•  

    Odnośnie wpisu @Twinkle o Karolu Kocie - tutaj mam całą historię wraz z wywiadem przed egzekucją. Jeśli ktoś lubi czytać takie smaczki to się nie zawiedzie:
    "...lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt inny z Krakowa..."

    Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
    - Obywatel Karol Kot? - spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
    - Tak słucham - odparł młodzieniec.
    Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
    - Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy - padła zwyczajowo powtarzana formuła.
    - Panowie, ale o co chodzi? - zdziwił się Karol.
    - Wyjaśnimy na miejscu - uspokajali policjanci.
    - No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
    Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowania oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
    12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zaułku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewanym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Ból i dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańców Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Kraków żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając się kto będzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, 8 kłutych ran których doznała malutka Małgosia, cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki, nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo, ból jaki dosięgnął jeszcze inną kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze "szczęście" do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotąd nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się, w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza. Przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
    Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
    Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : "(...) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz - który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, targnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!"
    Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)." Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich."
    Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota aniżeli okazał na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem?
    Niektóre fragmenty rozmowy z nim zachowałem do dzisiaj.
    Wywiad
    - Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem co wiem, Pana młode życie pisane było suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadków należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znaleźć źródła zbrodniczej działalności.

    - Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta; lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

    - Proszę powiedzieć coś o sobie.

    - No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorożca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

    - Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

    - Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

    - Jak szła nauka?

    - Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z "polaka". Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

    - Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

    - Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków - Stare Miasto.

    - W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

    - To długi temat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie "Cracovia". Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

    - Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

    - Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energię i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą. Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry - zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

    - Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

    - Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

    - Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał? Jakie było miejsce w tym rodziców?

    - Pewnie że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego "Cracovia". Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś "tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny". Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno - że więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło - ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem, Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego "..popatrz, bierz przykład z Karola, chcę żebyś był taki, jak Karol". Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle że nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddał, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nie skonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, że byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

    - Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

    - Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie "donosiciel". Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

    - Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

    - Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym "Lolo erotoman' Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

    - Miał Pan jakieś zwierzęta?

    - W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew. To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

    - Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

    - Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyżywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł - taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował. Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostępnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem też na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

    - Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotykały Pana za to jakieś przykrości?

    - Na początku budy może tak, ale później - niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, że ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami różnie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako "Lolo" lub "Lolek", do tego dodawali "rozpruwacz", "krwawy" "erotoman", "wariat", "benzyna". Sam nazywałem siebie: "Lolo-rozpruwacz", "Lolo-pirotechnik", "Anastazja" i "AI Capone". Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem "Lolo-donosiciel", choć była to prawda.

    - No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

    - Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

    - Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

    - Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

    - Jak Pan ocenia swoje czyny?

    - Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

    - Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

    - Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

    - Przezywano Pana wampirem.

    - Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

    - Czy Pan się modli?

    - Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

    - Czy rozumie Pan uczucie miłości?

    - Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

    - W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

    - Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

    - A ból i cierpienie?

    - Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

    - Pana credo życiowe?

    - Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

    - Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

    - Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość - miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, że krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janką przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

    - No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

    - Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo, każde złe słowo. Kto tego nie przeżywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda, przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator "gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać".

    - Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy też, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, że za to wieszają - czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

    - Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

    - Właśnie o to spytałem.

    - Wytłumaczenie jest we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, że jestem porządnym człowiekiem. To, że mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

    - Jaką filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

    - Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć. Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, ukląkłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu. Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny, leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem "czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada". Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem "natchnienie". Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę też powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówiła zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę "od ucha do ucha", ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jak to było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka - w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji "Sielanka" wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach". Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam, ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia. Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, że trzeba go też wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, że na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, że nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

    - Co Pan czuł w momencie zabijania?

    - Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, że potrafiłem zaatakować tylko słabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co, miałem zabijać na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, słyszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza - słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

    - Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

    - Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

    - Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan mówi można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczał Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

    - Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem - jak słusznie mówił prokurator - który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

    - Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

    - Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego też, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na broń, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczkę, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

    - Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

    - Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę - otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

    - Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

    - Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę.

    - A obawa przed ujęciem?

    - Mógłbym powiedzieć, że się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd - jak mówiłem - nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

    - Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

    - Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle "ciało puszczone w ruch puszcza się dalej". To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

    - Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

    - Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała "to bydlę napadło mnie w kościele". Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robotę. Gdy druga staruszka też wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: "dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę".

    - Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

    - Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym "dobrym"? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem - to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przeżywam tragedię życiową. Prawda, że nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie shocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebką, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, że nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

    - Dużo czasu w toku procesu zajęła sprawa Pana poczytalności.

    - Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak spaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, że siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

    - Wróćmy do Pana ostatniego słowa w procesie.

    - Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę w sprawie wyroku - powiedziałem też, że nie.

    - Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

    - Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

    - Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

    - W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, że niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerosłem go. Dobrze, że ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

    - Czego się Pan obawia obecnie?

    - Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć. A gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

    - A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

    - W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostało, to tylko przygotować sobie watę, żeby stryczek za bardzo nie uwierał.

    - Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

    - Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

    - Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

    - Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

    Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator (bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu, młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci (w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in., że "szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci". Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r.
    Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #krakow #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Co mi od początku nie pasowało w tym tekście, to wzmianka o karate niby ćwiczonym przez Kota. Wydawało mi się, że w Polsce jeszcze wtedy nie było karate. Poszperałem po sieci i wszystkie źródła podają, że karate w Polsce pojawiło się pod koniec lat 60/na początku 70. Pierwsza oficjalna sekcja powstała w 1972, właśnie zresztą w Krakowie, a od 1968 roku karate było nauczane nieoficjalnie przez Andrzeja Drewniaka pod przykrywką "samoobrony judo". Nie ma żadnych informacji o karate w Polsce przed rokiem 1968. A w 1968 Kota już stracono.
      Kot twierdzi w tym wywiadzie, że karate ćwiczył "od czwartej klasy" - jak przypuszczam, technikum, a nie podstawówki :) - a aresztowany został w roku 1966, niedługo po maturze. Ponieważ technikum było pięcioletnie, musiałby ćwiczyć od roku 1965. Wygląda to na niemożliwe.
      Chyba że jego "ćwiczenie" polegało tylko na powtarzaniu ruchów podglądniętych gdzieś w zagranicznych filmach, i po prostu w wywiadzie się przechwalał. Albo autor wywiadu konfabuluje :)
      pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Czytam ten wywiad i pomiędzy wypowiedziami Karola rysuje mi się nieźle poryty człowiek, mocno narcystyczny i pełen przeciwieństw. Ktoś taki w innych okolicznościach mógłby zostać idealnym nazistą albo zbrodniarzem wojennym. Uderza mnie też ta jego niewinna powierzchowność, pod którą skrywa się naprawdę bestialska natura. Ktoś, kto wydaje ci się sympatycznym kolesiem może ci wbić nóż w plecy, kiedy się odwrócisz. Ech, co za świat... pokaż całość

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    Wiecie, że pierwszym na świecie mordercą był Polak? Dokładniej mówiąc mieszkaniec Krakowa. Oto dowód z Pisma Świętego - księga Rodzaju 4:8

    Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole
    #biblia #religia #katolicyzm #krakow #polska #mordercy #heheszki pokaż całość

  •  

    Jest taki były policjant/milicjant Janusz Bartkiewicz który kiedyś łapał morderców, a dzisiaj opisuje w internecie różne wspomnienia z tych wszystkich śledztw jakie prowadził. O słynnym zabójstwie studentów w Górach Stołowych w 1997 pisze nawet książke i opublikował już kilka rozdziałów http://janusz-bartkiewicz.eu/index.php/kryminalia/naroznik-1997
    A tutaj opisał np. różne przypadki zabójstw i porwań małych dzieci z lat 80 http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?p=1267
    http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?tag=janusz-bartkiewicz tutaj inne takie historie.
    Jeśli kogoś interesują takie rzeczy to polecam tego milicjanta ( ͡° ͜ʖ ͡°) #kryminalistyka #mordercy #zbrodnia #ciekawostki #seryjnimordercy #policja
    pokaż całość

  •  

    #gruparatowaniapoziomu #mirekwposzukiwaniutajemnic

    Kobieta z Isdal (norweski: Isdalskvinnen) – kobieta o nieustalonej tożsamości znaleziona martwa w dolinie Isdalen w Bergen, Norwegii, 29 listopada 1970 roku.

    Historia ta uważana jest za jedną z największych tajemnic Norwegii. Od wielu lat jest przedmiotem intensywnych spekulacji. Isdalen jest znana wśród mieszkańców jako „Dolina Śmierci”. Było to miejsce, gdzie w średniowieczu ludzie popełniali samobójstwa, a w latach 60. kilkunastu turystów zmarło, gdy podczas trekkingu we mgle osunęli się ze zbocza. (via Wklejpedia)

    Obiecałem ( ͡° ͜ʖ ͡°) A, że to IMHO jedna z ciekawszych spraw (i pewnie równie przeruchanych jak Natalia Starr) to koniecznie chciałem coś o niej napisać. Szczególnie, że na pewno to nie był wypadek.

    Mamy 29 listopada 1970 roku. Mężczyzna z dwiema córkami wędruje radośnie w okolicy doliny Isdalen. Tam sielska wycieczkę przerywa groteskowe znalezisko. Pod stertą liści i kamieni znajdowało się częściowo zwęglone ciało kobiety. Generalnie znalezisko typowe dla tej okolicy, nazywanej "Doliną Śmierci" gdzie często ludzie udawali się w celu popełnienia samobójstwa. A jednak detale sugerowały, że coś jest nie tak (chociaż nie wiem, że nadpalone ciało to taki sobie "detal"). Ciało było spalone tylko z jednej strony, tak jakby się rzuciła na plecy podczas podpalenia. Z jej ubrań (notabene zdecydowanie za lekkich jak na wyjście w góry tą porą) powycinano wszystkie metki. Obok ciała było opakowanie po tabletkach nasennych, suchy prowiant, kanistry po benzynie, butelka po likierze, srebrna łyżeczka, z której ktoś zeszlifował monogram oraz zegarek i biżuteria.

    Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że kobieta zatruła się tlenkiem węgla. Czyli gdy ją podpalono jeszcze żyła. W żołądku miała ponad 50 pigułek nasennych. Twarz miała na tyle spaloną, że nie można było jej zidentyfikować na tej podstawie. Wokół szyi było widać siniaki, czyli przed śmiercią była duszona (nie dało się z jej szyi ściągnąć żadnych odcisków palców, mimo iż to była ewidentnie robota czyichś łapek). Usunięto jej odciski palców, kolejne utrudnienie w identyfikacji. Stan uzębienia pozwolił jedynie ustalić gdzie mogła być leczona: a Dalekim Wschodzie, w Południowej Europie lub Ameryce Południowej. Ale nic ponadto.

    Kilka dni potem, na dworcu w Bergen, znaleziono dwie walizki, której najwidoczniej należały do zamordowanej. W bagażu było 500 marek niemieckich, 130 koron norweskich, notatnik, peruki, recepta na krem na egzemę z zamazanym nazwiskiem lekarza i datą oraz okulary przeciwsłoneczne. Te ostatnie są o tyle ciekawe, że udało się z nich zdjąć częściowe odciski palców. W walizce był się jeden z istotnych tropów - reklamówka ze sklepu obuwniczego Oscar Rørtvedt w Stavanger. Syn właściciela, Rolf Rørtvedt, pamięta, że sprzedał buty "bardzo dobrze ubranej, ładnej kobiecie z ciemnymi włosami". Buty, który sprzedał wydają się pasować do butów znalezionych w dolinie Isdalen. Z jego pomocą, policji udało się namierzyć hotel St Svithun, gdzie zameldowała się jako Fenella Lorch.

    I tu robi się ciekawie, bo kobitka przebywała w kilku różnych hotelach w Norwegii, często zmieniała pokoje, zawsze chciała pokoju z balkonem i podawała różne nazwiska. W większości hoteli musiała okazać paszporty, dla potwierdzenia tożsamości. Zatem miała kilka dobrze podrobionych dokumentów.

    Genevieve Lancier z Louvain przebywała w hotelu Viking, Oslo od 21 do 24 marca 1970
    Claudia Tielt z Brukseli przebywała w hotelu Bristol, Bergen od 24 do 25 marca
    Claudia Tielt z Brukseli przebywała w hotelu Skandia, Bergen od 25 marca do 1 kwietnia
    Claudia Nielsen z Ghent przebywała w KNA-Hotellet, Stavanger od 29 do 30 października
    Alexia Zarne-Merchez z Lublany przebywała w Neptun Hotel, Bergen od 30 października do 5 listopada
    Vera Jarle z Antwerpii przebywała w hotelu Bristol, Trondheim od 6 do 8 listopada
    Fenella Lorch przebywała w St Svithun Hotel, Stavanger od 9 do 18 listopada
    Pani Leenhouwfr przebywała w hotelu Rosenkrantz, Bergen od 18 do 19 listopada
    Elisabeth Leenhouwfr z Ostendy przebywała w hotelu Hordaheimen, Bergen od 19 do 23 listopada

    Oto lista hoteli wraz z datami i użytymi nazwiskami.
    Zaczyna brzmieć trochę szpiegowsko. I w samym Bergen zaczęły krążyć plotki o tym, że kobieta była szpiegiem. Tej miejscowości nie odwiedzało zbyt wielu turystów, kobieta wydawała się bogata i obyta w świecie, to sprzyjało spekulacjom. Jedna z norweskich stacji radiowych, która opisywałą całą sprawę stwierdziła nawet, że kobieta obserwowała obiekty wojskowe w zachodniej części Norwegii testujące nowe rakiety. Podobno służby bezpieczeństwa były tym wybitnie zainteresowane.

    Było to podczas zimnej wojny i w tym czasie było w Norwegii sporo szpiegów, w tym rosyjskich

    mówi Gunnar Staalesen, autor książek o przestępstwach w Bergen.

    Wspomniałem po drodze o notesie. W nim znajdowały się (a jakże) zaszyfrowane notatki. Na szczęście szyfr nie był szczególnie wymyślny (to nie sprawa Tamam Shud ( ͡º ͜ʖ͡º) ), wiec dosyć łatwo został złamany. Pod szyfrem ukrywały się daty i miejsca, które odwiedziła. W śród wymienionych miejsc były między innymi Paryż, czy Bergen właśnie.

    Pomówmy nieco o świadkach. Większość z nich zwróciła uwagę na to, że kobieta posługiwała się wieloma językami: duńskim, francuskim, niemieckim i angielskim. Personelowi hoteli mówiła, że jest handlarką i kolekcjonerką antyków. Ostatnim hotelem w jakim przebywała był Hotel Hordaheimen (pokój 407, od 19 do 23 listopada). Pracownicy opisali ją jako kobietę będącą między 30, a 40 rokiem życia. Personel zauważył również, że kobieta przebywała głównie w pokoju i wydawała się mieć na baczności. Podczas wymeldowania z hotelu 23 listopada, zapłaciła gotówką i poprosiła o wezwanie taksówki. Miejsce jej pobytu do 29 listopada, kiedy to jej ciało zostało znalezione, jest nieznane.

    Mamy jedną istotną rewelacje, z roku 2005. Pewien mężczyzna po ujrzeniu jej prawdopodobnego rysopisu w gazecie, zgłosił, że prawdopodobnie widział ją na kilka dni przed znalezieniem ciała. Szła z dwoma mężczyznami właśnie w kierunku Doliny, zdecydowanie zbyt lekko ubrana jak na taką wycieczkę. Według jego słów, już miała coś mu powiedzieć, coś krzyknąć, ale ów mężczyźni mieli ją od tego powstrzymać. Samych mężczyzn określił jako typ urody "południowej", cokolwiek to znaczy. Inne źródła mówią o tym, że ten "pewien mężczyzna" sprawę spotkania kobiety w górach zgłosił policji na kilka dni przed odnalezieniem ciała, aczkolwiek służby to zignorowały.

    Warto wspomnieć o jej szczęce. Jej zęby były leczone w sposób nietypowy dla szkoły norweskiej. W 2017 pojawił się nowy trop. Norweskie służby po analizach chemicznych, wywnioskowały, że wychowywała się albo we wschodniej, albo środkowej Europie, a wraz z dorastaniem przenieść bardziej na zachód. Analiza jej sposobu pisania sugeruje, że tę umiejętność nabyła we Francji.

    Oczywiście, sprawców nie znamy, nie odnaleziono ich. Nadal nie ustalono jej tożsamości, choć zachowane jej DNA może kiedyś nam powiedzieć kim była. Było dużo teorii co do samej sprawy. Od takich jak ta, że była Izraelskim szpiegiem (co przez wzgląd na jej pochodzenie wydaje się niezbyt prawdopodobne), radziecką agentką wykrytą przez norweskich tajniaków, po takie jak ta, że była nazistką i dopadł ją Mosad.

    Ciekawe jaka jest prawda.

    #historiajednejfotografii #ciekawostki #ciekaweciekawe #mordercy #dupeczkizprzypadku
    pokaż całość

  •  

    ej #antyszczepionkowcy #szczepienia #szczepienia #mordercy #pis #rezim #nauka #medycyna #polska #polityka
    @xcesus
    ile płacicie za wypisywanie głupot że szczepionki zabijajo i dajo autyzm
    bo może sobie dorobię tak do karawanu, no i czy umowa o prace czy dzieło?
    pokaż całość

  •  

    To był normalny wieczór. Wybrałem się na spacer po rynku miejskim. Nie miałem nic do roboty, chodziłem i słuchałem muzyki. Skręciłem w jedną z bocznych uliczek.
    Słuchawki w uszach, kaptur na głowie, oczy skierowane na telefon. Wtedy znikąd podeszła do mnie grupka wyrostków. Było ich może czterech, nie pamiętam.
    Zdążyłem zareagować, jedyne, co mogłem zrobić to odsunąć się w stronę najbliższej ściany. Nie byłem do końca bezbronny.
    W kieszeni miałem pałkę teleskopową. Schowałem telefon do kieszeni. Usłyszałem standardowy tekst:

    — Telefon, zegarek, kasa. Albo obijemy ci ryj. — tępy głos osiłka — Rozumisz?

    — Odpierdolcie się cwele!

    Wyjąłem pałkę z kieszeni, uderzałem we wszystkie czułe punkty na jego ciele. Koledzy stali jak wryci. Ocknęli się dopiero wtedy jak zająłem się nimi.
    Jeden wyrwał mi pałkę, dostał pięścią w szczękę. Upadł. Szybko podniosłem pałkę i zacząłem bronić się dalej. Kolejny złapał mnie z tyłu, zablokował ręce.
    Ostatni podszedł do mnie i zaczął bić w brzuch. W międzyczasie zauważyłem, że stoimy naprzeciwko witryny sklepowej.
    Kopnąłem najmocniej jak potrafiłem, gościa, który mnie bił. Jak już położył się na ziemi, z całej siły odbiłem się od niego i razem z kolesiem, który mnie trzymał wpadliśmy w witrynę.
    Szkło ustąpiło. Włączył się alarm. Chciałem uciekać, ale poczułem uderzenie w głowę. Straciłem przytomność.

    Obudził mnie policjant. Leżałem sam, w plamie krwi. Naprzeciwko mnie był ten sklep. Zabrali mnie do radiowozu. Cela przejściowa, to ten moment, w którym stanąłem w martwym punkcie.
    Wyrok — 3 lata pozbawienia wolności. To było jak koszmarny sen. Pucha moim domem, 3 lata wyjęte z życiorysu. Czekam na zmartwychwstanie. To jest ten świat… inny, zamknięty, odizolowany.
    Coś we mnie, w środku, zmieniło się na zawsze. Obowiązują tam inne zasady. Klawisz jest bogiem. Działy się tam dziwne rzeczy. Słabi umierali.
    Starzy, silni więźniowie po prostu, bez ceregieli wieszali ich w nocy. Komuś się nie spodobałeś, zostałeś przekopany. Na każdym spacerze odbywały się walki… często na śmierć i życie.
    Klawiszom to się podobało. Nie przerywali ich. Oglądali często, nawet z innymi więźniami. Przyszedł mój czas. Chodziłem po spacerniaku.
    Podszedł do mnie jakiś koleś i jakby nigdy nic, dostałem w twarz.
    Wstałem z ziemi, wokół nas był już szczelny krąg. Nie mogłem uciec… cóż i tak być tu muszę. Rzuciłem się na niego, powaliłem. Biłem jak by mnie coś opętało. Złamałem mu szczękę.
    Później zająłem się jego prawą ręką. Trzask. Otwarte złamanie. Wył wniebogłosy. Walczy we mnie anioł z diabłem. Odpuścić czy zabić? Diabeł wygrał. Dostałem tydzień izolatki.
    To moja cała kara, klawiszom podobała się walka.

    Budzę się w środku nocy. Nie mogę oddychać. Widzę coś w kącie mojej celi. Słyszę: „Zabiłeś człowieka, zabiłeś go. Już tu zostaniesz. Nie wyjdziesz.”

    Kiedy skończył się tydzień w izolatce, wróciłem do swojej starej celi. Koledzy powiedzieli mi, że to więzienna mara. Każdy to miał. Nie wytrzymam tu.
    To powtarza się, co noc. Muszę stąd wyjść. Od apelu do apelu. Tak wygląda moje życie.

    3 dni przed końcem wyroku.

    Jestem innym człowiekiem, inaczej na wszystko patrzę. Więzienie zmienia ludzi. Zasady w nim panujące, ludzie, z którymi przebywasz. To niszczy. Dosłownie i w przenośni.
    Zostałem królem spacerniaka. Wszyscy mieli do mnie szacunek. Boje się, że nie poradzę sobie na wolności. Parę lat życia dawno diabli wzięli.

    Dzień wyjścia.

    Pamiętam, kiedyś moje życie jak koszmarny sen. Wychodzę na wolność. Cieszę się bardziej niżbym wygrał szóstkę w totolotku. Wydostałem się z piekła. Muszę wrócić do normalnych ludzi.
    Przed bramą czekała na mnie moja dziewczyna. Teraz już wiem. Wszystko będzie w porządku. Muszę skoczyć do głębokiej wody. Znaleźć pracę. Uczciwą. Oddać się mojej rodzinie.
    To ja kreuję swoją przyszłość. Wszystko jest w moich rękach.

    Pierwszy miesiąc na wolności.

    Nie potrafię. Nie mogłem wytrzymać. Co noc mam koszmary. Noc w noc wdawałem się w bijatyki. Nie mogę żyć normalnie. Chyba muszę tam wrócić. Zabiłem człowieka. TAM zabiłem człowieka.
    Pamiętam swój sen, sen z izolatki. Mara miała racje. Nigdy nie wyjdę. Moja dusza tam została. Muszę tam wrócić, albo się zabić. Tylko tak odzyskam wolność.
    Teraz jestem w więzieniu, więzieniu, którego nie widać. Więzienie duszy, więzienie sumienia. Muszę tam wrócić. Muszę się zabić. W sumie wszystko jedno. Mam plan. Nie do końca ja…

    Pierwszy rok na wolności.

    Jeszcze mnie nie znaleźli. Co za beznadziejna policja. Mam na liście już kilka trupów. Głos, głos mi kazał. Nocna mara do mnie wraca. Zostawiam im wszystko.
    Pamiętam, byłem normalny. Kiedyś, to wszystko, wszystko przez wyrok. Może narkotyki? Może one pomogą?

    Rok i trzy miesiące na wolności.

    Marihuana, LSD, amfetamina, heroina nawet klej — nic nie pomaga. Głos stał się silniejszy. Mara jest coraz bardziej widoczna. Zabijam, zabijam coraz więcej ludzi.
    To nie ja zabijam. To głos, moimi rękami. Chyba tracę kontrole. Albo mnie złapią albo umrę.

    Drugi rok na wolności.

    Nareszcie. Policja kryminalna wyważyła drzwi mojego mieszkania. Miałem popełnić samobójstwo w najbliższym czasie.

    Znów cela przejściowa, proces, wyrok. Wszyscy mnie tu znają. Wszyscy mnie szanują. Ale… ale muszę zabijać dalej.
    Spacerniak, tak to moja szansa. „Zabij go, zabij”. Tylko to słyszę. Nowy klawisz.
    Nie znam go, on nie zna mnie. „Zabij skurwiela, zapierdol go jak psa. Weź jego broń, zabijaj wszystkich. Zabij się”. Podszedłem do strażnika na odległość skoku. Nie mogłem bliżej.
    Odczekałem chwilę, paliłem papierosa, ostatniego. Pstryknąłem kiepem, przygotowałem się do akcji. Nie widziałem niczego, widzenie tunelowe, widziałem tylko jego, słyszałem tylko głos.
    Uderzyłem go w podbrzusze, poprawiłem łokciem wyprowadzonym na twarz. Strzeliła mu szczęka. Upadł, profilaktycznie kopnąłem go kilka razy w głowę i żebra.
    Wszyscy stali osłupieni, otaczała mnie jakaś mistyczna energia. Skorzystałem z tego, wyciągnąłem broń. Odblokowałem, przeładowałem, zabiłem go.
    Zacząłem strzelać, strzelać gdzie popadnie, we współwięźniów, strażników. Odpowiedzieli ogniem. Została mi ostatnia kula.
    Ciężko ranny wykonałem ostatnie polecenie mojego głosu.

    #pasta #creepypasta #wiezienie #horror #strach #mordercy
    pokaż całość

  •  

    Wyspa kanibali.
    Czy drugi człowiek jest bez problemu w stanie zjeść drugiego człowieka?
    Historia zesłania 6 tysięcy ludzi bez jedzenia na Rosyjską wyspę Nazino pokazuje, że tak nigdy, bowiem w ówczesnej historii ludzkości nie odnotowano takiego bestialstwa.


    Trudnie początki:

    Jest 5 maja 1933 roku Dimitri Zepkow dostaje list, w którym ma przygotować się na przyjście 6 tyś skazanych. W wśród nich znakomitą większość stanowią jedynie drobni kryminaliści a nawet osoby skazanie za takie wpadki jak brak dokumentów podczas kontroli. W głowie Zepkowa pojawia się jedna myśl, z czego Ci ludzie będą się tu utrzymywać? Bez dachu nad głową, beż jakiejkolwiek odzieży oraz pożywienia.
    Nazino to mała wyspa licząca około 3 km długości i 500–600 metrów szerokości.. Jest 16 maja lub 18 maja 1933 roku na wyspę przybywa 4556 mężczyzn oraz 332 kobiety skazani zostają na wyspę przetransportowani w katastrofalnych warunkach (łodziami przeznaczonymi do transportu drewna).
    Skazani zaraz po przybyciu dostają jedynie 0.5 kg maki na głowę, którą sypano prosto do nadstawianych garści. Więźniowie pierwszego dnia po przydziale przygotowali swój pierwszy posiłek – wykopali dołki w ziemi, do których wysypali mąkę oraz zalali wodą przygotowane w ten sposób jedzenie spożywali prosto z dołów.

    Pierwsze akty kanibalizmu:

    Jest 24 maja 1933 roku, obozowy lekarz notuje 71 zgonów, pięć ciał posiadało wycięte serca, wątroby oraz płuca. Odnotowano również liczne pocięte kawałki ludzkiego mięsa.

    Sytuacja na wyspie pogorszyła się 25 maja 1933 roku, gdy przybył kolejny transport z więźniami. Tym razem 1500 „elementów zdeklasowanych” wyprowadzono na brzeg. Ich stan zdrowia był jeszcze gorszy niż pierwszej grupy. To głównie nowi więźniowie stali się kolejnymi ofiarami kanibali z Nazino. W pierwszej kolejności ginęły młode kobiety. Po śmierci z ich ciał odcinano wszystkie miękkie części, które następnie gotowano i zjadano.
    Nawet lekarze nie mogli się czuć bezpiecznie. Jeden z nich, Jakim Iwanowicz, został cudem uratowany przez strażnika tuż przed zabiciem i zjedzeniem. Kilka dni później przerażony opuścił wyspę. Komendanci nie mogli dłużej ignorować tego, co działo się na Nazino. Pierwszy udokumentowany przypadek ludożerstwa zanotowano w protokole w dniu 29 maja 1933 roku. O morderstwo i kanibalizm oskarżono 3 mężczyzn, w wieku od 20 do 30 lat. Osadzono ich w więzieniu w Aleksandrowskoje. Kolejnych 3 więźniów schwytano 2 dni później. Zostali skazani na śmierć, a wyroki natychmiast wykonano.
    Dwa tygodnie później wyspa była już praktycznie pusta, w oficjalnym raporcie z dnia 12 czerwca odnotowano na wyspie jedynie 157 skazanych, co zatem stało się z 2856 skazańcami? - Zaginęli bez śladu. Jedna z ocalałych skazanych zeznała później oficjalnie „Jak się szło po wyspie, to się widziało mięso zawinięte w szmaty.

    Jedne zwłoki pozbawione były głowy i genitaliów. Wśród ludzi zaczęła się walka o przeżycie. Zanikły wszelkie oznaki moralności, człowieczeństwa i współczucia. Każdy chciał przeżyć. A żeby przeżyć – trzeba było jeść!”

    Ani strażnicy, ani komendanci nie reagowali. Nie podjęto żadnych działań w celu zapobiegania aktom kanibalizmu wśród zesłańców. Pojawił się też problem natury prawnej – kodeks karny w ZSRR nie przewidywał kary za kanibalizm, więc strażnicy nie chcieli traktować nekrofagii, jako przestępstwo. Obozowi lekarze robili wszystko, aby zbagatelizować akty ludożerstwa. Według nich więźniowie dopuszczali się kanibalizmu, ponieważ „do tego nawykli” oraz „od dawna je praktykowali”. W swoich notatkach zapisali, że kryminaliści nie rozpoczęli aktów kanibalizmu na wyspie, a jedynie swoje upodobania do ludożerstwa przenieśli tutaj.

    12 czerwca pozostało tam ostatnich 157 osób, które były jednak zbyt chore, aby mogły zostać wywiezione. Pozostawiono ich samych na pewną śmierć.

    #historia #mordercy #rosja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne oraz tag autorski #innastronaswiata #nsfw
    pokaż całość

    źródło: desktop-1447261269.jpg 18+

  •  

    Morderstwo Briana Wellsa to jedna z najbardziej tajemniczych zbrodni ostatnich lat.
    To historia niczym z filmu “Pila” z tą różnicą, że wydarzyła się ona naprawdę... Bo jak nazwać inaczej historię człowieka, któremu zostaje założona na szyję duża metalową obrożę z ładunkiem wybuchowym i zapalnikiem czasowym oraz który zostaje zmuszony do wykonywania szeregu zadań skomplikowanych zadań by przeżyć.


    Wydarzenia

    Braian przez 30 lat pracuje, jako dostawca pizzy jest cenionym i zaufanym pracownikiem pizzerii Mama Mia w Erie w Pensylwanii. Po południu 28 sierpnia 2003 r. Wells otrzymał telefon, aby dostarczyć dwie pizzę do 8631 Peach Street, adresu znajdującego się kilka mil od pizzerii. Chwilę później dowiaduje się o zmianie adresu dostarczenia do radiostacji wieży transmisyjnej WSEE-TV na końcu drogi gruntowej.

    Według doniesień organów ścigania, Wells rzekomo spotkał ludzi, których uważał za swoich wspólników, w tym Kennetha Barnesa. Wells podobno uczestniczył w planowaniu napadu na bank, który miał obejmować założenie mu fałszywej bomby. Jeśli zostanie przesłuchany, będzie twierdził, że trzech czarnych ludzi zmusiło go do założenia "żywej" bomby i trzymali go, jako zakładnika.

    W wieży telewizyjnej Wells odkrył, że fabuła się zmieniła, gdy dowiedział się, że bomba była prawdziwa Rozpoczął walkę z mężczyznami i próbował uciec, ale jeden z nich wystrzelił z pistoletu, powodując zatrzymać Wellsa. Ogłuszonemu Wellsowi zostaje założony domowej roboty skomplikowany ładunek wybuchowy na szyi. Sprawcy dali mu wyrafinowaną strzelbę domową i dwie strony ręcznie napisanych instrukcji, które musiał wykonać by przeżyć.

    Zawierały szereg ściśle określonych zadań, w celu zebrania kluczy, które opóźniłyby detonację, a ostatecznie rozbroiłyby ją. Notatka informowała też, że Wells będzie pod stałą obserwacją, a wszelkie próby skontaktowania się z władzami doprowadzą do detonacji bomby.

    Zadanie 1:

    Pierwszym zadaniem było "po cichu" wejście do PNCBanku na Peach Steet i przekazanie kasjerowi przymocowanej notatki żądającej 250 000 $, a także użycie strzelby do zagrożenia komukolwiek, kto nie współpracował lub próbował uciec. Po wejściu do banku Wells wsunął notatkę do kasjera. Notatka dała 15 minut na przekazanie pełnej ilości w przeciwnym razie bomba wybuchnie. Nie mogąc uzyskać dostępu do skarbca w tym czasie, dała mu torbę z 8702 dolarami, którą Wells opuścił w banku.

    Zatrzymanie:

    Około 15 minut później policja zauważyła Wellsa i natychmiast go aresztowała. Wells twierdził, że trzech bezimiennych osób umieściło bombę na szyi, zaopatrzyło go w strzelbę i powiedziało mu, że musi popełnić kradzież i kilka innych zadań, aby go nie zabić.

    Początkowo policja nie próbowała rozbroić urządzenia. Oddział bombowy został po raz pierwszy zawiadomiony, co najmniej 30 minut po pierwszym połączeniu 9-1-1. O godzinie 15.18, Zaledwie na trzy minuty przed przybyciem zespołu bombowego, bomba wybuchła.
    Chociaż w notatce napisano, że zyskałby dodatkowy czas na każdy odnaleziony klucz, ustalono później, że niezależnie od tego, co się rozwinęło, Wells nigdy nie miałby wystarczająco dużo czasu, by ukończyć zadania, aby rozładować bombę: policja przejechała trasę wykonując poszczególne zadania stwierdzając, iż zmieszczenie się w przydzielonym czasie nie było możliwe.

    Opracowanie własne.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #ciekawostki #mordercy #pila oraz tag autorski #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: bomb.jpg

  •  

    W dzisiejszej historii przeniesiemy się na odległe Seszele państwo wyspiarskie to tu we wrześniu 2016 roku miało miejsce jedne z najbardziej tajemniczych domniemanych morderstw popełnione w ostatnich latach.

    Jest Wrzesień 2016 roku
    Dwie siostry Annie Korkki i Robin Korkki wybierają się na małe Wyspiańskie państwo Seszele, którego nikomu przedstawiać chyba nie trzeba.
    Zatrzymały się w luksusowym hotelu Maia Luxury Resort. Nurkowały, zwiedzały i imprezowały. Pobyt na rajskiej wyspie zakończył się jednak dla nich tragicznie.

    Siostry mieszkały w odległości około 1800km od siebie, więc widywały się niezmiernie rzadko stąd ten wyjazd miał być formą spędzenia czasu razem oraz ucieczki od zgiełku pracy na odpowiedzialnych stanowiskach w korporacjach.

    Kolejność zdarzeń:

    21 września 2016 – Kamerdyner około godziny 20: 10 odprowadza pijane Amerykanki do apartamentu, były mocno zamroczone dużą dawka alkoholu w późniejszych zeznaniach powiedział „nie były by w stanie samodzielnie dojść do pokoju”

    22 września 2016 – Kamerdyner około godziny 08: 35 i 11: 10 próbował skontaktować się z turystkami, zaniepokojony brakiem odzewu z ich strony poinformował kierownictwo hotelu.
    11: 40 – Dyrekcja hotelu znajduje zwłoki Annie Korkki i Robin Korkki, które leżały w pozycji wyprostowanej na jednym z dwóch łóżek znajdujących się w apartamencie. W pokoju nie odnotowano żadnych zniszczonych przedmiotów oraz śladów walki czy obrażeń na ciele kobiet. Sprawą natychmiast zajmują się wszystkie stacje telewizyjne w USA.

    23 września wstępny raport medyczny podaje, że kobiety zmarły na wskutek ostrego obrzęku płuc u jednej z kobiet wykryto również liczne uszkodzenia mózgu. Warto tu nadmienić, że w pokoju kobiet nie odnaleziono żadnych zakasanych prawem substancji odurzających a wszyscy znajomi czy rodzina zaprzeczaliby kobiety kiedykolwiek miały problemy z narkotykami.

    25 września specjalistyczny raport wykazuje, że kobiety zmarły na skutek przedawkowania: kodeiny, morfiny połączonej z alkoholem.

    Domniemane możliwości:
    - Morderstwo na zlecenie: kobiety posiadały dużą wiedzę na temat sytuacji na rynku finansów. Tylko w latach 2016-2017 odnotowano 124 przypadki śmiertelne osób powiązanych z poważnymi instytucjami finansowymi w Europie i USA
    -kobiety mocno podpadły „lokalsom”. Podobno w noc przed ich zaginięciem widziano je na plaży jak rozmawiały z 2 nieustalonymi dotąd osobami w czasie której doszło do sporej kłótni (Policja nie komentowała tych doniesień).

    Ostatnie zdjęcie wykonane na kilka godzin przed śmiercią.

    Opracowanie na podstawie:

    CNN
    REDDIT
    grapevine.is

    #zbrodnia #mordercy #finanse #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: foto.jpg

  •  

    Morderstwo nad jeziorem Bodom jest jednym z najbardziej brutalnych i tajemniczych zabójstw w historii fińskiej kryminologii, a niejasność wokół motywów zbrodni i postaci zabójcy pozostawiła Finlandię w wielkim szoku na wiele lat.

    Historia morderstwa

    Morderstwo miało miejsce w czerwcu 1960 r., a jego ofiarami stało się troje z czwórki nastolatków, którzy wybrali się na kemping nad jezioro Bodom - dwie piętnastolatki, Anja Tuulikki Mäki i Maila Irmeli Björklund, a także osiemnastolatek Seppo Antero Boisman. Jedyną osobą, która przeżyła, był osiemnastoletni Nils Gustafsson, który wyszedł z całego wydarzenia z wieloma poważnymi ranami. Ciała trójki nastolatków odnalezione zostały nad brzegiem jeziora w niedzielny poranek 5 czerwca 1960 r.

    Zaraz po zbrodni...

    Ze śledztwa przeprowadzonego przez policję wynikało, że morderca najpierw przeciął linki od namiotu, w którym spała cała czwórka, a następnie brutalnie dźgał osoby znajdujące się w środku i dziko uderzał ciężkim, tępym narzędziem.

    Przez kolejne miesiące po morderstwie policja otrzymywała wiele poszlak dotyczących ewentualnych motywów zabójstwa i osoby zabójcy, jak np. wskazanie mężczyzny obcego pochodzenia, który został przywieziony do szpitala w Helsinkach dzień po odkryciu zbrodni, lub też mężczyzny, który utopił się w 1969 r. W związku z zabójstwem zaaresztowano wiele osób, ale nigdy nie znaleziono wiarygodnego dowodu na to, aby wnieść oskarżenie.

    Przez wiele lat Nils Gustafsson nie był publicznie podejrzewany o uczestnictwo w zabójstwie. Sam Gustafsson twierdził, że nie pamięta nic, co wydarzyło się pomiędzy momentem, gdy wszyscy poszli spać do namiotu, a obudzeniem się w szpitalu. Po opuszczeniu szpitala Gustafssona poddano hipnozie, w trakcie której podał dokładny rysopis domniemanego mordercy.

    ...i 44 lata później

    W kwietniu 2004 r. Finlandia przypomniała sobie ponownie o morderstwie nad jeziorem Bodom - Narodowe Biuro Śledcze zatrzymało Nilsa Gustafssona pod zarzutem zabójstwa trójki nastolatków. Zarówno aresztowanie jak i przesłuchanie przed sądem trzymane było w sekrecie, jednakże wiadomo było, że policja posiada poważne dowody przemawiające za aresztowaniem Gustafssona.

    NBŚ zatrzymało Gustafssona w kwietniu 2004 na podstawie nowych dowodów DNA. Na czas przesłuchania wstępnego został on uwięziony, jednakże ostatecznie wypuszczono go na wolność. Policja w Espoo otrzymała rozkaz strzeżenia prywatności Gustafssona, jego rodziny i sąsiadów.

    NBŚ zaaresztowało Gustafssona na podstawie jego własnych zeznań, zeznań świadków a także dowodów medycyny sądowej. Biuro zbadało obuwie dwójki chłopców, namiot używany przez nastolatków oraz ślady krwi znajdujące się na nim. Kimmo Himberg z laboratorium stwierdził, że obuwie znalezione na miejscu zbrodni dostarczyło dowodów, które pomogą rozwiązać całą sprawę.

    Choć Gustafsson nie przyznał się do morderstwa, policję nadal najbardziej interesowało to, w jaki sposób doznał on tamtej nocy obrażeń. Oficerowie śledczy chcieli przekonać się czy rany powstały w wyniku walki, samookaleczenia się czy też z innej przyczyny.

    Maj 2004 r. przyniósł nowe wiadomości: na butach należących do Gustafssona znaleziono ślady krwi jednej z zamordowanych dziewcząt. Na podstawie testów DNA przeprowadzonych w laboratorium w Wielkiej Brytanii stwierdzono, że na butach i innych rzeczach znalezionych na miejscu zbrodni nie było śladów DNA należących do kogoś spoza czwórki nastolatków. W momencie zabójstwa buty Gustafssona były ukryte, co w obliczu wyników badań DNA wskazywać może na to, że osobą, która ukryła buty po zbrodni był sam Gustafsson, jednakże policja nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła tym domniemaniom.

    Pod koniec maja 2004 r. sąd rejonowy w Espoo zwolnił Gustafssona, jednakże nadal był on podejrzany o zabójstwo. Gustafsson miał zostać uwolniony od zarzutu popełnienia morderstwa, jeśli w ciągu dwóch miesięcy prokuratura nie postawiłaby żadnych konkretnych zarzutów przeciwko niemu.

    W czerwcu 2005 oskarżyciel z Espoo ogłosił, że Nils Gustafsson zostanie oskarżony o popełnienie potrójnego zabójstwa. Z powodu zbyt dużego zainteresowania procesem ze strony mediów sąd zdecydował się na nałożenie limitu na liczbę reprezentantów mediów i opinii publicznej, która będzie miała wstęp na salę rozpraw. Sędzia Mikkola wyjaśnił, że ma to na celu spokojne i rzetelne wyjaśnienie sprawy.

    Proces

    Proces Nilsa Gustafssona rozpoczął się w sierpniu 2005 r. w sądzie okręgowym w Espoo. Gustafsson został ostatecznie oskarżony o popełnienie morderstwa trzeciego stopnia z pełną premedytacją i w bardzo brutalny sposób.

    Oskarżyciele Heli Haapalehto i Tom Ifström stwierdzili, że motywami zbrodni była zazdrość i kłótnia oraz frustracja seksualna młodego Gustafssona – był on zainteresowany Irmeli Björklund, która jednakże odrzuciła jego zaloty (jej obrażenia na skutek ataku były znacznie poważniejsze niż pozostałej dwójki).

    Wg oskarżycieli Gustaffson zasunął wejście do namiotu w którym spały ofiary, wyciął dziury w powłoce i przeciął linki trzymające namiot tak, aby się on złożył, a następnie przy pomocy noża i tępego narzędzia (np. dużego kamienia) zamordował Tuulikki Mäki, Irmeli Björklund i Seppo Boismana. Gdy ofiary były już martwe, Gustafsson upozorował miejsce zbrodni tak, aby wyglądało na to, że morderstwo popełnione zostało przez osobę z zewnątrz, i na samym końcu położył się pomiędzy ciałami w oczekiwaniu na kogoś, kto ich odnajdzie.

    Śledztwo przeprowadzone przez policję wskazuje na to, że ofiary zmarły w dniu 5 czerwca 1960 r. pomiędzy godziną 4 i 6 rano. Policja wywnioskowała, że rany, które Gustafsson otrzymał na skutek ataku nie były tak poważne, jak o tym wcześniej mówiono. Eksperci ocenili, że jego najpoważniejszymi ranami były wstrząśnienie mózgu, złamania szczęki i kości twarzy oraz siniaki na twarzy. Wg. policji rany, które odniósł, nie prowadziłyby do utraty przytomności, a ponadto dziwne wydaje się, że przeżył tak agresywny atak tylko z kilkoma obrażeniami.

    Riitta Leppiniemi i Heikki Uotila, obrońcy Gustafssona, podtrzymują, że ich klient jest niewinny. Stwierdzili, że Gustafsson nie miał motywu, aby zaatakować swojego przyjaciela oraz jego i swoją dziewczynę. Ponadto krytycznie odnieśli się do badań policji przeprowadzonych w latach 60tych: wg. nich miejsce zbrodni nie zostało prawidłowo zabezpieczone, namiot został zabrany zbyt późno a zdjęcia robione na miejscu zbrodni były złej jakości. Obrońcy zauważyli również, że na miejscu zbrodni były ślady krwi i spermy, które nie należały do nikogo z czwórki nastolatków.

    W trakcie procesu Gustafsson był przesłuchiwany przez oskarżycieli, obronę, sędziego i prawnika reprezentującego rodzinę ofiar. Jego odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania brzmiały zazwyczaj “nie wiem” lub “nie pamiętam”. Przed sądem Gustafsson opowiedział, jak cała czwórka przygotowywała się na wycieczkę i co tego wieczoru robili. Gustafsson twierdzi, że nie było żadnej kłótni i choć obaj z Boismanem zabrali prezerwatywy, zaprzeczył oskarżeniom jakoby próbował dokonać aktu seksualnego z Björklund. Dodatkowo zeznał, że jego stan upojenia alkoholowego nie mógł być większy, niż jego kolegi Boismana.

    22 sierpnia, około godziny 10 rano oskarżony, sędziowie jak i oskarżyciele oraz obrońcy w otoczeniu policji udali się na miejsce zbrodni. Zabrali ze sobą oryginalne rysunki, mapy i fotografie zrobione w 1960 roku. Na miejscu zbrodni towarzyszyło im ok. 100 osób, z czego większość z nich stanowiły media.

    2 dni później wznowiono przesłuchania, w których zeznawała kobieta przebywająca nieopodal miejsca zbrodni. Świadek twierdzi, że przebywała w tym czasie po drugiej stronie zatoczki nad jeziorem razem z koleżanką i dwójką kolegów (jeden z nich znał Gustafssona). W sobotni wieczór grupa Gustafssona przyjechała do nich w odwiedziny i wg. zeznań świadka Gustafsson miał przy sobie butelkę spirytusu oraz kłócił się z Boismanem (świadek miała wrażenie, iż kłótnia dotyczy jednej z dziewcząt). Po ok. godzinie grupa Gustafssona opuściła ich obozowisko, zaś kilka godzin później, około 23.30, z miejsca, w którym rozbity był namiot grupy Gustafssona, dało się słyszeć hałas oraz odjeżdżający motocykl. Rano grupa świadka zauważyła zbiegowisko po drugiej stronie brzegu – gdy tam dotarli, spostrzegli zniszczony namiot oraz karetkę, do której kogoś wnoszono. Na pytanie obrony czemu nikt z nich nie opowiedział tej historii przez 45 lat kobieta zeznała, że zdecydowali pomiędzy sobą, iż nie będą udzielać żadnych informacji jeśli nikt ich o to nie poprosi. Wiarygodność zeznań kobiety może podważać fakt, iż jeden z mężczyzn, który był z nią na kempingu, już nie żyje, a policja nie była w stanie ustalić tożsamości pozostałej dwójki (kobieta twierdzi, że mogła źle zapamiętać ich nazwiska).

    Gustafsson zaprzecza zeznaniom świadka i twierdzi, że nie żadna wizyta nie miała miejsca oraz że nie znał towarzysza kobiety.

    Na początku września do wiadomości publicznej podano sensacyjną wiadomość: wg. NBŚ Gustafsson przyznał się do zbrodni. Śledczy NBŚ, Markku Tuominen, poinformował, że Gustafsson znajdował się w dość nerwowym stanie od momentu, gdy został zaaresztowany, i że rzucił się na łóżko mówiąc: „Co się stało to się stało, to było 15 lat temu”. Tuominen wywnioskował, że Gustafsson nawiązał do swojego współudziału w morderstwie.

    Oświadczenie Tuominena nastąpiło zaraz po artykule w magazynie Alibi, które przeprowadziło wywiad z 40-letnią pielęgniarką twierdzącą, że spotkała Gustafssona ponad 20 lat temu i że wtedy przyznał się on jej do popełnienia zbrodni. Obrona Gustafssona twierdzi, że zeznania kobiety nie są wiarygodne, jednakże kobieta twierdzi, że wg. niej Gustafsson był niemal dumny z tego, że udało mu się uniknąć kary, i że wydawało mu się to śmieszne, że nikt go do tej pory nie podejrzewał.

    Najnowsze wiadomości

    8 września wysłuchano zarzutów końcowych w sprawie przeciwko Nilsowi Gustafssonowi. W swojej przemowie oskarżyciel stwierdził, iż wszystkie dowody wskazują na winę Gustafssona i zażądał dla niego dożywocia, natomiast obrona podtrzymywała, że zabójcą był nieznany napastnik.

    Obie strony w swoich podsumowaniach powiedziały o świadku – kobiecie, która twierdzi, że w czasie całego zdarzenia znajdowała się razem z trójką przyjaciół nieopodal miejsca, w którym dokonano zabójstwa. Opis kobiety wskazujący na to, że Gustafsson był pijany i agresywny, jest wg. oskarżyciela wiarygodny. Tymczasem obrona twierdzi, że zeznania kobiety są trudne do potwierdzenia, jako że jeden z mężczyzn jej towarzyszących już nie żyje, a tożsamość pozostałej dwójki nie mogła zostać określona.

    Wg. obrońcy Gustafssona, Riitty Leppiniemi, oskarżyciele wystąpili z abstrakcyjną teorią, wg. której motywem zabójstwa miała być zazdrość i frustracja seksualna, za co Gustafssona może czekać dożywocie: „Nic w śledztwie policji nie popiera tej zbrodni. Mam nadzieję, że oskarżyciele skupią się na faktach i pozostawią zbyt wybujałą wyobraźnię poza salą sądową”.

    Chociaż obrona podtrzymała niewinność Gustafssona, dodała, iż sama zbrodnia pasuje raczej pod kategorię "nieumyślnego spowodowania śmierci" a nie morderstwa, co oznacza, że przepisy o przedawnieniu wyczerpały się w roku 1980.

    Zakończenie procesu

    07.10.2005 r. Sąd Okręgowy w Espoo ogłosił werdykt – Nils Gustafsson został uznany za niewinnego w procesie dotyczącym morderstwa nad jeziorem Bodom.

    Wg. sądu dowody przedstawione w trakcie procesu przez oskarżycieli okazały się niewystarczające. Sąd podkreślił zasadę domniemania niewinności w przypadkach, w których istnieje choćby odrobina wątpliwości co do winy oskarżonego. Dodatkowo sąd stwierdził, iż zeznania Gustafssona dotyczące luk w pamięci w kwestii wydarzeń w roku 1960 są dość prawdopodobne. Wg. sądu długi czas, który upłynął od momentu zbrodni sprawił, że uzyskanie wiarygodnego obrazu wydarzeń jest dość trudne, a dodatkowo prokurator nie był w stanie ustalić motywu zbrodni.

    Gustaffson nie był obecny przy ogłoszeniu wyroku – dowiedział się o nim w swoim domu w Espoo przez telewizję. Po ogłoszeniu wyroku Gustafsson powiedział swojemu prawnikowi, Riicie Leppiniemi, że odczuwa ulgę i jest szczęśliwy.

    Oskarżyciel Tom Idström nie zdecydował jeszcze, czy wniesie apelację do wyroku. Heikki Lampela, prawnik reprezentujący rodziny ofiar powiedział, że nie był zaskoczony werdyktem, jednakże planuje dokładne przestudiowanie sprawy aby zobaczyć, czy sąd nie popełnił jakiegoś błędu, który będzie mógł być podstawą do odwołania od wyroku.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #mordercy #paranormalne #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: Bodom.jpg

  •  

    Jak jestes wrazliwy to stąd idz
    Armin Meiwes. Kanibal z Rotenburga

    Armin zamieszcza w internecie ogłoszenie. Poszukuje „dobrze zbudowanego mężczyzny, który chciałby być przeze mnie zjedzony”. Nie miało to miejsce oczywiście na żadnym Gumtree, a na forum dla „pasjonatów” o dość jednoznacznej nazwie The Cannibal Cafe. Pod ogłoszeniem podpisał się „Franky” – zapamiętajcie to imię. Choć może wydawać się to zaskakujące, odpowiedziało ponad 200 osób. Z częścią z nich Armin się nawet spotkał. Niestety (dla niego), nie byli do końca pewni swojej decyzji i w kluczowym momencie się wycofywali. Kilka spotkań miało miejsce w wynajętym pokoju w hotelu. Jedna z osób chciała, aby Armin opisywał kawałki mięsa, które widzi na jej ciele – takie jak schab, karkówka, stek – a potem używał tych zwrotów w korespondencji mailowej. Bardzo ją to rajcowało, ale to wszystko – żadnego zabijania. Był człowiek, który fantazjował, by zostać „usmażony jak kurczak”. Była osoba, która chciała zostać ogłuszona młotkiem, a potem zaszlachtowana. Ale nikt nie decydował się do końca zrealizować tych fantazji, mimo, że Armin przygotował już w swoim domu pokój-rzeźnię. Była w niej klatka na ofiarę, hak do powieszania ciał, odpływ na krew oraz ściany wygłuszone materacami. I wtedy zgłosił się Bernd Jurgen Brandes. Był bardzo poważny, co do swoich zamiarów zakończenia życia. Okazał się nieco starszy niż chciał Meiwes, ale po wysłaniu zdjęcia został zaakceptowany w roli posiłku. „Wyglądał dobrze. Miał wysportowaną figurę, jak sobie wyobrażałem. To był bardzo fajny, cudowny facet” – wyznał potem spełniony kanibal.
    Brandes wziął dzień wolny z pracy, sporządził też testament, w którym przepisał wszystko swojemu męskiemu kochankowi. Skasował dane z komputera, by uniemożliwić wyśledzenie go. Był bardzo uważny – także bilet kupił za gotówkę, by nie pozostawić żadnych śladów poprzez płacenie kartą. Z Meiwesem spotkali się na dworcu kolejowym. Kiedy wsiedli do samochodu, Brandes zaczął obmacywać swojego przyszłego oprawcę. Pod dom zajechali już nadzy. Tacy też weszli do środka, gdzie rozmawiali chwilę, pijąc kawę. Dalsze szczegóły znamy już z filmu, który nakręcił Meiwes. Atmosfera spotkania była… nadspodziewanie luźna. Na nagraniu widać dwóch facetów żartujących z kształtów cieni na ścianach. Dla ścisłości dodajmy, że użycia kamery chciał sam Brandes. Miał nadzieję zobaczyć, jak będzie wyglądało z boku spełnienie jego największego marzenia – odgryzienie penisa. Nie dowiedział się tego jednak od razu. Mężczyźni zaczęli uprawiać seks. Działo się to z inicjatywy Brandesa, ale nie dało mu przyjemności. Uznał, że jego partner jest zbyt słaby, by odgryźć mu penisa. Faktycznie – w kluczowym momencie Meiwes się zawahał. W efekcie Brandes zrezygnował i pojechał z powrotem na dworzec. Ale tam zatrzymał go Armin i przekonał, że tym razem da radę. Wrócili do domu. Mimo zdecydowania Meiwesa penisa Brandesa nie udało się jednak odgryźć. Nawet nóż nie dawał rady. Dopiero użycie kuchennego noża do mięsa zakończyło się pełnym sukcesem. Brandes wył, a krew tryskała z otwartej rany. Po upływie pół minuty jednak przestał i… z rozczarowaniem przyznał, że już nie boli. Ten „dyskomfort” był wynikiem wziętej uprzednio dużej dawki leków przeciwbólowych, popitych syropem na kaszel. Najwidoczniej panowie przesadzili w ilości użytych wspomagaczy. Trudno się jednak dziwić, dla obojgu był to „pierwszy raz”, a dla Brandesa siłą rzeczy także ostatni.
    Ku zaskoczeniu Armina po upływie kilku godzin Brandes wciąż żył. Nie był jednak w najlepszym stanie. Po przetransportowaniu do łóżka zemdlał. Za jakiś czas przebudził się na moment, ale znów stracił przytomność. Meiwes postanowił mu ulżyć. Pocałował swoją ofiarę w usta, po czym wziął nóż. Odłożył narzędzie zbrodni, by znowu go pocałować. Pomodlił się. Prosił Boga o przebaczenie. Po kolejnej chwili chwycił nóż i poderżnął gardło wciąż żyjącemu kochankowi. Nie czuł przyjemności.
    Tego, jak zabić i oprawić człowieka, dowiedział się uprzednio z internetu. Odciął głowę i pozwolił krwi wypłynąć. Ciało Brandesa podwiesił na haku przytwierdzonym do sufitu. Umył je gorącą wodą. Rozciął na pół i wyjął organy wewnętrzne. Mięso podzielił na kawałeczki i zamroził w woreczkach. Kości ramienia zmielił na mąkę. Po tak przygotowane mięsko sięgał tylko przy specjalnych okazjach. W ciągu najbliższych kilku miesięcy zjadł go 20 kg. Kiedy zjawiła się u niego policja, drugie tyle wciąż czekało w zamrażarce.
    Armin wpadł przez zachłanność. Choć mięso Brandesa wciąż leżało jeszcze w lodówce, Meiwes postanowił poszukać kolejnej ofiary. Zamiast niej zjawiła się u niego policja. Na komputerze Armina funkcjonariusze trafili na mieszaninę zdjęć i filmów, którymi były sceny śmierci, tortur, kanibalizmu oraz zdjęcia z wakacji. Trafili też na kasetę, na której sfilmowany był wieczór spędzony z Brandesem.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #seryjnimordercy
    pokaż całość

  •  

    Kanibal i celebryta. Issei Sagawa.

    Issei Sagawa urodził się w 1948 roku w Kōbe, w Japonii. Przyszedł na świat przedwcześnie i od pierwszych dni życia był niezwykle chorowity, słaby oraz wątły. Już w szkole podstawowej jego wygląd był obiektem żartów wśród rówieśników, a w miarę upływu czasu Issei stawał się coraz mniej atrakcyjny i coraz bardziej wyalienowany.

    Od zawsze zresztą był typem samotnika i nie interesowały go zabawy z kolegami. Fascynowała go za to literatura oraz sztuka europejska, a szczególnie - twórczość Renoira, który w jaskraworóżowych odcieniach malował białe, słusznie zbudowane kobiety. Te piękności niewyobrażalnie pociągały Sagawę, stając się obrazem jego najskrytszych pragnień i fantazji seksualnych.

    Na studiach Issei po raz pierwszy spotkał kobietę, która wyglądała jak żywcem wyciągnięta z jednego z płócien jego ulubionego malarza. Była wysoka, miała jędrne, pełne pośladki oraz mlecznobiałą skórę. Jednak uczyła go niemieckiego i nic nie zapowiadało, że mogliby się zaprzyjaźnić. Zresztą niski, kulawy i cherlawy Sagawa nigdy nie mógł liczyć na zainteresowanie kobiet, a już na pewno nie tych pięknych. Tymczasem obsesja na punkcie nauczycielki stawała się coraz silniejsza, a Issei marzył nie tylko, aby posiąść swoją miłość, a przede wszystkim, aby jej skosztować… Postanowił więc zabić kobietę we śnie, a później ją zjeść… Jednak ofiara w porę się obudziła i zdołała uniknąć okropności, jakie czekały jej następczynię - Renée Hartevelt.

    Po ukończeniu nauki w Tokio, Sagawa postanowił przenieść się na studia podyplomowe do Paryża, gdzie mógł do woli zgłębiać tajniki europejskiej literatury oraz szukać pięknych, białych kobiet o idealnie mięsistych, sprężystych pośladkach.

    Gdy spacerował korytarzami Sorbony, jego uwagę od razu przykuła 25-letnia Renée Hartevelt – niezwykle urodziwa, błyskotliwa, władająca trzema językami Holenderka żydowskiego pochodzenia. Mimo że pochodziła z bogatej rodziny, prowadziła dość skromne życie, gdyż nie utrzymywała kontaktu z rodzicami sprzeciwiającymi się jej związkowi z arabskim narzeczonym. Być może to właśnie trudna sytuacja materialna zmusiła Renée do udzielania Sagawie korepetycji z niemieckiego. Nieatrakcyjny Japończyk świetnie jej płacił, a do tego był niezwykle oczytany i, podobnie jak ona, interesował się poezją.

    Mimo że Issei uważany był za dziwaka, to Hartevelt darzyła go ogromną sympatią, można nawet powiedzieć, że się z nim zaprzyjaźniła. Bywali razem na koncertach, wystawach, przedstawieniach, a wieczorami spotykali się w paryskich kawiarniach i dyskutowali o sztuce. Biedna Renée nie wiedziała wtedy, jak bardzo działają na Sagawę jej białe, idealnie wyrzeźbione ramiona, pośladki, dekolt… Wtedy z pewnością nie dałaby się zaprosić na wieczór taneczny, podczas którego do czerwoności rozpaliła seksualne fantazje i kanibalistyczne pragnienia japońskiego przyjaciela.

    Niedługo potem Sagawa zaprosił Hartevelt do swojego mieszkania, gdzie ta miała mu czytać niemieckie wiersze. Kilkanaście lat później Issei przyznał, że po odejściu dziewczyny dokładnie wylizał cały fotel. Przy kolejnej wizycie, a było to 11 czerwca 1981 roku, nagrał jej głos na dyktafon, po czym ją zastrzelił.

    O tym, co miało miejsce w ciągu pierwszych kilku godzin po zabójstwie, Sagawa sam szczegółowo opowiedział francuskiej policji. Jadł ciało kobiety – surowe, smażone, gotowane, w międzyczasie mówiąc do niego i gwałcąc je kilka razy. W tle słychać było cichy, nagrany tego samego wieczoru głos ofiary czytającej niemiecką poezję…

    Tuż przed zaśnięciem Sagawa zamroził w lodówce te fragmenty ciała, które mu najbardziej smakowały, a resztę spakował do walizek i po prostu zasnął. Nazajutrz udał się do Lasku Bulońskiego, gdzie chciał ukryć zwłoki, jednak widząc, jak wielką ciekawość wzbudzają dwa kufry, które ze sobą taszczył, porzucił je na ulicy.

    Już kilka godzin później do jego mieszkania trafiła policja. Zastała go podczas jedzenia ud i pośladków nieżyjącej Hartevelt. Sagawa od razu przyznał się do winy, ale sędzia Jean-Louis Bruguie`res uznał, że mężczyzna jest niepoczytalny i skazał go na pobyt w szpitalu psychiatrycznym.

    Jednak już trzy lata później, w 1984 roku, bogaty i wpływowy ojciec młodego Sagawy, Akira Sagawa, otrzymał pozwolenie na ekstradycję syna do Japonii, gdzie ten po 15 miesiącach pobytu w klinice psychiatrycznej został wypuszczony na wolność.

    Od tego czasu Issai napisał kilka książek, zagrał w filmie pornograficznym oraz opisał zbrodnię, której dokonał. Regularnie pojawia się również w mediach, gdzie bez skrępowania opowiada o swojej fascynacji kanibalizmem. Słynny już na cały świat morderca posiada również swoich fanów, pisze felietony dla poczytnych tabloidów, trafia nawet na okładki pism kulinarnych. Ostatnio wpadł na pomysł stworzenia komiksu opartego na paryskiej zbrodni.

    Białe kobiety nadal Sagawę pociągają. Kanibal - celebryta wierzy, że jedząc je, staje się choć odrobinę tak piękny jak one. Jednak teraz w jego głowie pojawiło się inne, większe marzenie – żeby któraś z tych pięknych, białych kobiet chciała zjeść jego.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy
    pokaż całość

  •  

    Dobry ten #mindhunter, podoba mi się to korzystanie z prawdziwych historii prawdziwych morderców. BTKa od razu rozpoznałem, co chyba świadczy o dobrym jego odwzorowaniu, Ed Kemper zagrany znakomicie. Ciekaw jestem, czy w innych sezonach zahaczą o takie "legendy" jak Bundy, Ramirez czy Green River Killer. #netflix #seriale #mordercy

  •  

    To miało miejsce niemal 50 lat temu w Rzepinie ( woj. świętokrzyskie), ale do dziś jest jeszcze o niej w okolicy i nie tylko głośno. Została zamordowana 5 osobowa rodzina przez Józefa Zakrzewskiego i jego rodzinę. Sprawa była głośno komentowana w mediach, a podczas wizji lokalnych ludzie chcieli dokonać samosądu. Ojciec i syn zostali skazani na karę śmierci. Wyroki wykonano. Młodszy syn Józefa dostał 25 lat więzienia, ale skutecznie w tym więzieniu się powiesił. Powstał dokument na ten temat Paragraf 148. Można o tym poczytać także tu.
    #polska #mordercy #kryminalistyka #policja #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Magia memów (tego znanego hakera #pdk ) 4Chan czasami przeraża.
    ( ͡° ͜ʖ ͡° )つ──☆*:・゚ #4chan #memy #usa #mordercy #floryda #bekazpodludzi #bekazrazem

    źródło: i.redd.it

  •  

    James Hetfield, wokalista Metalliki wystąpi w filmie zatytułowanym „Extremely Wicked, Shockingly Evil, and Vile”, opowiadającym historię jednego z najkrwawszych morderców w historii USA – Teda Bundy. Frontman wcieli się w postać oficera Boba Haywarda, który jako pierwszy ujął zabójcę w 1975 roku.

    #metal #metallica #metalnews #film #mordercy #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: metallica-1.jpg

  •  

    Zaczynam bać się tego, co dzieje się w mojej głowie :o

    Otóż w styczniu 1999 roku w Wiśle znaleziono skórę młodej dziewczyny. Jakiś czas temu napisałem na motywach tej zbrodni opowiadanie, zastanawiając się, kim był morderca tej dziewczyny. Co musiał myśleć i jakie miał motywy.

    Opowiadanie zostało opublikowane - najpierw w Czechach, później w Polsce. Później, po wielu latach, został złapany morderca.

    Czytam sobie ustalenia prokuratury odnośnie tej zbrodni i czemu Robert J. zabił tą biedną dziewczynę, wcześniej zdzierając z niej skórę, którą później wrzucił do Wisły. Więc:

    ""Zdaniem prokuratury sprawca działał w wyniku motywacji patologicznej o podłożu seksualnym, w celu zaspokojenia swojego patologicznego popędu seksualnego, a także w celu pozbawienia życia ofiary ze szczególnym okrucieństwem"

    ... o tym właśnie jest moje opowiadanie. Nie znam szczegółów - mam nadzieję, że jednak się różniły. W końcu - na ile procent mogę potrafić myśleć, jak psychotyczny morderca?

    A o samym opowiadaniu pisze się tak:
    "„Zazdrośnik” Michała STONAWSKIEGO ma klauzulę 18+. Nie bez powodu. Jest to naprawdę mocna rzecz, napisana przez fachowca, która wciąga od pierwszych akapitów. Lekturę opowiadania nie sposób odłożyć „na później”. Zaczynając, musimy poznać ją do końca. Musimy! I choć w pewnym momencie karty zostają tak ułożone, że finał nie będzie stanowił dla wielu czytelników specjalnego zaskoczenia, to wyrafinowanie głównego bohatera przechodzi ludzkie pojęcie."

    #cedrikpisze <--- obserwuj moją pisaninę pod tym tagiem

    #psychologia #mordercy #horror #czytajzwykopem #archiwumx
    pokaż całość

    źródło: DSC_0089.jpg

  •  

    Dopiero teraz dowiedziałem się, że najprawdopodobniej złapali "kuśnierza". Jeśli to on to brawa dla policjantów z krakowskiego Archiwum X. Czy mirki z #csiwykop pisały już o tym fakcie?

    Dziennikarze Radia Kraków oraz Onetu, dotarli do osób, które znają podejrzanego o oskórowanie 23-letniej studentki. Robert J. był uważany za dziwaka. W dzieciństwie znęcał się nad podwórkowymi kotami i psami. Z powodu trudnego charakteru wyrzucono go z zawodówki. 52-latek uważał się za artystę. Miał skłonności homoseksualne i lubił zakładać damską bieliznę. Był przy tym niezwykle religijny, a w kościele siadał w pierwszej ławce.

    Robert J., jest podejrzany o zamordowanie i oskórowanie studentki Katarzyny Z. Mężczyzna został zatrzymany przez policyjnych antyterrorystów. Według informacji Radia Kraków, prokuratura dysponuje wystarczającymi dowodami na to, by oskarżyć go o zbrodnię, która przez 19 lat pozostawała zagadką. 

    23-letnia Katarzyna Z. zaginęła w listopadzie 1998 roku. Rok później z Wisły wyłowiono jej skórę, z której morderca uszył kostium na wzór kobiecego body. Ofiara prawdopodobnie żyła, gdy obdzierano ją ze skóry.

    Nieco później odnaleziono część pośladka oraz nogi zaginionej. Policja zaczęła poszukiwania sprawcy okrutnego mordu, tworząc m.in. jego profil psychologiczny. Wskazano w nim, że jest sadystą, czerpiącym  przyjemność z nękania kobiet i skłonnościach biseksualnych.

    Badaniom poddano również skórę studentki. Oceniono, że ślady po uderzeniach świadczą o tym, iż zadawano je z dużą siłą, a sprawca mógł trenować sztuki walki. Cięcia, których dokonał były zaś niezwykle precyzyjne, co wskazywało na to, że posiadał również fachową wiedzę na temat tego, jak kroić ludzkie ciało. Całość idealnie pasowała do Roberta J., który w przeszłości trenował sztuki walki i przez jakiś czas pracował w prosektorium.

    Robert J. sadyzm wyniósł z domu 

    W domu 52-latka kary cielesne były codziennością. Ojciec zatrzymanego, krakowski poeta Jerzy J., sam był w ten sposób wychowywany. Uważał bicie za najskuteczniejszą formę dyscyplinowania swoich pociech. W domu J. ważną rolę odgrywała również religia. 

    Po rozwodzie rodziców, Robert został z matką. Mieszkali w kamienicy na Starym Mieście, niedaleko Bulwarów Wiślanych, gdzie odkryto szczątki Katarzyny.

    Rozmówcy dziennikarzy Onetu i Radia Kraków, opisali go jako dziwaka o sadystycznych skłonnościach. Maltretował psy i koty. Do tego miał trudny charakter. W końcu wyrzucono go ze szkoły zawodowej. Przez jakiś czas mieszkał w Kanadzie, a do Polski wrócił w 1998 roku. Niedługo potem poznał Kasię. Studentka została jego dziewczyną. 

    Podejrzany o oskórowanie studentki lubił wykształcone i posłuszne kobiety

    Robert odznaczał się nieprzeciętną inteligencją, był bystry, a przy tym i sprytny. Czuł się jednak niespełniony. Pozował na intelektualistę, lubił chodzić do kina i miał duże oczekiwania względem kobiet – musiały być dobrze wykształcone, nosić francuską bieliznę, a przy tym być posłuszne. 

    Przez jakiś czas prześladował jedną ze swoich sąsiadek. Miał na jej punkcie obsesję – śledził i obserwował przez lornetkę. Wyglądała dokładnie jak jego ideał – była blondynką.

    Roberta pociągali także mężczyźni. Reporterzy dowiedzieli się, że utrzymywał kontakty homoseksualne. Podniecało go również noszenie kobiecej bielizny.

    W kościele siadał w pierwszej ławce 

    W latach 90. został napadnięty i pobity. Sprawę zgłosił na policję. Skarżył się, że zbito mu okulary. Zeznania podpisał drukowanymi literami, co zdaniem ekspertów ma niebywałe znaczenie. Takie osoby są najczęściej bardzo uzdolnione techniczne. W kontaktach z innymi cechuje ich obojętność i chłód. Strzegą swojej prywatności i ukrywają poglądy. Mają specyficzne upodobania seksualne, a ich działania są nieprzewidywalne. 

    Po zabójstwie Kasi stał się bardzo religijny. Chodził do kościoła Bonifratrów, gdzie zawsze siadał w pierwszej ławce. Kiedy policja ponownie zainteresowała się sprawą, jeszcze bardziej odizolował się od świata, a w drzwiach do mieszkania zamontował kratę. 

    #kryminalistyka #krakow #mordercy #kusnierz
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Mircy, kryminau. Długie. Do poduszki. Jest to co lubicie najbardziej. Krew, morderstwa, wyścigi łodziami (parowymi ;) i rewolucyjna, jak na rok 1900, technologia oraz medycyna sądowa. W tle wątek polski. Miłej lektury!

    https://niebezpiecznik.pl/post/zbrodnia-nauka-i-kara-tajemnica-piwnicy-przy-39-hilldrop-cresent/

    #kryminalistyka #kryminal #mordercy #nauka #wynalazki #historia #fizyka

    TLDR: ! W 1910 roku zabił żonę, nieumiejętnie uciekał i kapitan statku go zakablował (bez kabla, bo raczkującym radiem). Scotland Yard ruszył w pościg szybszym statkiem i go dorwali. Osądzili i zabili. Proces z biegłymi z medycyny sadowej, ale... niedawno ktoś zbadał DNA zwłok, i okazało się, że to nie żona... Sprawa wciąż otwarta. W artykule też o początkach radia. Trochę historii i fizyki.
    pokaż całość

    +: C............k, BroWarPolskaS1337 +11 innych
  •  

    Yoo Young-chul (koreański: 유영철->cokolwiek to znaczy., ur. 1970) – południowokoreański seryjny morderca i kanibal.

    Przyznał się do zabicia 21 osób, ale jedną mu darowano, bo prokurator chyba nie ogarnął KPK i ze względów technicznych jedno zabójstwo zostało umorzone.
    Yoo spalił troje ludzi, 11 pozbawił wątroby, którą oczywiście zjadł, a pozostałych po prostu zabił. Wszystkie zbrodnie były dokonane między 2003 a 2004r.
    13 grudnia 2004r dostał karę śmierci.

    Generalnie sprawa była z nim problematyczna, ponieważ niby Koreańczycy mieli karę śmierci, ale od 6 lat nikt tak nie dał popalić ludziom, aby jej użyć. Zaczęto więc myśleć, czy by jej nie znieść, a tu przyszedł taki Yoo Young Chul i narobił rabanu, że aż poszło na cały świat.

    Seulski Sąd napisał zajebiście rozbudowane uzasadnienie wyroku, które przekona każdego obywatela Państwa prawa do słuszności jego koncepcji. Obczajcie sami:
    "Morderstwo aż 20 osób jest precedensowe w kraju i straszną zbrodnią. Kara śmierci jest nieunikniona dla Yoo ze względu na straszliwy ból zadany rodzinom ofiar i całemu społeczeństwu."

    Tekst podjebany. #ciewkawostki #mordercy #korea
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    TVN24 sponsorem dzisiejszego szoku. Najpierw pokazują karpie w marketach, biedne, duszone, na żywca sprzedawane, ciasne wanienki, do reklamówki. Wypowiadają się jacyś ekolodzy, oczywiście potępiają. Bo karpie cierpią. TVN obrońca karpi. Po czym leci teraz na żywo z jakiejś mieściny, gdzie siostry zakonne sprzedają karpie bo zbierają hajs. Żywe. W małej wanience. I potem na wagę je. Do miski. Żywe. I zbliżenie kamery jak one tam się trzepią. Zbliżenie na śmieć. Na cierpienie. Ale siostra uspokaja: to uduchowione, pszenica karmione. WYMODLONE. Nie wiem co bardziej szokuje, fałszywość TVN i pokazywanie takiego bestialstwa czy bestialstwo tych sióstr zakonnych. #boldupy #tvn #hipokryzja #mordercy #zwierzeta #prawazwierzat #swieta #wtf #patologia #zakonnice #szokiniedowierzanie #polska pokaż całość

  •  

    Bardzo ciekawa oferta pracy dla pełnego agresji mirka lub mirabeli

    #wroclaw #praca trochę #mordercy #olx

  •  
    t.......t

    +37

    @tankabott: Czym to coś zwane leopold 2 różni się od gówna?Gówno nie ma pomniku przed europarlamentem.

    #4konserwy #belgia #mordercy #kongo #zbrodniarzewojny

  •  

    Richard Leonard Kuklinski ps. The Iceman (ur. 11 kwietnia 1935 w Jersey City, zm. 5 marca 2006 r. w Trenton) – amerykański gangster polskiego i irlandzkiego pochodzenia, płatny morderca dla rodziny Gambino. Szacuje się, że w ciągu 30 lat zamordował ponad 200 osób.

    Richard Leonard Kuklinski urodził się w 1935 roku w Jersey City w New Jersey, był drugim z trójki dzieci Stanleya Kuklinski i Anny Kuklinski z domu McNally[1]. Pochodził z patologicznej rodziny. Jego ojciec był alkoholikiem i często bił dzieci. Po śmierci starszego brata, zabitego przez ojca, zaczął popadać w konflikt z rodziną, wychowywał się na ulicy. W tym okresie pojawiły się u niego skłonności sadystyczne. Na początku znęcał się nad zwierzętami. Wrzucał je do pieców lub przywiązywał do pociągu. Jego pierwsza ofiara to Charley Lane[1], lider sześcioosobowego gangu szkolnego, który znęcał się nad Richardem.Morderstwa dokonał mając 14 lat. Na zlecenie mafii zaczął zabijać w latach 60. Wcześniej zamordował około 50 bezdomnych.

    Mocny gość potrafił zabić za to że ktoś nie chciał go poczęstować fajką xD
    Zamrażał ofiary dzięki czemu policja nigdy nie wiedziała kiedy ofiara została zabita stąd ksywa.
    powstał nawet niezły film o jego życiu:
    http://www.filmweb.pl/film/Iceman%3A+Historia+mordercy-2012-601988

    #mordercy #kryminalistyka #filmnawieczor
    pokaż całość

    źródło: ckm.pl

  •  

    Karl Denke (ur. 11 lutego 1860 w Kalinowicach Górnych, zm. 22 grudnia 1924 w Ziębicach) – niemiecki morderca i kanibal.

    Zwabiał do swojego domu włóczęgów, żebraków i prostytutki, aby później ich zabić i przerobić na peklowane mięso, którym handlował na targu we Wrocławiu. Często wypatrywał swoje ofiary na dworcu kolejowym. Niejednokrotnie były to osoby przyjezdne. Jednej z jego potencjalnych ofiar, niejakiemu Vincenzowi Olivierovi, udało się uciec i zgłosić sytuację na policji. Karl Denke został ujęty i jeszcze tego samego dnia wieczorem powiesił się w swojej celi na pętli zrobionej z chustki do nosa. Policjanci, którzy przeszukiwali jego dom, byli w szoku. Starszy funkcjonariusz był blady jak ściana, młodszy podczas oględzin miejsca zbrodni trzykrotnie wybiegał na dwór, aby zwymiotować. Po domu walały się kości, na parapecie znaleziono kilkadziesiąt dowodów tożsamości, a w szafkach stosy zakrwawionych ubrań. W mieszkaniu znaleziono m.in. sznurówki z włosów oraz rzemienie, które wytwarzał z ludzkiej skóry. Szacuje się, że zamordował ponad 40 osób, jednak dokładna liczba jego ofiar nie jest znana. Nieznana jest także jego motywacja.

    Po odkryciu morderstw w okolicy wybuchła panika. Splajtowała miejscowa wytwórnia konserw Seidla, gdyż uważano, że kupowała mięso od Denkego. Ludzie przez kilka miesięcy nie jedli wędlin. Miasto musiało też przez jakiś czas korzystać z dostaw wody w beczkowozach, ponieważ mieszkańcy nie chcieli pić miejscowej, sądząc, że miejscowe źródła zostały zanieczyszczone przez zwłoki, które Denke zakopywał w ogródku. W ogródku dawnego domu Karla Denkego jeszcze w latach 70. znajdowano ludzkie szczątki.

    więcej po ang:
    https://spydersden.wordpress.com/2012/03/17/karl-denke-serial-killer/

    #wroclaw #breslau #miastogrzechu #historia #mordercy
    #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org 18+

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #mordercy

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,1:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów