•  

    440409 - 234 - 350 - 534 = 439291

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski - dni 8-10 i podsumowanie

    Poprzednie części:

    Przygotowania
    Dzień 1-4
    Dzień 5-7

    MRDP Dzień 8
    234 km | 3739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159661619

    Pomimo że leżę bezpośrednio na trawniku, śpi mi się całkiem komfortowo. Nie trwa to jednak długo, bo wybudza mnie głos: „halo, wszystko w porządku?”. Tak, tak śpię sobie, dziękuję. „ Bo właśnie widzę że ktoś leży, ale rower nie taki byle jaki i myślałem że coś się stało”. Patrzę na zegarek – 3 z groszami. Gościu chyba lekko podpity, ale raczej niegroźny. Mówię, że jadę maraton dookoła polski i chciałbym się trochę przespać i jechać dalej. Przeprasza że mnie obudził. Mówię że nic się nie stało i miło że się zainteresował, ale chciałbym spać. „OK… ale jak to dookoła polski?!” Tłumaczę żeby sobie wszedł na MRDP.PL i tam jest wszystko. W końcu mogę spać dalej.

    Niestety okazało się, że moja miejscówka nie jest na uboczu jak myślałem, a leżę sobie zaraz przy uliczce biegnącej od rynku. Tym sposobem kolejną pobudkę mam już około 4, więc postanawiam się zbierać. Senność nie daje mi spokoju i po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów układam się na ławce w Stroniu Śląskim. Po jakichś 20 minutach budzi mnie deszcz. Szybko się zbieram i uciekam do jakiejś kamienicy. Jest trochę burzowo, ale przejściowo, więc postanawiam skorzystać z postoju i wyjadam zapasy. Puszka coli stawia mnie na nogi i gdy ruszam jedzie mi się całkiem przyjemnie. Drogi są mokre, ale chmury nie wyglądają już na takie co by chciały spaść na ziemię. Dalej jadę na południe, przedostając się w samo serce Kotliny Kłodzkiej. Kawałek za Damaszkowem, na łuku DK33 słyszę za sobą gwałtowny pisk opon. Odwracam się i widzę podwozie samochodu wylatującego z przydrożnego rowu i frunący w powietrzu akumulator. Zawracam i widzę że z rozbitego auta wyskakuje młody chłopak z dziewczyną. Ona cała roztrzęsiona, a chłopak mówi tylko żeby nie dzwonić do rodziców. Chodzą w kółko i mówią żeby zadzwonić po policję (?). Sytuacja jest niebezpieczna, bo z obu stron droga zwija się w zakręt, a my jesteśmy w dołku i samochody zjeżdżają wprost na nas, w ostatniej chwili hamując na mokrej drodze. Dzwonię po pomoc i przy okazji z daleka ostrzegam nadjeżdżające pojazdy. Chcę wyciągnąć trójkąt, ale bagażnik jest rozbity i nie daje się otworzyć. Z uwagi na wyciekające płyny zostaje wezwana straż pożarna i policja, której nadal się domagają. Dyspozytorka pyta czy jest potrzebna karetka. Każe zapytać poszkodowanych, skoro są „na chodzie”. Mówią, że nie potrzebują i że wszystko jest ok. Poleca zadzwonić gdyby się poczuli gorzej. Tymczasem oni chodzą i zbierają porozrzucane części. Martwią się co z tym akumulatorem. Widać że są w szoku. Każę im to zostawić i mówię żeby zeszli z drogi, bo jest niebezpiecznie. Dziewczyna cały czas płacze. Słyszę zbliżające się syreny, więc powoli oddalam się z miejsca zdarzenia.

    Przez najbliższe godziny nie umiem dojść do siebie. Mam czarne myśli, bo przecież kilka sekund wcześniej i ten samochód skosiłby mnie z jezdni. W takim nieciekawym nastroju, po pokonaniu długiego podjazdu w okolicach Zieleńca, docieram do Kudowy, gdzie kieruję się z pomocą Garmina do baru mlecznego. Gdzieś w centrum ponownie spotykam Daniela Śmieję, który akurat kończy swoja przerwę obiadową. Mówi coś o limicie, że trzeba się sprężać żeby zdążyć, ale ja jestem teraz jakiś obojętny. Kolega ucieka, a ja po posiłku zahaczam jeszcze Biedronkę, gdzie robię solidne zapasy.

    Tuż za miastem zaczynam podjazd Szosą Stu Zakrętów w głąb Gór Stołowych. Jechałem tędy niecałe 3 miesiące wcześniej podczas Maratonu Podróżnika, jednak w przeciwnym kierunku i nocą. Teraz mogę w końcu co nieco zobaczyć. Na jednym ze zjazdów jakiś kolarz macha do mnie i głośno dopinguje. Odmachuję mu z uśmiechem i przez nieuwagę łapię przednim kołem krawędź krawężnika. Ledwie ratuję się z opresji – gleba była bardzo blisko. Jakoś niedługo po tym zdarzeniu urywa mi się film ;) Dalszej drogi przez Sudety Wałbrzyskie nie mogę sobie przypomnieć. Za Mieroszowem znów doganiam Daniela i po chwili spotykamy kibiców w postaci forumowej Kahy z rodziną ;)

    Z dalszej drogi też nie pamiętam wielu szczegółów. Były ładne karkonoskie widoki i dobra pogoda. Trasa naszpikowana podjazdami i kiepska ostatnia noc z zaledwie drzemką na trawniku zaczęły odciskać swoje piętno. Wieczorem, już po zmroku, w okolicach Podgórzyna ponownie spotykam Daniela, który przygotowuje się na przystanku do nocnej jazdy. Trochę rozmawiamy i kalkulujemy. By myśleć o dotarciu na metę w limicie, raczej konieczne jest zarwanie również tej nocy. Daniel może sobie na to pozwolić, bo poprzedniej spał pod dachem. U mnie sytuacja wygląda kiepsko. Czuję się tak niedospany i zmęczony, że dalsza jazda to igranie z losem. Dzwonię pod numer telefonu z tabliczki oferującej noclegi. Niestety Pani jest w innej miejscowości, ale daje mi namiary na inne noclegi które mogę znaleźć przy mojej trasie. Niestety wszędzie zbywają mnie brakiem miejsc. Poszukiwania trwają ponad godzinę . W końcu pytam jakieś towarzystwo siedzące w imprezowym klimacie pod parasolem, czy się nie orientują w temacie noclegu. Wołają kolegę który za 40 zł oferuje bardzo fajny pokoik 1-osobowy z łazienką. Ostrzega że w nocy zapowiadają ulewne burze i żebym lepiej pospał do rana, gdy ma się już przejaśnić. Na niebie w oddali faktycznie widać błyski. Niestety maksimum na co sobie mogę pozwolić to 4h snu, więc budzik ustawiam na godzinę 4 i po szybkim ogarnięciu siebie ląduję w łóżku.

    MRDP Dzień 9
    350 km | 2265 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159664955

    Na szczęście nocne burze ominęły moje okolice. Wyruszam wcześnie rano i po kilku kilometrach od razu popełniam błąd. Za bardzo zapuściłem się w kierunku Szklarskiej i minąłem zakręt prowadzący pod Zakręt Śmierci. To ostatni tak solidny podjazd na trasie MRDP. Czas pożegnać się z górami na dobre. W zasadzie cała reszta trasy to miejsca w których będę pierwszy raz w życiu.
    Dalej przez Świeradów, Leśną aż do Zgorzelca jest głownie z górki, więc kilometry lecą dosyć szybko. Budzi to w głowie pewną nadzieję, że może jest jeszcze szansa trochę podgonić, że może się uda. Gdy wjeżdżam do Lubuskiego jest mi dane poznać osobiście legendarną jakość dróg tego obszaru. Ubzdurałem tu sobie, że cała trasa wzdłuż zachodniej granicy tak wygląda i nie mam szans by nadrobić zaległości. Postanawiam po prostu dojechać do przeprawy promowej w Połęcku przed ostatnim kursem o godzinie 20.

    W zasadzie wszystkie mijane przygraniczne miejscowości usiane są tablicami i szyldami w języku niemieckim. Czasem można się zapomnieć, że jest się w Polsce. Gdzieś po drodze mijam Macieja Skowronka z którym tasowałem się na prawie całej trasie. Jedzie w kategorii sport i często podczas poprzednich nocy widziałem jego zaparkowanego na poboczu kampera.
    Przed jednym z pierwszych dłuższych brukowych odcinków, mijam kolegów z jego ekipy, stojących w gotowości z drugim rowerem przygotowanym pod kiepskie nawierzchnie. Nie wiedziałem że ma aż takie wypasy ;)
    W dalszej części chamskie bruki (które staram się mijać bokiem - czasem nawet ściółką przez las;) ) przeplatają się z drogami, gdzie po prostu jedna część jezdni jest szutrowa. Czasem wydaje mi się, że jadę jakąś kompletnie zapomnianą drogą, po czym dojeżdżam do sporej miejscowości i okazuje się że to jest właśnie główna dojazdówka :) Czasem ślad do punktu kontrolnego prowadzi tak. Kulminacją tego odcinka jest jednak PK32 w Brodach. Te sterty kostki brukowej to jest po prostu kwintesencja ostatnich kilometrów i śmieję się pod nosem, że pewnie plac był kiedyś asfaltowy, ale władze postanowiły wyłożyć trochę bruku dla odmiany ;)

    Do przeprawy promowej na Odrze docieram chwilę przed 19. Czeka tu na mnie Paweł Ignasiak, który zorganizował serwisowy punkt wsparcia dla wszystkich zawodników. Nie znam gościa, ale siedzi tu kilka dni i czeka na każdego zawodnika by zaproponować wsparcie serwisowe – szacun. Od razu zabiera mój rower, każe się rozsiąść, a sam zaczyna czyścić maszynką łańcuch. Śmieje się, że w tym roztworze benzyny jest jeszcze smar od Kosmy ;) Podczas sympatycznych pogaduszek stwierdza, że jestem ostatnim zawodnikiem który ma szanse na dojazd w limicie. Myślę - jak to? Przecież nie ma już szans. Wprawdzie matematycznie jest to możliwe, ale przy takiej jakości dróg niewykonalne. Dodatkowo musiałbym zarwać kolejne 2 noce z rzędu. Paweł mówi że na wybrzeżu jest zachodni wiatr, więc muszę tylko dotrzeć do Międzyzdrojów i będzie w plecy aż do mety. Dodatkowo podobno najgorsze bruki mam już za sobą. Chwilę przed startem promu dociera kolega z kamperem i przeprawiamy się wspólnie .

    Za promem jakość dróg faktycznie ulega zdecydowanej poprawie. Wiatr cichnie i w końcu nie przeszkadza, więc jedzie się przyjemnie. W Cybince robię krótki postój na stacji i zmotywowany słowami Pawła zaczynam wszystko kalkulować na nowo. Pozostało niecałe 40 godzin i około 650 km. Na świeżo do zrobienia bez problemu, jednak przede mną jeszcze dwie całe noce, a deficyt snu mam już ogromny. Gdyby jednak na wybrzeżu faktycznie zawiało w plecy, a drogi były dobre… postanawiam spróbować. Żałuje jednak, że trochę odpuściłem przed promem, bo teraz każda godzina może mieć znaczenie.

    Po 5 godzinach jazdy ponownie łamie mnie senność. Pomimo że drogi są dobre i puste, gdzieś za Mieszkowicami po prostu zjeżdżam w leśną drogę i od razu kładę się na ściółce w opakowaniu. Po pół godziny wybudza mnie chłód, więc po prostu wskakuję na rower i jadę dalej. Niestety tego typu drzemki już nie pomagają i po zaledwie kilku kilometrach, skuszony przydrożną wiatą zajeżdżam na dłuższy sen. Ładuję się w śpiwór i układam na blacie stołu, bo ławeczki są za wąskie. Zasypiam z nadzieją, że nie spadnę ;)

    MRDP Dzień 10+
    534 km | 2487 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160525921

    Po niecałych 2 godzinach ruszam dalej. Na przejściu w Osinowie doskonale widać drugi brzeg Odry i zabudowę niemieckiego Hohenwutzen. W Cedyni siadam na jakiejś ławie. Czuję się bardzo źle. Dzwonię do małżonki i marudzę jakie to wszystko bez sensu. Motywuje mnie, ale ja bredzę i czuję się jak pijany. Jestem tak zmęczony, że pozostałe 500 km do mety jest dla mnie absurdem. Pomimo że jest 6 rano postanawiam szukać noclegu, bo nie jestem w stanie dalej jechać. Droga biegnąca przez Cedyński Park Krajobrazowy spowita jest mgiełką, a wokół kręci się mnóstwo ptactwa, mającego tu sporo siedlisk.

    W Piasku dostrzegam na bramie jednego z gospodarstw tabliczkę z napisem noclegi i numerem telefonu. Nie zastanawiam się długo tylko dzwonię. Tłumaczę Pani sytuację i mówię, że potrzebuję się przespać 3-4 godziny w ciszy i spokoju. „Ale moment, bo mnie Pan obudził. Jeszcze raz, bo chyba jeszcze źle kontaktuję. Chce pan nocleg TERAZ?” Odpowiadam że tak i stoję pod bramą ;) Pani każe mi wejść na podwórko i poczekać aż się ubierze i do mnie wyjdzie. Jest to agroturystyka urządzona w leśniczówce i wygląda na bardzo fajne miejsce. Po chwili wychodzi moja gospodyni, uśmiecha się i wskazuje łóżko oraz łazienkę. Na pytanie o cenę macha ręką. „Proszę się przespać”. Tak to wygląda z okna mojego pokoju. Postanawiam się przespać 3 godziny, więc ustawiam budzik i kładę się w śpiworze, żeby nie nadużywać gościny.
    Budzę się po może dwóch godzinach, cały spocony. Dosłownie czuję jak w żyłach buzuje mi krew. Już wiem, że nie ma szans na dalszy sen, więc zbieram się do dalszej jazdy. Do mety niecałe 500 km i ostatnia doba. Limit już mało realny, ale postanawiam zawalczyć, bo liczę na ten wiatr w plecy. Wiem już, że ostatniej nocy za bardzo przekombinowałem. Powinienem wziąć porządny nocleg, przespać te 6 godzin i ruszyć na „ostatnią prostą”. No ale łatwo oceniać po fakcie ;)

    Przejazd przez aglomerację szczecińską bardzo kiepski. Gorąc, zerwany asfalt i olbrzymi ruch, bo akurat trafiam na godziny szczytu. W Wolinie robię w biegu duże zakupy. Mój plecaczek jest wypchany po brzegi. Przygotowuję się do jazdy z jak najmniejszą ilością postojów. Niestety przez ostatnia dobę wiatr zmienił kierunek i zapowiada się, że znów będzie przeszkadzał. Utwierdzam się w tym po wyjechaniu za Międzyzdroje. Ostatecznie porzucam nadzieję na dojechanie w limicie czasu. Ale jakiś cel trzeba mieć, więc zakładam sobie, że muszę zobaczyć latarnię przed zmierzchem i zdążyć na wieczorną biesiadę.

    Niespodziewanie spotykam Darka Janeczka, który właśnie wychodzi na drogę z lasu po krótkiej drzemce ;) Pierwsze nocne kilometry jedziemy wspólnie. Fajnie się rozmawia, ale taka jazda męczy mnie podwójnie, bo nie pozwala złapać własnego rytmu. Umawiamy się na stacji benzynowej, a ja wyrywam do przodu. Kolega dociera gdy ja już kończę swojego Hot –Doga. Ruszam dalej, tu widzieliśmy się ostatni raz. Na nadmorskiej DW 102 trwają remonty, więc co chwilę pojawiają się odcinki z sygnalizacją wahadłową. W nocy ruch jest niewielki, więc w miarę możliwości wjeżdżam „pod prąd”. Około północy przejeżdżam przez Kołobrzeg. Senność ponownie mocno daje się we znaki. Na tyle mocno, że drzemka to konieczność. Zaczynam się rozglądać za jakąś wiatą, ale w okolicy Miłogoszczy, tuż przy remontowanej drodze znajduję walec drogowy. Chwytam za klamkę – otwarty! :) W środku na całej długości kabiny kanapa, więc wiele się nie zastanawiam, tylko ustawiam budzik i się kładę.

    Nie pamiętam ile snu sobie zaplanowałem, ale po około godzinie budzi mnie chłód. Nie spodziewałem się tak zimnej nocy i nawet nie wyciągałem śpiwora. Nie ma co kombinować, więc zmarznięty ruszam dalej. W Kazimierzu Pomorskim mijam zakręt i znów nadkładam troszkę drogi. W Mielnie, pomimo że jest 4 rano, można spotkać jeszcze kilku imprezowych niedobitków. Jadąc 10 km odcinkiem mierzei jeziora Jamno, jest mi przeraźliwie zimno. Mam ubrane na sobie już wszystko, ale jadąc wąskim pasem lądu pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi jest bardzo wilgotno, co wraz z olbrzymim zmęczeniem potęguje odczuwanie chłodu. Senność nie ustępuje i pomimo kiepskich warunków dosypiam kilka minut na jakiejś ławce. Tym razem budzi mnie sprzątaczka – pewnie myśli że jestem jednym z niedobitków ;) Coraz bardziej zły i zmęczony ruszam dalej. Na dobitkę w miejscowości Osiek ślad skręca w lewo w jakąś drogę z płytami ażurowymi przez pola. O ile nie złamały mnie lubuskie bruki i wschodnie dziurawe drogi, tak teraz klnę na Daniela że puścił tędy trasę. (O dziwo jest nawet w Street View ;) ). To chyba jedyny moment na maratonie, gdy klnę głośno do siebie. Na końcu tej drogi, z jednego z gospodarstw wybiega do mnie ujadający pies. Niestety trafił w złym momencie, bo miałem w sobie tyle złości, że pogoniłem dziada przednim kołem. Był tak zszokowany moją reakcją, że puścił strzałę prosto do jakiegoś rowu z przerażeniem w oczach i podkulonym ogonem. Przepraszam pan pies z Rzepkowa, że dałem upust w twoim kierunku ;)

    Bezchmurny poranek zapowiada ładną pogodę. Niestety wiatr wciąż przeszkadza. Przed Ustką mijam przejazd długiej kolumny wojskowej. Gdy wybija godzina 12:10, czyli 10 doba i tym samym limit ukończenia maratonu, do mety pozostaje mi 90 km. Z tym, że się nie zmieszczę w czasie pogodziłem się już wcześniej – teraz chcę tylko dojechać do końca i mieć to wszystko za sobą :) Droga wzdłuż wybrzeża jest pagórkowata i kiepskiej jakości. Utwierdzam się w przekonaniu, że wieczorna decyzja o odpuszczeniu jazdy na limit za wszelką cenę była słuszna. Na tego typu drogach strata była nie do odrobienia. Groziło to tylko niepotrzebną kontuzją/wypadkiem.

    W miarę jak słońce unosi się coraz wyżej nad widnokręgiem, wiatr zmienia kierunek. W końcu wieje w plecy! :) Migoczące między liśćmi światło bardzo męczy moje oczy. Na tyle, że na jednym z krótkich zjazdów czuję że odcina mi świadomość. Pomimo że do mety zaledwie 30 km, to postanawiam się jeszcze zatrzymać i chociaż zamknąć oczy na kilka minut. Siadam bod belą siana i odpływam może na 2 minuty. Pomogło!

    Podjazdy pod Jeziorem Żarnowieckim wciągam już dość żwawo. Ostatnie kilometry miedzy Karwią a Jastrzębią Górą to wręcz maraton w pigułce. Dziadowskie drogi, brukowe drogi i podjazdy :) Pod latarnię dojeżdżam o godzinie 16:28, czyli z czasem 10 dni 4 godziny i 18 minut. Łączny przejechany dystans to 3200 km. Czekają tu na mnie żonka z synem i osobiście wręcza statuetkę i inne fanty :)

    Wspólnie udajemy się do bazy maratonu, gdzie wieczorem ma się odbyć biesiada. Dostaję obiad i przy stole dzielimy się przeżyciami. Po około godzinie, gdy emocje trochę opadają, zaczyna mnie dopadać zmęczenie i ból nóg. Niestety do wieczornej biesiady nie dotrwam. Reprezentować mnie będzie jednak małżonka, a ja z synkiem udajemy się na naszą kwaterę ;)

    Kolejne dni spędzamy wspólnie nad w Jastrzębiej Górze. Zawodnicy zjeżdżają na metę jeszcze do czwartku. Kilku wyjeżdżamy przywitać pod latarnię. Bardzo fajna atmosfera i zasłużony odpoczynek.

    Na pociąg do Gdyni dojeżdżam na rowerze, po drodze zaliczając jeszcze gminę Kosakowo, którą trasa maratonu niefortunnie omijała ;)

    PODSUMOWANIE

    Przejechanie dystansu 3200 km zajęło mi 10 dni 4 godziny i 18 minut. Trasa maratonu wynosiła 3142 km, więc przejechałem gratis 60 km, a były to błędy nawigacji, krążenie po miejscowościach itp.

    Nie udało się zmieścić w limicie wyznaczonym przez organizatora, który wynosił 10 dni. Mimo wszystko ukończenie trasy dało mi ogromna satysfakcję. Przed startem wiele razy wątpiłem i nawet raz miałem definitywnie rezygnować ze startu. Pewien niedosyt jest, bo zabrakło przysłowiowej „kropki nad i”. Myślę, że brakujące godziny mógłbym zyskać stosując inną strategię noclegową. Można było zostawić cześć bagażu (materac, śpiwór) i korzystać wyłącznie z opcji pod dachem. To jednak nie jest mój styl jazdy, bo przede wszystkim lubię improwizować, a jazda od kwatery do kwatery odebrałaby mi dużo frajdy. Miałem tego świadomość. Na dzień dzisiejszy pojechałbym bardzo podobnie.

    Traktuję to jako otwartą furtkę do startu za 4 lata - o ile żona, zdrowie i okoliczności pozwolą ;)

    Cieszę się, że wziąłem udział w tej przygodzie. Zyskałem dużo doświadczenia, którego w inny sposób nabyć się nie da. Lepiej poznałem możliwości swojego organizmu. Odkryłem istnienie pewnych rezerw, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Zaskoczyła mnie szybkość regeneracji zarówno w trakcie, jak i po maratonie. W czasie dni odpoczynku śmigałem po okolicy na rowerze bez jakichś bóli czy dolegliwości. Oczywiście była zamuła, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie nabawiłem się żadnej kontuzji. Nawet bardzo popularne wśród innych zawodników drętwienia rąk mnie ominęły. Nareszcie udało się w miarę ujarzmić bóle ramion i karku, z którymi borykałem się na długich dystansach. Pomogły tutaj dodatkowe ćwiczenia, które wykonywałem w czasie przygotowań do startu, oraz w trakcie jego trwania.

    Sprzęt spisał się na 100%. Na całej trasie nie złapałem ani jednego kapcia :) Jedynie kilka razy smarowałem łańcuch.

    Trasa była trudna nie tylko ze względu na swoją długość i wymagający limit. Dużym utrudnieniem były drogi złej i bardzo złej jakości – było ich mnóstwo. Najlepiej było chyba pod tym względem w górach Podkarpacia, Śląska i Małopolski. Na trasie napotykaliśmy też wiele kilometrów remontów, czy też zerwanej nawierzchni.
    Była to jedna wielka, intensywna wyprawa, z trudnościami jakie można spotkać podczas wyjazdów w nieznane :)

    Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Kryzysy ma każdy – sztuką jest sobie z nimi radzić, czego ciągle się uczę. Była też euforia, złość (dostało się psu;) ), a nawet łzy. Bardzo mi pomagały słowa wsparcia, które spływały do mnie z różnych źródeł. Pisali do mnie rodzina, znajomi, a także nieznajomi ludzie. Czy to przez Facebooka, czy przez sms, czy nawet przez Wykop :) Nie będę tutaj wymieniał wszystkich - każdy kto mnie wspierał o tym wie i każdemu z osobna bardzo dziękuję :)

    Dziękuję też tym, którzy przebrnęli prze całość relacji – do usłyszenia w przyszłości ;)

    Mój tag - #byczysnarowerze

    Cała galeria zdjęć z opisami

    Pokrewne: #mrdp #rower #kolarstwo #zaliczgmine #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      @Ragnarokk hej :)

      1. Je się oczywiście również podczas jazdy. Ale to raczej rzeczy typu batony, banany itp. Ja na większe posiłki się zatrzymuję. Lubię zjeść przynajmniej raz na dzień normalny posiłek typu zupa, obiad itp. Jest to przy okazji chwila na odpoczynek i toaletę. Oczywiście im większe ma ktoś parcie na wynik, tym bardziej minimalizuje postoje i głównie jada podczas jazdy.

      Co do zdjęć, to ja się zawsze zatrzymuję na chwilę. SMS zdarza się podczas jazdy, ale tylko gdy droga na to pozwala. Najczęściej na podjazdach ;)

      2. To przede wszystkim kwestia wygody. Przy jeździe kilkanaście godzin na dobę, to ciężki plecak byłby porażką - obciążenie ramion, spocone plecy. Niektórzy jeżdżą z małymi plecakami z tzw. camelbak, czyli zbiornikiem z piciem i wprowadzonym na zewnątrz wężykiem. Sam myślę nad takim rozwiązaniem ostatnio.

      3. Na stacjach nie zapinam roweru, a przy sklepach czy restauracjach stosuję małe tandetne zapięcie na szyfr - chroni jedynie przed spontanicznym podprowadzeniem roweru. No i nie trzeba się bawić z kluczykiem.

      4. Wbrew pozorom jazda nocą przy zastosowaniu dobrego oświetlenia jest bezpieczniejsza od jazdy w dzień. Jest się lepiej widocznym, no i ruch jest oczywiście mniejszy. Trzeba jednak czasem zerknąć na licznik, bo często jedzie się wolniej niż by się mogło wydawać ;)

      Pozdr
      pokaż całość

    •  

      @byczys:
      1. Właśnie głównie chodziło mi o takie przegryzki typu batonów. Zastanawiałem się, czy to nie odbija się jakoś na żołądku takie jedzenie w czasie jazdy. Z drugiej strony sam na pieszych ultra jem takie rzeczy w marszu, więc podejrzewałem że jest właśnie tak.

      2. Właśnie myślałem sam teoretycznie o małych plecakach właśnie z camelbakiem i jakimiś lekkimi i dużymi objętościowo rzeczami - czyli zasadniczo głównie ubraniami. Ale że nigdy nie jechałem rowerem dłużej niż 2h na raz, to nie wiem jak plecak współgra z pozycją na rowerze. Zwłaszcza że na szosowym to nigdy w życiu nie jechałem :)

      3. W sumie z tym kluczykiem to logiczne - zapodzianie kluczyka na takiej trasie to prawdobieństwo graniczące z pewnością. A trochę problemów by robiło :)

      4. Co do widoczności, to tak podejrzewałem, ale zastanawiałem się, czy to nie jest problemem, że po ciemku gorzej widać nierówności, dziury na trasie. Tak trochę wizualizować sobie próbowałem siebie samego zmarzniętego i niewyspanego i w tej wizualizacji ciężko było mi widzieć siebie skupionego na dziurach w asfalcie :)

      Ogólnie tak pytam, bo kiedy w tym sierpniu ktoś wrzucił na wykop o MRDP zacząłem się trochę zastanawiać. Do tej pory bawiłem się w piesze, górskie ultra, ale teraz z małymi dziećmi to na wyjazd w góry, nawet na dobę chodzenia po górach, to minimum 2-3 dni, z dojazdem i wszystkim. I prościej będzie samemu wsiąść na rower gdzie w moich płaskich okolicach, zarwać może pół dnia, zrobić te 100 km, wrócić do rodziny. Więc wyciągnąłem rower, poczytałem/pooglądałem na YT bo moja wiedza o rowerze w zasadzie ograniczała się do tego, gdzie są koła a gdzie pedały, zacząłem nim jeździć - i zadałem teraz Tobie pytania na tematy, co nie widziałem żadnych informacji. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Dzięki wielki i pozdrawiam :)
      pokaż całość

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Dziś o szóstej rano wystartował najdłuższy maraton w polskich górach - BUT 305 Challange. Jak można z nazwy wnioskować - do przejścia jest 305 kilometrów po górach Beskidu Małego, Makowskiego, Żywieckiego i Śląskiego. Zawody są w stylu self support - czyli podobnie jak ostatnio mogliśmy widzieć na zawodach rowerowych z #mrdp - czyli nie ma pomocy od organizatora, można korzystać z wszystkiego co po drodze, można korzystać z pomocy znajomych. Zawodnicy na dojście do mety mają 76h - czyli nieco ponad 3 doby.
    Zawody w tym roku mają wydłużoną trasę - rok temu było to "zaledwie" 260km (68h limitu), ale że rok temu doszło aż sześciu zawodników do mety (wcześniej w dwóch edycjach łąćznie udała się ta sztuka zaledwie trzem), to chyba uznali że czas podwyższyć poprzeczkę.
    Sama trasa jest cudowna - z 90% to trasy górskie i leśne, często o sporych przewyższeniach - asfalty i szutry są ograniczone do minimum. Dodatkowo trasa wchodzi na każdy w zasadzie ważny szczyt w okolicy - może poza Czupielem - najwyższym szczytem Beskidu Małego.

    Tutaj można oglądać na żywo jak sobie zawodnicy radzą: http://but2017.legendstracking.com/#

    Pogoda jest świetna, więc zapewne po imprezie będą setki świetnych zdjęć z trasy. :)
    #ultratrail #gory #beskidy

    PS. Uwielbiam poczucie humoru organizatorów, że na 300km trasy zawodnicy mają 800-metrowe podejście na Skrzyczne :)
    pokaż całość

  •  

    494978 - 228 - 315 - 272 = 494163

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja z dni 5-7 i garść zdjęć

     

    Pierwsza część, czyli opis przygotowań oraz relacja z pierwszych 4 dni TUTAJ

     

    MRDP Dzień 5

    228 km | 2673 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159511260
     

    Budzik miałem ustawiony jakoś na 3-4 godziny, ale pomimo zmęczenia śpię niespokojnie i kilka razy się budzę. Raz jest mi po prostu zimno, więc ściągam jakąś narzutę z kanapy obok i się nakrywam. Trzeba było skorzystać od razu ze śpiwora.

    Nie budzi mnie budzik, a głosy młodzieży która powoli budzi się do życia w pokojach za ścianą. Nie pozostaje nic innego, jak się zacząć zbierać. Ogarniam się w łazience, po czym schodzę zerknąć na dół do jadalni, bo stamtąd też dobiegają jakieś odgłosy życia. Kilka pań nakrywa do stołu dla dobrych kilkudziesięciu osób. Pytam o możliwość zamówienia śniadania. Wołają „szefowo”, która informuje mnie, że śniadanie jest w prawdzie od 8, ale może mi cos na boku przygotować.  Dostaję więc dzbanek gorącej herbaty i jedzenie. Dziwi się jednak gdzie spałem, bo przecież nie ma miejsc ;)

    Po napełnieniu żołądka, czas uregulować należność. Szefowo wycenia posiłek na 8 zł, więc zostawiam dyszkę i chwilę po godzinie 7 wyruszam w Bieszczady właściwe ;)

     

    Przejazd odcinkiem wielkiej pętli w towarzystwie deszczu. Widoki nie zachwycają – jest mokro i ponuro. Chwilę przed południem, zachęcony sms z relacji forumowego Hipka, zajeżdżam do oberży Biesisko w Przysłupie na placka po bieszczadzku. Fakt, jest PRZEOLBRZYMI, jednak smak pozostawia wiele do życzenia i po prostu wmuszam w siebie jakąś połowę.

     

    Kolejny postój planuję w Komańczy, bo zapasy się kończą, a w tych rejonach o sklep wcale nie jest tak łatwo. Szyld kierujący do delikatesów wskazuje w złym kierunku, bo przejeżdżam całą miejscowość, a sklepu brak. Muszę wracać 2 km do skrzyżowania, czyli kolejne 4 gratis do puli. Ładuję prowiant i przebieram się na krótko, bo nawet wyszło słońce. Wiem, że niedługo wieczór i zrobi się chłodno, ale inaczej bym się zagotował.

     

    Przez Beskid Niski jedzie mi się bardzo przyjemnie, choć wiatr za wszelką cenę chce mnie spowolnić. Mijam kilka bardzo klimatycznych agroturystyk i myślę sobie, że kiedyś trzeba tu będzie przyjechać z rodziną na kilka dni. Bardzo podobają mi się okolice – jest jakoś tak sielankowo.  W Chyrowej cykam fotke ładnie położonej cerkwi. Pod wieczór niebo ciągle straszy deszczem, ale mam nadzieję go uniknąć, bo nie uśmiecha mi się moknąć przed nocną jazdą. Pomimo zachmurzenia, zapowiadana jest kolejna zimna noc.

     

    Zachód słońca podziwiam na pofalowanej drodze za Nowym Żmigrodem. Przed Gorlicami szybki Hot-Dog na stacji plus jeden na wynos. Czując nadchodzący chłód, wpadam jeszcze na chwilę do Biedronki, z nadzieją na zakup jakiegokolwiek cieplejszego ciuszka na górę.  Niestety nic takiego nie znajduję, więc ruszam dalej. Za miastem droga pnie się stopniowo ku górze, by tuż za Ropą zaatakować porządniejszymi procentami.  Dziś jazdę nocą planowałem pociągnąć jak najdłużej, jednak chcieć to jedno, a móc to co innego. Sen mnie muli już nieźle, więc pomimo stosunkowo wczesnej godziny, postanawiam przespać się 2-3 h i dalej ruszyć bardzo wcześnie rano.  Po zjechaniu do Brunar analizuję profil wysokościowy i widzę, że przede mną kolejny solidny podjazd, w sam raz na poranną rozgrzewkę po wyjściu ze śpiwora. Obok boiska wypatruję niewykończone jeszcze budynki, mające chyba spełniać funkcję szatni itp. Niestety wszystkie drzwi i okna już są wstawione i pozamykane. Wjeżdżam na teren szkoły i już klasycznie rozkładam się pod dobrze osłoniętymi od wiatru drzwiami wejściowymi. Niestety namierzają mnie miejscowe psy i zaczynają ujadać zza płotu opodal.  Przy tym akompaniamencie zasypiam, lekko zaniepokojony wskazaniami licznika. Niecałe 230 km to zdecydowanie za mało. Jeszcze jeden taki dzień i szanse na dojazd w limicie będą marne. Jutro trzeba coś podgonić.

     

    MRDP Dzień 6

    315 km | 3745 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159514411
     

    W trakcie zaplanowanych 3,5h snu, psy oczywiście musiały zrobić ze 2 pobudki, bo tyle nieprzerwanego snu, to byłby zbytni rarytas. O godzinie 3 nieśmiało wysuwam się ze śpiwora. Jest mega zimno, więc postanawiam jak najszybciej znaleźć się na rowerze. Mój Hot-Dog na wynos również ma temperaturę w okolicach 5 stopni, więc na samą myśl że miałbym go ugryźć przechodzi mnie dreszcz i ruszam bez jedzenia. Trzeba było go wziąć ze sobą do śpiwora…

     

    Po szybkim zwinięciu posłania, wsiadam na rower i uświadamiam sobie – ale jestem wyspany!  To uczucie mija po jakichś dwóch minutach, zmieniając się z powrotem w zamułę. Mimo wszystko fajnie było poczuć się wyspanym choć chwilę ;) Zgodnie z wczorajszymi planami od razu zaczyna się podjazd. Fajnie, zaraz będzie mi cieplej. Niestety nie jest tak kolorowo, bo jest bardzo stromo, a zastane po nocy mięśnie, ścięgna i stawy krzyczą, że potrzebują spokojnej rozgrzewki, a nie katowania. W Banicy po skręcie w prawo jest tylko gorzej. Dostaję pod koła nachylenie kilkunastoprocentowe, więc największą koronkę kasety szybko opatula łańcuch. Mimo wszystko jadę zygzakiem, co można nawet dostrzec na śladzie z zapisem trasy ;)

    Nadal jestem bardzo śpiący, nie umiem pobudzić organizmu do działania. (Z perspektywy czasu wiem, że dużym błędem był brak jakiegokolwiek posiłku. Powinienem wmusić w siebie cokolwiek, jednak wtedy nie czułem głodu i wcale o tym nie myślałem). Kładę się na kolejnym napotkanym przystanku i zasypiam. Nawet nie nastawiam budzika, bo wiem że w tych warunkach nie zaśpię na pewno. Postój momentalnie mnie wychładza i po niecałych 10 minutach przeraźliwy chłód szybko stawia mnie do pionu. Jeszcze jedna solidna ściana i w końcu zjazd do Tylicza. Gdzieś tutaj nocowałem pierwszej nocy podczas zeszłorocznego wyjazdu do Rumunii. Wtedy też było mokro, ale teraz poza wilgotnością 100% jest jeszcze bardzo zimno.

     

    Kolejne kilkadziesiąt kilometrów zjazdu w kierunku Muszyny to istna katorga. Jadę w dół w porze gdy temperatura jest najniższa. Trzęsę się z zimna i marzę o stacji benzynowej, bo dodatkowo potrzebuję skorzystać z toalety. Chcę by się to skończyło jak najszybciej, ale trwa dobre 2 godziny. Jadę, bo po prostu nie mam innego wyjścia. Pocieszam się myślą, że mógł przecież jeszcze padać deszcz.

     

    W Muszynie zawód – nie ma stacji. Całe szczęście po wjechaniu w Dolinę Popradu robi się cieplej. Na tyle, że mogę się zatrzymać na przystanku i coś zjeść. Hot – Doga popycham batonem i od razu czuję się lepiej. Za Żegiestowem przez mgłę zaczynają się przebijać pierwsze promienie słońca. W Piwnicznej w końcu wymarzona stacja. Zajadam się zapiekankami i nawet zdejmuję część ubrań.

     

    Od Starego Sącza zaczynam się stopniowo piąć ku górze w kierunku Pienin. Przed Tylmanową wracają wspomnienia z Karpackiego Hulaki. Spotkałem tu wtedy Krzyśka Sobieckiego. To było zaledwie 3 tygodnie temu a ja znowu katuję te góry ;) Teraz jedzie się lepiej, bo ruch jest mniejszy. Odzywa się do mnie @Cymerek – jest w okolicy i chciałby dołączyć  i trochę potowarzyszyć. Jednak jest jeszcze daleko, więc za Krościenkiem zajeżdżam do karczmy i zamawiam to, co dostanę najszybciej - pomidorową. Dziś nie ma czasu na stołowanie się. Wyciągam wczorajsze bułki, serek topiony i już po 17 minutach jadę dalej, całkiem syty.

     

    Przejazd przez Pieniński Park Narodowy idzie sprawnie. W końcu czyste błękitne niebo i piękne widoki. Widać pierwsze zarysy szczytów tatrzańskich. Czas na malowniczy podjazd przez Łapsze aż do Łapszanki, skąd rozpościera się piękna panorama Tatr. Tutaj jedzie mi się bardzo dobrze. Mijam sporo rowerzystów, w tym jednego z naszych, a kolega Cymerek również coś nie może mnie dogonić. Czekam na niego w Brzegach, przy okazji napełniając bidony. Podjazd pod Głodówkę jedziemy wspólnie. Fajnie z kimś pogawędzić – dzięki za towarzystwo. Na górze ja odbijam do schroniska, a kolega jedzie dalej.

     

    Spotykam tu Emesa, Daniela Śmieję i Marcina Nalazka. Oni jednak zbierają się do odjazdu, a ja dopiero zamawiam obiad. Wymieniam nadajnik GPS, ale także zakładam nową przetwornice napięcia z dynama. Dobrze że kilka dni przed startem zamówiłem i zabrałem nową. Tak przeczuwałem, że ta stara może już długo nie pociągnąć. Specjalnie zaplatałem nowe koło na dynamie, a zostałbym bez zasilania przez kawałek kabelka ;)

     

    Po obiedzie staję się senny, więc pytam czy za spanie na stole wypraszają ;) Dowiaduję się, że uczestnicy mają tutaj wynajęte 2 pokoje i można z nich skorzystać. Super! Szybka łazienka, budzik na 20 minut i jestem w łóżku. Chwilę przed alarmem przypadkiem budzą mnie dziewczyny z obsługi. No to w drogę.

    Godziny popołudniowe i przejazd przez Zakopane – to się nie dodaje. Tłumy ludzi i chmary samochodów. Chcę stad uciec jak najszybciej, ale nie jest to takie łatwe. Za miastem długi zjazd do Czarnego Dunajca. W końcu wjeżdżam w „swoje rejony”. W tym miasteczku mam sprawdzoną jadłodajnię, ale zastanawiam się czy czasowo mogę sobie pozwolić na taki rarytas. Wiem jednak, że podają jedzenie szybko, a porządny posiłek przyda się przed kolejnym górskim odcinkiem. Zamawiam więc obiad i szybko jadę do Biedronki. Ładuję do koszyka sprawdzone produkty i gdy dochodzę do kas uderzają mnie dwie olbrzymie kolejki na co najmniej 20 minut. Już chcę zrezygnować z zakupów, ale wypatruję jedną zamknięta kasę, gdzie pani kasuje ostatniego klienta. Udaje mi się ją uprosić by jeszcze mnie skasowała. Inni patrzą na mnie trochę krzywo ;)

     

    Gdy wracam do lokalu, obiad już na mnie czeka. W trakcie jedzenia udaje mi się znaleźć w sieci opcję noclegową zaraz przy trasie. Umawiam się z gospodarzem, że wejdę tylnymi drzwiami, a on pokój zostawi otwarty. Pieniądze mam zostawić pod telewizorem ;) A wszystko dlatego, że do przejechania mam jeszcze ponad 100 km, więc planowo będę w samym środku nocy. Dzięki takiemu zagraniu mam na dziś ambitny cel, by pokonać ponad 300 km w górskim terenie.

     

    Jeszcze przed Krowiarkami żegnam się ze Słońcem. Sam podjazd pod przełęcz to dla mnie przyjemność, bo bardzo lubię te rejony. W Zawoi, już po ciemku, odbijam w lewo w kierunku Stryszawy. Sam podjazd jest mi dobrze znany. Jakość asfaltu zawsze była tu kiepska, jednak tym razem cała nawierzchnia jest kompletnie przeryta. Fajnie że się za to wzięli, jednak teraz trzeba się tłuc po wyrwach i błocie. Po chwili doganiam Marcina Nalazka i Jarosława Krydzińskiego. Z tym drugim mijałem się od przez ostatnie 3 dni kilka razy. Trochę dyskutujemy, ale dalej postanawiam wyrwać trochę do przodu, bo mam przecież swój cel na dziś. Wg profilu trasy, przede mną jeszcze 2 niewielkie podjazdy, później kolacja na stacji w Węgierskiej Górce i jestem „w domu”.  Niestety okazuje się, że podobnie jak dwa pierwsze dzisiejszego dnia (przed Tyliczem), to również dwa ostatnie będą bardzo ciężkie. Na jednym z nich kompletnie opadam z sił, kładę głowę na lemondce i piszę sms do relacji: Wyczerpanie kompletne. Prowadzę rower. To jedyny odcinek na którym prowadziłem rower w czasie trwania maratonu. Jakieś 20 kroków. Nie było jakoś stromo, ale po prostu chciałem być bliżej noclegu, a stojąc się przecież nie zbliżałem. Piszę sms z siostrą, motywuje mnie.

     

    W końcu około godziny 1 docieram na miejsce. Godzinę później niż planowałem. Szybki prysznic z użyciem płynu do naczyń i jestem w łóżku. W końcu upragniony nocleg. Właśnie… człowiek dociera na miejsce odpoczynku po długich zmaganiach. Wielka ulga, jednak po chwili uświadamia sobie, że trzeba ustawić budzik na 3 godziny i ciągnąć to dalej. Czy to nie chore? A przecież nikt nie każe – wszystko na własne życzenie. Dostaję jeszcze motywującego sms od Gustava, że jest szansa na limit, żeby jechać. Zasypiając słyszę impulsy elektryczne przepływającprzepływające e w głowie, jakby ktoś nastrajał radio. Bum, świadomość wyłączona.

     

    MRDP Dzień 7

    272 km | 2681 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160538805

     

    Gdy się budzę, stoję obok łóżka i coś majstruję przy rowerze. Chyba śniło mi się że zaspałem i nerwowo zacząłem się zbierać do jazdy. Patrzę na zegarek, a od zaśnięcia minęły dopiero dwie godziny. Wskakuję z powrotem do łóżka, po czym dociera do mnie, jak bardzo bolą mnie kolana. Zasypiam z myślą, że chyba je załatwiłem i  dalej nie pojadę. Gdy dzwoni budzik jest jeszcze gorzej. Próbując założyć spodenki, odkrywam też skalę moich obtarć. Koniec, dalej nie dam rady. Wracam do łóżka i postanawiam się po prostu wyspać. Kilkanaście kilometrów stąd jest przecież żona z synkiem na wczasach. Jakoś się do nich dokulam i w końcu się zobaczymy – będzie po wszystkim.

     

    Budzę się po godzinie i jestem załamany. Żal mi że tak to się skończy. Łzy same cisną się do oczu i kapią na ekran telefonu. Kompletne rozstrojenie. A pogoda za oknem taka piękna. Tak sobie dumam i dochodzi mnie myśl, że przecież oba kolana bolą mnie tak samo. Gdyby to była kontuzja, to raczej bolałoby jedno, lub chociaż któreś mocniej. Może to rozjeżdżę? Mam jakieś tabletki przeciwbólowe, ale to awaryjnie, gdyby trzeba było dociągnąć jakąś końcówkę przed metą. A przede mną jeszcze grubo ponad 1000 km. Nie chcę tłumić bólu, wolę się wsłuchiwać w organizm. Nigdy nie brałem żadnych specyfików tego typu podczas jazdy. Nawet kawy nie piję – jak kofeina to tylko ta z coli.

     

    Podejmuję decyzję – próbuję. Przede mną wieś Szare, a na jej końcu najbardziej stromy odcinek całej trasy. Na jego szczycie albo skręcam w lewo do rodziny, albo w prawo ku mecie ;) Na tyłek leci podwójna warstwa sudocremu, a na kolana trochę jakiejś maści, która kupiłem na szybko przed wyjazdem. Gdy ruszam jest już ciepło i słonecznie (moje rozterki zajęły mi sporo czasu), więc wszystkie długie ciuchy lecą do kuferka. Pierwszy raz jadę całkiem na krótko. Kulam się ostrożnie i o dziwo ból powoli ustępuje.  Kulminacyjny odcinek z ażurowymi płytami podjeżdżam w całości. Czyli jest dobrze. Ochodzita wchodzi również bez problemu. Jadę dalej! :) Po dziurawym zjeździe do Koniakowa zatrzymuję się z zamiarem wysłania do relacji sms, że jest dobrze. Odwracam się i odkrywam że kuferek jest otwarty. Szybka kontrola inwentarza i stwierdzam, że brakuje materacyka. Zerkam na podjazd, ale nie widzę żeby coś leżało. Postanawiam podjechać z powrotem na górę. Niestety nie znajduję zguby. Stoję na szczycie i morale znów pikują w dół. Jak mam jechać dalej, to nie mogę się więcej wracać. Zjeżdżam ponownie po tych dziurach. Na dole znów orientuję się, że kuferek jest otwarty! Tym razem brakuje nogawek i rękawiczek. Czyli pakując wszystkie zbędne ubrania do kuferka przeładowałem go i otwiera się samoistnie. Ponownie wracam pod ten przeklęty podjazd i zbieram z ulicy swoje fanty. Nigdy go nie lubiłem ;)

    Przepakowuję się i ruszam pod Kubalonkę. Po zjechaniu do Wisły robię zakupy w Biedzie. W Ustroniu odbijam w kierunku Cieszyna, gdzie nieśmiało spoglądam w kierunku McD. Jest jednak za wcześnie na dłuższy postój. Dalej wjeżdżam do Czechów. Jedyny zagraniczny odcinek trasy. Całe 3 km ;) Po chwili na poboczu rozpoznaję kolegę z pracy, Dawida. Czatował tu na mnie i towarzyszy mi przez najbliższe kilometry. Większą część trasy jechałem całkiem samotnie, więc fajnie jest podzielić się z kimś wrażeniami.

     

    Teraz czeka mnie trochę odpoczynku od gór. Aż pod Sudety będzie względnie płasko, jednak niestety – pod wiatr. W Krzyżanowicach w powietrzu wyczuwam zapach domowego jedzenia. Jakby rosół czy coś. Muszę to mieć! Zajeżdżamy więc na obiad. Jest wymarzony rosół i grillowana pierś z kurczaka z ananasem. Pycha. Kawałek dalej Dawid odbija w swoją stronę – dzięki za towarzystwo.

     

    Już wieczorem jestem w Głuchołazach, gdzie robię ładowanie zapasów na noc. Kawałek dalej,  na zjeździe przed Gierałcicami, ktoś z pobocza krzyczy: _stój! _ Zawracam i już rozpoznaję. To kuzyn z żoną polowali na mnie z transparentami. Specjalnie dla mnie wyjechali na trasę z Wrocławia. Mało tego! Wiedząc o mojej zgubie, chcą mi wręczyć nowy materac :) Niestety formuła maratonu zabrania tego typu wsparcia na trasie, więc jestem zmuszony odmówić. W każdym razie wielkie dzięki! To bardzo miłe. Mam tylko nadzieję, że nie był kupiony specjalnie dla mnie ;)

     

    Po dalszych zmaganiach z wiatrem, około 1 w nocy zajeżdżam do Złotego Stoku. Tutaj zaczynają się dalsze zmagania z górami. Na pierwszy rzut podjazd pod Przełęcz Jaworową. Nogi dają radę, jednak senność daje się ponownie we znaki. Na zjeździe w kierunku Lądka, gdy ciśnienie krwi spada, a w uszach pojawia się jednostajny szum, zaczynam przysypiać za kierownicą. Musze się bardzo pilnować żeby nie wypaść na którejś z serpentyn, więc postanawiam poszukać miejsca na sen. W samym miasteczku wchodzę na plac zabaw i układam się pod jakąś drabinką. Materaca brak, więc pozostaje mi po prostu trawnik. Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

     

     ______________

    Ostatnie 3 dni zmagań pojawią się w kolejnym wpisie, gdy tylko znów uda mi się znaleźć trochę czasu. Tak jak myślałem, relacja robi się obszerna, więc taki podział całości wydaje się sensowny :)

     

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    Pokrewne:

    #rower #szosa #kolarstwo #mrdp
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      super :) kolejny odcinek za tydzień? :)

      @sargento: postaram się zmieścić w tygodniu, bo wspomnienia się rozpływają ;)

      @AdamTorpeda: sorry, jakoś mi umknęło to pytanie. Oczywiście dość miałem nie raz :) Każdy na tego typu imprezach miewa kryzysy. To nie jest tak, że jak ktoś przejedzie 1000 km w 2 doby, to później jest to dla niego pestka. Zawsze trzeba się przyłożyć, a warunki na trasie rzadko są takie same. Im więcej się jeździ, tym lepiej człowiek poznaje siebie, swoje granice i słabości. Z czasem uczy się jak sobie z nimi radzić.

      Jak zwykle świetnie się czytało. Czekam na ostatnią część ;-)

      @Mortal84:

      Super sią to czyta! Wrzucaj szybko tą 3 część, bo z takim cliffhangerem się ludzi nie zostawia :D

      @Karabekian:

      no to się cieszę, że nie zanudziłem ;)
      pokaż całość

    •  

      Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

      Świetne pióro, @byczys. Potrafisz umiejętnie zbudować napięcie, zaciekawić i porwać czytelnika tylko po to by na końcu niespodziewanie zostawić go z uczuciem irytującego niedosytu:)

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    2 tygodnie temu wrzuciłem informację na temat rekordowego wyczynu Kosmy Szafraniaka na trasie Maratonu Rowerowego Dookoła Polski -> https://www.wykop.pl/wpis/26366293/kosma-szafraniak-ukonczyl-maraton-rowerowy-dookola/. Wpis trafił na główną, zainteresował wiele osób, siłą rzeczy pojawiło się sporo pytań odnośnie sprzętu i samej jazdy. Po dwóch tygodniach przychodzi czas na epilog, albowiem dzięki pomocy @byczys, który również ukończył MRDP, skontaktował się ze mną sam Kosma (tak, to jego imię, nie ksywa). Podesłał obszerną relację, w której opowiada o 7 dniach w drodze, wspomina pomoc napotkanego na trasie wykopowicza @asenaebalem, a także zdradza tajniki przygotowań i sprzętu. Polecam lekturę (:

    Z racji sporej ilości tekstu, link do pdf'a: https://drive.google.com/file/d/0BzyCPpEqKEnycmZRZjhxQnhtM0U/view?usp=sharing

    #rower #szosa #kolarstwo #sport #ciekawostki #mrdp #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    Bardzo ciekawie napisana relacja z #mrdp przez Maćka. Jest krew, pot i łzy, ale także humor i ciekawe spostrzeżenia. Warto przeczytać, polecam z czystym sumieniem. Niektóre fragmenty dwa razy czytałem. Oto próbka stylu:"(...)Koniec z górami, gdzie noce lodowate, podjazdy mordercze, drogi dziurawe. Gdzie dziewczyny ubrane w workowate swetry z dredami na głowach siedząc na kamieniu czytają poezję i żują kiełki zbóż. Pomkniemy z Kellysem nad morze, ku słonecznym plażom, gdzie laski chodzą w bikini, nie czytają głupot tylko słuchają disco polo i piją wódkę z sokiem. I będzie koniec naszej męki(...)"
    http://biketimeteam.pl/mrdp-2017/
    #szosa #rower
    pokaż całość

  •  

    Z tego co liczę to nasz wykopowy kolega @byczys ma jeszcze około 300km do mety. Do oficjalnego końca imprezy zostało 15 godzin, więc zdążyć w terminie będzie ciężko, ale nie jest to chyba niemożliwe - choć to wie zapewne tylko on :)
    Tak czy siak, dziś w nocy trzeba trzymać kciuki, a nawet jeśli trochę będzie po limicie, to i tak superkozacki wyczyn :)
    #mrdp

  •  

    W ramach przypomnienia pozwolę sobie odkopać temat, bo ciekawa akcja. Warto wspierać kibicować oraz pamiętać ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    http://app2.trackcourse.com/view/mrdp-2017

    "60 ludzi ściga się na rowerach, jadąc dookoła Polski (w tym kilku Mirków!)."
    #sport #rower #szosa #mrdp #kolarstwo #ciekawostki #jakdalekonogizanioso pokaż całość

  •  

    565236 - 60 = 565176

    Miałem wczoraj wspierać @byczys'a na trasie #mrdp, ale dojechał do moich okolic prawie w nocy. Może za rok ( ͡° ͜ʖ ͡°).

    Za to dziś 2 januszy chciało mnie zabić. Wyprzedzają na szybkim odcinku i nagle skręt w prawo. Ledwo wyhamowałem 0,5 metra przed zderzakiem :/

    Statystyki:

    Dystans: 60 km
    Czas: ◷01:58:01
    Średnie tempo: 1:57 min/km
    Średnia prędkość: 30,69 km/h
    Kalorie: 3264 kcal

    W tym tygodniu to już 60km!
    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    #mrdp #kolarstwo
    Meldunek doraźny nr 07
    Byczys przejechał punkt kontrolny nr 14 o godzinie 0404.

  •  

    #mrdp #kolarstwo
    Meldunek doraźny nr 06
    Byczys osiągnął punkt kontrolny nr 13 o godzinie 1859 i zbliża się do m. Gorlice

  •  

    #mrdp #kolarstwo
    Meldunek doraźny nr 06
    Byczys osiągnął punkt kontrolny nr 12 o godzinie 0958

  •  

    Pisze uczestnik #mrdp którego niedawno dopadły problemy żołądkowe.
    Chyba po ok 1115 km jazdy #kolarstwo humor ciągle dopisuje.
    #heheszki

    źródło: klop.png

  •  

    #mrdp #kolarstwo
    Meldunek doraźny nr 05
    Gustav wycofuje się z maratonu z powodu zapalenia ścięgna Achillesa.

  •  

    #mrdp #kolarstwo
    Meldunek doraźny nr 03
    O godzinie 1925 Byczys po uprzednim przejechaniu punktu kontrolnego nr 9 spożywał kolację w m. Włodawa
    natomiast Gustav osiągnął punkt kontrolny nr 9 o godzinie 1857.

  •  

    #mrdp #kolarstwo
    Meldunek doraźny nr 02
    Byczys zdobył punkt kontrolny 08 o godzinie 1150;
    Gustav zameldował się na punkcie kontrolnym 07 o godzinie 1216.

  •  

    Teraz trzeba dać z siebie wszystko, by najpóźniej za 240 godzin dojechać z powrotem w to miejsce :)

    #byczysnarowerze #mrdp

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: fromapp.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów