•  

    Boże spraw, by mje się tak chciało, jak mje się nie chce!

    Zdarza nam się czasem w ten sposób wzywać do pomocy siły wszechświata, gdy nie mamy motywacji do wykonania danego zadania i zamiast uczyć się do egzaminu lub napisać ten nudny raport do pracy, prokrastynujemy, zmywając parapety w piwnicy, no bo nie może być tak w domu, że parapety w piwnicy są brudne. Myślimy wtedy “Kurczę, tyle mógłbym osiągnąć gdyby nie to moje lenistwo...”. A co jeśli to wcale nie lenistwo jest problemem, a emocje?

    Prokrastynacja jest zasadniczo irracjonalna - odkładamy na później coś, co i tak musimy zrobić, a dodatkowo doliczamy odsetki w postaci stresu i poczucia winy. Wyjaśnieniem są właśnie emocje, które również są przejawem irracjonalności. Boimy się, że nie podołamy zadaniu, że będzie nudne, że będzie trudne, że odczujemy przez nie strach lub frustrację, więc nasz mózg mówi “O nie, tych emocji nie lubimy, one się wiążą z czymś złym, idziemy myć parapety i przeglądać fejsa”. No ale co ze świadomością, że musimy to zadanie i tak kiedyś wykonać? Otóóóż… nie do końca.

    Mózg bowiem postrzega przyszłych nas bardziej jako obcych niż postarzoną wersję siebie, więc wydaje mu się, iż zrzuca to zadanie na kogoś innego (gdyby nie fakt, że tym kimś innym jesteśmy my, byłoby to całkiem cwane). Ewolucja nauczyła nas wyżej cenić pewne nagrody natychmiastowe niż potencjalne zyski w przyszłości, dlatego przedkładamy chwilową ulgę, jaką niesie złagodzenie stresu, ponad satysfakcję z wykonania zadania. To powoduje więcej problemów, utrudnia zadanie, przywołuje coraz więcej negatywnych uczuć i w efekcie kółko prokrastynacji się zamyka i kręci w najlepsze. No dobra, to jak zatrzymać tę karuzelę odwlekania?

    Zacznijmy od wybaczania sobie lenia. Mamy zadanie, czujemy złe emocje, gdy do niego podchodzimy, nie chce nam się go robić, idziemy liczyć szklanki w kuchni - trudno. Wybaczmy to sobie, okażmy sobie współczucie jak przyjacielowi w potrzebie i skupmy się na wykonaniu tego zadania w innym terminie. Po drugie - duże misje wykonujmy małymi kroczkami. Jeśli masz do napisania dużą pracę zaliczeniową lub nudny raport i czujesz, że nie dasz rady, zadaj sobie pytanie - jaka jest najmniejsza rzecz, jaką mogę zrobić? Czy mogę napisać jeden rozdział? Nie. Czy mogę napisać jeden akapit? Nie. Czy mogę otworzyć worda? Tak. Czy mogę napisać jedno zdanie? Tak. Skupiasz się na jednej, malutkiej akcji, wykonujesz ją, odbierasz za nią nagrodę i czujesz, jak dostajesz energii, by wykonać kolejny mały kroczek. Ziarnko do ziarnka i pisze się licencjat (czy jakoś tak).

    I przede wszystkim - myślmy o emocjach. Dostrzegajmy je, gdy się pojawią. Nazywajmy je. Dociekajmy, skąd się wzięły, co je wywołało i jak się z nimi czujemy. Bo czasem to nie zarządzanie czasem jest problemem, a zarządzanie nastrojami i emocjami we właściwym czasie.

    [Konrad Prokrastynator]

    _______________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #gruparatowaniapoziomu #prokrastynacja
    pokaż całość

    źródło: Leniwiec 2.jpg

  •  

    Jadąc wczoraj trochę przepełnionym pociągiem miałem okazję porozmawiać z pewną grupą osób. Osób w większości starszych, zaznaczam. Z osób młodszych byłem jedynie ja i dwie młode dziewczyny. Jako że w pociągu zazwyczaj śpię lub czytam książki, to będąc wyspanym sięgnąłem popatrzeć na te śmieszne znaczki na białym tle (co w sumie jest dobrym określeniem na książkę do programowania).

    Starsi państwo, czyli dwie panie i jeden pan, dość chętnie rozmawiali o tematach obecnych i trochę bardziej przeszłych. Z zaciekawieniem zapytali nas czego to się uczymy i czy do sesji. Po uzyskaniu odpowiedzi… zaczęło się. Po chwili ciszy zaczęła się dyskusja nad młodym pokoleniem: że nic nie umie, że roszczeniowe, że pracować im się nie chce, że kiedyś człowiek więcej umiał i takie tam. Z lekkim uśmiechem powiedziałem, że zależy od osoby. Zaczęła się wtedy historia młodego chłopaka, kolarza, który to mógł przejechać 100 km na rowerze, ale do pracy w hucie “rączek ni mioł”. Czego się tam nasłuchałem! Dolałem jedynie oliwy do ognia stwierdzeniem, że część moich kolegów realnie myśli nad wykształceniem się, zdobyciem doświadczenia (albo i nie) i wyjazdem. Wtedy można było wysłuchać ciekawych stwierdzeń, że powinni sami sobie opłacić studia (jakby nie były z podatków lub pieniędzy studentów m.in. kierunków zaocznych) i potem jak chcą, to jechać.

    Kosztowało mnie trochę trudu wytłumaczyć, że dzisiaj nie ma czegoś takiego jak mieszkania zakładowe (a przynajmniej nie spotkałem się z tym w Polsce), a które oni dostali po 8 lub 13 latach pracy (o czym powiedzieli), że za 2 300 netto na osobę w rodzinie kredytu hipotecznego się nie weźmie, a na mieszkanie nie odłoży, że o posiadaniu dzieci w tym czasie nie wspomnę. Młodzi nie są głupi i nie chcą iść do byle jakiej pracy (czytaj: nie dającej żadnych perspektyw zarobku na dom czy jakieś nie wegetatywne utrzymanie się). Starsze pokolenie wmawiało młodszemu, że studia i kształcenie są potrzebne, by mieć dobrą pracę, ale nie potrafią ponieść lub zrozumieć konsekwencji wpajania wysokich ambicji swoim dzieciom.

    A co do poziomu umiejętności młodych: kto ich tego NIE nauczył? Z wiedzą o śrubkach, gwintach czy trójfazówce się nie rodzimy. Problem w tym, że w tym całym niedowartościowaniu starszego pokolenia jest brak zrozumienia młodych i ich sytuacji, często wynikający z braku znajomości realiów. W PRL-u mieć pracę na kopalni na Śląsku w wieku 19 lat to nie był wyczyn, wierzcie mi. Nie dziwi mnie też, że potem młodzi nie próbują nawet zrozumieć czasów, w jakich dorastali i rozwijali się ich rodzice lub dziadkowie. Brak jest tutaj motoru do działania, którym mógłby być (i zazwyczaj w przeszłości był) zasłużony szacunek dla starszych.

    [Marek “The Future is now” Oldman]

    ________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #przemyslenia #zycie
    pokaż całość

    źródło: Young-Man-Old-Woman-Talking-on-Train-720x480.jpg

  •  

    Pisałem kiedyś o dysonansie poznawczym i jego ogromnej roli w naszym codziennym (ale też mniej codziennym) życiu. Towarzyszył człowiekowi od zawsze i dlatego od zawsze człowiek - spostrzegłszy fakt niedorównywania światu w jakiejś dziedzinie – czuł się źle, nie lubił tego, że odstaje i z braku możliwości zmiany świata, zmieniał siebie. Sprawę zawsze stawialiśmy tak: coś jest nie tak ze mną lub ze światem; potrzebuję zmiany; świata sam nie zmienię, więc zmienię się sam. Dzięki temu zawsze mieliśmy w umyśle silnik do rozwoju spowodowany chęcią uniknięcia przykrości. Ale wtem…

    …wtem przyszły czasy postnowoczesne, w których dzikuskie emocje, resentyment i pseudoempatia zdetronizowały króla Rozsądka I Zdrowego i jego żonę, królową Logikę, oferując krwawą rabację na opresyjnej szlachcie myślących wszystkim, którzy doświadczali do tej pory przykrości. Jesteś gruby? Nie chce ci się ćwiczyć i pilnować diety? Wybierasz Rover zamiast roweru? Nie idzie ci w kontaktach damsko-męskich, bo trudno uganiać się za miłością, gdy zdychasz na schodach już po pierwszym piętrze? Są dwa rozwiązania.

    Pierwsze: możesz przyznać się, że zawaliłeś, wziąć się w garść i jak dorosły, odpowiedzialny, myślący człowiek postarać się własnym wysiłkiem zmienić swoje życie na lepsze. Drugie: możesz znaleźć innych zazdrosnych, urażonych leniuszków puci-puci grubasków, którzy również skrycie obwiniają siebie za doprowadzenie swojego ciała (ale i umysłu) do stanu zapuszczenia, ale otwarcie tego nie przyznają i podjąć próbę zredefiniowania pojęć takich jak „piękno”, „atrakcyjność”, „prawo do” poprzez szeroko zakrojone akcje nieracjonalnego i bezwstydnego manipulowania ludzkimi uczuciami w celu zmiany społecznego odbioru otyłości li tylko dlatego, aby każdy kolejny cheetos chrupiący w twych ustach nie miał smaku serowego poczucia winy.

    W tym akapicie jest zazwyczaj miejsce na podsumowanie, wnioski i moje zdanie, ale raczej nie muszę tu tego pisać, bo nasz fanbase zrzesza ludzi zdroworozsądkowych, którzy wiedzą, jak się odmienia „Być”.

    [Konrad Chodakowski]

    ________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    pokaż całość

    źródło: fatboy.jpg

    •  

      @Odmien_Byc: Ja do dzisiaj nie rozumiem czemu tak ciężko niektórym przyznać się do błędu. Może ja mam inaczej? Może sprawa wychowania? Może genetyka? Nie wiem.

      Dla mnie, przyznanie się do błędu, albo przyznanie komuś racji, bo użył odpowiedniej argumentacji to (i to może być głupie, ale tak mam) powód do małej dumy - bo w końcu umiesz się przyznać do błędu, a błąd to błąd - najczęściej coś złego.

      Oczywiście, że czasem się okłamuję. Oczywiście, że czasem jest mi niesamowicie głupio. No i oczywiście, że czasem unikam odpowiedzi - ale szukam ich i to zazwyczaj w wielu miejscach, żeby wykluczyć ew. błędy które i tak się zdarzają, szczególnie, że mam tragicznie słabą pamięć.

      I cholera - lubię dyskutować, ale ciężko czasem trafić na kogoś, kto ma odmienne zdanie, ale jednocześnie zamiast atakować zwyczajnie i po ludzku stara się przedstawić swój punkt widzenia, za przeciw, używa argumentów i jednocześnie dobrze bawi się podczas rozmowy. Bo jest takie coś w człowieku, że jak się nie zgadzasz - to spierdalaj xD
      pokaż całość

  •  

    Czasem mam wrażenie, że brakuje dzisiaj na ulicach takich dużych megafonów, przez które ktoś by głośno krzyknął raz dziennie:

    “OGARNIJ SIĘ!”

    W komentarzach poniżej tekstu To Tylko Teoria o otyłości (link w komentarzu) można dostrzec ciekawe zjawisko: po stwierdzeniu, że otyłość jest chorobą niosącą dość poważne zagrożenia dla zdrowia i nie powinna być promowana jako coś pozytywnego pojawiło się mnóstwo komentarzy pełnych oburzenia. Po ich przeczytaniu w głowie pojawiło mi się tylko logo naszej stronki.

    Niestety, ale żyjemy w czasach radykalnej akceptacji swoich wad. Co to jest owa radykalna akceptacja? Jest jedną z form psychoterapii dla osób mających silnie niskie poczucie własnej wartości - dopiero po uświadomieniu (lub w czasie uświadamiania) sobie swojej wartości takie osoby biorą się za inne problemy. Akceptacja siebie nie polega na “Jestem super! Jestem fajny! Nic nie muszę robić!”, tylko na uznaniu wszystkich swoich cech za część siebie, niewypieraniu ich i prawidłowej ocenie. Ułatwia to pracę nad sobą, tak niepopularną (albo źle rozumianą) w dzisiejszych czasach.

    Emocje i wrażliwość wzięły górę. Bolesny dla niektórych komentarz do życia, który brzmi “Ogarnij się!”, jest zakrzykiwany, a wzięcie odpowiedzialności za swoje działania coraz bardziej wypierane. W miejsce odpowiedzialności pojawiły się “geny”, “grubokościstość” i takie tam. Oczywiście, otyłość bywa spowodowana chorobami lub faktycznie przez grubokościstość (jest takie coś), jednak w zdecydowanej większości przypadków jest to po prostu lenistwo. Anegdotycznie dodam, że mam koleżankę z pewną chorobą i dość poważnymi zaburzeniami metabolizmu, co nie przeszkadza jej być naprawdę atrakcyjną kobietą, wymaga to jednak od niej dbania o dietę - zatem w niektórych przypadkach można nawet mimo choroby walczyć z dodatkowymi kilogramami.

    Każdemu należy się szacunek, a obecna kultura na pewno wpędza (nie tylko osoby otyłe) w kompleksy i poczucie niższości, co często utrudnia walkę z problemami lub powoduje ich wyparcie. Szacunek do drugiej osoby nie wyklucza jednak zauważenia, że coś jest nie w porządku. Jeśli są jakieś problemy - trzeba się z nimi zmierzyć i udźwignąć ich ciężar.

    [Marek Fatman]

    PS Tak, obrazek ukradłem od Wojna Idei... ale tylko frajer by nie skorzystał.

    Link do posta To Tylko Teoria
    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #psychologia #otylosc #przemyslenia
    pokaż całość

    źródło: 60619556_913881325610042_4254288848990765056_n.png

    •  

      @anonymous_derp: Po pierwsze: otyłość jest chorobą:
      https://pl.wikipedia.org/wiki/Otyłość
      i ma ona wiele przyczyn, z czego najczęstszą jest lenistwo. Oczywiście, mogą być też pewne powody znajdujące się w psychice, choroby i inne.
      Po drugie: żeby wyjść z otyłości jest wiele dróg (różne diety, ćwiczenia, terapie psychologiczne itd.) i nie będę ich rozpisywał. W najczęstszym przypadku terapia afirmatywna, budowanie motywacji, a następnie właśnie diety i ćwiczenia pomagają wyjść z otyłości (zastosowane w tej kolejności), także "jedz mniej, ruszaj się więcej" działa, ale wtedy, gdy człowiek ma odpowiedni poziom motywacji. Oczywiście, droga którą się podąży zależy od przyczyny otyłości i jej charakteru.

      W dzisiejszym świecie każdy powinien sobie zapewnić jakąś dozę aktywności fizycznej i to szczególnie wtedy, gdy brakuje mu ruchu np. w pracy czy w pracy koło domu.
      pokaż całość

    •  

      Po pierwsze: otyłość jest chorobą:
      https://pl.wikipedia.org/wiki/Otyłość
      i ma ona wiele przyczyn, z czego najczęstszą jest lenistwo.


      Nie. Główną przyczyną jest współczesne jedzenie. Lenistwo nie ma tutaj wiele do gadania. Jeśli brak ruchu miałby być istotnym powodem otyłości, to czemu nawet gryzipiórki z połowy zeszłego wieku byli chudzi? Popatrz na materiały fotograficzne sprzed ery piramidy żywieniowej. Otyłość była rzadkością.

      https://www.youtube.com/watch?v=4ac8USzmhw8

      Oczywiście, mogą być też pewne powody znajdujące się w psychice, choroby i inne.

      Jasne, każdy ma inną predyspozycję i inny maksymalny zdrowy poziom zmagazynowanego tłuszczu, ale współczesne żywienie wymusza przekroczenie tego poziomu, i wejście w stan, gdzie tkanka tłuszczowa jest w ciągłym stanie zapalnym. W zależności od tej osobistej cechy, można być metabolicznie zdrowym, będąc widocznie otyłym. Zdarza się to w jakichś 20% przypadków.

      https://en.wikipedia.org/wiki/Metabolically_healthy_obesity

      Po drugie: żeby wyjść z otyłości jest wiele dróg (różne diety, ćwiczenia, terapie psychologiczne itd.) i nie będę ich rozpisywał.

      Nie da się wyćwiczyć ze złej diety. Nawet zawodowi sportowcy dostają cukrzycy. A oficjalne zalecenia, bazowane na wszelkiej maści pieczywie, są najkrótszym sposobem, jak zostać otyłym cukrzykiem z chorym sercem.

      W najczęstszym przypadku terapia afirmatywna, budowanie motywacji, a następnie właśnie diety i ćwiczenia pomagają wyjść z otyłości (zastosowane w tej kolejności), także "jedz mniej, ruszaj się więcej" działa

      Nie. Nie działa. Nasze zachodnie społeczeństwo jest tego żywym przykładem. Ten sposób skutkuje jeszcze większym uszkodzeniem metabolizmu, i co za tym idzie jeszcze większym przyrostem tłuszczu.

      https://www.scientificamerican.com/article/6-years-after-the-biggest-loser-metabolism-is-slower-and-weight-is-back-up/?redirect=1

      @Odmien_Byc:
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Ludzie: “Czemu prawica jest podzielona? Jak wy chcecie coś osiągnąć tak rozdrobnieni?”
    Prawica: łączy się w Konfederację
    Także ludzie: “Przecież to sztuczny twór! On nie ma sensu! Pewnie chodzi wam tylko o pieniądze i stołki!”

    Ludzie: “Musicie przyjąć jakąś racjonalną postawę polityczną, a nie tylko odpały Korwina!”
    Prawica: wycisza Korwina i korzysta z populistycznych haseł oddalając na dalszy plan merytoryczną dyskusję
    Ludzie: “Przecież to populizm! Jak można głosić takie hasła?! Jesteście niepoważni!”

    Tak to ostatnio widzę. Szeroko rozumiany prawicowy elektorat jest bardzo wrażliwy na kwestie sporne - wystarczy się nie zgadzać w jednej kwestii, nawet nie do końca istotnej, ale jakoś tak emocjonalnie ważnej, by stracić sympatię owego prawicowego wyborcy. Choć ta tendencja na szczęście ulega zmianie.

    Z polityką jest jak z małżeństwem: trzeba czasem schować swoje “ja” do kieszeni na rzecz wspólnego dobra, jeśli faktycznie chcemy coś osiągnąć. Wielu środowiskom to wychodzi i dzięki temu korzystają z wynikających z tego benefitów i są środowiskami, których głos jest rozpoznawalny. Jest to ważna lekcja, gdyż odnoszę wrażenie, że duża część szeroko rozumianej prawicy podchodzi do sprawy infantylnie, na zasadzie “Będzie po mojemu, albo wcale!”. Owszem, nie wszystko nam musi pasować, niemniej takie sprawy lepiej załatwiać wewnątrz ugrupowania. Na zewnątrz należy prezentować w miarę rozsądną i spójną linię ideologiczną, a do tego trzeba trochę rozsądnej ugodowości.

    Na temat prawicowej “charakterologii” powstało już wiele prac. Poza większym obwodem w bicepsie można również wyszczególnić poczucie hierarchiczności, honoru i autorytarnej pewności siebie. Przywiązanie do tradycji oraz pewnych wartości, najczęściej związanych z wyznawaną religią również pełni bardzo istotną rolę. Oczywiście, wśród prawicy są ludzie najrozmaitsi, tacy jak konserwatyści, anarchokapitaliści czy libertarianie, niemniej opisujemy zazwyczaj główne tendencje lub dominujące.

    [Marek Mentzen]
    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #polityka #konfederacja #prawica
    pokaż całość

    źródło: konfederacja_korwin_liroy_braun_narodowcy_nczas.jpg

  •  

    Leczenie smutku smutkiem

    Raz na czas zdarza się, iż złapie nas choroba melancholijnego wieczoru, która wypełnia płuca, ściska serce i zwilża oczy słonym potokiem. Jednym z podręcznych leków na objaw takiego nocnego smutku jest muzyka, w którą lubimy uciekać, na której lubimy się opierać, poprzez którą chcemy się rozpogadzać. Ale podrzucę dziś inny, mniej intuicyjny sposób wychodzenia z chwilowego (bo chroniczny to zupełnie inna para kaloszy) smutku.

    Trzymajmy się przykładu muzyki. Zapytani o to, jakiej muzyki powinniśmy słuchać na doła, odruchowo powiemy - wesołej, wszak chcemy się rozweselić. Moją niekonwencjonalną propozycją doraźnej terapii jest jednak paradoksalnie skrycie się pod żaglami najposępniejszej dostępnej playlisty, oddanie steru w ręce melancholii i bezwładne tonięcie w oceanie molowych dźwięków. Bywa, że po kilkunastu lub kilkudziesięciu minutach takiej żeglugi docieramy do punktu, w którym nasze smutanie staje się na tyle absurdalne, że aż nam z nim głupio.

    Dysonans poznawczy wyjątkowo nam pomaga - przypomina, iż jesteśmy osobami racjonalnymi (a przynajmniej takimi byśmy chcieli siebie widzieć), więc jaki sens ma puste przeklinanie rzeczywistości, użalanie się nad sobą, zajadanie lodami i dzikie ryczenie na łóżku z “Hurt” Johnny’ego Casha sączącym się z głośnika? Gdybyśmy zobaczyli w takiej pozycji naszego kolegę, pewnie pomyślelibyśmy, że ten dramatyczny performens jest nieco przesadzony i zakrawa o groteskę, zatem może i nasz taki jest…? Tak czy inaczej, inhalowanie smutku w celu wyleczenia smutku bywa pomocne, choć radzę ostrożnie dobierać dawkę na swoje możliwości. Ach, no i pozdrowienia dla Melpomene, która jest patronką tego wpisu. ^^

    [Konrad II Smutny]

    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #przemyslenia #feels
    pokaż całość

    źródło: l-19165-when-you-deal-with-being-sad-by-listening-to-sad-music.jpg

    •  

      @Odmien_Byc: No niestety, ale na mnie to chyba nie działa. Kilka razy w tym roku miałem takiego przysłowiowego "doła" i słuchając smutnej przygnębiającej muzyki, to tylko doprowadzałem się do jeszcze gorszego stanu. Muzyka mi nie pomaga w ogóle. Najlepszy sposób dla mnie przynajmniej to zająć się czymś męczącym np. sprzątanie czy chociażby już memiczne "iść pobiegać". To serio pomaga xd

    •  

      @Catharsis: Wiesz, ta metoda to tylko propozycja. Mam doskonałą świadomość tego, że pomoże tylko niektórym i tylko czasami. W innych przypadkach nie ma co próbować na siłę, bo można tylko pogorszyć sprawę. Zmęczenie to częsty plaster na ból duszy - jak ciało jest zmęczone, mózg nie ma tyle czasu i zasobów na myślenie, ergo nie męczy nas tak smuteczkiem. Metoda jest bez znaczenia, grunt żeby z tych dołków się wydostawać. ;)

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    “Facts don’t care about your feelings”

    To krótkie zdanie niesie ze sobą bardzo ważny przekaz. Przekaz, który wydaje się coraz bardziej potrzebny w dzisiejszym świecie. Nie można się obrażać na świat i na to, jacy jesteśmy.

    Szczególne pole do popisu mają tutaj psychologia i socjologia, gdyż to one dostarczają nam bardzo “niewygodnych” faktów. Jak myślicie: kogo poruszą następujące zdania?

    Między kobietami i mężczyznami występują różnice w budowie mózgu, skąd biorą się zauważalne różnice w myśleniu, zachowaniu i podejmowaniu decyzji.
    Najlepszą pod kątem wychowania dzieci i najtrwalszą formą rodziny jest rodzina złożona z matki, ojca i dzieci - czyli założona przez dwoje rodziców będących kobietą i mężczyzną.
    Gatunek ludzki jest w pewnym, lecz nie decydującym stopniu monogamiczny.
    Męskie IQ posiada większe odchylenie standardowe od żeńskiego - czyli jest więcej mężczyzn z wysokim lub niskim IQ niż kobiet z wysokim lub niskim IQ.
    Występują i są zauważalne różnice między ludzkimi “rasami” w budowie anatomicznej oraz budowie mózgu, a przez to w IQ, skłonności do przestępstw, sposobie myślenia itd.
    Kobiety są bardziej ugodowe od mężczyzn.
    Transseksualizm jest zaburzeniem.

    Oczywiście, nie ma czegoś takiego jak wiedza pewna i może się ona za jakiś czas zmienić - podobnie jak nasz gatunek, który również ulega postępującym zmianom. Pragnę jednak zauważyć, że zamiast być zbyt wrażliwymi, należy weryfikować nie tylko dostarczone nam fakty (lub przypuszczalnie fakty), ale również swoje własne przekonania.

    [Marek Shapiro]
    ________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #psychologia #przemyslenia #nauka
    pokaż całość

    źródło: ludzie-twarze.jpg

  •  

    Niesamowity rozdźwięk wywoływał we mnie kiedyś temat sztuki, a właściwie jej wartości. W końcu czym mierzyć jej wartość? O jej jakości decyduje poklask publiczności, czy jej wartość wskazywana między innymi przez znawców? Czy Pendereckiego da się słuchać? Co jest dobre, a co złe w niej? (zawiało wręcz etyką). Czy disco polo z TVS to muzyka?

    Sztuka powstała aby zaspokoić ludzkie poczucie estetyki, które może “rosnąć w miarę jedzenia”; rolą sztuki jest również wywoływać emocje. Nie dziwi zatem, że w pewnym sensie miarą dzieła jest to, czy się ludziom ono podoba, czy też nie, oraz ilu osobom się podoba - skoro jest dla ludzi, to powszechna akceptacja danych dokonań artystycznych sprawia, że nabiera dodatkowo na wartości. Nieodłącznym elementem (a raczej konsekwencją) sztuki są emocje - i tak jak możemy cieszyć się słuchając “Don’t stop me now”, tak też możemy być zdołowani obrazami Beksińskiego. Wspomniana również “rosnąca potrzeba” może powodować, że dzieła muszą zachwycać coraz to nowym charakterem, oryginalnością czy przesłaniem, które chcielibyśmy w nich znaleźć, dostrzec lub chociażby się w nich doszukać. Tak oto płynnie przechodzimy na drugą stronę.

    Z drugiej strony można nadać sztuce pewien mistyczny, metafizyczny wręcz charakter, mający znamiona wyższej idei. Skąd ten pomysł? Nie wiem, choć się domyślam. Być może to podejście zostało zapoczątkowane przez sztukę poświęconą religii. Wtedy takie dzieła powinny być jak najdoskonalsze, gdyż mają wychwalać coś lub być poświęcone czemuś, co jest doskonałością, a w tym celu służyłyby skomplikowane i wysublimowane środki artystyczne.

    Ów spór między “kulturą wysoką”, a kulturą popularną trwa i będzie trwał. Wydaje mi się jednak, że skoro już wiemy, że są dwa koegzystujące (to słowo poznałem od Konrada) spojrzenia na sztukę, to możemy sztukę ocenić jednocześnie pod oboma kątami oraz tym trzecim - czyli swoim gustem.

    [Marek de Gustibus]

    _________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #sztuka #przemyslenia #kultura
    pokaż całość

    źródło: 3956495.jpg

  •  

    Gdy miałem jakieś 11 lat, złapałem wielkiego smaka na borówki. Co jakiś czas mama kupowała pudełko tych owoców i na spółę z bratem szybko je opróżnialiśmy. Mówiłem, że mógłbym jeść je na tony, żywić się wyłącznie borówkami, nigdy mi to pudełko nie wystarczało. No i któregoś dnia dostałem cały koszyczek borówek, ten duży jak na truskawki, cały dla mnie. „Jedz, ile chcesz” – usłyszałem. No to co miałem robić? Przystąpiłem szczęśliwy do dzikiej konsumpcji pysznych leśnych kulek! Nie zjadłem chyba nawet dwukrotności tego, co zazwyczaj, a już miałem dość. Brzuszek boli, smak zatracony… Odstawiłem koszyczek i dostałem wstrętu do borówek na dłuższy czas, nawet teraz ich już tak nie lubię. Teraz morał.

    Właściwie morały. Po pierwsze – ze wszystkim można przesadzić. Nieważne, jak wielką coś sprawia przyjemność, kiedy zakatujemy się tą rzeczą lub czynnością, prawdopodobnie nam zbrzydnie. Umiar jest bardzo ważny, bo dzięki niemu wszystko toczy się w naturalnym tempie, bez wielkich amplitud, których górki są niezwykle przyjemne, ale dołki nas wypalają.

    Po drugie zaś – czasami warto przesadzać (nie tylko kwiatki), a także pozwolić komuś przesadzić. Moja mama w kontrolowanych warunkach pozwoliła mi sprawdzić moje możliwości, zweryfikować pragnienia i oczekiwania, dać sobie samemu lekcję ostrożności w deklaracjach. Borówki to przykład śmieszny, lecz chodzi o analogię – przenieście ją na związki, nałogi, sporty ekstremalne, pracę. Generalnie przesadzanie jest z definicji złe, ale jeżeli mamy bezpieczne warunki, chcemy się sprawdzić i nie mówimy o heroinie… dobrze czasami przesadzić, by przekonać się, jak reagujemy na sytuacje skrajne i ile jesteśmy czegoś tak naprawdę znieść, jak bardzo to coś lubimy czy kochamy. Tylko pamiętajcie – nie przesadzajcie z przesadzaniem!

    [Konrad Szalony Ogrodnik]

    _________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    pokaż całość

    źródło: 60211160_804924226561261_6802795053707165696_n.jpg

  •  

    Jak widzę szczęście?

    Szczęście niejedną ma twarz. Dla każdego może oznaczać co innego, jednak wszyscy uważamy je jako coś bardzo pozytywnego (ex definitione; to zdanie właściwie nic nie wnosi, ale w sumie jest fajnym wstępem). Dla chrześcijan to będzie przede wszystkim kontakt z Bogiem, dla epikurejczyków będzie to dbanie o większą ilość przyjemności w życiu niż cierpienia, a dla muzułmanów będzie to postępowanie zgodne z wolą Boga.

    Moje osobiste zdanie na temat szczęścia (doczesnego) jest dość specyficzne. Upatruję je w swoistej syntezie stoicyzmu, epikureizmu i bardzo rozsądnie dawkowanego hedonizmu. Zaznaczam, że z każdego z tych kierunków wybieram sobie co chcę.

    Pierwszym stopniem jest spokój i dystans do świata. Odpowiednio podchodząc do napotkanych sytuacji życiowych jesteśmy w stanie nie dość, że z chłodnym umysłem je przeanalizować i pokonać, to również zmniejszyć szansę na to, że wywołają nam one przykrość. Nieodzowna też jest pokora, która uczy nas, że życie to nie tylko piękne chwile, ale również cierpienie, do którego trzeba podejść w sposób dojrzały, bez użalania się i bez wyniosłości. Również brak przywiązania do posiadanych rzeczy powoduje, że ich strata jest mniej bolesna. Oczywiście, jest to bardzo trudne w świecie, gdzie wystarczy stracić telefon i komputer, by być odciętym od swoich znajomych czy pracy. Podchodząc jednak realistycznie, możemy okazywać mniej przywiązania do rzeczy, których strata nie pogorszy znacząco jakości naszego życia. Drugim stopniem jest uporządkowanie swojego życia (tak, posprzątaj swój pokój). I znowu - mało kto jest w stanie osiągnąć szczęście, nie mając pracy, domu lub przyjaciół (lub chociaż dobrych znajomych), dlatego zadbanie o tę sferę jest ważne. Znowu niekonsekwencja? No takie niestety jest życie, że wzajemnie przenikają się pewne postawy. Tak jak będziemy mili i kulturalni w towarzystwie, tak zaatakowani na ulicy nie będziemy nakłaniać napastnika do zaprzestania niecnych poczynań. Wracając do tematu, dodatkowo dochodzi troska o rodzinę, przez co utrata pracy, a w szczególności domu jest realnym zagrożeniem. Dlatego zapewnienie sobie dobrych warunków i bezpieczeństwa jest kluczowe. Trzecim stopniem jest radość i zadowolenie z życia. Tutaj (jak na każdym z omawianych poziomów) czai się kolejna pułapka - osoby radosne są bardziej impulsywne oraz częściej podejmują nieprzemyślane decyzje, przez co mogą sobie same zaszkodzić zadłużając się, niszcząc rodzinę itd. Ponadto w stanie długotrwałej euforii można przestać zauważać, jaki świat jest naprawdę - pełen niebezpieczeństw, cierpienia i ludzi. Ludzi, którzy są umiarkowanie źli.

    Oczywiście, jest to tylko moje spojrzenie i w żaden sposób nie uzurpuję sobie monopolu na rację - dróg do szczęścia zapewne jest wiele i dla każdego może ono oznaczać coś innego. Ponadto ta droga jest według mnie bardzo robocza, realistyczna i pełna sprzeczności, przez co wymaga wrażliwości na to, kiedy i co stosować. Nie ujmuje również takich aspektów jak wysoka niewrażliwość na neuroprzekaźniki czy inne patologie mózgu. W szczęściu widzę raczej nawyk lub domyślną postawę, do której wracamy nawet po wyjściu z równowagi.

    [Marek Szczęśliwy]

    __________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    pokaż całość

    źródło: lobsta.jpg

    •  

      @Odmien_Byc pięknie napisane, natomiast temat radosny by się wydawało (w końcu szczęście daje radość, nawet cudze) a jednak po przeczytaniu pozostaje niesmak. Wszyscy wiemy jak niewiele do szczęścia potrzeba (mówimy o małym szczęściu, codziennych zjazdach z górki, którą jest nasze życie) jednoczesnie pamiętając jak łatwo tego szczęścia nie zasmakować w codzienności przez dłuższy okres trwania w tym kurwidołku jakim jest życie. Bo tu jednak masz rację - szczęście jest raczej uczuciem subiektywnym, dla jednego szczęście to awans, nowe auto czy wymarzona impreza weselna. Zwykły człowiek raczej się zadowala zdrową córką, uśmiechniętą żoną czy przelewem, który pozwala żyć bez większych wyrzeczeń. Ale miejmy na uwadze mniejszość, której wystarczają na prawdę przyziemne rzeczy takie jak ciepły obiad, praca (jakakolwiek dająca przeżyć), czy osoba, do której możemy się odezwać w ciągu dnia (tak, nie każdy ma to w pakiecie "standard").
      Szkoda, że nie potrafię tak pięknie przedstawiać swoich przemyśleń jak Ty drogi autorze, natomiast myślę, że ktokolwiek czytający mój komentarz, mniej lub bardziej dostrzeże sens mojej wypowiedzi.
      pokaż całość

    •  

      @Ricostyczny: w tym temacie może być wiele spojrzeń i przemyśleń wartych podzielenia się, więc dobrze, że piszesz ;)

  •  

    Nie wiem, czy jesteście fanami piłki kopanej, ale dzieją się w niej ostatnio rzeczy niestworzone, które przyprawiły mnie o refleksję. W skrócie: złożony w większości z młodych piłkarzy Ajax Amsterdam jako underdog dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych na świecie, odpalając po drodze wielkie marki jak Real Madryt czy Juventus, by przegrać w rewanżowym meczu półfinału z Tottenhamem po bramce w ostatniej sekundzie spotkania. Scenariusz jak z filmu. Do końca wydawało się, że Dawid pokona kolejnego Goliata i powalczy w finale, lecz historia nowych ulubieńców kibiców nie miała happy endu – po ostatnim gwizdku gracze z Niderlandów leżeli zapłakani na murawie, wiedząc, że stracili szansę życia, że być może już nigdy nie osiągną czegoś tak wielkiego, a już na pewno nie po takiej podróży. Powiedzieć, że im jest przykro, to jak nic nie powiedzieć.

    Ale czy warto? Czy warto było pokonywać całą tę drogę, pełną zarówno trudu, jak i satysfakcji, by na koniec doznać tak ogromnego zawodu? Nie lepiej zamknąć się w twardym kokonie nawyków, daleko od wszelkich szans, ale też z dala od zagrożeń dla naszej pewności siebie i poczucia bezpieczeństwa? Wszak profesjonalni piłkarze poświęcają całe swoje życie piłce, więc pomyślcie, jak wielką przykrością musi być taka porażka na metr przed metą. Moim zdaniem było warto. Pomijając fakt, że już wcześniej osiągnęli sukces ponad stan – warto było narażać się na przykrość. Każdy z nas boi się porażki, bo porażka boli. Jeżeli jest uczciwa, to oznacza dodatkowo, że jesteśmy na coś za słabi, niewystarczający, pokazuje nam nasze miejsce w szeregu.

    Tylko że cały ten nasz świat opiera się na porażkach. Metafora gry jest jak najbardziej adekwatna, bo praktycznie w każdej interakcji są jacyś wygrani i przegrani (czasami to nie jest gra o sumie zerowej, wtedy bywa, że razem gramy przeciwko losowi/naturze); zawsze ktoś się cieszy, a ktoś płacze; ktoś nie śpi, by spać mógł ktoś. Nie da się niczego osiągnąć bez ryzyka, że będzie nam przykro, a często to ryzyko się sprawdza i faktycznie nas niepowodzenie kłuje w serduszko. A więc gdyby tak piłkarze Ajaxu od wróżbity Macieja wiedzieli z góry, że dojdą tak daleko, ale przegrają, co napełni ich smutkiem i żalem – powinni startować w zawodach? Narażać się na takie nieprzyjemności? Myślę, że tak, bo przykrości psują nam życie, ale żyjemy dla zwycięstw.

    pokaż spoiler Poza tym jechać Totki ~podpisano fan Chelsea


    [Konrad de Ligt]

    _________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #pilkanozna #przemyslenia
    pokaż całość

    źródło: ajax.jpg

    •  

      @Odmien_Byc ej, ja dzisiaj straciłem szansę na coś wielkiego, od rana chodzę zdołowany ale nie wiem dlaczego to mi pomogło teraz

    •  

      Czy warto było pokonywać całą tę drogę, pełną zarówno trudu, jak i satysfakcji, by na koniec doznać tak ogromnego zawodu? Nie lepiej zamknąć się w twardym kokonie nawyków, daleko od wszelkich szans, ale też z dala od zagrożeń dla naszej pewności siebie i poczucia bezpieczeństwa? Wszak profesjonalni piłkarze poświęcają całe swoje życie piłce, więc pomyślcie, jak wielką przykrością musi być taka porażka na metr przed metą. Moim zdaniem było warto.

      @Odmien_Byc: Ekstraklasa się nie zgadza. Oni lubią się kopać na własnym podwórku ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

  •  

    Obecny feminizm niestety szkodzi na wiele sposobów i jest mnóstwo stron, które na bieżąco dobrze punktują jego wybryki, jak choćby @Antyfeministyczna. Chciałem omówić pewne feministyczne twierdzenie, z którym większość osób milcząco się zgadza lub nie odnosi się do niego w sposób adekwatny.

    Jest to swego rodzaju narracja historyczna, w której to kobiety były ciemiężone przez mężczyzn oraz przez większość historii były ofiarami patriarchatu - czyli mężczyzn.

    (Zapewne wiecie, co teraz napiszę.) Problem jest wielopłaszczyznowy. Zacznę od łatwiejszej i bardziej oczywistej strony: w obecnych czasach tworzenie owej narracji wojny płci oraz stawianie znaku równości między płciami jest szkodliwe, czego skutkiem są rosnące uprzedzenia, niechęć do drugiej płci, niezdrowa rywalizacja, problemy z własną psychiką oraz coraz częstsze problemy rodzinne.

    Przejdźmy do tego jak to kurła kiedyś było. Oczywiście chronologicznie. Od kiedy nasz gatunek zaczął jeść mięso, a było to jakieś 70 000 - 80 000 lat temu, rozwój mózgów naszych przodków zdecydowanie przyśpieszył. Jako plemiona głównie koczownicze i stosunkowo od niedawna prowadzące osiadły tryb życia przystosowaliśmy się do podziału obowiązków i ról zależnie od płci, wieku, siły itd. w celu zwiększenia szansy na nasze przetrwanie. W spadku po tym koczowniczym trybie życia posiadamy przykładowo potrzebę spacerowania lub biegania - przebycia pewnego dystansu dziennie obojętnie w jaki sposób. Piętno wywarł na nas nie tylko koczowniczy tryb życia czy jedzenie mięsa, ale również ów podział obowiązków między płciami. Jest on szczególnie widoczny, gdyż oprócz różnic w zachowaniu i pełnionej funkcji w plemieniu dochodzą również różnice biologiczne (no serio, nie zmyślam). Jak zapewne wszyscy to wiemy, dla kobiety posiadanie dziecka jest zupełnie innym ciężarem (celowo użyte słowo) niż dla mężczyzny - dla kobiety jest to o wiele większy wydatek energetyczny, a brak zapewnienia odpowiedniej opieki i bezpiecznej sytuacji dla dziecka spowodowałoby jego niechybną śmierć. Niejako ciekawostką i anegdotycznym przykładem są płazińce z gatunku Pseudobiceros hancockanus, które to walczą na penisy - przegrany osobnik pozostaje przekłuty penisem i zapłodniony, a przez to musi borykać się z problemami macierzyństwa. Także ten, macierzyństwo w świecie przyrody jest uznawane za lekki problem. Należy też zauważyć, że traktowanie kobiety i jej rola odbiegały od dzisiejszego pojmowania. Kobieta była niejako dobrem, od którego zależało dobro danego plemienia. Nie inaczej było z mężczyznami, którzy można powiedzieć służyli jak narzędzia do obrony wioski i zdobywania pożywienia. Z jedną drobną różnicą - życie kobiety było ważniejsze, gdyż to ona rodzi dzieci i ponosi większy wydatek energetyczny. W fizyce występuje zasada najmniejszego działania i z przymrużeniem oka zachodzi ona również u organizmów żywych. Kolejnym spadkiem po tamtych czasach jest większa liczba narodzin chłopców niż dziewczynek, obserwowana również obecnie.

    W późniejszych czasach, kiedy ludzie zaczęli budować pierwsze osady i nadawali im dość osobliwe nazwy, jak Çatalhöyük, ludzka natura nie wydawała się zmieniać jakoś drastycznie. Zwiększał się poziom organizacji plemion i społeczeństw, powstawały religie i takie tam, przechodząc do sedna - role płciowe w większości przypadków zostały zachowane. W większości, gdyż omówienie wszystkich niuansów i historii państw jest niewykonalne w poście. Czyniąc jednak długą historię krótką, trochę to zależało od uwarunkowań kulturowych. Owszem, były kultury dość nieprzyjemne dla kobiet, jak starożytna Sparta czy średniowieczna Mongolia, gdzie kobiety były traktowane bardziej jak rzecz lub inkubator + opiekunka do dzieci. Niemniej należy zauważyć, że w zdecydowanej większości przypadków w historii sytuacja kobiety była taka sama jak mężczyzny na tym samym szczeblu drabiny społecznej. Różnice były jedynie takie, jak w plemionach, czyli różniły się podziałem obowiązków - mężczyźni chodzili na wojny, ginęli w najazdach, ciężko pracowali, kobiety zaś zajmowały się dziećmi, pracą koło domu, wyborem odpowiedniego partnera (tak, to jest bardzo ważne i nie należy tego lekceważyć) itd. Przykładów na to jest mnóstwo. Na Rusi przed pojawieniem się chrześcijaństwa kobiety mogły wybierać sobie mężczyzn wedle upodobania - samo w sobie to nie jest dziwne, jednak ciekawy jest sposób, w jaki to się odbywało, bowiem kobieta mogła w każdej chwili opuścić nieporadnego męża z dowolnego powodu i w dowolnym czasie, a ów mąż… zostawał wtedy niejako wyśmiany i poniżony w oczach otoczenia. Ciężkie to były czasy Panowie, prawda? Inny przykład - w średniowiecznych Niemczech (no niech będzie: Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego, Germanie to lubią długie nazwy) kłótnie małżeńskie były rozwiązywane w dość osobliwy sposób: mężczyzna był umieszczany do pasa w wykopanym w ziemi dole, w jednej ręce miał drewniany miecz, którym mógł się bronić, zaś kobieta chodziła dookoła niego niczym nie skrępowana i mogła go uderzyć kamieniem umieszczonym w chuście.

    Długie to już, więc zaraz kończę. W zeszłym roku feministki świętowały stulecie praw kobiet w Polsce. Może tylko zauważę, że na mocy Dekretu o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego prawa wyborcze przyznano w tym samym czasie i w tym samym dokumencie mężczyznom. Mam nadzieję, że nie muszę komentować. Podsumowując: kobiety i mężczyźni w tych samych czasach i o tym samym statusie mieli zazwyczaj taką samą sytuację. Zaznaczam, że w tym poście chodzi mi o jakość życia, szacunek oraz postrzeganie istotności roli w społeczeństwie - w polityce różnice te były widoczne, choć nie tak drastyczne, jak się współcześnie utrzymuje. Jako przykład: do sejmu szlacheckiego w Polsce oprócz cenzusu statusu istniał również cenzus płci. Jako kontrprzykład: królem Polski była Jadwiga, a władzę sprawowały (nie tytularną, lecz faktyczną) nieraz kobiety, jak np. Bona. Tak, to jest skomplikowane. Dziękuję, że wytrwaliście do końca i mam nadzieję, że rzuciłem ciekawe światło na zaistniałą sprawę. Zachęcam również do zgłębienia tematu.

    [Marek Antyfeministyczny]

    ___________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #historia #feminizm
    pokaż całość

    źródło: ldGk9kpTURBXy81NzI5MWE0NjkyNmUwMTJiZGQyOWFmM2E3OTVmM2I2NC5qcGeSlQLNA8AAwsOVAgDNA8DCw4GhMAE (1).jpg

    •  

      @Odmien_Byc: Z wydźwiękiem się zgadzam, natomiast z tym 80 tysięcy lat temu to dowaliłeś. Włączenie mięsa dużych zwierząt do diety miało miejsce około 2 miliony lat temu, zależnie od źródeł i badań, u homo hablilis lub australopiteków, przy czym na pewno homo erectus polował i jadł mięso.

    •  

      @hitherto: dzięki za uwagę, istotnie sprawdziłem ponownie i jest to prawda - miałem złe źródło wcześniej.

      W poście wkradł się jeszcze jeden błąd, za co przepraszam. Kobiety w Sparcie miały całkiem dobrą sytuację, gdyż brały udział w zawodach, pobierały nauki i mogły w dość swobodny sposób decydować o sobie. W ten sposób miały lepszą sytuację od kobiet z innych polis, np. z Aten.

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Niech żyje nam szczęście!

    Nigdy nie lubiłem składać życzeń urodzinowych, świątecznych czy z okazji innych okazji. Poza nielicznymi wyjątkami osób naprawdę mi bliskich, ten rytuał zdawał mi się (i chyba nadal zdaje) raczej sztuczny, więc postanowiłem wymyślić uniwersalne życzenia, które będą z mojej strony szczere, niewymuszone, a do tego kapkę bardziej oryginalne niż „zdrówka, pomyślności”. No i zacząłem używać formułki „Życzę Ci szczęścia, bo jeśli będziesz szczęśliwy, to znaczy, że wszystko inne ułożyło się dobrze”. Ładne i sprytne, nie? Teraz czuję jednak, jak kiełkuje we mnie ziarno wątpliwości co do słuszności tych życzeń.

    Zastanawiam się, czy ocenianie jakości życia przez pryzmat subiektywnego poziomu zadowolenia z niego nie jest okazaniem przesadnej wiary w słuszność ludzkich wyborów. Rodzice podejmują decyzje za dzieci, ponieważ mają większą wiedzę o świecie, lepiej znają jego mechanizmy, a zatem – przy założeniu życzliwości wobec potomków – prawdopodobnie dokonają wyboru bliższego optymalnemu (nie licząc np. sfery zainteresowań, gdzie powinno oddać się większą decyzyjność w ręce juniorów). Dlaczego zatem mielibyśmy uważać, iż po przekroczeniu progu dorosłości nagle każdy w magiczny sposób doskonale wie, co jest dla niego najlepsze? Jeżeli ktoś czuje się szczęśliwy po wypiciu piętnastego żuberka na fotelu przed tv w M2 z wielkiej płyty, to ma prawo do spędzania czasu w ten sposób, ale czy my chcemy mu życzyć takiego właśnie szczęścia? Może największy problem leży w definiowaniu szczęścia – czasem mylimy chwilowe zadowolenie ze stanem prawdziwego, totalnego szczęścia i po czasie uświadamiamy sobie nasz błąd. Ja przy składaniu tych życzeń myślałem właśnie o tym stanie idealnym, lecz może powinienem to zawsze konkretyzować?

    Być może takie życzenia powinny być obwarowane dodatkowymi warunkami, np. „życzę Ci szczęścia spowodowanego: zaspokojeniem wysokich ambicji w życiu zawodowym, odnalezieniem romantycznej miłości życia i trzymaniem dobrego zdrowia, także dzięki własnemu wysiłkowi”? Niechaj sobie każdy żyje po swojemu, wszak nic nam do tego, lecz skłaniam się ku przekonaniu, iż w specyficznej interakcji życzeniowej jesteśmy uprawnieni do wyrażenia naszych nadziei, a nie tylko do podpisania się pod czyimiś pragnieniami. A jeśli ktoś chce usłyszeć tylko bezpieczne, nie niepokojące życzonka, polecam urodziny spędzać z lustrem, ono jest wiernym i ustępliwym kompanem celebracji.

    [Konrad chce być naprawdę szczęśliwy]

    ____________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    pokaż całość

    źródło: Wszystkiego-najlepszego-7-gap.jpg

  •  

    Dziewczyny bez tabu

    Ostatnia akcja wykopu dotycząca fejsbukowej grupy “Dziewczyny bez tabu” wywołała spore poruszenie. Zapewne wiecie czego dotyczyła, więc może napiszę tylko tyle: jedyne, co zostało uwidocznione w tej akcji, to bezmyślność tych kobiet, które na forum publicznym chwaliły się zdradami lub przykrymi dla swoich partnerów wybrykami. Zdrady były, są i raczej będą się zdarzały. Taka jest nasza natura, że ciągnie nas do zdrady i jedyne, co możemy zrobić, to pracować nad sobą, by samemu nie zdradzać oraz nie rozpowszechniać tego typu materiałów lub treści - przyzwyczajanie się do tego typu zachowań powoduje, że te zachowania przestają być dla nas dziwne i łatwiej je nam powtórzyć.

    [Marek ZTabu]
    ______________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #dziewczynybeztabu #rozowepaski
    pokaż całość

    +: lubie-sernik, Yokaii +11 innych
  •  

    Lubię patrzeć ludziom w oczy. Czasem bywa to pewnie creepy, gdy np. stoję na światłach przy przejściu dla pieszych i taksuję spojrzeniem peleton podróżników po drugiej stronie asfaltowej rzeki lub gdy czekam na windę i nie mogę się powstrzymać przed obczajeniem za-chwilę-współpasażerów, no ale co poradzę? Wiele można z tych nieświadomych bycia obserwowanymi patrzałek wyczytać, lecz dziś jedna rzecz. Nie wydaje wam się, że młode spojrzenia są często jakieś puste i znudzone?

    Przede wszystkim znudzone, a w konsekwencji puste. Mam w pamięci kilkaset twarzy osób urodzonych gdzieś po 2000 roku, które nie zerkały akurat w telefon, nie zajmowały się rozmową, tylko po prostu patrzyły i był tym stanem sparaliżowane, wydawały się jakby czymś zawiedzione. W analogicznych sytuacjach u osób w średnim wieku widzę raczej oddalenie się ku swoim problemom, sporo ludzi takie krótkie momenty bez zajęcia mimowolnie poświęca analizowaniu swoich wyzwań, kłopotów, widać po tych oczach raczej strapienie zmartwieniami niż nudę. Jeszcze starsze oczy pokazują mi z kolei często pragnienie uwagi, samotność, skonfundowanie nowym światem, ale też spokój, brak pośpiechu, może nawet protekcjonalność wobec tych ganiających żółtodziobów.

    I nie mówię, że to jest jakiś znak naszych czasów, że nigdy wcześniej tak nie było. Zapewne zawsze ludzie odpowiedzialni za rodzinę i pracę byli zmartwieni, a staruszkowie patrzyli zdystansowani z pozycji nieco zapomnianych, lecz to ta zewnątrzsterowna młodzież zastanawia mnie najbardziej. Czy to nie jest tak, że mamy dostęp do większej ilości bodźców i luksusu niż kiedykolwiek, chętnie z tego korzystamy, a potem dopada nas stymulacyjny kac? Jesteśmy wychowani na filmach, popkulturze, autorytetach i “autorytetach”, które mówią nam, żebyśmy się bawili, korzystali z życia, że możemy być kim tylko zechcemy, a później okazuje się, że można przesadzić nawet z beztroską i przyjemnościami.

    Chodzi za mną jak widmo, że niezwykle często w rozmowie z moimi rówieśnikami lub osobami młodszymi, na moje pytanie “A co ty chcesz w sumie robić z sobą? Myślisz coś o tym?”, słyszę “Nie wiem”. Nie wiemy. Nie wiemy, co ze sobą zrobić. I coś z tym trzeba zrobić.

    [Konrad Znudzony]

    ______________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    pokaż całość

    źródło: bored.jpg

  •  

    “Kuuurła kiedyś to było! Młodziż jakaś taka lepsza była, bardzij posłuszna, co nie Grażyna?” Otóż chyba nie. Jak to powiedział Sokrates: “Nasza młodzież jest przywiązana do luksusów. Młodzi ludzie zostali źle wychowani, szydzą sobie z autorytetów, nie powstają na widok przechodzącego starca.” Tak, bycie narzekającym Januszem było popularne już bardzo dawno temu i zdarzało się również filozofom. Sięgnijmy po słowa Piotra z Amiens z 1095 roku: “Nasza młodzież nie myśli dziś o niczym, zajmuje się tylko sobą, nie ma uszanowania dla rodziców i starszych; młodzi nie mają w sobie żadnej pokory, wypowiadają się tak, jakby wszystko wiedzieli, wszystko to, co my starsi uważamy za ważne, oni nazywają głupim. Nasze dziewczęta są próżne, nieroztropne oraz lubieżne, nie zwracają uwagi na to, co mówią, jak się ubierają i jak żyją.”

    Nie ma co narzekać - młodzież zawsze bywała trudna i jest to normalny etap rozwoju młodego człowieka. Oprócz uwag odnośnie zachowania i wychowania często padają również uszczypliwości odnośnie poziomu nauczania i wiedzy nastolatków. Tutaj jako pstryczek w nos starszym czytelnikom dodam, że w obecnych czasach ogarnięta osoba kończąca liceum ma większą i lepszą wiedzę niż ktokolwiek wcześniej w podobnym lub niższym wieku (zaznaczam, że chodzi mi o taką możliwość). Na mojej uczelni jeden profesor przyznał, że dzisiaj skończyć inżyniera [i przyswoić sobie materiał tych studiów] jest równoznaczne z ukończeniem doktoratu 30 lat temu. I nie ma się co obrażać lub gniewać - takie mamy czasy, że nasze mózgi adaptują się do coraz większej ilości bodźców i informacji - opornie, ale się adaptują. Pod tym kątem niewiele się zmieniło, a jeśli już, to summa summarum na lepsze. Należy jednak zauważyć, że przez ostatnie kilka lat notowany jest spadek inteligencji i sprawności fizycznej u młodzieży w porównaniu do wcześniejszych roczników.

    Na koniec może jedynie dodam, że Internet też ma znaczący wpływ na nasz rozwój i naszą kulturę. Takiej łatwości w dostępie do informacji nie było nigdy wcześniej. Ciekawostką jest fakt, że J.S.Bach chcąc wysłuchać mszy granej przez J.Pachelbela musiał podróżować 2 tygodnie - my, żeby wysłuchać utworów Pachelbela potrzebujemy kilku sekund. Głównym niepokojącym według mnie trendem, który się nasila wśród młodzieży, jest podążanie za modą i wyrzeczenie się pewnych swoich zasad czy wartości na rzecz społecznej aprobaty i akceptacji. Ale o tym kiedy indziej.

    [Marek Dziad]

    _____________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #przemyslenia #historia #kiedystobylo
    pokaż całość

  •  

    Jadąc ostatnio pociągiem, byłem świadkiem bardzo ciekawej rozmowy. Starszy, troszkę dziwny pan ciągle zagadywał niezbyt skorego do rozmowy studenta, który odpowiadał półsłówkami, czasem dłuższymi zdaniami, z rzadka zadał pytanie, ale generalnie gdyby nie duża jego klasa i grzeczność, z pewnością chętnie udusiłby to brzydkie dziecko monologu z dialogiem, zrodzone być może z samotności i potrzeby wygadania się seniora.

    Dlaczego ta podsłuchana przeze mnie mimowolnie konwersacja była interesująca? Przez różnicę potencjałów. Emerytowany robotnik, uwięziony mentalnie między Gomułką a Gierkiem, chaotycznie składający zdania, niemający świadomości swojej natrętności próbował niezobowiązująco porozumieć się z młodym, oczytanym, dobrze wychowanym studentem dwóch trudnych kierunków ścisłych, mówiącym językiem wyważonym i szlachetnym. Spektrum poruszonych tematów było ogromne, jednym z nich były nowe filmy, na które pan starszy narzekał, bo “przecież widać, że to nierealistyczne, to bajki te wszystkie akcje, no oglądam czasami, ale to to takie… westerny kiedyś, tam była akcja, tam się działo, tam o coś chodziło, a nie lasery”.

    Dostrzegacie to zderzenie dwóch generacji? Żywy pomnik postępu inteligencji? Spotkanie nowoczesnego człowieka technologii z osobą, która nie umie abstrahować i myśleć metaforami, zawsze szukając np. w filmach bezpośredniego przekazu, bo ten zakamuflowany eufemizmem lub analogią jest niezrozumiały. Mnie to uderzyło.

    [Konrad Podsłuchiwacz]

    _____________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #truestory #coolstory #przemyslenia
    pokaż całość

    źródło: strangers_on_a_train_-_h_-_1951.png

    •  

      @Odmien_Byc: kilka lat temu obejrzałem film Prestiż, bardzo mi się podobał, wciągnął, zadziwił. Jakiś czas później siostra chciała bym coś polecił, oczywiście zaproponowałem Prestiż że naprawdę dobry.

      Kilka dni później szwagier jej powiedział by mnie już nie pytała o filmy, że jakieś dziwne polecam ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Z kolei ja nie rozumiem jak można oglądać trudne sprawy czy inne paradokumenty tego typu, a znam sporo ludzi co to ogląda, nie tylko starszych. pokaż całość

  •  

    Nieważne co robisz i czy się na tym znasz - zawsze znajdzie się ekspert od Twojego życia, który wie lepiej, co powinieneś/powinnaś robić.

    A powodów jest dużo i zazwyczaj nie są one podyktowane troską o Ciebie. Pycha, brak pewności siebie, obawą przed utratą kontroli czy próba dowartościowania się czyimś kosztem to tylko jedne z wielu powodów. Niektórzy ludzie (być może w ilości znacznej), czując się nieszczęśliwymi lub że przegrali życie, starają się pociągnąć innych za sobą. Jest to mechanizm często występujący w rodzinie. Obawa przed utratą kontroli zdaje się coraz częściej występować w związkach, co skutkuje nie tylko brakiem zaufania do partnera, ale również rzeczoną próbą kontrolowania czyimiś działaniami. W nie tak skrajnych przypadkach (szczególnie od strony pań) doprowadza to do próby zmiany partnera pod swoje upodobania - “na lepsze”, jak to się czasem argumentuje .

    Jak się przed tym bronić? Stosunkowo łatwo na krótką metę, może być trudniej na dłuższą. W znacznej części przypadków ci “eksperci” odpuszczą sobie po kilku sytuacjach, w których stanowczo postawimy na swoim. Pamiętajmy również, że nasza pewność siebie i (zdrowa) wiara we własne możliwości mogą dodatkowo zdeprymować takiego “eksperta”, a nawet zapobiec części tego typu sytuacji. Sprawa jest trudniejsza, gdy ten “ekspert” to wąsaty wujek Janusz lub wszystkowiedząca matka, słowem członek naszej rodziny. Są też sytuacje, gdzie nachalność owego “eksperta” (np. w pracy) nie dość, że jest duża, to wydaje się nie do ominięcia. W takich sytuacjach należy w sposób przemyślany stawiać na swoim i pilnować swojego “terytorium”. Pewność siebie i prawidłowo zbudowane poczucie własnej wartości pomaga w takich sytuacjach.

    Mam nadzieję, że ten tekst jest w miarę obiektywny i dobrze napisany. W dniu dzisiejszym wstałem z łóżka wyjątkowo rozbity i niewyspany, a pogoda owej sytuacji nie poprawiła.

    Pozdrawiam!

    [Marek Ekspert]

    ______________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb:

    #niebieskiepaski #rozowepaski #zwiazki
    pokaż całość

    źródło: file-20170926-25765-285ts8.jpg

  •  

    Prawica vs lewica – czy ten podział ma sens?

    pokaż spoiler Nie. Dziękuję, dobranoc.


    pokaż spoiler No dobra, rozwinę.


    Zadajmy sobie podstawowe pytanie: po co nam podziały poglądów politycznych? Nie możemy się bez nich obejść? Byłoby miło, ale to praktycznie niemożliwe, jeżeli chcemy się udanie komunikować. Każdy człowiek ma indywidualną kombinację opinii na tematy świata i te opinie razem nazywamy światopoglądem czy też poglądem politycznym, jeśli skupimy się na tej sferze. Gdybyśmy chcieli teraz poznać czyjś pogląd, to jak to zrobić? Możemy wypytać o wszystkie interesujące nas kwestie po kolei lub… użyć metek i przynależności do grup, skracając cały proces do zaledwie kilku słów. Największa trudność polega na tym, by znaleźć balans między prostotą przekazu a jego dokładnością – możemy mieć zwięzłe, lecz ogólne kategorie oraz długawe i precyzyjne opisy.

    Najbardziej znany jest podział na prawicę i lewicę, zazwyczaj uwzględniający też centrum. Niestety, wywodzi się on z czasów rewolucji francuskiej, więc ma już ponad 200 lat, a świat przez ten czas nie próżnował i intensywnie się zmieniał, przez co dzisiaj ta dystynkcja jest niezbyt użyteczna, a wręcz szkodliwa. No bo zastanówcie się – jakie jest wasze pierwsze skojarzenie, gdy słyszycie „prawica”? Konserwatyzm? Religijność? Nacjonalizm? Wolny rynek? Korporacjonizm? Faszyzm? Hierarchizm? A teraz lewica. Liberalizm obyczajowy? Sekularyzm? Socjalizm? Ponadnarodowość? Egalitaryzm? Komunizm? Jak zatem określić na tej osi hipotetyczną partię, która deklaruje silne przywiązanie do wartości chrześcijańskich i narodowych, dużą rolę państwa w życiu społecznym i gospodarczym, która odwołuje się do woli ludu jako wskazówki ważniejszej niż prawo (tą hipotetyczną partią na pewno nie jest Prawo i Sprawiedliwość)?

    Ten jednoosiowy podział jest archaiczny i bardzo prosty, przez co bardzo mylący. Jeżeli używalibyśmy go tylko do określenia poglądów gospodarczych – spoko. Jeżeli używalibyśmy go tylko do określenia poglądów obyczajowych – w porządku. Ale kiedy połączymy te dwa tematy, dodamy jeszcze np. siłę państwa czy politykę międzynarodową, wychodzi nam nic nie znaczące zestawienie słów i rozmowy pewne dezorientujących ekwiwokacji (wygooglajcie sobie, mądre słowo, wczoraj się nauczyłem). A jeszcze tylko dodam, że nie tylko czas, ale i przestrzeń wpływają na ten podział – rozumienie znaczenia słów „prawica” i „lewica” w Polsce, Francji, USA, Japonii, Brazylii czy Iranie będą tak bardzo inne, że podobieństwa sprowadzą się do najogólniejszych cech.

    „Co zatem proponujesz, Konrad?” – spytacie zapewne. Otóż proponuję bycie rozważnym w doborze i odbiorze słów i nie brać zbyt dosłownie czarno-białych argumentów. Nie ma sensu się kłócić, czy Hitler (Ha! Dopiero na koniec tekstu się pojawił!) był zbrodniarzem prawicowym czy lewicowym, był zbrodniarzem i tyle. Jeżeli jakiś podział, którego sensem istnienia jest ułatwiać dyskusję, nie ułatwia dyskusji – to coś jest z nim nie tak, prawda?

    [Konrad na Osi Niezgody]

    _____________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #polityka #neuropa #4konserwy
    pokaż całość

    źródło: leftright.jpg

  •  

    “Jeśli nie zdążysz gdzieś dojść, to tym bardziej nie biegnij.”

    Zgadza się. Nie mam zbyt dobrej kondycji. Oprócz tego, że jest to myśl przewodnia szczególnie wtedy, gdy spieszę się na pociąg (w sumie to w ten sposób powstała), to jednak nadałem jej drugi, nieco większy sens.

    W zdecydowanej większości sytuacji życiowych staram się zachować odpowiedni dystans do napotykanych trudności czy osób. Pozwala mi to zachować dobry nastrój oraz nie przejmować się porażkami. Największym zaskoczeniem z tego podejścia okazała się być swego rodzaju zdrowa beztroska, dzięki której efekty moich działań okazywały się równie dobre lub lepsze. W końcu jeśli coś mam zrobić i zrobię to nie przejmując się trudnościami czy porażkami oraz nie żyłując się, to chyba wyjdzie lepiej? Spóźnił się autobus do pracy? Pojadę następnym, a w pracy zrozumieją. Nie zdałem egzaminu? Poprawię. Nie umiem się czegoś nauczyć? Przecież od tego nie zależy moje życie. Nie ukończyłem studiów? Można żyć i bez tego. Dziewczyna mnie rzuciła? Być może nie pasowaliśmy do siebie.

    Oczywiście, są sytuacje, gdy ta błyskotliwa niczym bryłka węgla myśl zawodzi i lepiej jej nie stosować. Niemniej sami na sobie wywieramy niezdrową presję. Bądźmy dla siebie i innych bardziej wyrozumiali i zdrowo liberalni.

    [Marek z Kition]

    _______________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb:
    (https://www.facebook.com/Odmie%C5%84-By%C4%87-738481763205508/?__tn__=%2Cd%2CP-R&eid=ARCQ6JEJ5YqITK2nMkSuWulidYfU_Czq0IB5gA35-V8Zr79jpUUmudMhzQx817spG6h_yBIBcXTxhbTo)

    #stoicyzm #pociagi
    pokaż całość

    źródło: 1200px-PKP_EU07_between_Stare_Bojanowo_and_Górka_Duchowna.jpg

  •  

    Dziękuję za komentarze odnośnie debaty Peterson vs. Žižek. Konstruktywna krytyka i wartościowe opinie zawsze mile widziane. :)

    [Marek]
    _______________________________
    Nasz tag: #odmienbyc

  •  

    Debata Peterson vs Žižek

    Zazwyczaj staram się z każdej ideologii, czyjejś myśli czy spojrzenia na świat wyłuskać choćby najmniejsze ziarenko prawdy, które nieraz głęboko ukryte niesie ze sobą pewną cenną wartość - tak jest na przykład z feminizmem trzeciej fali. Oczywiście przy założeniu, że mam na to czas. Niestety, są również doktryny, w których nie znajduję zupełnie nic wartościowego czy mającego zastosowanie. Jest ich bardzo mało. Na tej liście pozycję nr 1 zajmuje marksizm.

    Przyznam szczerze, że Žižka wcześniej nie znałem, toteż okrzyknięta starciem największych myślicieli obecnych czasów debata Peterson vs. Žižek jawiła mi się niczym portal do krainy, w której być może istnieją jakieś rozsądne argumenty za poparciem marksizmu - a przynajmniej inne, niż czyjeś subiektywne odczuwanie świata. Byłem o tyle dodatkowo podekscytowany, że ceniony przeze mnie Peterson w opinii wielu komentujących wypadł słabo w porównaniu z Žižkiem. Z przyjemnością zatem zabrałem się do wysłuchania debaty, którą łyknąłem w całości. Jeśli ze swoim zdaniem o marksizmie jestem w błędzie, to Žižek mnie z niego nie wyprowadził.

    Nie będę tu streszczał debaty - nie ma to zbytniego sensu, jedynie podsumuję swoje wrażenia. Peterson z charakterystycznym dla siebie ostrożnym dobieraniem słów bez dwóch zdań brylował zarówno przygotowaniem, jak i prezencją sceniczną. Co jednak faktycznie ważne, rozpoczął swoją wypowiedź od dość skrupulatnego jak na taką debatę wypunktowania marksizmu i jego niebezpieczeństw. Uczciwie również zwrócił uwagę, że kapitalizm nie jest utopijnym systemem i jego następstwem są pewne problemy, niemniej kapitalizm w swych następstwach jest dużo lepszym pomysłem niż marksizm (najgorszy ustrój gospodarczy, nie licząc wszystkich innych ustrojów gospodarczych). Wypowiedź Žižka skupiła się na przedstawianiu pewnych problemów wynikających z kapitalizmu i nie tylko (jak na przykład problemy dot. środowiska). Szczególnie ciekawym plot twistem było przyznanie się Žižka do bycia w większym stopniu heglistą, niż marksistą, co tłumaczyłoby wcześniejsze kilkukrotne zapieranie się “ja nie bronię Marxa” i niechętne próby obrony marksizmu. Obaj panowie w wielu kwestiach potrafili się zgodzić, świadczy to zatem o obserwowaniu tego samego (albo chociaż podobnego) obrazu rzeczywistości, co nie jest takie oczywiste w kontekście odrealnionych rzeszy ludzi z frazesami na ustach. Główna różnica sprowadzała się zatem do systemu wartości i poglądów dyskutantów oraz do proponowanych rozwiązań.

    W mojej opinii między Petersonem a Žižkiem była wyraźnie widoczna przepaść, na rzecz Petersona oczywiście. Piszę to na podstawie tylko i wyłącznie tej debaty, niemniej nie zostałem w niej zachęcony do poznania bliżej tekstów Žižka. Jakie jest wasze zdanie na temat tej debaty?

    [Marek Zizerson]

    _______________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #jordanpeterson #zizek #kapitalizm #marksizm
    pokaż całość

    •  

      Zazwyczaj staram się z każdej ideologii, czyjejś myśli czy spojrzenia na świat wyłuskać choćby najmniejsze ziarenko prawdy, które nieraz głęboko ukryte niesie ze sobą pewną cenną wartość - tak jest na przykład z feminizmem trzeciej fali. Oczywiście przy założeniu, że mam na to czas. Niestety, są również doktryny, w których nie znajduję zupełnie nic wartościowego czy mającego zastosowanie. Jest ich bardzo mało. Na tej liście pozycję nr 1 zajmuje marksizm.

      @Odmien_Byc: przyznam, że mam podobnie, choć z oceną tych dwóch wymienionych przez ciebie ideologii mam na odwrót. W marksistach widzę czasem przynajmniej dobre intencje, a feminizm trzeciej fali jak dla mnie reprezentowany jest przez bandę roszczeniowych hipokrytek i zniewieściałych cocków. Biorąc pod uwagę to, że na całym świecie kobiety najlepiej traktowane są na Zachodzie, to większość ich postulatów jest dla mnie jak splunięcie w twarz. Dlatego nienawidzę tego ruchu jak chyba żadnego innego.
      pokaż całość

      +: Freakz
    •  

      @Odmien_Byc: @CralencSeedorf: @LegionPL: Do jasnej ciasnej. Jak chcecie prawdziwego marksizmu przeczytajcie Marka Fishera albo Fryderyka Jamesona bo Zizek to mem a Peterson nie zna się na filozofii (co nie znaczy, że nie ma racji wobec uniwersytetów)

      +: Freakz
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Eskapizm

    Eskapizm - ładne słowo, prawda? Oznacza ucieczkę, a raczej tendencję do uciekania, przejawiającą się w intensywnym zajęciu się czymś celem “przykrycia” jakiegoś problemu.
    Jest cała masa miejsc, w które można uciec: gry, książki, muzyka, praca w korpo, melanże, seks, dragi, alkohol, uprawianie fasoli na parapecie, religia, siłka, podróże, rozpoczęty ósmy kierunek studiów, filmiki z Korwinem, Slavoj Žižek, #nocnazmiana. Oczywiście nie chodzi o uprawianie zdrowych, zwykłych pasji ot tak z pasji, one są normalne, są pozytywne, są potrzebne. Problemem jest sytuacja, gdy pojawia się w nas ten niesprecyzowany lęk, którego istnienia czasem nawet nie jesteśmy świadomi, a który uwiera z tyłu głowy tak mocno, że zaczynamy szukać czegokolwiek, co jest w stanie zapewnić nam spokój.

    Tak jak jest wiele sposobów ucieczki, tak samo wiele jest jej przyczyn. Rozpadające się małżeństwo rodziców, stres w pracy, alkoholizm w rodzinie, choroba swoja lub kogoś bliskiego, zaburzenia emocjonalne, obawa przed rutyną dorosłości, brak poczucia celowości lub sensu życia, wstyd przed własnymi wadami, niezdolność do przystosowania się do zbyt dynamicznego życia wielkomiejskiego lub do zbyt cichej, nie przeszkadzającej myśleć ciszy na wsi. Eskapiści uciekają albo przed kimś/czymś, albo przed sobą - ten drugi przypadek jest nawet trudniejszy, bo jak tu uciec, gdy wróg zawsze wie, dokąd idziemy?

    Ludzie mają coraz więcej powodów dla ucieczki, bo społeczny postęp (sensu largo), w całej swojej wygodzie, przyprawia nas o uczucie zagubienia, nieporządku, braku “tego czegoś”. Można opierać sens swojej egzystencji na przyjemnościach bez konsekwencji i szerszego znaczenia, można zapijać problemy hedonizmem, rozrywką lub “zwykłym relaksem”. Ale jest tylko jeden sposób na uzyskanie prawdziwego spokoju, na wyjście przez drzwi ewakuacyjne, a nie pozorne szukanie ich w labiryncie dystraktorów. Konfrontacja. Trudna, bolesna, wymagająca ogromnej odwagi, ale piekielnie satysfakcjonująca na koniec konfrontacja. I wiesz, nie musisz tego robić, możesz hodować potwory w szafie i indywidualnie reagować na ich wybryki, ale polecam raczej to gniazdo wyrzucić. Eskapizm zaczyna się tam, gdzie trzeba znieść szafę pełną potworów z czwartego piętra.

    [Konrad Eskapista]

    _______________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #psychologia #przemyslenia #eskapizm
    pokaż całość

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    •  

      @kopernic: Wow, przepraszam, że z takim opóźnieniem ta odpowiedź, ale mi zupełnie umknął ten komentarz. Głupie powiadomienia. :(((((((

      Jeśli miałbym być szczery, to chyba w obsesyjne marzycielstwo. Wiesz, wpadnę na jakąś rzecz, którą chciałbym robić, w której chciałbym się rozwijać, ale zamiast to faktycznie robić (z lęku przed porażką, przed zmianą, przed koniecznością poświęcenia wolnego czasu), zdobywam wszystko w marzeniach, w snach. Wiem, że to brzmi trochę dziwnie, ale w to właśnie Kondzio lubi uciekać od zawsze i kurczę... Nie umie sobie tego odmówić. ( ͡° ʖ̯ ͡°) pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Powszechną taktyką dzisiejszych ludzi jest obrażanie się, szczególnie na rzeczywistość. Feministki obrażają się na różnice między płciami, frustraci seksualni obrażają się na reguły gry na rynku matrymonialnym, wolnorynkowcy obrażają się na większość społeczeństwa i obecne władze, socjaliści obrażają się na naturalne nierówności między ludźmi w stanie posiadania wynikające z naszej motywacji i zdolności do ich pozyskania, teiści obrażają się na naukę, antyteiści obrażają się na filozofię i socjologię, proszczepionkowcy obrażają się na idee wolnościowe, antyszczepionkowcy obrażają się na naukę, płaskoziemcy obrażają się… no dobra - bez przesady, pisowcy obrażają się na peowców, peowcy obrażają się na pisowców, linuxowcy obrażają się na windowsowców, windowsowcy obrażają się na Windowsa i linuxowców, komuniści obrażają się chyba na wszystko (tutaj mi trudno wyszczególnić jedną lub dwie rzeczy, na które obrażają się komuniści, ponieważ w tych światopoglądach nie gra tak wiele, że trudno to skrócić do jednego zdania).

    Jesteśmy zbyt delikatni. Krytykę bliskich nam ideologii lub przekonań traktujemy jak krytykę osobistą. Gdybyśmy tylko mogli przy rozważaniu jakiegoś zagadnienia odrzucić na chwilę swoje przekonania i umieć spokojnie, bezemocjonalnie przeanalizować dane zagadnienie...

    [Marek Łobrażon]
    _____________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #feminizm #poprawnoscpolityczna
    pokaż całość

    •  

      Niemniej po pierwsze: pisałem o czymś bardziej "zaawansowanym", tak jakby szczebelek wyżej, czyli kiedy byle jaki atak na moje poglądy czy wiarę itd. wywołuje przesadzone reakcję i emocje.

      @Odmien_Byc: To z reguły jest neurotyzm, ale właśnie w tym jest zawarty lęk przed byciem pokonanym, i nie miałem na myśli sfery fizycznej, to siedzi w umyślnie, to jest zaprogramowany schemat myślowy. Po prostu przezwyciężenie tego wymaga głębszej refleksji nad sobą, trzeba znaleźć przyczynę lęku, skąd się bierze i dlaczego to wywołuje taką, a nie inną reakcję. Być może kiedyś w dzieciństwie ktoś nas nieustannie krytykował, a może byliśmy bardziej wrażliwi niż większość, dlatego bardziej podatni na zranienie, stąd właśnie wzięło się emocjonalne reagowanie na atak, jako pewnego rodzaju mechanizm obronny, który kiedyś mógł być uzasadniony, ale aktualnie bardziej przeszkadza, niż pomaga. pokaż całość

    •  

      @rmweb: tak, masz rację - powodem często jest neurotyzm, dochodzą nawet poważniejsze zaburzenia osobowości, z którymi w parze idzie właśnie niestabilność emocjonalna. Źródeł niestety tego jest wiele. Co do lęku przed byciem pokonanym - tak, ale dodałbym, że często jest to spowodowane również brakiem pokory, pychą, niedowartościowaniem czy dużym dysonansem między ego a super ego. Myślę, że ten lęk przed byciem pokonanym wynikać również może z braku pewności siebie. Niestety, ten software w głowie mamy przestarzały. ;). pokaż całość

      +: rmweb
    • więcej komentarzy (9)

  •  

    Zapewne wszyscy tutaj zgromadzeni wiemy, że nauka ars amandi z filmów pornograficznych nie jest dobrym pomysłem. Podobnie też wiemy, że uczenie się nawiązywania i budowania relacji z osobą najbliższą sercu na podstawie komedii romantycznych nie ma zbytniego sensu - po prostu wbrew naszym własnym oczekiwaniom i stanowi faktycznemu ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością. Są jednak idee i postawy, które spotykane w kulturze masowej szczególnie ujmują nasze serca, a których uczyć się nie powinniśmy.

    Pewien wielki chiński mistrz sztuk walk z amerykańskiego filmu rzekł kiedyś: “Sztuka wybaczania jest kluczem do życia w harmonii” (cytat zmyślony). Powszechnie się przyjęło, że sztuka wybaczania jest kluczem do umiejętności życia w zgodzie z innymi. W mojej opinii: i tak, i nie.

    Pierwsze co cierpi na wybaczaniu zbyt wielu lub ciężkich krzywd jest nasze poczucie sprawiedliwości, ale tego chyba nie muszę zbytnio tłumaczyć. Ważniejsza w mojej opinii jest jednak kwestia, co można wybaczać i kiedy można wybaczać. Jeśli wybaczając pozwalamy sobie na zbyt dużo, to tak naprawdę nie liczymy się z poczuciem własnej wartości (które sami sobie niszczymy w ten sposób) oraz stawiamy się w pozycji osoby “słabszej” od osoby, której te krzywdy wybaczamy, a to z kolei może prowadzić do ściągania na siebie jeszcze większej ilości przykrości. Niestety, taka jest nasza upadła natura, że mamy tendencję do lekceważenia potrzeb i uczuć osób “słabszych”.

    Nie chodzi o to, aby wszystko po czasie lub od razu wybaczać - chodzi o to, aby zaakceptować to, co się stało, wyrządzoną nam krzywdę. Jest to zasadnicza różnica, gdyż zrozumienie wyrządzonego nam cierpienia i pogodzenie się z nim jest czymś zupełnie innym, niż puszczenie płazem wyrządzania przez kogoś krzywd innym ludziom. Trzeba również wiedzieć, co można wybaczyć.

    [Marek Teriyaki Sudo Ku]

    ____________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #przemyslenia
    pokaż całość

    +: Kml93, Apollo1993 +14 innych
  •  

    |UWAGA długie, sorka|

    Marek przedstawił wczoraj swoje propozycje reformy szkolnictwa, więc ja postanowiłem przedstawić dziś moje. Jako że nieco się różnimy poglądami i temperamentem, to i podejście do tego zagadnienia będzie inne. Od razu zaznaczę – moim zdaniem nie ma ostatecznego panaceum na system edukacji, ponieważ zawsze będzie on narażony na spowodowaną degradację ludzkimi przywarami, natomiast kilka rzeczy na pewno można zrobić, by choć o kapkę obecny stan poprawić. Nie zamierzam też prywatyzować szkół, z powodami nie będę się tu rozwlekał – po prostu uważam, że to nie byłby dobry pomysł. Przedstawiam Wam „szkolną piątkę Konrada”.

    1) Uszczuplenie i zracjonalizowanie programu nauczania. Wątpię, czy istnieje choć jedna osoba, która zdążyła przerobić cały materiał szkolny – to niewykonalne, bo zagadnień jest za dużo, są źle przygotowane, przedkłada się „pamięciówkę” nad zdolność zrozumienia zagadnienia i niedziwne, że ani nauczycielom, ani uczniom nie udaje się tego materiału przerobić (a jak się już przerabia, to po łebkach i nikt nic nie kuma). Przez racjonalizację rozumiem tu ograniczenie nauki o budowie glona do niezbędnego minimum i zwrócenie uwagi ku językom obcym, informatyce, matematyce czy historii, a więc dziedzinom dużo bardziej użytecznym i potrzebnym. Szóstoklasista nie musi być ekspertem ze wszystkiego, wystarczy go tylko zarazić pasją do jakiejś dziedziny, a sam się w niej rozwinie, wybierając potem klasy profilowe i odpowiednie dla siebie studia.

    2) Wsparcie dla nauczycieli. Praktycznie każdy nauczyciel narzeka na ogrom pracy papierkowej, którą musi wykonać zamiast skupić się na uczniach – może wyciągnijmy z tego jakieś wnioski i odciążmy jakoś belfrów? Ministerstwo edukacji nie może zorganizować rozmów między rządzącymi a pedagogami, dyrektorami szkół, kuratoriami? Po drugie: zaufajmy nauczycielom. Dajmy im margines działania, pozwólmy realizować zajęcia bardziej po swojemu z założeniem, że nie każdy nauczyciel do sadystyczna kosa (a takie przypadki należy zaś bezwzględnie eliminować; jak to powiedział wyjątkowo mądrze bodajże Lenin „ufać, ale kontrolować”) lub debil. To wymaga oczywiście wyszkolonej kadry, dlatego po trzecie – szkolenia, szkolenia, szkolenia.

    3) Stabilizacja. Polskiej szkole brakuje oddechu. Zmieniają się programy nauczania, struktura szkoły, zalecenia ministerstwa – marzy mi się, żeby ludzie decyzyjni usiedli ze sobą do rozmów, przez długi czas opracowywali plan działania, a następnie wprowadzili go i nie zmieniali przez dłuższy okres. Usunęliśmy gimnazja, czy to był dobry pomysł? Nie wiem, moim zdaniem to nie zmienia wiele, ale jak już teraz mamy taką strukturę, to się tego trzymajmy i broń Jarku nie wracajmy po wyborach do poprzedniej wersji. Mniej choleryczności, więcej rozsądku i stabilności.

    4) Wprowadzenie filozofii. To taki mój konik. Uważam bowiem, że ucząc filozofii (ale porządnie, a nie WYMIEŃ MI W PUNKTACH POGLĄDY PLATONA NO SŁUCHAM; patrz: szkolenia), damy młodym ludziom niezbędne narzędzia do interpretacji świata. Nie powinno nam bowiem chodzić o to, by szkoła była fabryką ciał i mózgów zawierających daną wiedzę, tylko o wykształcenie zdolnego do samodzielnego zbierania, przetwarzania i wykorzystywania informacji dorosłego człowieka, potrafiącego tworzyć, przedstawiać i uzasadniać swoje poglądy. Większość moich rówieśników nie wie, co chce w życiu robić, nie umie uzasadnić swojego zdania, zbyt często zmaga się z nieporadnością emocjonalną i niezrozumieniem świata i te zajęcia miałyby za zadanie to zmienić. Filozofię wbiłbym do programu zamiast religii, ale kompromisowo może zająć połowę przewidzianych jej godzin.

    5) Dofinansowanie. Nie oszukujmy się – żaden z powyższych punktów nie ma szans się udać, jeżeli szkoły nie będą odpowiednio dofinansowane. Nie uważam powszechnej prywatyzacji za dobre wyjście, natomiast jak najbardziej powinniśmy pomagać prywatnym szkołom uzyskiwać dobre wyniki poprzez głównie nieprzeszkadzanie im. Jeśli chodzi o publiczne pieniądze, możemy oczywiście krótkowzrocznie wydawać hajs na pomniki, programy socjalno-wyborcze, nieistniejące elektrownie atomowe i tym podobny bullshit, ale ja bym wolał zainwestować je w przyszłe pokolenia, by uczynić je odpowiedzialnymi i wykształconymi obywatelami państwa, z którym sami będą wiedzieli, co zrobić najlepiej. Ale to tylko ja.

    [Konrad Belfer]

    ____________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #polityka #szkola
    pokaż całość

  •  

    Jako dawny kuc zapłodniony przez niejakiego Ozjasza (zapłodniony intelektualnie, oczywiście) mam silne zapędy wolnościowe, regularnie oscylujące między konserwatywnym liberalizmem, libertarianizmem, realizmem i czymś tam jeszcze. Kreują się w mojej wizji reformy szkolnictwa dwie lub trzy główne możliwości - pierwsza będąca kompromisem z zastanym stanem w Polsce, druga, stanowiąca duży krok w stronę państwa minimum oraz trzecia, będąca sytuacją idealną (z punktu widzenia państwa minimum). Oczywiście, dobrych pomysłów na pewno jest o wiele więcej, w tej dziedzinie nie ma czegoś takiego jak jedna jedyna słuszna droga, niemniej chciałem się podzielić swoim spojrzeniem. W każdym przypadku spełniony byłby następujący warunek: brak przymusu edukacji. Wiem jak to jest nie doceniać wiedzy pozyskiwanej w szkole, przeszkadzać innym czy nawet znęcać się nad rówieśnikami. Napatrzyłem się na część koleżanek i kolegów przez te wszystkie lata.

    Pierwsza - i nie będę jej długo omawiał - to reforma tego, co jest, na tzw. Biedronia. Czyli tę formę wykładania materiału, co teraz mamy, zastępujemy nowym, fajnym, przyjemnym przekazem materiału, dostosowujemy go do dziecięcego umysłu poprzez wprowadzanie angażujących i twórczych wyzwań w szkole. Rozgraniczamy na pewnym poziomie edukacji (np. szkoła średnia) materiał na taki, jaki sobie szkoła ustanowi. System nauczania oprócz nauk i dyscyplin podstawowych umożliwia również nabycie umiejętności przystosowujących do obecnego świata oprócz programowania w Javie (szanujmy się). Główny minus: edukacja dalej będzie państwowa, więc prędzej czy później zostanie to wypaczone.

    Druga - będąca w mojej opinii rozsądnym konsensusem pomiędzy obecną rzeczywistością, a państwem minimum - państwowa edukacja przez 4-6 lat (jeszcze się zastanowię), a późniejsza będzie zupełnie sprywatyzowana. Nauka obejmowałaby m.in. pisanie, czytanie, podstawy obcego języka, przyrodę oraz podstawy matematyki, bez funkcji czy logarytmów, za to z dodawaniem, odejmowaniem, mnożeniem, dzieleniem oraz procentami. Dużymi plusami takiego rozwiązania jest brak szansy na ewentualny analfabetyzm czy możliwość zupełnie różnych form kształcenia na wyższych etapach w szkołach prywatnych.

    Trzecia możliwość to zupełne sprywatyzowanie szkolnictwa oraz dowolność w formach kształcenia. Tutaj chyba nie trzeba chyba więcej pisać o docelowym wyglądzie tego rozwiązania, niemniej nie można pozostawić kwestii JAK do tego rozwiązania przejść. Należałoby wyznaczyć kilka etapów takiego przedsięwzięcia i na każdym etapie kontrolować i badać efekt kolejnych rozwiązań, a przede wszystkim - umieć się z tego wycofać. Wątpię, by prywatyzacja obecnego systemu w całości nagle przyniosła pozytywny skutek, niemniej w rezultacie po kilku etapach mogłoby to być naprawdę ciekawe rozwiązanie.

    Temat edukacji jest niczym Moda na sukces - można go ciągnąć bez końca i zawsze znajdzie się temat/aspekt/pomysł, który można lub należałoby omówić.

    [Marek Goldberg]

    ______________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #edukacja #liberalizm #reformaedukacji #szkola
    pokaż całość

    +: Donmaslanoz14, Doman_60 +8 innych
    •  

      @Odmien_Byc: mi się podoba system jaki jest bodaj w finlandii, czyli brak sprawdzianów, ocen i zadań domowych, a przynajmniej znaczne zmniejszenie ilości tych rzeczy+ciekawa ppdstawa programowa, ta opcja druga też wygląda spoko

    •  

      @Odmien_Byc ja bym zrobił tak. Edukacja państwowa, dobrze opłacana. Przy wyższych pensjach byłaby większa konkurencja o posady nauczycielskie przez co coraz lepsi ludzie pracowaliby w tej branży. Dalej, wywalenie przedmiotów jak religia, plastyka, technika. Religia- nie trzeba tłumaczyć. Plastyka - wystarczająco dużo obrazów i innych dzieł omawia się na j. polskim. Technika - moim zdaniem rolą ojca jest nauczyć syna posługiwanie się narzędziami jak młotek, siekiera, śrubokręt, wkrętarka etc. A nawet jak nie to młody bez problemu znajdzie poradnik w necie. Szkoda godzin lekcyjnych na to. WF za to zrobiłbym jak na uczelniach wyższych. Obowiązkowy jednak z możliwością wyboru. Chcesz kopać piłkę? Zapisz się na piłkę nożną. Chcesz odbijać? Idź na siatkówkę. Jesteś kobietą i nie lubisz ani tego ani tego, idź na pilates. Biorąc pod uwagę obecna ilość hal, orlików, siłowni pod chmurką jest to całkiem łatwe do wykonania.

      Co do reszty. Jak wspominałem we wcześniejszym poście jestem za specjalizacją połączoną z zadowalającym poziomem wiedzy ogólnej. Co rozumiem przez zadowalający? To, żeby elektryk po zawodówce wiedział, że było coś takiego jak bitwa pod Grunwaldem. Żeby wiedział że były powstania. Żeby ORIENTACYJNIE wiedział kiedy to było. Niech nikt nie wymaga od niego wiedzy o dokładnej dacie wybuchu powstania warszawskiego. Niech wie które dziesięciolecie którego wieku i jak się skończyło. w czasie 45 minut lekcyjnych należy również wspomnieć jak przebiegało, czemu wybuchło i jak się skończyło. Zainteresuje się? Super. Nie? Może coś we łbie zostanie.
      Dalej, jak już mamy 8 letnie podstawówki. To jest czas gdy kreują się zainteresowania, pasje i pomysły na przyszłość. Uciąć połowę zajęć w pizdu, na reszcie mówić o wszystkim po trochu. Żeby po podstawówce dzieciak mógł świadomie zdecydować czy chce iść do szkoły średniej o profilu technicznym, humanistycznym, zawodówki. I żeby w tych szkołach również była specjalizacja. W technicznej cyk kilka klas. Budowlana, elektryczna/elektroniczna, informatyczna etc. Jak ktoś nie chce, proszę bardzo mamy dla takiego pana zawodówkę gdzie nauczy się stolarstwa, hydrauliki, mechaniki etc. Znieść do tego "rejonowosc" szkół.

      Co dalej, hmm

      Przekazać nauczycielom żeby nie bali się uwalać uczniów. Jak chce to da rade. Za pierwszym, drugim, trzecim razem ale da. Matura też powinna byc w chuj hardcorowa ale to po pewnym czasie od wprowadzenia tych zmian.

      Równocześnie z wysoką pensją nauczycielską powinna iść wysoka odpowiedzialność. Nie mówię o ocenie skutków kształcenia. To jest dramatycznie niesprawiedliwe. Szkoła z wyrobioną opinia bardzo dobrej przyciąga lepszych uczniów = osiągają wyższe wyniki = wyższa ocena nauczyciela choćby nic nie robił. Z drugiej strony szkoła znana jako patologiczna = idzie tam sama patologia = z gówna bata nie ukrecisz = słaba ocena nauczyciela. Mówię tu o dużej odpowiedzialności w przypadku wykazania uchybień jak na przykład uwalenia jakiegoś ucznia "bo tak" czy typowego znęcania się psychicznego czy coś. Wiecie o co mi chodzi.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Strajk nauczycieli

    Z początku nie chciałem pisać o strajku nauczycieli, nie widziałem potrzeby wyrażania swojego zdania, ale widząc co piszą kolejne strony wspierające PiS (milcząco lub czynnie), stwierdziłem, że może warto będzie wyrazić opinię.

    Generalnie strajk można uznać za wykwit pewnej poważnej, wielopłaszczyznowej choroby trawiącej polski system edukacji. Zarobki nauczycieli są żenująco niskie, przez co ściągają one głównie osoby, których poziom kompetencji jest raczej niski lub osoby nieprzystosowane do środowiska pozaszkolnego - w końcu ci zdolniejsi nie pójdą do pracy, w której 1900 zł netto jest koniecznym do przejścia początkowym etapem, a 3000 zł netto jest najwyższym możliwym pułapem. Powinno nam, jako rodzicom i przyszłym rodzicom, zależeć na dobrym opłacaniu osób, które dbają (choć z tym to wiadomo, że różnie bywa) o kształcenie naszych dzieci i spędzają z nimi dość sporo czasu, jakby nie patrzeć.

    Podnoszone są również głosy, że nauczycielom te podwyżki się nie należą, gdyż nie pracują zbyt dużo, nie mają zbyt ciężkiej pracy lub nie reprezentują sobą zbyt wysokiego poziomu. Cóż, z liczbą przepracowanych godzin jest różnie, niemniej trudno pomijać takie aspekty pracy nauczyciela jak praca w domu, kursy itd., dodatkowo sporo czasu zajmuje “papierkowa robota”. Kwestia poziomu nauczania jest skomplikowana, zależy w dużej mierze od systemu edukacji, który w mojej opinii zasłużył na miano tragicznego i wysoce nieprzystosowanego zarówno do obecnego świata, jak i do umysłu dziecka/nastolatka. Trzeba jednak przyznać, że duża część nauczycieli wespół z systemem edukacji skutecznie zniechęca do nauki większość osób, czego spektakularnym przykładem jest matematyka, gdzie z ok. 50% dzieci przejawiających zdolności matematyczne tylko 10% przejawia je po kilku miesiącach w szkole. Szczególnie cierpią dziewczynki, gdyż system nauczania matematyki jest do nich mniej dostosowany niż do chłopców. Kwestię podwyżek i niskiej jakości kształcenia można skomentować powiedzeniem: “czemuś biedny? Boś głupi. A czemuś głupi? Boś biedny.”

    Co do formy strajku - chyba jestem jej lekko przeciwny, gdyż po raz kolejny dochodzi do podziału społeczeństwa, a tracą na tym dzieci. Być może faktycznie ktoś organizuje ten strajk w myśl zasady divide et impera. Do podziału doszło nie tylko w społeczeństwie, ale również wśród nauczycieli, gdzie strajkujący miewają pretensje do nie strajkujących. Z drugiej strony rozumiem, że proszeniem i grzecznym zachowaniem się w życiu zbyt wiele nie osiąga, dlatego doszło do tego porządnego “tupnięcia”. Należy zauważyć, że w strajku bierze udział zdecydowana większość nauczycieli, co też o czymś świadczy. Gdy czytam kolejne wpisy propisowskich stron, gdzie znajduję “A W NIEMCZECH TO NAUCZYCIELOM NIE WOLNO STRAJKOWAĆ ALE TA POLSKA ZŁA!!! HE HE”, to krąży mi w głowie jedno zdanie, chyba dobrze opisujące nasze społeczeństwo i sytuację: “Może nie jest za dobrze, ale przynajmniej można ponarzekać”. Porównywanie Polski do Niemiec… no proszę Was.

    Odnoszę wrażenie, że coraz bardziej zamiast szukać wspólnych mianowników, mamy tendencję (jako społeczeństwo) do tworzenia osobnych, wrogich wręcz obozów, często w naprawdę błahych sprawach. Fajnie się mówi “Polak, Węgier, dwa bratanki”, ale już Polak Polakowi wilkiem.

    Kwestia rozwiązań, które można by zastosować w systemie edukacji, zasługuje na osobny post. W tym skomentowałem tylko strajk nauczycieli.

    [Marek Tutor]

    _________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #strajknauczycieli #polityka #szkola
    pokaż całość

  •  

    Nasz nowoczesny liberalizm często podpowiada, by w sytuacjach spornych mówić: niech każdy sobie żyje po swojemu i nie będzie kłótni, wolnoć Tomku w swoim domku. Moja odpowiedź na to brzmi natomiast: otóż, kurde, nie bardzo. Umyka nam w tych sprawach pewna oczywista, lecz kluczowa kwestia. Są bowiem przekonania, które uważamy za uniwersalne, przyrodzone i niekwestionowane, a ludzi sprzeciwiających się im mamy za zbrodniarzy. Przykład.

    Załóżmy, że mamy przykładowego Alfreda, który wierzy, iż wieszanie papieru toaletowego „do ściany” sprowadzi na całą ludzkość gniew maszyn i zagładę poprzez dekapitację dokonaną płytami CD Rafała Brzozowskiego – przerażająca perspektywa. Przy takim założeniu nie zdziwi nas zatem, że Alfred będzie próbował nawracać dościanowców i lobbował za ustawami, które zakażą toaletowej herezji – wszak jest przekonany, iż nieprawomyślne wieszanie jest nieludzkie i moralnie złe. Jeżeli chcemy Alfreda przekonać, że się myli, zamiast mówić „w tradycji polskiej jest wieszanie do ściany i tak będziemy robić” albo „moja toaleta – moje prawo”, trzeba mu racjonalnie wytłumaczyć, że korelacja papier-apokalipsa nie istnieje. Pamiętajmy: jeżeli rozumowanie jest logicznie poprawne, a wnioski nieprawidłowe lub niepożądane, należy zrewidować założenia albo je zaakceptować.

    A teraz odniesienie do rzeczywistości. Tzw. prolajferzy uważają, że płód = dziecko ergo aborcja to zabójstwo, więc niedziwne, iż nie chcą na nią pozwolić. Katolicy (analogicznie: każda inna wiara) uważają, że wartości i zasady biblijne lub kościelne są aksjomatycznie i wyłącznie dobre, stąd niedziwne, iż mają tendencję do nawracania innowierców i lekceważenia ich nieboskich argumentów. Zwolennicy twierdzenia, że homoseksualizm to grzech/zboczenie/choroba/zgorszenie będą krytykować „epatowanie” nim, zaś osoby uważające homoseksualizm za naturalny i równy orientacji heteroseksualnej będą nim „epatować” i w obu przypadkach rozumowanie jest logiczne, dyskutować można nad założeniami.

    Żeby potem nie było „nie rozumiem, czemu oni nie mogą odpuścić”. Nie mogą, bo w ważnych sprawach się nie odpuszcza. I dlatego trzeba skumać, co, czemu i dla kogo jest ważne.

    [Konrad Logik]

    ____________________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb

    #przemyslenia #polityka #neuropa #4konserwy
    pokaż całość

  •  

    Kupowaliście kiedyś smartfona? Jak sobie pomyślę o tym procesie, to mnie dreszcz przechodzi. Przecież żeby dobrze wybrać, nie będąc na co dzień gadżetowym świrem, to trzeba zrobić rekonesans godny CIA – a RAMu to 4 czy 8gb, a jaki aparat ma najlepsze automatyczne, a czy obsługuje standard JP2GMD, a czemu tak krótko na baterii, skoro moja stara Nokia trzymała tydzień, a jakie ten model ładowarki ma opinie na elektrodzie. Wybierasz markę i zaś dylematy: Samsung wybucha, iPhone to dla warszafki i drogi, Xiaomi lepsze, ale chińskie, Łałej spoko, ale już ostatnio miałem… No i potem wchodzi x-factor całej operacji, czyli cena, która przypomina ci, w jakiej grasz lidze i ustala w końcu jakieś ograniczenia.

    Teoretycznie mamy tak szeroki asortyment na rynku, że każdy powinien znaleźć dla siebie absolutnie idealny sprzęt, w każdym calu odpowiadający preferencjom i zapewniający 100% satysfakcji z zakupu. Dlaczego zatem po tygodniach lub miesiącach starannej selekcji tak często towarzyszy nam potem to uwierające uczucie pt. „ech, może trzeba było brać tamtego…”?

    Amerykański psycholog Barry Schwartz nazywa to paradoksem wyboru (ang. paradox of choice), który można sprowadzić do twierdzenia: im większy wybór, tym mniejszy wybór. Dążymy do racjonalnych, optymalnych wyborów w każdej dziedzinie życia. O ile po pewnym researchu potrafimy optymalnie wybrać spośród trzech smartfonowych opcji, o tyle dokonanie najlepszego wyboru, gdy dostępne są +/- pierdyliardy modeli, jest praktycznie nierealne i paraliż powoduje myśl, że któraś z odrzuconych propozycji okazałaby się jednak o ciutkę lepsza. Koszty alternatywne chodzą za nami jak duchy równoległych rzeczywistości i szczypią nas co rusz w prawą łopatkę, przypominając o niedoskonałości naszych możliwości obliczeniowych i poznawczych, prowadzących do nieoptymalnych decyzji.

    Paradoksalnie zatem zmniejszenie liczby opcji prowadzi do zwiększenia satysfakcji z wyboru i nie tyczy się to tylko smartfonów, ale wszystkich zakupów, wyboru szkoły, pracy, wakacyjnej destynacji czy nawet partnera/partnerki życia – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Może kiedy niektórzy zrzędzą „kuuurła, kiedyś to była tylko jedna wódka w sklepie i smakowała”, nieświadomie udzielają nam cennej lekcji dotyczącej ekonomicznego podejmowania życiowych decyzji?

    [Konrad Paradoksalny]

    ______________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasz fp na fb
    #psychologia
    pokaż całość

    •  

      @Odmien_Byc Niby szeroki asortyment, ale jak chcesz z mocną baterią to zostają Ci same pancerne albo starocie z chujowymi parametrami. Do tego teraz są same krowy wielkości tabletu i weź to obsługuj jedną ręką ( ͡° ʖ̯ ͡°) Asus Max Pro M2

      +: gorzka
    •  

      Kupowaliście kiedyś smartfona? Jak sobie pomyślę o tym procesie, to mnie dreszcz przechodzi. Przecież żeby dobrze wybrać, nie będąc na co dzień gadżetowym świrem, to trzeba zrobić rekonesans godny CIA – a RAMu to 4 czy 8gb, a jaki aparat ma najlepsze automatyczne, a czy obsługuje standard JP2GMD, a czemu tak krótko na baterii, skoro moja stara Nokia trzymała tydzień, a jakie ten model ładowarki ma opinie na elektrodzie. Wybierasz markę i zaś dylematy: Samsung wybucha, iPhone to dla warszafki i drogi, Xiaomi lepsze, ale chińskie, Łałej spoko, ale już ostatnio miałem… No i potem wchodzi x-factor całej operacji, czyli cena, która przypomina ci, w jakiej grasz lidze i ustala w końcu jakieś ograniczenia.

      Teoretycznie mamy tak szeroki asortyment na rynku, że każdy powinien znaleźć dla siebie absolutnie idealny sprzęt, w każdym calu odpowiadający preferencjom i zapewniający 100% satysfakcji z zakupu. Dlaczego zatem po tygodniach lub miesiącach starannej selekcji tak często towarzyszy nam potem to uwierające uczucie pt. „ech, może trzeba było brać tamtego…”?

      Amerykański psycholog Barry Schwartz nazywa to paradoksem wyboru (ang. paradox of choice), który można sprowadzić do twierdzenia: im większy wybór, tym mniejszy wybór. Dążymy do racjonalnych, optymalnych wyborów w każdej dziedzinie życia. O ile po pewnym researchu potrafimy optymalnie wybrać spośród trzech smartfonowych opcji, o tyle dokonanie najlepszego wyboru, gdy dostępne są +/- pierdyliardy modeli, jest praktycznie nierealne i paraliż powoduje myśl, że któraś z odrzuconych propozycji okazałaby się jednak o ciutkę lepsza. Koszty alternatywne chodzą za nami jak duchy równoległych rzeczywistości i szczypią nas co rusz w prawą łopatkę, przypominając o niedoskonałości naszych możliwości obliczeniowych i poznawczych, prowadzących do nieoptymalnych decyzji.

      Paradoksalnie zatem zmniejszenie liczby opcji prowadzi do zwiększenia satysfakcji z wyboru i nie tyczy się to tylko smartfonów, ale wszystkich zakupów, wyboru szkoły, pracy, wakacyjnej destynacji czy nawet partnera/partnerki życia – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Może kiedy niektórzy zrzędzą „kuuurła, kiedyś to była tylko jedna wódka w sklepie i smakowała”, nieświadomie udzielają nam cennej lekcji dotyczącej ekonomicznego podejmowania życiowych decyzji?

      @Odmien_Byc: E tam. Jak potrzebowałem nowego telefonu to po 5 minutowym namyśle kupiłem Szajsunga S9, akurat był chyba najnowszym szajsem na rynku a miałem bardzo dobre nastawienie do marki po fenomenalnym Galaxy Ace i niezłym S4. Kupiłem i stwierdziłem że ten telefon to...dno. Czas działania baterii to żart, fakt że jest niewymienna to kpina, połowa opcji jest zbędna - ogólnie porażka. Potem doszedł wymuszony upgrade Androida w ramach którego usunięto szybki, bardzo dobrze zaprojektowany interfejs użytkownika, świetny multitasking, ikony i tła i zastąpiono je jakimś gównem wyglądającym gorzej niż menu podróbki pierwszego gameboya i równie funkcjonalnym. Kupiłem chujnię, bywa. Następnym razem szajsunga nie dotknę. A czas który mógłbym poświęcić na rozważania filozoficzne dotyczące takiej a nie innej decyzji wykorzystałem w chyba korzystniejszy dla mnie sposób. Nie tracąc samej możliwości przemyśleń, które przyswoiłem poprzez przeczytanie twojego posta. Dzięki ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    Nauka zajmuje w dzisiejszym świecie szczególnie uprzywilejowaną pozycję. Zdaje się, że zawdzięczamy jej naprawdę wiele, bo podobno cywilizację techniczną, medycynę i takie tam. Ale czy na pewno?

    Otóż nie zawdzięczamy jej aż tyle, ile zwykliśmy jej przypisywać. Należy pamiętać, że to, co dzisiaj określamy nauką, kształtowało się przez wieki i można dość swobodnie powiedzieć, że wcześniej mieliśmy do czynienia raczej ze sztuką lub intuicją, niźli z inżynierią lub nauką. To “wcześniej” było przed XVII wiekiem. Ale pojawił się on, cały na biało, niezrównany i niepokonany Galileusz. Zauważył on, że zanim zaczniemy opisywać pewne zjawiska i wyrokować na ich podstawie o otaczającym nas świecie, fajnie byłoby je poobserwować i powtórzyć. Sprytne, nie? Dopiero wkład Galileusza oraz późniejszych kształtował na przestrzeni lat i udoskonalał metodologię naukową, opartą o obserwację, eksperyment i rozumowanie. Dalej było już tylko z górki - rozwój nauki napędzał rozwój techniki, dzięki rozwojowi techniki powstawały coraz doskonalsze urządzenia pomiarowe pozwalające na dalszy rozwój nauki. Tak naprawdę dopiero w XX wieku można zacząć mówić o nauce przez duże N, bez naleciałości z widzimisię badacza czy dziwnych, arbitralnych założeń. Przynajmniej w teorii.

    Wychodzi na to, że spora część wynalazków wyniknęła nie tyle z poznania praw rządzących przyrodą w oparciu o metodę naukową, co raczej z metody prób i błędów (która, co należy dodać, również jest elementem metody naukowej, niemniej jednym z wielu i stosowanym w szczególnych przypadkach). Przykład? Samolot - współcześni braciom Wright inżynierowie twierdzili (zresztą dość słusznie), że siła nośna powietrza jest zbyt mała, by samolot wzbił się w przestworza. Dopiero współczesna analiza pozwala określić, że możliwość lotu samolotu jest złożeniem szeregu zjawisk, z których część była nieznana w tamtych czasach.

    Nauka spowodowała, że rozwój ludzkości z liniowego przeszedł w wykładniczy. Legenda głosi, że co dwa lata ilość informacji zgromadzonych przez ludzkość jest dwukrotnie większa. Pamiętajmy jednak, że pomijając oczywiste problemy nauki, takie jak jej niedoskonałość wynikająca z przyjętych założeń, fałszerstwa czy błędy metodyczne, to ciągle w wielu dziedzinach metoda poznawcza jest udoskonalana, a nauka nie jest jedynym sposobem na użyteczne poznanie rzeczywistości.

    [Marek Popper]

    ________________________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc

    #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #nauka #historianauki
    pokaż całość

  •  

    Ani kroku dalej i czytać ten post! Bo ta cięciwa zaśpiewa tango!

    Bartosz Walaszek jako artysta przez duże G wpisał się na wieki do polskiej kultury przez ostatnie kilka lat na następne kilka lat. Swoim teatrem absurdu zdobył serca wielu młodych, i nie tylko, serc - co prawda to mały krok dla człowieka, ale dla karła - normalny. Powszechnie uznanym za jego opus magnum jest serial ‘Kapitan Bomba’, w którym to zostały ukazane losy kapitana Gwiezdnej Floty, którego celem służby i misją osobistą jest oczyszczenie galaktyki Kurvix ze złych kosmitów - w myśl maksymy: “nieważne, co mam w sercu - ważne, co mam w dupie”. Towarzyszą mu dwa tępe ch*je - szeregowy Sebastian Bąk i szeregowy Janusz Sram. Głównym antagonistą jest Sułtan Kosmitów zamieszkały na Planecie Wojny, będący gównodowodzącym kosmitów. Serial ten jest alegorią polskiej rzeczywistości, w której autor w sposób hiperboliczny i zabawny przedstawia charakterystyczne polskie wady. Łamiąc frazeologię, sprowadzając do absurdu i sprzeczności codzienne (i nie tylko) sytuacje oraz stosując godną miana turpizmu oprawę graficzną, Walaszek wprowadza nas w niepowtarzalną atmosferę polskiej szarej rzeczywistości, gdzie znój osiem godzin dziennie za trzy trzysta brutto miesięcznie i tak od dwudziestu lat. Nie stroni również od mocnych słów, epitetów, bluzgów, obelg, wyzwisk, zniewag, złorzeczeń, inwektyw, chamskich odzywek, przekleństw, wulgaryzmów, a nawet ukazywania nieuprzejmości, czego przykładem może być relacja tytułowego Kapitana Bomby z jego podwładnymi.

    Jeżeli myślicie, że jestem tak głupi, by nie wspomnieć o Braciach Figo Fagot, to się mylicie - jestem ciut głupszy. Teksty Braci Figo Fagot są niewyczerpanym studium wiedzy o życiu ubranym w kunsztowną oprawę muzyczną. Życiowość oraz mądrość zawarta w ich tekstach często jest podawana jako główny powód uznania dla twórczości BFF. W końcu który z nas, panowie, nie spotkał się z sytuacją, że ja do niej kocham Cię, a ona na to "to stówę kosztuje"? Wśród głównych motywów można znaleźć zdradę (“Bożenka”), spożywanie obfitych ilości alkoholu (“Wojownicy wódy”), problemy rodzinne (“Zobacz dziwko co narobiłaś”) oraz miłość, szczególnie francuską (“Bujaj łbem do przodu”). Jako ciekawostkę należy dodać, iż Bracia Figo Fagot zachęcają słuchacza do nauki matematyki słowami “Chłopie wyjmij kalkulator albo przelicz se pod kreską to równanie. Dziwka droga, mówią tylko ci co sami świnki nie mają”.

    Na koniec należy dodać, że Walaszek w swej twórczości nie wyśmiewa Polski i Polaków - poprzez ukazanie naszych wad w sposób zabawny stara się ocieplić nam samym nasz własny wizerunek.

    Ten post jest za darmo i nie oszukujmy się - gratis, to uczciwa cena. W tym przedziale cenowym nie ma co wybrzydzać.

    [Marek Voilacheque]

    _______________________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc
    Nasza twarzoksiążka

    #heheszki #pdk #kapitanbomba #walaszek
    pokaż całość

  •  

    Opowiem wam dzisiaj, jak kultura potrafi zaadaptować, balansować i tłumaczyć warunki środowiska naturalnego, w jakim żyjemy. Przenosimy się do Nowej Gwinei, ale pomyślcie potem o podobnych mechanizmach w europejskiej rzeczywistości.

    Poznajcie Maringów - górski lud zamieszkujący Melanezję (nie Malezję, a Melanezję, tam nad Australią, kawał drogi stąd). Maringowie żyją w cyklach, które składają się głównie z 3 faz. Zaczyna się od tego, że zaziomkowane plemiona sadzą drzewko rumbin, które jest symbolem pokoju. Kiedy drzewko sobie rośnie, rośnie też plemienna gospodarka - uprawia się warzywka, owocki, a przede wszystkim hoduje świnie, które są tam otoczone kultem (traktują je jak członków rodziny, śpią z nimi, a nawet karmią prosiaczki piersią). Zaznaczmy też, że w tym okresie większość prac wykonują kobiety, mężczyźni trochę polują, ale raczej odpoczywają. Sielanka trwa zazwyczaj około 10-12 lat. W pewnym momencie świń jest już tak dużo, że zaczynają przeszkadzać, a kobiety się wkurzają, że gwinejscy janusze niewiele pomagają w robocie. Wchodzimy w fazę drugą.

    Panowie stwierdzają, że no cóż, dłużej tak być nie może, one nas zaraz wykończą i nie wiadomo, czy chodzi o żony, czy o świnie. Wyznaczają terytorium plemienia i opracowują ścieżki wojenne, jakimi wkrótce pójdą. Następnie idą do lasu i wykopują drzewko pokoju, co rozpoczyna fazę kaiko, w wolnym tłumaczeniu: melanż. Przez około rok trwa taka balanga, jakiej miasteczko AGH na oczy nie widziało. Członkom rodziny złożonych z wieprzowiny oddaje się hołd poprzez pożarcie, ogrody się plądruje, trwają śpiewy i hulanki. Wszystko po to, by przodkowie byli zadowoleni i żeby przyszłe wojny przebiegły pomyślnie, więc no bardzo legitna wymówka dla zrobienia sobie cheat meal year. W pewnym momencie jednak ogarniają, że odwalili lipę, bo wszystko zjedzone, została tylko garstka świń, Peppa dogorywa na ruszcie, a kobiety grożą mężom adwokatem. Atmosfera napięta.

    Wtedy jeden pan za drugim mówi “biorę dzidę i idę” (i DOSŁOWNIE z dzidą DOSŁOWNIE idzie do lasu) i tak rozpoczynamy trzecią fazę - wojnę. Naenergetyzowane po imprezie plemienne armie ruszają ustalonymi wcześniej ścieżkami w poszukiwaniu wroga, któremu czas udowodnić swoją wyższość. Tu wychodzi jednak na jaw mały trik - otóż panowie niespecjalnie chcą poświęcać życie w imię honoru wioski, więc tak ustalają między plemionami te ścieżki, żeby się raczej nie spotkać. A jak już się przypadkiem spotkają, to stają naprzeciwko siebie w szeregach, rzucają obelgami i wyzwiskami, prężą muskuły, pokazują malunki na twarzy i… w pewnym momencie któraś ekipa mówi “Okej, wygraliście, nic tu po nas”, po czym czasami ustalają jakieś porwania córek, coby pulę genową wzbogacić i chłopaki się rozchodzą. Zaznaczmy, że to chodzenie po lesie trwa nawet 2-3 miesiące, aż tyle potrzebują, żeby odpocząć od żon - dziewczyny, doceńcie, że mecz Ligi Mistrzów to tylko 90 minut.

    No ale co się dzieje potem? Potem sojusznicze plemiona znowu sadzą drzewko, które oznacza, że wszelkie animozje zostały zażegnane. Dzielni, zmęczeni fighterzy wracają do domów i oznajmiają, że wygrali (przegrani też, a co, i tak nikt tego nie sprawdzi), kobiety się cieszą, panowie mogą odpocząć i znowu zaczynamy cykl od zera.

    [Konrad Maring]

    ________________________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc

    #ciekawostki plus odważę się z #gruparatowaniapoziomu

    pokaż spoiler PS Ważna informacja: podałem fragmentarycznie przebieg cyklu, jaki znam od jednego socjologa, nie jest to jednak normą dla całej populacji - generalnie Maringowie prowadzą też krwawe wojny, cykl jest pełny różnych rytuałów i wariacji, natomiast chciałem go zmieścić we w miarę krótkiej formie.
    pokaż całość

  •  

    Kiedy patrzy się na organizację społeczną ludzi z Dalekiego Wschodu, można odnieść wrażenie, że oni żyją jak rój - są karni, odpowiedzialni, często żyją “w kupie”, grupa jest ważniejsza od jednostki. Zastanawiałem się, czemu tak jest i usłyszałem ciekawą hipotezę, która być może to wyjaśnia. Otóż trochę już o tym zapomnieliśmy, ale nasze życie zależy w dużej mierze od rolnictwa - to fundament piramidy Maslowa, bez zaspokojenia którego nie interesują nas wyższe potrzeby. Nasz krąg kulturowy opiera się na zbożu. Sadzimy sobie pszenicę, żyto czy jęczmień, zbieramy, mielimy na mąkę i cyk mamy chlebek na stole, idealny do przegryzienia zupki. Jaki jest natomiast główny składnik diety w Azji?

    pokaż spoiler Oczywiście bezpańskie psy.


    pokaż spoiler Nie no, żart, chodzi o ryż. I tu są te detale. Otóż zboża hoduje się indywidualnie - rolnik sam sobie obsiewa pole dookoła domku, sam sobie zbiera plony. Jak mu się nie będzie chciało wykonać pracy, to rodzina będzie głodna, ale tylko jego rodzina. Ryż natomiast rośnie w innych warunkach.


    Możecie kojarzyć ładne obrazki z pagórkowatymi polami ryżowymi pełnymi wody, które wypełniają azjatyckie krajobrazy. Żeby ryżu nie zjadły szkodniki, sadzi się go w wodzie, która spływa tarasami. Ale jest haczyk - woda spływa prawidłowo, jeśli pole jest zadbane. Jeżeli więc taki przykładowy Chińczyk gdzieś pośrodku spływu wody powie sobie “A olewam, głodny będę, ale dzisiaj nie robię, nie chce mje się”, przepływ wody się zaburzy i wszyscy z działkami poniżej też będą cierpieć głód. Można sobie wyobrazić, że perspektywa linczu ze strony głodnych kolegów z wioski nie sprzyja leniuszkom i wymusza spore poczucie odpowiedzialności za życie sąsiadów.

    Wiadomo, że dzisiaj to już nie ma bezpośredniego przełożenia, bo jaki wpływ ma mieć pole ryżowe na mieszkańca Tokio. Natomiast być może te setki lub tysiące lat życia właśnie w taki sposób zdeterminowały charakter tamtejszej kultury, który ślady odnajdujemy mimo cywilizacyjnego skoku.

    [Konrad Mi-Zhu Chiński sprzedawca Ry-żu]

    ________________________________________
    Nasz tag: #odmienbyc

    #ciekawostki #socjologia #azja
    pokaż całość

  •  

    Aby w naszym kraju w oczach przeciętnej Grażyny zostać ateistą, wystarczy powiedzieć, że z Kościołem i chrześcijaństwem jest Ci niespecjalnie po drodze. Dalsza rozmowa o silnym/słabym ateizmie, agnostycyzmie czy nie daj Bóg innych religiach, a już broń Cię Panie Boże islamie nie wchodzi w grę. Podobnie też w kręgach oświeconych gimboateistów lepiej nie przyznawać się do infantylnych wierzeń w byty nadprzyrodzone.

    Igrzyskami godnymi popcornu w karmelu i pepsi są z kolei dyskusje ateista - katolik. Nie ma takiej głupoty czy sprzeczności, do której nie posunie się ateista, udowadniając swoje racje i nie ma takiej głupoty lub herezji, do których nie posunie się katolik (mówię rzecz jasna o podwórkowych dyskusjach, nie panelach akademickich). Wszystko okraszone zupełnie zbędną wrogością i udawaniem, że dyskutujemy poważnie.

    Wydaje mi się, że ta “wojna podjazdowa” działa tak samo w obie strony. Ma to miejsce zarówno w grupach koleżeńskich, jak i rodzinie. Zazwyczaj obu stronom brakuje podejścia: “przecież możesz myśleć inaczej”, co jest spowodowane obawą o konieczność przewartościowania swoich poglądów - przyznania się do swoich błędów i nieścisłości w myśleniu lub brakiem znajomości tematu, który powinien być dla mnie bardzo ważny. Co najlepsze, obie strony uważają, że zostały zaatakowane pierwsze. Jak to wygląda w rzeczywistości, jest kwestią konkretnej sytuacji.

    Morału nie ma. No może jedynie taki, że najbardziej się wnerwiamy o rzeczy, których nie jesteśmy pewni.

    [Marek Dawkins]

    Nasz tag: #odmienbyc

    #religia #gimboateizm #gimbokatolicyzm #ateizm #katolicyzm
    pokaż całość

  •  

    Okej, wczorajszy wpis o oregano jest trochę szokiem, bo spodziewaliśmy się 15 plusów i ze 4 komentarzy, w tym 5 niepochwalnych, a tu ponad 1600 plusików, gorące, 250 osób obserwuje tag #odmienbyc - matko bosko, co to się stanęło... Niezgodnie z zasadami marketingu, postanowiliśmy troszkę ostudzić wasz entuzjazm, byście potem nie cisnęli nam, że zmarnowaliśmy wam plusa. xD

    Ten wpis był nieco odstępstwem od reguły, bo normalnie na naszym fanpage'u

    NA KTÓRY W TYM MOMENCIE SERDECZNIE ZAPRASZAMY: tu klikamy

    piszemy częściej o ludziach i ideach, a nie o florze i faunie; mniej w stylu ciekawostkowym, a bardziej są to nasze przemyślenia, poparte czasem zewnętrznymi źródłami, czasem li tylko własnymi obserwacjami, zazwyczaj jednak na luzie i z humorkiem. Po drugie - jest nas dwóch i nasze style się różnią, więc miejcie to, prosimy, na uwadze. :)

    Jeszcze dziś powinien się pojawić co najmniej jeden wpis - ocenicie, czy wam się podoba. Może ten wpis się wydaje niepotrzebny, może nam odbierze czytelników, ale chcemy mieć pewność, że nie uznacie, iż podstępnie kradniemy waszą uwagę clickbaitowym oregano, a potem wykorzystujemy ją do czytania naszych wypocin światopoglądowych. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    No, tak więc tyle na teraz. Do przeczytania wkrótce w merytorycznym już poście. ;)

    [Marek i Konrad]
    pokaż całość

  •  

    Lubicie oregano? Ja lubię. Nie wszyscy wiedzą jednak, że ta przyprawa (zanim stanie się przyprawą) prowadzi życie w ciekawej symbiozie na włoskich łąkach. Otóż mrówki z rodzaju myrmica też lubią oregano i zdarza im się zakładać kolonie w korzeniach roślinki, które przy okazji podgryzają. Oregano nie lubi tego, robi wrrr i produkuje substancję owadobójczą - karwakrol - który notabene nadaje ten charakterystyczny smak przyprawie. Problem w tym, że mrówki mówią "akurat nasz gatunek jest odporny na truciznę”, bo akurat ich gatunek jest odporny na tę truciznę. I co teraz?!

    Otóż wtedy wchodzi on, motyl modraszek arion, cały na biało (z czarnymi plamkami na skrzydełkach). Modraszek tak lubi zapach oregano, zwłaszcza stresującego się i oblężonego, że postanowia złożyć jajko na roślince. Po dwóch tygodniach wykluwa się zeń larwa, która wszystkie staty zapakowała w illusion - przybiera kamuflaż z zapachów przyjemnych dla mrówek i sturlululuje się na ziemię. Przechodzące antmeny myślą “o, to jeden z naszych; dawaj z nami, kumplu” i zanoszą do gniazda ledwo powstrzymującego się od wybuchu złowrogim śmiechem oszusta.

    Mrówki kładą larwę ze swoimi małymi i traktują ją jak mrówcze dziecię - karmią ją, opiekują się nią, puszczają jej na DVD “Dawno temu w trawie” itd., takie tam mrówcze sprawy. Kiedy nasz szpieg podrasta tak, że fałszywe wąsy i kartonowe odnóża nie zapewniają już kamuflażu, zaczyna naśladować dźwięki mrówczej królowej (na co mrówki dają się nabrać - umówmy się, to nie są bystrzaki) i pożera kolonię kęs po kęsie, odwłok po odwłoku.

    Tym sposobem mrówki wychowały swojego mordercę, który teraz może się przepoczwarzyć, a oregano rośnie sobie w spokoju, by wkrótce wylądować na pysznej pizzy hawajskiej, średniej, grube ciasto, sos czosnkowy, kartą proszę, dziękuję, do widzenia.

    [Konrad Entomolog]

    PS Z tego posta nie dowiecie się niczego o ludziach, ale nigdy dość wiedzy na temat oregano.

    #odmienbyc #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Eksperyment Calhouna - czy możemy się czegoś nauczyć z apokalipsy myszy?

    Możliwe, że słyszeliście kiedyś o mysim eksperymencie Johna Calhouna. Jeśli nie, to w skrócie go teraz przedstawię, bo każe się zastanowić, czy się nam przypadkiem w głowach nie poprzewracało od dobrobytu.

    Calhoun umieścił osiem myszy w sporej klatce, w której mogłoby żyć nawet ponad 3000 gryzoni. Zwierzątka miały nieograniczony dostęp do picia, pożywienia i materiałów do budowy gniazdek, nie groziły im też żadne drapieżniki ani choroby. Eksperyment miał 4 fazy.

    W pierwszej (dni 1-104) mieszkańcy mysiej utopii zaaklimatyzowali się, oznaczyli terytorium, odwiedzili MouseOBI i MouseIKEA w celu urządzenia domków. W drugiej (105-314) zaczęli się błyskawicznie rozmnażać - z ośmiu zrobiło się kilkaset Jerrych; najbardziej intensywnie rozmnażały się dominujące osobniki, zauważono wzrost tendencji do przebywania myszek w towarzystwie. Trzecia faza (315-559) to stagnacja, osiągnięcie 2200 osobników, złagodnienie samców i pojawienie się wśród nich zachowań homoseksualnych, rosnąca agresywność samiczek i zanik ich instynktu macierzyńskiego. Faza ostatnia zaczyna się w 560. dniu, kiedy to liczebność mousetopii zaczyna spadać. Myszy są zmęczone życiem społecznym, liczbą kontaktów, alienują się, tracą zdolność reprodukcji, potrafią tylko pić, jeść, spać i dbać o futerko. Eksperyment kończy się po 1588 dniach, kiedy śmierć ostatniej myszy gasi światło kolonii.

    Analogia do świata ludzi sama pcha się do głowy, ale sam autor eksperymentu ostrzegał, że różnica w skomplikowaniu myszy i ludzi jest zbyt duża, by tę analogię stosować, a eksperyment miał oczywiście niedoskonałości. Pewne podobieństwa jednak występują - brak wyzwań, łatwo dostępny dobrobyt i życie w dużej częstotliwości kontaktów społecznych na ograniczonej przestrzeni prowadzi paradoksalnie do alienacji (patrz: Japonia) i wegetacji, nawet rozwoju cech autystycznych. Kiedy młode pokolenie nie może przebić się do obsadzonych stanowisk w społeczeństwie, pojawiają się hedonizm i eskapizm.

    No i jeszcze coś. Czasem myślimy, że w wypadku jakiejś apokalipsy garstka ocalałych odratuje nasz gatunek, lecz możemy się mylić - myszy miały wszystko i tego nie przetrwały.

    [Konrad Calhoun]
    #gruparatowaniapoziomu #byloaledobre #nauka #socjologia
    ================================

    Siemka, Mirki i Mirabelki! Jest nas dwóch, Marek i Konrad. Założyliśmy fanpage Odmień Być, aby dzielić się ze światem naszymi amatorskimi przemyśleniami na tematy mniej lub bardziej poważne. Bez ciśnienia, bez sponsorowania, bez wielkiej filozofii - nasze motto to "Zawsze dajemy z siebie całe 30%", więc rozumiecie. xD W każdym razie zapraszamy do śledzenia fp, od dzisiaj będziemy też czasem publikować wpisy na wykopie, tutaj tag do śledzenia, gdybyście chcieli być na bieżąco: #odmienbyc. Do przeczytania!

    Link do posta na naszym facebooku
    Link do znaleziska - można wykopywać, jeszcze jak
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów