•  

    Morderca z manią wielkości.

    Ta sprawa kryminalna pełna jest zaskakujących wydarzeń i zwrotów akcji. Jest wyjątkowa także i z innych powodów: pokazuje, w jaki sposób śledczym udało się „podejść” podejrzanego i, uderzając w jego ambicję i chęć zyskania sławy, doprowadzić go do tego, żeby przyznał się do kilku morderstw.

     W Wielkim Kanionie

    Jest 11 kwietnia 1993 roku. Tuż przed południem w biurze parkowym w Wielkim Kanionie zdenerwowany mężczyzna zgłasza wypadek. Informuje, że on i jego żona od czterech dni wędrowali przez skały Kanionu, a gdy dziś doszli do formacji Horseshoe Canyon, by tam odpocząć, on chciał zrobić kilka zdjęć. Ustawiał statyw, odwrócony plecami, nagle usłyszał jakiś odgłos i obejrzał się – żony już nie było. Opowiada, jak to natychmiast zaczął jej szukać, biegając wkoło w panice. W końcu ją dostrzegł – spadła, jak oszacował, mniej więcej 45 metrów w dół. Zszedł więc ostrożnie po skałach, a gdy wreszcie do niej dotarł, od razu zauważył, że nie żyje, mimo iż – przynajmniej na pierwszy rzut oka – nie miała żadnych ran prócz kilku zadrapań na twarzy.
    Mężczyzna nazywa się Robert Spangler, a jego żona – Donna Spangler.
    A więc wypadek
    Strażnicy natychmiast udają się na miejsce wypadku, wezwana zostaje także policja. Robert musi opowiedzieć o przebiegu dnia i podać wszystkie okoliczności wypadku. Jego zeznanie notowane jest bardzo szczegółowo. Składając je, Robert jest kompletnie załamany i płacze; o żonie wypowiada się z czułością, a jego zeznanie robi wrażenie bardzo szczerego.
    Funkcjonariusze biura szeryfa zgodnie z procedurą wszczynają śledztwo. Prócz samego Roberta nie ma innych świadków, ale nic w tym, co zaszło, nie budzi podejrzeń policji – Donna najwyraźniej straciła równowagę w jakimś niezabezpieczonym miejscu i spadła.
    Miejscowy lekarz wystawia świadectwo zgonu z adnotacją, że śmierć Donny była wypadkiem. Śledztwo zostaje umorzone.

    Telefon po roku

    Mija rok, nadchodzi lato. Pewnego dnia śledczy Bruce Cornich z policji hrabstwa Coconino otrzymuje telefon. Dzwoni osoba z kręgu przyjaciół Donny i informuje o swoich podejrzeniach co do jej śmierci oraz o tym, że Nancy, pierwsza żona Roberta, zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach.
    Śledczy traktuje tę wskazówkę bardzo poważnie. Ściąga materiały na temat tego zdarzenia – i rzeczywiście trafia na dziwną sprawę.

    Sprawa sprzed lat

    Jest 30 grudnia 1978, Littleton, Colorado. Tu mieszkają Robert i Nancy Spengler wraz z dwójką swoich dzieci Susan (15) i Davidem (17).
    Przed południem chłopak Susan przyjeżdża do swojej dziewczyny – telefonował do niej wcześniej, ale nikt nie odbierał. Nikt nie otwiera drzwi, chłopak podchodzi więc pod dom i rzuca kamykami w okno Susan, tak jak to zawsze robi. Ponieważ Susan nie reaguje, chłopak obchodzi dom. Dostaje się do środka przez uchylone okienko w pomieszczeniu gospodarczym. Idzie na górę do pokoju Susan. Widzi ją, jak leży na łóżku, więc żeby ją obudzić, rzuca w nią rękawiczkami z okrzykiem „Sue, obudź się!”.
    Dziewczyna ani drgnie – do chłopaka zaczyna docierać, że nie żyje. Odwraca się i biegnie do pokoju jej brata. David leży częściowo na łóżku, a obok na podłodze jest krew.
    Przerażony chłopak dzwoni na policję. Jest wpół do dwunastej w południe.

    Na miejscu zbrodni

    W protokole jest informacja, co zastali śledczy na miejscu zbrodni: młoda kobieta z raną postrzałowa leżała twarzą w dół na łóżku. W przedpokoju leżał jej brat częściowo na łóżku, częściowo na podłodze, twarz miał w poduszce. Zginął od strzału w klatkę piersiową.
    Na parterze policjanci znajdują ciało Nancy – dosłownie „wbite” w krzesło, na którym siedziała. Krzesło stoi przy biurku, a na biurku znajduje się maszyna do pisania. W maszynie tkwi arkusz: to pismo podpisane tylko jedną literą: „N”. Wygląda na list pożegnalny. Z jego treści można wnioskować, że Nancy zastrzeliła obydwoje dzieci, gdy te spały.
    Pięć godzin później wraca do domu Robert. Udzielając wyjaśnień mówi, że w jego małżeństwie były problemy i że dzień wcześniej wieczorem między nim a żoną miała miejsce kłótnia, której ciąg dalszy nastąpił rano. Robert dodaje, że z tego właśnie powodu rano powiedział żonie, że chce się wyprowadzić.
    Złożone przez niego zeznania wskazują, że Nancy, załamana perspektywą rozstania z mężem, zdecydowała się zabić siebie i swoją rodzinę. Mimo pewnych niejasności śledczy przychylają się do tej wersji. Wkrótce potwierdza ją także lekarz medycyny sądowej: Nancy się zastrzeliła, zastrzeliwszy najpierw swoje dzieci.

    Wznowienie sprawy

    W świetle tych wydarzeń sprzed lat obecny wypadek Donny prezentuje się jednak inaczej. Bruce Cornich z policji w Coconino dochodzi do następującego wniosku: jeśli przed laty Robert zabił swoją rodzinę, to był w stanie zamordować także i Donnę. Bruce Cornich kontaktuje się z policjantami z Littleton.
    Po otrzymaniu tych informacji Paul Goodman, śledczy z Littleton, decyduje się wznowić sprawę z roku 1978. Funkcjonariusze ponownie studiują akta i sprawdzają wszystkie dowody, które znaleziono na miejscu zbrodni.
    Ślady sprzed lat
    Zaczynają od maszyny do pisania i listu. Policjanci zwracają uwagę na to, że na kartce z listem nie było żadnych odcisków palców. Te znajdowały się jedynie na maszynie, natomiast z niektórych miejsc maszyny ktoś próbował coś usunąć.
    Kolejną sprawą jest usytuowanie rewolweru, z którego Nancy jakoby oddała do siebie strzał. Policjanci ponownie przeglądają akta i dochodzą do wniosku, że strzał w głowę Nancy wygląda, jakby był oddany ze zbyt dużej odległości, tj. z takiej, z której samobójca nie mógłby tego zrobić lub też z takiej, z której samobójcy zwykle strzałów nie oddają.
    Z tego też powodu obecnie śledczy uważają, że lekarz medycyny sądowej, który w ówczesnym czasie wystawiał świadectwo zgonu i uznał śmierć Nancy za samobójstwo, najwyraźniej coś przeoczył. Aby rozwiać te wątpliwości, zwracają się do specjalisty zajmującego się ranami postrzałowymi i proszą go o to, aby sprawdził wszystkie dostępne dane.

    Opinia biegłego

    Powołany biegły stwierdza, że kula trafiła Nancy prosto w czaszkę. Jednak na zdjęciach widać, że wokół dziury po wystrzale były drobne punkty, które wyglądały jak niewielkie rysy, układające się w pewien specyficzny wzór. Ten wzór wokół rany jest dla specjalisty pierwszym sygnałem, że coś tu jest nie w porządku, gdyż po oddaniu strzału z broni „wychodzi” nie tylko kula, lecz także np. drobinki niespalonego prochu.
    Taki proch pozostawia na skórze charakterystyczne ślady, natomiast ślady na skórze Nancy pokazują, że strzał w czoło oddany został z odległości od 15 do 25 cm. To zbyt duża odległość i wersję samobójstwa należy wykluczyć, choćby dlatego, że z punktu widzenia samobójcy byłoby zbyt duże prawdopodobieństwo, iż kula ominie cel. Typowe dla samobójstw są rany postrzałowe kontaktowe, w których wylot lufy styka się bezpośrednio ze skórą.
    Ekspert stwierdza, że w tym wypadku strzał został musiał zostać oddany przez inną osobę. Nancy została więc zamordowana.
    Robert jest podejrzany
    Robert staje się głównym podejrzanym. Śledczy z Littleton decydują się wznowić sprawę śmierci jego rodziny, ale nie są pewni, czy mają wystarczająco dużo dowodów w ręku, by móc postawić go w stan oskarżenia z powodu zamordowania rodziny. I rzeczywiście, prawie zaraz po wznowieniu śledztwa zaczyna wyglądać na to, że utkwi ono znowu w martwym punkcie.
    Policja postanawia zatem przyjrzeć się śmierci Donny, licząc na to, że może znajdzie się coś, co umożliwi oskarżenie Roberta o jej zamordowanie. Niestety, w tej sprawie nie ma zbyt wielu śladów, nie ma też zeznań świadków. Jest oczywiste, że jeśli podejrzany się nie przyzna, trudno będzie udowodnić mu zamordowanie żony; jednocześnie jest bardzo mało prawdopodobne, że do zbrodni przyzna się osoba taka jak Robert, czyli ktoś, kto był w stanie dokonać kilku morderstw i od lat pozostaje bezkarny.
    FBI zwraca się z prośbą o pomoc do wykwalifikowanych profilerów. Na ich polecenie FBI zaczyna dyskretne przepytywanie rodziny i znajomych Roberta, by zebrać jak najwięcej szczegółowych informacji na jego temat, zwłaszcza takich, które mówiłyby coś o jego osobowości. Policja i FBI rozważają stworzenie strategii, która doprowadziłaby Roberta do przyznania się do popełnionych zbrodni.

    Diagnoza

    Jest już rok 1999. Robert jest cały czas obserwowany. W tym czasie mieszka on w Grand Junction w stanie Colorado, ma w sumie już czwartą żonę i pracuje jako aktor w teatrze. Gdy podczas jednej z prób nagle nie może przypomnieć sobie tekstu, udaje się do lekarza.
    Okazuje się, że Robert ma nieuleczalnego raka mózgu. O tej diagnozie – a także o tym, że został mu jedynie około rok życia – informuje rodzinę oraz przyjaciół. Jedna ze znajomych mu osób przekazuje te informację policji w Littleton.
    Śledczy z Littleton zdają sobie sprawę, że trzeba możliwie szybko zmusić Roberta do mówienia; jednocześnie mają nadzieję, że ten w obliczu śmierci zdecyduje się przyznać do popełnionych zbrodni. Rozpoczyna się wyścig z czasem – śledczy postanawiają pojechać do Grand Junction i działać tam dalej, połączywszy siły z miejscową policją. Planują zacząć od przesłuchania Roberta.

    Pierwsza rozmowa z Robertem

    W dniu 14 września 2000 roku ma miejsce pierwsza rozmowa z Robertem. Przesłuchujący go pytają, czy nie chciałby, zwłaszcza teraz, w obliczu rychłej śmierci, zrzucić z siebie ciężaru. Niestety, nie udaje się im wydobyć od podejrzanego żadnych konkretnych zeznań.
    Gdy jednak na koniec mówią, że chcieliby z nim jeszcze porozmawiać, Robert odpowiada „Wiem”, a następnego dnia rano dzwoni i sam proponuje rozmowę.
    Trudno powiedzieć, co nim kieruje – być może jest to pragnienie pozostawania w centrum uwagi, a być może świadomość, że nie ma już aż tak wiele do stracenia.
    Przełomowe przesłuchanie
    Podczas tego drugiego spotkania śledczy wcielają w życie opracowaną wcześniej strategię, której sens sprowadza się do tego, żeby przemówić do Roberta jako osoby żądnej uznania i sławy i w ten sposób nakłonić go do złożenia zeznań.
    Wygląd komisariatu zaaranżowano tak, by wyolbrzymić rozmiar dochodzenia. Biuro szeryfa wyglądało, jakby sprawą zajmowały się dziesiątki osób: na tablicy było nazwisko Roberta, a w pomieszczeniu siedziało kilka osób przy telefonach i komputerach.
    Przesłuchujący informują Roberta o tym, że jego zeznania będą miały ogromną wartość naukową. Profilerzy chcieliby go przebadać, gdyż mogliby się od niego wiele dowiedzieć. Agent mówi również, że wprawdzie miał do czynienia z zabójcami, ale nigdy z kimś tak twórczym, jeśli więc Robert zechciałby opowiedzieć o swoich zbrodniach, stałby się niezwykle interesującym obiektem badań. Przesłuchujący podkreślają, że chodzi o seryjnych zabójców – profilerzy chcą się dowiedzieć o nich więcej i dlatego Robert mógłby opowiedzieć o swoich działaniach, bo przecież ma na swoim koncie kilka ofiar.
    Strategia okazuje się niezwykle skuteczna: po czterogodzinnym przesłuchaniu Robert przyznaje się do zabójstwa pierwszej żony i dwójki swoich dzieci.
    Szczegóły dawnej zbrodni
    Pozbawionym emocji głosem opisuje ze szczegółami zbrodnię sprzed lat. Zaczyna od tego, że planował ją już wcześniej, skłonił więc kiedyś Nancy do tego, żeby wystukała literę „N” na pustej kartce, na której potem napisał „samobójczy” list.
    W dniu zbrodni powiedział żonie, że ma dla niej niespodziankę na gwiazdkę, i w ten sposób nakłonił ją, żeby zeszła na dół do piwnicy. Tam poprosił: „Chodź tu, siadaj i zamknij oczy”, a gdy to uczyniła, wyciągnął pistolet i strzelił jej w głowę.
    Robert opowiada, że następnie poszedł na górę do pokoju córki. Susan spała. „Strzeliłem jej w serce, z tego, co pamiętam. Sprawozdanie lekarza dokładnie się zgadza” – mówi Robert przesłuchującym. Następnie udał się do pokoju syna. Ten nie spał, widocznie obudził go dźwięk wcześniejszego strzału. Robert zastrzelił syna, stojąc w drzwiach. Chłopak osunął się, ale nadal żył. Robert uznał, że jeśli zbrodnia ma zostać przypisana Nancy, to nie może strzelić po raz drugi, więc udusił syna poduszką.
    Opowiadając to, Robert nie okazuje emocji, jest chłodny i bardzo rzeczowy. Równie spokojny i rzeczowy jest wtedy, gdy wyjaśnia śledczym, dlaczego zamordował całą swoją rodzinę.
    „Zdecydowałem wtedy, że to będzie dla mnie w jakiś sposób łatwiejsze niż rozwód. I powtórzę to raz jeszcze: myślałem wtedy po prostu, że to jest dobry pomysł” – stwierdza.
    To zeznanie stanowi wyjaśnienie morderstwa z roku 1978. Gdy jednak policja pyta o śmierć Donny, Robert upiera się przy tym, że to był jedynie wypadek.
    Zostać słynnym seryjnym mordercą…
    Funkcjonariusze wiedzą, że Robert pragnie sławy i uznania i że fascynuje go wizja tego, iż zostanie uznany za słynnego seryjnego mordercę. Postanawiają uderzyć w ten właśnie punkt – czyli wykorzystać jego manię wielkości.
    Agent FBI zwraca się do Roberta następującymi słowami: „Nie jesteś seryjnym mordercą, skoro zabiłeś tylko raz – a opowiedziałeś nam tylko o jednym zabójstwie, którego dokonałeś, czyli o tym sprzed 16 lat.”
    Ten chwyt okazuje się strzałem w dziesiątkę. Ponieważ Robert bezwzględnie chce uchodzić za seryjnego mordercę i zyskać poszanowanie profilerów, przyznaje się do zabójstwa Donny.

    Jak zginęła Donna

    „To była spontaniczna decyzja. Donna nie była ciężkiej postury, tak więc nie było to trudne” – relacjonuje Robert. Mówi, że po prostu wyciągnął przed siebie obydwie ręce i zepchnął żonę w przepaść. Jego motywacja była podobna, jak w przypadku pierwszej żony – takie rozwiązanie było prostsze niż rozwód.
    Robert składa na ten temat obszerne zeznania. Nie wykazuje najmniejszej skruchy ani żalu, jest wręcz dumny, że przez tyle lat nikt nie wpadł na jego ślad, mimo iż popełnił tyle morderstw. Podczas przesłuchania z widoczną fascynacją opowiada o sobie samym: „Chciałbym się dowiedzieć, co sprawiło, że zdobyłem się na taki czyn. Myślę, że większość ludzi – i tu mam całkowitą pewność – nie potrafiłaby tego. Ja jestem inny. Jestem interesujący. Pan na przykład jest zwyczajnym człowiekiem” – mówi, spoglądając na agenta FBI.
    Sprawa medialna i proces
    Informacje o całej sprawie przedostają się do mediów. W Grand Junction, w którym Robert ostatnio mieszkał i znał mnóstwo osób, wiadomość rozprzestrzenia się lotem błyskawicy. Osoby, które go znały, są wstrząśnięte, gdyż uważały Roberta za miłego, spokojnego człowieka. Całe miasto przez wiele miesięcy nie mówi o niczym innym.
    Robert trafia do aresztu. Ponieważ przyznał się do wszystkich zbrodni, nie trzeba powoływać ławy przysięgłych.
    Podczas procesu, na którym są tłumy osób, Robert zachowuje się, jakby był na scenie: uśmiecha się i mruga do znajomych.
    Zostaje uznany za winnego czterech morderstw i skazany na dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego.
    Śledczy podkreślają, że wyrok ten miał ogromne znaczenie dla bliskich Nancy, ponieważ zyskali pewność, iż nie była sprawcą śmierci swoich dzieci. Po 22 latach rodzina Nancy mogła więc odetchnąć z ulgą.
    W sierpniu 2001 roku, czyli ponad 20 lat po zamordowaniu swojej rodziny oraz 8 lat po zamordowaniu swojej żony Donny Robert Spangler umarł w więzieniu na raka. W chwili śmierci miał 68 lat.
    Źródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #kryminalistyka #mordercy #psychopatia #seryjnimordercy
    pokaż całość

  •  

    429 lat temu...

    31 października 1589 roku w niemieckim Bedburgu, odbyła się egzekucja Petera Stübbe, oskarżonego o zamordowanie 18 osób (głównie dzieci). W trakcie tortur Stübbe przyznał się do wszystkich zbrodni. Potwierdził również, że morderstw dokonywał pod postacią wilka...

    Egzekucja "wilkołaka" zgromadziła ponad 400 osób, chcących na własne oczy zobaczyć jak w męczarniach umiera "bestia z Bedburga", która przez 25 lat terroryzowała okolicznych mieszkańców. Wśród świadków kaźni byli również książęta i możnowładcy z okolicznych miast. Kat w sposób szczegółowy wykonał wszystkie postanowienia sądu.

    Najpierw połamano go kołem, by chwilę później wyrwać mu kawałki ciała z dziesięciu różnych miejsc. obcięto mu genitalia, nogi i ręce. Kiedy uznano, że Stübbe wycierpiał się już wystarczająco, kat jednym uderzeniem ściął mu głowę. Następnie bezgłowy korpus skazańca wrzucono na rozpalony stos, gdzie płonęły już dwie oskarżone o współudział kobiety.

    Dziś wielu twierdzi coraz śmielej, że Stübbe był niewinny zarzucanych mu czynów. Miał po prostu ogromnego pecha, że znalazł się na drodze pościgu zdesperowanych wieśniaków za wilkiem, którego początkowo obwiniano za wszystkie zbrodnie. Wilk uciekł, Stübbe takiej możliwości już nie miał. To doprowadziło do błędnego przekonania, że nastąpiła przemiana wilka w człowieka...

    Więcej o bestii z Bedburga:
    "Peter Stübbe - bestia z Bedburga"

    Na zdjęciu:
    Peter Stübbe stał się bohaterem figurek dla turystów.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #niemcy #mordercy #zbrodnia #kalendarium
    pokaż całość

    źródło: Stubbe Peter.jpg

  •  

    WAMPIR ZE SZTOKHOLMU

    4 maja 1932 roku w Sztokholmie, nieopodal stacji metra Sankt Eriksplan znaleziono martwą Lilly Lindeström, 32-letnią prostytutkę. Kobieta została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu. Według ustaleń policji zabójstwa dokonano 2 lub 3 dni wcześniej.

    Po wejściu do mieszkania ofiary policja zastała makabryczny widok: naga Lilly leżała nago, brzuchem do dołu, na własnej kanapie. Jej głowa była niemal całkowicie roztrzaskana. Całe mieszkanie było nieskazitelnie wysprzątane, a ubrania denatki schludnie ułożone na podłodze. Na miejscu zbrodni znaleziono również zakrwawioną chochlę do sosów, była ona jednak zbyt lekka, by uznać ją za narzędzie zbrodni. Poza krwią z obrażeń głowy wokół ciała znajdowało się mnóstwo mniejszych i większych plam krwi, pochodzenia której śledczy nie byli pewni.

    Za przyczynę zgonu uznano bardzo silne uderzenie w głowę. Podczas śledztwa ustalono, że krótko przed swoją śmiercią ofiara odbyła stosunek seksualny. Podczas oględzin zwłok okazało się, że w odbycie ofiary wciąż znajdowała się wypełniona spermą prezerwatywa. Podczas sekcji zwłok odkryto, że prawie cała krew Lilly została usunięta z jej ciała.

    Policja przypuszczała, że sprawca wypił krew ofiary, wykorzystując w tym celu znalezioną na miejscu zbrodni chochlę do sosów. O dokonanie zbrodni podejrzewano poprzednich klientów zamordowanej, jednak, po długim śledztwie, żadnemu z nich nie postawiono zarzutów. Szwedzki tabloid „Aftonbladet” nazwał nieuchwytnego mordercę „Wampirem ze Sztokholmu”.

    Sprawy morderstwa Lilly Lindeström nigdy nie udało się rozwiązać.

    Na zdjęciu:
    Lilly Lindeström, ofiara niezidentyfikowanego „Wampira ze Sztokholmu”.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #szwecja #europa #kryminalne #ciekawostkihistoryczne #kryminalistyka #xxwiek #mordercy #sztokholm
    pokaż całość

  •  

    Pełne nagranie z kamer z technikum w rosyjskim Kerczu, gdzie uczeń, Władysław Rosljakow, zabił 21 osób. Daję 18+, bo nagranie jest drastyczne. Komentarz jest po rosyjsku, ale można włączyć tłumaczenie napisów. Jeśli coś będzie niezrozumiałe, to przetłumaczę.

    Rosyjscy śledczy donoszą, że Rosljakow przygotowywał się do ataku już od półtora roku. Na nieużytkach znajdujących się koło domu ćwiczył m.in. detonację ładunków wybuchowych. Materiał wybuchowy pozyskiwał prawdopodobnie z pocisków z II wojny światowej (w okolicach miasta Kercz jest ich dużo, natrafiają na nie poszukiwacze), przy czym - zaznaczają - wymagało to sporych umiejętności. Domowej roboty bomby wypełnił metalowymi przedmiotami (śrubami, podkładkami, pokrzywionymi gwoździami), niektórymi wielkości palca wskazującego. Siła ładunku była tak duża, że przedmioty te wbijały się ofiarom wgłąb narządów wewnętrznych, przy czym - ponieważ były brudne - powodowały natychmiastowe powstanie stanu zapalnego, u wielu pacjentów ropowicę jelit, ropnie.

    Przed popełnieniem zbrodni osiemnastolatek spalił literaturę religijną - za jego domem odkryto nadpalone kartki Biblii, na jednej z nich zakreślone było zdanie: Zbierz cały naród: mężczyzn, kobiety i dzieci, i cudzoziemców, którzy są w twoich murach, aby słuchając uczyli się bać Pana, Boga waszego, i przestrzegać pilnie wszystkich słów tego Prawa (Księga Powtórzonego Prawa, 31,12). Warto zauważyć, że matka Rosljakowa była członkiem zboru Świadków Jehowy (organizacji w Rosji nielegalnej) i na tym tle miało dochodzić do konfliktów między nią a synem.

    Przed wyjściem z domu chłopak spalił też swój komputer i telefon.

    #rosja #mordercy #swiat #kryminalne trochę #psychologia #religia #wiara
    pokaż całość

    źródło: youtube.com 18+

  •  

    Ostatnio pojawia się na wypoku dużo spraw kryminalnych, więc zastanawiam się, jak zostanie przyjęta taka sprawa.

    George'a Juniusa Stinneya - najstarszego syna młynarza w Karolinie Północnej - oskarżono o zgwałcenie i zabicie dwóch białych dziewczynek: jedenastoletniej Betty June Binnicker i ośmioletniej Mary Emmy Thames.

    Jedynym dowodem w sprawie było rzekome przyznanie się chłopca (rzekome, bo nie zachowała się żadna pisemna notatka czy transkrypcja - jedynie zeznanie oficera H.S. Newmana). Pojawiły się też poważne wątpliwości - ofiary zostały zabite ciężką, kolejową belką (łącznie zadano 13 ciosów). Ważący 40kg Stinney miałby duże problemy z podniesieniem tej belki, nie mówiąc o zadawaniu ciosów. Nie zbadano też dojrzałości płciowej chłopca, aby upewnić się, że mógł dopuścić się gwałtu. Także trójka jego rodzeństwa utrzymywała, że w czasie popełnienia zbrodni ich brat przebywał z nimi (choć oczywiście nikt nie był zainteresowany ich zeznaniami).

    Proces trwał niecałe trzy godziny. Na wydanie wyroku skazującego 12 przysięgłych (sami biali mężczyźni) potrzebowało 10 minut. Sędzia Phillip Stoll uzasadnił wyrok śmierci, tym że "Stinney był bardzo zdemoralizowaną jednostką". Adwokat Stinneya, Charles Plowden, nie próbował właściwie bronić klienta, nie poinformował go też o możliwości odwołania się i nie próbował komentować werdyktu. W wywiadzie powiedział, że "nie było sensu, bo rodzina nie miała na to pieniędzy".

    Wyrok wykonano w Central Correction Institute w Columbia w Karolinie Południowej, używając krzesła elektrycznego. Ze względu na drobną budowę ciała (155cm, 40kg), strażnicy mieli problemy z zapięciem pasów, a w czasie egzekucji musiał siedzieć na książce telefonicznej. Świadkowie uznali egzekucję za makabryczną, bo po pierwszym włączeniu prądu opadła zbyt duża maska zasłaniająca twarz. Stinney umarł po około 4 minutach.

    George Junius Stinney jest najmłodszym skazany na śmierć w USA i na całym kontynencie amerykańskim w XX wieku. Gdy wykonywano wyrok miał czternaście lat, siedem miesięcy i 29 dni.

    18 grudnia 2014 sąd uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję. Obrońcy praw człowieka od lat domagali się rewizji wyroku, podkreślając, że zabarwiony był rasizmem i nie opierał się na wiarygodnych dowodach. W latach 40. w Karolinie Południowej królowały tzw. prawa Jima Crowa, które ograniczały wolności obywatelskie czarnoskórej ludności. Ich celem było pogłębienie segregacji rasowej.

    #kryminalne #kryminalistyka #rasizm #mordercy #neuropa
    pokaż całość

  •  

    Pedofil, sadysta, morderca. Kolejny ksiądz? Nie. Bestia z Torunia jest homoseksualistą.

    https://nowosci.com.pl/dozywocie-dla-andrzeja-g-seksualnego-sadysty-i-mordercy-jest-wyrok-torunskiego-sadu-zdjecia/ar/13114520/2

    (Homoseksualiści stanowią 2-3% społeczeństwa, a odpowiadają za 20-30% aktów pedofilskich, środowisko LGBT prężnie działa nad zalegalizowaniem pedofilii i tak jak lobby homoseksualne wykreśliło te zboczenie z listy chorób, tak teraz chcą to zrobić z pedofilią)

    #bekazlewactwa #polska #mordercy #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    #kryminalne #bekaztransa #mordercy #seryjnimordercy #patologia #podludzie

    48-letni Adesh Khamra to krawiec z Indii, który przez lata mordował kierowców ciężarówek. Nabrał w tym tak dużej wprawy, że najprawdopodobniej przyjmie miano drugiego największego seryjnego mordercy w historii Indii.Najbardziej miało mu zależeć na… zapewnieniu kierowcom zbawienia i uwolnieniu ich od trudów codziennej egzystencji. Podkreślał bowiem, że kierowcy wiodą życie w bardzo ciężkich warunkach i doświadczają w nim wiele bólu.

    https://40ton.net/zamordowal-33-kierowcow-ciezarowek-oraz-pomocnikow-chcial-wybawic-trudow-zycia/
    pokaż całość

    źródło: 40ton.net

  •  

    ION RIMARU – WAMPIR Z BUKARESZTU

    Urodził się w rumuńskim mieście Corabia, w roku 1946. Nie miał łatwego dzieciństwa. Jego ojciec (Florea Rimaru) regularnie bił matkę, a w roku 1956 opuścił rodzinę i wyjechał do Bukaresztu. Ion od najmłodszych lat sprawiał problemy wychowawcze. W szkole wywołał skandal obyczajowy, gdy okazało się, że miał romans z młodszą córką swojego nauczyciela.

    Pierwszy raz skazany został (za kradzież) w wieku 18 lat. Niedługo potem rozpoczął studia na wydziale weterynarii uniwersytetu rolniczego w Bukareszcie. Jeden z jego profesorów opisał go jako nieśmiałego półanalfabetę z małym zasobem słownictwa i wąskim zakresem zainteresowań.

    Koledzy unikali go, ponieważ ich zdaniem, zachowywał się dziwnie. Gdy wpadał w szał, dokonywał samookaleczenia. Miał niekontrolowany popęd seksualny. Jeden ze studentów zeznał, że Rimaru całą noc czatował pod drzwiami innego studenta, wiedząc, że przyszła do niego koleżanka. W 1967 lekarze stwierdzili u niego problemy ze zdrowiem i to zarówno fizycznym jak i psychicznym.

    Na przełomie 1970 i 1971 w Bukareszcie doszło do kilkunastu napadów na kobiety. Sprawca śledził je, a następnie atakował i pozbawiał przytomności za pomocą młotka, siekiery, metalowego pręta lub noża. Wiele z ofiar zostało zgwałconych, często brutalnie. Cztery ofiary zmarły. Sprawca często odrywał kawałki ubrań, a nawet obnażał całe ciała. Dochodziło również do aktów kanibalizmu, ponieważ sprawca odgryzał fragmenty piersi bądź genitaliów, a jednej z ofiar wypił krew. Można również mówić o elementach nekrofilii, ponieważ gwałcił ofiary, gdy te już zmarły. Sprawca dokonywał swoich czynów w trudnych warunkach atmosferycznych jak burza, śnieżyca, mgła bądź silne wiatry.

    Wieść o przestępstwach rozeszła się lotem błyskawicy. Kobiety bały się same wychodzić z domu. Niechęć władz do ujawniania informacji spowodowała rozprzestrzenianie się plotek, często absurdalnych. Po kilku przestępstwach władze zauważyły, że mają do czynienia z seryjnym mordercą. Zmobilizowano tysiące policjantów, agentów Securitate, a także lekarzy, kierowców autobusów, motorniczych, kelnerów i recepcjonistów. Przełom nastąpił w maju 1971, gdy przy trzeciej ofierze znaleziono ślady włosów sprawcy i diagnozę choroby, która stwierdzała okresową epilepsję. Dokument był zamoczony i jedyne co było widoczne to nagłówek. Wystawiono go w studenckim szpitalu.

    Po kilku dniach udało się odczytać dokument. Okazało się, że wystawił go dr Octavian Ienişte w marcu tego samego roku. Lekarz zeznał że badał 83 studentów, a 15 nie złożyło dokumentów władzom uniwersytetu. Rimaru był jednym z nich. Policja zaczęła obserwację podejrzanych. 27 maja policja weszła do akademika i zaczęła przeszukanie. Wtedy Rimaru wrócił i został aresztowany, po tym jak odkryto w jego torbie siekierę i nóż. Jego włosy i uzębienie zostało porównane z tymi znalezionymi na miejscu zbrodni. Były identyczne.

    Po aresztowaniu, podejrzany nie rozmawiał z nikim, a podczas przesłuchania jedynie wpatrywał się w ścianę. Gdy do jego celi wprowadzono policjanta udającego złodzieja, zaczął mówić. Przyznał się do popełnienia 23 czynów. Był podejrzany o popełnienie trzech morderstw, a do reszty (1 zabójstwo, 6 usiłowań, 5 gwałtów i 7 kradzieży) przyznawał się albo on, albo jego ojciec. Podczas okazania, wszystkie jego ofiary były przerażone widząc go. W czasie śledztwa albo przyznawał się do winy, domagając się zawiezienia na miejsce zbrodni, albo starał się przekonać funkcjonariuszy do swej niepoczytalności. Przed sądem odmówił składania zeznań, gdy dowiedział się, że lekarze uznali go za poczytalnego. Nie odpowiadał nawet na pytania zadawane przez swojego obrońcę. Wycofał też swoje przyznanie się do winy.

    Sąd skazał Rimaru na śmierć, co zostało przyjęte oklaskami przez widzów na sali sądowej. Odwołał się od wyroku, ale sąd odwoławczy podtrzymał wyrok. 23 października 1971 został przewieziony do więzienia w Jilavie i tam stracony. Jego zwłoki pochowano na cmentarzu miejskim w nieoznakowanym grobie. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział przed śmiercią brzmiały:
    „Zadzwońcie po mojego ojca! Niech przyjedzie i zobaczy co się ze mną dzieje! To on jest winny! Tylko on! Ja chcę żyć!”

    Ojciec Rîmaru, Florea, wiedział o zbrodniach swojego syna. Policja podejrzewała, że podżegał go do popełnienia przestępstw. Po napadzie na kasjera, ojciec zmusił syna do powrotu na miejsce przestępstwa i pokazania mu co zrobił. Następnie ukrył pieniądze oraz zabrał siekierę i nóż, z którymi Ion wrócił w momencie aresztowania. Był trzykrotnie aresztowany, ale wypuszczano go, ponieważ zgodnie z rumuńskim prawem nie można zmusić członków rodziny do zeznawania przeciwko sobie.

    Florea Rîmaru zmarł rok po swoim synu. Oficjalnie wypadł z pociągu, choć istnieje podejrzenie, że został wypchnięty przez agentów Securitate. Jego ciało przewieziono do instytutu medycyny sądowej i poddano badaniom podczas których m.in. zdjęto odciski palców i zmierzono stopy. Okazało się, że pasują idealnie do sprawcy czterech zabójstw popełnionych latem 1944 w Bukareszcie. Ofiary tych zbrodni były również kobietami, a zabójstw dokonano podczas burzy i za pomocą tępego narzędzia. Pasowały nawet imiona pierwszych ofiar. Pierwszą ofiarą Florei była Elena Udrea, Iona - Elena Oprea.

    #wmrokuhistorii #historia #kryminalne #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #seryjnimordercy #rumunia #zbrodnia #wampir #ciekawostkihistoryczne #mordercy
    pokaż całość

    źródło: Ion Rimaru.png

  •  

    GEORGE REEVES - TAJEMNICZA ŚMIERĆ SUPERMANA

    Postać Supermana znana jest z komiksów, filmów animowanych i seriali telewizyjnych. Bohatera spopularyzował na świecie aktor George Reeves (1914-1959), który w roku 1951 podpisał niezbyt opłacalny, wieloletni kontrakt na serial „Przygody Supermana”.

    37-letni aktor, mający za sobą występ w przeboju „Przeminęło z wiatrem”, doskonale zdawał sobie sprawę, że występy w telewizji maja niższy prestiż niż gra w kinowych hitach. Jednak status światowej gwiazdy, jaki zapewniła mu postać Clarka Kenta, zrekompensowała mu spadek (jak sam uważał) do hollywoodzkiej „drugiej ligi”.

    Reeves spędził na planie serialu kilka następnych lat. U szczytu sławy aktor nawiązał romans z Toni Lanier, żoną Eddiego Mannixa, jednego z szefów wielkiego studia MGM. Wierzył, że w Hollywood jest nietykalny i zupełnie zignorował fakt, że mąż jego kochanki to były gangster z New Jersey. Mannix był zamieszany w kilka spraw o morderstwo i wciąż utrzymywał kontakty z mafią.

    Romans Toni i Supermana stał się tajemnicą poliszynela. Niby nikt nic nie wiedział, ale całe Los Angeles aż huczało od plotek. Wcześniej czy później pogłoski o małżeńskiej zdradzie musiały dojść do uszu Eddiego. I doszły w roku 1959.

    Kontrakt telewizyjny Reevesa wygasł, a on nie otrzymywał żadnych nowych angaży. Aktor zaczął pić i popadł w depresję. 16 czerwca 1959 roku ciało George’a znaleziono w jego rezydencji. Zginął od strzału w głowę z bliskiej odległości.

    Oficjalnie uznano to za samobójstwo - mimo, że w domu Reevesa nie znaleziono broni, z której padł strzał, a w ścianie sypialni, w której zginął, znaleziono dwie kolejne kule, pochodzące z tej samej broni, co kula z głowy Reevesa.

    Choć policja uznała sprawę za nierozwiązaną, nieoficjalnie w całym Los Angeles mówiono, że aktora zabiła mafia. Nie wiedziano tylko, kto wynajął zabójcę – zdradzony Mannix, czy porzucona Toni…

    Na zdjęciu:
    George Reeves w swojej najsłynniejszej roli - jako Suparman.

    #wmrokuhistorii #historia #ameryka #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #hollywood #mordercy #ciekawostkihistoryczne #zbrodnia
    pokaż całość

    źródło: Reeves.jpg

  •  
    c............t

    +20

    Ostatnio niesamowicie wciągnęłam się w kanał Stanowo.com Laska opowiada o morderstwach, dziwnych sytuacjach i niewyjaśnionych zaginięciach/morderstwach. Jej materiały trwają po godzinę, czasem więcej, ale kurde :D Włączam jak jadę pociągiem, tramwajem. Leci w tle jak sprzątam, czy robię coś na kompie. Jak dla mnie opowiada bardzo fajnie i ma fajny głos, ale podejrzewam, że niektórych jej sposób mowy może denerwować. Opowiada tak, że można się zapoznać z mordercą, czy ofiarą i jakoś pozostaje później smutek, nostalgia. A nie takie suche fakty kto kogo gdzie kiedy zabił. Tu możemy się wczuć w sytuację.
    Nie wiem czy znacie, czy nie. Ale polecam gorąco, konsumatumest.
    #polskiyoutube #youtube #mordercy #kryminalne #gownowpis
    pokaż całość

  •  

    11 sierpnia 1934 roku oficjalnie zostało otwarte więzienie Alcatraz. Jak to wszystko się zaczęło? Czy faktycznie dopiero wtedy zaczęto więzić tam ludzi?

    W 1775 roku do zatoki San Francisco wpłynął statek San Carlos Juan de Ayala. Jego kapitan dostrzegł niewielką, skalistą wyspę, na której było bardzo dużo ptaków. Postanowił więc ją ochrzcić mianem "Isla de los Alcatres", czyli "Wyspą Pelikanów". Była omijana od zawsze. Nie było tam słodkiej wody, także roślinność nie należała do bujnych. Indianie wierzyli, że zamieszkują ją duchy.
    Od samego początku pełniła funkcję izolacyjną, ponieważ zsyłano tam osoby łamiące podstawowe reguły obowiązujące w plemieniu.

    W 1854 roku ustawiono tam pierwszą na zachodnim wybrzeżu latarnię morską i zaczęto budować fort, który rozpoczął pełnienie swej funkcji w grudniu 1859 roku. W forcie zamontowano ponad setkę dział. Takim sposobem USA uzyskało największą wojskową fortyfikację na zachodzie i pierwszą stałą placówkę na Pacyfiku. Mimo tego Alcatraz dla fanów militariów była od zawsze ciekawostką, ponieważ jedynym wykorzystaniem dział była salwa po śmierci Lincolna (co ciekawe, od razu postanowiono tam umieścić kilkadziesiąt osób, które były zadowolone z jego morderstwa).
    W końcu (z początkiem wojny secesyjnej) stwierdzono, że Alcatraz nie sprawdzi się jako fortyfikacja i stwierdzono, że będzie dobrym miejscem do osadzania więźniów, ponieważ dookoła niej szaleją silne i zimne prądy wodne.

    Pod koniec wojny, w 1865 roku trzymano tam już 50 więźniów. Zsyłano tam dezerterów, żołnierzy konfederackich i cywilów ze zbuntowanych stanów. Warunki, w których żyli były tragiczne. Trzymano ich w piwnicach wartowni, spali obok siebie na kamiennej posadzce. Nie mieli dostępu do bieżącej wody, ogrzewania czy też toalety. Ich jedynym pożywieniem był chleb i woda.
    Część posiadała przykute do nogi kule. Cięższą formą kary było umieszczenie więźnia w małym, zamkniętym i nagrzanym pomieszczeniu. W pewnym momencie miejsce zaczęło się kończyć. Początkowo więźniowie byli zmuszeni do zbudowania drewnianych cel, później zastąpiono je budynkami. Część tą nazywano Dolnym Więzieniem.

    Od około 1870 roku zaczęto zsyłać na Alcatraz pojmanych Indian. Największą grupą przywiezioną w styczniu 1895 roku było 19 przedstawicieli "starszyzny" plemienia Hopi (plemię nadal istnieje, są osiedleni w Arizonie, na terenie rezerwatu). Zostali pojmani za to, że nie zgodzili się na przymusową edukację i toczyli spory o ziemię.

    4 lipca 1876 roku, dokładnie w setną rocznicę uzyskania niepodległości przez USA postanowiono zademonstrować (po raz ostatni) możliwości obronne budowli. W tym celu został zbudowany statek, którego celem było uderzenie w fort i efektowne zatonięcie. Akcja nie powiodła się.

    W roku 1899, tuż po zakończeniu wojny amerykańsko-hiszpańskiej w więzieniu przebywała ponad dwudziestokrotnie większa liczba ludzi, niż powinna. Był to ogromny napływ porwanych hiszpanów i amerykańskich żołnierzy, którzy dopuścili się przestępstw. Przekroczono wtedy liczbę 450 osadzonych. Więźniowie dostali nakaz wybudowania ponad 150 metrowego bloku. Mieściło się w nim 600 cel, każda miała toaletę. Dodatkowo wybudowano elektrownię zasilającą wyspę, kantynę, kuchnię, bibliotekę, umywalnię i warsztaty pracy. Po 13 latach, chwilę przed wybuchem I WŚ zakończono prace.
    Wkrótce na wyspie zaczął się napływ wziętych do niewoli, niemieckich marynarzy.
    Był to moment w którym Alcatraz zasłynęło swoją złą sławą. Co się do tego przyczyniło?
    Ostre i ścisłe przepisy, a także surowe kary za ich łamanie. Do kar zaliczało się ograniczenie jedzenia, bardzo ciężka praca i przykuwanie ponad 5 kg kul do jednej z nóg. Więźniów bardzo często wykorzystywano jako służących rodzinom żołnierzy. Robili wszystko, nawet zajmowali się dziećmi.
    Do1933 roku zliczono 29 prób ucieczki,łącznie próbowało zbiec 80 osadzonych. 17 z nich albo udało się uciec, albo utonęli w bezlitosnych wodach. Resztę schwytano lub totalnie wyczerpani postanowili wrócić.

    To właśnie w 1934 roku zaostrzono przepisy i wzmocniono ochronę na tyle, że ucieczka z wyspy stała się niemal niemożliwa. W tym samym roku armia stwierdziła, że utrzymanie obiektu kosztuje zbyt wiele (zwłaszcza transporty wody i żywności). Obiekt oddano władzom cywilnym.

    W lipcu tego samego roku, po dwóch latach odbywania kary w Atlancie do Alcatraz został przeniesiony najsłynniejszy więzień tych murów. Wówczas 35-letni Alphonse Gabriel Capone został przeniesiony tam ze względu na to, że w Atlancie był traktowany ze zbyt wielką ulgą, bardziej jako celebryta, niż przestępca. Na wyspie nie mógł na to liczyć. Stamtąd nie mógł już operować swoim gangiem i nie liczyły się jego pieniądze. Również nie był lubiany przez współwięźniów, nękali go, a nawet kilkukrotnie próbowali zabić. Wszystkiemu winny był brak respektu dla tamtejszych zwyczajów i fakt, że odmawiał uczestnictwa w buntach. W 1938 roku przeniesiono go do więziennego szpitala, chorował przez kiłę (nabawił się jej w młodzieńczych czasach) i mocny upadek psychiczny (chorował na demencję i miał wiele innych związanych z syfilisem zaburzeń). 6 stycznia 1939 przeniesiono go do więzienia o złagodzonym rygorze w Kalifornii, został z niego zwolniony 16 listopada tego samego roku (odbył w sumie 7 z 11 lat kary pozbawienia wolności).

    Pierwszy masowy transport odbył się właśnie 11 sierpnia 1934 roku. Dokładnie 84 lata temu 60 agentów FBI przetransportowało 137 więźniów sprawiających trudności, głównie morderców i złodziei. Na miejscu przyjęło ich 155 strażników, których zadaniem nie było resocjalizować, a utrzymywać porządek, wszystkiego pilnował James A. Johnston, który był dyrektorem placówki najdłużej (napisał o tym książkę "Alcatraz Island Prison and the Men Who Live There" którą można kupić już za niecałe 6$). W 1963 roku Alcatraz zostało zamknięte z powodów budżetowych i dziś jest tylko muzeum.

    Niemal wszyscy więźniowie byli gangsterami lub mordercami. Najsłynniejsi przetrzymywani tam ludzie oprócz Capone to:
    - George Kelly Barnes ("Machine Gun Kelly"). Uprzednio był drobnym przemytnikiem, odbył karę i wyszedł za dobre sprawowanie. W świat przestępczy wprowadziła go jego żona, Kathryn Thorne, kupiła mu pierwszą broń (stąd też pseudonim "Machine Gun"). 22 lipca wraz z Albertem L. Batesem uprowadził Charlesa F. Urschela i Waltera R. Jaretta (przy wspominkach będę pisała tylko o Urschelu). Zażądali 200 000 dolarów okupu (dziś 3.8 miliona dolarów). Byli więzieni na ranczu teściów Kelly'ego. Urschel jednak znacznie przechytrzył oprawców. Miał zawiązane oczy, ale zapamiętywał odgłosy otoczenia, zostawiał odciski palców na przedmiotach w zasięgu rąk, odliczał kroki. Teściowie i wspólnik zostali zatrzymani 12 sierpnia. Małżeństwo zostało zatrzymane dopiero 26 września 1933 roku.
    12 października 1933 roku zostali skazani na dożywocie. Kelly po skazaniu spędził siedemnaście lat w Alcatraz, był więźniem o numerze 117. W 1951 roku potajemnie przeniesiono go do innego więzienia. 18 lipca 1954 roku podczas 59 urodzin zmarł na atak serca.
    - Albert Lawrence Bates. Złodziej i jeden z najlepszych włamywaczy w latach '20 i '30, wieloletni partner "Machine Gun Kelly'ego". Przebywał w Alcatraz dwa razy. Początkowo w momencie, gdy była to jeszcze placówka wojskowa, skazany za dezercję. Następnie wielokrotnie skazywany za włamania. W późniejszym czasie zaczął rabować banki w towarzystwie Kelly'ego. Następnie porwali Urschella. Zmarł 4 lipca 1948 roku w Alcatraz z powodu ataku serca.
    - Alvin Francis Karpis "Creppy Ray" (urodzony jako Albin Francis Karpavičius). Pochodzący z Litwy zbrodniarz, jeden z dowódców gangu Barker-Karpis. Był jedynym z czterech "Publicznych wrogów nr. 1" i jako jedyny nie został zabity przed schwytaniem. Spędził najwięcej czasu jako więzień Alcatraz (26 lat). Przygodę z łamaniem prawa zaczął dość wcześnie, bo w wieku 10 lat. Sprzedawał wówczas pornografię i zaczął obracać się w towarzystwie hazardzistów, przemytników i alfonsów. Mając ledwie 19 lat został skazany na 10 lat za włamanie, ale uciekł. Następnie przyłapano go na kradzieży samochodu i odesłano do poprawczaka. Gdy przewieziono go do innego więzienia w którym spotkał Freda Barkera (brata Arthura) i po wyjściu Karpisa założyli gang Barker-Karpis (Barker sterował nim z więzienia). W pewnym momencie liczył on aż 25 osób. Kierował działaniami podczas porywania Hammera i Bremera (przyjaciela Roosvelta). Po strzelaninie, w której zabito Ma i Freda Bakerów niemal zakończył swoją karierę, lecz FBI namierzyło go razem z Campbellem, po tej sytuacji ukrywał się kilka miesięcy, ale nie zaprzestał swoich działań. Udało mu się jeszcze zrabować pociąg i zarobić na tym 27 000 dolarów. 1 maja 1936 roku został schwytany, przebywał w Alcatraz aż do jego zamknięcia, podczas dalszej kary spotkał nawet młodego Mansona. Został zwolniony warunkowo, lecz jego książka została wydana pośmiertnie. Prawdopodobnie zmarł przez przedawkowannie leków i alkoholu, nie wykonano sekcji zwłok, został pochowany w Hiszpanii.
    Ciekawostka: W 1934 roku Karpis usunął z dłoni linie papilarne.
    - Arthur R. Baker ("Doc"). Członek gangu rodzinnego stworzonego przez matkę, a kontynuowanego przez jego brata i Alvina Karpisa. Był znany z gwałtownych i nieprzemyślanych decyzji. Skazywany uprzednio za rabunki i morderstwo. Został skazany na karę śmierci, lecz zwolniony z niej warunkowo po odwołaniu. Niedługo po wyjściu uczestniczył w napadach, podczas których zabito 3 policjantów. Podczas porwania dwóch zamożnych ludzi (William Hammer i Edward Bremer) zatrzymał się by zatankować samochód, zdjął w tym celu rękawiczkę. Odcisk zidentyfikowano. Został skazany na dożywocie. Wraz z Karpisem wysłano go do Alcatraz. Zginął 13 stycznia 1939 roku. Podczas jednej z wielu zakończonych niepowodzeniem ucieczek został postrzelony w głowę, gdy po wydostaniu próbował zbudować tratwę z Dale'm Stamphill'em.
    - Harvey Bailey ("The Dean of American Bank Robbers"). Był jednym z najlepszych złodziei. Dokonał największego rabunku banku w historii. Wyszedł z niego z ponad milionem dolarów. Od 1920 nie ukradziono większej kwoty. Do Alcatraz przeniesiony za ucieczkę z więzienia w Dallas. W tym celu porwał strażnika i użył go jako żywej tarczy. Schwytano go ponownie i uznano, że brał współudział w porwaniu Charlesa F. Urschela (był na ranczu na którym go przetrzymywano), skazano go na dożywocie.
    - Robert Franklin Stroud (Birdman of Alcatraz"). Morderca uznany za jednego z najbardziej znanych przestępców USA. W Leavenworth zajmował się hodowlą i sprzedażą ptaków, stał się również szanowanym ornitologiem, niestety, nie pozwolono mu tego robić w Alcatraz.
    W wieku 13 lat uciekł od ojca, a w wieku zaledwie 18 był alfonsem na Alasce. W styczniu 1909 roku (19 lat) zastrzelił barmana, który zaatakował jego prostytutkę. Skazano go na 12 lat. Bardzo szybko zyskał reputację niebezpiecznego osadzonego, często konfrontował się z innymi więźniami i strażnikami. W 1916 roku zasztyletował strażnika. Po kilku procesach skazano go na dożywocie. W 1920 roku gdy przebywał w izolatce odkrył gniazdo z trzema wróblami i zaczął się nimi opiekować. Wkrótce jego kolekcja sięgała 300 kanarków.Wydał książkę na temat ptaków. Znacznie rozwinął temat patologii i wynalazł sposób leczenia krwotocznej posocznicy. Zyskał tym duży szacunek ornitologów i rolników. Ostatecznie w 1942 przeniesiono go do Alcatraz, gdy odkryto, że potajemnie wytwarza alkohol.
    19 grudnia 1942 roku został więźniem nr. 594 w Alcatraz, rok później zdiagnozowano go jako psychopatę. Gdy pozbawiono go ornitologii postanowił napisać książkę na temat zmian systemu karnego na przestrzeni lat. W 1959 roku przeniesiono go do Centrum Medycznego dla więźniów w Springfield. Zmarł 21 listopada 1963 roku. W więzieniu spędził 54 lata, z czego 42 w izolatce.

    Ucieczek z Alcatraz było wiele, mniej lub bardziej spektakularnych. Tylko co do jednej jest przypuszczenie, że nie skończyła się tragicznie. To właśnie ta najbardziej znana, z 11 czerwca 1962 roku. Wtedy Frank Lee Moris oraz bracia John i Clarence Anglin opracowali w ciągu kilku miesięcy plan. Jednak czy doskonały?
    Z ponad 50 płaszczów przeciwdeszczowych uszyli tratwę. Okradali pracownie więzienne w celu zdobycia narzędzi ucieczki. Pracowali nad tunelem na zmianę kilkaset godzin. Bracia (osadzeni razem w celi) przygotowali manekiny z mydła, papieru toaletowego, włosów ukradzionych fryzjerowi, a także dokładnie namalowane podobizny. O godzinie 21:30 zgasły światła w całym budynku. Morris i Anglinowie przez pokrywę wentylacji przeszli na dach, następnie ponad 15 metrów w dół i tu ślad o nich zaginął. Alarm zabrzmiał dopiero kolejnego dnia. Według FBI utonęli, znaleźli wiele rzeczy z ich ekwipunku, ale nigdy nie trafiono na ciała. 17 lipca 1962 rzekomo załoga okrętu SS Norefjell widziała niedaleko mostu Golden Gate dryfujące ciało w uniformie więziennym. Informacja została jednak przekazana dopiero w październiku, a zwłok nigdy nie odnaleziono.

    Współtowarzysz z celi Morrisa (miał również uciekać i pomagał w przygotowaniach) zdradził plany o kradzieży ubrań i samochodu, lecz żadne nie zostały w tym czasie odnotowane.
    Próbowano iść wieloma tropami:

    - Holenderscy naukowcy stwierdzili, że prądy wodne podczas tej nocy miały ich zaprowadzić na znajdującą się obok wyspę Angel.
    - Brat Anglinów twierdził, że dostał od nich list (przebywał wtedy w więzieniu). Zmarł dwa lata później, ale rodzina twierdziła, że go zabito, gdyż nie chciał wyjawić kryjówki.
    - Powstała nawet plotka, że bracia przyszli w kobiecych charakteryzacjach na pogrzeb swojej matki. Nawet ten trop został zbadany.
    - W 2013 roku na posterunek w Richmond rzekomo wysłał list John Anglin. Twierdził w nim, że Morris zmarł w 2008 roku, a Clarence w 2011. Pisał też, że ma 83 lata i choruje na raka. Napisał również, że jeśli w telewizji zostanie ogłoszone, że będzie skazany na rok więzienia ze słuszną opieką medyczną - poda miejsce swego pobytu. FBI mimo grafologii i odcisków palców nie jest w stanie potwierdzić autentyczności, mimo, że w nią wątpią.
    Śledztwo może zostać umorzone dopiero 11 maja 2030 roku, gdy nadejdzie dzień 99 urodzin Clarence.

    pokaż spoiler Źródła: newsweek, wikipedia, filmy.
    Dodałam jeszcze 11 sierpnia, ale Mihau zepsuł.


    #historia #kryminalne #gruparatowaniapoziomu #mordercy #usa i troszkę #militaria
    pokaż całość

  •  

    Skazany na karę śmierci. Mirosław S. zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił

    - Ta dziewczynka miała tylko 10 lat. Mirosław S. ją zwabił, udusił, a potem kilkukrotnie zgwałcił - wspomina emerytowany policjant. Do tej okrutnej zbrodni doszło latem 1990 roku we wsi Krzeszna na Kaszubach. Sprawca żyje, przebywa w ośrodku w Gostyninie. I zna dane osobowe 8-latki z domu dziecka w Toruniu. O tym, że groźny przestępca, izolowany w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, otrzymał dane 8-latki z domu dziecka „Młody Las” w Toruniu, piszemy od tygodnia. Dziś ujawniamy, czego się dopuścił w 1990 roku.

    Do zbrodni doszło 12 sierpnia 1990 roku we wsi Krzeszna. To letniskowa miejscowość, położona w samym sercu Kaszub, dokładnie w gminie Stężyca, w powiecie kartuskim. W czasach PRL-u tutejsze jeziora (Krzeszna leży u zbiegu Ostrzyckiego i Potulskiego) dosłownie oblepione były wypoczynkowymi ośrodkami zakładowymi.
    - Do jednego z takich ośrodków przyjechali też ci rodzice z 10-letnią dziewczynką - wspomina emerytowany już policjant z tej gminy, do którego udało nam się dotrzeć. - Pamiętam, że lato 1990 roku było całkiem ładne. W tamte dni bardzo dużo dzieciaków praktycznie nie wychodziło z jeziora. Rodzice spokojnie puszczali je w miejsca, gdzie była mielizna. Ta 10-latka też tam się bawiła... Mirosław S., wówczas koło trzydziestki, podpłynął do bawiących się dzieci łódką. Był w samych kąpielówkach. Zapraszał dzieci na łódź, ale chętnych nie było. W końcu zgodziła się ta jedna dziewczynka. Zrobiła to mimo protestów młodszej, 6-letniej towarzyszki zabaw, która przypominała jej, że „miała już wracać do domu, rodzice kazali”. Mirosław S. z dziewczynką wypłynął z Jeziora Potulskiego w kierunku Jeziora Ostrzyckiego. Akweny ta łączy „rzeczka”, jak mówili miejscowi. Przepłynęli ją spokojnie, dobili do brzegu i tutaj mężczyzna wysadził 10-latkę. Tak, jak jej obiecał - stąd miała już bliżej do kwatery. - Mała ubrana była tylko w strój kąpielowy. Weszła już między szuwary, a on najpewniej odprowadzał ją wzrokiem. Jakiś impuls kazał mu z tej łodzi zejść i pobiec za dziewczynką. Udusił ją i zaciągnął do łodzi - relacjonuje emerytowany policjant. - Potem zgwałcił ją kilka razy, już jako nieżywą. Z tego, co pamiętam, przyznał się do zgwałcenia jej jeszcze nazajutrz.

    Rodzice 10-latki zaalarmowali miejscowy komisariat o zaginięciu córki, gdy dziecko nie wróciło na noc. Aby pomóc miejscowym policjantom w poszukiwaniach, do Krzeszny przyjechały posiłki z komendy wojewódzkiej. - Bardzo pomogła nam wtedy ta 6-letnia dziewczynka, która widziała, jak 10-latka wsiadała z Mirosławem S. do łodzi. Potrafiła go opisać, nawet jego kąpielówki. Szukaliśmy jego i żywej lub martwej dziewczynki - wspomina emerytowany policjant. Nasz rozmówca nie pamięta, czy Mirosław S. był w Krzesznej na wakacjach, czy też tam pracował. Z dokumentów wynika, że miejscem zbrodni był Ośrodek Wypoczynkowy Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej. - Pamiętam, że jak do niego dotarliśmy, miał u siebie zakrwawiony ręcznik. Tłumaczył, że to po goleniu okolic krocza. Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, by zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi - relacjonuje policjant - A krew na ręczniku, jak się później okazało, była krwią tej dziewczynki... Skazany na śmierć Mirosław S. w obecności śledczych przyznał się do zbrodni. Do szyi ofiary przywiązał kawał metalu (prawdopodobnie był to kawałek szyny), a potem zwłoki wrzucił do jeziora. - Ale wypłynęły. Znaleźliśmy je. Pamiętam, jak przyjechał prokurator - wspomina nasz rozmówca. W 1991 r. ówczesny Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Mirosława S. na karę śmierci. Dlaczego jej nie wykonano? Jak S. trafił do ośrodka w Gostyninie?

    - Szczurek. No, taki mikry, chudy. Najwyżej 60 kilogramów ważył. Niepozorny facet. Tak zapamiętałem tego Mirosława S. - wspomina emerytowany policjant z Kaszub. W tamtych czasach, a przecież mówimy raptem o 1990 roku, praca śledczych różniła się mocno od obecnej praktyki. Badania DNA w Polsce raczkowały. Z dziećmi starano się postępować z wyczuciem, choć przesłuchiwanie w specjalnych pokojach, w obecności psychologa, było melodią przyszłości. 6-letnią dziewczynkę, która widziała, jak ofiara Mirosława S. wsiadała do jego łódki, rozpytywano inaczej.
    - Bardzo nam ta malutka pomogła, bo dużo pamiętała. Jak już dotarliśmy do Mirosława S., to trzeba było zrobić okazanie, czyli pokazać dziecku tego mężczyznę w towarzystwie przynajmniej dwóch podobnych. No, trochę się namęczyliśmy, żeby tych dwóch mikrych znaleźć - wspomina policjant emeryt. Z rodzicami dziewczynki było uzgodnione, jak rzecz będzie przebiegała. Oczywiście, o żadnych strasznych podejrzeniach dziecku nie mówiono. Umowa była taka, że jeśli rozpozna „pana od łódki”, to do niego podejdzie i poda mu rękę. - Długo się nie zastanawiała. Podeszła do Mirosława S. i chwyciła za rękę. Oczywiście, istotne były też jej zeznania. Pamiętam, że z wdzięczności podarowaliśmy jej później książkę z dedykacją - przypomina sobie mundurowy. Nie zapomni jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że Mirosław S. miał u siebie pisemka pornograficzne. Każdej kobiecie wydłubał krocze. Agresywnie, z impetem. Scyzorykiem albo cyrklem jakimś. - No, normalne to to nie było - komentuje nasz rozmówca. Rzecz druga to żal. Ten człowiek naprawdę go okazywał. Nie potrafił wytłumaczyć racjonalnie, co popchnęło go do okropnej zbrodni. Gdy z amoku otrzeźwiał, autentycznie żałował. Potwierdzą to potem śledczy i sąd. Akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S. kierowała do sądu Prokuratura Rejonowa w Kartuzach. Proces toczył się przed ówczesnym Sądem Wojewódzkim w Gdańsku. Oskarżycielem posiłkowym był ojciec 10-letniej ofiary. - 12 grudnia 1991 roku Mirosław S. skazany został na karę śmierci. Karą dodatkową było pozbawienia praw publicznych na zawsze - informuje sędzia Tomasz Adamski, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Gdańsku.

    Podkreślmy, że surowszej kary w Polsce nie było. Od tego wyroku jednak 20 marca 1992 roku rewizję wniósł obrońca oskarżonego. - Na rozprawie rewizyjnej sytuacja przedstawiała się następująco. Obrońca poparł rewizję, prokurator wnosił o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności, a oskarżyciel posiłkowy o utrzymanie wyroku w mocy. Sam oskarżony natomiast prosił o danie mu szansy - relacjonuje sędzia Tomasz Adamski. W wyniku rewizji Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrokiem z 27 maja 1992 roku zmienił wyrok i skazał Mirosława S. na karę 25 lat wiezienia. Orzekł też pozbawienie go praw publicznych na 10 lat.

    Mirosław S. trafił do ośrodka w Gostyninie tuż po tym, jak skończył odbywać karę 25 lat więzienia. W placówce umieszczono go na podstawie tzw. ustawy o bestiach. - 23 kwietnia 2015 roku (pod koniec odbywania kary - przyp. red.), po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał mężczyznę za osobę stwarzającą zagrożenie. Dlatego umieszczono go w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie - wyjaśnia sędzia Adamski.

    Z tego ośrodka właśnie na przełomie marca i kwietnia Mirosław S. dzwonił do domu dziecka „Młody Las” w Toruniu. Oferował przepisanie na jakieś dziecko swojej polisy ubezpieczeniowej. Pracownica podjęła temat. Telefonów było kilka. Ostatecznie, jak twierdzi dyrekcja, dane wytypowanej przez siebie 8-letniej dziewczynki przekazała przez telefon agentowi ubezpieczeniowemu. - Agent wyraźnie wymienił już nazwę ośrodka w Gostyninie. Wtedy pracownicy powinna zapalić się czerwona lampka - przyznaje Anna Czeczko-Durlak, dyrektor „Młodego Lasu”. W kwietniu Mirosław S. przysłał 8-latce imiennie zaadresowane życzenia urodzinowe. Według naszego informatora, dziewczynka cieszyła się z „życzeń od wujka”. Potem przestępca wysłał jeszcze 8-latce dwie paczki. W jednej była lalka. Te już na pewno do rąk wychowanki nie trafiły.

    Sprawą poważnie zainteresował się Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. To m.in. za jego sprawą udostępnienie danych osobowych 8-latki zaczęto w ogóle formalnie wyjaśniać. Dodajmy, że dziewczynka nie jest sierotą. Urząd Miasta Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, który bezpośrednio nadzoruje dom dziecka, zarządził w nim kompleksową kontrolę. Anna Czeczko-Durlak zobowiązana została do przeszkolenia pracowników w zakresie udostępniania danych osobowych dzieci. Ma też opracować procedury postępowania z darczyńcami. Sprawę udostępnienia danych bada też toruńska prokuratura. A Mirosław S.? Być może wspomina czasem Toruń. Tutaj dorastał, chodził - jak sam twierdzi - do szkoły specjalnej. Ostatni jego toruński adres pobytu to pewna ulica na lewobrzeżu. Kilka lat temu wzniesiono tutaj nowe bloki socjalne.

    Źródło i pełny tekst

    #mordercy #historiemordercow #pedofilia #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Najwięksi psychopaci i mordercy.

    Sailson Jose Das Graças

    "Mordował, żeby się wyluzować". W ciągu 9 lat zabił 42 osoby - 39 kobiet, dwóch mężczyzn i 2-letnie dziecko. – „Zabijałem dla przyjemności. Po zabiciu zostawałem przez chwilę, a następnie uciekałem” – opisywał swoje zbrodnie Sailson Jose Das Graças. Brazylijczyk został zatrzymany w grudniu 2014 roku. Przyznał dziennikarzom, że zanim dokonywał ataku, obserwował przyszłe ofiary miesiącami. Działał też jako zabójca do wynajęcia. Pierwszego zabójstwa dokonał mając zaledwie 17 lat. Napadał głownie na białe kobiety. Sailson Jose das Gracas mówił policjantom, że gdy nie zabijał, to robił się nerwowy. Jedno zabójstwo wystarczało mu na dwa - trzy miesiące. Szokujące zeznania podsumował stwierdzeniem, że lubi swoją "pracę", dlatego nie obawiał się zatrzymania. Zapytany o to, czy ma wyrzuty sumienia, Brazylijczyk stwierdził, że nie. – „Pójdę do więzienia na 10, 15 czy 20 lat, a następnie, jak tylko wyjdę, to zrobię to samo” – przyznał. Zgodnie z prawem brazylijskim, maksymalna kara za zabójstwo to 30 lat więzienia.

    Hélène Jégado

    Służąca - seryjna morderczyni. Hélène Jégado (ur. 1803 w Plouhinec, zm. 26 lutego 1852 w Rennes). W ciągu 18 lat otruła co najmniej 36 osób. Pochodziła z małej miejscowości w Bretanii. W wieku 7 lat straciła matkę i trafiła pod opiekę dwóch ciotek, pracujących jako służące na plebanii w Bubry. Kiedy ukończyła 17 lat, pomagała jednej ze swoich ciotek, pracujących w Séglien. W tym czasie zajmowała się głównie nauką gotowania. Pierwszego zabójstwa Jégado dokonała w 1833, kiedy pracowała jako kucharka na plebanii we wsi Guern, u ks. François Le Drogo. W ciągu zaledwie 3 miesięcy straciło życie siedem osób stołujących się na plebanii, w tym sam ks. Le Drogo, jego matka i ojciec, a także siostra duchownego.

    Szczery żal i rozpacz kucharki nie wzbudzały podejrzeń co do jej udziału w przestępstwie. W okolicy panowała epidemia cholery i serię zgonów wiązano z przyczynami naturalnymi. Jégado powróciła do Bubry, gdzie objęła posadę po ciotce. Tym razem za jej przyczyną zmarły trzy osoby, w tym jedna z jej krewnych. Z Bubry trafiła do Locminé, gdzie gotowała w domu Marie-Jeanne Leboucher. Wkrótce zmarła właścicielka mieszkania i jej córka, a syn poważnie zachorował. Przeżycie zawdzięczał prawdopodobnie temu, że nie jadł większości potraw przygotowanych przez kucharkę.

    Po śmierci Marie-Jeanne Leboucher, Jégado znalazła trafiła do domu wdowy Lorey, także mieszkającej w Locminé. Wdowa zmarła po zjedzeniu zupy przyrządzonej przez jej nową kucharkę. W maju 1835 Jégado znalazła pracę w domu Madame Toussaint, gdzie zmarły kolejne cztery osoby, a łączna liczba jej ofiar sięgnęła siedemnastu. W 1835 Jégado znalazła pracę w klasztorze w Auray, ale szybko ją straciła, kiedy zakonnice odkryły przypadki wandalizmu i świętokradztwa, o które podejrzewano nową kucharkę. W kolejnych miejscach także nie pracowała długo, choć kilka osób udało się jej w tym czasie uśmiercić. Większość zmarłych zdradzało typowe objawy zatrucia arszenikiem, ale trucizny nie udało się odnaleźć w rzeczach osobistych Jégado. Coraz większe problemy w znalezieniu pracy wynikały w dużej mierze z kleptomanii, na którą cierpiała kucharka.

    W 1849 Jégado przeniosła się do Rennnes i znalazła zatrudnienie w domu Théophile Bidarda, profesora prawa na miejscowym uniwersytecie. Zastąpiła chorą służącą, Rose Tessier, którą wcześniej zatrudniał Bidard, a która zmarła tuż po pojawieniu się w domu nowej służącej. W 1851 ciężko zachorowała i zmarła Rosalie Sarrazin - jedna ze służących pracujących w domu Bidarda. Dostrzegając podobieństwo symptomów choroby u Sarrazin i u Tessier, Bidard zlecił przeprowadzenie autopsji zmarłej służącej. Wykazała ona ponad wszelką wątpliwość otrucie jako przyczynę zgonu. 1 lipca 1851 Hélène Jégado została aresztowana przez policję. Proces Jégado rozpoczął się 6 grudnia 1851. W toku procesu oskarżona zachowywała się histerycznie, modląc się lub wznosząc okrzyki przeciwko swoim oskarżycielom. Twierdziła, że nie wie, co to jest arszenik i nigdy go nie używała. Badania ofiar jednoznacznie wskazały na użycie arszeniku i soli antymonu. Sąd w Rennes skazał Jégado na karę śmierci. 26 lutego 1852 została zgilotynowana na oczach tłumu gapiów na Champ-de-Mars w Rennes.

    Wiktor Sajenko i Ihor Supruniuk

    Maniacy z Dniepropetrowska – medialne określenie grupy odpowiedzialnej za serię morderstw dokonanych w Dniepropetrowsku na Ukrainie w czerwcu i lipcu 2007 roku. Sprawa została okryta złą sławą ze względu na fakt, że niektóre zbrodnie zostały przez morderców nagrane na wideo, a jeden z filmów wyciekł do internetu. Dwaj 19-letni mieszkańcy Dniepropetrowska, Wiktor Sajenko oraz Ihor Supruniuk, zostali oskarżeni o 21 morderstw. Trzeciemu oskarżonemu, Ołeksandrowi Hanży, postawiono zarzut dwóch napadów z bronią, które miały miejsce przed morderstwami. 11 lutego 2009, wszyscy trzej zostali uznani za winnych. Supruniuk i Sajenko otrzymali karę dożywotniego pozbawienia wolności, a Hanża został skazany na 9 lat pozbawienia wolności. Supruniuk i Sajenko złożyli apelację, która została odrzucona przez Sąd Najwyższy Ukrainy w listopadzie 2009 roku.

    Supruniuk i Wiktor Sajenko znali się od siódmego roku życia. Byli nierozłączni. Chłopcy pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin. Ojciec Igora był pilotem, podobno latał z samym Leonidem Kuczmą. Młodzi interesowali się komputerami i większość czasu spędzali surfując po internecie. W szkolnej opinii napisano o Igorze, że nie utrzymuje kontaktów z kolegami z klasy, o Wiktorze zaś, że źle rozumie pojęcie przyjaźni i zbyt łatwo podporządkowuje się innym. Po latach okazało się, że to podporządkowanie doprowadziło go do udziału w serii morderstw. Dziś już wiadomo, że inicjatywa wyszła od Igora. Supruniuk urodził się 20 kwietnia, tak jak Adolf Hitler. Chłopak bardzo wziął to sobie do serca – fascynował go faszyzm, siła i dominacja. Około 14. roku życia nastolatkowie znaleźli sobie nową pasję: torturowanie i zabijanie złapanych zwierząt. Wieszali je na drzewach, patroszyli, a ich krwią malowali nazistowskie symbole. Pozowali, wykonując gest znany jako faszystowskie pozdrowienie. W całej tej makabrycznej grze chodziło o to, by wyzbyć się lęków i zahamowań, nauczyć zabijania. Podobno chcieli zostać zawodowymi zabójcami.

    Supruniuk i Sajenko jeździli po Dniepropetrowsku i okolicznych miejscowościach samochodem Igora, który nielegalnie dorabiał jako taksówkarz. Czasem zaczajali się w parkach, czasem na poboczu drogi lub w lesie i czekali na samotnego przechodnia czy rowerzystę. To przypominało polowanie. Bywało, że mordowali klientów Igora. Ofiarę atakowali z zaskoczenia i uderzali w głowę młotkiem, rurą czy prętem. Jeśli przeżyła, znęcali się nad nią w niewyobrażalny sposób – przebijali czaszkę, wydłubywali śrubokrętem oczy. Najmłodsza zakatowana osoba miała 13 lat, najstarsza 70. Łączyło je tylko jedno – przeważnie były to kobiety, osoby starsze, pijane lub niepełnosprawne, a więc słabsi, ci, którzy nie mogli się bronić. Sadyści posunęli się nawet do zabicia ciężarnej. Znaleziono ją z rozprutym brzuchem. Szóstego lipca w jedną noc zamordowali trzy osoby, a jedną z nich była 28-letnia Elena Szram, samotna matka 12-letniego chłopca. Została zabita zaledwie kilkaset metrów od domu. - Nie było ani jednej części jej ciała, która nie zostałaby zmasakrowana. Kiedy przybyliśmy do kostnicy, nie mogliśmy jej rozpoznać. Nie dało się zrekonstruować jej twarzy do pogrzebu – mówi matka Eleny.

    Najbardziej znana jest historia zabójstwa Siergieja Jacenki. Ten sympatyczny 48-latek miał raka gardła, ale mimo że był na rencie, starał się być aktywny i dorabiał w różnych miejscach. Dwunastego lipca jechał na motorowerze do wnuka. Około godziny 18:00 jego telefon przestał odpowiadać. Zaniepokojona żona rozpoczęła natychmiastowe poszukiwania, potem rozwiesiła plakaty z podobizną męża. Kilka dni później ktoś zauważył porzucony motorower i wezwał rodzinę zaginionego, która znalazła ciało pana Siergieja nieopodal wysypiska śmieci. Igor i Wiktor nagrali wszystko - to, jak z zimną krwią planują atak, jak czekają na potencjalną ofiarę oraz tortury i mord. Wydłubywali ofierze oczy śrubokrętem, gdy jeszcze żyła i przebili się do mózgu. Cały czas uśmiechali się do kamery, ziewali, żartowali. Film na pewnym etapie późniejszego śledztwa przeciekł do Internetu. Rodzina ofiary odmówiła obejrzenia go. Powstało przynajmniej pięć podobnych nagrań. To jednak nie zaspokajało ambicji morderców.

    Uwielbiali chodzić na pogrzeby swoich ofiar, fotografowali się w kostnicach, w których wystawiano ciała, na tle trumien, koło nagrobków. Ataki udało się przeżyć ośmiu osobom. Ich zeznania pomogły w ostatecznym rozwiązaniu zagadki. Decydujący jednak okazał się moment, w który zabójcy postanowili sprzedać telefon jednej z ofiar w miejscowym komisie. Aby pokazać, że urządzenie działa, włączyli je, a milicja namierzyła aparat. Organy ścigania zadziałały błyskawicznie – obu mężczyzn aresztowano jeszcze przy kasie sklepu. Do aresztu trafił również zamieszany w kilka ich napadów Aleksandr.

    Javed Iqbal

    “Mam zamiar sprawić, że wiele matek zapłacze. Wyślę ich synów na tamten świat bez trumien, rynsztokiem”.

    Javed Iqbal pochodził z zamożnej rodziny. Jego ojcem był Muhhamad Mogul, dobrze prosperujący biznesmen. Chłopak mógł więc do woli korzystać z wszystkich dóbr materialnych dostępnych bogatym rodzinom w Pakistanie. Był też bardzo kochanym dzieckiem. Najinteligentniejszy i najprzystojniejszy z rodzeństwa. W szkole zawsze w czołówce najlepszych uczniów. Niestety, Javed był też bardzo agresywny i trudny do kierowania. Dla zabawy zabijał zwierzęta, bił młodszych kolegów. Po ukończeniu szkoły ojciec powierzył mu, jako swojemu ulubieńcowi, kierowanie fabryką maszyn. Javed zatrudniał w niej wielu młodych chłopców ze względu na niskie koszty. To wtedy właśnie zaczęło go do nich ciągnąć.

    Dość długo zachowywał pozory i wiódł pozornie spokojne życie. Miał żonę, córkę, pieniądze, kamerę video, którą filmował swoje szczęśliwe życie. W 1999 roku Javed został aresztowany za zgwałcenie dwóch chłopców. Wtedy zaczął się jego upadek. Stracił rodzinę, pieniądze, szacunek. Zamieszkał w slamsach. W głowie zrodził mu się makabryczny plan. “Przez całe życie zyskałem dużo szacunku. Miałem dobrze prosperującą firmę, duży dom, luksusowy samochód. To wszystko mi odebrano. Upadłem. (…). Nienawidzę tego świata. Moja kochana matka, która była dla mnie wszystkim, zmuszona była oglądać mój upadek. (…). Dostała ataku serca i umarła. Piekło mi się otworzyło. Sprawię, że inne matki będą cierpiały i płakały, tak jak moja matka płakała i cierpiała. Będę zabijał każdego dnia. Zabijał i zabijał. Przeczytałem gdzieś, że można całkowicie rozpuścić ludzkie ciało w beczce, w której połączy się dwa kwasy. Postanowiłem przeprowadzić eksperyment na małym uciekinierze. Udało się. Jego ciało uległo całkowitemu rozpuszczeniu w ciągu 12 godzin. Zmieniło się w ciecz. Odtąd ciała płynęły, jak woda. Pierwsze morderstwo mi się udało, więc zdecydowałem, że moja misja powinna się zacząć”.

    22 listopada 1999 roku Javed wysłał do dziennikarza “Daily Jang” przesyłkę, która zawierała zdjęcia młodych chłopców ponumerowane od 1 do 100, list oraz 32-stronicowy pamiętnik. W domu psychopaty policjanci znaleźli stosy ubrań i butów dziecięcych, a w dwóch beczkach z kwasem zwłoki trzech chłopców. Po 5 tygodniach udało się zatrzymać ukrywającego się mordercę. Proces trwał 32 dni. Po tym czasie zapadł historyczny wyrok - Javed Iqbal Mogul został skazany na śmierć przez uduszenie w obecności rodzin ofiar, a następnie jego ciało zostało pocięte na 100 kawałków i rozpuszczone w kwasie.

    Aileen Carol Wuornos

    Aileen Carol Wuornos wychowała się w Michigan. Jej ojciec odszedł od żony, zanim dziewczynka przyszła na świat. Skazany za zgwałcenie dziecka, został zabity w więzieniu. Matka zniknęła, gdy miała pół roku. Wychowywali ją dziadkowie alkoholicy. Aileen bardzo szybko zdobyła doświadczenia w sprawach seksu. W wieku 14 lat zaszła w ciążę. Dziecko jej odebrano. Wkrótce potem została prostytutką. Była biseksualna, nie stroniła od przemocy - odsiedziała dwa lata za napad z bronią w ręku. Przez długie lata pozostawała w związku z Tyrią Moore. Z całego serca nienawidziła mężczyzn. Wkrótce zrobiła to, czego bardzo pragnęła - zamordowała swoją pierwszą ofiarę. Był nim jej klient Richard Mallory. Jego ciało porzuciła na poboczu drogi we Florydzie. Otrzymał pięć strzałów w klatkę piersiową z pistoletu 0,22 cala. W latach 1989 - 1990 w ten sam sposób zginęło sześciu innych mężczyzn. Policja wpadła w końcu na trop seryjnej morderczyni. Brakowało jednak dowodów i świadków, obciążających kobietę. Aileen została aresztowana, na podstawie listu gończego, wydanego za nielegalne posiadanie broni. W końcu śledczy dotarli do Tyrii Moore. Kobiecie już od dawna ciążył związek z Aileen. Wiedziała o wszystkich zbrodniach swej kochanki i bardzo bała się oskarżeń o współudział. Zaczęła współpracować z policją. Zadzwoniła do aresztu i powiedziała Wuornos, że policja chce ją zamknąć. Wtedy Aileen postanowiła ratować swoją kochankę. Przyznała się do winy. Alieen została skazana 16 stycznia 1992 roku na sześciokrotną karę śmierci. Została stracona przez zastrzyk z trucizną.

    Ottis Toole

    Brutalny morderca z USA, działający w parze z Henrym Lee Lucasem. Obaj napadali na młode kobiety, prostytutki, autostopowiczki, zabijali je i ćwiartowali ich ciała. Dopuszczali się również aktów nekrofilii i kanibalizmu. Nie wiadomo dokładnie, ile kobiet zabił. Obu mordercom przypisuje się śmierć ponad 600 osób.

    Henry Lee Lucas przyszedł na świat pod koniec Wielkiego Kryzysu w zabitej dechami miejscowości Blacksburgh w stanie Virginia. Jego rodzina zamieszkiwała obskurny barak na peryferiach tego miasteczka - daleko poza granicą, do której sięgały wodociągi, elektryczność i linie telefoniczne. Poza Henrym Lee gnieździli się tam jeszcze jego rodzice i ośmioro rodzeństwa. Matka z upodobaniem lżyła i biła męża, ale najwięcej radości sprawiało jej znęcanie się nad Henrym. Henry musiał się przyglądać, jak mama obsługuje licznie odwiedzających jej norę klientów. Jeśli próbował wymigać się od tego obowiązku, dostawał tęgie lanie - raz było tak solidne, że trzy dni leżał nieprzytomny, zanim Bernie się zlitował i zawiózł go do szpitala. Ustawiczne maltretowanie zrobiło w końcu swoje - w głowie chłopca zaczęły ożywać jakieś „głosy", a ponieważ Anderson mianował go pełnoetatowym opiekunem i nadzorcą domowej destylarni, jeszcze przed ukończeniem dziesiątego roku życia popadł w zaawansowany alkoholizm.

    Ukończywszy piątą klasę, Henry przerwał edukację i w szkole więcej się nie pojawił. Z braku lepszego zajęcia coraz częściej zadawał się z alfonsem Berniem, który nauczał go, jak dręczyć różne żywe stworzenia i kopulować ze zwierzętami - zarówno przed ich uśmierceniem, jak i po nim. Wprowadzony takim oto sposobem w świat doznań erotycznych i coraz bardziej nimi zainteresowany, kilkunastoletni Henry zaczął dla zabicia czasu regularnie gwałcić przyrodniego brata. W 1983 roku, przyznał, że jako piętnastolatek udusił i zgwałcił jakąś dziewczynę z Lynchburga. Jej ciało zakopał w pobliskim lasku. Zeznanie to pozwoliło wreszcie rozwikłać zagadkową sprawę zniknięcia siedemnastoletniej Laury Burnley w 1951 roku.

    W 1959 roku podczas ostrego picia z matką doszło do potężnej awantury. Viola zamierzyła się na niego kijem od szczotki, na co Henry dobył noża i poderżnął jej gardło. Zanim zbiegł, znalazł chwilę, by zgwałcić zwłoki siedemdziesięcioczteroletniej matki. Pięć dni później aresztowano go w Toledo, w stanie Ohio. Przyznał się do winy i jako matkobójca skazany został na 20 do 40 lat więzienia. Odsiadując wyrok, zaczął ponownie „słyszeć w głowie głosy" - tym razem odezwała się Viola, która z zemsty za to, co jej uczynił, nakłaniała syna, by odebrał sobie życie. Po dwóch nieudanych próbach samobójczych Henry'ego przeniesiono do Iowa State Mental Hospital (Stanowego Szpitala dla Psychicznie Chorych stanu Iowa). Tam został zdiagnozowany jako „psychopata o skłonnościach samobójczych", „sadysta" i „zboczeniec seksualny". Po ponad 4 latach kuracji środkami farmakologicznymi i elektrowstrząsami wrócił do więzienia bardziej szalony niż kiedykolwiek.

    W kwietniu 1970 roku minęła połowa minimalnego wymiaru kary, co dawało prawo do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie warunkowe. Jak zwykle w takich wypadkach Henry stanął przed obliczem specjalnej komisji. On sam utrzymywał później, że na zadane mu przez jednego z członków tego gremium pytanie: „A teraz panie Lucas, proszę powiedzieć, czy jeśli zwolnimy pana warunkowo, znów pan będzie zabijał?", miał odpowiedzieć: „Yes, sir, jeśli mnie teraz zwolnicie, będę zabijał znowu". Opowiadał też, że na pożegnanie zapowiedział strażnikom: „Zostawię wam prezent na progu". Jeszcze tego samego dnia zamordował dwie kobiety, których ciała podrzucił w dobrze widocznym miejscu pod murem więziennym. W 1975 roku, w Jacksonville na Florydzie zetknął się z Ottisem Toole'em.

    Kiedy Ottis był dzieckiem jego babka otwarcie wyznawała satanizm i miała zwyczaj zabierać Ottisa na cmentarze, skąd oboje wykradali zwłoki niezbędne w obrzędach tego kultu. Krążyły też pogłoski, że poza bezczeszczeniem ludzkich szczątków sekta jego babci miała obyczaj jadać ludzkie mięso i wyprawiać orgie seksualne. Wkrótce para z piekła rodem zaczęła zabijać. Przemieszczali się ze stanu do stanu, kradnąc po drodze samochody, zabijając ludzi i rabując wszystko, co wydawało im się łatwym łupem. Od czasu do czasu - ot tak, żeby poczuć dreszczyk prawdziwej emocji - „rozwalili" jakiś bank. Niekiedy zabijali, żeby zdobyć samochód, czasami, żeby zaspokoić swe chucie cielesne, zdarzało się też, że robili to dla czystej przyjemności zabijania. Obydwaj przysięgali później, że jeśli nie mieli czasu, by zatrzymać się i zamordować autostopowicza własnoręcznie, rozjeżdżali go samochodem, dodawali gazu i ruszali w dalszą drogę. Czego to nie robi się dla zabawy.

    Z czasem też na jaw wyszło specyficzne upodobanie kulinarne Ottisa. Krótko przed śmiercią, w roku 1996, Ottis Toole udzielił wywiadu niezależnemu dziennikarzowi Billy'emu Bobowi Bartonowi. Kiedy ich rozmowa zeszła na gastronomiczne upodobania Toole'a, Barton zauważył, że słowa rozmówcy świadczą o jego szczególnym upodobaniu do potraw z młodych chłopców. „Trochę się tego w życiu zjadło” -odparł skromnie Ottis i dorzucił garść szczegółów. - „Najpierw wychodziłem, żeby upolować jakiegoś małego chłopaka [...] chwytałem go, wiązałem, kneblowałem, pakowałem do bagażnika i wiozłem do siebie"”. „Po rozebraniu do naga trzeba go powiesić - głową na dól - za kostki, poderżnąć gardło, wypatroszyć, usunąć wnętrzności, wątrobę i serce. Potem odciąć głowę i spuścić krew. [...] Piekłem ich w całości nad węglem drzewnym; węgiel drzewny daje mało dymu. Trzeba zdjąć ciało i nadziać je na stalowy pręt. Wsadza się go w tyłek i pcha mocno, aż wyjdzie szyją [...] potem mocuje wszystko na widełkach rożna, żeby można było obracać. Smaczne jak cholera"”.

    Psychopata przyznał się do zjedzenia 150 ofiar! Z powodu ograniczonej poczytalności, sąd nie mógł orzec wobec Ottisa kary śmierci, wymierzył mu jednak sześć wyroków dożywotniego więzienia, w tym za podpalenie i morderstwo. Henry Lee ostatecznie został skazany na karę śmierci. Prokuraturze udało się udowodnić mu 30 morderstw. 15 września 1996 roku Ottis Toole zmarł w zakładzie karnym na marskość wątroby w wieku czterdziestu siedmiu lat. Datę egzekucji Lucasa wyznaczono na 30 czerwca 1998 roku. Jednak trzy dni przed terminem gubernator George W. Bush złagodził mu wyrok. Sześćdziesięcioczteroletni Henry Lee Lucas zmarł 11 marca 2001 roku.
    #kryminalne #mordercy #seryjnimordercy #psychologia
    pokaż całość

  •  

    Mircy, dzisiaj w nocy pod moimi oknami rozegrał się dramat. Młoda, ambitna dama, nazwijmy ją na potrzeby narracji Franciszką, postanowiła zerwać z kurnikowymi konwenansami i wybrać się w samotną podróż dookoła osiedla. Ciężko powiedzieć co zawiniło, brak przygotowania, sprzętu, formy czy zwykła kurza ślepota ale po jakimś czasie Franciszka zgubiła trop. Zatrzymał się nawet samochód, proponowano Franciszce transport, pomoc, według wszelkich danych odmówiła i oddaliła się na pobocze. Całą sytuację wykorzystała bezwzględna bestia. Korzystając z ciemności i okazji zakradł się ów bezlitosny napastnik i uprowadził Franciszkę. I tak oto poszukiwanie wolności i robaków zakończyło się po serii prychnięć i żałosnego gdakania w żołądku kota :(

    Franciszko, pamiętamy [*]
    (zdjęcie poglądowe)
    #mordercy #historia #wydarzenia i niestety troszeczkę #heheszki
    pokaż całość

  •  

    Zainspirowany wpisami o mordercach spod tagu # historieriley pomyślałem, że chcielibyście poczytać sobie do obiadu o kimś takim jak Albert Fish. Będzie to jednak zwykła przeklejka z Wikipedii (link na dole):

    Hamilton Howard „Albert” Fish (ur. 19 maja 1870, zm. 16 stycznia 1936) – amerykański seryjny morderca, kanibal, sadysta, masochista, pedofil. Podejrzany o zamordowanie co najmniej pięciorga dzieci, sam przyznał się do trzech, jak również do torturowania co najmniej setki małoletnich ofiar. Czyny te uzasadniał potrzebą przeżywania silnych wrażeń. Kiedy sąd skazał go na karę śmierci przez krzesło elektryczne, powiedział: „To dopiero będzie przeżycie, umrzeć na krześle...”. W trakcie wykonywania wyroku pomagał katu przy podczepianiu elektrod.

    Dzieciństwo i młodość

    Albert Fish urodził się w Waszyngtonie. Jego ojciec, Randall Fish, kapitan statku pływającego na rzece Potomak, zmarł 15 października 1875. Ponieważ pani Fish nie radziła sobie z samotnym wychowaniem czwórki dzieci, najmłodsze z nich, Albert, zostało oddane do Sierocińca Świętego Jana w Waszyngtonie. Panowały tam bardzo surowe zasady, wychowanków często poddawano karom cielesnym, takim jak chłosta i to właśnie tam Albert rozwinął w sobie skłonności masochistyczne. Przebywając w sierocińcu Fish śpiewał także w kościelnym chórze.

    W 1879 roku jego matka otrzymała posadę państwową, co umożliwiło jej opiekę nad najmłodszym synem i Fish opuścił sierociniec. Mając dwanaście lat nawiązał romans z innym nastolatkiem. Partner Fisha wprowadził go w takie praktyki jak picie moczu i koprofagia. Fish zaczął poświęcać swoje weekendy na wizyty w łaźniach publicznych, gdzie mógł oglądać rozebranych chłopców.

    Około 1890 roku Albert przybył do Nowego Jorku, gdzie, jak twierdził, utrzymywał się z bycia męską prostytutką. Przyznawał później, że w tym okresie zaczął dopuszczać się gwałtów na młodych chłopcach. W 1898 roku, dzięki staraniom swojej matki, Albert poślubił kobietę, młodszą od niego o 9 lat. Miał z nią sześcioro dzieci: Alberta, Annę, Gertrude, Eugene, Johna i Henry’ego.

    Od 1898 roku pracował jako malarz pokojowy, przyznając później, że w tym okresie dokonał gwałtu na około setce dzieci, przeważnie chłopcach poniżej szóstego roku życia. Wtedy też kochanek Alberta zabrał go do Muzeum Figur Woskowych, gdzie kompletnie go zafascynował przekrój penisa. Zdarzenie to wpłynęło silnie na rozwój zainteresowania Fisha kastracją. Nawiązawszy romans z upośledzonym umysłowo mężczyzną Albert spróbował go wykastrować, uprzednio go wiążąc; mężczyźnie jednak udało się uciec. Po tym doświadczeniu Fish zwiększył częstotliwość swoich wizyt w domach publicznych, gdzie poddawał się niekończącym sesjom chłosty.

    W 1903 roku Albert Fish został aresztowany za defraudację i skazany na pobyt w więzieniu. Wyrok odbywał w Sing Sing. W 1917 żona Fisha porzuciła go dla niejakiego Johna Straube, współlokatora Fishów. Po odejściu żony Albert zaczął słyszeć głosy. Pewnego dnia owinął się w dywan, twierdząc, że wypełnia instrukcje przekazane mu przez świętego Jana.

    Morderstwa

    Proces Alberta Fisha, oskarżonego o morderstwo z premedytacją popełnione na Grace Budd, rozpoczął się 11 marca 1935 roku. Rozprawie przewodniczył Frederick P. Close, oskarżał Elbert F. Gallagher, zaś obrońcą Fisha był James Dempsey. Proces trwał dziesięć dni. Fish na wstępie oznajmił, iż jest niepoczytalny, opowiadając sądowi o głosach, które nakazywały mu mordowanie dzieci. Zeznający biegli psychiatrzy rozwodzili się nad licznymi parafiliami Fisha: urofilią, koprofilią, pedofilią i masochizmem, nie mogli się jednak zgodzić czy oznaczają one, że oskarżony jest chory psychicznie. Obrona okazała również zdjęcie rentgenowskie miednicy Fisha, na którym widać było ponad dwanaście igieł, wbitych tam własnoręcznie przez oskarżonego. Sąd uznał Fisha za poczytalnego, winnego i skazał na śmierć.

    Po ogłoszeniu wyroku Fish przyznał się do zamordowania ośmioletniego Francisa X. McDonnell na Staten Island. Francis został zgwałcony, a następnie uduszony własnymi szelkami.

    Prawdopodobne ofiary

    Fish był podejrzany o popełnienie innych zbrodni, choć nigdy się do nich nie przyznał. Detektyw William King wierzył, że Fish był „Wampirem z Brooklynu”, seryjnym mordercą i gwałcicielem, na swe ofiary wybierającym głównie dzieci.

    Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Albert_Fish

    #kryminalne #mordercy #choryskurwiel #truestory
    pokaż całość

  •  

    23 maja 1934: rabusie banici, Bonnie Parker (23) i Clyde Barrow (25) zostają zastrzeleni w zasadzce policji z Teksasu i Luizjany na wiejskiej drodze w pobliżu parafii Bienville w stanie Luizjana.

    #kryminalistyka #kryminalne #nsfw #mordercy #zlodzieje #fotografia

    źródło: 78.media.tumblr.com 18+

    +: porBorewicz07, KingFight +18 innych
  •  

    #ama
    Byłby ktoś zainteresowany ama z moim znajomym z Gwatemali, który teraz jest w Polsce?
    Przyjechał on na roczną podróż do Europy, kręci tu video które opublikuje później na YT. Chce także jechać na wschód Ukrainy nagrać dokument o wojnie.

    Myslę że może mieć dużo ciekawych historii do opowiedzenia. Gwatemala jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów, z bardzo dużym współczynnikiem zabójstw. W jego kraju jest tak niebezpiecznie, że był zdziwiony że w Polsce po zachodzie słońca można bezpiecznie chodzić po ulicy, bo w jego kraju nikt tego nie robi.
    Opowiadał mi o tym jak działają gangi, jak wymuszają pieniądze, mordują kierowców autobusów, a gdy zadzwonił do taty to powiedział ze dzisiaj w stolicy był nudny dzień bo tylko 3 osoby zabito.

    W Gwatemali pracował jako camerman więc jeździł do najważniejszch zdarzen z ekipą telewizyjną, widział wiele trupów i ma historie z pierwszej ręki. Jego ojciec jest fotoreporterem w gazecie a i on sam pasjonuje się fotografią. Szczególnie fotografia wulkanów (dodaje zdjęcie zrobione przez niego)

    Jak będzie trochę chętnych to zrobię dziś po 21 #ama

    #gwatemala #mordercy #przestepczosc #podroze #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Mireczki czy moglibyście polecić mi jakieś ksiązki o kryminalistyce, seryjnych mordercach, morderstwach itp? Chodzi mi o dokumentalizowane, popularnonaukowe pozycje nie o fabuły.
    #kryminalistyka #seryjnimordercy #mordercy

  •  

    Pedro Lopez

    Pedro Lopez jest kolejnym seryjnym mordercą, którego matka była prostytutką.
    Wiekszość seryjnych morderców ma jakąś obsesję na punkcie swoich matek. Owe matki najczęściej nie są wzorowymi matkami. Wspólnym pierwiastkiem wydaje się być element seksualny. Matki te albo prowokowały swoim wyglądem, albo miały dużą ilość partnerów, o których syn doskonale wiedział. Oczywiście, dzieci prostytutek mają znacznie większe szanse by to wszystko zauważyć, by być bardziej podatnymi na tego typu zachowania.


    Pedro Alonzo Lopez urodził się w kolumbijskim miasteczku Tolmia, w 1949 roku. W tamtych czasach Kolumbia była ostatnim miejscem w którym ktokolwiek chciałby przyjść na świat. W kraju tym trwała wojna domowa, w której zgineło około 200 000 ludzi.
    Lopez był synem biednej prostytutki, był siódmym z trzynaściorga rodzeństwa. Dzieciństwo spędzone w takich warunkach na pewno nie nalezało do udanych i radosnych. Jego matka była dominującą kobietą, trzymała swoje dzieci krótko. Mimo wszystko, w domu Lopeza było lepiej niż w innych domach.
    W 1957 roku, ośmioletni Pedro został przyłapany przez swoją matkę podczas stosunku seksualnego ze swoją młodszą siostrą. Od tej pory musiał żyć na ulicy. Nie mógł wrócić do domu. Przyszłość wyglądała ponuro. Jednak po pewnym czasie jakiś mężczyzna zaoferował Lopezowi mieszkanie i wyżywienie. Pedro nie mógł uwierzyć w swe szczęście. Zamiast do domu, nieznajomy mężczyzna zabrał chłopca na jakąś opuszczoną budowę. Tam odbył z nim kilkakrotnie stosunek seksualny, nastepnie zostawił go tak jak znalazł, na ulicy.
    Ta przygoda ze starszym mężczyzną wywołała u Pedra obawę przez obcymi. Sypiał w ciemnych zaułkach, nocami wyruszał na poszukiwania jedzenia. Żył tak prawie rok. W końcu zdobył się na opuszczenie miasteczka. Jego podróż zakończyła się w Bogocie. Po kilku dniach żebrania o jedzenie, chłopcem zainteresowała się pewna amerykańska para. Przynosili mu ciepłe pożywienie, wreszcie zaproponowali wspólne mieszkanie. Pedro przyjął ich propozycję. Dostał swój pokój z biurkiem, został nawet zapisany do szkoły dla sierot.

    > Więzienie

    Mimo całego szcześcia jakie dopisywało chłopcu, jego dobra sytuacja nie miała trwać wiecznie. W 1963 roku, gdy Pedro miał 12 lat, jego nauczycielka zaczęła go molestować seksualnie. Pedro zapomniał już o swoich obawach wobec dorosłych, jednak teraz wszystko to powróciło. Teraz towarzyszył temu również gniew. Własnie w przypływie gniewu ukradł w szkole pieniadze i uciekł z domu.
    Wojna domowa się skończyła. Kończyła sie tez zimna wojna. Zmieniły sie rządy i znów uruchamiano zatrzymane fabryki. Jednak Pedro nigdy nie otrzymał jakiegokolwiek wykształcenia. Kolejne sześć lat spedził na ulicach, prosząc o jedzenie i dokonując drobnych kradzieży.
    Jako nastolatek zaczął kraść samochody. Miał niewiele do stracenia, a lokalne gangi dobrze płaciły za taka robotę. Stał się doskonałym złodziejem samochodów.
    Pomimo swojego sprytu, w 1969 roku Pedro został złapany właśnie na kradzieży samochodu. Został skazany na 7 lat więzienia. Już dwa dni po rozpoczęciu kary, został brutalnie zgwałcony przez czterech starszych więźniów. Pedro obiecał sobie, że już nigdy nikt go nie dotknie. Sprawił sobie nóż. Przez nastepne cztery tygodnie szukał okazji i zabił tych czterech więźniów którzy go zgwałcili. Władze więzienia uznały, że Pedro działał w obronie własnej i dołożyły tylko dwa lata do wyroku.
    Czas spędzony w więzieniu, w polaczeniu ze wszystkim czego doświadczył wcześniej, spowodował niepowetowane straty w umyśle tego biednego chłopaka. Wszystko czego doświadczył od swojej matki spowodowało, że teraz bał się kobiet. Jakikolwiek związek z nimi uważał za niepraktyczny, wszystkie swoje pragnienia zaspokajał przy pomocy pism pornograficznych. Pedro uważał, że całe zło jakie go spotkało było zasługą jego matki.

    > Aresztowanie

    Pedro wyszedł z więzienia w 1978 roku. Dużo podróżował po Peru. Wtedy też zaczęły się morderstwa młodych dziewcząt. Gdy próbował porwać dziewięcioletnią Indiankę, został złapany przez jej współplemieńców. Torturowano go przez wiele godzin, następnie postanowiono pochować go żywcem. Jednak szczęście dopisało rownież i teraz. Nie wiadomo skąd pojawił się jakiś misjonarz i przekonał Indian, że morderstwo nie spodobałoby się Bogu, i że powinni oddać Lopeza odpowiednim władzom. Indianie, co prawda niechetnie, posłuchali rady misjonarza. Władze Preu deportowały Lopeza do Ekwadoru.
    Pedro zaczął podróżować po Ekwadorze. Często też bywał w Kolumbii. W okolicy szybko zaczęto notować zaginięcia młodych dziewcząt, jednak władze zignorowały te informacje. Wiekszość owych dziewcząt należała do różnych dziwnych zwiazków.
    W marcu 1980 roku, mała powódź w mieście Ambato odkryła ciała czterech dziewczynek, które niedawno zagineły. Mimo trudności z okresleniem przyczyny smierci, władze uznały, że było w tym coś podejrzanego.
    Kilka dni po powodzi, pewien mieszkaniec miasteczka, który robił zakupy ze swoją dwunastoletnią córką, zauważył jak jakiś obcy mężczyzna próbuje porwać jego dziecko. Natychmiast zaczął wzywać pomoc. Mężczyźnie nie udało się uciec. Został aresztowany.
    Podczas eskortowania na komisariat, Pedro zachowywał się niespokojnie. Sprawiał wrażenie szaleńca.

    > Niewiarygodne zeznania

    W komisariacie Pedro odmówił składania zeznań. Władze uznały, że trzeba podstępu by aresztowany zaczął mówić. Postanowiono zamknąć go w celi z pewnym duchownym, ojcem Cordoba Gudino. Jego zadanie polegało na zdobyciu zaufania i wypytanie o szczegóły przestępstwa.
    Milczenie nie trwało długo. Już następnego dnia Pedro zaczął opowiadać księdzu szczegóły niesłychanych zbrodni jakie popełnił. Spowiedź ta bardzo wzburzyła księdza, poprosił o opuszczenie celi. Następnie przeczytano Lopezowi wszystko to, co w celi opowiedział księdzu. Dopiero wtedy się poddał.
    Pedro powiedział, że zamordował przynajmniej 110 kobiet w Ekwadorze, około 100 w Kolumbii, oraz sporo ponad 100 w Peru. Powiedział też, że lubi dziewczęta z Ekwadoru. Są bardziej łagodne i ufne, wydają się też bardziej niewinne. Nie są tak podejżliwe wobec obcych jak kolumbijskie dziewczęta. Za owe morderstwa Pedro winił swoje trudne dzieciństwo i życie, oraz samotność. 'Straciłem swoją niewinność w wieku ośmiu lat. Postanowiłem zrobić to samo tylu dziewczętom ilu zdołam.' Zawsze też wybierał swoje ofiary za dnia. Nie chciał by zmrok ukrył przed nim widok ich agoni. Wyjaśnił również, że najpierw gwałcił ofiarę, następnie dusił ją patrząc jej głęboko w oczy. Gdy widział jak w ich oczach znikają ostatnie resztki życia odczuwał głęboką przyjemność oraz podniecenie seksualne. Nawet gdy umarły były jeszcze przydatne. Często robił przyjęcia, w których uczestniczyły ciała martwych dziewczynek. Sadzał je i rozmawiał z nimi.
    Policjanci na początku nie chcieli wierzyć zeznaniom Loepza. Pedro zgodził się nawet pokazać im kilka gróbów. Wkrótce jednak policjanci musieli zacząć wierzyć Lopezowi. Pedro pokazał im groby 53 dziewczynek w wieku od 8 do 12 lat. Nastepnego dnia wskazał miejsca spoczynku kolejnych 28 ofiar. Więcej ciał nie znaleziono, jednak ciała te mogły rozgrzebać zwierzęta, zabrać ze sobą powodzie itp.
    Po kilku dniach Pedro Lopez został oskarżony o popełnienie 57 morderstw. Liczba ta wzrosła do 110. Dyrektor więzienia, Victor Lascano stwierdził, że nie ma podstaw by nie wierzyć zeznaniom Lopeza, gdy znajduje się potwierdzenie chociażby części owych zeznań. Lascano ocenia także, że zamordowanych kobiet z pewnością było ponad 300.
    Niestety nie ma żadnych informacji o przebiegu krótkiej rozprawy, jednak pod koniec 1980 roku Pedro Lopez został skazany na dożywocie.

    > Wywiad

    W styczniu 1999 roku Pedro udzielił jedynego wywiadu. Oto fragmenty.

    'Jestem człowiekiem stulecia. Nikt nigdy o mnie nie zapomni. Polowałem na moje ofary całymi dniami. Szukałem dziewcząt w których spojrzeniu była niewinność i piękno. To były dobre dziewczęta. Pomagały swoim matkom. Chodziłem za nimi kilka dni, czekałem aż zostana same. Dawałem im jakieś prezenty, np. małe lusterko. Potem zabierałem je na skraj miasta, obiecując prezent dla ich matek.'
    'Zabierałem je do tajnych kryjówek, w których przygotowane były już ich groby. Czasem były tam też ciała poprzednich dziewcząt. Związywałem je, gwałciłem przy wschodzie słońca. Przy pierwszym blasku słońca dostawałem wytrysku. Chwytając za gardło zmuszałem je do uprawiania seksu. Gdy słońce całkowicie wzeszło zaczynałem je dusić.'
    'Wtedy tylko było dobrze gdy widziałęm ich oczy. W nocy bym tego nie zobaczył. Musiałem to robić przy swietle dziennym. To były fantastyczne chwile, gdy trzymałem dłonie na szyjach tych młodych kobiet. Zaglądałem im głęboko w oczy, widziałem iskry które powoli znikały. Tylko ktoś kto naprawdę zabił wieco mam na myśli.'
    'Gdy wyjdę na wolność znów poczuję to samo. Wszystko trwało od 5 do 15 minut. Byłem bardzo dokładny. Długo upewniałem się, że na pewno są martwe. Przykładałem lusterko by sprawdzić czy oddychają. Czasami musiałem je zabić ponownie.'
    'Nigdy nie krzyczały, ponieważ nie spodziewały się niczego złego. Były takie niewinne. Moje małe przyjaciółki lubiły towarzystwo. Często kładłem po kilka ciał obok siebie. Ale po chwili czułem się znudzony, one się nie ruszały. Więc szukałem kolejnych dziewcząt.'


    Pedro Lopez odsiaduje karę w więzieniu w Ekwadorze. Możliwe, że będzie mógł złożyć wniosek o przedterminowe zwolnienie. Jeśli uda mu się opuscić więzienie, czekają na niego kolejne procesy w Kolumbii i Peru.

    #mordercy #kryminalistyka
    #seryjnimordercy

    http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy&dane=LopezPedro.htm
    pokaż całość

    źródło: fthmb.tqn.com

    •  

      @mt5114: bo sie czepiasz ze ktos skopiowal z internetu.

    •  

      Ej na wikipedii znalazłem coś takiego:
      W 1980 roku sąd uznał go za winnego wielokrotnych morderstw i skazał go na karę dożywotnego pozbawienia wolności[1]. W 1994 roku został zwolniony i deportowany do Kolumbii. Ponownie podjął próbę morderstwa, został aresztowany i uznany za chorego psychicznie. W 1998 roku uznano go za zdrowego psychicznie i zwolniono z więzienia[2]. Obecnie López jest poszukiwany przez Interpol.

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Witam serdecznie mireczki!

    Dokładnie dwa dni temu, w słoneczne czerwcowe popołudnie skończyłem lekturę Trupiej Farmy, napisanej przez słynnego w wielu kręgach Billa Bassa. Przyznaję, że pozycja ta oferuje czytelnikowi iście ekscytującą wyprawę po krainie morderstw, a co za tym idzie - antropologii sądowej i tajemnicach ludzkiego ciała. Oczywiście przywołuje przy tym kwestię śmierci, a także zbrodni. Stanowi niejako balans pomiędzy wciągającą oraz możliwie jak najbardziej atrakcyjną dla czytelnika narracją, a dość fachowym podejściem do tematu okraszonym występowaniem fachowej terminologii. Dzięki temu udało się w zadowalającym stopniu nie utracić na wartości merytorycznej, zachowując jednocześnie lekkość odbioru.

    Chciałbym jednak ,,ugryźć temat'' od innej strony. Otóż poszukuję książek poruszających podobną tematykę, jednakże skupiających się na postaciach samych oprawców oraz ich motywów, a także portretów psychologicznych. W dużym uproszczeniu i kolokwialnie mówiąc: mniej szczegółów morderstw, więcej samych postaci morderców. Coś w stylu filmów z cyklu "seryjni mordercy" dostępnych w telewizji oraz na YouTube, lub też Mindhuntera na tak bardzo popularnym Netflixie.

    #ksiazki #literatura #mordercy
    pokaż całość

  •  

    Odnośnie wpisu @Twinkle o Karolu Kocie - tutaj mam całą historię wraz z wywiadem przed egzekucją. Jeśli ktoś lubi czytać takie smaczki to się nie zawiedzie:
    "...lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt inny z Krakowa..."

    Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
    - Obywatel Karol Kot? - spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
    - Tak słucham - odparł młodzieniec.
    Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
    - Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy - padła zwyczajowo powtarzana formuła.
    - Panowie, ale o co chodzi? - zdziwił się Karol.
    - Wyjaśnimy na miejscu - uspokajali policjanci.
    - No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
    Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowania oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
    12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zaułku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewanym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Ból i dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańców Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Kraków żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając się kto będzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, 8 kłutych ran których doznała malutka Małgosia, cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki, nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo, ból jaki dosięgnął jeszcze inną kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze "szczęście" do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotąd nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się, w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza. Przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
    Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
    Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : "(...) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz - który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, targnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!"
    Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)." Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich."
    Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota aniżeli okazał na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem?
    Niektóre fragmenty rozmowy z nim zachowałem do dzisiaj.
    Wywiad
    - Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem co wiem, Pana młode życie pisane było suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadków należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znaleźć źródła zbrodniczej działalności.

    - Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta; lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

    - Proszę powiedzieć coś o sobie.

    - No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorożca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

    - Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

    - Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

    - Jak szła nauka?

    - Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z "polaka". Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

    - Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

    - Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków - Stare Miasto.

    - W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

    - To długi temat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie "Cracovia". Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

    - Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

    - Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energię i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą. Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry - zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

    - Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

    - Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

    - Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał? Jakie było miejsce w tym rodziców?

    - Pewnie że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego "Cracovia". Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś "tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny". Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno - że więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło - ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem, Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego "..popatrz, bierz przykład z Karola, chcę żebyś był taki, jak Karol". Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle że nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddał, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nie skonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, że byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

    - Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

    - Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie "donosiciel". Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

    - Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

    - Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym "Lolo erotoman' Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

    - Miał Pan jakieś zwierzęta?

    - W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew. To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

    - Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

    - Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyżywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł - taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował. Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostępnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem też na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

    - Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotykały Pana za to jakieś przykrości?

    - Na początku budy może tak, ale później - niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, że ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami różnie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako "Lolo" lub "Lolek", do tego dodawali "rozpruwacz", "krwawy" "erotoman", "wariat", "benzyna". Sam nazywałem siebie: "Lolo-rozpruwacz", "Lolo-pirotechnik", "Anastazja" i "AI Capone". Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem "Lolo-donosiciel", choć była to prawda.

    - No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

    - Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

    - Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

    - Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

    - Jak Pan ocenia swoje czyny?

    - Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

    - Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

    - Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

    - Przezywano Pana wampirem.

    - Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

    - Czy Pan się modli?

    - Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

    - Czy rozumie Pan uczucie miłości?

    - Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

    - W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

    - Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

    - A ból i cierpienie?

    - Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

    - Pana credo życiowe?

    - Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

    - Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

    - Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość - miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, że krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janką przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

    - No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

    - Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo, każde złe słowo. Kto tego nie przeżywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda, przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator "gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać".

    - Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy też, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, że za to wieszają - czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

    - Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

    - Właśnie o to spytałem.

    - Wytłumaczenie jest we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, że jestem porządnym człowiekiem. To, że mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

    - Jaką filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

    - Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć. Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, ukląkłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu. Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny, leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem "czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada". Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem "natchnienie". Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę też powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówiła zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę "od ucha do ucha", ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jak to było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka - w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji "Sielanka" wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach". Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam, ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia. Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, że trzeba go też wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, że na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, że nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

    - Co Pan czuł w momencie zabijania?

    - Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, że potrafiłem zaatakować tylko słabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co, miałem zabijać na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, słyszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza - słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

    - Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

    - Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

    - Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan mówi można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczał Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

    - Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem - jak słusznie mówił prokurator - który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

    - Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

    - Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego też, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na broń, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczkę, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

    - Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

    - Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę - otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

    - Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

    - Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę.

    - A obawa przed ujęciem?

    - Mógłbym powiedzieć, że się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd - jak mówiłem - nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

    - Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

    - Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle "ciało puszczone w ruch puszcza się dalej". To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

    - Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

    - Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała "to bydlę napadło mnie w kościele". Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robotę. Gdy druga staruszka też wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: "dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę".

    - Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

    - Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym "dobrym"? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem - to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przeżywam tragedię życiową. Prawda, że nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie shocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebką, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, że nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

    - Dużo czasu w toku procesu zajęła sprawa Pana poczytalności.

    - Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak spaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, że siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

    - Wróćmy do Pana ostatniego słowa w procesie.

    - Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę w sprawie wyroku - powiedziałem też, że nie.

    - Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

    - Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

    - Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

    - W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, że niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerosłem go. Dobrze, że ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

    - Czego się Pan obawia obecnie?

    - Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć. A gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

    - A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

    - W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostało, to tylko przygotować sobie watę, żeby stryczek za bardzo nie uwierał.

    - Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

    - Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

    - Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

    - Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

    Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator (bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu, młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci (w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in., że "szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci". Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r.
    Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.

    #gruparatowaniapoziomu #mordercy #krakow #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @SCHODOV: Czytam ten wywiad i pomiędzy wypowiedziami Karola rysuje mi się nieźle poryty człowiek, mocno narcystyczny i pełen przeciwieństw. Ktoś taki w innych okolicznościach mógłby zostać idealnym nazistą albo zbrodniarzem wojennym. Uderza mnie też ta jego niewinna powierzchowność, pod którą skrywa się naprawdę bestialska natura. Ktoś, kto wydaje ci się sympatycznym kolesiem może ci wbić nóż w plecy, kiedy się odwrócisz. Ech, co za świat... pokaż całość

    •  

      idiota ze skłonnościami psychola, którego koledzy nie lubieli to sie wyżywał na słabszych. Wielkie mi zjawisko. Wyrwano chwasta i prawidłowo. Szkoda, że jeszcze dużo takich oddycha tym samym powietrzem co my i żyje, doskonale się kamuflując

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    Wiecie, że pierwszym na świecie mordercą był Polak? Dokładniej mówiąc mieszkaniec Krakowa. Oto dowód z Pisma Świętego - księga Rodzaju 4:8

    Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole
    #biblia #religia #katolicyzm #krakow #polska #mordercy #heheszki pokaż całość

  •  

    Jest taki były policjant/milicjant Janusz Bartkiewicz który kiedyś łapał morderców, a dzisiaj opisuje w internecie różne wspomnienia z tych wszystkich śledztw jakie prowadził. O słynnym zabójstwie studentów w Górach Stołowych w 1997 pisze nawet książke i opublikował już kilka rozdziałów http://janusz-bartkiewicz.eu/index.php/kryminalia/naroznik-1997
    A tutaj opisał np. różne przypadki zabójstw i porwań małych dzieci z lat 80 http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?p=1267
    http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?tag=janusz-bartkiewicz tutaj inne takie historie.
    Jeśli kogoś interesują takie rzeczy to polecam tego milicjanta ( ͡° ͜ʖ ͡°) #kryminalistyka #mordercy #zbrodnia #ciekawostki #seryjnimordercy #policja
    pokaż całość

  •  

    #gruparatowaniapoziomu #mirekwposzukiwaniutajemnic

    Kobieta z Isdal (norweski: Isdalskvinnen) – kobieta o nieustalonej tożsamości znaleziona martwa w dolinie Isdalen w Bergen, Norwegii, 29 listopada 1970 roku.

    Historia ta uważana jest za jedną z największych tajemnic Norwegii. Od wielu lat jest przedmiotem intensywnych spekulacji. Isdalen jest znana wśród mieszkańców jako „Dolina Śmierci”. Było to miejsce, gdzie w średniowieczu ludzie popełniali samobójstwa, a w latach 60. kilkunastu turystów zmarło, gdy podczas trekkingu we mgle osunęli się ze zbocza. (via Wklejpedia)

    Obiecałem ( ͡° ͜ʖ ͡°) A, że to IMHO jedna z ciekawszych spraw (i pewnie równie przeruchanych jak Natalia Starr) to koniecznie chciałem coś o niej napisać. Szczególnie, że na pewno to nie był wypadek.

    Mamy 29 listopada 1970 roku. Mężczyzna z dwiema córkami wędruje radośnie w okolicy doliny Isdalen. Tam sielska wycieczkę przerywa groteskowe znalezisko. Pod stertą liści i kamieni znajdowało się częściowo zwęglone ciało kobiety. Generalnie znalezisko typowe dla tej okolicy, nazywanej "Doliną Śmierci" gdzie często ludzie udawali się w celu popełnienia samobójstwa. A jednak detale sugerowały, że coś jest nie tak (chociaż nie wiem, że nadpalone ciało to taki sobie "detal"). Ciało było spalone tylko z jednej strony, tak jakby się rzuciła na plecy podczas podpalenia. Z jej ubrań (notabene zdecydowanie za lekkich jak na wyjście w góry tą porą) powycinano wszystkie metki. Obok ciała było opakowanie po tabletkach nasennych, suchy prowiant, kanistry po benzynie, butelka po likierze, srebrna łyżeczka, z której ktoś zeszlifował monogram oraz zegarek i biżuteria.

    Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że kobieta zatruła się tlenkiem węgla. Czyli gdy ją podpalono jeszcze żyła. W żołądku miała ponad 50 pigułek nasennych. Twarz miała na tyle spaloną, że nie można było jej zidentyfikować na tej podstawie. Wokół szyi było widać siniaki, czyli przed śmiercią była duszona (nie dało się z jej szyi ściągnąć żadnych odcisków palców, mimo iż to była ewidentnie robota czyichś łapek). Usunięto jej odciski palców, kolejne utrudnienie w identyfikacji. Stan uzębienia pozwolił jedynie ustalić gdzie mogła być leczona: a Dalekim Wschodzie, w Południowej Europie lub Ameryce Południowej. Ale nic ponadto.

    Kilka dni potem, na dworcu w Bergen, znaleziono dwie walizki, której najwidoczniej należały do zamordowanej. W bagażu było 500 marek niemieckich, 130 koron norweskich, notatnik, peruki, recepta na krem na egzemę z zamazanym nazwiskiem lekarza i datą oraz okulary przeciwsłoneczne. Te ostatnie są o tyle ciekawe, że udało się z nich zdjąć częściowe odciski palców. W walizce był się jeden z istotnych tropów - reklamówka ze sklepu obuwniczego Oscar Rørtvedt w Stavanger. Syn właściciela, Rolf Rørtvedt, pamięta, że sprzedał buty "bardzo dobrze ubranej, ładnej kobiecie z ciemnymi włosami". Buty, który sprzedał wydają się pasować do butów znalezionych w dolinie Isdalen. Z jego pomocą, policji udało się namierzyć hotel St Svithun, gdzie zameldowała się jako Fenella Lorch.

    I tu robi się ciekawie, bo kobitka przebywała w kilku różnych hotelach w Norwegii, często zmieniała pokoje, zawsze chciała pokoju z balkonem i podawała różne nazwiska. W większości hoteli musiała okazać paszporty, dla potwierdzenia tożsamości. Zatem miała kilka dobrze podrobionych dokumentów.

    Genevieve Lancier z Louvain przebywała w hotelu Viking, Oslo od 21 do 24 marca 1970
    Claudia Tielt z Brukseli przebywała w hotelu Bristol, Bergen od 24 do 25 marca
    Claudia Tielt z Brukseli przebywała w hotelu Skandia, Bergen od 25 marca do 1 kwietnia
    Claudia Nielsen z Ghent przebywała w KNA-Hotellet, Stavanger od 29 do 30 października
    Alexia Zarne-Merchez z Lublany przebywała w Neptun Hotel, Bergen od 30 października do 5 listopada
    Vera Jarle z Antwerpii przebywała w hotelu Bristol, Trondheim od 6 do 8 listopada
    Fenella Lorch przebywała w St Svithun Hotel, Stavanger od 9 do 18 listopada
    Pani Leenhouwfr przebywała w hotelu Rosenkrantz, Bergen od 18 do 19 listopada
    Elisabeth Leenhouwfr z Ostendy przebywała w hotelu Hordaheimen, Bergen od 19 do 23 listopada

    Oto lista hoteli wraz z datami i użytymi nazwiskami.
    Zaczyna brzmieć trochę szpiegowsko. I w samym Bergen zaczęły krążyć plotki o tym, że kobieta była szpiegiem. Tej miejscowości nie odwiedzało zbyt wielu turystów, kobieta wydawała się bogata i obyta w świecie, to sprzyjało spekulacjom. Jedna z norweskich stacji radiowych, która opisywałą całą sprawę stwierdziła nawet, że kobieta obserwowała obiekty wojskowe w zachodniej części Norwegii testujące nowe rakiety. Podobno służby bezpieczeństwa były tym wybitnie zainteresowane.

    Było to podczas zimnej wojny i w tym czasie było w Norwegii sporo szpiegów, w tym rosyjskich

    mówi Gunnar Staalesen, autor książek o przestępstwach w Bergen.

    Wspomniałem po drodze o notesie. W nim znajdowały się (a jakże) zaszyfrowane notatki. Na szczęście szyfr nie był szczególnie wymyślny (to nie sprawa Tamam Shud ( ͡º ͜ʖ͡º) ), wiec dosyć łatwo został złamany. Pod szyfrem ukrywały się daty i miejsca, które odwiedziła. W śród wymienionych miejsc były między innymi Paryż, czy Bergen właśnie.

    Pomówmy nieco o świadkach. Większość z nich zwróciła uwagę na to, że kobieta posługiwała się wieloma językami: duńskim, francuskim, niemieckim i angielskim. Personelowi hoteli mówiła, że jest handlarką i kolekcjonerką antyków. Ostatnim hotelem w jakim przebywała był Hotel Hordaheimen (pokój 407, od 19 do 23 listopada). Pracownicy opisali ją jako kobietę będącą między 30, a 40 rokiem życia. Personel zauważył również, że kobieta przebywała głównie w pokoju i wydawała się mieć na baczności. Podczas wymeldowania z hotelu 23 listopada, zapłaciła gotówką i poprosiła o wezwanie taksówki. Miejsce jej pobytu do 29 listopada, kiedy to jej ciało zostało znalezione, jest nieznane.

    Mamy jedną istotną rewelacje, z roku 2005. Pewien mężczyzna po ujrzeniu jej prawdopodobnego rysopisu w gazecie, zgłosił, że prawdopodobnie widział ją na kilka dni przed znalezieniem ciała. Szła z dwoma mężczyznami właśnie w kierunku Doliny, zdecydowanie zbyt lekko ubrana jak na taką wycieczkę. Według jego słów, już miała coś mu powiedzieć, coś krzyknąć, ale ów mężczyźni mieli ją od tego powstrzymać. Samych mężczyzn określił jako typ urody "południowej", cokolwiek to znaczy. Inne źródła mówią o tym, że ten "pewien mężczyzna" sprawę spotkania kobiety w górach zgłosił policji na kilka dni przed odnalezieniem ciała, aczkolwiek służby to zignorowały.

    Warto wspomnieć o jej szczęce. Jej zęby były leczone w sposób nietypowy dla szkoły norweskiej. W 2017 pojawił się nowy trop. Norweskie służby po analizach chemicznych, wywnioskowały, że wychowywała się albo we wschodniej, albo środkowej Europie, a wraz z dorastaniem przenieść bardziej na zachód. Analiza jej sposobu pisania sugeruje, że tę umiejętność nabyła we Francji.

    Oczywiście, sprawców nie znamy, nie odnaleziono ich. Nadal nie ustalono jej tożsamości, choć zachowane jej DNA może kiedyś nam powiedzieć kim była. Było dużo teorii co do samej sprawy. Od takich jak ta, że była Izraelskim szpiegiem (co przez wzgląd na jej pochodzenie wydaje się niezbyt prawdopodobne), radziecką agentką wykrytą przez norweskich tajniaków, po takie jak ta, że była nazistką i dopadł ją Mosad.

    Ciekawe jaka jest prawda.

    #historiajednejfotografii #ciekawostki #ciekaweciekawe #mordercy #dupeczkizprzypadku
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #mordercy

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów