karę dożywotniego pozbawienia wolności.

    Netflix pokaże dalszą część jego batalii z niesprawiedliwością.

    Dziesięcioodcinkowa druga część dokumentu Making a Murderer to kronika postępowania apelacyjnego. Nagrodzeni Emmy filmowcy Laura Ricciardi i Moira Demos wracają do miejsca, w którym rozgrywa się ta kontrowersyjna batalia sądowa. Jako jedyni zaglądają za kulisy walki o sprawiedliwość dla Stevena Avery’ego i jego współoskarżonego krewnego, Brendana Dasseya, w którą zaangażowane są zespoły prawników oraz rodziny oskarżonych. Trwający od dawna proces zbiera wśród nich prawdziwe emocjonalne żniwo. – Tak Netflix zapowiada Making a Murderer 2.

    Nieważne czy wierzymy w jego winę, czy nie dajemy jej wiary. Serial Making a Murderer to przede wszystkim widowisko opowiadające o zepsuciu systemu karnego w Stanach Zjednoczonych. Jego rozkład widzimy przez pryzmat sprawy głównego bohatera całego dramatu.

    Drugi sezon Making a Murderer będzie miał premierę 19 października.

    Kontynuacja składa się z kolejnych 10 odcinków. Ponadto Shawn Rech (A Murder in the Park) przygotowuje dla Netflixa serial dokumentalny Convicting a Murderer (zwiastun poniżej) – opowiadający o sprawie Avery’ego z szerszej perspektywy. Premierę widowiska zaplanowano na przyszły rok.

    Zobacz zwiastun>>

    #seriale #serial #netflix #dokument #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Kurde @Moderacja #moderacjacontent bezsensowne gołe dupy w #ladnapani #nsfw czy #stulejacontent to można gigabajtami
    A jak @teflon_z_patelni_mi_smakuje wrzuci ciekawe znalezisko #kryminalne z fotkami z miejsc zbrodni to usuwają i ban. Co z wami nie tak? pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Wrzucam dziś następny post, ponieważ był już wcześniej przygotowany. Ale wątpię, czy będę kontynuowała pisanie tutaj czegokolwiek, bo miała być to dla mnie przyjemność, a nie coś co sprawia przykrość. Konstruktywna krytyka - spoko, dużo już się dzięki temu nauczyłam. Ale chamstwo i wyzywanie od idiotek nie jest spoko. Rozumiem, że to tylko internet i tutaj wszyscy wiedzą wszystko najlepiej, ale można napisać to normalnie, bez poniżania drugiej osoby. Jestem miękka klucha, nie chcę się niepotrzebnie przejmować.

    Poprzedni wpis usunęłam, także do tego wołam tylko z mirkolisty.

    . . .

    BARTŁOMIEJ BUCZEK, rocznik '93

    Nie najbrzydszy typ, nie? Taki tam normik. Mijając go na ulicy w życiu bym nie pomyślała, że mógłby przeskrobać coś więcej niż kradzież gumy kulki w dwu tysięcznym pierwszym. Ba, mijając go na ulicy nawet nie zwróciłabym na niego uwagi - kompletnie zlewa się z szarym tłumem.

    Pedofil nie musi być starym, wąsatym chłopem z nadwagą i włosami na plecach. Może być właśnie takim zwykłym Bartkiem z lubelskiej wsi.

    U obecnie 25-letniego chłopaka stwierdzono tzw. czystą pedofilię. W całej Polsce nie ma nawet pięćdziesięciu tak skrajnie zaburzonych i niebezpiecznych osób.

    Bartłomiej Buczek gwałcił i wykorzystywał seksualnie swoją młodszą, rodzoną siostrę nieprzerwanie od 2007 do 2013 roku. Z ustaleń policji wynika, że jej koszmar zaczął się, gdy miała zaledwie siedem lat - starszy brat zaczął się wtedy do niej dobierać, ściągać majteczki i wkładał w nią palce. Gdy dziecko skończyło 10 lat zaczął gwałcić je regularnie. Zmuszał także to tzw. innych czynności seksualnych, szarpał i zatykał usta by nie krzyczała.

    Rodzeństwem opiekowała się babcia, matka wyjechała za chlebem za granicę. Gdy dziewczynka skończyła 13 lat, powiedziała o wszystkim rodzicielce, a ta zamiast zgłosić sprawę na policję - wyrzuciła syna z domu. Bartek był już wtedy pełnoletni i wyjechał do Niemiec.

    Sprawa wyszła na jaw dopiero w 2016 roku, gdy nastoletnia już ofiara gwałtów próbowała popełnić samobójstwo. Gdy syn marnotrawny powrócił z emigracji, został zatrzymany i doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Chełmie.

    Bartłomiej B. przyznał się do czynów zarzucanych mu przez śledczych, a w sierpniu 2017 odbyła się pierwsza rozprawa. (klik)

    Wyrok zapadł bardzo szybko, bo już na drugiej rozprawie kilka miesięcy później - 5 lat więzienia, psychoterapia i zakaz zbliżania się do swojej siostry na odległość mniejszą niż 200 metrów. (klik)

    Zgodnie z przytoczonym przez biuro prasowe SO w Lublinie artykułem odnośnie środków zabezpieczających, oznacza to, że po wyjściu z celi „sprawca, wobec którego orzeczono terapię, ma obowiązek stawiennictwa we wskazanej przez sąd placówce w terminach wyznaczonych przez lekarza psychiatrę, seksuologa lub terapeutę i poddania się terapii farmakologicznej zmierzającej do osłabienia popędu seksualnego, psychoterapii lub psychoedukacji w celu poprawy jego funkcjonowania w społeczeństwie”.

    (klik)

    Ostatnie informacje w internecie na temat wyroku były z września 2017 i mówiły o tym, że prokuratura złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku i szykuje się do apelacji, także myślałam, że niedługo możemy spodziewać się dalszych wieści o Bartku z Dubieńki. Jednak, jak zwykle cisza, a nowy wyrok zapadł. Z Rejestru wynika, że w kwietniu tego roku kara została zmniejszona na 4 lata pozbawienia wolności w systemie terapeutycznym i 3 lata zakazu zbliżania się do ofiary na odległość mniejszą niż 200 metrów.

    Bartłomiej Buczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Rzeszowie.

    . . .

    Jeżeli ktoś wystalkuje w internecie ofiarę Buczka - bardzo proszę o nieupublicznianie jej danych w komentarzach.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #chelm #dubienka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Zbliża się listopad. Przyroda przygotowuje się do zimowego snu. Noce stają się coraz dłuższe, a w mroku czai się zło. Zapraszam do podróży w czasie i przestrzeni do bawarskiej wioski z początków ubiegłego wieku.

    Na początku lat dwudziestych XX wieku, w piątkową noc pod koniec marca, niemiecka rodzina i ich nowa pokojówka zostali brutalnie zabici w swoim wiejskim i odizolowanym domu. Przedstawiciele organów ścigania przeprowadzili wywiady z kilkoma osobami - zarówno miejscowymi, jak i przyjezdnymi - starając się znaleźć osobę lub osoby odpowiedzialne za szokujące morderstwo sześciu osób. Jednak niemal sto lat później, nikt nigdy nie został oskarżony o przerażające zabójstwa, które miały miejsce na farmie w Hinterkaifeck, małym bawarskim gospodarstwie. W związku z tym, morderstwa pozostają nierozwiązane, co czyni dziką i krwawą masakrę, jednym z najstarszych nierozwiązanych niemieckich morderstw.

    Wiele osób badało brutalne morderstwa wykorzystujące narzędzia rolnicze i opracowywało własne teorie na temat tego, co się wydarzyło. Mimo to świat pozostaje pod wrażeniem tożsamości mordercy, co czyni Hinterkaifeck jedną z najczęściej komentowanych spraw w Niemczech. W masakrze zginęło czworo dorosłych i dwoje małych dzieci.

    W nocy 31 marca 1922 r. zabójca (lub grupa zabójców) zamordował Andreasa i Cäzilię Gruber, ich córkę Viktorię, dzieci Viktorii: Josefa i Cäzilię oraz gospodynię: Marię Baumgartner. Rodzina mieszkała na farmie o nazwie Hinterkaifeck, która znajduje się teraz w Waidhofen w Bawarii, Lekarz przeprowadził sekcję zwłok na sześciu ofiarach i stwierdził, że prawdopodobnie zostały zabite gracą, ręcznym narzędziem stosowanym w rolnictwie, mającym długi uchwyt i szeroką główkę z dłutem na jednym końcu i ostrzem z drugiej.

    Pokojówka została zamordowana w swojej sypialni, a Josef został zabity w łóżeczku w pokoju jego matki. Jednak pozostali członkowie rodziny zostali zamordowani w stodole, co doprowadziło władze do opracowania niepokojącej teorii.

    Ciała Andreasa, Cäzilii, Viktorii i ich wnuczki, małej Cäzilii, zostały odkryte w stodole, podczas gdy zwłoki Josefa i pokojówki, Marii, znaleziono w pomieszczeniach mieszkalnych. W związku z tym śledczy doszli do wniosku, że zabójca zwabił cztery ofiary do stodoły, po jednej na raz, i systematycznie atakował je gracą. Po zamordowaniu starszej pary, ich córki i wnuczki, sprawca ułożył krwawe zwłoki jedne na drugich i przykrył je sianem.

    Badacze odkryli, że młoda Cäzilia miała kępki włosów w dłoniach i łyse łatki na całej głowie, co doprowadziło ich do wniosku, że wyrwała sobie włosy. Władze teoretyzują, że dziewczynka prawdopodobnie nie umarła od razu. Cäzilia mogła wyrywać własne włosy, gdy leżała przez kilka godzin przerażona i umierająca, obok ciał matki i dziadków w stodole.

    Według policji, gdy 7-letnia dziewczynka, która była żywa, ale śmiertelnie ranna, umierała w stodole, otoczona martwymi ciałami swojej rodziny, mordercy weszli do domu i zamordowali gospodynię oraz Josefa. Następnie, zamiast uciekać, władze - na podstawie zeznań sąsiadów i dowodów znalezionych w domu - doszły do wniosku, że sprawca lub sprawcy nie od razu opuścili gospodarstwo Hinterkaifeck.

    Zabójstwa pozostały niezauważone przez cztery dni, do 4 kwietnia 1922 roku. Stało się tak w dużej mierze dlatego, że w kilka dni po morderstwach, sąsiedzi Gruberów zobaczyli dym z komina domu, wskazujący, że ktoś korzysta z kominka. Tak więc wydawało się, że rodzina żyje i ma się dobrze. Ponadto zwierzęta domowe i zwierzęta hodowlane były karmione, a ktoś nawet doił krowy.

    Policja odkryła również, że ktoś niedawno spożywał posiłek, co doprowadziło ich do wniosku, że zabójca nie tylko mieszkał w domu po zamordowaniu sześciu osób, ale także wykonywał codzienne rutynowe czynności, takie jak przygotowywanie posiłków i prowadzenie gospodarstwa.

    Ponieważ sprawca karmił zwierzęta i korzystał z kominka kilka dni po morderstwach, sąsiedzi rodziny nie byli szczególnie zaniepokojeni, gdy mała Cäzilia nie pojawiła się w szkolę w sobotę 1go kwietnia, lub gdy cała rodzina nie pojawiła się w kościele w niedzielę. Kiedy jednak Cäzilia nie pojawiła się w poniedziałek w szkole, a listonosz zauważył, że nikt nie odebrał listów, które dostarczył w ciągu weekendu, sąsiedzi Gruberów zaczęli martwić się o rodzinę.

    W rezultacie trzy osoby, które mieszkały w pobliżu domu Gruberów, odwiedziły gospodarstwo i odkryły zwłoki w stodole i w domu. Policja natychmiast została powiadomiona o zabójstwach. Powiadomiono także organy ścigania z Monachium. W trakcie śledztwa zostało przesłuchanych ponad 100 podejrzanych.

    W miesiącach poprzedzających masakrę na farmie Hinterkaifeck, miało miejsce wiele dziwnych zdarzeń. Niestety, Maria Baumgartner została zamordowana podczas pierwszej nocy pracując dla rodziny ponieważ poprzednia gosposia skończyła pracę około sześć miesięcy wcześniej twierdząc, że dom Gruberów był nawiedzony.

    Sąsiedzi powiedzieli policji, że patriarcha rodziny zgłosił kilka dziwnych incydentów, w tym niewyjaśnione ślady na śniegu prowadzące na farmę (bez żadnych prowadzących w drugą stronę) i na strych. Ludzie spekulują, że zabójca mógł ukrywać się w domu przez długi czas przed zamordowaniem sześciu mieszkańców. Andreas powiedział także swoim sąsiadom, że zaginął jego klucz i znalazł w domu dziwną gazetę, która nie była lokalna. Odmówił pożyczenia broni od jednego z sąsiadów, aby chronić siebie i swoją rodzinę.

    Choć niewyjaśnione ślady i brakujące klucze są nieco przerażające, nie są tak niepokojące jak domniemany kazirodczy związek między Andreasem Gruberem i jego córką, Viktorią Wygląda na to, że siedem lat przed zamordowaniem mieszkańców Hinterkaifeck, Andreas i Viktoria zostali skazani za kazirodztwo w 1915 roku. Victoria spędziła w więzieniu miesiąc, natomiast jej ojciec – cały rok.

    Podczas gdy wielu ludzi wierzyło, że dwuletni syn Viktorii, Josef, był dzieckiem Lorenza Schlittenbauera, człowieka, który mieszkał w pobliżu rodziny, niektórzy z sąsiadów Grubersa uważali, że dziecko jest owocem kazirodczego związku Andreasa z córką. Oznaczałoby to, że ojciec i córka kontynuowali współżycie ze sobą po latach skazania za kazirodztwo. Prawdziwa tożsamość ojca Josefa pozostaje tajemnicą po dziś dzień.

    Po odkryciu ciał rodziny Gruber i ich gospodyni, lekarz wykonał autopsje w stodole, w której czterech z nich zostało zamordowanych. Następnie lekarz sądowy usunął głowy wszystkich sześciu ofiar, które rzekomo wysłał do Monachium w celu dalszego zbadania. Podobno czaszki Gruberów i ich pokojówki również zostały przekazane jasnowidzom, prawdopodobnie w celu dowiedzenia się więcej o sprawcy lub sprawcach, którzy popełnili brutalną masakrę.

    Z nieznanych powodów, czaszki ofiar zatrzymano w Monachium. Tak więc rodzina Gruberów i ich służąca, Maria Baumgartner, zostali pochowani bez głowy. Według władz, czaszki zaginęły w czasie II WŚ i nigdy nie zostały odzyskane.

    Po przesłuchaniu ponad stu podejrzanych, nikogo nie aresztowano. Ludzie opracowali szereg teorii na temat tego, kto popełnił zabójstwa. Jedna z teorii głosiła, że rodzina Gruberów i ich gosposia zostali zabici przez Lorenza Schlittenbauera, sąsiada, którego wielu uważało za ojca syna Viktorii, Josefa. Był także człowiekiem, który rzekomo proponował pożyczenie Andreasowi broni, gdy ten wspomniał o dziwnych zdarzeniach, które miały miejsce na farmie przed morderstwem.

    Inną popularną teorią jest to, że Grubers i Maria Baumgartner zostali zabici przez Karla Gabriela, męża Viktorii. Gabriel podobno zginął w 1914 roku podczas służby w czasie I WŚ. Zwolennicy tej teorii uważają, że Gabriel faktycznie nie zginął w walce. Spekulują, że mąż Viktorii wrócił na farmę Hinterkaifeck po kilku latach, a kiedy uświadomił sobie, że jego żona była w związku z innym mężczyzną (w wyniku którego urodził się Josef), zamordował wszystkich sześciu mieszkańców w przypływie wściekłości.

    W 1923 roku, zaledwie rok po tym, jak rodzina Gruberów i ich pokojówka zostali brutalnie zamordowani, gospodarstwo Hinterkaifeck zostało zrównane z ziemią, a na jego miejscu umieszczono pomnik ofiar. Oprócz prostego betonowego sanktuarium na cmentarzu Waidhofen, znajduje się pomnik ku czci ofiar, w którym Gruberowie i ich gospodyni spoczywają bez czaszek.

    W 1999 roku starsza kobieta skontaktowała się z władzami, twierdząc, że były właściciel jej domu przyznał się do posiadania informacji o zabójstwach w Hinterkaifeck. Urzędnicy zbadali tę wskazówkę i dowiedzieli się, że właściciel rzekomo złożył zawiadomienie w 1935 roku. Było już jednak za późno, ponieważ potencjalny podejrzany był już martwy.

    W 2007 roku, ponad 80 lat po śmierci rodziny Gruber i ich służącej, uczniowie niemieckiej akademii policyjnej wykorzystali nowoczesne techniki do zbadania nierozwiązanej sprawy. Studenci wykluczyli wszystkich poza jednym podejrzanym, który ich zdaniem popełnił morderstwa na farmie Hinterkaifeck. Jednak podejrzany zabójca nie żyje, więc nie opublikowano danych osoby, która ich zdaniem jest odpowiedzialna za masakrę, z szacunku dla krewnych podejrzanego, którzy wciąż żyją.

    #zbrodniczeumysly #julacontent #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #zbrodnia #creepy
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Rolniczych Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki wszelkiej maści erotomanów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    JAN, BRZEZINY, rocznik '60

    Jan ma 58 lat i 180 cm wzrostu. Jest człowiekiem pracowitym i mimo wieku ciągle myśli o rozwoju. Jak sam mówi, lubi handlować i dobrze mu to wychodzi.

    Miłośnik koni i dalekich podróży. Jego wielkim marzeniem jest zamieszkać w Australii lub otworzyć pensjonat w górach. Ojciec trójki dorosłych dzieci i szczęśliwy dziadek pięciorga wnucząt. W swoim gospodarstwie hoduje owce, ma też konie i staw rybny.

    Szuka kobiety posiadającej zarówno wygląd (najlepiej w postaci platynowych włosów), jak i charakter, ale najważniejszy dla niego jest „błysk w oku”. Doświadczenia przeszłości sprawiły, że Jan nie toleruje u kobiet żadnych nałogów, a nade wszystko ceni sobie lojalność i szczerość w związku.

    W 2018 roku wziął udział w słynnym show "Rolnik szuka żony", gdzie zaprosił na swoje brzezińskie gospodarstwo trzy kobiety - Elżbietę, Marię i Małgorzatę.
    Podczas wspólnego zapoznawania się, Jan zaprosił Marię ps. Majkę Jeżowską, na strych swojej stodoły, gdzie chciał zaangażować swoją kandydatkę na żonę do transportu siana. Niestety podczas schodzenia z drabiny, Jan chciał złapać ją za dupkę, co spotkało się z ogólnym oburzeniem większości telewizyjnych widzów, jak i samej Marii.

    Ostatecznie przyszedł do niej z kwiatami, jednak one nie zrekompensowały wstydu i zażenowania, jakie przeżyła ona, oraz my wszyscy.

    • • •

    Wpis jest oczywiście fejkowy i stanowi suplement do wspólnej relacji z oglądania show #rolnikszukazony

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofilia #pedofile
    pokaż całość

    źródło: jan.png

  •  

    #polskiepato #kryminalne #swietokrzyskie

    Obserwuję tagi związane z kryminalistyką od pewnego czasu z racji tego, że zwyczajnie lubię takie klimaty. Kilka dni temu pod wpisem użytkowniczki @kvoka dodałem komentarz oznajmiający, że dodam tu coś od siebie i dziś postanowiłem dotrzymać słowa. Zapnijcie pasy bo będzie na prawdę ostro.

    O tym dość mrocznym zdarzeniu zapewne bym się nigdy nie dowiedział, gdyby nie fakt, że moja babcia oraz mama mieszkały w miejscowości, w której to się stało. Wiosną 1983 roku doszło tam do jednego z najbardziej niezwykłych morderstw w dziejach powojennej Polski.

    W tym wpisie powoływać się będę na artykuły w 7 oraz 8 numerze pisma "Przemiany" z roku 1983 oraz na opowieści babci oraz mamy. Mój ś.p. dziadek znał ofiarę i z pewnością mógłby powiedzieć znacznie więcej. Niestety, zmarł jesienią 1991 roku gdy miałem 5 lat.

    WSTĘP

    Stara Słupia to wieś dość rozległa, leżąca obecnie w powiecie kieleckim, blisko granicy z powiatem ostrowieckim przy drodze wojewódzkiej 751 z Ostrowca Świętokrzyskiego do Kielc. Wśród lokalnych mieszkańców poszczególne jej obszary mają swoje nazwy: Winnica, Góry, Zamoście, Stara Wieś, Podchełmie (z racji położenia pod lasem "Góra Chełmowa"), Korczok (obecnie przebiega tamtędy obwodnica Nowej Słupi) oraz Hektary (które kiedyś podobno były jakimś jednym dużym majątkiem ziemskim). Położona jest dość malowniczo, w pobliżu pasma "Łysogóry" w Górach Świętokrzyskich. Najbardziej charakterystycznym punktem owego pasma jest wieża RTCN na szczycie Łysicy (612 m.n.p.m.).

    Święty Krzyż widziany z drogi 751

    "Dzielnice" Starej Słupi

    Kilka lat temu moja babcia przeprowadziła się do miasta właśnie ze Słupi. Podczas jednej z moich wizyt wspomniała o pewnej historii, która stała się lokalną sensacją ponad 30 lat temu. Historia ta początek i koniec miała w Starej Słupi. Początkowo nie chciało mi się wierzyć w to, co mówiła ale gdy zadzwoniłem do mamy i spytałem o to - potwierdziła, że coś takiego rzeczywiście miało miejsce.

    Ofiarą był Stanisław Salwerowicz wśród mieszkańców nazywany "Sabaskiem". W chwili popełnienia zbrodni miał 75 lub 76 lat. Z opowiadań mojej babci oraz mamy wynika, że był osobą dość konfliktową. Mieszkał w pobliżu lasu i często donosił do leśniczego na ludzi, którzy zbierali w lesie gałęzie itd. W zimę gdy ktoś pojechał do lasu wózkiem potrafił śledzić ślady opon tego wózka pod same drzwi czyjegoś domu po czym szedł składać donos na tą osobę do leśniczego. Niewykluczone, że jeden z donosów złożył na swojego przyszłego mordercę... Podobnie jak mój dziadek, "Sabasek" należał do miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. Remiza OSP położona jest w głębi wsi przy skrzyżowaniu dróg niedaleko Góry Chełmowej a Salwerowicz był tam bardzo ważną osobistością. Sam uczestniczył w budowie w/w remizy.

    Zabójcą był Mieczysław Słomka. Dwaj jego bracia zmarli a trzeci ułożył sobie życie na wybrzeżu gdańskim. Był jeszcze jeden brat, o nim nie wiem zbyt wiele. Mieszkał na Hektarach i we wsi był znany z tego, że był stolarzem. Z racji wykonywanej profesji był bardzo silny fizycznie, niestety z psychiką było już nieco gorzej. W czasie swojego życia dwukrotnie przebywał w szpitalu dla psychicznie i nerwowo chorych w Morawicy (tam też zwożą po dziś dzień niedoszłych samobójców z okolicznych miast, w tym z mojego). Tam właśnie zdiagnozowano u niego schizofrenię paranoidalną, lecz z racji zbyt wielu "chętnych" na leczenie, wypuszczali go przedwcześnie przepisując leki. Słomka mieszkał z żoną, dziećmi oraz matką, która podobnie jak on nie była do końca normalna. Często zaczepiała i wyzywała przechodzących drogą ludzi. Na trzy lata przed zbrodnią żona od niego odeszła i zamieszkała z dziećmi gdzieś pod Ostrowcem Świętokrzyskim. Słomka bił żonę, starał się izolować ją od innych, kobieta w końcu tego nie wytrzymała. Było to podczas jednego z pobytów Słomki w Morawicy. Odejście żony jeszcze bardziej pogłębiło jego problemy z głową. Miewał potworne bóle głowy, które doprowadzały do wymiotów, był wiecznie rozdrażniony, pił.

    CZWARTEK 19.05.1983

    Z racji tego, że była dość zaawansowana wiosna na polach trwały intensywne prace. Tego feralnego popołudnia, żona Salwerowicza sadziła właśnie kapustę gdy ten nagle oznajmił, że idzie do Słomki w sprawie drzwi, które zlecił mu jakiś czas wcześniej wykonać. Drzwi te miały być przeznaczone m.in dla piwnic w nowym domu jego syna, który to dom powstawał po drugiej stronie drogi. Na przestrzeni czasu dokupywał także do nich zawiasy i dostarczył je stolarzowi. Drzwi miały być gotowe na 20 maja więc "Sabasek" postanowił, że pójdzie do niego wypytać o nie. Żona odradzała mu tą wyprawę. Robił się wieczór, miała być burza.

    Po drodze na miejsce kaźni spotkał sąsiadkę, z którą zamienił kilka słów. Tą sąsiadką nie była moja babcia, lecz z mojej znajomości tamtego terenu (liczne wyjazdy, pobyty wakacyjne) wnioskuję że idąc do Słomki przechodził obok lub bardzo blisko domu mojej babci. W tym czasie moja mama mieszkała u swojej babci bliżej głównej drogi. Zażartował do sąsiadki, że idzie szukać dla siebie młodszej kobiety.

    - Wie pani, idę poszukać młodszej kobiety, bo moja żona już stara.
    - Ma pan rację, trzeba sobie zmienić.

    Ta rozmowa miała miejsce około godziny 19:30.

    Gdy sąsiadka jakiś czas później poszła za swoją stodołę w celu pozbierania słomy (szła burza) spojrzała na zachód w stronę górki za stodołą Słomki i zauważyła, że ten na polu wkopuje krzyż z desek pomalowanych na biało a na tym krzyżu wisi jakby figura. Pomyślała, że Słomka wyrzeźbił figurę, można się było tego spodziewać po kimś, kto ma problemy z głową. Jednak coś nie dawało jej spokoju i swymi wątpliwościami podzieliła się z mężem.

    Tego dnia matka Słomki była w Nowej Słupi po chleb. Gdy wróciła do domu, Mieczysław od razu polecił jej by poszła pracować w polu. Prawdopodobnie wtedy było już "po wszystkim". Gdy wróciła do domu bo było już ciemno, on opowiedział o tym, co zrobił.

    Krótko po tym jak Salwerowicz tego feralnego dnia zawitał na posesji Słomki zaczął z niego żartować, że nie ma żony oraz dzieci. Słomka niewiele się namyślając uderzył "Sabaska" tępym narzędziem w głowę oraz kark, czym go ogłuszył. Następnie rozebrał ciało do majtek i zaciągnął na podwórze po czym przybił do krzyża i zadał cios nożem w bok. Postanowił zaciągnąć krzyż z ciałem na pole, lecz był to zbyt duży ciężar, więc załadował go na wózek i wózkiem dowiózł na miejsce. Tam za pomocą lin podniósł krzyż i wkopał we wcześniej wykonany dół.

    Tymczasem żona Salwerowicza niepokoiła się że męża nie ma. Około godziny 22 zachęcała syna aby poszli szukać ojca, ten się nie zgodził. Wyszła sama, ale po chwili wróciła do domu.

    PIĄTEK 20.05.1983

    Żona Salwerowicza obudziła się "skoro świt" i zorientowała się że męża nie ma w domu. Postanowiła iść go szukać. Poszła śladami męża i po kilkunastu minutach spostrzegła krzyż na górce za domem Słomki. Gdy podeszła bliżej z przerażeniem stwierdziła że do krzyża przybity jest jej martwy już mąż Stanisław. Przybity był za dłonie, głowę miał zakrwawioną od rany w wyniku uderzenia a w boku miał dziurę podobną do tej, jaką miał Jezus. Każda stopa przybita była osobno.

    Czym prędzej dotarła do swojego domu, skąd został wezwany lekarz oraz milicja. Rana na boku została zadana już po śmierci o czym świadczyć mogło to, że nie krwawiła. Podobnie z ranami na dłoniach. "Sabasek" zginął w wyniku obrażeń głowy.

    Milicja weszła do domu Słomki. Prawdopodobnie to go uratowało przed linczem ze strony mieszkańców, którzy licznie zaczęli gromadzić się na miejscu kaźni. Najpewniej byli zwyczajnie ciekawi tego widoku, gdyż nikt nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego.

    W domu mordercy milicjanci znaleźli trzy szkolne zeszyty z zapiskami. Oto fragmenty zapisków:
    Broń naturalna "N" to temperatura - a temperatura to wirus. Inaczej to spotęgowanie naturalnej temperatury powietrza poprzez to spotęgowanie naturalnej ciepłoty ludzkiego ciała.

    Działanie sąsiadów na mój organizm to także działanie na mój inwentarz. Świń i królików nie nadążam zakopywać. Człowiek i zwierzę z jednej materii powstały.

    W trumnie diabła będą prochy, kości a wraz z prochami wszystko co on wyhodował na tej ziemi, osty i chwasty, pokrzywy, muchy, karaluchy, stonka, by to wszystko zabrał z tej ziemi. W trumnę i pod krzyżem a w krzyż jego będą biły pioruny.

    Tego dnia moja mama wracała do Starej Słupi z Ostrowca PKS'em. Pracowała w Wólczance, miała pierwszą zmianę. Jadąc słyszała jak ludzie opowiadają coś o krzyżu, ale nie zwróciło to jej uwagi. O wszystkim dowiedziała się po powrocie do domu swojej babci. Gdy przekroczyła próg domu zobaczyła babcię płaczącą. Spytała co się stało a babcia odpowiedziała "Staszka Salwerowicza ukrzyżowali."

    Nie znam drugiego takiego przypadku w historii powojennej Polski by człowiek zginął na krzyżu. Być może ktoś z Was zna podobne lub takie samo morderstwo. Jeśli posiadacie jakieś materiały o tym, podzielcie się.

    Za swój czyn Słomka został skazany na dożywotnie więzienie. Nie spędził jednak w celi dużo czasu.

    Wkrótce powiesił się.

    ---------------------------------------------

    Wołam @PiesLat2230

    Linki do "Przemian":

    http://sbc.wbp.kielce.pl/dlibra/docmetadata?id=24678&from=publication

    http://sbc.wbp.kielce.pl/dlibra/docmetadata?id=24679&from=publication

    Pozdrawiam wszystkich czytelników.
    Stefan_Dywersant
    pokaż całość

  •  

    pokaż spoiler 20 czerwca 2006, dzień zaginięcia

    Jest lato roku 2006, trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej. Frauke Liebs, 21-letnia uczennica szkoły dla pielęgniarek, mieszka w Paderborn razem z Chrisem P. Młodzi ludzie przez cztery lata byli parą, a po rozstaniu pozostali przyjaciółmi. Jakiś czas temu zdecydowali się na wspólne zamieszkanie ze względów praktycznych.
    Jest 20 czerwca. Przedpołudnie Frauke spędza w szkole. Zajęcia kończą się o godzinie 15. Frauke umówiona jest na wieczór w restauracji z Chrisem oraz ze swoją mamą. Podczas posiłku Frauke dostaje od przyjaciółki SMS, który odczytuje na głos: to propozycja, by Frauke dołączyła do spotkania w pubie, gdzie cała grupa znajomych oglądać będzie mecz Anglia – Szwecja. Dziewczyna deklaruje, że chętnie skorzysta z zaproszenia.
    Zatem po kolacji mama i Chris podwożą Frauke do pubu. Dochodzi godzina 21. Po rozstaniu z Frauke Chris zauważa, że nie ma własnego klucza do mieszkania, obydwoje wracają więc do pubu, żeby Frauke mogła dać Chrisowi swój klucz. Wręczając mu go, Frauke zapowiada, że nie powinna wrócić późno. Chris obiecuje, że na nią poczeka.
    Wieczór w pubie
    W czasie tego pobytu w pubie Frauke nie jest zbyt zainteresowana meczem i przez cały czas wymienia SMS-y ze znajomymi. W końcu rozładowuje się bateria w jej telefonie – wtedy Isabella, jej przyjaciółka, pożycza jej swoją.
    Mimo że wszyscy się świetnie bawią, Frauke jako jedyna zaraz po meczu zaczyna się zbierać do wyjścia. Mówi do przyjaciółki, że nie chce, żeby Chris czekał na nią zbyt długo. Isabella odprowadza ją jeszcze do wyjścia. Praktycznie już w drzwiach Frauke przypomina sobie o pożyczonej baterii, wyjmuje ją więc z telefonu i oddaje. Jak później ustalono, gdy Frauke wychodziła z lokalu, było około godziny 23. Miała przed sobą około 20 do 30 minut drogi do domu na piechotę.
    Po północy Chris otrzymuje wiadomość SMS z informacją, że Frauke przyjdzie później. SMS brzmi zupełnie zwyczajnie i napisany jest w typowy dla Frauke sposób. Jakiś czas potem Chris dzwoni do niej, telefon jest jednak wyłączony. Chris na razie nie jest zaniepokojony, pamięta o rozładowanej baterii. Dalej ogląda telewizję, a mniej więcej po 3 w nocy zasypia, sam nie wiedząc, kiedy.
    Poranek
    O 8 rano Isabella zauważa brak przyjaciółki na zajęciach. Pyta nauczycielkę, czy Frauke może zgłaszała, że jest chora. Nauczycielka zaprzecza. Zaniepokojona Isabella w czasie najbliższej przerwy dzwoni do Chrisa. Jej niepokój bierze się stąd, że wie, jak dużą wagę Frauke przywiązuje do zajęć w szkole – zatem jedynym wytłumaczeniem jej nieobecności mogłoby być to, że przyjaciółka po prostu zaspała po wczorajszym imprezowaniu.
    Telefon budzi Chrisa. Natychmiast zagląda do pokoju współlokatorki. Łóżko jest jednak równo zaścielone, z pewnością Frauke nie spała tu tej nocy. Chris jest bardzo zaniepokojony. Natychmiast zaczyna dzwonić do szpitali, a wkrótce potem powiadamia mamę Frauke.
    Matka, mieszkająca w miejscowości Bad Driburg (leżącej w pobliżu Paderborn), od razu udaje się do miejscowego komisariatu, żeby zgłosić zaginięcie córki. Zgłoszenie nie zostaje jednak przyjęte, policjant tłumaczy matce, że córka jest osobą pełnoletnią, ma prawo przebywać tam, gdzie zechce, i że jest zdecydowanie za wcześnie na wszczynanie alarmu. Policjanci powiadamiają jednak komisariat w Paderborn, który z kolei sprawdza, czy zaginiona nie uległa wypadkowi i nie przebywa w jakimś szpitalu. W końcu jednak na skutek nacisków rodziców zgłoszenie o zaginięciu zostaje oficjalnie przyjęte (ok. godz. 14).
    Matka wraz z przyjaciółmi i znajomymi Frauke rozwieszają w całym w mieście ulotki ze zdjęciem dziewczyny i informacją o jej zaginięciu. Zaangażowanych jest w to około 40 osób.
    Niestety nie wiadomo konkretnie, jaką drogę obrała Frauke, żeby wrócić do domu – a w grę wchodzą trzy różne trasy. Jak później stwierdzono, pewne jest to, że wkrótce po opuszczeniu pubu Frauke musiała znaleźć się poza miastem, ponieważ SMS wysłany przez nią po północy przyszedł z obrębu masztu Nieheim-Entrup w mieście Nieheim, leżącym 40 km od Paderborn. Należy zatem przypuszczać, że Frauke wsiadła do jakiegoś pojazdu, i to najprawdopodobniej dobrowolnie, co można wywnioskować po tym, że przesłana przez nią wiadomość SMS brzmiała normalnie.
    Telefon od zaginionej
    Jest 22 czerwca, minął więc kolejny dzień. Od Frauke nie ma żadnej wiadomości. Nagle, dokładnie o 22:25, dzwoni telefon Chrisa. To Frauke!
    Chris natychmiast odbiera. „Hallo, Christos” – słyszy, i już w pierwszym momencie czuje niepokój, bo Frauke normalnie nigdy w ten sposób do niego się nie zwraca. Do tego jej głos brzmi, jakby była pod wpływem jakichś środków odurzających. „Chciałam powiedzieć, że u mnie wszystko w porządku i że niedługo wrócę do domu. Daj znać mamie, tacie i innym” – i to wszystko, Frauke się rozłącza.
    Chris odczuwa niepokój, nie rozumie tej dziwnej rozmowy. Mimo wszystko nie może powstrzymać radości, że Frauke dała znak życia i że – jak sama powiedziała – wkrótce pojawi się w domu.
    Po tym telefonie wszystkie najbliższe osoby czekają w mieszkaniu, aż przyjdzie Frauke. Ta jednak nie się zjawia. Nie można się również do niej dodzwonić, jej telefon jest wyłączony. Mija noc.
    SMS
    Jest kolejny dzień, tj. piątek, 23 czerwca. Policja wszczyna śledztwo z powodu podejrzenia o porwanie, dzięki czemu można śledzić połączenia z telefonu Frauke. Nie wygląda to jednak tak spektakularnie, jak w telewizji: nie można podsłuchiwać rozmów, wpływają jedynie dane o czasie i miejscu połączeń telefonu z konkretnym nadajnikiem (masztem) telefonii komórkowej.
    O godz. 23:04 Chris otrzymuje SMS od Frauke: „Dziś wracam do domu. Jestem w Paderborn”. Natychmiast powiadamia matkę Frauke. Rodzice przyjeżdżają do mieszkania córki i Chrisa. Wszyscy przez całą noc czekają na powrót Frauke, ta jednak się nie pojawia. Jej matka jest u kresu sił.
    Rodzice Frauke próbują nakłonić policję do intensywniejszych działań, śledczy jednak odpowiadają, że jest to nieuzasadnione, ponieważ Frauke jest w regularnym kontakcie z najbliższymi. Widocznie miała ochotę na oderwanie się od codzienności. To się zdarza, argumentuje policja.
    Jednak bliscy Frauke oraz jej przyjaciele są coraz bardziej zdenerwowani i wystraszeni, wiedzą bowiem, że takie zachowanie byłoby z jej strony absolutnie niemożliwe. Do ich świadomości coraz silniej przenika fakt, że Frauke musiało spotkać coś strasznego; pewni są przy tym, że przetrzymywana jest gdzieś wbrew swojej woli.
    Kolejne telefony
    Jest sobota, 24 czerwca, godz. 14:23. Kolejny telefon do Chrisa – Frauke zapowiada, że wróci dziś wieczorem do domu. Chris zdążył ją tylko zapytać, czy dzieje się coś złego, ale Frauke odpowiada tylko jak automat „Nie. Jestem w Paderborn. Jestem w Paderborn. Jestem w Paderborn.”, po czym się rozłącza.
    Dla policji jest to kolejny sygnał, że nie ma potrzeby żadnej interwencji.
    Matka Frauke (w wywiadzie dla czasopisma „Stern” – „Stern Crime”, 3. 05. 2016) skomentowała ten fakt następująco: „Policja powiedziała mi: ‘Czego Pani chce? Przecież zadzwoniła, żyje, my nie mamy tutaj nic do zrobienia‘. Byłam wzburzona. Dla mnie to wszystko było przerażające: te stałe zapowiedzi, że wróci do domu, jej zmieniony głos, wyłączony telefon. Policja nie wiedziała nawet, skąd były połączenia. Ustalono jedynie pochodzenie pierwszej wiadomości SMS. Wiele dni trwało, zanim operator sieci dostarczył dalszych informacji. Później się dowiedziałam, że policja złożyła wniosek o przekazanie jej danych jedynie z pierwszych telefonów do piątkowej nocy. Na kolejne czekaliśmy tygodniami, ponieważ nie było decyzji sądu.”
    W niedzielę, 25 czerwca (dokładnie o godz. 22:28), znów dzwoni Frauke, ponownie zapowiada, że wróci do domu. Zapytana, czy jest w niebezpieczeństwie, odpowiada, że nie, a na pytanie, dlaczego nie wróciła wczoraj, odpowiada, że wyjaśni to, gdy wróci do domu. Na ten powrót nikt z najbliższych jednak tak naprawdę nie liczy. Poniedziałek mija bez znaku życia od Frauke.
    Ostatni telefon
    We wtorek wieczorem jej rodzice oraz siostra czekają wraz z Chrisem na telefon. Ponieważ Frauke nie dzwoni, po 23 rodzice wychodzą. Jednak niedługo po ich wyjściu, tj. dokładnie o 23:24, dzwoni telefon. Odbiera Chris, ustawia głośnik, tak więc rozmowę słyszy również i Karen. Frauke mówi głosem bezbarwnym, w którym słychać wyczerpanie i bezbrzeżny smutek. Oto przebieg rozmowy (1):
    Frauke: Hallo, Chrissy. U mnie wszystko w porządku.
    Chris: Gdzie jesteś?
    F: Nie mogę powiedzieć.
    Ch: Przyjeżdżaj do domu.
    F: Nie, nie mogę.
    Ch: Dlaczego?
    F: Nie mogę powiedzieć.
    Ch: Czy jesteś przetrzymywana?
    F: Tak… Nie! Nie!
    Ch: Boisz się?
    F: Nie.
    Ch: Kto jest przy tobie?
    F: Nie mogę tego powiedzieć.
    Ch: Czy jesteś zmęczona?
    F: Tak, bardzo zmęczona.
    Ch: Wiesz, że szuka cię policja?
    F: Tak, wiem.
    Ch: Skąd to wiesz?
    F: Nie ma mnie prawie od tygodnia.
    Ch: Dlaczego cię nie ma?
    F: Przecież wiesz, Chris.
    Ch: Nie. Poznałaś jakiegoś nowego faceta?
    F: Przecież wiesz, że z powodu jakiegoś faceta nie znikałabym na tydzień. Przecież mnie znasz.
    Ch: Karen jest przy mnie. Wszyscy się martwimy.
    F: Czy mama i tata też tu są?
    Ch: Byli tu.
    F: Powiedz im, że ich bardzo kocham.
    Ch: Kiedy wrócisz?
    F: Nie wiem.
    Ch: Dlaczego nie przyszłaś, mimo że powiedziałaś, iż wrócisz.
    F: Później ci to wyjaśnię.
    Ch: Czy mam cię odebrać?
    F: Nie, nie da się.
    Ch: Czy możemy się gdzieś spotkać?
    F: Nie, nie da się. Nie da się.
    Ch: Gdzie jesteś?
    F: Mama.
    Ch: Gdzie jesteś?
    F: Mama.
    Ch: Gdzie jesteś?
    F: Mama.
    Ch: Kiedy się odezwiesz?
    F: Nie wiem.
    Ch: Odzywaj się przynajmniej raz dziennie.
    F: Dotychczas tak robiłam.
    Ch: Było mi bardzo smutno, że nie odezwałaś się wczoraj.
    F: Tak, wiem, że było ci smutno… Daj mi, proszę, Karen.
    Karen bierze telefon.
    F: Proszę, nie wypytuj mnie.
    K: Czy boisz się wrócić do domu?
    F: Nie.
    K: Posprzątamy mieszkanie, a nikt nie będzie się ciebie pytał, co się stało. Wracaj.
    F: Nie da się, ja jeszcze żyję.
    K: Jesteś z jedną osobą czy z wieloma?
    F: Proszę, nie pytaj mnie. Chciałabym być z wami. Chciałabym do domu.
    Chris bierze telefon.
    Ch: Odzywaj się przynajmniej raz dziennie.
    F: Tak robię. Ciao. Na razie.
    Po tej rozmowie siostra wybucha płaczem. Ma przeczucie, że to jakiś rodzaj pożegnania. Chris natomiast uważa, iż ta rozmowa to swego rodzaju postęp, choćby dlatego, że trwała ponad pięć minut.
    Matka Frauke jest wstrząśnięta, szczególnie tym, że na pytanie „Gdzie jesteś?” córka trzy razy odpowiedziała „Mama”. Czy to może jakaś ukryta wskazówka? Matka Frauke pracuje w gimnazjum w miejscowości Bad Driburg i w ciągu tygodnia mieszka tam w pewnego rodzaju mieszkaniu tymczasowym. Może powtórzone „Mama” było sugestią, żeby szukać sprawcy w tej miejscowości lub żeby w jakikolwiek sposób powiązać jej pobyt z miejscem pracy matki? Chris wątpi jednak, że Frauke była w stanie przekazać taką zawoalowaną wiadomość.
    Podczas gdy wszyscy wokół w nastroju euforii świętują mistrzostwa świata, to bliscy Frauke są u kresu wytrzymałości psychicznej. Postanawiają przygotować i rozwiesić kolejną partię ulotek. Policja odmawia interwencji, twierdząc, że dziewczyna po prostu uciekła z domu. Bliscy wiedzą jednak, że jest to niemożliwe, a bezczynność policji przysparza im dodatkowych frustracji.
    Cisza
    Od czasu tej długiej rozmowy Frauke milczy. W związku z brakiem interwencji policji rodzina wynajmuje prywatnego detektywa, a prócz tego rodzice i przyjaciele prowadzą poszukiwania na własną rękę. Siostra i brat Frauke przeglądają też jej komputer, kontaktują się z osobami, które prowadziły z nią rozmowy na czacie. Nikt jednak nie znajduje nikogo ani niczego podejrzanego.
    Mijają tygodnie, potem kolejne… Matka Frauke praktycznie nie śpi. Wszyscy podejrzewają to, co najgorsze, ale nie tracą nadziei.
    Zgłoszenie
    4 października o godz. 19:20 policja kryminalna w okolicach Lichtenau (leżącego 15-20 km od Paderborn) otrzymuje następujące zgłoszenie: przebywający w tej okolicy myśliwy przypadkowo natrafił na leżące pod drzewem zwłoki. Zwłoki leżą przy drodze krajowej 817, w odległości mniej więcej 10 metrów od samej drogi. Wokoło nie ma żadnych domów, w tym miejscu także nie chodzą piesi. Ze względu na ubiór zmarłej policja podejrzewa, że może chodzić o Frauke (a o tych podejrzeniach tego samego dnia zostaje powiadomiona jej matka). Dwa dni później wiadomość ta zostaje oficjalnie potwierdzona.
    Jak później ustalono, Frauke musiała zginąć najwyżej kilka dni po ostatnim telefonie. Ze względu na zaawansowany stan rozkładu ciała nie udało się ustalić przyczyny śmierci. Być może została uduszona, ale nie ma co do tego pewności. Podobnie nie znaleziono dowodów na to, że miało miejsce wykorzystanie seksualne, choć nie można tego wykluczyć. Nie znaleziono także śladów po narkotykach, jednak nie można wykluczyć użycia pigułki gwałtu, gdyż ta po krótkim czasie nie pozostawia śladów w organizmie. Pewne jest jedynie to, że miejsce znalezienia zwłok nie było miejscem zbrodni.
    W toku śledztwa wykluczone zostają osoby z bliższego i dalszego otoczenia Frauke. Apele do społeczeństwa nie dają rezultatów, nie zgłasza się nikt z jakąś przełomową informacją. Najistotniejsze dane pochodzą od operatora telefonii komórkowej – to miejsca logowania się telefonu Frauke do masztów. Z masztu w Nieheim logował się jej telefon, gdy został wysłany pierwszy SMS. Ponieważ pozostałe połączenia pochodziły z logowań do masztów stojących w innych miejscowościach w okolicy, policja przypuszcza, że Frauke przetrzymywano w Nieheim.
    Maszt w Nieheim obejmuje teren o średnicy 15 kilometrów. Nie jest zatem możliwe przeszukanie domów, budynków, garaży i wszelkich miejsc na takim obszarze. Policja podejmuje więc następujące działania: do skrzynek pocztowych wszystkich domów i mieszkań w tym mieście zostają wrzucone ulotki z informacjami dotyczącymi zaginięcia i śmierci Frauke i z apelem o pomoc w śledztwie.
    Otrzymano kilkadziesiąt wskazówek (co do miejsc, w których ewentualnie mogła być przetrzymywana Frauke – stojące na uboczu budynki, stodoły, przyczepy itp.), sprawdzono każdą z nich – bez rezultatu. Mimo upływu miesięcy, a potem lat, w sprawie nie pojawiły się żadne nowe wskazówki mogące się przyczynić do jej wyjaśnienia. Po całym dziesięcioleciu bilans śledztwa był następujący: sprawdzenie 900 osób, 40 przeszukań.
    Brak wiedzy o sprawcy i o okolicznościach zbrodni jest niewypowiedzianym ciężarem dla bliskich, gdyż wiąże się z poczuciem „niezamknięcia” sprawy.
    „Dom z horroru“
    Nadzieja na rozwiązanie sprawy Frauke pojawia się niespodziewanie, gdy w kwietniu 2016 roku aresztowany zostaje 46-letni Wilfried W. i jego eks-żona Angelika W. Para mieszka w miejscowości Bosseborn, administracyjnie będącej częścią miasta Höxter, które jest oddalone mniej więcej o 50 kilometrów od Pardeborn. Wilfried W. i Angelika W. zostają aresztowani po tym, jak się okazuje, że przetrzymywana przez nich 41-letnia kobieta umiera z powodu ran odniesionych wskutek maltretowania. Gdy w toku śledztwa wychodzi na jaw, że para dwa lata wcześniej zamordowała inną kobietę, ich dom okrzyknięty zostaje przez media „domem z horroru”, a prócz tego pojawiają się przypuszczenia, że jedną z ich ofiar była również Frauke Liebs.
    W grudniu 2016 roku po trwającym osiem miesięcy śledztwie dotyczącym „działań” pary z Höxter śledczy podają jednak do oficjalnej informacji, że nie odnaleziono żadnych poszlak wskazujących na to, że Wilfried W. i Angelika W mieli cokolwiek wspólnego z zaginięciem Frauke Liebs.
    Sprawa jej porwania i śmierci po dziś dzień pozostaje nierozwiązana.
    Źródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #kryminalistyka #niemcy #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Jakby były organizowane wybory mistera Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym to ten typek miałby zapewnione pierwsze miejsce. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Różowe paski, jakby któraś chciała zostać polską Afton Elaine Burton (żona Charlesa Mansona, zakochała się w nim i poślubiła, gdy odsiadywał już wyrok dożywocia, klik), to przedstawiam Wam świetnego kandydata - ten przystojniaczek dostał dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 40 latach!

    . . .

    MICHAŁ MORAS, rocznik '84

    Michał już w szkole eksperymentował z narkotykami. Standardowo zaczęło się od trawki, później amfetamina, a skończyło się na strzykawkach z heroiną. By mieć na następną działkę, jako nastolatek zaczął kraść - najpierw w domu, później w sklepach i wyszarpując kobietom torebki na ulicach. Miał założoną sprawę o rozbój, ale by nie odsiadywać kary, zadeklarował, że podejmie się leczenia nałogu. Z pomocą głęboko wierzących rodziców, wyjechał do Włoch do katolickiego ośrodka odwykowego. Po trzech i pół roku wrócił do rodzinnego Wrocławia, ale ze strachu przed powrotem do dawnego ćpuńskiego towarzystwa oraz brakiem możliwości spłacenia starych długów, po kilku dniach wyjechał do Jeleniej Góry.

    Tam poznał 10 lat starszą od siebie Annę, z którą zamieszkał i wychowywali wspólnie jej kilkuletniego syna. Uczył włoskiego w prywatnej szkole językowej, a później zatrudnił się w dziale technicznym Filharmonii Dolnośląskiej.

    Znajomi Michała z Filharmonii mówili o nim, że był dobrym i sumiennym pracownikiem. Według ich, Moras był bardzo skryty i niewiele ponad to, że znał się dobrze na tenisie i grał w piłkę nożną, są w stanie o nim powiedzieć. Przyznali także, że zdarzało mu się być agresywnym po alkoholu.

    Niestety, jego problemy z nałogami się nie skończyły, a raczej przybrały inną formę. Michał sporo pił i nałogowo grał na automatach, co nie wpływało dobrze na jego związek z Anną, która już niejednokrotnie wyrzucała go z mieszkania.

    Michał bywał często w Sport Pubie, który znajdował się kilka przecznic od Filharmonii, w której pracował.

    (Przychodził), kiedy tylko miał pieniądze, a jak się zgrał, to jeszcze potrafił stać godzinę, dwie i patrzeć, jak innym idzie. Skreślony chłopak. Wciągnięty po uszy. Kiedyś miał passę – wygrywał i wpatrzony był w automat tak, że nie zauważył, jak mu się od papierosa zaczęły paznokcie kopcić. Smród białka wokoło, a ten nie odrywa oczu od bębnów. *

    - opowiadał jeden ze stałych bywalców lokalu. Mówili o nim, że mimo wszystko był to chłopak na poziomie, filolog klasyczny i było o czym z nim porozmawiać.

    pokaż spoiler Nie wiem czy studiował filologię klasyczną, czy po prostu się nią interesował, nie znalazłam nigdzie rozwinięcia tej opinii.


    . . .

    7 marca 2013 roku Michał Moras (wtedy 29-latek) prosto po pracy udał się do Sport Pubu. Pijany w sztok opuścił lokal pół godziny przed północą i udał się w stronę Filharmonii, w której od kilkunastu dni nocował, o czym nie wiedział dyrektor przybytku (a przynajmniej tak twierdził). Anna postawiła Michałowi ultimatum - albo ona, albo nałóg. Kobieta przegrała tą nierówną walkę i kilkanaście dni wcześniej ostatecznie już wyrzuciła konkubenta ze swojego mieszkania.

    Michał do Filharmonii wrócił około północy. Wszedł od strony ulicy Bankowej, a drzwi otworzył mu Paweł K., 60-letni portier. Mężczyźni wypalili po papierosie, pewnie też rozmawiali, bo przecież nigdy wcześniej nie mieli żadnych zatargów. Nagle Moras zaatakował ochroniarza młotkiem, który zwykle nosił go przy sobie w plecaku. Bił tak, jakby chciał go trzy razy zabić ** i dźgał nożem. Ochroniarz zginął od ciosów w głowę. Zachłysnął się własną krwią.

    . . .

    O Pawle K wiadomo tylko tyle, że był człowiekiem dobrego serca. Zostawił żonę i dwoje dorosłych dzieci. Nie doczekał narodzin drugiego wnuka.

    . . .

    Po zabójstwie ochroniarza Moras wszedł na piętro do pokoi gościnnych. W jednym z nich zamieszkiwał, w sąsiednim przebywała niespełna 26-letnia harfistka Victoria Jankowska (zdjęcie), która następnego wieczoru miała zagrać koncert w Filharmonii. Mężczyzna zapukał do drzwi pokoju, w którym przebywała artystka i spytał czy może wejść. Kobieta się zgodziła, jednak morderca nie miał dobrych zamiarów. Victoria nie miała szans z silnym i wysportowanym napastnikiem. Mężczyzna związał ją i zakneblował. Pastwił się nad nią, brutalnie gwałcił i okaleczał przez kilka godzin. Na koniec udusił poduszką.

    . . .

    Victoria Anna Jankowska pochodziła z Warszawy, gdzie ukończyła polonistykę na UW. Była także studentką ostatniego roku na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Jak podaje Wikipedia, współpracowała z wieloma orkiestrami. (klik) Do Jeleniej Góry przejechała po raz pierwszy, 8 marca 2013 roku miała zagrać koncert „Muzyczne pary” - fragmenty "Tristana i Izoldy" Wagnera oraz "Romea i Julii" Czajkowskiego. Była jedynaczką.

    . . .

    Oprawca, zanim wyszedł z Filharmonii, udał się do swojego pokoju i przebrał z zakrwawionych ubrań, które porzucił na podłodze. Zostawił także list:

    Ania nie jest temu winna. Wszystko przez hazard. Poległem. Szukajcie mnie w piwnicy.

    Mogło to sugerować, że początkowo chciał popełnić samobójstwo. Jednak wyszedł z budynku i udał się na dworzec autobusowy.

    . . .

    Rankiem, 8 marca 2013 roku pracownicy Filharmonii na próżno czekali, by jak co dzień Pan Paweł otworzył im drzwi i przywitał swoim serdecznym "dzień dobry". Kilka minut po godzinie 7 wezwali strażaków, którzy musieli wybić szybę, by dostać się do środka budynku. Tuż przy portierni, w kałuży krwi leżał martwy ochroniarz. Od razu wezwano policjantów, którzy na piętrze dokonali następnego makabrycznego odkrycia - na podłodze, w pokoju gościnnym znaleźli ciało Victorii.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Michał Moras bardzo szybko stał się jednym z głównych podejrzanych. Prócz listu pozostawił po sobie mnóstwo śladów - odciski butów, palców czy zakrwawione ubrania. Policja ruszyła za nim w pościg. Morderca dojechał autobusem do Wrocławia, w którym przesiadł się do pociągu w kierunku Górnego Śląska. Został zatrzymany już po godzinie 19 w Jaworznie. (zdjęcie) Był całkowicie zaskoczony i nie stawiał oporu.

    Następnego dnia, w sobotę rozpoczęło się 6-godzinne przesłuchanie podejrzanego. Początkowo przyznał się tylko do zabicia portiera, a w kwestii morderstwa harfistki zasłaniał się niepamięcią. W końcu przyznał się do wszystkiego. Tego samego dnia odbyła się wizja lokalna oraz zapadła decyzja o 3-miesięcznym areszcie.

    Tego samego dnia prezydent Jeleniej Góry ogłosił trzydniową żałobę.

    . . .

    Ludzie, którzy kojarzyli Michała mówili, że często wodził wzrokiem za młodymi, atrakcyjnymi dziewczynami. Podobno, dzień przed morderstwem, był wyjątkowo wpatrzony w Victorię, którą zobaczył na scenie podczas próby w Filharmonii.

    . . .

    11 marca zostały ogłoszone wyniki sekcji zwłok. Wiadomo tylko, że Paweł K. zmarł z powodu odniesionych obrażeń głowy, a Victoria została uduszona. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze oznajmiła, że na prośbę rodziny zmarłej harfistki nie będzie udzielać żadnych dodatkowych informacji.

    . . .

    Paweł K. został pochowany 15 marca na starym cmentarzu w Jeleniej Górze. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła rodzina, bliscy, znajomi z pracy oraz orkiestra dęta Filharmonii Dolnośląskiej. (zdjęcia)

    Victoria została pochowana następnego dnia na cmentarzu służewieckim w Warszawie. Chórzyści z Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina zaśpiewali napisaną specjalnie na jej część pieśń żałobną. (zdjęcia)

    . . .

    14 lutego 2014 W jeleniogórskim Sądzie Okręgowym rozpoczął się proces. (zdjęcie) Michał Moras został oskarżony o dwa zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, gwałt ze szczególnym okrucieństwem i rozbój z użyciem noża. Prokuratura nie ujawniła wielu szczegółów morderstw ze względu na wyjątkowe okrucieństwo, a sędzia na wniosek pokrzywdzonych i ich rodzin, utajnił proces w całości.

    Jak mówił prokurator Sebastian Ziembicki, motyw jest bardzo złożony i nie da się o nim mówić nie wchodząc w szczegóły, a o ich nieujawnianie prosiła rodzina jednej z ofiar. Z aktu oskarżenia można wnioskować jednak, że chodziło o motyw złożony co najmniej z dwóch pobudek: seksualnej i rabunkowej. ***

    Biegli psychiatrzy oraz psycholog nie stwierdzili u Morasa żadnych zaburzeń i uznali, że w chwili zbrodni był on w pełni poczytalny i zdolny do ocenienia własnych czynów. Dodali też, że poziom inteligencji oskarżonego jest wyższy niż średni poziom dla jego grupy wiekowej.

    10 marca odbył się następny proces, a 5 maja Sąd ogłosił wyrok dożywotniego więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 50 latach. Zasądził też milion złotych nawiązki dla rodzin ofiar po 250 tys. złotych dla matki i córki ochroniarza oraz 500 tysięcy złotych dla matki zmarłej harfistki. Wyrok był nieprawomocny. Tego dnia Michała Morasa nie było na sali rozpraw.

    Sędzia Andrzej Żuk ogłaszając wyrok przez kilka minut odczytywał listę obrażeń jakie Michał M. zadał swym ofiarom. Oboje umierali w mękach, prosząc zabójcę o litość. Michał M. najpierw brutalnie zgwałcił harfistkę, zakneblował jej usta taśmą malarską, ciął nożem i gryzł. Kobieta zginęła uduszona. Michał M. zabrał jej 150 złotych i telefon komórkowy. Ochroniarzowi zadał ponad 60 ran nożem, młotkiem i innym nieustalonym tępym narzędziem. ****

    KLIK obrońca Michała Morasa, oraz z matką i przyjaciółką zamordowanej Victorii

    Obrońca skazanego złożył apelację o skrócenie okresu do prawa ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. (klik)

    Według Rejestru wyrok uprawomocnił się 15 października 2014 roku i został zmieniony tylko w kwestii ubiegania się o przedterminowe zwolnienie na 40 lat. Reszta bez zmian.

    Obrońca skazanego próbował jeszcze walczyć o swojego klienta, ale w listopadzie 2015 roku Sąd oddalił jego kasację od wyroku, którą uznał za bezsensowną. Zatem Michał Moras nie ma już więcej prawnych możliwości uchylenia się od prawomocnego wyroku.

    . . .

    W listopadzie 2015 r. mama zamordowanej Victorii założyła fundację jej imienia, mająca na celu zachowanie pamięci córki poprzez wspieranie wszelkich inicjatyw artystycznych twórców młodego pokolenia. (klik)

    . . .

    Rodzina Victorii wiele lat walczyła w sądzie o zadośćuczynienie za śmierć córki. Dopiero w marcu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że matce ofiary należy się 250 tys. zł, którą mają zapłacić wspólnie filharmonia oraz firma ochroniarska.

    Naszym zdaniem śmierć córki pani Barbary została spowodowana błędami zarówno po stronie samej filharmonii - organizacyjnymi, brakiem należytej staranności - jak i przez samą firmę ochroniarską, która nie zapewniła należytej ochrony.

    - mówił adwokat reprezentujący matkę zamordowanej kobiety.

    (klik)

    . . .

    Michał Moras aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym Nr 1 we Wrocławiu.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło
    **** źródło

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #victoriajankowska #jeleniagora #wroclaw #michalmoras #filharmonia
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Ostatnio pojawia się na wypoku dużo spraw kryminalnych, więc zastanawiam się, jak zostanie przyjęta taka sprawa.

    George'a Juniusa Stinneya - najstarszego syna młynarza w Karolinie Północnej - oskarżono o zgwałcenie i zabicie dwóch białych dziewczynek: jedenastoletniej Betty June Binnicker i ośmioletniej Mary Emmy Thames.

    Jedynym dowodem w sprawie było rzekome przyznanie się chłopca (rzekome, bo nie zachowała się żadna pisemna notatka czy transkrypcja - jedynie zeznanie oficera H.S. Newmana). Pojawiły się też poważne wątpliwości - ofiary zostały zabite ciężką, kolejową belką (łącznie zadano 13 ciosów). Ważący 40kg Stinney miałby duże problemy z podniesieniem tej belki, nie mówiąc o zadawaniu ciosów. Nie zbadano też dojrzałości płciowej chłopca, aby upewnić się, że mógł dopuścić się gwałtu. Także trójka jego rodzeństwa utrzymywała, że w czasie popełnienia zbrodni ich brat przebywał z nimi (choć oczywiście nikt nie był zainteresowany ich zeznaniami).

    Proces trwał niecałe trzy godziny. Na wydanie wyroku skazującego 12 przysięgłych (sami biali mężczyźni) potrzebowało 10 minut. Sędzia Phillip Stoll uzasadnił wyrok śmierci, tym że "Stinney był bardzo zdemoralizowaną jednostką". Adwokat Stinneya, Charles Plowden, nie próbował właściwie bronić klienta, nie poinformował go też o możliwości odwołania się i nie próbował komentować werdyktu. W wywiadzie powiedział, że "nie było sensu, bo rodzina nie miała na to pieniędzy".

    Wyrok wykonano w Central Correction Institute w Columbia w Karolinie Południowej, używając krzesła elektrycznego. Ze względu na drobną budowę ciała (155cm, 40kg), strażnicy mieli problemy z zapięciem pasów, a w czasie egzekucji musiał siedzieć na książce telefonicznej. Świadkowie uznali egzekucję za makabryczną, bo po pierwszym włączeniu prądu opadła zbyt duża maska zasłaniająca twarz. Stinney umarł po około 4 minutach.

    George Junius Stinney jest najmłodszym skazany na śmierć w USA i na całym kontynencie amerykańskim w XX wieku. Gdy wykonywano wyrok miał czternaście lat, siedem miesięcy i 29 dni.

    18 grudnia 2014 sąd uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję. Obrońcy praw człowieka od lat domagali się rewizji wyroku, podkreślając, że zabarwiony był rasizmem i nie opierał się na wiarygodnych dowodach. W latach 40. w Karolinie Południowej królowały tzw. prawa Jima Crowa, które ograniczały wolności obywatelskie czarnoskórej ludności. Ich celem było pogłębienie segregacji rasowej.

    #kryminalne #kryminalistyka #rasizm #mordercy #neuropa
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Dzięki za wszelkie sugestie - o czym pisać, jak pisać, co dodać, co zmienić czy zostawić. Wszystko biorę pod uwagę, dzięki temu zarówno ten tag, jak i polskiepato będą lepsze. I ja też się rozwinę. :)

    • • •

    RYSZARD WILIWIŃSKI, rocznik 70
    PATRYK WILIWIŃSKI, rocznik '94
    DOROTA WILIWIŃSKA, rocznik '73

    Po braciach Lipińskich, następna wesoła rodzinka w Rejestrze - Państwo Wiliwińscy z głębokiej podlaskiej wsi. Ojciec, syn i matka skazani za jeden z najbardziej obrzydliwych czynów, czyli art. 197 § 3 pkt 3 kk - gwałt na członku rodziny.

    W 2013 roku 13-letnia (wówczas) córka Wiliwińskich, ze względu na swoją lekką umysłową niepełnosprawność, została umieszczona w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Suwałkach. Dziewczynka zaczęła się dziwnie zachowywać wobec rówieśników - obłapywała ich, obmacywała i dotykała miejsc intymnych swoich koleżanek. W rozmowie z wychowawczynią powiedziała, że przecież tak robią tatuś i brat, a w jej mniemaniu to normalne. Nauczyciele zaalarmowali policję.

    Ryszard i Patryk Wiliwińscy zostali zatrzymani, nie przyznali się do winy. Dorota Wiliwińska wynajęła dla nich "najlepszego" adwokata.

    W toku śledztwa wyszło na jaw, że przez ostatnie 2 lata brat upośledzonej dziewczynki ją gwałcił, ojciec molestował i pokazywał pornograficzne zdjęcia, a matka o wszystkim doskonale wiedziała i najwyraźniej akceptowała, bo nie zrobiła nic by pomóc własnemu dziecku.

    Oczywiście, nikt na wsi nic nie podejrzewał, wszyscy byli wielce zaskoczeni winą swoich sąsiadów. Bo przecież taki gospodarny ten Rysiek był, a rodzina co niedziele do kościoła chodziła... Syn trochę łobuz, lubił wypić i nie dało się ukryć, że też ma orzeczenie o niepełnosprawności. Tutaj macie wypowiedzi mieszkańców Słobódki.

    Podczas trwania procesu, reporter TTV odwiedzili dom oskarżonych, by zadać im kilka pytań i jak się okazało, według matki i babki molestowanej dziewczynki, to nie był gwałt TYLKO WSPÓŁŻYCIE. KLIK <- tutaj można posłuchać ich rozmowy. I jeszcze tutaj -> KLIK, próby rozmów po jednej z rozpraw.

    Dziewczynka wraz z dwójką (podobno zdrowego) rodzeństwa została umieszczona w domu dziecka. Wiliwińscy walczyli przed sądem o ich powrót do domu, ale nie mogę znaleźć nigdzie informacji jak to się skończyło. W tej sprawie interweniował Rzecznik Praw Dziecka, który miał dopilnować by molestowana dziewczynka nie wróciła do swoich oprawców.

    Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, także nie wiadomo czy oskarżeni w końcu przyznali się do winy, ani jaką mieli linię obrony. Wyrok zapadł w listopadzie 2015 roku - ojciec 7 lat pozbawienia wolności, syn 5 oraz (dla obojga) zakaz kontaktowania się z ofiarą. Matka dostała 2 lata w zawieszeniu na 5. Orzeczenie nie było prawomocne i (oczywiście...) po odwołaniu wyrok został ostatecznie zmieniony... Jak wynika z Rejestru, w marcu 2016 Ryszard Wiliwiński został skazany na 4 lata pozbawienia wolności i 4 lata zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną. Patryk Wiliwiński otrzymał 3 lata pozbawienia wolności i 3 lata zakazu kontaktu. Wyrok Doroty Wiliwińskiej pozostał bez zmian.

    . . .

    Tutaj są zdjęcia domu i skazanych w sądzie.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #pedofilia #pedofile #podlasie #slobodka
    pokaż całość

  •  

    Gdy świętujemy mistrzostwa świata w siatkówce, nie zapominajmy o przerażającej zbrodni, która miała miejsce tuż po poprzedniej edycji imprezy, 4 lata temu.

    Po poprzednich mistrzostwach świata w siatkówce, w 2014 roku, dwóch mężczyzn świętowało na rynku we Wrocławiu. Zostali zaczepieni przez dziewczynę pracującą dla wyłudzalni pieniędzy podszywającej się pod "klub ze striptizem". Mechanizm działania takich miejsc jest następujący - dziewczyna zaprasza niczego nie świadomych ludzi na ulicy, wchodzą do środka, po czym są okradani na różne sposoby - dosypuje im się do drinków środki wyłączające świadomość i pamięć, wymusza się zapłaty pod groźbą lub okrada ich innymi metodami.

    Ta kryminalna działalność bezkarnie prowadzona jest w eksponowanych miejscach miast, w przypadku Wrocławia - na rynku, tuż obok miejskiego ratusza. Mężczyźni zachęceni przez kobietę weszli do "klubu", ale szybko zorientowali się, że nie jest to miejsce, w którym chcą przebywać. Udali się więc w stronę wyjścia. Tam drogę zagrodzili im bandyci wynajęci przez "klub" w roli "ochroniarzy", domagając się zapłaty - de facto dokonując rozboju. Gdy mężczyźni odmówili zapłaty i chcieli wyjść, jeden z bandytów zaczął ich bić. Jednego zamordował. Początkowo odmawiano nawet wezwania karetki. Ostatecznie zgodzono się na to, pod warunkiem skłamania, że mężczyzna "spadł ze schodów".

    Całość zarejestrował monitoring. Od momentu wejścia do klubu, do morderstwa minęło 8 minut. Zamordowany mężczyzna miał żonę i dzieci. Cała jego "wina" polegała na tym, że chciał świętować mistrzostwo świata w siatkówce. Jest to absolutnie przerażające.

    Morderca ukrywał się przed policją oraz kłamał w czasie procesu. Jak wykazało śledztwo, cały personel "klubu" został poinstruowany przez właściciela, że mają kłamać w tej sprawie. Pomimo tego, bandyta za morderstwo ostatecznie otrzymał skandalicznie niski wyrok zaledwie 5 lat pozbawienia wolnośći.

    Ten klub, pod zmienioną nazwą, jak i wiele mu podobnych, w dalszym ciągu bezkarnie działają w całej Polsce, otruwając i okradając nieświadomych klientów. Niektórzy są mordowani. Spraw były tysiące, jednak w państwie polskim panuje takie bezprawie, że nie jest ono w stanie poradzić sobie z ewidentnie bandycką, niezmiernie szkodliwą działalnością. Korzystają z pełnego luk prawa oraz nieudolności służb.

    W czasie morderstwa, Polską rządziła Platforma Obywatelska, z premierem Donaldem Tuskiem, a później Ewą Kopacz.
    W dniu dzisiejszym przy władzy jest Jarosław Kaczyński (PiS), który rządzi na tyle nieudolnie, że problem nadal występuje.

    W Polsce można tak po prostu, w eksponowanych i turystycznych częściach miast, prowadzić bezkarnie kryminalną działalność, polegającą na okradaniu ludzi na wielkie sumy, otruwaniu, czasem nawet na morderstwach.

    Świętując sukces sportowy, pamiętajmy o ofiarach tej przerażającej zbrodni i pomyślmy o tym, że ten proceder nadal trwa i kolejne ofiary mogą pojawiać się każdego dnia.

    #siatkowka #polska #kryminalne #panstwoteoretyczne #morderstwo #wroclaw
    pokaż całość

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Czarna Białostocka to niewielka, licząca niecałe 10 tysięcy mieszkańców miejscowość w województwie podlaskim. Przy wąskiej uliczce Romualda Traugutta znajduje się szkoła podstawowa pod tym samym imieniem. To spokojna okolica - w okół domki jednorodzinne, małe, osiedlowe sklepiki i sporo zieleni.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką z długim stażem - od 17 lat uczyła w klasach I-III. Miła i ambitna kobieta szybko zbyła sobie wśród uczniów sympatię, a u kolegów i koleżanek z pracy opinię świetnego pedagoga. Do swojego zawodu podchodziła z dużym zaangażowaniem i stale podnosiła swoje kwalifikacje. Poświęcając się całkowicie pracy, Mariola nie znalazła czasu by ułożyć sobie życie prywatne. Atrakcyjna, szczupła blondynka przez długi czas żyła samotnie.

    Wszystko zmieniło się jednak w 1997 roku podczas zajęć sportowych w szkole, gdy Mariola poznała Jerzego, szanowanego w okolicy biznesmena i ojca trójki dzieci, z których najmłodszy, Piotruś właśnie rozpoczął naukę w podstawówce przy ulicy Traugutta. Dwie dorosłe już córki uczyły się w Białymstoku. Mężczyzna został wybrany na przewodniczącego Rady Rodziców, co sprzyja częstszym spotkaniom nauczycielki z eleganckim i przystojnym przedsiębiorcą. Z czasem pomiędzy Mariolą, a Jerzym wybucha gorący romans, który szybko staje się sensacją małego miasteczka.

    O romansie dowiaduje się rodzina i żona biznesmena, a matka nauczycielki prosi córkę by zakończyła tę grzeszną znajomość. Mariola nie chciała nawet o tym słyszeć. Ludzie w okolicy zaczęli plotkować, wytykać palcami i krzywo patrzeć na oboje kochanków. Kobieta dostawała listy z pogróżkami i była nękana głuchymi telefonami, jednak dla miłości do Jerzego była w stanie znieść wszystko. Nie zniechęciła się także, kiedy ktoś powypisywał na drzwiach jej mieszkania wulgarne słowa.

    Jerzy zapewniał o swojej wielkiej miłości i obiecywał, że to z nią chce ułożyć sobie nowe życie, że w końcu zostawi swoją żonę, z którą od dawna mu się nie układało. Twierdzi, że trwa w małżeństwie jedynie ze względu na swojego najmłodszego syna. Prosił Mariolę o jeszcze chwilę cierpliwości i wyrozumiałości. Zakochana kobieta czekała, święcie wierząc w obietnice kochanka.

    W 2001 roku Jerzy niespodziewanie oświadcza, że to już koniec ich czteroletniego związku. Mężczyzna przepraszał, tłumaczył, że nie może tego dłużej ciągnąć, że chce naprawić swoje relacje z rodziną.

    Mariola wpadła w czarną rozpacz. Nie mogła uwierzyć, że facet, dla którego poświęciła tak wiele, nagle odchodzi. Zakochana kobieta nachodzi byłego kochanka, błaga i prosi o powrót. Na próżno. Z uśmiechniętej i atrakcyjnej kobiety, staje się wrakiem człowieka. W dość krótkim czasie, próbuje dwukrotnie odebrać sobie życie.

    . . .

    25 kwietnia 2001 roku Mariola przyszła do pracy wcześnie rano, pomimo, że lekcje zaczynała dopiero po południu. Rozżalona i złamana 38-latka, dzień wcześniej odbyła rozmowę z żoną swojego ukochanego. Była rozgoryczona.

    Myszkiewicz poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu lekarskiego, wyjaśniając, że chce się zważyć. Około godz. 9.30 poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, synowi Jerzego, że ma stawić się w gabinecie, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki 11-latek udał się prosto do szkolnej higienistki. Na miejscu czekała na niego Mariola, którą znał i dobrze zdawał sobie sprawę z tego co łączyło ją z jego ojcem. Mieszkańcy Czarnej Białostockiej podejrzewali nawet, że to on był autorem obraźliwych napisów na drzwiach nauczycielki.

    Zostaw mego tatę w spokoju!

    - miał jej kiedyś powiedzieć chłopiec.

    Nauczycielka chwilę rozmawiała z Piotrkiem, aż nagle wyciągnęła ze swojego plecaka nożyk introligatorski i zaczęła zadawać dziecku ciosy. Była wściekła. Dźgała na oślep. Długotrwale kumulowane emocje w końcu znalazły ujście. W swojej rozpaczy przestała myśleć logicznie, obwiniała dziecko o rozpad jej związku. Przecież Jerzy zawsze powtarzał, że to jego oczko w głowie...
    Piotruś próbował się bronić i wydostać z gabinetu, co mu skutecznie uniemożliwiała. W amoku wymachiwała ostrzem, trafiając w szyję oraz w głowę. Krew była wszędzie - na drzwiach, podłodze, płynęła strumieniem po drzwiami. Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki, które na widok czerwonej kałuży zaczęły krzyczeć i walić pięściami w zamknięte drzwi gabinetu. Wyważył je dopiero wuefista. W tym całym zamieszaniu ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok - skulony chłopiec leżał we krwi, miał ponad trzydzieści ran kłutych na szyi, podcięte gardło i uszkodzoną tętnice.

    Piotrek jeszcze wtedy żył. Wykrwawił się jednak przed przyjazdem pogotowia.

    Zajęcia zostały odwołane, a uczniowie wyprowadzeni ze szkoły bocznym wyjściem. Na miejscu pojawiła się policja, a przed budynkiem zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice. Wszyscy byli zszokowani, nikt nie mógł uwierzyć, że nauczycielka, na dodatek ta najbardziej lubiana i poważana, zabiła ucznia.

    Wątpliwości jednak nie było. Za Mariolą ruszyła policyjna obława, w którą zaangażowano około 200 funkcjonariuszy. Rozesłano rysopis kobiety, a następnego dnia wysłano za Mariolą list gończy. (link) Przeszukiwano okolice zalewu i pobliskie lasy, podejrzewano, że kobieta mogła popełnić samobójstwo.

    W Czarnej Białostockiej krążyły plotki, że już wcześniej zaplanowała morderstwo, dwa dni przed tragedią zlikwidowała konto w banku i wyjechała za granicę.

    Jak ona tu wróci, to nic dobrego ją nie czeka. Niech się modli, żeby policja była pierwsza. Lepiej dla niej, żeby już nie żyła.

    - mówili mieszkańcy.

    Mariola ukrywała się w pobliskiej Puszczy Knyszyńskiej, a dzień później dotarła do zakonu w Markach pod Warszawą, skąd zadzwoniła do swojej siostry. Prosiła o radę, była przerażona i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chciała się zabić lub oddać sama w ręce policji.

    W nocy z 26 na 27 kwietnia funkcjonariusze z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali Mariolę. W trakcie przesłuchania w prokuraturze przyznała się do winy, ale odmówiła składania wyjaśnień.

    . . .

    W tym samym czasie, 27 kwietnia odbył się pogrzeb zamordowanego Piotrka, w którym uczestniczyło kilka tysięcy osób. (zdjęcie) Podobno ojciec chłopca nie mógł wziąć udziału w uroczystości, ponieważ trafił na oddział kardiologiczny szpitala w Białymstoku.

    (o przebiegu pogrzebu)

    . . .

    Kilka dni po tragedii w Szkole Podstawowej nr. 2 w Czarnej Białostockiej pojawili się psycholodzy, którzy przez kilka dni prowadzili rozmowy z nauczycielami i uczniami, którzy mieli bezpośredni związek z tragedią. Dzieci najgorzej przeżyły wydarzenie z ostatnich dni.

    Są bardzo poruszone i są w nich duże emocje

    - relacjonował dyrektor.

    Płaczą. Można nawet powiedzieć, że to przeradza się w jakąś lekką histerię. Psycholodzy starali się przekazać im tylko fakty, odrzucając plotki. I przede wszystkim uspokoić emocje.

    . . .

    Niecały miesiąc po śmierci Piotrka, na budynku szkoły (za ścianą jest szkolny gabinet lekarski) pojawiła się upamiętniająca go tablica. Mimo tego, że rodzice chłopca zawiesili ją bez zgody dyrekcji i władz samorządowych, główne kontrowersje wywołał umieszczony na płycie napis:

    W dniu 25 kwietnia 2001 r. za tym murem został zamordowany Piotruś Popławski, uczeń klasy IV B. Prosimy o modlitwę. Rodzina.

    Mieszkańcy uważali, że ten napis straszy dzieci i ciągle przypomina im o tragedii, przez którą wciąż nie mogą spać po nocach. Tutaj można przeczytać ich tłumaczenia -> klik

    . . .

    Prokuratura w Białymstoku postawiła Marioli Myszkowskiej zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz o to, że zrobiła to w wyniku motywacji zasługujących na szczególne potępienie. Podobno w domu oskarżonej znaleziono list do Jerzego, w którym miała napisać wprost o tym, że według jej zamordowany chłopiec był przeszkodą w ich związku.

    Został zastosowany areszt tymczasowy, w którym Mariola, jako dzieciobójczyni nie miała łatwo. Z nieoficjalnych informacji wynika, że została tam dotkliwie pobita i przez pewien czas przebywała w śpiączce.

    . . .

    W czasie śledztwa została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że była poczytalna w momencie dokonywania morderstwa. Według psychiatrów i psychologów Mariolę cechuje ponadprzeciętna inteligencja, nie przejawia też skłonności do okazywania uczuć. W opinii biegłych ma silną osobowość, wysoką samoocenę i jest bardzo egocentryczna.

    Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Sąd ze względu na ważny interes prawny rodziców ofiary, uchylił częściowo jawność rozprawy.

    Podczas procesu Mariola nie pokazywała emocji. Tłumaczyła, że nie planowała morderstwa, chciała tylko porozmawiać z Piotrkiem, jednak chłopiec zaczął ją wulgarnie wyzywać i straciła nad sobą panowanie. Obrona także usiłowała przekonać sąd, że oskarżona działała w afekcie (za zabójstwo w afekcie groziłoby jej tylko 10 lat). Miało o tym świadczyć m.in. brutalność, nagłość i wielokrotność ciosów zadanych chłopcu. Opinię tę podzielili zresztą przesłuchiwani w sprawie biegli psychologowie i psychiatrzy.

    Prokurator miał zupełnie inny pogląd na sprawę. W trakcie śledztwa okazało się, że nóż, którym Mariola zabiła 11-latka był prezentem od Jerzego. Narzędzie zbrodni stanowiło jeden z głównych dowodów, popierających tezę o zemście zawartą w akcie oskarżenia. Jeden ze świadków zeznał, że nauczycielka dzień przed dokonaniem zbrodni odwiedziła Jerzego i jego żonę. Zażądała kupna mieszkania i umożliwienia wyjazdu z Czarnej Białostockiej. Obciążający dla kobiety był też fakt, że w plecaku, który miała ze sobą 25 kwietnia, znajdował się paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    . . .

    Sąd Okręgowy w Białymstoku uznał, iż Mariola Myszkiewicz zaplanowała tę zbrodnię i nie było to działanie w afekcie, jak ocenili biegli. Sąd podkreślił, że dożywocie byłoby karą zbyt wysoką i 15 lutego 2002 roku skazał Mariolę Myszkowską na 25 lat więzienia.

    Obrońca Marioli złożył apelację od wyroku i o wymierzenie niższej kary.

    W wyniku rozpatrzenia apelacji obrońcy oskarżonej nie doszło do zmiany wysokości wyroku, jednakże sąd II instancji stwierdził, że sąd I instancji popełnił błąd, nie podzielając opinii biegłych psychiatrów i psychologa odnośnie tego że oskarżona działała pod wpływem silnego wzburzenia. Chociaż sąd apelacyjny przyznał, że oskarżona była w takim stanie psychicznym, w którym emocje górowały nad intelektem, to jednak jej czynu nie może zostać uznany za usprawiedliwiony okolicznościami. Mariola M. działała w stanie silnego wzburzenia, ale nie można tego zakwalifikować jako działanie w afekcie.

    W maju 2003 roku sąd utrzymał wyrok 25 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po odbyciu 15 lat kary. (link)

    . . .

    Ona jeszcze sobie życie ułoży. Zna języki, jest bardzo sprytna. W więzieniu podobno bardzo się stara, żeby jak najszybciej wyjść na warunkowe

    – mówił o kobiecie jeden z jej dawnych podopiecznych.

    To co zrobiła było dla wszystkich zaskoczeniem. Nikt by się tego po niej nie spodziewał. To była najfajniejsza pani w szkole.

    . . .

    Znalazłam informacje z 2017 roku, że Mariola wciąż przebywa w więzieniu. Czy jest tam do dnia dzisiejszego - nie wiem. Aktualnie ma 55 lat.

    Piotrek Popławski miałby teraz 28.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #czarnabialostocka #czarna #bialostocka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #mariolamyszkiewicz
    pokaż całość

  •  

    #przegryw #stulejacontent #kryminalne
    Miraski, słyszeliście o tym, że ktoś wczoraj w moim mieście brutalnie zamordował prostytutkę?

    pokaż spoiler Bo jeśli nie, to jest dobrze (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Krótki wpis, ale ten ryj koniecznie trzeba pokazać.

    . . .

    TOMASZ KOZŁOWSKI, rocznik '73

    Pedofil i gwałciciel, 19 października 2017 roku skazany przez Sąd Okręgowy w Białymstoku za wielokrotne wykorzystywanie seksualne, doprowadzane do poddawania się innym czynnościom seksualnym oraz gwałty na swojej własnej córce.

    Jak wynika z aktu oskarżenia, do pierwszego zbliżenia miało dojść gdy dziewczynka miała zaledwie 6 lat. Do krzywdzenia dziecka dochodziło w latach 2005-2014. Jej gehenna skończyła się dopiero dziewięć lat później, kiedy była już nastolatką. Dziewczyna ma obecnie 19 lat.

    Ze względu na charakter sprawy, proces toczył się z wyłączeniem jawności. Sąd nie udzielił zbyt wielu informacji, między innymi na temat tego, kto wykrył przestępstwo i zawiadomił organy ścigania.

    Kozłowski początkowo został skazany na karę łączną 10 lat więzienia oraz zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 metrów i zakaz kontaktowania się z nią w jakiejkolwiek formie na okres 10 lat (jak już wiem - zakaz zbliżania się nie biegnie w trakcie odbywania kary w więzieniu). Wyrok nie był prawomocny i najwyraźniej po odwołaniu został zmieniony na 8 lat pozbawienia wolności (zakaz zbliżania się bez zmian) - jak wynika z Rejestru.

    Na jego koncie na Facebooku widać, że ten dewiant ma jeszcze inne, małe dzieci...

    Skazany przebywa obecnie w Areszcie Śledczym w Hajnówce.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #bialystok #grodek
    pokaż całość

    źródło: ggggg.jpg

  •  

    Mirki z tagu #kryminalne #polskiepato i dla zwiększenia zasięgu także i #kielce (bo sprawa tyczy się województwa świętokrzyskiego) jest wam znana sprawa ukrzyżowania z 1983 roku we wsi Nowa Słupia?

    To nie jest żart, coś takiego na serio tam miało miejsce.

    EDIT: Udało mi się ustalić, że ofiara miała na nazwisko Salwerowicz a samo zabójstwo miało miejsce w maju 1983 roku pokaż całość

  •  

    Jak wiadomo w wielu przypadkach błogosławieni kościoła katolickiego są zwykłymi przestępcami, tyle że Kościół wykorzystywał ich wiarę i sławę do dobrego PRu dla swojej instytucji. Najsławniejsza jest socjopatyczna święta Matka Teresa, ale warto przyjrzeć się też innym błogosławionym.

    Dziś wspominamy błogosławionego Giuseppe Carraro, włoskiego biskupa Werony. Carraro zmarł w 1980r. i był wyniesiony na ołtarze w 2015r. przez papieża Franciszka.

    Od dawna było o księdzu głośno, ale w 2010r. nastąpiło apogeum oskarżeń o pedofilię biskupa. Zgłaszały się ofiary i świadkowie potwierdzając wszystkie relacje - wyszło że katolicki biskup wielokrotnie molestował dzieci, gwałcił nawet 9-latka, usiłował też to robić przy użyciu banana. Proceder trwał przynajmniej 6 lat.

    Nie przeszkodziło to jednak ani trochę Watykanowi w beatyfikacji pedofila. W odpowiedzi na liczne oskarżenia kardynałowie wybrali sobie kilka osób by zdały relacje, ale nie przesłuchali ofiar biskupa. Zgłaszane dowody ignorowano. Biskup Zenti oskarżył jeszcze ofiary o wspieranie „lewackich mediów”.
    https://en.wikipedia.org/wiki/Giuseppe_Carraro

    O instytucie Provolo w Weronie, gdzie miało to miejsce, było głośno nie raz, również o tym, że molestujących księży pracowało tam sporo i mieli zapewnioną przez Kościół całkowitą bezkarność. Jak tylko któryś ksiądz był nakrywany, Watykan przenosił ich do dzieci w Argentynie, gdzie z kolei media odkryły kolejne przestępstwa seksualne tych przeniesionych księży. Instytut miał być ośrodkiem dla dzieci z biednych rodzin, dzieci głuchoniemych i wymagających pomocy, a stał się dziecięcym burdelem dla kapłanów Kościoła Katolickiego.

    Niedawno można było się dowiedzieć trochę o tym też stąd:
    https://www.wykop.pl/link/4505067/ksiadz-umierajac-gwalcilismy-gluchonieme-dzieci-bo-nie-mogly-sie-poskarzyc/

    Wnioski dla katolików:
    1) Jeśli ksiądz został skądś przeniesiony, istnieje ryzyko, że właśnie ucieka od ofiar pedofilii.
    2) Modląc się do katolickich błogosławionych możesz czcić zwyrodniałych dewiantów.

    3) Dając na tacę finansujesz struktury międzynarodowej mafii pedofilskiej.

    #bekazkatoli #przestepczosczorganizowana #katolicyzm #religia #kosciol #kryminalne #pedofilewiary
    pokaż całość

    źródło: embed.jpg

    •  

      @invisibleborder: No fajnie, ale tam żadnej daty beatyfikacji nie ma.

    •  

      @Erk700: albo wandalizm. Jeden gość zniszczył na przykład figurkę Jezusa w katedrze WNMP naprzeciwko praskiego zoo (znaczy parku ZOO, bo ZOO jest kilometr dalej). No ale część wykopków broni w swojej opinii Katolicyzmu atakując jako kłamców tych, którzy piszą, że są zamknięte. Dlatego zacząłem ludzi wrzucać do jednego worka (tak jak #bekezkatoli za atakowanie tych którzy nazywają gwałcicieli dzieci pedofilami niezależnie od tego czy ma cycki czy nie. Prominentni działacze tego tagu nauczyli się definicji medycznych i definicje prawne ich nie obchodzą ani stan faktyczny - a zupełnie inne zdanie mają o na przykład transseksualizmie. Czyli o byciu dzieckiem decyduje biologia, o byciu kobietą w zależności od potrzeb albo mentalność albo płeć mózgu, która z kolei u zdrowych ludzi nie występuje ¯\_(ツ)_/¯ ). Albo takie slonxy atakujące kobiety mające odmienne zdanie niż oni, a atakują je brutalnie i wulgarnie w ramach obrony kobiet (✌ ゚ ∀ ゚)☞ pokaż całość

    • więcej komentarzy (15)

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Proszę zaparzyć sobie dobrego czaju, usiąść wygodnie i zabierać się za czytanie - będzie długo! Ale warto. Jak dla mnie to "najlepsza" sprawa kryminalna ostatnich lat. Mogłabym z tego doktorat pisać. (。◕‿‿◕。)

    • • •

    Bezczelnie młoda, bezczelnie zdolna

    - pisała o sobie Zuzanna M. (foto) Jej znajomi zgodnie twierdzili, że jest osobą niezwykle inteligentną. Mogła wagarować miesiącami, ale zawsze zaliczała przedmioty. Oczytana, słuchała interesującej muzyki, była zawsze elokwentna i ostra w osądach. Na przemian przyciągająca i odpychająca.

    W szkole podstawowej i do połowy gimnazjum Zuzanna świetnie się uczyła. Gra w piłkę nożną dziewcząt (link), zdobyła nawet Złote Pióro prezydenta miasta. Ale w drugiej gimnazjalnej coś zaczyna się w jej życiorysie psuć. Zuza przestaje się uczyć i w cokolwiek angażować. Dzieci jej nie lubiły, dokuczały, wypisywały na ławkach i gdzie tylko się dało: "Jebać Zuzię". Matka postanowiła przenieść ją do innego gimnazjum.

    Na początku liceum znów jest z Zuzą wszystko dobrze. Dyrektor I LO w Białej Podlaskiej (woj. lubelskie), do którego uczęszczała mówi, że uczyła się dobrze i reprezentowała szkołę w zawodach sportowych. Musiała być lubiana, bo inni uczniowie wybrali ją na gospodynię klasy. Problemy zaczęły się pod koniec pierwszej klasy.

    Przeszkadzała w lekcjach i negowała wszystko, co mówią nauczyciele. Wychodziła z klasy trzaskając drzwiami i wyraźnie dawała pedagogom odczuć, że są najwyżej przeciętni w porównaniu z nią. W jej mniemaniu tylko ona była coś warta. Ewentualnie jej aktualne towarzystwo, które miała w zwyczaju często zmieniać.

    Pogardzam wszystkimi i mam wstręt taki do hołoty umysłowej, że rzygam.

    - cytowała Witkiewicza.

    W szkole była uważana za osobę, przez którą idzie się na dno. Wagary, narkotyki, dziwne towarzystwo. Wielu imponowało, że zawsze mogła zorganizować coś do palenia na imprezkę. Owijała sobie ludzi w okół palca - najpierw coś oferowała, potem wymagała posłuszeństwa. Przyciągała innością, mówiła jak się ubierać, pokazywała muzykę (jej kanał na yt), której nie znali, filmy, literaturę. Jej idol to Ian Curtis z Joy Division - okładkę Unknown Pleasures miała wytatuowaną na przedramieniu. (zdjęcie) Mój kolega, który ją znał, mówił, że nie dbała o siebie, często miała przetłuszczone włosy i przepocone ubrania.

    Rodzice uczniów uznali, że jest niebezpiecznym towarzystwem i odcinali swoje pociechy od jej toksycznego wpływu. Zuzka sprawiała wrażenia jakby jej to nie obchodziło i nie przywiązywała się do kogokolwiek. Znikali jedni chłopcy, pojawiali się inni. Zawsze znajdowała kolejnych słabych, bogatych, z dobrych domów. Dzięki niej mogli zaistnieć, zaczynali być dostrzegani, stawali się jej odbiciem.

    Czasem przychodzili rodzice, mówili, że ich dzieci gdzieś tam chodzą z Zuzanną. Na przerwach wicedyrektor miała za zadanie śledzić na monitoringu, z kim Zuza rozmawia, by ewentualnie ostrzec kolejne osoby.

    - wspomina dyrektor szkoły.

    Nauczyciele w końcu wezwali matkę Zuzy, która stwierdziła, że jest z córką w bardzo dobrych relacjach, że są przyjaciółkami i że to nauczyciele są winni, bo nie potrafią rozpoznać inteligencji dziecka. Zuzanna stała w trakcie rozmowy skruszona, ze spuszczoną głową. Obiecywała poprawę. Zdaniem dyrektora potrafiła idealnie grać to, czego akurat od niej oczekiwano.

    Matka Zuzanny Katarzyna M. pracuje na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach i wykłada historię. Zuza była bardzo dumna z rodzicielki, a jak ta zrobiła habilitację, córka od razu pochwaliła się tym na swoim Facebooku. Kiedy ktoś z nauczycieli zwrócił jej uwagę, że powinna mówić panie profesorze, a nie proszę pana, Zuza odpowiada, że na tytuł profesora trzeba sobie zapracować. I że profesorem tytułuje się jej matkę, nauczycielkę na wyższej uczelni.

    Mimo podziwu, Zuza czuła do niej także niechęć i była opryskliwa. Zamknij się - mówi do niej przy swoich koleżankach.

    Zuzanna od dzieciństwa była wychowywana przez swoich dziadków, ponieważ matka studiowała i nie miała dla niej czasu. Zamieszkały razem dopiero, gdy dziewczynka była w szóstej klasie szkoły podstawowej.

    Zdaniem Katarzyny M. ma wspaniałą córkę i żadne uwagi nie są w stanie tego zmienić. Mimo wszystko zawsze stała murem za Zuzą. Nie tyle razem z nią, ile raczej obok, opodal, na boku. Rodzicielki często nie było w domu. Nastolatka wyjechała kiedyś do Torunia na tydzień, gdy wróciła, opowiadała, że matka nawet nie zauważyła jej nieobecności.

    Matka sublokatorka - powie później o niej córka.

    Zuza zaczęła pisać wiersze po śmierci swojego ojca, który nie brał udziału w jej wychowywaniu, i którego w rzeczywistości nigdy nie znała. W wywiadzie do lokalnego portalu powiedziała:

    Mój własny koniec świata był powodem, dla którego zaczęłam szukać jakiejś formy wyrażania siebie.

    (wywiad)

    Przybrała pseudonim Maria Goniewicz, a matka pomogła jej sfinansować swój pierwszy tomik o tytule "33".

    Jest to liczba mistrzowska, liczba idealna.

    . . .

    Konflikty w szkole narastały, a Zuza przekraczała kolejne granice. Uczniowie mieli jej już serdecznie dość, więc napisali petycję do do dyrekcji z prośba o usunięcie ze szkoły konfliktowej koleżanki.

    Dyrektor próbował przekonać matkę Zuzanny, by nawiązała kontakt z poradnią psychologiczno-pedagogiczną. Szkoła postawiła krnąbrnej uczennicy wymagania, dała szansę na zamianę zachowania i oczekiwała zastosowania się do ustalonych reguł. Jednak matka Zuzy wolała zmienić szkołę niż zachowanie córki. Do kontaktu z poradnią także nie doszło.

    Trzecią klasę Zuzanna rozpoczęła już w innym miejskim liceum. Znajomości trochę się wykruszyły, ale wciąż lojalny Zuźce został Kamil N. (foto)

    Chłopak pochodził z dobrego i kochającego domu - jego tata Jerzy to pułkownik Straży Granicznej, a mama Agnieszka bardzo lubiana nauczycielką języka rosyjskiego. Rodzina niedawno wyprowadziła się z blokowiska w Białej Podlaskiej do nowego, pięknego domu pod miastem - w Rakowiskach. Kamil to ukochany jedynak, oczko w głowie babci. Delikatny, miły, dobrze wychowany, bardzo zżyty z matką. Tak przynajmniej opisywali go przyjaciele i znajomi. Mówili, że był spokojnych chłopakiem. Nie wychylał się.

    Dopiero pod wpływem Zuzanny zaczął się zmieniać - w tej opinii byli zgodni zarówno rodzice, szkoła, jak i znajomi nastolatków. Kamil stał się arogancki i zaczął wagarować. Rodzice konsekwentnie wyrażali swój sprzeciw wobec tej relacji i za wszelką cenę usiłowali odseparować syna od toksycznej dziewczyny. Bez skutku. Kamil stawał się kopią Zuzanny, chodził zawsze dwa kroki za nią.

    Zuza i Kamil poznali się jeszcze w gimnazjum katolickim, ale wtedy nie utrzymywali bliskich kontaktów. W liceum trafili do jednej klasy, ale zakumplowali się dopiero po imprezie półmetkowej. Przed pierwszą i drugą klasą Kamil mówił, że Zuza pachnie potem i jest niedomyta. A on zawsze taki czyściutki, świeżutki, najlepiej ubrany w klasie, w życiu by jej nie dotknął. Niewysoka, krępa, biodrom i pupie daleko do smukłości. Okrągła twarz, już lekki naddatek tkanki tłuszczowej na podbródku. I nagle - iluminacja. Kamil odkrywa, że ta niedomyta Zuza jest ciekawa. Niezwykła.

    Nastolatkowie spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. Oglądają wiele filmów, szczególnie pociąga ich kino amerykańskie: Quentin Tarantino, David Lyncha czy American Psycho z Christianem Bale'em.

    Naprawdę źle zaczęło się dziać w kwietniu 2014 roku, kiedy Kamila i Zuzannę posądzono o ukrywanie niespełna 15-letniej dziewczyny, która uciekła z domu. Najprawdopodobniej przetrzymali ją dzień lub dwa w domu u Kamila. Dziewczynka była kiedyś parą z Zuzanną i to ona namówiła ją do ucieczki. Poznały się jeszcze w gimnazjum, a z początku niewinna przyjaźń przerodziła się w fascynację starsza koleżanką. Zuza uprawiała z nią seks, gdy ta nie miała skończonych 15-lat. Rodzice małoletniej wnieśli sprawę do sądu.

    W październiku 2014 roku do Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej wpłynął akt oskarżenia. Poza uprawianiem seksu z poznaną jeszcze w gimnazjum nastolatką, Zuzannie zarzucono też częstowanie kolegów, w tym także Kamila, marihuaną. Oskarżenie to, najprawdopodobniej wnieśli rodzice chłopaka.

    W ramach tego śledztwa Zuzanna przeszła badania psychiatryczne. Specjaliści ocenili, że ma skłonność do przedstawiania siebie w lepszym świetle niż w rzeczywistości, wybiela siebie, bagatelizując potknięcia, a w jej życiu zabrakło wzorców mężczyzny jako ojca i partnera matki. Mężczyzna jako taki ma dla niej mniejsze znaczenie. Musi zasłużyć na akceptację.

    . . .

    7 grudnia 2014 roku Zuzanna na swoim fanpage publikuje wiersz:

    Ty i kobieta, której
    kiedyś zdeptałam serce,
    mieszkacie obok siebie. To dziwne
    miejsce, w którym ostatnio
    podobno jest o mnie głośno. (...)
    Przy-
    gotowa-
    nie do końca
    nie naszego świata
    nie zawsze
    jednak idzie
    dobrze,
    ale
    już niedługo.


    (link do całości)

    . . .

    W piątek, 12 grudnia 2014 roku Zuzanna i Kamil wybrali się w podróż do Warszawy, z której docelowo mieli dostać się do Krakowa, gdzie w niedzielę Zuza miała mieć swój własny wieczorek poetycki. W stolicy umówili się z Marcinem S. i jego dziewczyną Lindą M. (tak, to jest imię (・へ・) ), którzy mieli ich zawieźć autem do Krakowa. Zuza obiecała kierowcy 10 tys. złotych za ową przysługę, a jako zabezpieczenie jej i Kamila iPady.

    Około 50 kilometrów przed Krakowem, Zuza powiedziała, że muszą wracać, ponieważ zapomniała wziąć laptopa, z którego miała czytać wiersze na wieczorku. Kierowca nie był z tego faktu zadowolony, ale Zuza przekonuje go jeszcze większą sumą pieniędzy.

    W tym czasie Kamil pisze SMS-a do matki:

    Już prawie dojeżdżamy do Krakowa

    Matka odpowiada:

    W poniedziałek będzie próbna matura. Pamiętaj o tym

    A Kamil:

    Wrócę w niedzielę, mamo

    Zawracają z drogi i kierują się w kierunku Rakowisk. Kamil i Linda drzemią, Zuza słucha muzyki. Na miejsce dotarli późną nocą. Kamil prosi, żeby nie parkować przed jego domem, bo mogliby się obudzić sąsiedzi, ale trochę dalej, przy lasku. Wezmą laptop i za chwilę wrócą.

    W krzakach przebierają się w płaszcze przeciwdeszczowe i żółte, lateksowe rękawiczki. Mają ze sobą dwa porządne myśliwskie noże, które Zuza zabrała wcześniej z pokoju swojego dziadka. Kamil wchodzi do domu jako pierwszy i wyprowadza do ogrodu psa. Zdejmują buty.

    Matka czasem zasypiała przy telewizji w salonie, ale tym razem śpi z mężem w sypialni. Nastolatkowie stają nad ich łóżkiem - Zuzanna nad ojcem, Kamil nad matką.

    Raz, dwa, trzy...

    - liczy cicho dziewczyna. Na trzy zaczęli uderzać ostrzami w dół krótkimi, szybkimi pchnięciami. Na oślep. Matka zerwała się i krzycząc, zaczęła biec do drzwi. Nagle zapaliło się górne światło, któreś z nich zawadziło o kontakt. Kamil dogonił matkę i uderzył nożem w plecy od tyłu. Dla pewności, żeby się nie męczyła (dosłownie, tak powiedział - żeby się nie męczyła), przejechał dwa razy nożem mocno po gardle.

    Ojciec, mimo wylewu wewnętrznego, wstał i rzucił się na Zuzę. Przewrócili się, ślizgając się we krwi. Wytrącił jej z ręki nóż i oboje chcieli go rękami dosięgnąć: popularna scena w filmach, gdzie dwie osoby walczą na śmierć i życie. Wtedy Zuza ugryzła go w lewe przedramię i włożyła palce do oka. Klęcząc, oparł się na rękach. Dziewczyna dźgała go w plecy. Przedtem bała się, że nie można go będzie zabić. Ale on teraz właśnie umierał. Kiedy przestał się ruszać, poczuła ulgę.

    Wszedł Kamil.

    Czy już?

    - spytał. Powiedział, że muszą iść do matki, bo ona leży przed drzwiami wejściowymi. Wciągnęli ją do środka.

    Wyszli z domu i przeskoczyli siatkę ogrodową.

    Zuza przypomniała sobie, że na ręce ojca został ślad po ugryzieniu. Trzeba było obciąć tę rękę albo obie i gdzieś wyrzucić.

    Kamil przeskoczył siatkę i wrócił do domu. W kuchni znalazł nóż. Nie udało się obciąć ręki, tylko zmacerować ślady po zębach. Spryskał ranę perfumami. Może one usuną DNA.

    Zabrali laptop ojca, żeby upozorować kradzież i by pokazać Marcinowi i Lindzie: to ten zapomniany. Po drodze przebierają się w czyste ubrania, a zakrwawione pakują do plecaka. Jednak na ustalonym miejscu nie ma ani samochodu, ani znajomych.

    Zabijanie trwało godzinę. Marcin i Linda nie chcieli dłużej czekać i postanowili jechać do domu, do Poznania. Zuza zadzwoniła, że mają natychmiast po nich wracać i, jak było umówione, jechać do Krakowa. A nie było ich tak długo, bo w domu kłócili się z rodzicami Kamila.

    Studenci wracają i cała czwórka rusza w dalszą drogę.

    Kamil w samochodzie się nie odzywał. Ale Zuzanna w końcu nie wytrzymała i zaczęła opowiadać kolegom co zrobili. Była bardzo rozemocjonowana. Zaproponowała im po 100 tys. zł za milczenie i pozbycie się dowodów zbrodni - w bagażniku ich citroena leżał plecak z narzędziami zbrodni, zakrwawionymi rękawiczkami oraz elementami ubioru sprawców. Marcin S. i Linda M. godzą się na taki układ.

    Kamil i Zuza zatrzymują się u koleżanki z Białej Podlaskiej, która akurat studiuje i wynajmuje stancję w Krakowie. Nastolatkowie mają na sobie jeszcze ślady krwi i błota. Wyjaśniają dziewczynie, że zostali napadnięci. Gospodyni wychodzi z domu, bo ma coś do załatwienia, a kiedy wraca, widzi, że coś prali w jej pralce.

    Zapadło mi w pamięć, że Zuza przyszła i zaczęła myć buty w moim mieszkaniu. A Kamil był bez skarpetek, choć to był grudzień

    - zeznawała później dziewczyna. Niczego jednak nie podejrzewała.

    . . .

    W sobotę o godz. 7.40 otwarte drzwi wejściowe do domu Państwa N. w Rakowiskach zauważa przechodzący obok sąsiad. Wzywa policję.

    Pamiętnej nocy słyszałem wołanie o pomoc. Usłyszałem krzyk - "O Jezu! Ratunku! O Jezu!"

    - zeznawał później w sądzie sąsiad zamordowanych

    Myślałem jednak, że ciągle śpię i to mi się śni. Gdy się obudziłem nadal słyszałem ten głos. Byłem przerażony, że sen trwa na jawie. Jednak usłyszałem też szczekanie psa. To mnie uspokoiło, bo pomyślałem, że to po prostu jakaś kobieta przestraszyła się w nocy psa

    - relacjonował.

    Gdy rano wstałem i zobaczyłem krwawe ślady na elewacji sąsiedniego domu, szybko połączyłem fakty i zadzwoniłem po policję

    - dodał. Jeden ze śledczych, którzy pierwsi pojawili się na miejscu zbrodni relacjonował:

    Dom spłynął we krwi. Czegoś takiego nie widziałem, odkąd pracuję, prawie 30 lat. Sceneria gorsza niż w horrorach

    (zdjęcia domu po zdarzeniu -> tu, tu i tu)

    . . .

    Do znajomej, u której zatrzymali się mordercy, napisał kolega z Białej z informacją, że rodzice Kamila nie żyją. Ale dalej przez myśl jej nie przeszło, że za zbrodnią mogą stać osoby, które gości w mieszkaniu. Wprost przeciwnie - poprosiła kolegę, z którym pisała w internecie, by wezwał policję, bo nie chciała sama przekazać Kamilowi, że jego rodzice zginęli w tak straszny sposób.

    Chciałam, żeby to jakiś psycholog przekazał informację, że w taki sposób zginęli jego rodzice. Ja nie byłam w stanie tego powiedzieć

    - mówiła przed sądem.

    Mundurowi przyjechali dopiero po kilku godzinach. Zatrzymują już Zuzę i Kamila jako podejrzanych. Nastolatkowie udaj zaskoczonych. (zdjęcie z zatrzymania)

    W śmietniku przed blokiem policja odnalazła plecak ze zniszczonym laptopem i telefonami komórkowymi małżeństwa N.

    Nastolatkowie trafiają do policyjnego aresztu.

    Na początku nie przyznają się do winy. Jedynym z dowodów, który przekonał ich do potwierdzenia podejrzeń policjantów były zapiski z logowań się ich telefonów komórkowych.

    . . .

    Marcin S. I Linda M., gdy tylko dowiedzieli się, że szukają ich policjanci, sami zgłosili się na komendę w Poznaniu, a potem złożyli obszerne wyjaśnienia.

    Według składanych przez Zuzannę M. I Kamila N. zeznań rodzice Kamila nie akceptowali ich związku, co było jednym z motywów tej zbrodni. Liczyli także na spadek po rodzicach Kamila, który obliczyli na około 2 mln. złotych. Chcieli za pierwszy milion się bawić, a drugi zainwestować. Byli przekonani, że policja ich nie złapie - przecież zdjęli buty i robili wszystko w skarpetkach, a Kamil pisał do matki SMS-y, jako dowód, że byli daleko od miejsca zbrodni. ! lol

    Pomysł zabicia małżonków N. miał się pojawić w trakcie oglądania przez 18-latków filmów przepełnionych - jak sami mówili - przemocą i agresją. Do zbrodni ubrali się jak bohater filmu American Psycho ( ಠ_ಠ)... Na początku tylko żartowali sobie, że mogliby zabić rodziców Kamila, ale z czasem uznali, że ten żart może przyjąć formę faktów i zaczęli planować to zabójstwo. Jak wyjaśniła Zuzanna M. zaplanowali je krok po kroku, kupili np. lateksowe rękawiczki, które znaleziono na miejscu zbrodni.

    Zarzut postawiony dla nastolatków to (oczywiście) zabójstwo kwalifikowane.

    Z kolei, dwójce 19-latków – Marcinowi S. i Lindzie M postawiono zarzuty tak zwanego poplecznictwa. Według śledczych para ta działając wspólnie i porozumieniu utrudniała postępowanie karne pomagając Kamilowi N. i Zuzannie M., sprawcom zabójstwa, uniknąć odpowiedzialności karnej i zacierać ślady przestępstwa.

    . . .

    Podczas sekcji zwłok Jerzego i Agnieszki N. medycy zwracają uwagę na twarze zmarłych. Pułkownika zastygła w wyrazie przerażenia. Agnieszki - niewyobrażalnego zdziwienia. Biegli określą zabójstwo, jako atak niefachowy ze strony szaleńca, który niektóre ciosy zadaje na oślep. Dodali także:

    Człowiek nie umiera szybko. To była prawdziwa walka o życie. Nie ma wątpliwości, że rodzice wiedzieli, kto ich morduje.

    . . .

    15 grudnia odbyła się wizja lokalna z udziałem młodych morderców. (zdjęcia) (filmik)

    Czułem się tak, jakbym stał obok i na wszystko tylko patrzył, a moim ciałem władał ktoś inny

    -mówił Kamil.

    . . .

    Odczytanie ustaleń prokuratury i policji na tym etapie śledztwa (trochę więcej szczegółów niż napisałam) -> filmik

    . . .

    18 grudnia odbył się pogrzeb 42-letniej Agnieszki i 48-letniego Jerzego N. z Rakowisk. (filmik)

    Kamil N. wiedział o pogrzebie swoich rodziców. Poinformowali go o tym funkcjonariusze aresztu śledczego w Lublinie, gdzie trafił. Oświadczył, że nie będzie w nim uczestniczył, nie złożył też formalnego wniosku o umożliwienie mu tego.

    . . .

    Zuza i Kamil zostali skierowani na obserwację psychiatryczną. Miało to pomóc w określeniu, czy w trakcie zabójstwa mieli zdolność rozpoznania swoich czynów i pokierowania swoim postępowaniem.

    Zuzanna spędziła na obserwacji miesiąc, a w przypadku Kamila potrwała ona dłużej, bo aż od 11 lutego do 7 kwietnia 2015 roku. Zespół biegłych psychiatrów i psychologów ze względu na trudności natury diagnostycznej poprosił o wydłużenie czasu obserwacji chłopaka i sąd się na to zgodził. Równolegle też przedłużył obojgu podejrzanym areszty.

    Według wydanej opinii u Zuzanny M. nie stwierdzono objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Natomiast ma ona nieprawidłowo kształtującą się osobowość z wyraźnymi cechami narcystycznymi oraz dyssocjalnymi (agresywność, skłonność do przemocy, chłód emocjonalny).

    U Kamila N. biegli także nie stwierdzili objawów choroby psychicznej, cech upośledzenia umysłowego ani innego rodzaju zaburzeń psychicznych. Badania oraz analiza materiału dowodowego nie ujawniały u niego także obecności cech charakterystycznych dla osobowości zależnej czy antyspołecznej.

    A więcccc - w chwili zarzucanych im czynów byli poczytalny, co oznacza, że mieli pełną zdolność rozpoznania znaczenia tego czynu i pokierowania swoim postępowaniem.

    . . .

    Śledczy zamierzają pozbawić Kamila N. prawa do spadku po rodzicach.

    Zebraliśmy już dowody, przede wszystkim odnośnie do stanu majątku państwa N. jak i zeznania ich rodziny. Ze względów procesowych wniosek o pozbawienia prawa do dziedziczenia Kamila N. wniesiemy do sądu, dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia

    - zaznaczał prokurator.

    W czerwcu Prokurator Okręgowy w Lublinie skierował do Sądu Okręgowego w Lublinie pozew o uznanie Kamila N. za niegodnego dziedziczenia. Kamil w odpowiedzi na pozew złożył do sądu wniosek. Napisał w nim, że zgadza się z pozwem prokuratury, jednak tylko w części dotyczącej babci i wujka ze strony matki. Wynika z tego, że chłopak nie chciał by spadek po jego rodzicach przeszedł również na siostrę i brata jego zamordowanego ojca. Uważał, że babcia i wujek byli bardziej zżyci z jego rodzicami i to oni ponieśli największą tragedię w tej całej zbrodni, dlatego do nich powinien trafić spadek.

    . . .

    23 czerwca 2015 roku Marcin S. i Linda M. (zdjęcie), pomocnicy zabójców z Rakowisk zostali skazani przez lubelski sąd. Marcin usłyszał wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 8 tys. zł grzywny, z kolei Linda została skazana na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 5 tys. zł grzywny.

    . . .

    12 sierpnia 2015 sąd uznał, że Zuzanna M. w 2013 r. kilkakrotnie doprowadziła dziewczynę poniżej 15. roku życia do obcowania płciowego i poddania się innym czynnościom seksualnym. Ponadto Zuzanna M. w styczniu 2014 r. dała dwóm małoletnim marihuanę. Została skazana na karę 2 lat więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd oddał ją na ten czas pod dozór kuratora i zakazał jej zbliżania się do pokrzywdzonej.

    pokaż spoiler (przecież i tak siedziała w pierdlu, to co za różnica (ಠ‸ಠ ))


    18 sierpnia 2015 ruszył wspólny proces Zuzy i Kamila, na który udało mi się wejść w charakterze publiczności (jakby ktoś nie wiedział - tak, można jeżeli sprawa jest jawna ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Zuzanna M. była w ciemnych okularach przeciwsłonecznych, miała grobową minę. Przytyła. A Kamil... Jego widok ścisnął mi serce. Nigdy w życiu nie widziałam takiej depresji na twarzy. Był załamany, a podczas czytania aktu oskarżenia płakał. Btw, strasznie ładny chłopiec. Wyprostowany jak struna. Kompletnie niepozorny, zlewający się z tłem.

    Czytanie aktu oskarżenia było przerażające. Te wszystkie szczegóły, w jaki sposób zginęli ci biedni ludzie było wręcz obrzydliwe i miałam wrażenie, że trwało w nieskończoność. Posłuchajcie sami -> link

    Obrońcy oskarżonych wystąpili o wyłączenie jawności procesu. Prokurator przychyla się do wniosku ze względu na dobro pokrzywdzonych (chodzi o dziadków Kamila N.), zostaliśmy wyproszeni z sali i trwała narada. Gdy zostaliśmy poproszeni z powrotem do środka, sąd oświadczył o swojej decyzji częściowego wyłączenia jawności procesu i musieliśmy już wyjść z sali na stałe.

    Następnego dnia odbył się drugi proces. Przesłuchanie Reginy O. - babci Kamila, Michała O. - jednego z członków jego rodziny i Katarzyny M. - matki Zuzanny, zajęło blisko 4 godziny. Ich zeznania były niejawne.

    Tutaj macie zeznania innych świadków, między innymi znajomych ze szkoły -> link

    . . .

    11 września rozpoczął się proces w sprawie spadku po rodzicach Kamila, a wyrok zapadł już na pierwszej rozprawie, na którą chłopak nie został doprowadzony z aresztu.

    pokaż spoiler (podejrzewam, że nie chciał)


    I jakżeby inaczej - Sąd Okręgowy w Lublinie uznał 18-latka za niegodnego dziedziczenia po swych rodzicach.

    . . .

    15 września odbyła się kolejna rozprawa w sprawie morderstwa w Rakowiskach, na której przesłuchano jedenaście osób: trzech świadków i ośmioro biegłych. (zeznania)

    W grudniu zapadł wyrok - po 25-lat z możliwością ubiegania się o przedterminowe wyjście po odbyciu dopiero 20-lat kary. (mowy końcowe Wyrok nie był prawomocny.

    Sprawa zabójców z Rakowisk trafia do Sądu Najwyższego po interwencji ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro chciał dożywocia dla sprawców. Uznał, że wyrok 25 lat więzienia dla Kamila N. i Zuzanny M. jest zdecydowanie za niski.

    W kwietniu 2016 sąd apelacyjny utrzymał wyrok.

    . . .

    Zarówno Zuzanna M., jak i Kamil N. wyrazili skruchę, mówili, że żałują tego co zrobili.

    Kamil w celi poprawia błędy językowe innych więźniów. Uprawia ćwiczenia gimnastyczne, prosi o szachy. Postanowił studiować psychologię biznesu. Z Zuza zrywa. Piszą do siebie listy.

    Kamil wie, że rodzice mu wybaczyli. Śni mu się, że go przytulają. To potwierdzenie. Zawsze mu wybaczali, gdy żyli. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

    Rodzina Kamila odwróciła się od niego, nikt go nie odwiedza.

    Do Zuzy przychodzi mama. Babcia wciąż uważa, że jej wnuczka jest niewinna.

    Dziewczyna wygrywa w więzieniu konkurs literacki. (link)

    . . .

    Dom po rodzicach Kamila N. został wystawiony na sprzedaż. Z tego co widzę, ogłoszenie nie jest już dostępne, ale tutaj są jeszcze zdjęcia -> klik

    (screen ogłoszenia)

    . . .

    Jeżeli macie jakieś pytania na temat tej zbrodni - piszcie śmiało. Śledziłam sprawę do od początku do końca. Jeżeli coś jeszcze przypomni mi się na jej temat, dodam w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #rakowiska #bialapodlaska #mariagoniewicz #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

  •  

    Dziewczęta z Alcasser

    pokaż spoiler Bardzo ciekawa sprawa (przynajmniej dla mnie), ale niektóre szczegóły mogą być zbyt mocne dla osób o słabszych nerwach lub szczególnie wrażliwych. Zaznaczyłam dwa akapity, które przedstawiają dosyć drastyczne szczegóły i które niektórzy powinni ominąć.


    Historii wydarzyła się w hiszpańskim mieście Alcasser w 1992 roku. Miasteczko liczyło wtedy około 7.500 mieszkańców, było senne i nieznane z niczego szczególnego. Wszystko zmieniło się za sprawą trzech nastolatek.

    Pierwsza z dziewcząt, Antonia Gómez, urodziła się 25 maja 1977 roku jako najmłodsze z czwórki dzieci. Dziewczyna otrzymała imię po babci, jednak wolała, aby mówiono do niej "Toni". Nastolatka była nieśmiała, miła i współczująca. Jej matka wspominała, że Toni kiedyś znalazła na ulicy kotka, przygarnęła go i opiekowała się nim jak własnym dzieckiem. Dziewczyna bardzo szanowała swoich rodziców i była obowiązkowa. Zawsze dzwoniła do domu, gdy miała się spóźnić.

    Drugą dziewczyną była urodzona 17 maja 1978 roku María Deseada Hernández Folch, na którą mówiono "Desirée". Nastolatka miała starszą siostrę. Pasją Desirée był sport, a w szczególności lekkoatletyka, w której odnosiła spore sukcesy. Nauka nie szła jej jednak równie dobrze i musiała powtarzać ósmą klasę. Dziewczyna była uparta i kochała zabawę.

    Ostatnia bohaterka to Miriam García Iborra, która urodziła się 28 lipca 1978 roku. Dziewczyna miała dwójkę młodszych braci i była znana ze swojej urody. Jej największą pasją był balet. Uwielbiała czytać i pisać wiersze. Była nieśmiała i wrażliwa.

    W piątek wieczorem, 13 listopada 1992 roku, dziewczyny wybrały się do swojej chorej na grypę koleżanki, Esther Díez Martíne. Około 20.00 postanowiły wybrać się do klubu Coolor w pobliskim miasteczku Picassent, gdzie odbywała się impreza organizowana przez szkołę (zbierano na niej pieniądze na wycieczkę w przyszłym roku). Miriam zadzwoniła do swojego ojca i poprosiła go o podwiezienie, jednak mężczyzna był chory i nie zgodził się. Trzy przyjaciółki postanowiły dojechać na oddaloną o kilka kilometrów imprezę autostopem, więc udały się w pobliże drogi wylotowej z Alcasser.

    Do dzisiaj nie wiadomo, czy dziewczęta rzeczywiście chciały pojechać na imprezę do klubu Coolor, czy to była jedynie wersja dla rodziców. Po drodze spotkały swojego szkolnego kolegę, który zapytał czy wybierają się do Coolor, jednak zaprzeczyły. Nie miały wykupionych wejściówek, ani pieniędzy na nie. Niemniej zaprzyjaźniona para podwiozła je na stację benzynową oddaloną o kilka minut pieszo od klubu. Niedaleko stacji mieszkała staruszka, która widziała przez okno, że dziewczyny wsiadły do białego samochodu, w którym było około czterech mężczyzn. Staruszka była ostatnią osobą, która widziała Miriam, Desirée i Toni. Dziewczęta zniknęły bez śladu.

    Gdy nastolatki nie wróciły na noc do domów ich rodzice oczywiście bardzo się zaniepokoili i zgłosili sprawę na policję. Policjanci początkowo zakładali, że nastolatki uciekły i z ich poszukiwaniami zwlekano kilka dni. Wkrótce jednak odrzucono teorię o ucieczce i założono, że najprawdopodobniej zostały porwane. Rozpoczęły się poszukiwania, które zostały bardzo mocno nagłośnione w mediach. Prasa i telewizja codziennie relacjonowały nowinki z poszukiwań i wkrótce każdy mieszkaniec Hiszpanii wiedział o zaginięciu nastolatek.

    Powołano specjalny oddział Policji i Służby Obywatelskiej, który zajmował się tylko poszukiwaniami dziewcząt. Premier zaprosił rodziny nastolatek na specjalne śniadanie w Wigilię Bożego Narodzenia (lub dzień przed, w zależności od źródeł), aby podkreślić zaangażowanie Rządu. Miasto użyczyło rodzicom lokal, z którego mogli nadzorować poszukiwania. Wkrótce rozszerzono obszar poszukiwań na Maroko oraz całą Europę. Najbardziej zaangażowany był ojciec Miriam, który rzucił nawet pracę, aby móc zająć się szukaniem dziewcząt „na cały etat”. Mężczyzna planował odwiedzić europejskie agencje prasowe, a nawet chciał spotkać się z Janem Pawłem II, aby informacja o porwaniu została nagłośniona w kościołach. Codziennie z całej Hiszpanii napływały informacje, że nastolatki były gdzieś widziane. Policja sprawdzała każdy trop. W pewnym momencie zrobił się straszny bałagan, doniesienia medialne zaczęły przypominać cyrk, a w sprawę zaczęto włączać nawet jasnowidzów.

    27 stycznia 1993 roku dwóch starszych pszczelarzy przyjechało w okolice La Romana, aby sprawdzić swoje ule przy jednym z opuszczonych domów. W okolicach miasteczka, w którym mieszkało około 3.000 mieszkańców, było kilka opuszczonych domów, bezdroża i zarośla. Jeden z pszczelarzy zauważył w pobliskim rowie coś dziwnego. Wyglądało na to, że ulewy, które nawiedzały ten teren przez kilka ostatnich dni, podmyły płytki grób. Oczywiście poinformowano o tym policję.

    W grobie zostały ułożone, jedno na drugim, ciała trzech przyjaciółek. Dziewczęta zostały owinięte w dywan i było widać, że przed śmiercią zadano im straszne tortury. W grobie znaleziono również różne śmieci, papierki, części garderoby... Policjanci popełnili jednak błąd i nie zrobili zdjęć przed rozpoczęciem zabezpieczania dowodów. Same dowody również zostały zabezpieczone w bardzo zły sposób. Na ciałach znaleziono różne włosy i wszystkie je włożono do jednej torebki. Inne mokre rzeczy włożono do plastikowych torebek i pozostawiono je tam na kilka dni, a więc zaczęła gromadzić się na nich pleśń.

    --drastyczny akapit--
    Sekcja zwłok (do której również można mieć wiele zarzutów) wykazała, że Toni została przed śmiercią zgwałcona analnie, a przyczyną zgonu był strzał w głowę. Jej ręce były związane za plecami, a ciało zostało pozbawione głowy. Ręce Desirée również zostały związane, ciało zostało pozbawione głowy, a przyczyną śmierci był strzał w głowę. Przed śmiercią została zgwałcona analnie i waginalnie. Miała liczne rany kłute. Jej prawy sutek został amputowany, najprawdopodobniej obcęgami. Ciału Miriam brakowało kilku zębów, a jej ręka została obcięta ponad łokciem. Dziewczyna została gwałcona w taki sposób, jak Desirée. Na zwłokach dziewcząt znaleziono ślady DNA siedmiu osób.

    Media wywierały wielką presję na policji. Społeczeństwo było oburzone, że przez tyle czasu nie udało się odnaleźć nastolatek i oczekiwano jak najszybszego odnalezienia i ukarania winnych. Wśród śmieci wrzuconych do grobu, znaleziono broszurkę, na której widniało nazwisko „Enrique Martins”. Sam Enrique nie miał zbyt bogatej kartoteki policyjnej, w przeciwieństwie do swojego brata, 26-letniego Antonia Angelsa Martinsa. Angels był jednym z dziewiątki dzieci, które dorastały z maltretowaną matką. Kobieta była maltretowana nie tylko przez swojego męża, ale również przez dzieci, w tym Antonia. Angels zajmował się handlem narkotykami, został skazany za porwanie i znęcanie się nad kobietą, która go okradła. W marcu 1992 roku, po roku wiezienia, dostał 6-dniową przepustkę i nigdy nie stawił się z powrotem w zakładzie karnym.

    Angels współpracował z 23-letnim Miguelem Ricardem Tarrega, drobnym kryminalistą, który zajmował się kradzieżą aut itd. Policja wkrótce złapała Ricarda, który początkowo nie przyznawał się do zabójstwa dziewcząt, jednak wkrótce zmienił zeznania. Zeznania zmieniał zresztą co chwilę. Jego wersja zdarzeń zmieniała się w zależności od dowodu, który mu akurat przedstawiano (jeżeli ktoś chciałby się zagłębić w różne wersje jego zeznań, wszystko jest bardzo dokładnie opisane w pierwszym linku w źródłach). Nie ma żadnych nagrań z przesłuchań, a więc bardzo wiele osób uważa, że zeznania Ricarda były wymuszone i był torturowany podczas przesłuchań.

    --drastyczny akapit--
    Najczęściej przyjmowana wersja zdarzeń zakłada, że Angels i Ricard zgodzili się podwieźć nastolatki do klubu, jednak zamiast tego wywieźli je do rudery w okolicach La Romana. Gdy dziewczęta zaczęły krzyczeć, Angels zaczął bić je pistoletem po twarzy, wybijając kilka zębów. Po dojechaniu do opuszczonego domu, związali je i zaczęli gwałcić dwie z nich. Później pojechali coś zjeść, wrócili po kilku godzinach i zgwałcili trzecią. Nastolatki były torturowane, bite, kopane i gwałcone m.in. gałęzią. Po wszystkim Angels i Ricard zasnęli i spali do rana, ignorując jęki i krzyki dziewcząt. Rano zabili je i pochowali w płytkim grobie. Jako pierwsza miała zginąć Desirée, która została dźgnięta kilkukrotnie nożem w plecy. Angels dobił ją strzałem w głowę, jednak przedtem przez około godzinę bili ją kijami i kamieniami. Następnie strzałem w głowę zabito Miriam i Toni. (Nie wiem dlaczego w tej wersji nie ma nic o dywanie, w który dziewczyny zostały owinięte, ani o pozbawieniu ich głów.)

    Angels nigdy nie został schwytany. Po wyjściu na przepustkę w marcu 1992 roku zniknął bez śladu. Krążyło mnóstwo historii o miejscach jego pobytu. Najbardziej rozpowszechniona wersja mówi o tym, że udał się do Lizbony, przefarbował włosy na blond, a następnie wsiadł na pokład kontenerowca płynącego do Irlandii. Załoga miała znaleźć go po kilku dniach i zamknąć w pustej kajucie, gdy jednak statek dopłynął do portu, po Angelsie nie było śladu. Podobno wyskoczył za burtę, jednak jego ciała nigdy nie odnaleziono. Do dzisiaj jest poszukiwany przez Interpol.

    Proces Ricarda rozpoczął się dopiero w 1997 roku. Tak naprawdę nie istniały żadne fizyczne dowody jego winy. Połączono go ze zbrodnią jedynie na podstawie ulotki znalezionej przy ciałach, na której widniało nazwisko brata jego kolegi. Na ciałach wykryto ślady DNA siedmiu osób, jednak żadna z próbek nie pasowała do DNA Ricarda ani Angelsa. Mimo wszystko, Ricard został skazany na 170 lat więzienia.

    Było mnóstwo spekulacji na temat motywu zbrodni, od rytuałów satanistycznych do „filmów ostatniego tchnienia”, żadnego z nich nie można jednak potwierdzić. Za oficjalnych zabójców trzech nastolatek uznaje się Ricarda oraz Angelsa, jednak zdania są podzielone. Wiele osób uważa skazanego Ricarda za jednego z największych potworów ostatnich lat, a inni sądzą, że został wrobiony.

    Źródła: unresolved, sprawynieznane, dtbbth, niediegetyczne

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Z okazji takiej, że właśnie (w końcu!) nauczyłam się wołać z mirkolist - dziś następny wpis. A jutro spodziewajcie się prawdziwej perełki na hasztagu polskiepato. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    TOMASZ IBROŃ, rocznik '90
    MARCIN PRZYBYSZ, rocznik '85

    Takie tam chłopki roztropki. Obaj od jakichś 8 lat za kratkami. Kolejny przepis na to jak spieprzyć sobie najlepsze lata życia - także słuchajcie uważnie!

    W marcu 2010 roku między północą, a godziną drugą nad ranem dwóch pijanych mężczyzn weszło się do mieszkania swojej 55-letniej sąsiadki. Wdowa znała oprawców, dlatego prawdopodobnie wpuściła ich do środka. Tomasz Ibroń (wtedy 19-latek) i Marcin Przybysz (24 l.) zgwałcili i brutalnie zamordowali kobietę - zaatakowali ją drewnianym kołkiem i dusili kablem od żelazka. Na koniec roztrzaskali jej głowę. Martwą matkę w kałuży krwi odnalazł jej syn, który w nocy wrócił do domu.

    Policja przyjechała na miejsce ok. godz. 2:30, a pół godziny później na nogach była już cała wieś - liczące nie więcej niż 100 mieszkańców Kaczkówko (woj. kujawsko-pomorskie).

    Policja zatrzymała podejrzanych około 5 godzin po morderstwie, wciąż byli pijani. Jeden miał 0,6, a drugi 1,5 promila alk. w wydychanym powietrzu. Po schwytaniu zostali osadzeni w policyjnym areszcie do wytrzeźwienia, a przesłuchani dopiero następnego dnia.

    Z artykułów internetowych wynika, że jeden z nich miał już na koncie rozboje i kradzieże, a nawet pobyt w więzieniu. Ale na ich profilach w Rejestrze nie ma uwzględnionego paragrafu na temat działania w warunkach recydywy. Może to tylko wiejskie ploteczki albo następny błąd systemu... Nie wiem.

    Według gazet (np. link) zostali skazani na 25 lat więzienia, według Rejestru - tylko na 15.

    To już drugi przypadek, który opisuję, w którym długość kary podanej do opinii publicznej jest dłuższa niż ta z zapisu w Rejestrze. Co o tym sądzicie? Błąd czy manipulacja? A może wyrok został zmniejszony po odwołaniu, ale o tym już gazety nie napisały? Sprawę uciszono?

    . . .

    A widziałam dziś matkę jednego z tych chłopaków, jak szła przez wioskę i płakała

    - powiedziała jedna z mieszkanek okolicy, w której doszło do morderstwa.

    Ja się dziwię, ci chłopacy pochodzą ze zwykłych, niczym nie wyróżniających się pełnych rodzin. To są zwykli szarzy ludzie, którym się nie najlepiej powodzi, jak to w wioskach popegeerowskich bywa, bez perspektyw na lepszą przyszłość. Oni mieszkali niedaleko tej kobiety, praktycznie wychowali się przy niej. W tym mieszkaniu po wszystkim to podobno straszny był widok, ale ja tego nie widziałam. To jest nie do opisania, co się tam wydarzyło, sprawa jak z filmów grozy. W ostatnich tygodniach już się o tym nie mówiło, każdy żył codziennością, a pewnie teraz, po wyroku znów będzie się o tym przez jakiś czas mówić, a potem znów każdy wróci do swoich spraw.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych
    pokaż całość

    źródło: ffffffffff.jpg

    •  

      @kvoka: Masz może jakieś informacje jak wyglądają powroty takich ludzi do domu po pobycie w więzieniu? Nie potrafię sobie wyobrazić jak tak bardzo stygmatyzowani ludzie odnajdują się potem w rzeczywistości. Na pewno część się przeprowadza, ale spora część takich ludzi nie ma na to środków. I co potem żyją obok rodziny osoby którą zamordowali? Chora akcja.

    •  

      @kvoka: Ciekawe są Twoje wpisy. Tak sobie teraz myślę.. Od czasu do czasu czytam na temat niewyjaśnionych spraw kryminalnych, morderstw, zaginięć, itd. Popaprane to trochę, ale mnie takie sprawy ciekawią. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Zainspirowałaś mnie do dzielenia się takimi znaleziskami na wykopie. Co sądzisz?

    • więcej komentarzy (131)

  •  

    Niebieski pojechał do rodziców, a ja już po kąpieli i słucham sobie #kryminalne #stanowo.

    pokaż spoiler #gownowpis #chwalesie

    źródło: wykop.pl

  •  

    Właśnie od roku przerwy wjechał nowy odcinek (。◕‿‿◕。)
    #kryminalne

    źródło: youtube.com

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #kryminalne

0:0,0:0,0:0,1:0,2:1,2:0,1:1,0:0,0:0,0:2,2:0,0:0,0:0,1:1

Archiwum tagów