•  

    KONKURS dla Mireczków 乁(♥ ʖ̯♥)ㄏ Tym razem jeszcze więcej nagród do zdobycia:

    - 1x egzemplarz książki „Leniwy umysł” Adama Granta
    - 1x egzemplarz książki „Feedback (i inne brzydkie słowa)” Chandler M. Tamra
    - 5 kodów na miesięczny dostęp do pakietu Filmklub+ w serwisie Cineman
    - 2 bony o wartości 50 zł na Allegro

    Co zrobić, żeby wziąć udział?

    obserwować @zgarnijpremie
    odpowiedzieć w komentarzu na pytanie: Jaką radę dałbyś/dałabyś osobie, która rozpoczyna swoją karierę zawodową lub po raz pierwszy rusza z własnym biznesem?

    Autorów najciekawszych odpowiedzi czekają nagrody w postaci: kodów filmowych, bonów do wykorzystania na Allegro i książek (wysyłka książek na nasz koszt).

    Jeśli zależy Ci na konkretnej nagrodzie - oprócz ciekawej odpowiedzi konkursowej wrzuć informację na ten temat w komentarzu - a w miarę możliwości postaramy się to uwzględnić :)

    Konkurs trwa do niedzieli do północy. Zwycięzców ogłosimy w poniedziałek rano (tj. 27.06.2022 r).

    ______
    Jaką wiedzę zyskasz z książkami?

    „Leniwy umysł” Adama Granta
    Czytając Leniwy umysł, dowiesz się m.in., dlaczego wybiegającym myślami w przyszłość przedsiębiorcom zdarza się ugrzęznąć w przeszłości; dlaczego noblista cieszy się, że się pomylił; co robi międzynarodowy mistrz sztuki dyskutowania, aby przeforsować swoje argumenty, jak oscarowy reżyser prowadzi produktywne kłótnie, a także jak zbudować w firmie kulturę uczenia się i gotowość do weryfikacji nawet najlepiej nakreślonych planów.
    „Feedback (i inne brzydkie słowa)” M. Tamra Chandler
    Autorki wyjaśniają, co się stało, że dziś feedback tak źle się kojarzy. Podpowiadają też, co zrobić, aby zapanować nad negatywnymi reakcjami ciała i umysłu, które mogą utrudniać komunikację i nadwyrężać zaufanie. Pokazują jak nie wpadać w pułapki myślenia, schematy i krytycyzm podczas dawania informacji zwrotnej, a także jak formułować wypowiedzi w sposób nieoceniający i modelujący konstruktywne zachowania ludzi.
    ______
    Regulamin konkursu dostępny tutaj.

    #zgarnijpremie #okazje #promocje #rozdajo #allegro #marketing #biznes #firma #literatura #allegro #cineman #jdg #konkurs #czytajzwykopem #konkursksiazkowy #ksiazki #filmowykonkurs #konkursfilmowy
    pokaż całość

    źródło: konkurs wykop czerwiec.png

  •  

    Opadły kwiat
    Wrócił na gałąź?
    To był motyl.

    Moritake (1472-1549)

    --
    Arakida Moritake (荒木田 守武, 1473 – 30 sierpnia 1549).

    #haiku #poezja #literatura #czytajzwykopem #wiosna #przyroda

    źródło: e-tapetki.pl

  •  

    W dzisiejszym wydaniu „Gazety Wyborczej” wyjawiono nominację do Nagrody Literackiej „Nike” 2022. To już 26. edycja konkursu na najlepszą książkę, w którym uczestniczą utalentowani literaci. Więcej ▶️

    #literatura #ksiazki

    źródło: Nike-2022-1152x648.jpg

  •  

    Newsy książkowe od Whoresbane'a!

    Wydawnictwo Albatros zapowiada najnowszą książkę Harlana Cobena. "Brakujący element" wyląduje na sklepowych półkach 13 lipca 2022 roku w dwóch wersjach. Na miękko (z lewej) oraz w twardej oprawie, pasującej do kolekcji prasowej "W labiryncie kłamstw" (z prawej). Oba wydania zawierają 416 stron, powieść jest kontynuacją "Chłopca z lasu". Poniżej krótko o książce oraz obie okładki.

    Wilde jako małe dziecko został porzucony w lesie. Po latach, już jako dorosły mężczyzna, postanawia dowiedzieć się więcej o swoim pochodzeniu. Rejestruje się na stronie internetowej, która na podstawie nadsyłanych próbek materiału genetycznego kojarzy spokrewnionych ze sobą ludzi.

    Dzięki portalowi udaje mu się odnaleźć biologicznego ojca, ale spotkanie z nim rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Wilde dowiaduje się jednak o jeszcze jednym krewnym. Peter Bennett, gwiazda popularnego reality show, próbuje się z nim skontaktować, ale po jednej nieudanej próbie znika jak kamień w wodę. Nękany wyrzutami sumienia Wilde zaczyna go szukać. Okazuje się, że Peter Bennett stał się ofiarą zmasowanego hejtu i zaliczył medialny upadek, który można określić chyba tylko jako koszmar na jawie.

    Czy sam był sobie winien? A może padł ofiarą perfidnej i skomplikowanej intrygi? Prowadząc śledztwo w jego sprawie, Wilde wkracza w plugawy świat celebrytów i reality TV, a przy okazji poznaje nowe wątki własnej mrocznej historii…

    #ksiazkiwhoresbane'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
    #ksiazki #literatura #czytajzwykopem #albatros #harlancoben #coben
    pokaż całość

    źródło: 1.jpg

  •  

    Od tych pięciu, którzy siedzieli przy stole, otrzymał niejako jednobrzmiącą odpowiedź:
    — Za Sarajewo!
    — Za Ferdynanda!
    — Za zamordowanie pana arcyksięcia!
    — Przez Ferdynanda!
    — Za to, że pana arcyksięcia zastrzelili w Sarajewie!
    Szósty, który stronił od tych pięciu, rzekł, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego, żeby na niego nie padło jakieś podejrzenie, bo on został aresztowany jedynie za usiłowanie popełnienia morderstwa rabunkowego na pewnym gospodarzu z Holic.
    #ksiazki #literatura #czytajzwykopem
    pokaż całość

  •  

    1730 + 1 = 1731

    Tytuł: Piętno
    Autor: Przemysław Piotrowski
    Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
    Ocena: 8/10
    ISBN: 9788381432979
    Wydawnictwo: Czarna Owca
    Liczba stron: 464

    "Igor Brudny to twardy warszawski glina, który woli nie wracać do swojej przeszłości. Tym razem może jednak nie mieć innego wyjścia.
    Zielona Góra. Mężczyzna bliźniaczo podobny do Brudnego jest poszukiwany w sprawie wyjątkowo brutalnego morderstwa. Komisarz musi wrócić do rodzinnego miasta, by oczyścić się z podejrzeń i rozwikłać tajemnicę swojego pochodzenia."

    Świetnie napisana książka. Ciekawy temat i mimo wielu wątków wszystko klarownie opisane. Na pewno sięgnę po kolejne tego autora. Lubię odkrywać dobrych polskich autorów kryminałów.

    #bookmeter #ksiazki #czytajzwykopem #literatura #kryminalbookmeter #sensacjabookmeter #thrillerbookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    1712 + 1 = 1713

    Tytuł: The Psychology of Time Travel
    Autor: Kate Mascarenhas
    Gatunek: fantasy, science fiction
    Ocena: ★★★★☆☆☆☆☆☆
    ISBN: 9781788540124
    Wydawnictwo: Head of Zeus
    Liczba stron: 320
    Forma książki: książka

    Książka ma trzy osie czasowe: 1967, 2017 oraz 2018. W 1967 cztery kobiety wymyślają wehikuł czasu. (Do tego punktu odniosę się później). Po krótkiej testowej podróży w przyszłość (nie można używając tej maszyny odbyć podróży w czas sprzed jej wynalezienia, w książce nie było wyjaśnione dlaczego). jedna z tych kobiet zaczyna bełkotać w trakcie transmitowanego na żywo programu telewizyjnego. Od tamtego czasu trzy pozostałe kobiety dystansują się od niej, żeby chronić projekt.
    Linia czasowa z 2017 opowiada o Ruby, której babcia Bee była naukowcem, który dawno temu "zwariował". Nikt z rodziny nie rozmawia o tym wydarzeniu ani o podróżach w czasie. Do czasu aż kobiety dostają wiadomość z przyszłości o brutalnej śmierci starszej pani.
    W 2018 roku Odette rozpoczynając staż w muzeum znajduje ciało martwej kobiety w pomieszczeniu, które było zamknięte od środka i jako że nie może zapomnieć o tym, co zobaczyła, stara się rozwikłać zagadkę tej śmierci, mimo że wszyscy zdają się być przeciwko niej w tych staraniach.

    To tyle z opisu o czym była książka. Poniżej możecie znaleźć już tylko moją opinię (ze spoilerami).

    Opinia ta do dobrych nie należy. Ta pozycja mocno mnie rozczarowała. Dużo rzeczy w niej mi nie grało, a są to między innymi (spoilery oznaczone jako spoilery):
    1. Nie jestem seksistka, ale ( ͡° ͜ʖ ͡°)... pomysł, że cztery kobiety i to akurat te kobiety wymyśliły wehikuł czasu jest prawdziwym elementem fantasy w tej książce.

    pokaż spoiler 2. Candybox - malutka wersja wehikułu czasu, zabawka na przyjęciach urodzinowych dla dzieci, w której cukierek znika, żeby pojawić się w jakimś momencie w przyszłości. No, ciężko mi było uwierzyć, że tak ważne dla rządu urządzenie jak wehikuł czasu ma swój zabawkowy odpowiednik (notabene ważny dla historii) używający tej samej technologii co odpowiednik wysyłający ludzi w przyszłość, a żaden inny rząd nie odkrył technologii, która za tym stoi...

    3. Duży błąd logiczny - prawo otaczające podróże w czasie pochodzi z XXIV wieku, co jest bardzo dziwne, ponieważ podróże w czasie są możliwe do roku 2267... Nie miało to żadnego wpływu na historię, więc nie rozumiem po co nieścisłość.
    4. Poznajemy słowa, które też nie mają żadnego wpływu na historię, jest na przykład odpowiednik na seks z samym sobą z przyszłości, ponieważ można spotkać samego siebie (a nawet kilku siebie) z różnych linii czasowych.
    5. Trzydzieści stron testów psychologicznych dla potencjalnych podróżników w czasie, hmm, być może interesujące, ja przeczytałam tylko trzy strony. I tak sporo.

    pokaż spoiler 6. Wątek romantyczny pomiędzy jedną osobą żyjącą w teraźniejszości, a drugą będącą podróżniczką w czasie w przeszłości - czyli, mimo że kobiety są (technicznie) w tym momencie w tym samym wieku, tak naprawdę dzieli je sześćdziesiąt lat różnicy. Nie wiedziałam jak to ugryźć...


    Nie wiem do końca czym ta pozycja miała być i trochę nie broni się jako żadna z nich - książka, w której jest nacisk na psychologię? Science fiction? Jeśli, tak, to z pewnością zabrakło science. Styl pisania nie jest na tyle dobry, żebym po prostu mogła przejść nad rzeczami wymienionymi powyżej do porządku dziennego. Szkoda, bo potencjał był i tak nie wykorzystać możliwości przy książce o podróżach w czasie... to chyba tylko pani psycholog umie tak napisać ;)

    Być może się nie znam, ponieważ jak kupowałam książkę, to miała ocenę zdecydowanie powyżej 4/5. Być może nie jestem też targetem tej pozycji. Nie będę sobie płuc w brodę, że nie przeczytałam :) 3.5/10 zaokrąglone do czterech gwiazdek.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #ksiazki #czytajzwykopem #literatura #fantasybookmeter #sciencefictionbookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    Juliusz Verne „20 000 mil podmorskiej żeglugi"
    Ocena: 3/3, gdzie 1 – nie polecam, 2 – OK, 3 – polecam gorąco.
    #literatura #ksiazki #czytajzwykopem #ilenatrzy

  •  

    Przesłuchałam fajną króciutką nowele Bolesława Prusa „Z legend dawnego Egiptu".
    Ocena: 3 /3, gdzie 1 – nie polecam, 2 – OK, 3 – polecam gorąco.
    #czytajzwykopem #ksiazki #literatura #ilenatrzy

  •  

    1707 + 1 = 1708

    Tytuł: Rzeźnia numer pięć
    Autor: Kurt Vonnegut
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: 4/10
    ISBN: 9788381169080
    Tłumacz: Lech Jęczmyk
    Wydawnictwo: Zysk i S-ka
    Forma książki: audiobook

    Sięgnąłem po tę książkę z pewnym ociąganiem, ponieważ obawiałem się, że wywoła we mnie jakiś dysonans poznawczy, a nikt nie lubi być wyciągany ze strefy komfortu za uszy. Zaryzykowałem, że ogarnie mnie fala cieplejszych uczuć w stosunku do zachodnich sąsiadów albo że poczuję nić empatii dla losu drezdeńczyków, zbombardowanych 13 i 14 lutego 1945 r. przez ponad 2000 bombowców. No i nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, i wcale mnie to nie cieszy. Kurt Vonnegut mnie rozczarował.

    Nawet nie dlatego, że samego bombardowania w książce nie zobaczymy. Już po pierwszych kilkunastu-kilkudziesięciu stronach zorientowałem się, że jeśli się pojawi, to w kulminacyjnym momencie, albo w ogóle. Vonnegut o dramacie miasta wolał opowiedzieć, pokazując rozsypaną osobowość głównego bohatera, apatycznego Billy'ego. Tak należy bowiem chyba interpretować mieszanie czasów, a także fantastyki z rzeczywistością – naszego protagonistę raz widzimy w czasach wojny, ale jeszcze przed nieszczęsnym nalotem aliantów, innym razem w latach 60., a jeszcze innym razem na planecie Tralfamadorczyków. To nie narrator skacze to tu, to tam, to Billy przenosi się raz w przyszłość, raz w przeszłość. Nie ma punktu oparcia, chyba że za punkt oparcia uznać koncept nieśmierci, przejęty rzekomo od przybyszów z innej planety. Człowiek nigdy nie umiera, zawsze żyje w jakimś czasie, i nawet jeśli akurat w tym jednym momencie traci życie, to żyje w innych. A do tego na nic nie ma wpływu – wszystko, co się dzieje, musi się dziać w taki, a nie inny sposób, bo taką ma konstrukcję. Przyjmijmy, że ktoś, kto widział w swoim życiu dużo śmierci, dużo, jak to się mówi, bezsensownej śmierci, mógł wykształcić w sobie taki mechanizm obronny.

    Te puzzle mnie nie rozczarowały. Rozczarowało mnie za to nagminnie powtarzane „zdarza się” (w oryginale so it goes), ilekroć mowa jest o jakiejś śmierci czy też nieszczęściu. Ktoś powie: „daj spokój, żeby tak krótkim zwrotem się denerwować”, a ktoś inny: „ha, o to właśnie chodziło, tak sobie to wymyślił Vonnegut, że masz się tym zirytować". No nie wiem. Wcale się nie irytuję tym, że on bagatelizuje śmierć (co można uznać za część wspomnianego mechanizmu obronnego), czyniąc z niej dzieło przypadku, tylko tym, że ją właśnie celebruje, a dokładniej mówiąc, celebruje swoją rolę rewelatora wielkich tajemnic egzystencjalnych. Tymczasem cała literatura, wzdłuż i wszerz, wypełniona jest doświadczeniem śmierci, i ta polska, wojenna – również. Tylko w jednej „Rzeźni numer pięć” autor zasugerował tym stemplowaniem każdego doświadczenia śmierci przez „zdarza się”, że wie więcej i że to, co widział, to było paradoksalnie naprawdę coś dużego, wyjątkowego. I olaboga, zdarza się, patrzcie, jaki absurd człowieczego losu.

    A właśnie, skoro już mowa o hiperbolach.

    Mało kto zdawał sobie sprawę, że było to dużo gorsze niż na przykład Hiroszima. Ja też tego nie widziałem.

    Billy zaś oglądał największą masakrę w historii Europy, czyli bombardowanie Drezna. Też się zdarza.

    Tego wieczoru nic się nie wydarzyło. Dopiero następnej nocy zginie w Dreźnie sto trzydzieści tysięcy ludzi. Zdarza się.

    Vonnegut opierał swoje liczby na pracach znanego negacjonisty Davida Irvinga, w rzeczywistości w Dreźnie zginęło ok. 25 tysięcy ludzi. Nie mogłem się też uwolnić od wrażenia, że szlachetny pacyfizm autora polega na zamykaniu oczu i zatykaniu uszu, aby nie zrobić źle swojemu samopoczuciu i aby nie skalać swojego głębokiego humanizmu cywilizowanego człowieka Zachodu, bo że wojny zawsze będą, to inna sprawa – to autor sam przyznaje na początku powieści. Ale co z oczu, to serca, niech się gdzieś tam wyrzynają, abyśmy tylko sami się nie pobrudzili. Przez obecny kontekst polityczny taka postawa nie budzi mojego przesadnego entuzjazmu.

    #bookmeter #literatura #ksiazki #czytajzwykopem #literackieimpresje #literaturaamerykanska #wojna #drezno #historia #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    22 czerwca 2022 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się książka "Festung Krakau. Kraków w cieniu twierdzy" Andrzeja Chwalby.
    Z fortu Kościuszko nadaje popularna rozgłośnia radiowa, w forcie Kleparz publiczność bawi się na koncertach, w Skale mieści się obserwatorium astronomiczne, a w forcie Krzesławice – dom kultury. Jednak większość z około stu obiektów składających się na dawną Twierdzę Kraków budzi przede wszystkim zainteresowanie miłośników historii wojskowości, a szkoda, bo jest to fenomen na skalę europejską.
    Twierdza powstała w drugiej połowie XIX wieku na rozkaz cesarza Franciszka Józefa.
    W swojej najnowszej książce Andrzej Chwalba pasjonująco opisuje otoczony wieńcem habsburskich murów Kraków na tle innych europejskich miast warownych (Antwerpii, Breslau czy Wilna), podkreślając jednocześnie jego wyjątkowy charakter – ze względu na bogate kulturowe i historyczne dziedzictwo dawnej stolicy.
    Czy faktycznie miasto pozostawało w cieniu twierdzy, czy było wręcz przeciwnie? Czy możliwe było bezkonfliktowe wpasowanie jej militarnego charakteru – z dobrodziejstwem inwentarza: znaczną liczbą żołnierzy i ich obyczajami, rozrywkami wyższych i niższych lotów – w krakowską tkankę kulturową? Czy krakowianie potrafili odkryć korzyści z symbiozy z twierdzą, czy też stale była drzazgą w ich oku?
    źródło
    #literatura #ksiazki #czytanie #historia #krakow #militaria
    pokaż całość

    źródło: wydawnictwoliterackie.pl

    •  

      @Lifelike: tez kazdemu bardzo polecam zainteresowac sie fortami krakowskimi. Szkoda ze to taki cichy temat.

      do tego jedna z wazniejszych bitew w 1 wojnie swiatowej, czyli bitwa pod Limanową

      W ogole z tych 3 zaborcow to austria najfajniesza byla

  •  

    1679 + 1 = 1680

    Tytuł: Ostatni dzień stworzenia
    Autor: Wolfgang Jeschke
    Gatunek: fantasy, science fiction
    Ocena: 7/10
    ISBN: 830301806X
    Tłumacz: Mieczysław Dutkiewicz
    Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
    Liczba stron: 128
    Forma książki: książka

    Książka, będąca podstawą dla fabuły kultowej gry z pogranicza RTS i RPG - Original War. Amerykanie odkrywają możliwość cofania się w czasie i chcą przejąć surowce naturalne wysyłając ekspedycję w czasy prehistoryczne. Konkurenci nie śpią, co skutkuje konfliktem w prehistorii, próbą budowania nowej cywilizacji i stanowi punkt wyjścia do rozważań o czasie, historiach alternatywnych czy wartościach ważnych dla człowieka.

    Jest to jednocześnie krytyka kapitalizmu, skrajnego fanatyzmu religijnego i totalitaryzmu. Najbardziej ludzcy we współczesnym rozumieniu są tutaj momentami malpoludzie, i mając na myśli "ludzcy" widzimy cechy zarówno skrajnie pozytywne, jak i negatywne. Autor świetnie łączy znane legendy alt-historyczne (Atlantyda, ufo, starożytne cywilizacje, trójkąt bermudzki, katolickie relikwie) z filozoficznymi rozważaniami na temat czasu.

    Znakomite, wielowymiarowe science fiction przestawiające najlepsze cechy gatunku. Szkoda, że książka w pewnym momencie się urywa i jest to właściwie rozbudowane opowiadanie. Pozycja obowiązkowa dla fanów Original War. Dziwi mnie, że książka przeszła w Polsce przez cenzurę - wydana została w latach 80', a mamy tutaj oprócz jechania po USA również sporo gorzkich wizji działań ZSRR (w książce ci źli korzystają z ich wsparcia).

    #bookmeter #ksiazki #czytajzwykopem #fantastyka #sciencefiction #literatura #originalwar #fantasybookmeter #sciencefictionbookmeter #czytajzwykopem #retrogaming
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    1677 + 1 = 1678

    Tytuł: Mag bitewny: Księga II
    Autor: Peter A. Flannery
    Gatunek: fantasy, science fiction
    Ocena: 5/10
    ISBN: 9788379645725
    Tłumacz: Maciej Pawlak
    Wydawnictwo: Fabryka Słów
    Liczba stron: 664
    Forma książki: e-book

    Ciężki do oceny drugi tom przygód maga bitewnego. Z jednej strony mamy sztampową fabułę i męczącego głównego bohatera, zmagającego się bez przerwy z podobnymi przeciwnościami losu i pourywane ciekawe wątki poboczne. Z drugiej zaś nieźle zarysowane postacie drugoplanowe, rozwój relacji i dynamikę fabuły - czyta się to nieźle. Bolą mankamenty tłumaczenia. Autor pierwowzoru raczej nie wymyśla własnych jednostek, korzysta z historycznych (np. skiryci), tłumacz z kolei nie odróżnia chyba huzarów od husarzy i tych drugich odmienia jak pierwszych, tworząc takie potwory gramatyczne: "husarzy wybili ostatnich zalegających w wiosce Opętanych". Jprdl, albo huzarzy, albo husarze, albo robimy jakaś nową jednostkę bo to fantasy. Niestety, "husarzy" nie doczekali się opisu, a autor raczej nie tworzy nowinek militarnych więc pozostaje niesmak i ból zębów.
    Zakończenie książki przewidywalne i otwarte, pewnie będzie jeszcze z 5 tomów gdzie głównych bohater będzie szukał siebie i doświadczał Deus ex machiny.

    #bookmeter #ksiazki #czytajzwykopem #fantastyka #fantasy #literatura #grammarnazi #fantasybookmeter #sciencefictionbookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    Statystyki tagu #bookmeter z okresu 2022-05-01 - 2022-05-31:

    Najczęściej plusowane recenzje:

    1. 57 plusów - recenzja - Boży bojownicy (Andrzej Sapkowski) - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera Certis - więcej recenzji »
    2. 29 plusów - recenzja - Hrabia Monte Christo (Aleksander... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera informatyk - więcej recenzji »
    3. 23 plusów - recenzja - Perfekcyjna niedoskonałość (Jace... - ★★★★☆ (7.0 / 10) - usera LebronAntetokounmpo - więcej recenzji »
    4. 23 plusów - recenzja - Lux perpetua (Andrzej Sapkowski) - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera Certis - więcej recenzji »
    5. 21 plusów - recenzja - Stary człowiek i morze (Ernest H... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera Owieczka997 - więcej recenzji »
    6. 21 plusów - recenzja - Pachnidło (Suskind Patrick) - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera Przytulnie - więcej recenzji »
    7. 21 plusów - recenzja - Ilion (Dan Simmons) - ★★★★★ (10.0 / 10) - usera Certis - więcej recenzji »
    8. 20 plusów - recenzja - Powstanie i upadek starożytnego ... - ★★★★☆ (7.0 / 10) - usera Balcar - więcej recenzji »
    9. 19 plusów - recenzja - Przeminęło z wiatrem (Margaret M... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera Balcar
    10. 18 plusów - recenzja - Heretycy Diuny (Frank Herbert) - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera LebronAntetokounmpo - więcej recenzji »
    11. 17 plusów - recenzja - Był dwór, nie ma dworu (Anna Wyl... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera pan_kleks8 - więcej recenzji »
    12. 16 plusów - recenzja - Duch króla Leopolda. Opowieść o ... - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera rassvet
    13. 16 plusów - recenzja - 27 śmierci Toby'ego Obeda (Joann... - ★★★☆☆ (5.0 / 10) - usera Magnolia-Fan - więcej recenzji »
    14. 16 plusów - recenzja - Mafia bombowa. Opowieść o obsesj... - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera LebronAntetokounmpo - więcej recenzji »
    15. 15 plusów - recenzja - Zapytaj astronautę (Tim Peake) - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera Owieczka997 - więcej recenzji »
    16. 15 plusów - recenzja - Hyperion (Dan Simmons) - ★★★★☆ (7.0 / 10) - usera Dziadekmietek - więcej recenzji »
    17. 15 plusów - recenzja - Baśniobór (Brandon Mull) - ★★★☆☆ (6.0 / 10) - usera FormalinK - więcej recenzji »
    18. 15 plusów - recenzja - Delikatny nóż (Philip Pullman) - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera Owieczka997 - więcej recenzji »
    19. 15 plusów - recenzja - Był dwór, nie ma dworu (Anna Wyl... - ★★★★☆ (7.0 / 10) - usera DerMirker - więcej recenzji »
    20. 14 plusów - recenzja - Konopielka (Edward Redliński) - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera Czlowiek_i_ludz_zarazem - więcej recenzji »

    ---------
    Wygenerowane przez bota książkowego :) Jeśli masz sugestie / pomysły / uwagi / chcesz wspomóc prace nad nim pisz na PW. Github: Kod źródłowy witryny
    #bookmeter #ksiazki #czytajzwykopem #literatura #ksiazka #bookmeterstats
    pokaż całość

  •  

    Nitka z waszymi ulubionymi lekturami szkolnymi.
    #przegryw #dickpill #ksiazka #ksiazki #literatura #szkola #lektury #testoviron #historia #takbylo

    źródło: scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net

  •  

    Jako nastolatek nie czytałam powieści Juliusza Verne'a, a czuję, że to jest wiek, kiedy powinnam się z nimi zapoznać. Teraz próbuję to wszystko nadrobić, mam już za sobą Podróż do wnętrza ziemi, Podróż na księżyc, obecnie słucham W 80 dni dookoła świata, a potem będzie 20 000 mil podmorskiej podróży.
    #ksiazki #literatura #czytajzwykopem #gownowpis pokaż całość

  •  

    Przekład "Der Erlkönig" Goethego autorstwa Jadwigi Gamskiej-Łempickiej to najlepszy polski przekład, jaki w ogóle kiedykolwiek powstał, can't change my mind. Zawsze mam dreszcze jak go czytam i, poza oryginałem, tylko to wywołuje we mnie takie odczucia.
    Niżej tekst:

    Johann Wolfgang Goethe
    Król elfów

    Czyj galop tak tętni w wichurze i ćmie?
    To ojciec z swym synem na koniu w cwał rwie,
    To ojciec swe dziecię w czas wiezie spóźniony
    i grzeje, ogarnia mocnymi ramiony.

    Mój synu, wciąż z lękiem twarzyczkę zasłaniasz...
    Nie widzisz, mój ojcze, jak elf nas dogania?
    Król elfów w koronie... i wlecze swój płaszcz...
    Mój synku, mgła wstała, mgła wlecze się, patrz!

    Pójdź do mnie, chodź do mnie, chłopczyno, bez obaw!
    Znam ślicznych gier mnóstwo, chodź, pobaw się, pobaw!
    I pełno mam kwiatów na brzegach mych wód,
    a matka ma chowa złocistych szat w bród...

    Mój ojcze, mój ojcze, czyś tego nie słuchał,
    co elf mi obiecał, naszeptał do ucha?
    Uspokój się, synku, uspokój się, mały,
    To wiatr tak w olszynach liść nisza, liść stlały.

    Chodź, piękny mój chłopcze, w te olchy... chodź ze mną,
    me córy troskliwie hołubić cię będą,
    Me córy tam tańczą, nim zejdzie Świt,
    wśpiewają... whuśtają i ciebie w swój rytm...

    Mój ojcze, nić widzisz, tam, w cieniu, przy drzewie
    król elfów mnie wabi do swoich królewien,
    Mój synku... mój synku... sokoli mam wzrok:
    To stare trzy wierzby szarzeją przez mrok.

    Ja kocham się w tobie... Twój wdzięk mnie zniewolił...
    A będziesz oporny, to porwę wbrew woli!
    Tatusiu... Tatusiu! Ach, jaki ból!
    Już chwyta... już ciągnie elfowy król...

    Strach ojca porywa. Ostrogą spiąl konia,
    wiatr ściga a dziecko majaczy w ramionach.
    I dopadł wrót domu, nim zeszedł świt.
    Na ręku chłopczyna już nie żył. Już stygł.
    Przekład Jadwiga Gamska-Łempicka

    #literatura #poezja #tlumaczenie #ksiazki
    pokaż całość

    •  

      @CKNorek: Noc padła na las, las w mroku spał,
      Ktoś nocą lasem na koniu gnał.
      Tętniło echo wśród olch i brzóz,
      Gdy ojciec syna do domu wiózł.

      - Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak?
      Tam ojcze, on, król olch, daje znak,
      Ma płaszcz, koronę i biały tren.
      - To mgła, mój synku, albo sen.

      "Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las!
      Wesoło będzie płynąć czas.
      Przedziwne czary roztoczę w krąg,
      Złotolitą chustkę dam ci do rąk".

      - Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?
      To król mnie wabi, to jego śpiew.
      - To wiatr, mój synku, to wiatru głos,
      Szeleści olcha i szumi wrzos.

      "Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las,
      Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.
      Moje córki nucąc pląsają na mchu,
      A każda z mych córek piękniejsza od snu".

      - Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew
      Srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew?
      - O, synku mój, to księżyc tak lśni,
      To księżyc tańczy wśród czarnych pni.

      "Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las!
      Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!"
      - Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu,
      Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu. -

      Więc ojciec syna w ramionach swych skrył
      I konia ostrogą popędził co sił.
      Nie wiedział, że syn skonał mu już
      W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Oto nowy wróg publiczny antyukraińskiego szurnetu. Andrzej Stasiuk w koszulce z nadrukiem łączącym polskie i ukraińskie godło. Skandal! Jeszcze nagrał płytę z ukraińskim zespołem. Czy może być lepszy dowód na Ukropolin? No jasne, że nie!

    Ch że płyta jest o Mickiewiczu. Że Stasiuk recytuje Redutę Ordona. Nieważne. To jest Ukropolin!

    A najlepsze, że typ potrzebował dwa dni, żeby sprawdzić kto jest na zdjęciu xD Ja rozumiem, że szury z wiedzą są na bakier, kumam że Stasiuk jest mniej rozpoznawalny niż taka Tokarczuk, no ale chwalić się tak swoją ignorancją to jest dramat...
    #ukraina #wojna #ruskapropaganda #szurnet #szury #andrzejstasiuk #literatura #ksiazki
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Screenshot_20220523-201531.jpg

    •  

      tłumaczę mu ze Bandera nie żyje od 80lat i ciężko zeby był odznaczony

      @JohnnyPomielony ???
      Przecież pośmiertne odznaczanie jest normalną praktyką. Pilecki dostał order Orła Białego w 2006 roku, a Bandera Bohatera Ukrainy w 2010 r. Nie wiem czemu uważasz, że ciężko odznaczyć kogoś kto nie żyje.

    •  

      @Halbr: Już pomijając fakt że to zwykłe szurskie pierdolenie i fejur, bo Zełeński nigdy go pośmiertnie nie oznaczył ani nie ma zamiaru, to wiadomo z kim pisałem bo translator to raz, a dwa sam się zdemaskował bo wstawiał ruską uśmiechniętą buźkę czyli )) a tylko Ci ze wschodu robią ją w ten sposób

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    9 czerwca 2022 r. nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego ukaże się książka "Ptakoterapia. Jak przyroda uratowała mi życie" Joe Harknessa.
    Obserwacja ptaków sprawia, że psychicznie czujemy się lepiej. Autor w swojej niezwykle szczerej, intymnej opowieści pokazuje, jak przyglądanie się tym zajmującym zwierzętom pomogło mu pokonać depresję i stany lękowe. Opracowana przez niego ptakoterapia jest oparta na uważnej i świadomej obserwacji, bliskim kontakcie z naturą oraz aktywności na świeżym powietrzu. Zawarte w książce praktyczne wskazówki dla początkujących obserwatorów życia ptaków pomogą w pełni wykorzystać leczniczy potencjał ornitologii.
    Joe Harkness od czterech lat prowadzi BirdTherapy.blog, na którym bardzo otwarcie pisze o swoim samopoczuciu i więzi łączącej go z przyrodą. Wygłasza także prelekcje o zdrowiu psychicznym w nadziei, że w ten sposób pomoże innym ludziom zadbać o psychikę. Jest autorem wielu artykułów, pojawił się także w programie BBC Winterwatch, w którym rozmawiał z Chrisem Packhamem o samobójstwach wśród mężczyzn. Jest koordynatorem do spraw uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, od dziesięciu lat pracuje z grupami wymagającymi specjalnej opieki.
    źródło
    #literatura #ksiazki #czytanie #ornitologia #ptaki #przyroda #psychologia #depresja
    pokaż całość

    źródło: wuj.pl

  •  

    31 maja 2022 r. nakładem wydawnictwa Officyna ukaże się nowe wydanie "Dzienników" Franza Kafki.
    Po co nam kolejny Kafka? Choćby po to, by przekonać się, że wbrew pozorom wcale go dobrze nie znaliśmy. Przygotowując "Dzienniki" do druku po raz pierwszy, wydawcy pośmiertnej spuścizny pisarza znacząco zmodyfikowali wszystko, co ich zdaniem „psuło” tekst. Co zaś wydawało się błahe, banalne, nieistotne – po prostu usuwali. Kompletne niemieckie wydanie "Dzienników", w wersji zgodnej z rękopisami, ukazało się dopiero w 1990 roku. Niniejszy przekład jest pierwszym, który konsekwentnie podąża za tamtą edycją. Uzupełniają go przypisy i komentarze.
    W październiku 1921 roku Kafka notował: „Ten, kto za życia nie potrafi się z życiem uporać, potrzebuje ręki, by trochę odganiać rozpacz z powodu własnego losu, (…) lecz drugą ręką może zapisywać, co widzi pod gruzami, albowiem widzi inaczej i więcej od innych”.
    Być może właśnie taka jest główna funkcja "Dzienników", gromadzić „zapiski spod gruzów”. Zgoda, życie ulega dla Kafki niepowstrzymanej erozji. Kończy się porażką, a porażka zawsze jest bolesna. Lecz porażka praktykowana starannie i troskliwie (w tym zaś, przyznajmy, pisarz osiągnął prawdziwe mistrzostwo) bywa przecież dla literatury ciekawszym zakończeniem. Znacznie ciekawszym.
    Literacką wartość "Dzienników" dostrzeżono późno. Obecnie coraz częściej uznaje się je za ważny element twórczości Kafki; za niezbywalną część jego pośmiertnej rozmowy z czytelnikami, wyjątkowo intymnej. Oto jesteśmy świadkami, jak Kafka przekształca własne życie w literaturę.
    źródło
    fragment książki
    #literatura #ksiazki #czytanie #kafka
    pokaż całość

    źródło: booktime.pl

  •  

    Przeczytałem większość tzw. romansów Erotycznych wydanych w polsce. Ich największym mankamentem jest to, że kończą się konwenansami w postaci ślubu i nałożeniem kieratu na Mężczyznę zamiast jedną wielką Orgią albo Gangbangiem.

    #przegryw #literatura #seks #blackpill #redpill #mgtow

    źródło: cdn.discordapp.com

    •  

      @Minister_Vulva: Sam kiedyś z ciekawości przekartkowałem taką książkę żeby zobaczyć co czytają różowe i "fabuła" mnie rozwaliła. W skrócie:

      Kobieta ma meża z którym się nie układa bo dużo pracuje a ona około 30 ma kryzys w swojej pracy i nie wie czy to chce robić (była jakaś korpo biurwa, a chciała być projektantka mody czy coś). Na jakimś wyjściu widzi chada, który bardzo się jej podoba i po powrocie do domu rucha męża (myśląc o chadzie). Dalej na jakieś imprezie firmowej widzi Chada i okazuje sie, że chłop jest jakimś tam managerem w innym dziale. Przypadkowe spotkania w firmie, flirt itp aż wkońcu raz po godzinach pracy w biurze robi się gorąco i chad puka bohaterke na biurku. Dalej jakieś 100-150 stron spotkań z chadem i ruchańska w każdym miejscu. Punktem kulminacyjnym historii jest moment kiedy bohaterka rozstaje się z mężem ALE jednocześnie też nie wychodzi z chadem (bo jak się okazuje chad jest narcyzem i nie chce sie angazowac) ale poznaje kolejnego faceta z którym się wiąże i jest szczęśliwa.

      Podsumując: Żona zdradza męża z chadem z pracy, a potem znajduje sobie jeszcze innego.
      pokaż całość

    •  

      @CloudSpanner: Serio? Jeszcze nigdy nie natrafiłem na taki rozwój fabuły. └[⚆ᴥ⚆]┘ Ciekaw jestem jaki to nosi tytuł. Z wątkiem zdrady spotkałem się w dwóch, góra trzech tytułach przy czym jedna opowieść dotyczyła męża Chada zdradzającego chorą żonę (aczkolwiek scen Seksu w porównaniu do innych książek prawie tam nie było). Jeśli chodzi o Seks bo tylko to Mnie w owej prozie interesuje to zauważyłem kilka rzeczy:
      1) Wszystko skonstruowane jest w taki sposób by dać do zrozumienia, że to Mężczyzna ma zaspokajać kobietę mówiąc prościej to przede wszystkim jej ma być dobrze.
      2) Seks Oralny. Dzisiaj się to trochę zmieniło ale jeszcze kilka lat temu brakowało scen Fellatio w przeciwieństwie do niemal obowiązkowej w każdej powieści scenie Cunnilingus.
      3) Trójkąty jednego Mężczyzny z dwoma kobietami prawie nie istnieją choć to też nie znaczy, że te z dwoma Mężczyznami pojawiają się dość często.
      pokaż całość

  •  

    16 czerwca 2022 r. nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukaże się nowe wydanie książki "Dziennik roku zarazy" Daniela Defoe.
    Bez tej książki nie byłoby ani "Dżumy" Alberta Camusa, ani "Innego świata" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Napisana jak reportaż, położyła podwaliny pod literaturę, która stawia człowieka twarzą w twarz z problematyką zagłady. Ale "Dziennik roku zarazy" Daniela Defoe to nie tylko dokument o zarazie, która nawiedziła Londyn w 1665 roku, to również powieść historyczno-obyczajowa, której bohaterem jest City. To powieść-metafora, z zapowiedzią kolejnej zarazy. Właśnie dlatego badacze Defoe dopatrują się w niej "kontynuacji Robinsona Cruzoe".
    źródło
    #literatura #ksiazki #czytanie
    pokaż całość

    źródło: piw.pl

  •  

    #fantazmaty #literatura #ksiazki #ebooki #ebook #fantastyka #czytajzwykopem #ksiazka

    Mircy i Mirabelki, nasza kolejna (trzynasta, oby szczęśliwa!) antologia właśnie ujrzała światło dzienne. Tym razem przed nadciągającą falą upałów (albo opadów śniegu, kto wie ( ͡º ͜ʖ͡º)) przedstawiamy wraz z autorami wizje tego, jak świat może wyglądać za kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Optymistyczne to to nie jest!

    Zapraszamy i do pobierania antologii, i do wykopywania znaleziska (ale zakopać też można ¯\_(ツ)_/¯).

    https://www.wykop.pl/link/6665099/gdy-ziemia-miala-nas-dosc-antologia-klimatyczna-od-fantazmatow/
    pokaż całość

  •  

    Newsy książkowe od Whoresbane'a!

    Do sprzedaży wrócił drugi i trzeci tom serii Expanse od wydawnictwa MAG. Twardookładkowe wydania "Wojny Kalibana" i "Wrót Abbadona" Jamesa S. A. Coreya liczą odpowiednio 576 i 540 stron. Poniżej okładki i, by uniknąć spojlerów, krótko o treści pierwszego tomu.

    WITAJ W PRZYSZŁOŚCI

    Ludzkość zasiedliła Układ Słoneczny – Marsa, Księżyc, Pas Asteroid i dalej – ale gwiazdy wciąż pozostają poza jej zasięgiem.
    Jim Holden jest pierwszym oficerem lodowcowca kursującego z pierścieni Saturna na stacje górnicze Pasa. Gdy wraz z załogą trafiają na opuszczony statek Scopuli, w ich ręce wpada niechciany sekret. Ktoś jest gotów dla niego zabijać, i to na skalę niewyobrażalną dla Jima i jego załogi. Układowi grozi wojna, chyba że uda się odkryć, kto i dlaczego porzucił tajemniczy statek.
    Detektyw Miller otrzymuje zlecenie odszukania Julie Mao, dziewczyny, która na własne życzenie zrezygnowała z wygodnego życia u boku bogatych i wpływowych rodziców – po to, by walczyć o prawa uciskanych mieszkańców Pasa. Ślady śledztwa prowadzą do statku Scopuli, krzyżując w ten sposób drogi Millera i Jima Holdena. Okazuje się, że dziewczyna może być kluczem do rozwiązania każdej zagadki.
    Holden i Miller muszą lawirować między rządem Ziemi, rewolucjonistami z Sojuszu Planet Zewnętrznych i pełnymi sekretów korporacjami, mając wszystkich przeciw sobie. W Pasie jednak obowiązują inne reguły i jeden mały statek może zmienić los wszechświata.


    #ksiazkiwhoresbane'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
    #ksiazki #literatura #czytajzwykopem #mag #jamessacorey #expanse #theexpanse
    pokaż całość

    źródło: 1.jpg

  •  

    #sztuka #literatura #ksiazkowecytaty #ciekawostki #depresja #artefaktnadzis

    List pożegnalny Stefana Zweiga. Zweig, austriacki Żyd i jeden z najpopularniejszych pisarzy świata przed drugą wojną światową zdążył uciec przed represjami hitlerowskimi do Wielkiej Brytanii, skąd następnie udał się do Brazylii. Tam napisał swe ostatnie dzieło, autobiografię "Świat wczorajszy", stanowiącą swoiste epitafium dla Europy, jaką znał i jaka bezpowrotnie odeszła wraz z burzami wywołane przez dwa zbrodnicze totalitaryzmy. Życie odebrał sobie 22 lutego 1942 r., mając nadzieję na szczęśliwy koniec wojny, ale nie mając już siły go doczekać. Wraz z nim samobójstwo popełniła jego żona. Nie wiadomo, czy małżeństwo zawarło samobójczy pakt: z raportu służb, które przybyły na miejsce, wynikało, że zwłoki Charlotte były zauważalnie cieplejsze od ciała jej męża, sama zaś nie pozostawiła żadnej wiadomości. Być może Zweig nie wiedział, że towarzysząca mu przy odebraniu sobie życia Charlotte również je sobie odbierze. Tłumaczenie załączone do polskiego wydania "Świata wczorajszego" w komentarzu. pokaż całość

  •  

    1584 + 1 = 1585

    Tytuł: Zatracenie
    Autor: Osamu Dazai
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★☆☆☆
    ISBN: 9788307034768
    Tłumacz: Henryk LIpszyc
    Wydawnictwo: Czytelnik
    Liczba stron: 132

    Żeby tylko nie narazić się swoją osobą, być nikim, być powietrzem, niebem – to pragnienie wzbierało we mnie nieustannie.

    Yozo cierpi na agorafobię. W dziennikach, które spisuje, ukrywa to, jak czuje się na codzień przed całym światem. A czuje się gorzej, niż mógłby czuć się najpodlejszy ludzi. Nienawidzi siebie, nie może znieść wszystkich innych. Zatraca się w coraz to poważniejszym stadium choroby, świecie używek i całkowitej ludzkiej degeneracji. Na pomoc nie przychodzi nikt, kogo od razu nie odrzuca. Brak tu herosa, który wyciągnie go z tego wiru. Ze spuszczoną głową, od samego początku swojego życia do samego końca, Yozo zmierza do samobójstwa.

    "Zatracenie" to książka napisana w latach 40' przez Osamu Dazai, który w roku jej wydania odebrał sobie życie. Dzisiaj świat wygląda trochę inaczej. Dzisiaj mamy narzędzia i otwartą drogę do terapii, do leczenia, zrozumienia wśród rodziny bądź przyjaciół. Historia zarówno Dazaia jak i Yozo powinna być odbierana z nadzieją. Nie tylko przez fakt, że mroczne czasy, w jakich żyli, minęły. Dzisiaj bylibyśmy w stanie im pomóc w taki sposób, aby (mówiąc w języku Yozo) nie zgnieść chorych czymś, co my nazywamy dobrą wolą i szczodrością.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #ksiazki #literatura #czytajzwykopem #samobojstwo #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    #blackpillkulturalny to tag, na którym analizuję dzieła kultury wysokiej przez pryzmat #blackpill ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Drugi wpis również ciepło się przyjął, więc lecimy dalej. Dla rozruszania tagu zdecydowałem się zapostować coś bardziej znanego, mianowicie “Panią Bovary” Gustave’a Flauberta.

    Gdzieś tam na francuskim zadupiu żył sobie pewien Karol Bovary, co całe życie był #przegryw, ale dzięki skończeniu na farcie studiów medycznych udało mu się wybić od zera do klasy średniej. Karolek chociaż poczciwy chłop, nie był zbyt ogarnięty życiowo. Umiał za to leczyć katarek wszystkim starym dziadom w okolicach Tostes i kiedyś tam przy okazji wizyty u pacjenta wpadła mu w oko całkiem niezła teen - Emma Rouault. Emma spędziła część swojego niedługiego życia w klasztorze sióstr zakonnych, gdzie sporo czasu poświęciła czytaniu Manon Lescaut, Nowej Heloizy itd. (takich ówczesnych odpowiedników Greya czy 365 dni), które zapewne czytała jedną ręką i to tą samą, którą potem żegnała się po odmówieniu paciorka. Dziewczyna nabawiła się więc przez to z lekka wyidealizowanej koncepcji miłości romantycznej. No więc kiedy ojczulek wydał ją za Karola Bovary, nie była zbyt szczęśliwa, bo nie potrafiła w tej łajzie dostrzec Chada. W dodatku trochę jej odjebało, bo na jednym balu napatrzyła się na arystokrację i uznała, że również chce żyć pięknie i wystawnie. Była więc trochę taką transarsytokratką - czuła się szlachcianką, ale nią nie była XD

    Życie na prowincji wprowadzało ją w depreche, więc mąż postanowił przenieść się z nią z jednego zadupia na drugie zadupie, sądząc że jej to poprawi nastrój. Dlaczego to nie wyszło, nie mam pojęcia. Okazało się ponadto, że Karolek to jednak trochę zawadiaka i spłodził Emmie kaszojada. Pani Bovary marzyła o narodzinach chłopca, bo chciałaby go wychować na Chada. Urodziła jednak córkę - Bertę, której wychowaniem nie była zbyt zainteresowana. Nic dziwnego, że po przeprowadzce do Yonville, Pani Bovary od tego całego czytania romansideł zaczęła rozglądać się za #bolecnaboku. Pretendentem do pełnienia tej funkcji był niejaki Leon Dupois - młody urzędnik, podzielający jej zamiłowanie do sztuki, w gruncie rzeczy laluś, by nie powiedzieć pizduś. I choć dwoje chciało na raz, to wynikł takiż to ambaras, że Leon obsrał zbroje i spierdolił do Paryża, a Emma popadła w marazm, przez odejście niedoszłego kochanka.

    Swoje bolączki (a raczej niedojebanie mózgowe) pani Bovary rekompensowała sobie niepotrzebnymi zakupami u kupca Lheureuxa. Niedługo natomiast natknęła się na najchadowszego Chada - arystokratę Rudolfa Boulangera, który dostrzegając, że Emma ewidentnie ma na niego chcice, peklował ją aż miło za plecami Bovary’ego i to chyba nawet przez kilka lat. W momencie, kiedy miał na nią trochę wyjebane, Emma nakłoniła męża, żeby zgodził się na przeprowadzenie skomplikowanej operacji na jakimś wsioku, co było kompletnie ponad jego kompetencję, no ale #p0lka bardzo chciała żeby jej beciak jej zaimponował. Operacja się koniec końców nie udała, Emma zawiedziona swoim mężem postanowiła więc, że chce spierdolić ze Chadem Rudolfem w Bieszczady. Ten jednak wyruchał ją po raz ostatni, uciekając przed nią, po to żeby nie uciec z nią, tak jak sobie to nasza Emma planowała, co zniosła niezbyt dobrze.

    Pewnego razu w operze w Rouen państwo Bovary spotkali Leonka Dupois. Gdy Karol wrócił sobie do Yonville, Emma została w mieście i skakała po kutandze Leona aż huczało. Potem Karol łożył na to, by w każdym tygodniu Emma mogła jeździć do Rouen na udzielane przez Leona lekcje pianina, na których palcowanie ćwiczyli oczywiście na jej kroczu, a bemol miała w dupie. Ruchańsko w końcu znudziło się obojgu kochankom, a w międzyczasie kupiec Lheureux upomniał się o długi jakie zaciągnęła u niego Emma, których nie miała jak spłacić. W obawie przed konsekwencjami zaczęła wypisywać do byłych kochanków z prośbą o pożyczki, a nawet rozważała kurestwo. Okazało się jednak, że pieniądze nie rosną na drzewach, więc Emma chlusnęła se arszenik i umarła w męczarniach.

    Karolek załamał się po śmierci swojej ukochanej żony. Nie chciał słuchać od ludzi, że ta suka go jebała na hajs i bronił jej imienia jak na białorycerzyka przystało. Do momentu aż znalazł listy miłosne swojej żony do kochanków. Nie móc znieść swojego spermiarstwa też wziął i umarł.

    Także no #p0lka naczytała się “50 twarzy Greya” i marzyła o ruchańsku z Chadami, co nie przeszkadzało jej korzystać z hajsu swojego męża-beciaka, żeby kupować sobie drogie majty.

    #blackpill potwierdzony

    #literatura #ksiazki #sztuka #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: 1884054.jpg

  •  

    Jaka cisza -
    Terkotanie konika polnego
    Świdruje skałę.

    Bashō Matsuo (jap. 松尾 芭蕉 Matsuo Bashō; ur. 1644, zm. 28 listopada 1694).

    Tł. z ang. Czesław Miłosz
    #haiku #poezja #literatura #kultura #sztuka #japonia #gruparatowaniapoziomu pokaż całość

    źródło: img.freepik.com

  •  

    W maju 2022 r. nakładem wydawnictwa MULTICO ukazał się przewodnik do rozpoznawania ptaków locie "Wróblowe Europy oraz wybrane niewróblowe" Tomasza Cofty.
    Pierwszy na rynku księgarskim przewodnik terenowy do identyfikacji „ma­łych” ptaków w locie. Przedstawia 237 europejskich ptaków lądowych, w tym 205 gatunków wróblowych. Zawiera ponad 850 kolorowych ilu­stracji autorstwa Tomasza Cofty, na których pokazane są sylwetki ptaków z góry, z dołu i z boku podczas lotu. Precyzyjne ilustracje przedstawiają przede wszystkim szczegóły ubarwienia, a bogaty zbiór zdjęć pokazuje, jak te ptaki naprawdę wyglądają w powietrzu, w niektórych przypadkach także gdy lecą stadem.
    W opisach znajdują się informacje na temat wiel­kości, sylwetki, ubarwienia poszczególnych ptaków, ich lotu, struktury i zachowań stada oraz wydawanych w czasie lotu głosów. Teksty są zwię­złe i przekazują tylko informacje niezbędne do identyfikacji gatunku w lo­cie. Głosy przedstawione są w postaci transkrypcji i sonogramów, nadto można posłuchać nagrań głosów 131 gatunków (prowadzą do nich kody QR).
    Tomasz Cofta jest jednym z najbardziej doświadczonych ornitologów tere­nowych w Europie. Zaobrączkował prawie sto tysięcy ptaków z ponad dwustu gatunków (głównie wróblowych) w Europie, Azji i Afryce. Jest członkiem Komi­sji Faunistycznej, działającej w ramach Sekcji Ornitologicznej Polskiego Towarzy­stwa Zoologicznego, oraz uznanym ilustratorem i autorem tekstów o ptakach.
    źródło
    #literatura #ksiazki #czytanie #nauka #ornitologia #ptaki
    pokaż całość

    źródło: lasksiazek.pl

  •  

    Konkurs dla Mireczków (。◕‿‿◕。) Tym razem do wygrania jeszcze więcej:

    2x książki Storytelling (nie tylko) w biznesie Dana Norrisa
    1x bon do Allegro o wartości 50 zł

    Co zrobić, żeby wziąć udział?

    obserwować @zgarnijpremie
    odpowiedzieć na pytanie: Jakie słowa lub historia zapadły/a Ci długo w pamięci lub odmieniły Twoje życie?

    Autorów najciekawszych odpowiedzi czekają nagrody w postaci książki lub bonu do Allegro (oczywiście z wysyłką na nasz koszt). Zwycięzców ogłosimy w środę rano (tj. 18.05.2022 r).

    ______
    Co zyskasz z tą książką?

    Storytelling to książka dla każdego, kto chce opowiadać – czy to po to, żeby zrobić dobre wrażenie podczas rozmowy kwalifikacyjnej, dobrze wypaść podczas spotkania biznesowego, czy wygłosić intrygujący toast weselny. Ta książka podpowiada, jak dopracować opowieść oraz uwolnić drzemiący w nas potencjał mówcy. Zawiera też proste ćwiczenia, które ułatwiają wykorzystywanie umiejętności storytellingowych w praktyce. Wskazuje również dziesięć pułapek czyhających na autorów opowieści i pokazuje, co robić, żeby ich uniknąć.
    ______
    Regulamin konkursu dostępny tutaj.

    #zgarnijpremie #okazje #promocjebankowe #rozdajo #allegro #marketing #biznes #firma #literatura #jdg #konkurs #czytajzwykopem #konkursksiazkowy #ksiazki
    pokaż całość

    źródło: Nowy projekt (91).png

  •  

    1557 + 1 = 1558

    Tytuł: Pożoga
    Autor: Zofia Kossak-Szczucka
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: 7/10
    ISBN: 9788373842229
    Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
    Liczba stron: 298

    O wydanej po raz pierwszy w 1922 r. debiutanckiej powieści Zofii Kossak-Szczuckiej jakiś czas temu znowu zrobiło się głośno, bo minister edukacji postanowił wprowadzić ją na listę lektur, a pewien portal uznał za stosowne z tej okazji przekonać czytelników, że „Pożoga” jest tylko trochę mniej sympatyczna od „Mein Kampf” Adolfa Hitlera i powinniśmy się jej bardzo wstydzić. Koniec końców nie wiem, czy wspomnienia kresowej autorki istotnie znalazły się na tym wykazie dla dziatwy szkolnej – widzę sprzeczne informacje – ale gdy pomyślę o obecnym kontekście politycznym i skokowym wzroście liczby Ukraińców w Polsce, w tym młodzieży, zgaduję, że nauczyciele musieliby się mocno nagimnastykować podczas omawiania tej pozycji.

    Autorka zabiera nas w niej bowiem do lat 1918–1920, kiedy to po okresie sielskim i harmonijnym, zawsze rzewnie wspominanym przez kresowiaków, przyszedł czas ćwiartowania i obdzierania żywcem ze skóry, czas pogromów i chaosu oraz wojsk przetaczających się w jedną i drugą stronę. Wielki musiał być urok Kresów (i dworków kresowych), że mimo tych cyklicznych pogromów dalej wzdychano za tymi ziemiami, ja bym się czym prędzej przeniósł z całą porcelaną i atłasami nawet do Sosnowca albo Łodzi, mając pod nosem takich ponurych, chytrych i generalnie obcych kulturowo rusińskich chłopów. I bynajmniej nie ironizuję, przytaczając te chłopskie przywary, o których sporo pisze autorka „Pożogi”. Wierzę jej, że istotni tacy byli chłopi, jak to ludzie bazowi, pierwotni. Kossak-Szczucka dodaje im zresztą komponent niszczycielskiego żywiołu, czym mieli się odróżniać od chłopów polskich, którzy, owszem, równie chciwi, ale jej zdaniem nieskorzy do obracania wszystkiego w ruinę. Mieliśmy wprawdzie Szelę, ale to była jeszcze połowa XIX w., i mimo wszystko incydent w polskich dziejach, a z pewnością incydent na tle tych wszystkich krwawych ruchawek na wschodzie.

    Jeśli coś łączy Szelę z wydarzeniami lat 1918–1920 to inspiracja zagraniczna. Kresy Wschodnie były areną starć różnych nacji i sił politycznych. Mieliśmy więc ziemiaństwo polskie, chłopstwo rusińskie, polską szlachtę zagonową (schłopiałą, językowo nawet częściowo zrusyfikowaną, ale katolicką i przywiązaną do szlacheckiego dziedzictwa), Żydów, Niemców, petlurowców dążących do stworzenia rządu ukraińskiego, Moskali, w końcu bolszewików. Ziemie zamieszkiwane przez polskie ziemiaństwo przechodziły z rąk do rąk – pogromy, których chłopi dokonywali w pierwszej fazie zawieruchy opisywanej przez Kossak-Szczucką, tj. w 1918 r., inspirowane mocno przez bolszewików, miały charakter klasowy, służby polskiej nie tykano, wystąpienia ściśle antypolskie pojawiły się nieco później z inicjatywy petlurowców, chociaż przy sprzyjającym milczeniu innych bądź za sprawą ich podszeptów. Żydzi, nazywani czasami przez niechętną im autorkę Żydziakami, cieszyli się na myśl o nadchodzących zmianach, ale sami później ginęli w pogromach (jeden z nich Kossak-Szczucka ze zgrozą opisuje), chłopi zaś, którzy na początku korzystali na antyziemiańskiej retoryce bolszewików, niebawem – gdy ziemian przepędzono lub wymordowano – również byli przez czerwonych ograbiani. Autorka wiele uwagi poświęca opisowi poszczególnych grup społecznych i narodowych, a także ich wzajemnych relacji. Czy dla czytelnika będzie to bardziej cenne źródło wiedzy, czy stereotypów, to już inna sprawa, niewątpliwie czasami Kossak-Szczucką ponoszą emocje, ale sporo spostrzeżeń w moim przekonaniu ma wartość poznawczą. Poniżej przytoczę cztery dłuższe cytaty odnoszące się do innych grup społeczno-narodowych, bez próby dochodzenia, gdzie jest więcej emocji, a gdzie słuszności; kiedy nam więcej mówią o opisywanych, a kiedy o opisującej, ot podaję w ramach próbki.

    Gdy nasi przeszli, zaszłam do pobliskiej piekarni po bułki. Stało tam już kilku Niemców, rozpierających się zdobywczo i głośno szwargoczących z uśmiechającą się do nich Żydówką. Nie patrząc w tę stronę, czekałam na swój sprawunek, gdy wpadło trzech zapóźnionych naszych żołnierzyków. Zeskoczywszy z wozu, zabiegli tu jeszcze kupić chleba. Popatrzyli na siebie wzajemnie z Niemcami. Po raz pierwszy poczułam, co znaczy nienawiść wiekowo-rasowa. Nagle, bez żadnego powodu, z oczu, z ust milczących trysnęły takie prądy nienawiści, coś tak potężnie, impulsywnie realnego, że ramiona ugięły się, niby pod niespodziewanym ciężarem. W powietrzu kotłowały się jakieś szalone zapasy, wszystko wirowało, wciągając w obroty swe umysły. Ręce mimo woli wyciągały się do walki, oczy widziały czerwono. Czegoś podobnego nie doznałam nigdy ani wobec bolszewików, ani tłumu chłopstwa, ani Moskali, ani siczowników. Jak gdyby tamto wszystko było nic, a tu dopiero stał wróg.

    W chatach tych mieszkał lud rosły i krzepki, śpiewający najpiękniejsze w całym świecie pieśni, leniwy i senny, ale sennością żywiołu, gotowego w każdej chwili powstać huraganem. Lud ten, nad wszystko inne siłę fizyczną ceniący, pobłażaniem gardził jako dowodem słabości, surowość uznawał, a za niesprawiedliwość mścił się zaciekle i strasznie. Skryty i chytry, trudny do poznania i przyswojenia, niezmiernie rzadko dno swej myśli zdradzający – przeto pozornie uchodzący za fałszywy – posiadał wyjątkowe zdolności umysłowe, oczekujące tylko pobudzenia' zdolny do najbardziej krańcowych przejawów cnoty i zbrodni, nienawiści lub zasługi, był przy tym, niestety, opłakanie niekulturalny i ciemny. Krew tatarska, której sporą domieszkę otrzymał, dała mu w spadku zamiłowania łupieżcze, tchórzowską odwagę pobratymca wilka, sąsiada z bliskiego lasu i chęć niszczycielską, która w przyszłości umiejętnie rozbudzona, miała wybuchnąć pożarem, tłumiąc wszelkie inne czynniki psychiczne.

    Kozacy – jako indywidualności psychiczne – przedstawiają cechy natur rdzennie zdrowych. Jest to rasa mająca większą przyszłość, niż właściwi Rosjanie, zżarci nieuleczalnym nihilizmem, i kto wie, czy nie w Kozaczyźnie tkwi odrodzenie i przyszłość narodu rosyjskiego [...]. Kozak jest w swoim pojęciu uczciwy, to jest nigdy nie kradnie u tego, kogo broni lub u kogo służy. Jest wierny i wypadki zdrady kozackiej należą do rzadkich wyjątków. Ludzie, którzy lata spędzili wśród Kozaków orenburskich, kubańskich czy dońskich, nie mają dość słów uznania dla ich gościnności i prawości. Kozak w głębi duszy jest człowiekiem dobrym. Osławione okrucieństwa kozackie rząd carski wytwarzał umiejętną sztuką. Przyszli żołnierze kozaccy byli tresowani jak złe psy. Rozbudzano w nich dzikość i obojętność na cudzy ból, katując ich samych od małego dziecka. W ten sposób, wyzyskując jedno z podstawowych praw logiki świata, prawo odwetu, przygotowano przyszłych morderców i katów. Ciemiężeni stają się z kolei ciemiężycielami. Ludzie, których traktowano gorzej od zwierząt, uczyli się traktować w ten sposób drugich.

    Porównanie petlurowców (czy też po prostu Rusinów) z bolszewikami:

    Tamci [petlurowcy] wszakże też grabili, kradli, rabowali, mordowali tysiącami, nie mieli żadnych skrupułów. Jednakże stali od bolszewików nieskończenie wyżej. Był to sobie po prostu naród pierwotny, niekulturalny, drapieżny z natury, rozzuchwalony swobodą, rozdrażniony krwią. Była w nim pewna tężyzna, swawola, wesołość. Wszystkie odruchy tchórzostwa, okrucieństwa lub odwagi były ludzkie, tj. możliwe do obliczenia, a tym samym odparowania. Jeżeli żołnierz ukraiński kogoś zamordował, to postępek ten był niewątpliwie skutkiem jakiejś, choćby błahej, pobudki. Albo był to Żyd, wróg rasowy, albo „burżuj”, wróg klasowy, albo posiadacz czegoś, co morderca chciał posiadać. U bolszewików tego się nie spotykało. Byli nieobliczalni i straszni w swoim niepodleganiu żadnej rozumowej możliwości. Zdarzało się nieraz, że bolszewik wszedł do domu, siadł za stołem, jadł, rozmawiał, pobył parę godzin, po czym nagle, bez żadnej przyczyny, wstał, zastrzelił gospodarza albo jego żonę, albo dziecko, albo wszystkich po kolei i najspokojniej wyszedł. Dlaczego to zrobił? Zapewne sam nie wiedział dokładnie. Żądza krwi stawała się u nich nałogiem takim jak palenie tytoniu lub wódka i ludzie ci bez mordu obejść się nie mogli. Może więc tego dnia jeszcze nikogo nie zabił, może przyszło mu na myśl, jak też się rozpryśnie na ścianie mózg siedzącego za stołem człowieka lub jak wyć będzie ta matka, gdy zetnie głowę dziecku... Krasnoarmiejcy byli zawsze ponurzy i smutni. Można było zauważyć u nich tylko dwa nastroje: albo podniecenie dzikie, zwierzęce, sadystyczne, albo śmiertelne przygnębienie i apatię. Ich śpiew przypominał wycie zwierząt. I nie wiem, czy śpiewy skazańców pędzonych na Sybir mogły być kiedy smutniejsze.

    Współczesnemu polskiemu czytelnikowi, który przywykł do funkcjonowania w ramach monoetnicznego społeczeństwa świat ukazany przez Kossak-Szczucką musi się jawić jako obraz rodem z koszmaru, a upór, z jakim ziemiaństwo chciało tam trwać, co prawda w pewnym stopniu jest zrozumiały, chodziło przecież o dziedzictwo materialne i kulturowe, ale budzi też obiekcje przez tkwiący w tej postawie nieuświadomiony fatalizm. I bynajmniej nie chodzi o sam czas wojny, lecz także o czas pokojowej współegzystencji. Po lekturze „Pożogi” nie sposób uwolnić się bowiem od wrażenia, że animozje i jawnie bądź skrycie pokazywany brak zaufania były wynikiem zawiązania nie jednego, nie dwóch, ale setki supłów, a marzenie o ich bezkrwawym rozplątaniu – mrzonką (nie, żeby rzeź ludzi przynosiła dobry skutek). Normalne funkcjonowanie w takich warunkach wydaje się iluzją. Sama Kossak-Szczucka, pisząc o kolejnym krótkim wygaszeniu buntu, wspomina o uśmiechach i pozdrowieniach twarzą w twarz, a splunięciach i złorzeczeniach za plecami. Kresy pulsowały od napięcia, które czekało tylko na eksplozję, jeśli nie spontaniczną, to inspirowaną przez inne „życzliwe” grupy, które podjudzając jednych przeciw drugim, chciały na tym skorzystać.

    Jest też jednak druga strona medalu, o której warto pamiętać, a odpowiada jej znane powiedzenie, że natura nie znosi próżni. Brak polskiej ekspansji kulturowej na wschód oznaczał pełną rusyfikację, a później bolszewizację tych ziem, sama ludność rusińska nie mogła się temu wszakże przeciwstawić. Szlachetna rezygnacja Polski z Kresów nie miałaby pozytywnego finału, a jedynie jeszcze wyraźniej wepchnęłaby Ukrainę w objęcia Moskwy. Dlatego chociaż Kossak-Szczucka na kartach swoich wspomnień kilka razy zastanawia się, jak zatrzymać koło przemocy, a w jednym miejscu sygnalizuje delikatnie, że ma świadomość nieuchronności i konieczności pewnych zmian społecznych, to wierzyła jednak w powrót ziemiaństwa na tak bliskie jej ziemie, a także w misję dziejową Polaków w tym regionie. Tak pisała o tym na jednej z ostatnich stron „Pożogi” (przypomnijmy, wydanej po raz pierwszy w 1922 r.):

    Oni [Polacy] jedni mają prawo i możność zrobienia tutaj porządku. Któż inny będzie go robił? Wołki, Małańczuki, Trawki, którzy od Ukraińców przechodzą do bolszewików i od bolszewików do Ukraińców z powrotem? Ten lud ciemny, który może za sto lat dopiero będzie miał poczucie swej narodowości, który ma ledwo poczucie solidarności własnej zagrody, a nie ma nawet tego uczucia do swojej wsi? My tu gospodarzami, my tu jesteśmy u siebie. Jeśli jest tutaj co, to to, co my stworzyliśmy.

    Po stu latach można powiedzieć, że Ukraińcy istotnie wykształcili poczucie swej narodowości, co więcej, wydaje się, że dzięki perspektywie włączenia Ukrainy do świata zachodniego, ale w ramach odrębnej, suwerennej państwowości, jesteśmy znacznie bliżej rozwiązania wspomnianych supłów – pewnie nie wszystkich, ale sporej części – niż kiedykolwiek wcześniej. Miejmy nadzieję, że się uda.

    #bookmeter #literatura #literackieimpresje #ksiazki #historia #historiapolski #ukraina #kresy #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

    źródło: s.lubimyczytac.pl

  •  

    Newsy książkowe od Whoresbane'a!

    Wydawnictwo Zysk i S-ka wznawia klasykę. "Opowieść o dwóch miastach" Charlesa Dickensa zawita do księgarń 31 maja 2022 roku. 600 stronicowe wydanie ma twardą oprawę. Poniżej okładka i krótko o treści.

    Rewolucja i miłość w cieniu gilotyny "Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy" – tak rozpoczyna swą niezwykłą opowieść Charles Dickens. Słowa te są zapowiedzią dramatycznych wydarzeń przedstawionych z epickim rozmachem. Paryż i Londyn w przededniu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Ten burzliwy okres ukazany jest przez pryzmat losów młodego francuskiego arystokraty, niesprawiedliwie uwięzionego lekarza, jego córki i angielskiego prawnika. Po osiemnastu latach spędzonych w Bastylii doktor Manette wychodzi na wolność. Szczęśliwie, już na angielskiej ziemi, rozpoczyna drugie życie u boku córki Lucie. Tam przecinają się drogi dwóch mężczyzn: zbiegłego z Francji Karola Darnaya i błyskotliwego adwokata Sydneya Cartona, samotnika i pijaka, których połączy miłość do jednej kobiety – córki doktora. Wskutek dramatycznego splotu okoliczności bohaterowie są zmuszeni porzucić spokojne ulice Londynu i przybyć do Paryża pod rządami krwawego terroru. Porwani w wir wydarzeń zostaną poddani ciężkiej próbie…

    #ksiazkiwhoresbane'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
    #ksiazki #czytajzwykopem #zyskiska #charlesdickens #dickens #literatura
    pokaż całość

    źródło: 1.jpg

  •  

    Lubiłem czasem, kiedy zapadała noc, zmieniać Fredriksona przy sterze. Przede mną lśniący w świetle księżyca pokład wznosił się powoli i opadał, obserwowałem milczącą wędrówkę fal, chmury i dostojny łuk widnokręgu i ogarniało mnie
    przyjemne, podniecające uczucie, że jestem równocześnie strasznie ważny i strasznie mały [...].
    Czasem jarzyła się w ciemności fajka Joka, który przychodził usiąść koło mnie na rufie.
    - Przyznaj, że miło jest nic nie robić - rzekł którejś nocy, wystukując fajkę o reling.
    - Ale my robimy - powiedziałem. - Ty palisz, a ja steruję.
    - Żeby choć wiedzieć dokąd! - odparł Jok.
    - To całkiem inna sprawa - odrzekłem z naciskiem, gdyż już wówczas miałem wyraźną
    zdolność logicznego rozumowania. - Mówiliśmy o r o b i e n i u różnych rzeczy, a nie o tym, co się
    robi. Znowu masz te swoje Przeczucia? - dodałem niespokojnie.
    - Niee - ziewnął Jok. - Hupp, haff! Mnie jest zresztą zupełnie obojętne, gdzie dojedziemy.
    Wszystkie miejsca są dobre. Dobranoc na razie.
    - Hej, hej! - odpowiedziałem.
    Kiedy Fredrikson przyszedł o świcie zastąpić mnie przy sterze, wspomniałem mu
    mimochodem o zadziwiającym i całkowitym braku zainteresowania otoczeniem, jakie przejawiał Jok.
    - Hm - zastanowił się Fredrikson. - A może, wręcz przeciw nie, wszystko go obchodzi? Tak
    sobie, w miarę. Nas obchodzi wyłącznie jedno: ty chcesz być, ja chcę coś robić, mój bratanek chce
    mieć. A Jok tylko żyje.

    T. Jansson, Pamiętniki Tatusia Muminka

    Jok to ojciec włóczykija. Charakterem przypomina kota uzależnionego od tytoniu. Jednak w tej filozofii coś jest. Coś więcej. Przypomina mi ciągłą uwagę, stan permanentnej medytacji. No tak, wychodzi na to, że trzeba żyć jak kot.

    #literatura #ciekawostki #filozofia #psychologia #cytaty #depresja #nocnazmiana
    pokaż całość

  •  

    Dziennik z detoksu. Część druga.

    Uprzedzam, że jak na wykopowe realia, tekst jest długi - 24 strony.
    Opisuje kilkanaście dni począwszy od 22.02.2021, podzielone na dwa posty, ze wzgłędu na limit treści.
    Wszystkie, no prawie wszystkie, imiona są zmienione i ich podobieństwo i tak dalej...

    Może nie jest zbyt rzeczowy, a opiera się bardziej na wrażeniach, niemniej sam zamysł polegał na przedstawieniu (wówczas myślałem, że tylko sobie, ale zmieniłem zdanie) zmian zachodzących w psychice. Taki trochę terapeutyczny ogląd. Potem oczywiście była sześciotygodniowa terapia, ale tam już roi się od osobistych wyznań i historii, których przez szacunek i klauzule poufności nie mogę zdradzać. W dodatku większość tekstu jak na razie zgubiłem.

    To i wszystkie moje wykopowe wypociny pod tagiem -> #piorolecerdiana

    Dzień ósmy.

    Północ wybiła się chrapaniem. To powtarzający się, trywialny temat, ale ma dla mnie duże znaczenie odnośnie bezsenności. Dwie, trzy noce tutaj spałem jak suseł po siedem godzin. To wielka ulga, to doświadczenie, po którym rano chce się śpiewać. Tymczasem Snorlax. Próbowaliśmy już gwizdać i mówić do niego. Potrząsnąłem łóżkiem i na chwilę się uspokoiło. Kacper w nocy rzucał w niego klapkiem.
    Benny wstał przed piątą, a ja zacząłem go śledzić, o ile można śledzić kogoś na wskroś jedynego korytarza i pomieszczeń bez zamków. Poszedł zapalić, widocznie, gdy Kasia już doszła do siebie (w ogóle to ona przebywa w akwarium – pokoju, który ma wielkie okno na dyżurkę pielęgniarek), nie zamykają palarni na noc (tam też jest jedyny czajnik). Wychyliłem głowę zza futryny.
    W pokoju mamy dość ciemno, jedna świetlna nić pod drzwiami. Patrzyłem za Bennym na przedjutrzenkowy świat. Niedzielna cisza pełna jaskrawego pyłu i żółtości poodbijanej po ścianach. Pustka, nawet dyżurna nie medytuje nad serialem. Po oświetleniu opuszczonych korytarzy te przestrzenie przerażające są tym bardziej, prawdziwe są, o tak. Ślepe, zaklejone drzwi po omacku biją refleksem w te naprzeciwko. Bezruch i tylko powrót do ciepłego łóżka, ledwie widzialne gałęzie jak cienie na księżycu, koją ducha do snu. Niech sobie się wałęsa, ma swoje demony do spętania.

    ***

    Odpisywanie na wiadomości nocy. Śniadam szukając po konarach ptaków, które znam coraz lepiej.
    Dzisiaj apatia, wirus w powietrzu, katar i ból głowy. Całe piętro otępiałe, mimo, że mało kto bierze tu silniejsze leki, chociaż sam nie wiem. Nic nie sposób zrobić do obiadu, tylko schować się pod kocem. Nawet na jogę nie miałem siły. U syrenki to samo. Osłabienie, mały z kaszlem, kuzynka w domu, szwagierka i sporo innych pracowników na L4. Coś wisi w powietrzu. Przedwiośnie.
    Popołudniu ostatnie łóżko w pokoju zostało wypełnione. Znów jakiś czterdziestolatek. Pamięta to miejsce, sprzed dziesięciu lat, co niechybnie sprawia, że się zastanawiam. Czy ja też wplączę się w wieczny powrót? Porównując swoje historię do przeżyć ludzi tu skrytych, niewielka jest skala moich haniebnych dokonań.
    W każdym razie Tomasz. Wygląda jak smutny rozwodnik, grzechotnika nie ma. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że stanie się moim sześciotygodniowym partnerem i współlokatorem w tej walce z goliatem. Człowiekiem, z którym mnóstwo słów i historii przeplotłem, ale ostatecznie nie posłuchałem jego rad. Dopiero po ponad roku do mnie dotarły bumerangowym stylem. W ogóle skład się przetasował. To jest coś, do czego powinienem przywyknąć. Jedyna stała to nowe rozdanie.

    ***

    Dzisiaj za oknem pielęgniarka kogoś wyganiała odgrażając się policją. Krzyki, podniesione głosy, ale nawet nie zdobyłem się, aby stanąć na łóżku i rozejrzeć ponad folią przyklejoną do szyby. Później okazało się, że facet z kobietą przechodzili razem terapię. Całe sześć tygodni. On był tydzień do przodu przed nią, więc skończył wcześniej, w zeszły piątek. Dzisiaj przyjechał do lubej z bukietem róż napierdolony jak szpadel. Tyle z terapii. Siedzi mi to w głowie. Krysia czyta o współuzależnieniu.
    Zastanawiam się, co mnie czeka na górze. Myślę o tych, których przy mnie nie ma, przydałby się jakiś seans, nie mam rad na temat wad mojego spierdolenia. Jeszcze.
    To dziwne, że w smutku i zadumie słyszę fortepian bądź niższe dźwięki wiolonczeli, tulę się do idei, o które ocierały się moje ukochane dzieła piśmiennictwa. Wreszcie z tyłu głowy pojawiają się z reguły, nie konkretni malarze, tych znam zbyt niewielu, a charakter kreski kreślący mój nastrój. To jednak, jeżeli w tych momentach dochodzą mnie słowa, często jest to rap.

    Dzień dziewiąty.

    Wieczorem Matrix. Może to taka zakulisowa tradycja, oglądać tematykę przebudzenia w miejscach przejściowych, mostach cienkich na włos. Pierwszy raz widziałem go w szpitalu psychiatrycznym. Swoją drogą Piękny umysł również. Dzieło Wachowskich nie postarzało się. Chociaż nie obejrzałem całego, dzisiaj dokończę.
    To jednak uniwersalny film. Oglądając go teraz, w tym wieku, z cięższym bagażem i bardziej zagraconym zapleczem, działa mocniej. Otula bebechy, staje się trampoliną pytań, które powinien wyskakać każdy. Królicza dziura jest sztampowa, Alicja to najczęściej cytowane dzieło dwudziestego wieku, taka Alleluja Cohena. Tabletki, macierz, zmierzch cywilizacji, problem AI, to tak ogólnie, ale jest w tym filmie coś, co w wchodzi pod skórę i niekoniecznie łączy się wyłącznie z tymi konkretnymi zagadnieniami. Do tego dudni mi w głowie:
    Wszystkie ssaki na ziemi instynktownie zachowują równowagę ze środowiskiem, ale nie ludzie. Zajmujecie jakiś obszar i rozmnażacie się, aż wyczerpiecie wszystkie zasoby naturalne. Żeby przeżyć zajmujecie nowe tereny. Są na tej planecie inne organizmy, które postępują tak samo. Wiesz, o czym mówię? O wirusach. Ludzkość to choroba, rak toczący tę planetę, zaraza

    Do tego biblijna symbolika, to taki klasyk jak puścić zoiomkowi Grammatika albo metalowi Iron Maiden. Czy świat wydawał ci się kiedyś jakiś dziwny? Łyżki nie da się zgiąć, sam musisz się zgiąć. Łyżki nie ma. Chyba każdy ma tę drzazgę, o której mówi Morfeusz, brat śmierci w końcu. Usypia, ale i przebudza. Czym byłoby piekło bez snów o niebie? Mówi Morfeusz u Gaimana. Do tego statek, Nabuhomodonozor, problemy z dziwnymi snami, wiszące ogrody dla ukochanej, budowniczy.

    ***

    Właśnie sny, znów przyszły. Śnił mi się chrześcijański odwyk ze śpiewaniem piosenek. Umiejscowiony gdzieś na pierwszy piętrach któregoś z bloków blokowiska w moim mieście. Prowadziła go matka opiekunka o aparycji staruszki. Wyjechałem gdzieś rowerem i wypiłem pół ćwiartki. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś śnił o alkoholu. To się nie zdarzało. Niezbyt myślę o nim samym, ale za to dużo o konsekwencjach swoich zachowań.
    Przechodziłem przez las, bądź park, bądź też jakiś skrawek leśny. Nie pamiętam celu, ale był. Musiałem wrócić, dopiłem ćwiartkę. W mieszkaniu było jasno i były jakieś dziewczyny. Takie chrześcijańskie blondynki ze sweterkami pod szyję. Jedna, jakaś znajoma, pytała się mnie o coś, o czymś chciała rozważać, a mi było głupio, że mam pustą butelkę w plecaku. Wszystkiemu towarzyszyła wręcz namacalna jasność i spokój. Taki jezusowaty nastrój dobroci i pomocy.
    O, właśnie w tym momencie mam deja vi. I ze snem, i tym, co piszę, i z tym, że siedzę teraz na łóżku ze skrzyżowanymi nogami. Topię się w bluzie. Tomek opowiada o dawnych odwykach, z Kacprem rozmawiamy o tym, jakby to były ciekawie zobaczyć wszystkich na fazach, które przechodzili, ponieważ czasem patrzy się tu na człowieka i nie wierzy, że potrafił aż tak nawywijać, że się tutaj znalazł.
    A ten sen, ten nastrój, tak kiczowato oniryczny jakby filmowe przedstawienie snu we śnie. Tkwiło w tym głębokie przeświadczenie, że za tą jasnością cnoty kryje się mroczna tajemnica, kostki dzieci pod ołtarzem, złamane niewinności, głęboki bór za słoneczną polaną. Nie wierz pozorom, nie ufaj fałszywym prorokom.
    A w nocy harmonia uległa zaburzeniu. Ledwo znośna symfonia przyzwyczajenia do obcego dźwięku, ale zawsze jakaś. Teraz chrapało już dwóch mijając się o pół taktu. I ta mnogość dźwięków, a do tego nawet psy ujadały za oknem. Przed północą nie wytrzymałem i poszedłem po tabletkę. Pierwszy raz w życiu, ale nie miałem zamiaru męczyć się do rana.

    ***

    Na dyżurce tylko miękkie światełko. Pielęgniarka cała odmieniona. Mówię, że już nie wytrzymam, że wiem, aby do dziesiątej zgłaszać, ale chcę zasnąć. Opisuję sytuację z miną proszącego kota. Ona jak larwa po przemianie. Włosy rozpuszczone, uśmiech zrozumienia, pełne troski piwne oczy. Oboje bez maseczek, nawet nie kąsała, jak to zwykle robi za jej brak. Fartuch nieco rozpięty, lekko wymięty. Ona sama wyglądała jak lekko zaspana, a zaspane kobiety są najsłodsze. Czule przypominała moją, te kojące odcienie brązu na włosach, twarzy i w spojrzeniu. Ta tonacja jakoś bardzo do mnie przemawia. Podziękowałem, dostałem uśmiech. Wziąłem tabletkę i czekałem na efekty. Symfonia trudności z sennym oddychaniem trwała nadal, a mi w pewnym momencie ktoś odciął mi kabel i przynajmniej do szóstej spałem bez żadnych przerw. Ciekawe.

    ***

    Pierwszy raz z tabletką na sen

    Instrumenty mroku sny za horyzontem
    Psy ujadają ćmy tłuką się po kątach
    Rama przymknietych drzwi pachnie pomarańczą
    Nie ma za nią nic a nadziei za mało

    Po kilku namiętnych spotkaniach z Morfeuszem
    Trudno się z nim rozstać pustki szukaj z północy
    Jak zwykle w takich okolic włościach wynurzam
    się z rzeki myśli i pokorny siadam na brzegu

    Dumałeś kiedyś ile tak naprawdę ci trzeba?
    Poczułeś kiedyś zgniliznę i swąd silva rerum?
    Odcięta gałąź wierzby jeszcze rozpuści pęki
    Woda jest pełna smaku jedynie dla spragnionych

    Niezgrany duet nokturnalnyh bezdechów
    Żółte świrze ściany wibrują od basów
    Moja cierpliwość cierpi od cierni świstów
    Narażam się strażnicce idąc po pomoc

    Za dnia żmiją w nocy brunatnym motylem
    Rozpuszczone włosy w oku sen w głosie troska
    Maski już nas nie kryją wypiękniała w słodką chwilę
    Modlę się potem do niej bosy z krążkiem w ustach

    Brodzę w otchłań tulę w brąz
    skradłem nimfie jeden włos

    Dzień dziesiaty.

    Norma. Życzę każdemu na chwilę dać się wcisnąć w stałe punkty dnia i się odciąć, dać obezwładnić. Utknąć na wyspie odgrodzonej od szaleńczych fal zarazy. Coś tkwi w tym, że dużo siły trzeba, aby się podporządkować. Bunt i gniew okazuje się skierowany w jego nosiciela, dmuchnij mocno, a zgaśnie i znów na jeziorze odbiją się gwiazdy. Tylko ich nie pomyl, szukaj jaskrów.
    Mariusz, czyli Benny zrezygnował, już go nie ma. Jedyne, co głośno mówił, to lamentował nad tym, że nie obejrzy skoków narciarskich. Jego sprawa, ale rozmawiał z matką, jak zwykle na głos, i wszystko słyszeliśmy. Ona sama w domu, dzwoniła często, miała bardzo ładny, przyjemny głos, a w dodatku wielu innych członków rodziny podnosiło go na duchu. Po decyzji o rezygnacji matka zadzwoniła tylko raz, stała się osą.
    Gdy przyjedzie to z pewnością zajebie go siekierą. Przez uchylone drzwi słyszę jak pielęgniarka namawia kogoś, aby chociaż spróbował. Kacpra też już nie ma, ale on tylko załatwi sprawę z pracą i od poniedziałku razem zaczynamy terapię. Jutro nadejdzie moja wędrówka do Syjonu. Mam już chyba wszystkie potrzebne rzeczy. Najbardziej tkliwa i znacząca to symbol o przeogromnym znaczeniu. Gumowy jaszczur mojego syna. Ten, z którym śpi; ten, którego wszędzie zabiera. Sam go wrzucił do paczki dla mnie. Mój amulet, mój symbol, mój strażnik.

    Dzień jedenasty. Grań.

    Od rana pakowałem rzeczy, które są jak rozdrapywana rana. Ciągle ich przybywa, sączą się jak krew. Rozdałem chińskie zupki, ponieważ doktor zaleciła, aby ich nie jeść. Pochwaliła, że nie piję kawy, słodkich napoi i energy drinków. Dwa bochenki chleba też oddałem potrzebującym; płyn do płukania, który został po Mariuszu powierzyłem dziadkom. Paczkę cukierków, której i tak nie zjem, Eli. Mimo wszystko wyszło trzy torby, tak bywa.
    Dzisiaj na górę pójść miała również Ania, ale wykryto u niej coś złośliwie chorobowego i odesłano do lekarza. Ja miałem konsultacje z lekarzem odnośnie wyników wątrobowych i trzustki, ale normalnie puszczono mnie na terapię, tylko zalecono po wszystkim zbadać się i zadbać o siebie.
    Potem było załatwianie, nawet jeszcze wszystkiego nie skończyłem. Formularze, które wciskają cię w ramy nie tylko chorób. Zadbany? Tak. Pracuje? Tak. Z kim mieszka, czy miał zabiegi, jaki jest jego stan fizyczny?
    Dostałem pokój dwuosobowy z chłopakiem, który już jutro się stąd zbiera. Lepiej nie mogłem trafić, ponieważ podobało mi się to, że jest mniejszy od innych, a skoro będę miał tylko jednego współlokatora, to łatwiej będzie można odpocząć w ciszy.
    Myślałem, że załatwię to zwalniające się miejsce Kacprowi, ale, pomimo, że ustawił się z doktor, że załatwi sprawę z pracą i przyjedzie w niedzielę na terapię, teraz robią mu problemy, że potrzebuje skierowania lekarskiego od lekarza pierwszego kontaktu, do którego nie może się dodzwonić. Bardzo szkoda, ponieważ ostatecznie już tutaj nie trafi. Przynajmniej za mojego pobytu.

    ***

    Byłem na spacerze. Staw, drzewa, kaczki, ptaki, pałac. Świat się na mnie rozlał. Oczywiście też od razu mnie zgarnął jakiś Michał i Stasiu, aby pogadać. Dookoła stoły do ping-ponga, siłownia na wolnym powietrzu i boisko do siatkówki. Michał postawił głośnik jbl na stół, poleciał polski rap.
    Potem paliłem papierosa przy oknie palarni detoksu, patrzyłem zza lustra. Na wąski otwór do zamkniętej krainy. Na nowoprzybyłych z pytaniem na twarzy.
    Podczas rundki dookoła spotkałem Rudego. Zgaszony i z pustymi oczyma mówił, że żona dostała kolejnego wylewu i musi natychmiast wracać, ponieważ dzieci są same. Dzień przed rozprawą sądowa dostał się na detoks i chciał iść na terapię. Dzień przed pójściem na górę jest właśnie dzisiaj.
    To taki czwartek, w którym ludziom się nie udaje. W którym przywożą trzech facetów w bransoletkach i przyjmują dwóch, ponieważ trzeci dmuchnął o wiele za dużo. Inny znajomy z kolei miał nadzieję iść na terapię, ale mu zabroniono, ponoć nie minął jeszcze rok od poprzedniej. Cały w nerwach, według niego nie ma, po co wracać do domu.
    Na palarnie wtedy przyszła Ela. Dość ładna blondynka około czterdziestki z owalną twarzą i troskliwymi oczami. Zaczęła opowiadać o załatwianiu rzeczy nie do załatwienia. O tym, że przepisy, prawa i regulaminy są poniżej ludzkich emocji, zwłaszcza, kiedy człowiek jest szczery i zdolny walczyć o to, co chce osiągnąć. O tym, gdy błagała na kolanach z powiekami błyszczącymi od rosy, aby jej nie zwalniano dyscyplinarnie. O tym, że wszystko można załatwić, ale trzeba walić do drzwi, a jak nie to wpierdolić się przez komin.
    Jarek wyskoczył przez okno i pobiegł do dyrektorki. Prosił i obiecywał, podobno dobrze, że był przy tym jakiś ważny terapeuta. Nie wygoniono go, ale też nie było dyrektorki tylko zastępca. Jednak dzwonił do niej, powiedzieli mu, że przemyślą. Czeka z nadzieją, bo, pomimo że złamał regulamin, to musiał coś zrobić.

    ***

    Syjon. Dziwne jest to wbijanie się w nowe społeczności. Jak wchodzenie na łąkę pełną szorstkiej trawy. Detoks miałem już oswojony. Tutaj jest więcej ludzi, którzy znają się od tygodni. Średnio około osiemdziesięciu pacjentów. Czuję się obco. Niektóre twarze jak z kryminału (albo to moja wyobraźnia, mimowolne tkwienie w stereotypach, może mieli po prostu zmęczone spojrzenie), ale wszyscy zachowują się sympatycznie. Śmieją się, żartują i ciągle narzekają na terapie. Mówią o pisaniu, zadaniach, spowiedzi i obnażaniu swoich błędów. O tym jak trudno jest to przelać na papier, kiedy ostatni raz ręcznie coś więcej pisało się w szkole. Ciekawe czy dla mnie będzie to takie trudne i zajmujące.
    Na stołówce nie wiedziałem, gdzie usiąść. Szedłem z talerzem jak w amerykańskich filmach. Wszędzie widać było grupy dogranych ludzi, zajmowane stałe miejsca.
    Wybrałem oczywiście pusty stół. Po chwili dosiadł się do mnie wielki koks. Ramię miał chyba jak moje udo. Gdzieś o głowę wyższy ode mnie. Ktoś ze stołu za nim podał drugi talerz kolacji. Coś mi się wydaję, że specjalnie, usiadł ze mną, ponieważ dzisiaj tylko ja i taki stary dziadek przebiliśmy się przez dziurę nieboskłonu. Wszystkie czynności smarowania i składania kanapki robił mechaniczne, jakby wirtuoz stroił sobie instrument, w międzyczasie mógł w myślach ustalać, co będzie robił wieczorem. Zapytał skąd jestem i za co. Powiedziałem, że alko, a z innymi nie było problemu. Odrzekł: tak ci się tylko wydaje. Dojdziesz do tego. Tylko pisz szczerze. Jedliśmy w milczeniu, w podziemiach pałacu, gdzie nad nami stropy gięły się w łuk ceglanym rumieńcem. Reszta przekomarzała się ponad stolikami.

    ***

    Jacek, mniejszy koks z dołu, założył w pokoju nielegalne kasyno, jak je nazywa, ponieważ tutaj nie wolno grać. Zbyt dużą namiętność do hazardu też się leczy.Później znów wyszedłem na dwór. Po raz drugi i tak, aby już nikt mnie nie zgarnął, jak ostatnio.
    Stanąłem nad stawem i obraz przecięty linią brzegu samego mnie odciął od siebie. Po rubieżach niedowcieleń pędziłem na rumaku. Tak jakbym zostawił za sobą coś ciężkiego, akurat patrzyły mi na plecy okna detoksu. Robotnicy umacniali brzeg, kaczki kwakały aż do echa, dzięcioł się śmiał i sam nie wiedziałem jak miałem zareagować na tę mieszaninę barw i ten kocioł w głowie. W czarnym płaszczu, w czarnej chuście i, czarnych spodniach. W ciemnych butach, i chmurach odbitych w tęczówkach, zaciągnąłem krucze rękawice, założyłem ręce za plecy, poddałem włosy wiatru i nigdy w życiu tak nie patrzyłem. Tak jak wtedy. Przypominam to sobie i nadal czuję jedynie dreszcz, pamiętam jak przez sen. Dobrej nocy dzienniczku, każdy kęs życia jest słodko-gorzki, każdy akt tragifarsą. Nara.

    Dni przejścia.

    **Piątek.

    Zwykłe łóżko wystarczy, aby naprostować kręgosłup. Spokojne linie mebli wyciszają faliste uczucia. Wąska szafa, szafka z kilkoma szufladami, komódka, wieszak z lustrem, krzesło z obiciem i stół znaczą naprawdę wiele, gdy już odczuło się lekki wstręt do szpitalnego beżu.**
    Wystarczy ułożyć dłonie w łódkę, aby nabrać wody. Zaoknie śnieży, ptak trickster chichocze donośnie. Nowa pościel o piętnastej przy szafkach. O dziewiątej społeczność, czyli pożegnanie tych, którzy drogę przebrnęli. Kolejny ranek nowej aranżacji, wypełniana nowymi znaczeniami.
    To było trudne. Patrzyłem w podłogę. Odchodzący odczytywali swoje kontrakty, plany na dalsze leczenie i zapobieganie nawrotom. Jak naprawić straty, do czego wrócić. Do kogo się zwrócą po pomoc, jakich programów będą przestrzegać, gdzie udadzą się na dalszą terapię, na jakie spotkania. Każdy kończył się datą, imieniem i określeniem siebie, jako uzależnionego od jakiejś substancji. Tylko, że głosy im się czasem łamały. Oni wiedzieli już, co się dzieje, gdy się wychodzi. Jaka sczerniała burza ich najdzie.

    *******

    Sen o gwiazdach wieków średnich

    W dolinach między knykciami nie ma ran
    Zmarszczony łuk brwi łatwo pęka pod waszymi pięściami
    Zetnijcie mi głowę jak tym co patrzyli w gwiazdy
    Niech potoczy się wśród stóp tłumu do czół najczulszych
    Niech posoka sączy się przez oka krat do labiryntu
    W głowach ich powieki macie jeszcze bardziej zaciśnięte
    Rzućcie mnie po wieki w kanały szczury rozgryzą ciało
    w rytm za melodią przez pra przed i za świat w brzask bez wrzasku
    Wszystko oddaję nic nie chcę zabierzcie i połknijcie ziarna
    Wszystko o niewątpiący lubicie tym słowem nie trafiać
    Bo wszystko to słowo lubię nim czasem opłukać twarz
    Powiedział mi nadrozumny błazen gdy wypinał gołą dupę
    ku bogom ziemi i królom sumień wśród rechotu gawiedzi
    Po co mi ciężka łycha i widelec z kości słoni
    Najcenniejszą misę mam ze sklepienia swoich dłoni

    ***

    Potem lekki trening, pierwszy od dawna. Kojące uczucie. Płuca pełne mokrego powietrza. Odurzała mnie perspektywa otwartego świata. Do granic ośrodka. Bo zaraza panuje. A ja tutaj, rozciągając mięśnie, czuję się jak na Planecie Północnego Króla Światów. Odcięci. Trening w moim wyobrażeniu urasta do zmagań Goku na tej małej planecie. Na barkach ciężar lat sabotowania ciała. Wszystko pęcznieje od hiperbolizacji. To efekt wypuszczenia po dziesięciodniowym zamknięciu.

    ***

    Teraz siedzę w pięknej sali kominkowej pałacu i oglądam sztampowy film o alkoholikach. Krzysiek i Heniu śpią, ja piszę. Krzysiek to spadochroniarz, wywinął się z czwartego piętra i ledwo przeżył, młody chłopak bez trzustki. Heniu w cugu od siedmiu lat, taki przemądrzały dziadek, który pokazał mi zdjęcie swojego psa z fajkiem w pysku.
    Film był o założycielu AA. Przed seansem mieliśmy krótką rozmowę z terapeutką. Taka miła ciocia, ładna i zadbana starsza blondynka. Bartek trochę buńczucznie odpowiadał, Rysiek rzeczowo, mnie pytała najkrócej, mówiłem szczerze i prosto, dlaczego tu jestem i jak do tego doszło. Nieco ją zagadaliśmy o historię pałacu, trochę nam powiedziała, bo jakaś dziedziczka żyje i przyjeżdżała nawet. Niestety żadnej biblioteki nie ma, żadnych źródeł nam nikt nie udostępni, odesłała nas do sieci.
    Podczas czekania na tablicę z numerkami do kolacji, ludzie dawali upust swojej wesołości, zwłaszcza Michał. Koleś z grupy, której został ostatni tydzień. Ciekawe, rodzą tu się chyba przyjaźnie jak na długiej kolonii, tyle, że o dorosłych podwalinach, albo dorosłości gdzieś w tle. Czasem to wygląda jakbyśmy tutaj mogli bez skrępowania pielęgnować swoje wewnętrzne dziecko. Nie przeszkadza to jednak, a wręcz sprzyja, aby też znów poczuć się swobodnie, młodo, lekko (tak myślę) i wygłupiać się na całego, śmiać z tej chwili, z którą nie można nic zrobić (czekanie niezależne od nas, pielęgniarka z zamykanego detoksu musi nam pozwolić) i dać naczelnemu śmieszkowi się rozśmieszyć. Wśród tych radości również, gdzieś w tle wybrzmiało określenie – złomowisko ludzi. Miałem wrażenie, że odbiło się niechcianym, tłumionym echem od uśmiechów.

    Sobota.

    Świetlisty poranek na wskroś parku wyściełanego śniegiem. Noc pełna przeróżnych snów, w których odwiedzałem znajome, stare miejsca i rozmawiałem z przyjaznymi głosami.
    Przed śniadaniem idę nad staw. Tafla odbija wstający dzień. Kaczki łażą i kwaczą. Topię się w śpiewach ptaków. Wbradzam w poszarpaną grań nieba i odbicia w stawie, które kołysało się od lekkiego wiatru. Wsiąkam w to miejsce moich porannych medytacji. Drzewa, które są prawie dookoła stawu przypominają ramiona chętne do przytulenia. Chodzę tam codziennie, wypatruje też wierzby na drugim brzegu. Gdy będzie cieplej, pod jej gałęziami znajdę kolejne znaczące miejsce. Oaza.
    Zdarzyło mi się, że drugi raz zobaczyłem dzięcioła zielonego, ale bez okularów nie mogłem się mu przyjrzeć. Z pewnością ma gniazdo w rozdwojonej brzozie albo płaczącej wierzbie.
    Potem witam się z dzikimi kotami, których tutaj pełno. Przychodzą o porach posiłków i zawsze ktoś im coś rzuci. Naliczyłem chyba z kilkanaście. Po śniadaniu łasi się do nas suczka, która całymi dniami biega po terenie.

    ***

    Weszła przewodnicząca, w rękawiczkach sprawdziła mi kosz na śmieci i powiedziała, że nie jestem podejrzany. Czas przywyknąć do takich czynności.

    ***

    Poszedłem na spacer. Naprawdę trzeba jakoś poznać te ptaki, do roślin mam aplikację i powoli się uczę. Angażując się w prace społeczności zbierałem z palaczami pety po terenie ośrodka.
    Do pokoju wcisnęli mi tego marudnego dziadka, który wszystkim smędzi. Nie mówi w sumie głupich rzeczy, ale ciągle gada i jest dość namolny. Podobno chrapie, ale pokazał mi środki na tę dolegliwość. Określiłem jasno, że ja się będę raczej sobą zajmował, dobrze, że on wychodzi i zagaduje innych. Pracuje w lesie, jako jakiś rodzaj leśnika, jest na nawrotach, ostatnio na terapii osiem lat temu, będzie tutaj cztery tygodnie, więc prędzej czy później coś się zmieni. Może to i lepiej, że on, a nie jakiś narwaniec, albo koksu. Przynajmniej będzie spokój, oferował kiełbasę z dzika swojego wyrobu, muszę spróbować.
    Słuchałem wiadomości z okna palarni na detoksie. Jarkowi nie udało się dostać na terapię, Przemek koksu dostał telefon od szefa - w poniedziałek praca w Danii. Wypisał się od razu. Kasia zaczęła się malować, wychodzi we wtorek prosto na jakąś prywatną, opłaconą przez teściów terapię. U innych nie wiem, widuję ich tylko za szybami.

    Niedziela.

    Chuj z tym dzikiem. Może i będę się powtarzać, ale znów muszę napisać o bezdechu nocnym. Problemy ze snem mam od zawsze. Ostatnie lata męczyłem się z bezsennością, aż sypiałem po trzy godziny, czasem wcale. Jedynie w dzień, po alkoholu. Jednak w końcu udało mi się sypiać po sześć godzin i na początku detoksu też było dobrze. Nawet, gdy Mariusz chrapał, to jeszcze jakoś dawało radę. Tabletkę wziąłem dopiero, kiedy zaczęli robić to we dwóch z Tomkiem.
    Ten gościu, Marek, przebija ich razem wziętych. Z muzyką na słuchawkach słyszałem jego basowe dźwięki. Potem pojękiwania. Byłem zmęczony, to po filmie zasnąłem od razu do wpół do piątej. Rozbudzony już tylko walczyłem do siódmej z tymi dźwiękami. Kij z tym, że wpadłem w nowe środowisko, że jestem (no już mniej) jak świeżak i ze śniadaniem na stołówce nie wiedziałem, do kogo się dosiąść. Że o wszystkim sam się muszę dowiadywać. Zasady. Leki. Ograniczenia, spotkania. Kij z tym, to tylko nauka. Jednak snu nie przepuszczę. Może zostały gdzieś miejsca wolne, albo spróbować zamienić go z kimś.

    ***

    Też już wiem, co mnie tak irytuje w gadaniu mojego współlokatora. On nie mówi na przeponie i ciągnie wywód nawet, gdy ktoś go nie słucha, a ten namolny ton, ten dźwięk tego sposobu artykułowania jest bardzo męczący. Spotkałem to niegdyś u jakichś ładnych dziewczyn i ta dysharmonia całkiem je obdarła z urody.

    ***

    Zacząłem jeszcze bardziej uwielbiać to poranne, przedśniadaniowe chodzenie nad staw. Taplanie się w śpiewie ptaków, oczyszczanie myśli, skupianie wzroku i to, gdy odbicie drzew zlewa się z ich strzelistością w pochmurne niebo.
    Zacząłem też chodzić do innej granicy. Za siłownią na wolnym powietrzu, stołami do ping ponga i boiskiem do siatkówki, jest pole. Wygięte w małe wzniesienie. Tylko tam widać horyzont. Na nim kilka drzewiastych kształtów. Przed nim jeden samotny głaz.
    Po drodze zawsze zdarzy się krótka rozmowa z kimś napotkanym. Często towarzyszy nam rdzawy kot Groszek, którego człowiekiem jest tutaj ktoś znany i szanowany (okazało się, że właścicielem jest terapeuta, który mieszka tuż obok i wygląda nieco jak harleyyowiec). Kocur ma więc wyjebane, jest nietykalny, kto tylko usiądzie na ławce z papierosem, robi za kojec i obiekt wbijania pazurów.
    Piszę to po spacerze. Ciepła herbata, okno zamknięte, więc otworzyłem drzwi. Na korytarzu jakiś szambelan kolejny już raz nawołuje: uwolnić Krakena! i nie jest to wcale głos jakiegoś gówniarza. W pokoju obok Casino Royale, igranie z kropkami (upomnienia, po trzecim się wylatuje), ponieważ chociażby wczoraj pielęgniarka wpadała nagle do pokoi. Mnie zastała na podłodze, gdy rozciągałem się jogą, w pozycji psa. Popatrzyliśmy chwilę dziwnie zmieszanym wzrokiem na siebie i ona poszła dalej.

    ***

    Wiatr wieje złowieszczo, słychać jak szurają o niego gałęzie drzew. Cały park stał się fletnią. Rozproszone światło, dobre do zdjęć i zadumy. Ludzie zaczęli się snuć i padać na łóżka. Plaga snów i gonitwy za swoimi królikami.
    Wszyscy czekają na obiad, małą odmianę i jakiś stały punkt przyczepiony na rzeczywistości, z której łatwo się ześlizgnąć. Początek nowej ery dnia. Tak tu dziwnie, ciągle mam wrażenie jakbyśmy byli jakąś załogą. Zwłaszcza, że bardzo się barwią tutaj na sobie charaktery.
    Przewodnicząca z przewodniczącym, silna baba i wycofany kapitan. Michał śmieszek pewnie byłby najodważniejszym z piratów, na granicy szaleństwa i transu. Łukasz drab, Rysiek nadzorca kanonierów, Andrzej łotrzyk przy abordażu wkradałby się po brankę bądź cennego jeńca. Ja mógłbym robić za kartografa. Dziwne, dziwne to, tak bardzo nierealne. Marynistyczne miraże, statek na sucho pijany. Wyspa środka, jak drzewo świata, jak oaza pośród pomoru i zarazy.
    Czytam swój stary pamiętnik, przez palce przesypują mi się kolejne wersje samego siebie. Dalej pracuję nad tekstami i brnę w lektury. Jestem ciekaw czy łatwo będzie mi robić zadania terapii. Mówić o tym, do czego doprowadziłem; dyskutować; pisać własne spowiedzi.
    Patryk opowiadał, że na początku to pustka, nul, nic do bania nie przychodzi, a teraz ino luz, z głowa moga gadać. To takie słodkie, że większość tu zaciąga i ma w dupie odmianę przez przypadki.

    ***

    Wraz z upływem obserwacji i gromadzeniem się spostrzeżeń, ogląd rzeczy staje się pełniejszy. To oczywiste. Niemniej przyjemne, gdy z obcych, rozrzuconych punktów tworzy się obraz. Najpierw struktury rozpadają się na drobnice; w pałacu pamięci odzwierciedlającym cały teren ośrodka kiełkują nowe fakty i przemyślenia. Potem iskrzy od związków, a ja sam rozdwajam się na obserwatora i uczestnika. Wieczny dualizm, wyświechtany jak znoszone trampki w młodzieńczych podróżach. Obraz nabiera ostrości, wgryza się mi w trzewia i zostanie bagażem, który będzie ciążył i przypominał, że to nie był sen. Może właśnie tylko to nie było oniryczną medytacją.

    W każdym razie powoli poznaję drzewa. Po dokładniejszym rysowaniu ich konturów zauważam pewne zależności, gatunki, nachylenia, które wynikają z miejsca, z targania wiatrem. Ogarniam zabudowania dookoła. W głowie mam już cały rzut terenu i budynki rozłożone na przekroje.
    Niestety trafiłem na okres, w którym robotnicy umacniają brzegi i odnawiają całe zaplecze, przyjezdni niepanimaje. Mogę w jednym niewielkim miejscu się przechadzać, ale i tak to dużo daje. Park powoli otwiera zieloniaste oka na wiosnę.
    Wieczorami szwendam się już bez ograniczeń. Najbardziej interesowała mnie płacząca wierzba na drugim brzegu. Tam będę chodził przed ciszą nocną. Medytować pod wiedźmą. Wsłuchiwać się w szelest gałęzi i zapuszczać korzenie, jako że całe to miejsce wraz ludźmi i innymi żywymi istotami, bardzo odbija mój wewnętrzny stan. Jakbym pod drzewem walił w bęben, a eterycznie pędził na rumaku szukać swojej zmartwiałej duszy.

    Znajduję siebie w niedalekiej przyszłości, gdy siedzę na ławce, już, jako przewodniczący ośrodkowej społeczności, z kolegą, który ma twarz jak przeterminowana rodzynka. Palę i słucham jego opowieści o ptakach. Rudy kot pilnuje swojego miejsca. Marcowe wrzaski dudnią jeszcze echem wśród konarów. Trele i świergoty w takim miejscu niewątpliwie zabierają głos za tych, których kołnierze pozostały suche, oczy wypłukane, a męka może nie skończyła się wygraną, lecz bieg dobiegł końca.
    Do później, jutro nowy etap.

    #alkoholizm #tworczoscwlasna #literatura #przemyslenia #feels #lecerdianluxetumbra
    pokaż całość

  •  

    1532 + 1 = 1533

    Tytuł: Pachnidło
    Autor: Patrick Süskind
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★★☆
    ISBN: 9788328091115
    Tłumacz: Małgorzata Łukasiewicz
    Wydawnictwo: wab
    Liczba stron: 319
    Forma książki: książka

    W skrócie: obrzydliwe, 9/10. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A poniżej dłuższa recenzja:

    Akcja dzieje się w Paryżu, XVIII wieku. W roku 1738, przy straganie z rybami, na ulicy rodzi się Jan Baptysta Grenouille. Wtedy, wbrew oczekiwaniom, spod stołu zaczyna się drzeć nowo narodzony. Ludzie patrzą, pod rojem much, pośród wypatroszonych bebechów i uciętych głów rybich znajdują dziecko, wyciągają je. Z urzędu przydziela mu się mamkę, matkę zaś zabiera się do aresztu. A że przyznaje się do winy i nie zaprzecza, iż chciała robaka zostawić na zatracenie, jak zresztą robiła to już z czterema poprzednimi, wytaczają jej proces, skazują za wielokrotne dzieciobójstwo i w kilka tygodni potem na placu de Grève ucinają głowę.

    Jan Baptysta dorasta w wielu miejscach i w międzyczasie odkrywa, że ma węch absolutny. Trafia pod skrzydła znanego paryskiego perfumiarza, który lata świetności ma za sobą, a który postanawia wykorzystać chłopaka do tworzenia wyjątkowych perfum. Grenouille wiedziony obsesją postanawia stworzyć perfumy idealne...

    Książka ma niewiele dialogów, które chyba mogłabym policzyć na palcach jednej ręki... wiekowego stolarza. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Styl pisania bardzo przypadł mi do gustu (pięknie opisany świat zapachów), mimo długich akapitów. Było w nich jednak coś żywego (ha, ha!), dynamicznego. Sama historia jest bardzo ciekawa, hipnotyzująca. Coś jak w tym memie "Niby człowiek się brzydzi a oczu nie może oderwać".

    Przed przeczytaniem nie widziałam żadnej ekranizacji i tylko pobieżnie wiedziałam, o czym będzie książka. Czytałam w języku polskim.

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    #bookmeter #ksiazki #czytajzwykopem #literatura #literaturapieknabookmeter
    pokaż całość

  •  

    Czarny Kot
    Czy zwierzę może wiedzieć gdy zrobiłeś coś złego? Animowany audiobook na podstawie twórczości Edgada Allana Poe. Znalezisko: https://www.wykop.pl/link/6648439/czarny-kot-animowany-audiobook/

    #ksiazki #gruparatowaniapoziomu #kultura #audiobook #literatura pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #blackpillkulturalny to tag na którym dokonuję interpretacji dzieł kultury wysokiej z punktu widzenia #blackpill ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Tydzień temu pierwszy wpis spotkał się z ciepłym przyjęciem kilku mirków, więc lecimy z następnym. Dzisiaj na tapet weźmiemy "Czerwone i czarne" Stendhala. Jest to XIX-wieczna powieść z pogranicza francuskiego romantyzmu i realizmu.

    Historia zaczyna się w prowincjonalnym, francuskim miasteczku Verierés, w którym merostwo sprawuje niejaki pan de Renal. Merowi zależy na tym, żeby jego synowie wyrośli na ludzi, poszukuje więc dla nich nauczyciela łaciny. Wybór pada na miejscowego wsiura - Juliana Sorela, który choć nisko urodzony i gnębiony przez ojca, jest diablo inteligentny i zna na pamięć cały Nowy Testament. Te przymioty w połączeniu z ładną buźką sprawiają, że wpada w oko żonie pana de Renal, dotąd w życiu bardzo nieśmiałej i odrzucającej zaloty niedoszłych kochanków. Jednak po pierwszym ujrzeniu młodego oskarka od razu zaswędziała ją brocha. Julian przyuważywszy, że ta się do niego ślini, wykorzystał okazję i regularnie peklował niezłego milfika, wbijając nocami do jej sypialni przez okno i przyprawiając tym samym rogi swojemu pracodawcy, gdy ten sobie spał za ścianą. Julianek oprócz bycia jurnym oskarkiem, miał też jednak ambicje i wkrótce opuścił tę wiochę, by trafić w końcu do seminarium w Paryżu, a potem zyskać posadkę przydupasa margrabiego de la Mole, pod którego pieczą miał zrobić karierę. De la Mole też był człowiekiem ambitnym i za mocą swoich wpływów i pieniędzy chciał wydać swoją córkę Matyldę za jakiegoś księcia. Na jego nieszczęście jego córka wyrosła na straszną #p0lka. Choć zalecali się do niej najbogatsi paryżanie, jej prążkowie uaktywniało się tylko na widok naszego Juliana. Co nie zmienia faktu, że Matylda zachowywała się jak totalna juleczka i kokietowała Julianka, przez co on do niej trochę spermił. Do momentu aż uprzytomnił sobie, że jako Chad może z p0lką robić wszystko. Jego przyjaciel Rosjanin, co na p0lkach się znał jak mało kto, doradził mu jak sobie oplątać Matyldę wokół fiuta. Julian trzymał ją na dystans i romansował z jakąś przeciętną wdową żeby wzbudzić w niej zazdrość. Matylda ujrzawszy, że chadzisko może krochmalić inne babsko, rzuciła się Juliankowi do stóp i zaczęła błagać o przebaczenie. A potem dała mu bez gumy. Wkrótce się okazało, że Julian jednak nie wyjął na czas i spłodził panience bękarta. Matylda miała czelność poprosić ojca, żeby pozwolił jej wyjść za chada-wieśniaka, kreśląc polityczne plany margrabiego, które poszły się jebać przez kobiecą, powszechną nieumiejętność zachowania dziewictwa do dwudziestki. Margrabia zacisnął zęby i początkowo pogodził się z tym, że jego córka to dziwka. Do momentu aż otrzymał list od pani de Renal. Mściwa milfa, której odjebało od braku porządnego ruchańska, zroastowała niemożebnie biednego Julianka, przez co de la Mole uznał, że ślubu nie będzie (Stendhalowi zarzuca się że to głupi plottwist, ale co ja poradzę). Julian wkurwił się na milfe, przyjechał do Verierés i wbiwszy do kościoła na mszę, strzelił do byłej kochanki z pistoletu. Zemsta jednak mu nie wyszła, bo tylko lekko ją musnął w ramię. Jak Matylda tylko się dowiedziała, że jej chadzik trafił do paki, przyjechała do Varierés i łożyła pieniądze na to, żeby Juliankowi było wygodnie i go nikt nie cwelił. Tymczasem pani de Renal osiągnęła poziom #p0lka prawie równy Gildzie z "Rigoletta", albowiem zważywszy na wspomnienia porządnego ruchańska, wybaczyła Julianowi, że ten próbował ją zabić. Wypisywała do członków ławy przysięgłych żeby uniewinnili go w sądzie, no i wbijała regularnie do celi Julianka na jebanie, akurat kiedy ten nie jebał się z Matyldą, która choć zazdrosna o milfe, nie sprzeciwiała cię kochanemu chadowi, że ma dupe na boku. Julian patrząc na to spierdolenie obu lasek, uznał że pierdoli to wszystko i wjechał przysięgłym na psyche w trakcie procesu, żeby wydali na niego wyrok śmierci. No i łeb mu ścięli, pani de Renal umarła z tęsknoty za ruchańskiem, a Matylda zaopiekowała się uciętą głową chada, który koniec końców ewidentnie kochał inną.

    Podsumowując, mamy dwie p0lki i jednego Chada Juliana. Przez nierówności stanowe Chad ma w relacjach z nimi trochę pod górkę (taka tam specyfika Francji postnapoleońskiej), ale i tak koniec końców wszystkie suki jego.

    Btw ta Matylda to szczególny przypadek #p0lka albowiem taka z niej stereotypowo chimeryczna cipa, że głowa boli. W jednym rozdziale jej zachowanie to coś pokroju "ja jestem królewna, mnie trzeba zdobyć XD" żeby w następnym przejść do obcinania sobie włosów z głowy żeby się oszpecić tak żeby nikt inny poza Julianem na nią nie spojrzał i teksty typu "jestem twoją niewolnicą", a to wszystko po to żeby zaraz wrócić do księżniczkowania.

    Interpretacje zakończenia tej powieści są różne, ale moja jest taka, że chłop nie wytrzymał spierdolenia tych lasek i postanowił popełnić samobójstwo przez gilotynę.

    Niemniej w mojej opinii: #blackpill potwierdzony.

    Wołam plusujących i mam nadzieję, że do zobaczenia za tydzień. Jeśli chcesz być wołany następnym razem to zaplusuj.
    @77023 @Coco_jumbo_i_do_przodu @Qwertz1357 @CalderX @Aoss @babaryba @Kimos666 @Ioann @TylkoDlaCiebieMarzenie @Krazownik @Distroir @Lepper3001 @st00ley @Lysandros @bzykacz @sruba_m3 @Light_Of_Revolution @Tankeray @Przegrywasz_przegrywasz @basatrd

    #literatura #ksiazki #sztuka chyba jednak trochę #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: 1136_stendhal-le-rouge-et-le-noir22-xixe-siecle.jpg

  •  

    Dziennik z detoksu. Część pierwsza.

    Uprzedzam, że jak na wykopowe realia, tekst jest długi - 24 strony.
    Opisuje kilkanaście dni począwszy od 22.02.2021, podzielone na dwa posty, ze wzgłędu na limit treści.
    Wszystkie, no prawie wszystkie, imiona są zmienione i ich podobieństwo i tak dalej...

    Może nie jest zbyt rzeczowy, a opiera się bardziej na wrażeniach, niemniej sam zamysł polegał na przedstawieniu (wówczas myślałem, że tylko sobie, ale zmieniłem zdanie) zmian zachodzących w psychice. Taki trochę terapeutyczny ogląd. Potem oczywiście była sześciotygodniowa terapia, ale tam już roi się od osobistych wyznań i historii, których przez szacunek i klauzule poufności nie mogę zdradzać. W dodatku większość tekstu jak na razie zgubiłem.

    Zapraszam.

    Część pierwsza.

    Dzień pierwszy.

    Po przebudzeniu mgła. Zwiastun i przenośnia. Patrzyłem w nią i tak samo gubiłem ostrość, jak panią doktor, aby zarejestrować się do ośrodka odwykowego. Gdy się w końcu dodzwoniłem, okazało się, że jest dla mnie miejsce, a mój wytrącony z pamięci dowód czeka w urzędzie. Stałem z telefonem w ręce, a pod balkonem przelewała się szara czeluść.
    Adam na dole, torba pod pachy, rzeczy na oślep. Wszystko się dograło, a ja, pomimo złorzeczących szeptów i rwących nibyramion, szedłem pogodzony, z głową pod topór. Po czasie zrozumiałem, że to uczucie nazywa się ulgą.

    Zjebałem już całkiem. Obróciłem w proch, wszystko, co chcieli mi dać życzliwi ludzie. Zaraziłem do siebie rodzinę. Przepiłem ostatnie szanse. Zgubiłem ostrość, wpadłem w najgorszy ponad tygodniowy ciąg, jak w wir, jak w tornado. Niewiele pamiętam. Noce, ognie, dymy i płyny; mieszkania nieznajomych. Skończyło się wołaniem o pomoc dawno porzuconych przyjaciół. Są jeszcze ludzie z bijącymi sercami.
    Potem weekend trzeźwienia, wstydu i gonitwy myśli. W swoim starym pokoju, gdzie nie było już nic. Łóżko i puste szafy. Rodzice sprzedali dom, ale wszystkie moje wspomnienia zostały w tych ścianach.
    Po tak długim czasie głodowania i dostarczania jedynie alkokalorii, każdy kęs rwie trzewia i zgina ciało w pół. Jakoś wytrzymałem, jak zwykle. Ból to twój przyjaciel Przemek, to mi niegdyś wpajał sensei.
    Dobre duchy zabrały mnie na spacer do lasu. Nałogowo oglądałem jakiś durny serial, ponieważ ręce tak się trzęsły, że nie mogłem grać na gitarze. Przyjechała kuzynka policjantka (jeżeli ktoś pamięta moje posta o innej przygodzie, to właśnie ona) ze swoją małą córeczką. Pobawiłem się z nią trochę, a w oczach Pauli widziałem troskę. Wujek niedługo będzie już dobrym wujkiem. W moim wnętrzu rezygnacja. Stałem się swoim cieniem, wiedziałem tyle, że muszę nabrać barw i że nie dam rady sam tego zrobić. Więc oczekiwałem te dwa dni, na to, aby się poddać, stłamsić dumę i przyznać do problemów.
    Ostatniej nocy w rodzinnym domu śniłem jeden z moich stałych, powtarzających się snów. Po takiej przygodzie dopiero nad ranem zdaję sobie sprawę, że to był dobrze znany mi scenariusz. Mój stary przyjaciel, który przychodzi często po ciemku przed ważnymi dniami. Trudno powiedzieć, co chciał mi przekazać. Dlaczego puka nocą do okien? Tym razem było to zejście do wczesnych lat dwudziestego wieku ze świadomością czasów obecnych, a pokrótce – rozwiązywanie problemów technologicznych, na które obecni mieli dopiero znaleźć sposoby. Wejście na drugie piętro i zmierzenie się z fame fatale. Powietrze ciężkie jak w starym filmie, pełne cytatów. Dopiero po wielu miesiącach zrozumiałem, co sam chciałem sobie przekazać. Wyjazd.

    ***

    Droga, którą jechałem z przyjacielem, wiodła między parującymi polami. Roje kropel jak bluszcz wspinały się po cegłach wiejskich kościołów. Niebo rozlane na ziemię. Ciernie wież i cisza dzwonów w domyśle na tej równinie spornych ziem.
    Po jakimś czasie miejscowości stawały się coraz mniejsze, a horyzont coraz bardziej nieskończony. Ostre cienie rzucały się pod koła samochodu, a padół wyekstrahował się z szarej nieoczywistości.
    Nagle pałac. Tuż obok staw, park i zabudowania, które pewnie nie raz zmieniały swoje funkcje. Nad wszystkim wieża, która strzelała w skłon nieba dumna i wyprężona, jakby chciała coś wskazać.
    Pod ścianą budowli grupa roześmianych ludzi skłębionych przy dymie. Pierwsze żarty o witaniu na tonącym pokładzie, szukanie izby przyjęć. Oczekiwanie, niepewność, brak zasięgu i pojęcia o tym, co mnie czeka.
    Ledwo byłem w stanie w międzyczasie czytać tablice informacyjne. Sprawiały wrażenie źle klikniętej reklamy, odnośnik do czegoś nie na temat, do czegoś, czego wcale nie szukałem. Anonimowi Alkoholicy, Anonimowi Narkomani, oferty przewozu osób.
    Głębokie zmieszanie przy badaniach. Pęta cyklonu w głowie, a ciało wciąż nierealnie osłabione. Czasem czułem wstyd, a czasem obrzydzenie wyciąganiem wniosków po zbyt ogólnych odpowiedziach bądź tych, których pani psychiatra nie dała mi dokończyć. Chociażby:
    Czy miał Pan halucynację? Na trzeźwo czy po czymś? Obojętnie. Miałem po lsd, lsa, 2cp. Mhm. Ale to tak działa proszę pani, po to się to bierze, na trzeźwo nie miałem. Trudno, i tak muszę wpisać w raport – miał halucynacje.
    Próby samobójcze? W okresie nastoletnim i w ostatnich kilku latach. Hospitalizacja? Wodociągowa, oddział dziecięcy, potem tylko SOR. Leczenie psychoterapeutyczne? Brak. Powód? Pustka, narastająca we wnętrzu potrzeba śmierci, znudzenie życiem pomimo dobrej sytuacji materialnej i braku traum, oraz tragicznych wydarzeń, sam nie wiem w sumie. Czyli miał pan depresję. Na pewno nie brał pan po tym jakichś leków, nie zaczął terapii? Nie.
    Skąd te zacięcia na twarzy? Goliłem się. Acha, czyli pewnie przez roztrzęsione dłonie. Proszę wyprostować. No trochę jeszcze drżą.
    I dalej w ten sposób, co brał, ile, kiedy. Alkohol, marihuana, efedryna, dekstrometorfan, leki przeciwbólowe, kodeina, lsa, LSD, dopalacze, syntetyczne odpowiedniki… Dobrze, wystarczy. Czyli różne grupy. Kiedy? Od okresu dorastania. Mhm, długo.
    Na co chorował, ile, kiedy. Alergia, nic innego nie przychodzi mi do głowy, jakoś w szkole średniej. Co miał złamane, kości, serce czy obietnice. Kości nie. I dalej, aż czułem jak mnie rozrywa, jak jestem krojony i segregowany. Jak wpisuje się mnie w ramy dawno skostniałej formatki. Niczym bydło. Z pewnością dała mi jakąś kategorię. Następny proszę, tylko tego brakowało, ale akurat w tym momencie nikogo nie było w poczekalni.

    ***

    Odwyk, jeden korytarz i dwoje zamkniętych drzwi. Chore odcienie ścian. Poczułem rozluźnienie przy pierwszych kontaktach. Później smutek, gdy staliśmy wszyscy razem czekając na badanie ciśnienia. Że też ja znalazłem się w tym gronie. Jakaś głupia duma, która zamazuje wszystkie moje błędy, a sam przecież byłem tylko wtedy cieniem samego siebie.
    Każdy tu wygląda jakby miał być jakimś typem, ale czegoś mu brakuje. Nie do końca paker, zmarnowana łobuziara, wychudła młoda żona. Po czasie zrozumiałem, że wypłukali się ze swojej pełni. Nosili ciężar pustki. Niedługo później miałem szczęście zobaczyć niektórych z nich błyszczących tą łuną luny w świerszczącą noc.
    Badanie i krótka rozmowa. Zażenowanie minami lekarzy na krótkie odpowiedzi o narkotyki, które nie były brane przewlekle i w nadmiernych ilościach. Chociaż już sam nie byłem pewien ile to za dużo, jak często to ciągle. Dziwna podmiotowość, gdy doktor podał garstkę leków do połknięcia. Reszty wizyty nie pamiętam.
    Paraliżująca cisza. Znudzenie brakiem zajęcia, ponieważ niewiele rzeczy wziąłem ze sobą. Nie wiedziałem, na co się szykować. Właściwie to przewidywałem. Przeglądałem regulaminy różnych placówek, oczywiście również tej, do której miałem nadzieje, a później szczęście się dostać. Nie był w miarę surowy. Przybory toaletowe kupiłem nowe, jeszcze nieotwarte. Żadnych butelek przy sobie. Ani laptopa (na terapii to się nieco zmieni…). Ubrania, sztućce i reszta. Kilka książek, notes i długopis. Jednak niczego mi nie sprawdzali, nic nie zabrali, byłem przez to nieco skonsternowany. Szpitalne łóżka, nieumarła cisza. Po czasie bezczynność potrafiła sprawiać dziwną przyjemność.
    Miłe uczucie, gdy w końcu zaczęło mi się udawać jakkolwiek wykorzystywać czas. Notes, długopis. Wstyd i niezadowolenie, że niby zawsze mam być alkoholikiem, a nie osobą, która nadużywała, że ludzie tak to widzą, że tak głoszą pisma (a widzą obraz czernią umazany, a te, które dotąd znałem trafiają daleko poza tarczę). Myślę, a właściwie biję się z myślami. Tafla powoli pęka. Coś błogiego naszło mnie w odcięciu od podwórza. Chyba poczułem spokój. Dałem się zamknąć.

    Dzień drugi.

    Bolesne przebudzenie. Nagłe jak koślawe uderzenie o zamarznięty staw, ponieważ spałem prawie osiem godzin. Zrezygnowane i przytłaczające, że obudziłem się tutaj. Tym bardziej, że dawno nie spałem tak czysto ciągłym, długim snem. Zdezorientowanie, czy to tabletki, oczyszczanie się organizmu i odcięcie od zewnętrza uspokoiło umysł. Jedna była duża biała, średnia z grawerunkiem, małe bez koloru i żółta. Wspomagaczy na sen odmówiłem. Pielęgniarka sprawdzała, czy połknęliśmy. Pokaż język.
    Mój, jak na razie, jedyny kolega siedzi dwa łóżka obok. Kacper. Mówił, że są tacy, którzy mają taktykę. Parę dni żółte chowają pod językiem, a potem biorą kilka naraz i to ponoć działa mocniej. Czyli trafił mi się tutaj Gambit królowej, świetnie.
    Już wiem, dlaczego tak robią. To po prostu relanium, więc dlatego też, gdy już skończyliśmy śniadać chleb, masło, serek topiony, szynkę i doktor znów nas poczęstował, obaj padliśmy na ryj. Potem pielęgniarka obudziła nas na telefon do psychologa. Zorientowałem się, że książka upadła mi na brzuch, a okulary na brodę. Kacper poszedł, ja nie. Jakoś nie miałem nastroju. Ponadto niezbyt przepadam za rozmowami telefonicznymi, wolę kontakt bogatszy o mowę ciała i poczucie bliskości drugiego człowieka. Wrócił i znów padamy, a gdy wołała nas pielęgniarka, nie mogłem go dobudzić.

    ***

    Na obiad nie mamy co narzekać. Długo później dowiedziałem się, że to catering z baru mlecznego. Te przebudzenia za dnia, a jeszcze mocniej te po nocy, są jak zmaganie się ze zbyt dużymi falami. Czuję jak pochłaniają mnie marzenia, urojone nadzieje i boleśnie czerpie haust powietrza, gdy otwieram oczy i orientuję się, gdzie jestem. Trudno to znieść. To już przesądzone. Tutaj nie trafiają ludzie z przypadku.

    Aby poczuć się lepiej przywołuję inne rozbudzanie. Takie powolne z przytulaniem mojej ukochanej. Ze skradzionymi pocałunkami przy rannych świergotach, nim syn się obudzi i wciśnie się między nas. Niestety to odległe pragnienie, na coś takiego musiałoby być znów lepiej między nami. Lepiej ze mną. Tak samo też brakuje mi zasypiania z nią; najlepiej z jej ciepłym nagim ciałem, które nad ranem jest gorące aż przenika do trzewi. Rozmarzyłem się, chyba wciąż pachnę wiatrem z dworu.
    Tutaj ciepłe mam tylko powieki, ale nie chcę się nad sobą rozczulać. Nie zasłużyłem. Wstałem po 16 i ledwo przytomny odpisywałem na wiadomości. Mogłem to w końcu zrobić, ponieważ odkopałem Graala i znalazłem zasięg. Każda sieć ma tu gdzie indziej czułe punkty. Aby zadzwonić, musiałem się wychylać przez okno w sąsiednim pokoju.
    Po prawdzie, nie tak sobie wyobrażałem odwyk, detoksykację. Myślałem o kroplówkach i różnych medykamentach. A tu cisza, trwanie w nawiasie. Bezruch, a w głowie wciąż gonitwa myśli.
    Nie wziąłem nic do jedzenia i pomiędzy posiłkami mam tylko wodę. Szczerze mówiąc, chciałbym czegoś w stylu odebrania sprzętów, totalnego odizolowania, wymaganej pracy na odwyku. Teraz wiem, że to nazywa się ergoterapia, ale w tym ośrodku dawno zrezygnowano z takich praktyk. Ciekawy byłby też całkowity ascetyzm, chociaż ciekawy to nie jest zbyt dobre określenie. Po prostu wiele razy w życiu myślałem o prostym podziale, czynnościach wręcz mantrycznych, jakiejś świeckiej funkcji w klasztorze w zaświatach tuż za rogiem. Miejsce na wzór wzgórza, wideł rzek, bagna i tak dalej w niedostępne samotnie.

    Tutaj laska z lubym widują się po dwóch stronach barykady. Ona podchodzi pod okno i słychać ich nawet na korytarzu. Tyle z zarazy i z odcięcia, chociaż, jak się później okazało, zakazy się zaostrzą, a to, że im się udawało, to korzystanie z prawa najciemniejszego miejsca pod latarnią. Wszystko można, byle po ludzku. Wszystko można, byle wiedzieć, kto na swojej zmianie na ile pozwala.

    Niektórzy są tu już trzeci, czwarty raz. Chyba po to, aby kolejny raz spróbować przekonać siebie, albo, aby na chwilę odpocząć i nie zmieniać się w ogóle. Nie każdy przecież wbija się później w terapię. Wielu korzysta tylko z odwyku.
    Ludzie zachowują się w sumie jak na kolonii. Myślałem słuchać historii życia, a oni leją z memów i walniętych filmików, które zna już każde dziecko. To przyjdzie później. Póki co, mam dziwne odczucie odstawiania, jedynie z Kacprem łapię coraz lepszą płaszczyznę porozumienia.
    Nie wiem do końca, za kogo się uważam. Nie chcę przeginać jak przeginałem, ale pewnymi twardymi określeniami nie mam zamiaru się jeszcze określać. Może na terapii sprawniej będę mógł o tym pomyśleć. Na razie czuję się jak każdy inny pacjent we wstępnej fazie.
    Z Kacprem porównujemy swoje tabletki, bo to głównie ich ilość rozróżnia program dla danej osoby. Chciałem pisać coś wierszem, albo chociażby prozą poetycką, ale słowa mi nie iskrzą ze sobą, a na coś odrobinę dłuższego przeszkadza mi pisanie na komórce. Poza tym, po burzliwej rozmowie z moją kobietą mam mentlik w głowie i tylko miękki koc kolejnych czterech tabletek i netflixa daje mi się odciąć. Dziś coś czuję, że będę się męczył w nocy, doktor mówił, że można się zgłosić do 22. Ale skąd mam wiedzieć czy nie zasnę już o tej godzinie?

    Dzień trzeci.

    Tym razem nie zaspaliśmy. Smutek przy wtórze świergotów. Może rzeczywiście jaguar (moje zwierzę według Majów) nie pasuje do syreny, (jej znak zodiaku to ryby), chociaż dzień i noc, woda i ląd, dychotomie rozdymające się w nas dawały nadzieję na pełnię. Myślę o niej i o dziecku.
    Na badaniach zbyt duże ciśnienie jak na mój wiek. Co ja mogę? Śniadanie, garść barw. Kontynuacja pracy nad projektem opisu i kontemplacji nad swoim życiem. Zostają tylko ważne rzeczy, czułe punkty. Sprawna w intrydze kobieta mogłaby mnie nimi rozerwać na strzępy. Doktor mówi, że nie mogę się czuć stabilne, ani normalnie, że to leki, a ja mam ochotę kazać mu się odpierdolić.
    Po fakcie zastanawiam się, czy mam prawo wiedzieć, co mi podają. Zresztą raczej nie psychotropy, psychiatra nic mi nie wypisywał. Raczej zestaw witamin i żółtego motyla na uspokojenie pacjenta.
    On chce terapię robić mi tutaj, a ja chcę w swoim sąsiednim mieście i nie da mu się wytłumaczyć, że ludzie, którzy są mi życzliwi to nie tacy, którzy mnie na to wszystko sprowadzili. To musiało być towarzystwo, sam Pan do tego stanu nie doprowadził. Miałem mówić, że mam wystarczająco rojów i zdradnych kamieni krążących wokół mnie, ale powiedziałem tylko, że to ja sam mam prawo do wyboru miejsca terapii i w ogóle jej podjęcia, więc się zamknął. To chyba jeszcze wewnętrzny bunt przed tym wszystkim. Jednak potem i tak wybiorę terapię tutaj, ale to nie dzięki jego namowom, a praktycznej izolacji w obrębie bram ośrodka – na czas zarazy nie można wychodzić poza jego obręb. A doktor to chuj na kaczych łapach, tak go nazywaliśmy. Przy okazji załapałem lepszy kontakt z współpacjentami. Powierzchnie zawsze tną prawdę.
    Znów pisanie i znów odpadłem do obiadu. Sny wydzierają mnie stąd w odległe krainy. Czekam na paczkę. Od dawien dawna nie marzyłem tak o czymś słodkim. Obiad swoją drogą kojarzy mi się z więzieniem. Pani prowadzi wózek, otwiera drzwi i pyta - ilu? Potem chochlą nakłada zupę, następnie drugie i tak w głąb korytarza. Zjadłem, czekam na kolorowe misie i pewnie długo nie utrzymam książki ani pisania – Kacper miał ostatnio niezły ubaw, gdy zasnąłem w okularach i książką opadłą na mój brzuch.
    Ponoć robię sobie tutaj wczasy. Tak mi napisała i to nieźle zabolało, ale w sumie ja raniłem bardziej i głębiej. Wystarczyło się trochę podtrzymywać, przecież nie parło mnie na alko dzień w dzień. Wystarczyło poprzestać na miłym rozluźnieniu, a nie pić drugie piwo nim pierwsze weszło, a trzecie nim drugie i tak w pętlę. Za późno. To jakaś hedonistyczna chęć przyjemności ponad wszystko. To jakieś błogie uczucie odcięcia, ciemności, ciszy i pustki. Małe samobójstwa, odbezpieczanie kolejnych butelek.
    Dostałem paczkę żywności, przyborów i książek. Nikt nie doceni, jeżeli nie stracił, takich podstaw. Jabłko jak z raju, mięta pachnie lasem, Chesterfield powieściami Kinga. Ciśnienie, kąpiel już w ciepłej wodze, bo jak Kacper mówi, trzeba zdążyć przed świrami z góry, gdzie niektórzy już ponoć gadają do słuchawki. Znów kolorki, dwa odcinki serialu i przed dwudziestą trzecią zasypiam jak dziecko do siódmej.
    Snów brak, przychodzą dopiero po pośniadaniowej palecie. Pędzące, niedoścignione i wściekle jaskrawe.

    ***

    Oddział mojego zamkniętego pierwszego razu

    A gdy dadzą Ci kubeczek barw i patrzą na ręce
    Schowaj swoją ulubioną pod język podkul oczy
    Powtarzaj jak mantrę zbieraj do skrzyni z klatką
    Gdzie połknie je haustem błękitniejący ptak

    My którzy rajskie pióra rzucamy pod flaute
    Plwamy łkamy i tulimy monochromow weź spróbuj
    Oderwać plakat pod nim z pewnością będzie duplikat
    Obierz stronę a ona bardzo szybko zmieni się na clickbite

    Bo porzucić zbrzytwiałe serce kochanego oprawcy
    Jest tak łatwo jak wziąć lufę do ust
    Rań mnie różo w objęciu nie waż się opuścić
    Niech czerwień krwi płatkom i kolcom odpuści

    Dzień czwarty.

    Standard. Już przyzwyczailiśmy się do siebie. Adaptacja jest taka ludzka. Miło rozmawiać z kimś, kto miał podobne perypetie. Komu tak jak mi zależy żeby coś w sobą zmienić, poukładać puzzle. To potrafi na chwilę poprawić humor i dać okruch nadziei.
    Żartujemy z tabletek, z zamknięcia jak chomiki, z tego jak nas wołają na wizyty - bo gdzie niby mielibyśmy uciec? Chociaż przez okno dałoby radę, ale to bez sensu. Ciekawostką są pochyłe parapety.
    No jeszcze jest coś, ktoś, kto siedzi z tyłu głowy, po drugiej stronie oczu. Gdy jakiś pacjent się śmieje, echem drży mi o żebra jego śmiech. Gdy widzę intensywną zieleń, to wiem, że to coś jest zieloniaste i zawiera w sobie przynajmniej jeden jego atom. Trudno mi myśleć bezpośrednio, jeszcze trudniej pisać. Nie widziałem go już dziewięć dni i żadnych celnych słów nie powołam z otchłani za swoją marną duszę, aby chociaż otrzeć się o to, co mną targa. Tajfun. Śnieżyca i beznamiętny cień po fali uderzeniowej. Radioaktywny kontur na ścianie opustoszałego budynku. Królestwo za mojego Spongeboba.
    Dalej znów to samo, pracuję nad czymś autobiograficznym, na razie spisuje wspomnienia z lekką dozą uczuć ze swojego życia. Przebrnąłem dwie wioski i początek dzieciństwa w moim mieście. Potem to pouzupełniam, upoetycznie, być może dodam też fikcyjny stelaż. W dodatku piszę ten dziennik, który się rozrasta i mam już pierwszy odwykowy wiersz. Jeszcze przerabiam Szamanizm Eliadego z ołówkiem w ręce; dla samej wiedzy, ale też planuję coś z tego wykorzystać literacko. Nawet robię krzyżówki, aby nie spędzać czasu biernie. Podsłuchuję historie, więc podzielę się jedną strasznie obleśną, ale równocześnie smutną i klasyczną w sytuacji, do której się odnosi.

    Facet po czterdziestce. Kobieta po sześćdziesiątce. To zawsze są historie o kobietach i mężczyznach. Zawsze. Dlaczegoż by nie o kobietach i mężczyznach? Wszedłem na korytarz w trakcie rozmowy, słysząc właśnie o niej, bo jego wiek znałem. Sebastian od razu mnie zatrzymał, abym posłuchał. Nie oddam narracji, a i gestu by trzeba było. Stand-upowy styl. W każdym razie jakoś się zakumplowali. Ona go poczęstowała trunkiem za jakąś pomoc. On więc pomagał jej dalej. To był katalizator. Ona samotna, on spragniony. Aż któregoś dnia zaprosiła go na wódkę, ale musiał odmówić. Nie miał pieniędzy, szedł poszukać fuchy. Ona nakłaniała – nie bój nic, ja Ci dam, skocz po flacha. Skoczył, a ona, ja głupia, miały być dwie, to zawrócił. Napili się, rozrzewnili, poczuli krążenie spiritus non Santi w krwioobiegu i jakoś tak wyszło, że ona mu chciała dobrze zrobić. On był już nieźle wstawiony, więc się zgodził, mając pewnie na uwadze, że od jakiegoś czasu ma darmowe źródło. Ona wyciągnęła sztuczną szczękę, zarzuciła mu ręcznik na głowę i zaczęła robotę. Opisywał to namiętnie, dokładnie (ku radości słuchających oddając ustami i językiem tę dokładność) i nawet dodał z dumą - z połykiem. Ino, się zastanowił, ni wia po co tyn ręcznik był (tutaj wielu ludzi ma śląskie naleciałości). Innym razem (nie dodał tego, ale w domyśle, ta znajomość się już chyba rozwinęła) kazała mu usiąść na skraju łóżka i ściągnąć spodnie. Zaczęła piersiami doprowadzać go do orgazmu. Fajnie było, duże miała, ino trochę zwiotczale.
    No. Wsit. To teraz, drogi czytelniku (dzienniki zawsze się piszę, z nadzieją, że ktoś kiedyś je przeczyta; najlepiej po globalnej katastrofie, jako relikt jakichkolwiek informacji o tych czasach) też już będziesz miał to w pamięci, chociaż ja mam wyryty cały ten występ full hd audio sorround.
    Długo się później zastanawiałem, ile można poświęcić dla nałogu, jak bardzo się upodlić. Opowiadał to jak śmieszną historię, nie do końca wiem, czy mu wierzyć, ale jej sens i struktura jest odwieczna. Te ryty z tyłu głowy z całą tą sytuacją zachowałem, jako przestrogę.
    No i wczoraj skończyła się sielanka, nie wspomniałem, dorzucili nam trzeciego. Chłop około czterdziestki. Czerwony jak komunizm. W palnik dał jeszcze wczoraj, więc nie wiem jak mu udało się dostać. Taki stary gruby kawaler, do którego mamusia wydzwania i rozmawia z nią na głos. Mieliśmy nadzieję, że będzie cichy i był, ale na noc dostał dwie żółte i chrapał tak, że zaglądała do nas pielęgniarka. Ja się tylko kilka razy obudziłem, chuj strzelił oniryzm, idę dzisiaj po tabletkę. Kacper nie mógł prawie wcale spać i opowiadał, że nowy przez sen gadał o oraniu pola. Ja słyszałem: zabierzcie mnie stąd. Chociaż i tak najlepsza jest jego satynowa piżama typu Benny Hill.
    Przyszła też nowa dziewczyna. Miła ładna buzia, zgrabna i uśmiechnięta. Kasia, o wielkich oczach i czarnych, prostych, półdługich włosach. Był też chwilę jakiś gościu, ale uciekł przez okno, wpadła policja. Chcieli też zgarnąć jednego alimenciarza, ale się jakoś im wymigał.

    Dzien piaty.

    Benny Hill chrapał jak traktor. Kacper go nagrał, a pielęgniarka znów zaglądała do nas w nocy, co się zdarza tylko w wyjątkowych przypadkach. Potem kolejny raz gadał przez sen o oraniu pola i znów o tym, aby go stąd zabrać. Pętla. Jednak nie przekonałem się do tabletki i wszystko słyszałem.

    ***

    Kasi odpierdoliło. Całą noc wariowała. Chciała chodzić nago, rozbierała się i szukała ubrań, których nie wzięła ze sobą. Szarpała za wszystkie klamki, rwała się uciekać. Stawała naprzeciwko ścian i milczała. Otwierała drzwi, aby pójść do pracy. Okna, aby ratować jakąś bitą dziewczynę. Wszyscy teraz ją niańczą. Trudno tak się patrzy na młodą kobietę, która jest aż tak roztrzęsiona. Ledwo kontaktuje gdzie jest. Dwójka dzieci w domu. Mętlik w głowie. Potem znalezione tabletki w plecaku. Czerń. Chociaż wszyscy opowiadamy sobie podobne do siebie historie, ponieważ łatwo tutaj dzielić się wyznaniami, to uczestniczenie i obserwacja zgrzyta o tył czaszki. Ja przecież też tak wyglądałem. Rozpalałem gdzieś ognisko. Spałem w chaszczach, albo się wlokłem po bruku na minimalnej pracy silnika.
    A tutaj dalej rutyna, ale czuję więcej energii. Na zmianę czymś się zajmuję, tryby zaczynają na siebie nachodzić. I gdy tak ślęczałem nad kartką dzisiaj doszła do mnie myśl, że nie potrzebuję katalizatora (wiecie, co mam na myśli..), aby pisać, aby tworzyć coś prawdziwego. Zwłaszcza takiego, który przejmuje całą uwagę i stacza do prostych czynności. Miałem rozłożoną książkę naukową z zaznaczonymi punktami, notatnik z notatkami, dwie rozpoczęte książki fabularne, krzyżówkę, byłem po lekkiej jodze i poczułem siebie. Tak jak już od dawna nie czułem. Przez chwilę pełnia.

    Dzień szósty.

    Insomnia, dzień polarny pod powiekami. Benny chrapie jak leciwy ursus; całe szczęście stara metoda z gwizdaniem działa, ale trzeba to powtarzać. Potem krząta się od chyba piątej nie wiadomo po co, w dodatku w sobotę. O szóstej wrócił z kubkiem i chyba obca jest mu dyskrecja w ruchach, kiedy się żyje tuż obok innych osób. Jakoś wytrzymamy. Gorzej, że już nie spałem całą noc i nie śniłem ciemności, albo czegokolwiek miłego. Cała noc splamiona koszmarami, które bardziej przypominały rzeczywistość. Przeniesienia, ubezwłasnowolnienie, gryzące psy. To mój prastary motyw, ale nie rozumiem dlaczego. Bardzo kocham psy. Nigdy nie gonił mnie żaden tak na poważnie, jak złodzieja. Poważnie myślę natomiast o tabletce na sen, ale szkoda mi niedzieli, ponieważ po niej będę pewnie chodził po ścianach jak sąsiedzi. Jeżeli jednak dzisiaj się powtórzy, to wezmę krążek, akurat na wizytach lekarskich będę przytłumiony.

    ***

    Siedzę po turecku wtopiony w wielką żółtą bluzę. Pomimo, że czytam, albo piszę, drzwi mamy zawsze chociażby uchylone. Nie tylko ze względu na przewiew, ale również na jakiś kontakt. Dawno nie miałem takiego uczucia. Zbiorowość upchnięta w jeden korytarz. Jakbyś żył w bazie wojskowej, bądź stacji badawczej. Pod szeregiem warstw ziemi, na wieżach wrosłych w szczyty, czy też na platformie wśród oczu cyklonów i skłonu nieba przeciętego na pół. Zamknięci przez żywioły, strąceni do Tartaru.
    Słychać krzątanie się współpacjentow. Dobiega mnie jakaś muzyka, kroki, trzaskania, chrupanie, ćwierkanie, kwakanie, trele, ujadania, zgiełk odgłosów życia. Z lewej ludzkiego, z prawej zwierzęcego. Taki kolektyw, słucham jak przelewają się wnętrzności wielkiego czerwia. Soczyste bebechy, bo jeden napakowany alkonauta jedzie treningi przy zapętlonej piosence o pistolecie z długą lufą. Lufą, lufą. Kurwa.
    Ptak z parku za oknem dalej się z nas śmieje, Kasia wydobrzała, koksu rzuca się sam po pokoju, ja węszę za maszynką do włosów, bo wiem już, że ktoś ma. Ponoć mnie znajdzie.
    Poobiednia drzemka też intensywna i z jakimś bolesnym snem o braku kontroli, o przenoszeniu mnie gdzieś, o niechęci znajdowania się, tam gdzie się w nim znalazłem. Czyli to samo, co w nocy. Te sny tłumaczą mi, co czuję.
    Rano, gdy jedne z ptaków zaczynały śpiewać, płakałem. Jeszcze tego tu nie było. Wtopiłem głowę w poduszkę, szarówka kładła się na mnie całunem. Z przyczyn poza myślami. Podobnie jak wiele razy w domu; coś przygniata, rozstraja uczucia, przecina ścięgna w pół zamysłu ruchu.
    Towarzyszyło mi znów uczucie z Extensy Dukaja. Jakbym wystrzelał łukiem macek po bratnich duszach na wskroś stratosfery i pikował wgryzając się w ziemie, na których zdarłem podeszwy, na jaźnie, które wykuły we mnie piętna. Jaguar podchodzi pod pochyły parapet, ale okno moje wciąż na pół podzielone (rzecz też w tym, że to parter i okna do połowy są pokryte szarą folią).
    Nie było wizytacji, pojawili się jacyś ludzie, imiona mi się rozsypały w kieszeniach.
    Dobrze, że jestem w celi z Kacprem. W żartobliwych rozmowach o podobnych perypetiach tli się żar, który parzy jak dobrze rozciągany mięsień.

    ***

    Piszę z bliskimi. Zdjęcia i uśmiechy, które wysyła mi moja syrenka, przypominają mi jakby ktoś chwytając mnie za włosy wciskał mi głowę do wody. Najpewniej tej w sedesie.
    Smacznego. Raz, uderzenie mokrego zimna, haust powietrza. Martwię się, że możesz się uzależnić od tych tabletek. Dwa, w ciecz jak o beton, mija cała wieczność; haust powietrza. Zajadamy z małym prażynki i oglądamy bajkę, dobranoc. Trzy i obitym butem w potylicę aż po dno lodowatej muszli, ledwie wytrzymuję brak powietrza. Oczy jak wyschłe jeziora. Twarz z opadającym tynkiem.

    ***
    Jest jeszcze codzienny rytuał sprawdzania ciśnienia. Rano i popołudniu. Wstajemy równo o siódmej i stawiamy się w nierównym rzędzie. Niektórzy po ścianach, ponieważ brali mocne nasenne. W kolejce z dziadkami rozwiązuję krzyżówki. Czasem rozmawiam z młodą, wychudłą dziewczyną, która tęskni za dziećmi. Czasem ze skruszoną łobuziarą po czterdziestce, taką mocną babą, ale leciała tak w tango, że córka w końcu jest prawnie przypisana babci. Obecnie nastolatka.
    Zdarzają się też opowieści z tematów dla wtajemniczonych. Kto ma psa i pije, tego pies ma dobrze. Często wychodzi. Podobnie zejścia do piwnicy. Do kotłowni. Potrafiliśmy zakamuflować alkohol, przelać, schować. W najróżniejszych miejscach.
    Jednym ze starych sposobów jest oczywiście włożenie flaszki do zbiornika na wodę w toalecie. W ciemnym kloszu lampy. W zimowym bucie.
    Rozmawiając o tym, śmiejemy się. Bo jakże inaczej moglibyśmy zareagować? Rozumiemy to na wskroś. Nasz śmiech jest czysty, bo chcemy porzucić te nawyki. Jednak to prawda, że swoje grzechy dobrze siać na żyzny grunt. Mam na myśli ludzi, którzy również podobną drogę przeszli. To jest inny poziom interakcji.

    Dzień siódmy.

    Obudziłem się już z wygolonymi bokami. Lżej. Obudziłem się surowo pogodzony, pomimo trudów nocy. Rozciągnąłem mięśnie, zbadałem ciśnienie. Zapaliłem i patrzyłem jak topniejący lód odkrywa staw. Kaczki pływają wzdłuż brzegu, alkonauci w stanie spoczynku przemykają ponad wzorami bruku, a nad krzywymi ich żyć ptaki odmierzają pory. Siadam do krzyżówki, książek, pisania i będę żonglował tym aż do obiadu.

    ***

    Jednak jeszcze zrobiłem znów trochę jogi, poćwiczyłem i ogoliłem twarz. Wodospad na głowę, więcej energii. Tydzień minął szybko, zaakomodowałem się i mam mnóstwo chęci do pracy nad sobą na swój sposób, który dawno zaniechałem i niecierpliwię się na terapię i wyjście na dwór. Do drzew, do stawu. W głąb siebie, chociaż nie wiem, jakie drogi mi wskażą, jakie ścieżki odnajdę. I za jakimi zmorami nie będę się mógł obejrzeć. Ostrożnie stawiaj kroki, na ścieżce do Hadesu, nie ścigaj się z obłokiem, umarli się nie spieszą.
    Może i gęsty bór nie rysuje się krechą na granicy widzenia, ale mnóstwo tu ptaków i ma to w sobie coś bardzo szamańskiego. Ornitologiczna symbolika wgryza się przez białe ramy. Zmartwiałe dusze błądzą świergotem między konarami. Ja natomiast wsiąkam w szamanizm Eliadego. Wspominam o nim już drugi raz, ponieważ zafascynowała mnie ta kultura. W dodatku według kalendarza Majów, który bardzo lubię, szamanizm to moja droga. Ix to jaguar i uosobienie szamana, który porusza się pomiędzy światem widzialnym, a niewidzialnym. W naturze jaguar posiada dwa legowiska, jedno w nocy, drugie za dnia. W tradycji mówi się, że jaguar chroni niesprawiedliwie traktowane dzieci. To bardzo do mnie pasuje.
    A w oddali, wśród wielkich pni widzę samotną brzozę i jedną starą wiedźmę wierzbę zapłakaną. Mój cel wieczornych medytacji. Szeleszczące sklepienie nasiąkłe moimi myślami. Przyjaciółka spomiędzy światów.
    W końcu też udało mi się zaobserwować dzięcioła żółtego. Tego naszego śmieszka. Spore zwierzę, skrzydlaty mrówkojad, mojemu synkowi by się spodobał odcień jego skrzydeł. Może to mój własny trickster znad stawu? Dalej się śmieje.
    Dzisiaj trochę osób w górę wstąpiło. To znaczy zaczęli terapię. Na zajęcia jednak muszą czekać do poniedziałku, więc wałęsają się po podwórzu. Biegają, cieszą się chłodnym wypuszczeniem z osi jednego korytarza. Widujemy ich z okna palarni, zbijamy piątki. Tam panują już inne porządki. Tam będę się musiał zagnieździć na dłużej, a wiele mam do zrobienia.

    #alkoholizm #tworczoscwlasna #literatura #przemyslenia #feels #piorolecerdiana #lecerdianluxetumbra
    pokaż całość

    źródło: 1651612502615.jpg

  •  

    Czekając zabiłem 4 muchy. Cholera, śmierć czai się wszędzie. Ludzie, ptaki, zwierzęta, gady, gryzonie, owady, ryby, nikt i nic się jej nie wywinie. Gra jest nieuczciwa od samego początku. Nie wiedziałem, jak temu zaradzić. Wpadłem w przygnębienie. Kiedy widzę w supermarkecie chłopaka, który pakuje mi sprawunki, wyobrażam sobie, jak pakuje sam siebie do grobu razem z tymi rolkami papieru toaletowego, piwem i kurzymi piersiami.

    przeł. Tomasz Mirkowicz

    — Charles Bukowski, Szmira

    #antynatalizm #nihilizm #literatura #cytaty
    pokaż całość

  •  

    O zachodzie słońca medytowałem z aparatem. W nocy tłukłem oczami o ciemność wychodząc z pustego miasta do pełnej świergotów rzeki. I ten szum wody przelewającej się przez jaz, jak technologiczne dokooptowanie się do myśli, że wszystko płynie. Patrzyłem na gładką toń upstrzoną gwiazdami i spowiadałem się komuś, kto bardzo szybko stał się ważny i bliski. Więc będę walczyć dalej i nie odpuszczać. ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

    Taki mały cykl na koniec kolejne całej nocy przemyśleń. Oczywiście ujęty dawno, ale przemawia do mnie dzisiaj. To było jeszcze gdy upust emocji i rozdwojenia jakiego zawsze doświadczałem potrafiłem wylać na matrycę. Jednakże, moja nocna zaduma dotyczyła życia. Fotografie dotyczą śmierć. Wierszyk również. Żeby było za dość dychotomi.

    Gorzki posmak

    kusi jazda bez świateł w noc polną dorgą
    środek jezior z lagami przy wynurzaniu
    błogo łechce nocny paraliż i ciągnie
    do stóp to szkło błyszczące na betonie
    ale bezkres traci smak gdy nie jesteś
    już tylko swój bo łatwo rozbić puste serce
    i nagle tańczysz do spazmów aby kogoś
    ominął gtad a spłukał deszcz toksyny
    bierzesz na celownik w lekturach etykiet
    coś jak smycz w serduszowe czaszki
    i nie sposób wytłumaczyć ukrytego w
    postach krzyku a między kontentami zieje
    przepaść i niby każdy rozumie jak to jest
    ale czujesz w dwie strony a ten twój stary
    kochany sznur znów się napina
    jednak już tylko niemym flirtem

    #fotografia #poezja #literatura #depresja #samobojstwo #lecerdianluxetumbra #piorolecerdiana #feels #przemyslenia
    pokaż całość

    źródło: rozmiar.jpg

  •  

    Pierwszy połapał się Jaskier. Może dlatego, że znał tę legendę, że czytał kiedyś jedną z jej upoetycznionych wersji. Wziął na ręce wciąż nieprzytomną Yennefer. Zdziwił się, jak jest drobna i lekka. Przysiągłby, że ktoś pomaga mu ją dźwigać. Przysiągłby, że czuje obok swego ramienia bark Cahira. Kątem oka złowił mignięcie płowego warkocza Milvy. Gdy składał czarodziejkę w łodzi, przysiągłby, że widział podtrzymujące burtę dłonie Angouleme.

    Krasnoludy uniosły wiedźmina, pomogła im Triss, podtrzymując mu głowę. Yarpen

    Zigrin aż zamrugał oczami, przez sekundę widział bowiem obu braci Dahlbergów. Zoltan Chivay przysiągłby, że w złożeniu wiedźmina w łodzi pomagał mu Caleb Stratton. Triss Merigold głowę by dała, że czuje perfumy Lytty Neyd, nazywanej Koral. A przez moment widziała wśród oparu jasne, żółtozielone oczy Coëna z Kaer Morhen.

    Takie to figle płatała zmysłom ta mgła, gęsta mgła znad jeziora Eskalott.

    Tak trudno się z nimi rozstawać. Po kilkunastu latach przeczytałem cykl ponownie. Z większym bagażem czytelniczym. Wróciły uczucia, które towarzyszyły mi przy pierwszym podejściu, a świadomość zabiegów, metatekstowości, mrugnięć do czytelnika, wreszcie wręcz nachalnej postmodernistyczności, nie przeszkadzały, a jedynie nadawały równoległy tor moim przeżyciom.

    Niemniej, gdy kończy się dobre dla nas książki (w cieniu idei, że więcej z nich czytamy o sobie niż samego zamysłu autora) zostaje ta pustka, jak po rozstaniu. Wchodzimy w nowy etap, gdy poprzedni był tak ciepło i komfortowo znany. Od nas samych tylko zależy, czy chłód poranka będzie rześki, czy ostudzi nasz zapał.

    #literatura #hobby #wiedzmin #sapkowski #przemyslenia #feels
    pokaż całość

  •  

    Otwieram nitkę z najbardziej przereklamowanymi filmami w dziejach kina i daje od razu najbardziej oczywisty tytuł. Oczywiście jest to film uwielbiany przez motłoch. Większość ludzi nie zna się na Kinie. Na Kinie zna się elitarne grono wybrańców, do których nalezę Ja.
    Zielona Mila- ja wiem, że jak słyszycie ekranizacja dzieła Kinga to miękną wam kolana, ale tak naprawdę większosć z tych dzieł do gnioty niegodne obsrania przez szanowanego Kinomana ( takiego jak Ja). Wybitny film na podstawie prozy Kinga jest jeden oczywiście jest to Lśnienie Mistrza Kubricka. Carrie De Palmy z genialną Sissy Spacek również zalicza się do tych lepszych. Zielona Mila z kolei do tych najgorszych. To odrażajacy gniot będący parodią dobrego filmu tzw. "dramacikiem dla ubogich na ważny temat". Jak chcecie świetny film poruszający temat kary śmierci to polecam Krótki Film o Zabijaniu Kieślowskiego. Nawet nakręcony 2 lata przed Zieloną Milą "Przed Egzekucją" pochylił się nad tematyką 100 razy lepiej.
    Jakie jeszcze podfilmy uważacie za przereklamowane?
    #film #kino #filmy #netflix #amazon #wykopowezabawy #filmnawieczor #filmweb #mokebe #literatura
    pokaż całość

    źródło: img.wprost.pl

  •  

    Click!, wydanie z maja 2006 roku. 2 x CD lub DVD. Pełne wersje: Metalheart i Breakquest. Cena i okładka pozostawały takie same dla obu wydań. 99 / x. #okladkiclicka #gry #literatura #nostalgia #dziecinstwo #kiedystobylo

    źródło: 5 2006.jpg

  •  

    Statystyki tagu #bookmeter z okresu 2022-04-01 - 2022-04-30:

    Najczęściej plusowane recenzje:

    1. 61 plusów - recenzja - Kompania braci (Stephen E. Ambrose) - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera smierdakow - więcej recenzji »
    2. 30 plusów - recenzja - Apartament w hotelu Wojna (Tomáš... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera smierdakow - więcej recenzji »
    3. 29 plusów - recenzja - 27 śmierci Toby'ego Obeda (Joann... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera dekonfitura - więcej recenzji »
    4. 26 plusów - recenzja - Marsjanin (Andy Weir) - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera Regis86 - więcej recenzji »
    5. 22 plusów - recenzja - Apartament w hotelu Wojna (Tomáš... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera musiol108 - więcej recenzji »
    6. 20 plusów - recenzja - Elastyczne nawyki Jak kształtowa... - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera ali3en - więcej recenzji »
    7. 19 plusów - recenzja - Planeta k pięć lat w japońskiej ... - ★★★★☆ (7.0 / 10) - usera Owieczka997 - więcej recenzji »
    8. 19 plusów - recenzja - Szybko, szybciej, najszybciej. F... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera Owieczka997 - więcej recenzji »
    9. 19 plusów - recenzja - Traktat o łuskaniu fasoli (Wiesł... - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera DerMirker - więcej recenzji »
    10. 18 plusów - recenzja - Światy równoległe Czego uczą nas... - ★★★☆☆ (6.0 / 10) - usera Mfalme_Kitunguu - więcej recenzji »
    11. 18 plusów - recenzja - Czy wiesz, dlaczego nie wiesz, k... - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera smierdakow - więcej recenzji »
    12. 17 plusów - recenzja - Ulica dzieciństwa (Ditlevsen Tove) - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera ali3en - więcej recenzji »
    13. 17 plusów - recenzja - Na Zachodzie bez zmian (Erich Ma... - ★★★★★ (10.0 / 10) - usera bubbs - więcej recenzji »
    14. 17 plusów - recenzja - Ucho Igielne (Wiesław Myśliwski) - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera George_Stark - więcej recenzji »
    15. 16 plusów - recenzja - Wowa, Wołodia, Władimir (Krystyn... - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera smierdakow - więcej recenzji »
    16. 16 plusów - recenzja - Syria Porażka strategii Zachodu ... - ★★★★☆ (7.0 / 10) - usera smierdakow - więcej recenzji »
    17. 16 plusów - recenzja - Przez ciemne zwierciadło (Philip... - ★★★★☆ (8.0 / 10) - usera KubaGuziq - więcej recenzji »
    18. 15 plusów - recenzja - Bagno szaleńców (Joanna Kanicka) - ★★★★☆ (7.0 / 10) - usera panpikuss - więcej recenzji »
    19. 15 plusów - recenzja - CZYŻ NIE DOBIJA SIĘ KONI (Horace... - ★★★★★ (9.0 / 10) - usera George_Stark - więcej recenzji »
    20. 15 plusów - recenzja - 13 pięter (Filip Springer) - ★★★☆☆ (6.0 / 10) - usera Czlowiek_i_ludz_zarazem - więcej recenzji »

    ---------
    Wygenerowane przez bota książkowego :) Jeśli masz sugestie / pomysły / uwagi / chcesz wspomóc prace nad nim pisz na PW. Github: Kod źródłowy witryny
    #bookmeter #ksiazki #czytajzwykopem #literatura #ksiazka #bookmeterstats
    pokaż całość

  •  

    23 maja 2022 r. nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego ukaże się książka "Lizbona. Królowa mórz" Barry'ego Hattona.
    Jej urok jest legendarny, ale niewiele osób zna fascynującą historię Lizbony, jednego z najstarszych miast europejskich. W labiryncie uliczek odnajdujemy ślady zarówno rzymskiego panowania, jak i stulecia pod rządami Maurów. Po renesansowym bruku, ku zachwytowi mieszkańców, maszerowały w królewskim orszaku słonie i nosorożce. Jakie były koleje losu tego niezwykłego miasta?
    Barry Hatton w swojej zajmującej opowieści o barwnej przeszłości i teraźniejszości Lizbony wydobywa zapomniane okruchy historii. Ożywia pamięć o oblężeniu w 1147 roku, zamachu na króla, utworzeniu republiki i mrokach współczesnej dyktatury. Opisuje trzęsienie ziemi, które w 1755 roku obróciło całe miasto w gruzy, ale też zapoczątkowało nowoczesną odbudowę. Przytaczana przez niego historia miejsc, wspaniałych budowli i wyjątkowych mieszkańców ukazuje drogę, którą przeszła Lizbona od portowego miasteczka do stolicy Portugalii.
    źródło
    #literatura #ksiazki #czytanie #portugalia #lizbona
    pokaż całość

    źródło: wuj.pl

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #literatura

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0

Archiwum tagów