•  

    „BYŁY SOBIE ŚWINKI TRZY”

    Jeśli była w latach '90 w Polsce jakaś afera polityczna, przekręt finansowy to przyjmijcie do wiadomości że była to afera, której zawsze towarzyszyły kilogramy kokainy.
    W latach 90 szczególnym umiłowaniem do koki w sejmie darzyła partia DLS czy jakoś tak...
    Chleli wódę już od ósmej rano w restauracji sejmowej , ale żeby się nie zachlać to wychodzili na „szczocha” wciągać kreski. O 10:00 byli tak zrobieni, że nie wiedzieli jak ich matki mają na imię. Tak kurwa rządziło się w latach 90 krajem. Afera za aferą. Nie było internetu, więc robiono nieświadome społeczeństwo w balona. Nad wszystkim trzymały łapę służby specjalne i tolerowały pudrowanie nosów w sraczu sejmowym.
    Dżordż parkował zawsze na tyłach sejmu. Na początku „chłopy małorolne” z sejmu stali w kolejce jak po świeże bułeczki. Później wysyłali tylko jednego , bo zbyt duże ryzyko wpadki medialnej. Najgorsza klientela, grozili, obrażali, przychodzili po pijaku, wypadały im portfele, jakieś scyzoryki, zdjęcia żon przy płaceniu. Wieczorem zaś zamawiali bezpośrednio do agencji towarzyskich. Zawsze byli obserwowani przez służby. Służby to tolerowały i mieliśmy otwartą furtkę. Duży zysk, ale zawsze stres bo musisz się użerać z chłopem który jeszcze niedawno przewracał gnój u siebie w oborze, a teraz jest bezkarny, pijany, obszczany i ma immunitet! Najgorszy rodzaj klienta. Bo może wszystko, ale też sporo ryzykowali.
    Dżordż raz aby upokorzyć wrzucił takiemu sejmowemu „obszczymurkowi” pakunek do kosza na śmieci i ten o ósmej pięć rano grzebał w koszu jak kloszard. Zrobił mu zdjęcie i mu później pokazał, aby go trochę wyprostować bo owy polityk był mendą nadzwyczajną z wąsem pożółkłym. Zdjęcie było bardzo niewyraźne, ale to wystarczyło aby tego warchlaka trzymać w ryzach, bo jak popuścił cugle to odpierdzielał takie sceny, że trzeba było mieć na niego haka.

    Lata 90 to rządy zapijaczonych i naćpanych kolesi z bebechem z przodu z niedopasowanymi garniturami. Do sejmu nawet zamawiali dziwki jak się urżnęli.
    Jak zamawiali u Dżordża słodycze to zawsze w stylu „te przywieśta nam pod sejm na chybcika”. Na szczęście później mieli gońca , młodego chłopaka który to załatwiał, z którym nie było problemu bo brał dużą ilość i personalnie nie trzeba było się użerać z pijanym żulem , który ma immunitet.
    Ale pod agencje jak przyjeżdżaliśmy to była jedna wielka impreza, bo po 23:00 właśnie tam balował sejm. Agentura była zamykana, a my tylko przy sobocie nie nadążaliśmy z dowożeniem badziewia. Wciągali wszelkimi dziurami, nacierali sobie tym członki, chleli wódę do oporu. A zachowywali się gorzej jak zwierzęta. Służby specjalne miały na każdego haka. My także. Byli tak nieostrożni , ze potrafili rzygać pod hotelem Marriott w centrum Warszawy na chodniku. Właściwie najgorszy typ klienta jak dziewczyny z agentury opowiadały. Kobiety tam pracujące też wciągały, też nie małe ilości. Część kończyła w kasynach, część wciągała nad ranem kreski dla ocucenia i wracała do żon i dzieci.
    Warszawa lat '90 to surowe miasto z pewnymi zasadami, ale bez hamulców. Sporo paradoksów. Anarchia, policja podporządkowana gangom. Pod koniec lat 90 zaś miasto zdominowane przez heroinę, wyglądało jak przeterminowany bigos. Bez ładu i składu. Trzeba było wiedzieć jak się poruszać, aby się nie zagubić w tym wszystkim.
    Pamiętam jak zaopatrywaliśmy pewną agencję towarzyską i kazano nam wejść. Dziewczyny tańczą uwalone na stołach i nagle wpada jedna do głównego holu i krzyczy ze się zesrał. Okazało się ze jeden grubas sejmowy narobił w łóżko, smród niemiłosierny, ochrona go przewraca i przewijają go jak bobasa, cucą koksem i jakimś szprycem. Popłoch i zamieszanie jak na bazarze.
    Kolejnego razu zażyczył sobie pewien znany sejmowy gość dostawę do przybytku prosto do pokoju. Wchodzi Dżordż a tam scena jak z teatru. Trzy dziewczyny przebrane za świnki. Grubas nieudolnie przebrany za wilka i konwersacja:
    Wsadziłem już nos do środka – zagroził wilk.
    - Proszę bardzo – odpowiedziała mała świnka.
    - Teraz włożyłem już do środka uszy – odgrażał się wilk.
    - Bardzo mi miło – drwiła trzecia mała świnka.
    - Wepchnąłem też łapy – straszył wilk.
    - Bardzo dobrze – spokojnie odpowiedziała trzecia mała świnka.
    - Już cały wszedłem do środka – poinformował wilk.
    Na koniec dziewczyny wszystkie razem chórkiem:
    -Były sobie świnki trzy, świnki trzy, świnki trzy:
    -Sport, muzyka oraz gry,
    -Oraz gry to my.
    -Były sobie świnki trzy, świnki trzy, świnki trzy:
    -Sport, muzyka oraz gry,
    -Oraz gry to my.
    Dżordż nie dowierzał, przecierał oczy. Mówił tylko do grubasa:
    - taki duży chłopiec...
    Gruby coś burknął pod nosem i jak świnia nie sypał kresek tylko prosto z torby zanurzał ryj i wciągał.
    Tak się bawił sejm w latach '90.
    My na początku się śmialiśmy z tego, później już to nawet nas nie bawiło, a męczyło.
    Ci co tworzyli prawo w ówczesnym czasie byli koksiarzami, pijakami, szamciarzami i bezwzględnymi dupkami, obłudnikami. Polski sejm ówcześnie uwielbiał kokainę i to nie byle jaką.
    Później temat się urwał na zawsze, ale Dżordż nie płakał, bo od zawsze chciał się od tych z ul. Wiejskiej uwolnić.

    Jeśli interesuje cię temat śledź: #dzordz

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    „MONTE - VIDEO”

    Wypożyczalnia kaset VHS na Mokotowie była miejscem tętniącym życiem. Tam się ścierali fani kina klasy B, ale również prawdziwi kinomanii, którzy namiętnie na swoich zajechanych odtwarzaczach video oglądali filmy w jakości wołającej pomstę do nieba. Rekompensatą był dobry lektor, którego w latach 90 nie obowiązywała cenzura. Był to niewątpliwie atut patrząc z perspektywy czasu. Kręte labirynty pełne kolorowych kaset podzielone tematycznie na gatunki filmowe. Narodowym hobby w tamtych latach było masowe oglądanie filmów, praktycznie każdego gatunku. Od niemieckich pornosów, poprzez melodramaty, kino akcji i horrory klasy B, aż po ambitne kino europejskie. Faceci po 40 po pracy przychodzili po 2-3 filmy i tak w domu męczyli do północy filmy, później spać i od nowa tętno dnia codziennego. Ludzie masowo oglądali wszystko co się dało.
    Za nieprzewiniętą kasetę u Rednecka można było dostać karę finansową. Redneck był właścicielem wypożyczalni na Mokotowie i prawdziwym pasjonatem kina wszelkiego. Oglądał wszystko , dosłownie, nawet każdy film erotyczny czy porno musiał obejrzeć Był bardzo zaangażowany w kino bo w końcu poprzez pasję zbudował najlepszą wypożyczalnie w mieście. Na górze miał małe mieszkanie, a na dole wypożyczalnie, swoje królestwo. Wyglądał na 40 lat , a miał nieco mniej. Był lekko przy kości , kręcone średniej długości włosy zaczesane do góry i psa - skrzyżowanie wilczura z jamnikiem , którego nazwał Bruce Lee.
    Każdy kto był zapisany miał swój numer i widniał w wielkim zeszycie, których było kilkanaście. Jeśli się zapomniało numer, to trzeba było się zapisać jeszcze raz , bo system był niedoskonały. Stosy zeszytów, segregatorów, straszna biurokracja.
    Redneck był osiedlowym krytykiem kina, znał się niemalże na każdym gatunku filmowym. Jego idolem był Kałużyński. Bardzo cenił faceta, za bezpośredniość i nie uleganie modzie oraz trendom. Z Dżordżem przychodziliśmy czasami jak naszła nas ochota na maraton filmowy. Elwira zachwycała się włoskim kinem erotyczno – artystycznym. Dżordż kochał filmy Wong Kar-Waia , w zasadzie wszyscy się w nich zatracaliśmy. Osobliwe kino. Pamiętam że Chungking Express oglądaliśmy namiętnie kilka razy przy puszce ananasa, popalając przy tym skuna.
    Oczywiście potrafiliśmy oglądać cztery horrory pod rząd „Freddiego Krugera” czy „Martwe Zło”. Pamiętam seans „Rush”(1991), albo „Pump Up the Volume” Allana Moyla. Czesto lubiliśmy też dobrego dreszczowca zapodać przy cieście haszyszowym upieczonym przez Elwirkę.
    Pamiętam faceta z wąsem po 40 jak przyszedł do Redneka, i przepraszał go, że przetrzymał „Pulp Fiction” o kilka dni za długo, ale film wywarł na nim takie wrażenie , że obejrzał go 6 razy! Dwa razy z żoną, dwa razy z kolegami i dwa razy z synkiem 12 letnim. Później dyskutował przy ladzie dobrą godzinę na temat filmu. Nawet prości ludzie wówczas otwierali się na świat kina. Zwykli robotnicy potrafili płakać na „Buntowniku z wyboru” lub podziwiać grę aktorską Al Pacino lub De Niro w „Gorączce”. Każda klasa społeczna otworzyła się na kino, bo za niewielkie pieniądze można było zanurzyć się w inny świat.

    Nie zapomnę nigdy seansu jaki odbył się w wypożyczalni kaset video w 1994roku . To była czysta dawka emocji w ciekawym towarzystwie. Wówczas Redneck całkiem spontanicznie na swoim Panasonicu zapodał „Urodzonych morderców” w reżyserii Olivera Stone’a, na podstawie scenariusza Quentina Tarantino. Był koniec sierpnia, kilka dni od światowej premiery, upalny wieczór, zamykając wypożyczalnię, powiedział, że coś świeżego pokaże swoim klientom. W ten sposób kilka osób zostało „na fajrant” w czeluściach wypożyczalni video u Rednecka. Wyjął starą kanapę i zaczęliśmy oglądać z klientami film o młodych mordercach. Dżordż wyjął skręty posmarowaliśmy je miodem dla dodania aromatu i tak oto popalaliśmy wszyscy. Było siwo od dymu, gorąco , ale atmosfera gęsta i każdy autentycznie przejęty. Palił każdy, niektórzy nie wiem czy zdawali sobie sprawę że palą marychę. I tak oto w piątkowy upalny wieczór wkomponowaliśmy nasze umysły w świat kina lat '90. W połowie filmu , gdy jakaś scena nam się podobała prosiliśmy Rendnecka o powtórkę. To był „żywy seans” z dyskusją podczas oglądania. Paliliśmy jednego skręta maczanego w miodzie, później drugiego , na koniec jeszcze trzeciego. Na końcu zamówiliśmy „chińczyka” i jeszcze dobrą godzinę dyskutowaliśmy po seansie. Wszyscy upaleni stali się jakby bardziej wrażliwsi. Dżordż chwalił oryginalne ujęcia, niektórzy wypatrywali drugiego dna w tym dramacie- thrillerze.

    Redneck palił zioło , bo każdy szanujący się kinoman wie że odczuwanie oraz postrzeganie filmu jest znacznie głębsze po marihuanie niż na czysto.
    Z tego tytułu, że Dzordż był jego ulubionym dostawcą nie groziła mu kara za oddanie nieprzewiniętego filmu. Dżordż nawet swego czasu wszedł w kooperatywę z Redneckiem i do nowych filmów dla zaufanych klientów dokładał skręta za symboliczną złotówkę zręcznie zwiniętego. To był element promocji swojej działalności. W środek wkładał karteczkę z krótką notką odnośnie swoich doznań podczas oglądania danego filmu. Były dwie recenzje właściwie: jedna Rednecka a druga Dżordża. Kinomanii którzy palili zioło byli zachwyceni takim podejściem. Doceniali dbałość o ten detal. Po pewnym czasie Dżordż miał całe tabuny klientów filmowych.
    W piątki wieczorem często organizowaliśmy wraz z Redneckiem wieczory filmowe w jego wypożyczalni w towarzystwie jego pupila Brucea Lee. Każdy wieczór miał swój temat, był wieczór komedii, horrorów, a nawet wieczór porno-filmów. Zawsze paliliśmy skręty do tego i był darmowy barek ze słodyczami. Po seansie jak zwykle burzliwa dyskusja i chińczyk czyli nasza uroczysta kolacja. Ładnych parę lat tkwiliśmy w tym „kółku filmowo-narkotycznym”. To było piękne i nad wyraz ambitne przedsięwzięcie, że zwykli ludzie mogli konsumować kulturę w taki sposób. „Klub dekadentów i hedonistów filmowych '94” – taką nieoficjalną nazwę nadaliśmy.
    Klub filmowy u Rednecka był oazą nielegalnych filmów , które przed oficjalną premierą w Polsce można było tam zobaczyć. Raz nawet zrobiliśmy całą noc filmów „Upadek” , „Apollo 13” , „Zostawić Las Vegas”, „Noc na Ziemi” . Było gęsto od marcychy, pachniało tanim Whisky, śmierdziało chińczykiem , cygarami. Partnerka Rednecka – Basia nie nadążała z robieniem kawy w wielkim dzbanie . Było prawie 20 osób, ciasno, ale przyjemnie. Burzliwa dyskusja do świtu. Ścieranie się charakterów, gustów filmowych oraz postrzeganie otaczającej rzeczywistości.
    Sporo suszu poszło tej owej nocy, który bez wątpienia uwalniał w naszych mózgach pewne hamulce umysłowe, oraz otwierał nieodkryte pokłady nasze własnej twórczości.
    W zasadzie każdy szanujący się krytyk filmowy chcąc nie chcąc musiał palić zioło, taki zawód, taka profesja. Nam było daleko od profesjonalnych krytyków, ale podwórkowymi byliśmy i to nam dawało ogromną satysfakcję. Mieliśmy również specjalistę od kina akcji Pietrzu! To on układał filmy pod wieczory filmowe kina sensacyjnego z Sylvesterem Stallone czy Arnoldem Schwarzeneggerem, lecz płakał jak bóbr widząc dobry melodramat. Elwirka specjalizowała się w kinie artystycznym. Każdy był potrzebny i był koneserem, ekspertem w danym gatunku.
    Pamiętam z widzenia gościa od siebie z osiedla , który był częstym klientem wypożyczalni, zawsze brał filmy karate z Jackie Chanem lub Bruce-Lee. Redneck mówił na niego „mnich z klasztoru szaolin” .Po zmroku na osiedlu przy trzepaku po obejrzanych seansach ćwiczył chwyty kung-fu. To było piękne co robił film z ludźmi.
    Dziwne może , ale to poniekąd piractwo było domeną tego pozytywnego bałaganu. Okładki na xero, przegrywanie masowe kaset czy filmy z nielegalnych źródeł.
    Później , na początku XXI wieku rozwój technologii , paradoksalnie popsuł nam zabawę w kino, a tym samym już nigdy kino nie było takie samo. Klimat kina lat '90 przestał istnieć. Umarła pewna epoka z końcem upadku wypożyczalni kaset video.

    Jeśli interesuje cię temat śledź: #dzordz

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

    +: M........a, Bounty +77 innych
  •  

    Persecutoria
    Zamówienie od Papa-Boba. Tak więc jedziemy na stary Mokotów. Stara przedwojenna kamienica z zamkniętym podwórkiem i kapliczką Matki Boskiej po środku. W drzwi stukało się specjalnym szyfrem 3, pauza, 1, pauza, trzy, pauza, 1. Hasło: „kitara-kitraj-nara”. Wpuszczał do kawalerki, któryś z chłopaków. Zawsze musieliśmy wejść i pogadać. Papa-Bob człowiek który rzadko sypiał i był uzależniony od fety, cukru i robienia czegoś co nazywał tatuażami. Miał włosy tłuste spięte w małego kucyka, na dupie stary wyciągnięty dres, był lekko przy kości mimo diety amfetaminowej i z domu nigdy nie wychodził. Podobno ukrywał się przed policją, za jakieś grzeszki drobne. Na śniadanie, obiad i kolację jadł słodycze.
    Przychodzili do niego wszelkiej maści kumple i speedowali miesiącami razem z nim. Od tej fety wszyscy byli mega odmóżdżeni. Zawsze w starym fotelu siedział Cichy w cynglach +7. To co go charakteryzowało to brak rozmów. Z nikim nie rozmawiał. Jedyne co robił to rozwiązywał krzyżówki, cały dzień i całą noc. Pamiętam dwóch młodych łepków wiecznie siedzących u Boba. Mówili na nich Pat i Mat. Chłopaki grali w kropki lub w statki na kartkach a4. Całe stosy zeszytów tym zajebane. Kiedyś od spodu posklejali kartki na pół pokoju i mieli matę do gry w kropki na miesiąc.
    Papa Bob natomiast nieudolnie robił tatuaże maszynką specjalnie skonstruowaną do tego z silniczka po walkmanie i nieprofesjonalnym tuszem. Te tatuaże to była porażka. Godzili się tylko ci najbardziej zdesperowani, a jak nie miał komu robić to dziargał sam siebie. W koncie leżała zakurzona sztanga i dwa hantle. Telewizor był cały czas cicho włączony, ale nikt nigdy w niego nie patrzył. Przy któryś odwiedzinach Dżordż zaproponował ze wyłączy TV bo i tak nikt przecież nie ogląda. Bob stwierdził że jak chce, mu nie przeszkadza, chłopaki też się zgodzili. Dziwni ludzie. Papa-Bob ogłaszał się w Życiu Warszawy na początku swojej kariery : „Profesjonalne tatuaże”.
    Przy ścianie typowa meblościanka, duża kanapa, fotel wspomniany i dwa materace. Pomijam brak kwestii sterylności.
    Raz przyszła jakaś dziewczyna , było to jeszcze w momencie początków kariery Papa-Boba. Zapragnęła serduszko na piersi. Efekt był porażający. Prosty tatuaż, a serce krzywe jak cholera. Linie raz cienkie, raz grube. Oczy Boba wiecznie spocone. Nerwówka totalna. Dziewczyna się popłakała. Gdyby nie my to musiałaby jeszcze za to gówno płacić. Wybiliśmy Bobowi pobór opłaty za tą przykrość. Jak wyszliśmy od Boba to tej dziewczynie daliśmy adres do profesjonalnego studia tatuażu i powiedzieliśmy że eksperci zrobią jej ładne serducho z tego antydzieła. Ucieszyła się.
    Chłopaki po tygodniach speeda dostawali realnych paranoi. Bali się że policja ich śledzi i że montują im podsłuchy jak śpią. Kiedyś wpadamy do Boba a on ostukuje stojąc na drabinie widelcem ścianę i szuka podsłuchów. Raz jak przyjechaliśmy, on nas nie wpuścił bo zmienił hasło i mimo to że przez wizjer nas widział nie wierzył ze to my. Chłopaki raz w miesiącu robili zakupy, bali się ulicy do tego stopnia ze czasami barykadowali się meblami w tej podupadającej speedowej melinie. Jak otwierał drzwi to wyłaniał się smród stęchlizny. Bob dokładnie obłożył okna kartonami i uszczelnił kocami. Czasami nie włączali światła i tak wegetowali przy świeczkach. Bob miał tendencje do podpadania ludziom i wpadania w tarapaty. Miał głowę zajebaną wiecznie problemami.
    Kiedyś jakiś lokalny „fafarafa” wyszedł z więzienia i zapragnął tatuażu. Papa-Bob miał mu kończyć smoka na ramieniu. Kończył mu miesiącami i za każdym razem smok był coraz to bardziej groteskowy. W rezultacie wyszła karykatura żaby lub jaszczurki. Właściciel ręki wkurwił się na Papa-Boba i rozkręcił awanturę, a że Bob był nerwowy to gościa o mały włos nie wyrzucił z czwartego pietra przez okno. Później Bob miał naloty jakiś drecholi i mu raz nawet dowalili, wskutek czego Bob miał przymusowy dwutygodniowy detoks w szpitalu. Po tej akcji jeszcze bardziej się barykadował, a wejście do niego zajmowało kilkanaście minut. Miał słabą renomę mistrza tatuażu i w późniejszym czasie tatuował głównie jakiś nieletnich dresiarzy. Listek gandzi, jakieś napisy z błędami, parodie smoków, lwów, krzywe ornamenty. Nie miał talentu. W jego szczelnym mieszkaniu była nieznośna mgła od papierosów. Ot tak siedzieli w ciemnej norze całymi dniami i nocami, każdy miał swoje nieskomplikowane zajęcie , a mieszkanie powoli zarastało syfem i brudem . Mieszkanie Boba wyglądało jak cela więzienna. Jedynie z dziesięć bujnie rosnących paproci na parapecie i na półkach dawało sygnał ze to mieszkanie żyje, a może oni żyją dzięki tym paprociom?

    Dżordż przestał go odwiedzać po tym jak po którejś wizycie nabawił się awersji żołądkowych. Przyjeżdżaliśmy tam około 1 roku i widzieliśmy na własne oczy co amfetamina robi z ludzi. Była to degradacja totalna. Po tym czasie i my mimo ze rzadko braliśmy całkowicie przestaliśmy zarzucać speeda. W ogóle Dżordż po pewnym czasie zrezygnował z handlu tym gównem.
    U Papa Boba w mieszkaniu było coś na kształt komunistycznego-bajzlu, bez większej filozofii. Wpieprzyli sobie do głowy po tym speedzie, że ciągle ktoś ich śledzi i ściga, a świat zewnętrzny to zagrożenie.
    Pamiętam scenę jak prosili nas o zrobienie zakupów. Dżordż odmawiał bo nie miał czasu na bzdury, poza tym twierdził że jak nie będą wychodzić to w ogóle źle z nimi będzie. Robili jakieś wyliczanki kto ma iść, po czym się kłócili. Jak już doszli ostatecznie do porozumienia który ma pójść to szykowali go jak na wojnę, jak na powstanie warszawskie. Polar, kurtka, okulary przyciemniane, czapka z daszkiem dla niepoznaki, plecak typu stelaż, gaz obronny, zapalniczka, sznurek , bardzo długą listę zakupów, którą układali co najmniej kilka godzin i „sałata” zawinięta w skarpety, włożona do słoika po ogórkach. Osoba wychodząca na miasto wyglądała jak bezdomna. Przed wyjściem jeszcze obowiązkowe pranie mózgu. Jak cię złapią co masz powiedzieć, jak się nazywasz, a czy w stresie sobie poradzisz, jak ich zmylić. Istna psychoza i mania prześladowcza. Zmyl ich, jedź na około, nie zostawiaj śladów. Kurwa, zwykłe wyjście do sklepu, a takie chore jazdy. Przy wyjściu kapowali się że jednak już jest noc i nici z zakupów i trzeba odłożyć plany na jutro. Nie mieli zegarka ani jednego a przysłonięte okna powodowały zatracenie się w czasie na dobre. Nie odróżniali dnia od nocy. Rano od nowa szkolenie, ubieranie i wyprawka. Do tego jeszcze teksty żeby nie rozmawiać z nikim, nawet z ekspedientką w markecie. Weź tu nie rozmawiaj jak człowiek naspeedowany i chce sobie pogadać. Czasami wyglądało to tak, że gościa nie było kilka dni, po czym przychodził zaopatrzony jak święty mikołaj. W późniejszym stadium ćpania speeda zaobserwowaliśmy z Dżordżem, że rzeczywiście im się nie chce rozmawiać i tylko skupiają się na swoich prostych czynnościach. Oznaczało to postępującą degradację i tak już zepsutego mózgu. Mogę się założyć że wylądowali wszyscy w wariatkowie.
    W sylwestra rano zadzwonił Bob że potrzebują dzisiaj dostawy, więc pojechaliśmy, a oni nawet nie wiedzieli że jest 31 grudzień. Mówimy im że dzisiaj sylwester, gdzie się bawicie? Stwierdzili że mają jeszcze dużo czasu do wieczora. Oczywiście sylwestrowali w swojej jaskini.

    Narkotyki to syf , a my przecież balansowaliśmy na granicy bezpieczeństwa jak nam się wydawało przynajmniej. Odwiedziny w takich miejscach dawały nam poważne refleksje na temat brania amfetaminy. Co prawda rzadko ją braliśmy, ale odwiedzanie tego cyrku na kółkach zniechęcało nas do brania speeda całkowicie i było swego rodzaju terapią antyspeedową. Tak więc te wizyty były wielce pouczające.

    Jeśli interesuje cię temat śledź: #dzordz

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    „Insomnia. I can't get no sleep”

    Ze względu bezpieczeństwa lepiej jechać do „Krakał” pociągiem pośpiesznym. Mieliśmy dowieźć sporą ilość dobrego tematu na specjalne zamówienie na krakowską imprezę VIP.
    Realizacja bardzo szybka, ale teraz Dżordż miał 15000pln w gotówce przy sobie. Nie pamiętam nazwy tego klubu, ale w ramach wiecznej imprezy postanowiliśmy zabalować krótko w byłej stolicy, tym bardziej że powrotny pociąg dopiero o 1:00 w nocy, a więc mamy około 3 godzin. Dość przypadkowo natrafiliśmy na jakąś imprezę. Schodziło się po ciasnych, krętych schodach do piwnicy. Klub miał to do siebie, ze był cholernie ciasny, zadymiony, ciemny i był swego rodzaju labiryntem przejść podziemnych. Były dwie sale z czego na jednej techno, a w drugiej drum'n'bass – muzyka z jamajskim rodowodem. Korytarze były niskie i bardzo wąskie. Ledwo dwie osoby mogły się mijać. Pomiędzy tymi salami niezliczona ilość małych sal, pokoi, i wąskich przejść. Atmosfera bardzo oryginalna i nietuzinkowa. Na moje oko ponad 50% to turyści zagraniczni. Wszyscy spoceni i nakręceni. Czas speeda – 96rok! To co cechowało imprezy z tamtego okresu to był brak lansu , swego rodzaju naturalność. Nikt wówczas nie mówił ze „uprawiał clubbing”. Dopiero po 2000 roku zaczęło to być modne. Ideą była dobra zabawa, narkotyki i wolna miłość. Chodziło o to żeby dobrze przyjebać w mózg. Odjechać w rytm syntezatorów. Poczuć ekstazę, euforię. Widziałem gości w garniturach, faceta wyglądającego jak metalowiec, punka lub już cybrepunka i całą masę przeciętnych młodych ludzi, którzy mieli wyjebane na to jak wyglądają i jak się kto ubiera. Każdy personalnie przeżywał rozkosz ale łączyła nas muzyka i to miejsce, a także wspólny cel. Dużo kontaktowych dziewczyn, studentek a także pracownic barów szybkiej obsługi, które po całym tygodniu ciężkiej pracy za marne grosze pragnęły resetu, geje, lesbijki.
    Wyznawaliśmy trzy zasady: otwartość, akceptacja, pozytywne nastawienie
    To co cechowało Kraków to była większa ilość turystów w porównaniu do Warszawy. Dżordż miał wrażenie że ten klub musi być połączony tymi przejściami podziemnymi z innymi klubami i tylko wtajemniczeni wiedzą jak się poruszać w Krakowie po undergroundowych imprezowniach. Czujecie? Podziemne miasto najznakomitszych imprez z najlepszym towarzystwem z całego świata. Mekka nie mogących zasnąć. Ludzi dla których noc jest dniem a dzień nocą. Ludzi czujących światłowstręt i czerpiących energię z nocy. Naspeedowany Dżordż szukał przejść podziemnych, wchodząc co raz do jakiś magazynów, zaplecza, kuchni. Znikł na kilkadziesiąt minut, a gdy się pojawił mówił ze musi być gdzieś przejście. Kilka minut później zerkam, a on już z nowo poznanymi kompanami z Wielkiej Brytanii szuka w dużym wentylatorze na ścianie tajnych przejść do innego wymiaru. Elwirka mocno przeżuwała gumę i z wytrzeszczonymi oczami tańczyła w transie. Dżordżowi nie udało się znaleźć tajnych przejść, ale powiedział ze jeszcze tu wróci bo na pewno ten klub jest połączony z podziemnym światem imprez. Na peronie Elwirka nadal tańczyła, mimo iż muzyki już nie było słychać. Tak właśnie działa speed. W przedziale byliśmy sami, a stukot pociągu wygrywał nam prosty rytm, gdzie dodatkowo Dżordż postukiwał w puszkę po napoju, a Elwirka oczywiście tańczyła. Impreza się skończyła jak dojechaliśmy do Warszawy Zachodniej. Do wagonu weszli nocni złodzieje. W latach 90 częsty widok. Wybierali pośpieszne lub expresy bo klientela zamożniejsza. Okradali bezpośrednio lub na śpiocha. Konduktor dostawał prawdopodobnie swoją działkę i się nie mieszał. Weszli do naszego przedziału i działali szybko. Dżordż miał w torbie tylko pieniądze 15000pln. Było ich dwóch, na oko około 20-25 lat, łysi. Jeden z nich wyjął nóż sprężynowy – dość pokaźna kosa. Mi się słabo zrobiło, wiedziałem że będzie ciężko bo Dżordż nie odda tak łatwo torby. Elwirka była w toalecie w tamtej chwili. Goście powiedzieli że chcą szybko kasę. Natychmiast, bo ucho będą obcinać.
    Dżordż odpowiedział: - „zaraz, zaraz, chwileczka, a to łysego wy nie znacie”?
    Gość z nożem: - „może i znamy , a co” ?
    Dżordż: - „niby nic, ale siwy będzie zły jak oddamy wam kasę, bo ja jestem jego kuzynem. Łysy też będzie niezadowolony”
    Gość z nożem: „a skad wy wracacie?”
    Dżordż: - „Jak to skąd? A kto miał reprezentować Legię w Krakowie na meczu dwa dni temu?”
    Gosć z nożem: „Dopiero teraz wracacie, a gdzie szaliki”
    Dżordż: - „dwa dni na dołku, a ty chcesz nas kroić? Zamach na Legię? Na wiernych fanatyków? Szaliki nam zabrały psy”
    Gość z nożem: „ pozdrówcie Łysego od Bola. Kiedy będziecie na Białołęce (mamer- więzienie) w odwiedzinach u niego?”
    Dżordż: „jak to kiedy. Prawie w każdym miesiącu jesteśmy. Żalił się ze nie wszyscy go teraz odwiedzają”
    Gość z nożem: „no my w sumie to musimy się wybrać do niego jak najszybciej”
    Dżordż: „on jest wkurwiony bo ktoś kapuje na mieście, ale chłopaki podobno już namierzyli kilku”
    Gość z nożem: „my spadamy, niech żyje Legia, szacunek dla was za poświęcenie dla klubu.”

    Oni wyszli, weszła Elwirka i nawet już jej nie tłumaczyliśmy co i jak, żeby jej nie stresować.
    Dżordż załatwił to bez większego wysiłku. Łysego nie znał, ani żadnego Siwego, ale zagrał w ciemno , bo wiedział ze wśród każdej ekipy nieskalanej myśleniem jest jakiś „Łysy” czy „Siwy”. Goście niby sprytni, złodzieje, cwaniacy a dali się naiwnie nabrać. Generalnie skwitował to ciekawie wychodząc z pociągu: „Widzisz...to są właśnie frajerzy a nie cwaniacy, w wiezieniu będą mieli kiepsko bo ich charakter jest rozmięknięty jak gówno. Kariery nie zrobią”, po czym zaczęliśmy się śmiać, a Elwirka nadal tańczyła, tym razem w rytm porannego miasta. Speed odpuszczał niemiłosiernie, a my żądni wrażeń pojechaliśmy prosto na after-party, bo nie mogliśmy zasnąć.

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    PO DRUGIEJ STRONIE WARSZAWY”

    Herflik był prekursorem-przewodnikiem turystyki alternatywnej w Warszawie w latach '90.


    Całą młodość spędził ze starym na stadionie handlując różnymi militariami i tym co znaleźli za pomocą wykrywacza metali. Jego ojciec pasjonat histrorii z naciskiem na II wojnę światową, kapitalista i rewelacyjny handlarz, potrafiący sprzedać praktycznie wszystko. To po nim Herflik odziedziczył miłość do historii i zainteresowania oscylujące wokół granatów, moździerzy i innych znaleziskach z II wojny światowej. Chodził wszędzie z wojskowym plecakiem typu kostka i zawsze miał w nim bagnet na wypadek gdyby jakiś drechol przypadkowo potrzebował...konserwę otworzyć... Raz na peronie chcieli od niego kasę chłopcy w kreszowych dresach, więc wyjął zardzewiały bagnet i zapytał czy otworzyć im konserwę. Bagnet był pokaźnych rozmiarów a na końcu był zardzewiały. Herflik był bardzo nerwowy i zaraz ręce mu drżały jak się kroiła niejasna sytuacja. Wszystko to powodowało ze wyglądał naprawdę groźnie. Gdy chwycił bagnet ten się kiwał na boki. Drechole popatrzyli na siebie i stwierdzili ze z psycholem nie zadzierają , po czym szybko odeszli. Tak oto tym sposobem kilkukrotnie bagnet ratował mu skórę. Był nieodłącznym elementem wyposażenia plecaka Herflika. Miał jeszcze w nim latarkę dość profesjonalną jak na tamte czasy, maskę przeciwgazową , nóż szwajcarski i kilka innych rekwizytów jakże potrzebnych mu w nocnych ekspedycjach po Warszawie.

    Herflik często odwiedzał Dżordża, byli kumplami ze szkoły średniej. Nie wiem czemu ale zawsze zużywał na potęgę walkmany i co miesiąc miał nowego , ale zawsze miał trzy te same kasety: Prodigy, Agressiva69, The Chemical Brothers. Chodził w szerokich bojówkach , bluzie z kapturem oraz pokaźnych glanach. Często odpoczywał razem z nami przy blancie lub na rave party od czasu do czasu zarzucając coś co pieści mózg.

    Chłopak miał zamiłowanie do Warszawy. Jego dziadek powstaniec warszawski, za młodu często go oprowadzał po różnych zakątkach Warszawy. Znał historię każdego miejsca w stolicy.
    Pamiętam jak kiedyś zaprowadził nas z Dżordżem w urokliwe miejsce. Paliliśmy wówczas haszysz, Herflik zaprowadził nas w jedno z najbardziej romantycznych miejsc Warszawy. Mówił wówczas:
    - Panowie tutaj przyprowadzajcie swoje kandydatki na żonę.
    Po czym się śmiał. Było to bardzo urokliwe miejsce, pod Mostem Poniatowskiego, właściwie mające sens przy odpowiedniej pogodzie, zjawisko występowało w okolicach przesilenia letniego czyli czerwiec/lipiec. Chodziło o letnią wieczorną grę świateł. Słońce przebijało się przez parkan stalowy mostu tworząc niepowtarzalne zjawisko rozproszonych promieni i piękna paletę ciepłych barw. Efekt ten widoczny był późnym wieczorem przy odpowiedniej pogodzie. Piękna scena. My paliliśmy, a Herflik opowiadał nam o historii powstania mostu oraz tajemnice jakie owy most skrywał. Faktycznie braliśmy tam dziewczyny i były oczarowane subtelnością zjawiska, a także naszą wrażliwością na tak efektowne detale jakie skrywała Warszawa w połączeniu z naturą.
    Z perspektywy czasu patrząc, to były rzeczy niesamowite i jedne z ważniejszych chwil w życiu. Żyliśmy, rozmawialiśmy nie o gadżetach czy o sprawach przyziemnych, a o swoich doznaniach zmysłowych, o swoich wewnętrznych uczuciach, o historii miasta, o sztuce, o potędze natury, o tajemnicach natury, które zwykły zabiegany człowiek nie zauważa na co dzień.
    W tak młodym wieku zwracaliśmy uwagę na sprawy najważniejsze, najprzyjemniejsze.
    Zjawisko letniej gry świateł przy Moście Poniatowskiego trwało krótko, bo zaledwie czas w jakim Elwirka potrafiła wysączyć jednego szampana , z naszą małą pomocą. Chwila krótka ale subtelna i warta choćby największych poświęceń. Tak się kształtowała przyjaźń!
    Herflika interesowała Warszawa nieznana, ta nieodkryta do końca , tajemnicza. Wchodził na przęsła mostów, eksplorował nielegalnie różne hale, budynki, ruiny, magazyny, a także całe podziemne miasto, czyli kanały. Kiedyś z Dżordżem wzięli po pół kwasa, ubrali się w kombinezony, maski gazowe i hasali po kanałach całą noc. Miał zawsze ze sobą różne mapy , które przed erą internetu sam tworzył lub kserował siedząc w różnych bibliotekach. Był prawdziwym pasjonatem i zapaleńcem. Na początku chodził sam i uwielbiał te nocne wypady np. do tunelu średnicowego łączącego Powiśle z Dworcem Centralnym. Zakamarki Pałacu Kultury, podziemia Cytadeli, Warszawska Praga, niedokończone tunele metra przedwojennego, kanał Żerański, spichlerze, itd. Z biegiem czasu tworzyła się coraz to większa grupa zapaleńców z którymi Herflik penetrował miasto. Herflik stwierdził ze może na tym zarabiać nie małe pieniądze. Oferował wycieczki po nieznanej Warszawie, znał dobrze angielski.
    Pewnego razu grupa Japończyków przyjechała na koncert Chopinowski. Herflik znał bardzo dobrze ich tłumacza. Był jego krewnym. Japończycy po koncercie szukali wrażeń. Z polecenia Herflik podjął się oprowadzenia ich po nieznanych zakątkach. Japończycy byli oczarowani. Pierwszy raz w życiu ktoś im pokazał w tak ciekawy sposób miasto. Tyle wrażeń w jeden dzień. W tamtych czasach żaden turysta nie wybrałby się na Pragę warszawską. Taksówkarze wówczas pytali „na Warszawę czy na Pragę”? Podkreślano odmienność tej dzielnicy ma każdym kroku. Tam mieszkali inni ludzie, mentalność nie warszawska a praska.
    Żaden przewodnik nie śmiałby gości swoich oprowadzać po melinach praskich. Herflik miał na to sposób. Dogadał się z kilkoma gitami z Pragi. Japończycy grubo płacili. Więc poszła działka na Praską ochronę. Dostali dobrą stawkę godzinową. Japończycy mogli zwiedzać zamknięte podwórka Brzeskiej (wówczas najbardziej niebezpieczna ulica Warszawy) i kilka bram na Ząbkowskiej. Żulernia oraz element aspołeczny tamtejszych rewirów reagował żywiołowo na „żółtków” , do tego stopnia ze doszło do kilku ekstremalnych sytuacji, ale japończykom taka adrenalina odpowiadała, Cieszyli się z tego. Herflik miał wrażenie ze oni dopłaciliby chętnie za solidny wpierdol na Pradze. Dla nich każda kultura i podkultura, a szczególnie ta autentyczna to coś bezcennego. Tak oto na Bazarze Różyckiego wydawali swoje dolary, które tu przywieźli kupując ciepłe flaki prosto ze słoika lub pisemka pornograficzne. Herflik uprzedzał ich zeby na wycieczkę nie brali pieniędzy, więc brali naprawdę mało. Pokazywał im jak element apołeczny ucieka przed policemenami wchodząc do kamienicy na Brzeskiej wchodzili po ciemnych schodach na samą górę, później ukrytym włazem na dach i w przeciągu pięciu minut znajdowali się na kamienicy przy Ząbkowskiej, schodząc schodami na dół. Tak oto przechytrzali policjantów tamtejsi złodzieje uciekając po dachach. Japończycy nie mogli brać ze sobą aparatów, ale i tak przemycali. Tego typu wyprawy z turystami Herflik uskuteczniał bardzo rzadko ze wzgęldu na mimo wszystko spore trudności z dogadaniem się z lokalnym środowiskiem. Kiedyś pewien Japończyk starcił tam aparat. Jakiś małolat zabrał go i uderzył japończyka w twarz. Herflik się poskarżył tamtejszej ochronie. Tamci zarządali okupu dodatkowego za sprzęt. Herflik oznajmił ze przecież płacił za ubezpieczenie klienta i żąda zwrotu. Nagle zleciało się stado „osadników” i zączął się młyn na ulicy. Jeszcze dwóch japończyków dostało w gębę, nie mocno na szczęście. Wracali bez butów, a właściwie uciekali, na szczęście jechała policja polonezem i to im uratowao dupę. Jak uciekali małolaci zrzucali cegły z sypiących się kamienic wprost na ich głowy. Jeden Japończyk tak uciekał że dobiegł na Dworzec Wschodni i czekał na tamtejszym posterunku Policji. Herflik chciał oddać im pieniądze, ale Japończycy są honorowi i nie chcieli. Mało tego, oni byli mega zadowoleni. Popili się na drugi dzień Luksusową i wspominali miniony wieczór jakby co namniej Na Pearl Harbor walczyli. Oni byli tym tak podnieceni że na następny dzień Herfik miał 30 osobową grupę chętną na Pragę, niektórzy chcieli mu płacić podwójnie. Ale Herfilk po tym zdarzeniu odpuszczał praskie podwórka mimo niebagatelnych sum jakie mu dawano za „ryzyko praskie”. To groziło ciężkim uszkodzeniem ciała w najlepszym wypadku lub śmiercią nawet. Wziął sobie za punkt honoru odnalezienie tego skradzionego aparatu. Wiedział gdzie szukać bo wiadomo było że 90% rzeczy z kradzieży trafia na Stadion X-lecia lub na bazar Różyckiego. Po tygodniu odnalazł sprzęt na stadionie. Kliszy już nie było niestety. Sprzedawał go jakiś Polak, którego Herflik znał z widzenia, bo przecież sam dużo handlował na stadionie. Dogadał się na niewielką symboliczną sumę i odkupił Kodaka. Pech w tym że Japończyk dzień wcześniej wyjechał do Japonii. Ale Herflik się nie poddał, chciał pokazać że Polsce jest balans-symetria i że żyją tutaj również uczciwi ludzie. Za pomocą kuzyna-tłumacza w jakiś sposób odnaleźli adres Japończyka. Wysłał mu do Japonii ten sprzęt, a w ramach rekompensaty za utraconą kliszę stos zdjęć z Warszawy nieznanej szczegółowo poopisywanych po japońsku. Japończycy są honorowi jak już wspominałem i ten uradowany mu przesłał jakiś miecz samurajski i sake. Korespondowali ze sobą jeszcze kilka lat wysyłając sobie prezenty. Później Japończyków kilka razy jeszcze oprowadzał, lecz po bezpieczniejszych miejscach. Bardzo dobrze płacili za kanały warszawskie, szlakiem Powstańców jak to Herflik nazywał. Wówczas te wycieczki były nielegalne, ale kto by tam w latach 90 jakąkolwiek legalnością się przejmował. Ludzie po latach komunizmu zapragnęli prawdziwej wolności, a nie ponownych ograniczeń. Nie było dla nas wówczas rzeczy nielegalnych.
    Magicznym miejscem był tunel średnicowy, który przebiega pod centrum Warszawy. Tam trzeba było uważać na pociągi, w otchłaniach tunelu żyli narkomani, bezdomni i szczury. Tunel miał kilka tajemniczych korytarzy i włazów, z których jednym można było wyjść przy Rondzie gen. Charles’a de Gaulle’a . Ciągnął się przez ponad 2km pod Warszawą. Zawsze Herflik oprowadzał nocą ze względu na mniejszy ruch pociągów , a także z powodu słabszej czujności Straży Ochrony Kolei. Opowiadał przy tym historię powstania tunelu, a także opowieści o ludziach z marginesu tutaj mieszkających. Brał nie więcej jak 5 osób ze względu bezpieczeństwa. Kilkukrotnie z Dżordżem byliśmy na takiej wycieczce. Rewelacja. Kiedyś sforsowaliśmy kłódkę w pewnych drzwiach i dotarliśmy do zaplecza technicznego Dworca Centralnego. Industrialne niekończące się korytarze pełne rur hydraulicznych, przewodów i tablic elektrycznych. Całość wyglądała przerażająco i nadawała się na plan niejednego filmu science -fiction. Pełno instrukcji i opisów z tablicami technicznymi na ścianach. Labirynt był na tyle długi że chodziliśmy tam kilka godzin, aby wreszcie wyjść od strony zaplecza socjalnego dla obsługi technicznej peronów. Tak oto zwiedzaliśmy perełkę powojennego modernizmu jakże ciekawą dla młodego człowieka. Dowiedzieliśmy się także co ma wspólnego Dworzec Centralny z architekturą Linii Otwockiej. Chodziło o dach – kopułę głównej hali dworca. Dowiedzieliśmy się również ze pod dworcem przebiega spora hala napowietrzająca , która ciągnie się aż do Pałacu Kultury.
    Pałac Kultury to też osobna historia. Herflik aby go dogłębnie zwiedzać musiał zapoznać lub przekupić kilka osób tam pracujących. Było to na tyle trudne, ze zajęło mu to około rok, a i tak nie do końca był tam „bezpieczny”. Rekompensowało mu to dostanie się do podziemi pałacowych lub ciekawych pomieszczeń mieszczących się w tym budynku. Tutaj w późniejszym czasie brał max 3 turystów, a i tak nie obyło się bez wpadek.
    Gdy już studiował chodził ze swoim profesorem po tych niedostępnych miejscach. Wówczas wywierało to nawet na ludziach związanych z nauką, z historią niesamowite wrażenie. Owy profesor był później klientem Dżordża, bo przez Herflika polubił zioło. Facet miał osiagi na arenie międzynarodowej, a chodził z nami po podziemiach Warszawy. Wówczas z Dżordżem spędzaliśmy z nimi sporo czasu i można powiedzieć ze w ten sposób skończyłem zaocznie historię Warszawy. Dyplomu nie dostałem ale dostałem coś bardziej wartościowego: wiedzę popartą naocznymi oględzinami. Dzisiaj wiele tych miejsc już nie istnieje, a to zwiększa wartość tych wykładów.
    Pamietam jak po ziole się spierali, często Dżordż z nimi polemizował, a rozmowy wyglądały komicznie:
    Profesor
    - ...nie pierdol Herflik, to sklepienie ma za mały łuk i nie mogło być elementem baroku
    Herflik
    - Ależ profesorze, barok jak się patrzy, ten fragment kartuszu...profesor spojrzy
    Profesor zbliżywszy swoją twarz w okularach przypominających denka od butelek:
    - To jest kartusz wzorowany nieudolnie na baroku, ale nie barokowy, robił go jakiś partacz
    Dżordż
    - Oboje nie macie racji, bo skąd tutaj element tego żelastwa marnej jakości...
    Profesor
    - Panowie spokojnie, zapalmy jointa i otwórzmy swoje umysły...od początku..

    Tak się spierali godzinami, a przy tym mieli niezły ubaw. Profesor palił skręty i miał długą, siwą brodę, pożółkłą od papierosów okolicach ust i nosa. W ogóle profesor był bardzo barwną postacią a przy nas czuł się bardzo swobodnie, myślę ze przeżywał drugą młodość. Później zapraszaliśmy go na imprezy, na które chętnie przychodził w charakterystycznym sweterku. Wszyscy go lubili, miał 60 lat , a wyglądał na 85. Strasznie klął przy nas co powodowało różne komiczne sytuacje. To on Dżordża wprowadził do elitarnej klienteli naukowej.
    Tak oto tymi sposobami ludzie pragnący czegoś więcej jak zwiedzanie Łazienek Królewskich czy uliczek Starego Miasta mieli okazję poznać ciemną stronę Warszawy, nieznaną, tajemniczą. To właśnie Herflik był pierwszym nielicencjonowanym przewodnikiem warszawskim. Pięknie opowiadał, miał w jednym palcu historię miasta, a także historię Polski. Wyczuwał klienta i opowiadał w tak barwny sposób że opowieści te pochłaniały człowieka bez reszty. Często wyciągał z plecaka różne rekwizyty, mapy, aby ubarwiać opowieści. Herflik w późniejszym czasie skończył historię na UW z wyróżnieniem. Później podobno się doktoryzował.


    Wcześniejsze części łatwo znaleźć na mikroblogu. Sorry ze tak rzadko pisze ale to przez brak czasu

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

    •  

      @morion Myślałem wczoraj o twoich wpisach (✌ ゚ ∀ ゚)☞ Chwała ci OPie!

      +: morion
    •  

      @sundancekid:
      Aktualnie czerpie przyjemność z małżeństwa:) Warszawa się zmieniła. Jadąc przez nią i patrząc na pewne miejsca , mam wrażenie że zmieniły się nie do poznania. To już dla mnie nie to samo. Nie ma tych ludzi, tych miejsc, tego "zapachu", tej surowości lat 90. Przez 18 lat miasto i ludzie zmienili się diametralnie.
      Każde pokolenie posiada jakąś magię i na swój sposób ma barwne życie. Ja aktualnie mam grubo ponad 30 lat. Nie bardzo rozumiem klimatu obecnych 20 latków, ale zapewne też mają swój "mikroklimat" w którym sączą przyjemności i mają ciekawe miejsca.
      Tkanka miejska już mnie tak nie bawi jak kiedyś. Teraz uwielbiam naturę i uwierz mi dla mnie spędzenie całego dnia np. w Kampinosie jest czymś bezcennym, tak po prostu chodząc po lesie lub spędzając czas aktywnie na rowerze. Dzisiaj mam inne przyjemności, co nie znaczy że czasami nie widuje się ze starymi znajomymi.

      Pozdrawiam
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Pocałunek Breżniewa
    Na Dworcu Centralnym bywaliśmy z Dżordżem tylko na chwilę, ponieważ miejsce to było mega nieprzyjemnym odstraszaczem dla zmysłów. Wszechogarniający smród zgnilizny, jedzenia, fekaliów , przepalonego tłuszczu dostatecznie odstraszał przebywanie w tym miejscu. Centralny w latach 90 to było podziemne miasto kierujące się swoimi prawami, oaza dzikiego kapitalizmu i dom narkomanów, flipperów oraz gier hazardowych. Sporo budek z gównianym jedzeniem, oraz sklepików z tureckimi ciuchami po zawyżonych cenach, sex shopy, kilka kantorów oraz sklepów ze wszystkim i niczym. Oczywiście masa złodziei w garniturach, bezdomnych, sekciarzy oraz cwaniaków nagabywujących do szybkiego interesiku. Tanich prostytutek i chłopaków na szybki numerek, tylko dla zdesperowanych . W toaletach dworcowych, instrukcje wypisane markerem na ścianie jak się umówić na szybki numerek. Strzykawki , syf, kiła i mogiła. Pośród tego normalni ludzie pracujący w tym miejscu oraz podróżni , którzy na każdym kroku są zaczepiani przez złodziei, krętaczy. Policja nie panowała nad tym chaosem. Myślę że akceptowali doskonale ten zgniły i ponury świat i istniała raczej zasada aby nie wchodzić sobie za bardzo w drogę.
    Na Centralnym człowiek się czuł jakby miał biegunkę, były to „bigos” Warszawy z przeterminowanej kiełbasy. Krew, bród, mocz, kał, narkotyki, strzykawki, szczury. Zasrane miejsce, a jednocześnie wizytówka Warszawy bo tutaj często wysiadali lub przesiadali się turyści. Plątanina podziemnych korytarzy i ślepych zaułków, perony z gigantycznymi ruchomymi schodami , no i tunel średnicowy mający coś z postapokaliptycznego klimatu, który był domem dla wielu narkomanów. Nie należało się zatrzymywać bo zaraz ktoś zaczepiał, a to nawiedzeni z jakiejś sekty, a to złodzieje-cwaniacy, a to natrętni narkomani z wymyślonymi historyjkami mającymi wzbudzić litość, a to bezdomni. Miejsce na swój sposób ciekawe i tajemnicze ale raczej tylko dla zapaleńców pragnących wrażeń.

    My odwiedzaliśmy młodego chłopaka Mikiego – króla flipperów, który pracował po 12 godzin na dwie zmiany w mrocznym miejscu z flipperami. Te same gęby wpatrzone w automaty do gier, łysiejący faceci po 40, uciekający przed żonami, dla których hazard to oaza spokoju. Miałem wrażenie ze oni zamiast z wędką na ryby się wyciszać, chodzili na jednorękiego bandytę tracąc swoje marne grosze, ostatnie oszczędności. Lądowali również tutaj tacy , których już nie wpuszczano do prawdziwych kasyn.
    - Widzicie tego łysego w marynarce - mówi Miki?
    - Facet miał wille na Saskiej Kępie, ciepłą rodzinę, dwie dobrze prosperujące firmy, teraz nie ma niczego poza małą walizką, w której ma wszystkie rzeczy potrzebne do przeżycia typu: bielizna, szczoteczka do zębów, itp. , śpi przy automatach do gier, a my to akceptujemy, ściga go komornik, firmy windykacyjne , wierzyciele i mafia. Jest zadłużony do końca życia, jego dzieci i żona również. Ukrywa się na dworcu, ale i tutaj czasami go dopadną. Jest przegrany i to co wyłudzi od przejezdnych na dworcu wyda na automaty. Wywalili go rok temu z Kasyna z Mariottu. Przegrał dwie działki, dom, dwie firmy, oraz zadłużył się na mega sumy. Mało tego znalazł naiwniaków których też zadłużył do końca życia.
    Wyglądał na obojętnego, jego oczy wpatrzone w automat do gry jednak troszkę zdradzały jego problemy życiowe. W ręku trzymał piwo mimo iż była 9:00 rano dopiero. Facet raczej nie łudził się że wyjdzie na prostą, ale nałóg hazardu był silniejszy.
    Sporo było też młodych chłopaczków, którzy zamiast do szkoły szli na gry i marnowali swoją młodość oraz swoje oszczędności w tym ponurym miejscu.
    Wzrok Mikiego po dwóch latach pracy w tym miejscu był coraz bardziej zniszczony ze względu na ciągły półmrok. Właściwie to tylko światła automatów do gier i flipperów oświetlały to ponure miejsce. 12 godzin dziennie w miejscu gdzie słońce nie dociera, mało tego tam jest ciągły mrok.
    Miki palił zioło, szczególnie na nocnych zmianach. Studiował zaocznie hotelarstwo i taka forma pracy bardzo mu odpowiadała. Uwielbiał gry komputerowe i namiętnie czytał czasopisma z grami.
    Pamiętam bardzo ładną dziewczynę , którą widywaliśmy często na dworcu. Na początku myślałem ze pracuje tam w jednym ze sklepów. Była zadbana i dość atrakcyjna. Z biegiem czasu coraz marniej wyglądała. Miki nam opowiedział jej historię, że uciekła z domu. Miała rodziców pracujących w filharmonii – byli muzykami światowej klasy, dziewczyna chodziła do szkoły muzycznej , typowa dziewczyna z dobrego domu. Miała wszystko co materialne i wydawałoby się że wszystko co duchowe. Kochający rodzice, chłopak na poziomie, wsparcie wśród rodziny. Wpadła w towarzystwo biorące heroinę zupełnie przez przypadek. Była na jakiejś imprezie na której poznała chłopaka , który ćpał. Wpierdzieliła się w nałóg i w przeciągu pół roku stała się prostytutką dworcową, postarzała się o co najmniej 15 lat. W 1997 roku znaleziono ją martwą przy peronach . Zaćpała się herą. Od momentu wejścia na dworzec do jej śmierci minął tylko jeden rok. Zmarnowane życie przez heroinę. My się bawiliśmy, ale te „sceny” dawały nam dużo do myślenia i sprowadzały nas na ziemię. Heroina degradowała człowieka i szczerze była plagą pod koniec lat '90, która przyczyniała się do wielu patologii i wpływu na pogorszenie komfortu życia w latach '90.

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    Witam
    Postanowiłem napisać coś na kształt opowiadań z tamtych czasów. Jak napisze wszystko to dam znać. Nie wiem czy skończę za rok, czy za pół roku. Nie mam pojęcia. Na pewno dam znać. Tytułu jeszcze nie nadałem. Mam już kilka opowiadań gotowych, ale to jak na razie kropla w morzu wspomnień. Nie wiem w jaki sposób opublikuje . Może jakaś książka, może na wykopie puszczę. Generalnie mam pomysł, ale sprawy techniczne jeszcze do ogarnięcia.

    Fragment rozdz. "Persecutoria"
    "...U Papa Boba w mieszkaniu było coś na kształt komunistycznego-bajzlu, bez większej filozofii. Wpieprzyli sobie do głowy po tym speedzie, że ciągle ktoś ich śledzi i ściga, a świat zewnętrzny to zagrożenie. Pamiętam scenę jak prosili nas o zrobienie zakupów. Dżordż odmawiał, bo nie miał czasu na bzdury, poza tym twierdził że jak nie będą wychodzić to w ogóle źle z nimi będzie. Robili jakieś wyliczanki kto ma iść, po czym się kłócili. Jak już doszli ostatecznie do porozumienia który ma pójść to szykowali go jak na wojnę, jak na Powstanie Warszawskie. Polar, kurtka, okulary przyciemniane, czapka z daszkiem dla niepoznaki, plecak typu stelaż, gaz obronny, zapalniczka, sznurek , bardzo długą listę zakupów, którą układali co najmniej kilka godzin i sałata zawinięta w skarpety, włożona do słoika po ogórkach. Osoba wychodząca na miasto wyglądała jak bezdomna. Przed wyjściem jeszcze obowiązkowe pranie mózgu. Jak cię złapią co masz powiedzieć, jak się nazywasz, a czy w stresie sobie poradzisz, jak ich zmylić? Istna psychoza i mania prześladowcza. Zmyl ich, jedź na około, weź ich pod pic, nie zostawiaj śladów. Kurwa, zwykłe wyjście do sklepu, a takie chore jazdy. Przy wyjściu kapowali się, że jednak już jest noc i nici z zakupów i trzeba odłożyć plany na jutro. Nie mieli zegarka ani jednego, a przysłonięte okna powodowały zatracenie się w czasie na dobre. Nie odróżniali dnia od nocy. Rano od nowa szkolenie, ubieranie i wyprawka..."

    Jeśli interesuje cię temat śledź: #dzordz

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    „ Pewnego dnia spadnie prawdziwy deszcz i zmyje cały ten brud. ”* - Cz IV

    Cimoszewicz premierem. Wojna domowa w Kosowie. Afera Olina – domniemana współpraca Oleksego z KGB. Bil Clinton prezydentem USA – facet który palił zioło, lecz się nie zaciągał. Świetny album Alice In Chains w 1995r. '90 lata – epoka miłości i zbuntowanych młodych wyedukowanych na romantyzmie przedwojennym lub Wojaczku i Stachurze.
    Kulturę rave tworzyli byli hipisi, którzy na wzór plemion indyjskich wprowadzali się za pomocą prostych rytmów i narkotyków w trans. Kultura ta na zachodzie była już znana w latach 80, do Polski dotarła na początku lat 90 mniej więcej równocześnie z epoką muzyki grunge.
    Pub Amterdam bo tak nazywał się późniejszy klub Blue Velvet znajdował się na tyłach hotelu Victoria (Warszawa). Pub Amsterdam odwiedzali geje (w latach 90 nie było ciot, byli geje, którzy niczym się nie różnili od hetero), głównie zagraniczni. Później pub przekształcił się w klub house-techno-rave – legenda warszawskiej sceny klubowej. W jego tworzeniu mieli ogromny udział studenci ASP. Ulubione miejsce Elwirki. To tutaj przeżywaliśmy pierwsze stany po lsd czy po pigułach. Klub o tyle fajny, że każdy się znał. Panowała luźna, przyjacielska atmosfera. Nie było żadnego lansu. Tylko ekstaza i trans. To nas łączyło i spajało jak subkulturę. Ściany klubu były tak zapocone ze lała się po nich woda. Dżordż potrafił na parkiecie w mega transie tańczyć przez kilka godzin non stop - niesamowite egocentryczne, intymne doznania. To co się wydzielało w organizmie podczas tych imprez było namiastką raju. Zresztą cała kultura rave była skierowana trochę na własną przyjemność (egocentryzm). Samemu się tańczyło, nie w parach i każdy tworzył sobie jakieś obrazy w głowie wpędzony w ekstazę. Ci ludzie , ten barwny świat, ta świeżość, byliśmy częścią historii, krótkiej ale prawdziwej. Na aftery jeździliśmy przeważnie nad jezioro z dala od cywilizacji ze sprzętem i agregatami. W późniejszym okresie aftery były w klubie Luzztro. Poza tym Trend, Filtry, Fugazi – kto pamięta ten zna to uczucie i specyfikę tych miejsc. Mega oryginalne miejsca tworzące oazę i fabrykę techniczną dla imprezowiczów poszukujących narkotycznych doznań. Dżordż był nawet współwłaścicielem jednego z klubów (nie wymienionego powyżej), który działał z tego co pamiętam ponad rok. Klub został zamknięty przez ówczesne władze za narkotyki.
    Warszawska scena technicznej muzyki kwitła w tamtych czasach i nie sposób nie wymienić klubu Instytut Energetyki. Masowe cykliczne imprezy w opuszczonych halach na Woli. Z początku odbywały się tam nielegalne imprezy i policja rozganiała nad ranem towarzystwo oraz rekwirowała narkotyki.
    A ulica wówczas wyglądała jak dziki zachód. Bandyci wchodzili ci do knajpy i musiałeś płacić. Pamiętam jak tata Dżordża prowadził nieduży sklep nocny z alkoholem na Marymoncie i jak przyszli do niego po haracz to od razu im zapłacił i jeszcze się cieszył że teraz ma porządną ochronę. Wówczas podatki były mniejsze, a policja nie zapewniała bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo zapewniała mafia. Gdy tylko zaczął płacić tzw. haracz to znikły mu problemy z problematyczną klientelą cechującą takie miejsca. Ci co nie chcieli płacić mieli spalone biznesy. Pożar w Warszawie (knajpy, sklepy) był dwa razy w tygodniu w Warszawie. Nie przesadzam. Niestety ulice nie wyglądały kolorowo. Wchodzili ci do samochodu na światłach, wyrzucali cię z auta, a po tygodniu proponowali cenę za wykupienie własnego auta. Większość się godziła, bo rachunek ekonomiczny był prosty. Ci co szli na policję później tego żałowali , a w najlepszym przypadku policjant doradzał „pod stołem” żeby się dogadać ze smutnymi panami.
    Dżordż pod tym względem też miał ochronę i to międzynarodową z racji wykonywanego zawodu:-)
    Satdion X lecia przeżywał rozkwit dzikiego kapitalizmu. Liczyła się gotówka i szczera transakcja.
    Z Dżordżem chodziliśmy czasami na stadion po różne pierdoły, a także w innych celach. Gdy opowiadaliśmy świeżym studentom z zagranicy o stadionie to nie wierzyli że u schyłku XX wieku istnieje ogromny bazar 3 minuty od ścisłego centrum miasta w centrum Europy. Bazar ten przynosił nieopodatkowany dochód i był ogromnym miejscem transakcji gotówkowej i podaży towaru nielegalnego wszelkiej maści od broni ciężkiej, poprzez alkohol przemycany w kanistrach po benzynie, aż po podrabiane ubrania i godła komunistyczne z byłego ZSRR. Szkoda ze nie istnieje to miejsce. Na pewno byłoby swoistym skansenem ubiegłego wieku i celem turystów z całego świata. Przynajmniej miejsce zarabiało na siebie. Ówcześni ekonomiści się głowili jaki dochód przynosi stadion i nie znaleziono takiego miejsca w Polsce ani takiej firmy która by przynosiła tak ogromną wartość transakcji.
    Pamiętam scenę jak Dżordż podpadł Rosjanom na stadionie. Chcieli go zlinczować. Uciekaliśmy i jeden na dorwał. Jakiś paker rosyjski. Ja spanikowany, a Dżordż ze swoim charakterystycznym spokojem w głosie powiedział że jest przygotowany na przyjęcie ciosów, ale prosi wpierw o telefon do swojego „Adwokata” (tak nazywał swojego ochroniarza po którego rzadko dzwonił). Rosjanin się wkurwił bo Ruscy są bardzo honorowi i powiedział przez słuchawkę że chce go widzieć za 10 minut. Za 10 minut pojawił się adwokat (był bardzo punktualny i systematyczny). Rosjanin jak go zobaczył zbladł i zaczął mówić coś o nieporozumieniu. Musiał iść z „Adwokatem” do samochodu. Odjechali w nieznane. Wiemy tylko że Rosjanin dożywotnio miał zakaz przekraczania granicy polskiej. Następnego dnia rano delegacja „dyplomatów Rosji” wręczyła Dżordżowi dożywotnie zaproszenie i legitymację honorowego gościa Stadionu X lecia :-) Dostał też dwa kartony zapasu bardzo drogiego kawioru z Syberii, który Dżordż rozdał i część sprzedał. Później poważnie myślał nad handlem tym „drogim badziewiem”. Trzeci karton był zasilony radzieckimi trunkami najlepszej klasy, głównie czysta klasy lux, w butelkach szklanych imitujących kałasznikowa lub rosyjskie matrioszki.
    Były to czasy, że gangsterka lokalna miała swoje zasady i istniało w tym zepsutym świecie nawet wśród najgorszych szumowin coś takiego jak honor.

    * cytat z filmu Taxi Driver – 1976 reż. Scorsese

    Jeśli interesuje cię temat i wszystkie części śledź: #dzordz

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    „Lady M. - babcia nasza” - cz. III
    Jak wspomniałem w cz I - Dżordż miał klientkę która miała ponad 60lat.
    Dystyngowana Pani z wyższych sfer. Mieszkała na najdroższej ulicy w Warszawie w apartamencie który był jej własnością. Miała dwa antykwariaty na starówce i jedną galerię na Krakowskim Przedmieściu. Pani M. była wolnościową (liberalną) konserwatystką . Jej wzorem naśladowania była Margaret Thatcher. Raz w miesiącu przyjeżdżaliśmy do niej aby sprzedać jej pyszny aromatyczny hasz, który uwielbiała. Mówiła ze zapach jej przypomina pinie jakie rosły w Portugalii u wybrzeży Atlantyku. Światowa babka znająca 5 języków. Rytuał nasz polegał na tym że zapraszała nas do środka i parzyła nam angielską herbatę podawaną w eleganckiej porcelanie i dawała pyszne angielskie ciasteczka, które sama piekła. Poruszała sporo tematów od polityki, poprzez sprawy kolonializmu w afryce, jak również problemy cła na granicach. Babka była bardzo ogarniętą bizneswoman. Była Polką mieszkającą 30 lat w Wielkiej Brytanii. Jej dziadkowie mieszkali w Indiach jako kolonizatorzy Brytyjscy. Fascynowała się wartościowymi starociami. Traktowała nas jak własnych wnuków. A my ją jak własną babcię. Szczególnie Dżordż darzył ją ogromnym szacunkiem i był związany z nią jak z rodziną. Wiem ze doradzała mu w wielu kwestiach życiowych. Zawsze na święta kupował jej wartościowy, elegancki prezent i był zawsze bezwarunkowo II dnia świąt Bożego Narodzenia stałym gościem w jej domu. Babeczka paliła hasz z tego względu iż mieszkała również w Indiach kilka lat, a tam Brytyjczycy palili różne opiaty. Dżordż kiedyś jej kupił gdy był na wycieczce w Chinach bardzo wartościową XVI wieczną fajkę do palenia opiatów. Babka była zachwycona. Na zioło mówiła „opiaty”:-) Nigdy nie paliła jointów, a my nawet jej nie proponowaliśmy. Takiej damie nie wypadało palić skrętów. Zawsze paliła z fajek i specjalnych fifek.
    Wizyty w jej mieszkaniu dawały nam ogromną satysfakcję bo paląc hasz opowiadała nam niezliczone historie które kryły się za wartościowymi rekwizytami w jej domu. Jej dom przypominał antykwariat. Była naszą „babcią” przez okres ok. 4 lat. Później wróciła do Wielkiej Brytanii. Tam miała miłość. Taką prawdziwą! Pokochała faceta 10 lat młodszego, który był jubilerem i kochał jej ciasteczka z cynamonem. Autentyczna miłość! Odwoziliśmy babcię na lotnisko pamiętam. Dżordż płakał jak mała dziewczynka. Będąc w wielkiej Brytanii kilka lat później odwiedził nią. Mówił że postarzała się, ale bardziej szczęśliwej kobiety nie pamiętał.

    Jeśli interesuje cię temat i wszystkie części śledź: #dzordz

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    Cz II - Impreza z dresiarnią

    Przypominam są lata '90 (Warszawa).
    DŻORDŻ (diler) dogadywał się z dresiarnią z Pragi i Mokotowa jak również z tzw. bohemą z Powiśla. Rozpiętość klientów ogromna. To co go charakteryzowało to były tematy poruszane z klientami. Do każdego klienta odnosił się z ogromnym szacunkiem i wyczuciem. Zawsze oprócz wymiany towaru na pieniądze, zamieniał kilka słów i tak oto z kolesiami z Pragi rozmawiał o ówczesnych walkach Gołoty. Z bohemą poruszał temat ówczesnej wystawy w Warszawie prac Andiego Warhola , z wykładowcą geologii rozmawiał o niezwykłych pokładach ropy naftowej w Bieszczadach i o sensie jej wydobycia. A ze znanym neurologiem o receptorach w mózgu odpowiedzialnych za stany narkotyczne. W każdy temat angażował się bardzo dogłębnie. Gdy przeczytał książkę podróżniczą o Hiszpanii, natychmiast szedł na wydział Iberystyki na wykłady aby zgłębić temat doszczętnie. Chodził przez rok na wykłady jako wolny słuchacz ucząc się hiszpańskiego i poznając kulturę Hiszpanii , po czym jechał do Hiszpanii w wakacje. Miał w ogóle ciekawe życie, poprzeplatane różnymi rytuałami , np. zawsze w środy chodził do biblioteki narodowej lub do innej i spędzał tam od 8 rano do 15 czas. Często jeździłem z nim do zakładu medycyny sądowej na dni otwarte dla studentów. Wszechstronne zainteresowania, pełna niezależność i niesztampowe życie jak na tamte czasy.
    Kiedyś z zadzwonił klient z Grochowa (dresiarz), pojechaliśmy, na miejscu zastał starego znajomego z podstawówki Arcziego. Arczi był typem chudego drechola nieskalanego myśleniem. No i w ramach tego ze się dawno nie widzieli Arczi zaprosił jego i mnie na imprezę dresiarską w jakiejś melinie na Grochowie. Poszliśmy tam, a tam Ace of Bace i Captain Jack i kilkanaście wypućkanych „świń” (tak wówczas dresiarze określali swoje dziewczyny). Dresiarze mieli to do siebie że jak zapalili zioło to się robili całkowicie innymi ludźmi, takimi bezbronnymi i śmiejącymi się z byle czego. Impreza się rozkręciła bo Dżordż zadzwonił po swojego kumpla DJ z dredami. DJ wpadł z kumplami. Jak ich dresiarnia zobaczyła w progu drzwi z tym sprzętem i z blantami w ustach to jakby ujrzeli Boga. DJ grał , drechole się bawili przy improwizacji DJ , a my wszystko nagrywaliśmy bo Dżordż sobie ubzdurał że kreci dokument o polskich dresiarzach. Impreza była ciekawym zjawiskiem bo przyjechała policja po 1 w nocy bo jakiś sąsiad zadzwonił ze za głośno. Jak dresiarze usłyszeli ze policja to się pochowali po szafach. Byli tak spaleni że się wystraszyli. Oczywiście Dżordż załatwił sprawę. Patrzę a on piątki przybija z tymi policjantami i się śmieją i coś gadają o nowej ustawie na temat alkoholu. Najciekawsze było to co kilka dni po imprezie się działo. Arczi dzwoni na następny dzień i mówi że zaprasza Dżordża na „ring”. Nie bardzo wiedzieliśmy co to jest ten „ring”. Pojechaliśmy na Grochów znowu i się okazało że Arczi wraz z ziomkami z osiedla stworzyli w piwnicy w bloku „napierdalanki” dla przyjemnosci, coś jak w filmie Fight Club . Ciemna, śmierdząca piwnica. Dla mnie oczywistym było to że stamtąd uciekamy najszybciej jak to możliwe, ale Dżordż stwierdził ze się ponapierdala. I tym sposobem wybił zęby jednemu drechowi, Arcziemu złamał palca jak się później okazało. Dżordż twierdził że adrenalina poprzez full kontakt jest inna jak w przypadku skoku na bungi. Oni wszyscy byli uzależnieni od bicia się po mordach. Na szczęście ja nie musiałem się bić. Dżordż jeszcze tam jeździł jakiś czas, ja odpuszczałem temat :) Później Dżordż przynosił nagrania z tych walk i analizował co źle zrobił w walce.

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

  •  

    Rok 1996
    18 lat
    Kojarzycie te wyzwolone laski: imprezy, narkotyki, modne ciuchy, sex, tatuaże, rave?
    No właśnie poznałem przypadkowo na jakiejś imprezie. To co wtedy robiliśmy ze sobą to było czyste orgazmowe szaleństwo 24h/ dobę. Na drzewie, po lsd, na dachu, w aucie, na aucie, na klatce schodowej. W takim wieku wszystko jedno, a zwłaszcza w tych czasach...ale nie o tym będzie monolog.
    Elwira miała brata ciotecznego - dilera, który handlował w latach '90 głównie ziołem i innym „badziewiem”.
    To był najlepszy i najbardziej profesjonalny diler jakiego znałem. Nasz serdeczny przyjaciel.
    Dżordż(24l) bo tak go nazywaliśmy był tym kim był Jordan Ross Belfort w świecie maklerskim. Król dilerki, osoba przytomna i mega ogarnięta. W tamtych czasach dilerzy wyglądali jak typowe prymitywne dresiarze, on był inny. To był człowiek który potrafił w mgnieniu oka wszystko zorganizować. Jeździliśmy z nim jego golfem III po mieście zaliczając masę ciekawych akcji i niezliczoną ilość imprez zarówno legalnych jak i nie legalnych. Pamiętam że to on zawsze kupował jedzenie u chińczyka bo my byliśmy na tyle nieogarnięci po ziole że szkoda gadać. On był na wiecznym haju, a zachowywał się normalnie. Wchodził i żartował z wietnamczykami, urządzał pogawędki. Zawsze poruszał temat wojny wietnamskiej z USA. Znał chłopaczyna historię świata jak mało kto. Każdy kitajec jego lubił. Znaliśmy każdy zakątek Warszawy lat '90. Kupowali od niego studenci, lekarze, doktorzy, wykładowcy , dziwki, gangsterzy, artyści, biznesmeni, a nawet kobieta 60 letnia – najlepszy klient (o tym kiedy indziej) . Miał najlepszy stuff w mieście. Tabliczki haszu, marokańską gandzie, skuna i inne „podroby” dobrej jakości. Królowie życia! Zaczynaliśmy przygodę zawsze w piątek po 19:00 (ja, Dżordż i Elwirka, czasmi ktoś się trafił do towarzystwa). Wpierw jechaliśmy do kasyna do Marriottu. Dżordż zawsze wchodził z 500zł i wychodził po pół godziny z 2000pln, magia. Nie wiem jak on to robił ale nigdy przy mnie nie przegrał. Dla najlepszych klientów zawsze coś dorzucał, robił promocje świąteczne, rozdawał prezenty, robił to co prymitywna dilerka nie robiła. Zawsze o konkurencji wypowiadał się jednym zdaniem „to nie jest konkurencja – prowadzimy całkowicie inną działalność”. Facet wyprzedzał o lata świetlne kulturę obsługi i dbałość o klienta innych dilerów. Jego auto było naszpikowane płytami Faithless, Prodigy, Aphrodite , Daft Punk ale także jego ulubionym zespołem : PINK FLOYD (posiadał wszystkie płyty). Czasami słuchaliśmy o 4 rano po pigułach lub po 10 blancie cały albumThe Division Bell w Golfie patrząc na panoramę starówki lub wypatrując letniej gry świateł pod Poniatoszczakiem. Dżordż miał czasami takie pomysły ze w sobotę około południa brał mapę zamykał oczy i palcem zaznaczał punkt. I tym oto sposobem zwiedziliśmy Zamość, bawiliśmy się nad jeziorem w lesie na jakiejś amatorskiej imprezie z DJ lub dotarliśmy do Wetliny po to aby wejść o 5 rano na Połoninę. Brzask za Augustowem. Rozumiecie? Żyliśmy! Piękne czasy. Mnóstwo wspomnień. Miliony opowieści!
    Dżordż miał nietypowe hobby: chodził na wykłady na uniwerek lub asp jako wolny słuchacz. Nigdy nie skończył studiów ale wiedzę jaką posiadał zaginał niejednego cwaniaka.
    Dzisiaj Dżordż mieszka w Kanadzie - ma 6 dzieci i dobrze prosperującą firmę maklerską. Ma żonę (Polkę!)...

    Gdyby temat interesował mogę pisać więcej, jeśli nie potraktuje to jako jednorazowy sentymentalny wpis.

    #lata90 #gimbynieznajo #narkotykizawszespoko #dzordz
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #lata90

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:1

Archiwum tagów