•  

    SMOKI DOBRE NA WSZYSTKO, CZYLI LEKI ZE SMOCZEJ APTEKI

    Z gawędami, bajkami czy legendami o smokach spotkać się można w pismach wielu narodów Europy i Azji już od najdawniejszych czasów - opowiadali o nich Sumerowie, Asyryjczycy, Persowie i Hindusi. Występują w mitach o stworzeniu świata, pojawiają się w dziejach dawnych Słowian i Germanów. W europejskiej symbolice smok ucieleśniał zło, nieszczęście, grozę i cierpienie. Zgoła inaczej przedstawiano je we wschodniej Azji - smok do dziś uchodzi tam za symbol szczęścia, sprawiedliwości i urodzaju. Choć dziś smoki traktowane są jako fikcyjne stworzenia, kiedyś wiara w nie była niepodważalna. Wierzono również, że wszelkie smocze specyfiki są wstanie uleczyć dosłownie wszystko...

    Według legend, nie tylko dzielni rycerze mieli do czynienia ze smokami. Zwykli ludzie także stykali się z tymi bestiami i to w codziennym życiu. A popyt na wyroby z ziejących ogniem stworzeń był ogromny. W aptekach sprzedawano „sanguis draconis” - smoczą krew. Była to żywiczna, czerwono-brązowa substancja, bezzapachowa i bezsmakowa, zmielona na proszek. Pozyskiwano ją z łupin owoców wschodnioindyjskich palm Calamus Draco, lub z pociętych pni rośliny Dracaena Draco L., która rosła na Wyspach Kanaryjskich.

    Św. Hildegarda, przeorysza klasztoru benedyktynek w Disibodenbergu (1098-1179), zalecała chorym, którzy cierpieli na kamicę, pić smoczą krew. Krew należało przechowywać w jakimś wilgotnym miejscu, żeby trochę tą wilgocią nasiąkła. Potem trzeba było ja dolać do wody, która od krwi się zagrzewała. Pić ją nakazywano na czczo, przez 9 dni i zaraz potem coś zjeść. Św. Hildegarda jednak ostrzegała przez używaniem czystej smoczej krwi, bo groziło to człowiekowi nagłą i bolesną śmiercią.

    Interesująca legenda wiąże się z założeniem benedyktyńskiego klasztoru w Wiltenie, na przedmieściu Insbrucku. Założyć miał go olbrzym Heymo, krótko po tym jak zabił okrutnego smoka, pilnującego miasta. W miejscu, gdzie smok został zabity, zaczęła wyciekać z ziemi czarna, ohydnie pachnąca „smocza krew”, której ludzie z powodzeniem używali do leczenia rozmaitych chorób stawów i skóry. Dzisiaj wiadomo, że ta „smocza krew” to olej ziemny (tzw. ichtiol), który zawiera triasowe łupki bitumiczne. Wierzono też, że w mózgu smoka znajduje się „smoczy kamień”, który jako niezastąpiony środek przeciwko wszelkim truciznom, był wysoko ceniony. Jeśli został wyjęty z głowy smoka za życia, ten kto go posiadał, nie musiał się obawiać otrucia.

    Wysokie ceny osiągał magiczny proszek z zębów smoka, rzekomo o działaniu odmładzającym. Lecznicze właściwości smoczych szczątków badał i opisał lekarz z Preszowa (dzisiejsza Słowacja), Johann Paterson Hain (1615-1675). Smocze kości z okolicznych jaskiń pozyskiwał od miejscowych obywateli, albo ich sam poszukiwał. Wyniki badań publikował w czasopiśmie „Miscellanea medico-physica Academiae Naturae Curiosorum sive Ephemeridum medico-physicarum Germanicarum curiosarum”, które wydawało niemieckie towarzystwo przyrodoznawcze. W jednym z numerów wspomniał o jaskini Aksamitka koło Haligowiec, którą uważano na przybytek smoków, ponieważ znajdowano w niej mnóstwo „smoczych” kości:

    „Kości znalazł w bardzo głębokiej i bardzo długiej jaskini niedaleko klasztoru kartuzów koło Dunajca... W górach Karpat jest jaskinia niemal zapełniona kośćmi, jak mówią letni pasterze owiec. Także mówią, że te bestie umierają jedna na drugiej, kiedy są mianowicie zmożone chorobą i szukają ulgi, stąpają po leżących kościach, a kiedy zawieje po jamach i rozpadlinach wiatr, zwierzę tak sobie odpocznie, że aż tam zdechnie i powiększy kupę innych padlin. Mówi się, że bestia w nocy wychodzi, a niekiedy się tam ukrywa... Powiadają, że jakiś Włoch przyszedł do tej jaskini, magicznymi sztuczkami wyprowadził z niej smoka, siadł na niego i odleciał.”

    W roku 1672 Hain napisał:

    „Wieśniak, który odwiedza smocze dziury, doniósł był prześwietnemu panu hrabiemu Władysławowi Rakoczemu cały szkielet z kości młodego smoka. Te to zmielone kości sprzedawano przeciwko padaczce.”

    O „smoczych kościach” w jaskini koło Haligowiec pisał również polski geograf Stanisław Duńczewski około 1760 roku, powołując się na Macieja Bela. Kości i zęby znajdowane w jaskiniach należały oczywiście do wymarłych zwierząt. Ich poszukiwacze uzyskiwali za swoje znaleziska dobre ceny, dlatego wiele kości, które mogły być obiektem badań paleontologicznych, bezpowrotnie przepadło. Ogromną rolę smoki odgrywały także w chińskiej medycynie ludowej. We wszystkich aptekach można było kupić „smocze” kości i zęby - na choroby serca, nerek i krążenia, jak również na upławy, gorączkę i suchoty. Najdroższy był proszek ze smoczych zębów, który był ulubionym środkiem odmładzającym. W rzeczywistości były to jednak kości i zęby dawno wymarłych zwierząt. Chińscy aptekarze kupowali kości od poszukiwaczy, którzy z tego mieli spore dochody, więc znaleziska ukrywali i uniemożliwiali do nich dostęp paleontologom.

    Na zdjeciu:
    XIX-wieczny obraz „Św. Jerzy i smok” pędzla Gustave Moreau.

    #wmrokuhistorii #historia #smoki #legendy #medycyna #sredniowiecze #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  
    J.....................y

    +10

    Możecie sobie mówić co chcecie, ale Messi zawsze będzie ciut za Diego. Dlaczego? Bo brakuje mu w kolekcji tego najcenniejszego trofeum na świecie - mistrzostwa świata. Maradona udźwignął presję i poprowadził Argentynę do triumfu w 1986, Messi nie. Dla Argentyńczyków to decydujące kryterium. Maradona dał im drugi i póki co ostatni Puchar Świata, Messi nie.
    Jasne, można liczyć klubowe trofea i pokazywać, że Messi ma ich dwa razy więcej od Maradony, ale trudno porównywać futbol lat 80. i XXI wieku. Można mówić, że Messi ma pięć Złotych Piłek, ale trzeba pamiętać, że Maradona nie miał szans na zdobycie Złotej Piłki (podobnie jak Pele), ponieważ wtedy w plebiscycie można było oddawać głosy tylko na piłkarzy z Europy.

    #pilkanozna #legendy #mecz #argentyna
    pokaż całość

  •  
    P.........a

    +243

    Pewnie było, ale dobre.
    #heheszki #krakow #mirkohooligans #wislakrakow #cracovia #legendy #humorobrazkowy

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Smok.jpg

    +: kolopo, p....t +241 innych
  •  

    Ok, bajkę już sobie opowiedzieliśmy. W tym odcinku będzie nieco poważniej, bo nie poprzestaniemy na samej historii, ale spróbujemy zobaczyć skąd może się ona wywodzić, czemu jest taka jaka jest i jakie są jej związki z rzeczywistością i innymi opowieściami. Spróbujemy to dobre słowo, bo łatwo można uznać, że cały ten tok myślowy jest grubymi nićmi szyty. Przynajmniej będzie ciekawie.

    Pierwsza kwestia- zwyczaj rytualnego królobójstwa dla obszaru na którym dzieje się akcja jest potwierdzony w źródłach. Wspomina o nim na przykład Diodor Sycylijski, grecki historyk, który przez kilka lat swojego życia przebywał w Egipcie. Jego relacja dotyczy ziem znanych jako Meroe leżących w bezpośrednim sąsiedztwie Napaty. Według niej, król otrzymywał wiadomość od kapłanów i w asyście możnych stawiał się na egzekucję.

    Diodor odnotował jednak, że zwyczaj ten jest w odwrocie i podawał przykład Ergamenesa. Władca ten odebrał helleńskie wychowanie i zamiast poddać się wyrokowi bogów, zaatakował główną świątynię i wyciął zgromadzonych w niej kapłanów. Diodor tworzył w I wieku przed narodzeniem Chrystusa.

    Frobenius, który jako pierwszy Europejczyk spisał tę legendę zauważa, że bardzo przypomina ona Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Myślę, że każdy zna tę historię, ale jeśli nie to na szybko przypomnę. Opowiada ona o losach Szecherezady, która poślubiła sułtana praktykującego osobliwy zwyczaj mordowania swoich żon zaraz po nocy poślubnej. Był to efekt traumy jaką przeżył po tym jak zdradziła go kobieta.

    Szecherezada wiedząc, że jeśli dojdzie do zbliżenia to ją także czeka śmierć, zaczęła opowiadać sułtanowi legendy. Ten początkowo nie chciał słuchać, ale w końcu historie niesamowicie go wciągnęły. Z czasem zakochał się w małżonce co uwolniło go od szaleństwa. W ten sposób Szecherezada ocaliła nie tylko siebie, ale także wiele kobiet, które po jej śmierci poślubiłby szalony sułtan

    W naszej historii widzimy bardzo podobny motyw- wykorzystanie fascynujących historii żeby uniknąć śmierci. Oczywiście są i różnice- na przykład tutaj to król jest zagrożony, a nie zagraża. Podobieństw jest jednak więcej i tak na przykład w obydwu przypadkach to kobieta jest autorem misternego planu, a w fabułę wpleciona jest miłość, która niesie kres zabijaniu .

    Z tego powodu często sądzi się, że obydwie historie mają “wspólnego przodka” czyli wywodzą się z tej samej tradycji, która z czasem rozwinęła się w kilka innych. Na podobnej zasadzie jak wszystkie języki słowiańskie najprawdopodobniej pochodzą od języka proto-słowiańskiego.

    Jeśli chodzi o Tysiąc i jedną noc, to zazwyczaj przyjmuje się, że większość zawartych w niej historii uformowała się w znanym nam kształcie między VIII a XIV wiekiem. Okres ten słynie nie tylko z tego, że ukształtowało się w nim wiele historii, ale także dlatego, że ugruntowało się wówczas wiele zwyczajów dotyczących opowiadania i opiewania bohaterskich czynów i tragicznych zdarzeń. Działo się to zarówno na dworach europejskich jak i arabskich, perskich oraz indyjskich.

    Sądzi się, że wersja którą usłyszał Frobenius wykrystalizowała się ostatecznie w okolicach X wieku. Oczywiście nie znaczy to, że nie czerpała ze starszych tradycji i historycznych wydarzeń o których już wspomnieliśmy (rdzeń historii może być o wiele starszy), ale sposób w jaki się ją opowiada (np. język), schematy myślowe oraz opisywane otoczenie przywodzą na myśl właśnie tamte czasu.

    Że to aż tysiąc lat i przez ten czas nie ma opcji żeby ktoś czegoś nie zmienił? No cóż, i tak i nie. Ryzyko zmian zawsze istnieje, ale zazwyczaj są one bardzo powierzchowne. Ponadto badania nad przekazami ustnymi pokazują, że w kulturach oralnych (albo chociaż z przewagą tego typu przekazów) przywiązuje się bardzo dużą wagę do tego żeby powtórzyć zasłyszaną historię w ten sam sposób.

    Zresztą nie robi tego byle chmyz bo istnieją zawodowi opowiadacze, których honorem jest wierne przekazywanie historii będących w obiegu. Ludzie pracujący nad tym tematem i badający opowiadaczy są pod ogromnym wrażeniem ich zdolności zapamiętywanie. Pamiętają oni tysiące opowieści co do najdrobniejszego detalu.

    Idźmy do źródła i weźmy cytat z braci Grimm: „Każdy kto wierzy, że tradycje łatwo ulegają zafałszowaniu i są niedbale przekazywane, a co za tym idzie nie są w stanie przetrwać w tej samej formie przez dłuższy okres czasu powinien posłuchać z jaką pieczołowitością i dbałością o szczegóły są one opowiadane; żadna część nie zmienia się przy powtarzaniu, a każdy błąd jest korygowany natychmiast po tym jak zostanie zauważony”.

    Skąd jednak wyrastają korzenie tej tradycji o której mowa? Ustaliliśmy już, że ma ona wiele wspólnego z historiami Tysiąca i jednej nocy. Tę z kolei zwyczajowo przypisuje się Persom, a jej upowszechnienie miało z kolei być zasługą Arabów. Frobenius uważa jednak, że nie jest to do końca prawda i rdzeń historii nie pochodzi wcale z Persji a z południa Półwyspu Arabskiego, które identyfikuje z miejscem pochodzenia Farlimasa.

    Południe Półwyspu było znane starożytnym jako Arabia Felix czyli Arabia Szczęśliwa. Na tle całej reszty regionu był to bardzo bogaty i wysoko rozwinięty cywilizacyjnie obszar, w którym krzyżowały się szlaki handlowe między wschodem Afryki, Persją, krainami Morza Śródziemnego i Indii. Materiał jaki zebrał tam Frobenius stał się podstawą takich wniosków. Fakt, że mieszkańcy południowych wybrzeży byli swego czasu wziętymi kupcami i żeglarzami przemawia na korzyć tej hipotezy.

    Różnice między wersjami legendy tłumaczy się zazwyczaj tym, że arabskie opowieści były z biegiem czasu niejako „tłumaczone” na język i okoliczności zrozumiałe dla ludności Nubii i Persji. Jeśli chodzi o nubijską wersję to wspominany już Diodor tłumaczy skąd mógł wziąć się motyw królobójstwa. Frazer (autor Złotej Gałęzi) idzie nawet dalej i twierdzi, że zwyczaj rytualnych zabójstw królów utrzymał się bardzo długo wśród Szylluków, ludu zamieszkującego nieco dalej na południe od terenów o których mowa w legendzie.

    Ich zwyczaje były bardzo podobne do opisanych w legendzie. Kapłani pełnili rolę pośredników między bogami i ludźmi, ale ich wola nie była odczytywana na podstawie znaków na niebie, tylko zwyczaju. Według tradycji zaś król miał panować siedem lat chyba, że bogowie dali znać wcześniej, że utracił ich łaskę. Znakiem takim mógł być nieurodzaj, negatywne zjawiska pogodowe, przegrana wojna, pomór zwierząt hodowlanych, choroby etc.

    Gdy nadchodził czas kapłani zjawiali się u króla i jego otoczenia i obwieszczali mu wolę bogów. Osoba króla była uważana za świętą i jedynie nieliczni mogli go oglądać. Z tego też powodu król był „aresztowany” przez grupę najwyższych wielmożów i to oni prowadzili go na miejsce ofiary.

    Rytuał mógł się odbyć tylko między pierwszą a ostatnią fazą księżyca, gdy noce były najciemniejsze. Króla składano w ofierze pod koniec pory suchej, przed pierwszymi deszczami i zasiewami. Wyrok wykonywał arystokrata cieszący się największym szacunkiem. Władca był duszony. Śmierci króla nie można było publicznie ogłaszać ani opłakiwać.

    Razem z królem zabijano i chowano dziewicę (stąd prawdopodobnie westalka w legendzie). Gdy ciała zgniły, odkopywano kości i zawijano je w byczą skórę. Rok po egzekucji powoływano nowego króla i na jego „koronacji” (bardziej pasowałoby namaszczenie na króla, ale tak jest czytelniej) zabijano w ofierze setkę bydła.

    Skąd jednak wziął się ten osobliwy zwyczaj? Zdaniem Campbella wcale nie jest on osobliwy tylko uniwersalny i widać go w wielu innych mitologiach tyle, że z czasem przybierał on inne, bardziej symboliczne formy. Traf chciał, że wśród ludów zamieszkujących sąsiedztwo Rogu Afryki przetrwał w starszej formie na tyle długo żeby zostać przekazanym w ustnej relacji.

    Z pracy Duarte Barbosy noszącej tytuł „Opisanie wybrzeży Wschodniej Afryki i Malabaru” wiemy, że bardzo podobny zwyczaj istniał na opisywanych przez niego terenach. W Malabarze, według relacji Barbosy sprawa wyglądała tak: panowanie króla wyznaczało położenie Jupitera względem konstelacji zodiakalnych. Zazwyczaj było to około 12 lat.

    Gdy Jupiter znalazł się w określonym położeniu nadchodził czas na ofiarę. Król był rytualnie kąpany w zbiorniku i udawał się w do świątyni na piechotę. Po oddaniu czci bóstwom wychodził ze świątyni i był stawiany na platformie i prowadzony wśród tłumu. Tłum zaś ciął go nożami, starając się odkroić kawałki ciała. Gdy mdlał z upływu krwi, podrzynano mu gardło.

    Zdaniem Frobeniusa rytuały te są związane z archetypiczną historią śmiercią i zmartwychwstaniem bóstwa. Motyw ten występuje w mitach wielu kultur: skandynawski Baldr, mezoamerykański Quetzalcoatl, japoński Izanami, egipski Ozyrys czy grecki Dionizos.

    U zarania dziejów królowie byli utożsamiani z bogami. Wiara w to, w różnych formach, przetrwała aż do starożytności. Motyw znany z tych mitów przewidywał śmierć, zejście do świata podziemnego i odrodzenie, często dzięki interwencji Wielkiej Bogini (znanej różnie w różnych kulturach). Stąd prawdopodobnie w znanych nam wersjach legend tak dużą rolę odgrywa kobieta.

    Zdaniem uczonych opowiadających się za tą teorią, krwawy rytuał zaczął się z biegiem czasu„cywilizować”, a śmierć i upokorzenie bóstwa zaczęto przedstawiać coraz bardziej symbolicznie. Zdaniem Campbella i Frobeniusa to właśnie ta archetypiczna historia leży u podstaw zarówno Baśni tysiąca i jednej nocy jaki i opowieści o upadku Napaty.

    #andrzejotysiacutwarzy #mitologia #bajki #religia #historia #legendy #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu

    Link do opowieści

    Wizerunek Quetzalcoatla
    pokaż całość

  •  

    Dzisiejszy odcinek sponsoruje Joseph Campbell. Tym razem już nieco szerzej pogadamy sobie o micie, jego prawdopodobnych korzeniach i znaczeniu. Na wstępie powiem, że w warstwie narracyjnej dzisiejszy mit może brzmieć bardzo znajomo mimo, iż założył bym się z każdym, że nigdy wcześniej go nie słyszał.

    Mit pochodzi z terenów współczesnego Sudanu aczkolwiek jego akcja nie jest umiejscowiona w konkretnych czasach. Wiadomo tyle, że działo się to „dawno, dawno temu” . Opowiada historię upadku królestwa Napaty i został zarejestrowany przez Europejczyków na początku XX wieku.

    Zatem: dawno, dawno temu, na ziemiach obecnie wchodzących w skład południowego Egiptu, Sudanu, Etiopii, Erytrei i Czadu istniały cztery królestwa. Jedno w Nubii, jedno w Etiopii, jedno w Kordofanie i jedno w Darfurze. Najbogatsze było jednak to w Kordofanie, rządzone przez władców tytułujących się Napami. Miało ono potężne złoża metali szlachetnych, które eksportowało do dalekich krajów, co z kolei zapewniało mu dobrobyt.

    Napowie byli najbogatszymi osobami na tej planecie i żyli w wielkim dostatku bo, wbrew obiegowej opinii, za pieniądze można kupić bardzo wiele. Zanim zaczniecie zazdrościć musicie wiedzieć, że był pewien haczyk który sprawiał, że życie władcy nie było wcale różowe. System dziedziczenia był daleki od naszych wyobrażeń, opartych o tradycje ukształtowane w średniowiecznej Europie.

    Owszem, Nap panował od śmierci poprzednika do swojej własnej tylko, że ta nigdy nie była śmiercią ze starości albo chociaż z powodu choroby. Napowie rządzili dopóki Bóg obdarzał ich swoim błogosławieństwem. Gdy przestawali, kapłani składali ich w ofierze i wybierali nowego władcę. Aby odczytać zamiary Boga, kapłani każdej nocy prowadzili dokładne obserwacje nieba. Układy gwiazd były komunikatem od Boga, informującym kapłanów, że dany władca utracił jego błogosławieństwo.

    Od takiego właśnie wydarzenia zaczyna się nasza historia. Panujący król został zabity w ofierze, razem z dwoma ofiarnymi bykami. Święte ognie, płonące w trakcie panowania władcy zostały zgaszone, kobiety zamknięte w pałacu, a kapłani pogrążyli się w modłach i poświęcili rytuałom, których zadaniem było poznanie woli Boga co do osoby nowego władcy.

    Bóg nie kazał długo czekać i szybko wskazał swojego faworyta. Szczęśliwcem był Akaf, siostrzeniec niedawno złożonego w ofierze monarchy. Kapłani poinformowali go o decyzji Boga, na nowo rozpalili święte ognie i powrócili do swoich obserwatoriów, aby sprawdzać czy Bóg nie zmienia zdania co do nowego władcy.

    Zgodnie ze zwyczajem Akaf miał wybrać towarzysza, który podzieli jego los- to znaczy, będzie zaznawać nieprzyzwoitego luksusu, a gdy nadejdzie wiadomość z Nieba zostanie złożony w ofierze. Jego wybór padł na Farlimasa, niewolnika, którego podarował mu władca jednego z królestw leżących na Wschodzie. Na wieść o tym wątpliwym zaszczycie Farlimas nawet nie mrugnął i odparł tylko krótkie „Inshallah”.

    Drugiego towarzysza doli/niedoli wybierał królowi Arcykapłan. I w sumie nie był to towarzysz, a towarzyszka pełniąca rolę westalki. Wybór arcykapłana padł na siostrę władcy Salifu Hamr. W przeciwieństwie do Farlimasa bała się ona śmierci i wieść o nominacji wprawiła ją w przerażenie. Po pewnym czasie wszystko wróciło do normy. Akaf i Farlimas zażywali luksusów, a Salifu opiekowała się świętym ogniem.

    Każdego wieczora król ucztował z przyjaciółmi i sprawiał sobie przyjemności. Na widok części z nich nawet Hugh Hefner zacząłby się jąkać i oblał rumieńcem. Pewnego wieczoru jednak Bóg sprawił, że Akaf uświadomił sobie z całą mocą co czeka go w niedalekiej przyszłości. Strach wypełnił jego serce. Bóg jednak nikogo nie zostawia w potrzebie i dlatego też natchnął Akafa aby poprosił Farlimasa o opowiedzenie jakiejś historii.

    Trzeba wam bowiem wiedzieć, że Farlimas miał niezwykły talent opowiadania. Znał miliony historii i sposoby na to, jak nawet najbardziej prozaiczną opowieść zamienić w fabułę wgniatającą słuchacza w fotel (albo raczej poduszkę do siedzenia, bo foteli wówczas nie było). I tak też się stało. Farlimas opowiedział jedną ze swoich historii wszystkim zgromadzonym w pałacu królewskim.

    Opowieść Farlimasa była tak niesamowita, że król zapomniał o oddychaniu, goście zapomnieli o napitkach a niewolnicy o usługiwaniu. Wszyscy przysłuchiwali się słowom z ust Farlimasa jak zaczarowani. Gdy skończył, wszyscy czuli się jakby przed chwilą omdleli i teraz dopiero dochodzili do siebie. Słowa Farlimasa były słodkie i wciągające jak najlepszy haszysz. Trzeba było kilku ładnych chwil żeby zebrani zorientowali się, że jest już poranek i ostatnie 8 godzin spędzili słuchając opowieści.

    Od tamtej pory Farlimas każdego wieczora opowiadał historie królowi i jego gościom, a oni przysłuchiwali się z takim zainteresowaniem, że zapominali o całym świecie. Król zapomniał o losie który miał się stać jego udziałem. Goście płacili Farlimasowi ciężkie pieniądze w dowód wdzięczności. Wieści o tym co dzieje się w pałacu dotarły do Salifu. W jej głowie pojawił się pewien plan i poprosiła brata żeby zezwolił jej na przyjście na ucztę by posłuchać Farlimasa.

    Król zgodził się i pewnego wieczora Salifu znalazła się wśród widowni. Farlimas dostrzegł ją i poczuł jak traci zmysły. Jedyne co widział to Salifu. Jedyne co widziała Salifu to Farlimas. Wtem przemówił król: “Czemu nie zaczynasz opowieści, czyżby skończyły ci się historie?”. Farlimas otrząsnął się i rozpoczął opowiadać. Robił to tak sugestywnie, a jego głos był tak słodki, że wszyscy słuchacze, zahipnotyzowani, zasnęli.

    Wszyscy za wyjątkiem Salifu. Ich spojrzenia spotkały się i podeszli do siebie wiedząc, że są sobie przeznaczeni. Był jednak jeden szkopuł- obydwoje wiedzieli, że gdy tylko kapłani otrzymają znak od Boga, będą musieli pożegnać się z życiem. Nie chcieli umierać,a teraz zyskali dodatkowy powód żeby żyć. Zarysy planu który miała Salifu stały się wówczas jeszcze bardziej wyraźne. Póki co jednak, poprosiła Farlimasa aby jej zaufał.

    Tego dnia odwiedziła arcykapłana, pytając skąd kapłani wiedzą kiedy nadchodzi czas na zmianę władcy. Ten odpowiedział jej, że wiedzą to na podstawie obserwacji ruchów gwiazd, których nie spuszczają z oka. Gdyby przestali je obserwować na pewien czas, nie byliby później w stanie ich odnaleźć. Wtedy Salifu powiedziała, że prace Boga są zaiste niesamowite, ale gwiazdy wcale nie są najwspanialsze. Opowiadania Farlimasa dystansują je o kilka długości.

    Kapłan zaprzeczył, ale opinia ta zasiała ziarno niepewności- w końcu nigdy ich nie słyszał, jak zatem mógł wyrokować? Salifu namówiła go wówczas na wizytę w pałacu królewskim i posłuchanie Farlimasa. Tak też się stało. Uprzedziła swojego wybranka, że tego wieczora musi być lepszy niż zwykle, kapłani zapowiedzieli bowiem, że powrócą do obserwatorium wraz z pojawieniem się księżyca.

    Wszyscy rozsiedli się a Farlimas zaczął opowiadać. Mimo, iż wydawało się to niemożliwe, historia którą opowiadał była jeszcze bardziej wciągająca niż wszystkie poprzednie. Tłum całkowicie zatracił kontakt z rzeczywistością i upajał się słowami płynącymi z ust towarzysza króla. W końcu wszyscy zahipnotyzowani, zasnęli pijani historią. Wszyscy poza Salifu. Resztę nocy spędzili razem, przytulając się i obdarzając czułościami. Obydwoje zrozumieli, że odkryli sposób aby zadrwić z losu.

    Tego dnia Salifu po raz kolejny odwiedziła arcykapłana, pytając go czy zmienił zdanie. Ten odparł jednak, że jedna noc to za mało żeby zadecydować, a jego kapłani nie byli przygotowani. Następne kilka godzin spędzili na modłach i ofiarach po czym, po raz kolejny udali się do pałacu posłuchać Farlimasa. Z takim samym skutkiem. Od tamtej pory kapłani wciągnęli się w opowieści i byli stałymi słuchaczami. Cała sytuacja trwała wiele, wiele dni. Salifu i Farlimas triumfowali.

    Niestety nic co dobre nie trwa wiecznie i pewnego dnia kapłani zorientowali się co tak naprawdę się dzieje. Stało się to za sprawą bogatego kupca który udawał się w interesach do zamorskich krajów i zapytał kapłanów kiedy wypada pewien świąteczny dzień, na który koniecznie chciał zdążyć. Wtedy okazało się, że żaden z kapłanów nie prowadził obserwacji nieba i nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi na to pytanie.

    Kapłani wpadli w popłoch, a wieści o ich zaniedbaniach szybko rozeszły się po całym królestwie. Arcykapłan wpadł w gniew i wezwał Salifu chcąc wypytać ją o przebieg rozmowy, która doprowadziła do takiej sytuacji. Przypomniała mu ona, że nie zgadzali się co do tego czy największym dziełem bożym są gwiazdy czy historie opowiadane przez Farlimasa. Arcykapłan jeszcze bardziej się zdenerwował i zakrzyknął, że Farlimas musi zginąć bo jest wrogiem Boga.

    Salifu przerwała ten wybuch złości przypominając kapłanowi, że Farlimas jest towarzyszem śmierci króla i nie może zginąć przed nim. To zaś nastąpi dopiero gdy Bóg tak zadecyduje. Problem polegał jednak na tym, że kapłani tak długo nie obserwowali nieba, że nie potrafili już odczytywać boskich życzeń zapisanych w gwiazdach.

    Arcykapłan spotkał się z królem i przedstawił mu całą sytuację. Poprosił króla o sąd boży- jeszcze jedną noc z Farlimasem. Jeśli jego historia znowu opęta kapłanów to będzie znak, że taka jest wola boża. Jeśli nie to będzie znaczyło, że Bóg życzy sobie śmierci króla i jego towarzysza. Akaf zgodził się, jego jedynym wymogiem było upublicznienie sądu. Dodajmy tylko, że nie była to normalna praktyka bo zwykli śmiertelnicy nie mogli oglądać króla.

    I tak też się stało. Sąd był publiczny i ściągnął olbrzymie tłumy w stołecznym mieście. Gdy wszyscy już się zebrali i zaczął się wieczór, Farlimas stanął przed ludem. I tym razem, tak jak zawsze, opowiedziana przez niego historia porwała ludzi. Było w niej jednak coś innego. Dotychczas, po kilku godzinach słuchania, wszyscy wkraczali w stan kojącej hipnozy i zasypali. Tym razem jednak ukojenia zaznali tylko niektórzy. Inni doznali horroru, który z każdą sekundą i wypowiadanym słowem stawał się coraz straszniejszy.

    Nie mogli jednak przestać słuchać. I tak gdy wzeszło słońce, a Farlimas skończył opowiadać okazało się, że kapłani i ich świta leżą martwi. Salifu poprosiła wówczas brata aby pokazał twarz swoim poddanym i gestem tym obwieścił koniec tradycji królobójstwa. Tak też się stało. Akaf był pierwszym władcą który panował aż do naturalnej śmierci.

    Po nim tron objął Farlimas, który poślubił Salifu. Jego panowanie było najwspanialszym w dziejach a potęga królestwa sięgnęła zenitu. Więcej nie składano tam ofiar z ludzi. Pech chciał, że królestwo po śmierci Farlimasa popadło w potężne tarapaty. Gdy zmarł sąsiednie państwa wypowiedziały traktaty i rozpoczęły wojnę.

    W tym samym czasie barbarzyńcy zaczęli najeżdżać Napatę. Po kilku latach walk upadła ona pod ciosami swoich nieprzyjaciół. Jej bogactwa rozkradziono, ludzi wybito i sprzedano w niewolę a miasta i wspaniałe budowle zostały zburzone.

    Jedyne co pozostało to sława Farlimasa, najlepszego opowiadacza w dziejach.

    #andrzejotysiacutwarzy #mitologia #bajki #religia #historia #legendy #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu

    Próba uchwycenia sensu i pochodzenia opowieści

    Biżuteria z Napaty
    pokaż całość

  •  

    Każdy czasem potrzebuje trochę przerwy od poważniejszych tematów. Kiedy nie katuje się czytaniem opasłych monografii (no dobra, mocno przesadzam) lubię sobie poczytać mity, baśnie i legendy. Są bardzo ważkie powody żeby się nimi interesować. Kto zna Campbella i Eliade (albo chociaż Petersona) ten wie o co chodzi, kto nie zna- pozna niebawem, bo prędzej czy później coś o nich skrobnę.

    Ten tekst powstaje jednak jako świąteczny relaks, dlatego nie będę tutaj wykładał skomplikowanych i przepełnionych żargonem teorii. Zamiast tego opowiem wam bajkę. Bajkę o tym jak niebezpieczną rzeczą jest prawda i dlaczego mówienie wszystkiego żonie nie zawsze jest dobrym pomysłem. TL:DR dla niecierpliwych.

    pokaż spoiler W pewnej wsi w Japonii żyło sobie dwóch drwali: młody Minokichi i starszy Mosaku. Wstawali wcześnie rano i szli do pobliskiego lasu rąbać drzewa. Pewnego razu zaskoczyła ich zamieć śnieżna przez którą nie byli w stanie wrócić do wioski. Zabarykadowali się w chacie wzniesionej przez rybaków. Tam w środku nocy zaatakował ich lodowy demon pod postacią nieziemsko pięknej kobiety. Starszy drwal stracił życie, ale demon puścił wolno młodego mówiąc mu, iż wróci po niego jeśli kiedykolwiek opowie komuś o tych wydarzeniach.


    pokaż spoiler Rok później Minokichi poznał dziewczynę w której niemal od razu się zakochał. Szybko wzięli ślub, a po kilku latach dochowali się sporej gromadki dzieci. Byli związkiem idealnym, bardzo zżytym i serdecznym. Nie mieli przed sobą tajemnic poza tą z feralnej nocy. Minokichi nie wytrzymał okłamywania żony i w końcu wyznał jej prawdę. Wówczas okazało się, że tak naprawdę jest ona lodowym demonem. Odstąpiła jednak od spełnienia groźby, kazała zająć się dziećmi i zniknęła.


    Rzecz działa się dawno temu w Japonii, w prowincji Musashi która obecnie wchodzi w skład megalopolis Tokio. Drzewiej jednak znajdowało się tam wiele wiosek, lasów, zagajników i pól uprawnych. W jednej z takich wiosek żyło dwóch drwali: Mosaku i Minokichi. Gdy wydarzyła się nasza historia Mosaku był już staruszkiem, a Minokichi, jego uczeń, osiemnastolatkiem.

    Każdego dnia wstawali oni wcześnie rano i szli do lasu oddalonego od ich rodzinnej wsi jakieś pięć mil. Po drodze musieli przeprawić się przez rzekę, która oddzielała dziewiczy las od terenów zamieszkanych przez ludzi. Rzeka była dzika i rwąca. W końcu nasza historia dzieje się w czasach gdy nie regulowano ich biegu. Z tego też tytułu pomost przy którym zatrzymywała się łódź przewożąca ludzi na drugi brzeg, był nieustannie niszczony i odbudowywany w powodziach.

    Pewnego dnia, w trakcie zimy, gdy nasi bohaterowie wracali wieczorną porą do domu, zaskoczyła ich burza śnieżna. Mimo ciężkich warunków pogodowych udało im się dotrzeć do rzeki. Tam jednak okazało się, że kładka przy której zawsze oczekiwał na nich przewoźnik była pusta. Na domiar złego właściciel łodzi która codziennie ich przewoziła, zacumował na drugim brzegu. Temperatura i warunki pogodowe wykluczały możliwość przepłynięcia wpław.

    Nie była to jednak tragedia, bo wiedzieli, że nieopodal znajduje się chatka w której przesiadywali czasami rybacy. Nie było to wymarzone miejsce na przetrwanie zamieci, bo budynek miał raczej rachityczną konstrukcję i na domiar złego nie posiadał miejsca na palenisko. Mosaku i Minokichi nie byli jednak w sytuacji w której mogliby wybrzydzać. Zaryglowali się w chatce i rozłożyli na siennikach aby odpocząć. Mieli nadzieję, że zamieć szybko ustąpi. Fakt, że znaleźli schronienie dodał im animuszu i poprawił morale.

    Wiekowy Mosaku, wykończony trudami dnia, zasnął nieomal natychmiast. Minokichi mimo, iż też się położył, nie mógł jednak zapaść w sen. Przewracał się z boku na bok, nasłuchując wiatru i śniegu z deszczem uderzających o ściany i dach. Chatka skrzypiała i trzeszczała, ale dzielnie opierała się podmuchom wiatru. Minokichi czuł jak z sekundy na sekundę spada temperatura. Mimo to, w końcu i mu udało się zasnąć.

    Obudził go potężny huk wyłamywanych drzwi i podmuch zimna. Nagle, oślepiła go biel, tak jasna jakby do wnętrza chatki wpadł piorun. Gdy w końcu odzyskał wzrok zobaczył kobietę. Była ona całkowicie biała. Miała białe włosy, skórę, usta, oczy i była odziana w biel. Klęczała nad Mosaku i chuchała na niego swoim lodowatym oddechem, który wyglądał jak biały dym. Niemal w tym samym momencie kobieta odwróciła się i wbiła swoje lodowato zimne spojrzenie w Minokichiego.

    Próbował krzyczeć ale powietrze uwięzło mu w płucach. Kobieta schyliła się tak, że jej nieskazitelnie biała twarz niemal dotykała twarzy Minokichiego. Mimo przerażenia zobaczył, że jest nieziemsko piękna. Patrzała na niego jeszcze przez chwilę po czym wyszeptała: „Chciałam zrobić z tobą to co z twoim towarzyszem, ale teraz przepełnia mnie litość dla ciebie. Jesteś taki młody i przystojny, że zasługujesz na to żeby żyć. Jeśli jednak kiedykolwiek powiesz o tym co się tutaj wydarzyło- znajdę Cię i zabiję.”

    Po wypowiedzeniu tych słów kobieta odwróciła się i wyszła z chatki. Zaraz po tym Minokichi odzyskał władze nad ciałem i czucie. Natychmiast zerwał się na równe nogi i z przerażeniem rozglądać się na wszystkie strony. Nigdzie jednak nie dostrzegł kobiety, zniknęła tak nagle jak się pojawiła. Wdzierający się do chaty śnieg szybko go otrzeźwił. Minokichi na nowo wstawił drzwi, podparł je kilkoma szczapami drewna. Totalnie nie rozumiał tego co się przed chwilą stało i tego co zobaczył. Wtem przypomniał sobie o towarzyszu.

    Wykrzyknął jego imię, ale Mosaku nie odpowiedział mu. Spodziewając się najgorszego podbiegł do niego i sprawdził czy oddycha. Niestety, klatka piersiowa starca była nieruchoma, a on sam był biały nieomal jak zjawa która przed chwilą zniknęła. Minokichi dotknął twarzy swojego nauczyciela i z przerażeniem zauważył, że jest ona niesamowicie zimna. Chłód był tak bolesny, że niemal natychmiast cofnął rękę. Mosaku leżał zimny i nieruchomy jak bryła lodu.

    Minokichi nie zmrużył oka aż do świtu. Wraz ze wschodem słońca uspokoiła się burza. Gdy tylko młody drwal spostrzegł pierwsze promienie słońca, galopem udał się do kładki. Tam, wycieńczony z zimna i sterroryzowany nocnymi wydarzeniami, zemdlał. Kilka godzin później znalazł go właściciel łodzi który przewoził ludzi z brzegu na brzeg. Zabrał go ze sobą i posłał jednego z rybaku do rodzinnej wioski Minokichiego. Jego krewniacy i sąsiedzi otoczyli go czułą opieką i po kilku tygodniach doszedł mniej więcej do siebie.

    Ludzie zauważyli jednak, że się zmienił, że chodził jakby przerażony. Stał się małomówny i z nikim nie chciał rozmawiać o tym jakie wydarzenia poprzedziły odnalezienie go nieopodal przeprawy. Czas goi jednak najgorsze rany. Z czasem powrócił do pracy jako drwal. Nadal jednak był wycofany i rozmawiał jedynie ze swoją matką, która pomagała mu w sprzedawaniu drewna które zrąbał w lesie.

    Mniej więcej rok od traumatycznych wydarzeń, gdy wracał już do domu, spotkał uroczą dziewczynę, podróżującą do przeprawy. Pozdrowiła go i zapytała czy mógłby jej towarzyszyć do rzeki. Niechętnie zgodził się, odpowiadając półsłówkami. Cały czas miał z tyłu głowy obrazy z pamiętnej nocy i nie potrafił przestać o nich myśleć choćby na chwilę.

    W trakcie to jak się czuł zaczęło się jednak zmieniać. Ze zdumieniem odkrył, że głos dziewczyny brzmi tak pięknie jak śpiew ptaków. Zaczął się jej uważnie przyglądać. Szybko dostrzegł, że jest ona nie tylko wysoka i szczupła, ale także nadzwyczajnie piękna. Niezrażona jego milczeniem cały czas próbowała nawiązać rozmowę. Przedstawiła się jako O-Yuki i wyjawiła, że niedawno straciła rodziców i że chce się dostać do Yedo gdzie ma trochę krewnych. Liczyła, że rodzina pomoże jej znaleźć prace jako służąca.

    Minokichi zaczął się dziwnie czuć. Coś sprawiało, że tracił zmysł, że przestawał widzieć świat dookoła w normalny sposób. Przestał myśleć o sprawunkach, o tym co zjeść po powrocie, o dyspozycjach które miał wydać matce. Wkrótce przestał myśleć nawet o swoim zmarłym nauczycielu i przerażająco pięknej kobiecie która pozbawiła go życia.

    Towarzystwo dziewczyny sprawiło, że coś w nim pękło i rozsupłało mu język. Zaczął z nią rozmawiać, opowiadali sobie o coraz bardziej prywatnych sprawach. Dziwne uczucie narastało w Minokichim. Gdy byli blisko przeprawy zrozumiał, że jest zakochany w dziewczynie. Wiedząc, że ich drogi rozejdą się zaraz po przekroczeniu rzeki postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zapytał O-Yuki czy jest zamężna lub zaręczona. Ze śmiechem odpowiedziała mu, że nie i natychmiast zrewanżowała się pytaniem.

    Minokichi natychmiast odparł, że nie i zaprosił ją żeby odpoczęła przed dalszą podróżą w domu jego matki, wszak wioska w której mieszkają znajduje się blisko traktu do Yedo. Dziewczyna zaskoczona śmiałością towarzysza początkowo nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Po chwili wahania zgodziła się. Jej też spodobał się tajemniczy drwal i było to widać po spojrzeniach i uśmiechach jakie mu słała.

    Dalej wszystko potoczyło się niepodziewanie szybko i O-Yuki wyszła za Minokichiego. Młodzi nie próżnowali i w kilka lat dorobili się gromadki dzieci. Mimo kilku ciąż, codziennego znoju i upływu lat O-Yuki pozostawała piękną kobietą a Minokichi był niesamowicie szczęśliwy przy jej boku. Wspierała go trudnych chwilach, była wspaniałą matką, powierniczką jego najskrytszych myśli i namiętną kochanką. Była tylko jedna rzecz która nie dawała spokoju naszemu drwalowi.

    Były to wydarzenia z nocy gdy spotkał lodowego demona, który pozbawił życia starego Mosaku. Czuł się winny, bo z żoną mówili sobie wszystko. Ona odkrywała przed nim swoje najskrytsze myśli a nawet zakazane tajemnice rodowe. Żartowała czasem, że on zna ją lepiej od niej samej, a ona zna go lepiej niż on siebie. Minokichi przytakiwał, ale po chwili pochmurniał i czuł palący wstyd, że tak okłamuje kobietę swojego życia i matkę swoich dzieci.

    Pewnego razu nie wytrzymał i wymsknęło mu się, że jest coś czego jego żona nie wie. Jej oczy momentalnie napełniły się smutkiem zmieszanym z podejrzliwością i zaczęła go pytać co to takiego. Szybko uświadomił sobie jak wielki błąd popełnił i próbował jakoś zmienić temat. O-Yuki nie dawała jednak za wygraną.

    Po kilku dniach kłótni, ciężkich spojrzeń, podejrzeń i nerwów Minokichi poczuł, że nie może tego dłużej ciągnąć. Po powrocie z pracy kazał dzieciom położyć się do łóżek i wziął swoją żonę na bok. Przyznał się do kłamstwa i z najdrobniejszymi szczegółami opowiedział jej co wydarzyło się gdy miał osiemnaście lat i uczył się zawodu drwala. W miarę jak zmierzał ku końcowi widział zmiany zachodzące na twarzy żony.

    Gdy w końcu opowiedział o groźbie demona, twarz O-Yuki wykrzywił grymas ni to przerażenia, ni wściekłości i krzyknęła: „To byłam JA! JA! I to MI, MI obiecałeś, że nigdy nikomu o tym nie powiesz. Teraz gdy złamałeś dane mi słowo powinnam cię zabić, ale nie zrobię tego ze względu na dzieci które mamy. Nie mogę jednak żyć pod jednym dachem z kłamcą i krzywoprzysięzca. Na koniec powiem ci żebyś dobrze zajmował się naszymi dziećmi, bo jeśli nie to pewnego dnia wrócę po ciebie”.

    Po chwili zamieniał się w lód i rozpadła na tysiąc kryształów.

    Legenda którą przed chwilą przeczytaliście pochodzi z japońskiego folkloru i dotyczy stwora znanego jako Yuki-onna. Ma ona wiele różnych wersji a Yuki występuje w niezliczonej ilości historii.

    PS.1 To zaledwie niewinny początek tego co chce zrobić, to jest opisywania i analizowania ciekawszych mitów, opowieści, legend, fantastycznych wierzeń, przypowieści i innych takich- zebranych z różnych religii i kultur. Stąd też taguje religia, gruparatowaniapoziomu i historia bo domyślnie będzie sporo rzeczy dotyczących historii, religii, kultury i „na poziomie”. Wiem, że zajawka jest dosyć niewinna, ale to taki luźniejszy, świąteczny odcinek.

    PS.2 Tag- #andrzejotysiacutwarzy (tak, to ukłon w stronę Campbell’a).

    PS.3 Na próbę wołam ludzi którzy śledzą serię poświęconą chrześcijaństwu. Może ta seria też ich zainteresuje, jeśli nie to proszę żebyście nie plusowali- to będzie dla mnie informacja żeby nie wołać was gdy pojawią się wpisy o mitach.

    PS.4 Trwają święta więc jeszcze raz: Wesołych Świąt

    #andrzejotysiacutwarzy #mitologia #bajki #religia #historia #legendy #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    #walia #legendy #psy #smiesznypiesek #feels #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu

    Historia psa Gelerta jest jedną z najpopularniejszych legend Walii. Dawno, dawno temu, w XII wieku w królestwie Gwynedd żył książę Llywelyn, który w prezencie od angielskiego króla Jana otrzymał psa o imieniu Gelert („Wierny Pies”). Llywelyn miał także ukochanego maleńkiego syna. Pewnego dnia książę powrócił z polowania do swojego zamku, a w komnacie chłopca ujrzał straszny widok: przewrócone łóżeczko, brak dziecka i Gelerta całego we krwi. Llywelyn wpadł w szał sądząc, że jego własny pies zagryzł dziecko. Wyciągnął miecz i przebił nim zwierzę. Gdy konający Gelert zaskamlał, książę usłyszał ciche łkanie dziecka. Okazało się, że chłopczyk leżał bezpiecznie skryty pod kołyską, a w kącie leżał straszliwy wilk zabity przez Gelerta. Książę natychmiast zrozumiał swój błąd i gorzko zapłakał nad niewinnym, a walecznym i wiernym psem. Kazał urządzić Gelertowi wspaniały pogrzeb i pochować go z należytą czcią. Niestety, wciąż słyszał jego pełne żalu skomlenie i od tego pory książę Llywelyn już nigdy się nie uśmiechnął. W miejscowości Beddgelert, której nazwa dosłownie oznacza „grób Gelerta”, można odwiedzić domniemane miejsce jego pochówku. W rzeczywistości wielki głaz z inskrypcją opisującą historię psa postawiono dopiero w XVIII wieku. Mimo to legenda jest w Walii wciąż żywa i po dziś dzień stanowi inspirację dla wielu poetów, pisarzy i malarzy.

    Źródło: http://www.pies.pl/gelert-bohater-z-walii/
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

  •  

    Guardian Bell/Gremlin Bell

    Oglądając jakąś głupawą kompilację z Ameryki zainteresowała mnie pewna cecha wspólna wśród niektórych motocykli (głównie chopperów, ale nie tylko) - zawieszony w dolnej części ramy dzwoneczek.

    Jako że lubię czytać o talizmanach i przesądach pogrzebałem troszkę po internetach i okazało się, że jest to właśnie forma talizmanu, odstraszacza dla złych duchów, które czają się na motocyklistów na drodze.

    Legenda (jedna z wielu), która wiąże się z tymi dzwoneczkami opowiada o motocykliście, który na drodze trafił na gremliny. Te w swojej złośliwości wybiegły na drogę i spowodowały, że motocyklista stracił panowanie nad maszyną i rozbił się na poboczu łamiąc przy tym nogę. Na tym jednak nie koniec, bo ośmielone gremliny wyraźnie nie zamierzały unieruchomionemu biedakowi odpuścić. Ten próbując się bronić zaczął rzucać w nie przedmiotami, które miał w torbie, aż został mu tylko mały dzwonek. W akcie desperacji zaczął nim dzwonić, co o dziwo zadziałało, bo nagle pojawili się dwaj inni motocykliści, którzy odgonili złośliwe potworki i pomogli poszkodowanemu.

    Chcąc się odwdzięczyć nasz bohater dał obu motocyklistom po dzwoneczku z nakazem by przywiązali je do swoich maszyn i gdy będą mieli kłopoty - dzwonili, a ktoś się pojawi na pomoc.

    Dodatkowo jeśli chodzi o ten przesąd znalazłem kilka dodatkowych warunków, jakie muszą zostać spełnione żeby taki dzwoneczek faktycznie posiadał ochronną moc:

    - motocyklista nie może sam go sobie kupić - musi go otrzymać od innego motocyklisty, albo bliskiej osoby. Żeby dzwoneczek zachował swoją ochronną moc musi zostać wręczony w ramach aktu dobroci.
    - dzwonek musi być umieszczony w najniższej części ramy - jako że złe duszki kręcą się po drogach i łapią się motocykla gdy ten przejeżdża, dzwonek musi być umieszczony nisko by je odganiać.
    - jeśli sprzedajemy motocykl musimy zdjąć dzwoneczek - dzwoneczek nie może być sprzedany razem z motocyklem. Jeśli chcemy by chronił kolejnego właściciela musimy go zdjąć i osobiście wręczyć (jak wyżej: akt dobroci).

    Przyznam, że do tej pory nie byłem świadom, że motocykliści mają swoje własne przesądy. Znacie jeszcze jakieś inne? Ja szukając więcej informacji znalazłem tylko zwyczaj by bezwzględnie nie kłaść kasku na ziemi.

    #motocykle #legendy
    pokaż całość

    źródło: bikerbits.com.au

  •  

    Niestety, ale to prawda. Nadal jak sobie myślę jak potraktowali Ikera, mojego ulubionego bramkarza od zawsze to mi smutno... ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    #mecz #pilkanozna #smuteczek #nostalgia #legendy

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: static.fangol.pl

  •  

    By historię tę streścić księge by trzeba poczynić, a to nie łaćne. Ja sam jest facambuł toteż jedynie legendę przedstawić postaram. W grodzie zwanym Toruń żyły rody zwaśnione, jedni to Zwierzyńscy, co zrzeszyć zdołali Marcinkowskich i Malankowskich poprzez jurność białogłowej Małgorzaty. Drugim co spowity hańbą ród Nowaków. Nowaki osiedlenie poczynili w twierdzy Urzędniczej. Twierdza ta od dziadów, pradziadów spisana Zwierzyńskim była. Waśni i udzierek końca nie było. Gdy Zwierzyńskim talarów nie brakło to Nowakom zazdrość towarzyszyła. Dnia 28 majusa 2017 roku Pańskiego, ród Nowaków po wszeczasy hańbą się okrył, bękarci czort Nowak udzierkę z Łukaszem stoczył. Daniel Zwierzyński co rodem władał do lochów wtrącony został, a pokolenia przyszłe Zwierzyńskich niepewne przez to. Ród wymrzeć może. Tu też odważam się prosić łaskawie Boga, co by w opiece miał Zwierzyńskich, a Nowaków niechaj kara boska dosięgnie.
    #danielmagical #opowiedz #staropolskie #danielmagicalstreszczenia #legendy #legendytorunskie
    pokaż całość

  •  

    Browar w Elblągu, produkujący m.in. Specjala i EB (Grupa Żywiec) wpadł na świetny pomysł w obecnej kampanii marketingowej, jeśli ktoś nie widział, to polecam spojrzeć, fajne: http://legendapolnocy.pl/index.html

    Z tej okazji powstał w #elblag , przy ulicy Browarnej (ale nie w sąsiedztwie browaru), piękny moim zdaniem mural, przedstawiający jedną ze 'specjalowych' wersji lokalnej legendy. Można sobie zobaczyć na zdjęciu.

    Ta wersja legendy oparta jest na innej, mianowicie mamy w Elblągu legendę o czarowniku Kilianie (inna wersja: Kiliar), który żył w XVI wieku, gdy Elbląg przeżywał swój złoty wiek, będąc drugim najważniejszym portem w Rzeczypospolitej (a w latach 1576 - 1577 pierwszym, gdy Gdańszczanie nie uznali elekcji Stefana Batorego na króla, więc ten zablokował port i cały handel skierował do Elbląga).
    Kilian był alchemikiem i oczywiście jego obsesją było stworzenie złota, mieszał więc metale i różne dziwne składniki w piwnicy swojego domu, bezskutecznie. Pewnego razu dowiedział się, że w nieodległym lesie, przy młynie, spotkać można o północy Diabła. Własną krwią spisał cyrograf i udał się w nocy w rzeczone miejsce. Spotkał tam rzeczywiście Diabła pod postacią siedzącego na pieńku niedźwiedzia. Gdy Diabeł zobaczył czarownika, zapiał niczym kogut i ludzką mową nakazał, aby Kilian położył cyrograf pod młyńskim kołem. Gdy Kilian zrobił to, Diabeł krzyknął 'łap twoje złoto', a z nieba na czarownika spadł deszcz złotych monet. Gdy jednak któraś dotknęła jego ciała, w tym miejscu powstawała ropiejąca rana... O poranku, znaleziono Kiliana martwego.

    Skąd na muralu 'angielskie źródła'? Browar w Elblągu powstał w 1872 roku w miejscu, gdzie mieści się obecnie, a w 1880 przejęty został przez spółkę Brauerei English Brunnen (Browar Angielskie Źródło), która istniała do końca II wojny światowej. W tym miejscu znajdują się źródła wody, odkryte podobno przez mieszkających w Elblągu kupców angielskich, dlatego na ich cześć nazwano je 'angielskimi źródłami'.

    #piwo #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #legendypolskie #legendy
    pokaż całość

    źródło: IMG_3412.JPG

  •  
    a........c

    +8

    Swoją drogą to legenda o @CzerwonyKapturek może być całkowicie prawdziwa - dziewczynka se zbierała grzybki dla babci, po drodze se trochę podjadła, a że jeden był nie teges, to jak doszła do babci to akurat zaczeło działać. Najpierw zaczęła widzieć rosnące oczy, uszy, zęby, a następnie straciła przytomność i dostała wizji że wilk ją zjadł, potem jak odzyskała przytomność to ściany żołądka zniknęły, a że wnuczka była nieprzytomna, to babcia od razu zawołała pierwszą napotkaną osobę na ratunek, a że mieszkała w lesie, to akurat był to gajowy. No i dziewczynka się obudziła i pierwsze co zobaczyła to tego gajowego nad jej głową, więc pomyślała że to on ją wyciągnął z brzucha wilka, i twierdzi tak do dziś - mimo iż ma już ponad 80 lat, a tamten gajowy już nie żyje.

    #narkotykizawszespoko #legendy #mitologia #niewiemjaktootagowac #przemyslenia
    pokaż całość

  •  

    Czy ktoś z Was faktycznie wybił sobie oko łyżeczką, pijąc herbatę? #kiciochpyta #legendy

    +: s...2, a...c +8 innych
  •  

    "Legenda o koali

    Wśród Aborygenów krąży wiele legend o koali. Najważniejsza z nich mówi o tym, dlaczego to zwierzę zawsze traktowane jest z szacunkiem. Dawno temu mały chłopiec stracił rodziców. Zaopiekowali się nim krewni, lecz byli dla niego bardzo źli: nie pozwalali mu jeść ani pić wody. Chłopiec żywił się więc tylko liśćmi eukaliptusa. Ponieważ ten pokarm nie zaspokajał jego pragnienia, pewnego dnia, gdy plemię wyruszyło na polowanie, chłopiec został w wiosce i wypił tyle wody ile mógł, zabrał ze sobą jej resztę i ukrył się na drzewie. Po powrocie mieszkańcy wioski spostrzegli, że nie mają wody. Zaczęli prosić, by chłopiec zszedł z drzewa, obiecując, że będą już dla niego dobrzy. Gdy jednak chłopiec zszedł, ukarali go surowo. Wtedy stało się coś niezwykłego: ciało chłopca zmniejszyło się i pokryło futrem. W ten sposób chłopiec zmienił się w koalę i zniknął w koronach drzew. Od tej pory Aborygeni szanują koalę i się go boją. Nie pozwalają go skrzywdzić, ponieważ wierzą, że w takim wypadku może zniknąć cała woda na ich ziemi."
    #koala #koalowabojowka #ciekawostki #legendy
    pokaż całość

    +: A.......w, w.......a +8 innych
  •  

    Zygmunt Vogel, polski artysta tworzący na przełomie XVIII i XIX wieku na życzenie ostatniego króla Polski miał uwiecznić wygląd ziem krakowskich. W związku z tym malarz stworzył album składający się z 63 akwarel i rysunków.

    Jednym z nich jest obraz bardzo mi bliski, bo kojarzący się z dzieciństwem. To "diabelski most" w Czernej, koło Krzeszowic. Moja babcia posiadała tam dom, który należał do jej zamordowanego w Katyniu ojca. Domek był przystosowany do spędzania w nim lata i wiosny, może trochę jesieni. Jako dziecko często tam bywałem i doskonale poznałem mnóstwo okolicznych tajemnic i legend.

    Taką był właśnie owy "diabelski most". Wybudowano go w drugiej połowie XVII wieku i co ciekawe wcześniej zwano go mostem "anielskim". Przypominał bardziej rzymskie akwedukty niż zwykłe mosty. Wybudowano go, by stanowił drogę do Klasztoru Karmelitów Bosych w Czernej. Obok postawiono pralnię, w której siostry zakonne prały braciszkom ubrania. Sam most po drugiej stronie wieńczyła Brama Siedlecka, której ruiny również się zachowały.

    Z latami most zaczął podupadać, gdyż mało kto o niego dbał, choć sporo osób z niego aktywnie korzystało. I tak po 200 latach został zamknięty w związku ze złym stanem technicznym. Wraz z jego niszczeniem i postępującymi uszkodzeniami pojawiały się coraz to nowe legendy, które sprawiły, że most przestał nosić miano "anielskiego".

    Mówiono, że sam diabeł szedł owym mostem wraz ze skarbami, które były tak ciężkie, że doprowadziły do zawalenia się fragmentu mostu. Według innych corocznie odbywał tam się zjazd duchów i upiorów, z kolei inni twierdzili, iż diabeł zakopał tam wielki skarb i czyha na grzeszników-śmiałków.

    I to właśnie pośród takich frapujących legend przyszło mi spędzać dzieciństwo. Uwielbiałem ten most i wszystkie okoliczne ruiny, które wydawały mi się być tak odległe i fantastyczne, że aż nieludzkie. Dolina Eliaszówki to piękne miejsce, warte zobaczenia i gorąco je polecam.

    Obecnie most wygląda nieco inaczej niż na obrazie:

    Przed zawaleniem
    Po zawaleniu, współcześnie
    Inne ujęcie
    #obraz #malarstwo #sztuka #ciekawostki #legendy #polska
    pokaż całość

  •  

    Legenda i do tego ilustracja muzyczna (polski tekst)
    Turul to nazwa mitycznego ptaka, prawdopodobnie raroga lub sokoła, który miał przyprowadzić lud Madziarów w miejsce obecnych Węgier. Choć nie jest oficjalnym godłem państwa, to stanowi ważny symbol narodowy Węgrów, szczególnie popularny wśród zwolenników koncepcji tzw. "Wielkich Węgier", pragnących odtworzenia granic sprzed traktatu w Trianon.

    Według innych interpretacji Turul ma cechy orła i kruka. Jest mitycznym praojcem narodu węgierskiego – świętym ptakiem totemowym Arpadów lub postacią najwyższego boga Istena, mitycznym ojcem Attyli i Almosa.
    Pomniki Turula

    Najsłynniejszy pomnik Turula góruje nad murami zamku w Budzie. Jego kopię postawiono w 1907 w górniczej miejscowości Tatabánya, 60 km na zachód od Budapesztu. Pomnik Turula w XII dzielnicy Budapesztu upamiętnia ofiary II wojny światowej. Ustawienie tego ostatniego odbyło się początkowo nielegalnie z inicjatywy prawicowych władz dzielnicy w 49. rocznicę powstania węgierskiego 1956.
    Muzyka: Kárpátia - Turul (polskie tlumaczenie)
    #ciekawostkihistoryczne #muzyka #epicmusic #rock #epicrock #wegry #legendy #trianon #zwikipedii
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Lustro księdza Twardowskiego.

    Węgrów, moje rodzinne miasteczko w którym stoi Bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny zdobiona freskami wykonanymi przez Michała Anioła Palloniego.
    Na zakrystii znajduje się również lustro Twardowskiego o którym od wieków krążą najróżniejsze legendy.

    Legendy

    W roku 1812 w trakcie wyprawy na Rosję, wielka armia Napoleona Bonaparte zawitała do Węgrowa. Wódz postanowił rozbić tu obóz. Gdy usłyszał o legendzie lustra, które może jakoby pokazywać przyszłość, udał się zobaczyć je na własne oczy. Podobno zobaczył w nim klęskę, jaką miała ponieść jego armia w Rosji. W jednej z wersji wściekły Napoleon uderzył ręką w lustro, czego ślady - pęknięcie, widoczne jest do dziś. W innym podaniu przerażony upuścił lustro, które pękło na trzy kawałki.

    Kolejna legenda związana jest z królem Zygmuntem Augustem, dla którego Twardowski miał wywołać ducha jego zmarłej żony Barbary Radziwiłłówny. Znany mag Twardowski miał doprowadzić do zmaterializowania postaci żony przed obliczem króla. W specjalnie przygotowanej sieni naprzeciwko lustra postawił krzesło. Nakazał królowi, aby spoczął na nim i pod żadnym pozorem nie wstawał z krzesła, bo to może przynieść wielkie nieszczęście. Król wzruszony widokiem młodo zmarłej żony, wstał i próbował ją objąć. W tej samej chwili zjawa rozpłynęła się, a lustro pękło. Niedługo po tym wydarzeniu zarówno król, jak i Pan Twardowski zmarli.

    Inna legenda mówi o próżnym proboszczu z Węgrowa, który uwielbiał przeglądać się w lustrze. Pewnego razu ujrzał w nim diabła. Przerażony rzucił w lustro pękiem kluczy, rozbijając zwierciadło na trzy części. Podobno właśnie od tego czasu lustro zaczęło matowieć, tracąc swój blask, a jak niektórzy mówią - magiczne właściwości.

    Istnieje również historia żołnierza z Powstania Styczniowego, który ukrywał się nieopodal majątku Ronikierów w Korytnicy, gdzie lustro w tym okresie zostało schowane. Podobno powstaniec był zrozpaczony, obawiał się o swoje życie, bał się, iż znajdą go tu Rosjanie i powieszą. Hrabia Ronikier postanowił pokazać mu lustro, by ten mógł zobaczyć w nim swoją przyszłość. Powstaniec zobaczył swoją postać z długą siwą brodą. 30 lat później jako siwobrody starzec wrócił do Węgrowa, niestety po wcześniejszej zsyłce na Sybir.

    Znana jest również historia studentki sztuki, która w roku 1980 miała bez pytania wspiąć się na drabinę i przejrzeć w lustrze. Zobaczyła w nim swoją twarz pokrytą wieloma ciemnymi smugami. Jak dowiedziano się później, w okresie stanu wojennego trafiła do więzienia, a ciemne smugi miały symbolizować więzienne kraty.

    Zawsze podczas wycieczek szkolnych każdy zadawał sobie pytanie "przejrzeć się czy się nie przejrzeć", mimo tego, że to tylko legendy.

    #ciekawostki #legendy #wegrow
    pokaż całość

    +: P.......n, zergqq2 +4 innych
  •  

    Krak (Krakus lub Gracchus) − legendarny władca Polaków, założyciel Krakowa.

    Według Kadłubka, którego świadectwo jest najstarsze, miał być jednym z książąt czy namiestników Polaków walczących z Galami w Panonii lub Karyntii (kronikarz nie stwierdza tego wprost), po czym został wybrany królem i dał początek zorganizowanemu państwu polskiemu.

    Legendy
    Po powrocie na ziemie polskie został królem. Miał dwóch synów (Kraka II, Lecha II) i jedną córkę. Jego synowie mieli zabić groźnego smoka wawelskiego, a jeden z nich przez zawiść zabił brata. Inna legenda podaje, że sam Krak był pogromcą smoka. Córka stała się bohaterką legendy „O Wandzie, która nie chciała Niemca”.

    Z opisem pogrzebu Kraka łączy się wzmianka o założeniu Krakowa. Podanie o Kraku przypomina nieco podanie o czeskim Kroku, a motyw walki ze smokiem został prawdopodobnie zaczerpnięty z mitu o walce Peruna ze Żmijem, legenda zawiera ślady wydarzeń VII i VIII-wiecznych. Po śmierci Kraka usypano mu kopiec, gdzie według legend został pochowany.W czasie usypywanie mieszkańcy Krakowa nosili ziemię w rękawach, stąd powstało święto Rękawki, a kopiec nazwano Kopcem Kraka lub Krakusa.

    Postać księcia Kraka pojawia się ponownie w XX w. w utworach literackich Stanisława Pagaczewskiego.Kraka nazywano Smokobójcą.

    Z kroniki Mistrza Wincentego
    Wykład o Kraku zaczyna się u Kadłubka po zakończeniu wojny z Rzymianami, gdzie jest wspomniane, że Prapolacy (nazwa stworzona na potrzeby tego artykułu; u kronikarza nienazwany ogół słowiański) wybrali Kraka na księcia. Następnie Kadłubek opisuje w skrócie dzieje innego wielkiego plemienia, które jako jedyne mogło się wtedy mierzyć z Polakami – Gallów. Mieli oni w pewnym czasie wkroczyć do Panonii z czego dla mistrza Wincentego płynie oczywisty fakt walk Prapolaków z Gallami (Panonię uważano w średniowieczu za kolebkę Słowian). Taki stan rzeczy miał wywołać wśród tych pierwszych tendencje odśrodkowe – pęd do władzy różnych jednostek. Dlatego też Krak, którego z niewiadomych przyczyn nie było wtedy na miejscu (Kadłubek pisze, że wrócił z Karyntii; możliwe, że przebywał tam na wyprawie wojennej), powróciwszy postanowił zebrać wszystkich na wiecu. Na zebraniu tym zdobył sobie zaufanie społeczeństwa (Kadłubek wkłada mu w usta słowa: „tym samym świat bez słońca – co państwo bez króla”), które ogłosiło go królem.

    Wincenty Kadłubek zlatynizował imię Krak do formy „Gracchus” i pod takim też imieniem ta postać w jego kronice występuje. Niewątpliwie ma to swoje korzenie w chęci przyrównania Kraka do innego słynnego ustawodawcy i opiekuna obywateli Tyberiusza Gracchusa. Nie bez znaczenia może być też fakt, że pierwsze informacje o Kraku pojawiają się w kronice Kadłubka, kiedy opisuje on walki Polaków z Rzymianami. Mianowicie gdy walki ustały Prapolacy mieli zająć pewne miasta, w których następnie ustanowili namiestników. W tym samym czasie obrali także księcia, którym został właśnie Krak. Co jednak wynika z dalszego przebiegu opowiadania, nie równało się to nadrzędnej pozycji plemiennej – prawdopodobnie był jednym z namiestników. Stąd Krak został namiestnikiem najprawdopodobniej w jakimś rzymskim mieście. Inna rzecz wskazująca na łączność z Rzymem i Tyberiuszem Grakchem znajduje się w opisie pierwszych czynów Kraka kiedy ogłoszono go królem. Prawo, które stworzył nowy król, Kadłubek ubrał w formy przejęte od Rzymian („Tak więc powstał zawiązek naszego prawa obywatelskiego i nastały jego narodziny”), zasady nowego prawa natomiast opierały się na zniesieniu niewoli i niesprawiedliwości (o co walczył wspomniany Tyberiusz Grakch). W taki sposób kronikarz chciał dać Krakowi mocniejsze historyczne podstawy.

    Kiedy działalność ustawodawcza została ukończona Kadłubek pierwszy raz używa terminu „Polska”, którą Krak miał doprowadzić do „świetnego rozkwitu”. Rozkwit jednak nie trwał długo, ponieważ nowostworzone państwo napotkało na swojej drodze nowy problem w postaci potwora zwanego „całożercą”.Jak pisze mistrz Wincenty miał on terroryzować poddanych Kraka żądaniem ofiary z bydła, którego dostaw wymagał co tydzień. Jeżeliby ofiara nie została dokonana miał zjadać tylu ludzi ile bydła miało być mu dostarczone. W takiej sytuacji Krak nasłał na potwora swoich synów, którzy po niepowodzeniach w otwartej walce uciekli się do podstępu. Podali „całożercy” jako zwyczajową ofiarę skóry bydlęce wypchane siarką, czym udusili potwora. Z tą historią jest powiązany wątek bratobójczy, który ostatecznie doprowadził do czasowego bezkrólewia w państwie Kraka. Mianowicie gdy jego synowie uśmiercili potwora, młodszy z żądzy władzy miał się rzucić na starszego i go zabić, ojcu skłamał natomiast, że to wina potwora. Po śmierci Kraka jego syn na krótko przejął panowanie w państwie. Na krótko, ponieważ szybko odkryto mroczny sekret Kraka II i skazano go na banicję. Pomimo wszystko miłość ludu do Kraka i jego rodu miała być tak wielka, że władzę wkrótce przyznano jego córce Wandzie. Przy okazji Kadłubek notuje, że ośrodkiem decyzyjnym w tej sprawie było zebranie „Senatu, możnych i całego ludu”.

    W dowód uznania dla Kraka seniora po jego śmierci rozpoczęto budowę miasta na skale, w której mieszkał „całożerca”. Jak podaje Kadłubek miasto nazwano Gracchovia (Kraków) i tak długo wypełniano obrzędy pogrzebowe po zmarłym królu, póki nie skończono ostatniego budynku.Mistrz Wincenty notuje też, że nazwę miasta Kraków niektórzy wywodzą od krakania kruków, które zleciały się by żerować na ciele „całożercy”.

    #slowianie #slowianskapolska #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #historia #legendy #krakow #krak
    pokaż całość

    źródło: Krak.PNG

  •  
    B......r

    +23

    TĘSKNICA

    Tęsknica to słowiański demon, który był wyobrażany w postaci bladego kobiecego widma. Tęsknica bywała nazywana także Tęsknotą lub Osmętnicą. Ów demon to personifikacja stanu chorobliwego zadumania, utęsknienia, rozmarzenia. Ta blada kobieta sprowadzała na człowieka nieuleczalny smutek, nazywany melancholią.

    Tęsknica spadała z nieba wraz z gwiazdami, z czarnej chmury burzowej. Na głowie nosiła wianek z suchej paproci, owijała się szarą płachtą wyciągniętą spod tapczana umarłego, na nogi wkładała chodaki, które sama sobie plotła z zielonej trzciny wyrwanej z jeziora lub z wici rosnących nad wodami. Chodziła wolnym krokiem, ze spuszczoną głową, siadała najczęściej pod cmentarzami lub figurami przy rozstajnych drogach.

    Kiedy znajdywała smętne, smutne, zapłakane, samotne dziewczyny, siadała przy nich, obejmowała w wychudłe ręce i całowała w usta, kładła ciężką dłoń na serce. Tęsknica dotykała najczęściej młode kobiety, które jeszcze nie miały dzieci. Tych kobiet nic nie bolało i nie miały żadnych blizn na ciele, ale dotknięte przez tęsknotę traciły wigor, nie piły i nie jadły, trapiły je bezsenność, stawały się osłabione i bezwładne.Takie dziewczęta zwykle żyły bardzo krótko. Jedynym dla nich ratunkiem było przybycie Trzech Niewiad, czyli aniołów bożych. Tylko one mogły wydostać je z sideł Tęsknicy.

    Rysunek znaleziony w internecie, aczkolwiek jego źródło to Bestiariusz Słowiański

    Źródło: A. i B. Podgórscy, Wielka Księga Demonów Polskich.

    #slowianie #legendy #bestie #wierzenialudowe #depresja

    Polecam, jeśli kogoś interesuje tematyka:

    https://www.facebook.com/BestiariuszSlowianski
    https://www.facebook.com/etnoslow?fref=nf
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów