•  

    Ostatnio niesamowicie wciągnęłam się w kanał Stanowo.com Laska opowiada o morderstwach, dziwnych sytuacjach i niewyjaśnionych zaginięciach/morderstwach. Jej materiały trwają po godzinę, czasem więcej, ale kurde :D Włączam jak jadę pociągiem, tramwajem. Leci w tle jak sprzątam, czy robię coś na kompie. Jak dla mnie opowiada bardzo fajnie i ma fajny głos, ale podejrzewam, że niektórych jej sposób mowy może denerwować. Opowiada tak, że można się zapoznać z mordercą, czy ofiarą i jakoś pozostaje później smutek, nostalgia. A nie takie suche fakty kto kogo gdzie kiedy zabił. Tu możemy się wczuć w sytuację.
    Nie wiem czy znacie, czy nie. Ale polecam gorąco, konsumatumest.
    #polskiyoutube #youtube #mordercy #kryminalne #gownowpis
    pokaż całość

  •  

    11 sierpnia 1934 roku oficjalnie zostało otwarte więzienie Alcatraz. Jak to wszystko się zaczęło? Czy faktycznie dopiero wtedy zaczęto więzić tam ludzi?

    W 1775 roku do zatoki San Francisco wpłynął statek San Carlos Juan de Ayala. Jego kapitan dostrzegł niewielką, skalistą wyspę, na której było bardzo dużo ptaków. Postanowił więc ją ochrzcić mianem "Isla de los Alcatres", czyli "Wyspą Pelikanów". Była omijana od zawsze. Nie było tam słodkiej wody, także roślinność nie należała do bujnych. Indianie wierzyli, że zamieszkują ją duchy.
    Od samego początku pełniła funkcję izolacyjną, ponieważ zsyłano tam osoby łamiące podstawowe reguły obowiązujące w plemieniu.

    W 1854 roku ustawiono tam pierwszą na zachodnim wybrzeżu latarnię morską i zaczęto budować fort, który rozpoczął pełnienie swej funkcji w grudniu 1859 roku. W forcie zamontowano ponad setkę dział. Takim sposobem USA uzyskało największą wojskową fortyfikację na zachodzie i pierwszą stałą placówkę na Pacyfiku. Mimo tego Alcatraz dla fanów militariów była od zawsze ciekawostką, ponieważ jedynym wykorzystaniem dział była salwa po śmierci Lincolna (co ciekawe, od razu postanowiono tam umieścić kilkadziesiąt osób, które były zadowolone z jego morderstwa).
    W końcu (z początkiem wojny secesyjnej) stwierdzono, że Alcatraz nie sprawdzi się jako fortyfikacja i stwierdzono, że będzie dobrym miejscem do osadzania więźniów, ponieważ dookoła niej szaleją silne i zimne prądy wodne.

    Pod koniec wojny, w 1865 roku trzymano tam już 50 więźniów. Zsyłano tam dezerterów, żołnierzy konfederackich i cywilów ze zbuntowanych stanów. Warunki, w których żyli były tragiczne. Trzymano ich w piwnicach wartowni, spali obok siebie na kamiennej posadzce. Nie mieli dostępu do bieżącej wody, ogrzewania czy też toalety. Ich jedynym pożywieniem był chleb i woda.
    Część posiadała przykute do nogi kule. Cięższą formą kary było umieszczenie więźnia w małym, zamkniętym i nagrzanym pomieszczeniu. W pewnym momencie miejsce zaczęło się kończyć. Początkowo więźniowie byli zmuszeni do zbudowania drewnianych cel, później zastąpiono je budynkami. Część tą nazywano Dolnym Więzieniem.

    Od około 1870 roku zaczęto zsyłać na Alcatraz pojmanych Indian. Największą grupą przywiezioną w styczniu 1895 roku było 19 przedstawicieli "starszyzny" plemienia Hopi (plemię nadal istnieje, są osiedleni w Arizonie, na terenie rezerwatu). Zostali pojmani za to, że nie zgodzili się na przymusową edukację i toczyli spory o ziemię.

    4 lipca 1876 roku, dokładnie w setną rocznicę uzyskania niepodległości przez USA postanowiono zademonstrować (po raz ostatni) możliwości obronne budowli. W tym celu został zbudowany statek, którego celem było uderzenie w fort i efektowne zatonięcie. Akcja nie powiodła się.

    W roku 1899, tuż po zakończeniu wojny amerykańsko-hiszpańskiej w więzieniu przebywała ponad dwudziestokrotnie większa liczba ludzi, niż powinna. Był to ogromny napływ porwanych hiszpanów i amerykańskich żołnierzy, którzy dopuścili się przestępstw. Przekroczono wtedy liczbę 450 osadzonych. Więźniowie dostali nakaz wybudowania ponad 150 metrowego bloku. Mieściło się w nim 600 cel, każda miała toaletę. Dodatkowo wybudowano elektrownię zasilającą wyspę, kantynę, kuchnię, bibliotekę, umywalnię i warsztaty pracy. Po 13 latach, chwilę przed wybuchem I WŚ zakończono prace.
    Wkrótce na wyspie zaczął się napływ wziętych do niewoli, niemieckich marynarzy.
    Był to moment w którym Alcatraz zasłynęło swoją złą sławą. Co się do tego przyczyniło?
    Ostre i ścisłe przepisy, a także surowe kary za ich łamanie. Do kar zaliczało się ograniczenie jedzenia, bardzo ciężka praca i przykuwanie ponad 5 kg kul do jednej z nóg. Więźniów bardzo często wykorzystywano jako służących rodzinom żołnierzy. Robili wszystko, nawet zajmowali się dziećmi.
    Do1933 roku zliczono 29 prób ucieczki,łącznie próbowało zbiec 80 osadzonych. 17 z nich albo udało się uciec, albo utonęli w bezlitosnych wodach. Resztę schwytano lub totalnie wyczerpani postanowili wrócić.

    To właśnie w 1934 roku zaostrzono przepisy i wzmocniono ochronę na tyle, że ucieczka z wyspy stała się niemal niemożliwa. W tym samym roku armia stwierdziła, że utrzymanie obiektu kosztuje zbyt wiele (zwłaszcza transporty wody i żywności). Obiekt oddano władzom cywilnym.

    W lipcu tego samego roku, po dwóch latach odbywania kary w Atlancie do Alcatraz został przeniesiony najsłynniejszy więzień tych murów. Wówczas 35-letni Alphonse Gabriel Capone został przeniesiony tam ze względu na to, że w Atlancie był traktowany ze zbyt wielką ulgą, bardziej jako celebryta, niż przestępca. Na wyspie nie mógł na to liczyć. Stamtąd nie mógł już operować swoim gangiem i nie liczyły się jego pieniądze. Również nie był lubiany przez współwięźniów, nękali go, a nawet kilkukrotnie próbowali zabić. Wszystkiemu winny był brak respektu dla tamtejszych zwyczajów i fakt, że odmawiał uczestnictwa w buntach. W 1938 roku przeniesiono go do więziennego szpitala, chorował przez kiłę (nabawił się jej w młodzieńczych czasach) i mocny upadek psychiczny (chorował na demencję i miał wiele innych związanych z syfilisem zaburzeń). 6 stycznia 1939 przeniesiono go do więzienia o złagodzonym rygorze w Kalifornii, został z niego zwolniony 16 listopada tego samego roku (odbył w sumie 7 z 11 lat kary pozbawienia wolności).

    Pierwszy masowy transport odbył się właśnie 11 sierpnia 1934 roku. Dokładnie 84 lata temu 60 agentów FBI przetransportowało 137 więźniów sprawiających trudności, głównie morderców i złodziei. Na miejscu przyjęło ich 155 strażników, których zadaniem nie było resocjalizować, a utrzymywać porządek, wszystkiego pilnował James A. Johnston, który był dyrektorem placówki najdłużej (napisał o tym książkę "Alcatraz Island Prison and the Men Who Live There" którą można kupić już za niecałe 6$). W 1963 roku Alcatraz zostało zamknięte z powodów budżetowych i dziś jest tylko muzeum.

    Niemal wszyscy więźniowie byli gangsterami lub mordercami. Najsłynniejsi przetrzymywani tam ludzie oprócz Capone to:
    - George Kelly Barnes ("Machine Gun Kelly"). Uprzednio był drobnym przemytnikiem, odbył karę i wyszedł za dobre sprawowanie. W świat przestępczy wprowadziła go jego żona, Kathryn Thorne, kupiła mu pierwszą broń (stąd też pseudonim "Machine Gun"). 22 lipca wraz z Albertem L. Batesem uprowadził Charlesa F. Urschela i Waltera R. Jaretta (przy wspominkach będę pisała tylko o Urschelu). Zażądali 200 000 dolarów okupu (dziś 3.8 miliona dolarów). Byli więzieni na ranczu teściów Kelly'ego. Urschel jednak znacznie przechytrzył oprawców. Miał zawiązane oczy, ale zapamiętywał odgłosy otoczenia, zostawiał odciski palców na przedmiotach w zasięgu rąk, odliczał kroki. Teściowie i wspólnik zostali zatrzymani 12 sierpnia. Małżeństwo zostało zatrzymane dopiero 26 września 1933 roku.
    12 października 1933 roku zostali skazani na dożywocie. Kelly po skazaniu spędził siedemnaście lat w Alcatraz, był więźniem o numerze 117. W 1951 roku potajemnie przeniesiono go do innego więzienia. 18 lipca 1954 roku podczas 59 urodzin zmarł na atak serca.
    - Albert Lawrence Bates. Złodziej i jeden z najlepszych włamywaczy w latach '20 i '30, wieloletni partner "Machine Gun Kelly'ego". Przebywał w Alcatraz dwa razy. Początkowo w momencie, gdy była to jeszcze placówka wojskowa, skazany za dezercję. Następnie wielokrotnie skazywany za włamania. W późniejszym czasie zaczął rabować banki w towarzystwie Kelly'ego. Następnie porwali Urschella. Zmarł 4 lipca 1948 roku w Alcatraz z powodu ataku serca.
    - Alvin Francis Karpis "Creppy Ray" (urodzony jako Albin Francis Karpavičius). Pochodzący z Litwy zbrodniarz, jeden z dowódców gangu Barker-Karpis. Był jedynym z czterech "Publicznych wrogów nr. 1" i jako jedyny nie został zabity przed schwytaniem. Spędził najwięcej czasu jako więzień Alcatraz (26 lat). Przygodę z łamaniem prawa zaczął dość wcześnie, bo w wieku 10 lat. Sprzedawał wówczas pornografię i zaczął obracać się w towarzystwie hazardzistów, przemytników i alfonsów. Mając ledwie 19 lat został skazany na 10 lat za włamanie, ale uciekł. Następnie przyłapano go na kradzieży samochodu i odesłano do poprawczaka. Gdy przewieziono go do innego więzienia w którym spotkał Freda Barkera (brata Arthura) i po wyjściu Karpisa założyli gang Barker-Karpis (Barker sterował nim z więzienia). W pewnym momencie liczył on aż 25 osób. Kierował działaniami podczas porywania Hammera i Bremera (przyjaciela Roosvelta). Po strzelaninie, w której zabito Ma i Freda Bakerów niemal zakończył swoją karierę, lecz FBI namierzyło go razem z Campbellem, po tej sytuacji ukrywał się kilka miesięcy, ale nie zaprzestał swoich działań. Udało mu się jeszcze zrabować pociąg i zarobić na tym 27 000 dolarów. 1 maja 1936 roku został schwytany, przebywał w Alcatraz aż do jego zamknięcia, podczas dalszej kary spotkał nawet młodego Mansona. Został zwolniony warunkowo, lecz jego książka została wydana pośmiertnie. Prawdopodobnie zmarł przez przedawkowannie leków i alkoholu, nie wykonano sekcji zwłok, został pochowany w Hiszpanii.
    Ciekawostka: W 1934 roku Karpis usunął z dłoni linie papilarne.
    - Arthur R. Baker ("Doc"). Członek gangu rodzinnego stworzonego przez matkę, a kontynuowanego przez jego brata i Alvina Karpisa. Był znany z gwałtownych i nieprzemyślanych decyzji. Skazywany uprzednio za rabunki i morderstwo. Został skazany na karę śmierci, lecz zwolniony z niej warunkowo po odwołaniu. Niedługo po wyjściu uczestniczył w napadach, podczas których zabito 3 policjantów. Podczas porwania dwóch zamożnych ludzi (William Hammer i Edward Bremer) zatrzymał się by zatankować samochód, zdjął w tym celu rękawiczkę. Odcisk zidentyfikowano. Został skazany na dożywocie. Wraz z Karpisem wysłano go do Alcatraz. Zginął 13 stycznia 1939 roku. Podczas jednej z wielu zakończonych niepowodzeniem ucieczek został postrzelony w głowę, gdy po wydostaniu próbował zbudować tratwę z Dale'm Stamphill'em.
    - Harvey Bailey ("The Dean of American Bank Robbers"). Był jednym z najlepszych złodziei. Dokonał największego rabunku banku w historii. Wyszedł z niego z ponad milionem dolarów. Od 1920 nie ukradziono większej kwoty. Do Alcatraz przeniesiony za ucieczkę z więzienia w Dallas. W tym celu porwał strażnika i użył go jako żywej tarczy. Schwytano go ponownie i uznano, że brał współudział w porwaniu Charlesa F. Urschela (był na ranczu na którym go przetrzymywano), skazano go na dożywocie.
    - Robert Franklin Stroud (Birdman of Alcatraz"). Morderca uznany za jednego z najbardziej znanych przestępców USA. W Leavenworth zajmował się hodowlą i sprzedażą ptaków, stał się również szanowanym ornitologiem, niestety, nie pozwolono mu tego robić w Alcatraz.
    W wieku 13 lat uciekł od ojca, a w wieku zaledwie 18 był alfonsem na Alasce. W styczniu 1909 roku (19 lat) zastrzelił barmana, który zaatakował jego prostytutkę. Skazano go na 12 lat. Bardzo szybko zyskał reputację niebezpiecznego osadzonego, często konfrontował się z innymi więźniami i strażnikami. W 1916 roku zasztyletował strażnika. Po kilku procesach skazano go na dożywocie. W 1920 roku gdy przebywał w izolatce odkrył gniazdo z trzema wróblami i zaczął się nimi opiekować. Wkrótce jego kolekcja sięgała 300 kanarków.Wydał książkę na temat ptaków. Znacznie rozwinął temat patologii i wynalazł sposób leczenia krwotocznej posocznicy. Zyskał tym duży szacunek ornitologów i rolników. Ostatecznie w 1942 przeniesiono go do Alcatraz, gdy odkryto, że potajemnie wytwarza alkohol.
    19 grudnia 1942 roku został więźniem nr. 594 w Alcatraz, rok później zdiagnozowano go jako psychopatę. Gdy pozbawiono go ornitologii postanowił napisać książkę na temat zmian systemu karnego na przestrzeni lat. W 1959 roku przeniesiono go do Centrum Medycznego dla więźniów w Springfield. Zmarł 21 listopada 1963 roku. W więzieniu spędził 54 lata, z czego 42 w izolatce.

    Ucieczek z Alcatraz było wiele, mniej lub bardziej spektakularnych. Tylko co do jednej jest przypuszczenie, że nie skończyła się tragicznie. To właśnie ta najbardziej znana, z 11 czerwca 1962 roku. Wtedy Frank Lee Moris oraz bracia John i Clarence Anglin opracowali w ciągu kilku miesięcy plan. Jednak czy doskonały?
    Z ponad 50 płaszczów przeciwdeszczowych uszyli tratwę. Okradali pracownie więzienne w celu zdobycia narzędzi ucieczki. Pracowali nad tunelem na zmianę kilkaset godzin. Bracia (osadzeni razem w celi) przygotowali manekiny z mydła, papieru toaletowego, włosów ukradzionych fryzjerowi, a także dokładnie namalowane podobizny. O godzinie 21:30 zgasły światła w całym budynku. Morris i Anglinowie przez pokrywę wentylacji przeszli na dach, następnie ponad 15 metrów w dół i tu ślad o nich zaginął. Alarm zabrzmiał dopiero kolejnego dnia. Według FBI utonęli, znaleźli wiele rzeczy z ich ekwipunku, ale nigdy nie trafiono na ciała. 17 lipca 1962 rzekomo załoga okrętu SS Norefjell widziała niedaleko mostu Golden Gate dryfujące ciało w uniformie więziennym. Informacja została jednak przekazana dopiero w październiku, a zwłok nigdy nie odnaleziono.

    Współtowarzysz z celi Morrisa (miał również uciekać i pomagał w przygotowaniach) zdradził plany o kradzieży ubrań i samochodu, lecz żadne nie zostały w tym czasie odnotowane.
    Próbowano iść wieloma tropami:

    - Holenderscy naukowcy stwierdzili, że prądy wodne podczas tej nocy miały ich zaprowadzić na znajdującą się obok wyspę Angel.
    - Brat Anglinów twierdził, że dostał od nich list (przebywał wtedy w więzieniu). Zmarł dwa lata później, ale rodzina twierdziła, że go zabito, gdyż nie chciał wyjawić kryjówki.
    - Powstała nawet plotka, że bracia przyszli w kobiecych charakteryzacjach na pogrzeb swojej matki. Nawet ten trop został zbadany.
    - W 2013 roku na posterunek w Richmond rzekomo wysłał list John Anglin. Twierdził w nim, że Morris zmarł w 2008 roku, a Clarence w 2011. Pisał też, że ma 83 lata i choruje na raka. Napisał również, że jeśli w telewizji zostanie ogłoszone, że będzie skazany na rok więzienia ze słuszną opieką medyczną - poda miejsce swego pobytu. FBI mimo grafologii i odcisków palców nie jest w stanie potwierdzić autentyczności, mimo, że w nią wątpią.
    Śledztwo może zostać umorzone dopiero 11 maja 2030 roku, gdy nadejdzie dzień 99 urodzin Clarence.

    pokaż spoiler Źródła: newsweek, wikipedia, filmy.
    Dodałam jeszcze 11 sierpnia, ale Mihau zepsuł.


    #historia #kryminalne #gruparatowaniapoziomu #mordercy #usa i troszkę #militaria
    pokaż całość

  •  

    Skazany na karę śmierci. Mirosław S. zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił

    - Ta dziewczynka miała tylko 10 lat. Mirosław S. ją zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił - wspomina emerytowany policjant. Do tej okrutnej zbrodni doszło latem 1990 roku we wsi Krzeszna na Kaszubach. Sprawca żyje, przebywa w ośrodku w Gostyninie. I zna dane osobowe 8-latki z domu dziecka w Toruniu. O tym, że groźny przestępca, izolowany w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, otrzymał dane 8-latki z domu dziecka „Młody Las” w Toruniu, piszemy od tygodnia. Dziś ujawniamy, czego się dopuścił w 1990 roku.

    Do zbrodni doszło 12 sierpnia 1990 roku we wsi Krzeszna. To letniskowa miejscowość, położona w samym sercu Kaszub, dokładnie w gminie Stężyca, w powiecie kartuskim. W czasach PRL-u tutejsze jeziora (Krzeszna leży u zbiegu Ostrzyckiego i Potulskiego) dosłownie oblepione były wypoczynkowymi ośrodkami zakładowymi.
    - Do jednego z takich ośrodków przyjechali też ci rodzice z 10-letnią dziewczynką - wspomina emerytowany już policjant z tej gminy, do którego udało nam się dotrzeć. - Pamiętam, że lato 1990 roku było całkiem ładne. W tamte dni bardzo dużo dzieciaków praktycznie nie wychodziło z jeziora. Rodzice spokojnie puszczali je w miejsca, gdzie była mielizna. Ta 10-latka też tam się bawiła... Mirosław S., wówczas koło trzydziestki, podpłynął do bawiących się dzieci łódką. Był w samych kąpielówkach. Zapraszał dzieci na łódź, ale chętnych nie było. W końcu zgodziła się ta jedna dziewczynka. Zrobiła to mimo protestów młodszej, 6-letniej towarzyszki zabaw, która przypominała jej, że „miała już wracać do domu, rodzice kazali”. Mirosław S. z dziewczynką wypłynął z Jeziora Potulskiego w kierunku Jeziora Ostrzyckiego. Akweny ta łączy „rzeczka”, jak mówili miejscowi. Przepłynęli ją spokojnie, dobili do brzegu i tutaj mężczyzna wysadził 10-latkę. Tak, jak jej obiecał - stąd miała już bliżej do kwatery. - Mała ubrana była tylko w strój kąpielowy. Weszła już między szuwary, a on najpewniej odprowadzał ją wzrokiem. Jakiś impuls kazał mu z tej łodzi zejść i pobiec za dziewczynką. Udusił ją i zaciągnął do łodzi - relacjonuje emerytowany policjant. - Potem zgwałcił ją kilka razy, już jako nieżywą. Z tego, co pamiętam, przyznał się do zgwałcenia jej jeszcze nazajutrz.

    Rodzice 10-latki zaalarmowali miejscowy komisariat o zaginięciu córki, gdy dziecko nie wróciło na noc. Aby pomóc miejscowym policjantom w poszukiwaniach, do Krzeszny przyjechały posiłki z komendy wojewódzkiej. - Bardzo pomogła nam wtedy ta 6-letnia dziewczynka, która widziała, jak 10-latka wsiadała z Mirosławem S. do łodzi. Potrafiła go opisać, nawet jego kąpielówki. Szukaliśmy jego i żywej lub martwej dziewczynki - wspomina emerytowany policjant. Nasz rozmówca nie pamięta, czy Mirosław S. był w Krzesznej na wakacjach, czy też tam pracował. Z dokumentów wynika, że miejscem zbrodni był Ośrodek Wypoczynkowy Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej. - Pamiętam, że jak do niego dotarliśmy, miał u siebie zakrwawiony ręcznik. Tłumaczył, że to po goleniu okolic krocza. Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, by zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi - relacjonuje policjant - A krew na ręczniku, jak się później okazało, była krwią tej dziewczynki... Skazany na śmierć Mirosław S. w obecności śledczych przyznał się do zbrodni. Do szyi ofiary przywiązał kawał metalu (prawdopodobnie był to kawałek szyny), a potem zwłoki wrzucił do jeziora. - Ale wypłynęły. Znaleźliśmy je. Pamiętam, jak przyjechał prokurator - wspomina nasz rozmówca. W 1991 r. ówczesny Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Mirosława S. na karę śmierci. Dlaczego jej nie wykonano? Jak S. trafił do ośrodka w Gostyninie?

    - Szczurek. No, taki mikry, chudy. Najwyżej 60 kilogramów ważył. Niepozorny facet. Tak zapamiętałem tego Mirosława S. - wspomina emerytowany policjant z Kaszub. W tamtych czasach, a przecież mówimy raptem o 1990 roku, praca śledczych różniła się mocno od obecnej praktyki. Badania DNA w Polsce raczkowały. Z dziećmi starano się postępować z wyczuciem, choć przesłuchiwanie w specjalnych pokojach, w obecności psychologa, było melodią przyszłości. 6-letnią dziewczynkę, która widziała, jak ofiara Mirosława S. wsiadała do jego łódki, rozpytywano inaczej.
    - Bardzo nam ta malutka pomogła, bo dużo pamiętała. Jak już dotarliśmy do Mirosława S., to trzeba było zrobić okazanie, czyli pokazać dziecku tego mężczyznę w towarzystwie przynajmniej dwóch podobnych. No, trochę się namęczyliśmy, żeby tych dwóch mikrych znaleźć - wspomina policjant emeryt. Z rodzicami dziewczynki było uzgodnione, jak rzecz będzie przebiegała. Oczywiście, o żadnych strasznych podejrzeniach dziecku nie mówiono. Umowa była taka, że jeśli rozpozna „pana od łódki”, to do niego podejdzie i poda mu rękę. - Długo się nie zastanawiała. Podeszła do Mirosława S. i chwyciła za rękę. Oczywiście, istotne były też jej zeznania. Pamiętam, że z wdzięczności podarowaliśmy jej później książkę z dedykacją - przypomina sobie mundurowy. Nie zapomni jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że Mirosław S. miał u siebie pisemka pornograficzne. Każdej kobiecie wydłubał krocze. Agresywnie, z impetem. Scyzorykiem albo cyrklem jakimś. - No, normalne to to nie było - komentuje nasz rozmówca. Rzecz druga to żal. Ten człowiek naprawdę go okazywał. Nie potrafił wytłumaczyć racjonalnie, co popchnęło go do okropnej zbrodni. Gdy z amoku otrzeźwiał, autentycznie żałował. Potwierdzą to potem śledczy i sąd. Akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S. kierowała do sądu Prokuratura Rejonowa w Kartuzach. Proces toczył się przed ówczesnym Sądem Wojewódzkim w Gdańsku. Oskarżycielem posiłkowym był ojciec 10-letniej ofiary. - 12 grudnia 1991 roku Mirosław S. skazany został na karę śmierci. Karą dodatkową było pozbawienia praw publicznych na zawsze - informuje sędzia Tomasz Adamski, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Gdańsku.

    Podkreślmy, że surowszej kary w Polsce nie było. Od tego wyroku jednak 20 marca 1992 roku rewizję wniósł obrońca oskarżonego. - Na rozprawie rewizyjnej sytuacja przedstawiała się następująco. Obrońca poparł rewizję, prokurator wnosił o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności, a oskarżyciel posiłkowy o utrzymanie wyroku w mocy. Sam oskarżony natomiast prosił o danie mu szansy - relacjonuje sędzia Tomasz Adamski. W wyniku rewizji Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrokiem z 27 maja 1992 roku zmienił wyrok i skazał Mirosława S. na karę 25 lat wiezienia. Orzekł też pozbawienie go praw publicznych na 10 lat.

    Mirosław S. trafił do ośrodka w Gostyninie tuż po tym, jak skończył odbywać karę 25 lat więzienia. W placówce umieszczono go na podstawie tzw. ustawy o bestiach. - 23 kwietnia 2015 roku (pod koniec odbywania kary - przyp. red.), po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał mężczyznę za osobę stwarzającą zagrożenie. Dlatego umieszczono go w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie - wyjaśnia sędzia Adamski.

    Z tego ośrodka właśnie na przełomie marca i kwietnia Mirosław S. dzwonił do domu dziecka „Młody Las” w Toruniu. Oferował przepisanie na jakieś dziecko swojej polisy ubezpieczeniowej. Pracownica podjęła temat. Telefonów było kilka. Ostatecznie, jak twierdzi dyrekcja, dane wytypowanej przez siebie 8-letniej dziewczynki przekazała przez telefon agentowi ubezpieczeniowemu. - Agent wyraźnie wymienił już nazwę ośrodka w Gostyninie. Wtedy pracownicy powinna zapalić się czerwona lampka - przyznaje Anna Czeczko-Durlak, dyrektor „Młodego Lasu”. W kwietniu Mirosław S. przysłał 8-latce imiennie zaadresowane życzenia urodzinowe. Według naszego informatora, dziewczynka cieszyła się z „życzeń od wujka”. Potem przestępca wysłał jeszcze 8-latce dwie paczki. W jednej była lalka. Te już na pewno do rąk wychowanki nie trafiły.

    Sprawą poważnie zainteresował się Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. To m.in. za jego sprawą udostępnienie danych osobowych 8-latki zaczęto w ogóle formalnie wyjaśniać. Dodajmy, że dziewczynka nie jest sierotą. Urząd Miasta Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, który bezpośrednio nadzoruje dom dziecka, zarządził w nim kompleksową kontrolę. Anna Czeczko-Durlak zobowiązana została do przeszkolenia pracowników w zakresie udostępniania danych osobowych dzieci. Ma też opracować procedury postępowania z darczyńcami. Sprawę udostępnienia danych bada też toruńska prokuratura. A Mirosław S.? Być może wspomina czasem Toruń. Tutaj dorastał, chodził - jak sam twierdzi - do szkoły specjalnej. Ostatni jego toruński adres pobytu to pewna ulica na lewobrzeżu. Kilka lat temu wzniesiono tutaj nowe bloki socjalne.

    Źródło i pełny tekst

    #mordercy #historiemordercow #pedofilia #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Najwięksi psychopaci i mordercy.

    Sailson Jose Das Graças

    "Mordował, żeby się wyluzować". W ciągu 9 lat zabił 42 osoby - 39 kobiet, dwóch mężczyzn i 2-letnie dziecko. – „Zabijałem dla przyjemności. Po zabiciu zostawałem przez chwilę, a następnie uciekałem” – opisywał swoje zbrodnie Sailson Jose Das Graças. Brazylijczyk został zatrzymany w grudniu 2014 roku. Przyznał dziennikarzom, że zanim dokonywał ataku, obserwował przyszłe ofiary miesiącami. Działał też jako zabójca do wynajęcia. Pierwszego zabójstwa dokonał mając zaledwie 17 lat. Napadał głownie na białe kobiety. Sailson Jose das Gracas mówił policjantom, że gdy nie zabijał, to robił się nerwowy. Jedno zabójstwo wystarczało mu na dwa - trzy miesiące. Szokujące zeznania podsumował stwierdzeniem, że lubi swoją "pracę", dlatego nie obawiał się zatrzymania. Zapytany o to, czy ma wyrzuty sumienia, Brazylijczyk stwierdził, że nie. – „Pójdę do więzienia na 10, 15 czy 20 lat, a następnie, jak tylko wyjdę, to zrobię to samo” – przyznał. Zgodnie z prawem brazylijskim, maksymalna kara za zabójstwo to 30 lat więzienia.

    Hélène Jégado

    Służąca - seryjna morderczyni. Hélène Jégado (ur. 1803 w Plouhinec, zm. 26 lutego 1852 w Rennes). W ciągu 18 lat otruła co najmniej 36 osób. Pochodziła z małej miejscowości w Bretanii. W wieku 7 lat straciła matkę i trafiła pod opiekę dwóch ciotek, pracujących jako służące na plebanii w Bubry. Kiedy ukończyła 17 lat, pomagała jednej ze swoich ciotek, pracujących w Séglien. W tym czasie zajmowała się głównie nauką gotowania. Pierwszego zabójstwa Jégado dokonała w 1833, kiedy pracowała jako kucharka na plebanii we wsi Guern, u ks. François Le Drogo. W ciągu zaledwie 3 miesięcy straciło życie siedem osób stołujących się na plebanii, w tym sam ks. Le Drogo, jego matka i ojciec, a także siostra duchownego.

    Szczery żal i rozpacz kucharki nie wzbudzały podejrzeń co do jej udziału w przestępstwie. W okolicy panowała epidemia cholery i serię zgonów wiązano z przyczynami naturalnymi. Jégado powróciła do Bubry, gdzie objęła posadę po ciotce. Tym razem za jej przyczyną zmarły trzy osoby, w tym jedna z jej krewnych. Z Bubry trafiła do Locminé, gdzie gotowała w domu Marie-Jeanne Leboucher. Wkrótce zmarła właścicielka mieszkania i jej córka, a syn poważnie zachorował. Przeżycie zawdzięczał prawdopodobnie temu, że nie jadł większości potraw przygotowanych przez kucharkę.

    Po śmierci Marie-Jeanne Leboucher, Jégado znalazła trafiła do domu wdowy Lorey, także mieszkającej w Locminé. Wdowa zmarła po zjedzeniu zupy przyrządzonej przez jej nową kucharkę. W maju 1835 Jégado znalazła pracę w domu Madame Toussaint, gdzie zmarły kolejne cztery osoby, a łączna liczba jej ofiar sięgnęła siedemnastu. W 1835 Jégado znalazła pracę w klasztorze w Auray, ale szybko ją straciła, kiedy zakonnice odkryły przypadki wandalizmu i świętokradztwa, o które podejrzewano nową kucharkę. W kolejnych miejscach także nie pracowała długo, choć kilka osób udało się jej w tym czasie uśmiercić. Większość zmarłych zdradzało typowe objawy zatrucia arszenikiem, ale trucizny nie udało się odnaleźć w rzeczach osobistych Jégado. Coraz większe problemy w znalezieniu pracy wynikały w dużej mierze z kleptomanii, na którą cierpiała kucharka.

    W 1849 Jégado przeniosła się do Rennnes i znalazła zatrudnienie w domu Théophile Bidarda, profesora prawa na miejscowym uniwersytecie. Zastąpiła chorą służącą, Rose Tessier, którą wcześniej zatrudniał Bidard, a która zmarła tuż po pojawieniu się w domu nowej służącej. W 1851 ciężko zachorowała i zmarła Rosalie Sarrazin - jedna ze służących pracujących w domu Bidarda. Dostrzegając podobieństwo symptomów choroby u Sarrazin i u Tessier, Bidard zlecił przeprowadzenie autopsji zmarłej służącej. Wykazała ona ponad wszelką wątpliwość otrucie jako przyczynę zgonu. 1 lipca 1851 Hélène Jégado została aresztowana przez policję. Proces Jégado rozpoczął się 6 grudnia 1851. W toku procesu oskarżona zachowywała się histerycznie, modląc się lub wznosząc okrzyki przeciwko swoim oskarżycielom. Twierdziła, że nie wie, co to jest arszenik i nigdy go nie używała. Badania ofiar jednoznacznie wskazały na użycie arszeniku i soli antymonu. Sąd w Rennes skazał Jégado na karę śmierci. 26 lutego 1852 została zgilotynowana na oczach tłumu gapiów na Champ-de-Mars w Rennes.

    Wiktor Sajenko i Ihor Supruniuk

    Maniacy z Dniepropetrowska – medialne określenie grupy odpowiedzialnej za serię morderstw dokonanych w Dniepropetrowsku na Ukrainie w czerwcu i lipcu 2007 roku. Sprawa została okryta złą sławą ze względu na fakt, że niektóre zbrodnie zostały przez morderców nagrane na wideo, a jeden z filmów wyciekł do internetu. Dwaj 19-letni mieszkańcy Dniepropetrowska, Wiktor Sajenko oraz Ihor Supruniuk, zostali oskarżeni o 21 morderstw. Trzeciemu oskarżonemu, Ołeksandrowi Hanży, postawiono zarzut dwóch napadów z bronią, które miały miejsce przed morderstwami. 11 lutego 2009, wszyscy trzej zostali uznani za winnych. Supruniuk i Sajenko otrzymali karę dożywotniego pozbawienia wolności, a Hanża został skazany na 9 lat pozbawienia wolności. Supruniuk i Sajenko złożyli apelację, która została odrzucona przez Sąd Najwyższy Ukrainy w listopadzie 2009 roku.

    Supruniuk i Wiktor Sajenko znali się od siódmego roku życia. Byli nierozłączni. Chłopcy pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin. Ojciec Igora był pilotem, podobno latał z samym Leonidem Kuczmą. Młodzi interesowali się komputerami i większość czasu spędzali surfując po internecie. W szkolnej opinii napisano o Igorze, że nie utrzymuje kontaktów z kolegami z klasy, o Wiktorze zaś, że źle rozumie pojęcie przyjaźni i zbyt łatwo podporządkowuje się innym. Po latach okazało się, że to podporządkowanie doprowadziło go do udziału w serii morderstw. Dziś już wiadomo, że inicjatywa wyszła od Igora. Supruniuk urodził się 20 kwietnia, tak jak Adolf Hitler. Chłopak bardzo wziął to sobie do serca – fascynował go faszyzm, siła i dominacja. Około 14. roku życia nastolatkowie znaleźli sobie nową pasję: torturowanie i zabijanie złapanych zwierząt. Wieszali je na drzewach, patroszyli, a ich krwią malowali nazistowskie symbole. Pozowali, wykonując gest znany jako faszystowskie pozdrowienie. W całej tej makabrycznej grze chodziło o to, by wyzbyć się lęków i zahamowań, nauczyć zabijania. Podobno chcieli zostać zawodowymi zabójcami.

    Supruniuk i Sajenko jeździli po Dniepropetrowsku i okolicznych miejscowościach samochodem Igora, który nielegalnie dorabiał jako taksówkarz. Czasem zaczajali się w parkach, czasem na poboczu drogi lub w lesie i czekali na samotnego przechodnia czy rowerzystę. To przypominało polowanie. Bywało, że mordowali klientów Igora. Ofiarę atakowali z zaskoczenia i uderzali w głowę młotkiem, rurą czy prętem. Jeśli przeżyła, znęcali się nad nią w niewyobrażalny sposób – przebijali czaszkę, wydłubywali śrubokrętem oczy. Najmłodsza zakatowana osoba miała 13 lat, najstarsza 70. Łączyło je tylko jedno – przeważnie były to kobiety, osoby starsze, pijane lub niepełnosprawne, a więc słabsi, ci, którzy nie mogli się bronić. Sadyści posunęli się nawet do zabicia ciężarnej. Znaleziono ją z rozprutym brzuchem. Szóstego lipca w jedną noc zamordowali trzy osoby, a jedną z nich była 28-letnia Elena Szram, samotna matka 12-letniego chłopca. Została zabita zaledwie kilkaset metrów od domu. - Nie było ani jednej części jej ciała, która nie zostałaby zmasakrowana. Kiedy przybyliśmy do kostnicy, nie mogliśmy jej rozpoznać. Nie dało się zrekonstruować jej twarzy do pogrzebu – mówi matka Eleny.

    Najbardziej znana jest historia zabójstwa Siergieja Jacenki. Ten sympatyczny 48-latek miał raka gardła, ale mimo że był na rencie, starał się być aktywny i dorabiał w różnych miejscach. Dwunastego lipca jechał na motorowerze do wnuka. Około godziny 18:00 jego telefon przestał odpowiadać. Zaniepokojona żona rozpoczęła natychmiastowe poszukiwania, potem rozwiesiła plakaty z podobizną męża. Kilka dni później ktoś zauważył porzucony motorower i wezwał rodzinę zaginionego, która znalazła ciało pana Siergieja nieopodal wysypiska śmieci. Igor i Wiktor nagrali wszystko - to, jak z zimną krwią planują atak, jak czekają na potencjalną ofiarę oraz tortury i mord. Wydłubywali ofierze oczy śrubokrętem, gdy jeszcze żyła i przebili się do mózgu. Cały czas uśmiechali się do kamery, ziewali, żartowali. Film na pewnym etapie późniejszego śledztwa przeciekł do Internetu. Rodzina ofiary odmówiła obejrzenia go. Powstało przynajmniej pięć podobnych nagrań. To jednak nie zaspokajało ambicji morderców.

    Uwielbiali chodzić na pogrzeby swoich ofiar, fotografowali się w kostnicach, w których wystawiano ciała, na tle trumien, koło nagrobków. Ataki udało się przeżyć ośmiu osobom. Ich zeznania pomogły w ostatecznym rozwiązaniu zagadki. Decydujący jednak okazał się moment, w który zabójcy postanowili sprzedać telefon jednej z ofiar w miejscowym komisie. Aby pokazać, że urządzenie działa, włączyli je, a milicja namierzyła aparat. Organy ścigania zadziałały błyskawicznie – obu mężczyzn aresztowano jeszcze przy kasie sklepu. Do aresztu trafił również zamieszany w kilka ich napadów Aleksandr.

    Javed Iqbal

    “Mam zamiar sprawić, że wiele matek zapłacze. Wyślę ich synów na tamten świat bez trumien, rynsztokiem”.

    Javed Iqbal pochodził z zamożnej rodziny. Jego ojcem był Muhhamad Mogul, dobrze prosperujący biznesmen. Chłopak mógł więc do woli korzystać z wszystkich dóbr materialnych dostępnych bogatym rodzinom w Pakistanie. Był też bardzo kochanym dzieckiem. Najinteligentniejszy i najprzystojniejszy z rodzeństwa. W szkole zawsze w czołówce najlepszych uczniów. Niestety, Javed był też bardzo agresywny i trudny do kierowania. Dla zabawy zabijał zwierzęta, bił młodszych kolegów. Po ukończeniu szkoły ojciec powierzył mu, jako swojemu ulubieńcowi, kierowanie fabryką maszyn. Javed zatrudniał w niej wielu młodych chłopców ze względu na niskie koszty. To wtedy właśnie zaczęło go do nich ciągnąć.

    Dość długo zachowywał pozory i wiódł pozornie spokojne życie. Miał żonę, córkę, pieniądze, kamerę video, którą filmował swoje szczęśliwe życie. W 1999 roku Javed został aresztowany za zgwałcenie dwóch chłopców. Wtedy zaczął się jego upadek. Stracił rodzinę, pieniądze, szacunek. Zamieszkał w slamsach. W głowie zrodził mu się makabryczny plan. “Przez całe życie zyskałem dużo szacunku. Miałem dobrze prosperującą firmę, duży dom, luksusowy samochód. To wszystko mi odebrano. Upadłem. (…). Nienawidzę tego świata. Moja kochana matka, która była dla mnie wszystkim, zmuszona była oglądać mój upadek. (…). Dostała ataku serca i umarła. Piekło mi się otworzyło. Sprawię, że inne matki będą cierpiały i płakały, tak jak moja matka płakała i cierpiała. Będę zabijał każdego dnia. Zabijał i zabijał. Przeczytałem gdzieś, że można całkowicie rozpuścić ludzkie ciało w beczce, w której połączy się dwa kwasy. Postanowiłem przeprowadzić eksperyment na małym uciekinierze. Udało się. Jego ciało uległo całkowitemu rozpuszczeniu w ciągu 12 godzin. Zmieniło się w ciecz. Odtąd ciała płynęły, jak woda. Pierwsze morderstwo mi się udało, więc zdecydowałem, że moja misja powinna się zacząć”.

    22 listopada 1999 roku Javed wysłał do dziennikarza “Daily Jang” przesyłkę, która zawierała zdjęcia młodych chłopców ponumerowane od 1 do 100, list oraz 32-stronicowy pamiętnik. W domu psychopaty policjanci znaleźli stosy ubrań i butów dziecięcych, a w dwóch beczkach z kwasem zwłoki trzech chłopców. Po 5 tygodniach udało się zatrzymać ukrywającego się mordercę. Proces trwał 32 dni. Po tym czasie zapadł historyczny wyrok - Javed Iqbal Mogul został skazany na śmierć przez uduszenie w obecności rodzin ofiar, a następnie jego ciało zostało pocięte na 100 kawałków i rozpuszczone w kwasie.

    Aileen Carol Wuornos

    Aileen Carol Wuornos wychowała się w Michigan. Jej ojciec odszedł od żony, zanim dziewczynka przyszła na świat. Skazany za zgwałcenie dziecka, został zabity w więzieniu. Matka zniknęła, gdy miała pół roku. Wychowywali ją dziadkowie alkoholicy. Aileen bardzo szybko zdobyła doświadczenia w sprawach seksu. W wieku 14 lat zaszła w ciążę. Dziecko jej odebrano. Wkrótce potem została prostytutką. Była biseksualna, nie stroniła od przemocy - odsiedziała dwa lata za napad z bronią w ręku. Przez długie lata pozostawała w związku z Tyrią Moore. Z całego serca nienawidziła mężczyzn. Wkrótce zrobiła to, czego bardzo pragnęła - zamordowała swoją pierwszą ofiarę. Był nim jej klient Richard Mallory. Jego ciało porzuciła na poboczu drogi we Florydzie. Otrzymał pięć strzałów w klatkę piersiową z pistoletu 0,22 cala. W latach 1989 - 1990 w ten sam sposób zginęło sześciu innych mężczyzn. Policja wpadła w końcu na trop seryjnej morderczyni. Brakowało jednak dowodów i świadków, obciążających kobietę. Aileen została aresztowana, na podstawie listu gończego, wydanego za nielegalne posiadanie broni. W końcu śledczy dotarli do Tyrii Moore. Kobiecie już od dawna ciążył związek z Aileen. Wiedziała o wszystkich zbrodniach swej kochanki i bardzo bała się oskarżeń o współudział. Zaczęła współpracować z policją. Zadzwoniła do aresztu i powiedziała Wuornos, że policja chce ją zamknąć. Wtedy Aileen postanowiła ratować swoją kochankę. Przyznała się do winy. Alieen została skazana 16 stycznia 1992 roku na sześciokrotną karę śmierci. Została stracona przez zastrzyk z trucizną.

    Ottis Toole

    Brutalny morderca z USA, działający w parze z Henrym Lee Lucasem. Obaj napadali na młode kobiety, prostytutki, autostopowiczki, zabijali je i ćwiartowali ich ciała. Dopuszczali się również aktów nekrofilii i kanibalizmu. Nie wiadomo dokładnie, ile kobiet zabił. Obu mordercom przypisuje się śmierć ponad 600 osób.

    Henry Lee Lucas przyszedł na świat pod koniec Wielkiego Kryzysu w zabitej dechami miejscowości Blacksburgh w stanie Virginia. Jego rodzina zamieszkiwała obskurny barak na peryferiach tego miasteczka - daleko poza granicą, do której sięgały wodociągi, elektryczność i linie telefoniczne. Poza Henrym Lee gnieździli się tam jeszcze jego rodzice i ośmioro rodzeństwa. Matka z upodobaniem lżyła i biła męża, ale najwięcej radości sprawiało jej znęcanie się nad Henrym. Henry musiał się przyglądać, jak mama obsługuje licznie odwiedzających jej norę klientów. Jeśli próbował wymigać się od tego obowiązku, dostawał tęgie lanie - raz było tak solidne, że trzy dni leżał nieprzytomny, zanim Bernie się zlitował i zawiózł go do szpitala. Ustawiczne maltretowanie zrobiło w końcu swoje - w głowie chłopca zaczęły ożywać jakieś „głosy", a ponieważ Anderson mianował go pełnoetatowym opiekunem i nadzorcą domowej destylarni, jeszcze przed ukończeniem dziesiątego roku życia popadł w zaawansowany alkoholizm.

    Ukończywszy piątą klasę, Henry przerwał edukację i w szkole więcej się nie pojawił. Z braku lepszego zajęcia coraz częściej zadawał się z alfonsem Berniem, który nauczał go, jak dręczyć różne żywe stworzenia i kopulować ze zwierzętami - zarówno przed ich uśmierceniem, jak i po nim. Wprowadzony takim oto sposobem w świat doznań erotycznych i coraz bardziej nimi zainteresowany, kilkunastoletni Henry zaczął dla zabicia czasu regularnie gwałcić przyrodniego brata. W 1983 roku, przyznał, że jako piętnastolatek udusił i zgwałcił jakąś dziewczynę z Lynchburga. Jej ciało zakopał w pobliskim lasku. Zeznanie to pozwoliło wreszcie rozwikłać zagadkową sprawę zniknięcia siedemnastoletniej Laury Burnley w 1951 roku.

    W 1959 roku podczas ostrego picia z matką doszło do potężnej awantury. Viola zamierzyła się na niego kijem od szczotki, na co Henry dobył noża i poderżnął jej gardło. Zanim zbiegł, znalazł chwilę, by zgwałcić zwłoki siedemdziesięcioczteroletniej matki. Pięć dni później aresztowano go w Toledo, w stanie Ohio. Przyznał się do winy i jako matkobójca skazany został na 20 do 40 lat więzienia. Odsiadując wyrok, zaczął ponownie „słyszeć w głowie głosy" - tym razem odezwała się Viola, która z zemsty za to, co jej uczynił, nakłaniała syna, by odebrał sobie życie. Po dwóch nieudanych próbach samobójczych Henry'ego przeniesiono do Iowa State Mental Hospital (Stanowego Szpitala dla Psychicznie Chorych stanu Iowa). Tam został zdiagnozowany jako „psychopata o skłonnościach samobójczych", „sadysta" i „zboczeniec seksualny". Po ponad 4 latach kuracji środkami farmakologicznymi i elektrowstrząsami wrócił do więzienia bardziej szalony niż kiedykolwiek.

    W kwietniu 1970 roku minęła połowa minimalnego wymiaru kary, co dawało prawo do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie warunkowe. Jak zwykle w takich wypadkach Henry stanął przed obliczem specjalnej komisji. On sam utrzymywał później, że na zadane mu przez jednego z członków tego gremium pytanie: „A teraz panie Lucas, proszę powiedzieć, czy jeśli zwolnimy pana warunkowo, znów pan będzie zabijał?", miał odpowiedzieć: „Yes, sir, jeśli mnie teraz zwolnicie, będę zabijał znowu". Opowiadał też, że na pożegnanie zapowiedział strażnikom: „Zostawię wam prezent na progu". Jeszcze tego samego dnia zamordował dwie kobiety, których ciała podrzucił w dobrze widocznym miejscu pod murem więziennym. W 1975 roku, w Jacksonville na Florydzie zetknął się z Ottisem Toole'em.

    Kiedy Ottis był dzieckiem jego babka otwarcie wyznawała satanizm i miała zwyczaj zabierać Ottisa na cmentarze, skąd oboje wykradali zwłoki niezbędne w obrzędach tego kultu. Krążyły też pogłoski, że poza bezczeszczeniem ludzkich szczątków sekta jego babci miała obyczaj jadać ludzkie mięso i wyprawiać orgie seksualne. Wkrótce para z piekła rodem zaczęła zabijać. Przemieszczali się ze stanu do stanu, kradnąc po drodze samochody, zabijając ludzi i rabując wszystko, co wydawało im się łatwym łupem. Od czasu do czasu - ot tak, żeby poczuć dreszczyk prawdziwej emocji - „rozwalili" jakiś bank. Niekiedy zabijali, żeby zdobyć samochód, czasami, żeby zaspokoić swe chucie cielesne, zdarzało się też, że robili to dla czystej przyjemności zabijania. Obydwaj przysięgali później, że jeśli nie mieli czasu, by zatrzymać się i zamordować autostopowicza własnoręcznie, rozjeżdżali go samochodem, dodawali gazu i ruszali w dalszą drogę. Czego to nie robi się dla zabawy.

    Z czasem też na jaw wyszło specyficzne upodobanie kulinarne Ottisa. Krótko przed śmiercią, w roku 1996, Ottis Toole udzielił wywiadu niezależnemu dziennikarzowi Billy'emu Bobowi Bartonowi. Kiedy ich rozmowa zeszła na gastronomiczne upodobania Toole'a, Barton zauważył, że słowa rozmówcy świadczą o jego szczególnym upodobaniu do potraw z młodych chłopców. „Trochę się tego w życiu zjadło” -odparł skromnie Ottis i dorzucił garść szczegółów. - „Najpierw wychodziłem, żeby upolować jakiegoś małego chłopaka [...] chwytałem go, wiązałem, kneblowałem, pakowałem do bagażnika i wiozłem do siebie"”. „Po rozebraniu do naga trzeba go powiesić - głową na dól - za kostki, poderżnąć gardło, wypatroszyć, usunąć wnętrzności, wątrobę i serce. Potem odciąć głowę i spuścić krew. [...] Piekłem ich w całości nad węglem drzewnym; węgiel drzewny daje mało dymu. Trzeba zdjąć ciało i nadziać je na stalowy pręt. Wsadza się go w tyłek i pcha mocno, aż wyjdzie szyją [...] potem mocuje wszystko na widełkach rożna, żeby można było obracać. Smaczne jak cholera"”.

    Psychopata przyznał się do zjedzenia 150 ofiar! Z powodu ograniczonej poczytalności, sąd nie mógł orzec wobec Ottisa kary śmierci, wymierzył mu jednak sześć wyroków dożywotniego więzienia, w tym za podpalenie i morderstwo. Henry Lee ostatecznie został skazany na karę śmierci. Prokuraturze udało się udowodnić mu 30 morderstw. 15 września 1996 roku Ottis Toole zmarł w zakładzie karnym na marskość wątroby w wieku czterdziestu siedmiu lat. Datę egzekucji Lucasa wyznaczono na 30 czerwca 1998 roku. Jednak trzy dni przed terminem gubernator George W. Bush złagodził mu wyrok. Sześćdziesięcioczteroletni Henry Lee Lucas zmarł 11 marca 2001 roku.
    #kryminalne #mordercy #seryjnimordercy #psychologia
    pokaż całość

  •  

    Mircy, dzisiaj w nocy pod moimi oknami rozegrał się dramat. Młoda, ambitna dama, nazwijmy ją na potrzeby narracji Franciszką, postanowiła zerwać z kurnikowymi konwenansami i wybrać się w samotną podróż dookoła osiedla. Ciężko powiedzieć co zawiniło, brak przygotowania, sprzętu, formy czy zwykła kurza ślepota ale po jakimś czasie Franciszka zgubiła trop. Zatrzymał się nawet samochód, proponowano Franciszce transport, pomoc, według wszelkich danych odmówiła i oddaliła się na pobocze. Całą sytuację wykorzystała bezwzględna bestia. Korzystając z ciemności i okazji zakradł się ów bezlitosny napastnik i uprowadził Franciszkę. I tak oto poszukiwanie wolności i robaków zakończyło się po serii prychnięć i żałosnego gdakania w żołądku kota :(

    Franciszko, pamiętamy [*]
    (zdjęcie poglądowe)
    #mordercy #historia #wydarzenia i niestety troszeczkę #heheszki
    pokaż całość

  •  

    Zainspirowany wpisami o mordercach spod tagu # historieriley pomyślałem, że chcielibyście poczytać sobie do obiadu o kimś takim jak Albert Fish. Będzie to jednak zwykła przeklejka z Wikipedii (link na dole):

    Hamilton Howard „Albert” Fish (ur. 19 maja 1870, zm. 16 stycznia 1936) – amerykański seryjny morderca, kanibal, sadysta, masochista, pedofil. Podejrzany o zamordowanie co najmniej pięciorga dzieci, sam przyznał się do trzech, jak również do torturowania co najmniej setki małoletnich ofiar. Czyny te uzasadniał potrzebą przeżywania silnych wrażeń. Kiedy sąd skazał go na karę śmierci przez krzesło elektryczne, powiedział: „To dopiero będzie przeżycie, umrzeć na krześle...”. W trakcie wykonywania wyroku pomagał katu przy podczepianiu elektrod.

    Dzieciństwo i młodość

    Albert Fish urodził się w Waszyngtonie. Jego ojciec, Randall Fish, kapitan statku pływającego na rzece Potomak, zmarł 15 października 1875. Ponieważ pani Fish nie radziła sobie z samotnym wychowaniem czwórki dzieci, najmłodsze z nich, Albert, zostało oddane do Sierocińca Świętego Jana w Waszyngtonie. Panowały tam bardzo surowe zasady, wychowanków często poddawano karom cielesnym, takim jak chłosta i to właśnie tam Albert rozwinął w sobie skłonności masochistyczne. Przebywając w sierocińcu Fish śpiewał także w kościelnym chórze.

    W 1879 roku jego matka otrzymała posadę państwową, co umożliwiło jej opiekę nad najmłodszym synem i Fish opuścił sierociniec. Mając dwanaście lat nawiązał romans z innym nastolatkiem. Partner Fisha wprowadził go w takie praktyki jak picie moczu i koprofagia. Fish zaczął poświęcać swoje weekendy na wizyty w łaźniach publicznych, gdzie mógł oglądać rozebranych chłopców.

    Około 1890 roku Albert przybył do Nowego Jorku, gdzie, jak twierdził, utrzymywał się z bycia męską prostytutką. Przyznawał później, że w tym okresie zaczął dopuszczać się gwałtów na młodych chłopcach. W 1898 roku, dzięki staraniom swojej matki, Albert poślubił kobietę, młodszą od niego o 9 lat. Miał z nią sześcioro dzieci: Alberta, Annę, Gertrude, Eugene, Johna i Henry’ego.

    Od 1898 roku pracował jako malarz pokojowy, przyznając później, że w tym okresie dokonał gwałtu na około setce dzieci, przeważnie chłopcach poniżej szóstego roku życia. Wtedy też kochanek Alberta zabrał go do Muzeum Figur Woskowych, gdzie kompletnie go zafascynował przekrój penisa. Zdarzenie to wpłynęło silnie na rozwój zainteresowania Fisha kastracją. Nawiązawszy romans z upośledzonym umysłowo mężczyzną Albert spróbował go wykastrować, uprzednio go wiążąc; mężczyźnie jednak udało się uciec. Po tym doświadczeniu Fish zwiększył częstotliwość swoich wizyt w domach publicznych, gdzie poddawał się niekończącym sesjom chłosty.

    W 1903 roku Albert Fish został aresztowany za defraudację i skazany na pobyt w więzieniu. Wyrok odbywał w Sing Sing. W 1917 żona Fisha porzuciła go dla niejakiego Johna Straube, współlokatora Fishów. Po odejściu żony Albert zaczął słyszeć głosy. Pewnego dnia owinął się w dywan, twierdząc, że wypełnia instrukcje przekazane mu przez świętego Jana.

    Morderstwa

    Proces Alberta Fisha, oskarżonego o morderstwo z premedytacją popełnione na Grace Budd, rozpoczął się 11 marca 1935 roku. Rozprawie przewodniczył Frederick P. Close, oskarżał Elbert F. Gallagher, zaś obrońcą Fisha był James Dempsey. Proces trwał dziesięć dni. Fish na wstępie oznajmił, iż jest niepoczytalny, opowiadając sądowi o głosach, które nakazywały mu mordowanie dzieci. Zeznający biegli psychiatrzy rozwodzili się nad licznymi parafiliami Fisha: urofilią, koprofilią, pedofilią i masochizmem, nie mogli się jednak zgodzić czy oznaczają one, że oskarżony jest chory psychicznie. Obrona okazała również zdjęcie rentgenowskie miednicy Fisha, na którym widać było ponad dwanaście igieł, wbitych tam własnoręcznie przez oskarżonego. Sąd uznał Fisha za poczytalnego, winnego i skazał na śmierć.

    Po ogłoszeniu wyroku Fish przyznał się do zamordowania ośmioletniego Francisa X. McDonnell na Staten Island. Francis został zgwałcony, a następnie uduszony własnymi szelkami.

    Prawdopodobne ofiary

    Fish był podejrzany o popełnienie innych zbrodni, choć nigdy się do nich nie przyznał. Detektyw William King wierzył, że Fish był „Wampirem z Brooklynu”, seryjnym mordercą i gwałcicielem, na swe ofiary wybierającym głównie dzieci.

    Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Albert_Fish

    #kryminalne #mordercy #choryskurwiel #truestory
    pokaż całość

  •  

    23 maja 1934: rabusie banici, Bonnie Parker (23) i Clyde Barrow (25) zostają zastrzeleni w zasadzce policji z Teksasu i Luizjany na wiejskiej drodze w pobliżu parafii Bienville w stanie Luizjana.

    #kryminalistyka #kryminalne #nsfw #mordercy #zlodzieje #fotografia

    źródło: 78.media.tumblr.com 18+

  •  

    #ama
    Byłby ktoś zainteresowany ama z moim znajomym z Gwatemali, który teraz jest w Polsce?
    Przyjechał on na roczną podróż do Europy, kręci tu video które opublikuje później na YT. Chce także jechać na wschód Ukrainy nagrać dokument o wojnie.

    Myslę że może mieć dużo ciekawych historii do opowiedzenia. Gwatemala jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów, z bardzo dużym współczynnikiem zabójstw. W jego kraju jest tak niebezpiecznie, że był zdziwiony że w Polsce po zachodzie słońca można bezpiecznie chodzić po ulicy, bo w jego kraju nikt tego nie robi.
    Opowiadał mi o tym jak działają gangi, jak wymuszają pieniądze, mordują kierowców autobusów, a gdy zadzwonił do taty to powiedział ze dzisiaj w stolicy był nudny dzień bo tylko 3 osoby zabito.

    W Gwatemali pracował jako camerman więc jeździł do najważniejszch zdarzen z ekipą telewizyjną, widział wiele trupów i ma historie z pierwszej ręki. Jego ojciec jest fotoreporterem w gazecie a i on sam pasjonuje się fotografią. Szczególnie fotografia wulkanów (dodaje zdjęcie zrobione przez niego)

    Jak będzie trochę chętnych to zrobię dziś po 21 #ama

    #gwatemala #mordercy #przestepczosc #podroze #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Pedro Lopez

    Pedro Lopez jest kolejnym seryjnym mordercą, którego matka była prostytutką.
    Wiekszość seryjnych morderców ma jakąś obsesję na punkcie swoich matek. Owe matki najczęściej nie są wzorowymi matkami. Wspólnym pierwiastkiem wydaje się być element seksualny. Matki te albo prowokowały swoim wyglądem, albo miały dużą ilość partnerów, o których syn doskonale wiedział. Oczywiście, dzieci prostytutek mają znacznie większe szanse by to wszystko zauważyć, by być bardziej podatnymi na tego typu zachowania.


    Pedro Alonzo Lopez urodził się w kolumbijskim miasteczku Tolmia, w 1949 roku. W tamtych czasach Kolumbia była ostatnim miejscem w którym ktokolwiek chciałby przyjść na świat. W kraju tym trwała wojna domowa, w której zgineło około 200 000 ludzi.
    Lopez był synem biednej prostytutki, był siódmym z trzynaściorga rodzeństwa. Dzieciństwo spędzone w takich warunkach na pewno nie nalezało do udanych i radosnych. Jego matka była dominującą kobietą, trzymała swoje dzieci krótko. Mimo wszystko, w domu Lopeza było lepiej niż w innych domach.
    W 1957 roku, ośmioletni Pedro został przyłapany przez swoją matkę podczas stosunku seksualnego ze swoją młodszą siostrą. Od tej pory musiał żyć na ulicy. Nie mógł wrócić do domu. Przyszłość wyglądała ponuro. Jednak po pewnym czasie jakiś mężczyzna zaoferował Lopezowi mieszkanie i wyżywienie. Pedro nie mógł uwierzyć w swe szczęście. Zamiast do domu, nieznajomy mężczyzna zabrał chłopca na jakąś opuszczoną budowę. Tam odbył z nim kilkakrotnie stosunek seksualny, nastepnie zostawił go tak jak znalazł, na ulicy.
    Ta przygoda ze starszym mężczyzną wywołała u Pedra obawę przez obcymi. Sypiał w ciemnych zaułkach, nocami wyruszał na poszukiwania jedzenia. Żył tak prawie rok. W końcu zdobył się na opuszczenie miasteczka. Jego podróż zakończyła się w Bogocie. Po kilku dniach żebrania o jedzenie, chłopcem zainteresowała się pewna amerykańska para. Przynosili mu ciepłe pożywienie, wreszcie zaproponowali wspólne mieszkanie. Pedro przyjął ich propozycję. Dostał swój pokój z biurkiem, został nawet zapisany do szkoły dla sierot.

    > Więzienie

    Mimo całego szcześcia jakie dopisywało chłopcu, jego dobra sytuacja nie miała trwać wiecznie. W 1963 roku, gdy Pedro miał 12 lat, jego nauczycielka zaczęła go molestować seksualnie. Pedro zapomniał już o swoich obawach wobec dorosłych, jednak teraz wszystko to powróciło. Teraz towarzyszył temu również gniew. Własnie w przypływie gniewu ukradł w szkole pieniadze i uciekł z domu.
    Wojna domowa się skończyła. Kończyła sie tez zimna wojna. Zmieniły sie rządy i znów uruchamiano zatrzymane fabryki. Jednak Pedro nigdy nie otrzymał jakiegokolwiek wykształcenia. Kolejne sześć lat spedził na ulicach, prosząc o jedzenie i dokonując drobnych kradzieży.
    Jako nastolatek zaczął kraść samochody. Miał niewiele do stracenia, a lokalne gangi dobrze płaciły za taka robotę. Stał się doskonałym złodziejem samochodów.
    Pomimo swojego sprytu, w 1969 roku Pedro został złapany właśnie na kradzieży samochodu. Został skazany na 7 lat więzienia. Już dwa dni po rozpoczęciu kary, został brutalnie zgwałcony przez czterech starszych więźniów. Pedro obiecał sobie, że już nigdy nikt go nie dotknie. Sprawił sobie nóż. Przez nastepne cztery tygodnie szukał okazji i zabił tych czterech więźniów którzy go zgwałcili. Władze więzienia uznały, że Pedro działał w obronie własnej i dołożyły tylko dwa lata do wyroku.
    Czas spędzony w więzieniu, w polaczeniu ze wszystkim czego doświadczył wcześniej, spowodował niepowetowane straty w umyśle tego biednego chłopaka. Wszystko czego doświadczył od swojej matki spowodowało, że teraz bał się kobiet. Jakikolwiek związek z nimi uważał za niepraktyczny, wszystkie swoje pragnienia zaspokajał przy pomocy pism pornograficznych. Pedro uważał, że całe zło jakie go spotkało było zasługą jego matki.

    > Aresztowanie

    Pedro wyszedł z więzienia w 1978 roku. Dużo podróżował po Peru. Wtedy też zaczęły się morderstwa młodych dziewcząt. Gdy próbował porwać dziewięcioletnią Indiankę, został złapany przez jej współplemieńców. Torturowano go przez wiele godzin, następnie postanowiono pochować go żywcem. Jednak szczęście dopisało rownież i teraz. Nie wiadomo skąd pojawił się jakiś misjonarz i przekonał Indian, że morderstwo nie spodobałoby się Bogu, i że powinni oddać Lopeza odpowiednim władzom. Indianie, co prawda niechetnie, posłuchali rady misjonarza. Władze Preu deportowały Lopeza do Ekwadoru.
    Pedro zaczął podróżować po Ekwadorze. Często też bywał w Kolumbii. W okolicy szybko zaczęto notować zaginięcia młodych dziewcząt, jednak władze zignorowały te informacje. Wiekszość owych dziewcząt należała do różnych dziwnych zwiazków.
    W marcu 1980 roku, mała powódź w mieście Ambato odkryła ciała czterech dziewczynek, które niedawno zagineły. Mimo trudności z okresleniem przyczyny smierci, władze uznały, że było w tym coś podejrzanego.
    Kilka dni po powodzi, pewien mieszkaniec miasteczka, który robił zakupy ze swoją dwunastoletnią córką, zauważył jak jakiś obcy mężczyzna próbuje porwać jego dziecko. Natychmiast zaczął wzywać pomoc. Mężczyźnie nie udało się uciec. Został aresztowany.
    Podczas eskortowania na komisariat, Pedro zachowywał się niespokojnie. Sprawiał wrażenie szaleńca.

    > Niewiarygodne zeznania

    W komisariacie Pedro odmówił składania zeznań. Władze uznały, że trzeba podstępu by aresztowany zaczął mówić. Postanowiono zamknąć go w celi z pewnym duchownym, ojcem Cordoba Gudino. Jego zadanie polegało na zdobyciu zaufania i wypytanie o szczegóły przestępstwa.
    Milczenie nie trwało długo. Już następnego dnia Pedro zaczął opowiadać księdzu szczegóły niesłychanych zbrodni jakie popełnił. Spowiedź ta bardzo wzburzyła księdza, poprosił o opuszczenie celi. Następnie przeczytano Lopezowi wszystko to, co w celi opowiedział księdzu. Dopiero wtedy się poddał.
    Pedro powiedział, że zamordował przynajmniej 110 kobiet w Ekwadorze, około 100 w Kolumbii, oraz sporo ponad 100 w Peru. Powiedział też, że lubi dziewczęta z Ekwadoru. Są bardziej łagodne i ufne, wydają się też bardziej niewinne. Nie są tak podejżliwe wobec obcych jak kolumbijskie dziewczęta. Za owe morderstwa Pedro winił swoje trudne dzieciństwo i życie, oraz samotność. 'Straciłem swoją niewinność w wieku ośmiu lat. Postanowiłem zrobić to samo tylu dziewczętom ilu zdołam.' Zawsze też wybierał swoje ofiary za dnia. Nie chciał by zmrok ukrył przed nim widok ich agoni. Wyjaśnił również, że najpierw gwałcił ofiarę, następnie dusił ją patrząc jej głęboko w oczy. Gdy widział jak w ich oczach znikają ostatnie resztki życia odczuwał głęboką przyjemność oraz podniecenie seksualne. Nawet gdy umarły były jeszcze przydatne. Często robił przyjęcia, w których uczestniczyły ciała martwych dziewczynek. Sadzał je i rozmawiał z nimi.
    Policjanci na początku nie chcieli wierzyć zeznaniom Loepza. Pedro zgodził się nawet pokazać im kilka gróbów. Wkrótce jednak policjanci musieli zacząć wierzyć Lopezowi. Pedro pokazał im groby 53 dziewczynek w wieku od 8 do 12 lat. Nastepnego dnia wskazał miejsca spoczynku kolejnych 28 ofiar. Więcej ciał nie znaleziono, jednak ciała te mogły rozgrzebać zwierzęta, zabrać ze sobą powodzie itp.
    Po kilku dniach Pedro Lopez został oskarżony o popełnienie 57 morderstw. Liczba ta wzrosła do 110. Dyrektor więzienia, Victor Lascano stwierdził, że nie ma podstaw by nie wierzyć zeznaniom Lopeza, gdy znajduje się potwierdzenie chociażby części owych zeznań. Lascano ocenia także, że zamordowanych kobiet z pewnością było ponad 300.
    Niestety nie ma żadnych informacji o przebiegu krótkiej rozprawy, jednak pod koniec 1980 roku Pedro Lopez został skazany na dożywocie.

    > Wywiad

    W styczniu 1999 roku Pedro udzielił jedynego wywiadu. Oto fragmenty.

    'Jestem człowiekiem stulecia. Nikt nigdy o mnie nie zapomni. Polowałem na moje ofary całymi dniami. Szukałem dziewcząt w których spojrzeniu była niewinność i piękno. To były dobre dziewczęta. Pomagały swoim matkom. Chodziłem za nimi kilka dni, czekałem aż zostana same. Dawałem im jakieś prezenty, np. małe lusterko. Potem zabierałem je na skraj miasta, obiecując prezent dla ich matek.'
    'Zabierałem je do tajnych kryjówek, w których przygotowane były już ich groby. Czasem były tam też ciała poprzednich dziewcząt. Związywałem je, gwałciłem przy wschodzie słońca. Przy pierwszym blasku słońca dostawałem wytrysku. Chwytając za gardło zmuszałem je do uprawiania seksu. Gdy słońce całkowicie wzeszło zaczynałem je dusić.'
    'Wtedy tylko było dobrze gdy widziałęm ich oczy. W nocy bym tego nie zobaczył. Musiałem to robić przy swietle dziennym. To były fantastyczne chwile, gdy trzymałem dłonie na szyjach tych młodych kobiet. Zaglądałem im głęboko w oczy, widziałem iskry które powoli znikały. Tylko ktoś kto naprawdę zabił wieco mam na myśli.'
    'Gdy wyjdę na wolność znów poczuję to samo. Wszystko trwało od 5 do 15 minut. Byłem bardzo dokładny. Długo upewniałem się, że na pewno są martwe. Przykładałem lusterko by sprawdzić czy oddychają. Czasami musiałem je zabić ponownie.'
    'Nigdy nie krzyczały, ponieważ nie spodziewały się niczego złego. Były takie niewinne. Moje małe przyjaciółki lubiły towarzystwo. Często kładłem po kilka ciał obok siebie. Ale po chwili czułem się znudzony, one się nie ruszały. Więc szukałem kolejnych dziewcząt.'


    Pedro Lopez odsiaduje karę w więzieniu w Ekwadorze. Możliwe, że będzie mógł złożyć wniosek o przedterminowe zwolnienie. Jeśli uda mu się opuscić więzienie, czekają na niego kolejne procesy w Kolumbii i Peru.

    #mordercy #kryminalistyka
    #seryjnimordercy

    http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy&dane=LopezPedro.htm
    pokaż całość

    źródło: fthmb.tqn.com

    +: itsdrhouse, Aquamarine +20 innych
    •  

      @mt5114: bo sie czepiasz ze ktos skopiowal z internetu.

    •  

      Ej na wikipedii znalazłem coś takiego:
      W 1980 roku sąd uznał go za winnego wielokrotnych morderstw i skazał go na karę dożywotnego pozbawienia wolności[1]. W 1994 roku został zwolniony i deportowany do Kolumbii. Ponownie podjął próbę morderstwa, został aresztowany i uznany za chorego psychicznie. W 1998 roku uznano go za zdrowego psychicznie i zwolniono z więzienia[2]. Obecnie López jest poszukiwany przez Interpol.

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Witam serdecznie mireczki!

    Dokładnie dwa dni temu, w słoneczne czerwcowe popołudnie skończyłem lekturę Trupiej Farmy, napisanej przez słynnego w wielu kręgach Billa Bassa. Przyznaję, że pozycja ta oferuje czytelnikowi iście ekscytującą wyprawę po krainie morderstw, a co za tym idzie - antropologii sądowej i tajemnicach ludzkiego ciała. Oczywiście przywołuje przy tym kwestię śmierci, a także zbrodni. Stanowi niejako balans pomiędzy wciągającą oraz możliwie jak najbardziej atrakcyjną dla czytelnika narracją, a dość fachowym podejściem do tematu okraszonym występowaniem fachowej terminologii. Dzięki temu udało się w zadowalającym stopniu nie utracić na wartości merytorycznej, zachowując jednocześnie lekkość odbioru.

    Chciałbym jednak ,,ugryźć temat'' od innej strony. Otóż poszukuję książek poruszających podobną tematykę, jednakże skupiających się na postaciach samych oprawców oraz ich motywów, a także portretów psychologicznych. W dużym uproszczeniu i kolokwialnie mówiąc: mniej szczegółów morderstw, więcej samych postaci morderców. Coś w stylu filmów z cyklu "seryjni mordercy" dostępnych w telewizji oraz na YouTube, lub też Mindhuntera na tak bardzo popularnym Netflixie.

    #ksiazki #literatura #mordercy
    pokaż całość

  •  

    Odnośnie wpisu @Twinkle o Karolu Kocie - tutaj mam całą historię wraz z wywiadem przed egzekucją. Jeśli ktoś lubi czytać takie smaczki to się nie zawiedzie:
    "...lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt inny z Krakowa..."

    Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
    - Obywatel Karol Kot? - spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
    - Tak słucham - odparł młodzieniec.
    Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
    - Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy - padła zwyczajowo powtarzana formuła.
    - Panowie, ale o co chodzi? - zdziwił się Karol.
    - Wyjaśnimy na miejscu - uspokajali policjanci.
    - No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
    Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowania oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
    12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zaułku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewanym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Ból i dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańców Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Kraków żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając się kto będzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, 8 kłutych ran których doznała malutka Małgosia, cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki, nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo, ból jaki dosięgnął jeszcze inną kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze "szczęście" do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotąd nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się, w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza. Przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
    Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
    Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : "(...) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz - który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, targnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!"
    Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)." Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich."
    Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota aniżeli okazał na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem?
    Niektóre fragmenty rozmowy z nim zachowałem do dzisiaj.
    Wywiad
    - Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem co wiem, Pana młode życie pisane było suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadków należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znaleźć źródła zbrodniczej działalności.

    - Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta; lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

    - Proszę powiedzieć coś o sobie.

    - No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorożca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

    - Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

    - Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

    - Jak szła nauka?

    - Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z "polaka". Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

    - Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

    - Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków - Stare Miasto.

    - W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

    - To długi temat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie "Cracovia". Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

    - Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

    - Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energię i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą. Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry - zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

    - Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

    - Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

    - Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał? Jakie było miejsce w tym rodziców?

    - Pewnie że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego "Cracovia". Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś "tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny". Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno - że więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło - ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem, Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego "..popatrz, bierz przykład z Karola, chcę żebyś był taki, jak Karol". Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle że nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddał, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nie skonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, że byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

    - Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

    - Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie "donosiciel". Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

    - Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

    - Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym "Lolo erotoman' Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

    - Miał Pan jakieś zwierzęta?

    - W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew. To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

    - Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

    - Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyżywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł - taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował. Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostępnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem też na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

    - Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotykały Pana za to jakieś przykrości?

    - Na początku budy może tak, ale później - niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, że ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami różnie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako "Lolo" lub "Lolek", do tego dodawali "rozpruwacz", "krwawy" "erotoman", "wariat", "benzyna". Sam nazywałem siebie: "Lolo-rozpruwacz", "Lolo-pirotechnik", "Anastazja" i "AI Capone". Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem "Lolo-donosiciel", choć była to prawda.

    - No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

    - Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

    - Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

    - Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

    - Jak Pan ocenia swoje czyny?

    - Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

    - Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

    - Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

    - Przezywano Pana wampirem.

    - Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

    - Czy Pan się modli?

    - Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

    - Czy rozumie Pan uczucie miłości?

    - Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

    - W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

    - Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

    - A ból i cierpienie?

    - Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

    - Pana credo życiowe?

    - Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

    - Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

    - Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość - miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, że krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janką przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

    - No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

    - Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo, każde złe słowo. Kto tego nie przeżywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda, przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator "gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać".

    - Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy też, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, że za to wieszają - czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

    - Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

    - Właśnie o to spytałem.

    - Wytłumaczenie jest we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, że jestem porządnym człowiekiem. To, że mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

    - Jaką filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

    - Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć. Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, ukląkłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu. Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny, leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem "czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada". Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem "natchnienie". Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę też powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówiła zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę "od ucha do ucha", ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jak to było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka - w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji "Sielanka" wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach". Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam, ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia. Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, że trzeba go też wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, że na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, że nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

    - Co Pan czuł w momencie zabijania?

    - Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, że potrafiłem zaatakować tylko słabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co, miałem zabijać na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, słyszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza - słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

    - Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

    - Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

    - Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan mówi można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczał Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

    - Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem - jak słusznie mówił prokurator - który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

    - Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

    - Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego też, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na broń, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczkę, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

    - Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

    - Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę - otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

    - Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

    - Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę.

    - A obawa przed ujęciem?

    - Mógłbym powiedzieć, że się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd - jak mówiłem - nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

    - Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

    - Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle "ciało puszczone w ruch puszcza się dalej". To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

    - Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

    - Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała "to bydlę napadło mnie w kościele". Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robotę. Gdy druga staruszka też wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: "dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę".

    - Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

    - Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym "dobrym"? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem - to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przeżywam tragedię życiową. Prawda, że nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie shocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebką, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, że nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

    - Dużo czasu w toku procesu zajęła sprawa Pana poczytalności.

    - Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak spaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, że siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

    - Wróćmy do Pana ostatniego słowa w procesie.

    - Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę w sprawie wyroku - powiedziałem też, że nie.

    - Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

    - Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

    - Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

    - W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, że niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerosłem go. Dobrze, że ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

    - Czego się Pan obawia obecnie?

    - Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć. A gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

    - A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

    - W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostało, to tylko przygotować sobie watę, żeby stryczek za bardzo nie uwierał.

    - Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

    - Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

    - Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

    - Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

    Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator (bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu, młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci (w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in., że "szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci". Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r.
    Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #krakow #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Co mi od początku nie pasowało w tym tekście, to wzmianka o karate niby ćwiczonym przez Kota. Wydawało mi się, że w Polsce jeszcze wtedy nie było karate. Poszperałem po sieci i wszystkie źródła podają, że karate w Polsce pojawiło się pod koniec lat 60/na początku 70. Pierwsza oficjalna sekcja powstała w 1972, właśnie zresztą w Krakowie, a od 1968 roku karate było nauczane nieoficjalnie przez Andrzeja Drewniaka pod przykrywką "samoobrony judo". Nie ma żadnych informacji o karate w Polsce przed rokiem 1968. A w 1968 Kota już stracono.
      Kot twierdzi w tym wywiadzie, że karate ćwiczył "od czwartej klasy" - jak przypuszczam, technikum, a nie podstawówki :) - a aresztowany został w roku 1966, niedługo po maturze. Ponieważ technikum było pięcioletnie, musiałby ćwiczyć od roku 1965. Wygląda to na niemożliwe.
      Chyba że jego "ćwiczenie" polegało tylko na powtarzaniu ruchów podglądniętych gdzieś w zagranicznych filmach, i po prostu w wywiadzie się przechwalał. Albo autor wywiadu konfabuluje :)
      pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Czytam ten wywiad i pomiędzy wypowiedziami Karola rysuje mi się nieźle poryty człowiek, mocno narcystyczny i pełen przeciwieństw. Ktoś taki w innych okolicznościach mógłby zostać idealnym nazistą albo zbrodniarzem wojennym. Uderza mnie też ta jego niewinna powierzchowność, pod którą skrywa się naprawdę bestialska natura. Ktoś, kto wydaje ci się sympatycznym kolesiem może ci wbić nóż w plecy, kiedy się odwrócisz. Ech, co za świat... pokaż całość

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    Wiecie, że pierwszym na świecie mordercą był Polak? Dokładniej mówiąc mieszkaniec Krakowa. Oto dowód z Pisma Świętego - księga Rodzaju 4:8

    Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole
    #biblia #religia #katolicyzm #krakow #polska #mordercy #heheszki pokaż całość

  •  

    Jest taki były policjant/milicjant Janusz Bartkiewicz który kiedyś łapał morderców, a dzisiaj opisuje w internecie różne wspomnienia z tych wszystkich śledztw jakie prowadził. O słynnym zabójstwie studentów w Górach Stołowych w 1997 pisze nawet książke i opublikował już kilka rozdziałów http://janusz-bartkiewicz.eu/index.php/kryminalia/naroznik-1997
    A tutaj opisał np. różne przypadki zabójstw i porwań małych dzieci z lat 80 http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?p=1267
    http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?tag=janusz-bartkiewicz tutaj inne takie historie.
    Jeśli kogoś interesują takie rzeczy to polecam tego milicjanta ( ͡° ͜ʖ ͡°) #kryminalistyka #mordercy #zbrodnia #ciekawostki #seryjnimordercy #policja
    pokaż całość

  •  

    #gruparatowaniapoziomu #mirekwposzukiwaniutajemnic

    Kobieta z Isdal (norweski: Isdalskvinnen) – kobieta o nieustalonej tożsamości znaleziona martwa w dolinie Isdalen w Bergen, Norwegii, 29 listopada 1970 roku.

    Historia ta uważana jest za jedną z największych tajemnic Norwegii. Od wielu lat jest przedmiotem intensywnych spekulacji. Isdalen jest znana wśród mieszkańców jako „Dolina Śmierci”. Było to miejsce, gdzie w średniowieczu ludzie popełniali samobójstwa, a w latach 60. kilkunastu turystów zmarło, gdy podczas trekkingu we mgle osunęli się ze zbocza. (via Wklejpedia)

    Obiecałem ( ͡° ͜ʖ ͡°) A, że to IMHO jedna z ciekawszych spraw (i pewnie równie przeruchanych jak Natalia Starr) to koniecznie chciałem coś o niej napisać. Szczególnie, że na pewno to nie był wypadek.

    Mamy 29 listopada 1970 roku. Mężczyzna z dwiema córkami wędruje radośnie w okolicy doliny Isdalen. Tam sielska wycieczkę przerywa groteskowe znalezisko. Pod stertą liści i kamieni znajdowało się częściowo zwęglone ciało kobiety. Generalnie znalezisko typowe dla tej okolicy, nazywanej "Doliną Śmierci" gdzie często ludzie udawali się w celu popełnienia samobójstwa. A jednak detale sugerowały, że coś jest nie tak (chociaż nie wiem, że nadpalone ciało to taki sobie "detal"). Ciało było spalone tylko z jednej strony, tak jakby się rzuciła na plecy podczas podpalenia. Z jej ubrań (notabene zdecydowanie za lekkich jak na wyjście w góry tą porą) powycinano wszystkie metki. Obok ciała było opakowanie po tabletkach nasennych, suchy prowiant, kanistry po benzynie, butelka po likierze, srebrna łyżeczka, z której ktoś zeszlifował monogram oraz zegarek i biżuteria.

    Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że kobieta zatruła się tlenkiem węgla. Czyli gdy ją podpalono jeszcze żyła. W żołądku miała ponad 50 pigułek nasennych. Twarz miała na tyle spaloną, że nie można było jej zidentyfikować na tej podstawie. Wokół szyi było widać siniaki, czyli przed śmiercią była duszona (nie dało się z jej szyi ściągnąć żadnych odcisków palców, mimo iż to była ewidentnie robota czyichś łapek). Usunięto jej odciski palców, kolejne utrudnienie w identyfikacji. Stan uzębienia pozwolił jedynie ustalić gdzie mogła być leczona: a Dalekim Wschodzie, w Południowej Europie lub Ameryce Południowej. Ale nic ponadto.

    Kilka dni potem, na dworcu w Bergen, znaleziono dwie walizki, której najwidoczniej należały do zamordowanej. W bagażu było 500 marek niemieckich, 130 koron norweskich, notatnik, peruki, recepta na krem na egzemę z zamazanym nazwiskiem lekarza i datą oraz okulary przeciwsłoneczne. Te ostatnie są o tyle ciekawe, że udało się z nich zdjąć częściowe odciski palców. W walizce był się jeden z istotnych tropów - reklamówka ze sklepu obuwniczego Oscar Rørtvedt w Stavanger. Syn właściciela, Rolf Rørtvedt, pamięta, że sprzedał buty "bardzo dobrze ubranej, ładnej kobiecie z ciemnymi włosami". Buty, który sprzedał wydają się pasować do butów znalezionych w dolinie Isdalen. Z jego pomocą, policji udało się namierzyć hotel St Svithun, gdzie zameldowała się jako Fenella Lorch.

    I tu robi się ciekawie, bo kobitka przebywała w kilku różnych hotelach w Norwegii, często zmieniała pokoje, zawsze chciała pokoju z balkonem i podawała różne nazwiska. W większości hoteli musiała okazać paszporty, dla potwierdzenia tożsamości. Zatem miała kilka dobrze podrobionych dokumentów.

    Genevieve Lancier z Louvain przebywała w hotelu Viking, Oslo od 21 do 24 marca 1970
    Claudia Tielt z Brukseli przebywała w hotelu Bristol, Bergen od 24 do 25 marca
    Claudia Tielt z Brukseli przebywała w hotelu Skandia, Bergen od 25 marca do 1 kwietnia
    Claudia Nielsen z Ghent przebywała w KNA-Hotellet, Stavanger od 29 do 30 października
    Alexia Zarne-Merchez z Lublany przebywała w Neptun Hotel, Bergen od 30 października do 5 listopada
    Vera Jarle z Antwerpii przebywała w hotelu Bristol, Trondheim od 6 do 8 listopada
    Fenella Lorch przebywała w St Svithun Hotel, Stavanger od 9 do 18 listopada
    Pani Leenhouwfr przebywała w hotelu Rosenkrantz, Bergen od 18 do 19 listopada
    Elisabeth Leenhouwfr z Ostendy przebywała w hotelu Hordaheimen, Bergen od 19 do 23 listopada

    Oto lista hoteli wraz z datami i użytymi nazwiskami.
    Zaczyna brzmieć trochę szpiegowsko. I w samym Bergen zaczęły krążyć plotki o tym, że kobieta była szpiegiem. Tej miejscowości nie odwiedzało zbyt wielu turystów, kobieta wydawała się bogata i obyta w świecie, to sprzyjało spekulacjom. Jedna z norweskich stacji radiowych, która opisywałą całą sprawę stwierdziła nawet, że kobieta obserwowała obiekty wojskowe w zachodniej części Norwegii testujące nowe rakiety. Podobno służby bezpieczeństwa były tym wybitnie zainteresowane.

    Było to podczas zimnej wojny i w tym czasie było w Norwegii sporo szpiegów, w tym rosyjskich

    mówi Gunnar Staalesen, autor książek o przestępstwach w Bergen.

    Wspomniałem po drodze o notesie. W nim znajdowały się (a jakże) zaszyfrowane notatki. Na szczęście szyfr nie był szczególnie wymyślny (to nie sprawa Tamam Shud ( ͡º ͜ʖ͡º) ), wiec dosyć łatwo został złamany. Pod szyfrem ukrywały się daty i miejsca, które odwiedziła. W śród wymienionych miejsc były między innymi Paryż, czy Bergen właśnie.

    Pomówmy nieco o świadkach. Większość z nich zwróciła uwagę na to, że kobieta posługiwała się wieloma językami: duńskim, francuskim, niemieckim i angielskim. Personelowi hoteli mówiła, że jest handlarką i kolekcjonerką antyków. Ostatnim hotelem w jakim przebywała był Hotel Hordaheimen (pokój 407, od 19 do 23 listopada). Pracownicy opisali ją jako kobietę będącą między 30, a 40 rokiem życia. Personel zauważył również, że kobieta przebywała głównie w pokoju i wydawała się mieć na baczności. Podczas wymeldowania z hotelu 23 listopada, zapłaciła gotówką i poprosiła o wezwanie taksówki. Miejsce jej pobytu do 29 listopada, kiedy to jej ciało zostało znalezione, jest nieznane.

    Mamy jedną istotną rewelacje, z roku 2005. Pewien mężczyzna po ujrzeniu jej prawdopodobnego rysopisu w gazecie, zgłosił, że prawdopodobnie widział ją na kilka dni przed znalezieniem ciała. Szła z dwoma mężczyznami właśnie w kierunku Doliny, zdecydowanie zbyt lekko ubrana jak na taką wycieczkę. Według jego słów, już miała coś mu powiedzieć, coś krzyknąć, ale ów mężczyźni mieli ją od tego powstrzymać. Samych mężczyzn określił jako typ urody "południowej", cokolwiek to znaczy. Inne źródła mówią o tym, że ten "pewien mężczyzna" sprawę spotkania kobiety w górach zgłosił policji na kilka dni przed odnalezieniem ciała, aczkolwiek służby to zignorowały.

    Warto wspomnieć o jej szczęce. Jej zęby były leczone w sposób nietypowy dla szkoły norweskiej. W 2017 pojawił się nowy trop. Norweskie służby po analizach chemicznych, wywnioskowały, że wychowywała się albo we wschodniej, albo środkowej Europie, a wraz z dorastaniem przenieść bardziej na zachód. Analiza jej sposobu pisania sugeruje, że tę umiejętność nabyła we Francji.

    Oczywiście, sprawców nie znamy, nie odnaleziono ich. Nadal nie ustalono jej tożsamości, choć zachowane jej DNA może kiedyś nam powiedzieć kim była. Było dużo teorii co do samej sprawy. Od takich jak ta, że była Izraelskim szpiegiem (co przez wzgląd na jej pochodzenie wydaje się niezbyt prawdopodobne), radziecką agentką wykrytą przez norweskich tajniaków, po takie jak ta, że była nazistką i dopadł ją Mosad.

    Ciekawe jaka jest prawda.

    #historiajednejfotografii #ciekawostki #ciekaweciekawe #mordercy #dupeczkizprzypadku
    pokaż całość

  •  

    ej #antyszczepionkowcy #szczepienia #szczepienia #mordercy #pis #rezim #nauka #medycyna #polska #polityka
    @xcesus
    ile płacicie za wypisywanie głupot że szczepionki zabijajo i dajo autyzm
    bo może sobie dorobię tak do karawanu, no i czy umowa o prace czy dzieło?
    pokaż całość

  •  

    To był normalny wieczór. Wybrałem się na spacer po rynku miejskim. Nie miałem nic do roboty, chodziłem i słuchałem muzyki. Skręciłem w jedną z bocznych uliczek.
    Słuchawki w uszach, kaptur na głowie, oczy skierowane na telefon. Wtedy znikąd podeszła do mnie grupka wyrostków. Było ich może czterech, nie pamiętam.
    Zdążyłem zareagować, jedyne, co mogłem zrobić to odsunąć się w stronę najbliższej ściany. Nie byłem do końca bezbronny.
    W kieszeni miałem pałkę teleskopową. Schowałem telefon do kieszeni. Usłyszałem standardowy tekst:

    — Telefon, zegarek, kasa. Albo obijemy ci ryj. — tępy głos osiłka — Rozumisz?

    — Odpierdolcie się cwele!

    Wyjąłem pałkę z kieszeni, uderzałem we wszystkie czułe punkty na jego ciele. Koledzy stali jak wryci. Ocknęli się dopiero wtedy jak zająłem się nimi.
    Jeden wyrwał mi pałkę, dostał pięścią w szczękę. Upadł. Szybko podniosłem pałkę i zacząłem bronić się dalej. Kolejny złapał mnie z tyłu, zablokował ręce.
    Ostatni podszedł do mnie i zaczął bić w brzuch. W międzyczasie zauważyłem, że stoimy naprzeciwko witryny sklepowej.
    Kopnąłem najmocniej jak potrafiłem, gościa, który mnie bił. Jak już położył się na ziemi, z całej siły odbiłem się od niego i razem z kolesiem, który mnie trzymał wpadliśmy w witrynę.
    Szkło ustąpiło. Włączył się alarm. Chciałem uciekać, ale poczułem uderzenie w głowę. Straciłem przytomność.

    Obudził mnie policjant. Leżałem sam, w plamie krwi. Naprzeciwko mnie był ten sklep. Zabrali mnie do radiowozu. Cela przejściowa, to ten moment, w którym stanąłem w martwym punkcie.
    Wyrok — 3 lata pozbawienia wolności. To było jak koszmarny sen. Pucha moim domem, 3 lata wyjęte z życiorysu. Czekam na zmartwychwstanie. To jest ten świat… inny, zamknięty, odizolowany.
    Coś we mnie, w środku, zmieniło się na zawsze. Obowiązują tam inne zasady. Klawisz jest bogiem. Działy się tam dziwne rzeczy. Słabi umierali.
    Starzy, silni więźniowie po prostu, bez ceregieli wieszali ich w nocy. Komuś się nie spodobałeś, zostałeś przekopany. Na każdym spacerze odbywały się walki… często na śmierć i życie.
    Klawiszom to się podobało. Nie przerywali ich. Oglądali często, nawet z innymi więźniami. Przyszedł mój czas. Chodziłem po spacerniaku.
    Podszedł do mnie jakiś koleś i jakby nigdy nic, dostałem w twarz.
    Wstałem z ziemi, wokół nas był już szczelny krąg. Nie mogłem uciec… cóż i tak być tu muszę. Rzuciłem się na niego, powaliłem. Biłem jak by mnie coś opętało. Złamałem mu szczękę.
    Później zająłem się jego prawą ręką. Trzask. Otwarte złamanie. Wył wniebogłosy. Walczy we mnie anioł z diabłem. Odpuścić czy zabić? Diabeł wygrał. Dostałem tydzień izolatki.
    To moja cała kara, klawiszom podobała się walka.

    Budzę się w środku nocy. Nie mogę oddychać. Widzę coś w kącie mojej celi. Słyszę: „Zabiłeś człowieka, zabiłeś go. Już tu zostaniesz. Nie wyjdziesz.”

    Kiedy skończył się tydzień w izolatce, wróciłem do swojej starej celi. Koledzy powiedzieli mi, że to więzienna mara. Każdy to miał. Nie wytrzymam tu.
    To powtarza się, co noc. Muszę stąd wyjść. Od apelu do apelu. Tak wygląda moje życie.

    3 dni przed końcem wyroku.

    Jestem innym człowiekiem, inaczej na wszystko patrzę. Więzienie zmienia ludzi. Zasady w nim panujące, ludzie, z którymi przebywasz. To niszczy. Dosłownie i w przenośni.
    Zostałem królem spacerniaka. Wszyscy mieli do mnie szacunek. Boje się, że nie poradzę sobie na wolności. Parę lat życia dawno diabli wzięli.

    Dzień wyjścia.

    Pamiętam, kiedyś moje życie jak koszmarny sen. Wychodzę na wolność. Cieszę się bardziej niżbym wygrał szóstkę w totolotku. Wydostałem się z piekła. Muszę wrócić do normalnych ludzi.
    Przed bramą czekała na mnie moja dziewczyna. Teraz już wiem. Wszystko będzie w porządku. Muszę skoczyć do głębokiej wody. Znaleźć pracę. Uczciwą. Oddać się mojej rodzinie.
    To ja kreuję swoją przyszłość. Wszystko jest w moich rękach.

    Pierwszy miesiąc na wolności.

    Nie potrafię. Nie mogłem wytrzymać. Co noc mam koszmary. Noc w noc wdawałem się w bijatyki. Nie mogę żyć normalnie. Chyba muszę tam wrócić. Zabiłem człowieka. TAM zabiłem człowieka.
    Pamiętam swój sen, sen z izolatki. Mara miała racje. Nigdy nie wyjdę. Moja dusza tam została. Muszę tam wrócić, albo się zabić. Tylko tak odzyskam wolność.
    Teraz jestem w więzieniu, więzieniu, którego nie widać. Więzienie duszy, więzienie sumienia. Muszę tam wrócić. Muszę się zabić. W sumie wszystko jedno. Mam plan. Nie do końca ja…

    Pierwszy rok na wolności.

    Jeszcze mnie nie znaleźli. Co za beznadziejna policja. Mam na liście już kilka trupów. Głos, głos mi kazał. Nocna mara do mnie wraca. Zostawiam im wszystko.
    Pamiętam, byłem normalny. Kiedyś, to wszystko, wszystko przez wyrok. Może narkotyki? Może one pomogą?

    Rok i trzy miesiące na wolności.

    Marihuana, LSD, amfetamina, heroina nawet klej — nic nie pomaga. Głos stał się silniejszy. Mara jest coraz bardziej widoczna. Zabijam, zabijam coraz więcej ludzi.
    To nie ja zabijam. To głos, moimi rękami. Chyba tracę kontrole. Albo mnie złapią albo umrę.

    Drugi rok na wolności.

    Nareszcie. Policja kryminalna wyważyła drzwi mojego mieszkania. Miałem popełnić samobójstwo w najbliższym czasie.

    Znów cela przejściowa, proces, wyrok. Wszyscy mnie tu znają. Wszyscy mnie szanują. Ale… ale muszę zabijać dalej.
    Spacerniak, tak to moja szansa. „Zabij go, zabij”. Tylko to słyszę. Nowy klawisz.
    Nie znam go, on nie zna mnie. „Zabij skurwiela, zapierdol go jak psa. Weź jego broń, zabijaj wszystkich. Zabij się”. Podszedłem do strażnika na odległość skoku. Nie mogłem bliżej.
    Odczekałem chwilę, paliłem papierosa, ostatniego. Pstryknąłem kiepem, przygotowałem się do akcji. Nie widziałem niczego, widzenie tunelowe, widziałem tylko jego, słyszałem tylko głos.
    Uderzyłem go w podbrzusze, poprawiłem łokciem wyprowadzonym na twarz. Strzeliła mu szczęka. Upadł, profilaktycznie kopnąłem go kilka razy w głowę i żebra.
    Wszyscy stali osłupieni, otaczała mnie jakaś mistyczna energia. Skorzystałem z tego, wyciągnąłem broń. Odblokowałem, przeładowałem, zabiłem go.
    Zacząłem strzelać, strzelać gdzie popadnie, we współwięźniów, strażników. Odpowiedzieli ogniem. Została mi ostatnia kula.
    Ciężko ranny wykonałem ostatnie polecenie mojego głosu.

    #pasta #creepypasta #wiezienie #horror #strach #mordercy
    pokaż całość

  •  

    Wyspa kanibali.
    Czy drugi człowiek jest bez problemu w stanie zjeść drugiego człowieka?
    Historia zesłania 6 tysięcy ludzi bez jedzenia na Rosyjską wyspę Nazino pokazuje, że tak nigdy, bowiem w ówczesnej historii ludzkości nie odnotowano takiego bestialstwa.


    Trudnie początki:

    Jest 5 maja 1933 roku Dimitri Zepkow dostaje list, w którym ma przygotować się na przyjście 6 tyś skazanych. W wśród nich znakomitą większość stanowią jedynie drobni kryminaliści a nawet osoby skazanie za takie wpadki jak brak dokumentów podczas kontroli. W głowie Zepkowa pojawia się jedna myśl, z czego Ci ludzie będą się tu utrzymywać? Bez dachu nad głową, beż jakiejkolwiek odzieży oraz pożywienia.
    Nazino to mała wyspa licząca około 3 km długości i 500–600 metrów szerokości.. Jest 16 maja lub 18 maja 1933 roku na wyspę przybywa 4556 mężczyzn oraz 332 kobiety skazani zostają na wyspę przetransportowani w katastrofalnych warunkach (łodziami przeznaczonymi do transportu drewna).
    Skazani zaraz po przybyciu dostają jedynie 0.5 kg maki na głowę, którą sypano prosto do nadstawianych garści. Więźniowie pierwszego dnia po przydziale przygotowali swój pierwszy posiłek – wykopali dołki w ziemi, do których wysypali mąkę oraz zalali wodą przygotowane w ten sposób jedzenie spożywali prosto z dołów.

    Pierwsze akty kanibalizmu:

    Jest 24 maja 1933 roku, obozowy lekarz notuje 71 zgonów, pięć ciał posiadało wycięte serca, wątroby oraz płuca. Odnotowano również liczne pocięte kawałki ludzkiego mięsa.

    Sytuacja na wyspie pogorszyła się 25 maja 1933 roku, gdy przybył kolejny transport z więźniami. Tym razem 1500 „elementów zdeklasowanych” wyprowadzono na brzeg. Ich stan zdrowia był jeszcze gorszy niż pierwszej grupy. To głównie nowi więźniowie stali się kolejnymi ofiarami kanibali z Nazino. W pierwszej kolejności ginęły młode kobiety. Po śmierci z ich ciał odcinano wszystkie miękkie części, które następnie gotowano i zjadano.
    Nawet lekarze nie mogli się czuć bezpiecznie. Jeden z nich, Jakim Iwanowicz, został cudem uratowany przez strażnika tuż przed zabiciem i zjedzeniem. Kilka dni później przerażony opuścił wyspę. Komendanci nie mogli dłużej ignorować tego, co działo się na Nazino. Pierwszy udokumentowany przypadek ludożerstwa zanotowano w protokole w dniu 29 maja 1933 roku. O morderstwo i kanibalizm oskarżono 3 mężczyzn, w wieku od 20 do 30 lat. Osadzono ich w więzieniu w Aleksandrowskoje. Kolejnych 3 więźniów schwytano 2 dni później. Zostali skazani na śmierć, a wyroki natychmiast wykonano.
    Dwa tygodnie później wyspa była już praktycznie pusta, w oficjalnym raporcie z dnia 12 czerwca odnotowano na wyspie jedynie 157 skazanych, co zatem stało się z 2856 skazańcami? - Zaginęli bez śladu. Jedna z ocalałych skazanych zeznała później oficjalnie „Jak się szło po wyspie, to się widziało mięso zawinięte w szmaty.

    Jedne zwłoki pozbawione były głowy i genitaliów. Wśród ludzi zaczęła się walka o przeżycie. Zanikły wszelkie oznaki moralności, człowieczeństwa i współczucia. Każdy chciał przeżyć. A żeby przeżyć – trzeba było jeść!”

    Ani strażnicy, ani komendanci nie reagowali. Nie podjęto żadnych działań w celu zapobiegania aktom kanibalizmu wśród zesłańców. Pojawił się też problem natury prawnej – kodeks karny w ZSRR nie przewidywał kary za kanibalizm, więc strażnicy nie chcieli traktować nekrofagii, jako przestępstwo. Obozowi lekarze robili wszystko, aby zbagatelizować akty ludożerstwa. Według nich więźniowie dopuszczali się kanibalizmu, ponieważ „do tego nawykli” oraz „od dawna je praktykowali”. W swoich notatkach zapisali, że kryminaliści nie rozpoczęli aktów kanibalizmu na wyspie, a jedynie swoje upodobania do ludożerstwa przenieśli tutaj.

    12 czerwca pozostało tam ostatnich 157 osób, które były jednak zbyt chore, aby mogły zostać wywiezione. Pozostawiono ich samych na pewną śmierć.

    #historia #mordercy #rosja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne oraz tag autorski #innastronaswiata #nsfw
    pokaż całość

    źródło: desktop-1447261269.jpg 18+

  •  

    Morderstwo Briana Wellsa to jedna z najbardziej tajemniczych zbrodni ostatnich lat.
    To historia niczym z filmu “Pila” z tą różnicą, że wydarzyła się ona naprawdę... Bo jak nazwać inaczej historię człowieka, któremu zostaje założona na szyję duża metalową obrożę z ładunkiem wybuchowym i zapalnikiem czasowym oraz który zostaje zmuszony do wykonywania szeregu zadań skomplikowanych zadań by przeżyć.


    Wydarzenia

    Braian przez 30 lat pracuje, jako dostawca pizzy jest cenionym i zaufanym pracownikiem pizzerii Mama Mia w Erie w Pensylwanii. Po południu 28 sierpnia 2003 r. Wells otrzymał telefon, aby dostarczyć dwie pizzę do 8631 Peach Street, adresu znajdującego się kilka mil od pizzerii. Chwilę później dowiaduje się o zmianie adresu dostarczenia do radiostacji wieży transmisyjnej WSEE-TV na końcu drogi gruntowej.

    Według doniesień organów ścigania, Wells rzekomo spotkał ludzi, których uważał za swoich wspólników, w tym Kennetha Barnesa. Wells podobno uczestniczył w planowaniu napadu na bank, który miał obejmować założenie mu fałszywej bomby. Jeśli zostanie przesłuchany, będzie twierdził, że trzech czarnych ludzi zmusiło go do założenia "żywej" bomby i trzymali go, jako zakładnika.

    W wieży telewizyjnej Wells odkrył, że fabuła się zmieniła, gdy dowiedział się, że bomba była prawdziwa Rozpoczął walkę z mężczyznami i próbował uciec, ale jeden z nich wystrzelił z pistoletu, powodując zatrzymać Wellsa. Ogłuszonemu Wellsowi zostaje założony domowej roboty skomplikowany ładunek wybuchowy na szyi. Sprawcy dali mu wyrafinowaną strzelbę domową i dwie strony ręcznie napisanych instrukcji, które musiał wykonać by przeżyć.

    Zawierały szereg ściśle określonych zadań, w celu zebrania kluczy, które opóźniłyby detonację, a ostatecznie rozbroiłyby ją. Notatka informowała też, że Wells będzie pod stałą obserwacją, a wszelkie próby skontaktowania się z władzami doprowadzą do detonacji bomby.

    Zadanie 1:

    Pierwszym zadaniem było "po cichu" wejście do PNCBanku na Peach Steet i przekazanie kasjerowi przymocowanej notatki żądającej 250 000 $, a także użycie strzelby do zagrożenia komukolwiek, kto nie współpracował lub próbował uciec. Po wejściu do banku Wells wsunął notatkę do kasjera. Notatka dała 15 minut na przekazanie pełnej ilości w przeciwnym razie bomba wybuchnie. Nie mogąc uzyskać dostępu do skarbca w tym czasie, dała mu torbę z 8702 dolarami, którą Wells opuścił w banku.

    Zatrzymanie:

    Około 15 minut później policja zauważyła Wellsa i natychmiast go aresztowała. Wells twierdził, że trzech bezimiennych osób umieściło bombę na szyi, zaopatrzyło go w strzelbę i powiedziało mu, że musi popełnić kradzież i kilka innych zadań, aby go nie zabić.

    Początkowo policja nie próbowała rozbroić urządzenia. Oddział bombowy został po raz pierwszy zawiadomiony, co najmniej 30 minut po pierwszym połączeniu 9-1-1. O godzinie 15.18, Zaledwie na trzy minuty przed przybyciem zespołu bombowego, bomba wybuchła.
    Chociaż w notatce napisano, że zyskałby dodatkowy czas na każdy odnaleziony klucz, ustalono później, że niezależnie od tego, co się rozwinęło, Wells nigdy nie miałby wystarczająco dużo czasu, by ukończyć zadania, aby rozładować bombę: policja przejechała trasę wykonując poszczególne zadania stwierdzając, iż zmieszczenie się w przydzielonym czasie nie było możliwe.

    Opracowanie własne.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #ciekawostki #mordercy #pila oraz tag autorski #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: bomb.jpg

  •  

    W dzisiejszej historii przeniesiemy się na odległe Seszele państwo wyspiarskie to tu we wrześniu 2016 roku miało miejsce jedne z najbardziej tajemniczych domniemanych morderstw popełnione w ostatnich latach.

    Jest Wrzesień 2016 roku
    Dwie siostry Annie Korkki i Robin Korkki wybierają się na małe Wyspiańskie państwo Seszele, którego nikomu przedstawiać chyba nie trzeba.
    Zatrzymały się w luksusowym hotelu Maia Luxury Resort. Nurkowały, zwiedzały i imprezowały. Pobyt na rajskiej wyspie zakończył się jednak dla nich tragicznie.

    Siostry mieszkały w odległości około 1800km od siebie, więc widywały się niezmiernie rzadko stąd ten wyjazd miał być formą spędzenia czasu razem oraz ucieczki od zgiełku pracy na odpowiedzialnych stanowiskach w korporacjach.

    Kolejność zdarzeń:

    21 września 2016 – Kamerdyner około godziny 20: 10 odprowadza pijane Amerykanki do apartamentu, były mocno zamroczone dużą dawka alkoholu w późniejszych zeznaniach powiedział „nie były by w stanie samodzielnie dojść do pokoju”

    22 września 2016 – Kamerdyner około godziny 08: 35 i 11: 10 próbował skontaktować się z turystkami, zaniepokojony brakiem odzewu z ich strony poinformował kierownictwo hotelu.
    11: 40 – Dyrekcja hotelu znajduje zwłoki Annie Korkki i Robin Korkki, które leżały w pozycji wyprostowanej na jednym z dwóch łóżek znajdujących się w apartamencie. W pokoju nie odnotowano żadnych zniszczonych przedmiotów oraz śladów walki czy obrażeń na ciele kobiet. Sprawą natychmiast zajmują się wszystkie stacje telewizyjne w USA.

    23 września wstępny raport medyczny podaje, że kobiety zmarły na wskutek ostrego obrzęku płuc u jednej z kobiet wykryto również liczne uszkodzenia mózgu. Warto tu nadmienić, że w pokoju kobiet nie odnaleziono żadnych zakasanych prawem substancji odurzających a wszyscy znajomi czy rodzina zaprzeczaliby kobiety kiedykolwiek miały problemy z narkotykami.

    25 września specjalistyczny raport wykazuje, że kobiety zmarły na skutek przedawkowania: kodeiny, morfiny połączonej z alkoholem.

    Domniemane możliwości:
    - Morderstwo na zlecenie: kobiety posiadały dużą wiedzę na temat sytuacji na rynku finansów. Tylko w latach 2016-2017 odnotowano 124 przypadki śmiertelne osób powiązanych z poważnymi instytucjami finansowymi w Europie i USA
    -kobiety mocno podpadły „lokalsom”. Podobno w noc przed ich zaginięciem widziano je na plaży jak rozmawiały z 2 nieustalonymi dotąd osobami w czasie której doszło do sporej kłótni (Policja nie komentowała tych doniesień).

    Ostatnie zdjęcie wykonane na kilka godzin przed śmiercią.

    Opracowanie na podstawie:

    CNN
    REDDIT
    grapevine.is

    #zbrodnia #mordercy #finanse #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: foto.jpg

  •  

    Morderstwo nad jeziorem Bodom jest jednym z najbardziej brutalnych i tajemniczych zabójstw w historii fińskiej kryminologii, a niejasność wokół motywów zbrodni i postaci zabójcy pozostawiła Finlandię w wielkim szoku na wiele lat.

    Historia morderstwa

    Morderstwo miało miejsce w czerwcu 1960 r., a jego ofiarami stało się troje z czwórki nastolatków, którzy wybrali się na kemping nad jezioro Bodom - dwie piętnastolatki, Anja Tuulikki Mäki i Maila Irmeli Björklund, a także osiemnastolatek Seppo Antero Boisman. Jedyną osobą, która przeżyła, był osiemnastoletni Nils Gustafsson, który wyszedł z całego wydarzenia z wieloma poważnymi ranami. Ciała trójki nastolatków odnalezione zostały nad brzegiem jeziora w niedzielny poranek 5 czerwca 1960 r.

    Zaraz po zbrodni...

    Ze śledztwa przeprowadzonego przez policję wynikało, że morderca najpierw przeciął linki od namiotu, w którym spała cała czwórka, a następnie brutalnie dźgał osoby znajdujące się w środku i dziko uderzał ciężkim, tępym narzędziem.

    Przez kolejne miesiące po morderstwie policja otrzymywała wiele poszlak dotyczących ewentualnych motywów zabójstwa i osoby zabójcy, jak np. wskazanie mężczyzny obcego pochodzenia, który został przywieziony do szpitala w Helsinkach dzień po odkryciu zbrodni, lub też mężczyzny, który utopił się w 1969 r. W związku z zabójstwem zaaresztowano wiele osób, ale nigdy nie znaleziono wiarygodnego dowodu na to, aby wnieść oskarżenie.

    Przez wiele lat Nils Gustafsson nie był publicznie podejrzewany o uczestnictwo w zabójstwie. Sam Gustafsson twierdził, że nie pamięta nic, co wydarzyło się pomiędzy momentem, gdy wszyscy poszli spać do namiotu, a obudzeniem się w szpitalu. Po opuszczeniu szpitala Gustafssona poddano hipnozie, w trakcie której podał dokładny rysopis domniemanego mordercy.

    ...i 44 lata później

    W kwietniu 2004 r. Finlandia przypomniała sobie ponownie o morderstwie nad jeziorem Bodom - Narodowe Biuro Śledcze zatrzymało Nilsa Gustafssona pod zarzutem zabójstwa trójki nastolatków. Zarówno aresztowanie jak i przesłuchanie przed sądem trzymane było w sekrecie, jednakże wiadomo było, że policja posiada poważne dowody przemawiające za aresztowaniem Gustafssona.

    NBŚ zatrzymało Gustafssona w kwietniu 2004 na podstawie nowych dowodów DNA. Na czas przesłuchania wstępnego został on uwięziony, jednakże ostatecznie wypuszczono go na wolność. Policja w Espoo otrzymała rozkaz strzeżenia prywatności Gustafssona, jego rodziny i sąsiadów.

    NBŚ zaaresztowało Gustafssona na podstawie jego własnych zeznań, zeznań świadków a także dowodów medycyny sądowej. Biuro zbadało obuwie dwójki chłopców, namiot używany przez nastolatków oraz ślady krwi znajdujące się na nim. Kimmo Himberg z laboratorium stwierdził, że obuwie znalezione na miejscu zbrodni dostarczyło dowodów, które pomogą rozwiązać całą sprawę.

    Choć Gustafsson nie przyznał się do morderstwa, policję nadal najbardziej interesowało to, w jaki sposób doznał on tamtej nocy obrażeń. Oficerowie śledczy chcieli przekonać się czy rany powstały w wyniku walki, samookaleczenia się czy też z innej przyczyny.

    Maj 2004 r. przyniósł nowe wiadomości: na butach należących do Gustafssona znaleziono ślady krwi jednej z zamordowanych dziewcząt. Na podstawie testów DNA przeprowadzonych w laboratorium w Wielkiej Brytanii stwierdzono, że na butach i innych rzeczach znalezionych na miejscu zbrodni nie było śladów DNA należących do kogoś spoza czwórki nastolatków. W momencie zabójstwa buty Gustafssona były ukryte, co w obliczu wyników badań DNA wskazywać może na to, że osobą, która ukryła buty po zbrodni był sam Gustafsson, jednakże policja nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła tym domniemaniom.

    Pod koniec maja 2004 r. sąd rejonowy w Espoo zwolnił Gustafssona, jednakże nadal był on podejrzany o zabójstwo. Gustafsson miał zostać uwolniony od zarzutu popełnienia morderstwa, jeśli w ciągu dwóch miesięcy prokuratura nie postawiłaby żadnych konkretnych zarzutów przeciwko niemu.

    W czerwcu 2005 oskarżyciel z Espoo ogłosił, że Nils Gustafsson zostanie oskarżony o popełnienie potrójnego zabójstwa. Z powodu zbyt dużego zainteresowania procesem ze strony mediów sąd zdecydował się na nałożenie limitu na liczbę reprezentantów mediów i opinii publicznej, która będzie miała wstęp na salę rozpraw. Sędzia Mikkola wyjaśnił, że ma to na celu spokojne i rzetelne wyjaśnienie sprawy.

    Proces

    Proces Nilsa Gustafssona rozpoczął się w sierpniu 2005 r. w sądzie okręgowym w Espoo. Gustafsson został ostatecznie oskarżony o popełnienie morderstwa trzeciego stopnia z pełną premedytacją i w bardzo brutalny sposób.

    Oskarżyciele Heli Haapalehto i Tom Ifström stwierdzili, że motywami zbrodni była zazdrość i kłótnia oraz frustracja seksualna młodego Gustafssona – był on zainteresowany Irmeli Björklund, która jednakże odrzuciła jego zaloty (jej obrażenia na skutek ataku były znacznie poważniejsze niż pozostałej dwójki).

    Wg oskarżycieli Gustaffson zasunął wejście do namiotu w którym spały ofiary, wyciął dziury w powłoce i przeciął linki trzymające namiot tak, aby się on złożył, a następnie przy pomocy noża i tępego narzędzia (np. dużego kamienia) zamordował Tuulikki Mäki, Irmeli Björklund i Seppo Boismana. Gdy ofiary były już martwe, Gustafsson upozorował miejsce zbrodni tak, aby wyglądało na to, że morderstwo popełnione zostało przez osobę z zewnątrz, i na samym końcu położył się pomiędzy ciałami w oczekiwaniu na kogoś, kto ich odnajdzie.

    Śledztwo przeprowadzone przez policję wskazuje na to, że ofiary zmarły w dniu 5 czerwca 1960 r. pomiędzy godziną 4 i 6 rano. Policja wywnioskowała, że rany, które Gustafsson otrzymał na skutek ataku nie były tak poważne, jak o tym wcześniej mówiono. Eksperci ocenili, że jego najpoważniejszymi ranami były wstrząśnienie mózgu, złamania szczęki i kości twarzy oraz siniaki na twarzy. Wg. policji rany, które odniósł, nie prowadziłyby do utraty przytomności, a ponadto dziwne wydaje się, że przeżył tak agresywny atak tylko z kilkoma obrażeniami.

    Riitta Leppiniemi i Heikki Uotila, obrońcy Gustafssona, podtrzymują, że ich klient jest niewinny. Stwierdzili, że Gustafsson nie miał motywu, aby zaatakować swojego przyjaciela oraz jego i swoją dziewczynę. Ponadto krytycznie odnieśli się do badań policji przeprowadzonych w latach 60tych: wg. nich miejsce zbrodni nie zostało prawidłowo zabezpieczone, namiot został zabrany zbyt późno a zdjęcia robione na miejscu zbrodni były złej jakości. Obrońcy zauważyli również, że na miejscu zbrodni były ślady krwi i spermy, które nie należały do nikogo z czwórki nastolatków.

    W trakcie procesu Gustafsson był przesłuchiwany przez oskarżycieli, obronę, sędziego i prawnika reprezentującego rodzinę ofiar. Jego odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania brzmiały zazwyczaj “nie wiem” lub “nie pamiętam”. Przed sądem Gustafsson opowiedział, jak cała czwórka przygotowywała się na wycieczkę i co tego wieczoru robili. Gustafsson twierdzi, że nie było żadnej kłótni i choć obaj z Boismanem zabrali prezerwatywy, zaprzeczył oskarżeniom jakoby próbował dokonać aktu seksualnego z Björklund. Dodatkowo zeznał, że jego stan upojenia alkoholowego nie mógł być większy, niż jego kolegi Boismana.

    22 sierpnia, około godziny 10 rano oskarżony, sędziowie jak i oskarżyciele oraz obrońcy w otoczeniu policji udali się na miejsce zbrodni. Zabrali ze sobą oryginalne rysunki, mapy i fotografie zrobione w 1960 roku. Na miejscu zbrodni towarzyszyło im ok. 100 osób, z czego większość z nich stanowiły media.

    2 dni później wznowiono przesłuchania, w których zeznawała kobieta przebywająca nieopodal miejsca zbrodni. Świadek twierdzi, że przebywała w tym czasie po drugiej stronie zatoczki nad jeziorem razem z koleżanką i dwójką kolegów (jeden z nich znał Gustafssona). W sobotni wieczór grupa Gustafssona przyjechała do nich w odwiedziny i wg. zeznań świadka Gustafsson miał przy sobie butelkę spirytusu oraz kłócił się z Boismanem (świadek miała wrażenie, iż kłótnia dotyczy jednej z dziewcząt). Po ok. godzinie grupa Gustafssona opuściła ich obozowisko, zaś kilka godzin później, około 23.30, z miejsca, w którym rozbity był namiot grupy Gustafssona, dało się słyszeć hałas oraz odjeżdżający motocykl. Rano grupa świadka zauważyła zbiegowisko po drugiej stronie brzegu – gdy tam dotarli, spostrzegli zniszczony namiot oraz karetkę, do której kogoś wnoszono. Na pytanie obrony czemu nikt z nich nie opowiedział tej historii przez 45 lat kobieta zeznała, że zdecydowali pomiędzy sobą, iż nie będą udzielać żadnych informacji jeśli nikt ich o to nie poprosi. Wiarygodność zeznań kobiety może podważać fakt, iż jeden z mężczyzn, który był z nią na kempingu, już nie żyje, a policja nie była w stanie ustalić tożsamości pozostałej dwójki (kobieta twierdzi, że mogła źle zapamiętać ich nazwiska).

    Gustafsson zaprzecza zeznaniom świadka i twierdzi, że nie żadna wizyta nie miała miejsca oraz że nie znał towarzysza kobiety.

    Na początku września do wiadomości publicznej podano sensacyjną wiadomość: wg. NBŚ Gustafsson przyznał się do zbrodni. Śledczy NBŚ, Markku Tuominen, poinformował, że Gustafsson znajdował się w dość nerwowym stanie od momentu, gdy został zaaresztowany, i że rzucił się na łóżko mówiąc: „Co się stało to się stało, to było 15 lat temu”. Tuominen wywnioskował, że Gustafsson nawiązał do swojego współudziału w morderstwie.

    Oświadczenie Tuominena nastąpiło zaraz po artykule w magazynie Alibi, które przeprowadziło wywiad z 40-letnią pielęgniarką twierdzącą, że spotkała Gustafssona ponad 20 lat temu i że wtedy przyznał się on jej do popełnienia zbrodni. Obrona Gustafssona twierdzi, że zeznania kobiety nie są wiarygodne, jednakże kobieta twierdzi, że wg. niej Gustafsson był niemal dumny z tego, że udało mu się uniknąć kary, i że wydawało mu się to śmieszne, że nikt go do tej pory nie podejrzewał.

    Najnowsze wiadomości

    8 września wysłuchano zarzutów końcowych w sprawie przeciwko Nilsowi Gustafssonowi. W swojej przemowie oskarżyciel stwierdził, iż wszystkie dowody wskazują na winę Gustafssona i zażądał dla niego dożywocia, natomiast obrona podtrzymywała, że zabójcą był nieznany napastnik.

    Obie strony w swoich podsumowaniach powiedziały o świadku – kobiecie, która twierdzi, że w czasie całego zdarzenia znajdowała się razem z trójką przyjaciół nieopodal miejsca, w którym dokonano zabójstwa. Opis kobiety wskazujący na to, że Gustafsson był pijany i agresywny, jest wg. oskarżyciela wiarygodny. Tymczasem obrona twierdzi, że zeznania kobiety są trudne do potwierdzenia, jako że jeden z mężczyzn jej towarzyszących już nie żyje, a tożsamość pozostałej dwójki nie mogła zostać określona.

    Wg. obrońcy Gustafssona, Riitty Leppiniemi, oskarżyciele wystąpili z abstrakcyjną teorią, wg. której motywem zabójstwa miała być zazdrość i frustracja seksualna, za co Gustafssona może czekać dożywocie: „Nic w śledztwie policji nie popiera tej zbrodni. Mam nadzieję, że oskarżyciele skupią się na faktach i pozostawią zbyt wybujałą wyobraźnię poza salą sądową”.

    Chociaż obrona podtrzymała niewinność Gustafssona, dodała, iż sama zbrodnia pasuje raczej pod kategorię "nieumyślnego spowodowania śmierci" a nie morderstwa, co oznacza, że przepisy o przedawnieniu wyczerpały się w roku 1980.

    Zakończenie procesu

    07.10.2005 r. Sąd Okręgowy w Espoo ogłosił werdykt – Nils Gustafsson został uznany za niewinnego w procesie dotyczącym morderstwa nad jeziorem Bodom.

    Wg. sądu dowody przedstawione w trakcie procesu przez oskarżycieli okazały się niewystarczające. Sąd podkreślił zasadę domniemania niewinności w przypadkach, w których istnieje choćby odrobina wątpliwości co do winy oskarżonego. Dodatkowo sąd stwierdził, iż zeznania Gustafssona dotyczące luk w pamięci w kwestii wydarzeń w roku 1960 są dość prawdopodobne. Wg. sądu długi czas, który upłynął od momentu zbrodni sprawił, że uzyskanie wiarygodnego obrazu wydarzeń jest dość trudne, a dodatkowo prokurator nie był w stanie ustalić motywu zbrodni.

    Gustaffson nie był obecny przy ogłoszeniu wyroku – dowiedział się o nim w swoim domu w Espoo przez telewizję. Po ogłoszeniu wyroku Gustafsson powiedział swojemu prawnikowi, Riicie Leppiniemi, że odczuwa ulgę i jest szczęśliwy.

    Oskarżyciel Tom Idström nie zdecydował jeszcze, czy wniesie apelację do wyroku. Heikki Lampela, prawnik reprezentujący rodziny ofiar powiedział, że nie był zaskoczony werdyktem, jednakże planuje dokładne przestudiowanie sprawy aby zobaczyć, czy sąd nie popełnił jakiegoś błędu, który będzie mógł być podstawą do odwołania od wyroku.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #mordercy #paranormalne #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: Bodom.jpg

  •  
    Lord6Infamous

    +27

    Jak jestes wrazliwy to stąd idz
    Armin Meiwes. Kanibal z Rotenburga

    Armin zamieszcza w internecie ogłoszenie. Poszukuje „dobrze zbudowanego mężczyzny, który chciałby być przeze mnie zjedzony”. Nie miało to miejsce oczywiście na żadnym Gumtree, a na forum dla „pasjonatów” o dość jednoznacznej nazwie The Cannibal Cafe. Pod ogłoszeniem podpisał się „Franky” – zapamiętajcie to imię. Choć może wydawać się to zaskakujące, odpowiedziało ponad 200 osób. Z częścią z nich Armin się nawet spotkał. Niestety (dla niego), nie byli do końca pewni swojej decyzji i w kluczowym momencie się wycofywali. Kilka spotkań miało miejsce w wynajętym pokoju w hotelu. Jedna z osób chciała, aby Armin opisywał kawałki mięsa, które widzi na jej ciele – takie jak schab, karkówka, stek – a potem używał tych zwrotów w korespondencji mailowej. Bardzo ją to rajcowało, ale to wszystko – żadnego zabijania. Był człowiek, który fantazjował, by zostać „usmażony jak kurczak”. Była osoba, która chciała zostać ogłuszona młotkiem, a potem zaszlachtowana. Ale nikt nie decydował się do końca zrealizować tych fantazji, mimo, że Armin przygotował już w swoim domu pokój-rzeźnię. Była w niej klatka na ofiarę, hak do powieszania ciał, odpływ na krew oraz ściany wygłuszone materacami. I wtedy zgłosił się Bernd Jurgen Brandes. Był bardzo poważny, co do swoich zamiarów zakończenia życia. Okazał się nieco starszy niż chciał Meiwes, ale po wysłaniu zdjęcia został zaakceptowany w roli posiłku. „Wyglądał dobrze. Miał wysportowaną figurę, jak sobie wyobrażałem. To był bardzo fajny, cudowny facet” – wyznał potem spełniony kanibal.
    Brandes wziął dzień wolny z pracy, sporządził też testament, w którym przepisał wszystko swojemu męskiemu kochankowi. Skasował dane z komputera, by uniemożliwić wyśledzenie go. Był bardzo uważny – także bilet kupił za gotówkę, by nie pozostawić żadnych śladów poprzez płacenie kartą. Z Meiwesem spotkali się na dworcu kolejowym. Kiedy wsiedli do samochodu, Brandes zaczął obmacywać swojego przyszłego oprawcę. Pod dom zajechali już nadzy. Tacy też weszli do środka, gdzie rozmawiali chwilę, pijąc kawę. Dalsze szczegóły znamy już z filmu, który nakręcił Meiwes. Atmosfera spotkania była… nadspodziewanie luźna. Na nagraniu widać dwóch facetów żartujących z kształtów cieni na ścianach. Dla ścisłości dodajmy, że użycia kamery chciał sam Brandes. Miał nadzieję zobaczyć, jak będzie wyglądało z boku spełnienie jego największego marzenia – odgryzienie penisa. Nie dowiedział się tego jednak od razu. Mężczyźni zaczęli uprawiać seks. Działo się to z inicjatywy Brandesa, ale nie dało mu przyjemności. Uznał, że jego partner jest zbyt słaby, by odgryźć mu penisa. Faktycznie – w kluczowym momencie Meiwes się zawahał. W efekcie Brandes zrezygnował i pojechał z powrotem na dworzec. Ale tam zatrzymał go Armin i przekonał, że tym razem da radę. Wrócili do domu. Mimo zdecydowania Meiwesa penisa Brandesa nie udało się jednak odgryźć. Nawet nóż nie dawał rady. Dopiero użycie kuchennego noża do mięsa zakończyło się pełnym sukcesem. Brandes wył, a krew tryskała z otwartej rany. Po upływie pół minuty jednak przestał i… z rozczarowaniem przyznał, że już nie boli. Ten „dyskomfort” był wynikiem wziętej uprzednio dużej dawki leków przeciwbólowych, popitych syropem na kaszel. Najwidoczniej panowie przesadzili w ilości użytych wspomagaczy. Trudno się jednak dziwić, dla obojgu był to „pierwszy raz”, a dla Brandesa siłą rzeczy także ostatni.
    Ku zaskoczeniu Armina po upływie kilku godzin Brandes wciąż żył. Nie był jednak w najlepszym stanie. Po przetransportowaniu do łóżka zemdlał. Za jakiś czas przebudził się na moment, ale znów stracił przytomność. Meiwes postanowił mu ulżyć. Pocałował swoją ofiarę w usta, po czym wziął nóż. Odłożył narzędzie zbrodni, by znowu go pocałować. Pomodlił się. Prosił Boga o przebaczenie. Po kolejnej chwili chwycił nóż i poderżnął gardło wciąż żyjącemu kochankowi. Nie czuł przyjemności.
    Tego, jak zabić i oprawić człowieka, dowiedział się uprzednio z internetu. Odciął głowę i pozwolił krwi wypłynąć. Ciało Brandesa podwiesił na haku przytwierdzonym do sufitu. Umył je gorącą wodą. Rozciął na pół i wyjął organy wewnętrzne. Mięso podzielił na kawałeczki i zamroził w woreczkach. Kości ramienia zmielił na mąkę. Po tak przygotowane mięsko sięgał tylko przy specjalnych okazjach. W ciągu najbliższych kilku miesięcy zjadł go 20 kg. Kiedy zjawiła się u niego policja, drugie tyle wciąż czekało w zamrażarce.
    Armin wpadł przez zachłanność. Choć mięso Brandesa wciąż leżało jeszcze w lodówce, Meiwes postanowił poszukać kolejnej ofiary. Zamiast niej zjawiła się u niego policja. Na komputerze Armina funkcjonariusze trafili na mieszaninę zdjęć i filmów, którymi były sceny śmierci, tortur, kanibalizmu oraz zdjęcia z wakacji. Trafili też na kasetę, na której sfilmowany był wieczór spędzony z Brandesem.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #seryjnimordercy
    pokaż całość

  •  
    Lord6Infamous

    +46

    Kanibal i celebryta. Issei Sagawa.

    Issei Sagawa urodził się w 1948 roku w Kōbe, w Japonii. Przyszedł na świat przedwcześnie i od pierwszych dni życia był niezwykle chorowity, słaby oraz wątły. Już w szkole podstawowej jego wygląd był obiektem żartów wśród rówieśników, a w miarę upływu czasu Issei stawał się coraz mniej atrakcyjny i coraz bardziej wyalienowany.

    Od zawsze zresztą był typem samotnika i nie interesowały go zabawy z kolegami. Fascynowała go za to literatura oraz sztuka europejska, a szczególnie - twórczość Renoira, który w jaskraworóżowych odcieniach malował białe, słusznie zbudowane kobiety. Te piękności niewyobrażalnie pociągały Sagawę, stając się obrazem jego najskrytszych pragnień i fantazji seksualnych.

    Na studiach Issei po raz pierwszy spotkał kobietę, która wyglądała jak żywcem wyciągnięta z jednego z płócien jego ulubionego malarza. Była wysoka, miała jędrne, pełne pośladki oraz mlecznobiałą skórę. Jednak uczyła go niemieckiego i nic nie zapowiadało, że mogliby się zaprzyjaźnić. Zresztą niski, kulawy i cherlawy Sagawa nigdy nie mógł liczyć na zainteresowanie kobiet, a już na pewno nie tych pięknych. Tymczasem obsesja na punkcie nauczycielki stawała się coraz silniejsza, a Issei marzył nie tylko, aby posiąść swoją miłość, a przede wszystkim, aby jej skosztować… Postanowił więc zabić kobietę we śnie, a później ją zjeść… Jednak ofiara w porę się obudziła i zdołała uniknąć okropności, jakie czekały jej następczynię - Renée Hartevelt.

    Po ukończeniu nauki w Tokio, Sagawa postanowił przenieść się na studia podyplomowe do Paryża, gdzie mógł do woli zgłębiać tajniki europejskiej literatury oraz szukać pięknych, białych kobiet o idealnie mięsistych, sprężystych pośladkach.

    Gdy spacerował korytarzami Sorbony, jego uwagę od razu przykuła 25-letnia Renée Hartevelt – niezwykle urodziwa, błyskotliwa, władająca trzema językami Holenderka żydowskiego pochodzenia. Mimo że pochodziła z bogatej rodziny, prowadziła dość skromne życie, gdyż nie utrzymywała kontaktu z rodzicami sprzeciwiającymi się jej związkowi z arabskim narzeczonym. Być może to właśnie trudna sytuacja materialna zmusiła Renée do udzielania Sagawie korepetycji z niemieckiego. Nieatrakcyjny Japończyk świetnie jej płacił, a do tego był niezwykle oczytany i, podobnie jak ona, interesował się poezją.

    Mimo że Issei uważany był za dziwaka, to Hartevelt darzyła go ogromną sympatią, można nawet powiedzieć, że się z nim zaprzyjaźniła. Bywali razem na koncertach, wystawach, przedstawieniach, a wieczorami spotykali się w paryskich kawiarniach i dyskutowali o sztuce. Biedna Renée nie wiedziała wtedy, jak bardzo działają na Sagawę jej białe, idealnie wyrzeźbione ramiona, pośladki, dekolt… Wtedy z pewnością nie dałaby się zaprosić na wieczór taneczny, podczas którego do czerwoności rozpaliła seksualne fantazje i kanibalistyczne pragnienia japońskiego przyjaciela.

    Niedługo potem Sagawa zaprosił Hartevelt do swojego mieszkania, gdzie ta miała mu czytać niemieckie wiersze. Kilkanaście lat później Issei przyznał, że po odejściu dziewczyny dokładnie wylizał cały fotel. Przy kolejnej wizycie, a było to 11 czerwca 1981 roku, nagrał jej głos na dyktafon, po czym ją zastrzelił.

    O tym, co miało miejsce w ciągu pierwszych kilku godzin po zabójstwie, Sagawa sam szczegółowo opowiedział francuskiej policji. Jadł ciało kobiety – surowe, smażone, gotowane, w międzyczasie mówiąc do niego i gwałcąc je kilka razy. W tle słychać było cichy, nagrany tego samego wieczoru głos ofiary czytającej niemiecką poezję…

    Tuż przed zaśnięciem Sagawa zamroził w lodówce te fragmenty ciała, które mu najbardziej smakowały, a resztę spakował do walizek i po prostu zasnął. Nazajutrz udał się do Lasku Bulońskiego, gdzie chciał ukryć zwłoki, jednak widząc, jak wielką ciekawość wzbudzają dwa kufry, które ze sobą taszczył, porzucił je na ulicy.

    Już kilka godzin później do jego mieszkania trafiła policja. Zastała go podczas jedzenia ud i pośladków nieżyjącej Hartevelt. Sagawa od razu przyznał się do winy, ale sędzia Jean-Louis Bruguie`res uznał, że mężczyzna jest niepoczytalny i skazał go na pobyt w szpitalu psychiatrycznym.

    Jednak już trzy lata później, w 1984 roku, bogaty i wpływowy ojciec młodego Sagawy, Akira Sagawa, otrzymał pozwolenie na ekstradycję syna do Japonii, gdzie ten po 15 miesiącach pobytu w klinice psychiatrycznej został wypuszczony na wolność.

    Od tego czasu Issai napisał kilka książek, zagrał w filmie pornograficznym oraz opisał zbrodnię, której dokonał. Regularnie pojawia się również w mediach, gdzie bez skrępowania opowiada o swojej fascynacji kanibalizmem. Słynny już na cały świat morderca posiada również swoich fanów, pisze felietony dla poczytnych tabloidów, trafia nawet na okładki pism kulinarnych. Ostatnio wpadł na pomysł stworzenia komiksu opartego na paryskiej zbrodni.

    Białe kobiety nadal Sagawę pociągają. Kanibal - celebryta wierzy, że jedząc je, staje się choć odrobinę tak piękny jak one. Jednak teraz w jego głowie pojawiło się inne, większe marzenie – żeby któraś z tych pięknych, białych kobiet chciała zjeść jego.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy
    pokaż całość

  •  

    Dobry ten #mindhunter, podoba mi się to korzystanie z prawdziwych historii prawdziwych morderców. BTKa od razu rozpoznałem, co chyba świadczy o dobrym jego odwzorowaniu, Ed Kemper zagrany znakomicie. Ciekaw jestem, czy w innych sezonach zahaczą o takie "legendy" jak Bundy, Ramirez czy Green River Killer. #netflix #seriale #mordercy

  •  

    To miało miejsce niemal 50 lat temu w Rzepinie ( woj. świętokrzyskie), ale do dziś jest jeszcze o niej w okolicy i nie tylko głośno. Została zamordowana 5 osobowa rodzina przez Józefa Zakrzewskiego i jego rodzinę. Sprawa była głośno komentowana w mediach, a podczas wizji lokalnych ludzie chcieli dokonać samosądu. Ojciec i syn zostali skazani na karę śmierci. Wyroki wykonano. Młodszy syn Józefa dostał 25 lat więzienia, ale skutecznie w tym więzieniu się powiesił. Powstał dokument na ten temat Paragraf 148. Można o tym poczytać także tu.
    #polska #mordercy #kryminalistyka #policja #ciekawostki
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #mordercy

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:2,0:1,0:0,0:0

Archiwum tagów