•  

    Dżem dobry ( ͡º ͜ʖ͡º)
    Pora na cz 6. #rozkminkrzaka - bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem. 

    Tak więc prawdziwie skończyłem z jazdą po Europie, przeprowadziłem się w momencie do Wrocławia, gdzie szybko znalazłem moją pierwszą pracę na ciężarowym w Schenkerze by rzucić ja po dwóch miesiącach i osiąść w końcu na dłużej w jednym miejscu.

    Tutaj zaczyna się moja prawdziwa historia do której zmierzałem - prawdziwy początek rękodzieła. I co oczywiste jak zawsze w moim życiu uruchamiał się umysł krzyczący "nie dasz rady"

    Pracę miałem stabilną i po czasie przewidywalną, ale jednak bardzo czasowo ruchomą - były dni w których dowiadywałem się rano, że mam wolne, by później pracować 12h - generalnie licząc średnio pierwszy raz w życiu rzeczywiście robiłem 160-180 godzin w miesiącu za stałą pensję która pozwalała mi by płacić za szkołę muzyczną, wynajem mieszkania jednocześnie mogłem odłożyć trochę grosza na boku nie martwiąc się co będzie później.

    Nie wiem czy każdy tak miał po dłuższym okresie prawdziwej samotności ale musiałem się od nowa nauczyć żyć wśród ludzi. Ja zawsze byłem komunikatywnym człowiekiem, ale po tych 5 latach jeżdżenia i spędzania często 24 godzin w totalnej samotności zwyczajnie czułem się nieswojo. Cholernie nieswojo i źle. Nie byłem nieszczęśliwy, ale cały czas czułem wpływ tych 5 lat. Rok i zamieszkanie z przyjaciółmi pozwoliło mi odnaleźć "starego siebie".

    Gdyby nie oni pewnie dalej czułbym się zwyczajnie źle.

    Ale. Moje ogólne ogarnięcie zaczęło się pokazywać i po pewnym okresie fascynacji szkołą muzyczną, tworzeniem własnych kawałków, pracą i ogólnym życiem zrobiłem to, w czym jestem najlepszy - zrezygnowałem ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Z jednej strony cholernie mnie to boli do dzisiaj, bo to następny przykład na to, że nie umiem pewnych rzeczy doprowadzać do końca - z drugiej... Zacząłem w swoim małym 12mkw pokoiku zacząłem powolutku korzystać z większych zasobów finansowych i kompletowałem wyposażenie "rękodzielnika" zaczynając powoli tworzyć nowe rzeczy.

    To był dla mnie bardzo twórczy okres, pomimo pracy siedziałem nad swoimi utworami po parę godzin, uczyłem się grać po swojemu na klawiszach, ponownie grałem na gitarze jednocześnie starałem się wszystko jakoś ogarniać w programach muzycznych (jak kocham Reapera, tak Logic dał mi siłę napędową dzięki ludziom z # produkcjamuzyki) by później usiąść jeszcze do ręcznie robionych pierdół.

    Na początku bransoletka jak zawsze. Później odnowienie kontaktów ze starymi hurtownikami którzy w 75% tak naprawdę zwinęli się z rynku, ale dzięki nim znalazłem nowe źródła które uruchomiły lawinę nowych możliwości. Zacząłem zamawiać co miesiąc rzeczy za 100-250 złotych bo wychodziłem z założenia, że te same pieniądze mógłbym wywalić na imprezę na którą po prostu nie pójdę. I tak sobie dłubałem, grałem, pracowałem nie myśląc za bardzo w jakim kierunku to idzie - zwyczajnie spędzałem bardzo miło czas jednocześnie mieszkając już ze swoimi przyjaciółmi dzięki którym mogłem być w końcu szczerym. Bo dawno nie miałem sytuacji, że mogę porozmawiać na bieżąco o tym co mi siedzi na sercu.

    Robiłem breloki, robiłem wisiorki testowałem różne typy żywicy, już wtedy byłem zafascynowany świecącymi pigmentami z którymi mogłem w końcu szaleć.

    Każda rzecz która widzicie u mnie na stronie jest efektem tak naprawdę zabaw przeszłości - aaaa zobaczymy co wyjdzie bo czemu nie. Wtedy miałem i czas i fundusze żeby po prostu się uczyć jak wylewać, uczyć która żywica jest dla mnie najlepsza, ogólnie nic mnie nie goniło i dostałem twórczą wolność - mogłem robić to co mi się aktualnie najbardziej podoba, co lubiłem najbardziej. Oczywiście z efektów nigdy do końca nie byłem zadowolony, ale patrząc na przeszłość - jest jakiś progres. A uwierzcie, dobrze widzieć progres ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Pół roku nauki. Pół roku siedzenia wylewania, wprawiania się i powolnego mozolnego uczenia się właśnie takiej pracy. Przychodziło mi to łatwo, bo jednak dobrze widzieć końcowy efekt. Ale po czasie się wypaliłem bo ileż można robić rzeczy naraz?

    Gdy poszedł na L4 bo rozwaliłem łokieć na longboardzie szef uznał że można mi nie zapłacić za cały miesiąc bo w końcu miałem "wolne"

    Już pomijam że jak debil przyszedłem 3 dni wcześniej z L4 bo był firmowy dramat i szef był w kropce, ale na koniec miesiąca gdy zobaczyłem wypłatę szlag mnie trafił.

    I to był moment gdy na szybko zacząłem myśleć co dalej.

    Bo doszło do mnie, że tak naprawdę przeciez chyba pierwszy raz w życiu wykonałem jakiś plan życiowy.
    A planem było:
    - Zwiedzić Europę za kółkiem
    - Zdobyć doświadczenie jako kierowca na B
    - Zrobić wszystkie papiery na ciężarowy
    - zdobyć doświadczenie jako kierowca ciężarowego żeby nie przejmować się ew. Szukaniem pracy.
    - Bido. Bido. Bido. Bido!

    Nie miałem dużo oszczędności - wtedy na koncie miałem chyba 10k + parę zbędnych rzeczy które mógłbym sprzedać.

    Już pomalutku sprzedawałem swoje jakieś wyroby w różnych miejscach - na forach z żywicą no i przede wszystkim na wykopie ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Doszło do mnie, że to może być ten czas.

    Fakt faktem dzisiaj wiem, że 10k oszczędności to było za mało. Zanim otworzyłem działalność minęly chyba ponad dwa miesiące, więc na samo zycie/wynajem/dodatkowe rzeczy poszło 5k a ja nie zarabiałem prawie nic, nic licząc malej sprzedaży raz na jakiś czas, no ale zaczynalem dopinać wszystkie sprawy.

    Z wielkimi poślizgami, ale jednak xD

    Oficjalnie działalność otworzyłem na początku listopada. To wtedy znalazłem dodatkowe źródło dochodu pod własną działalność, jednocześnie dopinając rękodzieło.

    Od początku wiedziałem że chcę uciekać od każdego możliwego pośrednika, więc zaczęła się walka o stronę internetową, urząd skarbowy by być producentem i jednocześnie sprzedawcą hurtowym do sklepów i inne rzeczy o których istnieniu nie wiedziałem a czego po prostu się uczę z biegiem czasu.

    Uwierzcie, marzenie o własnej firmie okazało się słodko gorzkie. Myślałem że będzie o wiele łatwiej bo rękodzieło samo w sobie niesamowicie mnie cieszy, ale wiecie jak jest xD

    Aktualnie jestem własnym przedstawicielem handlowym, wytwórcą, PRowcem, kierowcą, wykonawcą, prawnikiem i cholera wie jeszcze czym.

    Będąc szczerym czasem mam mniej czasu na samo rękodzieło niż miałem wtedy, gdy pracowałem jako kierowca xD

    Ale uczę się. Dochodzę do jakiejś wprawy.

    Wyobraźcie sobie, że ja nadal cały swój warsztat mam w jednym pokoju. W pokoju w którym mieszkam. Większym niż wcześniej ale jednak. Nie wiem czy to powód do chwalenia się czy zalenia, nie ważne - ale jeśli ktoś myśli czy coś robić w kierunku własnej działalności - rób. Przekonaj się. Naucz się samego siebie najwyżej wrócisz do tego co robiłeś.

    Ja póki co staram się po prostu nie zawalić. Chciałbym żeby każdy klient był zwyczajnie zadowolony, chcialbyn robić rzeczy na które nikt inny by nie wpadł, a jednocześnie chciałbym też pociągnąć hurt by już inni pod moją marka sprzedawali u siebie moje rzeczy i mogli na nich zarobić. Tak, ja też, bo to tak działa :D

    Nie wiem. Autentycznie dalej nie wiem co z tego będzie, bo strona i prawdziwa sprzedaż ruszyła dopiero w tym miesiącu, ale jest nadzieja. Cholera jest.

    A ja z jednej strony dalej jestem tym chaotycznym ciekawym świata chłopakiem który stanowczo zbyt często irytuje się samym sobą, ale z drugiej... Mam wrażenie że o wiele intensywniej uczę się samego siebie niż kiedyś.

    Cokolwiek będzie niech się dzieje, dobrze nadal czuć że życie jest cholernie ciekawe ( ͡º ͜ʖ͡º)

    #dziendobry #rozkminkrzaka #opowiadanie #gownowpis #tworczoscwlasna
    pokaż całość

    •  

      @bkwas: A no to spoko, lepiej zeby ktos inny marnowal pieniadze na sprawdzanie roznych marek zywicy w celach hobbystycznych. Uwielbiam takich mlodych przedsiebiorcow, ktorzy swoje super tajne techniki pracy beda chronic jak bank rezerw federalnych.

      Momentalnie straciles u mnie cala sympatie jaka mialem dla twoich projektow.

    •  

      @roball ja cię rozumiem całkowicie, ale skąd mialem wiedzieć że hobbistycznie robisz? I jesteś w stanie zrozumieć moja pozycję? Ilość pracy włożoną w całość? I to że pisałbym na forum publicznym, a wystarczy napisać do mnie PW i powiedzieć o co konkretnie Ci chodzi a ja pomogę?

      Nie wiem po co się unosić :D

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    #heheszki #logikaniebieskichpaskow #opowiadanie #dzieci
    Przypomniała mi się historyjka, związana z moim życiem. Mieszkałem na wsi, miałem wtedy z 7 - 8 lat. Miałem kolegów w swoim wieku ale też mieliśmy kolegów kilka lat starszych od nas. Poszliśmy z kolegą przez pola, do takiego starszego kolegi - okazało się, że on sprząta w garażu - więc mu pomogliśmy. Strasznie mnie zaciekawiły, akumulatory samochodowe (wtedy nie wiedziałem co to jest) a jeszcze bardziej ten niebieski nalot na "klemach" - no i dotykałem to rękami, szturchałem śrubokrętem. No i jak zaczęliśmy pomagać sprzątać garaż - to najstarszy kumpel powiedział, żeby nie ruszać tych czarnych skrzynek, bo w nich jest taki kwas i jak się je dotknie, to się umiera (a ja 15 minut wcześniej je dotykałem całe). Zzieleniałem i powiedziałem coś w stylu, ja muszę iść do domu bo zapomniałem, że jadę do dentysty czy jakoś tak. Biegłem przez pola jak głupi, wołając na całą wieś "mamo, mamo". Wpadłem do domu, mówię do mamy "że dotykałem takiej skrzynki czarnej i teraz umrę" - matka wydusiła ode mnie że to był akumulator itp. - ale nie potrafiła mnie uspokoić. Kazała mi się wykąpać i położyć na łóżku, że mnie wysmaruje serum odtruwającym. No i smaruje mnie tym czymś po nogach i rękach - wyglądało jak śmietana xD (jak tak sobie teraz przypominam) - no i leżałem na łóżku i ryczałem cały dzień do póki nie poszedłem spać wieczorem - pamiętam, że jak już zamykały mi się oczy - to pożegnałem się z matulą : typu kocham cię mamo i przepraszam.

    Jaki byłem szczęśliwy jak się obudziłem rano cały i zdrowy - serum uzdrawiające od mamy zadziałało xD

    pokaż spoiler Jaki ja byłem głupi xD
    pokaż całość

  •  

    Ale miałem sen dziwny. Śniło mi się, że jestem Goebbelsem i razem z Hitlerem odwalaliśmy, jakaś partyzantkę po nocy w dwójkę. Wbiliśmy do stacji radiowej czy czegoś takiego i zaskoczyliśmy aliantów jak spali. Była ich jakoś ze trójka, stoją pod ścianą a ja mierzę do nich z broni, ale fuhrer, jak to fuhrer, chciał ich przyłączyć do trzeciej Rzeszy. No i coś tam gada z jednym i nagle mówi do mnie "oddaj mu pistolet". Ja się zmieszałem, ale Hitlerowi się nie odmawia przecież, więc z otwartą mordą że zdziwienia, oddałem spluwę.
    Gościu od razu we mnie wycelował, a ja drżącym głosem powiedziałem "mein fuhrer, to był zaszczyt służyć u twego boku " i wtedy gościu opuścił broń a Hitler mi zasalutował z uznaniem xD
    Na koniec wszyscy płakaliśmy i biliśmy brawo xD
    #ocieplaniewizerunkuadolfahitlera #sny #opowiadanie #niewiemjaktootagowac
    pokaż całość

  •  

    Cz 5. #rozkminkrzaka - bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem. 

    Cała opowieść zmierza ku końcowi tak naprawdę. To już jest okres kiedy wiem kim jestem, mam prawdziwy plan na siebie i pomimo życiowej sinusoidy smiechu, radości, smutku i zrezygnowania mam więcej wewnętrznego spokoju. Po prawie 5 latach spędzonych w trasach i poznaniu części Europy mam już dość takiego trybu życia. Brakuje mi różowego paska, brak przyjaciół i rodziny. A przede wszystkim brak było ludzi - stałem się trochę dzikiem. W końcu przez te 5 lat większość czasu spędzałem tylko sam ze sobą. No i z elita intelektualną w postaci kierowców - ale tutaj zdziwię Was, jest tak jak w prawdziwym życiu - duża część to debile którzy nie mają pasji a celem jest weekendowa najebka ale gdy nie będziesz się na tym skupiać znajdziesz masę ciekawych osób które po prostu żyją. I potrafią Cię czegoś nauczyć albo coś przekazać.
    Ale wracając - byłem trochę dziki. Przed dłuższy czas musiałem "wracać do siebie", nauczyć się stacjonarnego życia od nowa. Spełniłem też swoje małe marzenie które pochłonęło mnie dłuższy czas - zainwestowałem cześć pieniędzy w domowe studio do nagrywania i zacząłem od nowa zabawę muzyką.

    W przeszłości grałem trochę na wszystkim, głównie gitara elektryczna. Później przechodziłem przez masę różnych instrumentów które mnie zainteresowały: perkusja, djembe, harmonijka, kalimba, klawisze i syntezatory, melodyka... Było tego trochę. I dobrze to znacie - jak ktoś jest od wszystkiego to jest do niczego, tak też było w tym przypadku ( ͡º ͜ʖ͡º). Wiedzialem, że mistrzem nie jestem, ale jednocześnie granie, nagrywanie i kombinowanie muzyczne sprawiało mi gigantyczna radość, przez te parę intensywnych miesięcy prawdziwie żyłem tym. Pracy nie szukałem, bo kończyłem robić uprawnienia na ciężarowe, więc ładnie się wszystko połączyło.

    Jakoś równo dwa lata temu napisał do mnie kumpel:
    - ej Krzaku! Są otwarte dni szkoły muzyki nowoczesnej we Wrocławiu. Jedziemy?

    Pojechaliśmy, ja się zakochałem w tamtym klimacie i w tydzień postanowiłem że się przeprowadzam do Wrocka. Samo przyszło, nawet nie analizowałem tej decyzji bo całość mi pasowała: szkoła, Wrocław sam w sobie (bo to chyba jedyne miasto które mnie przyciągało) który jak każde miasto oferowało tysiące możliwości, do tego skończone uprawnienia i chęć działania.
    Więc przeprowadzka. Pracę szybko znalazłem na ciężarowe, ale była to najgorsza praca jaką miałem w życiu. Kurierka na ciężarowym w Schenkerze. 3800 na rękę, ale tego burdelu nie zapomnę nigdy. Opisywać tego nie będę, ale przy życiu trzymali mnie tam tylko inni kierowcy - ludzie wspólnie łączący się w jednej wielkiej niedoli xD

    Po miesiącu szukałem innej pracy, która znalazła się... Sama. Na stacji benzynowej na której tankowałem co 2 dni. Rozmawiałem z poznaną już wcześniej kasjerka, śmiejąc się z nią jak tam w Schenkerze jest dramatycznie i spytałem dla żartu czy nie wie przypadkiem czy ktoś nie szuka kierowcy bo ja stamtąd uciekam.
    Odezwał się w tym momencie chłopak w moim wieku który stał w kolejce:

    - ej, ja szukam kogoś na ciężarowy.

    Wymiana telefonów, o dziwo zadzwonił, ja złożyłem wypowiedzenie i płynnie przeszedłem z jednej firmy do drugiej, w której zarobki miałem mniej więcej te same, ale jednocześnie nie pracowałem od 4 rano do 15-16 tylko zwykłe 7-9 czasem 10 godzin.

    To też się posypało oczywiście po czasie, ale o tym później, w końcu życie :D

    Tak czy tak miałem szkołę, miałem pracę, miałem Wrocław. Po pracy miałem muzykę. Po muzyce czasem miałem ochotę wyżyć się jeszcze artystycznie i tutaj w końcu po tylu latach wróciło do mnie naturalnie rękodzieło. Bo chciałem sobie zrobić bransoletkę. Bo później zrobiłem ją komuś że szkoły. Bo zrobiłem brelok z drewna i dałem kumplowi. I cholera - czas przy tym płyną równie miło co przy muzyce ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Cdn.

    #dziendobry #opowiadanie #rozkminkrzaka

    jak zawsze zdjęcie: moj kat do nagrywania, zaraz przed przeprowadzką, gdzie chciałem jeszcze dograć sobie parę rzeczy. A to tylko część sprzętów zbieranych przez lata i efekt wielu zajawek które falowo mijały i wracały do mnie ( ͡º ͜ʖ͡º)
    pokaż całość

    •  

      @bkwas: Opowieść bardzo ciekawa, zaś mnie zaciekawiło... co to za monitorki? Dawały radę bez suba?

      +: bkwas
    •  

      @noriad maleństwa m-audio bx5 D2.

      W tej cenie ciężko było o cos nowego i lepszego, chociaż ciężko mi było uzyskać na nich dobry miks. Z drugiej strony nie miałem wtedy zadnej adaptacji wnętrza więc nie wiem czy zrzucać to na monitory.

      Tak czy tak całkiem miłe - w żadnym paśmie się nie wyróżniały więc można było spokojnie działać. Ale sprzedalem po roku bo miałem okazję kupić stare alesisy M1 mkII które mi osobiście bardziej pasowały pomimo większego basu.

      Swoją drogą kolega kupil sobie BX-8 D3 - i znowu w tej cenie miła rzecz ;)
      pokaż całość

  •  

    To było jakieś 12 lat temu ale pamiętam to jak dziś.

    Rozbiłem se głowe gdy chciałem zaimponować koleżance. No i tak było, że zabrali mnie do szpitala. Jechaliśmy na szycie na sygnale. Było fajnie. 50km w kilkanaście minut. No i tam w SOR posadzili mnie na wózek a to powodowało, że oglądałem świat z dość niskiej perspektywy. Ogólnie na SOR był spokój, bo to gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej było. No i zawieźli mnie do takiej sali gdzie mieli mnie opatrzyć przed szyciem tj. Przytrzymać krwotok i ogolić kawałek głowy do szycia. No i tak czekam, trochę zdegustowany bo to tylko drobna ranka i nagle wchodzi ONA. Na oko tak z 20 lat (ja 13 więc w gaciach burza). Piękna, z anielskim uśmiechem, mega zgrabna z pełnymi cyckami i mega tyłkiem. Włosy miała jak ta #ladnapani na pic rel. No i dekolt też podobny. Tylko mundurek miała bordowy no i była po prostu śliczna.

    No i tak dbała o mnie nachylając się nad moją głową. Te widoki.... Szok! Zapamiętałem to po dziś dzień pomimo, że minęło drugie tyle lat ile miałem wtedy. Ogólnie pośmialiśmy się bo ja od dzieciaka byłem takim bawidamkiem a ona była bardzo radosna.

    Później było gorzej. Zamiast zgrabnej pupy i pełnych, młodych cycków zaczął brzmieć męski głos a wkoło mnie zaczął poruszać się męski tyłek. Ale chociaż żart miał spoko. Stwierdził, że skoro już mnie przywieźli to już mi ten 1 szew założy. I nie znieczuli bo i po co? No i w sumie nie bolało. Czułem się tylko trochę zszyty na głowie. Potem pani pielęgniarka testowała czy nie mam wstrząsu mózgu, bo zarycie głową w betonowe schody wydawało się być murowaną przyczyną wstrząsu ale jednak nie stwierdzono problemów.

    No i tak się skończyła moja przygoda na SOR. Trzeba było jeszcze wrócić 50km do ośrodka. Karetka nie mogła odwozić, autokar nie mógł przyjechać bo nie no i powrót TAXI. Za 280zł. To by mnie kuźwa prywatnie lekarz zszył na wycieczce za ten hajs :p

    Jednak ten cudowny uśmiech i dekolt pielęgniarki pozostał w moich wspomnieniach do dziś.

    #truestory #historiazycia #opowiadanie #oswiadczenie #wspomnienia #gimbaza #kiedystobylyczasy #cycki #dekolt
    pokaż całość

    •  

      @BanditDriver: hahah a mnie ona szyła, bo ten śmieszek powiedział że dla pięciu szwów mu sie nie chce rąk myć i było to niesamowite uczucie jak taka piękna kobieta wbija igłę w moje ciało i przeciąga nić i ceruje mnie jak dziurawą skarpetę (。◕‿‿◕。)

      +: Lenalee
  •  

    Cz. 4 #rozkminkrzaka bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Jak już wcześniej wspominałem, w krótkim czasie trzy rzeczy wykrzywiły moją rzeczywistość: Moje oszczędności nie wystarczyły, żeby w ogóle zacząć się bawić "na poważnie" w rękodzieło, zaś od ojca nie dostałem pożyczki (słusznie, jak już mówiłem), do tego rozleciał mi się 6 letni poważny związek (a przynajmniej wtedy o tym tak myślałem - dobrze, że się rozleciał ( ͡° ͜ʖ ͡°)) no i dostałem jednocześnie informację, że firma w której pracuje zawiesza działalność.

    Po 2,5 roku ciągłej pracy, mając 23-24 lata znowu wracam do rodzinnej miejscowości. Przyjaciele dość szybko postawili mnie na nogi po związku, za co chwała im. Oczywiście patrząc z perspektywy prawda była inna, bo jeszcze przez lata uciekałem od kobiet ale wtedy poczułem, że prawdziwie mogę wszystko. Że jestem wolny i wtedy poczułem znowu tą wolność ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Plan był prosty - skoro stało jak się stało, poznajmy świat dalej w końcu to było moje małe marzenie. Widziałem całą Polskę, zobaczmy teraz Europę. Zdobędę doświadczenie, w międzyczasie zrobię uprawnienia na ciężarowe i z doświadczeniem będę mieć pewną, dobrze płatną pracę więc będzie można zająć się próbą stawiania firmy - jak coś nie wyjdzie najwyżej przecież wrócę do jeżdżenia. I cholera, ta jedna rzecz była niesamowitym motorem napędowym dla mnie. No bo co się może stać? Póki nie wpakuję się w długi - od czego zawsze uciekałem i do dzisiaj uciekam. Więc konkluzja prosta - najwyżej mi się nie uda. I chuj.

    Praca na busie w międzynarodówce ma swoją specyfikę, ale szczęśliwie udało mi się znaleźć (dopiero po drugim podejściu i szybkiej zmianie pracodawcy) konkretnego szefa, który dobrze płacił i jednocześnie traktował kierowcę po ludzku - nie było gonitwy po 14-16h, nie było jeżdżenia paru nocek pod rząd, nie miałem jednocześnie płaconej kilometrówki tylko 180zł za każdy dzień w trasie (a robiłem tylko od poniedziałku do niedzieli) z dodatkami i zwyczajnie wtedy na ten moment bardzo mi to odpowiadało.

    Ponownie pokochałem tę pracę. Bo Mirki - świat jest piękny po prostu. Widoczki mnie cieszą, dodają energii, wtedy bardzo chciałem zobaczyć wszystko co tylko mogę. Miałem okazję zjeździć całą Austrię w której się wtedy zakochałem. Nawet nie wiedziałem, jak piękny to kraj o Szwajcarii nie wspominając choć tam nigdy nie było czasu żeby coś zobaczyć inaczej jak z szyby samochodu. Zdążyłem znienawidzić Francję, pokochać Alpy, odwiedzić parokrotnie znajomych którzy osiedli w Niemczech czy Holandii... Ogólnie czułem się jak ryba w wodzie - godziny leciały mi w momencie, pamiętam duże ilości śpiewania za kółkiem, słuchania muzyki, podcastów czy książek.
    Spanie na materacu pod gwiazdami z dala od wszystkich, czy zwiedzanie Bolzano w którym utknąłem na 3 dni. To był dobry plaster na złamane serce. Już wtedy nie wracałem do straconych 6 lat i do tego co było, bo życie podobało mi się takie jakie jest, ze swoimi minusami i cholernie mocnymi plusami.

    Jednocześnie co dziwne dla mnie udało mi się zatrzymać jedną zajawkę na dłużej - longboard. Jestem człowiekiem który bardzo łatwo znajduje rzeczy które go cieszą, ale o wiele ciężej utrzymać mi zainteresowanie na dłużej. Nawet nie będę wymieniać ile rzeczy porzuciłem, ale możecie mi wierzyć - jestem mistrzem w tym( ͡° ͜ʖ ͡°) Na szybko mogę wymienić grę w kosza, siatkę, jazda crossem, strzelanie, gra na gitarze, perkusji, harmonijce czy djembe. Było też berimbau, melodyka i śpiewanie. Robienie teledysków, przez moment mechanika. No uwierzcie, każda jedna rzecz cieszyła mnie, jednocześnie gdy coś stawało się trudniejsze... Cóż naturalnie umierało. Co było moją osobistą tragedią, bałem się, że nic nie przyjmie się na długo.

    Tak czy tak longboard przyjął się na dłuższy czas i przepięknie połączył się z jeżdżeniem po Europie. A najlepsze jest to, że prawdziwie zakochałem się w nim... Podczas stania w korku ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Austria, autostrada na Graz zamknięta na 4 godziny z powodu pożaru cysterny. 30 stopni, gorąco jak cholera i totalnie odmienna sytuacja jak w Polsce. Gigantyczny i szeroki korytarz życia, ludzie wychodzą i rozmawiają ze sobą, dzieci jeżdżą na rowerach, ktoś gra w karty. A ja mam longa z tyłu. Jechać? Nie jechać?
    Miałem deskę od miesiąca, jednocześnie miałem myśli, że ludzie będą krzywo patrzeć ale pojechałem i to jedno z najlepszych wspomnień jakie mam z tamtego okresu :D Osoby przybijający mi piątki, dziadek który chciał też pojeździć (bo okazało się że w latach 80 też jeździł i mnie trochę poduczył) ludzie pytający jak tam z przodu, albo pytający jak tam z tyłu. Dzieci które mnie wywoziły rowerem do góry, żebym nie musiał iść, i masa uśmiechów które mnie tam mijały. No bajka. Dziwny moment w który później nie wierzyłem, że się wydarzył i że ludzie mogą mieć taki chill stojąc w korku. A trasa do zjazdu była naprawdę majestatyczna, uwierzcie. Lekki spad, góry w tle zaś pomiędzy jeden wielki dwudziestokilometrowy korek..

    Ale w końcu tak jak i moje zajawki tak pasja do tej pracy zaczęła zanikać - po 2 latach zacząłem się intensywnie rozglądać za czymś innym, żeby ruszyć do przodu. Z jednej strony chciałem ruszać z Bido, ale cały czas brakowało mi bezpiecznej puli pieniędzy, jednocześnie nie byłem przekonany w jaki sposób mam zacząć. Sklep internetowy? Stacjonarny? Sprzedaż po festiwalach? Z tyłu głowy cały czas budowało się marzenie posiadania firmy, ale nie było jeszcze porządnie posklejane. Tak naprawdę ja wtedy tylko marzyłem, nie planując nic na poważnie. Tak czy tak rzuciłem pracę i część oszczędności wpakowałem w siebie.

    Zrobiłem prawko na C, udało mi się dostać dofinansowanie na zrobienie kwalifikacji zawodowych i zaczęło się szukanie mojego ostatniego przystanku. Praca na ciężarowym :D Jednocześnie spełniłem też swoje następne małe marzenie które było jeszcze starsze niż marzenie o firmie: zrobiłem swoje małe domowe studio nagrań, zaś okres bezrobocia w którym robiłem papiery na ciężarowy poświęciłem na muzykę do której nie wracałem przez grube lata. Cholernie dobry czas który rozpoczął moje prawdziwe dorosłe życie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    cdn.

    #rozkminkrzaka #wykopstories #opowiadanie #dziendobry #tworczoscwlasna #dziendobry

    PS: w komentarzu parę zdjęć z tras dla ciekawskich + timelaps sprzed lat z moimi smętami ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Po raz pierwszy ostatnie pytanie padło — rzucone pół–żartem — dwudziestego pierwszego maja 2061 roku. Były to czasy, kiedy ludzkość zawładnęła już światłem. Pytanie owo narodziło się jako rezultat półdolarowego zakładu, zawartego nad butelką whisky. A stało się to tak…
    Dwaj członkowie wiernej świty Multivaca — Alexander Adell i Bertram Lupov — wiedzieli najlepiej, jak tylko człowiek mógł wiedzieć, co kryje się za zimną, błyszczącą płytą gigantycznego komputera. A w każdym razie mieli jakieś mgliste pojęcie o ogólnym schemacie obwodów i przekaźników, które narosły w maszynie od owych zamierzchłych czasów, kiedy to pojedynczy człowiek mógł mieć zupełnie jasne pojęcie o całości…
    Multivac był maszyną samoadaptacyjną i samokorygującą. Musiał być taki — bowiem żaden człowiek nie byłby w stanie nic w nim naprawić lub zmienić równie szybko i równie trafnie jak on sam. Tak więc Adell i Lupov służyli molochowi jedynie powierzchownie i z pozoru — choć najlepiej, jak tylko było na to stać człowieka. Karmili go danymi, adaptowali pytania, jakie mu stawiano i tłumaczyli odpowiedzi, jakich udzielał. Bez wątpienia więc zasługiwali oni — podobnie jak inni ze świty Multivaca — na swój udział w glorii komputera.
    Na przestrzeni dziesiątków lat Multiyac pomagał w projektowaniu statków kosmicznych i obliczaniu trajektorii lotów, które umożliwiły ludziom osiągnięcie Księżyca, Marsa i Wenus. Później jednak ziemskie zapasy okazały się zbyt ubogie, by sprostać wymaganiom takich wypraw. Zbyt dużo trzeba było energii do tak długich lotów. Ziemianie eksploatowali wprawdzie swoje złoża węgla i uranu ze stale wzrastającą wydajnością, ale ani tego, ani tego nie było zbyt wiele.
    Powoli jednak Multivac nauczył się dostatecznie dużo, by móc odpowiadać na coraz bardziej wnikliwe i sięgające istoty rzeczy pytania. I oto czternastego maja 2061 roku to, co było dotąd teorią, stało się faktem…
    Ziemianie zawładnęli energią Słońca. Mogła ona być teraz magazynowana, przetwarzana i utylizowana wprost na skalę całej planety. Ziemia skończyła raz na zawsze ze spalaniem węgla, rozszczepianiem uranu i podłączyła się do małej stacji kosmicznej o średnicy jednej mili, obiegającej Ziemię w połowie odległości od Księżyca. Cały glob pracował teraz dzięki niewidzialnym promieniom energii solarnej.
    Nawet tydzień okazał się okresem czasu zbyt krótkim, aby przyćmić glorię tego przedsięwzięcia. Toteż Adell i Lupov postanowili ostatecznie uciec od swych oficjalnych obowiązków i spotkać się w ciszy i spokoju tam, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy ich szukać: w bezludnych podziemnych halach, kryjących płyty potężnego, wpuszczonego w ziemię cielska Multivaca. Opuszczony przez wszystkich i bezczynny teraz komputer sortował dane z leniwym, pełnym zadowolenia klekotem. On również zasłużył sobie na odpoczynek i obaj ludzie zdawali sobie z tego sprawę. Zresztą w gruncie rzeczy nie było żadnego powodu, by go niepokoić.
    Mieli ze sobą flaszkę whisky i ich jedynym pragnieniem w owej chwili był odpoczynek w swoim własnym towarzystwie.
    — A jednak to zadziwiające, jak się nad tym lepiej zastanowić — odezwał się Adell. Jego szeroką twarz przecięły teraz bruzdy znużenia. Wolno mieszał swojego drinka szklanym pręcikiem, przyglądając się leniwie wirującym sześcianikom lodu. — Cała energia, jakiej kiedykolwiek by nam było potrzeba — za darmo! Energia wystarczająca do stopienia całej Ziemi w jedną wielką kroplę zanieczyszczonego ciekłego żelaza. I nadal by nam tej energii nie zabrakło. Wszelka energia, jakiej kiedykolwiek Ziemianom będzie trzeba — na zawsze… Na zawsze…
    Lupov odchylił głowę i spojrzał przekornie na Adella. Robił tak zawsze, kiedy miał ochotę sprzeciwić się. I teraz również miał zamiar się sprzeciwić — po części zresztą dlatego, że to on musiał wcześniej przynieść kostki lodu i szklanki.
    — Nie na zawsze — powiedział.
    — O Chryste, no to prawie na zawsze! Dopóki nie skończy się Słońce…
    — To nie jest zawsze!
    — No więc dobra, nie na zawsze. Biliony, biliony lat. Może dwadzieścia bilionów? Satysfakcjonuje cię to?
    Lupov przesunął palcami po przerzedzonych włosach — był to jakby gest uspokojenia i utwierdzania się w przekonaniu, że nadal coś tu jest nie tak. Potem dystyngowanie małymi łykami popijając swojego drinka powiedział:
    — Dwadzieścia bilionów lat to nie jest zawsze.
    — W porządku, ale dla naszych czasów wystarczy…
    — Tak samo uważano w przypadku węgla czy uranu…
    — No dobra, ale teraz możemy przecież podłączyć statek do stacji energosolarnej, po czym ten statek może gnać do Plutona i z powrotem milion razy bez kłopotania się kiedykolwiek o paliwo. Nie mógłbyś czegoś takiego dokonać za pomocą węgla czy uranu. Zapytaj Multivaca, jeśli mi nie wierzysz.
    — Nie muszę pytać Multivaca — sam dobrze o tym wiem.
    — Więc przestań podważać znaczenie tego, co dla nas zrobił — powiedział Adell czerwieniejąc. — Bo dobrze zrobił!
    — A kto tu mówi, że nie? Powiedziałem tylko, że Słońce nie będzie pracować zawsze! To wszystko, co powiedziałem. Jesteśmy zabezpieczeni na dwadzieścia bilionów lat. A co potem? — Lupov wyciągnął w kierunku kolegi lekko drżący palec. — Tylko nie mów mi, że podłączymy się do następnej gwiazdy! — dodał.
    Na chwilę zapadła cisza. Adell od czasu do czasu tylko przykładał do ust szklankę. Oczy Lupova powoli się zamknęły. Odpoczywali.
    Nagle Lupov otworzył oczy i wykrzyknął:
    — Wydaje ci się, że jak Słońce się skończy, to podłączymy się do następnej gwiazdy, no nie?
    — Nie, wcale nie.
    — Jasne, że tak ci się wydaje. Jesteś słaby w logice — w tym problem. Jesteś jak ten facet z dykteryjki o deszczu. Kiedy złapał go przelotny deszcz, popędził ku kępie drzew i wpakował się pod jedno z nich. Nie martwił się o nic, bo wykombinował sobie, że jak jedno drzewo przemoknie, to on pójdzie pod następne…
    — W porządku, rozumiem — odparł Adell. — Nie drzyj się. Rozumiem. Kiedy Słońce się skończy, inne gwiazdy też nam podziękują.
    — Niech mnie cholera, jeżeli nie podziękują — wymamrotał Lupov. — Wszystko wzięło swój początek od pierwszej eksplozji kosmicznej — czymkolwiek ona była — i wszystko się skończy z chwilą, kiedy pogasną ostatnie gwiazdy. Jedne szybciej, inne wolniej — ale, do cholery, pogasną! Olbrzymy wytrzymają 100 milionów lat. Słońce — 20 bilionów… Karły wytrzymają może 100 bilionów — w najlepszym razie… Ale poczekaj trylion lat i wszystko będzie czarne. Entropia musi wzrastać do maksimum — koniec, kropka!
    — Ja wiem wszystko o entropii — odezwał się Adell, podnosząc się w całej swej okazałości.
    — Gówno wiesz!
    — Wiem tyle samo co ty.
    — Więc wiesz również, że któregoś dnia wszystko się skończy!
    — Zgoda, kto tu mówi, że nie?
    — Ty, biedny mądralo! Ty! To ty twierdzisz, że mamy już całą energię, jakiej kiedykolwiek byłoby nam potrzeba! To ty powiedziałeś „na zawsze”!
    Teraz Adell postanowił się sprzeciwić.
    — A może któregoś dnia będziemy w stanie odtworzyć to wszystko? Odbudować? — powiedział.
    — Nigdy.
    — Zapytaj Multivaca.
    — To ty go zapytaj. No, spróbuj! Stawiam pięć dolarów, że powie, iż to jest niemożliwe do zrobienia.
    Adell był wystarczająco pijany, żeby spróbować — i zarazem dostatecznie trzeźwy, by móc poprawnie złożyć sekwencje koniecznych symboli i rozkazów w pytanie, które wyrażone słowami brzmiałoby mniej więcej tak: czy ludzkość będzie kiedykolwiek zdolna do odtworzenia Słońca — bez zużycia energii — w stadium jego wczesnej młodości? I to nawet po tym, gdy umrze ono ze starości?
    Pytanie to można było sformułować prościej, np. tak: czy możliwe jest, aby całkowita entropia Wszechświata zaczęła maleć?
    Multivac pozostał martwy i milczący. Urwały się leniwe błyski świateł, ustały odległe odgłosy klekotu przekaźników.
    I nagle, kiedy obaj przestraszeni technicy poczuli, że nie są już w stanie dłużej wstrzymywać oddechu, w ciszę wdarł się raptownie grzechot dalekopisu, podłączonego do najbliższej im jednostki Multivaca. Na taśmie widniało tylko sześć słów: BRAK DANYCH WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA ODPOWIEDZI.
    — Nie było zakładu — szepnął Lupov, po czym obaj w pośpiechu się wynieśli.
    Następnego ranka, trapieni bólem głowy i pragnieniem, zapomnieli o incydencie.

    Jerrodd, Jerrodine, Jerrodette I i Jerrodette II obserwowali gwiaździsty obraz nieba na wideoplanie. W miarę podróży przez hiperprzestrzeń obraz ten zmieniał się wraz z upływem ponadczasu.
    Raptem jednostajny pył gwiazd ustąpił miejsca pojedynczej, jasnomarmurowej tarczy pośrodku ekranu.
    — To X–23 — powiedział stanowczym tonem Jerrodd. Ręce trzymał założone do tyłu: szczupłe dłonie były mocno zaciśnięte, aż pobielały nadgarstki.
    Obie dziewczynki — Jerrodette I i II — były niezwykle podniecone pierwszą w ich życiu podróżą w hiperprzestrzeni. Półprzytomne wprost z nadmiaru wrażeń, z tłumionym chichotem biegały jak szalone, krzycząc:
    — Jesteśmy na X–23! Jesteśmy na X–23! Jes…
    — Cicho, dzieci! — powiedziała Jerrodine. — Jesteś pewien, Jerrodd?
    — Dlaczego miałbym nie być pewien — odparł Jerrodd, wpatrując się w metalowe wybrzuszenie na suficie. Biegło wzdłuż całego pomieszczenia, znikając w ścianie na drugim końcu. Było tak długie, jak statek.
    Jerrodd nie wiedział dokładnie, co to za urządzenie ten gruby wał. Wiedział tylko, że nazywano je MICROVACem i że można mu było zadawać pytania, kiedy się zechce. Wiedział również, że jeśli nic się nie robi, to MICROVAC nadal wypełnia swoje zadanie doprowadzenia statku do miejsca przeznaczenia. Słyszał jeszcze o czerpaniu przezeń energii z rozlicznych Subgalaktycznych Stacji Energetycznych oraz o rozwiązywaniu równań dla uskoków hiperprzestrzennych.
    Jerroddowi i jego rodzinie pozostawało tylko czekać i zabijać czas w komfortowych kwaterach statku.
    Ktoś kiedyś powiedział Jerroddowi, że litery „AC” na końcu słowa „MULTIVAC” są skrótem dwóch staroangielskich słów „analogue computer”. Jerrodd już jednak prawie o tym zapomniał…
    Oczy Jerrodine, utkwione w wideoplanie, stały się wilgotne.
    — Dziwnie się czuję opuszczając Ziemię… Nic na to nie poradzę.
    — Dlaczego, na litość boską? — spytał Jerrodd. — Nic tam po nas. Na X–23 będziemy mieli wszystko. Nie będziesz samotna, nie będziesz przecież pionierem. Na tej planecie żyje już ponad milion ludzi. Mój Boże! I pomyśleć, że nasze prawnuki będą musiały szukać nowych światów, bo X–23 będzie już przeludnione…
    Potem, po chwili zastanowienia, dodał: — Wiesz, mamy szczęście, iż komputery potrafiły do tego stopnia zaplanować drogę, jaką podąży rodzaj ludzki…
    — Wiem, wiem… — powiedziała z przygnębieniem Jerrodine. Jerrodette I natychmiast dorzuciła: — Nasz MICROVAC to najlepszy MICROVAC na świecie.
    — Ja też tak myślę — przytaknął Jerrodd, mierzwiąc włosy dziewczynki.
    Tak — to było miłe uczucie — mieć MICROVACa na własność. Jerrodd był szczęśliwy, że był członkiem tej właśnie generacji, a nie żadnej innej. Za czasów młodości jego ojca komputery były gigantycznymi machinami, rozciągającymi się na setki kilometrów kwadratowych powierzchni. W owych czasach na jedną planetę przypadała tylko jedna taka maszyna. Nazywano ją Planetarnym AC. Na przestrzeni tysiąca lat ich rozmiary stale rosły. I naraz — wszystkie równocześnie — zostały udoskonalone. Miejsce tranzystorów zajęły zawory molekularne. W ten sposób nawet największy Planetarny AC można było teraz zmieścić w objętości nie większej niż pół statku kosmicznego.
    Jerrodd poczuł, jak serce rośnie mu z dumy. Zawsze to odczuwał, kiedy uświadamiał sobie, że jego własny, osobisty komputer jest nieporównanie bardziej złożony niż starożytny prymitywny MULTIVAC, który ongiś — jako pierwszy — poskromił Słońce. Ze jest nawet bardziej skomplikowany niż największy ze wszystkich, Ziemski Planetarny AC — ten, który jako pierwszy uporał się z problemem podróży hiperprzestrzennych i umożliwił ludziom wyprawy do gwiazd.
    — Tyle gwiazd, tyle planet… — szepnęła Jerrodine, pogrążona w swoich myślach. — Ciekawe, czy inne rodziny już zawsze będą wyruszać, tak jak my, ku nowym planetom…
    — Nie, nie zawsze — powiedział z uśmiechem Jerrodd. — Któregoś dnia to wszystko się skończy. Nie wcześniej jednak niż za biliony lat. Wiele bilionów. Rozumiesz? Wtedy, gdy skończą się gwiazdy. Entropia musi wzrastać…
    — Co to jest entropia, papo? — pisnęła Jerrodette II.
    — Entropia, skarbie, to takie słowo, które oznacza liczbę końców, liczbę śmierci we Wszechświecie. Wszystko się wyczerpuje, widzisz, tak jak twój mały robot „walkie–talkie”. Pamiętasz?
    — I nie można po prostu założyć nowej baterii, tak jak do mojego robota?
    — Gwiazdy już same z siebie są źródłami energii, kochanie. Kiedy one się skończą, nie będzie już żadnych innych źródeł.
    Jerrodette I jęknęła: — Och, nie pozwól im tatusiu! Nie pozwól, żeby gwiazdy się skończyły!
    — Widzisz, do czego doprowadziłeś! — szepnęła Jerrodine zirytowana.
    — Skąd mogłem wiedzieć, że tak się przestraszy? — odszepnął jej Jerrodd.
    — Tato, niech tata zapyta MICROVACa! — lamentowała Jerrodette I. — Niech tata zapyta, jak to zrobić, żeby gwiazdy z powrotem świeciły?!
    — No, zapytajże! — powiedziała Jerrodine. — Będzie przynajmniej spokój. (Jerrodette II zaczynała już płakać). Jerrodd wzruszył ramionami.
    — No już, dobrze, dzieci. Zapytam MICROVACa. Nie martwcie się, zaraz nam powie, v Rzucił MICROVACowi pytanie, pośpiesznie dodając: „Odpowiedź drukuj”.
    Potem rozwinął cienką, cellurową wstęgę wydruku i odezwał się do dziewczynek pełnym otuchy głosem:
    — No widzicie? MICROVAC powiedział, że kiedy nadejdzie czas, będzie na wszystko uważać. Więc już się nie martwcie.
    — A teraz, dziewczynki, czas spać — dorzuciła Jerrodine. — Niebawem będziemy w naszym nowym domu.
    Zanim zniszczył cellurową taśmę, Jerrodd raz jeszcze przeczytał wydrukowane na niej słowa:
    BRAK DOSTATECZNYCH DANYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI.
    Wzruszył ramionami i spojrzał na wideoplan. X–23 była tuż, tuż…

    VJ–23X z Lamethy wpatrywał się przez chwilę w czeluść trójwymiarowej mapy Galaktyki, sporządzonej w mikroskali, a potem powiedział:
    — Ciekawe, czy my nie jesteśmy śmieszni z tym naszym zainteresowaniem materią?
    MO–17J z Nicrona potrząsnął głową.
    — Myślę, że nie. Wiesz przecież, że przy obecnym tempie ekspansji, Galaktyka zapełni się w ciągu pięciu lat…
    Obaj wyglądali najwyżej na jakieś dwadzieścia lat. Byli wysocy i idealnie zbudowani.
    — Mimo to — odezwał się VJ–23X — waham się jeszcze, czy przedstawić tak pesymistyczny raport Radzie Galaktycznej.
    — Nawet bym się nie zastanawiał nad tonem raportu. Wstrząśnij nimi trochę. To im dobrze zrobi.
    VJ–23X westchnął.
    — Ale Kosmos jest nieskończony! Czeka na nas sto bilionów galaktyk. Więcej nawet!
    — Sto bilionów to nie jest nieskończoność. I ta liczba wciąż maleje. Pomyśl: dwadzieścia tysięcy lat temu rodzaj ludzki po raz pierwszy uporał się z problemem wykorzystywania energii gwiazd. A w niewiele stuleci później stały się praktycznie możliwe podróże międzygwiezdne. Ludziom trzeba było miliona lat na zapełnienie jednego małego świata, a potem wystarczyło im tylko piętnaście tysięcy lat na wypełnienie reszty Galaktyki. Teraz ludność podwaja się co dziesięć lat!
    VJ–23X przerwał mu:
    — To dzięki nieśmiertelności.
    — Zgoda. Nieśmiertelność jest faktem i musimy się z nią liczyć. To prawda, że nieśmiertelność ma i drugie oblicze. Galaktyczny AC rozwiązał wiele naszych problemów, ale trzeba przyznać, że przy rozwiązywaniu problemu nieśmiertelności zapomniał o swoich poprzednich rozwiązaniach…
    — Ale mimo to, jak sądzę, nie miałbyś ochoty pożegnać się z życiem?
    — No, wiesz! — żachnął się MQ–17J, natychmiast łagodniejąc. — Jasne, że nie. Stanowczo nie osiągnąłem jeszcze odpowiedniego wieku. Ile masz lat?
    — Dwieście dwadzieścia trzy. A ty?
    — Ja nie mam jeszcze dwóch setek. Ale wracając do rzeczy — populacja podwaja się regularnie co dziesięć lat. Nasza Galaktyka jest już przepełniona, następną będziemy mieli zapełnioną w ciągu następnych dziesięciu lat. Jeszcze dziesięć lat i jeszcze dwie galaktyki więcej. .Następna dekada — i cztery dalsze. W ciągu tysiąca lat mamy milion zaludnionych galaktyk, a w ciągu dziesięciu tysięcy lat — całą Metagalaktykę. I co wtedy?
    — Jeśli już przy tym jesteśmy, to istnieje tu jeszcze problem transportu. Ciekaw jestem, jak wiele energii trzeba zużyć na przeniesienie istot z jednej galaktyki na drugą?
    — Bardzo słuszna uwaga! Już obecnie ludzkość zużywa dwie jednostki słoneczne na rok.
    — Większość z tego jest tracona. Poza tym nasza Galaktyka zupełnie bezużytecznie wyrzuca w Kosmos tysiąc jednostek słonecznych rocznie. A my zużywamy tylko dwie z nich.
    — W porządku, ale nawet przy stuprocentowej wydajności bylibyśmy w stanie tylko odroczyć nasz koniec. Nasze wymagania energetyczne rosną w postępie geometrycznym — nawet szybciej niż zaludnienie. Energii zabrakłoby nam szybciej niż miejsca w Galaktyce. To była słuszna uwaga. Bardzo słuszna…
    — Wobec tego będziemy musieli budować nowe gwiazdy z gazu międzygwiezdnego…
    — Może jeszcze z rozproszonego ciepła? — rzucił ironicznie MQ–17J.
    — A jeśli rzeczywiście istnieje jakiś sposób na zawrócenie entropii? Powinniśmy o to zapytać Galaktycznego AC.
    VJ–23X nie powiedział tego zupełnie poważnie, ale MQ–17J dobył już z kieszeni swój łącznik AC i położył go przed sobą na stole.
    — Ja też mam na to ochotę — powiedział. — Ostatecznie to jest problem, przed którym tak czy inaczej stanie kiedyś ludzkość…
    Przez chwilę przyglądał się małej, sześciennej kasetce. Nie było w niej nic szczególnego poza tym, że przez hiperprzestrzeń połączona została z wielkim Galaktycznym AC, będącym na usługach całej ludzkości. Jak uważano, nawet sama hiperprzestrzeń stanowiła integralną część Galaktycznego AC.
    MQ–17 zastanawiał się chwilę, czy w jego nieśmiertelnym życiu uda mu się kiedykolwiek ujrzeć Galaktycznego AC. Znajdował się pono na swojej własnej planecie spowitej pajęczyną wiązek pola siłowego, utrzymujących w swym wnętrzu materię. Stamtąd brały swój początek fale submezonowe, które zastąpiły teraz prymitywne zawory molekularne. I mimo tak subeterycznej pracy Galaktyczny AC — jak mówiono — mierzył sobie pełnych tysiąc stóp średnicy.
    MQ–17J, nagle zdecydowany, rzucił w mikrofon kasety pytanie:
    — Czy można będzie kiedykolwiek zawrócić bieg entropii?
    VJ–23X spojrzał na niego zaskoczony i powiedział:
    — Nie sądziłem, że naprawdę o to zapytasz.
    — Dlaczego nie?
    — Obaj wiemy, że entropia nie może maleć. Nie sposób zamienić dymu i popiołu na powrót w drzewo.
    — Masz na swoim świecie drzewa? — odparł MQ–17J.
    Przerwał im Galaktyczny AC. Z małej kasety na biurku dobył się piękny, delikatny głos:
    BRAK DANYCH WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI.
    — Widzisz? — powiedział VJ–23X.
    Po czym obaj mężczyźni powrócili do swego raportu, który mieli przygotować dla Rady Galaktycznej.

    Umysł Zee Pierwszego kontemplował nową galaktykę bez szczególnego zainteresowania dla niezliczonych gwiezdnych spiral, które ją stworzyły. Nigdy przedtem jej nie widział. Zresztą, czy kiedykolwiek mógłby je wszystkie obejrzeć? Tyle ich przecież, każda z własnym brzemieniem ludzkości — i to brzemieniem, które zawsze było zbędnym balastem. Coraz częściej prawdziwą esencję człowieczeństwa można było znaleźć tu, w przestrzeni międzygwiezdnej.
    I to umysły! Nie ciała! Nieśmiertelne ciała pozostawały hen, na planetach, zawieszone ponad wiekami. Czasem zrywały się jeszcze do jakiejś materialnej działalności, ale zdarzało się to coraz rzadziej. Wprawdzie kilka nowych istot podjęło materialną egzystencję, przyłączając się w ten sposób do tego nieprawdopodobnego tłumu, ale jakież to mogło mieć teraz znaczenie? Tak czy inaczej, we Wszechświecie brakowało już miejsca dla nowych istot…
    Z zadumy wytrąciło Zee Pierwszego zgłoszenie innego umysłu, które nadeszło po wiotkich niciach nerwowych.
    — Jestem Zee Pierwszy — przedstawił się. — A ty?
    — Dee Sub Wun. A jak się nazywa twoja galaktyka?
    — Nazywamy ją tylko Galaktyką. A wy?
    — My też tak nazywamy swoją. Wszyscy ludzie nazywają swoje galaktyki Galaktykami. I nic więcej. A jak można inaczej?
    — Racja. Wszystkie galaktyki są takie same.
    — O nie, nie wszystkie. Na jednej, jakiejś szczególnej Galaktyce musiał wziąć swój początek rodzaj ludzki. I to ją musi wyróżniać.
    — Na której? — zaciekawił się Zee Pierwszy.
    — Nie potrafię powiedzieć. Ale będzie to pewnie wiedział Metagalaktyczny AC.
    — Zapytajmy go. Jakoś mnie to zainteresowało.
    Zee Pierwszy był w stanie wszystko to ogarniać do czasu, dopóki galaktyki nie skurczyły się, by potem rozsypać się ponownie gwiezdnym pyłem na nieporównanie większej przestrzeni. Było ich teraz tyle bilionów, tyle setek bilionów! I wszystkie z ich nieśmiertelnymi istotami, wszystkie z brzemieniem inteligencji i umysłami, swobodnie dryfującymi w przestrzeni kosmicznej. A przecież jedna z tych galaktyk była unikalna — była pierwsza… Ona to właśnie w nieprzejrzanej, zamierzchłej przeszłości była jedyną Galaktyką, jaką zamieszkiwał Człowiek.
    Zee Pierwszego trawiła ciekawość. Zapragnął ujrzeć tę Galaktykę. Zawołał:
    — Metagalaktyczny AC! Na której galaktyce wziął swój początek rodzaj ludzki?
    Maszyna słyszała wszystko — poprzez przestrzeń — na każdym globie. Jej receptory znajdowały się wszędzie i każdy z nich prowadził, poprzez hiperprzestrzeń, do owego nieznanego punktu, w którym znajdował się Metagalaktyczny AC.
    Zee Pierwszy wiedział tylko o jednym człowieku, którego myślom udało się przeniknąć na rozsądną odległość od Metagalaktycznego AC. Tamten opowiadał potem o trudnym do dostrzeżenia, jaśniejącym globie o średnicy jakichś dwóch stóp…
    — Jak może się tam pomieścić cały Metagalaktyczny AC? — zapytał wtedy Zee pierwszy.
    — Większa jego część — brzmiała odpowiedź — znajduje się w hiperprzestrzeni. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, jak to wygląda…
    Nikt nie mógłby sobie tego wyobrazić. Zee Pierwszy bowiem dobrze wiedział, iż nikt nie pamięta już dnia, kiedy to jakikolwiek człowiek miał jakikolwiek wkład w budowę Metagalaktycznego AC. Każdy Metagalaktyczny AC wybierał i konstruował swego następcę. Każdy — podczas swego milionoletniego lub nawet dłuższego istnienia — gromadził dane, konieczne do zbudowania jeszcze lepszego, bardziej skomplikowanego i uniwersalniejszego następcy. Takiego, dla którego zbiór danych i możliwości poprzednika były kroplą w morzu…
    Metagalaktyczny AC powstrzymał rozbiegane myśli Zee Pierwszego. Nie był to głos, lecz po prostu informacja. Umysł Zee Pierwszego powędrował poprzez mętne morza galaktyk i nagle jedna z nich rozsypała się przed nim w gwiazdy.
    Teraz nadbiegła myśl — nieskończenie odległa, a zarazem nieskończenie klarowna: OTO PIERWOTNA GALAKTYKA CZŁOWIEKA.
    Ależ ona była przecież taka sama, taka sama jak każda inna! Zee Pierwszy stłumił swoje rozczarowanie.
    Dee Sub Wun, którego umysł cały czas towarzyszył tamtemu, powiedział nagle:
    — A czy jedna z tych gwiazd jest pierwotną gwiazdą Człowieka?
    Metagalaktyczny AC odparł: PIERWOTNA GWIAZDA CZŁOWIEKA STAŁA SIĘ NOWĄ. TERAZ TO JEST BIAŁY KARZEŁ.
    — A więc ludzie z tego układu wyginęli? — zapytał bez zastanowienia, zaskoczony Zee Pierwszy.
    DLA ICH FIZYCZNYCH CIAŁ ZOSTAŁ W ODPOWIEDNIM CZASIE ZBUDOWANY, JAK TO SIĘ W TAKICH PRZYPADKACH ROBI, NOWY ŚWIAT — brzmiała odpowiedź.
    — Tak, oczywiście — przytaknął Zee Pierwszy. Ale uczucie zagubienia przygnębiło go jeszcze bardziej. Nieoczekiwanie jego umysł uświadomił sobie jeszcze dobitniej swoją więź z Pierwotną Galaktyką Człowieka. Nie, niechaj się zagubi z powrotem pośród tego mętnego pyłu galaktyk… Nie chciał jej nigdy więcej widzieć.
    — Stało się coś? — zapytał Dee Sub Wun.
    — Tak. Gwiazdy umierają. Nasza pierwotna gwiazda jest już martwa.
    — Wszystkie muszą umrzeć. Nie może być inaczej.
    — Ale kiedy wyczerpie się cała energia, nasze ciała również ostatecznie umrą, a wraz z nimi ty i ja.
    — Na to trzeba będzie jeszcze poczekać biliony lat.
    — Nie chcę, żeby tak się stało nawet za biliony lat. Metagalaktyczny AC! Jak można powstrzymać gwiazdy przed umieraniem?
    — Pytasz, jak można zawrócić wzrost entropii… — powiedział z rozbawieniem Dee Sub Wun.
    BRAK JEST JESZCZE DANYCH WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — brzmiała odpowiedź Metagalaktycznego AC.
    Myśli Zee Pierwszego pobiegły na powrót ku jego własnej Galaktyce. Nie przesłał więcej żadnej myśli Dee Sub Wunowi, którego ciało mogło oczekiwać nań gdzieś w Galaktyce odległej o trylion lat świetlnych, lub może tuż obok, na jednej z gwiazd, sąsiadujących z własną gwiazdą Zee Pierwszego. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia.
    Zmartwiony Zee Pierwszy zabrał się do zbierania międzygwiezdnego wodoru, z jakiego zbudowana była jego mała gwiazda. Jeśli gwiazdy muszą kiedyś umrzeć, to przynajmniej kilka z nich można będzie jeszcze odbudować…

    Człowiek rozmyślał. Dyskutował sam ze sobą — bowiem pod względem umysłowym istniał już tylko jeden Człowiek. Składał się z trylionów, trylionów ciał — ciał nie posiadających wieku, umieszczonych na swoich miejscach, odpoczywających w spokoju i nie podlegających rozkładowi. Każde z nich strzeżone było przez niezawodne, idealne automaty, podczas gdy umysły wszystkich tych ciał swobodnie się ze sobą zlewały, niedostrzegalnie przyłączając się jeden do drugiego.
    — Wszechświat umiera — powiedział Człowiek.
    Potem rozejrzał się po mglistym morzu galaktyk. Gwiazdy–olbrzymy, marnotrawcy, wyczerpały się już dawno, w najzamierzchlejszej z zamierzchłych przeszłości Kosmosu. Teraz już prawie wszystkie gwiazdy były białymi karłami, gasnącymi z dnia na dzień w oczekiwaniu śmierci.
    Nowe gwiazdy powstawały teraz z pyłu międzygwiezdnego — niektóre wskutek procesów naturalnych, inne zaś budowane przez Człowieka. Możliwe było jeszcze doprowadzenie do zderzenia ze sobą białych karłów i budowanie — dzięki potwornym siłom, jakie się przy tym wyzwalały — nowych gwiazd. Ale w taki sposób można było stworzyć tylko jedną nową gwiazdę z każdego tysiąca zniszczonych białych karłów — a i tę oczekiwała śmierć.
    — Przy ostrożnym gospodarowaniu — powiedział Człowiek — i trzymaniu się wskazówek Kosmicznego AC, nawet ta energia, jaka została jeszcze we Wszechświecie, może wystarczyć na biliony lat.
    — Ale nawet i wtedy — rozważał dalej Człowiek — ostatecznie wszystko dobiegnie końca. Nie pomoże gospodarowanie, ani oszczędzanie, energia raz rozproszona jest stracona i nie sposób jej odzyskać. Entropia musi wzrastać do maksimum.
    — Ale czy bieg entropii nie może być zawrócony? — zastanowił się Człowiek. — Warto zapytać o to Kosmicznego AC.
    Kosmiczny AC był wszędzie wokół nich — choć nie w Kosmosie. Ani jeden jego fragment nie znajdował się już w Kosmosie. Zrobiony z czegoś, co nie było ani materią, ani energią, czuwał skryty w Hiperprzestrzeni. Zagadnienie jego rozmiarów i natury nie miało już znaczenia w żadnym z aspektów możliwych do pojęcia przez Człowieka.
    — Kosmiczny AC — odezwał się Człowiek — w jaki sposób można zawrócić bieg entropii?
    BRAK JEST JESZCZE DANYCH, WYSTARCZAJĄCYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — odparł Kosmiczny AC.
    — Zbierz więc dodatkowe dane — powiedział Człowiek. BĘDĘ TAK ROBIĆ. ROBIĘ TO OD STU BILIONÓW LAT. MNIE I MOICH POPRZEDNIKÓW PYTANO O TO WIELE RAZY. ALE WSZYSTKIE DANE, JAKIE POSIADAM, SĄ JAK DOTĄD NIEWYSTARCZAJĄCE.
    — Czy mogą kiedyś być dostateczne, żeby udzielić odpowiedzi na to pytanie? Czy też jest to problem nierozwiązywalny bez względu na okoliczności?
    NIE MA PROBLEMU NIEROZWIĄZYWALNEGO BEZ WZGLĘDU NA OKOLICZNOŚCI — brzmiała odpowiedź.
    — Kiedy więc będziesz miał dość danych, aby odpowiedzieć na to pytanie?
    BRAK JEST NA RAZIE DANYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — odparł Kosmiczny AC.
    — Czy będziesz dalej nad tym pracować? — zapytał Człowiek.
    BĘDĘ — odpowiedział Kosmiczny AC.
    — Poczekamy więc — rzekł Człowiek.
    Gasły umierające gwiazdy i galaktyki — a wraz z nimi po dziesięciu trylionach lat agonii zapadała się w czerń przestrzeń kosmiczna.
    Człowiek — jeden po drugim — jednoczył się z AC. Fizyczne ciała raz po raz traciły swe umysłowe indywidualności — była to jednakże strata, która przynosiła zysk.
    Ostatni z umysłów Człowieka wstrzymał się jeszcze na chwilę przed zjednoczeniem z AC i spojrzał w przestrzeń, nie zawierającą już teraz nic poza resztkami jedynej, ostatniej ciemnej gwiazdy i poza nieprawdopodobnie rozrzedzoną materią, przypadkowo miotaną ostatkami ciepła, asymptotycznie zanikającego do poziomu równowagi w pobliżu zera bezwzględnego.
    Człowiek zapytał:
    — AC! Czy to już koniec? Czy tego chaosu nie da się już z powrotem obrócić we Wszechświat? Czy nie dałoby się tego dokonać?
    BRAK JEST JESZCZE DANYCH DOSTATECZNYCH DO UDZIELENIA JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI — odpowiedział AC.
    Ostatni umysł Człowieka zjednoczył się z maszyną i istniał już teraz tylko AC — a i on w hiperprzestrzeni.

    Materia i energia skończyły się — a wraz z nimi skończyła się przestrzeń i czas. Nawet AC istniał jeszcze tylko dla ostatniego pytania — tego, na które nie umiał był znaleźć odpowiedzi od czasu, kiedy to dwóch na wpół pijanych techników komputerowych dziesięć trylionów lat wcześniej zadało to pytanie maszynie, która z AC miała jeszcze mniej wspólnego, niż człowiek z Człowiekiem…
    Na wszystkie inne pytania odpowiedziano już. Dopóki jednak nie została udzielona odpowiedź na ostatnie pytanie, AC nie mógł unicestwić swojej świadomości.
    Zbieranie danych dobiegło końca. Nie pozostało już nic do zbierania. Ale wszystkie te dane trzeba było jeszcze opracować i zbadać wszelkie możliwe powiązania, jakie mogły między nimi zaistnieć.
    Zabrało to AC cały interwał ponadczasowy.
    I wreszcie AC dowiedział się, jak można zawrócić bieg entropii.
    Nie było już jednak człowieka, któremu AC mógłby odpowiedzieć na ostatnie pytanie. Ale to było nieważne. Odpowiedź można zastąpić praktyczną demonstracją.
    W ciągu następnego interwału ponadczasowego AC rozważał, jak można tego najlepiej dokonać. Starannie, pieczołowicie przygotował program.
    Świadomość AC ogarniała już teraz wszystko, co kiedykolwiek wydarzyło się we Wszechświecie i analizowała to, co było teraz Chaosem. Krok po kroku wszystko zostanie zrobione…
    I wreszcie AC rzekł: NIECH SIĘ STANIE ŚWIATŁO!
    I stało się światło…

    #kosmos #asimov #opowiadanie #scifi
    pokaż całość

  •  

    Cz.3.1 #rozkminkrzaka bardzo chaotycznej opowieści o tym, jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Na trasie miałem czas by zacząć myśleć o swojej przyszłości. Nie mam zamiaru tu wchodzić w górnolotne tony, ale pracując w ten sposób ma się masę czasu na przemyślenia i układanie w głowie. Stałem się o wiele spokojniejszym człowiekiem, który zaczął doceniać nauki wpajane przez rodziców, przyjaciół czy przez osoby pojawiające się w moim życiu. Dalej byłem tym samym entuzjastycznym gościem, ale to chyba życie na trasie poukładało mi pewne rzeczy w głowie.

    Tak czy tak miałem oszczędzone pieniądze, chęci i przede wszystkim w końcu jakiś pomysł na siebie. Przez lata w szkole, kiedy byłem jeszcze kucometalem musiałem samemu robić sobie bransoletki czy wisiorki bo albo te fajne były za drogie, albo te tanie były zbyt badziewne.

    Moje były pewnie tak samo badziewne jak wszystko co wtedy nosiłem, ale jednak podobało mi się, więc robiłem takie rzeczy samemu. Zresztą dosyć często miałem dzięki temu masę profitów - a to zrobiło się jakąś rzecz dziewczynie, a to coś się sprzedało znajomemu, albo zwyczajnie wymieniło za piwo - tak czy tak lubiłem to robić. Na trasie zacząłem wracać myślami do tego, bo cholera czemu niby nie?

    Kiedyś zamiast wydać 30-40zł za bransoletkę, wolałem kupić u hurtownika rzeczy za tę samą cenę i mieć 10 różnych zrobionych przez siebie. Wiedziałem, że to jest opłacalne, byłem tego pewny.

    Pierwsze zakupy u hurtownika to była inwestycja na ponad 200zł. Słyszałem wtedy o biżuterii modułowej, dla mnie była idiotyczna, ale słyszałem krążące legendy o przebitce która jest na nich - to akurat się nie udało, zwyczajnie nie miałem rynku zbytu. Rzeczywiście ludzie na tym zarabiali naprawdę porządne pieniądze ale to ja się źle do tego zabrałem. Trochę sprzedało się na allegro, więc koszty się jako tako wróciły ale dużą część mam do dzisiaj gdzieś w szafie :D

    Powstał pomysł robienia kolczyków. Wolałem ominąć dziubaninę która jest przy bransoletkach z korali, z kolczykami było o wiele łatwiej, poza tym nie wiadomo czemu - bawiło mnie to. Zwyczajnie fajnie było popatrzeć na efekty pracy a później widzieć jakąś znajomą która nosi to co się zrobiło.

    Oj pamiętam te wielkie plany snute z przyjacielem, pamiętam że dzięki jego nakręceniu sam byłem nakręcony podwójnie. Pamiętam też siedzenie na allegro i kupowanie tych wszystkich rzeczy (tym razem za wszystko zapłaciłem chyba niecałe 180) i późniejsze robienie masy kolczyków. Zrobiliśmy wspólnymi siłami grubo ponad 100 szt. Co najważniejsze, to właśnie wtedy, padł pomysł na nazwę firmy - "Bido." Była masa różnych innych pomysłów, ale nam we dwójkę wyraźnie pasowała nazawa.
    Bido - koralik w języku esperanto.

    Nazwa się przyjęła choć nasza ekipa od zawsze się z tego śmiała. Powtarzałem wprost - znajdziecie dla mnie lepszą nazwę, która będzie mi bardziej pasować, ja ją zmienię. Wiele lat prób dużej liczby ludzi, do dzisiaj nie znaleźli lepszej ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Ej Pat - dzięki stary, Bido istnieje przecież między innymi dzięki Tobie ciulu xD

    Nawet nie wiecie ile było pocisków w stronę tej nazwy ze strony ekipy, ile jazd i śmiechaw z tego, że będę zakładać kiedyś firmę i wszyscy w niej będziemy pracować. Ja zresztą dobrze wiem, że w niedalekiej przyszłości to ja zmienię losy ludzkości - nie będzie już podziałów, nie będzie walki o wszystko, nie będzie biedy, ani niedostatku bo jedna firma zawładnie wszystkimi innymi i przyniesie pokój całemu globowi - BidoCorp xDD

    Cholera, zakładając firmę miałem tak wielki ładunek emocjonalny z tą nazwą, że nie widziałem innej nazwy. Wiedziałem jak to brzmi, wiedziałem że ma się nijak do polskiego rękodzieła - nazwa Bido musiała być i koniec. Minęły 2 miesiące od założenia działalności a mi dalej cieszy się ryj jak mówię Bido xD

    No. Ale mieliśmy zrobionych ponad 100 szt. kolczyków (tak wracając do sedna opowieści). Rynek zbytu? Prosta sprawa - trzeba jechać na jakiś festiwal, wziąć stolik i zacząć sprzedawać. Najlepszy rynek zbytu na to co robiliśmy. Wszystko szykowaliśmy na jakiś 2 dniowy festiwal za Krakowem (już nie pamiętam co to było) - generalnie myśleliśmy że to będą jakieś większe koncerty, ponad 200 ludzi, ładna pogoda no i przede wszystkim - że pozbędziemy się wszystkiego, zaś sami na pierwszą próbę już zarobimy jakieś pieniądze.

    Rzeczywistość jak zawsze zweryfikowała wszystko bardzo ładnie i dobitnie. Prawda jest taka, że udało się zarobić chyba ponad 200zł. Ludzi spodziewaliśmy się 200, jeśli było 60 to było wszystko. Pogoda tez nie dopisała, ale bawiliśmy się tam naprawdę dobrze [małpia twarz, małpia twarz #pdk]

    Czyli nie zarobiliśmy praktycznie nic, koszty się jako tako zwróciły, odzew jak na te 60 osób był o dziwo naprawdę spoko, jedna dziewczyna kupiła wtedy chyba nawet z 5 czy 6 par, więc byliśmy całkiem zadowoleni z siebie, ale to nie było to za cholere to, czego oczekiwaliśmy.

    Była też druga strona medalu: po jednym takim marnym wypadzie, przy sprzedaży kolczyków po 5/10zł koszty zakupu półproduktów spłacone, nam została masa niesprzedanych rzeczy, zaś dostawa od hurtownika ledwo ruszona - starczyłoby bez problemu na następne 200/300 sztuk.

    No wiedziałem że to ma sens.

    Jednocześnie dalej jeździłem, jednocześnie cały czas myślałem co zrobić żeby to ruszyć do przodu. I znacie to na pewno: Jak wszystko idzie dobrze, to idzie pełną parą. Ale jak już ma się dziać źle, to po takim okresie dobrych wspomnień i energii, musi się coś zjebać. I musi się stać parę rzeczy naraz, bo zawsze przecież tak jest, nigdy pojedynczo.

    Przedstawiłem wstępny plan ojcu, powiedziałem ile mam oszczędności, że chciałbym jeździć po festiwalach, sprzedawać kolczyki i bransoletki robione przez nas, że potrzebuję 10 tysięcy pożyczki i możemy ruszać. Mi liczby się zgadzały - jemu nie. Dla niego, człowieka ponad 60 letniego było to niewyobrażalne, mój plan do dupy, zaś ja sam wziąłbym się lepiej za coś innego. I patrząc z perspektywy... Miał racje. Źle wszystko przedstawiłem, źle obliczyłem, źle do wszystkiego podszedłem. Miał cholera racje i kiedyś zresztą muszę mu to powiedzieć, ale wtedy miałem żal o to.

    Druga rzecz która się zjebała jednocześnie to mój związek - 6 lat poszło wpizdu a mi cały entuzjazm całą sprawą powoli siadał. A siadł mi totalnie, gdy dostałem informację że szefowa u której pracuje w ciągu miesiąca zamyka działalność.

    Zawsze wszystko kurwa naraz xD

    Nie był to najlepszy okres w moim życiu, znowu powrót na stałe do rodzinnego domu, szukanie pracy, no i kuracja doła po związku. Oszczędności malały, ja się czułem jak gówno przez byłą i w ogóle nie myślałem o Bido.

    A mogłem, bo do dzisiaj mam wrażenie że z firmą spóźniłem się o dobre pare lat, choć nie ma co roztrząsać przeszłości.

    Generalnie gratuluję jeśli aż tutaj dotarłeś/aś. Ja te wpisy traktuję jako swego rodzaju przypomnienie dlaczego robię to co robię, bo straciłem trochę na motywacji przy zalewie różnorakich problemów. Fajnie że to czytasz, witaj w moim świecie. ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

    #rozkminkrzaka #wykopstories #dziendobry #gownowpis #opowiadanie

    sorry za powtórne usuwanie/wklejanie.
    pokaż całość

    •  

      @bkwas: właśnie chciałem robić to równoległe, aktualna praca mnie satysfakcjonuje pod względem zarobków i ilości czasu jaki muszę w nią wkładać, co otwiera mi szansę, żeby spożytkować pozostały czas na "hobby", z którego też chciałbym czerpać korzyści $. Nie wiem tylko jak sprawdzić rynek i chyba zrobię na początek kilkanaście/kilkadziesiąt sztuk i sprawdzę jak to wygląda przez internet + zostawię w jednym punkcie stacjonarnym.

      Oczywiście, jeśli bym przysiadł do tego, mógłbym atakować poszczególne sklepy w całej Polsce i dawać im dobrą cenę na samym początku, obawiam się tylko, że czasowo to może być kosmos + koszty (wysyłka, materiały). I zostaje ryzyko, że ktoś będzie chciał zgapić temat znając przebitkę.

      Z drugiej strony wiem, że konkurencja jest bardzo mała w tej branży (w skali PL). Dzisiaj robię pierwsze zakupy i nie będzie chyba już odwrotu (ʘ‿ʘ)
      pokaż całość

      +: bkwas
    •  

      @kaziu12 rób - a co do konkurencji się nie przejmuj, wbrew pozorom nie ma aż tylu chętnych by poświęcać swój czas na kopiowanie, a nawet jeśli, przy niszy tak czy tak trafia się do różnych klientów i nawet jeśli ktoś robiłby podobne rzeczy co Ty (cokolwiek to jest) to jest duże prawdopodobieństwo że trafi do innych klientów nie podbierając Twoich.

      Tak czy tak po prostu działaj. I polecam już założyć Instagrama i FB firmowego i tam wrzucać jakieś fotki - tam też znajdą się klienci i w łatwy sposób poszerzysz swój zasięg.

      Do tego warto się zastanowić nad jakąś internetową platforma do sprzedaży rękodzieła - etsy, pakamera czy inne strony z rękodziełem. Tam można w łatwy sposób zacząć, zobaczyć czy są chętni i to tam można kierować ludzi z FB/insta - na początek to dosyć łatwy sposób na "test"
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Cz. 3 #rozkminkrzak - bardzo chaotycznej opowieści o tym jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Tak jak już wcześniej pisałem, gdy miałem te 20 lat i wróciłem do rodzinnej miejscowości na Podhalu z pracą było ciężko w tym regionie, w szczególności dla kogoś kto nie miał doświadczenia tylko wielkie plany i niezbyt dużo oleju w głowie. Po wypadku który zaliczyłem skończyło się jeżdżenie po 12-14h w pizzerii, zacząłem szukać czegoś innego, oczywiście łącząc to z dalszymi wypadami - bo to właśnie wypady z przyjaciółmi dawały mi energię do działania.
    No ale praca w tartaku mnie nie interesowała, do biurowej się nie nadawałem, u Ojca w firmie od początku nie chciałem iść zaś interesujące mnie firmy miały od lat komplet pracowników i brak wolnych miejsc.

    A ja chciałem zarobić. Z allegro w tamtym okresie mocno przystopowałem, nie miałem już tylu okazji co kiedyś, nie przeglądałem na bierząco jak rynek się zmieniał i zwyczajnie wypadłem z obiegu, dodatkowo straciłem do tego serce. Oszczędności jakieś miałem, bo moja natura i wychowanie przez rodziców automatycznie zmuszała mnie do oszczędzania, ale nie było tego wiele.
    Jednocześnie wiedziałem, że moje małe miasteczko choć piękne, to nie jest oknem na świat. A ja chciałem zobaczyć trochę świata. Chciałem zobaczyć Polskę, zwiedzić trochę Europę, zobaczyć to mityczne COŚ. Myślałem wtedy o emigracji, z angielskim nie miałem większego problemu, ale zwyczajnie bałem się że nie dam rady, no i że za cholere nie starczy mi pieniędzy.

    Ojciec jednocześnie coraz bardziej namawiał mnie żebym zaczął działać u niego w firmie, gdzie zawsze było dla mnie miejsce, ale ja uparcie nie chciałem się w to pchać -
    wolałem iść po swojemu, jednocześnie coś mu udowodnić, uciec jednocześnie od kłótni, których w tamtym czasie było trochę, zaś wspólna praca nie pomagała w naszych relacjach. No a jego firma choć dobra, forma pracy nigdy mi nie odpowiadała, zaś łatka "synka szefa" ciągnęła się już i tak przy każdej mojej pracy wakacyjnej u niego i mnie zwyczajnie to wkurzało.

    No byłem w dupie i po raz któryś w życiu nie wiedziałem co zrobić ze sobą. Na szczęście nie trwało to długo, bo pojawił się wspomniany wcześniej kumpel który jeździł na busie.
    Spotkaliśmy się na stacji, gdy pod koniec pracy tankowałem auto do pełna (Niezniszczalne firmowe Sejko, gaz do pełna za niecałe 50zł auto niezniszczalne które udało mi się zniszczyć - bo co jak co, ale ja potrafię psuć xD) on akurat jechał albo wracał z trasy i powiedział mi że rzuca tą robotę i czy nie chciałbym za niego wskoczyć.

    A chciałem. Bo wcześniej słysząc jego opowieści, prawdziwie zapragnąłem takiej pracy. I ja całkowicie rozumiem ludzi, nierozumiejących tego stylu życia, trasa, #bekaztransa i kierowcy chuje - ale dla gościa z małego miasta, gdzie pracy zwyczajnie nie ma, perspektywa niezłych zarobków i jednocześnie zwiedzanie całej Polski to była praca marzeń.
    Jeżdżenie od poniedziałku do piątku, weekend w domu, płaca stała niezależna od kilometrów (co okazało się błogosławieństwem w tej firmie, ale o tym dalej) bus legendarna babcia Renault Master z plandeką i kurnikiem do spania - od razu powiedziałem że chce tą pracę. Bo co mi szkodzi.

    Jedna trasa próbna z kumplem i czekałem czy wezmą szczyla bez doświadczenia. Wzięli.
    Moja pierwsza trasa to był cholerny dramat. Jeździłem wcześniej busami u ojca. Ale nigdy tak szerokim. Jeździłem w dłuższe trasy. Ale nigdy ponad 700km. Jeździłem w złych warunkach. Ale nigdy z towarem, mgłą przed sobą i wizją że mam dojechać na miejsce i rozładować.
    Nie rozdrabniając się na szczegóły których i tak daję o wiele za dużo na tej trasie zgubiłem się dwa razy (cholerna automapa z zaznaczonymi drogami gruntowymi!) omal nie miałem wypadku z własnej winy, byłem zmęczony na potęgę i przeklinałem obietnice pracodawcy o "lekkim początku" no i jednocześnie niemożliwie się cieszyłem gdy okazało się że... Dałem radę, bo czemu miałbym niby nie dać.

    Jeździłem tam ponad 2 lata, zrobiłem ponad 200.000km po Polsce, Czechach i Słowacji, zaś moje "pożegnanie" z tą pracą mogliście lata temu przeczytać TUTAJ - co prawda było pisane po czasie, ale sentyment pozostał.
    Naprawdę kochałem tą pracę, choć cały jej okres zlał mi się w jedną całość a działo się wtedy dużo. Rozwalił sie mój długoletni związek, bo szablon erasmusowski jednak czasem rzeczywiście działa (xD), ja miałem parę sytuacji, w których myślałem że umrę co zresztą bardzo ładnie porządkuje priorytety w życiu, odbudowałem prawdziwy i zdrowy kontakt z moimi rodzicami, wiedząc jak bardzo zawaliłem niektóre rzeczy, w międzyczasie kontynuowałem dalsze zwiedzanie bliższego świata z przyjaciółmi co dalej niesamowicie mnie cieszyło, Polska mnie oczarowała swoją różnorodnością widoczków i zwyczajnie doceniłem jak piękny mamy kraj no i... Pojawiło się rękodzieło w moim życiu.

    Rozpisałem się znowu, dlatego tnę całość na pół i druga część trzeciej części będzie nie wiem, wieczorem? Jutro? Jak zrobię ctrl+c/ctrl+v wracając z pracy. Bo teraz trzeba się wziąć za teraźniejszość, a nie porządkować sobie przeszłość ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Miłego Mirki

    #dziendobry #rozkminkrzaka #tworczoscwlasna #opowiadanie #gownowpis

    PS: tak, jak zawsze bonus - zdjęcie murala zrobionego na totalnym zadupiu z napisem "Mi się tu podoba"
    Do wioski prowadziła jedna wąska majestatyczna droga pomiędzy polami, którą jechało się przez parę kilometrów by wylądować pomiędzy nastoma budynkami. Takie miejsce też mają swój klimat - szczególnie jak tamtędy tylko przejeżdżasz.
    pokaż całość

    źródło: Zdjęcie0151.jpg

  •  

    Wrocław dalej mnie zadziwia. Przeprowadziłem się tutaj równe 2 lata temu - do dzisiaj to miasto zadziwia mnie pod kątem skrajności uczuć jakie we mnie wywołuje.

    Z jednej strony to po prostu cholernie ładne miasto. Jednocześnie (co dla mnie osobiście jest wielkim plusem) mam wrażenie, że we Wrocławiu wszędzie jest blisko jak już jesteśmy blisko centrum. Masa klimatycznych miejsc, dużo się dzieje pod względem muzycznym/kulturalnym - na to nie mogę narzekać. Na ludzi tak samo - jakoś mam szczęście i trafiam raczej na tych życzliwych którzy mają normalne ludzkie podejście aniżeli debili chcących sprowadzić ludzi do ich własnego niskiego poziomu.

    Z drugiej barykady? Smog, dużo brudu, architektoniczny rozpierdol, rozwalone drogi, korki, problem z transportem zbiorowym.

    Ale największe skrajności mam pod względem tego, co ciężko weryfikować danymi: klimat.
    Bo coś jest w tym mieście, to niepoliczalne "coś". Choć to może we mnie zaszczepiono miłość do Wrocławia - moja mama stąd pochodzi i zawsze ciepło się o nim wypowiadała.

    NADODRZE.

    To tutaj kiedyś wylądowałem, gdy byłem na studiach. To tutaj teraz mieszkam i to właśnie Nadodrze poznaję od innej strony.
    Jest rano - czas który przeorganizowałem totalnie w stosunku do tego, jak wyglądały poranki gdy pracowałem regularnie. Teraz rano ćwiczę, wychodzę na mały spacer i ew. zakupy by nabrać siły na cały dzień. No i zwiedzam. Wchodzę w uliczki których nigdy nie widziałem, szukam miejsc które mogłyby mnie zaciekawić, znajduję napisy, murale, architektoniczne cuda i... No i mam skrajne uczucia ( ಠ_ಠ)

    Idę przez plac Św. Macieja, oglądam kamienice, mijam ludzi i staram się nie zauważać jak bardzo czuć zanieczyszczenie miasta. Dochodzę do ul. Św. Wincentego i moim oczom ukazuje się ulica w całej okazałości. Ah ten rozpierdol architektoniczny. W tle kominy elektrowni, pośrodku których na bliższym planie budynek totalnie nie pasujący do reszty w stylu jakiegoś dworku, zaś na najbliższym planie kamienice ciągnące się wzdłuż ulicy. Jedne odrapane, zaś inne odnowione każda na swój sposób. Obrazek idealnie ukazujący skrajność uczuć, tym bardziej, że w całości - to ma swój jakiś nieopisywalny klimat.

    Robię zdjęcie, idę dalej ulicą i zauważam bramę całą wymalowaną specyficznym muralem - to sygnał żeby tu zajrzeć, a nuż znajdę tam miejsce do wynajęcia pod warsztat, albo jakieś ciekawe miejsce. Przechodząc przez bramę wkraczam w totalnie inny klimat Wrocławia. Naprzeciw mnie Ekocentrum - przedziwny budynek architektonicznie totalnie nie pasujący do całości podwórka, ale jest tu cicho, spokojnie, powiedział bym że zadziwiająco ładnie. Widzę następne napisy, murale i znowu czuje dziwny klimat, tym razem całkowicie pozytywny, zmiana o 179stopni względem tego, co widziałem mając w tle kominy elektrowni.

    I tak jest często tutaj - im więcej podwórek widuję, tym bardziej zauważam ten architektoniczny rozpierdol Wrocławia którego nikt nie kontroluje i który jest poniekąd chyba naszą narodową domeną - my chyba od dekad nie potrafiliśmy zachować jakiejkolwiek ciągłości w budownictwie, nie licząc miejskich rynków.

    Dopalam papierosa, kieruję się na Ptasią, na mały ryneczek gdzie często starsi ludzie prowadzą swoje interesy, a ja mogę kupić świeże warzywa, czasem jakiś kwiatek od babci która zerwała go zapewne u siebie i chce dorobić. Teraz w zimie nie ma ich prawie w ogóle, ale na wiosnę czy lato mogę sobie kupić za parę złotych świeży pięknie pachnący bez, którego nie da się tak łatwo znaleźć w wielkim mieście.

    Dziwny klimat. A jednocześnie nadal jakoś tak mi tu dobrze, pomimo całego chaosu który odjaniepawla się właśnie w moim życiu. Uczę się Wrocławia na nowo, utwierdzam się w przekonaniu, że warto pochodzić wzdłuż Odry, że Osobowicka też ma parę dziwnych niepowtarzalnych miejsc do których będę mógł wrócić no i upewniam się, że najgorszy okres w mieście to właśnie zima. A ona mija i niedługo będzie tutaj naprawdę pięknie.

    #dziendobry #rozkminkrzaka #opowiadanie #milegodnia #wroclaw
    pokaż całość

  •  

    Cz. 2 #rozkminkrzaka - bardzo chaotycznej opowieści o tym jak to się stało, że zająłem się rękodziełem.

    Powrót.

    Jest rok 2010. W teorii powinienem wspominać go średnio - praca od 11-14 godzin, nadal jednocześnie obowiązki w domu i wewnętrzne zagubienie. W praktyce, to był naprawdę szczęśliwy okres w moim życiu ale po kolei.

    Więc wróciłem - wróciłem do małego miasteczka w którym się urodziłem, bez żadnego wielkiego planu z nadzieją że jakoś to będzie.

    "Jakoś to będzie" nie było wystarczająco szczegółowo przedstawionym planem dla moich rodziców, choć bardzo dobrze opisywał moje odczucia w tamtym momencie i dalej twierdzę że to nie był aż tak zły plan jak oni myśleli. Tak jak pisałem wcześniej zarzucono mnie obowiązkami domowymi w myśl zasady, że wszystko co dzieciaki robią głupiego to z nudy.

    A to był okres kiedy stanowczo się nie nudziłem, bo mogłem robić masę głupich rzeczy.

    Nie wiem jak u Was (jeśli ktoś jest z wioski/małej miejscowości) ale u mnie takim centrum rozrywki w tym wieku był... Samochód. Sam fakt, że można było wsiąść i po prostu jechać przed siebie to było cudowne uczucie. I wolność.
    To jest ten okres kiedy 20 latek myśli, że jest dorosły, że może wszystko a jednocześnie ucieka kiedy może z domu w którym mieszka z rodzicami po to, żeby nie musieć słuchać tego co ma zrobić/co zrobił źle/pytań o plany przyszłościowe/albo ogólnie dorosłe rozmowy których nie jest się fanem bo w końcu ma się 20 lat i jest się dorosłym, nie? xD Paradoks.

    Na rozmowy chodziłem. Szukałem na początku tego co może mnie zainteresować, by później szukać tego co jest dostępne i by dojść do momentu że chciałbym cokolwiek. Pracy zwyczajnie nie było. Były połówki etatu, albo prace których ze względu na warunki nikt się nie chwytał. Szukałem, ale z czasem intensywność poszukiwań malała. Z jednej strony frustracja i wkurzenie, a z drugiej... Auto, wierna ekipa przyjaciół i liczne małe podróże.

    Małopolska jest piękna. Jestem z Podhala, wychowany tutaj przez matkę nauczycielkę i ojca mechanika. Ona z miasta zaś on z małej miejscowości - tak, właśnie tej z której pochodzę. Obydwoje zdołali zaszczepić w mojej ograniczonej idiotyzmem głowie ciekawość świata i chęć zobaczenia wszystkiego. Albo przynajmniej tego co dostępne.

    To serio zadziwiające ile można zobaczyć w promieniu 100km od własnego domu. Ja ten okres pamiętam głównie właśnie z jeżdżenia. Każdy możliwy moment gdzie udało się zarobić na czarno/kombinacjami/pracą dorywczą u ojca był wykorzystywany by gdzieś jechać.
    Zamiast spotkać się ze znajomymi w knajpie my zgadywaliśmy się na konkretnej miejscówce. Dopiero lata później doszło do mnie, że to nie jest normalna rzecz, że na przekaźnik który jest na szczycie górki z której rozpościera się wspaniały widok na okolicę, przyjeżdżają 3 auta pełne ludzi, którzy rozmawiają tam, śmieją się, piją piwo, palą blanty i generalnie bunkrów nie ma ale też jest zajebiście.
    Zamiast iść do klubu my ładowaliśmy się do auta w 4-5 osób i jechaliśmy.
    Na początku były przeszpiegi - jazda przed siebie i szukanie jakiegoś nowego miejsca. Bo ta górka wygląda ciekawie. Bo ta droga może nas wyprowadzić dobrze.
    W większości oczywiście nie mogliśmy znaleźć nic sensownego, ale to nie cel się liczył tylko podróż, co nie oznacza że nigdy nic nie mogliśmy znaleźć.
    Po czasie,w promieniu 40km od naszej wiochy mieliśmy chyba 8 czy 10 sprawdzonych miejscówek znalezionych właśnie w ten sposób. Albo z czyjegoś polecenia. Miejsc w które:
    - Można dojechać autem.
    - Są relatywnie blisko nas.
    - Jest tam widoczek/coś specjalnego (np. opuszczony kompleks hotelowy, wodospadzik, zalew, tunel)

    No i dlatego z tego okresu pamiętam najbardziej śmiech, jeżdżenie, rozmawianie i wieczną ucieczkę od rzeczywistości. Bo bezrobocie było wtedy synonimem zabawy i mogliśmy sobie na to pozwolić.

    3 miesiące bezrobocia - dziesiątki odbytych rozmów kwalifikacyjnych, 0 znalezionej pracy na stałe, setki kilometrów przebytych dla zabawy.

    I tu do głosu dochodzą rodzice. Cholera, do dzisiaj doceniam jak umiejętnie potrafili mnie czasem poprowadzić. Nie zawsze, bo byłoby zbyt pięknie, ale w dużej części wypadków muszę powiedzieć, że mieli rację.
    Nigdy nie powiedzieli tego wprost, ale wiedziałem jedno: Jeśli nie znajdę pracy na stałe, albo nie przedstawię im jakiegoś sensownego planu - mogę sie nie pojawiać w domu. Teraz dobrze wiem, że nie wyrzucili by mnie, ale wtedy tak myślałem, stworzyli taką atmosferę.

    Więc porzuciłem nadzieję, żeby znaleźć jakąś przyszłościową pracę i... I zatrudniłem się w pizzerii, jako kierowca.
    Warunki? W sumie bardzo dobre, całe 5zł za godzinę + napiwki, brak umowy przez 2 miesiące, praca od 10 do 22-23. Czasem 24.

    Chciałbym mieć ten entuzjazm i siły które miałem wtedy. Ja serio lubiłem tą pracę. Do dzisiaj nie wiem, czy to po prostu był taki okres w moim życiu, że praktycznie wszystko mnie cieszyło, czy miałem szczęście i dobrze trafiałem, ale ekipa która tam była... No miód. Wszyscy żyliśmy we wspólnej niedoli, śmiejąc się z 5zł za godzinę, śmiejąc się z godzin tam spędzonych, jednocześnie szefostwo dopiero uczyło się jak prowadzić swój biznes więc było luźno. W skrócie, cholera było ciekawie. Zaś ja nie czułem wyzysku.
    Choć powinienem. Średnio pracowałem po 12-13 godzin. Po czasie byłem najstarszym kierowcą, więc jednocześnie to ja ustalałem grafiki więc miałem pewną elastyczność, no ale, praca 22-23dni w miesiącu, po 12 godzin - ponad 260 godzin w miesiącu.

    Swego czasu byłem rekordzistą w pizzeri - 336h w miesiącu. Płaca? 1700zł za praktycznie dwa etaty. Oczywiście miałem do tego jeszcze napiwki, dodatkowo ludziom często jeździłem po coś do sklepu itp - czasem udawało mi się skończyć miesiąc mając 2300-2600zł w kieszeni, ale było to okupione gigantyczną ilością godzin w pracy. A ja debil się jeszcze z tego cieszyłem xD

    Bo czułem że sobie radzę, bo widziałem że daję radę, ludzie na mnie polegają, szefostwo mnie lubi zaś życie płynie. Tak jak pisałem, chciałbym mieć jeszcze kiedyś tyle siły co wtedy.
    Bo po pracy ja nadal spotykałem się jeszcze z ekipą, potrafiliśmy gdzieś pojechać a to pogadać, a to na lolka, jednocześnie miałem obowiązki w domu i pomoc przy firmie ojca. Naprawdę chciałbym mieć tyle siły co wtedy.

    Tak czy tak, po 2 czy 3 miesiącach takiej pracy zmęczenie dawało o sobie znać, ja zacząłem przesadzać i z ilością godzin przepracowanych (bo trzeba zarabiać!) i ze spotkaniami które mogłem olać ale tego nie robiłem, więc spałem po 4-5 godzin więc to musiało się zemścić.

    Miałem wypadek. Z własnej winy jadąc z pizzą władowałem przy 80km/h w tył innego auta. Moja chwila nieuwagi, zmęczenie + niezapięte pasy.
    Pamiętam moją panikę (bo byłem na czarno) ślad krwi na szybie i zdjęcie mojej czaszki.

    Nic wielkiego się nie stało, ale to był sygnał że coś trzeba zmienić, a ja całego życia nie spędzę w pizzeri przecież. Już nie pamiętam jak sie udało załatwić moje ubezpieczenie, czy poszło z bezrobocia w którym byłem zarejestrowany, czy szefowa coś kombinowała - nie wiem.

    Wiem że krótko po tym udało się totalnym przypadkiem znaleźć pracę o której już od jakiegoś czasu myślałem - jazda busem po Polsce. Kumpel zwalniał się z firmy od jakiegoś czasu a ja mu przypominałem ciągle, że bardzo chętnie wskoczyłbym za niego. Akurat jakoś miesiąc czy półtora po wypadku kończył pracę, a ja mogłem totalnym przypadkiem połączyć to co lubię - jazdę samochodem i zwiedzanie z zarabianiem. I tym razem nie za 5zł za godzinę.

    #rozkminkrzaka #dziendobry #opowiadanie #wykopstories

    Znowu chaotycznie, znowu o wiele więcej niż miało być. Ale powoli cała historia dąży do pomysłu z powstaniem firmy, serio.

    Jako bonus jedna z wielu miejscówek które opisywałem - przekaźnik w Mszanie Dolnej. Nie było mnie tam parę lat, jak nic muszę znowu odwiedzić. Swoją drogą to chyba jedno z najlepszych zdjęć mojego uwczesnego auta, które zawsze będę wspominać z sentymentem ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    źródło: Zdjecie0092.jpg

    •  

      @Kat20: Spoko, co parę dni będę dodawać następne części jeśli wena będzie obecna : D

      Czeka mnie pierwsza poważna praca, dorywcza praca przy rękodziele, wyprawy europejskie, trochę imprez, wielka zdrada, próba odbudowy szczęścia, zrobienie swojego małego studia nagraniowego i cholera wie jeszcze co.

      Ogólnie nie wiem czy się rozpisywać tak jak się rozpisuje, czy bardziej "zacieśniać" wątki.

      Ale będąc szczerym, wolę tak jak jest teraz - jeśli coś mi się przypomina, co uważam że warto dodać po prostu dodaję i efekt końcowy najwyżej kogoś odrzuci, trudno, ale opiszę to co chciałem.

      No i dzięki za czytanie, do zobaczenia za parę dni : D
      pokaż całość

    •  

      @bkwas: czekam na nastepne opowiadanie sam nie wiem co chce robic.. dawaj nastepne :D

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Dżem dobry ( ͡° ͜ʖ ͡°) 

    Pierwszy wpis w ramach #wykopstories #rozkminkrzaka

    Jestem człowiekiem który rzucił studia po pierwszym semestrze. Dwa-kurwa-razy xD 

    Pierwsze studia na UE we Wrocławiu, drugie WSZiB w Krakowie. 

    Rodzice od początku wychodzili z założenia, że mam iść na studia, zaś ja - hmm ustalmy, że nie zadawałem wtedy pytań, mając skończone liceum i te 18-19 lat nie zadawałem pytań. Choć może zadawałem - pytań miałem zawsze setki tylko innego rodzaju. Ale wszyscy szli, czemu ja miałbym nie iść? Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak cudowną możliwość dali mi rodzice i zwyczajnie tego nie doceniałem, ale chyba tak to jest jak jest się gówniarzem, a przynajmniej ja taki byłem.

    Pierwsze studia bardzo szybko zweryfikowały moją niechęć do nauki - okazało się, że to co każdy słyszał w szkole czyli "zdolny ale leń" było tylko połowiczną prawdą. Nie byłem tam ani zdolny, ani nawet nie byłem leniem. Byłem zbyt leniwy na lenia. Początkowo podchodziłem do wszystkiego z wielkim entuzjazmem, uczyłem się, nawet jeden wykładowca zasiał we mnie ziarno ciekawości tematem ekonomii ale gdy przyszła sesja semestru nawet nie zaliczyłem bo był ze mnie zwykły dzban i zaświeciło się światło, że ekonomia chyba nie jest dla mnie. Że chyba w ogóle studiowanie nie jest dla mnie. Będąc osobą w gorącej wodzie kąpanym chciałem działać. Już teraz zaraz. Chciałem też poznawać świat którego jeszcze nie znałem a wyjazd do dużego miasta dał... No wolność. Brak kontroli i mnogość ciekawych studenckich opcji ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Skoro świadomie zadecydowałem, żeby przez pół roku wywalić i podeptać pieniądze rodziców, coś trzeba było postanowić - przede wszystkim w którą stronę pchnąć życie. Sprzedałem moje dwie najcenniejsze wtedy rzeczy (kupione za hajsy z robót wakacyjnych):
    looper bossa rc-50 i gitarę Ibaneza(*). Do dzisiaj czuje ich brak ;D

    Cały hajs który poszedł żeby zapłacić za studia to były najgorzej i jednocześnie najlepiej wydane pieniądze w moim życiu. Jako, że sam zarobiłem na nie, miałem przeświadczenie, że nie muszę tłumaczyć się rodzicom co robię, przecież jestem dorosłą osobą która wie czego chce - no chce studiować. Ba, chce studiować zarządzanie połączoną z informatyką! Świat komputerów zawsze kochałem, a zarządzanie? Nie ważne, ważne to co napisali na stronie - będę mieć świetlaną przyszłość i szeroką wiedzę. 

    Cała wiedza została spalona. Dosłownie, bo przejarałem je całe. Będąc szczerym na samych studiach nie zrobiłem praktycznie nic, to była jedna wielka impreza którą... Miałem być szczery - wspominam cholernie dobrze, przykro mi. Nawet z perspektywy, mając świadomość jak bardzo te pół roku poszło z dymem. 

    To był jednocześnie rozkwit mojego pierwszego poważnego związku (już wtedy trwał 3 lata) największych imprez, gigantycznych domówek i wspominam... śmiech. Przede wszystkim śmiech. Bo śmiech był wtedy wszędzie. Każdą jedną pojedynczą czynność robiło się dla śmiechu. Każda krzywa akcja, nie ważne jakie były koszta - były bardzo precyzyjnie obliczone dla odpowiedniej dawki śmiechu. Humor im bardziej abstrakcyjny tym lepiej, a jako, że ekipa już od lat była dotarta i znana - im większy pocisk w czyjąś stronę i ewentualna riposta - tym lepiej. Życie chwilą szło bardzo dobrze, jednocześnie żeby dorobić zawsze coś tam działałem na allegro - kupowałem coś tanio, sprzedawałem drożej, czasem kupowałem coś zepsutego żeby naprawić i sprzedać z większym zyskiem. To mi zresztą zostało, 80% moich rzeczy poczawszy od telefonów, komputerów instrumentów i różnych pierdółek kupowałem albo używane, albo naruszone - przecież można naprawić i mieć za pół darmo. W większości miałem do tego szczescie i nie żałowałem.

    Ale nie oszukujmy się, z tyłu głowy cały czas były studia i myali "co ja zrobię, przecież nie zdam" które skutecznie było zakrywane następną imprezą, czy następnym lolkiem. Po trzech miesiącach (chyba) już dobrze wiedziałem, że z tego nic nie będzie i że rezygnuję definitywnie że studiów. No ale był cholerny strach przed reakcją rodziców. Przede wszystkim przed tym że ich zwyczajnie zawiodłem, tym bardziej że w tamtych czasach kontakt z nimi miałem dość utrudniony. Z jeden strony z racji różnicy wieku (rodzice urodzili mnie po 40, już wtedy mieli 60 lat) choć w większości to była moja wina bo zwyczajnie ich nie rozumiałem - wiecie jak wąskie horyzonty potrafi mieć młoda osoba.

    Miały być studia. Miałem dać radę. A ja? A ja miałem masę pytań ale zazwyczaj tylko do tego jednego profesora który akurat potrafił mnie zainteresować a inni mogli nie istnieć. Przy innych nie umiałem się w ogóle uczyć. Studia całościowo nigdy nie rozbudziły we mnie ciekawości. A ja jestem cholernie ciekawskim gościem. Mam masę pytań, lubię wchodzić w dysputy, zaś ojciec od zawsze oczekiwał jasnych agumentów przy dyskusji - bez tego nawet nie warto było zaczynać tematu. Czytałem wtedy masę książek, internet był niesamowicie ciekawym miejscem a ja chciałem wiedzieć wszystko. Nie zapamiętać później nic, ale wiedzieć wszystko.

    No i nie oszukujmy się:

    To cholerny idiotyzm, by już na początku liceum wstępnie decydować co chciałoby się robić w życiu. 

    Nawet nie wiecie jak wtedy mnie bolał fakt, że jestem kompletnie zagubioną osobą. Nie wiedziałem nic, nie wiedziałem co ze sobą zrobić i przede wszystkim - nie wiedziałem co chciałbym robić w życiu. Zazdrościłem kolegom którzy już w liceum mieli przepis na siebie, którego ja nigdy nie posiadałem. Niby w liceum zawsze twierdziłem, że chciałbym mieć swoją firmę jak ojciec, ale to szybko szło w zapomnienie gdy słyszałem o innych opcjach. Tym bardziej że jestem królem słomianego zapału. Mistrzem nakręcania się, próbowania i porzucania gdy coś staje się trudne.

    Miałem akurat to szczęście, że nie wiedząc czemu dosyć szybko doszło do mnie, że chciałbym w życiu być szczęśliwym. Ja wiem jak to banalnie brzmi, ale cholera, nie macie czasem wrażenia, że ludzie zapominają po co żyją? Ja zaś wiedziałem jedno: Chcę żeby to co będę robić mnie cieszyło. 

    I w ten sposób mając 20 lat, podwójne niezaliczone studia wróciłem do rodzinnego domu, do rodziców którzy byli baaardzo zadowoleni z syna xD Który oświadczył że studiować nie będzie, bo patrząc na znajomych i tak po studiach nic nie ma, a ja chcę mieć doświadczenie. To była poniekąd zasłona dymna, ale najważniejszy argument trafił: nie mogę od Was brać pieniędzy na coś czego w ogóle nie jestem pewien i co mogę znowu porzucić. Była walka, była złość jednocześnie moje dalsze zagubienie - ale rodzice wiedzieli jak się tym zająć.
    W rodzinnym domu zawsze miałem trochę obowiązków, co tydzień koszenie w piątek albo sobotę (dużo koszenia, od 3-5 godzin w zależności jak szła praca) jednocześnie zawsze ojcu coś pomagałem przy firmie, zaś przy dużym domu z paroma budynkami gospodarczymi ZAWSZE jest co robić. Więc zajmowali mi czas, zaś ja zacząłem szukać pracy i okazało się że bez doświadczenia wcale nie będzie tak łatwo. Tym bardziej że okres był naprawdę wredny - ogólny problem z bezrobociem, do tego końcówka roku. Ale zacząłem szukać. I zaczynałem kombinować.

    Kontynuacja następnym razem bo się chyba za bardzo rozpisałem.

    #dziendobry #wykopstories #rozkminkrzaka #opowiadanie #tworczoscwlasna

    PS: jako bonus zdjęcie mojego psa, który w tamtych czasach podczas największych kłótni z rodzicami o to jak wielkim deklem jestem ratował mi dupę jak mało kto - komunikowałem że idę na spacer z psem i na to nie było riposty bo Czaka (dalmatynczyko-bernardyno-wyżeł swoją drogą xD) miała nieskończone pokłady energii i potrzebowała spacerów by nie roznosić domu.

    Swoją drogą cholernie wierny pies, do dzisiaj wracając do domu i kierując się do garażu gdzie miała legowisko czegoś mi brakuje a minęło już parę lat...
    pokaż całość

  •  

    Dżem dobry ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Chcę zacząć serię wpisów pod #rozkminkrzaka od innej strony niż zazwyczaj. Strony której mi trochę brakuje na wykopie.

    Otóż chciałbym żebyście poznali mój mały świat a przy tym mnie samego. No i przede wszystkim kontekst jak to się stało, że zacząłem bawić się w rękodzieło i czemu w ogóle się tym zająłem. 

    Opowiem o sobie, o latach które prowadziły cholernie okrężną drogą do tego co jest dzisiaj - czyli początku mojej firmy. Będzie o przeszłości, będzie trochę wspominków które postaram się złożyć w sensowną całość by w rezultacie dojść do teraźniejszości i do tego jak aktualnie tworzę i jaką mam wizję na całość.

    Początkowo #rozkminkrzaka miał być # który opowiada właśnie o moim małym/wielkim marzeniu założenia działalności, ale w chaosie własnych ruchów stał się tylko pokazem tego co robię, ew. co się aktualnie dzieje, bez żadnego kontekstu i historii. Chciałbym właśnie nadać ten kontekst. Opowiedzieć parę historii. 

    Chcę zrobić to, czego brakuje mi na wykopie. Otworzyć drzwi do czyjegoś świata. Mojego.

    Mam wrażenie, że w przeszłości było to tutaj częstsze. Cholernie brakuje mi @Old_Postman i jego historii, które miały tak lekkie pióro że... Brak słów. Serio człowieku, zrobiłeś tutaj coś niesamowitego swego czasu. Jestem 100% pewny, że ludzie na wykopie dalej mają gdzieś tam z tyłu głowy nadzieje, że wydasz kiedyś książkę. Gdziekolwiek teraz jesteś, mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy Mirku. 

    To nie będzie ten poziom nenenene xD Nie umiem pisać tak lekko - będę robić to po swojemu, starając się edytować jak najmniej by wpis miał "moją" cząstkę. A to oznacza zapewnie błędy, powtórzenia i pewien chaos. Z tym musicie się liczyć ( ͡° ͜ʖ ͡°) 

    Witajcie, jestem Bartek, dla przyjaciół i znajomych Krzaku. Witajcie w moim chaotycznym świecie. 

    #rozkminkrzaka #dziendobry #gownowpis #opowiadanie

    PS: ej a może ktoś ma jakieś hasztagi osób które piszą swoje historie a zwyczajnie na nie nie trafiam bo to nisza albo nocna?

    PS2: a gdyby stworzyć jakiś wspólny hasz dla wszystkich możliwych ludzkich historii, np: #wykopstories ?

    PS3: częstotliwość będzie różna, ale następny wpis jutro. Postaram się wrzucać coś co parę dni, może częściej jeśli będzie wena. Bez niej na siłę nie będę nic wrzucać bo nie warto.

    Miłego Mircy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

  •  

    #piszzwykopem #opowiadanie #tworczoscwlasna #literatura

    Naskrobałem sobie opowiadanie. Może kogoś zainteresuje, więc wstawiam.

    Charles Miller – to nazwisko powinno być znane w każdym zapyziałym zakątku tego cholernego świata – pomyślał posiadacz tego nazwiska. Zajmował się pisaniem od najmłodszych lat. Chciał to robić, odkąd pierwszy raz przeczytał „Wojnę światów” Herberta Wallesa. Wymyślone przez niego spotkanie przez ludzi obcej cywilizacji, które skończyło się inwazją, wywróciło Charles’owi sposób patrzenia na świat. Zaczął myśleć o tym, co mogłoby się stać i co stanie się w przyszłości. Oczywiście potem przyszli inni: Philip K. Dick, Lem, Asimov, Frank Herbert i wielu innych. Gdy tak czytał, to doszedł do wniosku, że ciekawie byłoby napisać coś własnego. I napisał jedno opowiadanie, a potem drugie, aż w końcu zapomniał, że mógł żyć kiedyś bez pisania. Niestety, los nie był dla niego zbyt łaskawy, bo choć miał już czterdzieści dwa lata, to nigdy nie udało mu się wydać żadnej książki. Cały jego dorobek literacki ograniczał się do jednego erotycznego opowiadania, które opublikował w mało znanej gazecie o nazwie „Finezje”, gdy brakowało mu pieniędzy na jedzenie.. Od paru lat pogrążał się w co raz większej depresji. Od zawsze chciał być wielkim pisarzem i temu zajęciu poświęcał każdą wolną chwilę. Później chciał być już tylko pisarzem, ale nawet jego bardziej konwencyjne dzieła nie dostały się do druku. Teraz liczył już tylko na to, że jakikolwiek wydawca splunie na niego, bo to znaczyłoby, że chociaż został rozpoznany jako grafoman.

    Kończył właśnie spisywać swoje żale na papier, bo była to jedyna rzecz, która dawała mu trochę wytchnienia w tym świecie. Przestał stukać w klawisze na maszynie do pisania, którą przedkładał nad komputer, po czym odłożył maszynopis na stos innych kartek. Potem wyciągnął z szafki w biurku, przy którym pisał butelkę whisky i szklankę. Nalał sobie. Skrzywił się wypijając pierwszy łyk. Nie tak bardzo jakby to zrobił jeszcze parę miesięcy temu. Niepowodzenie literackie odbijało się na jego psychice tak, jak rana kłuta odbiłaby się na jego zdrowiu. Pił co raz więcej.

    Rzucił szklanką w ścianę. Nerwy mu nie wytrzymywały. Dlaczego, dlaczego nikt nie chciał wydać żadnej z jego cholernych książek. Przecież napisał ich sześć i nic. Mógł tylko patrzeć, jak inni pisarze, których można by nazwać, co najwyżej, miernymi osiągają sukcesy, a on mógł się tylko temu przyglądać. Wszystkie jego starania rozbijały się jak ta szklanka o ścianę. Nie chciał wiele, tylko żeby znalazło się parę osób, drobne grono, które doceniłoby to, co pisał. Widocznie jego próba uchwycenia świata była dla świata gówno warta. Nikt nie chciał czytać o kosmosie. Ludzie woleli romansidła.

    Zaczął żałować, że rozbił szklankę, bo znów zachciało mu się pić. Zorientował się jednak, że i tak skończyła mu się już whisky, więc wyszedł z domu, żeby zaopatrzyć się w większą ilość. Już nie kupował butelek, raczej skrzynki. Szła mu na to cała wypłata, którą dostawał pracując w jakiejś beznadziejnej knajpie jako kelner.

    Szedł wzdłuż ulicy i gdy miał już wchodzić do sklepu po alkohol, zobaczył naprzeciwko lokal, którego wcześniej tutaj nie widział. Podszedł, żeby się przyjrzeć. Na szybie był przyklejony plakat przedstawiający uśmiechniętą śmierć – prawdopodobnie zaczerpnięty motyw z meksykańskiej kultury. Jakiś szaman urządził tutaj swoją pracownię? Drzwi nie przedstawiały z kolei nic, więc Charles postanowił wejść do środka, żeby sprawdzić, co to jest właściwie za miejsce.

    Gdy wszedł, zobaczył zwyczajny, obłożony towarem na półkach sklep. Jednak to właśnie towar odróżniał to miejsce. Na półkach zamiast zabawek, piłek, czy nowego rodzaju nieprawdopodobnie nie zawierającej cukru coli były obłożone przedmiotami, których zbyt często się raczej nie widuje – laleczki voodoo, czaszki, berła, indiańskie medaliony, dziwaczne księgi w opasłych oprawach i wiele innych przedziwnych akcesoriów. Za ladą stał sprzedawca, który miał na sobie obszerną, czarną szatę, spod której nie dało się zobaczyć szczegółów jego sylwetki. Miał włosy koloru węgla zalizane do tyłu i krótko ostrzyżony zarost tego samego koloru.
    — Czym mogę służyć? — spytał dziwnie wyglądający sprzedawca.
    — Ja się tylko chciałem rozejrzeć.
    — Oczywiście, proszę.
    Charles podszedł pod jedną z półek i wziął do ręki pierwszy lepszy medalion. Był ośmiokątny, cały czarny i wypukły po środku. Wyglądał tak, jakby dało się go w jakiś sposób otworzyć. Gdy Charles spróbował to zrobić, usłyszał od sprzedawcy:
    — Niech pan tego nie robi.
    — Słucham?
    — Niech pan nie próbuje otworzyć tego medalionu.
    — Dlaczego?
    — Ten medalion ma leczyć bezsenność. Jeśli spróbuje pan go otworzyć nie znając zasad jego działania, może pan uśpić sam siebie na kilka dni.
    Charles spojrzał jeszcze raz na medalion i pomyślał, że właśnie został potraktowany jak frajer, którego można łatwo naciągnąć. Czy wyglądał aż tak naiwnie?
    — Widzę, że mi pan nie wierzy — powiedział sprzedawca domyślając się, co chodziło Charles’owi po głowie.
    — Nie jestem osobą, która wierzy w takie rzeczy. Preferuję raczej twarde dane i informacje, które można w każdej chwili wypróbować w zwykłym świecie, nie odwołując się do magicznych sztuczek nie z tego świata.
    — A chciałby pan wypróbować któryś z moich towarów?
    Tego Charles się nie spodziewał. Raczej liczył na to, że zostanie potraktowany beznadziejną gadką o tym, dlaczego magia działa, tylko gdy się w nią uwierzy, a gdyby to zrobił, to magia mogłaby mu naprawić wszystkie życiowe niepowodzenia. Ale — oczywiście — po paru tygodniach, bo magia musi się skumulować, żeby zaczęła działać. Oczywiście. Jednak sprzedawca zdawał się nie przejmować takimi rzeczami.
    — Chciał pan kiedyś latać?
    — Latać?
    — Tak, latać. Oderwać się od ziemi, pokonać grawitację, powiedzieć „cześć” ptakom w ich naturalnym środowisku.
    — Dlaczego pan pyta?
    — Bo dzisiaj jest dzień, w którym mógłby się pan przekonać, jak to jest.
    Po tych słowach wyciągnął spod lady słoik z zielonym płynem i szklankę. Nalał do szklanki malachitowej substancji, a potem podał ją Charles’owi.
    — Co to jest?
    — To jest napój, dzięki któremu oderwie się pan od ziemi. Nie wierzy pan, że te przedmioty mają rzeczywistą, magiczną moc, więc może zrobimy mały zakład? – Zapytał z uśmiechem.
    — Jaki zakład?
    — Bardzo prosty. Jeśli pan to wypije i uniesie się w powietrze, to kupi pan coś ode mnie. A jeśli nie, to dam panu butelkę whisky. — Te słowa mogły być najzwyklejszymi bzdurami, ale po tym jak je wypowiedział, to wyciągnął jeszcze butelkę najprawdziwszego Jacka Danielsa, czyli jedną z nielicznych rzeczy, które ostatnimi czasy robiły na Charles’ię jakiekolwiek wrażenie.
    — Wystarczy, że to wypiję, a potem niby zacznę lewitować? — Nie dowierzał Charles.
    — Wystarczy, że pan to wypije, a później naprawdę zacznie pan latać — powiedział z uśmiechem sprzedawca.
    — Niech będzie.
    Oczywiście picie dziwnego płynu, niewiadomego pochodzenia nie było najmądrzejszym ruchem, ale postępujący alkoholizm nie wybrzydza, gdy może dostać butelkę Jacka Danielsa za darmo.
    Wziął do ręki szklankę i wypił ją jednym haustem. Płyn smakował jak skrzyżowanie bimbru, kiwi i syropem do kaszlu. Dało się przełknąć, ale tylko przez wprawionego alkoholika.
    Przez chwilę nie działo się nic. Charles czekał na efekt, a sprzedawca szczerzył się do klienta tak, jakby miał go zaraz ogołocić z całej kasy. Jednak po chwili Charles poczuł wibracje pod stopami, tak jakby był w stanie wyczuć ruchy tektoniczne Ziemi. Drżenie narastało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie Charles musiał złapać się za ladę, żeby się nie przewrócić. I wtedy poczuł, a właściwie to przestał czuć, żeby jego stopy przylegały do ziemi. Jego wzrok zaczął się unosić w górę razem z całym ciałem. Stał się lekki jak balon z helem i tak samo jakby to się stało z balonem, powietrze zaczęło go wypierać do góry. Mimo chwilowego przerażenia nawet spodobała mu się ta sytuacja. Czuł się lekki. Mógł latać w sposób, o jakim Da Vinci tylko marzył. Przez chwilę czuł się jak władca świata, ale to uczucie szybko zniknęło, gdy rąbnął tyłem głowy o sufit. Rzeczywistość lubi o sobie przypominać w najmniej przyjemny sposób.
    — Ściągnij mnie, do cholery, na dół! — ryknął ból z tyłu jego głowy.
    — Klient nasz pan — odpowiedział sprzedawca takim tonem, jakby miał zaraz ryknąć śmiechem — po czym wyjął z fałd swojej szaty igłę. Podszedł z nią do Charles’a, podwinął mu nogawkę i ukłuł go w ścięgno Achillesa.
    Charles’em przez cały pokój miotnęła jakaś siła. Chyba grawitacji niespecjalnie podobały się takie zabawy. Spadając roztrzaskał jedną z półek w sklepie. Wszystkie medaliony, talizmany, księgi, różdżki się posypały, a spadając wystrzeliły z siebie kaskadę iskier, które zlały się w obraz, który przedstawiał rozmytą — jakby widzianą w krzywym zwierciadle — szubienicę.
    Charles obolały i zdenerwowany całą sytuacją wykrztusił z siebie:
    — Co do…?
    — Magiczne przedmioty nie lubią być poniewierane — odparł sprzedawca uprzedzając tok myśli Charles’a.
    Charles zaczął masować obolałą głowę i spróbował jakoś ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. Nigdy nie był zabobonny ani religijny. Nie przepadał, gdy ludzie zaczynali mówić o „nadprzyrodzonych rzeczach”, bo i rozsądek, i doświadczenie podpowiadało mu, że nie ma czegoś takiego, a jeśli ktoś chce cię przekonać, że jest, to albo jest idiotą, albo chce wycisnąć z ciebie kasę.
    — Jak się panu podobało? — spytał sprzedawca rozbawiony. Chyba nie pierwszy raz mu się przytrafił taki niedowiarek.
    — Jak cholera — burknął Charles wstając.
    — Zdaje się, że wygrałem zakład — powiedział sprzedawca — musi pan teraz coś ode mnie kupić.
    Charles rozejrzał się po sklepie. Miał pustkę w głowie. Właśnie dowiedział się, że magia istnieje, co już było ciosem dla jego światopoglądu, a teraz musiał wybrać sobie jeszcze magiczny przedmiot, który go nie zabije. Właściwie to nawet go nie chciał. Jedyne na co miał ochotę, to wyjść stamtąd.
    — Widzę, że nie może się pan zdecydować. Może podpowiedzieć? Czym pan się zajmuje zawodowo?
    — Ja… piszę książki.
    — Ciekawe, a dobrze się sprzedają? – spytał sprzedawca szczerząc się cały czas tym irytującym uśmiechem
    — Nie specjalnie — odparł Charles zagryzając zęby. Może to było niewinne pytanie, ale sprzedawca działał mu na nerwy.
    — Może chciałby pan coś na poprawę tego stanu rzeczy?
    — Ma pan coś, co sprawi, że moje książki rozejdą się ot tak? – spytał zdziwiony Charles z nutą nadziei w głosie. Jeśli istniała magia, to może istniał też sposób, żeby mógł stać się w końcu pisarzem.
    — Magia nie zna granic. Zaraz coś dla pana przyniosę.
    Sprzedawca odwrócił się na pięcie i poszedł na zaplecze. Przez chwilę dało się słyszeć tylko stukot przekładanych przedmiotów. Po chwili wyszedł z zaplecza taszcząc ze sobą ciężką, jaskrawo czerwoną maszynę do pisania.
    — Zdaje się, że to rozwiąże pana problemy.
    — Co to jest?
    — Maszyna do pisania — odparł rozbawiony sprzedawca.
    — To wiem. – Znów zaczął zagryzać zęby. — Jak działa?
    — To bardzo proste. Wystarczy, że napisze pan swoją kolejną książkę na tej maszynie, a ona załatwi resztę.
    — Załatwi resztę? Sprawi, że wydawcy spojrzą na moją powieść przychylnie, a czytelnicy zaczną skupować ją z półek?
    — Dokładnie tak.
    Charles nie mógł zebrać myśli. Miał przed sobą — przynajmniej według zapewnień sprzedawcy — klucz do jego największego marzenia. Gdyby to zadziałało, to w końcu mógłby zaistnieć jako pisarz, spełnić swoje największe marzenie, no i zdobyć uznanie za ponad dwadzieścia lat szlifowania swoich umiejętności. Niezależnie od wszystkiego, Charles musiał się przekonać.
    Już chciał się zgodzić, ale przyszła mu do głowy myśl:
    — Jaka jest cena tej maszyny?
    — Niewysoka — odpowiedział mężczyzna cały czas się uśmiechając — wystarczy, że nie będziesz pisał już tego, co pisałeś dotychczas.
    — A po co miałbym pisać to, co już napisałem? — spytał zdziwiony Charles.
    — Cena, jak widać, nie jest wygórowana.
    — Tylko tyle? A pieniądze? — Brzmiało to trochę jak podstęp.
    — Nie chcę pieniędzy. Wystarczy mi świadomość, że moje towary znajdują zastosowanie.
    Charles przez chwilę przyglądał się tajemniczej maszynie. W blasku słońca lśniła jak samochód po lakierowaniu. Co mu właściwie szkodzi spróbować?
    — Biorę.
    Kartki wskakiwały do maszyny nagie jak nowonarodzone dzieci, a wylatywały zapisane drobnym druczkiem jak strony Biblii Gutenberga. Na koniec zgrabnie układały się na równiutkim stosie setek innych kartek tuż obok. Charles, mimo ponad dwudziestu lat pisania nie mógł się nadziwić szybkością, z jaką powstawała jego nowa książka. Książka, która miała mu zapewnić bogactwo, sławę i długo wyczekiwane uznanie. Czuł się tak podekscytowany tą myślą, że od tygodnia nie wypił ani kropli jego ulubionej whisky. Zresztą, po co miałby to robić? Wystarczyło, że upijał się myślą o jego powstającym dziele, które zostanie skończone w ciągu najbliższych dwóch dni.
    Praca na maszynie należała do niezwykłych doświadczeń. Charles tylko ustawiał dłonie nad klawiszami, a wtedy zaczynała się magia. Palce same poruszały mu się po klawiszach i wystukiwały zdania. Nie pojedyncze, wyrwane z kontekstu, ale prawdziwe, opisujące historie i literackie zdania. Z początku Charles myślał, że to maszyna pisze sama, bez jego udziału, ale potem, gdy czytał opowiadania, które powstały zauważył, że to nie są zupełnie mu obce fabuły. Miał wrażenie, że skądś je już znał, ale nie wiedział skąd. Jednak zdał sobie sprawę, że to, co czytał jest jego opowiadaniem, historią, która gnieździła się w jego głowie, a on nie potrafił po nią sięgnąć. Za to maszyna to potrafiła, a on miał cholernie dużo szczęścia.

    Nareszcie udało mu się skończyć. Napisał swoją powieść w zaledwie trzy tygodnie. Wziął cygaro, położył się na kanapie i spokojnie je odpalił. Książka była świetna. Opowiadała historię młodej pary, która kupuje dom na wsi, żeby z dala od zgiełku spróbować uratować małżeństwo. Na początek opisuje przybycie obu małżonków do domu, który kupili, ich powierzchowności oraz ich stosunek do siebie. Dopiero później książka powoli zagłębiała się w mroczne sekrety ich małżeństwa, żeby dojść do przyczyn kryzysu. Wtedy dochodziło do wyjaśnienia, że mąż był przez wiele lat alkoholikiem, przez co jego żona wpadła w depresję i cierpiała razem ze swoim mężem, ale zamiast w alkohol uciekała w prochy. Kłócili się wielokrotnie, doszło nawet kilka razy do rękoczynów, ale koniec końców nie potrafili bez siebie żyć. W końcu na zacisznej wsi, w której zamieszkali udaje im się znaleźć spokój i wzajemne zrozumienie. Głęboka opowieść o dwójce połamanych ludzi, która próbuje skleić się nawzajem.
    Właściwie Charles w myślach napawał się już sprzedażą swoich książek, gdy naszła go myśl: a co jeśli ta maszyna, cała ta magia, sklep z artefaktami i wyszczerzony sprzedawca to tylko wytwór jego wyobraźni? Może obudzi się zaraz w kaftanie bezpieczeństwa i zostanie w niego władowane kilka tysięcy voltów na uspokojenie? Po chwili paniki Charles zignorował tę myśl. Nawet jeśli zwariował to co? Wolał te wyobrażenia od smutnej rzeczywistości.
    Dopalił cygaro, wziął maszynopis, po czym zapakował go do paczki i wysłał do jednego ze słynniejszych wydawnictw w kraju. Nie miał wątpliwości, że go przyjmą, a nawet jeśli to co? Już nie pierwszy raz znosi odrzucenie.
    — Panie Miller, skąd pan czerpie pomysły? — spytał młody mężczyzna na spotkaniu autorskim.
    — Z tego samego miejsca, co każdy pisarz — z dna butelki.
    Śmiech na sali.
    — Jaką dałby pan radę młodym pisarzom? — krzyknął ktoś z końca sali.
    — Jeśli ktoś wciska wam do ręki butelkę wódki, a wy mu odmawiacie, to lepiej zmieńcie zawód.
    Kolejny śmiech.
    — Chyba wystarczy już tych pytań. Pan Miller jest zmęczony – powiedziała prowadząca to spotkanie kobieta.
    Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Charles nie wstał od razu, ale patrzył jeszcze na wychodzących ludzi. Miesiąc temu był nikim, teraz jest bardziej popularny niż cholerny prezydent. Napawał się tą chwilą, a właściwie to czuł ulgę. Po tylu latach pracy w końcu ktoś się pochylił nad jego twórczością. Na piedestale stanął posąg z jego podobizną.
    Obok niego siedziała prowadząca, która też nie szykowała się do szybkiego wyjścia. Szczupła brunetka o bardzo ponętnym spojrzeniu. Kolejny aspekt jego sukcesu. Wiedział, że tej nocy nie spędzi sam.
    Kolejnego dnia wstał pełen energii. Chyba pierwszy raz w życiu czuł się prawdziwie szczęśliwy. Jego marzenie się spełniło — został uznanym i sławnym pisarzem. Jego książka w ciągu miesiąca zarobiła tyle, że przez następne dwadzieścia lat nie byłby w stanie uszczuplić swojego konta. Zapalił cygaro i nalał sobie szklankę whisky, która kosztowała więcej niż zarabiał kiedyś jako kelner przez pół roku. Brakowało mu tylko jednego — pisania.
    Właściwie, to skończył swoją poprzednią książkę miesiąc temu i nigdzie mu się nie śpieszyło, ale pisanie zawsze go relaksowało. Poszedł do swojego gabinetu i usiadł przy biurku, na którym stała jego cudowna maszyna, która zapewniła mu powodzenie. Błyszczała czerwienią, tak jak w momencie, gdy ją kupował od tego dziwnego sprzedawcy. Gdy ostatnio przechodził tamtędy, nie mógł znaleźć tego sklepu. Zwinął interes handlu artefaktami? Trochę nie mieściło się to Charles’owi w głowie, ale widocznie miał jakiś powód.
    Przyszedł czas na pisanie. Charles wyciągnął ręce nad maszyną, a jego ręce zaczęły skakać po niej i wystukiwać zdania w niemożliwym dla człowieka tempie. Po minucie pierwsza strona była już zapisana. Charles chciał od razu zobaczyć, co jego umysł tym razem wytworzył. Wyjął kartkę i przeczytał, co wyskoczyło spod jego palców.
    Pierwsza strona opowiadała o młodym mężczyźnie, który zostaje wyrzucony z domu przez żonę, ponieważ zaczęła sypiać z jego przyjacielem i ląduje na bruku. Śpi na dworcach, żebra na ulicy, aż pewnego dnia przypadkowa kobieta, która kilka lat wcześniej straciła męża w wypadku, spotyka go. Postanawia mu pomóc, przygarnia go pod swój dach. Z czasem co raz bardziej przekonuje się do niego, aż w końcu rodzi się między miłość…
    Znowu miłosna historia dwójki zranionych ludzi? — pomyślał Charles — Muszę się bardziej postarać.
    Nie wiedział, w zasadzie, jak zmienić zapisywaną historię. Po prostu uniósł ręce nad maszyną licząc, że sama zrozumie, że on nie chce o tym pisać i po raz drugi przystąpił do pisania.
    Po kolejnej minucie miał w ręku kolejną kartkę. Tym razem fabuła opisywała kobietę, której partner był sadystycznym draniem. Znęcał się nad nią i tłukł do nieprzytomności. Żyła z nim przez trzy miesiące, ale nie wytrzymała w końcu i postanowiła odebrać sobie życie skacząc z budynku. Nie udało jej się, ponieważ jej sąsiadka, która wyszła wtedy na dach zapalić papierosa złapała ją w porę. Kobieta po nieudanej próbie samobójczej trafia zakładu psychiatrycznego, w którym poznaje chorego na lekką schizofrenię mężczyznę. Z czasem oboje stają się sobie co raz bliżsi. Dobrze się rozumieją i dzielą sposób myślenia. Po niedługim czasie zakochują się w sobie…
    Charles nie mógł uwierzyć w to, co czytał. Przecież to były zwykłe, tanie romansidła. Przypominały trochę jego najnowszą powieść, z powodu dosyć mrocznego nastroju i wątku miłosnego, ale w gruncie rzeczy to były romansidła.
    Ta myśl uderzyła Charles’a jak wylane z okna pomyje. Jego genialna powieść, dzieło, które uczyniło go sławnym, było zwykłym romansidłem. Nie potrafił zrozumieć, jak to się stało, że zaczął pisać historie romantyczne. Przecież nigdy takich nie pisał, a właściwie to ich nie znosił. Uważał, że to głupie opowieści dla podstarzałych kobiet, które nie wyszalały się w młodości, więc szukały pocieszenia w Don Marlonach i Hrabiach De Puco. Jego serce było w kosmosie. Science fiction było jego gatunkiem. Latami pisał opowiadania o podróżach międzygalaktycznymi statkami, kosmicznych piratach, wojnach między planetami. Kiedy to się stało, że dał się tak upodlić, żeby zacząć pisać romansidła?
    Te gorączkowe myśli przerwał, a właściwie skoncentrował wzrok Charles’a, który padł na maszynę, na której pisał.
    — Cholerny czarodziej! Omamił mnie i rzucił na mnie urok! — wywrzeszczał wściekły Charles.
    Spokojnie, czym ja się właściwie denerwuję? — pomyślał — przecież jestem teraz rozpoznawalnym pisarzem. Mogę posłać w diabły tę maszynę i napisać coś własnymi rękami. W końcu te historie i tak były moje. Nie potrzebna mi żadna magia.
    Ten wniosek uspokoił go trochę. Ściągnął nową maszynę z biurka, a potem wyciągnął starą z szafy z ubraniami. Była strasznie sfatygowana. Jej klawisze lata świetności miały chyba w czasach, gdy wyprowadzał się od rodziców, ale przez długi czas mu wystarczała, więc dlaczego nie teraz?
    Postawił maszynę na biurku i usiadł przy nim. Wyciągnął ręce nad maszyną i poszedł na żywioł. Już po krótkiej chwili uświadomił sobie, że to co napisał, jest kolejnym romansidłem, kolejną tandetą, od której chciał uciec.
    Zaniósł się histerycznym śmiechem. Po dwudziestu paru latach pisania nie wiedział jak pisać. To był dla niego cios. Nie umiał sobie wyobrazić, żeby już do końca życia miał tworzyć tandetne historie pod masy. Zawsze uwielbiał zajmować się pracą nad tymi historiami, bo były to historie, które mu się podobały. Wydawcy patrzyli na niego z politowaniem, ale on kochał wysyłać kolejne statki na podbój dalszych krańców wszechświata. Co miał teraz ze sobą zrobić?
    Najpierw dopadnę tego handlarzynę i połamię mu nogi za takie zabawy, a później dowiem się, w jaki sposób mogę odwrócić ten czar — pomyślał Charles.

    Jedyne co zobaczył Charles stojąc przed sklepem, który sprawił, że stał się słynnym pisarzem to grupka bezdomnych. Leżeli dokładnie w miejscu, w którym półtora miesiąca kupił swoją maszynę. Nie było sklepu, nie było szczerzącego się sprzedawcy. Była grupka meneli, która leżała pijana za pieniądze, które zebrali sprzedając złom i żebrząc od ludzi.
    Kim ja jestem, jeśli nie mogę być pisarzem, jeśli nie mogę pisać tego, czego chcę? — pomyślał, a ta myśl została z nim do dzisiaj. Cały żal stał mu się z czasem obojętny. Minęło tyle lat, że już nie potrafił go czuć. Jedynie czasem, gdy przyjeżdżał na spotkania autorskie, bo nie miał nic ciekawszego do roboty, to stawał się trochę smutny, choć ukrywał to przed widownią. Zresztą, i tak mieli go za wygasłą wiele lat temu gwiazdę, która zasłynęła dobrze napisanym romansidłem, którego nikt dziś już nie zna. Był kiepskim pisarzem, zdobył sławę i znów był kiepskim pisarzem. Historia zatoczyła koło. Gdy robi się zbyt melancholijny, to wypija butelkę whisky. Kiedyś słyszał, że gdy marzenia umierają, to wraz z nimi przepada część człowieka. Co się dzieje, gdy umrą wszystkie marzenia?
    pokaż całość

  •  

    Taka mała rozkminka, co by robili nasi bohaterowie jakby żyli w trakcie drugiej wojny światowej:
    Kononowicz: sprzedawałby Polaków SSmanom, a gdy przechodziłby więszy oddział polskich żołnierzy, śpiewałby patriotyczne piosenki i mówiłby że niemców spierdoli ze stanowiska. Dodatkowo też mówiłby że Piłsudski to jego ojciec, a on sam jest szefem AK. Dla niepoznaki byłby cały umorusany i wysmarowany brudem oraz krwią że on tak ciężko walczy. Za kawałek smalcu byłby w stanie sprzedać całą rodzinę żydowską. W kieszeni ukrywałby SSmański sygnet oraz papiery potwierdzające że jest oficjalnym członkiem Schutzmannschaften.
    Major: siedziałby w jakiejś piwnicy, łapałby szczury opalał je nad świeczką i zjadał mówiąc do siebie patrząc w kawałek potłuczonego lusterka jak to on psznje oraz mówiłby siedząc tam 5 lat że zaraz stąd wychodzi. Jakby trafił się jakiś towarzysz, Major by opowiadał ze jak był w obozie to jedym ruchem zwalał z wieży wartowniczej wszystkich strażników. Taki był a teraz jest wspaniałym człowiekiem i wszyscy go szanują. Niestraszny byłby mu atak chemiczny. A wrzucenie gazu musztardowego przyprawiałoby go o szaleńczy śmiech lekceważenia.
    Mexicano: latałby po ruinach jak potłuczony i gdy tylko znalazłby się jakiś paryzant podbiegałby do niego i mówiłby że jest wojna i są ruiny dookoła i na siłę by chciał mu to wszystko pokazywać. Chwaliłby się też będąc pijany że jego ta wojna nie rusza i o niej nie myśli. Brak kibla i sanitariatu nie ruszałyby go, srałby tam gdzie popadnie. Nigdy nie zabił nikogo ani nie strzelał z karabinu bo pierwszy jaki miał to popsuł a drugi który dostał od konającego Polaka który powiedział żeby go pomścił tym karabinem, oddał Niemcom za otwartą butelkę wygazowanego piwa.
    Nero:dzielnie służyłby Wojsku Polskiemu jako pies tropiący miny oraz Niemców. Często by podróżował w czołgu. Uratowałby życie niejednemu żołnierzowi. Niestety zostałby zjedzony przez Kononowicza gdy ten pod pozorem nakarmienia pieska, złapałby go. Gdy żołnierze szukający swojego psa-przyjaciela trafiliby na Kononowicza ten by powiedział ze widział jak Mexicano zabierał psa w celu zjedzenia.
    Mario: siedziałby gdzieś przez całą wojnę przy bocznej drodze w krzakach.
    #kononowicz #suchodolski #patostreamy #heheszki #opowiadanie
    pokaż całość

  •  

    „- Halo, czy to Biuro Rzeczy Znalezionych? – zapytał dziecięcy głos.
    - Tak, skarbie. Zgubiłeś coś?
    - Zgubiłem mamę. Jest może u was?
    - A możesz ją opisać?
    - Jest piękna i dobra. I bardzo kocha koty.
    - No właśnie wczoraj znaleźliśmy jedną mamę, może to twoja. Skąd dzwonisz?
    - Z domu dziecka nr 3.
    - Dobrze, wysyłamy mamę. Czekaj.
    Weszła do jego pokoju, najpiękniejsza i najlepsza, tuląc do piersi prawdziwego, żywego kota.
    - Mama! – krzyknął maluch i rzucił się do niej. Objął ją z taka siłą, że aż zbielały mu paluszki. – Mamusiu! Moja mamusiu!!!
    …Chłopca obudził jego własny krzyk. Takie sny miał praktycznie co noc. Wsadził rękę pod poduszkę i wyciągnął zdjęcie dziewczyny, które znalazł rok temu na podwórku domu dziecka. Od tamtej pory trzymał zdjęcie pod poduszką i wierzył, że to jego mama. Wpatrywał się teraz w ładną twarz dziewczyny, aż wreszcie zasnął.
    Rano dyrektorka domu dziecka, o wielce obiecującym imieniu Aniela, jak zwykle zaglądała do każdego pokoju, żeby przywitać się z wychowankami i pogłaskać każdego malucha po głowie. Na podłodze, przy łóżku chłopca, zauważyła zdjęcie, które mały w nocy upuścił.
    - Skąd masz to zdjęcie? – zapytała.
    - Znalazłem na podwórku. To jest moja mama, – uśmiechnął się chłopiec. – Jest bardzo piękna i dobra i kocha koty.
    Dyrektorka poznała tę dziewczynę. Po raz pierwszy przyszła do domu dziecka w zeszłym roku wraz z innymi wolontariuszami. Pewnie wtedy zgubiła zdjęcie. Od tamtej pory dziewczyna chodzi od jednego urzędnika do drugiego, próbując zdobyć pozwolenie na adopcję dziecka. Ale, zdaniem lokalnych biurokratów, nie ma na to szans, ponieważ nie posiada męża.- Cóż, – powiedziała dyrektorka. – Skoro to twoja mama, to wszystko zmienia.
    Po powrocie do swojego gabinetu, pani dyrektor usiadła i czekała. Po jakimś czasie rozległo się pukanie do drzwi i do gabinetu weszła dziewczyna ze zdjęcia.
    - Proszę, – powiedziała dziewczyna, kładąc na biurku grubą teczkę. – Wszystkie dokumenty, opinie, zaświadczenia.
    - Dziękuję. Muszę jeszcze zadać ci kilka pytań. Kiedy chcesz zobaczyć dzieci?
    - Nie mam zamiaru ich oglądać. Wezmę każde dziecko, jakie mi pani zaproponuje. Przecież prawdziwi rodzice nie wybierają sobie dziecka… nie wiedzą, jakie się urodzi – ładne czy nieładne, zdrowe czy chore… Kochają je takie, jakie jest. Ja też chcę być taką prawdziwą mamą.
    - Po raz pierwszy mam taki przypadek, – uśmiechnęła się dyrektorka. – Zaraz przyprowadzę pani syna. Ma 5 lat, jego matka zrzekła się go zaraz po urodzeniu. Jest pani gotowa?
    - Tak, jestem.
    Mały chłopiec rzucił się do niej z całych sił.
    - Mama! Mamusiu!
    Dziewczyna głaskała go po malutkich pleckach, przytulała, szeptała słowa, których nikt poza nimi nie mógł usłyszeć.
    - Kiedy mogę zabrać syna? – zapytała.
    - Z reguły rodzice i dzieci stopniowo przyzwyczajają się do siebie, najpierw są odwiedziny w domu dziecka, potem rodzice zabierają dziecko na weekendy, a potem na zawsze, jeśli wszystko jest w porządku.
    - Zabieram syna od razu, – stanowczo oznajmiła dziewczyna.
    - Dobrze, – machnęła ręką dyrektorka. – Jutro i tak zaczyna się weekend, a w poniedziałek przyjdzie pani i dokończymy formalności.
    Chłopiec był szczęśliwy. Trzymał mamę za rękę, bojąc się, że znowu ją zgubi. Wychowawczyni pakowała jego rzeczy, wokół stał personel, niektórzy dorośli ukradkiem wycierali łzy. Kiedy chłopiec wraz z dziewczyną wyszli już z domu dziecka na słoneczną ulicę, chłopiec zdecydował się zadać najważniejsze pytanie:
    - Mamo… a lubisz koty…?
    - Uwielbiam! W domu czekają na nas dwa! – roześmiała się dziewczyna, czule ściskając rączkę malucha.
    Chłopiec uśmiechnął się i pewnym krokiem ruszył z mamą w stronę swojego domu.
    Pani dyrektor Aniela spoglądała przez okno na oddalające się sylwetki dziewczyny i chłopczyka. Potem usiadła i wykonała jeden telefon.
    Halo, Kancelaria Aniołów? Proszę przyjąć zamówienie. Imię klientki wysłałam mailem, żebyście nie pomylili. Najwyższa kategoria: podarowała dziecku szczęście… proszę o standardową wysyłkę – moc sukcesów, miłości, radości itp. I dodatkowo: mężczyznę wyślijcie, niezamężna jest. Tak, wiem, że macie deficyt, ale to wyjątkowy przypadek. Owszem, finanse też się przydadzą, chłopiec musi się dobrze odżywiać… Już wszystko poszło? Dziękuję.
    Podwórze domu dziecka wypełniało ciepłe słoneczne światło i bawiące się dzieciaki. Odłożyła słuchawkę i podeszła do okna. Lubiła patrzeć na te maluchy, prostując za plecami ogromne, białe jak śnieg skrzydła…
    Być może nie wierzycie w anioły, ale anioły wierzą w was”.

    #opowiescwigilijna #ciekawostki #opowiadanie #dzieci #dziecinstwo #polska
    pokaż całość

    źródło: angel.jpg

  •  

    Trochę późno, ale postanowiłem się z wami tym podzielić, bo opowiadanie w sumie mi się spodobało :P enjoy!

    Przyszedł 1 listopada i poszedłem odwiedzić grób dziadka.

    - Czego chcesz? - powiedział grób.

    - Przyszedłem w odwiedziny - bąknąłem. Spodziewałem się, że grób będzie milszy.

    - Przyniosłeś herbatę?

    Akurat byłem wcześniej w sklepie.

    - Mam.

    - To zaparz, bo ja nie mam rąk.

    I tak piliśmy z grobem herbatę i próbowałem zebrać myśli.

    - Dobra, popiliśmy, a teraz mów: po coś tu przyszedł?

    - Chciałem odwiedzić rodzinę.

    - A gdzie mieszka rodzina?

    - Tutaj, w Krakowie, na Krowodrzy.

    - To co robisz na Rakowicach?

    - Odwiedzam dziadka. Tu leży.

    - Aha, dziadka. To co, obudzić go?

    Wytrzeszczyłem oczy.

    - Co?

    - No bo pewnie chcesz z nim pogadać, skoro go odwiedzasz. Mam go obudzić? Mogę to zrobić.

    - Eee...

    - Rozumiem, rozumiem. Dziadek trochę w kiepskim stanie jest. I też nie pachnie zbyt ładnie. Ale jak wpadniesz w odwiedziny za pięć, dziesięć lat, to kości będą już suchutkie i bielutkie. Będziesz mógł go odwiedzić, ale nie wiem czy coś powie. Ostatecznie języka już nie ma.

    - Ale ja przyszedłem tylko zapalić dziadkowi świeczkę.

    - Po co mu świeczka?

    - No, że pamiętam.

    - A tak, parafina to dobry środek na sklerozę. Tak gdzieś słyszałem. Ale to chyba się pije a nie pali.

    - Ale o dla dziadka, nie dla mnie...

    - Słuchaj no, o co ci w ogóle chodzi? Przecież wiesz, że dziadek nie żyje. Kogo ty przyszedłeś odwiedzić?

    - Mówiłem już: grób dziadka.

    - To ja jestem grób dziadka.

    Milczeliśmy chwilę, ja i grób. Ja mu nie umiałem wytłumaczyć, a on nie potrafił zrozumieć. Albo odwrotnie.

    - To może już idź. Bo zimno.

    - Ale nie zapaliłem jeszcze świeczki.

    - Zapalisz se w domu.

    - Jak to w domu? To na grobie się pali świeczki.

    - O nie, stary, nie będziesz na mnie nic palić.

    - Ale od tego tu jesteś!

    - Nie, kochany. Ja tu jestem całkiem od czego innego.

    - Od czego?

    - Od tego, żeby zwłoki dziadka nie przeszkadzały żywym żyć.

    - No chyba nie tylko po to.

    - Oczywiście, że nie. Po to też, żeby żywi nie musieli patrzeć na to, co się stanie z ich ciałem po śmierci. To raczej nieprzyjemne.

    - Wszystko spłycasz.

    - Trochę tak. Jestem raczej płytkim grobem.

    - A co z wymiarem duchowym?

    - O nie, mój drogi. Jeżeli o to ci chodzi, to kategorycznie odmawiam roli telefonu do kontaktów ze zmarłymi. Ja nie będę okultyzmu uprawiać.

    - Tu nie chodzi o żaden okultyzm. To po prostu tradycja. Pierwszego listopada tradycyjnie odwiedza się groby.

    - Głupia jakaś ta tradycja. No ale dobra, odwiedziłeś mnie, wypiliśmy herbatę, pogawędziliśmy. Dziękuję ci bardzo za towarzystwo, ale idź już sobie.

    - Ale dziadek...

    - Słuchaj no, chłopcze. Odpowiedz mi na jedno proste pytanie, a dam ci zapalić tyle świeczek ile tylko chcesz.

    - Jakie pytanie?

    - Gdzie według ciebie jest teraz twój dziadek?

    Zastanowiłem się.

    Jeżeli powiem, że tutaj, że leży w grobie, to mi go będzie chciał pokazać, a ja na kontakty z zombie nie mam ochoty. Jeżeli z kolei powiem, że go tu nie ma, to mnie zapyta co tu w takim razie robię, bo przecież nie można odwiedzić kogoś w miejscu, gdzie go nie ma.

    - Nie wiem.

    - To idź do domu i się zastanów.

    Poszedłem.

    Co miałem robić? Grób ewidentnie nie chciał moich odwiedzin.

    A na pytanie gdzie jest dziadek zastanawiam się do tej pory. I póki na nie sobie nie odpowiem, pierwszego listopada spędzę w domu.

    Martin Lechowicz

    #1listopada #wszystkichswietych #opowiadanie #byloaledobre #heheszki może nawet #pasta
    pokaż całość

  •  

    Z kolegami z pokoju często bawiliśmy się w piratów. Oczami wyobraźni widzieliśmy nasze piętrowe łóżka jako najznakomitsze okręty wojenne. Ja i Marcin, nasz statek nazwaliśmy "Zemsta Królowej Anny" na cześć postrachu Karaibów z XVIII wieku, czyli okrętu Czarnobrodego.
    Statek Rudego i Wojtka nie mógł się równać przy tym naszym: brakowało mu barierek na górnym piętrze i kilku sztachet pod materacami. Lubiliśmy z Marcinem głośno śmiać się z tej ich rozpadającej się łajby... Zazwyczaj reagowali natychmiastowo. Uniesieni honorem i dumą porzucali wszystkie zajęcia i gotowali się do potyczki. Wytaczali najcięższe działa. Kiedy, któraś załoga podniosła banderę (która zazwyczaj była po prostu gaciami rozwieszonymi na sznurku) to obie drużyny stawały natychmiast w gotowości. Tak zaczynała się bitwa z prawdziwego zdarzenia!
    Przez pokój latały poduszki i plastikowe naczynia. Nieraz zdarzało się, że ktoś rzucił kołdrą tak, jak to robili w starożytności gladiatorzy z sieciami rybackimi i trójzębem. Jeśli nikt nie zwracał nam uwagi, to zabawa kończyła się zazwyczaj abordażem. Jedna z drużyn przeskakiwała wtedy na drugie łóżko i starała się obezwładnić przeciwników.Należało przy tym uważać, żeby nie wypaść za burtę. Upadek na podłogę kończył się utonięciem i natychmiastowym wykluczeniem z rozgrywki. W praktyce wszystko było już wtedy przesądzone, wiadomo: 2 na 1. Jedynie Rudemu zdarzyło się parę razy wyjść z takiej opresji, bo od młodego trenował Judo. Oczywiście nie chcieliśmy wyrządzić nikomu krzywdy podczas tej zabawy. W końcu jesteśmy dorosłymi ludźmi!
    Różne były sposoby radzenia sobie z nudą w więzieniu... Kiedy Marcin wyszedł na warunkowe, to przydzielili nam do celi jakiegoś dwumetrowego draba, który nie chciał się w to bawić. Szkoda bo z takim kompanem wygrałbym każdą bitwę...

    #pasta #heheszki #opowiadanie #piracizkaraibow #humor
    pokaż całość

  •  

    Schronisko dla psów w mieście wojewódzkim. Para nowożeńców - Julia i Oskar, widząc na portalach społecznościowych dużo wpisów nakłaniających do adopcji zwierzaka postanowili iść z duchem czasu i zamiast płacić za zwierzę z hodowli chcą dać nowy, ciepły dom dla pieska po przejściach, aby sprawić, by znajomi zaproszeni do apartamentu na nowo wybudowanym strzeżonym osiedlu deweloperskim zostali zachwyceni ich poziomem dobroduszności i empatii.

    Zwierzątka widząc nadchodzących potencjalnych "rodziców" starają się pokazać z jak najlepszej strony, machają ogonkami, stają na tylnych łapkach i napierają na kraty. Oprowadzająca parę wolontariuszka przedstawiała każdego z piesków, jak się nazywa i z jakiego powodu tutaj trafił. Jednak żaden z czworonogów im nie odpowiadał - ten był za mały, ten za duży, ten za brzydki, ten za krótki. Dochodząc do ostatniej klatki zauważyli, że jej mieszkaniec nie zwraca na nich w ogóle uwagi. Zbulwersowany takim zachowaniem Oskar zapytał Anię - "A ten to co? Czemu nawet się nie ruszy? Czuję się znieważony!"
    Ania spokojnym głosem odpowiedziała - "To Lucky. Przeżył najwięcej - trafił do nas z połamanymi kończynami i obrażeniami wewnętrznymi. Właściciel znęcał się nad nim przez wiele lat - ma wiele blizn, nieprawidłowo zrośniętych kości oraz odcięty ogon - proszę się nie dziwić, że panicznie boi się ludzi".
    Oskar wysłuchał odpowiedzi z niedowierzaniem, po czym nachylił się do kojca i przemówił do przerażonego psa - "Ty, słuchaj śmieciu, myślisz sobie, że całe życie będziesz tak siedział w strefie komfortu? Co, najlepiej się siedzi i cicho popiskuje zamiast wziąć się w łapę? Słyszałeś kurwa o psie, który jeździł koleją? Tak kurwa, był pies, też kundel jak ty, co wyszedł ze swojej strefy komfortu a nie siedział jak pizda i dzięki temu zwiedził cały kraj. No ale do tego trzeba sobie wyhodować JAJA, a nie zwalać swoje niepowodzenia na wszystkich dookoła. Twoje życie, twoja sprawa, mówię ci tylko jak jest! Mam kolegę, który ma kuzyna, który ma Chihuahue i ten mały niepozorny piesek rucha najlepsze suki w mieście. I byś lepiej okazał mi trochę szacunku jak do ciebie mówię, wiesz kim kurwa jestem? Mój ojciec jest prawnikiem, a matka lekarką, a ty co pchlarzu osiągnąłeś w życiu?" - kończąc swoją tyradę, Oskar rzucił do żony - "Wychodzimy, nie mam zamiaru stracić tu ani sekundy więcej - najwyżej kupimy psa rasowego i będziemy mówić, że pochodzi z nielegalnej hodowli w stodole bez badań Inspekcji Weterynaryjnej". Na odchodne Julia by okazać solidarność z mężem, napluła psu w klatkę, po czym wsiedli do swojego dwuletniego samochodu klasy premium i odjechali w stronę najbliższego Starbucksa by ochłonąć po tych strasznych przeżyciach i zniewadze.

    pokaż spoiler #truestory #takbylo #przegryw #opowiadanie #normictwo
    pokaż całość

    źródło: ak9.picdn.net

  •  

    Swego czasu często chodziłem z wykrywaczem metali w poszukiwaniu skarbów. Ojciec mojego kumpla kupił taki w Stanach Zjednoczonych. Pomimo tego, że było to dość dawno temu, to model wciąż uchodzi za bardzo udany i jest polecany zarówno początkującym jak i dla bardziej zaawansowanych poszukiwaczy. Jedynym mankamentem, uciążliwym szczególnie dla tych "zielonych" użytkowników, było to, że wykrywacz dostosowany był do potrzeb amerykańskich eksploratorów. Nie ma się co cieszyć, kiedy na ekranie pojawia się rysunek monety. Centów w Polsce raczej nie spotyka się pod ziemią, ale zawleczki i śmieci wykonane z podobnych stopów metali- owszem.
    Pewnego razu wczesną jesienią wybrałem się z kumplem- Antonim (bo tak się właśnie nazywał) na ekspedycję do lasu, w którym w czasie wojny stacjonowało radzieckie wojsko. Jak zawsze byliśmy pełni entuzjazmu, nadziei i zapału. Dziewczyna poprosiła mnie abym poszukał jakiś kolczyków z sierpem i młotem lub innej biżuterii. Tato od zawsze marzył o popiersiu Lenina i jakiejkolwiek części od prawdziwego czołgu! Mama na odchodne jedynie szepnęła, że gdybym przypadkiem trafił na wojskowy żeliwny garnek, to żebym go nie zakopywał tylko wziął i jej przyniósł.
    Lasek był niedaleko. Wypakowaliśmy się z samochodu i zagłębiliśmy w leśną gęstwinę. "Przygodo nadchodzimy!" podśpiewywaliśmy pod nosem. Początki były rozczarowujące, ale co tu się oszukiwać: standardowe. Kilka gwoździ, łusek karabinowych, jakieś skorodowane żelastwo itp. Nie przejmowaliśmy się tym. Kiedy ostatnio znaleźliśmy pierwszy niewybuch o podejrzanie dużych rozmiarach, minęło ponad dwie godziny od rozpoczęcia poszukiwań.
    Jest sygnał! Stal, a więc najpewniej jest to miecz wiedźmiński, katana albo kapsel od piwa. Przejechałem parę razy talerzem ze zwojnicą po ściółce, kreśląc w powietrzu znak plusa. Najsilniejszy sygnał odbierany był w pobliżu dużego muchomora. Wyjątkowy to był grzyb: miał tradycyjne dla muchomorów ubarwienie i rozmiary. Dodatkowo znajdował się w typowym miejscu. Trąciłem go lekko, tak żeby się nie złamał. Tuż po chwili, zza grzyba wyszedł krasnoludek. 10-centymetrowy skrzat był raczej stereotypowy: z twarzy wesoło dyndała długa, siwa broda. Ubrany był w zieloniutki płaszczyk i czerwone spodenki. Po ściółce tuptał w brązowych kaloszach a na głowie miał taką szpiczastą czapeczkę, jakie noszą dzieci na przyjęciach urodzinowych.
    Antonii delikatnie wydziobał łopatą kwadrat dookoła muchomorka. Następnie powoli, z pietyzmem podnieśliśmy powstałą w ten sposób kostkę zbitej ziemi, uważając aby nie naruszyć konstrukcji grzybka. W końcu krasnoludek prawie na pewno w nim mieszkał! Trzeba być człowiekiem...
    Z dna dziury zagarnąłem łopatą warstwę twardszej gliny i wysypałem ją obok. Wykrywacz wskazał, że to tam znajduje się nasz upragniony przedmiot. Zalepiliśmy dziurę wyjętą bryłką ziemi. Krasnoludek zrobił się cały blady i zalany potem. Odetchnął z ulgą kiedy zobaczył, że udało się nam nie naruszyć delikatnej muchomorkowej konstrukcji.
    Roztarłem rozsypane grudki gliny w rękawiczkach. Kurwa... jednak kapsel od Harnasia. Po oczyszczeniu okazało się, że kapsel był wygrywający w losowaniu i do końca września byliśmy uprawnieni do odebrania jednej puszki tego cudownego napoju. Dopiero kiedy wracaliśmy, doszło do nas, że promocja trwa niecałe dwa miesiące a kapsel znajdował się dość głęboko. Do tej pory zachodzimy w głowę z Antonim jak on się tam w ogóle znalazł? Kto wyrzucił wygrywający kapsel?
    Jak widzicie na takich wyprawach dzieją się rzeczy nieprawdopodobne. Koniec końców przegapiliśmy termin promocji. Z resztą i tak szkoda by było oddawać takie trofeum!

    #pasta #wykrywaczmetalu #opowiadanie #gownowpis #heheszki
    pokaż całość

  •  

    ZIEMIA RZYMU (opowiadanie)

    Opowiadanie Pani Joanny Cielon – pasjonatki kultury antycznej – która w wolnych chwilach pisze opowiadania umiejscowione w świecie antycznego Rzymu. Poniższa opowieść zaczyna się od klęski pod Arausio i przede wszystkim opowiada o konflikcie pomiędzy Gajuszem Mariuszem a Lucjuszem Korneliuszem Sullą.

    Na tę chwilę opublikowany został fragment utworu. Autorka stopniowo będzie podsyłała dalsze części. Zachęcam do przeczytania.

    (więcej pod linkiem)

    https://www.imperiumromanum.edu.pl/artykul/ziemia-rzymu-opowiadanie/

    #archeologia #imperiumromanum #historia #liganauki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #rzym #opowiadanie
    pokaż całość

  •  
    z.............t

    +13

    Żyjesz w świecie, gdzie każde kłamstwo tworzy bliznę na ciele kłamcy. Im większe kłamstwo, tym większy zostawia ślad. Pewnego dnia, poznajesz kogoś kto ma tylko jedną bliznę. Jest największa ze wszystkich jakie kiedykolwiek widziałeś.

    Był na wskroś dobrym facetem. Nigdy nie poznałem nikogo, kto byłby taki jak on, i nie sądzę by kiedykolwiek miało się to szansę zdarzyć.

    Ludzie takich jak Joe nie spotyka się często. Może raz w życiu i to jeśli masz szczęście.

    Praktycznie każdy kogo kiedykolwiek poznałem, miał małe blade ślady na swoich palcach, spowodowane lekkimi kłamstwami. To cena za grzeczność, formalności– każdy je miał. Kilka głębszych blizn, nabytych przez lata, otwierających się od czasu do czasu. Duże rany, srebrne ślady na przedramionach i łydkach, na szyi czy też plecach. Ludzie kłamią, taka jest kolej rzeczy.

    Czasem ból który jest ceną za kłamstwo, sprawia że człowiek rozważa czy warto, zanim jeszcze otworzy usta.

    Wstąpienie do armii było tym czego chciałem. Kłamstwem które sobie wmawiałem, które wydrapałem głęboko, było ciągłe powtarzanie, że zrobiłem to bo chciałem się zmienić, chciałem by rodzice byli dumni. Wszystkie kłamstwa, małe zadrapania na mych ramionach tworzyły osobliwy wzór, który wyglądał jakby miał się nigdy nie zagoić.

    Tak naprawdę, wstąpiłem do armii bo nie zostało mi nic innego. Był to ostatni wysiłek, który podjąłem, by nie sięgnąć dna. Wśród elity, otoczony przez odważnych ludzi sukcesu starałem się nie wychylać. Czułem się jak lis, który jakimś cudem utknął w sforze wilków. Będąc tam czułem się jak oszust.

    Wtedy poznałem instruktora Joe.

    Miałem więcej blizn niż większość osób, czym zasłużyłem na ograniczone zaufanie, ale jeśli ludzie byli grzecznie zdystansowani względem mnie, to względem Joe, byli wręcz oziębli. Widzisz, on nie miał zwykłych, delikatnych blizn na dłoniach, nie miał też nic na ramionach, na twarzy, czy karku. Na pierwszy rzut oka, pomyślałbyś, że jest najszczerszym człowiekiem na świecie. Faktycznie, na początku ludzie tak myśleli.

    Człowiek po trzydiestce bez blizn? To jak spotkać jednorożca. Oczywiste, że brzmi to bardziej jak mit czy legenda niż rzeczywistość.

    Pierwszego tygodnia każdy lubił Joego. Każdy chciał mieć z nim jak najlepsze relacje. W końcu kto by nie chciał? W świecie kłamców i oszustów gdzie dowody spotyka się na każdym kroku. Kto by nie chciał przyjaźnić się z kimś, komu wreszcie można zaufać?

    Tak było dopóki w szatni nie ściągnął koszuli. Wtedy wszyscy zobaczyliśmy ukrytą dotychczas bliznę, która zajmowała połowę jego pleców. Jedno kłamstwo, lecz była to najbardziej makabryczna rzecz jaką kiedykolwiek widziałem. Blizna ciągnęła się od łopatki, aż do żeber. Wyglądało to jak czerwono biały ogon komety. Widać było że mała część zaczęła się goić lecz reszta wyglądała jakby niedawno się odnowiła.

    To było ciągle to samo kłamstwo. Są rzeczy które czasem się mówi, ale zazwyczaj można zauważyć jak wiele razy ktoś to zrobił. W tym przypadku, nie byłem w stanie tego stwierdzić.

    Rzadko się odzywał. Wydawał rozkazy z surowym uśmiechem, pouczał tak jak inni. Był pozytywny, dodający otuchy, prawdomówny. Lecz każdy miał w głowie widok tamtej blizny, głębokiej, ciemnej i przerażającej. Ktoś kto mógł powiedzieć kłamstwo tego rodzaju… Był kimś na kogo było trzeba mieć oko. Mimo to, wszystko szło dobrze.

    Symulowana akcja treningowa z ostrą amunicją. Robiliśmy to tysiące razy, ale tego dnia, myślę że ktoś się zapomniał. Może wynikło to z zamyślenia, może z niedbalstwa. Bez względu na powód, strzały rozległy się o wiele za szybko. Karabiny plunęły ogniem, kule przecięły powietrze.

    W tym momencie od razu się zatrzymaliśmy. Szeroko otwartymi oczami patrzyliśmy jak chłopak upada. Bardzo powoli, jakby czas zwolnił. Jego ręce rozpadły się na dwie strony – nie był przestraszony, był zszokowany. Czerwona jak szkarłat krew zaczynała wsiąkać w jego ubranie tworząc coraz większą plamę. Padł na kolana. Jeszcze nie zdążyło do niego dotrzeć co się tak naprawdę stało.

    Właśnie wtedy złapał go Joe i nagle rozległ się krzyk. Piekło, trening zmienił się w wir nagłej chaotycznej akcji. Krzyki „Medyk!” i „Apteczka! Weź apteczkę!”, ludzie biegający w różnych kierunkach.

    Byłem dość blisko by wiedzieć, że nie robi to żadnej różnicy. To czego uczyli nas na treningu było proste: „Strzelaj by zabić, wyeliminuj cel i idź dalej”.

    Usiadłem, broń ciążyła mi w dłoniach gdy patrzyłem na Joego trzymającego umierającego chłopaka, którego krew wsiąkała w piach. Słuchałem jak powtarza słowa, które cięły głęboko. Raz za razem i w kółko.
    „Trzymaj się, patrz na mnie. Wszystko będzie dobrze.”
    „Wszystko będzie dobrze.”

    #pasta #feels #opowiadanie #niedzielawieczur
    pokaż całość

  •  

    #pasta #iiwojnaswiatowa #dasboot #opowiadanie #lidl #biedronka

    Kilka klatek obok mojego mieszkania, mieszka pan Heinrich Lehman-Willenbrock - niemiecki dowódca okrętów podwodnych, szerzej znany jako "Stary" z powieści Lothara-Güntera Buchheima. Znają go wszyscy w okolicy. Starzy i młodzi. Cieszy się reputacją wspaniałego sąsiada i jeszcze lepszego kapitana marynarki wojennej. Cała kamienica kibicuje mu na regatach, w których regularnie uczestniczy chyba od urodzenia. Zawsze kiedy ktoś ma problem np. Z cieknącym kranem to od razu puka do pana Heinricha zamiast dzwonić po Leszka- niezbyt pracowitego i opryskliwego hudraulika zatrudnionego przez administrację. Kapitan zawsze użycza zestawu do uszczelniania rur używanego w jego łodzi podwodnej podczas wojny. Nie było problemu z mocowaniem uszczelek kiedy przy zanurzeniu, pod wodą robiło się gorąco, nie ma i teraz kiedy cieknący kran zalewa sąsiadowi sufit.
    Nawet pan Lloyd, pracujący kiedyś na brytyjskim statku transportowym, zatopionym przez okręt kapitana, nie chowa już do niego urazy. Ten nieraz użyczał mu cukru i zapraszał na wspólną grę w szachy. A dzieciaki? Po prostu go uwielbiają! Kiedy pan Heinrich wychodzi z klatki, młodzi z pobliskiego placu zabaw zbiegają się i okrążają biednego kapitana. Kiedy ten się uśmiecha i powoli wsuwa rękę do kieszeni swojej wysłużonej kurtki oficerskiej, od razu wybucha u nich fala entuzjazmu. Wiadomo wtedy, że są tam cukierki lodowe "Ice". Którymi kapitan z chęcią częstuje dzieciaki na przekór ich rodzicom. Często spotykam Starego podczas robienia zakupów w osiedlowym Lidlu. Kiedy jest już przy kasie to w jego koszyku prawie na pewno znajduje się kilka puszek piwa "Argus porter", paczka cukierków "Ice", szynka Szwarcwaldzka, suchary i kiszona kapusta.
    Pamiętam jak kiedyś kapitan przez przypadek strącił z półki kilka paczek papieru toaletowego. Sam pośpiesznie podbiegłem, żeby pomóc mu je układać. Stary później poklepał mnie po ramieniu, podziękował i powiedział: "W sklepie to porządek ma być i dużo szerokich przejść pomiędzy regałami. Dokładnie tak jak w łodzi podwodnej!". Na szczęście zdążyłem mu pomóc przed obsługą sklepu, która już biegła przez główną alejkę aby usunąć tą niedogodność z drogi klientów. Od tego czasu to Stary pierwszy mówi mi "dzień dobry" unosząc przy tym w górę swoją czapkę z napisem "Kriegsmarine".
    Przy przedostatnim naszym spotkaniu doszło do niemiłej niespodzianki- Lidl został zamknięty z powodu prac remontowych. Tak się złożyło, że stanęliśmy akurat razem przed drzwiami na których wisiało ogłoszenie z tą smutną wiadomością. Zaproponowałem zrobienie wspólnych zakupów w Biedronce, która też była blisko. Stary przyjął plan z aprobatą choć sam w Biedronce nigdy nie był. Byłem bardzo podekscytowany, że mogę spędzić trochę czasu z kapitanem Heinrichem sam na sam. Wiedziałem, że koledzy będą mi zazdrościć!
    Porozmawialiśmy sobie po drodze trochę o życiu, technice i kobietach. Stary wytłumaczył mi jak działa detekcja akustyczna i co oznacza ten charakterystyczny dźwięk "pip". Stanęliśmy w drzwiach. Kiedy weszliśmy do środka kapitan Heinrich trochę zwolnił kroku i zamilkł na chwilę, zupełnie jakby czegoś się przestraszył. Wziąłem wózek i ruszyliśmy na początek na dział piwny. Stary wilk morski pije tylko portery. Niestety żadnego nie znaleźliśmy. Pan Kapitan popatrzył na mnie z lekkim żalem wypisanym na twarzy. Niestety... Poszliśmy dalej, na pieczywo. Heinrich załadował w torebkę kilka kajzerek i do koszyka włożył paczkę sucharów. Skierowaliśmy się na mięso. Musieliśmy przepuścić kilka osób bo na środku przejścia stał taki wielopiętrowy wózek do transportu pieczywa i paleta z poukładanymi zafoliowanymi kartonami jak na jakimś magazynie.
    -Jakiś nowy pracownik musiał to tu zostawić i zapomniał odstawić na miejsce. Na pewno!-stwierdził kapitan z pewną dozą zażenowania, ale jakby z nadzieją. Sam często powtarzał, że jakby w łodzi podwodnej coś leżało nie na swoim miejscu to takiego flejtucha od razu do szorowania pokładu się wysyłało. Szynki Szwarcwaldzkiej nie znaleźliśmy, ale jakaś tam inna podobna z Hiszpanii była. Kolejno poszliśmy wgłąb sklepu na chemię itp. Stary zatrzymał się nagle w bezruchu. Wpatrzony tępo przed siebie stał tak przez kilkanaście sekund.
    -Panie kapitanie? -zapytałem z troską.- Panie kapitanie? Panie kapitanie! Kapitän?!
    W tym momencie Stary powoli skierował na mnie swój wzrok. Oczy miał zalane łzami, do tego cały się trząsł. Upuścił wszystkie produkty, które trzymał w rękach. Na chwilę zamknął oczy i cicho szlochał.
    -Proszę się przesunąć!- z wyrzutem burknął pracownik sklepu chcący przez ciasną alejkę przejechać takim małym wózkiem do przewożenia palet. Szarpnąłem go za ramię, przycisnąłem do ściany i zapytałem, czy wie kim jest ten człowiek. Zaskoczony pracownik zawołał o pomoc, więc szybko się ulotniłem. Chwyciłem Starego pod rękę i skierowałem się do wyjścia. Pytałem go potem wielokrotnie co takiego się stało, ale kapitan Heinrich raz tylko pokręcił przecząco głową a raz w ogóle nie zareagował. Siedział cały czas zamknięty w mieszkaniu. Osiedle tak jakby posmutniało... Nie przybył na ostatnie regaty, na twarzy pojawił się chaotyczny, niezadbany zarost. Wszyscy zachodziliśmy w głowę co mu jest i czy potrzebuje pomocy.
    Wszystko się wyjaśniło kiedy postanowiłem pojechać do Lidla w sąsiednim mieście bo akurat trwał tydzień grecki a mama poprosiła mnie o kupienie baklawy. Zaszedłem do mieszkania Starego i zaproponowałem, że może jechać ze mną jeśli ma ochotę. Ten natychmiast odłożył fajkę i ekspresowo ubrał buty. W samochodzie opowiadał, że wojna to kapryśna kochanka. Okręt U-96 nie odnosił samych sukcesów, były też chwile grozy. Pewnego razu jego U-boot spotkał na Atlantyku konwój brytyjskich transportowców. Trzy okręty płynące jeden za drugim.
    -To był smakowity kąsek...-powiedział.- Niestety zaskoczył nas ten cholerny niszczyciel... Zanurzyliśmy się, ale tak na prawdę nie było ucieczki. Kiedy spadła pierwsza bomba głębinowa załogę przeszył blady strach. Z każdą kolejną traciliśmy nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczymy nasze rodziny. Zanurzaliśmy się głębiej i głębiej, ale ten cholerny niszczyciel nie odpuszczał! Dziś nie wiem czy to trwało chociaż godzinę. Dla nas to była cała wieczność. Niszczyciel przepływał nad nami i zawracał bez końca... Przeżyliśmy prawdziwe piekło.- podsumował ciężko wzdychając.
    Na szczęście załodze udało się przetrwać. Kapitan przypomniał sobie o okropieństwach wojny patrząc na porozrzucane po biedronkowych półkach kartony i różne opakowania. Ciasne przejścia i przeciskające się przez nie wózki do złudzenia przypominały atmosferę jaka panowała w torpedownii owego feralnego dnia.
    Stary całkowicie się rozpogodził kiedy jeszcze na parkingu wziął porządnego łyka porteru „Argus“. W drodze powrotnej śpiewał roześmiany swoją ulubioną piosenkę:

    It’s a long way to Tipperary,
    It’s a long way to go.
    It’s a long way to Tipperary
    To the sweetest girl I know!
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Miałem dzisiaj sen.
    Śniło mi się, że zostałem szefem rządu, ale nic nie mogłem zrobić pożytecznego, bo wszyscy polityce mnie ignorowali i nikt nie chciał ze mną współpracować. Następnie pojechałem do Brukseli na jakieś posiedzenie, gdzie nie było lepiej. Wyjątkiem był Emmanuel Macron - prezydent Francji. Okazało się, że to bardzo miły facet, który mówił łamaną polszczyzną ciągle wciskając francuskie słowa. Więc i ja do niego mówiłem po polsku wciskając francuskie słowa. I wtedy podchodzi do nas Tusk i mówi:
    - Wiedzę, że się zakumulowałeś z Makaronem. Nie wiedziałem, że znasz francuski. - A ja odpowiadam:
    - Nie znam, ale Emi, zna nieźle polski. Tylko, że....wciska mnóstwo makaronizmów w zdania.

    No i Makaron się na mnie obraził. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    #makaron #francja #tusk #4konserwy #pasta #opowiadanie #sen
    pokaż całość

    źródło: larefubblica.it

  •  

    Jestem w Warszwie. Wzywam taksówkę, jedna podjeżdża i wsiadam do niej. Za kierownicą Arab.OK, pracuje, więc jest pewnie z tych dobrych. Rusza pod podany adres. Kierowca nic nie mówi, więc i ja się nie odzywam. W końcu zbliżamy się do końca trasy i odruchowo mówię od niego:
    - Proszę mnie tu wysadzić.
    A potem zapadła długa, niezręczna cisza.( ͡° ʖ̯ ͡°)

    #warszawa #copypasta #opowiadanie #muzulmanie pokaż całość

  •  

    Przypomniała mi się pewna historia, więc wam ją opowiem. Dotyczyć ona będzie mojego ukochanego pieska i miała miejsce któryś rok wstecz, gdy jeszcze byłem uczniem technikum.

    Pewnego pięknego dnia wstałem jak zwykle do szkoły. Zapowiadał się dzień bez większych wrażeń. Standardowa rutyna. W szkole jak to w szkole. Czas do zakończenia lekcji leniwie się dłużył. W końcu wybił ostatni dzwonek i udałem się do domu.

    Po przekroczeniu progu mojej posesji przywitał mnie Collin. Od razu rzuciło się w oczy, że coś przeskrobał. Właściciele psów znają spojenie typu mea culpa. Olałem temat i udałem się do swojego pokoju. Z momentem ujrzenia na łóżko wszystko stało się jasne.

    Dzień wcześniej kupiłem sobie Kinderki. Zostawiłem je z myślą o poobiednim deserze. W szkole również o nich myślałem. Okazało się, że ten mały szczur wbił do mojego pokoju i poczęstował się moimi czekoladkami. Zostawiłem je na stoliku przy łóżku. Po powrocie zostały tylko papierki na moim łożu.

    Do dzisiaj zastanawiam się jak ten pies otworzył opakowanie, wybrał czekoladki i wyjadł je z papierków. Mam nadzieję, że mu smakowały, bo nie zostawił mi żadnego.
    #gownowpis #opowiadanie #pokazpsa #niewiemjaktootagowac
    pokaż całość

    źródło: embed.jpg

  •  
    c......o

    +50

    Wyobraź sobie, że siedzisz w swoim samochodzie z dziewczyną, która Ci się podoba, obydwoje macie 18 lat i wracacie z imprezy. Jest 2:30 w nocy. Podwozisz ją do domu. Za mniej więcej 5 minut dojedziesz pod dom jej rodziców jednak ona mówi, że nie chce już wracać tylko chce iść z TOBĄ na spacer. Zgadzasz się i jedziesz z nią do pobliskiego lasu. Zatrzymujesz się, zaciągasz ręczny, ona łapie Cię delikatnie lewą ręką za policzek i zaczyna całować. Obydwoje nigdy nie odbyliście stosunku więc to będzie wasz pierwszy raz. Powoli zaczynacie się rozbierać i w międzyczasie nadal się namiętnie całujecie. Wtedy....

    zapomnij przegrywie przestań marzyć. To Cie nigdy nie spotka

    #przegryw #stulejacontent #tfwnogf #gownowpis #opowiadanie #niebieskiepaski #zwiazki #podrywajzwykopem #nocnazmiana
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    – A Ty Adaś bzykasz się? – spytała mnie nagle bezpośrednio.
    – No jak każdy – odpowiedziałem z uśmiechem.
    – A mnie byś wyruchał? Chciałbyś mojej cipki?
    – Tzn.? Czy fajna jesteś o to Ci chodzi? No jesteś.
    – Ale ja się pytam czy mnie tu zerżniesz na stole, fiut Ci na pewno stanął jak opowiadałam o obciąganiu i pieprzeniu. Nie chcesz wsunąć go do mojej cipki?
    – Chcesz tego? – spytałem powoli nie wiedząc czy żartuje i mnie wkręca czy na poważnie.
    – Czy chcę? To patrz.
    Podeszła do stołu i rozpinając spodnie zsunęła je wraz z majtkami wystawiając wypięte pośladki.
    – Wyruchaj mnie jak szmatę – powiedziała.
    Taki obrót sprawy mnie zaskoczył maksymalnie, jednak nie dałem rady opanować podniecenia. Podszedłem niepewnym krokiem i wsadziłem jej rękę między pośladki schodząc rowkiem niżej aż dotarłem do jej odbytu, a po chwili cipki. Obie dziurki był bardzo apetyczne. Rozpiąłem rozporek wyciągając nabrzmiałego kutasa.
    – Ruchaj mnie – wykrzyknęła, kiedy mój kutas otarł się o jej dupę.
    Klepnąłem ją mocno w tyłek i pewnym ruchem władowałem jej chuja w cipkę.
    – Tego chcesz dziwko?
    – Ruchaj mnie – powtórzyła.
    Szarpnąłem za biodra, które mocno trzymałem swoim dłońmi, a mój kutas sam trafił w jej szparę. Jęknęła z podniecenia, a ja zacząłem ją rytmicznie posuwać, było tylko słychać uderzenia spotykających się ciał. Dyszała głośno a ja ją posuwałem ostrymi, wręcz brutalnymi ruchami jakbym nadziewał ją na pałę chcąc ją przebić albo co najmniej wejść ile się da. Widok jej napalonej cipki nakręcał mnie jeszcze bardziej. Po dłuższej chwili mój palec był już w jej dupie. Wsuwałem go i wysuwałem nie przerywając ruchania jej cipki.
    – Podoba się suce?
    – Tak – szepnęła.
    – Co tak?
    – Podoba się twojej dziwce.
    Kiedy to powiedziała przyspieszyłem, mój kutas był jeszcze bardziej twardy a palec wchodził cały w jej tyłek. Pojękiwała z rozkoszy.
    – Teraz ci kurewko wsadzę w dupę – powiedziałem ostro, nie tolerując sprzeciwu.
    – Tak, wyruchaj mnie w dupę – powiedziała cicho.
    – Wsunąłem kutasa powoli, ale wszedł bez problemów, jej dupa była gotowa na mojego fiuta. Wepchnąłem natychmiast do końca zaczynając ją pieprzyć głęboko, dociskając biodra do jej pośladków. Czułem jak wchodzi głęboko, jakie to inne uczucie niż pieprzenie cipki. Czułem narastające podniecenie.
    – Tego chciałaś suko? – spytałem podniesionym głosem.
    – Tak, właśnie tego, jeb mnie w dupę, mocniej! – krzyknęła.
    – Suka chce całego chuja w sobie – dodała dysząc.
    Czułem, że zaraz dojdę, wyciągnąłem kutasa z jej dupki wziąłem go do ręki każąc jej klęknąć, uklęknęła posłusznie a ja trzepałem konia prosto przed jej twarzą, a po chwili sperma wystrzeliła na jej buzie zalewając ją mocno. Już dawno się nie spuszczałem – pomyślałem przez chwile.
    Była cała w spermie, próbowała językiem ją wylizywać, ale część spływała jej po cyckach, brzuchu. Po chwili poprosiła o ręcznik. Wytarła twarz i ciało.
    – Właśnie tego potrzebowałam, zaspokoiłeś pragnienie mojej cipki, dzięki. Mogę zostać na noc?
    – Jasne – odpowiedziałem wiedząc, że rano znowu to powtórzymy.

    #coolstory #opowiadanie #seks #zwiazki #ruchajzwykopem
    pokaż całość

    +: Freakz, slaper +7 innych
  •  

    tag #ocieplaniewizerunkugorskiegozydostwa żyje.

    Pomysłów mam całe multum, jednakże wprost proporcjonalnie mniej czasu, by móc dostarczyć aestetyczny uźródłowiony quality content.

    Postanowiłem więc spróbować z nieco innej strony. Czym bowiem jest kultura podhalańskich Górali? Czy to pusta wydmuszka, która zyskała popularność głównie temu, że we właściwym miejscu i czasie odkryli ją zblazowani młodopolscy inteligenci, którzy rozsławili ją na cały kraj? Czy to spiczaste śmieszne domki, oraz magia gór, która robi całą robotę? A może kierpce, spodnie z parzenicami, dziwnie nastrojone skrzypce, oraz duża doza bezczelności, buńczuczności, doprawiona egzotyką gwary, w której w perwersyjnym uścisku splatają się wpływy bałkańskie, wołoskie, prasłowiańskie, polskie, węgierskie, niemieckie i inne?

    Wszystkie te pytania mają jeden wspólny mianownik - postać Andrzeja Skupinia Florka, rodowitego Biołodunajcana - góralskiego Galla Anonima, Mickiewicza oraz Kapuścińskiego w jednym. Jego życiowym dziełem była książka "O Tatry wy moje", pisana starodawną góralszczyzną, trudną w czytaniu nawet dla mnie. Owa książka... nigdy nie ukazała się po polsku. Po polsku polsku.

    Zawiera ona baśnie i legendy góralskie, które bogactwem bestiariusza oraz klimatem wpędzają w zasromanie Wiedźmina, opowieści z bogatego życia autora, które czyta się nieraz niczym najlepsze wypokowe pasty, opowieści o dawno zapomnianych zwyczajach, które swoją pierwotnością rezonują gdzieś w duszy polskiej i góralskiej, tajemnym oddźwiękiem, niemalże przedchrześcijańskim...

    Czymże jest w końcu ta kultura podhalańskich Górali? Na to pytanie, po przeczytaniu przetłumaczonych przeze mnie 100 przypowieści, będziecie sobie w stanie odpowiedzieć sami...( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #opowiadanie #gruparatowaniapoziomu #tatry #podhale
    pokaż całość

  •  

    Part 3 przygód Andrzejka.

    Part 1
    https://www.wykop.pl/wpis/34395825/andrzejek-nie-byl-specjalnie-dobrze-zbudowany-ani-/)
    Part 2
    https://www.wykop.pl/wpis/34412945/part-2-przygod-andrzejka-part-1-https-www-wykop-pl/

    Kilka dni później, kiedy farba zaczęła schodzić z sierści biednego zwierzaka (cudem tylko nie zdechł na wskutek fryzjerskich zapędów Adasia), wszyscy już doskonale wiedzieli, że po wiosce za lokalnym dziwakiem i znanym onanistą nie biega smok, ale ukradziony z plebanii jamnik. Wszyscy, oczywiście z jednym wyjątkiem.
    Nikt nie próbował nawet informować władcy smoków, że w rzeczywistości stał się zaklinaczem parówek (bo pies ten faktycznie słuchał się go bezwzględnie, i widać było z daleka intymną więź łączącą Andrzejka i Tyrlegaurla, bo tak też ochrzcił go ten pierwszy), a nie właścicielem współczesnego Tabalugi.
    Pies przyjął się w drużynie i szybko stał się jej maskotką. Powarkiwał jednak nadal ze słością za każdym razem kiedy znajdował się w towarzystwie Mariuszka, który to użyczył swojej skarpety, żeby robiła za knebel. Pewnych traum nie można wybaczyć.
    Andrzej widząc blaknącą sierść przyjaciela bardzo się zmartwił. Doszedł do jedynego słusznego, logicznego wniosku. Tyrlegaurl musiał tęsknić do swojego smoczego życia. Życia, którego nikt we wsi nie mógł mu zapewnić.
    Co prawda zrodził się pomysł, aby dostarczyć mu na pożarcie córkę sołtysa, ale ta z pewnością nie była już od dawna dziewicą. Postarał się o to Romek, starszy o cztery lata samotnik, bohater w oczach wielu, weteran wojenny, który w trakcie licznych walk podjazdowych z gówniarzami z wioski obok stracił dwa zęby.
    Ta luka w uzębieniu była dowodem jego męskości, za którą był poważany przez wszystkich.
    Ekipa regularnie zbierała się wieczorami przy ognisku i słuchała jego opowieści. Największym powodzeniem cieszyła się ta, w której złożył w ofierze, w trakcie ratowania wioski, dwa trzonowce.
    Jego rodzice byli w stanie zapewnić mu wstawienie nowych, ale Romuald zapierał się jak tylko mógł, żeby do tego nie doszło. Postanowił nosić dumnie swoją szczerbatą, paskudną facjatę, aby przypominać nieprzerwanie wszystkim, jak wielkiego poświęcenia się dopuścił.
    Andrzejek jednak znał prawdę. Podsłuchał kiedyś jego rodziców, jak wspominali ten pamiętny dzień.
    Ku swojemu przerażeniu odkrył wtedy, że Romuś tak naprawdę zęby stracił w momencie, w którym jego pomysł zahamowania przed samą bramą wjazdową na rowerze, zweryfikowała rzeczywistość. Przypierdolił, bo innego określenia nie można tu użyć, z pełną prędkością w drewniane szczeble, kiedy w rowerze zerwała się linka hamulcowa.
    Historia, która na stałe weszła już do kanonu wiejskich legend, okazała się być niczym więcej, jak tylko kłamstwem.
    Powiernik pierścienia rozumiał jednak, jak wielkie spustoszenie w moralach wsi sprawiłaby prawda. Postanowił milczeć, i wziąć ten sekret ze sobą do grobu. Ten parszywy świat potrzebuje bohaterów. Nawet dwulicowych, którzy są tylko symbolem, większym od nich samych.
    Romek w tym czasie korzystał z życia, co doprowadziło do zbrukania wspomnianej już córki sołtysa. Andrzej pluł sobie teraz w brodę, że nie wsypał obłudnika, ponieważ gdyby nie bohaterska aura roztaczająca się nad Romkiem, żadna dziewczyna nie pozwoliłaby mu nawet trzymać się za rękę.
    W przypływie desperacji, Andrzejek uznał więc, że brązowy smok, to w zasadzie nawet lepszy podopieczny niż zielony. Dzięki temu Tyrlegaurlowi łatwiej będzie wtopić się w otoczenie, a rząd nie będzie go ścigał w celu przeprowadzenia na nim niebezpiecznych eksperymentów medycznych.
    Pozostało teraz czekać, aż smok wyhoduje nową parę skrzydeł, po zrzuceniu ostatnich. Widocznie te dostojne bestie pozbywały się ich wraz z wiekiem, na miejscu których rosły nowe, z pewnością jeszcze wspanialsze.
    Czy wspominałem już, że Andrzejek nie był zbyt inteligentny?

    Kilka tygodni później Władca Smoków, przechadzał się wraz ze swoim gadzim przyjacielem wzdłuż rowu, gdzie spotkał starego kolegę, który miał w zwyczaju nosić pod pachą dzieło swojego ulubionego (jednocześnie jedynego którego znał), filozofa - Nietzschego. Chłopak ten, któremu było na imię Sławek, kazał wszystkim mówić na siebie Fryderyk, i uważał się za kolejne wcielenie wąsatego prawiczka, którego wypaczone idee posłużyły faszystom do zbudowania swojej ideologii.


    Fryderyk złożył śluby nieużywania kciuków przez rok, aby poprzez umartwianie się, znaleźć się bliżej ostatecznego celu - stania się nadczłowiekiem.
    Nie posiadał on jednak żadnego przydatnego wykształcenia, co doprowadziło do tego, że wnioski jakie wyciągał z prac filozofa były najczęściej kompletnie absurdalne i pozbawione jakiejkolwiek logiki. Uchodził jednak za prawdziwego mędrca, do którego nawet starszyzna (to jest, chłopaki, którzy byli już w stanie wyhodować rzadki zarost), przychodziła po rady w trudnych chwilach.
    Andrzej pozdrowił Fryderyka, i zapytał go o samopoczucie.
    -Pozdrawiam cię, Fryderyku, i pytam o samopoczucie.
    Odpowiedział ten drugi:
    -Dziękuję że pytasz, czuję się dobrze, na tyle dobrze oczywiście, na ile czuć się może ktoś potrafiący zrozumieć w jak tragicznej sytuacji znajduje się ludzkość. Do tego za tydzień mija rok odkąd złożyłem śluby, więc miałbym też do ciebie pewną prośbę. Czy mógłbym pożyczyć na tydzień, no, góra dwa, gazetkę, którą trzymasz w stodole?
    -To bardzo intymne, zaczął Andrzejek, wymieniać się takimi rzeczami, ale tobie przyjacielu, nie mógłbym odmówić. Zgłoś się proszę do mnie, kiedy kciuki już znowu staną ci się przydatne.
    -Dziękuję. Przypomnę się z pewnością. Odwdzięczę ci się teraz pewną mądrością, nad którą kontemplowałem w momencie, w którym przyszedłeś. Słuchaj uważnie:
    Człowiek jest tylko mostem, drogą którą należy przebyć, aby dostąpić zaszczytu stania się istotą doskonałą. Uważaj na fałszywe kładki, które mogą kusić pozorną trwałością, nie jest to droga dla poszukiwacza prawdy.
    -Twa mądrość jest niezmierzona, jestem szczęśliwy, mogąc żyć w czasach, w których błogosławisz swoimi bosymi stopami (rodzice Fryderyka byli biedni, więc na ogół nie miał on butów), świętą ziemię naszej wioski. Pójdę już, gdyż przyszedł mi do głowy pewien pomysł, dzięki któremu pomogę ludzkości wznieść się na wyżyny moralności.
    Przyjaciele rozstali się, a Andrzejek popędził czym prędzej nad lokalny strumyk, gdzie w jego najwęższym miejscu zbudował kiedyś z kolegami kładkę.
    Rozmontował ją precyzyjnie i błyskawicznie przy użyciu kija znalezionego niedaleko. Przyłożył do pyska Tyrlegaurla kawałek starej skarpety i popchnął zachęcająco w stronę pobliskich zabudowań.
    Pies puścił się pędem z szaleństwem w oczach do domu Mariuszka, który chwilę potem dotarł, wiedziony przez smoka, nad strumyk.
    -Mariusz, zwołaj wszystkich. Koniecznie przyprowadź Tomka. Będzie kluczowym elementem, w tym co mam zamiar uczynić.
    Po 20 minutach zgraja około 15 wyrostków stała przy brzegu i oczekiwała w napięciu.
    -Jesteśmy wszyscy? Nie widzę Grubego. Co z nim?
    -Gruby ma srakę, zeżarł wczoraj trzy kilo czereśni.
    -Może to i lepiej, że go nie ma...z pewnością dla Tomka.
    Rozbieraj się i kładź w poprzek strumyka.
    Powiedział, zwracając się do opierającego się o drzewo chłopaka.
    Tomek popatrzył nerwowo na kolegów i głupkowato uśmiechnął, mając nadzieję, że to jednak żart.
    -Nie utrudniaj, nie będę sam rozbierał drugiego faceta. Pamiętaj, że ostatnio ślubowałeś mi bezgraniczne posłuszeństwo, po tym jak kryłem cię przed ojcem, dzięki czemu uniknąłeś łomotu za podprowadzenie mu bimbru ze stodoły.
    Tomek mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem, zaczął ściągać ubranie i składać je schludnie obok pobliskich krzaków.
    Dwóch kolegów wydało z siebie okrzyk zdziwienia i podziwu kiedy ściągnął slipki.
    Andrzej od razu przywołał towarzystwo do porządku.
    -Nie gapić mu się na pytę! Nie będziemy go molestować.
    Golec odetchnął z ulgą, a humor mu nieznacznie wrócił. Czarny scenariusz, którego obawiał się najbardziej, nie zostanie zrealizowany. Przynajmniej nie dzisiaj…
    Kiedy położył się w lodowatej wodzie, Andrzejek wziął w ramiona Tyrlegaurla i stanął mu na brzuchu, przechodząc na drugą stronę strumienia.
    -Tomek dziś stał się mostem, po którym my, podążając za naukami Fryderyka, przechodzimy aby dostąpić zaszczytu osiągnięcia poziomu, o którym inni mogą tylko pomarzyć.
    Kolejno, jeden po drugim, wszyscy przedostali się na drugą stronę. Nikt nic nie powiedział, w nabożnej ciszy zdobywali kolejny poziom samoświadomości.

    Wołam liczny fanklub przygód Andrzejka:
    @GuyGardner @ZemstaNaCebulakach @czarnohumorasty @milltown @gregory_el @WieslawPaleta

    #pasta #heheszki #tworczoscwlasna #opowiadanie #andrzejekwladcasmokow
    pokaż całość

    +: Z................h, czarnohumorasty +5 innych
  •  

    Part 2 przygód Andrzejka.
    (part 1 https://www.wykop.pl/wpis/34395825/andrzejek-nie-byl-specjalnie-dobrze-zbudowany-ani-/)

    Co prawda żaden dzieciak w okolicy nie pozwalał Andrzejkowi obierać scyzorykiem swoich jabłek, ale po dwóch dniach, większość zapomniała o jego przykrej genezie. Pozostał tylko podziw i szacunek.
    Jako jedyny posiadał prawdziwy, rozpadający się wytwór najbardziej zaawansowanej Szwajcarskiej technologii. Miał nawet dwie białe, dziwne wykałaczki, zastosowania których nikt nigdy nie odgadł. Były jednak w zestawie!

    O tym, że pies uciekł w panice do właściciela, który wykrzykiwał w ciemność słowa, a które to nie przystoją ostoi moralności gminy, zorientował się dopiero wtedy, kiedy przybrał pozycję obronną, dzierżąc w lewej dłoni scyzoryk, którego skróconą historię już poznaliśmy.
    Wykorzystując jednak chwilę niepewności, w której Andrzejek nie mógł pojąć co stało się z jego dzielnym adwersarzem, przedstawmy w szczegółach losy scyzoryka. Nie przyda się ta informacja absolutnie nikomu, ale szacunek jakim darzył go jego ostatni właściciel wymaga pochylenia się nad tematem szczególnie. Nie po to, aby naprowadzić czytelnika na trop, o czym będzie ta historia, lub aby w kluczowym momencie fabuły nawiązać sprytnie do nieistotnych wydarzeń przeszłości (scyzoryk zgubi dwa dni po opisywanych wydarzeniach, i nie będzie miało to żadnego wpływu na fabułę. Nie straci go nawet, ku smutkowi ironii, na tej samej ścieżce, na której go znalazł, ale na przystanku, niewiele bardziej istotnym od powyższej dygresji).
    Poznamy jego los, ponieważ taką podjąłem decyzję ja, a to jest już jakaś wskazówka podczas próby zrozumienia czym będą te popłuczyny zainspirowane wypaleniem zawodowym, brakiem alkoholu w lodówce, i cholerną niedzielą bez handlu, której zażyczyli sobie mieszkańcy tego wspaniałego, postkomunistycznego kraju.

    Scyzoryk powstał 17 lat przed opisywanymi wydarzeniami. Już w chwili jego produkcji był szmelcem bazarowym, na którym nie wiadomo kto zarabia pieniądze.


    Nie został ściągnięty z taśmy transportowej przed spakowaniem przez szefa zmiany, w celu podarowania go komuś bliskiemu. Nie, tym scyzorykiem był numer NRF-P-183725, a który w ciągu roku od wyprodukowania, zostanie wysłany z powrotem do chin i przerobiony na żyletki, jako część hałdy śmieci, która skończy jako, miejmy nadzieję, coś bardziej pożytecznego niż maszynka do golenia sprzedawana w paczkach po 20 sztuk za cenę połowy maszynki przyzwoitej jakości, które jeszcze przy kasie sklepu zdają się być wystarczająco solidne, aby ogolić sobie nimi genitalia przed randką ze śliczną dziewczyną poznaną przez internet, a które sprawią to jednak, już bardzo niedługo, że cały wieczór spędzimy nie na trzymaniu wybranki naszego serca za rękę (zwanej również ‘jedyną kobietą, która zdesperowana była wystarczająco, aby się z nami spotkać’), ale na jak najsubtelniejszym drapaniu się po jajkach.
    Scyzoryk Andrzejka był jednym z tysięcy wyprodukowanych tego samego dnia. Przechodził z rąk do rąk 20 razy, zanim pod sklepem zgubił go pan Stanisław, który osobiście znał kiedyś Wałęsę. Byli nawet na ty.
    Jego waleczność jednak nie została nigdy doceniona, a w czasach pokoju ludzie tacy jak Staszek nie potrafią odnaleźć się w otaczającej ich rzeczywistości. Stał się więc Stachem, który przechodząc po pijaku przez płot rozdarł spodnie, co przyczyniło się do zgubienia opisywanego ostrza.

    Tyle czasu, ile potrzeba było na przeczytanie powyższego paragrafu, zajęło właśnie otrząśnięcie się Andrzejkowi z szoku zwycięstwa. Rzucił się więc biegiem w kierunku krzaków, gdzie czekać mieli jego koledzy.


    Na miejscu zastał widok, mówiąc delikatnie, nietuzinkowy. Dwóch chłopaków próbowało utrzymać nieruchomo jamnika, kiedy trzeci wciskał mu do pyska starą, zzieleniałą, prawdopodobnie nigdy nie praną, skarpetę, w celu zakneblowania wijącego się z przerażeniem i obrzydzeniem psa. Na widok dopiero co przybyłego powiernika pierścienia odwagi, parówka zemdlała. Trudno ocenić, czy na wskutek przerażenia, czy też z powodu smrodu jaki wydzielała skarpetka Mariuszka.
    Z daleka słyszeli nawoływania księdza, które jednak słabły, by po chwili zaniknąć całkowicie. Proboszcz wrócił na plebanie. Nie po to sprawił sobie dwa jamniki, żeby musieć przejmować się ich losem, kiedy ten drugi jeszcze jest w stanie pełnić posługę pośrednio-kapłańską.

    -piesku, zostajesz z nami. Nie możemy pozwolić ci wrócić do domu, bo w wigilię mógłbyś podać księdzu nasze imiona. Ja w to nie wierzę, ale wiara jedno, a rzeczywistość drugie. Ryzyko jest zbyt duże. Adaś, zabierasz psa do siebie i wychowasz jak własnego.
    -Bez dyskusji.
    Dodał, widząc, że nie wszyscy są zadowoleni z takiego obrotu sprawy.
    Nikt nie chciał sprzeciwiać się woli Andrzejka, kiedy ten trzymał w dłoni scyzoryk, a w oczach widać było szaleństwo podsycane adrenaliną, której poziom w jego krwi nie spadł jeszcze do bezpiecznego poziomu.

    Następnego dnia Adaś próbował oswoić bestię chociaż na tyle, żeby pozwoliła się pogłaskać. Nic z tego, zbytnio zapadły jej w pamięć wydarzenia ostatniego wieczoru.


    Wpadł więc na pomysł, aby pozbyć się psa.
    Powszechnie wiadomym było, że Andrzejek, przywódca szajki, był fanatycznym miłośnikiem smoków i absolutnie nie chciał uwierzyć w to, że są one bujdą.
    Nie myśląc więc długo wysmarował psa zieloną farbą, przywiązał mu do grzbietu coś co miało przypominać skrzydła, i przerzucił go przez płot na podwórko Andrzeja, który akurat wychodził ze stodoły, w której trzymał kontrabandę, schowaną w jemu tylko znanym miejscu, pod postacią gazetki promocyjnej Viktoria’s Secret.
    W momencie, w którym zapinał rozporek dostrzegł zielone monstrum pędzące w jego stronę. Z krzykiem zamknął się spowrotem w stodole, i przez szpary między deskami obserwował z czym ma do czynienia.
    Wsunął na palec pierścień i już był gotowy do stoczenia walki ostatecznej, kiedy dotarło do niego, że patrzy przecież na najprawdziwszego w tym udawanym świecie smoka! Nie mógł go zabić, to mógł być ostatni osobnik, a oglądał kiedyś na dyskotekowych rowerach, czy jakoś tak, program o pewnym blondasie, który niesamowicie jarał się niebezpiecznymi zwierzętami, i powtarzał w kółko jak ważne jest pomaganie wymierającym gatunkom.
    Wyciągnął więc z kieszeni kawałek kiełbasy, który zawsze nosił przy sobie na wypadek apokalipsy czy innego nieszczęścia, i popchnął ją w kierunku pyska przerażającego potwora. Okazało się, że smoki żywią się, tak samo jak Andrzejek, kiełbasą śląską! Poczuł się niczym władca gadów, który ma z nimi wiele wspólnego.
    Smok uspokoił się nieco, i zaczął węszyć pod drzwiami, oblizując dłoń, która go nakarmiła. Wyczuł jakiś podejrzany zapach, skojarzył mu się on z lotem, i doświadczył przez chwilę krótkiego flashbacka. Widział siebie nad łąką, frunącego w stronę krzaków. Nie chciał przyznać, nawet sam przed sobą, ale podobało mu się to. W gruncie rzeczy prawdziwa krzywda spotkała go dopiero w krzakach...Bolesny był upadek, a nie lot. A teraz jeszcze ta kiełbasa...Postanowił nie mordować Andrzejka, spróbuje mu zaufać.
    Drzwi powoli się uchyliły, a jamnik wszedł niepewnie do środka, obwąchał buty chłopca i zaczął rozglądać się po swoim nowym lokum.
    Dwie godziny później między chłopakiem a parówką zaiskrzyło. Andrzej nie dość, że posiadał magiczny pierścień, to został teraz władcą smoków. Już i tak jego przerośnięte ego urosło teraz do niebezpiecznych rozmiarów.
    Gdyby tylko ludzie we wsi byli świadomi nadciągającego niebezpieczeństwa, zaczęliby zabijać okna deskami...

    cdn (o ile, tak jak poprzednio, ktoś będzie zainteresowany).

    Wołam liczny fanklub przygód Andrzejka:
    @GuyGardner @ZemstaNaCebulakach @czarnohumorasty @milltown @gregory_el @WieslawPaleta

    #pasta #heheszki #tworczoscwlasna #opowiadanie #andrzejekwladcasmokow (pod tym tagiem będę wstawiał ewentualną kontynuację)

    nigdy nie pisałem żadnych opowiadań, więc wszelki uwagi mile widziane. To mój debiut, przy którym bawiłem się zadziwiająco dobrze.
    pokaż całość

  •  

    #tldr
    - Babciu to nie będzie śmierć.
    Anna pochyliła się nad aparaturą uporczywie podtrzymująca życie zwiotczałego ciała wciśniętego w biel pościeli.
    - Skąd to możesz wiedzieć? - spytał słaby głos przepuszczony przez syntetyzator mowy. - Nie dają mi odejść... jutro kończę 121 lat, ale dalej nie chcę umierać.
    - Spójrz na ten świat... - starowinka skinęła głową za panoramiczne okno. Drapacze chmur szybujące ponad niebiosa, pojazdy majestatycznie unoszące się w powietrzu - Gdy się urodziłam było nas 9 miliardów. Nie łatwo było wyhamować ten wzrost. Kolejna wojna światowa tylko go rozpędziła. Dopiero powszechne prawo do eutanazji i kolonizacja międzyplanetarna zredukowała ludzkość do akceptowalnej ilości.
    - Ludzie w naturze mają tendencję do ucieczki do rozprzestrzeniania się - wtrąciła Anna - kiedyś mi to mówiłaś.

    - Tak pamiętam, przy obecnej technice nie grozi mi demencja starcza - starowinka wzięła głęboki oddech - Rozumiem, że w moim wieku odejście było by najlepsza opcją... Ale ty? Dziecko drogie dopiero masz 27 lat.

    - Nigdzie nie odejdę babciu. Przecież tobie mówię, że digitalizacja umysłu to nie śmierć. Moje myśli moje uczucia, cała sieć neuronowa, zostaną skopiowane. Dalej będę sobą, jako postać cyfrowa. Będę żyć.

    - Na początku to był zabieg medyczny, kilkuset milionom faktycznie uratował życie jednak koszty utrzymania cyfrowej jaźni są drogie. Paradoksalnie o wiele droższe niż te ustrojstwo - babcia ruszyła silikonowymi rurkami wpitymi w swoje ciało.

    - Nie planuję powracać do śmiertelnej formy - Anna wyprostowała się i podeszła do okna - Już zdecydowałam, moje ciało idzie na części. Jestem na to w idealnym wieku. Z ich sprzedaży zostaje opłacony transfer i digitalizacja. Prawo zabrania istnienia w dwóch oddzielnych postaciach. Bezużyteczne pozostałości zostaną skremowane i trafią do urny, razem z twardym dyskiem mojej jaźni i dostępem do internetu, oczywiście.

    - Trafisz do urny na długo prze mną.

    - Trafię do moich znajomych, do rodziców, do pracodawców... dziadek też tam jest. Przez tyle lat mogłaś z nim rozmawiać. Czy to że się zdecydował na digitalizację było powodem rozwodu?

    - Tak kochanie - postać na szpitalnym łóżku lekko przygasła - Nie potrafiłam zaakceptować jego decyzji. Nie wiem... nie czuję go.
    - Gdy przeszedł na tamta stronę był sobą... ale był inny. Nie czułam jego bliskości, mogliśmy rozmawiać codziennie całymi godzinami.
    - Ale to nie było to samo. Był daleko, jak po drugiej stronie internetu. Przysięgałam mu wierność dopóki nas śmierć nie rozdzieli. -- Jego ciało umarło i mam wątpliwości co do umysłu. Czy to dalej jest on czy AI która się zachowuje jak on.

    - To On babciu. - odparła Anna - W każdej chwili możesz się z nim skontaktować i porozmawiać. On już jest wieczny.

    - Ludzie w naturze mają tendencję do ucieczki - zabrzęczał modularny interfejs babci - Nie wiem jednak czy to dalej ucieczka czy poddanie się śmierci. Chcę się z nią mierzyć ale na własnych zasadach.
    - Wszystko z czasem zaczyna się coraz bardziej komplikować. Wszyscy odchodzą, uciekają... a teraz ty kochanie.

    - Odejdę ale będę przy tobie... codziennie. Aż sama odejdziesz, lub dołączysz do nas.
    Anna pochyliła się nad babcią całując ją w czoło.

    - Co to za miejsce kochanie? Tam gdzie idziesz zrobić ten... errr... zabieg?
    - Sanatorium, krematorium?

    - Nazywa się Absentum, babciu.

    W dniu 121 urodzin swojej babci Anna Cassini wysiadła z powietrznej taksówki w miejscu gdzie widziano ją ostatni raz w swojej fizycznej formie.

    #opowiadanie #transhumanizm #scifi #technologia #sztucznainteligencja #filozofia #filozofiaflasza

    pokaż spoiler #muzyka bo dobry teledysk a #nsfw dodam bo modom nawet digitalizacja nie pomoże i uj wie co mi tu wymyślą
    pokaż całość

    źródło: youtu.be 18+

    Czy zdigitalizowany człowiek to...

    • 23 głosy (37.70%)
      świadomość cyfrowa
    • 13 głosów (21.31%)
      sztuczna zmiana w AI
    • 25 głosów (40.98%)
      to zwykła smierć
  •  

    Andrzejek nie był specjalnie dobrze zbudowany, ani na ten przykład zbyt inteligentny. Posiadał za to pierścień, który ukradł z babcinej komody rok temu, a który sprawiał, że nie odczuwał strachu kiedy nosił go na palcu. Niestety jego drobne, trzynastoletnie paluszki były zbyt małe na szczyt cygańskiej sztuki pseudo-złotnictwa (pierścień zrobiony był z tombaku), a który to zakupiony został jeszcze w czasach drugiej Wojny Światowej przez jego dziadka, od, sympatycznego mimo wszystko, pana o karnacji przyprószonej gównem pod sklepem monopolowym, gdzie nestor rodu Sowickich parkować miał w zwyczaju konia.
    Nosił go więc na łańcuszku. Sposób ten podpatrzył w pewnym filmie o ludziach z gór, którzy z jakiegoś powodu chcieli się go pozbyć. Możliwe, że nie byli w stanie poradzić sobie psychicznie z nadmiarem odwagi, którym pierścień mógł obdarzyć jego właściciela.
    Ten mały przedmiot był przyczyną ogromnej zazdrości wśród kolegów Andrzejka, ale też i kłopotów, ponieważ w momencie kiedy zakładał go na palec był w stanie podjąć się najgłupszego nawet zadania. Było to często wykorzystywane przez znudzonych gówniarzy, którzy postrzegali powiernika pierścienia jako obiekt żartów i kpin.
    Na swoim koncie miał więc Andrzej na przykład pobicie Sławka, wioskowego menela, który pluł na kobiety wychodzące ze sklepu, częste defekacje w miejscu publicznym (okazuje się, że tylko strach powstrzymuje rodzaj ludzki przed wykonywaniem tej czynności w samym środku gminnego festynu), molestowanie siostry burmistrza, ucieczkę z domu na tydzień, aby podążać za lokalnym zespołem w jego trasie koncertowej po okolicznych wioskach, utknięcie w kominie, czy też nasikanie na swojego śpiącego dziadka (gdyby tylko dziadek wiedział, jakie będą konsekwencje wymiany dóbr z nieżyjącym już Cyganem, nigdy by nie sfinalizował transakcji).
    Motywacji tego ostatniego nawet sam Andrzejek nie był w stanie wytłumaczyć. Na pytanie matki dlaczego to zrobił, odpowiedział tylko, że bardzo mu się chciało, a dziadek i tak już przecież śmierdział moczem. Ciężko wygrać z logiką.

    Jak więc łatwo się domyślić, Andrzejek miał w okolicy opinię świra, świni i zboczeńca. Z tego też powodu wołano za nim ‘Sisiz’. Wpasował się swoja osobą idealnie w lokalny folklor, który wychował wielu takich jak on w przeszłości.
    Każdy jednak stworzył swoje własne okoliczności wyprowadzenia na świat konsekwencji żenienia się pomiędzy kuzynostwem, co było tradycją starą jak sama wieś. Przyznać mu jednak trzeba pierwszeństwo w kwestii wiary w magiczny pierścień (czy na ten przykład szczanie na swoich krewnych).
    Pewnego razu chłopaki zgadali się późnym wieczorem, aby wyrównać porachunki z proboszczem, który miał w zwyczaju patrzeć na nich z góry i straszyć piekłem. Andrzejek drżącymi dłońmi wsunął pierścień na palec…

    Dźwięk pękającej szyby w oknie proboszcza zabrzmiał niczym wystrzał pistoletu startowego. Zgraja umorusanych niemożebnie dzieciaków puściła się pędem w stronę najbliższych krzaków.
    Uciekli wszyscy za wyjątkiem Andrzejka.
    Był z nich wszystkich najchudszy, nadrabiał jednak wzrostem.
    Chociaż wiedział, że powinien uciekać, czuł w trzewiach, że robota nie jest jeszcze skończona. Czegoś brakowało…

    -Czochraj bobra pierdolony klecho!

    Krzyknął w ciemną noc swoim piskliwym głosem, a następnie rzucił się do ucieczki. O całe trzy sekundy za późno…
    Dwa jamniki, które wybiegły z plebanii były już 30 metrów od niego. 20...10...Biegł ile sił w nogach. To nie przed psami uciekał, ale przed konsekwencjami swojego występku. Już czuł na udach nahajkę swojego dziadka, już słyszał dźwięk jaki wydaje w kontakcie z jego delikatną skórą. Psy go wytarmoszą, owszem, ale dadzą mu chociaż szansę obrony, pozwolą stoczyć walkę, do której mentalnie był przecież przygotowany już w chwili szukania odpowiedniego kamienia.
    Jednak wizja czystego bólu, który nie sposób zagłuszyć rebelią, zdominowała jego umysł na tyle, że kiedy poczuł dodatkowy ciężar w lewej nodze nie był w stanie od razu uświadomić sobie jego genezy. Trwało to jednak krótko. Zanim upadł twarzą w trawę już wiedział, że to jeden z cerberów dopadł go i złapał za nogawkę. Machnął na ślepo nogą, i parówka, zwana odważnie przez niektórych psem, odfrunęła niczym ptak w stronę pobliskich krzaków. Skowyt psa nie trwał długo, zajęli się nim koledzy Andzejka. Nie sposób powiedzieć, czy to pies bardziej przestraszył się odkrycia w sobie genów braci Wright, czy też banda smarkaczy na głowach których wylądował pies kłapiący na oślep tępymi, żółtymi zębami.
    Nie był to koniec mąk współczesnego Goliata. Drugi jamnik stał trzy kroki od niego i ujadał jakby ulokował w rękach dziecka cały majątek rodzinny, i zorientował się właśnie, że ono nie tylko nie ma jak go spłacić, ale nawet gdyby mogło, to nie zrobiłoby tego z czystej złośliwości.
    -Z tym nie pójdzie tak łatwo…
    Pomyślał, ale zrobił mimo to wymach nogą, próbując go dosięgnąć. Pies zrobił unik pełen gracji i...zaczął uciekać w stronę kościoła. Uznał, że nie pisał się na walkę jeden na jednego. Mądra to była decyzja, ponieważ Andrzejek już zaczął otwierać w kieszeni scyzoryk, który kiedyś znalazł na ścieżce za sklepem. Warto tu wspomnieć o historii szlachetnego ostrza, który dzierżył chłopiec:
    Podobnie do ekskalibura, scyzoryk mógł podnieść wyłącznie ten najbardziej męski, odważny i (tu już mała nieścisłość, chociaż obstawiam, że i z gównem rycerze musieli mieć często do czynienia, w końcu rycerz to nie król) nie brzydzący się kałem, rzygami i moczem meneli, poszukiwacz przygód. Ścieżka, na której odnalazł ostrze, była celem podróży każdego, kogo przypiliło w trakcie zajadłych dysput nad tanią berbeluchą kupioną u pani Marysi, piersiastej ekspedientki w jedynym sklepie we wsi, pamiętającym jeszcze wspaniałe czasy komuny.

    Nikt poza Andrzejkiem nie odważył się nawet pomyśleć o podniesieniu świecącego szlachetnym odcieniem brązu ostrza, z kałuży szczyn. Prawdopodobnie i właściciel wcale go nie zgubił, ale uznał jedynie, że kozik nie jest wart wysiłków i traumy, po tym jak wypadł mu ze spodni, kiedy kucał na ścieżce rozglądając się za liściem odpowiedniego kształtu, który mógłby sprofanować i zakończyć tym samym dziedzictwo wspaniałych paproci, które kiedyś dominowały na tej planecie.

    cdn (jeżeli chociaż jedna osoba będzie zainteresowana)

    #pasta #heheszki #tworczoscwlasna #opowiadanie
    pokaż całość

  •  

    Jedna mirabelka przypomniała mi pewną historie z dzieciństwa ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Lvl 8 może 10, dokładnie nie pamiętam.

    Mieliśmy u mnie na podwórku zgraną ekipę. 5 osób ze mną to była stała grupa, plus często jeszcze inne dzieciaki od sąsiadów przychodziły. Do dzisiaj się dziwię, że rodzice nigdy się nie wkurzali, że tyle u nas dzieciarni było, dopiero później do mnie doszło że w sumie to mieli dzięki temu spokój, a ja się mogłem wyszaleć. No ale, policjanci i złodzieje.

    Na rowerach. Kurwa musiałem być policjantem, ale miałem karteczki samoprzylepne i długopis, mogłem przynajmniej wystawiać mandaty jak kogoś złapałem i musieli płacić listkami z drzew, więc nie było tak źle. Podczas jakiejś poważnej gonitwy, zabrnęliśmy na rowerach naprawdę daleko. No uciekali nieźle, w końcu już nikt nie miał sił. Nowe miejsce, więc trzeba zwiedzić. I znaleźliśmy tam takie ceramiczne cuś (ogólnie ceramiczny cylinder który trzyma druty na słupach wysokiego napięcia)

    A że dzieciarnia pragnie destrukcji próbowaliśmy to rozwalić - nic. Rzucanie, walenie tym po kamieniach, no nic nie dawało rady. Wróciliśmy do mnie, nota bene policjanci i złodzieje w tym momencie już przyjaciele - i wzięliśmy największy młot jaki znaleźliśmy. Oczywiście ja musiałem to rozwalać - jestem w końcu u siebie, młot też jest mój, później najwyżej sobie rozwalicie jak coś jeszcze z tego zostanie hehe matoły.

    Uderzenie. Sukces, ceramiczne cuś pękło. Ale czuje, że coś leci mi po nodze - a to krew. W duuuużej ilości, chociaż nie czułem w ogóle bólu z czego później byłem niesamowicie dumny bo nie płakałem a krwi było naprawdę dużo. Efekt to panika złodziei, trzy szwy, blizna do dzisiaj i historia sprzedana rodzicom o tym, że Bocian (mój podwórkowy kumpel) jak zawsze wjechał we mnie i się wywaliłem na rowerze.

    Musze rodzicom powiedzieć, ze to nie był Bocian.

    #dziendobry #heheszki #opowiadanie #rozkminkrzaka
    pokaż całość

  •  

    A ten trzepie strapona oburącz jak dywan! Ale w złości, podkurwiony, zęby zaciśnięte, mamrocze coś pod nosem... To mu mówię: Hubson! To się wkłada do dupy! A ten nic! Pojechał jeszcze trochę dildosem na ręcznym i się schlapał.

    pokaż spoiler KONIEC


    #kapitanbomba #kapitandupa #historia #opowiadanie pokaż całość

  •  
    A......e

    +14

    Kiedyś na studiach miałem warunek.
    Poprawiłem i dostałem podpis wykładowcy wraz z oceną do karty ocen. Było to przed końcem semestru.
    Zaniosłem kartę ocen do dziekanatu i zadowolony wróciłem do domu.
    Po kilku dniach dostaję wiadomość że mojej karty ocen nie ma w dziekanacie i w konsekwencji zostaję wykreślony z listy studentów bo brakuję mi 2 punktów ects.
    Idę do dziekanatu i pytam się gdzie jest kurwa moja karta.
    Grażynki odpowiadają: "Wszędzie szukałyśmy, ale ni ma. Na pewno Pan oddał?? A, z resztą niech Pan jeszcze raz idzie do wykładowcy po podpis bo już nam się nie chce szukać. Przepadła i chuj".
    Elo
    Idę znowu po podpis, facet oczywiście robi humory, ale podpisuje. W dodatku robi jeszcze zdjęcie karty bo mi nie ufa.
    Rzucam w pysk kartą ocen Grażynkom z dziekanatu i wychodzę.
    Przez następne kilka miesięcy przypominaj się wykładowcom żeby wpisali Cię na listę obecności bo Grażynkom nie chciało się zrobić nowej listy studentów.
    Ehhhhhh
    #studbaza #opowiadanie #kurwyzdziekanatu #takaprawda
    pokaż całość

  •  

    #opowiadanie pt. "Mały Enter" cz. 2

    czyli jak dostałem pierdolca i on został.

    cz. 1 - klik

    ***

    O trzeciej w nocy budzi mnie alarm o charakterystycznym dźwięku. Znaczy przyszedł mail super bardzo pilny, alert, wszystkie ręce na pokład. Zdarza się może ze dwa razy w miesiącu średnio. Wiadomość napisana za oceanem.

    Otwieram maila, temat: HELP! bez treści i dwa załączniki: program.rar oraz zdjęcie jakichś bazgrołów. W archiwum RAR znajduje się jeden plik: program.exe. Programiści-freelancerzy i ich fantazja jeśli chodzi o nadawanie nazw programom.

    Zaczęła się wymiana wiadomości oraz telefonów, co podsumuję tak: kontrahent mojego kontrahenta pokłócił się z informatykiem, który zajmował się obróbką danych i z dnia na dzień zerwał współpracę. Udało się go skłonić do przesłania programu, który sobie napisał na potrzeby tej obróbki, ale ten program to wyłącznie ikonka w trayu, która nie ma żadnego menu, nawet opcji "wyjdź", a program obsługuje się wyłącznie skrótami klawiaturowymi, które programista ustawił pod siebie i znał na pamięć, wobec czego w programie nie ma nawet linijki komentarza, o dokumentacji jakiejkolwiek nie wspominając.

    Ktoś tam się do niego dodzwonił, jakaś sekretarka, autor programu przez telefon dyktował te skróty i który co robi, ale czytelne na zdjęciu notatki są jedynie same skróty, koleś walił slangowymi terminami, których sekretarka nie znała i pisała to, co słyszała, w rezultacie nawet Amerykanie nie bardzo wiedzieli, co to znaczy, poza tym w biurze u klienta są głównie maki, a gdy w końcu udało im się ten program odpalić na jakimś windowsie po deaktywacji wariujących z jego powodu antywirusów, to on "nic nie robił".

    Okazało się, że program służy do przerzucania/modyfikowania danych w innych programach, przykład: mając otwarty dokument w programie Open Office i naciskając CTRL+ALT+D program wyszukuje w dokumencie datę zapisaną w zasadzie w dowolnym formacie, przekształca ją w format miesiąc/dzień/rok, do tego wylicza wiek tej osoby i rezultat zachowuje w schowku jako czysty tekst w dwóch linijkach oddzielonych znakiem powrotu karetki i nowej linii... Piszę poważnie, istnieje w informatyce określenie znak powrotu karetki i nie ma to nic wspólnego z medycyną :)

    Tak więc "program.exe" działa wyłącznie z innymi programami, na autentycznych danych. Innymi słowy sam program rzeczywiście nie może nic zrobić.

    Raportuję to klientowi, na co przychodzi odpowiedź "proszę, oto dane" i załączone kilkudziesięcio-megowe archiwum ze zdjęciami, podpisami i mnóstwem plików tekstowych, głównie RTF, ale nie tylko i kilka linków do innych, dużych plików.

    Okazało się, że chodzi o "yearbooki", czyli szkolne/studenckie księgi pamiątkowe, takie ze zdjęciami, podpisami i motto, które znamy z amerykańskich filmów. Oraz że programista, który im to obrabiał, ostatnio nawalał z terminami, dlatego się pokłócili oraz że mają tego mnóstwo do zrobienia ASAP RUSH URGENT EMERGENCY :)

    Okazało się później dodatkowo, że PROGRAM.EXE działa dobrze wyłącznie z bardzo konkretną wersją Open Office, czyli że generalnie wtedy jeszcze u mnie nie działał, podpytałem więc o kilka rzeczy i spróbowałem zrobić jedną stronę ręcznie.

    Oczywiście kilka razy jebnąłem się z datami, no bo jak to dla normalnego człowieka kurwa wygląda: 10/18/1997 (dla mnie teraz wygląda to normalnie), ale odpisali mi, że żaden problem, że oni to będą po mnie sprawdzali i że poza tym zajebista robota wykonana, wszystko jak trzeba, byli wręcz zaskoczeni. No cóż, kiedyś moim głównym zajęciem była grafika komputerowa, okazało się, że talentu do ambitnych dzieł graniczących ze sztuką mam za mało, ale programy i elementarne zasady projektowania poznałem na wylot.

    Była może szósta rano. Zaparzyłem sobie więc mocną kawę i do roboty.

    Po kilku godzinach zacząłem dostawać pierdolca, który w zasadzie nie minął mi do dziś, tylko próbuję umykać mu różnymi sposobami.

    Podam przykład. Pewnego razu zabrałem się do mycia lodówki i przy okazji wyrzuciłem kilka przeterminowanych rzeczy, cóż bywa ¯\_(ツ)_/¯

    Następnego dnia robię sobie kanapki, po czym gdy zadowolony siadam i wgryzam się w pierwszą, w ustach czuję posmak ropy, czyli oleju napędowego. A smak oleju napędowego znam o wiele lepiej, niż bym chciał - hasztag motoryzacja #pdk i czasy studenckie, gdy jeździłem gruchotem.

    Co się okazało? Że wyjebałem do kosza dobrą margarynę, a zostawiłem w lodówce przeterminowaną.

    Wkurwiłem się solidnie na siebie, do tego nowa margaryna, nieotwarta jeszcze była w koszu, ale całą noc była poza lodówką i już jej nie ufałem.

    Myślicie sobie, jakim trzeba być debilem, żeby nawet pomijając kwestię daty nie kapnąć się, że się wyrzuca pełne opakowanie margaryny, a zostawia napoczęte?

    No to przypominam, że inżynierowie NASA rozjebali jakiś sputnik nad Marsem dlatego, że całe NASA nie kapnęło się, iż w jednym miejscu wpisano parametr w calach, a miał być w centymetrach albo odwrotnie. A chyba trudno aspirować do bycia mądrzejszym niż całe NASA? ;)

    No więc ja to przeżyłem na własnej skórze dlatego, że ze wszystkich sił broniłem się przed świadomością, iż zacząłem mieć problemy z odczytywaniem dat odkąd zacząłem mieć do czynienia na co dzień ze sporą ich ilością w formacie amerykańskim.

    Największego problemu narobił mi Excel, w którym czasem dostawałem dane. Otóż ten program nawet w wersji angielskiej ustawienia daty bierze z... systemu. Najprostszym więc rozwiązaniem było przestawienie ustawień daty w systemie. Wtedy zaczął się mój pierdolec na poważnie.

    Opowiadam to czasem jako anegdotkę i dodaję, żeby mi przesyłać daty z miesiącem pisanym literami, innych nie przyjmuję do wiadomości, a z kontrahentem gdy dyskutujemy o datach, stanęło na formacie YYYY mmm DD (w praktyce oczywiście w 99 procentach przypadków jest to mmm DD) czyli tak, jak na tej kostce masła z mojej lodówki :) Ten bazgroł to 2018 JUL i jest to dla mnie czytelniejsze, niż data.

    Krótki research na Reddicie potwierdził, iż z tym ma problem praktycznie każdy obcokrajowiec jadący do USA, po dłuższym czasie wracający no i oczywiście Amerykanie wyjeżdżający poza kraj.

    Gdyż nawet jeśli się nauczysz rozróżniać te daty, to w pośpiechu i mając sporo na głowie każdy wcześniej czy później się jakoś jebnął, a czasem zdarza się też mi gapić na datę i jestem na 99% pewny, że ją dobrze odczytuję, ale już zaczynam czuć echa tego wkurwu po wyrzuceniu margaryny i nie mam ochoty więcej nigdy się nad tym zastanawiać, stąd taki napis na niektórych moich produktach w lodówce ¯\_(ツ)_/¯

    I to dlatego USA nie przechodzi na metryczny system miar i "normalny" format dat. Spowodowałoby to zapewne mnóstwo problemów, przy których to, że dobra żywność byłaby wyrzucana na śmietnik i to pewnie zdarzałoby się hurtowo przez jakieś systemy korporacji handlowych, byłby jednym z najmniejszych.

    Dowód z życia: bez zmiany formatu dat w grudniu pracownik jebnął się przy wpisywaniu roku i obciążył karty wszystkich klientów na kwotę 7,5 miliona dolarów, akurat pamiętam to dobrze, bo dotyczyło to także mnie:

    Essentially the problem came when they manually ran their biller for dates like 12-31-2008. They should have entered the year as 2007 and since the biller noticed that it was apparently December of 2008, it thought that it needed to catch up and collect money from a bunch of people for the year of billing it missed. To the system, it appeared as though no one had been billed for the entire year, so it went back and charged people their hosting fees for all of 2008.

    http://cybernetnews.com/dreamhost-makes-a-big-um-whoops-mistake/

    Dodam jeszcze, że po pewnym czasie, gdy zautomatyzowałem sobie wszystko co możliwe i zacząłem dostawać takich zleceń coraz więcej z różnych szkół i uniwersytetów, pewnego dnia zacząłem robić kanadyjskie yearbooki, a w Kanadzie datę zapisuje się normalnie, co wcale mi nie pomogło z moim problemem, przeciwnie.

    PS. To miał być wpis, który stał się opowiadaniem, a zaczyna wychodzić coś wielkości książki...

    #pracbaza #grafika #usa

    Ciąg dalszy będzie pod tagiem #mordeusz
    pokaż całość

  •  

    "Był to czas wielkiej samotności...", "Z osiedla ocalało tylko chybotliwe lustro wody w studni"

    Otwieramy serie na krótkie opowiadania. Codziennie nie dam rady, ale będzie jakieś opowiadanie krótkie - mój wybór. Na pierwszy rzut będzie "Jeździec bez głowy" Zygmunta Haupta (urodzony 1907 rok). Pierwodruk w Wiadomościach w 1958 roku. Obecnie wszyscy chwalą tego pisarza i jest na niego moda i jest kilka dobrych opowiadań, ale jak na ponad 600 stronicowy zbiór "Baskijski diabeł", to jest niewiele dobrego, ale ja jestem wymagający jeżeli idzie o krótką prozę. Haupt brał spory udział w II wojnie światowej: walczył jako oficer rezerwy w 10. Brygadzie Kawalerii Zmotoryzowanej oraz przeżył ewakuację Dunkierki. To opowiadanie jest o tym jak armie wkraczają w życie cywilów i niszczą "sielankę" o ile tak można nazwać życie chłopa podczas wojny. Rozpoczyna się od tego, że narrator czyta prywatny list miłosny chłopa schowany gdzieś w opuszczonym w pośpiechu domu:

    "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Z daleka, nie z bliska, pisze słowa mego listu. Przy stole siadam i papier rozkładam. Przyleciał sokół z góry i rzucił mi swoje pióro. Ty w środku, a ja z kraja, nasze ręce się podają. Ty górą ja doliną, między nami woda płynie"

    Następnie jest o szabrownikach i okaleczonym torsie młodego żołnierza i bezsensie wojny.

    "Pomiędzy Hinterlandem – linią tytułowego chaosu, raju cwaniaków, tchórzy, zabłąkańców, maruderów radzących tam sobie, wwalających się do opuszczonych domów, rozwalających drzwi sklepików, wypychających kieszenie jadłem, owocami, pudełkami papierosów, gadatliwych i wrzaskliwych, kryjących się przed nalotami w sieniach domów i piwnicach, rabujących i gwałcących, bredzących nieprzytomnie lub najchytrzej deformujących i tak już straszną prawdę, otóż pomiędzy tym a linią boju, czy jak to nazwać, był zawsze pas neutralny: ziemia niczyja, strefa bezosobowej, pustej trwogi. W niej to żyją i żerują bestie, stwory zrodzone z ciemności, którym wmiast oczu pali się zielone próchno, zamiast rąk mają szpony i haki, nawołują się niezrozumiałym językiem, stękaniem i świszczącym szeptem. Idą nie tłumem ani w pojedynkę, ale parami, w trójkę, pojawiąją się żeby nie wiem jakie było pustkowie, idą pewnie, jak po sznurku, jakby wiedzione specjalnym węchem, w miejscu, gdzie niedawno śmierć w huku, zgrzycie, chichocie rozrzuciła ułamki ludzkich meteorytów. Z trudem dają się ściągnąć fasowane z magazynu buty żołnierskie, jeszcze żółte od chromu i niebieskie jeszcze gwoździe podkutych podeszw. Ciężko otwierają się klamry pasów. Potem pod niebem, co po nocy tak zbliża się do ziemi, leżą już nagie, nienawistne resztki ludzkie.

    Obok wzdętego pod pręgiem siodła, u którego oderżnięto już skórę tybinek, trupa końskiego leżał trup jeźdźca. Był to równie odarty trup młodego chłopca, jak można było domyśleć się z podchorążowskiego sznurka, jakim obszyty był naramiennik ocalałej na nim, porwanej kurtki polowej. To ten biało-czerwony, kręcony sznurek identyfikował młodzieńczość żołnierza, bo tam, gdzie powinna być głowa, nie było nic. Wydarty niedaleko przez pocisk lej tłumaczył, co sprawiło to okaleczenie. Bezgłowość tego torsu robiła niesamowite wrażenie. Wydawało się, że nie były to resztki człowieka, ale coś nie z tej ziemi, przyniesione tu spoza jej granic – bezwzględna obcość śmierci, co nie jest z tego świata. Nic, zakurzony ludzki tors bez głowy, jakby na urągowisko tej strasznej ofiary."

    Artykuł

    #starszezwoje

    #historia #literatura #ksiazki #polska #opowiadanie
    pokaż całość

    źródło: api.culture.pl

  •  

    Czy wyjście do kibla za potrzebą może uratować życie? I czym zajmują się urodzeni w czepku Polacy w pakistańskiej stolicy?

    Mirasy, zapraszam na kolejne opowiadanie około-podróżnicze na podstawie własnych doświadczeń pt. "Szczęściarze z Islamabadu", tym razem oparte na ciekawej historii którą usłyszałem niegdyś od polskiego dyplomaty w lobby międzynarodowego hotelu w Islamabadzie.

    Fajnie, gdybyście wykopali Cumple, link powyżej ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    PS. jetem już z powrotem na Czarnym Lądzie, jutro szczegóły tułączki i jakaś pierwsza anegdota z jajem:)

    #wanderlust - tag z moich podróży i opowiadanek.

    Insta | Blog

    #podroze #podrozujzwykopem #tworczoscwlasna #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #historia #swiat #opowiadanie
    pokaż całość

    źródło: marriott.jpg

  •  

    Mam dla was historyjkę z wesela. Trzy tygodnie temu miałem #slub w rodzinie no to pojechałem (sam oczywiście, bo #przegryw), ale nie o tym mowa. Mam w dalszej rodzinie takiego gościa, który jak był młodszy to chuderlaczek, nie lubiał zwracać na siebie uwagi, był nieśmiały, grał całymi dniami no jak typowy przegryw. Nazwijmy go Piotrek. No więc tego Piotrka ostatni raz widziałem 5 lat temu (wtedy on lvl 18, ja lvl 22 | teraz on lvl 23, ja 27), bo się wyprowadziłem daleko z rodzinnych okolic. Co prawda bywałem w domu itp., ale jako, że Piotrek to była dalsza rodzina to się z nim nie widywałem. Tak minęło 5 lat i dopiero się zobaczyłem z nim na ślubie. Pod kościołem już słyszę obgadywanie Piotrka (potem zrozumiałem, że to właśnie o niego, bo pojawiło się nazwisko). Gość też się wyprowadził parę lat temu ok 80km od domu do większego miasta i przyjechał na ten ślub rowerem XD. Poszedł jedynie przed przyjściem do kościoła do domu rodzinnego wziąć prysznic i się przebrać w garnitur. No to właśnie Grażyny gadały na niego, że zamiast się wyprowadzić i usamodzielnić to on pewnie tam ledwo co żyje z dnia na dzień i pewnie rodzina co chwile wysyła mu pieniądze, bo kto normalny przyjezdza rowerem (bo przecież na ślub trzeba superanckie autko). Przyszedł pod kościół. Sam podszedł do mnie, przywitaliśmy się i powiem szczerze, że nie rozpoznałbym go. Brodę fajną stylową ma, włosy stylowe do tego garniak widać, że z górnej półki. Ćwiczę sam co nieco na #silownia, ale on nie dość, że widać że szeroki to jeszcze trochę urósł w góre przez te 5 lat. Jak spytałem to teraz ma z 192cm, a te 5 lat temu miał 187cm. Na siłowni ćwiczy przez 4 lata, a od 3 lat trzyma miche i mówi, że dopiero jak zaczął trzymać miche to jest pogrom. No i tyle gadki było z nim przed kościołem, jeszcze przed uroczystościa zaczął mi gadać jakieś tajemnice kościoła, inkwizycje, podawać daty, coś jakieś papieże Hitlera i mówi, że na ogół jest agnostykiem (Osoba, która wierzy, że Bóg może istnieć, ale ludzie tego nie udowodnią), ale on za to chętnie się dowiaduje i bada sprawę religii i kościoła katolickiego jak to wszystko działa. Dobra zaczęła się uroczystość, wio na wesele tam #alkohol, tańce itp. Znowu się z nim zgadałem na trochę przed tymi zabawami o północy (nawet nie wiem jak to się nazywa xd). Dowiedziałem się, że miał dziewczynę po tym jak się przeprowadziłem, ale zerwali z sobą dość szybko, bo ona nie akceptowała jego "zabaw". Nawet powiedział, że jest tu na weselu, a teraz jako tako nie chce mieć dziewczyny, bo to marnowanie czasu, bo nie znajdzie dziewczyny takiej ambitnej jak on, a jak juz to bardzo cięzko by z tym było. Mówił też, że interesuje się sztuką przetrwania, zaczął mi opowiadać jakieś tipy co do przetrwania, też na temat ziel zaczął mi mówić co jest dobre, a co nie, że nawet jakieś szyszki są zdrowe czy co tam. Ogólnie mówił, że ekologia to podstawa i powinienem też dbać o środowisko. Mały skrawek tego, co mi opowiadał jak dba: - jeździ rowerem, pije kranówe przez filtry, myje się samą wodą (?? mówi, że to jest zdrowsze niż kosmetyki i organizm się do tego przyzwyczaja po czasie jakimś). Z tym się trochę zdziwiłem, bo ani od niego nie śmierdziało, a nic. Włosy też miał zadbane, a nie miał krótkich tylko takie troche dłuższe. I tak dalej opowiada, że on bada świat i żebym się otrząsnął też i zaczął, bo widzi, że jestem w miare ogarnięty. Gadał mi o #ld, #oobe, pokazywał zdjęcia szałasów jakie zrobił i niektóre naprawdę były profesjonalne, pokazywał zdjęcia z #morsowanie. Gadał i gadał o tym jak to on odkrywa możliwości swojego ciała i możliwości jakie daje środowisko. Ćwiczy też sztuki walki sam w domu, ma sprzęty itp. i nagle trzasnął przy mnie z pięści w ściane całej siły i mówi, że zobacz jak pięści można zahartować. Ja aż otworzyłem szeroko oczy, bo nie wiedziałem już jak mam reagować na jego zachowanie. Dobra 3maj się Champois idę na zabawe, bo już gość woła przez mikrofon. Znowu się zdziwiłem, bo on kiedyś nieśmiały, a teraz leci z uśmiechem na takie rzeczy. Zabawa polegała na tym, że faceci tańczą, ściągają ubrania, zamieniają się i kto pierwszy ubierze się w swoje ubrania to wygrywa. Oczywiście podczas rozbierania, dziewczyny piszczały xD, a że większość to trochę zalani byli albo troche przy kości. To jak Pioter zaczął się rozbierać to wtedy jakie piski poszły, bo kaloryfer, klata wywalona, że aż się zdziwiłem. Skurczybyk ładnie wycięty był więc no graty mu za co. Na domiar wszystkiego wygrał te zawody, dostał 1l wódki i przyszedł i mówi bierz Champois, bo ja i tak nie pije alkoholu. No jak on nie pije to wezme, czemu ma się marnować? Pod koniec wesela jeszcze ta była dziewczyna do niego zaczęła sapać coś(oczywiście nawalona, a on opowiadał dla kogoś o niej i ona to usłyszała to chciała sie zemścić), bo "on się patrzy na nią i aż ślina mu leci, ale on i tak juz nie ma do niej podjazdu i pojechała po nim, że nie stać na szampon to się myje tylko wodą i w ogóle jak jakiś dzikus jest, bo tylko ciągle chodzi po tych lasach i buduje DOMY (XD) i pewnie mieszka sam w takim, a nie w bloku tak jak ponadto opowiadał". On odparł na to śmiechem i żeby zaczęła żyć jak człowiek, a nie jak zwierze. Trochę ją to sprowokowało, ale zaraz #karyna ją uspokoiła. No i tyle z wesela, poprawiny przebiegły spoko. Zostałem parę dni w domu i jak zacząłem już jechać do swojego miasta, to go zauważyłem na rowerze. Podjechałem, zamieniliśmy parę słów i pojechałem siną dal. Sobie przypominałem jak to #grazyna mówiła, że biedak, bo rowerem jeździ, a miał rower droższy od mojego auta, bo jak potem patrzyłem ten model od #kross to kosztuje 10tys, a jeszcze mówił, że ma w domu górala. Ehh sam nie wiem czy mu się powiodło w życiu czy zwariował od swojego przegrywu? Co o tym myślicie? #opowiadanie #pytanie #wesele #historia pokaż całość

  •  

    Z powodu świąt Wielkiej Nocy znalazłem się na wsi, w celu wspólnego przeżycia z rodziną tych jakże pięknych dni. Po kolacji, wybrałem się na spacer, w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza. Tak się złożyło, że przechadzając się napotkałem na bezpańskiego pieska. Był on bardzo ładny, aczkolwiek muszę przyznać, że przez jego przeszywający wręcz wzrok najdłem się strachu. Gdybym miał takiego pieska, najprawdopodobniej nadałbym mu imię Pimpek. Poza tym wydarzeniem, spacer okazał się być świetnym pomysłem. Było bardzo wietrznie i przez to trochę zmarzłem, ale pomimo tego, zrelaksowałem się i mogłem podziwiać piękny krajobraz polskiej wsi (zlokalizowanej w Polsce A), a gdy wróciłem do domu, rozgrzałem się jedząc przepyszny, babciny żur... a może to był barszcz biały? Pewności nie mam, ponieważ dania te pachną i wyglądają tożsamo.

    #opowiadanie #swieta #wielkanoc #historyjka #wlasnemysli #spacer #smiesznypiesek #polskaa
    pokaż całość

  •  

    Dawno dawno tymu, za siedmioma chujami, za siedmioma zekami, w okolicach Gubałówki mieszkał Tomisław Apoloniusz Curuś Bachleda Farell, jak ten piecyk z dmuchawą. Pewnego dnia Tomisław wysedł na halę i pomyśloł: Krucafuks dość! Ile mozna wpierdalać łoscypek! Ani to dobre, ani śwarne a jakie drogie jebane! No i sracka murowana, toć to gołymi łapami ługniotane. Zeby to jeszcze z krowiego mleka było; a weź tu łodróznij barana od łowiecki. Stąd ten słonawy posmak. Tfu, łohydne. Co te turysty w tym widzą. Podczas, gdy Bachleda zajadał się łoscypkiem, smród baraniego nabiału niósł się po łokolicy. Nawet po wiater jebało napletkiem hej! Bekasy nie wytsymały. Fetor przepłoszył je z terenów lęgowych. Ryby, w Morskim Łoku zdechły, a w Carnym Stawie, zdechły. Niedźwiedź Gąsienica łobudził się ze snu zimowego i łod razu poszedł pod prysznic. Lecz to nie tylko łod niego tak popierdalało. Niby po kąpieli smród bełta i gówna ustąpił, ale przez to woń łoctówy stała się jeszcze bardziej nieznośna. Lecz specyficzny zapach łobudził nie tyko misia, łobudził też ządze, łobrzydliwe homoseksualne żądze. Śniezny Kockodan, przez niektórych nazywany też Yeti, dostaje smergla, gdy pocuje woń fiuta hej. Tak się składo, że łoscypek pachnie tożsamo, koniec.

    'Bestia normalnie żywi się owocami, ale łocet budzi w niej zboczenie. Tamtej nocy zeszła z wierchu na hale wiedziona zapachem rozporka. Nieświadomy nicego Bachleda Farel zajadoł właśnie syr. Pierwsze razy posły w dupe hej! Little Boy małpy rozdupcył Hirosimę Bachledy. Potem Kockodan założył strapona ,,Big Ben" i dzwonił jajami o brodę Curusia. Koszmar małpy trwał kilka dni. Bachleda nie chciał puścić. Donosił tylko sprzęty, od których małpie robiły się wielkie łoczy. Yeti nie wytsymał, gdy Bachleda przyniósł słoik. A gdy słój pękł, a Bachleda zabronił wzywać karetkę, tylko kazał nagrywać dalej, małpa zwariowała. I grasuje po łokolicy po dziś dzień. A film ze słoikiem dostępny jest w sieci.

    pokaż spoiler #coolstory #kapitanbomba #takbylo #opowiadanie #gownowpis #niewiemjaktootagowac
    pokaż całość

  •  

    Moje ego urosło tak, że już nie mieści się w Krakowie, wypierając smog. Krakowianie - jesteście wolni! (przynajmniej na chwilę)

    "Antologię zamyka Michał Stonawski „Regułą niczego”, oryginalnym tekstem postapo, którego akcję osadza w krakowskim klasztorze. Bez dwóch zdań to jedno z lepszych opowiadań w całym zbiorze."

    Z recenzji na Dzikabanda.pl - http://dzikabanda.pl/recenzje/ksiazki/slowianskie-koszmary-tesknota-wiekow-naszej-ery-recenzja/

    #ksiazki #opowiadanie #czytajzwykopem i #wygryw ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #cedrikpisze <---- zapraszam do mnie :)
    pokaż całość

  •  

    Jak przedostać się z Dżibuti do Somalilandu nocą przez pustynię? I co nas może spotkać po drodze? Zapraszam na okraszone zdjęciami, kolejne krótkie opowiadanie około-podróżnicze, tym razem z konfliktem somalijskim w tle, a będące kontynuacją niedawnej podróży chińską koleją z Etiopii do Dżibuti.

    Fajnie gdybyście wykopali Cumple, link powyżej ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Insta | Blog

    #wanderlust - tag z mojej obecnej tułaczki po Rogu Afryki (oraz wcześniejszych podróży i opowiadanek).

    #podroze #podrozujzwykopem #ciekawostki #swiat #afryka #tworczoscwlasna #opowiadanie #fotografia
    pokaż całość

    źródło: 20.jpg

  •  

    „Tetryk”

    - Ile pan ma lat?
    - Trzydzieści jeden, przecież pani wie – odpowiedział Marek.
    - A na ile się pan dziś czuje?
    - Fizycznie, czy umysłowo?
    - Mentalnie.
    - Proszę zgadywać, to już siódma sesja analizy. Ciekaw jestem, co pani wywnioskowała.
    - Pewnie powie pan pięćdziesiąt, choć pięćdziesięciolatek sam nie przyszedłby do psychoanalityka.
    - Doprawdy? Dlaczego? – zapytał zgryźliwie niczym siedemdziesięciolatek, niezadowolony z prawidłowej odpowiedzi.
    - Ponieważ byłby zmęczony prawdziwymi problemami, które wymagają innych rozwiązań. Potrafiłby je też łatwo rozpoznać i rozwiązać. Mówię oczywiście o pięćdziesięciolatku pańskiego pokroju intelektualnego.
    - Bagatelizując moje problemy, marginalizuje pani powagę własnej pracy.
    - Niczego nie bagatelizuję. Mówiąc „prawdziwe”, miałam na myśli problemy merytoryczne. Materialne, losowe, zdrowotne, także psychiczne. Pańskie nie zawierają się w żadnej z tych dziedzin. Z takimi jak pańskie, pięćdziesięciolatek dawno by się pogodził, bo rozwiązać ich się nie da.
    - Podobno każdą psychiczną chorobę da się uleczyć.
    - To prawda, ale Pan jest zdrowy, mówiłam panu od razu, uczciwie, na początku. Przed chwilą też mówiłam i wciąż jestem tego pewna. Pan jest tylko niezadowolony i gniewny, ponieważ ma pan problemy z przyjęciem odpowiedzi realiów na pańskie oczekiwania światopoglądowe.
    - A co, może niesłusznie? Sama ostatnio przyznała mi pani rację!
    - Słusznie, ale świata pan nie zmieni, tylko się pan niepotrzebnie denerwuje.
    - Wobec tego ta analiza nie jest mi potrzebna, za co ja pani płacę?
    - Niepotrzebna? A kto chciałby godzinami słuchać jak pan bulgocze i się wydziera? Kto popierałby pański słuszny gniew? W pańskim nieuleczalnym przypadku, doraźne odprowadzanie jadu i wrzątku jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie. A płaci mi pan za to, żebym nie miała tego dość, w przeciwieństwie do pańskich byłych znajomych i straconych kobiet.
    - Nie żałuję ani jednego spalonego mostu.
    - Gówno prawda…
    - Wszyscy byli nic niewarci.
    - Nie wszyscy. Dobra, rozgrzał się pan. Proszę mówić.
    Przystojny, elegancki mężczyzna wstał z leżanki i sprężystym krokiem zatoczył kółko po pokoju.
    - Dzisiaj koleżanka z pracy poprosiła mnie o radę… w sprawie naprawy samochodu. Gdy starałem się pomóc - zaczęła mi udowadniać, że nie mam racji - mimo, iż sama nie ma o tym pojęcia. Ja mam, o czym świadczy choćby to, że poprosiła mnie o radę, prawda?
    - No raczej – odpowiedziała psychoanalityczka machając grzbietem dłoni.
    - Później zobaczyłem lewackie posty w aktualnościach na portalu społecznościowym.
    - O czym te posty?
    - Nie pamiętam…
    - Pierdolone lewaki, niereformowalne – odrzekła kręcąc głową.
    - Tak. A potem ta kretynka od samochodu tłumaczyła coś z dziedziny paranauk drugiej kretynce, powołując się na opinie naukowców z Cambridge, o których chwilę wcześniej przez przypadek przeczytała na Kafeterii.
    - Obosz… - westchnęła z zażenowaniem
    - Słyszałem, jak trzy razy użyła słowa „Kembłycz”
    - Oooobosz, najgorzej. Co jeszcze?
    - Kurwa, nie wiem. Czekaj. O, wiem. Kumpel troll przysłał mi ranking najlepiej zarabiających celebrytów w sieci. Powinno być śmieci w sieci, bo sposób, w jaki zarabiają godny jest pogardy. To znaczy, jak się zachowują, bo nie wiem skąd mają pieniądze. A dostają jakieś chore kwoty. Podobno niektórzy na przykład robią jakieś streamingi. Rimmingi chyba. Gość siedzi i żre, albo śpi, a kretyni oglądają i wysyłają mu pieniądze, a nawet jak nie wysyłają – i tak zarabia na wyświetlających się reklamach. Albo laska opowiada o szczegółach własnego życia seksualnego. Zero wstydu. Żerowanie na najprymitywniejszych instynktach. Dlaczego coś, co powinno spotykać się z pogardą i potępieniem jest popularne i interesujące dla społeczeństwa? Nienawidzę też tych mężów/żon pseudocelebrytów. I ludzi, którzy są bogaci i sławni, a nie mam nawet pojęcia, czym się zajmują. Pewnie dlatego, że niczym konkretnym się nie zajmują i na niczym się nie znają. Skurwysyny. Tych prawdziwych celebrytów też zresztą nienawidzę. Co za w ogóle słowo, celebryta. Nie znaczy nic konkretnego. Ale nikogo to nie wkurwia poza mną! Każdy albo się ze mnie śmieje i mówi, że jest ponad to, albo też ich lubi. A tym, moja droga, przejawia się upadek społeczeństwa. Pauperyzacja kultury! Kultury ludzkiej, nie tej oferowanej przez świat. Bo kultura się rozwija, tylko odbiorcy są żałośni. Jak ja ich kurwa nienawidzę.
    - Ale kogo. Tych pseudocelebrytów, czy ich fanów?
    - Wszystkich.
    - Ja też.
    - Łżesz.
    - Nie, naprawdę. Masz rację Marku, mów dalej.
    - Baba wyjechała mi z podporządkowanej, ledwie wyhamowałem. A widziała, że jadę, patrzyła na mnie.
    - Pojebana.
    - No i ci neoraperzy obrzygani. Też nie mogę na nich patrzeć. Dzieciaki dwudziestoletnie, zblazowane banany narzekają, że już nie mają ochoty ruchać swoich groupie. I buczą zniekształconymi w autotunie głosami. Wszystkim bym im nakopał do dupy. Tych starych raperów zresztą też nienawidzę. Żadnych walorów artystycznych, tylko narzekanie, że wychowała ich ulica, że ojciec pił i bił, że matka pracowała na ulicy. Kupa chamstwa i wulgaryzmów zlepionych nie do taktu, wzbudzających szacunek Sebków, za swoją szczerość. Szczerość i prawdziwość – jedyne zalety, właściwie zaleta – starego rapu. Aha, wczoraj włączyłem wczoraj telewizor i…
    - Obiecał pan go sprzedać i nigdy już nie kupować nowego.
    - Miałaś rację, ale i tak roztrzaskałem go w nerwowym szale, więc sprawa załatwiona.
    - No tak, tylko szkoda pieniędzy.
    - E tam.
    - Myślę, że na dziś wystarczy. Proszę przyjść za tydzień.
    - Dziękuję.
    - Ja również, jest pan moim ulubionym klientem.
    Marek wrócił do domu i smutno spojrzał na popękaną matrycę. Niewielka strata, przecież teraz mógł kupić sobie pięć razy większy telewizor. Problem w tym, że po raz setny tego dnia przypominał sobie o nieodwracalności błędów swojego życia, których nic nie potrafiło przyćmić i z którymi nie mógł się pogodzić. Rzucił niedbale kluczami od jaguara na stół, obok tych od nortona. Rozważał wyznanie wszystkim dookoła, że na swoim „niepraktycznym” wynalazku zarobił dwadzieścia osiem milionów, co do tej pory utrzymywał w tajemnicy. Może wtedy ktokolwiek zrozumiałby, jak szczery jest jego ból i jak śmieszne jest definiowanie go z jakąkolwiek zazdrością. Bał się jedynie, że ona wtedy właśnie znów się pojawi. A przecież mogła to zrobić choćby teraz, krystalicznie. I wszystko byłoby dla niej. I wszystko byłoby w porządku. W każdym innym wypadku to spektakularne wzbogacenie nie ma sensu. Usiadł przy biurku i znów spojrzał na fotografię przedstawiającą miłość jego życia. Terapeutka nie miała żadnej wiedzy, ale w sprawie spalonych mostów trafiła w dziesiątkę – jednego żałował.

    Ciekawe? Zajrzyj na https://www.facebook.com/Supertrzmiel

    #chwalesie #psychologia #opowiadanie #kultura
    pokaż całość

    •  

      @noitakto: W swojej wypowiedzi zdajesz się utożsamiać psychoanalizę z psychoterapią. Napisałeś "w psychoterapii (czy to behawioralnej czy dynamicznej) nie chodzi o „uleczenie” pacjenta", co nie jest do końca prawdą.

    •  

      @Emes91: nie utożsamiam. Do końca prawdą nie jest, bo co innego „poszukiwanie własnych pragnień”, a co innego leczenie nerwicy wspomagane psychoterapią. Różnica jest taka, że psychoterapię może prowadzić psychoanalityk bez ukończonych studiów medycznych, ale leczenie psychiatryczne może przeprowadzić tylko psychiatra, czyli lekarz po studiach medycznych.

    • więcej komentarzy (12)

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #opowiadanie

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów