•  

    Ten moment, kiedy jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych przestępców na świecie i jedziesz do Waszyngtonu, żeby zrobić sobie zdjęcie z synkiem przed Białym Domem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #narkotykizawszespoko #ciekawostki #kryminalne #historiajednejfotografii

    •  

      Ile osób zabił? Ja nie wierzę w to co mówią amerykanie. Oni są w stanie z kogoś zrobić terrorystę tylko dlatego, że zarabiał mając ich w dupie.

      @KCPR: Kurwa gościu, albo masz 13 lat albo oglądałeś jedynie Narcos xD Ten gość robił zamachy bombowe i zabił co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi rękoma swoich ludzi (sam też nazabijał, żeby dojść do takiej pozycji), aby nie doprowadzić do ekstradycji do USA i żeby poszerzać wpływy, a ludzie z niego robią dobrego wujka Pablo niczym jego matka XD PANIE BO ON DOLARY DAWAŁ NA SZKOŁY.

      Gorsze są tylko obecnie meksykańskie kartele jak Sinaloa czy Los Zetas (tylko dlatego, że jest duża konkurencja). Te wszelkie gangsterskie gadki to można sobie między książki włożyć jak trochę poczytasz czy to o Polsce, Włoszech, Kolumbii, Meksyku czy choćby terrorystach z różnych zakątków świata. Wszyscy są takimi samymi zwierzętami tylko mają dostęp do rożnych narzędzi i różne interesy. A interesy są dla nich najważniejsze, szacunek, honor i inne wysrywy to są dla żołnierzy, żeby ich trzymać w ryzach i żeby karawana się nie wyjebała zbyt szybko.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    Nie lubię poniedziałków

    Dzisiaj poniedziałek, a więc prawdopodobnie część z Was usłyszy w radiu piosenkę "I don't like Mondays" irlandzkiego zespołu The Boomtown Rats. Jednak nie każdy wie, że inspiracją do napisania tego utworu były prawdziwe wydarzenia.

    16-letnia Brenda Spencer mieszkała na przedmieściach San Diego, a jej okno wychodziło na plac zabaw przy podstawówce Cleveland Elementary School. 29 stycznia 1979 roku około 8:30 rano drobna nastolatka otworzyła ogień do dzieci czekających na zajęcia.

    W tym czasie dyrektor i jeden z nauczycieli przebywali w gabinecie. Początkowo mylili huk z petardami. Przez okno zobaczyli jednak, że niektóre dzieci padają na ziemię, inne uciskają różne części ciała, a część rozgląda się przestraszona i zdezorientowana. Mężczyźni wybiegli, aby pomóc uczniom. Dyrektor niemal natychmiast został śmiertelnie raniony przez Brendę. Po chwili wybiegł woźny, który chciał okryć go kocem, jednak i on został postrzelony, na skutek czego zmarł. Po przybyciu policji, dziewczyna raniła także jednego z funkcjonariuszy. Cała akcja trwała około 15 minut, podczas których Brenda oddała od 29 do 40 strzałów (w zależności od źródeł) i raniła 8 dzieci. W końcu policja zarekwirowała śmieciarkę, którą postawiono na linii ognia.

    Po wszystkim dziewczyna zabarykadowała się w swoim domu. Dziennikarce lokalnej gazety udało się do niej dodzwonić i zapytała o motyw tak okropnego czynu. Brenda powiedziała „Nie lubię poniedziałków. Musiałam jakoś ożywić ten dzień”, a także „Nie miałam żadnych motywów, żeby to zrobić, to była po prostu świetna zabawa”. Nastolatka poddała się po siedmiogodzinnym oblężeniu. Podczas aresztowania nie stawiała oporu, była spokojna i opanowana. W mieszkaniu znaleziono liczne butelki po piwie i whiskey, jednak dziewczyna nie była pod wpływem alkoholu ani narkotyków.

    Co sprawiło, że młoda dziewczyna posunęła się do tak okropnego czynu? Brenda urodziła się 3 kwietnia 1962 roku w San Diego. Jej rodzice rozwiedli się, po czym zamieszkała ze swoim ojcem i dwoma siostrami. Jak wspominają nauczyciele, nastolatka ledwo odzywała się na zajęciach, była zamknięta w sobie, ale świetnie szło jej robienie zdjęć. Wygrała nawet konkurs fotograficzny. Dzieci z sąsiedztwa twierdziły, że Brenda zażywała narkotyki, wagarowała, kradła, była okrutna wobec zwierząt i fascynowała się bronią palną. Jednak jej ojciec powiedział, że „zawsze była szczęśliwą i dobrą córką. Dobrze się zachowywała i nigdy nie miała żadnych problemów w szkole”. To bardzo życzeniowe myślenie, ponieważ w 1978 roku włamała się do szkoły i strzelała w szyby. Miała na koncie próbę samobójczą, a przez wagarowanie była pod opieką kuratora sądowego.

    W grudniu 1978 roku psychiatra, który badał dziewczynę na zlecenie kuratora, zdiagnozował u niej depresję. Jej stan był tak ciężki, że zalecił umieszczenie Brendy w szpitalu psychiatrycznym, jednak jej ojciec nie zgodził się. Zamiast tego kupił jej pod choinkę karabin półautomatyczny kalibru 22 z mnóstwem amunicji. Brenda powiedziała „prosiłam go o radio, a on kupił mi broń” oraz „poczułam się tak, jakby on chciał, żebym się zabiła”. Kilka tygodni przed strzelaniną powiedziała przyjaciołom, że nikt jej nie rozumie, ale pewnego ranka wszyscy będą na nią patrzeć i będą pokazywać ją w telewizji. Czuła się niekochana, nieważna i miała żal do rodziny oraz nauczycieli za to, że nikt nie udzielił jej pomocy.

    Brenda przyznała się do zabójstwa dwóch osób oraz postrzelenia dziewięciu. Sąd potraktował ją jak dorosłą i skazał na dożywocie z możliwością wcześniejszego zwolnienia po 25 latach. Dziewczyna pierwszy raz ubiegała się o zwolnienie w 1993 roku i twierdziła, że podczas strzelaniny była pod wpływem alkoholu i narkotyków. Wniosek odrzucono. W 2001 roku powiedziała, że ojciec wykorzystywał ją seksualnie od 9 roku życia. Nigdy wcześniej o tym nie wspominała, nie było na to żadnych dowodów ani świadków. W 2005 roku twierdziła, że ojciec znęcał się nad nią i pewnego razu uderzył tak mocno, że nastąpił uraz płatu skroniowego mózgu (wcześniej twierdziła, że uraz był skutkiem wypadku na rowerze). Ostatni raz ubiegała się o zwolnienie w 2009 roku i będzie mogła znów to zrobić w 2019.

    Bob Geldof, lider zespołu The Boomtown Rats, w jednym z wywiadów powiedział, że Brenda napisała do niego list. Stwierdziła w nim, że jest zadowolona ze swojego czynu, ponieważ Bob uczynił ją sławną.

    Strzelanina w 1979 roku była pierwszą strzelaniną w szkole w historii USA. 10 lat później podobne przestępstwo miało miejsce w kalifornijskiej szkole Cleveland Elementary School w Stockton. 5 osób zostało zabitych, a 29 rannych. Uczniowie, którzy zostali ranni w strzelaninie z 1979 roku, bardzo mocno to przeżyli. Twierdzili, że to czego doświadczyli bardzo głęboko odcisnęło się na ich psychice, a wydarzenie z 1989 roku było dla nich swoistym ponurym przypomnieniem. W 2001 roku Brenda powiedziała, że czuje się odpowiedzialna za wszystkie szkolne strzelaniny, które miały miejsce w Stanach.

    Historia Brendy Spencer przedstawiona została w jednym z odcinków „Kobiet, które niosły śmierć” (S02E01, na Netflixie jest to odcinek 1). Można o niej także przeczytać pod linkami: 1 2 3 4 5 6

    #historieriley #kryminalne #ciekawostki
    pokaż całość

    •  

      @riley24: Znasz jakichś morderców, albo przestępców, którzy pochodzili z normalnych rodzin? Np. gdzie normalni rodzice cieszą się dobrą opinią, rodzeństwo powychodziło na ludzi, ale trafiła się jakaś czarna owca.
      Wszystkie historie, które znałem do tej pory zaczynają się w ten sam sposób: molestowanie, przemoc, używki od najmłodszych lat. Możnaby wysnuć wniosek, że ludzie z natury są dobrzy...

    •  

      @Rozbrykany_Kucyk: Nie znam, dzieciństwo seryjnych morderców zawsze było pełne patologii.
      Myślę, że składają się na to dwie rzeczy: jakieś naturalne predyspozycje i nieszczęśliwe dzieciństwo. Przecież dużo osób miało okropnych rodziców, a nie wychodzą na ulice z karabinem i też pewnie dużo ma skłonności do tego, ale dzięki temu, że zaznali dużo miłości w dzieciństwie żyją normalnie.

    • więcej komentarzy (126)

  •  

    Porwanie Elizabeth Smart

    14-letnia Elizabeth Smart mieszkała wraz z rodzicami i piątką rodzeństwa w Salt Lake City w stanie Utah. Jej rodzina należała do Mormonów i bardzo poważnie podchodziła do spraw wiary. Żyli jak typowa, niczym niewyróżniająca się rodzina.

    Wszystko posypało się 4 czerwca 2002 roku. Tego dnia Smartowie wzięli udział w szkolnym rozdaniu nagród, wrócili do domu po 21.00 i od razu zaczęli szykować się do snu. Ojciec nie włączył alarmu, ponieważ obawiał się, że któreś z dzieci mogłoby go uruchomić, gdy wstanie w nocy do toalety. Około godziny 2.00 w nocy do sypialni Elizabeth i jej 9-letniej siostry Mary Katherine wtargnął uzbrojony w nóż Brian Mitchell. Mężczyzna przyłożył do gardła nastolatki broń i powiedział „chodź ze mną albo zabiję ciebie i całe twoje rodzeństwo”. Hałas obudził Mary, ale przestraszona dziewczynka udawała, że śpi. Po wyjściu porywacza i Elizabeth wyszła z pokoju, aby powiadomić rodziców. Przestraszyła się jednak cienia mężczyzny na korytarzu i wróciła do łóżka. Dopiero po dwóch godzinach poszła do sypialni rodziców, którzy początkowo myśleli, że ich córka miała koszmar. Zauważyli jednak porwaną siatkę na oknie i oczywiście brak Elizabeth.

    Mary opisała mężczyznę najdokładniej jak potrafiła. Powiedziała, że porywaczem był biały ciemnowłosy mężczyzna wzrostu jednego z ich braci (172 cm), w wieku 30-40 lat, ubrany w jasne ubranie i kapelusz golfowy. W rzeczywistości miał 49 lat, ubrany był na czarno i nie miał kapelusza. Dziewczynka nie przyjrzała się dokładnie twarzy, jednak kojarzyła jego głos. Nie mogła tylko wpaść na to skąd.

    Mitchell zabrał Elizabeth do obozowiska w lesie (zaledwie 7 km od domu dziewczyny), gdzie już czekała jego żona Wanda. Kobieta przebrała dziewczynkę w białe szaty i przywiązała do drzewa metalowym kablem. Według małżeństwa odbyła się „ceremonia zaślubin”, po której nastolatka stała się żoną Mitchella i teraz ich związek musi zostać skonsumowany. Elizabeth zupełnie nie wiedziała co się dzieje i co chcą jej zrobić. W jej domu seks był tematem tabu i niewiele o nim wiedziała. Mężczyzna zgwałcił ją tej nocy, tak jak robił to przez następne miesiące, czasem nawet kilkakrotnie w ciągu jednego dnia.

    Kim był Mitchell? Mężczyzna urodził się w 1953 roku w mormońskiej rodzinie. W wieku 16 lat został przyłapany na obnażaniu się przed dzieckiem, a w wieku 19 ożenił się. Małżeństwo nie trwało zbyt długo, jednak zdążył dorobić się dwójki dzieci, które po rozwodzie trafiły pod jego opiekę. Później wstąpił do wspólnoty Hare Kryszna, nadużywał alkoholu i narkotyków. Następnie ponownie się ożenił, spłodził dwójkę dzieci i znów się rozwiódł. Była żona twierdziła, że Mitchell molestował ich 3-letniego syna, ale nie udało się tego potwierdzić. W dniu rozwodu poślubił o 8 lat starszą Wandę Elianę Barzee, rozwódkę z 6 dzieci. Kobieta miała trudne stosunki z dziećmi, jedna z córek nazywała ją nawet potworem. Początkowo Mitchell i Wanda bardzo aktywnie angażowali się w życie Kościoła Mormonów, ale mężczyzna stawał się coraz bardziej radykalny w swoich poglądach i ostatecznie opuścił Kościół. Uznał, że jest prorokiem i zaczął używać imienia Emmanuel.

    Po porwaniu Elizabeth policja i lokalna społeczność bardzo zaangażowały się w poszukiwania. Szukało jej ponad 2000 wolontariuszy, psy i helikoptery, rodzice apelowali w telewizji o pomoc i roznoszono ulotki z podobizną dziewczyny. Niestety bezskutecznie. Dziewczyna pewnego dnia słyszała nawet nawoływania szukającej jej ekipy, ale Mitchell zagroził, że ją zabije jeżeli się odezwie.

    Kostki dziewczyny były cały czas przywiązane metalowym kablem do drzewa, aby ograniczyć jej możliwość poruszania się. Kazał jej wybrać sobie nowe imię, a więc odtąd mówiono na nią „Esther” (po Esterze ze Starego Testamentu). Mitchell twierdził, że Elizabeth jest pierwszą z jego „dziewiczych żon”. Notorycznie ją gwałcił, zmuszał do oglądania pornografii oraz picia alkoholu i brania narkotyków, żeby osłabić jej upór. Wielokrotnie groził, że ją zabije, głodził ją i karmił śmieciami. Pewnego dnia napoił ją alkoholem, a rano dziewczyna obudziła się z twarzą we własnych wymiocinach i piasku. Czuła się bezradna, brudna, niekochana i opuszczona, a Mitchella uważała za niepokonanego i sprawującego kontrolę nad absolutnie wszystkim.

    Co ciekawe Mitchell wielokrotnie zabierał Wandę i Elizabeth do różnych publicznych miejsc, jednak nastolatka zawsze miała twarz zakrytą chustką (zachowało się nawet zdjęcie z jakiejś imprezy, można je zobaczyć w komentarzach). W sierpniu 2002 roku wybrali się do biblioteki, aby poszukać informacji na temat miejsca, do którego chcieli się przeprowadzić. Pewien mężczyzna rozpoznał oczy Elizabeth i natychmiast poinformował policję. Mitchell powiedział funkcjonariuszowi, że to jego córka, a religia zabrania kobietom publicznego pokazywania twarzy i wypowiadania się. Wanda zasygnalizowała dziewczynie pod stołem, że ma się nie odzywać. Niestety policjant przyjął takie wyjaśnienie i nie drążył tematu. Elizabeth była wściekła na siebie za to, że się nie odezwała i obserwowała jak jej jedyna nadzieja oddala się. Z jednej strony to trochę dziwne, że nic nie zrobiła, ale z drugiej strony była tylko zastraszoną i zmanipulowaną dziewczynką.

    We wrześniu Mitchell, Wanda i Elizabeth przenieśli się do Kalifornii. Małżeństwo planowało porwać kolejną dziewczynę, ale przy próbie włamania Mitchell usłyszał jakiś hałas w domu i wycofał się. Koczowali w różnych obozowiskach, do których zazwyczaj przenosili się w środku nocy. 12 grudnia mężczyzna został aresztowany za włamanie do kościoła w El Cajon. Nikt jednak nie podejrzewał go o nic więcej, a więc po kilku dniach został zwolniony. Po jego powrocie Elizabeth wmówiła mu, że objawił jej się Bóg, który kazał im wracać do Utah. Mitchell uznał, że z takim argumentem nie można się kłócić, a więc wrócili.

    Policjanci nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Początkowo podejrzewali Richarda Ricciego, który miał na koncie włamania do okolicznych domów i próbę zabicia policjanta. Mężczyzna wykonywał kiedyś prace remontowe w domu Smartów, a więc stał się głównym podejrzanym. Richard nie przyznał się jednak do winy i twierdził, że nigdy nie skrzywdziłby dziecka. Siostra Elizabeth również była pewna, że to nie jego słyszała w noc porwania. Mężczyzna zmarł po kilku tygodniach w areszcie na skutek wylewu krwi do mózgu.

    W październiku 2002 roku siostra Elizabeth przypomniała sobie do kogo należał głos. Była pewna, że słyszała go u Emmanuela, mężczyzny, którego jakiś czas temu jej rodzice zatrudnili do drobnych prac na dachu i grabienia liści. Policja była sceptyczna, ponieważ dziewczynka przypomniała sobie o tym po bardzo długim czasie, a sam Emmanuel przebywał w ich domu tylko kilka godzin. Państwo Smart zatrudnili jednak rysownika, a część zdjęć do portretu pamięciowego przekazała nawet rodzina Mitchella. Policja nie chciała jednak rozpowszechnić tego portretu. W lutym zrozpaczeni rodzice, widząc że śledztwo utknęło w martwym punkcie, postanowili sami przekazać podobiznę mediom.

    12 marca 2003 roku Mitchell został rozpoznany w Sandy w stanie Utah, gdy szedł z Wandą i Elizabeth. Nastolatka miała na sobie perukę, okulary przeciwsłoneczne i chustkę zasłaniającą twarz. Gdy wezwani policjanci zaczęli do niej mówić po imieniu, zawstydziła się i opuściła głowę. Porywacz został aresztowany, a nastolatka wróciła do rodziców.

    Po powrocie do domu zorganizowano nocleg dla całej rodziny w jednym pokoju. Elizabeth powiedziała jednak, że idzie spać do siebie i żeby się nie martwili, bo zobaczą się jutro rano. Przez całą noc jej rodzice co chwilę sprawdzali, czy naprawdę śpi w swoim łóżku.

    Proces Mitchella i Wandy ciągnął się latami. Wykonano mnóstwo badań psychiatrycznych mających określić, czy są poczytalni. Mężczyzna, który wciąż twierdził, że jest prorokiem, każdy dzień przesłuchań rozpoczynał od śpiewania pieśni religijnych. Elizabeth zeznawała dopiero w 2009 roku. Wyjawiła wtedy wiele szczegółów, o których nigdy wcześniej nie wspominała nawet najbliższej rodzinie. W końcu zapadł wyrok. Wanda przyznała się do winy i w 2010 roku została skazana na 15 lat więzienia. Obrona twierdziła, że Mitchell w chwili popełnienia przestępstwa był niepoczytalny i powinien zostać uniewinniony. W 2011 roku skazano go na dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

    Elizabeth Smart działa obecnie w obronie zaginionych osób i ofiar napaści seksualnych. Jest także rzeczniczką programu uczącego dzieci jak mają się zachować, gdy staną oko w oko z przestępczością. Skończyła studia, wyszła za mąż i mówi, że nigdy nie zamieniłaby swojego życia na żadne inne. Często wspomina słowa, które usłyszała od matki dzień po powrocie do domu: „Ten mężczyzna zabrał ci już wystarczająco dużo życia, nie pozwól mu zabrać ani sekundy więcej. Najprawdopodobniej nigdy nie poczujesz, że został należycie ukarany, ale najlepszą karą dla niego będzie Twoje szczęście”.

    Elizabeth często wypowiada się na temat tego co przeszła, można było jej posłuchać np. podczas TEDx. Do poczytania: 1, 2, 3.

    #historieriley #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Tajemnicza śmierć Elisy Lam

    Film z windy, na którym po raz ostatni widać Elisę Lam żywą, można zobaczyć w większości zestawień na temat tajemniczych i paranormalnych nagrań. Mówi się wtedy o nawiedzeniu, duchach czy opętaniu. Jednak czy rzeczywiście tak było?

    Elisa urodziła się 30 kwietnia 1991 roku w rodzinie imigrantów z Hongkongu. Mieszkała w Kanadzie, bardzo lubiła czytać, była aktywna w różnych social mediach i studiowała na Uniwersytecie British Columbia. Dziewczyna cierpiała na zaburzenia afektywne dwubiegunowe oraz depresję, jednak jak podkreślają jej rodzice, nie miała żadnych prób samobójczych. Raz zdarzyło jej się uciec z domu.

    Gdy miała 21 lat postanowiła wybrać się na samotną podróż po zachodnim wybrzeżu USA. Wyruszyła na początku 2013 roku. Elisa codziennie brała leki, jednak rodzice kontrolowali jej stan. Każdego dnia kontaktowali się z nią telefonicznie i gdyby coś się działo, byli w stanie niemal natychmiast do niej przylecieć. Mimo że dziewczyna była bardzo aktywna w Internecie, nie publikowała żadnych zdjęć ze swojej wyprawy.

    26 stycznia 2013 roku Elisa przybyła do Los Angeles i zamieszkała w hotelu Cecil. Sam hotel był dosyć ciekawym wyborem. Budynek ma 600 pokoi, mieści się w nie najlepszej dzielnicy i owiany jest złą sławą. Wydarzyło się w nim mnóstwo morderstw i samobójstw, zatrzymywali się tam seryjni mordercy i podobno to właśnie w nim ostatni raz widziano Czarną Dalię żywą. Krążą plotki, że każdy z 600 pokoi jest nawiedzony. W 2013 roku hotel już trochę podupadał, a właściciele szukali oszczędności gdzie tylko mogli.

    Elisa początkowo została dokwaterowana do kilku nieznajomych dziewczyn. Te jednak szybko uznały, Lam zachowuje się dziwnie (nie wyjaśniły co znaczy „dziwnie”) i już po jednej nocy została przeniesiona do pokoju jednoosobowego.

    Przez kolejnych kilka dni zwiedzała miasto i często chodziła do księgarni. 31 stycznia powinna wyjechać do Santa Cruz. Tego dnia nie zadzwoniła do rodziców i nie odbierała od nich telefonów. Zaniepokojone małżeństwo zgłosiło zaginięcie na policję i jak najszybciej przyleciało do Los Angeles. Śledczy przeszukali hotel na tyle dokładnie, na ile było to możliwe (nie mogli wchodzić do wynajętych pokoi), co jednak nie przyniosło żadnych skutków. Psy również nie podjęły tropu. Obsługa ostatni raz widziała Elisę 31 stycznia, gdy wracała sama do pokoju. Tego dnia widziała ją także sprzedawczyni w księgarni, która wspominała, że dziewczyna była bardzo przyjazna i ożywiona. Szukała pamiątek dla rodziny, a także zastanawiała się, czy książka, którą chce kupić nie jest zbyt ciężka, żeby z nią podróżować.

    6 lutego informacja o zaginięciu ukazała się w social mediach, a 14 lutego opublikowano film z zepsutej windy, na którym ostatni raz widać Elisę. Nagranie jest bardzo niepokojące. Dziewczyna wchodziła i wychodziła z windy, naciskała przypadkowe guziki, wyglądała jakby z kimś rozmawiała, jednak nie widać nikogo poza nią. Niektórzy twierdzą że wyglądała na przestraszoną albo jakby się przed kimś ukrywała. Jednak psychologowie przeanalizowali jej mowę ciała i uważają, że była zrelaksowana i wyglądała jakby się z kimś bawiła. Najprawdopodobniej jej choroba nasiliła się do tego stopnia, że miała halucynacje. Oznaczenie czasowe na filmie zostało zamazane, a więc pojawiły się teorie, że nagranie jest spowolnione , przyspieszone lub że brakuje jednej minuty, podczas której ktoś był przy niej. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

    W międzyczasie goście hotelu zaczęli narzekać na jakość wody. Skarżyli się, że ma dziwny kolor i smak. 19 lutego postanowiono sprawdzić cztery ogromne zbiorniki wodne na dachu, z których płynęła woda do pokoi. Każdy zbiornik miał dwa metry wysokości, otwieraną, około 10-kilową klapę w pokrywie oraz mieścił 3785 litrów wody. W jednym z nich znaleziono ciało Elisy, już w znacznym stopniu rozkładu. Wszyscy goście natychmiast opuścili hotel.

    Dziewczyna była naga, a jej ubrania zostały wrzucone do zbiornika. Autopsja nie wykazała żadnych śladów walki, stosunków seksualnych, alkoholu ani narkotyków. Wykazała natomiast, że Elisa była pod wpływem pięciu różnych leków przepisanych przez lekarza oraz dwóch , które można kupić bez recepty. Skutkiem ubocznym niektórych z nich mogły być halucynacje, a innych silne myśli samobójcze czy pogłębienie manii. Mimo, że leki zostały przepisane przez lekarza, Elisa nie powinna zażywać ich jednocześnie. To była mieszanka wybuchowa. Dziewczyna zmarła najprawdopodobniej w dzień swojego zaginięcia.

    Samobójstwo czy zabójstwo? Zastanawiano się, czy ktoś nie pomógł Elisie dostać się na dach. Wiodły na niego tylko dwie drogi. Pierwsza, przez okno na bardzo wysoko zawieszone schody przeciwpożarowe w kiepskim stanie. Druga droga prowadziła przez zamykane na klucz drzwi dla obsługi, przy których zamontowany był alarm informujący, gdyby ktoś się z nimi szarpał. Jednak na samym dachu było graffiti, wielokrotnie widywano tam gości hotelowych, a nawet zdarzyło się kilku samobójców skaczących z tego miejsca. Pokrywy zbiorników nie były zabezpieczone żadną kłódką czy zamkiem, teoretycznie każdy mógł je otworzyć.

    Rodzice Elisy oskarżyli hotel o zaniedbania, jednak sąd umorzył tę sprawę. W akcie napisano, że przyczyną śmierci dziewczyny był atak manii i załamanie nerwowe. Najprawdopodobniej chciała popełnić samobójstwo lub z jakiegoś powodu postanowiła wejść do zbiornika (np. żeby popływać) i nie udało jej się wyjść.

    Mimo, że sprawa śmierci Elisy Lam została już wyjaśniona, wciąż istnieje mnóstwo teorii na ten temat. Przedstawię tylko skrótowo najdziwniejsze z nich. Pierwszą jest oczywiście opętanie. Kiedyś w hotelu Cecil zatrzymał się twórca kościoła satanistycznego i napisał wiersz o mężczyźnie, który spalił swoją córkę o imieniu Siela (anagram imienia Elisa), a później narysował ufoludka, którego nazwał Lam, a więc to na pewno jego duch ją opętał. Druga teoria związana jest z creepypastą o windzie. Podobno jeżeli będzie się jeździć windą w górę i w dół, w pewnym momencie wsiądzie kobieta, która też będzie jeździć tą widną, aż w końcu zapyta „na które piętro jedziemy?” i wtedy stanie się coś paranormalnego. Niektórzy twierdzą też, że Elisa była agentem CIA i ją zlikwidowali. Sprawdzono nawet, które guziki naciskała w windzie i okazało się, że w Biblii pod tymi liczbami są cytaty o wodzie. Elisa kiedyś udostępniła na tweeterze link do artykułu o tym, że jakaś firma pracowała nad peleryną niewidką. Lam na pewno dowiedziała się za dużo i ją zabili. Historia ze znalezieniem zwłok w zbiorniku z wodą pojawiła się też w horrorze „Dark water” z 2005 roku, a więc niektórzy przypuszczają, że film zainspirował mordercę.

    Więcej szczegółów tej sprawy można usłyszeć na kanale Jaśmin a na stronie paranormalne są różne rozważania dotyczące teorii spiskowych (mimo, że sprawa jest wyjaśniona, domysły internautów są bardzo ciekawe).

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    #mirekwposzukiwaniutajemnic #gruparatowaniapoziomu

    Ostatnio ktoś mnie prosił bym opisał historię rozwiązaną. Cóż, nasz klient, nasz pan ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Sprawa Rozenmeisje - czyli o Różanej Dziewczynie z Lottum

    Czerwiec 1996 roku, pod Lottum w Holandii znaleziono ciało młodej dziewczyny. Pochowano ją na pobliskim cmentarzu. Biały krzyż, bez tabliczki z imieniem.
    Dziewczynę zgwałcono (znaleziono ją z opuszczonymi spodniami, podwiniętą bluzką, a większość jej ciała byłą ubabrana krwią, precyzując), a potem zamordowano. Ciało porzucono na jednym z różanych pól, z których Lottum słynie. Dlatego też przez lata mówiono o niej "Różana Dziewczyna".

    Do roku 2010 cisza. Nic nikt nie wie. Ale w czerwcu 2010 następuje przełom. Na podstawie badań DNA niemiecka policja trafia na ślad mordercy, a przy okazji na tożsamość dziewczyny - Małgosi. Za pośrednictwem dziennika "Dagblad de Limburger" niemiecka policja zwróciła się do "Gazety Pomorskiej" o pomoc w poszukiwaniu jej bliskich.

    Najpierw opowiem wam o Małgosi. A właściwie Józefie Małgorzacie Wyka (aczkolwiek nie lubiła swojego pierwszego imienia)
    Urodziła się 1976 roku. Swojego ojca pierwszy raz zobaczyła gdy miała 3 lata - gdy Andrzej Wyka wyszedł z więzienia. Ten zabrał Małgosię od matki szybko i zabrał ze sobą do swego domu rodzinnego w Zieleńcu. Mieszkanie z ojcem nie było łatwe. Jedyne co się u jej ojca w domu przelewało to alkohol. Był wypadek z pijanym ojcem, gdy go wiozła będąc nastolatką. Nie skończyła nawet szkoły średniej. Dlatego w końcu stwierdziła, że pojedzie na zachód. Do Niemiec dokładniej. Zacząć od nowa.

    W Niemczech trafiła na Ericha Kurta L. Jej alfonsa, według oficjalnych źródeł, oraz osobę odpowiedzialną za jej śmierć. W 1996 roku Gosia stwierdziła, że ma dość sprzedawania swojego ciała i zamierza odejść. Erichowi było to nie w smak. Ale ta miała silną kartę przetargową - wiedziała o kokainie, którą handluje Erich. Groziła mu, że zgłosi to na policję. Erich zgadał się ze swoimi współpracownikami - Ewą S. i Georgiem K. (jego przyjacielem notabene). Miał spytać Georga, czy on zabije Gosię, a ten miał się zgodzić.

    Sam przebieg morderstwa był następujący. Ewa i Georg zabrali Gosię na wycieczkę samochodem do granicy z Holandią. W okolicach Lottum Ewa stwierdziła, że potrzebuje się przejść, co by kości rozprostować. Georg tym czasem powiedział, że musi coś zrobić przy aucie, ale obiecał, że je dogoni. Gdy Ewa i Gosia szły skrajem lasu Georg dotrzymał obietnicy. Gdy tylko do nich dołączył, uderzył kilka razy młotkiem w głowę Gosię. Jeszcze tego wieczora Georg i Ewa dostali nagrodę za morderstwo od Ericha - kilka gramów kokainy.

    Gdy znaleziono ciało w Lottum rozpoczęło się śledztwo. Ale cóż. Brakowało świadków, dowodów, danych do identyfikacji zamordowanej. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. w 2007 je wznowiono. I we wspomnianym 2010 natrafiono na DNA mężczyzny na jej kurtce...ale nie Georga, a Ericha!

    21 lutego 2010 roku w Kolonii Erich podczas zeznań opowiedział co nieco o sobie (cytat z gazety Lubuskiej):

    Erich Kurt L. urodził się w Kolonii w 1954 r. Życiorys miał burzliwy. Swego prawdziwego ojca widział tylko raz. Ojczym bił jego matkę niemal każdego dnia. Z tego powodu, gdy Erich miał dziewięć lat, zamieszkał u dziadków. W wieku 16 lat opuścił szkołę, poznał 14-letnią dziewczynę, z którą dwa lata później miał już dziecko. Potem ją zostawił, zabierając ze sobą córeczkę. Był oskarżony o gwałt, służył w Bundeswehrze, był kierowcą ciężarówek. W 1993 r. spotkał prostytutkę Michaelę L., która przedstawiła go swojemu szefowi. Ten zatrudnił Ericha do renowacji burdeli. Roboty wykonywał wspólnie z Georgem K., z którym się zaprzyjaźnił. Partnerka przyjaciela, Polka Ewa S., była prostytutką w Barze Napoleona przy Hauptstrasse w Bergisch Gladbach, dawniej małym mieście, a teraz części Kolonii. Dziewczyny, które tam pracowały, codziennie zażywały kokainę, żeby "wytrzymać długie godziny pracy". Erich też zaczął brać, wraz z Ewą i Georgem. Tak odkrył, że można na tym zarabiać: kupował np. 15 gramów, sam zażywał 5, a 10 sprzedawał z dużym zyskiem. Jako ten, który kokę ma zawsze w kieszeni, stał się znany wśród dziewczyn. Woził je swoim dziesięcioletnim porsche do i z Baru Napoleon oraz innych burdeli. Czasami zostawały na noc w jego mieszkaniu w Muehlheim, dzielnicy Kolonii. Była wśród nich Gosia, która sypiała z nim za działkę koki.

    Ale nie powiedział nic więcej o zamordowanej, ani o samym zabójstwie. Tożsamość Gosi ustalono przez udostępnienie jej zdjęcia w mediach. Poznała ją Lidia Lewandowska, żona jej brata - Hieronima Lewandowskiego.

    Niedługo potem ze sprawą powiązano Ewę S. i Georga. Georg miał odczuć ulgę. Nie mógł znieść tylu lat ukrywania morderstwa. Wyznał wszystko. Gdy 9 października 2010 roku policja chciała go przesłuchać ponownie, znaleźli go martwego w jego celi. Atak serca. Nie miał jak dokończyć zeznań.

    Zapewne domyślacie się, gdzie ta historia zmierza. W artykule z 15 kwietnia 2011 roku Gazety Lubuskiej piszą o zwolnieniu Ericha Kurta Lange i Ewy S. Brak mocnych dowodów. Szczególnie, że Georg przed śmiercią zdążył nieźle namieszać. Swojemu prawnikowi przekazał informacje o tym, że Erich wcale mu nie zlecił morderstwa. Erich miał powiedzieć "Ona musi odejść", a według prawnika Georga oraz potem według sądu to za mało by uznać Ericha za zleceniodawcę morderstwa. Co z jego DNA na ubraniach zamordowanej? Cóż, była jedną z jego wielu partnerek, nie muszę tłumaczyć skąd się wziął jego materiał genetyczny.

    Do następnego, Mirki i Mirabelki. Next time: może Dan Cooper, a może o Wampirze z Atlasu. Jeszcze nie wiem.

    #ciekaweciekawe #ciekawostki #historiajednejfotografii #kryminalne #morderstwo
    pokaż całość

    źródło: d-pt.ppstatic.pl 18+

  •  

    Henry Lee Lucas – największy seryjny morderca Ameryki

    Henry Lee Lucas urodził się 23 sierpnia 1936 roku w Virginii jako najmłodszy z dziewiątki rodzeństwa. Jego rodzice byli alkoholikami. Matka, Viola Dison Wall Lucas, zarabiała jako prostytutka, a ojciec Anderson zajmował się sprzedażą przemyconej whiskey, po tym jak stracił obie nogi, gdy po pijaku upadł na tory. Rodzina mieszkała w małej chacie bez elektryczności i z klepiskiem zamiast podłogi. Dom dzielili z kochankiem i alfonsem Violi, Berniem.

    Viola uwielbiała, gdy Henry patrzył jak prostytuowała się w ich domu, a także jak sypiała z Berniem. Gdy nie chciał tego oglądać biła go i głodziła. Matka odmawiała też opieki nad domem i rodziną, przyrządzała posiłki tylko dla siebie i Berniego, a jej dzieci musiały kraść pożywienie ze sklepów i sąsiednich domów. Mały Henry zmuszany był do pracy od świtu do zmierzchu. Ojciec często kazał mu pilnować destylatora, w którym pędził bimber, przez co Henry już jako 10-latek był uzależniony od alkoholu. Viola kazała chodzić mu do szkoły w sukienkach i z zakręconymi włosami, przez co koledzy wyśmiewali chłopca. Regularnie go też biła i znęcała się nad nim. Pewnego dnia tak mocno uderzyła go kawałkiem drewna, że zapadł w całodzienną śpiączkę. Nikt za bardzo się tym nie przejął. Częste bicie po głowie doprowadziło do tego, że Henry skarżył się na „hałasy i głosy w głowie”. Na skutek wypadku z nożem częściowo stracił wzrok w lewym oku, a później przez uderzenie linijką w szkole, stracił go całkowicie. Oko zastąpiono szklanym.

    Mały Henry często fantazjował o tym, żeby wyruszyć w świat i uwolnić się od otaczającego go piekła. Jednocześnie urządzał piekło zwierzętom. Jako 13-latek zastawiał na nie pułapki, a następnie gwałcił i torturował aż do śmierci.

    W 1950 roku pijany ojciec Lucasa zasnął na śniegu, co zakończyło się jego śmiercią na zapalenie płuc. Henry stracił jedyną, chociaż trochę mu przychylną, osobę w rodzinie. 14-latek stał się zgorzkniały i stawał się coraz gorszy. Później chwalił się, że w 1952 roku popełnił pierwsze morderstwo. Uprowadził z przystanku 17-latkę i pobił ją do nieprzytomności, a następnie próbował zgwałcić. Dziewczyna ocknęła się i zaczęła krzyczeć, a więc udusił ją.

    Wkrótce skazano go na pobyt w zakładzie poprawczym za włamanie z wtargnięciem. Henry wielokrotnie próbował uciec, a pracownicy ośrodka podejrzewali, że miał „stosunki natury seksualnej” z czarnoskórym kolegą. Został zwolniony po roku.

    Już dzień po wyjściu miał zgwałcić 12-letnią kuzynkę. Przez następne 9 miesięcy pracował jako pomocnik na farmie, brał udział w orgiach, eksperymentował z kobietami i mężczyznami, upijał się i ćpał na potęgę. W końcu ponownie został aresztowany za włamanie z wtargnięciem i skazany na 4 lata więzienia. Tam dostał przydział na prace jako robotnik drogowy. W maju 1956 roku, podczas tych prac, udało mu się uciec. Na wolności przebywał 2 miesiące, podczas których poznał Stellę.

    Ostatecznie został zwolniony z więzienia we wrześniu 1959 roku i zamieszkał z przyrodnią siostrą w stanie Michigan. Po krótkim czasie poprosił Stellę o rękę, a ta przyjęła jego oświadczyny. W styczniu 1960 roku do domu Henry'ego przyjechała jego matka. Viola miała wtedy 74 lata i wciąż prostytuowała się za talony do supermarketu. Czuła się jednak coraz gorzej i kazała synowi wrócić do domu i się nią zajmować. Lucasowi nie podobał się ten pomysł i rozpoczęła się wielka awantura. Stella uznała, że nie ma zamiaru stać się częścią takiej rodziny i zerwała zaręczyny. Później Viola uderzyła syna miotłą w głowę tak mocno, że aż się złamała, co wywołało u Henry'ego furię. Zaatakował ją nożem, po czym zgwałcił, zostawił w kałuży krwi i wyszedł z domu. Siostra po powrocie do domu znalazła Violę i wezwała pomoc. Matka Lucasa zmarła po dwóch dniach. Henry został skazany na 20-40 lat więzienia za morderstwo drugiego stopnia.

    W więzieniu dwa razy próbował popełnić samobójstwo i skarżył się, że słyszy głosy w głowie, w tym głos matki. Przez 4,5 roku leczono go psychiatrycznie, lekami oraz elektrowstrząsami, po których był jeszcze bardziej skłonny do przemocy. Pewnego dnia powiedział lekarzom, że gdyby wyszedł na wolność, natychmiast zacząłby znów mordować. Jednak w 1966 roku więzienny psycholog wnioskował o jego wcześniejsze zwolnienie.

    W więzieniu spędzał czas na czytaniu książek dotyczących procedur policyjnych, a także wypytując współwięźniów o metody ich działania. Później został oddelegowany do pracy w archiwum, gdzie czytał akta innych skazanych i analizował przyczyny ich wpadek. Wywnioskował, że dzięki szybkiemu przekroczeniu granicy stanu po popełnieniu przestępstwa, można znacznie zminimalizować ryzyko złapania. W czerwcu 1970 roku wyszedł przedterminowo dzięki przeludnieniu w więzieniu. W dniu wyjścia zamordował dwie kobiety. Po roku wrócił do więzienia za usiłowanie porwania i posiadanie broni. Ostatecznie wyszedł w sierpniu 1975 roku.

    Po wyjściu najpierw pojechał do Maryland, a następnie do Pensylwanii. Zajmował się różnymi pracami dorywczymi, które często zmieniał. 5 grudnia 1975 roku poślubił Betty Crawford, z którą zamieszkał w przyczepie. Kobieta miała 3 dzieci z poprzedniego małżeństwa i utrzymywała się z zasiłków. Po jakimś czasie Betty oskarżyła Lucasa o molestowanie jej córki i para rozstała się.

    Henry wyruszył do Michigan, a następnie na Florydę, do Wirginii i Delaware. W styczniu 1978 roku mieszkał w Virginii, gdzie pracował w sklepie z dywanami, który należał do jego kuzyna. Przez dwa miesiące mieszkał z Rhondą Knuckles, ale zostawił ją, gdy związek mu się znudził. Wcześniej jednak torturował ją przez 3 dni. 42-letni Henry wyruszył do Jacksonville na Florydzie, gdzie w kolejce po posiłek, poznał 29-letniego Ottisa Toole.

    Dzieciństwo Ottisa również nie należało do najszczęśliwszych. Matka od dziecka ubierała go w sukienki i nazywała „Susan”. Wykorzystywała go też seksualnie, na zmianę z mężem, córką i sąsiadem. Gdy chłopiec miał 10 lat wyznał, że jest gejem, co jego babcia postanowiła wyleczyć podczas satanistycznych orgii i składania ofiar ze zwierząt. Ottis zaczął uciekać z domu i podpalać różne rzeczy. Miał obsesję na punkcie ognia i męskiej pornografii. Miał powodzenie wśród pedofilii, których zawsze na koniec bił i okradał. Pierwszy raz zamordował w wieku 14 lat. Podobno jego IQ wynosiło ok. 54-74 (nawet górna granica uznawana jest za upośledzenie umysłowe). Toole mieszkał z matką i jej mężem oraz nastoletnią siostrzenicą i siostrzeńcem. Często sprowadzał do domu osoby poznane w jadłodajni dla potrzebujących i tak też było w przypadku Henry'ego Lee Lucasa.

    Ottis lubił patrzeć jak goście uprawiają seks z jego 11-letnią siostrzenicą Friedą Powel, zwaną Becky. Wkrótce też Ottis i Henry zostali kochankami. W maju 1981 roku mężczyźni wraz z Becky i jej bratem wyruszyli w podróż, podczas której odwiedzili Kalifornię, Delaware i Maryland.

    Oprócz tego Ottis i Henry spędzali wolny czas na piciu i jeżdżeniu po autostradzie w celu rabowaniu sklepów, a czasami banków. Uwielbiali terroryzować personel. Stawali się coraz bardziej brutalni i rywalizowali między sobą w okrucieństwie. W końcu zabijali za jakikolwiek objaw nieposłuszeństwa. Często kradli i porzucali samochody, zabijali i gwałcili prostytutki, autostopowiczki i uciekinierki z domu. Pewnego dnia spotkali na autostradzie parę nastolatków idącą poboczem do najbliższej stacji benzynowej. Wysiedli z samochodu, Ottis strzelił chłopakowi 9 razy w głowę i klatkę piersiową, a Henry wciągnął dziewczynę do samochodu. Podczas, gdy Toole prowadził, Lucas gwałcił ją na tylnym siedzeniu. Na końcu Ottis zatrzymał się, wyciągnął dziewczynę z auta i 6 razy do niej strzelił. Czasem mordowali kilka osób dziennie, nawet gdy byli z nimi siostrzeńcy Ottisa, którzy czekali w samochodzie. Toole zjadał też swoje ofiary, przyznał się do aktów kanibalizmu na około 150 osobach.

    Pewnego razu nieznajomy zaproponował im zabijanie „w imieniu jego organizacji”. Płacił 10.000$ za egzekucję. Był tylko jeden warunek, musieli przyłączyć się do jego religii, która nazywała się „Ręka śmierci” i czciła diabła. Mężczyźni postanowili przyłączyć się do sekty. Później okazało się, że Ottis od dawna w niej był i zwabił Henry'ego, żeby się do nich przyłączył. Lucas został poddany próbie i musiał zabić wskazanego mężczyznę. Poderżnął mu gardło, a następnie odbyła się czarna msza, na której ugotowano i zjedzono zwłoki. Przez następne kilka tygodni Henry uczył się technik zabijania i składania ofiar z ludzi, a także brał udział w rytuałach wykorzystujących martwe ciała, w tym nekrofilii. Po 7 tygodniach był gotowy i wyruszył, żeby porywać dzieci, które miały być wykorzystane jako ofiary kultu, sprzedane na czarnym rynku lub zmuszane do występowania w filmach pornograficznych. Gdy Henry opowiadał tę historię policji brzmiała bardzo prawdopodobnie, ale nie ma żadnych dowodów potwierdzających jego słowa. Lucas twierdził, że to dlatego, że zamieszani w to byli wysoko postawieni policjanci i politycy.

    Po jakimś czasie Henry wrócił do Jacksonville i miał czekać na dalsze instrukcje, a Ottis został z sektą. Lucas postanowił udać się z Becky do Kalifornii, gdzie mieli żyć jako mąż i żona. Podczas trzy miesięcznej podróży kradł, gwałcił i zabijał. Dziewczyna pomagała mu w ukrywaniu ciał, co podobno bardzo ją podniecało. W Kalifornii para utrzymywała się z prac dorywczych i kradzieży, aż spotkali Jacka Smart, który dał im dach nad głową w zamian za drobne naprawy. Henry bardzo ciężko, szybko i sprawnie pracował, dzięki czemu coraz więcej osób oferowało mu pracę przy naprawach. Całymi dniami robił sobie tylko krótkie przerwy na papierosa i kawę, a wieczorami kupował kilka piw i wracał do Becky. Wkrótce Jack zaproponował parze zamieszkanie ze swoją teściową w Teksasie. Kate Rich była już stara i potrzebowała pomocy, a w zamian mogli za darmo u niej mieszkać. Kate od razu bardzo polubiła Becky, która zajmowała się jej domem, podczas gdy Henry był w pracy. Jednak po jakimś czasie mężczyzna zaczął kraść pieniądze staruszki i nie pracował już tak ciężko i sumiennie. Gdy rodzina przyjechała odwiedzić Kate, okazało się, że kobieta siedzi przy stole wokół kilkutygodniowego brudu. Becky i Henry musieli się wyprowadzić.

    Szybko jednak poznali pewnego pastora, który pozwolił im zamieszkać w jego „religijnej komunie” w zamian za pomoc w dekarskim interesie i przygotowywaniu mszy. To właśnie tam Becky odkryła chrześcijańskie wartości. Pozostawała w kontakcie z Kate Rich, z którą dzieliła się swoimi przemyśleniami odnośnie wiary. Nastolatka wkrótce chciała wrócić na Florydę. Henry początkowo był temu przeciwny, ale w końcu się zgodził. W drodze wybuchła między nimi awantura i Lucas zaatakował dziewczynę nożem. Był w szoku, że zamordował kogoś, kogo naprawdę kochał. Odbył stosunek ze zwłokami, zsunął pierścionek z jej palca i poćwiartował ciało, które zostawił w polu. Po raz pierwszy czuł się winny i żałował swojego czynu. Wrócił na rancho pastora i po 2 dniach powiedział mu, że Becky uciekła z kierowcą ciężarówki. Po 2 tygodniach wrócił na pole, żeby pogrzebać poćwiartowane ciało ukochanej.

    Wszyscy, poza Kate Rich, zdawali się przyjmować bez zastrzeżeń historię o ucieczce dziewczyny. Staruszka jednak nie mogła uwierzyć, że nastolatka byłaby do tego zdolna i wypytywała o szczegóły. Pewnego dnia wybrała się na piwo z Henrym i cały czas dociekała co właściwie się stało. W drodze powrotnej Lucas nie wytrzymał, zjechał na boczną drogę i dźgnął ją nożem. Gdy zmarła wyciągnął ją z auta, zgwałcił i wrzucił ciało do rowu. Nieco później wrócił na miejsce zbrodni, poćwiartował zwłoki, a następnie wrócił na rancho, gdzie przez całą noc palił jej szczątki w kuchni przy budynkach. Nad ranem ukradł auto pastora i uciekł. Zaniepokojona rodzina staruszki po kilku dniach zawiadomiła policję. Opowiedzieli historię o tym jak Henry ukradł jej pieniądze, a funkcjonariusze sprawdzili akta mężczyzny i wysłali nakaz aresztowania.

    Tymczasem Lucas przemierzał Oklahomę i Teksas, aż w końcu trafił do Kalifornii. Tam postanowił zatrzymać się u Jacka Smarta, który wiedział o jego poszukiwaniach, ale nie dał po sobie nic poznać. Henry został zatrzymany przez policję jako „ważny świadek w sprawie morderstwa”. W samochodzie pastora znaleziono krew. Po przebadaniu okazało się, że to krew grupy 0, a Kate miała grupę A. Z powodu braku dowodów zwolniono go z aresztu.

    Lucas wyruszył w podróż po całych Stanach, podczas której kradł, mordował i gwałcił. W październiku 1982 roku jechał autostopem z Illinois do Missouri. Na stacji benzynowej spotkał kobietę wyglądającą na podróżującą samotnie. Gdy wsiadała do samochodu powiedział do niej „właź do samochodu i bądź cicho”, a następnie kazał jej jechać na południe. Kobieta prowadziła cały dzień, a następnie Henry usiadł za kierownicą i zasnęła. Nad ranem dźgnął ją nożem w szyję, zgwałcił jej zwłoki, okradł i porzucił ciało w lesie. Wyruszył do Teksasu i Indiany, wkrótce jednak skontaktował się z pastorem i powiedział, że przemierzył cały kraj w poszukiwaniu Becky i zapytał, czy może wrócić. Pastor zgodził się i poinformował o tym policję.

    Okazało się, że Henry'ego można aresztować tylko za kradzież ciężarówki, której dokonał kiedyś w Maryland. Przez kilka tygodni policjanci próbowali wydusić z niego prawdę o morderstwach, jednak bezskutecznie. Stan Maryland nie był zainteresowany ekstradycją za tak błahe przestępstwo jak kradzież, a więc Lucas musiał zostać uwolniony.

    W czerwcu 1983 roku został ponownie aresztowany za nielegalne posiadanie broni. Ku zdziwieniu policjantów przyznał się do wszystkich zbrodni, które popełnił, a także do wielu, których nie popełnił, łącznie do 600 morderstw. Śledczy przez ponad dwa lata analizowali wszystkie przypadki znalezienia rozczłonkowanych kobiecych szczątków. Henry'emu pokazywano zdjęcia, do których opowiadał historie, często bazował na informacjach wyczytanych w gazetach. Niewątpliwie podobało mu się to. W końcu był kimś ważnym, policja zapewniała mu wszystko czego chciał, żeby nie przestawał mówić. Nigdy jeszcze nie był tak dobrze traktowany. Ostatecznie policja podejrzewała go o 300 morderstw, a udało mu się udowodnić tylko 3 (w tym jego matki, za które już odsiedział wyrok).

    W 1985 roku skazano go na karę śmierci. Podczas pobytu w celi śmierci Henry stał się bardzo religijny. Nagle też zaczął opowiadać o tym, że wszystko zmyślił i jest niewinny. Był pewny, że po śmierci trafi do nieba. Egzekucja miała odbyć się 30 czerwca 1996 roku, jednak trzy dni przed nią, gubernator George W. Bush, złagodził wyrok i zamienił go na dożywocie. 64-letni Henry Lee Lucas zmarł w więzieniu 11 marca 2001 roku na atak serca. Niektórzy uważają go za największego seryjnego mordercę w historii Ameryki, a inni za największego kłamcę w historii.

    Cała historia bardzo dokładnie została opisana na tej stronie, a dla uzupełnienia można zajrzeć tutaj, tutaj i tutaj. Na youtube jest też bardzo dużo biografii Lucasa, ja oglądałam .

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Śmierć w Oslo Plaza Hotel

    W 1995 roku elegancka młoda kobieta zameldowała się pod fałszywym nazwiskiem w norweskim hotelu, a kilka dni później została znaleziona martwa w swoim pokoju hotelowym. Z pozoru wszystko wskazuje na samobójstwo, jednak im bardziej chce się potwierdzić tę tezę, tym mniej faktów się zgadza. Śmierć w Oslo Plaza Hotel do dziś pozostaje jedną z najsłynniejszych nierozwiązanych zagadek Norwegii.

    Wszystko zaczęło się w sobotę 3 czerwca 1995 roku po godzinie 19:30, gdy recepcjonistka zorientowała się, że para Belgów zameldowanych jako Jennifer i Lois Fergate znacznie przekroczyła limit kredytowy. Po raz trzeci wysłała do ich pokoju na 28 piętrze komunikat, wyświetlający się na ekranie telewizora, o treści „Proszę, skontaktuj się z kasą”. Ktoś w pokoju natychmiast nacisnął OK na pilocie. Para spała już w hotelu trzy noce, a jeszcze nic nie wpłacili. Pokój nie był sprzątany od czwartku, ponieważ na drzwiach cały czas wisiała wywieszka „nie przeszkadzać”. Zaniepokojona recepcjonistka poprosiła ochroniarza, żeby sprawdził co się dzieje.

    Ochroniarz wjechał windą na 28 piętro i o 19:50 zapukał do drzwi pokoju 2805. Nagle z pokoju doszedł huk jak przy postrzale. Przestraszony mężczyzna nie wiedział co ma zrobić. Bał się mordercy, który jest w środku i przez kilka minut kręcił się po korytarzu. W końcu zjechał windą do biura ochrony i poprosił swojego szefa, żeby zawiadomił policję. O 20:04 szef ochrony zapukał do drzwi pokoju 2805, ale nikt nie otworzył. Ponownie zapukał, ale wciąż nikt w środku nie zareagował. W końcu postanowił otworzyć drzwi swoją kartą i okazało się, że drzwi są podwójnie zablokowane, również od środka. Tylko karty ochrony mogą otworzyć takie zamknięcie, nikt z obsługi nie mógłby tego zrobić.

    Po otworzeniu drzwi mężczyzna zobaczył martwą kobietę leżącą na łóżku z nienaturalnej pozycji. W pokoju było ciemno, a zasłony były zaciągnięte. Ochroniarz postanowił nie wchodzić, zamknął drzwi i czekał na przyjazd policji, która zjawiła się pół godziny później.

    Kobieta miała ranę postrzałową w czole, a pistolet trzymała w prawej dłoni. Wszędzie było mnóstwo krwi, która przemoczyła materac i obryzgała ściany. Jednak dłoń kobiety była czysta. Telewizor był włączony, w pokoju panował porządek i było mało bagażu, okno było uchylone. Wszystko wskazywało na to, że kobieta w chwili śmierci była sama i popełniła samobójstwo. Kobiety jednak bardzo rzadko decydują się na odebranie sobie życia przy użyciu broni palnej (tylko 1,5% samobójczyń zdecydowało się na taką śmierć).

    Policjanci przez całą noc prowadzili śledztwo i odkryli kilka anomalii. Etykiety z ubrań zostały usunięte, najprawdopodobniej, żeby utrudnić identyfikację zmarłej. Pozostały tylko te na marynarce i torbie podróżnej, których nie można było odciąć bez uszkadzania przedmiotu (marynarka i torba zostały wyprodukowane przez niemieckie domy mody). Nawet na butach wytarto nazwę producenta. Znaleziono różne części garderoby, m. in. halkę i spodenki od pidżamy, cztery staniki, parę szpilek, cztery kurtki, bluzkę i sweter. W pokoju nie było natomiast ani jednej spódnicy, pary spodni czy majtek na zmianę (samobójczyni miała na sobie rajstopy).

    W pokoju nie znaleziono dokumentów kobiety ani pieniędzy mogących naprowadzić na kraj, z którego pochodziła. Jennifer wyglądała na bardzo zadbaną, ale w pokoju nie znaleziono kosmetyków ani nawet szczoteczki do zębów. Co ciekawe w chwili śmierci miała pomalowane oczy, a więc wcześniej musiała używać kosmetyków do makijażu. Gdzie się podziały? W pokoju (oprócz ubrań) znajdowały się tylko 34 naboje i prawie pustą butelkę męskich perfum.

    Policja ustaliła, że kobieta oddała dwa strzały. Pierwszy, próbny, przebił poduszki i materac, zatrzymał się dopiero na betonowej podłodze. Prawdopodobnie użyła tłumika. Drugi strzał ją zabił. Numery seryjne pistoletu zostały usunięte kwasem, udało się ustalić jedynie, że został wyprodukowany w Belgii w 1990 albo 1991 roku. Kobieta przy zameldowaniu się twierdziła, że ma 21 lat, jednak sekcja zwłok wykazała, że miała 30 +/- 5 lat. W pokoju nie znaleziono, innych niż jej, odcisków palców.

    Przesłuchanie personelu hotelu przyniosło jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi. Po raz pierwszy kobieta skontaktowała się z hotelem 22 maja i zarezerwowała pokój (policja nie podała w jakim terminie). Jednak w środę 31 maja znów zadzwoniła i powiedziała, że jednak przyjedzie dziś wieczorem i prosi o pokój dwuosobowy.

    Zameldowała się o godzinie 22:44. Wtedy w hotelu panował bardzo duży ruch, ponieważ akurat przyjechali goście z lotniska, którzy przylecieli 3 samolotami lądującymi niemal w jednocześnie. Kobiecie udało się zameldować bez dowodu tożsamości i zapłaty. Na formularzu podała fikcyjne dane, jednak można ustalić, że znała belgijski system numerowania telefonów i strukturę kodów pocztowych. Prawdopodobnie była z ciemnowłosym mężczyzną, który wymieniał w recepcji walutę (dolary), ale równie dobrze mógł być to przypadkowy gość. Recepcjonistki zeznały, że Jennifer znała niemiecki i angielski.

    Policja postanowiła przejrzeć pasażerów linii lotniczych, jednak nie przyniosło to rezultatów. W dodatku tego dnia część policjantów strajkowała, a więc kontrolą paszportową na głównym międzynarodowym lotnisku w Norwegii zajmował się tylko jeden oficer. Czy Jennifer specjalnie wybrała dzień strajku i bardzo pracowitą godzinę na zameldowanie się?

    Przeanalizowano kartę do pokoju kobiety – rejestrowała ona tylko wejścia. Po raz pierwszy użyto jej w dniu przyjazdu o godzinie 22:44, a później o 24:21. W ciągu kolejnych trzech dni użyto jej tylko 5 razy. W piątek 2 czerwca kobieta rano zeszła do recepcji, żeby przedłużyć pobyt do niedzieli, a o 20:06 zamówiła jedzenie. Ostatni raz żywą widziała ją pani serwująca posiłek, która bardzo dobrze zapamiętała tajemniczą kobietę, ponieważ dostała od niej 50 koron napiwku (gdy dostawali 10 koron uważali, że to dużo). Odniosła wrażenie, że to stewardesa. Pani z obsługi zauważyła, że pokój kobiety był zupełnie nietknięty, jakby nikt w nim nie mieszkał od czwartku, gdy był sprzątany. Co ciekawe sekcja zwłok wykazała, że posiłek został zjedzony kilka godzin przed śmiercią, a nie dobę wcześniej. Dlaczego zamówiła wieczorem jedzenie, które zjadła dopiero następnego dnia po południu?

    Przesłuchano także osoby sprzątające pokój w czwartek. Jedna z nich dobrze zapamiętała buty, które były w pokoju, ponieważ bardzo jej się spodobały. Jednak okazało się, że na miejscu zbrodni jest tylko jedna para szpilek, zupełnie innych niż te, które zapamiętała pokojówka. Gdzie więc się podziały tamte buty?

    Przesłuchano innych gości mieszkających na tym piętrze. Jednak sąsiedzi nie zauważyli nic podejrzanego.

    Policja miała kilka teorii co do tożsamości kobiety. Podejrzewano, że mogła być członkinią gangu narkotykowego, służby wywiadowczej, płatną zabójczynią lub ekskluzywną prostytutką. Mogła też być po prostu przygnębioną kobietą, która przyjechała do Oslo popełnić samobójstwo. Niestety żadnej z tych teorii nie udało się potwierdzić. Nie zgłosił się nikt, kto rozpoznałby kobietę. Żaden rodzic, siostra, sąsiad, współpracownik ani były chłopak. Po roku policja zrezygnowała ze śledztwa i 26 czerwca 1996 roku kobieta została pochowana w anonimowym grobie na cmentarzu w Oslo. Na pogrzebie byli tylko pracownicy cmentarza, fotograf i jeden badacz.

    Sprawa śmierci w hotelu Plaza Hotel została bardzo dokładnie opisana na stronie VG. Znajduje się tam też cała lista dowodów w sprawie, zdjęcia, a nawet można wirtualnie obejrzeć miejsce zbrodni.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: touch.vg.no

  •  

    O tej historii mogliście słyszeć. Jest często powtarzana nie tylko ze względu na młody wiek ofiary, lecz również wiek morderców.
    12 lutego 1993 roku dwóch dziesięciolatków Robert Thompson oraz Jon Venables wagarowali i kręcili się po centrum handlowym w Bootle w Środkowej Anglii. Z nie do końca zrozumiałych powodów przyszło im do głowy, by porwać dziecko i przekonać się czy zostaną zauważeni.
    Spróbowali uprowadzić pewnego czterolatka, lecz dziecko stawiało opór i płaczem przepłoszyło porywaczy. Jednak chwilę później chłopcom znów nadarzyła się okazja – dwuletni James Bulger, spuszczony przez matkę z oka, zgodził się złapać za rękę Roberta i wyjść z chłopcami z centrum. Chłopców widziało ponad 30 osób, jednak prawie nikt nie posądził ich o złe zamiary. Dla zachowania pozorów chłopcy nieśli w rękach maskotkę i zabawki, które wtedy James miał przy sobie.
    Nie wiadomo, czy Jon i Robert od początku planowali zamordować Jamesa, czy ten pomysł zrodził się w nich dopiero, gdy zdali sobie sprawę, że dziecko jest zdane na ich łaskę.
    Zaprowadzili Jamesa na pobliskie tory kolejowe, ponieważ chcieli zobaczyć jak wygląda człowiek przejechany przez pociąg. Chłopiec nie chciał siedzieć grzecznie na torach, więc oprawcy wlali mu farbę do oczu i pobili do nieprzytomności używając do tego cegieł i metalowego pręta. Gdy nadjechał pociąg ukryli się w krzakach, by zobaczyć śmierć Jamesa. Okoliczności zbrodni były tak wstrząsające, że media bardzo długo nie podawały do wiadomości wszystkich jej szczegółów.
    Chłopiec został znaleziony niedługo później, a po zaledwie dwutygodniowym śledztwie aresztowano Jona i Roberta. Chłopcy początkowo nie przyznawali się do winy, lecz pogubili się w zeznaniach, gdy pokazano im nagranie z centrum handlowego, na którym prowadzą Jamesa za rękę.
    Mordercy byli sądzeni jak dorośli, a proces trwał zaledwie trzy tygodnie. Zostali skazani na 8 lat pobytu w zakładzie dla nieletnich, co spotkało się ze sprzeciwem opinii publicznej, a w czasie transportu do więzienia chłopcy zostali prawie zlinczowani. W wieku dziewiętnastu lat wyszli na wolność, otrzymali nowe tożsamości, zakaz kontaktowania się ze sobą nawzajem, z rodziną ofiary oraz zakaz pojawiania się w mieście, w którym dokonali zbrodni.
    W 2002 roku, zaledwie rok po wyjściu na wolność Jon Venables znów został aresztowany za nieznane przestępstwo, a niedługo później trafił do więzienia za posiadanie zdjęć pornograficznych.
    Los Thompsona pozostaje nieznany, jednak pozostaje pod nadzorem władz i jeżeli te uznają, że mężczyzna stwarza niebezpieczeństwo zostanie z powrotem zatrzymany.

    #kryminalne
    pokaż całość

  •  

    Dwaj byli ochroniarze twórcy Biedronki zostali wczoraj oskarżeni o porwanie i pomocnictwo do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.

    Dziś nie każdy to pamięta. Najsłynniejszą sieć handlową w Polsce zakładał znany, kontrowersyjny biznesmen Mariusz Świtalski. „Karierę” rozpoczynał od kradzieży i włamań do sklepów. Po wyjściu z więzienia założył swoje. Majątek zbił na przekształceniu Elektromisu (uwikłanego w sprawy o niepłacenie podatków, omijanie cła, fikcyjne umowy itd.) w największą w Polsce sieć hurtowni spożywczych Eurocash. Sprzedaną później Jeronimo Martins. W 1998 r. Portugalczycy odkupili od niego kolejny biznes, czyli Biedronkę, liczącą wówczas ponad 240 sklepów.

    Co to wszystko ma wspólnego ze słynnym zabójstwem dziennikarza Jarosława Ziętary? Motywem zbrodni dokonanej w 1992 r. była "praca Jarosława Ziętary jako dziennikarza i jego zawodowe zainteresowania dotyczące afer gospodarczych, w których dochodziło do wzajemnego przenikania się świata przestępczego ze światem biznesu oraz polityki." Jedną z takich afer były nielegalne interesy Świtalskiego i innego poznańskiego biznesmena Aleksandra Gawronika. Od kilku lat toczy się już proces Gawronika, który według prokuratury miał nakłaniać ochroniarzy Elektromisu do zamordowania dziennikarza.

    Jeden z oskarżonych właśnie o zabójstwo ochroniarzy (były milicjant PRL) został potem biznesmenem, pracował w spółkach związanych ze Świtalskim, drugi - gdy do Polski przyjechali przedstawiciele portugalskiego koncernu Jeronimo Martins, by kupić od Świtalskiego sieć Biedronek, był ich ochroniarzem. Kiedy Portugalczycy kupili sieć Biedronka, przeszedł do nich do pracy, a po kilku latach został szefem ochrony całej sieci. Prokuratora interesowała się "ochroniarzami" od dawna, a zatrzymała ich po raz pierwszy w 2014 r., ale "wycofał się" wówczas świadek koronny.

    Czy właściciele Biedronki wiedzieli o kontrowersjach związanych z ich "ochroniarzem"? Na pewno wiedział o nich twórca sukcesu Biedronki, jej pierwszy portugalski szef. Co ciekawe, niemal w tajemnicy, niedługo po pierwszym zatrzymaniu domniemanych zabójców Ziętary, dostał Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi za - cytując Kancelarię Prezydenta: "wkład w rozwój gospodarczy Polski, tworzenie miejsc pracy, zaangażowanie firmy w działalność społeczną i charytatywną oraz znaczący wkład w rozwój stosunków handlowych między Polską a Portugalią". Uroczystość w MSZ miała „charakter kameralny i prywatny”. Publiczne wręczanie orderu osobie, tworzącej sukces firmy, której wypominano wyzysk pracowników oraz polskich firm, do jakiego dochodziło za jego rządów w dyskoncie, uznano bowiem wówczas za nieco niezręczne...

    https://www.wykop.pl/link/4349651/co-zabojcy-zietary-maja-wspolnego-z-biedronka/

    #afera #kryminalistyka #kryminalne #zietara #biznes #ekonomia
    pokaż całość

  •  

    Słynna na cały świat sprawa Karli Homolki i Paula Bernardo wciąż jest tematem do dyskusji o tym, jak bardzo można kogoś zmanipulować i co jesteśmy w stanie zrobić, gdy nam na kimś zależy.
    Nie ma wątpliwości co do winy Paula Bernardo. Zbrodnie, jakie popełnił zafundowały mu życie w więzieniu. Inaczej sprawa wygląda w przypadku jego żony i partnerki w zbrodni - Karli. Ją wymiar sprawiedliwości potraktował lżej, wierząc, że była poniekąd również ofiarą Paula.
    Rodzina Paula nie należała do szczęśliwych. Jego ojciec został oskarżony o molestowanie siostry Paula i skazany na karę więzienia. Jego matka popadła w depresję i prawie nie wychodziła z piwnicy ich domu w Toronto. Małego Paula zdawało się to w ogóle nie dotyczyć, zawsze chodził uśmiechnięty i radosny. Jednak, gdy miał 16 lat niespodziewanie spadła na niego informacja, która dotknęła go bardziej, niż przestępstwa jego ojca. Matka Paula przyznała, że był on owocem romansu i mężczyzna, którego uważał za swojego ojca wcale nim nie jest. Paul załamał się i wyzywał swoją matkę od ulicznic. Możliwe, że właśnie to wydarzenie wpłynęło na to, jak zaczął traktować kobiety. Dziewczyny, z którymi się umawiał odwracały się od niego, gdyż stosował wobec nich przemoc i nakłaniał je do brutalnego seksu, na punkcie którego miał obsesję. W latach 1987 - 1990 popełnił co najmniej 15 gwałtów w dzielnicy Toronto, Scarborough. Ofiary miały od 15 do 22 lat i pomimo, iż wiele z nich podało bardzo dokładny rysopis gwałciciela, przez długi czas nie podano jego rysopisu do wiadomości publicznej. Po kilku doniesieniach, że to Paul może być odpowiedzialny za napaści, Bernardo został przesłuchany i wypuszczony, gdyż śledczy nie mogli uwierzyć, aby taki przystojny młody mężczyzna mógł dokonać tak strasznych czynów. Bernardo atakował zwykle kobiety wracające samotnie do domu. Raz śledził młodą kobietę i włamał się do jej domu, jednak został wystraszony przez matkę ofiary. Za tę napaść skazano niesłusznie innego mężczyznę, który na wolność wyszedł dopiero w 2006 roku.
    W 1987 roku poznał Karlę Homolkę, młodą pracownicę gabinetu weterynaryjnego, która zakochała się w nim bez pamięci. Paul był przystojny, dobrze zarabiał i sprawiał pozytywne wrażenie. W odróżnieniu od innych dziewczyn Paula, Karli podobała się jego sadystyczna strona i podsycała jego zainteresowanie brutalnym seksem. Para pobrała się w 1991 roku, Karla nie miała nawet nic przeciwko, gdy Paul wyznał jej, że jest poszukiwanym w Scarborough gwałcicielem.
    Paul był świetnym manipulatorem. Szybko zdobył sympatię rodziców Karli i spędzał z nimi dużo czasu. Sprawiał wrażenie dobrze ułożonego młodego człowieka z dobra pracą. Ukrywał przez wszystkimi jednak, że pracę dawno stracił i zarabiał na życie przerzucając papierosy przez kanadyjsko-amerykańską granicę. Po wydaniu głośnej książki Breta Eastona Ellisa "American Psycho" w 1991 roku wpadł w obsesję na jej punkcie i czytał ja w kółko, jak Biblię (wyobrażał sobie pewnie, że ma tyle klasy i jest tak wspaniały, jak sam Patrick Bateman).
    Paul nie był jednak zadowolony, że nie był pierwszy partnerem seksualnym Karli. Zdradzał niezdrowe zainteresowanie młodszą siostrą Karli, Tammy. Spędzał dużo czasu z rodziną Homolka i stale flirtował z Tammy. Wielokrotnie wchodził do jej pokoju, gdy spała, by się masturbować.
    Karla postanowiła spełnić zachciankę męża i 24 lipca 1990 roku podała Tammy spagetti nafaszerowane środkiem usypiającym, który ukradła z kliniki weterynaryjnej. Bernardo zgwałcił nieprzytomną nastolatkę, która potem nie była niczego świadoma. Para zrobiła to samo z Tammy na Święta Bożego Narodzenia tego samego roku, gdy w sypialni na górze spali niczego nieświadomi rodzice. Jednak tym razem coś poszło nie tak. Nieprzytomna Tammy zaczęła wymiotować. Pomimo natychmiastowej reakcji Karli, która wiedziała co robić w takich przypadkach, Tammy udusiła się własnymi wymiocinami i zmarła. Para postanowiła upozorować nieszczęśliwy wypadek. Ubrali Tammy i wezwali karetkę, twierdząc, że nastolatka za dużo wypiła, usnęła i zaczęła wymiotować. Pomimo podejrzanych obrażeń na twarzy dziewczynki rodzice jak i pracownicy szpitala w tę historię uwierzyli. Niedługo po tym incydencie para wyprowadziła się do nowego domu pozostawiając rodziców Tammy w żałobie. Paul i Karla planowali się też pobrać. Śmierć własnej siostry nie wywarła zbyt dużego wrażenia na Karli, gdyż niedługo później spróbowała swojej sztuczki ponownie. Zaprzyjaźniła się z nastoletnią dziewczyną, której tożsamość nie jest znana i w mediach nazywana jest "Jane Doe". Karla spędziła z Jane dzień zabierając ją na zakupy i obiad. Wieczorem zabrała ją do domu, gdzie upiła ją alkoholem z mieszanką środka usypiającego. Gdy Jane straciła przytomność Karla przyprowadziła Paula mówiąc, że ma dla niego niespodziankę. Paul był początkowo niezadowolony, że Karla użyła tego samego środka, co w przypadku Tammy. Bał się, że Jane również umrze i będą mieli problemy. Jednak nie przeszkodziło mu to zgwałcić brutalnie Jane, nakłonić do tego również Karlę, a wszystko sfilmować. Jane obudziła się rano z bólem głowy i zaczęła wymiotować. Nie była świadoma tego, co jej się przydarzyło. Opuściła dom Karli i Paula myśląc, że nie doceniła siły alkoholu. Nie była zapewne również świadoma, jak wielkie miała szczęście, że uszła z życiem. Kolejne ofiary Paula i Karli nie podzieliły losu Jane Doe.
    Wczesnym rankiem 15 czerwca 1991 roku Paul natknął się na czternastoletnią Leslie Mahaffy. Dziewczynka wróciła zbyt późno z imprezy od koleżanki i nikt ze śpiących domowników nie chciał wpuścić jej do domu. Paul podszedł do Leslie, zaczął z nią rozmowę, wciągnął do samochodu, związał i założył opaskę na oczy, by nie widziała dokąd ją zbiera. Prawdopodobnie na początku planował puścić Leslie wolno po gwałcie. Karla i Paul nagrali film, na którym gwałcą związaną Leslie słuchając Boba Marleya i Davida Bowie. W czasie przerw między gwałtami para dawała jej do przytulenia misia, jako pocieszenie. Przyczyna śmierci Leslie nie jest znana. Paul twierdzi, że Karla podała jej śmiertelną dawkę środka usypiającego, a Karla twierdzi, że Paul ją udusił. Tego samego dnia para zjadła obiad z rodzicami Karli, gdy w piwnicy leżały zwłoki Mahaffy. Później poćwiartowali ciało nastolatki używając piły mechanicznej, a każdy kawek zatopili w cemencie. Para wykonała kilka wypadów nad niedalekie jezioro Gibson, gdzie cierpliwie rzucali do wody kawałek po kawałeczku. Niedługo później zwłoki zostały odkryte przez dwóch rybaków. W jednym z kawałków cementu zrobiła się dziura, która ukazała podobno martwe i przerażone oko Leslie. Dziewczynkę udało się zidentyfikować po aparacie ortodontycznym.
    12 kwietnia 1992 roku Karla i Paul udali się na przejażdżkę w poszukiwaniu nowej ofiary. Ich wybór padł na piętnastoletnią Kristen French. Karla podeszła do niej trzymając mapę w rękach i prosząc o pomoc w odnalezieniu drogi. Gdy nastolatka pochyliła się nad mapą została schwytana przez Paula i wciągnięta do samochodu. Tym razem Paul i Karla znęcali się nad swoją ofiarą aż trzy dni, zmuszając ją do picia dużych ilości alkoholu i nagrywając, jak ją torturują i gwałcą. W jednym z zaprezentowanych w sądzie nagrań Paul gwałci Kristen analnie, a później oddaje na jej twarz mocz. Kristen współpracowała ze swoimi porywaczami, jak tylko mogła, aby ujść z życiem. Jednak w końcu para udusiła Kristen, po czym oboje udali się na obiad wielkanocny w domu rodziców Karli. Nagie ciało dziewczynki znaleziono później w rowie. Została umyta i obcięto jej włosy, by usunąć dowody.
    Możliwe, że Paul i Karla popełniliby więcej morderstw, gdyby Paul nie zapomniał, że Karla jest jego partnerką w przestępstwie, nie popychadłem. Paul zaczął znęcać się nad Karlą, aż pewnego dnia w grudniu 1992 roku popił ją dotkliwie latarką po żebrach i twarzy pozostawiając wielkie siniaki. Zmartwieni współpracownicy Karli poinformowali jej rodziców, a ci w końcu nakłonili ją do wyprowadzenia się od Paula. Karla zamieszkała z krewnymi w ich domu w Brampton pod Toronto. Wtedy też świat Paula zaczął się walić. Badania DNA dowiodły, że to on stał za gwałtami w Scarborough i został zatrzymany. Karla zastała przesłuchana przez policję niedługo później i, licząc na uniewinnienie za współpracę, zeznała, że Paul zmusił ją do udziału we wszystkich morderstwach i gwałtach.
    Paul został skazany na dożywocie i otrzymał status tzw. "dangerous offender", co praktycznie dyskwalifikuje go do wyjścia na wolność kiedykolwiek w przyszłości za dobre sprawowanie. Karla zgodziła się przyjąć wyrok 12 lat więzienia za współpracę. Wyszła na wolność w 2005 roku i żyje prawdopodobnie w prowincji Quebec pod przybranym nazwiskiem. W czasie pobytu w więzieniu zapisywała się na wszystkie możliwe kursy resocjalizacyjne i terapie. Korzystając z możliwości studiowania on-line w Kanadzie ukończyła socjologię na Uniwersytecie Queens, co spotkało się z oburzeniem opinii publicznej.
    Karla przez niektórych opisywana jest jako ofiara manipulacji Paula, przez innych jako sprytna manipulatorka i oszustka. Pozostaje pod stałą kontrolą kuratora. Musi również informować policję o wszystkich swoich działaniach i uczęszczać na terapię. Pomimo swojej przeszłości wyszła za mąż i ma obecnie trójkę dzieci.

    #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Tajemnicze zniknięcie Brandona Swansona

    Brandon Swanson był 19-latkiem mieszkającym w Marshall (Minesota). Chłopak dużo czytał, interesował się przedmiotami ścisłymi i był bardzo przywiązany do rodziny. 14 maja 2008 roku świętował u kolegi, mieszkającego w Canby, koniec szkoły i to właśnie wtedy widziany był po raz ostatni.

    Po zakończeniu imprezy (na której podobno nie pił alkoholu) wsiadł w samochód i pojechał do domu. Błotnista droga prowadziła przez las, nastolatek najprawdopodobniej wpadł w poślizg, stracił panowanie nad pojazdem i wpadł do rowu.

    Około godziny 0.30 zadzwonił do swojego ojca, żeby po niego przyjechał. Twierdził, że jest między Lynd a Marshall. Rodzice Brandona ubrali się i wyruszyli w drogę, nie rozłączając się z synem. Chłopak bardzo dobrze znał drogę, którą wielokrotnie przejeżdżał i miał świetną orientację w terenie. Był przekonany, że wie dokładnie gdzie jest i opisywał rodzicom otoczenie. Szacował, że powinni dojechać do niego w około 10 minut.

    Po niedługim czasie rodzice dojechali do tego miejsca, zaczęli mrugać światłami i zapytali syna, czy ich widzi. Nastolatek zaprzeczył i powiedział, że teraz on mruga, ale małżeństwo również go nie widziało. Atmosfera zrobiła się dosyć nerwowa i chłopak rozłączył się. Po sześciu próbach jednak odebrał, i powiedział, że widzi światła miasta Lynd i idzie drogą przez las do swojego kolegi, a oni mają jechać do domu.

    Ojciec nie dał jednak za wygraną. Postanowił odwieźć swoją żonę do domu i samemu szukać syna, cały czas rozmawiając z nim przez telefon. Połączenie trwało 47 minut, podczas których mężczyzna jeździ drogą między Lynd a Marshall w tą i z powrotem, jednak nie widział Brandona.

    O godzinie 2.00 w nocy nastolatek niespodziewanie powiedział "oh shit" i rozłączył się. Ojciec ponownie starał się do niego dodzwonić, jednak syn nie odbierał. Cały czas przemierzał drogę w jedną i drugą stronę, jednak po Brandonie nie było ani śladu.

    O 6.30 została zawiadomiona policja, która początkowo zbagatelizowała sprawę. Gdy jednak rozpoczęto poszukiwania okazało się, że samochód nastolatka znajdował się około 25 mil od miejsca, w którym twierdził, że był. Ojciec wciąż wydzwaniał do syna, jednak bezskutecznie. Trzeciego dnia poszukiwań bateria ostatecznie rozładowała się i telefon od razu przełączał się na pocztę głosową. Komórki nigdy nie odnaleziono.

    Bardzo dużo osób zaangażowało się w poszukiwania. Mimo, że teren był błotnisty, nie znaleziono śladów stóp chłopaka. Psy podjęły trop prowadzący przez las, ale w okolicach rzeki nagle go straciły. Tak, jakby Brandon po prostu rozpłynął się w powietrzu. Nie było żadnych śladów osunięcia się do rzeki, mimo to była bezskutecznie przeszukiwana przez 30 dni. W 2011 roku policja zaprzestała poszukiwań, jednak co jakiś czas ochotnicy ponownie przeszukują teren.

    Ciekawe w tej sprawie jest przekonanie Brandona, że jechał bardzo okrężną drogą do domu, podczas gdy jego samochód znaleziono przy bezpośredniej trasie. Może jednak jakiś alkohol wchodził w grę? Jednak, czy mógł być na tyle pijany, żeby pomylić swoje położenie o dziesiątki kilometrów, ale na tyle trzeźwy, żeby jego rodzice nie zorientowali się przez telefon? Może spotkał na swojej drodze jakiegoś miejscowego wariata, który postanowił go zabić? A jednak jak to możliwe, żeby przy dzisiejszej technice i możliwościach, poszukiwaniach prowadzących przez mnóstwo ochotników, nie znaleziono żadnego śladu?

    Powstały różne teorie na temat tej sprawy, jednak żadna z nich nie tłumaczy wszystkiego. Gdyby zaatakowały go dzikie zwierzęta, znaleziono by chociażby strzępki ubrań. Gdyby ukrył się w jakimś miejscu i zamarzł, również odnaleziono by ciało. Najbardziej prawdopodobna wydaje się być teoria, że Brandon został potrącony przez samochód i przestraszony sprawca zabrał ciało chłopaka. Jednak nie było żadnego śladu takiego wypadku, ojciec twierdzi, że nie słyszał żadnego samochodu podczas rozmowy z synem, a trop prowadził do lasu...

    Więcej o tej historii możecie zobaczyć na kanale Jaśmin

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: paranormalne.pl

    •  

      @riley24: Na pewno nie pomylił trasy, nie da się tak pomylić tego gdzie się jest, jeśli by dla przyjemności jeździł długo to by to robił znając trasę albo chociaż pamiętając gdzie był. Gdyby był na jakiś dropsach to by się przyznał albo powiedział że ma halucynacje(nikt nie chce zostać w nocy w zimnym lesie). Ucieczka z domu odpada, żeby później gdziekolwiek znaleźć prace i żyć na poziomie trzeba podać swoje dane( na lotnisku też). Zwierzęta zostawiłby ślady. Jak dla mnie są 2 opcje, morderca szedł sobie ulicą albo wybiegł na nią, później pozwolił mu pogadać z ojcem jako ostatnią rozmowę, nie znam się na tych śladach ale raczej byłoby to widać i w jego głosie byłoby to słychać. Albo chciał popełnić samobójstwo już nie myślę dlaczego w ten sposób może po prostu nie chciał wyjść na tchórza.
      Samobójstwo jest zbyt wygodne ale nikt tak po prostu nie wpada do rzeki albo nie idzie przez las jak jest w tak złym stanie by wpaść do rzeki.

      A tak już realistycznie to żaden morderca sobie nie chodzi po nic po lesie i to na zadupiu(po co?). Ludzie boją się lasów i ciemności, powiedziałby gdzie jest albo przynajmniej że wcześniej jeździł sobie bez sensu, może są narkotyki dodające odwagi ale nie wpada się do rzek. 47 minut rozmowy w której ojciec troszczy się o syna...

      Atmosfera zrobiła się dosyć nerwowa i chłopak rozłączył się. Po sześciu próbach jednak odebrał, i powiedział, że widzi światła miasta Lynd i idzie drogą przez las do swojego kolegi, a oni mają jechać do domu. Ojciec nie dał jednak za wygraną. Postanowił odwieźć swoją żonę do domu i samemu szukać syna, cały czas rozmawiając z nim przez telefon. Połączenie trwało 47 minut, podczas których mężczyzna jeździ drogą między Lynd a Marshall w tą i z powrotem, jednak nie widział Brandona.

      Nikt od tak nie denerwuje rodziców. Co miał do roboty jak nie odbierał? Nudził się?

      O godzinie 2.00 w nocy nastolatek niespodziewanie powiedział "oh shit" i rozłączył się.

      Idealnie o 2? Może sobie powiedział że 2 w nocy i kończy z tym.
      pokaż całość

    •  

      @Shivaa: Jakby się wyjaśniła to nikt nie chciałby czytać xD

    • więcej komentarzy (92)

  •  

    Czy zaginiony chłopiec z Polski został bohaterem narodowym USA?

    28 lat temu w Dobrym Mieście (województwo warmińsko-mazurskie) zaginął 4-letni Tomek Cichowicz. Rodzice poruszyli niebo i ziemię, aby odnaleźć syna, jednak przez ćwierć wieku nie natrafiono na żaden ślad chłopca. Aż do 2015 roku, gdy prawdopodobnie go odnaleziono.

    Wszystko zaczęło się 17 marca 1990 roku. Jak wspomina pani Jola, matka chłopca, ten dzień od początku był jakiś inny. Syn nie chciał wypuścić jej do pracy i kilkukrotnie upewniał się, że kobieta wróci. Gdy wyszła Tomek został pod opieką swojego ojca (który zajmował się budową nowego domu), jednak po powrocie pani Joli, dziecka nie było. Pan Cichowicz oznajmił, że przed chwilą widział syna na podwórku, gdzie bawił się z dzieckiem sąsiadów.

    Po kilku minutach zaniepokojona matka zaczęła szukać syna, jednak nigdzie go nie było. Rozpoczęły się dramatycznie poszukiwania. Zaglądano do każdego rowu, dziury i przeszukano każdy krzak. Tomek miał na nogach charakterystyczne kalosze z wizerunkiem misia na podeszwie. Ślady prowadziły do drogi i wyglądały jakby chłopiec przez jakiś czas kręcił się przy niej w kółko, a następnie ktoś starał się je pośpiesznie zatrzeć.

    Pani Jola pozmawiała z synem sąsiadów, który wyznał, że z Tomkiem rozmawiał "bardzo brzydki pan", który wziął go za rękę i zaprowadził w kierunku drogi. Chłopiec nie powtórzył tego jednak przy milicji. Sama milicja niezbyt przejęła się sprawą. Zaginięcia dzieci nie były w tamtym czasie traktowane priorytetowo. Uznali, że dziecko na pewno utopiło się w pobliskiej rzece, jednak ciała nigdy nie odnaleziono. Jak przyznają sami rodzice, Tomek doskonale wiedział, że nie może sam zbliżać się do rzeki i nigdy tego nie robił.

    Państwo Cichowicz latami szukali syna i nie tracili nadziei, że Tomek żyje i kiedyś go odnajdą. Wydali majątek na prywatnych detektywów i nagłaśniali sprawę w mediach. Kontaktowali się nawet z różnymi jasnowidzami, którzy twierdzili, że dziecko zostało porwane. Jednak nie przyniosło to żadnego skutku. Dopiero profil na facebooku dotyczący porwania spotkał się ze sporym odzewem, niestety wszystkie informacje okazywały się ślepymi tropami.

    Przełom nastąpił dopiero w 2015 roku, gdy niejaki Warner Duglas przysłał pani Joli zdjęcie amerykańskiego żołnierza. Ryan M. Pitts, odznaczony przez Baracka Obamę za walkę w Afganistanie był niezwykle podobny do wizerunku Tomka widniejącego na zdjęciach progresywnych. Kobieta od razu poczuła, że to jej syn. Samo konto, z którego wysłano zdjęcie okazało się fikcyjne i wkrótce zostało usunięte.

    Pani Jola skontaktowała się z Ryanem za pomocą facebooka. Opisała mu historię porwania Tomka oraz wysłała mu zdjęcia domu i okolicy, w której kiedyś miał mieszkać. Poprosiła także, aby wysłał jej informacje o posiadanej grupie krwi i sprawdził, czy ma bliznę po usunięciu woreczka robaczkowego. Początkowo Ryan odpisywał, obiecał nawet, że poszuka i wyśle swoje zdjęcia z dzieciństwa, jednak nigdy tego nie zrobił. Nagle przestał odpisywać, czytał jednak wszystkie wiadomości, które otrzymywał.

    O samym Ryanie jest trochę informacji w internecie, jednak data jego urodzenia różni się na poszczególnych stronach. Jest jednak w wieku Tomka. Nie ma też żadnych informacji na temat dzieciństwa mężczyzny. Jedynie jego babcia w jednym z wywiadów wyznała, że Ryan nie miał łatwego dzieciństwa i od najmłodszych lat musiał walczyć o przetrwanie. Co więcej mężczyzna i jego brat mają inne nazwiska niż rodzice.

    Itaka i Interpol chcieli zbadać DNA żołnierza, aby ostatecznie potwierdzić lub zaprzeczyć, że to porwany Tomek, jednak Ryan nie zgodził się. Zdjęcia pokazano biegłym sądowym, którzy powiedzieli, że na 98% to zaginiony syn Cichowiczów. Pani Jola uważa, że to na pewno jej dziecko. Dlaczego Ryan nagle przestał odpisywać? Może chce chronić swoich porywaczy lub nie chce być w centrum światowej sensacji? A może to on sam wysłał do matki swoje zdjęcie z fikcyjnego konta? Niestety jeżeli mężczyzna nie zdecyduje się na potwierdzenie lub zaprzeczenie tej teorii możemy nigdy się tego nie dowiedzieć.

    Więcej możecie się dowiedzieć na kanale Niediegetyczne, w programie Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie i w majowym wydaniu magazynu Detektyw.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: i.wpimg.pl

  •  

    Obsesja Carla Tanzlera, czyli szaleństwo nekrofila
    Carl Tanzler przez całe życie szukał prawdziwej miłości. Przemierzył cztery kontynenty, a poszukiwania stały się jego obsesją. Gdy w końcu znalazł wymarzoną kobietę nic nie mogło stanąć na drodze jego związkowi. Nawet śmierć ukochanej.

    Carl urodził się 8 lutego 1877 roku w Dreźnie. Jego rodzina była bardzo zamożna, a więc mógł sobie pozwolić na studia na Uniwersytecie w Lipsku, gdzie jak sam stwierdził został magistrem m. in. medycyny, matematyki, filozofii, fizyki i chemii. Twierdził też, że na studiach interesował się tylko nauką, muzyką i malarstwem. Po zakończeniu szkoły wrócił do rodzinnej posiadłości, która według legend nawiedzana była przez ducha hrabiny von Cosel.

    Pewnego dnia młodzieniec wykonywał różne eksperymenty w swoim domowym laboratorium (gdzie trzymał np. swój własny rentgen), gdy objawił mu się duch Białej Damy. Zaintrygowany zorganizował seans spirytystyczny, aby porozumieć się ze zjawą. Zmarła sto lat temu hrabina von Cosel powiedziała mu, że znalazła mu piękną żonę o ciemnych włosach i egzotycznej urodzie. Carlowi objawił się obraz tej panienki.

    W poszukiwaniu obiecanej kobiety Tanzler przeprowadził się do Indii. Jednak nie specjalnie mu się tam spodobało i wkrótce przeniósł się do Australii, gdzie zaczął pracować jako specjalista od rentgena. Co jakiś czas doświadczał jednak widzenia obiecanej panienki, która prosiła go, aby jej szukał. Wyznała mu nawet, że nazywa się Elena.

    Jako że był Niemcem na obczyźnie, I Wojnę Światową spędził w obozie dla internowanych. Poszukiwania wymarzonej kobiety szły mu dosyć topornie, a żyć jakoś trzeba było, a więc w 1920 roku ożenił się i wkrótce urodziły mu się dwie córki. Wciąż jednak widywał obiecaną pannę, która nawoływała, żeby jej szukał.

    W 1926 roku matka Carla namawiała go, żeby przeprowadził się wraz z rodziną w okolice Tampy na Florydzie, gdzie mieszkała jego siostra. Carl uznał, że w sumie to nie jest zły pomysł i na początku lutego wypłynął do Ameryki. Miał tam wszystko urządzić i później sprowadzić żonę i dzieci.

    Pod koniec miesiąca spędził kilka dni na Hawanie, gdzie urzekła go uroda Latynosek. Nigdzie nie było jednak dziewczyny, której miał szukać, a więc popłynął dalej i zamieszkał na Key West (425 mil od Tampy). Tam rozpoczął pracę jako technik elektroradiolog w miejscowym szpitalu. W pamiętnikach Tamzlera nie ma zbyt wiele o jego żonie i dzieciach, ponieważ nie przykładał do nich zbyt dużej wagi. Najprawdopodobniej dopłynęły w końcu do Ameryki, ale nie zamieszkały z nim, tylko w pobliżu jego siostry.

    22 kwietnia 1930 roku do szpitala, w którym pracował Carl przyszła 21-letnia Kubanka, chora na gruźlicę Elena Hoyos. Tanzler, gdy tylko ją zobaczył wiedział, że to właśnie ona. Obiecana mu kobieta, której wizje miał przez tyle lat.

    Jednak rozpoczęcie związku wcale nie było takie łatwe. Po pierwsze Elena była mężatką. Mimo, że jej mąż porzucił ją i zamieszkał z inną kobietą, o żadnym rozwodzie nie było mowy. Po drugie była chora na gruźlicę. Po trzecie jej rodzina nie lubiła Tanzlera i nigdy nie zaakceptowałaby ich związku, bo nie był Kubańczykiem. I po czwarte, dziewczyna nie była zainteresowana o 32 lata starszym mężczyzną.

    To wszystko nie zniechęciło jednak Carla. Obdarowywał Elenę prezentami i kosztownościami. Sprowadzał dla niej także różne leki na gruźlicę. Miał pieniądze, żeby rozpoczynać nowe terapie i sam próbował ją wyleczyć naświetleniami.

    Elena znalazła się w dosyć trudnej sytuacji. Starszy mężczyzna dawał jej rzeczy i leki, na które jej nigdy nie byłoby stać. Dodatkowo nie chciał nic w zamian, bo od samego początku było wiadomo, że o żadnym związku nie może być mowy. W pewnym momencie sytuacja zrobiła się tak dziwna, że rodzina dziewczyny przeprowadziła się z nią w inne miejsce, nie informując o tym Carla. Jednak gruźlica postępowała dosyć szybko i po jakimś czasie Elena poczuła się tak źle, że posłano po Tanzlera, który próbował ją leczyć. Podobno przed śmiercią powiedziała do niego "Jestem chora, a więc jedyne co mogę ci zostawić to moje ciało. Zajmiesz się nim, prawda?".

    25 października 1931 roku Elena zmarła. Carl uparł się, żeby postawić ukochanej mauzoleum, do którego codziennie przychodził i "rozmawiał" z dziewczyną. Co więcej, pozwolił rodzinie zmarłej zostawić sobie wszystkie prezenty, które jej dał, pod warunkiem, że będzie mógł zamieszkać w pokoju Eleny i spać w jej łóżku.

    Sytuacja trwa aż do kwietnia 1933 roku, gdy podczas jednej z "rozmów" w mauzoleum Elena w końcu mu odpowiedziała i kazała zabrać swoje ciało z trumny i zawieźć do domu Tanzlera. Po przewiezieniu zwłok okazało się, że były w dramatycznym stanie. W końcu dziewczyna nie żyła od 18 miesięcy...

    Carl postanowił doprowadzić ciało swojej ukochanej do porządku. Kości połączył strunami od fortepianu, oczy zastąpił szklanymi kulkami, skórę wypełniał jedwabiem i szpachlą, wypadające włosy zastąpił peruką, korpus wypychał szmatami, a ciało spryskiwał perfumami. Był bardzo zadowolony z efektów i ciągle rozmawiał z Eleną, która według niego mu odpowiadała. Zaczął spać z nią w jednym łóżku i współżyć (co odkryto dopiero w latach 70.). Wierzył, że pewnego dnia jego ukochana zmartwychwstanie.

    Taka sytuacja trwała przez kolejne 7 lat, aż w 1940 roku zaczęły pojawiać się plotki. Siostra Eleny zażądała otworzenia trumny i pokazania ciała. Carl początkowo trochę kręcił, ale uparta kobieta nie dawała za wygraną i w końcu zaprowadził ją do swojego domu, żeby pokazać swoją ukochaną.

    Kobieta była wstrząśnięta widokiem. Zgłosiła sprawę na policję i 5 października Carl został aresztowany. Media w całym kraju rozpisywały się o tej sprawie. Co ciekawe społeczeństwo było pod wrażeniem tak wielkiej, romantycznej miłości. Tanzler został oskarżony o wykradzenie ciała i zniszczenie grobu (o nekrofilii jeszcze wtedy nie wiedziano), ale już 19 października wyszedł z więzienia.

    Po wszystkim zamieszkał ze swoją siostrą. Już wcześniej wykonał maskę pośmiertną Eleny, a więc dorobił sobie do niej kukłę dziewczyny i z nią żył. Sprawa była szeroko komentowana w mediach, a więc postanowił zarabiać na sprzedaży masek pośmiertnych ukochanej.

    Ciało Eleny początkowo zostało wystawione w kaplicy kościoła, do której ustawiały się kolejki, żeby zobaczyć "dzieło" Tanzlera. Później pochowano ją w tajnym miejscu, aby Carl nie wykradł zwłok. Na Key West można zwiedzić muzeum, w którym jest wystawa poświęcona Elenie.

    Jeżeli zainteresowała Was ta sprawa, więcej możecie dowiedzieć się na kanale Jaśmin

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    +: rozowy_dzban, Czisburgers +1321 innych
  •  

    moja odpowiedź do tego wpisu https://www.wykop.pl/wpis/32164945/najbrutalniejsze-morderstwo-w-historii-ponizszy-te/113993473/#comment-113993473

    ehh... tłumaczone bezpośrednio z angielskiej wiki... niestety jest tam sporo nieścisłości, które potem są powielane w innych wpisach i każdy dodaje coś do siebie i tak się rozrasta historia, że niektórzy mają problem by uwierzyć, że jest prawdziwa.
    Niestety jest prawdziwa i każdy starszy Japończyk o niej słyszał.

    Kilka nieścisłości - 100 gwałcicieli nigdzie się nie pojawia w japońskim sądzie, prasie, artykułach. W sądzie była mowa o 10 kolegach morderców, którzy odwiedzali mieszkanie i znęcali się czy dokonywali gwałtu.
    7 z nich policja aresztowała.
    Była to grupa, która atakowała dziewczyny i dokonywała gwałtów. Wszyscy zostali aresztowani ale nie wszyscy oskarżeni i skazani w innych sprawach. Nazywali się 極青会 czyli Goku ao-kai.
    To też było linią obrony, bo po sprawdzeniu włosów, nasienia i innych materiałów biologicznych znalezionych w mieszkaniu, na ubraniach czy na zacementowanej w beczce Junko, nie pasowały one do tych 4 zwyrodnialców, przez co nie było bezpośrednich dowodów.

    Nigdzie także nie ma potwierdzenia, że zabójcy byli członkami Yakuzy - ze względu struktury Yakuzy tacy młodzi nie mogli być członkami, to wszystko co jest "dopisane" to domysły. W artykułach japońskich jest wyraźnie napisane, że kłamali i zastraszali nie tylko biedną Junko ale i inne osoby swoimi wpływami w Yakuzie. Jedyny kontakt jako oni mieli to taki, że zarabiali sprzedając na ulicy kwiaty pod patronatem członka Yakuzy, który został zresztą aresztowany do sprawy. Zatrudniał on nielegalnie kilkanaście dziewczyn i chłopaków z pobliskiej podstawówki by sprzedawać kwiaty i inne duperele na ulicy oraz dokonując drobnych kradzieży i napadów. Sama Yakuza odcięła się od tego morderstwa. Najprawdopodobniej byli oni członkami wcześniej wspomnianej grupy Goku ao-kai i raczej byli チンピラ Chinpira, czyli takiej młodzieżówki Yakuzy, którzy aspirują do bycia "prawdziwymi bandytami".

    Policja dwa razy była w domu rodziców. Pierwszy raz po skardze brata jednego ze świadków i drugi raz gdy Junko zadzwoniła na Policję. Za każdym razem nie dokonali przeszukania - prawo tego zabrania. Nie ma nigdzie napisane, że zostali zwolnieni z Policji - to jakiś kolejny mit.

    Junko też jednego wieczoru jadła kolację z rodzicami oprawcy na parterze (pokój jej męki był na pierwszym piętrze), była tak zastraszona że prawie się nie odzywała. Rodzice nawet kazali jej wracać do domu, a syn powiedział, że ją odwiezie ale oczywiście tego nie zrobił. Inni koledzy też wchodzili po słupie telegraficznym koło domu by uniknąć spotkania z rodzicami, którzy mieszkali na parterze a ich synowie nie wpuszczali ich na piętro.

    Jest tam jeszcze wiele nieścisłości ale na prawdę nie chce mi się zagłębiać w detale, ta "żelazna piłka do ćwiczeń" to w japońskiej wersji jest worek bokserski zawieszany do sufitu, jest tam też jakaś bzdura, która z tego ewoluowała do
    >"przyczepiali jej ciało do sufitu i traktowali jak worek treningowy"

    Nie zmienia to faktu, że biedactwo przeszło przez piekło.

    Historia ta powraca co chwilę w internecie, głównie angielskojęzycznym, w Japonii to poniekąd temat tabu, z definicji o rzeczach, które negatywnie rzutują na Kraj Kwitnącej Wiśni się nie mówi i nie pisze.

    Ta sprawa była bardzo głośna ale w tamtych czasach nie było internetu a zasięg lokalnych gazet był ograniczony. Dodatkowo przez to, że byli nieletni to rozgłos jest zabroniony przez prawo. Oczywiście jedna gazeta lokalna poruszona tym bestialstwem opublikowała imiona i nazwiska sprawców, przez co później miała kłopoty.

    Nie jest prawdą:

    Wszystkich czterech oskarżono o „popełnienie obrażeń ciała, które doprowadziły do śmierci”, a nie o zabójstwo.

    Wszyscy zostali oskarżeni o popełnienie morderstwa przez prokuraturę oraz dodatkowe sprawy jak znęcanie się, gwałt, pobicie, okaleczenie i kilkanaście innych paragrafów.
    Sąd jednak uznał, że zostaną oskarżeni pod zarzutem porwania, pobicia, przemocy wobec kobiety i nieumyślnego zabójstwa przez pobicie były także oskarżenia w innych sprawach gwałtu na 19 letniej dziewczynie, pobicia oraz kradzieży - to nie była sprawa tylko o zabójstwo Junko.

    Podczas procesu sądowego jeden z widzów zemdlał po usłyszeniu szczegółów gwałtów i tortur.
    Nie jeden z widzów ale jeden z oskarżonych.

    Dlaczego tak niskie wyroki - bo ówczesne prawo nie przewidywało innych niż maksymalnie 15 lat więzienia dla nieletnich. Prawo z 1968 roku było dość łagodne wobec nieletnich, Rada Adwokacka domagała się zmiany prawa i traktowanie tej sprawy jakby sądzeni byli dorośli, jednakże Ministerstwo Sprawiedliwości wydało oświadczenie, że nawet ta sprawa nie spowoduje nagłych zmian w prawie. Rada bardzo mocno naciskała, miała wsparcie prasy a nawet policji, na koniec nawet zgodziła się pójść na ustępstwo i aby tylko obniżyć wiek z 20 lat do 18, ale to też się nie udało.
    ***Dodam tylko, że prawo to zostało zmienione w zeszłym roku, obniżono progi wiekowe i nawet nieletnich w najcięższych przypadkach można osądzić jak dorosłych.

    Dodatkowo główny sprawca, po przebadaniu przez psychologów został zdiagnozowany jako chory psychicznie i jego obrońcy to wykorzystali. Dodano także trudną sytuację w rodzinie, szkole, problemy z wychowaniem itp. Jednym słowem patologia.
    Inni bronili się mówiąc, że wykonywali tylko polecenia prowodyra.
    Prokuratura domagała się dożywocia, co było sprzeczne z obowiązującym prawem.

    Sąd zgodził się na wzięcie pod uwagę specjalnych okoliczności w tej sprawie i w pierwszej instancji wydał takie wyroki
    - prowodyr - dożywocie
    - drugi - 13 lat
    - dwaj pozostali - do 10 lat z możliwością wcześniejszego zwolnienia za dobre zachowanie

    Kolejna rozprawa - apelacja, kolejna apelacja, sąd najwyższy nawet podwyższył wyrok i ostatecznie

    - prowodyr - 20 lat.
    - drugi - 10 lat.
    - trzeci - od 5 lat do 9 lat z możliwością wcześniejszego zwolnienia
    - czwarty - od 5 lat do 7 lat z możliwością wcześniejszego zwolnienia

    Trzeci i czwarty - Ponieważ z czasem będą dorośli - zostaną przeniesieni do normalnego więzienia i tam w zależności od zachowania mogą być wcześniej zwolnieni dlatego wyrok w widełkach.

    Trzech jest już na wolności po 8 latach, jeden z nich znowu w więzieniu za inne przestępstwa.

    Skąd to wiem co napisałem? Przekopałem się wczoraj i dziś przez archiwalne gazety (na tyle ile udało mi się znaleźć) , różne wpisy na japońskich blogach itp.
    Wiele angielskich wersji jest takich samych - powielane za wikipedią, dodawane różne informacje od siebie czy błędne tłumaczenia z japońskiego.

    Tutaj jest wyrok sądu
    http://www.courts.go.jp/app/files/hanrei_jp/261/020261_hanrei.pdf

    pokaż spoiler W pracy miałem koleżankę, która nazywała się Junko Furuta ale nawet nikt nigdy nie wspomniał o tej historii


    #japonia #amajapan #wiadomoscizjaponii #ciekawostkijp #ciekawostki #historieriley #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Najbrutalniejsze morderstwo w historii

    Poniższy tekst zawiera bardzo drastyczne szczegóły. Mimo, że starałam się opisać tę zbrodnię jak najdelikatniej, myślę, że osoby bardzo wrażliwe i niepełnoletnie powinny odpuścić sobie czytanie i poczekać kilka dni na kolejny wpis. Z kolei osoby, które czują się na siłach zapraszam do czytania. Ta sprawa traktowana jest często jako jakaś miejska legenda, creepypasta czy straszak do opowiadania w nocy przy ognisku, a to przede wszystkim wielki dramat młodej dziewczyny i nie powinno się o tym zapominać.

    Junko Furuta była 18-letnią japońską uczennicą, która przez czterdzieści dni była przetrzymywana, brutalnie torturowana i gwałcona, aż w końcu zmarła na skutek poniesionych obrażeń. W tej sprawie szokujące są opisy okrutnych i wymyślnych sposobów znęcania się dokonanych przez nastoletnich chłopców, ale także fakt, że wiedziało o tym około 100 osób, które nie zrobiły nic, żeby pomóc dziewczynie.

    Junko urodziła się 18 stycznia 1971 roku w japońskim mieście Misato. Jako nastolatka była popularna i ładna, nie pociągał jej alkohol i narkotyki, a po szkole pracowała na część etatu. Zainteresował się nią szkolny łobuz powiązany z Yakuzą, Hiroshi Miyano, jednak Junko odrzuciła jego zaloty. Dotychczas nikt nigdy nie odmówił Hiroshi.

    25 listopada 1988 r. Hiroshi i jego przyjaciel Nobuharu Minato kręcili się po mieście z zamiarem okradania i gwałcenia mieszkanek Misato. Około 20.30 zauważyli wracającą z pracy Junko. Hiroshi kazał swojemu koledze zrzucić dziewczynę z roweru i uciec, a następnie zaoferował nastolatce, że bezpiecznie odprowadzi ją do domu. Zdobył zaufanie Junko tylko po to, aby dwukrotnie zgwałcić ją w pobliskim magazynie i hotelu, gdzie groził jej śmiercią. Następnie zadzwonił z hotelu do Nobuharu, Jō Ogury i Yasushi Watanabe, aby pochwalić się tym co zrobił (cała czwórka miała już na swoim koncie gwałt zbiorowy).

    Około 3 w nocy Hiroshi zabrał Junko do parku, gdzie spotkał się z pozostałą trójką, a następnie wszyscy poszli do domu rodziców Nobuharu. Tam doszło do kolejnego gwałtu. Nastolatkowie zastraszyli dziewczynę mówiąc, że jeżeli spróbuje uciec, Yakuza zabije jej rodzinę.

    27 listopada rodzice Junko zgłosili zaginięcie na policję. Nastolatkowie zmusili ją, aby skontaktowała się z matką i powiedziała, że uciekła z domu, jest bezpieczna i poprosiła, aby policja zamknęła dochodzenie. Początkowo Furuta musiała udawać przed rodzicami Nobuharu, że jest jego dziewczyną. Później jednak, gdy stało się jasne, że państwo Minato i ich drugi syn, mimo że wiedzieli co dzieje się w ich domu, nie zgłoszą sprawy na policję, taki zabieg stał się niepotrzebny. Jak sami zeznali, ich syn był wobec nich coraz bardziej gwałtowny i bali się odwetu ze strony Yakuzy.

    Przez 40 dni Junko była gwałcona i torturowana przez czwórkę nastolatków i dziesiątki ich przyjaciół z Yakuzy. Przez ten czas ponad 400 razy zgwałcili dziewczynę, bili ją i głodzili, przyczepiali jej ciało do sufitu i traktowali jak worek treningowy, przypalali miejsca intymne Junko papierosami i zapalniczkami, wprowadzali do jej pochwy i odbytu różne ciała obce (w tym petardy i gorące żarówki), obcinali sutki i przebijali piersi igłami, zmuszali do jedzenia swoich odchodów i picia moczu… Niestety lista niewyobrażalnych tortur dziewczyny jest o wiele dłuższa.

    Jeden z gwałcicieli (nienależący do czwórki porywaczy) opowiedział swojemu bratu o całej historii, a ten skontaktował się z policją. Dwóch funkcjonariuszy zostało wysłanych do domu rodziny Minato, jednak poinformowano ich, że w środku nie ma dziewczyny, ale mogą się rozejrzeć. Policjanci uznali te słowa za wystarczający dowód na to, że Junko nie ma w środku i powiedzieli, że nie ma takiej potrzeby. Gdyby wykonali swoją pracę z odpowiednią starannością, dziewczyna zostałaby uwolniona po 16 dniach tortur i najprawdopodobniej przeżyłaby. Później owi funkcjonariusze zostali za to wyrzuceni z policji.

    Na początku grudnia dziewczyna sama próbowała zadzwonić na policję, jednak Hiroshi nakrył ją zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Za karę oblał jej stopy i nogi benzyną, a następnie podpalił oraz wepchnął jej dużą butelkę do odbytu.

    Furuta wielokrotnie prosiła swoich prześladowców, aby skrócili jej męki i po prostu zabili, jednak sadyści nie zgadzali się. Zmuszali ją za to do spania na balkonie (była zima) i zamykali ją w zamrażarce. Junko wciąż była brutalnie bita i gwałcona. Dziewczyna w końcu straciła panowanie nad pęcherzem i jelitami, przy każdej próbie jedzenia czy picia wymiotowała, co jeszcze bardziej rozwścieczało chłopaków, którzy za karę częściej ją bili. Była tak okaleczona i opuchnięta, że nie można było jej poznać, a jej ciało wydzielało gnijący zapach. Dopiero wtedy przestała interesować seksualnie nastolatków, którzy w tamtym czasie zgwałcili grupowo 19-latkę wracającą do domu.

    4 stycznia 1989 roku czwórka pobiła Furutę żelazną sztangą, kopała ją, powieki dziewczyny przypalała gorącym woskiem, a na brzuch rzucano jej żelazną piłkę do ćwiczeń. Na koniec polali uda, ramiona, twarz i brzuch Junko benzyną, a następnie podpalili. Dziewczyna początkowo próbowała ugasić ogień, ale na skutek obrażeń w końcu zmarła.

    Około doby po śmierci nastolatkowie owinęli jej ciało kocami i wepchnęli do torby podróżnej. Następnie umieścili jej ciało w bębnie o pojemności 200 litrów, który zalali cementem. Około 20.00 wyrzucili bęben na odludziu.

    23 stycznia 1989 roku Hiroshi i Jō zostali aresztowani za gwałt na 19-latce, którego dopuścili się w grudniu. Policjanci znaleźli w domu Miyano damską bieliznę i sądzili, że należała do tamtej dziewczyny. Podczas przesłuchania 29 marca jeden z oficerów zasugerował Hiroshiemu, że jego kolega przyznał się do morderstwa, a ten zamiast o 19-latce pomyślał o Junko i powiedział, gdzie można znaleźć jej ciało. Zaskoczona policja następnego dnia znalazła bęben z ciałem Furuty.

    Mimo, że zbrodnia, której dokonało czterech nastolatków jest wyjątkowo wstrząsająca, sąd uznał, że w chwili popełnienia przestępstwa byli nieletni i utajnił ich personalia. Jednak dziennikarze dotarli do tych danych i opublikowali je pisząc, że „bestie nie zasługują na prawo do anonimowości”. Wszystkich czterech oskarżono o „popełnienie obrażeń ciała, które doprowadziły do śmierci”, a nie o zabójstwo.

    18-letni (w chwili popełnienia przestępstwa) przywódca nastolatków, Hiroshi Miyano, został skazany na 20 lat więzienia. Podobno jego matka wysłała rodzicom Junko 50 milionów jenów (425 tysięcy dolarów). W 2013 roku Hiroshi został ponownie aresztowany za oszustwo, jednak dowody nie były wystarczające, aby go skazać.

    16-letni Nobuharu Minato otrzymał wyrok w wysokości od 5 do 9 lat pozbawienia wolności. Jego rodzice i brat, w których domu przetrzymywano i torturowano dziewczynę, nie zostali oskarżeni o współudział, jednak rodzice Junko wytoczyli przeciwko nim pozew cywilny, który wygrali. Po wyjściu z więzienia Nobuharu zamieszkał z matką i od tego czasu nie pracował.

    Wyrok 17-letniego Yasushi Watanabe wynosił od 5 do 7 lat więzienia. Po wyjściu poślubił Rumunkę.

    17-letni Jō Ogura został skazany na 8 lat więzienia dla nieletnich. Po wyjściu chwalił się swoją rolą w porwaniu, gwałceniu i torturowaniu Furuty. W 2004 roku został skazany na 7 lat więzienia za napaść na swoim znajomym. Matka Ogury podobno zniszczyła grób Junko, twierdząc, że zrujnowała życie jej syna, a sam Jō roztrwonił majątek swojego ojca.

    Wyroki za najbrutalniejsze morderstwo w historii były tak niskie, ponieważ nastolatków chroniły przepisy dla nieletnich. Gdyby zbrodnia została popełniona kilka lat później Hiroshi prawdopodobnie zostałby skazany na karę śmierci, a jego towarzysze na dożywocie. Podczas procesu sądowego jeden z widzów zemdlał po usłyszeniu szczegółów gwałtów i tortur. Matka Junko przeszła załamanie nerwowe.

    pokaż spoiler Nie wiem dlaczego wyroki podane są w przedziale od-do. Czy to normalna praktyka w Japonii? Jeżeli ktoś wie, proszę o komentarz.


    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: i1.wp.com

  •  

    Morderstwa na Kurzej Farmie

    Historia zaginięcia i prawdopodobnego zabójstwa Waltera Collinsa stała się inspiracją dla świetnego filmu "Oszukana" z Angeliną Jolie. Film jednak skupia się głównie na dramacie matki i niekompetencji policji, a same zabójstwa dokonane przez Gordona Northcotta potraktowane są trochę po macoszemu.

    Wszystko zaczęło się 10 marca 1928 roku w Los Angeles. Christine Collins, która samotnie wychowywała 9-letniego Waltera (ojciec odsiadywał wyrok), zostawiła rano chłopca samego i poszła do pracy. Jednak, gdy wróciła dziecka już nie było. Policja rozpoczęła poszukiwania na wielką skalę, a sprawa była szeroko komentowana medialnie. Warto wspomnieć, że policja nie miała w tamtym czasie najlepszej prasy i chciała wykazać się szybkim odnalezieniem chłopca, tym bardziej, że każdy ich błąd był natychmiast podnoszony w mediach.

    Po kilku miesiącach "Waltera" odnaleziono w stanie Illinois. Mnóstwo reporterów przybyło, aby sfotografować spotkanie matki i odnalezionego chłopca, jednak po zobaczeniu dziecka Christine od razu oświadczyła, że to nie jest jej syn. Policja chcąc uniknąć skandalu zmusiła kobietę, aby wzięła go do domu. Wmawiali jej, że to na pewno Walter i po prostu jest w szoku. Christine była jednak pewna swego. Chciała, żeby policja nie zaprzestała poszukiwań jej syna i po kilku tygodniach oddała "Waltera" policjantom wraz z oświadczeniem od lekarza i znajomych, że to nie jej syn. Funkcjonariusze uznali ją za niezrównoważoną i na tydzień zamknęli w szpitalu psychiatrycznym. Później okazało się, że Christine miała rację i odnaleziony chłopiec był tak naprawdę 12-latkiem, który podawał się za Waltera, żeby pojechać do Hollywood i spotkać się z gwiazdą westernów, Tomem Mixem. Chłopiec został odebrany przez swoją macochę.

    Próbując odnaleźć Waltera policja natrafiła na ślad małej, podupadłej farmy drobiu w Wineville, niedaleko Los Angeles. Jak się okazało mieszkał na niej seryjny morderca i pedofil Gordon Northcott.

    Gordon urodził się w 1908 roku w Kanadzie. W latach dwudziestych XX wieku przeprowadził się do Wineville, gdzie zamieszkał na farmie drobiu wraz ze swoją matką Sarah i 13-letnim Stanfordem Clarkiem (w zależności od źródeł był jego kuzynem lub siostrzeńcem), oddanym mu pod opiekę przez rodziców.

    Nastolatek od samego początku był zastraszany i molestowany przez swojego wuja. Northcott zmuszał go do wabienia dzieci do samochodu, pod pretekstem pomocy w pracy na farmie (gdy dzieciaki widziały w samochodzie inne dziecko chętniej wsiadały niż gdyby w aucie był sam Gordon). Byli to głównie meksykańscy chłopcy, których gwałcił i odwoził z powrotem. Podobno niektórzy z nich byli gwałceni przez innych mężczyzn, ale nikogo nie oskarżono. Jednak część z porwanych dzieci była przetrzymywana w klatkach i mordowana siekierą. Stanford mówił o czterech zabójstwach (w tym dwóch, które był zmuszony popełnić sam), a Gordon o pięciu, jednak spekulowano, że ofiarami mogło stać się nawet 20 chłopców.

    Gordon miał porwać także Waltera Collinsa, którego początkowo chciał wypuścić po dokonaniu na nim gwałtu. Niestety Walter kojarzył Northcotta ze sklepu, w którym robił z matką zakupy, a więc istniała obawa, że pedofil zostanie rozpoznany. Matka Gordona wymyśliła, że wszyscy troje (wraz ze Stanfordem) powinni zamordować chłopca, ponieważ wtedy nikt z nich nigdy nie wyjawi co zaszło. Sarah wiedziała o działalności syna, a nawet pomagała mu w zabójstwach i ukrywaniu zwłok.

    Być może działalność Northcotta trwałaby jeszcze wiele lat, gdyby nie starsza siostra Stanforda, która przyjechała do brata na wakacje z Kanady. Brat powiedział jej, że boi się o swoje życie i był zmuszany do udziału w zabójstwach, a dziewczyna po powrocie do kraju powiadomiła policję. Gdy Gordon i Sarah dowiedzieli się, że są poszukiwani wywieźli szczątki zwłok zamordowanych chłopców na pustynię i zaczęli się ukrywać, jednak policja szybko ich odnalazła. Stanford od początku współpracował ze stróżami prawa.

    Policja przeszukała farmę, jednak w kilku płytkich grobach przy domu odnaleziono szczątki tylko trzech ciał (Lewisa i Nelsona Winslow oraz bezgłowego Meksykanina, którego nigdy nie udało się zidentyfikować). Nie było wśród nich Waltera Collinsa, ale Sarah podczas procesu przyznała się do zamordowania 9-latka. Opowiadała też o tym, że Gordon od dziecka był molestowany przez całą rodzinę. Podawała się za jego babkę, opowiadała historie o tym, że jej syn/wnuk jest owocem kazirodczego związku, a innym razem, że jest synem brytyjskiego szlachcica... Innymi słowy była obłąkana. Została skazana na dożywocie, jednak zwolniono ją po 12 latach więzienia. Zmarła w 1944 roku.

    Gordon Northcott został skazany na śmierć przez powieszenie, a wyrok został wykonany w 1930 roku. Przed śmiercią chciał porozmawiać z Christine i inną matką, żeby opowiedzieć im całą prawdę o ich zamordowanych synach. Podczas spotkania jednak pastwił się nad kobietami mówiąc, że jest niewinny i nigdy nie widział ich synów.

    Stanford Clark został umieszczony w programie resocjalizacyjnym, gdzie miał spędzić 5 lat. Chłopak jednak bardzo się starał, mimo udziału w morderstwach również był ofiarą Gordona, i po dwóch latach wyszedł z ośrodka. Po wojnie przez wiele lat pracował jako pracownik pocztowy, ożenił się i miał dzieci.

    Christine Collins wygrała sprawę sądową przeciwko policjantowi, który umieścił ją w szpitalu psychiatrycznym, jednak funkcjonariusz nigdy nie zapłacił jej zasądzonej kwoty. Po zakończeniu procesu używała różnych pseudonimów i trzymała się z dala od mediów. Zmarła w wieku 75 lat i do końca życia wierzyła, że jej syn żyje.

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: 78.media.tumblr.com 18+

  •  

    Dla odmiany, dziś sprawa Pizza Bombera.

    Przebieg wydarzeń:

    28 sierpnia 2003 roku jest kolejnym gorącym dniem w Erie w Pensylwanii. Brian Wells (46 lat), który przez prawie 30 lat pracował w pizzerii Mama Mia, dostaje zlecenie na dowóz 2óch pizz na Peach Street 8631. Pózniej okaże się, że adres w rzeczywistości jest miejscem, w którym stoi wieża transmisyjna lokalnego oddziału CBS: WSEE-TV.

    Na miejscu Wells spotyka swoich wspólników, którzy planują wraz z nim, napad na bank. Plan zakładał założenie Wellsowi na pierś, sztucznej bomby. W razie jakichkolwiek pytań Wells miał powiedzieć, że 3ech czarnych ludzi zmusiło go do bycia żywą bombą i przetrzymywało go, jako zakładnika. Jednak plan się zmienia, w momencie gdy Wells dowiaduje się na miejscu, że bomba jest prawdziwa. Wells zostaje obezwładniony, a na szyję zostaje mu założona obroża z zapalnikiem. Na klatkę piersiową zostaje mu założona bomba, a na nią koszulka z napisem: GUESS WHO? (Zgadnij kto?). Do ręki dostaje zrobiony domowym sposobem shotgun, który wygląda podobnie do zwykłej laski, oraz 2 strony ręcznie napisanych instrukcji.

    Instrukcje, które dotyczą „bombowego zakładnika”, wymieniają listę ściśle określonych zadań na czas, które mogą opóźnić detonację i ostatecznie rozbroić bombę. Notatki informują również, że Wells jest pod stałą obserwacją i jakikolwiek kontakt z władzami, spowoduje detonację. „DZIAŁAJ TERAZ, MYŚL PÓŹNIEJ ALBO ZGINIESZ!” jest napisane na końcu notatek.

    Pierwszym zadaniem jest wejście do banku PNC i podanie kasjerowi notatki z żądaniem wydania 250 000$. Shotgun miał zostać użyty w przypadku braku współpracy, lub gdyby ktoś próbowałby uciec. Na wydanie całej kwoty, kasjer ma 15 minut, lub nastąpi eksplozja. Kasjerka, która w tamtym momencie nie miała dostępu do skarbca, daje Wellsowi torbę, w której znajduje się 8 702$ i z którymi Wells opuszcza bank. Kasjerka natychmiast dzwoni na plicję.

    15 minut później, policja zauważa Wellsa, który stoi koło swojego auta i od razu go aresztuje. Wells mówi, że trzy nieznane osoby umieściły bombę na jego szyi, dały mu shotgun i kazały ukraść pieniądze z banku oraz wykonać parę innych zadań, inaczej go zabiją.

    Policjanci na początku nie przystąpili do rozbrojenia bomby. Zostali wezwani saperzy, którzy przyjechali pół godziny po pierwszym telefonie na 911. 3 minuty zanim pojawili się saperzy, bomba eksploduje, wybijając dziurę wielkości pięści w klatce piersiowej Wellsa, który ginie na miejscu. Całe zdarzenie jest transmitowane na żywo w telewizji.

    Po zamachu, w trakcie sekcji, głowa Wellsa musiała zostać odcięta, żeby dokładnie zbadać bombę, której zapalnik znajdował się na jego szyi.

    Motyw:

    Wells do całej sprawy został wciągnięty przez Kena Barnesa, który był jego dilerem i u którego w domu, Wells spotykał się z prostytutką Jessicą Hoopsick. Barnes został wynajęty przez Marjorie Diehl-Armstrong do zabicia jej ojca. Marjorie po śmierci ojca, miała w spadku odziedziczyć 2 mln $. Niestety, jej ojciec rozdawał pieniądze znajomym i rodzinie, bo jak sam twierdził, jemu nie były potrzebne. Do jego śmierci w 2014 roku, z majątku zostało mniej niż 200 000$. Na dodatek, ojciec nigdy nie miał zamiaru zostawić córce czegokolwiek w spadku ze względu na jej różne zaburzenia psychiczne, przestępczość oraz nieumiejętność samodzielnego utrzymania się.

    Kolejni podejrzani:

    31 sierpnia, kolega z pracy Wellsa, Rob Pinetti, zostaje znaleziony martwy w swoim domu. Nigdy nie został bezpośrednio połączony ze napadem, ale prowadzący śledztwo zauważyli, że jego zachowanie radykalnie zmieniło się po śmierci Wellsa i stał się paranoikiem. Miał zostać przesłuchany w poniedziałek po swojej śmierci. Okazało się, że przedawkował narkotyki.

    20go sierpnia , Bill Rothstein, który mieszkał w domu w pobliżu wieży WSEE, zadzwonił na policję i poinformował, że ciało Jamesa Rodena jest schowane w zamrażarce w jego garażu. Rothstein został od razu aresztowany. Zaraz po jego telefonie na policję, ale przed jego ujęciem, Bill napisał notatkę, z której wynikało, że planował samobójstwo, ale nie ma ono nic wspólnego z Brianem Wellsem, chociaż sam Rothstein nigdy nie próbował popełnić samobójstwa. W areszcie powiedział, że Marjorie, z którą randkował i nawet był zaręczony na przełomie późnych lat 60' do wczesnych 70', zamordowała swojego ówczesnego chłopaka Rodena strzelając do niego sześć razy z shotgunu podczas gdy Roden spał na jej kanapie u niej w domu. Bill twierdził, że kobieta dała mu 2 000$, żeby ten pomógł jej posprzątać mieszkanie oraz wynieść ciało. Stwierdził, że zadzwonił na policję ze strachu, a sama Marj jest niebezpieczną manipulantką. Jeszcze tego samego dnia, została aresztowana.

    Marjorie:

    Muzyczny geniusz z najlepszymi ocenami w liceum. Ukończyła socjologię z wyróżnieniem. Jako dorosła została zdiagnozowana z postępującą chorobą dwubiegunową. Zdawała sobie sprawę ze swojej choroby. Była ponadprzeciętnie inteligentna. Była wcześniej znana policji ze względu na niewyjaśnione okoliczności śmierci swojego męża oraz kolejnych partnerów. W 1984 roku została aresztowana za zabicie ówczesnego partnera Roberta Thomasa, ale zostało uznane to za samoobronę.

    Podsumowanie:

    Ze sprawą związany był także Floyd Stockton, który mieszkał z Rothsteinem w czasie planowania napadu. Zostało mu odpuszczone 23 lata od wyroku za gwałt na nieletniej ze względu na zeznania obarczające Billa.

    Bill Rothstein zmarł na chłoniaka 30go czerwca 2004 roku, zanim zostały mu przedstawione zarzuty. Marjorie została skazana na dożywocie plus 30 lat. Zmarła w więzieniu na raka piersi 4go kwietnia 2017 roku. Do końca nie przyznała się, że miała cokolwiek wspólnego ze śmiercią Wellsa. W ten sposób, uniknęła kary śmierci.

    Mózgiem i prowodyrem operacji okazała się Marj, która do samej śmierci wszystkiego się wypierała. Cała wina miała leżeć po stronie Rothsteina, który pisał notatki oraz skonstruował bombę. Ken wciągnął Wellsa, a Floyd pomagał w planowaniu.

    W 2018 roku, Jessica Hoopsick przyznała się do brania udziału w całym przedsięwzięciu. W 2003 roku, kiedy była uzależnioną od narkotyków prostytutką, jej stałymi klientami byli Wells i Barnes. Wiedziała, że Marj, Bill, Ken i Floyd szukają kogoś, kto jako zakładnik z bombą pójdzie obrabować bank. Za podanie „frajera” na tacy miała dostać 5 000$, za które kupiła heroinę. Według Hoopsick, Wells od samego początku nie miał nic wspólnego ze sprawą, a jedynie został do wszystkiego zmuszony. Przyjaźnił się z Jessicą i jej rodziną. Był zwykłym, niezbyt rozgarniętym rozwozicielem pizzy, który został wplątany w napad, w którym ostatecznie zginął.

    Polecam serial na #netfilx: Evil Genius: The True Story of America's Most Diabolical Bank Heist.

    Oraz czarną komedię: 30 Minutes or Less z 2011 roku.

    #zbrodniczeumysly #ciekawostki #zbrodnia #kryminalistyka #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: liveleak.com 18+

  •  

    Tajemnicze zaginięcie i śmierć Lisanne Froon i Kris Kremers

    Sprawa dwóch Holenderek, które w 2014 roku zaginęły i zmarły w Panamie do dziś jest pełna kontrowersji. Nie wiadomo dlaczego zniknęły i jaka była przyczyna śmierci, jest za to mnóstwo niewiadomych i niepasujących do siebie elementów.

    Lisanne i Kris były studentkami, współlokatorkami i najlepszymi przyjaciółkami. Chciały zrobić coś dobrego dla świata, a więc postanowiły polecieć do Panamy, żeby uczyć tamtejsze dzieci. Dziewczyny zamieszkały u lokalnej rodziny w Boquete, miejscowości ze sporą liczbą obcokrajowców.

    Na miejscu okazało się, że mogą stawić się do pracy w szkole językowej dopiero po tygodniu. Nie były tym faktem zachwycone, ale postanowiły spędzić ten czas na zwiedzaniu. Opłaciły nawet przewodnika, który miał zabrać je na szlak w dżungli 2 kwietnia.

    Do dzisiaj nie wiadomo co takiego się stało, że 1 kwietnia Holenderki postanowiły jednak same udać się na ten szlak. Nie wiadomo również jak na niego dotarły, ponieważ nie można było dojść tam pieszo. Ktoś musiał je podwieźć, ale nie znaleziono żadnych świadków.

    Mimo tego, że było bardzo wilgotno i upalnie, szlak nie należał do specjalnie trudnych. Dziewczęta dobrze się bawiły i robiły sobie masę zdjęć. Ostatnie z nich zostało zrobione pierwszego kwietnia około godziny 14.00 i to na nim widać je po raz ostatni żywe.

    Jako pierwszy zaniepokoił się opłacony przewodnik, który 2 kwietnia przyszedł spotkać się z dziewczynami. Skontaktował się z rodziną, u której mieszkały, a ta powiedziała, że nie wróciły na noc. Poinformowano policję, która początkowo nie przejęła się tym zaginięciem. Oficjalnie przyjęto zgłoszenie dopiero o 21.00, ale z poszukiwaniami trzeba było poczekać do rana. Wtedy też zaangażowano nawet helikopter, który przeczesywał teren. W nocy 2/3 kwietnia szlak przeszukiwali natomiast okoliczni rolnicy, którzy bardzo dobrze go znali. Nie znaleziono jednak żadnych śladów.

    8 kwietnia do Panamy przylecieli rodzice Lisanne i Kris, razem z holenderskimi policjantami i dwunastoma psami (psy niestety nie mogły pomóc, bo wszelkie ślady były już wtedy zadeptane przez ekipy poszukiwawcze). Już pierwszej nocy, 8/9 kwietnia, rodzice wraz z policją nawoływali dziewczyny przez megafony, puszczali race, oświetlali teren... Robili co w ich mocy, żeby wskazać studentkom kierunek, w którym mają podążać. Spędzili w dżungli pięć nocy z rzędu, ale na nic się to zdało.

    Pierwszy ślad Holenderek znaleziono dopiero 14 czerwca (2,5 miesiąca po zaginięciu). Lokalni rolnicy znaleźli w górze rzeki plecak Lisanne (około 8 godzin drogi od miejsca ostatniego zdjęcia). Natychmiast przekazali go policji. W plecaku znajdowały się ładnie poukładane: pieniądze, okulary przeciwsłoneczne, dwa telefony, przekąski, aparat fotograficzny i dwa staniki.

    Po jakimś czasie znaleziono też jeden but należący do Lisanne i jeden należący do Kris. W jednym z butów znajdowała się stopa. Odnaleziono również kawałek kości biodrowej ze skórą, fragment żeber i inne kawałki kości. Co ciekawe na podstawie jednego z kawałków kości nogi wywnioskowano, że któraś z dziewczyn miała stan zapalny mięśni. Inny fragment natomiast został wyczyszczony do białego za pomocą działania chemicznego. Żadna roślina ani zwierze żyjące na tym terenie nie było w stanie wytworzyć takiej reakcji chemicznej.

    Śledczy przebadali znalezione telefony. Dziewczęta wielokrotnie próbowały połączyć się z numerem 112 i 911, ale w dżungli nie było zasięgu. Pierwsza próba nastąpiła już 1 kwietnia o godzinie 16:30, a jedyne udane połączenie trwało kilka sekund 2 kwietnia. Przez kolejne dni Holenderki co kilka godzin włączały swoje telefony i próbowały wybierać numer alarmowy. Niestety bezskutecznie. Ostatnia próba nastąpiła 11 kwietnia, a później baterie były już wyczerpane.

    Przebadano także zdjęcia z aparatu fotograficznego. Były na nim zdjęcia z wycieczki (ostatnie zrobione 1 kwietnia o 14.00) oraz 80 zdjęć zrobionych w nocy 8/9 kwietnia między 1.00 a 4.00, a więc w pierwszą noc poszukiwań, w które byli zaangażowani rodzice. 77 zdjęć była kompletnie czarna, widać coś tylko na trzech fotografiach. Pierwsze zdjęcie pokazuje rude włosy Kris, drugie położony na skale patyczek z przywiązanymi czerwonymi kawałkami reklamówki, a na trzecim widać ziemię, roślinność i ciemność. Zaczęto spekulować co symbolizować miał patyczek z kawałkami reklamówki. Może był punktem orientacyjnym a może służył do odganiania komarów? Na trzecim zdjęciu niektórzy widzą leżącą postać, ale to tylko domysły.

    To co najbardziej porusza w tej historii to powód zrobienia zdjęć. Najprawdopodobniej dziewczęta próbowały dać znać fleszem ekipie poszukiwawczej, która była mniej niż kilometr od nich. Przypuszczalnie któraś z nich była ranna (lub obie były ranne) i nie mogły ruszyć się z miejsca. Widziały znaki świetlne ekipy poszukiwawczej i być może słyszały nawet swoich rodziców nawołujących przez megafon, jednak nie mogły nic zrobić. Dżungla świetnie tłumi dźwięki, a więc krzyki też na niewiele się zdały...

    W tej historii jest bardzo dużo niewiadomych. Począwszy od tego jak dziewczyny dojechały na szlak i dlaczego wybrały się tam dzień wcześniej niż zaplanowały, a skończywszy na tym co się właściwie stało oraz jak i kiedy zmarły. Dlaczego oprócz dzwonienia na numer alarmowy ani razu nie próbowały skontaktować się z rodziną? Dlaczego nie napisały żadnego listu pożegnalnego, gdy już wiedziały, że to koniec? Dlaczego nie zrobiły innych zdjęć, na przykład swojego obozu? Dlaczego w plecaku odnaleziono przekąski? Skoro telefony znaleziono w środku to zanim straciły plecak musiały przebywać w dżungli od co najmniej 11 dni... Co się stało z kością poddaną działaniu chemicznemu?

    Jedna z teorii mówi o tym, że dziewczęta prawdopodobnie spadły z nasypu skalnego w pobliże rzeki. Na skutek upadku uszkodziły się tak, że nie mogły się przemieszczać, a później dodatkowo chorowały od bakterii, jeżeli piły wodę z rzeki. Pewnego dnia przypuszczalnie spadł duży deszcz i woda wezbrała tak mocno, że nurt porwał Holenderki, które się utopiły. Niestety pewnie nigdy się nie dowiemy jak było naprawdę.

    Więcej na ten temat możecie zobaczyć na kanale Jaśmin

    #historieriley (tag do obserwowania lub czarnolistowania) #ciekawostki #kryminalne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    „Boy in the box” czyli jedna z najsłynniejszych nierozwiązanych spraw kryminalnych Ameryki

    25 lutego 1957 roku w Filadelfii odnaleziono owinięte w koc i włożone do kartonu ciało małego chłopca. Mimo, że minęło już ponad 60 lat wciąż nie odnaleziono mordercy ani nie wiadomo kim był „najbardziej znany bezimienny chłopiec Ameryki”.

    Ciało dziecka zostało znalezione przy wąskiej, rzadko uczęszczanej drodze. Dookoła były drzewa i krzaki, a okoliczni mieszkańcy urządzili w tym miejscu nielegalne wysypisko śmieci, co później znacznie utrudniło śledztwo.

    Co ciekawe chłopiec został odnaleziony dwukrotnie. Najpierw przez kłusownika, który nie powiadomił policji o swoim odkryciu, a około dwóch dni później przez mężczyznę, który notorycznie podglądał dziewczęta w okolicznej szkole. Drugi mężczyzna początkowo również nie chciał informować policji o znalezionych zwłokach, w końcu jednak zgłosił sprawę kolejnego dnia.

    Sekcja zwłok wykazała, że chłopiec miał około 4-6 lat i był bardzo mały jak na swój wiek, przez dłuższy czas był niedożywiony. Na bardzo bladej skórze (co sugerowało, że przez jakiś czas żył w zamknięciu) miał masę siniaków oraz siedem blizn, w tym trzy wyglądające na chirurgiczne, był obrzezany, nie miał za to znaków poszczepiennych. Włosy i paznokcie chłopca zostały krótko przycięte, prawdopodobnie tuż po śmierci, ponieważ kłęby włosów pokrywały ciało. Brwi były wyregulowane, a więc pojawiły się teorie, że chłopiec był wychowywany na dziewczynkę, a ostrzyżenie na krótko miało utrudnić jego identyfikację. Prawa dłoń i stopy dziecka były pomarszczone jakby przez dłuższy czas były zanurzone w wodzie. Karton wewnątrz był suchy, a więc musiał być zanurzony w wodzie tuż przed albo zaraz po śmierci. W gardle chłopca znajdowały się wymiociny z brązowej papki. Uznano, że był karmiony gotowaną fasolą. Dzięki bardzo niskiej temperaturze ciało było w bardzo dobrym stanie, co znaczenie utrudniło określenie daty zgonu. Śledczy uznali, że śmierć mogła nastąpić nawet 2-3 tygodnie wcześniej, a jej przyczyną był tępy uraz głowy.

    Policja dokładnie zbadała karton, w którym znaleziono chłopca. Niestety odciski palców były zbyt rozmazane, aby mogły być pomocne w śledztwie. Ustalono natomiast, że to pudło po dziecięcej kołysce. Udało się nawet znaleźć sklep, w którym ją sprzedano i wytypowano w jakim mniej więcej okresie dokonano sprzedaży. Niestety transakcja odbyła się gotówką i nie udało się odnaleźć nabywcy. Z resztą karton wcale nie musiał być własnością mordercy, mógł po prostu zostać znaleziony na wysypisku.

    Koc, w który zostało zawinięte ciało też okazał się ślepym tropem. Był to bardzo popularny w tamtym czasie koc w kratę z taniej flaneli. Policja ustaliła jedynie, że był naprawiany białą nitką na domowej maszynie do szycia i został przecięty na pół.

    Śledczy przeszukali również wysypisko, ale do dzisiaj nie wiadomo, czy znalezione rzeczy mają związek ze sprawą, czy zwyczajnie zostały tam wyrzucone przez kogoś innego. Znaleziono między innymi męski kaszkiet ze sztruksu ze skórzanym otokiem. Udało się ustalić, w którym sklepie został sprzedany oraz że uszyto jedynie 12 takich czapek. Sprzedawczyni dobrze zapamiętała mężczyznę, który go kupił, ponieważ prosił ją o dodanie wspomnianego skórzanego elementu. Miał około 20 lat, był ubrany w robocze ubranie i z wyglądu był „całkiem podobny do znalezionego chłopca”. Niestety nigdy go nie odnaleziono.

    Policja robiła co mogła, żeby natrafić na jakiś ślad prowadzący do rozwiązania sprawy. Bezskutecznie próbowano znaleźć szpital, w którym chłopiec urodził się i przechodził zabiegi chirurgiczne. Miasto zalały ulotki z podobizną dziecka, ukazywały się informacje w mediach, przesłuchiwano rodziny patologiczne i sierocińce... Bezskutecznie.

    Pod koniec lutego zgłosił się mężczyzna, który zeznał, że widział przy wysypisku kobietę z dzieckiem, która wyjmowała coś z bagażnika. Zaoferował jej pomoc, ale odmówiła. Jej również nie udało się znaleźć.

    Policja robiła co mogła, ale śledztwo stanęło w martwym punkcie. Starano się, aby chłopiec został pochowany pod swoim nazwiskiem, ale w lipcu w końcu odbył się pogrzeb, za który policjanci i detektywi zapłacili z własnych kieszeni.

    Pojawiło się mnóstwo teorii na temat dziecka. Sądzono, że może to być chłopiec porwany kilka lat wcześniej z hipermarketu, ale testy DNA wykluczyły tę teorię. Spekulowano, że może to dziecko cyrkowców, ofiara seryjnego zabójcy dzieci, okultyzmu czy eksperymentów medycznych. Przez jakiś czas sądzono, że to dziecko węgierskich emigrantów. Spośród 11 tysięcy zdjęć emigrantów wytypowano nawet chłopca wyglądającego identycznie, ale również ten trop okazał się niewłaściwy.

    Obecnie istnieją dwie najbardziej prawdopodobne teorie na temat chłopca z pudełka. Pierwsza została rozpowszechniona przez śledczego Remingtona Bristow, który za punkt honoru przyjął sobie rozwiązanie tej sprawy, poświęcił jej dziesiątki lat i mnóstwo prywatnych pieniędzy. Śledczy uznał, że w zabójstwo zamieszani są Arthur i Katherine Nicoletti, którzy razem z 20-letnią córką Anną Marią prowadzili sierociniec. Anna Maria była opóźniona intelektualnie i czterokrotnie była w ciąży. Trójka jej dzieci zmarła przy porodzie, a czwarte umarło porażone prądem w wesołym miasteczku. Nie wiadomo kto był ojcem dzieci.

    Rodzina mieszkała w dużym domu nad jeziorem około dwa kilometry od miejsca znalezienia zwłok. Bristow robił co mógł, żeby skazano rodzinę, ale nigdy niczego im nie udowodniono. Skontaktował się nawet z medium, które powiedziało, że chłopiec zmarł na skutek utopienia w jeziorze lub wypadł z okna. Nie było to zabójstwo, ale wypadek. W latach 60. w piwnicy domu Nicolettich znaleziono kołyskę, która odpowiadała kartonowi, a wiele lat później, po śmierci Katherine, Arthur ożenił się ze swoją pasierbicą Anną Marią. Śledczy aż do swojej śmierci w 1993 roku uważał, że chłopiec był dzieckiem Arthura i Anny Marii, ale nie ma na to dostatecznych dowodów.

    Druga prawdopodobna teoria powstała w 2002 roku, ponieważ to właśnie wtedy przez swojego psychologa z policją skontaktowała się biznesswoman z Ohio, znana jako M. Kobieta od dziecka była molestowana przez swoją matkę, która marzyła o tym, żeby mieć swojego własnego dziecięcego niewolnika seksualnego. Matka M. kupiła 2,5 rocznego chłopca o imieniu Jonathan, który był niedorozwinięty i niemy. Przez kilka lat chłopiec żył w piwnicy i notorycznie był molestowany i bity przez kobietę. Pewnego dnia chłopiec był w wannie i zaczął wymiotować gotowaną fasolą (!), a matka tak mocno biła dziecko, aż je zabiła. Miejsce zbrodni może być spójne z tym, że zwłoki chłopca miały pomarszczone od wody stopy i jedną dłoń. Po zabiciu Jonathana kobieta obcięła mu włosy i paznokcie, żeby utrudnić identyfikację, a następnie pojechała z córką na wysypisko śmieci, aby pozbyć się ciała. M. zeznała, że przy wyjmowaniu zwłok z bagażnika jakiś mężczyzna zaoferował im pomoc, a karton po kołysce został znaleziony na wysypisku. Niestety ta teoria również nie jest pewna, ponieważ M. miała problemy psychiczne i nie była do końca poczytalna, a w piwnicy jej dawnego domu nie znaleziono żadnego potwierdzenia jej słów.

    Sprawa chłopca z kartonu do dzisiaj nie została oficjalnie zamknięta, a w Filadelfii wciąż działa numer telefonu, na który można zadzwonić jeżeli ma się jakiekolwiek informacje.

    Więcej możecie dowiedzieć się na kanale Jaśmin lub Niediegetyczne

    #kryminalistyka #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu i specjalne pozdrowienia dla jednej osoby obserwującej #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: historicmysteries.com 18+

    +: Hecktalk, NoLife_ +2989 innych
Ładuję kolejną stronę...

Popularność #kryminalne

0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:1,0:0,0:1,0:2,0:1,0:0,0:0,0:1

Archiwum tagów