•  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Był mroźny poranek 8 grudnia 2010 roku. Ewelina Skwara (zdjęcie) bladym świtem wsiadła na swój czerwony składak (zdjęcie) i jak co dzień wyruszyła w drogę do szkoły. Od rodzinnego domu w Służewie Polu (kujawsko-pomorskie) do pobliskiego gimnazjum miała do pokonania zaledwie 2 km. Tego dnia nigdy tam jednak niedotarta, a jej rower, uszkodzony i porzucony na poboczu, zauważyła sąsiadka, która bezzwłocznie zawiadomiła rodziców 14-latki. Rodzina natychmiast wszczęła poszukiwania. Zawiadomiona policja spekulowała, że mogło dojść do wypadku samochodowego, jednak w tym miejscu i w tym czasie nikt nie zgłosił podobnego zdarzenia, a poszukiwania Eweliny po okolicznych szpitalach także nie przyniosły wyczekiwanych rezultatów. Rozpoczęto szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, do której włączyło się ponad 200 strażaków, żołnierzy i okolicznych mieszkańców, którzy mimo złych warunków atmosferycznych, przeczesywali okoliczne lasy i pola. Niestety, nie pomógł także sprowadzony z Warszawy śmigłowiec wyposażony w specjalistyczną aparaturę do poszukiwań - kamery termowizyjne i do rejestracji obrazu w trudnych warunkach pogodowych. Nastolatka zapadła się jak kamień w wodę. (zdjęcie)

    Po kilku dniach, gdy przeszukanie 600 hektarów lasów i pobliskich terenów nie przyniosło rezultatów, tracąca wszelkie nadzieje rodzina poprosiła o pomoc jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który bez żadnych wątpliwości stwierdził, że dziewczynka nie żyje, a miejsce, gdzie znajdują się zwłoki opisał między innymi jako "święte", z figurami nieopodal.

    klik <- reportaż nagrany po 3 dniach od zaginięcia Eweliny

    Poszukiwania trwały w dzień i w nocy, przesłuchano także ponad 120 osób, zbadano ślady opon samochodowych zabezpieczone przy znalezionym rowerze. Zatrzymano nawet jednego podejrzanego mężczyznę, ale z braku dowodów został on wypuszczony.

    Za pomoc w odnalezieniu dziewczynki wyznaczono nagrodę 11 tys. zł - po 5 tys. od Komendanta Wojewódzkiego Policji w Bydgoszczy oraz od wójta Aleksandrowa Kujawskiego, a 1 tys. dołożyła anonimowa osoba.

    . . .

    4 stycznia 2011 roku podczas rutynowego obchodu podleśniczy z leśnictwa Dąbrowa Biskupia, administrującego laskami w Chlewiskach (czyli około 20 kilometrów od miejsca, w którym znaleziono porzucony rower Eweliny), natknął się na ciało młodej kobiety i niezwłocznie powiadomił policję. Szczątki znajdowały się w lesie, niedaleko lokalnej drogi, prowadzącej z Inowrocławia w kierunku Włocławka.

    klik <- szczegóły odnalezienia ciała (trochę obrzydliwe, dlatego podaję link, zamiast opisu)

    Miejsce odnalezienia zwłok było zgodne z opisem, który wcześniej podał Krzysztof Jackowski - teren był bagnisty, a nieopodal znajdował się cmentarz, którego figury widział jasnowidz z Człuchowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Ciało było w stanie daleko posuniętego rozkładu oraz poszarpały je zwierzęta, co uniemożliwiło szybką identyfikację. O tym, że to ludzkie szczątki, przypominały tylko długie blond włosy. Prokurator zdecydował, że tylko kurtka i plecak wraz z zawartością znalezione przy ofierze zostaną pokazane matce zaginionej. Kobieta rozpoznała rzeczy córki, a kilka dni później tożsamość Eweliny Skwary potwierdziły badania DNA.

    Jeszcze przed wynikami badań genetycznych, 12 stycznia późnym popołudniem policjanci z Wydziału Kryminalnego komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy doprowadzili do jednostki 26-letniego Jacka Urbańskiego. (wideo z zatrzymania)

    . . .

    JACEK URBAŃSKI, rocznik '84

    Przed zatrzymaniem mieszkał z rodzicami w małej wsi Koszczały (kujawsko-pomorskie) i pracował przy uboju zwierząt w pobliskich Radojewicach. W 2008 roku zamieszkał ze swoją konkubiną, z którą ma synka. Jednak dwa lata później wrócił do rodzinnego domu.

    Był dalekim krewnym swojej ofiary, jednak o tym, jak i w ogóle o jego istnieniu, rodzina Eweliny dowiedziała się dopiero po całym zdarzeniu. Ich ojcowie są kuzynami, lecz od lat nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Urbański jednak znał dziewczynkę, ponieważ od kilku miesięcy ją obserwował.

    Jego rodzinna miejscowość to zaledwie kilka domów wzdłuż wąskiej, gruntowej drogi (nawet samochód Google Maps tam nie zajeżdżał). Oczywiście, wszyscy się dobrze znali, a sąsiedzi mieli o Jacku bardzo dobre zdanie. Według nich był to zwykły, niczym się niewyróżniający, cichy chłopak, który nie sprawiał większych problemów. Do tego był baaaaardzo pobożny - co niedziele chodził do kościoła i przyjmował komunię. Gdy był młodszy chodził na każde majowe nabożeństwa i różaniec, a do dwudziestego roku życia był ministrantem (to chyba pasuje do nowego hasztagu @lakukaracza_ #mordercychrystusa (・へ・) ). Skończył tylko szkołę specjalną i gdyby nie jego wykształcenie, a raczej jego brak, zdaniem mieszkańców Koszczał Urbański nadawałby się do seminarium.

    Na imprezy nie chodził, nie pił, z podejrzanym towarzystwem się nie zadawał. Pracowity. Trochę zamknięty w sobie. Czasem się z niego nabijali, że jest taki nieśmiały w stosunku do dziewczyn. Zawsze spuszczał głowę w ich towarzystwie.

    - opowiada jedna z sąsiadek.

    Z kolei, jego znajomi uważali, że od dawna można było zauważyć, że ma pociąg seksualny do dzieci. Wodził wzrokiem za córką kolegi, a jeden z jego współpracowników zeznał:

    Pracował z nami facet, który siedział kiedyś za gwałt na dziewczynce. Widziałem, że przyglądał się Jackowi, kiedy obserwował tę dziewczynkę. Swój swojego wyczuje. A może obaj gapili się na nią równocześnie?

    Miał też obsesję na punkcie pisania SMS-ów, przez to często nie dosypiał w nocy. Nigdy nie rozstawał się ze swoim telefonem. Zanim doszło do morderstwa, szukał kobiety do współżycia, albo jak to sam określił "dziewczyny do poderwania". Był nachalny i wypisywał do różnych dziewczyn, a jedna z nich wspominała:

    Miałam wtedy góra 14 lat. Moi rodzice zatrudnili Jacka i jego ojca do remontu naszego domu. W czasie pracy Jacek często mnie zaczepiał. Gadał dziwne rzeczy. Na przykład, że jest śmiertelnie chory i zostało mu kilka miesięcy życia. Potem zdobył skądś mój numer. Dręczył mnie SMS-ami i telefonami. Pisał, że podglądał mnie przez okno.

    . . .

    Jacek Urbański zaplanował, za którym zakrętem uderzy w Ewelinę swoim peugeotem. Nie za mocno, żeby nic się jej nie stało. Wybrał do tego jedyny odludny fragment drogi, którą dziewczynka codziennie pokonywała. Nastolatka wylądowała w zaspie, a mężczyzna wysiadł z samochodu i wyciągnął ją ze śniegu. Wymierzył jej uderzenie w twarz z otwartej ręki i siłą zaciągnął do środka i wywiózł do lasu w okolicy Chlewisk. Doskonale znał ten teren, ponieważ był zatrudniony w masarni nieopodal. Kierując się do pracy na pewno nie było mu jednak tam po drodze, co wskazuje, że zbrodnię wcześniej zaplanował.

    To miejsce (...) koło cmentarza wybrał już wcześniej. Rozłożył kartony, bo na ziemi leżał śnieg. Kazał rozebrać się Ewelince. Wyciągnął nóż. Powiedział, że jak będzie głośno, to poderżnie jej gardło. Ale ona i tak krzyczała i płakała. Nie wiedział dlaczego, ale podobało mu się to. * Po zgwałceniu (którego opis był tak drastyczny, że nie został podany do opinii publicznej) kazał się jej się ubrać, położyć na plecach i naciągnąć czapkę na oczy. Posłusznie zrobiła to, o co ją prosił oprawca, wierząc, że wykonując jego polecenia przeżyje. Wtedy zadał dziewczynce kilka ciosów w okolice serca, co spowodowało wylew wewnętrzny i zgon na miejscu. Jej bielizną wytarł zakrwawiony nóż.

    Udusiłem ją przez pomyłkę, a potem poderżnąłem jej gardło. Zabić jej nie chciałem. Naprawdę tego nie planowałem. Po prostu się stało.

    - tłumaczył się później policji podczas przesłuchania.

    Kilka dni po zabójstwie Eweliny, rodzina Urbańskiego zgłosiła jego zaginięcie. Mężczyzna wyszedł z pracy i słuch o nim zaginął. Dodatkowo wysłał do swojego kolegi SMS-a z informacją, że został uprowadzony. Tego samego dnia wieczorem do dyżurnego Komendy Miejskiej Policji we Włocławku dotarła wiadomość, że w okolicach dawnej bazy MPK natrafiono na spalony samochód i jakiegoś mężczyznę, z którym trudno jest nawiązać kontakt. Mówił coś o tajemniczym BMW, które za nim jeździło i o kimś, kto woził go przez kilka dni w bagażniku, a potem zmusił, przystawiając coś zimnego do głowy, by spalił własne auto. Rysopis odpowiadał poszukiwanemu mieszkańcowi gminy Dobre. Młody człowiek trafił do włocławskiego szpitala, z którego został odebrany przez rodzinę. **

    Nie można wykluczyć, że po zamordowaniu Eweliny jego psychika nie wytrzymała, stąd taka irracjonalna próba zatarcia tropu.

    - przypuszczał jeden z funkcjonariuszy.

    Paradoksalnie, wymyślone przez niego porwanie, do którego miało rzekomo dojść pod Dąbrową Biskupią, pozwoliło mundurowym skojarzyć go ze sprawą zaginięcia Eweliny, lecz stało się to dopiero po odnalezieniu jej ciała.

    Informacja o zaginięciu Urbańskiego dotarła do Komendy Powiatowa Policji w Inowrocławiu, która połączyła pewne fakty - białego busa na radziejowskich numerach rejestracyjnych, którego posiadał podejrzany i którego policja zajmująca się sprawą zaginięcia dziewczyny zaczęła poszukiwać już kilka dni po znalezieniu jej roweru. Samochód widzieli świadkowie, a matka zamordowanej zeznała, że kilka miesięcy wcześniej córka zwierzała się, że stale mija ją to samo auto, z którego ktoś ją chyba obserwuje i obawiała się, że jest śledzona.

    Przez kilka tygodni odprowadzaliśmy ją do szkoły i ze szkoły. Czasami jeździła z bratem, czasami ze mną. Nie zauważyliśmy nic podejrzanego i daliśmy sobie z tym spokój.

    - opowiadała mama Eweliny.

    . . .

    Dowody zbrodni, czyli majtki dziewczyny i nóż, którym ją zadźgał, Urbański podrzucił do chlewni, w której pracował.

    Wiem, jaki to był nóż. Często wyciągał go przy nas. To był zwykły scyzoryk. Na każdym jarmarku można taki kupić. Zawsze otwierał nam nim coca-colę.

    - wspominał znajomy mordercy.

    Miesiąc po zabójstwie nastolatki, morderca wracał z pracy wraz z kolegami, gdy w radiowych wiadomościach podwali informację o odnalezieniu w pobliskim lesie zmasakrowanych zwłok.

    Kolega powiedział wtedy, że jakby dorwał tego skur * * * yna, który zabił tę dziewczynkę, to by go zaj * * * ł. Jacek się wtedy strasznie zdenerwował. Telefon mu wypadł z ręki. W domu zemdlał.

    . . .

    Materiały zgromadzone przez śledczych wystarczyłyby już w dniu zatrzymania postawić podejrzanemu zarzut porwania, zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem.

    Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa we Włocławku, na wniosek której sąd zastosował wobec zatrzymanego trzymiesięczny areszt tymczasowy (aleeee jak można się spodziewać, będzie on konsekwentnie przedłużany aż do chwili, gdy zapadnie prawomocny wyrok).

    Jacek Urbański przyznał się do winy. Pierwszy raz już podczas zatrzymania. Jak relacjonował jeden z funkcjonariuszy pracujących przy tej sprawie:

    Choć nie od razu poinformowaliśmy go, za co, sam spontanicznie zaczął opowiadać, co zrobił z Eweliną.

    Drugi raz w trakcie nocnego przesłuchania, a trzeci podczas wizji lokalnej, której przyglądała się matka zamordowanej dziewczynki. Podczas jej trwania policjanci bardziej obawiali się ataku tłumu i samosądu na podejrzanym niż o to, że im ucieknie. Za wszelką cenę starali się nie dopuścić mieszkańców Służewa do Urbańskiego.

    14 stycznia odbyło się trwające ponad godzinę posiedzenie aresztowe w sądzie, podczas którego podejrzany ponownie przyznał się do winy oraz skorzystał z prawa do domowy składania wyjaśnień. Zgodził się jednak odpowiadać na pytania sądu i potwierdził wszystko, co mówił wcześniej na przesłuchaniach.

    Wyniki sekcji zwłok potwierdziły gwałt na dziewczynce, znaleziono również materiał genetyczny należący do podejrzanego.

    . . .

    20 stycznia 2011 na cmentarzu w Goszczewie odbył się pogrzeb Eweliny Skwary. Została pochowana obok swojej siostry bliźniaczki Patrycji, która zmarła dwa dni po ich urodzeniu, także 8 grudnia, tylko 14 lat wcześniej... Przerażający zbieg okoliczności.

    Mimo złej pogody w Służewie pojawiły się setki ludzi z całego województwa. Już pół godziny przed rozpoczęciem mszy kościół w Służewie był zapełniony. Dziesiątki ludzi nie zmieściło się w świątyni. ***

    (zdjęcia)

    Pomnik na mogile dziewczynek ufundowali okoliczni mieszkańcy.

    . . .

    W miejscu odnalezienia ciała Eweliny, jej rodzice postawili głaz z tablicą upamiętniającą.

    (zdjęcie) (zdjęcia)

    . . .

    Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    . . .

    Pod koniec czerwca do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Urbańskiemu.

    Jacek U. oskarżony jest o to, że 8 grudnia na drodze pomiędzy Służewem Pole a Służewem pozbawił wolności 14-letnią Ewelinę S., co łączyło się ze szczególnym udręczeniem. Najpierw potrącił ją samochodem marki peugeot, a następnie przy użyciu przemocy umieścił ją w bagażniku samochodu, wywiózł do lasu w okolicy miejscowości Chlewiska, gdzie przy użyciu przemocy i groźby jej użycia doprowadził do zgwałcenia. Następnie, działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia małoletniej, zadał jej kilka ciosów nożem w okolice serca. W ten sposób spowodował zgon.

    - argumentował prokurator.

    . . .

    Ewelina była najmłodsza z piątki rodzeństwa. Niestety, jej śmierć nie była ostatnią tragedią w rodzinie Skwarów - około dziewięciu miesięcy po jej zaginięciu, 3 sierpnia 2011 roku jej 24-letni brat Przemek zginął w wypadku.

    40-letnia kobieta kierująca tico uderzyła w jego motorower. Chłopak zmarł po kilku godzinach od przywiezienia do szpitala.

    (zdjęcia)

    . . .

    W październiku we włocławskim sądzie ruszył proces. Ze względu na charakter tej sprawy prokurator wnioskował o wyłączenie jawności, mimo to rodzice zamordowanej dziewczynki tuż przed wejściem na salę podkreślali, że zależy im na wyłączeniu jawności procesu.

    Złożyliśmy taki wniosek, ponieważ chcieliśmy, aby wszyscy dowiedzieli się, co czeka sprawców, którzy dopuszczają się takich czynów.

    - mówiła matka Eweliny.

    Nie mamy żadnego interesu w tym, by chronić rodzinę Urbańskich. Cała Polska powinna się dowiedzieć, jakiego człowieka wychowali!

    - dodał ojciec.

    pokaż spoiler Rozumiem żal i emocje taty zamordowanej, ale taka odpowiedzialność zbiorowa (o której zresztą pisałam [tutaj](https://www.wykop.pl/wpis/35898143/od-1-stycznia-2018-dziala-w-polsce-publiczny-rejes/)) jest niesprawiedliwa i krzywdząca...


    Sąd podjął jednak decyzję o zniesieniu jawności procesu, tłumacząc swoją decyzję dobrem pokrzywdzonych, jak i troską o interes sprawcy i jego rodziny. Proces toczył się więc za zamkniętymi drzwiami.

    . . .

    Podczas procesu byli przesłuchiwani aż 243 świadkowie. Podobno Urbański ani razu na spojrzał na rodzinę zamordowanej, a na pytania odpowiadał tylko dwoma słowami - "tak" lub "nie".

    Odbyło się siedem rozpraw. Oskarżony na żadnej nie powiedział, że przeprasza.

    . . .

    19 marca 2012 zapadł nieprawomocny wyrok - dożywocie z możliwością przedterminowego zwolnienia po odbyciu 35 lat kary pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    klik <- odczytanie wyroku

    W uzasadnieniu wyroku sędzia powiedział, że dopiero w mowie końcowej morderca wyraził skruchę i przeprosił za swój czyn.

    Rodzice Eweliny przyjęli wyrok z ulgą i nie odwoływali się od niego. Matka zamordowanej podczas uzasadnienia płakała, a ojciec, po wyjściu z sali sądowej życzył skazanemu by nie dożył wyjścia zza krat.

    Sam Urbański, jak i jego adwokat (o dziwo!) także nie odwołali się od wyroku, który w związku z tym uprawomocnił się po 7 dniach
    . . .

    Ewelina w grudniu tego roku kończyłaby 22 lata.

    . . .

    klik <- reportaż Telewizji Kujawy, nagrany po ponad 2 latach od zaginięcia Eweliny

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu


    • • •

    UWAGA, UWAGA, UWAGA! POSZUKUJĘ POMOCNIKA LUB POMOCNICY! :)

    Potrzebuję osoby, albo i kilku, do redagowania moich tekstów przed wrzuceniem. Bardzo zależny mi, żeby owi pomocnicy mieli dużą wiedzę z zakresu polonistyki i nauczyli mnie pisać poprawnie, dawali rady i nie krzyczeli. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Nie chodzi mi tylko o wyłapywanie literówek czy niepotrzebnych przecinków - chciałabym by ktoś pokierował mną jak nie popełniać błędów stylistycznych, nie zmieniać czasu w trakcie pisania itd.

    Jeżeli ktoś jest chętny - proszę pisać na priv.
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    •  

      @kvoka: ile razy w tego typu opisach pojawia się sformułowanie, że szczegoly ss zbyt drastyczne, by je ujawnic, przeraza mnie, co to muszą być za straszne rzeczy i do czego człowiek może być zdolny.
      Przeczytać takiego opisu na pewno bym chciała - i tak kazdy wpis Twój czy riley wywoluje u mnie coś w rodzaju kaca moralnego za czyny innych. Ale po prostu mnie to przeraza, jak straszny bywa ogrom zła, które jeden człowiek jest stanie wyrządzić drugiemu

      pokaż spoiler A z redakcją i stylistyka tez mogę czasem pomoc, co prawda niekoniecznie regularnie, ale mam trochę zboczenie polonistyzno-jezykowe, jeśli chodzi o poprawność formy :) jakby Ci brakowało korektorow, daj znać :)
      pokaż całość

    •  

      Przeczytać takiego opisu na pewno bym chciała

      @agaja: nie wiem czy piszesz że byś chciała czy nie ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ale ja uważam, że dobrze że są tajne tutaj chodzi przede wszystkim o dobro rodziny ofiary tego popaprańca.

    • więcej komentarzy (114)

  •  

    Dziś pod tagiem #polskiepato prawdziwe patologiczna historia. Proszę zaparzyć dużo czaju, wołać sąsiadów, wkładać stopy do miednicy z wodą i musztardą (podobno zdrowe) i rozsiąść się do czytania!

    Ciężko było mi tę historię poskładać w jedną całość, bo doniesienia medialne nieco się od siebie różniły i wszędzie panował straszny chaos informacyjny. Mam nadzieję, że cała opowieść trzyma się kupy i nie pomyliłam kolejności zdarzeń.

    • • •

    Joanna pochodziła z małej wsi w powiecie ostródzkim, z rodziny z trudnościami finansowymi, ale nie patologicznej. Gdy miała 16 lat związała się z 12 lat starszym od siebie mężczyzną, z którym dość szybko założyła rodzinę i zamieszkała w okolicach Olsztyna. Niestety, ich związek nie należał do udanych i jak wynika z relacji kobiety, partner bił ją, znęcał się nad ich wspólnymi dziećmi i nadużywał alkoholu. W 2010 roku niespełna 26-letnia ciężarna Joanna uciekła od swojego oprawcy i wraz z czwórką dzieci znalazła schronienie w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Olsztynie (warmińsko-mazurskie). W tym samym budynku mieścił się punkt Caritasu Archidiecezji Warmińskiej, w którym pomagał 28-letni Piotr G. (zdjęcie)

    Piotr jako dziecko przeszedł nieudaną operację kręgosłupa, przez co został inwalidą i poruszał się na wózku. Mimo swojego upośledzenia fizycznego był aktywnym i zaradnym życiowo człowiekiem - ukończył studia teologiczne, jeździł samochodem, był lektorem, działał w ruchu studenckim pomagającym potrzebującym i angażował się w życie swojej dzielnicy. Był osobą bardzo lubianą i popularną, właśnie ze względu na swoje charytatywne działalności. Służył także do mszy, ponieważ był człowiekiem głęboko wierzący, a jego marzeniem było pójście do seminarium, na co nie pozwoliła mu jego niepełnosprawność.

    Mężczyzna zaangażował się w pomoc Joannie i jej dzieciom, usiłując stworzyć im jak najlepsze warunki do życia. Szybko zaprzyjaźnił się z kobietą, a szczególna więź powstała także między nim, a jej dziećmi, którym poświęcał sporo czasu, troszczy się i wozi na kolanach. Po kilku miesiącach znajomości Piotr oświadczył się kobiecie, mimo sprzeciwu jego bliskich. Przyjaciele odradzali mu ten związek, jednak mężczyzna był po raz pierwszy w życiu zakochany i nie zważał na niczyje słowa. Kobieta wraz z piątką swoich dzieci wprowadziła się do mieszkania Piotra jesienią 2010 roku, a niecały rok od pierwszego spotkania para pobrała się.

    Po niedługim czasie wspólnego życia Joanna przestała przypominać tą miłą i zagubioną dziewczynę, którą była na początku znajomości z Piotrem. W domu nieustannie wybuchają awantury, a kobieta stała się roszczeniowa, miała pretensje do męża, że nie spełnia jej oczekiwań i wymagań. Zaczęła coraz częściej wychodzić z domu i spotykać się z innymi mężczyznami, a mężowi kazała w tym czasie opiekować się dziećmi. Sprowadzała kochanków nawet do ich wspólnego mieszkania. W końcu związała się z sąsiadem Jackiem P. i specjalnie nie kryła się z tym związkiem przed swoim mężem. Uprawiała nawet seks z P., gdy w drugim pokoju przebywał Piotr. Mąż czuł się upokorzony, a konflikty między małżonkami narastały. Joanna w kłótniach stawała się coraz bardziej agresywna, przez co dochodziło nawet do rękoczynów. Wyzywała męża, zastraszała, biła i zrzucała z wózka inwalidzkiego.

    . . .

    O kochanku Joanny wiem tylko tyle, że był pracownikiem oponiarskiej firmy Michelin i wcześniej był notowany za jazdę pod wpływem alkoholu.

    . . .

    Jacek P. wprowadza się do mieszkania Piotra i Joanny, co doszczętnie załamuje psychicznie niepełnosprawnego mężczyznę. Zaczyna często bywać poza domem i tułać się samotnie po Olsztynie, a nawet żebrać, ponieważ momentami nie miał co jeść.

    W lutym 2013 roku Piotr wnosi pozew o rozwód i eksmisję niewiernej małżonki z mieszkania.

    Joanna zachodzi w szóstą ciążę, a ojcem dziecka jest jej kochanek. Gdy Piotr dowiaduje się o tym, prosi żonę by zostawiła Jacka P. i deklaruje, że wychowa jej kolejne dziecko. Kobieta jednak planuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem, choć nie chce stracić mieszkania, które jest własnością jej męża, dlatego groźbami próbuje nakłonić go do wycofania sprawy z sądu. Joanna staje się jeszcze bardziej agresywna, a Piotr żalił się znajomym, że nawet grozi mu nożem. Mężczyzna obawiał się o swoje życie, dlatego wyprowadza się z mieszkania i przez pewien czas przebywa w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Składa też zawiadomienie przeciwko Joannie o popełnienie przestępstwa z art. 207 § 1 k.k. czyli znęcanie się fizycznie lub psychicznie, jednak odmówiono wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

    W marcu 2013 roku Piotr sporządza testament, w którym wydziedzicza żonę oraz jej dzieci.

    . . .

    29 kwietnia 2013 roku Joanna (wtedy 29-latka) i Jacek P. (41) spotkali się ze swoim znajomym Łukaszem K. (31).

    . . .

    Łukasz K., słabo znał Jacka i Joannę. Jego zdaniem, tego dnia chciał się tylko upić, ponieważ musiał uczcić to, że jego dziewczyna miała niedługo urodzić dziecko, do tego za kilka dni (lub według innego źródła - już kilka dni temu) kończył mu się dozór elektroniczny, który miał zasądzony za jazdę pod wpływem alkoholu. A przynajmniej sam tak twierdzi i przedstawia trochę inną wersję wydarzeń -> klik
    Polecam przeczytać jego relację po przeczytaniu mojego tekstu.

    . . .

    W trakcie wspólnej alkoholizacji wpadli na pomysł pozbycia się Piotra (31). Joanna zadzwoniła do swojego męża i zasugerowała, że przemyślała jego propozycje i chciałaby z nim na ten temat porozmawiać. Późnym wieczorem małżonkowie udają się na spacer przez osiedle Nagórki. Kobieta wywozi Piotra na wózku w okolice starego parku, gdzie w krzakach czekali już na nich Jacek i Łukasz. Dwaj bandyci zrzucają mężczyznę z wózka i brutalnie biją. Najpierw próbują skatować go na śmierć, potem dusić rekami, jednak mężczyzna wciąż oddychał. Zacisnęli mu więc na szyi pętlę z paska od spodni. Następnie rozebrali ciało Piotra G., a ubrania usiłowali spalić w opuszczonej ruderze. (zdjęcie) (zdjęcie) Druga wersja wydarzeń mówi, że próbowali spalić zwłoki, jednak udało im się zwęglić tylko ciuchy denata.

    Nagie zwłoki Piotra porzucili w krzakach, a w drodze powrotnej wrzucili do studzienki kanalizacyjnej telefon ofiary, który wraz z portfelem zabrali z miejsca zbrodni, by upozorować motyw rabunkowy. Po morderstwie cała trójka udaje się do mieszkania Joanny i jej martwego już męża, gdzie urządzają zakrapianą imprezę oraz orgię, ponieważ kobieta proponuje im seks w trójkącie, na który podobno już wcześniej mieli się umawiać.

    Następnego dnia w południe przypadkowy przechodzień zauważa ciało mężczyzny w okolicach placu zabaw przy ulicy Barcza i natychmiast wzywa policję.

    Martwy mężczyzna leżał pod drzewem, ale podczas przeszukiwania terenu znaleziono portfel ofiary (...) W portfelu był dowód osobisty z adresem, więc policjanci zaraz się tam pojawili i zastali żonę Piotr G. oraz "przyjaciela domu" Jacka P. Oboje udawali, że nie mają o niczym pojęcia.

    - opowiadał rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie.

    Gdy biegli stwierdzili, że Piotr został uduszony, natychmiast zatrzymano jego żonę i jej kochanka. Przyciśnięci przyznali się do winy oraz wskazali trzeciego sprawcę. Łukasz K. także przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Cała trójka trafia do aresztu, a Joanna, z uwagi na to, że była w ciąży, do specjalnego oddziału aresztu w Ostródzie.

    Na początku maja odbyła się wizja lokalna z udziałem sprawców.

    Zdjęcia Jacka P. podczas wizji lokalnej -> klik, klik, klik, klik

    Podejrzani o morderstwo zaczęli zmieniać zeznania. Po tym, jak początkowo przyznali się do winy, później każdy przedstawia inną wersję wydarzeń, co zaczyna komplikować sprawę.

    . . .

    Tłumy przyjaciół i znajomych uczestniczyły w pogrzebie Piotra na cmentarzu w Dywitach, który odbył się 9 maja.

    klik <- relacja z pogrzebu
    klik <- wypowiedzi bliskich zamordowanego

    . . .

    W grudniu 2013 roku prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe przesłała do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuca zabójstwo całej trójce oskarżonych. Jak czytamy w komunikacie z ich strony internetowej:

    W dniu 16.12.2013r. Prokurator Rejonowy Olsztyn – Południe w Olsztynie skierował do miejscowego Sądu Okręgowego akt oskarżenia p – ko Joannie G., Jackowi P. i Łukaszowi K.

    Zostali oni oskarżeni o to, że w dniu 29.04.2013r. w Olsztynie, działając wspólnie i w porozumieniu z zamiarem bezpośredniego pozbawienia życia Piotra G., w ramach ustalonego podziału ról, zgodnie z którym Joanna G. przekazała Jackowi P. i Łukaszowi K. materiały do owinięcia rąk, aby nie zostawili śladów, a następnie wyprowadziła poruszającego się na wózku inwalidzkim Piotra G. z mieszkania w ustalone miejsce, gdzie wymieniony został zaatakowany przez Jacka P. i Łukasza K., którzy po wepchnięciu go w krzaki i zrzuceniu z wózka inwalidzkiego bili go pięściami i kopali po całym ciele oraz dusili paskiem, w następstwie czego doznał on licznych obrażeń ciała powodujących zatrzymanie krążenia i oddychania oraz aspiracje krwi do górnych dróg oddechowych, co skutkowało jego zgonem.

    . . .

    Joanna została pozbawiona praw rodzicielskich, a jej pięcioro dzieci trafiło do rodzin zastępczych i do Domu Dziecka.

    W 2014 roku urodziła w areszcie szóste dziecko, które zaraz po przyjściu na świat zostało adoptowane przez ludzi, którzy nie wiedzieli, że jego rodzicami jest para morderców.

    . . .

    (zdjęcie)

    . . .

    Proces ruszył 28 lutego 2014 i jak podaje olsztyńska gazeta:

    Ze względu na drastyczność sprawy i konieczność ochrony dobrych obyczajów sąd utajnił przebieg procesu na czas składania wyjaśnień przez oskarżonych.

    Wiadomo jedynie, że Joanna nie przyznała się do winy, zaś oskarżeni mężczyźni przyznali się tylko pośrednio, bo nie do zamierzonego zabójstwa, lecz tylko do pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

    W jawnej już części procesu zeznawał biegły lekarz sądowy. Stwierdził, że ofiara przez kilka minut była duszona. Miała też poważne obrażenia głowy: złamaną szczękę, oczodół, kość jarzmową, a także krwiaki mózgu. Wszystko to razem było przyczyną śmierci Piotra G.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    14 maja 2014 zapadł pierwszy wyrok - Joanna oraz Jacek P. zostali skazani na dożywocie. Natomiast Łukasz K. na 15 lat pozbawienia wolności, co według strony internetowej Sądu Apelacyjnego w Białymstoku zostało uargumentowane w ten sposób:

    Sąd uznał, że podejmowane przez Łukasza K. czynności nie miały charakteru wiodącego i nie nosiły drastycznego charakteru. Jego rola w zdarzeniu była dopełniająca, nie miał on też pełnej wiedzy na temat motywów kierujących pozostałymi oskarżonymi. Zatem orzeczona wobec niego kara winna być niższa.

    Sędzia nie miał wątpliwości co do winy skazanych. Nie pomogły łzy i zapewnienia morderczyni, że jest niewinna.

    Po ogłoszeniu wyroku widownia na sali Sądu Okręgowego w Olsztynie zaczęła bić brawo.

    Przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że kara dożywotniego więzienia dla dwójki oskarżonych jest karą adekwatną do popełnionej zbrodni.

    Joanna G. i jej przyjaciel planowali zabójstwo Piotra. Jednym z motywów było przejęcie jego mieszkania, w którym planowali wspólne dalsze życie. (...) Oskarżona doznała samej dobroci od Piotra G., przyjął ją i jej piątkę dzieci pod swój dach, żebrał na ulicach, by utrzymać całą rodzinę, a ona nie potrafiła tego docenić.

    - mówił, uzasadniając wyrok sędzia.

    (tutaj są zdjęcia z tego procesu)

    Wyrok nie był prawomocny, a apelację wnieśli obrońcy całej trójki oskarżonych. Domagali się dla nich niższych kar, argumentując to następująco:

    Obrońca Joanny G. uważa, że powinna ona ponieść odpowiedzialność jedynie za pomocnictwo do czynu popełnionego przez pozostałych oskarżonych, ewentualnie w przypadku uznania jej za współwinną zabójstwa, z uwagi na poboczną rolę, złożenie obszernych wyjaśnień, wcześniejszą niekaralność i młody wiek należy wymierzyć jej karę znacznie łagodniejszą.

    Obrońca Jacka P., domagając się uchylenia wyroku i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sądowi I instancji zarzucił naruszenie szereg przepisów procedury karnej oraz błąd w ustaleniach faktycznych polegający na przyjęciu m.in., że oskarżony ten działał z zamiarem bezpośrednim zabójstwa. Z ostrożności procesowej, na wypadek nieuwzględnienia tych zarzutów, wniósł o złagodzenie wymierzonej oskarżonemu kary.

    Natomiast obrońca Łukasza K. wniósł o zmianę wyroku poprzez uznanie, że oskarżony ten wypełnił swoim zachowaniem znamiona przestępstwa z art. 158 § 1 k.k. bądź wymierzenie mu kary znacznie łagodniejszej.*

    (Art. 158. § 1. - Kto bierze udział w bójce lub pobiciu, w którym naraża się człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 § 1 lub w art. 157 § 1, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.)

    5 listopada odbył się proces apelacyjny, w którym zapadł już prawomocny wyrok. Sąd Apelacyjny w Białymstoku złagodził karę dla Joanny i Jacka P. z dożywocia na karę 25 lat więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 15 latach. Wyrok Łukasza K. pozostał bez zmian.

    Dożywocie jest karą eliminacyjną i nie daje szansy na wyjście z zakładu karnego. Stosuje się je wobec osób zdemoralizowanych, które nie poddają się resocjalizacji. Sąd uznał, że Joanna G. i Jacek P. nie są na tyle zdemoralizowani, że powinni być trwale wyeliminowani ze społeczeństwa.

    - tak sędzia opisywał uzasadnienie wyroku.

    Wyjaśnił także, dlaczego kobiecie został przypisany współudział w zabójstwie, a nie jedynie pomocnictwo. Przypominał, że współsprawcą może być także osoba, która własnoręcznie "nie zabija, nie zadaje ciosów, nie kopie, nie strzela, nie topi, nie dusi". Sędzia mówił, że jeżeli oskarżonej "przyświecał" zamiar zabicia męża, cała trójka miała taki plan, a rolą żony był "udział w istotnym elemencie tego planu" (m.in. zwabienie męża do domu i wyprowadzenie go w ustronne miejsce) - jej współdziałanie w tej zbrodni było ewidentne.

    Sąd apelacyjny wziął pod uwagę m.in. niekaralność sprawców. - Nie są ludźmi zdegenerowanymi do cna, których należy traktować jako sprawców o małym procencie (szans na) poddanie resocjalizacji - powiedział sędzia, przywołując opinie psychologów i psychiatrów.

    Sąd ocenił też, iż zbrodnia nie została dokonana z premedytacją, bo pomysł "pozbycia się" męża kobiety zrodził się nagle, gdy ten nie chciał zostać w domu z dziećmi kobiety (z innego związku); nie było też szczególnego okrucieństwa. Nie wiadomo, kto pomysł zabójstwa podsunął. **

    . . .

    To przerażające i zadziwiające zarazem ile upokorzeń jest w stanie znieść człowiek by zmusić kogoś by go kochał. I gdzie jest granica pomiędzy szlachetnością, dobrocią, a zwykłą głupotą, naiwnością i brakiem doświadczenia?

    . . .

    klik <- ciekawy artykuł na ten temat, rozbudowany o wiele wypowiedzi znajomych Piotra G.
    klik <- reportaż UWAGI na ten temat
    klik <- odcinek serii dokumentalnej "Polskie zabójczynie" z telewizji kryminalnej Crime+Investigation Polsat na temat tej zbrodni, mało szczegółowy, ale z inscenizacją wydarzeń

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #olsztyn #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooooooo.jpg

    •  

      Zaplanuj zabójstwo być może jedynej osoby która serio chciała ci w życiu pomóc
      Bierz udział w tym zabójstwie
      Po morderstwie wróć do domu i jakby nigdy nic kontynuuj libacje alkoholową
      W czasie owej libacji po morderstwie odbyj stosunek seksualny z kochankiem i jego znajomym - wspólnikami zabójstwa
      Być w tym czasie w ciąży i miej za ścianą 5 dzieci


      Sąd orzeka że nie jesteś zdemoralizowaną do cna
      ¯\_(ツ)_/¯

      To kto jest?!
      pokaż całość

    •  

      @kvoka: Dzięki - super opracowane!

      Super są te argumenty Sądu, że nie było szczególnego okrucieństwa i że młody wiek Joanny przemawia na jej korzyść (29l. młody wiek?!).

    • więcej komentarzy (293)

  •  

    Vladislav Roslyakov - osiemnastoletni zamachowiec z Kerczu

    Vladislav już od lat najmłodszych lat postrzegany był jako dziecko okrutne, które torturowało koty na swoim rodzinnym osiedlu. Gdy miał około 10 lat jego rodzice rozwiedli się. Powodem miał być poważny uraz głowy, którego doznał ojciec. Uraz ten wpłynął na jego zachowanie, stał się agresywny w stosunku do syna, żony jak i innych krewnych.

    Roslyakov uczył się w lokalnej szkole, jednak nauka nie była jego mocną stroną i po prostu chciał zdać kolejny semestr. Nie miał żadnych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Jego głównymi hobby były bronie oraz gry video.

    W 2015 roku zaczął studia na kierunku elektrotechnicznym. W czasie studiów pogłębiło się w nim zainteresowanie bronią oraz doszły do tego materiałami wybuchowymi. Przy okazji zapisał się także na zajęcia z walki nożami bagnetowymi. Regularnie ćwiczył też na siłowni, jako że chciał powiększyć swoją masę mięśniową. W sieci krążą także plotki jakoby Roslyakov wraz z matką uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Rosyjska stacja RBK TV przeprowadziła wywiad z znajomym Roslyakova, który powiedział, że "nienawidził on swojej szkoły i przysiągł zemstę na nauczycielach". W dniach poprzedzających atak rozprawiał w mediach społecznościowych nad brakiem sensu życia, możliwej strzelaninie oraz samobójstwie.

    Kamery bezpieczeństwa uchwyciły na filmie Roslyakova niosącego ośmiostrzałową strzelbę Hatsan Escort Aimguard o kalibrze 12 GA z chwytem pistoletowym. Ubrany był w czarne spodnie oraz T-shirt z napisem "hatred" (pol. nienawiść). Jego strój przypominał ten noszony przez Erica Harrisa (jednego z zamachwców z pamiętnej masakry w liceum w Kolorado), co doprowadziło do spekulacji iż zamach z Kerczu był nim inspirowany.

    Roslyakov zakupił strzelbę 8 września bieżącego roku, a 13 października dokupił do niej 150 nabojów. Wszystko zostało nabyte legalnie w sklepie z bronią.

    Kilku świadków widziało zamachowca chodzącego w te i z powrotem po korytarzach Politechniki i strzelającego do przypadkowych uczniów i nauczycieli, aż skończyła mu się amunicja. Wtedy też nastąpił wybuch bomby. Lokalna policja podała do wiadomości, że na kampusie było więcej ładunków wybuchowych, na szczęście zostały one rozbrojone. Jedna z osób, którym udało się przeżyć atak powiedziała, że trwał on ponad 15 minut.

    Na stronie internetowej miasta, możemy odczytać, że eksplozja nastąpiła na pierwszym piętrze budynku, natomiast strzelanina miała miejsce na drugim. Uczniowie, którzy widzieli eksplozje opisali, że wybiła wszystkie okna w budynku, a po niej ludzie zaczęli uciekać z budynku.

    Wice minister Krymu Sergei Aksyonov w wywiadzie stwierdził, że możliwe iż napastnik posiadał wspólnika, który kierował młodym Roslyakovem i poszukują oni tej osoby,

    Większość ofiar to nastolatkowie. 15 uczniów i 5 nauczycieli zginęło od ran postrzałowych, 74 osoby były lub nadal są hospitalizowane, kilku osobom trzeba było dokonać amputacji.

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #terroryzm
    pokaż całość

    źródło: images.jpg

  •  

    Zabił 54-letnią kobietę. Oddał się w ręce policji po 4 latach

    27-letni William Leverett, który figuruje w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, w 2014 roku śmiertelnie dźgnął nożem matkę dwójki dzieci, 54-letnią Mellisę Millan, która wybrała się na wieczorny jogging w centrum. Zabójca oddał się w ręce policji męczony wyrzutami sumienia. Jak doszło do tej zbrodni?

    20-letni William Winters Leverett żył w Colorado, USA. W maju 2011 roku został uznany winnym napaści seksualnej na małoletnią. Sąd nie wymierzył kary więzienia, ale zasądził na rzecz Leveretta grzywnę (438 $), umieszczenie w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, przymusowe leczenie oraz karę w zawieszeniu. William Leverett wkrótce po orzeczeniu wyroku przeprowadził się do domu swoich dziadków w Simsbury. Miejscowość oddalona od Colorado o osiem stanów i ponad 3 tys. km. Swoją decyzję argumentował poczuciem wstydu w związku z wyrokiem sądu.

    Ponad 3 lata później, 20 listopada 2014 r. 54-letnia mieszkanka Simsbury, Mellisa J. Millan, wychodzi z domu pobiegać. Kobieta startowała w triathlonach i wieczorny jogging był dla niej rutyną. Tym razem nie wróciła z treningu. Została odnaleziona po godzinie 20, przy popularnym szlaku pieszo-rowerowym, w centrum Simsbury.

    Gdy na miejsce przybyła policja, kilka osób stało nad pokrytą krwią, leżącą na lewym boku kobietą. Funkcjonariusze przeprowadzili resuscytację krążeniowo-oddechową na niereagującej ofierze, która następnie została przetransportowana do szpitala. Tam lekarz stwierdził zgon. Po sekcji zwłok stwierdzono, że kobieta zmarła z powodu rany kłutej w klatce piersiowej, a jej śmierć została sklasyfikowana jako zabójstwo.

    Śmierć Mellisy Millan wstrząsnęła mieszkańcami miasteczka. Na miejscu zdarzenia nie znaleziono żadnego narzędzia zbrodni. Nikt nie był świadkiem ataku, który według policji miał miejsce między godziną 19:30 a 20. Śledztwo stanęło w martwym punkcie. W 2015 roku anonimowa osoba zaoferowała nawet 40 tys. $ za jakiekolwiek informacje, które doprowadzą do aresztowania sprawcy. Nie przyniosło to rezultatu. Policji nie udało się znaleźć zabójcy przez prawie 4 lata.

    Przełom nastąpił w środę, 19 września, tego roku.

    27-letni William Winters Leverett zjawił się na komendzie policji wraz z członkami kościoła do którego należy. Leverett przyznał się do popełnionej zbrodni. Powiedział, że nie może żyć z tym co zrobił. Grupa wyznaniowa przyszła z nim, by go wspierać, po tym jak z własnej woli przyznał się do zabójstwa Mellisy Millan przed pastorem, a potem przed resztą zgromadzenia.

    Leverett podczas policyjnego przesłuchania zeznał, że w dniu zbrodni wracał z obowiązkowego spotkania terapeutycznego dla przestępców seksualnych, które w ramach kary wymierzył mu sąd w Colorado. Udał się w okolice szklaku pieszo-rowerowego w poszukiwaniu „kontaktu z ludźmi”. Opowiadał, że czuł się zakłopotany. Kilka miesięcy wcześniej poznał kobietę, z którą się spotykał. Obawiał się, że odkryje ona jego tajemnicę o seksualnej napaści i wyroku z 2011. Leverett czuł się tym zawstydzony i przerażony, a w jego głowie pojawiła się myśl, że gdyby po prostu kogoś zabił to wszystko to by zniknęło i nie musiałby się tłumaczyć. Wtedy zauważył biegnącą 54-letnią Melissę Millan. Jak zeznał później, kobietę widział po raz pierwszy, nie znali się. Podczas przesłuchania opowiedział, że jej widok bardzo go podniecił, pobudził emocjonalnie. Jednak po chwili poczuł gniew, gdyż pomyślał, że kobieta jest spoza jego ligi. Wtedy wpadł w szał.

    Wysiadł z samochodu z zamiarem przestraszenia Melissy nożem. Umyślnie wbiegł wprost na nią (w miejscu gdzie jedna z ulicznych lamp nie działała), sprawiając, że kobieta zatrzymała się. Wtedy dźgnął ją w klatkę piersiową. Mellisa zdążyła odepchnąć napastnika, po czym osunęła się i wypadła przez drewnianą barierkę na drogę. Leverett wrócił do swojego samochodu, odjechał w boczną ulicę, tam wyrzucił nóż przez okno i odjechał z miejsca zbrodni. Kilka dni później wrócił na miejsce zdarzenia, odnalazł narzędzie zbrodni i zniszczył je w zgniatarce do śmieci. Zakrwawione buty wyrzucił do kontenera z ubraniami na cele dobroczynne, a rękawice ukrył w stodole.

    We wrześniu 2018 r., po przesłuchaniu, Leverett wskazał śledczym miejsce, w którym ukrył przedmiot z miejsca zbrodni. Zebrane DNA zgadza się z DNA ofiary. Po przeszukaniu mieszkania okazało się, że po zabójstwie Leverett pisał do członków rodziny listy, gdzie przyznał się do popełnionej zbrodni. Listów nigdy nie wysłał.

    William Winters Leverett. Rejestr sprawców przestępstw seksualnych
    2014: Reportaż TV dzień po zabójstwie
    Miejsce zbrodni: tu, tu
    Zdjęcia z prowadzonego dochodzenia: tu, tu, tu
    2018: Nagranie z posterunku. Leverett oddaje się w ręce policji
    2018: Reportaż TV podsumowujący całą sprawę

    #usa #kryminalne #wydarzenia #policja #przestepczosc #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ SOWIŃSKI, rocznik '76

    Mariusza można śmiało nazwać jedną z "gwiazd" Rejestru - nie musiałam się zbytnio naszukać by odkryć jego historię bo nie dość, że jego nazwisko widnieje w Wikipedii, to w proponowanych hasłach pojawiają się tacy słynni zwyrodnialcy jak Pękalski czy Trynkiewicz.

    Media okrzyknęły Sowińskiego Wampirem ze Stefankowic, co uraziło go do tego stopnia, że pozwał Radio Lublin, które w jednej ze swoich audycji użyło owego określenia. Stwierdził, że przecież nie pije krwi i nie podobało mu się to, że przez nowy przydomek współwięźniowie wołają za nim "ejj, wampir!". Żądał od rozgłośni radiowej pół miliona złotych odszkodowania i oficjalnych przeprosin. W 2010 roku przegrał proces, a Sąd nakazał mu zwrócić 7,5 tys. zł, które lubelskie radio wydało na swojego prawnika. W tym czasie Sowiński już od trzynastu lat siedział w więzieniu i nie pracował, także ściągnięcie z niego tych pieniędzy było trudne, a może nawet jest niemożliwe do tej pory. Oczywiście, prawnika miał z urzędu, a skarb państwa zapłacił blisko 10 tys. zł za jego honorarium.

    Nasz dzisiejszy "bohater" pozywał zza krat wiele osób, ale o tym napiszę na końcu.

    . . .

    Mariusz Sowiński (zdjęcie) zakończył swoją edukację na szkole podstawowej, ponieważ zamiast się uczyć, wolał pracować i pomagać rodzicom w gospodarstwie. Matka mówiła o nim, że był pracowity, posłuszny i mogła zawsze na nim polegać. Opiekował się młodszym rodzeństwem i miał stałą paczkę kolegów, z którymi dorastał w rodzinnych Stefankowicach na Lubelszczyźnie. Jednak beztroskie dzieciństwo spędzane na graniu w piłkę i słuchaniu muzyki ze starego magnetofonu, zakłóciła straszna tragedia - gdy miał 10 lat powiesił się jego o rok młodszy braciszek.

    Bawiłem się z innymi dziećmi w janosików. Ja byłem wtedy u sąsiadów. Brat pobiegł w krzaki się wysikać i już nie wrócił. Znalazłem go w krzakach, miał pod brodą sznurek do suszenia bielizny. Od tamtej pory wszystko się we mnie zamknęło.

    - wspominał Sowiński.

    Miał także przyrodnie rodzeństwo - najprawdopodobniej 4 lata młodszego brata i 13 lat młodszą siostrę.

    W wieku 15 lat zaczął odbywać kontakty seksualne ze zwierzętami. Najpierw gwałcił tylko kury, których początkowo nie chciał zabijać, ale szybko zauważył, że bardzo podnieca go, gdy po stosunku same zdychają. Od tamtej pory, najpierw ukręcał im głowy, a potem gwałcił. Po jakimś czasie postanowił spróbować seksu z większą zwierzyną, a jego ofiarami padały krowy i klacze. Początkowo, by nie wierzgały, przywiązywał je do belki, ale gdy zauważył, że duszenie krowy wzmaga w nim podniecenie porównywalne ze stosunkiem seksualnym, zaczął zabijać i je.

    Nie miałem zbyt często ochoty na kobiety. Czasami kupowałem pisma erotyczne Wampa, Twój weekend, Cats, podobały mi się, ale nie onanizowałem się. Nie przepadam za pornografią. Widok nagiej kobiety niekoniecznie wywołuje u mnie podniecenie, ale duszenie tak.

    - opowiadał seksuologom już po zatrzymaniu wiele lat później.

    Pierwszą inicjację seksualną z człowiekiem odbył w wieku 18 lat - zgwałcił wówczas swoją niewidomą i schorowaną sąsiadkę Genowefę S. Prokuratura wszczęła śledztwo, które z uwagi na niewykrycie sprawcy zostało umorzone. Pokrzywdzona miała wówczas 64-lata.

    Mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął pracę na składzie buraczanym w sąsiedniej miejscowości. 9 października 1994 roku po zakończonej zmianie upił się z kolegami, a wracając w nocy do domu, przechodził obok posesji 63-letniej Zofii K., do której uczęszczał na lekcje religii, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Zazwyczaj, gdy był pod wpływem alkoholu, odczuwał silne pobudzenie seksualne, zapukał więc do domu samotnie mieszkającej kobiety. Drobna i mała staruszka dobrze pamiętała Mariusza z lat szkolnych i bez wahania otworzyła mu drzwi. Nie zdążyła nawet zapytać czego chce o tak późnej porze, gdy rosły mężczyzna złapał ją za szyję i zaczął dusić, aż straciła przytomność. Omdlałą zaciągnął do pokoju, gdzie rozebrał, brutalnie zgwałcił i zadusił na śmierć.

    Byłem spokojny, rozluźniony. Nie żałowałem, że ją zabiłem. Wychodząc od niej miałem zakrwawione ręce, bo najpierw wkładałem jej palce, później członka.

    - relacjonował.

    Następnego dnia sąsiadki znalazły ciało Zofii w studni, do której wrzucił ją zwyrodnialec.

    . . .

    O zabójstwo Zofii K. został oskarżony nijaki Kazimierz P. W trakcie śledztwa przyznał się do zbrodni, ale nie był jednak w stanie podać żadnych szczegółów dotyczących zabójstwa. Spędził w areszcie aż 19 miesięcy i ostatecznie został przez sąd uniewinniony.

    . . .

    Rok po zabójstwie, 26 listopada 1995 roku Sowiński ostro pił z kolegami na zabawie w Teratynie. (W KOMENTARZACH UMIEŚCIŁAM MAPKĘ) Do rodzinnych Stefankowic miał około 7 kilometrów, które postanowił pokonać na piechotę. Idąc przez pobliskie Kułakowice zauważył światło dobiegające ze stojącego na uboczu domku. Alkohol szumiał mu w głowie, wywołując silną żądzę. Ochota na seks była nie do przezwyciężenia. Wiedział, że mieszka tam samotnie starsza kobieta. Podszedł do budynku i zastukał w okno. Z wnętrza dobiegł głos staruszki. Antonina E. miała 80 lat.

    – Kto tam – dało się słyszeć z wnętrza domu.

    Tym razem nie odpowiedział. Wystraszona i przeczuwająca najgorsze staruszka szybko weszła na strych i przez okno zaczęła wzywać pomocy. Zboczenie błyskawicznie wyważył futrynę okna i wszedł do środka. Dopadł staruszkę i zaczął ją dusić. Gdy upadła, kolanami uciskał jej klatkę piersiową łamiąc żebra. Nieprzytomną rozebrał z bielizny i zgwałcił. Następnie znalezionymi zapałkami podpalił słomę i trociny leżące na strychu. Kobieta ostatkiem sił zdołała zejść na parter. Pożar zauważyli sąsiedzi. Wynieśli staruszkę z płonącego domu, wezwali karetkę i straż pożarną.

    Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Po 5 dniach zmarła. Przyczyną śmierci było zapalenie płuc, do którego doszło na skutek złamań żeber. Badający ją jeszcze za życia lekarz stwierdził, że była zgwałcona. Kobieta jednak najwidoczniej wstydziła się o tym mówić. Córce powiedziała, że dwaj mężczyźni wyważyli drzwi i żądali od niej pieniędzy (za rabusiów najprawdopodobniej wzięła strażaków). Policjanci, ze względu na zły stan zdrowia, nie zdążyli jej przesłuchać.

    . . .

    5 sierpnia 1996 roku 20-letni Mariusz Sowiński, na prośbę ojczyma pojechał rowerem do pobliskiego Hrubieszowa, by zapłacić za dzierżawę łąki. Po uregulowaniu należności, w drodze powrotnej do domu zachciało mu się pić. Zajechał więc na ogródki działkowe Oaza pod miastem, gdzie zauważył Wiesławę Ł. - 36-letnią matkę dwóch chłopców - 16 i 17-letniego.

    Gwałciciel ukrył rower i czekał na odpowiedni moment. Gdy uznał, że ten czas nadszedł, wyskoczył zza krzaków i zaatakował kobietę.

    Pojadłem trochę agrestu. Wtedy zobaczyłem pracującą w ogrodzie młodą kobietę. Zachciało mi się z nią kochać. Skryłem się więc za krzakami i obserwowałem co robi. Gdy zaczął padać deszcz, schowała się pod domek.

    - relacjonował kilka lat później.

    Zarzucił swojej ofierze drut na szyję i zaczął dusić. Kobieta broniła się jak mogła, wtedy oprawca jeszcze silniej uciskał i bił po twarzy. Straciła przytomność, wtedy przerzucił ją przez ramię i zaniósł na sąsiednią działkę. Tam rzucił na ziemię, rozebrał do naga i dwukrotnie zgwałcił. Słyszał jak oddycha. Dlatego wyciągnął scyzoryk, którym zadał jej śmiertelny cios prosto w serce. Potem położył jej głowę i szyję na druty, aby – jak zeznał – szybciej umarła. Na koniec zabrał jej zegarek kwarcowy i jak gdyby nigdy nic wrócił do domu.

    . . .

    Wiadomość o seryjnym mordercy szybko rozeszła się wśród mieszkańców Hrubieszowa i okolic. Ludzie wpadli w panikę, a kobiety bały się wychodzić same po zmroku. Organa ścigania działały pod ogromną presją przerażonego społeczeństwa i chciały jak najszybciej zatrzymać zwyrodnialca. Po 15 dniach został aresztowany 56-letni rencista Kazimierz U., który także posiadał działkę na terenie Oazy. Mężczyzna od początku zaprzeczał, jakoby miał z zabójstwem Wiesławy Ł. cokolwiek wspólnego. Badania DNA treści z pochwy, jednoznacznie wykluczyły, aby plemniki pochodziły od oskarżonego. Również zabezpieczone przy zwłokach włosy ani ślad spodu obuwia od niego nie pochodziły. Obciążały go jedynie badania osmologiczne - trzy psy tropiące użyte do eksperymentu potwierdziły, że na odzieży denatki oraz kwiatach leżących na jej rowerze znajduje się indywidualny zapach Kazimierza U. Ludzie odetchnęli z ulgą i cieszyli się z sukcesu mundurowych.

    Kazimierz U. stał się kozłem ofiarnym, na którego śledczy tylko czekali, ofiarą zdesperowanej policji, która przez kilka lat nie potrafiła złapać prawdziwego mordercy. Zaczęły pojawiać się niewygodne pytania, czy w toku śledztwa przypadkiem nie tworzono fałszywych dowodów (ślady zapachowe). Prokuratura Wojewódzka w Zamościu (nadrzędna nad hrubieszowską) wszczęła w tym kierunku postępowanie, które zostało umorzone wobec niestwierdzenia przestępstwa.

    Rencista wyszedł z aresztu dopiero po pół roku, a po roku oczyszczono go z zarzutów. Musiał wyjechać z rodzinnego Hrubieszowa, bo ludzie wytykali go palcami i snuli domysły czy to aby na pewno nie on był mordercą.

    Długie miesiące spędzone w areszcie i to pod zarzutem dokonania tak makabrycznej zbrodni, odcisnęły piętno na jego psychice. Podupadł na zdrowiu i kilka lat później zmarł.

    pokaż spoiler Przypomina mi to sprawę Zdzisława Marchwickiego, który także został niesprawiedliwie osądzony, ale w tym przypadku dodatkowo skazany na karę śmierci (którą wykonano w 1977), bo milicji bardzo śpieszyło się, by skazać kogokolwiek, żeby uspokoić spanikowany lud i zadowolić Edwarda Gierka, którego bratanica także została zamordowana przez seryjnego mordercę, za którego wzięli Marchwickiego.


    . . .

    W marcu 1997 roku Mariusz Sowiński rozpoczął służbę jako żołnierz poborowy w Nadwiślańskich Jednostkach MSWiA w Sanoku. Zarówno tam, jak i jeżdżąc na przepustki do rodzinnych Stefankowic, w czasie gdy nie mordował kobiet, zaspokajał swoje żądze na zwierzętach.

    Pewnego razu, gdy wracał z przepustki, nie mogąc doczekać się na autobus, postanowił kawałek drogi przejść pieszo, aż złapie jakąś okazję. Na okolicznych łąkach rolnicy wypasali krowy. Upatrzył sobie jedną, wyciągnął jej łańcuch z ziemi i zaprowadził w ustronne miejsce, pod drzewo. Tam zarzucił łańcuch na gałąź i ciągnął, aż zwierze się udusiło i bezwładnie opadło na ziemię. (zdjęcie - obrzydliwe, klikasz na własną odpowiedzialność) Następnie podniecony zwyrodnialec zgwałcił krowie truchło.

    Opowiadał także bez skrępowania policjantom o tym, jak darował życie krasuli swoich rodziców:

    U nas w domu była taka spokojna krowa, odbywałem z nią stosunki za każdym razem, jak byłem na przepustce.

    Na wsi zaczęły krążyć plotki na temat preferencji seksualnych Sowińskiego. Ktoś widział, jak prowadził zwierzę w odosobnione miejsce, a potem okazywało się, że leży tam już martwe. Miejscowi szybko skojarzyli fakty i niektórzy zaczęli się z niego naśmiewać.

    . . .

    31 sierpnia 1997 roku w Stefankowicach odbywały się dożynki. 21-letni Mariusz przyjechał wówczas do domu na przepustkę i wraz ze swoim kuzynem udał się na zabawę. Wypił sporo wina i około godziny 2 ruszył w drogę powrotną do domu. Tradycyjnie, po alkoholu zachciało mu się seksu, więc zaszedł pod dom niewidomej Genowefy S., którą zgwałcił kilka lat temu, jako 18-latek. Włamał się przez okno. Samotnie mieszkającą kobietę zbudził hałas. Zdezorientowana siadła na łóżku i nasłuchiwała. Mariusz wiedział, że go nie widzi, spokojnie odłączył przewód elektryczny od radia tranzystorowego, zarzucił jej na szyję i dusił. Ale już nie wystarczało mu duszenie, by się podniecić. Spirala przemocy nakręcała się. Bił ją pięścią po twarzy, łamał żebra.

    Gdy już nie krzyczała i leżała nieprzytomna na podłodze, rozebrałem ją do naga i dwa razy się z nią kochałem. Od przodu i od tyłu. Przed stosunkiem uderzyłem ją pięć razy w twarz. Nie wiem, czy żyła, nie było słychać czy oddycha.

    - opowiadał.

    Potem wrócił na zabawę, a rano, bladym świtem wstał i wyjechał do jednostki do Sanoka.

    . . .

    Następnego dnia znaleziono ciało 67-letniej Genowefy, a policjanci przesłuchali niemal wszystkich uczestników potańcówki, w której brał udział także Sowiński. Rozmawiali też z jego kuzynem i kolegami, z którymi spędził poprzednią noc i tak wpadli na trop mordercy.

    Mariusz Sowiński został zatrzymany już 4 września, kilka dni po swojej ostatniej zbrodni. Z Sanoka został przewieziony do Zamościa, gdzie postawiono mu zarzut morderstwa i gwałtu Genowefy S.

    Ku zaskoczeniu przesłuchujących go mundurowych, przyznał się do morderstwa staruszki, ale również do innych zbrodni, o których opowiadał bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji. Gdy policjanci pytali go, co zwróciło jego uwagę w mieszkaniach ofiar, wskazywał, to na placki ziemniaczane leżące na stole, to na radio stojące na parapecie. Opowiadając o swoich zbrodniach, miał minę bezbronnego dziecka, które tylko bawiło się, nie wiedząc, że to jest złe. Zeznania potwierdził w trakcie wizji lokalnej, która została przeprowadzona 7 września 1997 roku. Bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji pokazywał, którędy wchodził do domu ofiar, jak je rozbierał, dusił, mordował.

    (zdjęcie z wizji lokalnej)
    (drugie zdjęcie z wizji lokalnej)

    Podczas wizji lokalnych w miejscach morderstw zachowywał się jak na szkolnej wycieczce. Uśmiechał się, żartował.

    - opowiadali podczas procesu przerażeni policjanci.

    Sowiński był badany przez cały sztab psychiatrów i psychologów, był także kilka miesięcy na obserwacji w oddziale Psychiatrii Sądowej AM w Lublinie. Chętnie współpracował, jednak po jakimś czasie, niespodziewanie zmienił zdanie i wycofał się ze swoich zeznań. W liście z kliniki pisał:

    Wszystkie fakty zostały przeze mnie wymyślone podczas przesłuchania (…) kazali mi pod groźbą potwierdzić przed prokuratorem. Nie popełniłem żadnych zbrodni, o wszystkich denatkach przeczytałem w gazecie. Pochodzę z bardzo małej wioski, w której nic się nie dzieje, dlatego chciałem stać się osobą sławną, być opisanym w gazetach i mediach. Cel oczekiwany uzyskałem. Zdałem sobie sprawę, że (…) moja bujna wyobraźnia pociągnęła nieobliczalne skutki. Posiadam na każdy dzień alibi. Dlatego już nie chcę składać żadnych wyjaśnień.

    Jednak jego wcześniejsze słowa i dowody zebrane podczas śledztwa pozwoliły na sporządzenie aktu oskarżenia, który został skierowany do Sądu Wojewódzkiego w Zamościu w czerwcu 1998 roku. Prokuratura oskarżała Sowińskiego o poczwórne zabójstwo i gwałty ze szczególnym okrucieństwem oraz akty zoofilii.

    . . .

    Biegli stwierdzili, że Mariusz Sowiński ma przeciętny iloraz inteligencji, cechuje go mała pewność siebie, woli trzymać się na uboczu, stara się unikać konfliktów, dlatego raczej ulega innym, jest nieśmiały i mało spontaniczny. W swojej opinii pisali:

    Dominującym zachowaniem seksualnym podejrzanego stał się sadyzm. Zadawanie cierpień ofiarom (kobietom lub zwierzętom) ulegało stopniowej transformacji i ostatecznie stało się nie mniej ważne, a w istocie ważniejsze od samego współżycia. Duszenie kobiet i zwierząt było początkowo dokonywane głównie w celu obezwładnienia ofiar. Jednak z czasem na skutek wyuczenia, zachowania agresywne stały się elementem koniecznym praktyk seksualnych (bodźcem seksualnym).

    Według seksuologów, dewiacja seksualna określana jako sadyzm polimorficzny z zoofilią i nekrosadyzmem (ofiara martwa lub nieprzytomna jako warunek odbycia aktu płciowego), nie jest schorzeniem psychicznym, tylko zaburzeniem preferencji seksualnej (parafilią).

    W sprawie Sowińskiego powołano 20 biegłych z zakresu psychologii i seksuologii. Wszyscy powołani przez sąd biegli uznali, iż Mariusz Sowiński nie jest osobą chorą psychicznie, ani upośledzoną umysłowo. Oraz, że jego dewiacje mogą się jeszcze pogłębić.

    Nie znam przypadku, by ktoś kto uruchomił ciąg zachowań, mógł sam się powstrzymać. Trzeba chronić społeczeństwo przed takim człowiekiem. Zaburzenia preferencji seksualnej tego typu, cechują się wysokim ryzykiem nawrotowości i jak dotychczas nieskutecznością metod leczenia. Jedynym środkiem są androgeny, gdy się je bierze to popęd wygasa.

    - mówiła na sali rozpraw biegła psychiatra, porównując Sowińskiego do Kuby Rozpruwacza i Marchwickiego.

    . . .

    Proces ruszył jesienią 1998 roku.

    Po zakończeniu pierwszej rozprawy ojciec zamordowanej na hrubieszowskich ogródkach działkowych Wiesławy Ł. zaatakował Sowińskiego przemyconą do sądu siekierą. Konwojujący go policjanci zostali potraktowani gazem pieprzowym, a gwałciciel ugodzony siekierą w plecy. Napastnik został osadzony w Policyjnej Izbie Zatrzymań, a Sowiński trafił do szpitala. Mężczyzna drasnął go tylko w okolice lewej łopatki, a cios był niegroźny. Dzięki wstawiennictwu ówczesnego wojewody zamojskiego i protestach jego sąsiadów został zwolniony. Śledztwo w tej sprawie zostało wkrótce umorzone.

    Po wyzdrowieniu Sowińskiego, jego sprawa wróciła na wokandę.

    Prokuratura żądała kary dożywotniego pozbawienia wolności z możliwością warunkowego zwolnienia po upływie 50 lat. Aby podkreślić to, jak niebezpiecznym jest człowiekiem, przytoczyła fakt, że po jednym z zabójstw powybijał krowy właścicielki, a następnie zaczął obcować płciowo z ich zwłokami. Sowiński odmówił składania wyjaśnień, powiedział jedynie, że jest niewinny. Pytany przez biegłych o ocenę swojego postępowania, powiedział, że wie, iż źle zrobił, ale to była siła wyższa i nie ma wyrzutów sumienia.

    Obrońca oskarżonego wnioskował o umieszczenie go w zakładzie psychiatrycznym, próbując obalić ekspertyzy psychiatryczne i udowodnić, że Sowiński w chwili popełnienia zbrodni nie był niepoczytalny. Adwokat wniósł o dopuszczenie opinii biegłych psychiatrów z innego ośrodka niż lubelski, ale jego wniosek został odrzucony.

    Wyrok zapadł pod koniec czerwca 2000 roku. Sąd Okręgowy w Zamościu skazał Mariusza Sowińskiego na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie z więzienia dopiero po upływie 50 lat (czyli najwcześniej w roku 2047, w wieku 71 lat). Został także pozbawiony praw publicznych na 10 lat.

    Po apelacji sąd II instancji utrzymał wyrok w mocy, uzasadniając faktem, iż Sowiński stanowi zagrożenie dla otoczenia.

    Obrońca wniósł kasację i sprawa wróciła do Sądu Apelacyjnego w Lublinie. W 2003 roku SA ostatecznie utrzymał wyrok w mocy.

    . . .

    Początkowo Sowiński został osadzony w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich na Śląsku, przebywał też w AŚ we Wrocławiu i pewnie w wielu innych, bo raczej nie zdarza się by jakikolwiek więzień całą karę odbywał w jednym miejscu. Aktualnie przebywa w ZK Rzeszów-Załęże. Ze względu na znaczny stopień demoralizacji i nieprzewidywalność zachowań jest izolowany od współwięźniów i przebywa w celi jednoosobowej.

    Nie grypsuje, ukończył kurs czeladnika w zawodzie koszykarz – plecionkarz, w celi ma telewizor, ogląda programy informacyjne i filmy sensacyjne. Aktywnie uczestniczy w formach duszpasterskich. Objęty jest terapią dla sprawców przestępstw seksualnych.

    Od 2004 roku stara się o ułaskawienie od kolejnych prezydentów (od Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i w 2011 roku od Bronisława Komorowskiego. Ciekawe czy Dudy też nie oszczędził. ( ͡º ͜ʖ͡º) ) Z powodu negatywnej prognozy kryminologicznej (postępującej progresji zaburzeń seksualnych) wszystkie prośby zostały rozpatrzone negatywnie (jak pisze Wikipedia) na etapie sądowym i pozostawione bez dalszego biegu. (Jakby ktoś się orientował, o co chodzi, jak wyglądaj rozpatrywanie takiego wniosku - piszcie! @IgorK ? ( ͡° ͜ʖ ͡°) )

    Sowiński w swoim ostatnim wniosku do prezydenta Komorowskiego zapewniał, że żałuje swoich czynów, że chciałby cofnąć czas, podkreślał, że jest chorym człowiekiem i musi rozpocząć leczenie, ale w warunkach więziennych jest to niemożliwe. Pisał też, że jest osobą wierzącą, a na dowód tego wskazywał na "objawienia”, jakich rzekomo doświadczył tuż przed popełnieniem zbrodni. Miała mu się ukazać Matka Boska, Trójca Święta.

    Jestem członkiem Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej, studiuję regularnie Pismo św. i kieruję się zasadami w nim zawartymi. Już nigdy nie zejdę z drogi, jaką wytyczył mi Bóg.

    Twierdził, że chce zostać dawcą szpiku kostnego, że tylko w ten sposób może spełnić dług zaciągnięty wobec społeczeństwa.

    Jedynym z argumentów miał być także pogarszający się stan zdrowia jego dziadków i chęć pomocy (jak sam pisał) "w ich starości".

    Zrozumiałem swoje błędy, przeprosiłem listownie rodziny poszkodowanych, chociaż wiem, że nigdy nie naprawię krzywd jakie im wyrządziłem. Bo życie ludzkie jest najcenniejszym darem od Boga i nikt nie ma prawa go odbierać innym. Byłem wtedy młody, i nie w pełni władz umysłowych. Gdy teraz nad tym wszystkim się zastanawiam, to nie mieści mi się to w głowie, jak mogłem dopuścić się czegoś tak okropnego.

    - pisał w 2011 roku.

    pokaż spoiler Trochę to dziwne, jak na człowieka, który starszych ludzi gwałcił i mordował...


    . . .

    Tak jak wspominałam na początku, Sowiński co rusz kogoś pozywa. Oczywiście, wszystkie procesy przegrał.

    W grudniu 2001 roku pozwał Henryka J. spod Hrubieszowa, ojca kobiety, którą Mariusz Sowiński zamordował na ogródkach działkowych. Mężczyzna ten zaatakował go siekierą po pierwszym procesie, jak pisałam wyżej. Ze śląskiego Zakładu Karnego wniósł do hrubieszowskiego Sądu Rejonowego pozew o zasądzenie od Henryka J. tytułem odszkodowania i zadośćuczynienia początkowo 3 tys. zł, jednak ostatecznie stwierdził, że to zbyt mała kwota jak na krzywdy, które wyrządził mu pozwany i zażądał 10 tys. zł więcej. Pieniędzy domaga się jako zadośćuczynienie za obrażenia i straty moralne. (klik) Sąd w Hrubieszowie uznał, że przyznanie mordercy odszkodowania byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

    W drugim pozwie morderca domagał się od dwóch policjantów po 80 tysięcy złotych zadośćuczynienia za to, że nie zapewnili mu odpowiedniej ochrony, gdy Henryk J. go zaatakował. A za zniszczoną odzież żądał od funkcjonariuszy 360 zł.

    Z kolei od byłego szefa Prokuratury Rejonowej w Zamościu domagał się 500 tysięcy złotych odszkodowania wraz z odsetkami. Zarzucał prokuratorowi nieuprzejme zachowanie i to, że nie pozwolił mu dokładnie zapoznać się z aktami sprawy, w której był oskarżonym.

    W 2002 roku pozwał mieszkańca swoich rodzinnych Stefankowic. Chciał od niego 50 tys. zadośćuczynienia z odsetkami, za to, że przed 10 laty został poszkodowany przez jego konia. Do zdarzenia miało dojść w 1993 roku w Białympolu, w punkcie skupu koni. Koń należący do pozwanego, prowadzony w stronę wagi, niespodziewanie poderwał się i rozciął Mariuszowi prawy łuk brwiowy. Obrażenie było niewielkie, wystarczył tylko opatrunek, jednak po 9 latach, Sowiński stwierdził, że przez owe zdarzenie zaczął mieć problemy psychiczne i przez to teraz musi przebywać w więzieniu. Pozwany stwierdził, że pozywający go mężczyzna ma do niego pretensje od czasu, kiedy zabił mu krowy, a on przyłapał go na molestowaniu jednej z nich.

    W procesie, który wytoczył Radiu Lublin sąd rozpatrujący sprawę, sięgnął do słownika języka polskiego i znalazł tam określenie słowa "wampir" jako nie tylko kogoś, kto pije krew. Stwierdził, że można nazwać tak również seryjnego zabójcę z zaburzeniami psychicznymi, który dopuszcza się morderstw o podłożu seksualnym. Zresztą, gdyby wygrał, otworzyłoby mu to drogę do procesów przeciwko innym redakcjom...

    . . .

    Wszelkie cytaty (pisane kursywą) i fragmenty wypowiedzi Sowińskiego pochodzą stąd - klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #hrubieszow #stefankowice #seryjnymorderca
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Wrzucam dziś następny post, ponieważ był już wcześniej przygotowany. Ale wątpię, czy będę kontynuowała pisanie tutaj czegokolwiek, bo miała być to dla mnie przyjemność, a nie coś co sprawia przykrość. Konstruktywna krytyka - spoko, dużo już się dzięki temu nauczyłam. Ale chamstwo i wyzywanie od idiotek nie jest spoko. Rozumiem, że to tylko internet i tutaj wszyscy wiedzą wszystko najlepiej, ale można napisać to normalnie, bez poniżania drugiej osoby. Jestem miękka klucha, nie chcę się niepotrzebnie przejmować.

    Poprzedni wpis usunęłam, także do tego wołam tylko z mirkolisty.

    . . .

    BARTŁOMIEJ BUCZEK, rocznik '93

    Nie najbrzydszy typ, nie? Taki tam normik. Mijając go na ulicy w życiu bym nie pomyślała, że mógłby przeskrobać coś więcej niż kradzież gumy kulki w dwu tysięcznym pierwszym. Ba, mijając go na ulicy nawet nie zwróciłabym na niego uwagi - kompletnie zlewa się z szarym tłumem.

    Pedofil nie musi być starym, wąsatym chłopem z nadwagą i włosami na plecach. Może być właśnie takim zwykłym Bartkiem z lubelskiej wsi.

    U obecnie 25-letniego chłopaka stwierdzono tzw. czystą pedofilię. W całej Polsce nie ma nawet pięćdziesięciu tak skrajnie zaburzonych i niebezpiecznych osób.

    Bartłomiej Buczek gwałcił i wykorzystywał seksualnie swoją młodszą, rodzoną siostrę nieprzerwanie od 2007 do 2013 roku. Z ustaleń policji wynika, że jej koszmar zaczął się, gdy miała zaledwie siedem lat - starszy brat zaczął się wtedy do niej dobierać, ściągać majteczki i wkładał w nią palce. Gdy dziecko skończyło 10 lat zaczął gwałcić je regularnie. Zmuszał także to tzw. innych czynności seksualnych, szarpał i zatykał usta by nie krzyczała.

    Rodzeństwem opiekowała się babcia, matka wyjechała za chlebem za granicę. Gdy dziewczynka skończyła 13 lat, powiedziała o wszystkim rodzicielce, a ta zamiast zgłosić sprawę na policję - wyrzuciła syna z domu. Bartek był już wtedy pełnoletni i wyjechał do Niemiec.

    Sprawa wyszła na jaw dopiero w 2016 roku, gdy nastoletnia już ofiara gwałtów próbowała popełnić samobójstwo. Gdy syn marnotrawny powrócił z emigracji, został zatrzymany i doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Chełmie.

    Bartłomiej B. przyznał się do czynów zarzucanych mu przez śledczych, a w sierpniu 2017 odbyła się pierwsza rozprawa. (klik)

    Wyrok zapadł bardzo szybko, bo już na drugiej rozprawie kilka miesięcy później - 5 lat więzienia, psychoterapia i zakaz zbliżania się do swojej siostry na odległość mniejszą niż 200 metrów. (klik)

    Zgodnie z przytoczonym przez biuro prasowe SO w Lublinie artykułem odnośnie środków zabezpieczających, oznacza to, że po wyjściu z celi „sprawca, wobec którego orzeczono terapię, ma obowiązek stawiennictwa we wskazanej przez sąd placówce w terminach wyznaczonych przez lekarza psychiatrę, seksuologa lub terapeutę i poddania się terapii farmakologicznej zmierzającej do osłabienia popędu seksualnego, psychoterapii lub psychoedukacji w celu poprawy jego funkcjonowania w społeczeństwie”.

    (klik)

    Ostatnie informacje w internecie na temat wyroku były z września 2017 i mówiły o tym, że prokuratura złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku i szykuje się do apelacji, także myślałam, że niedługo możemy spodziewać się dalszych wieści o Bartku z Dubieńki. Jednak, jak zwykle cisza, a nowy wyrok zapadł. Z Rejestru wynika, że w kwietniu tego roku kara została zmniejszona na 4 lata pozbawienia wolności w systemie terapeutycznym i 3 lata zakazu zbliżania się do ofiary na odległość mniejszą niż 200 metrów.

    Bartłomiej Buczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Rzeszowie.

    . . .

    Jeżeli ktoś wystalkuje w internecie ofiarę Buczka - bardzo proszę o nieupublicznianie jej danych w komentarzach.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #chelm #dubienka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Jakby były organizowane wybory mistera Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym to ten typek miałby zapewnione pierwsze miejsce. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Różowe paski, jakby któraś chciała zostać polską Afton Elaine Burton (żona Charlesa Mansona, zakochała się w nim i poślubiła, gdy odsiadywał już wyrok dożywocia, klik), to przedstawiam Wam świetnego kandydata - ten przystojniaczek dostał dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 40 latach!

    . . .

    MICHAŁ MORAS, rocznik '84

    Michał już w szkole eksperymentował z narkotykami. Standardowo zaczęło się od trawki, później amfetamina, a skończyło się na strzykawkach z heroiną. By mieć na następną działkę, jako nastolatek zaczął kraść - najpierw w domu, później w sklepach i wyszarpując kobietom torebki na ulicach. Miał założoną sprawę o rozbój, ale by nie odsiadywać kary, zadeklarował, że podejmie się leczenia nałogu. Z pomocą głęboko wierzących rodziców, wyjechał do Włoch do katolickiego ośrodka odwykowego. Po trzech i pół roku wrócił do rodzinnego Wrocławia, ale ze strachu przed powrotem do dawnego ćpuńskiego towarzystwa oraz brakiem możliwości spłacenia starych długów, po kilku dniach wyjechał do Jeleniej Góry.

    Tam poznał 10 lat starszą od siebie Annę, z którą zamieszkał i wychowywali wspólnie jej kilkuletniego syna. Uczył włoskiego w prywatnej szkole językowej, a później zatrudnił się w dziale technicznym Filharmonii Dolnośląskiej.

    Znajomi Michała z Filharmonii mówili o nim, że był dobrym i sumiennym pracownikiem. Według ich, Moras był bardzo skryty i niewiele ponad to, że znał się dobrze na tenisie i grał w piłkę nożną, są w stanie o nim powiedzieć. Przyznali także, że zdarzało mu się być agresywnym po alkoholu.

    Niestety, jego problemy z nałogami się nie skończyły, a raczej przybrały inną formę. Michał sporo pił i nałogowo grał na automatach, co nie wpływało dobrze na jego związek z Anną, która już niejednokrotnie wyrzucała go z mieszkania.

    Michał bywał często w Sport Pubie, który znajdował się kilka przecznic od Filharmonii, w której pracował.

    (Przychodził), kiedy tylko miał pieniądze, a jak się zgrał, to jeszcze potrafił stać godzinę, dwie i patrzeć, jak innym idzie. Skreślony chłopak. Wciągnięty po uszy. Kiedyś miał passę – wygrywał i wpatrzony był w automat tak, że nie zauważył, jak mu się od papierosa zaczęły paznokcie kopcić. Smród białka wokoło, a ten nie odrywa oczu od bębnów. *

    - opowiadał jeden ze stałych bywalców lokalu. Mówili o nim, że mimo wszystko był to chłopak na poziomie, filolog klasyczny i było o czym z nim porozmawiać.

    pokaż spoiler Nie wiem czy studiował filologię klasyczną, czy po prostu się nią interesował, nie znalazłam nigdzie rozwinięcia tej opinii.


    . . .

    7 marca 2013 roku Michał Moras (wtedy 29-latek) prosto po pracy udał się do Sport Pubu. Pijany w sztok opuścił lokal pół godziny przed północą i udał się w stronę Filharmonii, w której od kilkunastu dni nocował, o czym nie wiedział dyrektor przybytku (a przynajmniej tak twierdził). Anna postawiła Michałowi ultimatum - albo ona, albo nałóg. Kobieta przegrała tą nierówną walkę i kilkanaście dni wcześniej ostatecznie już wyrzuciła konkubenta ze swojego mieszkania.

    Michał do Filharmonii wrócił około północy. Wszedł od strony ulicy Bankowej, a drzwi otworzył mu Paweł K., 60-letni portier. Mężczyźni wypalili po papierosie, pewnie też rozmawiali, bo przecież nigdy wcześniej nie mieli żadnych zatargów. Nagle Moras zaatakował ochroniarza młotkiem, który zwykle nosił go przy sobie w plecaku. Bił tak, jakby chciał go trzy razy zabić ** i dźgał nożem. Ochroniarz zginął od ciosów w głowę. Zachłysnął się własną krwią.

    . . .

    O Pawle K wiadomo tylko tyle, że był człowiekiem dobrego serca. Zostawił żonę i dwoje dorosłych dzieci. Nie doczekał narodzin drugiego wnuka.

    . . .

    Po zabójstwie ochroniarza Moras wszedł na piętro do pokoi gościnnych. W jednym z nich zamieszkiwał, w sąsiednim przebywała niespełna 26-letnia harfistka Victoria Jankowska (zdjęcie), która następnego wieczoru miała zagrać koncert w Filharmonii. Mężczyzna zapukał do drzwi pokoju, w którym przebywała artystka i spytał czy może wejść. Kobieta się zgodziła, jednak morderca nie miał dobrych zamiarów. Victoria nie miała szans z silnym i wysportowanym napastnikiem. Mężczyzna związał ją i zakneblował. Pastwił się nad nią, brutalnie gwałcił i okaleczał przez kilka godzin. Na koniec udusił poduszką.

    . . .

    Victoria Anna Jankowska pochodziła z Warszawy, gdzie ukończyła polonistykę na UW. Była także studentką ostatniego roku na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Jak podaje Wikipedia, współpracowała z wieloma orkiestrami. (klik) Do Jeleniej Góry przejechała po raz pierwszy, 8 marca 2013 roku miała zagrać koncert „Muzyczne pary” - fragmenty "Tristana i Izoldy" Wagnera oraz "Romea i Julii" Czajkowskiego. Była jedynaczką.

    . . .

    Oprawca, zanim wyszedł z Filharmonii, udał się do swojego pokoju i przebrał z zakrwawionych ubrań, które porzucił na podłodze. Zostawił także list:

    Ania nie jest temu winna. Wszystko przez hazard. Poległem. Szukajcie mnie w piwnicy.

    Mogło to sugerować, że początkowo chciał popełnić samobójstwo. Jednak wyszedł z budynku i udał się na dworzec autobusowy.

    . . .

    Rankiem, 8 marca 2013 roku pracownicy Filharmonii na próżno czekali, by jak co dzień Pan Paweł otworzył im drzwi i przywitał swoim serdecznym "dzień dobry". Kilka minut po godzinie 7 wezwali strażaków, którzy musieli wybić szybę, by dostać się do środka budynku. Tuż przy portierni, w kałuży krwi leżał martwy ochroniarz. Od razu wezwano policjantów, którzy na piętrze dokonali następnego makabrycznego odkrycia - na podłodze, w pokoju gościnnym znaleźli ciało Victorii.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Michał Moras bardzo szybko stał się jednym z głównych podejrzanych. Prócz listu pozostawił po sobie mnóstwo śladów - odciski butów, palców czy zakrwawione ubrania. Policja ruszyła za nim w pościg. Morderca dojechał autobusem do Wrocławia, w którym przesiadł się do pociągu w kierunku Górnego Śląska. Został zatrzymany już po godzinie 19 w Jaworznie. (zdjęcie) Był całkowicie zaskoczony i nie stawiał oporu.

    Następnego dnia, w sobotę rozpoczęło się 6-godzinne przesłuchanie podejrzanego. Początkowo przyznał się tylko do zabicia portiera, a w kwestii morderstwa harfistki zasłaniał się niepamięcią. W końcu przyznał się do wszystkiego. Tego samego dnia odbyła się wizja lokalna oraz zapadła decyzja o 3-miesięcznym areszcie.

    Tego samego dnia prezydent Jeleniej Góry ogłosił trzydniową żałobę.

    . . .

    Ludzie, którzy kojarzyli Michała mówili, że często wodził wzrokiem za młodymi, atrakcyjnymi dziewczynami. Podobno, dzień przed morderstwem, był wyjątkowo wpatrzony w Victorię, którą zobaczył na scenie podczas próby w Filharmonii.

    . . .

    11 marca zostały ogłoszone wyniki sekcji zwłok. Wiadomo tylko, że Paweł K. zmarł z powodu odniesionych obrażeń głowy, a Victoria została uduszona. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze oznajmiła, że na prośbę rodziny zmarłej harfistki nie będzie udzielać żadnych dodatkowych informacji.

    . . .

    Paweł K. został pochowany 15 marca na starym cmentarzu w Jeleniej Górze. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła rodzina, bliscy, znajomi z pracy oraz orkiestra dęta Filharmonii Dolnośląskiej. (zdjęcia)

    Victoria została pochowana następnego dnia na cmentarzu służewieckim w Warszawie. Chórzyści z Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina zaśpiewali napisaną specjalnie na jej część pieśń żałobną. (zdjęcia)

    . . .

    14 lutego 2014 W jeleniogórskim Sądzie Okręgowym rozpoczął się proces. (zdjęcie) Michał Moras został oskarżony o dwa zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, gwałt ze szczególnym okrucieństwem i rozbój z użyciem noża. Prokuratura nie ujawniła wielu szczegółów morderstw ze względu na wyjątkowe okrucieństwo, a sędzia na wniosek pokrzywdzonych i ich rodzin, utajnił proces w całości.

    Jak mówił prokurator Sebastian Ziembicki, motyw jest bardzo złożony i nie da się o nim mówić nie wchodząc w szczegóły, a o ich nieujawnianie prosiła rodzina jednej z ofiar. Z aktu oskarżenia można wnioskować jednak, że chodziło o motyw złożony co najmniej z dwóch pobudek: seksualnej i rabunkowej. ***

    Biegli psychiatrzy oraz psycholog nie stwierdzili u Morasa żadnych zaburzeń i uznali, że w chwili zbrodni był on w pełni poczytalny i zdolny do ocenienia własnych czynów. Dodali też, że poziom inteligencji oskarżonego jest wyższy niż średni poziom dla jego grupy wiekowej.

    10 marca odbył się następny proces, a 5 maja Sąd ogłosił wyrok dożywotniego więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 50 latach. Zasądził też milion złotych nawiązki dla rodzin ofiar po 250 tys. złotych dla matki i córki ochroniarza oraz 500 tysięcy złotych dla matki zmarłej harfistki. Wyrok był nieprawomocny. Tego dnia Michała Morasa nie było na sali rozpraw.

    Sędzia Andrzej Żuk ogłaszając wyrok przez kilka minut odczytywał listę obrażeń jakie Michał M. zadał swym ofiarom. Oboje umierali w mękach, prosząc zabójcę o litość. Michał M. najpierw brutalnie zgwałcił harfistkę, zakneblował jej usta taśmą malarską, ciął nożem i gryzł. Kobieta zginęła uduszona. Michał M. zabrał jej 150 złotych i telefon komórkowy. Ochroniarzowi zadał ponad 60 ran nożem, młotkiem i innym nieustalonym tępym narzędziem. ****

    KLIK obrońca Michała Morasa, oraz z matką i przyjaciółką zamordowanej Victorii

    Obrońca skazanego złożył apelację o skrócenie okresu do prawa ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. (klik)

    Według Rejestru wyrok uprawomocnił się 15 października 2014 roku i został zmieniony tylko w kwestii ubiegania się o przedterminowe zwolnienie na 40 lat. Reszta bez zmian.

    Obrońca skazanego próbował jeszcze walczyć o swojego klienta, ale w listopadzie 2015 roku Sąd oddalił jego kasację od wyroku, którą uznał za bezsensowną. Zatem Michał Moras nie ma już więcej prawnych możliwości uchylenia się od prawomocnego wyroku.

    . . .

    W listopadzie 2015 r. mama zamordowanej Victorii założyła fundację jej imienia, mająca na celu zachowanie pamięci córki poprzez wspieranie wszelkich inicjatyw artystycznych twórców młodego pokolenia. (klik)

    . . .

    Rodzina Victorii wiele lat walczyła w sądzie o zadośćuczynienie za śmierć córki. Dopiero w marcu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że matce ofiary należy się 250 tys. zł, którą mają zapłacić wspólnie filharmonia oraz firma ochroniarska.

    Naszym zdaniem śmierć córki pani Barbary została spowodowana błędami zarówno po stronie samej filharmonii - organizacyjnymi, brakiem należytej staranności - jak i przez samą firmę ochroniarską, która nie zapewniła należytej ochrony.

    - mówił adwokat reprezentujący matkę zamordowanej kobiety.

    (klik)

    . . .

    Michał Moras aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym Nr 1 we Wrocławiu.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło
    **** źródło

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #victoriajankowska #jeleniagora #wroclaw #michalmoras #filharmonia
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Znowu niemiecki wymiar sprawiedliwości uderzył z całą surowością
    W zeszłym roku chińczyk zamordował dwie kobiety w salonie masażu w mieście Gelsenkirchener.Jedna z ofiar zadał 30 ciosów nożem.
    Wyrok sądu 14 lat więzienie

    #ciekawostkizniemiec mój tag o Niemczech

    https://www.tz.de/welt/essen-mann-40-verurteilt-wegen-gewaltsamen-morden-zr-10289613.html

    #wyroksadu #prawo #sadownictwo #4konserwy #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Gdy świętujemy mistrzostwa świata w siatkówce, nie zapominajmy o przerażającej zbrodni, która miała miejsce tuż po poprzedniej edycji imprezy, 4 lata temu.

    Po poprzednich mistrzostwach świata w siatkówce, w 2014 roku, dwóch mężczyzn świętowało na rynku we Wrocławiu. Zostali zaczepieni przez dziewczynę pracującą dla wyłudzalni pieniędzy podszywającej się pod "klub ze striptizem". Mechanizm działania takich miejsc jest następujący - dziewczyna zaprasza niczego nie świadomych ludzi na ulicy, wchodzą do środka, po czym są okradani na różne sposoby - dosypuje im się do drinków środki wyłączające świadomość i pamięć, wymusza się zapłaty pod groźbą lub okrada ich innymi metodami.

    Ta kryminalna działalność bezkarnie prowadzona jest w eksponowanych miejscach miast, w przypadku Wrocławia - na rynku, tuż obok miejskiego ratusza. Mężczyźni zachęceni przez kobietę weszli do "klubu", ale szybko zorientowali się, że nie jest to miejsce, w którym chcą przebywać. Udali się więc w stronę wyjścia. Tam drogę zagrodzili im bandyci wynajęci przez "klub" w roli "ochroniarzy", domagając się zapłaty - de facto dokonując rozboju. Gdy mężczyźni odmówili zapłaty i chcieli wyjść, jeden z bandytów zaczął ich bić. Jednego zamordował. Początkowo odmawiano nawet wezwania karetki. Ostatecznie zgodzono się na to, pod warunkiem skłamania, że mężczyzna "spadł ze schodów".

    Całość zarejestrował monitoring. Od momentu wejścia do klubu, do morderstwa minęło 8 minut. Zamordowany mężczyzna miał żonę i dzieci. Cała jego "wina" polegała na tym, że chciał świętować mistrzostwo świata w siatkówce. Jest to absolutnie przerażające.

    Morderca ukrywał się przed policją oraz kłamał w czasie procesu. Jak wykazało śledztwo, cały personel "klubu" został poinstruowany przez właściciela, że mają kłamać w tej sprawie. Pomimo tego, bandyta za morderstwo ostatecznie otrzymał skandalicznie niski wyrok zaledwie 5 lat pozbawienia wolnośći.

    Ten klub, pod zmienioną nazwą, jak i wiele mu podobnych, w dalszym ciągu bezkarnie działają w całej Polsce, otruwając i okradając nieświadomych klientów. Niektórzy są mordowani. Spraw były tysiące, jednak w państwie polskim panuje takie bezprawie, że nie jest ono w stanie poradzić sobie z ewidentnie bandycką, niezmiernie szkodliwą działalnością. Korzystają z pełnego luk prawa oraz nieudolności służb.

    W czasie morderstwa, Polską rządziła Platforma Obywatelska, z premierem Donaldem Tuskiem, a później Ewą Kopacz.
    W dniu dzisiejszym przy władzy jest Jarosław Kaczyński (PiS), który rządzi na tyle nieudolnie, że problem nadal występuje.

    W Polsce można tak po prostu, w eksponowanych i turystycznych częściach miast, prowadzić bezkarnie kryminalną działalność, polegającą na okradaniu ludzi na wielkie sumy, otruwaniu, czasem nawet na morderstwach.

    Świętując sukces sportowy, pamiętajmy o ofiarach tej przerażającej zbrodni i pomyślmy o tym, że ten proceder nadal trwa i kolejne ofiary mogą pojawiać się każdego dnia.

    #siatkowka #polska #kryminalne #panstwoteoretyczne #morderstwo #wroclaw
    pokaż całość

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Czarna Białostocka to niewielka, licząca niecałe 10 tysięcy mieszkańców miejscowość w województwie podlaskim. Przy wąskiej uliczce Romualda Traugutta znajduje się szkoła podstawowa pod tym samym imieniem. To spokojna okolica - w okół domki jednorodzinne, małe, osiedlowe sklepiki i sporo zieleni.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką z długim stażem - od 17 lat uczyła w klasach I-III. Miła i ambitna kobieta szybko zbyła sobie wśród uczniów sympatię, a u kolegów i koleżanek z pracy opinię świetnego pedagoga. Do swojego zawodu podchodziła z dużym zaangażowaniem i stale podnosiła swoje kwalifikacje. Poświęcając się całkowicie pracy, Mariola nie znalazła czasu by ułożyć sobie życie prywatne. Atrakcyjna, szczupła blondynka przez długi czas żyła samotnie.

    Wszystko zmieniło się jednak w 1997 roku podczas zajęć sportowych w szkole, gdy Mariola poznała Jerzego, szanowanego w okolicy biznesmena i ojca trójki dzieci, z których najmłodszy, Piotruś właśnie rozpoczął naukę w podstawówce przy ulicy Traugutta. Dwie dorosłe już córki uczyły się w Białymstoku. Mężczyzna został wybrany na przewodniczącego Rady Rodziców, co sprzyja częstszym spotkaniom nauczycielki z eleganckim i przystojnym przedsiębiorcą. Z czasem pomiędzy Mariolą, a Jerzym wybucha gorący romans, który szybko staje się sensacją małego miasteczka.

    O romansie dowiaduje się rodzina i żona biznesmena, a matka nauczycielki prosi córkę by zakończyła tę grzeszną znajomość. Mariola nie chciała nawet o tym słyszeć. Ludzie w okolicy zaczęli plotkować, wytykać palcami i krzywo patrzeć na oboje kochanków. Kobieta dostawała listy z pogróżkami i była nękana głuchymi telefonami, jednak dla miłości do Jerzego była w stanie znieść wszystko. Nie zniechęciła się także, kiedy ktoś powypisywał na drzwiach jej mieszkania wulgarne słowa.

    Jerzy zapewniał o swojej wielkiej miłości i obiecywał, że to z nią chce ułożyć sobie nowe życie, że w końcu zostawi swoją żonę, z którą od dawna mu się nie układało. Twierdzi, że trwa w małżeństwie jedynie ze względu na swojego najmłodszego syna. Prosił Mariolę o jeszcze chwilę cierpliwości i wyrozumiałości. Zakochana kobieta czekała, święcie wierząc w obietnice kochanka.

    W 2001 roku Jerzy niespodziewanie oświadcza, że to już koniec ich czteroletniego związku. Mężczyzna przepraszał, tłumaczył, że nie może tego dłużej ciągnąć, że chce naprawić swoje relacje z rodziną.

    Mariola wpadła w czarną rozpacz. Nie mogła uwierzyć, że facet, dla którego poświęciła tak wiele, nagle odchodzi. Zakochana kobieta nachodzi byłego kochanka, błaga i prosi o powrót. Na próżno. Z uśmiechniętej i atrakcyjnej kobiety, staje się wrakiem człowieka. W dość krótkim czasie, próbuje dwukrotnie odebrać sobie życie.

    . . .

    25 kwietnia 2001 roku Mariola przyszła do pracy wcześnie rano, pomimo, że lekcje zaczynała dopiero po południu. Rozżalona i złamana 38-latka, dzień wcześniej odbyła rozmowę z żoną swojego ukochanego. Była rozgoryczona.

    Myszkiewicz poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu lekarskiego, wyjaśniając, że chce się zważyć. Około godz. 9.30 poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, synowi Jerzego, że ma stawić się w gabinecie, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki 11-latek udał się prosto do szkolnej higienistki. Na miejscu czekała na niego Mariola, którą znał i dobrze zdawał sobie sprawę z tego co łączyło ją z jego ojcem. Mieszkańcy Czarnej Białostockiej podejrzewali nawet, że to on był autorem obraźliwych napisów na drzwiach nauczycielki.

    Zostaw mego tatę w spokoju!

    - miał jej kiedyś powiedzieć chłopiec.

    Nauczycielka chwilę rozmawiała z Piotrkiem, aż nagle wyciągnęła ze swojego plecaka nożyk introligatorski i zaczęła zadawać dziecku ciosy. Była wściekła. Dźgała na oślep. Długotrwale kumulowane emocje w końcu znalazły ujście. W swojej rozpaczy przestała myśleć logicznie, obwiniała dziecko o rozpad jej związku. Przecież Jerzy zawsze powtarzał, że to jego oczko w głowie...
    Piotruś próbował się bronić i wydostać z gabinetu, co mu skutecznie uniemożliwiała. W amoku wymachiwała ostrzem, trafiając w szyję oraz w głowę. Krew była wszędzie - na drzwiach, podłodze, płynęła strumieniem po drzwiami. Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki, które na widok czerwonej kałuży zaczęły krzyczeć i walić pięściami w zamknięte drzwi gabinetu. Wyważył je dopiero wuefista. W tym całym zamieszaniu ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok - skulony chłopiec leżał we krwi, miał ponad trzydzieści ran kłutych na szyi, podcięte gardło i uszkodzoną tętnice.

    Piotrek jeszcze wtedy żył. Wykrwawił się jednak przed przyjazdem pogotowia.

    Zajęcia zostały odwołane, a uczniowie wyprowadzeni ze szkoły bocznym wyjściem. Na miejscu pojawiła się policja, a przed budynkiem zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice. Wszyscy byli zszokowani, nikt nie mógł uwierzyć, że nauczycielka, na dodatek ta najbardziej lubiana i poważana, zabiła ucznia.

    Wątpliwości jednak nie było. Za Mariolą ruszyła policyjna obława, w którą zaangażowano około 200 funkcjonariuszy. Rozesłano rysopis kobiety, a następnego dnia wysłano za Mariolą list gończy. (link) Przeszukiwano okolice zalewu i pobliskie lasy, podejrzewano, że kobieta mogła popełnić samobójstwo.

    W Czarnej Białostockiej krążyły plotki, że już wcześniej zaplanowała morderstwo, dwa dni przed tragedią zlikwidowała konto w banku i wyjechała za granicę.

    Jak ona tu wróci, to nic dobrego ją nie czeka. Niech się modli, żeby policja była pierwsza. Lepiej dla niej, żeby już nie żyła.

    - mówili mieszkańcy.

    Mariola ukrywała się w pobliskiej Puszczy Knyszyńskiej, a dzień później dotarła do zakonu w Markach pod Warszawą, skąd zadzwoniła do swojej siostry. Prosiła o radę, była przerażona i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chciała się zabić lub oddać sama w ręce policji.

    W nocy z 26 na 27 kwietnia funkcjonariusze z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali Mariolę. W trakcie przesłuchania w prokuraturze przyznała się do winy, ale odmówiła składania wyjaśnień.

    . . .

    W tym samym czasie, 27 kwietnia odbył się pogrzeb zamordowanego Piotrka, w którym uczestniczyło kilka tysięcy osób. (zdjęcie) Podobno ojciec chłopca nie mógł wziąć udziału w uroczystości, ponieważ trafił na oddział kardiologiczny szpitala w Białymstoku.

    (o przebiegu pogrzebu)

    . . .

    Kilka dni po tragedii w Szkole Podstawowej nr. 2 w Czarnej Białostockiej pojawili się psycholodzy, którzy przez kilka dni prowadzili rozmowy z nauczycielami i uczniami, którzy mieli bezpośredni związek z tragedią. Dzieci najgorzej przeżyły wydarzenie z ostatnich dni.

    Są bardzo poruszone i są w nich duże emocje

    - relacjonował dyrektor.

    Płaczą. Można nawet powiedzieć, że to przeradza się w jakąś lekką histerię. Psycholodzy starali się przekazać im tylko fakty, odrzucając plotki. I przede wszystkim uspokoić emocje.

    . . .

    Niecały miesiąc po śmierci Piotrka, na budynku szkoły (za ścianą jest szkolny gabinet lekarski) pojawiła się upamiętniająca go tablica. Mimo tego, że rodzice chłopca zawiesili ją bez zgody dyrekcji i władz samorządowych, główne kontrowersje wywołał umieszczony na płycie napis:

    W dniu 25 kwietnia 2001 r. za tym murem został zamordowany Piotruś Popławski, uczeń klasy IV B. Prosimy o modlitwę. Rodzina.

    Mieszkańcy uważali, że ten napis straszy dzieci i ciągle przypomina im o tragedii, przez którą wciąż nie mogą spać po nocach. Tutaj można przeczytać ich tłumaczenia -> klik

    . . .

    Prokuratura w Białymstoku postawiła Marioli Myszkowskiej zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz o to, że zrobiła to w wyniku motywacji zasługujących na szczególne potępienie. Podobno w domu oskarżonej znaleziono list do Jerzego, w którym miała napisać wprost o tym, że według jej zamordowany chłopiec był przeszkodą w ich związku.

    Został zastosowany areszt tymczasowy, w którym Mariola, jako dzieciobójczyni nie miała łatwo. Z nieoficjalnych informacji wynika, że została tam dotkliwie pobita i przez pewien czas przebywała w śpiączce.

    . . .

    W czasie śledztwa została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że była poczytalna w momencie dokonywania morderstwa. Według psychiatrów i psychologów Mariolę cechuje ponadprzeciętna inteligencja, nie przejawia też skłonności do okazywania uczuć. W opinii biegłych ma silną osobowość, wysoką samoocenę i jest bardzo egocentryczna.

    Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Sąd ze względu na ważny interes prawny rodziców ofiary, uchylił częściowo jawność rozprawy.

    Podczas procesu Mariola nie pokazywała emocji. Tłumaczyła, że nie planowała morderstwa, chciała tylko porozmawiać z Piotrkiem, jednak chłopiec zaczął ją wulgarnie wyzywać i straciła nad sobą panowanie. Obrona także usiłowała przekonać sąd, że oskarżona działała w afekcie (za zabójstwo w afekcie groziłoby jej tylko 10 lat). Miało o tym świadczyć m.in. brutalność, nagłość i wielokrotność ciosów zadanych chłopcu. Opinię tę podzielili zresztą przesłuchiwani w sprawie biegli psychologowie i psychiatrzy.

    Prokurator miał zupełnie inny pogląd na sprawę. W trakcie śledztwa okazało się, że nóż, którym Mariola zabiła 11-latka był prezentem od Jerzego. Narzędzie zbrodni stanowiło jeden z głównych dowodów, popierających tezę o zemście zawartą w akcie oskarżenia. Jeden ze świadków zeznał, że nauczycielka dzień przed dokonaniem zbrodni odwiedziła Jerzego i jego żonę. Zażądała kupna mieszkania i umożliwienia wyjazdu z Czarnej Białostockiej. Obciążający dla kobiety był też fakt, że w plecaku, który miała ze sobą 25 kwietnia, znajdował się paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    . . .

    Sąd Okręgowy w Białymstoku uznał, iż Mariola Myszkiewicz zaplanowała tę zbrodnię i nie było to działanie w afekcie, jak ocenili biegli. Sąd podkreślił, że dożywocie byłoby karą zbyt wysoką i 15 lutego 2002 roku skazał Mariolę Myszkowską na 25 lat więzienia.

    Obrońca Marioli złożył apelację od wyroku i o wymierzenie niższej kary.

    W wyniku rozpatrzenia apelacji obrońcy oskarżonej nie doszło do zmiany wysokości wyroku, jednakże sąd II instancji stwierdził, że sąd I instancji popełnił błąd, nie podzielając opinii biegłych psychiatrów i psychologa odnośnie tego że oskarżona działała pod wpływem silnego wzburzenia. Chociaż sąd apelacyjny przyznał, że oskarżona była w takim stanie psychicznym, w którym emocje górowały nad intelektem, to jednak jej czynu nie może zostać uznany za usprawiedliwiony okolicznościami. Mariola M. działała w stanie silnego wzburzenia, ale nie można tego zakwalifikować jako działanie w afekcie.

    W maju 2003 roku sąd utrzymał wyrok 25 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po odbyciu 15 lat kary. (link)

    . . .

    Ona jeszcze sobie życie ułoży. Zna języki, jest bardzo sprytna. W więzieniu podobno bardzo się stara, żeby jak najszybciej wyjść na warunkowe

    – mówił o kobiecie jeden z jej dawnych podopiecznych.

    To co zrobiła było dla wszystkich zaskoczeniem. Nikt by się tego po niej nie spodziewał. To była najfajniejsza pani w szkole.

    . . .

    Znalazłam informacje z 2017 roku, że Mariola wciąż przebywa w więzieniu. Czy jest tam do dnia dzisiejszego - nie wiem. Aktualnie ma 55 lat.

    Piotrek Popławski miałby teraz 28.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #czarnabialostocka #czarna #bialostocka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #mariolamyszkiewicz
    pokaż całość

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Proszę zaparzyć sobie dobrego czaju, usiąść wygodnie i zabierać się za czytanie - będzie długo! Ale warto. Jak dla mnie to "najlepsza" sprawa kryminalna ostatnich lat. Mogłabym z tego doktorat pisać. (。◕‿‿◕。)

    • • •

    Bezczelnie młoda, bezczelnie zdolna

    - pisała o sobie Zuzanna M. (foto) Jej znajomi zgodnie twierdzili, że jest osobą niezwykle inteligentną. Mogła wagarować miesiącami, ale zawsze zaliczała przedmioty. Oczytana, słuchała interesującej muzyki, była zawsze elokwentna i ostra w osądach. Na przemian przyciągająca i odpychająca.

    W szkole podstawowej i do połowy gimnazjum Zuzanna świetnie się uczyła. Gra w piłkę nożną dziewcząt (link), zdobyła nawet Złote Pióro prezydenta miasta. Ale w drugiej gimnazjalnej coś zaczyna się w jej życiorysie psuć. Zuza przestaje się uczyć i w cokolwiek angażować. Dzieci jej nie lubiły, dokuczały, wypisywały na ławkach i gdzie tylko się dało: "Jebać Zuzię". Matka postanowiła przenieść ją do innego gimnazjum.

    Na początku liceum znów jest z Zuzą wszystko dobrze. Dyrektor I LO w Białej Podlaskiej (woj. lubelskie), do którego uczęszczała mówi, że uczyła się dobrze i reprezentowała szkołę w zawodach sportowych. Musiała być lubiana, bo inni uczniowie wybrali ją na gospodynię klasy. Problemy zaczęły się pod koniec pierwszej klasy.

    Przeszkadzała w lekcjach i negowała wszystko, co mówią nauczyciele. Wychodziła z klasy trzaskając drzwiami i wyraźnie dawała pedagogom odczuć, że są najwyżej przeciętni w porównaniu z nią. W jej mniemaniu tylko ona była coś warta. Ewentualnie jej aktualne towarzystwo, które miała w zwyczaju często zmieniać.

    Pogardzam wszystkimi i mam wstręt taki do hołoty umysłowej, że rzygam.

    - cytowała Witkiewicza.

    W szkole była uważana za osobę, przez którą idzie się na dno. Wagary, narkotyki, dziwne towarzystwo. Wielu imponowało, że zawsze mogła zorganizować coś do palenia na imprezkę. Owijała sobie ludzi w okół palca - najpierw coś oferowała, potem wymagała posłuszeństwa. Przyciągała innością, mówiła jak się ubierać, pokazywała muzykę (jej kanał na yt), której nie znali, filmy, literaturę. Jej idol to Ian Curtis z Joy Division - okładkę Unknown Pleasures miała wytatuowaną na przedramieniu. (zdjęcie) Mój kolega, który ją znał, mówił, że nie dbała o siebie, często miała przetłuszczone włosy i przepocone ubrania.

    Rodzice uczniów uznali, że jest niebezpiecznym towarzystwem i odcinali swoje pociechy od jej toksycznego wpływu. Zuzka sprawiała wrażenia jakby jej to nie obchodziło i nie przywiązywała się do kogokolwiek. Znikali jedni chłopcy, pojawiali się inni. Zawsze znajdowała kolejnych słabych, bogatych, z dobrych domów. Dzięki niej mogli zaistnieć, zaczynali być dostrzegani, stawali się jej odbiciem.

    Czasem przychodzili rodzice, mówili, że ich dzieci gdzieś tam chodzą z Zuzanną. Na przerwach wicedyrektor miała za zadanie śledzić na monitoringu, z kim Zuza rozmawia, by ewentualnie ostrzec kolejne osoby.

    - wspomina dyrektor szkoły.

    Nauczyciele w końcu wezwali matkę Zuzy, która stwierdziła, że jest z córką w bardzo dobrych relacjach, że są przyjaciółkami i że to nauczyciele są winni, bo nie potrafią rozpoznać inteligencji dziecka. Zuzanna stała w trakcie rozmowy skruszona, ze spuszczoną głową. Obiecywała poprawę. Zdaniem dyrektora potrafiła idealnie grać to, czego akurat od niej oczekiwano.

    Matka Zuzanny Katarzyna M. pracuje na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach i wykłada historię. Zuza była bardzo dumna z rodzicielki, a jak ta zrobiła habilitację, córka od razu pochwaliła się tym na swoim Facebooku. Kiedy ktoś z nauczycieli zwrócił jej uwagę, że powinna mówić panie profesorze, a nie proszę pana, Zuza odpowiada, że na tytuł profesora trzeba sobie zapracować. I że profesorem tytułuje się jej matkę, nauczycielkę na wyższej uczelni.

    Mimo podziwu, Zuza czuła do niej także niechęć i była opryskliwa. Zamknij się - mówi do niej przy swoich koleżankach.

    Zuzanna od dzieciństwa była wychowywana przez swoich dziadków, ponieważ matka studiowała i nie miała dla niej czasu. Zamieszkały razem dopiero, gdy dziewczynka była w szóstej klasie szkoły podstawowej.

    Zdaniem Katarzyny M. ma wspaniałą córkę i żadne uwagi nie są w stanie tego zmienić. Mimo wszystko zawsze stała murem za Zuzą. Nie tyle razem z nią, ile raczej obok, opodal, na boku. Rodzicielki często nie było w domu. Nastolatka wyjechała kiedyś do Torunia na tydzień, gdy wróciła, opowiadała, że matka nawet nie zauważyła jej nieobecności.

    Matka sublokatorka - powie później o niej córka.

    Zuza zaczęła pisać wiersze po śmierci swojego ojca, który nie brał udziału w jej wychowywaniu, i którego w rzeczywistości nigdy nie znała. W wywiadzie do lokalnego portalu powiedziała:

    Mój własny koniec świata był powodem, dla którego zaczęłam szukać jakiejś formy wyrażania siebie.

    (wywiad)

    Przybrała pseudonim Maria Goniewicz, a matka pomogła jej sfinansować swój pierwszy tomik o tytule "33".

    Jest to liczba mistrzowska, liczba idealna.

    . . .

    Konflikty w szkole narastały, a Zuza przekraczała kolejne granice. Uczniowie mieli jej już serdecznie dość, więc napisali petycję do do dyrekcji z prośba o usunięcie ze szkoły konfliktowej koleżanki.

    Dyrektor próbował przekonać matkę Zuzanny, by nawiązała kontakt z poradnią psychologiczno-pedagogiczną. Szkoła postawiła krnąbrnej uczennicy wymagania, dała szansę na zamianę zachowania i oczekiwała zastosowania się do ustalonych reguł. Jednak matka Zuzy wolała zmienić szkołę niż zachowanie córki. Do kontaktu z poradnią także nie doszło.

    Trzecią klasę Zuzanna rozpoczęła już w innym miejskim liceum. Znajomości trochę się wykruszyły, ale wciąż lojalny Zuźce został Kamil N. (foto)

    Chłopak pochodził z dobrego i kochającego domu - jego tata Jerzy to pułkownik Straży Granicznej, a mama Agnieszka bardzo lubiana nauczycielką języka rosyjskiego. Rodzina niedawno wyprowadziła się z blokowiska w Białej Podlaskiej do nowego, pięknego domu pod miastem - w Rakowiskach. Kamil to ukochany jedynak, oczko w głowie babci. Delikatny, miły, dobrze wychowany, bardzo zżyty z matką. Tak przynajmniej opisywali go przyjaciele i znajomi. Mówili, że był spokojnych chłopakiem. Nie wychylał się.

    Dopiero pod wpływem Zuzanny zaczął się zmieniać - w tej opinii byli zgodni zarówno rodzice, szkoła, jak i znajomi nastolatków. Kamil stał się arogancki i zaczął wagarować. Rodzice konsekwentnie wyrażali swój sprzeciw wobec tej relacji i za wszelką cenę usiłowali odseparować syna od toksycznej dziewczyny. Bez skutku. Kamil stawał się kopią Zuzanny, chodził zawsze dwa kroki za nią.

    Zuza i Kamil poznali się jeszcze w gimnazjum katolickim, ale wtedy nie utrzymywali bliskich kontaktów. W liceum trafili do jednej klasy, ale zakumplowali się dopiero po imprezie półmetkowej. Przed pierwszą i drugą klasą Kamil mówił, że Zuza pachnie potem i jest niedomyta. A on zawsze taki czyściutki, świeżutki, najlepiej ubrany w klasie, w życiu by jej nie dotknął. Niewysoka, krępa, biodrom i pupie daleko do smukłości. Okrągła twarz, już lekki naddatek tkanki tłuszczowej na podbródku. I nagle - iluminacja. Kamil odkrywa, że ta niedomyta Zuza jest ciekawa. Niezwykła.

    Nastolatkowie spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. Oglądają wiele filmów, szczególnie pociąga ich kino amerykańskie: Quentin Tarantino, David Lyncha czy American Psycho z Christianem Bale'em.

    Naprawdę źle zaczęło się dziać w kwietniu 2014 roku, kiedy Kamila i Zuzannę posądzono o ukrywanie niespełna 15-letniej dziewczyny, która uciekła z domu. Najprawdopodobniej przetrzymali ją dzień lub dwa w domu u Kamila. Dziewczynka była kiedyś parą z Zuzanną i to ona namówiła ją do ucieczki. Poznały się jeszcze w gimnazjum, a z początku niewinna przyjaźń przerodziła się w fascynację starsza koleżanką. Zuza uprawiała z nią seks, gdy ta nie miała skończonych 15-lat. Rodzice małoletniej wnieśli sprawę do sądu.

    W październiku 2014 roku do Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej wpłynął akt oskarżenia. Poza uprawianiem seksu z poznaną jeszcze w gimnazjum nastolatką, Zuzannie zarzucono też częstowanie kolegów, w tym także Kamila, marihuaną. Oskarżenie to, najprawdopodobniej wnieśli rodzice chłopaka.

    W ramach tego śledztwa Zuzanna przeszła badania psychiatryczne. Specjaliści ocenili, że ma skłonność do przedstawiania siebie w lepszym świetle niż w rzeczywistości, wybiela siebie, bagatelizując potknięcia, a w jej życiu zabrakło wzorców mężczyzny jako ojca i partnera matki. Mężczyzna jako taki ma dla niej mniejsze znaczenie. Musi zasłużyć na akceptację.

    . . .

    7 grudnia 2014 roku Zuzanna na swoim fanpage publikuje wiersz:

    Ty i kobieta, której
    kiedyś zdeptałam serce,
    mieszkacie obok siebie. To dziwne
    miejsce, w którym ostatnio
    podobno jest o mnie głośno. (...)
    Przy-
    gotowa-
    nie do końca
    nie naszego świata
    nie zawsze
    jednak idzie
    dobrze,
    ale
    już niedługo.


    (link do całości)

    . . .

    W piątek, 12 grudnia 2014 roku Zuzanna i Kamil wybrali się w podróż do Warszawy, z której docelowo mieli dostać się do Krakowa, gdzie w niedzielę Zuza miała mieć swój własny wieczorek poetycki. W stolicy umówili się z Marcinem S. i jego dziewczyną Lindą M. (tak, to jest imię (・へ・) ), którzy mieli ich zawieźć autem do Krakowa. Zuza obiecała kierowcy 10 tys. złotych za ową przysługę, a jako zabezpieczenie jej i Kamila iPady.

    Około 50 kilometrów przed Krakowem, Zuza powiedziała, że muszą wracać, ponieważ zapomniała wziąć laptopa, z którego miała czytać wiersze na wieczorku. Kierowca nie był z tego faktu zadowolony, ale Zuza przekonuje go jeszcze większą sumą pieniędzy.

    W tym czasie Kamil pisze SMS-a do matki:

    Już prawie dojeżdżamy do Krakowa

    Matka odpowiada:

    W poniedziałek będzie próbna matura. Pamiętaj o tym

    A Kamil:

    Wrócę w niedzielę, mamo

    Zawracają z drogi i kierują się w kierunku Rakowisk. Kamil i Linda drzemią, Zuza słucha muzyki. Na miejsce dotarli późną nocą. Kamil prosi, żeby nie parkować przed jego domem, bo mogliby się obudzić sąsiedzi, ale trochę dalej, przy lasku. Wezmą laptop i za chwilę wrócą.

    W krzakach przebierają się w płaszcze przeciwdeszczowe i żółte, lateksowe rękawiczki. Mają ze sobą dwa porządne myśliwskie noże, które Zuza zabrała wcześniej z pokoju swojego dziadka. Kamil wchodzi do domu jako pierwszy i wyprowadza do ogrodu psa. Zdejmują buty.

    Matka czasem zasypiała przy telewizji w salonie, ale tym razem śpi z mężem w sypialni. Nastolatkowie stają nad ich łóżkiem - Zuzanna nad ojcem, Kamil nad matką.

    Raz, dwa, trzy...

    - liczy cicho dziewczyna. Na trzy zaczęli uderzać ostrzami w dół krótkimi, szybkimi pchnięciami. Na oślep. Matka zerwała się i krzycząc, zaczęła biec do drzwi. Nagle zapaliło się górne światło, któreś z nich zawadziło o kontakt. Kamil dogonił matkę i uderzył nożem w plecy od tyłu. Dla pewności, żeby się nie męczyła (dosłownie, tak powiedział - żeby się nie męczyła), przejechał dwa razy nożem mocno po gardle.

    Ojciec, mimo wylewu wewnętrznego, wstał i rzucił się na Zuzę. Przewrócili się, ślizgając się we krwi. Wytrącił jej z ręki nóż i oboje chcieli go rękami dosięgnąć: popularna scena w filmach, gdzie dwie osoby walczą na śmierć i życie. Wtedy Zuza ugryzła go w lewe przedramię i włożyła palce do oka. Klęcząc, oparł się na rękach. Dziewczyna dźgała go w plecy. Przedtem bała się, że nie można go będzie zabić. Ale on teraz właśnie umierał. Kiedy przestał się ruszać, poczuła ulgę.

    Wszedł Kamil.

    Czy już?

    - spytał. Powiedział, że muszą iść do matki, bo ona leży przed drzwiami wejściowymi. Wciągnęli ją do środka.

    Wyszli z domu i przeskoczyli siatkę ogrodową.

    Zuza przypomniała sobie, że na ręce ojca został ślad po ugryzieniu. Trzeba było obciąć tę rękę albo obie i gdzieś wyrzucić.

    Kamil przeskoczył siatkę i wrócił do domu. W kuchni znalazł nóż. Nie udało się obciąć ręki, tylko zmacerować ślady po zębach. Spryskał ranę perfumami. Może one usuną DNA.

    Zabrali laptop ojca, żeby upozorować kradzież i by pokazać Marcinowi i Lindzie: to ten zapomniany. Po drodze przebierają się w czyste ubrania, a zakrwawione pakują do plecaka. Jednak na ustalonym miejscu nie ma ani samochodu, ani znajomych.

    Zabijanie trwało godzinę. Marcin i Linda nie chcieli dłużej czekać i postanowili jechać do domu, do Poznania. Zuza zadzwoniła, że mają natychmiast po nich wracać i, jak było umówione, jechać do Krakowa. A nie było ich tak długo, bo w domu kłócili się z rodzicami Kamila.

    Studenci wracają i cała czwórka rusza w dalszą drogę.

    Kamil w samochodzie się nie odzywał. Ale Zuzanna w końcu nie wytrzymała i zaczęła opowiadać kolegom co zrobili. Była bardzo rozemocjonowana. Zaproponowała im po 100 tys. zł za milczenie i pozbycie się dowodów zbrodni - w bagażniku ich citroena leżał plecak z narzędziami zbrodni, zakrwawionymi rękawiczkami oraz elementami ubioru sprawców. Marcin S. i Linda M. godzą się na taki układ.

    Kamil i Zuza zatrzymują się u koleżanki z Białej Podlaskiej, która akurat studiuje i wynajmuje stancję w Krakowie. Nastolatkowie mają na sobie jeszcze ślady krwi i błota. Wyjaśniają dziewczynie, że zostali napadnięci. Gospodyni wychodzi z domu, bo ma coś do załatwienia, a kiedy wraca, widzi, że coś prali w jej pralce.

    Zapadło mi w pamięć, że Zuza przyszła i zaczęła myć buty w moim mieszkaniu. A Kamil był bez skarpetek, choć to był grudzień

    - zeznawała później dziewczyna. Niczego jednak nie podejrzewała.

    . . .

    W sobotę o godz. 7.40 otwarte drzwi wejściowe do domu Państwa N. w Rakowiskach zauważa przechodzący obok sąsiad. Wzywa policję.

    Pamiętnej nocy słyszałem wołanie o pomoc. Usłyszałem krzyk - "O Jezu! Ratunku! O Jezu!"

    - zeznawał później w sądzie sąsiad zamordowanych

    Myślałem jednak, że ciągle śpię i to mi się śni. Gdy się obudziłem nadal słyszałem ten głos. Byłem przerażony, że sen trwa na jawie. Jednak usłyszałem też szczekanie psa. To mnie uspokoiło, bo pomyślałem, że to po prostu jakaś kobieta przestraszyła się w nocy psa

    - relacjonował.

    Gdy rano wstałem i zobaczyłem krwawe ślady na elewacji sąsiedniego domu, szybko połączyłem fakty i zadzwoniłem po policję

    - dodał. Jeden ze śledczych, którzy pierwsi pojawili się na miejscu zbrodni relacjonował:

    Dom spłynął we krwi. Czegoś takiego nie widziałem, odkąd pracuję, prawie 30 lat. Sceneria gorsza niż w horrorach

    (zdjęcia domu po zdarzeniu -> tu, tu i tu)

    . . .

    Do znajomej, u której zatrzymali się mordercy, napisał kolega z Białej z informacją, że rodzice Kamila nie żyją. Ale dalej przez myśl jej nie przeszło, że za zbrodnią mogą stać osoby, które gości w mieszkaniu. Wprost przeciwnie - poprosiła kolegę, z którym pisała w internecie, by wezwał policję, bo nie chciała sama przekazać Kamilowi, że jego rodzice zginęli w tak straszny sposób.

    Chciałam, żeby to jakiś psycholog przekazał informację, że w taki sposób zginęli jego rodzice. Ja nie byłam w stanie tego powiedzieć

    - mówiła przed sądem.

    Mundurowi przyjechali dopiero po kilku godzinach. Zatrzymują już Zuzę i Kamila jako podejrzanych. Nastolatkowie udaj zaskoczonych. (zdjęcie z zatrzymania)

    W śmietniku przed blokiem policja odnalazła plecak ze zniszczonym laptopem i telefonami komórkowymi małżeństwa N.

    Nastolatkowie trafiają do policyjnego aresztu.

    Na początku nie przyznają się do winy. Jedynym z dowodów, który przekonał ich do potwierdzenia podejrzeń policjantów były zapiski z logowań się ich telefonów komórkowych.

    . . .

    Marcin S. I Linda M., gdy tylko dowiedzieli się, że szukają ich policjanci, sami zgłosili się na komendę w Poznaniu, a potem złożyli obszerne wyjaśnienia.

    Według składanych przez Zuzannę M. I Kamila N. zeznań rodzice Kamila nie akceptowali ich związku, co było jednym z motywów tej zbrodni. Liczyli także na spadek po rodzicach Kamila, który obliczyli na około 2 mln. złotych. Chcieli za pierwszy milion się bawić, a drugi zainwestować. Byli przekonani, że policja ich nie złapie - przecież zdjęli buty i robili wszystko w skarpetkach, a Kamil pisał do matki SMS-y, jako dowód, że byli daleko od miejsca zbrodni. ! lol

    Pomysł zabicia małżonków N. miał się pojawić w trakcie oglądania przez 18-latków filmów przepełnionych - jak sami mówili - przemocą i agresją. Do zbrodni ubrali się jak bohater filmu American Psycho ( ಠ_ಠ)... Na początku tylko żartowali sobie, że mogliby zabić rodziców Kamila, ale z czasem uznali, że ten żart może przyjąć formę faktów i zaczęli planować to zabójstwo. Jak wyjaśniła Zuzanna M. zaplanowali je krok po kroku, kupili np. lateksowe rękawiczki, które znaleziono na miejscu zbrodni.

    Zarzut postawiony dla nastolatków to (oczywiście) zabójstwo kwalifikowane.

    Z kolei, dwójce 19-latków – Marcinowi S. i Lindzie M postawiono zarzuty tak zwanego poplecznictwa. Według śledczych para ta działając wspólnie i porozumieniu utrudniała postępowanie karne pomagając Kamilowi N. i Zuzannie M., sprawcom zabójstwa, uniknąć odpowiedzialności karnej i zacierać ślady przestępstwa.

    . . .

    Podczas sekcji zwłok Jerzego i Agnieszki N. medycy zwracają uwagę na twarze zmarłych. Pułkownika zastygła w wyrazie przerażenia. Agnieszki - niewyobrażalnego zdziwienia. Biegli określą zabójstwo, jako atak niefachowy ze strony szaleńca, który niektóre ciosy zadaje na oślep. Dodali także:

    Człowiek nie umiera szybko. To była prawdziwa walka o życie. Nie ma wątpliwości, że rodzice wiedzieli, kto ich morduje.

    . . .

    15 grudnia odbyła się wizja lokalna z udziałem młodych morderców. (zdjęcia) (filmik)

    Czułem się tak, jakbym stał obok i na wszystko tylko patrzył, a moim ciałem władał ktoś inny

    -mówił Kamil.

    . . .

    Odczytanie ustaleń prokuratury i policji na tym etapie śledztwa (trochę więcej szczegółów niż napisałam) -> filmik

    . . .

    18 grudnia odbył się pogrzeb 42-letniej Agnieszki i 48-letniego Jerzego N. z Rakowisk. (filmik)

    Kamil N. wiedział o pogrzebie swoich rodziców. Poinformowali go o tym funkcjonariusze aresztu śledczego w Lublinie, gdzie trafił. Oświadczył, że nie będzie w nim uczestniczył, nie złożył też formalnego wniosku o umożliwienie mu tego.

    . . .

    Zuza i Kamil zostali skierowani na obserwację psychiatryczną. Miało to pomóc w określeniu, czy w trakcie zabójstwa mieli zdolność rozpoznania swoich czynów i pokierowania swoim postępowaniem.

    Zuzanna spędziła na obserwacji miesiąc, a w przypadku Kamila potrwała ona dłużej, bo aż od 11 lutego do 7 kwietnia 2015 roku. Zespół biegłych psychiatrów i psychologów ze względu na trudności natury diagnostycznej poprosił o wydłużenie czasu obserwacji chłopaka i sąd się na to zgodził. Równolegle też przedłużył obojgu podejrzanym areszty.

    Według wydanej opinii u Zuzanny M. nie stwierdzono objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Natomiast ma ona nieprawidłowo kształtującą się osobowość z wyraźnymi cechami narcystycznymi oraz dyssocjalnymi (agresywność, skłonność do przemocy, chłód emocjonalny).

    U Kamila N. biegli także nie stwierdzili objawów choroby psychicznej, cech upośledzenia umysłowego ani innego rodzaju zaburzeń psychicznych. Badania oraz analiza materiału dowodowego nie ujawniały u niego także obecności cech charakterystycznych dla osobowości zależnej czy antyspołecznej.

    A więcccc - w chwili zarzucanych im czynów byli poczytalny, co oznacza, że mieli pełną zdolność rozpoznania znaczenia tego czynu i pokierowania swoim postępowaniem.

    . . .

    Śledczy zamierzają pozbawić Kamila N. prawa do spadku po rodzicach.

    Zebraliśmy już dowody, przede wszystkim odnośnie do stanu majątku państwa N. jak i zeznania ich rodziny. Ze względów procesowych wniosek o pozbawienia prawa do dziedziczenia Kamila N. wniesiemy do sądu, dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia

    - zaznaczał prokurator.

    W czerwcu Prokurator Okręgowy w Lublinie skierował do Sądu Okręgowego w Lublinie pozew o uznanie Kamila N. za niegodnego dziedziczenia. Kamil w odpowiedzi na pozew złożył do sądu wniosek. Napisał w nim, że zgadza się z pozwem prokuratury, jednak tylko w części dotyczącej babci i wujka ze strony matki. Wynika z tego, że chłopak nie chciał by spadek po jego rodzicach przeszedł również na siostrę i brata jego zamordowanego ojca. Uważał, że babcia i wujek byli bardziej zżyci z jego rodzicami i to oni ponieśli największą tragedię w tej całej zbrodni, dlatego do nich powinien trafić spadek.

    . . .

    23 czerwca 2015 roku Marcin S. i Linda M. (zdjęcie), pomocnicy zabójców z Rakowisk zostali skazani przez lubelski sąd. Marcin usłyszał wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 8 tys. zł grzywny, z kolei Linda została skazana na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 5 tys. zł grzywny.

    . . .

    12 sierpnia 2015 sąd uznał, że Zuzanna M. w 2013 r. kilkakrotnie doprowadziła dziewczynę poniżej 15. roku życia do obcowania płciowego i poddania się innym czynnościom seksualnym. Ponadto Zuzanna M. w styczniu 2014 r. dała dwóm małoletnim marihuanę. Została skazana na karę 2 lat więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd oddał ją na ten czas pod dozór kuratora i zakazał jej zbliżania się do pokrzywdzonej.

    pokaż spoiler (przecież i tak siedziała w pierdlu, to co za różnica (ಠ‸ಠ ))


    18 sierpnia 2015 ruszył wspólny proces Zuzy i Kamila, na który udało mi się wejść w charakterze publiczności (jakby ktoś nie wiedział - tak, można jeżeli sprawa jest jawna ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Zuzanna M. była w ciemnych okularach przeciwsłonecznych, miała grobową minę. Przytyła. A Kamil... Jego widok ścisnął mi serce. Nigdy w życiu nie widziałam takiej depresji na twarzy. Był załamany, a podczas czytania aktu oskarżenia płakał. Btw, strasznie ładny chłopiec. Wyprostowany jak struna. Kompletnie niepozorny, zlewający się z tłem.

    Czytanie aktu oskarżenia było przerażające. Te wszystkie szczegóły, w jaki sposób zginęli ci biedni ludzie było wręcz obrzydliwe i miałam wrażenie, że trwało w nieskończoność. Posłuchajcie sami -> link

    Obrońcy oskarżonych wystąpili o wyłączenie jawności procesu. Prokurator przychyla się do wniosku ze względu na dobro pokrzywdzonych (chodzi o dziadków Kamila N.), zostaliśmy wyproszeni z sali i trwała narada. Gdy zostaliśmy poproszeni z powrotem do środka, sąd oświadczył o swojej decyzji częściowego wyłączenia jawności procesu i musieliśmy już wyjść z sali na stałe.

    Następnego dnia odbył się drugi proces. Przesłuchanie Reginy O. - babci Kamila, Michała O. - jednego z członków jego rodziny i Katarzyny M. - matki Zuzanny, zajęło blisko 4 godziny. Ich zeznania były niejawne.

    Tutaj macie zeznania innych świadków, między innymi znajomych ze szkoły -> link

    . . .

    11 września rozpoczął się proces w sprawie spadku po rodzicach Kamila, a wyrok zapadł już na pierwszej rozprawie, na którą chłopak nie został doprowadzony z aresztu.

    pokaż spoiler (podejrzewam, że nie chciał)


    I jakżeby inaczej - Sąd Okręgowy w Lublinie uznał 18-latka za niegodnego dziedziczenia po swych rodzicach.

    . . .

    15 września odbyła się kolejna rozprawa w sprawie morderstwa w Rakowiskach, na której przesłuchano jedenaście osób: trzech świadków i ośmioro biegłych. (zeznania)

    W grudniu zapadł wyrok - po 25-lat z możliwością ubiegania się o przedterminowe wyjście po odbyciu dopiero 20-lat kary. (mowy końcowe Wyrok nie był prawomocny.

    Sprawa zabójców z Rakowisk trafia do Sądu Najwyższego po interwencji ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro chciał dożywocia dla sprawców. Uznał, że wyrok 25 lat więzienia dla Kamila N. i Zuzanny M. jest zdecydowanie za niski.

    W kwietniu 2016 sąd apelacyjny utrzymał wyrok.

    . . .

    Zarówno Zuzanna M., jak i Kamil N. wyrazili skruchę, mówili, że żałują tego co zrobili.

    Kamil w celi poprawia błędy językowe innych więźniów. Uprawia ćwiczenia gimnastyczne, prosi o szachy. Postanowił studiować psychologię biznesu. Z Zuza zrywa. Piszą do siebie listy.

    Kamil wie, że rodzice mu wybaczyli. Śni mu się, że go przytulają. To potwierdzenie. Zawsze mu wybaczali, gdy żyli. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

    Rodzina Kamila odwróciła się od niego, nikt go nie odwiedza.

    Do Zuzy przychodzi mama. Babcia wciąż uważa, że jej wnuczka jest niewinna.

    Dziewczyna wygrywa w więzieniu konkurs literacki. (link)

    . . .

    Dom po rodzicach Kamila N. został wystawiony na sprzedaż. Z tego co widzę, ogłoszenie nie jest już dostępne, ale tutaj są jeszcze zdjęcia -> klik

    (screen ogłoszenia)

    . . .

    Jeżeli macie jakieś pytania na temat tej zbrodni - piszcie śmiało. Śledziłam sprawę do od początku do końca. Jeżeli coś jeszcze przypomni mi się na jej temat, dodam w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #rakowiska #bialapodlaska #mariagoniewicz #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

  •  

    Idę do żabki po przesylke a tam pełno policji i ludzi, pytam ekspedientki co się stało, a ta mówi że jakiś koleś zamordował swoją zone młotkiem i jej rzeczy i ten młotek wyrzucił do kosza gdzieś na osiedlu. Policja przeszukuje wszystkie kosze koło żabki.

    Tak się żyje powoli na tej wsi, aż mnie ciarki przeszły.
    #sosnowiec #policja #morderstwo #justsosnowiecthings pokaż całość

  •  

    Na Bawarii rusza proces kobiety która jest oskarżona o zamordowanie swojego partnera .Wszystko działo się w październiku 2017 roku ,oboje wieczorem oglądali telewizję po czym wspólnie położyli się do łóżka.Kobieta wstała w nocy i zagotowała 10litrow wrzątku.Wszystko wlała do wiadra po czym oblała śpiącego partnera.Mezczyzna zdolal uciec z mieszkania ale zmarł po paru dniach w szpitalu.
    Motyw kobiety : zazdrości

    #ciekawostkizniemiec mój tag o Niemczech.

    https://www.sueddeutsche.de/bayern/prozess-in-ingolstadt-frau-soll-ihren-freund-mit-kochendem-wasser-ermordet-haben-1.4059550

    https://www.infranken.de/ueberregional/mord-im-schlafzimmer-57-jaehrige-giesst-10-liter-kochendes-wasser-ueber-ahnungslosen-freund;art55462,3547009

    #zwiazki #rozowepaski #morderstwo
    pokaż całość

    +: Przemiana_adiabatyczna, CatHater +73 innych
  •  

    #mirekwposzukiwaniutajemnic #gruparatowaniapoziomu

    Ostatnio ktoś mnie prosił bym opisał historię rozwiązaną. Cóż, nasz klient, nasz pan ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Sprawa Rozenmeisje - czyli o Różanej Dziewczynie z Lottum

    Czerwiec 1996 roku, pod Lottum w Holandii znaleziono ciało młodej dziewczyny. Pochowano ją na pobliskim cmentarzu. Biały krzyż, bez tabliczki z imieniem.
    Dziewczynę zgwałcono (znaleziono ją z opuszczonymi spodniami, podwiniętą bluzką, a większość jej ciała byłą ubabrana krwią, precyzując), a potem zamordowano. Ciało porzucono na jednym z różanych pól, z których Lottum słynie. Dlatego też przez lata mówiono o niej "Różana Dziewczyna".

    Do roku 2010 cisza. Nic nikt nie wie. Ale w czerwcu 2010 następuje przełom. Na podstawie badań DNA niemiecka policja trafia na ślad mordercy, a przy okazji na tożsamość dziewczyny - Małgosi. Za pośrednictwem dziennika "Dagblad de Limburger" niemiecka policja zwróciła się do "Gazety Pomorskiej" o pomoc w poszukiwaniu jej bliskich.

    Najpierw opowiem wam o Małgosi. A właściwie Józefie Małgorzacie Wyka (aczkolwiek nie lubiła swojego pierwszego imienia)
    Urodziła się 1976 roku. Swojego ojca pierwszy raz zobaczyła gdy miała 3 lata - gdy Andrzej Wyka wyszedł z więzienia. Ten zabrał Małgosię od matki szybko i zabrał ze sobą do swego domu rodzinnego w Zieleńcu. Mieszkanie z ojcem nie było łatwe. Jedyne co się u jej ojca w domu przelewało to alkohol. Był wypadek z pijanym ojcem, gdy go wiozła będąc nastolatką. Nie skończyła nawet szkoły średniej. Dlatego w końcu stwierdziła, że pojedzie na zachód. Do Niemiec dokładniej. Zacząć od nowa.

    W Niemczech trafiła na Ericha Kurta L. Jej alfonsa, według oficjalnych źródeł, oraz osobę odpowiedzialną za jej śmierć. W 1996 roku Gosia stwierdziła, że ma dość sprzedawania swojego ciała i zamierza odejść. Erichowi było to nie w smak. Ale ta miała silną kartę przetargową - wiedziała o kokainie, którą handluje Erich. Groziła mu, że zgłosi to na policję. Erich zgadał się ze swoimi współpracownikami - Ewą S. i Georgiem K. (jego przyjacielem notabene). Miał spytać Georga, czy on zabije Gosię, a ten miał się zgodzić.

    Sam przebieg morderstwa był następujący. Ewa i Georg zabrali Gosię na wycieczkę samochodem do granicy z Holandią. W okolicach Lottum Ewa stwierdziła, że potrzebuje się przejść, co by kości rozprostować. Georg tym czasem powiedział, że musi coś zrobić przy aucie, ale obiecał, że je dogoni. Gdy Ewa i Gosia szły skrajem lasu Georg dotrzymał obietnicy. Gdy tylko do nich dołączył, uderzył kilka razy młotkiem w głowę Gosię. Jeszcze tego wieczora Georg i Ewa dostali nagrodę za morderstwo od Ericha - kilka gramów kokainy.

    Gdy znaleziono ciało w Lottum rozpoczęło się śledztwo. Ale cóż. Brakowało świadków, dowodów, danych do identyfikacji zamordowanej. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. w 2007 je wznowiono. I we wspomnianym 2010 natrafiono na DNA mężczyzny na jej kurtce...ale nie Georga, a Ericha!

    21 lutego 2010 roku w Kolonii Erich podczas zeznań opowiedział co nieco o sobie (cytat z gazety Lubuskiej):

    Erich Kurt L. urodził się w Kolonii w 1954 r. Życiorys miał burzliwy. Swego prawdziwego ojca widział tylko raz. Ojczym bił jego matkę niemal każdego dnia. Z tego powodu, gdy Erich miał dziewięć lat, zamieszkał u dziadków. W wieku 16 lat opuścił szkołę, poznał 14-letnią dziewczynę, z którą dwa lata później miał już dziecko. Potem ją zostawił, zabierając ze sobą córeczkę. Był oskarżony o gwałt, służył w Bundeswehrze, był kierowcą ciężarówek. W 1993 r. spotkał prostytutkę Michaelę L., która przedstawiła go swojemu szefowi. Ten zatrudnił Ericha do renowacji burdeli. Roboty wykonywał wspólnie z Georgem K., z którym się zaprzyjaźnił. Partnerka przyjaciela, Polka Ewa S., była prostytutką w Barze Napoleona przy Hauptstrasse w Bergisch Gladbach, dawniej małym mieście, a teraz części Kolonii. Dziewczyny, które tam pracowały, codziennie zażywały kokainę, żeby "wytrzymać długie godziny pracy". Erich też zaczął brać, wraz z Ewą i Georgem. Tak odkrył, że można na tym zarabiać: kupował np. 15 gramów, sam zażywał 5, a 10 sprzedawał z dużym zyskiem. Jako ten, który kokę ma zawsze w kieszeni, stał się znany wśród dziewczyn. Woził je swoim dziesięcioletnim porsche do i z Baru Napoleon oraz innych burdeli. Czasami zostawały na noc w jego mieszkaniu w Muehlheim, dzielnicy Kolonii. Była wśród nich Gosia, która sypiała z nim za działkę koki.

    Ale nie powiedział nic więcej o zamordowanej, ani o samym zabójstwie. Tożsamość Gosi ustalono przez udostępnienie jej zdjęcia w mediach. Poznała ją Lidia Lewandowska, żona jej brata - Hieronima Lewandowskiego.

    Niedługo potem ze sprawą powiązano Ewę S. i Georga. Georg miał odczuć ulgę. Nie mógł znieść tylu lat ukrywania morderstwa. Wyznał wszystko. Gdy 9 października 2010 roku policja chciała go przesłuchać ponownie, znaleźli go martwego w jego celi. Atak serca. Nie miał jak dokończyć zeznań.

    Zapewne domyślacie się, gdzie ta historia zmierza. W artykule z 15 kwietnia 2011 roku Gazety Lubuskiej piszą o zwolnieniu Ericha Kurta Lange i Ewy S. Brak mocnych dowodów. Szczególnie, że Georg przed śmiercią zdążył nieźle namieszać. Swojemu prawnikowi przekazał informacje o tym, że Erich wcale mu nie zlecił morderstwa. Erich miał powiedzieć "Ona musi odejść", a według prawnika Georga oraz potem według sądu to za mało by uznać Ericha za zleceniodawcę morderstwa. Co z jego DNA na ubraniach zamordowanej? Cóż, była jedną z jego wielu partnerek, nie muszę tłumaczyć skąd się wziął jego materiał genetyczny.

    Do następnego, Mirki i Mirabelki. Next time: może Dan Cooper, a może o Wampirze z Atlasu. Jeszcze nie wiem.

    #ciekaweciekawe #ciekawostki #historiajednejfotografii #kryminalne #morderstwo
    pokaż całość

    źródło: d-pt.ppstatic.pl 18+

  •  

    #mirekwposzukiwaniutajemnic #gruparatowaniapoziomu

    Tęsknił ktoś? ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ja trochę zatęskniłem za babraniem się w opisach morderstw, zaginięć i inszych cudów. Nie przedłużając, dzisiaj zajmę się historią z 1922 roku, z Francji. Dzisiaj będzie o Pauline Picard. Być może co niektórzy bardziej zaprawieni w boju kojarzą nazwisko.

    Kwiecień 1922 roku, farma rodziców w Goas Al Ludu w Bretanii, północna Francja. Znika dwuletnia Pauline. Sama raczej nie odeszła, w końcu to jeszcze małe dziecko. Rozpoczęto poszukiwania. Mimo, iż dziewczynki szukała zarówno policja, jak i rodzina oraz sąsiedzi, to nie udało się berbecia odnaleźć. Dopiero po kilku tygodniach coś ruszyło. Niedaleko Cherbourgu ktoś odnalazł zagubioną dziewczynkę. Na fotografii rodzice rozpoznali swoja Pauline. Pojechali do oddalonego o bagatela 500 km Cherbourga.

    Warto odnotować, że gdy rodzice dotarli do dziecka to spotkanie z nim nie przebiegło tak jak rodzice się spodziewali. Mała ich nie rozpoznała, nie reagowała na mowę. Jakby nie miała żadnej więzi z nimi, a warto dodać, że więź z rodzicami to jedna z pierwszych rzeczy, która się kształtuje u noworodka. Pauline mając dwa latka powinna wykazać jakąkolwiek reakcję, prawda?

    No ale to musiała by być ich córka! Więc ją zabrali ze sobą, a sprawę zaginięcia zamknięto. Jak zapewne się domyślacie, historia się tutaj nie kończy, a jedynie nabiera rumieńców. Niedługo potem, nieopodal farmy (w odległości jakiś 800 metrów) jakiś przechodzień znalazł zwłoki dziecka. Jak to w takich szokujących przypadkach bywa, zebrała się grupka ciekawskich, a wśród nich Picardowie. Prędko rozpoznali, że ciało jest ubrane w takie same ubranka jakie miała na sobie Pauline w dniu zaginięcia. Ale jeszcze to trochę za mało do stwierdzenia, że oto Picardowie stali nad ciałem swojego dziecka. Identyfikacja była praktycznie niemożliwa, ciało było w zaawansowanym stadium rozkładu, brakowało również dłoni, stopy oraz głowy (nie dotarłem do informacji czy odpadła ona w efekcie procesów rozkładu, czy z innej przyczyny była odseparowana od ciała). Po dokładniejszych poszukiwaniach znaleziono czaszkę w trawie w nieznacznej odległości od zwłok.

    Policja miała niemały problem. W końcu okolicę farmy przeszukano dokładnie. Jedynym wyjaśnieniem było podrzucenie zwłok później. A to sugeruje morderstwo. Dokładniejsze badania ciała i czaszki przyniosły tylko kolejne pytania. Jak się okazało, czaszka należała do kogoś innego - dorosłego mężczyzny, więc siłą rzeczy to nie mogła być czaszka Pauline.

    Picardowie musieli uznać za fakt to, że znaleziona przez nich dziewczynka nie była ich córką, a ta została w okrutny sposób zamordowana. Sprawcy nie udało się wskazać. Podobnie nie udało się Policji wskazać "właściciela" czaszki.

    Był tylko jeden podejrzany - Yves Martin, farmer mieszkający po sąsiedzku z Picardami. Podobno na parę dni przed znalezieniem zwłok miał ich spytać czy są pewni, że znaleźli swoja córkę. Miał też niedługo po tym wyznać "Boże, pomóż mi, jestem winny!" i wybiec nagle z domu. Znaleziono go błąkającego się bez celu i bełkoczącego do siebie. Osadzono go niedługo potem w szpitalu psychiatrycznym. Nie był zdolny do rozmowy o Paulinie, nie sposób było ustalić co wiedział, czy to on był sprawcą, czy może po prostu chorym psychicznie człowiekiem, na którym zaginięcie dziecka się bardzo źle odbiło.

    Nie zidentyfikowano również omyłkowo zabranej przez Picardów dziewczynki. Nie wiadomo, co ona robiła w Cherbourgu sama. Nikt też w tamtej okolicy nie zgłosił zaginięcia dziecka. Konieć końców wysłano ją do sierocińca. Dalsze jej losy są nieznane.

    Jak to się stało, że Picardowie obce dziecko uznali za swoje? A może od początku wiedzieli, tylko chcieli robić dobrą minę do złej gry? Do kogo należała tamta czaszka? Jak ciało Pauline znalazło się w okolicy farmy, mimo iż ten teren był wielokrotnie przeszukiwany? Co z Yvesem Martinem? I kim była dziewczynka znaleziona przez państwo Picard?

    #historiajednejfotografii #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #francja #zaginieni #morderstwo
    pokaż całość

    •  

      @Scorpjon: Może to jak z mamą Madzi. Sami zamordowali, a potem rozegrali to jako zaginięcie. Jakaś sierota 500km dalej została znaleziona to uznali, że to dobra przykrywka. Tylko po co? Może też dziecko zginęło w wypadku

    •  

      Tylko czemu sąsiad ześwirował ( ͡° ʖ̯ ͡°)?

      @thekes: Też mnie to ciekawi. Z tego dziwnego zachowania wygląda jakby on był sprawcą ale z drugiej strony osoba chora może mocno mieszać.

      Swoją drogą jak myślę o tej odciętej stopie i dłoni to przypomina mi się historia babci, która w czasie żniw prawie straciła stopę bo szli z kosami obok siebie i ktoś z boku ją zaczepił (operowali ponoć niemcy).
      Tylko zaginięcie Pauline nastąpiło w kwietniu, więc wypadek na polu odpada. No i nie odpowiada na akurat takie części ciała.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (25)

  •  

    Kurwa mać, zaraz popełnię morderstwo 1 stopnia... Jaki zjebem trzeba być, aby wyjść na balkon i gadać przez telefon na głośnomówiącym? Jest mega ciepło i okna mam otwarte to nie, głupi ludzie #somsiad drze japę na pól osiedla...

    #gdansk #glupiludzie #morderstwo

  •  

    Miałem to dodać jakoś o 8 rano, ale prawdę mówiąc wolałem dłużej pospać ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #mierekwposzukiwaniutajemnic #gruparatowaniapoziomu

    Who put Bella in the Wych Elm? is a graffito which first appeared in 1944 following the 1943 discovery of the skeletonized remains of a woman by four children inside a wych elm in Hagley Wood, Hagley (located in the estate of Hagley Hall), in Worcestershire, England. The victim, whose murder is approximated to have occurred in 1941, remains unidentified, and the current location of her skeleton and autopsy report is unknown. (via Wklejpedia PS. Tym razem nie chciało mi się przetłumaczyć, zresztą to tak prymitywny angielski, że nawet ja rozumiem, więc…)

    Był 18 kwietnia 1943 roku. Czwórka chłopców (Robert Hart, Thomas Willetts, Bob Farmer i Fred Payne) wybrała się do lasu Hagley Wood, żeby się pobawić, powspinać po drzewach, czy pomęczyć miejscowe zwierzęta. Jakoś między szukaniem ptasich gniazd, a penetrowaniem koron kolejny drzew mały Bob Farmer wśród gałęzi wiązu (ang. Wych Elm) znalazł czaszkę. Pierwotnie chłopcy myśleli, że to czaszka jakiegoś zwierzęcia, jednak ludzkie włosy i zęby rozwiały ich wątpliwości. Początkowo chłopcy mieli nikomu nie mówić o znalezisku, ponieważ las po którym buszowali był własnością prywatną. Jednak Thomas Willetts czuł się z tym mocno nieswojo, dlatego w końcu powiedział rodzicom o znalezisku.
    Zaraz sprawa trafiła na komendę. Policja we wspomnianym wiązie znalazła niemal kompletny szkielet, but, złotą obrączkę ślubną i strzępki odzieży. Szczególnie cennym znaleziskiem była wspomniana czaszka (zdjęcie będzie w komentarzu), przez wzgląd na włosy i dosyć wyraźny wzór dentystyczny (brakowało kilku zębów). Dalsze przeszukiwanie terenu wokół drzewa przyniosły kolejne znalezisko – ręka zakopana nieopodal drzewa.

    Szczątki trafiły do prof. Jamesa Webstera. Ustalił, że należały do kobiety, która zmarła co najmniej 18 miesięcy temu, określając datę śmierci na październik 1941 roku lub nieco wcześniej. W ustach odkrył kawałek tafty, co zasugerowało, że kobieta zmarła w skutek uduszenia. Z pomiarów drzewa wywnioskował, że kobieta musiała być jeszcze ciepła (wiem jak to brzmi) gdy ją umieszczono w wiązie, ponieważ po rygor mortis kobieta zwyczajnie nie zmieściłaby się między gałęziami. Co jeszcze było wiadomo o tej kobiecie? W chwili śmierci miała ok. 35 lat, byłą raczej niewysoka (152 cm wzrostu), a badania miednicy sugerowały, że urodziła co najmniej jedno dziecko.

    Tutaj pozwolę sobie na malutkie wtrącenie odnośnie roku jej śmierci, czyli 1941, ponieważ właśnie w 1941 roku miało miejsce zgłoszenie pewnego mężczyzny, który zeznał, że słyszał krzyk kobiety z lasu. Policja jednak nic wtedy nie znalazła.
    Na podstawie rzeczy znalezionych przy szczątkach policja próbowała ustalić tożsamość kobiety. Jak się zapewne domyślacie, bezskutecznie. To były czasy wojny, wielu ludzi ginęło. Poza tym, jak się kazało po porównaniu materiału dowodowego z raportami o zaginionych, znaleziona kobieta nie pasowała do żadnego z nich. Czyli nikt nie zgłosił zaginięcia.

    Dochodzimy do punktu kulminacyjnego, czyli graffito na ścianie w Upper Dean Street w Brimingham. „Who put Bella in the Wych Elm?” doprowadziło śledczych do kilku nowych tropów, które miały wyjaśnić kim była Bella. Sam napis pojawił się również na ścianach budynków w miasteczku Stourbride oraz od 1970 roku na Obelisku Hagley’a. Nie znaleziono autora (lub autorów) napisów, sugerowano, że pierwszy mógł być dziełem jakiegoś żartownisia, a potem ten niesmaczny dowcip został podchwycony przez naśladowców. Inni twierdzili, że autorem napisów jest morderca Belli (lub jak głosiły jedne z pierwszych napisów Luebelli), bo sam fakt jak ją nazywał sugerował że znał jej tożsamość (przynajmniej sugerował pomysłodawcom tej teorii).
    Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że potem napis pojawiał się w formie przekształconej na „Who put Bella in the Witch Elm?”, co odnosi się do jednej z hipotez mających wyjaśnić przyczynę śmierci kobiety.

    Więc kim była nasza Piękna denatka?

    Teorii jest całe zatrzęsienie, w większości obalone, a te co pozostały są na ten moment nieweryfikowalne, przez brak materiału dowodowego. Jedna z nich sugeruje, że uduszoną była zaginiona kilka lat wcześniej prostytutka o przezwisku Bella. Natomiast najpewniej to nie była ona, rysopisy obu kobiet niezupełnie się pokrywały.

    Inna z teorii związana jest z postacią Jacka Myssopa. Według tego co powiedział swojej byłej żonie – Unie Myssop – on i van Ralt (kimkolwiek był) przyczynili się do śmierci tej kobiety. Z van Raltem była kobieta – holenderka precyzując. Miała on się upić do nieprzytomności, a panowie w ramach psikusa posadzili ją między gałęziami wiązu. Samego Jacka osadzono w szpitalu psychiatrycznym, gdyż w snach powracała do niego kobieta, która umarła wśród gałęzi drzewa. W tymże szpitalu zmarł, nim jeszcze chłopcy odnaleźli ciało kobiety. Mi się to nie dodaje, szczególnie biorąc pod uwagę znalezioną taftę. No i ręka, która była kawałek od drzewa, zakopana.

    A właśnie, ręka. Jej właśnie dotyczy kolejna teoria. Bellę zabiły czary. Według tej teorii cyganie (a któż by inny?) zabili Bellę podczas okultystycznego rytuału, sama ręka kojarzyła się z Ręką Chwały. Sama teza była na tyle popularna w prasie, że próbowano ją powiązać z tajemniczym morderstwem Charlesa Waltona (o nim może następnym razem). Stąd też wzięła się późniejsza forma graffito, gdzie "Witch elm" zastąpiło "Wych elm".

    Ostatnia teoria, którą omówię pochodzi z odtajnionych dokumentów MI5 o Josefie Jakobie - ostatnim człowieku, który został stracony w Tower of London 15 sierpnia 1941 r. Agent Abwehry , spadł na spadochronie w Cambridgeshire w 1941 r. Złamał kostkę podczas lądowania i wkrótce został aresztowany przez Home Guard. Znaleziono przy nim zdjęcie rzekomo jego kochanki, niemieckiej piosenkarki kabaretowej i aktorki o imieniu Clara Bauerle. Jakobs powiedział, że była szkolona na szpiega, i że gdyby nawiązał kontakt, mogła zostać po nim wysłana do Anglii. Niestety, nie ma dowodów na to, że Clara Bauerle została zrzucona na spadochronach do Anglii. Ponadto Bella miała 5 stóp (152 cm w cywilizowanej skali) wzrostu i kilku świadków twierdziło, że Clara Bauerle była wysoka (około 6 stóp czyli 30 cm więcej). We wrześniu 2016 r. Ustalono, że Clara Bauerle zmarła w Berlinie 16 grudnia 1942 r, zatem nie mogła być Bellą. Aczkolwiek sama teoria niewątpliwie była ciekawa.

    Koniec końców, nie wiemy kim była ta kobieta, jak się znalazła wśród gałęzi wiązu, ani kto pierwszy napisał na ścianie budynku to niepokojące pytanie. Sam napis powraca co raz, jak gdyby domagał się rozwiązania sprawy.

    #ciekaweciekawe #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historiajednejfotografii #morderstwo #kryminalistyka
    pokaż całość

    •  

      @Scorpjon: Czytałem nie tak dawno o tej sprawie (zresztą - było to typowe buszowanie po wikipedii po przeczytaniu jednego z Twoich wpisów, ach to cudo artykułów powiązanych :)) - i z tego co rozumiem, to ta kobieta była tak jakby w środku pnia (tudzież w jakimś wydrążeniu pnia) tego drzewa. No i co do teorii to tam chyba było, że najbardziej prawdopodobna jest ta z prostytutką, ale nie widziałem informacji o porównaniu jej rysopisu z rysopisem "denatki". pokaż całość

    •  

      @gumiorek: na jakimś blogu natrafiłem na info, że rysopisy się nie zgadzały ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • więcej komentarzy (13)

  •  

    #gruparatowaniapoziomu

    Sprawa YOGTZE (niem. Der YOGTZE-Fall), również zagadka Bundesautobahn (niem. Das BAB-Rätsel) – tajemnicze morderstwo niemieckiego technika żywienia Günthera Stolla, dokonane w nocy z 25 na 26 października 1984. Sprawa ta została zaprezentowana pół roku później, 12 kwietnia 1985, w magazynie "Aktenzeichen XY ... ungelöst" na antenie ZDF. (via Wklejpedia)

    No, symboliczną notatkę wstępną mamy za sobą, pora przejść do konkretów. Mamy rok 1984, Günthera Stolla (o którym z wygody będę wspominać z samego nazwiska), mieszkańca Anzhausen, dzielnicy Wilnsdorfu. Stoll, jak już zostało wspomniane z zawodu był technikiem żywienia, aczkolwiek pracy nie posiadał. Za to posiadał manię na temat tajemniczych "ICH". Z relacji jego małżonki okazjonalnie opowiadał o tym, że "ONI" przyjdą i go dopadną. 25 października (przeddzień morderstwa) wspomniał żonie o nich dosyć dosadnie. Później Stoll miał powiedzieć „Teraz już wiem!” (niem. Jetzt geht mir ein Licht auf!), po czym napisał na kartce następujące litery: YOG’TZE (trzecim znakiem miała być litera G lub cyfra 6). Chwilę później skreślił to, co napisał i wyszedł z domu.

    Robi się dosyć creepy, co nie? Swoją drogą, kto chciałby polować na technika żywienia? XD

    No, bądź co bądź, Stoll zrobił wtedy to co każdy typowy facet z problemami. Tzn zawinął się do swojego niebieskiego Golfa I i pojechał do ulubionego baru "Papillon". Zamówił piwo i nagle wyrżnął o ziemię. Świadkowie później zeznali, że wg nich tylko zemdlał; na pewno pod wpływem alkoholu wtedy nie był (po jednym piwie to byłby wstyd). Warto zaznaczyć, że świadkowie zauważyli u Stolla poddenerwowanie, czy też bardziej przerażenie. Zaraz Stoll potem wyszedł z baru i odjechał. I tu się pojawia pierwsza dziura w rekonstrukcji wydarzeń. Następne dwie godziny są na ten moment nie do odtworzenia.

    Około 1:00 zajechał do Haigerseelbach (dziś Seelbach, dzielnica Haigeru), tam się wychowywał. Zadzwonił do drzwi sąsiadki z dzieciństwa Erny Hellfritz, lecz nie wszedł do środka. Rozmawiał z Erną przez okno, prosił o pomoc, bo jak stwierdził tej nocy może mu się coś złego stać. Stara pani próbowała go uspokoić i mówiła mu, że nic mu nie będzie jeśli wróci do żony itp. Takie tak pierdzielenie ( ͡° ͜ʖ ͡°) Było dosyć późno (szczególniej dla starszej kobitki), więc poleciła mu pojechać do domu.
    I tu mamy drugą dziurę w rekonstrukcji zdarzeń. Nic nie wiemy o kolejny dwóch godzinach.

    No i mamy punkt kulminacyjny. Około godziny 3:00 para kierowców ciężarówek znalazła ciężko uszkodzony samochód Volkswagena (oczywiście to był nasz Golfik) w rowie gdzieś przy autostradzie A45. Jeden z owych kierowców ruszył do najbliższej, przydrożnej budki telefonicznej, podczas gdy drugi przeprowadził pobieżne badanie samochodu.
    W samochodzie był mocno poturbowany i nagi technik żywienia. Jeszcze żył. Wyznał, że w samochodzie było jeszcze 4 innych mężczyzn, którzy już uciekli. Zaznaczył też, że nie byli jego przyjaciółmi, a obcymi. (Czyżby sprawcy?) Stoll zmarł w drodze do szpitala.

    Na chwilę wrócę do kierowców ciężarówki. Panowie Holger Meffert i Georga Konzler zeznali, że przy Golfiku zauważyli mężczyznę w jasnym ubraniu, który gdzieś się oddalił (jak dla mnie dosyć, kurła, mętne zeznania). No, ale przynajmniej widziano kogoś, kto mógł być podejrzanym. Według panów od dostarczania świeżych bułek wędlin itd mężczyzna zniknął między momentem gdy zauważyli Golfa, a wezwaniem pomocy.

    Tutaj można zadać pytanie, jak zginął tragiczny bohater tej historii. Cóż, śledczy początkowo zakładali, że się wpierdolił pod samochód albo samochód nieumyślnie wpierdolił się w niego ( ͡° ͜ʖ ͡°) Serio mówię. Mało tego, to uznano za oficjalną przyczynę jego śmierci. Warto zaznaczyć, że nie potrącił go jego samochód, tylko jakiś inny ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Czterech mężczyzn wspomnianych przez Stolla nie zidentyfikowano. Nie jest znane faktyczne miejsce yebnięcia Stolla przez niedookreślony dwuślad, ale za to wiadomo, że to nie było miejsce gdzie go znaleziono. Potrącono go wcześniej, po czym nagiego razem z niebieskim Golfikiem dostarczono w niedookreślony sposób do miejsca, gdzie go znaleźli tirowcy. Niektórzy z przesłuchiwanych kierowców wspomnieli o autostopowiczu blisko zjazdu Hagen-Süd. Jego również nie udało się zidentyfikować.

    Padło przypuszczenie, że sprawa YOGTZE może mieć związek z pobytem Günthera Stolla w Holandii, gdzie nawiązał kontakt z dilerami narkotykowymi. Teza ta nie została udowodniona. Aczkolwiek brzmi dosyć logicznie i całkiem nieźle, jeżeli można tak powiedzieć o morderstwie jakiego Mirka ( ͡° ͜ʖ ͡°)ノ⌐■-■

    Zostaje kwestia notatki zostawionej w domu. A ilu ludzi się przyglądało tym 6 znakom, to tyle mamy teorii na ten temat. I większość z nich jest o kant dupy potłuc. Jedna zakłada, że to nie YOG'TZE tylko rejestracja samochodu Y06T2E. Aczkolwiek mi ciężko w to uwierzyć, nie znam ludzi, którzy by cyfrę 2 zapisywali jako Z i to z taką kreseczką pośrodku (jak Ż).
    Inna odnosi się do wykształcenia naszego zamordowanego i YOG ma pochodzić od jogurtu, a 'TZE określa dodatek smakowy do niego. Tylko co to, kurna, ma do samej sprawy? ( ͡º ͜ʖ͡º
    Jedna z tych, które mnie bardziej rozpieprzają to sugestia, że ten ciąg znaków to anagram słowa ZYGOTE, czyli zygota. Ale to chyba ma nawet mniejszy związek z całą sprawą, niż te wspomniane jogurty o smaku TZE. Chociaż są tacy co tego bronią:

    Niektórzy sugerują, że JOGTZE może być anagramem dla Zygoty. Zygota jest najwcześniejszym stadium rozwojowym wielu organizmów wielokomórkowych. Termin pochodzi od starożytnego greckiego słowa, które oznacza złączony. Zygota tworzy się z pary gamet (męskich i żeńskich komórek rozrodczych) i zawiera informację genetyczną z każdej z nich, co skutkuje powstaniem organizmu żywego.Genetycznie modyfikowanie żywności lub składników może nie być niczym nowym i być może o to chodziło niezrozumiałemu technologowi żywienia.Koncepcja ta jest często uważana za pewnik przez dużą liczbę ogółu populacji, ale czy może być motywem morderstwa?

    źródło

    Cóż, nie jest pewne kto, ani dlaczego zabił Gunthera. Dosyć mało wiarygodną jest wersja o wypadku drogowym, tu myślę, że prędzej czy później znaleźliby kierowcę odpowiedzialnego za to. Zresztą mania bycia prześladowanym przez nich u zamordowanego, niewiadome w postaci dziur w rekonstrukcji wydarzeń, no i wspomniane 4 anony z samochody i anon w jasnej kurtce sugerują, że mogło to być zaplanowane.

    Zagadka pozostaje nierozwiązana do dzisiaj. Następnym razem może opiszę wam, trochę przeruchany, ale ciekawy przypadek Kobiety z Isdal.

    #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #ciekawostkizniemiec #tajemnice #kryminalistyka #morderstwo
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #morderstwo

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,2:0,0:0,1:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,3:0

Archiwum tagów