•  

    Zbrodnia pod Połańcem - 25 grudnia 1976

    Źródło:http://niniwa22.cba.pl/zbrodnia_pod_polancem.htm

    Marcin Radzimowski

    Gdy się Chrystus rodził...

    Zrębin. Niewielka wieś pod Połańcem, w byłym województwie tarnobrzeskim, obecnie świętokrzyskim. Kilkadziesiąt domów, asfaltowa droga, jakiś sklep, remiza. Wieś jak każda inna, ale tylko na pozór. Jej mieszkańcy wciąż noszą piętno zbrodni, która wydarzyła się tutaj równo trzydzieści lat temu, w wigilię Bożego Narodzenia 1976 roku.

    WYBACZYĆ? NIGDY!

    - Herbatę zaparzę. Rzadko ktoś obcy tu zagląda, czasem sąsiadki odwiedzą. Teraz już nie mam nikogo, mąż zmarł osiem wiosen temu - mówi kobieta, zapraszając do swojego domu pod adresem Zrębin 25.

    Zdzisława Kalita bez trudu odgaduje przyczynę mojej wizyty. W tym roku miną dokładnie trzy dekady od pamiętnej wigilii Bożego Narodzenia. Wtedy to z rąk zbrodniarzy zginęła jej 18-letnia córka Krysia wraz z mężem Stanisławem, oraz ukochany syn Miecio, który miał ledwie skończone 12 lat. Zginęło też dziecko w łonie Krysi, wnuczek, którego pani Zdzisławie nie było dane zobaczyć.

    - Od tamtej pory nie mam świąt. Tylko łzy i rozpacz. O tym nie można zapomnieć, takie rany się nie zabliźniają - mówi Kalitowa. - Niektórzy zabójcy żyją, mają dzieci, wnuki. Mnie tego wszystkiego pozbawili.

    Na pytanie, czy kiedyś będzie w stanie wybaczyć, marszczy brwi. Oczy zaczynają się szklić od łez. - A pan by wybaczył? Do końca swoich dni nie wybaczę. Nie potrafię. Moje dzieci leżą w grobie - mówi. Pokazuje dwa portrety. Na jednym jest Miecio, drugi to zdjęcie ślubne Krysi i Staszka.

    KRÓL ZRĘBINA

    Rodzina Sojdów miała we wsi poważanie. Niespełna 50-letni Jan był największym gospodarzem w okolicy. Miał traktor, co w tamtych czasach było bardzo rzadkie. Wszyscy wiedzieli, że to bardzo zamożna rodzina. Sojda był przed laty ławnikiem w sądzie, znał się też na wyrywaniu zębów, miał znajomości w urzędach i instytucjach.
    - To był taki samozwańczy król Zrębina. Oj, wiele ludzi się go bało - macha ręką starsza kobieta, mieszkająca nieopodal domu "króla".

    Sojda miał szwagra Józefa Adasia, który pobudował się po sąsiedzku. Miał też dwóch zięciów - Stanisława Kulpińskiego i Jerzego Sochę. Ten pierwszy mieszkał w jego domu.

    Z rodziną Kalitów Sojdowie żyli jak pies z kotem. Przyczyną cichego konfliktu były zaszłości sprzed lat. Według ustaleń, dziadek zamordowanych później ludzi, udzielił kiedyś pomocy organom ścigania w zatrzymaniu Jana Sojdy, podejrzanego o dokonanie gwałtu. Jakiś czas później na podwórku Sojdy wskutek "wypadku" z bronią palną, zginął syn owego dziadka Kalitów. Wkrótce później w niejasnych okolicznościach zginął sprawca tego zabójstwa.

    KTOŚ PODNIÓSŁ RĘKĘ

    - Ta nienawiść narastała stopniowo. Momentem przełomowym była kradzież kiełbasy w czasie wesela u Kalitów - wspomina Janusz Ragan, emerytowany policjant z Nowej Dęby.

    W 1976 roku Ragan był młodym, 26-letnim sierżantem Milicji Obywatelskiej. Pracował w wydziale kryminalnym Komendy Wojewódzkiej MO w Tarnobrzegu. Był jednym z dwóch głównych śledczych prowadzących "sprawę połaniecką".

    Wróćmy jednak do wspomnianego wesela Krysi i Staszka. Jako że Kalitowie i Sojdowie byli spokrewnieni, rodzice Krysi zaprosili całą tamtą rodzinę na wesele. Żona Józefa Adasia (siostra Sojdy) piekła ciasto weselne. - Ktoś przyuważył, że Adasiowa podkrada kiełbasę. Na dodatek po weselu zabrała zastawę stołową przyniesioną z wypożyczalni - dodaje oficer policji. - To były czasy, gdy nie było w można w sklepie kupić nawet zwykłych talerzy. Przykazała Kalitowej, żeby w wypożyczalni skłamać, iż naczynia się rozbiły.

    O kradzieży kiełbasy zrobiło się we wsi dość głośno. Jan Sojda poczuł się bardzo urażony wysuwanym wobec jego rodzinie zarzutom złodziejstwa. Żeby podnosić rękę na króla Zrębina? Tak być nie mogło. Właśnie wtedy w jego głowie zrodził się okrutny plan, aby w akcie zemsty wymordować "Kalitowe dzieci".

    WIGILIJNA ZBRODNIA

    Nadkomisarz Janusz Ragan otwiera grubą tekę. To prawie całe śledztwo. Setki kartek, kopii protokołów przesłuchań, dokumentów, pokwitowań. Gromadził to wszystko rozpracowując zbrodnię, która na początku była zwykłym wypadkiem samochodowym. - Zabójcy planując zbrodnię, działają zazwyczaj w ukryciu, samotnie, bez świadków. W tym przypadku było inaczej. Aby to zrozumieć, trzeba poznać tamtych ludzi, panujące w tej wsi zwyczaje i autorytety - mówi Ragan. Odpala papierosa, pochylając się nad swoimi zapiskami. Wraca myślami trzydzieści lat wstecz.

    W zbrodniczy plan Sojda wtajemniczył szwagra Józefa Adasia oraz obu zięciów - Kulpińskiego i Sochę. Wybrał datę - wigilijną noc 1976 roku. Z sądowych akt sprawy dowiaduję się, że dzień zaplanowanego zabójstwa nie był przypadkowy. Sojda chciał tego dokonać na oczach świadków, aby w ten sposób przekonać ich, że sam jest bezkarny, a okrutny los spotka każdego, kto ośmieli się z nim zadrzeć.

    WYWABIENI Z KOŚCIOŁA

    W wieczór wigilijny obok rynku w Połańcu zaparkowały dwa autobusy - san i autosan. Przywiozły ludzi ze Zrębina na pasterkę. Około trzydziestu osób zostało w sanie i zamiast iść na mszę, piło wódkę. Pijaństwo w czasie pasterki to był w pewnym sensie niepisany zwyczaj zrębinian. W sanie był między innymi Sojda, jego szwagier i zięciowie, którzy przyjechali pod kościół swoim fiatem. W kościele była Krysia Kalitowa z mężem i bratem.

    - Sojda poprosił cioteczną kuzynkę Kalitów, aby ta dyskretnie wywabiła Krystynę. Powiedział, że ojciec robi matce w domu awanturę i żeby wracali - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner z Tarnobrzega, w czasie procesu będący pełnomocnikiem pokrzywdzonych.

    Krystyna, Stanisław i Miecio wyszli z kościoła i ruszyli pieszo w stronę odległego o pięć kilometrów domu. Przechodzili obok sana, w którym trwała libacja. Myśleli, że może autobus zaraz pojedzie w stronę Zrębina. Adaś i Sojda nie wpuścili ich jednak do środka. Poszli dalej, po zaśnieżonej drodze, przy padającym śniegu i wiejącym wietrze.

    Upłynęło kilka minut. Biesiadnikom z sana skończyła się wódka. Padło hasło: jedziemy na melinę do Zrębina po alkohol. Sojda jednak wiedział, że nie o wódkę tu idzie.

    MAKABRA NA DRODZE

    Fiatem 125 w kierunku Zrębina wyruszył zięć Sojdy - Socha, za nim san z podpitymi pasażerami, za kierownicą którego usiadł Józef Adaś. A potem drugi autobus - autosan prowadzony przez Macieja Wysockiego. Sojda groźbami zmusił go do jazdy. Z wyjątkiem rodziny króla Zrębina nikt nie był świadom wydarzeń, jakie wkrótce nastąpią. - Jakieś dwa kilometry dalej jadący "dużym fiatem" Socha dostrzegł Kalitów. Potrącił idącego poboczem od strony jezdni 12-letniego Mieczysława - mówi prokurator Jacek Świercz z Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. To drugi śledczy, który obok ówczesnego wiceprokuratora wojewódzkiego Franciszka Bełczowskiego, prowadził tę sprawę.

    Autobusy zatrzymały się za fiatem. Z sana wyskoczyli Adaś i Sojda, zaczęli bić Stanisława, męża Krysi. Katowali go metalową korbą - kluczem do odkręcania kół i metalowym prętem. Oprawcy z zimną krwią roztrzaskali mu głowę. Gdy upadł martwy, zbrodniarze rzucili się w pogoń za uciekającą w pola Krystyną. "Wujku, nie zabijaj mnie. Zabiliście mi męża, zostawcie chociaż mnie matce" - błagała Sojdę 18-letnia dziewczyna. Ale bestie nie znały litości. Używając klucza szwagrowie bestialsko zatłukli dziewczynę.

    To nie był jednak koniec makabry. Na drodze ze złamaną nogą leżał i jęczał potrącony 12-latek. Sprawcy wyciągnęli go na środek jezdni. Sojda stanął z przodu i pokazując rękami, naprowadził na rannego chłopaka fiata kierowanego przez Sochę. Jak ustalono w czasie procesu, W aucie siedziały też żony Kulpińskiego i Sochy. Koło samochodu zmiażdżyło głowę dziecka!

    ŚWIADKOWIE PATRZYLI

    Cała ta makabra rozgrywała się na oczach około 30 osób siedzących w sanie. Jak potem ustalono w śledztwie, pośród nich byli partyjni aktywiści, sołtys, a nawet członek ORMO (Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej). Początkowo niektórzy próbowali wybiec z autobusu, ale w drzwiach stanął zięć Sojdy - Stanisław Kulpiński. Groził, że jeśli ktoś wyjdzie to spotka go los "Kalitowych dzieci".

    Z sana wydostało się jednak trzech mężczyzn, między innymi Henryk Witek. To on półtora roku później jako piąty zasiadł na ławie oskarżonych. Według ustaleń, gdy Adaś i Sojda mordowali w polach Krystynę, Witek podbiegł zaciekawiony i zaświecił latarką. Widział bestialską zbrodnię, ale nie zareagował. Bał się sprzeciwić Sojdzie.

    - Operacyjnie ustaliłem, że w autobusie ludziom grożono pistoletem. Niestety nie udało się tego przełożyć na dowód procesowy - mówi nadkomisarz Janusz Ragan. - Jakiś czas później ten ORMO-wiec z autobusu przyniósł mi pistolet, który rzekomo ktoś mu podrzucił na podwórze.

    PODPISALI WŁASNĄ KRWIĄ

    Po zamordowaniu trzech osób, sprawcy nakazali wszystkim osobom z sana przejść do autosana. Przerażeni i pijani ludzie posłusznie wykonali rozkaz. Sami oprawcy natomiast wciągnęli martwe ciała do sana. Do pomocy zmusili też Henryka Witka. Autokary ruszyły w stronę Zrębina. Zatrzymały się dwieście metrów przed pierwszymi zabudowaniami.

    - Ciała Stanisława i Mieczysława sprawcy położyli w rowie. Józef Adaś najechał sanem na te ciała, pozorując wypadek drogowy. Tego sana tam zostawili - mówi prokurator Jacek Świercz. - Zwłoki Krystyny obnażyli i położyli za autobusem, dla upozorowania gwałtu.

    Aby świadkom zamknąć usta, Sojda naprędce zorganizował w autosanie przysięgę. Najpierw kazał wszystkim uklęknąć i przyrzekać, że nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli. Potem każdemu dawał krzyżyk do całowania, potem nakłuwał palec agrafką, aby każdy świadek zostawił ślad własną krwią na kartce papieru. - Dzisiaj to brzmi jak scenariusz filmu, ale wówczas taka była ludzka mentalność, że dali się zastraszyć. Sam nie potrafię tego zrozumieć - mówi były milicjant.

    Dopełnieniem tych groteskowych wręcz obrzędów było przekupywanie. Każdemu ze świadków zbrodni Sojda wręczył plik banknotów.

    KAŻDY SZUKA ALIBI

    Aby świadkowie bestialskiego mordu mieli alibi, autosan zawiózł ich z powrotem do Połańca. Każdy miał wejść do kościoła tak, aby inni ludzie go widzieli. Henryka Witka i jeszcze jednego świadka fiatem odwieziono pod kościół w sąsiedniej Beszowej, aby tam szukali sobie alibi. Jakby co - w Połańcu nawet tego wieczora nawet nie byli. - Po zakończeniu pasterki, ludzie wsiedli do autosana i wymieszali się świadkowie zbrodni z tymi, którzy byli na mszy w kościele - wyjaśnia prokurator.

    W tym czasie pod kościołem rabanu narobił kierowca sana twierdząc, że ktoś ukradł mu autobus. Nie zgłosił tego jednak na milicję. Wsiadł do drugiego autobusu. Potem ustalono, że był jednym ze świadków zbrodni i doskonale wiedział, iż za kierownicą jego autobusu siedział Adaś.

    Gdy w czasie drogi powrotnej z pasterki autosan kierowany przez Macieja Wysockiego zatrzymał się przy sanie stojącym w rowie, zaciekawieni ludzie wybiegli na zewnątrz. Ktoś dostrzegł nogi wystające spod samochodu. Wezwano milicję...

    MILICJA KAZAŁA MÓWIĆ

    - Przepraszam pana, Henryka Witka szukam. Gdzie można go znaleźć? - pytam mężczyzny napotkanego obok przystanku autobusowego w Zrębinie. Wygląd jegomościa sugeruje, że jest on lekko "zawiany" albo na kacu. Zniszczona twarz zdradza, że za kołnierz nie wylewa.

    - Henryk Witek? To ja - oświadcza, ku mojemu zaskoczeniu. - A o co chodzi?

    Wyjaśniam, że o sprawę "Kalitowych dzieci". On był oskarżony o współudział i fałszywe zeznania. W kryminale przesiedział pięć i pół roku. Na początku milicjantom i prokuratorowi opowiedział o tym, co działo się w autobusie, przed sądem pamięć go już zawodziła i zupełnie zmienił zdanie. Teraz twierdzi, że siedział niewinnie.

    - To był wypadek, a nie zabójstwo - mówi Witek, ale mało przekonująco. - Panie, było minęło. Milicjanci bili świadków, kazali mówić, tak jak oni chcieli. No to mówiłem bzdury. A jak w sądzie człowiek prawdę powiedział, to zamknęli do aresztu, że niby fałszywie się świadczy. Siedziałem niewinnie.

    NIE WIDZIAŁEM, NIE WIEM

    Podobnie twierdzi Maciej Wysocki, który w wigilijną noc siedział za kierownicą autosana. Przekonuje, że zbrodni nie widział choć przyznaje, że nie wie, czy jej nie było. - Po prostu nie widziałem. Gdy dojechałem autobusem na miejsce, w rowie stał "san". Dopiero potem ktoś zobaczył nogi wystające spod auta - wspomina. - Śledczy bili, zmuszali świadków do potwierdzenia zeznań takich, jakie oni sobie wymyślili. Były oficer MO wspomina, że gdy Wysocki został przesłuchany w prokuraturze, nie wrócił od razu do domu. Wcześniej poszedł do knajpy, pił alkohol.

    - Do domu wrócił pod wieczór, trochę poobdzierany. Nie wiem, pewnie się przewrócił - mówi Janusz Ragan. - Następnego dnia zrobił u lekarza obdukcję, ze niby został pobity. Złożył skargę. Zostało wszczęte postępowanie i ustalono, że to nie są ślady pobicia, a lekarz sfałszował zaświadczenie.

    Wysocki jednak trzyma się swojej wersji. W zakładzie karnym za zatajanie zbrodni i fałszywe zeznania spędził pięć lat.

    CO WIDZIAŁ STASIU?

    Kilka dni po zabójstwie "Kalitowych dzieci", 14-letni wtedy Stasiu Strzępek przechodząc obok domów Sojdy i Adasia, wykrzyknął: "Zabójcy. Zabiliście mojego kolegę Miecia". - To był pierwszy trop mówiący o tym, że to nie był wypadek drogowy. Zanim jednak przesłuchaliśmy tego chłopca trzeba było ustalić, co to za chłopak i czy jest wiarygodny - wspomina nadkomisarz Ragan. - Później okazało się, że gdy Stasiu Strzępek szedł razem z dwoma kolegami i minęły ich owe dwa autobusy. A potem, gdy doszedł do miejsca znalezienia ciał, widział Adasia kręcącego się przy stojącym w rowie sanie.

    Z pasterki chłopak wrócił przerażony. Matka wspominała w sadzie, że płakał i wyraźnie gnębiło go coś, co widział. Dopiero kilka tygodni później podczas formalnego przesłuchania wyjawił, że widział Adasia na miejscu zdarzenia.

    PRZED MATKĄ BOSKĄ

    Skończyły się święta Bożego Narodzenia, przyszedł Nowy Rok 1977. Przez blisko pięć miesięcy milicja prowadziła śledztwo pod kątem wypadku drogowego. Sprawą zajęła się powołana grupa z komendy wojewódzkiej w Tarnobrzegu. Dzięki zeznaniom Stasia Strzępka milicja wiedziała, że rzekomo "kradzionym sanem kierował Adaś.

    - Został zatrzymany w połowie lutego pod zarzutem spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym - mówi emerytowany policjant. - Wciąż jednak nie dawały mi spokoju obrażenia stwierdzone na ciałach ofiar. Byłem prawie przekonany, że to nie był wypadek.

    Adaś siedział w areszcie, trwało śledztwo, pojawiały się coraz to nowe fakty. Rodzinie Sojdów zaczął się palić grunt pod nogami. Któregoś wieczora w sąsiadującej ze Zrębinem Wolicy zorganizowano potajemnie spotkanie świadków zbrodni. Przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską, zapalonych świecach i krucyfiksie, ludzie ponownie złożyli przysięgę. Mieli milczeć.

    - Oprócz tego członkowie rodziny Sojdów zastraszali świadków. Wręczali im pieniądze i medaliki przywiezione z Częstochowy - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner. - Jeden z takich medalików dostała ta cioteczna kuzynka Kalitów, która wywołała Krysię z kościoła.

    A JEDNAK ZABÓJSTWO

    Wkrótce okazało się, że biegły dokonujący sekcji zwłok nie wykonał podstawowych badań. Nie miał zresztą uprawnień. Był przekonany, że to ofiary wypadku drogowego. A może chciał, aby tak było? W każdym razie po kilku miesiącach, na wniosek prokuratora zarządzono ekshumację ciał i dokonanie ponownej sekcji. Jej wyniki nie pozostawiały złudzeń - to były ofiary potwornej zbrodni.

    Przeglądam przyniesiony z sądowego archiwum trzeci tom akt sprawy. Są w nim zdjęcia i wyniki drugiej sekcji zwłok. Dziura w czaszce jednej z zamordowanych osób idealnie wręcz pasuje kształtem do korby - klucza do kół. To było narzędzie zbrodni. - Trzy miesiące po Adasiu aresztowany został Sojda, pod zarzutem mataczenia w śledztwie i nakłaniania świadków do fałszywych zeznań - kontynuuje Ragan. - Za kolejne dwa lub trzy miesiące w areszcie znaleźli się Kulpiński i Socha.

    Część świadków przestała się bać, na przesłuchaniach wychodziły fakty, która składały się w logiczną całość. Na tej podstawie odtworzono przebieg tragicznych zdarzeń. Prokuratorzy zaczęli pisać akt oskarżenia.

    JEDYNY, KTÓRY MÓWIŁ

    Warto w tym miejscu wspomnieć, że jedynym świadkiem, który od samego początku zeznał, iż Sojda, jego szwagier i zięciowie z zimną krwią zamordowali rodzinę Kalitów, był Leszek Brzdękiewicz. Ten świadek nie dożył jednak procesu. W okresie Wielkanocy 1978 roku nagle zaginął. Jego ciało znaleziono w przepływającej przez Połaniec rzece Czarnej. Leżał twarzą do dołu w kilkucentymetrowej głębokości wodzie.

    - Było przypuszczenie, że ktoś mu "pomógł" umrzeć - mówi Janusz Ragan, były milicjant. - Miałem nawet pewne ustalenia operacyjne wskazujące, że w sprawę mogą być zamieszani dalsi krewni Sojdy. Niestety, nie udało się tego przełożyć na materiał dowodowy. Została wersja przypadkowego utonięcia.

    Pozostałych kilkudziesięciu świadków co rusz to zmieniało swoje zeznania. Ale największy wysyp "fałszywek", miał dopiero nastąpić w sądzie. Według śledczego Janusza Ragana, to był efekt błędu taktycznego zastosowanego przez kierownictwo milicji.

    - Po zakończeniu śledztwa, a przed rozpoczęciem procesu, ci świadkowie zostali pozostawieni sami sobie - mówi emerytowany policjant. - Skończyły się w Zrębinie wizyty milicji, skończyły się wezwania do prokuratury. Ten czas wykorzystała rodzina oskarżonych która rozpowiadała po wsi, że sprawa jest załatwiona i lada dzień "chłopy wyjdą z aresztu". Ludzie postanowili nie obciążać w sądzie Sojdy, z obawy przed zemstą.

    ZMOWA MILCZENIA

    W listopadzie 1978 roku przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu (z siedzibą w Sandomierzu), ruszył proces. Sala rozpraw zapełniała się niemal dzień w dzień, co przy dzisiejszych przepisach prawnych, jest praktycznie niemożliwe. Ba, niektóre posiedzenia odbywały się nawet w wolne (kiedyś były też robocze) soboty.

    - Część zastraszonych świadków całkowicie zmieniła zeznania złożone w śledztwie. Oskarżeni nie przyznawali się do winy. Odmawiali składania wyjaśnień. Nie oświadczali się - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner, pełnomocnik rodziny zamordowanych.
    Pięcioosobowy skład orzekający z przewodniczącym sędzią Markiem Maciągiem, nie miał jednak zamiaru biernie patrzeć na jawne kłamstwa. Na pewien czas wyłączono nawet jawność posiedzeń, aby rodziny oskarżonych nie słyszały, co zeznają świadkowie.

    To także nie pomagało, dlatego sąd zaczął nakładać kary na świadków. Najpierw pieniężne, a gdy i te nie skutkowały - zaczęto stosować areszty.

    MÓWIĆ, CZY SIEDZIEĆ?

    - Niektórzy świadkowie zaraz po wyjściu z sali rozpraw zakuwani byli w kajdanki i trafiali do aresztu. Dla niektórych jednak strach przed Sojdą był większy, niż groźba kilkuletniej odsiadki - mówi sędzia Edward Loryś, prezes Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu.

    To właśnie sędzia Loryś przed laty, jako sędzia Sądu Wojewódzkiego w Tarnobrzegu, rozpoznawał sprawy świadków "sprawy połanieckiej" oskarżonych o fałszywe zeznania i zatajanie zbrodni. - Z tego, co pamiętam, zapadały wtedy kary nawet siedmiu, ośmiu lat pozbawienia wolności - wspomina prezes tarnobrzeskiej "okręgówki".

    W sumie za złożenie fałszywych zeznań przed sądem, ukaranych zostało 18 świadków. Większość z nich spędziła za kratkami kilka lat, jak choćby wspomniany wcześniej Maciej Wysocki czy Henryk Witek. Ale byli też tacy, którzy po odsiedzeniu kilku dni przychodzili po rozum do głowy i składali wniosek o ponowne przesłuchanie. Powiedzieli prawdę i wrócili do domów. Zmowa milczenia została przerwana.

    CZTERY RAZY ŚMIERĆ

    Po trwającym dokładnie rok procesie, 10 listopada 1979 roku Sąd Wojewódzki w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu wydał wyrok: 51-letni Jan Sojda - kara śmierci, 37-letni Józef Adaś - kara śmierci, 30-letni Jerzy Socha - kara śmierci, 31-letni Stanisław Kulpiński - kara śmierci. Henryk Witek skazany został na pięć lat więzienia.

    Wyrok nie był jednak prawomocny, a obrońcy oskarżonych nie mieli zamiaru pozwolić na wysłanie ich klientów na szubienicę. Jak się wkrótce okazało, ich starania częściowo przyniosły korzystny dla dwóch oskarżonych skutek.

    Warto nadmienić, że obrońcami Sojdy, Adasia, Sochy i Kulpińskiego byli już wówczas bardzo znani adwokaci, między innymi Zbigniew Dyka (późniejszy minister sprawiedliwości), czy nieżyjący dziś znany obrońca w procesach politycznych, mecenas Władysław Siła - Nowicki.

    Niedawno na tym ostatnim cieniem położyły się podejrzenia rzucane przez niektórych Zaporczyków (członków oddziału partyzanckiego pochodzącego z Tarnobrzega Hieronima Dekutowskiego). Według nich to właśnie Siła - Nowicki miał wydać "ubekom" Dekutowskiego, pseudonim Zapora.

    SKORO NIEWINNI, TO...

    Gdy obrońcy skazanych na karę śmierci mieli w rękach pisemne uzasadnienie wyroku, liczące bagatela 646 stron maszynopisu, złożyli rewizję do Izby Karnej Sądu Najwyższego. To była wówczas druga instancja, rolę której spełniają obecnie Sądy Apelacyjne.

    Adwokaci w stustronicowej apelacji wytknęli prokuratorom, milicjantom i wreszcie sędziom szereg błędów. Główne zarzuty przez nich wysuwane to wymuszanie od świadków zeznań siłą i pod groźbą aresztowania, niedopuszczanie przed oblicze sądu świadków mogących wskazać nowe okoliczności, prowadzenie wizji lokalnej tak długo, że aż zasłabł jeden z obrońców. - Skoro adwokaci twierdzili, że oskarżeni byli niewinni, to kto zabił? No kto? - pyta retorycznie Zdzisława Kalita, matka i teściowa pomordowanych ludzi. - Gdyby naprawdę byli bez winy, to nie musieliby pieniędzmi zamykać ust ludziom.

    Na niekorzyść Sojdy przemawia też między innymi przechwycony gryps, który pisał do żony. "(...) Niech w sądzie zmieni zeznania i podtrzyma to, że byłem podczas pasterki w domu i to koniecznie (...)".

    PRZEKAZANI KATU

    5 lutego 1982 roku w Sądzie Najwyższym zapadł wyrok. Wobec Jana Sojdy i Józefa Adasia utrzymane zostały kary śmierci, skazanym Jerzemu Sosze i Stanisławowi Kulpińskiemu sąd zamienił "kaesy" (tak w nomenklaturze sądowej określana jest kara śmierci) na odpowiednio 25 i 15 lat pozbawienia wolności. Wyrok dla Henryka Witka został utrzymany.

    Z prawa łaski nie skorzystała Rada Państwa. 23 listopada tego samego roku, w Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich w Krakowie, dwaj skazańcy zostali przekazani katu. Wyrok wykonano poprzez powieszenie, w obecności lekarza, naczelnika więzienia i prokuratora Franciszka Bełczowskiego. Podobno przed egzekucją miało też miejsce coś dziwnego, ale nikt otwarcie o tym mówić dziś nie chce. - Powiem tylko tyle, że to, co się tam wydarzyło, bezspornie świadczyło o tym, że obaj skazani byli winni - mówi anonimowo jeden z naszych rozmówców.

    Wątpliwości co do winy oskarżonych wciąż ma ich obrońca, mecenas Zbigniew Dyka:
    - Często wracam myślami do tej sprawy, bo choć robiłem wszystko, nie udało mi się ocalić dwóch głów. I żałuję, że sądowi nie udało się wyjaśnić wielu wątpliwości - mówi mecenas Dyka z Krakowa. - Ten proces, co by o nie mówić, nie był uczciwy, bo pozbawiono świadków ich świętego prawa do swobodnego składania zeznań.

    W 1992 roku Dyka, już jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny wystąpił do Sądu Najwyższego o rewizję nadzwyczajną wyroku w "sprawie połanieckiej". W sprawę rodziny skazanych angażowały też Episkopat Polski. To też nie pomogło. W lutym 1993 roku Sąd Najwyższy odrzucił wniosek o rewizję, jako "oczywiście bezzasadny".
    Kilka miesięcy później o ministrze zrobiło się głośno, gdy spóźnił się na głosowanie w sprawie wotum nieufności dla premier Hanny Suchockiej. Jej rząd przepadł większością jednego głosu.

    STRACENI ZA NIEWINNOŚĆ?

    Wchodząc na podwórze rodziny Sojdów, czuję się jakoś dziwnie. Nie wiem czego się spodziewać. Przy budzie ujada pies. Z dużego, ładnie tynkowanego domu wychodzi około 60-letni mężczyzna. To Stanisław Kulpiński. - Nie chcę o tym rozmawiać. Dziennikarze wysłuchają, przytakną, a potem napiszą te bzdury, które są w aktach. Ja za niewinność siedziałem w więzieniu jedenaście i pół roku - mówi zięć "króla" Zrębina. - A szwagier Socha siedział trzy lata dłużej. Teraz w Krakowie mieszka.

    Nawet się nie dziwię, że próbuje mnie odprawić z kwitkiem. Dotychczas nie rozmawiał z żadnym dziennikarzem. Nagle jednak otwierają się drzwi wejściowe do domu i wygląda przez nie kobieta. Gdy dowiaduje się, o co chodzi, ku mojemu zaskoczeniu zaprasza do środka. Tam jestem jeszcze bardziej zdziwiony. Przy stole w kuchni siedzi żona Sojdy, żona Adasia, Kulpińska, Kulpińskich córka z dzieckiem...

    - Mój Boże, chłopy zostały stracone za niewinność. Mojego powiesili za to, że w wigilię spał ze mną pod pierzyną - mówi prawie płacząc Sojdowa.

    DZIADZIUŚ BYŁ W DOMU

    Następne dwadzieścia minut to przeplatające się monologi. Najwięcej głosu zabiera Anna Kulpińska, która w czasie wigilii 1976 roku miała niespełna rok. Przebieg zdarzeń zna z opowiadań rodziny. A może powiedzieli jej to, w co sami chcieliby wierzyć? - Dziadziuś i tatuś tego nie zrobili. Dziadziuś był w domu, nie był w żadnym Połańcu, mną się opiekował. A tatuś był z mamusią w kościele - mówi wnuczka Sojdy.

    Podobnie mówią pozostałe kobiety. Mówią o dramacie ich rodzin, o dzieciach wychowywanych bez ojców, o nieprzespanych nocach, niesprawiedliwości sądu, milicjantach i prokuratorach biciem zmuszających świadków do zeznań. - Napisz pan, panie drogi, że niewinnych ludzi skazali na śmierć - mówi Adasiowa. - Czy gdyby to wszystko była prawda, to mieszkalibyśmy w Zrębinie? Z ludźmi się odzywamy, bo wiedzą, że nasze chłopy niewinne były. Niech pan ich zapyta.

    Podają nazwiska, adresy. Na bieżąco weryfikuję te dane. To świadkowie, którzy trafili do aresztu za fałszywe zeznania w sądzie. - Oni właśnie w sądzie prawdę mówili, a wcześniej zeznawali tak, jak im kazali śledczy - mówi Kulpińska.

    Słucham, siedzą przy stole naprzeciw Kulpińskiego. Patrzę w oczy człowiekowi, który w ocenie wielu osób nie powinien już żyć. Po głowie kołacze się myśl: a może jest niewinny? Bo czy można tak dobrze kłamać patrząc prosto w oczy?

    CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

    "Sprawa połaniecka" wciąż kryje sporo tajemnic, odpowiedzi na większość z nich już nie uda się znaleźć. Dlaczego nowy i nie zniszczony autobus san przeznaczono na kasację już dwa tygodnie po "wypadku"? Dlaczego pierwszą sekcję zwłok wykonał lekarz bez uprawnień? Dlaczego milicja dopuściła się kilku innych zaniedbań? Czy zbadano wszelkie wątki, jakie pojawiły się przy okazji sprawy głównej?

    Ciekawi mnie, jak po trzydziestu latach uczestnicy procesu oceniają wyrok. Czy cztery kary śmierci były słuszne? Zdzisława Kalita: - A jakaż może być inna sprawiedliwa kara, gdy ktoś odbiera życie innemu człowiekowi?

    Mecenas Rajmund Aschenbrenner: - Sędzia Marek Maciąg był bardzo dobrym prawnikiem. Nie mam żadnych wątpliwości, że wyrok był sprawiedliwy. Nadkomisarz Janusz Ragan: - Kara była sprawiedliwa. Moim zdaniem powinny zostać wykonane wszystkie cztery "kaesy"...

    Wyjeżdżając ze Zrębina nie mogę się oprzeć wrażeniu, że trzydzieści lat temu zatrzymał się tutaj czas. Wsiadając do samochodu czuję na plecach wzrok ludzi. Jakby wciąż bali się, że za chwilę ujrzą "króla" Zrębina...

    Zbrodnia wciąż fascynuje

    "Sprawa połaniecka" od samego początku budziła ogromne zainteresowanie. Na jej podstawie książki napisali między innymi Hanna Krall, Roman Bratny ("Wśród nocnej ciszy", Wiesław Łuka ("Nie oświadczam się"). Postała też sztuka teatralna i film "Zmowa", kilkanaście prac magisterskich, dziesiątki publikacji prasowych, audycji radiowych i telewizyjnych. Wciąż sprawa ta jest analizowana przez naukowców i adeptów zawodów prawniczych.

    Sprawa w liczbach

    W śledztwie przesłuchano 232 świadków, jednego z nich aż czternaście razy. Trzydziestu ośmiu świadków odwołało pierwotne obciążające zeznania, osiemnastu z nich zostało aresztowanych. W czasie procesu przez sądem przesłuchano ponad 220 osób, najstarszy świadek miał ponad sto lat.

    Rzeźnik bez litości

    W pewnym momencie Jan Sojda, próbując ratować własną skórę, napisał do żony gryps. Karteczka została przechwycona. Niektórzy zarzucają, że gryps został spreparowany przez milicjantów: "(...) nie lituj się nad szwagrem Adasiem, jak rzeźnik nie lituje się nad świnią, gdy ją przerabia na kiełbasy".

    Od autora

    Serdecznie dziękuję wszystkim osobom, które pomogły mi podczas zbierania materiałów do niniejszej publikacji, a które nie zostały w niej wymienione.

    WIKIPEDIA: https://pl.wikipedia.org/wiki/Sprawa_po%C5%82aniecka
    W zalączniczku muzyczka tematyczna

    #kryminalne #kryminalnehistorie #muzyka #blackmetal
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: pheroni, x.........K +9 innych
  •  
    k.....a

    +292

    JonBenet Ramsey

    Liczba dokumentów o sprawie JonBenet Ramsey na YouTube jest przytłaczająca. Historia ta pozostaje w czołówce najdziwniejszych, niewyjaśnionych spraw. Może jednak powinna pozostać w czołówce najbardziej spartaczonych śledztw w historii.

    JonBenet Ramsey przyszła na świat 6 sierpnia 1990 roku w Atlancie. Była drugim dzieckiem Johna i Patsy. John Ramsey kierował dobrze prosperującą firmą graficzną. W 1991 roku ze względów służbowych przeprowadził się z rodziną do Boulder w Kolorado. Patsy Ramsey, Miss Zachodniej Wirginii z roku 1977, zaczęła zapisywać kilkuletnią JonBenet na konkursy piękności. Dziewczynka w swoim krótkim życiu zdobyła wiele tytułów, m.in.: Amerykańskiej Małej Miss, Małej Miss Kolorado, Dziecięcej Gwiazdy, Narodowej Małej Miss i tak dalej, i tak dalej.
    Rodzina Ramsey spędzała Święta Bożego Narodzenia 1996 roku w swojej trzypiętrowej posiadłości w Boulder. W nocy z 24 na 25 grudnia w domu znajdowały się tylko cztery osoby: państwo Ramsey, JonBenet oraz jej dziewięcioletni brat Burke. Według zeznań Patsy Ramsey kobieta wstała wcześnie rano 25 grudnia i odkryła list od porywaczy na blacie w kuchni. List rozpoczynał się słowami:
    „Drogi Panie Ramsey,
    Słuchaj uważnie! Jesteśmy grupą ludzi, którzy reprezentują zagraniczną organizację. Szanujemy pański biznes, lecz nie kraj, któremu służy. Pańska córka znajduje się w naszych rękach. Jest bezpieczna i nie stanie jej się krzywda. Jeśli chcesz, by doczekała 1997 roku postępuj zgodnie z poniższymi warunkami (…)”
    Następnie następowało żądanie wypłacenia 118 tysięcy dolarów. Co ciekawe, jest to kwota identyczna do kwoty premii, jaką otrzymał John Ramsey zeszłego roku. Porywacz poinformował, że zadzwoni pomiędzy godziną 8 a 10 w celu podania miejsca przekazania okupu. Dużą część listu zajmowały ostrzeżenia, że każda próba kontaktu z policją czy nawet znajomymi oznacza automatyczną egzekucję jego córki. List był podpisany literami „S.B.T.C.”.

    Rodzice prędko odkryli, że list nie jest żartem, a JonBenet zniknęła ze swojego łóżka i nie było jej w domu. Pomimo wyraźnych ostrzeżeń rodzice zadzwonili po policję oraz bliskich znajomych. W domu prędko zaczęli pojawiać się bliscy i sąsiedzi. Do domu Ramseyów oddelegowano policjantkę Lindę Arndt, która miała sprawdzić dom i oczekiwać z Ramseyami na telefon od porywaczy. W tym samym czasie John uruchomił procedurę podjęcia pieniędzy z banku, a jego przyjaciel podjął je zaraz po otwarciu placówki. John Ramsey wraz z dwójką przyjaciół przeszukał też pospiesznie wszystkie pomieszczenia domu, ominęli jednak jedną komórkę w piwnicy, ponieważ drzwi zdawały się być zacięte. Oględziny domu nie wskazały żadnych widocznych oznak włamania. Można było jedynie wejść do domu usuwając kratę zakrywającą okna w piwnicy i otwierając jedno z nich poprzez szybę, którą przypadkiem stłukł John kilka miesięcy wcześniej. Minęła godzina 10, jednak nikt nie zadzwonił. Według obserwacji Lindy Arndt, Ramseyowie nie zdawali się być szczególnie zdziwieni brakiem telefonu. Nie rozmawiali też wiele ze sobą, a większość czasu spędzili w osobnych pokojach. Zachowanie to wzbudziło podejrzenia policjantki, jednak należy pamiętać, że człowiek w wyniku szoku i stresu postępuje często w sposób nieoczekiwany. Linda zrobiła obchód z Johnem po domu z nadzieją, że może dostrzeże on jakieś niewidoczne dla niej oznaki włamania. Zeszli do piwnicy i tym razem udało się otworzyć blokujące się wcześniej drzwi. A za nimi, na brudnej podłodze, leżały zwłoki JonBenet Ramsey, owinięte białym kocem. Ręce i nogi dziecka były skrępowane białym sznurkiem, a usta zaklejone taśmą izolacyjną.

    Zatrzymajmy się w tym momencie i wyliczmy wszystkie dotychczasowe błędy. Policja pozwoliła rodzinie i przyjaciołom swobodnie wchodzić oraz wychodzić z domu, prawdopodobnie doprowadzając do zatarcia ważnych śladów. John wyniósł zwłoki dziecka na górę i uwolnił je z więzów oraz taśmy. Należy podkreślić, że policjanci z policji okręgowej w Kolorado z początku podejrzewali rodziców o morderstwo córki i nie przywiązali wystarczającej wagi do zabezpieczenia miejsca zbrodni. W wielu wywiadach, artykułach i dokumentach najbliższe godziny po odkryciu listy z żądaniem okupu, oraz godziny po odkryciu zwłok opisywane są w różny sposób. Nie ma w tym nic dziwnego, bo panowało ogromne zamieszanie, a każdy ze świadków zapamiętuje wydarzenia na swój sposób.
    Sekcja zwłok przeprowadzona 27 grudnia wykazała, że przyczyną śmierci było uduszenie w połączeniu z urazem czaszkowo-mózgowym. Ciało miało kilka otarć na rękach i nogach oraz prawym policzku. Nie było widocznych oznak gwałtu, lecz znaleziono niewielkie otarcia i ślady krwi w pochwie, więc nie wykluczono oznak molestowania seksualnego, mimo iż owe ślady nie były typowe dla gwałtu. Ciało JonBenet nie nosiło żadnych śladów nadużycia, zaniedbania czy wcześniejszego molestowania, co mogłoby stawiać rodziców w złym świetle. Dziewczynka została uduszona pętlą wykonaną ze sznurka połączonego z rączką pędzla zabranego z pokoju JonBenet. Śledczy zwracają uwagę, że pętla została wykonana przez kogoś znającego się na węzłach. Analiza treści żołądka wykazała, że dziewczynka tuż przed śmiercią jadła ananasy, jednak rodzice zaprzeczyli, aby karmili nimi JonBenet. Na zdjęciach wykonanych w domu Ramseyów w dniu zbrodni można dopatrzeć się otwartej puszki z ananasami. Żeby było ciekawiej znaleziono na niej odciski palców brata ofiary, Burke’a. Jednak rodzice są przekonani, że ich syn spał całą noc swoim pokoju i przez początkowe godziny poszukiwań JonBenet.
    Na piżamie dziewczynki znajdowały się niewielkie ślady krwi oraz moczu. JonBenet często moczyła łóżko w nocy i to samo przydarzyło jej się w noc przed śmiercią, o czym świadczy zmoczone plastikowe prześcieradło.
    Patsy i John Ramsey szybko stali się najbardziej znienawidzoną parą Ameryki. Oskarżano ich o wykorzystywanie córki poprzez wożenie ją po konkursach piękności i odbieranie tym sposobem dzieciństwa. Umalowana twarz JonBenet zdobiła pierwsze strony wszystkich gazet. Powstała teoria, że Patsy wstała w nocy, zbudzona przez JonBenet, która zmoczyła łózko i w przypływie nieopanowanej złości zabiła dziewczynkę. Wszystkie późniejsze zabiegi miały na celu upozorowanie nieudanego porwania. Silnym dowodem przeciw Patsy był rzekomy list od porywaczy. Kilka analiz grafologicznych wykazało bardzo wyraźnej podobieństwo pomiędzy pismem porywacza a pismem Patsy. Rodzice jednak obstawili przy swojej niewinności i wynajęli nawet byłego agenta FBI, by przeprowadził dla nich prywatne śledztwo.

    Zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy nad tym nawałem informacji. Jeżeli rozważymy teorię Patsy-morderczyni to mamy do czynienia z matką, która w gniewie bije swoją córkę z powodu moczenia łózka. Możemy też rozważyć, że Patsy podjęła próby przebrania córki, lecz ta w wyniku nieszczęśliwego wypadku uderzyła o coś głową i doznała poważnych obrażeń. Patsy była zapewne kobietą przejmującą się opinią innych i wizja zostania kimś, kto zabił przypadkiem własne dziecko mogła doprowadzić ją do nieracjonalnego działania i podjęcia prób upozorowania porwania. Jednak nie zapominajmy, że JonBenet została uduszona z zimną krwią za pomocą przemyślanej pętli. Patsy musiałaby być osobą niezwykle wyrachowaną, żeby tym sposobem dobić własne dziecko. Dziecko, które w opinii wszystkich bliskich kochała nad życie.
    Próba upozorowania włamania i ataku kojarzy mi się trochę ze sprawą Rity Gorgonowej. Rita zabijając swoją pasierbicę spenetrowała palcem jej pochwę w celu upozorowania gwałtu. Niewielkie obrażenia JonBenet wspomniane wyżej mogą świadczyć o czymś podobnym. Na taśmie zdjętej z ust dziewczynki nie ma śladów śliny czy prób odklejenia taśmy, co oświadczy o tym, że dziewczynka była cały czas nieprzytomna lub że taśma została naklejona po jej śmierci.
    Jednak jesteśmy zmuszeniu porzucić na razie teorię rodziców-morderców.
    Dzięki stale rozwijającym się metodom medycyny sądowej w 2003 roku udało się wyodrębnić z plam krwi na ubraniu ofiary DNA nieznanego mężczyzny. Ślady znajdowały się w trzech różnych miejscach i nie mogło być mowy o przypadku. Odwróciło to zupełnie uwagę od Johna i Patsy, którzy po prawie 10 latach otrzymali list z przeprosinami od policji Kolorado. Jednak wyodrębnione DNA nie znajdowało się z żadnej z dostępnych baz i śledztwo znów utknęło w miejscu.
    W 2006 roku gazety ogłosiły zakończenie sprawy JonBenet. Czterdziestojednoletni były nauczyciel, skazany wcześniej za posiadanie dziecięcej pornografii, John Mark Karr, przyznał się do morderstwa. Został aresztowany w Tajlandii po wysłaniu kilku e-maili z przyznaniem się do winy do dziennikarza w Kolorado. Podczas przesłuchania zeznał, że podał dziewczynce narkotyki i molestował ją, jednak jej śmierć była wypadkiem. Nie zgadzało się to zupełnie z autentycznym stanem rzeczy, ponieważ autopsja wykluczyła obecność jakichkolwiek narkotyków. DNA John Marka Karra nie pasowało również do DNA wyodrębnionego z ubrania dziewczynki. Karr został zwolniony, a prasa ogłosiła, że morderca dziewczynki jednak wciąż pozostaje na wolności.

    Teoria, jakoby rodzice byli mordercami zdała się legnąć w gruzach. Gdzie zatem poszukiwać mordercy? Zastanówmy się nad przebiegiem teoretycznego porwania. Ktoś włamuje się do domu Ramseyów poprzez okno w piwnicy, ogłusza dziewczynkę, knebluje i schodzi z nią do piwnicy, po drodze zostawiając list z żądaniem okupu. W piwnicy dochodzi do jakiegoś wypadku lub napastnik zmienia zdanie i morduje JonBenet używając do tego między innymi pędzla, który zabrał z jej pokoju. Wszystko wydaje się chaotyczne i improwizowane, nie jak zorganizowane porwanie przez jakąś tajemniczą organizację. Idąc dalej tym tokiem myślenia, morderca musiał znać dobrze układ pokoi w dużym domu Ramseyów. Musiał znać Ramseyów osobiście i być tam wcześniej. Możliwe też, że włamał się do domu wcześniej, na przykład w ciągu dnia i ukrywał w którymś z pomieszczeń. Jednak to wszystko wydaje się niezwykle ryzykowne, po co włamywać się do pełnego domu w czasie świąt, gdy można łatwiej uprowadzić dziewczynkę w drodze do szkoły lub w czasie, gdy w domu jest mniej świadków?

    Dwie główne teorie – zarówno nieudane porwanie jak i morderstwo dokonane przez rodziców zdają się nie mieć uzasadnienia. Do kogo należy zagadkowe DNA? Dlaczego list z żądaniem okupu jest napisany pismem łudząco przypominającym pismo Patsy? Czy możliwe, aby morderca naśladował jej styl celowo?

    Zastanawia mnie osoba Burke’a Ramseya. Od początku był chroniony przez rodziców przed zainteresowaniem mediów. Jednak ten odcisk palca na puszce z ananasami... To on musiał być tym, który karmił siostrę przed śmiercią. Są informacje, że chłopiec został przesłuchany, jednak nie ma o tym zbyt wielu informacji. Winy 31-latka nie wyklucza przyjaciółka rodziny, 64-letnia Judith Phillips. Kobieta twierdzi, że zdarzało jej się widzieć jak chłopcu puszczały nerwy.
    Gdy Burke przyszedł na świat był oczkiem w głowie Patsy. Później pojawiła się mała dziewczynka, która skradła uwagę wszystkich. Mógł poczuć się o nią zazdrosny powiedziała. Kobieta wspomina także, że rok przed zabójstwem brat uderzył JonBenet kijem golfowym, zostawiając jej bliznę na policzku. Twierdzi również, że po śmierci 6-latki Ramseyowie zabronili przyjaciołom rozmawiać z policją i dziennikarzami.
    Zgadzam się z teorią, że Burke mógł zabić JonBenet. Nie sądzę jednak, by tego chciał. Myślę, że Patsy zrobiła co w jej mocy, by ochronić jedyne żyjące dziecko. Myślę, że to ona napisała list z żądaniem okupu podczas gdy John odegrał scenę w piwnicy powiedziała „The Sun” Judith Phillips. Jednak zagadkowe ślady krwi burzą tę odważną teorię. Czy możliwe, by ślady krwi też zostały sfingowane?
    Patsy Ramsey zmarła w 2006 roku na raka jajników, z którym walkę rozpoczęła jeszcze za życia córki. John Ramsey w 2011 ożenił się ponownie i żyje w Michigan. Nie ma zbyt wielu informacji o losach Burke’a.
    Śledztwo zostało ponownie otwarte w 2013 roku, jednak nie przyniosło nowych tropów.
    JonBenet Ramsey miałaby dziś 28 lat.

    #kryminalne #kryminalnehistorie
    pokaż całość

    źródło: ww3.jpg

  •  
    k.....a

    +36

    Zaginięcie Madeleine McCann

    Poszukiwania Madeleine McCann odbiły się echem na całym świecie. Podobne reakcje wywołała między innymi sprawa JonBenet Ramsey. Algarve to malowniczy region na samym południu Portugalii. Malownicze miasteczka i położone tuż
    nad oceanem i klifowe wybrzeża przyciągają turystów z wielu krajów, między innymi z Wielkiej Brytanii.
    W maju 2007 roku Kate i Gerry McCann spędzali wakacje ze swoją trzyletnią córką Madeleine i dwoma młodszymi synami bliźniakami w Praia da Luz w Algarve. McCannowie byli z wykształcenia lekarzami w dobrej sytuacji materialnej, kochali swoje dzieci i nie było oznak, by źle je traktowali. Czas w Portugalii spędzali głównie ze swoimi pozostałymi przyjaciółmi z Wielkiej Brytanii i ich dziećmi. W czasie swojego pobytu zawsze spotykali się wieczorem około godziny 20 na kolację w restauracji w ośrodku wypoczynkowym, w którym przebywali, zostawiając swoje dzieci śpiące w apartamentach zaledwie 50 metrów dalej. McCannowie zajmowali narożny apartament na parterze. Do mieszkania można dostać się na dwa sposoby: poprzez szklane drzwi w salonie wychodzące na tereny ośrodka wypoczynkowego, gdzie znajdowały się między innymi basen, korty tenisowe i restauracja, oraz przez drzwi z drugiej strony mieszkania wychodzące na ulicę. Madeleine spała wraz z braćmi w jednej z dwóch sypialni.

    W czwartek, 3 maja, w czasie śniadania Madeleine zapytała, dlaczego nikt do nich nie przyszedł, gdy wczoraj w nocy ona i jej brat płakali. Pytanie nie zostało potraktowane poważnie, ale w świetle późniejszych wypadków rodzice zaczęli podejrzewać, że ktoś mógł próbować dostać się do mieszkania noc wcześniej. Kate zauważyła również na bluzce od piżamy Madeleine dużą brązową plamę, którą wtedy zignorowała. Dzieci spędziły poranek w hotelowym klubie dla dzieci, gdy rodzice spędzali czas z przyjaciółmi. Popołudnie rodzina bawiła się razem nad basenem, wtedy też Kate zrobiła ostatnie zdjęcie Madeleine. McCannowie położyli dzieci spać około godziny 19. O godzinie 20:30 udali się na kolację w restauracji oddalonej o 50 metrów od ich mieszkania. Wcześniej tego dnia pracownicy hotelu zostawili zapytanie w ogólnodostępnej hotelowej książce kontaktowej, czy powinni ponownie zarezerwować dla nich stolik blisko ich apartamentów, by mogli doglądać dzieci. McCannowie sądzą, że porywcze mogli widzieć notatkę.
    McCannowie i ich przyjaciele średnio co pół godziny sprawdzali, czy u dzieci wszystko w porządku. Drzwi od strony restauracji i basenu można było zamknąć tylko od środka, więc pozostawili je niezamknięte. Gerry zaszedł do mieszkania około godziny 21 i zastał wszystko w najlepszym porządku. Zastanowiły go tylko drzwi do pokoju dzieci, które zastał szeroko otwarte, a był pewien, że zostawił je zamknięte. Zamknął je z powrotem i wrócił do przyjaciół.
    O godzinie 21:30 Kate chciała pójść zajrzeć do dzieci, ale jeden z przyjaciół obecnych przy stole, Matthew Oldfield, zaoferował, ze zajrzy do nich po drodze do swoich dzieci. W apartamencie McCannów panowała cisza. W pokoju dzieci światło było zgaszone, więc nie zajrzał do pokoju i nie widział, czy Madeleine wciąż tam była. Jednak drzwi były ponownie otwarte, mimo iż Gerry McCann zamknął je pół godziny wcześniej. O 22:00 to Kate poszła do dzieci. Zobaczyła, że drzwi do pokoju są otwarte i chwyciła klamkę, by je zamknąć, jednak te zatrzasnęły się same z hukiem, jakby w mieszkaniu był przeciąg. Weszła do pokoju i zobaczyła, że okno w pokoju dzieci jest teraz otwarte, a Madeleine zniknęła ze swojego łóżka. Bliźnięta wciąż spały w swojej kołysce. Po prędkim przeszukaniu mieszkania pobiegła z powrotem do restauracji, krzycząc, że ktoś zabrał Madeleine. Zaraz potem Gerry poprosił Matthew Oldfielda, by pobiegł do recepcji wezwać policję. W ciągu nocy 60 osób, a wśród nich pracownicy hotelu i goście przeszukali całą okolicę sądząc początkowo, że Madeleine sama opuściła pokój. Policja przeszukała też wszystkie studnie, opuszczone budynki i inne niebezpieczne miejsca, jednak bez skutku.

    Pomimo upływu lat wciąż nie wiadomo, co dokładnie zaszło w apartamencie McCannów. Wiele osób oskarża rodziców Madeleine o jej zaginięcie. McCannowie wielokrotnie występowali w mediach prosząc o pomoc i odpowiadając na pytania dziennikarzy. Sprawiali wrażenie ludzi spokojnych, opanowanych i statecznych, co wiele osób odebrało jako dowód ich winy. Wedle powszechnej opinii, Madeleine miała ulec wypadkowi i umrzeć, a rodzice, bojąc się odpowiedzialność, ukryli jej ciało. Ostatnią osobą, która miała widzieć Madeleine był jej ojciec. Jeżeli jego zeznanie jest prawdą, do porwania doszło pomiędzy godziną 21 i 22, ponieważ Matthew Oldfield nie widział, czy dziewczynka była w mieszkaniu, gdy zaszedł tam o 21:30.
    Początkowo sądzono, że Madeleine została zabrana zaraz po tym, jak Gerry McCann opuścił apartament. Jane Tanner, jedząca kolację razem z McCannami, opuściła stół zaraz po Gerrym, by sprawdzić swoje dzieci. W wąskiej uliczce minęła Gerry'ego, który wracając od swoich dzieci zatrzymał się, by porozmawiać z innym gościem hotelu. Mężczyźni nie pamiętali, by Jane ich minęła, więc jej zeznanie długo było traktowane jako nieprawdziwe. Tanner zbliżając się do mieszkania McCannów zobaczyła mężczyznę niosącego śpiące dziecko, który wyłonił się zza rogu i oddalił się od hotelu. Nie widziała twarzy jego ani dziecka, ale zapamiętała, ze dziecko było bose. Szkic mężczyzny pojawił się potem wielokrotnie w mediach. Jednak w 2013 roku udało się wyjaśnić, że osobą, którą widziała wtedy Jane był inny wczasowicz, który odebrał swoją córkę po wieczornej zabawie w klubie dla dzieci. Około godziny 22 w odległości około 500 metrów, para innych turystów, Mary i Martin Smith, widziała mężczyznę niosącego śpiącą dziewczynkę. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby nie czuł się komfortowo niosąc dziecko i oddalał się w kierunku plaży. Według policji istnieje duże prawdopodobieństwo, że to właśnie Mary i Martin widzieli porywacza. Wiele osób zeznało, że widziało różnych mężczyzn zachowujących się dziwnie w pobliżu
    apartamentu McCannów 3 maja i w dniach poprzedzających porwanie. Do drzwi apartamentów pukał między innymi mężczyzna mówiący, że zbiera pieniądze na sierociniec. Bardzo możliwe, że był to ktoś kto robił rekonesans. 3 maja popołudniu dwóch mężczyzn było widzianych na balkonie apartamentu 5C zaraz obok apartamentu McCannów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że 5C nie było w tym czasie wynajęte i teoretycznie nikt nie powinien był tam przebywać (mam nadzieję, że policja dobrze to sprawdziła i nie byli to pracownicy hotelu). Około godziny 18 tego samego dnia, widziano mężczyznę stojącego na schodach do mieszkania McCannów. O godzinie 23 dwóch mężczyzn było widzianych kłócących się na ulicy niedaleko miejsca porwania. Gdy zdali sobie sprawę, że zostali zauważeni przez świadków ściszyli głosy i odeszli. Nie wiadomo, czy te zdarzenia są ze sobą połączone.

    W początkowych fazach śledztwa policja popełniła wiele kardynalnych błędów. Miejsce zdarzenia nie zostało odpowiednio wcześnie zabezpieczone, a technicy policyjni badali mieszkanie bez odpowiedniej odzieży ochronnej.
    McCannowie składali początkowo zeznania poprzez tłumacza, co sprawiało, że zeznania nie były dokładne i doprowadzały do nieporozumień. Zagadkowe okazało się otwarte okno. Sugerowało, że ktoś dostał się do środka otwierając okno, jednak McCannowie byli pewni, że okno było dokładnie zamknięte i można je było otworzyć jedynie od wewnątrz. Z zewnętrznej strony nie było żadnych oznak włamania. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że to Madeleine otworzyła okno chcąc uciec lub zawołać o pomoc, gdy usłyszała, że ktoś niepożądany wtargnął do mieszkania. Według niektórych teorii to Kate McCann otwarła okno, by upozorować porwanie.
    W lipcu 2007 roku brytyjski detektyw przywiózł na miejsce zdarzenia dwa psy, z których jeden był wyszkolony w tropieniu zapachu zwłok, a drugi w zapachu krwi. Oba psy wyczuły coś w mieszkaniu wynajętym przez McCannów. Jeden z psów wyczuł zapach zwłok w bagażniku i środku samochodu wynajmowanym przez McCannów w trakcie pobytu. Pies zaalarmował też detektywów, gdy powąchał ubrania Kate McCann. Brzmi poważnie? Niestety nic z tego nie jest niezbitym dowodem. Kate McCann pracowała jako lekarz rodzinny i wielokrotnie miała do czynienia ze zmarłymi. Z wynajmowanego auta korzystała przed McCannami niezliczona liczba osób. Tak samo jak z mieszkania, które zajmowali. Wszystkie oskarżenia zostały obalone przez adwokata McCannów.
    Jednak w samochodzie znaleziono też DNA Madeleine, w czym nie byłoby nic dziwnego, ponieważ zostawiamy nasze DNA praktycznie wszędzie, gdzie przebywamy, jednak auto zostało wynajęte po zniknięciu Madeleine.
    Dla podsumowania: jeżeli to McCannowie zabili Madeleine, musieli ukryć jej ciało na przynajmniej dwa tygodnie na terenie hotelu, by później wynająć auto i wywieźć je w inne miejsce. Wydaje się to wręcz niemożliwe, w sytuacji, gdy policja i wszyscy wokół stale ich obserwują. Cały teren hotelu został również dokładnie przeszukany, więc ciało musiałoby być niezwykle dokładnie ukryte. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że DNA Madeleine po prostu znajdowało się na rzeczach i ubraniach McCannów i przeniosło się razem z nimi do samochodu.
    Inną popularną teorią jest, że Madeleine została porwana przez siatkę pedofilii. Co jakiś czas w mediach wypływa informacja, że dziewczynka podobna do Madeleine była widziana w różnych częściach świata. Zagadkowi mężczyźni widziani na terenie hotelu zdają się potwierdzać tę tezę. Możliwe też, że dziewczynka miała zostać porwana dla okupu, jednak coś poszło nie tak i doszło do jej śmierci.

    #kryminalne #kryminalnehistorie
    pokaż całość

  •  
    Pooodi

    +43

    "Zbrodnia sprzed pół wieku"

    Zabójstwo ośmioletniego Sławka sprawiło, że drzwi sądu na Placu Dąbrowskiego szturmowały tłumy łodzian

    Ta zbrodnia wstrząsnęła Łodzią początków lat 60. O zabójstwie 8-letniego Sławka mówili wszyscy. Gdy odbywał się proces jego mordercy, przed sąd na Placu Dąbrowskiego przybyły tłumy łodzian. Szturmowali drzwi, by dostać się na sale sądową. "Dziennik Łódzki" donosił, że takiego zabójstwa nie było w Polsce od czasów wojny.

    Dziś na Rogach mało kto pamięta o tej sprawie. Przez ten czas powstały tam setki nowych domów. Kiedyś stało ich tam znacznie mniej. W jednym z nich mieszkała rodzina Sławka Niewiadomskiego. Jego rodzice byli robotnikami, żyli skromnie, mieli trochę ziemi, krowę. Ich sąsiadem był mieszający samotnie w pobliżu Władysław Dębski, 58-letni urzędnik.

    21 kwietnia 1962 roku przypadała Wielka Sobota. Tego dnia Sławek bawił się w okolicy. Około godz. 18 przyszedł do swojej matki, Janiny. Przyniósł jej 20 zł. Powiedział, że po drodze spotkał sąsiada, który prosił by przynieść mu dwa litry mleka. Matka odparła, że mleka nie ma. Kazała Sławkowi odnieść pieniądze. Chłopiec pobiegł do mieszkającego niedaleko sąsiada. Janina znała Dębskiego. Kiedyś systematycznie sprzedawała mu mleko.

    Około godz. 20 kobieta zaniepokoiła się, że syn nie wraca do domu. Zaczęła go szukać. Odwiedzała kolegów, ale dziecka nie było. Kilku powiedziało, że widzieli jak Sławek wchodził do domu Władysława Dębskiego. Nikt nie zauważył, by z niego wychodził.

    Jarosław Warzecha i Adam Antczak opisali tę sprawę w książce "Pitaval łódzki". Udało im się jeszcze zajrzeć do akt tej sprawy, a przez to dotrzeć do wielu ciekawych szczegółów.

    - Dziś akta tej sprawy są na pewno spalone! - twierdzi Adam Antczak.

    Około godz. 22 zrozpaczona matka pojawiła się w drzwiach mieszkania Dębskiego. Z akt wynika, że Janina Niewiadomoska zauważyła, iż z komina wypadają kłęby duszącego dymu. Podeszła do okna. Spuszczone były żaluzje. Przez szpary zauważyła, że w pokoju pali się światło. Zaczęła pukać, ale nikt nie otworzył jej drzwi. Kobieta wróciła do domu. Po około godzinie odwiedziła jednego z sąsiadów i opowiedziała mu, co się wydarzyło. Razem poszli do Dębskiego. Pukali w okno, prosili, by otworzył drzwi. Po jakimś czasie pojawił się na werandzie. Nie otworzył drzwi.

    - Przez szyby widzieli oświetloną z tyłu postać - piszą Jarosław Warzecha i Adam Antczak. - Janinie Niewiadomskiej wydawało się, że Dębski jest nagi. Sąsiad nie odniósł takiego wrażenia.

    Matka przez drzwi zapytała Dębskiego, czy Sławek oddał mu 20 zł.

    - Żadnego dziecka nie wysyłałem po mleko! - odpowiedział Dębski. Miał pretensje, że sama matka chłopca nie przyniosła mu mleka.

    Niewiadomska i sąsiad opuścili dom Dębskiego. Matka pomyślała, że może Sławek poszedł na telewizję. Chodził do sąsiada, który mieszka na ul. Uzdrowiskowej. Syna tego dnia tam nie było... Wtedy sąsiad poradził, by zawiadomiła milicję. Tak też zrobiła. Przed domem Dębskiego pojawiło się trzech milicjantów. Tym razem światło było zgaszone. Dosyć długo dobijali się do drzwi. Po pół godzinie usłyszeli głos gospodarza.

    - Przyjdźcie rano, to sobie wypijemy, teraz nie otworzę - miał powiedzieć. Potem tłumaczył, że nie otworzył drzwi, bo myślał, że to jego sąsiad. Przychodził do niego na wódkę. Pukał i przedstawiał się jako milicja. A tego dnia Dębski nie miał ochoty na alkohol.

    Milicjanci odeszli. Wrócili pod dom Dębskiego około godz. 4.30, powoli świtało. Znów nikt nie otwierał drzwi. Milicjanci postanowili je wyważyć. Byli na werandzie, gdy pojawił się Dębski, w zimowym płaszczu założonym na gołe ciało.

    Milicjanci weszli do środka. Zeznawali potem, że w mieszkaniu było bardzo gorąco, a na całej podłodze leżało pierze. Zdziwili się, bo na dworze było bardzo ciepło. Dębski tłumaczył, że ma reumatyzm, więc grzeje w piecu. Poza tym szykując się do malowania umył ściany i teraz chce je wysuszyć. Było widać, że jest zdenerwowany, trzęsły mu się ręce. Milicjantom powiedział, że w sobotę nie widział Sławka, nie wysyłał po mleko, nie dawał żadnych pieniędzy. Ale milicjanci zauważyli na podłodze, w pobliżu pieca na koks, ślady przypominające krew. Dębski zaraz wytłumaczył, że zaciął się przy goleniu. Ale za chwilę zauważyli kolejne krople krwi. Wtedy postanowili zabrać Dębskiego na komendę. W czasie przesłuchania do niczego się nie przyznawał. W pewnej chwili chwycił śrubokręt i zadał sobie cios w brzuch.

    Trafił do więziennego szpitala.

    Tymczasem ekipa śledcza przyjechała do domu Dębskiego. Zauważono cynkową wanienkę ze śladami krwi. Jak piszą Jarosław Warzecha i Adam Antczak, na jej brzegach były ślady wgnieceń, prawdopodobnie od siekiery. Milicjanci znaleźli plamy krwi na futrynie drzwi prowadzących do pokoju, widać je też było na papierze leżącym na węglu, węglarce. W pokoju stały dwa piece - jeden na koks i kaflowy opalany węglem. Były tak gorące, że nie można było ich dotknąć ręką. Kiedy jednak zajrzano do środka pieca kaflowego zauważono tam zwęglone kości. Biegły rozpoznał ludzkie żebra, sklepienia czaszki, miednicy, kości kręgów. Miały też pochodzić od małego człowieka.

    Władysław Dębski urodził się w 1904 roku w Łodzi. Miał dobrą posadę. Pracował jako inspektor w Wydziale Finansowym Prezydium Dzielnicowego Rady Narodowej Łódź-Śródmieście. Pochodził z wielodzietnej, robotniczej rodziny. W 1924 roku ukończył szkołę handlową. Swoją karierę w łódzkiej Izbie Skarbowej zaczynał od posady gońca. Ale już po roku został urzędnikiem. Potem poszedł do wojska, gdzie dosłużył się stopnia kaprala. Po powrocie z wojska znów pracował w łódzkiej Izbie Skarbowej. Nie miał dobrych układów, więc nie mógł liczyć na awans. Kiedyś urząd wizytował Felicjan Sławoj-Składkowski. Tego dnia Dębski spóźnił się do pracy. Za karę został zdegradowany. Trafił do urzędu w Łęczycy. Przed wojną miał kilkuletni romans z Niemką. Jak podają autorzy "Pitavalu łódzkiego", kobieta była dwa razy w ciąży, ale je usunęła. Potem poznała Niemca, wyszła za mąż i zerwała kontakt z Dębskim.

    We wrześniu 1939 roku brał udział w ewakuacji Izby Skarbowej. Dotarł do Lwowa. Stamtąd wrócił do Pabianic. Został wywieziony na roboty do Niemiec. Układał w Hanowerze tory. Uciekł do Łodzi. Tu został aresztowany i trafił do obozu. Pracował m.in. w majątku koło Wrocławia. Po wojnie trafił do szpitala, leczył nerwy. Wrócił do Łodzi i znów zaczął pracować jako urzędnik skarbowy.

    W 1946 roku na prywatne zamówienie robił tzw. bilans w kwiaciarni. Tak poznał jej właścicielkę Zofię, która została jego żoną. Razem z nią zamieszkał w domu na Rogach. Żona skarżyła się, że już dwa tygodnie po ślubie przychodził do domu pijany. Lubił też wtedy rozbierać się do naga. Po alkoholu stawał się agresywny. Swoje picie tłumaczył pracą. Po kontroli bywał często zapraszany do restauracji. Często gościł w znanej łódzkiej knajpie "Smakosz". Gdy nie pił, był spokojnym, miłym mężczyzną. Tak też zapamiętali go sąsiedzi i znajomi.

    Żona rozwiodła się z Dębskim w 1961 roku. Nie mieli dzieci. On sam je lubił. Jak donosi "Dziennik Łódzki" relacjonując w 1963 roku proces Dębskiego, świadkowie zeznawali, że często częstował je cukierkami, lubił się z nimi bawić, prosił, by nazywały go wujkiem. Dębski był silnym człowiekiem i czasem przez przypadek wyrządzał dzieciom krzywdę.

    - Odznaczał się nieprawdopodobną siłą, którą po wódce lubił się popisywać - zeznawał jeden ze świadków. - Podnosił człowieka wraz z krzesłem do góry. Raz tak mocno przypadkowo ścisnął moje dziecko, że kilkanaście dni chorowało.

    Żona czuła, że "coś" w nim siedzi. Niechętnie opowiadał o okupacji.

    Władysław Dębski stanął przed sądem. Uparcie nie przyznawał się do winy. Choć obciążały go kolejne zeznania świadków i opinie biegłych. Krew, której ślady znaleziono w jego mieszkaniu miała grupę "O" i nie należała do Dębskiego. Dziś pewnie wszystko szybko rozstrzygnęłyby testy DNA... Świadkowie zeznawali, że w Wielką Sobotę czuli charakterystyczny swąd. Myśleli, że ktoś pali pierze, stare buty. Po ujawnieniu zbrodni skojarzyli, że był to swąd ludzkiego ciała. Dębski tłumaczył, że kości, które znaleziono w piecu, ktoś mu podrzucił, a wziął je z cmentarza.

    Jeden z sąsiadów zeznał przed sądem, że odwiedził Dębskiego w Wielki Piątek. Na podłodze nie widział pierza, piece były zimne. Mieli wypić przedświąteczną wódkę, ale Dębski wpadł w furię. Tarzał się po łóżku, gryzł pościel, bluźnił. Wspominał o samobójstwie. Nie mógł dalej pogodzić się z odejściem żony. Ale dalej uważał sąsiada za przyzwoitego, uczynnego człowieka. Nie wierzył, że mógł dokonać tak potwornego czynu.

    Władysława Dębskiego badali biegli psychiatrzy. Jedna grupa orzekła, że jest zdrowy psychicznie, a w chwili popełnienia zbrodni był w pełni poczytalny. Druga, czyli prof. Stanisław Cwynar i dr Lidia Uszkiewicz, uznali, że nie jest on chory psychicznie, ale stwierdzono u niego okresowe momenty ograniczonej poczytalności. Sąd postanowił, że Dębski zostanie jeszcze raz przebadany psychiatrycznie. Badanie potwierdziło diagnozę profesora Stanisława Cwynara i dr Lidii Uszkiewicz.

    Sprawa Władysława Dębskiego budziła tak wielkie wzburzenie, że aby uniknąć nacisków społecznych, wyrok wydał Sąd Wojewódzki w Warszawie. 15 września 1964 roku Dębskiego uznano winnego zabójstwa 8-letniego Sławka. Ale sąd przyznał, że w chwili popełnienia przestępstwa miał ograniczoną zdolność rozpoznania czynu i kierowania swoim postępowaniem. Dzięki temu uniknął kary śmierci. Skazano go na 25 lat pozbawienia wolności. Władysław Dębski zmarł w więzieniu.

    #lodz #creepystory #kryminalistyka #mordercy #kryminalnehistorie #prl

    Źródło - Dziennik Łódzki
    Autor - Anna Gronczewska
    pokaż całość

    +: M........a, k__d +41 innych
  •  

    Od tygodnia nie widziałem sąsiadki z góry. Przed chwilą zauważyłem jej męża, emerytowanego wojskowego i umiarkowanego alkoholika-o godzinie 3:41 z wysiłkiem znosił po schodach duży, czarny, foliowy worek. Ponieważ prowadzę pasożytniczy tryb życia w związku z czym nie muszę spać w nocy, taką samą scenę udało mi się zaobserwować także wczorajszej nocy. Czy powinienem pójść na bagiety, co o tym sądzicie?
    #kryminalnehistorie #morderstwo #pytanie #csiwykop
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Powiązane z #kryminalnehistorie

Archiwum tagów