•  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 13

    Na początek oświadczenie (TL:DR – robie przerwe na kilka dni od raportów)
    Miruny, dzisiaj sobie tak głęboko pomyślałem o sensowności dalszego prowadzenia tych raportów przez komentarz jednej bardzo mądrej mirabelki. Zainteresowanie nimi jest spore, niektórzy w nie wierzą niektórzy nie. Jednak w tym wszystkim nie chodzi mi o plusiki i atencje, tylko by pomóc/zachęcić inne osoby z zaburzeniami do odwiedzenia rzeczonego oddziału i leczenia się/wzięcia się za siebie.

    Niektórzy jednak zaczęli to traktować jak serious buisness, dopierdalając się że chujowe historie, że nieprawda itd. Napiszę tak – gówno mnie obchodzi Wasze zdanie. Opisuje zawsze prawdę, praktycznie wszystko to co mi się na oddziale przydarzyło. Nikogo nie zmuszam do czytania i plusowania – nie podoba się to nie czytaj/nie plusuj. Ja nie będę nadstawiał karku żeby jakimś randomom z wypoku cokolwiek udowadniać. Wyciągam do Was pomocną dłoń i próbuję uświadomić Wam jak wygląda terapia mająca na celu wyleczyć spierdolenie, ale nie, przecież nawiązywanie jakichkolwiek kontaktów międzyludzkich i pocałunek z laską w policzek to mit!!!111 Sam sporo ryzykuję ogólnie tymi raportami, bo jeśli ktoś ze środowiska szpitalnego się dowie to wylatuję na ryło. A na same raporty poświęcam bądź co bądź +/- godzinę dziennie, którą mógłbym spożytkować w inny sposòb.

    Na razie więc zawieszam prowadzenie tego pamiętniczka. Jak mi wrócą chęci do pisania to wrócą, poza tym przerwa od wypoku na kilka dni dobrze mi zrobi... A pod spodem macie treść raportu z 13 dnia pobytu, na razie ostatni. Źle bym się czuł, gdybym zostawił tych kilkunastu czytelników z niczym. Enjoy.

    Na początek przedkładam Wam sprawozdanie ze wczorajszego potajemnego spotkania towarzyskiego w pokoju grubego kudłacza. Po sprawdzeniach obecności w salach, każdy z poinformowanych „gości” zakradł się do pokoju grubego. Jakoś to skoordynowaliśmy w miarę schludnie, by wszyscy zamieszani w to przedsięwzięcie nie wyleźli w tym samym czasie. No i udało się zgrupować bez przypału.

    Gruby miał 10 piw – wszystkie niestety marki Żubr, więc ja ostatecznie podziękowałem za nie. Kilka lat temu po Żubrze się zberzygałem u wujka na odwiedzinach i już więcej tego piwa do ust nie wezmę. Ogólnie impreza to jakaś niewiadomo jaka nie była, bo po pierwsze w pokoju grubego oraz jego współlokatora basisty było ciasno, a osób kilka przyszło. Po drugie, nie mogliśmy robić dużego hałasu, bo za ścianą mieliśmy pokoje innych pacjentów w tym liliputa emo, który ostatnio wyrósł na głównego wkurwiacza oddziału (ja nic do niego nie mam, ale reszta mówi że coś z nim mocno nie teges).

    Co robiliśmy na tej „imprezie”? Grubas puścił na laptoku „Straszny Film 3”, taką głupkowatą komedię, ale nikt nie oglądał to puścił muzykę z open fm. Było bardzo luźno, rozmawialiśmy sobie o życiu na oddziale, wymienialiśmy się anegdotami, trochę nawet o kwestiach religijnych pogadaliśmy. Asperger mocno zagadywał do szarej myszki, więc był trochę z boku. Z takich ciekawszych akcji, to:
    1. Normik basista trochę się zagotował (wiecie, on ma problemy z nagłymi napadami wkurwu), jak normik prześladowany w gimnazjum powiedział przy gadce o religii, że Bóg to mu może naskoczyć bo nie istnieje. Basista okazał się bardzo religijną osobą. Chwalił się, że całą Biblię raz przeczytał, ale przyznał że kościół to tuba PiSu i potępia jego doktrynę. Uważa, że ludzie powinni przeczytać sami Biblię i poznać prawdę o Bogu, a nie te same kazania które babciom serwują kecuny w niedzielę.
    2. Zwróciłem raz uwagę Aspergerowi, żeby z nami pogadał, a nie tylko z mychą szepta sobie. On mnie boleśnie skontrował, żebym się nie odzywał bo sam się z rudą zaszywam w pokoju zamiast grać z nim w karty. Także odbitka totalna.
    3. Gruby chwalił się nam, że pali zioło. Dlatego jutro wychodzi na przepustkę, bo już nie może wytrzymać bez jointa. Alternatywka się go wypytywała jak to jest palić itd. Sama przyznała, że na jednej imprezie koleżanka ją poczęstowała jakąś pigułą i się obudziła w szpitalu. Pd tamtej pory zaczęły się jej bulimiczne problemy.
    Spotkanie potrwało około 2 godzinki, obyło się bez przypału. Fajnie się było mocniej zintegrować z niektórymi, cieszę się że w końcu mam z kim normalnie pogadać. Dotąd przez te lata trzymałem swoje poglądy i myśli w sobie, bo matka gówno rozumie o życiu młodego człowieka.

    W nocy nie mogłem coś spać przez stany drgawkowe. Wkurwiłem się i poszedłem do dyżurki po tabletkę uspokajającą. Pomogło, ale jakiś wkręcający sen miałem i dopiero o 9 się obudziłem. Na szczęście załapałem się na śniadanko, które w weekend wydawane było dłużej. Gimnastykę olałem, bo w weekend nie była obowiązkowa, zresztą zazwyczaj w weekendy każdy ma ją w dupie.

    Po śniadaniu i sprawdzeniu internetów, udałem się do rudej. Czuła się już lepiej, choć niespokojny sen miała. Pytała się o imprezkę, opowiedziałem że było w porządku i nas nie nakryli. Dałem jej passy do swojego Netflixa, bo jak pewnie pamiętacie byliśmy umówieni na maraton pierwszego sezonu Daredevila. Ciotka ją próbowala namówić na przyjazd na przepustkę, ale wolała spędzić ten czas na oddziale, co mnie niezmiernie zdziwiło i ucieszyło.

    Seans zaczęliśmy dopiero po obiedzie. Przed tym nic ciekawego się nie działo – pogadałem z Aspergerem, który sam w pokoju sortował swoje karty do Magica. Powiedział, że ma jutro wyjście na spacer z szarą mychą i się mocno denerwuje z tego powodu. Poklepałem go po plecach, powiedziałem że sobie poradzi i żeby był sobą. Uważam Aspergera za chyba najbliższego mi zioma na oddziale, więc szczerze trzymałem za niego kciuki.

    Maraton Daredevila skończyliśmy na 6 odcinku, bo dla niej serial okazał się zbyt brutalny i już nie chciała oglądać. Powiedziała że jak chce to mi pożyczy tableta na noc i żebym sobie obejrzał sam do końca. Odmówiłem, odparłem że na telefonie sobie obejrzę później, a teraz porobimy co tam ona by chciała. Bąknęła niechętnie, że nic jej się nie chce i chętnie poszłaby w kimę. No i ostatecznie zwinęła się do siebie. Ach te kobity...

    Do końca dnia nic się godnego odnotowania nie działo, wszystko w normie. Żeby nie było nudno to Wam opowiem co-nieco o tym lilipucie emo z kolczykiem w uchu, który dla wielu na tym oddziale jest dość enigmatyczny. Z nikim dłużej nie rozmawia, ale kontaktów sam w sobie nie unika. Na grupowych terapiach unika mówienia o sobie, wychodzi z niego obraz takiego nieśmiałego gościa, który coś w sobie dusi. Gruby kudłacz mówił wczoraj, że udało mu się z nim porozmawiać dłużej i domniemywa, że ma kompleks na punkcie swojego wzrostu i pewnie ma wyrobione przeświadczebie, że go z tego powodu każdy na starcie skreśla. Szkoda zioma trochę, może się otworzy z czasem.

    No i tyle mirki, ogólnie to większości oddziału nie ma bo większość wyjebała na przepustki. Także nie spodziewam się wielu ciekawości w niedzielę. Do następnego miruny.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 12

    Piąteczem piątunio my mirko friends! Dzisiaj zajęcia miała głównie żywieniówka, więc mam trochę luzu i mogę spisywać ten raport na gorąco, czyli jak tylko będę miał możliwość dopisania kolejnych akapitów.

    Na śniadaniu zrobiło się większe zgrupowanie przy jednym ze stolików. Ziomki i ziomalki z oddziału w składzie Szara Mycha, Asperger, grubas w długich kudłach, normik prześladowany w gimnazjum, normik basista i alternatywka o czymś rozmawiali. Jak tylko przywitałem się z rudą, postanowiłem do nich podbić i obczaić o czym tak namiętnie konwersują. Okazało się, że towarzystwo planuje potajemną imprezę (a bardziej spotkanie) w pokoju grubego kudłacza po 20. Z tego co mi powiedział Asperger, gruby przemycił na oddział kilka piwek dzięki ziomkowi który go odwiedził ostatnio i ma też laptopa na którym będzie puszczał jakąś komedię. Takie dzikie imprezki bywają najlepsze, więc zadeklarowałem obecność. Ruda odparła, że na razie nie jest zainteresowana. Dzisiaj wstała z banią prawie półżywa, ma okresik.

    Całe przedpołudnie się wynudziłem. Chodziłem po korytarzu bez celu. Nie chciało mi się znowu grać w karty z Aspergerem. Pomyślałem jedynie, że może postaram się nawiązać kontakty z pacjentami, których jeszcze prawie w ogóle nie poznałem. W końcu na oddziale jest 26 osób włącznie ze mną, a pod koniec miesiąca kilka się z tym miejscem pożegna, a kilka przywita. Dlatego też postanowiłem pójść na misję poznawczą, w sumie głównie dla Was, byście mogli poznać jak najwięcej życiorysów tutejszych rekonwalescentów.

    W kuchni przypadkowo spotkałem grubaska, który wczoraj został bardzo słabo potraktowany przez sebixa. Szanse na to, że coś do mnie powie były bliskie zeru – wielu mi mówi, że to beznadziejny przypadek nerwicy lękowej. Z nikim obcym nie rozmawia, rzadko wychodzi z pokoju poza zajęciami. Jest skryty, dużo śpi, rozmawia normalnie tylko z odwiedzającą go mamą. Człowiek-enigma. Nie chciałem go dręczyć, ale ślina przyniosła mi na język słowa otuchy dla niego, gdyż po ludzku było mi grubaska szkoda. Powiedziałem mu, gdy zalewał herbatkę coś takiego, łapiąc go za ramię – „Słuchaj X, wiem, że zmagasz się z ciężką chorobą. Chcę ci tylko powiedzieć, że dla mnie jesteś w porządku. Rozumiem, że może ktoś cię mocno skrzywdził i nie ufasz ludziom. Ale nie wszyscy tacy są. Niektórzy są źli, niektórzy dobrzy. Nie przejmuj się i spróbuj się w końcu przed nami otworzyć, oczywiście jeśli chcesz...”. Po zakończeniu mojego monologu, grubas wpatrzył się we mnie jak w obrazek, po czym ze łzami w oczach... mocno mnie przytulił. Damn, było to bardzo creepy i niezręczne, ale w pełni rozumiałem jego odruch. Po kilku sekundach w uścisku, grubas uciekł, nie zabierając swojej herbaty. Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem jaka jest historia tej osoby, ale musiała być naprawdę nieciekawa.

    Gdy wychodziłem z kuchni to spotkałem dwie laski 8/10 z żywieniówki, które chyba wracały z zajęć. Obie chude, jedna blondyna, druga taka mieszana. Widywałem je już wcześniej, ale w sumie to za bardzo z nikim nie gadały prócz siebie samych, bo dzielą pokój. Spaliłem lekkiego buraka, ale nie zawstydziłem się jakoś mocno. Mimo wszystko nie zrobiłem niczego, by się zatrzymać i spróbować zagadać – wyszedłem z przeświadczenia, żeby nie próbować rozmawiać bez powodu z takimi petardami, bo mogę tylko wyjść na idiotę i creepa.

    Zajrzałem na dwie mniejsze sale zajęć, ale nikogo nie spotkałem. Główna sala gimnastyczna była zamknięta, bo dzisiaj mają tam zajęcia osoby z innych oddziałów. Na stołówce kątem oka dojrzałem tylko sebixa, który słuchał muzyki na słuchawach. Ogólnie nuda, wszyscy się pozaszywali w swoich pokojach. Sam nie chciałem robić wjazdu na chatę komukolwiek, więc także postanowiłem zawinąć do swojej dziupli i pograć na 3ds oraz spisać tą część raportu.

    Po obiadku poszedłem na terapię grupową bez żywieniówki. Dzisiaj prowadził ją mój ulubiony lekarz w całym szpitalu, czyli ordynator. Z nim to można pośmieszkować i się wyluzować, gość jest świetny. Dał dowód swojego unikalnego podejścia do pacjentów, pytając nas na wstępie jakie plany na weekendzik dla tych, co mają prawo do przepustki. Sam zasugerował, że „pewnie na jakieś balety pójdziecie, co?”. Z tym gościem się nie da nie dogadać. Ogólnie na tej sesji mieliśmy rozmowę na temat nienawiści do ludzi i jakie są jej przyczyny/cechy ludzi, których nie trawimy Doszliśmy do wniosku, że są to głównie sztuczność, brak poczucia humoru czy „normikowatość”, czyli próba naśladowania popularnych trendów i ślepe podążanie za głównym nurtem. Każdy z nas opowiedział po jednej historii z przeszłości w której skonfrontowaliśmy się z uczuciem nienawiści do jakiejś osoby z najbliższego otoczenia. Ja bez wahania podałem przykład z gimnazjum, kiedy to na klasowej wigilii każdy kto chciał być zabawny, używał nieśmiesznych gagów z internetów, robił z siebie debila pod poklask oraz po prostu zachowywał się chamsko. Przed przyjściem na oddział bardzo często miałem uczucie tak zwanego „zaciskania pięści”, gdy spotykałem vapera z chujowym rapem na głośnikach, który robił z siebie totalnego normika tylko dlatego, bo wszyscy są tacy sami i żeby imponować loszkom. Nienawidzę takich ludzi, po prostu nie. To też wprowadziło mnie w ten cały kurwidół spierdzielenia, gdyż nie widziałem dla siebie w społeczności szkolnej osoby, która byłaby odpowiednim materiałem na rozmówcę. Może to niskie, freethinkerowskie i idiotyczne, ale piszę szczerze jak to ze mną było. Bo nie jestem idealny, ani się na takiego nie kreuję, po prostu przedstawiam swój punkt myślenia.

    Moja wypowiedź mocno pokryła się z wyznaniami większości pacjentów. Prześladowany w gimbie normik wspomniał o tym, jak nim pomiatali i robili z niego ofiarę, koleżanka rudej 3/10 przytoczyła jak ją dwie karyny pobiły przed szkołą na pokaz, gruby z kudłami żalił się, jak go w klasie wyszydzali z powodu wiary w mistycyzm i teorie spiskowe... Każdy ze zgromadzonych na Sali został w jakiś sposób skrzywdzony przez normicką społeczność o to tylko z powodu inności lub wad wyglądu. To też w jakiś sposób potwierdza moją teorię o spychaniu wartościowych jednostek na obrzeża tłumu społeczeństwa ze względu na neandertalskie, prehistoryczne prawo siły stada zapatrzonego w jednego bożka o nazwie pieniądz, którą gdzieś tam kiedyś napisałem w odmętach mikrobloga.

    Po terapii poczułem się jakoś tak lekko, jakby jakiś balast ze mnie spuszczono. I co najważniejsze, w końcu nie czułem się sam w swoim myśleniu. W końcu zdałem sobie sprawę, jak wielu wartościowych ludzi mnie otacza i jak wiele mogę się od nich nauczyć. I nie dlatego, że ich poglądy są prawdziwe, nie. Dlatego, że są inne. Że można poznać różnych ludzi, uformowanych przez różne wpływy. Każdy ma własne prawdy, nie dąży ślepo za białym króliczkiem. To właśnie poznanie różnych nurtów postrzegania świata daje największą satysfakcję w znajomości, bo możesz poszerzyć horyzonty. Znajomość z nawet 100 takimi samymi normikami nie nauczy cię tyle co kumplowanie się z takim Aspergerem, który słucha muzyki klasycznej i ci powie o co chodzi mniej-więcej z fizyką kwantową, z którą się człowiek styka w filmach/książkach Si-Fi. Albo z takim normikiem basistą, który już w sumie dla mnie nie jest zwykłym normkiem tylko kimś innym. Bardzo z góry go oceniłem, bo ziom jest otwarty na każdy nurt muzyczny i sam mi przyznał, że chciałby tworzyć kawałki bardzo zróżnicowane tematycznie by odkrywać jak najwięcej radochy z muzyki. To jest według mnie prawdziwe społeczeństwo XXI wieku i grupa znajomych za którą chciałbym się pokroić. Może wśród normików też jest wiele takich osób, tylko się kamuflują? Mój błąd że bałem się poszukać.

    Dobra, koniec tych freethinkerowskich debilizmów. Popołudnie zleciało jak z bicza strzelił. Trochę polurkowałem w necie oraz pograłem, choć się zastanawiałem czy by jakiejś książki w formie pdfa nie pobrać do poczytania. Później wybrałem się do rudej, akurat oglądała coś na Netflixie. W sumie jorgnąłem się że mi w poniedziałek wygasa sub którego kupiłem na miesiąc tylko dla serialu Wiedźmin, a chciałem bardzo jeszcze Daredevila obejrzeć. W smalltallku z rudą wyszło, że ona nie interesuje się filmami superbohaterskimi, ale jej wytłumaczyłem że to bardziej thriller. Powiedziała że w takim razie możemy razem obejrzeć jeden odcinek na próbę. Ona miała dużego tablecika, więc naturalnie wolałem na jej sprzęcie oglądać aniżeli na swoim bieda-telefonie. Udało nam się dwa odcinki oglądnąć i nawet się jej podobało, podobnie jak mi, więc na sobotę będziemy robić maraton kilku odcinków bo nie ma zajęć a my oboje nigdzie się na przepustkę nie wybieramy.

    Po kolacyjce asperger przypomniał mi, że dzisiaj po sprawdzeniach zgrupowanie u grubego. Kamery podobno w nocy wyłączają, więc przypału być nie powinno, a piwka w fajnym towarzystwie bym się napił. Dlatego mireczki w tym momencie kończę raport, bo nie będzie mi się chciało po nocy pisać. Szczegóły imprezki jutro. Papatki!

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

    •  

      No tylko że takie coś działa jak czujesz się bardzo swobodnie przy kobietach XD A zapewne OP tak jednak nie ma.

      @Asterling: Owszem, ale OP już trochę z rudą przebywa, ona sama pocałowała go w policzek, zwierzała mu się ze swojego życia, więc można powiedzieć że to ona pierwsza wkroczyła w jego strefę intymności. Dlatego uważam że jak będzie powoli sam wykonywał jakieś ruchy, ale tak żeby nie pokazać napalenia na ruchanie i nie wyjść na creepa to może uda się mu chociaż doprowadzić do pocałunku.

      Jeśli nie spróbuje to rudej skończy się czas leczenia, wyjedzie z ośrodka, a on do końca życia będzie się bił z myślami typu "co by było gdyby?" Wiem co mówię, bo przez moją nieśmiałość w kontaktach z różowymi do dzisiaj łapią mnie przemyślenia odnośnie kilku dziewczyn, dlaczego ja kurwa nie spróbowałem( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Co do bawienia się włosami mam na myśli takie subtelne ruchy, nie żadne typu że laska zapatrzona w film a on pakuje się przed ekran patrzy w oczy jak zbok i zaczyna przeczesywać jej włosy, a potem zaczyna jeździć jej paluchami po szyi od ucha do piersi, tylko raczej coś typu że leżą już jakiś czas, on przez włosy nie widzi jej twarzy więc je delikatnie odgarnia, nie absorbując całości jej uwagi. Nie potrafię tego dokładnie opisać, ale chyba wiesz o co mi chodzi:)
      pokaż całość

      +: Ld93, mackiy
    • więcej komentarzy (25)

  •  

    Na razie takie prufki mogę dać, znalazłem na telefonie. Jak wyjde na przepustke to spróbuje fotkę na tle szpitala z moim nickiem pstryknąć. A na razie tyle.
    #naoddzialenerwic

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 1579865572667.png

    •  

      @funny_bunny: czy ja wiem. może faktycznie nieprzemyślane, ale lekarze/terapeuci też są ludźmi i czasem strzelą gafę, nie pomyślą. na podstawie moich doświadczeń powiedziałabym, że dość często się to zdarza.
      Poza tym elementem terapii jest uczenie się "normalnych" (czyli powszechnie przyjętych) zachowań w społeczeństwie, a standardowemu Polakowi raczej zdarza się od czasu do czasu zjeść coś w takim miejscu np. ze znajomymi czy w podróży. Przecież nie trzeba się od razu obżerać jakimiś bigmakami czy innym tłustym niezdrowym syfem, można kupić lody, shake'a, kawę czy herbatę. W takiej grupie raczej nie ma opcji że ktoś sobie zamówi stertę żarcia i będzie ją kompulsywnie pochłaniał, tylko właśnie zamówi sobie 1-2 produkty i zje w miłej spokojnej atmosferze ze znajomymi, ucząc się nowego wzorca zachowań.
      Ja z koleżankami z zaburzeniami odżywiania też bywałam i w trakcie terapii i po np. w kawiarni i normalnie sobie zamawiały jakąś dużą kawę smakową, kawałek ciasta do tego. Wydaje mi się, że w leczeniu takich problemów chodzi właśnie o to żeby przestać się kręcić w kółko obsesyjnie wokół tematu jedzenia (lub niejedzenia) i znaleźć sobie jakieś wartościowsze rzeczy do robienia w życiu ¯\_(ツ)_/¯ to samo z alkoholem itd.
      pokaż całość

    •  

      @9o9o9: skoro lekarz popełnia takie podstawowe błędy to ja dziękuję. to jakby zabrać alkoholika na degustację win. wydaje mi się, że o ile osoba z anoreksją może mieć łatwiej w takim miejscu to ktoś z bulimią może się tam czuć bardzo, bardzo źle..

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 11

    Siema, siema, kurwa witam, tutaj Wasz ulubiony anonek z Oddziału Leczenia Nerwic na Sobieskiego w stolicy. Rano standardowo posiłek i gimnastyka, później prysznic i energia na cały dzień zgromadzona.

    Dzisiaj na gimnastyce było interesująco ze względu na pewien incydent z nowym pacjentem (wiecie, ten ala patus z tatuażem na prawym ramieniu). Gość się przypruł do jednego zdepresowanego grubasa, który do nikogo się nie odzywa i jest ciężko chory. Chłopak chciał rzucić piłką do kosza, ale nie dorzucił i trafił w sebę. Wywołało to lekkie poruszenie, co niektórzy parsknęli śmiechem, lecz szybko nastała cisza. Patol podszedł z groźną miną do wystraszonego grubaska i krzyknął mu w twarz – „Uważaj jak rzucasz debilu!” Ulaniec zrobił minę jak srający kot, po czym zapłakany szybko wybiegł z Sali gimnastycznej. Pod koniec zajęć sportowych do patola doskoczyła mysza oraz asperger. Jako członkowie samorządu mieli za zadanie rozwiązywać konflikty na oddziale. Nie słyszałem o czym rozmawiają, w sumie nie obchodziło mnie to, aczkolwiek nie spodobało mi się takie zachowanie nowego. Pewnie myśli, że jak będzie groźny to szybko zyska respekt na oddziale. Idiota.

    Dzisiejszy dzień miał bardzo napięty plan. Po szybkim prysznicu od razu zostałem oddelegowany do sali rozrywkowej, żeby zrobić psychorysunek. Jego tematem przewodnim miało być drzewo. Ale nie takie zwyczajne drzewo, ponieważ jego kolorystyka oraz styl miał oddawać moje samopoczucie w różnych sytuacjach. Pani psychiatra kazała mi wykonać aż trzy różne drzewa – jedno miało prezentować moją radość, drugie smutek, zaś trzecie złość.

    Jakoś się specjalnie nie przyłożyłem, wszystkie drzewka narysowałem jak kura pazurą. Drzewo Radości było u mnie niebieskie, gdyż to mój ulubiony kolor oraz miało owoce w postaci jagód i bujną koronę listków. Drzewo Smutku było u mnie szare, pomarszczone z opadłymi gałęziami, wyglądało jak jakaś karykatura Slendera. Drzewo Złości namalowałem na żółto, gdyż nienawidzę tego koloru który mi się kojarzy z rażącymi promieniami słońca. Gałęzie miało postawione do góry, jakby miało irokeza, co zrobiłem trochę dla beki. No i that’s it.

    Po obiedzie (paluszki rybne z ryżem mmm) oddziałowa kazała nam się szykować na wyjście do Zamku Królewskiego. Zapowiadało się na fajną wycieczkę. Ostatni raz odwiedziłem tę budowlę jak byłem w 5 klasie podstawówki. Aż mi się ciepło na serduchu zrobiło, bo z podstawówką mam wspaniałe wspomnienia. No i byłem orłem z historii, nawet z tego co pamiętam to szóstkę dostałem za udzielanie się na tej klasowej wycieczce. Postanowiłem odkurzyć nieco moją pamięć i przypomnieć sobie kilka ciekawostek o polskich królach, by zaimponować rudzi swoją wiedzą.

    Na wycieczkę wybrał się cały oddział prócz nowego, który dostał karę za napastliwy atak na grubaska. Jak został ukarany? Tego nie wiedział nikt.

    Chciałbym napisać, że wycieczka się udała, ale zamiast tego zaserwuje Wam największy plot twist jaki dotychczas miał miejsce podczas mojego pobytu na tym oddziale. Kurwa już dochodzimy do tego jebitnego zamku, już mamy wchodzić, a tu podchodzi do nas facet z ochrony i mówi że nie ma dzisiaj wejścia bo trwa przerwa konserwatorska do 24 stycznia xDDDDDD Wszyscy stoją jak wryci, ja walnąłem facepalma. No i chuj po wycieczce, szkoda że nikt z personelu szpitalnego nie raczył sprawdzić na ich oficjalnej stronie czy na pewno dziś czynne. No ale chuj, młody lekarz który prowadził wycieczkę wraz z młódką psychiatrą zarzucił nam, że w ramach rekompensaty pójdziemy do maka na koszt szpitala. Jakoś się specjalnie nie radowałem (podobnie jak pacjenci z żywieniówki), gdyż trochę gardzę tą wątpliwej jakości restauracją z przetworzonym gównopodobnym żarciem. I ta przehajpowana kanapka drwala... No ale nic, poszliśmy do maka osadzonego niedaleko pomnika Kopernika oraz szpitala dla dzieci. A ciekawostki rudej i tak powiedziałem. Szkoda tylko, że mnie wyśmiała, bo o genezie ksywy Łokietka czy Zygmunta Starego dobrze wiedziała ze szkoły. Także meh.

    W maku zamówiłem tylko colę i MacRoyala. Ruda wzięła loda w kubku. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy sobie, ale zbyt przyjemnie to nie było, gdyż o tej porze (ok. 14:00) wielu gimbusów po szkole przybyło by się napchać i trochę głośno się w pewnym momencie zrobiło.

    Po maku wszyscy wróciliśmy na stare śmieci. Wypad zbyt udany nie był, mi coś w brzuchu zaczęło jeździć po tym burgerze, więc się chwilę położyłem, grając w moją ulubioną FIFĘ 2004 na 3dsie. Mimo lekkich problemów gastrycznych poszedłem na sesję muzykoterapii, gdyż zajebiście pomaga się wyciszyć i ukoić wkurwienie. Polecam każdemu.

    Po muzykoterapii z chęcią poszedłem na sesję psychoterapii z młodą panią psychiatrą. Dzisiaj rozmawiało mi się z nią znacznie lepiej, ale to głównie przez dobre samopoczucie po muzykoterapii. Rozmawialiśmy o moich psychorysunkach i jej wytłumaczyłem dlaczego wykonałem je tak a nie inaczej. Ogólnie taka gadka-szmatka. Pytała mnie czy się czymś martwię lub boję po przyjściu na oddział – odparłem, że jest super i że na oddziale czuję się jak nowo narodzony. Ona zaczęła mówić, że to samo uważają, iż mnie uważnie obserwują i jeszcze żaden pacjent nie robił tak szybkich postępów od razu po przybyciu do ich szpitala. Odparła, że widocznie bez ludzi jestem jak roślina bez wody, bo to niemożliwe że osoba z tak zaawansowaną nerwicą lękową i fobią społeczną tak szybko przystosowała się do nowych warunków oraz obecności wielu obcych ludzi wokół. Powiedziała też, żebym za tydzień koniecznie wyjechał na przepustkę, bo chcą zobaczyć jak się będę czuł po krótkim weekendzie w domu. Sam niespecjalnie chciałem z tego korzystać po ostatniej scysji z matką, ale jak to ma fachowcom pomóc w leczeniu mnie to OK.

    Po skończeniu mojej sesji terapeutycznej poszedłem zagrać partyjkę w Magica. Asperger mnie do tego namówił, gdyż miał ze sobą mnóstwo kart i mu się nudziło. Złożył mi jakiś deck po Saprolingi. Ja nie do końca ogarniałem o co chodzi, rozwalił mnie jakimś czerwonym aggro. Powiedziałem mu, żeby sam sobie grał w te durne karty dla dzieci, a ten odparł że po prostu jestem w słaby i już nawet szara mycha lepiej ode mnie ogarnia.

    W drodze do swojego pokoju napatoczyłem się na patola. Groźnie na mnie spojrzał, tak jakoś nienawistnie. Postanowiłem go zapytać, jaką karę dostał za tę pyskówkę z rana. Odparł zadziornie, że to nie mój biznes i poszedł do siebie. Z jednej strony mocno mnie wkurwia ten gość, a z drugiej nawet ciekawi mnie jakim cudem się znalazł na normalnym oddziale, a nie na jakimś zamkniętym. No i przede wszystkim na co on choruje. Może ma po prostu zwykłą nerwicę i dlatego jest taki? Niby chucherko, a myśli że ktokolwiek go uważa za groźnego phi.

    Po godzinie siedzenia w pokoju, przyszła rudziałke. Pogadaliśmy chwilę i poszliśmy na salę gimnastyczną. Namówiła mnie na grę w badmintona. Fajnie się bawiliśmy, ale to nie to samo co gra na świeżym powietrzu. Później pograliśmy trochę w kosza. Towarzyszył nam normik basista. Porozmawialiśmy z nim luźno. Opowiadał, że już nie czuje takiego gniewu przy rozmowach z ludźmi i stara się nie reagować impulsywnie. Szybko się jednak zwinął, bo był umówiony na „randkę” z dziewczyną 9/10, tą z wybujałym ego co zrobiła po złości Aspergerowi na ostatnich warsztatach. Już mu współczuję.

    My z rudą poszliśmy do mnie, żeby nie przeszkadzać jej koleżance, która jak wiecie ostatnio ma gorszy czas w szpitalu. Zapytała mnie, czy byśmy nie obejrzeli jej ulubionego filmu romantycznego pt. „Słodki Listopad” z Keanu Reevesem i Szarliz Terą. Kiedyś oglądałem ten film i był całkiem wporzo, tylko końcówka mnie mocno zasmuciła. Ruda poszła po tableta i na cda sobie obejrzeliśmy. Było miło (choć trochę przerwa na kolację wybiła nas z rytmu), ale pod koniec seansu się zorientowaliśmy że już jest po 20:00 i będzie przypał jak ją znajdą u mnie. Także rudzia szybko się zmyła, a ja poszedłem się umyć.

    Mimo rozczarowania związanego z Zamkiem Królewskim, jestem całkiem zadowolony z dzisiejszego dnia. Dzień po dniu, krok po kroczku zbliżam się do wyleczenia z moich zjebanych zaburzeń. Do jutra mirasy.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 10

    Kolejny raport i kolejne moje szalone perypetie w wariatkowie. Rano klasycznie śniadanko, gimnastyka, toaletka. Nic nadzwyczajnego, poza tym że zacząłem się z rudą widać buziakiem w policzek. Aż się poczułem jak normik z liceum, który wita się z koleżanką. Miło jest w końcu też się z kimkolwiek regularnie witać kto nie jest moją starą lub kolegą z roboty.

    Po porannej rutynie nadszedł czas na przygotowanie się na zajęcia. Dzisiaj miałem swoją prezentację na pogadankę o zawodzie, więc nie szczędziłem czasu na przygotowania, mimo wczorajszego wkurwienia. Jeszcze zdążyłem zrobić krótką listę zakupów dla oddziałowej, która co kilka dni pozwala nam dawać jej kasę i nam kupuje potrzebne rzeczy z lokalnej Biedry. A mi się akurat woda Żywiec Zdrój skończyła i landrynki miętowe, więc skorzystałem z okazejszyn do uzupełnienia zapasów.

    Przechodzimy prędziutko do zajęć o zawodzie. Prócz mnie prezentację miała też koleżanka rudej 3/10 oraz czarna z kolczykiem w nosie (alternatywka). Ja miałem lekki komfort psychiczny bo prezentowałem na końcu.

    Ogólnie to zajęcia bardzo fajne. Na Sali nie ma lekarzy, zaś pytania zadaje jedna z osób z samorządu pacjentów. W tym przypadku tą osobą okazała się być szara myszka. Prezentacja wygląda następująco – osoba z samorządu zadaje pytania na temat twojego ulubionego zawodu, a ty na nie odpowiadasz. Pytania mogą też zadawać zgromadzeni na Sali pacjenci, poprzez ogłoszenie takiej chęci uniesieniem ręki do góry. Jeśli czujesz się mocno pewnie to możesz nawet zrezygnować z pytań od prowadzącego i nawijać o swoim zawodzie samemu. Ja chciałem to zrobić, żeby pokazać sobie że potrafię się przełamać i występować przed szerokim gronem ludzi. Mocno się stresowałem i nawet w ostatniej chwili chciałem jednak wziąć prezentację z pytaniami, ale było już za późno.

    Współlokatorka rudej wybrała sobie zawód malarza do prezentacji, bo nie wiedziała co wybrać iż nie ma pomysłu na siebie. Pisałem wam o tym w którymś z raportów. No i ta jej prezentacja była drętwa, ledwie coś tam wydukała. Ale to przecież nie chodzi o to, żeby to wyszło jak profesjonalny wykład, tylko żeby przełamać stres związany z występowaniem przed jakąś grupą ludzi. Dlatego nie przywiązywałem do jakości występu większej wagi, może tylko tyle żeby zaimponować rudej.

    Alternatywka poradziła sobie lepiej, gadając o robieniu paznokci. Wiecie, hybrydy i te sprawy, moja stara ma na tym punkcie fioła więc coś tam o tym całym pedicure/manicure słyszałem. Ogólnie nuda, ale napięcie podtrzymywał we mnie moment kiedy to ja wyjdę przed szereg i zrobię własne „show”.

    W końcu nadszedł mój moment. Szara mycha przywołała mnie na środek Sali. Stremowany i lekko znerwicowany wyszedłem, trzęsąc się lekko. Zerknąłem jeszcze na kartkę z planem mojego wystąpienia i po wzięciu głębokiego oddechu zacząłem mówić. Wiedziałem, że początek jest najgorszy, a później już będę nawijał na luzie...

    Nie myliłem się. Ledwie wydukałem zdanie, które brzmiało – „Moim marzeniem od czasów gimnazjalnych było zostać dziennikarzem”, a już audytorium parsknęło śmiechem, gdyż podwoiłem zgłoskę „-ka” w słowie „dziennikarzem”. Zalałem się cały na czerwono i chciałem zapaść się pod ziemię. Po chwili jednak się uśmiechnąłem i zacisnąłem zęby, przypominając sobie w myślach przemowę motywacyjną Jaglaka. Lekko skonsternowany przypomniałem sobie dalszy plan prezentacji i zacząłem mówić dalej. Już poszło jak z grzywki. Po krótkim wprowadzeniu w zawód dziennikarza przeszedłem zwinnie do rodzajów artykułów jakimi się zajmuje, cech dziennikarza i jego powinności, jakimi się powinien odznaczać. Były lekkie śmieszki, gdy przy mówieniu o „prawdziwości w świecie internetu, który serwuje nam mnóstwo fejk newsów” wspomniałem o TV PiS i ich propagandzie. Na koniec przedstawiłem moją topkę dziennikarzy z różnych dziedzin (sport, gry kąkuterowe, publicystyka) oraz odpowiedziałem na kilka pytań od reszty pacjentów. Nawet ruda mi zadała pytanie, czy istnieje coś takiego jak dziennikarz zajmujący się światem zwierząt i naturą. Odparłem twierdząco, ponieważ istnieje przecież kilka stacji telewizyjnych z programami przyrodniczymi oraz chyba nawet czasopisma (aczkolwiek nie wiem czy w Polszy). Przecież Krystyna Czubówna i jej rola komentatorki programów o zwierzakach to też poniekąd działka stricte dziennikarska.
    Po prezentacji trochę porozmawiałem z rudą. Pochwaliła mnie za rzeczową pogadankę. Już wcześniej jej pokazałem moje artykuły w internecie i powiedziała, że mimo iż to nie jej klimaty to bardzo fachowo piszę. Niestety dziś żywieniówka miała sesje terapeutyczne + znowu te idiotyczne warsztaty, więc dłużej z nią nie pobyłem.

    Po obiedzie i krótkim wypoczynku, udałem się na salę gimnastyczną by porzucać trochę do kosza przed warsztatami poznawczymi. Spotkałem tam alternatywkę, która odbijała piłkę do siatkówki o ścianę. Sama do mnie zagadała odnośnie mojej prezentacji, pochwaliła mnie. Powiedziała, że jej brat pracuje w Głosie Pomorza jako reporter. Ostatnio z nim rozmawiała i ten odparł jej, że ciągle ma zapierdol bo musi dużo jeździć i tańczyć jak mu rednacz zagra. No i ogólnie to jak będę chciał to da mi do niego numer, jeśli chciałbym kiedyś z nim zagadać o kulisach pracy dziennikarskiej w gazecie. Ja natomiast postanowiłem wykorzystać nadażającą się okazję i spytałem ją o pobyt na oddziale. Siedzi tu już miesiąc, choruje na zaburzenia dysfunkcyjno-kompulsywne. Objawiają się one tuż po jedzeniu, bardzo często wymiotuje. Powiedziała mi, że musi się wykurować do marca bo będzie świadkiem na ślubie siory. Ogółem spoko dziewczyna, łatkę alternatywki dałem jej na wyrost.

    Warsztaty poznawcze tym razem odbyły się bez udziału pacjentów z żywieniówki, którzy mieli w tym czasie terapię grupową we własnym gronie. I bardzo dobrze, prowadzący jak widać odrobił zadanie domowe. W zamkniętym gronie 13 osób zaczęliśmy rozmawiać. Każdy z nas opisywał lęki i wątpliwości, jakie odczuwamy tuż przed próbą zagadania do drugiej osoby. Następnie lekarz powtórzył scenariusz z wczoraj, choć w trochę zmienionym stylu. Poprosił mnie na środek Sali, dał mi do ręki jakąś randomową książkę i kazał chwilę poczytać. Po kilku sekundach zagadał do mnie i wywiązała się konwersacja nt. Książki którą obecnie czytam. Luźno sobie rozmawialiśmy, prawie jak kolega z kolegą. Po rozmowie lekarz zapytał się mnie jakie uczucia miałem w trakcie konwersacji z nim. Powiedziałem szczerze, że najpierw odczułem zaskoczenie i zawstydzenie, następnie konsternację, a później już nic nie czułem bo byłem skupiony na gadce z nim.

    Podziękował mi i kazał usiąść, po czym zaprosił koleżankę rudej 3/10 oraz nieszczęsnego kolegę z Aspergerem. Pomyślałem „ah shit, here we go again...”. I zaiste lekarz kazał powtórzyć scenę żenady z wczoraj. Dał dziewczynie tel do ręki i kazał usiąść na podstawionym krześle. Po kilku sekundach nakazał Aspergerowi do niej zagadać. Już widziałem po wyrazie twarzy chłopaka że jest niepocieszony, ale o dziwo tym razem calkiem płynnie zagaił, wypowiadając: „Cześć, co słychać?” już bez zaczerwienienia na mordzie. Wywiązał się normalny dialog dwojga ludzi. Po wszystkim lekarz zapytał się ziomka z Aspergerem jak się czuł tym razem. A ten wyjebał puncha, którego się nie spodziewałem – powiedział tak:
    „No ogólnie mniej się wstydziłem i byłem pewniejszy, ale to przez to że ja się zawstydzam przed ŁADNYMI dziewczynami”
    Na Sali zapanowała grobowa cisza. „Coś ty idioto odjebał” pomyślałem. Już czułem smród zbliżającej się imby. A tu zaskoczenie – laska 3/10 nie zareagowała w ogóle. A już myślałem że się przykro jej zrobi czy coś...

    No nic, zajęcia przebiegły tym razem bez incydentów. Lekarz nas instruował, że najlepszym sposobem walki z lękami jest terapia szokowa, czyli stawienie czoła strachom, a nie wieczne ich unikanie. Jeśli nawet zrobimy z siebie przy tym debila i idiotę, to mamy materiał do wyciągnięcia wniosków. Przy tym zacytował klasyka – „Tylko ten co nic nie robi nie popełnia błędów”. No i podczas tych 2 godzin odgrywaliśmy różne scenki, każdy opowiadał jaki ma lęk/trudność podczas interakcji z drugim człowiekiem i lekarz ustawiał odpowiednie warunki. Na koniec powiedział, żebyśmy wyciągnęli naukę z tych warsztatów, abyśmy mogli przełamać nasze lęki poprzez rozmowę z innymi ludźmi z oddziału.

    Po intensywnych zajęciach pograłem trochę na konsoli i poleżałem żeby odpocząć. Później przyszła do mnie ruda, krótko porozmawialiśmy. Wyznała, że po tych naszych warsztatach jej koleżanka beczała w poduszkę z godzinę. Temat konwersacji zszedł na krytykę doktorka oraz ziomka z aspergerem. Ja stanąłem w obronie lekarza, który wyciągnął wnioski z wczoraj, ale zgodziłem się z tym że asperger nie musiał tak się wypowiadać o koleżance, która ma naprawdę zaawansowaną nerwicę lękową i depresję, więc każde, nawet najsubtelniejsze słowo krytyki ją boli.

    No i co miruny, jutro mam muzykoterapię i psychorysunek a także psychoterapię z młódką. Ponadto idziemy do Zamku Królewskiego na wycieczkę, ciekawe czy coś się zmieniło od ostatniej mojej wizyty tam. Więcej nic się godnego odnotowania nie działo, tylko tyle że zagrałem trzy partie szachów z aspergerem i wygrałem z nich dwie. Szara myszka co jest w samorządzie go nieźle pocisnęła i kazała przeprosić urażoną przez niego koleżankę. No i chłopina podpadł, tak między nami sobie rozmawialiśmy to mi wyznał, że mysza mu się podoba. Ugiął się więc i przeprosił zapłakaną współlokatorkę rudej. No i tyle. Do jutra.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

    •  

      @mirekzwirek8: na 99% jestem przekonany, ze jest to fikcja literacka. Do 6/7 odcinka jeszcze bylem w stanie uwierzyc ale pozniej juz poplynales. Wrzucaj dalej odcinki, bo spoko sie czyta, ale jestem przekonany, ze jakbys chcial to bys mogl wrzucic calosc naraz ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      „No ogólnie mniej się wstydziłem i byłem pewniejszy, ale to przez to że ja się zawstydzam przed ŁADNYMI dziewczynami”

      @mirekzwirek8: O KURWA XDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
      Twoje wpisy są genialne, Twój styl pisania mi bardzo odpowiada, rzadko się zdarza, żeby czytało mi się coś tak przyjemnie :D Pisz dalej i powodzenia

    • więcej komentarzy (29)

  •  

    Od 9 dni siedze w Choroszczy (relacja do poczytania na tagu #naoddzialenerwic). Od dawna tagu nie przeglądałem ani nie wchodziłem na kanały naszych milusińskich. Człowiek się znacznie lepiej czuje po odcięciu się od tej patologii. Polecam to i Wam, bo stara szkolna została pogrzebana przez gimbusy, teraz na świeczniku są tylko fikcyjne konflikty dziwnych kreatur pokroju Mońki, Sławka czy innego pociejewa. Nie zostało nic z dawnej okuratnej rozrywki oglądania dwóch nierobów. Dotex to jedyna droga.

    #kononowicz #patostreamy
    pokaż całość

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – day 9

    Ostrzeżenie – dzisiejszy raport pisałem na ostrym wkurwie. Znajdziecie w nim dużo emocji, ale tak mnie nosi że nie mogłem inaczej. No i jest długi, więc przygotujcie się na treściwą lekturkę.

    Sen miałem wyjątkowo spokojny – żadnych drgawek ani nic takiego, choć stresowałem sję dzisiejszą prezentacją na zajęcia o zawodzie. Tylko tyle że nie chciało mi się wstać na śniadanie i gimnastykę, ale jakoś się przemogłem. Płatki na mleczku i ruch z rana jak śmietana.

    Z takich ciekawostek oddziałowych to zasłyszałem dość ciekawą rozmowę jak się myłem pod prysznicem. Nie wiem do końca kto z kim konwersował, ale na pewno byli to dwaj osobnicy płci męskiej. Gadali w jakimś dziwnym slangu, coś chyba o skrętach i jakichś specyfikach. Nie wsłuchałem się dokładnie, ale wydaje mi się to podejrzane.

    Przed południem czekała mnie dwugodzinna terapia grupowa. Standardowa gadka o samopoczuciach wszystkich pacjentów, przedstawienie się nowego z tatuażem i taka tam terapeutyczna gadka. Gwoździem dzisiejszej terapii była walka wewnętrzna człowieka ze swoimi barierami i myślami. Nawet aktywnie się udzielałem, opowiadając o swoich ograniczeniach i tym jak próbuję się przemagać mimo depresyjnych myśli oraz zawstydzenia czy strachu przed odrzuceniem. W końcu dyskusja zeszła na bardzo interesujący mnie temat, czyli jak nawiązać relację z drugim człowiekiem (czytaj: jak rozpocząć rozmowę). Normik z głębokim basem (którego znacie z poprzednich raportów) przytoczył bardzo istotną myśl w kontekście tego tematu, mianowicie uważa on, że ciężko w sytuacjach codziennych znaleźć osobę, która swoją mową ciała komunikuje innym, że jest chętna na rozmowę. Większość ludzi nawet jak nic nie robi istotnego to siedzi wgapiona w ekran smartfona, tym samym zniechęcając potencjalnego rozmówcę, który naturalnie nie chce przeszkadzać czy się narzucać drugiej osobie. A już w ogóle spławia nieśmiałych, którzy biorą do siebie każdą wymówkę, aby tylko nie poznawać nowych ludzi.

    Jest to bardzo trafne spostrzeżenie, gdyż sam będąc „na wolności” w szkole na korytarzach nie miałem odwagi do nikogo podbić, bo każdy nawet niezajęty człowiek gapił się w telefon. A jak sam nie wyjdziesz z inicjatywą to nikt z normictwa się nie pokwapi na gadkę. W licbazie bardzo chciałem poznać nowych znajomych, co komunikowałem na korytarzu poprzez stanie przy oknie czy chodzenie sobie bez telefonu w ręku – ni chuja, każdy ma w dupie przegrywa. A normiki dalej poszerzają swoje gargantuiczne grono znajomych poprzez innych znajomych. I tak się człowiek kisił w czterech ścianach aż do chwili w której nie trafił na ten wspaniały oddział.

    Rozgorzała ożywiona dyskusja. Jedna dziewczyna z żywieniówki bez zaburzeń nerwicowych skwitowała spostrzeżenia moje, basisty i zioma z aspergerem mniej-więcej tak – „Owszem pewnie są takie osoby co mają trudności, ale to trzeba samemu mimo wszystko inicjatywę pokazać, zaczepić drugą osobę żeby zostać zauważonym.” I ma w tym laska trochę racji, lecz ja i moi kamraci w otwartym środowisku baliśmy się wyśmiania, odrzucenia i swojego zachowania. Brak obcowania z ludźmi i wstręt do normickiej muzyki, popkultury oraz rakowych trendów jutuby tworzy sporą barierę miedzy normalnymi ludźmi a nieśmiałymi przegrywami. Stąd ciężko było nam przełamać się i wykazać inicjatywę, czego wynikiem jest nasza obecność na oddziale leczenia nerwic.

    Dyskusja się zaogniła. Chłopak z aspergerem odpowiedział (oczywiście wszystkie cytaty nie 100% dokładne bo kto by to spamiętał, liczy się przesłanie) – „Może i masz racje X, ale my osoby nieśmiałe mamy duże uprzedzenia co do inicjacji rozmowy. Przemyka nam przez głowę tysiące myśli zniechęcających typu: co będę komuś przeszkadzał, dupę zawracał, a może on nie ma ochoty gadać itd. To nie jest wszystko takie proste. Ludzie byliby milsi, gdyby to oni chcieli z nami rozmawiać okazując to w formie spojrzenia czy niewerbalnego wyrazu przyzwolenia”. I tak sobie bardzo kulturalnie rozmawialiśmy, wymieniając się poglądami, aż lekarz nam przerwał i ogłosił ćwiczenie terapeutyczne na popołudnie. Szczegółów mieliśmy się dowiedzieć na samym spotkaniu po obiedzie. Oznaczało to, że nie odbędą się zajęcia o zawodzie – odetchnąłem z ulgą, bo nie byłem optymalnie przygotowany. Dzisiejszy dzień był chyba najobfitszym w zajęcia dniem odkąd jestem na oddziale.

    Po całkiem niezłym obiedzie (kotlecik schabowy i zimiaki de besta) i chwili odpoczynku wstawiłem się wraz z resztą pacjentów na nadprogramowe zajęcia. Lekarz prowadzący nazwał je warsztatami kształcenia relacji międzyludzkich. Na czym one polegały? Cóż, było to dosyć spontaniczne przedsięwzięcie o czym poinformowal nas sam młody lekarz prowadzący. Celem warsztatów było pokazanie nieśmiałym że nie istnieje coś takiego jak straszak na rozmówcę i że do każdego można zagadać, nawet jak jest zajęty telefonem, rozmową z innym czy czymkolwiek co sobie wymyślimy.

    Na początek zaprosił laskę z żywieniówki 9/10 oraz ziomka z aspergerem. Lasce dał telefon do ręki i kazał coś tam w nim dłubać. Ziomkowi kazał się oddalić i na jego znak podejść do laski. Tak też się stało. Lekarz zapytał się ziomka co on czuje. Asperger odpowiedział po chwili zawahania, że się mocno wstydzi i że czuje skrępowanie. Nie spodziewałem się, że za moment zobaczę coś strasznie smutnego...

    Lekarz kazał ziomkowi by ten spróbowal zainicjować rozmowę. Ziomek bąknął, że nie wie jak to zrobić. Lekarz podpowiedział mu, żeby zaczął „Cześć, jak leci”. Laska chyba się zaczęła podśmiewać, a ziomo cały czerwony wyglądał, jakby zaraz miał się rozbeczeć. Asperger po kilku sekundach zawahania wydukał te „Cześć, jak leci”. Cisza. Laska nie zareagowała. Po kilku sekundach lekarz zwrócił jej uwagę, czemu nie zareagowała. Laska z pogardą i zdziwieniem odpowiedziała – „Jestem zajęta i nie mam ochoty na rozmowy, poza tym nie ma z kim rozmawiać”... Asperger nie wytrzymał, wybiegł zapłakany z Sali zajęciowej. Grubas z długimi włosami co lubi wychodzić z ciała krzyknął po chwili do lekarza – „hej, czemu go tak upokarzasz?”. Lekarz stanął jak wryty i po chwili zaniemówienia zakomunikował nam, że nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń i przerywa zajęcia. Na salę wbił ordynator, zapytał co tu się odpierdala i czemu asperger wybiegł z Sali i beczy. Podszedł jak podkurwiony tyranozaur do lekarza i również zarządzilł przerwanie zajęć. Oj chyba młody dostanie reprymendę...

    Po zajęciach podbiłem do ziomka. Siedział zapłakany na stołówce. Pogadaliśmy chwilę, pocieszyłem go żeby się nie przejmował i że lekarz to idiota jeśli myślał, że cokolwiek udowodni przy pomocy instagramowej zadufanej w sobie normiczki z jadłowstrętem, która zrobiła wszystkim na złość i przy tym utrwaliła tylko stereotyp. Ziom był wyraźnie rozbity, nawet powiedział mi że pierdoli ten oddział i tą chujową terapię bo żadna laska go nie zechce bo jest żałosny. To mu przytoczyłem szarą myszkę że się z nią dobrze dogaduje z mojej perspektywy. Uspokoił się. Zbiłem z nim pionę i poszedłem ochłonąć po tym spektaklu żenady.

    Żeby wkurwienia i zażenowania było mało, zadzwoniła moja matka z którą mam kosę lekką. Oczywiście pytała się o wszystko. Przekazała mi iście zaskakującą i „ważną” dla mnie wieść, że stawiany mi za przykład brat cioteczny (starszy ode mnie o 10 dni btw) nie zdążył wyjąć na czas cocka z cipy i będzie ojcem. Gość szkoły nawet nie skończył i jechał na dwójach jak szkolny seba, ale był za to ekstrawertyczny i miał kaloryfer, więc juleczki lgnęły do niego jak muchy do gówna. Na wiosce to był playboy że hoho. Starzy mu załatwili łatwą robotę i sobie zarobił kilka tysi + jeszcze mu dołożyli i miał w przeciwieństwie do mnie dobry start. A ja? Gówno, matka miała mi lokatę założyć i chuj z tego. Moi rówieśnicy pierwsze co po osiemnastce zrobili to poszli na prawko i kupili samochód, a ja walczyłem z depresją po raz 1333.

    Ale nie to przelewa czarę goryczy w porównaniu ja przegryw vs mój cioteczny brat wygryw. Ja po pierwsze nie miałem ojca, a po drugie wraz z matką 15 lat się tułaliśmy po różnych mieszkaniach. Rodzinka mojego wujaska w tym czasie sobie domek pobudowała przy wsparciu rodziny ze strony ciotki (bo rodzina z której pochodzi moja mama i jej rodzeństwo utopiła bogactwa w alkoholiźmie dziadka, który zmarł na raka żołądka). Wyrzucenie na ulicę w zimę czy mieszkanie z największą patolą w baraku nie są mi obce, zaś mój braciak miał cieplutki kącik w domu jednorodzinnym. Ale nie, on jest lepszy bo pracuje na tirach kurwa i rucha jakąś karyne. A ja to śmierdzący leń który wymyśla sobie choroby i idzie do wariatkowa... Po dłuższej sprzeczce jebnąłem telefonem o łóżko. Cały dzień zjebany.

    Koniec końców nie poszedłem na Psy. Jak się okazało tylko 15 osób było zainteresowanych seansem. Z rudą spotkałem się dopiero przy kolacji, porozmawialiśmy chwilę. Pocieszyła mnie troszkę po sprzeczce ze starą i standardowo powiedziała bym to olał, bo ona ma podobnie. Oj mireczki jak dobrze mieć jakąś zaufaną osobę spoza rodzinki. Ufam tej dziewczynie, choć znamy się dopiero 9 dni. Może to do bólu naiwne, ale mam dość trzymania wszystkich uczuć i myśli w sobie.

    Przed 20:00 ordynator zwołał spotkanie na stołówce wraz z tym młodym lekarzem. Przekazali nam, że jutro znowu wrócimy do tych idiotycznych warsztatów, bo obaj sobie przedyskutowali plan na te zajęcia i będą one bardziej skoordynowane, żeby nikogo z zaskoczenia nie męczyć odgrywaniem sztucznych scenek. Dzisiejszy teatrzyk miał się już więcej nie powtórzyć.

    No i tyle na dziś. Więcej nic nie pisze, bo się dzisiaj wkurwiłem i zażenowałem tak mocno jak nie wiem. Bez odbioru.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – day 8
    Na wstępie pragnę się odnieść do Waszego odzewu na moje raporty. Chciałbym Wam bardzo podziękować za słowa wsparcia, rady, pytania i ogólnie pozytywny odbiór moich wpisów. Cieszę się, że Was ciekawią oraz że może kogoś zachęcą do przyjścia na oddział. Polecam, jak na razie po tygodniu pobytu czuje się o niebo lepiej niż wcześniej.

    Co do pytań w ramach Q&A – na wszystkie powinny już być odpowiedzi pod poprzednim raportem, sorry że dzisiaj dopiero ale miałem w nocy znowu atak drgawkowy i nie mogłem lurkować.

    Chciałbym się jeszcze odnieść do tego, że według niektórych z tych wpisów wychodzi obraz normika z jakimiś małymi problemami, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienia się nie do poznania z każdym raportem. Nie jest to w żadnym razie prawda. Wątpliwości, stres i dziwne myśli towarzyszą mi w ciągu dnia zawsze. To nie jest tak, że już hop siup jestem zdrowy, już tutaj poznałem rudą 8/10 i sobie normalnie rozmawiam. Po prostu walczę ze swoim spierdoleniem jak tylko mogę, i mimo natłoku negatywnych myśli staram się robić na przekór mojemu drugiemu „ja”, które chce siedzieć w 4 ścianach u mamusi całe życie. Od tego raportu postaram się bardziej obrazować moje samopoczucie przy rozmowach i życiu na oddziale, świadomie to dotąd pomijałem gdyż uznałem, że to wyszłoby za dużo tekstu + nie o wszystkim zapamiętam. Ja do pisania każdego raportu siadam dopiero w godzinach wieczornych – w dzień nie mam czasu, tyle co w okienkach między zajęciami czy posiĺkami pogram na konsoli, a w czasie wolnym wolę spędzać czas na integracji – nawet do neta nie zaglądam aż do 20:00, po śniadaniu tylko tyle co gorące przelecę szybko i pyk mnie nie ma. A pisanie na gorąco byłoby dla mnie niezręczne oraz zbyt chaotyczne.

    No i tyle tytułem wyjaśnień, jedziemy z poniedziałkiem.

    Dzień zaczął się dla mnie od całkiem smacznej jajówki na śniadanko. Później standard – gimnastyka, jakaś gierka w kosza, pokopanie piłko nogą itd. Ruch na start dnia + prysznic to niedocenianiy zastrzyk energii na cały dzień i znacznie lepsze samopoczucie. A ja głupi zawsze na WF nie przychodziłem rano, żeby dłużej pospać jak jeszcze chodziłem do szkoły.

    BTW na oddział wrócił mój zamknięty w sobie kolega z pokoju. Czuje się już lepiej, dali mu leki na zaparcia i na żołądek. Coś mu stanęło na kiszce po prostu. Ale nie to mnie zaskoczyło, gdyż ziomek postanowił... wypisać się z oddziału. Zapytałem go dlaczego, a on powiedział że miesiąc tu siedzi i nic mu się nie polepsza, dalej nie może się otworzyć i nienawidzi ludzi. Postanowiłem mu więc delikatnie uświadomić, że zajęcia i psychoterapia to tylko część całkowitego procesu leczenia. Równie ważna jest własna inicjatywa, czyli próba przełamywania barier, podbijanie do ludzi, zagadywanie i inne aktywności. On tylko non-stop siedział w pokoju lub na stołówce, gapiąc się w telefon lub laptopa. Ogólnie to zabrzmiałem motzno jak jakiś coach lub psychiatra, co nie było moją intencją, po prostu zawsze przy doradzaniu innym brzmię jak mądralujący się specjalista. Kolega odebrał ten wywód negatywnie, kwitując że ma „dość nas wszystkich” i zaczął się pakować. Na spotkaniu społeczności go już nie było. Szkoda chłopaka.

    Spotkanie społeczności zawsze odbywa się u nas co tydzień. Uczestniczą w nim personel oddziału, ordynator i pacjenci. Omawiamy na nim bieżące sprawy, głosujemy na atrakcje oraz zgłaszamy ewentualne prośby, rozwiązujemy konflikty oraz po prostu organizujemy nasz oddział. Na tym spotkaniu wybieramy także samorząd oddziałowy. Czym on jest? Co tydzień wybierany jest nowy i wchodzą w jego skład trzy osoby – po jednej z każdej z grup A,B i C. Wybiera się go w kolejności dowolnej przez personel. Każdy pacjent jest wybierany do samorządu chociaż raz. Osoby z samorządu mają za zadanie obserwować pacjentów, dostrzegać ich trudności/zachowanie, oceniać ich starania oraz zaangażowanie w proces terapeutyczny. Pośredniczą także przy ewentualnych konfliktach, pomagają w organizacji atrakcji (dyskotek, wyjść). Po zakończeniu kadencji składają raport ze swoich działań. W sumie fajna funkcja, bo można się poczuć jak prawa ręka ordynatora.

    Na dzisiejszym spotkaniu było sporo ciekawych ciekawości. Ustępujący samorząd się nie popisał raczej, bo osoby wchodzące w jego skład (jeden bardzo skryty grubasek, bardzo podobny do mojego byłego już kolegi z pokoju, laska 9/10 i koleżanka rudej 3/10) rzadko wchodził w rozmowy z innymi, a z tego co zauważyłem to tylko ta 3/10 coś starała się ogarniać. No i w sumie to zorganizowana przez nich dyskoteka była słaba, tylko jakieś bezalkoholowe sikacze, muzyka, kilka stolików i krzesła. Meh. Nowy samorząd utworzyła szara myszka, ziomek z aspergerem i ten w długich włosach co w nocy z ciała wychodzi.

    Co więcej? Zgodnie z tym co Wam wcześniej pisałem, dzisiaj na spotkaniu społeczności każdy przed grupą i personelem prezentował te swoje wycinanki z warsztatów plastycznych. Ja się przesadnie nie postarałem, ale coś tam naskrobałem. Poniżej opis obrazka, bo jedna z mirabelek mnie o to prosiła dwukrotnie w komentarzach:

    „Na białej kartce A3 przedstawiłem dwie sytuacje. Pierwsza, jak siedzę z innym ludkiem i przeprowadzam wywiad. Ma to symbolizować mikrofon w ręce przedstawiającego mnie ludka przystawiony do twarzy mego rozmówcy. Jakoś się specjalnie nie wysiliłem – namalowałem farbą dwa czarne patyczaki z włosami z bibuły. Mikrofon zrobiłem poprzez wycięcie z brązowej kartki małego kółka oraz cienkiego kawałka papieru. Domalowałem jeszcze jednego patyczaka trzymającego kamerę, którą dokleiłem z kawałka kartonu i namalowałem na nim kontury tej kamery. Na drugiej stronie znowu namalowałem siebie, tym razem w towarzystwie różnie ubranych kolegów oraz patyczaka z kiecką symbolizującego dziewczynę.”

    Każdy z pacjentów przedstawił i krótko zcharakteryzował swój twór. Na pracach pacjentów z zaburzeniami odżywiania dominowały bardziej normickie marzenia – kasa, jakieś sportowe samochody, podróże, jeden chuderlak zrobił samolot, inna laska przedstawiła siebie siedzącą na tronie z berłem, a ju jej stóp jakieś ludki (co wytłumaczyła tak – „moim największym marzeniem jest zostanie kobietą w pełni niezależną oraz posiadającą wszystko na pstryknięcie palca”) xDDD Pierwsza Ego dojebane fest, ale może to po prostu dla beczki zrobiła. Jedynie tylko dwie dziewczyny z żywieniówki przedstawiły coś innego – była to szara mycha w krótkich włosach i ruda. Pierwsza zrobiła naprawdę fajnie wykminiony obrazek, jak spada ze spadochronu (jakiś swiecący ala brokatowy materiał wykorzystała), zaś ruda zrobiła piękną panoramę przyrody ze zwierzętami. Dodała przy tym, że marzy o tym by natura nie była zanieczyszczana przez ludzi i żeby człowiek bardziej dbał o lasy i naturalne habitaty dzikich zwierząt.

    Pacjenci z nerwicami i innymi zaburzeniami przedstawiali obrazki na których widnieją w towarzystwie ludzi lub jak wykonują swoją wymarzoną robotę – zupełnie tak jak ja. To trochę pokazuje, jak człowiek samotny pragnie bliskości innych ludzi. Inaczej ludzie z żywieniówki – oni przedstawili najczęściej swoje kaprysy, utopijne gówna (prócz ww. Dwóch wyjątków).

    Pod koniec spotkania zrobiliśmy głosowanie na najlepsze prace. Ja oddałem głos – a jakże by inaczej – na lisicę, i to nie dlatego że się dobrze już znamy, ale dlatego że po prostu pokazała postaranie swoją pracą.

    Ostatecznie wyróżnienia zdobyła szara mycha, ruda i normik w okularach po przejściach w gimbazie (którego historię Wam przedstawiłem w raporcie 6). W sumie nie wiem dlaczego ten ostatni dostał tyle głosów – zrobił siebie przed mikrofonem jak rapuje i jak skacze na bungee, nic ciekawego IMO.

    Po spotkaniu podeszła do mnie ruda i mi szepnęła że chujowy obrazek zrobiłem. Z automatu uciekła i zacząłem ją gonić. Cwaniara wyszła z oddziału i zeszła schodami aż na korytarz prowadzący do głównej rejestracji. Dobiegła do ciemnego rozwidlenia gdzie nikogo nie było, śmiejąc się. Powiedziałem jej, żeby powtórzyła to co powiedziała, tylko tym razem prosto w moje oczy. Chwila ciszy. Serce mi łomocze jak dzwon kościelny. To ten moment, ale zaczął mi łeb pulsować i myślałem że odlecę. Stałem wpatrzony w nią jak wryty. „Nie, nie zrobię tego” – pomyślałem. Po najdłuższych 15 sekundach ciszy w moim życiu, lisica powiedziała „przepraszam cię złośniku” i pocałowała w lewy policzek, po czym pobiegła na oddział... Kurwa nawet nie wiecie jakie to zajebiste uczucie. Po minucie ja też wróciłem na oddział, jeszcze wąsaty janusz sprzątający mi dał reprymendę, że nie mogę opuszczać oddziału ani na moment. Minąłem go tylko z bananem na mordzie i poszedłem ochłonąć do swojego pokoju.

    Z tego wszystkiego zapomniałem, że na oddział przyjęto nowego pacjenta. Chudy jak szkapa z tatuażem na prawym ramieniu, chyba zaburzenia odżywiania, ale z nim jeszcze nie gadałem więc tylko strzelam. O dziwo nie dali go do mnie do pokoju, także pewnie posiedzę w nim sam jeszcze kilka dni.

    Dzisiaj miałem jeszcze psychoterapię z nową lekarką. Jakaś młódka na oko przed 30. Pomyślałem, że znowu dali mi jakąś głupią babę, tylko tym razem młokoskę która gówno mi pomoże. I moje przeczucie nieco się zaczęło spełniać, gdy głupio się podśmiechując się zaczęła mnie co chwila dopytywać o absurdalne dane, które miała jak wół napisane w dokumentacji np. Jak się nazywam, jaką mam diagnozę itd. A idź pan w chuj z taką terapią. Przez godzinę rozmowy tak naprawdę do niczego nie doszliśmy. Na szczęście dała mi zgodę na zażycie uspokajacza, gdyby znowu mnie drgawki męczyły – wszystkie leki zostały w dyżurce, więc jak coś to poproszę i mi wydadzą.

    O, widzicie, znowu zapomniałem o czymś Wam napisać odnośnie spotkania społeczności. We wtorek idziemy do kina na Psy 3, w czwartek na wycieczkę do Zamku Królewskiego, zaś w sobotę tym razem nie będzie niczego szczególnego w związku ze zmianą rozkładówki – od next tygodnia dni z atrakcjami zmienią się na poniedziałek, środę i piątek.

    Co więcej mireczki? Szara myszka do mnie zagadała, taki mini-wywiad ze mną zrobiła na temat życia na oddziale (gdyż została wybrana do samorządu na ten tydzień). Powiedziałem, że jest zajebiście. Udało mi się z nią dłużej porozmawiać. Laska jest po technikum i po wyleczeniu stanów bulimicznych ma zamiar iść na studia ekonomiczne. Lubi rozwiązywać sudoku w wolnych chwilach. Ogólnie spoko dziewczyna i choć wygląda na szarą mychę to kręci ją adrenalina – stąd marzenie o skoku ze spadochronem.

    Po południu wbiła do mnie lisica. Powiedziała, że zbiera ekipę do gry w Eurobiznes (bieda odmiana Monopoly). Bez wahania się zgodziłem, choć nie ukrywam że się przemagałem, gdyż zaczęły mnie już atakować depresyjne myśli. Dołączył do nas ziomek z aspergerem i szara mycha – chyba jakaś chemia między nimi jest. Grało się fajnie, trochę się pośmiałem, oczywiście pierwszy zostałem bankrutem bo nigdy nie ogarniałem kiedy się opłaca domki kupować. Wygrał Asperger po dość wyrównanej walce z dziewczynami. Zgadaliśmy się wszyscy na wyjście na latte do kawiarni, ale dopiero za tydzień gdy już będę mógł wychodzić swobodnie z oddziału.

    Więcej nic się godnego odnotowania nie działo. Naleśniczki z cukrem na kolacji pyszne. Zaraz sobie odpalam playliste z nowym albumem Eminema i ide w kimę, przedtem sprawdzając internety. Z fartem.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 7

    Dzisiaj niedziela jest więc siedzę do góry dupą i gram na konsoli, słuchając muzyki. Wczoraj wieczorem skończyłem czytać 1983 Orwella, wyśmienita książka, polecam.

    Przed południem zabrałem się za napisanie planu prowadzenia prezentacji na zajęcia o zawodzie. Zamierzam poruszyć najważniejsze role w pracy dziennikarza, charakteryzujące go cechy, rodzaje artykułów i dziedziny w jakich może się specjalizować. Raczej nic skomplikowanego, w końcu to nie ma być wykład jak na uniwerku tylko luźna pogadanka i ćwiczenie, które przełamie u mnie stres, nerwy i tremę przed wystąpieniami i interakcją z innymi ludźmi.

    Na obiedzie dosiadł się do mnie i do rudej ten grubol z długimi włosami, któremu wiszę piwero po przegranej w piłkarzyki. Tak luźno pogadaliśmy, opowiadał że ostatniej nocy udało mu się na chwile wyjść z ciała i polatał po najbliższej okolicy. Później się z rudą z niego śmialiśmy, no ale każdy na coś tutaj choruje więc z szyderą nie było co iść za daleko. Poniekąd rozumiem tego ziomka i nawet jestem w stanie mu uwierzyć, bo chyba każdy człowiek ma duszę, right?

    Lisica dzisiaj wbiła do mnie, bo mój śmierdzący współlokator był hospitalizowany na innym oddziale w związku z jakimś zatruciem – przynajmniej tyle mi powiedzieli w sekretariacie. Przeczytała ten mój scenariusz (o ile cokolwiek zrozumiała, bo piszę jak kura pazurem) i powiedziała że bardzo profesjonalnie to sobie rozpisałem. Ona już miała swoją prezentację, gdyż w szpitalu siedzi już miesiąc. Trochę mnie to smuci, gdyż wychodzi na to że ostatni miesiąc pobytu spędzę na oddziale bez niej, gdyż pobyt na oddziale wynosi 12 tygodni (ostatnie 2 tygodnie to zajęcia od 8 do 16 i można już iść do domu ale mi się to nie opłaca iż mieszkam 100km od od Wawy).

    Gadaliśmy sobie, było zajebiście cicho. Oboje poleżeliśmy na łóżku i w pewnym momencie poczułem, że to może być dobry moment na pierwsze w życiu pójście w ślinę. Chyba dawała mi sygnały gdyż uśmiechała się gdy patrzyliśmy w sobie w oczy, ale ostatecznie do niczego nie doszło. Wydygałem, głównie dlatego że nie chciałem być napastliwy oraz wyszedłem z założenia że jeszcze za krótko się znamy. No ale wszystko ogólnie spoko, później poszliśmy sobie pograć w planszówkę do pokoju rozrywkowego. Po dwóch partiach się rozdzieliliśmy, gdyż ona miała jeszcze zadzwonić do ciotki, zjeść i coś tam jeszcze zrobić.

    Apropo jeszcze rozmowy, to rudziałke powiedziała mi więcej o swojej przeszłości (nie pytałem, sama się z tym wysunęła). Nie miała nigdy chłopaka i w sumie nie chciała mieć, każdego traktowała jako kolegę/przyjaciela, choć oni sami nie starali się w jej mniemaniu o coś więcej. Wielu znajomych nie ma, ale dwie/trzy koleżanki regularnie z nią utrzymują kontakt. Sami rodzice mocno ją naciskali żeby sobie kogoś znalazła, co jeszcze mocniej ją nastawiło negatywnie do rodziców, którzy non-stop coś od niej oczekują. Ja postanowiłem być trochę nieszczery i powiedziałem, że „żadnej dziewczyny na dłużej nie miałem”, ale też nie przyznałem się dosłownie do prawictwa. Podobno dziewczyny nie lubią prawiczków, więc wolę się nie przyznawać.

    W pokoju spotkałem ziomka okularnika z aspergerem z 5 raportu (musze im wszystkim jakieś ksywy nadać żeby każdy wiedział o kogo chodzi, ale to jak wszystkich poznam). Siedział z szarą myszką z raportu 4 i pokazywał jej karty do Magic: The Gathering. Chyba uczył ją grać. Ja też niegdyś zbierałem wszelkiego rodzaju karty i grywałem nawet w Magica za dzieciaka, ale to stare dzieje. Chwilę sobie pogadaliśmy i powiedział że jak zdobędę lapka/oddadzą mi stary-lepszy telefon to zagramy jakieś bo3 w Hearthstone. Coś tam przebąkiwał o turnieju oddziałowym, ale to nierealne IMO.

    Później przyszedł normik z zawstydzającym basem i zaczął rzępolić na gitarze. Postanowiłem do niego zagadać. Ten to ma chyba najnormalniejszy życiorys ze wszystkich pacjentów. Ma dziewczynę we Wrocku (gdzie też mieszka), maturę zdał śpiewająco, chce rozwijać się w muzyce, ale odkąd jego zespół się rozpadł kilka lat temu to nie może sobie znaleźć nowych kompanów do gry, głównie ze względu na wybuchowy charakter, który okazał się być powodem jego przyjścia na oddział. Całkiem poważny gość.

    No i cóż, więcej nic godnego odnotowania się nie wydarzyło, teraz sobie siedzę na mirko i będę czekał na Wasze pytania. Odpowiem na wszystkie w miarę możliwości. Czas macie do 22:00. Aha i jak ktoś chce to mogę robić podsumowanie tygodni na oddziale w skrócie dla tych którym się nie chce czytać moich wypocin w całości.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 6
    Wstałem rano i w całym pokoju śmierdziało. Mój współlokator chyba miał wzdęcia, musiałem szybko wywietrzyć bo bym się udusił. Jego nie było, dopiero w łazience po śniadaniu go dojrzałem jak rzyga przy kiblu. Nażarł się jakiegoś gówna, więc pewnie go zwolnią z zajęć dzisiaj.

    Z takich ciekawostek to dzisiaj udało mi się zajebać pierwszy raz w życiu wsad do kosza – zajebiście satysfakcjonujące uczucie. Przy okazji pogadałem trochę z Normikiem, którego szara mysza zlała na ostatniej imprezie. Spoko ziomek, ale trochę taki odpychający dla mnie z kilku względów. Między innymi vapuje i posługuje się nieśmiesznymi gagami z memów 2010, typu „Ale urwał” (no to już wiemy dlaczego dostał kosza). Taki żartowniś, jakbym siebie widział w podstawówce. Trafił na oddział bo w gimnazjum nie mógł się dostosować i zasymilować z nową klasą, szkolne gity wyłudzały od niego kasę, manipulowaly nim żeby np. Kradł czy robił odpały na lekcjach. Nieomal trafił do poprawczaka, ale jakoś ukończył szkołę, okupując to stresem i nerwami. Poszedł później do technikum, ale miał duże problemy z nauką, nie mógł zaufać ludziom i się zakumplować z kimś bo się bał że go znowu wykorzystają. Smutne. Historie ludzi z tego szpitala potwierdzają, jaki kolosalny wpływ wywiera prześladowanie w szkole na późniejsze zdrowie psychiczne.

    Po gimnastyce się umyłem, odpocząłem i niedługo potem poszedłem na te warsztaty plastyczne. Jakaś młoda babka je prowadziła, kazała nam z użyciem farb, pasteli, bibuły, kleju, papieru kolorowego, nożyczek i innych bibelotów zobrazować nasze marzenia (w 2 godziny), a później przedstawić je grupie i o nich opowiedzieć na spotkaniu społeczności w poniedziałek. „Oo, to będzie w chuj ciekawe” – pomyślałem. Ci co poszli na przepustkę mają to zadane do domu, więc mają lekką przewagę, gdyż jak później nam babka wytłumaczyła, trzy najlepsze prezentacje dostaną jakieś gównonagrody.

    Moje marzenia przez depresję i brak chęci do życia mocno się zatarły, był nawet moment gdy nie marzyłem o niczym tylko o świętym spokoju. Ale przyjście na oddział wiele zmieniło. Po tylu latach znowu poczułem się jak w podstawówce – nawiązywałem kontakty z ludźmi, przy tym doskonale się bawiąc i ucząc normalnie funkcjonować. Kontynuując – moim największym marzeniem jest praca w jakiejś gazecie sportowej (głównie interesuje mnie piłka nożna, ale też trochę ręczna), robienie wywiadów, programów, reportaży, felietonów i podsumowań. Praca w komentatorce też wchodzi w grę, ale nie wiem czy po tylu przejściach mógłbym nauczyć się odpowiednio przekazać emocje w głosie. A głos i dykcję akurat mam, bo w podstawówce brałem udział w konkursach recytatorskich i pięknego czytania, zajmując miejsca na podium.

    Innym moim marzeniem jest usamodzielnienie się. Mam już dość mieszkania z matką, która odkąd pamiętam była dla mnie nadopiekuńcza. Ojciec odszedł od nas jak miałem 5 lat, miał na mnie wywalone i ma do teraz, nawet alimentów przez dłuższy czas nie płacił a my się tułaliśmy z mieszkania do mieszkania, ledwie wiążąc koniec z końcem. Brak męskiego wzorca i chuchanie na mnie ze strony matki doprowadziło do tego, że jestem wrażliwą, płaczliwą pacyfistyczną pizdą. Nawet teraz mi matka zakazała dotykać oddziałowej pralki, bo jeszcze coś popsuje i ona mi w domu wypierze... ahh kurwa, szkoda strzępić ryja.

    Kolejnym marzeniem jest też oczywiście normalne funkcjonowanie społeczne, czyli posiadanie różowej i kumpli. Mam już dość siedzenia w czterech ścianach podczas weekendów. Ogólnie to trochę trudne rzeczy do przedstawienia w formie obrazu ale coś tam skleciłem. Manualnie to ja zaawansowany nie jestem, ale powinno być OK.

    Po ubabraniu się w bibelotach i kleju, poszedłem się ogarnąć i odpocząć. Po obiedzie mieliśmy wyjście na kręgielnie (konkretnie to do okolicznego salonu z grami takimi jak billard czy dart), więc się nawet cieszyłem bo nigdy nie byłem w takim miejscu. Spierdon poznaje świat część 2115.

    No co, ogólnie wypad uważam za całkiem udany. Poszliśmy wraz z jednym z lekarzy psychiatrów do tej kręgielni. Szliśmy parami. Trochę mnie stres wziął więc do rudej nie podbiłem, ale ona sama do mnie zagadała już na obiedzie, więc na ten krótki spacerek przez Warszawę mogłem iść w jej towarzystwie. Sama się nawet zapytała, co taki zamyślony jestem. Od kilku lat nie słyszałem żadnego szczerego pytania o mój stan z ust innej osoby niż moja matka. Coś, co dla wielu jest normalnością, dla mnie jest na razie zetknięciem z czymś nieznanym.

    Co do wypadu – oczywiście nie wiedziałem jak się dobrze rzuca kulą od kręgli, więc pierwsze pchnięcie skończyło się na mojej stopie, gdyż kula wyślizgnęła się z moich rąk. Wszyscy mieli bekę, łącznie ze mną. Dopiero facet z obsługi mnie poinstruował. No i dobra, ja dystans do siebie zawsze miałem, także ból dupy zerowy. Bawiłem się dobrze, choć strąciłem może z 4 kręgle.

    Lepiej mi się rzucało do tarczy. Swego czasu miałem w pokoju lotki i tandetną tarczę, więc pamięć mięśniowa jeszcze jest i całkiem nieźle rzucałem. Ruda nie miała siły i ledwo dorzucała do tarczy, więc zdecydowałem się ją poinstruować, pokazałem jak się układa rękę itd. Tak blisko dziewczyny jeszcze nigdy nie byłem. Jej włosy takie pachnące i mięciutkie... Mój mózg chyba usiłuje mi przekazać że się zakochałem, bo nigdy takiego pociągu do dziewczyny nie czułem. Oby jednak nie, bo to się wszystko dzieje za szybko. To trzeba na spokojnie.

    Później jeszcze pograliśmy (a raczej staraliśmy się grać) w bilarda, ale z kiepskimi rezultatami. Zagrałem też rundę w piłkarzyki z jednym ulańcem w długich włosach z którym dotąd nie zamieniłem słowa. Coś tam próbował do mnie zagajać o jakimś świadomym śnieniu, astralnej części ludzkiego bytu i innych pierdołach ala Dr. Strange. No i mnie rozjebał w te piłkarzyki, także wiszę lujowi piwko.

    Drogi pamiętniczku mirkowy, to by było na tyle z gorączki kręglowej soboty. Po wypadzie jeszcze pograłem chwilę na Switchu u lisicy i zamieniłem kilka zdań z ordynatorem, który się wygadał że mnie obserwuje i jest pod wrażeniem moich postępów. Mówił, że przy przyjęciu byłem „zamulonym zombie” (pisownia oryginalna, gość jest w chuj szczery zawsze), a teraz widzi że rozwinąłem skrzydła i że potrzebuję ludzi wokół siebie by normalnie funkcjonować. No i tyle. Dobranoc miraski. Jutro nudny dzień bez zajęć bo niedziela (tylko prezentacja o zawodzie w formie pogadanki to do) więc może Q&A jakieś zrobimy jutro.

    #naoddzialenerwic #depresja #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 5
    Dzisiaj miałem dzień w którym mi się nic nie chciało. Ledwo się zwlokłem na gimnastykę. W nocy nie mogłem spać, gdyż dostałem ataku który co jakiś czas mi się objawia podczas snu. Mocne drgawki, wzdęcia i nudności to jego główne objawy. To pewnie przez zbyt dużą dawkę stresu i nerwów, którą zaaplikowała mi ostatnia imprezka. Pokonanie nerwicy lękowej to nie takie chop-siup. Szmata jest we mnie silna i ma do pomocy depresję. Ale podjąłem walkę i się nie poddam się!

    Dzisiejsza psychoterapia grupowa dla osób z nerwicą (żywieniówka ma swoją osobną psychoterapię) przeszła pod dyktando dyskusji na temat naszej roli w społeczeństwie. Każdy opowiadał o swoich doświadczeniach z ludźmi i tego jaką dla siebie widzą rolę w tłumie społecznym. Ciężko mi ogólnie szczegółowo opisywać przebieg tych terapii, bo trwają one godzine i są naprawdę intensywne. Nie sposób mi zawrzeć wszystkich wątków, więc zawsze będę skupiał się na najważniejszych. No dobra, wracając. Ja odpowiedziałem, że jest mi chyba przeznaczona rola robola w Biedrze, bo nie wierzę już w swoją karierę w dziennikarstwie. Taki Sam Szczygielski czy Norbert Skórzewski w moim wieku już są znani na całą Polskę, a ja piszę o gierkach na jakiejś gównostronce za 300 zł miesięcznie. Na to prowadzący lekarz odpowiedział mi – „Anon, pamiętaj – nigdy nie przestawaj wierzyć. Dla dziennikarza nigdy nie jest za późno, by się objawić. Tutaj nie tyka zegar jak w przypadku kariery piłkarza lub modelki. Tu liczą się umiejętności lingwistyczne, a nie wiek. Musisz uwierzyć w siebie, bo jesteś zdolny” i tym podobne dyrdymały. No i taka pogadanka była ogólnie o dzisiejszej strukturze społecznej, że nie mamy się co przejmować co inni o nas pomyślą, bo każdy zalatany i nie mamy się co bać ludzi. Że każdy ma jakiś cel i do niego dąży, więc nie można uciekać od ludzi tylko lawirować wśród nich do swojego celu. Nie wszyscy są źli, nie wszyscy są dobrzy, trzeba umieć odróżniać i natychmiastowo odcinać się od tych złych i tym podobne frazesy.

    Po zajęciach podbił do mnie i powiedział, żebym na wtorek przygotował prezentację o dziennikarstwie na zajęcia o zawodzie. Zgodziłem się, choć uważam że to bez sensu i sie spalę. No ale dobra, może będzie beka.

    Na obiedzie postanowiłem podbić do rudej. Btw żarcie takie sobie, gołąbki z zimiakami, ogólnie meh. Lisica trochę mnie zlała, ale to przez to że przy jedzeniu nie sposób jej się skupić na rozmowie ze względu na zaburzenia odżywiania. Postanowiłem więc jej nie męczyć. Btw ona miała jakąś kaszę na obiad z warzywami, to chyba ze względu na kontrakt żywieniowy jaki osoby z zaburzeniami podpisują i przez to mają inną dietę.

    Po muzykoterapii relaksacyjnej (nie będę jej opisywał, bo to nuda, we wcześniejszych raportach co nieco o niej opowiedziałem), podbił do mnie ziomeczek w okularach z aspergerem, o którym wspominałem nie raz. Ogólnie to jak patrzę na niego to mi go strasznie szkoda, bo wygląda jak ten nerd z mema o freethinkerze, tylko nie jest aż tak ulany. Gość się pasjonuje – tak, zgadliście – gierkami, szczególnie karcianymi. Na tym polu mamy fajne pole do dyskusji, bo sam swego czasu zagrywałem się w Gwinta czy HSa. No i sobie spontanicznie pogadaliśmy. Ziomek pochodzi z Bełchatowa. Ma problemy z niepowodzeniem u lasek oraz nie ma zbyt wielu kolegów, ma też problem ze znalezieniem roboty. Ogólnie to nawet spoko gość, bo ku mojemu zaskoczeniu udało nam się pogadać sporo o życiu, nie tylko o mecie czy kartach. Od 7 lat tak nie rozmawiałem z innym osobnikiem płci męskiej, od kiedy zaczęły się moje problemy zdrowotne i straciłem wszystkich kolegów w tym przyjaciela z mojej i też trochę jego winy.

    Trochę poczillowałem przeglądając neta, zrobiłem sobie cappucino i późniejszym popołudniem postanowiłem wybrać się do lisiej jamy. Otworzyła mi koleżanka rudej która dzieli z nią pokój. To ta sama dziewczyna 3/10 z imprezy. Powiedziała, że ruda jest na rozmowie z rodzicami co przyjechali w odwiedziny i niedługo przyjdzie. Drętwo było, ale zainicjowałem rozmowę z tą jej koleżanką. Niska, trochę ulana w okularach, bardzo skryta i się chyba czerwieniła z zawstydzenia przede mną. Leczy się od kilku lat, jej choroba jest efektem dokuczania przez głupie pizdy w szkole. Kradli jej kanapki, śmiali się, dokuczali. Próbowała jakoś z tym walczyć ale bez skutku. W gimnazjum było jeszcze gorzej, lepiej w liceum, ale miała połowiczne nauczanie indywidualne. Poza tym jej ojciec zmarł gdy miała 5 lat. No i ogólnie nie ma pomysłu na siebie, maturę zdała dobrze, ale nie wie co dalej robić. Ot taka historia. Ale dało się z kobitą dogadać, nawet spoko.

    Podczas rozmowy z nią wpadłem na genialny pomysł, aby wpierdolić się pod łóżko i przestraszyć lisicę, ale ostatecznie z niego zrezygnowałem, bo mnie weźmie na debila. No niestety tak czasami mam, że dziecinne idiotyzmy do głowy mi przychodzą, głównie przez to że mimo 20 lat na karku nie czuję się jak dorosła, odpowiedzialna osoba. Muszę to w sobie zmienić.

    Rudziałke przyszła po godzinie; myślałem przez moment że mnie wyprosi bo przyszła po rozmowie ze starymi jakaś podkurwiona, ale o dziwo entuzjastycznie zareagowała, co poczułem w jej głosie jak powiedziała mi „Hej”. Zalałem się znowu burakiem jak wczoraj, ale tym razem zawstydzenie szybciej przeminęło i zwinnie przeszedłem do luźnej rozmowy. Jej koleżanka wyszła, więc mieliśmy cały pokój dla siebie.

    Rozmawialiśmy o różnych rzeczach – naszych pasjach, książkach, muzyce, filmach i naprawdę wyszło że sporo nas łączy. Ona lubi fantasy, ja lubie fantasy, ona lubi Kanye Westa, ja kocham Kanye Westa. Rzuciłem jej kilka ciekawostek o akurat omawianym temacie dyskusji, ale raczej nic nadzwyczajnego. Wyszło w rozmowie że nawet w gierki grywa, co u dziewczyn jest chyba rzadkością (z perspektywy piwniczaka). Miała ze sobą Switcha, nawet dała mi pograć chwilę w nowe Pokemony, bo ja za biedny jestem a jestem wielkim fanem Poksów. Później poszliśmy na salę gimnastyczną (akurat była dostępna, bo korzysta z niej cały szpital i są tam też zajęcia dla dorosłych i innych oddziałów). Porzucaliśmy sobie w kosza. Później poszliśmy na chwilę do mnie, pogadaliśmy i jutro jedziemy z całym oddziałem na kręgle. No i po randce, ja polazłem na kolację.

    Przed 20:00 wszyscy powinni znajdować się w swoich salach by zrobić listę obecnych (taka rutynowa procedura, by wszystko się zgadzało). Później poszedłem się umyć no i cóż, słucham sobie muzyki i siedzę na mirko. Jutro mam jakieś warsztaty plastyczne (nie wiem o co z nimi może chodzić, podobno to zajęcia ala psychorysunek ale z wykorzystaniem farb, pasteli itd) i popołudniu na kręgielnię. Będzie nieco kameralnie, bo kilka osób wyjechało na przepustki. Do jutra mireczki.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa #wychodzimyzprzegrywu
    pokaż całość

    +: Jacob10294JJ, Cococinel +147 innych
  •  

    Oddział Leczenia Nerwic – Day 4
    Ten raport będzie dłuższy ze względu na imprezkę wieczorną, sry że tak późno ale bez relacji z impry raport byłby wręcz pusty, więc zdecydowałem się od razu zamieścić relację z niej.

    Dzień ogólnie jak codzień na oddziale. Śniadanko, gimnastyka, ruch i psychoterapia indywidualna z ordynejtorem nt. Wczorajszego psychorysunku. Powiedziałem mu, że boje sie odrzucenia za bycie innym niż większość normików, że sram po gaciach na widok swojego potknięcia i odpowiedzialności za czyny, przez co nie umiem się bronić i jestem wrażliwym popychadłem. Facet jest naprawdę w porządku, dobrze mi się z nim gada. Powiedział mi na to - „Posłuchaj anon, staraj się być sobą. Ja cię doskonale rozumiem. Wszyscy teraz zapatrzeni w gówniane wzorce z internetu, każdy goni za kasą, wszyscy chcą się podlizać idolom. Musisz jakoś zacisnąć zęby i się odnaleźć w tym świecie. Ja sam już go nie rozumiem, jestem starszej daty i uważam, że się nowemu pokoleniu w głowach poprzewracało. Staraj się jakoś dostosować, bo jak będziesz poza społeczeństwem to tylko tracisz poczucie wartości”. Normalnie jakbym Jaglaka słyszał. A od następnego tygodnia mam mieć rozmowy z innym lekarzem bo się poskarżyłem na tego babsztyla co ostatnio o nim pisałem.
    Dalej dzionek płynął jak z grzywki. Obiad, konsolka i pomoc przy imprezie. Razem z kilkoma chłopakami pomagaliśmy nosić krzesła, stoliczki i inne klamoty, zaś dziewczyny dekorowały salę i urządzały – jak to one.

    Była gruba impra z Rysiem... Och kurwa, czuje się mocno ztyrany. Ilość endorfin oraz stresu jaką zażył mój mózg minionego wieczora przewyższyła z nawiązką dawkę aplikowaną mi przez życie w ostatnich 10 latach. Dość napisać, że ostatnią moją imprą był... bal piżamowy w 3 podstbazie. Unikałem domówek, studniówek i innych balów, a nawet wigilii klasowych. Przez 6 lat gimby i licbazy byłem praktycznie odizolowany od rówieśników przez nauczanie indywidualne. Żal mogę mieć tylko do siebie, ale gdybym się na nie nie zgodził to pewnie nie skończyłbym szkoły. No i w sumie chuja mi to daje, bo na studia nie mam kasy, praktyki żadnej poza układaniem towaru w Biedrze, jestem śmieciem na rynku pracy...

    Ale zostawiam swoje przeszłe rozterki za sobą i przechodzę do segmentu, który wszystkich ciekawi – bajlando w psychiatryku. Przywdziałem najlepszą koszulę z Reserved, poperfumowałem się Playboyem i poszedłem w bój.
    Mała ciekawostka - każdy z pacjentów, który zadeklarował przyjście mógł wybrać jeden track na playliste, która będzie leciała. Warunek – nie mógł być wulgarny (nie mogło być polskich wulgaryzmów jak się okazało, bo kolega wybrał utwór Eminema i go dopuszczono). Ja wziąłem jeden z moich ulubionych tracków imprezowych od Davida Tavare (nuta w linku).

    Dobrze miraski, do meritum. Na imprezie wiele osób się nie zjawiło. Głównie spośród chłopaków, trudno się temu dziwić. Ale dziewczyny przyszły niemal wszystkie – w końcu prawie żadna nie chorowała na jakieś fobie tylko na zaburzenia żywieniowe.

    Serwowano drinki pomarańczowe, niestety bez alkoholu. Nawet dobre, ale bez tego kopnięcia spiritusu smakowały jak soczek. Podbiłem do ordynatora (który wbił na chwile zapytać się jak sie bawimy), czy nie mają gdzieś na oddziale procentów (wiedziałem że nie mają, ale chciałem tak żartobliwie zagaić, by podbić sobie pewność siebie), a on odparł coś w stylu „Wiem, że bez piwka to stypa nie impreza, ale jesteś w wariatkowie, gdzie ja ci alkohol załatwię?”.

    Z takich atrakcji to można było ze sobą smartfona zabrać, więc niektóre laski zaczęły o Instagramie rozmawiać, jakieś fotki robić itd. Ja usiadłem z dwoma normikami przy stole i zaczęliśmy rozmawiać o swoich pasjach, gadka nawet spoko poszła. Później temat zszedł na dziewczyny. 11 różnych różowych było na imprezce, tylko 5 chłopaków łącznie z nami, z czego dwoje pozostałych to nieliczące się ulańce przymulające chyba o jakiś gierkach. Postanowiliśmy więc spróbować do jakichś loszek zagadać. Praktycznie wszystkie z tych 11 było co najmniej 6/10, a większość notowałem na 8/10, odejmując punkty głównie za chudość i brak cycków.

    Pierwszy normik (imiennie bym nazywał, ale jest RODO) wybrał blondynę, jedną z tych co siedziały w kółku instagramerek. „Już mu współczuję” – pomyślałem. Ja dostałem pietra i ataku gorąca, więc zrezygnowałem z podbojów, a poza tym nie widziałem odpowiedniej panny dla siebie. Drugi normik podbił do cichej szarej myszki w krótkich czarnych włosach, która siedziała z koleżanką. Ten to dobrze wybrał.

    No i cóż, sączyłem drina i tak siedziałem sam jak kołek z 15 minut. Już mnie pomału zaczynały stany nerwicowe brać, nikt do mnie nie podbijał, już chciałem to pierdolnąć i iść do pokoju (mój współlokator jak pewnie się domyślacie nie przyszedł na imprę).

    Już miałem się zbierać do wyjścia, aż tu nagle na salę weszła ONA – ruda piękność z poprzedniego raportu. Przyszła z ulaną koleżanką 3/10 i usiadła na końcu Sali, biorąc przy okazji szklankę wody przy wejściu. Miała piękną niebieską subtelną sukienkę.

    Wiedziałem, że to moja szansa. Zebrałem się, otrzepałem koszulę, wziąłem głęboki oddech i wstałem od stolika. W głowie milion myśli i pomysłów na rozpoczęcie rozmowy, wątpliwości, że przecież wyjdę na kompletnego debila, po co ja to robię itd. Ale chuj, powiedziałem sobie teraz albo nigdy i podbiłem.

    Ja cały czerwony, ale płynnie gadałem. Poszedł small talk typu „Cześć, jednak przyszłaś na imprezę”. Wcześniej zamieniłem z nią dwa słowa na stołówce na jednej z kolacji, więc mnie kojarzyła ciutkę lepiej niż randomowego pacjenta. Pozwoliła się dosiąść. Jej ulana koleżanka w okularach po chwili się ulotniła, to akurat jedna z niewielu dziewczyn będących tutaj z powodu nerwicy lękowej. No i poszło, ale na początku było niezręcznie i drętwo. Na całe szczęście to rudziałke podtrzymywała rozmowę, zadając pytania typu „coś ty taki czerwony, wyglądasz jak burak co urwał się z pola”. Całe szczęście zamieniłem ten soft pocisk w śmiech, kontrując „a ty lisico chyba z lasu uciekłaś przed kłusownikami”. Pomyślałem „anon, ty skończony debilu, jesteś zjebany”, ale o dziwo ruda się zaśmiała. Uff. Przeszliśmy sprawnie do normalnej rozmowy, ja gorący jak lawa z buzującymi hormonami, ona uciekała wzrokiem na szklankę z wodą i słała subtelne uśmiechy.
    Rozmawialiśmy o swoich zainteresowaniach. Ona pasjonuje się biologią, planuje studia w tym kierunku ale musi się wyleczyć z jadłowstrętu. Waży 44 kilo z hakiem i ma ok. 175 wzrostu. Ja opowiedziałem jej o swoim zamiłowaniu do dziennikarstwa, drugiej pracy w redakcji internetowej (która jest o niebo ciekawsza od mojego głównego miejsca zatrudnienia w Biedrze).

    Po kilku minutach rozmowy w moim głosie był już pełen luz - napięcie i gorąco odeszło. Ja pierdole, nie moge uwierzyć, że po 4 dniach na oddziale ja już zacząłem normalnie rozmawiać z rówieśnikami i poznałem jakąś loszkę. Kurwa kosmos. Ogólnie to przegadaliśmy z godzinę, ja rzuciłem jej kilka komplemencików, ona nie przejawiała znudzenia.
    Kątem okiem spojrzałem na salę. Normik co wziął się za szarą myszkę chyba wrócił na tarczy bo siedział sam przy stole. Drugi normik doskonale się bawił, chyba grał z instagramerkami w butelkę czy inną tego typu normicką gierkę. Ja z rudą wyszliśmy z Sali. Trochę się przed nią otworzyłem jeśli chodzi o powody trafienia do szpitala. Okazała mi współczucie, zdawała się rozumieć mój zjebany los, a myślałem że zacznie gardzić przegrywem. Ona też o swoich perypetiach opowiedziała. Tak krótko pisząc to miała nieustanną presję w domu na naukę, bo siostra starsza (o 6 lat) prawnik, a ona odstawała bystrością umysłu. Ze stresu i niepowodzeń przed egzaminami i szkołą nie jadła, bo nic nie mogło jej przez gardło przejść. Dobrze ją rozumiałem, gdyż też ze stresu zdarzało mi się nie jadać śniadań/kolacji i wymiotować, przez co schudłem 20 kilo w rok. Ogólnie to dziewczyna się uczyła i zdała maturę z dobrymi wynikami, ale rodzice nie akceptują jej kierunku studiów, uważając za debilny i stawiając za przykład siostrę, która skończyła prawo. Pożarła się z nimi, wyjechała do ciotki i pracowała do tej pory w sklepiku, lecz któregoś dnia zasłabła. No i ciotka jej poradziła, żeby poszła leczyć swój jadłowstręt tutaj na oddziale.

    Pochodziliśmy trochę po korytarzu i przed 23 rozeszliśmy się do swoich pokoi. Powiedziała, że jutro po południu możemy wyjść razem do sklepu. Przypomniałem jej jednak, że nie moge jeszcze wychodzić gdyż 4 dzień tu jestem, więc palnęła się w czoło i sie zaśmialiśmy. Powiedziała, że jutro jej starzy przyjeżdżają w odwiedziny i żeby ją zabrać na weekend, ale chyba nie chce jej się jechać, bo ostatnio ich konflikt się zaostrzył. Bąknęła, że woli spędzić czas z ludźmi „z którymi można normalnie o wszystkim porozmawiać”, po czym wysłała mi uśmiech. Ja pierdole, co sie dzieje ludzie xDDDD Dodaliśmy się też na fb. Mirkosławy, to chyba początek czegoś większego!

    Koniec raportu bo padam na ryj, jest 12 w nocy a jutro o 7 pobudka na gimnastyke i zajęcia.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

  •  

    Na oddziale nerwic – day 3
    Po wczorajszym seansie filmowym wydarzyła się bardzo creepy sytuacja, gdyż mój współlokator (który wolał pójść wcześniej spać)... chyba walił konia pod kołdrą. Ja się zbliżam do drzwi, a za szybą (jego wyro jest tuż przy drzwiach) coś się ruszało. Ciemno było,nie widziałem dokładnie, więc olałem temat, a mój kolega z Sali zdawał się spać jak wszedłem do środka z lewym kolanem do góry. Może to moje zwidy?

    Nevermind, kolejny dzień to następna zjebana psychoterapia indywidualna z babsztylem. Bardziej mnie to denerwuje aniżeli w czymkolwiek pomaga, pogadam z ordynatorem czy by nie można było zmienić mi lekarza. Tylko non stop mi mówi, że „nie ma się co dziewczyn bać bo nie gryzą” i że „żaden temat do rozmowy nie jest dla nich nudny”. Dajcie spokój. Fachowa pomoc jak chuj.

    No dobra, dzisiaj z zajęć miałem jeszcze psychorysunek, czyli tak naprawdę nic ciekawego. Musiałem nabazgrolić swoje największe lęki, to wziąłem i nabryzgoliłem jak kura pazurą sytuację typu kilku zielonych ludzików (mających symbolizować przyjaciół) oraz jednego różowego ludzika (wiadomo), a dalej szarego ludzika czyli spierdona w mojej osobie, którego wiatr odpycha od upragnionego społeczeństwa. Na odwrocie kartki namalowałem jeszcze swoją karykaturę podczas pewnych sytuacji w robocie, kiedy nic mi się nie udaje i jestem opierdalany. Krótko mówiąc – boję się odrzucenia, porażki i odpowiedzialności. Jutro będę omawiał ten swój rysunek z ordynatorem – thank god że nie z tym omirzłym babsztylem.
    Dzisiejszy obiad był lujowy – sucha kasza gryczana z jakimś klopsem mięsnym + kapusta. Ale chociaż zupka pomidorowa dobra.
    Po obiadku miałem już czas wolny, bo zajęcia dla mnie się już skończyły, gdyż żywieniówka ma po południu swoje terapie grupowe tylko o jadłowstręcie, więc I don’t care.

    Gdy grałem sobie na konsolce, przyszedł do mnie jeden z tych normików, o którym napomknąłem w poprzednim raporcie. Powiedział, że dzisiaj mamy otwartą salę gimnastyczną na cały dzień i zbierają drużyny do meczu piłki nożnej. Bez wahania się zgodziłem, trochę ruchu nie zaszkodzi.

    Na gierkę przyszło łącznie 6 chłopaków więc zorganizowaliśmy mecz 3 vs 3 z lotnym bramkierem. Ja w drużynie miałem okularnika z aspergerem i jednego ulańca, co zaczął się rządzić. Wydarłem się na niego i polazł posłusznie na lotną bramkę.

    Z godzinę chyba graliśmy i niestety mój team dostał sromotny wpierdol 9-3 – cóż, u nich w ekipie byli sami co ogarniają (3 normików, jeden chudy jak szkapa ale zwrotny, jeden z tym zawstydzającym basem i ostatni całkiem potężny, napakowany rzekłbym). Z paralitykami w teamie nie miałem szans. Ale liczy się dobra zabawa, choć te normy jakieś takie nieprzyjemne – jakbym widział typowych cool licbazjalistów. Co oni w ogóle robią w psychiatryku? Kiedyś dopytam.

    Dalsza część dnia spłynęła mi na leniuchowaniu przy konsoli, choć krzątałem się też po kuchni by sobie cappucino zrobić (bo mój czajnik elektryczny musi stać w kuchni). Zanim jednak wszedłem do kuchni to musiałem czekać z 10 minut, bo trzy laski sobie siedziały przy stole i gadały, a ja dostałbym chyba wylewu przebywając w tak bliskim towarzystwie płci pięknej. Jeszcze nie pora na przełamanie spierdolenia, to trzeba na spokojnie.

    No i co tu więcej dodać mirki, leżę sobie, siedze teraz na mirko i kończę ten wpis. Mój współlokator nadal nie przejawia inicjatywy do zagadania, sam próbowałem ale kończy się zawsze na zdawkowych odpowiedziach. Ciężki przypadek choroby psychicznej dla jego.

    To do jutra mirasy, choć nie wiem do końca czy się wyrobie z raportem bo będzie imprezka, o której wspominałem w poprzednim wpisie.

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa
    pokaż całość

  •  

    No to jedziemy z drugim raportem
    Oddział Leczenia Nerwic – Day 2

    Nawet się wyspałem na tym szpitalnym łóżku, całkiem wygodne drewniane wyrko. Pobudka obowiązkowo przed 8:00 bo wtedy jest śniadanko i gimnastyka (zajęcia sportowe takie na otrzeźwienie). Gimnastykę prowadzi codziennie ktoś inny, takie są zasady, ale po 15 minutach obowiązkowego rozciągania każdy robi co chce – jedni grają w piłkę nożną (zazwyczaj ci już zasymilowani w szpitalu), inni w kosza lub biegają (zazwyczaj nowi). Ja postanowiłem się otworzyć i z chłopakami popykaliśmy w piłeczkę, całkiem fajnie było. W sumie nawet fajnie się czułem po lekkim wysiłku, później wziąłem prysznic i energia na żmudne terapie załadowana.

    Dalej godzinka odpoczynku i terapia grupowa. Och kurwa jakie to trudne zajęcie. Na początek każdy po kolei opowiada krótko o swoich objawach czy chorobie byśmy my nowi mogli poznać schorzenia każdego z oddziału (ze mną jeszcze 2 dziewczyny przyjęto na oddział wczoraj). Dalej jest rozmowa o samopoczuciu, planach na najbliższe dni itd. Następnie pan psychiatra zapodaje temat do dyskusji – dzisiaj gadaliśmy o myślach, w sensie co myślimy patrząc na drugą osobę, jak ją postrzegamy itd. Lekarz podobierał każdego w parze (ja dostałem całkiem fajną dziewczyne 7/10) i kazał opisywać swoje myśli jakie każdemu przebiegają po głowie jak patrzy na drugą osobę. Dość niezręczne i w chuj stresujące, ale jakoś te spierdolenie trzeba przełamywać. Później jeszcze rozmawialiśmy o swoich myślach na temat ludzi których mijamy na ulicy, czy ich oceniamy pozytywnie/negatywnie, czy odczuwamy że też nas oceniają, jakie mamy myśli wobec nich itd. Po wypowiedzeniu swojej tyrady o wiecznie uśmiechniętych, wyglądających tak samo normikach którymi gardzę poczułem ogromną ulgę na sercu, polecam to uczucie (i nie byłem sam z tymi wnioskami bo jeszcze niski chłopak w okularach i chyba z aspergerem mówił podobnie).

    Po 14 odbyły się zajęcia z muzykoterapii. Słuchanie muzyki relaksacyjnej i naśladowanie ruchów instruktorki, godzinka takich szajsów i jesteś fajnie wyciszony oraz zrelaksowany jak po lolku. Serio, choć dla osoby postronnej wyda się to debilne.

    Po odpoczęciu od zajęć postanowiłem trochę pozwiedzać oddział i nawiązać znajomości (głównie z samcami, bo jak zbliże się nawet metr do laski choćby 6/10 to zamieniam się w buraka). Ludziksy jakoś mało gadatliwe, może dlatego że zaczynałem small talk od pytania ile kto siedzi w szpitalu, jakie kto ma odczucia itd. To chyba nie jest najlepsza taktyka, następnym razem zacznę zagajać od pytania o hobby. Co do opisu każdego z pacjentów na oddziale to zrobie osobny wpis jak uzyskam jakieś informacje o każdym. A jeśli chciałbym tak z grubsza oceniać, to w szpitalu są ludzie naprawdę różni. Jest kilku zdepresowanych ulańców, jest jeden liliput emo z kolczykami w uszach, jest dwóch/trzech normikowatych samców 185 cm (jeden operuje zawstydzającym basem), są alternatywki (nieodłączny element każdego psychiatryka) oraz kilka naprawdę pięknych lasek 9/10. Jedna z nich to istna petarda w moim guście – ruda z długimi lokami, wysoka, chudziutka, ma piegi, po prostu insta boner. No ale moje spierdolenie na razie nie pozwala mi podbić, może na czwartkowej imprezie spróbuję.

    Co 2 dni (najczęściej wtorek, czwartek, sobota) wieczorem lub po południu mamy specjalne atrakcje na które głosuje każda z grup (A,B,C). Na tydzień wypadają więc trzy dni z atrakcjami i każda grupka ma jeden slot i między sobą dyskutuje co chciałoby zorganizować (oczywiście nie można wybrać co się chce – do wyboru jest kino, film oglądany na terenie oddziału, muzeum, kręgielnia, teatr, dyskoteka, a chłopaki mi powiedzieli że raz był do wyboru mecz Ległej, ale tylko 3 osoby poszły wtedy bo tylko tyle było zainteresowanych xDDD).
    No i tym samym dzisiaj mamy seans Avengers Czas Ultrona w specjalnej Sali (chyba do wykładów) co tv 60 cali około i dobrym nagłośnieniem. Nie sądziłem, że takie sprzęty są na terenie tego szpitala. Film oglądałem już ze 2 razy, ale jeszcze raz nie zaszkodzi obejrzeć. Także do jutra mireczki!
    PS. W czwartek może być ciekawy wpis bo mamy dyskotekę bezalkoholową, mogą być dymy..

    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa
    pokaż całość

  •  

    Dobra, mam już czas wolny po całym zapierdolu związanym z poznawaniem oddziału; wypakowaniu się i zajęciach to czas na pierwszy raport.

    Oddział Leczenia Nerwic - Day 1
    Wszedłem na oddział na pełnym luzie, choć nie ukrywam że się nieco spociłem ze stresu. Dzielę pokój z jakimś ziomkiem 19 lat, ulany, siedzi cicho jak mysz pod miotłą w laptopie albo w telefonie. Próbowałem coś z nim zagadać, ale konwersacja kończyła się na 2 zdaniach.

    Pokój ogólnie zadbany, szafeczka i komoda jest, wieszaki są, wyrko i pościel czyściutka, nawet lampki mamy i gniazdka przy łóżku. TV nie ma, ale to raczej niezauważalne dla mnie, wszak mam wyjebane na telewizję. Łazienki są w porządku, są 4 kible, 4 umywalki z lustrami, można się zamknąć. Oddzielnie są prysznice, także 4 i 4 umywalki z lustrami, także z możliwością zamknięcia się. Nie ma się więc co obawiać o prywatność.

    Co do oddziału - mamy jedną dość dużą salę gimnastyczną, można pograć w piłkę, kosza, pobiegać itd. Są też dwie mniejsze, typowo do zajęć terapeutycznych. Jest wspólna kuchnia, toster, czajnik, szafki, lodówa, a nawet pralka. W sekretariacie jest depozyt na kurtki, buty itd. Co do kuchni to jest dość ciasno, a na oddziale siedzą 32 osoby więc rano jak każdy idzie na herbate to jest niezły ścisk. Dobrze że wziąłem własny czajnior elektryczny i mam wyjebane. Prócz tego mamy też pokój rozrywkowy, są różne książki, rzeczy do pisania czy rysowania, jest stare TV, niestety nie ma konsoli (╥﹏╥)

    Przechodząc do leczenia i mojego samopoczucia - miałem dwie długie rozmowy z psychoterapeutami, musiałem opowiadać o swojej przeszłości, o traumatycznych przeżyciach itd. Opisałem swoje objawy. Pierwszy lekarz (baba) bardzo nieprzyjemna i oschła wobec mnie, jakby mną gardziła, drugi (facet, de facto ordynator) już OK, nawet można z nim pośmieszkować. Po psychoterapii jestem zmęczony jakbym przebiegł maraton, gdyż mówienie o wszystkim co mnie trapi po raz enty mnie zawsze dołuje.

    Teraz leżę sobie na wyrku i gram na 3dsie w Pokemony. Nie mam lapka, mam telefon grata z netem mobilnym (bo główny telefon na policji w Białymstoku). Wi-fi nie ma. Kocyk ssie mi palca u nogi. Wypoczywam, chilluje, obiad i kolacja była całkiem OK (ale chlebek troche czerstwy).

    Jutro zaczynam poznawanie ludzi na oddziale i konkretne zajęcia. Dam ich opis, bo dziś było tylko spotkanie społeczności i pogadanka o zawodzie. Cały czerwony jak burak gadałem przed ludźmi ale oni też mają podobne problemy więc było mi lżej i jakoś poszło.

    Trzymajcie się na tej wolności!

    PS. Zapomniałem wspomnieć o stołowce, ale ona niczym się nie różni od standardów poza tym że są automaty na gazowane napoje czy inne gówna.
    #naoddzialenerwic #depresja #przegryw #zdrowie #psychika #fobiaspoleczna #nerwicalekowa
    pokaż całość

  •  

    Mireczki i Mirabelki

    Po ponad pół roku czekania na kolejny termin przyjęcia, 13 stycznia mam się zjawić w Oddziale Leczenia Nerwic na Sobieskiego w Warszawie. Poprzedni termin miałem w czerwcu, ale nie mogłem się pojawić z przyczyn zawodowych. Teraz mam już wszystko uregulowane i na 100% w pon. zaczynam leczenie spierdolenia (fobia społeczna, nerwica lękowa, depresja).

    Dlatego wracam ponownie z informacją, że na tagu #naoddzialenerwic będę zamieszczał codzienne wpisy podsumowujące dni przebyte na oddziale. Będzie o wszystkim - o relacjach z innymi pacjentami, o zajęciach, odczuciach i innych pierdołach, które pomogą (być może) co niektórym podjąć decyzje o leczeniu i pokażą jego kulisy. To taka forma odstresowania dla mnie, gdyż będę w obcym środowisku, poza swoją strefą komfortu.
    #nerwica #depresja #zdrowie #szpital #codziennewpisy #dziennik #naoddzialenerwic #fobiaspoleczna #przegryw
    pokaż całość

  •  

    Czy byłby ktoś zainteresowany czytaniem codziennych wpisów nt. pobytu na oddziale leczenia nerwic? W każdym wpisie robiłbym podsumowanie dnia przebytego na oddziale, odczucia, realia, moje zadowolenie z terapii i trochę kuluarów (czyli opisy zajęć itd.).

    Jeśli ktoś jest zainteresowany to zapraszam do obserwowania tagu #naoddzialenerwic
    #depresja #nerwica #zdrowie #fobiaspoleczna #przegryw pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów