Przeszkadza Ci #polityka na Wykopie?
Zarejestruj konto i sam decyduj jakie tematy chcesz wyświetlać!
  •  

    WSZYSCY JESTEŚMY PELIKANAMI - Kilka słów o sztuce komunikacji.
    ======================================================

    Kocham zapach świeżej afery o poranku. Dlatego dzisiaj otwierając Wykop, moje serce znów zabiło mocniej. Na świeczniku mamy kolejny artykuł walczący o wolność słowa. Zły kapitalista – toruński restaurator – chce pozwać biednego internautę, który śmiał go skrytykować w internecie. Internet to nie polski sąd i wyroki wydaje szybko, więc wystarczyła chwila, aby fanpage restauracji zalała fala negatywnych komentarzy.

    O co chodzi? O ten artykuł
    https://www.wykop.pl/link/5630499/bartosz-ocenil-restauracje-w-internecie-i-moze-trafic-do-sadu/

    Pewien serwis opisał historię młodego znawcy kulinariów z Londynu (to chyba ważne, skoro podkreślają to już w pierwszym zdaniu z artykułu, prawda?), który w restauracjach zawsze był dobrze traktowany, no i zna się na kuchni jak mało kto. Niestety, miał pecha zaufać opinii i poszedł do polecanego lokalu w Toruniu, gdzie został fatalnie potraktowany przez obsługę i otrzymał spalone jedzenie. Internauta nie mógł tak tego zostawić. Zrobił aferę obsmarowując lokal gdzie się da i się udało, bo od rana jest bogiem na Wykopie. Do następnej afery, bo wtedy ktoś inny stanie się ikoną walki o wolność słowa w internecie i tak dzień po dniu, tak się powoli żyje na tym padole.

    GASTROSZAJBA
    ==============

    Z branżą gastronomiczną pracowałem mnóstwo razy. Zbudowaliśmy wiele marek, tworzyliśmy public relations, kręciliśmy reklamy czy identyfikację wizualną lokali. Jednak tak szczerze to powiem wam, że pod toną pysznego jedzenia gastronomia to bardzo smutne i czarne miejsce, do którego dociera mało światła. Po kilku latach doświadczeń właścicieli małej gastronomii podzieliłbym na główne dwa typy.

    Pasjonaci. Kochają gotować. Całe życie marzyli o otwarciu restauracji i swoim lokalem spełniają marzenia, ale tylko swoje, rzadko kiedy klientów. Pasjonaci bardzo emocjonalnie podchodzą do swojego biznesu. Wkładają całe serce w lokal, poświęcają jemu czas wolny, często zupełnie zaniedbując rodzinę i żyjąc tylko restauracją.

    Gdyby się dało wszystko robiliby sami, nawet sadzili ziemniaki do koleta niedzielnego.
    Manager, szef kuchni, marketing manager? No co ty, szkoda kasy.
    Reklama? Jaka reklama, jak będzie smacznie, to klienci przyjdą, rynek zweryfikuje.

    Taki właściciel sam najlepiej wie wszystko. Nie zatrudnia zwykle kucharzy, a gdy jest sezon sam już nie da rady, to bierze sobie bez umowy kilka osób z ulicy, by wyrobić z zamówieniami i mieć na kogo pokrzyczeć. Jeżeli uważacie, że to co pokazuje w TV Gordon Ramsay czy Gesslerowa to teatr i w normalnej gastro takie cyrki się nie dzieją to idźcie na weekend popracować na barze. Zmienicie zdanie i zobaczycie, że za kulisami w gastronomii jest więcej emocji niż przypraw w kotlecie.

    Drugi typ właścicieli to… lodówki. Chłodna głowa, bardziej niż stanie przy garach interesuje ich arkusz kalkulacyjny i liczenie. Zwykle nie gotują we własnej restauracji, tylko pracują nad tym, by ktoś z tej kuchni chciał jeść. Do biznesu podchodzą bardzo analitycznie, trudniej ich przekonać do współpracy, ale ta gdy następuje zwykle trwa dłużej i zarabiamy więcej. No i w przeciwieństwie do pierwszych mają procedury. Procedury, są po to by zastosować je w takich sytuacjach jak ta z artykułu, gdy szambo wybije. Warto z góry mieć scenariusze na momenty łatwe do przewidzenia, takie jak niezadowolony klient

    Sytuacja, gdy w gastronomii coś nie wyjdzie to nie kwestia lokalu, tylko kwestia czasu. Błędy, zepsute potrawy, coś przypalone to sól tej ziemi. Nie jesteśmy robotami tylko ludźmi i gdy dużo się gotuje to coś zawsze nie wyjdzie. Nie krytykuję pasjonatów żyjących swoim lokalem, ani nie gloryfikuję „lodówek” bo najlepszy właściciel to połączenie tych dwóch typów, ale w naturze rzadko występuje.

    Prowadząc dowolny biznes warto pomyśleć nad metodami, które zastosujemy gdy coś pójdzie nie tak. Warto wiedzieć co zrobić, gdy trafi się upierdliwy klient, gdy coś skrytykuje, gdy ktoś o nas napisze w mediach. Metody postępowania w takich sytuacjach są filarem budowania marki, bo prędzej czy później choćbyśmy byli najlepsi w naszej branży przyjdzie zły dzień i zawalimy. Podejmowanie dych decyzji pod wpływem emocji bez planu to kiepska opcja.

    Wielu moich przyjaciół, którzy umieją gotować zakładało restauracje i do uwag podchodzili emocjonalnie, traktując je jak atak. My jako przedstawiciele branży reklamowej działając z restauracjami więcej pracujemy z ludźmi nad obsługą klienta niż nad lokalem samym. Straszenie sądem, które ma miejsce w tym przypadku ze strony pomówionego restauratora to dla wielu ludzi w gastro naturalna reakcja obronna, jedyna, którą znają, bo przy zapieprzu w kuchni na kursy public relations czasu nie mają. Gdy pojawi się negatyw w internecie można przyjąć na klatę czy pozywać do sądu. Co jest lepsze? To zależy, bo im więcej siedzę w sieci, tym mniej życie jest czarno-białe, a kolorów ma więcej niż parada równości.

    INTERNET WYDAŁ WYROK
    ======================

    Kto zatem tu jest winni?

    Tylko jedna strona. My internauci.
    Zapytajmy siebie. Ile nam trzeba, by rzucić się komuś do gardła? Główna na wykopie wystarczy? Często niestety tak. Gdyby ktoś do nas na ulicy podszedł i powiedział byśmy rzucili jajkiem w szybę lokalu, bo mu kebab nie smakował spojrzelibyśmy na niego jak na idiotę. Gdy ta sama osoba prosi o to przez internet takich oporów już nie mamy i wystawiamy negatywne komentarze nawet jak w danym lokalu nigdy byliśmy. Śmiejemy się jak propagandowa telewizja lukruje świat pokazując realia wg konkretnej tezy, a sami w internecie łapiemy się na fakenewsy bez sprawdzania czy to prawda kręcimy gówno burze, bo ktoś nam tak powiedział.

    KURS WYWIERANIA WPŁYWU
    ========================
    Załóżmy, jednak, że kogoś nie lubimy i chcemy go publicznie pomówić. Myślicie, że to trudne? To bardzo proste, magia storytellingu zrobi za was robotę, wy nawet nie musicie się starać, wystarczy jechać z szablonu, serio.

    Krok pierwszy.

    Fajny bohater – szeroka ekspozycja
    Na początku stawiamy na wyrazistego bohatera, dajemy jego zdjęcie i zarys emocjonalny. Mówimy jak się czuje, co lubi, poświęcamy mu kilka konkretnych zdań, by postać była pozytywna. Czas działa na nasza korzyść, ponieważ w każdym artykule, który czytamy nasza uwaga spada drastycznie. Często sprowadza się do tego, że komentujemy same nagłówki, a nawet jeśli przeczytamy cały artykuł to największy wpływ ma na nas kilka pierwszych zdań, które tutaj były o Bartoszu i o tym jak światowy jest. Mamy fajnego chłopaka z Londynu, sympatyczna aparycja, da się lubić, spoko ziomek

    Teraz zasada kontrastu czyli druga postać

    Czarny charakter – wąska ekspozycja.
    Gdy już przedstawiliśmy bohatera pozytywnego pokazujemy czarny charakter, przeciwieństwo głównej postaci. Im bardziej szczątkowy i suchy opis, tym lepiej. Jeżeli pozytywna postać z początku artykułu jest opisana wystarczająco dobrze i dokładnie, to opisując czarny charakter nawet nie musimy się starać, czytelnik podświadomie sobie dopowie brakujące elementy pasujące pod tezę. Dodajmy jednak koniecznie kilka czarnych słów jak „sąd” „adwokat” czy „cenzura”, bo dobrze wypadną na tle młodości i wolności pozytywnego bohatera, naszego zioma.

    Gdy mamy taki artykuł wystarczy odpowiednie medium do publikacji, z szeroką publicznością, głośny nagłówek i już kształtujemy poglądy, wpływamy na opinie, wywieramy nacisk. Mam nadzieję, że historia opisana w artykule do którego nawiązuje jest prawdziwa i została napisana w dobrym celu, bo sposób narracji jakiego tam użyto jest celowy i nieprzypadkowy.

    PO CO KOMU KOMUNIKACJA
    =========================

    Każdego dnia to niestety nie fakty nas kształtują tylko odpowiednie ich przedstawienie przed dane media.

    Śmiejemy się z humanistycznych kierunków studiów, na których wywiera się nacisk na naukę języka, komunikację interpersonalną czy przedstawianie faktów, ale to właśnie absolwenci tych kierunków kształtują masy i ideologie, tworząc nagłówki o konkretnej narracji, które łykamy jak pelikany, niezależnie od tego z flagą w jakim kolorze chodzimy.

    W opisywanej historii górą jest młody chłopak, który został bohaterem Wykopu, bo pewien restaurator „nie umie w internet”. Czy będzie nim jutro, gdy ktoś inny napisze o nim szkalujący artykuł? Nie wiem, zobaczymy. Wiem natomiast, że od kiedy jednym kliknięciem można wpłynąć na czyjeś życie wydawanie wyroków stało się proste i takie będzie do momentu, gdy lokalna gazeta nie napisze czegoś negatywnego o nas.

    Wtedy zmienia się percepcja i sądowa droga w walce o dobre imię nie jest już takim głupim pomysłem. Obrona dóbr osobistych nagle staje się ważniejsza i interesuje nas bardziej niż walka o wolność wolność wypowiedzi w internecie.

    Przypadek? Nie sądzę

    Dobrego weekendu!

    ==============================
    Tyle na dzisiaj, bardzo dziękuję jeśli przeczytaliście.

    Fanpage
    Mój portal

    #likemedia - mój tag, publikuję swoje treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu.

    #marketing #likemedia #publicystyka #polska #wykop
    pokaż całość

    źródło: gessler.jpg

  •  

    ZEMSTA, KREW I ŁZY
    =======================
    Historie z branży kreatywnej.

    Witam Was serdecznie

    Dzisiaj pogadamy o prostych błędach, które kosztowały wiele.
    Mnie i moich znajomych. Zapraszam.

    HISTORIA SYNERGII
    ==================================

    Wyobraźcie sobie taką sytuację. Robicie różne kampanie dla klienta z mocną marką, która opiera swój marketing na Facebooku. Wszystko idzie cacy, obroty fajne, oni zadowoleni, ja zadowolony, bo dostaję procent od dochodów. Aż przychodzi moment przed świętami i budzi mnie telefon od właściciela tej firmy.

    Michał, nie ma naszego Facebooka, nie mogę się zalogować.

    Wstaję, sprawdzam i rzeczywiście.

    Poszła blokada od Facebooka. Co się stało? Do dzisiaj nie wiemy. Czasem wystarczy np. kilka zgłoszeń reklamy czy błąd algorytmu. Nie musicie mieszać się w rasowe kłótnie i inne drażliwe tematy, by zostać zablokowanym w mediach społecznościowych. W tamtym wypadku dotyczyło firmy.. z branży spożywczej, która nie miała grama kontrowersji, nawet ciemnego pieczywa w ofercie. Co gorsza zwykle, gdy macie niesłusznego bana, to nie jest tak, że wystarczy napisać do supportu i problem znika.

    W teorii tak to miało wyglądać, czym w 2018 chwaliło się Ministerstwo Cyfryzacji, jednak realia są inne. Jesteśmy skazani na łaskę lub niełaskę osób albo programów, do których nawet nie możemy zadzwonić. Reklamację zwykle sprawdza bot, a dopiero potem żywa osoba. Po tygodniu odzyskaliśmy fanpage, ale przez zastój skończyliśmy z wynikami dużo poniżej oczekiwań. Po tamtej akcji wprowadziliśmy dodatkowe procedury i zaczęliśmy rozwijać inne kanały dystrybucji i reklamy. Wszystko dlatego, że szef widząc konsekwencje dał się w końcu przekonać do budowy innych kanałów sprzedaży, na wypadek gdyby ten główny znowu pewnego dnia zawiódł.

    DYWERSYFIKACJA TO KLUCZ. W BIZNESIE I W ŻYCIU.

    Gdy jesteśmy w związku i żyjemy tylko drugą osobą w dobrych chwilach jest fantastycznie. Gdy jednak związek się rozpada, nie tracimy tylko drugiej osoby. Tracimy wszystko, bo druga osoba była dla nas wszystkim. Mariusz Kołodziej, jeden z ważniejszych promotorów w boksie w wywiadzie dla bokser.org przytoczył historię szefa znanej organizacji bokserskiej. Byli dobrymi znajomymi i przy okazji jednej ze wspólnych kolacji zapytał:„ Masz kasę, praktykę adwokacką, super klientów, po jaką cholerę Ty się zajmujesz boksem?

    Odpowiedział:

    „Maario… ja jestem żonaty 37 lat, wiesz dlaczego jestem żonaty 37 lat? Bo mam swoje hobby, którym jest boks. Chodzę do pracy od poniedziałku do piątku, a w piątek wyjeżdżam sobie na galę, w związku z tym ja w weekend nie muszę widywać się z moją żoną, widzimy się tylko w tygodniu, gdzie przychodzę z pracy i idę spać, nawet się nie kłócimy.

    Zdrowy rozsądek i rozdzielanie zasobów i źródełek to ma sens.
    Przyda jeśli, a raczej kiedy sztorm nadejdzie…
    Wywiad z panem Kołodziejem tutaj, polecam nie tylko fanom boksu.

    YT

    ===============================

    HISTORIA O MARZENIACH

    Skoro jesteśmy przy kobietach, to pamiętam jak mój znajomy – szef dużej firmy na Podkarpaciu – powiedział, że mam zbyt proste życie i powinien znaleźć sobie kobietę. Rzeczywiście, z kobietą moje życie nie było już takie proste, ale 100x ciekawsze. Później dodał, że chodzi mu o to, że jak jest się w stałym związku to inaczej podchodzi się do biznesu i jego zdaniem podejmuje lepsze decyzje zawodowe. Może mniej innowacyjne, ale mniej ryzykowne finansowo. Z perspektywy lat widzę to tak, że wielu wpływowych przedsiębiorców, których znam to raczej ustatkowani panowie, a nie single. I młodzi i starzy, tu reguły nie ma.

    Wśród znajomych bez obrączki na palcu to chyba jednak kobiety, które znałem zwykle mocniej stąpały po ziemi i trzymały się realiów. Biznes to nie zabawa i często po prostu się nie udaje. Życie. Kobieta wtedy po prostu zrezygnuje, bo umie liczyć, ale jeśli to facet to prawdopodobnie będzie się zarzynał i próbował, raz drugi, trzeci. Co Cię nie zabije to Cię wzmocni i takie tam frazy prawie jak z książek motywacyjnych. Może to kwestia ludzi na jakich, trafiałem, może to nie zależy wcale od płci, nie wiem.

    Wiem za to jednak , że nieważne jak jesteś genialny to w Twoim trudnym życiu egoisty przyjdzie moment, gdy będziesz musiał znaleźć wsparcie do rozwoju albo polegniesz. Czy to wsparcie żony, czy męża czy partnera w biznesie. Są oczywiście tacy, którzy radzą sobie samodzielnie, ale nawet oni rozumieją, że aby wypłynąć na szerokie wody warto skorzystać z cudzych promów zamiast swojej drewnianej łódki. Dlaczego? Na morzu prędzej czy później przyjdzie sztorm, w czasie którego samotny żeglarz będzie desperacko walczył o przetrwanie, a pasażerowie promu płynącego kilka mil dalej mogą jego nawet nie poczuć. Nawet jeżeli wolniej płyną...

    Gdybym miał wykazać jeden punkt, przez który padają startupy, które widziałem to chyba problem z określeniem punktu stop, w projektowaniu, promocji, sprzedaży. We wszystkich aspektach. Wielu fantastycznych ludzi, których dane mi było poznać nie umiało po prostu się zatrzymać i powiedzieć "sprawdzam". Zawsze było jeszcze coś do poprawy, zawsze było coś do zmiany, życie projektem, bez odpoczynku. Tak leciały miesiące, lata i po pierwsze pieniądze i szanse.

    2016
    Kolega miał świetny pomysł na aplikacje dla architektów. Sam był architektem i jego zdaniem nie było takiego produktu na rynku. Zrobiliśmy więc rekonesans i rzeczywiście, zapotrzebowanie było, nawet znaleźliśmy kilku klientów już na etapie tworzenia projektu. Perspektywy były fajne.

    Nie znam się na architekturze, dlatego moim zadaniem było zrobienie szumu i ściągnięcie inwestora, który mógłby w ten projekt wsadzić konkretne fundusze. Zrobiłem więc trochę ruchu w mediach, napisali o nas w dwóch gazetach i kilku portalach, mieliśmy swoje pięć minut. Pojawił się inwestor. Po długich negocjacjach okazało się, że kolega czuje się wykorzystywany, bo inwestor chce za wkład finansowy mieć aż 60% udziału w firmie. Wiem, co myśli teraz wielu z was. Oglądając programy jak "Dragons’ den", gdzie "chciwi" milionerzy wykładają kasę na realizacje biznesów w zamian za cyrograf można odnosić wrażenie, że to czysty wyzysk, gdy pomysłodawca zdobywając finansowanie traci panowanie nad projektem.

    Problem polega na tym, że prawie zawsze innowatorzy poza pomysłem i entuzjazmem nic nie wnoszą. Nie umieją sprzedawać, nie znają się na reklamie, mają po prostu pomysł lub ledwo działający prototyp jak my wtedy. To niewiele. Od tego ważniejsza jest machina sprzedaży, logistyka, procesy i te rzeczy razem z pieniędzmi wnosi inwestor. Dlatego czasem ma prawo oczekiwać odpowiednich udziałów nawet w najbardziej innowacyjnym pomyśle.

    Dochodzi do tego, że inwestor ściera się z autorami startupów, którzy traktują projekty jak własne dzieci. Podchodzą do nich zerojedynkowo, emocjonalnie i bardzo osobiście. Wkładają w nie całe życie więc trudno się dziwić, że w momencie chwały chcą wyrwać wiele. Czasem chcą za dużo i tak właśnie zakończyła się ta historia, bo inwestor zrezygnował. Potem przez pół roku mieliśmy negocjacje z innymi podmiotami, które kończyły się mniej więcej podobnie, aż w końcu telefon przestał dzwonić. Dziś aplikacja to już tylko wspomnienie i anegdota, o której rozmawiamy o piwie, ale też lekcja, bo kolega i ja sporo z niej wyciągnęliśmy. Bartek pozdrawiam Cię, pewnie przeczytasz, bo sam zachęciłeś mnie do przelania tego na papier.

    HISTORIA O ZEMŚCIE
    ===============

    Kto prowadził w Polsce biznes dobrze wie, co to znaczy. Nieopłacone faktury, problemy, wieczne zbywania i zapewnienia, że już wszystko zostało przekazane do działu płatności.

    Mój kolega był freelancerem, który żył sobie fajnym singlowym życiem. Jednak daleko było do mitycznej stabilizacji. Radził sobie przywozicie, ale zawsze miał problem z egzekwowaniem płatności, komunikacją z klientem. W moim odczuciu bywał za dobry, bo nie ustalał zasad, więc zasady ustalali ci, którzy do niego przychodzili. Działało to po japońsku czyli jako tako, ale biedy nie było. Aż przyszedł moment, gdy ważny klient, z którym kolega działał od dawna zerwał z nim współpracę bez słowa, nie wywiązując się z płatności, nie odbierając telefonów i zatrudniając kogoś na jego miejsce po dwóch latach współpracy.

    Kolega poczuł się zdradzony i poszedł z tą firmą na noże. Obsmarował ją w lokalnym dzienniku bazującym na takich sensacjach. Jak się potem okazało, problemy dopiero się zaczęły, bo właścicielka firmy, która tak go potraktowała nie tylko zareagowała na zarzuty, ale ruszyła z atakiem korzystając ze wszystkich narzędzi, które miała pod ręką, w tym informacji o jego życiu osobistym.

    On jako freelancer vs stabilna firma na rynku. Widzicie tutaj, po co latami buduje się public relations? By w odpowiednich momentach z niego skorzystać jako broni. Firma miała dobre opinie, była szanowana, miała wpływy, a to, co się działo za drzwiami to inna sprawa. Nagle została oskarżona przez freelancera. Szefowa firmy zareagowała w mediach społecznościowych i w gazecie, na samym końcu on musiał przepraszać, mimo, że teoretycznie miał racje.

    JAKI Z TEGO MORAŁ?

    Zemsta wygląda fajnie w wykonaniu Umy Thurman w "Kill Billu", ale w realnym życiu możemy się przeliczyć. Lepiej wysłać przed sądowe wezwanie do zapłaty i więcej dla danego klienta zleceń nie robić, niż za wszelką cenę bawić się w krucjaty podsycone emocjami.

    W życiu każdego przyjdzie taki dzień, że ktoś nam naciśnie na odcisk, nie wywiąże się z zobowiązań i jeśli wtedy zaatakujemy go frontalnie, będziemy musieli liczyć się z odpowiedzią. Nadzieja, iż delikwent w skutek naszego zrywu zrozumie swoje błędy jest tak samo nikła jak szansa Lewandowskiego na Złotą piłkę w tym roku.

    Gdy ktoś na co dzień traktuje nas bez szacunku, nie będzie się z nami cackał gdy dojdzie do wojny. Zrobi wtedy wszystko, by nam zaszkodzić, nawet jeżeli to mało moralne. Przed wojną trzeba zastanowić się czy warto w ogóle walczyć i tracić nerwy na takie spory.

    Może zamiast wojować z ludźmi, którzy nas krzywdzą lepiej poświęcić czas na budowanie relacji z tymi, którzy są dla nas oparciem, czy to w życiu zawodowym jak i tym prywatnym? Z tym Was zostawię.

    Dziękuję za dobicie do końca, na dzisiaj to wszystko
    Do zobaczenia!

    FACEBOOK - możecie polubić

    ARTYKUŁ na blogu

    #likemedia - mój tag, publikuję swoje treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu.

    #marketing #pracbaza #publicystyka
    pokaż całość

    źródło: branza.jpg

  •  

    JAK RATOWAĆ UPADAJĄCE LICEUM?

    Klasa Disco Polo na Podlasiu!
    ================================

    2020 NIE OSZCZĘDZA NIKOGO

    Pożary w Australii, zamieszki w Stanach, rozboje we Francji, a w Polsce?
    W Polsce to dopiero! Od września na Podlasiu klasa o profilu Disco Polo! Świat stanął na głowie, a to dopiero lipiec, do końca roku jeszcze ponad 5 miesięcy. Jak żyć, Panie premierze, jak żyć?

    Problemów świata nie rozwiążemy, dlatego dzisiaj pogadamy o liceum, które wychowa nowe gwiazdy Disco Polo w małym miasteczku na Podlasiu i dlaczego go nie taki głupi pomysł. Zapraszam!

    Gdyby dyrektor znanej instytucji finansowej założył liceum ekonomiczne i swoim nazwiskiem gwarantował nową edukację i miejsca pracy świat miałby u stop, a Wykop już na pewno. Tego jednak nie ma, jest za to zażenowanie, bo milioner w branży muzycznej, chce uczyć młodzież z Podlasia jak zarabiać na muzyce.

    PROBLEM W TYM, ŻE TA MUZYKA TO DISCO POLO
    ==================================

    Liceum w Michałowie oprócz normalnej podstawy programowej uczyć będzie jeszcze tego, jak jak zostać artystą Disco Polo. Przewodzić tej inicjatywie ma Marcin Miller, szef grupy „Boys” znany m.in z piosenki pt. „Jesteś szalona”. Cała klasa została stworzona we współpracy z wytwórnią muzyczną Green Star, do której należy m.in zespól Akcent(ten od Zenka), Boys czy Milano. Pomysł ma być odpowiedzią na potrzeby rynku i ułatwić wejście do branży Disco Polo, w której od lat są ogromne pieniądze. O szkole która jeszcze nie tak dawno miała być zamknięta dziś mówią wszystkie media, minister edukacji wspiera ten pomysł, a internet... internet robi sobie bekę.

    Dla opinii publicznej taka klasa to wstyd i obraza dla polskiego systemu edukacji.

    Przykładowy komentarz, jeden z wielu w ostatnim znalezisku z głównej na ten temat

    a co tu jest do studiowania? Przecież to prostacka muzyka, trzeba wpaść na dobrą melodię i tyle trudności w tym.

    Podobnych opinii jest pełno, przeważa niesmak, że ktoś w ogóle wpadł na taki pomysł. Jak mówią internauci, disco polo „to nie muzyka, tam nie ma talentu”. Czytając takie opinie można nawet założyć, że dzisiaj Disco Polo nie lubi nikt, nikt go ni słucha, nikt nie zna, no chyba… że jest się na weselu bo wtedy nawet miłośnicy progresywnego rocka dziwnym trafem słowa piosenek znają. Przypadek? Nie sądzę.

    PRZYZNAM SZCZERZE, NIE BYŁEM DOBRYM MUZYKIEM
    ==============================================

    Swoją karierę muzyczną zakończyłem po nieudanym zaśpiewaniu „kundel bury” w trzeciej klasie szkoły podstawowej, ale jako osoba dorosła poznałem od kulis wiele zespołów brylujących w mediach . W projektach zagranicznych branży kreatywnej często naszą grupą docelową była lokalna Polonia w Niemczech czy Anglii, więc wielokrotnie ściągaliśmy gwiazdy polskiej muzyki, również te z disco polo.

    Co ciekawe, te od Disco Polo miały zwykle większe stawki za występ, ale też przyciągały dużo więcej ludzi, co dla nas organizatorów było najważniejsze. Obserwując to przez długie lata i porównując do sytuacji w Polsce widziałem, że u naszych rodaków mieszkających za granicą nie ma czegoś takiego jak wstyd czy poczucie kiczu jeżeli chodzi o rozrywkę. Jest za to radość, że po zapierniczu na zmywaku mogą napić się piwka, poskakać i obejrzeć polskiego artystę.

    Przeciętny Polak za granicą do wyluzowania nie potrzebuje zawsze wytrawnego wina i rozmowy o filozofii tylko raczej odmóżdżenia, a na to disco polo naszym zdaniem było wtedy najlepsze. W Polsce na imprezie przy disco polo też umiemy się fajnie bawić niezależnie od statusu czy wykształcenia. Do momentu, gdy trzeba o tym mówić.

    NIBY WYKLĘTA, A "KAŻDY" SŁUCHA
    ==============================

    Wtedy nastaje masowa pomroczność jasna. W dyskusjach o gustach wstydzimy się cholernie tego gatunku i nie chcemy by ktoś nas z nim utożsamiał. Stygmatyzujemy go przypisując do lat 90-tych i kiczu w czasach, gdy Polska wstawała z kolan, a kolorowa była tylko muzyka w Disco Relax i stragany na bazarach. Pisząc ten artykuł próbowałem sobie przypomnieć czy ktoś z moich obecnych znajomych przyznaje otwarcie, że lubi disco polo.

    Rock Alternatywny, R&B, nawet turecki rap, jasne, ale disco polo? No co ty! Ja tego nie słucham, to nie muzyka!

    Samo nasze podejście do tej sytuacji przypomina randkę z dziewczyną, która chwali się, że lubi tylko dobry film i dobrą książkę. Tyle w teorii bo cześciej kończy się na komedyjce w Netflixie i tanim winie. Zaznaczam, to nie kwestia płci, przytoczony przykład ma tylko pokazać, że wiele o gustach tym co jest cacy a co nie wystawiamy często na pokaz, żeby nie wyjść na kogoś kto może chociaż czasem Disco Polo słuchać.

    Mimo bycia tematem tabu statystki Disco Polo umieszczają w topce popularnych gatunków muzyki w Polsce. Artykuł z Radia Zet pokazuje, że sama liczba wyszukiwać słowa Disco Polo było najczęściej wyszukiwanym gatunkiem muzycznym w przeglądarkach. Na drugim miejscu był rock, na trzecim pop, na czwartym hip-hop. Przytaczając te dane nie zamierzam was przekonać do słuchania Zenka. Chcę pokazać, że to po prostu ogromny i nienasycony rynek oferujący miejsca pracy i przyzwoite pieniądze.

    Rzecz w tym, że do tej pory nikt tego biznesu nie uczył, a prawda jest taka że młodym osobom na perspektywicznym rynku potrzebne jest wsparcie, najlepiej od liderów z branży, którzy znają ten biznes od podszewki.

    BRAK MENTORINGU
    =================

    Branża muzyczna to potężny rynek z dużymi pieniędzmi, ale jeszcze większym szklanym sufitem, który widzi każdy początkujący artysta. Bez znajomości czy wprowadzenia nie macie szans na wielki sukces, nawet dzięki internetowi czy social mediom lub typu Talent show. Optymistycznie zakładając,że wszyscy zwycięscy takich programów jak x-factor będą zarabiać na muzyce to jest to garstka osób na tysiące, które zgłaszają się do danej edycji.

    Na youtubie nie brakuje osób, które fajnie śpiewają i grają, jednak takich, które żyją z muzyki jest tylko garstka.

    To ogromny problem młodych zespołów, również tych Disco Polo, niezależnie od tego, czy te twory uważacie za muzykę czy nie. Problem na który profil estradowy w liceum gdzie Marcin Miller będzie uczyć ma pomóc.

    By zarabiać w Disco Polo trzeba czegoś więcej niż dwóch akordów na krzyż, ładnej pani w teledysku i żenującego tekstu jak z wiejskiej remizy. Każdy zespół w Disco Polo, który was żenuje, ale jednak zarabia i jest rozpoznawalny ma lepszą logistykę „prawdziwy artysta”, który gra po piwnicach.

    AMERICAN DREAM W POLSKIM SOSIE
    ================================

    Wiecie jak to wygląda. Jesteśmy piękni i młodzi, mamy pomysł na kapelę, zakładamy garażowy zespół. Od początku liczymy, że nas ktoś wypatrzy i będziemy nowymi Beatlesami. Zwykle jednak przychodzi dorosłość, a my odkładamy klawisze by zająć się prawdziwą pracą, bo trzeba zarabiać na siebie i rodzinę. A gdyby… gdyby mógł nas poprowadzić Paul McCartney i pokazać wam jak zakładać zespół i jak kierować karierą? Nie skorzystalibyście? Jasne, że tak, tym bardziej rozumiem fakt, że klasa disco polo startująca we wrześniu ma komplet uczniów i chętnych nie brakowało. To oczywiście jasne przejaskrawienie z McCarneyem i porównaniem do kiczowatego gatunku, wybaczcie, ale co by nie mówić o Disco Polo Marcin Miller, autor „Jesteś szalona” jest kimś kto zjadł zęby na zarabianiu w tym tandetnym gatunku i jeżeli będzie chciał to może czegoś tych licealistów o branży nauczyć.

    Autor pomysłu – Marek Nazarka – burmistrz Michałowa na Podlasiu, mówi w wywiadach że chce rozwijać pasje i dać szanse młodzieży z małych miejscowości, dla których granie czy to na koncertach czy do kotleta jest jakimś sposobem na ścieżkę zawodową. Czasem jedyną, by wyrwać się z biedy i patologii.

    Jestem niezłym grafikiem, znam się na reklamie i przyzwoicie piszę, umiem z tego żyć. Zajęło mi to jednak długie lata i wiele tych lat zmarnowałem. Gdybym już w liceum miał okazję rozwijać się pod patronatem znanego polskiego dziennikarza czy szefa agencji reklamowej, który zarabia miliony, zaszedłbym pewnie dużo dalej. Nie popełniłbym masy błędów, nie straciłbym nadarzających się szans i wielokrotnie nie dał się oszukać. Prawie każdy manager muzyczny – a znam kilku – ma dobre fajne życie, prowadzi kilka zespołów i jest fajnie. Sytuacja muzyków z zespołów, które prowadzą często pozostawia jednak wiele do życzenia.

    ARTYŚCI, KTÓRZY NIE POTRAFIĄ NIC
    ===============================

    Oddają większość kasy ludziom, którzy organizują im kariery są od nich uzależnieni, bo sami często nie potrafią nic poza graniem. Prawda, której nie widzicie w plastikowych teledyskach Disco Polo jest taka, że prawdziwa praca odbywa się tam gdzie pisze się umowy, negocjuje, podpisuje kontrakty, tworzy wizerunek a nie gra na scenie. Granie z playbacku jest banalne, ale sam biznes Disco Polo już nie.

    Branża rozrywkowa to straszne i paskudne niczym z teledysków Behemotha.

    Nie raz widziałem jak młode zdolne osoby w tej branży były wykorzystywane. Nie znały się na biznesie, nie wiedziały nic o zarządzaniu wizerunkiem, nie miały doświadczenia, umiały tylko śpiewać i miały gloryfikowany wszędzie TALENT. Wytwórnia doiła ich tak, że ledwo mieli za co żyć. Tutaj kolejna ciekawa informacja bo nie wiem czy wiecie, ale większość małych kapel nawet nie wie za ile gra, bo nie widzą stawek za koncerty. Często umowa wygląda tak, że liczby zna tylko manager a zespół liczy że osoba, która ich prowadzi po prostu ich nie oszuka. Ten etap kariery traktują jako inwestycję, licząc że wypłyną. Zwykle kończy się na tym, że potem manager znajduje inny zespół za ich miejsce, bo chętnych czyli niedoświadczonych i nie nauczonych biznesu muzyków nie brakuje.

    GDY TALENT TO ZA MAŁO
    ======================

    Co jakiś czas pomagam w młodych startupach. Wiecie czego tam jest pełno? Zaangażowania i pasji. Chęci robienia przełomowych rzeczy, unikalnych, które zbawią świat. Problem jest taki, że mało kto z nich sprawdza czy świat tego zbawienia potrzebuje. Wg Raportu CB Insight powodem przez który pada najwięcej małych firm jest fakt, że nie odpowiadają na potrzeby rynku. Podobnie jak fajni grajkowie, którzy uważają się za artystów. Nawet jak rzeczywiście są wybitni, to często uważać się za niedocenionych i tym tłumaczyć fakt, że nie zarabiają na muzyce, zamiast robić to, co się sprzedaje.

    Michał Szpak i Margaret u Voice of Poland
    Brzydzą się komerchą i na muzyce nie zarabiają, mają do tego prawo, ale Disco Polo to tego przeciwieństwo.

    W Disco polo nikt nie udaje, że ta muzyka ma mieć przekaz, być ambitna. Ona jest komercyjna, pozwala zarobić pieniądze wielu ludziom i opłacić rachunki. W biznesie jest taka zasada że najpierw utrzymaj się i spraw, aby nie zjadł cię komornik. Jak będziesz miał co do garnka włożyć to będzie czas na robienie bardziej ambitnych rzeczy.

    Kilka lat temu u Kuby Wojewódzkiego był Norbi. Kuba zapytał go o jego Disco Polo:

    Nie masz ambicji, żeby być jak Pink Floyd albo Chopin?

    Norbi odparł – NIE.

    Swoją muzykę opisał tak.

    To jest muzyka użytkowa, rozrywkowa, wpada prawym wypada lewym, zapamiętasz refren i idziesz dalej.

    Czy coś tu należy dodać? Może jedno, że lubimy narzekać, jak to w szkole nasze dzieciaki uczą teoretycy, którzy nie mają nic wspólnego z realiami na rynku. I może właśnie dlatego wyjątki, gdy za edukacje biorą się praktycy powinniśmy przyjmować z entuzjazmem niezależnie od własnych gustów, tego czy lubimy Disco Polo czy nie.

    Licealiści z omawianej klasy, która powstanie we wrześniu w małym miasteczku na Podlasiu, będą mieli okazję nauczyć się nie tyle muzyki, ale biznesu i to od liderów branży, do której chcą należeć. Nawet jeśli nie zostaną grajkami to lata liceum będą pamiętać jako bardzo fajny okres gdy w przeciwieństwie do wielu rówieśników rozwijali pasje, bez zastanawiania się co ludzie powiedzą i jak wyglądają. A to w naszym świecie pełnym poprawności i wytykania palcami już bardzo dużo.

    Serdecznie dziękuję za dotarcie do końca i do zobaczenia następnym razem:-)
    Podobało się? Będzie super, jak polubicie Facebooka

    KLIK

    Link do artykułu
    KLIK

    Do zobaczenia już niedługo!

    #likemedia pod tym tagiem publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu.

    #biznes #marketing #firma #startup #muzyka #publicrelations #gruparatowaniapoziomu #edukacja
    pokaż całość

    źródło: disco polo klasa.jpg

  •  

    JAK ZABŁYSNĄĆ W MEDIACH?
    Marketing partyzancki w różnym sosie.

    Hej! Jak sobota?

    Nie tak dawno widziałem post kogoś, kto nie mógł znaleźć pracy w branży kreatywnej. Posiadał umiejętności, wiedzę, brakowało paradoksalnie… pomysłu i to w branży, która na pomyśle często bazuje.

    Dlatego dzisiaj pogadamy o tym, co znaczy być kreatywnym i jak niewielkim kosztem zbudować ogromny szum i rozgłos. Będzie też jak wykorzystać przyszłego prezydenta do swojej kampanii reklamowej, ot tak, gdyby ktoś chciał zaistnieć przy okazji nadchodzących u nas wyborów. Zaczniemy jednak od banału, czyli mojej historii.

    MŁODA W WIELKIM MIEŚCIE
    ========================

    Początek tego roku. Zgłasza się do mnie znajoma, która ma 24 lata i jest „po przejściach”. Skończyła szkołę policealną z zabarwieniem marketingowym i nie może znaleźć pracy. Wysyła CVki i nic.. Widzę zaangażowanie, testuję wiedzę i okazuje się, że teoretyczne postawy reklamy ma w małym palcu, więc działamy.

    Cel: zaistnieć w branży kreatywnej szybko i małym kosztem.

    Robimy bardzo prostą akcję społeczną z nią w roli głównej. Ja doradzam, zaś ona robi wszystko, od kontaktu z mediami, po organizację ludzi, plan, rozkład, logistykę. Chciałem, aby czegoś się czegoś w praktyce nauczyła i udało się szybciej, niż przypuszczałem. Widząc pierwsze wzmianki o sobie w mediach była w szoku, jakie to wszystko proste, zwłaszcza, że zrobione prawie za darmo. Coś w niej się wtedy zmieniło i jeszcze tego samego dnia znalazła na mediach społecznościowych kilku szefów interesujących ją firm i trochę z partyzanta wysłała do nich krótkie nagrania, że szuka pracy i jak wpiszą jej nazwisko w Google to znajdą fajną akcję, którą właśnie robi.

    Desperacja? Może.

    Rozumiem, że u nas takie działania są rzadkością i czasem odbieramy je jako nachalne albo na granicy dobrego smaku. Z jednej strony niby chcemy promować firmę, ładujemy kasę w kampanie, ale na prywatnego swojego fejsa wrzucać produktów już nie lubimy. Zdjęcie z kotem albo kolejne selfie spoko, ale fota z produkowanym przez nas mydłem to już nachalna reklama, prawda?

    Wszystko jest w głowie i w przypadku mojej koleżanki też tak było. Prosta kampania była jedynie elementem jej public relations, zagrania wizerunkiem przy użyciu prostych narzędzi. Po jej wydarzeniu miała zaproszenia na rozmowy o pracę i dzisiaj ma się dobrze, zdobywa doświadczenie w kolejnych projektach, a ja za największy sukces nie uważam tu znalezienia pracy, tylko zmianę podejścia. Na te naprawdę kreatywne.

    My miewamy opory, ale marki podatne na rozgłos rzadko kiedy i stosują różne zagrania, często bardziej dyskusyjne niż wyjście ze schematu i wysyłanie wideo zamiast CV.

    W CIENIU WIELKIEJ POLITYKI
    ========================

    Bardzo głośnym przykładem jest przemówienie Baracka Obamy z 2008. Setki kamer, transmisja na cały świat, zamieszanie, nerwy i nikt nie zauważa, że za Obamą stoją ludzie z ogromnymi logotypami marki Abercrombie & Fitch. Kolejnego dnia zamiast przemówieniem ludzie żyją tym, co widzieli. Kim byli ci ludzie za Obamą? Nachalna reklama czy przypadek? Może ktoś zapłacił sztabowi za lokowanie?

    Sprawa staje się istotna, bo poruszają ją CNN, The Guardian, New York Times, a to dlatego, że wszystko miało miejsce w najlepszym czasie reklamowym, oglądanym przez setki milionów ludzi na całym świecie.

    Jak się okazało trzej panowie to rzeczywiście pracownicy Abercrombie & Fitch… którzy, ot tak przyszli w koszulkach swojej firmy na akcje, bo popierają Obamę. W wywiadzie dla CNN wydają się być przypadkowymi sprawcami sytuacji i mówią, że to nie było celowe, bo tak po prostu się ubierają. Wcześniej jednak głos zabiera firma A&F, która dziękuje Obamie za przypadkową reklamę i od razu atakuje jego rywalkę w pre kampanii – Hillary Clinton stwierdzeniem, że jeśli ona również jest zainteresowana promowaniem ich ciuchów, to mają jeszcze kilka sklepów w Kalifornii do obsadzenia.

    Niezależnie od tego czy akcja była planowana czy nie, trudno odmówić jej skuteczności…a zwłaszcza trafnego komentarza firmy, który wbił się idealnie w wojnę polityczną angażującą Amerykę przy okazji wyborów. W USA wiele firm buduje swoje marki w oparciu o poglądy polityczne, a w wypadku A&F celem byli demokraci utożsamiający się w pre kampanii z Obamą. Nic dziwnego, skoro targetem Obamy byli zwykli ludzie chętni do zmiany i poprawy życia, czyli wszystko, z czym amerykańska firma, produkująca ciuchy dla „prawdziwych” Amerykanów chce się kojarzyć.

    SKUTECZNOŚĆ Z PROSTOTY
    ==========================

    Wiele to mówi o dzisiejszym marketingu. Tworząc reklamy możemy robić cuda na kiju, ale czasem wystarczy trzech gości w koszulkach z logotypem w odpowiednim miejscu i czasie, by zalać Internet memami. Ciekawe, kto spróbuje zarabiać na czosndogu popularnym ostatnio na Wykopie, bo to chyba kwestia czasu.

    Prostota to klucz i nie zawsze warto kombinować. Pewnego razu pokazał to Adidas. Firma z miliardowym budżetem setki ekspertów od PR, marketingu i reklamy na festiwalu w Barcelonie postawiła po prostu.... niebieskie pudełko na buty.

    Bardzo duże PUDŁO. Daleko mi do instagirl, ale coś takiego to bym fotografował. Podobnie pomyślało tysiące ludzi na festiwalu, bo instalacja Adidasa była oblegana przez czas trwania festiwalu. Marka musiała być zadowolona z zasięgu reklamy kosztującej grosze, a historia pokazała, że czasem forma ekspozycji jest ważniejsza niż ogromne środki, które ma się w budżecie.

    W branży reklamowej tak już jest, że pomysł rządzi i jak grzyby po deszczu wyskakują kolejne agencje specjalizujące się w marketingu partyzanckim, generowaniu szumu, zbieraniu atencji w prosty i tani sposób. Bazują one na emocjach, finezji, pomyśle, rzadziej na dużym budżecie, bo jego zwykle nie mają. Takie akcje trudno zmierzyć, jeśli chodzi o efekty, ale z drugiej strony wnoszą trochę polotu i finezji w tym smutnym zalanym reklamami światem. I są tanie, zleceniodawca nie straci góry monet na takim czy innym happeningu.

    Dlatego agencjom w tym segmencie wyjątkowo łatwo zabłysnąć, wystarczy zrobić coś spektakularnego, a staż na rynku czy bogate portfolio staje się sprawą drugorzędną. My jako konsumenci również wpływamy na rozwój tej branży, bo po prostu nienawidzimy zwykłych reklam. Adblocki, blokady, popularność VOD wszystko w dużej mierze z tego, ze chcemy mieć dostęp do treści bez reklam jak w telewizji.

    No chyba… że reklama jest sztuką. Kroplą finezji w tym skomercjalizowanym świecie. Zachwyca, wprawia w refleksję, wywołuje efekt WOW, sprawia, że chcemy ją oglądać.

    Może też nas irytować, wzruszać albo wkurzać, jednak ładunek emocjonalny musi być znaczący, to sprawa kluczowa. Wtedy będziemy ją z ochotą powielać, tak jak powielaliśmy Keanu z z Cyberpunka, demotywatory z „ohydnym” PS5 czy piosenkę z Eweliną Lisowską, której dla Waszego zdrowia psychicznego cytować dzisiaj nie będę.

    To wszystko na dzisiaj, dobrego weekendu!

    Fanpage - możecie polubić, jak lubicie tego typu treści

    ===================
    ===================

    Link do artykułu

    #likemedia pod tym tagiem publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu.

    #biznes # #marketing #firma #startup #psychologia #publicrelations #gruparatowaniapoziomu #sony #ps5 #gry
    pokaż całość

    źródło: Obama.jpg

  •  

    SONY PLAYSTATION 5 - Finezja w dozowaniu emocji!
    ============

    Cześć! Pewnie widzieliście już nową konsolę Sony. Okazuje się, że okoliczności premiery były niemniej ciekawe niż memy z konsolą, które zalewają internet. O tym właśnie dzisiaj! Zapraszam

    Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych pokazały duże różnice w podejściu do public relations. Dzisiaj nie ma jednego słusznego sposobu promocji. W trudnych czasach korona wirusa i zamieszek w Stanach niektórzy producenci widzą zagrożenie, a inni szansę, z której szkoda nie skorzystać. W świecie gier widać to bardzo dobrze. Z jednej strony zdecydowane podejście CD Projekt Red i odwołanie pokazu „Cyberpunka”. Gdzieś obok radykalizm Blizzarda w postaci wycofania eventów związanych z nowym dodatek do Wow-a i banowanie dożywotnio graczy ruszających BLM.

    W samym centrum tego epicentrum Sony, które w swojej strategii pokierowało się… finezją.

    SONY WCHODZI CAŁE NA BIAŁO
    ============

    2 czerwca świat wstrzymał oddech. Redzi odwołali pokaz „Cyberpunka” zaplanowany na 11 czerwca. Ich zdaniem „działy się ważniejsze sprawy” i nie chcieli zakłócać uwagi świata grą. Nie powiedzieli oczywiście, że odwołali show tylko z obawy o mniejsze zasięgi w mediach, bo przecież trudno zostać zauważonym, gdy miasta płoną. Fani jednak byli rozczarowani. Minęło ledwo kilka dni i 8 czerwca pojawiło się na środku sceny Sony ogłaszając, że w dniu, z którego zrezygnował Cyberpunk, będzie pokaz ich oferty.

    Co więcej, na pokazie okazało się, że kluczowym tytułem nowej konsoli będzie Spider-man, z czarnoskórym Milesem Moralesem w roli głównej. Tak oto, jedna firma w wyrazie poparcia Black Lives Matter wycofuje się rakiem z 11 czerwca, aby zaraz na jej miejsce wskoczyła inna i skorzystała z zamieszania jeszcze bardziej.

    Gdzie tu finezja? Miles Morales to nie produkt stworzony z okazji zamieszek w kraju Trumpa. On od dawna jest w uniwersum Spider-Mana i ta postać nie jest żadnym szokiem dla kogokolwiek, kto zna komiksy czy filmy o pajęczaku. Polecam rewelacyjny Spider-Man: Into the Spider-Verse, świetna postać Milesa. Rzecz w tym, że dzisiaj jego osoba w grze tytularnej nowej konsoli sama w sobie stanowi wartość dodaną dla pewnych grup interesu, które przez zaistniałe okoliczności będą go promować w pewnych kręgach, do których inaczej, być może nie dotarłby wcale.

    W momencie premiery strategicznych produktów zawsze chodzi o jak największy buzz informacyjny. Informacje mają się rozejść szeroko, kwestia drugorzędna czy są pozytywne czy nie, ale ma po protu mieć zasięg. Dopiero potem, za pomocą odpowiednich narzędzi dopasowanych do konkretnych grup docelowych wśród klientów zaczyna się kodowanie skojarzeń, emocji, pragnień, które mają doprowadzić do sprzedaży. Tak było w tym wypadku. Tuż po przedstawieniu bohatera sieć zalała masa artykułów, w których ludzie sami dopinali do nowej gry z Moralesem swoją ideologię, zależnie od strony barykady. Jak dobrze widać w zaistniałych okolicznościach, nawet z gry można zrobić temat do dyskusji politycznej i producenci mają tego świadomość. Zamiast to olewać, mogą z tego korzystać.

    NIERÓWNA KONFERENCJA
    ============

    Na konferencji pokazano wiele archaicznych tytułów, niektóre niemal z jak PS3 czy Nintendo Switch. Moim zdaniem jednak pokaz celowo przypominał… komedię romantyczną. Zaczyna się mocnym, wyrazistym bohaterem – tutaj czarnoskórym Spidermanem. Następnie mamy spektrum emocji, zachwyty i zwątpienia, znużenie i przeciąganie. Gry lepsze i gry gorsze, pokazy nudne, ale i te intrygujące. Wszystko to wywołuje szereg sprzecznych emocji, również tych negatywnych. Oglądający przeżywa historię, która poruszy wszystkie jego emocje.

    Tak samo gra się na emocjach w holywoodzkich hitach, gdzie dłużyzny są specjalnie dodanym elementem postoju…by na koniec w finale przywalić w widza najmocniej i podzielić widownię zaskakujących zakończeniem. Tu się udało, bo w szczytowym momencie tylko oficjalne transmisje premiery nawej konsoli oglądało 5 milionów ludzi. Oglądających w innych kanałach mogło być jeszcze więcej.

    WYGLĄD MA ZNACZENIE
    ============

    „Router” Sony wywołał ogromną i zamierzoną dyskusję. Dzisiaj jest najważniejszym tematem w sieciach społecznościowych. Dziwnym trafem zamiast rozmawiać o możliwościach konsoli rozpoczęła się artystyczna dyskusja w stylu „czy to ładne czy brzydkie” i jakim cudem ma się zmieścić na szafkę pod telewizorem? Siec zalała fala memów, zachwytów, rozczarowań i narzekań. Odbiorcy za dostali emocje, które bardzo chętnie powielają tworząc content promujący wydarzenie. Są osią napędową w promocji, często co widać po komentarzach, robią to nieświadomie.

    Fala memów tylko przyczyni się do promocji i zrobi to lepiej niż najdroższy spot reklamowy mógłby. Nie lubimy reklam, używamy adblocka, a na widok akwizytora szukamy łopaty. Dlatego w nowoczesnym długofalowym marketingu pierwszym etapem jest… zmiękczenie klienta, poprzez angażowanie w dyskusje, skłonienie do tworzenia contentu, czy sprawienie, aby o produkcie w kółko mówili ludzie, którymi się otacza. Gdy jest naruszony, wciągnięty, łatwiej przychodzi sprzedaż niż w wypadku klienta, który dopiero co poznał produkt. Klienta na rynku trzeba wychowywać, stymulować, nie zawsze dawać to czego chce, by z czasem doprowadzić do momentu gdy sam dorośnie do produktu.

    Wczorajszą konferencją sony zrobiło pierwszy krok właśnie w tym, kierunku, kolejne to już tylko kwestia czasu.

    FACEBOOK - będzie miło, jeśli polubisz

    Czy waszym zdaniem wygląd zdecyduje którą konsolę do domu kupi przeciętny gracz?
    Jestem ciekaw, co myślicie.

    Udanego piątku!
    ======================

    BLOG

    #likemedia pod tym tagiem publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu.

    #biznes # #marketing #firma #startup #psychologia #publicrelations #gruparatowaniapoziomu #sony #ps5 #gry
    pokaż całość

    źródło: Sony.jpg

  •  

    JAK ZOSTAĆ LEGENDĄ I AUTORYTETEM?
    Lekcja autoreklamy od Elizabeth Holmes

    ==================================

    Hej! Dzisiaj o startupach, ale tych prawdziwych, które coś znaczą. Nasz świat zmieniają jednostki. Często to nierozumiani geniusze, którzy jednak odmieniają branże tworząc przełomowe wynalazki. Niestety, często uznanie zdobywają dopiero po śmierci.

    W historii, którą dzisiaj poruszymy tak nie było.

    To opowieść o niesamowitej kobiecie, geniuszu branży biotechnologicznej i mistrzu autoprezentacji. Założony przez nią startup nie tylko zyskał międzynarodowy rozgłos, ale zdobył wielu wpływowych ludzi, którzy wsparli ją swoim doświadczeniem. Jak to się stało, że młoda dziewczyna została ogłoszona Steve’em Jobsem branży medycyny?

    Oto historia Elizabeth Holmes, właścicielki spółki Theranos.

    NIECH PRZEMÓWIĄ LICZBY
    ====================================
    Gdy w wieku 19 lat poszła na studia inżynierskie niektórzy wykładowcy dostrzegali, że pod tą drobną sylwetką kryje się coś więcej. Nieposkromiony umysł, szybko dał o sobie znać sprawiając, że młoda dziewczyna rzuciła studia prestiżowe Stanford.

    Kilka lat później ma już spółkę wartą kilka miliardów dolarów, a sama staje się zdaniem Forbesa najmłodszą miliarderką. Jej wynalazek zmienił wszystko, co wiedzieliśmy o badaniach medycznych i dał nadzieję na szybkie, bezbolesne pobieranie krwi. Kto z nas lubi moment, gdy zimny metal wbija się w rękę i odbiera nam smak życia? A gdyby już nie trzeba było tak robić? W rękach Elizabeth marzenia te stały się faktem, bo problemem zajął się ktoś, kto nie widział ograniczeń i podszedł do problemu inaczej.

    Wynalazek stworzony przez Elizabeth to nie jest zwykły startup, to zmiana rynku i postrzegania pacjenta. Powszechna medycyna nadal wymaga sporych dawek krwi do badań, rodzi to ogromne komplikacje problemy i sprawia, że krew bardzo często trzeba pobierać wielokrotnie. Do teraz. Za sprawą Wynalazku młodej amerykanki to się zmieni, bo do wykrycia wielu chorób wystarczy… jedna kropla

    PRZEBOJOWA TWARZ BIZNESU
    ====================================

    Elizabeth Holmes w swojej niepozornej postaci zawiera wszystko, co można wyciągnąć z książek o marketingu i public relations. Istotnym elementem marki zawsze jest historia. Mówi się, że Holmes poszła w ślady Steva Jobsa nie tylko dlatego po rzuceniu studiów wiele osiągnęła, ale również, bo mówi i ubiera się jak Jobs. Czarny golf stał się jej znakiem rozpoznawczym, a sama dziewczyna zaczęła się kojarzyć z sukcesem kobiecego biznesu. Produkt zawsze można dopracować, zmienić ulepszyć rzecz w tym, aby reprezentowała go osoba, która potrafi urzekać, wtedy dzieją się cuda.

    Ma świetny produkt, ale również samą swoją osobą budzi zachwyt i zdobywa sympatię. Przychodzą do niej dziennikarze z najważniejszych gazet jak New York Times czy FORTUNE. Magazyn Forbes umieścił w magazynie, jako lidera biznesu obok takich ludzi jak Elon Musk czy Bill Gates. Mówili o niej Barack Obama, Bill Clinton, lekarze, farmaceuci, przyjaźni się z prezydentami różnych krajów otwartych na rozwój.

    Jej firma warta prawie 10 miliardów to dowód geniuszu, ale po pierwsze konsekwencji, której wielu młodym biznesmenom brakuje. W Holmes zainwestowali tacy ludzie jak Tim Draper, który kiedyś włożył pieniądze w takie marki jak Tesla czy Skype. Do rady nadzorczej jej firmy dołączył m.n były sekretarz obrony i wielu wpływowych polityków. Wybitny Dr Ian Gibbons – światowej sławy ekpert po Cambridge dołączył do jej firmy by odpowiadać za kwestie medyczne. I tak razem z inwestorami przyszły media oraz uznanie czyniąc z niej jedną z najważniejszych kobiet w historii medycyny.

    Elizabeth jest niezwykle przekonująca zwłaszcza, że jest jedynym kobiecym liderem w dolinie krzemowej. To znaczy dużo więcej niż może się wydawać. Kobiety od dawna są w radach nadzorczych największych liderów na świecie i świetnie sobie radzą, ale Elizabeth jest inna. Ona swoją firmę założyła sama, od podstaw. Stała się twarzą nowego pokolenia kobiet mądrych inteligentnych, nieidących za stereotypem. Zapraszana jest na kongresy kobiet, opowiada o swoich metodach, o istocie kobiet w przemianie świata.

    PUBLIC RELATIONS OPARTY NA EMOCJACH
    ====================================

    Mimo, że produkt, który stworzyła jest skomplikowany i oparty na nowoczesnej technologii w storytellingu marki, prawie nie ma o tym mowy. Kto z nas rozumie techniczny język? Dlatego od samego początku celem Holmes było stworzenie marki, która ma prosty jednoznaczny komunikat, zrozumiały dla każdego.

    Już nigdy nikt nie będzie cierpiał z powodu pobierania krwi.

    Na wszelkich wystąpieniach, pokazach, prelekcjach, licznych wywiadach dla gazet czy mediów stale mówi o tym, że zależy jej na poprawie życia zwykłych ludzi. Początki były trudne, bo taki jest biznes i takie jest życie. Elizabeth opowiada tragiczną historię wujka, który umarł na raka. Była z nim blisko związana i mocno przeżyła jego śmierć. Dlatego postanowiła stworzyć coś, co da ludziom nadzieję i sprawi, że nie będą musieli jak ona tracić bliskich jak z powodu zbyt późnej diagnozy.

    PRODUKT ROZWIĄZUJĄCY REALNE PROBLEMY
    ====================================

    Elizabeth nie wymyśliła kolejnej zbędnej innowacji. Znalazła rzeczywisty problem setek milionów osób. Jej wynalazek będący jeszcze w fazie prototypu dawał obiecujące wyniki diagnostyczne z jednej kropli krwi dla wielu różnych chorób. Dużo taniej, szybciej i efektywniej niż wszystkie inne badania na rynku. Rewolucja dzieje się na naszych oczach i jeżeli technologia może coś zmienić, to jest to medycyna.

    KLIENCI SĄ WAŻNI
    ====================================

    Produkty trzeba budować na emocjach klientów. Holmes rozwiązując jeden z najważniejszych ludzkich problemów, czyli oferując dostęp do taniej pomocy medycznej, wywróciła do góry nogami rynek medycyny w Stanach Zjednoczonych. W przekazach medialnych, spotach reklamowych pokazuje zwykłych amerykanów, grubych, chudych, starszych i młodych, którzy wyglądają jak ludzie, do których ma trafić produkt. Są prawdziwi i wiarygodni. Są tacy jak ja czy ty.

    WAŻNA JEST IDEA
    ====================================

    Żyjemy w czasach, gdy produkt nas nie interesuje tak mocno jak człowiek, który za nim stoi. Możemy się z nim zgodzić lub nie, kłócić i spierać, ale nigdy nie jest obojętny. A produkt? Obchodzi Was pudełko zapałek?
    Jednak gdy na siedzi dziewczynka na mrozie sprzedaje zapałki nabiera to nieprzypadkowego znaczenia, a czasem ktoś to nawet zamieni w ponadczasową bajkę. Harcerze sprzedający ciasteczka czy ministranci pod kościołem są tam również nieprzypadkowo. Jeżeli za czymś stoi idea, która nas urzeknie klienta to możemy dać się uwieść własnej woli. Zakupy nie zawsze muszą być racjonalne, kochamy marnować pieniądze, jeżeli tylko potrafimy to usprawiedliwić.

    DOBRY ZESPÓŁ
    ====================================

    Holmes stawiała głównie na młodych, zawsze sama ich wita w firmie, niezależnie czy był to pracownik laboratorium czy sprzątaczka. Zdobyła w ten sposób szacunek i pokazała, że ludzie są dla niej istotni, ważni, a firma to monolit, który działa dla dobra klienta. Jak w każdym biznesie zdarzały się zgrzyty, jedni odchodzili inni przychodzili. Dla Holmes bardzo liczy się to, aby pracownicy podzielali jej pasję tak samo jak ona. Aby byli zaangażowali i oddani idei do końca.

    CHWYTLIWA NAZWA
    ====================================

    Holmes nazwała swój produkt nazwiskiem… Edisona.
    Jak twierdzi Edison miał przy swoich próbach stworzenia żarówki powiedzieć „Nie poniosłem porażki, po prostu odkryłem 10.000 błędnych rozwiązań” Mało, co, tak trafnie definiuje trudny świat innowacji i to, z jakimi problemami geniusze muszą się użerać tworząc startupy. Próby i znoje, ogromna praca ma sens, ale jest długa i wymaga środków, ale daje nadzieję na lepszą przyszłość.

    Edison oprócz bycia wynalazcą był również… celebrytą, który umiał sprzedać swoje opowieści w gazetach. Robił to lepiej niż tesla i dlatego, pewne okazje wykorzystał. Brylował w mediach na długo zanim uczono public relations, a fakt, że jego firma robiła filmy pozwolił mu zdobyć znajomości w branży. Tak jak Holmes był innowatorem, który umiejętnie pobudził media, a dziennikarze nazywali go Czarodziejem z Melno Park.

    Na naszych oczach widzimy dzisiaj jak młoda zdolna dziewczyna poszła tym samym tropem tworząc projekt, który zmieni medycynę. Wszystko na prawdziwej potrzebie rynku, szczerym dialogu, zrozumieniu potrzeb rynku i znalezieniu ludzi, którzy gotowi byli zainwestować miliardy by pomóc zmienić świat na lepszy.

    Tyle, że to… nieprawda. Amerykańska komisja ds. papierów wartościowych oskarżyła Holmes i jej chłopaka, który był w radzie nadzorczej o wieloletnie oszustwa i zatajania większości faktów w celu pozyskania środków od inwestorów. Latami naciągali inwestorów a produkt… nigdy nie działał. Po upadku firmy, odszkodowaniach i ugodzie z inwestorami dostała kolejne zarzuty i będzie odpowiadać za narażenie życia i zdrowia pacjentów. Zdaniem, Johna F. Bennetta z FBI celowo prowadzała błąd lekarzy, pacjentów narażając ich tak na niebezpieczne testy medyczne, mając pełną świadomość, że testy są bardzo niedokładne, niebezpieczne i mogą mieć powikłania.

    Sprawa sądowa jest w toku, a światowa epidemia odroczyła kolejne posiedzenia sądu w sprawie osoby, która jeszcze niedawno była uważana za lidera nowego pokolenia.

    ZAMEK NA SZKLE
    ====================================

    Startup, który tworzyła był wydmuszką, jakich wiele w branży startupowej. Swoje badania rzekomo zawsze przeprowadzane na prototypach robiła głównie na urządzeniach konkurencji… albo w tradycyjny sposób jak w każdym szpitali. Podział w firmie był tak proceduralny, aby poszczególne działy znały tylko skrawki projektu. Wszyscy byli monitorowani i Elizabeth wiedziała, co kto gdzie robi i z kim, do jakich pomieszczeń wchodzi. Gdy któryś z pracowników przestawał być zapatrzony w ideę jak ona, a to się czasem zdarzało Holmes wyrzucała go z pracy mówiąc, że „idea Edisona go przerosła” po czym straszyła i szantażowała grożąc konsekwencjami, jeżeli wyjawi cokolwiek o firmie. W Theranosie obowiązywały brutalne umowy poufności skonstruowane tak, że wszyscy pracownicy mieli totalny zakaz rozmów o firmie z kimkolwiek, nawet członkami rodziny.

    ZŁUDNE NADZIEJE, PRAWDZIWE PROBLEMY
    ====================================

    Dr Ian Gibbons - wybitny specjalista ze Stanford ekspert od analizy krwi - odpowiadający w firmie za badania sam tego doświadczył. Był autorem wielu patentów Theranosa, do których – zdaniem autorów filmu "Wynalazczyni. Dolina krzemowa we krwi" – Elizabeth tylko się dopisywała nie wnosząc nic sama. Młodzi go lubili, miał ich szacunek, bo z sercem przekazywał wiedzę nowemu pokoleniu w firmie, ale gdy zaczął mieć wątpliwości nie widząc postępów w działaniach, postanowił zachować się zgodnie z etyką, o czym powiedział Holmes.

    Źle to przyjęła, bo nie znosiła sprzeciwu, ale z uwagi na wielki autorytet doktora była wyrachowana i odcinała go stopniowo od ludzi. Zabrała gabinet i krok po kroku ograniczała wpływy w firmie. Szybko przestał uczestniczyć w podejmowaniu decyzji i zręcznie manipulowany zaczął obawiać się, że straci pracę. Jego żona w wywiadach opowiada, że odkrył dużo błędów w zapowiadanej technologii i jako doktor czuł obowiązek bycia etycznym i mówienia jak jest. Gdy zbliżał się proces w sprawie patentu, który mógł udowodnić, że Elizabeth tylko się dopisała do patentów, Ian przestał pojawiać się w pracy i chwilę później popełnił samobójstwo.

    Dzisiaj wiemy, że od Edisona Elizabeth wzięła również świętą zasadę postępowania, czyli

    FAKE IT UNTIL YOU MAKE IT
    ====================================

    Tak było właśnie ze słynną lampą naftową. Edison przez cztery lata okłamywał świat i media urządzeniem, które pękało od temperatury i nie radziło sobie z podtrzymywaniem światła. Dzisiaj wiemy, że działającą lampę Edison stworzył rzutem na taśmę w ostatniej chwili, tuż przed tym jak skoczyły mu się finanse. W 2020 Elizabeth ma postawione zarzuty federalne, być może czeka ją odsiadka.

    Pod przemyślaną powłoką i zręcznym public relations ukryła prawdę o swoim produkcie, czyli fakt… że nigdy nie działał. Zamiast produktu były obietnice, które wyszły na jaw tylko dzięki dziennikarzom Wall Street Journal. Mimo lat braków postępów w badaniach, gromadziła coraz większy kapitał zręcznie żonglując zasobami ludzkimi, budując swoją reputację na osoba, które ją otaczały.

    Jej rada nadzorcza złożona z polityków, biznesmenów, ludzi znanych i szanowanych podbijała jej autorytet i dała status fachowca. Ludzie, którzy mieli z nią kontakt opowiadają, że potrafiła oczarować każdego i opowieścią sprawić, że wierzył w jej zapewnienia o rewolucji. Skoro uwierzyli jej wielcy tego świata, jak mieli nie wierzyć pacjenci? Lubimy być świadkami wielkich wydarzeń, wspierać inicjatywy czuć się częścią czegoś większego co nada sens. A co nadaje bardziej niż ratowanie życia na masową skalę? Sukces, jaki osiągnęła dzięki kreowaniu wizerunku wzbudził ogromną dyskusję w stanach na temat branży startupowej. Elizabeth… nie zrewolucjonizowała świata medycyny, ale z pewnością udowodniła jak wiele można zdobyć tworząc wokół siebie aurę i obiecując cuda.

    Aurę, za którą przyszły wpływy kontakty, nadzieje i… ostatecznie rozczarowania jakich wiele w ekscytujących branżach pełnych innowacji.

    Dziękuję, że byliście ze mną, mam nadzieję że było ciekawie.

    Możecie polubić fanpage jeśli się podobało KLIK

    Historia was zaciekawiła? Jeśli tak to gorąco polecam film tej historii na HBO
    WYNALAZCZYNI - DOLINA KRZEMOWA WE KRWI

    Co sądzicie o startupach, zapowiadanych rewolucjach, śledzicie jakieś konkretne czy tylko wielkie opadki i rozczarowania jak polski grafen. Może macie jakieś przykłady osób, marek które odmienią nasz świat i warto się im przyglądać?

    Bardzo dziękuję za fajną dyskusję pod poprzednim postem, nawet jeśli nasze zdania się nie zgadzały.
    Dobrego wieczoru!

    ======================================

    Wpis pochodzi tradycyjne z bloga KLIK

    #likemedia pod tym tagiem publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody i coachingu
    #biznes # #marketing #firma #startup #psychologia #publicrelations #gruparatowaniapoziomu #hbogo
    pokaż całość

    źródło: public relation LIKE MEDIA KOMUNIKACJA biznes.jpg

  •  

    JAK NIE WYJŚĆ NA BURAKA?
    Komunikacja w biznesie - moje historie

    Hej! Dzisiaj trochę o relacjach, bo te dotyczą nas wszystkich...

    Pracując w public relations oglądam ciekawe rzeczy. Jeśli firma jest mała i ma problemy to najczęściej lekiem na całe zło nie jest nowa kampania reklamowa tylko… zmiana myślenia właściciela. Uwielbiam przedsiębiorców. To ludzie pełni pasji, żyjący tym, co robią. W swój biznes wkładają wiele serca i traktują go emocjonalnie, dlatego trudno im zachować dystans. Z tego powodu małe firmy są takie jak ich właściciele. Jeżeli ten jest dokładny, wszystko, skrupulatny, struktura firmy też tak wygląda, jeżeli jest marzycielem start upowcem, który nigdy nigdy nic nie robił, ale po jednym webinarze zakłada firmę bo wie, co to biznes czeka go inny los.

    Fascynuje mnie to tego stopnia, że dzisiaj pogadamy o istocie komunikacji i jak wiele możecie ugrać nie wydając grosza na reklamę. Pokażę Wam moje przykłady, które lepiej niż gruba książka oddadzą istotę zręcznej komunikacji. Zapraszam

    Lubię kobiety.
    Jest pewna pani, o której nie mogę zapomnieć. Nie jest to fatalne zauroczenie, raczej fascynacja tym, jak bardzo ta pani była nieświadoma, że robi źle. Udzielam się na grupach branżowych nie od wczoraj. Czasem znajdę inspirację, czasem kogoś, kto wie w danej kwestii więcej ode mnie, czasem poznam fajnych ludzi, z którymi robimy coś razem. Dzięki takim miejscom dostałem już wiele świetnych zleceń tylko dlatego, bo coś komuś doradziłem, mimo, że swoich usług tam nie reklamuję. Kilka tygodni temu na jednej z takich grup pojawił się post, napisany przez dziewczynę, która która całkiem niedawno skończyła studia. Była niezłym grafikiem, od roku czy dwóch i na grupie chciała poskarżyć się na klienta, który od niej uciekł

    Cześć wszystkim! Popełniłam wielki błąd, że zaufałam klientce… Dostałam zlecenie na voucher. Zostały zaakceptowane kolory, zleceniodawca wysłał przykłady prac, jakie do tej pory miał. Wykonuję piękny minimalistyczny projekt. Ale Zleceniodawca mówi, że to nie trafione, i podsyła kompletny bullshit z przed 40 lat, jako przykład. Więc nie mam nic do wyboru próbuję się „wpisać w trendy” po czym dostaję odpowiedź, że jednak „podziękujemy za współpracę” Pytanie: czy miałam podpisać umowę? Wziąć zaliczkę? Czy klient musi zapłacić za 2 wcześniejsze warianty, które mu przedstawiłam?

    Zdębiałem.
    Po stylu wypowiedzi sądzę, że wiem jak traktowała klienta. Od początku widać stanowczą postawę nacechowaną silnie emocjonalnie. Pani z góry określiła propozycje klienta jako "bullshit", jednocześnie swoje realizacje nazwała „pięknymi” tworząc tutaj nieprzypadkowy kontrast. Jestem przekonany, że w korespondencji z klientem nie rzucała inwektywami typu „bullshit”, ale z pewnością komunikowała się bez odpowiedniej próby zrozumienia, z góry traktując pomysły klienta jako nietrafione.

    Praca w klientem w branży kreatywnej to nie zrobienie logo na zlecenie w godzinę czy dwie. To proces. Dostosowanie oferty do potrzeb klienta, jego rynku, jego okoliczności, konieczna jest synteza sytuacji i przedstawienie rozwiązań na problemy, które ma klient czy nam się to podoba czy nie. Niektórzy artyści traktują jednak swoje komercyjne realizację jak rewię swojej sztuki, a klienta jako niegodnego użycia zaprojektowanego loga czy innej grafiki spod naszego pióra. Wszelkie uwagi czy krytyka powoduje wściekłość, bo co ta pani z ta klientka wie o estetyce? Poczucie wyższości kusi każdego, ale zakłóca odbiór rzeczywistości i zwykle rani..

    EGO ARTYSTY
    ===============

    Nie zawsze to, co jest estetyczne pasuje z góry pasuje do każdej firmy. Minimalizm jest ok w marketingu Apple, ale nie jest uniwersalnym stylem. Czasem sugestie klienta odnośnie tej czy innej rzeczy w logotypie czy są trafne, bo ten zna swoją branżę lepiej niż freelancerka z długimi nogami. Finalna praca powinna być kompromisem pomiędzy oczekiwaniami klienta, a realnym rynkiem i tym, co w naszym przekonaniu jest estetyczne jako fachowca. My mamy wskazać drogę, zasugerować rozwiązania, a nie oceniać i obśmiewać brak gustu klienta.

    Grafika? Grafika to nie wszystko. Jestem w stanie w miesiąc czy dwa zrobić z dowolnej osoby grafika na akceptowalnym w branży poziomie. W tym zawodzie nie liczy się jak ładne tworzysz, tylko abyś umiał wykorzystać swoją wiedzę do rozwiązania konkretnych problemów klientów. Dodatkowo tak, aby inni chcieli z twoich usług korzystać. O ile poczucia sztuki artystom nie brakuje, o tyle tego drugiego aspektu wielu już nie rozumie.

    Moja praca w public relations polega na tym, że jeżeli pomagam jakiejś firmie czy to w kampanii reklamowej czy wizerunku. My budujemy podstawy, a nie nakładamy lukier. Wkopując się głębiej bardzo często dochodzi do tego, że po prostu trzeba kogoś zwolnić, dotyczy to zwłaszcza wielu firm usługowych jak hotele czy puby z którymi działałem. Dlaczego? Bo nie każdy nadaje się do obsługi klienta. Mimo to, chętnych do pracy nie brakuje, bo wielu uważa, że co to za problem cały dzień grać w gry na Facebooku i odbierać telefony do firmy od czasu do czasu. Jasne, jak jest spokój możesz grać, ale gdy klient dzwoni masz go zaspokajać całym sobą, bo to on przynosi pieniądze.

    Co z tego, że zrobimy fajną kampanię reklamową o dużym zasięgu, jak na ostatnim etapie łańcucha sprzedażowego zawiedzie… człowiek, który uwali sprzedaż? Jako ludzie wypieramy rzeczywistość, z którą sobie nie radzimy. Gramy wieczną spychologię, bo ta jest naszym system obronnym. Gdy z czymś sobie nie radzimy, np. upadającym biznesem nie lubimy się zmieniać wolimy się użalać. Trwamy. Zamiast zmian długo \falowych chcemy wszystko na instant albo szukamy książki motywacyjnej, coacha, który nauczy jak mamy żyć w 5 minut. Zamiast tego w większości przypadków wystarczy nauczyć się rozmawiać.

    Opisywana dziewczyna dopiero zdobywa doświadczenie, ale już determinuje swoje poglądy i tworzy stereotyp, pewną wizję klienta. Tych, z którymi są problemy będzie krytykować, nic nie zarzucają sobie, bo wszystko robi „pięknie”. Byliście kiedyś w związku z osobą, która wiecznie się obrażała? Która zawsze wiedziała najlepiej i uważała, że sama obecność jej to nagroda dla was? A może po latach spotkaliście się ze starym znajomym, który przez całe spotkanie chwalił się, jaki kim to nie jest i czego to nie robi, nie poświęcając nawet 10 minut na to co u Was? Każdy to przerabiał i wie jakie uczucie temu towarzyszy. Podobnie czuje się zostawiony sobie klient.

    Nie piszę tego krytycznie do tamtej dziewczyny, bo rozumiem, że jako początkująca ma prawo się mylić. Opisałem sytuację aby pokazać, że oprócz marketingu czy reklamy ważna jest obsługa klienta. Jako starszy kolega napisałem do niej bardzo szczegółowo jak może być odbierana i że warto poprawić jest język komunikacji jakiego używa w kontakcie z klientami. Wierzę, że wyciągnie z tego lekcje i jej komunikacja będzie na takim samym poziomie jak talent artystyczny, którego z pewnością jej nie brakuje…

    PASJA W BIZNESIE
    ===============

    Niedawno pomagałem pewnej pani tworzyć swoją markę opierającą się na rękodziele. Fascynują mnie ludzie, dlatego czasem pracuję z markami osobistymi. Widziałem pasje w jej oczach, bo dobrze wiedziała, co chce robić i jak. Godzinami mówiła o tym, jak lubi dawać prezenty i tworzyć je ręcznie. Rękodzieło miało być odskocznią od pracy na poważnym stanowisku i miejscem, gdzie będzie mogła się realizować.

    Przygotowaliśmy trochę contentu i pierwszego miała zaproponować sama. Chciała napisać tak:

    Witam. To moja nowa strona, zapraszam do zapoznania się z tym, co mam do zaoferowania. Poczynię starania, aby przedmioty, które mam na sprzedaż was zainteresują, a ich wysoka jakość zapewnił Wam satysfakcję.Zdjęcia, które zrobiła były ładne i schludne, ale bez najważniejszej osoby w rękodziele, czyli artysty.

    W pracy jest bardzo zdyscyplinowana i całkowicie naturalne, że to przełożyło się na jej język komunikacji w innych miejscach. Do kontaktów z klientem w rękodziele taki język po prostu się jednak nie nadawał. Ona jednak od lat będąc przyzwyczajona do stonowanej korespondencji z pracy zwyczajnie tego nie wiedziała.

    Zamiast ustawianego zdjęcia w idealnym świetle zrobiliśmy nowe, przedstawiające panią pełną pasji, która trzyma upominki, które sama wykonała. Do zdjęcia dodaliśmy mniej więcej taki tekst.

    Kochani. Uwielbiam dawać prezenty, dlatego teraz otwieram swoje miejsce z upominkami. Oto prezent, którzy przygotowałam przyjaciołom na ich ślub. Polubcie moją stronę, a postaram się przygotować takie upominki, które sprawią waszym bliskim masę radości!

    Efektem czego, było ponad 100 like, kilkadziesiąt komentarzy pod pierwszym postem w ciągu kilku godzin, a dzisiaj kilka dni później już wykonuje zlecenia dla trzech klientek. Fajny początek bez wydania złotówki na cokolwiek, prawda?

    To jest właśnie public relations w czystej postaci, czyli dostosowanie komunikacji do odbiorcy. Zwróćmy uwagę, że w tym wypadku nie było ani kampanii, ani zmiany produktów, tylko inny język komunikacji. Zmieniliśmy tylko słowa i użyliśmy zdjęcia, na którym widać autentyczną osobę, z tym co ma do zaoferowania. Tyle i aż tyle. Taki drobiazg potrafi zmienić w biznesie więcej niż agencja reklamowa.

    AFISZOWANIE W SOCIAL MEDIACH
    ==============================

    Ostatnia historia jest prosto z Wykopu. Ktoś na mirkoblogu napisał mniej więcej tak.

    Siema, zakładam biznes. Czy na firmowej stronie widać liczbę polubień? Nie mam ich wiele i to wstyd. Chcę reklamować swój biznes, ale nie zamierzam się błaźnić przed znajomymi i np. wysyłać prośby o polubienie do znajomych (sam bardzo ich nie lubię). Zresztą, co moich znajomych ma obchodzić to co robię? Warto kupować lajki?

    Pod postem pojawiały się propozycje, że może kupić fanów, bo ludzie chętniej lajkują takie strony, które już są lubiane. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na inny problem. Problem w myśleniu… twórcy.

    Autor od początku przyjął założenie, że nie chce się błaźnić przed znajomymi w mediach społecznościowych, gdzie generalnie public relations na tym polega. Mało tego, w znaczącej liczbie przypadków to ludzie, których znamy powinni być naszymi pierwszymi klientami. Obawa przed afiszowaniem się z tym, co robimy jest zaprzeczeniem nowoczesnych mediów społecznościowych. Nasi przyjaciele nam ufają, może nas lubią, coś o nas wiedzą i jeżeli nie potrafimy sprzedać im swoich usług to, jakim cudem mamy przekonać obcych ludzi?

    RELACJE JAKO KLUCZ
    ==============================

    Wiele osób ma z tym problem, bo to wcale nie taka prosta sprawa. Jeżeli są świadomi to np. zatrudniają speca od public relations, jeżeli świadomi nie są, to trzymają się w przekonaniach o swojej nieomylności, ale biznes zamykają, bo dziwnym trafem klientów nie ma. Zawsze swoje niepowodzenie można zwalić na rynek i konkurencję, która na pewno wydaje kupę siana na reklamę albo wygryza nas cenami. Ale czy na pewno? Na konkurencyjnym rynku to wartość dodana decyduje o przeżyciu. Wszyscy sprzedają podobne produkty, istota polega na tym jak to robią, jak obsługują klienta, co mu dają dodatkowo, za to, że wybrał ich.

    Czemu klient ma wracać do baru, gdzie piwo nalewa chamska dziewczyna, skoro dookoła jest 10 innych barów z fajnymi barmankami?

    Czemu właściciel samochodu ma wrócić do mechanika, który miał tylko wymienić płyny, a jednak przy odbiorze auta poinformował że naprawił jeszcze pół samochodu, zamiast zadzwonić jak człowiek i zwyczajnie zapytać, czy klient chce dodatkowej usługi.

    Nabywca gdy rezygnuje zwykle nie powie „słuchaj, źle się do mnie zwróciłeś, nie kupię więcej u ciebie” tylko pójdzie gdzie indziej. Z tego powodu sprawna i świadoma komunikacja daje ogromną przewagę i warto nad nią pracować zarówno w życiu zawodowym ale w szczególności w tym osobistym. To już jednak temat na zupełnie inny artykuł

    Dzięki, że dotrwaliście do końca, mam nadzieję, że nie było nudno.

    Jeśli się podobało możecie polubić mojego Facebooka, da mi to dużo motywacji
    FANPAGE

    Jakie rzeczy was wkurzają? Czy zdarzyło się, że poziom obsługi klienta spowodował, ze zrezygnowaliście z produktu. A może w drugą stronę, macie przykłady, gdy niepozorne detale zbudowały wasze przywiązanie do tej czy innej marki?
    Dajcie znać :-)

    ==============================
    Artykuł jest też na moim BLOGU

    #likemedia pod tym tagiem publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody i coachingu
    #biznes # #marketing #firma #startup #psychologia #publicrelations #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: public relation LIKE MEDIA KOMUNIKACJA Z KLIENTEM MICHAL JEZOWKSI.jpg

    •  

      Dobry projektant musi po pierwsze dopasować się do oczekiwań i wykorzystać swoje umiejętności maksymalnie tak, aby pasowały do okoliczności, rynku, potrzeb.

      Skąd wiemy że tak nie było? To że ktoś nieprofesjonalnie nazwał gust klienta i się na niego obraził nie znaczy że klient miał rację, może nie był tylko ładniejszy ale był też po prostu lepszą reklamą pod każdym względem.

      Firmy mające swoje księgi znaków, pewną spójność graficzną i identyfikację na rynku nie zawsze wymagają rewolucji, prawda? Sukces jest wtedy, gdy klient jest odpowiednio obsłużony i linią dialogu osiągnięto kompromis pomiędzy stylem wizualnym, a zastosowaniem.

      W opisywanej sytuacji nie było chyba mowy o żadnej księdze znaków, to oczywiste że w takim przypadku trzeba się do niej stosować. Mówimy o momencie gdy klient chce coś nowego ale przepycha swoje idee które są słabe i teraz edukowanie takiego klienta to strata czasu, a mówimy cały czas o bannerze czy grafice która jest jak mniemam jedyną rzeczą którą klient zamawiał. Nie sądzisz chyba że robiąc taki jeden element grafik będzie przeprowadzać audyty, testy i prototypy bo mówimy tu zapewne o jakichś śmiesznych pieniądzach.

      Przytoczyłbym porównanie do mechanika - ale inne niż Twoje: przychodzi klient do mechanika i mówi, Panie zepsuła się klimatyzacja, trzeba będzie tłumik pewnie wymienić żeby zaczęła działać. - tłumaczysz mu że to tak nie działa ale tłumaczenia nic nie dają - w końcu naprawiasz i tłumik (który był sprawny) i klimatyzację. Dialog nawiązany, kompromis osiągnięty, wszyscy biją brawa. A pieniądze wydane xd Myślisz że mechanik będzie tłumaczyć coś działa w taki a nie inny sposób? A jak wytłumaczy i policzy sobie za konsultacje to klient będzie zadowolony z tego wydatku za pogawędkę? Tak samo wygląda to w pracy grafika, wszystko tłumaczysz a czas leci, czas za który nikt nie płaci, na końcu jesteś wrogiem bo starałeś się pomóc - przerabiałem ten temat milion razy.

      Każde inne skrajne rozwiązanie w tę czy drugą stronę udowadnia, że gdzieś zabrakło dialogu albo po stronie wykonawcy albo po stronie zleceniodawcy

      Rzecz w tym że nie wiemy kto trzyma jaką stronę, Twój wpis błędnie zakłada że klient ma na pewno rację i na pewno zna rynek, a grafik o chudych nogach tego nie wie. Otóż czasem jest dokładnie na odwrót, to że ktoś umie sprzedawać paróweczki nie znaczy że umie robić reklamę paróweczek i słuchanie się pomysłów tej osoby jest moim zdaniem marnym chwytem marketingowym "zrobimy co Pan chce" albo "dogadamy się i stworzymy kompromis tak żeby Pan myślał że to Pana pomysł" byleby tylko do nas przyszedł i zapłacił, podczas gdy wg mnie klient powinien przychodzić do twórcy reklamy jak do salonu BMW - nie oczekiwać napędu na przednie koła, "a bo panie ja to bym chciał dostawczaka" "a panie czemu tak drogo" - proszę iść gdzie indziej. Grafik od tego ma portfolio żeby na nie spojrzeć i jak się nie podoba to iść do innego, a nie oczekiwać zmiany wykonywanych projektów i stylu estetycznego. Grafik powinien wziąć pod uwagę cel projektu i inne elementy poza samą estetyką ale przychodząc do mnie godzisz się na pewien styl, sorry. Sama idea kompromisów to temat na oddzielny wpis ale uważam że kompromis nie zawsze jest dobry, czasem idea jest tak wybrakowana że łatanie jej nie ma sensu i trzeba podejść zerojedynkowo. No ale kwiiik grafik przepycha swoje pomysły chruuum chruum jak on może, ja wiem lepiej kwii kwii płacę i wymagam ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Takie słuchanie się klienta i osiąganie kompromisów to moim zdaniem rak tej branży, dla porównania zagraniczni klienci mają zupełnie inne podejście, zero głupich pytań, zero pomysłów rodem z PRL, zero absurdalnych żądań "proszę zmieścić ten tekst z karty A3 na A5 - tylko dużą czcionką xd" . Nie wiem czy to przypadek czy kwestia edukacji na zachodzie, ale (cytując klasyka) "się domyślam".

      Zawsze można się przerzucać prawdą i mówić że mój projekt jest bardziej skierowany do klienta niż twój - albo że klient zna się bardziej niż grafik, albo - co najczęściej mnie rozśmiesza - marketingowiec zna się bardziej niż grafik ( ͡~ ͜ʖ ͡°) ale wiem wiem, każdy chce uzasadnić swoją pracę i płacę.

      pokaż spoiler zdaję też sobie sprawę że wpis specjalnie jest napisany w sposób prowokujący do gównoburzy, napisałem to co miałem na myśli w razie gdybyś naprawdę myślał że graficy robią tylko ładne obrazki i nie myślą o celu reklamy, jest dokładnie odwrotnie i tacy który myślą o samej estetyce to drobny procent początkujących którzy wszędzie wpychają helveticę, albo... po prostu ich gust się tobie nie spodobał i nazywasz ich twórcami "tylko" estetycznych grafik, bo to Twoje ego wzięło górę a nie ich. Może ich projekty są dużo bardziej przemyślane niż Twoje pomysły, ale w tych tematach prawda jest śliska i niebezpieczna. Bo co gdy okaże się że grafik zna się lepiej niż PRowiec i marketingowiec? Nie, nie - to nie może być prawda ( ͡~ ͜ʖ ͡°)


      @Boomkin:
      pokaż całość

    •  

      @uwielbiamnalesniki:
      To trudna branża, klienci znikają, nie płacą, zdarzają się tacy którzy oszukują.

      Internet jest pełen artykułów, w który graficy piszą o nieopłaconych fakturach, a każdy kto pracował na rynku wie, że przekładane terminy płatności to standard.

      Mało jest jednak takich podchodzących do tego z drugiej strony.

      Zgadzam się, że w polskich warunkach jeszcze wymaga wychowania klientów. Na angielskim rynku nie miałem nigdy najmniejszego problemu z fakturą, było zwykle pytanie "ile kasy wysłać?" niż u nas sam jak wiesz jak bywa "wie Pan, przekazaliśmy do księgowości, powinno niedługo dojść".

      Problem widzę gdzie indziej.

      Duża agencja czy grafik z wieloletnim stażem i stałymi klientami może w tym naszym trudnym środowisku funkcjonować na niezłym poziomie, ale młoda osoba po prostu liczy na to, że dogada się z klientem. Ma go przekonać, dostosować do okoliczności, tyle może zrobić.

      Od tego czy klient będzie zadowolony zależy to czy opłaci czynsz i rachunki czy nie.

      Na piękne realizacje zgodne z kanonem przyjdzie czas gdy pojawi się doświadczenie i rzeczywiste podstawy do przekonania, że to co robi jest rzeczywiście piękne, oraz gdy jego pozycja na rynku będzie stabilniejsza.

      Na wczesnym etapie to moim zdaniem stąpanie po cienkim lodzie.

      Dzięki!
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (37)

  •  

    DLACZEGO KOLOR MA ZNACZENIE
    BLIZZARD i CD PROJEKT inni od Black Lives Matter.

    Siema w ognisty piątek!

    Przy okazji ostatnich newsów o Cyberpunku Internet znowu dymi, a Wykop oficjalnie się pali

    Z powodu burzliwej sytuacji w USA wiele marek postanowiło heroicznie zawiesić premierę produktu, odwołać konferencje czy zmienić plan wydawniczy. Tak jak gdyby niepojawienie się nowego patcha w grze miało pomóc ludziom po tej czy tamtej stronie barykady. Polskie piekiełko ma w tym swoje 3 grosze. Twórcy Cyberpunk poparli BLM i odwołali nowy pokaz z gry argumentują, że to, co się dzieje w stanach jest ważniejsze. Internet wybuchł, z Wykopem w samym epicentrum chwieje się w posadach.

    KILKA KOMENTARZY Z WYKOPU

    Byli niepoprawni politycznie, ale wszystko, co dobre się kiedyś kończy. Piękne gry stworzyliście

    Początek upadku ?? ( ͡° ͜ʖ ͡°) Przecież CDP to kolejny zwykły moloch, tylko że polaczkom mokro bo BOLSKIE

    Po co komu Cyberpunk2077 skoro można wyjść na ulice i doświadczyć cyberunku na własnej skórze.

    Internet wydał wyrok, preordery odwołane, a Cyberpunka już prawdziwy Polak nie kupi. Niedługo prezydent podpisze ustawę i nie będzie można wypuszczać gry o androidach bez licencji.

    POWÓD JEST INNY

    W zaistniałych okolicznościach pokaz Cyberpunka byłby po prostu niezauważony. Zwróćmy uwagę, że wszystkie większe wzmianki o tej grze publikowały wszystkie media i to nie tylko branżowe. Gdy objawił się Keanu pokazywali go nawet w dziennikach, a o sukcesie gry z nad Wisły, której jeszcze nie ma trąbili wszyscy. Za każdym razem, gdy pojawiał się nowy materiał napędzający sprzedaż CYBERPUNKA opinia publiczna należała do REDÓW.

    Kto wie, co chcieli pokazać tym razem?

    Może Harrison Ford w grze, jako Blade Runner? Może Cybertuck z Elonem na drogach Night City? Kto wie, tak czy inaczej byłby to news który doprowadziłby do orgazmu wielu fanów i znowu zachęcał do kupowania preorderów.

    Niestety... głównym tematem mediów jest aktualnie BLM i w takich warunkach rozbuchanej promocji prowadzić się nie da. Co zatem się da? Nacisnąć guzik buntu z okazji BLM i ogłosić, że przenosimy pokaz, dlatego bo wspieramy ideę, a nie w obawie, że ludzie by nas przeoczyli, bo USA się pali. Dodatkowo jak zauważył @slums filia odpowiedzialna za promocję Cyberpunka jest w Los Angeles, gdzie aktualnie nie jest za wesoło.

    Firmy podobnie jak politycy przy burzliwych sprawach starają się głosić poglądy. Liczy się szum, a to co mówią to sprawa drugorzędna. Pomimo hejtu części fanów z postawy REDÓW akcje CD PROJECT po tej akcji nie spadły i firma ma się dobrze.

    Spotkałem się z głosami, że normalna firma powinna produkować i nie mieć poglądów, ale kłóci to się z podstawowym modelem public relations, zwłaszcza mając takie narzędzia do budowania propag… wizerunku jak obecne media społecznościowe. Większość firm, w ten czy inny sposób wychodzi poza ramy działalności. Wspiera te albo inne opcje polityczne, poglądy, idee, ruchy religijne czy dotyczące walki o prawa danej orientacji.

    CHŁODNA KALKULACJA

    Angażowanie się w konkretne sytuacje to nie popieranie tej czy tamtej strony wyrachowanie i gra na typie klienta, który kieruje się emocjami. Na takiego najłatwiej wpłynąć. Każdego dnia, duże marki zbierają big data na temat setek tysięcy swoich klientów. Gromadzą dane, analizują, grupy docelowe mają bardzo ściśle podzielone i skatalogowane wiedzą jak i czym, w kogo uderzyć. Mikro targerting ma wpływać na szczegółowe grupki i robi to bardzo dobrze, jeśli się ma odpowiednio dobrane narzędzia i właściwe fundusze.

    W 2018 Newsweek opisał głośną aferę związaną z Cambridge Analytica i tym, jak akcja miała pomóc Trupmowi, zdaniem wielu dzięki temu wygrał wybory.

    Firma zebrała dane 50 milionów użytkowników i opierając się na badaniach Dr. Michała Kosińskiego z Cambridge Analytica była w stanie sprofilować… a następnie dostosować content tak, aby wpłynąć na czyjeś poglądy i relacje. Ponoć do dokładnego typu osobowości wystarczyła analiza jedynie 68… lików i już wiedzieli jak zagrać, by dana osoba poparła tego albo drugiego kandydata. Szczególny efekt miało to mieć na wyborców niezdecydowanych, którzy często stanowią największy elektorat i na bazie punktowych emocji dokonują wyborów.

    NEWSWEEK

    Wszędzie zostawiamy masę cyfrowych śladów od cech, po preferencje, styl grania kończąc na tym, co lubimy w łóżku. Mając odpowiednie narzędzi i kapitał można to łatwo wykorzystać i osiągnąć konkretne rezultaty wykorzystując wydarzenia na świecie na własną korzyść.

    Lubimy wierzyć, że reklamy na nas nie działają, ale prawdziwy przekaz jest zakulisowy i bardziej do nas dostosowany niż zwykłe reklamówki, które blokujemy AdBlockiem. Wtedy to oburzało bo wpływało na wynik wyborów, ale podobnych mechanizmów codziennie używa każdy zajmujący się reklamowaniem w sieci czegokolwiek. Za pomocą zwykłego managera reklam zwykły zjadacz chleba może skierować przekaz reklamy swojego sklepiku dokładnie do matki/męża/rozwodnika, geja, pracownika małej czy dużej firmy albo zwolennika tej czy nie innej ideologii. Mając ogromny budżet można za pomocą podobnych narzędzi kształtować opinie i grać na trendach.

    NIE TYLKO CYBERPUNK

    Również Blizzard ogłosił obsuwę materiałów związanych z nowym dodatkiem do Wow-a z powodu sytuacji w USA. Niby w walce o równe prawa, jednak nie był tak progresywny, gdy jeden z graczy na streamie live z gry Heartsone protestował za wolnością ludzi z Hongkongu. Za pokazanie kartki „Free Hongkong dostał bana na rok i ucięto mu możliwości na zarabianiu w turniejach.

    Niby progresywność jest fajna, ale tylko do momentu, gdy nie szkodzi Chinom, czyli naszemu ważnemu rynkowi zbytu.
    Podobnych akcji będzie jeszcze więcej i przyjdzie czas, gdy niezabieranie zdania będzie już wyrażeniem poglądów samym w sobie. Fakt, że ludzie na to reagują na takie ogłoszenia daje firmom powód, aby coraz bardziej angażować się w to, czym żyje świat.

    Paradoksalnie, najbardziej stratnym i zmanipulowanym w tej sytuacji jest człowiek w odcieniu hebanu, który takie postulaty od Blizzarda czy twórców Cyberpunku bierze na poważnie i swoimi zakupami podziękuje za wsparcie….

    Wsparcie, którego tak naprawdę nigdy nie było.
    Tyle na dzisiaj, dzięki jeśli doczytaliście do końca ( ͡º ͜ʖ͡º)

    FANPAGE - możecie polubić

    Dajcie znać czy was wkurza takie wpisywanie się w trendy przed marki, znane osoby.

    Dobrego piątku!!!

    --------------------------------------------------

    mój portal, z którego jest artykuł

    #likemedia pod tym tagiem publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody i coachingu
    #biznes # #marketing #firma #startup #gruparatowaniapoziomu #cyberpunk #gry #wow #blizzard
    pokaż całość

    źródło: cyberpunk__blm.jpg

  •  

    TYSON FURY BOKSER - CELEBRYTA - AKROBATA
    JAK BUDOWAĆ MARKĘ OSOBISTĄ [STUDY CASE]

    Siema! Dzisiaj o boksie. Dlaczego?

    Bo jest dobrym przykładem biznesu, w którym najlepszy nie zawsze zarabia najwięcej.
    Dobry hajs zgarnia ten, który ma lepszą pozycje w mediach, a niekoniecznie ten, kto jest wysoko w rankingach.

    Siadając do negocjacji o kasę drugorzędną rzeczą w boksie jest to, kto kogo pokonał albo który jest w rankingu. Liczy się to ilu ludzi masz za sobą lub ile biletów na walkę z możesz sprzedać.

    Mogą Cię kochać albo nienawidzić, ale emocje musisz jakieś budzić.

    Eddy Hearn, jeden z najważniejszych promotorów boksu niedawno zorganizował galę, na której walczyli… youtuberzy. Mało tego, supportem do ich walk były pojedynki m.im niepokonanego i cenionego mistrza swata organizacji WBO Joego Saudersa. Tak oto bokser z krwi i kości, zabawiał publiczność przed walką celebrytów z Youtube. XXI wiek w pigułce, zrozum to albo giń.

    Polaryzującym przykładem z naszego podwórka jak robić lody na emocjach jest oczywiście Artur szpilka, który pomimo zasłużonego hejtu jak mało kto na naszym rynku ściąga kibiców i zarabia często najwięcej. Jego poziom sportowy pozostawia wiele do życzenia, ale pieniądze mówią same za siebie. Za walkę z Wilderem zarobił prawie trzy miliony złotych, za walkę za walkę z Chisorą wg różnych szacunków ponad milion. W walkach ze słabszymi przeciwnikami rzadko kiedy dostaje poniżej 150tys. złotych. To są dobre pieniądze, na które rzadko który polski bokser może liczyć.

    Szpilka umie wykorzystać social mediach najlepiej potwierdza historia, że pierwszą dużą walkę załatwił sobie… na Twitterze. Najważniejsze pojedynki w karierze przegrał, ale w mediach się odnajduje i umie na tym zarabiać…w przeciwieństwie do większości polskich bokserów, którzy przegrywają walkę o kibica i o pieniądze, bo zaniedbują niezwykle ważną komunikację z kibicami. Skutkiem czego jest słaba sprzedaż biletów na polski boks, zwłaszcza w porównaniu do MMA.

    Martin Lewandowski widzi Szpilkę w... KSW. Szpilka powoli kończy karierę w boksie, ale z otwartymi rękami wita już go szef KSW, który w wywiadach mówi, że marzy o zobaczeniu Szpili na jego gali. Wie, że przyciągnie pieniądze, bo wielu zapłaci chociażby po to by zobaczyć jak szpilka dostanie łomot. Emocje determinują sprzedaż lepiej niż najładniejsza grafika czy plakat.

    Zarządzanie wizerunkiem bywa często ważniejsze niż oferowane przez was produkty. Dlatego dzisiaj, pogadamy o mistrzu boksu i reklamy, który dzisiaj powoli staje się fenomenem na miarę Mike Tysona czy Muhammada Alego. Ten, o którym mowa poza klasą w ringu pokazuje po pierwsze jak ważna jest komunikacja z klientem i rynkiem. Udowadnia, że trzeba zabiegać o odbiorcę zawsze, nie tylko gdy ten ma nam zapłacić.

    TYSON FURY… KRÓL WAGI CIĘŻKIEJ
    -----------------------
    Historia Króla Cyganów – bo taki pseudonim ma Tyson Fury – to scenariusz na film.

    Nazwany imieniem Tyson ma cześć legendarnego Mike Tysona, od małego był przez ojca trenowany na boksera. Do czasu… gdy tata wydłubał komuś oko w bójce ulicznej i dostał 10lat odsiadki. Gdy jednak wyszedł z więzienia syn powoli wchodził na szczyt, ale poza rodziną nikt tak naprawdę nie wierzył, że TYSON FURY zdobędzie tytuł. Był duży, ale do sylwetki atlety wiele mu brakowało, częściej miał zapasową oponę na brzuchu niż kaloryfer. Miał dobrą pracę nóg, szybkie ręce, ale rzadko nokautował w porównaniu do innych gigantów w wadze ciężkiej. Gdy dostał szansę walki z niepokonanym od 10 lat mistrzem świata Władimirem Kliczką, skreślał go prawie każdy ekspert.

    Kliczko był wtedy najlepszy i razem bratem, również mistrzem wagi ciężkiej, wyczyścili wtedy prawie całą wagę ciężką w tym też kilku Polaków, jak Adamek Wach czy Sosnowski. Nikt nie umiał im się przeciwstawić, mało kto w ogóle potrafił nawiązać walkę w ringu z dwumetrowymi Ukraińcami. Gdy rozpoczęła się kampania promująca pojedynek Kliczki z Furym ten pierwszy zachowywał się nudno jak zawsze. Kurtuazja, szacunek do rywala, miłe słowa, były znakiem rozpoznawalnym Władimira, ale nudziły otoczenie.

    Co natomiast robił Fury?

    Przebrał się za Batmana i w żółtym lamborghini przyjechał na konferencje prasową. To był jednak początek, bo potem zamiast odpowiadać na zwykłe pytania dziennikarzy, co ma miejsce na takich konferencjach, wyskoczył na środek w stronu Batmana i rzucił się na gościa, przebranego za… Jokera. Cóż to był za teatr. Christofer Nolan kręcąc Batmana nie wymyśliłby tak absurdalnych sytuacji, która tamtego dnia działy się na konferencji, ale Fury kolejny raz pokazał, że lubi być kreatywny.

    Fury Pokonał Jokera na oczach dziesiątek dziennikarzy, a potem stanął naprzeciwko Kliczki mówiąc, że w dniu walki wjedzie mu do głowy i zniszczy mistrza mentalnie. Media na całym świecie wrzucały zdjęcia z tego cyrku, nabijając się jednak najbardziej z zapowiedzi pokonania Kliczki. Tyle, że nadszedł dzień walki… i Fury zrobił to, co zapowiedział. Pokonał Kliczkę jako pierwszy od 10 lat zawodnik. Stary mistrz w ringu był kompletnie zagubiony, a Fury z wdziękiem dwumetrowej baletnicy z rundy na rundę budował swoja przewagę i ostatecznie wygrał.

    Świat był w szoku

    Fury po walce wyszedł na środek i rozpłakał się. Po czym zaśpiewał piosenkę "American Pie" swojej żonie.
    Nastała nowa era, a stary mistrz już nigdy walki nie wygrał i skończył karierę po kolejnej przegranej tym z razem z Anthonym Joshuą, tymczasem na szczycie pojawił się dziwny blady Anglik.

    UMARŁ KRÓL, NIECH ŻYJE KRÓL
    -----------------------

    Po wygranej FUREGO nie było jednak drogi do gwiazd. Wpadł w depresję, bo pokonują Kliczkę stracił sens życia. Dosłownie. W młodości oglądał walki Kliczki, marzył o tym, że kiedyś go pokona, ale gdy to się stało życie straciło sens. Zaczęły się narkotyki, depresja, nadwaga i myśli samobójcze. Jak powiedział dla magazynu „Rolling Stones” po walce w ringu toczył wojny z demonami, które nie dawały mu spokoju. Pomimo majątku, sławy i pozycji spadł na samo dno. Federacja go zawiesiła za dragi, a on już nigdy nie miał wrócić na ring. Eksperci taki scenariusz widzieli już w historii boksu nie raz, więc nie wierzyli, że Fury odzyska mistrzowski poziom i wróci kiedyś do ringu.

    Kilkanaście miesięcy później, amerykański mistrz świata, niepokonany wtedy i nokautujący 95% swoich rywali jednym ciosem Deontay Wilder zapytany o Furego powiedział „ On jest skończony, nie wróci nigdy do boksu”. Te słowa ponoć były dla Furego motywacja do powrotu. Jedyną motywacją.

    Trzeba dodać, że w tamtym czasie Wilder był największym postrachem boksu ostatnich lat. Wielki, atletyczny, czarny, piekielnie szybki i demolował dosłownie jednym ciosem. W niektórych walkach tak ciężko nokautował , że bano się o życie zawodników, którzy padali na deski. W starciu z bladym otłuszczonym angielskim cyganem zdawał się być jedynym możliwym zwycięzcą.

    Tyson wrócił na ring, stoczył kilka walk na przetarcie, w których wypadał przeciętnie i w końcu zmierzył się z Wilderem. Stoczyli dwie walki. W pierwszej walce od przegranej...Wildera uratowały deski na które rzucił Furego w ostatniej rundzie dając remis w walce, natomiast w rewanżu Tyson fury zdemolował gwiazdkę amerykańskiego boksu ciężko go bijąc.

    ŚWIAT W SZOKU
    -----------------------

    Oto znowu Fury zadziwił ekspertów, którzy nie wierzyli, gdy zapowiadał, że w rewanżu z Wilderem zmieni styl i go znokautuje zamiast punktować. Znawcy boksu myśleli, że fury będzie punktował, bo tylko szaleniec wdawałby się w bijatykę z piekielnym Wilderem z Alabamy. Jednak blady anglik po prostu rozbił rywala, kolejny raz robiąc to w taki sposób jak zapowiedział. Kompletnie wbrew schematom, logice, rozsądkowi. Kompletnie jak... FURY

    Świat znowu oszalał na punkcie Tysona, a on sam zaczął występować w programach telewizyjnych, karaoke, napisał książkę. Pomimo ogromnych pieniędzy i sukcesu, wiele się jednak nie zmienił.

    JESTEM JAK WY – JĘZYK KOMUNIKACJI
    -----------------------

    Nawet po wygranej z kolejnym mistrzem Tyson kreował się na gościa takiego jak my. Przedstawia siebie jako fajnego typa, z którym można wypić piwo, pogadać. Który tak jak my ma problemy i gorsze dni. Nie ma świetnej sylwetki Adonisa, jest wielki biały blady, bardziej przypomina ojca dziewczyny która ci się podoba niż gościa z siłowni. A jednak pokonywał atletów, wielkich muskularnych, pozornie niezniszczalnych i być może dlatego, dla zwykłego śmiertelnika wydaje się bardziej prawdziwy niż Ci z idealnymi sylwetkami. Stara prawda bokserska, że sylwetka nie walczy kolejny raz daje o sobie znać.

    FURY POKAZUJE, ŻE ZOSTAŁ POKONANY… PRZEZ ŻYCIE.
    -----------------------

    W swoim public relations Tyson skupia się na jednym. Na tym, że jest taki jak jego kibice. Po jednej walce gdzie walczył Artur Szpilka w towarzystwie polskich kibiców śpiewał „polska-biało czerwoni” i bawił się z nimi pod stadionem.

    Poza typowym dla bokserów trash-talkiem ogromną częścią jego komunikacji jest historia. Jego autentyczna historia. Często mówi głośno jak nisko upadł przez alkohol i nałogi. Opowiada o depresji, kompleksach, o tym że czasem jak każdy facet po prostu nie radzi sobie z presją i zwykłym życiem. Nie uważa się za boga, w wielogodzinnych wywiadach, które opowiada, że jak każdy… czasem się załamuje.

    Gdy wygrał z Kliczką stracił sens życia do tego stopnia, że zaczął ćpać, wpadł depresje, przytył 50 kilogramów. Potem jednak wrócił, dając tym częściowo nadzieję innym, którzy cierpiąc na depresję często dziękują mu za to, że pokazuje swoją drogę. Podobną do ich, tyle że bardziej medialną.

    Takie granie wizerunkiem sprawia, że dla typowego kibica nie jest muskularnym gościem z tv, tylko takim samym jak on, który po prostu boksuje, bo tak zarabia na życie.

    NARZĘDZIA KOMUNIKACJI
    -----------------------

    Tyson udziela się wszędzie. Dosłownie wszędzie. Wywiady, prelekcje, książka pokazująca jego historie, to tylko niektóre elementy, które stosuje do budowy wizerunku. Jest przy tym bezkompromisowy do tego stopnia, że kiedyś został ukarany przez brytyjską komisję bokserską za obrażanie swojego rywala i… dziennikarzy. Buńczuczny charakter pasuje do anglika o cygańskich korzeniach i buduje jego autentyczność. Jeżeli z jakimś sportowcem kojarzy dzisiaj się Anglia to właśnie z Furym.

    CEL KOMUNIKACJI ROZPROSZONEJ
    -----------------------

    W biznesie zwykle mamy trzy typy konsumentów.

    1. Ludzie, których nigdy nie przekonamy,
    2. Ludzie, którzy są zainteresowani
    3. Ludzie, którzy zainteresowani być mogą, jeżeli pojawią się bodźce stymulujące.
    Tych ostatnich jest najwięcej i to w przypadku Furego główna grupa, w którą celuje swoimi przekazami.

    Szeroka kampania wizerunkowa, nie jest skierowana do fanów boksu, bo dzisiaj każdy fan boksu wie kim jest TYSON FURY. Ma celować w szerszy segment, który poprzez liczne zainteresowania może obejrzeć walkę i kupić bilet. To typowy niedzielny kibic, który kupuje, bo kojarzy gościa, bo go lubi, a nie dlatego, że zawodnik ma tytuły WBC, WBO, AGD czy RTV

    Przekrojowe zachowania takie jak występy w mało sportowych inicjatywach budują świadomość jego nie jako boksera, ale celebryty, osoby która jest na świeczniku i powiada ludziom o sobie. Aby stać się bardziej rozpoznawalny na nowym, amerykańskim rynku Tyson Fury wystąpił m.in. na gali Wreslingu, gdzie w teatralnej walce pokonał gwiazdę WWE Brawna Strowmana. Dla nas Wresling to zwykle kabaret i to niskich lotów, ale dla amerykanów to popularna forma rozrywki. Jeżeli bierzesz w nim udział pokazujesz im, jestem spoko, lubię wresling, więc wy powinniście lubić mnie. I tak się dzieje, a sprzedaż biletów rośnie z każdym kolejnym występem.

    MODEL BIZNESOWY
    -----------------------

    Strategia stosowana w przypadku Furego działa na trzech poziomach

    1. Po pierwej promuje boks jako dyscyplinę.

    W czasach popularności MMA czy innych uwielbianych sportów, zawodnicy są celebrytami, którzy walczą o uwagę klienta. Dzięki niekonwencjonalnym zachowaniom i udzielaniu się w różnych mediach Tyson buduje boks jako sport i wpływa na rozpoznawalność tej dyscypliny na tle konkurencji.

    Większość ważnych gal bokserskich odbywa się w systemie PPV, oznacza to, że wymaga kupna biletu online. Walka o klienta, która toczy się pomiędzy BOKSEM, MMA i innymi dyscyplinami wymaga stymulacji. Ciągłej i nieprzerwanej, coraz bardziej pomysłowej, by ściągnąć uwagę klienta, atakowanego ze wszystkich stron wydarzeniami, na które bilet musi kupić, bo nie ma tych wydarzeń w otwartych telewizjach czy serwisach.

    2. Po drugie Tyson promuje siebie na rynku bokserskim.

    Jako zawodnik, który w większości walk dostaje oprócz gaży dodatkowo procent od sprzedanych biletów, stara się kreować wizerunek i jednoznacznie kojarzyć się z tym, co robi. Jest unikalny, zaskakujący w ringu i poza nim. Śpiewa, tańczy, recytuje, pisze, tworzy i gotuje. Robi wszystko, aby polaryzować jak największą pulę potencjalnych odbiorców i zachęca ich do śledzenia własnej osoby.

    3. Po trzecie aktywnie promuje wydarzenia, w których bierze udział.

    Kilka tygodni przed każdą walką rozpoczyna się kampania reklamowa, w czasie której zawodnicy wpisują się w pewne role. Za kulisami ustalają język komunikacji, często grają w danej konwencji, tworząc istne przedstawienie albo udając wojnę. Potrafią udawać niechęć, przepychać się na niby, dawać sobie z liścia, chociaż większość takich akcji to nie prawdziwa niechęć jednego do drugiego, tylko marketingowa zagrywka.

    Bywa, że otoczka wokół walki jest ciekawsza niż sam pojedynek, w dużej mierze dlatego, że prawie zawsze kasa, którą dostanie zawodnik jest ustalana przed walką i nie zmienia się od tego czy wygra czy przegra. Zatem polaryzacja publiczności trwa w najlepsze, pozorowane bójki na konferencjach prasowych, trashtalk i wyzywanie matek przed walką, a po walce uściski, uśmiechy i gadka, że tak naprawdę się lubimy, ale teatrzyk i wojenkę robiliśmy tylko na potrzeby mediów.

    GRA… WARTA ŚWIECZKI
    -----------------------

    Konsekwentna strategia public relations i polaryzacji różnych segmentów, nie tylko bokserskich ma jeden podstawowy cel.

    Budowanie atencji i społeczności wokół marki osobistej, a nie wokół faktu, że jest pięściarzem..

    Boks jest brutalną dyscypliną również dlatego, że miłość prawdziwych kibiców, często się kończy gdy zawodnik przegrywa. Zwycięzców kocha każdy, przegranych tylko promil. Tyson póki co jest niepokonany, ale taki stan w boksie potrafi szybko się odmienić.
    Jeżeli przegra kariera bokserka może się szybko skończyć, podobnie jak duża kasa z walk.

    Jak sam mówi, nienawidzi trenować, nie lubi boksu, po prostu tak zarabia. W przeciwieństwie do wielu innych zawodników który pot wylewają tylko na sali, on drugie tyle uwagi poświęca na budowanie rozpoznawalności, by sobie poradzić nie tylko w czasie kariery w ringu, ale po pierwsze po nim, czyli najpóźniej za kilka lat.

    Nie wiem czy strategia którą kieruje się Fury to wykalkulowana droga ustawiona przez managera, czy po prostu robi to na czuja. Sądzę jednak, że szerokotorowe budowanie marki z myślą o rozpoznawalności powinno być dzisiaj standardem w każdej branży. Rynek jest burzliwy, firmy rzadko kiedy stoją w miejscu i zwykle by przetrwać ewoluują adaptując się do rynku.

    By to jednak było możliwe konieczne jest długofalowe kreowanie marki, przez cały czas, a nie dopiero w momencie, gdy firmie nie idzie. Wtedy na ratunek, jest już zwykle jest już za późno…

    Dzięki że dotarliście

    NIE ZBIERAM NA TACĘ, ale MOŻECIE POLUBIĆ FANPAGE

    Artykuł jest z mojego bloga - jest tam jeszcze więcej treści związanych z reklamą, biznesem i sportem

    =========================
    #likemedia tu publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody i coachingu

    #biznes # #marketing #firma #startup #gruparatowaniapoziomu #reklama #boks #sport
    pokaż całość

    źródło: miniatura.jpg

  •  

    JAK SPRZEDAĆ ZWYKŁĄ BLUZĘ ZA 10.000ZŁ?
    Streetwear w pigułce przy okazji aferki pani Jessici Mercedes.

    ------------------------

    Witajcie! Dzisiaj o aferkach, czyli tym, co na wykopie lubimy najbardziej.

    Śledząc szum wokół marki odzieżowej Jessici Mercedes niektórzy są oburzeni faktem, że sprzedawała koszulki Fruit the Loom za ponad 200zł. Była główna z płomieniem i ponad 3000 głosów

    Dzisiaj zajmuje się nią Urząd Ochrony Konkurencji i konsumenta, ale podobne przypadki zdarzały się i zdarzać się będą.

    Pani Jessica pomysł na biznes miała dobry, zabrakło jedynie finezji w kreowaniu marki. Napisała kilka słów za dużo doczepiając do produktu obietnicę jakości i produkcji w Polsce, a to w ciuchach stąpanie po cienkim lodzie. Zupełnie niepotrzebnie.
    ------------------------

    O tym, jak powstają dobre marki na niedobrych produktach porozmawiamy dzisiaj. Na początku był chaos. Need Lurk, zwykły nerd z USA, został porzucony przez dziewczynę. Jak każdy o duszy artystów w kryzysowej chwili postanowił tworzyć coś, co wyrazi jego ból. Wybrał ciuchy. Minęły dwa lata, a marka którą stworzył w piwnicy stała się jedną z najważniejszych w Streetwear.
    ------------------------

    IDEOLOGIA, POWIEDZ MI JAK MAM MYŚLEĆ

    W zagonionym świecie potrzebujemy pewnych punktów, które pozwolą nam skorzystać z gotowych ideologii, zamiast tworzyć własne. Dzisiaj nie musimy mieć poglądów, nie mamy na to czasu. Szukamy zatem szukamy kogoś, kto tę ideologię ma. Coraz częściej są to marki osobiste. Kupując produkty Chodakowskiej chcemy być fit, oglądając filmy braci Sekielskich walczymy z kościołem, chodząc do Starbuksa jesteśmy trendy i na czasie.
    ------------------------

    To wszystko bez naszego wysiłku i z dostawą do domu!

    To nie przypadek, że salony Apple wyglądają jak kościoły. Czysty desing, jasne światło, monumentalność i stado jednakowo ubranych kapłanów. Grupy wiernych, po odstaniu godziny w kolejce wychodzą zadowoleni zostawiając zawsze grube pieniądze. Ten system działa dobrze od ponad 2000 lat w kościele i nic dziwnego, że ktoś go powielił w biznesie, dodając do tego dekalog rzeczy, z który marka z logo jabłka ma się kojarzyć. To nie nabijanie z wiary, raczej docenienie pewnych standardów, które panują w kościołach i powinny być filarem każdego biznesu.

    W pociągających markach jest coś takiego, co sprawia, że ludzie na całym świecie są skłonni wydać setki dolarów na zwykłą koszulkę z logiem danej firmy, jednocześnie chodząc do Biedronki na promocje, by nie marnować kasy. Wpływają na to wielowektorowe działania osób kreujących wizerunek marek. Mało tego, po zakupie przekonujemy bliskich, że te używane przez was są spoko i jest to dla nas całkowicie normalne, że cieszymy się mogąc pochwalić tym, co mamy.
    ------------------------

    Właściciel marki nie ma na celu jedynie sprzedaży produktu. Chodzi pierwsze o to, by po zakupie nabywcy sami ściągali nowych klientów. Sztuka wykreować takiego klienta, a jeszcze większa by ten nie miał świadomości, że jest manipulowany. Tak jak świat kręci się wokół seksu i emocji tak samo biznes kręci się wokół reklamy i odpowiednio przedstawionego punktu widzenia. Bajera to podstawa. W biznesie i życiu. Nawet, jeżeli nie jesteśmy świadomi markowe rzeczy chce mieć każdy. Czy to samochód niemieckiej marki czy to dom na Malediwach czy to koszulkę od gwiazdy z Instagrama.

    Pani Mercedes nie zrobiła źle chcąc mieć ogromną marżę na tanich koszulkach. Wszyscy tak robią, w co drugim sklepie są spodnie szyte za 10 dolarów i sprzedawane za 100$. Marże w branży odzieżowej są ogromne, że czasem lepiej nic nie mówić argumentując cenę niż powiedzieć coś złego. Stara prawda jest taka, że produkt jest wart tyle, ile klient jest w stanie zapłacić, dlatego różnymi sposobami wszyscy starają się podnieść wartość produktu.

    ------------------------

    Anty Social Social Club produkuje ciuchy o podobnej jakości co te pani Mercedes, ale na rynku są warte kilka albo kilkanaście tysięcy złotych i ma się dobrze, a żaden Wykop czy pudelek serwis go nie ściga za wciskanie kitu. Przeciwnie, w swojej branży stał się symbolem. W steetwear takie marki jak Supreme czy omawiany ASSC popularnością nie ustępują Adidasowi czy Nike, a w wielu nawet je przerastają, jeśli chodzi o oddanie fanów i cenę, jaką są w stanie zapłacić za cichy z tym znaczkiem. Zawsze przy premierze nowej serii ciuchów Anty Social Social Club czy Supreme do sklepów ustawiają się kolejki już kilka dni wcześniej, a cały nakład dostępny w internetach zostaje wyprzedany w ciągu kilkunastu (nie ma tu pomyłki) sekund. Potem większość ciuchów odsprzedają dalej nawet za 10x więcej niż wynosi pierwotna cena. Nieźle, co? A to dopiero początek szaleństwa

    ------------------------

    POCIĄGA NAS AUTENTYCZNOŚĆ

    Właścicielem marki ASSC jest Neek Lurk, zwykły nerd, jak o sobie mówi.
    W wywiadach podkreśla, że od dzieciństwa robił różne rzeczy i potem je sprzedawał. Nigdy nie spodziewał się, że jego projekt przerodzi się w firmę wartą setki miliony dolarów. By tak się stało musiała zostawić go kobieta, jak to w życiu bywa.
    Wiele tym prawdy, bo nawet teraz, kiedy fani stoją całymi dniami w kolejce po jego ubrania, on pozostał taki sam i prowadzi firmę tak samo amatorsko jak na początku. Jego strona internetowa odstaje od wszelkich norm designu i wygląda jak zrobiona przez pijanego studenta na pierwszym roku informatyki. W tym wypadku to plus, który mówi konsumentowi, że Neek podobnie jak jego klienci nie chce dostosować się do otoczenia, tylko otoczenie powinno być takie jak on.

    ------------------------
    PRODUKT WYWOŁUJE UCZUCIA

    „Poczuj powiew świeżości” „Nowa ty” czy inna ckliwa opowieść ma zbudować u klienta fundament. Wartość dodaną do produktu, która jest dla klienta końcowego często ważniejsza niż sam produkt. Potrafi sprawić, że zapłacimy więcej za pozostałe detale.

    Mimo, że w swoich kręgach Neek jest postacią kultową, to Teleexpress nie mógłby go dodać do klubu ludzi pozytywnie zakręconych. Produkty tworzone przez Neeka mają negatywny przekaz buntu. Są odbiciem jego depresji, doświadczeń, w dużej mierze nieudanego związku, który zostawił na nim niewygojone rany. Autentyczności temu wszystkiemu dodaje fakt, że Neek dzieli się swoim bólem na mediach społecznościowych, mówi otwarcie o stratach w życiu. Takie podejście sprawia, że dla fanów nie jest po prostu jedną z gwiazdek na FB tylko autentycznym gościem, który żyje podobnie jak oni.

    Kiedy Kim Kardasian kupiła jego czapkę i pokazała się na jednej z imprez ktoś powiedział, że ona się ubiera w jego uczucia.

    ------------------------

    PIERWSZE WRAŻENIE

    W życiu wszyscy się sprzedajemy i dobrze jest robić to świadomie. Od tego jak dobrze to robimy zależy całe nasze życie i tu nie ma co okłamywać się, że jest inaczej. Anty Social Social Club została zaprezentowana klientom w Pop Up Store w Los Angeles. Neek nie miał kasy na stoisko w galerii i po prostu postawił prosty kontener z ciuchami koło plaży, by sprzedawać ciuchy, które zaprojektował. Tym prostym sposobem wzbudził ogromne zainteresowanie i dla większości ludzi, którzy stali godziny w kolejkach, po zabrakło towaru.

    Stoiska Pop Up różnią się od znanych z galerii czy sklepów tym, że są otwierane w nietypowych miejscach na krótki czas. Działa to bardziej jak happening niż sprzedaż. Dzięki takiemu zabiegowi nowe produkty budzą zainteresowanie ciekawą formą, sposobem podejścia do klienta. Zaciekawiają nie tylko zwykłych ludzi, ale również lokalne media, które bardzo chętnie informują swoich widzów o podobnych inicjatywach.
    ------------------------

    TYLKO LIMITOWANE EDYCJE

    I tu dochodzimy do głównego elementu cenionych marek steetwear, w tym wypadku Anty Social Social Club. Sukces Neeka Lurka to nie tylko nisza, ale i sposób sprzedaży produktu. ASSC od samego początku wypuszcza swoje kolekcje tylko w bardzo limitowanych nakładach. Czasem sprowadza się to do kilkudziesięciu sztuk danego wzoru tworząc tym samym ekskluzywne edycje, które są gratką dla kolekcjonerów. Wokół marki tworzy się kult elitarności, robiąc z niej coś wyjątkowego.

    Sklep online Neeka w momencie premiery nowej kolekcji(tzw. dropu) jest tak oblegany, że cały asortyment wyprzedaje się w zaledwie kilkadziesiąt sekund. Bardziej zdesperowani używają nawet specjalnych programów automatyzujących zakup, by mieć większą szansę na wymarzoną koszulkę czy buty. Mimo to, większość osób musi obejść się smakiem, gdyż ilość produktów wypuszczanych na rynek w każdym dropie jest niewielka, dużo niższa niż realne zapotrzebowanie i dlatego budzi jeszcze większe pożądanie u fanów.

    Niskie nakłady to niskie koszty
    Tworząc produkty w niskich nakładach można windować ceny, bo ryzyko jest niewielkie. W wypadku plajty strata jest nieznaczna, w przypadku sprzedaży marża jest duża. Marki premium chętnie korzystają z tego modelu tworząc produkty niemal na zamówienie. Produktów zawsze jest mniej niż chętnych, co sprowadza sytuację do tego, że to klienci rywalizują ze sobą o produkt a nie marka o klienta. Głównym czynnikiem kreującym sprzedaż w takim modelu nie są rabaty cenowe, bo one praktycznie nie istnieją a konsekwentny i spójny public relations. Dialog z otoczeniem i wywieranie wpływu.

    Tak stworzony model wydaje się być czymś odwrotnym od typowych startupów, które cechuje przeinwestowanie, ale działa a nawet w wypadku niepowodzenia pozwala znacznie ograniczyć straty.
    ------------------------

    MARKI, WIDZĘ MARKI

    Nie byłoby ASSC, gdyby nie nawiązywane współprace. Serie z brandami jak Undefeated dały marce niesamowitą popularność i renomę i wzmocniły pozycje Neeka w branży odzieżowej. Od tamtego czasu na wieść o kolejnych współpracach ASSC w mediach branżowych na temat streetwear pojawia się masa komentarzy i rośnie zainteresowanie. Marki osobiste w dużej mierze polegają na szczególnej więzi, przyciągając do zakupu osoby, które utożsamiają się z osobą, do której ta marka należy.

    ------------------------

    NAJWAŻNIEJSZY JEDNAK KULT

    Anty Social Social Club to marka stworzona na emocjach jego twórcy. Skupia się na negatywach, depresji czyli punktach wspólnych setek milionów ludzi na świecie, którzy nie potrafią znaleźć swojego miejsca w życiu. Życiorys Neeka i polityka jego firmy na każdym kroku manifestująca bunt wobec znanej nam rzeczywistości stworzyła kult wokół tej marki. Grupa docelowa, do której skierowane są produkty jest ogromna, młodzi ludzie, pełni goryczy i buntu lubią swoim ubiorem manifestować przekonania czy poglądy.

    Co ważne jest ich na tyle dużo, że rynek mimo dużej konkurencji nadal ma miejsce na nowe twory, czego ASSC jest idealnym przykładem. Zbudowali się w dwa lata, to niesamowite zwłaszcza wiedząc, że na trudnym odzieżowym rynku są giganci, którzy rządzą nim od lat kilkudziesięciu. Adida, Nike, Reebok wiele lat wiodły prym, a jednak na przykładzie ASSC widać, że nawet w tak opanowane przez gigantów rynki da się wejść.
    ------------------------

    GDY JAKOŚĆ PRODUKTU NIE MA ZNACZENIA

    Prawda jest taka, że produkty sprzedawane przez Neeka to najzwyklejsza w świecie masówka, jeśli chodzi o materiały.
    Zwłaszcza dzisiaj wielu ludzi chce nabyć cokolwiek, w czym jest przynajmniej skrawek idola, którego obserwuje i podziwia. Dzięki mediom społecznościowym dystans pomiędzy gwiazdą a fanem jest minimalny, co wielu influencerów lubi wykorzystywać tworząc marki osobiste. Co pogrążyło Panią Mercedes to zły język komunikacji i kilka słów za dużo, a nie jakość ubrań. W przypadku marek osobistych albo tworzonych przez celebrytów istotniejsza niż jakość jest odrobina twórcy w końcowym produkcie.

    Co więcej, wielu nabywców Anty Social Social Club podobnie skarży się na fatalną jakość ciuchów, ale Twórca nic sobie z tego nie robi, popularność marki rośnie z każdą nową serią. Bo on nie obiecuje im jakości, nie mówi, że ciuchy są robione przez jasnowłose dziewice w noc kupały. On obiecuje emocje, Tyle i aż tyle.. Cała marka łamie wszystkie podstawy, które możemy poznać w mądrych książkach na temat marketingu i wychodzi na tym świetnie.

    Ludzie z niszy, którą wybrał Neek właśnie tego oczekują. Buntu wobec zasadom i ASSC jest w tym konsekwentne od wyglądu strony, po zachowanie twórcy, na słabej jakości ciuchów kończąc.

    Wszystko tu jest tu anty.
    Wszystko tu jest Anty Social Social Club.

    Dajcie znać czy wam się podobało, a może sami jakieś marki uważacie za przeceniane?

    Założyłem FANPAGE tak jak kilka osób proponowało, więc jeżeli lubicie moje treści to bardzo proszę o polubienie :-)

    LINK DO TEKSTU

    #likemedia tu publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, bez lania wody i coachingu

    #biznes # #marketing #firma #startup #gruparatowaniapoziomu #streetwear #reklama
    pokaż całość

    źródło: miniatura.jpg

  •  

    KOMUNIKACJA Z KLIENTEM
    NA PRZYKŁADZIE BOKSU I MMA


    Case study przy okazji przejścia Mateusza Borka z Polsatu do TVP.

    Witajcie!
    Dzisiaj pogadamy o sporcie i biznesie.

    Boks w Polsce przypomina Janusza, który ciągle wspomina „kurrrrrła, kiedyś to było”
    MMA przy nim jest jak młody kapitalista, który odpowiada na potrzeby runku.

    Tym razem będzie o branży sportu w kontekście przejścia Mateusza Borka z Polsatu do TVP. Migracja Borka to ciekawa rzecz nie tylko dla kibiców boksu, ale dla każdego, kto interesuje się biznesem reklamą czy marketingiem. Dlaczego? Bo daje okazję porównać dwa różne modele biznesowe dość podobnych w sportach walki. MMA i BOKSU.

    O polskim boksie można mówić godzinami, ale jego poziom odzwierciedla fakt, że najlepszym polskim zawodnikiem młodego pokolenia jest… Ukrainiec, który nie dawno dostał nasze obywatelstwo. Do tego chłopaka nic nie mam, ale jest sympatyczny i robi swoje, ale fakt, że w tak dużym i walecznym kraju jak Polska nie jesteśmy w stanie znaleźć jednego porównywalnego z nim zawodnika, co najmniej zastanawia.

    Ciągle żyjemy wspomnieniami o Gołocie, Adamku. Dariusza Michalczewskiego albo doceniamy albo karcimy, że w najlepszym okresie kariery walczył pod niemiecką flagą. Fakty są takie, że Darek umiał się sprzedać, natomiast boks w Polsce 20 lat później nadal nie potrafi, co widzi każdy, kto jeździ po galach. W tych smutnych realiach przejście Mateusza Borka – który okazjonalnie organizował gale na antenie Polsatu – kreuje się koniec pewnej epoki.

    Marian Kmita, dyrektor Polsat Sport powiedział kiedyś:

    Środowisko bokserskie jest bardzo trudne, ciężko się z nim dogadać

    I COŚ W TYM JEST

    Polski rynek bokserski jest tak waleczny, że każdy tu walczy z każdym. Dosłownie. Nie tak dawno Michał Cieślak, jeden z naszych lepszych zawodników wagi Cruiser, poleciał na walkę o mistrzostwo świata w Kongo. Tuż po powrocie na łamach mediów… zaczął kłócić się promotorami o pieniądze, szacunek i wszystko. Czy rzeczywiście było tak źle jak mówił, nie wiemy, ale fakty są takie, że to nieprofesjonalne, ale takie aferki w boksie to chleb codzienny.

    Wyobraźcie sobie, że czołowi polscy promotorzy boksu robią to samo tocząc...wojenki na Twitterze
    Często po alkoholu, co widać po poziomie wpisów, jakie wrzucają. Boks szczycący się tradycją, korzeniami wybitnymi postaciami jak Jerzy Kulej, stał się pośmiewiskiem, gdzie trudno sprzedać bilety nawet na mały obiekt. Tymczasem prawie każda gala MMA ma pełną salę, organizuje się walki nawet na stadionach, jest komplet kibiców i wpływy z PPV.

    Potencjalny inwestor, który chciałby włożyć pieniądze w boks widząc takie sytuacje i nie profesjonalizm samych promotorów, dwa razy się zastanowi zanim zainwestuje tu większe pieniądze. W dużym biznesie, rzeczy za kulisami powinny zostać za kulisami, tymczasem tutaj mamy notoryczne wywlekanie brudów, co kilka tygodni. Nie ma monolitu, jest podział większy niż na ulicy Wiejskiej. Dwóch najważniejszych ludzi w Polskim boksie potrafi razem w zgodzie pojechać na jedną galę gdzie walczy ich wspólny zawodnik, by kolejnego dnia rzucać na siebie epitety w mediach.

    Obserwując sytuację na rynku decyzja Polsatu o rezygnacji z Borka i boksu ogólnie na antenie była planowana od dawna, nie tyle przez samego Borka, ale po pierwsze przez stację Solorza. Mateusz Borek całkiem słusznie czuje się źle, bo o wypowiedzeniu umowy dowiedział się z listu i to po 20 latach pracy.

    Fakty jednak są takie, że Polsat od lat pozbywa się bokserskich wpływów, organizował mniej gal boksu na swojej antenie, a ilość ekspertów, których zapraszał do studia systematycznie się zmniejszała. Boks się po prostu nie opłacał. Kontrolna redukcja zakończyła się razem ze zwolnieniem Borka, który poza komentowaniem meczów zajmował się właśnie z organizacją gal dla Polsatu.

    Taki transfer doprowadza do bardzo ciekawej sytuacji z punktu biznesowego. Oto dzisiaj, umowy ze wszystkimi liczącymi się grupami bokserskimi w Polsce ma publiczne TVP, natomiast Polsat tworzy gale MMA z potęgami KSW, FEN do tego organizuje gale celebrytów FFF oraz reality show z zawodnikami mma, czyli „Only one”

    PRZYPADEK? NIE SĄDZĘ!

    Telewizja publiczna dostająca miliardowe wsparcie ze skarbu państwa wspiera gale boksu, które są nierentowne, natomiast Polsat stawia na wydarzenia, które po prostu na siebie zarabiają. Kto na tym zyska? Oby po pierwsze kibic. Marian Kmita – szef sportu w Polsacie – mówiąc, że ze środowiskiem boksu ciężko się z nim dogadać miał na myśli szerszy problem.

    Tak naprawdę, w dużej mierze to wina samych zawodników.

    To oni są produktem, ale nadal tego nie rozumieją. W czasach gdy zawodnicy MMA od lat tworzą więzi z kibicami w social mediach, są do dyspozycji fanów cały czas, uczestniczą w otwartych wywiadach, gdzie każdy kibic może zadzwonić i porozmawiać pięściarzem, tak bokserzy są zamknięci w swoim pudełku. Kompletnie pomijają wagę social mediów, poza Arturem Szpilką, który dzięki nim zrobił z siebie celebrytę. Pozostali pięściarze wychodzą z założenia, że promować się trzeba dopiero, gdy jest gala albo wtedy, gdy trzeba poskarżyć się w mediach na złego promotora, że obiera smak życia.

    Adam Balski, jeden z naszych zawodników jak wielu jemu podobnych pojawiał się w mediach tylko wtedy, gdy od promotorów chciał więcej pieniędzy. Na co dzień bokserzy po prostu się... nie udzielają.

    Borek, jako dziennikarz i okazjonalny organizator gal chyba rozumie wagę komunikacji. Nie wszystko podoba mi się w polityce gal, które organizuje, ale w przeciwieństwie do pozostałych graczy na rynku oferuje transparentność i tego też wymaga od zawodników. Jego pierwszą decyzją „przypadkowo” następującą razem z transferem do TVP było wysłanie dwóch swoich zawodników do Hejt Parku, gdzie każdy kibic mógł zadzwonić.

    Czemu to ważne? Bo buduje relacje, a bokserzy tego od lat w Polsce nie robią.

    W polskim MMA każda licząca się postać od buduje swoje public relations. Programy typu Trybuna Ludu, gdzie prowadzący nie komentuje, tylko czyta pytania fanów to standard, podobnie jak otwarte panele, dyskusje z fanami na serwisach czy seminariach na żywo. W boksie takie rzeczy wcześniej po prostu nie miały miejsca, a pięściarz znany z telewizji wychodził do kibica dopiero przed walką z ręką wyciągniętą po pieniądze. Jako amator dziennikarz, ale po pierwsze fan boksu od lat obserwuję ten marazm. Ani Diablo, ani Głowacki, ani Cieślak, ani nikt inny od lat z polskich zawodników latami nie stawiali na zwykłą prostą komunikację z kibicem.

    Wisienką na torcie zwany public relations w boksie jest pani Ewa Brodnicka, jedna z naszych pięściarek.

    Kilka tygodni temu została zaproszona na rozmowę do programu sportowego. Gdy jednak dowiedziała się, co to za program i że ludzie będą mogli dzwonić, by z nią porozmawiać na żywo zrezygnowana, bo jak powiedziała dla Super Ekspersu "nie tego się spodziewała. Czego zatem? Ustalonej z góry listy pytań i dziennikarza, który lubi jej... atuty"

    Tak dzisiaj wygląda cały polski boks, nie tylko pani Ewa. Dopóki to się nie zmieni typowy kibic mający do wyboru różne sporty walki w telewizji prawdopodobnie wybierze ten, o którym słyszał więcej, a gdy zawodnicy boksu nie są wizytówką swojej dyscypliny giną niezauważeni na tel tych, którzy są bardziej widoczni.

    Komunikacja z rynkiem nie tylko informuje, ale po pierwsze wychowuje klienta i jest koniecznym elementem w budowaniu wizerunku i relacji z klientem, który płaci. Czy wyobrażacie sobie sytuację, że rzecznik firmy ucieka od pytań, nie komunikuje się z klientami, nie odpowiada na pytania, nie jest otwarty? Albo, że dzwonicie do firmy, wszystko jest spoko w momencie zakupu, ale gdy już zapłacicie sprzedawca ma was gdzieś i nie odbiera telefonów? Taki rzecznik w dowolnej firmie zostałby spierniczony ze stanowiska w trybie natychmiastowym. W boksie natomiast rzecznikami są sami pięściarze i dzisiaj muszą rozumieć, że budowanie wizerunku i reklamy to sprawa tak samo ważna jak sparingi przed walką.

    W czasach Internetu, AMA, transparentności to twarze i marki osobiste sprzedają, a kibice oczekują relacji ze swoimi idolami. Komunikacja z klientem to właśnie odpowiadanie na pytania rynku. Czasem trudne, czasem łatwe, ale unikając trudnych pytań, unikniemy tez takich od osób, które nas lubią. Klient olany, nie będzie zabiegał o uwagę, bo to o niego trzeba się starać, on ma 10 innych firm na nasze miejsce.

    Mateusz Borek idąc do TVP może wnieść tam trochę powiewu i świeżości, zwłaszcza, że formuły programów, które prowadzi na YouTube opierają się właśnie na komunikacji z fanami. Być może nauczy kilku zawodników, że w czasach social media to od nich zależy to, czy ktoś kupi bilet na ich galę, a nie od organizatora, nie ważne czy jest nim Polsat czy TVP. Niezależnie od tego czy zawodnicy Borka będą odnosić duże sukcesy czy nie, to jego obecność na pewno korzystnie wpłynie, jeśli nie na sam boks, to chociaż na komunikację z kibicami, którzy dotąd jej nie mieli.

    W tak beznadziejnej sytuacji jakiej jest ten sport, to i tak duży krok w dobrą stronę. To by było na tyle, bardzo dziękuję wam za doczytanie do końca.

    Zapraszam do dyskusji

    LINK do mojego artykułu
    =================================================
    #likemedia tu publikuję treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem.
    Zawsze na luzie i bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu :-)

    #biznes # #marketing #firma #startup #boks #mma #sport #kanalsportowy
    pokaż całość

    źródło: borek.jpg

  •  

    EGO I WIARA W MARKETING – CASE STUDY

    Co jakiś czas odzywa się do mnie stary znajomy albo znajoma i zaprasza na spotkanie, oczywiście w sprawach biznesowych.

    Jestem gościem z zasadami dlatego zasadniczo alkoholu i kobiet nie odmawiam.
    „Mam pomysł na biznes, zrób mi fejsbuka i całą resztę” – słyszę widząc w oczach rozmówcy pasję i nadzieję.

    Oto oni. Młodzi, otwarci, nowocześni. Wierzący w potęgę w mediów społecznościowych czują, że klienci są tuż za rogiem. Wiedzą, że nie może się nie udać. Po co tyrać na etacie, jak można zostać łatwo własnym szefem. Bywa, że ubijamy interes, jednak najczęściej okazuje się, że trzeba popracować nad obsługą klienta, stroną internetową, produktem, a dopiero potem (jeżeli w ogóle) zabrać się za aspekty reklamowe.

    Wtedy pojawia się rozczarowanie. Ale jak to? Ja chce billboardy, content, spot reklamowy. Musimy robić facebooka, insta, resztę z czasem się poprawi. Nauczyłem się, że reklama wszystkiego nie załatwi i albo opracujemy procesy, drogę albo rozmówca szuka kogoś innego, kto obieca powie, że jego wizja ma sens, a potem na niej zarobi.

    Tak to już jest, że im mniejsza firma, tym bardziej jej funkcjonowanie odzwierciedla charakter twórcy, co nie zawsze pozytywnie wpływa na jej działanie. Jeżeli szefem startupu jest poukłada babka z zasadami inaczej funkcjonuje niż firma chodzącego w chmurach wielbiciela starbucksa. O tym jednak innym razem.

    Dzisiaj za to pogadamy od czego zacząć reklamę, niezależnie czy chcesz sadzić tulipany czy sprzedawać rukolę typom w rurkach.

    Gdy powstaje nowa firma rynek to czuje. Odzywa się wiele agencji oferując nowej firmie cuda na kiju pod płaszczykiem seo, sem, budowania wizerunku czy innych bzdetów, które są istotne, ale nie w tym momencie. Dobre agencje chcą budować relacje z klientem, inne chcą po prostu go wydoić, widząc naiwniaka, który da sobie wcisnąć wszystko. 5000 zł na logotyp, 500 zł na ulotki, 300 zł na wizytówki, bo co to za firma bez wizytówki. Pan tego potrzebuje, bo musi pan się wyróżnić na rynku – mówi pani z agencji reklamowej, do zapatrzonego w nią idealisty.

    Prawda jest inna.

    W początkującym biznesem najważniejsze nie są wcale ważne ładne posty, logotyp, fajny content i tylko… sprzedaż. Duże firmy różnią się od małych rybek tym, że dokładnie liczą i na podstawie tego podejmują decyzje czy działać dalej czy ogłosić upadłość.

    IDEALIZM I PASJA W BIZNESIE?

    Tak, są istotne, ale twoich rachunków nie zapłacą. Nie musisz od razu zakładać wege baru, by ludzie dowiedzieli sie jakie masz poglądy. Szerzyć swoje idee możesz w czasie wolnym, na pewno wyjdzie taniej i bez nerwów. Wbrew trenerom personalnym pasja nie jest najważniejsza w biznesie, tylko to, abyś z niego żył, a gdy to się nie uda to przynajmniej nie skończył z długami.

    Dlatego zanim ruszysz z kampanią krajową i władujesz oszczędności życia pamiętaj, aby sprawdzić dobrze swój produkt. Wyjdź z piwnicy i rusz do znajomych czy pani z warzywniaka, gdziekolwiek, gdzie niskim kosztem sprawdzisz jak rynek reaguje na twoje innowacje. Sprzedaj osobiście 10, 20, 50 produktu sztuk zanim zainwestujesz JEDNĄ złotówkę w reklamę. Ale jak to? Bez internetu, managera reklam, contentu? W 2020 ROKU?

    TAK TO
    Jeśli twoich skarbów nie będą chcieli kupić ludzie, którzy mają do Ciebie zaufanie to skąd przeświadczenie, że obcy kupią? Bo zrobisz ładną fotkę na insta? Obca osoba to taki sam klient jak twój znajomy, ale nie zna Cię i nie ufa, trudniej zdobyć jego opinię, niż Andrzeja, do którego masz telefon pod ręką.

    MATKA BOSKA INNOWACYJNA
    Dziwnym trafem przedsiębiorcy, którzy chcą sprzedawać innowacyjne produkty najczęściej nie potrafią sprzedawać zwykłych produktów. Wszyscy robią startupy, co tydzień jest informacja o nowej baterii, nowym grafenie czy startupie w branży informatycznej. Tylko zwykle po roku o większości z tych promowanych innowacji słuch ginie.

    Nie zmienia to faktu, że innowacja kusi. Ludzie wychodzą z założenia, że boska iskra dała im coś, co zmieni rynek, a klient rzuci się do stóp. Dodatkowo w internecie przeczytają strategię błękitnego oceanu i już wiedzą, że złota nisza czeka. Nie przetestują jednak produktu, będą go kisić w piwnicy w obawie przed konkurencją i inwestując swoje, albo co gorsza cudzie pieniądze, a potem z pełnym magazynem towaru wyskoczą jak Filip z konopii informując rynek o tym, jak bardzo są zajebiści.

    Tymczasem wg raportu z CB INSIGHTS głównym powodem upadania małych firm jest to...że oferowane przez nich usługi nie odpowiadają na potrzeby rynku. Zanim zostaniesz kolejnym Jobsem długa droga przed tobą. Kup wino, siądź z żoną, kochanką czy kimkolwiek, komu twój pomysł się nie podoba i spróbuj tę osobę przekonać do swojego pomysłu. W najgorszym wypadku czeka Cię spanie na kanapie i ciche dni. W najlepszym unikniesz komornika, bo wybijesz sobie bzdury z głowy. Potem powtórz to badanie przy 10 kolejnych osobach, które odzwierciedlają grupę przyszłych klientów.

    Głównym wrogiem ambitnego przedsiębiorcy nie jest wcale Państwo, które codziennie odbiera smak życia, tylko ego. Gderliwa żona, która niszczy twoje marzenia o zarabianiu na tym, co kochasz przypomina klienta bardziej niż myślisz. Klient tak samo jak ona będzie Cię krytykować, będzie miał wątpliwości, a Twoim zakichanym obowiązkiem jest słuchać i odpowiadać na pytania. W przeciwnym wypadku druga strona znajdzie kogoś innego, kto zaspokoi jej potrzeby czy to konsumenckie czy te drugie. Na końcu za to wszystko i tak zapłacisz Ty, a oni sobie jakość poradzą.

    Filarem mocnych marek niezależnie od tego, czy prowadzą hodowle jedwabników, czy sprzedają krany, z których leci Johny Walker nie jest reklama, marketing i ładne obrazki tylko prosta komunikacja z klientem. Slogany reklamowe, kampanie wiralowe, bycie śmieszkiem na portalu ze śmiesznymi obrazkami nic Ci nie da jeżeli olejesz tego, kto ma twój produkt kupić.

    Wiele biznesów dało by się naprawić, gdyby ich twórcy umieli przyznać się do błędów i próbowali dostosować produkt do oczekiwań, a nie żyli marzeniami, że sprzedają cuda na patyku, które zbawią świat. Świat nie zawsze chce tego zbawienia, a historia pokazuje, że mesjasze przeważnie kończyli na krzyżu albo gorzej.

    Gdy biznes nie idzie to może trzeba poprawić obsługę klienta, jakość produktu, a nie tylko status na facebooku czy pakiet reklam. Ze wszystkich stron bije jednak inny przekaz

    „Idź spełniaj marzenia, rób swoje, nie słuchaj innych, musisz wierzyć”
    EHKM…NIE

    Wierzyć to Ty możesz w kosmitów albo wierność żony, a w biznesie musisz mierzyć i mierzalnych danych.
    Najwięksi producenci filmowi przed wypuszczeniem filmu do kina zaczynają od szerokich testów. Na długie miesiące przed oficjalną premierą organizują zamknięte pokazy dla przedstawicieli potencjalnych grup docelowych. Badają ich reakcje, odczucia, zbierają głosy. Tam nie ma sentymentów, są słupki, tabelki i jeżeli film zbiera złe opinie na testach idzie do kasacji albo kręcą dodatkowe ujęcia i przemontowujący całość, by lepiej się dopasować.

    Avengers: Koniec gry, najbardziej kasowy film w historii jest tego najlepszym przykładem, podobnie jak wszystkie inne hity Marvela po wstępnych pokazach dla grup testowych przechodził etap dokrętek, by jeszcze bardziej trafić w gusta typowego odbiorcy.

    „Dom z Papieru” był gniotem hiszpańskiej telewizji, miał gorszą oglądalność na rodzimym rynku niż inne hiszpańskie seriale, ale gdy Netflix go kupił przemontował, skrócił odcinki i mamy to, co mamy.

    Jeden z bardziej oglądanych seriali w historii Netflixa. Czy jest dobry to inna kwestia, ale niezaprzeczalnie sukces zapewnia dopasowaniu go do rynku. Walidacja produktu jest ważniejsza od całego marketingowego bełkotu czy długich nóg sekretarki agencji, która Cię obsługuje. Gdy zrobisz produkt i sprzedaż go ludziom, których znasz to niewielkim kosztem zderzysz ideę z rynkiem.

    Nawet jak nie dojdzie do transakcji to przynajmniej otrzymasz więcej wartościowych informacji na temat potrzeb rynku niż z najładniejszego raportu agencji, która „wyprofiluje Ci klienta” za 999zł. Jeszcze się nie urodził taki, który zrobił coś idealnie od początku, ale wielu żyje lata sądząc, że idealni są od urodzenia. Pierwsza wersja produktu jest ostateczną jedynie wtedy, gdy doprowadzi zapatrzonego w nią twórcę do upadłości.

    I tu dochodzimy do momentu, którego wielu idealistów nie lubi, a jest kluczowy by robić biznes profesjonalnie.

    UMOWA NA PIŚMIE, Z SAMYM SOBĄ

    Zaczynając przygodę z dowolnym projektem, ustalmy sobie dla własnego zdrowia ramy, które będą testem naszego produktu. Czasowe i finansowe, z rozwojem firmy zbieramy koszty, wydatki, wszystko, co biznes od nas zabrał. Łącząc to listą oczekiwań, dochodów, pozycji na rynku pojawia się przed nami obraz tego czym nasza firma ma być i co jej przyświeca.
    Granice będą sygnałem rozsądku, że to robimy nie ma sensu. Te elementy mogą się zmieniać, ewoluować, albo muszą być z nami od początku by determinować nasz biznes i jego rozwój.

    Gdy przyjdzie dzień próby na podstawie zysków i strat, założeń i realiów ocenimy rzeczowo czy zamykać firmę czy jechać dalej. W przeciwnym działając na czuja zawsze będziemy się miotać pod wpływem emocji. A emocje nas mylą, dają złudną nadzieję, doprowadzają do ruiny, zwłaszcza tam gdzie nie ma już nadziei. Desperacja pociągnęła wielu ludzi na dno i rzadko kiedy się opłaca.

    Bez podejmowania decyzji na chłodno nie czeka nas sen o biznesie tylko ckliwa telenowela z nami w roli głównej.

    ===== SYMULACJA TWOJEGO STARTUPU ========

    Młody Mirek otwiera wymarzoną firmę! Mama dumna, wszyscy gratulują, tylko ta głupia żona, wieczna materialistka ciągle krytykuje, ale nie będzie mu przecież mówiła, co ma robić. On jest jednak facetem z zajebiście silną psychiką, oglądał webinar motywacyjny, więc wie, co to biznes. Otwiera firmę i działa. Wizytówki, spotkania, status na facebooku. Po jakimś czasie orientuje się jednak, że klienci są, ale nie u niego tylko u konkurencji.

    Obiecywane profity jakie miało przynieść to całe SEO i inne zaklęcia marketingowe jakoś się nie sprawdzają, a agencja zapewnia, że na to trzeba czasu. Przy pierwszych rachunkach i fakturach pojawiają się pierwsze wątpliwości. Mirka biznes nie wygląda tak jak obiecywali na szkoleniu motywacyjnym.

    Pierwszy raz zastanawia się, czy to wszystko ma sens. Patrzy jednak za siebie, widzi, że sporo zainwestował i trzeba to ciągnąć do końca, chociaż tego nie czuje. Bierze głęboki oddech i wkłada jeszcze trochę oszczędności w reklamę, marketing, ale mimo to zyski ledwo pokrywają koszty. Idzie z kolegami na piwo i opowiada im, że nie idzie dobrze.

    Koledzy mówią to, co chciał usłyszeć:
    „dasz radę, będzie lepiej, nie poddawaj się”

    Mirek zaciska zęby i próbuje dalej. Tu niezapłacona faktura za lokal, tam inne rachunki, tu jeszcze jeden debecik. Coraz gorzej śpi, z żoną już nie rozmawia. Po jakimś czasie nie ma ani kasy ani żony i wraca do okropnego szefa złodzieja, rozumiejąc teraz, że prowadzenie tego biznesu to nie taka prosta sprawa.

    JAKI MORAŁ Z TEJ BAJKI?

    Podejście romantyczne w biznesie to bullshit i ściema.
    Nawet najlepszy biznes może nie wypalić, zdarza się. Rzecz w tym, że zwykle nie przypomina to kraksy samochodowej, która dzieje się nagle i zaskakuje wszystkich. Upadek wygląda jak zatapianie Tytanica, wydarzenie, którego liczbę ofiar można by ograniczyć dobrym planowaniem.

    DAMAGE CONTROL to właśnie proces minimalizowania strat i kalkulowania ryzyka do którego was gorąco zachęcam.. Pozwala on bawić się w startupy, próbować innowacji, ale na waszych warunkach, założeniach, bez podejścia emocjonalnego.

    Romantyczny to powinieneś być w sypialni, a nie prowadząc projekty, od których zależy Twoje życie.

    Dlatego życzę Wam, cokolwiek robicie i z kim, żebyście analitycznie oceniali swoje realizacje. Popełnianie błędów to normalna sprawa. Nie wszystko musi się udać, nie każdy biznes przynosi miliony, ale większości długów dałoby się uniknąć chowając ego w kieszeń i uczciwie przyznając, że to co robimy... po prostu nie wypaliło.

    Życzę dużo zdrowia i zachęcam do dyskusji.

    LINK do źródła z przypisami, filmami, zdjęciami do artykułu.

    #likemedia tu będę czasem publikował treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, ale zawsze na luzie i bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu :-)

    #biznes #reklama #marketing #firma #startup
    pokaż całość

    źródło: mark.jpg

    •  

      @Boomkin: Bedziesz ty tworzyl podcasty czy bedziesz brał u kogos udział? Jak ty bedziesz, to bedzie to na yt zeby ogladnąc?

    •  

      Weterynaria wymaga studiów, szkoleń, ogromu doświadczenia, więc taka osoba otwierająca taki punkt weterynaryjny ze startu ma większe zaufanie społeczne niż dzieciak, który zaczyna startup. Potem trzeba nad tym zaufaniem pracować i wykorzystać w biznesie. Mam psiaki i wydaje mi się, ze właściciel psiaka to w fajnej przychodni weterynaryjnej najwierniejszy klient, ale trzeba go wychować

      @Boomkin: Znam parę osób które otwierało takie przychodnie. Brand i logo nie miały znaczenia, ale kampania informująca że w danej uliczce jest nowa przychodnia to postawa. By wychować sobie klientów oni muszą tam przyjść ten pierwszy raz.
      BTW przejście na pełne obroty we Wrocławiu zajęło 2 lata.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    Szef UFC udowadnia, że gość zarządzający firmą wartą kilka miliardów nie musi być sztywnym prezesem, a gdy trzeba może być nawet dupkiem.
    Korzystając z kwarantanny Dana odpowiedział na pytania użytkowców serwisu Reddit i zrobił to w stylu, który sprawia, że od lat fani go uwielbiają.

    Tłumaczeni komentarzy z reddit pochodzi z MMAROCKS , koniecznie tam zajrzyjcie
    [MMAROCKS](https://www.mmarocks.pl/dana-white/dana-white-odpowiedzial-na-pytania-fanow-ponad-40-wiadomosci-pelnych-informacji-od-szefa-ufc/”)

    Do ich tłumaczenia dodałem kilka swoich refleksji, co takie wyjście do fanów powoduje i dlaczego jest konieczne w budowaniu produktów w czasach social mediów. Kazanie później, najpierw pytania:

    1.
    metal_tin: Hej Dana, używasz szamponu czy żelu pod prysznic na swoją głowę podczas kąpieli?

    Dana White: Mydła

    2.
    Krieger_Algernop: Posłuchaj, człowieku w butach klauna, czemu zrobisz Gaethje vs Ferguson i po prostu nie czekasz na Khabib vs Ferguson?

    Dana White: Posłuchaj, zjeie, Tony jest gotowy do walki. Gaethje jest jednym z najlepszych na świecie. Ta walka potrzebuje, żeby się wydarzyła. Ostatnią rzeczą, którą ktokolwiek potrzebuje, jest czekanie na Tony vs Khabib. A teraz zajmij się swoimi piedolonymi sprawami

    3.
    joshom: Jeśli wyspa walk kiedykolwiek dojdzie do skutku, możesz przebrać się za Shao Kahna z Mortal Kombat?

    Dana White: LOL, to się dzieje naprawdę. Nie, że ja przebrany za niego… ale wyspa walk owszem

    4.
    Team Romero: Hej Dana. Gdybyś miał zostać uwięziony na bezludnej wyspie na 6 miesięcy i masz do wyboru jedną z następujących osób, które będą ci towarzyszyć, kogo byś wybrał? Tito Ortiz, Oscar De La Hoya, Ariel Helwani

    Dana White: O mój Boże. Po prostu bym się wtedy ku*wa utopił

    5.
    snake11177: Dlaczego zawsze pytasz „ok, kto ma pierwsze pytanie?” na konferencji prasowej, jeśli wiesz, że i tak będzie to John Morgan?

    Dana White: Nie wiem, że John będzie pierwszy

    6.
    MallowFPS: Hej Dana, wielki fan z tej strony, kocham to co robisz dla tego sportu od tylu lat. Wiem, że uwielbiasz udzielać się za pośrednictwem medió społecznościowych, więc moje pytanie brzmi: co jest twoją ulubioną obelgą skierowaną w twoją stronę, która sprawiła, że się śmiałeś?

    Dana White: To trudne pytania, uwielbiam je wszystkie. Słuchaj, ja kocham, kiedy ludzie gadają głupoty. To jest zabawne!

    7.
    BendItILikePalhares: Zawodnik, z którym negocjacje były najtrudniejsze? I z którym były najłatwiejsze?

    Dana White: Mark Hunt i Forrest Griffin. Możesz zgadnąć, który jest który.

    8.
    OctagonViolence: Hej Dana. Jestem bliski wygrania kolacji z Halle Berry. Jakieś rady, jak podtrzymać ciekawą rozmowę? Obawiam się, żeby nie wyszło niezręcznie.

    Dana White: Ona jest w porządku i jest wielką fanką walk. Będziecie mieli o czym gadać

    9.
    benzodiazepinico: Hej Dana, jak się czujesz z tym, że jesteś nazywany pomidorem?

    Dana White: Kuwa… Moja córka nazywa mnie pomidorem. Jestem kuwa czerwony i po prostu się z tym pogodziłem

    10.
    merican594: Jeśli Dana na to odpowie, wytatuuję sobie jego imię na moim tyłku
    Dana White: Umowa stoi

    11. DeathlyPhoto: Hej Dana, do której restauracji chciałbyś udać się najbardziej, kiedy już pandemia się skończy?

    Dana White: DO WSZYSTKICH

    12.
    PamTheOfficeisCute: Hej Dana, mam dwa pytania. Pierwsze, jaka jest twoja ulubiona forma jedzenia ziemniaków? Lubisz frytki, gotowane, pieczone czy jeszcze coś innego? Również, co byś powiedział, że jest najtrudniejszą lub najbardziej stresującą częścią twojej pracy? Zdałem sobie sprawę, że twoja praca jest ekstremalnie stesująca, jednak nie wiem czy jest coś, co zdecydowanie wybija się ponad resztę.

    Dana White: Świetne ku*wa pytanie. Wybrałbym tłuczone ziemniaki. Powiedziałbym, że najtrudniejszą częścią pracy jest podejmowanie decyzji, które mają wpływ na twoich pracowników i twoich zawodników

    13.
    tidensoncrim: Hej Dana, co jest pierwszą rzecza, która przychodzi ci do głowy kiedy widzisz to zdjęcie?

    https://i.imgur.com/9PoRw9v.png

    Dana White: Nie wyglądam na szczęśliwego. Przechodziłem wtedy przez poważne problemy ze zdrowiem

    14.
    MaxTrolloway: Który nokaut jest twoim ulubionym?

    Dana White: Hmmm. Kiedy odpowiem na to pytanie wszyscy pomyślą, że zrobiłem to dlatego, że nie lubię Bena Aksrena. A to nie jest prawda. Lubię Bena. Jednak ciężko byłoby nie wybrać Masvidal vs Askren

    15.
    Quoff_Waffle: Hej Dana! Jeśli miałbyś wybrać jeden, który album jest twoim ulubionym ze wszystkich?

    Dana White: Byłby to któryś z tych – Thriller, License to Ill lub Ten

    16.
    A-alalsheikh: Kocham twoją pomidorową głowę

    Dana White: Kocham ciebie również

    17.
    YourMotherSaysHello: Hej Dana, dzięki, że robisz AMA. Co wolałbyś, żeby zostało tobie zwrócone: twoje włosy czy twoja dusza?

    Dana White: Moje włosy

    ====================
    ====================

    To tylko kilkanaście z kilkudziesięciu pytań,reszta na MMAROCKS
    https://www.mmarocks.pl/dana-white/dana-white-odpowiedzial-na-pytania-fanow-ponad-40-wiadomosci-pelnych-informacji-od-szefa-ufc/”

    ====================
    ====================

    Tak wygląda przykładowa komunikacja szefa największej organizacji sztuk walki. Robi ją regularnie. Czasem jest chamska, czasem śmieszna, ale zawsze autentyczna i słowo klucz – regularna. Szef federacji UFC odpowiadając nawet na głupie pytania wysyła jasny komunikat.

    „HEJ! Jestem taki jak Wy, możemy zawsze pogadać. Organizuję walki, bo kocham je oglądać”.
    W świecie MMA kreuje się na gościa, który organizuje gale, bo po prostu je lubi. Oto klucz do kreowania marki w XXI wieku w każdym biznesie, nie tylko w sporcie.

    Musisz lubić swój produkt i szanować ludzi, którzy też go lubią. Niby banał, ale obserwując wiele profili w social mediach nadal grono marek tego nie rozumie. To źle, bo skończyły się czasy, gdy kupujemy tylko na podstawie znaczka. Dzisiaj bardzo często interesuje nas, kto za daną marką stoi, a nie tylko fajne opakowanie produktu. Klienci mają już odruchy wymiotne, gdy firma cały czas próbuje budować swój wizerunek twierdząc, jacy są zajebiści.

    Gdy naprawdę są zajebiści, to jeszcze pół biedy, ale najczęściej taki wizerunek to zasługa rzecznika prasowego albo siana wydanego na reklamę. Jednak im mocniej firma udaje, tym więcej trupów w szafie ukrywa..

    To tak jak laska, która wieczorem była petardą, rano okazuje się niewypałem. Przykra sprawa.

    Duża konkurencja i wybór w każdej branży powoduje, że klient szuka czegoś więcej niż produktu. Szuka więzi, człowieka i podejścia bardziej nacechowanego emocjami i ludzkim zachowaniem niż samym pustym marketingiem. Dana White czasem szokuje rynsztokowym językiem, ale w oczach kibiców nie jest poważnym panem w marynarce. Jest TYPEM, który kocha MMA. Kibicem, takim jak my oglądającym z piwkiem w ręce fajne walki.

    Teraz dla porównania popatrzy jak to wygląda podejście do klienta na przykładzie MMA i boksu w Polsce.

    Maciej Kawulski – szef KSW – stara się występować w różnych programach, nie zawsze tylko o MMA. Nie boi się pytań zarówno filozoficznych i innych, ludzie wiedzą, jakie ma poglądy. Jest otwarty na dialog. Jawnie deklaruje swoje pasje reżyserskie, opowiada o kosmitach, starożytnych cywilizacjach i innych rzeczach, które są dla niego ważne nie jako szefa KSW, tylko jako człowieka.

    Martin Lewandowski, wspólnik Macieja, wydaje się być mniej lubianym od Macieja w oczach kibiców, ale również nie zapomina o dziennikarzach czy kibicach i nie boi się trudnych pytań. Można się z nim zgadać lub nie, ale jak dobry polityk potrafi odpowiedzieć, na każde zadane pytanie. Na emocjach w starciach z kibicami buduje elektorat organizacji.

    Do budowania zasięgów KSW wykorzystuje zresztą nie tylko gale. Działają przekrojowo, a ich celem nadrzędnym nie jest sprzedaż biletów na tę czy inną galę, ale gruntowanie kształtowanie KSW w świadomości.

    To strategia, która daje im pozycję lidera w Polsce

    Maciej Kawulski kręci filmy takie jak Underdog z postaciami znanymi z KSW. W planach jest też gra KSW na telefony czy konsole. W telewizji dużą popularność zdobywa telewizyjne show „Tylko JEDEN” gdzie do wygrania jest kontrakt z KSW.

    Właściciele organizują również obozy treningowe, które odpowiadają na potrzeby kibiców pozwalając spędzić czas ze swoim idolem. KSW wytworzyło tak całe środowisko, które samo się napędza. Filarem tego jest budowanie więzi z kibicami.

    Sami zawodnicy MMA po karierze będą mogli pracować np. w agencjach reklamowych, bo dobrze wiedzą jak ważne są relacje z kibicami i jak je budować. Systematycznie występują w programach takich jak Newonce czy Trybuna Ludu, gdzie odpowiadają na pytania, czasem skrajnie głupie, czasem skrajnie prywatne. W ostatnim odcinku programu Jurasa Joanna Jędrzejczyk odpowiadała na takie telefony. Było trochę prywaty, ale też dużo szczerości bez zadęcia i kulisów.

    To właśnie teraz, gdy jest posucha zawodnicy mają mnóstwo czasu na budowanie więzi z kibicami. Jedni to robią, inni nie. Prawda jest taka, że na uciekaniu przed hejterami najwięcej tracą ci, którzy tymi hejterami nie są, czyli prawdziwi kibice. Niestety „ucieczka przed kibicami” najlepiej określa to, gdzie jest dzisiaj polski boks, który w przeciwieństwie do MMA kibica ma w tylnej części ciała.

    Jako fan boksu, który na dodatek po epidemii chce stoczyć wymarzoną walkę, patrzę ze smutkiem na podejście większości aktywnych bokserów do kibiców. Podejście, które sprawia, że kibice od boksu odchodzą.

    Krzysztof Głowacki, jeden z najlepszych polskich zawodników, nie udziela się dla kibiców chyba, że tak jak ostatnio w SE, mówiąc, że boi się o pieniądze.

    https://sport.se.pl/sporty-walki/boks/krzysztof-glowacki-o-boksie-w-czasach-zarazy-skad-piesciarze-maja-wziac-pieniadze-aa-jPTn-ELdS-RNfn.html

    Michał Cieślak od wyprawy do Kongo, gdzie stoczył fajną walkę w niefajnych okolicznościach udziela tylko wywiadów o złych promotorach albo pokazuje treningi w zaprzyjaźnionych mediach. Na sesję pytań na od fanów czasu niestety nie ma.

    https://sport.se.pl/sporty-walki/boks/michal-cieslak-przerwal-milczenie-wydal-wazne-oswiadczenie-aa-Z2uN-ygau-mzyQ.html

    Adam Kownacki po przegranej walce z Heleniusem rozmawia tylko z tymi dziennikarzami, których pytania są z góry dla niego oczywiste. Wszechobecna walka z „hejtem” czyli jakąkolwiek krytyką weszła w boksie na jakiś idiotyczny poziom. Pięściarze w Polsce poza momentami, gdy promują gale, nie istnieją dla kibiców i prawie się z nimi nie integrują.

    Przykładem z ostatniego czasu jest Pani Ewa Brodnicka, mistrzyni świata w boksie. Nie tak dawno została zaproszona do Hejt Parku przez Mateusza Borka. Gdy jednak dowiedziała się, że to program, gdzie widzowie dzwonią na żywo, a nie normalny wywiad, gdzie zna pytania zrezygnowała tłumacząc się, że nie tego się spodziewała.

    Czego zatem się spodziewała?
    Miłego wywiadu z dziennikarzem, który ją lubi i będzie ją komplementował a nie grillował. Boli mnie to jako kibica, który woli Boks od MMA. Śledzę sport, jeżdżę po galach i widzę jak zainteresowanie boksem w Polsce spada i że często bilety na galach rozdaje się dzień przed galą za darmo by ogóle je wypełnić.

    Za złą sytuację w boksie obarcza się promotorów, głównie Andrzeja Wasilewskiego, który ten boks ciągnie od lat. W mojej opinii winni są po pierwsze sami zawodnicy, którzy zamiast bić w worek, musza sobie w wbić do głowy, że to nie kibic jest dla nich, ale oni żyją dzięki kibicom.

    Tymczasem pięściarze przed hejtem i dialogiem uciekają, gdy zawodnicy MMA trudnych pytań się nie boją. W takich programach jak Trybuna Ludu odpowiadają na pytania internautów, przez godzinę dwie, a czasem trzy jeżeli tyle jest pytań.

    Obejrzyjcie sobie Trybunę a zobaczycie, co to znaczy odpowiadanie na prawdziwe pytania, które interesują kibica. Dzisiaj, w dobie social media to od zawodników zależy czy są znani czy nie. Promotor wszystkiego nie załatwi. Ludzie kochają sport i zawodników, jeżeli jednak nie ma wzajemności jest to miłość patologiczna.

    Jak można dobrze się komunikować będąc bokserem pokazuje m.in Tyson Fury, obecny król wagi ciężkiej, który nie raz wdaje się w rozmowy ze zwykłymi kibicami. Czasem ogląda z nimi mecze w barach, czasem imprezuje, czasem pomaga angażując się w akcje charytatywne. Często robi to w internecie, nie ma tygodnia by nie robił z kibicami czegoś fajnego.

    Natomiast polscy pięściarze z reguły mają ogromne problemy komunikacją, zwłaszcza jak się porówna ich z zawodnikami MMA. To przepaść, która się powiększa..

    Gdy pracuję z jakąś firmą i coś nie działa, często wyjście jest jedno. Zwalnianie osób, które źle obsługują klienta. Możemy wydać ogromną kasę na reklamę, ale co z tego, skoro ściągnięty reklamą klient zostanie olany przez dziewczynę przyjmującą zamówienie? Tak jak kibic olany przez swojego idola, tak samo klient olany przez firmę znajdzie inną, która go zadowoli. Jest w czym wybierać.

    Zabawne jest, że jedynym aktywnym polskim bokserem, który rozumie, do czego służą media społecznościowe w Polsce jest… Artur Szpilka.

    Czy go lubimy czy nie, to Szpilka zawsze wiedział jak wykorzystać media i relacje z kibicami. Wielokrotnie przesadzał, ale jako jedyny na polskim rynku nie był nudny i na tym zarobił grube miliony, podczas gdy reszta zawodników jak już się udziela, to atakuje swojego promotora, że ten nie daje mu zarobić.

    Szpilka najlepsze walki załatwił sobie sam, przez facebooka czy Twittera i mimo że wiele jego zachowań było skandalicznych to wie co znaczy dzisiaj komunikacja. Jeżeli polscy bokserzy nie zmienią podejścia to niedługo zabraknie kibiców boksu, a potem samych zawodników.

    Dobrego kibica czyli klienta wychowuje się jak małe dziecko. Gdy maluch nie ma odpowiedniej uwagi, idzie sobie i wtedy zaczyna się płacz. Jeżeli wasz biznes nie działa to zamiast obrażać się na cały świat albo zwalać na Covid-19 może po prostu pogadajcie z klientami? Pewnie dowiecie się, czego naprawdę od Was oczekują ludzie i może się okazać, że to nie jest to co im dajecie.

    Warto również zobaczyć, jak z klientami komunikuje się wasza konkurencja. Może się okazać, że robi to inaczej niż Wy i na tym punktuje u klienta, a nie jakością produktu. W życiu nie chodzi o to, by zawsze być śmieszkiem poza kontrolą i robić z siebie idiotę, ale nawet delikatna zmiana języka komunikacji może zmienić wiele w tym jak wasza firma jest postrzega.

    Dajcie się polubić i zanim zatrudnicie speca od public relations zróbcie rekonesans.

    Brak odpowiedzi na trudne pytania klientów i kasowanie komentarzy nie sprawią, że Wasz biznes będzie się lepiej kręcić. Odwracając głowę ominiecie nie tylko hejterów, ale tez tych którzy chcą kupić wasze produkty, a na to w dobie social media, nie możecie sobie pozwolić.

    Wszystkiego dobrego i zdrowia!

    LINK do źródła z przypisami, filmami, zdjęciami do artykułu.

    #likemedia tu będę czasem publikował treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, ale zawsze na luzie i bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu :-)
    ==============================================
    link do artykułu
    #marketing #biznes #ciekawostki #startup #prasa #gruparatowaniapoziomu #boks #mma #sport #ufc
    pokaż całość

    źródło: DANA LOGOS.jpg

  •  

    Związek gracza z wydawcą gier jest jak kobieta z bordeline.
    Bywa słodka, są iskry, ale czasem ktoś musi dostać w mordę.

    Marketing gry Valorant. Jak wytresować klienta pokazuje Riot.

    Lubicie być bombardowani reklamami?
    A gdybyście musieli oglądać reklamę masła przez dwie godziny, by móc w ogóle je nabyć? Szaleństwo prawda? Przecież nikt nie jest tak głupi, by się na to godzić… Otóż są i to setki tysięcy, jak nie miliony konsumentów.

    W miejscu pełnym geniuszy i głupców
    Witamy w branży gier, gdzie pogadamy o tym jak się kręci i bajeruje konsumenta! Ta branża wiele razy wymykała się standardom promocji i wyznaczając nowe szlaki, a to co teraz robi to Riot za sprawą nowej gry Valorant, nazwałbym manipulacyjnym marketingiem.

    Całkiem (nie)przyzwoity marketing

    Sprzedawanie jest jak gra wstępna. Sprzedawca udaje, że nie chodzi mu tylko o jedno, a klient udaje, że nie widzi tych nieudolnych podchodów. I póki te dwie strony są zadowolone z tego flirtu to wszystko porządku jednak, gdy ktoś czuje się za mocno pchany, na dodatek nie tak jak lubi, to zabawa się kończy, a zaczyna się presja i szantaż emocjonalny.

    Marketing nigdy nie był moralny i nie będę Was okłamywał, że jest inaczej. W swojej książce też wykładam sprawę jasno. Różne rzeczy widziałem pracując różnych firm czy agencji niejednokrotnie mi to udowodniły i pozbawiły złudzeń. Marketing nie musi być moralny, musi być skuteczny, zwłaszcza gdy codziennie jesteśmy atakowani nim ze wszystkich stron.

    CYBERPUNK! krok milowy w reklamie

    Hitem zeszłego roku był Keanu, który jak Neo z Matrixie zabłysnął podając rękę graczowi na końcu migawki z Cyberpunka. Świat wybuchł, akcje poszybowały w górę, na dodatek „przypadkowo” kampania zbiegła się z oczekiwaną premierą John Wicka 3. Cóż za przypadek, prawda?

    Gwiazdy w produkcjach to jednak spory kłopot, bo mogło się wydarzyć dziesiątki rzeczy, które wyłożyłoby tę starannie zaplanowaną akcję. Tam jednak się udało i o Cyberpunku w 2019 mówili wszyscy, a my jesteśmy BREATHTAKING!

    To były piękne dni jak śpiewała Halina Kunicka

    Przy celebrytach reklamujących nasze produkty zawsze jest problem albo będzie, to tylko kwestia czasu.

    Podstawowy jest taki, że nie ma pewności jak wszystko odbije się na marce i czy będzie warte wydanej kasy. Byłem za kulisami różnych marketingowych projektów w Polsce i wiele na papierze wyglądało zjawiskowo, podczas gdy w realizacji coś się zawalało. Tak bywa, nie da się wszystkiego przewidzieć, nie w reklamie. Zatrudniony dla klienta celebryta może być super wabikiem uwagi, ale może też przynieść wiele szkód, bo nie wiecie czy rano nie zostanie oskarżony o popularne ostatnio molestowanie.

    W 2022 miał pojawić się nowy Flash z Ezza Millerem, ale gdy niedawno po pijaku napadł po kobietę, jego rola w filmach Warner Bross jest pod znakiem zapytania, a przecież nie tak dawno był twarzą nowego filmu.

    Dlatego, zawsze planując kampanię z celebrytami opcja ich zniesławienia jest brana pod uwagę. Rozsądna marka przed zatrudnieniem gwiazdora dobrze go prześwietla by zobaczyć jakie trupy są w szafie, bo każdy jakieś ma. Oprócz tego musi jeszcze dużo zapłacić, ale nawet sława i ładna buzia to za mało by się wybronić, jeśli szambo wybije za mocno.
    Całkiem udany film „Aquaman” w drugiej części straci prawdopodobnie rudą syrenkę Amber Heard po tym, jak ta poszła na medialną wojnę z Johnnym Deppem, swoim byłym mężem.

    Walczą ze sobą na widoku kamer i internautów i niezależnie od tego, kto z nich ma rację to angażowanie ich do filmów czy reklam to w tym momencie spore ryzyko. Nawet kiedy jest spokojnie i znana twarz promująca nasz produkt zachowuje się odpowiednio to nigdy nie ma pewności, czy jej uczestnictwo w kampanii może się nie przełożyć tak dobrze na markę jak chcemy.

    Gwiazda to po protu duży koszt, a niepewne zyski

    Nie tak dawno Fortnite organizował turnieje, na których celebryci tacy jak raper Drake czy Trawis Scott grali w Fortnite, a nawet występowali w grze. Riot tymczasem zrobił ogromną burzę wokół swojej marki wydając ani grosza na główne działa.

    W betę Valorant można było się dostać jedynie przez oglądanie streamów. I to nie byle jakich, tylko specjalnie wybranych, którzy transmitując grę z Valorant dawali widzom szansę wylosowanie klucza.

    Chcesz zagrać?
    Patrz jak grzeczny piesek na to, jak grają inni i śliń się
    Może wylosujesz grę

    Może” to słowo klucz, bo pomimo spędzonego czasu na oglądaniu dzieciaków, którzy grali w Valorant, mogłeś nigdy klucza nie wylosować. Według Riotu trzeba oglądać streama przed dwie godziny by mieć szansę na dostanie klucza. Niby fajnie, ale zdaniem wielu tego typu marketing to krok za daleko.

    Dodatkowo wielu graczy pisze, że średnio trzeba poświęcić na oglądanie dużo dłuższego czasu niż twierdzi RIOT. NAWET 10-20 GODZIN, dlatego są i tacy, którzy ustawiali bota, śledzącego streama za nich. Nie muszę tu dodać, że takie osoby były i są banowane, bo zdaniem RIOTU wymuszanie oglądania by mieć szansę na grę jest legalne, ale już oglądanie za pomocą bota takie nie jest?

    Na Reddicie rozgorzała duża dyskusja na ten temat, jedni krytykują takie rozdawanie kluczy, inni popierają. Jednak jak się bliżej przyjrzeć to podobne zagrywki widzimy od lat, nawet… w realnym świecie.

    Co roku, sieć zalewa seria zdjęć z premiery Apple, pokazująca setki ludzi koczujących w śpiworach na premierę Iphona. Chcą kupić jako pierwsi, tylko to się dla nich liczy tego jednego dnia w roku. Jedni się z nich śmieją, inni kpią, ale są wierni. Gotowi dosłownie cierpieć, aby zdobyć produkt. Riot budując markę Valorant idzie podobną polityką. Oglądanie bywa przyjemne tylko jeśli oglądasz to albo tego co lubisz.

    Tu jednak tak przyjemnie nie było, a streamy były czasem nudniejsze niż facet w łódce.
    Musiałeś oglądać konkretne osoby aby mieć szansę na klucz, co często oznaczało drogę przez mękę jeżeli obserwowany np. nie umiał grać.

    Pamiętacie irytację, gdy w interaktywnym programie HUGO próbując dodzwonić się do studia oglądaliśmy ludzi, którym nie szło i przez godzinę przegrywali w HUGO, podczas gdy my nie mogliśmy się dodzwonić? Tutaj irytacja była większa i na masową skalę, ale z podobnych pobudek.

    Dodajmy tu, że kluczy było dużo mniej niż chętnych, więc w większości przypadków kończyło się na tym, że musiałeś oglądać, ale dostanie klucza i tak pewne nie było.

    Mus wybierania tych, a nie innych streamerów

    To tak jakbyście mieli 10 sklepów koło siebie z tym samym asortymentem, ale miłościwie panujący cesarz kazałby wam robić zakupy akurat w jednym, bo to syn szwagr… tzn, bo jest ustawa dobra dla obywateli.

    W podręcznikach podpada to pod „miękkie formy represji”. O ile tradycyjna przemoc to przemoc fizyczna albo psychiczna, o tyle miękka represja działa na nieoczywistych poziomach, poprzez stygmatyzację, miękka kontrole nad grupą docelową. Cel to wymuszenie posłuszności i konkretnego postępowania wg narzucanego przez nas schematu.

    Czy nie jest tak w wypadku zmuszania do oglądania osób, które po prostu chcą zagrać? Czy ludzie wystający pod Apple po nowy telefon jabłkiem nie są stygmatyzowani i wyśmiewani publicznie przez innych?

    Oczywiście, że są, bo producenci kreują te procesy, nie dzieje się tak przez przypadek tylko z konkretnych pobudek jakimi jest wychowanie gracza.

    Kilka słów o represji znajdziecie m.in w pracy naukowej pana Jarosława Chodaka pt. „Paradoks represji.

    Warto zajrzeć.

    http://kontekstyspoleczne.umcs.lublin.pl/wp-content/uploads/2019/10/Chodak-6-2-2018.pdf

    Dobry klient jest jak wierny pies

    Kocha swojego pana chorą miłością i musi naprawę zostać skrzywdzony by tego pana w rękę ucapić.

    Jak w tym żarcie, który opowiada, że jak zamykamy żonę i psa w bagażniku na noc, to po otwarciu tylko pies się ucieszy, a żona słusznie zadzwoni na policję.

    Kto tu głupio postępuje? Pies, kobieta, czy może mąż? Kim my jesteśmy w procesie zakupowym?

    Dzisiaj, gdy każdy ma dostęp do setek tanich gier, by zdobyć rynek dobra gra to za mało. Potrzebna jest ideologia!

    Tak oto zaczyna się budowanie gry jako produktu, o który od początków trzeba walczyć. To spaja tę wybraną społeczność i nawet jak gra jest słaba to ludzie z nią zostaną, bo czują się częścią wspólnoty.

    Tacy gracze często czują się lepsi od tych, którzy przypłyną później, bo są z tytułem w elitarnej, wyselekcjonowanej grupie od samego początku. Znacie tych napinaczy na forach, którzy zawsze wiedzą najlepiej, wszędzie byli i uważają się za elitę? Tak się rodzą.

    W tej grupie tworzą się przyjaźnie, klany, więzi, które po premierze pozostaną.

    Po pewnym czasie wytresowany gracz nie będzie pamiętał, że aby zagrać oglądał streama kogoś, kogo nie lubił. Że była to męka psychiczna i wykonywanie poleceń. On zapomni ale twórcy kampanii reklamowych to pamiętają i pamiętać będą.

    Przy każdej premierze Apple w mediach widzimy obrazki z kolejkami „wyznawców”, którzy koczują pod sklepami na otwarcie. Dla zwykłego gościa. np użytkownika telefonów Xiaomi jest o śmieszny widok i powód do beki, ale dla właściciela marki to spełnienie marzeń.

    A ludzie tak godzinami stojący są dumni czując się częścią grupy uprzywilejowanej, chociaż tak naprawdę są zapatrzeni w markę.

    Streamy przy reklamowaniu gier były od wielu lat

    Fortnite było grą, która na początku swojego rozkwitu płaciła dużo streamerom za to, żeby tylko na oczach widzów grali w Fortnite. Znane nazwiska streamerów przyciągały graczy, którzy obserwowali poczynania w grze swoich idoli.

    Lubiłeś kogoś oglądać, ten grał w grę, więc może i ty w nią zagrasz. Normalna sprawa. Borewicz jeździ poloneem, oglądam go i może też taki sobie kupie, a przynajmniej tak się łudzę.

    Riot płacić nie chciał…. i nie musiał

    Po co płacić streamerom za promocję, jak można było wysłać klucze mało popularnym streameróm i zmusić ludzi do oglądania tych streamów, bo to jedyna szansa na wylosowanie klucza.

    Przetarte szlaki

    Oczywiście Valorant nie jest to pierwszą grą, która zmusza do oglądania. Gra Warframe przy każdej większej aktualizacji robi tak samo, oferując szanse brania udziału w zamkniętych testach nowych dodatków tym, którzy spędza na streamie wystarczająco długo.

    Tak wygląda cykliczne stymulowanie klienta

    Wyświechtane w branży reklamowej Call to Action, czyli wezwanie do działania to dzisiaj coraz rzadziej post na Facebooku, a częściej wymuszenie konkretnych zachowań poprzez specyfikę produktu. Zadzwoń, zostaw opinię, zarejestruj produkt, zrób dwa fikołki, wylej wodę na głowę, a być może coś Ci damy. MOŻE!

    Jak laska na Tinderze, która ma 20 gości sparowanych, a gada z jednym, pozostali to opcja zapasowa. Elementy te wykorzystywała chociażby gra Escape from Tarkow, którą w pewnych momentach śledziło 250 tysięcy widzów jak piszą na Reddicie.

    Z okazji Nowego Roku twórcy EaT oferowali przedmioty w grze. Warunkiem do ich zdobycia było nie tylko posiadanie kopii gry, ale udostępnienie danych oraz dopisanie konta Twich do konta gry. Ale to nie wszystko, bo oprócz tego konieczne było oglądanie jednego z odpowiedniej ilości streamer by ten klucz uzyskać, czasem przez długie godziny by odpowiednim momencie napisać dany tekst na czasie.

    Dokąd zmierza tresura klienta?

    Angażowanie klienta w produkt to jeden z filarów obecnego marketingu, ważniejszy często niż sam pojedynczy zakup. To nie chodzi o to, by dokonać sprzedaży, bo Valorant nie zarabia na becie, ale by klient czul się częścią projektu nawet i potem dał zarobić. By to się udało, musi się czuć zaangażowany, w to, co jak i co robimy.

    Twórcy Valorant mają do tego bardzo dopasowany storytelling. Większość przekazu, który idzie od nich w eter nie ma na celu informować o szczegółach rozgrywki, bo kogo to obchodzi, prawda? Celem ich materiałów jest słusznie lub nie wmawiać grupie docelowej, że wszyscy chcą grać w ich grę. Taki przekaz jasno ma mówić, nasza gra jest mega, wciąga jak narkotyk, każdy jej pragnie. TY TEŻ!

    Wielu po obejrzeniu materiałów z takim przekazem może samemu poczuć chęć do gry, nawet nie musi być nawet fanem gatunku jaki Valorant prezentuje. Tak oto koło się nakręca i kolejna osoba rzuca się do oglądania obcych ludzi by dostać klucz do czegoś, czego nawet nie wie czy chce. Konsumpcjonizm XXI wieku na przykładzie prostej gry.

    Nasza gra jest mega, wszyscy ją chcą, ty też powinieneś

    Czy to marketing czy już manipulacja… zdania są podzielone wszędzie, nawet na Reddicie doszło do wielu kłótni wywoływanych przez ludzi, którzy zarzucają Riotowi nieetyczne zagrywki.

    Jeden z wielu streamerów, który jest zaniepokojony tym zjawiskiem.
    Taka kolej rzeczy też nie jest dziełem przypadku, bo marka polaryzuje, aby klienci zaangażowali się w nią po jednej ze stronę. Możesz nas nie lubić, ale nie możesz być obojętny!

    Samsung vs Apple, Cola vs Pepsi, Legia vs Wisła.
    Musisz śledzić, lajkowac, zostawić łapkę, wybrać jedną ze stron mocy. Musisz mieć zdanie, a jak go nie masz przyjąć zdanie innych!

    Zakup to dla dużych marek za mało, bo od swoich wyznawca… klientów oczekują dużo więcej. Zaangażowania emocjonalnego w sprawę.

    Pytanie tylko, dokąd to zmierza?

    Już teraz wypłacając pieniądze musimy oglądać reklamę na bankomacie. Chcąc zagrać w grę trzeba oglądać jak inni grają. W budowlanym trudno zapłacić nie będąc bombardowanym dziesiątkami ofert, pytań nasze miejsce zamieszkania czy rozmiar majtek.

    Może jutro przed półką z masłem będziemy musieli obejrzeć jak kuso ubrana pani je ubija, a za tydzień będziemy robić to za nią, by przy kasie jeszcze za to zapłacić? Fakty są takie, że żyjemy w ciekawych czasach, które warto obserwować będą świadomym konsumentem, ale zwłaszcza będąc przedsiębiorcom, by tego co robimy w zalewie konkurencji nie dało się przeoczyć

    Tego wam życzę!

    Wszystkiego dobrego i zdrowia!

    LINK do źródła z przypisami, filmami, zdjęciami do artykułu.

    #likemedia tu będę czasem publikował treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, ale zawsze na luzie i bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu :-)
    ==============================================
    link do artykułu
    #marketing #biznes # #ciekawostki #startup #prasa #gry #valorant #gruparatowaniapoziomu

    poprzedni mój w wpis o CDACTION jest do również na wykopie
    LINK
    pokaż całość

    źródło: V0.jpg

    •  

      @void1984 beta-softu? :D Jak już pisałem gra jest w pełni grywalna i sprawia dużą radośc wielu ludziom na świecie, starasz się zrobić z ludzi grających w Valoranta frajerów którzy testują grę za darmo a oni po prostu chcą w to grać dla swojej rozrywki chętniej niż w inne gry które są wypuszczone już oficjalnie. Jeśli ktoś tu się ośmiesza to ty ze swoimi naciąganymi argumentami. Sam przyznałeś że w gre nie grałeś a nazywasz ją beta-softem.. Ja się ośmieszam oceniając produkt z którym nie miałem styczności na podstawie.. no właśnie czego? TWOICH WYMYSŁÓW KOLEŚ OGARNIJ SIE :D pokaż całość

    •  

      Sam przyznałeś że w gre nie grałeś a nazywasz ją beta-softem
      @pizzaztunczykiem: Koleś, skończ się kompromitować
      Już ci ludzie pisali "Valorant to...zamknięta beta"
      Strona gry to https://beta.playvalorant.com/pl-pl/
      Wiki pisze że to jedynie beta
      Wszyscy piszą że to beta, a Ty myślisz że to ja tak oceniam stan projektu. Otóż nie - to Riot informuje że to dopiero beta.
      Z softem an tym poziomie mam wystarczająco doświadczenia, by oczekiwać zapłaty za jego używanie.

      Doucz się: https://en.wikipedia.org/wiki/Software_release_life_cycle#Beta

      A Beta phase generally begins when the software is feature complete but likely to contain a number of known or unknown bugs.[7] Software in the beta phase will generally have many more bugs in it than completed software, speed or performance issues, and may still cause crashes or data loss.

      Idź kłuć się z Riotem że to nie beta.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (32)

  •  

    Sytuacja na rynku prasowym to dobry study case tego, co się dzieje gdy się zaśpi w biznesie.

    W czerwcu zeszłego roku redaktorem Playboya, gazety dla panów została
    pierwszy raz w Polsce kobieta. Pół roku później gazeta została
    zamknięta na polskim rynku i to nie wina tej damy, ale skostniałego modelu biznesowego, który właściciel toczył przez lata.

    Jej zatrudnienie na pewno pozytywnie odbiło się na akcjonariuszach, ale dla spółki było pewne, że zamykają, bo razem Playboyem zniknął m.in.CKM, Cosmopolitan, a wydawnictwo zwolniło 70% załogi. Zimą od zarządu spółki, do której należą te marki wyszło oświadczenie, że skupią się na serwisach internetowych. Rozumiemy się? W 2020 zrozumieli, że Internet, portale i serwisy mają znaczenie i ludzie chcą czytać w Internecie. Szok i niedowierzanie.

    Co jakiś czas zgłasza się do mnie przedsiębiorca, który delikatnie mówiąc… zardzewiał. Jego firma pada, a on woła „Panie, zrób mi Facebooka” i to ma wszystko załatwić. Czasem da się wiele naprawić, ale bywają i takie przypadki, gdy jest na naprawę za późno.. A przecież symptomy upadku były widoczne już dawno. Zawsze można coś poprawić, ale zleceniodawca chce aby zrobić to w sumie... nie zmieniając niczego. Ludzie wolą zamykać firmy, niż ewoluować do oczekiwań rynku.

    Dzisiaj do upadłych dołącza CDAction, którego redakcja dostała wypowiedzenia.

    Rok temu kolejny raz zmienili papier na gorszy fatalny w dotyku o gramaturze gazetki z Lidla.

    Zmieniała się redakcja, ale ich internetowe treści, portale i kanały stały na tym samym poziomie co 10 lat temu. Paradoksem dla mnie i innych graczy było, że największe pismo dla graczy w XXI wieku nie ma cyfrowej wersji. Ja CDA kupowałem i tak w sumie z sentymentu, bo już dzisiaj niewiele łączy mnie z dzieciństwem, a ta gazeta, jak to kochał mówić smuggler była dla mnie takim łącznikiem.

    Aż przyszło widmo zamknięcia i teraz ich wydawca wprowadza pełnoprawne wydanie cyfrowe. Tuż przed śmiercią ryba najmocniej się wyrywa i okazuje chęć do życia, ale niestety jest po już złej stronie łódki. Nawet gdy rybak wyrzuci ją powrotem do wody, ona nie doceni ostatniej
    szansy.

    Przedsiębiorcy dzielą się na takich, którzy adaptują się do świata oraz tych, którzy łudzą się że świat będzie adaptował się do nich. Tworząc swoje produkty wybierzcie dobrze stronę mocy i gdy nie idzie nie idźcie w zaparte, tylko dlatego bo wstyd wam przyznać się do
    błędu, czasem lepiej dać sobie spokój, niż uciekać przed komornikiem.

    #likemedia tu będę czasem publikował treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, ale zawsze na luzie i bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu :-)
    ==============================================
    link do artykułu
    #marketing #biznes # #ciekawostki #startup #cdaction #prasa #gry
    pokaż całość

    źródło: 43254511_303.jpg

  •  

    Wiecie w ogóle dlaczego powstały Scrabble?

    Bo Alfred Butter siedząc w piwnicy chciał znaleźć sobie zajęcie, po tym jak w czasach kryzysu wyrzucili go z pracy.

    Dzisiaj opowiem Wam o tym, jak w kryzysach powstają
    fajne rzeczy i czego uczą nas Scrabble o biznesie i marketingu.
    Alfred Butter był niezłym architektem, ale recesja w USA sprawiła, że stracił pracę. Wtedy zaszył się w piwnicy i zaczął pracować nad grą znaną dzisiaj na całym świecie.
    Początki jednak nie były łatwe.

    Oto kilka lekcji od Alfreda, które możecie zastosować w waszych projektach, cokolwiek robicie niezależnie od branży.

    1. Zbadaj rynek, zanim wymyślisz koło na nowo.

    Przygotowując scrabble Alfred dokładnie sprawdził konkurencję zobaczył, jakie gry są już na rynku. Przeanalizował, co mają fajnego, a co można zmienić. Takim badaniem doszedł do wniosku, że na rynku są gry losowe strategiczne oraz słowne, ale są bardzo zamknięte w swoich kategoriach, przez co interesują wąską grupę odbiorców. On chciał trafić do wszystkich, a nie do wąskiej niepewnej niszy.

    Co zrobił z tym fantem?

    Stworzył pierwszą grę, która łączyła elementy tych wszystkich gatunków w prosty i angażujący sposób. Dodał jeszcze element losowy, który sprawia, że wygrana w SCRABBLE nie jest tak oczywista, bo można wygrać mając farta, wiedzę, spryt, a czasem po prostu dobre ułożenie. Masowa gra powinna być fajna zarówno dla geniusza jak i zwykłego człowieka.

    Dobry produkt to jednak za mało.

    Minęło prawie 20 lat zanim Scrabble stały się znaną grą, a drugie tyle zanim gra zyskała status światowego hitu. Dlaczego? Ponieważ przez kilkanaście lat, żadne wydawnictwo nie chciało wydać gry Alfreda, bo była dziwna, inna, może skomplikowana. To były czasy, gdy gry nie mieszały gatunków, nikt tak nie robił i żaden wydawca nie wierzył, w powodzenie takich akcji.

    Najpierw mikro, potem marko.

    Każdy z nas chce już teraz robić biznes z milionerami, a ze starą Jadzią z bloku już nie. A może błąd, bo ona jest matką prezesa Orlenu? Jak nie zagadacie, to nie wiecie. Kontakty to klucz, kasę zawsze można załatwić. Twórca znajomości jednak nie miał. W wyniku tego, wydawnictwa nie chciały z nim rozmawiać na poważnie, więc Alfred jak każdy uparty rewolucjonista zaczął produkować swoje gry w garażu.

    Sprzedawał znajomym, znajomym znajomych, sąsiadom wszystkim, których znał. Potem doszły małe okoliczne sklepy z prasą, szkoły, pozycja Alfreda rosła aż zainteresowały się z nim wydawnictwa w końcu kupując od niego prawa do marki. Nie byłoby tego jednak bez rozpoczęcia sprzedaży na skalę znajomych. Przez lata budowania marki gra się nie zmieniła, więc na pozyskanie umowy z wydawnictwem wpłynęła po prostu budowania reputacja, a ją się robi od podstaw. Każdy polityk wie, że budowanie struktur to podstawa do sukcesu w kampanii, w biznesie jest dokładnie tak samo i masa ludzi zapatrzonych w swoje idee nie konfrontuje swoich produktów z realnymi klientami, których nie trzeba szukać, bo to nasi bliżsi czy dalsi znajomi.

    To zwykle błąd, wiecie dlaczego?

    Bo jeżeli nie jesteście w stanie sprzedać swojego produktu przyjaciołom, którzy wam ufają to jak możecie wierzyć, że sprzedacie go obcym ludziom? Dzięki budowanej relacji ze swoimi klientami w swoim miasteczku Alfred wiedział, że miał dobry produkt i budował sieć kontaktów i zaufania na tyle dobrze, że jakiś czas później znalazł się wydawca, który kupił prawa do marki, nadał nazwę Scrabble i pozwolił Alfredowi odpocząć i żyć z procentów od każdego egzemplarza.

    Czasy mamy ciężkie, ale zawsze można coś zrobić fajnego.

    Napisałem te kilka słów abyście mogli zastosować te strategie w swoich projektach pamiętając, że dobry produkt to za mało. Kluczem do biznesu bardzo często jest po prostu… zaufanie.

    Zdrówka wam wszystkim

    #likemedia tu będę czasem publikował treści związane z marketingiem, reklamą i biznesem, ale zawsze na luzie i bez lania wody o wychodzeniu ze strefy komfortu :-)
    ==============================================
    link do artykułu

    #marketing #biznes #reklama #ciekawostki #startup
    pokaż całość

    źródło: scc1.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów