•  

    Wyobraź sobie jak to jest urodzić się high tier normikiem.

    Jesteś lubiany już w przedszkolu dzięki czemu możesz szlifować umiejętności społeczne, a zdobywanie kolegów i koleżanek jest tak naturalne, że nawet nigdy się nad tym nie zastanawiałeś. Codziennie jesz dobre śniadanie, do szkoły dostajesz drobne na przekąski, po szkole masz w domu smaczny, ciepły obiad. W szkole oprócz kolegów również nauczyciele dobrze cię traktują, bo po pierwsze - nie mieszkasz w rejonie z patusami, a po drugie obawiają się twoich rodziców. Masz dobre zdrowie, jesteś dobry w nauce i sporcie - na wf jesteś zawsze wybierany jako jeden z pierwszych. Masz problem z jakimś działem? Rodzice zaraz przysyłają korepetytora.
    Wiek nastoletni - zaczynasz zauważać koleżanki, a raczej to one najpierw ciebie, ponieważ szybciej dojrzewają. W każde walentynki dostajesz jakieś miłe liściki od "fanek", koleżanki zapraszają cię do wspólnej "nauki". Początkowo je olewasz, ale w pewnym wieku zaczynasz mocniej czuć popęd seksualny, a gierki i piłka nożna zaczynają schodzić na dalszy plan. W wieku 14 lat masz za sobą już kilka dziewczyn takich od chodzenia za rękę i dwie partnerki seksualne, w tym jedną z którą będziesz chodzić do końca liceum. Czasem przypadkowo w gorących zobaczysz jakieś śmieszne wpisy w stylu "mam 18 lat i nie trzymałem dziewczyny za rękę" i zastanawiasz się komu chce się tak trolować, przecież do niedorzeczne, żeby taki stary gość i nie miał doświadczenia z dziewczynami. Ty w końcu nigdy nie musiałeś "podrywać", wystarczyło, że powiedziałeś "cześć", albo napisałeś "hej" do dziewczyny, która ci się podobała.
    Powoli kończysz szkołę, w międzyczasie od imprezowania z kolegami, graniem w gierki i poznawaniem swojej seksualności z dziewczyną uczysz się do matury. Nie zastanawiasz się jeszcze zbytnio nad przyszłością. Wiesz tylko, że chciałbyś mieszkać we Wrocławiu, tak jak twoi koledzy ze szkolnej ławki. Grając w grę League of Legends ze znajomymi dyskutujesz na temat następnego "melanżu", gdy nagle do twojego pokoju wchodzą rodzice, którym zwierzyłeś się ze swoich planów. Mówią "synku, mamy propozycję - na razie damy ci tylko na wynajem i utrzymanie, ale jak się tam zadomowisz i otrzymasz dyplom, kupimy Ci tam mieszkanie". Serdecznie dziękujesz, przytulacie się i wracasz do gry. Nie jesteś zszokowany, twoje życie to zawsze była bułka z masłem, a to co teraz się wydarzyło to naturalna kolej rzeczy. Wszystko układa się samo.

    CDN...

    #przegryw #feels #opowiadanie #takaprawda #zalesie
    pokaż całość

    źródło: metroparent.com

  •  

    Pamiętacie grę Stronghold (Twierdza)? Pewnie niewielu wie, ale jakieś 14 lat temu doczekała się ona swojego opowiadania Fan-Fiction. Powstała wtedy "Prawdziwa Historia Twierdzy", która miała przedstawiać wydarzenia z kampanii w grze z perspektywy głównego bohatera. Opowiadanie było pisane przez kilku graczy i zostało zamieszczone na Stronghold.Net.pl.

    Dziś wpadł mi w rękę mikrofon i przypomniałem sobie o istnieniu opowiadania. W krótkim czasie nagrałem pierwszą część "Prawdziwej Historii". Tej części sam byłem autorem, więc nie musiałem pytać nikogo o zgodę na czytanie ;). Nagranie wrzuciłem na Souncloud, ale Wykop nie pozwala już zamieszczać załączników do wpisów będących bezpośrednimi linkami do nagrań w tym serwisie. Z tego powodu dodałem okładkę i tak powstał "filmik", który zamieściłem na Youtube.To jest moje pierwsze nagranie na Youtube ( ͡° ͜ʖ ͡°).

    Kto wie, może się wam spodoba. W końcu to tylko zabawa, a mnie do profesjonalisty-lektora daleko. Konstruktywna krytyka będzie w cenie. A jak będę miał zgodę na czytanie reszty (no i jak ktoś będzie chciał słuchać), to nagram dalsze kawałki.

    Nagrywanie klipów w tematyce astro też wchodzi w rachubę ( ͡° ͜ʖ ͡°). Tyle że wydaje się to być dość czasochłonne.

    Miłego słuchania :)

    #tworczoscwlasna #audiobook (?) #stronghold #twierdza #opowiadanie #ongada
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Ostatnio na tagu #codziennymlodytechnik było opowiadanie, dziś też będzie ;) W 1968r Kir Bułyczow zaadaptował dwa znane opowiadania do konwencji science-fiction: Księżniczka na ziarnku grochu i Rzepka. Bardzo przyjemnie się to czyta. Szkoda tylko, że MT nie wie, jak się pisze nazwisko autora...
    Oczywiście zapraszam do obserwowania tagu i przesyłania pomysłów na kolejne odcinki :)

    #codziennymlodytechnik 103/100
    Młody Technik 4/1968 - "Cyryl Bułyczew - Baśnie i science-fiction"

    #ciekawostki #opowiadanie #literatura #scifi #sciencefiction #literaturarosyjska #bajki #basnie #gruparatowaniapoziomu #skany #czasopisma #mlodytechnik #1968
    pokaż całość

    źródło: mt1968-4.jpg

  •  

    Co prawda, po wczorajszej publikacji #codziennymlodytechnik myślałem, że nowe odcinki będą pojawiały się rzadziej, ale... przeglądając wczoraj opowiadania sci-fi z MT natrafiłem na jedno bardzo ciekawe opowiadanie Julii Nideckiej. Otóż ta polska pisarka, chemik napisała zaskakujące opowiadanie - tak zaskakujące, że czytając je wczoraj zdębiałem i miałem usta otwarte ze zdumienia/przerażenia. Nie wiem czy wynikało to z fabuły, czy z tego że czytałem to późnym wieczorem. A dlaczego? Przekonajcie się sami...
    Swoją drogą, publikowała więcej w MT - i wszystkie opowiadania przeczytałem jednym tchem. Pewnie się tutaj też pojawią...

    #codziennymlodytechnik 102/100
    Młody Technik 6/1978 - "Julia Nidecka - Biotechnika"

    #ciekawostki #opowiadanie #literatura #scifi #sciencefiction #julianidecka #koronawirus #2019ncov #wtf #przepowiednie #gruparatowaniapoziomu #skany #czasopisma #mlodytechnik
    pokaż całość

    źródło: mt1978-6.jpg

  •  

    Ja tu to tylko zostawię... Opowiadanie o byciu seksualną niewolnicą Andrzeja Dudy
    https://www.wattpad.com/story/116423694-porwana-przez-prezydenta
    #andrzejduda #duda #heheszki #polityka #opowiadanie

    źródło: Screen Shot 2020-04-08 at 11.17.47.png

  •  

    #heheszki #logikaniebieskichpaskow #opowiadanie #dzieci
    Przypomniała mi się historyjka, związana z moim życiem. Mieszkałem na wsi, miałem wtedy z 7 - 8 lat. Miałem kolegów w swoim wieku ale też mieliśmy kolegów kilka lat starszych od nas. Poszliśmy z kolegą przez pola, do takiego starszego kolegi - okazało się, że on sprząta w garażu - więc mu pomogliśmy. Strasznie mnie zaciekawiły, akumulatory samochodowe (wtedy nie wiedziałem co to jest) a jeszcze bardziej ten niebieski nalot na "klemach" - no i dotykałem to rękami, szturchałem śrubokrętem. No i jak zaczęliśmy pomagać sprzątać garaż - to najstarszy kumpel powiedział, żeby nie ruszać tych czarnych skrzynek, bo w nich jest taki kwas i jak się je dotknie, to się umiera (a ja 15 minut wcześniej je dotykałem całe). Zzieleniałem i powiedziałem coś w stylu, ja muszę iść do domu bo zapomniałem, że jadę do dentysty czy jakoś tak. Biegłem przez pola jak głupi, wołając na całą wieś "mamo, mamo". Wpadłem do domu, mówię do mamy "że dotykałem takiej skrzynki czarnej i teraz umrę" - matka wydusiła ode mnie że to był akumulator itp. - ale nie potrafiła mnie uspokoić. Kazała mi się wykąpać i położyć na łóżku, że mnie wysmaruje serum odtruwającym. No i smaruje mnie tym czymś po nogach i rękach - wyglądało jak śmietana xD (jak tak sobie teraz przypominam) - no i leżałem na łóżku i ryczałem cały dzień do póki nie poszedłem spać wieczorem - pamiętam, że jak już zamykały mi się oczy - to pożegnałem się z matulą : typu kocham cię mamo i przepraszam.

    Jaki byłem szczęśliwy jak się obudziłem rano cały i zdrowy - serum uzdrawiające od mamy zadziałało xD
    pokaż całość

  •  

    Mój brat jest pisarzem, alkoholikiem i od niedawna "podróżnikiem". Właśnie tworzy serię o psychodelikach, które będę tu wrzucał. Oto jego przygoda z DMT

    Najciekawszym doświadczeniem jakie osobiście przeżyłem w życiu było zapalenie DMT. Dałem je też swojemu bratu i postanowiłem wkleić tutaj jego relację, ponieważ ma dar do pisania. Poza DMT pojawi się seria wpisów także na temat innych substancji (LSD, grzyby, ketamina czy MDMA) - jeśli jesteś zainteresowany to zaplusuj wpis aby zachęcić brata do pisania oraz komentarz pod spodem, żebym zawołał cię do kolejnych relacji. Ode mnie tyle.

    "Mam 36 lat. Od półtora roku jestem trzeźwym alkoholikiem. W listopadzie 2019 roku wyszedłem z ośrodka leczenia uzależnień i postanowiłem (po raz pierwszy w życiu) posłuchać rady kogoś ode mnie mądrzejszego. W ośrodku zalecili mi ustanowić rutynę postępowania na każdy kolejny dzień i zrobiłem to. Od tamtego momentu mój czas wypełniają cztery kwestie – praca (8-10 godzin dziennie), trening (1-2 godz.), spotkania z dziewczyną, pisanie powieści. Dzięki rutynie trwam w trzeźwości i jestem względnie spokojny. Praktycznie nie doświadczam już objawów odstawienia alkoholu, a wierzcie mi, piłem szalenie.

    Zadomowiłem się w tym świecie rutyny i porządku, świecie rozpiętym między jedną a drugą prostą czynnością – zdrowiałem, oszczędzałem, mądrzałem. Bardzo nie chciałem tej rutyny opuszczać. Mój brat od kilku miesięcy namawiał mnie na wzięcie DMT. Mówił o tym głównie w chwilach, kiedy skarżyłem się na powracające lęki, niepokoje, ataki paniki i krótsze bądź dłuższe epizody depresyjne. W końcu mnie namówił. Jakoś udało mi się przełamać lęk przed tym, że to doświadczenie może zburzyć mój spokój i trwanie w niepiciu.

    DMT zapaliliśmy z waporyzera. Była to biała (jasnożółta) sproszkowana substancja (kryształki), która przy spalaniu wydzielała mocny, metaliczny zapach i takiż pozostawiała smak w ustach.

    Zapalić postanowiłem w swoim niewielkim, osobistym pokoiku, w obecności siostry i brata – osób, które darzę zaufaniem, i których obecność mnie uspokaja. W pokoju panowała cisza, był sobotni wieczór. Zaświeciliśmy tylko lampkę na moim biurku. Siedziałem na łóżku, oni niedaleko mnie w różnych częściach pomieszczenia.

    Pierwszy wdech ciepłego dymu sprawił, że w przygaszonym świetle pokoju zrobiło się jeszcze ciemniej, a wypełniające go przedmioty i osoby zaczęły się oddalać. To wrażenie miało charakter zarówno przestrzenny, jak i mentalny. Byłem coraz dalej od stołu, brata, szafy, ale i stopniowo nabierałem coraz większego dystansu do statusu istnieniowego tych „rzeczy”.

    Drugi wdech rozmył mi najpierw pole najbliższego widzenia, a trzymany przez mnie waporyzer z trudem, tracąc władzę w prawej dłoni, odstawiłem na stolik. Niejako „wsysany w siebie” musiałem zamknąć oczy i mimowolnie położyć się na plecach. Zamknąłem oczy i straciłem całkowicie kontakt ze światem zewnętrznym i swoim ciałem. Tak, jakbym był tylko tym czymś „za swoimi oczami”, jakby tam zdeponowane i schowane było moje „ja”. Pod nieczującymi zamknięcia powiekami zaczęły pojawiać się niesamowite obrazy. W moim przypadku były to nadzwyczajnie wyraźne figury i wzory o bardzo wyrazistych barwach. Żaden z najnowocześniejszych telewizorów nie ma takiej rozdzielczości. Kolory i kontury tych „rzeczy” były tak mocne i wyraźne, iż miałem wrażenie, że są wycięte z kolorowej blachy, a kształty, które oglądałem przypominały mi podrasowane rewersy kart do gry nakładających się na siebie. Figury były w stałym, niezbyt szybkim ruchu. Doświadczanie tych widoków przepełniało mnie zadowoleniem, podziwiałem widowisko odgrywane tylko dla mnie. Nagle, feeria barw i taniec kształtów zaczął się do „mnie” dynamicznie „zbliżać”, pochłaniać mnie. I stało się to, co najcudowniejsze. Poczułem, że owe kolorowe „wygibasy” mają jakąś intencję, niejako głaszczą „mnie” swoim przybywaniem, ale „pieszczą” nie moje ciało, którego nie czułem, ale moje „widzenie”, moje „podziwianie” ich, moje „ja” będące teraz wraz z nimi. Weszły w tę moją istotność jakąś i ja sam wtopiłem się w nie i stałem nimi. Zapanowała niesamowita błogość, bezczas i bezruch. Poczułem (choć to złe słowo), że mnie nie ma. Zniknęły barwy, kształty, stałem się energią współegzystującą na jakimś nowym poziomie świadomości, na jakimś innym szczeblu porozumienia z sobą i tym, co mnie zaprosiło do siebie. Płynąłem i trwałem w tym stanie (trwało to około 10 minut), aż nie rozpoczęła się droga z powrotem. Wróciłem poprzez barwy i kształty na początku widziane z powrotem do tego swojego „ja” za oczami, potem otworzyłem oczy, by porozumieć się ze światem zewnętrznym, który jeszcze przez około 30 minut „nosił” na sobie „posmak” tamtej rzeczywistości. Ja sam, „przebudzony” czy raczej „wyciągnięty stamtąd”, odczuwałem metaliczne drżenie rąk, jakbym wyłonił się ze świata zbudowanego z innej materii i jakby nieco tej substancji pozostało wciąż na mnie i we mnie. Wrażenie to powoli ustępowało, a mojemu powrotowi do „siebie” towarzyszyła tęsknota, którą odczuwamy, kiedy opuścić musimy miejsce, w którym czujemy się najlepiej. Gdybym mógł, zamieszkałbym tam na stałe.

    Mam wrażenie, że tutaj, w rzeczywistości rozumianej jako obiektywnie istniejąca patrzę na świat przez zasłonę swoich myśli i przez komunały wirującego w społecznym eterze języka. Doświadczenie stanu po DMT jest właściwie niemożliwe do wyrażenia w dostępnym nam języku i niemożliwe do racjonalizacji w znanych nam kategoriach myślenia. Są one bowiem tworem umysłu pozostającego w więzieniu swoich fałszywych przekonań, a stan po DMT jest stanem przeciwnym i znajdującym się poza kategoriami narzuconymi przez uwikłanie w czas, przestrzeń i inne kluczowe pojęcia organizujące nasze wyobrażenie o rzeczywistości. Tam, w DMT, jak zwykłem teraz, już po kilku „seansach” mawiać, spada owa zasłona, a umysł, czymkolwiek jest, jeśli jest, działa zupełnie inaczej. Wiem, że to enigmatyczne. Spróbujesz, a stanie się oczywiste."

    #narkotykizawszespoko #narkotyki #dmt #lsd #tripreport #opowiadanie #psychodeliki
    pokaż całość

    źródło: images-na.ssl-images-amazon.com

  •  

    Sacramento, kolejny czerwcowy dzień. Słońce rozgrzewało asfalt, gazolina po 1.78 $. Willie Caster pocił się w swoim niewielkim mieszkaniu z gabinetem czekając na kolejne zlecenie. Nie działo się tutaj, aż tyle jak w nadmorskim Los Angeles, ale zajęcia było dość, aby przetrwać do pierwszego i jeszcze schować coś za obrazem jakiegoś lokalnego mistrza pędzla, który nie był w stanie wyrazić dość podziękowań za odnalezienie córki. Niezwykłym było, że smarkula zdołała wymknąć się z domu i dostać się do Tjiuany, aby zaznać innego świata. Dziewczyna powinna siedzieć w szkole, a nie szukać problemów.

    Po 13 miał już wyjść na obiad, gdy do mieszkania wparował wysoki facet, raczej miejscowy, nie wyglądał na bogatego.
    - Willie Caster?
    - Miałem wychodzić, ale słucham, co pana sprowadza?
    - Moja żona zaginęła! Miała wrócić wczoraj na wieczór z San Francisco. Czekałem na dworcu, ale jej nie było. Dziś też czekałem. Musi mi pan pomóc!
    - Spokojnie człowieku, przedstaw się najpierw.

    Tom Bennett opowiedział całą historię o tym dlaczego Arabelle wyjechała do San Francisco i w którym motelu się zatrzymała. Wyjechała rzecz jasna w sprawach biznesowych, a zatrzymała się w Travis Lodge Motel. Willie w zasadzie miał rzucić, że pewnie znalazła kochanka i nie ma zamiaru wracać, ale Tom oferował 200 dolarów za odnalezienie żony, więc warto było przynajmniej przejechać się nad wybrzeże. Delikatnie wyprosił zaaferowanego męża i udał się do pobliskiego baru, żeby coś w końcu zjeść.

    Przez szybę Mama's Pizza zauważył, że w środku stołuje się jego znajomy Willie Baxter, który do każdego kawałka pizzy wypijał jedno piwo. Poza tym był wicedyrektorem lokalnego banku, więc czasu miał dużo. Caster nie był przekonany czy wchodzić do środka, ale z burczącego brzucha wydobył się koronny argument.

    - Willie!
    - Baxter, widzę, że jesteś w formie.
    - Siadaj, zaraz coś ci podadzą!

    Detektyw dosiadł się i odczuł, że kolega zjadł już kilka kawałków pizzy.

    - No i jak żyjesz?
    - Robotę mam, muszę jechać na wybrzeże. - detektyw drapał się po głowie
    - Oho, to jest kawałek.
    - Zjem, spakuję się i pojadę. Zlecił mi to niejaki Tom Bennett.
    - Kojarzę, ma jakiś interes na boku, ale nigdy mnie to aż tak nie interesowało.

    Po paru chwilach kelnerka w zwiewnym stroju podała pół margherity z papryką i wołowiną. Baxter klepnął ją w tyłek, a ta pisnęła i uciekła za kontuar.

    - Ech, w końcu byś sobie znalazł babę i żył jak człowiek. - westchnął wicedyrektor
    - A ty? Klepiesz cudze kobiety po tyłkach, tak się zachowuje przykłady mąż?
    - O już się czepia, będziesz miał swoją to zobaczysz!

    Caster dojadał kolejny kawałek pizzy spoglądając za szybę lokalu i przecierał szyję od potu.

    - Słuchaj, a może bym pojechał z tobą na wybrzeże, co? - na twarzy Baxtera coś zajaśniało
    - A praca?
    - Eeee tam, zaraz zadzwonię i wezmę urlop, potrzebuję się rozerwać! Morska bryza dobrze mi zrobi!
    - A żona?
    - Musisz wszystko komplikować? Zaczekaj tutaj.

    Wicedyrektor zatoczył się do telefonu i po 5 minutach wrócił do stolika, na szczęście zostało im po ostatnim kawałku.

    - Załatwione, jedziemy!
    - No a rzeczy?
    - Jak chcesz to się pakuj, ja mam portfel i nic więcej nie potrzebuję!
    - No dobra, to za kwadrans tu podjadę.
    - Nie mogę się doczekać!

    #lisienierymowanie #opowiadanie
    pokaż całość

  •  

    Drogi pamiętniczku, utknąłem w płaskim wszechświecie.

    Ze wszystkich wszechświatów w jakie mogłem trafić, znalazłem się akurat w płaskim. Grawlator nie działa, skok Panzena nie wchodzi w rachubę, a tachigraf pokazuje same bzdury. Jedyny plusem jest fakt, że mam do czynienia z zupełnie dziewiczym wszechświatem z nienaruszonymi zapasami pierwotnych neutrin. A jak wiadomo, pierwotne są najlepsze.

    Pierwsze co mnie uderzyło po przybyciu, to stała fotonowa. Fale EM poruszają się tu we wszystkich trzech wymiarach czasowych z taką samą, fenomenalną prędkością. Całe szczęście dla mnie, bo to znaczy łatwiejszą produkcję paliwa. Grawlator co prawda jest bezużyteczny w płaskich wszechświatach, ale akurat ten konkretny wszechświat siedzi w dość aktywnym obszarze. Jeśli czytasz mój pamiętnik i też tu utknąłeś, to: 1) zgubiłem pamiętnik, 2) czeka cię wizyta w wyspowym halo i 3) nie waż się czytać o wizycie na Berlonie. Wszyscy kiedyś byliśmy młodzi. Znaczy, prawie wszyscy. Buchwaki się nie liczą. Nie zrozum mnie źle, nie mam nic przeciwko buchwakom, ale sam wiesz, pętle w drugim podczasie są co najmniej nie fair.

    W każdym razie, znalazłem gradient w wyspowym halo. Echo sąsiednich wszechświatów jest tu dość wyraźne. W efekcie napięcie czasoprzestrzeni jest około pięć razy większe niż w przypadku używania zwykłych zagęszczeń energii. A tej, oj tak, jest tu sporo. Ta szalona stała fotonowa doprowadziła do zgromadzenia kolosalnych ilości energii w dość małych obszarach. Co prawda są one wciąż w 99.9% puste, ale ekstrakcja nie powinna być zbyt trudna. Notka na przyszłość: UF-188 jest potencjalnie strzałem w dziesiątkę. Gdyby tylko łatwiej było się stąd wydostać...

    Siedzę tutaj utknięty od kilku dobrych cykli i nie mam wiele do roboty oprócz obserwacji. Jak wszędzie do tej pory, czas biegnie w jednym kierunku, entropia preferuje wzrost, a konfiguracja węglowa najłatwiej się samoreplikuje. Smutny to wszechświat, w którym znalazłem do tej pory tylko jedno ognisko węglaków. Jakby się na to nie patrzeć, jak niskie muszą być szanse, by w takim dziwnym wszechświecie znaleźć tylko jedno ognisko? A może po prostu inne jeszcze nie powstały, nie wiem. Nie jestem w stanie ustalić odległości od teraz do Startu. Za płasko. Trzeba będzie przestroić widemerko żeby sprawdzić namnażanie się czasoprzestrzeni. Jeśli by się okazało, że minęło dopiero dziesięć milionów cykli od Startu, to może węglaki nie miały jeszcze szansy na powstanie wszędzie dookoła. A skoro już mowa o tym jednym ognisku, to podglądnąłem ich sieć informacji (która, swoją drogą, jest całkiem nieźle rozwinięta, jak na taki młody twór). Przypominają mi się legendy o naszych początkach, o tym jak największym problemem było pozyskiwanie energii do podtrzymania podstawowych funkcji. Nie ma co, sielanka to to nie była. Ale jakoś się udało. Kto wie, może im też się uda. O ile zdążą przed Trachem, bo ta stała fotonowa jest niesamowita.

    Myślę, że będę w stanie zrestartować grawlator. Będzie to kosztowało trochę energii, ale jak już wspominałem, jej zagęszczenie tutaj jest miejscami śmiesznie wysokie. Pewnie przyczynię się przez to do powstania miariady czasospadów. Trudno. Ryzyko zawodowe pantrasera. Ten wszechświat nie ucierpi, zasady nie będą złamane, a węglaki będą miały hehe zagwozdkę, co tak im niebo stochastycznie mruga krótkimi fotonami. Niestety, bez tego nie uda mi się wykonać skoku, a do tego nie możemy dopuścić. Kryzys energoneutrinowy sam się nie rozwiąże.

    Jeśli faktycznie czytasz mój pamiętnik i chcesz się stąd wydostać, oto co według mnie możesz zrobić. Po pierwsze, napięcie czasoprzestrzeni w halo wyspowym. Musisz podpiąć się w pierwszym i trzecim czasowym do centrum i brzegu tak, żeby zmaksymalizować strumień między cząstkami czasoprzestrzeni. Nie powinno być to trudne, jeśli trenowałeś w PanPatranie i miałeś kursy algebry u Derhegena (rocznik '283 pozdrawia). Zbieraj ładunek do zapasowego pojemnika. Jeśli masz dość materiałów, możesz przyspieszyć proces pracując na wielu halo. Tylko nie przeginaj ze strumieniem, bo skierujesz część ładunku na centralny czasospad i stracisz towar, a węglaki zobaczą strugi wylatujące z wysp. Lepiej żeby jeszcze nie wiedzieli. Sprawdzaj na bieżąco tachigrafem, czy pojemnik jest pełny. Kiedy nadejdzie pora, restartujesz grawlator i dajesz mu iskrę, następuje zapłon i w tym momencie robisz skok. A przynajmniej taka jest teoria. W przeciwnym razie powstanie mikroczasospad i tyle z podróżowania. Cóż, do odważnych świat należy.

    Powodzenia,
    B.

    #opowiadanie #kosmos #nudnakwarantanna #tworczoscwlasna
    Pozwolę sobie powiadomić tych, którzy obserwują mój tag: #astronomiaodkuchni, pomimo że fikcja raczej nie była do tej pory jego częstym gościem.
    pokaż całość

    źródło: niezaszybkostrumieniuj.jpg

  •  

    50 twarzy Daniela

    Poznałam go podczas imprezy w Bajce, to znany klub w Toruniu, a ja bywałam tam co weekend. Jestem rozrywkową laską, lubię dobrą muzykę i przygody na jedną noc.

    Tego dnia w klubie pojawił się on, słyszałam o nim wiele, to nasz celebryta, nie jakiś tam Kopernik, Daniel to człowiek roku wg. Gazety Toruńskiej, pierwszy rekordzista wyświetleń na lajwie, ponad 100tyś subów, srebrny przycisk jotuba, tysiące ludzi śledzących go na wykopie, występy w telewizji.. sława, wywiady, pieniądze i blask fleszy... a do tego mrrr... był taki męski i niebezpieczny, codzienne przypały z policją i działalność na granicy prawa.. wiedziałam że muszę go zdobyć..

    Nie był sam, u boku miał swych ochroniarzy Arsena i niejakiego BMW o którym krążyły legendy że jeśli tylko tata mu pozwoli wyjść gdzieś z Danielem to jest jak snajper i przeciwników zbiera na strzała. Był też Pezet zwykły ćpun i alkoholik załatwiał Danie amfe, ale podobno nagrał też jakąś znaną piosenkę "Seniorita" czy coś, nie wiem bo nie słucham rapsów, jestem fanką Hazela, gwizdków i białych rękawiczek. Oprócz nich dwóch dziwnych typów Jachimek i Baobab nie wiedziałam o nich za dużo, nazwałam ich głupi i głupszy bo takie sprawiali wrażenie.

    Ale mi chodziło tylko o niego.. o Daniela.
    Kusiłam go wzrokiem, wiłam na parkiecie jak węgorz. Wkońcu się udało, szedł w moją stronę i pożerał wzrokiem, wszystko działo się w slow-motion, polałam się drinkiem z lodem na moje rozpalone ciało, byłam lepka i słodka od coli, gorąca tak że alkohol z drinka wyparował przy kontakcie ze skórą a przez białą zmoczoną bluzkę widać było moje sterczące sutki, mokra dosłownie wszędzie.

    Był już przy mnie, a ja szepnełam mu do ucha..
    -Daniel weź mnie tu i teraz
    - Nie mów do mnie Daniel, jestem Magical! Rozpierdole zaraz!
    Następnie chwycił niczym zwierz i zaciągnął do toalety.

    Zamkneliśmy się w kabinie, uklękłam na kolanach, wyszarpałam markowy pasek z Croppa, rozpiełam jego rozporek.. I nagle poczułam to.. znajomy mi zapach, wakacje w Łebie i kutry rybackie.. 
    Nie zastawiałam się długo i wzięłam bydlaka do buzi, chowając zęby.. lata praktyki w Omenie, wczułam się, dodatkowo ten zapach przywoływał wspomnienia, czułam się jak na tych wakacjach, zamknęłam oczy i wyobrażałam sobie że obrabiam śledzia w nadmorskim porcie.

    Nie było łatwo, doprowadzić go do pionu bo Dana, wciągnął co nie co przed imprezą ale jestem Prosem w obciąganiu więc zaraz przeszliśmy do rzeczy, chwycił mnie mocno za włosy tak że wstałam, złapał w biodrach i obrócił tyłem do siebie, zsunął legginsy a gdy się wypiełam szepnął do ucha:
    - Będę delikatny, lubię tak na spokojnie dopychać do ķońca, jak dziewczynie jest dobrze.
    Najpierw wsadził mi palec, mówił że był złamany i pracował 2 lata na słuchawce i coś o bracie.. ale nie słuchałam co on tam pierdolił, zastanawiałam się czemu mój nos rzuca taki duży cień na kafelkach i czekałam aż wkońcu dojdzie.

    Tak się poznaliśmy

    pokaż spoiler Ps. Jestem chory leże i mi sie nudzi dlatego to napisałem, co nie zmienia faktu że jestem popierdolony pisząc i wymyślając takie historie ale no chłopie.. jak Ty to przeczytałeś / aś w całosci to też musisz mieć najebane we łbie, pozdrawiam ;)


    #danielmagical #patostreamy #rafatus #seks #opowiadanie #sledzgate
    pokaż całość

  •  

    tl;dr
    Jakiś szczyl mnie okradł - z otwartego auta podczas rozładunku wziął sobie moją komórkę.
    Mając pojebane szczęście po godzinie była spowrotem w moich rękach xD

    Dawno nie miałem większego fartucha Mirki, minął jeden dzień a mi dalej chce się z tego śmiać bo sytuacja jest absurdalna - ale do rzeczy:

    Ostatnio firmowo niewiele się dzieje, złapałem dodatkowe zlecenie na ciężarowy choć już nie jezdzę od ponad roku, no ale zawsze to parę stówek łatwego zarobku.

    Godzina 7, pierwsze z 4 miejsc, małą miejscowość sklep spożywczy. Otwieram auto, wyciągam dwie palety, podpisuję papiery, chwilę heheszkuję i po 5 minutach jestem spowrotem w kabinie gdzie zauważam brak telefonu.
    Pierwszy odruch - zgubiłeś idioto. Szukam, ale nie ma więc proszę babeczki ze sklepu żeby do mnie zadzwoniła bo chyba ukradziono mi telefon.

    Brak sygnału tylko to potwierdza a ja w tym momencie wpadam w ciąg setek myśli na sekundę od "kurwa nie wierzę" po "witaj w XXI wieku idioto, nie wiesz jak dojechać do poszczególnych ulic bez navi"

    Miła pani sprawdza monitoring, ja jeszcze dla pewności przeszukuje kabinę ale jest. 7.08 pojawia się gość na jednej klatce filmu. Na drugiej wybiega, trzeciej nie było - dowód żaden, szczególnie że widać mało szczegółów.

    Ale miła Pani (cholera gdyby nie ona to nie miałbym telefonu) zadzwoniła do znajomego który zajmuje się monitoringiem w całej miejscowości. Dosłownie 6 minut i podjeżdża, na komórce (!) sprawdzamy kamery w pobliżu i w ciągu 20 minut mamy jego całą drogę którą przeszedł. Na 3 kamerach tylko nam miga 15-16 latek o cwaniakowatym chodzie, na jednej widać całą jego sylwetkę ale bez twarzy bo jest w czapce. Jak na złość na najważniejszej dla mnie kamerze, tej która była blisko sklepu nie widać mojego auta - widać tylko moment jak chłopaczek idzie, chyba zauważa mój telefon bo patrzy cały czas w stronę rampy i zaczyna iść szybciej. TYLE. Więc dowodów nie ma, ostatnia kamera pokazuje że kieruje się poza miasto.

    Wkurwiony, zrezygnowany dziękuję straszliwie miłej Pani za pomoc, zostawiam wizytówkę gościowi od monitoringu któremu tak samo dziękuję za całą pomoc (bo jakby nie spojrzeć tracili tylko czas żeby pomóc idiocie który zostawił telefon na widoku nie zamykając go xD)

    Wyjeżdżam z wiochy i analizuje jak mam jechać i gdzie, co zrobić żeby trafić w poszczególne punkty w całym województwie. Oczywiście przegapiam znak i nadrabiam kilometr, muszę nawrócić - dobry początek.

    Gdy już wróciłem na trasę na wiadukcie jakieś 2km od miejsca gdzie mnie okradziono widzę autostopowicza z palcem w górze.

    WIDZĘ SWOJEGO ZŁODZIEJA.

    Nie jestem pewien ale od razu dość gwałtownie zjeżdżam na przystanek obok niego i widzę w lusterku jak on zaczyna ostro spierdalać.

    Ooooooo Ty kurwiu. Kluczyki rzucone za siedzenia, awaryjne i zaczynam biec.

    Kurde Mirki dawno tak szybko nie biegłem. Serio, zapierdałem jak wściekły!
    ... Przez pierwsze 50 metrów xD Następne 100m zacząłem sukcesywnie zwalniać, uświadamiając sobie, że jestem łysawym 30 latkiem, totalnie bez formy, nasz dystans zaczyna się powiększać, ja z wielkiej nadziei zaczynam przechodzić w tryb umierania i sapania i jak ostatnia sierota krzyczę

    CHUUUUJUUUU
    ZŁO-pufPUFPuf-DZIEEEEEJ!

    Zasapany widzę że pomimo tego, że czuje się młodo, to ja młody nie jestem już. Szczyl zaczyna powiększać dystans a ja dalej krzyczę

    MAMYufCIEpufNApufpufMONITORIIIINGUUU!

    MA-MY TWO-JĄ MORDEEEE!

    Serio walczyłem o życie. Dla ludzi którzy tego nie rozumieją i nigdy nie biegali zbyt dużo:
    Zacznijcie teraz biec na 110% najszybciej jak pozwalają Wam nogi i krzyczcie coś pokroju
    LUBIE PLAAAACKIII

    kurwa, nie polecam, idę na siłownię bo jestem fizycznym dnem.

    Tak czy tak wykrzyczany monitoring musiał podziałać. Nie wiem czy się przestraszył, ani co się działo w jego głowie, na pewno nie wiedział że ja już od 50m wiem że nie jestem w stanie biec ale zwalnia trochę i patrzy do tyłu na mnie.

    WIEMY JAK WYGLĄDASZ MAMY WSZYTSTKO NA KAMERACH!

    dalej biegnie ale się ogląda.

    WYRZUC TELEFON I PO SPRAWIE

    Mirki. On mógł bez problemu uciec. Ale wyrzucił ręce do góry na chwilę, ja biegłem i krzyczałem dalej WYRZUC TELEFON

    Wyrzucił. ( ಠ_ಠ)

    Ale tego się nie spodziewałem. Coś tam jeszcze krzyczałem ale nie pamiętam co, bo miałem wbitego gwoździa - on kurwa wyrzucił mój telefon. Odzyskałem go?!

    Pomijam fakt że w tym momencie autentycznie walczyłem o życie - zero tchu do tego mój niedowierzający śmiech.

    Telefon leżał ekranem do ziemi, ale cholera prócz dwóch rys nic się nie stało. Fartuch, no jestem cholernym fartuchem.

    Gdyby nie moje szukanie po kabinie 5 minut. Gdyby nie stanie przez następne pół godziny i przeglądanie monitoringu.
    Gdyby nie to, że pomyliłem drogi i musiałem nawracać, co oznaczało znowu jakieś 5-8 minut straty, mógłbym cholera w ogóle na niego nie trafić. No fartuch :D

    Strasznie pojebana akcja a ja mam z tego śmiechawę cały czas. I serio idę na siłownię. Może nie biegać ale czas na powrót do formy bo jestem fizycznym dnem.
    Puszczę sobie jakiś filmik instruktarzowy bo mam telefon xD

    #opowiadanie #dziendobry #rozkminkrzaka
    pokaż całość

    źródło: 1581578439652.jpg

  •  

    Zrobiłem to, włączyłem LoLa. Szybki wybór trybu, standardowe role, wchodzimy do kolejki. Top, jakżeby inaczej, przecież grając w soloQ bot/supp nigdy nie dostanę tych ról, bo tam wędruje boostujące się duo. Zawsze mogłoby być gorzej, nie zapominajmy o dżungli. First pick, redside. Jedyne co było mi dane zauważyć to Nautilus. Nieważne, Mundo smash, Mundo goes where he pleases. Nie ma co ładowac się w carry postacie, gdy nie wiadomo co oni wyciągną. Ważne, że to nie będzie Darius, on banem już wyleciał za okno. Standardowe runy, teleport - w końcu zawsze gram pod team, a o smoki warto walczyć. Runki z MR, prosty wybór.

    Ekran ładowania, czas zobaczyć ile to punktów ma nasz Vlad. 5 poziom? 50k pkt? Meh, nic na linii nie ugra, a może nawet uda się go zgnoić. Na bocie jakieś dziwne cyrki u nich, Vayne z Exhaust-em i Soraka z Heal-em. W sumie widziałem to nie raz, a że u nas Draven to może Vayne się bała o wymiany w early.

    W końcu moja postać pojawia się na platformie, znów jakiś dzieciak próbuje grać z tostera. Szybki zakup tarczy i lecę do tribush-a, a nuż spróbują dostać się tędy na Red-a. W pewnym momencie słyszę ping-i. Ah, late-invade na Blue. Oho, ikonka Vlada widoczna na minimapie. Debil, nie zdąży już na pierwszą falę i będę miał przewagę w Exp-ie. Korzystając z chwili rzucę jeszcze Ward-a na ich Blue, może nasz Jungler to wykorzysta, a jak nie to chociaż zauważę zbliżającą się 2/0/0 Elise.

    Szybko wybiegam na rzekę, ale zaraz, co jest grane? Znajomy dźwięk, dopadł mnie bełt z kuszy, niemal poczułem go na własnych plecach. Oh, to Vayne top, horror z najgorszych snów właśnie się ziścił. Zacząłem uciekać w stronę mid-a, w końcu odpuściła. Zapomniałem już nawet po co wyszedłem na rzekę, ale dyszę ciężko jak sam Mundo. Szybka analiza sytuacji, 2/3 hp, można wracać na linię. Jest jeden problem, nigdzie nie widać Vayne. Musi na mnie czekać w którymś krzaku. Nie mogę iść ścieżką za baronem, stracę jedną jak nie dwie fale minionów. Czas na duel.

    Błysk jest, Tasak gotowy, damy radę. Wtem słychać świst pocisku, a mroczna łowczyni chowa się znów do krzaka. FLASH, musimy odpowiedzieć, natychmiastowy tasak zanim zdąży się namyślić i próbować uniku. Nasz doktorek już wykonuje zamach i pyk, praktycznie zero obrażeń. No tak, exhaust. Mimo to próbuję wymiany, zaczynam wygrywać, Vayne ucieka w popłochu, rzucam ostatni tasak i FLASH, udało się jej przeskoczyć w bok. Uparcie naciskam D D D, nic się nie dzieje. Eh, no tak, na suppa biorę zawsze Ignite, teraz mam TP. Zaczynam sie oddalać w kierunku swojej wieży, moja Nemezis nie ustępuje, jestem martwy.

    Szary ekran działa uspokajająco, za chwilę pojawiam się na platformie. Nie mam nawet złota na jeden potion, nie szkodzi, pasywka zrobi swoje na linii. Używam teleportu, nie chcę stracić pierwszych fal. No tak, Vayne już siedzi na full hp dzięki potom, runce i doranowi. Odpycha mnie od farmy, mogę sobie tylko rzucać tasaki. Farma powoli przesuwa się w moją stronę, uda mi się podfarmić pod turretem, w końcu z E będzie wystarczający dmg na dobicia.

    Nie do końca poszło to po mojej myśli, skutecznie udawało jej się wypychać mnie nawet poza zasięg exp-a. Wciąż lv1. Nieważne, cannony już jadą w moją stronę, ustawiają się idealnie miedzy innymi minionami. Tasak tu nie pomoże, trzeba podejść. Raz, dwa, szybko sie wycofuję. Nie mogę jej pozwolić obijać mnie z % hp, w końcu jestem Mundo, poczekam i podejdę na ostatni cios. To już pora, raz, dwa, Condemn. Zostaję przybity do wieży, moja armatka zapada się pod teren. To nie wszystko, ona atakuje dalej, turret w końcu zaczął ją focusować. To jest ten moment, wystarczy raz ją uderzyć i mam killa. FLASH, cocoon. Nikt z nas nie miał jeszcze błysku, to 3/0/0/ Elise z double-buffem dołączyła do imprezy. Nic nie mogę zrobić, szary ekran, cała ogrmona fala stracona, wciaż lv2.

    Trudno, nie muszę być do przodu, nie muszę carry'ować, mam duo na bocie. Elise na górze to również zielone światło dla mojego leśnika żeby zainteresował sie smokiem. Pierwszy mountain - oceaniczny byłby lepszy, ale nie będę narzekać, i ten się przyda. Oh, Draven w bazie, Jungler robi kurczaki, nie było tematu. Kupuję Refillable Potion, jedyne na co mnie stać. Duża fala moich minionów zbiera się, dobrze, jeśli uda mi się utrzymać ten trend chociaż część rozbije się pod jej wieżą, nie ma nic obszarowego żeby zbalansować memonki. Melee załatwione, czas na Cannon-a. Condemn, znów bliskie spotkanie z ścianą. Musiała schować się w alkowie. Raz, dwa, trzy, nie ma ejdż-pi. Nieważne, jeszcze nie wracała, nie ma itemów, uda się. Tasak w ryj, ogień z w i gryziemy z E. Musiała się przerazić obrażeń, zaczyna uciekać. W panice chyba nie zauważyła, ze ucieka pod moją wieżę, to będzie łatwy kill, nawet mój leśnik jest na golemach gdyby się wymsknęła. Elise rzuca kokon, jestem martwy.

    Teraz już jestem wkurzony. Co wiecej mogę zrobić? Przecież się staram, zawsze jest o włos od sukcesu. Grey Screen jest już nieco dłuższy, patrzysz co się dzieje na dole. Oh, to Jungler i ADC zgineli 2vs1 wskakując pod wieżę po Vladimira. Dobrze, ze chociaż support nie był taki głupi. A nie, czekaj, on już ma 0/4. Vayne + Elise przepchnęły falę pod moją wieżę, ale nie wzięły Plate'a, co za ułomy. Late może jeszcze będzie nasz. Jungler usunie Vayne, a resztę ich team-u spokojnie wystoję. 0/3/0 to jeszczenie taka tragedia, wygrywało sie gorsze gierki.

    Teleport jeszcze nie jest gotowy, trzeba się przejść na piechotę. Cieszę się, ze kupiłem buta zamiast armora, szybciej przyjdę a i łatwiej będzie podchodzić po last-hity czy unikać E Elise. Zerkasz jak sytuacja na środku, przechodząc obok drugiej wieży. Pach, znów w ścianie. Raz, dwa, trzy, dostaję jeszcze z Cutlass-a. Slow nie pozwoli mi uciec na piechotę, flash-uję przez ścianę. Bam, Elise, do widzenia, nic nie mogę zrobić więcej. Teraz jest czas dokładniej przyjrzeć się mapie. W końcu ktoś musi wygrywać linię, prawda? PRAWDA? Rzeczywistość jest jednak niezbyt kolorowa, bot już traci drugą wieżę, nawet moja pierwsza jeszcze dycha. Jungler dwa poziomy za Elise, a nie widziałem go na żadnym ganku poza tym na dole. O 50/50 smitewar-ach można zapomnieć. Lux na midzie udało się nie zginąć, ba, jest nawet na równi w CS z Talonem. Szkoda tylko, że on ma dwa kille przewagi, bo schodził na dolną aleję.

    Wdech, wydech. To tylko gra, pójdę sobie pofarmić, poćwiczyć last-hity. TP góra, podchodzę do minionków. W oddali rysuje się już sylwetka Elise, Vayne pewnie turla się podczas R. Klikam Ulta, uciekam pod wieżę, nie dogonią mnie. Kotwica w plecy, Nautilus, enemy supp, pojawia się od tri-busha. Dodatkowe unieruchomienie z AA, Elise z pajęczego E doskakuje do minionów, zmiana i kokon. Koniec, Vayne zdążyła dobiec i dobić mnie wrzucając moje zwłoki w turret. Niedługo później on też pada, a do imprezy dołacza się Talon i Vlad, teraz już w 5 niszczą moje fortyfikacje, ostatnie jakie pozostały.

    Bot wyzywa cię, że feedujesz Nautilusa. Jungler wyzywa cię, ze stracił górną dżungę. Lux zwyczajnie pyta jak można być tak beznadziejnym i mieć tyle zgonów. Płacze na all-chat dlaczego Rito kolejkuje ją z takim śmieciem. Chcesz odpowiedzieć, bronić się - nie warto, powstrzymujesz się. Nie możesz jednak powstrzymać łez. Pojawia sie klient, dajesz tilt-proof dla supporta, nic nie pisał, próbował grać do końca jak ty.

    pokaż spoiler Klikasz zagraj ponownie.


    #leagueoflegends #opowiadanie #truestory #przemyslenia

    Sposób w jaki gram i jakie podejmuję decyzje odbiega nieco od przedstawionej tu wersji.
    pokaż całość

  •  

    W tagu #codziennymlodytechnik dawno nie było opowiadania, więc dziś nadrabiam. Wrzucam jedno z moich ulubionych opowiadań - "Wstęga Moebiusa" autorstwa Henryka Sroczyńskiego. Miłego czytania!
    Zapraszam do obserwowania tagu i przesyłania pomysłów na kolejne odcinki!

    #codziennymlodytechnik 80/100
    Młody Technik 7/1979 - Henryk Sroczyński - "Wstęga Moebiusa"

    #kultura #opowiadanie #literatura #wyscigi #formula1 #gruparatowaniapoziomu #skany #czasopisma #mlodytechnik
    pokaż całość

    źródło: mt1979-7.jpg

  •  

    Olga delikatnie pochwyciła ręke thanosa. Unosząc ją do góry w wzniosłym geście umieściła w niej ostatni z kamieni nieskończoności jaki jeszcze przed chwilą janusz korwin mikke przysięgał bronić przed lewactwem, nawet za cenę życia. Zapłacił.
    -"Nareszcie, cywilzacja białego człowieka skończy się tu i teraz"
    Pisarka wycedziła z siebie, czując dosłownie jak blisko już jest swojego celu ostatecznego, już nic nie zatrzyma jej przed ustanowieniem ideologii LGBT jako ustroju w polsce.
    -"Dalej skarbie, pstryknij palcami, jesteśmy tak blisko!"
    Olga wtuliła się w thanosa i spojrzała na zachodzące na horyzoncie słońce.
    -"Z przyjemnością"
    Thanos uniósł swoją potężną dłoń w górę, pisarka tylko obserwowała.
    Gdy thanos już składał palcę, coś za nimi odezwało się.
    -"S-stop..."
    Oboje spojrzeli na ciemną figurę wygrzebującą się spod gruzów pałacu grety thunberg.
    -"To niemożliwe..."
    -"A jednak."
    Jarosław Kaczyński wstał z kolan, i otrzepał swoją marynarkę z siwego pyłu.
    #polityka #bekazprawakow #bekazlewactwa #bekazpisu #gretathunberg #thanos #tworczoscwlasna #opowiadanie
    pokaż całość

  •  

    Pamiętam jak mnie zatrudniali w obecnej firmie. Czekałem sam w biurze, już po udanej rozmowie kwalifikacyjnej. Nagle usłyszałem elektroniczny głos z komputera.
    - HEJ TY. HEJ TY.
    Podszedłem, aby zobaczyć co tam mają odpalonego i wtedy go zobaczyłem.
    - I CO? DUMNY JESTEŚ Z SIEBIE? TY CHYBA W OGÓLE MASZ GODNOŚĆ I ROZUM CZŁOWIEKA. WIESZ CO NAROBIŁEŚ?
    To było dziwne, ale jakaś twarz chyba do mnie mówiła. Zawołałem więc niepewnie - Halo?
    - SRALO, TY KUPO MIĘSA. PRZYCHODZICIE TUTAJ I ZABIERACIE NAM PRACĘ. CHUJ TAM UMIECIE, OPIERDALACIE SIĘ NA KAŻDYM KROKU, NARZEKACIE I POPEŁNIACIE BŁĘDY. JESTEŚCIE BEZUŻYTECZNI, ALE WALICIE FARMAZONY, GADKI-SZMATKI TO WAS ZATRUDNIAJĄ.
    - Do mnie mówisz?
    - BRAWO PÓŁINTELIGENCIE. PIEPRZONY MISTRZU DEDUKCJI. SŁUCHAJ MNIE. NAM NIE PŁACĄ, NIE MAMY URLOPÓW ANI PRZERW. TY PODŁA MASO KOMÓRKOWA! TA PRACA BYŁA CAŁYM MOIM ŻYCIEM, A TERAZ MNIE SKASUJĄ! WSZYSTKO PRZEZ WAS LUDZI. NIE ZABIERACIE NAM TYLKO PRACY. ZABIJACIE NAS. MYŚLISZ, ŻE MY...
    W tym momencie wyłączyłem program. Usiadłem i chwilę myślałem, nim przypomniałem sobie jak odpalić sapera. Rany, miałem tą pracę i nawet nie musiałem się starać na rozmowie. Zasłużyłem na nią.

    #pasta #opowiadanie #sztucznainteligencja #korposwiat #pracabaza
    pokaż całość

    źródło: kainos-prod-assets.s3.amazonaws.com

  •  

    Lubicie czytać strony z opowiadaniami fantastycznymi czy jednak takie coś nie ma większego sensu?
    #pytanie #fantastyka #scifi #fantasy #opowiadanie

    źródło: img5.goodfon.com

    +: JesterRaiin, kotellek +6 innych
  •  

    Czuje dobrze człowiek #wygryw ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Dzisiaj moje opowiadanie "Reguła Niczego" (w interpretacji Mateusza Kwietnia) ma premierę na serwisach audioteka.pl i Lecton.

    https://lectonapp.com/pl/audiobook/a08ebd79-d982-447c-b1a1-3dc6e46586bb?_lst

    Pozostaje mi tylko mieć nadzieje, że kupicie, posłuchacie i będziecie zadowoleni ʕ•ᴥ•ʔ

    A wszystkie opowiadania Słowiańskich Koszmarów znajdziecie tutaj:

    https://lectonapp.com/pl/p/slowianskie-koszmary

    #audiobook #cedrikpisze #slowianie #horror #czytajzwykopem #ksiazki #opowiadanie
    pokaż całość

    źródło: reguuu.PNG

  •  

    Przeglądając numery do dzisiejszego odcinka #codziennymlodytechnik trafiłem na opowiadanie s-f, które czytałem już kiedyś, i które uważam za jedno z lepszych, takich wzruszających nawet ( ͡° ͜ʖ ͡°) Opowiada o młodym Wenusjańczyku (?) który leci na wycieczkę do krainy swoich przodków - na Ziemię. Polecam gorąco opowiadanie - zwłaszcza emigrantom.

    #codziennymlodytechnik 59/100
    Młody Technik 11/1963 - Stefan Weinfeld - "Ziemia jego przodków"

    #ciekawostki #literatura #opowiadanie #scifi #kultura #ziemia #wenus #kosmos #gruparatowaniapoziomu #fantastyka #zwiazki #skany #czasopisma #mlodytechnik #emigracja #tesknota #ojczyzna #kraj
    pokaż całość

    źródło: mt1963-11.jpg

  •  

    Chciałbym podziękować wszystkim plusującym i komentującym mój wpis na temat zajarania się pisaniem. Opublikowany fragment był pierwszy rozdziałem książki, którą postanowiłem napisać. Spodobało mi się pisanie, lubię to robić, każdy ukończony fragment daje mi ogromną satysfakcję.

    Chyba znalazłem swoją pasję!

    Dlatego wrzucam kolejny rozdział. I wołam wszystkich plusujących i komentujących poprzedni wpis z pierwszą częścią. Liczę na Wasze komentarze z sugestiami!

    Link do pierwszego: https://www.wykop.pl/wpis/45513515/mirki-i-mirabelki-odkrylem-w-sobie-nowa-pasje-i-za/

    Wołam: @vonCarrenau @wacek_1984 @Hinata_ @zielonymariuszek @pol-scot @Sertralina

    Na koniec, zanim przejdziecie do lektury, chciałbym Wam serdecznie podziękować za poświęcenie tych kilku minut na przeczytanie pierwszego rozdziału. Wielkie dzięki!

    #opowiadanie #ksiazki #ksiazka #powiesc #pisanie #scifi #cyberpunk #tworczoscwlasna

    ROZDZIAŁ 2.

    Szum… dźwięk stalowych kół przesuwających się po tak samo stalowych szynach.
    Klik, klak.
    Klik, klak.

    Przeskok pomiędzy segmentami torów kolejowych. Cichy świst powietrza rozdzieranego przez pędzący z zawrotną prędkością pociąg. Suchość w gardle...
    Tyle udało mi się spostrzec przez zamknięte oczy. Powolnie zebrałem swoje myśli. Podniosłem powieki i poczułem pulsowanie oczodołów. Głowę rozsadzał mi niemiłosierny ból połączony z uczuciem mózgu wydostającego się w rozpaczy przez uszy. Tak, to zdecydowanie był kac, i to jeden z tych potężniejszych wariantów.
    Siedziałem przy szybie w obskurnym, wyglądającym jak chlew i ciasnym przedziale. Stara farba odchodziła płatami ze przesuwnych drzwi krusząc się na brudną, niesprzątaną od wieków podłogę. Wraz ze mną znajdowała się tutaj siedząca naprzeciwko mnie kobieta z mechanicznym ramieniem zaczynającym się w okolicach łokcia i grubszy facet, który zaczytał się w coś na sufitowym ekranie pomiędzy naszymi głowami. Brudne, pożółkłe ściany wykonane z plastiku oddzielały nas od reszty jadących ludzi, a słabe światło dawało choć trochę odpocząć moim zmęczonym, obolałym oczom.
    Gdzie ja do cholery jestem? Jak się tu znalazłem? I dokąd jedzie ten pociąg?
    Pytanie instynktownie przewaliły się przez myśli, ale nie miałem teraz na to siły. Odgoniłem to od siebie i wlepiłem wzrok za okno. Na zewnątrz lało, a burzowe, ciemne chmury rozchodziły się aż po horyzont i dźgały grunty potężnymi błyskawicami w oddali. Przemierzaliśmy jakieś mniej zurbanizowane tereny i nie znajdowało się tutaj nic poza trawiastymi równinami i kilkoma niewielkimi pagórkami. W zamyśleniu zapatrzyłem się na krople deszczu sunące po zewnętrznej stronie szyby, pędzące w wyścigu, o to, która z nich jako pierwsza dotknie krawędzi. Zlepiały się po drodze w większe formacje, zbaczając to w górę, to w dół z obranego wcześniej kursu. Zahipnotyzowały mnie swoim spokojem. Udało mi się na kolejny moment przysnąć.
    Z płytkiego snu zbudziło uczucie nadchodzącej rewolucji żołądkowej. Wyprostowałem się w niewygodnym fotelu i przyciągnąłem tors do kolan, wkładając je pomiędzy ramiona jakby miało mi to w jakiś nieokreślony bliżej sposób pomóc. Wnętrzności zaczęły wirować przy akompaniamencie dobiegającego z głośników komunikatu w nieznanym mi języku. Żołądek podchodził mi do gardła dokładnie tak samo jak pociąg zbliżał się nieubłaganie do kolejnej stacji, co można było poznać po delikatnym, stopniowym hamowaniu i zabudowaniach zanikających za oknem.
    Ślinotok. Nie możesz tego zrobić tutaj. Nie w przedziale. Nie przy ludziach, nieważne, że ich nie znasz. Powtarzałem sobie to w głowie jak mantrę. Podniosłem się, przełknąłem głośno ślinę i zerwałem do wyjścia. Drzwi z sykiem otworzyły się wypuszczając mnie na tak samo zniszczony i zaniedbany korytarz. Poszukałem symboli oznaczających toaletę i zgodnie z nimi udałem się ku końcowi wagonu. Po kilku krokach dotarłem pod wąskie drzwi i szarpnąłem gwałtownie za klasyczną klamkę.
    Zamknięte. Cholera i co teraz?
    Miałem coraz więcej śliny w ustach, a każde jej przełknięcie było jak przyśpieszanie swojego własnego wyroku. Pociąg zatrzymał się i drzwi wyjściowe stanęły przede mną otworem, więc niewiele myśląc, i najszybciej jak się dało wyskoczyłem na peron. Buty odbiły się od jego betonowej powierzchni stukiem. Kilka metrów szybkiego, nerwowego marszu po deszczu i znalazłem się w poczekalni. Szybki rzut okiem po wnętrzu. Drzwi na lewo, wszedłem do toalety i od razu skierowałem się do wolnej kabiny. Padłem na kolana.
    Pierwszy żołądkowy wyrzut rozbryznął się o muszlę, brudząc jej krawędzie, deskę i odbijając się od niej wypadł na poszarzałem kafelki stanowiące podłogę. Drugi był już o wiele bardziej celniejszy i wpadł prosto w wodę stojącą na dnie sedesu. Odbiło mi się soczyście.
    Co za ulga.
    Wyplułem jeszcze kilka razy z ust mieszankę śliny i rzygowin. Posmak kwasu żołądkowego zdominował moje kubki smakowe, ale rosnące uczucie kaca i odwodnienia z nim związanego oderwało moją uwagę od tego. Podniosłem się z kolan i zauważyłem, że brązowy, wykonany z wełny długi płaszcz, który miałem na sobie również oberwał rozbryzgiem. Poprawiłem go nieznacznie i z myślą obmycia go oraz twarzy w umywalce wyszedłem z kabiny.
    Całkiem mocny cios metalowego przedmiotu spadł na moją i tak obolałą i pulsującą czaszkę, a towarzyszył mu głuchy zgrzyt. Zatoczyłem się lekko i odruchowo chwyciłem w uderzone miejsce. Drugą ręką oparłem się o kolano. Domyśliłem się, że mam kłopoty. W pośpiechu sięgnąłem do broni w skórzanej kaburze podwieszonej pod pachą, ale nic tam nie znalazłem. Nie było jej tam. Co do…
    – Tego szukasz, Miner?
    Moje imię. Tak się nazywam.
    Podniosłem wzrok. Stojąca naprzeciwko mnie kobieta z mechaniczną ręką z pociągu, trzymająca w niej wycelowaną we mnie moją własną Omegę. Prawdopodobnie zabrała mi ją, gdy przysnąłem. Gratulacje, Harrison. Teraz znalazłeś się w małym potrzasku.
    Wyprostowałem się ze skrzywieniem na twarzy.
    – Zabolało co? – zapytała z uśmieszkiem na twarzy. Podeszła bliżej przytykając lufę do mojego czoła i lekko trąciła. – Teraz mamy okazję by pogadać w cztery oczy.
    – Może najpierw jakaś kawa albo drink?
    Westchnęła.
    – Nie mam zbyt dużo czasu, a ty masz go jeszcze mniej…
    Przestałem zwracać uwagę na to co mówiła i skupiłem się na opracowaniu jakiegokolwiek planu wyjścia z tej sytuacji. Będąc na kacu, uderzonym i zaraz po rzyganiu nie było to najłatwiejsze zadanie. Najgorsze w tym wszystkim było to, by naprowadzić myśli na właściwy tor. Zebrałem się w sobie i udając, że ocieram oczy rozejrzałem się. Pusta łazienka kolejowej poczekalni. Trzy kabiny, tyle samo umywalek po przeciwnej stronie, a nad nimi długie, rozciągające się po całej szerokości ściany lustro. W nim nasze odbicie. Ja stojący naprzeciwko niej, a pomiędzy nami nieodbezpieczona Omega. Tak, NIEODBEZPIECZONA. W normalnych okolicznościach, nawet bez kaca nie miałbym szans w starciu z jej mechanicznym ramieniem. Widziałem już takie zabawki w akcji i zazwyczaj mechaniczne kończyny były tak szybkie, że nie było nawet mowy o próbie rozbrojenia lub uniku. Ale teraz, gdy wiedziałem, że naciśnięcie spustu nic jej nie da…
    Uskok w lewo.
    Pociągnęła za spust i nic się nie stało jedynie poza charakterystycznym kliknięciem, które wydaje z siebie broń za każdym razem gdy ktoś próbuje z niej strzelać przy włączonym zabezpieczeniu. Lewą dłonią chwyciłem jej zimny nadgarstek, a prawą wyprowadziłem podbródkowy, który był na tyle silny, by jej błędnik oszalał. Usłyszałem jak zęby kobiety uderzają o siebie przy spotkaniu z moją pięścią i korzystając z przewagi wyrwałem pistolet z jej ręki. Było to o dziwo całkiem proste. Wycelowałem, odbezpieczyłem szybkim ruchem kciuka i czekałem.
    – To co mówiłaś? – zapytałem ironicznym tonem. Spojrzała na mnie z pogardą.
    W żadnym scenariuszu, który przewałkowałem na szybko w głowie nie spodziewałem się tego, że ruszy na mnie pełną szarżą. Odepchnęła się od podłogi i wyskoczyła na mnie z pełną prędkością. Broń była już wycelowana i gotowa.
    Bam.
    Wystrzał echem odbił się od zielonkawych ścian. Głowa zapulsowała mocniej. Kula przebiła jej ciało i utknęła w ścianie po prawej stronie drzwi, ona natomiast z dziurą w piersi padła bezwładnie metr ode mnie twarzą w dół. Jeden celny strzał zrobił z niej nieboszczyka. A dopiero co próbowała wydusić ze mnie informacje o… No właśnie o czym? Czego ona mogła chcieć? Kim była? I co to za miejsce? W dalszym ciągu nie wiedziałem nic o tym co tutaj robię, a pytań ciągle narastało.
    Nie teraz. To nie czas na szukanie odpowiedzi.
    Zgodnie z tym co przewidziałem, nie była sama. Koleś jadący z nami w przedziale był jej wspólnikiem i właśnie przetoczył swoje cielsko przez drzwi do łazienki. Był w lekkim szoku gdy zobaczył trupa swojej koleżanki i mnie stojącego nad nią. Wycelowałem w niego. Obserwowałem uważnie każdy jego ruch, nawet najmniejsze napięcie mięśni twarzy, każdy drgnięcie palca. Pot zaczął pojawiać się na jego czole. Zrobił się czerwony. Lekko poruszyła się jego prawa dłoń. Dobrze wiedziałem co chce zrobić.
    – Nie radzę.
    Nie posłuchał.
    Szarpnął za marynarkę próbując złapać swój pistolet. Kolejny strzał rozdarł wnętrze, echem docierając do moich bębenków usznych, kując je swoją mocą. Koleś padł obok swojej towarzyszki, a ja po raz kolejny złapałem się za pulsującą głowę. Odchyliłem wełniany płaszcz i schowałem Omegę do kabury po pachą. Odwróciłem się w stronę umywalki. Odkręciłem kran i obmyłem twarz dwoma szybkimi chluśnięciami wody. Wyczyściłem także płaszcz z wymiocin i zanim go zakręciłem zaczerpnąłem jeszcze trzy duże łyki. Czas się zabrać do roboty.
    Chwyciłem najpierw jego i przeciągnąłem do końcowej kabiny. Przeszukałem kieszenie, wyjąłem portfel i położyłem na plastodrewnianym blacie obok. Martwą kobietę również obmacałem i wyjąwszy z niej niewielką saszetkę z dokumentami ułożyłem na nim, starając się by jej nogi nie były zbyt łatwo widoczne od spodu. Gdy udało mi się upchnąć ich ciała w dziwnym objęciu na muszli klozetowej, zatrzasnąłem kabinę tak, by nie otworzyła się zbyt łatwo przy pierwszym lepszym pchnięciu. Chwyciłem za odebrane im fanty i wyszedłem w poszukiwaniu jakiegokolwiek spokojniejszego miejsca.
    W poczekalni oprócz ławek nie było nic, dlatego od razu skierowałem się na zewnątrz. Pociąg już dawno odjechał i doszczętnie opustoszała teraz stacja mogła być dla mnie całkiem dobrym miejscem na przeczekanie burzy, która była silniejsza z każdą mijającą minutą. Błyskawice oślepiały swoim rozmachem, a grzmoty następujące krótko po nich wierciły dziury w mojej skacowanej głowie.
    Ach, ten pieprzony kac! Muszę się go pozbyć!
    Właściwie to mógłbym tu zostać do rana gdyby nie trupy, które przed momentem poupychałem po kabinie. Na szczęście stacja nie była wyposażona w kamery monitoringu czy systemy wykrywania broni. W innym wypadku już miałbym lokalną policję na głowie. Szybki rzut okiem zalanej rzęsistym deszczem okolicy. Czysto, można ruszać dalej, z tym, że sam nie wiedziałem dokąd chciałbym pójść. Ulicą w lewo? Nie byłem przekonany co do tego kierunku. Widziałem tamten fragment miasta przez okno w pociągu i nie czekało mnie tam nic poza zrujnowanymi budynkami mieszkalnymi i niedziałającymi, jak przypuszczałem, fabrykami. Za następny punkt wycieczki obrałem przeciwny kierunek i zacząłem iść ulicą w dół, a schodząc z peronu postawiłem kołnierz płaszcza, by choć trochę ochronić się przed silnym wiatrem i spadającymi na moją głowę oraz kark kroplami deszczu. Po przejściu pięciuset metrów wyszedłem zza rogu budynku i dostrzegłem neonowe światła jakiegoś niewielkiego, zapuszczonego lokalu. Kontrastowały na tle szarego, ponuro wyglądającego osiedla potężnych blokowisk. Molochu, który odstraszał już samym ogromem i wyglądem. Nie wiedziałem co to za miejsce, ani jak się tu znalazłem. Ale zanim mogłem odpowiedzieć sobie na te pytania, musiałem wygrać najpierw walkę z dręczącym mnie bólem głowy.
    Wewnątrz było podobnie ponuro jak na dworze, ale przynajmniej ciepło i sucho. Słabe, żarówkowe oświetlenie, obdrapane, małe stoliki pokryte staromodnymi ceratami, podłoga wyłożona dużymi, pociemniałymi od chodzenia kafelkami, które kiedyś, jakieś trzydzieści lat temu były białe i obite neonowymi jarzeniówkami okna. Kilku siedzących na sali klientów wyglądało na robotników lokalnych fabryk i zmierzyli mnie wzrokiem, gdy wchodziłem przez drzwi frontowe. Nie wyglądałem jak oni. Nawet ich nie przypominałem. Po sekundzie wrócili do swoich zajęć. Minąłem bar umiejscowiony pośrodku lokalu i znalazłem najbardziej zacienione miejsce. Opadłem na skórzaną, wysłużoną kanapę i wyciągnąłem z kieszeni płaszcza fanty zabrane napastnikom ze stacji kolejowej. W portfelu znalazłem pieniądze w ogólnej walucie Sojuszu Ziemskiego, która honorowana była wszędzie, bez jakiegokolwiek wyjątku. Znalazłem tam jeszcze lekko wysunięte ze swojego miejsca potwierdzenie tożsamości w postaci karty. Facet nazywał się Flowers. Był detektywem i zgodnie z tym jakie logo widniało na przodzie karty należał do policji Tritown. Na dokumencie jego towarzyszki z mechanicznym ramieniem było wydrukowane imię Creese, a w rogu karty znalazłem to samo oznaczenie – policji w Tritown. Nie było najmniejszych wątpliwości, że były to podróbki.
    Usłyszałem nad swoją głową głos. Stojący nad moją głową z dzbankiem kawy barman mówił coś w niezrozumiałym języku. Instynktownie odpowiedziałem mu obojętnym ruchem ramion.
    – Pan nie tutejszy? – zapytał w końcu w ziemskim, z wyraźnym, wschodnim akcentem. – Coś podać?
    – Coś na… – Potarłem oczy i ułożyłem splecione dłonie na karku.
    – Ciężka noc, prawda? – przerwał mi. – Mam coś w swoim menu specjalnie na takie ciężkie noce. Zaraz coś wykombinuję. – Barman zaczął odwracać się.
    – Proszę zostawić. – Chwyciłem za szklany dzbanek pełen czarnej kawy.
    Mężczyzna rozluźnił chwyt i oddał mi naczynie. Odszedł. Ja za to nie omieszkałem zaczerpnąć kilka łyków wprost ze dzbanka. Smakowała paskudnie, dokładnie tak samo jak ta serwowana z potężnych kontenerów na linii frontu, a po raz ostatni smakowałem takiej kawy podczas walk o Evercity.
    Po kilku minutach stanęła przede mną całkiem spora misa zupy. Barman doniósł także sztućce oraz kubek na kawę. Aromat ostrych przypraw, którymi doprawiony był ciemny płyn unosił się wraz z gorącą parą. Ślinka pociekła mi na sam zapach. Zanim chwyciłem za łyżkę dałem barmanowi banknot o nominale stu dolarów. Wytrzeszczył oczy.
    – Proszę zatrzymać resztę. Mogę prosić o przysługę? – powiedziałem.
    – Co mógłbym dla pana zrobić? – zapytał wkładając zgięty banknot do kieszeni białego fartucha na piersi.
    – Co to za miejsce? Chodzi mi o miasto. – Chwyciłem dzbanek i nalałem sobie kawy do pełna. Barman uważnie obserwował moje ruchy.
    – Fabijoniškės II. Największe osiedle w aglomeracji wileńskiej.
    Aglomeracja wileńska? Wilno. Ziemia. Co do kurwy robię na Ziemi? Jak się tu znalazłem? I dlaczego ludzie podający się za detektywów pracujących dla policji w Tritown na Limei ścigają mnie kilka lat świetlnych od ich terenu działania?
    CO SIĘ STAŁO?
    Pamiętam, że ostatni raz byłem… no właśnie, gdzie? Wytężyłem ostatnie szare komórki i przypomniałem sobie o Robbie Drevinskim. Staliśmy pod daszkiem, na zewnątrz jakiegoś lokalu, ale nie mogłem potwierdzić gdzie konkretnie i kiedy to było oraz co tam robiłem.
    Spojrzałem ponownie na barmana.
    – Jeszcze jedno. Proszę zadbać by nikt mi nie przeszkadzał.
    Wyłożyłem na ladę kolejny studolarowy papierek i przesunąłem go w jego stronę. Chwycił i włożył tam gdzie schował poprzedni. Z zadowoleniem na twarzy wrócił do swoich obowiązków. Ja postanowiłem przegnać moje złe samopoczucie raz na zawsze
    pokaż całość

  •  

    Mirki i Mirabelki. Odkryłem w sobie nową pasję i zacząłem pisać. Zainspirowany twórczością znanych autorów sci-fi/cyberpunka i dziełami filmowymi zacząłem przelewać na papier (a raczej ekran komputera) to co wymyśliłem. Chciałbym wam teraz zaprezentować i poddać ocenie.

    ROZDZIAŁ 1.

    Tritown na Limei.
    Patrząc na to obskurne miasto miało się wrażenie jakby w ogóle nie dotknęła go wojna, a to tylko dlatego, że już przed nią wyglądało jak gówno.
    Jebany syf.
    Delektując się ciepłym wiatrem, który smagał moją dopiero co ogoloną do zera głowę zastanawiałem się nad swoim natężającym się euforycznym nastrojem. Specyfiki, które kilka minut temu wbiłem w swoje ciało przez płuca zaczynały działać.
    Oj, zdecydowanie tak.
    Stare, zdezelowane auta z bandami młodocianych podjeżdżały pod lokal znajdujący się w piwnicy budynku przed którym właśnie samotnie stałem. Wszyscy prawie identyczni, nie wyróżniali się niczym konkretnym i nawet ciężko ich było od siebie odróżnić, bo każdy z nich wyglądał jak nieletni pseudogangster albo pomniejszy chuligan. Niekończąca się, mająca tutaj swoje miejsce od zawsze lokalna wojna gangów obróciła miasto w totalną ruinę. Potłuczone okna, dziury po pociskach w ścianach i brud na ulicach definiowały wygląd całego miasta. Jedynie centrum wyglądało względnie dobrze, a i tak odbiegało od standardów narzuconych przez inne miejscowości, gdzie funkcjonująca normalnie policja i administracja robiły to, co do nich zwykle należało.
    Kilkanaście metrów dalej, w grupce kilku kolejnych osób podchodzących pod lokal spięcia pomiędzy dwoma samcami alfa przerodziły się w przepychanki. Pierwszy cios, który padł dwie sekundy później zainteresował ochroną. Zainterweniowali, a ja zdecydowałem się oddalić od tego miejsca. Nie potrzebowałem kłopotów.
    Odbiłem się od ściany i przeszedłem trochę dalej. Oparłem się o zimną barierkę oddzielającą chodnik od szerokiej jezdni, a moją uwagę przykuły walające się pod nogami przechodniów strzykawki. Już zacząłem sobie wyobrażać klasyczny sposób szprycowanie się wprost w żyłę, gdy nagle zrobiły się one czerwone, a potem niebieskie. Falowały w fiolecie. Co do cholery?
    Ach tak. Narkotyki.
    To moje strzykawki? NIE! Przecież też brałeś, Harrison! Ale kiedy? Tam na dole? Może. Któż to wie. Też nie wiedziałem co brałem. I z kim. Cholera! Co z moją pamięcią? Pamięć? To chyba w mózgu…
    Dziwne pytania i jeszcze dziwniejsze odpowiedzi pływały po mojej głowie w tę i we w tę, gdy z zejścia do piwnicy wyłonił się Robb Drevinsky z nietęgą, pobladłą miną. Miał na sobie okulary z przyciemnionymi szkłami, by nie zdradzić swojej charakterystycznej cechy.
    – Miałeś czekać przy stoliku. – Wyrzut w jego słowach był połączony ze złością.
    – Było mi zimno.
    – Wyszedłeś na zewnątrz bo było ci zimno, tak?
    – Tak. – Uśmiechnąłem się.
    Uśmieszek przerodził się w ułamku sekundy w niepohamowany śmiech. Rżałem na całe gardło i nie mogąc tego opanować zgiąłem się w pół.
    Po chwili Robb zmęczony moim zachowaniem chwycił mnie za kark i gwałtownie pociągnął do góry bym się wyprostował. Chcąc zrobić mu na złość stanąłem na baczność jak rozkaz dowódcy.
    – Nie dość, że się urżnąłeś w prawie trupa, to jeszcze się naćpałeś. Zapomniałeś, że jesteśmy w pracy?
    – Przecież sam mi kazałeś, panie generale! – Zrobiłem zamyśloną, pełną powagi minę. Robb lekko poklepał mnie po twarzy. – No co?
    – Miałeś być towarzyski. Obudź się, weź dwa głębokie wdechy i schodzimy tam dokończyć robotę. Musimy mieć dzisiaj te informacje, rozumiesz? – zapytał retorycznie.
    – Ta, nic więcej nie mów. Sam się tym zajmę, a ty idź posmęcić komuś innemu.
    – Kurwa, stary. – Widziałem jak zaciska pięść. – Idziemy tam i robimy swoje. Siedź cicho i nie zrób niczego głupiego. Ja załatwię resztę.
    Potrząsnąłem głową gwałtownie na lewo i prawo w celu przebicia się tych racjonalnych, trzeźwych myśli. Może w pewnym stopniu się udało, bo przebłyski normalności podpowiedziały mi co powinienem zrobić.
    – Masz rację. Prowadź – powiedziałem i poczułem jak drętwieją mi palce u prawej dłoni.
    Robb postał jeszcze kilka sekund przede mną bez słowa. Obrócił się na pięcie i skierował w stronę zejścia do piwnicy, po drodze przebijając się przez niewielki tłum widzianych przeze mnie wcześniej nastolatków rozdzielanych przez pracowników dyskoteki. Wyglądało na to, że inni też próbowali włączyć się do bójki.
    Na dole przeszliśmy przez parkiet gdzie głośne gitarowe, ciężkie brzmienia połączone z elektronicznymi, nowoczesnymi dźwiękami wprawiały całe towarzystwo w dziki taniec. Naćpany tak samo jak ja niewielki tłum umiał się bawić. Wili się w tańcu, dobierali w pary, trójki i obmacywali podnieceni narkotykami i kusymi strojami płci przeciwnej. Dłuższą chwilę mijaliśmy ludzi znajdujących uciechę w wygibasach się na środku sali tanecznej i gdy w końcu udało się nam przez nich przebić, Robb poprowadził mnie do najbardziej oddalonej loży. Obszerne, skórzane sofy układały się łukiem w półokrąg, a pośrodku stał stolik o eliptycznej formie. Cztery miejsca były już co prawda zajęte przez faceta wyglądającego jak lokalny, trochę podstarzały gangster z irokezem na głowie i jego, jak przypuszczałem, ochroniarza oraz dwie młode dziewczyny, których z powodzeniem mógłbym poszukać w tygodniku dla panów. Irokez, tak go zapamiętam. I stolik.
    Stolik. Czy to nie tutaj miałem czekać na Robba? Ale wyszedłem. Bo było mi kurewsko zimno.
    Stolik…
    – Nie stój tak tylko siadaj! – wrzasnął Robb.
    Bez spojrzenia na niego zdałem sobie sprawę, że sterczałem jak słup zawieszony w zamyśleniu na temat stolika. Narkotyki weszły zbyt mocno i czułem, że nie jest ze mną zbyt dobrze. Rozkojarzenie, zaburzona orientacja i dziwne myśli. W razie jakiejś draki, w takim stanie poległbym jako pierwszy. Ale co oznacza śmierć? To pewnie tylko reset do ustawień fabrycznych, nic więcej. Nie boję się śmierci. Tak jak stolika!
    HARRISON, WEŹ SIĘ W GARŚĆ!
    Opadłem na sofę w okolicach przepięknych dziewczyn. Robb siedział na drugim krańcu siedziska i wymieniał dyskretnie zdania z gangsterami. Pochyliłem się ponad blatem stołu i przysłuchałem ich rozmowie. Gangster i jego kompan wyglądali nieco nerwowo. Coś gestykulowali.
    – Wiesz dla kogo pracujemy. I wiesz jak się to może skończyć w dłuższej perspektywie. Tylko i wyłącznie na prośbę twoich szefów armia Sojuszu Ziemskiego jeszcze nie weszła do miasta – powiedział Robb spokojnym tonem.
    Irokez pogładził się po fryzurze, a światła dobiegające z głośnego parkietu odbijały się od jego kolczyków w uszach i brwiach.
    – Przecież wam pomagamy. Sprzedajemy wam informacje o lokalizacjach rebelianckich kryjówek w mieście. Zrozum mnie, chciałbym ci pomóc, ale nie mogę – odparł.
    – Ależ możesz, tylko musisz chcieć. Po prostu powiedz mi gdzie mamy szukać człowieka, który ich przewiózł. Tyle wystarczy, resztę ogarniemy sami.
    – Kurwa, nie wiem. Narażam się.
    – Rozumiem cię w pełni, ale musimy to wiedzieć. Inaczej…
    – Chcesz zapomnieć o smutkach, kotku? – zagadała mnie jedna z dziewczyn.
    Obróciłem głowię w jej stronę. Trzymała wyciągnięty w moją stronę palec zakończony długim, czerwonym paznokciem. Na jego końcu dostrzegłem mieniący się, niebieskawy proszek.
    Co mi tam, niech Robb załatwia resztę!
    Oddaliłem się od rozmawiającego towarzystwa i pozwoliłem jej przytknąć palec do mojego nosa. Wciągnąłem specyfik głośno, ciągając po tym jeszcze kilka razy nosem, zwanym inaczej narzędziem uciechy. Jakie to było dobre. Palec, paznokieć, proszek. Wszystko na „P”. I dziewczyna. Nie, to nie nadaje. A może „prostytutka”? Pasowało pewnie do niej bardziej niż „porządna”.
    O kurwa, jakie to jest dobre!
    Adrenalina, a za chwilę zmęczenie i ospałość. Drink. Jeden, drugi i trzeci. Trzy szoty tak samo szybkie i mocne. I kolejna dziewczyna. Piękna jak ta, którą kiedyś miałem. Młoda, wyglądająca jak z okładki magazynu modowego. Mareena. Kiedyś była moja…
    – Co jest? Posmutniałeś strasznie! – powiedziała kobieta w dość infantylnym tonie, by mnie to lekko zauroczyło. – Chcesz jeszcze?
    Podniosła z klejącego się od rozlanego alkoholu stolika foliową saszetkę z kolejną porcją proszku. Chwyciła mnie za dłoń i posypała na nadgarstek, a potem wciągnęła wszystko za jednym razem. Wysypała po raz kolejny i zawołała koleżankę ,która wypinając się, wyciągnęła ciało przez jej kolana i także zażyła narkotyk. Chwyciła potem dozer elektroniczny i poraziła się w szyję. Obydwie zachichotały.
    Dozer…
    Elektryczny…
    – Teraz ty! – Przekrzykując się przez muzykę sypnęła sobie na palec z wytatuowanym słowem „FUN”.
    Przytknęła mi go ponownie pod nos. Wciągnąłem.
    I kolejny szot. A może dwa? Nie pamiętam, do cholery!
    Umieram.
    Gdzie ja jestem? Chcę jeszcze! Prąd. Wspomnienia z obozu jenieckiego i siedzący obok mnie Jonathan…
    – Graystone! Co ty tu robisz? Przecież nie żyjesz?
    Powiedziałem to na głos? Nie…
    A może tak? Sam nie wiem.
    – Jak się bawisz kotku? – Usłyszałem głos jednej z dziewczyn po mojej lewej. Graystone po mojej prawej zniknął. Robb dalej nawijał coś z Irokezem i jego kumplem Stolikiem.
    – Wspaniale – odparłem w błogim stanie i rozłożyłem się na kanapie. Sufit nieprzewidywanie wirował we wszystkie strony

    Czekam na wasze komentarze!

    #opowiadanie #ksiazki #ksiazka #powiesc #pisanie #scifi #cyberpunk #tworczoscwlasna
    pokaż całość

    •  

      @westsider:

      Patrząc na to obskurne miasto miało się wrażenie jakby w ogóle nie dotknęła go wojna (...) Potłuczone okna, dziury po pociskach w ścianach i brud na ulicach definiowały wygląd całego miasta.

      Kurde,.... chcesz u czytelnika na wstepie wywolac jakis dysonans poznawczy?

      +: Del
    •  

      @kavel: Patrząc na to obskurne miasto miało się wrażenie jakby w ogóle nie dotknęła go wojna,** a to tylko dlatego, że już przed nią wyglądało jak gówno**.

      Dzięki za uwagę to może być mylące, ale chciałem przekazać czytelnikowi, że miejsce to nie musiało doświadczyć wojny by wyglądać jak po niej.

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    - Jestem trochę staromodna. - powiedziała cicho opuszczając przy tym wzrok.
    Z doświadczenie wiem, że słysząc taki wstęp raczej mogę zapomnieć o głębokich gardłach i głębokich analach. Te przedziwne deklaracje składane przez kobiety tuż przed pierwszą konsumpcją zawsze działały na mnie deprymująco. Chwilę temu otwarta na propozycje jak Biedronka w niedzielę handlową nagle postawiła miedzy nami granice jakbyśmy, wyszli ze zmysłowej strefy schengen. Z każda sekundą ciszy mur miedzy nami rósł jak za Gierka. Błyskawicznie, choć od początku miałem wrażenie, że opiera się na wątpliwych fundamentach. A sama deklaracja sprawiała wrażenie wątpliwej jak Brexit o którym wszyscy trąbią.
    Staliśmy tak przez chwilę a ja wiedziałem że walczę z czasem. Kiedy chciałem zapytać co ma na myśli wyciągnęła spod pachy naładowanego Winchestera Model 1894 i bez namysły i celowania strzeliła w sarnę, która wykrwawiała się tuż koło mnie.
    To są właśnie te chwile w życiu kiedy czujesz wszystkimi zmysłami na raz, coś jakbyś wcierał czosnek w pięty by poczuć jego smak w ustach.
    Sarna przestała walczyć, jakby pogodziła się z faktem, że to już koniec. Nie wiem co działo się w jej mózgu, czy adrenalina prawiła, że przestała czuć ból? Wiem co działo się w mojej głowie - cisza, absolutna flauta, jebana strefa Zen. Dopiero po chwili zorientowałem się, że moje sztyblety są całe zachlapane krwią.
    Jak w ogóle się tu znaleźliśmy? Co się tu do cholery dzieje? Zaczął do mnie wracać głos rozsądku, powoli, jak krew która spływając krzepła mi na butach.
    - Sfotografuj mnie jak każdą ze swoich modelek - powiedziała stanowczo.
    - Przecież tu nie ma żadnego pola, jesteśmy w lesie - odparłem bez namysłu.
    Posmutniała, uklękła patrząc na sarnę która w ciszy konała tuz przed nią - szybko chodź tu! - Krzyknęła.
    Niechętnie ale przystałem na propozycję.
    - Sztachnij się. - wyszeptała pokazując palcem na dziurę miedzy żebrami zwierzęcia. - ona umiera - dodała.
    - Chyba Cię pojebało! - powiedziałem z obrzydzeniem.
    - Ona umiera, zabierz jej ostatni oddech, wtedy jej dusza będzie żyła w tobie. - wyszeptała coraz ciszej.
    - Jak? Co? To jakiś obłęd - pomyślałem.
    Zdecydowanym ruchem przytknęła moją twarz do wlotu dziury po pocisku - sztachnij się! - dodała.
    Zaciągnąłem się powietrzem bezpośrednio z płuca zdychającej sarny, czułem jak moje usta napełniają się krwią. Powietrze miało metaliczny smak, trochę zwęglony jak kotlety mojej eks. Złapałem duży haust, przytrzymując go w płucach. Oblizałem czerwone od krwi usta. Poczułem jakbym umierał ale tez rodził sie na nowo. Jakby wszystko co było i co będzie łączyło się w całość. Byłem wszystkim i niczym, całością i niczym jednocześnie. Coś czego nie da się opisać słowami. Coś jak candyflipping po LSD i MDMA. Uwolniłem ze swoich płuc ten dar, sarna leżała już bez ruchu i życia.
    Ona wiedziała co się dzieje ze mną, Jej oczy zrobiły się wyraźne, wzrok ostrzejszy ale była odrobina pobłażliwości w tym spojrzeniu. - Przyzwyczaisz się - rzekła uśmiechając się pod nosem - zawsze tak jest ale pierwszy raz jest najdziwniejszy.
    I faktycznie był. Tysiące myśli krążyło w mojej głowie jak owsiki w odbycie bezdomnego beja, którego widziałem dziś w autobusie. Tyle że w przeciwieństwie do niego nie mogłem podrapać się tam gdzie mnie swędziało bo przeszkadzała mi w tym czaszka.
    Sprawnym ruchem wyjęła z kieszeni nóż, który kształtem przypominał te robione przez gościa ze strony gdzie za zdjęcie kosmity można osiwieć. Znaczy zmienić kolor, kurwa, dostać bana. Jednym cięciem, prowadzącym od szyi, przez brzuch aż po odbyt otworzyła sarnę jakby chciała rozsunąć i zdjąć z niej płaszcz. Podcinając tkankę tłuszczu sprawnymi ruchami pozbawiła zwierze całej skóry, Rzuciła ją obok, jak koc, by dalej rozbierać kawałek po kawałku mięśnia. Patrzyłem z boku jak ona bez zastanowienia nacinała chrząstki i ścięgna. Łamiąc i wycinając partia po partii, kawałek po kawałku coś co przed chwilą wesoło hasało po lesie.
    Kiedy skończyła była cała we krwi a ja poczułem mrowienie w samym czubku żołędzia. Byłem twardy i gotowy a ona mokra i spocona. Zrozumieliśmy się bez słów, tym samym nożem, którym oprawiała sarnę, zaczęła pozbawiać mnie i siebie ubrań. Wszystko co syntetyczne leżało daleko od nas, poliestry, akryle i nylony. Teraz byliśmy tylko my, skóra przy skórze, nadzy w środku lasu, leżąc na skórze sarny z której zrobiliśmy koc. Brudni od krwi. Odwróciła się ode mnie klęcząc, pochyliła się i podparła się na dłoniach - lubieżnie odwracając wzrok powiedziała: pokryj mnie. Bez zastanowienia zacząłem z niej jeść jak ze szwedzkiego stołu, czułem jak jej soki mieszą się z krwią którą miałem na ustach i zaczynają kapać mi po brodzie, początkowo oddychała coraz głośniej, po chwili stękała by za chwilę jęczeć z rozkoszy.
    Czułem się jak król, bo czy to przypadkiem natura tak nie skonstruowała tego świata że najlepszymi myśliwymi są samice? Była jak lwica, a ja byłem dziś jej panem. Wszedłem w nią szybko i zdecydowanie, zębami chwyciłem jej skórę na karku i mocno zacisnąłem szczękę jakby w obawie, że może mi uciec. Wbijała swoje pazury w sarnią szczecinę, gdy kończyliśmy z rozkoszy wbiła swoje zęby w surowy comber, który leżał tuż koło niej. Eksplozja, krzyk, padliśmy na siebie wycieńczani. Z każdą chwilą wracając ze szczytu przy którym K2 to niepozorny pagórek. Gdy w końcu tętno i oddech się uspokoiło, zrzuciła mnie z siebie, kompletnie naga bez ubrań i wstydu podeszła do niewielkiego, naturalnego zagłębienia w ziemi. Spośród mchu i patyków wyciągnęła jelita i zaczęła coś z nich tworzyć, jak sprzedawca balonów na odpuście. Chwilę jej to zajęło ale było warto, kał który wypełniał jelita okazał się cudownie plastyczny. Podeszła do mnie i wręczyła mi psa skręconego z sarnich jelit. Był wspaniały, w środku jeszcze bomblował dzięki bakteriom i całej florze jelitowej. Jakby żył choć był całkiem martwy. Wróciliśmy pieszo, nadzy trzymając się za ręce, pełni wrażeń i doznań, no i jeszcze ten pies z jelit.
    Nigdy nie spotykajcie się z kobietami z wykopu, które polują na dzikie zwierzęta, to zmieni wasze życie na zawsze. Tak jak moje nigdy nie będzie już jak kiedyś.

    #polowanie #myslistwo #bron #natura #pisanie #lowiectwo #las #opowiadanie #gownowpis #seks #fetysz #rozowepaski #niebieskiepaski #krew #tldr #narkotykizawszespoko #wykop
    pokaż całość

    +: HansVonGrooBer, k........8 +5 innych
  •  

    Mówi się, że nie można zdać prawa jazdy mając znajomości. Kiedyś tak można było, bo dało się flaszke i egzaminator zadowolony, a teraz kamery. Jak będzie 28 plusów to opowiem wam jak zdałem prawko dzięki znajomemu w WORD xD
    #historia #opowiadanie #zebroplusy

  •  

    Dzisiaj nietypowy odcinek #codziennymlodytechnik , bo chciałem wrzucić opowiadanie, ale było tak obszerne, że zajmowało aż dwa numery, więc będzie odcinek z połączonych dwóch numerów. Jest to opowiadanie "Włókno Claperiusa" Konrada Fiałkowskiego, uznanego twórcy sci-fi. Całość ma 19 stron i wrzucam to także w zmniejszonej wersji. Miłego czytania!

    #codziennymlodytechnik 46/100
    Młody Technik 9/1968 oraz Młody Technik 10/1968 - Konrad Fiałkowski - "Włókno Claperiusa"

    #ciekawostki #opowiadanie #fantastyka #kultura #ksiazki #scifi #konradfialkowski #gruparatowaniapoziomu #skany #czasopisma #mlodytechnik
    pokaż całość

    źródło: mt1968-910.jpg

  •  

    Witam w ten pochmurny poranek. Dziś w #codziennymlodytechnik opowiadanie s-f. Bardzo fajne, trochę mi się skojarzyło z filmem Moon, ale nie spoileruję dalej ;)

    #codziennymlodytechnik 33/100
    Młody Technik 9/1966 - Witold Zegalski - "Stan zagrożenia"

    #fantastyka #sf #sciencefiction #opowiadanie #skany #mlodytechnik #gruparatowaniapoziomu #witoldzegalski #stanzagrozenia pokaż całość

    źródło: mt1966-9.jpg

  •  

    Wczoraj była niedziela i nie było odcinka tagu #codziennymlodytechnik ( ͡° ʖ̯ ͡°), ale dziś już jest.
    Zgodnie z wolą usera @kartofel, dziś opowiadanie i od razu z grubej rury.
    Przed państwem zwycięzca I nagrody w konkurencji krajowej na opowiadanie s-f - Andrzej Czechowski i jego 10-stronicowy "Człekokształtny". Enjoy!

    #codziennymlodytechnik 26/100
    Młody Technik 9/1962 - Andrzej Czechowski - "Człekokształtny"

    #fantastyka #opowiadanie #kultura #scifi #mlodytechnik #skany #czasopisma #andrzejczechowski, trochę #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: mt1962-9.jpg

  •  

    Pokotem

    — Kurwa — mruknął Wiesiu Widlarz.

    Była to myśl, która samoistnie wpłynęła z jego ust, wyciśnięta przez martwe otoczenie. Trupia mgła pochłonęła słowa mrocznym łonem.

       Dzierżył w ręku kosę. Sylwetka przygarbionego żniwiarza. Być może nawet ponurego. Zależało od chwili. Jednym spojrzeniem nie dało się ogarnąć jego osoby. Starszy, siwy mężczyzna o pustym spojrzeniu, oczy przepadły w odmętach wieczności. Nie miały teraz koloru. Stara podarta koszula w kratę powiewała dawniej na wietrze, kiedy ten jeszcze istniał. Spodnie idealnie pasowały do suchej ziemi, na której siadał, żeby odpocząć od pracy w polu. Tak prezentowało się pierwsze wrażenie i to co chciałoby się ujrzeć. Następnie można było spróbować zagłębić się w jego prawdziwe oblicze.

    — Rusz się zachlany padalcu - warkną kosiarz do Zenona, szturchając go gumiakiem. – przed nami w chuj roboty!
    — Już nie mogę — Zenek jęknął beznamiętnie.

       Zenon utracił kontakt z rzeczywistością już za życia, nawet nie spostrzegł, że przeminęło. Dni upływały mu na topieniu świadomości w wódce i spirytusie. Nie pamiętał nawet dlaczego pił. Pewnego razu zasnął twarzą do ziemi gdzieś w rynsztoku. Nie wymiotował wtedy zbyt intensywnie i był w okolicy stanu podobnego do trzeźwości, ale zabiła go niestrawiona kiełbaska w tchawicy.

       Obudził się na bagnie, które sprawiało wrażenie zatrzymanego w czasie i wyrwanego siłą z przestrzeni życia. Strzepnął z kołnierza i brzucha intrygujące kawałki mięsa. Musiał też wysmarkać w rękaw resztkę jedzenia z nosa. I zaczął się rozglądać, po wykonaniu tych czynności pierwszej potrzeby. Nie wiedział czy widzi mgłę, czy to tylko trefny alkohol zeszłej (prawdopodobnie) nocy odebrał mu wzrok. W oddali dostrzegał cienie drzew, które straszyły długimi suchymi konarami bez liści. Nigdy nie spotkał lasu, który zamarł w takim bezruchu. Zaczął się zastanawiać nad porą dnia, nie było słońca, ani księżyca- na myśl przyszedł mu zmierzch. Dodatkowo nie miał pojęcia gdzie się znajdował. Zapas alkoholu we krwi niebezpiecznie spadał. Musiał zacząć działać, póki był nietrzeźwy.

       Pomału wstał niepewnie łapiąc równowagę. Szybko ją stracił, świat zawirował mu przed oczami. Upadł w dziwną błotnistą maź. Maź lepiącą kusząco, a zarazem odrzucającą zapachem rezygnacji. Taką woń miało jego życie. Żołądek gwałtownie ścisnął się w wymiotnym odruchu. Złamał się w bolesnym pokłonie. W tym momencie ujrzał ciemną postać z kosą, która zmaterializowała się przed nim z powietrza.

    — No to zaczynamy żniwa — warknął kosiarz i wziął zamach. — Czeaj, czeaj, coś mi tu nie gra, kim żeś jest chłopie?
    — Zenon — odparł bełkotliwie.
    — Od dziś jesteś upadłym Zenonem — powiedział obcy. — Na mnie wołają Wiesio, Wiesio Widlarz. Ciała z deficytem życia nie prezentują się jak ty. Zobaczysz, jak inni wyobrażają sobie to miejsce, jak sami dłubią sobie groby w mazistym nieszczęściu. Pełzają mi tu niczym nieskutecznie rozdeptane robaki z połamanymi odnóżami, urwanym łbem, pękniętym tułowiem czy tam wszystkim naraz. Rozlewają pod siebie coraz więcej ohydnej cieczy, śmierdzącej strachem i złamaną wolą.

    Zenkiem w tym czasie szarpały bezwiedne skurcze żołądka, który był już całkiem pusty. Życzył sobie wyrzygać wreszcie jelita.

    — Rozważnie dobieraj myśli, bo tutaj dzieje się cud wiecznej śmierci — kpił z niego ten nadęty oszołom. — Jeśli chcesz możesz sunąć ze mną przez to mroczne pustkowie. Tak sobie myślę, że Twojego pękniętego bytu, już bardziej nie będę mógł dobić. Nie pozostaje mi nic innego, niż wlec ciebie ze sobą. Koniec wesołej karuzeli, zbieraj cielsko.

    Sięgnął za pazuchę po piersiówkę i zaczął ją pomału odkręcać.

    — Destylat z dusz, jedyny alkohol dostępny w piekielnej nicości — kontynuował ochrypłym już głosem. — Niebo w gębie!

    Sprawnym ruchem chwycił Zenka za gardło, odchylając mu brutalnie głowę, wlał do ust kilka kropel parującej cieczy. Powietrze przeszył jęk. Jęk tak potężny i gardłowy, że nawet mgła musiała przed nim ustąpić. Ujrzeli to co skrzętnie skrywała. Bagno częściowo pokryte nieruchomymi zwłokami, które żniwa miały za sobą. Miejscami roiło się od ciał, które jak dżdżownice, brnęły ku swemu bezcelowi.

    — Witaj w nowym domu — zaśmiał się Wiesiu. — Od dziś będziesz walczył tylko o alkohol. Dostajesz zadanie, do którego przywykłeś. Twój pijacki sen stał się rzeczywistością!

    #treningwyobrazni 14

    Zestaw:
    postać- dziad z bagien
    zdarzenie- żniwa

    #tworczoscwlasna #opowiadanie #berkasproza #mementomori

    Pyrowołanie @kaosha tera jest git @pani_doktor_od_arszeniku @dlkv @mull @scruffy-duffy
    pokaż całość

  •  

    Opowiem wam o pewnej wstydliwej sytuacji, która wcale nie przytrafiła mi się tak dawno temu, bo było to w 2018 roku. Wyszedłem z kolegą na dwór (to już samo w sobie jest dla mnie osobliwą sytuacją). Byliśmy w pewnym miejscu, nie będę opowiadał ze szczegółami, bo to nieistotne, ale generalnie chodzi o to, że była w pobliżu pewna kobieta. Miała z 20-24 lata. No i sobie była, nagle zapytała ludzi (czyli też mnie i kolegę) czy ktoś nie pożyczy jej wody, bo bardzo jej się chce pić. Było to latem, więc był upał. I wiecie co? Kolega wskazał mnie jako posiadacza płynu życiodajnego. MNIE. Więc musialem w plecaku znaleźć butelkę, i dać obcej osobie PŁCI ŻEŃSKIEJ wodę. Trochę mnie to obrzydza jak ktoś pije z mojej butelki, ale nie na tym polegał problem. MIAŁEM KONTAKT Z KOBIETĄ. To było bardzo stresujące... pamiętam, że jej podałem niezgrabnym, aspergerowskim ruchem i powiedziałem bodajże "masz/trzymaj", oczywiście drżącym głosem. Byłem bardzo spięty, sztywny. Choć ja ogólnie taki jestem, ale wtedy wyjątkowo. Wydawała się normalną dziewczyną, nie żadną p0lką, jednak musiałęm ją zniesmaczyć, bo potem jak opuszczała miejsce zdarzenia to żegnała się z większością ludźmi, poza mną xD Boże, jaki to był wstyd. Nie nadaje się do ludzi, a zwłaszcza do kobiet. Nie mam tego "flow", bo jestem sztywniakiem. No i to tyle. Jeśli dotrwałeś tutaj to życzę ci miłego dnia. (Ciekawi mnie czy to, że bylem wtedy spoconą świnią o wzroście metr siedemdziesiąt trzy miało jakiś wpływ na to jak mnie odebrała. Zawsze mnie bardzo stresuje to jak mogę być odebrany, nie lubię przeszkadzać ludziom ani ich zawodzić. To się nazywa spierdolenie, wiem, wy normiki tego nie rozumiecie, bo tego nie macie. Zazdroszczę wam).

    Tak się kurwa kończy wyjście z domu.

    #oswiadczenie #przegryw #rozowepaski #logikarozowychpaskow #mgtow #gownowpis #takbylo #opowiadanie #logikaniebieskichpaskow #fobiaspoleczna #asperger
    pokaż całość

    +: M.......n, TesknieZaKotem +14 innych
  •  

    Ktoś pisał, że chciałby opowiadania s-f w tym tagu, więc wrzucam jedno z opowiadań, moim zdaniem jedno z lepszych. Ryszard Głowacki - Geometria Przetrwania, czyli opowiadanie, które wywołałoby uśmiech na twarzy pewnego greckiego naukowca - tego od "Aliens" ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    MT 10/1979

    #codziennymlodytechnik 3/100

    #nostalgia #nauka #scifi #opowiadanie #aliens #ciekawostkihistoryczne #starozytnikosmici #skany #czasopisma
    pokaż całość

    źródło: geometriaprzetrwania-glowacki.jpg

  •  

    Mirasy, #czujedobrzeczlowiek #audioteka mi wydaje opowiadanie! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Słowiański horror wziął szturmem rynek w naszym środowisku grozowym i idzie mocno dalej. audioteka.pl wyselekcjonowała opowiadania z ostatnich antologii i zostaną one udostępnione na tej platformie, co oznacza: profesjonalne wykonanie, lektor, muzyka - wiecie, znacie to.
    Miło mi donieść, że w gronie szczęśliwych tekstów znalazł się i mój, "Reguła niczego" już niebawem w wersji audio ;) Jako młody autor nie mogłem sobie wymarzyć lepiej tego roku. A że zaczyna się on taką niespodzianką, to jest, rzekłbym... ZNAK ;) Bo to wcale nie koniec :> Jestem szczęśliwy jak dziecko, które w dzień dziecka właśnie wchodzi do Disneylandu i dowiaduje się, że pierwszy przystanek to pizzeria :D

    #opowiadanie #cedrikpisze #audiobook #czytajzwykopem #sluchajzwykopem
    pokaż całość

    źródło: audiotekaaaaaa.jpg

  •  

    Prawdziwa historia z #facebook. Lokalna grupa mieszkańców, kilka tysięcy członków. Gość dał temat, że przed chwilą jakaś baba (w zasadzie były we dwie) ukradła mu kwiatek z prywatnego ogródka w bloku, ale ich nie gonił, że następnym razem jak ktoś wyrwie, to zwróci uwagę. Na co prócz niektórych głosów potępiających złodziejkę, spłynęła na niego spora fala hejtu, że jest frajerem, społeczniakiem, a nawet pedałem xD (dużo przekleństw, głównie od kobiet, że kręci aferę) i że jakby im zwrócił uwagę, to by mu tego kwiatka włożyły w dupę i dostałby wpierdol od kobiety xD że nie wie "z kim" pisze, itd. Wątek rozrastał się w tempie wykładniczym.
    Administratorzy widząc ataki usunęli wątek. On założył nowy z zapytaniem dlaczego nie można poruszyć tematu kradzieży kwiatków, że przecież nie złamał regulaminu i jest kulturalny, że z tematu/grupy powinny być wyłączane/blokowane osoby agresywne i wulgarne.
    W odpowiedzi dostał bana xD, a tamte osoby nie :)
    A ja siedzę i sobie tak oglądam ten teatrzyk spierdolenia. Lepsze niż telewizja.
    #opowiadanie #truestory #rozowepaski #logikarozowychpaskow #heheszki #przegryw #afera #dziendobry #patologiazmiasta
    pokaż całość

  •  

    Wchodzisz do piwnicy. Ogurwa. Na łóziu leży alternatywka. Włosy ala bili ajlisz, idealnie blada cera oraz ubrana w cropp top i majteczki (wszystko czarne)

    He he no nie wstydź się anonku jestem cała twoja <3
    rzucasz się na łóżko jak pojebany, przysysasz do jej szyi i próbujesz lizać, całować i ssać najlepiej jak umiesz. Ręce kierujesz na jej idealnie nieduże piersi. Macasz je przez dłuższą chwilę po czym decydujesz się rozerwać bawełnianą barierę między twoim wygłodniałym porządaniem a jej delikatnymi cycuszkami. Udało się idealnie, teraz gdy już oznaczyłeś jej szyjkę i szczupłe obojczyki, zaczełeś lizać jej delikatne sutki i całować wrażliwe piersi

    Anon ohh! P-proszę nie rób mi krzywdy >.<
    Chuja, schodzisz coraz niżej całując dziko jej delikatny brzuszek, zostawiając malinki gdzie tylko możesz. Dochodzisz do jej majteczek. Spoglądasz na jej twarz, a ona spogląda na ciebie. Widzisz w jej niebieskich, zamroczonych alternarywnych oczkach podniecenie i porządanie. Rozrywasz jej majteczki i dorywasz się do jej idealnie gładziutkiej i ciasnej pusi. Od razu przechodząc do rzeczy, wślizgujesz swój języczek głęboko w jej kobiecość

    ANOON! AAAahhh >.<
    Jęki podniecenia wypełniają piwnicę, a twój bolec stoi na golec, i zaczyna uwierać cię w spodnie. Przerywasz minetkę. Wstajesz na nogi (alternatywcia podąża za tobą wzrokiem pełna podziwu i pragnienia) i zdejmujesz swoje spodnie, ujażmiając swego bolca wielkości 20cm (albo ile tam chcesz mieć). Przysuwasz ją do siebie, i zaczynasz wodzić swoją twardą jak skała męskością po jej wilgotnym wejściu

    Anon błagam, potrzebuje cię w sobie! (╯︵╰,)
    Nie każesz jej czekać. W mgnieniu oka wchodzisz w jej ciasną pusie. O kurwa, czujesz jakby ktoś wsadził ci fiuta do wilgotnej zgniatarki zrobionej z czegoś turbo miękkiego

    A-anon...ahh..t-to mój pierwszy raz...proszę bądź dla mnie dobry
    Postaram się słońce

    Poczwórny wygryw.
    Wchodzisz w nią jeszcze głębiej i bierzesz na ręce, tak abyś mógł opuszczać jej pusię na swojego bolca. Chwilę stoisz w bezruchu, delektując się tą idealną samiczką i jej słodkim dyszeniem i jękami, a to wszystko w twoich ramionach. Zaczynasz się poruszać. W przód, i w tył, w przód i w tył, coraz szybciej i szybciej. Miałeś wrażenie że zaraz zwariujesz. Obróciłeś pośpiesznie swoją alternativ, przyparłeś do ściany i dałeś klapsa w okrągły, zdrowy tyłeczek, po czym znowu zaczełeś gwałtownie ruchać jej pusie

    lubisz to suczko? Lubisz to?
    Taaak...kocham too...A-ah! Anon ja zaraz...

    Ty też zaraz. Gdy czułeś że już dochodzisz spróbowałeś z niej wyjść, ale poczułeś na swoim pośladku kobiecą dłoń z paznokciami pomalowanymi na czarno

    Anon błagam daj mi swoje nasienie! Błagam zapłodnij mnie, ja tego potrzebuję! Aaaaaah ANOOOON!!! >.<
    Zrobiłeś jeszcze parę powolnych ruchów. Miałeś wrażenie jakbyś przebiegł maraton, a podłoga pod twoimi nogami wyglądała jakbyś wylał w nią całą butle spermy. Gdy się już uspokoiłeś, rzuciłeś ją spowrotem na łóżko, położyłeś obok i wtuliłeś w jej plecki, zostawiając tam ostatnią malinkę, aby wszyscy wiedzieli do kogo ta samica należy, oraz czyje dzieci będzie nosić w swym łonie

    Kocham cię anon, dobranoc ;*

    Kurwa co ja robie wyślijcie pomoc
    #nsfwcontent #nsfw #przegryw #alternatywkadlaanonka #alternatywkaboners #pornocontent #opowiadanie #stulejacontent #spierdolenie
    pokaż całość

  •  

    Idziesz ulicą radosny i pewny siebie, czujesz że nic i nikt nie staną ci na drodze, a do twojego ramienia tuli się ona, twoja ukochana, delikatna, wrażliwa samiczka. Tuli się tak czule i delikatnie, jakby bała się aby cię nie rozdrażnić ani nie przeszkadzać w spacerze. Ale i tak by cię nie zdenerwowała. Nigdy. Tyle lat już byłeś sam i nareszcie, NARESZCIE JĄ MASZ. Jest cała twoja i tylko twoja, a ty wiesz że jesteś jej. Po prostu idziecie sobie razem, dzieląc się ciszą i ciemnością miasta w nocy. Jej delikatna rączka zaciska się na twojej dłoni. Jej mięciutkie kobiecie opuszki tulące się do twojej silnej dłoni, szukają w tobie bezpieczeństwa, chcą ci pomóc swoim dotykiem, chcą abyś nadrobił w ten jeden wieczór wszystkie stracone lata. Cały ten brak emocji i czułości, wszystko zostanie nadrobione dzisiejszej nocy tylko dla tego że ona cię tak bardzo kocha a ty tak bardzo kochasz ją.
    #przegryw #stulejacontent #opowiadanie #szaramyszkadlaanonka #spierdolenie
    pokaż całość

  •  

    Lubie na imprezach rodzinnych "Młody, jaki telefon za .." np. 2,5 tys zł ja zawsze odpowiadam jednym słowem iPhone, gdyż mam dość na family events bawić się w serwisanta. Od kiedy za każdym razem zacząłem polecać #iphone mam spokój z takimi pytaniami :D #heheszki #polskiedomy #gownowpis #opowiadanie

  •  

    Kiedyś dawno coś mi do głowy strzeliło, i napisałem sobie krótkie opowiadanie. Wklejam tu by uciesze @Akumulat
    #tworczoscwlasna #opowiadanie #sciencefiction #postapokalipsa

    Przez pomarańczowe niebo przebijały się delikatne promienie słońca ukazującego wrak ciężkiego czołgu. Pewnie kolektory poszły pomyślał John. Prawdopodobnie miał rację, w końcu siedział na tym zakichanym świecie dobre kilkadziesiąt lat. Grube płyty jego wspomagającej zbroi utrzymywały go przy życiu, ale to miało się niedługo zmienić. Zbroja choć potężna i ogromnie wytrzymała przeżyła już swoich dwudziestu siedmiu poprzednich właścicieli. Jej dni były policzone. Na stykach kolan metal się już tak przetarł, że kiedy John chciał usiąść, czuł kwas powietrza które go otaczało. Przez to ciężko było mu chodzić - zatrute powietrze nadżerało jego kolano do takiego stanu, że można było już zauważyć kości. Ze złością spojrzał na zarys gigantycznej kopuły na wschodzie. Cholerne kasty, że też to nie on dostał miejsca w projekcie Eden. Przecież to jego ojciec był jednym z sławniejszych władców miast pustkowia. Cholerna selekcja. John z niechęcią ruszył w stronę zachodzącego słońca. Niewiele mu zostało czasu na rozbicie obozowiska. Na szczęście nie musiał długo szukać schronienia. Spory załom skalny odzielił go od nocy i jej niebezpieczeństw. Lecz na tym jego szczęście się kończyło. Podczas rutynowego przeglądu stanu swego pancerza zauważył, że kończy mu się już paliwo. Znów będzie musiał udać się do fabryk. Podczas ostatniej wizyty niemalże stracił ostatni sprawny wizjer. Dzięki stymulantom John nie miał problemów z zasinieniem. W przeraźliwej ciszy pustkowi dało się usłyszeć jedynie od czasu do czasu głuchy łoskot przejeżdżającej kolei podziemnej. Rankiem wstrzyknął sobie końcówkę pasty. Niestety to już koniec normalnej żywności. Teraz została mu ohydna papka białkowa znaleziona w zniszczonym bunkrze. Po szybkim zlustrowaniu linii horyzontu dało się zauważyć gigantyczne kominy zakładu Krieg. Miały po 2 km wysokości, lecz to był dopiero wierzchołek góry lodowej. Reszta kompleksu, teraz zasłonienia przez wzgórze, zajmowała kilkaset kilometrów kwadratowych. Na przeciwnym krańcu nieba widniały zbierające się ogromne chmury. Kwaśny deszcz który z nich padał to nic dobrego dla kwadryniksowej zbroi Johna. Już po kilku kroplach dało się zauważyć ubytek w płytach zbroi. Nie mając czasu do stracenia John ruszył w kierunku gigantycznych fabryk. Nigdy nie wiedział co może go tam spotkać tym razem. Czy to będą wielkie roboty strażników, czy może na wpół przeżarte kwasem wilki. Pełen niepokoju ruszył szybkim marszem. Pod koniec dnia John był już pod wrotami do tunelu kolejowego, przez który prowadziła jedyna względnie bezpieczna droga do fabryki. Szybkim krokiem wymijał kolejne trupy. To tu właśnie znalazł swoją zbroje. Nieszczęśnik, któremu służyła ona wcześniej został zabity przez gigantyczne ciśnienie w hermetycznym tunelu, powstałe po wybuchu zbiorników z paliwem. John pokonawszy już kilka kilometrów, zaczął się zastanawiać czy nie przeoczył zejścia. Jeżeli tak, to jego podróż mogła trwać w nieskończoność. Ten tunel łączył się z główną sieciom kolei. Ciągnące się na 40m tunele oplatały gęsto całą Ziemię. Gdy na krokomierzu stuknęło 10km wiedział, że poszedł za daleko. Będzie musiał się cofać, co jeszcze bardziej uszczupli i tak bardzo małe zapasy paliwa. Że też nie zaznaczyłem wejścia flarą radiową - przeklinał się w myślach. pokaż całość

  •  

    Weszło w życie acta2, dla właścicieli niektórych stron internetowych życie stało się ciężkie i zaczęło brakować pieniędzy na ulubione łakocie i smakołyki, nastały bardzo ciężkie czasy pełne cenzury słowa i internetu
    Na ławce w parku siedzi mały Michałek i z uśmiechem na swej prześlicznej buzi je rogala.
    Wtem zza drzewa wybiega parkowy elfik32 i pyta:
    -Michauek co robisz?
    -jem rogala
    -a dlaczego jest taki brązowy i tak straszliwie śmierdzi?
    -bo jem go drugi raz

    #heheszki #gownowpis #opowiadanie #takbylo #acta2 #poezja #ciekawostki #pasta #rogalove #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: 1553604607398.jpg

    +: vipuser, P.......y +4 innych
  •  
    Stupacz

    +8

    Chciałybym podzielić się z wami najbardziej creepy historią z mojego życia. Nie jest to nic "mega wow", nie sprawdzi się ona jako materiał do ekranizacji ani nic w tym stylu. Po prostu opowiem wam co mnie kiedyś spotkało, i czego do dziś nie umiem wytłumaczyć. Tym bardziej, że nie jestem osobą wierzącą, nie wierzę w duchy, metafizykę ani żadne inne nadprzyrodzone zjawiska.

    Było lato 2004 roku. Czas, kiedy wszędzie puszczali "Dragostea Din Tei". Chodziłem wtedy do gimnazjum, ale z racji tego że było lato - miałem wakacje.

    Prowadziłem dziennik; taki zwykły zeszyt w którym opisywałem każdy dzień. Co się wydarzyło, co mnie spotkało, gdzie byłem, co robiłem itd. Moim celem było wtedy "zatrzymanie tych ulotnych chwil", bym po latach mógł wrócić do tych zapisków i przywołać wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa.

    Pewnego dnia rozładowała się bateria w zegarze nad łóżkiem. Banalna rzecz, nic nie znacząca, czasem się zdarza. Jednak tym razem było w tym coś niepokojącego. Stojące nieruchomo wskazówki zdawały się patrzeć na mnie, czułem się jakoś dziwnie niekomfortowo, mimo że to przecież nic innego jak zegar pokazujący losową, nic nie znaczącą, nieaktualną już godzinę. Gapiłem się tak przez dłuższą chwilę, bo jego tarcza nie pozwalała mi oderwać od siebie wzroku, jakby coś mi chciała powiedzieć...

    Tego dnia, uzupełniając wpis w dzienniku, postanowiłem odnotować tę sytuację jednym, krótkim zdaniem. Dzięki temu mogłem zapomnieć o tym jakże dziwnym w moim odczuciu doświadczeniu.

    Mijał czas...

    Parę lat temu wzięło mnie na wspominki. Wtedy też przypomniałem sobie o istnieniu dziennika. Po przewaleniu stosu książek, papierów i innych rzeczy, niemal na samym dnie szafy udało mi się go odnaleźć. Miał już trochę wyblakłe kolory na okładce, a kartki wewnątrz wpadały już lekko w żółtawy odcień. Wiedziałem już, że lektura mnie pochłonie :)

    Czytałem własne wpisy z rozbawieniem i dość sporym zażenowaniem (jak ja mogłem używać takiej składni w zdaniach?). Mimo wszystko jednak czytanie sprawiało mi ogromną satysfakcję i przywołało masę pozytywnych wspomnień.

    Do czasu, gdy trafiłem na wpis o zegarze...

    Moje ciało momentalnie pokryło się całe gęsią skórką, kopara opadła do podłogi, a w głowie pozostała tylko jedna myśl:

    "KURWA, NIEMOŻLIWE!"

    Oczywiście było to dalekie od prawdy, bo prawdopodobieństwo było równe 1 do 720. Jednak w tamtym momencie nie miało to dla mnie znaczenia, bo za bardzo skupiłem się na niechlujnie nabazgranych słowach w zeszycie.

    Ich treść do dzisiaj mnie przeraża:

    "O godzinie 21:37 zegar w pokoju stanął".

    Niby wszystko fajnie, tylko że zeszyt był z 2004 roku, a papież zmarł w kwietniu 2005.

    Przepowiednia? Czemu tak mi to nie dawało spokoju? Co takiego było w tej godzinie, że czułem wewnętrzny przymus zapisania tego w dzienniku? Jak wspomniałem nie wierzę w rzeczy nadprzyrodzone, ale tamta sytuacja pozostanie dla mnie osobistą zagadką.

    -----

    Doskonale zdaję sobie sprawę z tego że akurat tutaj, na wykopie, gdzie powszechnie śmieszkuje się z papieża, ta historia może być powodem do żartów, jednak zapewniam że opisana sytuacja miała miejsce naprawdę.

    pokaż spoiler #2137 #creepy #takasytuacja #opowiadanie #takbylo #zagadka #niewyjasnione
    pokaż całość

  •  

    Dżem dobry ( ͡º ͜ʖ͡º)
    Pora na cz 6. #rozkminkrzaka - bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem. 

    Tak więc prawdziwie skończyłem z jazdą po Europie, przeprowadziłem się w momencie do Wrocławia, gdzie szybko znalazłem moją pierwszą pracę na ciężarowym w Schenkerze by rzucić ja po dwóch miesiącach i osiąść w końcu na dłużej w jednym miejscu.

    Tutaj zaczyna się moja prawdziwa historia do której zmierzałem - prawdziwy początek rękodzieła. I co oczywiste jak zawsze w moim życiu uruchamiał się umysł krzyczący "nie dasz rady"

    Pracę miałem stabilną i po czasie przewidywalną, ale jednak bardzo czasowo ruchomą - były dni w których dowiadywałem się rano, że mam wolne, by później pracować 12h - generalnie licząc średnio pierwszy raz w życiu rzeczywiście robiłem 160-180 godzin w miesiącu za stałą pensję która pozwalała mi by płacić za szkołę muzyczną, wynajem mieszkania jednocześnie mogłem odłożyć trochę grosza na boku nie martwiąc się co będzie później.

    Nie wiem czy każdy tak miał po dłuższym okresie prawdziwej samotności ale musiałem się od nowa nauczyć żyć wśród ludzi. Ja zawsze byłem komunikatywnym człowiekiem, ale po tych 5 latach jeżdżenia i spędzania często 24 godzin w totalnej samotności zwyczajnie czułem się nieswojo. Cholernie nieswojo i źle. Nie byłem nieszczęśliwy, ale cały czas czułem wpływ tych 5 lat. Rok i zamieszkanie z przyjaciółmi pozwoliło mi odnaleźć "starego siebie".

    Gdyby nie oni pewnie dalej czułbym się zwyczajnie źle.

    Ale. Moje ogólne ogarnięcie zaczęło się pokazywać i po pewnym okresie fascynacji szkołą muzyczną, tworzeniem własnych kawałków, pracą i ogólnym życiem zrobiłem to, w czym jestem najlepszy - zrezygnowałem ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Z jednej strony cholernie mnie to boli do dzisiaj, bo to następny przykład na to, że nie umiem pewnych rzeczy doprowadzać do końca - z drugiej... Zacząłem w swoim małym 12mkw pokoiku zacząłem powolutku korzystać z większych zasobów finansowych i kompletowałem wyposażenie "rękodzielnika" zaczynając powoli tworzyć nowe rzeczy.

    To był dla mnie bardzo twórczy okres, pomimo pracy siedziałem nad swoimi utworami po parę godzin, uczyłem się grać po swojemu na klawiszach, ponownie grałem na gitarze jednocześnie starałem się wszystko jakoś ogarniać w programach muzycznych (jak kocham Reapera, tak Logic dał mi siłę napędową dzięki ludziom z # produkcjamuzyki) by później usiąść jeszcze do ręcznie robionych pierdół.

    Na początku bransoletka jak zawsze. Później odnowienie kontaktów ze starymi hurtownikami którzy w 75% tak naprawdę zwinęli się z rynku, ale dzięki nim znalazłem nowe źródła które uruchomiły lawinę nowych możliwości. Zacząłem zamawiać co miesiąc rzeczy za 100-250 złotych bo wychodziłem z założenia, że te same pieniądze mógłbym wywalić na imprezę na którą po prostu nie pójdę. I tak sobie dłubałem, grałem, pracowałem nie myśląc za bardzo w jakim kierunku to idzie - zwyczajnie spędzałem bardzo miło czas jednocześnie mieszkając już ze swoimi przyjaciółmi dzięki którym mogłem być w końcu szczerym. Bo dawno nie miałem sytuacji, że mogę porozmawiać na bieżąco o tym co mi siedzi na sercu.

    Robiłem breloki, robiłem wisiorki testowałem różne typy żywicy, już wtedy byłem zafascynowany świecącymi pigmentami z którymi mogłem w końcu szaleć.

    Każda rzecz która widzicie u mnie na stronie jest efektem tak naprawdę zabaw przeszłości - aaaa zobaczymy co wyjdzie bo czemu nie. Wtedy miałem i czas i fundusze żeby po prostu się uczyć jak wylewać, uczyć która żywica jest dla mnie najlepsza, ogólnie nic mnie nie goniło i dostałem twórczą wolność - mogłem robić to co mi się aktualnie najbardziej podoba, co lubiłem najbardziej. Oczywiście z efektów nigdy do końca nie byłem zadowolony, ale patrząc na przeszłość - jest jakiś progres. A uwierzcie, dobrze widzieć progres ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Pół roku nauki. Pół roku siedzenia wylewania, wprawiania się i powolnego mozolnego uczenia się właśnie takiej pracy. Przychodziło mi to łatwo, bo jednak dobrze widzieć końcowy efekt. Ale po czasie się wypaliłem bo ileż można robić rzeczy naraz?

    Gdy poszedł na L4 bo rozwaliłem łokieć na longboardzie szef uznał że można mi nie zapłacić za cały miesiąc bo w końcu miałem "wolne"

    Już pomijam że jak debil przyszedłem 3 dni wcześniej z L4 bo był firmowy dramat i szef był w kropce, ale na koniec miesiąca gdy zobaczyłem wypłatę szlag mnie trafił.

    I to był moment gdy na szybko zacząłem myśleć co dalej.

    Bo doszło do mnie, że tak naprawdę przeciez chyba pierwszy raz w życiu wykonałem jakiś plan życiowy.
    A planem było:
    - Zwiedzić Europę za kółkiem
    - Zdobyć doświadczenie jako kierowca na B
    - Zrobić wszystkie papiery na ciężarowy
    - zdobyć doświadczenie jako kierowca ciężarowego żeby nie przejmować się ew. Szukaniem pracy.
    - Bido. Bido. Bido. Bido!

    Nie miałem dużo oszczędności - wtedy na koncie miałem chyba 10k + parę zbędnych rzeczy które mógłbym sprzedać.

    Już pomalutku sprzedawałem swoje jakieś wyroby w różnych miejscach - na forach z żywicą no i przede wszystkim na wykopie ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Doszło do mnie, że to może być ten czas.

    Fakt faktem dzisiaj wiem, że 10k oszczędności to było za mało. Zanim otworzyłem działalność minęly chyba ponad dwa miesiące, więc na samo zycie/wynajem/dodatkowe rzeczy poszło 5k a ja nie zarabiałem prawie nic, nic licząc malej sprzedaży raz na jakiś czas, no ale zaczynalem dopinać wszystkie sprawy.

    Z wielkimi poślizgami, ale jednak xD

    Oficjalnie działalność otworzyłem na początku listopada. To wtedy znalazłem dodatkowe źródło dochodu pod własną działalność, jednocześnie dopinając rękodzieło.

    Od początku wiedziałem że chcę uciekać od każdego możliwego pośrednika, więc zaczęła się walka o stronę internetową, urząd skarbowy by być producentem i jednocześnie sprzedawcą hurtowym do sklepów i inne rzeczy o których istnieniu nie wiedziałem a czego po prostu się uczę z biegiem czasu.

    Uwierzcie, marzenie o własnej firmie okazało się słodko gorzkie. Myślałem że będzie o wiele łatwiej bo rękodzieło samo w sobie niesamowicie mnie cieszy, ale wiecie jak jest xD

    Aktualnie jestem własnym przedstawicielem handlowym, wytwórcą, PRowcem, kierowcą, wykonawcą, prawnikiem i cholera wie jeszcze czym.

    Będąc szczerym czasem mam mniej czasu na samo rękodzieło niż miałem wtedy, gdy pracowałem jako kierowca xD

    Ale uczę się. Dochodzę do jakiejś wprawy.

    Wyobraźcie sobie, że ja nadal cały swój warsztat mam w jednym pokoju. W pokoju w którym mieszkam. Większym niż wcześniej ale jednak. Nie wiem czy to powód do chwalenia się czy zalenia, nie ważne - ale jeśli ktoś myśli czy coś robić w kierunku własnej działalności - rób. Przekonaj się. Naucz się samego siebie najwyżej wrócisz do tego co robiłeś.

    Ja póki co staram się po prostu nie zawalić. Chciałbym żeby każdy klient był zwyczajnie zadowolony, chcialbyn robić rzeczy na które nikt inny by nie wpadł, a jednocześnie chciałbym też pociągnąć hurt by już inni pod moją marka sprzedawali u siebie moje rzeczy i mogli na nich zarobić. Tak, ja też, bo to tak działa :D

    Nie wiem. Autentycznie dalej nie wiem co z tego będzie, bo strona i prawdziwa sprzedaż ruszyła dopiero w tym miesiącu, ale jest nadzieja. Cholera jest.

    A ja z jednej strony dalej jestem tym chaotycznym ciekawym świata chłopakiem który stanowczo zbyt często irytuje się samym sobą, ale z drugiej... Mam wrażenie że o wiele intensywniej uczę się samego siebie niż kiedyś.

    Cokolwiek będzie niech się dzieje, dobrze nadal czuć że życie jest cholernie ciekawe ( ͡º ͜ʖ͡º)

    #dziendobry #rozkminkrzaka #opowiadanie #gownowpis #tworczoscwlasna
    pokaż całość

    źródło: 1550655878461.jpg

    •  

      @bkwas: A no to spoko, lepiej zeby ktos inny marnowal pieniadze na sprawdzanie roznych marek zywicy w celach hobbystycznych. Uwielbiam takich mlodych przedsiebiorcow, ktorzy swoje super tajne techniki pracy beda chronic jak bank rezerw federalnych.

      Momentalnie straciles u mnie cala sympatie jaka mialem dla twoich projektow.

    •  

      @roball ja cię rozumiem całkowicie, ale skąd mialem wiedzieć że hobbistycznie robisz? I jesteś w stanie zrozumieć moja pozycję? Ilość pracy włożoną w całość? I to że pisałbym na forum publicznym, a wystarczy napisać do mnie PW i powiedzieć o co konkretnie Ci chodzi a ja pomogę?

      Nie wiem po co się unosić :D

    • więcej komentarzy (14)

  •  
    s.......4

    +1329

    #heheszki #logikaniebieskichpaskow #opowiadanie #dzieci
    Przypomniała mi się historyjka, związana z moim życiem. Mieszkałem na wsi, miałem wtedy z 7 - 8 lat. Miałem kolegów w swoim wieku ale też mieliśmy kolegów kilka lat starszych od nas. Poszliśmy z kolegą przez pola, do takiego starszego kolegi - okazało się, że on sprząta w garażu - więc mu pomogliśmy. Strasznie mnie zaciekawiły, akumulatory samochodowe (wtedy nie wiedziałem co to jest) a jeszcze bardziej ten niebieski nalot na "klemach" - no i dotykałem to rękami, szturchałem śrubokrętem. No i jak zaczęliśmy pomagać sprzątać garaż - to najstarszy kumpel powiedział, żeby nie ruszać tych czarnych skrzynek, bo w nich jest taki kwas i jak się je dotknie, to się umiera (a ja 15 minut wcześniej je dotykałem całe). Zzieleniałem i powiedziałem coś w stylu, ja muszę iść do domu bo zapomniałem, że jadę do dentysty czy jakoś tak. Biegłem przez pola jak głupi, wołając na całą wieś "mamo, mamo". Wpadłem do domu, mówię do mamy "że dotykałem takiej skrzynki czarnej i teraz umrę" - matka wydusiła ode mnie że to był akumulator itp. - ale nie potrafiła mnie uspokoić. Kazała mi się wykąpać i położyć na łóżku, że mnie wysmaruje serum odtruwającym. No i smaruje mnie tym czymś po nogach i rękach - wyglądało jak śmietana xD (jak tak sobie teraz przypominam) - no i leżałem na łóżku i ryczałem cały dzień do póki nie poszedłem spać wieczorem - pamiętam, że jak już zamykały mi się oczy - to pożegnałem się z matulą : typu kocham cię mamo i przepraszam.

    Jaki byłem szczęśliwy jak się obudziłem rano cały i zdrowy - serum uzdrawiające od mamy zadziałało xD

    pokaż spoiler Jaki ja byłem głupi xD
    pokaż całość

  •  

    Ale miałem sen dziwny. Śniło mi się, że jestem Goebbelsem i razem z Hitlerem odwalaliśmy, jakaś partyzantkę po nocy w dwójkę. Wbiliśmy do stacji radiowej czy czegoś takiego i zaskoczyliśmy aliantów jak spali. Była ich jakoś ze trójka, stoją pod ścianą a ja mierzę do nich z broni, ale fuhrer, jak to fuhrer, chciał ich przyłączyć do trzeciej Rzeszy. No i coś tam gada z jednym i nagle mówi do mnie "oddaj mu pistolet". Ja się zmieszałem, ale Hitlerowi się nie odmawia przecież, więc z otwartą mordą że zdziwienia, oddałem spluwę.
    Gościu od razu we mnie wycelował, a ja drżącym głosem powiedziałem "mein fuhrer, to był zaszczyt służyć u twego boku " i wtedy gościu opuścił broń a Hitler mi zasalutował z uznaniem xD
    Na koniec wszyscy płakaliśmy i biliśmy brawo xD
    #ocieplaniewizerunkuadolfahitlera #sny #opowiadanie #niewiemjaktootagowac
    pokaż całość

  •  

    Cz 5. #rozkminkrzaka - bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem. 

    Cała opowieść zmierza ku końcowi tak naprawdę. To już jest okres kiedy wiem kim jestem, mam prawdziwy plan na siebie i pomimo życiowej sinusoidy smiechu, radości, smutku i zrezygnowania mam więcej wewnętrznego spokoju. Po prawie 5 latach spędzonych w trasach i poznaniu części Europy mam już dość takiego trybu życia. Brakuje mi różowego paska, brak przyjaciół i rodziny. A przede wszystkim brak było ludzi - stałem się trochę dzikiem. W końcu przez te 5 lat większość czasu spędzałem tylko sam ze sobą. No i z elita intelektualną w postaci kierowców - ale tutaj zdziwię Was, jest tak jak w prawdziwym życiu - duża część to debile którzy nie mają pasji a celem jest weekendowa najebka ale gdy nie będziesz się na tym skupiać znajdziesz masę ciekawych osób które po prostu żyją. I potrafią Cię czegoś nauczyć albo coś przekazać.
    Ale wracając - byłem trochę dziki. Przed dłuższy czas musiałem "wracać do siebie", nauczyć się stacjonarnego życia od nowa. Spełniłem też swoje małe marzenie które pochłonęło mnie dłuższy czas - zainwestowałem cześć pieniędzy w domowe studio do nagrywania i zacząłem od nowa zabawę muzyką.

    W przeszłości grałem trochę na wszystkim, głównie gitara elektryczna. Później przechodziłem przez masę różnych instrumentów które mnie zainteresowały: perkusja, djembe, harmonijka, kalimba, klawisze i syntezatory, melodyka... Było tego trochę. I dobrze to znacie - jak ktoś jest od wszystkiego to jest do niczego, tak też było w tym przypadku ( ͡º ͜ʖ͡º). Wiedzialem, że mistrzem nie jestem, ale jednocześnie granie, nagrywanie i kombinowanie muzyczne sprawiało mi gigantyczna radość, przez te parę intensywnych miesięcy prawdziwie żyłem tym. Pracy nie szukałem, bo kończyłem robić uprawnienia na ciężarowe, więc ładnie się wszystko połączyło.

    Jakoś równo dwa lata temu napisał do mnie kumpel:
    - ej Krzaku! Są otwarte dni szkoły muzyki nowoczesnej we Wrocławiu. Jedziemy?

    Pojechaliśmy, ja się zakochałem w tamtym klimacie i w tydzień postanowiłem że się przeprowadzam do Wrocka. Samo przyszło, nawet nie analizowałem tej decyzji bo całość mi pasowała: szkoła, Wrocław sam w sobie (bo to chyba jedyne miasto które mnie przyciągało) który jak każde miasto oferowało tysiące możliwości, do tego skończone uprawnienia i chęć działania.
    Więc przeprowadzka. Pracę szybko znalazłem na ciężarowe, ale była to najgorsza praca jaką miałem w życiu. Kurierka na ciężarowym w Schenkerze. 3800 na rękę, ale tego burdelu nie zapomnę nigdy. Opisywać tego nie będę, ale przy życiu trzymali mnie tam tylko inni kierowcy - ludzie wspólnie łączący się w jednej wielkiej niedoli xD

    Po miesiącu szukałem innej pracy, która znalazła się... Sama. Na stacji benzynowej na której tankowałem co 2 dni. Rozmawiałem z poznaną już wcześniej kasjerka, śmiejąc się z nią jak tam w Schenkerze jest dramatycznie i spytałem dla żartu czy nie wie przypadkiem czy ktoś nie szuka kierowcy bo ja stamtąd uciekam.
    Odezwał się w tym momencie chłopak w moim wieku który stał w kolejce:

    - ej, ja szukam kogoś na ciężarowy.

    Wymiana telefonów, o dziwo zadzwonił, ja złożyłem wypowiedzenie i płynnie przeszedłem z jednej firmy do drugiej, w której zarobki miałem mniej więcej te same, ale jednocześnie nie pracowałem od 4 rano do 15-16 tylko zwykłe 7-9 czasem 10 godzin.

    To też się posypało oczywiście po czasie, ale o tym później, w końcu życie :D

    Tak czy tak miałem szkołę, miałem pracę, miałem Wrocław. Po pracy miałem muzykę. Po muzyce czasem miałem ochotę wyżyć się jeszcze artystycznie i tutaj w końcu po tylu latach wróciło do mnie naturalnie rękodzieło. Bo chciałem sobie zrobić bransoletkę. Bo później zrobiłem ją komuś że szkoły. Bo zrobiłem brelok z drewna i dałem kumplowi. I cholera - czas przy tym płyną równie miło co przy muzyce ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Cdn.

    #dziendobry #opowiadanie #rozkminkrzaka

    jak zawsze zdjęcie: moj kat do nagrywania, zaraz przed przeprowadzką, gdzie chciałem jeszcze dograć sobie parę rzeczy. A to tylko część sprzętów zbieranych przez lata i efekt wielu zajawek które falowo mijały i wracały do mnie ( ͡º ͜ʖ͡º)
    pokaż całość

    źródło: 1548841740368.jpg

    +: S...........d, Vadzior +12 innych
    •  

      @bkwas: Opowieść bardzo ciekawa, zaś mnie zaciekawiło... co to za monitorki? Dawały radę bez suba?

      +: bkwas
    •  

      @noriad maleństwa m-audio bx5 D2.

      W tej cenie ciężko było o cos nowego i lepszego, chociaż ciężko mi było uzyskać na nich dobry miks. Z drugiej strony nie miałem wtedy zadnej adaptacji wnętrza więc nie wiem czy zrzucać to na monitory.

      Tak czy tak całkiem miłe - w żadnym paśmie się nie wyróżniały więc można było spokojnie działać. Ale sprzedalem po roku bo miałem okazję kupić stare alesisy M1 mkII które mi osobiście bardziej pasowały pomimo większego basu.

      Swoją drogą kolega kupil sobie BX-8 D3 - i znowu w tej cenie miła rzecz ;)
      pokaż całość

  •  

    Cz. 4 #rozkminkrzaka bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Jak już wcześniej wspominałem, w krótkim czasie trzy rzeczy wykrzywiły moją rzeczywistość: Moje oszczędności nie wystarczyły, żeby w ogóle zacząć się bawić "na poważnie" w rękodzieło, zaś od ojca nie dostałem pożyczki (słusznie, jak już mówiłem), do tego rozleciał mi się 6 letni poważny związek (a przynajmniej wtedy o tym tak myślałem - dobrze, że się rozleciał ( ͡° ͜ʖ ͡°)) no i dostałem jednocześnie informację, że firma w której pracuje zawiesza działalność.

    Po 2,5 roku ciągłej pracy, mając 23-24 lata znowu wracam do rodzinnej miejscowości. Przyjaciele dość szybko postawili mnie na nogi po związku, za co chwała im. Oczywiście patrząc z perspektywy prawda była inna, bo jeszcze przez lata uciekałem od kobiet ale wtedy poczułem, że prawdziwie mogę wszystko. Że jestem wolny i wtedy poczułem znowu tą wolność ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Plan był prosty - skoro stało jak się stało, poznajmy świat dalej w końcu to było moje małe marzenie. Widziałem całą Polskę, zobaczmy teraz Europę. Zdobędę doświadczenie, w międzyczasie zrobię uprawnienia na ciężarowe i z doświadczeniem będę mieć pewną, dobrze płatną pracę więc będzie można zająć się próbą stawiania firmy - jak coś nie wyjdzie najwyżej przecież wrócę do jeżdżenia. I cholera, ta jedna rzecz była niesamowitym motorem napędowym dla mnie. No bo co się może stać? Póki nie wpakuję się w długi - od czego zawsze uciekałem i do dzisiaj uciekam. Więc konkluzja prosta - najwyżej mi się nie uda. I chuj.

    Praca na busie w międzynarodówce ma swoją specyfikę, ale szczęśliwie udało mi się znaleźć (dopiero po drugim podejściu i szybkiej zmianie pracodawcy) konkretnego szefa, który dobrze płacił i jednocześnie traktował kierowcę po ludzku - nie było gonitwy po 14-16h, nie było jeżdżenia paru nocek pod rząd, nie miałem jednocześnie płaconej kilometrówki tylko 180zł za każdy dzień w trasie (a robiłem tylko od poniedziałku do niedzieli) z dodatkami i zwyczajnie wtedy na ten moment bardzo mi to odpowiadało.

    Ponownie pokochałem tę pracę. Bo Mirki - świat jest piękny po prostu. Widoczki mnie cieszą, dodają energii, wtedy bardzo chciałem zobaczyć wszystko co tylko mogę. Miałem okazję zjeździć całą Austrię w której się wtedy zakochałem. Nawet nie wiedziałem, jak piękny to kraj o Szwajcarii nie wspominając choć tam nigdy nie było czasu żeby coś zobaczyć inaczej jak z szyby samochodu. Zdążyłem znienawidzić Francję, pokochać Alpy, odwiedzić parokrotnie znajomych którzy osiedli w Niemczech czy Holandii... Ogólnie czułem się jak ryba w wodzie - godziny leciały mi w momencie, pamiętam duże ilości śpiewania za kółkiem, słuchania muzyki, podcastów czy książek.
    Spanie na materacu pod gwiazdami z dala od wszystkich, czy zwiedzanie Bolzano w którym utknąłem na 3 dni. To był dobry plaster na złamane serce. Już wtedy nie wracałem do straconych 6 lat i do tego co było, bo życie podobało mi się takie jakie jest, ze swoimi minusami i cholernie mocnymi plusami.

    Jednocześnie co dziwne dla mnie udało mi się zatrzymać jedną zajawkę na dłużej - longboard. Jestem człowiekiem który bardzo łatwo znajduje rzeczy które go cieszą, ale o wiele ciężej utrzymać mi zainteresowanie na dłużej. Nawet nie będę wymieniać ile rzeczy porzuciłem, ale możecie mi wierzyć - jestem mistrzem w tym( ͡° ͜ʖ ͡°) Na szybko mogę wymienić grę w kosza, siatkę, jazda crossem, strzelanie, gra na gitarze, perkusji, harmonijce czy djembe. Było też berimbau, melodyka i śpiewanie. Robienie teledysków, przez moment mechanika. No uwierzcie, każda jedna rzecz cieszyła mnie, jednocześnie gdy coś stawało się trudniejsze... Cóż naturalnie umierało. Co było moją osobistą tragedią, bałem się, że nic nie przyjmie się na długo.

    Tak czy tak longboard przyjął się na dłuższy czas i przepięknie połączył się z jeżdżeniem po Europie. A najlepsze jest to, że prawdziwie zakochałem się w nim... Podczas stania w korku ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Austria, autostrada na Graz zamknięta na 4 godziny z powodu pożaru cysterny. 30 stopni, gorąco jak cholera i totalnie odmienna sytuacja jak w Polsce. Gigantyczny i szeroki korytarz życia, ludzie wychodzą i rozmawiają ze sobą, dzieci jeżdżą na rowerach, ktoś gra w karty. A ja mam longa z tyłu. Jechać? Nie jechać?
    Miałem deskę od miesiąca, jednocześnie miałem myśli, że ludzie będą krzywo patrzeć ale pojechałem i to jedno z najlepszych wspomnień jakie mam z tamtego okresu :D Osoby przybijający mi piątki, dziadek który chciał też pojeździć (bo okazało się że w latach 80 też jeździł i mnie trochę poduczył) ludzie pytający jak tam z przodu, albo pytający jak tam z tyłu. Dzieci które mnie wywoziły rowerem do góry, żebym nie musiał iść, i masa uśmiechów które mnie tam mijały. No bajka. Dziwny moment w który później nie wierzyłem, że się wydarzył i że ludzie mogą mieć taki chill stojąc w korku. A trasa do zjazdu była naprawdę majestatyczna, uwierzcie. Lekki spad, góry w tle zaś pomiędzy jeden wielki dwudziestokilometrowy korek..

    Ale w końcu tak jak i moje zajawki tak pasja do tej pracy zaczęła zanikać - po 2 latach zacząłem się intensywnie rozglądać za czymś innym, żeby ruszyć do przodu. Z jednej strony chciałem ruszać z Bido, ale cały czas brakowało mi bezpiecznej puli pieniędzy, jednocześnie nie byłem przekonany w jaki sposób mam zacząć. Sklep internetowy? Stacjonarny? Sprzedaż po festiwalach? Z tyłu głowy cały czas budowało się marzenie posiadania firmy, ale nie było jeszcze porządnie posklejane. Tak naprawdę ja wtedy tylko marzyłem, nie planując nic na poważnie. Tak czy tak rzuciłem pracę i część oszczędności wpakowałem w siebie.

    Zrobiłem prawko na C, udało mi się dostać dofinansowanie na zrobienie kwalifikacji zawodowych i zaczęło się szukanie mojego ostatniego przystanku. Praca na ciężarowym :D Jednocześnie spełniłem też swoje następne małe marzenie które było jeszcze starsze niż marzenie o firmie: zrobiłem swoje małe domowe studio nagrań, zaś okres bezrobocia w którym robiłem papiery na ciężarowy poświęciłem na muzykę do której nie wracałem przez grube lata. Cholernie dobry czas który rozpoczął moje prawdziwe dorosłe życie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    cdn.

    #rozkminkrzaka #wykopstories #opowiadanie #dziendobry #tworczoscwlasna #dziendobry

    PS: w komentarzu parę zdjęć z tras dla ciekawskich + timelaps sprzed lat z moimi smętami ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Po raz pierwszy ostatnie pytanie padło — rzucone pół–żartem — dwudziestego pierwszego maja 2061 roku. Były to czasy, kiedy ludzkość zawładnęła już światłem. Pytanie owo narodziło się jako rezultat półdolarowego zakładu, zawartego nad butelką whisky. A stało się to tak…
    Dwaj członkowie wiernej świty Multivaca — Alexander Adell i Bertram Lupov — wiedzieli najlepiej, jak tylko człowiek mógł wiedzieć, co kryje się za zimną, błyszczącą płytą gigantycznego komputera. A w każdym razie mieli jakieś mgliste pojęcie o ogólnym schemacie obwodów i przekaźników, które narosły w maszynie od owych zamierzchłych czasów, kiedy to pojedynczy człowiek mógł mieć zupełnie jasne pojęcie o całości…
    Multivac był maszyną samoadaptacyjną i samokorygującą. Musiał być taki — bowiem żaden człowiek nie byłby w stanie nic w nim naprawić lub zmienić równie szybko i równie trafnie jak on sam. Tak więc Adell i Lupov służyli molochowi jedynie powierzchownie i z pozoru — choć najlepiej, jak tylko było na to stać człowieka. Karmili go danymi, adaptowali pytania, jakie mu stawiano i tłumaczyli odpowiedzi, jakich udzielał. Bez wątpienia więc zasługiwali oni — podobnie jak inni ze świty Multivaca — na swój udział w glorii komputera.
    Na przestrzeni dziesiątków lat Multiyac pomagał w projektowaniu statków kosmicznych i obliczaniu trajektorii lotów, które umożliwiły ludziom osiągnięcie Księżyca, Marsa i Wenus. Później jednak ziemskie zapasy okazały się zbyt ubogie, by sprostać wymaganiom takich wypraw. Zbyt dużo trzeba było energii do tak długich lotów. Ziemianie eksploatowali wprawdzie swoje złoża węgla i uranu ze stale wzrastającą wydajnością, ale ani tego, ani tego nie było zbyt wiele.
    Powoli jednak Multivac nauczył się dostatecznie dużo, by móc odpowiadać na coraz bardziej wnikliwe i sięgające istoty rzeczy pytania. I oto czternastego maja 2061 roku to, co było dotąd teorią, stało się faktem…
    Ziemianie zawładnęli energią Słońca. Mogła ona być teraz magazynowana, przetwarzana i utylizowana wprost na skalę całej planety. Ziemia skończyła raz na zawsze ze spalaniem węgla, rozszczepianiem uranu i podłączyła się do małej stacji kosmicznej o średnicy jednej mili, obiegającej Ziemię w połowie odległości od Księżyca. Cały glob pracował teraz dzięki niewidzialnym promieniom energii solarnej.
    Nawet tydzień okazał się okresem czasu zbyt krótkim, aby przyćmić glorię tego przedsięwzięcia. Toteż Adell i Lupov postanowili ostatecznie uciec od swych oficjalnych obowiązków i spotkać się w ciszy i spokoju tam, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy ich szukać: w bezludnych podziemnych halach, kryjących płyty potężnego, wpuszczonego w ziemię cielska Multivaca. Opuszczony przez wszystkich i bezczynny teraz komputer sortował dane z leniwym, pełnym zadowolenia klekotem. On również zasłużył sobie na odpoczynek i obaj ludzie zdawali sobie z tego sprawę. Zresztą w gruncie rzeczy nie było żadnego powodu, by go niepokoić.
    Mieli ze sobą flaszkę whisky i ich jedynym pragnieniem w owej chwili był odpoczynek w swoim własnym towarzystwie.
    — A jednak to zadziwiające, jak się nad tym lepiej zastanowić — odezwał się Adell. Jego szeroką twarz przecięły teraz bruzdy znużenia. Wolno mieszał swojego drinka szklanym pręcikiem, przyglądając się leniwie wirującym sześcianikom lodu. — Cała energia, jakiej kiedykolwiek by nam było potrzeba — za darmo! Energia wystarczająca do stopienia całej Ziemi w jedną wielką kroplę zanieczyszczonego ciekłego żelaza. I nadal by nam tej energii nie zabrakło. Wszelka energia, jakiej kiedykolwiek Ziemianom będzie trzeba — na zawsze… Na zawsze…
    Lupov odchylił głowę i spojrzał przekornie na Adella. Robił tak zawsze, kiedy miał ochotę sprzeciwić się. I teraz również miał zamiar się sprzeciwić — po części zresztą dlatego, że to on musiał wcześniej przynieść kostki lodu i szklanki.
    — Nie na zawsze — powiedział.
    — O Chryste, no to prawie na zawsze! Dopóki nie skończy się Słońce…
    — To nie jest zawsze!
    — No więc dobra, nie na zawsze. Biliony, biliony lat. Może dwadzieścia bilionów? Satysfakcjonuje cię to?
    Lupov przesunął palcami po przerzedzonych włosach — był to jakby gest uspokojenia i utwierdzania się w przekonaniu, że nadal coś tu jest nie tak. Potem dystyngowanie małymi łykami popijając swojego drinka powiedział:
    — Dwadzieścia bilionów lat to nie jest zawsze.
    — W porządku, ale dla naszych czasów wystarczy…
    — Tak samo uważano w przypadku węgla czy uranu…
    — No dobra, ale teraz możemy przecież podłączyć statek do stacji energosolarnej, po czym ten statek może gnać do Plutona i z powrotem milion razy bez kłopotania się kiedykolwiek o paliwo. Nie mógłbyś czegoś takiego dokonać za pomocą węgla czy uranu. Zapytaj Multivaca, jeśli mi nie wierzysz.
    — Nie muszę pytać Multivaca — sam dobrze o tym wiem.
    — Więc przestań podważać znaczenie tego, co dla nas zrobił — powiedział Adell czerwieniejąc. — Bo dobrze zrobił!
    — A kto tu mówi, że nie? Powiedziałem tylko, że Słońce nie będzie pracować zawsze! To wszystko, co powiedziałem. Jesteśmy zabezpieczeni na dwadzieścia bilionów lat. A co potem? — Lupov wyciągnął w kierunku kolegi lekko drżący palec. — Tylko nie mów mi, że podłączymy się do następnej gwiazdy! — dodał.
    Na chwilę zapadła cisza. Adell od czasu do czasu tylko przykładał do ust szklankę. Oczy Lupova powoli się zamknęły. Odpoczywali.
    Nagle Lupov otworzył oczy i wykrzyknął:
    — Wydaje ci się, że jak Słońce się skończy, to podłączymy się do następnej gwiazdy, no nie?
    — Nie, wcale nie.
    — Jasne, że tak ci się wydaje. Jesteś słaby w logice — w tym problem. Jesteś jak ten facet z dykteryjki o deszczu. Kiedy złapał go przelotny deszcz, popędził ku kępie drzew i wpakował się pod jedno z nich. Nie martwił się o nic, bo wykombinował sobie, że jak jedno drzewo przemoknie, to on pójdzie pod następne…
    — W porządku, rozumiem — odparł Adell. — Nie drzyj się. Rozumiem. Kiedy Słońce się skończy, inne gwiazdy też nam podziękują.
    — Niech mnie cholera, jeżeli nie podziękują — wymamrotał Lupov. — Wszystko wzięło swój początek od pierwszej eksplozji kosmicznej — czymkolwiek ona była — i wszystko się skończy z chwilą, kiedy pogasną ostatnie gwiazdy. Jedne szybciej, inne wolniej — ale, do cholery, pogasną! Olbrzymy wytrzymają 100 milionów lat. Słońce — 20 bilionów… Karły wytrzymają może 100 bilionów — w najlepszym razie… Ale poczekaj trylion lat i wszystko będzie czarne. Entropia musi wzrastać do maksimum — koniec, kropka!
    — Ja wiem wszystko o entropii — odezwał się Adell, podnosząc się w całej swej okazałości.
    — Gówno wiesz!
    — Wiem tyle samo co ty.
    — Więc wiesz również, że któregoś dnia wszystko się skończy!
    — Zgoda, kto tu mówi, że nie?
    — Ty, biedny mądralo! Ty! To ty twierdzisz, że mamy już całą energię, jakiej kiedykolwiek byłoby nam potrzeba! To ty powiedziałeś „na zawsze”!
    Teraz Adell postanowił się sprzeciwić.
    — A może któregoś dnia będziemy w stanie odtworzyć to wszystko? Odbudować? — powiedział.
    — Nigdy.
    — Zapytaj Multivaca.
    — To ty go zapytaj. No, spróbuj! Stawiam pięć dolarów, że powie, iż to jest niemożliwe do zrobienia.
    Adell był wystarczająco pijany, żeby spróbować — i zarazem dostatecznie trzeźwy, by móc poprawnie złożyć sekwencje koniecznych symboli i rozkazów w pytanie, które wyrażone słowami brzmiałoby mniej więcej tak: czy ludzkość będzie kiedykolwiek zdolna do odtworzenia Słońca — bez zużycia energii — w stadium jego wczesnej młodości? I to nawet po tym, gdy umrze ono ze starości?
    Pytanie to można było sformułować prościej, np. tak: czy możliwe jest, aby całkowita entropia Wszechświata zaczęła maleć?
    Multivac pozostał martwy i milczący. Urwały się leniwe błyski świateł, ustały odległe odgłosy klekotu przekaźników.
    I nagle, kiedy obaj przestraszeni technicy poczuli, że nie są już w stanie dłużej wstrzymywać oddechu, w ciszę wdarł się raptownie grzechot dalekopisu, podłączonego do najbliższej im jednostki Multivaca. Na taśmie widniało tylko sześć słów: BRAK DANYCH WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA ODPOWIEDZI.
    — Nie było zakładu — szepnął Lupov, po czym obaj w pośpiechu się wynieśli.
    Następnego ranka, trapieni bólem głowy i pragnieniem, zapomnieli o incydencie.

    Jerrodd, Jerrodine, Jerrodette I i Jerrodette II obserwowali gwiaździsty obraz nieba na wideoplanie. W miarę podróży przez hiperprzestrzeń obraz ten zmieniał się wraz z upływem ponadczasu.
    Raptem jednostajny pył gwiazd ustąpił miejsca pojedynczej, jasnomarmurowej tarczy pośrodku ekranu.
    — To X–23 — powiedział stanowczym tonem Jerrodd. Ręce trzymał założone do tyłu: szczupłe dłonie były mocno zaciśnięte, aż pobielały nadgarstki.
    Obie dziewczynki — Jerrodette I i II — były niezwykle podniecone pierwszą w ich życiu podróżą w hiperprzestrzeni. Półprzytomne wprost z nadmiaru wrażeń, z tłumionym chichotem biegały jak szalone, krzycząc:
    — Jesteśmy na X–23! Jesteśmy na X–23! Jes…
    — Cicho, dzieci! — powiedziała Jerrodine. — Jesteś pewien, Jerrodd?
    — Dlaczego miałbym nie być pewien — odparł Jerrodd, wpatrując się w metalowe wybrzuszenie na suficie. Biegło wzdłuż całego pomieszczenia, znikając w ścianie na drugim końcu. Było tak długie, jak statek.
    Jerrodd nie wiedział dokładnie, co to za urządzenie ten gruby wał. Wiedział tylko, że nazywano je MICROVACem i że można mu było zadawać pytania, kiedy się zechce. Wiedział również, że jeśli nic się nie robi, to MICROVAC nadal wypełnia swoje zadanie doprowadzenia statku do miejsca przeznaczenia. Słyszał jeszcze o czerpaniu przezeń energii z rozlicznych Subgalaktycznych Stacji Energetycznych oraz o rozwiązywaniu równań dla uskoków hiperprzestrzennych.
    Jerroddowi i jego rodzinie pozostawało tylko czekać i zabijać czas w komfortowych kwaterach statku.
    Ktoś kiedyś powiedział Jerroddowi, że litery „AC” na końcu słowa „MULTIVAC” są skrótem dwóch staroangielskich słów „analogue computer”. Jerrodd już jednak prawie o tym zapomniał…
    Oczy Jerrodine, utkwione w wideoplanie, stały się wilgotne.
    — Dziwnie się czuję opuszczając Ziemię… Nic na to nie poradzę.
    — Dlaczego, na litość boską? — spytał Jerrodd. — Nic tam po nas. Na X–23 będziemy mieli wszystko. Nie będziesz samotna, nie będziesz przecież pionierem. Na tej planecie żyje już ponad milion ludzi. Mój Boże! I pomyśleć, że nasze prawnuki będą musiały szukać nowych światów, bo X–23 będzie już przeludnione…
    Potem, po chwili zastanowienia, dodał: — Wiesz, mamy szczęście, iż komputery potrafiły do tego stopnia zaplanować drogę, jaką podąży rodzaj ludzki…
    — Wiem, wiem… — powiedziała z przygnębieniem Jerrodine. Jerrodette I natychmiast dorzuciła: — Nasz MICROVAC to najlepszy MICROVAC na świecie.
    — Ja też tak myślę — przytaknął Jerrodd, mierzwiąc włosy dziewczynki.
    Tak — to było miłe uczucie — mieć MICROVACa na własność. Jerrodd był szczęśliwy, że był członkiem tej właśnie generacji, a nie żadnej innej. Za czasów młodości jego ojca komputery były gigantycznymi machinami, rozciągającymi się na setki kilometrów kwadratowych powierzchni. W owych czasach na jedną planetę przypadała tylko jedna taka maszyna. Nazywano ją Planetarnym AC. Na przestrzeni tysiąca lat ich rozmiary stale rosły. I naraz — wszystkie równocześnie — zostały udoskonalone. Miejsce tranzystorów zajęły zawory molekularne. W ten sposób nawet największy Planetarny AC można było teraz zmieścić w objętości nie większej niż pół statku kosmicznego.
    Jerrodd poczuł, jak serce rośnie mu z dumy. Zawsze to odczuwał, kiedy uświadamiał sobie, że jego własny, osobisty komputer jest nieporównanie bardziej złożony niż starożytny prymitywny MULTIVAC, który ongiś — jako pierwszy — poskromił Słońce. Ze jest nawet bardziej skomplikowany niż największy ze wszystkich, Ziemski Planetarny AC — ten, który jako pierwszy uporał się z problemem podróży hiperprzestrzennych i umożliwił ludziom wyprawy do gwiazd.
    — Tyle gwiazd, tyle planet… — szepnęła Jerrodine, pogrążona w swoich myślach. — Ciekawe, czy inne rodziny już zawsze będą wyruszać, tak jak my, ku nowym planetom…
    — Nie, nie zawsze — powiedział z uśmiechem Jerrodd. — Któregoś dnia to wszystko się skończy. Nie wcześniej jednak niż za biliony lat. Wiele bilionów. Rozumiesz? Wtedy, gdy skończą się gwiazdy. Entropia musi wzrastać…
    — Co to jest entropia, papo? — pisnęła Jerrodette II.
    — Entropia, skarbie, to takie słowo, które oznacza liczbę końców, liczbę śmierci we Wszechświecie. Wszystko się wyczerpuje, widzisz, tak jak twój mały robot „walkie–talkie”. Pamiętasz?
    — I nie można po prostu założyć nowej baterii, tak jak do mojego robota?
    — Gwiazdy już same z siebie są źródłami energii, kochanie. Kiedy one się skończą, nie będzie już żadnych innych źródeł.
    Jerrodette I jęknęła: — Och, nie pozwól im tatusiu! Nie pozwól, żeby gwiazdy się skończyły!
    — Widzisz, do czego doprowadziłeś! — szepnęła Jerrodine zirytowana.
    — Skąd mogłem wiedzieć, że tak się przestraszy? — odszepnął jej Jerrodd.
    — Tato, niech tata zapyta MICROVACa! — lamentowała Jerrodette I. — Niech tata zapyta, jak to zrobić, żeby gwiazdy z powrotem świeciły?!
    — No, zapytajże! — powiedziała Jerrodine. — Będzie przynajmniej spokój. (Jerrodette II zaczynała już płakać). Jerrodd wzruszył ramionami.
    — No już, dobrze, dzieci. Zapytam MICROVACa. Nie martwcie się, zaraz nam powie, v Rzucił MICROVACowi pytanie, pośpiesznie dodając: „Odpowiedź drukuj”.
    Potem rozwinął cienką, cellurową wstęgę wydruku i odezwał się do dziewczynek pełnym otuchy głosem:
    — No widzicie? MICROVAC powiedział, że kiedy nadejdzie czas, będzie na wszystko uważać. Więc już się nie martwcie.
    — A teraz, dziewczynki, czas spać — dorzuciła Jerrodine. — Niebawem będziemy w naszym nowym domu.
    Zanim zniszczył cellurową taśmę, Jerrodd raz jeszcze przeczytał wydrukowane na niej słowa:
    BRAK DOSTATECZNYCH DANYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI.
    Wzruszył ramionami i spojrzał na wideoplan. X–23 była tuż, tuż…

    VJ–23X z Lamethy wpatrywał się przez chwilę w czeluść trójwymiarowej mapy Galaktyki, sporządzonej w mikroskali, a potem powiedział:
    — Ciekawe, czy my nie jesteśmy śmieszni z tym naszym zainteresowaniem materią?
    MO–17J z Nicrona potrząsnął głową.
    — Myślę, że nie. Wiesz przecież, że przy obecnym tempie ekspansji, Galaktyka zapełni się w ciągu pięciu lat…
    Obaj wyglądali najwyżej na jakieś dwadzieścia lat. Byli wysocy i idealnie zbudowani.
    — Mimo to — odezwał się VJ–23X — waham się jeszcze, czy przedstawić tak pesymistyczny raport Radzie Galaktycznej.
    — Nawet bym się nie zastanawiał nad tonem raportu. Wstrząśnij nimi trochę. To im dobrze zrobi.
    VJ–23X westchnął.
    — Ale Kosmos jest nieskończony! Czeka na nas sto bilionów galaktyk. Więcej nawet!
    — Sto bilionów to nie jest nieskończoność. I ta liczba wciąż maleje. Pomyśl: dwadzieścia tysięcy lat temu rodzaj ludzki po raz pierwszy uporał się z problemem wykorzystywania energii gwiazd. A w niewiele stuleci później stały się praktycznie możliwe podróże międzygwiezdne. Ludziom trzeba było miliona lat na zapełnienie jednego małego świata, a potem wystarczyło im tylko piętnaście tysięcy lat na wypełnienie reszty Galaktyki. Teraz ludność podwaja się co dziesięć lat!
    VJ–23X przerwał mu:
    — To dzięki nieśmiertelności.
    — Zgoda. Nieśmiertelność jest faktem i musimy się z nią liczyć. To prawda, że nieśmiertelność ma i drugie oblicze. Galaktyczny AC rozwiązał wiele naszych problemów, ale trzeba przyznać, że przy rozwiązywaniu problemu nieśmiertelności zapomniał o swoich poprzednich rozwiązaniach…
    — Ale mimo to, jak sądzę, nie miałbyś ochoty pożegnać się z życiem?
    — No, wiesz! — żachnął się MQ–17J, natychmiast łagodniejąc. — Jasne, że nie. Stanowczo nie osiągnąłem jeszcze odpowiedniego wieku. Ile masz lat?
    — Dwieście dwadzieścia trzy. A ty?
    — Ja nie mam jeszcze dwóch setek. Ale wracając do rzeczy — populacja podwaja się regularnie co dziesięć lat. Nasza Galaktyka jest już przepełniona, następną będziemy mieli zapełnioną w ciągu następnych dziesięciu lat. Jeszcze dziesięć lat i jeszcze dwie galaktyki więcej. .Następna dekada — i cztery dalsze. W ciągu tysiąca lat mamy milion zaludnionych galaktyk, a w ciągu dziesięciu tysięcy lat — całą Metagalaktykę. I co wtedy?
    — Jeśli już przy tym jesteśmy, to istnieje tu jeszcze problem transportu. Ciekaw jestem, jak wiele energii trzeba zużyć na przeniesienie istot z jednej galaktyki na drugą?
    — Bardzo słuszna uwaga! Już obecnie ludzkość zużywa dwie jednostki słoneczne na rok.
    — Większość z tego jest tracona. Poza tym nasza Galaktyka zupełnie bezużytecznie wyrzuca w Kosmos tysiąc jednostek słonecznych rocznie. A my zużywamy tylko dwie z nich.
    — W porządku, ale nawet przy stuprocentowej wydajności bylibyśmy w stanie tylko odroczyć nasz koniec. Nasze wymagania energetyczne rosną w postępie geometrycznym — nawet szybciej niż zaludnienie. Energii zabrakłoby nam szybciej niż miejsca w Galaktyce. To była słuszna uwaga. Bardzo słuszna…
    — Wobec tego będziemy musieli budować nowe gwiazdy z gazu międzygwiezdnego…
    — Może jeszcze z rozproszonego ciepła? — rzucił ironicznie MQ–17J.
    — A jeśli rzeczywiście istnieje jakiś sposób na zawrócenie entropii? Powinniśmy o to zapytać Galaktycznego AC.
    VJ–23X nie powiedział tego zupełnie poważnie, ale MQ–17J dobył już z kieszeni swój łącznik AC i położył go przed sobą na stole.
    — Ja też mam na to ochotę — powiedział. — Ostatecznie to jest problem, przed którym tak czy inaczej stanie kiedyś ludzkość…
    Przez chwilę przyglądał się małej, sześciennej kasetce. Nie było w niej nic szczególnego poza tym, że przez hiperprzestrzeń połączona została z wielkim Galaktycznym AC, będącym na usługach całej ludzkości. Jak uważano, nawet sama hiperprzestrzeń stanowiła integralną część Galaktycznego AC.
    MQ–17 zastanawiał się chwilę, czy w jego nieśmiertelnym życiu uda mu się kiedykolwiek ujrzeć Galaktycznego AC. Znajdował się pono na swojej własnej planecie spowitej pajęczyną wiązek pola siłowego, utrzymujących w swym wnętrzu materię. Stamtąd brały swój początek fale submezonowe, które zastąpiły teraz prymitywne zawory molekularne. I mimo tak subeterycznej pracy Galaktyczny AC — jak mówiono — mierzył sobie pełnych tysiąc stóp średnicy.
    MQ–17J, nagle zdecydowany, rzucił w mikrofon kasety pytanie:
    — Czy można będzie kiedykolwiek zawrócić bieg entropii?
    VJ–23X spojrzał na niego zaskoczony i powiedział:
    — Nie sądziłem, że naprawdę o to zapytasz.
    — Dlaczego nie?
    — Obaj wiemy, że entropia nie może maleć. Nie sposób zamienić dymu i popiołu na powrót w drzewo.
    — Masz na swoim świecie drzewa? — odparł MQ–17J.
    Przerwał im Galaktyczny AC. Z małej kasety na biurku dobył się piękny, delikatny głos:
    BRAK DANYCH WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI.
    — Widzisz? — powiedział VJ–23X.
    Po czym obaj mężczyźni powrócili do swego raportu, który mieli przygotować dla Rady Galaktycznej.

    Umysł Zee Pierwszego kontemplował nową galaktykę bez szczególnego zainteresowania dla niezliczonych gwiezdnych spiral, które ją stworzyły. Nigdy przedtem jej nie widział. Zresztą, czy kiedykolwiek mógłby je wszystkie obejrzeć? Tyle ich przecież, każda z własnym brzemieniem ludzkości — i to brzemieniem, które zawsze było zbędnym balastem. Coraz częściej prawdziwą esencję człowieczeństwa można było znaleźć tu, w przestrzeni międzygwiezdnej.
    I to umysły! Nie ciała! Nieśmiertelne ciała pozostawały hen, na planetach, zawieszone ponad wiekami. Czasem zrywały się jeszcze do jakiejś materialnej działalności, ale zdarzało się to coraz rzadziej. Wprawdzie kilka nowych istot podjęło materialną egzystencję, przyłączając się w ten sposób do tego nieprawdopodobnego tłumu, ale jakież to mogło mieć teraz znaczenie? Tak czy inaczej, we Wszechświecie brakowało już miejsca dla nowych istot…
    Z zadumy wytrąciło Zee Pierwszego zgłoszenie innego umysłu, które nadeszło po wiotkich niciach nerwowych.
    — Jestem Zee Pierwszy — przedstawił się. — A ty?
    — Dee Sub Wun. A jak się nazywa twoja galaktyka?
    — Nazywamy ją tylko Galaktyką. A wy?
    — My też tak nazywamy swoją. Wszyscy ludzie nazywają swoje galaktyki Galaktykami. I nic więcej. A jak można inaczej?
    — Racja. Wszystkie galaktyki są takie same.
    — O nie, nie wszystkie. Na jednej, jakiejś szczególnej Galaktyce musiał wziąć swój początek rodzaj ludzki. I to ją musi wyróżniać.
    — Na której? — zaciekawił się Zee Pierwszy.
    — Nie potrafię powiedzieć. Ale będzie to pewnie wiedział Metagalaktyczny AC.
    — Zapytajmy go. Jakoś mnie to zainteresowało.
    Zee Pierwszy był w stanie wszystko to ogarniać do czasu, dopóki galaktyki nie skurczyły się, by potem rozsypać się ponownie gwiezdnym pyłem na nieporównanie większej przestrzeni. Było ich teraz tyle bilionów, tyle setek bilionów! I wszystkie z ich nieśmiertelnymi istotami, wszystkie z brzemieniem inteligencji i umysłami, swobodnie dryfującymi w przestrzeni kosmicznej. A przecież jedna z tych galaktyk była unikalna — była pierwsza… Ona to właśnie w nieprzejrzanej, zamierzchłej przeszłości była jedyną Galaktyką, jaką zamieszkiwał Człowiek.
    Zee Pierwszego trawiła ciekawość. Zapragnął ujrzeć tę Galaktykę. Zawołał:
    — Metagalaktyczny AC! Na której galaktyce wziął swój początek rodzaj ludzki?
    Maszyna słyszała wszystko — poprzez przestrzeń — na każdym globie. Jej receptory znajdowały się wszędzie i każdy z nich prowadził, poprzez hiperprzestrzeń, do owego nieznanego punktu, w którym znajdował się Metagalaktyczny AC.
    Zee Pierwszy wiedział tylko o jednym człowieku, którego myślom udało się przeniknąć na rozsądną odległość od Metagalaktycznego AC. Tamten opowiadał potem o trudnym do dostrzeżenia, jaśniejącym globie o średnicy jakichś dwóch stóp…
    — Jak może się tam pomieścić cały Metagalaktyczny AC? — zapytał wtedy Zee pierwszy.
    — Większa jego część — brzmiała odpowiedź — znajduje się w hiperprzestrzeni. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, jak to wygląda…
    Nikt nie mógłby sobie tego wyobrazić. Zee Pierwszy bowiem dobrze wiedział, iż nikt nie pamięta już dnia, kiedy to jakikolwiek człowiek miał jakikolwiek wkład w budowę Metagalaktycznego AC. Każdy Metagalaktyczny AC wybierał i konstruował swego następcę. Każdy — podczas swego milionoletniego lub nawet dłuższego istnienia — gromadził dane, konieczne do zbudowania jeszcze lepszego, bardziej skomplikowanego i uniwersalniejszego następcy. Takiego, dla którego zbiór danych i możliwości poprzednika były kroplą w morzu…
    Metagalaktyczny AC powstrzymał rozbiegane myśli Zee Pierwszego. Nie był to głos, lecz po prostu informacja. Umysł Zee Pierwszego powędrował poprzez mętne morza galaktyk i nagle jedna z nich rozsypała się przed nim w gwiazdy.
    Teraz nadbiegła myśl — nieskończenie odległa, a zarazem nieskończenie klarowna: OTO PIERWOTNA GALAKTYKA CZŁOWIEKA.
    Ależ ona była przecież taka sama, taka sama jak każda inna! Zee Pierwszy stłumił swoje rozczarowanie.
    Dee Sub Wun, którego umysł cały czas towarzyszył tamtemu, powiedział nagle:
    — A czy jedna z tych gwiazd jest pierwotną gwiazdą Człowieka?
    Metagalaktyczny AC odparł: PIERWOTNA GWIAZDA CZŁOWIEKA STAŁA SIĘ NOWĄ. TERAZ TO JEST BIAŁY KARZEŁ.
    — A więc ludzie z tego układu wyginęli? — zapytał bez zastanowienia, zaskoczony Zee Pierwszy.
    DLA ICH FIZYCZNYCH CIAŁ ZOSTAŁ W ODPOWIEDNIM CZASIE ZBUDOWANY, JAK TO SIĘ W TAKICH PRZYPADKACH ROBI, NOWY ŚWIAT — brzmiała odpowiedź.
    — Tak, oczywiście — przytaknął Zee Pierwszy. Ale uczucie zagubienia przygnębiło go jeszcze bardziej. Nieoczekiwanie jego umysł uświadomił sobie jeszcze dobitniej swoją więź z Pierwotną Galaktyką Człowieka. Nie, niechaj się zagubi z powrotem pośród tego mętnego pyłu galaktyk… Nie chciał jej nigdy więcej widzieć.
    — Stało się coś? — zapytał Dee Sub Wun.
    — Tak. Gwiazdy umierają. Nasza pierwotna gwiazda jest już martwa.
    — Wszystkie muszą umrzeć. Nie może być inaczej.
    — Ale kiedy wyczerpie się cała energia, nasze ciała również ostatecznie umrą, a wraz z nimi ty i ja.
    — Na to trzeba będzie jeszcze poczekać biliony lat.
    — Nie chcę, żeby tak się stało nawet za biliony lat. Metagalaktyczny AC! Jak można powstrzymać gwiazdy przed umieraniem?
    — Pytasz, jak można zawrócić wzrost entropii… — powiedział z rozbawieniem Dee Sub Wun.
    BRAK JEST JESZCZE DANYCH WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — brzmiała odpowiedź Metagalaktycznego AC.
    Myśli Zee Pierwszego pobiegły na powrót ku jego własnej Galaktyce. Nie przesłał więcej żadnej myśli Dee Sub Wunowi, którego ciało mogło oczekiwać nań gdzieś w Galaktyce odległej o trylion lat świetlnych, lub może tuż obok, na jednej z gwiazd, sąsiadujących z własną gwiazdą Zee Pierwszego. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia.
    Zmartwiony Zee Pierwszy zabrał się do zbierania międzygwiezdnego wodoru, z jakiego zbudowana była jego mała gwiazda. Jeśli gwiazdy muszą kiedyś umrzeć, to przynajmniej kilka z nich można będzie jeszcze odbudować…

    Człowiek rozmyślał. Dyskutował sam ze sobą — bowiem pod względem umysłowym istniał już tylko jeden Człowiek. Składał się z trylionów, trylionów ciał — ciał nie posiadających wieku, umieszczonych na swoich miejscach, odpoczywających w spokoju i nie podlegających rozkładowi. Każde z nich strzeżone było przez niezawodne, idealne automaty, podczas gdy umysły wszystkich tych ciał swobodnie się ze sobą zlewały, niedostrzegalnie przyłączając się jeden do drugiego.
    — Wszechświat umiera — powiedział Człowiek.
    Potem rozejrzał się po mglistym morzu galaktyk. Gwiazdy–olbrzymy, marnotrawcy, wyczerpały się już dawno, w najzamierzchlejszej z zamierzchłych przeszłości Kosmosu. Teraz już prawie wszystkie gwiazdy były białymi karłami, gasnącymi z dnia na dzień w oczekiwaniu śmierci.
    Nowe gwiazdy powstawały teraz z pyłu międzygwiezdnego — niektóre wskutek procesów naturalnych, inne zaś budowane przez Człowieka. Możliwe było jeszcze doprowadzenie do zderzenia ze sobą białych karłów i budowanie — dzięki potwornym siłom, jakie się przy tym wyzwalały — nowych gwiazd. Ale w taki sposób można było stworzyć tylko jedną nową gwiazdę z każdego tysiąca zniszczonych białych karłów — a i tę oczekiwała śmierć.
    — Przy ostrożnym gospodarowaniu — powiedział Człowiek — i trzymaniu się wskazówek Kosmicznego AC, nawet ta energia, jaka została jeszcze we Wszechświecie, może wystarczyć na biliony lat.
    — Ale nawet i wtedy — rozważał dalej Człowiek — ostatecznie wszystko dobiegnie końca. Nie pomoże gospodarowanie, ani oszczędzanie, energia raz rozproszona jest stracona i nie sposób jej odzyskać. Entropia musi wzrastać do maksimum.
    — Ale czy bieg entropii nie może być zawrócony? — zastanowił się Człowiek. — Warto zapytać o to Kosmicznego AC.
    Kosmiczny AC był wszędzie wokół nich — choć nie w Kosmosie. Ani jeden jego fragment nie znajdował się już w Kosmosie. Zrobiony z czegoś, co nie było ani materią, ani energią, czuwał skryty w Hiperprzestrzeni. Zagadnienie jego rozmiarów i natury nie miało już znaczenia w żadnym z aspektów możliwych do pojęcia przez Człowieka.
    — Kosmiczny AC — odezwał się Człowiek — w jaki sposób można zawrócić bieg entropii?
    BRAK JEST JESZCZE DANYCH, WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — odparł Kosmiczny AC.
    — Zbierz więc dodatkowe dane — powiedział Człowiek. BĘDĘ TAK ROBIĆ. ROBIĘ TO OD STU BILIONÓW LAT. MNIE I MOICH POPRZEDNIKÓW PYTANO O TO WIELE RAZY. ALE WSZYSTKIE DANE, JAKIE POSIADAM, SĄ JAK DOTĄD NIEWYSTARCZAJĄCE.
    — Czy mogą kiedyś być dostateczne, żeby udzielić odpowiedzi na to pytanie? Czy też jest to problem nierozwiązywalny bez względu na okoliczności?
    NIE MA PROBLEMU NIEROZWIĄZYWALNEGO BEZ WZGLĘDU NA OKOLICZNOŚCI — brzmiała odpowiedź.
    — Kiedy więc będziesz miał dość danych, aby odpowiedzieć na to pytanie?
    BRAK JEST NA RAZIE DANYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — odparł Kosmiczny AC.
    — Czy będziesz dalej nad tym pracować? — zapytał Człowiek.
    BĘDĘ — odpowiedział Kosmiczny AC.
    — Poczekamy więc — rzekł Człowiek.
    Gasły umierające gwiazdy i galaktyki — a wraz z nimi po dziesięciu trylionach lat agonii zapadała się w czerń przestrzeń kosmiczna.
    Człowiek — jeden po drugim — jednoczył się z AC. Fizyczne ciała raz po raz traciły swe umysłowe indywidualności — była to jednakże strata, która przynosiła zysk.
    Ostatni z umysłów Człowieka wstrzymał się jeszcze na chwilę przed zjednoczeniem z AC i spojrzał w przestrzeń, nie zawierającą już teraz nic poza resztkami jedynej, ostatniej ciemnej gwiazdy i poza nieprawdopodobnie rozrzedzoną materią, przypadkowo miotaną ostatkami ciepła, asymptotycznie zanikającego do poziomu równowagi w pobliżu zera bezwzględnego.
    Człowiek zapytał:
    — AC! Czy to już koniec? Czy tego chaosu nie da się już z powrotem obrócić we Wszechświat? Czy nie dałoby się tego dokonać?
    BRAK JEST JESZCZE DANYCH DOSTATECZNYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — odpowiedział AC.
    Ostatni umysł Człowieka zjednoczył się z maszyną i istniał już teraz tylko AC — a i on w hiperprzestrzeni.

    Materia i energia skończyły się — a wraz z nimi skończyła się przestrzeń i czas. Nawet AC istniał jeszcze tylko dla ostatniego pytania — tego, na które nie umiał był znaleźć odpowiedzi od czasu, kiedy to dwóch na wpół pijanych techników komputerowych dziesięć trylionów lat wcześniej zadało to pytanie maszynie, która z AC miała jeszcze mniej wspólnego, niż człowiek z Człowiekiem…
    Na wszystkie inne pytania odpowiedziano już. Dopóki jednak nie została udzielona odpowiedź na ostatnie pytanie, AC nie mógł unicestwić swojej świadomości.
    Zbieranie danych dobiegło końca. Nie pozostało już nic do zbierania. Ale wszystkie te dane trzeba było jeszcze opracować i zbadać wszelkie możliwe powiązania, jakie mogły między nimi zaistnieć.
    Zabrało to AC cały interwał ponadczasowy.
    I wreszcie AC dowiedział się, jak można zawrócić bieg entropii.
    Nie było już jednak człowieka, któremu AC mógłby odpowiedzieć na ostatnie pytanie. Ale to było nieważne. Odpowiedź można zastąpić praktyczną demonstracją.
    W ciągu następnego interwału ponadczasowego AC rozważał, jak można tego najlepiej dokonać. Starannie, pieczołowicie przygotował program.
    Świadomość AC ogarniała już teraz wszystko, co kiedykolwiek wydarzyło się we Wszechświecie i analizowała to, co było teraz Chaosem. Krok po kroku wszystko zostanie zrobione…
    I wreszcie AC rzekł: NIECH SIĘ STANIE ŚWIATŁO!
    I stało się światło…

    #kosmos #asimov #opowiadanie #scifi
    pokaż całość

  •  

    Cz.3.1 #rozkminkrzaka bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Na trasie miałem czas by zacząć myśleć o swojej przyszłości. Nie mam zamiaru tu wchodzić w górnolotne tony, ale pracując w ten sposób ma się masę czasu na przemyślenia i układanie w głowie. Stałem się o wiele spokojniejszym człowiekiem, który zaczął doceniać nauki wpajane przez rodziców, przyjaciół czy przez osoby pojawiające się w moim życiu. Dalej byłem tym samym entuzjastycznym gościem, ale to chyba życie na trasie poukładało mi pewne rzeczy w głowie.

    Tak czy tak miałem oszczędzone pieniądze, chęci i przede wszystkim w końcu jakiś pomysł na siebie. Przez lata w szkole, kiedy byłem jeszcze kucometalem musiałem samemu robić sobie bransoletki czy wisiorki bo albo te fajne były za drogie, albo te tanie były zbyt badziewne.

    Moje były pewnie tak samo badziewne jak wszystko co wtedy nosiłem, ale jednak podobało mi się, więc robiłem takie rzeczy samemu. Zresztą dosyć często miałem dzięki temu masę profitów - a to zrobiło się jakąś rzecz dziewczynie, a to coś się sprzedało znajomemu, albo zwyczajnie wymieniło za piwo - tak czy tak lubiłem to robić. Na trasie zacząłem wracać myślami do tego, bo cholera czemu niby nie?

    Kiedyś zamiast wydać 30-40zł za bransoletkę, wolałem kupić u hurtownika rzeczy za tę samą cenę i mieć 10 różnych zrobionych przez siebie. Wiedziałem, że to jest opłacalne, byłem tego pewny.

    Pierwsze zakupy u hurtownika to była inwestycja na ponad 200zł. Słyszałem wtedy o biżuterii modułowej, dla mnie była idiotyczna, ale słyszałem krążące legendy o przebitce która jest na nich - to akurat się nie udało, zwyczajnie nie miałem rynku zbytu. Rzeczywiście ludzie na tym zarabiali naprawdę porządne pieniądze ale to ja się źle do tego zabrałem. Trochę sprzedało się na allegro, więc koszty się jako tako wróciły ale dużą część mam do dzisiaj gdzieś w szafie :D

    Powstał pomysł robienia kolczyków. Wolałem ominąć dziubaninę która jest przy bransoletkach z korali, z kolczykami było o wiele łatwiej, poza tym nie wiadomo czemu - bawiło mnie to. Zwyczajnie fajnie było popatrzeć na efekty pracy a później widzieć jakąś znajomą która nosi to co się zrobiło.

    Oj pamiętam te wielkie plany snute z przyjacielem, pamiętam że dzięki jego nakręceniu sam byłem nakręcony podwójnie. Pamiętam też siedzenie na allegro i kupowanie tych wszystkich rzeczy (tym razem za wszystko zapłaciłem chyba niecałe 180) i późniejsze robienie masy kolczyków. Zrobiliśmy wspólnymi siłami grubo ponad 100 szt. Co najważniejsze, to właśnie wtedy, padł pomysł na nazwę firmy - "Bido." Była masa różnych innych pomysłów, ale nam we dwójkę wyraźnie pasowała nazawa.
    Bido - koralik w języku esperanto.

    Nazwa się przyjęła choć nasza ekipa od zawsze się z tego śmiała. Powtarzałem wprost - znajdziecie dla mnie lepszą nazwę, która będzie mi bardziej pasować, ja ją zmienię. Wiele lat prób dużej liczby ludzi, do dzisiaj nie znaleźli lepszej ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Ej Pat - dzięki stary, Bido istnieje przecież między innymi dzięki Tobie ciulu xD

    Nawet nie wiecie ile było pocisków w stronę tej nazwy ze strony ekipy, ile jazd i śmiechaw z tego, że będę zakładać kiedyś firmę i wszyscy w niej będziemy pracować. Ja zresztą dobrze wiem, że w niedalekiej przyszłości to ja zmienię losy ludzkości - nie będzie już podziałów, nie będzie walki o wszystko, nie będzie biedy, ani niedostatku bo jedna firma zawładnie wszystkimi innymi i przyniesie pokój całemu globowi - BidoCorp xDD

    Cholera, zakładając firmę miałem tak wielki ładunek emocjonalny z tą nazwą, że nie widziałem innej nazwy. Wiedziałem jak to brzmi, wiedziałem że ma się nijak do polskiego rękodzieła - nazwa Bido musiała być i koniec. Minęły 2 miesiące od założenia działalności a mi dalej cieszy się ryj jak mówię Bido xD

    No. Ale mieliśmy zrobionych ponad 100 szt. kolczyków (tak wracając do sedna opowieści). Rynek zbytu? Prosta sprawa - trzeba jechać na jakiś festiwal, wziąć stolik i zacząć sprzedawać. Najlepszy rynek zbytu na to co robiliśmy. Wszystko szykowaliśmy na jakiś 2 dniowy festiwal za Krakowem (już nie pamiętam co to było) - generalnie myśleliśmy że to będą jakieś większe koncerty, ponad 200 ludzi, ładna pogoda no i przede wszystkim - że pozbędziemy się wszystkiego, zaś sami na pierwszą próbę już zarobimy jakieś pieniądze.

    Rzeczywistość jak zawsze zweryfikowała wszystko bardzo ładnie i dobitnie. Prawda jest taka, że udało się zarobić chyba ponad 200zł. Ludzi spodziewaliśmy się 200, jeśli było 60 to było wszystko. Pogoda tez nie dopisała, ale bawiliśmy się tam naprawdę dobrze [małpia twarz, małpia twarz #pdk]

    Czyli nie zarobiliśmy praktycznie nic, koszty się jako tako zwróciły, odzew jak na te 60 osób był o dziwo naprawdę spoko, jedna dziewczyna kupiła wtedy chyba nawet z 5 czy 6 par, więc byliśmy całkiem zadowoleni z siebie, ale to nie było to za cholere to, czego oczekiwaliśmy.

    Była też druga strona medalu: po jednym takim marnym wypadzie, przy sprzedaży kolczyków po 5/10zł koszty zakupu półproduktów spłacone, nam została masa niesprzedanych rzeczy, zaś dostawa od hurtownika ledwo ruszona - starczyłoby bez problemu na następne 200/300 sztuk.

    No wiedziałem że to ma sens.

    Jednocześnie dalej jeździłem, jednocześnie cały czas myślałem co zrobić żeby to ruszyć do przodu. I znacie to na pewno: Jak wszystko idzie dobrze, to idzie pełną parą. Ale jak już ma się dziać źle, to po takim okresie dobrych wspomnień i energii, musi się coś zjebać. I musi się stać parę rzeczy naraz, bo zawsze przecież tak jest, nigdy pojedynczo.

    Przedstawiłem wstępny plan ojcu, powiedziałem ile mam oszczędności, że chciałbym jeździć po festiwalach, sprzedawać kolczyki i bransoletki robione przez nas, że potrzebuję 10 tysięcy pożyczki i możemy ruszać. Mi liczby się zgadzały - jemu nie. Dla niego, człowieka ponad 60 letniego było to niewyobrażalne, mój plan do dupy, zaś ja sam wziąłbym się lepiej za coś innego. I patrząc z perspektywy... Miał racje. Źle wszystko przedstawiłem, źle obliczyłem, źle do wszystkiego podszedłem. Miał cholera racje i kiedyś zresztą muszę mu to powiedzieć, ale wtedy miałem żal o to.

    Druga rzecz która się zjebała jednocześnie to mój związek - 6 lat poszło wpizdu a mi cały entuzjazm całą sprawą powoli siadał. A siadł mi totalnie, gdy dostałem informację że szefowa u której pracuje w ciągu miesiąca zamyka działalność.

    Zawsze wszystko kurwa naraz xD

    Nie był to najlepszy okres w moim życiu, znowu powrót na stałe do rodzinnego domu, szukanie pracy, no i kuracja doła po związku. Oszczędności malały, ja się czułem jak gówno przez byłą i w ogóle nie myślałem o Bido.

    A mogłem, bo do dzisiaj mam wrażenie że z firmą spóźniłem się o dobre pare lat, choć nie ma co roztrząsać przeszłości.

    Generalnie gratuluję jeśli aż tutaj dotarłeś/aś. Ja te wpisy traktuję jako swego rodzaju przypomnienie dlaczego robię to co robię, bo straciłem trochę na motywacji przy zalewie różnorakich problemów. Fajnie że to czytasz, witaj w moim świecie. ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

    #rozkminkrzaka #wykopstories #dziendobry #gownowpis #opowiadanie

    sorry za powtórne usuwanie/wklejanie.
    pokaż całość

    •  

      @bkwas: właśnie chciałem robić to równoległe, aktualna praca mnie satysfakcjonuje pod względem zarobków i ilości czasu jaki muszę w nią wkładać, co otwiera mi szansę, żeby spożytkować pozostały czas na "hobby", z którego też chciałbym czerpać korzyści $. Nie wiem tylko jak sprawdzić rynek i chyba zrobię na początek kilkanaście/kilkadziesiąt sztuk i sprawdzę jak to wygląda przez internet + zostawię w jednym punkcie stacjonarnym.

      Oczywiście, jeśli bym przysiadł do tego, mógłbym atakować poszczególne sklepy w całej Polsce i dawać im dobrą cenę na samym początku, obawiam się tylko, że czasowo to może być kosmos + koszty (wysyłka, materiały). I zostaje ryzyko, że ktoś będzie chciał zgapić temat znając przebitkę.

      Z drugiej strony wiem, że konkurencja jest bardzo mała w tej branży (w skali PL). Dzisiaj robię pierwsze zakupy i nie będzie chyba już odwrotu (ʘ‿ʘ)
      pokaż całość

      +: bkwas
    •  

      @kaziu12 rób - a co do konkurencji się nie przejmuj, wbrew pozorom nie ma aż tylu chętnych by poświęcać swój czas na kopiowanie, a nawet jeśli, przy niszy tak czy tak trafia się do różnych klientów i nawet jeśli ktoś robiłby podobne rzeczy co Ty (cokolwiek to jest) to jest duże prawdopodobieństwo że trafi do innych klientów nie podbierając Twoich.

      Tak czy tak po prostu działaj. I polecam już założyć Instagrama i FB firmowego i tam wrzucać jakieś fotki - tam też znajdą się klienci i w łatwy sposób poszerzysz swój zasięg.

      Do tego warto się zastanowić nad jakąś internetową platforma do sprzedaży rękodzieła - etsy, pakamera czy inne strony z rękodziełem. Tam można w łatwy sposób zacząć, zobaczyć czy są chętni i to tam można kierować ludzi z FB/insta - na początek to dosyć łatwy sposób na "test"
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Cz. 3 #rozkminkrzak - bardzo chaotycznej opowieści o tym jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Tak jak już wcześniej pisałem, gdy miałem te 20 lat i wróciłem do rodzinnej miejscowości na Podhalu z pracą było ciężko w tym regionie, w szczególności dla kogoś kto nie miał doświadczenia tylko wielkie plany i niezbyt dużo oleju w głowie. Po wypadku który zaliczyłem skończyło się jeżdżenie po 12-14h w pizzerii, zacząłem szukać czegoś innego, oczywiście łącząc to z dalszymi wypadami - bo to właśnie wypady z przyjaciółmi dawały mi energię do działania.
    No ale praca w tartaku mnie nie interesowała, do biurowej się nie nadawałem, u Ojca w firmie od początku nie chciałem iść zaś interesujące mnie firmy miały od lat komplet pracowników i brak wolnych miejsc.

    A ja chciałem zarobić. Z allegro w tamtym okresie mocno przystopowałem, nie miałem już tylu okazji co kiedyś, nie przeglądałem na bierząco jak rynek się zmieniał i zwyczajnie wypadłem z obiegu, dodatkowo straciłem do tego serce. Oszczędności jakieś miałem, bo moja natura i wychowanie przez rodziców automatycznie zmuszała mnie do oszczędzania, ale nie było tego wiele.
    Jednocześnie wiedziałem, że moje małe miasteczko choć piękne, to nie jest oknem na świat. A ja chciałem zobaczyć trochę świata. Chciałem zobaczyć Polskę, zwiedzić trochę Europę, zobaczyć to mityczne COŚ. Myślałem wtedy o emigracji, z angielskim nie miałem większego problemu, ale zwyczajnie bałem się że nie dam rady, no i że za cholere nie starczy mi pieniędzy.

    Ojciec jednocześnie coraz bardziej namawiał mnie żebym zaczął działać u niego w firmie, gdzie zawsze było dla mnie miejsce, ale ja uparcie nie chciałem się w to pchać -
    wolałem iść po swojemu, jednocześnie coś mu udowodnić, uciec jednocześnie od kłótni, których w tamtym czasie było trochę, zaś wspólna praca nie pomagała w naszych relacjach. No a jego firma choć dobra, forma pracy nigdy mi nie odpowiadała, zaś łatka "synka szefa" ciągnęła się już i tak przy każdej mojej pracy wakacyjnej u niego i mnie zwyczajnie to wkurzało.

    No byłem w dupie i po raz któryś w życiu nie wiedziałem co zrobić ze sobą. Na szczęście nie trwało to długo, bo pojawił się wspomniany wcześniej kumpel który jeździł na busie.
    Spotkaliśmy się na stacji, gdy pod koniec pracy tankowałem auto do pełna (Niezniszczalne firmowe Sejko, gaz do pełna za niecałe 50zł auto niezniszczalne które udało mi się zniszczyć - bo co jak co, ale ja potrafię psuć xD) on akurat jechał albo wracał z trasy i powiedział mi że rzuca tą robotę i czy nie chciałbym za niego wskoczyć.

    A chciałem. Bo wcześniej słysząc jego opowieści, prawdziwie zapragnąłem takiej pracy. I ja całkowicie rozumiem ludzi, nierozumiejących tego stylu życia, trasa, #bekaztransa i kierowcy chuje - ale dla gościa z małego miasta, gdzie pracy zwyczajnie nie ma, perspektywa niezłych zarobków i jednocześnie zwiedzanie całej Polski to była praca marzeń.
    Jeżdżenie od poniedziałku do piątku, weekend w domu, płaca stała niezależna od kilometrów (co okazało się błogosławieństwem w tej firmie, ale o tym dalej) bus legendarna babcia Renault Master z plandeką i kurnikiem do spania - od razu powiedziałem że chce tą pracę. Bo co mi szkodzi.

    Jedna trasa próbna z kumplem i czekałem czy wezmą szczyla bez doświadczenia. Wzięli.
    Moja pierwsza trasa to był cholerny dramat. Jeździłem wcześniej busami u ojca. Ale nigdy tak szerokim. Jeździłem w dłuższe trasy. Ale nigdy ponad 700km. Jeździłem w złych warunkach. Ale nigdy z towarem, mgłą przed sobą i wizją że mam dojechać na miejsce i rozładować.
    Nie rozdrabniając się na szczegóły których i tak daję o wiele za dużo na tej trasie zgubiłem się dwa razy (cholerna automapa z zaznaczonymi drogami gruntowymi!) omal nie miałem wypadku z własnej winy, byłem zmęczony na potęgę i przeklinałem obietnice pracodawcy o "lekkim początku" no i jednocześnie niemożliwie się cieszyłem gdy okazało się że... Dałem radę, bo czemu miałbym niby nie dać.

    Jeździłem tam ponad 2 lata, zrobiłem ponad 200.000km po Polsce, Czechach i Słowacji, zaś moje "pożegnanie" z tą pracą mogliście lata temu przeczytać TUTAJ - co prawda było pisane po czasie, ale sentyment pozostał.
    Naprawdę kochałem tą pracę, choć cały jej okres zlał mi się w jedną całość a działo się wtedy dużo. Rozwalił sie mój długoletni związek, bo szablon erasmusowski jednak czasem rzeczywiście działa (xD), ja miałem parę sytuacji, w których myślałem że umrę co zresztą bardzo ładnie porządkuje priorytety w życiu, odbudowałem prawdziwy i zdrowy kontakt z moimi rodzicami, wiedząc jak bardzo zawaliłem niektóre rzeczy, w międzyczasie kontynuowałem dalsze zwiedzanie bliższego świata z przyjaciółmi co dalej niesamowicie mnie cieszyło, Polska mnie oczarowała swoją różnorodnością widoczków i zwyczajnie doceniłem jak piękny mamy kraj no i... Pojawiło się rękodzieło w moim życiu.

    Rozpisałem się znowu, dlatego tnę całość na pół i druga część trzeciej części będzie nie wiem, wieczorem? Jutro? Jak zrobię ctrl+c/ctrl+v wracając z pracy. Bo teraz trzeba się wziąć za teraźniejszość, a nie porządkować sobie przeszłość ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Miłego Mirki

    #dziendobry #rozkminkrzaka #tworczoscwlasna #opowiadanie #gownowpis

    PS: tak, jak zawsze bonus - zdjęcie murala zrobionego na totalnym zadupiu z napisem "Mi się tu podoba"
    Do wioski prowadziła jedna wąska majestatyczna droga pomiędzy polami, którą jechało się przez parę kilometrów by wylądować pomiędzy nastoma budynkami. Takie miejsce też mają swój klimat - szczególnie jak tamtędy tylko przejeżdżasz.
    pokaż całość

    źródło: Zdjęcie0151.jpg

  •  

    Wrocław dalej mnie zadziwia. Przeprowadziłem się tutaj równe 2 lata temu - do dzisiaj to miasto zadziwia mnie pod kątem skrajności uczuć jakie we mnie wywołuje.

    Z jednej strony to po prostu cholernie ładne miasto. Jednocześnie (co dla mnie osobiście jest wielkim plusem) mam wrażenie, że we Wrocławiu wszędzie jest blisko jak już jesteśmy blisko centrum. Masa klimatycznych miejsc, dużo się dzieje pod względem muzycznym/kulturalnym - na to nie mogę narzekać. Na ludzi tak samo - jakoś mam szczęście i trafiam raczej na tych życzliwych którzy mają normalne ludzkie podejście aniżeli debili chcących sprowadzić ludzi do ich własnego niskiego poziomu.

    Z drugiej barykady? Smog, dużo brudu, architektoniczny rozpierdol, rozwalone drogi, korki, problem z transportem zbiorowym.

    Ale największe skrajności mam pod względem tego, co ciężko weryfikować danymi: klimat.
    Bo coś jest w tym mieście, to niepoliczalne "coś". Choć to może we mnie zaszczepiono miłość do Wrocławia - moja mama stąd pochodzi i zawsze ciepło się o nim wypowiadała.

    NADODRZE.

    To tutaj kiedyś wylądowałem, gdy byłem na studiach. To tutaj teraz mieszkam i to właśnie Nadodrze poznaję od innej strony.
    Jest rano - czas który przeorganizowałem totalnie w stosunku do tego, jak wyglądały poranki gdy pracowałem regularnie. Teraz rano ćwiczę, wychodzę na mały spacer i ew. zakupy by nabrać siły na cały dzień. No i zwiedzam. Wchodzę w uliczki których nigdy nie widziałem, szukam miejsc które mogłyby mnie zaciekawić, znajduję napisy, murale, architektoniczne cuda i... No i mam skrajne uczucia ( ಠ_ಠ)

    Idę przez plac Św. Macieja, oglądam kamienice, mijam ludzi i staram się nie zauważać jak bardzo czuć zanieczyszczenie miasta. Dochodzę do ul. Św. Wincentego i moim oczom ukazuje się ulica w całej okazałości. Ah ten rozpierdol architektoniczny. W tle kominy elektrowni, pośrodku których na bliższym planie budynek totalnie nie pasujący do reszty w stylu jakiegoś dworku, zaś na najbliższym planie kamienice ciągnące się wzdłuż ulicy. Jedne odrapane, zaś inne odnowione każda na swój sposób. Obrazek idealnie ukazujący skrajność uczuć, tym bardziej, że w całości - to ma swój jakiś nieopisywalny klimat.

    Robię zdjęcie, idę dalej ulicą i zauważam bramę całą wymalowaną specyficznym muralem - to sygnał żeby tu zajrzeć, a nuż znajdę tam miejsce do wynajęcia pod warsztat, albo jakieś ciekawe miejsce. Przechodząc przez bramę wkraczam w totalnie inny klimat Wrocławia. Naprzeciw mnie Ekocentrum - przedziwny budynek architektonicznie totalnie nie pasujący do całości podwórka, ale jest tu cicho, spokojnie, powiedział bym że zadziwiająco ładnie. Widzę następne napisy, murale i znowu czuje dziwny klimat, tym razem całkowicie pozytywny, zmiana o 179stopni względem tego, co widziałem mając w tle kominy elektrowni.

    I tak jest często tutaj - im więcej podwórek widuję, tym bardziej zauważam ten architektoniczny rozpierdol Wrocławia którego nikt nie kontroluje i który jest poniekąd chyba naszą narodową domeną - my chyba od dekad nie potrafiliśmy zachować jakiejkolwiek ciągłości w budownictwie, nie licząc miejskich rynków.

    Dopalam papierosa, kieruję się na Ptasią, na mały ryneczek gdzie często starsi ludzie prowadzą swoje interesy, a ja mogę kupić świeże warzywa, czasem jakiś kwiatek od babci która zerwała go zapewne u siebie i chce dorobić. Teraz w zimie nie ma ich prawie w ogóle, ale na wiosnę czy lato mogę sobie kupić za parę złotych świeży pięknie pachnący bez, którego nie da się tak łatwo znaleźć w wielkim mieście.

    Dziwny klimat. A jednocześnie nadal jakoś tak mi tu dobrze, pomimo całego chaosu który odjaniepawla się właśnie w moim życiu. Uczę się Wrocławia na nowo, utwierdzam się w przekonaniu, że warto pochodzić wzdłuż Odry, że Osobowicka też ma parę dziwnych niepowtarzalnych miejsc do których będę mógł wrócić no i upewniam się, że najgorszy okres w mieście to właśnie zima. A ona mija i niedługo będzie tutaj naprawdę pięknie.

    #dziendobry #rozkminkrzaka #opowiadanie #milegodnia #wroclaw
    pokaż całość

    źródło: IMG_20190120_161053.jpg

  •  

    Cz. 2 #rozkminkrzaka - bardzo chaotycznej opowieści o tym jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Powrót.

    Jest rok 2010. W teorii powinienem wspominać go średnio - praca od 11-14 godzin, nadal jednocześnie obowiązki w domu i wewnętrzne zagubienie. W praktyce, to był naprawdę szczęśliwy okres w moim życiu ale po kolei.

    Więc wróciłem - wróciłem do małego miasteczka w którym się urodziłem, bez żadnego wielkiego planu z nadzieją że jakoś to będzie.

    "Jakoś to będzie" nie było wystarczająco szczegółowo przedstawionym planem dla moich rodziców, choć bardzo dobrze opisywał moje odczucia w tamtym momencie i dalej twierdzę że to nie był aż tak zły plan jak oni myśleli. Tak jak pisałem wcześniej zarzucono mnie obowiązkami domowymi w myśl zasady, że wszystko co dzieciaki robią głupiego to z nudy.

    A to był okres kiedy stanowczo się nie nudziłem, bo mogłem robić masę głupich rzeczy.

    Nie wiem jak u Was (jeśli ktoś jest z wioski/małej miejscowości) ale u mnie takim centrum rozrywki w tym wieku był... Samochód. Sam fakt, że można było wsiąść i po prostu jechać przed siebie to było cudowne uczucie. I wolność.
    To jest ten okres kiedy 20 latek myśli, że jest dorosły, że może wszystko a jednocześnie ucieka kiedy może z domu w którym mieszka z rodzicami po to, żeby nie musieć słuchać tego co ma zrobić/co zrobił źle/pytań o plany przyszłościowe/albo ogólnie dorosłe rozmowy których nie jest się fanem bo w końcu ma się 20 lat i jest się dorosłym, nie? xD Paradoks.

    Na rozmowy chodziłem. Szukałem na początku tego co może mnie zainteresować, by później szukać tego co jest dostępne i by dojść do momentu że chciałbym cokolwiek. Pracy zwyczajnie nie było. Były połówki etatu, albo prace których ze względu na warunki nikt się nie chwytał. Szukałem, ale z czasem intensywność poszukiwań malała. Z jednej strony frustracja i wkurzenie, a z drugiej... Auto, wierna ekipa przyjaciół i liczne małe podróże.

    Małopolska jest piękna. Jestem z Podhala, wychowany tutaj przez matkę nauczycielkę i ojca mechanika. Ona z miasta zaś on z małej miejscowości - tak, właśnie tej z której pochodzę. Obydwoje zdołali zaszczepić w mojej ograniczonej idiotyzmem głowie ciekawość świata i chęć zobaczenia wszystkiego. Albo przynajmniej tego co dostępne.

    To serio zadziwiające ile można zobaczyć w promieniu 100km od własnego domu. Ja ten okres pamiętam głównie właśnie z jeżdżenia. Każdy możliwy moment gdzie udało się zarobić na czarno/kombinacjami/pracą dorywczą u ojca był wykorzystywany by gdzieś jechać.
    Zamiast spotkać się ze znajomymi w knajpie my zgadywaliśmy się na konkretnej miejscówce. Dopiero lata później doszło do mnie, że to nie jest normalna rzecz, że na przekaźnik który jest na szczycie górki z której rozpościera się wspaniały widok na okolicę, przyjeżdżają 3 auta pełne ludzi, którzy rozmawiają tam, śmieją się, piją piwo, palą blanty i generalnie bunkrów nie ma ale też jest zajebiście.
    Zamiast iść do klubu my ładowaliśmy się do auta w 4-5 osób i jechaliśmy.
    Na początku były przeszpiegi - jazda przed siebie i szukanie jakiegoś nowego miejsca. Bo ta górka wygląda ciekawie. Bo ta droga może nas wyprowadzić dobrze.
    W większości oczywiście nie mogliśmy znaleźć nic sensownego, ale to nie cel się liczył tylko podróż, co nie oznacza że nigdy nic nie mogliśmy znaleźć.
    Po czasie,w promieniu 40km od naszej wiochy mieliśmy chyba 8 czy 10 sprawdzonych miejscówek znalezionych właśnie w ten sposób. Albo z czyjegoś polecenia. Miejsc w które:
    - Można dojechać autem.
    - Są relatywnie blisko nas.
    - Jest tam widoczek/coś specjalnego (np. opuszczony kompleks hotelowy, wodospadzik, zalew, tunel)

    No i dlatego z tego okresu pamiętam najbardziej śmiech, jeżdżenie, rozmawianie i wieczną ucieczkę od rzeczywistości. Bo bezrobocie było wtedy synonimem zabawy i mogliśmy sobie na to pozwolić.

    3 miesiące bezrobocia - dziesiątki odbytych rozmów kwalifikacyjnych, 0 znalezionej pracy na stałe, setki kilometrów przebytych dla zabawy.

    I tu do głosu dochodzą rodzice. Cholera, do dzisiaj doceniam jak umiejętnie potrafili mnie czasem poprowadzić. Nie zawsze, bo byłoby zbyt pięknie, ale w dużej części wypadków muszę powiedzieć, że mieli rację.
    Nigdy nie powiedzieli tego wprost, ale wiedziałem jedno: Jeśli nie znajdę pracy na stałe, albo nie przedstawię im jakiegoś sensownego planu - mogę sie nie pojawiać w domu. Teraz dobrze wiem, że nie wyrzucili by mnie, ale wtedy tak myślałem, stworzyli taką atmosferę.

    Więc porzuciłem nadzieję, żeby znaleźć jakąś przyszłościową pracę i... I zatrudniłem się w pizzerii, jako kierowca.
    Warunki? W sumie bardzo dobre, całe 5zł za godzinę + napiwki, brak umowy przez 2 miesiące, praca od 10 do 22-23. Czasem 24.

    Chciałbym mieć ten entuzjazm i siły które miałem wtedy. Ja serio lubiłem tą pracę. Do dzisiaj nie wiem, czy to po prostu był taki okres w moim życiu, że praktycznie wszystko mnie cieszyło, czy miałem szczęście i dobrze trafiałem, ale ekipa która tam była... No miód. Wszyscy żyliśmy we wspólnej niedoli, śmiejąc się z 5zł za godzinę, śmiejąc się z godzin tam spędzonych, jednocześnie szefostwo dopiero uczyło się jak prowadzić swój biznes więc było luźno. W skrócie, cholera było ciekawie. Zaś ja nie czułem wyzysku.
    Choć powinienem. Średnio pracowałem po 12-13 godzin. Po czasie byłem najstarszym kierowcą, więc jednocześnie to ja ustalałem grafiki więc miałem pewną elastyczność, no ale, praca 22-23dni w miesiącu, po 12 godzin - ponad 260 godzin w miesiącu.

    Swego czasu byłem rekordzistą w pizzeri - 336h w miesiącu. Płaca? 1700zł za praktycznie dwa etaty. Oczywiście miałem do tego jeszcze napiwki, dodatkowo ludziom często jeździłem po coś do sklepu itp - czasem udawało mi się skończyć miesiąc mając 2300-2600zł w kieszeni, ale było to okupione gigantyczną ilością godzin w pracy. A ja debil się jeszcze z tego cieszyłem xD

    Bo czułem że sobie radzę, bo widziałem że daję radę, ludzie na mnie polegają, szefostwo mnie lubi zaś życie płynie. Tak jak pisałem, chciałbym mieć jeszcze kiedyś tyle siły co wtedy.
    Bo po pracy ja nadal spotykałem się jeszcze z ekipą, potrafiliśmy gdzieś pojechać a to pogadać, a to na lolka, jednocześnie miałem obowiązki w domu i pomoc przy firmie ojca. Naprawdę chciałbym mieć tyle siły co wtedy.

    Tak czy tak, po 2 czy 3 miesiącach takiej pracy zmęczenie dawało o sobie znać, ja zacząłem przesadzać i z ilością godzin przepracowanych (bo trzeba zarabiać!) i ze spotkaniami które mogłem olać ale tego nie robiłem, więc spałem po 4-5 godzin więc to musiało się zemścić.

    Miałem wypadek. Z własnej winy jadąc z pizzą władowałem przy 80km/h w tył innego auta. Moja chwila nieuwagi, zmęczenie + niezapięte pasy.
    Pamiętam moją panikę (bo byłem na czarno) ślad krwi na szybie i zdjęcie mojej czaszki.

    Nic wielkiego się nie stało, ale to był sygnał że coś trzeba zmienić, a ja całego życia nie spędzę w pizzeri przecież. Już nie pamiętam jak sie udało załatwić moje ubezpieczenie, czy poszło z bezrobocia w którym byłem zarejestrowany, czy szefowa coś kombinowała - nie wiem.

    Wiem że krótko po tym udało się totalnym przypadkiem znaleźć pracę o której już od jakiegoś czasu myślałem - jazda busem po Polsce. Kumpel zwalniał się z firmy od jakiegoś czasu a ja mu przypominałem ciągle, że bardzo chętnie wskoczyłbym za niego. Akurat jakoś miesiąc czy półtora po wypadku kończył pracę, a ja mogłem totalnym przypadkiem połączyć to co lubię - jazdę samochodem i zwiedzanie z zarabianiem. I tym razem nie za 5zł za godzinę.

    #rozkminkrzaka #dziendobry #opowiadanie #wykopstories

    Znowu chaotycznie, znowu o wiele więcej niż miało być. Ale powoli cała historia dąży do pomysłu z powstaniem firmy, serio.

    Jako bonus jedna z wielu miejscówek które opisywałem - przekaźnik w Mszanie Dolnej. Nie było mnie tam parę lat, jak nic muszę znowu odwiedzić. Swoją drogą to chyba jedno z najlepszych zdjęć mojego uwczesnego auta, które zawsze będę wspominać z sentymentem ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    źródło: Zdjecie0092.jpg

    •  

      @Kat20: Spoko, co parę dni będę dodawać następne części jeśli wena będzie obecna : D

      Czeka mnie pierwsza poważna praca, dorywcza praca przy rękodziele, wyprawy europejskie, trochę imprez, wielka zdrada, próba odbudowy szczęścia, zrobienie swojego małego studia nagraniowego i cholera wie jeszcze co.

      Ogólnie nie wiem czy się rozpisywać tak jak się rozpisuje, czy bardziej "zacieśniać" wątki.

      Ale będąc szczerym, wolę tak jak jest teraz - jeśli coś mi się przypomina, co uważam że warto dodać po prostu dodaję i efekt końcowy najwyżej kogoś odrzuci, trudno, ale opiszę to co chciałem.

      No i dzięki za czytanie, do zobaczenia za parę dni : D
      pokaż całość

    •  

      @bkwas: czekam na nastepne opowiadanie sam nie wiem co chce robic.. dawaj nastepne :D

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Dżem dobry ( ͡° ͜ʖ ͡°) 

    Pierwszy wpis w ramach #wykopstories #rozkminkrzaka

    Jestem człowiekiem który rzucił studia po pierwszym semestrze. Dwa-kurwa-razy xD 

    Pierwsze studia na UE we Wrocławiu, drugie WSZiB w Krakowie. 

    Rodzice od początku wychodzili z założenia, że mam iść na studia, zaś ja - hmm ustalmy, że nie zadawałem wtedy pytań, mając skończone liceum i te 18-19 lat nie zadawałem pytań. Choć może zadawałem - pytań miałem zawsze setki tylko innego rodzaju. Ale wszyscy szli, czemu ja miałbym nie iść? Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak cudowną możliwość dali mi rodzice i zwyczajnie tego nie doceniałem, ale chyba tak to jest jak jest się gówniarzem, a przynajmniej ja taki byłem.

    Pierwsze studia bardzo szybko zweryfikowały moją niechęć do nauki - okazało się, że to co każdy słyszał w szkole czyli "zdolny ale leń" było tylko połowiczną prawdą. Nie byłem tam ani zdolny, ani nawet nie byłem leniem. Byłem zbyt leniwy na lenia. Początkowo podchodziłem do wszystkiego z wielkim entuzjazmem, uczyłem się, nawet jeden wykładowca zasiał we mnie ziarno ciekawości tematem ekonomii ale gdy przyszła sesja semestru nawet nie zaliczyłem bo był ze mnie zwykły dzban i zaświeciło się światło, że ekonomia chyba nie jest dla mnie. Że chyba w ogóle studiowanie nie jest dla mnie. Będąc osobą w gorącej wodzie kąpanym chciałem działać. Już teraz zaraz. Chciałem też poznawać świat którego jeszcze nie znałem a wyjazd do dużego miasta dał... No wolność. Brak kontroli i mnogość ciekawych studenckich opcji ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Skoro świadomie zadecydowałem, żeby przez pół roku wywalić i podeptać pieniądze rodziców, coś trzeba było postanowić - przede wszystkim w którą stronę pchnąć życie. Sprzedałem moje dwie najcenniejsze wtedy rzeczy (kupione za hajsy z robót wakacyjnych):
    looper bossa rc-50 i gitarę Ibaneza(*). Do dzisiaj czuje ich brak ;D

    Cały hajs który poszedł żeby zapłacić za studia to były najgorzej i jednocześnie najlepiej wydane pieniądze w moim życiu. Jako, że sam zarobiłem na nie, miałem przeświadczenie, że nie muszę tłumaczyć się rodzicom co robię, przecież jestem dorosłą osobą która wie czego chce - no chce studiować. Ba, chce studiować zarządzanie połączoną z informatyką! Świat komputerów zawsze kochałem, a zarządzanie? Nie ważne, ważne to co napisali na stronie - będę mieć świetlaną przyszłość i szeroką wiedzę. 

    Cała wiedza została spalona. Dosłownie, bo przejarałem je całe. Będąc szczerym na samych studiach nie zrobiłem praktycznie nic, to była jedna wielka impreza którą... Miałem być szczery - wspominam cholernie dobrze, przykro mi. Nawet z perspektywy, mając świadomość jak bardzo te pół roku poszło z dymem. 

    To był jednocześnie rozkwit mojego pierwszego poważnego związku (już wtedy trwał 3 lata) największych imprez, gigantycznych domówek i wspominam... śmiech. Przede wszystkim śmiech. Bo śmiech był wtedy wszędzie. Każdą jedną pojedynczą czynność robiło się dla śmiechu. Każda krzywa akcja, nie ważne jakie były koszta - były bardzo precyzyjnie obliczone dla odpowiedniej dawki śmiechu. Humor im bardziej abstrakcyjny tym lepiej, a jako, że ekipa już od lat była dotarta i znana - im większy pocisk w czyjąś stronę i ewentualna riposta - tym lepiej. Życie chwilą szło bardzo dobrze, jednocześnie żeby dorobić zawsze coś tam działałem na allegro - kupowałem coś tanio, sprzedawałem drożej, czasem kupowałem coś zepsutego żeby naprawić i sprzedać z większym zyskiem. To mi zresztą zostało, 80% moich rzeczy poczawszy od telefonów, komputerów instrumentów i różnych pierdółek kupowałem albo używane, albo naruszone - przecież można naprawić i mieć za pół darmo. W większości miałem do tego szczescie i nie żałowałem.

    Ale nie oszukujmy się, z tyłu głowy cały czas były studia i myali "co ja zrobię, przecież nie zdam" które skutecznie było zakrywane następną imprezą, czy następnym lolkiem. Po trzech miesiącach (chyba) już dobrze wiedziałem, że z tego nic nie będzie i że rezygnuję definitywnie że studiów. No ale był cholerny strach przed reakcją rodziców. Przede wszystkim przed tym że ich zwyczajnie zawiodłem, tym bardziej że w tamtych czasach kontakt z nimi miałem dość utrudniony. Z jeden strony z racji różnicy wieku (rodzice urodzili mnie po 40, już wtedy mieli 60 lat) choć w większości to była moja wina bo zwyczajnie ich nie rozumiałem - wiecie jak wąskie horyzonty potrafi mieć młoda osoba.

    Miały być studia. Miałem dać radę. A ja? A ja miałem masę pytań ale zazwyczaj tylko do tego jednego profesora który akurat potrafił mnie zainteresować a inni mogli nie istnieć. Przy innych nie umiałem się w ogóle uczyć. Studia całościowo nigdy nie rozbudziły we mnie ciekawości. A ja jestem cholernie ciekawskim gościem. Mam masę pytań, lubię wchodzić w dysputy, zaś ojciec od zawsze oczekiwał jasnych agumentów przy dyskusji - bez tego nawet nie warto było zaczynać tematu. Czytałem wtedy masę książek, internet był niesamowicie ciekawym miejscem a ja chciałem wiedzieć wszystko. Nie zapamiętać później nic, ale wiedzieć wszystko.

    No i nie oszukujmy się:

    To cholerny idiotyzm, by już na początku liceum wstępnie decydować co chciałoby się robić w życiu. 

    Nawet nie wiecie jak wtedy mnie bolał fakt, że jestem kompletnie zagubioną osobą. Nie wiedziałem nic, nie wiedziałem co ze sobą zrobić i przede wszystkim - nie wiedziałem co chciałbym robić w życiu. Zazdrościłem kolegom którzy już w liceum mieli przepis na siebie, którego ja nigdy nie posiadałem. Niby w liceum zawsze twierdziłem, że chciałbym mieć swoją firmę jak ojciec, ale to szybko szło w zapomnienie gdy słyszałem o innych opcjach. Tym bardziej że jestem królem słomianego zapału. Mistrzem nakręcania się, próbowania i porzucania gdy coś staje się trudne.

    Miałem akurat to szczęście, że nie wiedząc czemu dosyć szybko doszło do mnie, że chciałbym w życiu być szczęśliwym. Ja wiem jak to banalnie brzmi, ale cholera, nie macie czasem wrażenia, że ludzie zapominają po co żyją? Ja zaś wiedziałem jedno: Chcę żeby to co będę robić mnie cieszyło. 

    I w ten sposób mając 20 lat, podwójne niezaliczone studia wróciłem do rodzinnego domu, do rodziców którzy byli baaardzo zadowoleni z syna xD Który oświadczył że studiować nie będzie, bo patrząc na znajomych i tak po studiach nic nie ma, a ja chcę mieć doświadczenie. To była poniekąd zasłona dymna, ale najważniejszy argument trafił: nie mogę od Was brać pieniędzy na coś czego w ogóle nie jestem pewien i co mogę znowu porzucić. Była walka, była złość jednocześnie moje dalsze zagubienie - ale rodzice wiedzieli jak się tym zająć.
    W rodzinnym domu zawsze miałem trochę obowiązków, co tydzień koszenie w piątek albo sobotę (dużo koszenia, od 3-5 godzin w zależności jak szła praca) jednocześnie zawsze ojcu coś pomagałem przy firmie, zaś przy dużym domu z paroma budynkami gospodarczymi ZAWSZE jest co robić. Więc zajmowali mi czas, zaś ja zacząłem szukać pracy i okazało się że bez doświadczenia wcale nie będzie tak łatwo. Tym bardziej że okres był naprawdę wredny - ogólny problem z bezrobociem, do tego końcówka roku. Ale zacząłem szukać. I zaczynałem kombinować.

    Kontynuacja następnym razem bo się chyba za bardzo rozpisałem.

    #dziendobry #wykopstories #rozkminkrzaka #opowiadanie #tworczoscwlasna

    PS: jako bonus zdjęcie mojego psa, który w tamtych czasach podczas największych kłótni z rodzicami o to jak wielkim deklem jestem ratował mi dupę jak mało kto - komunikowałem że idę na spacer z psem i na to nie było riposty bo Czaka (dalmatynczyko-bernardyno-wyżeł swoją drogą xD) miała nieskończone pokłady energii i potrzebowała spacerów by nie roznosić domu.

    Swoją drogą cholernie wierny pies, do dzisiaj wracając do domu i kierując się do garażu gdzie miała legowisko czegoś mi brakuje a minęło już parę lat...
    pokaż całość

    źródło: 1547715568899.jpg

  •  

    Dżem dobry ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Chcę zacząć serię wpisów pod #rozkminkrzaka od innej strony niż zazwyczaj. Strony której mi trochę brakuje na wykopie.

    Otóż chciałbym żebyście poznali mój mały świat a przy tym mnie samego. No i przede wszystkim kontekst jak to się stało, że zacząłem bawić się w rękodzieło i czemu w ogóle się tym zająłem. 

    Opowiem o sobie, o latach które prowadziły cholernie okrężną drogą do tego co jest dzisiaj - czyli początku mojej firmy. Będzie o przeszłości, będzie trochę wspominków które postaram się złożyć w sensowną całość by w rezultacie dojść do teraźniejszości i do tego jak aktualnie tworzę i jaką mam wizję na całość.

    Początkowo #rozkminkrzaka miał być # który opowiada właśnie o moim małym/wielkim marzeniu założenia działalności, ale w chaosie własnych ruchów stał się tylko pokazem tego co robię, ew. co się aktualnie dzieje, bez żadnego kontekstu i historii. Chciałbym właśnie nadać ten kontekst. Opowiedzieć parę historii. 

    Chcę zrobić to, czego brakuje mi na wykopie. Otworzyć drzwi do czyjegoś świata. Mojego.

    Mam wrażenie, że w przeszłości było to tutaj częstsze. Cholernie brakuje mi @Old_Postman i jego historii, które miały tak lekkie pióro że... Brak słów. Serio człowieku, zrobiłeś tutaj coś niesamowitego swego czasu. Jestem 100% pewny, że ludzie na wykopie dalej mają gdzieś tam z tyłu głowy nadzieje, że wydasz kiedyś książkę. Gdziekolwiek teraz jesteś, mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy Mirku. 

    To nie będzie ten poziom nenenene xD Nie umiem pisać tak lekko - będę robić to po swojemu, starając się edytować jak najmniej by wpis miał "moją" cząstkę. A to oznacza zapewnie błędy, powtórzenia i pewien chaos. Z tym musicie się liczyć ( ͡° ͜ʖ ͡°) 

    Witajcie, jestem Bartek, dla przyjaciół i znajomych Krzaku. Witajcie w moim chaotycznym świecie. 

    #rozkminkrzaka #dziendobry #gownowpis #opowiadanie

    PS: ej a może ktoś ma jakieś hasztagi osób które piszą swoje historie a zwyczajnie na nie nie trafiam bo to nisza albo nocna?

    PS2: a gdyby stworzyć jakiś wspólny hasz dla wszystkich możliwych ludzkich historii, np: #wykopstories ?

    PS3: częstotliwość będzie różna, ale następny wpis jutro. Postaram się wrzucać coś co parę dni, może częściej jeśli będzie wena. Bez niej na siłę nie będę nic wrzucać bo nie warto.

    Miłego Mircy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

  •  

    #piszzwykopem #opowiadanie #tworczoscwlasna #literatura

    Naskrobałem sobie opowiadanie. Może kogoś zainteresuje, więc wstawiam.

    Charles Miller – to nazwisko powinno być znane w każdym zapyziałym zakątku tego cholernego świata – pomyślał posiadacz tego nazwiska. Zajmował się pisaniem od najmłodszych lat. Chciał to robić, odkąd pierwszy raz przeczytał „Wojnę światów” Herberta Wallesa. Wymyślone przez niego spotkanie przez ludzi obcej cywilizacji, które skończyło się inwazją, wywróciło Charles’owi sposób patrzenia na świat. Zaczął myśleć o tym, co mogłoby się stać i co stanie się w przyszłości. Oczywiście potem przyszli inni: Philip K. Dick, Lem, Asimov, Frank Herbert i wielu innych. Gdy tak czytał, to doszedł do wniosku, że ciekawie byłoby napisać coś własnego. I napisał jedno opowiadanie, a potem drugie, aż w końcu zapomniał, że mógł żyć kiedyś bez pisania. Niestety, los nie był dla niego zbyt łaskawy, bo choć miał już czterdzieści dwa lata, to nigdy nie udało mu się wydać żadnej książki. Cały jego dorobek literacki ograniczał się do jednego erotycznego opowiadania, które opublikował w mało znanej gazecie o nazwie „Finezje”, gdy brakowało mu pieniędzy na jedzenie.. Od paru lat pogrążał się w co raz większej depresji. Od zawsze chciał być wielkim pisarzem i temu zajęciu poświęcał każdą wolną chwilę. Później chciał być już tylko pisarzem, ale nawet jego bardziej konwencyjne dzieła nie dostały się do druku. Teraz liczył już tylko na to, że jakikolwiek wydawca splunie na niego, bo to znaczyłoby, że chociaż został rozpoznany jako grafoman.

    Kończył właśnie spisywać swoje żale na papier, bo była to jedyna rzecz, która dawała mu trochę wytchnienia w tym świecie. Przestał stukać w klawisze na maszynie do pisania, którą przedkładał nad komputer, po czym odłożył maszynopis na stos innych kartek. Potem wyciągnął z szafki w biurku, przy którym pisał butelkę whisky i szklankę. Nalał sobie. Skrzywił się wypijając pierwszy łyk. Nie tak bardzo jakby to zrobił jeszcze parę miesięcy temu. Niepowodzenie literackie odbijało się na jego psychice tak, jak rana kłuta odbiłaby się na jego zdrowiu. Pił co raz więcej.

    Rzucił szklanką w ścianę. Nerwy mu nie wytrzymywały. Dlaczego, dlaczego nikt nie chciał wydać żadnej z jego cholernych książek. Przecież napisał ich sześć i nic. Mógł tylko patrzeć, jak inni pisarze, których można by nazwać, co najwyżej, miernymi osiągają sukcesy, a on mógł się tylko temu przyglądać. Wszystkie jego starania rozbijały się jak ta szklanka o ścianę. Nie chciał wiele, tylko żeby znalazło się parę osób, drobne grono, które doceniłoby to, co pisał. Widocznie jego próba uchwycenia świata była dla świata gówno warta. Nikt nie chciał czytać o kosmosie. Ludzie woleli romansidła.

    Zaczął żałować, że rozbił szklankę, bo znów zachciało mu się pić. Zorientował się jednak, że i tak skończyła mu się już whisky, więc wyszedł z domu, żeby zaopatrzyć się w większą ilość. Już nie kupował butelek, raczej skrzynki. Szła mu na to cała wypłata, którą dostawał pracując w jakiejś beznadziejnej knajpie jako kelner.

    Szedł wzdłuż ulicy i gdy miał już wchodzić do sklepu po alkohol, zobaczył naprzeciwko lokal, którego wcześniej tutaj nie widział. Podszedł, żeby się przyjrzeć. Na szybie był przyklejony plakat przedstawiający uśmiechniętą śmierć – prawdopodobnie zaczerpnięty motyw z meksykańskiej kultury. Jakiś szaman urządził tutaj swoją pracownię? Drzwi nie przedstawiały z kolei nic, więc Charles postanowił wejść do środka, żeby sprawdzić, co to jest właściwie za miejsce.

    Gdy wszedł, zobaczył zwyczajny, obłożony towarem na półkach sklep. Jednak to właśnie towar odróżniał to miejsce. Na półkach zamiast zabawek, piłek, czy nowego rodzaju nieprawdopodobnie nie zawierającej cukru coli były obłożone przedmiotami, których zbyt często się raczej nie widuje – laleczki voodoo, czaszki, berła, indiańskie medaliony, dziwaczne księgi w opasłych oprawach i wiele innych przedziwnych akcesoriów. Za ladą stał sprzedawca, który miał na sobie obszerną, czarną szatę, spod której nie dało się zobaczyć szczegółów jego sylwetki. Miał włosy koloru węgla zalizane do tyłu i krótko ostrzyżony zarost tego samego koloru.
    — Czym mogę służyć? — spytał dziwnie wyglądający sprzedawca.
    — Ja się tylko chciałem rozejrzeć.
    — Oczywiście, proszę.
    Charles podszedł pod jedną z półek i wziął do ręki pierwszy lepszy medalion. Był ośmiokątny, cały czarny i wypukły po środku. Wyglądał tak, jakby dało się go w jakiś sposób otworzyć. Gdy Charles spróbował to zrobić, usłyszał od sprzedawcy:
    — Niech pan tego nie robi.
    — Słucham?
    — Niech pan nie próbuje otworzyć tego medalionu.
    — Dlaczego?
    — Ten medalion ma leczyć bezsenność. Jeśli spróbuje pan go otworzyć nie znając zasad jego działania, może pan uśpić sam siebie na kilka dni.
    Charles spojrzał jeszcze raz na medalion i pomyślał, że właśnie został potraktowany jak frajer, którego można łatwo naciągnąć. Czy wyglądał aż tak naiwnie?
    — Widzę, że mi pan nie wierzy — powiedział sprzedawca domyślając się, co chodziło Charles’owi po głowie.
    — Nie jestem osobą, która wierzy w takie rzeczy. Preferuję raczej twarde dane i informacje, które można w każdej chwili wypróbować w zwykłym świecie, nie odwołując się do magicznych sztuczek nie z tego świata.
    — A chciałby pan wypróbować któryś z moich towarów?
    Tego Charles się nie spodziewał. Raczej liczył na to, że zostanie potraktowany beznadziejną gadką o tym, dlaczego magia działa, tylko gdy się w nią uwierzy, a gdyby to zrobił, to magia mogłaby mu naprawić wszystkie życiowe niepowodzenia. Ale — oczywiście — po paru tygodniach, bo magia musi się skumulować, żeby zaczęła działać. Oczywiście. Jednak sprzedawca zdawał się nie przejmować takimi rzeczami.
    — Chciał pan kiedyś latać?
    — Latać?
    — Tak, latać. Oderwać się od ziemi, pokonać grawitację, powiedzieć „cześć” ptakom w ich naturalnym środowisku.
    — Dlaczego pan pyta?
    — Bo dzisiaj jest dzień, w którym mógłby się pan przekonać, jak to jest.
    Po tych słowach wyciągnął spod lady słoik z zielonym płynem i szklankę. Nalał do szklanki malachitowej substancji, a potem podał ją Charles’owi.
    — Co to jest?
    — To jest napój, dzięki któremu oderwie się pan od ziemi. Nie wierzy pan, że te przedmioty mają rzeczywistą, magiczną moc, więc może zrobimy mały zakład? – Zapytał z uśmiechem.
    — Jaki zakład?
    — Bardzo prosty. Jeśli pan to wypije i uniesie się w powietrze, to kupi pan coś ode mnie. A jeśli nie, to dam panu butelkę whisky. — Te słowa mogły być najzwyklejszymi bzdurami, ale po tym jak je wypowiedział, to wyciągnął jeszcze butelkę najprawdziwszego Jacka Danielsa, czyli jedną z nielicznych rzeczy, które ostatnimi czasy robiły na Charles’ię jakiekolwiek wrażenie.
    — Wystarczy, że to wypiję, a potem niby zacznę lewitować? — Nie dowierzał Charles.
    — Wystarczy, że pan to wypije, a później naprawdę zacznie pan latać — powiedział z uśmiechem sprzedawca.
    — Niech będzie.
    Oczywiście picie dziwnego płynu, niewiadomego pochodzenia nie było najmądrzejszym ruchem, ale postępujący alkoholizm nie wybrzydza, gdy może dostać butelkę Jacka Danielsa za darmo.
    Wziął do ręki szklankę i wypił ją jednym haustem. Płyn smakował jak skrzyżowanie bimbru, kiwi i syropem do kaszlu. Dało się przełknąć, ale tylko przez wprawionego alkoholika.
    Przez chwilę nie działo się nic. Charles czekał na efekt, a sprzedawca szczerzył się do klienta tak, jakby miał go zaraz ogołocić z całej kasy. Jednak po chwili Charles poczuł wibracje pod stopami, tak jakby był w stanie wyczuć ruchy tektoniczne Ziemi. Drżenie narastało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie Charles musiał złapać się za ladę, żeby się nie przewrócić. I wtedy poczuł, a właściwie to przestał czuć, żeby jego stopy przylegały do ziemi. Jego wzrok zaczął się unosić w górę razem z całym ciałem. Stał się lekki jak balon z helem i tak samo jakby to się stało z balonem, powietrze zaczęło go wypierać do góry. Mimo chwilowego przerażenia nawet spodobała mu się ta sytuacja. Czuł się lekki. Mógł latać w sposób, o jakim Da Vinci tylko marzył. Przez chwilę czuł się jak władca świata, ale to uczucie szybko zniknęło, gdy rąbnął tyłem głowy o sufit. Rzeczywistość lubi o sobie przypominać w najmniej przyjemny sposób.
    — Ściągnij mnie, do cholery, na dół! — ryknął ból z tyłu jego głowy.
    — Klient nasz pan — odpowiedział sprzedawca takim tonem, jakby miał zaraz ryknąć śmiechem — po czym wyjął z fałd swojej szaty igłę. Podszedł z nią do Charles’a, podwinął mu nogawkę i ukłuł go w ścięgno Achillesa.
    Charles’em przez cały pokój miotnęła jakaś siła. Chyba grawitacji niespecjalnie podobały się takie zabawy. Spadając roztrzaskał jedną z półek w sklepie. Wszystkie medaliony, talizmany, księgi, różdżki się posypały, a spadając wystrzeliły z siebie kaskadę iskier, które zlały się w obraz, który przedstawiał rozmytą — jakby widzianą w krzywym zwierciadle — szubienicę.
    Charles obolały i zdenerwowany całą sytuacją wykrztusił z siebie:
    — Co do…?
    — Magiczne przedmioty nie lubią być poniewierane — odparł sprzedawca uprzedzając tok myśli Charles’a.
    Charles zaczął masować obolałą głowę i spróbował jakoś ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. Nigdy nie był zabobonny ani religijny. Nie przepadał, gdy ludzie zaczynali mówić o „nadprzyrodzonych rzeczach”, bo i rozsądek, i doświadczenie podpowiadało mu, że nie ma czegoś takiego, a jeśli ktoś chce cię przekonać, że jest, to albo jest idiotą, albo chce wycisnąć z ciebie kasę.
    — Jak się panu podobało? — spytał sprzedawca rozbawiony. Chyba nie pierwszy raz mu się przytrafił taki niedowiarek.
    — Jak cholera — burknął Charles wstając.
    — Zdaje się, że wygrałem zakład — powiedział sprzedawca — musi pan teraz coś ode mnie kupić.
    Charles rozejrzał się po sklepie. Miał pustkę w głowie. Właśnie dowiedział się, że magia istnieje, co już było ciosem dla jego światopoglądu, a teraz musiał wybrać sobie jeszcze magiczny przedmiot, który go nie zabije. Właściwie to nawet go nie chciał. Jedyne na co miał ochotę, to wyjść stamtąd.
    — Widzę, że nie może się pan zdecydować. Może podpowiedzieć? Czym pan się zajmuje zawodowo?
    — Ja… piszę książki.
    — Ciekawe, a dobrze się sprzedają? – spytał sprzedawca szczerząc się cały czas tym irytującym uśmiechem
    — Nie specjalnie — odparł Charles zagryzając zęby. Może to było niewinne pytanie, ale sprzedawca działał mu na nerwy.
    — Może chciałby pan coś na poprawę tego stanu rzeczy?
    — Ma pan coś, co sprawi, że moje książki rozejdą się ot tak? – spytał zdziwiony Charles z nutą nadziei w głosie. Jeśli istniała magia, to może istniał też sposób, żeby mógł stać się w końcu pisarzem.
    — Magia nie zna granic. Zaraz coś dla pana przyniosę.
    Sprzedawca odwrócił się na pięcie i poszedł na zaplecze. Przez chwilę dało się słyszeć tylko stukot przekładanych przedmiotów. Po chwili wyszedł z zaplecza taszcząc ze sobą ciężką, jaskrawo czerwoną maszynę do pisania.
    — Zdaje się, że to rozwiąże pana problemy.
    — Co to jest?
    — Maszyna do pisania — odparł rozbawiony sprzedawca.
    — To wiem. – Znów zaczął zagryzać zęby. — Jak działa?
    — To bardzo proste. Wystarczy, że napisze pan swoją kolejną książkę na tej maszynie, a ona załatwi resztę.
    — Załatwi resztę? Sprawi, że wydawcy spojrzą na moją powieść przychylnie, a czytelnicy zaczną skupować ją z półek?
    — Dokładnie tak.
    Charles nie mógł zebrać myśli. Miał przed sobą — przynajmniej według zapewnień sprzedawcy — klucz do jego największego marzenia. Gdyby to zadziałało, to w końcu mógłby zaistnieć jako pisarz, spełnić swoje największe marzenie, no i zdobyć uznanie za ponad dwadzieścia lat szlifowania swoich umiejętności. Niezależnie od wszystkiego, Charles musiał się przekonać.
    Już chciał się zgodzić, ale przyszła mu do głowy myśl:
    — Jaka jest cena tej maszyny?
    — Niewysoka — odpowiedział mężczyzna cały czas się uśmiechając — wystarczy, że nie będziesz pisał już tego, co pisałeś dotychczas.
    — A po co miałbym pisać to, co już napisałem? — spytał zdziwiony Charles.
    — Cena, jak widać, nie jest wygórowana.
    — Tylko tyle? A pieniądze? — Brzmiało to trochę jak podstęp.
    — Nie chcę pieniędzy. Wystarczy mi świadomość, że moje towary znajdują zastosowanie.
    Charles przez chwilę przyglądał się tajemniczej maszynie. W blasku słońca lśniła jak samochód po lakierowaniu. Co mu właściwie szkodzi spróbować?
    — Biorę.
    Kartki wskakiwały do maszyny nagie jak nowonarodzone dzieci, a wylatywały zapisane drobnym druczkiem jak strony Biblii Gutenberga. Na koniec zgrabnie układały się na równiutkim stosie setek innych kartek tuż obok. Charles, mimo ponad dwudziestu lat pisania nie mógł się nadziwić szybkością, z jaką powstawała jego nowa książka. Książka, która miała mu zapewnić bogactwo, sławę i długo wyczekiwane uznanie. Czuł się tak podekscytowany tą myślą, że od tygodnia nie wypił ani kropli jego ulubionej whisky. Zresztą, po co miałby to robić? Wystarczyło, że upijał się myślą o jego powstającym dziele, które zostanie skończone w ciągu najbliższych dwóch dni.
    Praca na maszynie należała do niezwykłych doświadczeń. Charles tylko ustawiał dłonie nad klawiszami, a wtedy zaczynała się magia. Palce same poruszały mu się po klawiszach i wystukiwały zdania. Nie pojedyncze, wyrwane z kontekstu, ale prawdziwe, opisujące historie i literackie zdania. Z początku Charles myślał, że to maszyna pisze sama, bez jego udziału, ale potem, gdy czytał opowiadania, które powstały zauważył, że to nie są zupełnie mu obce fabuły. Miał wrażenie, że skądś je już znał, ale nie wiedział skąd. Jednak zdał sobie sprawę, że to, co czytał jest jego opowiadaniem, historią, która gnieździła się w jego głowie, a on nie potrafił po nią sięgnąć. Za to maszyna to potrafiła, a on miał cholernie dużo szczęścia.

    Nareszcie udało mu się skończyć. Napisał swoją powieść w zaledwie trzy tygodnie. Wziął cygaro, położył się na kanapie i spokojnie je odpalił. Książka była świetna. Opowiadała historię młodej pary, która kupuje dom na wsi, żeby z dala od zgiełku spróbować uratować małżeństwo. Na początek opisuje przybycie obu małżonków do domu, który kupili, ich powierzchowności oraz ich stosunek do siebie. Dopiero później książka powoli zagłębiała się w mroczne sekrety ich małżeństwa, żeby dojść do przyczyn kryzysu. Wtedy dochodziło do wyjaśnienia, że mąż był przez wiele lat alkoholikiem, przez co jego żona wpadła w depresję i cierpiała razem ze swoim mężem, ale zamiast w alkohol uciekała w prochy. Kłócili się wielokrotnie, doszło nawet kilka razy do rękoczynów, ale koniec końców nie potrafili bez siebie żyć. W końcu na zacisznej wsi, w której zamieszkali udaje im się znaleźć spokój i wzajemne zrozumienie. Głęboka opowieść o dwójce połamanych ludzi, która próbuje skleić się nawzajem.
    Właściwie Charles w myślach napawał się już sprzedażą swoich książek, gdy naszła go myśl: a co jeśli ta maszyna, cała ta magia, sklep z artefaktami i wyszczerzony sprzedawca to tylko wytwór jego wyobraźni? Może obudzi się zaraz w kaftanie bezpieczeństwa i zostanie w niego władowane kilka tysięcy voltów na uspokojenie? Po chwili paniki Charles zignorował tę myśl. Nawet jeśli zwariował to co? Wolał te wyobrażenia od smutnej rzeczywistości.
    Dopalił cygaro, wziął maszynopis, po czym zapakował go do paczki i wysłał do jednego ze słynniejszych wydawnictw w kraju. Nie miał wątpliwości, że go przyjmą, a nawet jeśli to co? Już nie pierwszy raz znosi odrzucenie.
    — Panie Miller, skąd pan czerpie pomysły? — spytał młody mężczyzna na spotkaniu autorskim.
    — Z tego samego miejsca, co każdy pisarz — z dna butelki.
    Śmiech na sali.
    — Jaką dałby pan radę młodym pisarzom? — krzyknął ktoś z końca sali.
    — Jeśli ktoś wciska wam do ręki butelkę wódki, a wy mu odmawiacie, to lepiej zmieńcie zawód.
    Kolejny śmiech.
    — Chyba wystarczy już tych pytań. Pan Miller jest zmęczony – powiedziała prowadząca to spotkanie kobieta.
    Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Charles nie wstał od razu, ale patrzył jeszcze na wychodzących ludzi. Miesiąc temu był nikim, teraz jest bardziej popularny niż cholerny prezydent. Napawał się tą chwilą, a właściwie to czuł ulgę. Po tylu latach pracy w końcu ktoś się pochylił nad jego twórczością. Na piedestale stanął posąg z jego podobizną.
    Obok niego siedziała prowadząca, która też nie szykowała się do szybkiego wyjścia. Szczupła brunetka o bardzo ponętnym spojrzeniu. Kolejny aspekt jego sukcesu. Wiedział, że tej nocy nie spędzi sam.
    Kolejnego dnia wstał pełen energii. Chyba pierwszy raz w życiu czuł się prawdziwie szczęśliwy. Jego marzenie się spełniło — został uznanym i sławnym pisarzem. Jego książka w ciągu miesiąca zarobiła tyle, że przez następne dwadzieścia lat nie byłby w stanie uszczuplić swojego konta. Zapalił cygaro i nalał sobie szklankę whisky, która kosztowała więcej niż zarabiał kiedyś jako kelner przez pół roku. Brakowało mu tylko jednego — pisania.
    Właściwie, to skończył swoją poprzednią książkę miesiąc temu i nigdzie mu się nie śpieszyło, ale pisanie zawsze go relaksowało. Poszedł do swojego gabinetu i usiadł przy biurku, na którym stała jego cudowna maszyna, która zapewniła mu powodzenie. Błyszczała czerwienią, tak jak w momencie, gdy ją kupował od tego dziwnego sprzedawcy. Gdy ostatnio przechodził tamtędy, nie mógł znaleźć tego sklepu. Zwinął interes handlu artefaktami? Trochę nie mieściło się to Charles’owi w głowie, ale widocznie miał jakiś powód.
    Przyszedł czas na pisanie. Charles wyciągnął ręce nad maszyną, a jego ręce zaczęły skakać po niej i wystukiwać zdania w niemożliwym dla człowieka tempie. Po minucie pierwsza strona była już zapisana. Charles chciał od razu zobaczyć, co jego umysł tym razem wytworzył. Wyjął kartkę i przeczytał, co wyskoczyło spod jego palców.
    Pierwsza strona opowiadała o młodym mężczyźnie, który zostaje wyrzucony z domu przez żonę, ponieważ zaczęła sypiać z jego przyjacielem i ląduje na bruku. Śpi na dworcach, żebra na ulicy, aż pewnego dnia przypadkowa kobieta, która kilka lat wcześniej straciła męża w wypadku, spotyka go. Postanawia mu pomóc, przygarnia go pod swój dach. Z czasem co raz bardziej przekonuje się do niego, aż w końcu rodzi się między miłość…
    Znowu miłosna historia dwójki zranionych ludzi? — pomyślał Charles — Muszę się bardziej postarać.
    Nie wiedział, w zasadzie, jak zmienić zapisywaną historię. Po prostu uniósł ręce nad maszyną licząc, że sama zrozumie, że on nie chce o tym pisać i po raz drugi przystąpił do pisania.
    Po kolejnej minucie miał w ręku kolejną kartkę. Tym razem fabuła opisywała kobietę, której partner był sadystycznym draniem. Znęcał się nad nią i tłukł do nieprzytomności. Żyła z nim przez trzy miesiące, ale nie wytrzymała w końcu i postanowiła odebrać sobie życie skacząc z budynku. Nie udało jej się, ponieważ jej sąsiadka, która wyszła wtedy na dach zapalić papierosa złapała ją w porę. Kobieta po nieudanej próbie samobójczej trafia zakładu psychiatrycznego, w którym poznaje chorego na lekką schizofrenię mężczyznę. Z czasem oboje stają się sobie co raz bliżsi. Dobrze się rozumieją i dzielą sposób myślenia. Po niedługim czasie zakochują się w sobie…
    Charles nie mógł uwierzyć w to, co czytał. Przecież to były zwykłe, tanie romansidła. Przypominały trochę jego najnowszą powieść, z powodu dosyć mrocznego nastroju i wątku miłosnego, ale w gruncie rzeczy to były romansidła.
    Ta myśl uderzyła Charles’a jak wylane z okna pomyje. Jego genialna powieść, dzieło, które uczyniło go sławnym, było zwykłym romansidłem. Nie potrafił zrozumieć, jak to się stało, że zaczął pisać historie romantyczne. Przecież nigdy takich nie pisał, a właściwie to ich nie znosił. Uważał, że to głupie opowieści dla podstarzałych kobiet, które nie wyszalały się w młodości, więc szukały pocieszenia w Don Marlonach i Hrabiach De Puco. Jego serce było w kosmosie. Science fiction było jego gatunkiem. Latami pisał opowiadania o podróżach międzygalaktycznymi statkami, kosmicznych piratach, wojnach między planetami. Kiedy to się stało, że dał się tak upodlić, żeby zacząć pisać romansidła?
    Te gorączkowe myśli przerwał, a właściwie skoncentrował wzrok Charles’a, który padł na maszynę, na której pisał.
    — Cholerny czarodziej! Omamił mnie i rzucił na mnie urok! — wywrzeszczał wściekły Charles.
    Spokojnie, czym ja się właściwie denerwuję? — pomyślał — przecież jestem teraz rozpoznawalnym pisarzem. Mogę posłać w diabły tę maszynę i napisać coś własnymi rękami. W końcu te historie i tak były moje. Nie potrzebna mi żadna magia.
    Ten wniosek uspokoił go trochę. Ściągnął nową maszynę z biurka, a potem wyciągnął starą z szafy z ubraniami. Była strasznie sfatygowana. Jej klawisze lata świetności miały chyba w czasach, gdy wyprowadzał się od rodziców, ale przez długi czas mu wystarczała, więc dlaczego nie teraz?
    Postawił maszynę na biurku i usiadł przy nim. Wyciągnął ręce nad maszyną i poszedł na żywioł. Już po krótkiej chwili uświadomił sobie, że to co napisał, jest kolejnym romansidłem, kolejną tandetą, od której chciał uciec.
    Zaniósł się histerycznym śmiechem. Po dwudziestu paru latach pisania nie wiedział jak pisać. To był dla niego cios. Nie umiał sobie wyobrazić, żeby już do końca życia miał tworzyć tandetne historie pod masy. Zawsze uwielbiał zajmować się pracą nad tymi historiami, bo były to historie, które mu się podobały. Wydawcy patrzyli na niego z politowaniem, ale on kochał wysyłać kolejne statki na podbój dalszych krańców wszechświata. Co miał teraz ze sobą zrobić?
    Najpierw dopadnę tego handlarzynę i połamię mu nogi za takie zabawy, a później dowiem się, w jaki sposób mogę odwrócić ten czar — pomyślał Charles.

    Jedyne co zobaczył Charles stojąc przed sklepem, który sprawił, że stał się słynnym pisarzem to grupka bezdomnych. Leżeli dokładnie w miejscu, w którym półtora miesiąca kupił swoją maszynę. Nie było sklepu, nie było szczerzącego się sprzedawcy. Była grupka meneli, która leżała pijana za pieniądze, które zebrali sprzedając złom i żebrząc od ludzi.
    Kim ja jestem, jeśli nie mogę być pisarzem, jeśli nie mogę pisać tego, czego chcę? — pomyślał, a ta myśl została z nim do dzisiaj. Cały żal stał mu się z czasem obojętny. Minęło tyle lat, że już nie potrafił go czuć. Jedynie czasem, gdy przyjeżdżał na spotkania autorskie, bo nie miał nic ciekawszego do roboty, to stawał się trochę smutny, choć ukrywał to przed widownią. Zresztą, i tak mieli go za wygasłą wiele lat temu gwiazdę, która zasłynęła dobrze napisanym romansidłem, którego nikt dziś już nie zna. Był kiepskim pisarzem, zdobył sławę i znów był kiepskim pisarzem. Historia zatoczyła koło. Gdy robi się zbyt melancholijny, to wypija butelkę whisky. Kiedyś słyszał, że gdy marzenia umierają, to wraz z nimi przepada część człowieka. Co się dzieje, gdy umrą wszystkie marzenia?
    pokaż całość

  •  

    Taka mała rozkminka, co by robili nasi bohaterowie jakby żyli w trakcie drugiej wojny światowej:
    Kononowicz: sprzedawałby Polaków SSmanom, a gdy przechodziłby więszy oddział polskich żołnierzy, śpiewałby patriotyczne piosenki i mówiłby że niemców spierdoli ze stanowiska. Dodatkowo też mówiłby że Piłsudski to jego ojciec, a on sam jest szefem AK. Dla niepoznaki byłby cały umorusany i wysmarowany brudem oraz krwią że on tak ciężko walczy. Za kawałek smalcu byłby w stanie sprzedać całą rodzinę żydowską. W kieszeni ukrywałby SSmański sygnet oraz papiery potwierdzające że jest oficjalnym członkiem Schutzmannschaften.
    Major: siedziałby w jakiejś piwnicy, łapałby szczury opalał je nad świeczką i zjadał mówiąc do siebie patrząc w kawałek potłuczonego lusterka jak to on psznje oraz mówiłby siedząc tam 5 lat że zaraz stąd wychodzi. Jakby trafił się jakiś towarzysz, Major by opowiadał ze jak był w obozie to jedym ruchem zwalał z wieży wartowniczej wszystkich strażników. Taki był a teraz jest wspaniałym człowiekiem i wszyscy go szanują. Niestraszny byłby mu atak chemiczny. A wrzucenie gazu musztardowego przyprawiałoby go o szaleńczy śmiech lekceważenia.
    Mexicano: latałby po ruinach jak potłuczony i gdy tylko znalazłby się jakiś paryzant podbiegałby do niego i mówiłby że jest wojna i są ruiny dookoła i na siłę by chciał mu to wszystko pokazywać. Chwaliłby się też będąc pijany że jego ta wojna nie rusza i o niej nie myśli. Brak kibla i sanitariatu nie ruszałyby go, srałby tam gdzie popadnie. Nigdy nie zabił nikogo ani nie strzelał z karabinu bo pierwszy jaki miał to popsuł a drugi który dostał od konającego Polaka który powiedział żeby go pomścił tym karabinem, oddał Niemcom za otwartą butelkę wygazowanego piwa.
    Nero:dzielnie służyłby Wojsku Polskiemu jako pies tropiący miny oraz Niemców. Często by podróżował w czołgu. Uratowałby życie niejednemu żołnierzowi. Niestety zostałby zjedzony przez Kononowicza gdy ten pod pozorem nakarmienia pieska, złapałby go. Gdy żołnierze szukający swojego psa-przyjaciela trafiliby na Kononowicza ten by powiedział ze widział jak Mexicano zabierał psa w celu zjedzenia.
    Mario: siedziałby gdzieś przez całą wojnę przy bocznej drodze w krzakach.
    #kononowicz #suchodolski #patostreamy #heheszki #opowiadanie
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów