•  

    Więcej historii kryminalnych z Polski na #polskiepato oraz rejestrzboczencow.

    • • •

    Gdy Józef Wagner miał cztery lata, jego ojciec popełnił samobójstwo. Od tej pory wspomnienie poczucia strachu towarzyszącego widokowi trumny spuszczanej do wąskiego dołu było z nim już zawsze. Mały Józio został sam z matką, która biła go za najdrobniejsze przewinienia. Czasami zamykała też w ciemnej piwniczce, gdzie siedział skulony na węglu. Ze strachu przed karą często nie wracał do domu i głodny tułał się po ulicach Gliwic. Zaczął włamywać się do domów i mieszkań, aż trafił do domu dziecka. Stamtąd też uciekał, więc został umieszczony w ośrodku wychowawczym. Tam także nie miał łatwego życia – kary cielesne i przemoc seksualna były na porządku dziennym. Bywało, że rozbierano go do naga i wyprowadzano na zewnątrz, gdzie w listopadowym mrozie polewano go lodowatą wodą i bito pasem.

    Po przejściu przez wiele ośrodków wychowawczych spędził lata w więzieniu za kradzieże i rozboje. W końcu założył warsztat stolarski, ożenił się, pogodził z matką, która sama nie radziła sobie z wspomnieniami z własnego dzieciństwa naznaczonego przemocą i gwałtami. Zaczęła uczęszczać na spotkania biblijne, gdzie zabierała syna. Ten nie zrezygnował jednak z kradzieży, w których teraz pomagała mu małżonka. Doczekał się także córki. W końcu firma splajtowała, a on zaczął się imać różnych prac dorywczych i coraz częściej pić alkohol. Leczył się także psychologicznie.

    27 lutego 1992 r. zaprosił do siebie kolegę, a gdy skończyło im się piwo, postanowili udać się do osiedlowego sklepu. Józef wziął ze sobą tłuczek do mięsa, tłumacząc żonie, że to na wypadek awantury. Po drodze spotkał sąsiada, z którym wdał się awanturę, a podczas bójki uderzył go w głowę obuchem, powalając na ziemię. Oprawca wraz z towarzyszem ruszył do sklepu. Po zakupieniu alkoholu zjawili się u znajomych w mieszkaniu przy ulicy Raciborskiej, w którym przebywało trzech innych mężczyzn. Tam Józef przy wódce opowiedział kolegom, jak dwa dni wcześniej wdarł się na mównicę w kościele świętej Barbary i próbował wygłosić kazanie. Wierni zaczęli z niego szydzić, co go rozwścieczyło, dlatego wyjął nóż i zaczął im wygrażać. Potem chciał utoczyć własną krew do kielicha i opowiedzieć o swojej nadludzkiej sile, jednak powstrzymała go policja. Ta historia bardzo rozbawiła jego towarzyszy, co także nie spodobało się Józefowi, który wszczął kłótnię. Doszło do bójki, w trakcie której Wagner sięgnął po tłuczek i siekierę. Mężczyźni błagali go o życie, jeden z nich mówił, że ma żonę i dziecko, jednak nawet to nie przekonało oprawcy. Kazał im uklęknąć i się modlić. Zadawał im ciosy, wykrzykując religijne hasła. Jeden z ranionych mężczyzn zaczął uciekać w stronę drzwi, aż w końcu padł, charcząc krwią. Oprawca podszedł do niego i zadał kilka uderzeń siekierą w tył głowy. Wrócił do pastwienia się nad pozostałymi, nikomu nie pozwalając wezwać pogotowia. Krew tryskała na wszystkie strony, a każda z ofiar otrzymała po kilkanaście ciosów. Trzej mężczyźni zmarli na miejscu. Nie udało się także uratować sąsiada, zatłuczonego w osiedlowej bramie.

    Jedyny ocalały opowiadał później:

    Jego twarz zmieniła się, gdy zabijał, był blady, miał wywrócone białka oczne.

    Policjanci, którzy zjawili się na miejscu, wręcz brodzili we krwi i ludzkich tkankach. Ze względu na silne rozczłonkowanie, trudno było dopasować niektóre części ciała do ofiar. W katowickim instytucie medycyny sądowej zabrakło stołów, aby pomieścić wszystkie fragmenty zwłok. Prasa nazwała zabójcę "wampirem z Gliwic".

    Wagner nie przyznał się do zabicia wszystkich czterech mężczyzn. Obwiniał kolegę, jedną z ofiar. Utrzymywał, że sam jest odpowiedzialny tylko za jedną śmierć i że działał w afekcie. Podczas przesłuchania zachowywał się dziwnie, mówił, że ma dar i posłał go sam Bóg i że "coś mu kazało rąbać". Później odwołał swoje wyjaśnienia, jednak zeznania świadków i dowody pozwoliły ustalić, że to on zabijał. Badania psychiatryczne wykazały, że jest psychopatą oraz charakteropatą.

    W 1993 r. Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał go na 25 lat pozbawienia wolności (w kodeksie karnym widniała wtedy kara śmierci, jednak obowiązywał zakaz jej wykonywania, czyli moratorium, o którym pisałam tutaj; nie było ówcześnie kary dożywotniego pozbawienia wolności). Po ogłoszeniu wyroku żona Wagnera powiedziała córce, że jej ojciec nie żyje.

    Według dyrektora Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich Józef Wagner "należał do wyjątkowo spokojnych skazanych". Brał udział w spotkaniach religijnych, angażował się w prace społeczne, udzielał się w wolontariacie i uczęszczał na zajęcia kulturalne. Nauczył się na pamięć kodeksu karnego, dzięki czemu pomagał innym więźniom. Wykonywał także prace odpłatne poza murami więzienia, m.in. w przedszkolu: zajmował się ogrodem, remontami i naprawą; (możliwość pracy w zakładzie karnym jest formą nagrody, nie każdy ma taki przywilej, tym bardziej z możliwością wychodzenia poza więzienne mury). Rodzice dzieci nie wiedzieli, za co został skazany mężczyzna pracujący w pobliżu ich pociech. W więzieniu nie brał jednak udziału w żadnej terapii, która pomogłaby mu uporać się ze swoimi cechami osobowościowymi. Przez wszystkie lata spędzone za kratami ukończył jedynie 30-godzinny kurs zastępowania agresji.

    Po odbyciu 15 lat kary Józef Wagner mógł już starać się o przedterminowe zwolnienie (art. 78 k.k.) – ubiegał się o nie aż 13 razy.

    Przesłanką do udzielenia warunkowego przedterminowego zwolnienia jest pozytywna prognoza kryminologiczna, czyli przekonanie, że więzień nie popełni ponownie przestępstwa. Przy jej ocenie brana jest pod uwagę opinia psychologa i wychowawcy oraz postawa skazanego, okoliczności popełnienia przestępstwa czy zachowanie po jego popełnieniu i w czasie odbywania kary (art. 69 k.k.). Dopiero na podstawie tych dowodów sąd może podjąć decyzję i ocenić, czy może udzielić przedterminowego zwolnienia. Jednak mimo pozytywnej prognozy nie musi on podejmować pozytywnej decyzji.

    W przypadku Józefa Wagnera decyzja sądu była każdorazowo odmowna ze względu na negatywną prognozę kryminologiczną, którą więzienny wychowawca wystawiał ze względu na przestępstwa oraz brak krytycyzmu w stosunku do popełnionych morderstw.

    W końcu, 8 sierpnia 2012 r. Sąd Okręgowy w Opolu stwierdził, że Wagner jest gotowy na powrót do społeczeństwa. Prognoza poprzedzająca decyzję sądu była także negatywna, jednak tym razem skazany sporządził pisemne wyrażenie żalu za zabójstwa. Dodatkowo wniosek jego poparli dyrektor i wicedyrektor zakładu, kapelan i psycholog oddziałowy. Nie byli jednak powołani biegli w tej sprawie. Prokurator także nie wyraził sprzeciwu, a w sądzie Wagner sprawiał wrażenie pokornego i skruszonego. Zapewniał, że się zmienił i jest innym człowiekiem.

    Decydując o zwolnieniu, sąd mógł zlecić przeprowadzenie dodatkowych badań psychiatrycznych skazanego, nie wnioskował o to jednak ani prokurator, ani wychowawca. Dlatego w lutym 2013 r. Józef Wagner po 21 latach, w wieku 49 lat wyszedł na wolność. Został mu przyznany jedynie kurator sądowy na 10 lat, czyli na okres próbny. Sąd nałożył na niego także obowiązki: zarabiania, powstrzymania się od alkoholu, zawiadamiania o zmianie miejsca pobytu oraz niekontaktowania się z osobami karanymi.

    . . .

    Po wyjściu z więzienia Wagner otrzymał mieszkanie przy ulicy Zabrskiej w Gliwicach. Zajął się pracami wykończeniowymi — malował mieszkania, układał parkiety i kafelki.

    13 sierpnia 2013 r. znajomi Józefa zabrali go ze do mieszkania ich koleżanki. Towarzystwo piło piwo i rozmawiało, a dialog najbardziej kleił się pomiędzy Wagnerem a 21-letnią Martyną*. Dziewczyna zaszła do swojej przyjaciółki prosto z urzędu pracy. Była rozżalona, ponieważ jedynym proponowanym jej zatrudnieniem było sprzątanie klatek schodowych. Zwierzała się mężczyźnie, że ma dwójkę małych dzieci, którym chciałaby zapewnić jak najlepszy byt, jednak przez ciążę w młodym wieku nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia i teraz ciężko jej znaleźć porządną pracę. Józef słuchał jej uważnie i ze spokojem, w ojcowski wręcz sposób pocieszał. Nie podrywał jej, nie prawił komplementów, sprawiał raczej wrażenie psychologa lub księdza z powołania. W końcu towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Józef mieszkał nieopodal, więc zaproponował Martynie, by wpadła do niego kontynuować rozmowę. Dziewczyna zgodziła się, nie mając pojęcia, że sprawiający dobre wrażenie mężczyzna w średnim wieku to czterokrotny morderca. Na miejscu poczęstował ją piwem i włączył muzykę. Był bardzo spokojny, a Martyna czuła się bezpiecznie, dopóki po wyjściu z toalety nie zobaczyła, że czeka na nią na korytarzu. Zaczęła czuć się nieswojo, dlatego po niedługim czasie rozmowy podziękowała za towarzystwo i chciała wyjść, jednak okazało się, że drzwi do mieszkania są zamknięte. Józef uśmiechnął się tylko i odparł:

    Już nie wyjdziesz.

    Przestraszona dziewczyna zaczęła płakać i błagać, by ją wypuścił, ten jednak był nieugięty. Zmienił się nie do poznania: z osoby miłej, ciepłej i ujmującej – w potwora. Przystawił jej do szyi nóż i powiedział:

    Bądź cicho. Nie zrobi mi różnicy, jeśli ciebie też zabiję. Już to robiłem.

    Po czym rzucił ją na łóżko i zaczął dusić. Rozkazał jej być grzeczną, wtedy może wypuści ją nad ranem. Zgwałcił ją kilkukrotnie, a później stwierdził, że ją zwiąże i będzie trzymał przez miesiąc. W końcu zamknął dziewczynę w mieszkaniu i wyszedł kupić alkohol i papierosy. Wtedy Martyna, która ciągle miała przy sobie telefon komórkowy, zadzwoniła do męża z prośbą o pomoc. Znała tylko numer budynku, dlatego, gdy przyjechał na miejsce wraz ze znajomymi, dziewczyna uderzała głośno w drzwi. Mężczyźni wyłamali je, a schodząc po klatce schodowej, spotkali wracającego ze sklepu Józefa. Mąż Martyny rzucił się na niego i dotkliwie pobił, po czym odwiózł żonę do domu i natychmiast zadzwonił na policję.

    Myślałem, że przyjedzie pani psycholog z policjantką, ale przysłano siedmiu mężczyzn, którzy zaczęli wypytywać żonę o szczegóły gwałtu. Zadano jej ten ból na nowo. Pojechaliśmy na miejsce. Wagnera już tam nie było. Potem na komisariacie żona znów musiała zeznawać przed mężczyzną. Nie wiem, czemu Wagnera. od razu nie zatrzymano

    – opowiadał.

    Mężczyzna po pobiciu trafił do szpitala z dość poważnymi obrażeniami, skąd w końcu samowolnie się oddalił i ukrył. Mąż poszkodowanej opowiadał:

    Dzwonił potem do żony wielokrotnie. Groził, że skrzywdzi ją i dzieci. Próbował wymusić, by wycofała zeznania. Zdarzyło się nawet, że gdy jechała z córką i teściową autobusem, usiadł naprzeciw niej i się uśmiechał. Znów zadzwoniłem na policję. Dopiero pani prokurator przesłuchała żonę z udziałem psychologa i wydała nakaz zatrzymania.

    Wagner wysyłał jej także SMS-y, w których groził śmiercią jej i jej całej rodzinie. Został zatrzymany dopiero 4 września, po czym stał się pierwszym w historii gliwickiej prokuratury oskarżonym o gwałt, którego przyprowadzono bez kajdanek. Najprawdopodobniej zagadał funkcjonariuszy, którzy uwierzyli, że jest niewinny.

    Zaraz po tym do prokuratury zadzwonił pracownik więzienia w Strzelcach Opolskich, który miał przeczucie, że stanie się coś złego i Wagner nie powinien zostać zwolniony z zakładu karnego. Dodał, że to człowiek bardzo inteligentny, który zyskał przychylność kierownictwa zakładu, tak że wszyscy zapomnieli o zbrodni, której dokonał.

    Józef Wagner nie przyznał się do winy. Zaprzeczył, jakoby miał przetrzymywać Martynę w mieszkaniu i odbyć z nią stosunki seksualne wbrew jej woli. Zapewniał także, że nie stosuje przemocy wobec kobiet.

    Ja myślę, że jestem więźniem przeszłości. Ja muszę siedzieć. Ja nie mam prawa być na wolności, mnie można pomówić o byle co i ja siedzę dlatego, że kiedyś byłem karany

    – powiedział reporterom. Pytany o zabójstwo z 1992 r. odparł, że nie nazywa tego morderstwem i źle się czuje z takim nazewnictwem. Te zdarzenia nazywa po prostu bójką, która zakończyła się tragicznie. A socjopatą nazwali go po to, by go "wsadzić".

    Wagner został umieszczony w areszcie tymczasowym, a prokuratura w Gliwicach oskarżyła go o kilkakrotne zgwałcenie, uwięzienie, grożenie pozbawieniem życia oraz stosowanie przemocy fizycznej.

    . . .

    W mediach zawrzało. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, że czterokrotny morderca, który dzięki lukom w kodeksie karnym w latach 90. zamiast kary śmierci lub dożywocia dostał tylko 25 lat pozbawienia wolności, opuścił teraz więzienie za "dobre sprawowanie".

    Okazało się, że w jednym z więzień – w Jastrzębiu-Zdroju – mówił wychowawcy, że nie czuje się winny tych zabójstw. Ten wtedy doradził mu, że aby wyjść na wolność, musi okazać skruchę i przyznać się do winy, ponieważ sąd już zawierzył wersji świadków. Dlatego właśnie napisał oficjalne pismo i nikt później nie badał, czy sam wierzy w to, co w nim zawarł. Okazało się także, że jego zachowanie analizowali tylko pracownicy zakładu karnego, w którym przebywał, nikt z zewnątrz.

    Psycholog więzienny widział go zaledwie kilka razy, ponieważ najczęściej w zakładach karnych na 200 skazanych przypada jeden psycholog. Z kolei wychowawca ma przydzielone 600-800 osób.

    Kurator Józefa Wagnera widział się z nim w ciągu pół roku (od wyjścia z więzienia do gwałtu) sześć razy. Jego zdaniem podopieczny nie naruszył żadnego z nałożonych na niego obowiązków.

    Tam doszło do bójki. Nie możemy być pewni, że ktoś inny nie zabił, a on za to odbywa karę. W bójce ktoś może stracić przytomność i nie pamiętać całego obrazu sytuacji. Trudno mi uwierzyć, że zabił tylu ludzi. Wagner był uczciwy. Nie robił awantur przez cały okres odbywania kary. W celi jest mała przestrzeń. Osoby o skłonnościach do agresji bardzo szybko ją ujawniają. To moje prywatne odczucia — myślę, że znalazł się w złym czasie i miejscu. Ale nie kwestionuję wyroku.

    Tę rażąco nieprofesjonalną wypowiedź skrytykowali goście magazynu reporterskiego "Państwo w państwie". Na temat sprawy wypowiadał się biegły sądowy, były sędzia i prezes Fundacji "Sławek".

    klik <– "Państwo w państwie", gdzie pokazano m.in. fragmenty wywiadu z Wagnerem, w którym usiłuje minimalizować wszystko to, co się stało i udaje ofiarę systemu. Symuluje nawet, że ma problemy ze słuchem.

    To, że skazany jest grzeczny w zakładzie, o niczym nie świadczy. Człowiek, który morduje siekierą i tłuczkiem do mięsa, powinien siedzieć w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, mieć dobrego lekarza, intensywną terapię, której nie przeprowadza się w więzieniu

    – komentował w rozmowie z “Gazetą Wyborczą” były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski. Z kolei prof. Piotr Kruszyński, znany karnista z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził:

    Jestem zdumiony tą decyzją, nie mieści mi się to w głowie. W normalnych często banalnych sprawach, bardzo trudno jest uzyskać przedterminowe zwolnienie. Trzeba spełnić szereg warunków, przejść długą, skomplikowaną procedurę. A tutaj mamy sytuację, że człowiek skazany za poczwórne zabójstwo, wychodzi na wolność zdecydowanie zbyt wcześnie.

    Wagner ma silne zaburzenia

    – mówiła prokurator.

    Z jednej strony często się wzrusza, wydaje się subtelny, mówi o poezji, książkach. Ale gdy przedstawiłam mu akt oskarżenia, stał się niezwykle agresywny, używał mocnych wulgaryzmów, twarz mu się wykrzywiła. Tak jakby znajdowały się w nim dwie kompletnie różne osoby.

    Wagner rzuciłby się na nią z pięściami, gdyby nie interwencja policjanta.

    Specjaliści zgodnie twierdzili, że Sąd Okręgowy w Opolu popełnił błąd, udzielając „wampirowi z Gliwic” warunkowego zwolnienia.

    . . .

    Dziennikarzowi TVN24 Józef Wagner opowiadał, że wdarł się na mównicę w kościele po to, by "powygłupiać się" i trafić do zakładu psychiatrycznego, zamiast do więzienia, które groziło mu za wcześniejsze napady i rozboje. A podczas mordowania kolegów po prostu wpadł w amok i "szał bitewny", z którego niewiele pamięta (klik).

    Dziennikarka Gazety Wyborczej, która przeprowadzała z nim kilkugodzinny wywiad, była przekonana, że Wagner nie żałuje tego, co zrobił, nie odczuwa wyrzutów sumienia, co więcej – jak sam mówił – nie jest pewien, czy popełnił przypisane mu zbrodnie.

    Jestem niewinny. Wszystko wymyśliła prokuratura. Na panią prokurator napisałem już kilkadziesiąt skarg: do Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokuratury Generalnej, prezesa sądu okręgowego, prezesa sądu rejonowego. Chcę założyć sprawę mężowi kobiety, która mnie pomawia, ale mi odmawiają. Założę sprawę psycholog, bo napisała też, że nadużywam środków psychoaktywnych, a ja nigdy nie brałem narkotyków.

    Na dowód przygotował dla niej stertę pism i skarg na prokuraturę oraz na kierownictwo aresztu.

    Staram się nie marnować czasu. Nie oglądam telewizji, wolę grać w szachy, pisać wiersze, aforyzmy, książki. Wiem, że jestem nadwrażliwy. Płaczę przy filmach jak "Waleczne Serce" lub słuchając muzyki Jean-Michela Jarre'a. Postanowiłem, że sam nauczę się grać. Napisałem pismo do dyrektora zakładu, by pozwolili mi na keyboard. Zaznaczyłem, że rozumiem, iż fortepian nie zmieści się do celi. Dostałem odmowę, więc napisałem kolejną prośbę o dostęp do szkoły muzycznej. Powołałem się na konkretne zapisy prawne i następnego dnia powiedziano, że mogę mieć ten keyboard. W zakładach karnych miałem w celi telewizor, odtwarzacz wideo, kablówkę. Czasem było mi wręcz źle, że posiadam tak wiele, gdy inni ludzie nie mają za co żyć

    – opowiadał.

    Dziennikarka oceniała go jako niezwykle inteligentnego człowieka, z wyjątkowym darem przekonywania ludzi do swojej wersji zdarzeń. Podczas wizyty w więzieniu była zaskoczona, z jaką wyższością odnosił się do strażników, wręcz rozstawiał ich po kątach. Natomiast, gdy została z nim już sama, stał się subtelny, wyważony i ze spokojem odpowiadał na wszystkie pytania. Stwarzał wokół siebie aurę bezpieczeństwa, można było poczuć się z nim bardzo swobodnie.

    Dopiero przy drugiej rozmowie, gdy dziennikarka była uprzednio ostrzeżona przez psychologów, w jaki sposób może zachowywać się wobec niego, by cokolwiek z niego wydobyć, postanowiła kontrolować swoje wypowiedzi. Wtedy wyszła z niego jego druga strona — zaczął się bardzo denerwować, wykazywał niezdrowe pobudzenia, gdy mówił o śmierci i zabijaniu, błyszczały mu oczy. Widać było, że tematy związane z zabijaniem go ekscytują. W nerwach opowiadał dziennikarce, że nie dziwi się ludziom, którzy strzelają do polityków.

    Umiem robić naboje, broń, bomby. Od lat interesują mnie militaria, potrafię zrobić nawet te skomplikowane konstrukcje. Myślałem, aby wejść do budynku prokuratury lub sądu. Posługiwanie się trotylem jest proste i można zabić wielu ludzi. W zamknięciu mój gniew tylko się kumuluje

    – chwalił się.

    klik <- wersja wydarzeń Wagnera

    . . .

    Według opinii psychologów i psychiatrów z 2013 r., Wagnera charakteryzuje wysoki poziom rozwoju intelektualnego, bardzo dobra orientacja w relacjach interpersonalnych oraz wysoka koncentracja na sobie. W celu zaspokojenia potrzeb może być nastawiony instrumentalnie i mieć skłonności do manipulacji. O dziwno, tym razem nie stwierdzono u niego psychopatii, socjopatii czy charakteropatii.

    Psycholog kryminalny Jan Gołębiowski (osobiście jestem wielką fanką tego pana) zajmujący się tworzeniem profili psychologicznych stwierdził jednak:

    Myślę, że Wagner ma wysoką, choć niestabilną samoocenę. Jego postawa wielkościowa zasłania wątpliwości i kompleksy, których pewnie nabawił się w dzieciństwie. Trzeba też pamiętać, że 20 lat w więzieniu bardzo zmienia człowieka, niestety na gorsze. To tam człowiek się socjopatyzuje. Aby przetrwać, musi manipulować, odgrywać rolę, kłamać. Psychopaci potrafią idealnie dostosować się do warunków zamknięcia. To często najlepsi więźniowie. Stają się niebezpieczni na wolności, gdy pozbawi się ich rutyny i kontroli. Często mają ogromne możliwości kreacji. Do perfekcji opanowali przekonywanie innych do swojej wersji zdarzeń.

    W więzieniu w Raciborzu, do którego trafił Wagner, uznano, że nie klasyfikuje się on do terapii, bo nie ma choroby psychicznej.

    . . .

    Na początku sierpnia 2014 r. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się pierwsza rozprawa (klik). Prowadząca sprawę prokurator nie dziwiła się, że mężczyzna potrafił przekonać do siebie bardzo wiele osób. Była przekonana, że gdyby nie natychmiastowa reakcja męża życie Martyny byłoby zagrożone.

    Na pewno oskarżony jest osobowością skomplikowaną. Z jednej strony sprawia wrażenie osoby bardzo spokojnej, spolegliwej wręcz. Takiej, która chce przekonać do swoich racji. Natomiast w momencie, w którym mu się to nie udaje, kiedy zauważa, że osoba, która go przesłuchuje, lub przeprowadza badania, ma odmienne zdanie, to natychmiast reaguje gniewem, agresją, czy nawet wulgaryzmami. Niewątpliwie jest osobą, która kreuje się, i po części mu się to udaje, na osobę bardzo spokojną, chętną do współpracy. Rozmawiającą. Interesującą się wieloma dziedzinami sztuki

    – powiedziała.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    19 września 2016 r. sąd w Gliwicach, bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych, uniewinnił Józefa Wagnera. Prokurator uznał ten wyrok za niesłuszny i zapowiedział apelację. Jednak od tej pory media milczą w tej sprawie.

    . . .

    *imię wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #gliwice #jozefwagner
    pokaż całość

    źródło: jw.png

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Dziś krótki wpis i – jak zawsze – maksimum informacji, do których udało mi się dotrzeć. Jutro lub za dwa dni wrzucę Wam coś dłuższego.

    Jest to także wpis, do którego po raz pierwszy nie wołam, bo jak wynikło z ankiety –- większość z Was woli, bym z tego zrezygnowała. Zresztą, te Mirkolisty nie działają należycie, i każdorazowo bardzo wiele osób pomijały. Wiem, że nie każdemu będzie się podobała ta zmiana, ale nie jestem w stanie zrobić tak, by wszyscy byli zadowoleni. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Mam nadzieję, że obserwując tag, niczego nie przegapicie!

    • • •

    DARIUSZ BUDA, rocznik '69

    Buda urodził się w Nowym Dworze Gdańskim (woj. pomorskie), gdzie jego dzieciństwo podobno nie należało do łatwych, ale nie doszukałam się szczegółów.

    Został skazany z artykuł 168 § 2 kk/69 (który od 1969 do 1998 r. traktował o zmuszeniu kogoś do "czynu nierządnego") po raz pierwszy już w roku 1993 jako 24-letni mężczyzna. Nie odbył jednak całej kary i zamiast trzech lat w więzieniu spędził tylko półtora roku.

    Kilka lat po wyjściu na wolność, 28 lipca 1996 r. we wsi Laskowice Wielkie (woj. opolskie) zaatakował przypadkowo spotkaną kobietę. Ogłuszył ją kilkoma ciosami w głowę i gwałcił, bijąc po całym ciele. Skatowanej ofierze zacisnął na szyi sznurówkę i udusił. Z martwą odbył jeszcze stosunek analny.

    Prokuratura postawiła mu zarzut morderstwa oraz zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem, co było działaniem w recydywie. Sąd Wojewódzki w Elblągu uznał Budę za winnego zarzucanych mu czynów, a w listopadzie 1998 r. mężczyzna usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności oraz pozbawienia praw publicznych na okres 10 lat.

    Obrońca oskarżonego wniósł apelację, w której wnioskował o zmianę kary na 25 lat pozbawienia wolności. Adwokat uważał m.in., że sąd nie wziął pod uwagę jednej z ekspertyz wyrażającej pogląd, że w chwili popełniania zbrodni zdolność sprawcy do kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona. Powołał się także na jego młody wiek, dobrą opinię w miejscu pracy oraz nienaganne zachowanie w więzieniu podczas odsiadywania pierwszego wyroku za zgwałcenie.

    W kwietniu 1999 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku nie uwzględnił apelacji. Wspomniana ekspertyza została zgodnie odrzucona przez dwóch psychiatrów, ponadto wśród jej twórców nie było żadnego lekarza z tej dziedziny. Z kolei dobrą opinię o Budzie sąd dostrzegł, jednak nie nadał jej żadnego znaczenia dla sprawy, ponieważ jej ranga jest zbyt mała w zestawieniu z całym szeregiem okoliczności wyjątkowo obciążających, w świetle których rozpatrywana zbrodnia jawi się jako szczególnie drastyczna i wstrząsająca. Za okoliczności łagodzące nie uznał także faktu, że w momencie popełnienia zbrodni oskarżony miał niespełna 27 lat, ani tego, że przez trudne dzieciństwo był osobą niedowartościowaną, co według obrońcy miało być przyczyną pojawienia się dewiacji seksualnej. Zbrodnię sąd uznał za wyjątkowo odrażającą, a sposób działania Budy za bezlitosny i okrutny, dlatego bezdyskusyjnie występuje potrzeba trwałej eliminacji oskarżonego z życia społecznego.

    . . .

    Dariusz Buda karę pozbawienia wolności zaczął odsiadywać w Zakładzie Karnym w Sztumie, jednak informacja o jego aktualnym pobycie nie jest podana. Pewne jest tylko, że mężczyzna wciąż nie przebywa na wolności.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Elblągu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #nowydworgdanski #laskowicewielkie
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Jest to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych w historii byłego NRD. Znana jest w Niemczech pod nazwą „Krzyżówkowe morderstwo”, gdyż sprawca zbrodni wykryty został dzięki kilku gazetowym krzyżówkom, po których znalezieniu przeprowadzono badanie pisma na niespotykaną skalę. Próbkę pisma stanowiły litery wpisane do owych kilku krzyżówek – z tego też powodu „Krzyżówkowe morderstwo” jest najprawdopodobniej precedensem na skalę światową.

    Halle-Neustadt – socjalistyczne marzenie
    Miasto Halle-Neustadt zbudowane zostało w połowie lat 60. ubiegłego wieku specjalnie dla pracowników przemysłu chemicznego. Halle-Neustadt, promowane jako socjalistyczne marzenie szczęśliwego człowieka, to właściwie jedno wielkie osiedle bloków przeznaczonych dla około stu tysięcy mieszkańców. Lars Bense urodzony w roku 1973 był typowym dzieckiem tego socjalistycznego miasta.

    Wyjście do kina

    Jest 15 stycznia 1981 roku. Lars, uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej, wybiera się w tym dniu do kina. Na dworze pada śnieg.
    Po seansie chłopiec nie pojawia się w domu. Rodzice zaczynają się niepokoić. Około godziny 18 zawiadamiają policję o jego zaginięciu (enerdowska policja to Volkspolizei – tzw. „Policja Ludowa”, czyli odpowiednik Milicji Obywatelskiej). Jeszcze tego samego dnia o godz. 20 rozpoczynają się poszukiwania chłopca. Są znacznie utrudnione za sprawą śnieżnej pogody, jednak akcja prowadzona jest także i w nocy, a funkcjonariuszom pomagają wolontariusze Policji Ludowej, tj. zorganizowana grupa zaangażowanych obywateli. Przeszukiwane są wszystkie potencjalnie „podejrzane” miejsca, a w szczególności pomieszczenia piwniczne w budynkach stojących w okolicy, w której mieszka rodzina Bense. Akcja nie przynosi jednak żadnych rezultatów.

    Żadnego śladu

    Dwa dni po zaginięciu chłopca w prasie ukazuje się oficjalny komunikat na ten temat wraz ze zdjęciem Larsa. Mieszkańcy Halle-Neustadt proszeni są o pomoc w odnalezieniu dziecka.
    Ówczesny rejonowy komisariat policji mieści się w budynku komendy straży pożarnej. Cztery pomieszczenia leżące na czwartym piętrze budynku przeznaczone zostają dla funkcjonariuszy specjalizujących się w sprawach morderstw. Pierwotne plany są takie, że policja ma tu odbywać narady i koordynować poszukiwania chłopca. Prócz wersji porwania śledczy biorą pod uwagę, że chłopiec mógł wpaść do rzeki i utonąć; za nieprawdopodobną – po uwzględnieniu sytuacji rodzinnej w domu Larsa – uznają jego ucieczkę z domu. Po sprawdzeniu wszystkich, jak się zdaje, wchodzących w grę miejsc, poszukiwania prowadzone są także w kanałach biegnących pod ziemią, jednak nikt nie trafia na żaden ślad Larsa Bense.
    Tak się składa, że blok, w którym mieszka rodzina Larsa, stoi dokładnie naprzeciwko komendy, po drugiej stronie ulicy. Kapitan Siegfried Schwarz, szef ówczesnego Wydziału zabójstw okręgu  Halle, jeszcze po latach wspomina, jak w ówczesnym czasie, siedząc w pracy, stawał przy oknie swojego gabinetu i spoglądał w okna mieszkania rodziny Larsa, zastanawiając się, co mogło stać się z chłopcem.
    Walizka na torach
    14 dni po zaginięciu Larsa na trasie Halle-Lipsk dróżnik wykonuje rutynowy obchód torów. Na odcinku 107, 4 km zauważa leżącą niedaleko torów walizkę. Z ciekawości otwiera ją – i dostrzega owinięte w folię ciało dziecka. Dróżnik, przerażony, odskakuje na bok.
    Wkrótce na miejscu jest już policja. Funkcjonariusze podejrzewają, że może chodzić o zaginionego od dwóch tygodni Larsa Bense. Już w południe walizka wraz z zawartością zostaje dostarczona do Instytutu medycyny sądowej w Lipsku. Dopiero po obfotografowaniu walizka zostaje otwarta. Zwłoki dziecka zapakowane są w plastikowy worek; obok znajduje się kilka zgniecionych, przemoczonych gazet.
    W wyniku obdukcji lekarze stwierdzają, że chłopiec został wykorzystany seksualnie, a jego śmierć nastąpiła w wyniku uderzeń tępym narzędziem w głowę. Na ciele dziecka znaleziono wiele ran kłutych.
    Krzyżówki w gazetach
    Sama walizka wraz ze znajdującymi się w niej gazetami zostaje zabezpieczona i przewieziona do Halle w celu dalszych badań. Jak się okazuje, w każdej z kilku gazet są częściowo rozwiązane przez kogoś krzyżówki.
    Od początku jest oczywiste, że dotarcie do sprawcy morderstwa nie będzie łatwe. Kapitan Siegfried Schwarz wspomina po latach, że od początku miał wtedy przeczucie, iż to właśnie krzyżówki okażą się jedyną możliwą do wykorzystania wskazówką.
    Niespotykana akcja
    Zespół powołany do rozwiązania tej sprawy postanawia przeprowadzić akcję niespotykaną dotychczas w historii kryminalistyki NRD, tj. zebrać próbki pisma od wszystkich mieszkańców Halle-Neustadt. Jest to przedsięwzięcie o ogromnym zasięgu, ale policja jest pewna jednego: jeśli nie uda się dotrzeć do sprawcy przez pismo, to wkrótce będzie kolejna ofiara.
    Funkcjonariusze obchodzą zatem wszystkie mieszkania, klatka po klatce, blok po bloku, i proszą wszystkie osoby z każdego lokalu o napisanie krótkiego (wcześniej ustalonego) tekstu. Akcja ta jest bardzo żmudna – wprawdzie zdarza się, że przy jednej wizycie udaje się jednocześnie zebrać próbki pisma od kilku osób, jednak często nie wszyscy są obecni – i wtedy trzeba się umawiać na inny termin.
    Czynności te przeprowadza się systematycznie i niezwykle starannie, nikt nie jest pomijany, nawet te osoby, które w owym czasie zmarły lub się wyprowadziły (w takich sytuacjach próbki pisma dostarczane są z dokumentacji meldunkowej lub ubezpieczeniowej). Trzeba też bardzo dokładnie wypytywać o to, czy i kiedy w danym mieszkaniu przebywały jakieś osoby odwiedzające. Konieczne jest również dowiadywanie się (co z zasady wymaga dużej subtelności), kto i gdzie mieszka bez obowiązującego meldunku.
    Akcja ta wymaga ogromnych nakładów osobowych, a przy tym wiadomo, że będzie wymagać ich jeszcze przez długi czas – Halle-Neustadt liczy wówczas sto tysięcy mieszkańców. Po domach chodzą więc (zarówno w mundurach, jak i w cywilu) funkcjonariusze wszelkiego rodzaju: z policji kryminalnej, drogowej, oddziałów prewencyjnych, także strażacy.
    Działania te są jak szukanie igły w stogu siana i wszyscy biorący w niej udział zdają sobie z tego sprawę. Motywację stanowi jednak myśl: to najważniejszy ślad, jaki jest w tej sprawie..
    Czyja jest ta walizka?
    Policjanci prócz tego działają na inne sposoby. Kapitan Schwarz, licząc się z możliwością dojścia do sprawcy dzięki odnalezieniu właściciela walizki, wpada na pomysł wystawienia jej na widok publiczny, i to konkretnie w sklepie znajdującym się dokładnie naprzeciwko miejsca, w którym Lars widziany był ostatni raz. Kierownictwo sklepu wprawdzie dość mocno protestuje, ale kapitan w końcu stawia na swoim.
    Przy walizce zostaje umieszczona informacja, że przedmiot ten jest prezentowany w celu wyjaśnienia sprawy ciężkiego przestępstwa; nie ma żadnych wskazówek, że może chodzić o sprawę Larsa Bense. Przez dwa dni po wystawieniu sklep jest non stop obserwowany.
    Działania te nie przynoszą jednak żadnych rezultatów, być może dlatego, że walizka jest produktem masowym. Na trop przestępcy nie naprowadza także plastikowy worek, w który owinięte były zwłoki dziecka: okazuje się, że jest to opakowanie kołder, także produkowanych na masową skalę.

    Wciąż jedyna droga

    W tym momencie już wyraźnie widać, że pismo rzeczywiście jest jedynym pozostałym w sprawie tropem. Akcja zbierania próbek cały czas trwa. Wydział zabójstw zostaje poszerzony o specjalną komórkę, której zadaniem jest analiza pisma: jest to 6-7 osób; siedzą w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu i zajmują się wyłącznie porównywaniem próbek z oryginałami.
    Równolegle z tymi działaniami przeprowadzane są systematyczne akcje zbierania starych gazet. Młodzi ludzie, a konkretnie tzw. pionierzy, w wyznaczonych częściach osiedli, zbierają makulaturę. Gazety są sortowane, a następnie przeszukiwane przez funkcjonariuszy policji pod kątem wypełnionych w nich krzyżówek. Cel tej akcji jest taki, żeby w razie stwierdzonego podobieństwa móc zawęzić geograficznie krąg poszukiwań autora pisma.
    Jednocześnie policja czeka na opinię biegłych, którzy – na podstawie posiadanych oryginalnych próbek – będą mogli powiedzieć coś o autorze pisma z krzyżówek w walizce. W końcu opinia jest gotowa: według biegłych krzyżówki wypełnione zostały przez kobietę w średnim wieku.
    W opinii śledczych informacja ta oznacza jedno: że autor pisma i sprawca to dwie różne osoby. Odnalezienie tej pierwszej daje jednak możliwość dotarcia do sprawcy, tak więc dalsze poszukiwania nie tracą przez to sensu.
    Poszerzenie działań
    Środowisko karanych wcześniej homoseksualistów i pedofilów jest bardzo dokładnie prześwietlane, policjanci nie natrafiają jednak na żadną informację mogącą mieć związek z zaginięciem Larsa.
    Pod koniec marca, po 2 miesiącach pracy nad porównywaniem próbek pisma i przeprowadzeniu blisko tysiąca ośmiuset przesłuchań i rozpytań, wciąż nie ma żadnego efektu. Odbywa się narada, na której policja podsumowuje dotychczasowe działania i podejmuje decyzję o poszerzeniu ich zakresu. Badaniem objęte zostają dodatkowe dokumenty, tj. 95 tysięcy formularzy do nadawania telegramów, 40 tysięcy wniosków o zarejestrowanie samochodu, 250 tysięcy wniosków o wystawienie dowodu osobistego, prócz tego około 100 tysięcy akt kadrowych zakładów chemicznych. Adolf Döling, szef komórki zajmującej się analizą pisma, coraz bardziej obawia się tego, żeby – za sprawą nieprawidłowej pracy osoby sprawdzającej – nie umknęła jakaś próbka.

    Nadchodzi lato.
    Wielomiesięczna praca, która nie przyniosłefektu, oraz zmęczenie spowodowane mnóstwem nadgodzin wywołują kryzys u wszystkich osób zajmujących się tą sprawą. Przejawia się ono tym, że spada motywacja uczestników oraz wiara w powodzenie przedsięwzięcia. Mija wrzesień, październik, poczucie beznadziejności w zespole wzrasta.
    Ten spadek wiary jest, jak się zdaje, uzasadniony, bo dotychczasowe nakłady pracy były przeogromne i pozostają bez efektów, a przy tym próbki pisma pobrano dopiero od 20 tysięcy mieszkańców Halle-Neustadt. Przy takim tempie i nakładzie sił potrzeba jeszcze co najmniej dwóch i pół roku, żeby pobrać próbki pisma od wszystkich mieszkańców miasta.
    Śledczy postanawiają uprościć metodę pobierania próbek: osobie badanej podsuwa się wyłącznie schemat krzyżówki do uzupełnienia.

    Niespodziewany przełom

    10 listopada, zgodnie z wyznaczoną kolejnością, próbki pisma mają być pobierane od mieszkańców bloku nr 398. W jednym z lokali mieszka czterdziestoparoletnia pani G., jednakże niestety nie ma jej obecnie w domu. Jak dowiaduje się funkcjonariusz pobierający próbki, pani G. przebywa nad morzem, gdzie pracuje jako pomoc sezonowa w kurorcie nadbałtyckim Wustrow.
    Tak jak to jest przyjęte, próbkę pisma od takiej osoby pobiera miejscowa policja. Tak też się dzieje: ponieważ p. G. jest kelnerką w kawiarni przy plaży, tam właśnie zostaje pobrana od niej próbka pisma. Próbka ta zostaje następnie przekazana do Halle, gdzie dociera dokładnie w piątek 13 listopada, a kilka dni później trafia do rąk śledczego analizującego pismo.

    „To ona!”

    Już po pierwszym spojrzeniu na pismo pani G. policjant ma niemal pewność, że jest ono zgodne z tym, które znaleziono na krzyżówkach w walizce. Biegnie do przełożonych, ci zaś natychmiast kontaktują się z policją w Wustrow. Wkrótce śledczy w Halle otrzymują informację zwrotną, według której pani G. nie ma obecnie w pracy – jest w drodze do Werder (Havel) w powiecie poczdamskim, gdzie jest umówiona ze swoją 20-letnią córką. Stamtąd obydwie kobiety mają razem udać się na urlop.
    Czterech funkcjonariuszy policji kryminalnej (wśród nich Adolf Döling) jedzie jeszcze tej samej nocy dwoma autami z Halle do Werder. Między piątą a wpół do szóstej nad ranem docierają na miejsce. Dwóch funkcjonariuszy wchodzi do domu, w którym przebywa matka wraz z córką. Obydwie kobiety są kompletnie zaskoczone wizytą. Gdy padają pierwsze pytania, od razu widać, że nie mają o niczym pojęcia, a sprawcy należy raczej szukać wśród osób będących z nimi w kontakcie.

    Sprawca

    Zarówno pani G., jak i jej córka, zostają poproszone o udanie się wraz z funkcjonariuszami do auta. Jeszcze w drodze do Halle w trakcie rozmowy policjanci uzyskują informację, że jakiś czas temu córka pani G. miała chłopaka (który przez pewien czas był w posiadaniu kluczy do ich mieszkania). Imię i nazwisko chłopaka przekazane zostaje drogą radiową do Halle.
    Jest nim dziewiętnastolatek Matthias S., mieszkaniec Halle. Obecnie, jak dowiadują się policjanci, Matthias S. przebywa w Turyngii w mieście Friedrichroda. Pracuje tam w otwartym rok wcześniej domu wczasowym Związków Zawodowych – jest pracownikiem działu technicznego.
    Tego samego dnia Matthias S. zostaje aresztowany w miejscu pracy. Wiadomość o tym lotem błyskawicy roznosi się po ośrodku. Koledzy Matthiasa S. oraz inni pracownicy domu wczasowego nie mają pojęcia, o co chodzi. Podejrzewają, że aresztowanie ma jakiś związek z kradzieżą, która miała tu miejsce jakiś czas temu, a dotychczas nie została wyjaśniona.

    Zeznanie

    Matthias S. zostaje przewieziony do Halle. Jego przesłuchanie trwa wiele godzin, aż do nocy. W końcu przyznaje się do swojego czynu. Opowiada, że nieznajomego mu chłopca spotkał i zagadnął pod kinem. Kusząc go tym, że pokaże mu samochodziki, zaprowadził go do mieszkania pani G., wiedząc, że w tym czasie nikogo w nim nie będzie. W mieszkaniu wykorzystał chłopca seksualnie, a następnie, ze strachu przed zdemaskowaniem, zabił go, uderzając go wielokrotnie młotkiem w głowę. Ponieważ chłopiec wciąż żył, Matthias S. dźgnął go jeszcze kilka razy nożem w okolice serca. Potem włożył ciało do walizki (należącej do pani G.), a leżące w pokoju gazety wykorzystał jako materiał do wypełnienia pustych miejsc. Następnie wraz z walizką udał się do pociągu jadącego do Lipska. Walizkę z ciałem wyrzucił przez okno na trasie w trakcie jazdy pociągu.

    Rodzice sprawcy

    Po aresztowaniu Matthiasa S. do prokuratury zgłasza się jego ojciec z zapytaniem, z jakiego powodu jego syn został zatrzymany. Gdy dowiaduje się, że Matthias S. jest mordercą siedmioletniego Larsa Bense, doznaje szoku.
    Od tamtego momentu rodzice Matthiasa S. nie ważą się wyjść na ulicę ani nie pojawiają się w pracy. Władze znajdują dla nich nową tożsamość, zupełnie nowe miejsce zamieszkania i nowe miejsca pracy.
    21 listopada miejscowa gazeta podaje jedynie krótki komunikat o schwytaniu sprawcy, i to na drugiej stronie.

    Proces

    W lecie roku 1982 rozpoczyna się proces Matthiasa S. Za sprawą zeznań jego dziewczyny w trakcie procesu wychodzi na jaw zaburzona seksualność Matthiasa S., manifestująca się m.in. w tym, że przed stosunkiem zmuszał swoją dziewczynę do opowiadania mu w kontekście seksualnym o małych chłopcach.
    Matthias S. zostaje skazany na dożywocie i pozbawienie praw publicznych.

    Nowy wyrok

    Po przełomie wyroki z czasów NRD zostają poddane weryfikacji. W rozumieniu prawa Republiki Federalnej Niemiec Matthias S. był w momencie popełnienia zbrodni przestępcą młodocianym, tak więc zgodnie z tym postępowanie przeciwko niemu zostaje podjęte ponownie.
    W nowym procesie Matthias S. również otrzymuje wyrok dożywocia, jednakże orzeka się skrócenie kary do (pozostających jeszcze) lat dziesięciu z jednoczesnym nakazem pobytu skazanego w Ośrodku Psychiatrii Sądowej w Uchtspringe. Ma to stworzyć szanse wyleczenia Matthiasa S. z jego chorobliwych fantazji seksualnych i tym samym dać przynajmniej częściową gwarancję, że nie powróci on na drogę przestępstwa.
    Nie-prawdziwa historia po 30 latach
    W 2013 roku zapomniana już nieco sprawa „krzyżówkowego morderstwa” niespodziewanie trafia na pierwsze strony gazet. Dzieje się tak dlatego, że ukazuje się książka „Der Kreuzworträtselmord. Die wahre Geschichte” („Krzyżówkowe morderstwo. Prawdziwa historia”), napisana przez Kerstin Apel, byłą dziewczynę Matthiasa S.
    W książce autorka podaje zupełnie inną wersję wydarzeń z 1981 roku: twierdzi, że wiedziała o zbrodni i nawet pomogła swojemu chłopakowi w pozbyciu się ciała dziecka. W mediach robi się zamieszanie, a sprawa trafia do prokuratury ze względu na konieczność rozpatrzenia ewentualnego współudziału autorki w przestępstwie. Wydawnictwo wydaje publiczne oświadczenie, w którym stwierdza, że książka jest absolutną fikcją, i podkreśla, że uwaga ta zamieszczona została również na początku książki. Wydawnictwo dodaje, że autorka, mimo że jej opowieść bazuje na wydarzeniach autentycznych, miała prawo do ich artystycznego przetworzenia.
    Sprawa rok później zostaje umorzona, a sama autorka przyznaje, że dodała i „ubarwiła” niektóre fakty w celu udramatyzowania zaprezentowanych wydarzeń.
    Źródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #kryminalistyka #niemcy #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    Część 2

    W sylwestra 2016/2017 został aresztowany Józef K., co dla mieszkańców Szczucina było zaskoczeniem. Mężczyzna od początku śledztwa sprawiał wrażenie osoby, która chce pomóc rodzinie Cyganów w odnalezieniu mordercy. Często ich odwiedzał, wypytywał o sprawę i mówił, że będzie samodzielnie prowadził śledztwo. Z ojcem Iwony znał się jeszcze z młodych lat, gdy razem pracowali w Spółdzielni Kółek Rolniczych. K. grał nawet na weselu jego szwagierki, a gdy założyli rodziny, ich córki kolegowały się ze sobą. Józef K. mówił nawet głośno o tym, że podejrzewa swojego syna o dokonanie tej zbrodni. Przestał później jednak interesować się sprawą, ponieważ, jak sam twierdził, jego córka zaczęła dostawać telefony z pogróżkami.

    Stary Klapa zajmował się w życiu wieloma rzeczami. Był ratownikiem WOPR, kierownikiem jednej ze szczucińskich drużyn, a także myśliwym, przez co miał pozwolenie na broń. Przez jakiś czas pracował w ORMO. W 1998 r. opiekował się jednym z hangarów nad Wisłą, w którym WOPR trzymało motorówki i sprzęt ratowniczy. Prowadził też ośrodek wodno-rekreacyjny. Organizował tam często zamknięte i huczne imprezy, na których spotykali się tylko wysoko sytuowani ludzie miejscowi oraz m.in. z Tarnowa i z Dąbrowy Tarnowskiej, ówczesny wójt Szczucina, politycy z Warszawy, z SLD (którzy potem działali w resortach siłowych za czasów rządów Leszka Millera), policjanci, sędziowie, prokuratorzy, lekarze, szczuciński proboszcz oraz właściciel firmy Tankpol Roman M. (ten sam, który ufundował nagrodę za znalezienie sprawcy; może to był wabik na kogoś, kto mógł zbyt dużo wiedzieć na temat morderstwa?), ważna postać w branży paliwowej i transportowej. W 2002 r. został zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą w tzw. aferze paliwowej. Wniosek o jego zwolnienie z aresztu złożyli m.in. były wójt Szczucina oraz tamtejszy proboszcz. Józef K. często pił też z Andrzejem Ł. ps. Jabłuszko z Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz byłym funkcjonariuszem ZOMO w Tarnowie, świetnie znał się także z naczelnikiem wydziału kryminalnego tej komendy, Bogusławem P. ps. Papuśny, którego często odwiedzał w pracy.

    Według śledczych, na tych spotkaniach Stary Klapa gromadził na wszystkich "haki". Mężczyzna często powtarzał, że ma takie układy, że nikt go nie ruszy.

    W styczniu 2017 r. K. usłyszał zarzut pomocnictwa i składania fałszywych zeznań oraz został umieszczony w areszcie śledczym na okres trzech miesięcy.

    . . .

    W grudniu 2016 r. odbyło się także przesłuchanie Renaty G.-D. (zdjęcie), dawnej przyjaciółki zamordowanej Iwony. Jednak sąd nie zgodził się na jej aresztowanie zaraz po zatrzymaniu, wyraził na to zgodę dopiero po odwołaniu się prokuratury. Same procedury trwały półtora miesiąca, w czasie których kobieta zdążyła zapaść się pod ziemię. Nie stawiła się także w prokuraturze na planowane następne przesłuchanie i nie usprawiedliwiła swojej nieobecności. Dlatego i za nią został wysłany międzynarodowy list gończy. 20 lutego 2017 r. późnym wieczorem na krakowskim lotnisku Straż Graniczna dokonała jej zatrzymania tuż po przylocie do Polski. Kobieta usłyszała zarzut czterokrotnego składania fałszywych zeznań, jednak według pełnomocnika rodziny Cyganów rola Renaty w tej zbrodni jest o wiele większa niż wynikałoby to z kwalifikacji prawnej czynu. W jego ocenie dziewczyna wiedziała, co planują sprawcy w stosunku do Iwony. Była świadoma następstw, które spotkały jej przyjaciółkę, a przynajmniej się na nie godziła.

    Kobieta została umieszczona w areszcie na okres trzech miesięcy.

    (klik)

    . . .

    Zarzuty usłyszeli także emerytowany wieloletni posterunkowy ze Szczucina Leszek Witaszek oraz policjant Grzegorz J., którzy w noc morderstwa patrolowali okolicę. W późniejszym czasie zostali zatrzymani również: Maciej C. – były komendant z Dąbrowy Tarnowskiej (pan ten wypowiadał się w programie "997" z 1999 r., do którego link podałam wyżej; zwróćcie uwagę na to jak nie patrzy prowadzącemu w oczy), Bolesław P. ps. Papuśny – długoletni naczelnik wydziału kryminalnego w Dąbrowie Tarnowskiej oraz były funkcjonariusz SB, Paweł W. – wcześniej funkcjonariusz, później pracownik cywilny komendy w Dąbrowie Tarnowskiej, Andrzej K. – były komendant Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz przez ponad 11 komendant komisariatu w Szczucinie, a także policjanci: Jerzy S., Marek K., Waldemar G., Longin F., Krzysztof B., Robert N. oraz Jacek M. Zarzucono im nadużycie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub niedopełnienia obowiązków oraz poplecznictwo, czyli utrudnianie postępowania karnego, co skutkowało niewykryciem sprawcy zabójstwa i jego pomocników przez lata. Wszyscy zostali aresztowani na trzy miesiące. Z wolnej stopy będzie odpowiadać także funkcjonariusz Ryszard S.

    Paweł W., który jako jeden z pierwszych prowadził w 1998 r. śledztwo w sprawie śmierci Iwony, na polecenie swojego przełożonego Bogusława P. (prywatnie szwagra Leszka Witaszka), miał zamienić zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady, czyli włosy, które były nośnikami materiału genetycznego.

    Maciej C., który przeprowadzał oględziny przedmiotów zabezpieczonych w okolicach miejsca zbrodni, miał wyprostować pętlę z drutu, którym uduszono Iwonę. Nie opisał też tego kluczowego dowodu, ani nie zrobił zdjęć.

    Andrzej K., również na polecenie Bogusława P., bez żadnego pokwitowania odebrał od rodziny ubrania i biżuterię ofiary, które miała na sobie w noc zabójstwa. Bez rejestracji przechowywano je w komisariacie, aż w końcu ubrania zaginęły.

    Bogusław P. może być także autorem wysyłanych przez lata anonimów, którymi mógł wpływać na bieg śledztwa.

    Według ustaleń śledczych, niektórzy policjanci faktycznie od lat wiedzieli, że jednym z zabójców jest Paweł K., jednak nic z tą informacją nie zrobili. Jeden z mundurowych miał też wskazać sprawcę rodzinie zamordowanej.

    Sierżant Leszek Witaszek współpracował z policjantami, a jego zeznania okazały się bardzo ważne dla śledztwa. Funkcjonariusz przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze. Rodzina Iwony ze względu na jego postawę sporządziła pisemny "akt przebaczenia", w którym mimo wielkiej doznanej krzywdy wybacza mu jego postępowanie. Dokument ten znalazł się w aktach sprawy i nie wyklucza się, że może on mieć znaczenie dla innych podejrzanych funkcjonariuszy. Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

    . . .

    Policja i prokuratura, analizując zgromadzony materiał dowodowy, ustaliła, że z zabójstwem Iwony bezpośredni związek ma zaginięcie i śmierć Tadeusza Draba w 1999 r. Według ustaleń w dniu zaginięcia szedł z trzema mężczyznami, którzy nie mieszkali w Szczucinie. Następnie został odurzony alkoholem, przewieziony łodzią motorową na środek rzeki i wrzucony do wody. Motorówka miała być później spalona i zatopiona, a w maju 2018 r. śledczy z pomocą strażaków i płetwonurków usiłowali ją odnaleźć (klik). Prokurator wyjaśniał, że wytypowano osoby, które zdaniem śledczych dopuściły się zamordowania Draba, jednak formalnie nikt nie został jeszcze oskarżony.

    W kwietniu 2017 r. policjanci z zespołu Archiwum X zaczęli także badać okoliczności tajemniczej śmierci Marka Kapela (klik) (klik) (klik). Według ich ustaleń, wstępne okoliczności tej sprawy wskazują, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek, ani samobójstwo, a raczej ktoś umyślnie spuścił na niego fragment betonowego ogrodzenia.

    Włączyliśmy te dwa postępowania do śledztwa, bowiem mają one bezpośredni związek z wiedzą tych dwóch osób o zabójstwie Iwony Cygan

    – informował prokurator.

    . . .

    Podejrzanym wątkiem jest także samobójstwo 34-letniego sierżanta Andrzeja J. ze szczucińskiego komisariatu. Mężczyzna strzelił sobie w głowę z broni służbowej, pozostawiając żonę i trójkę małych dzieci. Wszystkie wypowiedzi na temat jego śmierci na komendzie w Szczucinie i rzekome powody, które można znaleźć w prasie, są wypowiedziane przez policjantów oskarżonych w sprawie Iwony Cygan (np. tutaj). Wiadomo, że policjantowi jako jednemu z nielicznych ufała rodzina zamordowanej, a on próbował ich wspierać i znaleźć sprawcę. Mówił także, że bardzo by chciał "żeby ta sprawa wyszła”. Jednym z policjantów, którzy znajdowali się na komisariacie w noc śmierci J. zabójstwa był Waldemar G., który obecnie jest oskarżony o mataczenie w sprawie o zabójstwo Iwony.

    . . .

    W kwietniu 2017 r.oku, po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W kwietniu 2017 r., po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W grudniu 2017 r. ojciec oraz siostry zamordowanej Iwony wydali specjalne oświadczenie, w którym nie zgodzili się, aby proces toczył się w Sądzie Okręgowym w Tarnowie. Z wnioskiem o wyłączenie tarnowskiego sądu ze sprawy zwróciła się także Prokuratura Krajowa.

    Sprawa została przeniesiona do Sądu w Rzeszowie, którego działania także wzbudziły podejrzenia rodziny Cyganów. Początkowo rzeszowski sąd chciał zwrócić prokuraturze akt oskarżenia, twierdząc, że wymaga on poprawek – zarzuty muszą być w całości jawne. Jednak sąd apelacyjny nie dopatrzył się żadnych braków i uznał, że zniesienie klauzuli tajności nie wchodzi w grę, gdyż część zarzutów wobec oskarżonych opiera się na niejawnych dokumentach policji, których absolutnie nie można odtajnić. Rodzina Cyganów uważała również, że jako ostatni dowiadywali się o wszelkich ważnych decyzjach, a o zwrocie aktu oskarżenia przeczytali dopiero w mediach. Nie udało im się jednak zmienić sądu ani sędziego.

    Dla nas rozpoczynający się proces jest niesłychanie ważny. Jednak nadal uważamy, że absolutnie nie powinien odbywać się on w Rzeszowie, ale w miejscu dalekim od lokalnych układów

    – mówiła siostra zamordowanej.

    . . .

    Akt oskarżenia wpłynął ponownie do Sądu Okręgowego w Rzeszowie w styczniu 2018 r.

    Ustalona przez śledczych wersja wydarzeń z sierpnia 1998 r. kształtuje się następująco:

    Jak wynika z aktu oskarżenia, w latach 90. w lokalu Roberta K. kwitł handel narkotykami oraz były tam nagrywane filmy pornograficzne z udziałem młodych dziewczyn, które wcześniej były odurzane, a mężczyźni gwałcili je grupowo. Wiele z nich było nieletnich, a niektóre mogły być nawet umysłowo niepełnosprawne. Nagrania często były narzędziem szantażu wobec ofiar, a także wpływowych znajomych, którzy nie raz brali w orgiach udział. Materiały wideo były sprzedawane do Austrii, gdzie Paweł K. wraz ze swoim ojcem prowadzili nielegalne interesy polegające na tym, że pod pretekstem organizowania prac zarobkowych wywoził młode dziewczyny do domów publicznych. Ich werbowaniem zajmował się Młody Klapa, który jeździł po okolicznych miejscowościach i zaczepiał kobiety. Ich selekcja odbywała się w lokalu Trabanta, gdzie było osobne pomieszczenie z weneckim lustrem. Często obserwowali zza niego bawiące się na dyskotece osoby i oceniali, która im się podoba. Niektóre z pokrzywdzonych zgłosiły się po latach do prokuratury.

    Iwona wyszła na spotkanie z przyjaciółka Renatą i wspólnie udały się do zajazdu w Szczucinie, gdzie rozmawiały z kolegami, ale nie piły alkoholu. Po wyjściu z lokalu spacerowały w pobliżu rynku, a w tym samym czasie okolicę tę patrolowali policjanci Leszek Witaszek oraz Grzegorz J. Około godziny 22:00 przy nastolatkach, z piskiem opon, około dwóch, -trzech metrów od policyjnego auta, zatrzymał się biały polonez, który prowadził Paweł K. Obok niego siedział nieżyjący już dziś Robert K. zwany Trabantem, a z tyłu ojciec Pawła, Józef. Obie nastolatki wsiadły do środka, Iwona niechętnie, jednak mogła czuć się pewniej przez bliskość policyjnego patrolu, w którym jeden z policjantów był ojcem jej koleżanki z klasy, dodatkowo błyskało się i zaczął padać deszcz. Samochód ruszył, a całą sytuację widziała także trójka mężczyzn, wśród nich Tadeusz Drab. Świadek wsiadł do radiowozu i obawiając się nadchodzącej burzy poprosił znajomych policjantów o podwiezienie do domu. Policjanci wraz z Drabem ruszyli za polonezem i jechali za nim aż do rzeki, gdzie mundurowi wysadzili pasażera i wrócili do patrolowania miasteczka.

    Najprawdopodobniej Iwona była bita już w samochodzie, a później przetrzymywana w przystani wodnej WOPR. Cała piątka przed północą podjechała pod bar "U Trabanta", gdzie ponownie widzieli ich policjanci, którzy zaparkowali nieopodal. Gdy wraz z Iwoną pojawili się w pubie, znajdowało się tam około 30 osób. Przy barze stała dziewczyna Pawła K., żona Trabanta oraz barmanka. Na zewnątrz szalała burza, lało jak z cebra. Mężczyźni, nie kryjąc się, wraz z Iwoną weszli do wydzielonego pomieszczenia, w którym to między innymi były nagrywane filmy pornograficzne. Tam Młody Klapa usiłował zgwałcić nastolatkę, ale ta zaciekle się broniła. Wtedy Trabant i Józef K. chwycili ją za ręce i przytrzymali, a Paweł K. bił twardym narzędziem typu kastet oraz kopał po całym ciele. Po uderzeniach w głowę Iwona na jakiś czas straciła przytomność. Po północy mężczyźni związali jej ręce i podtrzymując zakrwawioną nastolatkę, wyprowadzili ją z lokalu i wepchnęli do poloneza. Całe zdarzenie ponownie widziała duża grupa klientów lokalu oraz policjanci, którzy mogli dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się "U Trabanta". Jak twierdzi Prokuratura Krajowa, wszystkie osoby, które tamtego wieczoru bawiły się w lokalu, są dziś zidentyfikowane z imienia i nazwiska. Żadna z nich przez następne 19 lat nie przyszła do Cyganów i nie opowiedziała, co stało się tego wieczoru.

    Paweł K., Józef K. i Robert K. wywieźli Iwonę w stronę hangarów WOPR, a za nim ruszył policyjny radiowóz oraz jeszcze jeden samochód. Według relacji policjanta Witaszka, biały polonez skręcił w inną stronę niż oni, jednak co do jego wersji jest wiele wątpliwości.

    Dalsze wydarzenia tej nocy udało się odtworzyć dopiero od godziny drugiej. Wówczas w okolicy wału nad Wisłą, około 200 metrów od hangarów WOPR, po wyjściu z poloneza Iwona zaczęła uciekać, jednak sprawcy dopadli ją i znów brutalnie pobili. Dziewczyna straciła przytomność, a Paweł K. z pobliskiego ogrodzenia wybiegu dla zwierząt wziął długi patyk ze stalowym drutem, który owinął jej wokół szyi. Miał to widzieć Tadeusz Drab, który mieszkał niedaleko rzeki i zobaczywszy światła wyszedł sprawdzić co się dzieje. Mężczyzna później pobiegł do małżeństwa mieszkającego obok, którym opowiedział czego był świadkiem.

    Po zabójstwie sprawcy częściowo zdjęli ubranie z Iwony próbując upozorować zabójstwo na tle seksualnym.

    Starsza z sióstr Iwony kilka lat temu dotarła do świadka, który twierdził, że w noc zabójstwa widział, jak policyjne radiowozy stały na wiślanym wale, nieopodal miejsca, gdzie następnego dnia odnaleziono ciało nastolatki. O ich pobycie na miejscu zbrodni zaraz po morderstwie może świadczyć także to, że gdy około godziny 9:00 ojciec Iwony udał się na komisariat w Szczucinie zgłosić zaginięcie córki to zastał tam sierżanta Leszka Witaszka oraz Grzegorza J., którzy służbę powinni skończyć już o godzinie 7:00, a mimo tego nie udali się do domu spać, tylko przyjechali na komisariat. Wersję te potwierdza także inny z byłych policjantów ze Szczucina.

    Ojciec Iwony wraz z Leszkiem Witaszkiem udali się do domu Cyganów, gdzie w tym czasie przebywała również Renata. Policjant chciał z nią koniecznie porozmawiać, więc oboje zamknęli się w pokoju. Po jakimś czasie mężczyzna wyszedł i oświadczył, że dziewczyna nic nie wie i że Iwona na pewno wróci.

    Dzisiaj prawie przekonany jestem, że powiedział jej, co ma mówić.

    – twierdził ojciec zamordowanej.

    Według materiałów policyjnych, zaginięcie nastolatki zostało zgłoszone dopiero około godziny 13:00. Najprawdopodobniej w ten sposób chciano ukryć fakt, że szczucińska policja nie prowadziła żadnej akcji poszukiwawczej.

    Dzień po zabójstwie Leszek Witaszek przywiózł Tadeusza Draba do sklepu swojej żony w sąsiedniej wsi i kupił mu kilka piw. Po czym razem z Grzegorzem J. wzięli go do radiowozu i wypytywali szczegółowo o to, co widział poprzedniej nocy. Po tej rozmowie Drab utrzymywał, że nie był niczego świadkiem, z kolei policjanci nie sporządzili z tej rozmowy żadnej służbowej notatki.

    klik <– Najnowszy reportaż "UWAGI" na temat sprawy Iwony Cygan, w którym pokazana jest wizualizacja przebiegu wydarzeń z sierpnia 1998 r., relacje rodziny oraz argumenty potwierdzające obecność Leszka Witaszka oraz Grzegorza J. przy wale wiślanym zaraz po morderstwie.

    Zastanawiający jest także fakt, że Bogusława P. naczelnika wydziału kryminalnego, a prywatnie szwagra Leszka Witaszka nie było następnego dnia na miejscu zabójstwa, co może sugerować, że był tam już wcześniej.

    Wielu świadków zeznaje, że w sprawę zamieszany jest też inny policjant z dąbrowskiej komendy, Andrzej Ł., pseudonim Jabłuszko, który był wtedy członkiem zarządu tarnowskiego WOPR i miał klucz do hangarów. Rok po zabójstwie wyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dzwonił potem do Szczucina i wypytywał ludzi co się dzieje w śledztwie. Do Polski przyjechał znowu w 2009 r., chciał zostać na dłużej. Jednak po przesłuchaniu w Archiwum X i badaniu wariografem spakował walizki i następnego dnia wrócił do USA. Dziś prawdopodobnie to on jest świadkiem incognito.

    . . .

    Jako motyw zabójstwa Iwony pojawia się handel żywym towarem. Kilku świadków zeznało, że Iwona miała wyjechać do Austrii razem z siostrą Renaty, która już od kilku lat pracowała w wiedeńskiej knajpie. Nastolatka nawet wyrobiła sobie paszport i zapewne na początku nie domyślała się do czego jest przeznaczona. Mogła być już komuś sprzedana, a ludzie, którzy zapłacili pieniądze za młodą dziewczynę, domagali się dowiezienia zakupionego towaru. Inna hipoteza zakłada, że tamtego wieczoru Iwona miała być w hangarze komuś wystawiona lub Paweł K., Józef K. oraz Robert K. chcieli nagrać film pornograficzny z jej udziałem. Może dziewczyna zbyt dobrze poznała sekrety szczucińskiego układu, a gdy chciała się wycofać, stała się dla nich potencjalnym zagrożeniem.

    . . .

    Robert K. ps. Trabant był z wykształcenia mechanikiem lotniczym. Przez jakiś czas pracował jako strażak w szczucińskiej OSP, służył też w jednostce komandosów. Był bardzo agresywnym człowiekiem. Pod koniec lat 90. wraz z innymi lokalnymi biznesmenami sponsorował zakup sprzętu dla lokalnej policji. Mężczyzna oprócz prowadzenia dwóch najpopularniejszych lokali w Szczucinie, czerpał także zyski z filmów pornograficznych i z handlu narkotykami.

    Następnego dnia po zabójstwie w pubie "U Trabanta" zaczął się remont. Przebywali tam wtedy m.in. Paweł K., jego dziewczyna oraz Trabant z żoną. Według późniejszych zeznań świadków do baru przyjechało wtedy trzech policjantów z Dąbrowy Tarnowskiej w cywilnych ubraniach, którzy rozpytywali o zabójstwo Iwony. Notatek z tego zdarzenia nie było później w aktach sprawy.

    Młodsza siostra Iwony chodziła z synem Roberta K. do klasy, rodzice czasem przyprowadzali go do Cyganów, by mógł pobawić się z koleżankami, a Iwona odprowadzała go pod wieczór do domu.

    Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.

    . . .

    W sierpniu 2018 r. mieszkańcy Szczucina chcieli uczcić 20. rocznicę śmierci Iwony Cygan poprzez odprawienie w jej intencji mszy. Jednak proboszcz miejscowej parafii odmówił, twierdząc, że obecnie na miasto jest za duża nagonka w mediach i to szkodzi parafii. Kiedy wierni próbowali dowiedzieć czegoś więcej w tej sprawie, zostali poinformowani przez jednego z księży, że msza się odbyła, jednak ze względu na nowe przepisy RODO nie można udzielać więcej informacji. Duchowny dodał również, że parafia mogła odmówić odprawienia nabożeństwa, ponieważ parafianie zgłosili się zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a ponadto jest sezon urlopowy i połowy księży nie ma. Msza w intencji Iwony odbywa się jednak co roku na prośbę rodziny i jest zamawiana pół roku wcześniej. Nabożeństwo to odbywa się jednak w sąsiedniej parafii.

    . . .

    6 czerwca 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie ruszył proces (klik). Oskarżycielami posiłkowymi byli ojciec Iwony oraz jej dwie siostry. Mama zamordowanej niestety nie doczekała się sprawiedliwości i zmarła kilka lat temu.

    Praktycznie całe życie czekałam na ten dzień. Często sobie go wyobrażałam. Ludzie, którzy są oskarżeni o morderstwo, byli w tych myślach. Bo od początku wiedzieliśmy, że to oni. Przez 20 lat próbowano nam wmówić, że zabójstwa nie było - akt oskarżenia, który zostanie dziś odczytany, jest dowodem na to, że tej sprawy nie da się już dłużej zamiatać pod dywan

    – mówiła przed drzwiami do sali sądowej starsza z sióstr zamordowanej nastolatki.

    Na ławie oskarżonych zasiadło 18 osób: Paweł K., Józef K., Renata G.-D. oraz 15 skorumpowanych policjantów. Dowiezieni z aresztów zasiedli w pomieszczeniu za kuloodporną szybą. Przed oskarżonymi siedzieli w dwóch rzędach ich adwokaci, aż 25 osób, ponieważ każdy z oskarżonych posiadał dwóch lub trzech obrońców. Znalazło się tam kilku bardzo popularnych prawników "z najwyższej półki".

    W sprawie występują także świadkowie incognito, przez co między innymi proces toczy się częściowo za zamkniętymi drzwiami. Wiadomo tylko, że oskarżeni na sali sądowej nie zachowali powagi, wręcz zachowywali się "jak na spotkaniu towarzyskim".

    W czerwcu odbyła się następna rozprawa, na której sąd zgodził się na obecność mediów, jednak nie wolno im na bieżąco przekazywać relacji z procesu. Wszystko po to, by świadkowie, którzy do tej pory nie byli jeszcze przesłuchiwani, nie zmieniali zeznań pod wpływem innych relacji.

    Sąd szuka złotego środka. Nie chce całkowicie utajniać sprawy. Media mają prawo być na sali rozpraw. Dziennikarze mogą gromadzić materiały, bo przyjdzie moment, w którym będzie to można ujawnić. Te zgromadzone materiały mogą im się przydać po zakończeniu procesu czy wtedy, gdy ten zakaz zostanie złagodzony. A to jest możliwe

    – mówił rzecznik Sądu Okręgowego w Rzeszowie. Z kolei sędzia Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości, decyzję tę skomentowała następująco:

    Jest to ograniczanie swobody mediów oraz praw obywatelskich. Zasadą konstytucji jest prawo obywatela do jawnego rozpoznania sprawy.

    Na rozprawie, która odbyła się na początku października, sąd uchylił areszt tymczasowy dla 13 byłych policjantów oraz dla Renaty G.-D. Większość z nich dotąd nie złożyła nawet zeznań przed sądem, tak jak 35 świadków incognito występujących w sprawie. Sąd uznał jednak, że oskarżeni nie mogą już wpływać na świadków i postanowił wypuścić podejrzanych na wolność ze skutkiem natychmiastowym, więc po rozprawie podejrzani nie wrócili już do zakładów karnych. Dostali jedynie zakaz opuszczania kraju oraz obowiązek meldowania się na posterunku w Szczucinie.

    Prokurator Piotr Krupiński, naczelnik Małopolskiego Wydziału do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Prokuraturze Krajowej złożył zażalenie na decyzję rzeszowskiego sądu okręgowego, w której podkreślił, że istnieje realna groźba matactwa ze strony oskarżonych.

    Istotna w całej sytuacja jest realna obawa, że zwolnieni z aresztu oskarżeni policjanci mogliby próbować ustalać, kim są anonimowi świadkowie ze Szczucina, niewielkiego, liczącego 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczka, i próbować ich zastraszać. Na ten aspekt sprawy zwraca uwagę rodzina zamordowanej, zaznaczając, że niełatwo było przez długie lata przerwać zmowę milczenia wokół tragedii.

    30 października Sąd Apelacyjny miał rozpoznać zażalenia prokuratury, jednak nie był w stanie ponieważ Sąd Okręgowy w Rzeszowie nie wysłał im wszystkich akt. Ostatecznie akta przesłano, jednak posiedzenie zostało odroczone, a kolejne wyznaczone na 13 i 14 listopada. Jednak przez zwłokę sądu okręgowego zażalenia, które według przepisów winny być rozpoznane niezwłocznie, będą rozpoznane prawie półtora miesiąca od wyjścia podejrzanych z aresztu.

    . . .

    Na grobie Iwony Cygan wyryto słowa: "Tu leży niewinna istota, którą skrzywdził człowiek””. Miałaby dziś 37 lat.

    . . .

    W 2011 r. w programie "Listy gończe" został wyemitowany odcinek o sprawie Iwony Cygan –> klik

    Reportaż UWAGI z 2017 r. –> klik

    Filmik z youtubowego kanału Niediegetyczne z 2017 r. –> klik

    Reportaż TVN INFO z 2018 r.–> klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    Zapraszam także do obserwowaniarejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

    •  

      a witaszek za co był sądzony? w procesie z tego roku nie bierze udziału? przecież policjant mataczący przy sprawie powinien być sądzony za współudział.

      @kuhonnyje_rewaljucje:

      Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

      Z tekstu to jednoznacznie nie wynika ale najprawdopodobniej Witaszek poddał się dobrowolnie karze bez przeprowadzenia rozprawy. W takiej sytuacji sąd wyłącza pozostałych sprawców do odrębnego postępowania i sądzi ich w "normalnym" trybie. Witaszek może występować w sprawie "głównej" jako świadek. pokaż całość

      +: kvoka
    •  

      Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się >sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał >wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.
      @kvoka: No jaki biedaczek, z pewnością w tej sprawie mu nagle wyrzuty przyszły na myśl, a jak przehandlował porno z nastolatkami, albo same nastolatki za granicę, to wszystko spoko. pokaż całość

    • więcej komentarzy (58)

  •  

    Dziś nowy wpis na #polskiepato.

    Historię podzieliłam na dwa posty, ponieważ przy próbie dodania całości w jednym wpisie pojawia się komunikat z Wykopu, że treść jest za długa. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    • • •

    Część 1

    W 1998 r. Iwona Cygan była uśmiechniętą i pełną życia 17-latką. Uwielbiała dzieci, a one ją. Często zbierała grupkę urwisów z okolicy i organizowała im zabawy. Zadatki na przedszkolankę łączyły się z jej planami na przyszłość, ponieważ nastolatka marzyła o zawodzie nauczycielki. Była ładną i dość nieśmiałą dziewczyną, ostrożną w nawiązywaniu kontaktów. Uczyła się dobrze, a po wakacjach miała iść do 3. klasy liceum w Dąbrowie Tarnowskiej.

    Ostatni miesiąc wakacji był w Szczucinie (woj. małopolskie) dość chłodny, mimo tego 13 sierpnia Iwona postanowiła wybrać się na rolki. Gdy była już przy furtce, starsza siostra zawołała ją do telefonu, więc dziewczyna wróciła jeszcze do mieszkania. Dzwoniła Renata G., z którą się przyjaźniła, jednak niedawno podjęła decyzję, by zakończyć znajomość i przyznać rację mamie, która od początku była przeciwna tej relacji. Nastolatka mówiła, że nie ufa koleżance, uważała, że ma dziwne towarzystwo i czuła się przez nią okłamywana.

    Dziewczyny były równolatkami, jednak to Renata dominowała w ich znajomości. Od jakiegoś czasu zadawała się z tak zwaną "elitą Szczucina", czyli z okolicznymi biznesmenami i ludźmi z pieniędzmi. Należał do nich prawie 40-letni Robert K. ps. Trabant właściciel baru "U Trabanta" oraz klubu "Zajazd Leśny". Lokale znajdowały się blisko siebie, w samym centrum miasteczka, a z braku innych rozrywek mieszkańcy Szczucina uczęszczali zwykle do obu lokalów tego samego wieczoru. Czas tam spędzali zarówno licealiści, jak i dorośli, także policjanci zaprzyjaźnieni z właścicielem, który cieszył się w okolicy powszechnym uznaniem. Jedni przychodzili potańczyć, drudzy robić szemrane interesy. Wśród kolegów Renaty byli też znajomi jej siostry, przez miejscowych nazywani "grupą austriacką". Jednym z nich był 26-letni Paweł K. ps. Młody Klapa. Mężczyzna skończył zawodówkę, w której wyuczył się na tokarza. Przez jakiś czas pracował jako ochroniarz w barze Trabanta, a później zaczął wyjeżdżać do Grecji, następnie do Austrii, gdzie na czarno podejmował się prac budowlanych. Z czasem zajął się także organizacją wyjazdów do sprzątania domów w Austrii.

    Podczas rozmowy telefonicznej Renata usilnie przekonywała Iwonę do spotkania, zapewniając, że to bardzo pilne. Mimo długiego opierania się, nastolatka niechętnie przystała na propozycję i przekonana, że za chwilę wróci do domu, pomachała mamie i około godziny 19:00 ruszyła w stronę kościoła, w pobliżu którego się umówiła. Dziewczyny udały się do "Zajazdu Leśnego", gdzie rozmawiały ze znajomymi. O godzinie 21:00 siostra Iwony spotkała ją wychodzącą z lokalu –. była uśmiechnięta i mówiła, że wybiera się już do domu. Późnym wieczorem starsza z córek wróciła przekonana, że siostra śpi w swoim pokoju. Ich matka, słysząc zamykające się drzwi wejściowe, była pewna, że wróciła także Iwona. Niestety, nad ranem nie zastała jej w łóżku. Rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Starsza córka bezzwłocznie zadzwoniła do Renaty, jednak telefon odebrała jej siostra, która powiedziała, że nastolatka jest na kursie na prawo jazdy. Rodzina zaginionej udała się tam z nadzieją, że dowie się, co się stało z Iwoną. Według ich relacji, Renata w ogóle nie zdawała się zaskoczona zniknięciem przyjaciółki, zachowywała się dziwnie i długo nie chciała z wrócić z nimi do Szczucina, by pomóc w poszukiwaniach. Od razu po powrocie ojciec zgłosił policji zaginięcie.

    Jeszcze tego samego dnia około godziny 14:30 rolnik, który prowadził krowę na pastwisko, odnalazł przy wale Wisły w Łęce Szczucińskiej zmasakrowane ciało Iwony. Nastolatka leżała twarzą do ziemi, na plecach miała skrępowane sznurkiem ręce, a na szyi zadzierzgniętą pętlę z drutu. Jej ciało było częściowo obnażone, a spodnie i bielizna zsunięte na uda. Była brutalnie pobita, miała głównie obrażenia głowy, okolicy potylicznej, klatki piersiowej, pleców oraz dwukrotnie złamaną żuchwę. Uderzenia były zadawane ze znaczną siłą, po całym ciele i przy użyciu różnych przedmiotów. Miała też wyrwane kolczyki i obcięte włosy, co mogło świadczyć o tym, że sprawcy chcieli upokorzyć swoją ofiarę. Policjant pracujący nad sprawą wspominał:

    Analiza oględzin miejsca ujawnienia zwłok i samego ciała ofiary wskazuje, że sprawcy chcieli ją upokorzyć, pastwić się nad nią. Być może w trakcie tego zdarzenia doszło do aktów mających ślady seksualności. W grupie napastników na pewno byli mężczyźni.

    Iwona umarła w wyniku gwałtownego uduszenia drucianą pętlą i częściowego zamknięcia dróg oddechowych krwią spływającą z obrażeń twarzy. Nie było żadnych śladów, które wskazywałyby, że została zgwałcona. Nastolatka była pobita do takiego stanu, że rodzina nie była w stanie zidentyfikować jej ciała. Udało im się to na podstawie ubrań, które miała na sobie.

    W pobliżu zwłok znajdowały się fragmenty sztachet i rozbite butelki po winie. Policja zabezpieczyła także włókna w rzadkim kolorze biskupim oraz ludzkie włosy. W nocy podczas burzy, deszcz zatarł większość śladów.

    Według oficera policji, sprawcami musiały być osoby, które dobrze znały okolicę:

    Sprawcy w tym miejscu czuli się bezkarnie i pewnie. A więc znali pewne zwyczaje sąsiednich domów i że w miejscu zbrodni nie zjawi się potencjalny świadek. Być może czuli się na tyle bezkarni, że nawet nie obawiali się, że jak ktoś ich zauważy to i tak im nic nie grozi.

    . . .

    Policja popełniła szereg błędów i rażących zaniedbań, które były widoczne już od samego początku śledztwa. Zwłoki Iwony szybko zabrano, a na miejscu zbrodni nikt nie został. Nie zabezpieczono nawet terenu. Dopiero po interwencji członka rodziny Cyganów śledczy wrócili na miejsce i ostatecznie zabezpieczono szereg dowodów.

    Mimo intensywnych opadów minionej nocy psy tropiące złapały ślad. Jednak prokurator stwierdził, że idą za zającem i kazał je odwołać.

    Niedaleko miejsca odnalezienia zwłok, pod namiotami wypoczywali turyści, których funkcjonariusze nawet nie przesłuchali. Nie przeszukano także hangarów WOPR, ani baru "U Trabanta". Nie zabezpieczono ważnych dowodów lub je zniszczono. Nie włączono też do materiałów śledztwa żadnych notatek obciążających osoby, które dzisiaj w tej sprawie są oskarżone. Za to przesłuchano około 250 świadków, których zeznania jednak zdaniem policji były bezwartościowe i nie wniosły nic do śledztwa. Nie postawiono także nikomu zarzutów, a jedną z pierwszych hipotez policji było to, że Iwonę zabili sataniści.

    W miasteczku zapanowała zmowa milczenia. Mieszkańcy najwyraźniej bali się rozmawiać z policją, która zresztą także nie starała się ujawnić prawdy o tym brutalnym morderstwie. Cała okolica dużo wcześniej wiedziała, u kogo danego dnia będą odbywały się przeszukania, czy kto kiedy będzie wzywany na przesłuchanie. Mieszkańcy Szczucina wiedzieli także, kto dokonał tej zbrodni, a już następnego dnia po morderstwie, na rynku rozmawiano o tym, kto dokładnie w nim uczestniczył.

    Renata podczas jednego z pierwszych przesłuchań w Dąbrowie Tarnowskiej twierdziła, że nie znała Iwony. Mimo tego, że wszyscy w okół doskonale widzieli ich intensywną przyjaźń, a oczywistym było, że dziewczyna kłamie. Nie zostały jednak postawione jej żadne zarzuty. Według jej późniejszej relacji, miała rozstać się z Iwoną na rynku po godzinnym spotkaniu i każda z nich poszła w swoim kierunku.

    Dwa miesiące po znalezieniu ciała policja zwróciła rodzicom Iwony jej ubrania, co jest standardową procedurą, jeżeli rzeczy osobiste nie są już potrzebne do badań. Jednak trzy tygodnie później u pogrążonej w żałobie rodziny pojawił się człowiek w mundurze funkcjonariusza policji twierdząc, że musi je ponownie zabrać. Rodzina wydała wszystko, z wyjątkiem butów. Mężczyzna nie zostawił żadnego pokwitowania, a rzeczy nie trafiły do prokuratury, tylko rozpłynęły się bez śladu.

    . . .

    Na pogrzeb Iwony przyszły tysiące ludzi, głównie młodzież. Koledzy nieśli trumnę kilka kilometrów ze Szczucina do Ratajów, gdzie została pochowana. (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    W styczniu 1999 r. został wyemitowany odcinek programu "997" (klik), w którym poinformowano o nagrodzie ufundowanej przez wójta Szczucina i lokalnego biznesmena, właściciela firmy Tankpol, o wysokości 20 tysięcy złotych za pomoc w ujęciu sprawców. Po emisji programu 31-letni Tadeusz Drab (zdjęcie) powiedział w barze kolegom, że wie, kto zabił Iwonę i chce podzielić się tą wiedzą z policją. Chwalił się, że to on zgarnie nagrodę. Nie zdążył jednak złożyć zeznań, ponieważ już następnego dnia zaginął, a jego ciało wyłowiono z Wisły dopiero po kilku miesiącach. Miejscowi śledczy uznali to za samobójstwo, choć nic nie wskazywało na to, by mężczyzna z planami na przyszłość i ukochaną dziewczyną u boku, którą miał niedługo poślubić, chciał targnąć się na swoje życie. Dodatkowo Drab świetnie pływał, był wręcz wychowany nad rzeką, a po wyłowieniu z wody ręce miał skrępowane sznurem. Jednak to także nie przekonało śledczych do wszczęcia dochodzenia w sprawie zabójstwa oraz nie połączyli tej sprawy z morderstwem Iwony.

    Śmierć Tadeusza zamknęła na dobre usta mieszkańcom Szczucina i okolic. Gdy ktoś próbował rozmawiać z mundurowymi sąsiedzi ostrzegali – "przestań, bo zginiesz jak Tadek Drab". Ludzie panicznie bali się sprawców, których doskonale znali, tak samo zresztą jak policja i rodzina ofiary.

    . . .

    Po zabójstwie Iwony w Szczucinie zaczęło dochodzić do niewyjaśnionych aktów agresji wobec mieszkańców. Został pobity miejscowy ksiądz oraz licealiści, których dodatkowo wywieziono nad Wisłę i grożono śmiercią.

    . . .

    Sprawa Iwony Cygan po raz pierwszy została umorzona 8 lipca 1999 r. z powodu "braku dowodów".

    . . .

    20 grudnia 2013 r. kuzyn Iwony, który od początku bardzo pomagał rodzicom zamordowanej w dotarciu do prawdy, odnalazł swojego syna, 18-letniego Darka Cygana powieszonego w garażu. Wszelkie okoliczności jego śmierci wskazywały na udział osób trzecich, jednak Prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej umorzyła śledztwo. Darek znał się z synem Trabanta i według jednej z relacji chłopcy mieli pokłócić się na jednym z grillów, po czym Cygan miał mu powiedzieć, że jest synem mordercy.

    . . .

    Rankiem 24 sierpnia 2014 r. w Szczucinie przypadkowy przechodzień odnalazł ciało 30-letniego Marka Kapela (zdjęcie). Zwłoki znajdowały się w dziwnym ułożeniu, a mianowicie głowa została przygnieciona ciężkimi elementami betonowego ogrodzenia, które zadziałały jak gilotyna (zdjęcie) (zdjęcie). Jego ciało wyglądało tak, jakby walczył, aby wydostać się spod betonowych płyt. W dniu swojej śmierci Marek, który na co dzień pracował w firmie budowlanej, wyszedł z baru "Ambrozja", gdzie według barmanki wypił niewiele, może dwa lub trzy piwa. Do domu miał około trzech kilometrów, które przemierzał wzdłuż jednej z najczęściej uczęszczanych dróg w miasteczku. Monitoring zarejestrował jego postać około godziny 23:10, jednak w zasięgu kolejnej kamery mężczyzna już się nie pojawił. Osiem godzin, które upłynęły pomiędzy ostatnim nagraniem a odnalezieniem zwłok, owiane jest tajemnicą. Policjanci uznali, że zginął około północy, jednak według ratowników medycznych, którzy zjawili się na miejscu odnalezienia zwłok, musiało to być około czwartej nad ranem. Tymczasem, około drugiej w nocy, tuż obok miejsca, gdzie leżał Kapel, policjanci wylegitymowali dwóch mężczyzn, którzy szli środkiem drogi. Co więcej, jak pokazuje monitoring, w nocy dwa razy obok tego miejsca przejeżdżał radiowóz.

    Następnego dnia na miejscu odnalezienia zwłok nikt nie zabezpieczył śladów, a po dwóch godzinach było już tam pusto. Ubrania Marka po jakimś czasie zostały zutylizowane, nie pobrano z nich także żadnych śladów. Nie wezwano psów tropiących ani nie zlecono przeprowadzenia eksperymentu, który mógłby wykazać, czy wybicie samodzielne głową przęsła było w ogóle możliwe. W końcu postępowanie w sprawie śmierci Marka Kapela zostało umorzone przez Prokuraturę Rejonową w Dąbrowie Tarnowskiej ze względu na "brak znamion czynu zabronionego" i mimo sprzeciwu rodziny uznane za nieszczęśliwy wypadek lub samobójstwo.

    Wiadomo było, że Marek posiadał informacje dotyczące morderstwa Iwony Cygan. Koledzy prosili go, aby nie mówił o tym głośno, ostrzegali, że "skończy jak Tadek Drab". Dwa miesiące przed śmiercią potrącił go samochód, a nieznany sprawca uciekł. Kapel miał złamane trzy żebra i stłuczoną rękę, jednak nie chciał zgłosić zdarzenia na policję. Najprawdopodobniej odebrał to jako ostrzeżenie i umyślne potrącenie.

    (klik)

    . . .

    Matka zamordowanej Iwony mówiła, że przy policjantach i prokuratorach ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej czuła się jak morderczyni, nie jak ofiara. Przez wiele lat rodzina Cyganów nie mogła nawet znaleźć pełnomocnika, który by ją reprezentował. Kolejni adwokaci z kancelarii w Tarnowie, a nawet w Krakowie odmawiali, tak jakby doskonale wiedzieli, że nie jest to zwykła sprawa kryminalna. Wszyscy widzieli, że gdy tylko ktoś próbował dotrzeć do prawdy, miał realne kłopoty. Po wielu latach batalii z mundurowymi – dopiero gdy w 2009 r. sprawą zainteresowało się krakowskie Archiwum X – śledztwo zaczęło nabierać tempa. Udało się nawiązać kontakt ze świadkiem wydarzeń z sierpnia 1998 r. Mężczyzna w rozmowie z policjantami zeznał, że widział, jak na rynku przy Iwonie i Renacie zatrzymał się gwałtownie biały polonez prowadzony przez Pawła K. zwanego Młodym Klapą. Po krótkiej rozmowie dziewczyny wsiadły do środka. Świadek w obliczu prokuratury wycofał się jednak z części zeznań, a niebawem po tym Archiwum X zostało odsunięte od sprawy, ponieważ "ktoś wyżej" uznał, że "za bardzo angażuje się w pomoc rodzinie". Śledztwo ponownie zostało umorzone. W 2014 r. sąd nakazał prokuratorom je wznowić, stwierdzając, że nie zrobiono wszystkiego, aby odnaleźć mordercę. Krótko po tym udało się dotrzeć do nowych dowodów, a mianowicie do kasety wideo, na której widać, jak Paweł K. bawi się na weselu w Szczucinie dwa dni po śmierci Iwony. Było tam niespełna sto osób, w tym prawie wszyscy oskarżeni dziś o udział w zabójstwie. Na nagraniach widać, że Młody Klapa był ubrany w marynarkę koloru biskupiego, prawdopodobnie tę samą, której włókna zabezpieczono na miejscu zabójstwa Iwony. Jego pobyt na zabawie wskazywał także na to, że alibi z 1998 r., według którego w noc morderstwa miał być w drodze do Austrii jest nieprawdziwe.

    W 2016 r. media podały informację, że policjanci są o krok od złapania morderców. Na początku października w Łęce Szczucińskiej, gdzie przed laty znaleziono ciało nastolatki, został przeprowadzony eksperyment procesowy (klik), który miał polegać na m.in. odtworzeniu relacji świadka (zdjęcie) (zdjęcie). W eksperymencie brała udział Żandarmeria Wojskowa, która użyczyła drona do skanowania terenu oraz naziemnego sprzętu do mapowania 3D miejsc zdarzeń. (klik)

    Do tego czasu zebraliśmy bardzo dużo materiału dowodowego. Z najnowszych informacji wynika, że miejsce znalezienia zwłok najprawdopodobniej nie było miejscem zabójstwa. Pod uwagę bierzemy również fakt, że ciało Iwony było roznegliżowane. Choć sekcja zwłok wykluczyła jakikolwiek kontakt seksualny. Uważamy, że sprawca celowo chciał wprowadzić w błąd policję co do miejsca i motywu zbrodni

    – mówił Bogdan, szef krakowskiego Archiwum X. Po latach została przerwana też zmowa milczenia, a policja dotarła do świadków wydarzeń sprzed lat, którzy w końcu zdecydowali się na rozmowę z funkcjonariuszami.

    klik <– wywiad z owym Bogdanem, bardzo ciekawy człowiek (rozmowa nie dotyczy tej sprawy).

    . . .

    Zaraz po przeprowadzeniu wizji lokalnej w Łęce Szczucińskiej zaginął 79-letni Wojciech Sołtys (zdjęcie) ze Świdrówka pod Szczucinem. Dopiero po ponad trzech tygodniach poszukiwań w trudno dostępnym miejscu nad Wisłą znaleziono jego zwłoki. Mężczyzna leżał twarzą do ziemi i był nieadekwatnie ubrany do pory roku – miał na sobie tylko koszulkę polo z długim rękawem oraz dresowe spodnie. Kilkaset metrów dalej znajdował się spalony wrak jego samochodu. Tablica rejestracyjna leżała na ziemi.

    Mężczyzna posiadał plany na przyszłość, remontował dom i miał już kupiony bilet na lot do Stanów Zjednoczonych, w których wcześniej spędził ponad 30 lat życia. W dniu, w którym zaginął, nie zjawił się na lotnisku, o czym powiadomiono jednego z jego braci, który od razu wybrał się do domu Wojciecha. Zastał tam otwartą bramę na posesję. Nie było słychać szczekania psa, który – jak się później okazało – leżał martwy. Jego sekcja zwłok wykazała, że zmarł z wygłodzenia.

    Przy ciele denata znaleziono sporo gotówki, w tym amerykańskie dolary, oraz telefon komórkowy.

    Jednoznacznej przyczyny śmierci nie udało się ustalić. Wykluczono natomiast, że był to jakiś uraz, jak np. pobicie.

    Biegli wskazali, że najbardziej prawdopodobną przyczyną zgonu była ostra niewydolność układu krążenia w przebiegu uszkodzenia mięśnia sercowego na tle miażdżycowym

    – mówił zastępca prokuratora rejonowego w Dąbrowie Tarnowskiej. Tłumaczył też, że dla dobra śledztwa więcej szczegółów ujawnić nie może, ale. dodał, że prowadzą śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

    Krewni zmarłego nie wierzą w zgon z przyczyn naturalnych. Według brata sprawcą musiał być ktoś miejscowy, kto dobrze znał okolicę, ponieważ miejsce znalezienia zwłok jest obszarem rzadko uczęszczanym i trudno dostępnym.

    Tarnowska prokuratura w końcu umorzyła sprawę, której akta dopiero pod koniec 2017 r. trafiły do Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Postępowanie zaczęło być prowadzone w kierunku podejrzenia zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

    . . .

    Śledztwo w sprawie morderstwa Iwony Cygan kontynuował Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wraz z policjantami ze specjalnej grupy zajmującej się niewyjaśnionymi zbrodniami sprzed lat –- Archiwum X – z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

    Zebrane przez nich dowody, zeznania świadków oraz opinie Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie pozwoliły, by w grudniu 2016 r. za 45-letnim już Pawłem K. został wysłany list gończy, a Sąd Okręgowy w Tarnowie wydał Europejski Nakaz Aresztowania (klik) (klik), ponieważ nieznane było aktualne miejsce pobytu podejrzanego. Na liście gończym widniała kwalifikacja mówiąca o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem, a zdaniem prokuratury podejrzany 13 i 14 sierpnia 1998 r., korzystając z pomocy swego ojca Józefa K. ps. Stary Klapa, zadawał Iwonie liczne ciosy twardym narzędziem, a następnie wywiózł ją w okolice wałów przeciwpowodziowych w Łęce Szczucińskiej, gdzie ofiarę skrępował i doprowadził do jej śmierci.

    Paweł K. został aresztowany 9 stycznia 2017 r. w Wiedniu przez austriackie organy ścigania, a w połowie miesiąca został wysłany z Polski wniosek o jego ekstradycję. Po dwóch rozprawach sądowych w tej sprawie Młody Klapa (zdjęcie) został przetransportowany do Polski wojskowym samolotem 11 maja, a następnie eskortowany przez Żandarmerię Wojskową do Aresztu Śledczego w Krakowie. Jeszcze podczas pobytu w Wiedniu, K. twierdził, że jest krewnym byłej premier Ewy Kopacz, która chroniła go przez te wszystkie lata, o czym pisały wszystkie austriackie media (klik). Polityk wszystkiemu zaprzeczyła i wytłumaczyła się zwykłą zbieżnością nazwisk.

    17 maja w polskiej prokuraturze Paweł K. nie przyznał się do zarzutu i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Mężczyzna został przebadany wykrywaczem kłamstw, które wykazało, że posiada dużą wiedzę na temat zabójstwa Iwony, że coś ukrywa i usiłuje oszukać urządzenie, stosując uniki psychologiczne.

    Kolega Młodego Klapy zeznał, że mężczyzna ten jest maniakiem seksualnym i w latach 90. gdy przyjeżdżał z Austrii do rodzinnego Szczucina, często razem bywali u tarnowskich prostytutek.

    . . .

    DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

  •  

    Tak się właśnie zastanawiam, czy są może jakieś badania pokazujące jak masowe strzelaniny w szkołach wpływają na bullying? Bo wiemy, że bullying wpływa na masowe strzelaniny, ale czy to działa w drugą stronę? Czy w szkole w której dochodzi do masakry zjawisko bullyingu ustępuje? Albo czy po wysypie takich strzelanin w USA się to dzieje? Ma ktoś może dane na ten temat?

    #zabojstwo #szkola #usa #strzelanina #morderstwo pokaż całość

  •  

    Oczywiście panowie z DzielnyTata.pl dali popis swoich możliwości. Psychol zamordował z zimną krwią swoje dziecko, które ponoć kochał i które nic mu nie zrobiło, ale to nic, bo przecież kobiety robią aborcje. Czyli ja sobie mogę iść kogoś zamordować, bo gdzieś tam na świecie też ktoś kogoś zabił i nikt nie powinien mnie za to oceniać. I naprawdę porównują morderstwo kilkuletniego dziecka, do aborcji z dokonanej z powodu zagrożenia życia matki, ciężkich i nieodwracalnych wad płodu lub gwałtu???
    Wcale się nie dziwię, że są alienowani rodzicielsko, bo wyraźnie mają coś nie tak z deklem
    #morderstwo #dzieci #aborcja #podludzie #dzielnytata #alienacjarodzicielska #logikaniebieskichpaskow
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Ostrzegam, że opis tej zbrodni jest drastyczny i dotyczy dziecka! Wrażliwsi są proszeni o nieczytanie poniższego tekstu.

    • • •

    KRZYSZTOF PAŃKÓW, rocznik '66

    Rankiem 3 października 1996 roku 9-letnia Kasia G. (zdjęcie) jak co dzień wyszła do szkoły w rodzinnym Byczynie (woj. opolskie), jednak na klatce schodowej spotkała pijanego sąsiada, 30-letniego Krzysztofa. Mężczyzna siłą zaciągnął dziewczynkę do swojego mieszkania (zdjęcie), gdzie skrępował jej ręce i nogi krawatami. Unieruchomioną przyduszał poduszką i wkładał palce do pochwy. W końcu zacisnął na jej szyi materiałowy pasek od sukienki i udusił. Wszystko to trwało około sześciu godzin.

    Matka Kasi nie zmartwiła się, gdy córka nie wróciła do domu po szkole, myśląc, że wybrała się ze swoim ojcem w odwiedziny do chorej ciotki. Rodzice zaczęli poszukiwania dopiero od godziny 16:00, a wieczorem trzecioklasistki szukała już cała Byczyna. Jednak dziewczynka nie żyła już od godziny 14:30 — wtedy Pańków zaniósł jej zwłoki do łazienki, ułożył w wannie i zaczął ćwiartować przy użyciu kuchennego noża i piłki do metalu. Fragmenty ciała spakował w foliowe reklamówki i upychał za szafą.

    Rodzina i mieszkańcy miasteczka przeszukiwali wszystkie pobliskie kamienice, zjawili się także u Krzysztofa, jednak nie zauważyli nic niepokojącego. Mężczyzna nie płacił rachunków za energię, więc elektrownia odłączyła mu prąd, dlatego w ciemnościach panujących w jego mieszkaniu ciężko było dostrzec wszechobecne ślady krwi. Początkowo nikt nie podejrzewał, że Pańków może mieć coś wspólnego z zaginięciem Kasi, ponieważ bardzo dobrze znał zarówno ją, jak i jej rodziców. Od lat mieszkali drzwi w drzwi, a matka i ojciec dziewczynki czasami zapraszali go na obiady i dawali jedzenie, gdy nie miał pieniędzy. Rok wcześniej, podczas komunii córki, jej matka przyniosła mu nawet poczęstunek.

    Wieczorem wyniósł poćwiartowane ciało z domu i porzucił na podmiejskim dzikim wysypisku oraz obok silosów w pobliskich Jaśkowicach. Kiedy tam szedł, zmęczył się, więc postanowił odpocząć i kupić sobie piwo. Stał spokojnie z innymi ludźmi i popijał browarka, mając przy nodze torbę z ciałem dziewczynki.

    Następnego dnia okolicę wysypiska przeszukiwała trójka ochotników. Około godziny 11:00 mężczyźni dojrzeli w krzakach poplamione krwią reklamówki, w których spakowana była głowa oraz kończyny zaginionej. Jeszcze tego samego dnia policja zatrzymała mordercę, którego wskazali okoliczni mieszkańcy. Według ich relacji Pańków nie pomagał w poszukiwaniach Kasi, dodatkowo był widziany z podejrzanie wyglądającymi pakunkami. Gdy mundurowi wyprowadzali Krzysztofa, pod jego kamienicą zabrał się rozjuszony tłum, który chciał go zlinczować.

    Podczas przesłuchania mężczyzna od razu przyznał się do winy i wskazał, gdzie zakopał tułów 9-latki. Decyzję o jej poćwiartowaniu tłumaczył tym, że kiedyś przeczytał, że jest to najlepszym sposobem na pozbycie się zwłok.

    Podczas wizji lokalnej dokładnie pokazał miejsca, w których porzucił zwłoki i precyzyjnie opisał przebieg zbrodni. W trakcie jej trwania ponownie omal nie doszło do samosądu z rąk mieszkańców.

    . . .

    Kasia została pochowana w rodzinnej miejscowości. Jej trumnę nieśli harcerze, a za nimi podążało aż trzy tysiące żałobników.

    . . .

    Proces (zdjęcie) (zdjęcie) wzbudzał wiele emocji, a ludzie żądali dla oskarżonego kary śmierci, na której wykonywanie obowiązywało wtedy moratorium.*

    Kasia była jedynaczką i długo oczekiwanym przez rodziców dzieckiem. Na jednej z rozpraw jej matka powiedziała:

    Miałam w życiu tylko jeden kwiat. Ten kwiat potrzebował opieki, potrzebował troski. Nie potrafił się bronić. Został w brutalny sposób zaatakowany, zniszczony i rozrzucony po polach. Dlatego domagam się jak najwyższego wymiaru kary i żeby ta kara ustrzegła te wszystkie kwiaty, które jeszcze są, jeszcze cieszą nasze oczy. Bo moich oczu już nic nie ucieszy.

    Podczas rozprawy Pańków skorzystał z prawa odmowy składania wyjaśnień, jednocześnie podtrzymując wyjaśnienia, które składał podczas śledztwa.

    . . .

    Krzysztof Pańków został oskarżony o zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem oraz morderstwo. 28 sierpnia 1997 roku zapadł wyrok, w którym za pierwszy z czynów został skazany na 8 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat pozbawienia praw publicznych, z kolei za drugi otrzymał dożywotnie pozbawienie wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Orzeczona kara łączna za wszystkie czyny to dożywotnie pozbawienie wolności oraz pozbawienie praw publicznych na 10 lat.

    Przed odczytaniem wyroku oskarżony w swojej mowie końcowej powiedział:

    Nie mogę prosić ludzi o cokolwiek dla siebie, więc zwracam się do sądu o sprawiedliwy wyrok. Proszę o wymierzenie kary śmierci.

    Wyrok nie uprawomocnił się gdyż oskarżony i jego obrońca złożyli apelację, w której wnieśli o łagodniejszy wymiar kary. Adwokat uznał między innymi, że Sąd Wojewódzki w Opolu (w latach 1950-1999 teraźniejsze sądy okręgowe były nazywane wojewódzkimi, ze względu na dawny podział administracyjny na 49 województw) wydał wyrok pod naciskiem opinii publicznej. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał jednak, że nie ma podstaw, by tak twierdzić i utrzymał wyrok w mocy. Podkreślił także, że fakt, iż od zgwałcenia do zabicia Kasi minęły około dwie lub trzy godziny, dowodzi, że oskarżony miał czas na przemyślenie swojego postępowania i dalszych zamiarów. Sąd uznał, że mimo tego, iż Pańków nie był wcześniej karany za zbrodnie na tle seksualnym, są nikłe szanse na jego resocjalizację i sprawia potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa.

    . . .

    Dziś Kasia byłaby już Katarzyną i miałaby 31 lat.
    . . .

    W roku 2000 Pańków udzielił wywiadu w programie "Cela nr" —> klik (polecam!)

    . . .

    * moratorium (łac. moratorius, zwlekający) – zawieszenie, tymczasowe wstrzymanie.

    W 1988 r. władza ludowa stwierdziła, że z jakichś przyczyn wstrzymanie wykonywania kary śmierci może przynieść im korzyść (pewnie chodziło o zyskanie przychylności społeczeństwa), dlatego zaczęło obowiązywać moratorium na jej wykonywanie. Tak jak dość częste za PRL-u amnestie. Tym razem jednak nie zawracali sobie głowy uchwalaniem ustaw, tylko po prostu stwierdzili, że wyroki śmierci nie będą wykonywane. Zostawili sobie w ten sposób furtkę na przyszłość, gdyby się okazało, że wykonywanie kary śmierci trzeba przywrócić. Dopiero po zmianie systemu uregulowano tę kwestię ustawowo (zresztą w kiepski sposób, co pokazał przypadek Trynkiewicza). Ponadto to uregulowanie ustawowe było jednym z niezbędnych warunków integracji Polski z UE.

    Już w trakcie obowiązywania moratorium 10 osób zostało skazanych na karę śmierci (klik). Dopiero w 1995 r. niewykonane kary zamieniono na karę 25 lat pozbawienia wolności.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Opolu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: pankow.jpg

  •  

    Widzę, że zrobiło się głośno w polskich mediach o sprawie Chrisa Whattsa. Oczywiście redaktorzy mają problemy z tłumaczeniem i nie raz wypisują różne głupoty. Mną ta sprawa wyjątkowo wstrząsnęła, więc poczytałam trochę anglojęzycznych artykułów i komentarzy. Postanowiłam opisać jak to wyglądało, ostrzegam, że znajdą się tu drastyczne treści więc nie radzę jeść ani czytać osobom wybitnie wrażliwym.

    Tło:
    Shanann Whatts (34 lata) i Chris Whatts (33 lata) byli małżeństwem od sześciu lat. Mieli dwie córki: Belle (4 lata) i Celeste (3 latka). Shanann była w 15 tygodniu ciąży z ich trzecim dzieckiem, chłopcem. Mieli go nazwać Nico. Chris pracował w firmie zajmującej się wydobyciem ropy i gazu, jego żona pracowała firmie zajmującej się sprzedażą bezpośrednią. Rodzina kupiła w 2015 roku duży sześciopokojowy dom na kredyt w mieście Fredric, w stanie Colorado. Mieli też dwa samochody na kredyt. Łącznie co miesiąc musieli spłacać ok 4000$. Było to więcej niż zarabiali. Zresztą wcześniej już raz ogłosili bankructwo konsumenckie, niestety chyba nie wyciągnęli z tego wniosków.

    W mediach społecznościowych widzimy oczywiście szczęśliwą rodzinę. Ale za zamkniętymi drzwiami nie było tak kolorowo. Poza problemami finansowymi, Chris miał romans ze swoją koleżanką z pracy. Rozważał separacje. Koleżance nakłamał, że jest po rozwodzie, nie miała pojęcia, że jego żona jest w ciąży. Shanann próbowała ratować małżeństwo, podarowała mężowi książki o pracy nad związkiem. Znaleziono je później w koszu na śmieci.

    Zagnięcie:
    13 śierpnia 2018 roku Shanann wróciła do domu z delegacji. Nie było jej kilka dni, w tym czasie mąż miał się zajmować dziećmi. Koleżanka z pracy Shanann, Nicole odwiozła ją pod drzwi ok 1.40 w nocy, to był ostatni raz kiedy ją widziano.

    O 10 rano Shanann miała umówioną wizytę u lekarza, na której się nie zjawiła. Później miała mieć spotkanie biznesowe, które również opuściła. Zaniepokojona koleżanka Nicole próbowała się do niej dodzwonić, a gdy to się nie udało pojechała do niej do domu. Na miejscu odkryła, że nikogo nie ma, więc przerażona zadzwoniła do Chrisa i na policję.

    Chris twierdził, że wyszedł do pracy nad ranem kiedy jego żona i dzieci spały. Wpuścił policję do domu. Dom był pusty, ale policja znalazła torebkę, portfel i wyłączony telefon Shanann. Jej samochód i foteliki samochodowe dziewczynek były pod domem.

    Chris dał tego dnia wywiad na ganku swojego domu. Mówił, że nie ma pojęcia gdzie jest jego żona i dzieci, prosił o pomoc. Prosił, żeby wróciły, a jeśli ktoś je porwał to żeby je oddał. Mówił, że jedyne czego pragnie to jego dzieci wbiegające do domu. Mówił, że są całym jego światem i, że ich puste pokoje to jego najgorszy koszmar. Powiedział między innymi jedną istotną rzecz "moja córka zaczęłaby dziś przedszkole". Użył tutaj czasu przeszłego, jak by już wiedział, że ona nie żyje.

    Śledztwo i aresztowanie:
    Policja uważała za podejrzane, że kobieta z dziećmi tak nagle zniknęła, zostawiając auto i torebkę. Oczywiście mąż był pierwszym podejrzanym. Sprawdzono jego telefon. Rano po zagięciu poszedł do pracy jak gdyby nigdy nic, zadzwonił do przedszkola, żeby zawiadomić, że nie będzie jego córek (mimo, że twierdził, że rano były całe i zdrowe w domu). Dzwonił i pisał też do swojej kochanki jak gdyby nigdy nic. Wykonał również telefon do agencji nieruchomości bo chciał sprzedać dom. Policja dostała też nagrania z kamery sąsiadów. Widać na niej jak Chriss ok 5 nad ranem trzy razy wychodzi z domu i pakuje duże pakunki do bagażnika swojej półciężarówki.

    15 sierpinia Chriss zostaje zwolniony z pracy, później tego samego dnia zostaje aresztowany pod zarzutem potrójnego morderstwa i bezprawnego zakończenia ciąży.
    Chriss przyznał się do zamordowania żony. Według niego po jej powrocie zaczęli rozmawiać o rozwodzie, przyznał się do romansu. Kilka minut później zobaczył na monitorze baby cam, że jego żona ściska szyję jednej córki, a druga leży obok "niebieska". Jest to o tyle dziwne, że ich monitor ma czarno-biały ekran, więc ciężko zobaczyć jakiś kolor. Chriss twierdzi, że wpadł w szał i pobiegł bronić córek. Według niego wywiązała się walka między nim, a kobietą i przypadkiem ją zabił. A obie dziewczynki były już martwe. Jednak policja zrobiła mu obdukcję i nie miał żadnych ran ani siniaków. Trzeba zaznaczyć, że był bardzo silnym mężczyzną, przez ostatni rok mocno trenował na siłowni.

    Przez zeznanie Chrissa niektórzy ludzie zaczęli obwiniać Shanann. Wyciągano z jej filmików w mediach fragmenty kiedy z niego żartowała i mówiono, że sama się o to prosiła. Matka Chrissa również ją obwiniała w wywiadach i twierdziła, że jej synek był dobrym człowiekiem, dopóki jej nie poznał. Ta farsa trwała do ogłoszenia wyroku.

    Wyrok i motyw
    19 listopada 2018 zapadł wyrok w sprawie. Chriss wskazał miejsce gdzie przebywały ciała kilka dni po aresztowaniu. Głównym materiałem dowodowym były wyniki sekcji zwłok, które opublikowano. Są one dosyć drastyczne!.

    Chriss wywiózł martwe ciała na teren swojego zakładu pracy. Żonę zakopał w płytkim grobie. Miał miejsce tak zwany "coffin birth", czyli jej ciało wydaliło po śmierci małego Nico. Dwie córeczki Chriss wepchał do beczek z ropą, zrobił to z użyciem siły, bo otwór w beczce ma tylko 20 cm. Obie miały zadrapania, jedna miała wyłamaną rączkę. Te rany powstały pośmiertnie bo otwór w beczce był za mały.

    Przyczyną śmieci dziewczynek było uduszenie, ale w języku angielskim mamy różne słowa na różne rodzaje uduszenia. "Strangulation" to uduszenie przez ściskanie szyi, a "smothering" to uduszenie przez zatkanie nosa i ust. Chriss zamordował swoje córki gołymi rękami, zatykając im ręką nosek i usta. Młodsza córeczka nie stawiała oporu, ale starsza walczyła o życie. Pogryzła sobie język i miała siniaki w okół ust, czyli była przytomna jak to się działo i próbowała się bronić. Żona została również "uduszona" ale specjalnym chwytem który polega na ściskaniu aorty i odcięciu dopływu krwi do mózgu. To zabija dużo szybciej niż duszenie. Żona miała tylko jeden siniak na szyi w okolicy aorty, nie miała innych ran, więc nie broniła się. Albo Chriss ją przygniótł i obezwładnił, albo zamordował w czasie snu i nie zdążyła się obudzić.

    Jak widać jego wersja była kłamstwem, bo nie ma śladów rzekomej walki, a dziewczynki nie mają ran na szyi, tylko na twarzy.

    Chiss został uznany winnym zabójstwa, podwójnego zabójstwa z pozycji zaufania oraz bezprawnego przerwania ciąży oraz bezczeszczenia ciał. Dostał dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Przyznał się do winy żeby uniknąć kary śmierci.

    Motyw zbriodni:
    Criss jest prawdopodobnie socjopatą, nie odczuwa emocji, robi tylko to co jest dla niego wygodne. Znalazł sobie kochankę, chciał z nią ułożyć nowe życie, więc zabił żonę i dzieci które mu w tym przeszkadzały, po czym wyrzucił je jak śmieci. Było to dla niego wygodniejsze niż rozwód, bo nie musiałby płacić alimentów i mógłby sprzedać dom, który prawdopodobnie po rozwodzie z jego winy dostałaby żona.

    #zbrodnia #morderstwo #afera #gruparatowaniapoziomu?
    pokaż całość

    •  

      @hyoideum: tak, masz rację oczywiście :)

    •  

      @KapturekTermokurczliwy: to jest chyba coś czego normalnie myślący i czujący ludzie nie są w stanie zrozumieć. Po prostu jest całe spektrum, od socjopaty który nie ma żadnych uczuć i tylko udaje, po wrażliwców którzy płaczą nad psią łapką (np. ja). Tacy ludzie bez uczuć są o tyle niebezpieczni, że świetnie manipulują otoczeniem, potrafią udawać to czego się od nich wymaga, kłamać bez mrugnięcia okiem. Zwłaszcza ten wywiad na ganku...koleś zabił swoją rodzinę kilka godzin wcześniej i bez zająknięcia opowiada jak mu ich brakuje i jak bardzo chce żeby wróciły. Creepy. Według badań 1 osoba na 25 jest socjopatą, więc prawdopodobnie każdy z nas kogoś takiego ma w otoczeniu. pokaż całość

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Dziś na #polskiepato przedstawię Wam trzy sprawy, które aktualnie toczą się w Sądzie Okręgowym w Lublinie. Wszystkie dotyczą dzieciobójstw dokonanych przez bardzo młode kobiety w latach 2017 - 2018.

    Przerażającym zbiegiem okoliczności jest to, że dwa z trzech morderstw noworodków zostały popełnione przez studentki pedagogiki, które uprzednio deklarowały wielką miłość do dzieci i wyrażały chęć opiekowania się nimi zawodowo w przyszłości. W każdym z trzech przypadków ofiarami były dziewczynki, które na tym świecie nie przeżyły nawet pół godziny.

    W żadnym z opisanych poniżej procesów nie zapadł jeszcze prawomocny wyrok, tak że na pewno będę jeszcze o nich pisała w następnych postach, co oznaczę #polskiepato. Proszę śledzić tag, bo do tego wołać raczej nie będę.

    Jeżeli uda mi się zdobyć daty następnych rozpraw to na pewno wybiorę się na nie w charakterze widza i zdam Wam relację! ( ͡º ͜ʖ͡º) Jeżeli ktoś z #lublin mógłby mi w tym pomóc to proszę pisać na priv, płacę wdzięcznością!

    • • •

    15 października 2017 roku podczas niedzielnego spaceru w miejscowości Krzesimów (woj. lubelskie) jeden z mieszkańców zauważył w zaroślach nad rzeką Sawką ciało noworodka. Na miejscu pojawili się policjanci, strażacy i prokurator. Przeszukano brzeg rzeki, zabezpieczono ślady i usiłowano ustalić, w którym miejscu dziecko zostało wrzucone do wody.

    Od momentu odnalezienia ciała funkcjonariusze wraz z prokuraturą prowadzili intensywne dochodzenie. Przez wiele godzin na miejscu odnalezienia zwłok trwały oględziny. Z drugiej zaś strony prowadzone były czynności operacyjne, do których zaangażowali się policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

    – relacjonował rzecznik lubelskiej policji.

    Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka urodziła się żywa, a przyczyną śmierci było utonięcie. Śledczy wskazali również na wychłodzenie organizmu. Dziecko żyło około pół godziny i utopiło się tej samej nocy, której przyszło na świat. Nie odcięto mu nawet pępowiny.

    26 października śledczy zatrzymali 22-letnią Anetę P. (zdjęcie) (zdjęcie) w jej rodzinnym domu w gminie Mełgiew. Na trop podejrzanej śledczy wpadli po jej dziwnej wizycie w Komendzie Powiatowej Policji w Świdniku, gdzie zgłosiła, że jest pomawiana o spodziewanie się dziecka. Uprzednio udała się do ginekologa po zaświadczenie, że nie jest w ciąży i poprosiła o receptę na środki antykoncepcyjne.

    Podczas przesłuchania kobieta przyznała się do winy, złożyła także wyjaśnienia. Usłyszała zarzut, że działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia córki, wrzuciła ją do wody, w wyniku czego spowodowała jej śmierć. Czyn zarzucony podejrzanej stanowi zbrodnię zabójstwa i zagrożony jest karą pozbawienia wolności od 8 lat do dożywocia. Wobec kobiety został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Aneta P. mieszkała razem z rodzicami - ojcem rolnikiem oraz matką pracownicą samorządową. Studiowała w Lublinie, a zarobkowo opiekowała się dziećmi. W internetowym ogłoszeniu reklamowała się tak:

    Studiuję pedagogikę specjalną, mam 5-letnie doświadczenie w opiece nad dziećmi. Zajmowałam się zarówno kilkumiesięcznymi maluchami, nastolatkami, jak i dziećmi z zespołem Downa.

    Dziewczyna cieszyła się dobrą opinią sąsiadów, którzy mieli ją za typową szarą myszkę.

    . . .

    W toku śledztwa ustalono, że ojcem noworodka był dużo starszy od Anety P. żonaty mężczyzna, ojciec trójki dzieci. Zarówno 42-letni kochanek podejrzanej, jak i jej rodzice zostali przesłuchani w charakterze świadków i zwolnieni bez postawienia zarzutów. Nikt z jej najbliższych nie wiedział o ciąży, którą skrzętnie ukrywała od marca 2017 roku, gdy tylko się o niej dowiedziała. To, że lekko przytyła, starała się maskować ubraniami. Mimo tego, że wiedziała o swoim stanie, wciąż przyjmowała tabletki antykoncepcyjne.

    Kobieta nie potrafiła wyjaśnić powodów uśmiercenia swojej córki. Powiedziała śledczym, że działała pod wpływem emocji, a wrzucenie dziecka do rzeki było pierwszą rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, jednak policjanci ustalili. że podejrzana przygotowywała się do zabójstwa już od dłuższego czasu. Jeszcze kilka miesięcy przed porodem wpisywała w swoją wyszukiwarkę internetową hasła o treści: co może zabić dziecko w 5 miesiącu ciąży, jak poronić w drugim trymestrze, szukała także informacji o aborcji w 6 i 7 miesiącu ciąży oraz lekach, których zażywanie jest zabronione podczas ciąży.

    . . .

    14 października 2017 roku Aneta położyła się spać między godziną 21 a 22. Jednak około drugiej nad ranem obudziły ją silne bóle porodowe. Po trzech godzinach urodziła zdrową córkę, następnie wzięła nożyczki leżące na regale i przecięła jej pępowinę. Owinęła noworodka w koszulkę, ubrała się i bladym świtem wyszła z domu. Jak podaje akt oskarżenia: Dziecko płakało na tyle cicho, że nie obudziło pozostałych domowników. Niosła je przez pole kukurydzy, drogę i stary cmentarz, aż dotarła do rzeki, gdzie wyjęła córeczkę z koszulki i wrzuciła do wody. Podobnie uczyniła z łożyskiem, które urodziła chwilę wcześniej. Po powrocie do domu usiłowała zatrzeć ślady - spaliła koszulkę, w której niosła dziecko, uprała pościel i ubrania. Nad ranem umówiła się na wizytę do ginekologa, po której udała się na świdnicki komisariat policji, co jej zdaniem miało zapewnić jej alibi.

    . . .

    Na początku lipca 2018 roku do Sądu Okręgowego w Lublinie wpłynął akt oskarżenia przeciwko Anecie P. Prokuratura postawiła jej zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim.

    . . .

    5 września rozpoczął się proces (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie). Na pierwszej rozprawie stawili się rodzice i rodzeństwo oskarżonej, którzy zgodnie odmówili składania zeznań w sprawie. Gdy jeden z fotoreporterów próbował zrobić zdjęcie Anecie P., jej ojciec rzucił się na niego z pięściami.

    Na wniosek obrońcy podejrzanej i prokuratora sąd wyłączył jawność postępowania, dlatego treść zeznań ojca zamordowanego noworodka oraz wyjaśnień Anety P. nie zostały podane do wiadomości publicznej. Wiadomo tylko, że kobieta nie przyznała się do zabójstwa, a jedynie do wrzucenia dziecka do wody.

    . . .

    17 września i 15 października odbyły się następne rozprawy, a 23 października zapadł nieprawomocny wyrok. Aneta P. została skazana na 12 lat pozbawienia wolności.

    klik <- filmik z odczytania wyroku

    W świetle dowodów okoliczności popełnionego czynu nie budzą wątpliwości. Brak jest jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, aby oskarżona znajdowała się w jakimkolwiek stanie, który wpływałby na jej postępowanie. Pomimo pełnej świadomości, że dziecko żyje i płacze, pokonała nocą znaczny odcinek drogi, w tym przedzierając się przez zarośla, po czym wrzuciła je do wody. Sposób działania oskarżonej był drastyczny, a dziecko nie miało żadnych szans na przeżycie.

    – uzasadniał wyrok sędzia. Zwrócił też uwagę, że 23-latka jest wykształcona i ma wiedzę pedagogiczną, pomimo tego z pełną świadomością postanowiła utopić swoją córkę.

    Przy odczytaniu wyroku obecna była tylko matka Anety P.

    Prokurator wnioskował wcześniej o 25 lat więzienia, dlatego podejrzewam, że możemy spodziewać się apelacji i jeszcze jednej rozprawy - o czym na pewno napiszę.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    21-letnia Weronika B. mieszkała wraz z rodzicami i dwójką braci w Lublinie. W domu panowały dobre relacje i zawsze mogła liczyć na wsparcie bliskich. Była wolontariuszką w domach dziecka i przedszkolach oraz studentką pedagogiki w rodzinnym mieście.

    . . .

    Początek września 2017 roku był wciąż bardzo słoneczny i wakacyjny, dlatego rodzina Weroniki wybrała się nad jezioro. Nastolatka została sama w mieszkaniu i postanowiła zaprosić swojego chłopaka oraz parę znajomych. Tej nocy wypiła kilka kieliszków wódki, paliła papierosy i zażywała LSD. Według relacji świadków dziewczyna oprócz wychodzenia co kilkanaście minut do toalety nie zachowywała się inaczej niż zwykle. Następnego dnia wstała z łóżka dopiero około godziny 12, zrobiła swojemu chłopakowi śniadanie, którego sama nie jadła, ponieważ stwierdziła, że źle się czuje. W końcu oznajmiła, że idzie się wykąpać i na długo zniknęła w łazience.

    W wannie urodziła zdrową, 3-kilogramową córkę. Po porodzie szczelnie zawinęła łożysko oraz noworodka w trzy ręczniki i foliowe reklamówki, które zawiązała na supeł. Później posprzątała łazienkę i udała się do pokoju, gdzie do szuflady pod łóżkiem włożyła szczelny pakunek.

    Po południu zadzwoniła do rodziców, którzy byli już w drodze powrotnej do Lublina, z prośbą o leki na zapalenie pęcherza. Cały wieczór przesiedziała w łazience, co tłumaczyła miesiączką i złym samopoczuciem. Dziewczyna z godziny na godzinę czuła się coraz gorzej, co budziło zaniepokojenie jej rodziców. W końcu po wyjściu z toalety zemdlała, a jej matka zauważyła ślady krwi na posadzce. Bezzwłocznie zawiozła córkę do szpitala, gdzie ginekolog stwierdził, że dziewczyna musiała niedługo wcześniej urodzić, czemu Wiktoria kategorycznie zaprzeczyła.

    O zdarzeniu została powiadomiona policja, która przeszukała mieszkanie rodziny B. i bardzo szybko znalazła zwłoki noworodka. Weronika została natychmiast zatrzymana i trafiła do aresztu tymczasowego. Miesiąc później zmieniono jej areszt na dozór policji oraz na poręczenie majątkowe o kwocie 15 tys. zł.

    Kobieta nie przyznała się do zabójstwa. Zapewniała, że dziecko urodziło się sine i w plamach dlatego uznała, że jest martwe. Z jej wyjaśnień wynika, że po porodzie była w szoku, dlatego schowała noworodka do szuflady. Twierdziła, że nie wiedziała, że jest w ciąży i nie miała żadnych objawów, które mogłyby o tym świadczyć.

    W lipcu 2017 roku, po powrocie z zagranicznych wakacji, jej chłopak zauważył, że przytyła i podejrzewał ciążę, ale ona zaprzeczyła. Wykonała dwa testy ciążowe, z których jeden dał wynik negatywny, a drugi pozytywny. Ten z wynikiem negatywnym uznała za wiarygodny i pokazała swojemu chłopakowi. Dodała też, że nigdy nie była u ginekologa.

    Weronika B. spędziła cztery tygodnie w szpitalu pod obserwacją, po której biegli psychiatrzy stwierdzili, że dziewczyna jest zdrowa, a w trakcie popełniania zbrodni była poczytalna i w pełni świadomie zabiła swoje dziecko. Po porodzie nie była w szoku, o czym mogło świadczyć np. to, że po wszystkim udała się na uczelnię.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był chłopak oskarżonej. Z kolei sekcja zwłok wykazała, że dziecko przyszło na świat w 8. lub 9. miesiącu ciąży. Na ciele noworodka nie stwierdzono cech bezpośredniej przemocy fizycznej. Biegli ustalili, że dziewczynka urodziła się żywa i zdolna do samodzielnego życia. Można przyjąć, że do zgonu doszło najprawdopodobniej w mechanizmie powolnego uduszenia - czytamy w akcie oskarżenia, który w lipcu 2018 roku trafił do Sądu Okręgowego w Lublinie. Prokuratura zarzuca w nim Weronice B., że 3 września 2017 roku z premedytacją zamordowała swoje nowo narodzone dziecko. Czyn ten został zakwalifikowała jako art. 148 kk. i jest zagrożony karą pozbawienia wolności nawet do dożywocia. (klik)

    . . .

    Proces miał zacząć się 20 września 2018 roku, jednak oskarżona nie pojawiła się tego dnia w sądzie. Następna rozprawa odbyła się 22 października.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Obrona wnioskowała o całkowite wyłączenie jawności procesu, jednak sędzia tylko częściowo przychylił się do prośby, wyłączając jawność na czas odczytywania wyjaśnień oskarżonej z etapu śledztwa.

    Kobieta odmówiła składania wyjaśnień przed sądem. W charakterze świadków wystąpili jej rodzice i bracia, jednak zeznawać zgodził się tylko ojciec (zdjęcie) i młodszy brat (zdjęcie) oskarżonej.

    Nie wiedziałem, że córka jest w ciąży, bo nie było żadnych symptomów o tym świadczących.

    – zeznawał ojciec Weroniki i zapewniał, że dziewczyna bardzo przeżyła zaistniałą sytuację, musiała korzystać z pomocy psychologa i psychiatry. Przekonywał także, że zawsze chciała mieć dzieci, co potwierdził jej brat, dodając jeszcze, że była zdeklarowaną przeciwniczką aborcji.

    Moja siostra jest wrażliwą osobą. (...) Tamtego dnia bardzo źle wyglądała. Była w takim amoku. Rodzice powiedzieli mi później, co się stało.

    Z aktu oskarżenia wynika, że jej chłopak również nie wiedział o ciąży. W sądzie zeznawała jego matka.

    Jak się o tym dowiedział, to wymiotował z nerwów. Był w szoku. (...) Weronika bardzo kocha dzieci. Dlatego poszła na pedagogikę.

    . . .

    Następna rozprawa jest planowana na koniec listopada 2018.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Agata F. (zdjęcie) mieszkała z matką, babcią i dwojgiem rodzeństwa w małej wsi o nazwie Majdan Kozłowiecki (woj. lubelskie). Sąsiedzi mówili, że to dobra rodzina. 22-latka studiowała w Lublinie, jednak informacja o kierunku nie została nigdzie podana.

    Według Super Expressu dziewczyna na swoim profilu na Facebooku (który już nie istnieje) miała umieszczone słowa Jana Pawła II: Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa, żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować.

    . . .

    30 czerwca 2018 roku Agata F. wraz ze swoim narzeczonym Rafałem M. (26) udali się na wesele. Podczas ich nieobecności, rodzice postanowili przeszukać pokój córki, ponieważ od dłuższego czasu podejrzewali, że dziewczyna może być w ciąży. Mimo oferowanej pomocy ze strony rodziny i partnera, młoda kobieta nieustannie zaprzeczała ich domniemaniom. Kilka dni wczesniej jej figura wróciła do normy, dlatego wszczęli poszukiwania. Około południa zawiadomili policję z Komendy Powiatowej w Lubartowie (woj. lubelskie). Śledczy pod nadzorem prokuratora udali się do drewnianego domku rodziny F. (zdjęcie) gdzie zastali makabryczne odkrycie - w piecu znajdowało się częściowo zwęglone ciało noworodka.

    Jeszcze tego samego dnia funkcjonariusze dokonali zatrzymania kobiety. (zdjęcie) Podejrzana wraz ze swoim partnerem zostali wyprowadzeni przez policję w trakcie wesela (jakaś gazeta pisała, że jeszcze przed rosołem!).

    klik

    Narzeczony dziewczyny został przesłuchany w charakterze świadka i zwolniony do domu.

    Podejrzana trafiła do szpitala na badania, gdzie przez kilka godzin pilnowali ją policjanci. Następnie, podczas przesłuchania przyznała się do urodzenia dziecka i spalenia jego zwłok, a z jej wyjaśnień wynika, że dziecko przyszło na świat już martwe. Na tym etapie śledztwa biegli z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie nie byli w stanie kategorycznie temu zaprzeczyć lub potwierdzić. Jednak zanim przeprowadzono dodatkowe badania, prokuratura postawiła Agacie F. zarzut zabójstwa, a Sąd Rejonowy w Lubartowie zastosował areszt tymczasowy.

    Do porodu miało dojść w nocy z 27 na 28 czerwca 2018 roku. Kobieta urodziła dziewczynkę w łazience, następnie owinęła ją w ręcznik i ukryła w palenisku znajdującego się w jej pokoju pieca. Później posprzątała ślady porodu, a następnego dnia rozpaliła ogień, starając się spalić zwłoki.

    Śledczy zaczęli prowadzić intensywne czynności, które miały wyjaśnić okoliczności tej tragedii. Między innymi biegli analizowali komputer i telefony kobiety, by sprawdzić, czy (jak w przypadku wyżej opisanej sprawy Anety P.) nie wyszukiwała w internecie haseł związanych ze sposobami na poronienie lub pozbycie się noworodka.

    Jeżeli dziecko faktycznie urodziło się martwe, prokuratura musiałaby zmienić kwalifikację czynu na zbezczeszczenie zwłok, za co grozi do 2 lat więzienia.

    . . .

    Zdaniem psychiatrów Agata F. jest poczytalna i może wziąć udział procesie sądowym.

    Wyniki sekcji zwłok noworodka były znane dopiero we wrześniu.

    Istnieje duże prawdopodobieństwo, że po porodzie dziecko żyło i oddychało. Można też przypuszczać, że było zdolne do samodzielnego życia. Nie można jednak stwierdzić jak długo żyło po urodzeniu. (...) Biegli wykluczyli u dziecka zatrucie tlenkiem węgla, a zatem należy przypuszczać, że trafiło do pieca już nieżywe.

    - informowała Prokuratura Rejonowa z Lubartowa.

    Na ciele noworodka nie znaleziono urazów mechanicznych. Jednak w jego organizmie znajdowała się substancja psychotropowa – pochodna amfetaminy, którą Agata F. zażyła jeszcze w ciąży, i która przez łożysko przedostała się do organizmu dziecka.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był narzeczony oskarżonej.

    W związku z tym, że ustalenia biegłych nie zgadzają się z wyjaśnieniami, które wcześniej składała podejrzana, 14 września prokuratura ponownie ją przesłuchała. Kobieta odmówiła jednak wszelkich wyjaśnień.

    . . .

    Ostatnią informacją w mediach na temat tej sprawy jest to, że lubartowska prokuratura skierowała wniosek do Sądu Okręgowego w Lublinie o przedłużenie tymczasowego aresztu dla podejrzanej.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #dzieciobojstwo #lubelszczyzna #krzesimow #swidnik #lubartow #majdankozlowiecki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Był mroźny poranek 8 grudnia 2010 roku. Ewelina Skwara (zdjęcie) bladym świtem wsiadła na swój czerwony składak (zdjęcie) i jak co dzień wyruszyła w drogę do szkoły. Od rodzinnego domu w Służewie Polu (kujawsko-pomorskie) do pobliskiego gimnazjum miała do pokonania zaledwie 2 km. Tego dnia nigdy tam jednak niedotarta, a jej rower, uszkodzony i porzucony na poboczu, zauważyła sąsiadka, która bezzwłocznie zawiadomiła rodziców 14-latki. Rodzina natychmiast wszczęła poszukiwania. Zawiadomiona policja spekulowała, że mogło dojść do wypadku samochodowego, jednak w tym miejscu i w tym czasie nikt nie zgłosił podobnego zdarzenia, a poszukiwania Eweliny po okolicznych szpitalach także nie przyniosły wyczekiwanych rezultatów. Rozpoczęto szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, do której włączyło się ponad 200 strażaków, żołnierzy i okolicznych mieszkańców, którzy mimo złych warunków atmosferycznych, przeczesywali okoliczne lasy i pola. Niestety, nie pomógł także sprowadzony z Warszawy śmigłowiec wyposażony w specjalistyczną aparaturę do poszukiwań - kamery termowizyjne i do rejestracji obrazu w trudnych warunkach pogodowych. Nastolatka zapadła się jak kamień w wodę. (zdjęcie)

    Po kilku dniach, gdy przeszukanie 600 hektarów lasów i pobliskich terenów nie przyniosło rezultatów, tracąca wszelkie nadzieje rodzina poprosiła o pomoc jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który bez żadnych wątpliwości stwierdził, że dziewczynka nie żyje, a miejsce, gdzie znajdują się zwłoki opisał między innymi jako "święte", z figurami nieopodal.

    klik <- reportaż nagrany po 3 dniach od zaginięcia Eweliny

    Poszukiwania trwały w dzień i w nocy, przesłuchano także ponad 120 osób, zbadano ślady opon samochodowych zabezpieczone przy znalezionym rowerze. Zatrzymano nawet jednego podejrzanego mężczyznę, ale z braku dowodów został on wypuszczony.

    Za pomoc w odnalezieniu dziewczynki wyznaczono nagrodę 11 tys. zł - po 5 tys. od Komendanta Wojewódzkiego Policji w Bydgoszczy oraz od wójta Aleksandrowa Kujawskiego, a 1 tys. dołożyła anonimowa osoba.

    . . .

    4 stycznia 2011 roku podczas rutynowego obchodu podleśniczy z leśnictwa Dąbrowa Biskupia, administrującego laskami w Chlewiskach (czyli około 20 kilometrów od miejsca, w którym znaleziono porzucony rower Eweliny), natknął się na ciało młodej kobiety i niezwłocznie powiadomił policję. Szczątki znajdowały się w lesie, niedaleko lokalnej drogi, prowadzącej z Inowrocławia w kierunku Włocławka.

    klik <- szczegóły odnalezienia ciała (trochę obrzydliwe, dlatego podaję link, zamiast opisu)

    Miejsce odnalezienia zwłok było zgodne z opisem, który wcześniej podał Krzysztof Jackowski - teren był bagnisty, a nieopodal znajdował się cmentarz, którego figury widział jasnowidz z Człuchowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Ciało było w stanie daleko posuniętego rozkładu oraz poszarpały je zwierzęta, co uniemożliwiło szybką identyfikację. O tym, że to ludzkie szczątki, przypominały tylko długie blond włosy. Prokurator zdecydował, że tylko kurtka i plecak wraz z zawartością znalezione przy ofierze zostaną pokazane matce zaginionej. Kobieta rozpoznała rzeczy córki, a kilka dni później tożsamość Eweliny Skwary potwierdziły badania DNA.

    Jeszcze przed wynikami badań genetycznych, 12 stycznia późnym popołudniem policjanci z Wydziału Kryminalnego komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy doprowadzili do jednostki 26-letniego Jacka Urbańskiego. (wideo z zatrzymania)

    . . .

    JACEK URBAŃSKI, rocznik '84

    Przed zatrzymaniem mieszkał z rodzicami w małej wsi Koszczały (kujawsko-pomorskie) i pracował przy uboju zwierząt w pobliskich Radojewicach. W 2008 roku zamieszkał ze swoją konkubiną, z którą ma synka. Jednak dwa lata później wrócił do rodzinnego domu.

    Był dalekim krewnym swojej ofiary, jednak o tym, jak i w ogóle o jego istnieniu, rodzina Eweliny dowiedziała się dopiero po całym zdarzeniu. Ich ojcowie są kuzynami, lecz od lat nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Urbański jednak znał dziewczynkę, ponieważ od kilku miesięcy ją obserwował.

    Jego rodzinna miejscowość to zaledwie kilka domów wzdłuż wąskiej, gruntowej drogi (nawet samochód Google Maps tam nie zajeżdżał). Oczywiście, wszyscy się dobrze znali, a sąsiedzi mieli o Jacku bardzo dobre zdanie. Według nich był to zwykły, niczym się niewyróżniający, cichy chłopak, który nie sprawiał większych problemów. Do tego był baaaaardzo pobożny - co niedziele chodził do kościoła i przyjmował komunię. Gdy był młodszy chodził na każde majowe nabożeństwa i różaniec, a do dwudziestego roku życia był ministrantem (to chyba pasuje do nowego hasztagu @lakukaracza_ #mordercychrystusa (・へ・) ). Skończył tylko szkołę specjalną i gdyby nie jego wykształcenie, a raczej jego brak, zdaniem mieszkańców Koszczał Urbański nadawałby się do seminarium.

    Na imprezy nie chodził, nie pił, z podejrzanym towarzystwem się nie zadawał. Pracowity. Trochę zamknięty w sobie. Czasem się z niego nabijali, że jest taki nieśmiały w stosunku do dziewczyn. Zawsze spuszczał głowę w ich towarzystwie.

    - opowiada jedna z sąsiadek.

    Z kolei, jego znajomi uważali, że od dawna można było zauważyć, że ma pociąg seksualny do dzieci. Wodził wzrokiem za córką kolegi, a jeden z jego współpracowników zeznał:

    Pracował z nami facet, który siedział kiedyś za gwałt na dziewczynce. Widziałem, że przyglądał się Jackowi, kiedy obserwował tę dziewczynkę. Swój swojego wyczuje. A może obaj gapili się na nią równocześnie?

    Miał też obsesję na punkcie pisania SMS-ów, przez to często nie dosypiał w nocy. Nigdy nie rozstawał się ze swoim telefonem. Zanim doszło do morderstwa, szukał kobiety do współżycia, albo jak to sam określił "dziewczyny do poderwania". Był nachalny i wypisywał do różnych dziewczyn, a jedna z nich wspominała:

    Miałam wtedy góra 14 lat. Moi rodzice zatrudnili Jacka i jego ojca do remontu naszego domu. W czasie pracy Jacek często mnie zaczepiał. Gadał dziwne rzeczy. Na przykład, że jest śmiertelnie chory i zostało mu kilka miesięcy życia. Potem zdobył skądś mój numer. Dręczył mnie SMS-ami i telefonami. Pisał, że podglądał mnie przez okno.

    . . .

    Jacek Urbański zaplanował, za którym zakrętem uderzy w Ewelinę swoim peugeotem. Nie za mocno, żeby nic się jej nie stało. Wybrał do tego jedyny odludny fragment drogi, którą dziewczynka codziennie pokonywała. Nastolatka wylądowała w zaspie, a mężczyzna wysiadł z samochodu i wyciągnął ją ze śniegu. Wymierzył jej uderzenie w twarz z otwartej ręki i siłą zaciągnął do środka i wywiózł do lasu w okolicy Chlewisk. Doskonale znał ten teren, ponieważ był zatrudniony w masarni nieopodal. Kierując się do pracy na pewno nie było mu jednak tam po drodze, co wskazuje, że zbrodnię wcześniej zaplanował.

    To miejsce (...) koło cmentarza wybrał już wcześniej. Rozłożył kartony, bo na ziemi leżał śnieg. Kazał rozebrać się Ewelince. Wyciągnął nóż. Powiedział, że jak będzie głośno, to poderżnie jej gardło. Ale ona i tak krzyczała i płakała. Nie wiedział dlaczego, ale podobało mu się to. * Po zgwałceniu (którego opis był tak drastyczny, że nie został podany do opinii publicznej) kazał się jej się ubrać, położyć na plecach i naciągnąć czapkę na oczy. Posłusznie zrobiła to, o co ją prosił oprawca, wierząc, że wykonując jego polecenia przeżyje. Wtedy zadał dziewczynce kilka ciosów w okolice serca, co spowodowało wylew wewnętrzny i zgon na miejscu. Jej bielizną wytarł zakrwawiony nóż.

    Udusiłem ją przez pomyłkę, a potem poderżnąłem jej gardło. Zabić jej nie chciałem. Naprawdę tego nie planowałem. Po prostu się stało.

    - tłumaczył się później policji podczas przesłuchania.

    Kilka dni po zabójstwie Eweliny, rodzina Urbańskiego zgłosiła jego zaginięcie. Mężczyzna wyszedł z pracy i słuch o nim zaginął. Dodatkowo wysłał do swojego kolegi SMS-a z informacją, że został uprowadzony. Tego samego dnia wieczorem do dyżurnego Komendy Miejskiej Policji we Włocławku dotarła wiadomość, że w okolicach dawnej bazy MPK natrafiono na spalony samochód i jakiegoś mężczyznę, z którym trudno jest nawiązać kontakt. Mówił coś o tajemniczym BMW, które za nim jeździło i o kimś, kto woził go przez kilka dni w bagażniku, a potem zmusił, przystawiając coś zimnego do głowy, by spalił własne auto. Rysopis odpowiadał poszukiwanemu mieszkańcowi gminy Dobre. Młody człowiek trafił do włocławskiego szpitala, z którego został odebrany przez rodzinę. **

    Nie można wykluczyć, że po zamordowaniu Eweliny jego psychika nie wytrzymała, stąd taka irracjonalna próba zatarcia tropu.

    - przypuszczał jeden z funkcjonariuszy.

    Paradoksalnie, wymyślone przez niego porwanie, do którego miało rzekomo dojść pod Dąbrową Biskupią, pozwoliło mundurowym skojarzyć go ze sprawą zaginięcia Eweliny, lecz stało się to dopiero po odnalezieniu jej ciała.

    Informacja o zaginięciu Urbańskiego dotarła do Komendy Powiatowa Policji w Inowrocławiu, która połączyła pewne fakty - białego busa na radziejowskich numerach rejestracyjnych, którego posiadał podejrzany i którego policja zajmująca się sprawą zaginięcia dziewczyny zaczęła poszukiwać już kilka dni po znalezieniu jej roweru. Samochód widzieli świadkowie, a matka zamordowanej zeznała, że kilka miesięcy wcześniej córka zwierzała się, że stale mija ją to samo auto, z którego ktoś ją chyba obserwuje i obawiała się, że jest śledzona.

    Przez kilka tygodni odprowadzaliśmy ją do szkoły i ze szkoły. Czasami jeździła z bratem, czasami ze mną. Nie zauważyliśmy nic podejrzanego i daliśmy sobie z tym spokój.

    - opowiadała mama Eweliny.

    . . .

    Dowody zbrodni, czyli majtki dziewczyny i nóż, którym ją zadźgał, Urbański podrzucił do chlewni, w której pracował.

    Wiem, jaki to był nóż. Często wyciągał go przy nas. To był zwykły scyzoryk. Na każdym jarmarku można taki kupić. Zawsze otwierał nam nim coca-colę.

    - wspominał znajomy mordercy.

    Miesiąc po zabójstwie nastolatki, morderca wracał z pracy wraz z kolegami, gdy w radiowych wiadomościach podwali informację o odnalezieniu w pobliskim lesie zmasakrowanych zwłok.

    Kolega powiedział wtedy, że jakby dorwał tego skur * * * yna, który zabił tę dziewczynkę, to by go zaj * * * ł. Jacek się wtedy strasznie zdenerwował. Telefon mu wypadł z ręki. W domu zemdlał.

    . . .

    Materiały zgromadzone przez śledczych wystarczyłyby już w dniu zatrzymania postawić podejrzanemu zarzut porwania, zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem.

    Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa we Włocławku, na wniosek której sąd zastosował wobec zatrzymanego trzymiesięczny areszt tymczasowy (aleeee jak można się spodziewać, będzie on konsekwentnie przedłużany aż do chwili, gdy zapadnie prawomocny wyrok).

    Jacek Urbański przyznał się do winy. Pierwszy raz już podczas zatrzymania. Jak relacjonował jeden z funkcjonariuszy pracujących przy tej sprawie:

    Choć nie od razu poinformowaliśmy go, za co, sam spontanicznie zaczął opowiadać, co zrobił z Eweliną.

    Drugi raz w trakcie nocnego przesłuchania, a trzeci podczas wizji lokalnej, której przyglądała się matka zamordowanej dziewczynki. Podczas jej trwania policjanci bardziej obawiali się ataku tłumu i samosądu na podejrzanym niż o to, że im ucieknie. Za wszelką cenę starali się nie dopuścić mieszkańców Służewa do Urbańskiego.

    14 stycznia odbyło się trwające ponad godzinę posiedzenie aresztowe w sądzie, podczas którego podejrzany ponownie przyznał się do winy oraz skorzystał z prawa do domowy składania wyjaśnień. Zgodził się jednak odpowiadać na pytania sądu i potwierdził wszystko, co mówił wcześniej na przesłuchaniach.

    Wyniki sekcji zwłok potwierdziły gwałt na dziewczynce, znaleziono również materiał genetyczny należący do podejrzanego.

    . . .

    20 stycznia 2011 na cmentarzu w Goszczewie odbył się pogrzeb Eweliny Skwary. Została pochowana obok swojej siostry bliźniaczki Patrycji, która zmarła dwa dni po ich urodzeniu, także 8 grudnia, tylko 14 lat wcześniej... Przerażający zbieg okoliczności.

    Mimo złej pogody w Służewie pojawiły się setki ludzi z całego województwa. Już pół godziny przed rozpoczęciem mszy kościół w Służewie był zapełniony. Dziesiątki ludzi nie zmieściło się w świątyni. ***

    (zdjęcia)

    Pomnik na mogile dziewczynek ufundowali okoliczni mieszkańcy.

    . . .

    W miejscu odnalezienia ciała Eweliny, jej rodzice postawili głaz z tablicą upamiętniającą.

    (zdjęcie) (zdjęcia)

    . . .

    Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    . . .

    Pod koniec czerwca do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Urbańskiemu.

    Jacek U. oskarżony jest o to, że 8 grudnia na drodze pomiędzy Służewem Pole a Służewem pozbawił wolności 14-letnią Ewelinę S., co łączyło się ze szczególnym udręczeniem. Najpierw potrącił ją samochodem marki peugeot, a następnie przy użyciu przemocy umieścił ją w bagażniku samochodu, wywiózł do lasu w okolicy miejscowości Chlewiska, gdzie przy użyciu przemocy i groźby jej użycia doprowadził do zgwałcenia. Następnie, działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia małoletniej, zadał jej kilka ciosów nożem w okolice serca. W ten sposób spowodował zgon.

    - argumentował prokurator.

    . . .

    Ewelina była najmłodsza z piątki rodzeństwa. Niestety, jej śmierć nie była ostatnią tragedią w rodzinie Skwarów - około dziewięciu miesięcy po jej zaginięciu, 3 sierpnia 2011 roku jej 24-letni brat Przemek zginął w wypadku.

    40-letnia kobieta kierująca tico uderzyła w jego motorower. Chłopak zmarł po kilku godzinach od przywiezienia do szpitala.

    (zdjęcia)

    . . .

    W październiku we włocławskim sądzie ruszył proces. Ze względu na charakter tej sprawy prokurator wnioskował o wyłączenie jawności, mimo to rodzice zamordowanej dziewczynki tuż przed wejściem na salę podkreślali, że zależy im na wyłączeniu jawności procesu.

    Złożyliśmy taki wniosek, ponieważ chcieliśmy, aby wszyscy dowiedzieli się, co czeka sprawców, którzy dopuszczają się takich czynów.

    - mówiła matka Eweliny.

    Nie mamy żadnego interesu w tym, by chronić rodzinę Urbańskich. Cała Polska powinna się dowiedzieć, jakiego człowieka wychowali!

    - dodał ojciec.

    pokaż spoiler Rozumiem żal i emocje taty zamordowanej, ale taka odpowiedzialność zbiorowa (o której zresztą pisałam [tutaj](https://www.wykop.pl/wpis/35898143/od-1-stycznia-2018-dziala-w-polsce-publiczny-rejes/)) jest niesprawiedliwa i krzywdząca...


    Sąd podjął jednak decyzję o zniesieniu jawności procesu, tłumacząc swoją decyzję dobrem pokrzywdzonych, jak i troską o interes sprawcy i jego rodziny. Proces toczył się więc za zamkniętymi drzwiami.

    . . .

    Podczas procesu byli przesłuchiwani aż 243 świadkowie. Podobno Urbański ani razu na spojrzał na rodzinę zamordowanej, a na pytania odpowiadał tylko dwoma słowami - "tak" lub "nie".

    Odbyło się siedem rozpraw. Oskarżony na żadnej nie powiedział, że przeprasza.

    . . .

    19 marca 2012 zapadł nieprawomocny wyrok - dożywocie z możliwością przedterminowego zwolnienia po odbyciu 35 lat kary pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    klik <- odczytanie wyroku

    W uzasadnieniu wyroku sędzia powiedział, że dopiero w mowie końcowej morderca wyraził skruchę i przeprosił za swój czyn.

    Rodzice Eweliny przyjęli wyrok z ulgą i nie odwoływali się od niego. Matka zamordowanej podczas uzasadnienia płakała, a ojciec, po wyjściu z sali sądowej życzył skazanemu by nie dożył wyjścia zza krat.

    Sam Urbański, jak i jego adwokat (o dziwo!) także nie odwołali się od wyroku, który w związku z tym uprawomocnił się po 7 dniach
    . . .

    Ewelina w grudniu tego roku kończyłaby 22 lata.

    . . .

    klik <- reportaż Telewizji Kujawy, nagrany po ponad 2 latach od zaginięcia Eweliny

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu


    • • •

    UWAGA, UWAGA, UWAGA! POSZUKUJĘ POMOCNIKA LUB POMOCNICY! :)

    Potrzebuję osoby, albo i kilku, do redagowania moich tekstów przed wrzuceniem. Bardzo zależny mi, żeby owi pomocnicy mieli dużą wiedzę z zakresu polonistyki i nauczyli mnie pisać poprawnie, dawali rady i nie krzyczeli. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Nie chodzi mi tylko o wyłapywanie literówek czy niepotrzebnych przecinków - chciałabym by ktoś pokierował mną jak nie popełniać błędów stylistycznych, nie zmieniać czasu w trakcie pisania itd.

    Jeżeli ktoś jest chętny - proszę pisać na priv.
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    W ambasadzie Arabii Saudyjskiej zamordowano nieprzychylnego rządowi dziennikarza. Wynajęto czyścicieli, przebrany morderca-sobowtór wyszedł w ubraniu dziennikarza tylnymi drzwiami, Arabia Saudyjska przelała 100 baniek na konto departamentu stanu USA, Trump: tłumaczenie wiarygodne, domniemanie niewinności xDDD

    https://kresy.pl/wydarzenia/regiony/bliski-wschod/arabia-saudyjska-przelala-100-mln-dolarow-na-konto-departamentu-stanu-usa/

    https://www.wykop.pl/ramka/4601489/saudyjski-sobowtor-wyszedl-z-ambasady-w-ubraniu-zamordowanego-dziennikarza/

    #trump #niewiemjaktootagowac #arabiasaudyjska #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Dziś pod tagiem #polskiepato prawdziwe patologiczna historia. Proszę zaparzyć dużo czaju, wołać sąsiadów, wkładać stopy do miednicy z wodą i musztardą (podobno zdrowe) i rozsiąść się do czytania!

    Ciężko było mi tę historię poskładać w jedną całość, bo doniesienia medialne nieco się od siebie różniły i wszędzie panował straszny chaos informacyjny. Mam nadzieję, że cała opowieść trzyma się kupy i nie pomyliłam kolejności zdarzeń.

    • • •

    Joanna pochodziła z małej wsi w powiecie ostródzkim, z rodziny z trudnościami finansowymi, ale nie patologicznej. Gdy miała 16 lat związała się z 12 lat starszym od siebie mężczyzną, z którym dość szybko założyła rodzinę i zamieszkała w okolicach Olsztyna. Niestety, ich związek nie należał do udanych i jak wynika z relacji kobiety, partner bił ją, znęcał się nad ich wspólnymi dziećmi i nadużywał alkoholu. W 2010 roku niespełna 26-letnia ciężarna Joanna uciekła od swojego oprawcy i wraz z czwórką dzieci znalazła schronienie w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Olsztynie (warmińsko-mazurskie). W tym samym budynku mieścił się punkt Caritasu Archidiecezji Warmińskiej, w którym pomagał 28-letni Piotr G. (zdjęcie)

    Piotr jako dziecko przeszedł nieudaną operację kręgosłupa, przez co został inwalidą i poruszał się na wózku. Mimo swojego upośledzenia fizycznego był aktywnym i zaradnym życiowo człowiekiem - ukończył studia teologiczne, jeździł samochodem, był lektorem, działał w ruchu studenckim pomagającym potrzebującym i angażował się w życie swojej dzielnicy. Był osobą bardzo lubianą i popularną, właśnie ze względu na swoje charytatywne działalności. Służył także do mszy, ponieważ był człowiekiem głęboko wierzący, a jego marzeniem było pójście do seminarium, na co nie pozwoliła mu jego niepełnosprawność.

    Mężczyzna zaangażował się w pomoc Joannie i jej dzieciom, usiłując stworzyć im jak najlepsze warunki do życia. Szybko zaprzyjaźnił się z kobietą, a szczególna więź powstała także między nim, a jej dziećmi, którym poświęcał sporo czasu, troszczy się i wozi na kolanach. Po kilku miesiącach znajomości Piotr oświadczył się kobiecie, mimo sprzeciwu jego bliskich. Przyjaciele odradzali mu ten związek, jednak mężczyzna był po raz pierwszy w życiu zakochany i nie zważał na niczyje słowa. Kobieta wraz z piątką swoich dzieci wprowadziła się do mieszkania Piotra jesienią 2010 roku, a niecały rok od pierwszego spotkania para pobrała się.

    Po niedługim czasie wspólnego życia Joanna przestała przypominać tą miłą i zagubioną dziewczynę, którą była na początku znajomości z Piotrem. W domu nieustannie wybuchają awantury, a kobieta stała się roszczeniowa, miała pretensje do męża, że nie spełnia jej oczekiwań i wymagań. Zaczęła coraz częściej wychodzić z domu i spotykać się z innymi mężczyznami, a mężowi kazała w tym czasie opiekować się dziećmi. Sprowadzała kochanków nawet do ich wspólnego mieszkania. W końcu związała się z sąsiadem Jackiem P. i specjalnie nie kryła się z tym związkiem przed swoim mężem. Uprawiała nawet seks z P., gdy w drugim pokoju przebywał Piotr. Mąż czuł się upokorzony, a konflikty między małżonkami narastały. Joanna w kłótniach stawała się coraz bardziej agresywna, przez co dochodziło nawet do rękoczynów. Wyzywała męża, zastraszała, biła i zrzucała z wózka inwalidzkiego.

    . . .

    O kochanku Joanny wiem tylko tyle, że był pracownikiem oponiarskiej firmy Michelin i wcześniej był notowany za jazdę pod wpływem alkoholu.

    . . .

    Jacek P. wprowadza się do mieszkania Piotra i Joanny, co doszczętnie załamuje psychicznie niepełnosprawnego mężczyznę. Zaczyna często bywać poza domem i tułać się samotnie po Olsztynie, a nawet żebrać, ponieważ momentami nie miał co jeść.

    W lutym 2013 roku Piotr wnosi pozew o rozwód i eksmisję niewiernej małżonki z mieszkania.

    Joanna zachodzi w szóstą ciążę, a ojcem dziecka jest jej kochanek. Gdy Piotr dowiaduje się o tym, prosi żonę by zostawiła Jacka P. i deklaruje, że wychowa jej kolejne dziecko. Kobieta jednak planuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem, choć nie chce stracić mieszkania, które jest własnością jej męża, dlatego groźbami próbuje nakłonić go do wycofania sprawy z sądu. Joanna staje się jeszcze bardziej agresywna, a Piotr żalił się znajomym, że nawet grozi mu nożem. Mężczyzna obawiał się o swoje życie, dlatego wyprowadza się z mieszkania i przez pewien czas przebywa w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Składa też zawiadomienie przeciwko Joannie o popełnienie przestępstwa z art. 207 § 1 k.k. czyli znęcanie się fizycznie lub psychicznie, jednak odmówiono wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

    W marcu 2013 roku Piotr sporządza testament, w którym wydziedzicza żonę oraz jej dzieci.

    . . .

    29 kwietnia 2013 roku Joanna (wtedy 29-latka) i Jacek P. (41) spotkali się ze swoim znajomym Łukaszem K. (31).

    . . .

    Łukasz K., słabo znał Jacka i Joannę. Jego zdaniem, tego dnia chciał się tylko upić, ponieważ musiał uczcić to, że jego dziewczyna miała niedługo urodzić dziecko, do tego za kilka dni (lub według innego źródła - już kilka dni temu) kończył mu się dozór elektroniczny, który miał zasądzony za jazdę pod wpływem alkoholu. A przynajmniej sam tak twierdzi i przedstawia trochę inną wersję wydarzeń -> klik
    Polecam przeczytać jego relację po przeczytaniu mojego tekstu.

    . . .

    W trakcie wspólnej alkoholizacji wpadli na pomysł pozbycia się Piotra (31). Joanna zadzwoniła do swojego męża i zasugerowała, że przemyślała jego propozycje i chciałaby z nim na ten temat porozmawiać. Późnym wieczorem małżonkowie udają się na spacer przez osiedle Nagórki. Kobieta wywozi Piotra na wózku w okolice starego parku, gdzie w krzakach czekali już na nich Jacek i Łukasz. Dwaj bandyci zrzucają mężczyznę z wózka i brutalnie biją. Najpierw próbują skatować go na śmierć, potem dusić rekami, jednak mężczyzna wciąż oddychał. Zacisnęli mu więc na szyi pętlę z paska od spodni. Następnie rozebrali ciało Piotra G., a ubrania usiłowali spalić w opuszczonej ruderze. (zdjęcie) (zdjęcie) Druga wersja wydarzeń mówi, że próbowali spalić zwłoki, jednak udało im się zwęglić tylko ciuchy denata.

    Nagie zwłoki Piotra porzucili w krzakach, a w drodze powrotnej wrzucili do studzienki kanalizacyjnej telefon ofiary, który wraz z portfelem zabrali z miejsca zbrodni, by upozorować motyw rabunkowy. Po morderstwie cała trójka udaje się do mieszkania Joanny i jej martwego już męża, gdzie urządzają zakrapianą imprezę oraz orgię, ponieważ kobieta proponuje im seks w trójkącie, na który podobno już wcześniej mieli się umawiać.

    Następnego dnia w południe przypadkowy przechodzień zauważa ciało mężczyzny w okolicach placu zabaw przy ulicy Barcza i natychmiast wzywa policję.

    Martwy mężczyzna leżał pod drzewem, ale podczas przeszukiwania terenu znaleziono portfel ofiary (...) W portfelu był dowód osobisty z adresem, więc policjanci zaraz się tam pojawili i zastali żonę Piotr G. oraz "przyjaciela domu" Jacka P. Oboje udawali, że nie mają o niczym pojęcia.

    - opowiadał rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie.

    Gdy biegli stwierdzili, że Piotr został uduszony, natychmiast zatrzymano jego żonę i jej kochanka. Przyciśnięci przyznali się do winy oraz wskazali trzeciego sprawcę. Łukasz K. także przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Cała trójka trafia do aresztu, a Joanna, z uwagi na to, że była w ciąży, do specjalnego oddziału aresztu w Ostródzie.

    Na początku maja odbyła się wizja lokalna z udziałem sprawców.

    Zdjęcia Jacka P. podczas wizji lokalnej -> klik, klik, klik, klik

    Podejrzani o morderstwo zaczęli zmieniać zeznania. Po tym, jak początkowo przyznali się do winy, później każdy przedstawia inną wersję wydarzeń, co zaczyna komplikować sprawę.

    . . .

    Tłumy przyjaciół i znajomych uczestniczyły w pogrzebie Piotra na cmentarzu w Dywitach, który odbył się 9 maja.

    klik <- relacja z pogrzebu
    klik <- wypowiedzi bliskich zamordowanego

    . . .

    W grudniu 2013 roku prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe przesłała do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuca zabójstwo całej trójce oskarżonych. Jak czytamy w komunikacie z ich strony internetowej:

    W dniu 16.12.2013r. Prokurator Rejonowy Olsztyn – Południe w Olsztynie skierował do miejscowego Sądu Okręgowego akt oskarżenia p – ko Joannie G., Jackowi P. i Łukaszowi K.

    Zostali oni oskarżeni o to, że w dniu 29.04.2013r. w Olsztynie, działając wspólnie i w porozumieniu z zamiarem bezpośredniego pozbawienia życia Piotra G., w ramach ustalonego podziału ról, zgodnie z którym Joanna G. przekazała Jackowi P. i Łukaszowi K. materiały do owinięcia rąk, aby nie zostawili śladów, a następnie wyprowadziła poruszającego się na wózku inwalidzkim Piotra G. z mieszkania w ustalone miejsce, gdzie wymieniony został zaatakowany przez Jacka P. i Łukasza K., którzy po wepchnięciu go w krzaki i zrzuceniu z wózka inwalidzkiego bili go pięściami i kopali po całym ciele oraz dusili paskiem, w następstwie czego doznał on licznych obrażeń ciała powodujących zatrzymanie krążenia i oddychania oraz aspiracje krwi do górnych dróg oddechowych, co skutkowało jego zgonem.

    . . .

    Joanna została pozbawiona praw rodzicielskich, a jej pięcioro dzieci trafiło do rodzin zastępczych i do Domu Dziecka.

    W 2014 roku urodziła w areszcie szóste dziecko, które zaraz po przyjściu na świat zostało adoptowane przez ludzi, którzy nie wiedzieli, że jego rodzicami jest para morderców.

    . . .

    (zdjęcie)

    . . .

    Proces ruszył 28 lutego 2014 i jak podaje olsztyńska gazeta:

    Ze względu na drastyczność sprawy i konieczność ochrony dobrych obyczajów sąd utajnił przebieg procesu na czas składania wyjaśnień przez oskarżonych.

    Wiadomo jedynie, że Joanna nie przyznała się do winy, zaś oskarżeni mężczyźni przyznali się tylko pośrednio, bo nie do zamierzonego zabójstwa, lecz tylko do pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

    W jawnej już części procesu zeznawał biegły lekarz sądowy. Stwierdził, że ofiara przez kilka minut była duszona. Miała też poważne obrażenia głowy: złamaną szczękę, oczodół, kość jarzmową, a także krwiaki mózgu. Wszystko to razem było przyczyną śmierci Piotra G.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    14 maja 2014 zapadł pierwszy wyrok - Joanna oraz Jacek P. zostali skazani na dożywocie. Natomiast Łukasz K. na 15 lat pozbawienia wolności, co według strony internetowej Sądu Apelacyjnego w Białymstoku zostało uargumentowane w ten sposób:

    Sąd uznał, że podejmowane przez Łukasza K. czynności nie miały charakteru wiodącego i nie nosiły drastycznego charakteru. Jego rola w zdarzeniu była dopełniająca, nie miał on też pełnej wiedzy na temat motywów kierujących pozostałymi oskarżonymi. Zatem orzeczona wobec niego kara winna być niższa.

    Sędzia nie miał wątpliwości co do winy skazanych. Nie pomogły łzy i zapewnienia morderczyni, że jest niewinna.

    Po ogłoszeniu wyroku widownia na sali Sądu Okręgowego w Olsztynie zaczęła bić brawo.

    Przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że kara dożywotniego więzienia dla dwójki oskarżonych jest karą adekwatną do popełnionej zbrodni.

    Joanna G. i jej przyjaciel planowali zabójstwo Piotra. Jednym z motywów było przejęcie jego mieszkania, w którym planowali wspólne dalsze życie. (...) Oskarżona doznała samej dobroci od Piotra G., przyjął ją i jej piątkę dzieci pod swój dach, żebrał na ulicach, by utrzymać całą rodzinę, a ona nie potrafiła tego docenić.

    - mówił, uzasadniając wyrok sędzia.

    (tutaj są zdjęcia z tego procesu)

    Wyrok nie był prawomocny, a apelację wnieśli obrońcy całej trójki oskarżonych. Domagali się dla nich niższych kar, argumentując to następująco:

    Obrońca Joanny G. uważa, że powinna ona ponieść odpowiedzialność jedynie za pomocnictwo do czynu popełnionego przez pozostałych oskarżonych, ewentualnie w przypadku uznania jej za współwinną zabójstwa, z uwagi na poboczną rolę, złożenie obszernych wyjaśnień, wcześniejszą niekaralność i młody wiek należy wymierzyć jej karę znacznie łagodniejszą.

    Obrońca Jacka P., domagając się uchylenia wyroku i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sądowi I instancji zarzucił naruszenie szereg przepisów procedury karnej oraz błąd w ustaleniach faktycznych polegający na przyjęciu m.in., że oskarżony ten działał z zamiarem bezpośrednim zabójstwa. Z ostrożności procesowej, na wypadek nieuwzględnienia tych zarzutów, wniósł o złagodzenie wymierzonej oskarżonemu kary.

    Natomiast obrońca Łukasza K. wniósł o zmianę wyroku poprzez uznanie, że oskarżony ten wypełnił swoim zachowaniem znamiona przestępstwa z art. 158 § 1 k.k. bądź wymierzenie mu kary znacznie łagodniejszej.*

    (Art. 158. § 1. - Kto bierze udział w bójce lub pobiciu, w którym naraża się człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 § 1 lub w art. 157 § 1, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.)

    5 listopada odbył się proces apelacyjny, w którym zapadł już prawomocny wyrok. Sąd Apelacyjny w Białymstoku złagodził karę dla Joanny i Jacka P. z dożywocia na karę 25 lat więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 15 latach. Wyrok Łukasza K. pozostał bez zmian.

    Dożywocie jest karą eliminacyjną i nie daje szansy na wyjście z zakładu karnego. Stosuje się je wobec osób zdemoralizowanych, które nie poddają się resocjalizacji. Sąd uznał, że Joanna G. i Jacek P. nie są na tyle zdemoralizowani, że powinni być trwale wyeliminowani ze społeczeństwa.

    - tak sędzia opisywał uzasadnienie wyroku.

    Wyjaśnił także, dlaczego kobiecie został przypisany współudział w zabójstwie, a nie jedynie pomocnictwo. Przypominał, że współsprawcą może być także osoba, która własnoręcznie "nie zabija, nie zadaje ciosów, nie kopie, nie strzela, nie topi, nie dusi". Sędzia mówił, że jeżeli oskarżonej "przyświecał" zamiar zabicia męża, cała trójka miała taki plan, a rolą żony był "udział w istotnym elemencie tego planu" (m.in. zwabienie męża do domu i wyprowadzenie go w ustronne miejsce) - jej współdziałanie w tej zbrodni było ewidentne.

    Sąd apelacyjny wziął pod uwagę m.in. niekaralność sprawców. - Nie są ludźmi zdegenerowanymi do cna, których należy traktować jako sprawców o małym procencie (szans na) poddanie resocjalizacji - powiedział sędzia, przywołując opinie psychologów i psychiatrów.

    Sąd ocenił też, iż zbrodnia nie została dokonana z premedytacją, bo pomysł "pozbycia się" męża kobiety zrodził się nagle, gdy ten nie chciał zostać w domu z dziećmi kobiety (z innego związku); nie było też szczególnego okrucieństwa. Nie wiadomo, kto pomysł zabójstwa podsunął. **

    . . .

    To przerażające i zadziwiające zarazem ile upokorzeń jest w stanie znieść człowiek by zmusić kogoś by go kochał. I gdzie jest granica pomiędzy szlachetnością, dobrocią, a zwykłą głupotą, naiwnością i brakiem doświadczenia?

    . . .

    klik <- ciekawy artykuł na ten temat, rozbudowany o wiele wypowiedzi znajomych Piotra G.
    klik <- reportaż UWAGI na ten temat
    klik <- odcinek serii dokumentalnej "Polskie zabójczynie" z telewizji kryminalnej Crime+Investigation Polsat na temat tej zbrodni, mało szczegółowy, ale z inscenizacją wydarzeń

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #olsztyn #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooooooo.jpg

  •  

    Vladislav Roslyakov - osiemnastoletni zamachowiec z Kerczu

    Vladislav już od lat najmłodszych lat postrzegany był jako dziecko okrutne, które torturowało koty na swoim rodzinnym osiedlu. Gdy miał około 10 lat jego rodzice rozwiedli się. Powodem miał być poważny uraz głowy, którego doznał ojciec. Uraz ten wpłynął na jego zachowanie, stał się agresywny w stosunku do syna, żony jak i innych krewnych.

    Roslyakov uczył się w lokalnej szkole, jednak nauka nie była jego mocną stroną i po prostu chciał zdać kolejny semestr. Nie miał żadnych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Jego głównymi hobby były bronie oraz gry video.

    W 2015 roku zaczął studia na kierunku elektrotechnicznym. W czasie studiów pogłębiło się w nim zainteresowanie bronią oraz doszły do tego materiałami wybuchowymi. Przy okazji zapisał się także na zajęcia z walki nożami bagnetowymi. Regularnie ćwiczył też na siłowni, jako że chciał powiększyć swoją masę mięśniową. W sieci krążą także plotki jakoby Roslyakov wraz z matką uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Rosyjska stacja RBK TV przeprowadziła wywiad z znajomym Roslyakova, który powiedział, że "nienawidził on swojej szkoły i przysiągł zemstę na nauczycielach". W dniach poprzedzających atak rozprawiał w mediach społecznościowych nad brakiem sensu życia, możliwej strzelaninie oraz samobójstwie.

    Kamery bezpieczeństwa uchwyciły na filmie Roslyakova niosącego ośmiostrzałową strzelbę Hatsan Escort Aimguard o kalibrze 12 GA z chwytem pistoletowym. Ubrany był w czarne spodnie oraz T-shirt z napisem "hatred" (pol. nienawiść). Jego strój przypominał ten noszony przez Erica Harrisa (jednego z zamachwców z pamiętnej masakry w liceum w Kolorado), co doprowadziło do spekulacji iż zamach z Kerczu był nim inspirowany.

    Roslyakov zakupił strzelbę 8 września bieżącego roku, a 13 października dokupił do niej 150 nabojów. Wszystko zostało nabyte legalnie w sklepie z bronią.

    Kilku świadków widziało zamachowca chodzącego w te i z powrotem po korytarzach Politechniki i strzelającego do przypadkowych uczniów i nauczycieli, aż skończyła mu się amunicja. Wtedy też nastąpił wybuch bomby. Lokalna policja podała do wiadomości, że na kampusie było więcej ładunków wybuchowych, na szczęście zostały one rozbrojone. Jedna z osób, którym udało się przeżyć atak powiedziała, że trwał on ponad 15 minut.

    Na stronie internetowej miasta, możemy odczytać, że eksplozja nastąpiła na pierwszym piętrze budynku, natomiast strzelanina miała miejsce na drugim. Uczniowie, którzy widzieli eksplozje opisali, że wybiła wszystkie okna w budynku, a po niej ludzie zaczęli uciekać z budynku.

    Wice minister Krymu Sergei Aksyonov w wywiadzie stwierdził, że możliwe iż napastnik posiadał wspólnika, który kierował młodym Roslyakovem i poszukują oni tej osoby,

    Większość ofiar to nastolatkowie. 15 uczniów i 5 nauczycieli zginęło od ran postrzałowych, 74 osoby były lub nadal są hospitalizowane, kilku osobom trzeba było dokonać amputacji.

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #terroryzm
    pokaż całość

    źródło: images.jpg

    +: TheTytus, Smutny_memiarz +237 innych
  •  

    Zabił 54-letnią kobietę. Oddał się w ręce policji po 4 latach

    27-letni William Leverett, który figuruje w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, w 2014 roku śmiertelnie dźgnął nożem matkę dwójki dzieci, 54-letnią Mellisę Millan, która wybrała się na wieczorny jogging w centrum. Zabójca oddał się w ręce policji męczony wyrzutami sumienia. Jak doszło do tej zbrodni?

    20-letni William Winters Leverett żył w Colorado, USA. W maju 2011 roku został uznany winnym napaści seksualnej na małoletnią. Sąd nie wymierzył kary więzienia, ale zasądził na rzecz Leveretta grzywnę (438 $), umieszczenie w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, przymusowe leczenie oraz karę w zawieszeniu. William Leverett wkrótce po orzeczeniu wyroku przeprowadził się do domu swoich dziadków w Simsbury. Miejscowość oddalona od Colorado o osiem stanów i ponad 3 tys. km. Swoją decyzję argumentował poczuciem wstydu w związku z wyrokiem sądu.

    Ponad 3 lata później, 20 listopada 2014 r. 54-letnia mieszkanka Simsbury, Mellisa J. Millan, wychodzi z domu pobiegać. Kobieta startowała w triathlonach i wieczorny jogging był dla niej rutyną. Tym razem nie wróciła z treningu. Została odnaleziona po godzinie 20, przy popularnym szlaku pieszo-rowerowym, w centrum Simsbury.

    Gdy na miejsce przybyła policja, kilka osób stało nad pokrytą krwią, leżącą na lewym boku kobietą. Funkcjonariusze przeprowadzili resuscytację krążeniowo-oddechową na niereagującej ofierze, która następnie została przetransportowana do szpitala. Tam lekarz stwierdził zgon. Po sekcji zwłok stwierdzono, że kobieta zmarła z powodu rany kłutej w klatce piersiowej, a jej śmierć została sklasyfikowana jako zabójstwo.

    Śmierć Mellisy Millan wstrząsnęła mieszkańcami miasteczka. Na miejscu zdarzenia nie znaleziono żadnego narzędzia zbrodni. Nikt nie był świadkiem ataku, który według policji miał miejsce między godziną 19:30 a 20. Śledztwo stanęło w martwym punkcie. W 2015 roku anonimowa osoba zaoferowała nawet 40 tys. $ za jakiekolwiek informacje, które doprowadzą do aresztowania sprawcy. Nie przyniosło to rezultatu. Policji nie udało się znaleźć zabójcy przez prawie 4 lata.

    Przełom nastąpił w środę, 19 września, tego roku.

    27-letni William Winters Leverett zjawił się na komendzie policji wraz z członkami kościoła do którego należy. Leverett przyznał się do popełnionej zbrodni. Powiedział, że nie może żyć z tym co zrobił. Grupa wyznaniowa przyszła z nim, by go wspierać, po tym jak z własnej woli przyznał się do zabójstwa Mellisy Millan przed pastorem, a potem przed resztą zgromadzenia.

    Leverett podczas policyjnego przesłuchania zeznał, że w dniu zbrodni wracał z obowiązkowego spotkania terapeutycznego dla przestępców seksualnych, które w ramach kary wymierzył mu sąd w Colorado. Udał się w okolice szklaku pieszo-rowerowego w poszukiwaniu „kontaktu z ludźmi”. Opowiadał, że czuł się zakłopotany. Kilka miesięcy wcześniej poznał kobietę, z którą się spotykał. Obawiał się, że odkryje ona jego tajemnicę o seksualnej napaści i wyroku z 2011. Leverett czuł się tym zawstydzony i przerażony, a w jego głowie pojawiła się myśl, że gdyby po prostu kogoś zabił to wszystko to by zniknęło i nie musiałby się tłumaczyć. Wtedy zauważył biegnącą 54-letnią Melissę Millan. Jak zeznał później, kobietę widział po raz pierwszy, nie znali się. Podczas przesłuchania opowiedział, że jej widok bardzo go podniecił, pobudził emocjonalnie. Jednak po chwili poczuł gniew, gdyż pomyślał, że kobieta jest spoza jego ligi. Wtedy wpadł w szał.

    Wysiadł z samochodu z zamiarem przestraszenia Melissy nożem. Umyślnie wbiegł wprost na nią (w miejscu gdzie jedna z ulicznych lamp nie działała), sprawiając, że kobieta zatrzymała się. Wtedy dźgnął ją w klatkę piersiową. Mellisa zdążyła odepchnąć napastnika, po czym osunęła się i wypadła przez drewnianą barierkę na drogę. Leverett wrócił do swojego samochodu, odjechał w boczną ulicę, tam wyrzucił nóż przez okno i odjechał z miejsca zbrodni. Kilka dni później wrócił na miejsce zdarzenia, odnalazł narzędzie zbrodni i zniszczył je w zgniatarce do śmieci. Zakrwawione buty wyrzucił do kontenera z ubraniami na cele dobroczynne, a rękawice ukrył w stodole.

    We wrześniu 2018 r., po przesłuchaniu, Leverett wskazał śledczym miejsce, w którym ukrył przedmiot z miejsca zbrodni. Zebrane DNA zgadza się z DNA ofiary. Po przeszukaniu mieszkania okazało się, że po zabójstwie Leverett pisał do członków rodziny listy, gdzie przyznał się do popełnionej zbrodni. Listów nigdy nie wysłał.

    William Winters Leverett. Rejestr sprawców przestępstw seksualnych
    2014: Reportaż TV dzień po zabójstwie
    Miejsce zbrodni: tu, tu
    Zdjęcia z prowadzonego dochodzenia: tu, tu, tu
    2018: Nagranie z posterunku. Leverett oddaje się w ręce policji
    2018: Reportaż TV podsumowujący całą sprawę

    #usa #kryminalne #wydarzenia #policja #przestepczosc #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ SOWIŃSKI, rocznik '76

    Mariusza można śmiało nazwać jedną z "gwiazd" Rejestru - nie musiałam się zbytnio naszukać by odkryć jego historię bo nie dość, że jego nazwisko widnieje w Wikipedii, to w proponowanych hasłach pojawiają się tacy słynni zwyrodnialcy jak Pękalski czy Trynkiewicz.

    Media okrzyknęły Sowińskiego Wampirem ze Stefankowic, co uraziło go do tego stopnia, że pozwał Radio Lublin, które w jednej ze swoich audycji użyło owego określenia. Stwierdził, że przecież nie pije krwi i nie podobało mu się to, że przez nowy przydomek współwięźniowie wołają za nim "ejj, wampir!". Żądał od rozgłośni radiowej pół miliona złotych odszkodowania i oficjalnych przeprosin. W 2010 roku przegrał proces, a Sąd nakazał mu zwrócić 7,5 tys. zł, które lubelskie radio wydało na swojego prawnika. W tym czasie Sowiński już od trzynastu lat siedział w więzieniu i nie pracował, także ściągnięcie z niego tych pieniędzy było trudne, a może nawet jest niemożliwe do tej pory. Oczywiście, prawnika miał z urzędu, a skarb państwa zapłacił blisko 10 tys. zł za jego honorarium.

    Nasz dzisiejszy "bohater" pozywał zza krat wiele osób, ale o tym napiszę na końcu.

    . . .

    Mariusz Sowiński (zdjęcie) zakończył swoją edukację na szkole podstawowej, ponieważ zamiast się uczyć, wolał pracować i pomagać rodzicom w gospodarstwie. Matka mówiła o nim, że był pracowity, posłuszny i mogła zawsze na nim polegać. Opiekował się młodszym rodzeństwem i miał stałą paczkę kolegów, z którymi dorastał w rodzinnych Stefankowicach na Lubelszczyźnie. Jednak beztroskie dzieciństwo spędzane na graniu w piłkę i słuchaniu muzyki ze starego magnetofonu, zakłóciła straszna tragedia - gdy miał 10 lat powiesił się jego o rok młodszy braciszek.

    Bawiłem się z innymi dziećmi w janosików. Ja byłem wtedy u sąsiadów. Brat pobiegł w krzaki się wysikać i już nie wrócił. Znalazłem go w krzakach, miał pod brodą sznurek do suszenia bielizny. Od tamtej pory wszystko się we mnie zamknęło.

    - wspominał Sowiński.

    Miał także przyrodnie rodzeństwo - najprawdopodobniej 4 lata młodszego brata i 13 lat młodszą siostrę.

    W wieku 15 lat zaczął odbywać kontakty seksualne ze zwierzętami. Najpierw gwałcił tylko kury, których początkowo nie chciał zabijać, ale szybko zauważył, że bardzo podnieca go, gdy po stosunku same zdychają. Od tamtej pory, najpierw ukręcał im głowy, a potem gwałcił. Po jakimś czasie postanowił spróbować seksu z większą zwierzyną, a jego ofiarami padały krowy i klacze. Początkowo, by nie wierzgały, przywiązywał je do belki, ale gdy zauważył, że duszenie krowy wzmaga w nim podniecenie porównywalne ze stosunkiem seksualnym, zaczął zabijać i je.

    Nie miałem zbyt często ochoty na kobiety. Czasami kupowałem pisma erotyczne Wampa, Twój weekend, Cats, podobały mi się, ale nie onanizowałem się. Nie przepadam za pornografią. Widok nagiej kobiety niekoniecznie wywołuje u mnie podniecenie, ale duszenie tak.

    - opowiadał seksuologom już po zatrzymaniu wiele lat później.

    Pierwszą inicjację seksualną z człowiekiem odbył w wieku 18 lat - zgwałcił wówczas swoją niewidomą i schorowaną sąsiadkę Genowefę S. Prokuratura wszczęła śledztwo, które z uwagi na niewykrycie sprawcy zostało umorzone. Pokrzywdzona miała wówczas 64-lata.

    Mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął pracę na składzie buraczanym w sąsiedniej miejscowości. 9 października 1994 roku po zakończonej zmianie upił się z kolegami, a wracając w nocy do domu, przechodził obok posesji 63-letniej Zofii K., do której uczęszczał na lekcje religii, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Zazwyczaj, gdy był pod wpływem alkoholu, odczuwał silne pobudzenie seksualne, zapukał więc do domu samotnie mieszkającej kobiety. Drobna i mała staruszka dobrze pamiętała Mariusza z lat szkolnych i bez wahania otworzyła mu drzwi. Nie zdążyła nawet zapytać czego chce o tak późnej porze, gdy rosły mężczyzna złapał ją za szyję i zaczął dusić, aż straciła przytomność. Omdlałą zaciągnął do pokoju, gdzie rozebrał, brutalnie zgwałcił i zadusił na śmierć.

    Byłem spokojny, rozluźniony. Nie żałowałem, że ją zabiłem. Wychodząc od niej miałem zakrwawione ręce, bo najpierw wkładałem jej palce, później członka.

    - relacjonował.

    Następnego dnia sąsiadki znalazły ciało Zofii w studni, do której wrzucił ją zwyrodnialec.

    . . .

    O zabójstwo Zofii K. został oskarżony nijaki Kazimierz P. W trakcie śledztwa przyznał się do zbrodni, ale nie był jednak w stanie podać żadnych szczegółów dotyczących zabójstwa. Spędził w areszcie aż 19 miesięcy i ostatecznie został przez sąd uniewinniony.

    . . .

    Rok po zabójstwie, 26 listopada 1995 roku Sowiński ostro pił z kolegami na zabawie w Teratynie. (W KOMENTARZACH UMIEŚCIŁAM MAPKĘ) Do rodzinnych Stefankowic miał około 7 kilometrów, które postanowił pokonać na piechotę. Idąc przez pobliskie Kułakowice zauważył światło dobiegające ze stojącego na uboczu domku. Alkohol szumiał mu w głowie, wywołując silną żądzę. Ochota na seks była nie do przezwyciężenia. Wiedział, że mieszka tam samotnie starsza kobieta. Podszedł do budynku i zastukał w okno. Z wnętrza dobiegł głos staruszki. Antonina E. miała 80 lat.

    – Kto tam – dało się słyszeć z wnętrza domu.

    Tym razem nie odpowiedział. Wystraszona i przeczuwająca najgorsze staruszka szybko weszła na strych i przez okno zaczęła wzywać pomocy. Zboczenie błyskawicznie wyważył futrynę okna i wszedł do środka. Dopadł staruszkę i zaczął ją dusić. Gdy upadła, kolanami uciskał jej klatkę piersiową łamiąc żebra. Nieprzytomną rozebrał z bielizny i zgwałcił. Następnie znalezionymi zapałkami podpalił słomę i trociny leżące na strychu. Kobieta ostatkiem sił zdołała zejść na parter. Pożar zauważyli sąsiedzi. Wynieśli staruszkę z płonącego domu, wezwali karetkę i straż pożarną.

    Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Po 5 dniach zmarła. Przyczyną śmierci było zapalenie płuc, do którego doszło na skutek złamań żeber. Badający ją jeszcze za życia lekarz stwierdził, że była zgwałcona. Kobieta jednak najwidoczniej wstydziła się o tym mówić. Córce powiedziała, że dwaj mężczyźni wyważyli drzwi i żądali od niej pieniędzy (za rabusiów najprawdopodobniej wzięła strażaków). Policjanci, ze względu na zły stan zdrowia, nie zdążyli jej przesłuchać.

    . . .

    5 sierpnia 1996 roku 20-letni Mariusz Sowiński, na prośbę ojczyma pojechał rowerem do pobliskiego Hrubieszowa, by zapłacić za dzierżawę łąki. Po uregulowaniu należności, w drodze powrotnej do domu zachciało mu się pić. Zajechał więc na ogródki działkowe Oaza pod miastem, gdzie zauważył Wiesławę Ł. - 36-letnią matkę dwóch chłopców - 16 i 17-letniego.

    Gwałciciel ukrył rower i czekał na odpowiedni moment. Gdy uznał, że ten czas nadszedł, wyskoczył zza krzaków i zaatakował kobietę.

    Pojadłem trochę agrestu. Wtedy zobaczyłem pracującą w ogrodzie młodą kobietę. Zachciało mi się z nią kochać. Skryłem się więc za krzakami i obserwowałem co robi. Gdy zaczął padać deszcz, schowała się pod domek.

    - relacjonował kilka lat później.

    Zarzucił swojej ofierze drut na szyję i zaczął dusić. Kobieta broniła się jak mogła, wtedy oprawca jeszcze silniej uciskał i bił po twarzy. Straciła przytomność, wtedy przerzucił ją przez ramię i zaniósł na sąsiednią działkę. Tam rzucił na ziemię, rozebrał do naga i dwukrotnie zgwałcił. Słyszał jak oddycha. Dlatego wyciągnął scyzoryk, którym zadał jej śmiertelny cios prosto w serce. Potem położył jej głowę i szyję na druty, aby – jak zeznał – szybciej umarła. Na koniec zabrał jej zegarek kwarcowy i jak gdyby nigdy nic wrócił do domu.

    . . .

    Wiadomość o seryjnym mordercy szybko rozeszła się wśród mieszkańców Hrubieszowa i okolic. Ludzie wpadli w panikę, a kobiety bały się wychodzić same po zmroku. Organa ścigania działały pod ogromną presją przerażonego społeczeństwa i chciały jak najszybciej zatrzymać zwyrodnialca. Po 15 dniach został aresztowany 56-letni rencista Kazimierz U., który także posiadał działkę na terenie Oazy. Mężczyzna od początku zaprzeczał, jakoby miał z zabójstwem Wiesławy Ł. cokolwiek wspólnego. Badania DNA treści z pochwy, jednoznacznie wykluczyły, aby plemniki pochodziły od oskarżonego. Również zabezpieczone przy zwłokach włosy ani ślad spodu obuwia od niego nie pochodziły. Obciążały go jedynie badania osmologiczne - trzy psy tropiące użyte do eksperymentu potwierdziły, że na odzieży denatki oraz kwiatach leżących na jej rowerze znajduje się indywidualny zapach Kazimierza U. Ludzie odetchnęli z ulgą i cieszyli się z sukcesu mundurowych.

    Kazimierz U. stał się kozłem ofiarnym, na którego śledczy tylko czekali, ofiarą zdesperowanej policji, która przez kilka lat nie potrafiła złapać prawdziwego mordercy. Zaczęły pojawiać się niewygodne pytania, czy w toku śledztwa przypadkiem nie tworzono fałszywych dowodów (ślady zapachowe). Prokuratura Wojewódzka w Zamościu (nadrzędna nad hrubieszowską) wszczęła w tym kierunku postępowanie, które zostało umorzone wobec niestwierdzenia przestępstwa.

    Rencista wyszedł z aresztu dopiero po pół roku, a po roku oczyszczono go z zarzutów. Musiał wyjechać z rodzinnego Hrubieszowa, bo ludzie wytykali go palcami i snuli domysły czy to aby na pewno nie on był mordercą.

    Długie miesiące spędzone w areszcie i to pod zarzutem dokonania tak makabrycznej zbrodni, odcisnęły piętno na jego psychice. Podupadł na zdrowiu i kilka lat później zmarł.

    pokaż spoiler Przypomina mi to sprawę Zdzisława Marchwickiego, który także został niesprawiedliwie osądzony, ale w tym przypadku dodatkowo skazany na karę śmierci (którą wykonano w 1977), bo milicji bardzo śpieszyło się, by skazać kogokolwiek, żeby uspokoić spanikowany lud i zadowolić Edwarda Gierka, którego bratanica także została zamordowana przez seryjnego mordercę, za którego wzięli Marchwickiego.


    . . .

    W marcu 1997 roku Mariusz Sowiński rozpoczął służbę jako żołnierz poborowy w Nadwiślańskich Jednostkach MSWiA w Sanoku. Zarówno tam, jak i jeżdżąc na przepustki do rodzinnych Stefankowic, w czasie gdy nie mordował kobiet, zaspokajał swoje żądze na zwierzętach.

    Pewnego razu, gdy wracał z przepustki, nie mogąc doczekać się na autobus, postanowił kawałek drogi przejść pieszo, aż złapie jakąś okazję. Na okolicznych łąkach rolnicy wypasali krowy. Upatrzył sobie jedną, wyciągnął jej łańcuch z ziemi i zaprowadził w ustronne miejsce, pod drzewo. Tam zarzucił łańcuch na gałąź i ciągnął, aż zwierze się udusiło i bezwładnie opadło na ziemię. (zdjęcie - obrzydliwe, klikasz na własną odpowiedzialność) Następnie podniecony zwyrodnialec zgwałcił krowie truchło.

    Opowiadał także bez skrępowania policjantom o tym, jak darował życie krasuli swoich rodziców:

    U nas w domu była taka spokojna krowa, odbywałem z nią stosunki za każdym razem, jak byłem na przepustce.

    Na wsi zaczęły krążyć plotki na temat preferencji seksualnych Sowińskiego. Ktoś widział, jak prowadził zwierzę w odosobnione miejsce, a potem okazywało się, że leży tam już martwe. Miejscowi szybko skojarzyli fakty i niektórzy zaczęli się z niego naśmiewać.

    . . .

    31 sierpnia 1997 roku w Stefankowicach odbywały się dożynki. 21-letni Mariusz przyjechał wówczas do domu na przepustkę i wraz ze swoim kuzynem udał się na zabawę. Wypił sporo wina i około godziny 2 ruszył w drogę powrotną do domu. Tradycyjnie, po alkoholu zachciało mu się seksu, więc zaszedł pod dom niewidomej Genowefy S., którą zgwałcił kilka lat temu, jako 18-latek. Włamał się przez okno. Samotnie mieszkającą kobietę zbudził hałas. Zdezorientowana siadła na łóżku i nasłuchiwała. Mariusz wiedział, że go nie widzi, spokojnie odłączył przewód elektryczny od radia tranzystorowego, zarzucił jej na szyję i dusił. Ale już nie wystarczało mu duszenie, by się podniecić. Spirala przemocy nakręcała się. Bił ją pięścią po twarzy, łamał żebra.

    Gdy już nie krzyczała i leżała nieprzytomna na podłodze, rozebrałem ją do naga i dwa razy się z nią kochałem. Od przodu i od tyłu. Przed stosunkiem uderzyłem ją pięć razy w twarz. Nie wiem, czy żyła, nie było słychać czy oddycha.

    - opowiadał.

    Potem wrócił na zabawę, a rano, bladym świtem wstał i wyjechał do jednostki do Sanoka.

    . . .

    Następnego dnia znaleziono ciało 67-letniej Genowefy, a policjanci przesłuchali niemal wszystkich uczestników potańcówki, w której brał udział także Sowiński. Rozmawiali też z jego kuzynem i kolegami, z którymi spędził poprzednią noc i tak wpadli na trop mordercy.

    Mariusz Sowiński został zatrzymany już 4 września, kilka dni po swojej ostatniej zbrodni. Z Sanoka został przewieziony do Zamościa, gdzie postawiono mu zarzut morderstwa i gwałtu Genowefy S.

    Ku zaskoczeniu przesłuchujących go mundurowych, przyznał się do morderstwa staruszki, ale również do innych zbrodni, o których opowiadał bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji. Gdy policjanci pytali go, co zwróciło jego uwagę w mieszkaniach ofiar, wskazywał, to na placki ziemniaczane leżące na stole, to na radio stojące na parapecie. Opowiadając o swoich zbrodniach, miał minę bezbronnego dziecka, które tylko bawiło się, nie wiedząc, że to jest złe. Zeznania potwierdził w trakcie wizji lokalnej, która została przeprowadzona 7 września 1997 roku. Bez jakiegokolwiek skrępowania i emocji pokazywał, którędy wchodził do domu ofiar, jak je rozbierał, dusił, mordował.

    (zdjęcie z wizji lokalnej)
    (drugie zdjęcie z wizji lokalnej)

    Podczas wizji lokalnych w miejscach morderstw zachowywał się jak na szkolnej wycieczce. Uśmiechał się, żartował.

    - opowiadali podczas procesu przerażeni policjanci.

    Sowiński był badany przez cały sztab psychiatrów i psychologów, był także kilka miesięcy na obserwacji w oddziale Psychiatrii Sądowej AM w Lublinie. Chętnie współpracował, jednak po jakimś czasie, niespodziewanie zmienił zdanie i wycofał się ze swoich zeznań. W liście z kliniki pisał:

    Wszystkie fakty zostały przeze mnie wymyślone podczas przesłuchania (…) kazali mi pod groźbą potwierdzić przed prokuratorem. Nie popełniłem żadnych zbrodni, o wszystkich denatkach przeczytałem w gazecie. Pochodzę z bardzo małej wioski, w której nic się nie dzieje, dlatego chciałem stać się osobą sławną, być opisanym w gazetach i mediach. Cel oczekiwany uzyskałem. Zdałem sobie sprawę, że (…) moja bujna wyobraźnia pociągnęła nieobliczalne skutki. Posiadam na każdy dzień alibi. Dlatego już nie chcę składać żadnych wyjaśnień.

    Jednak jego wcześniejsze słowa i dowody zebrane podczas śledztwa pozwoliły na sporządzenie aktu oskarżenia, który został skierowany do Sądu Wojewódzkiego w Zamościu w czerwcu 1998 roku. Prokuratura oskarżała Sowińskiego o poczwórne zabójstwo i gwałty ze szczególnym okrucieństwem oraz akty zoofilii.

    . . .

    Biegli stwierdzili, że Mariusz Sowiński ma przeciętny iloraz inteligencji, cechuje go mała pewność siebie, woli trzymać się na uboczu, stara się unikać konfliktów, dlatego raczej ulega innym, jest nieśmiały i mało spontaniczny. W swojej opinii pisali:

    Dominującym zachowaniem seksualnym podejrzanego stał się sadyzm. Zadawanie cierpień ofiarom (kobietom lub zwierzętom) ulegało stopniowej transformacji i ostatecznie stało się nie mniej ważne, a w istocie ważniejsze od samego współżycia. Duszenie kobiet i zwierząt było początkowo dokonywane głównie w celu obezwładnienia ofiar. Jednak z czasem na skutek wyuczenia, zachowania agresywne stały się elementem koniecznym praktyk seksualnych (bodźcem seksualnym).

    Według seksuologów, dewiacja seksualna określana jako sadyzm polimorficzny z zoofilią i nekrosadyzmem (ofiara martwa lub nieprzytomna jako warunek odbycia aktu płciowego), nie jest schorzeniem psychicznym, tylko zaburzeniem preferencji seksualnej (parafilią).

    W sprawie Sowińskiego powołano 20 biegłych z zakresu psychologii i seksuologii. Wszyscy powołani przez sąd biegli uznali, iż Mariusz Sowiński nie jest osobą chorą psychicznie, ani upośledzoną umysłowo. Oraz, że jego dewiacje mogą się jeszcze pogłębić.

    Nie znam przypadku, by ktoś kto uruchomił ciąg zachowań, mógł sam się powstrzymać. Trzeba chronić społeczeństwo przed takim człowiekiem. Zaburzenia preferencji seksualnej tego typu, cechują się wysokim ryzykiem nawrotowości i jak dotychczas nieskutecznością metod leczenia. Jedynym środkiem są androgeny, gdy się je bierze to popęd wygasa.

    - mówiła na sali rozpraw biegła psychiatra, porównując Sowińskiego do Kuby Rozpruwacza i Marchwickiego.

    . . .

    Proces ruszył jesienią 1998 roku.

    Po zakończeniu pierwszej rozprawy ojciec zamordowanej na hrubieszowskich ogródkach działkowych Wiesławy Ł. zaatakował Sowińskiego przemyconą do sądu siekierą. Konwojujący go policjanci zostali potraktowani gazem pieprzowym, a gwałciciel ugodzony siekierą w plecy. Napastnik został osadzony w Policyjnej Izbie Zatrzymań, a Sowiński trafił do szpitala. Mężczyzna drasnął go tylko w okolice lewej łopatki, a cios był niegroźny. Dzięki wstawiennictwu ówczesnego wojewody zamojskiego i protestach jego sąsiadów został zwolniony. Śledztwo w tej sprawie zostało wkrótce umorzone.

    Po wyzdrowieniu Sowińskiego, jego sprawa wróciła na wokandę.

    Prokuratura żądała kary dożywotniego pozbawienia wolności z możliwością warunkowego zwolnienia po upływie 50 lat. Aby podkreślić to, jak niebezpiecznym jest człowiekiem, przytoczyła fakt, że po jednym z zabójstw powybijał krowy właścicielki, a następnie zaczął obcować płciowo z ich zwłokami. Sowiński odmówił składania wyjaśnień, powiedział jedynie, że jest niewinny. Pytany przez biegłych o ocenę swojego postępowania, powiedział, że wie, iż źle zrobił, ale to była siła wyższa i nie ma wyrzutów sumienia.

    Obrońca oskarżonego wnioskował o umieszczenie go w zakładzie psychiatrycznym, próbując obalić ekspertyzy psychiatryczne i udowodnić, że Sowiński w chwili popełnienia zbrodni nie był niepoczytalny. Adwokat wniósł o dopuszczenie opinii biegłych psychiatrów z innego ośrodka niż lubelski, ale jego wniosek został odrzucony.

    Wyrok zapadł pod koniec czerwca 2000 roku. Sąd Okręgowy w Zamościu skazał Mariusza Sowińskiego na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie z więzienia dopiero po upływie 50 lat (czyli najwcześniej w roku 2047, w wieku 71 lat). Został także pozbawiony praw publicznych na 10 lat.

    Po apelacji sąd II instancji utrzymał wyrok w mocy, uzasadniając faktem, iż Sowiński stanowi zagrożenie dla otoczenia.

    Obrońca wniósł kasację i sprawa wróciła do Sądu Apelacyjnego w Lublinie. W 2003 roku SA ostatecznie utrzymał wyrok w mocy.

    . . .

    Początkowo Sowiński został osadzony w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich na Śląsku, przebywał też w AŚ we Wrocławiu i pewnie w wielu innych, bo raczej nie zdarza się by jakikolwiek więzień całą karę odbywał w jednym miejscu. Aktualnie przebywa w ZK Rzeszów-Załęże. Ze względu na znaczny stopień demoralizacji i nieprzewidywalność zachowań jest izolowany od współwięźniów i przebywa w celi jednoosobowej.

    Nie grypsuje, ukończył kurs czeladnika w zawodzie koszykarz – plecionkarz, w celi ma telewizor, ogląda programy informacyjne i filmy sensacyjne. Aktywnie uczestniczy w formach duszpasterskich. Objęty jest terapią dla sprawców przestępstw seksualnych.

    Od 2004 roku stara się o ułaskawienie od kolejnych prezydentów (od Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i w 2011 roku od Bronisława Komorowskiego. Ciekawe czy Dudy też nie oszczędził. ( ͡º ͜ʖ͡º) ) Z powodu negatywnej prognozy kryminologicznej (postępującej progresji zaburzeń seksualnych) wszystkie prośby zostały rozpatrzone negatywnie (jak pisze Wikipedia) na etapie sądowym i pozostawione bez dalszego biegu. (Jakby ktoś się orientował, o co chodzi, jak wyglądaj rozpatrywanie takiego wniosku - piszcie! @IgorK ? ( ͡° ͜ʖ ͡°) )

    Sowiński w swoim ostatnim wniosku do prezydenta Komorowskiego zapewniał, że żałuje swoich czynów, że chciałby cofnąć czas, podkreślał, że jest chorym człowiekiem i musi rozpocząć leczenie, ale w warunkach więziennych jest to niemożliwe. Pisał też, że jest osobą wierzącą, a na dowód tego wskazywał na "objawienia”, jakich rzekomo doświadczył tuż przed popełnieniem zbrodni. Miała mu się ukazać Matka Boska, Trójca Święta.

    Jestem członkiem Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej, studiuję regularnie Pismo św. i kieruję się zasadami w nim zawartymi. Już nigdy nie zejdę z drogi, jaką wytyczył mi Bóg.

    Twierdził, że chce zostać dawcą szpiku kostnego, że tylko w ten sposób może spełnić dług zaciągnięty wobec społeczeństwa.

    Jedynym z argumentów miał być także pogarszający się stan zdrowia jego dziadków i chęć pomocy (jak sam pisał) "w ich starości".

    Zrozumiałem swoje błędy, przeprosiłem listownie rodziny poszkodowanych, chociaż wiem, że nigdy nie naprawię krzywd jakie im wyrządziłem. Bo życie ludzkie jest najcenniejszym darem od Boga i nikt nie ma prawa go odbierać innym. Byłem wtedy młody, i nie w pełni władz umysłowych. Gdy teraz nad tym wszystkim się zastanawiam, to nie mieści mi się to w głowie, jak mogłem dopuścić się czegoś tak okropnego.

    - pisał w 2011 roku.

    pokaż spoiler Trochę to dziwne, jak na człowieka, który starszych ludzi gwałcił i mordował...


    . . .

    Tak jak wspominałam na początku, Sowiński co rusz kogoś pozywa. Oczywiście, wszystkie procesy przegrał.

    W grudniu 2001 roku pozwał Henryka J. spod Hrubieszowa, ojca kobiety, którą Mariusz Sowiński zamordował na ogródkach działkowych. Mężczyzna ten zaatakował go siekierą po pierwszym procesie, jak pisałam wyżej. Ze śląskiego Zakładu Karnego wniósł do hrubieszowskiego Sądu Rejonowego pozew o zasądzenie od Henryka J. tytułem odszkodowania i zadośćuczynienia początkowo 3 tys. zł, jednak ostatecznie stwierdził, że to zbyt mała kwota jak na krzywdy, które wyrządził mu pozwany i zażądał 10 tys. zł więcej. Pieniędzy domaga się jako zadośćuczynienie za obrażenia i straty moralne. (klik) Sąd w Hrubieszowie uznał, że przyznanie mordercy odszkodowania byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

    W drugim pozwie morderca domagał się od dwóch policjantów po 80 tysięcy złotych zadośćuczynienia za to, że nie zapewnili mu odpowiedniej ochrony, gdy Henryk J. go zaatakował. A za zniszczoną odzież żądał od funkcjonariuszy 360 zł.

    Z kolei od byłego szefa Prokuratury Rejonowej w Zamościu domagał się 500 tysięcy złotych odszkodowania wraz z odsetkami. Zarzucał prokuratorowi nieuprzejme zachowanie i to, że nie pozwolił mu dokładnie zapoznać się z aktami sprawy, w której był oskarżonym.

    W 2002 roku pozwał mieszkańca swoich rodzinnych Stefankowic. Chciał od niego 50 tys. zadośćuczynienia z odsetkami, za to, że przed 10 laty został poszkodowany przez jego konia. Do zdarzenia miało dojść w 1993 roku w Białympolu, w punkcie skupu koni. Koń należący do pozwanego, prowadzony w stronę wagi, niespodziewanie poderwał się i rozciął Mariuszowi prawy łuk brwiowy. Obrażenie było niewielkie, wystarczył tylko opatrunek, jednak po 9 latach, Sowiński stwierdził, że przez owe zdarzenie zaczął mieć problemy psychiczne i przez to teraz musi przebywać w więzieniu. Pozwany stwierdził, że pozywający go mężczyzna ma do niego pretensje od czasu, kiedy zabił mu krowy, a on przyłapał go na molestowaniu jednej z nich.

    W procesie, który wytoczył Radiu Lublin sąd rozpatrujący sprawę, sięgnął do słownika języka polskiego i znalazł tam określenie słowa "wampir" jako nie tylko kogoś, kto pije krew. Stwierdził, że można nazwać tak również seryjnego zabójcę z zaburzeniami psychicznymi, który dopuszcza się morderstw o podłożu seksualnym. Zresztą, gdyby wygrał, otworzyłoby mu to drogę do procesów przeciwko innym redakcjom...

    . . .

    Wszelkie cytaty (pisane kursywą) i fragmenty wypowiedzi Sowińskiego pochodzą stąd - klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #hrubieszow #stefankowice #seryjnymorderca
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    •  

      Nie znam statystyk, ale nie wydaje mi się, żeby za dużo dziewięciolatków się wieszało, w ogóle taki pomysł u dziecka jest dla mnie szokujący.

      @jamtojest: Przegladalem kiedys stastyki samobojstw z roznych lat na stronie KGP, bylo kilka takich przypadkow. Nie wiem jak to mozliwe, wydaje mi sie, ze to jakies sztuczne kwalifikowanie dziwnych wypadkow, nie potrafie sobie wyobrazic takiego czynu u dziecka. pokaż całość

    •  

      @kvoka:

      Pierwszą inicjację seksualną z człowiekiem odbył w wieku 18 lat
      już myślałem że zaczął wychodzić na prostą. a potem:

      - zgwałcił wówczas swoją niewidomą i schorowaną sąsiadkę Genowefę S.

      kurr co za chory typ xD

    • więcej komentarzy (169)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Wrzucam dziś następny post, ponieważ był już wcześniej przygotowany. Ale wątpię, czy będę kontynuowała pisanie tutaj czegokolwiek, bo miała być to dla mnie przyjemność, a nie coś co sprawia przykrość. Konstruktywna krytyka - spoko, dużo już się dzięki temu nauczyłam. Ale chamstwo i wyzywanie od idiotek nie jest spoko. Rozumiem, że to tylko internet i tutaj wszyscy wiedzą wszystko najlepiej, ale można napisać to normalnie, bez poniżania drugiej osoby. Jestem miękka klucha, nie chcę się niepotrzebnie przejmować.

    Poprzedni wpis usunęłam, także do tego wołam tylko z mirkolisty.

    . . .

    BARTŁOMIEJ BUCZEK, rocznik '93

    Nie najbrzydszy typ, nie? Taki tam normik. Mijając go na ulicy w życiu bym nie pomyślała, że mógłby przeskrobać coś więcej niż kradzież gumy kulki w dwu tysięcznym pierwszym. Ba, mijając go na ulicy nawet nie zwróciłabym na niego uwagi - kompletnie zlewa się z szarym tłumem.

    Pedofil nie musi być starym, wąsatym chłopem z nadwagą i włosami na plecach. Może być właśnie takim zwykłym Bartkiem z lubelskiej wsi.

    U obecnie 25-letniego chłopaka stwierdzono tzw. czystą pedofilię. W całej Polsce nie ma nawet pięćdziesięciu tak skrajnie zaburzonych i niebezpiecznych osób.

    Bartłomiej Buczek gwałcił i wykorzystywał seksualnie swoją młodszą, rodzoną siostrę nieprzerwanie od 2007 do 2013 roku. Z ustaleń policji wynika, że jej koszmar zaczął się, gdy miała zaledwie siedem lat - starszy brat zaczął się wtedy do niej dobierać, ściągać majteczki i wkładał w nią palce. Gdy dziecko skończyło 10 lat zaczął gwałcić je regularnie. Zmuszał także to tzw. innych czynności seksualnych, szarpał i zatykał usta by nie krzyczała.

    Rodzeństwem opiekowała się babcia, matka wyjechała za chlebem za granicę. Gdy dziewczynka skończyła 13 lat, powiedziała o wszystkim rodzicielce, a ta zamiast zgłosić sprawę na policję - wyrzuciła syna z domu. Bartek był już wtedy pełnoletni i wyjechał do Niemiec.

    Sprawa wyszła na jaw dopiero w 2016 roku, gdy nastoletnia już ofiara gwałtów próbowała popełnić samobójstwo. Gdy syn marnotrawny powrócił z emigracji, został zatrzymany i doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Chełmie.

    Bartłomiej B. przyznał się do czynów zarzucanych mu przez śledczych, a w sierpniu 2017 odbyła się pierwsza rozprawa. (klik)

    Wyrok zapadł bardzo szybko, bo już na drugiej rozprawie kilka miesięcy później - 5 lat więzienia, psychoterapia i zakaz zbliżania się do swojej siostry na odległość mniejszą niż 200 metrów. (klik)

    Zgodnie z przytoczonym przez biuro prasowe SO w Lublinie artykułem odnośnie środków zabezpieczających, oznacza to, że po wyjściu z celi „sprawca, wobec którego orzeczono terapię, ma obowiązek stawiennictwa we wskazanej przez sąd placówce w terminach wyznaczonych przez lekarza psychiatrę, seksuologa lub terapeutę i poddania się terapii farmakologicznej zmierzającej do osłabienia popędu seksualnego, psychoterapii lub psychoedukacji w celu poprawy jego funkcjonowania w społeczeństwie”.

    (klik)

    Ostatnie informacje w internecie na temat wyroku były z września 2017 i mówiły o tym, że prokuratura złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku i szykuje się do apelacji, także myślałam, że niedługo możemy spodziewać się dalszych wieści o Bartku z Dubieńki. Jednak, jak zwykle cisza, a nowy wyrok zapadł. Z Rejestru wynika, że w kwietniu tego roku kara została zmniejszona na 4 lata pozbawienia wolności w systemie terapeutycznym i 3 lata zakazu zbliżania się do ofiary na odległość mniejszą niż 200 metrów.

    Bartłomiej Buczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Rzeszowie.

    . . .

    Jeżeli ktoś wystalkuje w internecie ofiarę Buczka - bardzo proszę o nieupublicznianie jej danych w komentarzach.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #chelm #dubienka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Jakby były organizowane wybory mistera Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym to ten typek miałby zapewnione pierwsze miejsce. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Różowe paski, jakby któraś chciała zostać polską Afton Elaine Burton (żona Charlesa Mansona, zakochała się w nim i poślubiła, gdy odsiadywał już wyrok dożywocia, klik), to przedstawiam Wam świetnego kandydata - ten przystojniaczek dostał dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 40 latach!

    . . .

    MICHAŁ MORAS, rocznik '84

    Michał już w szkole eksperymentował z narkotykami. Standardowo zaczęło się od trawki, później amfetamina, a skończyło się na strzykawkach z heroiną. By mieć na następną działkę, jako nastolatek zaczął kraść - najpierw w domu, później w sklepach i wyszarpując kobietom torebki na ulicach. Miał założoną sprawę o rozbój, ale by nie odsiadywać kary, zadeklarował, że podejmie się leczenia nałogu. Z pomocą głęboko wierzących rodziców, wyjechał do Włoch do katolickiego ośrodka odwykowego. Po trzech i pół roku wrócił do rodzinnego Wrocławia, ale ze strachu przed powrotem do dawnego ćpuńskiego towarzystwa oraz brakiem możliwości spłacenia starych długów, po kilku dniach wyjechał do Jeleniej Góry.

    Tam poznał 10 lat starszą od siebie Annę, z którą zamieszkał i wychowywali wspólnie jej kilkuletniego syna. Uczył włoskiego w prywatnej szkole językowej, a później zatrudnił się w dziale technicznym Filharmonii Dolnośląskiej.

    Znajomi Michała z Filharmonii mówili o nim, że był dobrym i sumiennym pracownikiem. Według ich, Moras był bardzo skryty i niewiele ponad to, że znał się dobrze na tenisie i grał w piłkę nożną, są w stanie o nim powiedzieć. Przyznali także, że zdarzało mu się być agresywnym po alkoholu.

    Niestety, jego problemy z nałogami się nie skończyły, a raczej przybrały inną formę. Michał sporo pił i nałogowo grał na automatach, co nie wpływało dobrze na jego związek z Anną, która już niejednokrotnie wyrzucała go z mieszkania.

    Michał bywał często w Sport Pubie, który znajdował się kilka przecznic od Filharmonii, w której pracował.

    (Przychodził), kiedy tylko miał pieniądze, a jak się zgrał, to jeszcze potrafił stać godzinę, dwie i patrzeć, jak innym idzie. Skreślony chłopak. Wciągnięty po uszy. Kiedyś miał passę – wygrywał i wpatrzony był w automat tak, że nie zauważył, jak mu się od papierosa zaczęły paznokcie kopcić. Smród białka wokoło, a ten nie odrywa oczu od bębnów. *

    - opowiadał jeden ze stałych bywalców lokalu. Mówili o nim, że mimo wszystko był to chłopak na poziomie, filolog klasyczny i było o czym z nim porozmawiać.

    pokaż spoiler Nie wiem czy studiował filologię klasyczną, czy po prostu się nią interesował, nie znalazłam nigdzie rozwinięcia tej opinii.


    . . .

    7 marca 2013 roku Michał Moras (wtedy 29-latek) prosto po pracy udał się do Sport Pubu. Pijany w sztok opuścił lokal pół godziny przed północą i udał się w stronę Filharmonii, w której od kilkunastu dni nocował, o czym nie wiedział dyrektor przybytku (a przynajmniej tak twierdził). Anna postawiła Michałowi ultimatum - albo ona, albo nałóg. Kobieta przegrała tą nierówną walkę i kilkanaście dni wcześniej ostatecznie już wyrzuciła konkubenta ze swojego mieszkania.

    Michał do Filharmonii wrócił około północy. Wszedł od strony ulicy Bankowej, a drzwi otworzył mu Paweł K., 60-letni portier. Mężczyźni wypalili po papierosie, pewnie też rozmawiali, bo przecież nigdy wcześniej nie mieli żadnych zatargów. Nagle Moras zaatakował ochroniarza młotkiem, który zwykle nosił go przy sobie w plecaku. Bił tak, jakby chciał go trzy razy zabić ** i dźgał nożem. Ochroniarz zginął od ciosów w głowę. Zachłysnął się własną krwią.

    . . .

    O Pawle K wiadomo tylko tyle, że był człowiekiem dobrego serca. Zostawił żonę i dwoje dorosłych dzieci. Nie doczekał narodzin drugiego wnuka.

    . . .

    Po zabójstwie ochroniarza Moras wszedł na piętro do pokoi gościnnych. W jednym z nich zamieszkiwał, w sąsiednim przebywała niespełna 26-letnia harfistka Victoria Jankowska (zdjęcie), która następnego wieczoru miała zagrać koncert w Filharmonii. Mężczyzna zapukał do drzwi pokoju, w którym przebywała artystka i spytał czy może wejść. Kobieta się zgodziła, jednak morderca nie miał dobrych zamiarów. Victoria nie miała szans z silnym i wysportowanym napastnikiem. Mężczyzna związał ją i zakneblował. Pastwił się nad nią, brutalnie gwałcił i okaleczał przez kilka godzin. Na koniec udusił poduszką.

    . . .

    Victoria Anna Jankowska pochodziła z Warszawy, gdzie ukończyła polonistykę na UW. Była także studentką ostatniego roku na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Jak podaje Wikipedia, współpracowała z wieloma orkiestrami. (klik) Do Jeleniej Góry przejechała po raz pierwszy, 8 marca 2013 roku miała zagrać koncert „Muzyczne pary” - fragmenty "Tristana i Izoldy" Wagnera oraz "Romea i Julii" Czajkowskiego. Była jedynaczką.

    . . .

    Oprawca, zanim wyszedł z Filharmonii, udał się do swojego pokoju i przebrał z zakrwawionych ubrań, które porzucił na podłodze. Zostawił także list:

    Ania nie jest temu winna. Wszystko przez hazard. Poległem. Szukajcie mnie w piwnicy.

    Mogło to sugerować, że początkowo chciał popełnić samobójstwo. Jednak wyszedł z budynku i udał się na dworzec autobusowy.

    . . .

    Rankiem, 8 marca 2013 roku pracownicy Filharmonii na próżno czekali, by jak co dzień Pan Paweł otworzył im drzwi i przywitał swoim serdecznym "dzień dobry". Kilka minut po godzinie 7 wezwali strażaków, którzy musieli wybić szybę, by dostać się do środka budynku. Tuż przy portierni, w kałuży krwi leżał martwy ochroniarz. Od razu wezwano policjantów, którzy na piętrze dokonali następnego makabrycznego odkrycia - na podłodze, w pokoju gościnnym znaleźli ciało Victorii.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Michał Moras bardzo szybko stał się jednym z głównych podejrzanych. Prócz listu pozostawił po sobie mnóstwo śladów - odciski butów, palców czy zakrwawione ubrania. Policja ruszyła za nim w pościg. Morderca dojechał autobusem do Wrocławia, w którym przesiadł się do pociągu w kierunku Górnego Śląska. Został zatrzymany już po godzinie 19 w Jaworznie. (zdjęcie) Był całkowicie zaskoczony i nie stawiał oporu.

    Następnego dnia, w sobotę rozpoczęło się 6-godzinne przesłuchanie podejrzanego. Początkowo przyznał się tylko do zabicia portiera, a w kwestii morderstwa harfistki zasłaniał się niepamięcią. W końcu przyznał się do wszystkiego. Tego samego dnia odbyła się wizja lokalna oraz zapadła decyzja o 3-miesięcznym areszcie.

    Tego samego dnia prezydent Jeleniej Góry ogłosił trzydniową żałobę.

    . . .

    Ludzie, którzy kojarzyli Michała mówili, że często wodził wzrokiem za młodymi, atrakcyjnymi dziewczynami. Podobno, dzień przed morderstwem, był wyjątkowo wpatrzony w Victorię, którą zobaczył na scenie podczas próby w Filharmonii.

    . . .

    11 marca zostały ogłoszone wyniki sekcji zwłok. Wiadomo tylko, że Paweł K. zmarł z powodu odniesionych obrażeń głowy, a Victoria została uduszona. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze oznajmiła, że na prośbę rodziny zmarłej harfistki nie będzie udzielać żadnych dodatkowych informacji.

    . . .

    Paweł K. został pochowany 15 marca na starym cmentarzu w Jeleniej Górze. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła rodzina, bliscy, znajomi z pracy oraz orkiestra dęta Filharmonii Dolnośląskiej. (zdjęcia)

    Victoria została pochowana następnego dnia na cmentarzu służewieckim w Warszawie. Chórzyści z Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina zaśpiewali napisaną specjalnie na jej część pieśń żałobną. (zdjęcia)

    . . .

    14 lutego 2014 W jeleniogórskim Sądzie Okręgowym rozpoczął się proces. (zdjęcie) Michał Moras został oskarżony o dwa zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, gwałt ze szczególnym okrucieństwem i rozbój z użyciem noża. Prokuratura nie ujawniła wielu szczegółów morderstw ze względu na wyjątkowe okrucieństwo, a sędzia na wniosek pokrzywdzonych i ich rodzin, utajnił proces w całości.

    Jak mówił prokurator Sebastian Ziembicki, motyw jest bardzo złożony i nie da się o nim mówić nie wchodząc w szczegóły, a o ich nieujawnianie prosiła rodzina jednej z ofiar. Z aktu oskarżenia można wnioskować jednak, że chodziło o motyw złożony co najmniej z dwóch pobudek: seksualnej i rabunkowej. ***

    Biegli psychiatrzy oraz psycholog nie stwierdzili u Morasa żadnych zaburzeń i uznali, że w chwili zbrodni był on w pełni poczytalny i zdolny do ocenienia własnych czynów. Dodali też, że poziom inteligencji oskarżonego jest wyższy niż średni poziom dla jego grupy wiekowej.

    10 marca odbył się następny proces, a 5 maja Sąd ogłosił wyrok dożywotniego więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 50 latach. Zasądził też milion złotych nawiązki dla rodzin ofiar po 250 tys. złotych dla matki i córki ochroniarza oraz 500 tysięcy złotych dla matki zmarłej harfistki. Wyrok był nieprawomocny. Tego dnia Michała Morasa nie było na sali rozpraw.

    Sędzia Andrzej Żuk ogłaszając wyrok przez kilka minut odczytywał listę obrażeń jakie Michał M. zadał swym ofiarom. Oboje umierali w mękach, prosząc zabójcę o litość. Michał M. najpierw brutalnie zgwałcił harfistkę, zakneblował jej usta taśmą malarską, ciął nożem i gryzł. Kobieta zginęła uduszona. Michał M. zabrał jej 150 złotych i telefon komórkowy. Ochroniarzowi zadał ponad 60 ran nożem, młotkiem i innym nieustalonym tępym narzędziem. ****

    KLIK obrońca Michała Morasa, oraz z matką i przyjaciółką zamordowanej Victorii

    Obrońca skazanego złożył apelację o skrócenie okresu do prawa ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. (klik)

    Według Rejestru wyrok uprawomocnił się 15 października 2014 roku i został zmieniony tylko w kwestii ubiegania się o przedterminowe zwolnienie na 40 lat. Reszta bez zmian.

    Obrońca skazanego próbował jeszcze walczyć o swojego klienta, ale w listopadzie 2015 roku Sąd oddalił jego kasację od wyroku, którą uznał za bezsensowną. Zatem Michał Moras nie ma już więcej prawnych możliwości uchylenia się od prawomocnego wyroku.

    . . .

    W listopadzie 2015 r. mama zamordowanej Victorii założyła fundację jej imienia, mająca na celu zachowanie pamięci córki poprzez wspieranie wszelkich inicjatyw artystycznych twórców młodego pokolenia. (klik)

    . . .

    Rodzina Victorii wiele lat walczyła w sądzie o zadośćuczynienie za śmierć córki. Dopiero w marcu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że matce ofiary należy się 250 tys. zł, którą mają zapłacić wspólnie filharmonia oraz firma ochroniarska.

    Naszym zdaniem śmierć córki pani Barbary została spowodowana błędami zarówno po stronie samej filharmonii - organizacyjnymi, brakiem należytej staranności - jak i przez samą firmę ochroniarską, która nie zapewniła należytej ochrony.

    - mówił adwokat reprezentujący matkę zamordowanej kobiety.

    (klik)

    . . .

    Michał Moras aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym Nr 1 we Wrocławiu.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    • • •

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło
    **** źródło

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #morderstwo #victoriajankowska #jeleniagora #wroclaw #michalmoras #filharmonia
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Znowu niemiecki wymiar sprawiedliwości uderzył z całą surowością
    W zeszłym roku chińczyk zamordował dwie kobiety w salonie masażu w mieście Gelsenkirchener.Jedna z ofiar zadał 30 ciosów nożem.
    Wyrok sądu 14 lat więzienie

    #ciekawostkizniemiec mój tag o Niemczech

    https://www.tz.de/welt/essen-mann-40-verurteilt-wegen-gewaltsamen-morden-zr-10289613.html

    #wyroksadu #prawo #sadownictwo #4konserwy #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Gdy świętujemy mistrzostwa świata w siatkówce, nie zapominajmy o przerażającej zbrodni, która miała miejsce tuż po poprzedniej edycji imprezy, 4 lata temu.

    Po poprzednich mistrzostwach świata w siatkówce, w 2014 roku, dwóch mężczyzn świętowało na rynku we Wrocławiu. Zostali zaczepieni przez dziewczynę pracującą dla wyłudzalni pieniędzy podszywającej się pod "klub ze striptizem". Mechanizm działania takich miejsc jest następujący - dziewczyna zaprasza niczego nie świadomych ludzi na ulicy, wchodzą do środka, po czym są okradani na różne sposoby - dosypuje im się do drinków środki wyłączające świadomość i pamięć, wymusza się zapłaty pod groźbą lub okrada ich innymi metodami.

    Ta kryminalna działalność bezkarnie prowadzona jest w eksponowanych miejscach miast, w przypadku Wrocławia - na rynku, tuż obok miejskiego ratusza. Mężczyźni zachęceni przez kobietę weszli do "klubu", ale szybko zorientowali się, że nie jest to miejsce, w którym chcą przebywać. Udali się więc w stronę wyjścia. Tam drogę zagrodzili im bandyci wynajęci przez "klub" w roli "ochroniarzy", domagając się zapłaty - de facto dokonując rozboju. Gdy mężczyźni odmówili zapłaty i chcieli wyjść, jeden z bandytów zaczął ich bić. Jednego zamordował. Początkowo odmawiano nawet wezwania karetki. Ostatecznie zgodzono się na to, pod warunkiem skłamania, że mężczyzna "spadł ze schodów".

    Całość zarejestrował monitoring. Od momentu wejścia do klubu, do morderstwa minęło 8 minut. Zamordowany mężczyzna miał żonę i dzieci. Cała jego "wina" polegała na tym, że chciał świętować mistrzostwo świata w siatkówce. Jest to absolutnie przerażające.

    Morderca ukrywał się przed policją oraz kłamał w czasie procesu. Jak wykazało śledztwo, cały personel "klubu" został poinstruowany przez właściciela, że mają kłamać w tej sprawie. Pomimo tego, bandyta za morderstwo ostatecznie otrzymał skandalicznie niski wyrok zaledwie 5 lat pozbawienia wolnośći.

    Ten klub, pod zmienioną nazwą, jak i wiele mu podobnych, w dalszym ciągu bezkarnie działają w całej Polsce, otruwając i okradając nieświadomych klientów. Niektórzy są mordowani. Spraw były tysiące, jednak w państwie polskim panuje takie bezprawie, że nie jest ono w stanie poradzić sobie z ewidentnie bandycką, niezmiernie szkodliwą działalnością. Korzystają z pełnego luk prawa oraz nieudolności służb.

    W czasie morderstwa, Polską rządziła Platforma Obywatelska, z premierem Donaldem Tuskiem, a później Ewą Kopacz.
    W dniu dzisiejszym przy władzy jest Jarosław Kaczyński (PiS), który rządzi na tyle nieudolnie, że problem nadal występuje.

    W Polsce można tak po prostu, w eksponowanych i turystycznych częściach miast, prowadzić bezkarnie kryminalną działalność, polegającą na okradaniu ludzi na wielkie sumy, otruwaniu, czasem nawet na morderstwach.

    Świętując sukces sportowy, pamiętajmy o ofiarach tej przerażającej zbrodni i pomyślmy o tym, że ten proceder nadal trwa i kolejne ofiary mogą pojawiać się każdego dnia.

    #siatkowka #polska #kryminalne #panstwoteoretyczne #morderstwo #wroclaw
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #morderstwo

0:0,1:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1

Archiwum tagów