•  

    Protesty w Algierii

    - prezydent Bouteflika nie będzie kandydował w kolejnych wyborach prezydenckich
    - wybory prezydenckie zostają przesunięte na późniejszy termin, póki co Bouteflika zostaje u władzy (do czasów bliżej nieokreślonej reformy konstytucyjnej)
    - premier Ahmed Ouyahia podał się do dymisji
    - nowym szefem rządu został Noureddine Bedoui, dotychczasowy szef MSW
    - pod referendum ma zostać poddany projekt nowej konstytucji

    Póki co nie można tego nazwać zwycięstwem protestujących. Bouteflika nie jest problemem, problemem jest patologiczny układ polityczny, który kontroluje Algierię a Bouteflika był jedynie jednym z jego przedstawicieli. Objęcie fotelu premiera przez Bedouiego to przede wszystkim próba ochrony swoich interesów przez "układ" a nie zwycięstwo protestujących.

    Pytanie jak zachowają się teraz protestujący. Jeśli poczują wiatr w żaglach i będą kontynuować protesty to będzie szansa na "prawdziwą" zmianę. Sygnałem jak dalej potoczy się sytuacja będzie piątek, na który już uprzednio zaplanowano duże protesty.

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    Źródło: https://www.aljazeera.com/news/2019/03/algeria-bouteflika-delays-elections-seek-term-190311174206302.html?fbclid=IwAR1iWl9nCZ9Gze1ofWMDeUjc-0dAfznVnvn5rp05mt6zaGoPM7KycweGrhI

    #algieria #geopolityka #bliskiwschod (wiem, że nie ten region, ale pewnie was zainteresuje)
    pokaż całość

  •  

    Ebrahim Ra’isi nowym szefem irańskiego sądownictwa

    Nową posadę Ra'isi obejmie 8 marca 2019 roku. Jego poprzednik ajatollah Sadegh Larijani zostanie członkiem Rady ds. Celowości.

    Po Ra'isim nie spodziewałbym się zbyt wielu zmian, chyba że mowa o dokręcaniu śruby. W 1988 roku Ra'isi jako zastępca prokuratora generalnego zasiadał w jednym z komitetów, które przeprowadzały procesy pokazowe opozycjonistów. Te tzw. "komisje śmierci", działając zaledwie przez ok. 5 miesięcy, skazały na śmierć ok. 4 000 osób. Przy czym są to tylko szacunki, a niektórzy podają tak wysokie liczby jak np. 30 000 osób (ONZ).

    Ra'isi startował w wyborach prezydenckich 2017 roku I zdobył aż ok. 38% głosów, jednak już w I turze przegrał z Rouhanim.

    Część prasy związanej z obozem reformistów przyjaźnie odniosła się do nominacji Ra'isiego na nowego szefa sądownictwa, lecz to prawdopodobnie PR-owa zagrywka. Wcześniej, podczas wyborów prezydenckich, te same gazety atakowały Ra'isiego i wypominały mu udział w masakrze z 1988 roku. Teraz, obawiając się o odwet, dziennikarze próbują załagodzić konflikt.

    Zdjęcie: Tasnim News Agency

    @matador74, dzięki ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam na:
    - bloga, tutaj dłuższe teksty
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #iran #bliskiwschod #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Wściekli Amerykanie i nieobliczalni Arabowie, czyli konferencja bliskowschodnia

    W zeszłym tygodniu w Warszawie odbyła się konferencja poświęcona problematyce Bliskiego Wschodu. Do tej pory jest ona szeroko komentowania w polskich mediach – jednak nie ze względu na samą konferencję, lecz spór dyplomatyczny między Polską a Izraelem, który rozgorzał zaraz po zakończeniu spotkania w Warszawie. Tymczasem „bliskowschodni aspekt” szczytu jest zupełnie pomijany. Niesłusznie, gdyż konferencja dobitnie pokazała z jak wieloma problemami muszą zmierzyć się Stany Zjednoczone na Bliskim Wschodzie. Jeszcze raz okazało się, że niektórzy arabscy sojusznicy Waszyngtonu niekoniecznie chcą „zamykać swoją politykę w wąskich ramach zakreślonych przez Amerykanów” i zamiast tego zaczynają prowadzić coraz bardziej niezależne działania – co często podkopuje amerykańskie działania na innych teatrach działań.

    ———————————————–

    Tak jak obiecałem kilka dni temu na łamach "Układu Sił" ukazał się mój komentarz dot. warszawskiej konferencji. Zapraszam do zapoznania się z całością pod poniższym linkiem, a poniżej kilka co ciekawszych cytatów:

    Dlatego też organizacja szczytu stała się dla administracji Trumpa koniecznością. Amerykanie musieli spróbować zewrzeć szyki wewnątrz pro-amerykańskiego obozu i – stawiając Iran w jednoznacznie negatywnym świetle – zachęcić inne kraje (w szczególności Europejczyków) do opowiedzenia się po stronie USA, czyli „siły dobra na Bliskim Wschodzie”,jak to określił Mike Pompeo podczas wystąpienia na Uniwersytecie w Kairze.

    Jednocześnie sporą porażką amerykańskiej dyplomacji był brak w Warszawie przedstawicieli tych krajów, w których Waszyngton i Teheran toczą zażartą walkę o wpływy. I tak w Polsce nie pojawili się ani przedstawiciele Libanu, ani Iraku. Mało tego, oba kraje całkiem niedawno gościły irańskiego ministra spraw zagranicznych: Dżawada Zarifa. Najpierw w połowie stycznia 2019 roku spędził on 5 dni w Iraku, a następnie – tuż przed warszawską konferencją – spędził 2 dni (10-11 lutego 2019 roku) w Libanie.

    Konferencja w Warszawie pokazała przede wszystkim, że Waszyngton ma ogromny problem ze swoją polityką względem Bliskiego Wschodu. Podstawowym celem obecnej administracji w regionie jest walka z Iranem. Wszystko inne jest podporządkowywane temu konfliktowi. Jednocześnie Amerykanie uważają, że anty-irańskie nastawienie Arabów jest wystarczającym spoiwem, które pozwoli USA trzymać swoich bliskowschodnich sojuszników w ryzach. Tymczasem tak nie jest. Tarcia wewnątrz bliskowschodniego sojuszu USA są coraz większe – i to zarówno na poziomie relacji amerykańsko-arabskich, jak i arabsko-arabskich.

    Jak komuś się spodobało i chciałbym poczytać coś więcej o tematyce bliskowschodniej to zapraszam na bloga.

    #iran #bliskiwschod #geopolityka #lagunacontent
    pokaż całość

    źródło: ukladsil.pl

  •  

    Nawet nie wiem w jaki sposób to skomentować, tak niekompetentnej amerykańskiej administracji nie było od dawna.

    pokaż spoiler Dobrze, że w 2020 wybory ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #iran #bliskiwschod #geopolityka #lagunacontent

    źródło: twitter.com

  •  

    Szef irańskiego MSZ-u, Dżawad Zarif, podał się wczoraj do dymisji. Póki co Rouhani jej nie przyjął. Ali Najafi Khoshroodi, spiker komisji parlamentarnej ds. polityki zagranicznej, zbiera podpisy pod listem do prezydenta, w którym parlamentarzyści wzywają Rouhaniego do nieakceptowania rezygnacji Zarifa.

    https://www.facebook.com/PulsLewantu/posts/312391826295820

    #iran #bliskiwschod #geopolityka #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Rosjanie przejmują amerykańskie posterunki wokół Manbij

    Turecka ekipa z Suriye Gundemi pokusiła się o geolokalizację ostatnich zdjęć rosyjskiej żandarmerii. Okazało się, że Rosjanie oprócz okolic Arimy (gdzie stacjonują od dawna) pojawili się na północ od Manbij (wcześniej stacjonowali tam Amerykanie).

    Tym samym wydaje się, że Moskwa i Damaszek osiągnęły jakieś porozumienie z SDFem (pytanie tylko czy do całości terenów kontrolowanych przez SDF czy tylko do okolic Manbij).

    To wpisuje się także w szerszą politykę, gdzie Rosjanie w stosunkach z Turcją chcą, aby Ankara zgodziła się na przywrócenie do życia turecko-syryjskiej umowy adańskiej z 1998 roku, która - w wielkim skrócie - zobowiązywała Syrię do zwalczania PKK działającego na syryjsko-tureckim pograniczu.

    #syria #rosjawsyrii #lagunacontent
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

  •  

    Irakijska awantura Trumpa

    O administracji Donalda Trumpa można by powiedzieć wiele, ale z pewnością nie to że słynie ona z subtelności i wyczucia – tak często niezbędnych w dyplomacji. Wszystkie wady obecnej administracji idealnie widać na Bliskim Wschodzie, gdzie prezydent USA zachowuje się niczym słoń w składzie porcelany. Najpierw kokietuje swoich sojuszników, tylko po to aby już kilka dni później „trąbą” – ew. inną częścią ciała – zniszczyć to co z taką pieczołowitością budował. Ostatnim aktem tej bliskowschodnio-trumpistowskiej tragikomedii stały się napięcia w stosunkach amerykańsko-irackich. Zaledwie kilka niefortunnych wypowiedzi amerykańskiego prezydenta wystarczyło, aby irakijski parlament zaczął rozważać uchwalenie ustawy, która położyłaby kres obecności amerykańskich wojsk w Iraku.

    Dzisiaj wychodzę od sporu amerykańsko-irakijskiego, opisuję pokrótce wzrost znaczenia irackiego nacjonalizmu "nowego wzoru" a kończę na współczesnej roli USA na Bliskim Wschodzie.

    W kilku słowach mierzę się także z zeszłorocznym powiedzeniem Jeremiego Shapiro, który stwierdził "Asking the United States to solve the problems of the Middle East is like asking an alcoholic to solve your drinking problem. Sure, he has lots of experience, but it is all bad and he can't remember most of it.

    Piątek, więc tekst specjalnie napisany przyjaznym językiem a jednocześnie dotykający kluczowych kwestii.

    Polecam czytać bezpośrednio na blogu - lepszy układ strony, a poszczególne fragmenty tekstu są opatrzone źródłami.
    ———————————————–

    Orzeł wylądował

    W środę, 26 grudnia 2018 roku, na irakijskiej ziemi wylądował Air Force One. To prezydent Donald Trump postanowił złożyć wizytę amerykańskim żołnierzom stacjonującym w bazie lotniczej Al Asad, położonej 160 km na zachód od Bagdadu. Prezydent potrzebował tej wizyty jak nigdy. Zaledwie kilka dni wcześniej ogłosił wycofanie amerykańskich wojsk z Syrii, co spotkało się z ostrymi protestami ze strony Kongresu. Jednak opozycja polityczna to nic w porównaniu z tym co zaczęło dziać się w kręgu bliskowschodnich sojuszników USA. Od Tel Awiwu po Abu Zabi przetoczyła się fala strachu, że wycofanie się z Syrii to tylko pierwszy krok do całkowitego „zwinięcia” amerykańskiej obecności z regionu.

    Dlatego też Trump zdecydował się na podróż właśnie do bazy Al Asad. Wizyta w bazie, która przez długi czas znajdowała się na pierwszej linii frontu przeciwko IS oraz w państwie, gdzie amerykańska obecność wojskowa trwa przez prawie cały XXI wiek, miała być symbolem, że Ameryka nigdzie nie ucieka i nadal będzie otaczała „parasolem bezpieczeństwa” swoich bliskowschodnich sojuszników.

    Z perspektywy amerykańskich reporterów spotkanie w bazie Al Asad wypadło świetnie. Prezydent, pierwsza dama, flesze kamer, żarty, górnolotne hasła, uśmiechy na twarzach żołnierzy – o tak, to zdecydowanie było show, po którym chciałoby się zerwać z krzesła i zacząć skandować „USA, USA, USA” – niczym amerykańscy kongresmeni podczas tegorocznego „State of Union”.

    Gdy wieczorem, 26 grudnia 2018 roku, prezydent wracał do Waszyngtonu musiał być z siebie dumny – dziennikarze pozytywnie odnieśli się do wizyty a sojusznicy zostali, przynajmniej chwilowo, „udobruchani”. Jednak już kilka godzin później na linii Bagdad-Waszyngton rozpoczął się istny „sztorm dyplomatyczny”. Wszystko za sprawą, wydawałoby się dość błahego, wydarzenia.

    Para prezydencka podczas wizyty w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    Urażony premier

    Otóż przed wylądowaniem w Iraku administracja amerykańskiego prezydenta poinformowała o planowanej wizycie irakijskie władze. Jednocześnie Trump zaprosił premiera Iraku – Adila Abdula al-Mahdiego – aby ten także odwiedził bazę Al Asad, gdzie obaj politycy mogliby odbyć krótkie spotkanie. Jednak ta oferta została stanowczo odrzucona przez Irakijczyków, którzy – prawdopodobnie – wskazali Bagdad jako możliwe miejsce spotkania. Na to natomiast nie zgodziła się amerykańska delegacja. W efekcie obaj panowie odbyli wyłącznie rozmowę telefoniczną.

    Chyba nie trzeba mówić w jaki sposób wizyta Trumpa odbiła się w irakijskich mediach? Oto prezydent kraju, który to nadal uważany jest przez większość Irakijczyków za najeźdźcę (wg danych AYS z 2016 r. 93% młodych Irakijczyków postrzega USA za wroga) przyjeżdża do ich ojczyzny, spotyka się z amerykańskimi żołnierzami (nazywanymi często siłami okupacyjnymi) a jednocześnie nie poświęci nawet chwili, aby symbolicznie uścisnąć dłoń jednego z irakijskich oficjeli.

    Nic też dziwnego, że w kilka dni do wyjeździe Trumpa, Sabah al-Saadi (lider sadrystowskiego bloku parlamentarnego Islah) wezwał parlament do zorganizowania nadzwyczajnej sesji obrad, aby przedyskutować „jaskrawe naruszenia irakijskiej suwerenności i położyć kres agresywnej polityce Trumpa, który powinien znać swój umiar.” Swoje wystąpienie Saadi zakończył słowami „Amerykańska okupacja Iraku dobiegła końca”. Wtórował mu konkurencyjny pro-irański blok Bina, który w swoim oświadczeniu napisał „Wizyta Trumpa to rażące i jasne naruszenie dyplomatycznych norm oraz przejaw pogardy i wrogości jaką przejawia prezydent w negocjacjach z irakijskim rządem”.

    Ta ostra wymiana zdań była zaledwie preludium do spektaklu, który miał odegrać się kilka tygodni później – także z Trumpem w roli głównej. Jednak zanim o tym powiemy musimy wpierw uświadomić sobie dlaczego tak błahy błąd ze strony Trumpa, jak niespotkanie się z premierem Mahdim, stał się iskrą rzuconą na beczkę prochu, opatrzona napisem „Irak AD 2019”.

    Prezydent Trump podczas wizyty w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    Sadr i nowy nacjonalizm

    W maju 2018 roku w Iraku odbyły się wybory parlamentarne, które stworzyły nową rzeczywistość polityczną. Oto stary premier, pro-amerykański Hajdar al-Abadi z kretesem przegrał wybory i został całkowicie odsunięty od władzy. Niespodziewanym zwycięzcą wyborów stał się obóz sadrystowski pod przywództwem Muktady as Sadra – legendy irakijskiego ruchu oporu.

    Muktada as Sadr wywodzi się z szanowanej rodziny szyickich duchownych. Sam także podjął studia teologiczne w Nadżafie, ale nigdy ich nie skończył. Gdy sunnicki reżim Husajna został obalony, Sadr rozpoczął formowanie tzw. Armii Mahdiego. Nowa formacja, dzięki charyzmatycznemu przywódcy i jego różnym koligacjom, szybko rosła w siłę – tak liczebnie, finansowo, jak i zbrojnie. Wkrótce także Sadryści zaczęli atakować wojska koalicji (w tym polski kontyngent w Karbali) oraz dopuszczać się zbrodni na ludności sunnickiej. Tym samym Sadr zyskał sobie miano jednego z największych rywali okupacyjnych sił amerykańskich. Mimo kontrowersyjnych metod działania, które momentami ocierały się o zwykłą bandyterkę i terroryzm, Sadr stał się dla wielu Irakijczyków bohaterem.

    Wkrótce jednak represje ze strony Amerykanów, rosnące podziały wśród samych Sadrystów oraz spadek popularności całego ruchu oporu doprowadziły do tego, że w 2007 roku Sadr uciekł do Iranu. Tymczasem na przełomie 2007 i 2008 roku jego wojska zostały całkowicie rozbite. W tej atmosferze Sadr – działając z Iranu – zaczął reorganizować Armię Mahdiego, która od tej pory miała skupiać się na działalności społecznej, religijnej i kulturalnej. W 2010 roku udało mu się wrócić do ojczyzny.

    Nie był to już jednak ten sam Sadr, który jeszcze kilka lat temu z taką zaciekłością walczył przeciwko „zachodnim najeźdźcom”. Zrezygnował z części swoich rewolucyjnych haseł i zastąpił je bardziej umiarkowanymi, takimi które byłyby akceptowalne dla szerszych mas społecznych. Teraz zaczął kreować się na „człowieka ludu”, przywódcę wszystkich Irakijczyków – zarówno szyitów, sunnitów czy chrześcijan. Jednocześnie Sadr zaczął z większym szacunkiem podchodzić do umiarkowanego ajatollaha Sistaniego, pozostającego najbardziej wpływową osobą duchowną w Iraku, z którym wcześniej Sadrowi zdarzało się walczyć – ze względu na rzekomo zbytnią ugodowość ajatollaha.

    Mało tego Sadr stał się kluczową postacią tego co ja określam roboczo „nowym, postsadamowskim modelem irakijskiego nacjonalizmu”. Odrzucił dotychczasowe podziały religijne i polityczne oraz ogłosił konieczność gruntownej reformy kraju – w szczególności walki z korupcją i biedą. Ważnym punktem w jego programie politycznym stała się także walka z wszelkimi obcymi wpływami – niezależnie od tego czy byłyby to wpływy Waszyngtonu czy Teheranu. Sadr bywa często określany mianem anty-irańskiego oraz anty-amerykańskiego – jest to w zasadzie prawda, przy czym Sadr nie traktuje samego USA czy Iranu jako wrogów, lecz sprzeciwia się jedynie wpływom obu tych państw na wewnętrzne sprawy Iraku. Tym samym mimo, że Sadr chce wycofania się amerykańskich wojsk oraz irańskich bojówek z Iraku, to jednocześnie nie widzi przeszkód w rozwoju pozytywnych, opartych na zasadzie równości, relacji z obydwoma państwami. Jednocześnie Sadr, w realizacji swoich postulatów, zrezygnował z walki zbrojnej na rzecz protestów. Rozpoczął także dialog z ugrupowaniami sekularnymi, co zaowocowało tym, że do majowych wyborów poszedł ramię w ramię z komunistami, których jeszcze kilka lat temu „odsądzał od wiary”.

    Muktada as Sadr, źródło: مالهوترا, http://www.commons.wikimedia.org

    Amerykanie po irackich wyborach

    Nic zatem dziwnego, że wyniki irackich wyborów wywołały niemałą konsternację wśród waszyngtońskich decydentów. Oto wybory wygrywał mężczyzna, który od dawna pozostaje wrogo nastawiony do jakiejkolwiek obecności USA na irakijskiej ziemi. Problem stał się tym większy, że drugie miejsce w wyborach zajął pro-irański Fatah. Tymczasem pro-amerykański Abadi zajął dopiero trzecią pozycję. Tym samym Amerykanie znaleźli się w nowej rzeczywistości politycznej. Żadne ugrupowanie pro-amerykańskie (lub chociażby przyjaznym okiem patrzące na Amerykę) nie miało szans na obsadzenie stanowiska premiera.

    Wyniki wyborów sprawiły, że dalsza obecność Amerykanów w Iraku stała się mocno problematyczna. Zgodnie z podpisanym jeszcze przez prezydenta Busha „U.S.–Iraq Status of Forces Agreement” z 2008 roku, Amerykanie uznali, że ich misja w Iraku jest zakończona i zaczęli powolne wycofywanie się z tego kraju. Ostatni amerykańscy żołnierze opuścili Irak 18 grudnia 2011 roku. W trzy lata później, 15 czerwca 2014 roku, ze względu na rosnące zagrożenie ze strony Kalifatu, Amerykanie wrócili do tego kraju – jednak teraz na oficjalne zaproszenie ze strony władz w Bagdadzie.

    Zaproszenie ze strony krajowych władz stało się w ten sposób jedynym aktem, który legitymizuje amerykańską obecność w Iraku. Waszyngton zdając sobie sprawę z niskiej popularności USA wśród Irakijczyków starał się, jak to tylko możliwe, trzymać z dala od „centrum wydarzeń”. O ile amerykańscy żołnierze wzięli udział w wielu bitwach przeciwko wojskom kalifatu, to najczęściej ograniczali się do wsparcia lotniczego i artyleryjskiego, które mogły być prowadzone bez zbytniego rzucania się w oczy.

    Prezydent Bush i premier Maliki, źródło: U.S. Army, http://www.commons.wikimedia.org

    Pomysł Pentagonu

    Mimo, że działając z „tylnego fotela”, to Amerykanom udało się odegrać pozytywną rolę w pokonaniu Państwa Islamskiego. W związku z tym oraz z faktem, że PI wróciło do taktyki walki partyzanckiej, część rządu premiera Abadiego była zainteresowana utrzymaniem kadłubowej amerykańskiej obecności w Iraku. Sami Amerykanie, biorąc pod uwagę strategiczne położenie Iraku oraz nadal istniejące zagrożenie ze strony PI, także zdawali się chętnie patrzeć na pomysł zostania w Iraku na dłużej.

    Chęć zostania Amerykanów w tym kraju wzmogła się jeszcze po ogłoszeniu decyzji Trumpa o wycofaniu się z Syrii. Zgodnie z informacjami NYT, Pentagon postanowił nie rezygnować z walki z Państwem Islamskim w Syrii (nawet po wycofaniu się z tego kraju) i wykorzystać Irak oraz znajdujące się tam amerykański bazy jako pozycje wyjściowe do rajdów na terytorium Syrii. Jednak aby to zrobić, Pentagon musiał uprzednio uzyskać zgodę Bagdadu, z którym rozpoczął delikatne negocjacje. Już same napięcia wokół wizyty Trumpa w bazie Al Asad mocno utrudniły te negocjacje, jednak prawdziwa bomba miała dopiero nadejść.

    Siedziba Departamentu Obrony, czyli tzw. Pentagon, źródło: Department of Defense, http://www.commons.wikimedia.org

    Przelanie czary goryczy

    Zlekceważenie irakijskiego premiera okazało być zaledwie wstępem do popisu, który nastąpił 3 lutego 2019 roku. Tego dnia stacja telewizyjna CBS wyemitowała wywiad z Donaldem Trumpem na temat Bliskiego Wschodu. Odnosząc się do Iraku prezydent powiedział: „Wydaliśmy już taką fortunę na budowę tej wspaniałej bazy [baza Al Asad], że równie dobrze moglibyśmy ją zatrzymać.(…) Chciałbym ją zatrzymać, aby móc obserwować Iran, bo to Iran jest prawdziwym problemem”.

    Do tych słów momentalnie odniósł się irakijski prezydent Bahram Salih stwierdzając, że „Trump nie poprosił Iraku o zgodę na «obserwację Iranu»”. Jednocześnie wezwał USA, aby „nie obciążały Iraku swoimi własnymi problemami (…) USA to wielka potęga, ale nie mogą realizować swoich priorytetów [kosztem Iraku]”. Jednocześnie Sadryści i Fatah zjednoczyły siły i oznajmiły, że wspólnie spróbują przepchnąć ustawę, która zobowiązałaby wszystkie obce wojska (w tym amerykańskie) do wycofania się z Iraku w ciągu 1 roku – i faktycznie taki projekt wpłynął do parlamentu.

    Atmosfera amerykańsko-irakijskiego sporu zaostrzyła się na tyle, że kilku Irakijczyków zaczęło planować atak rakietowy na bazę Al Asad – na szczęście spisek został wykryty, a konspiratorzy aresztowani przez irackie służby bezpieczeństwa. Jednocześnie lokalna prasa popadła w paranoję i powiązała wywiad Trumpa z ostatnimi informacjami o wizytach amerykańskich oficerów w Bagdadzie i Faludży i stworzyły teorię spiskową, zgodnie z którą Amerykanie chcą obalić obecny rząd i zainstalować w kraju dyktaturę wojskową – to najpewniej bujda, moim zdaniem amerykańscy wojskowi odwiedzają różne części kraju, bo chcą znaleźć dogodne miejsce do rozlokowania swoich żołnierzy, którzy wkrótce mają wycofać się z Syrii.

    W spór zaangażował się nawet sam ajatollah Sistani, który posiada niewyobrażalny posłuch wśród szyitów. W rozmowie z Jeanine Hennis-Plasschaert, szefową UNAMI, powiedział on: „Irak chce mieć dobre i zrównoważone relacje ze wszystkimi swoimi sąsiadami oraz innymi wielbiącymi pokój rządami, które to stosunki będą oparte na zasadzie wspólnych interesów, bez ingerowania w cudze sprawy wewnętrzne czy też podważaniu ich suwerenności”.

    Tym samym załamanie w stosunkach iracko-amerykańskich stało się pełne. Kilka niefrasobliwych zachowań prezydenta Trumpa doprowadziło do iracki parlament do wściekłości a relacje między Waszyngtonem a Bagdadem stały się jednymi z najgorszych w ciągu kilku ostatnich lat.

    Ajatollah Ali as Sistani, źródło: IsaKazimi, http://www.commons.wikimedia.org

    Pentagon to the rescue

    Sytuacja stała się na tyle poważna, że 12 lutego w Bagdadzie, z niezapowiedzianą wizytą, pojawił się Patrick Shanahan – p.o. Sekretarza Obrony. Shanahan nie ukrywał, że jego podróż jest podyktowana chęcią złagodzenia ostatnich napięć we wzajemnych stosunkach: „Są pewne ruchy w ich [irakijskiej] legislaturze (…) pewne dyskusje na temat tego czy powinni oni ograniczyć liczbę amerykańskich wojsk w Iraku. Ja chciałem jednoznacznie wskazać [premierowi Abdul Mahdiemu], że uznajemy swoją rolę [jako sił doradczych] oraz rozumiemy, że jesteśmy tam [w Iraku] na zaproszenie [irakijskiego rządu]”.

    Wydaje się, że ta niezapowiedziana wizyta pozwoliła ostudzić nieco emocje po irakijskiej stronie barykady. Po spotkaniu z Shanahanem, premier Mahdi podziękował Amerykaninowi za wizytę, lecz jednocześnie zastrzegł, że „Rząd ma swoje poglądy a parlament swoje”. Jednocześnie podkreślił, że w pełni respektuje decyzję parlamentu – o rozpoczęciu prac nad ustawą kładącej kres obcej obecności wojskowej w Iraku.

    Tym samym wydaje się, że amerykańsko-irakijski spór został częściowo zażegnany. Wątpliwe jednak, aby parlament przestał dalej procedować nad kontrowersyjną ustawą. O wycofaniu się amerykańskich wojsk z Iraku mówiło się od dawna – jeszcze za rządów Abadiego – także temat ten wraca do irackiej polityki jak bumerang, jednak tym razem wydaje się, że zostanie tutaj na dłużej. Irakijczycy są bardzo wyczuleni na próby wciągnięcia ich do amerykańskiej rozgrywki o wpływy w regionie Bliskiego Wschodu. Dlatego też nie zdziwiłbym się gdyby faktycznie parlament wezwał wszystkie obce wojska do opuszczenia Iraku.

    Patrick M. Shanahan, źródło: Department of Defense

    Dlaczego właściwie o tym piszę?

    Ostatnie napięcia w stosunkach amerykańsko-irackich są dla mnie pewnym pretekstem do krótkiej refleksji na temat polityki administracji Trumpa wobec regionu Bliskiego Wschodu. Mimo, że prezydent zapowiedział że chce rozwiązać problemy regionu poprzez zaoferowanie mu „dealu stulecia” (póki co nieopublikowanego), to jego działania starają się przeczyć istnieniu jakiegokolwiek planu, który mógłby doprowadzić do zaprowadzenia długotrwałego pokoju w regionie.

    Póki co jedyne co robi Trump to zaognianie starych konfliktów (np. decyzja o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela), umacnianie stagnacji regionu (np. wydatne wsparcie dla Sisiego i ogólnie modelu państwa policyjnego w Egipcie) oraz fala niekonsekwentnych decyzji (np. początkowe poparcie Saudów podczas kryzysu katarskiego). Amerykańskie polityce brakuje konsekwencji i spójności. Wiele osób zarzuci mi zaraz, że przecież administracja Trumpa ma przecież cel, którym jest obrona Izraela. Otóż czyny prezydenta nie potwierdzają nawet tego. Co prawda uznał on Jerozolimę za stolicę Izraela czy nałożył sankcje na Iran (obie decyzje były w interesie Izraela), lecz jednocześnie Trump także zadecydował o wycofaniu się z Syrii, co uderzy przede wszystkim w Tel Awiw.

    Najgorsze jest to, że decyzje administracji nie wynikają wcale z jakichś błędnych założeń ze strony Waszyngtonu – wręcz przeciwnie, ostatni raport Senackiej Komisji Wywiadu potwierdza, że kręgi rządowe idealnie wyczuwają tendencje i zagrożenia jakie zagrażają amerykańskim interesom. Jednak zalecenia współpracowników zdają się nie docierać do prezydenta – vide krytyka w/w Komisji, której Trump zarzucił że jest „naiwna” i „powinna wrócić do szkoły”.

    Problemem jest sam prezydent i osoby z jego najbliższego otoczenia np. John Bolton, który jeszcze niedawno miał chcieć przeprowadzić atak na Iran. Zbyt często, przekonani o własnej nieomylności, ignorują oni rady swoich współpracowników. Niepokojące jest także to, że przez administrację Trumpa cały czas przewijają się osoby, które miały już swoją szansę w wielkiej polityce i zawiodły np. nowym narybkiem administracji, jako specjalny wysłannik ds. Wenezueli został ostatnio Elliot Abrams, który podczas pracy w administracji Busha juniora torpedował izraelsko-palestyński proces pokojowy z Annapolis, za którym obstawała Condoleezza Rice (ówczesna Sekretarz Stanu).

    Wszystko to sprawia, że region Bliskiego Wschodu jest obecnie, mimo „pokonania” Państwa Islamskiego, jeszcze mniej przyjemnym miejscem niż w czasie gdy z Białego Domu odchodził prezydent Obama. Amerykańska polityka nie ma już jakichś głębszych założeń, bardzo ciężko wyszukiwać się w niej jakichś prawidłowości. Co prawda w przypadku prezydenta Obamy ciężko było także mówić o doktrynie wobec Bliskiego Wschodu (do tej pory trwają spory czy taka doktryna była cy nie), to plusem jego administracji było, że miał on jedną elastyczną zasadę „don’t do stupid shit”, która pozwalała mu szybko dostosować się do zmieniających się realiów Bliskiego Wschodu.

    Tymczasem u Trumpa ciężko doszukać się podobnej zasady, nie mówiąc już o doktrynie. Przykładowo prezydent zapowiedział wywarcie „maksymalnej presji ekonomicznej” na rząd w Teheranie. Jednocześnie jednak zezwolił Hindusom na dalszą rozbudowę portu w Czabaharze – o ile ten ruch jest w miarę zrozumiały, zwłaszcza biorąc pod uwagę jaką rolę port ten może odegrać w indyjskim handlu oraz jak może przyczynić się dla stabilizacji sytuacji w Afganistanie, to inne posunięcia dotyczące zagranicznych inwestycji w Iranie są nieporozumieniem. Biały Dom, mimo nacisków Francuzów, nie zwolnił od sankcji francuskiego Totalu, który posiadał lukratywny kontrakt na prace na największym polu gazowym na świecie – „Południowe Pars”. Tym samym kontakt Totalu został przejęty przez chińskie CNPC, przez co w rękach Chińczyków (najpotężniejszego wroga USA) znalazło się teraz blisko 80% projektu. Co prawda, w rezultacie negocjacji handlowych na linii Waszyngton-Pekin, chińskie inwestycje w „Południowym Pars” zostały wstrzymane (pytanie na jak długo), lecz jednocześnie Chińczycy dostali zgodę na prace na polu naftowym Azadegan, które pozostaje jednym z największych w Iranie. Tym samym zdaje się, że Trump postawił osobiste animozje (niechęć do Francuzów) wyżej niż interes narodowy USA (rywalizacja z Chińczykami).

    Jednocześnie zastrzeżenia może budzić niemal bezwarunkowe wsparcie dla Saudów, prowadzących skrajnie nieodpowiedzialną politykę, która nie tylko wpędza same Królestwo w zakłopotanie, ale także odbija się czkawką w samym Waszyngtonie – vide kryzys katarski, który doprowadził do zacieśnienia relacji między Dohą a Teheranem czy zbrodnie przeciwko ludzkości w Jemenie i związana z tym krytyka amerykańskiej administracji.

    Problemem jest także dalsze wspieranie polityki stagnacji regionu, czego najlepszym przykładem jest Egipt, gdzie Waszyngton pozwala Sisiemu nie tyle na na odbudowę państwa policyjnego z czasów Mumbaraka, lecz nawet na jeszcze większą rozbudowę struktur bezpieczeństwa. Wszystko odbywa się oczywiście pod hasłami walki z ekstremizmem, a w szczególności Bractwem Muzułmańskim. Pomija się przy tym zupełnie potrzeby i aspiracje egipskiego społeczeństwa, z którym Amerykanie – tak jak przed 2011 roku – utrzymują tylko bardzo luźne relacje. Nadal w kręgach Waszyngtonu dominuje ignoranckie podejście, zgodnie z którym wystarczy wsparcie sekularnego proamerykańskiego reżimu, aby utrzymać wpływy USA w regionie. Jest to podejście krótkowzroczne, które w perspektywie 10-20 lat doprowadzi do kolejnej rewolucji.

    Swoistą wisienką na torcie jest sam amerykański prezydent, który bardziej jest biznesmenem niż politykiem, i dlatego w żaden sposób nie potrafi odnaleźć się w zawiłościach Bliskiego Wschodu. Spór z Irakiem to świetny przykład skrajnej lekkomyślności ze strony amerykańskiego prezydenta. Kilka nierozważnych słów wystarczyło, aby wywołać złość całego irakijskiego establishmentu. Natomiast złagodzenie napięć (pytanie na jak długo) wymagało wizyty w Iraku samego szefa Departamentu Obrony.

    Jeremy Shapiro z „European Council on Foreign Relations”, pytany w 2018 roku o rolę USA na Bliskim Wschodzie, powiedział „Asking the United States to solve the problems of the Middle East is like asking an alcoholic to solve your drinking problem. Sure, he has lots of experience, but it is all bad and he can’t remember most of it.” O ile generalnie nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo przecież – posługując się terminologią Shapiro – nie każda amerykańska administracja składała się z „alkoholików”, o tyle muszę przyznać że administracja Trumpa „nie wylewa za kołnierz”.

    USA nie mają czasu na takie głupie spory. Głównym rywalem Waszyngtonu jest obecnie Pekin. To „walka” z Chińczykami a nie spór z Irakijczykami powinna zajmować amerykańską dyplomację. Jednak stale niekonsekwentna, niedojrzała i arogancka polityka Trumpa wobec krajów arabskich doprowadza do tego, że jego współpracownicy nie mogą poświęcić Chinom tyle uwagi ile powinni, gdyż ciągle muszą naprawiać to co prezydent zepsuł – czy to kryzys katarski, czy wycofanie się z JCPOA (które wzmocniło irańskich konserwatystów i uczyniło pozyskanie broni atomowej przez Iran niemal pewnym po 2021 roku) czy też ostatnie spory wokół Iraku. Wszystko to sprawia, że administracja Trumpa marnuje energię na kwestie, którymi powinni zajmować się amerykańscy sojusznicy – tak jak mówił Obama, to KSA powinna zająć się utrzymaniem status quo na Bliskim Wschodzie. Tymczasem administracja Trumpa marnuje energię, która powinna zostać wykorzystana gdzie indziej – na teatrze chińskim.

    Nierozważność Trumpa i jego ludzi mogła na początku budzić politowanie i uśmiech, lecz teraz czas na żarty skończył się. Ameryka musi wziąć się w garść zanim będzie za późno. Walka o światową dominację trwa a Chińczycy nie będą czekali aż amerykański prezydent skończy swój „executive time” i weźmie się do roboty.

    Prezydent Trump i doradca John Bolton w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #irak #bliskiwschod #trump #geopolityka #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    •  

      1. Utworzenie tzw. Arabskiego NATO czyli sojuszu wojskowego: Egiptu, Arabii Saudyjskiej, ZEA, Jordanii, Omanu i Kataru.
      Teoretycznie założenie dobre, ale w praktyce polityka Arabii Saudyjskiej wobec Kataru i Jemenu mocno komplikuje realizację tego projektu.


      @arkan997: Tak, zdecydowanie, Amerykanie grają na to od dłuższego czasu. Tylko z rezultatami, to... no właśnie...jest tak jak mówisz. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      2. Utworzenie stałej bazy wojskowej USA w Izraelu.
      Jednym z powodów wcześniejszych wyborów w Izraelu jest spór między świeckim a ortodoksyjnymi Żydami. Gdzie ci drudzy są zwolnieni ze służby wojskowej a nawet utrzymywani z podatków placonych przez Żydów świeckich, którym naturalnie ten stan rzeczy nie odpowiada.
      Dlatego nie będę zaskoczony jeśli nagle okaże się, że wojska z Syrii i Afganistanu zostaną przerzucone do Izraela.


      @arkan997: Ja byłbym sceptyczny co do tej bazy. To by tylko zwiększyło napięcie w regionie - ale w końcu teraz rządzi Trump, także nigdy nie wiadomo. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Tak w ogóle to USA posiada od 2017 roku bazę w Izraelu, ale bardzo małą, która zajmuje się obroną przeciwlotniczą. https://www.timesofisrael.com/in-first-us-establishes-permanent-military-base-in-israel/

      @Martwiak: Dzięki. Od pewnego czasu staram się czytać dr Brzeskiego, ale nadal nic nie rozumiem. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      @JanLaguna: to może nauka kodowania Ci pomoże go zrozumieć.
      Społeczne procesy poznawcze. Józef Kossecki.

      Podręcznik #wojnainformacyjna ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      źródło: youtube.com

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    Podwójna gra UE

    31 stycznia szefowie MSZ Niemiec Wielkiej Brytanii i Francji (tzw. grupa E3) poinformowali, że dzięki ich wspólnym wysiłkom udało się powołać do życia tzw. Spółkę Specjalnego Przeznaczenia (SPV). Spółka ma zająć się obsługą handlu z Iranem, który od zeszłego roku obłożony jest amerykańskimi sankcjami. O ile na pierwszy rzut oka powstanie SPV zdaje się być przełomowym momentem, który pokazuje jak bardzo UE zdeterminowana jest do utrzymania przy życiu porozumienia atomowego z Iranem (JCPOA), to szczegóły dotyczące powstania SPV nie pozostawiają złudzeń – UE rozpoczyna nową grę, w której jej przeciwnikiem jest już nie tylko Waszyngton, ale także sam Teheran.

    Polecam czytać bezpośrednio na blogu - lepszy układ strony, a poszczególne fragmenty tekstu są opatrzone źródłami.

    ———————————————–

    Oś Berlin-Paryż-Londyn

    Nowo powstała Spółka będzie nosić nazwę „Instrument in Support of Trade Exchanges” (INSTEX). Została ona zarejestrowana we Francji, w jej zarządzie zasiedli Brytyjczycy, a prezesem został niemiecki bankier Per Fischer, związany wcześniej z Commerzbankiem. Póki co INSTEX został wyłącznie zarejestrowany, a pierwsze transakcje z Iranem – zgodnie z zapowiedziami unijnych dyplomatów – Spółka obsłuży dopiero za kilka miesięcy. Jednak nie jest to jedyny problem Iranu.

    Gdy w 2018 roku szefowa unijnej dyplomacji, Federica Mogherini, zapowiadała powstanie „europejskiego kanału do handlu z Iranem” przedstawiała SPV jako podmiot, który przejmie na swoje barki ciężar obsługi transakcji wszelkiej maści – zaczynając od żywności, przez maszyny, po irańską ropę i gaz ziemny. Dlatego też Teheran wiązał z europejską SPV ogromne nadzieje, uważając ją za uniwersalne remedium, które nawet jeśli nie „zablokuje” całkowicie amerykańskich sankcji, to znacznie ułatwi Teheranowi uczestnictwo w światowym handlu.

    Federica Mogherini i Dżawad Zarif, Teheran, 2016 rok, źródło: Tasnim News Agency

    Dobra pierwszej potrzeby

    Jednak teraz, gdy INSTEX już powstał, wiele z tych irańskich nadziei zostało rozwianych. Otóż zgodnie z oświadczeniem E3 Spółka zajmie się tylko obsługą transakcji, których przedmiotem będą „dobra pierwszej potrzeby” takie jak żywność, medykamenty itp. Tymczasem o obsłudze handlu surowcami energetycznymi (co z irańskiej perspektywy jest kluczowe) nie może być póki co mowy. Co prawda na połączonej konferencji prasowej, szefowie MSZ-ów UK, Francji i Niemiec, zgodnie przyznali, że być może w przyszłości powstanie inna SPV do obsługi szerszej kategorii transakcji, ewentualnie rozszerzeniu ulegnie sama działalność INSTEX-u, lecz nie wskazali kiedy miałoby to nastąpić. Podobne stwierdzenie padło w, wydanym później, wspólnym oświadczeniu, gdzie stwierdzono, że INSTEX tylko „początkowo” („initially”) ma zajmować się handlem dobrami pierwszej potrzeby – jednak tutaj też zabrakło konkretnej daty, lub chociaż ogólnego zarysu, kiedy działalność SPV miałaby ulec rozszerzeniu.

    Tym samym póki co INSTEX zajmie się wyłącznie obsługą tych transakcji, które de iure są już zwolnione z reżimu sankcji – zgodnie z amerykańskim ustawodawstwem sankcje nie mogą obejmować towarów zaliczanych do szeroko rozumianej „pomocy humanitarnej”. Przy czym de facto sam fakt istnienia amerykańskich sankcji znacznie utrudnia sprowadzanie niektórych, wyłączonych spod sankcji, towarów np. leków – w Iranie było to bardzo odczuwalne podczas sankcji sprzed JCPOA. Problemy w imporcie polegały na tym, że Irańczykom było niezwykle trudno znaleźć banki, które wyraziłyby zgodę na pośredniczenie w zakupie takich towarów. Na problem ten zwrócił już uwagę Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, który orzekając w październiku zeszłego roku w amerykańsko-irańskim sporze dot. ostatnich sankcji, zobowiązał Waszyngton do usunięcia wszelkich przeszkód, które mogłyby utrudniać Iranowi import medykamentów i żywności.

    Mieszane reakcje

    Dlatego też o ile na pierwszy rzut oka INSTEX „nie wydaje się mieć jakiegokolwiek wpływu na amerykańskie sankcje” – jak określiła to ambasada USA w Berlinie – to już, po chwili głębszej refleksji, widać wyraźnie że nowo powstała SPV powinna znacznie ułatwić Teheranowi sprowadzanie towarów pierwszej potrzeby – co może z kolei częściowo polepszyć sytuację gospodarczą kraju i złagodzić istniejące napięcia społeczne. Chociaż nie ma wątpliwości, że Teheran wiązał z INSTEX-em dużo większe nadzieje.

    Administracja prezydenta Rouhaniego odniosła się do SPV bardzo pozytywnie – zachowując jednak przy tym pewną rezerwę. I tak np. minister spraw zagranicznych Dżawad Zarif podziękował UE za powołanie INSTEX-u i zadeklarował dalszą chęć współpracy, lecz jednocześnie zastrzegł, że SPV to tylko pierwszy krok potrzebny do uratowania JCPOA, z którym i tak EU zbyt długo czekała.

    W zupełnie inny sposób zareagowała irańska prawica, której bardzo nie spodobało się, że w oświadczeniu o powstaniu SPV umieszczono następujące sformułowanie „INSTEX będzie działał zgodnie z najwyższymi międzynarodowymi standardami dotyczącymi walki z korupcją i wspieraniem terroryzmu oraz będzie przestrzegał unijnych i oenzetowskich sankcji. W związku z powyższym państwa E3 oczekują, że Iran sprawnie implementuje wszystkie standardy FATF. To właśnie te cztery litery – FATF – doprowadziły konserwatystów do czerwoności.

    Poseł Mohammad Javad Koulivand stwierdził, że INSTEX to PR-owa zagrywka, która ma w istocie zmusić Teheran do szerokich ustępstw względem UE. Na koniec dodał jeszcze, że Europejczycy zdają się być bardziej zainteresowani przechytrzeniem Iranu niż obejściem amerykańskich sankcji. W jeszcze ostrzejszym tonie wypowiedział się inny parlamentarzysta – Amir-Hossein Ghazizadeh Hashemi, członek radykalnego Frontu Dla Utrzymania Islamskiej Rewolucji. Hashemi oskarżył Europejczyków o pozostawanie w zmowie w Amerykanami a nowo powstałą INSTEX określił mianem „bezwartościowego skrawka papieru”. Stwierdził także, że polityka UE wobec Iranu jest zbieżna z tą prowadzoną przez USA – różnica polega jedynie na przyjętych metodach działania. Zdaniem Hashemiego USA chcą zreformować irański system z zewnątrz (przez sankcje) a UE od wewnątrz (przez wywieranie presji na Teheran i dawkowanie pomocy w zależności od realizacji reform).

    Głosy Koulivanda i Hashemiego nie są wcale odosobnione. Wtóruje im także bardzo wpływowa persona, Sadeq Larijani – szef irańskiego systemu sądownictwa, które posiada ogromny wpływ na każdy aspekt życia w Iranie. Larijani stwierdził, że „państwa europejskie muszą wiedzieć, że Islamska Republika Iranu w żaden sposób nie jest w stanie zaakceptować tych upokarzających warunków, które proponuje nam Europa. Iran nie poczyni żadnych ustępstw w zamian za drobne gesty, takie jak INSTEX”. Na koniec, podobnie jak Hashemi, Larijani dodał, że polityka UE zmierza w tym samym kierunku co amerykańska.

    W tym miejscu należy wyjaśnić czym takim jest FATF i dlaczego irańska elita zareagowała w taki a nie inny sposób. Potem natomiast zastanowimy się czy faktycznie konserwatyści mają rację i UE faktycznie irańska polityka UE faktycznie zmierza w tym samym kierunku co ich amerykańskich partnerów.

    Logo FATF, źródło: Twitter

    Awantury w irańskim parlamencie

    FATF to międzyrządowa Grupa Specjalna ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy, która ustala standardy walki z praniem brudnych pieniędzy oraz finansowaniem terroryzmu. Stosowanie się do tych standardów jest oczywiście pozostawione swobodnej decyzji każdego z państw a nieposłuszeństwo nie jest, przynajmniej w teorii, związane z żadnymi sankcjami – oprócz pojawienia się na tzw. „czarnej liście FATF”.

    Jednak w praktyce – biorąc pod uwagę, że FATF to grupa międzyrządowa – już samo pojawienie się na „czarnej liście FATF” ma daleko idące konsekwencje objawiające się w trudnościach z przyciąganiem zagranicznych inwestorów, obsługą transakcji bankowych i w ogóle z działaniem na rynkach międzynarodowych.

    Iran od wielu lat ma problemy z dostosowaniem swojego ustawodawstwa do standardów FATF. Problemy te są tak duże, że Iran jest jednym z dwóch (obok Korei Północnej) państw umieszczonych na czarnej liście FATF, co – jak już wskazałem – prowadzi do wielu problemów natury gospodarczej. Jednak w czerwcu 2016 roku dla Teheranu pojawiło się światełko w tunelu. Administracja Rouhaniego osiągnęła z FATF porozumienie, na podstawie którego Iran miał podjąć zdecydowane działania przeciwko praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu a w zamian za to Grupa miała zawiesić stosowanie wobec Iranu tzw. „środków zaradczych” – są to wezwania kierowane do społeczności międzynarodowej, aby ta podjęła odpowiednie środki (w tym sankcje gospodarcze) przeciwko państwu, które nie stosuje standardów FATF. W efekcie Iran pozostał na czarnej liście FATF, ale Grupa przestała utrudniać Teheranowi dostęp do światowych rynków.

    Okres zawieszenia środków zaradczych wobec Iranu wynosił początkowo 12 miesięcy, jednak ze względu na wolę współpracy i podejmowanie pozytywnych działań przez administrację Rouhaniego, okres ten był konsekwentnie wydłużany. W tym czasie rząd złożył cztery projekty ustaw, które miały dostosować irańskie ustawodawstwo do standardów FATF. Dwie z nich, mimo protestów konserwatystów, udało się uchwalić. Jednak szanse na uchwalenie pozostałych dwóch, które pozostają „oczkiem w głowie” FATF, zdają się maleć z tygodnia na tydzień. Tymczasem czasu na działanie pozostaje niewiele – środki zaradcze FATF wobec Iranu, jeśli Teheran nie uzyska kolejnego przedłużenia terminu, zostaną przywrócone z początkiem marca 2019 roku.

    Obrady irańskiego parlamentu, źródło: Mahdi Sigari, ypa.ir

    Obrady i rady

    Dlatego też administracja Rouhaniego w ostatnich miesiącach ze zdwojoną siłą próbuje przepchnąć wspomniane dwie ustawy, tak aby zostały uchwalone jeszcze przed upływem terminu wyznaczonego Irańczykom przez FATF. Jednak jest to ekstremalnie trudne, gdyż projekty tych ustaw wywołują ogromne protesty ze strony konserwatystów a ich uchwalenie nie zależy wyłącznie od woli parlamentu.

    W irańskim parlamencie większość stanowią reformiści. Mimo, że nie dysponują oni samodzielną większością, udało im się przegłosować projekty ustaw związanych z FATF. Jednak dalsze procedowanie utrudniła Rada Strażników, która zajmuje się sprawdzaniem zgodności prawa uchwalanego przez parlament z zasadami islamu i konstytucji. Większość w Radzie Strażników posiadają konserwatyści. Nie wyrazili oni zgody na uchwalenie kontrowersyjnych ustaw w kształcie zaproponowanym przez parlament i odesłali sprawę do tzw. Rady ds. Celowości, która ma ostatecznie rozstrzygnąć spór między parlamentem a Radą Strażników.

    Nie jest to dobra wiadomość dla prezydenta, gdyż nie dość że w Radzie ds. Celowości większość mają konserwatyści, to od 2017 roku jej członkowie próbują odgrywać coraz większą rolę w irańskiej polityce – nie tylko rozstrzygać spory między parlamentem a Radą Strażników, ale także proponować własne poprawki kontrowersyjnych ustaw. Przeciwnicy Rady ds. Celowości zarzucają jej członkom, że ci zachowują się tak jakby próbowali reaktywować senat, który został zniesiony w wyniku islamskiej rewolucji.

    Wracając jednak do tematu, Rada ds. Celowości ma ogłosić swoje stanowisko wobec ustaw związanych z FATF pod koniec lutego – jeszcze przed ogłoszeniem decyzji FATF co do ewentualnego powrotu środków zaradczych. Mimo, że mamy już połowę miesiąca nadal ciężko powiedzieć jaka będzie ostateczna decyzja Rady. Co prawda dominują w niej konserwatyści, więc można byłoby sądzić że rządowe projekty upadną, lecz nie jest to takie proste. Rada ds. Celowości została powołana jako organ doradczy najwyższego przywódcy, którym sam wybiera jej członków. Dlatego też oceniając szanse przejścia FATF w Radzie należy uwzględniać nie tylko sam jej skład, lecz przede wszystkim stanowisko samego ajatollaha Ali Chameneiego.

    [Reza Ostadi, członek Rady ds. Celowości oraz były członek Rady Strażników. Źródło: Mostafameraji, wikimedia.org](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/76/Reza_Ostadi_رضا_استادی_10.jpg/1024px-Reza_Ostadi_رضا_استادی_10.jpg)

    Ciężki wybór Ajatollaha

    Ten natomiast unika publicznych komentarzy w tej sprawie i nie opowiada się ani jednoznacznie za ani przeciw rządowym projektom – część irańskich komentatorów nazywa to taktyką „żółtego światła”, zastosowaną już m.in. podczas negocjacji w sprawie JCPOA. W ten sposób Chamenei chce pozostawić sobie pewną swobodę działania, dzięki której porażka związana z FATF nie będzie mogła mu być przypisana, ale już zwycięstwo jak najbardziej.

    Wydaje się, że sam Chamenei dokładnie nie wie jak zachować się w sprawie FATF. Z jednej strony przepchnięcie rządowych projektów umocni pozycję Iranu na rynkach międzynarodowych i ułatwi dalsze negocjacje z Europą nad utrzymaniem „kanału handlowego”. Jednak z drugiej strony wprowadzenie standardów FATF może odbić się irańskim elitom czkawką – zarówno w kraju, jak i poza jego granicami.

    FATF postuluje, aby Iran powołał nowy organ (Financial Intelligence Unit), niezależny od dotychczasowych struktur, który zająłby się monitorowaniem zjawiska prania pieniędzy. Taki organ mógłby ukrócić, a już na pewno utrudniłby, elitom wyprowadzanie pieniędzy z budżetu państwa oraz wszelkiego rodzaju defraudacje, które są zmorą religijnych fundacji (bonjadów) i państwowych przedsiębiorstw – więcej na temat patologii irańskiej gospodarki pisałem tutaj.

    Mało tego, FATF wymaga od Teheranu daleko posuniętych reform w zakresie wspierania terroryzmu – w szczególności usunięcia z irańskiego ustawodawstwa zapisu, który wyłącza spod definicji „ugrupowania terrorystycznego” grupy, które „walczą z obcą okupacją, kolonializmem i rasizmem”. To natomiast konserwatyści postrzegają jako próbę zatrzymania irańskiego wsparcia dla Hezbollahu czy Hamasu i tym samym utrudnienie działalności Teheranu w regionie Bliskiego Wschodu – póki co te obawy są bezpodstawne, bo żadna z tych organizacji nie znajduje się na oenzetowskiej liście ugrupowań terrorystycznych.

    Tym samym Rada ds. Celowości i Chomeini znaleźli się między młotem a kowadłem. Z jednej strony potrzebują kontaktów handlowych z Europą a z drugiej strony muszą utrzymać możliwość szerokiego oddziaływania na sytuację w regionie. I tutaj właśnie dochodzimy do meritum sprawy – powstanie INSTEX-u to najprawdopodobniej nie tylko próba ratowania JCPOA, ale także początek nowej gry między Brukselą a Teheranem.

    Ajatollah Ali Chamenei, źródło: Khamenei.ir

    Przypadek?

    Jak już wspomniałem jeszcze w zeszłym roku Federica Mogherini zapowiadała daleko idącą pomoc dla Iranu, dzięki której miano utrzymać JCPOA „przy życiu”. Zapowiadana pomoc nie miała być obłożona jakimikolwiek warunkami czy ustępstwami ze strony Teheranu. Jednak oświadczenie w sprawie INSTEX-u, a w szczególności jego fragment poświęcony FATF, całkowicie zmieniło sytuację. Mamy teraz dwie opcje. Możemy uznać, że ostatnie oświadczenie E3 to początek nowej gry UE z Iranem albo że fragment dot. FATF został dodany do oświadczenia przez pomyłkę. Moim zdaniem, biorąc pod uwagę szerszy aspekty stosunków europejsko-irańskich (o czym niżej), wersję o nierozgarniętych dyplomatach należy odrzucić. Wersja ta jest zresztą tym mniej prawdopodobna, że wypowiedzi na temat FATF padały także podczas wspólnej konferencji ministrów spraw zagranicznych państw E3. Tym samym wiele wskazuje, że „wbicie szpili” Iranowi w sprawie FATF nie było żadnym przypadkiem, lecz celowym działaniem.

    W takim razie co takiego stało się w okresie między wystąpieniami Mogherini z maja-czerwca 2018 roku (idea bezwarunkowej pomocy) a powołaniem INSTEX-u?

    Szpiedzy tacy jak my

    Otóż działo się bardzo dużo. Przede wszystkim z punku widzenia UE kluczowy był tutaj wzrost zaangażowania irańskiego wywiadu (VAJA), który – nie wiedzieć czemu – uznał, że zamieszanie związane z JCPOA to idealny pomysł, aby uciszyć kilku przeciwników Teheranu ukrywających się w Europie. Czego VAJA nie wzięła pod uwagę to fakt, że europejskie służby bezpieczeństwa to światowa czołówka a środowisko irańskich opozycjonistów znajduje się pod stałym nadzorem. I tak we wrześniu 2018 roku duńska policja aresztowała trzech mężczyzn planujących zamach na Habiba Jabora (członka ASMLA, arabskiej organizacji separatystycznej). Tymczasem miesiąc później francuscy śledczy powiązali irańskiego dyplomatę z nieudanym zamachem bombowym w Paryżu, którego ofiarami mieli paść irańscy opozycjoniści. Jak jeszcze tego byłoby mało to w lipcu 2018 roku holenderska policja przyznała, że za zabójstwem Mohammada-Reza Kolahiego (członek MEK, lewicowa organizacja opozycyjna) z 2015 r. stali prawdopodobnie Irańczycy. Incydenty te zostały szczegółowo opisane w prasie i odbiły się szerokim echem w europejskich stolicach, które odpowiedziały bardzo zdecydowanie.

    8 stycznia 2019 roku Bruksela nałożyła indywidualne sankcje na kilku członków irańskiego wywiadu – w tym na Saeida Hashemiego Moghadama (zastępca szefa VAJA) – i wpisała ich na europejską listę terrorystów.

    Jednocześnie sprawa zamachów nie jest jedynym punktem spornym w relacjach między Brukselą a Teheranem. Innymi ważnymi kwestiami są: zaangażowanie Iranu w regionie Bliskiego Wschodu, finansowanie Hezbollahu, Hamasu, Houthi, stwarzanie zagrożenia dla międzynarodowej żeglugi w cieśninach Ormuz i Bab Al Mandab oraz szybka rozbudowa irańskiego programu rakietowego – to właśnie ta ostatnia kwestia jest jednym z większych problemem we wzajemnych relacjach i został jej poświęcony fragment w oświadczeniu Rady UE z 4 lutego 2019 roku.

    Stanowisko Rady UE spotkało się z ostrą krytyką – i to nie tylko ze strony konserwatystów, ale także administracji Rouhaniego. Prezydent stoi twardo na stanowisku, że kwestia irańskiego programu rakietowego nie podlega negocjacji – i trudno mu się dziwić, bo gdyby zgodził się na jakiekolwiek negocjacje w tej materii to zostałby momentalnie „pożarty” przez swoich politycznych oponentów.

    Wzajemne spory co do zamachów na europejskiej ziemi oraz irańskiego programu rakietowego to tylko wierzchołek góry lodowej. Napięcia w stosunkach europejsko-irańskich są ostatnio dużo większe niż zdawałoby się to na pierwszy rzut oka. Wściekłość w Teheranie wywołało także to, że Włochy oraz Grecja – mimo że zostały okresowo zwolnione od amerykańskich sankcji – to całkowicie zrezygnowały z zakupu irańskiej ropy naftowej. Oliwy do ognia dolały jeszcze Niemcy, które odebrały liniom lotniczym Mahan prawo do lądowania na niemieckim terytorium – są one oskarżane o udział w transporcie sprzętu wojennego do Syrii.

    Smaczku całej sprawie dodał jeszcze styczniowy raport Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, w którym stwierdzono, że „nowe anty-irańskie sankcje najprawdopodobniej doprowadzą do zwiększenia przez Teheran nakładów na cyberszpiegostwo (…) w szczególności w sytuacji, gdyby Irańczykom nie udało się utrzymać EU przy JCPOA” (sic!, pisownia oryginalna).

    Logo irańskiej agencji wywiadu (VAJA)

    Nowe rozdanie

    Wszystko to zdaje się wskazywać, że UE dokonała rewizji swojej polityki wobec Iranu. Z jednej strony Europa chce utrzymać JCPOA „przy życiu”, bo jest to zgodne z jej interesami gospodarczymi oraz pozwala ograniczyć irański program atomowy. Z drugiej jednak strony Francja, UK czy Niemcy widzą jakie zagrożenie niesie za sobą wywrotowa działalności Iranu i dlatego nie są skłonni pomagać Iranowi bezwarunkowo – zamiast tego proponują „swoistą marchewkę”, przy pomocy której będą wodzić Teheran za nos. Schemat tego działania jest prosty. INSTEX jest gestem dobrej woli, który ma zmaterializować europejską chęć pomocy i zmobilizować Irańczyków do współpracy. Jednak dalsza europejska pomoc jest uzależniona od tego czy Teheran faktycznie zacznie wprowadzać kolejne reformy – tak jak w sprawie FATF.

    Jest to bardzo ryzykowna gra, którą UE może przegrać z kretesem. Przede wszystkim europejskie możliwości działania wobec amerykańskich sankcji są mocno ograniczone. Powstanie INSTEX to pozytywny sygnał, który pokazuje że najwięksi europejscy gracze dotrzymują swoich obietnic nawet wtedy, gdy muszą rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Jednak sam INSTEX nie uratuje JCPOA. Do tego potrzeba dużo więcej. Europa musi stworzyć skomplikowany mechanizm handlowy, który zapewni europejskim firmom handlującym z Teheranem pełne bezpieczeństwo. Jest to ogromne wyzwanie, bo już wcześniej różni amerykańscy oficjele – np. John Bolton – wyraźnie dali do zrozumienia, że obłożą sankcjami wszelkie przedsiębiorstwa handlująca z Iranem – niezależnie czy za pomocą SPV czy też nie.

    Z drugiej strony próby wywarcia nawet najmniejszej presji na Teheran mogą doprowadzić do potężnej reakcji zwrotnej. Bruksela ma rację, że obecny prezydent Iranu ma stosunkowo umiarkowane poglądy i byłby prawdopodobnie skłonny na pewne ustępstwa w zamian za pomoc gospodarczą. Jednocześnie jednak Europejczycy przeszacowują pozycję prezydenta i nie uwzględniają specyfiki systemu, w którym musi on działać. Świetnie widać to na przykładzie FATF. Sam Rouhani rozumie potrzebę reformy irańskiego systemu i robi wszystko co możliwe, aby przepchnąć projekty ustaw dotyczące prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. Jednak sam nie jest on w stanie oprzeć się konserwatystom, którzy obsadzili swoimi ludźmi większość instytucji państwowych, które – mimo że nie pochodzą z powszechnych wyborów – to posiadają ogromny wpływ na kształtowanie irańskiej polityki.

    Ostatnie działania UE w żaden sposób ułatwiają działań prezydenta – a wręcz przeciwnie. Konserwatyści, powołując się na słowa unijnych polityków, wskazują że Rouhani jest marionetką Europy a FATF to pomysł Europejczyków a nie prezydenta.

    rezydent Hassan Rouhani, źródło: Tasnim News Agency

    Upadek prezydenta

    Wypowiedzi unijnych polityków są szkodliwe – i w perspektywie krótkoterminowej (FATF) i długoterminowej. Od maja 2018 roku poparcie prezydenta Rouhaniego topnieje w bardzo szybkim tempie. Konserwatyści próbują przekonać naród, że pogarszająca się z dnia na dzień sytuacja ekonomiczna w kraju, to rezultat niezdecydowanych działań Rouhaniego, który zgodził się na podpisanie JCPOA i został „oszukany przez Zachód”. Jak wskazują sondaże taka retoryka zyskuje coraz większy poklask w irańskim społeczeństwie.

    Sytuacji Rouhaniego nie ułatwia także fakt, że obecna administracja jest powszechnie krytykowana przez samych reformistów – którym Rouhani zawdzięcza wyborcze zwycięstwa z lat 2013 i 2017. Krytykują oni prezydenta, że był on zbyt mało zdecydowany w swoich działaniach i nie wykorzystał szansy na reformę jaką były lata 2016-2018, gdy Iran pozostawał wolny od sankcji a konserwatyści byli w odwrocie. Ponadto oskarżają oni prezydenta o zdradę liberalnych ideałów – chociaż tak naprawdę Rouhani nigdy nie był „liberałem czystej krwi”, dużo lepiej czuł się wśród „centrystów” a reformistów wykorzystywał raczej dla swojej własnej agendy politycznej niż faktycznie identyfikował się z ich hasłami.

    Rozłam w umiarkowanym środowisku i pogarszająca się sytuacja gospodarcza sprawiają, że zwycięstwo kogoś z obozu reformistów w nadchodzących wyborach prezydenckich w 2021 roku wydaje się coraz mniej prawdopodobne. Napięcia społeczne wzrastają a konserwatywna opozycja – na fali populistycznej krytyki Rouhaniego – zdobywa coraz większe poparcie. Tym samym powrót do władzy konserwatystów wydaje się coraz bardziej prawdopodobny. Taki scenariusz miałby jednak fatalne skutki nie tylko dla JCPOA, ale także dla całego regionu. Konserwatyści prawdopodobnie chcieliby wycofać się z irańskiego dealu oraz wznowić prace nad programem atomowym. Ich polityka wobec Bliskiego Wschodu także bałaby znacznie bardziej konfrontacyjna.

    Czas wyborów

    UE musi zrobić wszystko, aby nie dopuścić do zwycięstwa konserwatystów – ewentualnie usprawnić handel z Iranem na tyle, aby konserwatyści doszli do wniosku, że występowanie z JCPOA nie jest w ich interesie. Taka strategia byłaby dużo skuteczniejsza niż próby wywarcia presji na Rouhanim, który i tak pozostaje „cichym sojusznikiem Europy” i jednym z niewielu umiarkowanych polityków wyższego szczebla w Islamskiej Republice Iranu

    Zresztą wszystko wskazuje na to, że europejska presja jest nieuzasadniona, bo póki co UE nie ma pomysłu na obejście amerykańskich sankcji. Spółka INSTEX to pozytywny sygnał, ale w pojedynkę nie pokona ona amerykańskich sankcji. Unia musi opracować mechanizm obsługi „poważniejszych transakcji”, których przedmiotem będą m.in. surowce energetyczne oraz maszyny przemysłowe – dopiero wtedy UE uzyska właściwy „lewar”, który będzie można wykorzystać w negocjacjach z Irańczykami i zmusić ich do pewnych ustępstw.

    Decydowanie się na wywieranie nacisku na Teheran już teraz przyniesie skutek odwrotny od zamierzonego. Fragment dotyczący FATF, który znalazł się w oświadczeniu w sprawie INSTEX, momentalnie został wykorzystany przez konserwatystów do ataków na prezydenta – „cichego sojusznika UE”. Zamiast ukrócić reakcyjność irańskiego reżimu Unia w istocie go wzmocniła. Dlatego jeśli UE faktycznie podjęła podwójną grę z Iranem to musi teraz uważać na każdy swój krok, aby nie przyczynić się do wzrostu popularności konserwatystów. Jeśli udałoby się im wrócić do władzy to byłby to najprawdopodobniej koniec JCPOA i początek nowego wymiaru rywalizacji w regionie Bliskiego Wschodu.

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #iran #ue #bliskiwschod #trump #geopolityka #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #polityka
    pokaż całość

  •  

    Ogłoszenia noworoczne

    Witam wszystkich w nowym roku. Mam dla was garść krótkich ogłoszeń:

    1. Rozważam możliwość skrócenia tekstów, które w przyszłości będą pojawiać się na blogu. Po zmianie długość większości tekstów oscylowałaby w okolicach 1000-1500 wyrazów. Teksty nie powinny stracić na wartości merytorycznej. Skupiałyby się na aktualnych wydarzeniach i ich analizie a pomijałyby omawianie pewnych podstawowych kwestii, które - w mniejszym czy większym stopniu - czytelnik (a już zwłaszcza Mireczek ( ͡° ͜ʖ ͡°)) już raczej zna np. z ostatniego tekstu o wycofywaniu się USA z Syrii wyrzucono by przydługi wstęp o turecko-kurdyjskiej rywalizacji.

    Żeby łatwiej to sobie wyobrazić to tekst "Wszystkie drogi prowadzą do Damaszku, czyli wizyta stronnictwa saudyjskiego w Syrii" licz ok. 1,1k wyrazów a "Amerykański gambit w Syrii" ok. 5,7k wyrazów.

    Dłuższe teksty także by się pojawiały, lecz dużo rzadziej niż teraz - jednocześnie byłyby pewnie bardziej dopracowane i "uniwersalne" (nie dotyczyłyby aktualnych wydarzeń, lecz pewnych trendów, długofalowych zjawisk np. teksty pokroju "Sen o Halep, czyli jak Turcja przejmuje kontrolę nad syryjską rebelią", który opisywał mechanizmy dzięki którym Turcja podporządkowała sobie większość ugrupowań rebelianckich w północnej Syrii). Dajcie znać w ankiecie poniżej co myślicie o tym pomyśle. Głosować można przez tydzień. ;)

    2. Od stycznia mam własną rubrykę w magazynie Układ Sił wydawanym przez Instytut Spraw Zagranicznych działający przy Collegium Nobilium Opoliense. Będą tam się pojawiać unikatowe teksty o Bliskim Wschodzie, których nie będę publikował nigdzie indziej. Jeśli nie słyszeliście jeszcze o tym magazynie to sprawdźcie ich stronę internetową (poniżej) - wiele autorytetów i masa ciekawych treści. http://ukladsil.pl

    pokaż spoiler Nie jestem zwolennikiem absolutnej demokracji, ale cenię sztukę kompromisu ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)


    #lagunacontent
    pokaż całość

    Jakie teksty powinny pojawiać się na blogu?

    • 27 głosów (49.09%)
      krótsze teksty (1-1,5k)
    • 28 głosów (50.91%)
      dłuższe teksty (utrzymanie status quo)
  •  

    Amerykański gambit w Syrii

    19 grudnia administracja prezydenta Trumpa oficjalnie potwierdziła informacje o planowanym odwrocie wojsk USA z Syrii. Decyzja ta spotkała się z ostrą krytyką ze strony wielu środowisk partyjnych oraz kilkoma dymisjami wśród współpracowników Trumpa, które oskarżono o zdradę wobec Kurdów i wspieranie rosyjsko-irańskich interesów w Syrii. Jednak w zasadzie dlaczego Turcy aż z taką zaciekłością zwalczają Kurdów? Dlaczego decyzja Trumpa wcale nie powinna być oceniania jako coś negatywnego? Oraz przede wszystkim dlaczego decyzja Trumpa może wywrócić do góry nogami taktyczny sojusz turecko-rosyjski?

    Tekst jest dostępny także na wordpressie- zachęcam do czytania właśnie tam ze względu na większą przejrzystość. Niektórym tekst może się wydać zbyt pro-turecki - moim zdaniem taki nie jest. W kilku miejscach świadomie posługuję się retoryką Ankary (co zresztą zaznaczam), gdyż nie sposób inaczej zrozumieć tureckiego postępowania w Syrii. Miłego czytania Mireczki.

    ———————————————–

    Syria w ogniu

    W połowie 2012 roku protesty antyrządowe w Syrii wymknęły się spod kontroli Damaszku. Antyrządowe hasła zostały zastąpione bronią palną, a syryjskie ulice wkrótce spłynęły krwią. Najszybciej rozgorzał konflikt w zdominowanej przez sunnitów prowincji Idlib, gdzie już w pierwszych miesiącach 2012 roku protesty przerodziły się w regularną wojnę domową. Bojownicy FSA atakowali już nie tylko osamotnione posterunki SAA (Syryjska Armia Arabska, wierna Assadowi), ale podjęli także pierwsze nieśmiałe próby opanowania głównych miast regionu np. Saraqib, Ma’arrat an-Numan czy Idlib. Jednocześnie ogień rewolucji zaczynał rozpalać się także na północnych krańcach kraju, zamieszkałych głównie przez Kurdów.

    W lipcu 2012 roku kurdyjska PYD powołała do życia Powszechne Jednostki Ochrony (YPG), które miały zając się ochroną lokalnej ludności. Kurdowie od razu przystąpili do przejmowania baz wojsk wiernych rządowi. To zadanie było o tyle łatwe, że lojaliści – prawdopodobnie na bezpośredni rozkaz Damaszku – nie podejmowali działań zaczepnych przeciwko YPG i opuszczali północną Syrię udając się w bardziej zapalne regiony kraju. Wyjątkiem pozostały w zasadzie tylko miasta Hasaka oraz Kamiszlo, gdzie – z uwagi na duży odsetek arabskich mieszkańców oraz strategiczne znaczenie tych miejscowości – wojska rządowe utrzymały kadłubowe garnizony.

    Turcja z niepokojem przyglądała się rozwojowi wypadków w Syrii. W czasie powstawania YPG Turcy byli nadal zaangażowani w walki przeciwko PKK (Partia Pracujących Kurdystanu, uznawana za organizację terrorystyczną przez Ankarę i Waszyngton) na południu swojej ojczyzny. Pojawienie się kurdyjskich sił zbrojnych po drugiej stronie granicy groziło dalszą eskalacją. Z perspektywy Ankary większość ruchów kurdyjskich jest kontrolowana przez PKK – i tak np. PYD uważana jest za polityczną filię PKK w Syrii a YPG za jej ramię zbrojne. Dlatego też Turcja, postrzegając działalność YPG w Syrii za nową płaszczyznę swojego konfliktu z PKK, w ograniczony sposób wspierała ugrupowania anty-YPG działające na terenie Syrii.

    Jednak stan niewypowiedzianej wojny między Ankarą a YPG nie trwał długo. 28 grudnia 2012 roku prezydent Erdogan, podczas wywiadu telewizyjnego, ogłosił, że Ankara prowadzi negocjacje pokojowe z głównym ideologiem PKK – Abdullahem Öcalanem, który od 1999 roku przebywa w tureckiej niewoli. 21 marca 2013 roku, podczas święta Newroz, opublikowano list Öcalana, w którym wzywał on swoich zwolenników do zaprzestania zbrojnej walki i rozpoczęcia z Ankarą dialogu politycznego.

    Odezwa Öcalana została pozytywnie odebrana wśród dowódców PKK i wkrótce konflikt w północnej Turcji zaczął ulegać stopniowemu wygaszeniu. W tej sytuacji także stanowisko Ankary wobec YPG musiało ulec rewizji. Turcja zaczęła przyjmować coraz bardziej neutralne stanowisko wobec YPG, a nawet zezwoliła bojownikom PKK oraz kurdyjskim ochotnikom z Turcji na przekraczanie syryjsko-tureckiej granicy, gdzie dołączali oni do YPG.

    Kurdyjski bojownik, w tle flagi YPG i PKK

    Zawieszenie broni

    Tak sielankowy okres w relacjach między Turcją a PKK trwał tylko w latach 2013-2014. Ankara zajęła tak łagodne stanowisko wobec syryjskich Kurdów dlatego, gdyż uważała że konflikt w Syrii wkrótce się zakończy, Assad zostanie obalony a tereny kurdyjskie wrócą pod kontrolę rządu centralnego. Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że turecka strategia była błędna. Nie doceniała ona ani możliwości wojskowych rządu Assada ani politycznych aspiracji Kurdów. W styczniu 2014 roku Kurdowie proklamowali konstytucję przyszłej Demokratycznej Federacji Północnej Syrii (DNFS), w której określili tereny kurdyjskie w Syrii jako „tereny autonomiczne”.

    Turcy byli wściekli. Co prawda Kurdowie podkreślali we wspomnianej konstytucji, że integralność terytorialna Syrii jest dobrem nadrzędnym i powstanie kurdyjskiej autonomii w żaden sposób jej nie narusza, lecz – zdaniem Turków – autonomia była pierwszym krokiem, który miał doprowadzić do powstania kadłubowej państwowości kurdyjskiej u południowych granic Turcji. Ankara obawiała się, że – w przypadku załamania się rozejmu z PKK – Rożawa mogła stać się bazą wypadową PKK, z której Kurdowie atakowaliby cele w Turcji. Jednocześnie Rożawa mogłaby stać się nie tylko „bazą” wojskową PKK, ale także ważnym ośrodkiem kulturowym, który podnosiłby świadomość narodową Kurdów zamieszkujących region Bliskiego Wschodu i popularyzował myśl niepodległościową.

    O ile np. autonomia kurdyjska w Iraku (KRG) nie jest obecnie uważana przez Turków za groźną (głównie dzięki wieloletniemu dialogowi KRG i Ankary oraz wspólnym działaniom wymierzonym w PKK), o tyle ta kształtująca się de facto kurdyjska autonomia w Syrii została uznana przez Ankarę za potencjalnie skrajnie niebezpieczną. Po pierwsze Turcja nie miała żadnego wpływu na ugrupowania kurdyjskie tworzące administrację Rożawy. Ponadto, z uwagi na rzekomy duży udział PKK w formowanie się tej kurdyjskiej autonomii, raczej mało prawdopodobnie stawało się budowanie pozytywnych relacji z syryjskimi Kurdami za pomocą środków politycznych i ekonomicznych – tj. tak jak postępowano wcześniej względem KRG.

    O skali pomocy jakiej PKK udzielało YPG świadczą najlepiej same liczby – zgodnie z obliczeniami The Atlantic Council w okresie styczeń 2013 – styczeń 2016 roku aż 49% poległych bojowników YPG było obywatelami tureckimi i najprawdopodobniej członkami lub osobami związanymi z PKK. Patrząc z tej perspektywy obawy Turków wydają się całkiem realne.

    [Abdullah Öcalan, znany jako „Serok Apo”](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5d/Abdullah_Öcalan.png)

    Kobane

    W rezultacie Turcja zaczęła rewidować swoją politykę wobec syryjskich Kurdów. Momentem przełomowym stała się bitwa o miasto Kobani w północnej Syrii, położone tuż przy granicy z Turcją. We wrześniu 2014 roku wojska Państwa Islamskiego (IS) rozpoczęły szturmować miasto, które wkrótce znalazło się w katastrofalnym położeniu. Upadek Kobani byłby Turkom na rękę, gdyż znacznie osłabiłby władzę YPG w północnej Syrii. Gdyby w tym momencie Turcja zamknęła granicę z Syrią, to miasto niechybnie by upadło – jednak ze względu na presję ze strony społeczności międzynarodowej oraz PKK Turcja nie mogła tego zrobić. Ostatecznie bitwa o Kobane zakończyła się całkowitą klęską Turków. W marcu 2015 roku, dzięki wydatnej pomocy lotnictwa koalicji, YPG ostatecznie odrzuciła IS od miasta i ogłosiła zwycięstwo. Jednocześnie Turcja została uznana przez Kurdów za wroga numer 1.

    Stało się tak, gdyż tureckie postępowanie w okresie bitwy o Kobane było skrajnie niekonsekwentne i budzące wiele wątpliwości co do tego, po której stronie stanęła Turcja – czy po stronie YPG czy IS. Co prawda Turcy nie zamknęli granicy i pozwalali poszczególnym ugrupowaniom rebelianckim na dołączanie do obrońców miasta, lecz niektórym konwojom często utrudniano poruszanie się zatrzymując je nawet na kilka godzin na granicy a innym po prostu odmawiając wstępu do Syrii.

    Tym samym Turcja nie tylko nie doprowadziła do upadku Kobane, ale także doprowadziła do znacznego pogorszenia swoich relacji z Kurdami – zarówno z tymi z Syrii, jak i Turcji. Od tej pory Turcja – w mniemaniu wielu Kurdów – zaczęła być uważana za „cichego sojusznika IS”.

    Już na początku października 2014 roku przez południową Turcję, w solidarności z obrońcami Kobane, przetoczyła się fala kurdyjskich protestów, które spotkały się z szybką i brutalną reakcją ze strony policji. Tym samym w połowie 2015 roku negocjacje pokojowe z PKK zostały całkowicie zerwane, a tureckie pogranicze znowu stanęło w ogniu.

    Bitwa o Kobane, autor: Agathocle de Syracuse

    Kurdowie na fali

    Tymczasem po drugiej stronie granicy Kurdowie odnosili spektakularne sukcesy. Najpierw w maju 2015 roku YPG skonsolidowało swoją władzę w zachodniej części Hasaki a następnie w lipcu opanowało miasto Tel Abyad, łącząc w ten sposób prowincję Kobane z Hasaką. Tym samym ponad 400-kilometrowy odcinek syryjsko-tureckiej granicy, od Eufratu po Irak, znalazł się pod bezpośrednią kontrolą Kurdów.

    Od czasów bitwy o Kobane Kurdowie zaczęli cieszyć się bardzo dobrą prasą. Wiele poczytnych gazet zaczęło publikować artykuły, w których przedstawiano Kurdów w samych superlatywach, opisując ich jako bohaterów, bojowników o wolność, demokrację i prawa kobiet czy czy wręcz potomków lorda Byrona. Tym samym przebicie się z turecką narracją o powiązaniach między PKK a YPG stało się niezwykle ciężkie, o ile w ogóle możliwe.

    Sytuacji nie ułatwiał także fakt, że USA zaangażowały się w bezpośrednią pomoc dla YPG. W październiku 2015 roku na tereny kontrolowane przez Kurdów skierowano pierwszy oddział amerykańskich wojsk specjalnych, który miał zająć się koordynacją działań YPG na lądzie oraz koalicji w powietrzu. Jednocześnie Amerykanie – świadomi obaw Turków względem YPG – starali się udobruchać Ankarę. Dlatego też w tym samym miesiącu (październik 2015 roku), z inspiracji Amerykanów, powołano do życia Syryjskie Siły Demokratyczne. W założeniu miały zjednoczyć one pod jednym sztandarem ugrupowania kurdyjskie, arabskie czy asyryjskie. Siły kurdyjskie miały ulec wymieszaniu z innymi ugrupowaniami, co miało przełożyć się na zmniejszenie niechęci Turków względem YPG, której bojownicy staliby się teraz mniej widoczny. Ponadto powstanie SDF-u, jako wielokulturowej jednostki, miało ułatwić koalicji działania na terenach zamieszkałych przez Arabów, którzy często z dużą nieufnością podchodzili do współpracy z Kurdami.

    Jednak w praktyce amerykańskie działania przyniosły skutki odmienne od zamierzonych. Turcy nadal konsekwentnie twierdzili, że oddziały YPG – niezależnie od sztandaru pod którym działają, czy pod dowództwem SDF czy nie – nadal są ugrupowaniem terrorystycznym, tak jak ich organizacja-matka, czyli PKK. Żadne starania Waszyngtonu nie były w stanie zmienić poglądu Ankary na całą sprawę.

    Tureckie stanowisko było częściowo słuszne, gdyż to właśnie YPG stanowi główną siłę uderzeniową SDF-u, a sami Kurdowie większość członków tego ugrupowania. Mimo zajęcia przez SDF prowincji Rakka oraz Deir Ezzor, które są zamieszkałe głównie przez Arabów, to skala zaciągania się Arabów do SDF-u była dużo mniejsza niż oczekiwano. Jednocześnie jednak trzeba podkreślić, że powstanie SDF było zdecydowanie pozytywnym krokiem z perspektywy wojskowej – może zaciąg Arabów do SDF-u nie był oszałamiający, ale sam fakt że w ramach tej formacji działały nawet małe grupy arabskie wytrącił argument tym, którzy przedstawiali SDF jako „kurdyjskie siły okupacyjne”.

    Amerykański żołnierz w towarzystwie członków YPG, źródło: VOA

    Manbij

    Konflikt między Waszyngtonem a Ankarą, na tle wsparcia dla Kurdów, narastał i osiągnął swoje apogeum na przełomie 2015 i 2016 roku. Już w lecie 2015 roku tureccy stratedzy zaczęli przewidywać, że kolejnym ruchem kurdyjskich wojsk będzie opanowanie prawego brzegu Eufratu i połączenie Kobane z kantonem Afrin, położonym na zachodzie kraju. Nic też dziwnego, że już w lipcu 2015 roku prezydent Erdogan powiedział: „Jakąkolwiek cenę będziemy musieli zapłacić, nigdy nie pozwolimy na powstanie kolejnego państwa u naszych południowych granic”.

    Przewidywania te okazały się słuszne. W grudniu 2015 roku Kurdowie opanowali tamę Tishrin i wylądowali na prawym brzegu Eufratu, ok. 25-km od miasta Manbij. W tym momencie jednak Amerykanie wstrzymali dalszą ofensywę. Manbij było pierwszym większym celem SDF-u, w którym nie dominowała ludność kurdyjska. Aby nie doprowadzić do ewentualnych konfliktów między Arabami a Kurdami, USA zaproponowały Turcji, aby ta wzięła czynny udział w ofensywie na miasto. Ankara wyraziła wstępną zgodę, jednak zażądała aby cała operacja została przeprowadzona wyłącznie przez ugrupowania arabskie, które uprzednio wystąpią z SDF – ruch bezpośrednio wymierzony w obniżenie legitymacji tej formacji. Ostatecznie jednak próba porozumienia się z Turcją zakończyła się fiaskiem.

    W maju 2016 roku rozpoczął się szturm na Manbij, który prowadzony był przez łączone siły arabsko-kurdyjskie działające pod sztandarem Rady Wojskowej Manbij – zgodnie z raportami koalicji RWM zdominowana była przez Arabów. 12 sierpnia 2016 roku Manbij ostatecznie padło, a flaga SDF zawisła nad miastem. Wojska SDF-u rozpoczęły dalszy pochód na zachód w celu połączenia się z kantonem Afrin pozostającym pod kontrolą YPG. Gdyby ten plan się powiódł niemal cała północna Syria znalazłaby się pod kontrolą zdominowanych przez Kurdów Syryjskich Sił Demokratycznych.

    Członkinie YPJ (kobieca milicja kurdyjska w Syrii), w tle flaga z podobizną Seroka Apo, źródło: Kurdishstruggle, flickr.com

    Tarcza Eufratu

    Turcja nie mogła na to pozwolić i dlatego 24 sierpnia 2016 roku rozpoczęła operację „Tarcza Eufratu”, której głównym celem było uniemożliwienie połączenia się sił kurdyjskich. Ostatecznie turecka operacja zakończyła się sukcesem a TSK, z pomocą rebeliantów, wbiła się klinem między Afrin a Manbij.

    Od pierwszych tygodni tureckiej operacji dochodziło do drobnych potyczek między TSK i FSA a SDF, jednak dopiero gdy Turcja rozprawiła się z ostatnią fortecą IS w regionie, tj. miastem Al Bab, przystąpiono do skoordynowanych działań zaczepnych przeciwko YPG. 28 lutego 2017 roku siły tureckie rozpoczęły ofensywę przeciwko jednostkom SDF stacjonującym wokół Manbij. TSK odniosła kilka zwycięstw i udało jej się zdobyć kilka wiosek, lecz już kilka dni później turecka ofensywa została storpedowana przez amerykańsko-rosyjskie porozumienie, na mocy którego siły Rosji, Syrii oraz USA miały zająć się patrolowaniem linii frontu między SDF a wojskami Tarczy Eufratu.

    Ankara uznała to za zdradę, jednak nie tyle ze strony Moskwy, co ze strony Waszyngtonu. Manbij i obecność YPG w regionie stały się dla Turcji symbolem klęski i wstydu. Turcja próbowała jeszcze „negocjować” z Amerykanami pokojowe wycofanie się sił kurdyjskich na lewy brzeg Eufratu, lecz Amerykanie pozostawali niewzruszeni na prośby, a raczej groźby, Turków.

    Początkowa faza operacji „Tarcza Eufratu”, źródło: MrPenguin20, OpenStreetMap contributors, openstreetmap.org

    Format z Astany

    Sytuacja w Syrii znacznie pogorszyła relacje turecko-amerykańskie, które od zamachu stanu w Turcji (15/16 lipca 2016 roku) były już i tak mocno napięte. Ankara nie mogąc nic osiągnąć groźbami zaczęła coraz bardziej angażować się w działalności tzw. trójki z Astany, w skład której weszły: Rosja, Iran oraz Turcja. Pierwsze spotkanie przedstawicieli tych państw odbyło się już w grudniu 2016 roku, lecz dopiero pod wpływem nieprzejednanej postawy Waszyngtonu względem YPG, Turcja z całą stanowczością zaangażowała się we współpracę z „Astaną”.

    Teoretycznie format astański miał być „platformą”, za pomocą której trzej główni gracze syryjskiej wojny domowej mieli uzgadniać swoje stanowiska dotyczące różnych kwestii i koordynować poszczególne działania – tak, aby nie wchodzić sobie w drogę. Jednocześnie jednak Rosja zaczęła wykorzystywać „Astanę” do legitymizowania władzy Assada oraz zachęcać Turków do rozluźniania więzi z Waszyngtonem i zacieśniania – w ich miejsce – relacji z Moskwą.

    Początkowo wydawało się, że rosyjskie działania przynoszą pożądane efekty. Turcja nie tylko złagodziła swoje stanowisko wobec Assada, ale także zaczęła zacieśniać relacje wojskowe z Rosją, czego chyba najbardziej jaskrawym przejawem były – prowadzone do tej pory – negocjacje w sprawie zakupu przez Ankarę systemów S-400. Jednak takie spojrzenie na „Astanę” jest mocno jednostronne i nie pokazuje całego obrazu.

    Format astański nigdy nie był dla Turków realną alternatywą, lecz raczej taktycznym sojuszem, który od początku obliczony był na wzmocnienie pozycji Ankary w przyszłych negocjacjach z Waszyngtonem w sprawie północnej Syrii oraz syryjskim procesie pokojowym. To właśnie Turcja była głównym zwycięzcą niemal każdego spotkania trójki z Astany. Rosja i Iran, pod presją Ankary, nie tylko zrezygnowały z ataku na rebelianckie Idlib, ale także pozwoliły Turkom na scalenie „umiarkowanych” ugrupowań rebelianckich pod szyldem pro-tureckiego Frontu Narodowego Wyzwolenia i założenie w Idlib 12 posterunków obserwacyjnych, które miały przestrzegać zawieszenia broni między rebeliantami a siłami rządowymi.

    W zamian za to Turcja nie dała od siebie praktycznie nic. Co prawda Ankara musiała zrezygnować z prób obalenia Assada siłą, jednak wydaje się, że te plany Turcja uznała za nierealne już w 2015 roku, gdy w Syrii wylądowały pierwsze rosyjskie rosyjskie samoloty wojskowe.

    Prezydenci: Rouhani, Putin i Erdogan, źródło: kremlin.ru

    Afrin

    Amerykanie byli co prawda zaniepokojeni flirtem Turcji z Rosją i Iranem, lecz – jak się wydaje – doskonale rozumieli, że jest to tylko taktyczny sojusz, który raczej nie przerodzi się w długofalową współpracę i tym samym nie zagrozi kluczowym interesom NATO. Waszyngton nie negował tureckich obaw względem YPG, ale starał się wskazywać, że są one mocno przesadzone. Dlatego też Amerykanie, nawet po wyborczej wygranej Trumpa, skupiali się głównie na podążaniu dawno wyznaczonym torem działania, zostawiając tureckie obawy na bocznym torze.

    Tym modus operandi, który został wytyczony jeszcze za czasów prezydenta Obamy, było pozostanie w Syrii tak długo aż wycofają się z niej wojska irańskie. Problemem było jednak to jak doprowadzić do legitymizacji pobytu amerykańskich żołnierzy w Syrii już po fizycznym upadku kalifatu – walka z którym była przecież, przynajmniej oficjalnie, jedynym celem amerykańskiej pomocy dla YPG. Postanowiono zrobić to bardzo prosto i przekształcić misję wojskową w misję stabilizacyjną. 23 grudnia 2017 roku generał Joseph Votel, szef CENTCOM-u, zapowiedział, że USA wkrótce stworzą ok. 30-tysięczne siły arabsko-kurdyjskie, które zajmą się ochroną granic Rożawy.

    Wieść o tym ruchu Amerykanów wywołała alarm w Ankarze, która uznała że słowa Votela świadczą o tym, że – w zamyśle Amerykanów – Rożawa ma stać się kadłubowym państwem w całości uzależnionym od USA, które będzie wykorzystywane jako środek nacisku na Damaszek i jego sojuszników. Plan ten mógłby mieć także niekorzystne konsekwencje dla Turcji, gdyż u jej południowych granic powstałby nowy, wrogi ośrodek władzy, na który – ze względu na obecność Amerykanów – Ankara nie miałaby żadnego wpływu.

    W rezultacie Turcja musiała dokonać pokazu siły, jasno wskazać, że z całą stanowczością wystąpi przeciwko wszelkim projektom, które – nawet tylko potencjalnie – mogłyby zagrozić tureckiej integralności terytorialnej. 20 stycznia 2017 roku tureckie wojska przekroczyły granice kantonu Afrin, w którym – z uwagi na odcięcie od reszty terytoriów kurdyjskich – nie stacjonowały żadne siły USA. Operacja „Gałązka Oliwna”, bo właśnie tak nazywał się turecki atak na Afrin, zakończyła się całkowitym zwycięstwem TSK w marcu 2018 roku.

    Żołnierz TSK i członkowie FSA na górze Basraya w kantonie Afrin, źródło: Qasioun News Agency

    Między młotem a kowadłem

    Turecka inwazja na Afrin odbiła się ogromnym echem nie tylko w samej Syrii, ale także w kuluarach światowej polityki. Oto członek NATO przeprowadził pełnoskalową ofensywę wymierzoną w sojusznika innego członka NATO. Waszyngton musiał przyznać, że Ankara w swojej anty-kurdyjskiej polityce stała się nieobliczalna. Groźby zakupu S-400 i ujawnienia danych poufnych natowskiej obrony przeciwlotniczej czy szersza współpraca turecko-rosyjsko-irańska w ramach „Astany” stały się teraz – w przeciwieństwie do kilku miesięcy wcześniej – bardzo realne. Afrin pokazało, że Turcy są nieobliczalni i gotowi na wszystko.

    Tym samym dalsze przebywanie Amerykanów na syryjskiej ziemi stało się tykającą bombą, która – prędzej czy później – musiała doprowadzić do wybuchu i ogromnych komplikacji – nie tylko w stosunkach amerykańsko-tureckich, ale także w stosunkach wewnątrz NATO.

    USA musiały dokonać rewizji swojej dotychczasowej polityki syryjskiej. Wiatr zmian można było odczuć już 29 marca, czyli zaledwie 5 dni po zakończeniu walk w Afrin. Tego dnia prezydent Trump zapowiedział, że USA wkrótce wycofają swoje wojska z Syrii. Jednak, prawdopodobnie dzięki naciskom Pentagonu i gen. Mattisa, Trump zgodził się zmienić swoją decyzję i pozostawić amerykański kontyngent w Syrii „na nieco dłużej”.

    Jednocześnie Amerykanie podjęli negocjacje z Turcją, które miały doprowadzić do zmniejszenia napięć między TSK a SDF-em. W rezultacie tych rozmów 4 czerwca 2018 roku osiągnięto porozumienie. Na jego mocy siły YPG miały wycofać się na lewy brzeg Eufratu, w Manbij miała zostać wybrana nowa rada miejska, a amerykańskie patrole wokół Manbij miały zostać zastąpione przez patrole TSK. Ten deal był ogromnym sukcesem Turcji, który dawał szanse na stopniową poprawę stosunków turecko-amerykańskich.

    Jednak ostatecznie umowa dotycząca Manbij nigdy nie została wprowadzona w życie. Co prawda TSK zaczęło przeprowadzać z Amerykanami wspólne patrole wokół miasta, lecz ani siły USA ani YPG nie wycofały się ostatecznie z regionu. Turcja była mocno rozżalona z tego powodu i dlatego Turcy na przełomie października i listopada 2018 roku zaczęli coraz mocniej naciskać na Waszyngton, aby ten w końcu doprowadził do pełnej implementacji omawianego porozumienia.

    [Prezydenci Erdogan i Trump, źródło: The White House, flickr.com](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/41/President_Trump_and_President_Erdoğan_joint_statement_in_the_Roosevelt_Room%2C_May_16%2C_2017.jpg/1024px-President_Trump_and_President_Erdoğan_joint_statement_in_the_Roosevelt_Room%2C_May_16%2C_2017.jpg)

    Wściekły pies Mattis vs Erdogan

    21 listopada 2018 roku gen. Mattis, szef Departamentu Stanu, zapowiedział, że siły amerykańskie wkrótce wzniosą kilka posterunków granicznych wzdłuż syryjsko-tureckiej granicy, na odcinku kontrolowanym przez SDF. Według Mattisa posterunki te miały monitorować ruch w pobliżu granicy i notyfikować Turków o wszystkich podejrzanych ruchach. Zatem, w planach Pentagonu, amerykańskie posterunki miały działać w interesie Turcji i ostrzegać ją prawdopodobnie przed próbami nielegalnego przekroczenia granicy przez Kurdów.

    Jednak Ankara uznała, że plan Mattisa to okurzony plan Vogela, który jest nakierowany na scementowanie kurdyjskiej „państwowości” i wydłużenie amerykańskiej obecności w Syrii na czas nieokreślony a nie ochronę tureckich interesów. W efekcie Ankara zaczęła zastanawiać się w jaki sposób pokrzyżować amerykańskie plany. Otwarty atak, tak jak w Afrin, nie wchodził w grę, gdyż tutaj – tj. wokół Manbij i na wschód od Eufratu – stacjonują liczne siły amerykańskie, liczące ok. 2000 żołnierzy. Uznano prawdopodobnie, że najlepszym wyjściem będzie zastosowanie politycznego fortelu.

    12 grudnia prezydent Erdogan zapowiedział, że za kilka dni tureckie wojska rozpoczną operację, której celem będzie oczyszczenie północnej Syrii z terrorystów – w domyśle YPG. Jednocześnie zapowiedział, że TSK nie będzie atakować sił USA, które nadal uważa za wojska sojusznicze. Tego samego dnia pojawiło się sporo informacji i materiałów graficznych dokumentujących ruchy TSK – zarówno w samej Turcji, jak i w Syrii.

    Tym samym w północnej Syrii rozpoczęła się gra nerwów między Turkami a Amerykanami. Z nieoficjalnych raportów wynika, że gen. Mattisa naciskał na prezydenta Trumpa, aby ten jednoznacznie sprzeciwił się groźbom Erdogana i wykorzystał obecność amerykańskich wojsk w Syrii jako straszaka, który powinien wystarczyć do zatrzymania nadciągającej tureckiej ofensywy. Jednak wygląda na to, że – w odczuciu Trumpa – argumenty te były słabe, a Mattis nie dostrzegał szerszego obrazu sytuacji.

    14 grudnia 2018 roku Trump odbył rozmowę telefoniczną z Erdoganem, podczas której zaszokował swoich doradców i obiecał Erdoganowi, że wojska amerykańskie wkrótce wycofają się z Syrii. Wiadomość ta została ujawniona mediom 19 grudnia w oficjalnym komunikacie prasowym. Decyzja Trumpa została niemal natychmiast ostro skrytykowana zarówno przez demokratów, jak i republikanów. Jednak czy faktycznie – z amerykańskiego punktu widzenia – decyzja o wycofaniu się z Syrii jest aż taka zła?

    Generał James Mattis, źródło: James N. Mattis, flickr.com

    Zostawić Syrię za sobą

    Problem z amerykańską pomocą dla Kurdów jest taki, że gdy w 2015 roku pierwsze oddziały amerykańskie zaczęły działać ramię w ramię z YPG ich celem było przede wszystkim pokonanie Państwa Islamskiego. Dopiero potem, gdy kalifat, przynajmniej w teorii, miał się ku końcowi, zaczęto zastanawiać się jak wykorzystać doświadczonych bojowników. Uznano, że SDF zostanie wykorzystana jako równowaga dla stacjonujących w Syrii Irańczyków. Zgodnie z nową strategią Pentagonu Amerykanie mieli opuścić Syrię dopiero wtedy, gdy wyjdą z niej Irańczycy.

    Taka strategia od początku była błędna. Jeśli Irańczycy nie zostaną usunięci z Syrii siłą to sami nigdy nie zdecydują się na dobrowolne wycofanie swoich wojsk z tego kraju. Teheran poświęcił zbyt duże środki na utrzymanie Assada przy władzy, a sama Syria pełni zbyt ważną rolę w irańskiej polityce zagranicznej, aby Teheran zdecydował się teraz opuścić to państwo od tak, tylko dlatego że jego faworyt utrzymał się przy władzy. Jednocześnie możliwość naciskania na wycofanie się Irańczyków z Syrii – podczas rozmów pokojowych – także była bardzo wątpliwa. Za pomocą „Astany” Turcja, Iran oraz Rosja niemal całkowicie zmonopolizowały syryjski proces pokojowy i odstawiły na boczny tor genewskie rozmowy pokojowe prowadzone pod auspicjami ONZ, w które zaangażowały się USA. Tym samym Amerykanie, zdani na stałą obecność Irańczyków, sami także musieliby przedłużyć swój pobyt w Rożawie na czas nieokreślony – to natomiast spotkałoby się z ostrymi protestami ze strony Turcji, która zaczęłaby oskarżać USA o próbę stworzenia w północnej Syrii niepodległego państwa kurdyjskiego. Biorąc pod uwagę to co Turcy wyprawiali w Afrin i ich pracę w formule astańskiej, przedłużająca się obecność USA w Syrii potencjalnie mogłaby doprowadzić do głębokiego kryzysu w NATO.

    Póki co działania Turków były tylko „pobrzękiwaniem szabelką”, jednak nikt nie mógł zagwarantować (zwłaszcza po wydarzeniach z Afrin), że w dłuższej perspektywie flirt turecko-rosyjski nie przekształci się z taktycznego sojuszu w relacje strategiczne. Tym samym prezydent Trump stanął przed wyborem – ochrona kurdyjskiego sojusznika i trzymanie w szachu Irańczyków czy negocjacje z Turkami, przerwanie coraz bliższych relacji rosyjsko-tureckich i zlikwidowanie „tureckich” napięć w NATO zanim urosną one do większych rozmiarów.

    Dlatego też pytanie, na które od stycznia 2018 roku powinni poszukiwać Amerykanie to nie „jak zostać w Syrii”, tylko „jak z Syrii wyjść i nie wzmocnić tym samym osi Moskwa-Damaszek-Teheran?”.

    Prezydent Donald Trump, źródło: Gage Skidmore, flickr.com

    Jak zwalczać Kurdów?

    Wycofanie się Amerykanów z Syrii paradoksalnie nie leży w bezpośrednim interesie Turcji. Erdogan dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że o ile PKK utrzymuje kontakty z YPG, to – z punktu widzenia wojskowego – w bardzo ograniczonym stopniu szkodzi to tureckiemu bezpieczeństwu narodowemu. Granica turecko-syryjska, która pozostaje pod kontrolą SDF-u, znajduje się niemal wyłącznie wzdłuż terenów równinnych, na których z kilku kilometrów można wypatrzeć ludzi (w domyśle PKK) próbujących przekroczyć granicę.

    Bardziej niebezpiecznym aspektem działalności YPG w Syrii jest fakt, że może przyczyniać się ona do szybszego budowania kurdyjskiej wspólnoty narodowej i wzrostu tendencji separatystycznych. To właśnie ten aspekty działalności YPG wydaje się być głównym punktem zainteresowania Erdogana.

    Jednak pewnych procesów nie można zatrzymać czołgami czy kulami. Niezależnie od tego czy Turcja dokonałaby interwencji wymierzonej w YPG czy też nie kurdyjski nacjonalizm będzie rozchodził się po całym Bliskim Wschodzie coraz większym echem. Ewentualna walka Turków z takimi tendencjami może doprowadzić do pogłębienia turecko-kurdyjskiego konfliktu, ale nie doprowadzi do likwidacji kurdyjskiego nacjonalizmu jako takiego. Wydaje się, że Erdogan zdaje sobie sprawę także z tego aspektu konfliktu z Kurdami. Dlatego też, jego zdaniem (co zaraz udowodnię), podjęcie otwartej walki przeciwko oddziałom YPG stacjonującym na wschód od Eufratu nie leży w tureckim interesie narodowym.

    Moim zdaniem stanowisko Ankary jest takie, że konflikt z syryjskimi Kurdami musi zostać rozwiązany za pomocą środków wojskowych, lecz nie oznacza to wcale bezpośredniej konfrontacji TSK i YPG. Wydaje się, że Turcja jest przede wszystkim zainteresowana implementacją turecko-amerykańskiej umowy dotyczącej Manbij, a następnie rozszerzenia jej na kolejne części Syrii kontrolowane przez SDF. Taki sposób załatwienia „kwestii syryjskiej” byłaby Ankarze na rękę także z punktu widzenia zaspokajania nacjonalistycznych żądz wyborców – małym kosztem Turcja mogłaby przejmować kolejne terytoria Syrii i podbijać nacjonalistyczny bębenek. Celem Turków nie musiałoby być przejęcie całości terenów kontrolowanych przez SDF, lecz tylko tych, które mają najważniejsze znaczenie np. Manbij czy Tel Abyad.

    Bezpośrednia konfrontacja z YPG jest prawdopodobnie uważana za zbyt ryzykowne działanie. Z jednej strony taka operacja wymagałaby ogromnych nakładów finansowych, a rezultat samej operacji także mógłby być niesatysfakcjonujący – w obliczu klęski SDF mógłby przejść na stronę Damaszku.

    Amerykanie i YPG w Syrii, źródło: Qasioun News Agency

    Wielki blef Erdogana

    Słuchając przemówienia Erdogana z 12 grudnia 2018 roku trzeba wziąć pod uwagę teorię, że jego wystąpienie było czystą gierką polityczną. Nie było takiej opcji, aby TSK – bez żadnego wcześniejszego przygotowania – rozpoczęła w ciągu kilku dni atak przeciwko SDF i to jeszcze przez tereny, na których stacjonują liczne siły sojusznicze. Przemówienie Erdogana było prawdopodobnie obliczone na zdobycie kilku punktów wyborczych przed zaplanowanymi na marzec wyborami lokalnymi oraz próbą zmuszania Amerykanów do implementacji umowy w sprawie Manbij. Po „zrobieniu groźnej miny” Erdogan mógł się wycofać z planów ataku na SDF i zrzucić całą winę na „złych” Amerykanów, co idealnie wpisałoby się w jego dotychczasową retorykę i spotkałoby się ze zrozumieniem ze strony wyborców.

    Decyzja Trumpa z 14 grudnia 2018 roku zaskoczyła Erdogana. Wynika to nie tylko z nieoficjalnych relacji na temat przebiegu rozmowy Trump-Erdogan, ale także z działań jakie Erdogan podjął już po opublikowaniu oficjalnego komunikatu w sprawie wycofania się USA z Syrii. Mianowicie 21 grudnia 2018 roku Erdogan zapowiedział, że – z uwagi na decyzję Amerykanów – postanowił wstrzymać ofensywę. 23 grudnia 2018 roku miała miejsce kolejna rozmowa telefoniczna między Trumpem a Erdoganem, po której Trump zapowiedział, że amerykański odwrót z Syrii będzie „powolny i wysoce skoordynowany”, a w nowym roku do Turcji przyjedzie Bolton, który ma opracować z Turkami plan tej koordynacji. Moim zdaniem słowa Trumpa, oraz fakt, że Turcy nie naciskają na szybki odwrót SDF-u świadczą o tym, że podczas rozmów Trump-Erdogan opracowano bardzo ciekawy plan, który wywoła u niejednej osoby zawrót głowy.

    Prezydent Recep Tayyip Erdoğan, źródło: kremlin.ru

    #syria #turcja #turcjawsyrii #bliskiwschod #trump #bliskiwschod #geopolityka #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Moje drogi Mireczki, z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia życzę wam wszystkiego co najlepsze, ale przede wszystkim spokojnych i radosnych świąt w rodzinnym gronie.

    Mam nadzieję, że w końcu każdy dostanie ten medal, który obiecał nam Baszar i że każdy znajdzie swoją Asmę. Pod choinką tyle prezentów co rebelianci dostają od Turcji - i nie mówię tu tylko o pomocy humanitarnej, bo nie samymi słodyczami i humusem żyje człowieka, czasem przydałby się także Otokar Cobra np. na dojazdy do pracy i czasami postrzelanie w "somsiada". ( ͡° ͜ʖ ͡°) Żeby przy stołach wigilijnych był spokój jak wtedy gdy Baszar odwiedziła Ghoutę i ucztował z żołnierzami SAA, żeby nie było kłótni wyjętych żywcem z MemriTV:
    - co Ty gadasz wujek, przeca YPG=PKK
    - młody jesteś to nie wiesz, ale Turcja=ISIS
    - wujek, ale cichaj bo nie ma już ISIS, tylko jest IS

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A i jeszcze pamiętajcie, żeby się nie przejadać przy wigilijnym stole, bo ktoś jeszcze musi iść na pasterkę. Także nie możecie się zapuścić jak "Tygrys". cc: @piotr-zbies

    Wszystkiego najlepszego Mireczki! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #syria #lagunacontent #syriaspam
    pokaż całość

  •  

    Amerykanie wycofają się z Syrii

    Większości z was ta informacja z pewnością nie umknęła. Na granicy turecko-syryjskiej robi się coraz goręcej. Całą sytuację próbują jeszcze ratować Francuzi podczas spotkań z SDC, czyli w zasadzie legislatywą de facto kurdyjskiej państwowości. Damaszek także prowadzi rzekomo rozmowy z Kurdami, jednak nie wiadomo dokładnie na jakim poziomie. Turecki atak wydaje się bardzo prawdopodobny.

    Do tematu odniosę się za kilka dni - prawdopodobnie jeszcze przed wigilią.

    Już teraz informuję, że jeśli Turcy zaatakują SDF to na moim blogu znajdziecie okresowe podsumowania walk (prawdopodobnie z każdego tygodnia). Będzie to podsumowanie nie tylko działań militarnych, ale także dyplomatycznych - o ile takie będą. Podsumowania będą także ubogacone o mapy - prawdopodobnie nie wszyscy wiedzą, że zanim zająłem się blogowaniem bardzo często dłubałem w gimpie (poniżej efekty moich prac).

    Mapy zostały przeskalowane przez wykop, nominalna rozdzielczość w której wrzucam mapy to ok. 6-7k, także żadne szczegóły wam nie umkną. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Celują w coś w stylu podsumowań z Afrin - assadyści pamiętają o co chodzi. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Post fake Donalda usunąłem, bo faktycznie ktoś mógłby się nabrać. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    https://i.imgur.com/9eu7FUY.jpg
    https://i.imgur.com/Exl2Byq.jpg
    https://i.imgur.com/zgZRp07.jpg
    https://i.imgur.com/myS3QCd.jpg

    #syria #turcja #lagunacontent
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Wszystkie drogi prowadzą do Damaszku, czyli wizyta stronnictwa saudyjskiego w Syrii

    W dniu wczorajszym – tj. w niedzielę, 16 grudnia 2018 r. – na płycie lotniska w Damaszku wylądował samolot z niespodziewanym gościem – Omarem al Bashirem, prezydentem Sudanu. Tym samym Bashir stał się pierwszym przywódcą z grona członków Ligi Państw Arabskich, który odwiedził Syrię od 2011 r., gdy kraj pogrążył się w krwawej wojnie domowej. Bashir spędził w Damaszku kilka godzin, podczas których odbył iście przyjacielską rozmowę z Basharem al Assadem. Kończąc rozmowy Bashir wyraził nadzieję, że „już wkrótce Syria odzyska swoją dawną rolę w regionie”. Sama wizyta jak i komentarze Bashira wywołały sporo kontrowersji i sprawiły, że wielu obserwatorów zaczęło zadawać sobie pytanie „co wizyta sudańskiego prezydenta oznacza dla Syrii i regionu”?

    Zachęcam do czytania na wordpressie.

    ———————————————–

    Zwycięski pochód Assada i obawy Arabów

    Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę, że wizyta Bashira w Damaszku to nie jest żaden „breaking news”. Już od początku 2017 r., gdy szala zwycięstwa w wojnie domowej zaczęła przechylać się na stronę Assada, państwa arabskie zaczęły zastanawiać się nad potrzebą rewizji swojej „polityki syryjskiej”. Potrzeba ta była tym pilniejsza, że w międzyczasie kraje Zatoki straciły jakikolwiek wpływ na sytuację w Syrii – Erdogan całkowicie podporządkował sobie „idlibistańskie” ugrupowania rebelianckie, w tym te dotychczas wierne członkom Ligi Państwa Arabskich (LPA) a Assad zadał ostateczny cios pro-saudyjskiej Armii Islamu działającej na południu kraju.

    Przez chwilę członkowie LPA zastanawiali się jeszcze nad dogadaniem się z Waszyngtonem i zastąpieniem wojsk amerykańskich stacjonujących na terenach SDF, wojskami szerokiej koalicji arabskiej. Ostatecznie jednak temat ten upadł – tak ze względu na opór środowisk wojskowych w Waszyngtonie, jak i wątpliwości samych Arabów co do słuszności takiego posunięcia.

    Na początku 2018 r. zwycięstwo Assada było już pełne. Wojska lojalistów kontrolowały już większą część kraju – od nadmorskiej Latakii na zachodzie po bezdroża pustynnego Abu Bukamal przy granicy z Irakiem. Jednocześnie Syria nie była już tym samym krajem, który rzucił się w wir wojenny w 2011 r. Teraz na najważniejszych budynkach państwowych można było ujrzeć nie tylko flagi Syrii czy partii Baas, lecz także flagi Rosji czy Iranu. Wpływy rosyjsko-irańskie na politykę Damaszku rosły a militarna konfrontacja między LPA a Syrią – czy to bezpośrednia czy pośrednia, za pomocą utrzymania pod bronią sił SDF-u – nie wchodziła już w grę. Dlatego też w 2018 r. nastąpiły ogromne zmiany w polityce państw arabskich.

    Wiatr zmian

    Najpierw zaczęto od krótkich wypowiedzi na temat Assada, które – niby mimochodem – arabscy oficjele wtrącali do swoich wypowiedzi. W marcu saudyjski następca tronu – MBS – odwiedził USA i podczas wywiadu udzielonego The Times stwierdził, z lekką rezygnacją, że „Assad zostaje” i że ma tylko nadzieję, że syryjski przywódca nie zostanie „marionetką Iranu”. Ta wypowiedź dobrze pokazuje kierunek w jakim zaczęła teraz zmierzać polityka LPA. Zwycięstwo Assada stało się faktem. Jednocześnie Rosjanie oraz – co najbardziej martwi Arabów – Irańczycy uzyskali ogromny wpływ na syryjską politykę. Członkowie LPA uznali, że skoro nie mogą obalić Assada, to muszą przynajmniej pozbyć się z Syrii Irańczyków. Środki militarne nie wchodziły w grę. Ofensywa dyplomatyczna pt. „wyrzućcie Irańczyków a przywrócimy wasze członkostwo w LPA(zawieszone na początku wojny)” także nie odniosłaby pożądanych rezultatów, bo o ile Assad chce wrócić na arenę międzynarodową to sam, czy nawet w sojuszu z Rosjanami, jest nadal zbyt słaby aby pozbyć się Irańczyków. Jednak państwa arabskie miały jeszcze jednego asa w rękawie, którego akurat zdarza im się akurat mieć dość często – pieniądze.

    Syria po długotrwałej wojnie domowej jest doszczętnie zniszczona. Odbudowa kraju wymaga ogromnych nakładów finansowych, których Assad nie ma. Co prawda Rosjanie i Irańczycy są zainteresowani odbudową Syrii, ale Assad – jako bądź, co bądź, sprawny i doświadczony polityk – świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że pozwolenie Moskwie i Teheranowi na odbudowę jego Ojczyzny doprowadzi tylko do większego uzależnienia Damaszku od tych państw. Tymczasem „nowy lew Damaszku” – jak to określił kiedyś Assada David W. Lesch – stara się cały czas balansować między Iranem a Rosją i w jak najmniejszym stopniu uzależniać się od jednego czy drugiego partnera. Nie chcąc dalej zadłużać się u „sojuszników”, ani nie mogąc skorzystać z pomocy międzynarodowych funduszy czy państw europejskich, Assad znalazł się w dużych tarapatach. W tym momencie – jak się wydaje – państwa arabskie wyciągają do syryjskiego przywódcy pomocną dłoń i oferują nie tylko normalizację stosunków dyplomatycznych, ale także pomoc finansową na odbudowę kraju.

    Przyjaciel z Chartumu

    Wizyta Baszira nie jest przypadkiem. To właśnie Sudan, mimo drobnych flirtów w Turkami, uważany jest za jednego z bliskich sojuszników Rijadu. Sudańczycy pokaźnym kontyngentem wojskowym wspierają saudyjską interwencję w Jemenie, a także w 2016 r. – podczas zaostrzenia się sporu saudyjsko-irańskiego zerwali stosunki dyplomatyczne z Teheranem. Dlatego też na wizytę Baszira nie można patrzeć tylko jako na wizytę sudańskiego prezydenta w Syrii, lecz także – a może i przede wszystkim – trzeba postrzegać ją jako wizytę przedstawiciela stronnictwa pro-saudyjskiego w Damaszku. Jeśli zastosujemy drugi rodzaj narracji, to trzeba stwierdzić, że Saudowie nie uważają Syrii za sprawę przegraną. Wręcz przeciwnie – kwestia syryjska pozostaje otwarta. Póki co w Syrii zakończyła się tylko wojna domowa, ale „wojna” saudyjsko-irańska na syryjskim teatrze działań nadal trwa. Teraz jednak traci swój pierwotny charakter militarny i przenosi się na płaszczyznę dyplomatyczno-ekonomiczną, a tutaj zwycięstwo żadnej ze stron nie jest wcale takie pewne.

    Z jednej strony Saudowie, jak i sojusznicze kraje Zatoki, dysponują odpowiednim kapitałem, aby przodować w odbudowie Syrii i tym samym zmniejszyć uzależnienie Damaszku od Moskwy oraz Teheranu. Takie działania zostałyby prawdopodobnie nie tylko ciepło przyjęte ze strony Assada, ale także mogłyby liczyć na jego bezpośrednią pomoc. Co ciekawe taki ruch LPA spotkałby się także ze wsparciem ze strony samej Moskwy – przynajmniej do momentu gdy nie zagrażałoby to jej własnym interesom. Rosja z jednej strony chce zwiększyć legitymację syryjskiego przywódcy a z drugiej strony ograniczyć wpływy Iranu. Kraje arabskie zdają się być idealnym narzędziem realizacji rosyjskich celów – lecz także równie niebezpiecznym, bo rosnące wpływy LPA w Syrii mogą szybko zwrócić się przeciwko Rosji. Irańczycy z pewnością zdają sobie sprawę z zakusów LPA i będą – niczym przyzwoitka – starać się robić wszystko, aby zaloty LPA względem Assada zakończyły się co najwyżej przywróceniem stosunków dyplomatycznych i niczym więcej.

    Moim zdaniem wizyta Baszira jest zwiastunem nowej ery dla prezydenta Assada. Prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości podobnych wizyt w Damaszku może być więcej. Część z nich może zakończyć się przywróceniem stosunków dyplomatycznych między poszczególnymi krajami a Syrią. Z pewnością już wkrótce – za cichym przyzwoleniem państw Zatoki – w Syrii zostaną ponownie otwarte przedstawicielstwa poszczególnych przedsiębiorstw mających siedziby w krajach członkowskich LPA. Być może na przyszłorocznym szczycie państw arabskich w końcu doczekamy się nawet przedstawiciela syryjskiej delegacji – chociaż nie liczyłbym, że będzie to sam Assad. Co prawda obecnie te perspektywy wydają się jeszcze odległe, bo związane są z pewnym przesterowaniem machiny propagandy w krajach LPA z sformułowań „Assad to rzeźnik Aleppo” na komunikaty typu „Assad to konieczny sojusznik, niezbędny do walki z wpływami Iranu”. Takie zmiany w polityce zagranicznej, zwłaszcza w dzisiejszych czasach charakteryzujących się łatwością dostępu do informacji, zajmują sporo czasu, lecz wizyta Baszira to dobry prognostyk i wyraźny sygnał, że konflikt saudyjsko-irański nabiera zupełnie nowego wymiaru na terenie Syrii.

    Źródła:

    https://www.middleeasteye.net/news/sudans-bashir-visits-damascus-meet-bashar-al-assad-13634132
    http://time.com/5222746/saudi-crown-prince-donald-trump-syria/
    https://www.middleeasteye.net/columns/how-arab-states-are-lining-work-syria-1164125942

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #syria #arabiasaudyjska #sudan #iran #geopolityka #gruparatowaniapoziomu #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Ciekawe, pojawia się ostatnio sporo materiałów z Akcakale (tureckie miasto przy syryjskiej granicy, na wysokości Tall Abyad). Najpierw w ciągu dnia pojawiło się zdjęcie tureckich żołnierzy na zaprawie ( ͡° ͜ʖ ͡°) potem rzekomo pro-turecka milicja Ahrar al Sharqiya miała przybyć do miasta, a na sam koniec pro-rządowa telewizja nadawała właśnie z Akcakale - zaproszeni goście rozmawiali właśnie o ataku na Tall Abyad.

    Zdecydowanie Tall Abyad to bardzo strategiczny punkt w północnej Syrii i przez to jeden z głównych celów potencjalnej ofensywy. [O tym dlaczego tak jest, pisałem nieco szerszej tutaj.](https://www.wykop.pl/wpis/37387507/fırat-ın-doğusu-icin-operasyon-birkac-gun-icind/)

    Pytanie jednak czy Turcy w ogóle chcą atakować. Dzisiaj Erdogan odszedł już od - nazwijmy to - radykalnie konfrontacyjnej postawy i stwierdził tylko, że "jeśli USA nie doprowadzą do wycofania się YPG z Manbij, to zaatakujemy". IMHO to są bardzo ważne słowa, które niestety przeszły bez echa. Mało tego, Erdogan odbył dzisiaj rozmowę telefoniczną z Trumpem i to podobno w całkiem miłym tonie. Tym samym rośnie prawdopodobieństwo, że erdoganowskie pobrzękiwanie szabelką ma na celu podniesienie notowań AKP wśród obywateli przed marcowymi wyborami samorządowymi. Jednocześnie, moim zdaniem, "cel wyborczy" nie jest dla Erdogana celem wyłącznym. Ankara chce także ostrzec Waszyngton przez budową posterunków na granicy turecko-syryjskiej - a przynajmniej na tych jej fragmentach, które pozostają pod kontrolą SDF. Jeśli takie posterunki powstaną to dla Turcji będzie totalna porażka ich polityki syryjskiej i ogromne kłopoty wewnętrzne - potencjalnie amerykańskie posterunki doprowadzą do usankcjonowania swoistego tworu państwowego, który może stać się dobrym zapleczem operacyjnym dla PKK. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Jak będzie, to ciężko powiedzieć, ale imho trzeba śledzić Twittera pod kątem zdjęć wstawianych przez pro-tureckich rebeliantów, jeśli będą wstawiać fotki z Akcakale to będzie znaczyło, że coś może być na rzeczy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Btw. wczoraj turecka artyleria sobie nieco postrzelała pod Tal Rifat - niby w Kurdów, ale w praktyce podobno były też jakieś ofiary po stronie rządowej.

    #syria #turcja #geopolityka #lagunacontent
    pokaż całość

    źródło: ocdn.eu

  •  

    Fırat'ın doğusu için operasyon birkaç gün içinde başlayacak!

    Dzisiaj prezydent Erdogan zapowiedział, że za kilka dni turecka armia rozpocznie operację na wschód od Eufratu - w domyśle chodzi o część Syrii kontrolowaną przez SDF.

    Erdogan już wcześniej zapowiadał chęć ostatecznego rozprawienia się z zdominowanymi przez Kurdów siłami SDF. Za każdym razem jednak na drodze stawał mu Waszyngton, który utrzymuje dość pokaźne siły na terenach kontrolowanych przez Kurdów.

    Dlatego też - moim zdaniem - do słów Erdogana należy podchodzić z pewnym dystansem. Jednocześnie jednak trzeba podkreślić, że nigdy wcześniej groźby prezydenta Turcji wobec SDF nie był aż tak bezpośrednie.

    Wydaje się, że zapowiedziany atak będzie miał miejsce. Jednak z uwagi na obecność w tym regionie Amerykanów, skala tureckiej operacji jest kwestią otwartą - sam Erdogan zapowiedział, że jego celem jest "PKK a nie amerykańscy żołnierze".

    Zdjęcie z operacji "Gałązka Oliwna", podczas której Turcy pacyfikowali kurdyjskie Afrin ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #syria #turcja #bliskiwschod #geopolityka #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    "Iran w ogniu" odc. 2
    Precz z Chameneim, Precz z Rouhanim

    W 2015 roku światowe mocarstwa podpisały porozumienie atomowe z Iranem. Mimo, że prawie natychmiast Teheran, Bruksela, czy Nowy Jork, ogłosiły wielki sukces, to faktyczna walka dopiero się zaczynała – walka o rząd dusz, walka o serca i umysły Irańczyków. Teraz należało przekonać Irańczyków, że rezygnacja z prac nad atomem i pójście na ustępstwa względem Zachodu to odpowiednia droga, droga którą powinna podążać ich ojczyzna. Ciężar wykonania tego zadania spadł nie tylko na rząd Rouhaniego, lecz także na pozostałych sygnatariuszy porozumienia atomowego. Celem JCPOA nie było zawieszenie irańskich prac nad atomem, lecz całkowite pozbycie się zagrożenia proliferacji ze strony Teheranu a droga do tego celu wiodła wyłącznie poprzez dotarcie do serc i umysłów irańskiego społeczeństwa.

    Zapraszam w podróż po sekretach irańskiej gospodarki, czyli miejscu gdzie ekonomia, polityka i wojsko - jak chyba nigdzie indziej na świecie - spaja się w jedno i tworzy iście wybuchową mieszankę.

    Tekst dostępny jest także bezpośrednio na wordpressie- polecam czytać właśnie tam, bo w tekście są dodane odnośniki do źródeł. Tekst jest drugim odcinkiem serii „Iran w ogniu” – przed zapoznaniem się z nim polecam przeczytać pierwszą część serii.
    ———————————————–

    Zdradliwe wskaźniki

    W 2016 roku, czyli w rok po zawarciu JCPOA, irańskie PKB (nie uwzględniając sektora naftowego) urosło o ok. 3,3%. Wartość towarów wyeksportowanych w tym roku za granicę szacowano na ok. 28 mld dolarów. Produkcja rolnicza wzrosła niemal o ok. 30%. Inflacja zmniejszyła się o ok. 5% i ustabilizowała się na poziomie 10%. Także sytuacja na rynku zatrudnienia zaczęła się powoli polepszać a rząd odnotował ok. 0,5% spadek stopy bezrobocia.

    Jak mogłoby się wydawać, po pobieżnej analizie w/w wskaźników, sytuacja gospodarcza Iranu – po zawarciu JCPOA – zaczęła się wydatnie poprawiać. Już wkrótce wskaźniki te miały przełożyć się na życie „szarych” Irańczyków. Jednak – tak jak wskazałem to w pierwszej części serii „Iran w ogniu” – nie zawsze wskaźniki gospodarcze potrafią oddać rzeczywistą sytuację gospodarczą danego państwa.

    Grafika, źródło: mohamed hassan, pixabay.com

    Bolączki irańskiej gospodarki

    Jeden z głównych problemów irańskiej gospodarki to niskie tempo jej rozwoju i duże bezrobocie. Od wielu lat skala bezrobocia utrzymuje się powyżej 10%. Mało tego, bezrobocie wykazuje szybką tendencję wzrostową – w 2017 roku bezrobotnych było ok. 13,1% mieszkańców Iranu, czyli aż 10,6 mln osób. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda wśród osób młodych (15-29 lat), które często posiadają wyższe wykształcenie. W tej grupie aż ok. 24,4% to osoby bezrobotne.

    Tak duży odsetek osób niepracujących – jak pokazują doświadczenia arabskiej wiosny – może być potężnym czynnikiem destabilizującym. Problem jest tym większy, że duży odsetek wśród bezrobotnych stanowią osoby młode, które dużo szybciej ulegają radykalizacji i chętniej przyjmują kierowniczą rolę w różnorakich protestach społecznych. Władze w Teheranie rozumieją to zagrożenie i starają się robić wszystko, aby nie dopuścić do powszechnym protestów społecznych.

    Zgodnie z planem gospodarczym na lata 2017-2021 irańska gospodarka powinna, rok w rok, rosnąć o ok. 8%. Dopiero taki wynik pozwoli zmniejszyć bezrobocie i poprawić standard życia obywateli. Jednak rzeczywiste wyniki irańskiej gospodarki nie zbliżają się nawet do planowanych pułapów. Co prawda w 2016 roku, czyli wtedy gdy JCPOA weszła w życie, irańska gospodarka „wystrzeliła” i zanotowała wzrost na poziomie 12,5%, jednak – jak już wskazywałem w poprzedniej części – wzrost ten zawdzięczano głównie wznowieniu eksportu surowców energetycznych. Poza sektorem naftowym średni wzrost gospodarczy wyniósł zaledwie ok. 3,3%, co – biorąc pod uwagę plany Teheranu – było tragicznym wynikiem.

    Rząd starał się jeszcze ratować sytuację zwiększeniem nakładów na pomoc państwową dla sektorów nie-naftowych, lecz próby te spłonęły na panewce, gdy – z powodu braku zagranicznych inwestycji – wzrost w sektorze naftowym zatrzymał się. Tym samym w 2017 roku wzrost PKB Iranu wyniósł zaledwie ok. 4,3% – jest to wynik uwzględniający sektor naftowy, a zatem wzrost w pozostałych sektorach znajduje się zapewne na dużo niższym poziomie. W ten sposób przedsiębiorstwa z sektorów poza-naftowych zostały same ze swoimi problemami.

    Prezydent Hassan Rouhani, źródło: kremlin.ru

    Aby biedn…ulamie żyło się lepiej

    Ogromnym problemem irańskiej gospodarki jest państwowy interwencjonizm. Macki osób powiązanych z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej czy szyicką ulamą sięgają bardzo głęboko i przenikają większość sfer gospodarczego życia kraju. Szacuje się, że aż ok. 40% irańskiego PKB jest wytwarzane przez podmioty bezpośrednio lub pośrednio kontrolowane przez państwo. W skład tych podmiotów wchodzą przede wszystkim tzw. bonjady (fundacje) oraz przedsiębiorstwa, w których kapitał państwowy ma przewagę. Najczęściej podmioty te są źle zarządzane, odpowiadają za ogromne marnotrawstwo środków i są siedliskiem korupcji. Bardziej niż polepszeniem sytuacji gospodarczej w kraju, zarządcy tych podmiotów zainteresowani są wykorzystywaniem powierzonych im dóbr do realizacji celów politycznych swoich mocodawców.

    Najlepszym przykładem takich przedsiębiorstw państwowych jest tzw. Setad (Execution of Imam Khomeini’s Order, w skrócie EIKO). Setad powstał w 1989 roku na osobiste polecenie ajatollaha Chomeiniego. Nowo-powstała organizacja miała zająć się zarządem nad dobrami skonfiskowanymi po obaleniu reżimu szacha. W tym czasie działały już bonjady, które także zajmowały się zarządem skonfiskowanymi majątkami, lecz Setad był czymś zupełnie innym. To co odróżniało Setad od zwykłych fundacji było to, że ajatollah Chomeini uprawnił nowo powstały twór do bezpośredniego stosowanie art. 49 Konstytucji, który pozwalał na konfiskatę nielegalnie nabytych dóbr.

    Setad miał, korzystając ze swoich uprawnień, dokonać szybkiej i sprawnej konfiskaty tych nielegalnych dóbr, a następnie dokonać ich redystrybucji na rzecz różnych islamskich fundacji (bonjadów). Na czele organizacji stanęło 3 zaufanych współpracowników ajatollaha – Habibollah Asgaroladi, Mehdi Karroubi oraz Hassan Sane’i. Jeśli wierzyć słowom jednego z byłych współpracowników Chomeiniego Setad miał być organizacją doraźną, która miała ulec samorozwiązaniu po przekazaniu skonfiskowanych dóbr na rzecz bonjadów – max. 1-2 lata. Jednak historia Setad potoczyła się zupełnie inaczej. W kilka miesięcy po powołaniu EIKO, Chomeini zmarł a jego współpracownicy uznali, że lepiej wiedzą jak wykorzystać zagrabiony majątek.

    Asgaroladi, Karroubi oraz Sane’i zaczęli nadużywać art. 49 Konstytucji i konfiskować nie tylko nielegalnie nabyte majątki, lecz także te które należały do wrogów politycznych Islamskiej Republiki Iranu, mniejszości religijnych czy także „przeciętnych” obywateli. Skonfiskowane nieruchomości (to właśnie one były głównym przedmiotem tego procederu) Setad sprzedawał. Dzięki temu istytucja, w szybkim czasie, doszła do ogromnego majątku, który jednak „trójka Chomeiniego” uznała za niewystarczający.

    Od około 2000 roku Setad zaczął być przekształcany w coś na kształt konglomeratu. Skumulowany majątek zaczęto przeznaczać na zakup udziałów w bankach, przedsiębiorstwach budowlanych, kopalniach czy spółkach paliwowych. Często zdarzało się, że Sedat – mimo przejęcia tylko niewielkich udziałów w danej spółce – obejmował w niej niepodzielną władzę, bo przecież nikt nie wystąpi przeciwko organizacji, która ma osobiste poparcie ajatollaha Chameneiego.

    Dzięki tym procederom Setad stał się jednym z największych irańskich przedsiębiorstw. Szczegóły otaczające działalność Setadu nie są znane – dostępu do ksiąg przedsiębiorstwa nie ma ani Parlament ani Rady Strażników. Jednak zgodnie z informacjami Reutersa z 2013 roku majątek Setadu szacuje się na ok. 95 mld dolarów.

    Co prawda Setad faktycznie prowadzi działalność charytatywną, jednak zdaje się, że jest to tylko mały procent jego aktywności. Setad i jego majątek jest przede wszystkim wykorzystywany jako narzędzie walki politycznej, które pozwala ajatollahowi Chameneiemu wspierać swoich stronników i uciszać krytyków. To właśnie Chamenei jest jedyną osobą, która sprawuje kontrolę nad Setadem. Jeśli idzie o parlament, rządowe agencje czy sądy to te mogą interweniować w sprawy Setadu wyłącznie na osobistą prośbę najwyższego przywódcy.

    Habibollah Asgaroladi, jeden z „ojców założycieli Setadu”, źródło: Tasnim News Agency

    Inżynierzy z IRGC

    W Islamskiej Republice nie tylko szyicka ulama zna się na interesach. Dowództwo Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (Pasdaran, IRGC, „Korpus”) także szybko wyniuchało dobrą okazję na zarobienie nieco pieniędzy i zwiększenie swoich wpływów.

    Pod koniec lat. 90 XX wieku prezydent Rafsandżani postanowił zachęcić instytucje państwowe do udziału w rozbudowie krajowej gospodarki, co – przynajmniej zdaniem Prezydenta – miało doprowadzić do okresu gospodarczego „prosperity”. Jedną z instytucji, która postanowiła stawić się na wezwanie Rafsandżaniego był Pasdaran. IRGC natychmiast przystąpiło do walki o kontrakty w przemyśle naftowym czy w budownictwie. Ich wygranie było o tyle łatwe, że w szeregach Korpusu znajdowało się wielu wysoko wykwalifikowanych inżynierów, techników itd. Ponadto Pasdaran, podczas prób zdobycia dla siebie kawałka gospodarczego tortu, był cały czas wspierany przez swoich sympatyków i byłych członków, którzy po przejściu na wojskową emeryturę zaangażowali się w działalność polityczną i gospodarczą. Prawdziwy rozkwit działalności gospodarczej IRGC przyniósł okres rządów prezydenta Ahmadineżada, który wyraźnie faworyzował Korpus i powiązane z nim przedsiębiorstwa.

    Dzięki zapleczu politycznemu oraz własnej zaradności Korpus doszedł do ogromnego majątku, który – jeśli wierzyć danym zaprezentowanym przez dziennikarzy Foreign Policy – stanowi ok. 10% irańskiej gospodarki. Szacunki te jednak mogą być znacznie zawyżone, gdyż przedsiębiorstwa uznawane za „kontrolowane przez IRGC” wcale nie zawsze są kontrolowane przez Korpus bezpośrednio – czasami po prostu są własnością osób ściśle powiązanych z IRGC, które w zamian za drobne datki są otaczane opieką ze strony Korpusu. Oczkiem w głowie pasdarańskiej machiny gospodarczej jest zdecydowanie Khatam-al Anbiya, czyli przedsiębiorstwo budowlane, które wliczając zewnętrznych kontaktorów, zatrudnia ok. 1 mln osób i, rok w rok, otrzymuje bardzo intratne kontrakty państwowe – tylko w latach 2018-2019 Khatam-al Anbiya ma zrealizować projekty wyceniane na ok. 28 mld dolarów.

    Członkowie IRGC podczas wysłuchiwania przemówienia Ali Chameiniego, źródło: Khamenei.ir

    Na co wojskowi wydają pieniądze?

    Przypadek zaangażowania IRGC jest szczególnie ciekawy i warto poświęcić mu chwilę dłużej. Dowództwo Pasdaranu postanowiło wykorzystać zarobione pieniądze na działalność polityczną. Zaczęto od przekazywania sowitych datków na rzecz bonjadów – te natomiast zajmowały się ich redystrybucją na rzecz stronników Korpusu. Co prawda umocniło to pozycję Pasdaranu, lecz nie na tyle, aby mógł on zacząć odgrywać względnie samodzielną rolę na irańskiej scenie politycznej. Przełom nastąpił w 2009 roku, gdy IRGC umocniła swoją kontrolę nad Basidżem (pełna nazwa Związek Mobilizacji Uciemiężonych) – organizacją paramilitarną, której celem jest propagowanie ideałów islamskiej republiki. Basidż już od 1981 roku wchodził w skład Pasdaranu, lecz dopiero prezydent Ahmadineżad umożliwił ścisłe powiązanie struktur Korpusu z tą organizacją paramilitarną.

    Władze Basidżu kładą ogromny nacisk na indoktrynację młodych Irańczyków, którzy są tutaj główną grupą werbunkową. To właśnie jednostki Basidżu, złożone z lokalnych mieszkańców, mają zajmować się tłumieniem w zarodku buntów i aresztowaniem opozycjonistów, którzy zdecydują się wystąpić przeciwko najwyższemu przywódcy czy IRGC. Jednocześnie Basidż organizuje wiele uroczystości, które mają upowszechniać ideały rewolucji i manifestować ich poparcie dla rządu i najwyższego przywódcy.

    Jednak Członkostwo w Basidżu niesie za sobą nie tylko obowiązki, ale także ogromne korzyści. Przede wszystkim rekruci mogą liczyć na dostanie się na wymarzone studia czy lepszą pracę w państwowym przedsiębiorstwie. Jednak to nie wszystko. Oprócz tego członkowie Basidż otrzymują żołd, który mimo że niewielki to jednak często jest wystarczającą zachętą do wstąpienia w szeregi organizacji. Działalność Basidżu, która w XXI w. ulegała ogromnemu rozrostowi, jest możliwa dzięki zaangażowaniu się przez Pasdaran, czyli głównego sponsora organizacji, w działalność gospodarczą.

    W ten sposób Basidż, którego liczbę członków szacuje się nawet na ok. 10 mln osób (oficjalne dane państwowe), stał się zapleczem społecznym Korpusu. Potencjalnie Basidż może stać się także zapleczem politycznym. Co prawda oficjalnie członkowie organizacji nie mogą angażować się w politykę, lecz w ostatnim czasie zauważa się coraz większe tendencje, które mają na celu zmianę tego stanu rzeczy. Pomysły te rzekomo spotykają się z dość ciepłym przyjęciem ze strony najwyższego przywódcy, wobec którego Pasdaran wykazuje niezachwianą lojalność. Reformy prezydenta Rouhaniego są uważane – zarówno przez część wojskowych, jak i duchownych – za próby podkopania ich ekonomicznej i politycznej potęgi. Nie chodzi tu tylko o reformy wymierzone w bonjady czy państwowe przedsiębiorstwa, lecz także o stosunkowo łagodne podejście Rouhaniego do protestów społecznych, który stroni od polityki silnej ręki. Co prawda obecnie wydaje się, że pozycja Rouhaniego, o ile trudna, to nie jest zagrożona wojskowym puczem. Jednak w sytuacji, gdy Pasdaran i duchowni uznają, że prezydent działa na szkodę interesów państwa, a raczej „państwa”, te dwie grupy mogą połączyć siły i zrzucić Rouhaniego z jego prezydenckiego fotela.

    Rechotem historii, gdy idzie o Korpus, jest fakt, że to właśnie prezydent Rafsandżani – wróg zaangażowania politycznego IRGC – utorował Pasdaranowi drogę do zdobycia politycznej władzy, gdy w latach 90. minionego wieku pozwolił im na zaangażowanie się w działalność gospodarczą.

    [Jedno ze spotkań członków Basidżu, źródło: Mostafameraji/upload.wikimedia.org](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/3/3e/عملیات_امداد_رسانی_وسیع_به_مناطق_زلزله_زده_استان_کرمانشاه_در_حوالی_سر_پل_ذهاب_و_قصر_شیرین_15.jpg/1024px-thumbnail.jpg)

    Fundacje

    W tym momencie dochodzimy do pojęcia, które przewinęło się już kilka razy w tekście – a mianowicie „bonjady”. Pierwsze bonjady zaczęły powstawać jeszcze za czasów szacha Mohammeda Rezy Pahlawiego. W założeniu miały one nieść pomoc ubogim i najbardziej potrzebującym. W praktyce jednak były sposobem na wyprowadzanie pieniędzy z państwowego skarbca i zapewnienie sobie poparcia określonych grup osób.

    Po 1979 roku fundacje pozostały, lecz uległy ogromnym przeobrażaniom – tak dużym, że nadużycia ze strony ludzi szacha zdawały się być niewinną igraszką w porównaniu z tym co wymyśliła szyicka ulama. W teorii bonjady nadal zajmowały się wspieraniem najuboższych. W praktyce jednak znacznie zwiększyły spektrum swojego działania. To właśnie fundacje, które przeszły od zarządu skonfiskowanymi majątkami do przewodzenia wielkim przedsiębiorstwom, utorowały drogę, którą podążył później – opisany już powyżej – Setad.

    Obecnie w całym Iranie istnieje ok. 100 fundacji. Na ich czele stoją przedstawiciele duchowieństwa, którzy są zaufanymi ludźmi ajatollaha. Można powiedzieć, że bonjady działają w szarej strefie, gdyż kontrola ze strony państwa jest minimalna – jako organizacje dobroczynne nie podlegają kontrolom organów skarbowych. Jednocześnie fundacje mają ogromny wpływ na gospodarkę, gdyż szacuje się że to właśnie one odpowiadają za ok. 20% irańskiego PKB.

    Nie można stwierdzić, że bonjady w ogóle nie angażują się w działalność charytatywną – jednak tak jak w przypadku Setadu jest to tylko znikomy procent ich działalności. Większość pieniędzy, którymi dysponują fundacje jest marnotrawiona, wydawana na nieopłacalne inwestycje i dzielona między wiernych zwolenników reżimu. Zgodnie ze słowami Mohammada Forouzandeha, byłego ministra obrony, w 1999 roku aż ok. 80% bonjadów było nierentownych. Bardzo możliwe, że od tamtego czasu sytuacja wewnątrz tych organizacji nie uległa zbyt dużym zmianom.

    Istnienie bonjadów, czy takich przedsiębiorstw jak Setad lub Khatam-al Anbiya, sprawiają że jakikolwiek prywatne przedsiębiorstwo ma ogromny problem z przebiciem się na rynek. Instytucje kontrolowane przez państwo robią wszystko, aby zdusić jakąkolwiek konkurencję w zarodku. Jest to o tyle proste, że – oprócz wsparcia politycznego – państwowe instytucje mogą liczyć jeszcze na konkretne rozwiązania prawne np. bonjady są całkowicie zwolnione z obowiązku podatkowego.

    Logo fundacji Mostazafan, która jest drugą największą firmą w Iranie – zaraz po National Iranian Oil Company, źródło: irna.ir

    Prywatyzacja

    Warto w tym miejscu odnieść się także do procesu prywatyzacyjnego, który – ze względu na polityczne naciski – trwa już od wielu lat i nadal nie widać jego końca. Już za czasów prezydenta Rafsandżaniego (1989-1997) rząd centralny zaczął starać się o przeprowadzenie zakrojonej na szeroką skalę akcji prywatyzacyjnej. W wyniku tych działań udział prywatnej własności w gospodarce miał się zwiększyć a fundacje miały zostać zepchnięte na boczny tor. W praktyce jednak – ze względu na protesty ulamy – Rafsandżani musiał ograniczyć swoją skalę działań.

    Gdy w 2005 roku nowym prezydentem został wybrany Ahmadineżad, odziedziczył on po swoich poprzednikach konkretny program prywatyzacyjny, który mimo że postępował dość wolno – ze względu na opozycję elit – to jednak przebiegał stosunkowo sprawnie, nie prowadząc do zbyt dużych nadużyć. Jednak nowy prezydent uznał, że program opracowany przez poprzednie administracje jest niesprawiedliwy i może prowadzić do pogłębienia zjawiska biedy. W związku z tym, po uzyskaniu poparcia ajatollaha Chameneiego, Ahmadineżad postanowił radykalnie zmienić oblicze irańskiej prywatyzacji.

    Nowy system zakładał, że aż 40% udziałów w prywatyzowanych przedsiębiorstwach będzie tzw. „udziałami sprawiedliwościowymi”, które po okazyjnych cenach będą sprzedawane najbiedniejszym. W praktyce „udziały sprawiedliwościowe” trafiły do zwolenników reżimu np. członków milicji Basidż. Pomysł Ahmadineżada okazał się ogromnym niewypałem. Po pierwszej fazie reprywatyzacji tylko 4.6 mln osób zakupiło akcje warte ok. 2,3 mld dolarów – tymczasem wartość reprywatyzowanych przedsiębiorstw wyceniano na ok. 100-140 mld dolarów. Próbując ratować sytuację rząd zaczął sprzedawać pozostałe akcje na giełdzie, co jednak nie przyciągnęło prywatnych inwestorów. W rezultacie większość akcji zostało zakupionych przez firmy, w których udziały miał kapitał państwowy lub osoby fizyczne ściśle powiązane z reżimem. Tym samym „prywatyzacja” z okresu Ahmadineżada była karykaturą samej siebie. Większość irańskich przedsiębiorstw nadal jest kontrolowana przez państwo – tyle, że już nie bezpośrednio, lecz pośrednio. To właśnie zachowania tego typu doprowadziły Setad czy Khatam-al Anbiya do osiągnięcia ogromnych majątków.

    Prezydent Mahmud Ahmadineżad, źródło: Marcello Casal Jr\ABr

    Niebezpiecznie jak w banku

    Kolejnym problemem, który skutecznie hamuje rozwój sektora prywatnego jest niestabilność systemu bankowego. Przez wiele lat Bank Centralny Iranu (CBI) wykorzystywany był do finansowania rządowych projektów i przedsięwzięć podejmowanych przez państwowe, czy też semi-państwowe, zakłady. Jak można się domyśleć część tych pieniędzy została „przejedzona” a projekty, które CBI miał sfinansować, mimo że pochłonęły ogromne kwoty, nigdy nie powstały.

    Dlatego też, aby zapobiegać takim procederom, za prezydentury Mohammeda Chatamiego (1997-2005) przeprowadzono reformę, która zakazywała CBI finansowania rządowych projektów. Zmiana ta jednak nie przyniosła pożądanych rezultatów, a wręcz odwrotnie, doprowadziła wręcz do iście patologicznej sytuacji – już w czasach jego następców. Rząd nie mogąc zadłużać się u CBI postanowił pożyczać pieniądze od pozostałych banków – i tych pozostających w rękach państwa, i tych prywatnych. Banki natomiast, aby móc pożyczać pieniądze rządowi, same zaczęły zadłużać się u CBI. W efekcie doszło do sytuacji, w której nadal następował drenaż pieniędzy z CBI, lecz rząd umywał ręce i twierdził, że wcale nie zadłuża się u CBI, lecz u pozostałych banków. W efekcie tego procederu irańskie banki zadłużyły się u CBI na ok. 277 mld dolarów.

    Sam fakt zadłużenia względem CBI nie jest jedynym problemem. Szacuje się, że aż ok. 11% pożyczek udzielanych przez irańskie banki to tzw. „pożyczki zagrożone” (ang. non-performing loans, NPLs), których pożyczkobiorcy nie są w stanie spłacić. Mimo, że Teheran stara się zbić odsetek NPLs, to jednak sama wartość wartość tych „zagrożonych pożyczek” stale rośnie i pod koniec 2017 roku wyniosła ok. 260 mld dolarów.

    Ponadto dużo irańskich banków nie jest w stanie osiągnąć zalecanego poziomu współczynnika wypłacalności (ang. capital adequancy ratio). W zasadzie tylko duże banki, np. Bank Sepah, są w stanie osiągnąć pożądany współczynnik. Natomiast mniejsze instytucje mają nie tyle problem ze zwiększeniem swojego kapitału, co z samym wyjściem na prostą np. Parsian Bank, największy bank w prywatnych rękach (przynajmniej jeśli idzie o wielkość udziałów, bo faktycznie pozostaje pod kontrolą Setadu), w kwietniu 2018 roku ogłosił spadek wartości swoich akcji o 0.024 dolarów/1 akcja. Obraz ten pogarsza jeszcze to, że na irańskim rynku bankowym działa wiele para-banków, które mimo że nie dysponują odpowiednimi licencjami, to nadal stanowią dużą konkurencję dla legalnych banków.

    Ciężko oszacować skalę problemów irańskich banków, gdyż ich księgi rachunkowe skrywają niejeden sekret. Polityczne elity często zmuszały banki do zakupu prywatyzowanych przedsiębiorstw czy też np. nieruchomości sprzedawanych przez Setad. Najczęściej umowy te zawierano po zawyżonych cenach. W efekcie tego irańskie banki znalazły się sytuacji, gdy w oficjalnych dokumentach widnieje zapis, że posiadają np. 10 nieruchomości wartych 100 mln dolarów (cena zakupu), gdy w rzeczywistości – według cen rynkowych nieruchomości te warte są tylko 50 mln dolarów.

    Siedziba CBI w Teheranie, źródło: GTVM92, upload.wikimedia.org

    Uczeń bezimiennego

    Jak zatem widzimy prezydent Rouhani przejął władzę w bardzo trudnym momencie dla swojego kraju. Nie dość, że gospodarka była skrajnie niewydajna, to jeszcze poprzedni rząd Ahmadineżada prowadził konfrontacyjną politykę zagraniczną, której główną osią był spór co do irańskiego programu atomowego. Dodatkowo sytuacji nie ułatwiał opór konserwatystów, którzy za wszelką cenę chcieli utrzymać status quo.

    Obejmując prezydencki fotel Rouhani miał przed sobą ściśle nakreślony plan działania, który prezentował już podczas wyborów. Przede wszystkim Iran musiał jak najszybciej zakończyć spór z zachodem. Następnie należało zająć się stricte problemami gospodarczymi: naprawić program reprywatyzacyjny, zliberalizować gospodarkę, ograniczyć interwencjonizm państwowy (zarówno ten bezpośredni, jak i pośredni) i ściągnąć do kraju zagranicznych inwestorów. Jeśli idzie o reformy ustroju to zdecydowanie były one poza sferą planów prezydenta.

    Rouhani od początku zdawał sobie sprawę z tego, że jego program reform będzie niezwykle ciężki do przepchnięcia. Nowy prezydent, jako wierny uczeń Rafsandżaniego i Chatamiego, doskonale zdawał sobie sprawę z tego co staje się z reformatorskimi pomysłami po zderzeniu z politycznym betonem. Wydaje się, że szczególnie pouczające dla Rouhaniego były wydarzenia z czasów prezydentury Chatamiego (1997-2005), które – jako doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego – mógł śledzić z bliska.

    Chatami był jednym z najbardziej liberalnych polityków w historii Islamskiej Republiki Iranu. Głosił potrzebę nie tylko reform gospodarczych, lecz także politycznych. Mimo braku otwartych ataków na Chameiniego, wypowiedzi Chatamiego wyraźnie sugerowały, że chce on doprowadzić do ograniczenia roli najwyższego przywódcy i oddać władze w ręce narodu. Dlatego też, gdy w 1997 roku Chatami – zdobywając blisko 70% głosów – został nowym prezydentem Republiki, ulama i Pasdaran przystąpiły to zwalczania stronników Chatamiego.

    Ludzie z otoczenia prezydenta zaczęli być szykanowani, oskarżani o korupcję, a w skrajnych przypadkach mordowani. Chatami, nie mając odpowiednich środków, nie był w stanie sprzeciwić się wojskowym czy najwyższemu przywódcy. Dlatego też grono stronników Chatamiego zaczęło się zmniejszać a jego reformy upadły. Mimo, że już na politycznej emeryturze, to były prezydent nadal jest uważany za potencjalnie niebezpiecznego. Najlepiej świadczy o tym fakty, że w 2015 roku zakazano mediom wspominać o Chatamim, czy nawet prezentować jego wizerunku – decyzja ta została podjęta przez, zdominowane przez konserwatystów sądownictwo, które pozostawało poza strefą wpływów Rouhaniego.

    Z takim bagażem doświadczeń Rouhani postanowił pokierować swoją administracją w zupełnie inny sposób niż Chatami. Przede wszystkim poza przedmiotem dyskusji znalazły się wszelkie sprawy związane z ustrojem Iranu. Rouhani skupił się na reformach gospodarczych, które miały załagodzić nastroje społeczne i być może doprowadzić do budowy „społeczeństwa obywatelskiego”, które samo miało zawalczyć o swoje prawa polityczne. Reformy gospodarcze Rouhaniego miały także jeszcze jeden cel, o którym nie mówiło się otwarcie. Naprawiając program reprywatyzacyjny, polepszając stabilność systemu bankowego i liberalizując gospodarkę miano doprowadzić nie tylko do wzrostu przedsiębiorczości wśród Irańczyków, lecz także do zmniejszenia wpływu IRGC i ulamy na krajową gospodarkę, a tym samym do zmniejszenia ich wpływów politycznych.

    Młodzi Irańczycy z portretem prezydenta Chatamiego podczas wyborów w 2005 roku, źródło: Mostafa Saeednejad/Flickr.com

    Jak wykiwać ajatollaha?

    Jednak „grupa trzymająca władzę” szybko wyczuła rzeczywiste zamiary prezydenta i zaczęła blokować jego reformy. „Natrafiając na mur” Rouhani ani nie zrezygnował ze swoich planów, ani – pamiętając o czasach Chatamiego – nie poszedł z IRGC i ulamą na otwartą wymianę ciosów. Zamiast tego prezydent wybrał trzecią drogę – negocjacji z Zachodem. Zamiast kłócić się z parlamentem, Radą Strażników i najwyższym przywódcą, Rouhani postanowił ściągnąć do kraju jak najwięcej zagranicznych przedsiębiorstw, które – jako bardziej konkurencyjne – doprowadziłyby do upadku nierentownych fundacji i państwowych przedsiębiorstw. Jako narzędzie do realizacji swojej polityki Rouhani postanowił użyć ustawy przegłosowanej właśnie za prezydentury Chatamiego, a mianowicie Ustawy o promocji i zabezpieczeniu zagranicznych inwestycji (FIPPA) z 2002 roku.

    Ustawa ta jest bardzo korzystna dla zagranicznych inwestorów, bo nie dość że gwarantuje im odpowiednie zabezpieczenia dla swoich inwestycji i zawiera wiele zwolnień podatkowych, to – co zdecydowanie najważniejsze – pozwala zagranicznym partnerom na przejmowanie nawet 100% udziałów w irańskich przedsiębiorstwach. Administracja Rouhaniego zaangażowała się w promocję FIPPA na świecie, a w 2014 roku przepchnęła jeszcze zwiększenie zwolnień podatkowych na zagraniczne inestycje w niektórych sektorach nawet do 50%.

    Ostatecznie jednak – jak już wspominałem w pierwszej części – Rouhaniemu nie udało się osiągnąć zakładanej skali zagranicznych inwestycji. Planowano zachęcić zagraniczne podmioty do corocznego inwestowania w Iranie ok. 20 mld dolarów, lecz w 2016 roku zagraniczne inwestycje szacowano zaledwie na ok. 3,37 mld dolarów. Jak zwracają uwagę ekonomiści problemem Iranu nie jest brak odpowiednich ram prawnych (bo FIPPA jest bardzo atrakcyjna), lecz skala korupcji, wszędobylskie wpływy wojskowych i duchowieństwa oraz napięte stosunki dyplomatyczne między Teheranem a Waszyngtonem. Dopiero po likwidacji tych przeszkód zagraniczni przedsiębiorcy zaczną w ogólne zastanawiać się nad zainwestowaniem swojego kapitału w Iranie.

    Jednak Rouhani nie jest w stanie zacząć otwarcie walczyć z korupcją i pozostałymi z wymienionych czynników, gdyż oznaczałoby to wyjście na wojenną ścieżkę z najwyższym przywódcą i IRGC, którzy i tak nie przepadają zbytnio za prezydentem. Rouhani nie chce tej konfrontacji, gdyż – w obecnym układzie sił – jest zdany na porażkę i podzielenie losu Chatamiego (w najlepszym przypadku) lub Abolhassana Bani Sadra – pierwszego prezydenta republiki – który po wdaniu się w konflikt z Chomeinim został pozbawiony swojego stanowiska i musiał uciekać z kraju.

    Dlatego też Rouhani skupia się na przeprowadzaniu tych reform, które budzą najmniejsze oburzenie ze strony elit politycznych. Niestety często prowadzi to do patologicznych zmian, które nie tylko nie prowadzą do polepszenia stanu irańskiej gospodarki, lecz nawet stawiają prezydenta w roli wroga ludu. Najlepszym przykładem jest tu sytuacja związana z tzw. systemem subsydiów.

    W ramach tego programu, który obowiązuje od czasów wojny iracko-irańskiej, rząd w Teheranie subsydiował sprzedaż energii i paliw. Program, który miał polepszyć sytuację „szarych” Irańczyków (w 2010 roku 1 litr gazu w Iranie kosztował zaledwie 10 centów) doprowadził do sztucznie napędzonej, nadmiernej konsumpcji i ogromnego marnotrawienia zasobów naturalnych oraz ogromnych wydatków – w 2009 roku rząd szacował, że system subsydiów kosztuje rocznie ok. 100 mld dolarów.

    Dlatego też w 2010 roku administracja prezydenta Mahmuda Ahmadineżada przeprowadziła reformę, w wyniku której zrezygnowano z systemu subsydiowania energii i paliw w jego dotychczasowym kształcie. Zamiast dopłat do cen energii i paliw zdecydowano się wspierać najuboższych bezpośrednimi subsydiami pieniężnymi. To kto będzie zaliczał się do kategorii uprawnionych miano zweryfikować na podstawie dochodów. Jednak wkrótce okazało się to nie tylko niemożliwe, ale także niebezpieczne – administracja Ahmadineżada przestraszyła się protestów, które wybuchłyby gdyby grupa najuboższych była relatywnie mała. W efekcie do kategorii najuboższych zakwalifikowano aż 90% populacji Iranu. W ten sposób reforma systemu dopłat okazała się tylko częściowym sukcesem. O ile udało się zmniejszyć marnotrawstwo i poczynić ogromne oszczędności, to jednocześnie szeroka dystrybucja pieniędzy, doprowadziła do dalszego drenażu państwowej kiesy.

    Prezydent Rouhani dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że reforma Ahmadineżada była niepełna i potrzebne są zdecydowane kroki, które ograniczą liczbę beneficjentów programu subsydiów. Reforma była tym bardziej potrzebna, że po chwilowym boomie gospodarczym z 2016 roku, irańska gospodarka zaczęła wyhamowywać i rząd musiał zmniejszyć wydatki państwowe. Dlatego też w połowie grudnia administracja Rouhaniego złożyła w parlamencie projekt budżetu na przyszły rok, w którym znacznie zawężono kategorię osób uprawnionych do otrzymywania subsydiów.

    Prezydent Rouhani i ajatollah Chamenei, źródło: khamenei.ir

    Walka o subsydia

    Projekt nowego budżetu okazał się być iskrą, która – w kilkanaście dni później – doprowadziła do wybuchu protestów społecznych, które przetoczyły się przez wiele miast kraju. Hasła, wznoszone podczas grudniowych protestów 2017 roku, pokazują jakie problemy Irańczycy uważają za najpoważniejsze:
    - gromadzenie majątku przez duchowieństwo
    - wysokie wydatki na wojsko i inwestycje zagraniczne – mimo problemów gospodarczych wydatki na zbrojenia rosną, tylko w 2017 roku wyniosły one ok. 14 mld dolarów, co stanowi wzrost o blisko 3,3 mld w porównaniu z rokiem 2015
    - brak kompleksowych reform gospodarczych, lecz skupienie się tylko na ich wybranych aspektach
    - brak polepszenia standardów życia „szarych” Irańczyków.

    Pro-rządowe (a raczej pro-ajatollahowskie) protesty w Hamadan, źródło: Tasnim News Agency

    Kolejne akapity w komentarzu ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #iran #geopolityka #bliskiwschod #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    "Iran w ogniu"
    JCPOA, czyli nie wszystko złoto co się świeci

    16 stycznia 2016 roku w życie weszło tzw. porozumienie nuklearne z Iranem (JCPOA). W zamian za zatrzymanie prac nad energią atomową, większość sankcji – nałożonych wcześniej na Iran – miała zostać zniesiona, w tym te najważniejsze dotyczące eksportu surowców energetycznych. Dla rządu w Teheranie ten dzień oznaczał nowe otwarcie. Już wkrótce Irańczycy mieli z podniesionym czołem ponownie pojawić się na światowych rynkach. Jednocześnie w Teheranie miały pojawiać się wielkie europejskie przedsiębiorstwa z walizkami wypchanymi pieniędzmi oraz planami nowoczesnych inwestycji. Ożywienie gospodarcze miało być tak duże, że każdy obywatel Iranu miał na własnej skórze odczuć benefity płynące ze skutków zawarcia JCPOA. Wkrótce jednak okazało się, że „zachodnie” sankcje nie były jedynym problem irańskiej gospodarki. Im więcej czasu upływało od zawarcia JCPOA, tym problemy te stawały się bardziej widoczne i powodowały coraz większe napięcia społeczne, których momentem kulminacyjnym stały się protesty z grudnia 2017 roku. Trzeba zatem zadać sobie pytanie: dlaczego JCPOA wcale nie uczyniła z Iranu krainy mlekiem i miodem płynącej a wręcz przeciwnie – doprowadziła do ostrych protestów społecznych i wewnętrznego wrzenia wewnątrz irańskich elit?

    Tekst dostępny jest także bezpośrednio na wordpressie - polecam czytać właśnie tam, bo w tekście są dodane odnośniki do źródeł, które w przyszłości zostaną nawet jeszcze uzupełnione.
    ———————————————–

    Long story short: W dzisiejszym odcinku skupiam się głównie na irańskim przemyśle naftowym. Tym czym miał on być w założeniu rządzących i tym czym on faktycznie jest. Początkowo w pierwszym odcinku miałem skupić się także na sektorze prywatnym, lecz ze względu na ogrom materiału, lub moje gadulstwo, taki tekst byłby bardzo długi, zbyt długi na jeden artykuł. Dlatego też o sektorze prywatnym Iranu porozmawiamy dopiero za kilka dni.

    Irański program atomowy

    14 sierpnia 2002 roku Alireza Jafarzadeh, rzecznik emigracyjnej Narodowej Rady Irańskiego Ruchu Oporu, ujawnił istnienie dwóch tajnych ośrodków badawczych w Iranie: zakładu wzbogacania uranu w Natanz oraz zakładu produkującego „ciężką wodę” w mieście Arak. Jakkolwiek instalacje w Natanz i Arak najprawdopodobniej były już znane największym agencjom wywiadowczym, to jednak wystąpienie Jafarzadeha spowodowało, że po raz pierwszy problem irańskiego programu nuklearnego trafił do szerokiej dyskusji publicznej. Tym samym Jafarzadeh otworzył puszkę pandory i światowej histerii zatytułowanej „irański program atomowy”.

    Mimo wielu inicjatyw społeczności międzynarodowej, które miały położyć kres zagrożeniu atomowemu ze strony Teheranu, Irańczycy nadal kontynuowali prace. Sytuacja była o tyle zła, że skala, jak i kierunek, tych prac pozostawały okryte tajemnicą. Co prawda irańskie ośrodki zostały kilkukrotnie zbadane przez ekspertów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA), lecz wyniki tych inspekcji pozostały niesatysfakcjonujące. W swoich raportach Agencja podkreślała, że nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy irański program nuklearny ma charakter stricte pokojowy czy też, czy może zostać wykorzystany militarnie.

    Sytuacja jeszcze się pogorszyła, gdy 3 sierpnia 2005 roku prezydentem Iranu został Mahmud Ahmadineżad a nakłady na program atomowy uległy wydatnemu zwiększeniu. Już w niecały rok później, 11 kwietnia 2006 roku Ahmadineżad ogłosił osiągnięcie poziomu wzbogacenia uranu na poziomie 3,5% i tym samym wejście przez Iran do grona „państw atomowych”.

    Prezydent Hassan Rouhani i szef irańskiej agencji atomowej Ali Akbar Salehi na terenie elektrowni atomowej w Buszehr, styczeń 2015 roku, źródło: Tasnim News Agency

    Świat przeciwko Iranowi

    Odpowiedź „Świata” była natychmiastowa i zdecydowana. 23 grudnia 2006 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ przegłosowała rezolucję nr 1737, na mocy której zobowiązała Iran do zakończenia prac nad wzbogacaniem uranu oraz nałożyła na Teheran sankcje obejmujące zakaz dostawy sprzętu i technologii potrzebnych do dalszych prac nad programem atomowym, a także zajęła aktywa należące do firm i osób powiązanych z pracami nad atomem.

    Teheran szybko odczuł skutki tej rezolucji, jednak nadal odmawiał współpracy. Sankcje, które były wymierzone niemal wyłącznie w irański program nuklearny, znacznie utrudniły dalszy postęp prac w ośrodkach badawczych, jednak w żaden poważny sposób nie zagrażały irańskiej gospodarce. Widząc, że rezolucja nr 1737 nie przyniosła pożądanych rezultatów, „Zachód” postanowił wytoczyć najcięższe działa.

    W 2012 roku UE i USA, działając niezależnie od ONZ-u, obłożyły sankcjami irańską ropę i gaz ziemny. Dla Irańczyków był to ogromny cios, gdyż w 2011 roku aż ok. 18% eksportowanej przez nich ropy trafiało do krajów UE. Dla Europy był to także bardzo radykalny krok, gdyż w ciągu zaledwie kilku miesięcy musiała ona znaleźć eksporterów, którzy zastąpiliby Irańczyków i zapewniliby nieprzerwane dostawy ropy na stary kontynent.

    Ostatecznie jednak ryzyko opłaciło się. Teheran nie był w stanie poradzić sobie z sankcjami z 2012 roku i zaczął szukać kompromisu. Już na początku 2013 roku w Omanie zaczęły odbywać się tajne spotkania między irańskimi a amerykańskimi emisariuszami. Jednak przełom nastąpił dopiero, gdy w sierpniu 2013 roku nowym prezydentem Iranu został Hasan Rouhani, który już podczas kampanii wyborczej zapowiedział, że walka o zniesienie sankcji będzie dla jego administracji priorytetem.

    Kilka miesięcy po zaprzysiężeniu Rouhaniego, 24 listopada 2013 roku, przedstawiciele Iranu, Rosji, Chin, Francji, Wielkiej Brytanii oraz Niemiec (5+1) podpisali tzw. „genewskie porozumienie tymczasowe”, które stało się swoistą „mapą drogową”, która doprowadziła do zawarcia JCPOA. Na mocy porozumienia z Genewy Iran miał zacząć stopniowo ograniczać swój program atomowy i podjąć dalsze negocjacje, które miały zakończyć się zawarciem ostatecznego porozumienia. W zamian za te ustępstwa i dalsze negocjacje „Zachód” – w geście dobrej woli – zawiesił niewielką część anty-irańskich sankcji.

    Obrady tzw. formuły 5+1 w Genewie, podczas których wynegocjowano tymczasowe porozumienie, 23 listopada 2013 roku, źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    Irański deal

    Pomimo stosunkowej ugodowości administracji Rouhaniego, przynajmniej w porównaniu z „ekipą” Ahmadineżada, negocjacje z Iranem były długie i bardzo ciężkie. Mimo, że porozumienie z Genewy (24.11.2013) zakładało zawarcie ostatecznej umowy w ciągu 6 miesięcy, to ostatecznie rozmowy przeciągnęły się aż do II połowy 2015 roku.

    W końcu, 14 lipca 2015 roku, w Wiedniu, zawarto ostateczne porozumienie nuklearne z Iranem. W zamian za zakończenie przez Iran prac nad bronią atomową, społeczność międzynarodowa miała znieść nałożone wcześniej sankcje. Umowa, która przeszła do historii jako JCPOA (akronim „Joint Comprehensive Plan of Action”), została uznana za ogromny sukces przez wszystkie strony porozumienia. Teheran mógł w cuglach powrócić na światowe salony a ONZ mogło pochwalić się kolejnym sukcesem w walce z proliferacją. Jednak czy aby na pewno JCPOA przyniosła zwycięstwo wszystkim stronom czy może jednak dała jednej ze stron porozumienia nieuzasadnioną przewagę? Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

    Porozumienie z 2015 roku wcale nie położyło kresu irańskiemu programowi atomowemu, lecz tylko zawiesiło go. Po upływie 15 lat od zawarcia umowy, czyli w 2030 roku, Iran może przystąpić do dalszych prac nad energią atomową. Mało tego, zgodnie z JCPOA, badania te nie będą podlegały żadnym dodatkowym ograniczeniom. W praktyce oznacza to, że po 2030 roku Iran może pokusić się nawet o zbudowanie własnej broni atomowej i w żaden sposób nie naruszy to postanowień JCPOA. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego „Zachód”, Rosja i Chiny zgodziły się na zawarcie tak niekorzystnego dla siebie paktu?

    Przedstawiciele tzw. formuły „5+1” podczas negocjacji poprzedzających podpisanie JCPOA, kwiecień 2015 r., Szwajcaria, źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    Czy „Zachód” jest szalony?

    Irańczycy, niezależnie czy to za prezydentury Ahmadineżada, czy Rouhaniego, byli zdeterminowani, aby kontynuować badania nad energią atomową. Nawet wtedy, gdy irańscy dyplomaci, w latach 2013-2015, raz po raz zasiadali do stołów negocjacyjnych, w ich ojczyźnie nadal trwały prace nad atomem. Zgodnie z szacunkami Belfer Center (Uniwersytet Harvarda), czy Council for a Livable World, w momencie podpisywania JCPOA, irańscy naukowcy byli zaledwie ok. 3 miesięcy od tzw. „breakout time”, czyli wyprodukowania takiej ilości wzbogaconego uranu, która wystarczyłaby na stworzenie broni atomowej. Dlatego też Irańczyków należało jak najszybciej zatrzymać – nawet jeśli ceną byłyby znaczne ustępstwa.

    Zachodni dyplomaci prawdopodobnie liczyli na to, że w ciągu kolejnych 15 lat Iran przejdzie radykalną zmianę społeczną, która doprowadzi do tego, że to sami Irańczycy porzucą prace nad energią atomową. Dzięki napływowi zagranicznego kapitału, inwestycjom i nowym technologiom społeczeństwo Iranu miało zlaicyzować się i skupić się wokół reformatorów, takich jak obecny prezydent Rouhani, którzy poprowadziliby kraj w kierunku obozu demokratycznego.

    Czy ten idealistyczny plan miał jakiekolwiek szanse na realizację? Wydaje się, że tak. Nawet gdyby do 2030 roku Iran nie był państwem demokratycznym, a to jest niemal pewne, to jednak całe społeczeństwo bardzo mocno odczułoby pozytywny wpływ JCPOA na irańską gospodarkę. Irańskie władze widząc profity płynące ze współpracy z Zachodem, mogłyby dobrowolnie porzucić marzenia o stworzeniu potęgi nuklearnej, lub ewentualnie ograniczyć się do budowy elektrowni atomowych. Ponadto nie wykluczano, że przed wygaśnięciem ograniczeń wynikających z JCPOA, uda się zawrzeć kolejną umowę, które jeszcze bardziej oddali widmo stworzenia przez Irańczyków broni atomowej.

    Jednocześnie na obronę sygnatariuszy paktu wskazać należy, że JCPOA była w istocie jedyną opcją, która mogła zatrzymać Irańczyków przed skonstruowaniem bomby atomowej i jednocześnie nie doprowadzić do dalszej destabilizacji regionu. Interwencja, czy precyzyjne naloty na ośrodki badawcze, były zbyt ryzykowne i nie dawały gwarancji pełnego powodzenia. Dalsze utrzymywanie drakońskich sankcji także nie wchodziło w grę, gdyż mogłoby to doprowadzić do destabilizacji sytuacji w samym Iranie, co mocno odbiłoby się na stabilności zarówno Zatoki Perskiej, jak i całego Bliskiego Wschodu.

    Prezydent Barack Obama w Gabinecie Owalnym, źródło: Obama White House/flickr.com

    Irańskie tankowce wypływają

    JCPOA była dla Iranu ogromną szansą. Dzięki temu porozumieniu irańska gospodarka znowu mogła odetchnąć pełną piersią. Nałożone wcześniej sankcje zaczęły być stopniowo znoszone. Irańskie aktywa, które pozostawały od wielu lat „zamrożone przez Zachód”, teraz zaczęły stopniowo wracać pod kontrolę Teheranu. Zagraniczne firmy, w szczególności te z Europy, zaczęły coraz częściej myśleć o Iranie jako o miejscu swoich potencjalnych inwestycji. Ponadto, w końcu Teheran mógł wznowić eksport swoich najcenniejszych dóbr – surowców energetycznych.

    Zawarcie JCPOA bardzo wydatnie i wręcz natychmiastowo wpłynęło na stan irańskiej gospodarki. W 2015 roku, czyli jeszcze zanim porozumienie nuklearne weszło w życie (nastąpiło to dopiero 16 stycznia 2016 roku), irańskie PKB skurczyło się o ok. 1,5%. Tymczasem już w 2016 roku, czyli wtedy kiedy sankcje zaczęły być znoszone, Iranowi nie tylko udało się pokonać recesję, lecz także osiągnąć ogromny wzrost gospodarczy na poziomie ok. 12,5%. Zaznaczyć jednak trzeba, że tak duży wzrost PKB spowodowany był przede wszystkim gigantycznym wzrostem dochodów z handlu surowcami energetycznymi – wzrost gospodarczy w sektorach innych niż sektor naftowy wyniósł w 2016 roku zaledwie ok. 3,3%.

    Tempo wzrostu irańskiego PKB w latach 2005-2017, źródło: archiwum autora

    Zniesienie sankcji było powodem do radości zwłaszcza w ministerstwie ds. ropy naftowej (MOP). W 2013 roku, czyli po wejściu w życie wspomnianych już amerykańsko-europejskich sankcji, irański eksport ropy naftowej spadł do rekordowo niskiej wartości – 1 mln baryłek/dzień. Po zawarciu JCPOA eksport tego surowca wystrzelił w górę i już w 2016 roku wyniósł już ok. 2,1 mln baryłek/dzień.

    Nawet słaba światowa koniunktura nie była w stanie zatrzymać wzrostu tego sektora irańskiej gospodarki. W 2016 roku ceny ropy naftowej spadły do zaledwie 40 dolarów za baryłkę. Tymczasem dzięki wzmożonej produkcji zyski Iranu z eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego za okres od kwietnia 2016 r. do marca 2017 r. osiągnęły 55,75 mld dolarów – co oznaczało wzrost aż o 66% w porównaniu z poprzednim okresem kwiecień 2015 r. – marzec 2016 r.

    Jednocześnie, gdy idzie o eksport ropy naftowej, Irańczycy skupili się na odbudowie dawnych relacji z UE. Przed wejściem w życie sankcji z 2012 roku państwa członkowskie UE były jednym z głównych klientów Teheranu – to właśnie do nich trafiało ok. 590 tys. baryłek ropy dziennie. Po wejściu w życie JCPOA irańska ropa dumnie powróciła na europejskie rynki. Powrót ten był o tyle łatwy, że UE cały czas dąży do większego uniezależnienia się od rosyjskich dostawców i osiągnięcia większej dywersyfikacji. W efekcie już w 2017 roku Iran eksportował do UE średnio ok. 700 tys. baryłek dziennie. Jeśli idzie o procent udziału w rynku to jest to wartość zbliżona do okresu sprzed sankcji z 2012 roku – w 2011 roku ok. 5,43% ropy importowanej na terytorium UE pochodziło z Iranu a w 2017 roku było to 5,1%.

    Tankowiec na morzu, źródło: Max Pixel

    Dochody z ropy jako katalizator przemian

    W założeniach irańskich ekonomistów wzrost zysków czerpanych z eksportu surowców energetycznych miał bezpośrednio przełożyć się na ogólnogospodarczy boom. Administracja Rouhaniego postanowiła działać zgodnie z założeniami wyłożonymi w piątym planie gospodarczym na lata 2010-2015, uchwalonym jeszcze za czasów Ahmadineżada. Zgodnie z tym planem ok. 30% dochodów uzyskiwanych ze sprzedaży ropy naftowej miało być przelewane na rzecz, powołanego w 2011 roku, Narodowego Funduszu Rozwoju (NDFI). W założeniu Fundusz miał zająć się efektywnym wykorzystaniem zysków czerpanych ze sprzedaży ropy poprzez: wspieranie prywatnych przedsiębiorstw (do nich miało trafiać ok. 50% funduszy otrzymywanych przez NDFI), zachęcanie zagranicznych podmiotów do inwestycji w Iranie (20% środków) i inwestowanie w zagraniczne rynki kapitałowe (30% środków). Stworzenie NDFI wydawało się bardzo dobrym pomysłem i spotkało się z dość ciepłym przyjęciem ze strony „zachodnich” ekonomistów, lecz, póki co, Funduszowi nie udało się osiągnąć celów, które przed nim postawiono.

    Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Przede wszystkim NDFI jest mocno upolitycznione. Każda decyzja dotycząca przyznania pomocy ze środków Funduszu musi być uprzednio zaakceptowana przez najwyższego przywódcę Iranu Ali Chameneiego. Ponadto część środków z NDFI jest marnotrawiona, gdyż pomoc trafia nie do prywatnych przedsiębiorstw, lecz do podmiotów, które nazwalibyśmy „przedsiębiorstwami quasi-państwowymi”. Chodzi o przedsiębiorstwa, które co prawda zostały sprywatyzowane, lecz tylko po to aby trafić w ręce osób powiązanych z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej czy szyicką ulamą (duchownymi). Przedsiębiorstwa te najczęściej nie są rentowne i służą bardziej rozkradaniu majątku państwowego – właśnie poprzez otrzymywanie pomocy finansowej z NDFI – niż rozwojowi krajowej gospodarki.

    Ponadto kolejnym czynnikiem, który powoduje, że NDFI nie jest w stanie osiągnąć swoich celów jest fakt, że dochody płynące z handlu ropą naftową znajdują się poniżej oczekiwań. Jak wspomniano w poprzednich akapitach, po zawarciu JCPOA dochody Teheranu płynące z eksportu ropy naftowej wzrosły aż o 66% i osiągnęły pod koniec 2016 roku wartość 55,75 mld dolarów. Osiągnięcie tak dużych dochodów możliwe było dzięki zwiększeniu poziomu wydobycia ropy naftowej do ok. 3,7 mln baryłek/dzień. Wynik ten, mimo iż imponujący, oznaczał niewypełnienie jednego z kluczowych założeń rządowego planu rozwoju na lata 2017-2021.

    Zgodnie z rządowymi założeniami, aby irańska gospodarka działała prężnie i rozwijała się w zadowalającym tempie, produkcja ropy naftowej musi przekraczać poziom 4 mln baryłek/dzień. Mimo, że jest to mniej niż zakładano w poprzednim planie na lata 2010-2015 (tam była mowa aż o 5,2 mld baryłek/dzień), to i tak planowany pułap znajduje się poza obecnymi możliwościami technicznymi Iranu – w 2017 roku średnie wydobycie oscylowało w okolicach 3,8 mln baryłek/dzień, czyli o 200 000 baryłek za mało.

    Zakłady petrochemiczne w mieście Arak, autor: Miladfarhani/commons.wikimedia.org

    Irańska infrastruktura naftowa

    Dalsze zwiększanie poziomu wydobycia jest niemożliwe. Nie jest to wcale spowodowane małymi zasobami, lecz bardzo słabą infrastrukturą, która nie dość że stara, to jeszcze przez wiele lat była przez Teheran zaniedbywana. W 2017 roku, Bijan Namdar Zangeneh, minister ds. ropy naftowej, stwierdził, że 3/4 irańskich rafinerii ropy naftowej i gazu ziemnego należy uznać za „przestarzałe”. Najstarsza grupa tych instalacji ma blisko 80 lat i była wznoszona jeszcze przez Angielsko-Irańską Kompanię Naftową przed II wojną światową. W efekcie irańska infrastruktura naftowa jest nie tylko zawodna, lecz generuje także większe, niż nowoczesne instalacje, koszty produkcji. Obiekty te wymagają natychmiastowej modernizacji, której koszty szacuje się na ok. 10 miliardów dolarów. Problemem nie są tu jednak pieniądze, lecz technologia.

    Aby przeprowadzić modernizację swoich instalacji naftowych Iran musi najpierw ściągnąć do kraju zagraniczne firmy, które dysponują odpowiednimi technologiami. Jest to bardzo trudne zadanie, gdyż większość tych przedsiębiorstw ma swoje siedziby na terenie UE i USA. Mimo zawarcia „atomowego dealu” firmy te nadal podchodziły do jakichkolwiek kontaktów handlowych z Irańczykami z dużą rezerwą – nawet przed ogłoszeniem wycofania się USA z JCPOA. Postawa zagranicznych inwestorów po części wynika z niekorzystnego klimatu biznesowego jaki panuje w Iranie, ale nie tylko.

    Pracownicy Angielsko-Irańskiej Kompanii Naftowej, źródło: upload.wikimedia.org

    Niby bez sankcji, ale nie do końca

    Na mocy postanowień JCPOA wszystkie sankcje nałożone na Iran przez ONZ oraz UE miały zostać całkowicie zniesione. Jednak gdy idzie o amerykańskie sankcje sytuacja nie była tak prosta. USA, jako sygnatariusz JCPOA, zobowiązały się nie stosować już ani sankcji ONZ-owskich, ani tych amerykańsko-unijnych z 2012 roku. Jednocześnie jednak gdy idzie o sankcje, które Waszyngton jednostronnie nałożył na Teheran, Amerykanie zgodzili się wyłącznie na „zawieszenie” tylko części z nich. W przypadku amerykańskich sankcji, które miały być karą za program atomowy, prezydent USA miał co roku decydować o ich zawieszeniu w formie odpowiednich aktów wykonawczych (tzw. executive waiver). Natomiast jeśli idzie o unilateralne amerykańskie sankcje, będące karą za łamanie praw człowieka i wspieranie terroryzmu, to sankcje te – nie będąc przedmiotem JCPOA – nadal pozostały w mocy.

    Ta druga grupa sankcji niemal całkowicie zabraniała amerykańskim firmom nie tylko inwestowania na terenie Iranu, lecz także zawierania umów handlowych z ichnimi przedsiębiorstwami. Oczywiście było od tego kilka wyjątków, z których – chyba najbardziej znany – dotyczył możliwości sprzedaży Irańczykom samolotów cywilnych, co pozwoliło Boeingowi na zdobycie kontraktu wartego 16 mld dolarów.

    Utrzymanie części sankcji przez Waszyngton miało być pokazem siły, który utwierdziłby państwa Bliskiego Wschodu w przekonaniu, że ostatnie słowo – gdy idzie o geopolityczną rozgrywkę w regionie – nadal należy do USA. Jednocześnie jednak ten sukces propagandowy przełożył się na utratę przez amerykański biznes potencjalnych wielomilionowych zysków. Gdy w 2017 roku unijny eksport do Iranu wyceniano na ok. 13 mld dolarów, to amerykański wart był już tylko 0,13 mld dolarów – czego główną przyczyną było właśnie utrzymanie unilateralnych sankcji.

    Postawa Waszyngtonu wpłynęła nie tylko na rodzimych inwestorów, lecz także na biznesmenów z Europy. Pierwsza grupa amerykańskich sankcji (ta odnosząca się do programu atomowego) umożliwiała odpowiednim instytucjom karać nie tylko krajowych przedsiębiorców, lecz także podmioty zagraniczne. Co prawda, jak już wcześniej zaznaczono, sankcje te zawieszono, lecz tylko na rok i to w formie aktu wykonawczego prezydenta (tzw. executive waiver), który miał być cyklicznie odnawiany. Dlatego też zagraniczni przedsiębiorcy zaczęli podchodzić do inwestowania w Iranie z dużym dystansem. Co prawda kraj ten kusił ich wielomilionowymi zyskami, lecz jednocześnie nikt nie mógł dać im pewności, że pewnego dnia prezydent USA nie dojdzie do wniosku, że dalsze zawieszanie sankcji wobec Teheranu jest sprzeczne z żywotnymi interesami Waszyngtonu. Jak pokazują wydarzenia z 8 maja 2018 roku obawy te były w pełni uzasadnione.

    Prezydent Barack Obama, źródło: Obama White House/flickr.com

    Jak złapać inwestora? – radzi prezydent Rouhani

    Ostatecznie Iranowi udało się sprowadzić do kraju kilku potężnych inwestorów, którzy w 2016 roku zainwestowali w Republice ok. 3,4 mld dolarów. Wynik ten stanowi dla Teheranu katastrofę. Zgodnie z szóstym planem gospodarczym na lata 2017-2021 Iran musi, rok w rok, przyciągać inwestycje zagraniczne warte łącznie 20 mld dolarów. Dopiero taka skala bezpośrednich inwestycji zagranicznych jest w stanie zadowolić irańskich ekonomistów i pozwolić gospodarce na rozwój.

    Szczególnie desperacko potrzebne są inwestycje w sektorze naftowym. Jak już wcześniej zaznaczono, Teheran ma nadzieję, że to właśnie zagraniczni przedsiębiorcy – którzy dysponują odpowiednią technologią – zgodzą się na przeprowadzenie modernizacji irańskich instalacji i infrastruktury. Jednak póki co Iran nie znalazł takich inwestorów. Co prawda po 2016 roku zagraniczne przedsiębiorstwa otrzymały kilka dużych kontraktów w sektorze naftowym, jednak są to głównie kontrakty na budowę nowych instalacji – np. francuski Total S.A. dostał 5 miliardowy kontrakt na budowę pola „Południowe Pars”. Tymczasem istniejące już instalacje znajdują się często w opłakanym stanie i potrzebują jak najszybszych prac modernizacyjnych.

    Ryzyko amerykańskich sankcji to nie jedyny czynnik, który odstrasza zagranicznych inwestorów. Bardzo problematyczne są także: nieprzyjazny klimat biznesowy, wszędobylska korupcja oraz słaba legislacja. Bliżej tym czynnikom przyjrzymy się w kolejnym odcinku „Iranu w ogniu”. W tym momencie ograniczę się do wskazania jednego, konkretnego czynnika, który szczególnie mocno odczuła branża naftowa.

    Mianowicie chodzi o opozycję elit politycznych, które bardzo podejrzliwie, a czasami nawet wrogo, pochodzą do zachodnich inwestycji w tym sektorze irańskiej gospodarki. To nastawienie dobrze obrazuje sytuacja związana z tzw. kontraktami naftowymi (eng. Iran Petroleum Contract, IPC). Już w listopadzie 2015 roku rząd prezydenta Rouhaniego zapowiedział przygotowanie dla zachodnich inwestorów IPC, które miały przewidywać dużo lepsze warunki współpracy niż ówcześnie obowiązujące „kontrakty buy-back”. Jednak ze względu na opór radykałów pierwszy kontrakt typu IPC został zawarty dopiero w lipcu 2017 roku i był to kontrakt Total S.A. na budowę pola „Południowe Pars”. Umowy te – z perspektywy inwestorów – faktycznie przewidują dużo korzystniejsze warunki współpracy niż stare „kontrakty buy-back”. Mimo to, wpływ IPC na stan irańskiego sektora naftowego okazał się dużo mniejszy niż przewidywano. Stało się tak przede wszystkim z tego względu, że IPC weszło w życie zbyt późno. Już od drugiej połowy 2017 roku wielu ekspertów zwracało uwagę, że administracja prezydenta Trumpa może wycofać się z JCPOA. Z tego względu wielu inwestorów, mimo że zainteresowanych IPC, wstrzymało się z ostateczną decyzją do maja 2018 roku, gdy prezydent Trump miał zdecydować o ewentualnym dalszym zawieszeniu sankcji wobec Iranu.

    Negocjacje w sprawie JCPOA, źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    Podsumowanie

    Jak zatem widzimy JCPOA stanowiła dla Iranu szansę. Jednak jej wykorzystanie nie było tak łatwe, jak mogłoby się to zdawać na pierwszy rzut oka. Amerykanie w żadnym razie nie chcieli, aby „irański deal” pozwolił Iranowi na szybką modernizację i dlatego zachowali pod swoją kontrolą potężne instrumenty, które szybko pozwoliłyby skontrować działania Teheranu – gdyby te zostały uznane za zagrażające interesom Waszyngtonu. Ponadto okrakiem na drodze do rozwoju Iranu stanęli sami Irańczycy, a dokładnie polityczne elity, które starały się jak najdłużej odwlekać reformy gospodarcze i skupiać się na znacznie mniej istotnych (przynajmniej z punktu widzenia przetrwania Islamskiej Republiki Iranu) kwestiach jak np. podsycanie nastrojów antyamerykańskich, i anty-izraelskich. Sama administracja prezydenta Rouhaniego także nie jest bez winy, gdyż wielokrotnie wykazywała się opieszałością przy przeprowadzaniu reform czy też względną ugodowością podczas konfrontacji z konserwatystami.

    Wszystko to razem spowodowało, że handel surowcami energetycznymi i ich pochodnymi nie stał się – wbrew planom rządzących – katalizatorem zmian w krajowej gospodarce. Zarówno produkcja, jak i eksport, tych surowców były na zbyt niskim poziomie a skala inwestycji zagranicznych zbyt mała. Sektor naftowy, czyli sektor który miał pociągnąć całą gospodarkę za sobą, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Mało tego, szybkie osiągnięcie maksymalnej mocy przerobowej irańskich instalacji już w 2016 roku doprowadziło do momentalnego uwydatnienia problemów tego sektora.

    Problemy sektora naftowego są jednak tylko wierzchołkiem góry lodowej i nie obrazują skali „zepsucia” irańskiej gospodarki, która musi mierzyć się nie tylko z sankcjami, lecz także z korupcją, wysoką inflacją, bezrobociem, niestabilnością systemu bankowego, prywatyzacją, czy grabieniem majątku narodowego przez bonjady – fundacjami, które stały się prywatnymi folwarkami grupy trzymającej władz. Piętrzące się problemy doprowadziły do wrzenia wewnętrznego, którego punktem kulminacyjnym stały się protesty z grudnia 2017 roku. Aby jednak nie zanudzić czytelnika pozwolę sobie uciąć w tym miejscu i odnieść się do zaznaczonych problemów w następnym odcinku „Iranu w ogniu”.

    PS Mam nadzieję, że nie zmęczyłem was tak dużą partią materiału i danych. Chcąc jednak przedstawić obecną sytuację Iranu z szerszej perspektywy przytłaczanie czytelnika masą informacji wydaje się nieuniknione. Dajcie znać, czy nie jest zbyt długo/zbyt nudo – postaram się uwzględnić te uwagi przy publikacji kolejnej części.

    Zdjęcie góry lodowej, autorzy: Uwe Kils, Wiska Bodo/upload.wikimedia.org

    #iran #geopolityka #bliskiwschod #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: zdjecie.png

  •  

    Abadi musi odejść!

    Protesty na południu Iraku, które rozpoczęły się w lipcu, nadal trwają i nabierają coraz bardziej na sile. Ataki na budynki rządowe stały się normą. Coraz częściej siły bezpieczeństwa odpowiadają ostrą amunicją. Tymczasem w Bagdadzie nadal trwa walka o to kto zostanie nowym premierem. Siły pro-irańskie podejmują coraz śmielsze działania, które mają na celu odsunięcie premiera Abadiego od władzy. Jednocześnie Muktada as-Sadr widząc, że Abadi nie radzi sobie z sytuacją, zaczyna szukać nowych sojuszników. Sojusz, który początkowo wydawał się niemożliwy, zdaje się coraz bardziej prawdopodobny.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Samowolka

    Podczas gdy oczy całego Iraku zwrócone były na protesty w Basrze, 12 sierpnia pojawiła się niespodziewana informacja. Jednostki – zdominowanej przez szyitów – PMU (Popular Mobilization Forces) zaczęły wycofywać się z, położonych na północy kraju, prowincji Salah al-Din, Niniwa i Al-Anbar, które są zamieszkałe w większości przez sunnitów. Ewakuacja PMU, rzekomo zarządzona przez premiera Abadiego, miała doprowadzić do zmniejszenia napięć na północy kraju między szyickimi milicjami a sunnicką ludnością. W ciagu zaledwie kilku dni PMU wycofała większość swoich jednostek z prowincji Salah al-Din i Niniwa. Na miejscu pozostały w zasadzie tylko oddziały PMU złożone z jazydów, chrześcijan i Turkmenów.

    Wkrótce okazało się, że relokacja sił PMU były samowolką ze strony jej dowództwa. Premier Abadi wcale nie wydał rozkazu do ewakuacji. Mało tego, premier nawet nie wiedział że taka ewakuacja ma zostać przeprowadzona i dowiedziała się o niej dopiero wtedy, gdy PMU opuściło swoje bazy w prowincji Salah al-Din i Niniwa.

    Abadi zaczął poszukiwać winnego całej sytuacji – o ile sytuacja w przedmiotowych prowincjach jest dość spokojna, to nagły odwrót PMU mógł doprowadzić do próżni w sektorze bezpieczeństwa, która szybko mogłaby zostać wykorzystana przez siły wrogie Bagdadowi, w tym bojowników IS, którzy stale infiltrują Irak z terytorium Syrii.

    Wkrótce okazało się, że rozkaz odwrotu został wydany przez Abu Mahdiego al-Muhandisa – wiceszefa PMU, a prywatnie bliskiego przyjaciela generała Ghasemem Solejmaniego (wysoko postawionego członka irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej). Wściekły Abadi 21 sierpnia anulował rozkazy Muhandisa i kazał PMU z powrotem obsadzić opuszczone posterunki – takie uprawnienie daje mu prawo przyjęte przez parlament w 2016 roku. Mało tego – według niepotwierdzonych raportów Abadi zawiesił Muhandisa i zaczął szukać jego następcy.

    O ile rozkaz Abadiego z 21 sierpnia zatrzymał odwrót sił PMU z prowincji Anbar to ciężko powiedzieć jak wpłynął na sytuację w prowincjach Salah ad Din i Niniwa. W tych ostatnich dwóch regionach dochodziło do sytuacji, w których, po odwrocie PMU, ich posterunki były obsadzane przez improwizowane sunnickie milicje. Wątpliwe, żeby te oddziały zgodziły się teraz na powrót PMU. Nadal, prawie dwa tygodnie od opisywanych wydarzeń, brakuje rzetelnych informacji czy oddziały PMU wróciły do Niniwy i Salah ad Din czy też nie.

    Bez wątpienia samowolka Muhandisa musiała zwiększyć czujność premiera Abadiego. Gdy 21 sierpnia rozkazał on PMU powrót do zajmowanych wcześniej baz, zdecydowanie musiał być z siebie dumny. Z jednej strony udało mu się stłumić „bunt” ze strony Muhandisa a z drugiej polepszyć swój wizerunek wśród „szarych” członków PMU, których przedstawił jako gwarantów bezpieczeństwa w północnym Iraku. Jednak, jak niedługo później się okazało, sprawa Muhandisa była zaledwie czubkiem góry lodowej.

    Spotkanie dowódców PMU z Irańczykami, na zdjęciu widoczni: Amiri (1), Solejmani (2) i Muhandis (3), źródło: PMU

    I ty, Brutusie, przeciw mnie?

    30 sierpnia premier Abadi zwolnił szefa PMU – Faliha Alfayyadha. Uzasadniając swoją decyzję, Abadi stwierdził, że Alfayyadh zaczął angażować się w sprawy polityczne czego nie da się pogodzić z zajmowaniem tak wysokiego stanowiska w strukturach bezpieczeństwa. Sprawa była o tyle ciekawa, że kilka miesięcy wcześniej, gdy podczas majowych wyborów Alfayyadh (wraz ze swoim „Ruchem Ataa”) startował w wyborach z list „partii” Nasr, na czele której stoi Abadi, to Premier nie dostrzegał żadnego konfliktu interesów.

    Teraz już sprawy potoczyły się szybko. Jeszcze tego samego dnia część członków bloku Nasr zaczęła nawoływać do mianowania Alfayyadha kandydatem na nowego premiera. Cała sytuacja jeszcze bardziej się zagmatwała, gdy członkowie pro-irańskiego Fatahu stwierdzili, że Alfayyadh przeszedł na ich stronę.

    Tym samym premier Abadi znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Przypomnijmy – 30 sierpnia Alfayyadh został zwolniony. Tego samego dnia część członków Nasr zaczęła popierać jego kandydaturę na nowego premiera. Tymczasem, zaledwie 4 dni później, 3 września, miało odbyć się pierwsze posiedzenie nowego parlamentu, podczas którego miano wybrać spikera i zdecydować komu zostanie powierzona misja stworzenia przyszłego rządu.

    Nie było czasu do stracenia. Premier od razu przystąpił do działania. W niedzielę Abadi spotkał się z Sadrem, Allawim, Hakimem i przedstawicielami 12 mniejszych ugrupowań. Tego samego dnia Panowie ogłosili zawarcie sojuszu, który miałby łącznie 177 parlamentarzystów i tym samym, jako największe ugrupowanie parlamentarne, miałby pierwszeństwo w tworzeniu nowego rządu – zgodnie z wyrokiem irackiego SN z 2010 roku pierwszeństwo w tworzeniu rządu ma ten blok wyborczy, który po wyborach skupi najwięcej mandatów parlamentarnych a nie ten kto wygra wybory.

    W kilka godzin później pro-irańska koalicja, na czele której stoją Maliki i Amiri, stwierdziła że to oni – a nie Abadi – posiadają największy blok parlamentarny. Dlaczego? Zdaniem pro-irańskiego duetu wkrótce będziemy świadkami zdrady w partii Nasr, której członkowie – podobnie jak wcześniej Alfayyadh – odwrócą się od Abadiego i przejdą na stronę pro-irańskiego sojuszu.

    Wkrótce pojawiła się także bardzo ciekawa informacja, która do tej pory nie została jednak potwierdzona. Według irackiej prasy Muhandis, rozkazując oddziałom PMU wycofać się z północy kraju, działał na polecenie Alfayyadha, który ruch ten miał uzgodnić z lokalnymi politykami. Zdaniem irackich dziennikarzy Alfayyadh zawarł z sunnickimi politykami z północy kraju sojusz – PMU wycofa się z 3 w/w prowincji a w zamian za to parlamentarzyści z tych prowincji poprą blok Malikiego i Amiriego.

    Premier Haider Al-Abadi, źródło: foreignoffice, flickr.com

    Jak wybrać speakera?

    W końcu, 3 września, odbyło się pierwsze posiedzenie nowego irackiego parlamentu. Tego dnia miały jednak miejsce tylko formalne uroczystości – głównie odebrano przysięgę od nowych parlamentarzystów. Dopiero następnego dnia, tj. 4 września, parlament rozpoczął pracę „merytoryczną”.

    Tutaj jednak pojawiły się problemy. Zgodnie z iracką konstytucją przed powierzeniem danemu blokowi misji utworzenia nowego rządu należy wcześniej wybrać speakera parlamentu. Co prawda zebrani parlamentarzyści przedstawili kilka kandydatur – w tym Alfayyadha. Jednak żaden z kandydatów nie miał najmniejszych szans na zdobycie tego stanowiska, i to z bardzo banalnego powodu – podczas wtorkowych obrad w parlamencie zjawiło się zaledwie 85 parlamentarzystów z wszystkich 329.

    W tej sytuacji zebrani rozeszli się do domów nie podejmując żadnej decyzji. Obrady Parlamentu zostały odroczone do 15 września.

    Sala obrad irackiego parlamentu , źródło: commons.wikimedia.org

    Basra w płomieniach

    Tymczasem nie tylko walka o fotel premiera osiągnęła moment kulminacyjny. Gorąco jest także w Basrze na południu kraju. Od lipca nieprzerwanie trwają tam protesty. W artykule z 23 lipca opisałem powody, dla których protestujący wyszli na ulice.

    Od mojego ostatniego artykułu na temat Basry sytuacja jeszcze się zaogniła. Protestujący nie chcą ustąpić ani na krok a siły bezpieczeństwa wyraźnie nie radzą sobie z całą sytuacją. Co prawda rządzący zapowiadają reformy, dzięki którym mieszkańcom Basry zapewniony zostanie dostęp do bieżącej wody czy podstawowych usług publicznych, lecz protestujący nie chcą już słuchać ani rządu w Bagdadzie ani lokalnych władz. Mieszkańcy chcą reform „tu” i „teraz”. Natomiast Abadi i jego rząd traktują Basrę jako problem, którym powinien zająć się przyszły rząd- natomiast oni („Abadi i spółka”) mogą co najwyżej próbować rozładować napięcie.

    Ten przedłużający się impas doprowadził ostatecznie do eskalacji. Przełomowym momentem był 4 września. Tego dnia protestujący wdarli się do jednego z rządowych budynków w Basrze. Według dość prawdopodobnej wersji wydarzeń na jednym z pięter zabarykadowało się kilku członków irackich sił bezpieczeństwa. Gdy protestujący obrzucili ich koktajlami Mołotowa i fajerwerkami ci otworzyli ogień – wbrew odgórnemu zakazowi. W rezultacie aż 6 osób miało ponieść śmierć. Szczegóły zajścia nie są znane. Premier Abadi zapowiedział stworzenie specjalnej komisji, która ma szczegółowo zbadać tę tragedię. Tego samego dnia w Basrze wprowadzono godzinę policyjną, co – przynajmniej w założeniu – miało zapobiec dalszej eskalacji.

    Jednak nikt z mieszkańców Basry nie chciał już słuchać zapewnień premiera. Rubikon został przekroczony. Po wydarzeniach z 4 września protestujący wpadli w szał i zaczęli niszczyć wszystko wokół. 6 września demonstranci podpalili siedzibę pro-irańskiej milicji Asaib Ahl al-Haq. Następnego dnia posunęli się jeszcze dalej i obrzucali butelkami z płynem zapalającym irański konsulat w Basrze. Odpowiedź Teheranu była natychmiastowa – jeszcze tego samego dnia zamknięto przejście graniczne w Shalamjah, które jest często wykorzystywane przez mieszkańców Basry z uwagi na niskie ceny żywności po irańskiej stronie granicy.

    Sytuacja w Basrze osiągnęła apogeum. Podczas piątkowych modlitw do sytuacji w mieście odniósł się ajatollah Sistani – duchowy przywódca irackich szyitów. Z jednej strony skrytykował rząd, który nie jest w stanie opanować sytuacji a z drugiej strony wezwał protestujących do rezygnacji z przemocy na rzecz pokojowych środków protestu.

    Prowincja Basra na tle mapy Iraku, źródło: Zirguezi, commons.wikimedia.org

    Nadzwyczajne posiedzenie parlamentu

    Eskalacja walk w Basrze nie uszła także uwadze Muktady as-Sadra, którego ugrupowanie wygrało majowe wybory. Sadr wezwał wszystkie ugrupowania parlamentarne do zebrania się na nadzwyczajnym posiedzeniu, które miało zostać poświęcone sytuacji w Basrze. Termin obrad wyznaczono na sobotę 8 września.

    Specjalne posiedzenie parlamentu odbyło się w bardzo napiętej atmosferze. Prawie każde ugrupowanie oskarżało Abadiego o niekompetencję i niezdolność do polepszenia sytuacji w Basrze. Premier nie odpowiedział w jaki sposób rząd chce położyć kres protestom – zamiast tego zarzucił parlamentarzystom, że wykorzystują dramat mieszkańców Basry dla własnych celów politycznych. Dyskusja trwała przez kilka godzin w bardzo ostrej atmosferze. Pod koniec spotkania nastąpiło to czego premier obawiał się najbardziej – Hassan Al-Aqouli, rzecznik partii Sairun, której przewodzi Sadr, wezwał Abadiego do złożenia rezygnacji.

    Słowa Al-Aqouliego były szokiem dla wielu obserwatorów – jak już wspomniano, to właśnie Sadr i Abadi mieli połączyć siły i stworzyć nowy rząd. Wzywając Abadiego do ustąpienia ze stanowiska Sadryści zerwali wcześniejsze porozumienia. Bardzo wątpliwe, aby sojusz Sairun-Nasr przetrwał bez Abadiego jako wspólnego kandydata na premiera – jest to tym mniej prawdopodobne, że – po wezwaniu premiera do ustąpienia – przed Sadrystami otworzyły się pewne nowe możliwości.

    [Muktada as-Sadr (po lewej) i Ali Taliqani – źródło: مالهوترا, commons.wikimedia.org](https://steemitimages.com/0x0/https://steemitimages.com/0x0/https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/19/سماحته_مع_سماحة_حجة_الاسلام_والمسلمين_السيد_القائد_مقتدى_الصدر%28دام_عزه%29_في_الحنانة.jpg)

    Iracki triumwirat?

    Sobotnie obrady parlamentu, a w szczególności słowa Al-Aqouliego, zdają się wskazywać, że Sadr szykuje się do zmiany stron. Wydarzenia ostatniego tygodnia wyraźnie pokazały, że Abadi nie jest w stanie poradzić sobie z zapewnieniem podstawowych usług mieszkańcom Basry. Wejście z takim politykiem w sojusz może wywołać ogromne komplikacje w przyszłości. Ponadto nie wiadomo czy Abadi nadal faktycznie posiada 42 mandaty parlamentarne – ostatnie zamieszkanie, które wywołał Alfayyadh wskazuje, że w partii Nasr doszło do „puczu” i, na obecnym etapie, nie można rozróżnić kto jest „człowiekiem Abadiego” a kto ukrytym stronnikiem duetu „Maliki-Amiri”.

    Dołączenie Sadra do stronnictwa pro-irańskiego i stworzenie triumwiratu Sadr-Maliki-Amiri nie jest wcale nieprawdopodobne. Już wcześniej, na początku czerwca 2018 roku, Sadr i Amiri ogłosili stworzenie koalicji, która miała utworzyć nowy rząd. Potem jednak drogi obu panów się rozeszły. Sadr stanął po stronie Abadiego a Amiri po stronie Malikiego.

    Sadr wielokrotnie zapowiadał, że dla dobra Iraku jest w stanie zgodzić się na współpracę z każdym ugrupowaniem. Pytanie tylko czy na pewno?

    Główną przeszkodą w utworzeniu wspomnianego triumwiratu może być Maliki, za którym Sadr nie przepada. W oczach Sadrystów to właśnie Maliki jest głównym winowajcą porażek irackiej armii z początkowego okresu walk z bojownikami IS. Ponadto Sadr ma także osobiste powody, aby nie lubić Malikiego – to właśnie Maliki, wówczas premier Iraku, doprowadził w 2008 roku do całkowitej likwidacji Armii Mahdiego, na czele której stał Sadr. Mimo, że od tamtych wydarzeń minęło już 10 lat, Sadr nadal żywi urazę do Malikiego – tak dużą, że już w czerwcu zapowiedział, że nie zgodzi się na wejście w sojusz z żadnym blokiem, w którym obecny będzie Maliki.

    Przeciągnięcie na swoją stronę Sadra byłoby bardzo korzystne dla Amiriego. Obecnie nie posiada on większości i musi liczyć, że kolejni członkowie Nasr podążą krokami Alfayyadha. Co prawda dużo w ostatnim czasie mówiło się o tym, że stronnictwu pro-irańskiemu uda się przeciągnąć na swoją stronę Kurdów i dzięki temu uzyskać większość – jednak wydaje się że ta opcja jest obecnie mało prawdopodobna.

    Dwie największe kurdyjskie partie – KDP i PUK – zapowiedziały, że dołączą tylko i wyłącznie do tego sojuszu, który spełni długą listę ich żądań. Bardzo istotnym punktem na tej liście jest uregulowanie statusu terytoriów spornych między Bagdadem a Irbilem (stolicą Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego) – w szczególności chodzi o wieloetniczny Kirkuk. Na takie żądanie nie mogą się zgodzić ani Abadi ani obóz pro-irański.

    W związku z tym Amari liczy prawdopodobnie, że uda mu się przeciągnąć na swoją stronę Sadra – to pozwoli mu natomiast zrezygnować z prób ułożenia się z Kurdami. Jednak mandaty Sadra nie wystarczą do otrzymania misji utworzenia nowego rządu. Sadrowi i Amiriemu potrzebne będą jeszcze głosy Malikiego. Jednak, jak już wcześniej wspomnieliśmy, Sadr nie jest skłonny do nawiązania jakiejkolwiek formy współpracy z Malikim. Zatem co teraz?
    Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie znajduje się w Teheranie. Władze irańskie utrzymują bardzo bliskie stosunki z przedstawicielami partii Fateh (Amiri) i Państwo Prawa (Maliki). Łącznikiem między obiema partiami a Iranem jest, wspomniany już, generał Solejmani. Teheran mógłby spróbować wpłynąć na Malikiego, aby ten poświęcił się na rzecz sojuszu Sadra ze stronnictwem pro-irańskim i złożył mandat. W tej sytuacji niemal pewne jest, że Sadr skusiłby się na ofertę współpracy z Amirim.

    Pytanie tylko czy Maliki byłby w stanie zrezygnować z osobistych ambicji na rzecz dobra Iraku? Ponadto otwartą kwestią pozostaje sprawa „puczu” w partii Nasr. Być może Alfayyadh nie jest jednym zdrajcą. W takim wypadku Amari i Maliki byliby w stanie uzyskać odpowiednią liczbę mandatów, aby objąć samodzielne rządy. Tym samym Sadr zostałby zepchnięty do opozycji. Jednak póki co nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na te pytania. Jedno jest jednak pewne – iracki spektakl pod tytułem „nowy rząd” wkroczył w swoją decydującą fazę. Najbliższe dni, a zwłaszcza 15 września (kolejne posiedzenie parlamentu), powinny wyklarować całą sytuację. Zachęcam do śledzenia „Pulsu Lewantu”, bo z pewnością będziemy relacjonować wydarzenia z Bagdadu na bieżąco.

    Hadi Al-Amiri, szef Fatahu, źródło: Farsnews.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #irak #iran #geopolityka #bliskiwschod #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #steemit
    pokaż całość

    +: Liesbaum, R............7 +56 innych
  •  

    Sadryści żądają ustąpienia Abadiego z funkcji premiera - wiadomość z kategorii breaking, chociaż po wydarzeniach z kilku ostatnich dni można się było tego spodziewać. Basra płonie, demonstranci podpalają budynek za budynkiem. Siły bezpieczeństwa strzelają do protestujących. Abadi nie wie co robić. Jednocześnie część ludzi z Nasr (ugrupowanie Abadiego) ma przejść na podobno przejść na stronę Malikiego i Amiriego.

    pokaż spoiler Coś mi się wydaje, że niedługo może powstać taki rząd, którego nikt się nie spodziewał. I nie chodzi mi tu wcale o rząd duetu Maliki i Amiri. Więcej wkrótce, jutro z rana wstawię artykuł (miał pojawić się ok. 20, ale dzisiejsza nadzwyczajna sesja parlamentu wiele zmieniła), bo chwilowo jestem zajęty wysokoprocentowymi trunkami ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #irak #bliskiwschod #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Kto obejmie stery władzy w Iraku? I dlaczego Kurdowie są irackim PSL-em? ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    W Iraku zachodzą właśnie bardzo ciekawe roszady. W maju 2018 roku odbyły się tam wybory parlamentarne. Ze względu na dużą liczbę naruszeń prawa wyborczego zadecydowano o ręcznym przeliczeniu części głosów. W efekcie dopiero 19 sierpnia (wczoraj) iracki Sąd Najwyższy zatwierdził majowe wyniki wyborów.

    Od razu poszczególne partie wyborcze przystąpiły do tworzenia jak największej koalicji - tutaj ciekawostka, partia która wygrała wybory w Iraku nie ma pierwszeństwa w tworzeniu rządu, zatem inaczej niż np. w Polsce. Zgodnie z wyrokiem irackiego SN z 2010 roku pierwszeństwo w tworzeniu rządu ma ten blok wyborczy, który po wyborach skupi najwięcej mandatów parlamentarnych.

    Wczoraj w bagdadzkim "Hotelu Babilon" odbyło się spotkanie przedstawicieli partii Sairoon (Muktada as-Sadr), Nasr (dotychczasowy premier Abadi), Hikma (Ammar al-Hakim) i Al-Wataniya (Allawi). Wieczorem, na konferencji prasowej, ogłoszono że partie te zgodziły się na stworzenie koalicyjnego bloku. Jednak blok ten posiada tylko 136 mandatów. Jest to za mało na utworzenie rządu. Do uzyskania parlamentarnej większości brakuje im 29 mandatów (iracki parlament liczy 329 parlamentarzystów).

    To jednak nie wszystko. Nie tylko Sadr znajduje się w natarciu. Z drugiej strony sceny politycznej dobiegają głosy o sojuszu partii Państwo Prawa (były premier Maliki) i Fatah (Amiri). Są to niepotwierdzone informacje, ale bardzo prawdopodobne. Sojusz Maliki-Amiri jest przewidywany co najmniej od majowych wyborów. Jeśli taka koalicja faktycznie powstałaby to posiadałaby łącznie 73 mandaty - także zbyt mało, aby objąć samodzielną władzę.

    W tej sytuacji decydujący głos będzie należał do kurdyjskich partii KDP (Barzani junior, 25 mandatów) i PUK (Rasul, 18 mandatów). Jeśli Sadr i Abadi chcą przejąć władzę to będą musieli się dogadać z Kurdami. Blok Maliki-Amiri, jeśli marzy o władzy, to także będzie musiał paktować z Kurdami. Jednocześnie jednak dla duetu Maliki-Amiri kurdyjskie poparcie to za mało - oprócz tego będą potrzebowali głosów sunnickiego Muttahidoon-u (al-Nujayfi). Jednak nawet w takim sojuszu Maliki i Amiri posiadaliby tylko 130 mandatów. W poszukiwaniu pozostałych 36 musieliby paktować z mniejszymi ugrupowaniami np. Turkmenami (3 mandaty) czy sunnitami z Anbaru (6 mandatów).

    W efekcie sojusz Maliki-Amiri musiałby pokonać ogromne trudności, aby odstawić Sadra i Abadiego na boczny tor oraz stworzyć własny rząd. Dlatego też rząd Maliki-Amiri jest mało prawdopodobny, lecz nie wykluczony. Iracka polityka jest nieobliczalna i jeszcze nie odegrała swojego ostatniego aktu. W końcu kto przed majowymi wyborami powiedziałby, że ugrupowania Sadra i Amiriego staną się dwiema największymi siłami politycznymi w kraju?

    Na koniec jeszcze mała ciekawostka: formalnie Abadi oraz Maliki są nadal członkami tej samej partii - "Zew Islamu". Jednak w wyborach startują jako dwa oddzielne ugrupowania - Abadi jako partyjne skrzydło pro-US i Maliki jako skrzydło pro-Iran. Aby zalegalizować ten proceder Irak specjalnie zmienił prawo wyborcze.

    Tymczasem protesty w Basrze, o których pisałem w zeszłym miesiącu, nadal trwają.

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #irak #bliskiwschod #lagunacontent #geopolityka #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: kurdystan.jpg

    +: denuke, R............7 +56 innych
  •  

    Bitwa o Idlib - ostatnie starcie syryjskiej wojny domowej

    Od dwóch tygodni trwają medialne spekulacje na temat nadchodzącej ofensywy syryjskiej armii na prowincję Idlib – „twierdzę” syryjskiej rebelii. Pro-rządowi aktywiści twierdzą, że będzie to największa operacja od czasów zajęcia Aleppo w 2016 roku. Niestety często artykuły poświęcone planowanemu atakowi na Idlib zupełnie pomijają skomplikowane podziały wewnętrzne istniejące wśród rebeliantów z Idlib, a także fakt że Idlib pozostaje tureckim protektoratem. Właśnie dlatego zdecydowałem się na publikację serii „Bitwa o Idlib - ostatnie starcie syryjskiej wojny domowe" (robocza nazwa "Idlibistan"), czyli trzech artykułów poświęconych rywalizacji wewnętrznej w obozie rebeliantów, roli Turków w Idlib i wpływie tych czynników na przyszłą ofensywę wojsk rządowych.

    Teksty pojawiały się wcześniej na #syria, ale myślę że warto pokazać je szerszemu gronu i wrzucić całą serię na wykopalisko - tym bardziej, że większość tekstów lądowała na wykopie w dziwnych godzinach np. o 1 nad ranem i dużo osób mogło je przeoczyć. Jeśli ktoś już przeczytał całość i spodobało mu się to poproszę o "wykop" - o tutaj KLIK a jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zapoznać się z tekstem to zapraszam w ekscytującą podróż po północnej Syrii.

    Teksty są uzupełnione o bardzo ciekawe źródła, dzięki czemu można na bieżąco weryfikować podawane przeze mnie informacje. Wołam @Martwiak, bo on szczególnie liczył na takie linkowanie.

    1. Al-Julani – ojciec chrzestny syryjskiej rebelii
    Pierwszy artykuł został poświęcony najważniejszemu rebelianckiemu ugrupowaniu - Hay'at Tahrir al-Sham. Próbuję odpowiedzieć w nim jak to się stało, że małe ugrupowanie powiązane z Al-Kaidą przejęło kontrolę na rebelią w północnej Syrii.

    2. Sen o Halep, czyli jak Turcja przejmuje kontrolę nad syryjską rebelią

    Obecnie Turcja jest jednym z najważniejszych graczy biorących udział w syryjskiej wojnie domowej. Każda operacja rebeliantów w północno-zachodniej Syrii, która ma mieć szanse powodzenia, najpierw musi zostać uzgodniona z Ankarą. Jednak nie zawsze tak było. Dzisiaj postaram się przybliżyć jak turecka polityka względem rebelii ewoluowała i jak to się stało, że Ankarze udało się zyskać tak duże poparcie ze strony rebelii. Zapraszam na „Sen o Halep, czyli o tym jak Turcja przejmuje kontrolę nad syryjską rebelią” - drugi artykuł z serii Idlibistan.

    3. Idlib, czyli ostatnia twierdza rebelii

    Syryjska armia mobilizuje swoje siły pod Hamą i Aleppo. Wszyscy z niecierpliwością czekają na nadchodzącą ofensywę lojalistów, którzy już wkrótce mają wedrzeć się do prowincji Idlib. Jednocześnie Turcja zastanawia się jak zatrzymać wojska rządowe. Moskwa wydaje się oferować Turkom pomocną dłoń, ale czy Ankara zdecyduje się ją przyjąć? Jak podziały wewnątrz rebelii i Damaszek szachują próby zawarcia rosyjsko-tureckiego porozumienia? Zapraszam na „Idlib, czyli ostatnią twierdzę rebelii” – trzeci artykuł z serii Idlibistan pełen ciekawych opisów i kontrowersyjnych tez.

    Dziękuję wszystkim Mireczkom za bardzo miłe komentarze, które pojawiały się pod każdym z tekstów. Wasze słowa są dają mi naprawdę dużo motywacji do dalszego rozwijania bloga. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #syriafaq #syria #bliskiwschod #turcja #rosja #iran #lagunacontent #bitwaoidlib #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama
    pokaż całość

    +: C.........0, bart3k2198 +229 innych
    •  

      Lepiej oddać te regiony Assadowi, pod warunkiem anty-kurdyjskich gwarancji i utrzymania dotychczasowej administracji tych ziem

      @JanLaguna: Mimo, iż Kurdowie nigdy nie byli specjalnie szanowani w Syrii to nie widzę pola dla takich gwarancji. Przecież Asad musi się zaraz dogadać z Kurdami. Tą turecką administrację utrzymałby może 5-10 lat, do czasu gdy kraj się trochę odbuduje.
      Nie widzę sensu w wychodzeniu Turków z Syrii. Zapewne sobie tym zaszkodzą, trzymając ten region w biedzie i robiąc z niego wylęgarnie terrorystów, ale czy w Turcji już teraz nie jest podobnie w wielu miejscach?

      A w całym tekście zabrakło mi szacunków jakie siły może zaangażować Asad w Idlib, i ile właściwie liczą te Irańskie szyickie milicje.

      Dla Asada najlepiej byłoby chyba w pierwszej kolejności wyeliminować NLF, a za terrorystami już nikt później nie będzie się upominał...
      pokaż całość

    •  

      Mimo, iż Kurdowie nigdy nie byli specjalnie szanowani w Syrii to nie widzę pola dla takich gwarancji. Przecież Asad musi się zaraz dogadać z Kurdami.

      @puszkapandory: Bardziej chodzi mi o gwarancje względem terytoriów, które Turcja miałaby opuścić a nie tych, które są teraz pod kontrolą Kurdów. Wydaje mi się, że Turcy - jako takową gwarancją - zadowolili by się nawet powieleniem przez Assada polityki Tito względem Kosowa.

      Mimo, iż Kurdowie nigdy nie byli specjalnie szanowani w Syrii
      Mało powiedziane, przecież część z nich do tej pory nie ma syryjskich obywatelstw

      jakie siły może zaangażować Asad w Idlib

      @puszkapandory: Póki co pojawiają się tylko nazwy jednostek SAA, żadnych konkretów. Część jednostek ma tylko ułamek swojej siły żywej sprzed wojny. Szacowanie ilu ludzi miałby rzucić Assad jest bardzo ryzykowne.

      i ile właściwie liczą te Irańskie szyickie milicje.

      @puszkapandory: One akurat pewnie by atakowały całym stanem osobowym. Same Brygady Fatymidzkie to ok. 10 tysięcy ludzi. Podobnie brygady Abu al-Fadhal al-Abbas - też 10k. Nujaba to ok. 5k. Na prośbę Teheranu Hezbollah też mógłby wysłać sporo ludzi - wg. szacunków z 2017 roku w Syrii było 8k bojowników Nasrallaha (teraz prawdopodobnie dużo mniej). Ogólnie to podejrzewam, że "szyickie milicje" mogą liczyć ok. 20-30k ludzi. Ciężko ustalić dokładną liczbę, bo opozycja zawyża dane dotyczące irańskiego zaangażowania, bo chce pokazać że rebelia walczy nie z Syryjczykami, lecz z Irańczykami.

      Dla Asada najlepiej byłoby chyba w pierwszej kolejności wyeliminować NLF, a za terrorystami już nikt później nie będzie się upominał...

      @puszkapandory: Teoretycznie tak, ale w praktyce nie do zrealizowania.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Idlib, czyli ostatnia twierdza rebelii

    Syryjska armia mobilizuje swoje siły pod Hamą i Aleppo. Wszyscy z niecierpliwością czekają na nadchodzącą ofensywę lojalistów, którzy już wkrótce mają wedrzeć się do prowincji Idlib. Jednocześnie Turcja zastanawia się jak zatrzymać wojska rządowe. Moskwa wydaje się oferować Turkom pomocną dłoń, ale czy Ankara zdecyduje się ją przyjąć? Jak podziały wewnątrz rebelii i Damaszek szachują próby zawarcia rosyjsko-tureckiego porozumienia? Zapraszam na „Idlib, czyli ostatnią twierdzę rebelii” – trzeci artykuł z serii Idlibistan pełnen ciekawych opisów i kontrowersyjnych tez.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Przed zapoznaniem się z tym artykułem polecam przeczytanie dwóch wcześniejszych części "Idlibistanu":
    1. Al-Julani – ojciec chrzestny syryjskiej rebelii
    2. Sen o Halep, czyli jak Turcja przejmuje kontrolę nad syryjską rebelią

    Upadek Króla?

    HTS, mimo utraty swojej dawnej potęgi, nadal jest dominującym ugrupowaniem syryjskiej rebelii. W momencie swojego powstania, tj. w styczniu 2017 roku, grupa liczyła ok. 30 000 mudżahedinów – z czego 20 000 było członkami ex-Nusry. W lipcu 2017 roku Ruch Zenki, liczący ok. 7000 ludzi, odłączył się od HTS-u i wkrótce potem przeszedł na stronę Turcji. Zmiana stron przez Zenki była ogromnym ciosem dla Julaniego. Chcąc utrzymać dominującą rolę w prowincji, HTS rozpoczął, zakrojoną na szeroką skalę, akcję rekrutacyjną wśród lokalnej ludności. Jednocześnie szeregi ugrupowania były stale zasilane małymi grupami mudżahedinów napływających do Idlib dzięki rządowym ewakuacjom.

    Obecnie liczba członków HTS-u jest bardzo trudna do ustalenia, ale wydaje się że wynosi ok. 30-40 tysięcy. Jest to liczba dużo niższa niż szacunkowa liczebność pro-tureckiego NFL-u – ok. 50-60 tysięcy. Jednak potęga HTS-u nie leży w liczbie jego bojowników, lecz w ich świetnym wyszkoleniu, dyscyplinie i ekstremalnym fanatyzmie.

    Bojownicy Nusry/JFS, źródło: al-Manarah al-Bayda

    Ładunki wybuchowe, samobójcy i sabotaż

    Ludzie Julaniego powszechnie wykorzystują niekonwencjonalne sposoby walki np. SVBIEDy czy bojowników inghimasi. SVBIEDy to samochody wyładowane po brzegi ładunkami wybuchowymi, za kółkiem których siedzi samobójca. Samochody te są często mocno opancerzone, co ma ułatwić im dojechanie do linii frontu. SVBIEDy są wykorzystywane w Syrii bardzo często. Mają służyć jako element zaskoczenia i wprowadzać zamieszanie w szeregach wroga, co ma pozwalać na szybkie przełamywanie linii frontu. SVBIEDy to bardzo prymitywny rodzaj broni, ale zabójczo skuteczny. Rebeliantom, przy pomocy SVBIEDów, wielokrotnie udawało się przełamać linie obronne wojsk rządowych np. podczas bitwy o Aleppo to właśnie SVBIEDy umożliwiły rebeliantom przebicie się przez dzielnicę Ramouseh. Co ciekawe Ahrar, czyli główny przeciwnik HTS-u bardzo rzadko korzysta z SVBIEDów. Zamiast tego wykorzystują oni VBIEDy, czyli zdalnie sterowane auta.

    Natomiast inghimasi to samobójcze oddziały szturmowe. Są to małe grupy, które stanowią szpicę natarcia i najczęściej atakują zaraz po eksplozji SVBIEDa. Inghimasi mają wprowadzić jak największe zamieszanie w szeregach wroga. W momencie gdy zabraknie im amunicji, wysadzają się przy pomocy ładunków wybuchowych przytwierdzonych do ciała. Z zasady są to misje samobójcze, jednak czasami bywa i tak, że już sam atak inghimasi kończy się zdobyciem danej pozycji i grupa, zamiast do „dżanna”, wraca do bazy. Oddziały inghimasi są bardzo niebezpieczne i są w stanie wprowadzić ogromne zamieszanie w szeregach wroga – na własnej skórze przekonały się o tym rządowe garnizony broniące np. bazy lotniczej w Deir Ezzor czy bazy artylerii w Aleppo.

    Od marca 2018 roku taktyka walki HTS-u ulegała ogromnej zmianie. Julani uznał walki z początku 2018 roku za osobistą porażkę i nakazał reorganizację podległych mu wojsk – tak przynajmniej wynika z nieoficjalnych informacji docierających z Idlib. Mudżahedini HTS-u mają obecnie trenować w małych grupkach i szkolić się w akcjach sabotażowych i dywersyjnych. Grupy te mają służyć jako „Piąta Kolumna HTS-u” – w sytuacji gdy dojdzie do kolejnych walk ze „skrzydłem pro-tureckim” zaczną oni atakować posterunki, magazyny i kwatery wroga. Taka taktyka była stosowana przez HTS już wcześniej, jednak obecnie wygląda na to, że Julani chce ją zastosować na niespotykaną dotąd skalę. Jaki jest tego powód? Po powstaniu SLF-u, siły pro-tureckie są liczniejsze od HTS-u. Mimo, że HTS dysponuje lepszą taktyką i fanatyzmem (który na polu bitwy czyni ogromną różnicę), to jednak właśnie SLF dysponuje lepszym sprzętem, który może być na bieżąco uzupełniany z Turcji. W tej sytuacji odniesienie zwycięstwa przez HTS w otwartej walce jest mało prawdopodobne. Dlatego też Julani uznał, że za pomocą małych grup, będzie w stanie wprowadzić na tyłach wroga tak duże zamieszanie, że uda mu się przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

    Atak SVBIEDa Nusry w Sheik Miskeen, Dara, źródło: al-Manarah al-Bayda

    Magazyny emiratu

    HTS wykorzystuje dużo nowoczesnego uzbrojenia przejętego od wojsk rządowych, jak i pro-tureckich bojówek. W lipcu 2017 roku, gdy Ahrar i HTS skoczyły sobie do gardeł, ludzie Julaniego niemal całkowicie rozbroili jednostki FSA stacjonujące pod Aleppo. W ten sposób dzihadyści przejęli tony nowoczesnego sprzętu, który wcześniej został dostarczony FSA przez Zachód. W ręce HTS-u wpadły m.in. znaczne ilości wyrzutni przeciwpancernych pocisków kierowanych TOW. Ponadto dzihadyści, w poszukiwaniu sprzętu wojskowego, często zapuszczają się na tereny kontrolowane przez wojska rządowe.

    W rezultacie HTS posiada dość duże zasoby broni lekkiej. Jednak w ich magazynach brakuje ciężkiego sprzętu, niezbędnego do przeprowadzania akcji ofensywnych. Od upadku Aleppo w 2016 roku, liczba czołgów i pojazdów opancerzonych HTS-u, systemie zmniejsza się. Moskwa oraz Damaszek regularnie bombardują obozy i magazyny ugrupowania. Obecnie HTS dysponuje prawie wyłącznie starymi modelami czołgów np. T-55 czy T-62, które i tak są w opłakanym stanie. Czasami uda im się przejąć nowszy sprzęt, lecz z powodu braku zaplecza technicznego, jest on następnie porzucany. Podobnie wygląda sytuacja z transporterami opancerzonymi.

    Zatem jeśli idzie o wyposażenie, to HTS wypada blado w porównaniu z pro-tureckimi bojówkami, które dysponują tonami nowego sprzętu dostarczonego przez Turcję np. wielozadaniowymi wozami bojowymi Otokar Cobra czy opancerzone transportowce Ejder Yalçın 4X4 . Ludzie Julaniego od czasu do czasu atakują magazyny pro-tureckich bojówek, ale póki co nie udało im się przejąć żadnych większych ilości nowoczesnego sprzętu.

    Bojownicy Nusry/JFS podczas ataku na południowe Aleppo, źródło: al-Manarah al-Bayda

    Strategiczne terytorium

    Jednocześnie jednak, mimo braków materiałowych, HTS jest nadal bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. Obecnie to właśnie ludzie Julaniego kontrolują większość Idlib, w tym najważniejsze punkty na mapie prowincji:
    - Bab Al Hawa – przejście graniczne z Turcją, HTS pobiera tutaj opłaty celne, które mają bardzo duży udział w budżecie organizacji
    - miasto Saraqib – bardzo strategiczna lokacja położona obok autostrady M5, łączącej Aleppo z Hamą. Kontrola nad Saraqib pozwala szybko przerzucać siły między różnymi częściami prowincji. Za każdym razem, gdy wybuchają walki o Idlib, to okolice Saraqib są miejscem jednych z najkrwawszych starć
    - miasto Idlib – największe miasto regionu i strategiczny węzeł transportowy.

    Jednak kontrola nad strategicznymi pozycjami to nie wszystko. Julani ma jeszcze jednego asa w kieszeni – w przypadku ostatecznej konfrontacji z NLF-em może liczyć na pomoc ze strony bardzo „egzotycznego” ugrupowania.

    Tereny kontrolowane przez HTS w Idlib (kolor szary), źródło: Suriye Gündemi

    Mudżahedini made in China

    Jedną z najciekawszych rzeczy w Idlib jest fakt, że znajduje się tam wielu cudzoziemców, którzy przyjechali do Syrii, aby wziąć udział w „świętej wojnie” (dzihadzie). Część z nich dołączyła do już istniejących ugrupowań – głównie do Nusry i IS. Jednak z niektórych regionów przybyło tak dużo mudżahedinów, że zaczęli oni powoływać własne ugrupowania.

    Największą cudzoziemską formacją w Idlib jest Islamska Partia Turkiestanu (TIP). Jej członkowie są Ujgurami i wywodzą się z chińskiej prowincji Sinciang. TIP kontroluje miasto Dżisr al Szogur oraz Karkur w południowym Idlib. Nikt dokładnie nie wie co dzieje się na terenach kontrolowanych przez Ujgurów, gdyż jedyne informacje, które docierają stamtąd, pochodzą od Islam Avazi – mediów kontrolowanych przez samą TIP.

    Niekiedy tylko w sieci pojawiają się zapisy rozmów z uchodźcami z Dżisr al Szogur, którym udało się przedrzeć na tereny kontrolowane przez rząd. Według ich relacji, bojownicy TIP-u sprowadzili do Dzisr swoje rodziny i zamienili miasto w ujgurską kolonię. Te zeznania wydają się prawdziwe, gdyż na zdjęciach kolportowanych przez Islam Avazi często można dostrzec młodych chłopców, pozujących z bronią lub naszywkami TIP-u.

    Liczba bojowników TIP-u nie jest znana. Niektóre źródła mówią o ok. 2000 bojowników. Moim zdaniem ta liczba jest nieco zaniżona lub uwzględnia wyłącznie stan czynny TIP i pomija jej możliwości mobilizacyjne.

    Bojownicy TIP-u, źródło: Islam Avazi

    Alarm w Pekinie

    TIP odegrało dużą rolę w syryjskiej rebelii. Jej członkowie brali udział w walkach o Aleppo czy Hamę. Świetnie wyszkoleni, dobrze zorganizowani, fanatyczni, odważni – tak Ujgurzy są określani zarówno przez żołnierzy SAA, jak i rebeliantów. Bitna postawa TIP-u zyskała jej sławę nie tylko w Idlib, ale także wśród dzihadystów z całego świata. Aktywność TIP nie uszła także uwadze Pekinu. Chińczycy zaczęli się obawiać, że Ujgurzy zamienią Dżisr w bazę szkoleniową, gdzie zaczną przygotowywać plany ataków terrorystycznych na zagraniczne placówki Pekinu.

    Chińczycy postanowili działać. Pierwsi wojskowi z Państwa Środka pojawili się w Syrii prawdopodobnie w 2015/2016 roku, a przynajmniej wtedy ich obecność została uwieczniona na fotografiach. W 2016 roku prezydent Xi Jinping powołał do życia urząd Specjalnego Wysłannika Rządu Chińskiego ds. Syrii, którym został Xie Xiaoyan. Oficjalnie Xiaoyan miał zajmować się wyłącznie monitorowaniem lokalnych rozejmów i wspieraniem działalności humanitarnej. Jednak, według źródeł nieoficjalnych, jego misja wygląda zupełnie inaczej – Xie ma koordynować z Rosją i Iranem działania wymierzone w TIP.

    „Specjalny wysłannik” to nie jedyny dowód na obecności Kraju Środka w Syrii. Damaszek kupuje od Pekinu ogromne ilości sprzętu wojskowego, razem z którym do Syrii przypływają chińscy instruktorzy. Jednak to też tylko przykrywka dla zupełnie innej działalności. Część z tych instruktorów nie jest „zwykłymi wojskowymi”, lecz oficerami chińskiego wywiadu. Zajmują się oni przesłuchiwaniem ujgurskich jeńców pojmanych przez SAA, co ma pozwolić na rozpracowanie schematu organizacyjnego TIP-u, odkrycie ich kanałów komunikacyjnych z Sinciangiem i ustalenie przyszłych celów.

    Prowincja Sinciang zaznaczona na mapie Chin, źródło: Joowwww, wikipedia.org

    Czeczeni

    Kolejną bardzo ciekawą grupą jest Ajnad al Kawkaz. Jest to nieliczna grupa czeczeńskich mudżahedinów, licząca łącznie ok. 200-300 osób. Jej członkowie to w większości weterani wojen czeczeńskich. Po upadku Groznego i nasileniu represji ze strony Moskwy, postanowili oni uciekać m.in. do Syrii. Tutaj znaleźli oni względny spokój w górach Latakii, które – sami Czeczeni – nazywają „syryjskim Kaukazem”. Tajemnicą poliszynela pozostaje to, że samo GRU pomagało Czeczeńcom wyjeżdżać z Rosji.

    Ajnad al Kawkaz, podobnie jak TIP, jest uważane za jedną z najlepiej wyszkolonych grup zbrojnych w Idlib. Główny zrąb ugrupowania tworzą mudżahedini, którzy zdobywali swoje doświadczenie wojenne podczas walk z Rosjanami na Kaukazie. Jednocześnie Czeczeni, w odróżnieniu od Ujgurów, są grupą dużo mniej medialną. Po części wynika to z tego, że Ajnad al Kawkaz sam usunął się w cień, gdyż nie chciał przykładać ręki do wewnętrznych walk w Idlib.

    Na marginesie można dodać, że Ajnad al Kawkaz to nie jedyne ugrupowanie w Syrii, w którym można spotkać Czeczenów. Swojego czasu było ich sporo w Nusrze, a jeszcze więcej w IS np. Abu Umar asz-Sziszani, z pochodzenia Czeczen, był „numerem 2” w IS.

    Bojownicy Ajnad al-Kawkaz, źródło: AaK

    As w rękawie

    W przypadku gdy w Idlib dojdzie do ostatecznej konfrontacji między HTS-em a NFL-em, TIP oraz Ajnad al Kawkaz będą musiały opowiedzieć się po którejś ze stron. O ile Czeczeni pozostaną raczej neutralni, to TIP może sporo namieszać. Przez wiele lat ujgurscy dzihadyści utrzymywali przyjazne kontakty z Turcją. Ankara postrzegała ich przede wszystkim jako lud turecki, a dopiero potem jako organizację terrorystyczną. Według chińskiej prasy to właśnie Turcy mieli dostarczać Ujgurom paszporty, dzięki którym opuszczali oni Chiny i wyjeżdżali na dżihad. Dopiero w sierpniu 2017 roku, pod presją Pekinu, Ankara uznała TIP za organizację terrorystyczną – co jednak nie pociągnęło za sobą żadnych stanowczych posunięć.

    Póki co TIP prawie nie angażowała się w konflikty wewnętrzne w Idlib. Co prawda w niektórych okresach dochodziło do starć Ujgurów i pro-tureckich bojowników, lecz były to raczej lokalne starcia, które nigdy nie przybrały takiej skali jak walki HTS-u z Ahrarem. Wkrótce jednak TIP będzie musiała bardziej zaangażować się w walkę o wpływy w Idlib. Jeśli pro-tureckim bojówkom uda się opanować Idlib to – w najlepszym przypadku – Ankara zmusi Ujgurów do rozwiązania TIP-u i emigracji.

    TIP nie może się na to zgodzić. Idlib jest dla nich spokojną przystanią, gdzie mogą przygotowywać się do konfrontacji z Pekinem. Dlatego też w interesie Ujgurów leży, aby obecny status quo w prowincji utrzymać tak długo jak to możliwe. Jeśli HTS zacznie walczyć z NFL-em i szala zwycięstwa zacznie przechylać się na stronę Turków, to bardzo prawdopodobne, że TIP przyjdzie Julaniemu z pomocą. Biorąc pod uwagę strategiczne położenie Dżisr al Szogur oraz doświadczenie ujgurskich bojowników, TIP może stanowić bardzo potężnego sojusznika, który co prawda nie da Julaniemu zwycięstwa, ale z pewnością uchroni go przed porażką.

    Ujgurscy mudżahedini, źródło: Islam Avazi

    Götterdämmerung

    W ciągu ostatnich miesięcy wojska rządowe odniosły spektakularne sukcesy, najpierw opanowały wschodnią Gutę, a następnie – niczym walec – przetoczyły się przez południe kraju i zabezpieczyły granicę z Jordanią. Te sukcesy tylko zaostrzyły apetyt Assada. Zdaniem niemal wszystkich mediów kolejnym celem SAA będzie Idlib. Pro-rządowi aktywiści przechwalają się, że już za kilka tygodni lojaliści będą organizować parady zwycięstwa na głównych ulicach Idlib. Wiele osób uważa, że pomysł ofensywy na ostatnią twierdzę rebeliantów jest popierany przez Moskwę i Teheran. Cała sprawa jest jednak dużo bardziej skomplikowana.

    Assad chce zająć Idlib, gdyż położyłoby to kres długoletniej wojnie domowej. Nikt nie mógłby wówczas kwestionować jego legitymacji do rządzenia Syrią. Po upadku Idlib na drodze do zjednoczenia kraju staliby już tylko Kurdowie, z którymi i tak prowadzone są już dyskusje na temat pojednania. Co prawda pod kontrolą turecką pozostawałby jeszcze teren od Afrin po Jarabulus, ale zagrażałoby to wyłącznie syryjskiej integralności terytorialnej, ale nie samej władzy klanu Assadów.

    Jednak cele prestiżowe to nie wszystko. Pozycje SAA w okolicy Aleppo i Hamy są słabe i stale narażone na ataki ze strony rebeliantów. Aleppo nie ma żadnego buforu bezpieczeństwa, który chroniłby miasto przed ostrzałem rebelianckiej artylerii. W nieco lepszej sytuacji znajduje się Hama, która co prawda znajduje się poza zasięgiem wrogiej artylerii, ale nadal przed miastem brakuje barier naturalnych (poza górami Zayn al-Abdeen i Kafraa), o które mogłaby rozbić się ofensywa przeciwnika. Dlatego też przesuniecie frontu w głąb Idlib o kilkanaście kilometrów jest koniecznością, bez której garnizony Aleppo i Hamy nie będą mogły czuć się bezpiecznie.

    Ponadto zdobycie Idlib przez wojska rządowe podkopałoby podstawy tureckiej obecności w północnej Syrii. Prowincja Idlib jest powszechnie uważana za turecki protektorat – działają tutaj pro-tureckie ugrupowania, a nawet stacjonuje tu regularna turecka armia. Gdyby SAA zaatakowała Idlib i odniosła zwycięstwo, podczas gdy Turcy biernie przyglądaliby się pochodowi wojsk rządowych, to już wkrótce Damaszek zaatakowałby także Afrin i Al Bab, gdzie także stacjonują tureckie wojska okupacyjne.

    Członkowie pro-rządowego NDF-u, źródło: NDF

    Każda armia musi jeść

    Zdobycie Idlib jest ważne dla Damaszku nie tylko ze względów prestiżowych i wojskowych, lecz także ze względów gospodarczych. Syryjska gospodarka znajduje się w ruinie. Aleppo i Damaszek, które przed wojną stanowiły centra przemysłowe kraju, zostały w dużym stopniu zniszczone – zwłaszcza Aleppo. Jednocześnie ogromnym problemem jest stan syryjskiego rolnictwa. W wyniku działań wojennych wydajność upraw znacznie zmalała. Każda z walczących stron cierpi z powodu braku odpowiedniej ilości żywności. W szczególnie złej sytuacji znajduje się rząd w Damaszku. Mimo, że to na kontrolowanych przez niego terenach znajduje się najwięcej ludności, to kontroluje on bardzo mało terenów nadających się pod uprawę. Rządowe uprawy istnieją w zasadzie wyłącznie w okolicach Deir Hafer, Hamy, Homs, Damaszku i na południu kraju. Tereny te nie wystarczają, aby wyżywić wszystkich obywateli. Tymczasem „wielkie spichlerze” Syrii znajdują się na północy kraju i są kontrolowane przez Turków i Kurdów. Idlib jest jednym z tych spichlerzy. To właśnie tutaj znajduje się m.in. żyzna równina Al-Ghab czy ogrody oliwne pod Saraqib.

    Damaszek, mówiąc o Idlib, często twierdzi, że odzyskanie tej prowincji to kwestia honoru i konsekwentna realizacja polityki Assada, który w jednym z wywiadów powiedział, że „każdy cal syryjskiej ziemi wróci pod kontrolę władzy w Damaszku”. Jednak kwestia żywności jest dla rządu równie ważna, a być może nawet ważniejsza. Obecnie, gdy idzie o wyżywienie, Syria jest zdana na łaskę Rosji i Iranu oraz – w mniejszym stopniu – innych krajów, które przysyłają ją do Syrii w ramach pomocy humanitarnej. Jednak taki model, w perspektywie długoterminowej, jest nie do utrzymania. Ponadto stoi on w sprzeczności z polityką Assada, który chce zachować jak największą niezależność – zarówno od Moskwy, jak i Teheranu. Co prawda realizacja tej polityki nie zawsze się udaje, ale Damaszek wyraźnie stara się balansować i nie stawać jednoznacznie po żadnej ze stron.

    Tereny syryjskie nadające się pod uprawę, źródło: USDA Foreign Agriculture Service

    Niezdecydowany Teheran

    Ciężko określić jakie jest stanowisko Teheranu względem ofensywy na Idlib. Przez wiele lat Iran był zwolennikiem krwawego rozprawienia się zarówno z rebeliantami, jak i Kurdami. Jednak obecnie reżim Ajatollahów spuścił z tonu. Co prawda nie krytykują oni planów ataku na Idlib, ale także otwarcie ich nie popierają. Jest to w dużym stopniu spowodowane stanowiskiem Turcji względem amerykańskich sankcji, które w sierpniu mają z powrotem zostać nałożone na Iran. Ankara twierdzi, że nie będzie przestrzegać tych sankcji i nadal będzie handlować z Teheranem.

    Tymczasem Iran znajduje się w bardzo słabej sytuacji. Cena riala leci w dół, ceny żywności szybują w górę, coraz więcej ludzi protestuje przeciwko rządowi a amerykańska pętla zaciska się. Dlatego też Iran robi wszystko, aby utrzymać korzystne relacje z państwami, które – chociażby w najmniejszym stopniu – mogą zniwelować wpływ sankcji na irańską gospodarkę.

    Tymczasem powodzenie inwazji na Idlib zależy w dużym stopniu od błogosławieństwa Iranu. To właśnie pod kontrolą Teheranu pozostają liczne milicje szyickie stacjonujące w południowym Aleppo np. Liwa Fatemiyoun czy Harakat Hezbollah al-Nujaba. Co prawda milicje te nie są świetnie wyszkolone, ale mają na stanie bardzo nowoczesne uzbrojenie np. rosyjskie czołgi T-90. SAA wie, że atak na Idlib, które zostało zamienione w jeden wielki obóz wojskowy, wymaga dużych sił i próbuje przekonać Teheran, aby ten wspomógł Syryjczyków swoimi milicjami. Jednak pomoc Teheranu nie jest wcale taka oczywista. Irańczycy mają teraz na głowie dużo większe problemy niż syryjska rebelia. Ponadto Ankara niespodziewanie poparła Teheran w sporze z Waszyngtonem. Wydaje się, że Teheran ma trudny orzech do zgryzienia i póki co nadal nie zajął ostatecznego stanowiska w sprawie ofensywy.

    Bojownicy Liwa Fatemiyoun na T-90, źródło: LaF

    Niedźwiedź

    Moskwa podchodzi do sprawy z bardzo dużym dystansem. Z jednej strony najchętniej przesunęłaby rządowe linie o kilkanaście kilometrów w głąb Idlib i tym samym zabezpieczyła Hamę, Aleppo oraz własną bazę lotniczą w Hmejmim, która ostatnio jest nieustannie ostrzeliwana przez rebeliancką artylerię oraz uzbrojone drony – tylko w sierpniu br. baza była 16 razy atakowana z powietrza.

    Jednak z drugiej strony Rosja rozumie, że pełnoskalowa ofensywa na Idlib oznaczać będzie koniec „paktu przyjaźni” z Turcją. Relacje rosyjsko-tureckie są obecnie w najlepszej kondycji od wielu lat. Jeśli Rosja poprze ofensywę na Idlib to znowu może pchnąć Turcję w objęcia Zachodu. Dlatego bardzo mało prawdopodobne, aby Moskwa uznała, że kilka tysięcy km2 syryjskiej ziemi jest warte więcej niż przyjazne relacje rosyjsko-tureckie.

    Poparcie przez Moskwę ofensywy na Idlib jest tym mniej prawdopodobne, że Rosja wielokrotnie szła na ustępstwa wobec Turcji. Wiele wskazuje, że operacja „Gałązka Oliwna”, czyli turecki atak na Afrin, odbyła się za błogosławieństwem Rosji, która na kilka dni przed ofensywą wycofała swój kontyngent z kantonu.

    Prezydent Putin, źródło: kremlin.ru

    Smok

    Co ciekawe w sprawę Idlib zaangażowało się także Państwo Środka. Jak już wspomniano, Chiny przywiązują dużą wagę do zagrożenia ze strony TIP-u. O ile wcześniej Pekin ograniczał się do monitorowania działań Ujgurów i przejmowania pojmanych członków TIP, to obecnie postanowił podjąć aktywniejszą politykę. Widząc toczącą się dyskusję na temat przyszłości Idlib, Chiny zaczęły nakłaniać Rosję i Turcję do wspólnej operacji wojskowej przeciwko Ujgurom. Zarówno Moskwa, jak i Ankara powinny być zainteresowane tą propozycją. Rosji pozwoliłoby to zabezpieczyć północną Latakię, a Turcji pozbyć się „nieproszonych lokatorów”.

    Jakkolwiek, otwarta akcja Turków przeciwko TIP nie wchodzi w grę, gdyż byłoby to niezgodne z polityką panturkizmu promowaną przez Erdogana. Jednocześnie jednak bardzo prawdopodobne, że Ankara dałaby Rosjanom zielone światło na operację w regionie Dżisr Al-Szogur, gdzie stacjonuje TIP. W ten sposób Turcja, bez strat własnych, pozbyłaby się najpotężniejszego sojusznika HTS-u i jednocześnie nie zniszczyła swojego wizerunku obrońcy świata tureckiego.

    Prezydent Xi, źródło: kremlin.ru

    Damaszek odzyskuje podmiotowość?

    Balansowanie Damaszku między Moskwą i Teheranem jest kluczem do zrozumienia przyszłej ofensywy na Idlib. Póki co Damaszek kurczowo trzymał się rosyjskiego i irańskiego wsparcia. Jednak im więcej terenu odzyskuje syryjska armia, tym bardziej niezależną politykę próbuje prowadzić Assad. Jednocześnie rozdźwięk między Rosją a Iranem staje się coraz większy. Dla Assada jest to idealny moment do prowadzenia polityki balansu, która ostatecznie ma doprowadzić do odzyskania przez Syrię podmiotowości na arenie międzynarodowej.

    Damaszek świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że Moskwa nie zaryzykuje pogorszenia relacji rosyjsko-tureckich, które są najlepsze od wielu lat, i nie poprze operacji w Idlib dopóki nie zostanie ona uzgodniona z Ankarą. Jednocześnie jednak Damaszek liczy, że – jeśli nie Rosja – to Iran poprze ofensywę na Idlib. Co prawda Teheran raczej niechętnie pochodzi obecnie do operacji anty-tureckich. Z drugiej jednak strony, popierając Assada w sprawie Idlib, Teheran mógłby znacznie poprawić swoje stosunki z sojusznikiem z Damaszku – stosunki, które od kilku miesięcy przeżywają widoczny kryzys.
    Assad doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że atak na Idlib bez rosyjskiego i irańskiego wsparcia może zakończyć się katastrofą. Jednocześnie jednak gdyby SAA odniosła sukces, to wyraźnie pokazałaby, że Syria nie jest już tylko przedmiotem, lecz podmiotem stosunków międzynarodowych. Wydatnie poprawiłoby to wizerunek Syrii w regionie i mogłoby doprowadzić do nieoczekiwanych przetasowań. Wydaje się, że Assad jest gotów postawić wszystko na jedną kartę i spróbować ataku na Idlib, nawet jeśli jego armia miałaby ponieść tam ogromną klęskę.

    Prezydent Assad, źródło: kremlin.ru

    W mieście jest nowy szeryf

    Jednak to czy dojdzie w ogóle do ataku na prowincję Idlib w dużym stopniu zależy nie od Damaszku, co od Ankary. Erdogan, dzięki konsekwentnej polityce prowadzonej od początku 2017 roku, podkopał wpływy Julaniego. Pro-tureckie NFL coraz bardziej wybija się na rolę lidera rebelii. Według szacunków autora, NFL utrzymuje pod bronią ok. 50-60 tysięcy mudżahedinów, czekających na rozkaz Ankary do ataku na HTS. Ponadto w Idlib znajduje się 12 tureckich posterunków obsadzonych przez 1300 żołnierzy regularnej armii tureckiej. Jakby tego było mało, w Afrin stacjonują tureckie siły okupacyjne a NFL kontroluje przełęcze na granicy Afrin i Idlib, którymi Ankara może zaopatrywać swoje bojówki.

    [Prezydenci Rouhani, Putin, Erdogan, źródło: kremlin.ru](https://steemitimages.com/0x0/https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/e/e2/Vladimir_Putin%2C_Hassan_Rouhani%2C_Recep_Tayyip_Erdoğan_02.jpg)

    Kulisy ataku na Afrin

    Warto w tym miejscu zastanowić się jakie motywy stały za wkroczeniem Turków do Afrin. Turecka propaganda państwowa twierdziła, że celem operacji „Gałązka Oliwna” było zniszczenie komórek PKK (kurdyjska organizacja terrorystyczna) przenikających z Afrin do południowej Turcji. Co prawda Kurdowie z Afrin sympatyzowali z bojownikami PKK i być może udzielali im jakiejś pomocy, ale nigdy nie stanowiło to realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa Turcji. Siły kurdyjskie stacjonujące w Afrin były bardzo źle uzbrojone – lokalna YPG posiadała minimalne zapasy broni ciężkiej i zaledwie 3 czołgi. Bardzo wątpliwe, że Kurdowie z Afrin mogliby przekazywać PKK dostawy sprzętu, które w zauważalny sposób zmieniłyby oblicze wojny partyzanckiej w południowej Turcji. Ponadto, w styczniu 2018 roku, gdy Turcy wkraczali do Afrin, nie istniało już ryzyko stworzenia kurdyjskiego kordonu wzdłuż syryjsko-tureckiej granicy.

    Moim zdaniem Ankara zdecydowała się zaatakować Afrin nie po to, aby zlikwidować zagrożenie ze strony PKK, lecz po to aby zdobyć dogodne pozycje wyjściowe do ataku na Idlib. Od lipca 2017 roku niemal cała granica Idlib z Turcją znajduje się pod kontrolą HTS-u. Tylko kawałek granicy w północnej Latakii pozostaje pod kontrolą pro-tureckich bojówek. W rezultacie Turcy nie mogli jawnie przerzucać sprzętu dla swoich stronników przez granicę, gdyż szybko zostałby on przejęty przez HTS. Turcja musiała skupić się na szmuglowaniu, co jednak jest o tyle trudne, że uniemożliwia przerzut dużej ilości sprzętu. Ponadto na terenach „Tarczy Eufratu” utknęły tysiące pro-tureckich bojowników, którzy w żaden sposób nie mogli wrócić do Idlib.

    Zdobywając Afrin, Turcy znów uzyskali bezpośrednie połączenie ze swoimi bojówkami w Idlib. Od teraz tureckie zaopatrzenie może płynąć do Idlib szerokim strumieniem przez przełęcze na wysokości Darat Izza, które zostały przejęte przez NFL w czasie walk z HTS-em w marcu 2018 roku. Jednocześnie jednostki, które uczestniczyły w „Tarczy Eufratu” mogą teraz bezpiecznie dostać się do Idlib i tam dołączyć do oddziałów NFL-u.

    Turecka operacja „Gałązka Oliwna” źródło: MrPenguin20, OpenStreetMap contributors, openstreetmap.org

    Tureckie plany wobec Idlib

    Turcja nie chce odrywać kontrolowanych przez siebie terenów od Syrii i tworzyć z nich czegoś na miarę Cypru Północnego. Taki scenariusz byłby dla Ankary bardzo nieopłacalny. Obecnie w Turcji przebywa ok. 3,5 mln syryjskich uchodźców. Taka ilość ludzi generuje ogromne koszty, których Ankara nie jest w stanie pokryć sama – zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie bolączki tureckiej gospodarki. Co prawda Turcja otrzymuje pomoc międzynarodową, która ma iść na utrzymanie uchodźców, jednak kwoty te nie są na tyle duże, aby Ankara nie musiała wykładać pieniędzy z własnej sakiewki. To właśnie ze względu na ogromne koszty Turcja zdecydowała się zamknąć granicę przed emigrantami napływającymi z Syrii.

    Gdyby Ankara postanowiła przekształcić obszar od Idlib po Jarabulus w coś na kształt „Tureckiej Republiki Północnej Syrii”, to pod jej władzą znalazłyby się tereny niewyobrażalnie zniszczone wojną, zamieszkiwane przez ok. 3-3,5 mln osób – w tym duży odsetek radykalnych islamistów, o różnych niebezpiecznych powiązaniach.

    Wydaje się, że Ankara widzi sytuację z dużo szerszej perspektywy. Turcy prawdopodobne będą chcieli wykorzystać kontrolowane przez siebie tereny jako kartę przetargową podczas rozmów pokojowych w Astanie. Biorąc pod uwagę wypowiedzi tureckich oficjeli, Ankara jest zdecydowana zwrócić północną Syrię Damaszkowi, lecz nie za darmo. Ciężko jednak powiedzieć co Turcja będzie chciała w zamian. Z pewnością Erdogan zażąda od Damaszku anty-kurdyjskich gwarancji. Ponadto Turcja może także chcieć większej decentralizacji władzy, co wydatnie osłabiłoby rządy Assada.

    Flagi Turcji i FSA zawieszone na górze Basraya, źródło: Qasioun News Agency

    NFL,czyli dziadek do orzechów

    Jednak, zanim Turcy zaczną stawiać warunki w Astanie, najpierw muszą przejąć pełnię władzy w Idlib. Mimo teoretycznej przewagi NFL-u porażka HTS-u nie jest wcale taka pewna. Jeśli dojdzie do decydującej walki o Idlib to Julani rzucili do walki wszystko: bojowników inghimasi, SVBIEDy, grupy sabotażowe, Ujgurów. Ludzie Julaniego to fanatycy, a ci lubią być nieobliczalni. Dlatego obstawianie zwycięstwa NFL-u to bardzo ryzykowny zakład.

    Sytuacja jest o tyle niepewna, że ciężko przewidzieć czy – w sytuacji starć z HTS-em – Ankara zdecydowałaby się skierować do walki armię, która obsadza posterunki obserwacyjne w Idlib. Turcy konsekwentnie unikają angażowania dużych grup regularnej armii do walki ze swoimi przeciwnikami w Syrii. Zarówno w trakcie operacji „Tarcza Eufratu”, jak i „Gałązka Oliwna”, główny ciężar walki został zrzucony na barki rebeliantów. Armia zajmowała się głównie koordynowaniem całej operacji, a do bezpośredniej walki angażowała się tylko w miejscach o strategicznym znaczeniu, gdzie wcześniej rebelianci ponieśli sromotne porażki np. na górze Basraya.

    Użycie tureckiego wojska w Idlib byłoby ponadto o tyle trudne, że jest to obecnie jedna z najgęściej zaludnionych prowincji w kraju. Wejście Turków oznaczałoby potencjalnie duże straty wśród cywilów, co mogłoby negatywnie odbić się na wizerunku Turcji. Pod Al-Bab czy w Afrin sytuacja była o wiele łatwiejsza, gdyż albo były to tereny słabo zaludnione („Tarcza Eufratu”) albo Turcja nie musiała liczyć się stratami po stronie cywilów („Gałązka Oliwna”) – działania tureckie podczas inwazji na Afrin były nastawione na arabizację tych ziem.

    Ponadto pojawia się jeszcze kwestia propagandy. Dwie poprzednie operacje Turcji w Syrii spotkały się z bardzo dużym poparciem społeczeństwa, gdyż – w powszechnym mniemaniu Turków – zarówno IS, jak i YPG, są organizacjami terrorystycznymi. Bardzo wątpliwe, że atak regularnej armii na Idlib spotkałby się z tak ciepłym przyjęciem jak operacja „Gałązka Oliwna”. Tureckie media, co prawda uznają HTS za grupę powiązaną z Al-Kaidą, lecz nie piętnują jej tak jak media zachodnie. Gdyby armia wkroczyła do Idlib, to operacja ta spotkałaby się, co najmniej, z niezrozumieniem ze strony większości Turków. Ponadto turecka operacja mogłaby spowodować trudne do przewidzenia skutki – takie jak np. zamachy terrorystyczne HTS-u i TIP-u w Turcji.

    Bojownik NFL-u na pozycji, źródło: NFL

    cz. II w komentarzu - wykop nie ogarnia aż tak długich tekstów ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #syria #bitwaoidlib #geopolityka #turcja #rosja #iran #bliskiwschod #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #steemit
    pokaż całość

  •  

    Sen o Halep, czyli jak Turcja przejmuje kontrolę nad syryjską rebelią

    Obecnie Turcja jest jednym z najważniejszych graczy biorących udział w syryjskiej wojnie domowej. Każda operacja rebeliantów w północno-zachodniej Syrii, która ma mieć szanse powodzenia, najpierw musi zostać uzgodniona z Ankarą. Jednak nie zawsze tak było. Dzisiaj postaram się przybliżyć jak turecka polityka względem rebelii ewoluowała i jak to się stało, że Ankarze udało się zyskać tak duże poparcie ze strony rebelii. Zapraszam na „Sen o Halep, czyli o tym jak Turcja przejmuje kontrolę nad syryjską rebelią” - drugi artykuł z serii Idlibistan.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Al-Assad musi odejść
    W początkowym okresie syryjskiej wojny domowej głównym celem Turcji było obalenie Assada i ustanowienie w jego miejsce rządu sunnickiego, który zostałby wciągnięty w turecką strefę wpływów. W tym okresie Ankara prowadziła iście makiawelistyczną politykę i zgodnie z zasadą „cel uświęca środki” współpracowała z niemal każdym ugrupowaniem rebelianckim – w tym z Nusrą. Ankara liczyła, że dzięki bliskiej współpracy z rebeliantami i dostarczaniu im ton sprzętu wojennego, ostatecznie uda jej się przejąć kontrolę nad całą rebelią. Wkrótce jednak okazało się, że tureckie plany są zupełnie oderwane od rzeczywistości.

    Gdy 28 marca 2015 roku Armia Podboju dumnie wkroczyła do Idlib w Ankarze strzelały korki od szampanów. Turcy uważali, że upadek Idlib to pierwszy, duży krok na drodze do zwycięstwa. Kolejnym celem rebelii miało być Halep (turecka nazwa miasta Aleppo) i marsz, przez Hamę i Homs, na Damaszek. Jednak tureckie plany nigdy nie doczekały się realizacji. Po wypędzeniu armii rządowej z prowincji Idlib, rebelianci skoczyli sobie do gardeł i zaczęli walczyć między sobą o rolę lidera. Nikt nie chciał już słuchać Ankary i jej wezwań do zachowania jedności.

    Konflikty wewnętrzne rebelii świadczyły o porażce ówczesnej polityki Ankary wobec Syrii. Dotychczas Turcy skupiali się na formowaniu jak największych sojuszy powstańczych, które tworzono z ugrupowań zarówno umiarkowanych, jak i radykalnych. Turcy byli świadomi, że takie działanie jest obarczone ogromnym ryzykiem, ale liczyli że uda im się zachować jedność rebelii poprzez skupienie jej na walce z Assadem. Jednak wydarzenia, które rozegrały się po upadku Idlib pokazały, że tureckie stanowisko było błędne.

    Prezydent Syrii, Baszszar al-Asad, źródło: kremlin.ru

    Podpatrzone w Arabii Saudyjskiej, aby Turcja rosła w siłę
    Pod koniec 2015 roku Turcja znalazła się w bardzo złej sytuacji. Nusra i Ahrar, czyli dwa bardzo radykalne ugrupowania, nad którymi Turcja nie miała zbyt dużej kontroli wybiły się na liderów rebelii w północnej Syrii. Jednocześnie na południu kraju coraz większe wpływy zyskiwała Armia Islamu (Jaish al Islam) – wspierana finansowo i materiałowo przez Arabię Saudyjską. Jaish al Islam była bardzo ciekawym przypadkiem. Z jednej strony JaI było potężnym ugrupowaniem, które siało postrach we wschodniej Gucie pod Damaszkiem – ich defilada wojskowa przeszła do historii syryjskiej wojny domowej jako jeden z największych pokazów siły ze strony rebeliantów. Z drugiej jednak strony JaI działało zgodnie z wytycznymi otrzymywanymi od mocodawców z Rijadu.

    Wydaje się, że to właśnie działalność Armii Islamu doprowadziła do rewizji tureckiej polityki względem Syrii. Ankara odrzuciła ideę tworzenia szerokiej koalicji, która objęłaby całą rebelię na rzecz stworzenia własnej wersji Armii Islamu. Zadanie to było o tyle łatwe, że Turcja – w odróżnieniu od Saudów – bezpośrednio graniczyła z terenami kontrolowanymi przez rebeliantów.

    Parada Armii Islamu w Gucie, 2015 rok, źródło: JaI

    Początki pro-tureckiego stronnictwa
    Zimą 2015 roku Turcy zaczęli wprowadzać swój plan w życie. Zamiast tworzyć „frakcję pro-turecką” od zera, postanowiono stworzyć ją na kanwie mniejszych, bardziej umiarkowanych ugrupowań, które zostały zmarginalizowane przez Nusrę i Ahrar. Ugrupowania te, czując zagrożenie ze strony Nusry, szybko przyjęły pomocną dłoń wyciągniętą przez Ankarę. Pierwszym ugrupowaniem, które Turcy zaczęli przeciągać na swoją stronę było FSA, które dotychczas podchodziło do sąsiada z północny ze stosunkowo dużym dystansem. Jednocześnie Turcy zacieśnili jeszcze – i tak już szeroką – współpracę z tzw. Brygadami Syryjskich Turkmenów – głównym i najbardziej znanym członkiem BST była Dywizja Sułtana Murada.

    W efekcie, w Idlib, w cieniu Nusry i Ahraru, zaczęły tworzyć się zaczątki frakcji „pro-tureckiej”. Ankara podeszła do tego sojuszu bardzo poważnie. Wkrótce szeroki strumień zaopatrzenia płynącego z Turcji dla rebelii został skierowany do grup pro-tureckich. W rezultacie oddziały lojalne Ankarze, mimo że mało liczne i rozbite rozbita na wiele drobnych ugrupowań, stały się jedną z najlepiej uzbrojonych grup w północnej Syrii.

    Już wówczas – tj. pod koniec 2015 roku – Turcja zaczęła wykazywać duże zaangażowanie sojuszem z Ahrarem. Porozumienie się z tym ugrupowaniem było o tyle istotne, że była to druga – po Nusrze – najpotężniejsza grupa w Idlib. Ponadto to Ahrar kontrolował przejścia graniczne, przez które Turcja chciała przerzucać sprzęt dla FSA i Turkmenów. Jednak Ahrar odrzucił sojusz z Turcją. Póki co grupa nr 2 w Idlib wykazywała dużą niezależność i starała się balansować między Ankarą a Rijadem – swoimi głównymi sponsorami. Jednocześnie jednak Ahrar miał wyrazić duże zrozumienie dla tureckich działań i zagwarantować Turcji swobodny transport broni przez granicę.

    Przejście graniczne Bab al-Hawa przed wojną, źródło: Patrickneil, wikimedia.org

    Niespodziewani goście
    Rosnąca rola Nusry i walka o wpływy z Suadami nie były jedynymi trudnościami, z którymi w 2015 roku musiała zmierzyć się Turcja. 30 września 2015 roku Rosjanie weszli do Syrii a tureckie możliwości działania zostały znacznie ograniczone. Wejście Rosjan wywróciło do góry nogami turecką politykę względem Syrii. Wcześniejszy cel Ankary, czyli wyeliminowanie Assada i instalacja w jego miejsce pro-tureckiego rządu, stał się niemożliwy do osiągnięcia. Nic też dziwnego, że napięcie na linii Ankara-Moskwa zaczęło rosnąć, czego kulminacyjnym punktem było zestrzelenie przez Turków rosyjskiego bombowca Su-24M 24 listopada 2015 roku.

    Trudno przewidzieć do czego doprowadziłyby dalsze turecko-rosyjskie tarcia, gdyby nie noc z 15 na 16 lipca 2016 roku, gdy w Turcji doszło do nieudanego zamachu stanu. Do tej pory trwają ostre dyskusje czy zamach ten był zainscenizowany/sprowokowany przez stronnictwo pro-erdoganowskie w armii. W każdym razie jedno jest pewne. Od lipca 2016 roku pozycja prezydenta została znacznie wzmocniona a sama Turcja zaczęła coraz bardziej przypominać państwo autorytarne. Przemiany w Turcji wywołały stanowczą krytykę ze strony krajów członkowskich NATO i UE. Odpowiedź Turcji była równie ostra – Ankara zaczęła oskarżać rządy państw europejskich i USA o wspieranie spisku Gulena. Jednocześnie jeden człowiek dostrzegł w tym całym zamieszaniu okazję – Władimir Putin. Prezydent Erdogan uznał, że chwilowy sojusz z Putinem to idealna odpowiedź na zaostrzającą się krytykę ze strony zachodnich sojuszników. W ten sposób Ankara rozpoczęła niebezpieczną grę, w której stara się balansować między Moskwą a Waszyngtonem. Wkrótce ta gra miała doprowadzić do turecko-rosyjskiej współpracy w Syrii.

    Opancerzone transportowce Ejder Yalçın 4X4 przekazane przez Turcję Legionowi Szamu, źródło: SL

    Kwestia kurdyjska
    Jednak póki co, Turcy musieli sami zmierzyć się z zagrożeniem, które zaczęło zbliżać się do ich południowych granic. W sierpniu 2016 roku Kurdowie, z amerykańską pomocą, zaczęli dążyć do połączenia swoich sił stacjonujących pod Afrin i Manbij. Gdyby im się udało cała północna granica syryjsko-turecka zostałaby opanowana przez Kurdów. Turcja musiała działać. W ciągu kilku dni tysiące członków „tureckiego skrzydła” zostało ewakuowanych z Idlib do południowej Turcji. 24 sierpnia 2016 roku rozpoczęła się operacja „Tarcza Eufratu”. Mimo wielu błędów w sztuce wojennej, turecka operacja zakończyła się ogromnym politycznym sukcesem – ryzyko połączenia się sił kurdyjskich zostało zażegnane.

    Jednocześnie jednak Turcja wygrywając w Al Bab, przegrała w Idlib. Większość mudżahedinów z „tureckiego skrzydła” wzięła udział w „Tarczy Eufratu” a w Idlib pozostały tylko oddziały rezerwowe. Po zakończeniu operacji duża część bojowników nie chciała wracać do Idlib, gdyż przebywając pod opieką Turków nie musieli martwić się rosyjskimi bombardowaniami, walkami wewnętrznymi i uśpionymi komórkami IS. Ci którzy zdecydowali się na powrót nie mogli liczyć na ciepłe przyjęcie, gdyż zaraz po przekroczeniu granic Idlib byli rozbrajani przez JFS/HTS. Turcja była świadoma utraty wpływów w Idlib i, nie mogąc liczyć na powrót swoich sojuszników do Idlib, postanowiła zacieśnić stosunki z Ahrarem, który z coraz większym przerażeniem patrzył na, rosnącą w siłę, ex-Nusrę.

    Początkowa faza operacji „Tarcza Eufratu”, źródło: MrPenguin20, OpenStreetMap contributors, openstreetmap.org

    Astana, czyli nowe rozdanie
    Tymczasem Rosja – widząc, że Turcja bardziej niż Assadem jest zainteresowana pacyfikacją Kurdów – zaproponowała Ankarze współpracę. Tak właśnie, w grudniu 2016 roku, powstał tzw. „format astański”, w skład którego weszły Rosja, Iran i Turcja. To właśnie Astana ma być miejscem, gdzie zostanie uzgodniony status powojennej Syrii.

    Zgadzając się na współpracę z Moskwą i Teheranem, Ankara zrezygnowała z obalenia Assada za pomocą siły. Od teraz Turcja postanowiła dążyć do uzyskania jak największego wpływu na losy powojennej Syrii – to czy Assad zostanie w Damaszku stało się kwestią drugoplanową. Jednak cel ten miał zostać osiągnięty nie tylko przy pomocy zręcznej dyplomacji, ale także – a może i przede wszystkim – siły zbrojnej.

    Po ogłoszeniu powstania „formatu astańskiego”, rebelianckie ugrupowania z Idlib zrozumiały, że jeśli chcą przetrwać to muszą zacząć bliżej współpracować z jednym z 3 partnerów z Astany. Nie mogąc liczyć na pomoc ze strony Rosji czy Iranu, rebelianci zwrócili się o pomoc do Ankary. Tym samym Turcy powrócili do gry o Idlib i tym razem to oni rozdawali karty. Dzięki Astanie, Turcja nie musiała już starać się o poparcie ze strony rebeliantów – teraz to oni musieli starać się o poparcie Turcji.

    Turcja postanowiła nie zaprzepaścić swojej szansy na objęcie dowództwa nad rebelią. Na swojego głównego sojusznika w Idlib Turcy wybrali Ahrar. O ile wcześniej Ahrar i Ankara współdziałały w ramach układu partnerskiego, to po powstaniu „formatu astańskiego”, Ahrar całkowicie uzależnił się od tureckiego sojusznika.

    Widząc zbliżenie swojego największego rywala z Turcją, Nusra/JFS postanowiła działać. 20 stycznia 2017 roku, na 2 dni przed rozpoczęciem pierwszej tury rozmów w Astanie, Julani wydał rozkaz do rozpoczęcia prewencyjnego ataku. Tego samego dnia bojownicy JFS zaatakowali posterunki oraz magazyny Ahraru i jego sojuszników. Ahrar odpowiedział ogniem. Od tamtej pory Ahrar i Nusra cały czas pozostają w stanie wojny, który przeplatany jest krótkimi okresami rozejmu. Szala zwycięstwa przechyla się to na jedną, to na drugą stronę, lecz żadna z grup nie jest na tyle silna, aby całkowicie wyeliminować przeciwnika. Strategiczne lokacje, jak np. Saraqib, przechodzą z rąk do rąk. Obok regularnych walk między HTS-em a Ahrarem, nieustannie dochodzi do zamachów bombowych organizowanych prawdopodobnie przez IS, co wprowadza jeszcze większe zamieszanie w prowincji.

    [Prezydenci: Rouhani, Putin i Erdogan, źródło: kremlin.ru](https://steemitimages.com/0x0/https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/e/e2/Vladimir_Putin%2C_Hassan_Rouhani%2C_Recep_Tayyip_Erdoğan_02.jpg/1280px-Vladimir_Putin%2C_Hassan_Rouhani%2C_Recep_Tayyip_Erdoğan_02.jpg)

    Idlib, czyli rebeliancki kurort
    Przed wojną prowincję Idlib zamieszkiwało ok. 1,5 mln osób. Na skutek działań wojennych i ucieczek cywilów z terenów kontrolowanych przez rząd liczba ta znacznie zwiększyła się i według szacunków wynosi obecnie od 2,5 do nawet 3,3 mln osób. Większość z tych „nowych mieszkańców” Idlib to uchodźcy wojenni, ale nie wszyscy. Część trafiła tu za pomocą rządu z Damaszku i „zielonych busów”.

    Po zdobyciu Aleppo w 2016 roku, SAA przystąpiła do likwidacji „rebelianckich worków” istniejących w różnych częściach kraju. Część z tych kotłów znajdowała się w terenie mocno zurbanizowanym (tak było np. w Damaszku) – tym samym atak na nie oznaczałoby ogromne straty po stronie atakujących. Dlatego też armia wpadła na ciekawy pomysł. Przystępując do likwidacji każdego z kotłów, siły rządowe dawały rebeliantom wybór – poddajcie się i jedźcie do Idlib albo walczcie i gińcie. Zdecydowana większość rebeliantów wybierała tę pierwszą opcję. W ten sposób armii udało się odzyskać wiele strategicznych pozycji – czasami nawet bez strat własnych. Jednak likwidacja kotłów nie była jedynym celem jakim kierowała się armia oferując „wywózki” do Idlib. Przede wszystkim liczono, że „zielone busy” doprowadzą do eskalacji napięć istniejących w Idlib.

    Wkrótce ewakuacje stały się powszechne. Worek za workiem poddawał się a jego obrońcy, wraz z całymi rodzinami, wyjeżdżali do Idlib. Ewakuacje prowadzone były w charakterystycznych busach koloru zielonego, co szybko stało się obiektem żartów ze strony armii i pro-rządowych aktywistów np. gwiazdy na flagach FSA zaczęto zamieniać na zielone busy.

    Początkowo ewakuowani rebelianci byli witani w Idlib jak bohaterowie. Jednak gdy liczba ewakuacji zaczęła gwałtownie wzrastać, szybko się to zmieniło. Ugrupowania rebelianckie z Idlib zaczęły dostrzegać, że napływ bojowników z różnych części kraju prowadzi do zachwiania równowagi sił panujących w prowincji. Najbardziej na „zielonym procederze” traciła Nusra/JFS, gdyż jej bojownicy, stanowiący i tak mniejszość poza Idlib, najczęściej odrzucali układy z armią i wybierali walkę do końca. Dlatego też po kilku „wywózkach”, Nusra zaczęła rozbrajać rebeliantów przybywających do Idlib (armia pozwala wywożonym zatrzymać broń osobistą). Ponadto duża część ewakuowanych oficerów „zaginęła” po przybyciu do Idlib – prawdopodobnie trafili oni do więzień Nusry.

    „Zielone ewakuacje” jeszcze bardziej zaogniły już i tak napiętą sytuację w prowincji. HTS stara się uniemożliwić ewakuowanym dołączanie do Ahraru czy tworzenie nowych frakcji., jednak ludzie Julaniego działają na oślep. W efekcie represje dotykają nawet tych, którzy nie mają negatywnego stosunku do HTS-u. Tymczasem część ewakuowanych zupełnie nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Często przyjeżdżający do Idlib przeżywają szok kulturowy (dotyczy to zwłaszcza bojowników FSA z południa kraju) – myślą, że po ewakuacji znajdą się w jedynej wolnej prowincji w kraju, lecz w rzeczywistości trafiają do samozwańczego „emiratu” rządzonego prawem szariatu. Mówiąc o ewakuacjach do Idlib warto wspomnieć o ciekawym kazusie Jaish al Islam (Armii Islamu). Jej głównym regionem działania była wschodnia Guta. Gdy na początku 2018 roku armia rządowa przystąpiła to likwidacji tego kotła, JaI rozpoczęło negocjacje dotyczące ewakuacji. Początkowo rebelianci zgodzili się na warunki zaproponowane im przez armię, jednak gdy usłyszeli że jadą do Idlib odrzucili umowę. W Idlib struktury Armii Islamu prawie nie istnieją – lokalna filia była bardzo mała i została wchłonięta przez Ahrar. Ponadto w Gucie wielokrotnie dochodziło do walk między Nusrą a Armia Islamu. Dlatego też JaI zaproponowała rządowi, aby – zamiast do Idlib – wywieziono ich na tereny kontrolowane przez wojska „Tarczy Eufratu”. Na to jednak armia nie chciała się zgodzić, gdyż dałoby to Armii Islamu szansę na dołączenie do stronnictwa „pro-tureckiego” i reorganizację pod tureckim nadzorem. Cała sprawa zaczęła wyglądać jak niskobudżetowy czeski film, gdyż przez około 1 tydzień armia i JaI w kółko ogłaszały rozejmy i wznowienia walk. Ostatecznie Armia Islamu została wywieziona do Idlib. Tam potwierdziły się ich obawy – jej szeregowi członkowie zostali rozbrojeni przez HTS a dowódcy osadzeni w więzieniach. W efekcie, trzęsąca niegdyś wschodnim Damaszkiem, JaI przestała istnieć.

    Tymczasem Ankara nie oceniała „zielonych ewakuacji” w tak jednoznacznie negatywny sposób jak HTS. Turcy zaczęli dostrzegać plusy całej sytuacji. Julani zupełnie nie wiedział jak radzić sobie z masami ludzi napływającymi do Idlib. Fala aresztowań, która miała chronić HTS, doprowadziła do serii protestów ludności cywilnej. Rządy Nusry zaczęły tracić społeczne poparcie i w coraz większym stopniu opierać się na terrorze. Ankara postanowiła wykorzystać tę sytuację i zachęcać napływających bojowników do wstępowania w szeregi pro-tureckich bojówek. W rezultacie „zielone busy” stały się kolejnym punktem zapalnym w stosunkach HTS-u i frakcji pro-tureckiej.

    Ewakuacja rebeliantów z Aleppo, źródło: Ruptly, youtube.com

    Nusra wobec rosnących wpływów Turcji

    Tureckie plany przejęcia kontroli nad rebelią nie uszły uwadze HTS-u. Wcześniej Julani nie postrzegał Turcji jako swojego wroga. Mało tego, HTS wielokrotnie zgadzał się na ograniczoną współpracę wojskową z Turcją przeciwko wojskom rządowym. Jednak Astana zmieniła wszystko. Od pierwszego spotkania przedstawicieli Moskwy, Ankary i Teheranu, wiadome jest, że konfrontacja HTS-u z siłami pro-tureckimi jest tylko kwestią czasu.

    Julani próbuje grać na czas. Z jednej strony stara się pomagać Turkom np. to bojownicy HTS-u eskortowali tureckie konwoje gdy te wjeżdżały do Idlib, aby założyć tu – zgodnie z postanowieniami z Astany – 12 posterunków monitorujących zawieszenie broni. Z drugiej strony – gdy tylko jest ku temu dogodna okazja – HTS atakuje ugrupowania pro-tureckie. Ciężko powiedzieć na co liczy Julani – niemal w każdym scenariuszu końca wojny w Syrii nie ma miejsca na dalszą obecność HTS-u.

    Według różnych niepotwierdzonych informacji Julian wysyła do krajów europejskich i arabskich tajnych wysłanników, którzy mają wystarać się o protekcję tych krajów. Jeśli to prawda, to jest to bardzo ciekawa inicjatywa, lecz – moim zdaniem – od początku zdana na klęskę. Nikt nie będzie chciał negocjować z ugrupowaniem dowodzonym przez mężczyznę wpisanego na listę poszukiwanych terrorystów przez USA i Rosję. Jeśli HTS chce zachować jakiekolwiek szanse na przetrwanie to – moim zdaniem – musi skupić się na utrzymaniu status quo i liczyć na kolejne – podobne do tego z Astany – przetasowanie sytuacji na Bliskim Wschodzie.

    Abu Mohammad al-Julani, źródło: JFS

    Marsz na Idlib

    W lipcu 2017 roku Ankara poczuła się bardzo pewnie. Od kilku miesięcy tureckie ciężarówki, wyładowane sprzętem wojennym, codziennie przekraczały przejście graniczne Bab al-Hawa. Dwa miesiące wcześniej, w maju 2017 roku, w Astanie, uzgodniono, że Idlib będzie jedną z 4 stref deeskalacji, które nie będą już dłużej atakowane przez siły pro-rządowe.

    Turcja uznała, że jest to idealny moment na konfrontację z HTS-em i zaczęła coraz mocniej naciskać na Ahrar, wówczas już bardzo mocno związany z Ankarą, aby ten w końcu podjął zdecydowaną akcję przeciwko ugrupowaniu Julaniego. Jeśli Ahrar odniosłoby sukces to Turcja mogłaby zaprezentować się w Astanie jako jedyny legalny przedstawiciel rebelii. 14 lipca 2017 roku Brygady Suqour al-Sham (część Ahraru) zaatakowały posterunki HTS-u w okolicy Saraqib i w górach Zawiya. HTS dało się zaskoczyć, lecz sukcesy Ahraru nie trwały długo. W ciągu kilku kolejnych dni HTS zmobilizował setki bojowników i przeprowadził szeroką kontrofensywę przeciwko Ahrarowi w różnych częściach Idlib. W rezultacie, po zaledwie 9 dniach walki, HTS przejęło kontrolę nad: całym miastem Idlib, przejściem granicznym Bab al-Hawa, którym Turcy zaopatrywali swoje bojówki, strategicznymi miastami Saraqib oraz Atarib oraz niemal całą granicą Idlib z Turcją.

    Porażka z lipca 2017 roku była bardzo dotkliwa, nie tylko dla Ahraru, ale dla całego stronnictwa pro-tureckiego, które utraciło dogodne pozycje w północnym Idlib i zostało niemal całkowicie zepchnięte na równinę al-Ghab. Oddziały, którym udało się utrzymać na północy, schroniły się w trudno dostępnych miejscach np. w górach Zawiya. Porażka uświadomiła Turkom, że póki co jej bojówki są zbyt słabe, aby stanąć do walki z HTS-em jak równy z równym. Ponadto zauważono, że jednym z powodów porażki były chaotyczne działania Ahraru i FSA, które nie potrafiły skoordynować swoich natarć. W żadnym wypadku tureckie bojówki nie mogły mierzyć się ze dyscyplinowanym i świetnie zorganizowanym HTS-em. W związku z tym Ankara zdecydowała się przeprowadzić radykalne zmiany i przekształcić skrzydło pro-tureckie w jednolitą formację z centralnym systemem dowodzenia.

    Walki w Idlib w lipcu 2017 roku, wersja HD, źródło: archiwum autora

    Syryjski Front Wyzwolenia

    Plany Ankary zmaterializowały się 18 lutego 2018 roku. Tego dnia Ahrar oraz Nour ad Din Zenki powołały do życia Syryjski Front Wyzwolenia (SLF). Zenki była wówczas trzecią, pod względem liczebności, grupą w Idlib – ok. 7000 bojowników. Ruch Zenki odznacza się daleko idącą radykalizacją ideologiczną, co zresztą widać w działaniach grupy – pierwotnie Zenki weszło w skład HTSu. Ponadto Zenki posiada też wiele rys na swoim wizerunku – chyba najbardziej znanym „incydentem” z ich udziałem było morderstwo, którego dopuścili się w 2016 roku w Aleppo – ich bojownicy ucięli głowę ok. 12-letniemu chłopcu oskarżonemu o członkostwo w Liwa Al. Quds, pro-rządowej milicji, werbowanej z palestyńskich uchodźców.

    Powstanie SLF było przełomowym momentem w historii Idlib. Po raz pierwszy Zenki tak wyraźnie opowiedziało się po stronie Turcji. Co prawda już wcześniej członkowie tego ugrupowania wykazywali pewną dozę sympatii względem Ankary np. brali udział w operacji Tarcza Eufratu, lecz ich współpraca z Turcją był luźna. Jednocześnie sformowanie SLF-u spotkało się z ostrą reakcją ze strony HTS-u – nota bene Zenki było członkiem HTS-u do lipca 2017 roku. O ile wcześniej ex-Nusra nie postrzegała tureckich bojówek w kategorii zagrożenia dla swojego istnienia, to po powstaniu SLF-u musiała zrewidować swoje stanowisko.

    Logo Syryjskiego Frontu Wyzwolenia, źródło: SLF

    Gdy kosa trafi na kamień

    Widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli Julani postanowił działać. 19 lutego 2018 roku bojownicy HTS-u zaczęli atakować posterunki SLF w całym Idlib. Pretekstem do rozpoczęcia walk było zabójstwo wysoko postawionego członka HTS, Abu Aymana al-Masriego (nie mylić z Ahmedem Hassanem Abu al-Khayrą al-Masrim, który był bohaterem poprzedniej części), o które oskarżono Ruch Zinki. Walki trwały ponad 2 miesiące – do 24 kwietnia 2018 roku. Szala zwycięstwa przechylała się raz na jedną, raz na drugą z wojujących stron. Niektóre miasta kilkukrotnie przechodziły z rąk do rąk a siedziby walczących nieustannie nękane były zamachami bombowymi.

    Ostatecznie walki zostały uznane za nierozstrzygnięte. Jednak moim zdaniem ten epizod walk o Idlib zakończył się strategicznym zwycięstwem SLF-u. Co prawda Ahrarowi i Zenki nie udało się rozbić HTSu, lecz w końcu – po wielu wcześniejszych porażkach – „skrzydło pro-tureckie” pokazało, że jest w stanie walczyć z ex. Nusrą jak równy z równym.

    Na początku starć wydawało się, że HTS odniesie łatwe zwycięstwo nad rozproszonymi siłami SLF-u, które na wielu odcinkach musiały działać samotnie, odcięte o kilkadziesiąt kilometrów od swoich głównych sił. Jednak SLF wykazało się nadzwyczajnymi zdolnościami koordynacji swoich działań, co wyraźnie zaskoczyło ludzi Julaniego. Ponadto Ahrar i Zinki nie ograniczały się wyłącznie do obrony przed HTS-em. W wielu miejscach podjęły one ambitne działania zaczepne, a prawdziwym popisem stało się przebicie rebeliantów z równiny Al-Ghab do oblężonych gór Zawiya i odblokowanie walczących tam mudżahedinów, a następnie wspólny atak na Marat al-Numan zakończony zdobyciem miasta.

    Wynik wspomnianych walk odbił się szerokim echem w całym Idlib. SLF postanowiło maksymalnie wykorzystać swój sukces i rozpoczęło akcję propagandową wśród innych ugrupowań, która miała zachęcić je do stworzenia wspólnego bloku rebelianckiego, który będzie w stanie przejąć władzę w Idlib. W ten sposób 28 maja 2018 roku, z inicjatywy SLF, powstał Narodowy Front Wyzwolenia (NFL). W jego skład weszły m.in.: Legion Szamu, Wolna Armia Idlib, 1. Dywizja Przybrzeżna, Jaysh al-Nasr, 23. Dywizja. 1 sierpnia 2018 roku dotychczasowi członkowie SLF – Ahrar oraz Zinki – także dołączyli do NFL.

    Obecnie Narodowy Front Wyzwolenia liczy ok. 50-60 tysięcy mudżahedinów (szacunki autora). Taka siła jest w stanie nie tylko stanąć do walki z HTS-em jak równy z równym, lecz także zniszczyć ugrupowanie Julaniego. NFL stworzyło ramy organizacyjne, w które wciągnięte zostały niemal wszystkie liczące się ugrupowania rebelianckie, które nie zostały jeszcze wchłonięte przez HTS. Narodowy Front Wyzwolenia jest potężnym narzędziem, które – w odpowiednich rękach – jest w stanie zniszczyć dotychczasowe Idlib i zaprowadzić nowe porządki. Jak? O tym w kolejnej części.

    Walki w Idlib w styczniu-marcu 2018 roku, źródło: MrPenguin20, OpenStreetMap contributors, SuriyakMaps, openstreetmap.org

    -----------------------------------------------

    Dzisiejszy artykuł miał pojawić się wczoraj, ale zabrakło mi mocy przerobowych - za co przepraszam tych, którzy czekali na post (m.in. kolega @Liesbaum). Jutro jest święto, także trzecia część pojawi się już terminowo. Jutro zajmiemy się podsumowaniem obecnej sytuacji w Idlib i porozmawiamy na temat ewentualnej ofensywy wojsk rządowych na Idlib. Prośba @Martwiak o źródła także zostanie spełniona - wrzucę wszystkie źródła jutro i przyporządkuję je do poszczególnych artykułów. Miałem to zrobić dzisiaj, ale to jeszcze bardziej opóźniłoby wstawienie tekstu. Grafika przypięta do posta pochodzi z kremlin.ru
    -----------------------------------------------

    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #syria #bitwaoidlib #geopolityka #turcja #bliskiwschod #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #steemit
    pokaż całość

  •  

    Al-Julani - ojciec chrzestny syryjskiej rebelii
    Od dwóch tygodni trwają medialne spekulacje na temat nadchodzącej ofensywy syryjskiej armii na prowincję Idlib – „twierdzę” syryjskiej rebelii. Pro-rządowi aktywiści twierdzą, że będzie to największa operacja od czasów zajęcia Aleppo w 2016 roku. Niestety często artykuły poświęcone planowanemu atakowi na Idlib zupełnie pomijają skomplikowane podziały wewnętrzne istniejące wśród rebeliantów z Idlib, a także fakt że Idlib pozostaje tureckim protektoratem. Właśnie dlatego zdecydowałem się na publikację serii „Idlibistan", czyli trzech artykułów poświęconych rywalizacji wewnętrznej w obozie rebeliantów, roli Turków w Idlib i wpływie tych czynników na przyszłą ofensywę wojsk rządowych. Nie przedłużając, zapraszam na pierwszy odcinek z serii poświęcony najważniejszemu rebelianckiemu ugrupowaniu - Hay'at Tahrir al-Sham.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Armia Podboju
    Aby zrozumieć obecną sytuację w północnej Syrii należy cofnąć się do 2015 roku, gdy syryjska rebelia święciła największe sukcesy. Był marzec 2015 roku. Damaszek kontrolował prowincję Idlib ostatkami sił. Większość miast i baz wojskowych w regionie została już opanowana przez rebeliantów. Siły pro-rządowe (SAA) kontrolowały już tylko dwa miasta – Idlib oraz Dżisr asz-Szughur – oraz wąski korytarz zaopatrzeniowy łączący rządową część Idlib z resztą kraju.
    24 marca 2015 roku ugrupowania rebelianckie powołały do życia Armię Podboju (Jaish al-Fatah), która miała położyć kres władzy Damaszku w prowincji Idlib. W skład ugrupowania weszły zarówno „umiarkowany” Ahrar asz-Szam, jak i – powiązany z Al Kaidą – Dżabhat an-Nusra, a także wiele innych, mniejszych ugrupowań (np. Legion Szamu). Nowa formacja nawiązała także ścisłą współpracę z Wolną Armią Syrii, która dysponowała nowoczesnym uzbrojeniem dostarczonym przez Zachód. Ta niebywała – jak na warunki syryjskie – solidarność legła u podstaw sukcesów, które już wkrótce miała odnieść Armia Podboju.

    28 marca, zaledwie 4 dni po jej utworzeniu, Armia Podboju wyparła siły rządowe z Idlib – w tym elitarną 11 Dywizję Pancerną. Rebelianci nie spoczęli na laurach i rzucili się w pościg za wycofującym się wrogiem. Kolejnym celem rebeliantów stało się miasto Dżisr asz-Szughur. Tutaj także siły rządowe nie potrafiły stawić rebeliantom zorganizowanego oporu i wkrótce zostały zepchnięte aż w góry północnej Latakii. Wśród wycofujących się kolumn wojsk rządowych znajdował się – wówczas jeszcze niemal nieznany – pułkownik Suheil al-Hassan, który uznał porażkę w Dżisr za swoją osobistą klęskę.

    Solidarność rebeliantów nie trwała jednak długo. Zaraz po wyparciu sił rządowych, poszczególne ugrupowania zaczęły walczyć o rolę lidera w prowincji Idlib. Początkowo wewnątrz rebeliancka rywalizacja przybierała wyłącznie formy lokalnych potyczek, lecz w końcówce 2016 roku zaczęło dochodzić do pełnoskalowych bitew, które przetoczyły się niemal przez całą prowincję. Od tamtej pory krwawe walki wewnętrzne w Idlib to standard, który powtarza się średnio co kilka miesięcy.
    Głównym powodem tak dużych napięć między rebeliantami jest fakt, że pozostają oni rozbici na różne ugrupowania, których ideologia i cele polityczne diametralnie się od siebie różnią. W Idlib istnieją zarówno umiarkowane ugrupowania np. niedobitki FSA, jak i grupy ekstremistyczne np. HTS. Ponadto działają tutaj także grupy „pośrednie” np. Ahrar czy Zenki. Obok tego wszystkiego mamy jeszcze grupy zagranicznych mudżahedinów np. Ajnad al Kawkaz czy Islamska Partia Turkiestanu. Jeśli ktoś chce zrozumieć Idlib, to musi – przynajmniej w ograniczonym stopniu – znać te ugrupowania i ich cele – i właśnie tym teraz się zajmiemy. Zapraszam Państwa w podróż po światowej stolicy terroryzmu – Idlib.

    Członkowie Jaish al-Fatah, od lewej flagi: Ahraru, FSA a i Nusry, źródło: Jaish al-Fatah

    Dzihadysta z Dary

    Od lat najbardziej wpływowym człowiekiem w Idlib jest Ahmed Hussein al-Shar’a – Syryjczyk, urodzony w Darze na południu kraju. Shar'a rozpoczął swój dżihad jeszcze w 2003 roku, gdy dołączył do tzw. Irackiej al-Kaidy dowodzonej przez Abu Musaba al-Zarqawiego. Wtedy też przyjął pseudonim Abu Mohammad al-Julani, który miał nawiązywać do – okupowanych przez Izrael – Wzgórz Golan. Julani świetnie odnalazł się w świecie światowego dżihadu i stopniowo awansował na coraz wyższe stanowiska w organizacji.

    W 2011 roku Zarqawi już nie żył, a „iracka al-Kaida” przybrała nazwę „Państwa Islamskiego w Iraku” (ISI), na którego czele stanął emir Abu Bakr al-Baghdadi. Jednym z jego zaufanych współpracowników był 27-letni Julani. To właśnie 2011 rok miał być przełomem w karierze Julaniego.

    Julani podczas narady wojskowej, okres walk o Hamę, 2017 rok – źródło: Ebaa News

    Tajna misja

    Pod koniec 2011 roku Abu Bakr al-Baghdadi, ówczesny emir ISI, polecił Julaniemu udać się do Syrii i tam stworzyć filię Państwa Islamskiego. Między październikiem 2011 a styczniem 2012 roku Julani odbył kilka spotkań z syryjskimi ekstremistami, którzy zostali niedawno zwolnieni z więzień w ramach wielkiej akcji amnestyjnej przeprowadzonej przez rząd Assada. Rezultatem tych spotkań było ogłoszenie 24 stycznia 2012 roku powstania Dżabhat an-Nusry. Już w manifeście Nusra jasno określiła swoje cele: obalenie rządu Assada i przekształcenie Syrii w islamski emirat.

    Jako Syryjczyk, Julani bardzo szybko odnalazł się w nowych realiach. Nusra, zacieśniając współpracę z syryjskimi radykałami i otrzymując wydatne wsparcie z Iraku od ISI, szybko rosła w siłę i zaczęła wybijać się na najsilniejszą grupę rebeliancką w Syrii.

    W 2013 roku Baghdadi postanowił utworzyć ISIS („Państwo Islamskie w Iraku i Syrii”), które miało wchłonąć, wykazującą coraz większą niezależność, Nusrę. Julani odmówił podporządkowania się Baghdadiemu. Jednocześnie szef Nusry złożył bezpośrednią przysięgę (bay'a) na wierność Zawahiriemu – przywódcy Al Kaidy. Zawahiri przyjął przysięgę Julaniego i skrytykował Baghdadiego (formalnie nadal podległego Al-Kaidzie) za przekształcenie ISI w ISIS. Już wkrótce Al-Kaida całkowicie odcięła się od ISIS a Jolani i Baghdadi stali się największymi wrogami.

    Po zerwaniu kontaktów z ISI/ISIS, Nusra nadal rosła w siłę i zdobywała coraz większe wpływy. Na początku 2015 roku, gdy Armia Podboju wkraczała do Idlib, Julani był już powszechnie znany jako jeden z liderów rebelii.

    Bojownicy Dżabhat an-Nusry, źródło: Agencja al-Manarah al-Bayda

    Czarne chmury nad Idlib
    Po wyrzuceniu lojalistów z Idlib, rebelianci zaczęli planować kolejne duże ofensywy. Jednak wraz z pojawieniem się rosyjskiego kontyngentu w Syrii, szanse rebelii na ostateczne zwycięstwo znacznie zmalały. Spośród wszystkich ugrupowań rebelianckich, sytuacja Nusry była szczególnie niekorzystna, gdyż – szukając wspólnego mianownika – USA i Rosja zaczęły rozważać wspólne operacje przeciwko ugrupowaniom terrorystycznym, do których zaliczono nie tylko ISIS, ale także i Nusrę.

    W efekcie inne grupy rebelianckie zaczęły jeszcze z większą rezerwą podchodzić do Julaniego, któremu i tak cały czas wypomniano powiązania z Al Kaidą. Ponadto wewnątrz samej Nusry zaczęło dochodzić do pierwszych sporów. Saleh al-Hamawi – bliski współpracownik Julaniego – zaczął wzywać kierownictwo Nusry do zerwania kontaktów z Al Kaidą i zbudowania własnej, niezależnej organizacji. Co prawda Hamawi został za swoje stanowisko wydalony z Nusry, ale jego poglądy stawały się coraz popularniejsze. „Reformatorzy” uważali, że odcinając się od Al-Kaidy, Nusra będzie mogła bardziej wtopić się w środowisko rebelianckie i tym samym będzie trudniejsza do zidentyfikowania dla Rosjan i Amerykanów.

    Problemy syryjskiej przybudówki nie uszły uwadze kierownictwu Al Kaidy. Prawdopodobnie w końcówce 2015 roku rozpoczęły się dyskusje, co jeśli Nusra zerwałaby z Al Kaidą i rozpoczęła działać jako samodzielna organizacja – przynajmniej oficjalnie. Cała sprawa nabrała tempa, gdy w maju 2016 roku ukazało się nagranie Zawahiriego zatytułowane „Go forth to al-Sham”. Jeden z fragmentów tego przemówienia zasługuje na szczególną uwagę: „al-Qa`ida is not seeking authority, but rather seeks “the rule of sharia … We do not wish to rule the Muslims, but rather we wish to be ruled as Muslims by Islam”. Julani uznał te słowa za zielone światło dla odcięcia się od Al Kaidy i stworzenia niezależnej organizacji.

    Teraz już wszystko potoczyło się szybko. 28 lipca 2016 roku al-Manara al-Bayda – „agencja prasowa” Nusry – opublikowała nagranie zastępcy Zawahiriego – Ahmeda Hassana Abu al-Khayra al-Masriego. „Numer Dwa” Al-Kaidy wezwał Julaniego do ochrony dzieła dżihadu, wskazując, że solidarność mudżahedinów jest ważniejsza niż jakiekolwiek polityczne powiązania. W kilka godzin później Julani ogłosił likwidację Nusry i powstanie w jej miejsce Jabhat Fatah al-Sham – organizacji, która miała być pozbawiona jakichkolwiek związków z zewnętrznymi organizacjami.

    Powołanie JFS spotkało się ze stosunkowo ciepłym przyjęciem ze strony pozostałych grup rebelianckich. Nawet Ahrar – jak się później okaże główny rywal Julaniego – pochwalił ruch Nusry, a nawet stwierdził, że od tej pory USA i Rosja nie mogą bombardować bojowników JFS pod pretekstem walki z Al Kaidą. Jednocześnie rebranding nie wpłynął na zmianę nastawienia mocarstw w stosunku do JFS – zarówno Rosja, jak i USA, ogłosiły, że JFS to tylko zmiana nazwy a ugrupowanie nadal ma silne związki z Al Kaidą.

    Jednocześnie rebranding wydatnie poprawił wizerunek Nusry w samej Syrii. Julani przestał być postrzegany wyłącznie jako człowiek Al-Kaidy i zaczęto w nim dostrzegać Syryjczyka walczącego z Damaszkiem, dzięki czemu zyskał dużo większą legitymację w oczach mieszkańców Syrii. Tym samym „zerwanie” z Al-Kaidą wydatnie wpłynęło na możliwości werbunkowe dzihadystów. O ile pod koniec 2015 roku Nusra liczyła około 10 000 członków, to pod koniec 2016 roku, już po rebrandingu, liczba ta miała wzrosnąć do około 20 000.

    Ogłoszenie powstania Jabhat Fatah al-Sham, od lewej Abu Faraj al-Masri, Abu Mohammad al-Julani i Abu Abdullah Al Shami- źródło: JFS

    Rebranding nie każdemu smakuje

    Powołanie JFS nie spodobało się wielu członkom Nusry – w tym części ścisłego dowództwa. O ile wcześniej Julani miał problem z „reformatorami” takimi jak np. Hamawi, to teraz musiał rozprawić się z „radykałami”, którzy zaczęli oskarżać Julaniego o pogwałcenie zasad Al Kaidy. W sprawie wypowiedział się nawet sam Zawahiri i stwierdził, że nigdy nie udzielił błogosławieństwa powołaniu JFS, a jego słowa z przemówienia „Go forth to al-Sham” zostały mylnie zinterpretowane.

    W efekcie, w zaledwie kilka tygodni po rebrandingu, członkowie Nusry/JFS wdali się w ideologiczną dysputę czy Julani sprzeciwił się Zawahiriemu czy też nie. Spór był ostry i nie dotyczył tylko napięć na linii Julani-Zawahiri, ale także podziałów wewnątrz samej organizacji. W efekcie JFS stanęła przed perspektywą walk wewnętrznych.

    Osama bin Laden i Ayman al-Zawahiri, listopada 2001 roku - źródło: Hamid Mir, centralasiaonline.com

    „Garnizon Jerozolimy”
    Tymczasem sytuacja w Idlib stawała się coraz trudniejsza. Ugrupowania rebelianckie, po początkowym entuzjazmie, coraz mniej przychylnie patrzyły na JFS, twierdząc że nadal utrzymuje ona zbyt bliskie kontakty z Al Kaidą. Jednocześnie, widząc wewnętrzne problemy JFS, rebelianci rozpoczęli konsolidację władzy w Idlib.

    To właśnie w takiej atmosferze doszło do pierwszych pełnoskalowych walk w obozie rebeliantów z Idlib. W październiku 2016 roku Ahrar asz Szam oskarżył Dżund al Aksę („Garnizon Jerozolimy”) o współpracę z IS i rozpoczął aresztowania jej członków. Aksa była wówczas małym – liczącym około 1000 członków – ugrupowaniem, znanym ze swojego radykalizmu i fanatyzmu. Aksa stawiła zażarty opór, lecz – na dłuższą metę – nie była w stanie samodzielnie obronić się przed Ahrarem. Chcąc uniknąć niechybnej porażki, bojownicy Aksy złożyli przysięgę na wierność JFS. W ten sposób Aksa została wchłonięta przez ugrupowanie Julaniego a ataki ze strony Ahraru ustały.

    Ruch Julaniego szybko okazał się błędem. Aksa faktycznie miała powiązania z IS i prawdopodobnie współpracowała z emisariuszami Baghdadiego przy organizowaniu zamachów bombowych na siedziby Ahraru i JFS w Idlib. Ponadto wchłonięcie Aksy znacznie pogorszyło stosunki JFS-u z Ahrarem, który zaczął oskarżać Julaniego o udzielanie schronienia terrorystom.

    Sprawa wchłonięcia Aksy jest o tyle istotna, że już w kilka miesięcy później – na przełomie stycznia i lutego 2017 roku – doszło do walk między członkami Aksy a JFS. Ugrupowaniu Julaniego nie udało się całkowicie zniszczyć Aksy – po części ze względu na to, że część jej członków działa w ukryciu. W lutym 2018 roku resztki Aksy przegrupowały się i stworzyły nowe ugrupowanie – Organizację Strażników Religii (OSR). Ugrupowanie ma liczyć ok. 3 tysiące członków, którzy pochodzą nie tylko z Aksy, ale także z innych radykalnych ugrupowań np. JFS. OSR głosi wierność ideałom Al Kaidy i uważa Julaniego za zdrajcę. OSR jest co prawda małą grupą, lecz bardzo niebezpieczną – ze względu na, zaczerpnięte od Aksy, umiejętności działania w konspiracji. Istnienie resztek Aksy jest szczególnie groźne dla JFS/HTS, gdyż OSR deklaruje wierność Al-Kaidzie i tym samym zachęca „radykałów” z ugrupowania Julaniego do przechodzenia na swoją stronę.

    Czołg Jund al-Aksy, zdjęcie pochodzi z okresu gdy Aksa działała jeszcze w ramach Armii Podboju, 2015 rok - źródło: JaF

    Rebrandingowa recydywa
    Wróćmy jednak do przemian, jakie na przełomie 2016 i 2017 roku przechodziła syryjska przybudówka Al-Kaidy. Jak już wspomniano, w lipcu 2016 roku doszło do rozwiązania Nusry i powołania JFS-u, co jednak spotkało się z ostrym protestem ze strony „radykałów”. Julani, widząc że jego ugrupowanie znajduje się na krawędzi rozpadu a rywale rosną w siłę, postanowił działać. W styczniu 2017 roku utworzono nowe ugrupowanie - Hayʼat Tahrir al-Sham. HTS powstało z połączenia JFS-u a także innych grup o równie radykalnej ideologii.

    Powołanie nowego ugrupowania było niezbędne dla przetrwania JFS-u. Po połączeniu z ugrupowaniami, które nie miały tak bliskich związków z Al Kaidą, Julaniemu udało się stłumić radykalne skrzydło wewnątrz organizacji. Jednocześnie przywództwo HTS-u zaczęło bardzo mocno akcentować zerwanie relacji z Al Kaidą – nawet pierwszym liderem ugrupowania został nie Julani, lecz Hashim al-Shaykh (Abu Jaber), szef Ahraru w latach 2014-2015.

    Co prawda jeszcze przez pewien czas w Idlib toczyła się dysputa ideologiczna na temat legalności działań Julaniego, lecz ostatecznie Abdurraheem Atun (Abu Abdullah Al Shami), główny ideolog Nusry/JFS, położył jej kres. W grudniu 2017 roku opublikowano przemówienie Atuna, w którym stwierdził on, że o ile wcześniej mogły być wątpliwości co do tego czy JFS jest nadal częścią Al Kaidy czy też nie, to po utworzeniu HTS takie dyskusje są już bezprzedmiotowe, gdyż JFS nie odłączyło się od Al Kaidy aby działać samodzielnie, lecz aby wejść w szerszy sojusz (jakim jest HTS) z innymi frakcjami syryjskiej rebelii – tu znowu odwołano się do przemówienia Zawahiriego „Go forth to al-Sham”, w którym postawił on solidarność mudżahedinów nad politycznymi powiązaniami.

    Odchodząc od tych ideologicznych rozważań, trzeba przyznać że ostatecznie Julani osiągnął swój cel i zapanował nad radykałami z JFS-u – chociaż ciężko powiedzieć, czy wpływ na ich postawę miało przemówienie Atuna czy może marginalizacja ich stronnictwa po dołączeniu do HTSu innych ugrupowań – często równie radykalnych, ale niemających powiązań z Al Kaidą.

    Na marginesie trzeba zaznaczyć, że posunięcia Julaniego nadal spotykają się z ostrą krytyką ze strony Zawahiriego. Ciężko także stwierdzić czy HTS faktycznie nie utrzymuje już żadnych kontaktów z Al Kaidą.

    Julani ogłaszający powstnaie HTS - źródło: HTS

    Królowie Idlib
    W tym miejscu warto zastanowić się jak to się stało, że w ciągu zaledwie kilku lat Jualniemu udało się stworzyć jedną z najbardziej niebezpiecznych grup dzihadystycznych na świecie.

    Przede wszystkim Nusra, i jej następcy, przywiązują ogromną wagę do wyszkolenia swoich mudżahedinów. Świetnie wyszkolone i odnoszące ogromne sukcesy skrzydło zbrojne było siłą napędową organizacji i przyczyniło się do wciągnięcia w swoje szeregi tysięcy nowych rekrutów. Co istotne Julani zawsze chciał przedstawiać swoje ugrupowanie jakie "syryjskie" a nie „kosmopolityczne” – około 70-80% bojowników Nusry było pochodzenia syryjskiego. Skład narodowy organizacji wydatnie wpłynął na postrzeganie jej przez lokalną ludność.

    Jednocześnie Julani nigdy nie stronił – w przeciwieństwie np. do IS – od współpracy z innymi organizacjami. Sojusznicy, którzy razem przelewali krew z mudżahedinami Nusry, później często sami przechodzili na stronę Julaniego.
    Jednak siły zbrojne to nie jedyny aspekt, na którym skupia się Nusra. Organizacja przywiązuje bardzo istotną rolę do religii. Każdy rekrut – przed przystąpieniem do sił Nusry – musi przejść specjalne szkolenie ideologiczne – dopiero potem jest kierowany na szkolenie wojskowe. Teren kontrolowany przez Nusrę dzieli się na dystrykty, na czele których stoją: komendant, dowodzący wojskiem, oraz szejk – nadzorujący przestrzeganie pryncypiów religijnych przez komendanta. Na czele organizacji stoi emir a obok niego działa Rada Szury, która jest organem konsultacyjnym, w którym często zasiadają duchowni.

    Ponadto Nusra prowadzi na terenie Idlib szkoły, w których przygotowuje dzieci do przyszłej walki w imię islamu. Jednocześnie ludzie Julaniego wprowadzają w północnej Syrii prawo Koranu. Wszelkie przejawy opozycji są natychmiastowo i brutalnie tłumione przez służby porządkowe. Do więzień Nusry trafiają nawet powiązani z FSA czy Ahrarem aktywiści, którzy publikują w sieci komentarze nieprzychylne Julaniemu lub jego organizacji. Wszystko to sprawia, że tereny kontrolowane przez Nusrę stały się islamskim emiratem rządzonym terrorem i strachem.

    Czołg T-90 przejęty przez HTS podczas walk w Hamie w 2017 roku, źródło: Ebaa news

    -----------------------------------------------

    Na dzisiaj to wszystko. W kolejnym artykule, który pojawi się już jutro, skupimy się na wpływie Turcji na syryjską rebelię i rywalizacji między HTS-em a ugrupowaniami pro-tureckimi.

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #syria #bitwaoidlib #geopolityka #bliskiwschod #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #steemit
    pokaż całość

  •  

    Fala protestów w Iraku! - wieczorny ekspres Pulsu Lewantu! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Przez południe Iraku przelewa się obecnie fala protestów. Manifestanci oskarżają rządzących o korupcję, wznoszą anty-irańskie okrzyki i atakują rafinerie ropy naftowej. W wyniku starć z policją i wojskiem zginęło już ponad 16 osób, a ok. 500 zostało aresztowanych. Tymczasem, 2 miesiące po wyborach, Irak nadal nie ma nowego rządu. Mało tego, iracki parlament rozwiązał się 30 czerwca a komisja wyborcza zarządziła ponowne liczenie głosów. O co chodzi protestującym? Czy Irak jest w stanie przezwyciężyć kryzys? O tym wszystkim w dzisiejszym „wieczornym” wydaniu „Pulsu Lewantu”.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Gdzie jest prąd?
    Obecnie temperatura w Iraku dochodzi do blisko 50 stopni Celsjusza – nawet dla Arabów jest to zbyt gorąco. Wyższe temperatury oznaczają większe zapotrzebowanie na energię elektryczną, która w Iraku uważana jest za „towar deficytowy”.

    Aby zaspokoić krajowe zapotrzebowanie na energię Irak musiałby produkować ok. 23,000 MW prądu na godzinę. Obecnie jednak jest w stanie wyprodukować tylko ok. 15,700 MW. W związku z tym Irak pozostaje uzależniony od importu energii – w głównej mierze od Iranu. Duży wpływ na irackie problemy z energią ma system dystrybucji. Według irackiego ministerstwa energetyki aż 65% krajowej produkcji jest zużywane przez osoby nielegalnie przyłączone do sieci. Ponadto sytuację pogarsza przestarzała infrastruktura energetyczna. W Iraku zawodzi także pobór opłat – w 2015 roku ministerstwo szacowało, że udaje mu się pobrać tylko 12% należności. Problem dostaw energii staje się jeszcze poważniejszy latem – wtedy zapotrzebowanie na energię jeszcze rośnie.

    Jak już wspomniano, to Iran jest głównym dostawcą energii elektrycznej do Iraku. Na początku lipca Iran przestał wysyłać energię do Iraku. W kilka dni później, 9 lipca, mieszkańcy miasta Basra (południowy Irak) wyszli na ulice, aby zamanifestować swoje niezadowolenie. Jedynym postulatem protestujących w Basrze nie jest energia elektryczna, ale z pewnością braki w dostawach prądu były iskrą, która doprowadziła do wybuchu protestów w Basrze.

    9 lipca, w dniu rozpoczęcia protestów, premier Abadi stwierdził, że problemy z dostawami energii są spowodowane wysokimi temperaturami, które wywołały większe zapotrzebowanie na energię także po irańskiej stronie granicy. Jednocześnie premier stwierdził, że Irańczycy pracują nad rozwiązaniem problemu i w ciągu kilku dni import energii zostanie wznowiony. Jednak dzień wcześniej, 8 lipca, rzecznik irackiego ministerstwa energetyki stwierdził, że problemy z dostawami wynikają z zaległości Bagdadu w płatnościach. Według danych, do których dotarł Al-Monitor, Irak jest winien Iranowi ponad 1 miliard dolarów z tytułu dostaw energii elektrycznej.

    Czy to oznacza, że Premier albo Ministerstwo kłamią? Nie, ich wersje się wzajemnie nie wykluczają. W przeszłości wielokrotnie dochodziło do sytuacji, gdy Irańczycy wstrzymywali dostawy energii do Iraku, żądając chociaż częściowej zapłaty zaległości. Jednocześnie Abadi ma rację, że kryzys – przynajmniej po części – jest wywołany wysokimi temperaturami, które obecnie dochodzą na południu Iraku do 50 stopni Celsjusza. Trzeba jednak zwrócić uwagę na kilka innych problemów, o których nie wspomniał ani Premier, ani Ministerstwo.

    Wysokie temperatury odbiły się także na irańskim zapotrzebowaniu na energię. W niektórych miejscowościach Iranu zaczęło dochodzić do przerw w dostawie prądu. Rząd w Teheranie obawia się, że kryzys energetyczny może doprowadzić do protestów – irańskie społeczeństwo i tak jest już mocno niezadowolone z rządzących. Od momentu wycofania się Trumpa z umowy nuklearnej irański rial spada mocno w dół a ceny żywności szybują w górę. Dlatego też Irańczycy skupiają się na swoich własnych problemach. Dostawy energii do Iraku zostaną wznowione dopiero wtedy, gdy Teheran poradzi sobie z własnym kryzysem energetycznym. Na marginesie warto zauważyć, że irańskie problemy nie wynikają ze zbyt małej produkcji, lecz z przestarzałej infrastruktury, która nie jest w stanie uciągnąć tak dużej produkcji.

    Okres oczekiwania na prąd z Iranu może się jeszcze wydłużyć. Jak donoszą nieoficjalne źródła, obecnie prowadzone są dyskusje w jaki sposób płacić Iranowi za energię, aby ominąć amerykańskie sankcje wymierzone w Teheran.

    Elektrownia w Bayji, prowincja Salah Ad Din - źródło: USACE, commons.wikimedia.org

    Bezrobocie

    Kolejnym problemem, który jest podnoszony przez protestujących jest bezrobocie. Według oficjalnych danych ok. 10,8% Irakijczyków nie ma pracy. Ten odsetek jest jeszcze większy wśród osób poniżej 24 roku życia (stanowią one blisko 60% populacji Iraku) – w tej grupie pracy nie ma aż ok. 22%. Jednocześnie ok. 25% mieszkańców kraju żyje poniżej minimum egzystencji (w niektórych prowincjach jest to nawet 45%).

    Szczególne napięcia powoduje eksport ropy naftowej. Irakijczycy uważają, że rządzący zagrabiają dla siebie wszystkie dochody pochodzące z handlu ropą. Aż ok. 89% PKB Iraku pochodzi z eksportu ropy naftowej. Jednocześnie w przemyśle naftowym zatrudniony jest tylko ok. 1% mieszkańców Iraku – z czego bardzo dużo osób to zagraniczni eksperci. Tymczasem „szarzy” obywatele nie mają żadnych korzyści z eksportu ropy – w przeciwieństwo np. do krajów Zatoki Perskiej, gdzie część dochodów z ropy jest redystrybuowana wśród obywateli.

    Szczególnie mocno widać ten kontrast – między biedotą lokalnej ludności a ogromnym eksportem ropy naftowej – w Basrze. To właśnie w regionie Basry wydobywane jest ok. 3,5 miliona baryłek ropy dziennie. Jednocześnie jednak Basra – dawniej nazywana „Wenecją Bliskiego Wschodu” jest jednym z najbiedniejszych miast w Iraku. Prąd, bieżąca woda to towary luksusowe dla mieszkańców miasta. Podstawowe potrzeby Basry są lekceważone przez rządzących od lat.

    Nic też dziwnego, że już od początków protestów, Irakijczycy organizują manifestacje przed polami naftowymi. Rządzący obawiają się, że dalsza eskalacja protestów może doprowadzić do przerw w wydobyciu ropy. Aby temu zapobiec na południe kraju wysłano armię, która ma zająć się ochroną pól naftowych. Póki co protestującym nie udało się opanować żadnego z pól naftowych, lecz zagraniczne firmy wolą chuchać na zimne i – według nieoficjalnych źródeł – miały ewakuować część swoich pracowników z terenów gdzie protesty są największe.

    Premier Haider al-Abadi, źródło: foreignoffice, flickr.com

    Problemy w rolnictwie

    Warto także wspomnieć o bolączkach irackich rolników. Na początku lipca Ministerstwo Zasobów Wodnych zakazało rolnikom sadzenia nowych roślin. Jest to spowodowane rekordowo niskim poziomem wód Tygrysu w tym roku. Sytuacje pogarsza jeszcze fakt, że iracki system melioracyjny jest bardzo niewydajny, co powoduje że duża część wody jest marnowana. Ministerialny zakaz odbił się dużym echem w irackim społeczeństwie. Sam ajatollah Sistani interweniował w tej sprawie w Bagdadzie. Dopiero w wyniku nacisków ministerstwo zdecydowało złagodzić zakaz co do uprawy ryżu – pozwolono na jego uprawę na ok. 1.236 akrów. To jednak tylko ok. 3% powierzchni uprawnej ryżu z zeszłego roku.

    W relacjach jakie docierają z południa Iraku nie ma mowy o protestujących rolnikach, ale bardzo możliwe, że już uczestniczą oni w protestach lub właśnie planują przyłączenie się do nich. Biorąc pod uwagę, że aż ok. 1/5 Irakijczyków utrzymuje się z rolnictwa, to farmerzy mogą powiększyć szeregi manifestantów o tysiące osób niezadowolonych z polityki Bagdadu.

    Susza - źródło: Hydrosami, commons.wikimedia.org

    Wsparcie z Nadżafu

    13 lipca protestujący zyskali potężnego sojusznika. Tego dnia szejk Abdel Mehdi al-Karbalai, odprawiał piątkowe modły w Karbali. Szejk wyraził swoją solidarność z protestującymi i stwierdził: „to niesprawiedliwe i nieakceptowalne, że ta wspaniała prowincja (Basra) jest najbardziej ubogą w całym Iraku”. Al-Karbalai to prawa ręka ajatollaha Sistaniego – duchowego przywódcy szyickich Irakijczyków. To właśnie Al-Karbalai, gdy wojska IS zbliżały się do Bagdadu, odczytał fatwę Sistatniego, w której ajatollah wzywał Irakijczyków do zakończenia sporów i stawienia islamistom zjednoczonego oporu.
    Po piątkowym ogłoszeniu Al-Karbalaiego protesty nabrały na sile i zaczęły rozszerzać się na kolejne miasta. Jeszcze tego samego dnia protestujący zablokowali wjazd do portu Umm Qasr, z którego eksportowana jest iracka ropa naftowa. Rozpoczęły się także ataki na budynki rządowe. Protestujący wdarli się do lotniska w Nadżaf i otoczyli dom gubernatora w Nasiriyah. Zablokowano także przejście graniczne z Iranem w Shalamjah.

    Ajatollah Ali Sistani - źródło: IsaKazimi, commons.wikimedia.org

    „Wyjdź do nas, Ty tchórzu”.

    Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Pod wieczór, 13 lipca, do Basry – prosto ze spotkania w Brukseli – przyleciał premier Abadi. Gdy jego samolot lądował na lotnisku, do miasta weszły siły antyterrorystyczne, które miały zabezpieczyć budynki rządowe i pola naftowe. Abadi liczył, że jego wizyta i ściągnięcie dużej liczby wojska doprowadzi do załagodzenia sytuacji – tak się jednak nie stało. Na wieść o przybyciu Abadiego protesty wezbrały tylko na sile. Protestujący zebrali się pod hotelem, w którym się zatrzymał i zaczęli wykrzykiwać „Wyjdź do nas, Ty tchórzu”.

    Jednak Abadi nie wyszedł do tłumu. Premier spotkał się wyłącznie z przywódcami lokalnych plemion, którzy stali się liderami protestujących – spotkanie odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Abadi obiecał przeznaczyć 2 miliardy dolarów na rozbudowę wodociągów w Basrze oraz zwiększyć dostawy energii do miasta. Jednocześnie obiecano stworzenie 10 000 miejsc pracy dla mieszkańców Basry. Obietnice te nie maja jednak żadnego pokrycia. Obecnie w Iraku nie działa żaden ośrodek władzy politycznej, który byłaby w stanie je spełnić.

    Sala obrad irackiego parlamentu

    „Bezkrólewie”

    12 maja w Iraku miały miejsce wybory parlamentarne. W ich toku stwierdzono ponad 1000 naruszeń prawa wyborczego. W efekcie 6 czerwca Parlament zdecydował o ponownym, ręcznym przeliczeniu głosów. W kilka dni później zaczęło dochodzić do ataków na magazyny, w których składowane są karty wyborcze. Tymczasem 30 czerwca skończyła się kadencja dotychczasowego parlamentu. Co prawda parlament chciał wydłużyć swoją kadencję, lecz iracki Sąd Najwyższy stwierdził, że taka decyzja byłaby niezgodna z obowiązującą konstytucją.

    Ręczne przeliczanie głosów rozpoczęło się 3 lipca i nadal nie wiadomo kiedy się zakończy – być może w połowie sierpnia. Tym samym jedynym ośrodkiem władzy politycznej w Iraku jest obecnie rząd, z Abadim na czele. Aby przeznaczyć jakiekolwiek kwoty na ulżenie ludności Basry należy wpierw zmienić ustawę budżetową, a to może zrobić tylko parlament. W tej sytuacji wszystkie obietnice Abadiego z Basry są bezwartościowe. Mieszkańcy Basry są tego świadomi i dlatego nie zaprzestali protestować.

    14 lipca protesty rozpoczęły się w stolicy – Bagdadzie. Rząd obawiał się zamieszek i odciął stolicę od internetu. Jednak wkrótce okazało się, że obawy te były nieuzasadnione. Protesty w Bagdadzie są dużo mniejsze niż te w Basrze - głównie dlatego, że nie poparł ich Muktada as-Sadr.

    Muktada as-Sadr to syn ajatollaha Muhammada Sadika as-Sadra. Po inwazji USA na Irak, Sadr powołał tzw. armię Mahdiego, która prowadziła wojnę partyzancką z wojskami koalicji – to właśnie ludzie Sadra atakowali polski garnizon w Karbali w 2004 roku. Obecnie Sadr porzucił ideę walki zbrojnej i skupił się na walce politycznej. Ruch Sadrystowski wykorzystuje hasła nacjonalistyczne i odrzuca podziały religijne (np. na szyitów i sunnitów). Sadr głosi także potrzebę ukrócenia wpływów amerykańskich i irańskich w Iraku. Sadryści są popularni zwłaszcza wśród biedoty. Na Sadra patrzy przychylnie sam ajatollah Sistatni, który poparł Sadrystów w tegorocznych wyborach.

    Wpływy Sadra są tak duże, że można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby Sadr chciał to mógłby wykorzystać obecne protesty, obalić Abadiego i przejąć władzę. Jednak potencjalnie mogłoby to doprowadzić do wojny domowej. Sadr jest świadomy, że protesty mogą doprowadzić tylko do dalszego pogorszenia się sytuacji w kraju i dlatego, póki co, stara się trzymać na uboczu.

    Sadr ani nie wezwał swoich stronników do udziału w protestach, ani nie potępił protestujących. Póki co ograniczył się on do wygłoszenia krótkiego komunikatu, w którym stwierdził, że dopóki żądania mieszkańców Basry nie zostaną spełnione, dopóty nie może być mowy o stworzeniu nowego rządu.

    [Muktada as-Sadr (po lewej) i Ali Taliqani - źródło: مالهوترا, commons.wikimedia.org](https://steemitimages.com/0x0/https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/19/سماحته_مع_سماحة_حجة_الاسلام_والمسلمين_السيد_القائد_مقتدى_الصدر%28دام_عزه%29_في_الحنانة.jpg)

    Barwy walki

    Warto zwrócić uwagę, że protesty w Basrze są dobrze zorganizowane. Na czele protestujących stoją liderzy lokalnych plemion. Obecnie protesty rozlewają się na kolejne miejscowości południowego Iraku. Co ciekawe protesty maja silne zabarwienie antyirańskie. W kilku miastach doszło nawet do spalenia portretów ajatollaha Chameneiego i wznoszenia okrzyków typu „precz z Iranem”.

    W niektórych miejscowościach doszło także do protestów przed bazami szyickich milicji, które – mimo oficjalnego rozwiązania PMU – nadal utrzymują bliskie kontakty z Iranem. Niechęć do wpływów irańskich jest na tyle duża, że spalono biura niektórych milicji np. Kata’ibu Hezbollah i Asaib Ahl al-Haq. Odpowiedź bojowników była bardzo ostra. Przedstawiciel Asaib Ahl al-Haq, niczym iracki Cyrankiewicz, powiedział, że jeśli ktoś podniesie rękę na budynek należący do jego milicji, to może być pewien, że milicjanci mu tę rękę odrobią („any hand that approaches our offices and the headquarters of Asaib Ahl al-Haq will be cut off”).

    Członkowie pro-irańskich milicji - źródło: Mahmoud Hosseini, asnim News Agency

    Depesza z Rijadu

    Według nieoficjalnych informacji, rząd Iraku prowadzi rozmowy z Saudami dotyczące importu energii elektrycznej z Królestwa. Jednak póki co niewiele wiadomo o tych negocjacjach. Moim zdaniem, jeśli takie rozmowy faktycznie są prowadzone, to Saudowie będą grali na czas. Nic nie wskazuje na to, aby Iran w najbliższym czasie wznowił dostawy prądu do Iraku. Im dłużej protesty trwają, tym ich wymiar jest bardziej antyirański. Saudom jest to na rękę i będą pewnie czekać na eskalację protestów. Dopiero gdy protesty będą dostatecznie duże, i skrajnie anty-irańskie, Saudowie zawrą umowę z Irakiem, czym odniosą ogromne propagandowe zwycięstwo.

    MBS - saudyjski następca tronu - źródło: The White House, flickr.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    Dzisiaj tekst wrzucam później niż zwykle, ale - tak jak zaznaczyłem - to jest wieczorne wydanie. Poza tym komunikacja miejska w Bagdadzie to jakaś pomyłka. ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    #geopolityka #bliskiwschod #irak #iran #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #steemit
    pokaż całość

  •  

    Arabowie i nowy jedwabny szlak, czyli jak wykoleić lokomotywę

    10 lipca w Pekinie odbył się szczyt Chińsko-Arabskiego Forum Współpracy Międzypaństwowej. Podczas rozmów dyskutowano nad zaciśnięciem wzajemnej współpracy i budowie nowego jedwabnego szlaku. Prezydent Xi obiecał przeznaczyć 21 miliardów dolarów na pożyczki dla arabskich partnerów oraz 106 milionów dolarów na bezzwrotną pomoc. Pekiński szczyt pokazał, że Chiny przywiązują coraz większą wagę do Bliskiego Wschodu. Dlaczego te region jest dla Chin tak ważny? Jak Arabowie podchodzą do Chińczyków? Kto zagraża chińskim planom względem Bliskiego Wschodu? Na wszystkie te pytania odpowiemy w dzisiejszym wydaniu „Pulsu Lewantu”.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Wojna o surowce
    Ropa naftowa odgrywa ogromną rolę we współczesnej gospodarce Państwa Środka. Do lat 90. XX wieku Chińczycy byli w stanie samodzielnie zaspokoić swoje zapotrzebowanie na ten surowiec. Jednak w 1992 roku chińskie zapotrzebowanie na ropę naftową przekroczyło krajowe możliwości produkcyjne. W związku z tym Pekin zaczął poszukiwać zagranicznych dostawców i bardzo szybko ich znalazł. W efekcie chiński import ropy naftowej zaczął rosnąć w ekspresowym tempie. W 1989 roku Chiny importowały zaledwie 3.3 miliony ton ropy rocznie. W 1999 roku było to już 36.6 milionów. W 2017 roku Chiny importowały aż 429 milionów ton ropy naftowej – tym samym Państwo Środka wyprzedziło USA i stało się największym na świecie importerem ropy naftowej.

    Lata 90. Chińczycy spędzili na poszukiwaniu odpowiednich dostawców ropy. Początkowo próbowano zaopatrywać się „bliżej domu” np. w Indonezji, Malezji, lecz zasoby ropy naftowej były zbyt małe w tych krajach, aby zaspokoić chińskie potrzeby. Dlatego też ostatecznie zdecydowano, że to kraje arabskie powinny zostać głównymi dostawcami ropy na rynek chiński. W związku z tym w 2004 roku utworzono Chińsko-Arabskie Forum Współpracy Międzypaństwowej. W jej skład weszły Chiny oraz 22 państw członkowskich Ligi Państwa Arabskich. Początkowo ta współpraca była bardzo luźna, lecz – w miarę wzrostu chińskiego zapotrzebowania na ropę naftową – wzajemne relacje nabierały coraz wyraźniejszych kształtów.

    Porównanie importu i eksportu ropy naftowej przez USA i Chiny (w mln baryłek) - źródło: U.S. Energy Information Administration, flickr.com

    Arab policy paper
    Prawdziwym przełomem był rok 2016. Wtedy prezydent Chin Xi Jinping po raz pierwszy odwiedził Bliski Wschód. W tym samym roku chiński rząd opublikował tzw. „Arab policy paper” – dokument strategiczny określający cele chińsko-arabskiej współpracy. Zgodnie z tym dokumentem wzajemne relacje mają skupić się na 3 sektorach:
    1) współpracy energetycznej – to ma być podstawa,
    2) infrastruktura, handel i inwestycje
    3) współpraca w zakresie nowych źródeł energii (w tym energii atomowej) oraz eksploracji kosmosu.

    Punkt 1 jest realizowany już od lat. Enigmatycznie brzmiący punkt 2 oznacza w praktyce budowę nowego szlaku jedwabnego, w którym Bliski Wschód odgrywa bardzo ważną rolę. Punkt 3 jest obecnie w fazie konsultacji.

    Chińczycy nie skupiają się jednak jedynie na umysłach Arabów, ale także na ich sercach. Od lat prowadzona jest międzypaństwowa wymiana najzdolniejszych studentów, lekarzy, inżynierów, oficerów itd. Chińczycy nie szczędzą pieniędzy na ten projekt. Uważają, oni że ci zdolni młodzi ludzie za kilka, kilkanaście lat będą stanowić elitę w swoich krajach i mieć duże wpływy w kręgach rządzących. W związku z tym Chińczycy już teraz próbują zaskarbić sobie ich sympatię. Jednocześnie Chińczycy próbują docierać także do mas. W 2009 roku założono stację telewizyjną CGTN Arabic, której filia znajduje się w Dubaju. Stacja ta jest nadawana satelitarnie i dzięki temu dostępna w każdym z arabskich krajów. Cała ramówka tego kanału jest w języku arabskim. Oficjalnie CGTN Arabic ma przybliżyć Arabom chińską kulturę, zwyczaje i politykę.

    W „Arab Policy Paper” Chińczycy mocno podkreślają swoją neutralność względem arabskich konfliktów na Bliskim Wschodzie i potrzebę ich rozwiązywania w sposób pokojowy. Chińska praktyka nie różni się zbytnio od teorii zarysowanej na kartach „APP”. Chiny starają się przede wszystkim zachęcić Arabów do współpracy obietnicami szybkiego rozwoju gospodarczego. Jednocześnie faktycznie nie angażują się w arabskie spory. Dobrze pokazała to już pierwsza wizyta Xi Jinpinga na Bliskim Wschodzie w 2016 roku. Prezydent Chin odwiedził wtedy Egipt oraz dwóch arcywrogów – Arabię Saudyjską i Iran. Tym samym Xi dobitnie pokazał, że Chiny nie zaangażują się w konflikt KSA-Iran. Wydaje się, że Chińczycy wybrali bardzo słuszną taktykę. Jednocześnie jednak, takie stanowisko – w perspektywie długofalowej – jest bardzo trudne do utrzymania, zwłaszcza w obecnych czasach.

    Szczyt APEC, 2014 rok, Pekin - źródło: presidenciamx, flickr.com

    Błędy Obamy i „korekty” Trumpa
    Podczas prezydentury Obamy, USA ogłosiły pivot na Azję. Tym samym amerykańskie zainteresowanie Bliskim Wschodem znacznie zmalało. Przesłanie Obamy dla Arabów było jasne – „musicie sami zająć się swoimi problemami, my (Amerykanie) mamy na głowie Chiny”. Tymczasem polityczne próżnie nigdy nie istnieją długo, a zwłaszcza w przypadku Bliskiego Wschodu – który zawsze będzie zainteresowany współpracą z państwami G7, ich technologiami i inwestycjami. Tym samym próżnia stworzona przez Amerykanów została momentalnie wypełniona przez Rosję i Chiny. Oczywiście obecność Rosji na Bliskim Wschodzie jest znacznie bardziej widoczna – głównie ze względu na wojnę w Syrii – jednak nie można nie dostrzegać chińskich zakusów w tym regionie, które stają się coraz śmielsze.

    „Błędy” administracji Obamy próbował naprawić Trump. Widzi on wyraźnie, że Arabowie wcale nie zajęli się sami swoimi sprawami, lecz zajmują się flirtowaniem – raz z USA a innym razem z Rosją lub Chinami. Próbując zatrzymać wzrost wpływów chińsko-rosyjskich w regionie, Trump postanowił zacieśnić więzi Waszyngtonu z jednym z państw arabskich, które – jako ścisły sojusznik USA – stałoby się hegemonem w regionie i tym samym umocniło amerykańskie wpływy na Bliskim Wschodzie. Trump, jak można się było tego spodziewać, na swojego głównego sojusznika namaścił Arabię Saudyjską. Wybór ten był ogromnym błędem. Saudowie postanowili skupić wokół siebie kraje Zatoki nie dzięki skrzętnej dyplomacji, lecz za pomocą siły – na to natomiast sąsiednie kraje nie chcą się zgodzić. Saudyjska polityka doprowadziła do – trwającego już ponad rok – kryzysu katarskiego i niemal całkowitego paraliżu Rady Współpracy Zatoki Perskiej. Na to wszystko nakłada się jeszcze rywalizacja saudyjsko-irańska.

    Amerykańsko-saudyjskie wybryki nie pozostają bez znaczenia na relacje chińsko-arabskie. Zarówno obóz saudyjski, jak i irański, chcą przeciągnąć Chińczyków na swoją stronę, co sprzeczne jest z założeniami, które legły u podstaw „Arab policy paper”. Póki, co Chińczykom udaje się balansować między tymi wrogimi obozami, jednak nie wiadomo jak długo będzie to nadal możliwe.

    Saudyjski następca tronu - źródło: kremlin.ru

    Byleby tylko „somsiad” się nie wzbogacił, czyli modlitwa Araba

    Bliski Wschód jest istotny dla Pekinu nie tylko ze względu na uzależnienie chińskiego przemysłu od ropy naftowej, ale także ze względu na rolę jaką ten region ma odegrać w stworzeniu nowoczesnej wersji szlaku jedwabnego. Główne połączenie lądowe, w ramach tego projektu, ma przebiegać przez Iran i Turcję. Natomiast połączenie morskie ma przechodzić przez cieśninę Bab al-Mandab, która oddziela Afrykę od Azji. Dlatego też Chińczykom ogromnie zależy na rozwoju infrastruktury Bliskiego Wschodu oraz zakończeniu arabskich wojen, które od lat ciągną region w dół.

    Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Arabowie bardzo przychylnie patrzą na chiński projekt, gdyż związane z nim korzyści ekonomiczne będą ogromne. Jednak w rzeczywistości arabscy liderzy podchodzą do projektu z odrobiną rezerwy. Co prawda nie kwestionują oni zysków jakie otrzymają ich kraje po dołączeniu do projektu, jednak nie podoba im się to, że jednym z beneficjentów chińskiej inicjatywy będzie także Iran. Takie głosy stały jeszcze liczniejsze po ogłoszeniu przez Trumpa powrotu anty-irańskich sankcji. Arabowie uważają, że Iran tym razem nie wytrzyma ekonomicznej presji i „reżim Ajatollahów” #pdk ( ͡° ͜ʖ ͡°) upadnie – taki scenariusz jest stosunkowo prawdopodobny, co podkreślają nawet sami irańscy ekonomiści.

    Jeśli ktoś może uchronić Iran przed upadkiem to jest to następująca trójka: UE, Rosja i Chiny. Unia co prawda deklarowała chęć pomocy, lecz w praktyce okazała się niezdolna do jakichkolwiek działań, które faktycznie mogłyby zabezpieczyć irańską gospodarkę. Rosja natomiast postanowiła wykorzystać irański kryzys dla własnych korzyści. W efekcie jedynym liczącym się graczem, na którego Iran może nadal liczyć są Chiny. To właśnie Państwo Środka nie boi się amerykańskich sankcji i przejmuje – po uciekających europejskich firmach – kontrakty na realizację strategicznych projektów np. Chińczycy mają przejąć kontrakt francuskiego Total S.A. na obsługę South Pars – największego pola gazu ziemnego na świecie.

    W związku z powyższym Arabowie postrzegają Chiny jako wybawiciela Iranu i dlatego sceptycznie podchodzą do współpracy nad nowym szlakiem jedwabnym, który jeszcze bardziej umocni gospodarczą pozycję ich arcywroga.

    Prezydent Iranu, Hassan Rouhani - źródło: Tasnim News Agency

    Rozładować napięcie
    Chińczycy dostrzegają te obawy i dlatego postanowili zorganizować szczyt Chińsko-Arabskiego Forum Współpracy – głównym celem było ostateczne przekonanie Arabów do inicjatywy „pasa i drogi”. Dyplomaci z Pekinu bardzo dobrze przygotowali się do tego spotkania. Dzień przed szczytem – 9 lipca – doszło do spotkania ministrów spraw zagranicznych Chin i KSA. Podczas tego spotkania Wang Yi – szef chińskiego MSZ-u – nazwał Saudów „głównymi” partnerami w budowie nowego szlaku jedwabnego. Chińczycy obiecali pomóc Królestwu w realizacji programu „Saudi Vision 2030”, który stanowi oczko w głowie saudyjskiego następcy tronu i jednocześnie cierpi na brak wystarczających źródeł finansowania. Jednocześnie Saudowie i Chińczycy mieli rozmawiać na temat wspólnego stanowiska w kwestii protekcjonistycznej polityki USA. Do niedawna polityka gospodarcza Trumpa przeszkadzała głównie Chińczykom. Jednak kilka tygodni temu Kongres zaczął pracować nad NOPEC („No Oil Producing and Exporting Cartels Act”). Zgodnie z tą ustawą OPEC może zostać uznany za kartel, który narusza amerykańskie przepisy antymonopolowe i będzie mógł być pozywany przed amerykańskie sądy. W efekcie Arabowie nie mogli by – tak jak robią to obecnie – dogadywać się co do zmiany poziomu wydobycia ropy, co ma bezposrendie przełożenie na ceny tego surowca. Chińczycy mieli obiecać Saudom całkowite poparcie w lobbyingu na rzecz odrzucenia NOPEC. Co prawda arabskie sterowanie ceną ropy nie jest korzystne dla Chin, ale zdecydowanie większym zagrożeniem dla nich jest protekcjonistyczna polityka USA niż monopolistyczny OPEC.

    Wydaje się, że chińsko-saudyjskie spotkanie było bardzo owocne, gdyż dzień później – podczas chińsko-arabskiego forum – wszyscy arabscy liderzy mówili o „konieczności” współpracy z Chińczykami.

    Ahmed Al-Jubeir, saudyjski minister spraw zagranicznych - źródło: U.S. Department of State, flickr.com

    Wytrawny gracz

    Pekiński szczyt pokazał jak wytrawnym i niebezpiecznym graczem jest Państwo Środka. Chińczycy dobrze wiedzą kto rozdaje karty w Zatoce Perskiej. Doskonale zdawali sobie sprawę, z tego że jeśli Saudowie ich poprą to tak samo postąpi także reszta państw Ligi Arabskiej. Jednak nie tylko to świadczy o kunszcie Chińczyków. Najbardziej zdumiewające jest to, że Chińczykom udało się sprowadzić do Pekinu także delegację z Kataru i nie spotkało się to z żadnymi szykanami ze strony KSA. Co prawda nie może być mowy o żadnym przełomie w katarskim kryzysie, ale warto odnotować że Chińczykom udało się zebrać w jednej sali przedstawicieli tych zwaśnionych nacji. Wydaje się, że rywalizacja w obrębie krajów Zatoki potencjalnie może mieć bardzo duży wpływ na chińską inicjatywę „pasa i drogi” – o czym poniżej.

    Prexydent Xi Jinping - źródło: kremlin.ru

    Brama łez
    Chiński jedwabny szlak to nie tylko droga lądowa, ale także droga morska. Szlak morski ma przechodzić przez cieśninę Bab al-Mandab („Brama łez”) leżącą między Jemenem a Dżibuti. Cieśnina ta jest bardzo wąska – w najwęższym miejscu jej szerokość wynosi zaledwie 26 km. W efekcie Bab al-Mandab jest jednym z najbardziej newralgicznych miejsc na mapie chińskiego szlaku. Pekinowi zależy, aby region ten był stabilny i nic nie zakłócało przepływu towarów przez cieśninę. Dlatego też Chińczycy porozumieli się z władzami Dżibuti i założyli w tym kraju bazę wojskową, która ma ochraniać chińską flotę handlową.

    Cieśnina Bab al-Mandab - źródło: NASA

    Róg Afryki

    Jednocześnie jednak zabezpieczenie cieśniny Bab al-Mandab jest o tyle trudne, że leży ona w bezpośrednim sąsiedztwie Somalii. Co prawda nie ma tu już piratów, ale nadal jest to jeden z najbardziej zapalnych regionów świata, który obecnie stał się polem walki Zjednoczonych Emiratów Arabskich i, wspieranego przez Turcję, Kataru.

    Na wstępie trzeba podkreślić, że rząd federalny Somalii nie panuje nad całością swojego terytorium. Na północy, u wybrzeży Zatoki Adeńskiej, znajduje się Somaliland, który w zasadzie stanowi odrębne państwo – jednak nie jest uznawany przez społeczność międzynarodową. Tymczasem na południowym wybrzeżu władzę przejęli islamscy bojownicy – głównie z organizacji Asz Szabab. Pozostały teren pozostaje pod kontrolą rządu federalnego, ale jest to raczej luźna kontrola, bo Somalia posiada kilka regionów autonomicznych np. Puntland i Jubaland.

    Mimo tego rozdarcia wewnętrznego Somalia nadal stanowi region o bardzo istotnym znaczeniu strategicznym. Dla Krajów Zatoki Perskiej region ten ma szczególne znaczenie, bo leży w bezpośrednim sąsiedztwie szlaku morskiego, którym eksportują ropę na zachód. Dlatego też kraje te coraz częściej mieszają się w sprawy wewnętrzne Somalii. Jednocześnie jednak kraje arabskie nie prowadzą wobec Somali ujednoliconej polityki i wspierają różnych somalijskich graczy.

    Katar oraz Turcja wspierają prezydenta rządu federalnego. Natomiast ZEA wspierają Somaliland, który nie chce podporządkować się władzy centralnej. Co istotne Somaliland poparł Saudów w ich konflikcie z Katarem. Jednocześnie Turcja oraz ZEA posiadają – odpowiedni w Somalii i Somalilandzie – stałe bazy wojskowe, w których trenują lokalne milicje. Póki co walka Kataru i ZEA ma wymiar ekonomiczny, ale ciężko powiedzieć czy w dalszej perspektywie to się nie zmieni. W efekcie Somalia stała się krajem rozdartym nie tylko ze względu na podziały wewnętrzne, ale także ze względu na wpływy zagranicznych „mocarstw”.

    Obecna sytuacja w Somalii - źródło: Ingoman, commons.wikimedia.org

    Chińczycy na ratunek

    Dobrze, dobrze panie Laguna, gadasz pan tu o jakichś Somalijczykach, ale co to ma wspólnego z Chińczykami? Już przechodzę do meritum. Rosnące napięcie w Rogu Afryki w żadnym wypadku nie leży w interesie Chin. Przedłużanie się regionalnej rywalizacji między Katarem a ZEA tylko powiększa ryzyko militarnej konfrontacji Somalilandu z rządem centralnym. Jeśli do takich walk dojdzie to będzie to oznaczało poważne zagrożenie dla nowego jedwabnego szlaku, a już na pewno zwiększy koszty jego budowy. Dlatego też Chińczycy próbują zbliżyć do siebie zwaśnione kraje Zatoki Perskiej. Jednocześnie jednak Chiny chcą pozostać neutralne i nie stawać jednoznacznie po żadnej ze stron. Prawdopodobnie Pekin liczył na to, że saudyjska koalicja i Katar mogą wykorzystać pekiński szczyt jako platformę, która w przyszłości zostanie wykorzystana do rozwiązania katarskiego kryzysu. O ile możliwe, że jednym z chińskich celów podczas forum było wpłynięcie na katarski kryzys to dyskutowanie na temat efektów tej akcji byłoby czystą spekulacją – dlatego w tym miejscu autor musi uciąć wątek.

    Doha, stolica Kataru - autor: jchoate7, pixabay.com

    Podsumowanie

    Chiny i kraje arabskie łączy coraz więcej. Początkowo chodziło wyłącznie o ropę naftową, lecz teraz Bliski Wschód może odegrać decydującą rolę w chińskim projekcie stulecia. Pytanie tylko czy Arabowie będą chcieli w końcu zrezygnować z wyniszczających wojenek na rzecz wspólnego bogacenia się. Stawką, o którą toczy się tu gra nie jest tylko to czy Arabowie będą się bogacić z Chińczykami czy też nie. Stawka jest dużo większa. W najgorszym wypadku to Arabowie, swoją emocjonalnością, nieprzewidywalnością i odwiecznymi wojenkami mogą sami wykoleić chińską lokomotywę o nazwie „nowy jedwabny szlak”.

    Zachód słońca nad meczetem - autor: xegxef, pixabay.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #geopolityka #bliskiwschod #rosja #chiny #iran #somalia #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #steemit
    pokaż całość

  •  

    Trump i Putin razem przeciwko Iranowi?

    16 lipca w Helsinkach spotka się dwóch potężnych liderów – Donald Trump i Władimir Putin. Wśród przewidywanych tematów rozmów przewijają się: sytuacja na Ukrainie, relacje na linii Moskwa-Waszyngton, a także – co ciekawe – irańskie wpływy w Syrii. Wiele wskazuje na to, że sytuacja w kraju rządzonym przez klan Assadów wkrótce może zmienić się o 180 stopni. Po długiej przerwie, zapraszam wreszcie na kolejny odcinek "Pulsu Lewantu". ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Iran out
    Amerykańskie i rosyjskie źródła twierdzą, że jednym z głównych tematów rozmów w Helsinkach ma być sytuacja w Syrii. Jak twierdzą anonimowi członkowie administracji Trumpa, prezydent USA ma zaproponować Putinowi bardzo lukratywną ofertę współpracy. USA zakończyłoby wsparcie dla rebelii, wycofało swoje wojska z Syrii i zgodziłoby się na zatrzymanie władzy przez Assada. Jednak nie ma nic za darmo. W zamian za te amerykańskie ustępstwa, Rosjanie musieliby "wyrzucić" z Syrii Irańczyków. Jeśli te doniesienia są prawdziwe, a wiele na to wskazuje, to już wkrótce może nas czekać kolejne wielkie przetasowanie na Bliskim Wschodzie. Co ciekawe, te rewelacje zostały pośrednio potwierdzone przez Mike'a Pompeo, amerykańskiego sekretarza stanu, który na ostatniej konferencji prasowej powiedział „jeśli Rosjanie będą w stanie wyrzucić Irańczyków z Syrii, to z chęcią im przyklasnę”.

    Szczegółowe propozycje nie są znane, ale najprawdopodobniej Amerykanie będą naciskać na całkowite wyrzucenie Iranu z Syrii. W zamian Amerykanie mają być gotowi na wiele – mówi się nawet o całkowitym wycofaniu wojsk US Army z Syrii i poparciu dla Assada. Otwartą kwestią ma pozostawać nawet wycofanie się Amerykanów z północnej Syrii, a dokładnie z terenów opanowanych przez SDF. Co prawda jest to nieco szokujące, ale administracja Trumpa przyzwyczaiła nas już do takich spektakularnych zmian sytuacji. Według arabskiej prasa Damaszek i Kurdowie już rozpoczęli tajne rokowania, w ramach których ma być ustalony przyszły status północnej Syrii. Inni twierdzą natomiast, że taka umowa już została wynegocjowana – niestety, obecnie nie jest możliwe sprawdzenie prawdziwości tych informacji.

    Według części źródeł, zwłaszcza arabskich, w Helsinkach ma być omawiana jeszcze kwestia sankcji nałożonych na Rosję po inwazji na Ukrainę. Według arabskich dziennikarzy jeśli Rosja zgodzi się na wyrzucenie „Irańczyków” z Syrii, to USA zniesie cześć antyrosyjskich sankcji. Moim zdaniem te rewelacje są dużo mniej prawdopodobne niż informacje o wycofaniu się Amerykanów z Syrii. Jednak z drugiej strony administracja Trumpa wiele razy zaskakiwała – być może zrobi to i tym razem.

    Bye, bye Iran - źródło: kremlin.ru

    Gest dobrej woli
    Warto także zaznaczyć, że Amerykanie wykazali już dużo dobrej woli dla potencjalnego antyirańskiego porozumienia z Rosją. Obecnie na południu Syrii trwa rządowa operacja wojskowa. Po jej zakończeniu Syria odzyska kontrolę nad swoją północną granicą (oczywiście z wyjątkiem okupowanych Wzgórz Golan). Operacja ta nie byłaby możliwa, gdyby nie poparcie jej przez USA i Izrael. Jednym z warunków tego porozumienia było zagwarantowanie przez Rosjan, że z operacji zostanie wykluczony Iran. Sami rebelianci z Frontu Południowego przyznali, że skontaktował się z nimi amerykański emisariusz, który dał im wyraźnie do zrozumienia, że rebelia z południa Syrii nie może już dłużej liczyć na militarne wsparcie Ameryki.

    USA chcą za wszelką cenę ukrócić wpływy Iranu na całym Bliskim Wschodzie i doprowadzić do jak największej izolacji Iranu. „Wyrzucenie” Irańczyków z Syrii byłoby ogromnym ciosem dla Teheranu, który – według de Mistury – wydaje około 6 miliardów dolarów rocznie na wsparcie dla klanu Assadów. Iran liczył, że w zamian za wsparcie dla Damaszku, otrzyma zgodę na utworzenie na terenie Syrii stałych baz, co przypieczętuje wciągnięcie Syrii do strefy irańskich wpływów. Jednocześnie Syria działałaby jako kanał przerzutowy „z” i „do” Libanu. Ponadto irańskie bazy w Syrii miałyby działać jako środki nacisku na Tel Awiw.

    Amerykańskie propozycje to woda na młyn Władimira Putina. Prezydent Rosji robi wszystko, aby wyciągnąć swój kraj z izolacji politycznej, w której znalazł się po kryzysie ukraińskim. Putin uważa, że właśnie teraz – w dobie ogromnych napięć na linii UE-USA – jest idealny moment, aby dogadać się z Amerykanami. Ponadto sytuacja, w której Rosjanie pozostają jedynym liczącym się mocarstwem w Syrii jest dla Kremla bardzo kusząca. Nie jest żadnym sekretem, że rosyjska i irańska wizja przyszłej Syrii znaczenie się od siebie różnią.

    Ponadto zgrzyty między Rosją a Iranem na innych płaszczyznach także stają się coraz wyraźniejsze – szczególnie widać to w związku z wystąpieniem USA z irańskiej umowy nuklearnej. Początkowo rosyjska dyplomacja twierdziła, że jest gotowa wziąć czynny udział w uratowaniu umowy. Jednak w praktyce Rosjanie pozostali całkowicie bierni i przyglądali się europejskim i amerykańskim umizgom wobec siebie, czekając kto zaoferuje im więcej. Mało tego, Rosjanie dogadali się z Saudami co do zwiększenia wydobycia ropy naftowej – co jest policzkiem dla Teheranu.

    Prezydenci Putin i Rouhani - źródło: kremlin.ru

    Rosja gwarantem izraelskiego bezpieczeństwa
    Także bliskowschodni sojusznicy USA bardzo przychylnie patrzą na wspominane rewelacje. Głównym zainteresowanym jest tutaj Izrael, dla którego "wyrzucenie" Irańczyków z Syrii staje się coraz bardziej palącą kwestią – zwłaszcza, że wojna coraz szybciej zbliża się ku końcowi. Izrael nie uważa się za wroga Assada i rządów Baath. Głównym zagrożeniem dla Tel Awiwu jest przede wszystkim obecność Irańczyków w Syrii. Dopóki w Syrii panował chaos i żadna z walczących stron nie mogła zdobyć znaczącej przewagi, Izrael pozostawał stosunkowo bierny. Jednak gdy w zeszłym roku szala zwycięstwa zaczęła coraz wyraźniej przechylać się na stronę Assada, Irańczycy zaczęli działać w Syrii dużo swobodniej. Sprzęt wojskowy, który wcześniej był dostarczany przez Iran prawie wyłącznie na bieżące potrzeby Assada, teraz zaczął być wysyłany do Libanu – a Syria została przekształcona w kanał przerzutowy. Nie mogąc liczyć na interwencję zbrojną ze strony USA, Izrael wziął sprawy we własne ręce. Od 2017 roku izraelskie lotnictwo regularnie bombarduje irańskie cele w Syrii. W ten sposób Tel Awiw chce „wykurzyć” Irańczyków z południowej Syrii, lecz póki co rezultaty tych działań są dość marne. Izrael potrzebuje w Syrii, i w dodatku po stronie rządowej, stronnika, który „zaatakuje” Irańczyków od wewnątrz.

    Co ciekawe, Rosja – mimo dysponowania przez rosyjski kontyngent nowoczesną obroną przeciwlotniczą – od samego początku nie reagowała na izraelskie naloty. Ponadto Rosja wielokrotnie zapewniała władze z Tel Awiwu, że nie będzie wspierać sprzętowo Hezbollahu, którego elementy stacjonują w Syrii. W efekcie doprowadziło to do sytuacji, gdy Izrael stosunkowo przychylnie patrzy na rosyjską obecność w Syrii i postrzega ją bardziej w kategorii gwaranta izraelskiego bezpieczeństwa narodowego niż zagrożenia. Zwłaszcza w ostatnim czasie stosunki między Rosją a Izraelem uległy wyraźniej poprawie. Najlepiej świadczy o tym fakt, że Putin i Netanyahu spotkali się w 2018 roku już 2-krotnie. Co ciekawe, kolejne spotkanie tych przywódców wyznaczone zostało na 11 lipca (dzisiaj) – zaledwie kilka dni przed wspomnianym spotkaniem w Helsinkach. Nic też dziwnego, że – jak twierdzą anonimowe źródła w Białym Domu – plan Trumpa został w całości zaakceptowany przez Tel Awiw.

    Prezydent Netanyahu podczas Parady Zwycięstwa w Moskwie w 2018 roku - źródło: kremlin.ru

    Tymczasem w „Zatoce Majętności”
    Izrael nie jest jedynym krajem z regionu Bliskiego Wschodu, który przychylnie patrzy na „wyrzucenie” Irańczyków z Syrii. Według nieoficjalnych informacji plan był wstępnie omawiany z krajami Zatoki i spotkał się z ich aprobatą. O ile kraje Zatoki, w odróżnieniu od Izraela, już w 2011 roku bardzo mocno zaangażowały się w wojnę w Syrii, to ich celem w samym sobie nie było nigdy odsunięcie od władzy Assada. Kraje Zatoki chciałby przede wszystkim zlikwidować irańskie wpływy w Syrii. Assad był i nadal jest postrzegany przez te kraje bardziej jako narzędzie w rękach Teheranu niż samodzielny przywódca. Jak wynika z nieoficjalnych informacji, kraje Zatoki wyraziły nawet chęć zainwestowania dużych sum pieniędzy w odbudowę Syrii – pod warunkiem, że wpływy Iranu zostaną ukrócone.

    Warto także zaznaczyć, że według informacji, do których dotarli dziennikarze gazety New Yorker, plan antyirańskiej umowy Trump-Putin został opracowany właśnie przez kraje Zatoki i Izrael. Według tych rewelacji ZEA, KSA i Izrael już od 2016 roku nakłaniały Trumpa do dogadania się z Rosją kosztem Iranu.

    Mike Pompeo podczas wizyty w Rijadzie - źródło: U.S. Department of State, flickr.com

    Co na to Baszszar?
    Co ciekawe wiele wskazuje na to, że nawet sam Damaszek jest zainteresowany pogłębieniem sojuszu z Rosją i ukróceniem wpływów Iranu. Co prawda Iran odegrał ogromną rolę w utrzymaniu Assada przy władzy, lecz obecnie Iran jest dla Syrii ciężarem a nie wsparciem. W ostatnim czasie, zwłaszcza po ogłoszeniu przez Trumpa wycofania się z umowy nuklearnej, Iran nie ma „dobrej prasy”. Jednocześnie Syria jest traktowana przez Zachód jako "przybudówka" Iranu, co bardzo utrudnia jej aktywny powrót na arenę międzynarodową. Damaszek prawdopodobnie obawia się, że gdy amerykańskie sankcje względem Iranu zostaną przywrócone, Teheran znajdzie się w tragicznej sytuacji ekonomicznej – w takiej sytuacji Syria nie będzie już mogła liczyć na wsparcie z Teheranu w takich rozmiarach jak wcześniej, a tym samym sojusz z Iranem stanie się bezużyteczny. Co prawda obeznani obserwatorzy mogą zauważyć, że do 2015 roku Iran był obłożony dolegliwymi sankcjami a i tak nadal wspierał Assada. To prawda. Jednak obecnie wiele wskazuje na to, że – paradoksalnie – obecnej irańskiej gospodarce będzie dużo ciężej "przeżyć" amerykańskie sankcje. Nie chodzi wcale o ich dolegliwość, lecz o fakt, że Irańczycy – po zniesieniu części sankcji – w dużym stopniu zadłużyli się licząc na szybki wzrost gospodarczy. Tym samym lokalna gospodarka stała się bardzo wrażliwa na jakiekolwiek zawirowania.

    W związku z powyższym Assad próbuje zmienić stronę i dogadać się z Rosjanami – co zresztą zauważyli już irańscy dziennikarze. W interesie prezydenta Syrii jest, aby zrobić to jak najszybciej, póki jeszcze dysponuje jakimikolwiek atutami. Momentem krytycznym, do którego Assad ma czas na „zmianę obozu”, jest powrót amerykańskich sankcji przeciwko Iranowi. Później będzie już za późno i Syria będzie zdana na łaskę Rosjan.

    Prezydent Syrii - Baszszar al Assad - źródło: kremlin.ru

    Jak pozbyć się irańskiego lokatora?
    Czy pozycja Rosji w Syrii jest na tyle silna, aby wprowadzić w życie ewentualne porozumienie z Helsinek? Część osób twierdzi, że nie np. Michael McFaul – były amerykański ambasador w Moskwie. Podkreślić należy, że wpływy Iranu w Syrii są ogromne. Stacjonuje tam wiele ugrupowań, które są ściśle powiązane z reżimem ajatollahów. Harakat al Nujaba (tzw. Iracki Hezbollah), Liwa Fatemiyoun (Beygady Fatymidzkie), czy Hezbollah to tylko niektóre z tych grup. Jednocześnie Irańczycy, de facto, posiadają w Syrii stałe bazy wojskowe np. pod Damaszkiem, w okolicach granicy z Libanem, na Pustyni Syryjskiej, pod Aleppo i w okolicach Deir Ezzor. Ponadto, jak wskazują nieoficjalne informacje, Irańczycy przekazują członkom swoich stronnictw pieniądze na zakup ziemi w Syrii.

    Z drugiej strony wpływy rosyjskie w Syrii rosną z dnia na dzień. Obecnie można zaryzykować stwierdzenie, że to Rosjanie stali się stroną dominującą w obozie rządowym. Od czasów ofensywy na Pustyni Syryjskiej, Irańczycy zostali wykluczeni z większych operacji wojskowych, które przeprowadzane są wyłącznie pod nadzorem Rosjan. Ponadto Rosja coraz bardziej wybija się na wyłącznego "adwokata" Syrii na arenie międzynarodowej.

    Rosyjski kontyngent stacjonujący w bazie Humajmim (Syria) - źródło: kremlin.ru

    Podsumowanie
    Pytanie tylko czy rosyjskie wpływy są na tyle silne, aby doprowadzić do całkowitego „wyrzucenia” Iranu z Syrii. Moim zdaniem nie. Reżim Ajatollahów owinął Syrię swoimi mackami i za nic w świecie nie będzie chciał jej puścić. Jeśli Rosjanie będą chcieli pozbyć się Iranu to będą musieli wpierw porozumieć się w tej kwestii z Assadem. Bez błogosławieństwa Damaszku cała operacja jest – moim zdaniem – zdana na porażkę. Zagadką pozostaje tylko jak silne wpływy posiada Iran w syryjskich kręgach rządowych. Nie wybiegajmy jednak zbyt daleko w przyszłość – póki co musimy poczekać na wynik rozmów Putina i Trumpa.

    Rosjanie w Aleppo - źródło: mil.ru

    Po ponad miesiącu przerwy wracam na wykop - co prawda wpadałem tu od czasu do czasu i widziałem, że spamowaliście na "moim tagu" pewnym cudem francuskiej motoryzacji. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Najpierw zajmowałem się sesją a potem odpoczywałem. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Od tej pory będę regularnie wstawiał artykuł - myślę, że minimum 1 na tydzień. We wrześniu moja aktywność prawdopodobnie zwiększy się, może będą wtedy jakieś "super ekstra materiały". ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #geopolityka #bliskiwschod #syria #rosja #iran #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #steemit
    pokaż całość

  •  

    Spisek przeciwko premierowi Bahrajnu!

    Według informacji do jakich dotarła gazeta al-Quds al-Arabi, w Bahrajnie trwa właśnie zaciekła walka o władzę. Król Bahrajnu chce odsunąć od władzy premiera (notabene, swojego stryja), który piastuje to stanowisko nieprzerwanie od 1971 roku. Tymczasem sąsiadujące państwa coraz bardziej angażują się w tę wewnętrzną rozgrywkę.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Stary premier
    Książę Chalifa ibn Salman jest premierem Bahrajnu nieprzerwanie od 1971 roku, kiedy to stanowisko zostało powierzone mu przez brata - Isę, ówczesnego króla. Isa był zainteresowany głównie polityką zagraniczną i dlatego powierzył księciu Chalifa prowadzenie polityki wewnętrznej. W efekcie Chalifa zdobył w Bahrajnie ogromne wpływy. Gdy Isa zmarł, a na tronie zasiadł jego syn - Hamad - pozycja Chalify była już mocno ugruntowana.

    Księcia Chalifę można określić jako szarą eminencję bahrajńskiej monarchii. Jego wpływy w państwie są obecnie bardzo silne. Dyplomaci z sąsiednich krajów dobrze wiedzą, że jeśli chcą zawrzeć jakiś układ z Bahrajnem to muszą uzyskać zgodę nie tylko króla Hamada, ale także księcia Chalify.

    Początkowo król Hamad, który rządzi od 1999 roku, pozwalał na taki dualizm, gdyż sam był za słaby aby odsunąć potężnego stryja od władzy. Obecnie jednak król jest coraz bardziej zdeterminowany, aby zawalczyć o samodzielne rządy. Ponadto Hamad chce zmienić sukcesję - odsunąć od tronu syna Salmana i uczynić swoim następcą młodszego Nassera. Jednocześnie, niejako na osłodę, Salman zostałby nowym premierem. Tymczasem sąsiedzi Bahrajnu wiedzą o planach króla Hamada, lecz nie potrafią zając jednolitego stanowiska.

    Chalifa ibn Salman Al Chalifa - autor:Government of Thailand, flickr.com

    Młode wilki
    Jak wynika z informacji, do których dotarła gazeta al Quds al-Arabi, król Hamad uzyskał dla swojej sprawy poparcie ze strony Mohammeda bin Zayeda Al Nahyana (MBZ) - następcy tronu ZEA. MBZ uważa, że książę Chalifa to bardzo silna persona i jego wyeliminowanie może znaczenie ułatwić zwasalizowanie Bahrajnu. Jednocześnie MBZ porozumiał się w tej sprawie z saudyjskim następcą tronu - Mohammedem bin Salmanem (MBS). Jak wynika z nieoficjalnych informacji, MBS poparł plan króla Hamada i MBZa - jednak najprawdopodobniej zrobił to w ramach "przysługi" dla MBZ a nie licząc na jakieś większe korzyści dla Arabii Saudyjskiej.

    MBZ na spotkaniu z Putinem - autor: kremlin.ru

    Salman junior vs senior
    Jeśli MBS faktycznie poparł obalenie księcia Chalify, to tym samym stanął w opozycji do oficjalnego stanowiska Rijadu. Król Salman popiera politykę Chalify i uważa go za ważną personę na bliskowschodniej arenie politycznej. Stanowisko saudyjskiego króla jest popierane przez innych sędziwych monarchów Zatoki np. emira Kuwejtu. "Stara gwardia" popiera Chalifę, bo uważa że doskonale radzi on sobie z rozładowywaniem napięć religijnym w Bahrajnie - szyici stanowią tutaj ok. 70% mieszkańców, natomiast rządząca dynastia jest sunnicka, co sprawia że Bahrajn to beczka prochu.

    Mohammed bin Salman z Tillersonem - źródło: The White House, flickr.com

    Co po odsunięciu Khalify?
    Jeśli książce Khalifa zostanie odsunięty od władzy, to jego następca stanie przed wieloma wyzwaniami. Z jednej strony będzie on musiał dbać o rozładowanie napięć społecznych - głównie na tle religijnym. Z drugiej strony emiracki następca tronu - MBZ - będzie liczył na uzyskanie większych wpływów politycznych w Bahrajnie i z pewnością zacznie, w większym stopniu niż dotychczas, angażować się w wewnętrzne rozgrywki polityczne.

    Po upadku księcia Chalify, szczególnie duże zagrożenie powstanie dla bahrajńskiej niezależności. Zarówno książę Chalifa, jak i król Hamad, próbują prowadzić niezależną politykę zagraniczną - dla której głównym zagrożeniem jest Arabia Saudyjska. Co prawda w ostatnich latach Saudowie coraz bardziej ingerują w wewnętrzne sprawy Bahrajnu - np. saudyjskie wojska wkroczyły (bez zaproszenia lokalnych władz) do Bahrajnu w 2011 roku, aby położyć kres arabskiej wiośnie, która ogarnęła Bahrajn. Jednak nadal ciężko powiedzieć, aby Królestwo Bahrajnu zostało przez Saudów zwasalizowane - głównie właśnie dzięki dotychczasowej współpracy króla Hamada i księcia Chalify.

    Władze Bahrajnu dostrzegają zagrożenie ze strony KSA i dlatego postanowiły zacieśnić swoją współpracę z Wielką Brytanią - zwłaszcza po wydarzeniach z 2011 roku. Londyn bardzo przychylnie patrzy na Bahrajn, który dawniej pozostawał pod władzą brytyjską. Dobrym przykładem tej współpracy jest otwarcie bazy morskiej HMS Jufair, która ma służyć Royal Navy patrolującej wody Zatoki Perskiej.

    Jeśli książę Chalifa zostanie odsunięty od władzy, to współpraca bahrańsko-brytyjska może się szybko załamać. Wydaje się, że król Hamad jest dużo słabszym politykiem niż książę Chalifa. Król Hamad prawdopodobnie uważa, że to on jest w tej rozgrywce graczem a MBZ i MBS tylko narzędziami, lecz szybko może okazać się że jest zupełnie na odwrót. Wydaje się, że po upadku tak doświadczonego polityka jak książę Chalifa, plan MBZa na zwiększenie emirackich wpływów w Bahrajnie może się powieść. Jednocześnie jednak przez swoją strukturę społeczną Bahrajn jest na tyle specyficznym krajem, że odsunięcie od władzy księcia Chalify może nie tylko poskutkować zwiększeniem wpływów emirackich, ale przede wszystkim doprowadzić do jeszcze większych tarć społecznych - nie tylko religijnych, bo całe społeczeństwo bahrańskie (bez względu na wyznawaną religię) wydaje się mocno anty-saudyjskie i anty-emirackie. W efekcie Bahrajn może stać się kolejnym punktem zapalnym na mapie Bliskiego Wschodu.

    Protesty w Bahrajnie w 2011 roku - źródło: Lewa'a Alnasr, bahrain.viewbook.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #geopolityka #bliskiwschod #bahrajn #arabiasaudyjska #zea #lagunacontent #steemit
    pokaż całość

  •  

    UE pod ścianą. Iran idzie po swoje!

    Religijny przywódca Iranu – Ali Chamenei – niespodziewanie włączył się do dyskusji na temat irańskiej umowy atomowej i wysunął ostre żądania wobec UE. Tymczasem Europa nadal próbuje uratować wspomnianą umowę, jednak póki co jej inicjatywy okazują się mało skuteczne. Jednocześnie jednak napięcie na linii Bruksela-Waszyngton jest coraz większe. Jednocześnie w kryzys irański coraz mocniej angażują się Chińczycy. O tym wszystkim w dzisiejszym wydaniu Pulsu Lewantu - zapraszam. ;)

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------
    Przemówienie Chameneiego

    23 maja Chamenei wygłosił przemówienie, w którym sformułował swoje żądania wobec Europy. Muszą one zostać spełnione, jeśli Iran ma pozostać wierny umowie z 2015 roku. Poniżej najważniejsze z tych żądań:
    1. państwa europejskie powinny chronić eksport ropy z Iranu przed amerykańskimi sankcjami
    2. europejskie banki powinny chronić wymianę handlową między EU a Iranem
    3. UK, Francja oraz Niemcy powinny przysiąc, że nie będą prowadzić żadnych negocjacji dotyczących irańskiego programu rakietowego i irańskiego zaangażowania w regionie Bliskiego Wschodu.

    Jeśli żądania Chameneiego nie zostaną spełnione, to Iran odstąpi od umowy. Tym samym Europa znalazła się pod ścianą a jej możliwości negocjacyjne zostały mocno ograniczone. Z jednej strony utrzymanie umowy leży w jej interesie gospodarczym i politycznym. Jednak z drugiej strony żądania Iranu są bardzo wygórowane – zwłaszcza te dotyczące programu rakietowego.

    Cały problem polega na tym, że UE nie może od tak nakazać europejskim firmom i bankom handlować z Iranem. Każda nawet najmniejsza decyzja, podjęta w ramach Unii, wymaga długiej dyskusji i uzgodnień na różnych szczeblach. Dobrze obrazuje to sytuacja z europejskimi bankami.

    Ali Chamenei, najwyższy przywódca Iranu - autor: Seyedkhan, commons.wikimedia.org

    Kto obsłuży handel UE-Iran?

    W związku z nadchodzącymi amerykańskimi sankcjami, handel będzie mocno utrudniony, gdyż w transakcjach z Irańczykami środkiem płatności nie będzie mógł być dolar. Dlatego też Komisja Europejska wystąpiła do europejskich banków z pytaniem jak podchodzą one do perspektywy obsługiwania transakcji z Iranem np. w euro lub rialu. Pozytywna odpowiedź nadeszła w zasadzie tylko od sześciu niemieckich spółdzielni kredytowych (tzw. volksbanken). Jednak jest to tylko kropla w morzu potrzeb. Z pewnością małe niemieckie spółdzielnie same nie uciągną ciężaru jakim będzie handel z Iranem.

    Szczególnie przykra odpowiedź przyszła do KE z Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). To właśnie EBI miał stać się głównym atutem w rękach Europejczyków. EBI miał udzielać Irańczykom kredytów w euro, dzięki czemu handel UE-Iran mógłby odbywać się bez zagrożenia ze strony USA. Jednak jak wynika z nieoficjalnych informacji, szefostwo EBI zdecydowanie odrzuciło pomysł Komisji Europejskiej. EBI twierdzi, że robienie interesów z Irańczykami stanowi zbyt duże zagrożenie. Aż 1/3 pożyczek udzielanych przez EBI jest obsługiwana w dolarze. W związku z tym EBI obawia się, że jeśli zgodzi się na udzielanie kredytów Irańczykom, to – nawet jeśli będą one udzielana w euro – spotka się to z represjami ze strony USA. Nawet jeśli Amerykanie nie będą mogli nałożyć na EBI sankcji, bo ten przecież nie będzie handlował z Irańczykami w dolarze, to i tak Amerykanie mają szeroki wachlarz możliwości. Waszyngton mógłby np. zakazać EBI inwestowania na rynku amerykańskim.

    Richard Nephew, dawny doradca prezydenta Obamy, powiedział że jeśli EU chce handlować z Iranem to musi porzucić plany wykorzystania do tego dotychczasowych instytucji, gdyż te są zbyt mocno związane z amerykańskim rynkiem i przez to są bezużyteczne w obecnej sytuacji. Zamiast tego Europa powinna stworzyć nowe instytucje. Pytanie tylko czy UE ma na takie zagranie wystarczająco dużo czasu – pierwsze sankcje amerykańskie wejdą w życie już za kilka miesięcy.

    Euro - autor: MichaelM, pixabay.com

    Czy małe firmy są antidotum?
    Duże europejskie firmy nie chcą ryzykować konfliktu z USA i całkowicie ignorują propozycje UE. Dobrym przykładem jest francuski Total, którego włodarze zapowiedzieli, że to czy nadal będą prowadzić interesy w Iranie zależy od tego czy ich firma otrzyma zgodę od władz w Waszyngtonie – stanowisko Brukseli jest dla Totalu bez znaczenia.

    Nie mogąc wpłynąć na wielkie firmy, wydaje się że Bruksela wkrótce zacznie zachęcać do handlu z Iranem mniejsze przedsiębiorstwa. Firmy te nie dysponują aż tak wysokimi technologiami jak ich więksi konkurenci, ale z drugiej strony często nie mają powiązań z amerykańskim rynkiem – co w obecnej sytuacji jest ogromnym atutem. Jednocześnie jednak małe firmy także podchodzą z dużą rezerwą do pomysłu inwestowania w Iranie. Nie chodzi wcale o Amerykanów, lecz o samych Irańczyków. Małe przedsiębiorstwa z niechęcią patrzą na duży interwencjonizm państwowy występujący w irańskiej gospodarce, co może prowadzić do dużej niestabilności potencjalnych inwestycji. Jednocześnie UE póki co nie jest w stanie zapewnić tym firmom wystarczających zabezpieczeń na wypadek gdyby ich inwestycje padły ofiarą irańskiego interwencjonizmu.

    Wydaje się, że Irańczycy dostrzegają te obawy małych europejskich firm. W ostatnim czasie na rozkaz Chameneiego powołano specjalną Radę Ekonomiczną, której członkami zostały najważniejsze osoby w państwie. Głównym celem Rady jest przeprowadzenie reform ekonomicznych, które mają ułatwić prowadzenie inwestycji w Iranie i jednocześnie zabezpieczyć te inwestycje przed interwencją ze strony organów państwowych.

    Budowa - autor: dimitrisvetsikas1969, pixabay.com

    Problemy wewnątrz Iranu
    Wystąpienie Chameneiego z żądaniami było zaskoczeniem dla wielu osób. Zaskoczenie było tym większe, że z jego wcześniejszych wypowiedzi wynikało, że dał on prezydentowi Rouhaniemu wolną rękę w sprawie negocjacji – z zastrzeżeniem, że zainterweniuje dopiero, gdy zobaczy że administracja prezydenta sobie nie radzi. Występując z żądaniami Chamenei mocno podkopał pozycję negocjacyjną Rouhaniego. Ponadto pokazał, że w Iranie występują duże tarcia między radykałami a reformistami (obóz prezydenta Rouhaniego) - o czym zresztą mówi się już od dawna. Można się spodziewać, że im dłużej negocjacje z Europą będą się przeciągać, tym rola Chameneiego będzie rosła.

    Jednak po głębszej refleksji dojdziemy do wniosku, że wystąpienie Chameneiego nie wynikało z jego osobistej niechęci do Rouhaniego, lecz bardziej z obawy o przyszłość Iranu. W ciągu ostatnich 8 miesięcy irański rial stracił aż połowę swojej wartości. W tym samym czasie ceny podskoczyły o ok. 30-40%. Co prawda od 2015 roku irańska gospodarka stopniowo wychodzi z kryzysu, a tylko w tym roku wzrost PKB ma osiągnąć ok. 4,5%, ale „szarzy” Irańczycy póki co nie odczuli w zbyt dużym stopniu zniesienia sankcji. Jeszcze kilka miesięcy temu irańscy ekonomiści zapowiadali, że całe społeczeństwo odczuje skutki umowy z 2015 roku dopiero za ok. 1 rok. Jednak w sytuacji, gdy USA znowu nałoży na Iran sankcje, ta data staje się nierealna. Już teraz rodzi to ogromne tarcia społeczne. Dlatego też władze w Teheranie prewencyjnie zapowiadają, że wszystkich protestujących będą traktować jak „szpiegów syjonistów i Amerykanów”.

    O ile irańskie władze są zdolne do zduszenia niepokojów społecznych, to jednak nie są w stanie zdusić bolączek swojej ekonomii. Szczególnie wrażliwym sektorem w irańskiej gospodarce jest sektor bankowy. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego aż 12% irańskich pożyczkobiorców ma problemy z płatnościami. Przy czym liczba ta prawdopodobnie jest dużo większa, gdyż irańskie banki ostatnio zaczęły udzielać tzw. „kredytów wysokiego ryzyka” - udzielane kredytobiorcom o niskiej zdolności kredytowej. W sytuacji nałożenia sankcji przez USA, Irańczykom będzie bardzo ciężko utrzymać tę kredytową bańkę spekulacyjną.

    Sto rialów irańskich - autor: Bank Markazi Jomhouri Eslami Iran,commons.wikimedia.org

    Europa pod ostrzałem
    Władze Iranu bardzo dobrze znają słabości swojej gospodarki i dlatego też wysuwają tak ostre żądania wobec EU. Iran chce europejskiej pomocy i to już teraz. Władze w Teheranie nie mogą czekać aż Europa sama coś wymyśli, gdyż z każdym dniem zagrożenie dla irańskiej gospodarki rośnie. W związku z tym Irańczycy wytaczają coraz cięższe działa, które mają być środkiem nacisku na Brukselę.

    Gdy Chamenei wygłaszał swoje przemówienie zastrzegł, że oczekuje na podjęcie odpowiednich kroków przez UE do czerwca. Termin ten minął a Europa nadal nie przedstawiła praktycznych rozwiązań jak pomóc Iranowi. W związku z tym 5 czerwca 2018 roku Chamenei ogłosił, że zlecił krajowej organizacji atomowej rozpoczęcie przygotowań do przyspieszenia prac nad wzbogaceniem uranu. Docelowo Irańczycy chcą osiągnąć poziom wzbogacenia równy 190 000 SWU. Taki poziom wzbogacenia pozwoliłby uruchomić reaktory atomowe w Buszehr oraz w Teheranie. Według irańskich zapowiedzi poziom 190 000 SWU zostanie osiągnięty za dwa lata. Póki co decyzja Chameneiego jest tylko straszakiem, gdyż póki co Irańczycy nie przystąpią do wzbogacania uranu, lecz przeprowadzą wyłącznie odpowiednie przygotowania. Jednocześnie władze zapowiadają, że przygotowania te będą mogły być obserwowane przez przedstawicieli JCPOA – umowa z 2015 roku. Z drugiej strony ten straszak ma przekonać Europę do jeszcze większych wysiłków.

    Arak, ośrodek produkcji ciężkiej wody - autor: Nanking2012, commons.wikimedia.org

    Wojna handlowa USA vs EU

    Iran nie jest jedynym punktem zapalnym w stosunkach USA-EU. Do końca maja Europa była zwolniona z wyższych ceł na import stali i aluminium na rynek amerykański. UE mocno naciskała na administrację Trumpa, aby zwolnienia te były przedłużone. Jednak Waszyngton był nieugięty i postanowił nie przedłużyć zwolnień dla EU.

    W ramach odpowiedzi Komisja Europejska przygotowała listę amerykańskich produktów importowanych do Europy, które także zostaną obłożone wyższym cłem – wartość importu towarów z listy wynosi ok. 6,4 miliarda dolarów. Jednak ta decyzja KE wcale nie zmieniła nastawienia Trumpa. Mało tego, Waszyngton grozi że wyższe cła zostaną nałożone także na samochody, które są importowane z Europy – przy czym nieoficjalnie mówi się, że import samochodów z Niemiec zostanie całkowicie zakazany.

    Protekcjonistyczna polityka Trumpa budzi oburzenie w całej UE, gdyż Europa widzi w niej zagrożenie dla wolnego handlu. To właśnie Europa jest jednym z głównych beneficjentów zasady wolnego handlu. Dlatego też UE zdecydowała się wnieść do Światowej Organizacji Handlu sprawę przeciwko USA, twierdzące że wyższe cła naruszają statut tej organizacji. Co prawda unijni politycy starają się wypowiadać na temat sporu z USA z dużym dystansem i unikają słowa "wojna". Jednak wydaje się, że wojna handlowa UE z USA jest faktem i wkrótce nastąpi dalsza eskalacja i przerzucanie się cłami.

    Po stronie UE stanęły m.in. Meksyk oraz Kanada, które to państwa także mocno odczuły nowe cła. Na marginesie warto wspomnieć, że USA nakładając nowe cła uzasadniała swoją decyzję „względami bezpieczeństwa narodowego” i twierdziła, że głównym celem jest wyeliminowanie z rynku amerykańskiego stali i aluminium importowanych z Chin. Jednak prawda jest nieco inna, bo chińskie surowce mają stosunkowo mały udział w ogólnym imporcie USA – z pewnością dużo mniejszy niż Kanada, Meksyk czy UE.

    Z drugiej strony mimo kryzysu na linii USA-UE, obie strony są nadal w stanie współpracować. Niedawno USA, UE oraz Japonia zawarły porozumienie dotyczące reform wewnątrz WTO, które w większym stopniu niż dotychczas zakażą państwom członkowskim subsydiowania przemysłu – w praktyce jest to wymierzone w Chiny. Jednocześnie w zeszły piątek EU złożyła w WTO skargę przeciwko Chińczykom – chodzi o wymuszony transfer technologii. Europejscy politycy liczyli, że uda im się przekonać USA do szerszej współpracy w imię walki z Chińczykami. Jednak póki co USA uważa, że może walczyć na polu handlowym jednocześnie z Chinami, jak i UE.

    Prezydent Donald Trump - autor: Gage Skidmore,flickr.com

    Biały dom, czyli kto tu dowodzi?
    Warto zwrócić uwagę, że polityka administracji Trumpa w kwestii wolnego handlu jest mocno niekonsekwentna. Każdy jego współpracownik zdaje się mówić coś zupełnie innego. W efekcie dochodzi do sytuacji, gdy poszczególni doradcy prezydenta wzajemnie sobie przeczą. Dobrze obrazuje to sytuacja z zeszłego tygodnia. Najpierw administracja Trumpa ogłosiła, że wkrótce na Chiny zostaną nałożone nowe cła. Kilka dni później sekretarz skarbu - Steven Mnuchin – powiedział, że wojna handlowa z Chinami została wstrzymana. Tymczasem doradca Trumpa ds. handlu – Peter Navarro – udzielił wywiadu, w którym stwierdził że słowa Mnuchin'a to tylko „przejęzyczenie”.

    Taka sytuacja jest spowodowana tym, że w administracji Trumpa nie ma platformy, która pozwalałaby jego doradcom wypracować jednolite stanowisko – tak przynajmniej twierdzą nieoficjalne źródła. Wszystko zaczęło się od rezygnacji Rob'a Porter'a – doradcy Trumpa, który został oskarżony o przemoc domową. Za czasów Porter'a doradcy Trumpa mogli uzgodnić swoje stanowisko na spotkaniach, które odbywały się regularnie co tydzień.

    Jednak po odejściu Porter'a w lutym 2018 roku zrezygnowano z takiej formuły spotkań. Co ciekawe spotkało się to z dużym poparciem ze strony samego prezydenta, który uznał że nieprzewidywalność amerykańskiej polityki zagranicznej będzie jej ważnym atutem.

    Prezydent Donald Trump w gabinecie owalnym, Peter Navarro piąty od prawej- autor: White House, instagram.com

    Nowy sojusznik

    Tymczasem do walki o Iran przystąpił niespodziewany sojusznik – Indie. W zeszłym tygodniu szef irańskiego MSZ-u spotkał się ze swoją indyjską odpowiedniczką – Sushmą Swaraj. Po spotkaniu Swaraj zapowiedziała, że Indie będą przestrzegać wyłącznie sankcji nałożonych przez ONZ a nie przez pojedyncze państwa.

    Indie zapowiedziały, że nadal będą kupować irańską ropę. Co ciekawe płatności za ropę będą prowadzone w indyjskich rupiach. Operacje finansowe mają być obsługiwane przez indyjski bank państwowy – UCO.

    Indyjska postawa względem Iranu wynika z faktu, że indyjska gospodarka ma ogromne zapotrzebowanie na energię – w tym ropę naftową. Indie są trzecim, po USA i Chinach, największym konsumentem ropy naftowej na świecie. W związku z tym utrzymanie importu ropy naftowej na wysokim poziomie jest sprawą bezpieczeństwa narodowego o wysokim priorytecie. Władze w Nowym Delhi uważają, że Iran jest idealnym partnerem w zakresie współpracy energetycznej.

    Indie chcą nie tylko utrzymać obecnym import ropy naftowej i gazu ziemnego z Iranu na dotychczasowym poziomie, ale nawet jeszcze go zwiększyć - Indie i Iran dyskutują nad budową podmorskiego rurociągu, który połączyłby oba państwa. Jednocześnie w całej sprawie nie chodzi tylko o irańską ropę i gaz. Indie liczą, że będą mogły używać Iranu jako pośrednika w imporcie surowców rzadkich z Turkmenistanu czy Kazachstanu.

    [Spotkanie premiera Modiego i prezydenta Rouhaniego - autor: Narendra Modi, flickr.com](PrimeMinisterNarendraModiwithPresidentofIranHassan_Rouhani)

    Chińczycy pukają do drzwi

    Gdy amerykanie zapowiedzieli przywrócenie sankcji przeciwko Iranowi, francuski Total S.A. zapowiedział, że będzie starał się uzyskać dla siebie zwolnienie. Jednak póki co starania Francuzów były bezowocne. Tymczasem Irańczycy postanowili nie czekać na rezultat negocjacji francusko-amerykańskich i już teraz zacząć szukać nowego partnera.

    Bijan Namdar Zanganeh, irański minister ds. ropy naftowej, zapowiedział że jeśli w ciągu sześćdziesięciu dni Total nie uzyska zwolnienia to ich koncesja zostanie cofnięta, a na miejsce Francuzów wejdą Chińczycy z China National Petroleum Corporation, która jest przedsiębiorstwem państwowym. Tym samym w rękach chińskich znałoby się pole South Pars, które jest uważne za największe na świecie pole gazu ziemnego – po zakończeniu inwestycji ma ono produkować aż 56 milionów m3 gazu ziemnego dziennie.

    Spotkanie prezydenta Xi Jinpinga i Chameneiego - źródło: khamenei.ir

    W co gra Putin?
    Tymczasem Władimir Putin spotyka się z przedstawicielami państw UE i próbuje wynegocjować z nimi, jak najkorzystniejszą dla siebie, umowę. EU chce, aby Rosja wsparła wysiłki europejskie, które mają na celu utrzymanie umowy atomowej z Iranem. W ostatnim czasie w Moskwie goszczono zarówno Merkel jak i Marcrona. Jednak Putin podchodzi do rozmów z europejskimi liderami z dużą rezerwą. Co prawda mówi o chęci współpracy i wspólnym froncie, ale z jego strony nie padły jeszcze konkretne propozycje dotyczące tego w jaki sposób Rosja może wesprzeć Iran.

    Obecnie głównym celem Putina jest wykorzystanie ruchu Trumpa propagandowo jako "przejawu fałszywości amerykańskiej polityki zagranicznej". Jednocześnie Putin liczy na jeszcze większy rozłam między USA a UE. Sam Putin nie proponuje UE żadnych rozwiązań. Zamiast tego pozwala europejskim politykom walczyć o swoją przychylność. Wsparcie ze strony Rosji w kryzysie irańskim jest dla Europy koniecznością. Z drugiej strony pomaganie Iranowi jest także w interesie samej Rosji. Putin zdaje sobie z tego sprawę, lecz jednocześnie chce uzyskać od Europy jak najwięcej ustępstw - i wydaje się, że to właśnie tutaj leży przyczyna chwilowej bierności ze strony Rosji. Co ciekawe Rosja prowadzi tutaj walkę nie tylko za pomocą kanałów dyplomatycznych, ale także drogami mniej oficjalnymi - Lukoil zapowiedział, że dopóki sytuacja w Iranie się nie wyklaruje zawiesza swoje plany inwestycji w Iranie, gdyż nie chce narażać się Amerykanom.

    Po wizycie Merkel i Macrona wydaje się, że EU być może rozważa pewne ustępstwa względem Rosji. Zarówno Merkel jak i Macron podczas swoich wizyt wspominali, że ich państwa dużo dzieli z Rosją, ale z drugiej strony dużo mówili o chęci współpracy i zasadniczo można powiedzieć, że byli nastawienie bardzo pobłażliwie względem Putina. Szczególnie wizyta Macrona przebiegała w bardzo przyjacielskim tonie - tak przynajmniej twierdzą źródła nieoficjalne. Z drugiej strony po wizycie w Rosji, Macron zorganizował konferencję, na której powiedział, że sankcje wobec Rosji zostaną zniesione tylko wtedy, gdy nastąpi jakiś postęp w rosyjsko-ukraińskich rozmowach dotyczących konfliktu na wschodzie Ukrainy.

    Jednocześnie podczas wizyty Marcona zapowiedziano, że francuski Total zainwestuje ok. 2,6 miliarda dolarów w rosyjskie odwierty prowadzone w Arktyce. Tym samym Total ma zmniejszyć straty jakie dotkną tę francuska firmę po wycofaniu się z lukratywnego biznesu w Iranie.

    Spotkanie prezydentów Macrona i Putina- źródło: kremlin.ru

    Sojusz anty-łupkowy

    Tymczasem bardzo ciekawe rozmowy trwają na linii Rijad-Moskwa. Gdy w 2016 roku ceny ropy spadły do zaledwie ok. 30 dolarów za baryłkę, Rosja i kraje OPEC uznały że muszą coś z tym zrobić. Rosja zaproponowała członkom OPEC ograniczenie wydobycia, co miało wywindować ceny ropy w górę. Początkowo kraje OPEC, a zwłaszcza Iran, niechętnie podchodziły do takich propozycji. Jednak ostatecznie osiągnięto porozumienie – było to o tyle niezwykłe, że Rosjanom udało się zgromadzić po tej samej stronie barykady zarówno Saudów jak i Irańczyków. Ostatecznie ceny ropy poszły w górę i wszyscy sygnatariusz porozumienia byli zadowoleni.

    Gdy Trump zapowiedział przywrócenie sankcji względem Iranu, cena ropy poszła w górę. Jednocześnie analitycy giełdowi zauważyli, że jeśli Iran zostanie wyeliminowany z handlu ropą to ceny tego surowca mogą podskoczyć bardzo wysoko. Mogłoby się wydawać, że dla Rosji i członków OPEC podwyżka cen ropy to idealna wiadomość. Otóż, wcale nie. Rosjanie i Saudowie wcale nie chcą podwyżek cen ropy. Uważają, że jeśli ropa zdrożeje to Amerykanie zaczną inwestować jeszcze więcej w rozwój technologii eksploatacji gazu łupkowego.

    Póki co koszty wydobycia ropy naftowej są o wiele niższe niż gazu łupkowego. Jednak nie jest to już tak duża różnica jak na samym początku wydobycia gazu łupkowego. Amerykanie cały czas prowadzą badania nad opracowaniem metody taniej eksploatacji łupków. Każda podwyżka cen ropy jeszcze bardziej zachęca USA do przyspieszenia prac nad tymi metodami. W związku z tym podwyżka cen ropy byłaby krótkotrwałym sukcesem dla Rosji i krajów OPEC, lecz długofalowo taka podwyżka działaby wyłącznie na korzyść USA. Rosja i Saudowie zdają sobie z tego sprawę, i dlatego już pod koniec maja 2018 roku oba te państwa zaczęły dyskutować na temat zwiększenia produkcji ropy naftowej.

    Spotkanie saudyjskiego następcy tronu Mohammeda Bin Salmana i prezydenta Putina- źródło: kremlin.ru

    Podsumowanie

    Obecnie ciężko przewidzieć jak dalej potoczy się kryzys irański. Wydaje się jednak, że jedno jest pewne. Iran za wszelką cenę będzie chciał uzyskać broń atomową. Jeśli nawet teraz Unii uda się przekonać Teheran do respektowania umowy, to Iran, po zakończeniu 15-letniego okresu ograniczenia swojego programu atomowego (okres ten wynika z umowy JCPOA) przystąpi do jego szybkiej odbudowy. Wycofanie się USA z irańskiego dealu spowodowało, że nawet mniej radykalne środowiska irańskie uznały, że posiadanie broni atomowej jest gwarantem bezpieczeństwa.

    Test irańskiej rakiety balistycznej Emad na pustyni - źródło: Tasnim News Agency

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku
    - w szczególności zachęcam do zapoznania się z moimi poprzednimi tekstami na temat Iranu: dlaczego UE wspiera Iran oraz amerykańskie ultimatum dla Iranu.

    #bliskiwschod #iran #ue #chiny #rosja #indie #geopolityka #gruparatowaniapoziomu #steemit #lagunacontent
    pokaż całość

    +: adrian__, r......7 +121 innych
    •  

      @JanLaguna: kawal dobrej roboty, dziekuje za wartosciowy material.

      Niech zyje Persja, na pohybel Zydom i USA ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      @JanLaguna: Czyli Unia Europejska okrakiem wycofa się z tej umowy, a miejsce Europejczyków i Amerykanów zajmą Chińczycy, Hindusi i Rosjanie.
      Oczywiście w takim układzie to tylko kosmetyka, Iran tak czy siak odczuje skutki przywróconych sankcji w mniejszym czy większym stopniu.
      Ale zastanawiające jest co innego. Iran za zdobyte środki prowadził dotychczas ekspansywną politykę w Iraku, Syrii, Libanie, Palestynie i Jemenie a nawet posiadał przychylne stanowisko Kataru, Omanu i dość chwiejne Kuwejtu.
      Bez środków Ajatollahowie będą musieli ograniczyć swoje kierunki operacyjne i wycofać się z części krajów - co widać chociażby po Jemenie i Syrii - osobiście mam wrażenie, że przynajmniej w części o to chodziło Trumpowi.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    Wróg u bram: Saudyjska koalicja zaledwie 20 km od strategicznego portu

    Według pro-saudyjskich raportów, awangarda wojsk koalicyjnych znajduje się już zaledwie 20 km od Hudajdy. Jest to miasto o ogromnej wartości strategicznej, które może przesądzić o dalszych losach wojny w Jemenie. W Hudajdzie znajduje się port, za pomocą którego do rebeliantów Huthi dociera zaopatrzenie od Irańczyków. Jeśli koalicja zajmie port rebelianci zostaną prawie w całości odcięci od irańskiego wsparcia. Co prawda, po ewentualnym upadku Hudajdy, w rękach Huthi pozostałby jeszcze spory kawałek wybrzeża, jednak nie ma tam już portu o zdolnościach przeładunkowych podobnych do portu z Hudajdy.

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Tempo ostatniej ofensywy jest imponujące. O ile wcześniej koalicyjne operacje były raczej powodem do żartów - np. [wyczyny Tariqa Saleha](https://www.wykop.pl/wpis/31488465/dajcie-mi-sprzet-a-w-tydzien-bede-w-saanie-ʖ-tydz/) ( ͡° ͜ʖ ͡°) - to teraz jest to bardzo dobrze zorganizowana operacja. Całą kampanią kierują wojska z ZEA. Jednocześnie w operacji bierze udział plemię al-Zarānīq, które zamieszkuje w rejonie Hudajdy. O wojennych losach tego plemienia nie wiadomo zbyt dużo, poza tym że są to sunnici i wchodzą w skład tzw. konfederacji plemion Madhaj. Być może część członków al-Zarānīq walczyło wcześniej po stronie Houthi, lecz nie jest to nic pewnego.

    W każdym razie to prawdopodobnie dzięki tubylcom, którzy świetnie znają teren, koalicja czyni aż tak duże postępy. Od momentu rozpoczęcia ofensywy - przełom kwietnia/maja - koalicja posunęła się aż o blisko 80-90 km. Jest to ogromna odległość, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę jemeńskie realia - czasami walki o jedną przełęcz trwają tu miesiącami.

    Przywódca Huthi - Abdul-Malik al-Houthi - przyznał, że wojska rebelianckie ponoszą duże klęski na froncie południowym. Jednocześnie jednak dowództwo Houthi prawdopodobnie pracuje nad planami kontrofensywy - wojska koalicji posuwają się wzdłuż wybrzeża bardzo wąskim pasem. Jeśli siły Houthi będą w stanie wbić się klinem w ten korytarz, to mogą wywołać ogromną panikę wśród wojsk koalicji, co może w spektakularny sposób zakończyć równie spektakularną operację koalicji.

    Wydaje się jednak, że Saudowie zdają sobie sprawę z tego zagrożenia, gdyż równolegle do ofensywy na Hudajdę prowadzona jest inna operacja, w regionie miasta Taiz - położone u podnóża koalicyjnego korytarza. Saudowie chcą otoczyć Taiz i związać tutaj walką siły Houthi, które pozostają w regionie - tym samym uniemożliwiając ich udział w kontrofensywie pod Hudajdą.

    Jak dalsza sytuacja się rozwinie? Ciężko powiedzieć. Jednak jedno jest niemal pewne - jeśli padnie Hudajda to rebelianci Houthi zostaną pozbawieni irańskiego wsparcia i mogą wkrótce zacząć odczuwać ogromne braki materiałowe. Potencjalnie może mieć to ogromny wpływ na dalsze losy wojny.

    Sytuacja wojskowa w południowym Jemenie - źródło: źródło: A7_Mirza/Twitter.com

    -----------------------------------------------
    Jako, że część osób czeka na info dotyczące umowy irańskiej, to postaram się napisać dłuższy tekst w niedzielę/poniedziałek. Obecnie cierpię na małą ilość czasu. Mógłbym co prawda napisać w 1h jakiś tekst o Iranie, ale jednak wydaje mi się że osoby obserwujące #lagunacontent liczą na "quality content" a nie na suche notki prasowe. ( ͡~ ͜ʖ ͡°) Część osób mogłaby mi teraz zarzucić, że o Jemenie to pisze a o Iranie to nie chce, ale musicie zrozumieć, że czeki z Rijadu za darmo nie przychodzą. #assadowskasekcjaprosalmanska ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - w szczególności zapraszam do zapoznania się z moim starszym tekstem o zabójstwie Salaha Sammeda, też w Hudajdzie
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    źródło fotki przypiętej do wpisu: Ahmed Farwan/flickr.com

    #jemen #bliskiwschod #geopolityka #steemit #lagunacontent
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

    •  

      @DanekRBI: W zasadzie tak, ale nie do końca. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Gdyby wygrali Houthi to Iran zamieniłby Jemen w jedną wielką bazę militarną. Jest to niebezpiecznie, bo Jemen leży obok Bab al-Mandab - cieśniny między Afryką a Azją - która jest jedną z najważniejszych dróg morskich na świecie. W efekcie irańska dominacja w Jemenie mogłaby potencjalnie być bardzo groźna dla światowej żeglugi. Na to natomiast świat nie może się zgodzić i dlatego Francja, UK, USA udzielają Saudom wsparcia i ignorują oskarżenia o zbrodnie kierowanie przeciwko siłom koalicji.

      Natomiast gdyby wygrała koalicja to miałoby to dużo mniejsze znaczenie dla regionu. Saudowie w zasadzie poszerzyliby tylko swoją strefę wpływów, zagrożenia dla żeglugi by nie było itd. Potencjalnie może się także tak zdarzyć, że koalicja podbije Jemen i ujawnią się skrzętnie ukrywane antagonizmy między jej członkami - głównie chodzi mi o KSA i ZEA, które co prawda walczą ramię w ramie, ale mają inne wizje regionu. Kryzys wewnątrz koalicji może jeszcze umniejszyć to zwycięstwo, jakim byłoby zajęcie Jemenu, bo w takiej sytuacji koalicja nie byłaby w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji dotyczącej okupowanego terytorium.

      Jak chcesz wiedzieć coś więcej to pytaj. Polecam także zapoznanie się z #jemenfaq, które sporządzili chłopaki z #syria (w tym ja) kilka miesięcy temu. Znajdziesz je pod tym linkiem:
      https://www.wykop.pl/wpis/29321527/oto-i-obiecane-jemenfaq-ʖ-w-tym-miejscu-chcialbym/
      pokaż całość

    •  

      @JanLaguna: Dzięki wielkie za wyczerpującą wypowiedź. Jednak na wykopie siedzą też ludzie z ciekawą wiedzą, którą się potrafią dzielić, bardzo dziękuję :)

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Ultimatum USA wobec Iranu! Unia Europejska pod ścianą.

    W poniedziałek, 21 maja, Amerykanie wystosowali do władz Iranu 12-punktowe ultimatum. Tym samym Teheran otrzymał wybór: zmierzyć się z sankcjami lub zgodzić się na upokarzające amerykańskie żądania. Jednocześnie UE cały czas próbuje uratować umowę z Iranem. Tymczasem administracja prezydenta Rouhaniego musi zmierzyć się nie tylko z amerykańskim, lecz także rodzimym przeciwnikiem - jesteście ciekawi z kim? Zatem zapraszam na dzisiejsze wydanie "Pulsu Lewantu"

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------

    Pompeo atakuje!

    21 maja 2018 roku amerykański sekretarz stanu – Mike Pompeo – wystąpił w waszyngtońskiej "Heritage Foundation". Podczas swojego przemówienia przedstawił 12-punktowe ultimatum wobec Iranu i stwierdził, że Iran albo spełni amerykańskie żądania albo będzie musiał się zmierzyć z "najostrzejszymi sankcjami w historii". Oto lista amerykańskich żądań:

    1. Iran musi przedstawić kompletną dokumentację dotyczącą swojego programu atomowego
    2. Iran musi zaprzestać wzbogacania uranu i przetwarzania plutonu
    3. Iran musi udostępnić IAEA (Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej) nieograniczony dostęp do wszystkich ośrodków badawczych w kraju
    4. Iran musi przestać wysyłać swoje rakiety do grup rebelianckich (w domyśle Houthi) i zaprzestać prac nad pociskami zdolnymi przenosić ładunek atomowy
    5. Iran musi uwolnić wszystkich amerykańskich jeńców
    6. Iran musi przestać wspierać grupy rebelianckie, w tym Hezbollah, Hamas i Palestyński Islamski Dżihad
    7. Iran musi uznać suwerenność Iraku i pozwolić na demobilizację szyickich milicji w Iraku
    8. Iran musi przestać wspierać rebeliantów Huthi i zacząć pracować nad pokojowym rozwiązaniem konfliktu w Jemenie
    9. Iran musi wycofać swoje wojska z Syrii
    10. Iran musi przestać wspierać Taliban i przestać zapewniać schronienie członkom Al Kaidy
    11. Iran musi zakazać IRGC wspierania grup rebelianckich
    12. Iran musi przestać grozić Izraelowi i bezpieczeństwu międzynarodowej żeglugi. Musi zakończyć cyberataki. Musi wpłynąć na podporządkowanych sobie rebeliantów w Jemenie, aby ci przestali atakować cele w KSA i ZEA za pomocą rakiet balistycznych.

    Jak można łatwo zauważyć, to upokarzające ultimatum jest dla Iranu nie do przyjęcia. Dobrze podsumował to jeden z bliskowschodnich komentatorów, który powiedział, że USA wymaga od Iranu, aby ten "położył się na ziemi i udawał martwego".

    Pompeo zapowiedział, że jeśli Iran nie spełni amerykańskich żądań to będzie musiał zmierzyć się z "najostrzejszymi sankcjami w historii". Jednak takie groźby zapewne nie zrobiły zbyt dużego wrażenia na władzach w Teheranie. Sankcje, które zostały nałożone na Iran przed 2015 rokiem, były bardzo dotkliwe przede wszystkim dlatego, że prawie cała społeczność międzynarodowa sprzysięgła się przeciw władzy ajatollahów. Natomiast teraz anty-irańska koalicja jest bardzo mała.

    Mike Pompeo podczas spotkania w "Heritage Foundation" - źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    Stanowisko arabskich sojuszników

    Amerykańskie sankcje względem Iranu podzieliły nawet najbliższych sojuszników Waszyngtonu. Arabia Saudyjska, Bahrajn i ZEA bardzo ucieszyły się z ostatniej decyzji Trumpa. Natomiast Katar, Kuwejt i Oman twierdzą, że odstąpienie od JCPOA (akronim utworzony od pełnej nazwy irańskiej umowy) było błędem. Stanowisko tych ostatnich krajów wynika z tego, że w ostatnich latach bardzo mocno zacieśniły one swoją współpracę z Iranem. Poza tym widzą one Teheran jako idealną przeciwwagę dla saudyjskiej dominacji w regionie – liczą na to, że umiejętne balansowanie między Rijadem a Teheranem pozwoli im prowadzić niezależną politykę.

    Tym samym decyzja Trumpa wywołała ogromne tarcia wewnątrz Rady Współpracy Zatoki Perskiej, która i tak była już mocno podzielona. Tarcia te są tak duże, że część amerykańskich analityków mówi już o upadku Rady Współpracy Zatoki. W ten sposób administracja Trumpa została sama strzeliła sobie w kolano. Przed wystąpieniem z irańskiej umowy, Amerykanie liczyli na to, że to właśnie Rada jednogłośnie stanie po stronie USA.

    Warto w tym miejscu wspomnieć o wizycie Pompeo w Rijadzie pod koniec kwietnia – pisałem o tym tutaj. Zadaniem Pompeo było zakończenie kryzysu katarskiego i zjednoczenie Zatoki przeciwko Iranowi. Ostatecznie jednak widzimy, że wizyta ta zakończyła się kompletnym fiaskiem – nie tylko nie położyła końca katarskiemu kryzysowi, lecz jeszcze go pogłębiła.

    Mike Pompeo podczas swojej kwietniowej wizyty w Rijadzie - źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    Stanowisko Unii Europejskiej

    Amerykanie, występując z irańskiej umowy, liczyli że Europa pójdzie za nimi. Zgodnie z tym scenariuszem USA i UE miały zmusić Iran, aby ten znowu usiadł do negocjacji nowej umowy, już dużo bardziej dla siebie niekorzystnej. Jednak ostatecznie decyzja Trumpa nie spotkała się z nawet najmniejszym zrozumieniem ze strony Brukseli.

    Europa nadal stoi na stanowisku, że obecna umowa jest najlepszą możliwą opcją, której wypracowanie zajęło wiele lat i porzucenie jej teraz - zwłaszcza gdy Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej potwierdza, że Iran przestrzega jej zapisów, jest co najmniej nierozsądne. Poza tym unijni dyplomaci zarzucają Ameryce krótkowzroczność. Mogherini, komentując wystąpienie Pompeo, zauważyła że póki co USA przedstawiają same żądania, lecz nie wskazują w jaki sposób odejście od JCPOA zmusi Iran do zrezygnowania z broni atomowej.

    Na ostatnim szycie unijnym, który odbył się 17 maja w Sofii, zdecydowano, że UE wprowadzi w życie tzw. "prawo blokujące" - dokładnie jest to rozporządzenie Rady UE. Prawo to zostało uchwalone jeszcze w 1996 roku i miało pomóc europejskim firmom w obejściu amerykańskich sankcji nałożonych na Kubę, Libię i Iran. Ostatecznie jednak nigdy nie zostało wykorzystane, gdyż ostatecznie Europa poszła na ustępstwa względem USA. Jednak teraz, po ponad 20 latach, UE uznała, że należy "odkurzyć stare prawo".

    Teoretycznie rozporządzenie z 1996 roku może być bardzo potężną bronią, gdyż zakazuje ono europejskim organom respektowania orzeczeń sądów państw obcych, które nałożyły sankcje na państwa trzecie – rozporządzenie zawiera specjalny aneks, gdzie wskazano jakich sankcji i przeciwko komu UE nie respektuje. W efekcie gdyby np. amerykański sąd uznał, że dana europejska firma narusza sankcje nałożone na Iran i nałożył na nią karę to musiałby wystąpić o egzekucję do organów europejskich – te natomiast odmówiłyby współpracy.

    Inaczej sprawa wygląda w przypadku firm europejskich, które prowadzą swoje interesy także na rynku amerykańskim – tutaj amerykańskie organy mogłyby prowadzić egzekucję przeciwko danej firmie z dóbr, które znajdują się na terenie USA. Rozporządzenie z 1996 r. stara się zabezpieczyć europejskie firmy także przeciwko takiemu zagrożeniu – prawo to pozwala takim firmom prowadzić egzekucję przeciwko "podmiotom, które spowodowały straty po stronie firm europejskich", z majątku znajdującego się na terytorium UE. Jednak w tym miejscu pojawia się problem immunitetu państw obcych i dlatego ciężko wyobrazić sobie sytuację, gdy europejskie organy będą prowadzić egzekucję z majątku rządu USA. Europejscy politycy dostrzegli tę lukę i zapowiedzieli ją załatać. Francuski minister finansów, Bruno Le Maire, stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem byłoby gdyby amerykańskie kary były pokrywane bezpośrednio ze środków UE.

    Podsumowując, nazwa "prawo blokujące" brzmi groźnie, lecz w praktyce unijne przepisy ochronne mogą okazać się bezużyteczne. Co prawda rozporządzenia Rady UE są skuteczne bezpośrednio – zatem nie wymagają żadnego działania (implementacji) od państw członkowskich. Jednak w praktyce rozporządzenie z 1996 roku ustanawia jedynie ramy, które będą musiały zostać uzupełnione o konkretne mechanizmy. Potrzebne jest także uchwalenie specjalnego aneksu, który określi jakie sankcje mają być nierespektowane. Unijni politycy zapowiadają, że wszystko będzie gotowe za max. 2 miesiące, czyli wtedy gdy USA przywrócą stare sankcje.

    Obecnie "prawo blokujące" jest tylko dziurawym okrętem, ale wydaje się że UE posiada wystarczającą ilość materiałów, aby załatać tę łajbę. Jednak załatanie starego prawa może być niewystarczające. Głównym problemem jest to czy europejskie firmy (które przecież mają ogromne powiązania z amerykańskim rynkiem) będą chciały podjąć ryzyko i przeciwstawić się USA. Póki co większe firmy zapowiedziały swoje wyjście z Iranu, jeśli USA i UE się nie dogadają. Z drugiej strony Irańczycy liczą na to, że "prawo blokujące z 1996 roku" zachęci do inwestowania w Iranie mniejsze europejskie firmy, które nie mają powiązań z kapitałem amerykańskim – dzięki czemu nie będą się obawiać sankcji.
    Niezależnie od rezultatów akcji europejskich polityków jedno jest pewne - kryzys we współpracy transatlantyckiej. USA traktują UE przedmiotowo, licząc że ta posłusznie będzie wykonywała każde życzenie (a w zasadzie żądanie) Waszyngtonu. Tymczasem Europa nie chce, zarówno ze względów gospodarczych, politycznych, czy nawet czysto prestiżowych pozostawać pod butem USA. Tym samym prowadzi to do tarć wewnątrz transatlantyckiej wspólnoty. Tymczasem obok tego jest człowiek, który tylko zaciera ręce, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście - tym człowiekiem jest Władimir Putin.

    Mogherini i Zarif podczas spotkania w Szwajcarii dotyczącego JCPOA - źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    Jak obejść sankcje?

    Od czasu obalenia szacha w 1979 roku, Iran prawie cały czas musiał mierzyć się z sankcjami. Wielokrotnie były one dużo ostrzejsze niż te, z którymi zmierzy się niedługo Teheran , gdyż dawniej przeciwko Iranowi sprzysięgała się cała społeczność międzynarodowa. Natomiast teraz Iran ma przeciwko sobie tylko Stany Zjednoczone, Saudów i Izrael - gdy idzie o ważniejszych graczy. W związku z tym Teheran powoli przygotowuje się do obrony i odbudowuje "kanały biznesowe", którymi dawniej omijano sankcje.

    Część analiz wskazuje, że Irańczycy znów wykorzystają "spółki słupy" założone w sąsiednich krajach, aby wykorzystać posiadane przez siebie dolary amerykańskie. Jednak taki proceder będzie znaczenie bardziej utrudniony niż jeszcze kilka lat wcześniej, gdyż po reformach dokonanych za czasów Obamy amerykańska skarbówka dużo bardziej wnikliwie przygląda się takim operacjom. Poza tym operacje przeprowadzane przez sieć "spółek słupów" nie będą w stanie zaspokoić irańskich potrzeb w żadnej istotnej części. Takie spółki mogą służyć jako narzędzie do zdobycia pewnych "ekskluzywnych towarów", ale nie dla zaspokojenia podstawowych potrzeb irańskiego społeczeństwa.
    W związku z tym część irańskich polityków twierdzi, że jak najszybciej trzeba pozbyć się posiadanych przez Iran dolarów i wymienić je na euro lub jeny. Dzięki temu Iran mogły spokojnie handlować a jego kontrahenci nie bali by się amerykańskich sankcji – sankcje te są adresowane do amerykańskich firm oraz do firm obracających dolarem. Tutaj jednak pojawia się problem, gdyż wymienienie takiej dużej ilości dolarów jaką posiada Iran może być ogromnym wyzwaniem – zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że większość banków nie chce przeprowadzać jakichkolwiek transakcji z Irańczykami, nie mówiąc już o wymianie miliardów dolarów.

    Jednocześnie jednak Iran może liczyć na "Bank of Kunlun". Za pomocą tego chińskiego banku Irańczycy już wcześniej finansowali wiele swoich transakcji – zwłaszcza tych dokonywanych z chińskimi firmami. Szczególnie istotną rolę Bank of Kunlun odegrał w okresie ostatnich sankcji (przed 2015 rokiem), gdy to właśnie na chińskie konta Irańczycy przelewali miliony dolarów. Nie uszło to uwadze amerykańskiej skarbówki, która szybko nałożyła ogromne kary na Bank of Kunlun i wyrzuciła go z amerykańskiego rynku. Jednak Chińczycy wcale nie zaprzestali swojego procederu, gdyż – nawet po zniesieniu sankcji – dawał im on ogromne zyski. W związku z tym bardzo prawdopodobny jest scenariusz, że Irańczycy zaczną przeprowadzać jeszcze więcej operacji za pośrednictwem Chińczyków.

    Ponadto unijni politycy dyskutują na temat możliwości udzielania Irańczykom ogromnych kredytów, które pozwoliłyby finansować obrót handlowy. Kredyty te byłyby udzielane w euro, zatem znalazłyby się poza zasięgiem amerykańskich sankcji. Na takie rozwiązanie szczególnie mocno naciskają francuscy politycy. Póki co toczą się w tej sprawie rozmowy, ale wiele wskazuje że pod koniec czerwca 2018 roku europejskie banki centralne mogłyby zacząć udzielać takich kredytów.
    Jednocześnie pomocną dłoń do władz w Teheranie wyciągają Turcja oraz Rosja. Turcja zapowiedziała, że nie będzie respektować amerykańskich sankcji i nadal będzie handlować z Irańczykami. Jest to bardzo ryzykowany ruch, gdyż turecka gospodarka znajduje się na krawędzi upadku. Jeśli USA zacznie rozliczać swoich sojuszników z ich postawy wobec Iranu, to może zdecydować się na sankcje wobec tureckich banków, co mogłoby być gwoździem do trumny dla tureckiej gospodarki. Jednak z drugiej strony ciężko powiedzieć jaka będzie skala turecko-irańskiej współpracy, a ponadto czy Amerykanie zdecydują się na jakiekolwiek ostrzejsze kroki wobec Turcji. Mimo tego, że w ostatnich latach stosunki turecko-amerykańskie są bardzo zimne, to USA nadal uważa Turcję za jednego ze swoich najważniejszych sojuszników na Bliskim Wschodzie – co zresztą Turcja skrzętnie wykorzystuje.

    Prezydenci Rouhani, Putin i Erdogan podczas spotkania w tzw. formule astańskiej - źródło: kremlin.ru

    Obalić reżim

    Głównym celem Waszyngtonu jest obalenie reżimu Ajatollahów. Administracja Trumpa uznała, że jeśli sankcje zostaną przywrócone to irańskie społeczeństwo zbuntuje się i obali "władzę znienawidzonego Chameneiego". Byłaby to upragniona przez USA "zmiana reżimu". Jednak głębsza analiza irańskiej polityki pokazuje, że amerykańskie myślenie jest błędne, a ponadto bardzo niebezpieczne.

    Obecny prezydent Iranu – Rouhani – jest powszechnie uważany za polityka o umiarkowanych poglądach. Wygrał on wybory w 2013 i 2017 roku głosząc hasła modernizacji kraju. To właśnie umowa JCPOA była uważana za jeden z jego największych sukcesów, który zaskarbił mu duże uznanie w społeczeństwie. Jednak teraz, gdy Amerykanie wycofali się z umowy i na Iran spadło widmo sankcji, pozycja Rouhaniego została mocno podkopana. Najwięcej na tym zyskali "twardogłowi", którzy od początku twierdzili że umowa była błedem. Amerykańska decyzja jest wodą na młyn irańskich konserwatystów, którzy coraz mocniej krytykują prezydenta i powoli zaczynają przejmować jego elektorat.
    Część osób twierdzi, że już teraz w Teheranie trwają prace nad zamachem stanu i odsunięciem od władzy reformatorów. Takie opinie wcale nie są wyssane z palca i mają oparcie w faktach. W tym miejscu musimy wrócić do wydarzeń sprzed kilku miesięcy. W marcu 2018 roku Chamenei, który jest zwierzchnikiem irańskich sił zbrojnych, powołał Alego Saidiego na swojego przedstawiciela przy armii. Natomiast przedstawicielem Chameiniego przy Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) został generał Yadollah Javani. Obaj, Saidi i Javani, mieli ogromny udział w tłumieniu rozruchów z 2009 roku. Roszady w wojsku wskazuję, że Chamenei chce mieć pewność, że w przypadku konfrontacji armia stanie po jego stronie. Jednocześnie pojawiają się informacje, że Chamenei namaścił na nowego prezydenta Ghasema Solejmaniego – bohatera wojennego, dowódcę elitarnych sił Al-Quds wchodzących w skład IRGC.

    Solejmani, jako bohater z czasów wojny z Irakiem czy Państwem Islamskim, jest bardzo popularny w irańskim społeczeństwie. W związku z tym konserwatyści liczą na to, że Solejmani z łatwością mógłby zastąpić Rouhaniego i jednocześnie nie doprowadzić do zantagonizowania społeczeństwa. Jednocześnie wydaje się, że kwestia kiedy usunąć Rouhaniego i reformatorów, pozostaje otwarta. Jeśli Rouhaniemu uda się wynegocjować dobre warunki z Europą, to prawdopodobnie Chameini pozwoli mu pozostać u władzy do wyborów, które odbędą się w 2021 roku. Jeśli jednak negocjacje z Brukselą zakończą się fiaskiem, to "twardogłowi" mogą siłą odsunąć Rouhaniego od władzy.

    Patrząc z tej perspektywy, nie powinny dziwić nas wypowiedzi szefa irańskiego MSZ-u, Dżawada Zarifa, który coraz mocniej naciska na UE. Podczas ostatniego spotkania z Miguelem Canete – europejskim komisarzem ds. energii – Zarif wprost powiedział, że jeśli Bruksela chce zachować umowę to musi zrobić więcej. Irańska administracja czuje nóż na gardle i wie, że obecnie walczy nie tylko z Ameryką, ale także z krajową opozycją.

    Zatem wydaje się, że plan Trumpa może się udać (przynajmniej teoretycznie) i dojdzie do upragnionej przez niego "zmiany irańskiego reżimu" – pytanie tylko czy to właśnie takiej zmiany chcą Amerykanie?

    Generał Ghasem Solejmani - źródło: akkasemosalman.ir

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku
    - w szczególności zapraszam do przeczytania mojego tekstu o zgrzytach na linii USA-UE, gdzie wyjaśniłem dlaczego Unia z taką zaciekłością broni irańskiej umowy.

    #bliskiwschod #iran #ue #geopolityka #gruparatowaniapoziomu #steemit #lagunacontent
    pokaż całość

    +: k..........2, zzbkk +222 innych
  •  

    Wojna o Iran - USA vs Unia Europejska

    8 maja 2018 roku Trump zapowiedział, że USA wycofają się z umowy nuklearnej z Iranem. Spotkało się to z ostrą reakcją europejskich polityków, którzy są zdeterminowani, aby za wszelką cenę utrzymać to porozumienie w mocy. Tymczasem Amerykanie grożą UE, że jeśli europejskie firmy nie wycofają się z Iranu, to na nie także zostaną nałożone dotkliwe sankcje. Czy jesteśmy świadkami załamania się współpracy północnoatlantyckiej? O tym i o kilku równie interesujących kwestiach w dzisiejszym odcinku Pulsu Lewantu

    Tekst jest dostępny także na platformie steemit.
    -----------------------------------------------
    Irańska umowa

    W 2015 roku zostało wypracowane porozumienie nuklearne z Iranem. Jego sygnatariuszami, oprócz oczywiście Iranu, były: USA, Francja, Wielka Brytania, Rosja, Chiny, Niemcy oraz UE. Podpisanie umowy przez wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa miało być gwarantem, który zachęci Teheran do współpracy.

    Porozumienie z Iranem zawarto dlatego, bo irańscy naukowcy byli już bliscy osiągnięcia tzw. "breakout time" – wyprodukowania takiej ilości wzbogaconego uranu, która wystarczyłaby na stworzenie broni atomowej. Według amerykańskiego wywiadu – przed posianiem JCPOA (akronim od pełnej nazwy irańskiej umowy) – Iran był zaledwie 3 miesiące od tzw. "breakout time".

    Na mocy porozumienia z 2015 roku Iran zaprzestał dalszych prac nad bronią atomową. Jednocześnie jednak porozumienie nie doprowadziło do całkowitego zakończenia irańskiego programu atomowego, lecz zawiesiło go na okres 15 lat od dnia zawarcia umowy – po tym okresie Iran może przystąpić do dalszych prac. W zamian za to sankcje związane z irańskim programem atomowym miały zostać zniesione.

    W tym miejscu ktoś może powiedzieć, że Trump zrobił słusznie, że zerwał umowę, bo po upływie 15 lat Irańczycy z pewnością wznowiliby prace nad bronią atomową. Być może tak, ale cała sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Sygnatariusze umowy zdawali sobie sprawę z tego, że umowa nie rozwiązuje problemu. Jednak zawarcie porozumienia było jedynym wyjściem z całej sytuacji – podbicie Iranu jest bardzo trudne (większość kraju to obszar górski) a prezycyjne naloty na infrastrukturę nie dawały pewności, że wszystkie ośrodki badawcze zostaną zniszczone. Jednocześnie zachodni przywódcy liczyli na to, że Iran zacznie dostrzegać jak dużo może zyskać na handlu międzynarodowym i zagranicznych inwestycjach. Szybka rozbudowa kraju mogłaby potencjalnie doprowadzić do zmiany nastawienia społeczeństwa, które w większym stopniu zaczęłoby skłaniać się ku umiarkowanym politykom jak np. prezydent Rouhani. W efekcie Iran, po upływie wspomnianych 15 lat, sam mógłby zrezygnować z programu atomowego.
    Sygnatariusze JCPOA, źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    USA wycofuje się

    8 maja 2018 roku Trump ogłosił, że USA wycofają się z irańskiego porozumienia. Dla wielu osób nie było to zaskoczeniem, bo ta decyzja „pełzała” po kuluarach już od kilku miesięcy. Prezydent USA zarzucił porozumieniu, że jest jednostronne i że nigdy nie doprowadzi do pokoju na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie Trump stwierdził, że JCPOA nie jest przestrzegana przez władze Iranu – inne zdanie na ten temat ma Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej.

    Takie stanowisko USA spotkało się z ostrą reakcja państw europejskich. Szefowa unijnej dyplomacji – Mogherini – powiedziała, że „umowa jest zasługą całej społeczności międzynarodowej a nie tylko jednego państwa”. Wtórowali jej unijni dyplomaci – głównie z Francji, UK i Niemiec – którzy obiecali dołożyć wszelkich możliwych starań, aby utrzymać umowę z Iranem.

    Unijne stanowisko zostało później powielone przez wiele krajów np. Turcja zapowiedziała, że także będzie nadal handlować z Iranem. Decyzja Trumpa jest skrajnie niepopularna na arenie międzynarodowej, bo odkopuje ona topór wojenny, który został zakopany w 2015 roku.

    Stanowisko głównego zainteresowanego, czyli Iranu, było dość stonowane. Prezydent Rouhani skrytykował Amerykanów za ich decyzję. Jednocześnie jednak zastrzegł, że jeśli pozostałe kraje zdecydują się nadal przestrzegać umowy, to Iran także będzie się stosować do jej postanowień.

    Prezydent Donald Trump ogłasza wycofanie się z irańskiego dealu, źródło: The White House/flickr.com

    Dlaczego UE chce utrzymać porozumienie z Irańczykami?

    Na pierwszy rzut oka ostra krytyka Waszyngtonu przez UE wydaje się zaskakująca, ale jak się zaraz okaże Unia ma wiele powodów, aby nadal współpracować z Irańczykami. Przede wszystkim to właśnie firmy z Europy zyskały najwięcej na porozumieniu z Iranem. Airbus podpisał z Irańczykami kontrakt na dostawę samolotów wart 19 miliardów dolarów. Francuski Total zawarł z Irańczykami umowę wartą ok. 5 miliardów. Sam unijny eksport do Iranu był w 2017 roku wart 13 miliardów dolarów (wzrost o 66% względem 2015 roku).

    Na tle UE, Amerykanie wypadają bardzo blado. Co prawda Boeing dostał od Irańczyków kontrakt opiewający na 16 miliardów dolarów, jednak jest to w zasadzie jedyny duży kontrakt, który zdobyli Amerykanie. Irańczycy nadal uważają USA za swojego głównego wroga, obok Izraela, i sama umowa tego nie zmieniła. W efekcie amerykański eksport do Iranu był w 2017 roku wart zaledwie 0,13 miliarda dolarów – 100 razy mniej niż unijny eksport.

    Ekonomiczne powiązania z Iranem mają ogromny wpływ na stanowisko UE. Jednocześnie dużą rolę odgrywają tutaj względy polityczne. Trumpowska Ameryka w coraz większym stopniu traci wiarygodność na arenie międzynarodowej, a zwłaszcza w regionie Bliskiego Wschodu. Decyzja o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy czy zerwanie umowy z Iranem coraz bardziej podkopują pozycję USA w świecie muzułmańskim. Decyzja dotycząca ambasady została skrytykowana przez prawie wszystkie państwa muzułmańskie. Podobnie stało się z wycofaniem z irańskiej umowy – gdy idzie o ważniejszych graczy to ten krok poparły tylko Arabia Saudyjska i ZEA. Dobrze podsumował to Erdogan, który stwierdził, że w obecnej sytuacji, USA nie może być dłużej uznawane za mediatora na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie.

    Podkopanie znaczenia USA na Bliskim Wschodzie otwiera nowe możliwości przed UE. Państwa arabskie zawsze będą zainteresowane współpracą z „Zachodem”, bo to on dysponuje najnowszymi technologiami i dużym kapitałem. Jeśli państwa unijne będą wystarczająco zdeterminowane, to szybko mogą zacząć konkurować z Amerykanami o rolę „kingmakera” na Bliskim Wschodzie. Wydaje się nawet, że unijni politycy podjęli już w tej walce rękawice. Najlepszym tego przykładem jest prezydent Francji – Emmanuel Macron, który próbuje odbudować dawną pozycję międzynarodową Francji np. to dzięki francuskim mediacjom udało się sprowadzić z powrotem do Libanu premiera Haririego, którego przetrzymywali Saudyjczycy.

    Mogherini i Zarif - szefowie odpowiednio unijnej i irańskiej dyplomacji, źródło: U.S. Department of State/flickr.com

    Wojna handlowa USA vs UE?

    Jeszcze przed sporem o Iran, stosunki handlowe między USA a UE były bardzo napięte. W marcu 2018 roku Trump podwyższył cła na stal i aluminium, argumentując to ochroną amerykańskiego rynku przed agresywnym chińskim eksportem. Jednak Bruksela uznała, że takie tłumaczenia są nie do przyjęcia, gdyż wyższe cła dotyczą wszystkich krajów a nie tylko Chin. Jednocześnie UE zagroziła wniesieniem sprawy przeciwko USA do Światowej Organizacji Handlu. Wtedy Trump ugiął się i zwolnił UE z podwyższonych ceł – jednak tylko do 1 czerwca 2018 roku. To tylko odłożyło spór o cła w czasie i nie załagodziło napięć na linii Waszyngton – Bruksela.

    W dniu, gdy Trump ogłosił wycofanie się z irańskiej umowy, jego spór handlowy z UE wybuchł ze zdwojoną siłą. Sama decyzja o wycofaniu się USA z irańskiej umowy podważa tylko rzetelność amerykańskich zobowiązań międzynarodowych. Natomiast amerykańskie cła na stal i aluminium oraz sankcje względem Iranu podważają dotychczasowe zasady handlu międzynarodowego. O ile Światowa Organizacja Handlu (WTO) pozwala w wyjątkowych sytuacjach nakładać sankcje ekonomiczne na inne kraje, to skutki takich działań powinny dotyczyć wyłącznie dwóch państw – nakładającego sankcje oraz obłożonego sankcjami.

    Natomiast amerykańskie sankcje wykroczą znacznie poza terytorium USA i Iranu. Wynika to z tego, że dolar amerykański jest podstawą światowej wymiany handlowej. Sankcje zakażą jakiegokolwiek obrotu dolarami z Iranem, co z pewnością zniechęci wiele europejskich firm do handlu z Teheranem. Ponadto wiele firm z UE działa na rynku amerykańskim. Jeśli 10% produkowanych przez takie firmy produktów składa się z amerykańskich komponentów to – zgodnie z prawem USA – są to „amerykańskie firmy”. Tak jest np. z Airbusem. W związku z tym, mimo że amerykańskie sankcje są adresowane do „amerykańskich firm”, to w rzeczywistości ich adresatem będą firmy zarówno z USA jak i UE.

    Ostry ton unijnych polityków bardzo nie spodobał się administracji Trumpa. John Bolton, doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego, zapowiedział, że jeśli europejskie firmy nie wycofają się z Iranu, to na nie także zostaną nałożone dotkliwe sankcje. Mike Pompeo, szef departamentu stanu, próbował załagodzić całą sytuację i wypowiadał się już w dużo bardziej stonowany sposób. Pompeo stwierdził, że USA i UE będą chciały wypracować nową umowę z Iranem, która będzie „bardziej korzystna niż dotychczasowa”. Jednak unijni dyplomaci nie chcą nawet słyszeć o nowej umowie, gdyż pamiętają w jakim trudzie zostało wypracowane obecne porozumienie. Ponadto na nową umowę z całą pewnością nie zgodziłby się sam Iran.

    Póki co nie widać szans na możliwość zawarcia ugody między USA a UE. Jednocześnie jednak po wypowiedzi Boltona, także retoryka unijnych dyplomatów uległa zaostrzeniu. Szef francuskiego MSZ-u Jean-Yves Le Drian powiedział, że UE powinna wypracować mechanizm, który zakazywałby europejskim firmom płacenia ewentualnych kar nałożonych na nie przez USA – Francuzi mają bardzo złe wspomnienia związane z sankcjami, bo w 2014 roku BNP Paribas musiał zapłacić rządowi USA aż 9 miliardów dolarów za nieprzestrzeganie amerykańskich sankcji względem Iranu.

    John Bolton - doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego, źródło: Gage Skidmore/flickr.com

    Ukryty Niedźwiedź, przyczajony Tygrys

    Jednocześnie napięcia między USA a EU doprowadzają do coraz ciekawszych przetasowań na arenie międzynarodowej. Zarówno Rosja, jak i Chiny, popierają stanowisko Brukseli i proponują szeroką współpracę na rzecz utrzymania umowy z Iranem. Nie ma co się łudzić, że Rosja i Chiny mają tutaj dobre intencje, bo każde z tych państw chce wykorzystać napięcia wewnątrz północnoatlantyckiej wspólnoty dla własnych celów politycznych. W efekcie UE znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji. Z jednej strony nie może się wycofać z umowy z Iranem, bo straci wtedy twarz – tym samym jednak ryzykuje wojnę handlową z USA. Z drugiej strony UE nie może także jednoznacznie stanąć ramię w ramię z Rosją i Chinami, bo mogłoby to doprowadzić do ogromnych tarć wewnątrz samej wspólnoty unijnej.

    Tymczasem Waszyngton zdaje się nie zauważać zalotów Chin i Rosji względem UE i jeszcze bardziej naciska na Unię.

    Władimir Putin, prezydent Rosji, źródło: kremlin.ru

    Twardogłowi

    Wycofanie się przez Trumpa z irańskiej umowy może mieć także jeden, bardzo negatywny skutek. Umowa z 2015 roku została wynegocjowana za prezydentury Rouhaniego (nadal rządzi), który uważany jest w Iranie za reformatora i bardzo umiarkowanego polityka. Jeśli sankcje względem Iranu zostaną przywrócone to twardogłowi politycy mogą skrzętnie wykorzystać to przeciwko Rouhaniemu. W efekcie, w przyszłych wyborach, które odbędą się w 2020 roku, do władzy mogą dojść radykałowie. Ci natomiast nie cofną się przed wznowieniem programu atomowego.

    Sofia

    Co prawda tekst może wydać się mocno pro-UE, ale autor jest świadomy tego, że aby skutecznie sprzeciwić się polityce USA wszystkie państwa Unii muszą stanąć ramię w ramię i zaprezentować wspólnie opracowaną, jednolitą politykę. Biorąc pod uwagę, jak bardzo sprzeczne są często interesy poszczególnych państw członkowskich, takie porozumienie może być bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe do osiągnięcia. Paradoksalnie jednak tak odległy kraj,jak Iran może zjednoczyć UE z tego względu, że na handlu z Iranem korzystali niemal wszyscy członkowie Unii – w tym Polska, której eksport do Iranu wyniósł w 2006 roku, czyli zaraz po zniesieniu sankcji, 352 miliony zł a import 561 mln zł a nasz rząd wiązał ogromne nadzieje z rynkiem irańskim.

    Czy UE jednomyślnie stanie przeciwko USA i znajdzie mechanizmy, które pozwolą jej utrzymać porozumienie z Iranem? Czy może znowu Unia pokaże, że daleko jej do prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Odpowiedzi na te pytania może udzielić unijny szczyt w Sofii, który będzie miał miejsce już 17 maja 2018 roku.

    Porwana unijna flaga, łopocząca na wietrze, źródło: Derek Bennett, flickr.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #bliskiwschod #iran #ue #geopolityka #gruparatowaniapoziomu #steemit #lagunacontent
    pokaż całość

    •  

      @60groszyzawpis:

      Czas pokaże, ale ja osobiście stawiam że UE wymięknie i ostatecznie obierze linię Waszyngtonu

      Denerwując w ten sposób sierotki uciekające przed wojną ? Oni za bardzo nie mają wyboru, chociaż ... byłyby ciekawe filmiki na wykop z płonącego Paryża i Brukseli. Dawno tam nie było zamieszek, ostatnio chyba dwa tygodnie temu.

    •  

      @JanLaguna Heh przypadek USA ładnie pokazuje jak można mieć rację jednocześnie jej nie mając - bo jest się silnym :) Wystarczy popatrzeć na to jaki wpływ na politykę USA ma Izrael. Śmieszą mnie takie analizy bo to tylko grzebanie po wierzchu bez poruszania faktycznych przyczyn. Ale nieee bo uuu antysemityzm...

      Moim zdaniem Trump sam by chciał jakieś dile w Iranie pozawierax żeby wyjść na tym jak UE ale nie będzie to na rękę głównej grupie wpływu na B Wschodzie.

      Mój patriotyzm chyba umiera. Nasze państewko jest teoretyczne tak ekonomicznie jak i pod względem jakiejś ideologii czy tożsamości. Eh.... Trzeba chyba kupić dom na Teneryfie czy coś.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Tymczasem w Iraku wielkie liczenie głosów po wyborach parlamentarnych. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Według nieoficjalnych informacji partia Abadiego prowadzi. Co ciekawe podobno sojusz Sadrystów i komunistów na drugim miejscu. Oficjalne wyniki mają pojawić się w poniedziałek.

    pokaż spoiler Na zdjęciu Muktada as-Sadr

    #bliskiwschod #irak #lagunacontent pokaż całość

    źródło: aljazeera.com

  •  

    Erdogan to długo wyczekiwany lider muzułmanów i dlatego Zachód go nie lubi

    Tak skomplementował prezydenta Turcji Bakir Izetbegovic - syn słynnego Aliji, o którym Serbowie śpiewali niewybredne piosenki - o takie oraz takie. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Izetbegovic junior to członek prezydium Bośni i Hercegowiny (w BiH nie ma urzędu prezydenta a państwo jest reprezentowane właśnie przez kolegialne prezydium).

    W zasadzie słowa Izetbegovicia można by potraktować jako ot koleją śmieszną wypowiedź bałkańskiego polityka, ale jednak trzeba zwrócić uwagę na szerszą perspektywę. Erdoganowska Turcja próbuje odgrywać coraz większą rolę na Bałkanach. Naturalnymi sojusznikami dla Turków są tutaj BiH oraz Kosowo (z tymi ostatnimi akurat Turcja ma ostatnio słabe stosunki - pisałem o tym tutaj).

    Jednocześnie Turcja nie skupia się wyłącznie na państwach z dużym odsetkiem muzułmanów, ale próbuje sobie zjednać także inne kraje np. Serbię. Turcja posiada silne związki handlowe z Serbią - w 2017 roku wymiana handlowa między tymi krajami wyniosła 1 mld dolarów. Ostatnio Erdogan nawet ogłosił, że Turcja zasponsoruje budowę autostrady między Belgradem (Serbia) a Sarajewem (BiH). ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Chyba wpiszę sobie opisanie ustroju BiH na listę do zrobienia. Na studiach miałem monograf ze współczesnych ustrojów państw europejskich, a prowadzący był fanem Tudżmana i Izetbegovicia ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°) i zamiast mówić o całej Europie to mówił głównie o Bałkanach, także temat jest mi nieco bliski. Myślę, że sporo osób mogłoby to zainteresować, bo BiH to trochę taki "europejski Liban". ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Photo by: European People's Party/flickr.com

    #balkany #bosnia #geopolityka #lagunacontent
    pokaż całość

    +: C.........0, r......7 +46 innych
  •  

    Zwycięstwo Hezbollahu w libańskich wyborach - czy jest się czego bać?

    6 maja 2018 roku w Libanie odbyły się wybory parlamentarne. Jeszcze tego samego dnia, w godzinach wieczornych, media obiegła wiadomość "Hezbollah przejmuje władzę w Libanie“. Osoby, które przeczytały takie nagłówki, mogły pomyśleć że wkrótce na fotelu premiera Libanu zasiądzie człowiek Nasrallaha. Jednak czy faktycznie tegoroczne wybory tak bardzo zrewolucjonizowały libańską scenę polityczną? O libańskich wyborach, ich wpływie na sam Liban i planach Izraela opowiem w dzisiejszym wydaniu Pulsu Lewantu.

    Tekst jest dostępny także na platformie Steemit.
    -----------------------------------------------

    Podstawy libańskiego ustroju

    Liban jest multi-religijnym państwem. Największą grupą religijną są tutaj muzułmanie - stanowią ok. 54% mieszkańców. Chrześcijanie są także bardzo liczni – ok. 40,5%. Małą, lecz zwartą grupę tworzą także Druzowie – 5,5%. Przy czym jest to sam wierzchołek góry lodowej gdy idzie o strukturę religijną Libanu, bo np. muzułmanie dzielą się jeszcze na Szyitów i Sunnitów (każda z tych grup stanowi ok. 27% mieszkańców Libanu). Także chrześcijanie dzielą się między sobą na maronitów, prawosławnych, czy protestantów – przy czym maronici stanowią najliczniejszą grupę – ok. 21% całej populacji Libanu.

    Ten podział religijny miał ogromny wpływ na ukształtowanie się libańskiego systemu politycznego. Już pierwotny tekst konstytucji z 1926 roku, która została uchwalona jeszcze w czasach gdy Liban był zależny od Francji, odzwierciedlał podziały religijne. Początkowo system ten dyskryminował muzułmanów, jednak z czasem, gdy muzułmanie zaczęli stanowić większość mieszkańców Libanu, dotychczasowy system stał się nie od utrzymania. W rezultacie obecnie podstawy libańskiego ustroju wyglądają następująco:
    1. parlament składa się z 128 członków – z czego jedna połowa mandatów przeznaczona jest dla chrześcijan a druga połowa dla muzułmanów (do tej grupy zaliczeni są także Druzowie)
    2. przewodniczący parlamentu musi być szyitą
    3. prezydent republiki wybierany jest przez parlament – przy czym prezydent zawsze musi być chrześcijaninem
    4. premier musi być sunnitą
    5. każda zmiana konstytucji wymaga zgody 2/3 członków parlamentu – w ten sposób zabezpieczono się przed zmianą prawa w przypadku, gdyby liczebność jednej grupy ludności znacznie zwiększyła się.

    Mapa religijna Libanu - autor: Sergey Kondrashov, katagogi.com

    Libańska scena polityczna

    W Libanie występuje bardzo dużo małych partii, lecz zasadniczo starają się one współpracować w większych "blokach". W efekcie parlament podzielony jest na dwa wielkie sojusze:
    * Sojusz 8 marca – przewodzi mu Hezbollah
    * Sojusz 14 marca – przewodzi mu „Ruch Wolności” z dotychczasowym premierem Haririm na czele.

    W ostatnich wyborach parlamentarnych to właśnie "Sojusz 14 marca" okazał się być zwycięzcą, zdobywając 71 mandatów. Pozostałe 57 miejsc przypadło "Sojuszowi 8 marca".

    Libański kryzys polityczny

    Konstytucja przewiduje, że prezydent Libanu ogłasza wybory parlamentarne co 4 lata. Terminowo najbliższe wybory parlamentarne miały odbyć się w 2013 r. Jednak wtedy libański parlament przedłużył swoją kadencję jeszcze o rok, gdyż uznał, że przeprowadzenie wyborów jest niemożliwe „ze względów bezpieczeństwa”. Przedłużona kadencja parlamentu skończyła się w listopadzie 2014 roku i wtedy prezydent powinien ogłosić wybory. Jednak kadencja prezydenta – Michela Sulaimana – zakończyła się w maju 2014 roku i w rezultacie nie było już osoby, która mogłaby ogłosić wybory – najpierw parlament powinien wybrać nowego prezydenta. Jednak tu pojawił się problem, bo liczne partie nie mogły dojść do porozumienia (przypominam, że w Libanie to parlament wybiera prezydenta). Ostatecznie parlament znowu przedłużył swoją kadencję, a prezydenta wybrano dopiero w 2016 roku – został nim Michel Aoun z Wolnego Ruchu Patriotycznego. Podsumowując, wybory w Libanie opóźniły się aż o 5 lat.

    Michel Aoun - autor: Imadmhj, commons.wikimedia.org

    Przed wyborami

    W okresie przedwyborczym pojawiały się różne analizy tego jak mogą ułożyć się wyniki najbliższych wyborów. Duża część osób twierdziła, że Libańczycy będą głosować przeciwko Hezbollahowi, bo są już zmęczeni wojną w sąsiedniej Syrii, w której przecież ogromną rolę odgrywa, wspierany przez Iran, Hezbollah.

    Z drugiej strony mówiło się także, że rządzący sojusz 14 marca nie może liczyć na zbyt duże poparcie. Libańska gospodarka jest w bardzo słabej kondycji - zadłużenie sięga 150% PKB. W dodatku kraj ma ogromne problemy z gospodarką energetyczną, gdyż w efekcie wojny domowej i walk z Izraelem duża część lokalnej infrastruktury energetycznej została zniszczona - w praktyce przekłada się to na częste przerwy w dostawie prądu. Jednym z punktów zapalnych anty-rządowych nastrojów jest 1 mln syryjskich uchodźców, którzy przebywają obecnie w Libanie. O ile na początku Libańczycy byli przyjaźnie nastawieni do uciekających przed wojną Syryjczyków, to teraz nastroje te uległy zmianie. Wojna w Syrii trwa już siódmy rok i nadal nie widać jej końca, a rząd libański nie wie co robić z uchodźcami.

    Ponadto jest także inny, nieco bardziej prozaiczny powód anty-rządowych nastrojów – śmieci. W ostatnich latach libańskie ulice pokryły się setkami odpadów. Jest to rezultat podziałów w rządzie (o tym jeszcze będzie mowa), który nie potrafi zapewnić odpowiedniej ilości wysypisk śmieci. Na fali anty-rządowych protestów dotyczących śmieci, młodzi Libańczycy zaczęli tworzyć różne organizacje np. „You Stink!”, które szybko stały się swoistymi platformami politycznymi - osoby znane z ruchu "anty-śmieciowego" zapowiedziały swój start w nadchodzących wyborach. Część obserwatorów twierdziła, że właśnie takie obywatelskie inicjatywy mogą być swoistym „game-changerem” i zdobyć dużą część mandatów w przyszłym parlamencie.

    W 2017 roku nastąpiła także duża zmiana gdy idzie o libański system wyborczy. Parlament przegłosował zmianę ordynacji wyborczej. Dotychczas obowiązywała ordynacja większościowa. Kraj był podzielony na 23 okręgi wyborcze Każdy okręg miał przypisaną do siebie liczbę mandatów dla poszczególnych mniejszości. Wyborcy głosowali na listy wyborcze a nie na konkretnego polityka. Jeśli np. w danym okręgu przewidziano 3 mandaty dla Szyitów to partia, która zdobyła najwięcej głosów automatycznie zdobywała wszystkie 3 mandaty. Po zmianach w Libanie obowiązuje system proporcjonalny. Zwycięzca nie bierze już wszystkiego, lecz mandaty dzieli się wśród polityków proporcjonalnie do uzyskanych wyników. W teorii system ten ma ograniczyć „sekciarskość” libańskich wyborów i zwiększyć szanse kandydatów niezależnych na wejście do parlamentu.

    Protestujący Libańczycy - autor: Houssein, flickr.com

    Wyniki

    Wyniki ostatnich wyborów pokazały, że przedwyborcze analizy nie były zbyt wiele warte a libańska polityka nie da się „zamknąć” w raz utartych schematach.

    Największym wyborczym zaskoczeniem było zwycięstwo "Sojuszu 8 marca", któremu przewodzi Hezbollah. Razem "Sojusz" zdobył aż 85 mandatów, co oznacza zyskanie aż 27 miejsc w parlamencie w porównaniu do poprzednich wyborów. Hezbollah i sojuszniczy Amal mocno zjednoczyły szyickich wyborców zdobywając aż 90% głosów wszystkich libańskich szyitów. Ponadto ku zaskoczeniu wielu osób "Sojusz 8 marca" zdobył mandaty w wielu okręgach, gdzie historycznie nie miały dużego poparcia np. sunniccy kandydaci Sojuszu 8 marca wyszarpali dwa mandaty party Haririego w Bejrucie, który uważany jest za bastion "Ruchu Wolności". Z drugiej strony "Sojusz 8 marca" stracił dwa mandaty w dolinie Bekaa – uznawanej za matecznik Hezbollahu.

    Szczególnie zaskakująca jest spektakularna porażka premiera Harirego. Co prawda po awanturze w KSA, gdy Saudowie zmusili go do dymisji, jego poparcie nieco spadło, ale chyba nikt z jego współpracowników nie spodziewał się, aż tak słabego wyniku. „Ruch Wolności” stracił aż 7 mandatów i obecnie posiada ich już tylko 19. Mimo znacznego spadku poparcia, partia Haririego nadal pozostaje najsilniejszym ugrupowaniem sunnickim.

    Ciekawe roszady nastąpiły także wśród chrześcijańskich wyborów. Wolny Ruch Patriotyczny, który pozostaje w sojuszu z Hezbollahem, zdobył 20 mandatów. Tymczasem lokalny, także chrześcijański, rywal – Siły Libańskie (sojusznik Haririego) – zdobyły aż 15 mandatów. Tym samym Siły Libańskie prawie zdublowały swoje dotychczasowe poparcie. Za poprzedniej kadencji (2009-2018) Wolny Ruch Patriotyczny odgrywał dużą rolę w libańskiej polityce, gdyż politycy tej partii uważali się za wyłącznych reprezentantów społeczności chrześcijańskiej. Teraz jednak pozycja WRP została mocno podkopana przez Siły Libańskie, które z pewnością będą chciały skapitalizować swój wyborczy sukces. Oznacza to, że wkrótce mogą czekać nas ciekawe szachy w libańskim rządzie – zarówno WRP jak i Siły Libańskie będą chciały zdobyć jak najwięcej stołków ministerialnych przeznaczonych dla chrześcijan (o religijnych podziałach w rządzie będzie jeszcze mowa).

    Jeśli idzie o kandydatów niezależnych, związanych z ostatnimi protestami (np. You Stink!), to startowali oni z list wyborczych "Jesteśmy tutaj dla Narodu" - lista stworzona specjalnie na potrzeby tych wyborów. Mimo tego, że część osób wieściła upadek establishmentu, to w praktyce tylko 1 mandat padł łupem ruchu obywatelskiego. Zdobyła go znana prezenterka telewizyjna Paula Yacoubian (Ormianka). Pokazuje to, że póki co Liban nie jest jeszcze gotowy na społeczeństwo obywatelskie.

    Zaskoczeniem była także niska frekwencja wyborcza – 49%. Była to frekwencja niższa niż w poprzednich wyborach w 2009 roku, gdy wyniosła prawie 55%. Przed wyborami szacowano, że frekwencja może być bardzo wysoka, gdyż były to pierwsze wybory od 9 lat. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Tak niska frekwencja prawdopodobnie spowodowana jest tym, że libańska scena polityczna jest mocno scementowana i na listach wyborczych można cały czas odnaleźć głównie stare, znane nazwiska – jeśli nawet pojawiają się jakieś zmiany, to na takiej zasadzie, że zamiast ojca startuje syn.

    Flaga Hezbollahu w Baalbek - autor: yeowatzup, flickr.com

    Co wyniki wyborów oznaczają dla samego Libanu?

    Wyniki wyborów wskazują, że przyszłe negocjacje dotyczące obsady nowego rządu będą bardzo trudne. Zwycięska "Koalicja 8 marca", której przewodzi Hezbollah, nie ma prawie żadnych szans na utworzenie własnego rządu. Wynika to z tego, że tak jak już wcześniej wspomniałem, libańska konstytucja wymaga, aby premier był Sunnitą. Tymczasem w "Sojuszu 8 marca" sunnici stanowią tylko mały procent – sojusz jest złożony głównie z szyitów z Hezbollahu i Amalu oraz chrześcijan z Wolnego Ruchu Patriotycznego. Mimo, że sunnicka partia dotychczasowego premiera Haririego straciła aż 7 mandatów, to nadal pozostaje najsilniejszym sunnickim ugrupowaniem, z którym trzeba się liczyć. Co by nie mówić o Haririm, to cieszy się on dużym poparciem Zachodu, za czym idą duże środki finansowe – tylko w 2014 roku zagraniczna pomoc wyniosła aż 10% libańskiego PKB.

    Zdaje się, że Hezbollah zdaje sobie sprawę z wyzwania, jakim jest powołanie rządu w obecnych warunkach. Świadczy o tym wypowiedź Nasrallaha, który jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów wezwał wszystkie partie do "niezwłocznej współpracy przy tworzeniu nowego rządu". O ile kandydatura Haririego na premiera jest w zasadzie przesądzona, to już sama obsada pozostałych stanowisk ministerialnych nie jest taka pewna. Tegoroczne wybory doprowadziły do dużych – nawet jak na warunki libańskie – podziałów. Chrześcijański Wolny Ruch Patriotyczny, który stoi po stronie Hezbollahu, z pewnością będzie chciał co najmniej utrzymać liczbę swoich ministrów. Z drugiej strony, także Siły Libańskie (chrześcijanie), które stoją po stronie Haririego, będą chciały zwiększyć swoje wpływy w rządzie.

    W tym miejscu trzeba jeszcze wskazać, że Hezbollah wraz z sojusznikami będzie chciał otrzymać co najmniej 1/3 +1 tek ministerialnych w przyszłym rządzie. Dlaczego akurat właśnie 1/3+1? Związane jest to z libańskim prawem, które wymaga aby wszelkie ważne decyzje (np. budżet) były przegłosowywane w rządzie większością kwalifikowaną 2/3. Mając 1/3 +1 tekę "Sojusz 8 marca" będzie w stanie zablokować każdą decyzję przyszłego rządu, która będzie nie po jego myśli. Przy czym formuła 1/3+1 to absolutne minimum – Sojusz 8 marca jest świadomy swojego zwycięstwa i będzie naciskał na przyszłego premiera, aby dostać jak najwięcej stanowisk ministerialnych.

    Warto jeszcze wskazać, że kluczowe znaczenie przy tworzeniu nowego rządu mają także podziały religijne. Porozumienie z Taif z 1989 przewiduje że na wszystkich najwyższych stanowiskach zapewniona będzie równa reprezentację wszystkim mniejszościom religijnym. Co prawda nie ma tu mowy o równym podziale stanowisk w rządzie, jednak drogą zwyczaju przyjęło się że teki ministrów są równo dzielone między chrześcijan i muzułmanów (były od tego małe wyjątki).

    Podsumowując, już teraz widać że negocjacje dotyczące utworzenia przyszłego rządu będą długie i bardzo trudne. Nawet jeśli libańscy politycy dogadają się co do obsady rządu, to mało prawdopodobne, że rząd ten będzie bardziej efektywny niż dotychczasowy, który nie radził sobie z podstawowymi problemami kraju. Nie radził sobie, gdyż był zbyt podzielony na małe, walczące między sobą frakcje, które nie mogły dojść do porozumienia nawet co do takich banalnych kwestii jak gospodarka odpadami.

    Parada Hezbollahu w Libanie - autor: khamenei.ir

    Co wyniki wyborów oznaczają dla Izraela?

    Izraelski minister obrony Awigdor Lieberman stwierdził, że wyniki wyborów w Libanie oznaczają „nową rzeczywistość” i że od teraz libańskie wojsko będzie bezpośrednio dowodzone przez Nasrallaha. Natomiast izraelski minister oświaty Naftali Bennet napisał na Twitterze „Lebanon=Hezbollah”. Słysząc taką retorykę wiele osób może uznać, że Liban znalazł się na krawędzi żydowskiej inwazji.

    Prawda jednak wydaje się nieco inna. Tak jak już wspomniałem, rozdrobnienie polityczne w Libanie, może doprowadzić do politycznego kryzysu. Moim zdaniem taki scenariusz jest w interesie Izraela. Polityczny ferment doprowadzi do tego, że Liban nie będzie w stanie odgrywać żadnej istotnej roli w regionie. Natomiast główne wysiłki Hezbollahu zostaną skupione na politycznej walce o władzę. W związku z tym, izraelska inwazja wydaje się mało prawdopodobna, lecz nie można jej wykluczyć. Jeśli Izrael chce wejść do Libanu to właśnie teraz istnieje ku temu idealny moment. W obecnych warunkach Izrael nie musiałby silić się na operacje false flag, lecz mógłby uzasadnić swój atak na Liban „wyborczym zwycięstwem terrorystycznego Hezbollahu”. Jak będzie? Ciężko powiedzieć.

    Osobiście uważam, że Izrael za większe zagrożenie niż wpływy Hezbollahu w Libanie, uznaje irańskie wpływy w Syrii. Jeśli Izrael zaatakowałby Liban to tylko chwilowo osłabiłby Hezbollah, który zaraz znowu urósłby w siłę dzięki irańskiemu wsparciu. Natomiast gdyby Izrael zniszczył irańskie wpływy w Syrii to nie dość, że pozbyłby się zagrożenia czyhającego pod wzgórzami Golan, ale także znacznie utrudniłby irańskie dostawy sprzętu dla Hezbollahu. Walka z Hezbollahem w Libanie – bez walki z Irańczykami w Syrii – jest jak ucinanie głowy hydrze – ta momentalnie odrośnie.

    Żołnierze IDF na chwilę przed rozpoczęciem operacji "Protective Edge" w strefie Gazy - autor: idfonline, flickr.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #bliskiwschod #geopolityka #gruparatowaniapoziomu #steemit #liban #izrael #syria - wyjątkowo, bo uważam że was to zainteresuje #lagunacontent
    pokaż całość

    +: S.........e, r......7 +125 innych
  •  

    Turecki minister gospodarki powiedział, że Turcja nadal będzie handlowała z Iranem - nawet jeśli USA ponownie nałoży sankcje na Teheran. Przy czym z tej wypowiedzi wynika, że respektowane będą już zawarte umowy, nie wiadomo czy Turcja zdecyduje zawrzeć się jakiekolwiek nowe umowy z Iranem.

    http://www.hurriyetdailynews.com/turkey-will-continue-to-trade-with-iran-minister-131536
    #bliskiwschod #iran #lagunacontent
    pokaż całość

    źródło: i.hurimg.com

    +: r......7, Secours +16 innych
  •  

    Według nieoficjalnych wyników to Hezbollah i koalicyjny Amal wygrały wybory parlamentarne. Co to oznacza dla Libanu i całego regionu Lewantu? Postaram się napisać na ten temat artykuł. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    pokaż spoiler To nie są te słynne zwiastuny wpisów, to jest po prostu taktyczne przypomnienie, żebym nie zapomniał. ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #bliskiwschod #liban #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Zielone Berety niszczą Burkhany ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Jak podaje New York Times, pod koniec 2017 roku do KSA przybyło ok. dwunastu amerykańskich komandosów z Zielonych Beretów. Mają oni pomagać Saudyjczykom lokalizować i niszczyć wyrzutnie rakiet Burkhan, których używają jemeńscy rebelianci Huthi. Komandosi pracują w Nadżran, przy granicy z Jemenem.

    https://www.nytimes.com/2018/05/03/us/politics/green-berets-saudi-yemen-border-houthi.html?rref=collection%2Fsectioncollection%2Fworld&action=click&contentCollection=world&region=rank&module=package&version=highlights&contentPlacement=5&pgtype=sectionfront

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #bliskiwschod #arabiasaudyjska #jemen #lagunacontent
    pokaż całość

    +: raisond_etre, C.........0 +12 innych
  •  

    Egipt rozważa wysłanie swoich wojsk do Syrii

    Egipski minister spraw zagranicznych powiedział, że w rozmowy w tej kwestii toczą się na najwyższych szczeblach. Dyskusja o zastąpieniu Amerykanów w Syrii kontyngentem państwa arabskich toczy się już od kilku tygodni. Obok Egiptu, rozmowy prowadzone są m.in. z Arabią Saudyjską i ZEA.

    http://www.middleeasteye.net/news/sending-arab-troops-syria-possible-says-egyptian-fm-113184452

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #bliskiwschod #egitp #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Tygrys z generałem Khadurem, w tyle ichtamniecka ochrona ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #syria #codziennezdjecietygrysa #lagunacontent

    +: Secours, C.........0 +34 innych
  •  

    Mike Pompeo w Rijadzie, czyli nowe sankcje wobec Iranu coraz bliżej

    28 kwietnia, nowy sekretarz stanu USA – Mike Pompeo – odwiedził Rijad. Wizyta Pompeo nastąpiła zaledwie dwa dni po zatwierdzeniu jego kandydatury na sekretarza stanu przez amerykański Senat. Dopiero 2 maja, już po powrocie do USA, Pompeo został oficjalnie zaprzysiężony przez prezydenta Trumpa. Dlaczego Pompeo tak bardzo spieszyło się do Rijadu? I jaki związek jego wizyta miała z Iranem? O tym w dalszej części tekstu.

    Tekst jest także dostępny na platformie Steemit.
    -----------------------------------------------

    Iran
    Głównym tematem rozmów był oczywiście Iran. Pompeo zarzucił Irańczykom destabilizację Bliskiego Wschodu poprzez wspieranie rebeliantów Huthi w Jemenie, prezydenta Assada w Syrii i szyickich bojówek w Iraku. Zaznaczył też, że obecna administracja USA – w odróżnieniu od swoich poprzedników – nie będzie lekceważyć „problemu irańskiego terroryzmu”.
    Szczególnie długo dyskutowano o irańskim programie rakietowym. Saudowie oskarżają Iran o dostarczanie jemeńskim rebeliantom Huthi rakiet balistycznych, które są następnie wystrzeliwane w kierunku KSA. Rakiety te noszą nazwę Burkhan-2 i są modyfikacją radzieckich Scudów. Burkhany są produkowane prawdopodobnie w samym Jemenie, przy wsparciu technologicznym irańskich naukowców.

    O ile w poprzednich latach Huthi sporadycznie używali rakiet balistycznych, to teraz posługują się nimi bardzo często. Za cele swoich ataków Huthi obierają najczęściej cele cywilne – saudyjskie miasta i infrastrukturę. Ten drugi cel najbardziej martwi Saudów, gdyż rakiety trafiają w infrastrukturę służącą do wydobycia ropy naftowej i jej transportu. Niesie to ogromne zagrożenie dla saudyjskiej gospodarki, która opiera się właśnie na produkcji ropy. W związku z tym Saudowie chcą, aby USA nałożyły na Iran sankcje za ichni program rakietowy.

    Moment odpalenia rakiety Bukrhan-2 przez Huthi

    Jedność Zatoki jest niezbędna
    Jeśli idzie o Iran to w zasadzie oba państwa tylko potwierdziły swoje stare stanowiska. Natomiast burzę medialną i dyplomatyczną wywołały słowa Pompeo dotyczące Kataru. Sekretarz Stanu, na konferencji w Rijadzie, powiedział: „Jedność Zatoki (Perskiej) jest niezbędna i musimy ją osiągnąć”. Jednak to nie wszystko, jak donoszą nieoficjalne źródła podczas spotkań za zamkniętymi drzwiami z Adilem al-Dżubajrem – szefem saudyjskiego MSZ-u – Pompeo mocno naciskał na Saudów, aby w końcu usiedli do rozmów z Katarem. Takie słowa mocno zirytowały Saudów, którzy szybko dali to odczuć Pompeo - mimo, że spędził w Riajdzie dwa dni, król Salman poświęcił mu tylko 15 minut.

    Mike Pompeo na konferencji prasowej w Rijadzie - źródło: U.S. Department of State, flickr.com

    Kryzys katarski
    Kryzys ten trwa od czerwca 2017 roku, gdy Saudowie oskarżyli Katar o sponsorowanie terroryzmu na Bliskim Wschodzie. W efekcie aż 10 muzułmańskich państw zerwało stosunki dyplomatyczne z Katarem. Oskarżenia o wspieranie terroryzmu były jednak tylko pretekstem, aby zmusić, wyrywający się z orbity KSA, Katar do zrezygnowania z niezależnej polityki zagranicznej – sam kryzys jest bardzo złożony i dlatego nie będzie w tym miejscu szczegółowo omawiany, postaram się opisać go w przyszłym tekście.

    Zrywając stosunki dyplomatyczne z Katarem, Saudowie jednocześnie przedstawili władzom w Dosze 13-punktowe ultimatum. Katar zdecydowanie je odrzucił, gdyż przyjęcie go oznaczałoby zostanie wasalem KSA.
    Mimo, że kryzys trwa już prawie rok to całe zamieszanie nie przyniosła Saudom żadnych korzyści. Można nawet powiedzieć, że Arabia Saudyjska dużo straciła na kryzysie. Władze w Dosze uznały, że nie ugną się pod saudyjska presją i postanowiły skorzystać z pomocy arcywroga Rijadu – Iranu. Kraj ajatollahów bardzo szybko zgodził się pomóc i wkrótce Iran zaczął zaopatrywać Katar w żywność. Dodatkowo Katar znalazł jeszcze kolejnego sojusznika, tj. Turcję, która także nie ma po drodze z Saudami – pisałem o tym tutaj.

    Warto wspomnieć, że kryzys katarski odbył się za „błogosławieństwem” USA. Sam prezydent Trump grzmiał na Twitterze, że Katar wspiera terrorystów. Jednak nie cały Biały Dom zgadzał się wówczas z polityką Trumpa. Ówczesny sekretarz stanu – Rex Tillerson – otwarcie stanął w opozycji do prezydenta. Tillerson twierdził, że blokada Kataru jest niezgodna z amerykańskimi interesami na Bliskim Wschodzie i nawoływał państwa Zatoki do jak najszybszego rozwiązania konfliktu. Ponadto Tillerson, w przeciwieństwie do Trumpa, uważał, że umowa z Iranem jest dobrym rozwiązaniem. Tym samym Tillerson stał się „persona non grata” zarówno w KSA, jak i w ZEA. Sekretarz Stanu USA był na tyle nielubiany w Zatoce, że na początku 2018 roku pojawiły się nawet informacje, że Emiraty zaczęły naciskać na Trumpa, aby ten zwolnił Tillersona.

    Tamim bin Hamad Al Thani, obecny emir Kataru - źródło: Casa Rosada Argentina, commons.wikimedia.org

    Nowe (stare) rozdanie
    Dlatego też, gdy Mike Pompeo został nowym sekretarzem stanu, władze KSA i ZEA, były bardzo zadowolone. Liczono, że Pompeo – jako zwolennik ostrej polityki wobec Iranu i państw wspierających terroryzm – z całą siłą poprze blokadę Kataru. Tak się jednak nie stało. Pompeo, gdy idzie o Katar, zaczął kontynuować linię wyznaczoną wcześniej przez Tillersona. Arabskie zdziwienie stanowiskiem Pompeo jest o tyle niezrozumiałe, że w kwietniu 2018 roku Trump gościł w Białym Domu emira Kataru – Tamima Al Saniego - i odnosił się do niego z wręcz przyjacielską sympatią. Saudowie z pewnością dostrzegli zmianę stanowiska samego Trumpa względem Kataru. Jednak wygląda na to, że wcale nie liczyli się z tym, że "nowy Departament Stanu" będzie prowadził jednolitą politykę z Białym Domem - być może myśleli, że stanowisko Pompeo będzie dużo ostrzejsze niż to Trumpa.

    Mimo, że po wyborze Pompeo, Departament Stanu prezentuje takie same stanowisko jak za czasów Tillersona, to trzeba zauważyć ogromną różnicę jaka zaszła w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Wcześniejsze stanowisko Departamentu Stanu wobec Kataru było osobistym stanowiskiem Tillersona i nie było zgodne ze stanowiskiem Trumpa. Natomiast teraz, gdy prezydent zmienił poglądy i Pompeo został nowym sekretarzem, Departament Stanu wyraża stanowisko samego Trumpa. W tym miejscu można się zastanowić dlaczego Trump zwolnił Tillersona, skoro sam przyjął jego stanowisko wobec Kataru? Odpowiedź to: "Iran".

    Pompeo, gdy idzie o umowę z Iranem, bezwarunkowo popiera Trumpa – zatem inaczej niż Tillerson, który pochwalał umowę. Porozumienie z Teheranem przewiduje, że USA będą stopniowo znosili sankcje, jakie wcześniej nałożyli na Iran. Kolejna decyzja w sprawie zniesienia części sankcji miała być podjęta 14 maja 2018 roku – termin określony przez samego prezydenta USA. Jednak ostatnie wypowiedzi Trumpa sugerują, że żadne sankcje z Iranu nie zostaną już zniesione. Mało tego, Waszyngton rozważa nałożenie na Iran nowych sankcji – między innymi za wspomniany program rakietowy.

    Rex Tillerson, były sekretarz Stanu USA - źródło: U.S. Department of State, flickr.com

    14 maja 2018 roku

    Patrząc na wizytę Pompeo w Rijadzie z perspektywy irańskiej umowy, widać wyraźnie dlaczego Pompeo poparł Katar. Zrobił to, gdyż prawdopodobnie 14 maja Waszyngton nałoży nowe sankcje na Iran. Ciężko przewidzieć jak w takiej sytuacji zachowa się Iran, dlatego też Amerykanie chcą aby wszystkie państwa Zatoki zakończyły w końcu swoje spory i zjednoczone stanęły przeciwko Irańczykom. Katar jest o tyle ważny gdy idzie o Zatokę, że to właśnie tutaj znajduje się jedna z największych zagranicznych baz USA – baza lotnicza Al Udeid, w której stacjonuje ok. 10 tysięcy amerykańskich żołnierzy i 100 samolotów.

    Jeśli do 14 maja kryzys katarski nie zostanie rozstrzygnięty, to wiele wskazuje na to, że przelotny flirt Kataru z Iranem będzie nadal trwał, a być może ich stosunki jeszcze się zacieśnią. Ostatnia wypowiedź Anwara Gargasha – szefa MSZ Zjednoczonych Emiratów Arabskich – zdaje się potwierdzać obawy, że kryzys nie zostanie rozwiązany w najbliższym czasie. We wtorek Gargash powiedział: „Nie będzie żadnych mediacji przez państwa spoza Zatoki. Żadna presja polityczna ani medialna nie zmieni naszego stanowiska wobec Kataru”.

    Mike Pompeo w KSA - źródło: U.S. Department of State, flickr.com

    -----------------------------------------------
    Jest to pierwszy z 3 artykułów poświęconych obecnej sytuacji Kataru. Drugi będzie dotyczył przyczyn samego kryzysu. Trzeci natomiast skupi się na rywalizacji między Katarem a resztą Zatoki w pewnym zakątku świata.

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #bliskiwschod #geopolityka #arabiasaudyjska #trump #steemit #gruparatowaniapoziomu - łapie się? ( ͡° ͜ʖ ͡°) #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Marszałek Haftar, przywódca LNA, śmiertelnie chory?

    Europejskie źródła MME twierdzą, że Haftar jest chory na raka i ma przerzuty na mózg. Marszałek ma mieć problemy z wysławianiem się i poruszaniem. Co prawda obecnie choroba nie daje jeszcze o sobie tak mocno znać, ale za kilka miesięcy stan Haftara może się znacznie pogorszyć. Jeśli faktycznie Haftar jest chory to wkrótce w samej LNA dojdzie do walki o władzę, która może przerodzić się w nową fazę libijskiej wojny domowej.

    To, że tarcia w ramach samej LNA są duże pokazuje sytuacja z połowy kwietnia 2018 roku. Gdy Haftar zachorował i "zaginał" władzę przejął generał Abdel-Razeq Nathuri, który jest szefem sztabu LNA. Gdy konwój Nathuriego przejeżdżał przez Bengazi został zaatakowany przez samochód-pułapkę. Generał Nathuri przeżył a o zamach zaczęto podejrzewać buntowniczych oficerów LNA.

    http://www.middleeasteye.net/news/exclusive-haftar-suffering-irreversible-brain-damage-688471036

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    pokaż spoiler Photo by: Magharebia/flickr.com


    #afryka #geopolityka #libia #lagunacontent
    pokaż całość

  •  

    Akuku, chyba rosyjski ichtamniet z Brygadami Baath (sic!) podczas walk w obozie Jarmuk. Serio, Brygady Baath walczą przeciwko IS i sobie dobrze radzą. Wojna w Syrii zdecydowanie zmierza ku końcowi. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #syria #rosjawsyrii ? #lagunacontent

  •  

    Pamiętacie sprawę zabójstwa Al Bastha?

    Izraelscy dziennikarze, powołując się na źródła w izraelskim wywiadzie, twierdzą, że Al Batsh był łącznikiem między Hamasem a emisariuszami Korei Północnej. Al Batsh miał za zadanie wynegocjować od Koreańczyków pomoc materiałową i technologiczną potrzebną do rozwoju programu rakietowego Hamasu.

    Po więcej na ten temat odsyłam do mojego artykułu.

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #bliskiwschod #izrael #palestyna #lagunacontent
    pokaż całość

    +: 2PacShakur, R............7 +8 innych
  •  

    W KSA rusza projekt "Quality of Life 2020"

    W ramach projektu aż 34,6 mld dolarów zostanie zainwestowanych w rozwój saudyjskich miast. Głównym celem jest doprowadzenie do tego, że do 2030 roku na liście 100 najlepszych miast do życia znajdą się minimum 3 miasta saudyjskie. Projekt ten jest częścią większego planu, czyli "Saudi Vision 2030", który ma zabezpieczyć Królestwo na wypadek wyczerpania złóż ropy.

    https://english.alarabiya.net/en/business/economy/2018/05/03/Saudi-Arabia-launches-34-6-bln-Quality-of-Life-Program-2020.html

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    pokaż spoiler Photo by: apriltan18/pixabay.com


    #bliskiwschod #arabiasaudyjska #lagunacontent
    pokaż całość

    źródło: 1.jpg

  •  

    Turecka opozycja doszła do porozumienia

    Według niepotwierdzonych informacji pochodzących od członków partii CHP, dzisiaj w Turcji zostanie ogłoszony wspólny blok partii opozycyjnych. W jego skład wejdą: CHP, IYI, islamska partia Saadet i Partia Demokratyczna. Do bloku nie wjedzie jednak pro-kurdyjska HDP. Dzięki takiemu ruchowi opozycji łatwiej będzie przekroczyć 10% próg wyborczy. Więcej na ten temat pisałem tutaj.

    https://www.reuters.com/article/us-turkey-election-opposition/four-turkish-opposition-parties-agree-election-alliance-deal-chp-idUSKBN1I30ML

    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    pokaż spoiler Photo by: VOA

    #bliskiwschod #turcja
    pokaż całość

  •  

    Egypt Fund

    Egipski rząd pracuje nad powołaniem specjalnego funduszu inwestycyjnego, który będzie finansował rozwój kraju. Fundusz ma mieć kapitał w wysokości 285 milionów dolarów, co stanowi kroplę w morzu potrzeb egipskiej gospodarki. Jednocześnie jednak wydaje się, że zmiany idą w dobrym kierunku - od 2016 r., gdy rząd zaczął wprowadzać reformy ekonomiczne, deficyt budżetowy Egiptu cały czas zmniejsza się, a bezrobocie i inflacja maleją. Być może z tego funduszu zostanie zrealizowana część inwestycji na Synaju - pisałem o tym tutaj.

    https://www.al-monitor.com/pulse/originals/2018/05/egypt-creates-souvereign-fund-reforms-boost-economy-planning.html

    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    pokaż spoiler Photo by: Luc Legay/flickr.com

    #bliskiwschod #egipt
    pokaż całość

    +: C.........0, kuxter +9 innych
    •  
      R............7

      0

      @JanLaguna: A jakie to są reformy ? Wolnorynkowe czy Solidarnościowo-Etatystyczne ? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      @RuskiAgent1917: ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Here is a stocktaking of what the government has achieved since the start of the work.

      Flexible exchange rate regime: With the floating of the Egyptian pound, the foreign exchange market normalized, and the parallel market for foreign currency disappeared. The focus of monetary policy is to bring down inflation, which reached more than 30 percent since April, mainly due to the sharp depreciation of the pound and the impact of energy and tax reforms.

      Reducing the budget deficit: The government implemented a value-added tax (VAT) as part of its reform program which aims to increase tax revenues sustainably. The government also took steps to reform expenditures, including notably energy subsidies. Resources from the higher VAT and more efficient spending will slow the accumulation of public debt, which had been rising rapidly.

      Energy subsidy reform: The government has taken bold steps to reduce energy subsidies which benefit mostly the rich, and also skew production to energy-intensive industries. The government reallocated part of the resources to social spending, including on health and education, and for targeted cash transfers.

      The inclusion of women and youth is critical to share the benefits of growth more broadly: The government has taken measures to increase employment and labor force participation for women and youth. It has allocated budget resources to increase access to and the quality of public nurseries to help women join the labor force. It is also planning to improve the safety of public transportation. The government has also implemented specialized training programs and job search schemes for youth.

      Higher growth through wide-ranging structural reforms: The parliament approved several measures to improve the business climate such as less red tape in industrial licensing, and easier access to financing for small and medium-sized enterprises. These measures should create more new jobs and help alleviate unemployment, which is particularly concentrated among women and young people.
      pokaż całość

      +: R............7, Garindor +1 inny
Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów

<