•  

    Czas na wypromowanie polskich regionów. Nasz kraj jest piękny i są w nim miejsca, o których nie wszyscy wiedzą, ale warto je odwiedzić. Warmia i mazury są bardzo klimatycznymi regionami. Pokazujemy kilka fajnych miejsc do których warto zajrzeć. Zamki, pałace, stadniny, a do tego smoki, jednorożce i sala tortur (jest sporo zdjęć).
    Pomóżcie wypromować piękną Polskę - Prośba o wykop.

    https://www.wykop.pl/link/5290787/warmia-piekno-natury-i-6-klimatycznych-miejsc/

    #polska #warmia #mazury #podrozujzwykopem #zamki #legendymiejskie #zainteresowania #ciekawostki #tortury #natura #turystyka
    pokaż całość

    źródło: warmia-galiny.jpg

  •  

    #ciekawoski #usa #legendymiejskie #creepy

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Banshee – irlandzka zjawa

    Banshee w nowoirlandzkim oznacza „kobieta z kurhanu”, jest to galijskie określenie zjawy w kobiecej postaci (“nieziemskiej kobiety”), które odwołuje się do celtyckiego ducha zmarłych. Ten rodzaj zjawy jest wyjątkowo łatwy do zidentyfikowania, gdyż poznamy go po przeraźliwych dźwiękach, które z siebie wydaje – mrożące krew w żyłach zawodzenie słychać na długo zanim ujrzymy jego źródło. Jeśli podejdziemy dostatecznie blisko, prawdziwa Banshee rozpłynie się w powietrzu, wydając przy tym dźwięk podobny do łopotu skrzydeł.

    Cechą wspólną wszystkich Banshee wydają się być długie, rozwiane włosy, które mogą być srebrne, białe, siwe, a nawet czerwone. Jeśli chodzi o wiek, trudno znaleźć regułę, gdyż zjawy potrafią przyjąć formę zarówno młodej dziewczyny, jak i starej pomarszczonej kobiety.

    Irlandczycy do dziś wierzą w Banshee. Podobno można ją zobaczyć kiedy czesze swoje długie włosy. Dlatego Irlandczycy nigdy nie podnoszą grzebienia leżącego na ziemi, bo są święcie przekonani , że może należeć do Banshee.

    Kiedyś usłyszałem od pewnej Irlandii, że jej babka spotkała kroczącą po pastwisku Banshee, ta jednak nie spojrzała w jej kierunku, ani nie wydała dźwięku, ale następnego dnia zmarł jej dziadek.

    #irlandia #ciekawostki #ciekawostkanadzis #ciekawostka #duchy #legendymiejskie #tajemnice

    Zachęcam do polubienia profilu na Facebook

    https://www.facebook.com/Mikroblog-z-Dublina-2072842982934470/
    pokaż całość

    źródło: banshee2.jpg

  •  

    Mieszkam aktualnie w hrabstwie, ktore w opinii ,,Ghost hunters'' uchodzi za najbardziej nawiedzone w calej Anglii. Chodzi o Shropshire. Coz anglicy znani sa z tego, ze od dawna z przemoznym upojeniem rozplywaja sie nad tego typu historiami, co bylo i jest katalizatorem do powstawania roznych mniej lub bardziej zmyslonych opowiesci o charakterze ,,superstycji''. Sam lubie historie i ciekawia mnie rozne legendy, niewazne jak bardzo sa zmyslone bo ponoc w kazdej legendzie jest jakies ziarnko prawdy. Do rzeczy, wioska obok o nazwie Broseley, znana jest z duzej spolecznosci mormonow na temat ktorej plotkuje sie, ze kiedys, wiazali sie miedzy soba w obrebie swoich rodzin i dlatego ich dzieci choruja na polidaktylie lub inne genetyczne dziwactwa. Moja uwage przykol malenki cmentarz wcisniety w ciasny zielony zarosniety lasek pomiedzy zwyklymi zabudowaniami tego miasteczka, na ktory natknalem sie przeczesujac tamte tereny. W ciagu dnia troche niezrecznie tam wejsc, bo trzeba przejsc przez prywatne posesja, ale na upartego da rade...zreszta na mapie wyglada to jak jakis skrot, dlatego wybralem sie wlasnie tamtedy. Bylem zdziwiony na widok, raptem 10 grobow datowanych na pierwsza polowe XIX w., przed wejsciem bylo ostrzezenie, zeby nie wchodzic bo ,,mozna sie potknac o krzaczyska'', jakby nie mozna bylo tego wykosic. Pogadalem troche z ludzmi okolicznymi, poczytalem w roznych zrodlach i dowiedzialem sie,z e jest to cmentarz o nazwie ,,the cholera piece'' dla zmarlych w wyniku szalejacej epidemii cholery w XIX w. Cmentarzyk znajduje sie na wprost starego ksociola, ktory jakies 50 lat temu zostal wyburzony. Z kosciolem zwiazana jest legenda, ze podczas prac bduowlanych, duch kobiety manifestowal swoje niezadowolenie z powodu jego umiejscowienia i robil to na tyle skutecznie i nieustepliwie, ze prace nad kosciolem zostaly zaniechane a swiatynia porzucona na skutek zagrozenia zawaleniem z powodu ruchomego gruntu.
    Ponizej kilka fot z cmentarzyka w ciagu dnia i...a jakze by inaczej, wieczorem po polnocy tez sie tam wybralem :]
    Zdjecia pozostale to archiwalne zdjecia porzuconej swiatyni, na jednym z nich krowka sobie stajnie z przybytku urzadzila bo cos za pusto jej sie wydawalo w srodku.
    Zdjecie ponizej, wykonane w 1939 r. kiedy swiatynia od dawna juz stala odlogiem.
    #ciekawostki #anglia #duchy #legendymiejskie #historia #creepy #cmentarzeboners #nocneprzechadzki #fotografia
    pokaż całość

    źródło: foty.jpg

  •  

    Uważajcie gdy korzystacie z toalet w Japonii...

    Japoński folklor pełen jest creepy-legend pełnych demonów, zjaw i innych nadprzyrodzonych istot.
    Jedna z nich dotyczy oni (demona) o imieniu Aka Manto (pol. Czerwona Peleryna).

    Gdy podczas korzystanie z toalety zauważycie, że nie ma w niej papieru toaletowego i nie macie się czym podetrzeć
    przyjdzie do was Aka Manto i zapyta: "chcesz czerwony czy niebieski papier ?"

    Gdy wybierzecie czerwony, demon posieka was na kawałki.
    Niebieski - udusi was.

    pokaż spoiler #japonia #folklor #legendymiejskie #heheszki #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: akamanto-watermark.png

  •  

    Legendy szczecińskie. . . Jak Rycerz Szczot Szczecin Zakładał

    Od samego rana Szczot, liczące niewiele ponad dziesięć wiosen pacholę, chodził po osadzie zamyślony i dziwnie niespokojny. Nie miał ochoty na psoty, nie dał się też namówić rówieśnikom na ulubione zapasy, w których zawsze był najlepszy i nikt dotąd go nie pokonał. Zdało się, że błądzi myślami gdzieś daleko, albo że zakochał się pierwszą młodzieńczą miłością. Wszak w osadzie pełno było krasnych dziewek, do których nie jeden z jego rówieśników wzdychał ukradkiem.

    Błądząc tak, niby bez celu, zaszedł w okolice świątyni i omal nie przekroczył świętego kręgu, do którego, jako dziecku, nie wolno mu było wchodzić. Z zadumy wyrwał go dopiero groźny głos kapłana
    – Zatrzymaj się! czyż nie wiesz, że to miejsce święte, którego przekroczyć ci nie wolno?
    Szczot podniósł głowę. Przed nim stał, zastępując drogę siwy, brodaty starzec.
    – Wybaczcie. Zamyśliłem się i nie zauważyłem, że tu doszedłem.
    – A która to z dziewek tak ci w głowie zawróciła? – starzec nie wydawał się być taki groźny, na jakiego wyglądał. „Może jemu zawierzyć tajemnicę?” – przemknęło chłopcu przez głowę.
    – Nie dziewka, czcigodny starcze. Miałem dziwny sen tej nocy i on to tak zamącił mi w głowie.
    – Cóż to za sen? Mów śmiało – starzec zdawał się być zainteresowany. Przypominał chłopcu jego dobrotliwego dziada, który ze dwa lata temu odszedł od nich na zawsze. Gdyby żył jeszcze, Szczot bez wahania opowiedziałby mu o śnie. Ale czy może temu starcowi? Czy nie wyśmieje go, czy nie ofuczy?
    – Nie bój się, mów śmiało – zachęcał starzec.
    – Było tak: znalazłem się na wielkiej łące, na której rosło tylko jedno drzewo. Skwar był straszny. Podszedłem więc do drzewa, usiadłem w jego cieniu i po chwili usłyszałem za sobą głos. Zdziwiłem się i przestraszyłem. Przecież oprócz mnie nie było na łące nikogo. z trwogą obejrzałem się za siebie, w stronę skąd dochodził głos. Przy drzewie stał dziwny człowiek. Z jego szyi wyrastały trzy głowy. Właściwie nie były to trzy głowy, to była jedna głowa o trzech twarzach. Strwożyłem się jeszcze bardziej. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem. I wtedy postać ta przemówiła do mnie ponownie, głosem tak delikatnym i miękkim, jak mawiał mój dziadunio. „nie lękaj się i słuchaj uważnie tego, co ci powiem. Gdy przyjdzie twój czas, weźmiesz do łodzi sześciu towarzyszy i wypłyniesz na morze. Będziecie płynąć tak długo, aż woda wyrzuci was na równinę pośród lasów, otoczoną siedmioma szczytami. Na jednym z nich znajdziesz gniazdo półptaka – półzwierza. Tam zbudujesz dla mnie dom i otoczysz go wielką troską a twoi potomni czcić mnie będą i słuchać moich rad. Wokół domu tego zbudujesz gród, który nazwiesz od otaczających go wzgórz…”
    Szczot zamilkł i spojrzał na starca. Dostrzegł na jego obliczu jedynie powagę i zadumę. Ani cienia uśmiechu czy drwin, których obawiał się najbardziej. Przez chwilę obaj milczeli, w końcu starzec spytał
    – Co było dalej?
    – Nie pamiętam. Chyba się obudziłem. Powiedz, czcigodny starcze, co ten sen może oznaczać? Przecież nie ma tu żadnego morza, a ja mam być, jak dziad i ojciec wojem, a nie rybakiem. Dlaczego więc mam płynąć łodzią?
    Zadumał się starzec jeszcze bardziej i rzekł po chwili
    – Nie trzeba być rybakiem, by pływać łodzią. Zaiste sen to dziwny, ale i proroczy. Zapomnij o nim. Jesteś jeszcze zbyt mały, by go zrozumieć. Jeśli jest proroctwem, to w odpowiednim czasie da o sobie znać.

    Od tamtego dnia minęło wiele lat. Odszedł już czcigodny starzec ze świątyni, odszedł też ojciec Szczota, a on sam przeistoczył się z pacholęcia w pięknego i silnego młodzieńca, woja w drużynie książęcej. O dziwacznym, jak z czasem sądził, śnie dawno już zapomniał. Nieoczekiwanie jednak, zawarta w nim przepowiednia, miała się spełnić. Miał w książęcej drużynie sześciu druhów: Gniewka, Mścisława, Bolka, Mściwoja, Ziemowita i szczególnie umiłowanego, z którym gotów był dzielić ostatnią koszulę, Dobrogosta.
    Razu pewnego granicom księstwa zagroziło sąsiednie plemię, jakich w owym czasie było jeszcze wiele. Nie wszystkie jeszcze jednoczyły się w jeden organizm, chcąc zdobyć lepsze tereny dla swych trzód i uprawy napadały na sąsiadów, wycinając ich w pień i zagarniając ich terytoria i dobytek.
    Na wezwanie księcia stawiła się jego drużyna. Stawił się też Szczot ze swymi druhami. Ruszyli przeciw nieprzyjaciołom. Gnali ich na północ, ku wielkiej wodzie. W pewnym jednak momencie Szczot i jego towarzysze zorientowali się, że wroga przed nimi dawno już nie ma, a oni, oddaliwszy się od swoich, pogubili drogę i są sami w głębokim borze. zapadała noc. Szukać w ciemności powrotu nie było sensu. Rozłożyli więc obozowisko, zjedli resztę zapasów i umęczeni trudami posnęli.
    Zbudziły ich słoneczne promienie prześwitujące przez konary drzew. Zwinęli obozowisko, wsiedli na konie i poczęli szukać drogi, by wracać do swoich. Cały jednak dzień błądzili po lesie i przed zmierzchem znów znaleźli się w miejscu swojego obozowiska. Tak samo było dnia drugiego i trzeciego. Utrudzeni bezowocnymi poszukiwaniami powrotnej drogi towarzysze Szczota posnęli kamiennym snem. On jednak, mimo zmęczenia, nie mógł spać. Czuł się odpowiedzialny za kompanów zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie znajdą drogi czeka ich pewna śmierć z głodu i pragnienia. Rozmyślając tak, zapadł w końcu w niespokojny, pełen majaków, półsen. Zobaczył w nim, dawno zapomnianą, scenę z dziecięcego snu. Znów siedział pod wielkim, samotnym drzewem na rozległej łące i słyszał ów ciepły, miękki głos. Obejrzał się za siebie. Za nim stała postać o trzech twarzach.
    – Nie lękaj się Szczocie. Zbierz o świcie swych ludzi i idźcie na zachód. Tam znajdziecie ratunek.
    Zerwał się Szczot z posłania, obudził Dobrogosta, odciągnął go na bok, aby nie obudzić pozostałych i opowiedział mu o obu snach, o starcze ze świątyni który pierwszy uznał sen za proroczy i o swych wątpliwościach, co robić dalej.
    – Ufamy ci wszyscy – powiedział Dobrogost – Czyń, co uważasz, ale skoro sen ma być proroctwem, rób, co on ci nakazuje.
    O świcie zebrał ich Szczot, zjedli resztki z wieczerzy sprawionej z upolowanego przez Dobrogosta jelenia i ruszyli na zachód. Po pewnym czasie dotarli nad brzeg, jak im się wydawało, morza, nad którym znaleźli stare czółno. Puścili wolno swe konie i w siódemkę wsiedli do niego. Ledwie odbili od brzegu zerwał się silny wiatr, a ziemię spowiły ciemności. Nie wiedzieli, jak długo płyną, gnani silnym wiatrem. W końcu, zmęczeni i strwożeni, posnęli.
    Obudziło ich silne słońce. Łódź spokojnie kołysała się przy brzegu rzeki, płynącej przez równinę, otoczoną lasami. Szczot rozejrzał się wokoło i policzył. Na równinie było siedem wzgórz. Wysiedli na brzeg.
    – Rozniećcie ogień i spróbujcie złowić trochę ryb, a ja z Dobrogostem nieco rozejrzymy się po okolicy.
    Gdy dochodzili do wzgórza nad rzeką, na którym rósł wielki dąb Szczot powiedział
    – Znam to drzewo. Widziałem je w snach.
    Podeszli bliżej. Nagle powietrze rozdarł skrzekliwy krzyk i z gniazda na konarze wzbił się w powietrze dziwny stwór: ogon i łapy jak u zwierzęcia, z potężnymi szponami; na krótkiej szyi znajdowała się głowa z ptasim, zakrzywionym dziobem, pokryta piórami, jak u ptaków. Dopełnieniem zwierzęcia były dwa skrzydła, przy pomocy których krążyło ono teraz nad przybyszami.
    – To zapewne o tym miejscu mówił człowiek o trzech twarzach. Musisz dokładnie mi go opisać. Jak zbudujemy tu jego dom, wyciosam w drewnie jego podobiznę i ustawię w nim. Niech dalej nas strzeże.
    Jeszcze tego dnia, po obfitym posiłku ze złowionych ryb, rozpoczęli prace. Najpierw wznieśli, obok rozłożystego dębu dom dla Trzygłowa, jak nazwali tajemniczą postać ze Szczotowych snów. Gdy był już gotów Dobrogost ustawił w nim, wyrzezaną w drewnie ludzką postać z głową o trzech twarzach. Upadli przed nią na kolana i podziękowali za ocalenie.
    W niedługim czasie, wokół domu Trzygłowa wyrosły domostwa Szczota i jego druhów, a także ludzi, którzy poczęli tu przybywać i osiedlać się. Domem Trzygłowa opiekowali się Szczot z Dobrogostem. Któregoś dnia, gdy obaj stali przed figurą, Szczot zapytał przyjaciela
    – Jak nazwiemy naszą osadę?
    – Mówiłeś, że Trzygłów nakazał, aby nazwać ją od otaczających ją wzgórz. Niech więc nazywa się Szczycin.
    – Niech nazywa się Szczycin – powtórzył Szczot i spojrzał na posąg Trzygłowa. Zdało mu się, że kiwnął z aprobatą głową.

    #szczecin #ciekawostki #legendypolskie #legendymiejskie
    pokaż całość

    źródło: Szczecin.jpg

  •  

    co zostało wymyślone, to zaistnieje..

    Ostatnio w mediach przewijała się sprawa "Niebieskiego wieloryba", pomimo wielu artykułów mówiących o setkach ofiar i rozlewającej się niczym werteryzm modzie widziałem też głosy rozsądku, że to tylko #legendymiejskie i trudno odszukać w sieci jakieś wiarygodne źródła poza jedyną sprawą dwóch dziewczynek które przed śmiercią rysowały wieloryby i motylki. Jednak zgodnie z przytoczonym na wstępie cytatem, sama idea może okazać się niebezpieczna. Przed chwilą znajomi napisali mi, ze w #ukraina wiadomościach przytaczali sprawę 15-latki, która skoczyła z 9 piętra, wprawdzie napisała na dachu, że kocha mamę i "to nie niebieski wieloryb", ale gdy dziennikarze rozmawiali z uczniami to każdy wiedział o co chodzi z wielorybem co jest dość niepokojące. Niepokojące tym bardziej gdy pamiętamy o tym, że w UE jest więcej ofiar #samobojstwo niż wypadków drogowych (w PL nawet 2x więcej!).

    #sadstory #niebieskiwieloryb #bluewhalegame
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

    +: M.......S, GeraltRedhammer +6 innych
  •  
    p.......9

    +10

    Legenda o Janku i ulicy Kolumny w Łodzi [KLIK]
    Warto wykopać :)
    #lodz #lodzkurwa #historia #legendymiejskie #ciekawostki

    źródło: scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net

  •  

    Hejnał, czyli pobudka

    Wszyscy znają hejnał z wieży Mariackiej, wygrywany przez strażnika na cztery strony świata.
    Wszyscy znają legendę, że to strzała tatarska, gdy Tatarzy nagle napadli na miasto, przerwała melodię, bo utkwiła trębaczowi w gardle.Stąd hejnał urywa się, melodia nie ma zakończenia... I tak już pozostało do dzisiaj - na pamiątkę.
    Może zaś nie wszyscy wiedzą, że słowo hejnał z węgierskiego pochodzi języka i oznacza tyle, co pobudka.
    W XVII wieku, za czasów Jana Kazimierza, który abdykował, poeta dworski Andrzej Morsztyn napisał wierszowany hejnał, który śpiewano zazwyczaj po całonocnych ucztach i zabawach, witając nowy dzień:

    Hejnał świta, już zza morza
    Rumiana powstaje zorza.
    Jutrzenka w swojej jasności
    Rozgania noce ciemności

    Wstaje w lesie ptak ukryty,
    Wstaje w lesie zwierz nie bity.
    Wstawaj, panno! Hejnał świta...

    Skoro już mowa o Tatrach i pamiątkach, trzeba dodać, że znany i podziwiany w Krakowie lajkonik, czyli konik zwierzyniecki, to także pamiątka.
    Z upływem czasu, gdy już nauczono się opierać Tatarom, zza murów miejskich i umocnień przy walnej pomocy dział i strzelby ręcznej, no i oczywiście czujności, aby nie dać się zaskoczyć - mieszczanie poczynali sobie coraz śmielej.
    Przede wszystkim obserwowano pilnie obroty Tatarstwa. Skoro już mieli konie wielce "nużne", to znaczy znużone długim pochodem, a nadto objuczone obfitym łupem - wtedy Tatarzy nie przedstawiali już swej zwykłej wartości bojowej.
    mieszczanie, znając doskonale okolice swego miasta, uzbrajali się i nocą wychodzili skrycie. Zapadali w okolicznych lasach, wąwozach, rozpadlinach, polując na rozwłóczonych najeźdźców niczym na wilki.
    Razu pewnego flisacy zwierzynieccy, czyli włóczkowie, sformowali tęgi oddział i nad ranem uderzyli na "kosz" samego tatarskiego dowódcy. Tatarzy nie spodziewając się niczego, spali upojeni kumysem. Tylko nieliczne straże pilnowały jeńców, czyli jasyru. Wypad włóczków przyniósł Tatarom wielką klęskę. Zginęło ich mnóstwo, oddał szyję sam murza-aga.
    Uradowani zwycięzcy z bogatym łupem wracali do miasta. Młody rybak zwierzyniecki imieniem Stacho, z którego ręki zginął sam murza, przebrał się w jego bogaty strój i dosiadłszy małego tatarskiego konika, harcował po mieście.
    Bardzo to mieszkanom krakowskim podobało, przyjęli lajkonika i jego orszak darami, nie skąpili dobrego wina...
    Na tę pamiątkę, co roku w oktawę Bożego Ciała, ze Zwierzyńca, dzielnicy miasta, wyjeżdża lajkonik. Towarzyszy mu świta i kapela mlaskotów. Tatarzyn buławą rozpędza gawiedź, odwiedza po drodze liczne traktiernie... Wszędzie zbiera bogaty "okup" i poczęstunki. Wreszcie przybywa pod pałac Miejskiej Rady i tu z rąk urzędującego prezesa otrzymuje haracz i puchar wina. Obdarowany sowicie, nie bierze jasyru, nie rabuje, nie pali miasta... Puchar wina z rąk prezesa- prezydenta wychyla na zdrowie mieszkańców, na pomyślność Krakowa i wraca spokojnie orszakiem na Zwierzyniec.
    Z Tatarami i hejnałem wiąże się sprawa czujności w mieście. Zaniedbania w tej mierze mogły bowiem mieć dawniej fatalne następstwa.
    Jak wiadomo, Kraków leży w kotlinie wilgotnej. Z moczarów, stawów nader licznych, rzek - powstają mgły gęste, opary białe jak welony. Nadto kotlinę krakowską zraszają obfite deszcze tak często, jak chyba nigdzie w całej Polsce. Sławne są krakowskie trzydniówki.
    Nic dziwnego, że śpi się w Krakowie dobrze i długo.
    "Senne miasto", "śpiące miasto" gadają złośliwi, może i nie całkiem bez racji. Ale to już należy do przeszłości - bagna, moczary, zalewiska osuszono, więc dawne przyczyny senności upadły.

    Ongiś było inaczej.
    Razu pewnego, za króla Łokietka, w czasie uporczywej ulewy, a potem spokojnej, sennej mżawki wszyscy w mieście zasnęli na amen. Jak w norach susły albo świstaki w Tatrach.
    Przez trzy dni i trzy noce bramy miejskie stały otworem, bo straże - o zgrozo! - spały również!
    Gdy o tym doniesiono królowi na Wawel, Władysław Łokietek wpadł w srogi gniew, tym bardziej że sam będąc ongiś samym partyzantem, budził się na każdy szmer, a wstawał o świcie. Wezwał tedy Radę Miejską na Wawel i oskarżył ją nie o byle co: o zdradę stanu!
    Strach padł na miasto. Od czasów buntu wójta Alberta mieszczanie wiedzieli, że z Łokietkiem - nie przelewki! Pobiegły prośby, pisma, interwencje... Wielki gniew króla, małego Łokietka, zelżał. Ostatecznie skończyło się na ostrym monicie i potężnej grzywnie. Zaspanych wartowników wyświecono z miasta.
    "Już ja im urządzę pobudkę!" - pomyślał król Łokietek i kazał swoim królewskim trębaczom trąbić hejnał co godzina z wieży Mariackiej, bez różnicy dnia i nocy, na cztery strony świata.
    Mieszczanie źli byli, że im trębacze błogi sen spędzają z oczu, ale Łokietka wszyscy się bali, nikt nie śmiał pisnąć ani słówka. Jedynie piękne mieszczki krakowskie chodziły po ulicach z nadąsanymi buziami i ziewały - aż strach!
    - Cóż na to za miasto!? Cóż za stolica? - sarkały - Wojskowy obóz czy jak? Kultura upada, obyczaje...
    W odwet, na polecenie króla, służba dworska i żacy jęli nucić aktualne piosenki i fraszki:

    Nie chcę krakowianki
    Boby mnie zepsuła.
    Długo śpi i w łóżku
    Jadłaby i piła!
    Oj, dana... !

    Piękne krakowianki jęły się wstydzić i faktami świadczyć, że to złośliwe pomówienia.
    Do hejnału- pobudki wszyscy się z czasem przyzwyczaili. A potem nawet radowali się i w dumę rośli krakowianie, że u nich tak, jak nigdzie indziej!
    Dumni byli i są ze swego sławnego, pięknego, historycznego hejnału z krakowskiej wieży Mariackiej.

    pokaż spoiler #spamlista jak nie wołać to napisz w komentarzu, zaprzestanę, jak kogoś wołać to piszcie: @bercik999, @augusto-mises, @OfiaraFryzjera, @Ginden, @messern, @Beauvoir, @lollo, @reynevan123, @JustGotOwned, @staryhaliny, @RikkiTikkiTavi, @tommer91, @tresor


    #krakow #legenda #legendymiejskie #lajkonik #zwierzyniec #wawel

    Poprzednie legendy.

    Zaczarowany Wawel

    Legenda o zaczarowanych gołębiach

    Szatańska Rada Czarownicy

    Wola Justowska i Skały Panieńskie

    Dzwon Topielców

    Kruków - Kraków

    Wieże Mariackie
    pokaż całość

    +: G....n, rogal7 +10 innych
  •  

    Wieże Mariackie

    Gdy już Kraków był dużym, samodzielnym, obronnym miastem, rządzonym przez burmistrza i radę, w mieście sprawowały funkcję rozmaite urzędy. Działał także sąd miejski, któremu przysługiwało ferowanie wyroków wszelkich stopni - aż do kary śmierci, włącznie. Jako widmowy znak tej władzy - wisiał na Ratuszu miecz, przyczepiony do kamiennego muru łańcuchem, siejący grozę i ostrzeżenie.
    W starym Krakowie różne wydawano wyroki. Na przykład człek, któremu udowodniono oszczerstwo lub złośliwe pomówienie, musiał w obecności sądu, ławników, stron, świadków poszkodowanego i gawiedzi - tej na rozprawach nigdy nie brakowało - wleźć pod ławę i odszczekać wszystko "psim głosem".
    Złodziei karano wypalaniem piętna na czole, recydywistom ucinano rękę lub ich tracono. Za lichwę, za oszustwo na miarze i wadze oraz inne przestępstwa karano publiczną chłostą i pręgierzem.
    Jeszcze w XIX wieku stał na Rynku krakowskim pręgierz - słup kamienny na niskim cokole, do którego przywiązywano przestępców ku uciesze gawiedzi. Skazaniec doznawał mąk fizycznych i moralnych.
    Jak wszędzie w średniowieczu, a nawet później, jeszcze w wieku XVIII,. w Krakowie w czasie śledztwa, które nazwano inkwizycją, stosowano tortury. Miały one na celu wymuszenie prawdziwych zeznań, przyznanie się do winy, wydanie wspólników , ukrytych skarbów itp. Torturowano także posądzonych o czary i praktyki z diabłem. Grozę budząca izba tortur znajdowała się w lochu pod wieżą Ratuszową.
    Ten środek dowodowy często chybiał celu, gdyż torturowani, aby skrócić męki, przyznawali się generalnie do wszystkich możliwych i niemożliwych zarzutów. Woleli śmierć niż tortury.
    Niewiasty, które wiodły występne życie, zdradzały mężów, stawiano na pręgierzu przed kościołem Mariackim. Była tam - i jest do dzisiejszego dnia - żelazna obręcz zamykana, przymocowana łańcuchem do ściany kościoła przy południowym portalu. Obręcz kat wkładał skazanej na szyję i zamykał na kłódkę.
    Prawdziwe, oryginalne "kuny" istnieją na swym starym miejscu przy kościele Mariackim. To rzadki zabytek, gdzie indziej już nie spotykany. Pamięć o tych czasach zachował też piękny obraz malarza Władysława Rossowskiego, ucznia Jana Matejki.(pic. rel.) Na obrazie widzimy młodą, urodziwą niewiastę zamkniętą w "kunie" przed kościołem Mariackim. Obok niej stoi kat oparty wraz z mieczem, otacza ich tłum. Większość zebranych patrzy na skazaną z pogardą, ale są tacy, którzy jej współczują.
    Z upływem wieków krakowski Ratusz popadł w ruinę i został rozebrany. Pozostała potężna, samotna, gotycka wieża.
    Miecz - symbol prawa miejskiego - został przeniesiony z do Sukiennic. Z biegiem czasu, niszczony przez pauprów i zmienność aury, znacznie zmalał, stał się bardziej do sztyletu podobny. Patrząc nań przypominano starą legendę:
    Kościoła Mariackiego, w którym znajduje się sławny ołtarz mistrza Wita, nie zbudował jeden budowniczy. Było ich trzech. Mistrz z Moraw ciągnął w górę mury nawy głównej i dokonał największej sztuki, na ogromnej wysokości uformował sklepienia., przysklepił nawę główną. Dwaj inni budowniczowie stawiali wieże. Kaplice przytulone do naw bocznych, nisze grobowe - jak je dzisiaj widzimy - powstały znacznie później.
    Dwaj specjaliści od budowy wież - to byli bracia rodzeni. Starszy wcześniej ukończył swą pracę. Wzniósł wysoko smukłą wieżę o doskonałych proporcjach, którą zwieńczył strzelistym, gotyckim hełmem. Był szczęśliwy i dumny. Wszyscy chwalili jego dzieło. Smukła, wysoka wieżą harmonizowała ze strzelistością nawy głównej, na której właśnie położono sklepienia.
    Sława budowniczego krakowskiej wieży Mariackiej rosła. Niebawem został zaproszony na Węgry, aby tam kierować budową pałacu.
    Sporo upłynęło czasu, zanim druga wieża wznosiła się ponad wysokość nawy głównej. Potem już szybciej szła robota.
    Gdy starszy brat na krótko przybył do Krakowa i okiem znawcy spojrzał na budowę brata, stwierdził, że wieża druga mocniejszą ma strukturę i może śmiało wystrzelić ponad jego własne dzieło... Ogarnęło go przerażenie, a potem gryząca zawiść, niepomna na nic, nawet na święte związki krwi.
    Od króla Węgier przybywali posłańcy... Mistrz architekt trwał w Krakowie, niezdolny go opuścić. Całymi dniami przesiadywał w gospodzie na Rynku. Stał przed nim dzban wina - pił, milczał i patrzył - śledził postępy budowy prowadzonej przez brata.
    Aż pewnego wieczora młodszy brat także przybył do gospody. Pomiędzy braćmi doszło do zwady. Padały coraz ostrzejsze, gniewne słowa, wzajemne zarzuty. Młodszy zarzucał starszemu, że mu odmówił rady i pomocy, że przyjął nową pracę, na obczyźnie. Starszy oskarżył młodszego o zdradę, o naruszenie wspólnie ustalonych planów i zamierzeń. Młodszy odrzekł, że już teraz nie potrzebuje niczyjej pomocy, że rychło wzniesie wieżę najwyższą, najwspanialszą, najpiękniejszą w Krakowie i w całej Polsce!
    -Twoja pierwsza - szydził głośno - już niedługo pierwsza ! Rychło będzie d r u g a i tak juz pozostanie na wieki !
    Szalony gniew chmurą ciemnej krwi przysłonił oczy starszego brata. Przyskoczył do brata, aby go odepchnąć na znak, że się go wyrzeka i - nie wiadomo skąd, za sprawą snadź szatana - w dłoni jego znalazł się nóż...
    Młodszy brat upadł raniony śmiertelnie.
    Zabójca z krzykiem rozpaczy wybiegł z gospody i jął się wspinać po krętych schodach Mariackiej wieży, aby z najwyższego piętra rzucić się w dół. W połowie drogi ujęła go straż.
    Zabójcę oddano pod sąd. Wielu ludzi było przekonania, że budowniczy-bratobójca wpadł w obłąkanie. Sąd miejski w Ratuszu wydał wyrok śmierci. Kat ściął głowę bratobójcy na Rynku.
    Gdy nieco później pękły z trzaskiem sklepienia nawy głównej w kościele Mariackim - strach padł na mieszkańców Krakowa.
    Kościół został zamknięty, groziła mu ruina. Dopiero po kilku latach udało się sprowadzićinnego mistrza, również z Moraw, i ten na nowo przysklepił nawę główną. I to sklepienie trwa do dnia dzisiejszego.
    Nie ukończona budowa raziła wszystkich, ale nie wiedziano, co począć. Majstrów od wysokich wież nie było wielu, a ci, co by tę budowę mogli wykonać, wzdrygali się, bo jak gadano powszechnie, nad tą pracą ciąży klątwa, wylana krew.
    Po długich deliberacjach, uznając winę obu budowniczych, niegodnych imienia braci, postanowiono w Krakowie nie wznosić już wyżej drugiej wieży, ale to, co stoi, nakryć hełmem. Tak też uczyniono.
    W ten sposób wieża młodszego brata nie przerosła dzieła starszego. Że zaś hełm zbudowano na niej znacznie później, jest już on innego stylu - renesansowy. Smukła wieża nosi, jak wiadomo hełm gotycki.
    Nie znamy imion budowniczych wież, choć swego czasu były głośnie. Rada Miejska postanowiła bowiem wymazać ich nazwiska z ksiąg miejskich i aktów erekcyjnych. Niestety zbrodnia wstrząsnęła miastem, należało dążyć do tego, aby pamięć o niej zginęła co rychlej.
    Zamierzenia te powiodły się w części. Może kiedyś odryje swą tajemnicę, złota gałka na szczycie wieży. Starszy brat-budowniczy, przez krótki czas dumny i szczęśliwy po ukończeniu swojego dzieła, w złotą gałkę wetknął zapewne, jak to było w zwyczaju, trwały pergamin, a na nim spisaną historię budowy i imię twórcy.

    pokaż spoiler #spamlista jak nie wołać to napisz w komentarzu, zaprzestanę, jak kogoś wołać to piszcie: @bercik999, @augusto-mises, @OfiaraFryzjera, @Ginden, @messern, @Beauvoir, @lollo, @reynevan123, @JustGotOwned, @staryhaliny, @RikkiTikkiTavi, @tommer91


    #krakow #legenda #legendymiejskie

    Poprzednie legendy.

    Zaczarowany Wawel

    Legenda o zaczarowanych gołębiach

    Szatańska Rada Czarownicy

    Wola Justowska i Skały Panieńskie

    Dzwon Topielców

    Kruków - Kraków
    pokaż całość

    źródło: skazana.jpg

    +: G....n, Etykieta +12 innych
  •  

    Kruków - Kraków

    Skąd ciągnęły karawany kupieckie do Krakowa? Aż z Chazarii nad Wołgą, przez Kijów - stołeczny gród Rusi - przez Grody Czerwieńskie, Sandomierz, Wiślicę do Krakowa. A z Krakowa dalej, przez Wrocław, do Pragi i Ratyzbony.
    Istniały dłuższe lądowe szlaki kupieckie, na przykład z Arabii, które łączyły Arabię z Arabią zachodnią, czyli hiszpańską. Sięgnijmy w czasy najdawniejsze.
    Wisła leniwie toczy swe wody. Pomiędzy Wisłą, Rudawą, Prądnikiem - stawy, zalewiska, bagna. Nad nimi las łęgowy wysoki, dołem łozina, sitowie, trzciny. Rozrzucone osady ludzkie zajęły miejsca wyższe, suche. A więc skaliste wzgórza, pagórki: Tyniec, Salwator, Wawel, Okół, Gródek - wzniesienie gdzie dzisiejszy rynek i inne. Suchych miejsc było ogólnie niewiele. Osady rosły, więc odrębnie, samodzielnie.
    Nie było jeszcze królów, nie było nawet księcia Kraka, ale istniał Kraków, Kraków najstarszy, pogański.
    Czasem osada, gród, miasto biorą swe nazwy od władców. Częściej owi władcy imie swe biorą od pradawnych miejscowości. Tak było z Krakowem.
    Od góry Ślęży, zwanej także Sobótką, cały kraj nazwano Śląskiem.
    Kraków wziął swe imię od kruków. Kruk świętym był ptakiem, czczonym w pogańskim Krakowie. Miejsca pradawnego kultu mieściły się na okolicznych wzgórzach porosłych lasem.
    Świętymi krukami opiekowali się pogańscy kapłani. Szczególnie czczony był biały kruk ze świętego gaju na Krzemionkach. Wokół gaju zbierali się mieszkańcy na uroczyste obrzędy, przybywali też licznie obcy, szczególnie kupcy, bo zawsze łatwiej zapewnić sobie opiekę miejscowego bóstwa i przychylność mieszkańców. Składano liczne ofiary. Rósł i bogacił się Kraków.
    Kruki żyją długo, dłużej pono niż ludzie. Młodości świętego białego kruka nikt w Krakowie nie pamiętał. Z lotu kruków nad dębem w świętym gaju przepowiadano losy zamierzonej wyprawy wojennej czy handlowej, czy też wyniki innych trudnych spraw. Gdy biały kruk dołączył w locie do gromady, gdy wzbił się wysoko - była to wróżba najpomyślniejsza.
    Wśród stawów licznych i moczarzysk mieszkały rusałki, panny wodne, którym przewodził Wodnik, zwany Żabim Królem.
    Nocami - szczególnie na wiosnę i jesienią - na bagnach harcowały duchy i wodne stwory. Karawany kupieckie nie mogły się obejść bez przewodników, trzeba ich było wielu. Tak więc mieszkańcy Krakowa, oprócz rzemiosła, handlu, rolnictwa, hodowli, znajdowali niezgorszy zarobek.
    Chrześcijaństwo wydało walkę bogom i bożkom pogańskim, świętym gajom, świętym krukom, posągom, świętym kamieniom. Na znak zwycięstwa krzyża - na wzgórzach, w miejscach pradawnych obrzędów, stawiano świątynie, kościoły i kaplice. Długo wszakże trwał jeszcze w Krakowie tajemny kult dawnych bogów, szacunek dla świętych ptaków, drzew, kurhanów, kamieni.
    Gdy podczas wielkiej suszy spłonął święty gaj na Krzemionkach i zginął sędziwy biały kruk, mieszkańcy usypali nowy, wielki kurhan na miejscu dawnego - na cześć księcia Kraka, założyciela miasta. W gruncie rzeczy Kraków było wielu, bo tak się zwał przez długi czas każdy z władców, którzy kolejno panowali w Krakowie. Na kurhanie Kraka usadowiły się wygnane kruki, a nawet ku radości mieszkańców uwiły tam swe gniazda.
    Rozgniewany biskup krakowski kazał ptaki schwytać - co udało się w jedną burzliwą noc - i podczas uroczystej procesji utopiono kruki, "symbole szatana", uwiązawszy im kamienie do szyi.
    Bagno z licznymi przesączami wód, nie opodal Wawelu, w którym znalazły swą śmierć, było dawniej siedzibą Żabiego Króla, stąd nowa nazwa - Żabikruk. Nosiło tę nazwę długo, aż znikło, osuszone i zajęte pod rozbudowę miasta.
    Pogańskie obrzędy i obyczaje, wypędzone z Krzemionek, odżyły tym mocniej na okolicznych wzgórzach, na przykład - Salwatora i Bronisławy. Kościół Salwatora, przedromański jeszcze, jeden z najstarszych w Polsce, zbudowano na stoku wzniesienia górującego nad Krakowem.
    Na szczycie gdzie znajduje się kopiec Tadeusza Kościuszki długo jeszcze panowały pogańskie kulty i zwyczaje.

    pokaż spoiler #spamlista jak nie wołać to napisz w komentarzu, zaprzestanę, jak kogoś wołać to piszcie: @bercik999, @augusto-mises, @OfiaraFryzjera, @Ginden, @messern, @Beauvoir, @lollo, @reynevan123, @JustGotOwned, @staryhaliny, @RikkiTikkiTavi, @tommer91


    #krakow #legenda #legendymiejskie

    Poprzednie legendy.

    Zaczarowany Wawel

    Legenda o zaczarowanych gołębiach

    Szatańska Rada Czarownicy

    Wola Justowska i Skały Panieńskie

    Dzwon Topielców
    pokaż całość

    +: B......r, zongobongo +7 innych
  •  

    Wio z następną : )

    Dzwon Topielców

    Nie wszystkie najazdy Tatarów na Polskę kończyły się klęską Krakowa. Z biegiem lat wokół znacznych miast wyrastały coraz potężniejsze mury, często podwójne, fosy, bramy, barbakany. Obrona stawała sie coraz lepsza, skuteczniejsza, coraz celniej raziły napastników pociski obrońców.
    Tatarzy liczyli głownie na zaskoczenie, a gdy im się to nie udawało, spadali jak szarańcza na przedmieścia, na okoliczne wioski, palili, ścinali, brali cały dobytek i jasyr, rezygnując z oblężenia miasta.
    Na przedmieściach znajdowały się dwory i klasztory, które także były obronne. Na przykład prastary klasztor sióstr norbertanek, zwanych dawniej Pannami Zwierzynieckimi od osady Zwierzyniec, która jest dzisiaj dzielnicą miasta Krakowa.
    Klasztor przylega, jak wiadomo, do Wisły akurat w tym miejscu, gdzie uchodzi do niej Rudawa. Dojścia do klasztory fortecy bronił też rybny staw, a przede wszystkim mocne mury, bramy, strzelnice.
    Na Wiśle, pod murami klasztoru, poleciły siostry zbudować szeroki prom, i wynajęły przewoźnika. Prom był często w użyciu, tędy bowiem biegły szlaki podróżne - orszaki rycerzy, karawany kupców, kompanie pątników, gromady chłopów, rzemieślników, wyrobników. Tędy biegł szlak na południe - na Morawy i Węgry.

    Pewnej nocy, na wiosnę, gwałtowny przybór wód po wielkiej nawałnicy zerwał prom z łańcucha. Prom spłynął w dół Wisły.
    Zmartwiły się Panny Zwierzynieckie, bo wielka to była strata. Gdy tak przemyśliwały nad budową nowego promu, z czego miały profit niezgorszy, krzyk powstał w klasztorze. Zajęczała sygnaturka, Zakonnice wybiegły na mury.
    Od strony Dębnik, co koń wyskoczy pędzili jeźdźcy i wozy. Za nimi, w oddali - strach pomyśleć - czarna chmura: Tatarzy !
    Kupcy pędzili do promu. Bezzwłoczna przeprawa, ucieczka do obronnego klasztoru, byłaby ocaleniem.
    Gdy dopadli rzeki, stanęli, bezradni, zrozpaczeni. Promu nie było na jego stałym miejscu... Obejrzeli się - Tatarzy tuż, tuż...!
    Nie było czasu do namysłu. Kupiec i jego służba wparli konie w wodę, aby choć w pojedynkę ratować życie. Wozy z towarem porzucili na pastwę napastników.
    Wataha Tatarów spadła jak burza, część rzuciła się na wozy, ale inni widząc uchodzących, mniemając - i słusznie - że unoszą najcenniejsze skarby, ruszyli w pogoń.

    Zazwyczaj pod klasztorem, przy niskim stanie wód, wychyla się na środku mała skalista wysepka, obok niej pędzi nurt wartki i głęboki. Teraz wszystko kryła głęboka, zółta woda, wiry skręcały koliska, chłonąc gęsto konie i ludzi.
    Tatarów ogarnęła wściekłość, coraz to nowe szeregi wpierały zgrzane, spienione konie w rzekę i - tonęły w zimnej wodnej otchłani. Tylko sam kupiec zdołał się przeprawić szczęśliwie na drugi brzeg. Z Tatarów - nikt. Z wielkiej watahy niewielu ich pozostało na dębnickim brzegu. Gdy porachowali swe straty, lęk ich ogarnął i rozpacz.
    Obóz tatarski był doskonale widoczny z wysokich murów klasztoru, do którego schroniła się ludność Zwierzyńca. Za namową dwóch braci - młodych rybaków - uzbrojono naprędce wielki oddział ochotników. Przeprawiono się na łodziach powyżej klasztoru. Nocą uderzyli na obóz.
    Tatarzy bronili się zajadle, przyparli część zwierzynieckich wojowników do Wisły i znowu wiry rzeki porwały liczne ofiary. Ostatecznie zwyciężyli wojownicy Zwierzyńca, napastnicy polegli.

    Kupiec, który ocalił swe życie, a nadto odzyskał niespodziewanie wszystkie swoje towary, nie posiadał się z radości. Ofiarował znaczną sumę na ufundowanie dzwonu do klasztory jako dziękczynienie.
    Rychło potem ksieni Panien Zwierzynieckich udała się w podróż do Olkusza. W Olkuszu od niepamiętnych czasów były kopalnie cennych kruszców, sławna kopalnia srebra, a także znana w całym kraju odlewnia dzwonów, czyli ludwisarnia.
    Ksieni złożyła część pieniędzy i zamówiła piękny dzwon. Wezwano pisarza, sporządzono umowę, określając dokładniej wielkość i wagę dzwonu, a także jakość kruszcu, z którego miał być odlany. Idąc za wolą fundatora, ksieni Panien Zwierzynieckich zażądała trzeciej części srebra, oprócz miedzi i cyny, aby głos dzwony był piękny, czysty, donośny.
    Po upływie ułożonego terminu ksieni w towarzystwie najstarszych zakonnic wybrała się ponownie do Olkusza, aby dzwon zamówiony odebrać i przywieźć do Krakowa.
    Mistrz na całą Polskę sławny nie taił swego zmartwienia. Nie udała się robota. Dzwon stał gotowy, ale widniała na nim rysa głęboka. Z nie wiadomych przyczyn pękł przy odlewie. Nie pozostało nic innego, jak pokruszyć go potężnymi młotami, poruszanymi wodą, kruszec cisnąć w hutniczy piec i z nowej formy, odlać nowy dzwon.
    Tak uczyniono, ale za drugim razem stało się to samo ! Zaklął majster, zasmuciły się siostry, zasmucił się cały Zwierzyniec. Strapiony mistrz nie chciał już podjąć się trzeciej próby. Nie chciał już zarobku ani zamówienia.
    Usilnie uproszony przez Siostry Zwierzynieckie raz jeszcze wykonał pracę od nowa, dokładając szczególnych starań i ostrożności.
    Przyjechały zakonnice ciekawe trzeciej próby, modląc się po drodze na intencję powodzenia dzieła... Mistrz Grzegorz chorował ze zgryzoty. Ksieni Dorota z siostrami raz jeszcze stanęły przy nieudanym dziele... "Czy zły duch psuje zbożną robotę?" - pomyślała ksieni z niepokojem.
    Jakby zgadując jej myśli, subksieni rzekła:
    - Trza nam chyba sprowadzić księdza, zarządzić egzorcyzmy... W tym dzwonie szatan siedzi!...
    - Szatan ! Szaaatan!! - krzyknęły zakonnice. Odskoczyły jak oparzone żegnając się raz po raz.
    Ksieni Dorota zamyśliła się głęboko. Przywołała siostry i rzekła:
    - Cóż poradzimy? Trzy próby nieudane, jedna po drugiej. Majster choruje ze zmartwienia. Któż się podejmie pracy po raz czwarty?... Kupimy ten dzwon taki, jaki jest...
    - Pęknięęęty?... - jęknęły przerażone siostry.
    - Tak. Pęknięty. Takie jest snadź jego przeznaczenie. To będzie dzwon na intencję topielców... Pojmujecie? Pamiętnego dnia i nocy iluż ludzi pochłonęła Wisła ! A nadto niemal każdego dnia, osobliwie latem, toną dzieci i dorośli ludzie. Będziemy zatem co wieczór uderzały w ten dzwon i modliły się za wszystkich nieszczęśliwych którzy utonęli w Wiśle.
    Siostry w milczeniu skłoniły głowy. Życzenie ksieni Doroty zostało spełnione
    Gdy staniecie nad brzegiem Wisły w Krakowie przy ujściu Rudawy, gdzie znajduje się do dzisiaj prastary klasztor Panien Zwierzynieckich, i wieczorem posłyszycie odgłos dzwonu - pamiętajcie: to ten sam dzwon pęknięty, odlany przed wiekami w Olkuszu.
    Codziennie wieczorem uderzają weń siostry i modlą się na intencję topielców. A głos jego jest inny od wszystkich dzwonów krakowskich - dziwny, przejmujący, odbija się od wysokich klasztornych murów, od zmarszczonej toni Wisły. Nie tłumi go gwar wielkiego miasta, biegnie, leci daleko.
    To dzwon na całym świecie jedyny - krakowski, zwierzyniecki, pęknięty dzwon topielców.

    pokaż spoiler #spamlista jak nie wołać to napisz w komentarzu, zaprzestanę, jak kogoś wołać to piszcie: @bercik999, @augusto-mises, @OfiaraFryzjera, @Ginden, @messern, @Beauvoir, @lollo, @reynevan123, @JustGotOwned, @staryhaliny, @RikkiTikkiTavi, @tommer91


    #krakow #legenda #legendymiejskie

    Poprzednie legendy.

    Podziemny Wawel

    Legenda o zaczarowanych gołębiach

    Szatańska Rada Czarownicy

    Wola Justowska i Skały Panieńskie
    pokaż całość

  •  

    Kolejna legenda ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Wola Justowska i Skały Panieńskie

    Cechą i wielkim urokiem naszej przyrody, naszego pejzażu - jest różnorodność ziemi, wody, powietrza.
    ...Ileż to widoków,
    Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków !
    Bo każda chmura inna...

    Mamy też i takie dziwy, że na jednym małym skrawku ziemi jest różny mikroklimat i niezwykle urozmaicona szata roślinna. Drzewa, krzewy, kwiaty, zioła typowe dla krajobrazu górskiego, a tuż obok obrazy flory nizinnej.
    Takie niezwykłości występują tam, gdzie znajdują się grupy skał wapiennych. One właśnie razem z szatą roślinną tworzą malownicze uroczyska, tak częste w okolicach Krakowa. Dość wspomnieć Park Narodowy w Ojcowie, a także Srebrną Górę - Bielany, Krzemionki i Panieńskie Skały na Woli Justowskiej.
    Dojeżdżamy do cienistej alei Kasztanowej... Kasztanowcami wysadzono, jak wiemy, krakowskie Planty, po zasypaniu średniowiecznych fos i splantowaniu, czyli wyrównaniu terenu. Dlaczego sadzono kasztany, z których najstarsze liczą sobie z górą setkę lat?
    Sadzono je dlatego, że drzewa te lubią grunt żyzny, wilgotny, piją obficie wody zaskórne, przez co osuszają teren. W gruncie piaszczystym lub skalistym kasztan nie wyrośnie. a skoro już, to niezmiernie nieurodny i lichy.
    Na krakowskich Plantach rosną wspaniałe, potężne kasztany i niewiele gorsze na alei kasztanowej w Woli Justowskiej na skraju Lasku Wolskiego, spinającego zieloną klamrą Wolę Justowską z Bielanami na Srebrnej Górze nad Wisłą.
    Zaledwie w parę minut drogi pieszym spacerem mijamy grupę brzóz i już występują skały, skaliste wąwozy, w nich mchy, paprocie, bluszcz, a górą strzelają wysoko potężne buki, świerki, jodły - rezerwat przyrody: Panieńskie Skały.
    Wróćmy jeszcze do nazwy: Wola Justowska... Pochodzi od imienia oczywiście. Od Justa Decjusza, zasobnego sekretarza króla Zygmunta I Starego, nabywcy tej ziemi. W tym czasie roiło się od artystów włoskich w Krakowie. Sławny Berrecci kieruje przebudową zamku królewskiego na Wawelu, w duchu nowego stylu, buduje cacko renesansowe: kaplicę Jagiellonów. On to, jak się zdaje, sam mistrz, artifex królewski, podjął się budowy pałacu dla sekretarza Justa Decjusza w jego wsi na Woli Justowskiej.
    A może tylko plany wykonał, projekty, rysunki... Majstrów było wielu. Dziś jeszcze przeglądając stare rachunki za robociznę z jagiellońskich czasów czytamy nazwy zawodów, uprawnień, specjalności: artifex, murator , lapicida... Nierzadko murator - murarz - był artystą, a lapicida, czyli kamieniarz - rzeźbiarzem. Rzemiosło znali, warsztat ich stał wysoko.
    W pięknym parku (dziś park Decjusza) wybudowano okazały, wytworny pałac renesansowy. Arkady, kolumny dwupiętrowej fasady są pełne jakby muzycznej harmonii. Just Decjusz, sekretarz królewski, wspaniałego Wawelu nie musiał się wstydzić.
    Miały wieki potęgi i sławy, zmieniali się ludzie...
    W roku 1829 - dokładnie trzysta lat po nabyciu praw własności przez Justa Decjusza - poznaje Adam Mickiewicz w Rzymie Henriettę Ewę Ankwiczównę. Adam, ujęty urokiem młodocianej hrabianki, marzy o małżeństwie.
    Papa hr. Ankowicz innego wszakże jest zdania, zabiera córkę do kraju, do Krakowa.
    Henrietta Ewa, "umiłowana Ewunia", już jako pani Kuczkowska rezyduje właśnie w pałacu ongiś Decjusza na Woli Justowskiej pod Krakowem. Razem z mężem bawią się tu wesoło, rozrzutnie... Z ich rozkazu tną drwale las łączący Wolę z Bielanami. Na szczęście nie wytrzebili wszystkiego. Ocalała Srebrna Góra, Sowiniec i Panieńskie skały - pałacowi najbliższe, na odległość zaledwie małego spaceru...

    Był rok 1241, rok klęski, gniewu bożego... Biczem bożym stali się Tatarzy, postrach Europy...
    Kraków padł. Jak wiele innych miast, nie dość jeszcze warownych, obronnych, został zdobyty, spalony. Część mieszkańców - młode kobiety i dzieci - porwano, pozostałych wymordowano. Ocalał mocno warowny Wawel i niewielkie osiedle Okół przy kamiennym romańskim kościele pod wezwaniem świętego Andrzeja.
    Zdobyto i splądrowano, wypalono także przedmieścia. Nie ostał się stary obronny klasztor sióstr norbertanek przy ujściu Rudawy do Wisły.
    PO kilku dniach oblężenia mniszki, zwane "Pannami Zwierzynieckimi", widząc beznadziejność obrony - uszły nocą tajnym podziemnym korytarzem, opuściły klasztor. Przez lesiste wzgórze Salwator podążyły w las, w tym czasie ogromny. Schroniły się w głębokim jarze, gęsto zarosłym puszczą.
    Niestety, najeźdźcy plądrujący klasztor odkryli tajną drogę, ruszyli w ślad na łowy jak gończe psy. Wiedzieli, że zakonnice bez wozów i koni nie mogły ujść zbyt daleko...
    Zaciekły pościg był już coraz bliżej...
    A jednak ocalały Panny Zwierzynieckie. Za sprawą boską zostały zamienione w skały. Skamieniały w głębokim jarze wśród starych drzew i w podziemnej grocie...
    Tatarzy zdumieni, rozwścieczeni nagłym zniknięciem Panien Zwierzynieckich, gdy łup był już tak bliski, szukając gorączkowo wpadli w kamienne studnie, pieczary, kominy skalne bez wyjścia. Wódz ich obsunął się nagle na wilgotnej, mchem porosłej skały i skręcił kark.
    Najeźdźcy ponieśli wielkie straty, mimo zwycięstwa z żałością i strachem zawrócili...
    Od tego czasu skały w Lesie Wolskim (ścisły rezerwat przyrody) zwą się: Panieńskie Skały.

    pokaż spoiler #spamlista jak nie wołać to napisz w komentarzu, zaprzestanę, jak kogoś wołać to piszcie: @bercik999, @augusto-mises, @OfiaraFryzjera, @Ginden, @messern, @Beauvoir, @lollo, @reynevan123, @JustGotOwned, @staryhaliny, @RikkiTikkiTavi


    #krakow #legenda #legendymiejskie

    Poprzednie legendy.
    Podziemny Wawel

    Legenda o zaczarowanych gołębiach

    Szatańska Rada Czarownicy
    pokaż całość

    +: B......r, Nytalith +5 innych
  •  

    Wracamy do legend.

    Szatańska Rada Czarownicy

    Odkąd Kraków Krakowem, żyły w nim miejskie gołębie. Miały swoje wyznaczone w mieście rejony. (Do dzisiaj istnieje w śródmieściu ulica Gołębia). Miały nawet swojego urzędnika, który dbał o ich potrzeby i pilnował porządku w miejskich gołębnikach. Gołębie miały przyjaciół, gołębi przybywało. Ale raz stały się Przyczyną nieszczęścia i klęski.
    Pod miasto podeszły watahy tatarskie. Mieszkańcy nie zaniedbali czujności, nie dali się zaskoczyć. Na czas zawarli bramy i furty, kto żyw pospieszył do obrony.
    Napór Tatarów słabł. Nie umieli oni - jak wiadomo - zdobywać obronnych zamków i miast. Gdy już mieli odstąpić od oblężenia Krakowa, doniesiono tatarskiemu dowódcy, że ujęto Marcychę, babę czarownicę, uchodzącą za nadzwyczaj przebiegłą, o której gadano, że jest pokumana z diabłem.
    Murza tatarski kazał babę wziąć na tortury i wymusić radę, jak zdobyć oporne miasto.
    Czarownica Marcycha zdradziła szatański plan:
    -Schwytajcie w sieci gołębie, które żerują na polach przed miastem. Dajcie im grochu namoczonego w gorzałce. Potem przylepcie im do skrzydeł i ogonów smołą i żywicą oblane konopie, zapalcie je i natychmiast wypuśćcie gołębie...
    Tatarzy rady posłuchali i tak też uczynili, jak czarownica powiedziała.
    Przerażone odurzone wódką gołębie wzbiły sie w górę, ciągnąc za sobą płonące żagwie. Pofrunęły do swoich gołębników , płonąć spadały na dachy domów. Kraków stanął w płomieniach.
    Korzystając z ruchów wojsk tatarskich , czarownica zbiegła z niewoli. Tatarzy podeszli pod mury. Obrońcy byli zajęci gaszeniem pożogi, mury i baszty pozostawiono bez obrony. Gdy już zdało się, że żadna siła nie powstrzyma Tatarów od wtargnięcia do miasta i nie uchroni mieszkańców od rzezi, wódz tatarski wydał rozkaz odwrotu. Raptem przyszło mu na myśl, że chytra czarownica, która wymknęła się z jego rąk, teraz z kolei wymyśli jakiś inny szatański podstęp, który wciągnie w zasadzkę i zniszczy jego wojska... Przeraził się tej myśli.
    Tatarzy odstąpili, ruszyli na Węgry.

    #legenda #legendymiejskie #krakow

    pokaż spoiler #spamlista jak nie wołać to napisz w komentarzu, zaprzestane jak kogoś wołać to piszcie: @bercik999, @augusto-mises, @OfiaraFryzjera, @Ginden, @messern, @Beauvoir, @lollo
    pokaż całość

  •  

    #krakow #legenda #legendymiejskie #golomp #nocnazmiana
    Legenda o zaczarowanych gołębiach

    Według legendy krakowskie gołębie są zaczarowane. Gdy na książęcym tronie zasiadł Henryk IV Probus (XIII wiek), zapragnął zjednoczyć wszystkie ziemie księstwa i koronować się na króla. Nie miał jednak pieniędzy; z pomocą przyszła mu czarownica, która przemieniła książęcych rycerzy w gołębie. Obsiadły one kościół Mariacki i zaczęły wydziobywać kamyki, które – spadając na ziemię – zamieniały się w złote monety. Książę ze złotem wyprawił się do Rzymu po poparcie papieża w zdobyciu korony. Ale po drodze ucztował, bawił się i stracił pieniądze. Nigdy już nie wrócił do Krakowa, a jego drużyna pozostała zaklęta i wciąż czeka na księcia.

    pokaż spoiler moim zdaniem to okropne srale, ale legenda to legenda


    #wolam @bercik999 @Beauvoir @augusto-mises @Ginden

    pokaż spoiler @messern chodziło mi również o takie, lecz przedewszystkim te zaczarowane jak o smoku, czy o wieżach Kościoła Mariackiego ;]
    pokaż całość

    źródło: malegolompy.jpg

    +: G....n, b........s +12 innych
  •  

    Chyba zacznę wrzucać legendy o #krakow
    Spam tagiem czy będzie odzew. Zaczynam na nocnej #legendymiejskie choć widzę, że tag #legenda nie zawoła nikogo.

    pokaż spoiler nie lubicie legend mirki? (╯︵╰,)

  •  

    #tecza #legendymiejskie #heheszki
    Legenda glosi, ze na koncu teczy przebywa lewak homoseksualista pilnujacy zydowskiego zlota.

    źródło: images.jpg

    +: j.............k, RedBaron +6 innych
  •  

    #japonia #legendymiejskie #creepystory

    Dziewczyna ze szczeliny jest to duch żyjący w lukach (między meblami, drzwiami, szafkami)
    Istnieje wiele luk i pęknięć w domu. Jeśli pewnego dnia spotykasz jej wzrok, ona poprosi Cię o zabawę w chowanego.
    Kiedy drugi raz zobaczysz jej oczy w luce, zostaniesz porwany do innego wymiaru (wg. niektórych do piekła). pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    #japonia #legendymiejskie #creepystory

    Kushisake Onna

    Jeśli wybierasz się gdzieś sam, późno w nocy, może się nagle pojawić tuż obok. Nie można od niej uciec, bo ona może teleportować się przed Ciebie. Ma na sobie maseczkę chirurgiczną i płaszcz.
    Kobieta zapyta "Czy jestem ładna?" Jeśli odpowiesz nie, odrąbie Ci głowę wielkimi nożyczkami. Jeśli Twoja odpowiedź brzmi tak, kobieta odsuwa maskę, ujawniając, że jej usta są szczeliną od ucha do ucha, i pyta: "A teraz?" Jeśli odpowiedź brzmi nie, przetnie Cię na pół. Jeżeli tak, przetnie Twoje usta na wzór jej. pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

    +: z.........s, wiorek +70 innych
Ładuję kolejną stronę...

Powiązane z #legendymiejskie

Archiwum tagów