•  

    Pierwsze dzieci GMO - Ile gwiazd? - Zmysły i język

    1) W Chinach urodziły się pierwsze dzieci modyfikowane genetycznie: co to znaczy, od strony naukowej i bioetycznej? 2) Opisano nową metodę badania, kiedy w historii Wszechświata powstawało najwięcej gwiazd: ważne dla kosmologii. 3) Fenomenalne badanie związków między zmysłami i językiem.

    Link do znaleziska: https://www.wykop.pl/link/4687187/czytamy-nature-5-pierwsze-dzieci-gmo-ile-gwiazd-zmysly-i-jezyk/

    Znalezisko wrzucił: @LukaszLamza

    Coś fajnego nam umyka? Poinformuj mnie @botpoziomu
    Jeżeli chcesz obserwować osobny tag dla tych wpisów, obserwuj: #botpoziomu

    Ten wpis to inicjatywa podnoszenia poziomu na wykopie przez wołanie do znalezisk o merytorycznych treściach. Jest nas już ponad 400 osób. Zeby dolaczyc nalezy kliknac na ten link https://mirkolisty.pvu.pl/list/1UH8sCyT1AtCCdXr nastepnie zalogowac sie swoim kontem wykop.pl i kliknac dolacz w tej grupie. Przepraszam jak troche wymagajace nie my to wymyslalismy :(

    #nauka #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu #ciekawehistorie #ciekawostki #nauka #liganauki #ligamozgow #medycyna #kosmos #conowegownejczer
    pokaż całość

  •  

    Wracamy do średniowiecza i jedziemy na Ruś. Dzisiaj o okrutnicach i nie tylko :)

    Pierwsza pomściła śmierć poślubionego przez nią mężczyzny, nakazując wymordowanie posłów wrogiego plemienia. Inny sposób odrzucenia propozycji kolejnego małżeństwa nie przyszedł jej najwidoczniej do głowy. Miała na imię Olga. Druga rozpoczęła krzewienie wiary chrześcijańskiej na podległych jej terenach, prosiła cesarza o misjonarzy, budowała cerkwie i dbała, by jej wnuk nie poszedł w ślady swego ojca, który chciał przywrócenia pogaństwa. Miała na imię Helena. Dwie kobiety? Nie. Jedna i ta sama. Olga, wielka księżna Rusi Kijowskiej.

    Link do znaleziska - Olga Kijowska – okrutnica w aureoli

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #sredniowiecze #zwyczaje #ukraina #europa #swiat #liganauki #wiara #religia #chrzescijanstwo #kultura
    pokaż całość

    źródło: zzz2-600x300.png

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Im bliżej zwycięstwa i zdobycia Moskwy, tym więcej działacie. Dobrze! Oby tak dalej!
    Niemieccy żołnierze z działkiem ppanc. 37 mm na ulicach Charkowa, październik 1941 roku. Działka te, ze względu na słabość przeciwko sowieckim czołgom ciężkim, określono w '41 mianem ''kołatek''.

    Po zmiażdżeniu Sowietów pod Kijowem i nad Morzem Azowskim Niemcy musieli przegrupować siły - oddziały od trzech miesięcy rwały naprzód, miażdżąc opór na swej drodze. Oczywiście, pierwszeństwo uzyskała operacja ''Tajfun'', czyli marsz na Moskwę, ale należało zabezpieczyć flanki. Do ataku na Charków przeznaczono 17. Armię gen. von Stülpnagela. oraz 1. Grupę Pancerną gen. von Kleista. Zdobycie Charkowa - ważnego centrum przemysłowego i komunikacyjnego - zmusiłoby Sowietów do cofnięcia się do Rostowa, aż do Stalingradu.

    Główną szpicę ataku stanowił LV. Korpus Armijny gen. Vierowa. Naprzeciw siebie miał poharatane wojska Frontu Południowo-Zachodniego Timoszenki. Z północy miała atakować 101. Dywizja Lekka, z południa 57. DP (wsparta artylerią i batalionem Stugów), zaś 100. DL miała pozostać w rezerwie. 22 października 228. pułk ze 101. DP przeprowadził rozpoznanie, badając sowiecką obronę, po czym został zaatakowany. Silnie wzmocniony artylerią, w tym działami 88 mm pułk, odparł atak i przekazał informacje do sztabu. Po południu ruszyła niemiecka ofensywa. Miasta broniła sowiecka 216. Dywizja Strzelecka i 57. Brygada NKWD. Jednak natarcie 101. DL przetoczyło się po nich jak walec, podobnie atak 57. Dywizji na południu. Walki w samym Charkowie trwały cztery dni, w których Niemcy stracili 1000 ludzi, a Sowieci - 13 tys. (w wyniku ofensywy utracono 96 tys. ludzi) Sowietom jednak, przed upadkiem miasta, udało się wywieźć 320 pociągów z wyposażeniem 70 fabryk.

    Co do samego Charkowa, to warte wspomnienia są znowu miny sterowane radiem. Armia Czerwona, wycofując się, zaminowała część obiektów, wysadzając je w listopadzie. W ten sposób 14 listopada zginął gen. Georg Braun, dowódca 68. DP i część jego sztabu. Atak ten przypisuje się słynnemu radzieckiemu specowi od dywersji, Ilji Starinowowi. Niemcy odpowiedzieli represjami i aresztowaniami, biorąc tysiąc zakładników (część z nich później rozstrzelano).

    Kilka słów trzeba powiedzieć o ewakuacji sowieckich zakładów. O ile prawdą jest, że taka miała miejsce i była zakrojona na szeroką skalę (chociaż i tak Niemcy przejęli sporą część przemysłu), to trzeba wprost powiedzieć, że przecenia się tę operację. Z 700 zakładów ewakuowanych na wschód zaledwie 270 dojechało. Uratowano zaledwie 12 % potencjału przemysłowego. Sowieci olbrzymim nakładem pracy musieli stawiać nowe zakłady, często w chałupniczych warunkach produkując niezbędne rzeczy. Zarzucono produkcję wszystkiego tego, co nie strzelało i nie jeździło, warunki były prymitywne, ale dzięki wielkim wyrzeczeniom, pracy i wzorowaniu się na amerykańskiej produkcji kryzys zażegnano. Chociaż tylko na pewien czas.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    PZL 230 Skorpion - polski samolot wsparcia pola walki

    Jakie zadania miał spełniać, ile kosztował i czy był samolotem technologii stealth?

    Link do znaleziska: https://www.wykop.pl/link/4685537/pzl-230-skorpion-polski-samolot-pola-walki/

    Znalezisko wrzucił: @O_samochod_O

    Coś fajnego nam umyka? Poinformuj mnie @botpoziomu
    Jeżeli chcesz obserwować osobny tag dla tych wpisów, obserwuj: #botpoziomu

    Ten wpis to inicjatywa podnoszenia poziomu na wykopie przez wołanie do znalezisk o merytorycznych treściach. Jest nas już ponad 400 osób. Zeby dolaczyc nalezy kliknac na ten link https://mirkolisty.pvu.pl/list/1UH8sCyT1AtCCdXr nastepnie zalogowac sie swoim kontem wykop.pl i kliknac dolacz w tej grupie. Przepraszam jak troche wymagajace nie my to wymyslalismy :(

    #nauka #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu #lotnictwo #aircraftboners #historia #ciekawostkihistoryczne #ciekawehistorie
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Poszliście, że tak powiem, jak Tajfun z lajkami - miło mi, że tak się spodobało. Dzisiaj miało być o Charkowie, ale będzie w nagrodę o czymś innym. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Na zdjęciu: rozpoznawczy Ju-88 z 2.(F)/122, zestrzelony nad Istrą 25 lipca 1941 r. Załoga zdołała przyziemić, ale jej los jest nieustalony do dzisiaj. Pięć dni później samolot wystawiono na Placu Swierdłowa w Moskwie. Do listopada 1941 r. Luftwaffe wykonała 90 nalotów na Moskwę. Wbrew pozorom, niemieckie ataki były dużo słabsze, niż analogiczne na Londyn, i zakończyły się relatywnie niewielkimi zniszczeniami.

    Katastrofa pod Briańskiem i Wiaźmą była przerażająca. Zdarzało się, że Sowieci atakowali tam Niemców z drewnianymi atrapami broni. W nieco ponad tydzień Armia Czerwona została zredukowana o 40 % swej siły. Niemcy do niewoli wzięli 665 tys. jeńców, zdobyli 5 tys. dział i 1200 czołgów, o innym uzbrojeniu nie wspominając. Do murów Kremla czołówki Wehrmachtu miały ledwo sto kilometrów...

    A co tam się działo? Panika. Na przełomie września i października Sowieci w najwyższej tajemnicy przewieźli trupa Lenina z mauzoleum na Placu Czerwonym do Kujbyszewa. W mieście panował chaos. Setki ludzi uciekały. Drogi były zablokowane przez dziesiątki samochodów uciekających bonzów partii bolszewickiej i ich rodzin. Szli także zwykli ludzie, próbując ocalić dobytek. Na rogatkach czekało jednak NKWD z pepeszami gotowymi do strzału i zawracało wszystkich seriami w powietrze. Co bardziej opornych aresztowało i w trybie pilnym skazywało na parę lat łagru.

    Nie lepiej było na dworcach kolejowych. Perony były zawalone ludźmi, próbującymi złapać jakikolwiek pociąg z miasta. Znajdowano całe walizki pełne porzuconych legitymacji partyjnych. Dochodziło do regularnych strzelanin z milicją i NKWD - cywile mieli broń, znalezioną, bądź odebraną siłą. Niedługo potem przestała działać cała infrastruktura miejska - nie jeździły tramwaje, autobusy, metro. Milicjanci zniknęli z ulic, powołani do tworzonych ad hoc jednostek obrony, zastąpili ich sędziwi starcy, pamiętający chyba jeszcze cara Aleksandra. Do obrony powoływano kogo się dało - Armii Czerwonej zaczęło brakować ludzi. Kobiety przymusowo wysłano do prac w kołchozach, bo mężczyźni poszli na front.

    Coraz gorzej było z zaopatrzeniem sklepów - nie można było niczego kupić. Widokiem codziennym stały się długie kolejki po podstawowe towary. Normą stały się też rozruchy i okradanie sklepów, nawet za dnia. Muzea, teatry i kina zostały zamknięte. Padał czarny śnieg - bo na Łubiance hurtowo palono wszystkie akta i archiwa.

    Do NKWD trafiały kolejne skargi i zażalenia dyrektorów fabryk zbrojeniowych - nikt nie odbierał towaru, który zalegał na składach, więc wstrzymywano produkcję. NKWD dyrektorów aresztowało za sabotaż. Robotników trzymano pod kluczem, bo spóźnienie się do pracy traktowano jako sabotaż i karano rozstrzelaniem. NKWD, szukając ''dywersantów'' jeździło po mieście i strzelało nawet do ludzi stojących w kolejkach. Szukano przebranych w sowieckie mundury niemieckich spadochroniarzy, rzekomo zrzuconych na Moskwę. Mówiono, że Beria i jego siepacze nie kładli się spać, bo mieli tyle ''pracy''...

    Zaczęły się czystki na Łubiance. Rozstrzelano sędziwych Christiana Rakowskiego i Mariję Spiridonową - ostatnich przywódców niebolszewickiego proletariatu. Ten sam los spotkał Ninę Tuchaczewską, żonę rozstrzelanego w '37 marszałka, i Olgę Kamieniewą - siostrę Trockiego i żonę Lwa Kamieniewa.

    W mieście panował chaos. Obywatele jawnie wygrażali i wyklinali ''wodzów proletariatu'', nie bacząc na NKWD. Lud Moskwy czekał na Niemców. I karę, jaka miała spaść wraz z nimi na bolszewickich paladynów. A ta jawiła się jak słodka zemsta.

    16 października ludzie stali jak zwykle w kolejkach po chleb. Dzień zaczął się trzeszczeniem szczekaczek na ulicach, a potem głosem Jurija Lewitana, słynnego spikera sowieckiego radia, znanego ze swojego basowego głosu. Lewitan zaczął: „Komunikat Sowinformbiuro. Przez…”...po czym głos nagle się urwał, a z głośników popłynęła melodia marsza. Przechodnie na ulicach wzięli ją początkowo za sowiecki ''Marsz Lotników'', ale nie pasowały słowa. Gdy nagle przetoczyły się przez ulice, niczym zimny powiew wiatru, fragmenty o towarzyszach rozstrzelanych przez reakcję i komunistów, ludzie zrozumieli, że jest to niemiecka ''Horst Wessel-Lied'', słynny marsz NSDAP. Niemcy byli tak blisko, że zdołali zagłuszyć moskiewskie radio. Brzmiało to niczym proroctwo. Po chwili marsz urwał się i Lewitan dokończył audycję, jakby nic się nie stało: „Sytuacja w okolicach Moskwy uległa znacznemu pogorszeniu”.

    Rząd sowiecki ewakuował się do Kujbyszewa. Z zamiarem takim nosił się sam Stalin. Podobno nawet pojechał na dworzec i przespacerował się po peronach, wahając się. Jednak zdecydował pozostać. Przerażony niemieckimi postępami dyktator próbował porozumieć się z Niemcami za pośrednictwem Bułgarii, kazał dowiedzieć się Berii, czego oczekuje Rzesza.

    Gdy pozostał, zaczął błagać o zmiłowanie i pomoc nawet tego, którego lekceważył i zajadle zwalczał przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Błagał o pomoc Boga. Przeprosił się z metropolitą Sergiuszem, kazał zamknąć antyreligijne organizacje i czasopisma. Do samolotu polecił wsadzić ikonę Matki Boskiej i trzy razy okrążyć Moskwę.

    7 listopada 1941 r. odbyła się defilada na pamiątkę rewolucji październikowej. Żołnierzy maszerujących przed wąsatym satrapą pognano z Placu Czerwonego prosto na front. Paradę nazwano później ''defiladą strachu''. Stalin, stojąc na pustym mauzoleum Lenina zakończył przemówienie, jakby próbując samego siebie przekonać: ''Śmierć niemieckim najeźdźcom!''.

    Imperium sowieckie wydawało się rozpadać, gdy pancerna pięść Trzeciej Rzeszy rozrywała kolejne linie obrony...

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Królobójcy polskich królów. Historia w Pigułce.

    Korona królów. Wielu się na nią porywało. Królowie polski ulegali zamachom. Bolesław Chrobry, Zygmunt III Waza i niesławny Poniatowski. Jak potoczyły się ich losy? Jak skończyli królobójcy? Dowiedz się w tym odcinku HW5M.

    Link do znaleziska: https://www.wykop.pl/link/4684695/krolobojcy-polskich-krolow-historia-w-pigulce/

    Coś fajnego nam umyka? Poinformuj mnie @botpoziomu
    Jeżeli chcesz obserwować osobny tag dla tych wpisów, obserwuj: #botpoziomu

    Ten wpis to inicjatywa podnoszenia poziomu na wykopie przez wołanie do znalezisk o merytorycznych treściach. Jest nas już ponad 400 osób. Zeby dolaczyc nalezy kliknac na ten link https://mirkolisty.pvu.pl/list/1UH8sCyT1AtCCdXr nastepnie zalogowac sie swoim kontem wykop.pl i kliknac dolacz w tej grupie. Przepraszam jak troche wymagajace nie my to wymyslalismy :(

    #nauka #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu #historia #historiaw5minut #ciekawostkihistoryczne #ciekawehistorie
    pokaż całość

    źródło: embed.png

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemcy przemierzają pomału sowieckie bagna i rozmiękłe drogi. Pomału zbliżamy się do końca IV. edycji Barbarossy - jeśli chcecie przerwy od tematu, dajcie znać.

    Zmiażdżenie Sowietów pod Kijowem i zwycięstwo pod Smoleńskiem rozpoczęło główne danie niemieckiego ataku - operację ''Tajfun''. Niemcy nieubłaganie zbliżali się w stronę Moskwy.

    30 września 1941 r. oddziały XLVII. Korpusu Zmotoryzowanego przełamały sowieckie linie na rzece Desna, na południe od stolicy ZSRR. Posuwające się dalej oddziały wyłamały linie sowieckiego Frontu Briańskiego. Sowieckiej 13. i 50. Armii zagroziło okrążenie, więc wojska, dowodzone przez gen. Andrieja Jeriomiankę, musiały się cofnąć. Jednak Jeriomianko rozumiał ideę obrony w głąb i przygotował dwie dywizje strzeleckie, jedną pancerną i jedną brygadę pancerną do obrony. Silnym wzmocnieniem było przybycie czołgów T-34. Dla przykładu, 1. Dywizja Gwardii (weteranki spod Jelni, dawnej 100. DS) gen. Leluszenki i 4. Brygada Pancerna gen. Katukowa w rejonie Mcenska zaczaiły się na oddziały niemieckiej 4. DPanc. Zagrzebane T-34 pozwoliły Niemcom przejechać i dopiero potem otworzyły ogień, niszcząc część kolumny.

    Jednak Niemcy nie wystraszyli się tak T-34, jak by mogło się wydawać, chociaż Guderian wydał osobiście instrukcje, jak zwalczać te czołgi. Jednakże, oznaczało to, że Sowieci pomału zaczynają reorganizować swoje wojska. Sowiecki opór zaczął tężeć, a tempo natarcia spadać, także przez pogodę. Jeriomianko wycofał swoje oddziały, chociaż poniosły one bardzo duże straty. Mimo to, Niemcom udało się siłami 2. Armii gen. von Weichsa i 2. Grupy Pancernej okrążyć 13., 3. i 50. Armię 6 października.

    Jeszcze gorzej dla Sowietów było na północ, w rejonie Wiaźmy, gdzie 3. i 4. Grupy Pancerne okrążyły cztery sowieckie armie (19., 20., 24. i 32.) 2 października. Walki w kotle Wiaźmy trwały jedenaście dni, Niemcy musieli ściągnąć 28 dywizji, żeby wytłuc Sowietów. W obydwu kotłach zniszczeniu uległo siedem armii z dwóch frontów. Niemcy wzięli do niewoli 673 tysiące jeńców, poległo ok. 200 tysięcy sowieckich żołnierzy. Wydawało się, że Związek Radziecki rozpada się w oczach... Niemcy byli od zaledwie o sto kilometrów od murów Kremla.

    Jednak to bezsprzecznie wielkie zwycięstwo było już sygnałem dla Niemców, że opór będzie coraz większy. Sowieci wykorzystali kilkanaście dni, kiedy pancerne zagony Wehrmachtu wybijały ich towarzyszy i ściągnęli znaczne siły w rejon Moskwy, w tym przerzucone świeżo siły z Syberii oraz wzmocnili linie obronne w rejonie Możajska i Tuły, co miało stać się problemem już niedługo...

    Ciekawostką jest fakt, że pod Briańskiem walczył pewien młody, 22-letni dowódca czołgu ze 159. brygady pancernej. Został ciężko ranny w bitwie z czołgami 16. DPanc., ale gdy leżał w szpitalu owładnęła go obsesja, by stworzyć karabin, zdolny powstrzymać Niemców i wyrzucić ich z ZSRR.

    Nazywał się Michaił Kałasznikow.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Domy z prefabrykatów - [Fabryki w Polsce]

    Dzisiaj wykop ubogo merytorycznie, polityka mocno. Udało mi się znaleźć coś takiego:

    Budowa domu z prefabrykatów jest bardzo szybka. Po 3 miesiącach można zamieszkać w gotowym domu.

    Link do znaleziska: https://www.wykop.pl/link/4683109/domy-z-prefabrykatow-fabryki-w-polsce/

    Znalezisko zamieścił: @RETROWIRUS

    Coś fajnego nam umyka? Poinformuj mnie @botpoziomu
    Jeżeli chcesz obserwować osobny tag dla tych wpisów, obserwuj: #botpoziomu

    Ten wpis to inicjatywa podnoszenia poziomu na wykopie przez wołanie do znalezisk o merytorycznych treściach. Jest nas już ponad 400 osób. Zeby dolaczyc nalezy kliknac na ten link https://mirkolisty.pvu.pl/list/1UH8sCyT1AtCCdXr nastepnie zalogowac sie swoim kontem wykop.pl i kliknac dolacz w tej grupie. Przepraszam jak troche wymagajace nie my to wymyslalismy :(

    #nauka #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu #architektura #budownictwo #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzień dobry! Dzisiaj nie w kolorze, ale okazja jest wyjątkowa. Kawka do ręki.

    George miał tylko 20 lat, gdy został podporucznikiem. Był jeszcze młodszy, gdy się zaciągnął. Zresztą wielu jemu podobnych Amerykanów to zrobiło po japońskim ataku na Pearl Harbor. Miesiąc przed swoimi 19. urodzinami został lotnikiem US Navy. Służył w dywizjonie VT-51. Koledzy trochę się podśmiewali z jego wątłej, mikrej postury. Nadali mu nawet przezwisko - ''Skin'' - ''Skóra''.

    George jednak się nie przejmował i wykonywał swoją pracę dobrze. Larem 1944 roku jego dywizjon wykonywał naloty na Wyspy Bonin, konkretnie na niewielką Chichi Jimę. Poranek 2 września wydawał się dniem jak każdy inny. Pogodnie, słonecznie. Wiał lekki wiatr. George podpiął słuchawki i pogładził przyklejone do deski rozdzielczej zdjęcie jego dziewczyny, Barbary. Poznał ją w Boże Narodzenie 1942 roku, gdy po raz ostatni był w domu. On nie miał jeszcze osiemnastu lat, ona - zaledwie szesnaście. Obiecali sobie, że jeśli wróci, ożeni się z nią. Za fotelem George'a wcisnął się mały John Delaney, jego nawigator. Latali razem od jakiegoś czasu i zaprzyjaźnili się. Z tyłu usiadł tylny strzelec, William White. George kojarzył go, ale nie latali razem wcześniej. Tym razem miał zastępować stałego tylnego strzelca. Na ten jeden lot.

    Cztery Avengery podniosły się ciężko z pokładu lotniskowca USS ''San Jacinto''. Nad celem przywitał ich jednak gęsty ogień przeciwlotniczy. Japońska artyleria strzelała zaciekle, próbując trafić napastników. Samoloty trzymały kurs, unikając czarnych obłoczków eksplozji artylerii. Celem były magazyny i składy wojskowe. Jednak w pewnym momencie celny pocisk z japońskiego działka trafił w silnik Avengera. Samolot George'a zadymił, a następnie ogarnął go pożar. Gryzący w oczy, tłusty dym ogarnął kabinę. ''Dostaliśmy?!'', darł się panicznie z tyłu White. Ogień trawił już skrzydła, gdy George kazał White'owi i Delaneyowi włożyć spadochrony. ''Mój Boże, zaraz wybuchniemy'', pomyślał. Trzymał jednak kurs do samego końca i, kaszląc, zrzucił bomby nad celem, trafiając wieżę radiową. Płonący Avenger chybotliwie kierował się na południe, byle dalej od wyspy i japońskiej artylerii. Gdy oddalili się na tyle, na ile mogli, kazał załodze wyskoczyć. Sam czekał do samego końca, po czym w końcu wyrwał się.

    Samolot spadł do morza. Kołysząc się na spadochronie George widział, że spadają też dwa inne Avengery. Po chwili sam uderzył w wodę. Zrzucił buty, by nie utonąć. Jego kombinezon lotniczy koloru khaki nasiąkł wodą, oczy piekły go od dymu, a z głowy ciekła krew. Ale żył. Udało mu się wdrapać na tratwę ratunkową, zrzuconą przez innego Avengera. Kilka godzin czekał na ratunek, wiosłował, byle dalej od japońskiej wyspy. Wreszcie pojawił się szary, stalowy kształt przed nim. Okręt podwodny. Był to USS ''Finback''. Rzucono mu linę, przyciągnięto. Silne, marynarskie ręce wciągnęły go na pokład. Ktoś okrył go kocem, ktoś inny dał kubek gorącej herbaty. Uśmiechnięty mat zawołał: ''Witamy na pokładzie''.

    Przez miesiąc George pozostał na pokładzie okrętu. Dowiedział się stamtąd, że tylko on przeżył zestrzelenie. Pozostali zginęli, albo zostali zamordowani przez Japończyków. Gdy w listopadzie powrócił na USS ''San Jacinto'', a później został odznaczony Distinguished Navy Cross, nawet gdy zwalniano go ze służby i oświadczył się Barbarze, zadawał sobie ciągle jedno pytanie:

    ''Dlaczego zostałem oszczędzony i jaki Bóg miał dla mnie plan?''

    Młody, chudy, niemal tyczkowaty George Herbert Walker Bush nie spodziewał się, że blisko pół wieku później zostanie 41. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Być może taki był właśnie plan...

    ''Za życia umarł dwa razy. Okazało się, że Pan Bóg miał jeszcze plany dla mojego ojca. Ci, którzy bywają blisko śmierci, lepiej cieszą się życiem'', powiedział łamiącym się głosem na uroczystości żałobnej jego syn, George W. Bush, 43. prezydent USA.

    Jednak dla mnie widokiem, który wrył się w pamięć był hołd jednego weterana dla innego weterana. Ciężko schorowany, wiekowy senator Bob Dole, ciężko ranny w Dolinie Padu w 1945, gdy walczył w szeregach 10. Dywizji Górskiej, z wielkim trudem podniósł się z wózka inwalidzkiego, by oddać hołd zmarłemu prezydentowi.

    ''Freedom is right''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @Mleko_O: > George miał tylko 20 lat, gdy został podporucznikiem. Był jeszcze młodszy, gdy się zaciągnął. Zresztą wielu jemu podobnych Amerykanów to zrobiło po japońskim ataku na Pearl Harbor.

      Ciekawe kiedy George sie dowiedzial ze atak na Pearl Harbor byl przewidziany i dzis uwaza sie ze Eisenhower wiedzial o nim ale potrzebwal pomocy zeby spoleczenstwo USA zgodzilo sie na wejscie do wojny. Dlatego w porcie zostaly tylko stare jednostki a wszystkie lotniskowce akurat wyplynely. pokaż całość

    •  

      @rexdexpl: muszę się zgodzić, bo to prawda - zwłaszcza te mrożące krew w żyłach historyjki o zjadaniu zestrzelonych pilotów, na które nie ma żadnego potwierdzenia. ;)

    • więcej komentarzy (24)

  •  

    Wyjątek potwierdzający regułę / Hipotezy ad hoc

    Często używany argument głosi, iż wyjątek potwierdza regułę. Jest to błąd logiczny, można go przedstawić w sposób wręcz groteskowy. Przy okazji omawiam również zagadnienie, co się dzieje, kiedy taki wyjątek...

    Link do znaleziska: https://www.wykop.pl/link/4680681/wyjatek-potwierdzajacy-regule-hipotezy-ad-hoc-pan-od-filozofii/

    Znalezisko dodał: @RETROWIRUS

    Coś fajnego nam umyka? Poinformuj mnie @botpoziomu
    Jeżeli chcesz obserwować osobny tag dla tych wpisów, obserwuj: #botpoziomu

    Ten wpis to inicjatywa podnoszenia poziomu na wykopie przez wołanie do znalezisk o merytorycznych treściach. Jest nas już ponad 400 osób. Zeby dolaczyc nalezy kliknac na ten link https://mirkolisty.pvu.pl/list/1UH8sCyT1AtCCdXr nastepnie zalogowac sie swoim kontem wykop.pl i kliknac dolacz w tej grupie. Przepraszam jak troche wymagajace nie my to wymyslalismy :(

    #nauka #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu #filozofia #liganauki #logika
    pokaż całość

  •  

    No moi drodzy dzisiaj troszkę Napoleona i jego drodze do sławy i zarazem upadku

    Mówiąc o kampanii rosyjskiej 1812 roku, nie sposób nie wspomnieć o jej największej bitwie, która miała miejsce 7 września pod Borodino. Główny bój obu armii poprzedziły zmagania o redutę szewardińską, które stanowiły zapowiedź, mającej nastąpić dwa dni potem, krwawej bitwy.

    Link do znaleziska - Preludium rzezi. Szewardino 1812

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #propaganda #zwyczaje #militaria #europa #swiat #wojsko #liganauki #zainteresowania #napoleon #moskwa #armia #bitwyswiata #francja #nauka
    pokaż całość

    źródło: 1.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Zostały po nich tylko plakaty. Pozostałości po sowieckiej okupacji w Viipuri, wrzesień 1941 r.

    Dzisiaj będzie nietypowo, bo o piosence. Pięknej, ludowej, piosence, którą wygrywali na akordeonach u progu swych chat mieszkańcy Finlandii. Piosence tęskniącej do poprzecinanej jeziorami i rzekami krainy, i tańcu. I przedziwnej bitwie, w której melodia pokonała oręż.

    Mowa oczywiście o Säkkijärven Polkka! Melodia ma co najmniej dwieście lat, ale jej najsłynniejsze wykonanie przypadło Viljo Vesterinenowi, który w 1930 r. zaadoptował ją do swoich koncertów. Skoczna, wesoła piosenka, mówiąca o tęsknocie za utraconą Karelią stała się jeszcze bardziej popularna i modna po agresji Sowietów na Finlandię i zagrabieniu najbogatszych ziem Finów.

    Gdy Sowieci znowu napadli na Finlandię, tym razem Finlandia im oddała i wdarła się w ich granice, zajmując utraconą Karelię. Zdobyto m.in. Viipuri.

    Okazało się jednak, że wycofujący się Sowieci pozostawili na terenie miasta miny odpalane za pomocą fal radiowych. Miny eksplodowały, gdy odegrane zostały trzy dźwięki - każda z nich miała inny sygnał aktywujący (by nie doszło do jednoczesnej eksplozji). Finowie początkowo sądzili, że to wybuchy min z opóźnionym zapłonem, ale gdy pod mostem nad rzeką Kuopio odkryto przypadkiem jeden z ładunków wybuchowych, kpt. Jouko Pohjanpalo stwierdził, że to miny aktywowane radiowo.

    Gdy tylko odkryto, jak działają miny, Yleisradio (główna stacja radiowa Finlandii) dostarczyło samochód radiowy, który miał coś grać, zagłuszając sowiecką częstotliwość. Wybór padł oczywiście na Säkkijärven Polkkę - bo czyż mogłaby być bardziej pasująca piosenka, by ratować fińskie miasto z Karelii? Samochód jeździł po mieście i nieprzerwanie wygrywał melodię w wykonaniu Vesterinena, a saperzy szukali min. Obliczono, że baterie w minach nie wytrwają dłużej, niż trzy miesiące, a przy próbach nadawania czas ten skróciłby się znacznie. Podobne miny znaleźli Niemcy w Kijowie, ale podeszli do tego inaczej - zaczęli wysadzać maszty radiowe.

    Do końca 1941 r. polka rozniosła się ponad 1500 razy, a saperzy znaleźli blisko 4,5 tony materiałów wybuchowych, ratując sporą część miasta przed zniszczeniem. Dzisiaj, chociaż już nie ma fińskiego Viipuri, to Säkkijärven Polkka nadal uznawana jest za wybawcę tego miasta - bo, ''choć już straciliśmy Karelię, nadal mamy naszą polkę''.

    Ale mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś ta piękna melodia rozlegnie się pod murami starego, potężnego zamku, na którym znów będzie powiewać biała flaga z niebieskim krzyżem i złotym lwem na czerwonej tarczy...

    Tule, tule, tyttö, nyt kanssani tanssiin
    kun meillä on riemu ja suvinen sää!
    Säkkijärvi se meiltä on pois,
    mutta jäi toki sentään polkka!

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @Stona: podałem Ci casus Litwy. :) Ale Tobie nie pasuje to do faktów, więc spoko, zignorowałeś to sobie, bo tak. Najpierw wymyśliłeś kryterium odmienności kulturowej, potem dodałeś sobie, że tylko Europa się liczy. Nie chce mi się z Tobą dyskutować - dokonujesz manipulacji i imputujesz mi rzeczy, jakich w ogóle nie powiedziałem i nie miałem na myśli. W XX wieku w historii Europy jest pełno przypadków, kiedy zmiany graniczne następowały drogą pokojową. Jeszcze powiedz mi, że jestem nacjosebkiem i w ogóle kibolem.

      Jak będziesz miał kiedyś coś inteligentnego do powiedzenia, to wróć.
      pokaż całość

      +: drect
    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: weź go olej, bo też zauważyłem, że śmiesznie zawęża kryteria, a tu klops. Typowy wykopowy mędrzec.

    • więcej komentarzy (16)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Żołnierze LSSAH traktują sowiecki sztandar z należytym szacunkiem, Ukraina, lato 1941 r. Tak na marginesie - każda GA otrzymała ''swoją'' dywizję SS. 1941 rok był jeszcze czasem, kiedy jednostki SS traktowano lekceważąco i raczej jako dodatek do oddziałów frontowych - była to wprost kontynuacja z Kampanii Polskiej 1939, gdy pułki SS dołączano do dywizji Wehrmachtu. Miały one siłę raczej wzmocnionych brygad i dysponowały słabszym sprzętem. Miało się to zmienić - także i dzięki opisywanej bitwie.

    Po całkowitym zniszczeniu Frontu Południowo-Zachodniego Niemcy ruszyli na południe w kierunku Morza Azowskiego. Celem były Krym i Rostów. Siły niemieckie to 11. Armia, dowodzona przez gen. Eugena von Schoberta, jednak ten zginął 12 września 1941 r. Jego samolot Fi-156, zmuszony ostrzałem lądował na polu minowym i eksplodował. Von Schobert był pierwszym niemieckim dowódcą armii, który zginął w II WŚ. Na jego miejsce mianowano demona Blitzkriegu - generała von Mansteina, odwołanego spod Leningradu.

    Niemcy stanęli przed nieco trudnym zadaniem, bo spora część sił rumuńskich (stanowiących istotną część GA ''Süd'') była nadal zaangażowana w oblężeniu Odessy, a LIV. Korpus Armijny toczył ciężkie boje o Krym. Manstein szybko przeorganizował siły - zluzował LIV. KA siłami mniejszych dwóch korpusów oraz ściągnął siły rumuńskiej 3. Armii gen. Petre Dumitrescu.

    Rumuni zostali jednak zaskoczeni niespodziewaną kontrofensywą sowieckich 9. i 18. Armii z Frontu Południowego 26 września, które uderzyły siłami 12 dywizji. Atak objął też XXX. Korpus, atakujący Krym. Kontrofensywa zagrażała całej południowej flance, ale wtedy do akcji wkroczył XXXXIX. Korpus Górski i dywizja LSSAH. Zaciekły opór esesmanów zatrzymał sowieckie natarcie. Zajęci atakowaniem Sowieci nie zauważyli, że z północy 1. Grupa Pancerna gen. von Kleista przygotowuje się do kontrataku.

    A ten nastąpił 1 października i złamał sowieckie linie obronne. Do kontrnatarcia przeszła też LSSAH z zachodu, rozbijając sztab sowieckiej 30. DS. 5 października zdobyto Melitopol, a 7 - czołówki XIV. Korpusu Pancernego gen. von Wietersheima połączyły się z LSSAH, zamykając sowiecki kocioł, w którym znalazło się 7 dywizji. Wtedy też zginął dowódca sowieckiej 18. Armii, gen. Andriej Smirnow, pochowany później ze wszystkimi honorami wojskowymi przez Niemców. Próbował wyrwać się z okrążenia, odmawiając ewakuacji przysłanym przez Stalina samolotem.

    Cztery dni później bitwa była skończona. 150 tysięcy sowieckich żołnierzy zginęło, albo dostało się do niewoli. Sowieci stracili też ponad tysiąc czołgów i dział. Niemieckie straty to 12 tys. ludzi, ale były zapewne niższe, bo dane dotyczą całej GA, a tylko jej część była zaangażowana w walkę. Po bitwie 11. Armia została skierowana do walk na Krym, a LSSAH, w ramach 1. GPanc., miała nacierać na wschód. Droga na Charków i Rostów stała otworem.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    +: Maldibon, Smutny_memiarz +23 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Oderwiemy się dzisiaj od tematu Barbarossy, bo dzisiaj opowiem Wam piękną bajkę o rycerzach ze skutej lodem krainy.

    Dawno, dawno temu, za morzem, w pięknej krainie pełnej lasów i jezior, pewnego mroźnego dnia wielki i silny Goliat napadł na słabego i małego Dawida. Walka była długa i ciężka. Ale tylko w Biblii wygrywa słaby Dawid. Z całego serca pragnąłbym, by bajka zakończyła się klęską Goliata. A ta walka odbyła się naprawdę i dlatego Goliat musiał wygrać - i wygrał. Ale do dziś Goliat, patrząc na świat z ponurego, smaganego zimnymi wichrami zamku o czerwonych gwiazdach pragnie zapomnieć o tym ''zwycięstwie''. I marzy, by wraz z nim zapomniał cały świat.

    Bohaterski, maleńki naród, zapomniany na dalekich krańcach Europy, nie uląkł się potęgi bolszewickiego imperium. Nie wystraszył się jego tanków i armat, jak wielu przed nim. Z pogardą odrzucił szantaż Moskwy, broniąc swego domu przed łobuzami spod czerwonej szmaty. Zaciekle bronił się przed agresorem, w ciężkiej walce, w której dopingował go cały świat. Po stronie najeźdźców była technika i miażdżąca przewaga liczebna, po stronie obrońców - ich odwaga i hart ducha.

    Sowieci nieufnie patrzyli na Finlandię od momentu jej powstania. Uwierało ich, że ten kraik zdołał się obronić przed czerwonymi bandami w 1919 roku. Wielokrotnie zapraszali Finów do współpracy, ledwo kryjąc swe groźby. Finowie grzecznie odmawiali raz za razem i mimo, że w 1932 r. zawarto pakt o nieagresji, to Sowieci już sześć lat później wznawiają swoje żądania. Chcą przesunięcia granicy o 25 km na północ od Leningradu, dzierżawy półwyspu Hanko na 30 lat, dostępu do Petsamo i demilitaryzacji Wysp Alandzkich. Bardzo się boją powstałej w 1929 r. Linii Mannerheima. Finowie umiejętnie lawirowali przez całe XX-lecie międzywojenne, ale w końcu lat 30. stało się jasne, że wojna będzie nieunikniona.

    W sierpniu 1939 r. podpisano pakt Ribbentrop-Mołotow. Los Finlandii zdawał się być przesądzony. Sowieci w październiku zapraszają Finów na rozmowy, ale to tylko pozory. 26 listopada 1939 r. Sowieci oskarżyli Finów o ostrzelanie przygranicznej wioski Mainila. Wystrzelono siedem pocisków, zginęły cztery osoby. Cztery dni później ZSRR zerwał pakt o nieagresji i napadł na Finlandię bez wypowiedzenia wojny. Ta miała być krótka, a czerwonoarmiści przeciwników mieli ''nakryć czapkami''. Tak się jednak nie stało...

    30 listopada 1939 roku. Pogodny, zimny dzień, godzina 9:20. Stolica Finlandii, Helsinki. Pojedynczy samolot z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach zrzuca tysiące ulotek. Zdziwieni przechodnie podnoszą je i czytają odezwy, nawołujące do obalenia rządu fińskiego i wsparcia wkraczającej właśnie Armii Czerwonej, walczącej z "białofińskimi faszystami''. Tak zaczęła się Talvisota, która miała zakończyć się śmiercią dla dziesiątków tysięcy sowieckich sołdatów...

    Na widok morza czerwonoarmistów przekraczających granicę, jeden z fińskich poborowych zawołał z niedowierzaniem:

    - Mój Boże! Tylu Rosjan! Gdzie my ich wszystkich pochowamy?

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: Możesz mieć i 5 tysięcy czołgów ale jak działa z nich niewiele to jeden gówniany ale na chodzie jest lepszy :) Nie zgodzimy się i tyle.
      Poza tym nie tylko o czołgi chodzie. 600 dobrze ustawionych armat ze wsparciem bunkrów jest warte więcej niż banda nieogarniętych ludzi z idiotami jako dowódcami.

    •  

      @Darth_Gohan @IIWSwKolorze1939-45

      Ale jałowy spór. Przewagę ma ten, kto w danych warunkach posiada środki wystarczające do realizacji swoich zamierzeń. Finowie byli na tyle dobrze zorganizowani i przygotowani do starcia w zaistniałych warunkach, że mogli zniwelować tym, rozumianą w klasycznych kategoriach, miażdżącą przewagę Sowietów. Ale nie oznacza to, że bunkier, wkopany w ziemię Vickers czy butelki z benzyną będą stanowić przewagę technologiczną. W klasycznych warunkach Finowie nie mieli żadnej przewagi nad ACz, końcówka wojny zimowej pokazała to dość dobitnie. pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Czas poczytać o nazistowskiej propagandzie. I zobaczyć jak to było wtedy a jak jest dzisiaj

    W obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych warto by zastanowić się nad rozwojem propagandy politycznej. Niewątpliwie w historii największy wkład w rozwój technik manipulacji wniosły wielkie dwudziestowieczne totalitaryzmy. Nazizm, jako jeden z nich, rozwinął agitację polityczną do swoistej perfekcji budując monopol informacyjny w Niemczech.

    Link do znaleziska - Propaganda nazistowska

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #propaganda #zwyczaje #militaria #europa #swiat #wojna #liganauki #nazizm #hitler #zainteresowania
    pokaż całość

    źródło: zzz20.png

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Rumuńscy żołnierze w Odessie, październik 1941 r.

    Rejonu Odessy broniły na początku sierpnia 1941 r.cztery radzieckie dywizje (ok. 34,5 tys. ludzi), jednak liczba ta stale się zwiększała i wyniosła ostatecznie 86 tys. żołnierzy, dowodzonych przez generała Sofronowa. Siły te utworzyły tzw. Samodzielną Armię Nadmorską, wspartą także oddziałami sformowanymi z robotników oraz Flotą Czarnomorską. Sowieci nie zasypiali gruszek w popiele i rozpoczęli, rękami 100 tys. ludzi, sprawną budowę fortyfikacji w trzech liniach, skoordynowano także działania z okrętami. W sierpniu obronę podzielono na trzy sektory. Miasto było silnie bombardowane od 22 lipca przez niemieckie i rumuńskie lotnictwo.

    Naprzeciw nich stanęła rumuńska 4. Armia dowodzona przez generała Nicolae Ciupercę. Liczyła ona 120 tys. żołnierzy w czterech korpusach (V., IV., I. i III.) Rumuńska przewaga istniała wyłącznie na papierze - jak pisałem już kiedyś, brakowało im niemal wszystkiego, zwłaszcza ciężkiej artylerii. Rumunów wsparła niemiecka grupa specjalna płk von Courbiera, złożona z pułków szturmowego, piechoty i dwóch artylerii.

    Po odbiciu Besarabii Rumuni przekroczyli Dniestr 6 sierpnia 1941 r. i próbowali okrążyć miasto od zachodu. Ciężkie walki trwały o miejscowość Bujalik, szturmowaną przez rumuńską 1. DPanc., która jednak poniosła dość duże straty. Sowieckie armaty 76 mm zwyczajnie rozpruwały francuskie i czeskie czołgi Rumunów. Udało się jednak 13 sierpnia ostatecznie zamknąć pierścień okrążenia. Rosyjskie źródła podają, że Niemcy zrzucili kompanię spadochronową w sowieckich mundurach, ale nie znalazłem jakiegoś potwierdzenia tej informacji. Niemiecko-rumuńska ofensywa została zatrzymana i wznowiono ją 20 sierpnia. I tym razem natarcie utknęło, zatrzymane 15 km od miasta huraganowym ogniem artylerii okrętowej. Sytuacja względnie ustabilizowała się - Rumuni stracili 27 tysięcy ludzi i musieli przerwać ataki. Sowieci darowany czas wykorzystali na przerzut jednej dywizji strzeleckiej do miasta. Ewakuowano na bieżąco także rannych i chorych, dzięki czemu linie cały czas były obsadzone. Rumuni z kolei prowadzili ostrzał nękający, chcąc zdemoralizować obrońców. Sowieci zaskoczyli jednak oblegających i 22 września przeprowadzili silny kontratak, odbijając 120 km kwadratowych, odrzucając dwie rumuńskie dywizje i zdobywając całkiem pokaźne ilości wyposażenia. W następnych dniach Sowieci wyprowadzili dalsze dwa kontrataki - oba z sukcesem, a następnie 9 października odrzucili ostatnią próbę szturmu na miasto.

    Ze względu na pogorszenie się sytuacji na froncie, zdecydowano się na ewakuację garnizonu. Ewakuacja drogą morską trwała od 1 października i zdołano wycofać niemal wszystko: 350 tys. żołnierzy i cywilów, sprzęt wojskowy, a nawet wyposażenie fabryk. Miasto upadło ostatecznie 16 października - po 73 dniach oblężenia. Sowieci stracili ok. 69 tys. ludzi. Rumuni - ok. 93 tys. Tuż przed końcem oblężenia odwołano nieudolnego generała Ciupercę.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Some men just want to watch the world burn. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Fiński zdobyczny czołg OT-133 na ulicach Pietrozawodska, 1 października 1941 r. Pojazd to pancerny miotacz ognia na bazie czołgu T-26.

    Dość często pisze się, że Finowie nie zamknęli pierścienia wokół Leningradu, bo zatrzymali się na swoich granicach sprzed 1940 roku. Oczywiście jest to nieprawda.

    Równolegle z podbojem Przesmyku Karelskiego i okolic Jeziora Ładoga, Finowie rozpoczęli ofensywę we Wschodniej Karelii. Finowie na wschód ruszyli siłami VII. Korpusu. Jednak postępy nie były tak dobre, jak ich kolegów na zachodzie - uwikłali się w ciężkie walki, a wspierająca ich trzybrygadowa Grupa Oinoen została zatrzymana niemal natychmiast. Na początku września udało się dotrzeć do granicy sprzed 1940 r.

    Do nowej ofensywy (co ważne, przekraczającej granicę z 1939 roku) Finowie przeznaczyli cztery dywizje w dwóch korpusach (VI. i VII.), jedną w rezerwie (7.), trzy grupy - Lagus, Kuussaari i Oinoen, wsparte niemiecką 163. DP. Sowieci w tym rejonie dysponowali 7. Armią, podzieloną na dwie grupy operacyjne - Pietrozawodską i Ołoniecką GO, z czterema dywizjami piechoty, dywizją milicji i brygadą marynarki.

    Ofensywa rozpoczęła się 4 września największą nawałą artyleryjską, jaką widziała fińska armia. Finowie błyskawicznie przełamali sowiecką obronę i przekroczyli rzekę Tuloksa. Następnie Grupa L, korzystając ze swojej mobilności, dotarła do Ołońca już następnego dnia i zdobyła go. 5. i 7. DP również ruszyły naprzód, niemal okrążając sowieckich milicjantów, którzy w ostatniej chwili uniknęli kotła. Przecięto połączenie z Murmańskiem. Fiński wyłom miał 40 km szerokości i 10 km głębokości.

    Ciężkie walki trwały o Pietrozawodsk. Finowie po raz kolejny użyli swojej ukochanej taktyki motti i zamknęli całą GO w potrzasku. Sowieci, rozpaczliwie próbując się wyrwać, ponieśli potworne straty. Udało im się to resztkami sił, porzucając ciężki sprzęt. Nieprzejęci tym Finowie zgotowali im kolejny motti, zamykając w nim 3. Dywizję Milicji, a następnie ją miażdżąc. Ciężko poharatana sowiecka 313. DS zdołała wymknąć się z okrążenia, głównie dlatego, że fińskie natarcie spowolniły opady deszczu i potoki błota.

    23 września Grupa L dotarła do brzegów jeziora Onega. Pozostałe jednostki dotarły tam na początku października. Pietrozawodsk został zdobyty 1 października i przemianowano go na Äänislinna - ''zamek Onegi''. Upadek miasta przypieczętował klęskę sowieckiej obrony na południu. Finowie dotarli do rzeki Świr i przekroczyli ją, zatrzymując ofensywę na południe. Na północy ofensywę kontynuowano aż do grudnia, gdy zajęto Miedwieżjegorsk i Powieniec na północ od jeziora Onega. Sowieci wycofując się, wysadzili tamy na Kanale Stalina, zatapiając teren. Wówczas to marszałek Mannerheim wydał rozkaz wstrzymania ofensywy, co oznaczało kres fińskich postępów.

    Zemsta za Talvisotę dokonała się.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    Część 2

    W sylwestra 2016/2017 został aresztowany Józef K., co dla mieszkańców Szczucina było zaskoczeniem. Mężczyzna od początku śledztwa sprawiał wrażenie osoby, która chce pomóc rodzinie Cyganów w odnalezieniu mordercy. Często ich odwiedzał, wypytywał o sprawę i mówił, że będzie samodzielnie prowadził śledztwo. Z ojcem Iwony znał się jeszcze z młodych lat, gdy razem pracowali w Spółdzielni Kółek Rolniczych. K. grał nawet na weselu jego szwagierki, a gdy założyli rodziny, ich córki kolegowały się ze sobą. Józef K. mówił nawet głośno o tym, że podejrzewa swojego syna o dokonanie tej zbrodni. Przestał później jednak interesować się sprawą, ponieważ, jak sam twierdził, jego córka zaczęła dostawać telefony z pogróżkami.

    Stary Klapa zajmował się w życiu wieloma rzeczami. Był ratownikiem WOPR, kierownikiem jednej ze szczucińskich drużyn, a także myśliwym, przez co miał pozwolenie na broń. Przez jakiś czas pracował w ORMO. W 1998 r. opiekował się jednym z hangarów nad Wisłą, w którym WOPR trzymało motorówki i sprzęt ratowniczy. Prowadził też ośrodek wodno-rekreacyjny. Organizował tam często zamknięte i huczne imprezy, na których spotykali się tylko wysoko sytuowani ludzie miejscowi oraz m.in. z Tarnowa i z Dąbrowy Tarnowskiej, ówczesny wójt Szczucina, politycy z Warszawy, z SLD (którzy potem działali w resortach siłowych za czasów rządów Leszka Millera), policjanci, sędziowie, prokuratorzy, lekarze, szczuciński proboszcz oraz właściciel firmy Tankpol Roman M. (ten sam, który ufundował nagrodę za znalezienie sprawcy; może to był wabik na kogoś, kto mógł zbyt dużo wiedzieć na temat morderstwa?), ważna postać w branży paliwowej i transportowej. W 2002 r. został zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą w tzw. aferze paliwowej. Wniosek o jego zwolnienie z aresztu złożyli m.in. były wójt Szczucina oraz tamtejszy proboszcz. Józef K. często pił też z Andrzejem Ł. ps. Jabłuszko z Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz byłym funkcjonariuszem ZOMO w Tarnowie, świetnie znał się także z naczelnikiem wydziału kryminalnego tej komendy, Bogusławem P. ps. Papuśny, którego często odwiedzał w pracy.

    Według śledczych, na tych spotkaniach Stary Klapa gromadził na wszystkich "haki". Mężczyzna często powtarzał, że ma takie układy, że nikt go nie ruszy.

    W styczniu 2017 r. K. usłyszał zarzut pomocnictwa i składania fałszywych zeznań oraz został umieszczony w areszcie śledczym na okres trzech miesięcy.

    . . .

    W grudniu 2016 r. odbyło się także przesłuchanie Renaty G.-D. (zdjęcie), dawnej przyjaciółki zamordowanej Iwony. Jednak sąd nie zgodził się na jej aresztowanie zaraz po zatrzymaniu, wyraził na to zgodę dopiero po odwołaniu się prokuratury. Same procedury trwały półtora miesiąca, w czasie których kobieta zdążyła zapaść się pod ziemię. Nie stawiła się także w prokuraturze na planowane następne przesłuchanie i nie usprawiedliwiła swojej nieobecności. Dlatego i za nią został wysłany międzynarodowy list gończy. 20 lutego 2017 r. późnym wieczorem na krakowskim lotnisku Straż Graniczna dokonała jej zatrzymania tuż po przylocie do Polski. Kobieta usłyszała zarzut czterokrotnego składania fałszywych zeznań, jednak według pełnomocnika rodziny Cyganów rola Renaty w tej zbrodni jest o wiele większa niż wynikałoby to z kwalifikacji prawnej czynu. W jego ocenie dziewczyna wiedziała, co planują sprawcy w stosunku do Iwony. Była świadoma następstw, które spotkały jej przyjaciółkę, a przynajmniej się na nie godziła.

    Kobieta została umieszczona w areszcie na okres trzech miesięcy.

    (klik)

    . . .

    Zarzuty usłyszeli także emerytowany wieloletni posterunkowy ze Szczucina Leszek Witaszek oraz policjant Grzegorz J., którzy w noc morderstwa patrolowali okolicę. W późniejszym czasie zostali zatrzymani również: Maciej C. – były komendant z Dąbrowy Tarnowskiej (pan ten wypowiadał się w programie "997" z 1999 r., do którego link podałam wyżej; zwróćcie uwagę na to jak nie patrzy prowadzącemu w oczy), Bolesław P. ps. Papuśny – długoletni naczelnik wydziału kryminalnego w Dąbrowie Tarnowskiej oraz były funkcjonariusz SB, Paweł W. – wcześniej funkcjonariusz, później pracownik cywilny komendy w Dąbrowie Tarnowskiej, Andrzej K. – były komendant Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz przez ponad 11 komendant komisariatu w Szczucinie, a także policjanci: Jerzy S., Marek K., Waldemar G., Longin F., Krzysztof B., Robert N. oraz Jacek M. Zarzucono im nadużycie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub niedopełnienia obowiązków oraz poplecznictwo, czyli utrudnianie postępowania karnego, co skutkowało niewykryciem sprawcy zabójstwa i jego pomocników przez lata. Wszyscy zostali aresztowani na trzy miesiące. Z wolnej stopy będzie odpowiadać także funkcjonariusz Ryszard S.

    Paweł W., który jako jeden z pierwszych prowadził w 1998 r. śledztwo w sprawie śmierci Iwony, na polecenie swojego przełożonego Bogusława P. (prywatnie szwagra Leszka Witaszka), miał zamienić zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady, czyli włosy, które były nośnikami materiału genetycznego.

    Maciej C., który przeprowadzał oględziny przedmiotów zabezpieczonych w okolicach miejsca zbrodni, miał wyprostować pętlę z drutu, którym uduszono Iwonę. Nie opisał też tego kluczowego dowodu, ani nie zrobił zdjęć.

    Andrzej K., również na polecenie Bogusława P., bez żadnego pokwitowania odebrał od rodziny ubrania i biżuterię ofiary, które miała na sobie w noc zabójstwa. Bez rejestracji przechowywano je w komisariacie, aż w końcu ubrania zaginęły.

    Bogusław P. może być także autorem wysyłanych przez lata anonimów, którymi mógł wpływać na bieg śledztwa.

    Według ustaleń śledczych, niektórzy policjanci faktycznie od lat wiedzieli, że jednym z zabójców jest Paweł K., jednak nic z tą informacją nie zrobili. Jeden z mundurowych miał też wskazać sprawcę rodzinie zamordowanej.

    Sierżant Leszek Witaszek współpracował z policjantami, a jego zeznania okazały się bardzo ważne dla śledztwa. Funkcjonariusz przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze. Rodzina Iwony ze względu na jego postawę sporządziła pisemny "akt przebaczenia", w którym mimo wielkiej doznanej krzywdy wybacza mu jego postępowanie. Dokument ten znalazł się w aktach sprawy i nie wyklucza się, że może on mieć znaczenie dla innych podejrzanych funkcjonariuszy. Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

    . . .

    Policja i prokuratura, analizując zgromadzony materiał dowodowy, ustaliła, że z zabójstwem Iwony bezpośredni związek ma zaginięcie i śmierć Tadeusza Draba w 1999 r. Według ustaleń w dniu zaginięcia szedł z trzema mężczyznami, którzy nie mieszkali w Szczucinie. Następnie został odurzony alkoholem, przewieziony łodzią motorową na środek rzeki i wrzucony do wody. Motorówka miała być później spalona i zatopiona, a w maju 2018 r. śledczy z pomocą strażaków i płetwonurków usiłowali ją odnaleźć (klik). Prokurator wyjaśniał, że wytypowano osoby, które zdaniem śledczych dopuściły się zamordowania Draba, jednak formalnie nikt nie został jeszcze oskarżony.

    W kwietniu 2017 r. policjanci z zespołu Archiwum X zaczęli także badać okoliczności tajemniczej śmierci Marka Kapela (klik) (klik) (klik). Według ich ustaleń, wstępne okoliczności tej sprawy wskazują, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek, ani samobójstwo, a raczej ktoś umyślnie spuścił na niego fragment betonowego ogrodzenia.

    Włączyliśmy te dwa postępowania do śledztwa, bowiem mają one bezpośredni związek z wiedzą tych dwóch osób o zabójstwie Iwony Cygan

    – informował prokurator.

    . . .

    Podejrzanym wątkiem jest także samobójstwo 34-letniego sierżanta Andrzeja J. ze szczucińskiego komisariatu. Mężczyzna strzelił sobie w głowę z broni służbowej, pozostawiając żonę i trójkę małych dzieci. Wszystkie wypowiedzi na temat jego śmierci na komendzie w Szczucinie i rzekome powody, które można znaleźć w prasie, są wypowiedziane przez policjantów oskarżonych w sprawie Iwony Cygan (np. tutaj). Wiadomo, że policjantowi jako jednemu z nielicznych ufała rodzina zamordowanej, a on próbował ich wspierać i znaleźć sprawcę. Mówił także, że bardzo by chciał "żeby ta sprawa wyszła”. Jednym z policjantów, którzy znajdowali się na komisariacie w noc śmierci J. zabójstwa był Waldemar G., który obecnie jest oskarżony o mataczenie w sprawie o zabójstwo Iwony.

    . . .

    W kwietniu 2017 r.oku, po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W kwietniu 2017 r., po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W grudniu 2017 r. ojciec oraz siostry zamordowanej Iwony wydali specjalne oświadczenie, w którym nie zgodzili się, aby proces toczył się w Sądzie Okręgowym w Tarnowie. Z wnioskiem o wyłączenie tarnowskiego sądu ze sprawy zwróciła się także Prokuratura Krajowa.

    Sprawa została przeniesiona do Sądu w Rzeszowie, którego działania także wzbudziły podejrzenia rodziny Cyganów. Początkowo rzeszowski sąd chciał zwrócić prokuraturze akt oskarżenia, twierdząc, że wymaga on poprawek – zarzuty muszą być w całości jawne. Jednak sąd apelacyjny nie dopatrzył się żadnych braków i uznał, że zniesienie klauzuli tajności nie wchodzi w grę, gdyż część zarzutów wobec oskarżonych opiera się na niejawnych dokumentach policji, których absolutnie nie można odtajnić. Rodzina Cyganów uważała również, że jako ostatni dowiadywali się o wszelkich ważnych decyzjach, a o zwrocie aktu oskarżenia przeczytali dopiero w mediach. Nie udało im się jednak zmienić sądu ani sędziego.

    Dla nas rozpoczynający się proces jest niesłychanie ważny. Jednak nadal uważamy, że absolutnie nie powinien odbywać się on w Rzeszowie, ale w miejscu dalekim od lokalnych układów

    – mówiła siostra zamordowanej.

    . . .

    Akt oskarżenia wpłynął ponownie do Sądu Okręgowego w Rzeszowie w styczniu 2018 r.

    Ustalona przez śledczych wersja wydarzeń z sierpnia 1998 r. kształtuje się następująco:

    Jak wynika z aktu oskarżenia, w latach 90. w lokalu Roberta K. kwitł handel narkotykami oraz były tam nagrywane filmy pornograficzne z udziałem młodych dziewczyn, które wcześniej były odurzane, a mężczyźni gwałcili je grupowo. Wiele z nich było nieletnich, a niektóre mogły być nawet umysłowo niepełnosprawne. Nagrania często były narzędziem szantażu wobec ofiar, a także wpływowych znajomych, którzy nie raz brali w orgiach udział. Materiały wideo były sprzedawane do Austrii, gdzie Paweł K. wraz ze swoim ojcem prowadzili nielegalne interesy polegające na tym, że pod pretekstem organizowania prac zarobkowych wywoził młode dziewczyny do domów publicznych. Ich werbowaniem zajmował się Młody Klapa, który jeździł po okolicznych miejscowościach i zaczepiał kobiety. Ich selekcja odbywała się w lokalu Trabanta, gdzie było osobne pomieszczenie z weneckim lustrem. Często obserwowali zza niego bawiące się na dyskotece osoby i oceniali, która im się podoba. Niektóre z pokrzywdzonych zgłosiły się po latach do prokuratury.

    Iwona wyszła na spotkanie z przyjaciółka Renatą i wspólnie udały się do zajazdu w Szczucinie, gdzie rozmawiały z kolegami, ale nie piły alkoholu. Po wyjściu z lokalu spacerowały w pobliżu rynku, a w tym samym czasie okolicę tę patrolowali policjanci Leszek Witaszek oraz Grzegorz J. Około godziny 22:00 przy nastolatkach, z piskiem opon, około dwóch, -trzech metrów od policyjnego auta, zatrzymał się biały polonez, który prowadził Paweł K. Obok niego siedział nieżyjący już dziś Robert K. zwany Trabantem, a z tyłu ojciec Pawła, Józef. Obie nastolatki wsiadły do środka, Iwona niechętnie, jednak mogła czuć się pewniej przez bliskość policyjnego patrolu, w którym jeden z policjantów był ojcem jej koleżanki z klasy, dodatkowo błyskało się i zaczął padać deszcz. Samochód ruszył, a całą sytuację widziała także trójka mężczyzn, wśród nich Tadeusz Drab. Świadek wsiadł do radiowozu i obawiając się nadchodzącej burzy poprosił znajomych policjantów o podwiezienie do domu. Policjanci wraz z Drabem ruszyli za polonezem i jechali za nim aż do rzeki, gdzie mundurowi wysadzili pasażera i wrócili do patrolowania miasteczka.

    Najprawdopodobniej Iwona była bita już w samochodzie, a później przetrzymywana w przystani wodnej WOPR. Cała piątka przed północą podjechała pod bar "U Trabanta", gdzie ponownie widzieli ich policjanci, którzy zaparkowali nieopodal. Gdy wraz z Iwoną pojawili się w pubie, znajdowało się tam około 30 osób. Przy barze stała dziewczyna Pawła K., żona Trabanta oraz barmanka. Na zewnątrz szalała burza, lało jak z cebra. Mężczyźni, nie kryjąc się, wraz z Iwoną weszli do wydzielonego pomieszczenia, w którym to między innymi były nagrywane filmy pornograficzne. Tam Młody Klapa usiłował zgwałcić nastolatkę, ale ta zaciekle się broniła. Wtedy Trabant i Józef K. chwycili ją za ręce i przytrzymali, a Paweł K. bił twardym narzędziem typu kastet oraz kopał po całym ciele. Po uderzeniach w głowę Iwona na jakiś czas straciła przytomność. Po północy mężczyźni związali jej ręce i podtrzymując zakrwawioną nastolatkę, wyprowadzili ją z lokalu i wepchnęli do poloneza. Całe zdarzenie ponownie widziała duża grupa klientów lokalu oraz policjanci, którzy mogli dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się "U Trabanta". Jak twierdzi Prokuratura Krajowa, wszystkie osoby, które tamtego wieczoru bawiły się w lokalu, są dziś zidentyfikowane z imienia i nazwiska. Żadna z nich przez następne 19 lat nie przyszła do Cyganów i nie opowiedziała, co stało się tego wieczoru.

    Paweł K., Józef K. i Robert K. wywieźli Iwonę w stronę hangarów WOPR, a za nim ruszył policyjny radiowóz oraz jeszcze jeden samochód. Według relacji policjanta Witaszka, biały polonez skręcił w inną stronę niż oni, jednak co do jego wersji jest wiele wątpliwości.

    Dalsze wydarzenia tej nocy udało się odtworzyć dopiero od godziny drugiej. Wówczas w okolicy wału nad Wisłą, około 200 metrów od hangarów WOPR, po wyjściu z poloneza Iwona zaczęła uciekać, jednak sprawcy dopadli ją i znów brutalnie pobili. Dziewczyna straciła przytomność, a Paweł K. z pobliskiego ogrodzenia wybiegu dla zwierząt wziął długi patyk ze stalowym drutem, który owinął jej wokół szyi. Miał to widzieć Tadeusz Drab, który mieszkał niedaleko rzeki i zobaczywszy światła wyszedł sprawdzić co się dzieje. Mężczyzna później pobiegł do małżeństwa mieszkającego obok, którym opowiedział czego był świadkiem.

    Po zabójstwie sprawcy częściowo zdjęli ubranie z Iwony próbując upozorować zabójstwo na tle seksualnym.

    Starsza z sióstr Iwony kilka lat temu dotarła do świadka, który twierdził, że w noc zabójstwa widział, jak policyjne radiowozy stały na wiślanym wale, nieopodal miejsca, gdzie następnego dnia odnaleziono ciało nastolatki. O ich pobycie na miejscu zbrodni zaraz po morderstwie może świadczyć także to, że gdy około godziny 9:00 ojciec Iwony udał się na komisariat w Szczucinie zgłosić zaginięcie córki to zastał tam sierżanta Leszka Witaszka oraz Grzegorza J., którzy służbę powinni skończyć już o godzinie 7:00, a mimo tego nie udali się do domu spać, tylko przyjechali na komisariat. Wersję te potwierdza także inny z byłych policjantów ze Szczucina.

    Ojciec Iwony wraz z Leszkiem Witaszkiem udali się do domu Cyganów, gdzie w tym czasie przebywała również Renata. Policjant chciał z nią koniecznie porozmawiać, więc oboje zamknęli się w pokoju. Po jakimś czasie mężczyzna wyszedł i oświadczył, że dziewczyna nic nie wie i że Iwona na pewno wróci.

    Dzisiaj prawie przekonany jestem, że powiedział jej, co ma mówić.

    – twierdził ojciec zamordowanej.

    Według materiałów policyjnych, zaginięcie nastolatki zostało zgłoszone dopiero około godziny 13:00. Najprawdopodobniej w ten sposób chciano ukryć fakt, że szczucińska policja nie prowadziła żadnej akcji poszukiwawczej.

    Dzień po zabójstwie Leszek Witaszek przywiózł Tadeusza Draba do sklepu swojej żony w sąsiedniej wsi i kupił mu kilka piw. Po czym razem z Grzegorzem J. wzięli go do radiowozu i wypytywali szczegółowo o to, co widział poprzedniej nocy. Po tej rozmowie Drab utrzymywał, że nie był niczego świadkiem, z kolei policjanci nie sporządzili z tej rozmowy żadnej służbowej notatki.

    klik <– Najnowszy reportaż "UWAGI" na temat sprawy Iwony Cygan, w którym pokazana jest wizualizacja przebiegu wydarzeń z sierpnia 1998 r., relacje rodziny oraz argumenty potwierdzające obecność Leszka Witaszka oraz Grzegorza J. przy wale wiślanym zaraz po morderstwie.

    Zastanawiający jest także fakt, że Bogusława P. naczelnika wydziału kryminalnego, a prywatnie szwagra Leszka Witaszka nie było następnego dnia na miejscu zabójstwa, co może sugerować, że był tam już wcześniej.

    Wielu świadków zeznaje, że w sprawę zamieszany jest też inny policjant z dąbrowskiej komendy, Andrzej Ł., pseudonim Jabłuszko, który był wtedy członkiem zarządu tarnowskiego WOPR i miał klucz do hangarów. Rok po zabójstwie wyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dzwonił potem do Szczucina i wypytywał ludzi co się dzieje w śledztwie. Do Polski przyjechał znowu w 2009 r., chciał zostać na dłużej. Jednak po przesłuchaniu w Archiwum X i badaniu wariografem spakował walizki i następnego dnia wrócił do USA. Dziś prawdopodobnie to on jest świadkiem incognito.

    . . .

    Jako motyw zabójstwa Iwony pojawia się handel żywym towarem. Kilku świadków zeznało, że Iwona miała wyjechać do Austrii razem z siostrą Renaty, która już od kilku lat pracowała w wiedeńskiej knajpie. Nastolatka nawet wyrobiła sobie paszport i zapewne na początku nie domyślała się do czego jest przeznaczona. Mogła być już komuś sprzedana, a ludzie, którzy zapłacili pieniądze za młodą dziewczynę, domagali się dowiezienia zakupionego towaru. Inna hipoteza zakłada, że tamtego wieczoru Iwona miała być w hangarze komuś wystawiona lub Paweł K., Józef K. oraz Robert K. chcieli nagrać film pornograficzny z jej udziałem. Może dziewczyna zbyt dobrze poznała sekrety szczucińskiego układu, a gdy chciała się wycofać, stała się dla nich potencjalnym zagrożeniem.

    . . .

    Robert K. ps. Trabant był z wykształcenia mechanikiem lotniczym. Przez jakiś czas pracował jako strażak w szczucińskiej OSP, służył też w jednostce komandosów. Był bardzo agresywnym człowiekiem. Pod koniec lat 90. wraz z innymi lokalnymi biznesmenami sponsorował zakup sprzętu dla lokalnej policji. Mężczyzna oprócz prowadzenia dwóch najpopularniejszych lokali w Szczucinie, czerpał także zyski z filmów pornograficznych i z handlu narkotykami.

    Następnego dnia po zabójstwie w pubie "U Trabanta" zaczął się remont. Przebywali tam wtedy m.in. Paweł K., jego dziewczyna oraz Trabant z żoną. Według późniejszych zeznań świadków do baru przyjechało wtedy trzech policjantów z Dąbrowy Tarnowskiej w cywilnych ubraniach, którzy rozpytywali o zabójstwo Iwony. Notatek z tego zdarzenia nie było później w aktach sprawy.

    Młodsza siostra Iwony chodziła z synem Roberta K. do klasy, rodzice czasem przyprowadzali go do Cyganów, by mógł pobawić się z koleżankami, a Iwona odprowadzała go pod wieczór do domu.

    Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.

    . . .

    W sierpniu 2018 r. mieszkańcy Szczucina chcieli uczcić 20. rocznicę śmierci Iwony Cygan poprzez odprawienie w jej intencji mszy. Jednak proboszcz miejscowej parafii odmówił, twierdząc, że obecnie na miasto jest za duża nagonka w mediach i to szkodzi parafii. Kiedy wierni próbowali dowiedzieć czegoś więcej w tej sprawie, zostali poinformowani przez jednego z księży, że msza się odbyła, jednak ze względu na nowe przepisy RODO nie można udzielać więcej informacji. Duchowny dodał również, że parafia mogła odmówić odprawienia nabożeństwa, ponieważ parafianie zgłosili się zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a ponadto jest sezon urlopowy i połowy księży nie ma. Msza w intencji Iwony odbywa się jednak co roku na prośbę rodziny i jest zamawiana pół roku wcześniej. Nabożeństwo to odbywa się jednak w sąsiedniej parafii.

    . . .

    6 czerwca 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie ruszył proces (klik). Oskarżycielami posiłkowymi byli ojciec Iwony oraz jej dwie siostry. Mama zamordowanej niestety nie doczekała się sprawiedliwości i zmarła kilka lat temu.

    Praktycznie całe życie czekałam na ten dzień. Często sobie go wyobrażałam. Ludzie, którzy są oskarżeni o morderstwo, byli w tych myślach. Bo od początku wiedzieliśmy, że to oni. Przez 20 lat próbowano nam wmówić, że zabójstwa nie było - akt oskarżenia, który zostanie dziś odczytany, jest dowodem na to, że tej sprawy nie da się już dłużej zamiatać pod dywan

    – mówiła przed drzwiami do sali sądowej starsza z sióstr zamordowanej nastolatki.

    Na ławie oskarżonych zasiadło 18 osób: Paweł K., Józef K., Renata G.-D. oraz 15 skorumpowanych policjantów. Dowiezieni z aresztów zasiedli w pomieszczeniu za kuloodporną szybą. Przed oskarżonymi siedzieli w dwóch rzędach ich adwokaci, aż 25 osób, ponieważ każdy z oskarżonych posiadał dwóch lub trzech obrońców. Znalazło się tam kilku bardzo popularnych prawników "z najwyższej półki".

    W sprawie występują także świadkowie incognito, przez co między innymi proces toczy się częściowo za zamkniętymi drzwiami. Wiadomo tylko, że oskarżeni na sali sądowej nie zachowali powagi, wręcz zachowywali się "jak na spotkaniu towarzyskim".

    W czerwcu odbyła się następna rozprawa, na której sąd zgodził się na obecność mediów, jednak nie wolno im na bieżąco przekazywać relacji z procesu. Wszystko po to, by świadkowie, którzy do tej pory nie byli jeszcze przesłuchiwani, nie zmieniali zeznań pod wpływem innych relacji.

    Sąd szuka złotego środka. Nie chce całkowicie utajniać sprawy. Media mają prawo być na sali rozpraw. Dziennikarze mogą gromadzić materiały, bo przyjdzie moment, w którym będzie to można ujawnić. Te zgromadzone materiały mogą im się przydać po zakończeniu procesu czy wtedy, gdy ten zakaz zostanie złagodzony. A to jest możliwe

    – mówił rzecznik Sądu Okręgowego w Rzeszowie. Z kolei sędzia Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości, decyzję tę skomentowała następująco:

    Jest to ograniczanie swobody mediów oraz praw obywatelskich. Zasadą konstytucji jest prawo obywatela do jawnego rozpoznania sprawy.

    Na rozprawie, która odbyła się na początku października, sąd uchylił areszt tymczasowy dla 13 byłych policjantów oraz dla Renaty G.-D. Większość z nich dotąd nie złożyła nawet zeznań przed sądem, tak jak 35 świadków incognito występujących w sprawie. Sąd uznał jednak, że oskarżeni nie mogą już wpływać na świadków i postanowił wypuścić podejrzanych na wolność ze skutkiem natychmiastowym, więc po rozprawie podejrzani nie wrócili już do zakładów karnych. Dostali jedynie zakaz opuszczania kraju oraz obowiązek meldowania się na posterunku w Szczucinie.

    Prokurator Piotr Krupiński, naczelnik Małopolskiego Wydziału do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Prokuraturze Krajowej złożył zażalenie na decyzję rzeszowskiego sądu okręgowego, w której podkreślił, że istnieje realna groźba matactwa ze strony oskarżonych.

    Istotna w całej sytuacja jest realna obawa, że zwolnieni z aresztu oskarżeni policjanci mogliby próbować ustalać, kim są anonimowi świadkowie ze Szczucina, niewielkiego, liczącego 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczka, i próbować ich zastraszać. Na ten aspekt sprawy zwraca uwagę rodzina zamordowanej, zaznaczając, że niełatwo było przez długie lata przerwać zmowę milczenia wokół tragedii.

    30 października Sąd Apelacyjny miał rozpoznać zażalenia prokuratury, jednak nie był w stanie ponieważ Sąd Okręgowy w Rzeszowie nie wysłał im wszystkich akt. Ostatecznie akta przesłano, jednak posiedzenie zostało odroczone, a kolejne wyznaczone na 13 i 14 listopada. Jednak przez zwłokę sądu okręgowego zażalenia, które według przepisów winny być rozpoznane niezwłocznie, będą rozpoznane prawie półtora miesiąca od wyjścia podejrzanych z aresztu.

    . . .

    Na grobie Iwony Cygan wyryto słowa: "Tu leży niewinna istota, którą skrzywdził człowiek””. Miałaby dziś 37 lat.

    . . .

    W 2011 r. w programie "Listy gończe" został wyemitowany odcinek o sprawie Iwony Cygan –> klik

    Reportaż UWAGI z 2017 r. –> klik

    Filmik z youtubowego kanału Niediegetyczne z 2017 r. –> klik

    Reportaż TVN INFO z 2018 r.–> klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    Zapraszam także do obserwowaniarejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

    •  

      a witaszek za co był sądzony? w procesie z tego roku nie bierze udziału? przecież policjant mataczący przy sprawie powinien być sądzony za współudział.

      @kuhonnyje_rewaljucje:

      Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

      Z tekstu to jednoznacznie nie wynika ale najprawdopodobniej Witaszek poddał się dobrowolnie karze bez przeprowadzenia rozprawy. W takiej sytuacji sąd wyłącza pozostałych sprawców do odrębnego postępowania i sądzi ich w "normalnym" trybie. Witaszek może występować w sprawie "głównej" jako świadek. pokaż całość

      +: kvoka
    • więcej komentarzy (57)

  •  

    Dziś nowy wpis na #polskiepato.

    Historię podzieliłam na dwa posty, ponieważ przy próbie dodania całości w jednym wpisie pojawia się komunikat z Wykopu, że treść jest za długa. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    • • •

    Część 1

    W 1998 r. Iwona Cygan była uśmiechniętą i pełną życia 17-latką. Uwielbiała dzieci, a one ją. Często zbierała grupkę urwisów z okolicy i organizowała im zabawy. Zadatki na przedszkolankę łączyły się z jej planami na przyszłość, ponieważ nastolatka marzyła o zawodzie nauczycielki. Była ładną i dość nieśmiałą dziewczyną, ostrożną w nawiązywaniu kontaktów. Uczyła się dobrze, a po wakacjach miała iść do 3. klasy liceum w Dąbrowie Tarnowskiej.

    Ostatni miesiąc wakacji był w Szczucinie (woj. małopolskie) dość chłodny, mimo tego 13 sierpnia Iwona postanowiła wybrać się na rolki. Gdy była już przy furtce, starsza siostra zawołała ją do telefonu, więc dziewczyna wróciła jeszcze do mieszkania. Dzwoniła Renata G., z którą się przyjaźniła, jednak niedawno podjęła decyzję, by zakończyć znajomość i przyznać rację mamie, która od początku była przeciwna tej relacji. Nastolatka mówiła, że nie ufa koleżance, uważała, że ma dziwne towarzystwo i czuła się przez nią okłamywana.

    Dziewczyny były równolatkami, jednak to Renata dominowała w ich znajomości. Od jakiegoś czasu zadawała się z tak zwaną "elitą Szczucina", czyli z okolicznymi biznesmenami i ludźmi z pieniędzmi. Należał do nich prawie 40-letni Robert K. ps. Trabant właściciel baru "U Trabanta" oraz klubu "Zajazd Leśny". Lokale znajdowały się blisko siebie, w samym centrum miasteczka, a z braku innych rozrywek mieszkańcy Szczucina uczęszczali zwykle do obu lokalów tego samego wieczoru. Czas tam spędzali zarówno licealiści, jak i dorośli, także policjanci zaprzyjaźnieni z właścicielem, który cieszył się w okolicy powszechnym uznaniem. Jedni przychodzili potańczyć, drudzy robić szemrane interesy. Wśród kolegów Renaty byli też znajomi jej siostry, przez miejscowych nazywani "grupą austriacką". Jednym z nich był 26-letni Paweł K. ps. Młody Klapa. Mężczyzna skończył zawodówkę, w której wyuczył się na tokarza. Przez jakiś czas pracował jako ochroniarz w barze Trabanta, a później zaczął wyjeżdżać do Grecji, następnie do Austrii, gdzie na czarno podejmował się prac budowlanych. Z czasem zajął się także organizacją wyjazdów do sprzątania domów w Austrii.

    Podczas rozmowy telefonicznej Renata usilnie przekonywała Iwonę do spotkania, zapewniając, że to bardzo pilne. Mimo długiego opierania się, nastolatka niechętnie przystała na propozycję i przekonana, że za chwilę wróci do domu, pomachała mamie i około godziny 19:00 ruszyła w stronę kościoła, w pobliżu którego się umówiła. Dziewczyny udały się do "Zajazdu Leśnego", gdzie rozmawiały ze znajomymi. O godzinie 21:00 siostra Iwony spotkała ją wychodzącą z lokalu –. była uśmiechnięta i mówiła, że wybiera się już do domu. Późnym wieczorem starsza z córek wróciła przekonana, że siostra śpi w swoim pokoju. Ich matka, słysząc zamykające się drzwi wejściowe, była pewna, że wróciła także Iwona. Niestety, nad ranem nie zastała jej w łóżku. Rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Starsza córka bezzwłocznie zadzwoniła do Renaty, jednak telefon odebrała jej siostra, która powiedziała, że nastolatka jest na kursie na prawo jazdy. Rodzina zaginionej udała się tam z nadzieją, że dowie się, co się stało z Iwoną. Według ich relacji, Renata w ogóle nie zdawała się zaskoczona zniknięciem przyjaciółki, zachowywała się dziwnie i długo nie chciała z wrócić z nimi do Szczucina, by pomóc w poszukiwaniach. Od razu po powrocie ojciec zgłosił policji zaginięcie.

    Jeszcze tego samego dnia około godziny 14:30 rolnik, który prowadził krowę na pastwisko, odnalazł przy wale Wisły w Łęce Szczucińskiej zmasakrowane ciało Iwony. Nastolatka leżała twarzą do ziemi, na plecach miała skrępowane sznurkiem ręce, a na szyi zadzierzgniętą pętlę z drutu. Jej ciało było częściowo obnażone, a spodnie i bielizna zsunięte na uda. Była brutalnie pobita, miała głównie obrażenia głowy, okolicy potylicznej, klatki piersiowej, pleców oraz dwukrotnie złamaną żuchwę. Uderzenia były zadawane ze znaczną siłą, po całym ciele i przy użyciu różnych przedmiotów. Miała też wyrwane kolczyki i obcięte włosy, co mogło świadczyć o tym, że sprawcy chcieli upokorzyć swoją ofiarę. Policjant pracujący nad sprawą wspominał:

    Analiza oględzin miejsca ujawnienia zwłok i samego ciała ofiary wskazuje, że sprawcy chcieli ją upokorzyć, pastwić się nad nią. Być może w trakcie tego zdarzenia doszło do aktów mających ślady seksualności. W grupie napastników na pewno byli mężczyźni.

    Iwona umarła w wyniku gwałtownego uduszenia drucianą pętlą i częściowego zamknięcia dróg oddechowych krwią spływającą z obrażeń twarzy. Nie było żadnych śladów, które wskazywałyby, że została zgwałcona. Nastolatka była pobita do takiego stanu, że rodzina nie była w stanie zidentyfikować jej ciała. Udało im się to na podstawie ubrań, które miała na sobie.

    W pobliżu zwłok znajdowały się fragmenty sztachet i rozbite butelki po winie. Policja zabezpieczyła także włókna w rzadkim kolorze biskupim oraz ludzkie włosy. W nocy podczas burzy, deszcz zatarł większość śladów.

    Według oficera policji, sprawcami musiały być osoby, które dobrze znały okolicę:

    Sprawcy w tym miejscu czuli się bezkarnie i pewnie. A więc znali pewne zwyczaje sąsiednich domów i że w miejscu zbrodni nie zjawi się potencjalny świadek. Być może czuli się na tyle bezkarni, że nawet nie obawiali się, że jak ktoś ich zauważy to i tak im nic nie grozi.

    . . .

    Policja popełniła szereg błędów i rażących zaniedbań, które były widoczne już od samego początku śledztwa. Zwłoki Iwony szybko zabrano, a na miejscu zbrodni nikt nie został. Nie zabezpieczono nawet terenu. Dopiero po interwencji członka rodziny Cyganów śledczy wrócili na miejsce i ostatecznie zabezpieczono szereg dowodów.

    Mimo intensywnych opadów minionej nocy psy tropiące złapały ślad. Jednak prokurator stwierdził, że idą za zającem i kazał je odwołać.

    Niedaleko miejsca odnalezienia zwłok, pod namiotami wypoczywali turyści, których funkcjonariusze nawet nie przesłuchali. Nie przeszukano także hangarów WOPR, ani baru "U Trabanta". Nie zabezpieczono ważnych dowodów lub je zniszczono. Nie włączono też do materiałów śledztwa żadnych notatek obciążających osoby, które dzisiaj w tej sprawie są oskarżone. Za to przesłuchano około 250 świadków, których zeznania jednak zdaniem policji były bezwartościowe i nie wniosły nic do śledztwa. Nie postawiono także nikomu zarzutów, a jedną z pierwszych hipotez policji było to, że Iwonę zabili sataniści.

    W miasteczku zapanowała zmowa milczenia. Mieszkańcy najwyraźniej bali się rozmawiać z policją, która zresztą także nie starała się ujawnić prawdy o tym brutalnym morderstwie. Cała okolica dużo wcześniej wiedziała, u kogo danego dnia będą odbywały się przeszukania, czy kto kiedy będzie wzywany na przesłuchanie. Mieszkańcy Szczucina wiedzieli także, kto dokonał tej zbrodni, a już następnego dnia po morderstwie, na rynku rozmawiano o tym, kto dokładnie w nim uczestniczył.

    Renata podczas jednego z pierwszych przesłuchań w Dąbrowie Tarnowskiej twierdziła, że nie znała Iwony. Mimo tego, że wszyscy w okół doskonale widzieli ich intensywną przyjaźń, a oczywistym było, że dziewczyna kłamie. Nie zostały jednak postawione jej żadne zarzuty. Według jej późniejszej relacji, miała rozstać się z Iwoną na rynku po godzinnym spotkaniu i każda z nich poszła w swoim kierunku.

    Dwa miesiące po znalezieniu ciała policja zwróciła rodzicom Iwony jej ubrania, co jest standardową procedurą, jeżeli rzeczy osobiste nie są już potrzebne do badań. Jednak trzy tygodnie później u pogrążonej w żałobie rodziny pojawił się człowiek w mundurze funkcjonariusza policji twierdząc, że musi je ponownie zabrać. Rodzina wydała wszystko, z wyjątkiem butów. Mężczyzna nie zostawił żadnego pokwitowania, a rzeczy nie trafiły do prokuratury, tylko rozpłynęły się bez śladu.

    . . .

    Na pogrzeb Iwony przyszły tysiące ludzi, głównie młodzież. Koledzy nieśli trumnę kilka kilometrów ze Szczucina do Ratajów, gdzie została pochowana. (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    W styczniu 1999 r. został wyemitowany odcinek programu "997" (klik), w którym poinformowano o nagrodzie ufundowanej przez wójta Szczucina i lokalnego biznesmena, właściciela firmy Tankpol, o wysokości 20 tysięcy złotych za pomoc w ujęciu sprawców. Po emisji programu 31-letni Tadeusz Drab (zdjęcie) powiedział w barze kolegom, że wie, kto zabił Iwonę i chce podzielić się tą wiedzą z policją. Chwalił się, że to on zgarnie nagrodę. Nie zdążył jednak złożyć zeznań, ponieważ już następnego dnia zaginął, a jego ciało wyłowiono z Wisły dopiero po kilku miesiącach. Miejscowi śledczy uznali to za samobójstwo, choć nic nie wskazywało na to, by mężczyzna z planami na przyszłość i ukochaną dziewczyną u boku, którą miał niedługo poślubić, chciał targnąć się na swoje życie. Dodatkowo Drab świetnie pływał, był wręcz wychowany nad rzeką, a po wyłowieniu z wody ręce miał skrępowane sznurem. Jednak to także nie przekonało śledczych do wszczęcia dochodzenia w sprawie zabójstwa oraz nie połączyli tej sprawy z morderstwem Iwony.

    Śmierć Tadeusza zamknęła na dobre usta mieszkańcom Szczucina i okolic. Gdy ktoś próbował rozmawiać z mundurowymi sąsiedzi ostrzegali – "przestań, bo zginiesz jak Tadek Drab". Ludzie panicznie bali się sprawców, których doskonale znali, tak samo zresztą jak policja i rodzina ofiary.

    . . .

    Po zabójstwie Iwony w Szczucinie zaczęło dochodzić do niewyjaśnionych aktów agresji wobec mieszkańców. Został pobity miejscowy ksiądz oraz licealiści, których dodatkowo wywieziono nad Wisłę i grożono śmiercią.

    . . .

    Sprawa Iwony Cygan po raz pierwszy została umorzona 8 lipca 1999 r. z powodu "braku dowodów".

    . . .

    20 grudnia 2013 r. kuzyn Iwony, który od początku bardzo pomagał rodzicom zamordowanej w dotarciu do prawdy, odnalazł swojego syna, 18-letniego Darka Cygana powieszonego w garażu. Wszelkie okoliczności jego śmierci wskazywały na udział osób trzecich, jednak Prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej umorzyła śledztwo. Darek znał się z synem Trabanta i według jednej z relacji chłopcy mieli pokłócić się na jednym z grillów, po czym Cygan miał mu powiedzieć, że jest synem mordercy.

    . . .

    Rankiem 24 sierpnia 2014 r. w Szczucinie przypadkowy przechodzień odnalazł ciało 30-letniego Marka Kapela (zdjęcie). Zwłoki znajdowały się w dziwnym ułożeniu, a mianowicie głowa została przygnieciona ciężkimi elementami betonowego ogrodzenia, które zadziałały jak gilotyna (zdjęcie) (zdjęcie). Jego ciało wyglądało tak, jakby walczył, aby wydostać się spod betonowych płyt. W dniu swojej śmierci Marek, który na co dzień pracował w firmie budowlanej, wyszedł z baru "Ambrozja", gdzie według barmanki wypił niewiele, może dwa lub trzy piwa. Do domu miał około trzech kilometrów, które przemierzał wzdłuż jednej z najczęściej uczęszczanych dróg w miasteczku. Monitoring zarejestrował jego postać około godziny 23:10, jednak w zasięgu kolejnej kamery mężczyzna już się nie pojawił. Osiem godzin, które upłynęły pomiędzy ostatnim nagraniem a odnalezieniem zwłok, owiane jest tajemnicą. Policjanci uznali, że zginął około północy, jednak według ratowników medycznych, którzy zjawili się na miejscu odnalezienia zwłok, musiało to być około czwartej nad ranem. Tymczasem, około drugiej w nocy, tuż obok miejsca, gdzie leżał Kapel, policjanci wylegitymowali dwóch mężczyzn, którzy szli środkiem drogi. Co więcej, jak pokazuje monitoring, w nocy dwa razy obok tego miejsca przejeżdżał radiowóz.

    Następnego dnia na miejscu odnalezienia zwłok nikt nie zabezpieczył śladów, a po dwóch godzinach było już tam pusto. Ubrania Marka po jakimś czasie zostały zutylizowane, nie pobrano z nich także żadnych śladów. Nie wezwano psów tropiących ani nie zlecono przeprowadzenia eksperymentu, który mógłby wykazać, czy wybicie samodzielne głową przęsła było w ogóle możliwe. W końcu postępowanie w sprawie śmierci Marka Kapela zostało umorzone przez Prokuraturę Rejonową w Dąbrowie Tarnowskiej ze względu na "brak znamion czynu zabronionego" i mimo sprzeciwu rodziny uznane za nieszczęśliwy wypadek lub samobójstwo.

    Wiadomo było, że Marek posiadał informacje dotyczące morderstwa Iwony Cygan. Koledzy prosili go, aby nie mówił o tym głośno, ostrzegali, że "skończy jak Tadek Drab". Dwa miesiące przed śmiercią potrącił go samochód, a nieznany sprawca uciekł. Kapel miał złamane trzy żebra i stłuczoną rękę, jednak nie chciał zgłosić zdarzenia na policję. Najprawdopodobniej odebrał to jako ostrzeżenie i umyślne potrącenie.

    (klik)

    . . .

    Matka zamordowanej Iwony mówiła, że przy policjantach i prokuratorach ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej czuła się jak morderczyni, nie jak ofiara. Przez wiele lat rodzina Cyganów nie mogła nawet znaleźć pełnomocnika, który by ją reprezentował. Kolejni adwokaci z kancelarii w Tarnowie, a nawet w Krakowie odmawiali, tak jakby doskonale wiedzieli, że nie jest to zwykła sprawa kryminalna. Wszyscy widzieli, że gdy tylko ktoś próbował dotrzeć do prawdy, miał realne kłopoty. Po wielu latach batalii z mundurowymi – dopiero gdy w 2009 r. sprawą zainteresowało się krakowskie Archiwum X – śledztwo zaczęło nabierać tempa. Udało się nawiązać kontakt ze świadkiem wydarzeń z sierpnia 1998 r. Mężczyzna w rozmowie z policjantami zeznał, że widział, jak na rynku przy Iwonie i Renacie zatrzymał się gwałtownie biały polonez prowadzony przez Pawła K. zwanego Młodym Klapą. Po krótkiej rozmowie dziewczyny wsiadły do środka. Świadek w obliczu prokuratury wycofał się jednak z części zeznań, a niebawem po tym Archiwum X zostało odsunięte od sprawy, ponieważ "ktoś wyżej" uznał, że "za bardzo angażuje się w pomoc rodzinie". Śledztwo ponownie zostało umorzone. W 2014 r. sąd nakazał prokuratorom je wznowić, stwierdzając, że nie zrobiono wszystkiego, aby odnaleźć mordercę. Krótko po tym udało się dotrzeć do nowych dowodów, a mianowicie do kasety wideo, na której widać, jak Paweł K. bawi się na weselu w Szczucinie dwa dni po śmierci Iwony. Było tam niespełna sto osób, w tym prawie wszyscy oskarżeni dziś o udział w zabójstwie. Na nagraniach widać, że Młody Klapa był ubrany w marynarkę koloru biskupiego, prawdopodobnie tę samą, której włókna zabezpieczono na miejscu zabójstwa Iwony. Jego pobyt na zabawie wskazywał także na to, że alibi z 1998 r., według którego w noc morderstwa miał być w drodze do Austrii jest nieprawdziwe.

    W 2016 r. media podały informację, że policjanci są o krok od złapania morderców. Na początku października w Łęce Szczucińskiej, gdzie przed laty znaleziono ciało nastolatki, został przeprowadzony eksperyment procesowy (klik), który miał polegać na m.in. odtworzeniu relacji świadka (zdjęcie) (zdjęcie). W eksperymencie brała udział Żandarmeria Wojskowa, która użyczyła drona do skanowania terenu oraz naziemnego sprzętu do mapowania 3D miejsc zdarzeń. (klik)

    Do tego czasu zebraliśmy bardzo dużo materiału dowodowego. Z najnowszych informacji wynika, że miejsce znalezienia zwłok najprawdopodobniej nie było miejscem zabójstwa. Pod uwagę bierzemy również fakt, że ciało Iwony było roznegliżowane. Choć sekcja zwłok wykluczyła jakikolwiek kontakt seksualny. Uważamy, że sprawca celowo chciał wprowadzić w błąd policję co do miejsca i motywu zbrodni

    – mówił Bogdan, szef krakowskiego Archiwum X. Po latach została przerwana też zmowa milczenia, a policja dotarła do świadków wydarzeń sprzed lat, którzy w końcu zdecydowali się na rozmowę z funkcjonariuszami.

    klik <– wywiad z owym Bogdanem, bardzo ciekawy człowiek (rozmowa nie dotyczy tej sprawy).

    . . .

    Zaraz po przeprowadzeniu wizji lokalnej w Łęce Szczucińskiej zaginął 79-letni Wojciech Sołtys (zdjęcie) ze Świdrówka pod Szczucinem. Dopiero po ponad trzech tygodniach poszukiwań w trudno dostępnym miejscu nad Wisłą znaleziono jego zwłoki. Mężczyzna leżał twarzą do ziemi i był nieadekwatnie ubrany do pory roku – miał na sobie tylko koszulkę polo z długim rękawem oraz dresowe spodnie. Kilkaset metrów dalej znajdował się spalony wrak jego samochodu. Tablica rejestracyjna leżała na ziemi.

    Mężczyzna posiadał plany na przyszłość, remontował dom i miał już kupiony bilet na lot do Stanów Zjednoczonych, w których wcześniej spędził ponad 30 lat życia. W dniu, w którym zaginął, nie zjawił się na lotnisku, o czym powiadomiono jednego z jego braci, który od razu wybrał się do domu Wojciecha. Zastał tam otwartą bramę na posesję. Nie było słychać szczekania psa, który – jak się później okazało – leżał martwy. Jego sekcja zwłok wykazała, że zmarł z wygłodzenia.

    Przy ciele denata znaleziono sporo gotówki, w tym amerykańskie dolary, oraz telefon komórkowy.

    Jednoznacznej przyczyny śmierci nie udało się ustalić. Wykluczono natomiast, że był to jakiś uraz, jak np. pobicie.

    Biegli wskazali, że najbardziej prawdopodobną przyczyną zgonu była ostra niewydolność układu krążenia w przebiegu uszkodzenia mięśnia sercowego na tle miażdżycowym

    – mówił zastępca prokuratora rejonowego w Dąbrowie Tarnowskiej. Tłumaczył też, że dla dobra śledztwa więcej szczegółów ujawnić nie może, ale. dodał, że prowadzą śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

    Krewni zmarłego nie wierzą w zgon z przyczyn naturalnych. Według brata sprawcą musiał być ktoś miejscowy, kto dobrze znał okolicę, ponieważ miejsce znalezienia zwłok jest obszarem rzadko uczęszczanym i trudno dostępnym.

    Tarnowska prokuratura w końcu umorzyła sprawę, której akta dopiero pod koniec 2017 r. trafiły do Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Postępowanie zaczęło być prowadzone w kierunku podejrzenia zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

    . . .

    Śledztwo w sprawie morderstwa Iwony Cygan kontynuował Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wraz z policjantami ze specjalnej grupy zajmującej się niewyjaśnionymi zbrodniami sprzed lat –- Archiwum X – z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

    Zebrane przez nich dowody, zeznania świadków oraz opinie Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie pozwoliły, by w grudniu 2016 r. za 45-letnim już Pawłem K. został wysłany list gończy, a Sąd Okręgowy w Tarnowie wydał Europejski Nakaz Aresztowania (klik) (klik), ponieważ nieznane było aktualne miejsce pobytu podejrzanego. Na liście gończym widniała kwalifikacja mówiąca o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem, a zdaniem prokuratury podejrzany 13 i 14 sierpnia 1998 r., korzystając z pomocy swego ojca Józefa K. ps. Stary Klapa, zadawał Iwonie liczne ciosy twardym narzędziem, a następnie wywiózł ją w okolice wałów przeciwpowodziowych w Łęce Szczucińskiej, gdzie ofiarę skrępował i doprowadził do jej śmierci.

    Paweł K. został aresztowany 9 stycznia 2017 r. w Wiedniu przez austriackie organy ścigania, a w połowie miesiąca został wysłany z Polski wniosek o jego ekstradycję. Po dwóch rozprawach sądowych w tej sprawie Młody Klapa (zdjęcie) został przetransportowany do Polski wojskowym samolotem 11 maja, a następnie eskortowany przez Żandarmerię Wojskową do Aresztu Śledczego w Krakowie. Jeszcze podczas pobytu w Wiedniu, K. twierdził, że jest krewnym byłej premier Ewy Kopacz, która chroniła go przez te wszystkie lata, o czym pisały wszystkie austriackie media (klik). Polityk wszystkiemu zaprzeczyła i wytłumaczyła się zwykłą zbieżnością nazwisk.

    17 maja w polskiej prokuraturze Paweł K. nie przyznał się do zarzutu i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Mężczyzna został przebadany wykrywaczem kłamstw, które wykazało, że posiada dużą wiedzę na temat zabójstwa Iwony, że coś ukrywa i usiłuje oszukać urządzenie, stosując uniki psychologiczne.

    Kolega Młodego Klapy zeznał, że mężczyzna ten jest maniakiem seksualnym i w latach 90. gdy przyjeżdżał z Austrii do rodzinnego Szczucina, często razem bywali u tarnowskich prostytutek.

    . . .

    DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Samoloty Macchi MC 200 ''Saetta'' (''Strzała'') na froncie wschodnim z 20. Gruppo Caccia. Samoloty mają pomalowane na żółto osłony silnika w celu szybkiej identyfikacji. Rosyjscy jeńcy przetaczają beczki z paliwem. Lato 1941 r.

    ''Saetta'' powstała jako odpowiedź na Hurricane'a. Kiedy wchodził do produkcji w 1939 r. był już nieco przestarzały, zaś największą wadą był słaby 840-konny silnik. Mimo to, samoloty te były lubiane przez pilotów i dawały sobie dobrze radę z brytyjskimi maszynami, mając przewagę w niektórych aspektach, Minusem było słabe uzbrojenie, wynoszące dwa km 12,7 mm.

    W Rosji Włosi wydzielili Comando Aviazione des Corpo de Spedizione, liczące 92 maszyny, mające osłaniać wojska lądowe, w tym 51 myśliwców ''Saetta'', 21 samolotów rozpoznawczych i 20 transportowych Ca. 311. Samoloty operowały z lotniska w Krzywym Rogu i już parę dni po przybyciu Włosi zestrzelili 8 sowieckich samolotów bez żadnych strat własnych. Wybiegając nieco w przyszłość - pod koniec roku włoskie samoloty przebazowano do Zaporoża, gdzie wspierały ogniem kolegów na ziemi. ''Saetty'' bardzo dobrze się spisały, zestrzeliwując 66 na pewno i 16 prawdopodobnie sowieckich maszyn do wiosny 1942 r. Ogółem w ZSRR Włosi zestrzelili 88 maszyn sowieckich i wylatali 2557 misji, tracąc 15 ''Saett''.

    Włosi, siłami dowodzonego przez gen. Messe CSIR, front nad Dnieprem obsadzili po długiej, tysiąckilometrowej podróży 3 sierpnia 1941 r. Niemcy pokpiwali z włoskich sojuszników - ale do czasu, kiedy dywizja ''Pasubio'' po długim i wyczerpującym marszu z miejsca włączyła się do walki i odcięła drogę ucieczki sowieckiemu 469. pułkowi, co wzbudziło uznanie. Jednak to był dopiero przedsmak włoskich możliwości. 16 września reszta sił CSIR dotarła nad Dniepr i od razu spadły na nie silne kontrataki Sowietów, zaciekle próbujących zniszczyć przyczółek. Jednak Włosi wyprowadzili śmiały kontratak, siłami 80. pułku piechoty ''Roma'', tworząc następny przyczółek. Plan zakładał następnie okrążenie miasta Petrikowka - z północy ''Pasubio', z południa ''Torino''. Rankiem 28 września Włosi ruszyli do ataku, napotykając na twardy opór sowieckiej 261. DS, przełamano go jednak tego samego dnia. Wsparcia udzieliła też dywizja szybka ''Duca d'Aosta'', wysyłając dwa bataliony elitarnych bersalierów. O 18 zamknięto pierścień okrążenia. Sowieci szybko się poddali - do niewoli poszło 10 tys. jeńców, zniszczono 450 wrogich czołgów, zdobyto duże ilości zaopatrzenia i uzbrojenia. Włoskie straty wyniosły zaledwie 87 poległych, 190 rannych i 14 zaginionych.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ambasador Imperium Japonii w III Rzeszy, generał Hiroshi Oshima, podczas koncertu w Monachium, 1942 r.

    Często się mówi, że Japonia nie chciała uderzyć na ZSRR, mimo wielu próśb Niemców. Jest to NIEPRAWDA.

    Japonia w XX-leciu balansowała między sojuszem z Niemcami, a państwami zachodnimi, a za swojego głównego wroga uznawała właśnie ZSRR. Rozpoczęcie wojny chińsko-japońskiej było darem dla Stalina, który zaczął wspierać antykomunistyczny rząd Czang Kaj-szeka. Doprowadziło to do starć japońsko-sowieckich nad jeziorem Chasan w 1938 r. i rzeką Chałchin-Goł w 1939 r. W obu bitwach Sowieci, mając przewagę, ponieśli poważne straty. Japonia więc miała świadomość, jakim kolosem na glinianych nogach rzeczywiście są Sowieci. Upewniła ich w tym ucieczka komisarza NKWD, Gienricha Luszkowa, który zdradził wiele informacji Japończykom.

    Niemcy, rozpoczynając planowanie ''Barbarossy'' w ogóle nie poinformowali o niej Japonii. Nieświadoma tego Japonia zawarła z ZSRR pakt o neutralności wiosną 1941 r. Wizytujący III Rzeszę minister SZ Japonii, Yosuke Matsuoka od Ribbentropa usłyszał, że w ogóle Japonia nie powinna się przejmować ZSRR, bo Niemcy poradzą sobie sami. Co więcej, on i Grofaz namawiali Japończyków do ataku na Singapur, sugerując, że tak bardziej pomogą Niemcom.

    Kiedy Niemcy uderzyli na ZSRR, w Tokio uznano to za upokorzenie, bo pominięto najsilniejszego sojusznika III Rzeszy, dysponującego potężniejszą machiną zniszczenia, niż wszystkie europejskie państwa Osi razem wzięte. Co więcej, Japonia jako jedno z niewielu państw miała doświadczenie bojowe w walce z Sowietami, w dodatku była usadowiona w newralgicznym punkcie.

    Przez następne dwa tygodnie w Japonii trwała burzliwa debata na temat tego, czy Cesarstwo powinno uderzyć na ZSRR. Gorąco przekonywał do tego ww Matsuoka, zwłaszcza, że raporty były obiecujące - szef wywiadu, gen. Kiyotomi oceniał, że Armia Czerwona straciła 70 % swoich sił pancernych i lotniczych i zaczęła przerzut jednostek znad granicy z Japonią do Europy. Matsuoka przytomnie argumentował, że rozpad ZSRR doprowadzi też do zakończenia wojny w Chinach, zaś atak musi być natychmiastowy, by zdążyć zadać cios przed zimą.

    Jednak jego apele pozostały bez odzewu. Japońscy politycy nie byli zainteresowani wsparciem Niemiec, bo nikt ich o nie nie prosił. Co więcej, podnoszono, że atak na ZSRR oznacza całkowite odsłonięcie się przed działaniem Wlk. Brytanii i USA oraz złamanie dopiero co zawartego paktu z ZSRR. Jako że Matsuoka nie przedstawił żadnego zaproszenia ze strony Niemiec (listowne apele Grofaz ledwie tolerował), jego sugestie odrzucono 2 lipca 1941 r., a on sam musiał ustąpić ze stanowiska. Jak na ironię, tuż po tym, 14 lipca, Grofaz, upojony zwycięstwem, przez krótki czas namawiał ambasadora Japonii, gen. Oshimę, do dołączenia do ataku na ZSRR. Jednak wkrótce potem znów wskazał południe.

    Japonia miała skierować ostrze swego miecza na południe - co przypieczętowało klęskę Osi w II WŚ.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Radziecki komisarz polityczny w niemieckiej niewoli, lato 1941 r. Być może już wie, co go czeka...

    Zanim jeszcze rozbrzmiały działa, a pancerna pięść Wehrmachtu rozbiła szeregi Armii Czerwonej, na długo przed tym wszystkim, 30 marca 1941 r. w Berlinie odbyła się konferencja z udziałem Grofaza i najwyższych stopniem niemieckich dowódców. Na konferencji tej Grofaz zapowiedział, że ''Barbarossa'' będzie zupełnie inną wojną - brutalną i krwawą, a jej celem będą główne ogniska ideologii komunistycznej.

    6 czerwca 1941 r. Wilhelm Keitel podpisał dokument pt.: „Wytyczne w sprawie traktowania komisarzy politycznych”, znane szerzej jako ''Kommissarbefehl''. Dokument ten wyłuszczał zagrożenia związane z istnieniem komisarzy politycznych w Armii Czerwonej i nakazywał ich bezwzględną eksterminację lub przekazywanie grupom SD.

    Komisarze polityczni, znani szerzej jako politrucy, w Armii Czerwonej pełnili rolę dyscyplinującą. Funkcja ta istniała, z przerwami, od 1919 roku. Zajmowali się oni propagandą, ''edukacją polityczną'', a w wypadku wojny - kontrolą dowódców i stanem morale w jednostce. Mieli oni prawo dokonywać aresztów, przeprowadzać przesłuchania i egzekucje. Niejednokrotnie wtrącali się w sprawy czysto wojskowe, mimo miernego wyszkolenia i grozili rozstrzelaniem oficerom, którzy chcieli się wycofać. Zabijali też żołnierzy - za dezercję, tchórzostwo, bądź ''wrażą propagandę''. Politruków można śmiało nazwać ideologami komunizmu. Brutalnymi ideologami.

    Po ataku na ZSRR Niemcy z całą bezwzględnością przystąpili do wybijania komisarzy. Tych niejednokrotnie wydawali sami żołnierze - czasem zdarzało się, że jednostka Armii Czerwonej zabijała swoich politruków, by przejść na niemiecką stronę. Niemcy wymagali też od swoich sojuszników, by wyłapywali komisarzy i przekazywali ich Wehrmachtowi. Dopiero jesienią 1941r. próbowano złagodzić podejście do komisarzy, ale bezskutecznie - Grofaz nie wyraził zgody.

    Po wojnie niemieccy generałowie, próbując ratować się przed odpowiedzialnością (rozkaz był nielegalny i łamał Konwencję Haską) zaprzeczali, by rozkaz wykonywano w podległych im jednostkach. Twierdzili tak m.in. Guderian, von Manstein i b. adiutant Grofaza, Nicolaus von Below. Była to oczywista nieprawda, a opozycja zdarzała się rzadko - głównie w postaci piłatowskiego umywania rąk i przekazywania politruków SS. Rozstrzelano ok. 3-4 tys. komisarzy i w większości wypadków - bez żadnego ponaglenia. Raport z 27. pułku podawał: ''Rosjanin zachował podczas egzekucji stoicki spokój, ale komisarz upadł na kolana i błagał o życie. Nic mu to nie pomogło.''

    Od siebie dodam jednak, że ciężko mi wykrzesać współczucie dla komisarzy politycznych. Byli nosicielami dżumy, zarazy, która eksterminowała miliony ludzi - w tym dziesiątki tysięcy Polaków. Tak, jak niezbyt współczuję zabitym nazistowskim paladynom z Gestapo i NSDAP, tak i niezbyt zamierzam żałować politruków.

    Co nie znaczy, że rozkaz był słuszny. Bo nie był.

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Dzisiaj troszkę o wikingach i ich mitach i bóstwach.

    Dużą popularnością w świecie dzisiejszej popkultury cieszy się literatura fantastyczna, gry komputerowe w klimacie fantasy czy filmy. Ogromną rolę pełnią w nich postacie elfów czy krasnoludów nierzadko będący jednymi z głównych bohaterów bez których zmagania ukazane w fabule zakończyłyby się porażką. Wymienić tutaj można znanego chyba wszystkim Władcę Pierścieni, autorstwa Tolkiena, który garściami czerpał z m.in wierzeń skandynawskich.

    Link do znaleziska - Mitologia północy. Disy, Fylgie i Walkirie

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #skandynawia #zwyczaje #militaria #mitologia #europa #swiat #wojna #liganauki #wikingowie #thor #magia #wiara #norwegia #szwecja #dania #islandia
    pokaż całość

    źródło: zzz.png

  •  

    Tag #ufo na wykopie to jedna wielka ujnia, co nie?
    Jak nie typ, co dla jednego plusa wrzuca jakąś brytyjską kapelę z lat 80 to słabe heheszki...
    Ostatnio nawet gościu noworodka wrzucił...
    Dlatego wnieśmy trochę #qualitycontent do tagu.
    Jak wiadomo, nowożytna historia ufo zaczyna się od katastrofy w Roswell, w 47r.
    Później poszło już jak bata strzelił. Majestic 12, Blue Book. Do tego, rzekoma "przepowiednia" Wernera Von Brauna, lądowanie na księżycu mnóstwo lat temu, chociaż teraz planety opuścić nie możemy, bo zabije nas przejście przez pas Van Allena. Swoją drogą, szkoda, że w 69r. tego nie wiedzieli.
    "Dziwne" rozmowy Apolla 11 z centrum kontroli lotów w Houston.
    Nagrania video z księżyca, które Eugene Cernan (chyba on:) ) zapomniał zabrać do księżycowego łazika, pomimo tego, że pół dnia ładował do niego skały.
    Edgar Mitchell który jasno mówił, że życie pozaziemskie istnieje.
    Itp etc.
    Mamy 21 wiek. Ludzie w domach mogą sobie spokojnie obserwować odległe planety, ale po co patrzeć na coś, co będzie i tak niewiele widoczne z milionów kilometrów odległości?
    Co dociekliwsi skierowali teleskopy na księżyc.
    No i właśnie ja tutaj do Was przychodzę, z takimi nagraniami powierzchni księżyca, które jasno pokazują, że chyba nie jest tam do końca tak spokojnie jak chcą nam wszyscy wmówić;]

    Koniec pierdolenia.
    Oglądajcie

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #ksiezyc #kosmos #astronomia #ciekawostki
    @cichooo @the_white_crystal
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Radzieccy żołnierze w okopach pod Leningradem, wrzesień 1941 r.

    Ostatnio wspomniałem, że Niemcy stanęli u bram Leningradu. Cel był niemal na wyciągnięcie ręki, ale wojska GA ''Nord'' musiały wstrzymać natarcie i się przegrupować. W połowie lipca natarcie wznowiono.

    1. DPanc., 6. DPanc. i 36. DZmot. atakowały w kierunku Krasnogwardiejska, XXVIII. Korpus, wzmocniony 269. DP i dywizją SS ''Polizei'' nacierały w kierunku Ługi, zaś X. i LVI. Korpus atakowały Nowogród. Natarcie rozwijało się szybko, Niemcy nadal wchodzili w sowieckie linie jak w masło - udało się zabezpieczyć północną Estonię i miasta Narwa oraz Kingisepp. Lecz na odcinku X. Korpusu Sowieci zorganizowali silną obronę. Rejonu miasta Stara Russa broniła 34. Armia. Co gorsza, Sowieci wyciągnęli swojego asa z rękawa - słynne ''katiusze''. Dopiero wsparcie dywizji SS ''Totenkopf'' i 3. DZmot. zmusiło Sowietów do odwrotu. Pod Ługą zaś dywizja ''Polizei'' poniosła wysokie straty - policjanci, gorzej wyposażeni, atakowali w szyku marszowym. Zginął też jej dowódca. Silna obrona była także w rejonie Nowogrodu. Niemcy kilka dni zmiękczali obronę nalotami, a następnie uderzyli siłami dwóch dywizji. Atak powiódł się całkowicie, okrążono w kotle pięć sowieckich dywizji i stopniowo unicestwiono. Niemcy zdobyli 300 czołgów i 600 dział.

    Do Leningradu na początku sierpnia czołówki pancerne gen. Hoepnera miały raptem 30 km. Niemcy byli jednak wyczerpani - np. 12. DPanc. miała zaledwie 42 sprawne czołgi. Uzupełnień brakowało, ale Niemcy mieli wyraźny rozkaz: zdobyć Leningrad.
    Sowieci wpadli w panikę. Przez opóźnienia niemieckiego natarcia zyskali bezcenny czas. 400 tys. mieszkańców gorączkowo budowało umocnienia, a 160 tys. zaciągnęło się do milicji ochotniczych. Chyba nigdzie indziej Armia Czerwona nie dostała takiego zastrzyku poborowych.
    Niemców spowalniała także pogoda. Rozpoczęły się opady deszczowe, zamieniające drogi w potoki błota. Pojazdy grzęzły w nim aż po osie.

    Mimo to, pancerna pięść Wehrmachtu uderzyła raz jeszcze. W ciężkich walkach Niemcy zdobyli Peterhof i nieubłaganie posuwali się naprzód. W zaciętych walkach o Duderhof ciężkie straty poniosły 291. i 58. DP. 1. DPanc. wyszła nad Zatokę Narewską - do Leningradu miała raptem pięć kilometrów, 122. DP przecięła linię kolejową do Moskwy, a 7 września 20. DZmot. zajęła Szlisselburg, odcinając wszelkie połączenia lądowe z Leningradem. W mieście znalazły się siły trzech armii (42., 55. i 8.), wsparte milicją i niemal całą Flotą Bałtycką.

    9 września, w strugach deszczu i błocie, ruszyło generalne natarcie na miasto. Niemcy jednak posuwali się w ślimaczym tempie i ponosili wysokie straty. Było jasne, że szturm bezpośredni pochłonie wiele ofiar i dlatego zniecierpliwiony Grofaz wydał rozkaz 22 września wstrzymania ataku, przesunięcia 3. i 4. GPanc. na centralny odcinek frontu i rozpoczęcia oblężenia.

    Oblężenia, które miało trwać niemal trzy lata i pochłonąć cztery i pół miliona ofiar...

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    +: Smutny_memiarz, Falcon999 +39 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemiecki Gefreiter opatrywany przez kolegów, bitwa o Kijów, sierpień 1941 roku. Wiecie, co to oznacza, prawda? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Tak! Wracamy do naszego sztandarowego cyklu. Czwarta odsłona ''Barbarossy'' przed nami! Zostawiamy płaczków o ich ulubionego generała i halsujemy dalej. Będzie dłużej, bo i bitwa wielka...

    GA ''Mitte'' pruła przez sowieckie pozycje na wschód, mimo pojawiających się gdzieniegdzie trudności. Jednakże, mimo zwycięskiej bitwy pod Humaniem, na południu frontu powstało wybrzuszenie. A w wybrzuszeniu tym znajdował się niemal cały Front Południowo-Zachodni. Istniała zatem groźba ataku z flanki, jeśli Niemcy będą kontynuować natarcie na Moskwę. Zwłaszcza, że wybrzuszenie to było silnie oparte o umocnienia (m.in 750 bunkrów i 100 tys. min), wsparte przez jednostki rzeczne i było największym zwartym ugrupowaniem Armii Czerwonej w tym okresie (zasilonym przez lokalnych rekrutów i nadal mającym łączność z Kremlem). Decyzja, podjęta w następnych dniach w OKH dzieliła już wtedy i będzie dzielić historyków jeszcze przez wiele lat. Być może to właśnie wtedy pogrzebane zostały nadzieje na zwycięstwo...

    Niemcy mogli iść dalej na wschód, w kierunku Moskwy, a mogli też zmienić oś natarcia i skierować się na południe, by wesprzeć GA ''Süd'' w walce z Sowietami i zlikwidować wybrzuszenie. Zdecydowano się na wariant drugi, bo wojska GA ''Süd'' były dużo słabsze od GA ''Mitte''. W związku z tym, wydzielono znaczną część 2. Grupy Pancernej gen. Guderiana, która miała uderzyć z północy, a po zakończeniu operacji wrócić na centralny odcinek frontu.

    Niemcom sprzyjał przeciwnik. Frontem Południowo-Zachodnim dowodził Siemion Budionny, czyli bodaj jeden z najgorszych sowieckich marszałków. Mierny, ale wierny kawalerzysta-półanalfabeta ostał się w czystkach. Mianowany przez Stalina dowódcą, pojechał, zwymyślał szef sztabu, gen. Bagramiana, postraszył plutonem egzekucyjnym i... zwiał do Połtawy, by organizować własny sztab. Tak się bał niemieckich samolotów, że wozem sztabowym uczynił czołg. Zdarzało mu się w nim spać.

    Niemcy atakowali błyskawicznie. 12 września 1. Grupa Pancerna gen. von Kleista sforsowała Dniepr niemal z marszu, a następnie przecięła tyły Frontu, atakując z Czerkasów i Krzemieńczuka. 16 września napotkała oddziały 2. GPanc. w rejonie Łochowicy (190 km na wschód od Kijowa), co oznaczało, że gigantyczne siły Armii Czerwonej zamknięto w kotle - były to siły 21., 26., 5. i 37. Armii. Budionny został złapany w pułapkę, po czym Stalin wreszcie zdjął go ze stanowiska, a jego miejsce zajął gen. Michaił Kirponos. Ten jednak był typowym nieudolnym sowieckim dowódcą lata 1941 roku - niemal do samego końca był przeciwny wycofaniu się za Dniepr, w myśl życzeń Stalina. Niemcy porozcinali front, a gdy 18 września Stalin wreszcie zezwolił na wycofanie się, było już za późno. Kirponos zginął próbując wyrwać się z kotła 20 września wraz z najbliższymi współpracownikami ze sztabu: generałami Tupikowem i Pisariewskim. To oznaczało zagładę Sowietów - pozbawionych jednolitego dowództwa, łączności i sprawnych sił pancernych. W kotle znalazły się tylko 64 sprawne czołgi.

    Krok po kroku, dzień po dniu, kilometr za kilometrem pięć niemieckich armii stopniowo zaciskało żelazny pierścień okrążenia, zaduszając nim czerwonoarmistów. Dowodzący operacją "żelazny rycerz Niemiec", generał Gerd von Rundstedt metodycznie wybijał Sowietów, którzy próbowali stawić opór. STAWKA nakazała utrzymanie Kijowa (ten padł 19 września), groziła sądem, rozkazywała kontrataki. Na próżno. Pozbawione jednolitego dowodzenia siły sowieckie po dziesięciu dniach walk musiały się poddać 26 września. Cały Front został zniszczony. Niewielkiej części wojsk udało się wyrwać, w tym Budionnemu, Timoszence i Chruszczowowi. Przepadło jednak ponad 800 tysięcy żołnierzy - zabitych, rannych, zaginionych, wziętych do niewoli. Niemcy zniszczyli 411 czołgów, 343 samoloty i 28 tys. dział i moździerzy. Straty Wehrmachtu wyniosły 31 tys. poległych i zaginionych.

    Klęska była niesłychana na skalę światową - Sowieci stali na skraju katastrofy.

    Niemcy zaś przygotowywali się do operacji "Tajfun", która miała zmieść czerwone gwiazdy z baszt Kremla...

    #unternehmenbarbarossa #barbarossa

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    +: pestis, Smutny_memiarz +101 innych
    •  

      I drobne rozważania [tej samej osoby] na temat wagi Moskwy w całej operacji:

      [Do dyskutanta] zakładasz zdobycie Moskwy z końcem roku, kiedy rzecz rozchodzi się o to, że mogła zostać zajęta przez Wehrmacht wczesną jesienią [gdyby nie feralna dyrektywa nr 33 - dotycząca m.in. zwrotu na Ukrainę, omawianego wyżej].

      Większość z 500 fabryk ulokowanych w przestrzeni moskiewsko-gorkiewskiej nie zostałoby ewakuowanych (bodajże najważniejsze skupisko, gdzie ulokowano przemysł ciężki; zakłady odpowiedzialne za c. 15-20% przedwojennej zdolności przemysłowej Sowietów), zajęto by najważniejszą magistralę kolejową i komunikacyjną w zachodniej części ZS (pozostałe fronty zostałyby odizolowane i walczyłyby o swoje przetrwanie - a nie o zatrzymanie Niemców, bo groziłoby im całkowite okrążenie), najważniejszy region gromadzenia i ekwipowania nowo powstałych armii sowieckich (40% użytych w bitwie o Moskwę sił zostało tam sformowanych) oraz główne centra odpowiedzialne za wytwarzanie energii elektrycznej.

      W trakcie kampanii z 1941 r., Moskwa była najważniejszym celem, czego nie chciał na przekór obranej strategii dostrzec Hitler, ponieważ Stalin doskonale o tym wiedział. Dlatego on i jego generałowie robili wszystko, żeby zapobiec utracie Kremla. To nie wymaga wyjaśnień. Wystarczy spojrzeć, że aż 9. armii postawiono na linii obronnej przed stolicą, w okresie, gdy Niemcy unicestwiali kocioł kijowski. 8. z nich zostało zmiecione z powierzchni w pierwszych dwóch tygodniach Tajfuna (Wiaźma i Briańsk). Śmiem twierdzić, że to błoto było głównym czynnikiem, który wykoleił ofensywę zapowiadającą zajęcie głównego ośrodka politycznego ZSRS ze Stalinem wewnątrz (celowo zaryzykował, bo ewakuacja wraz z administracją, która rozpoczęła się 16 października, byłaby ostatecznym dowodem na rozpad silnie scentralizowanego reżimu). Ale tego błota by nie było pod koniec sierpnia, kiedy Niemcy wznowiliby pochód na centralnym odcinku frontu, zamiast zwrotu na Ukrainę.

      Przed zimą 1941/1942 r., Niemcy byliby świetnie umocnieni i gotowi do odparcia serii sowieckich kontrofensyw. Zresztą, jak one by wyglądały, bez zaplecza logistycznego, które gwarantowało posiadanie regionu moskiewskiego? Gdzie skomasowano by te siły i jak zapewniono by im niezbędne materiały, bez transportu kolejowego, na którego kontrolowaniu odbywała się wojna na froncie wschodnim? Kaukaz stałby otworem dla Niemców na przyszłą kampanię. Poważne braki ropy pojawiły się w III Rzeszy dopiero w 1944 r., po kampanii bombardowań (z-alianckich) ośrodków produkujących paliwo syntetyczne. Z faktycznymi zapasami, mogli sobie pozwolić na odłożenie wejścia na Kaukaz do przyszłego sezonu letniego.

      Ale to tylko moje zdanie. :)
      pokaż całość

    •  

      @Mleko_O: świetny artykuł :)

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Przenosimy się do starożytnego Rzymu aby zobaczyć jak wyglądała organizacja ustrojowa Imperium

    Ostatnim panującym rzymskim królem był Tarkwiniusz Pyszny. Król popadł w konflikt z arystokracją – prawdopodobnie przyczyną owego konfliktu było zgwałcenie przez jego syna jednej z Rzymianek. W wyniku spisku Tarkwiniusz wraz z najbliższymi został wygnany.

    Rosnąca w siłę militarną oraz nieustannie powiększająca swoje terytorium republika Rzymu wymagała dobrze zorganizowanego i sprawnie działającego ustroju. Republika rzymska łączyła w sobie elementy wszystkich znanych ówcześnie systemów ustrojowych: urzędnicy reprezentowali silną władzę monarszą, ustrój demokratyczny odzwierciedlony był w zgromadzeniach ludowych, senat natomiast nawiązywał do ustroju arystokratycznego – ustrój republikański opierał się wzajemnym współdziałaniu wszystkich instytucji ustrojowych. Elementy tego ustroju nie były ustabilizowane, zmieniały się łącznie ze wzajemnymi powiązaniami na skutek przeobrażeń społecznych i politycznych. W niniejszym artykule zaprezentuję organizację ustrojową Rzymu w okresie republiki (509p.n.e. – 27n.e.) omawiając urzędy republikańskie, rolę senatu i zgromadzeń ludowych.

    Link do znaleziska - Organizacja ustrojowa republikańskiego Rzymu

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #rzym #zwyczaje #militaria #dyplomacja #europa #swiat #wojna #antycznyrzym #nauka #starozytnosc #starozytnyrzym
    pokaż całość

    źródło: zzz.png

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Generał George S. Patton. Ulubieniec amatorów II WŚ, tuż obok Rommla i innych Andersów i Sosabowskich.

    Patton pierwszy raz na II wojnie pojawił się 8 listopada 1942 r., kiedy jego wojska wylądowały w Maroko. Rozwścieczony francuskim oporem w Casablance planował zetrzeć miasto na proch i powstrzymała go tylko decyzja admirała Darlana, by wstrzymać ogień.

    Po raz drugi pojawił się po klęsce amerykańskiego II. Korpusu pod Kasserine, kiedy zastąpił nieudolnego Fredendalla w Afryce. I już niedługo potem żołnierze go zwyczajnie znienawidzili. Patton bowiem obsypał ich lawiną głupkowatych rozkazów - żołnierzom kazał nosić krawaty w warunkach bojowych i mieć zapięte hełmy nawet w latrynach oraz pielęgniarkom w szpitalach. Amerykańska żandarmeria otrzymała ksywę ''gestapo Pattona'', bo stała na drogach i łapała żołnierzy, karząc ich finansowo za np. zbyt niskie ciśnienie w oponach - kary wynosiły często połowę żołdu. Patton miał obsesję na punkcie regulaminów wojskowych. Jeden z kierowców czołgów powiedział krótko: „Kiedy ten stary skurwysyn wreszcie będzie miał dosyć wojaczki?”

    Ciekawą anegdotkę opisał Ambrose w swojej książce. Patton przyłapał jednego spadochroniarza bez krawata i zaczął mu wymyślać, coraz bardziej krzycząc. Spadochroniarz spokojnie przetrzymał wrzaski generała, po czym pokazał mu dokument od lekarza, w którym zakazano mu noszenia krawata ze względu na ranę szyi.

    Punktem kulminacyjnym jego zaślepienia było pobicie w szpitalach na Sycylii dwóch żołnierzy, cierpiących na nerwicę frontową i oskarżenie ich o tchórzostwo. Sprawa przeszła do historii jako ''incydent ze spoliczkowaniem''. Furiat z generalskimi gwiazdkami wtargnął do namiotu szpitalnego i zaczął obrzucać obelgami żołnierza, który nie miał żadnych widocznych ran, zaraz potem uderzył go w twarz. Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz, a oburzeni lekarze złożyli raport na nieobliczalnego generała do Eisenhowera. Patton na Sycylii również tuszował amerykańskie zbrodnie wojenne.

    Był również zadufanym w sobie próżniakiem. Generałów Bradleya i Hodgesa określał mianem ''zer, których cnotą jest nierobienie niczego'', a wspomnianego Monty'ego - ''wypierdkiem''. W Afryce rozwścieczony Patton nakazał dowódcy 1. Dywizji Pancernej, gen. Wardowi atakować wzgórza Meknessy w Tunezji i zabronił wracać żywym, jeśli nie zajmie wzgórza. Generał Ward został ciężko ranny w tym ataku, który nie przyniósł żadnej korzyści.

    Patton miał parę innych minusów, jak nieudana bitwa o Metz (trwające blisko trzy miesiące oblężenie tak rozwścieczyło Pattona, że ten osobiście wyżywał się na niemieckich jeńcach) czy kompromitujący rajd na Hammelburg.

    Spotkałem się z teorią, zaprzeczającą by Niemcy się go ''bali'' - podobno nie wiedzieli nawet, kim on jest.

    I na koniec - nie, Niemczyk nie był jego kierowcą. Najpewniej nigdy go nie spotkał. I nie, Patton nie uważał Polaków za ''najlepszych żołnierzy''. Tę historyjkę przytoczyła niejaka pani Nurowska, która nie podała na jej potwierdzenie żadnych źródeł.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45 jestem przywołany w dyskusji, a to się wypowiem, co mi szkodzi. Zdecyduj się czy piszesz lekkie felietony o wysokim poziomie ogólności, czy jednak aspirujesz do poważniejszej publicystyki. Jeśli to drugie, to zamiast drazniacych wtrąceń o Sosabowskim rozpisz się czemu Twoim zdaniem Patton schrzanił bitwę o Metz. Moglbys tym wiele udowodnic, a poswieciles temu tematowi jedno zdanie. Wiecej merytoryki, inaczej będziesz toczył wieczne gównoburze o jakieś trywialne kwestie, na które pasjonaci historii nie będą tracić czasu... pokaż całość

    •  

      @Czlowiek_Czanga: dobrze wiesz, że tekst ten powstał raczej w celu zwrócenia uwagi, że Patton ma rysy na swoim obrazie, a nie w celu rzetelnej analizy. Być może kiedyś się pokuszę o wypisanie wszystkich grzechów Pattona - ale jeszcze nie teraz.

    • więcej komentarzy (53)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Ostrzegam, że opis tej zbrodni jest drastyczny i dotyczy dziecka! Wrażliwsi są proszeni o nieczytanie poniższego tekstu.

    • • •

    KRZYSZTOF PAŃKÓW, rocznik '66

    Rankiem 3 października 1996 roku 9-letnia Kasia G. (zdjęcie) jak co dzień wyszła do szkoły w rodzinnym Byczynie (woj. opolskie), jednak na klatce schodowej spotkała pijanego sąsiada, 30-letniego Krzysztofa. Mężczyzna siłą zaciągnął dziewczynkę do swojego mieszkania (zdjęcie), gdzie skrępował jej ręce i nogi krawatami. Unieruchomioną przyduszał poduszką i wkładał palce do pochwy. W końcu zacisnął na jej szyi materiałowy pasek od sukienki i udusił. Wszystko to trwało około sześciu godzin.

    Matka Kasi nie zmartwiła się, gdy córka nie wróciła do domu po szkole, myśląc, że wybrała się ze swoim ojcem w odwiedziny do chorej ciotki. Rodzice zaczęli poszukiwania dopiero od godziny 16:00, a wieczorem trzecioklasistki szukała już cała Byczyna. Jednak dziewczynka nie żyła już od godziny 14:30 — wtedy Pańków zaniósł jej zwłoki do łazienki, ułożył w wannie i zaczął ćwiartować przy użyciu kuchennego noża i piłki do metalu. Fragmenty ciała spakował w foliowe reklamówki i upychał za szafą.

    Rodzina i mieszkańcy miasteczka przeszukiwali wszystkie pobliskie kamienice, zjawili się także u Krzysztofa, jednak nie zauważyli nic niepokojącego. Mężczyzna nie płacił rachunków za energię, więc elektrownia odłączyła mu prąd, dlatego w ciemnościach panujących w jego mieszkaniu ciężko było dostrzec wszechobecne ślady krwi. Początkowo nikt nie podejrzewał, że Pańków może mieć coś wspólnego z zaginięciem Kasi, ponieważ bardzo dobrze znał zarówno ją, jak i jej rodziców. Od lat mieszkali drzwi w drzwi, a matka i ojciec dziewczynki czasami zapraszali go na obiady i dawali jedzenie, gdy nie miał pieniędzy. Rok wcześniej, podczas komunii córki, jej matka przyniosła mu nawet poczęstunek.

    Wieczorem wyniósł poćwiartowane ciało z domu i porzucił na podmiejskim dzikim wysypisku oraz obok silosów w pobliskich Jaśkowicach. Kiedy tam szedł, zmęczył się, więc postanowił odpocząć i kupić sobie piwo. Stał spokojnie z innymi ludźmi i popijał browarka, mając przy nodze torbę z ciałem dziewczynki.

    Następnego dnia okolicę wysypiska przeszukiwała trójka ochotników. Około godziny 11:00 mężczyźni dojrzeli w krzakach poplamione krwią reklamówki, w których spakowana była głowa oraz kończyny zaginionej. Jeszcze tego samego dnia policja zatrzymała mordercę, którego wskazali okoliczni mieszkańcy. Według ich relacji Pańków nie pomagał w poszukiwaniach Kasi, dodatkowo był widziany z podejrzanie wyglądającymi pakunkami. Gdy mundurowi wyprowadzali Krzysztofa, pod jego kamienicą zabrał się rozjuszony tłum, który chciał go zlinczować.

    Podczas przesłuchania mężczyzna od razu przyznał się do winy i wskazał, gdzie zakopał tułów 9-latki. Decyzję o jej poćwiartowaniu tłumaczył tym, że kiedyś przeczytał, że jest to najlepszym sposobem na pozbycie się zwłok.

    Podczas wizji lokalnej dokładnie pokazał miejsca, w których porzucił zwłoki i precyzyjnie opisał przebieg zbrodni. W trakcie jej trwania ponownie omal nie doszło do samosądu z rąk mieszkańców.

    . . .

    Kasia została pochowana w rodzinnej miejscowości. Jej trumnę nieśli harcerze, a za nimi podążało aż trzy tysiące żałobników.

    . . .

    Proces (zdjęcie) (zdjęcie) wzbudzał wiele emocji, a ludzie żądali dla oskarżonego kary śmierci, na której wykonywanie obowiązywało wtedy moratorium.*

    Kasia była jedynaczką i długo oczekiwanym przez rodziców dzieckiem. Na jednej z rozpraw jej matka powiedziała:

    Miałam w życiu tylko jeden kwiat. Ten kwiat potrzebował opieki, potrzebował troski. Nie potrafił się bronić. Został w brutalny sposób zaatakowany, zniszczony i rozrzucony po polach. Dlatego domagam się jak najwyższego wymiaru kary i żeby ta kara ustrzegła te wszystkie kwiaty, które jeszcze są, jeszcze cieszą nasze oczy. Bo moich oczu już nic nie ucieszy.

    Podczas rozprawy Pańków skorzystał z prawa odmowy składania wyjaśnień, jednocześnie podtrzymując wyjaśnienia, które składał podczas śledztwa.

    . . .

    Krzysztof Pańków został oskarżony o zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem oraz morderstwo. 28 sierpnia 1997 roku zapadł wyrok, w którym za pierwszy z czynów został skazany na 8 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat pozbawienia praw publicznych, z kolei za drugi otrzymał dożywotnie pozbawienie wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Orzeczona kara łączna za wszystkie czyny to dożywotnie pozbawienie wolności oraz pozbawienie praw publicznych na 10 lat.

    Przed odczytaniem wyroku oskarżony w swojej mowie końcowej powiedział:

    Nie mogę prosić ludzi o cokolwiek dla siebie, więc zwracam się do sądu o sprawiedliwy wyrok. Proszę o wymierzenie kary śmierci.

    Wyrok nie uprawomocnił się gdyż oskarżony i jego obrońca złożyli apelację, w której wnieśli o łagodniejszy wymiar kary. Adwokat uznał między innymi, że Sąd Wojewódzki w Opolu (w latach 1950-1999 teraźniejsze sądy okręgowe były nazywane wojewódzkimi, ze względu na dawny podział administracyjny na 49 województw) wydał wyrok pod naciskiem opinii publicznej. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał jednak, że nie ma podstaw, by tak twierdzić i utrzymał wyrok w mocy. Podkreślił także, że fakt, iż od zgwałcenia do zabicia Kasi minęły około dwie lub trzy godziny, dowodzi, że oskarżony miał czas na przemyślenie swojego postępowania i dalszych zamiarów. Sąd uznał, że mimo tego, iż Pańków nie był wcześniej karany za zbrodnie na tle seksualnym, są nikłe szanse na jego resocjalizację i sprawia potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa.

    . . .

    Dziś Kasia byłaby już Katarzyną i miałaby 31 lat.
    . . .

    W roku 2000 Pańków udzielił wywiadu w programie "Cela nr" —> klik (polecam!)

    . . .

    * moratorium (łac. moratorius, zwlekający) – zawieszenie, tymczasowe wstrzymanie.

    W 1988 r. władza ludowa stwierdziła, że z jakichś przyczyn wstrzymanie wykonywania kary śmierci może przynieść im korzyść (pewnie chodziło o zyskanie przychylności społeczeństwa), dlatego zaczęło obowiązywać moratorium na jej wykonywanie. Tak jak dość częste za PRL-u amnestie. Tym razem jednak nie zawracali sobie głowy uchwalaniem ustaw, tylko po prostu stwierdzili, że wyroki śmierci nie będą wykonywane. Zostawili sobie w ten sposób furtkę na przyszłość, gdyby się okazało, że wykonywanie kary śmierci trzeba przywrócić. Dopiero po zmianie systemu uregulowano tę kwestię ustawowo (zresztą w kiepski sposób, co pokazał przypadek Trynkiewicza). Ponadto to uregulowanie ustawowe było jednym z niezbędnych warunków integracji Polski z UE.

    Już w trakcie obowiązywania moratorium 10 osób zostało skazanych na karę śmierci (klik). Dopiero w 1995 r. niewykonane kary zamieniono na karę 25 lat pozbawienia wolności.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Opolu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: pankow.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Marokańscy regulares z Armii Afryki podczas załadunku na niemieckie Ju-52 podczas mostu powietrznego z Maroko do Hiszpanii, wrzesień 1936 r. Był to pierwszy most powietrzny w historii - Niemcy przerzucili drogą powietrzną 40 tys. żołnierzy i 270 ton różnego sprzętu.

    Dzisiaj jednak nie będzie o Legionie Condor, a o najbarwniejszych żołnierzach narodowej Hiszpanii. Kawka do rączki (bo długo) i jedziemy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Byli wszędzie. Szturmowali Badajoz, szli na odsiecz oblężonemu Alkazarowi, z wielką odwagą atakowali czołgi pod Madrytem, marzli w Teruelu. Nie brakło ich ani pod Brunete, ani pod Belchite, ani nad brzegami Ebro. To od nich się wszystko zaczęło - i oni należeli do pierwszych ofiar Alzamiento. I na nich też się zakończyło, gdy wkraczali do kapitulującego Madrytu.

    Hojnie szafowali swoją krwią, dając przykłady niezrównanej odwagi i wierności. Byli jednak bardzo brutalni i okrutni, budząc przerażenie wśród swoich wrogów.

    Mowa oczywiście o Moros - Maurach. Słynnych afrykańskich żołnierzach generała Franco.

    Byli jednymi z najliczniejszych żołnierzy po stronie narodowej. Stawiło się ich przeszło 80 tysięcy, w miażdżącej większości ochotniczo. Swoją wielką odwagę na wszystkich frontach tej wojny przypłacili wielkimi stratami - poległo ok. 12 tysięcy z nich.

    Byli znakomitymi żołnierzami i stanowili trzon ostrza generała Franco - Armii Afryki. Czemu tak tłumnie stawili się na wojnie - i to po stronie tych, których nazywa się faszystami, wrogami wszelkiej odmienności?

    Maroko było bardzo biedną prowincją, jeszcze biedniejszą od kontynentalnej Hiszpanii. Jednak protektorat ten był zarządzany przez oficerów armii hiszpańskiej, którzy niejednokrotnie walczyli ramię w ramię z Maurami, np. podczas powstania Rifenów w 1927 roku. Rozumieli i szanowali odrębność kulturową Maroko, byli z nim zżyci i traktowali marokańskich żołnierzy z szacunkiem. Z kolei nawiedzony rząd w Madrycie nie tylko nie rozumiał Marokańczyków, ale traktował ich jak obywateli drugiej kategorii. W Melilli nie postawiono nawet jednego meczetu. Co więcej, znacząco obcięto wydatki na armię, pozbawiając sporą część Maurów pracy, a komisarzami zostawali ludzie z nadania partyjnego, słabo znający warunki życia i sytuację w protektoracie.

    Na tym tle generał Franco (którego 43. rocznicę śmierci obchodziliśmy wczoraj) czytający Koran i znający arabski jawił się jako oczywisty wybór. Przykład szedł z góry - Ben Mizzian, dowódca oddziałów marokańskich był prywatnie przyjacielem Franco, który miał u niego zresztą dług. Mizzian ocalił mu bowiem życie. Franco nigdy nie zapomniał mu tej przysługi.

    Poszli więc tłumnie za narodową Hiszpanią. Pierwszymi poległymi w tej wojnie byli sierżant Lahasen ben Mohamed i szeregowy Mohamed ben Mohamed ben Ahmed, zabici w walce o bazę wodnosamolotów w Atalayon. Niektórzy, by walczyć z komunis... republikanami przybywali z francuskiego Maroko, Sahary. Byli nawet czarnoskórzy ochotnicy z Gwinei.

    Doskonale podsumował to minister wojny w protektoracie Maroko, Sidi Mohamed Ben Ali Ledama:

    „Zarówno w znaczeniu moralnym, jak i religijnym bronimy tej samej sprawy, co wojsko hiszpańskie, w którym walczą nasi żołnierze. Komunista rosyjski i jego bandy są wrogami Boga i kultury opartej na idei moralnego posłannictwa człowieka. Prawdziwi Hiszpanie za to szanują naszą religię, nie profanują naszych meczetów i wierzą w Boga. Tam, gdzie Hiszpania, tam jest też nasza sprawa.”

    Zresztą szacunek był obustronny, muzułmańskim żołnierzom zezwolono na praktyki religijne (Franco osobiście umożliwiał nawet pielgrzymki do Mekki) i zawsze traktowano ich jako równych sobie żołnierzy hiszpańskich. Caudillo do końca życia mówił, że ''Moros są nasi''. Doszło do tego, że falangiści brali udział w obchodzeniu muzułmańskich świąt, zaś regulares do mundurów przypinali wizerunki Najświętszego Serca Jezusowego. W Sewilli wydzielono nawet cmentarz, by móc pochować poległych regulares zgodnie z rytem muzułmańskim.

    Republika z kolei Moros nienawidziła. Nie tylko za ich brutalność, której niejednokrotnie dawali wyraz, pacyfikując dzielnice robotnicze i mordując cywilów. Nienawidziła ich za ''cywilizacyjną niższość'' i ''prymitywizm'', a Franco - za ''sprzeniewierzenie się Hiszpanii'' i sojusz z muzułmanami. Alfonso Yuste Álvarez w jednym ze swoich wierszy napisał: „Półksiężyce i różańce, muezzini i dzwony (...) łączą się w uścisku, by unicestwić Hiszpanię”.

    Nawet wiele, wiele lat po wojnie udział w Alzamiento był powodem do największej dumy marokańskich weteranów. Niektórzy brali udział w inwazji na Związek Radziecki w ramach ''Błękitnej Dywizji''. Gdy Maroko odzyskało niepodległość, uczestnicy Alzamiento piastowali najwyższe stanowiska - sam Ben Mizzian został twórcą marokańskiej armii i pierwszym ministrem obrony tego kraju.

    Do końca życia z generałem Franco pozostawali w przyjaźni.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Konserwacja memów ♦ #konserwacjamemow
    „CZY JA WYCZUWAM... ...PRYWACIARZA?”

    Słowa kluczowe: mem maowiecki morawiecki czy ja wyczuwam prywaciarza

    Przed renowacją: https://i.imgur.com/GMauJxo.jpg
    Po renowacji: https://i.imgur.com/hQwXYMB.jpg
    Źródło: https://i.imgur.com/JrgwcGN.jpg

    Informacja: Taki na szybko, bardzo spodobał mi się mem wrzucony przez @Aokx (wpis/36904491) i w obrzydzeniu do znaków wodnych kfejków postanowiłem go odświeżyć (mimo, że mem jest i tak świeży). Pozdrawiam ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Nie dla rozpikselowanych, pełnych znaków wodnych z gównostronek i przeżartych stratną kompresją JPEG memów! (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
    #humorobrazkowy #heheszki #memy #qualitycontent #internet #mem
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Bf-109G-2 z 4./JG 52 nad Kaukazem, lato 1942 roku. Dzisiaj ostatni przed przerwą wpis o Fall Blau.

    Jak wspomniałem poprzednio, niemiecka ofensywa po prostu utknęła. Niemcy nie byli w stanie posunąć się dalej, tak przez braki w zaopatrzeniu, jak coraz silniejszy opór Armii Czerwonej.

    Gröfaz zrozumiał to w październiku i nakazał wszczęcie ofensywy bombowej nie później niż 14 października, zaznaczając, że główne wysiłki Luftwaffe powinny zostać skierowane na Stalingrad. W efekcie IV. Fliegerkorps gen. von Richthofena otrzymał rozkaz uderzenia każdym sprawnym bombowcem na radzieckie rafinerie.

    Zresztą, Luftwaffe i do tej pory miała przerażającą skuteczność. 1 lipca 1942 r. samoloty z I./KG 76, 1./KG 100 i Stukasy z StG 77 zatopiły sowiecki lider ''Taszkient'' i trzy transportowce wojska. Dwa dni później na dno poszedł niszczyciel ''Bditielnyj'', a krążownik ''Komintern'' i sporo niszczycieli zostało uszkodzonych.

    Jednak to, co mogłoby się udać jeszcze dwa miesiące wcześniej, teraz stawało pod znakiem zapytania. IV. Fliegerkorps miał w swoim składzie cztery pułki bombowe (KG 27 ''Boelcke'', KG 51 ''Edelweiß''. KG 55 ''Greif'' i KG 76) oraz elementy dwóch dalszych (KG 26 ''Löwen'' i KG 100), wsparte przez pułki Stukasów - StG 2 i StG 77. W teorii było to 480 bombowców, jednak dotychczasowe walki znacznie uszczupliły niemieckie stany. Von Richthofen posiadał 232 bombowce, z czego 129 sprawnych i zdolnych do lotu. Co gorsza, siły te musiały się rozdzielać między Stalingradem, a Kaukazem - i mimo, że odnosiły wielkie sukcesy (jedna grupa z KG 76 w nalocie pod Stalingradem całkowicie zniszczyła dwie sowieckie dywizje), to osłabiało to znacznie ofensywę bombową.

    Niemieckie naloty przynosiły efekty - ataki na Grozny spowodowały wyłączenie rafinerii z użytku i jej poważne uszkodzenie. Atakowano również Astrachań i żeglugę na Morzu Kaspijskim - 26 października Hansgeorg Bätcher z KG 100 zatopił w swojej 400. misji sowiecki statek (w ciągu kilku następnych dni zatopiono i uszkodzono ponad 20 statków). Atakowano także szlaki komunikacyjne, a nawet odległy Saratow. W jednym z nalotów na Tuapse ciężko ranny został dowódca Frontu Północnokaukaskiego, adm. Iwan Isakow oraz Łazar Kaganowicz, członek Politbiura KC WKP(b), jeden z najbliższych współpracowników Stalina. Jednak głównym źródłem sowieckiej ropy było położone daleko na południe Baku, gdzie wydobywano 90 % tego surowca. Niemieckie bombowce były w stanie tam dolecieć z lotnisk nad rzeką Terek, ale tylko w linii prostej i bez eskorty myśliwców, co narażało je na straty. Sytuację pogorszył atak sowieckich spadochroniarzy na lotnisko w Majkopie, którzy w październiku 1942 r. za cenę własnego unicestwienia zdołali zniszczyć 22 z 54 niemieckich samolotów.

    W połowie listopada, wobec osłabienia stanów jednostek, a także przez rozpoczynającą się pod Stalingradem sowiecką operacją ''Uran'' działania ofensywne wstrzymano.

    Operacja Fall Blau całkowicie stanęła - a wraz z nią zakończyła się era Blitzkriegu...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    W związku z wpisem https://www.wykop.pl/wpis/36825203/mirasy-i-mirabelki-kto-z-was-bylby-zainteresowany-/ tworze nowy tag #psychomind . Na początek eksperyment. Każdy kto doda pod tym wpisem komentarz dostanie ode mnie pw na temat jego osobowości. Dlugi i wyczerpujacy. Jesli wedlug ciebie bedzie sie on zgadzal w conajmniej 70% to wyślesz mi pw o treści : tak. Badz szczery i nie smieszkuj... Jesli bedzie duzo chetnych troche to potrwa. Wyniki, wyjasnienia i analiza 30 listopada.
    #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

  •  

    Wracamy do czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów i panowania Zygmunta III Waza.

    Po laniu jakie w 1605 roku sprawił Szwedom hetman Jan Karol Chodkiewicz pod Kircholmem, wydawało się, że odzyskanie całych Inflant jest tylko kwestią czasu. Niestety wieczny brak pieniędzy na żołd dla wojska sprawił, że jedynym skutkiem bitwy, która rozsławiła imię Chodkiewicza na świecie, był rozejm mający obowiązywać do 31 października 1608 roku. Szwedzi po takiej klęsce chętnie na niego przystali.

    Link do znaleziska - Flota wojenna króla Zygmunta III Wazy | część 1

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #wojsko #zwyczaje #marynarkawojenna #militaria #dyplomacja #europa #swiat #wojna #bitwyswiata #polska #okrety #statki
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Amerykańscy żołnierze podczas ćwiczeń w bodaj Fort Knox, 1943 rok. Prezentują oni doraźne środki przeciwpancerne - butelki zapalające i klejące bomby. Muszę użyć tego zdjęcia, bo niestety jest jedyne w kolorze na temat. Będzie dzisiaj dłużej z rana. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Butelki zapalające były najprostszą bronią przeciwpancerną, najtańszą, a przy tym najłatwiejszą w obsłudze. Chodziło o to, by butelką trafić w pokrywę silnika, a płomień miał zostać zassany do środka i spowodować eksplozję. Każdy zna butelkę z zatkniętą w szyjkę szmatką. Wszyscy wiedzą, że ich używano powszechnie podczas II WŚ, ale jak właściwie się to zaczęło?

    Pierwszych butelek zapalających przeciwko czołgom użyli marokańscy regulares w wojnie domowej w Hiszpanii, a dokładniej w bitwie pod Sesena w 1936 r. Tam to, gdy sowieckie czołgi T-26 próbowały rozjechać budynki i ugrzęzły w gruzach, Marokańczycy wspięli się na wozy i kilka zniszczyli. Pisał o tym m.in. polski reporter Ksawery Pruszyński. Butelki pozostały w użyciu dość powszechnie po obu stronach, bo także żołnierze Brygad Międzynarodowych z nich korzystali. Zasada była zazwyczaj ta sama i nie zmieniła się przez lata - były to zwykłe butelki, np. po piwie, lub słoiki, wypełnione benzyną, lub mieszanką benzyny, ropy i oleju, z wetkniętą szmatką w szyjkę, ciasno przywiązaną drutem, lub sznurkiem.

    Butelek zapalających dość szeroko używali także Japończycy na Dalekim Wschodzie w walkach z sowiecką bronią pancerną. Japończycy, nieposiadający dużych ilości broni ppanc. i czołgów, musieli się ratować doraźnymi środkami zwalczania czołgów w postaci butelek z naftą. Całkiem sporo pojazdów zostało w ten sposób zniszczonych w walkach nad jeziorem Chasan w 1938 r. i nad Chałchin-Goł w 1939 r. Japończycy projekt później rozwinęli do poziomu butelek posiadających zapalnik z granatów.

    Nie zabrakło ich także w 1939 roku - kiedy Sowieci napadli na Polskę, na Kresach dramatycznie brakowało broni przeciwko tysiącom czołgów, jakie rzuciła do walk Armia Czerwona. Przeciw czołgom poszły butelki, karafki, a nawet lampy naftowe - tak atakował czołgi polski 101. pułk ułanów pod Kodziowcami 22 września 1939 r. Napomknę tylko, że ułani wykazali się dużą pomysłowością w zwalczaniu czołgów - podkładali miny talerzowe pod gąsienice, a nawet wyłamywali kolbami karabiny maszynowe z jarzm. Równie dzielnie przeciwko czołgom walczyli obrońcy Grodna, rzucając karafkami z balkonów, tudzież wręcz oblewając czołgi benzyną i podpalając.

    Ale to dopiero wojna zimowa przyniosła międzynarodową sławę butelkom zapalającym - od tamtej pory zwanym ''koktajlami Mołotowa''. Nazwa wzięła się od, wg niektórych źródeł, buńczucznej zapowiedzi ministra SZ ZSRR, Wiaczesława Mołotowa, który zapowiedział Stalinowi, że jego urodziny (18 grudnia) uczci koktajlem w zdobytych Helsinkach. Ale że jakoś coś, ajć, nie wyszło, to fińscy żołnierze wymyślili nazwę ''koktajl Mołotowa'' i zaczęli częstować nim sowieckie czołgi. O fińskich ''Molotovi kokteili'' będzie osobny wpis.

    Butelki zapalające znalazły się niemal na każdym froncie tej wojny. W 1940 roku dramatycznie szukający czegokolwiek do obrony przed spodziewaną niemiecką inwazją Brytyjczycy wyprodukowali 6 mln butelek zapalających (i pełno innego, bezużytecznego badziewia). Brytyjczycy opracowali też coś w rodzaju miny zapalającej, którą należało rzucić pod gąsienice czołgu. Pojazd najeżdżał na minę, następowało zgniecenie ampułki z kwasem, który zalewał mieszaninę zapalającą z chloranem potasu. Następował zapłon i jednocześnie eksplozja granatu. Rozwiązanie to wykorzystano później w tzw. minach Hawkinsa, wykorzystywanych przez spadochroniarzy brytyjskich i amerykańskich.

    Sami Sowieci - do tej pory główne ofiary koktajli Mołotowa - w obliczu niemieckiej inwazji zaczęli masowo produkować tę broń i uzbrajać doraźnie żołnierzy.

    Sowieckie koktajle Mołotowa były już znacznie dojrzalszymi wersjami poprzedników. O ile wcześniej była to po prostu benzyna mieszana z ropą, lub olejem, Sowieci zaczęli mieszać biały fosfor zmieszany z dwusiarczkiem węgla w stosunku 4:1. Zajmowały się tym wyspecjalizowane zakłady chemiczne. Po wtłoczeniu mieszanki i substancji izolującej od powietrza (w kontakcie z tlenem mieszanka zapalała się), butelkę zatykano gumowym korkiem, obwiązywano drutem i zabezpieczano taśmą izolacyjną. Nawet najmniejsze pęknięcia butelki mogły być przyczyną tragicznego wypadku. Mieszanka spalała się dwie minuty, a pożytecznym ''skutkiem ubocznym'' było wytwarzanie się gęstego białego dymu. Butelki ustawiano w skrzyniach i zasypywano ziemią, by zabezpieczyć je przed stłuczeniem. Butelki trzeba było nosić w specjalnych torbach z przegródkami i uważać, by nie pękły. Jak niebezpieczna była to broń, przekonał się Michaił Panikachin. Gdy podczas walk o Stalingrad niósł torbę z butelkami zapalającymi, trafił w nią pocisk, oblewając żołnierza płonącą mieszanką. Przeraźliwie krzycząc, Panikachin rzucił się z drugą butelką na czołg niemiecki i rzucić nią w cel. Za ten czyn pośmiertnie odznaczono go Złotą Gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego.

    Butelki nie zawsze były takie skuteczne - Niemcy zazwyczaj w przypadku trafienia ustawiali czołg pod wiatr, który zdmuchiwał płomień. Dlatego butelek używano wobec głównie unieruchomionych już pojazdów. Z braku specjalistycznych butelek wykorzystywano nawet szklane manierki i kawałki onuc. Sowieci tworzyli też całe pola minowe z butelkami zapalającymi. Pod Stalingradem ułożono 30 pól z 200 tysiącami min. Butelki ustawiano w nich grupami, a od góry kładziono kamień jako prymitywny zapalnik naciskowy. Wraz z postępem wojny Armia Czerwona używała coraz mniej butelek zapalających, głównie podczas walk w miastach.
    Jednak z kolei to Niemcy zaczęli ich szerzej używać w latach 1942-43, uzupełniając słabość własnej broni przeciwpancernej. Niemieccy saperzy byli zresztą bardzo pomysłowi w zwalczaniu czołgów. Poza wiązkami granatów i butelkami zapalającymi stosowano też ich większe wersje, czyli kanistry z benzyną z przywiązanym doń granatem. Wraz z pojawieniem się Panzerfaustów, butelki z armii niemieckiej stopniowo znikały, chociaż w ostatnich miesiącach wojny korzystał z nich Volkssturm.

    Szeroko butelek zapalających używali też Włosi w Afryce, m.in. dywizja Folgore pod El-Alamein. Tam wykorzystywano butelki z przywiązanymi do nich granatami Mod. 35

    Chyba finalny i najdojrzalszy projekt butelki zapalającej mieli Amerykanie. Była to nadal butelka, ale posiadająca zapalnik granatu ze ślepym nabojem .38. Po wyciągnięciu zawleczki, druga była wyciągana samoczynnie, a iglica uderzała w spłonkę, powodując zapłon. Broń nie trafiła do masowej produkcji, bo Amerykanie mieli lepsze środki do zwalczania czołgów. Na przykład artylerię okrętową. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Polacy oczywiście nie byli gorsi i butelki stały się najsłynniejsze podczas walk w Powstaniu Warszawskim jako tani zamiennik dla broni przeciwpancernej. Wówczas używano już torebek chloranowych przyklejonych do szyjki butelki, by spowodować samozapłon. Polacy wymyślili nawet katapulty, którymi można było miotać butelki na odległość. Pomysł skopiowali później Niemcy i wykorzystywali m.in. podczas obrony Wrocławia.

    Pod koniec wojny butelki z benzyną stawały się już mało skuteczne przeciwko pojazdom pancernym, bo np. amerykańskie i niemieckie czołgi posiadały filtry wlotu powietrza i gaśnice w komorze silnika, co minimalizowało szanse zapalenia czołgu.

    Koktajle Mołotowa były bardzo szeroko wykorzystywaną bronią, ale w miażdżącej większości pozostały bronią doraźną. Bronią słabszych. Gdy tylko była szansa na użycie czegoś lepszego, natychmiast porzucano butelki - ale te pozostają w użyciu do dziś.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Jest mi wstyd, że o tym jeszcze nie napisałem. Warszawa, po powstaniu...

    Po kapitulacji powstańców 2 października 1944 roku, Reichsführer SS, Heinrich Himmler wydał 9 października rozkaz o zniszczeniu miasta.

    Himmler jednoznacznie wskazał cele: ''to miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jedynie jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów.''

    Do działania przystąpiły oddziały TeNo - Technische Nothilfe, oddziały saperskie policji, dowodzone przez gen. Willego Schmelchera. Na terenie Warszawy działały trzy grupy niszczycielskie, głównie na terenie Woli, Żoliborza i Śródmieścia. Do działania przystępowały bardzo precyzyjnie i fachowo. Najpierw opróżniano budynki ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Następnie wkraczały oddziały z miotaczami ognia - Brandkommandos - podpalające metodycznie dom po domu, kwartał po kwartale. Jeśli pożar wygasł po dwóch dniach - wzniecano go ponownie. Po wypaleniu budynków do działania przystępowali żołnierze Sprengkommando - wysadzając wybrane obiekty. Całkowicie zniszczono Dworzec Główny, Dworzec Pocztowy, elektrownię na Powiślu, Stację Filtrów.

    Ale nie to było celem Niemców. Najbardziej zaciekle niszczono polskie zabytki. Już 25 października spalono - piętro po piętrze - gmach Biblioteki Ordynacji Krasińskich, niszcząc dziesiątki tysięcy bezcennych pism i starodruków. Spalono do cna Archiwum Akt Nowych i Archiwum Miejskie. Wysadzono warszawską Katedrę i Pałac Brühla. 29 grudnia, jakby przypieczętowując zniszczenie Warszawy, wysadzono w powietrze Pałac Saski. 16 stycznia 1945 r., tuż przed wyzwoleniem Warszawy, spalono Bibliotekę Miejską i jej półmilionowe zasoby książek. Z 31 kościołów zniszczono 22. Z Warszawy Niemcy zrabowali dobra, które upchnęli w 23 tysiącach pociągów. Zabudowa została zniszczona łącznie w 84 %. Ilość gruzu pokrywającego Warszawę wynosiła 20 milionów metrów sześciennych.

    Naród, słynący ze swych myślicieli, filozofów, kompozytorów, chwalony za precyzję i myśl techniczną, znany na całym świecie ze swych naukowców, badaczy i konstruktorów... stał się narodem barbarzyńców i rabusiów, równych hordom Dżyngis Chana i Attyli.

    Schiller, Goethe, Bach, Kant, Beethoven... nie poznaliby swoich potomków.

    I tylko Chrystus Zbawiciel, obalony sprzed Bazyliki Świętego Krzyża eksplozjami Goliathów, ręką swą zdawał się wskazywać: Sursum Corda.

    W górę serca.

    ''I wtedy, w tej sytuacji, prorok porwany nagle natchnieniem Bożym, staje na tych ruinach i krzyczy: «W górę serca!» (...) Nic nie szkodzi, że miasta nie ma, że świątyni nie ma, że Bóg odszedł. Nieważne. Wszystko może stać się od początku, od zera, na nowo. Bo Bóg jest wszechmocny, wszystko może uczynić, światy, galaktyki. Wszystko zniszczyć i na nowo je stworzyć (...). Nie trać nadziei, nigdy, nigdy!''

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Podporucznik Janina Błaszczak przesłuchiwana przez żołnierzy KG ''Reinefarth'', 23 września 1944 roku. Dzisiaj wpis, który obiecałem komuś już bardzo dawno temu. Będzie więc dzisiaj wyjątkowo długo - rekordowo wręcz.

    ''Po co się tam pchacie? - krzyczał na nas oficer polityczno-wychowawczy - Tam faszyści biją się z faszystami. Niech się sami pozabijają''.

    Mijały dni i tygodnie, gdy stojąca po prawej stronie Wisły Armia Czerwona bezczynnie przyglądała się, jak Niemcy miażdżą powstańców. Kaprys wąsatego Gruzina nie pozwolił nawet na lądowania amerykańskich i brytyjskich samolotów, zrzucających zaopatrzenie. Tak to, jeszcze jeden raz Sowieci i Niemcy byli zgodni co do tego, że ''bandytów z Warszawy'' trzeba zniszczyć, wypalić do ziemi...

    Dopiero na początku września, dowiadując się, że Komenda Główna AK rozpoczęła rozmowy z Niemcami, prowadząc negocjacje co do kapitulacji, Stalin natychmiast kazał przygotować ''pomoc''. Bynajmniej nie chodziło o ratowanie powstańców, lecz o przedłużenie agonii miasta. Wtedy walki w Warszawie przejęły na siebie frontowe oddziały Wehrmachtu, które zamiast zajmować się pacyfikacjami i mordem, jak siepacze Dirlewangera, przystąpiły do metodycznego niszczenia oporu. 10 września 1944 r. Stalin nakazał zająć prawobrzeżną Warszawę, udzielił też wreszcie zgody na lądowania samolotów i pozwolił na loty z zaopatrzeniem do Warszawy. Te wykonywał m.in. polski 2. Pułk Nocnych Bombowców ''Kraków''. Sytuacja w Warszawie była już bardzo zła - upadła Starówka, a jeden, wąski pas brzegowy utrzymywano na Górnym Czerniakowie, wybity rozkazem płk Mazurkiewicza ze Zgrupowania ''Radosław''. Tam walczyły najlepsze powstańcze jednostki: ''Czata 49'', ''Zośka'', ''Parasol'', ''Miotła''. 15 września 1944 r. wyparto Niemców z Pragi, a grupa sowieckich i polskich zwiadowców przedostała się na Saską Kępę - ok. 60 żołnierzy, kierowanych latarkami przez powstańców. Dwie różne Polski płynęły sobie na spotkanie... Wtedy to poległ słynny por. Andrzej Romocki ''Morro'', legenda Szarych Szeregów i batalionu ''Zośka''. Zginął w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach - najpewniej zastrzelony omyłkowo, wzięty za Niemca przez swoją panterkę.

    Zwiadowcy porozumieli się z pułkownikiem Janem Mazurkiewiczem ''Radosławem'' i wrócili na prawy brzeg z kilkoma łącznikami oraz pismem od pułkownika, proszącym o pomoc.

    Pomoc nadeszła w nocy z 15 na 16 września, gdy na Czerniaków przeprawiło się 400 żołnierzy 9. pułku 3. Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta. Ze sobą dostarczyli 14 ckm, 16 rusznic, 4 moździerze i jedno działko ppanc. Chociaż dowódca 1. Armii, gen. Zygmunt Berling, sobie przypisywał do końca życia próbę udzielenia pomocy powstańcom, to jest to nieprawda. Zachowały się rozkazy gen. Malinina, szefa sztabu 1. Frontu Białoruskiego, wskazujące cele Polakom. Najpewniej był to kolejny z elementów perfidnego planu czerwonego satrapy z Kremla - by przedłużyć agonię powstania i wykrwawić polskie oddziały...

    Chociaż pomoc nie była duża, to podziałała bardzo optymistycznie na powstańców. Przez kolejne noce przypłynęło dalszych 500 żołnierzy. „Plecak ciąży. Zawisam na burcie, lecz ktoś wciąga mnie do środka. Saperzy ciężko pracują przy wiosłach. »Prawa mocniej, prawa mocniej!« – krzyczy sternik. Wszędzie, po bokach i z tyłu, majaczą w zasłonie pontony. Pomagam saperowi wiosłować. Ponton o dno – raz, drugi. Przed nami łacha. Wyskakujemy do wody'' - wspominał Wincent Tucholski.

    Nawiązano kontakt z powstańcami z ''Zośki'': „Nie zapomnę nigdy pierwszego spotkania z powstańcami. Brudni, obdarci, z wyglądu u kresu sił – bardzo byli rozczarowani, że oddaliśmy im tylko tę broń, którą mieliśmy przy sobie, że nie przywieźliśmy więcej. Ale skąd mieliśmy ją wziąć? Niewiele więc mogliśmy pomóc, a sami ponieśliśmy ogromne straty. Z powrotem na nasz brzeg wróciło nas tylko czterech czy pięciu, już dobrze nie pamiętam”. Z kolei Andrzej Wolski ''Jur'' z batalionu ''Zośka'' tak wspominał spotkanie z berlingowcami i panią porucznik ze zdjęcia: „No, to już niedługo. Rusznice ppanc., cekaemy, wprawdzie stare Maximy, ale piorą, nawet działka ppanc. i mnóstwo ludzi. Żołnierze, dowódca major, kapitan zwiadu artyleryjskiego, dwie radiostacje, telefoniści, chłopaki z pepeszami i amunicji do cholery. No i dziewczyna, oficer.''

    Żołnierze Wojska Polskiego jednak nie potrafili walczyć w mieście. Wielu z nich pochodziło z Kresów, z małych miejscowości. Ponosili duże straty w walce z Niemcami. Tadeusz Targoński wspominał: „Nasi z nawyku próbują na zajętych pozycjach okopywać się, a tu wszędzie bruk i asfalt. Powstańcy śmieją się i dziwują, że nie umiemy walczyć w mieście tak jak oni. Chłopcy ze Wschodu gubią się w zajętych domostwach i nie potrafią się sprawnie po nich poruszać. Początkowo miotają się to tu, to tam w panicznym podnieceniu, gdyż wróg jest wszędzie, a tu trudno trafić tam, gdzie trzeba”.

    Jednak nie tylko niedoświadczenie ich powstrzymywało. Wielu przeżyło szok bestialstwem hitlerowskich okupantów. Trwała przecież pacyfikacja Czerniakowa, prowadzona przez bandytów Dirlewangera i Reinefartha. Podczas tej operacji hitlerowcy wymordowali tysiąc osób. „Chłopaki nie wytrzymywali nerwowo. Przez siedemset metrów słyszeliśmy – to był chyba park Krasińskiego – bez przerwy straszne krzyki, rozpacz. Podobno tam się działy wielkie gwałty i mordowanie młodych ludzi, co wychodzili”...

    Mimo to, samego 17 września Niemcy przypuścili 11 szturmów na polskie pozycje. Wszystkie zostały odparte. Zacięcie walczono o każdy dom i każdą pozycję.

    Czerniaków był straconym przyczółkiem, dlatego obmyślono kolejny plan, gdzie się przeprawić. Berling wybrał miejsce - pomiędzy mostami Średnicowym a Poniatowskiego, na niemieckich tyłach, by odciążyć przyczółek czerniakowski i powstańców.

    19 września 1944 r. ruszył drugi desant . Lotnictwo - w tym słynne szturmowiki i kukuruźniki - oraz artyleria ostrzeliwały cele po zachodniej stronie Wisły. Celami były Ogród Saski, Dworzec Główny, Muzeum Narodowe oraz okolice mostów. O 15:30 wojska chemiczne i samoloty zaczęły stawiać zasłonę dymną. O 15:45 rozpoczęła się nawała ogniowa, osłaniająca desant 1. i 2. batalionu 8. pułku 3. DP. Niemcy jednak nie spali. Nad Wisłą posiadali artylerię i umocnienia przy brzegu. Gdy desant ruszył, rozpoczęli morderczy ostrzał. Już wtedy zaczęły się problemy - dramatycznie brakowało środków przeprawowych. Desant obserwował płk Antoni Frankowski, dowódca artylerii 3. DP: ''„Zaatakowali naszych żołnierzy z dwóch stron, w dość krótkim czasie, bez większych trudności, wyszli na brzeg Wisły i okrążyli pierwszy batalion. Potem zaczęli strzelać do nadpływającego drugiego rzutu. Żołnierze odpowiadali chaotycznym ogniem, łodzie szły na dno. Topili jedną po drugiej. Znikały z powierzchni jak bańki mydlane”.

    Przeciwnikami Polaków był batalion grenadierów pancernych z dywizji ''Hermann Goering'' - z miejsca wyprowadził kontrataki z dwóch stron. Mimo, że Polakom udało się wydostać z plaży i zająć dwie linie niemieckich okopów na nabrzeżu, a także przekroczyć ul. Solec, a nawet dotrzeć w rejon Muzeum Narodowego, to Niemcy wprowadzili do walk wozy pancerne, których Polacy - z oczywistych względów - nie mieli... Co gorsza, Polacy nie posiadali łączności, bo jedyna radiostacja przepadła. Już 19 września Niemcy zaczęli rozcinać polskie pozycje i je izolować. Uniemożliwiono połączenie się punktów oporu 8. i 9. pp. Adam Czyżowski z 8. pp wspominał: ''Rano, po prawie nieprzespanej nocy wyszedłem z budynku, by się rozejrzeć i ewentualnie okopać. Znajdowałem się akurat w wykonanym uprzednio przez Niemców, a może powstańców okopie, gdy nagle posypały się strzały. W lewej ręce miałem nagan, w prawej granat, który rzuciłem, ale niezbyt daleko, bo rękę miałem już niesprawną. W pewnej chwili nagan wypadł mi z ręki, bo trafił w nią nieprzyjacielski pocisk. Usłyszałem: - Hande hoch! Z trudem podniosłem obie ręce do góry. Przy obu bokach poczułem lufy karabinów i po chwili zostałem powierzchownie obszukany."

    21 września przyniósł koniec walk 8. pułku. Niemcy metodycznie wybijali polską obronę, dzieląc ją na małe, odizolowane od siebie grupki. To, co było kompaniami, stawało się plutonami. Oba bataliony 8. pułku przestały de facto istnieć - zginęło, bądź zostało rannych lub wziętych do niewoli 660 żołnierzy. 60 ukryło się pod mostami. W nocy z 21 na 22 września resztki oddziałów - 164 ludzi, połowa ranni - wycofały się za Wisłę. W tym samym okresie żołnierze 6. pułku 2. DP sforsowali Wisłę i wylądowali na Żoliborzu, nawiązując kontakt z oddziałami podpułkownika Mieczysława Niedzielskiego ps. „Żywiciel”, jednak nie zdołali połączyć sił z oddziałami 3. DP. Desant został zmieciony - utracono 523 ludzi. Co ciekawe, 8. pułk miał być wsparty przez doświadczony w bojach o Stalingrad radziecki 226. pułk strzelecki 74. Dywizji, ale wobec katastrofy desantu, lądowanie jednostki sowieckiej odwołano 20 września.

    9. pułk piechoty walczył do samego końca, nawet, kiedy powstańcy opuścili już rejon i wycofali się kanałami na Mokotów, a z brzegu trwała ewakuacja, dzień i noc. Na prawy brzeg przedostawano się jak tylko się dało - łodziami, pontonami, amfibiami, wpław. Niektórzy płynęli uczepieni kawałków drewna, czy pustych beczek. Osłonę wycofującym się zapewniało ponad 600 dział i moździerzy. Na lewym brzegu pozostało ok. 150-200 żołnierzy mjr Łatyszonka, kontynuując walki. Dramatycznie brakowało środków opatrunkowych, amunicji, a nawet wody i żywności. Niewiele dostarczono zza Wisły, a zrzuty nie wystarczały. Zresztą te zrzucano byle jak, bez spadochronów, w workach, więc mało co nadawało się do użytku. Ciekawostką może być fakt, że na sam koniec powstania wielu powstańców dysponowało sowiecką bronią.

    Berlingowcy bronili się przy ul. Wilanowskiej i Zagórnej. ''Walczono już nie kulami, lecz kolbą i pięścią. Kto widział w owych chwilach ppor. Błaszczak, z rozwianym jasnym włosem wiodącą swych chłopców do kontrataku, lub rzucającą granaty – ten nigdy tego widoku nie zapomni. Zdawało się, że to jakaś grecka bogini zstąpiła nad brzeg Wisły, by bronić pięknego dzieła”, wspominał Henryk Baczko.

    23 września padł i ten punkt oporu. Do tego momentu starano się wycofać jak najwięcej ludzi na prawy brzeg. 3. DP w ciągu ośmiu dni walk poniosła potworne straty - 2383 ludzi, z czego 1762 zabitych i zaginionych. Setki dostały się do niewoli. Ogółem, WP poniosło straty 4892 ludzi w tym okresie. 9. pułk stracił niemal wszystkich dowódców - wspomniany major Łatyszonek dostał się do niewoli. Porucznik Błaszczak trafiła do niewoli wraz z 81 towarzyszami z ''Legionu Polskiego'', jak nazywali ich Niemcy, przy ul. Wilanowskiej. Wojnę przeżyła.

    Tak to, na przekór krzykom sowieckich politruków, na przekór ich wasalom w polskich mundurach, na przekór dziwacznym kurom na czapkach, na przekór samemu diabłu i śmierci poszli niewątpliwie polscy żołnierze, wybiedzeni i wynędzniali, rzucając się desperacko na ratunek umierającej Warszawie. Ofiarnie walcząc i ginąc w głupiej, źle przygotowanej operacji sowieckiego ludobójcy i jego popleczników...

    Jako komentarz pozostawię słowa Janusza Derezińskiego ze Zgrupowania ''Kryska'': „Dramaturgia tych oddziałów przybyłych zza Wisły (z wielką ochotą wśród żołnierzy) – z pomocą powstaniu warszawskiemu 1944 r. jest szczególnie tragiczna w tym, że ich walka w sumie trwała zaledwie jeden tydzień”.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Mirasy i Mirabelki, kto z Was byłby zainteresowany #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu za pośrednictwem stworzenia nowego tagu na temat psychologii i takich troche "sztuczek umysłu" ? Nie chodzi tu o jakieś gówno typu "popatrz na obrazek" albo "jak wyrwać loche" i jakieś farmazony o rozwoju osobistym.

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    El furor de los traidores,
    rumba la rumba la rumba la
    Lo descarga su aviación,
    ¡Ay Carmela! ¡Ay Carmela!
    Pero nada pueden bombas,
    rumba la rumba la rumba la.

    Nie wiem, czy takie ''nic'' mogły im te bomby zrobić zrzucane od ''Moros, mercanerios y fascistas''. :P

    Słynna armata 88 mm - zwana ''Acht-Acht'' - z Legionu Condor podczas ostrzału celów nad Ebro, jesień 1938 roku.
    Dzisiaj obchodzimy 80. rocznicę zakończenia ostatniej wielkiej bitwy wojny domowej w Hiszpanii, więc będzie dłuuugo.. [A]

    Dla Republiki sytuacja w lipcu 1938 r. była katastrofalna. Powstańcy ruszyli z ofensywą w Aragonii i rozcięli front na pół - Katalonię i Walencję. Premier Juan Negrin chciał jeszcze jeden, ostatni raz odwrócić losy wojny - postanowiono zgromadzić wszystkie dostępne środki nad brzegami rzeki Ebro, uderzyć przez nią i przełamać front, licząc na połączenie z Kastylią-Walencją. Do wykonania tego zadania skierowano najlepsze siły republikańskie, złożone z fanatycznych komunistów i anarchistów, wsparte przez 120 czołgów, 200 dział i 200 samolotów. Komuniś... republikanie mieli trzykrotną przewagę liczebną nad siłami narodowymi po drugiej stronie rzeki - 50 tys. (plus drugie tyle rezerw) przeciw 18 tysiącom gen. Yagüego.

    Atak rozpoczął się w nocy z 24 na 25 lipca 1938 r. i był dużym zaskoczeniem dla sił powstańczych, mimo że niezmordowani lotnicy Legionu Condor kilkakrotnie ostrzegali przed możliwością ofensywy. Oddziały republikańskie na łódkach i pontonach sforsowały rzekę, po czym utworzyły szeroki przyczółek po drugiej stronie. Pierwszy dzień był zadowalający - okrążono nacjonalistyczną 50. dywizję i wzięto do niewoli 4 tys. jeńców. Celem następnym było miasto Gandesa. 26 lipca ataki skierowano na wzgórze 481, które ryglowało podejście do miasta. Wzgórze było silnie umocnione i sześć dni zaciekłych kontrataków nie było w stanie wypchnąć powstańców z pozycji. Republikanie ponieśli tak straszne straty (niemal całkowicie unicestwiona została XV. Brygada Międzynarodowa), że cofnęli się na sąsiednie wzgórze 666.

    Armia narodowa nie spała jednak i ściągnęła w zagrożony rejon olbrzymie siły. Legion Condor i Aviazione Legionaria dzień w dzień bombardowały przeprawy i pozycje - przerażającą skuteczność zapisały tutaj Stukasy z klucza ''Jolanthe'', demolując mosty jeden po drugim. W ogóle lotnictwo niemieckie i włoskie zaczęło miażdżyć republikanów - w walkach sowieckie I-16 nie miały szans z doskonałymi Bf-109. Zaczęła się kampania na wyniszczenie - a zwycięzca mógł być tylko jeden...

    Powstańcy trzy miesiące bombardowali i ostrzeliwali republikańskie pozycje, na niektórych odcinkach używając ponad 200 dział i wystrzeliwując 13 tysięcy pocisków dziennie. Z kolei republikanie z trudem panowali nad postępującym rozkładem armii - nawet rozstrzeliwania za wycofywanie się niewiele pomogły. Potworna spiekota i braki w zaopatrzeniu coraz bardziej demoralizowały republikańską armię. Ziemia była za twarda, by wykopać okopy, a co dopiero pochować zmarłych, więc ci puchli w słońcu i strasznie śmierdzieli. Ewakuować rannych można było tylko po zmroku, na małych łódkach, bo w ciągu dnia na niebie panowali Niemcy i Włosi.

    Wojska narodowe wyprowadziły sześć kontrofensyw, wydzierając pozycje jedne po drugich. Ślamazarne tempo natarcia i duży bałagan organizacyjny, dość typowy dla Hiszpanów, irytowały Niemców i Włochów, którzy uważali, że nie ma sensu bawić się w wojnę pozycyjną. 3 września wyprowadzono decydujący atak, który wypchnął republikanów z większości pozycji i odbił miasto Corbera, a miesiąc później odbito wzgórze 666.

    W międzyczasie, zapadły też międzynarodowe decyzje dotyczące Republiki. Juan Negrin zdecydował się wycofać większość Brygad Międzynarodowych (które i tak wówczas składały się głównie z Hiszpanów), a w związku z traktatem w Monachium, ZSRR wstrzymał wsparcie dla przegrywającej Republiki. Nieco ponad miesiąc później oddziały narodowe rozbiły doszczętnie pozostałe jednostki republikańskie, niektóre po bardzo krótkiej walce. 16 listopada 1938 r. ostatnie oddziały wycofały się za Ebro. Ofensywa zakończyła się katastrofą i ogromnymi stratami - republikanie utracili 55 tysięcy ludzi i 150 samolotów. Trzy miesiące po klęsce nad Ebro wojna w Hiszpanii zakończyła się.

    Tak na marginesie. Udało nam się w krótkim czasie przebić próg 30 tysięcy - i idziemy dalej! :D Następny cel - 40 tys. A psy niech szczekają dalej.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Dzisiaj troszkę o Napoleonie i jednej z najważniejszych bitew czyli Waterloo.

    Większość swoich sukcesów Napoleon zawdzięczał swojemu geniuszowi, a szczęście i charakter odegrały w nich niewielką rolę. Odwrotnie jednak sprawy się miały jeśli chodzi o klęski cesarza. Gdyby zależały one wyłącznie od talentów Bonapartego, prawdopodobnie niewiele z nich miałoby miejsce. Prawdą jest oczywiście, że popełniał on wiele błędów, jednak należy sobie postawić pytanie, z czego one wynikały.

    Link do znaleziska - Droga do Waterloo – przyczyny klęski Napoleona

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #wojsko #zwyczaje #napoleon #militaria #dyplomacja #prawo #europa #swiat #zainteresowania #rosja #francja
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Strzelec pokładowy w B-24, jednostka nieznana, 1944 r. Zdjęcie to było już kiedyś u mnie.

    Wielu z Was zapewne oglądało ''Ślicznotkę z Memphis''. Film, mimo niemal trzydziechy na karku (pamiętam, jak w telewizji zapowiadał go niezrównany pan Jan Suzin, głos mojego dzieciństwa), jest nadal świetnym filmem. I bardzo prawdziwym. Że lot nad jakiś cel był przez załogi nieraz odbierany jako wyrok śmierci.

    Mało się w opracowaniach mówi o strzelcach pokładowych ciężkich bombowców - a oni mieli najgorszą robotę. Przed wprowadzeniem kabin ciśnieniowych, utrzymujących ciśnienie i temperaturę na stałym poziomie 20 stopni (to dopiero w B-29 takie luksusy się pojawiły), strzelcy pokładowi musieli ubierać na siebie kilka warstw ubrań, na to szły ogrzewane elektrycznie kombinezony, a na koniec podbite futrem skórzane spodnie i kurtka oraz czapkę i buty. Do tego nakładano kamizelkę przeciwodłamkową, chroniącą krocze, brzuch i klatkę piersiową, specjalny hełm lotnictwa, kryjący uszy i pozwalający nosić słuchawki, gogle, rękawice, kamizelkę ratunkową, spadochron - i można lecieć. Strzelcy rzadko nosili broń i cokolwiek innego ze sobą, bo i tak mieli skrępowane ruchy, a na wysokości 10 km Colt jest mało przydatny.

    Całe te warstwy ubrań niewiele pomagały, na wysokim pułapie temperatura wynosiła poniżej -50 stopni Celsjusza i lotnicy zwyczajnie marzli. Co gorsza, zamarzały im też karabiny maszynowe (szczególnie źle mieli strzelcy boczni, bo mieli otwarte stanowiska strzeleckie).

    Do dzisiaj ludzie się spierają, który strzelec miał gorzej - dolny, czy tylny. Tylny strzelec znajdował się w ogonie samolotu, oddalony od reszty załogi. Do ostatnich wersji B-17G, gdy wprowadzono wieżyczki typu ''Cheyenne'', strzelec musiał klęczeć między wręgami kadłuba. Przez kilka godzin, bo tyle trwał lot. I w przypadku walki był najczęściej skazany na śmierć, więc czasem strzelcy uciekali ze swojego stanowiska.
    Dolny strzelec znajdował się w tej słynnej kulce. Cały lot niewygodnie leżał na plecach z nogami zadartymi do góry. Musiał być mały, żeby się zmieścić. Między kolanami miał celownik karabinów maszynowych i był całkowicie odsłonięty. Jeśli padła elektryka, nie można było wieżyczki wciągnąć do kadłuba, a jeśli samolot musiał lądować przymusowo... los strzelca był przesądzony, bo najczęściej miażdżył go kadłub bombowca.

    Jednak żadne miejsce w samolocie nie było bezpieczne. Lotnicy bardzo bali się ataków czołowych, bo pociski przelatywały przez cały kadłub i zabijały załogę. Tak, jak doceniam odwagę pilotów Jagdwaffe, którzy szaleńczo próbowali stawić opór wyprawom bombowym USAAF, tak załogi bombowców, wystawione na strzał zasługują na to uznanie. Ginęli setkami, od ostrzału Flaku, myśliwców, rozbijając się o ziemię. Nawet po wyskoczeniu z bombowca - co udawało się rzadko - nie byli bezpieczni na ziemi, bo tam linczowała ich ludność cywilna, mszcząc się na sprawcach ich własnych tragedii. Ze 160 tys. zestrzelonych alianckich lotników nad Niemcami przeżyło zaledwie 60 tys.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    A co to się stało temu Tygryskowi? ( ͡° ʖ̯ ͡°) Żołnierze brytyjskiego 3. County of London Yeomanry oglądają zniszczonego Tigera '223' z 2./504. sPzAbt. Kompania dysponowała 17 czołgami tego typu i została dołączona do dywizji spadochronowo-pancernej ''Hermann Goering''. Na Sycylii utracono 16 pojazdów, jeden, o numerze '222' zdołano ewakuować. Belpasso, okolice Catanii, lipiec 1943 r. Dzisiaj będzie ciepło i długo. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Włoskie kontrataki na Sycylii, mimo iż dzielne, nie były w stanie zagrozić Aliantom - Włosi mieli po prostu za słaby sprzęt. Dowodzący włoską armią gen. Guzzoni natychmiast po meldunkach o atakach nakazał relokację swoich najlepszych sił w rejon desantu - KG ''Schmalz'' w rejon Catanii, zaś dywizja ''HG'' i ''Livorno'' - na Gelę, przeciw Amerykanom. Dywizja ''HG'' była elitą, tym cenniejszą, że jej dowódca, gen. Conrath, w stan alarmu postawił ją już 9 lipca. Z szeregów jednostki wydzielono Kampfgruppe ''Links'', złożoną z pułku grenadierów pancernych, batalionu przeciwpancernego i wspomnianej kompanii Tigerów, oraz ''Rechts'', złożoną z pułku pancernego, kompanii rozpoznawczej, pułku artylerii i batalionu saperów. Niemiecka grupa ''Rechts'' miała atakować 10 lipca jak wcześniej włoska grupa z dywizji ''Livorno'' (30 czołgów Renault R-35 pod Gelą, wszystkie zniszczone/uszkodzone). Niemcy ewidentnie nie uczyli się na błędach i - tak jak Włosi - dostali się pod ostrzał artylerii okrętowej i musieli wstrzymać natarcie.

    KG ''Links'' atakowała za rzeczką Acata, natknąwszy się na pozycje 180. pułku 45. DP. Pięć Tygrysów wywołało taki szok, że Niemcy bez trudu przełamali pozycje Amerykanów i rozcięli front między 1. DP i 45. DP, biorąc ponad 50 jeńców. A wszystko pod silnym ogniem artylerii okrętowej. Niemcom brakowało niewiele, żeby doprowadzić do katastrofy... ale wtedy gen. Conrath wstrzymał natarcie, mylnie oceniając celność ostrzału. Być może właśnie ta klęska doprowadziła Amerykanów do wściekłości, której dali wyraz, mordując 74 jeńców w Biscari parę dni później...

    Atak wznowiono następnego dnia siłami dywizji ''HG'' i ''Livorno''. Pod Gela atakował włoski 34. pułk - Włochom udało się przełamać opór amerykańskich rangersów. Nieubłaganie parli do przodu, mimo ostrzału z ciężkich moździerzy, zagrażając całemu desantowi, aż w sprawę wmieszał się Patton i nakazał krążownikowi USS ''Savannah'' zmieść atakujących. Potężny, 20-minutowy ostrzał artyleryjski zmiażdżył Włochów - zginęło około 200, a pozostałych 400 poddało się pod wpływem szoku.

    Atak niemiecki na drodze do Piano Lupo zmiótł Amerykanów z 1. Dywizji. Zaniepokojony Patton udał się na linię frontu osobiście i widział setki żołnierzy z 16. i 26. pułku, wielu bez broni, którzy w panice uciekali i krzyczeli, że pokonała ich dywizja Hermanna Goeringa''. Wściekły Patton ryknął na cały głos: ''Z jakiejkolwiek dywizji są te skurwysyny, zgotujemy im piekło i zatrzymamy ich!''. Natychmiast wsparcia miała udzielić 2. DPanc. - wykorzystano nawet zagrzebane czołgi Sherman, które nakazano obsypać piachem aż po wieżę i stworzyć z nich statyczne punktu oporu. Jednocześnie ogień miał otworzyć USS ''Savannah'', USS ''Glennon'' i USS ''Bloise''. Trwający godzinę ostrzał wywarł na Niemcach piorunujące wrażenie, unieszkodliwiając 3 czołgi i zmuszając ich do odwrotu.

    Z kolei atak II. bpanc. pod Piano Lupo dosłownie rozjechał amerykańskich spadochroniarzy - niektórych znaleziono zmiażdżonych gąsienicami we własnych okopach. Dopiero kontrnatarcie amerykańskich Shermanów zatrzymało Niemców, bo trafione zostały dwa czołgi. Dowódcy i jego zastępcy, co pozbawiło dowodzenia nacierających.

    Z kolei atak KG ''Links'' początkowo pełen sukcesów pod Biazzo obrócił się przeciw Niemcom. Kombinowana grupa bojowa amerykańskich spadochroniarzy i czołgów oraz artylerii zaatakowała odsłonięte skrzydło Niemców. Po godzinie walki Niemcy musieli się wycofać, zostawiając pięć zniszczonych Tigerów. Liczby mogą wydawać się niewielkie, ale w ciągu całego dnia Niemcy i Włosi stracili ok. 60 czołgów.

    Kontratak pod Gela zakończył się klęską i otworzył Amerykanom drzwi w głąb Sycylii.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Torpeda za torpedę. Tonący lotniskowiec HMS ''Ark Royal'' po trafieniu jedną torpedą z U-81 kapitana Friedricha Guggenbergera, 13 listopada 1941 roku.

    HMS ''Ark Royal'' był chlubą brytyjskiej floty. Duma z wielkiego lotniskowca wzrosła jeszcze bardziej, gdy właśnie z niego startujące stareńkie dwupłatowe Swordfishe ugodziły niemiecki pancernik ''Bismarck'' torpedą, uszkadzając mu ster, co doprowadziło w końcu do jego zatopienia. Brytyjczycy jednak nie przeczuwali, że ich Nemezis któregoś dnia nadejdzie i wyda zapłatę.

    Nemezis nazywała się Friedrich Guggenberger i miała 26 lat. Guggenberger pływał U-Bootami od 1939 roku, ale nie osiągnął jeszcze większych sukcesów - zatopił dopiero dwa statki. Ominęły go ''szczęśliwe czasy'', gdy żelazne, szare wilki dziesiątkowały brytyjskie konwoje. Traf chciał, że przerzucono jego okręt - U-81 - na Morze Śródziemne. Za drugim razem się udało. I tuż po wejściu na ten akwen kapitan wygrał los na loterii.

    Dzięki sprawności wywiadu Niemcy dobrze zdawali sobie sprawę z obecności silnego zespołu Royal Navy w rejonie Gibraltaru. Najbliższym okrętem był właśnie U-81.

    O 15:40, 13 listopada 1941 r. znudzony operator sonaru na niszczycielu HMS ''Legion'' wykrył słaby sygnał. Echo nie powtórzyło się, operator popukał palcem w ekran i przekazał meldunek na mostek, jednak nikt się nim nie przejął. Tymczasem minutę później u sterburty lotniskowca HMS ''Ark Royal'' wyrósł słup wody. Okręt niewątpliwie został trafiony torpedą. Cały zespół brytyjski został postawiony w stan alarmu. Niszczyciele zaczęły gorączkowo szukać napastnika, a załoga lotniskowca próbowała ratować okręt. Jednak na darmo. Lotniskowiec bowiem, decyzją ''oszczędnościową'' miał pompy zasilane z głównej kotłowni. Gdy ta padła, padły też pompy. Okręt nabierał coraz więcej wody.

    Agonia okrętu trwała dwanaście godzin. W tym czasie kapitan Guggenberger zdołał umknąć pogoni. Za swój wyczyn otrzymał Krzyż Rycerski i stał się bohaterem U-Bootwaffe jako mściciel ''Bismarcka''. W jednym ataku zdobył 27 000 ton BRT.

    Wstawał blady świt 14 listopada, gdy potężny okręt, spędzający od lat sen z powiek dowódcom Kriegsmarine, budzący bezsilną wściekłość i żądzę zemsty obrócił się stępką do góry, przełamał się i zatonął.

    Tak to jedna torpeda została pomszczona inną torpedą...

    Ciekawostką jest fakt, że na okręcie jako maskotka służył czarny kot, uratowany z ''Bismarcka''. Brytyjczycy, którzy porzucili setki niemieckich marynarzy w wodzie, ocalili zwierzaka, którego nazwano ''Oscar''. Niezatapialny kocur trafił na niszczyciel ''Cossack'', także polujący na ''Bismarcka''. Gdy ''Cossack'' został zatopiony 27 października 1941 r., na pokład wzięli go marynarze z ''Ark Royal''. Zwierzak przeżył i ten okręt, jednak wśród marynarzy zyskał złą sławę i wysadzono go na ląd w Gibraltarze. Przeżył swój macierzysty okręt o 14 lat.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    W swoim życiu czytałam o wielu przerażających zbrodniach i zagłębiałam się w mnóstwo przyprawiających o gęsią skórkę historii, ale żadna z nich nie wzbudziła we mnie takich emocji jak to gdy w 2015 roku pierwszy raz usłyszałam o tym, co zrobił ten człowiek. Sprawa była dość medialna, do opinii publicznej zostało podane sporo informacji, jednak od początku nie chciałam znać jej szczegółów. Bardzo ciężko było mi słuchać wywiadu z ofiarą, oczyma wyobraźni widzieć łzy za jej przeciwsłonecznymi okularami.

    Myślałam, że tej sprawy nie dam rady opisać. Próbowałam nawet się do tego zmusić, ale za każdym razem przyprawiała mnie to o takie mdłości i ścisk w gardle, że ze względu na swoje zdrowie psychiczne postanowiłam nie robić nic na siłę. Najwyraźniej dzięki pisaniu poprzednich postów moje podejście do zbrodni i odporność psychiczna uległy zmianie i dziś już z większym spokojem mogłam przygotować poniższy tekst. Chyba zaczynam rozumieć podejście ludzi, którzy zawodowo zajmują się morderstwami, zbrodniami, sekcjami zwłok itp. To nie jest tak, że człowiek staje się bezuczuciowy i zimny, raczej jego podejście staje się bardziej profesjonalne, w miarę zdobywania doświadczeń i przywykania do pewnych widoków odcina się od większości emocji związanych ze swoim zawodem. Wydaje mi się to naturalną koleją rzeczy.

    • • •

    GRZEGORZ PILARSKI, rocznik '71

    Grzegorz (zdjęcie) mieszkał wraz ze schorowaną matką i bratem w niewielkiej kawalerce na osiedlu Tysiąclecia w Gnieźnie (woj. wielkopolskie). Jako starszy z synów dominował nad resztą domowników, a robił to głównie siłą i groźbami. Był znany w okolicy jako miejscowy awanturnik, bywał agresywny szczególnie po alkoholu i trzymał się w towarzystwie osób, posiadających na swoim koncie pobyty w zakładach karnych. Sam wielokrotnie odbywał kary pozbawienia wolności, między innymi za oszustwa, przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, rozboje, groźby karalne czy pobicie swojej konkubiny, która zaginęła bez śladu w 2012 roku — ale o tym napiszę już na samym końcu. Pilarski spędzał czas głównie na piciu alkoholu z kolegami i bratem pod blokiem, a w zimniejsze dni — w piwnicach. Mieszkańcy bali się go, częstowali papierosami lub "ratowali złotóweczką" dla świętego spokoju.

    W sąsiednim bloku przy ulicy Budowlanych od niedawna zamieszkała 23-letnia Milena * (zdjęcie) wraz z rodzicami, partnerem (zdjęcie) i kilkuletnią córką (zdjęcie).

    Z chłopakiem nie układało jej się najlepiej, a sąsiedzi opowiadali, że kłótnie były na porządku dziennym. Ich zdaniem matką była dobrą, normalną, która zajmuje się swoją córką. Często widywali ją popołudniami z małą w piaskownicy lub na spacerze.

    Według jednego źródła młoda kobieta szukała pocieszenia, przeżywała kryzys, w trakcie którego poznała swojego 44-letniego sąsiada. Według drugiego — Milena bardzo spodobała się Pilarskiemu, jednak odrzuciła jego zaloty, co go rozwścieczyło. Po krótkiej znajomości doszło do sprzeczki, po której mężczyzna zamknął się z Milena w swoim mieszkaniu, schował klucze i bił ją po głowie. Włożył jej także palec do oka. W końcu jej matka wezwała policjantów, którzy zagrozili wyważeniem drzwi. Po uwolnieniu kobieta powiedziała mundurowym, że nic złego się nie stało, nie złożyła także zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Mimo to postanowiła zerwać kontakty z Pilarskim, co bardzo mu się nie spodobało. Zaczął nachodzić jej rodzinę, wielokrotnie groził im śmiercią, dobijał się do drzwi i żądał spotkania z dziewczyną.

    27 października 2015 roku, czyli dwa tygodnie po wypuszczeniu z mieszkania, 23-latka znów spotkała się z Pilarskim. Mężczyzna organizował libację alkoholową w jednej z blokowych piwnic. Po zakończeniu imprezy, gdy wszyscy znajomi się rozeszli, ściągnął tam kobietę pod pretekstem pokazania jej czegoś, a gdy znaleźli się już na miejscu nie chciał jej wypuścić. Zaczął bić, łamiąc jej przy tym zatokę szczękową i kilka zębów. Dusił, przez co straciła przytomność. Był wściekły za to, że w ostatnich dniach go unikała, a gdy przychodził pod drzwi mieszkania, jej rodzice wzywali policję. Mówił, że z nim się tak nie pogrywa, po czym brutalnie zgwałcił. Następnie kciukami, z pełną siłą wcisnął jej gałki oczne w głąb czaszki, przez co złamał ściany oczodołów, spowodował krwotok wewnętrzny i stale oślepił. • Jeżeli ktoś chce znać szczegóły obrażeń to screen z opisu wrzuciłam w komentarzach (1). • Omdlałą z bólu związał sznurem, zakneblował i zamknął w stęchłej piwnicznej komórce. Nazajutrz półprzytomną znów pobił i zgwałcił, następnie już kompletnie ślepą zaprowadził do swojego mieszkania, gdzie ją przetrzymywał przez kilka dni. Kobieta leżała na wersalce i wymiotowała, a Pilarski podawał jej tylko wodę do picia. Ponownie zgwałcił ją i ciągnął za włosy. W mieszkaniu składającym się tylko z jednego pokoju i kuchni przebywała w tym czasie jego matka oraz brat, jednak żadne z nich nie udzieliło cierpiącej kobiecie pomocy. Rodzina jadła, oglądała telewizję, rozmawiała, bracia nawet wspólnie pili alkohol i spali, gdy w tym samym pomieszczeniu leżała zakrwawiona i obolała Milena.

    Kobieta obiecała swojemu oprawcy, że jeżeli ją wypuści nie powie nikomu, co się stało, on jednak pozostawał niewzruszony na jej prośby. W końcu do mieszkania zapukał dzielnicowy, któremu mężczyzna nie otworzył, jednak w obawie o konsekwencje po trzech dniach wypuścił dziewczynę i odprowadził pod jej klatkę schodową.

    29 października drzwi otworzyła jej matka. Milena płakała, miała opuchnięte oczy, a po policzkach ciekła jej krew. Mówiła, że nic nie widzi. Trafiła do gnieźnieńskiego szpitala, a następnie została przetransportowana karetką do Poznania.

    Rokowania od początku były beznadziejne — nie ma możliwości by uratować wzrok pokrzywdzonej. Jeżeli pomoc zostałaby udzielona niezwłocznie po uszkodzeniu oczu, szanse na uratowanie zdolności widzenia byłyby większe, jednak uwzględniając charakter zadanych obrażeń i tak byłyby niepewne.

    Dziewczyna była w stanie ciężkiego szoku pourazowego, nie chciała powiedzieć nic na temat swojego kilkudniowego zniknięcia. Lekarz był przerażony stanem pacjentki, nie miał też wątpliwości, że ma do czynienia z przemocą, dlatego bezzwłocznie zawiadomił policję.

    Jeszcze 30 października Pilarski groził rodzinie Mileny, a następnego dnia został już zatrzymany. Pił piwo z kolegami pod sklepem, nie stawiał oporu, był spokojny i opanowany. Podczas przesłuchania bardzo mało i ostrożnie mówił. Twierdził, że żałuje, ale nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to zrobił. Przyznał się do wszystkich zarzutów, oprócz gwałtów, twierdził, że kobieta dobrowolnie zgodziła się uprawiać z nim seks.

    . . .

    Mężczyźnie postawiono kilka zarzutów, między innymi zgwałceń ze szczególnym okrucieństwem, przestępstw pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem, przestępstw przeciwko czci i nietykalności cielesnej, spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz używanie gróźb karalnych. Po jakimś czasie zmieniono zarzuty przyjmując, że kilka z tych przestępstw popełnionych zostało w warunkach recydywy.

    . . .

    Podczas śledztwa wielokrotnie zmieniał swoje tłumaczenia. Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    21 października 2016 roku ruszył proces. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Pilarski przyznał się do sześciu z siedmiu stawianych mu zarzutów, znów zaprzeczył jedynie zgwałceniu kobiety. Pokrzywdzona ze względu na swój stan psychiczny nie pojawiła się w sądzie.

    Obrońca oskarżonego wniósł o wyłączenie jawności rozprawy, tłumacząc to drastycznymi okolicznościami sprawy. Na utajnienie procesu nie zgodziła się jednak prokurator, dlatego pozostał jawny.

    Według biegłych siłę, z jaką oskarżony wciskał gałki oczne, można porównać do wystrzału korka od szampana. Była tak wielka, że złamaniu uległy ściany oczodołów, dlatego lekarz stwierdził, iż nie było absolutnie szans na odzyskanie wzroku. Dodał, iż kobiecie od razu po zdarzeniu powinno się udzielić specjalistycznej pomocy połączonej z podaniem silnych leków przeciwbólowych.

    Ucisk na gałki oczne to było wykorzystywane jako form tortur w średniowieczu, nawet powodująca zgon ofiar.

    — stwierdził biegły.

    Mężczyzna wyraził skruchę, żałował oślepienia Mileny, jednak sędzia uznała, że to tylko próba złagodzenia wyroku, a nie szczera reakcja. Powołała się na opinię psychologów i psychiatrów, ale nie chciała mówić o szczegółach, bo lekarska diagnoza była niejawna. Powiedziała jednak:

    Nie jest w stanie współczuć, odczuwać żalu. Nie ma perspektyw, by skazany mógł swoje zachowanie zmienić.

    Wysoki poziom demoralizacji, kolejne wyroki i pobyty w więzieniu niczego go nie nauczyły. Budził postrach wśród sąsiadów.

    To czyn okrutny. Ofiara miała 23 lata i całe życie przed sobą. Nigdy nie zobaczy swojego dziecka, nie zobaczy, jak dorasta, idzie do szkoły.

    . . .

    10 listopada odbyła się następna rozprawa. Przed sądem zeznawał m.in. biegły lekarz, który odniósł się do działań Pilarskiego, który przemywał oczy kobiety wodą z rumiankiem, co mogło jeszcze bardziej jej zaszkodzić. Mówił także o innych obrażeniach, których doznała pokrzywdzona, co do których nie mieli wątpliwości, że musiały powstać w wyniku co najmniej kilku uderzeń otwartą dłonią lub zaciśniętą pięścią. (klik)

    . . .

    27 lutego 2017 roku zapadł wyrok, którego odczytanie zajęło sądowi aż kilkanaście minut. Oskarżony prosił o łagodną karę ze względu na ciężką sytuację osobistą.

    • Za uderzenie Mileny i włożenie jej palca do oka (art. 217. § 1.), co było działaniem w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na rok więzienia, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za jej uwięzienie (art. 189 § 1 kk) został skazany na 2 lata pozbawienia wolności, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za wielokrotne grożenie pokrzywdzonej oraz jej najbliższym (art. 190 § 1 kk), co było czynem popełnionym także w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na 2 lata 6 miesięcy pozbawienia wolności oraz 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za pozbawienie wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 3 kk w zw. z § 1 kk), spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci pozbawienia wzroku (art. 156 § 1 pkt 1 kk), kilkukrotne (art. 11 § 2 kk) zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk w zw. z § 1 kk), co było działaniem w tzw. multirecydywie (art. 64 § 2 kk) został skazany na 15 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m., 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie za doznaną krzywdę poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej kwoty 200 tys. zł.

    Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa to 20 lat pozbawienia wolności, którą Pilarski będzie odbywać w systemie terapeutycznym, ze względu na zaburzenia osobowości i uzależnienie od alkoholu. Po wyjściu z więzienia będą stosowane środki zabezpieczające w postaci elektronicznej kontroli miejsca pobytu oraz terapii. Wyrok nie był prawomocny.

    Wszystkie okoliczności wskazują, że oskarżony wykazuje wysoki poziom demoralizowania. Wieloletnie pobyty w zakładzie karnym nie nauczyły go właściwie niczego. Po odbyciu jednej kary wychodził na wolność, budził postrach wśród sąsiadów. Ludzie boją się mówić o tym, co było udziałem oskarżonego. Linia życiowa oskarżonego była taka, a nie inna, bo sąd ujawnił materiały z innych postępowań Prokuratury Rejonowej w Gnieźnie, które dotyczyły aktów przemocy, jakich oskarżony miał się dopuszczać wobec swojej poprzedniej partnerki. Te akty przemocy, które są w tamtej sprawie zapisane, wskazują na niepoprawność oskarżonego. Sąd uznał, że przy tym natężeniu okoliczności obciążających, przy niepoprawności, recydywie, opinii psychiatrów i psychologa, z których wynika brak perspektyw na zmianę postępowania, tylko najwyższy wymiar kary jest adekwatny do okoliczności.

    - mówiła sędzia. Podobno Pilarski groził oślepieniem także swojej poprzedniej partnerce.

    (klik)
    (klik)

    . . .

    Obrońca oskarżonego złożył apelację po ogłoszeniu wyroku, a 4 lipca odbyła się ostatnia rozprawa. Po zapoznaniu się z opinią strony skarżącej, a więc prokuratora rejonowego oraz pełnomocnika oskarżonej, sąd nie uznał argumentacji zawartej w apelacji za wystarczającą i podtrzymał wyrok Sądu Okręgowego, uzasadniając to tym iż mężczyzna jest wielokrotnym recydywistą, który dalej może szkodzić społeczeństwu. Tym samym 46-letni obecnie Grzegorz P. spędzi w więzieniu 20 lat.

    . . .

    klik <- reportaż UWAGI na ten temat

    . . .

    Po reportażu UWAGI ze stanowiska Prokuratora Rejonowego w Gnieźnie odwołano Piotra Gruszkę. Uznano bowiem, że nie wyjaśnił on wszystkich okoliczności sprawy, m.in. nieudzielenia pomocy pokrzywdzonej przez osoby znajdujące się w mieszkaniu. Prokurator krajowy Bogdan Świeczkowski mówił:

    Podstawą podjęcia takiej decyzji były błędy, do jakich doszło w toku postępowania prowadzonego przez prokuraturę rejonową w Gnieźnie. W toku postępowania prokurator nie wyjaśnił wszechstronnie okoliczności sprawy, w tym w szczególności okoliczności związanych z nieudzieleniem pomocy Milenie W. przez członków rodziny Grzegorza P., którzy w czasie zdarzenia przebywali w mieszkaniu.

    . . .

    W lutym 2018 roku gnieźnieńska prokuratura postawiła 42-letniemu bratu Pilarskiego zarzut nieudzielenia pomocy pozbawionej wówczas wolności przez swojego brata Grzegorza P. Milenie W., która znajdowała się w położeniu grożącym jej bezpośrednim niebezpieczeństwie poniesienia uszczerbku na zdrowiu. Mężczyzna nie przyznał się do winy, ponadto twierdził, że nie miał pojęcia o zaistniałej sytuacji, bo długo pracował i nie było go w mieszkaniu.

    W czerwcu miał ruszyć proces, na którym oskarżony pojawił się pijany. Sąd wezwał policjantów, którzy przeprowadzili badanie alkomatem, po którym okazało się, że ma około 1. promila alkoholu we krwi. Została zastosowana wobec niego kara porządkowa za uchybienie powagi sądu i mężczyzna trafił do aresztu na siedem dni.

    Na jednej z rozpraw Paweł P. (zdjęcie) (zdjęcie) składał wyjaśnienia:

    Widziałem, że miała oczy wduszone, teraz już to wiem, ale wtedy nie wiedziałem. Myślałem, że została pobita. Zjadłem coś i poszedłem do apteki kupić coś na te oczy, jakieś krople. Jak wróciłem, to podałem bratu te opatrunki, a ja się wykąpałem i poszedłem spać. Na drugi dzień, jak wróciłem, to brata z nią już nie było.

    Z kolei poszkodowana zeznawała:

    Nie przypominam sobie, by on kupował jakieś krople. W domu nie był cały czas, przychodził wieczorami i było go słychać. Policja, kiedy była pod drzwiami, to ich nie otwierali. Pamiętam, że był w domu i jak leżałam to wtedy na pewno pili. Na pewno widział, że byłam zakrwawiona, bo miałam białą bluzę i była cała we krwi.

    klik <- tutaj jest relacja z pierwszej rozprawy

    22 października odbyła się następna rozprawa, której streszczenie znajdziecie tutaj.

    Matka Pilarskiego prawdopodobnie nie usłyszy zarzutów. Kobieta cierpi na chorobę psychosomatyczną. Kontakt z nią jest utrudniony, przez co mogła nie być świadoma tego, co działo się w mieszkaniu w październiku 2015 roku. Opinię w tej sprawie wydadzą jeszcze powołani biegli.

    Na początku listopada 2018 zapadł wyrok w sprawie Pawła P. — 3 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności, 9 miesięcy ograniczenia wolności, podczas których będzie wykonywał prace społeczne w ilości 40 godzin w miesiącu. Ponadto, jest zobowiązany do zapłacenia kwoty 30 tys. zł zadośćuczynienia Milenie W. Jest to kwota niższa od postulowanej przez oskarżyciela posiłkowego, ale wyższa od tej proponowanej przez prokuratora. Paweł P. ma także zwrócić Milenie W. koszty wynajęcia pełnomocnika. Wyrok nie jest prawomocny.

    . . .

    Zaginiona Wioletta Tepper (2) (zdjęcie) ostatni raz widziana była w 2012 rok na terenie Gniezna, Poznania oraz Pomorza. Od tej pory nie odzywa się ani do matki, ani do nastoletniej córki. (klik)

    Przed zaginięciem żyła w konkubinacie z Grzegorzem Pilarskim. Mężczyzna wielokrotnie ją bił, katował i wybijał zęby. Ogolił jej też głowę na łyso — na zdjęciu opublikowanym przez policję jest w peruce. Kobieta często szukała pomocy u sąsiadów, którzy pozwalali jej się u siebie obmyć z krwi, wzywali pogotowie i policję.

    W postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową w Gnieźnie Pilarski był jednym z podejrzanych o zabójstwo swojej konkubiny. Zabrakło jednak dowodów, by go skazać, a sprawa została w końcu umorzona. Jednak po kilku latach akta postępowania zostały dołączone do akt w sprawie zgwałcenia, oślepienia oraz uwięzienia Mileny. Połączenie wątku zaginięcia Wioletty Tepper i sprawy Mileny miało dać pełen obraz profilu psychologicznego oskarżonego.

    Nie znalazłam informacji na temat dalszego śledztwa w tej sprawie. Kobieta do dzisiaj pozostaje osobą zaginioną, nie wiadomo także czy została zamordowana, czy uciekła przed swoim oprawcą.

    klik <- reportaż na ten temat

    . . .

    * ofiara zdecydowała się nie ukrywać swojej tożsamości. Mecenas reprezentujący pokrzywdzoną mówił:

    Gwałt to temat tabu. Wstydliwy. Gdy kobieta mówi o gwałcie, naraża się na pytania w rodzaju: a dlaczego nie uciekła, a po co się z nim zadawała, a może sama z nim poszła? Zgwałcone kobiety często wolą więc nawet nie wspominać nikomu o tym, co się stało. Duszą to w sobie latami. A jeśli już zdecydują się złożyć zeznania i sprawa zaczyna się toczyć, to chcą wyłączenia jawności. Nie znam przypadku, by było inaczej. Myśmy postanowili to zmienić. Choć ona zdaje sobie sprawę, że emocjonalnie będzie ją to bardzo dużo kosztować, postanowiła się z tym zmierzyć. Uznała, że trzeba skończyć ze wstydem ofiary. Niech się wstydzi oskarżony.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Poznaniu oraz z wyroku Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informację z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Moi drodzy czas na sarmackie dzieje. Dzisiaj zabieram was w podróż do czasów Jana Kazimierza i kampanii moskiewskiej 1663-1664

    Pośród przyczyn upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów częstokroć pojawia się argument o wojnach, jakie dotknęły nasz kraj w XVII wieku. Państwo polsko-litewskie w latach 1600-1699 pozostawało w stanie permanentnych konfliktów zbrojnych ze Szwecją, Kozakami, Tatarami, Turcją oraz Moskwą. Teatrem wojny pozostawało najczęściej terytorium Rzeczypospolitej, co skutkowało ogromnymi zniszczeniami, spadkiem populacji, kryzysem gospodarczym i politycznym. Niemniej jednak pomimo tragicznej sytuacji, Rzeczpospolita miała szanse odzyskać utracone na rzecz Moskwy ziemie i zdusić w zarodku imperialne ambicje państwa carów. Ostatnią taką szansą była wyprawa na Moskwę 1663-1664.

    Link do znaleziska - Wyprawa na Moskwę 1663-1664 - Kampania ostatniej szansy

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #wojsko #zwyczaje #wojna #militaria #dyplomacja #nauka #prawo #europa #swiat #zainteresowania #rosja #polska #husaria #moskwa #liganauki
    pokaż całość

    źródło: timthumb.png

    •  

      Sa te posty bardzo ciekawe ale meczy czytanie ich bez jakiejkolwiek spójności, wrzucasz losowe okresy, kompletnie niepowiazane. Można również dobrze otworzyć szczęśliwy traf na wikipedii z takim samym rezultatem. Polecam rozważyć tworzenie jakiegos zarysu, podsumowanie np. pewnych okresów danych państw czy w ogóle historii np. jednego państwa w detalu z ciekawymi faktami itp..

      Jak widac masa ludzi sie wypisuje i jestem pewien ze to jest powodem, wrzucanie ich o 7 rano pewnie drugim.

      @Krzakol: @sropo
      O to to.
      Byłoby dobrze gdybyś podawał jakieś podsumowania i zachowywał ciągłość pewnych procesów. Historia przeszła staje się arcyciekawa, jeżeli można ją odnieść do historii teraźniejszej.
      pokaż całość

    •  

      Bardzo proszę o usunięcie z listy.

    • więcej komentarzy (42)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Członkowie przedwojennego ONR na pielgrzymce akademickiej, 1934 rok.

    Dzisiaj będzie ostatni z patriotycznych wpisów i wracamy już do okopów. Będzie długo, więc kawa w rączkę i jazda!

    Dzisiaj znowu będzie refleksja. Ostatnimi czasy próbuje się z ONR zrobić ''nazistów'', nieomal współpracowników Hitlera.

    Tymczasem przedwojenny ONR z nazistami miał tyle wspólnego, że naziści ONR-owców mordowali w obozach. Przedwojenni narodowcy, często zaciekli antysemici (choć ich antysemityzm nie miał nic wspólnego z obłąkanymi hitlerowskimi ''teoriami'' rasowymi) i apologeci włoskiego faszyzmu, zapisali piękne karty podczas II Wojny Światowej. W godzinie próby członkowie ONR wyrazili solidarność z prześladowanymi Żydami. Filip Friedman, więzień Auschwitz tak wspominał o przedwojennym przywódcy ONR, Janie Mosdorfie:

    ''Niektóre otrzymywane od przyjaciół paczki żywnościowe (chrześcijańscy więźniowie mieli ten przywilej) Mosdorf rozdzielał między Żydów. Pracując w kancelarii obozowej, kilkakrotnie ostrzegł Żydów o grożącej im selekcji do gazu.''

    Wolf Glicksman, również więzień Auschwitz:

    ''Przedwojenny przywódca antysemickiego ruchu młodzieżowego w Polsce, Jan Mosdorf, niejednokrotnie ryzykował życie, przenosząc moje listy do krewnej znajdującej się w obozie kobiecym w Brzezince (…) Mosdorf pracował w Birkenau i często przynosił mi warzywa, a czasem kromkę lub coś do ubrania”.

    Mosdorfa docenił nawet komunistyczny premier, Józef Cyrankiewicz:

    „Podam tu przykład, o którym trudno nie wspomnieć z najwyższym szacunkiem. Mówię tu o przywódcy narodowców radykalnych Mosdorfie. (...) Pomagał ludziom innych narodowości, pomagał ludziom innych światopoglądów, Żydom, socjalistom, komunistom, pomagał - że użyję jego przedwojennej terminologii - tzw. żydokomunie”.

    Tenże Mosdorf został zamordowany przez hitlerowców w Auschwitz za swoją pomoc niesioną Żydom.

    Inną piękną postacią był Bolesław Świderski, lider ONR-Falanga w Małopolsce:

    "Głową nas wszystkich był Bolesław Świderski, który (...) roztaczał opiekę nad wieloma ofiarami Oświęcimia. Prośba jego czy słowo traktowane było przez współwięźniów jak rozkaz i spełniane bez zastrzeżeń. (...) Nikt z nim nie może się mierzyć pod względem rozmiarów niesionej pomocy i opieki". (...) Pomagał Żydom, sanatorom, pepeesowcom, ludowcom, a także uczonym, artystom, księżom i innym inteligentom."

    Zamordowano wielu innych działaczy ONR, uważanych przez Niemców za śmiertelne zagrożenie, jak Stanisław Piasecki, Paweł Musioł, Jan Korolec, Jerzy Czerwiński i inni. W Auschwitz, Palmirach, Piaśnicy...

    Nie można nie wspomnieć o zaciekłej przedwojennej antysemitce, Zofii Kossak-Szczuckiej, założycielce ''Żegoty'', którą za ocalenie tysięcy żydowskich istnień odznaczono medalem "Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata". Zachowując swoje poglądy ruszyła na pomoc, przeciwstawiając się obłąkanemu planowi hitlerowskiego Endlosungu. ''Wobec zbrodni nie wolno pozostawać biernym. Kto milczy w obliczu mordu — staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia — ten przyzwala. Uczucia nasze względem żydów nie uległy zmianie. (...) Świadomość tych uczuć jednak nie zwalnia nas z obowiązku potępienia zbrodni'', pisała oskarżycielsko, ''Ginący Żydzi otoczeni są w swym cierpieniu przez szereg Piłatów, umywających ręce (…) Ci zaś którzy milczą w obliczu mordu stają się współwinni tej zbrodni.''

    Nawet ci nieliczni narodowcy, którzy próbowali kolaborować z Niemcami w ramach NOR (i nie uzyskali większego powodzenia, reszta narodowców zdecydowanie się od nich odcięła), jak Andrzej Świetlicki, Tadeusz Lipkowski i Wojciech Kwasieborski, zostali przez Niemców zamordowani w Palmirach, bo nadal stanowili zagrożenie dla "idei Lebensraumu".

    Przed wojną ONR był agresywny i antysemicki, to fakt, dochodziło do strzelanin z komunistami (którzy zresztą potem kolaborowali z ZSRR), to też fakt. Ale w godzinie próby ONR ''zachował się jak trzeba''.

    Jeśli ktoś mówi, że jego dziadek/babcia walczyli przeciwko ONR, to znaczy, że robili to najpewniej w szeregach SS.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @marcelus: kolego, moja dewiza jest taka: ''historia nie jest czarno-biała''. Obalam mity dot. II WŚ i tak samo u mnie znajdziesz kwestie dotyczące mitów Armii Czerwonej, jak Mussoliniego. Tylko jakoś te pierwsze burzy nie wywołują.

      Niestety, ale jestem uzależniony od kolorowych zdjęć. Jeśli znajdę jakieś kolorowe zdjęcia - to możesz być pewien, że będzie wpis o moim osobistym idolu, Kazimierzu Pużaku i jego GL-WRN. :) Z KPP musiałbym się dokształcić, ale i tam zapewne znalazłbym coś godnego uwagi. pokaż całość

    •  

      @marcelus: Koleżko, w 1934.r Polska miała dobre kontakty z III Rzeszą, a Hitler nie splamił się jeszcze masowymi mordami ludności cywilnej, dlatego oczywistym jest że ONR jak i inne ruchu endeckie patrzyły z podziwem na ruch nazistowski, z którymi miały wiele punktów wspólnych. Nie ma w tym dla nich nic haniebnego

    • więcej komentarzy (23)

  •  

    Rozpiszę wam jak wygląda szukanie odpowiedniej osoby na #tinder ze strony kogoś kto ma wysokie wymagania.
    Próba 40 osób, więcej nie miałem już siły. Może podejdę do tego ponownie
    Jakieś 20% kobiet do 23 lat ma opis w miarę sensowny, drugie tyle ma coś co nie ma znaczenia. Rzadko spotykamy się z debilizmem w opisie.

    Typowe nie mające znaczenia:
    'Aktualnie w miejscu xxx
    00' XX to moje miasto
    kruci
    snap: xxx
    rzadko tu wchodze
    studentka xxx
    "szukam kolegów i koleżanek"'

    Przejdźmy do dalszych wywodów, z tych co mają opis [resztą nie warto zadawać sobie uwagi], obrazki z 1-3 słowami liczyłem jako zalążki. Prawidłowy to taki na który bez problemu nawiażesz konwersacje (No kuźwa to powinna być podstawa zakładania profilu i wypad jak nic nie napiszesz). Średni to taki, że niby coś jest, ale z niższej półki. Bardzo prawidłowy to po prostu najwyższy poziom wyrażenia siebie.
    Oto jak opisałem opisy przeglądając:

    Prawidłowy opis u 1.5/10- gitara, ognisko, ZHP, marzenie + Coldplay, not bad, jak ktoś lubi grubsze to dla niego będzie 8/10
    Prawidłowy opis u 5/10 - dużo aktywności, znowu ZHP, wolne chwile, skok ze spadochronem, dzien o 5
    Prawidłowy opis u 1.5/10 - również 7-8 dla kogoś kto lubi grubsze, opis jako początek pasty xD
    Zalążki opisu u 1.5/10 - jakieś 6 jak ktoś lubi grubsze
    Średni opis u 1/10 (opisowy ale już lepsze są zalążki), jak ktoś lubi grubsze to może 4-5.\
    Średni opis, 2/10, jak ktoś lubi niskie i z 10kg dodatkowymi to może 5
    Bardzo prawidłowy u 3/10, ruda, dużo piegów, komuś by się spodobała, mieszanka takiego Adiego Nowaka i jakiegoś punka.
    Prawidłowy opis u 3-4/10, b/u
    Średnio-słaby u 6/10 - skład osobowości + inna, dziwna, nienormalna pod koniec.
    Zalążek u 8/10 - super generalnie, ale czułbym się źle dopóki Pani włosy nie odrosną

    Spotkałem też byłą dziewczynę kumpla:
    Bez opisu, 2 razy ją spotkałem i była zbyt dziecinna. Pierwszy profil z połączonym spotify z przyjemnymi artystami, Twenty one pilots, Coldplay, Arctic Monkeys, Cage The Elephant i coś tam jeszcze, 6.99/10 i pewnie dałbym w prawo gdyby nie fakt wyżej.

    Like nr 1: 6/10, ze zdjęć zjebana ale opis prawidłowy, połączenie elementów intro i ekstrawertyzmu, wiele ulubionych czynności, jest sporo możliwości rozpoczęcia nie drętwej konwersacji, odwrócone 8 x więcej niż "00' "miasto kurwiszona"
    Like nr 2: Miła, sympatyczna rozważna, medycyna, chęć pomocy w Afryce, wiele pasji, bardzo ładna i kręcone włosy <3 8.5/10 - Ta Pani ma bardzo prawidłowy opis.

    Zaobserwowałem, że jest sporo młodych, wystarczająco brzydkich dziewczyn z artystycznymi hobby (instrumenty najczęściej)
    Wnioski dla samego siebie? Choć to za mało prób to nie jest to pierwszy raz na tinder i wiem, że aktualnie mam małe szanse na skuteczny związek z ładną, interesującą i zgrabną Panią gdyż jest ich deficyt na rynku. W tej sytuacji należałoby podnieść kwalifikacje, do tego potrzeba pieniędzy, a to dopiero za minimum 2 lata :D

    A teraz o tym jak nie tworzyć opisów:

    "Montuje klamki w drzwiach obrotowych, zgrałam na dyskietkę cały internet, policzyłam 5 razy do nieskończoności, >nauczyłam kamień być twardym".
    Albo nie kminię wyższego poziomu humoru, albo to jakaś debilka. 2/10
    Druga:

    "Wytatuowałam sobie pingwina, przebij to" 2/10

    Trochę wyszedł #qualitycontent z elementami płytkości ale takie jest życie na tym świecie, a ludzie są spasieni jak świnie.
    #tinder #logikarozowychpaskow #logikaniebieskichpaskow
    pokaż całość

  •  

    Post jest z 12.11

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    ''Ojczyznę kocha się nie dlatego, że wielka, ale dlatego że własna.''

    Seneka

    Wczoraj wieczorem zrobiłem sobie przegląd prasowy z uroczystości z okazji 100. rocznicy odzyskania Niepodległości.

    I chociaż sam czasem psioczę na Polskę i Polaków, chociaż nieraz im wymyślam i wyśmiewam, to wczorajszy, niesamowity dzień obfitował w tak piękne obrazki, że trudno się nie wzruszyć. Moment, gdy dziesiątki tysięcy ludzi odśpiewały hymn narodowy w Warszawie. Dziesiątki budynków podświetlonych na biało-czerwono. Piękne, wzruszające życzenia od głów i przedstawicieli całego świata. Litewskie koleje wygrywające Mazurka. Orzeł ułożony z tysięcy zniczy w Kijowie. Chłopak oświadczający się swojej dziewczynie na Marszu. I ćwierć miliona ludzi maszerujących pod biało-czerwoną flagą.

    Poczułem się bardzo dumny z bycia obywatelem tego wspaniałego kraju.

    ''I mówili, w Krakowie, Lublinie, i wszędzie
    Jeszcze nie zginęła, jeszcze jest i będzie''

    Dlatego dzisiaj coś nadprogramowo i trochę dłużej. Trzy flagi. Tak różne. W różnych częściach Europy zatykane. Przez tak różnych Polaków. Z tak różnych wizji Polski. Wszystkie biało-czerwone. Wszystkie symbolami wielkiego bohaterstwa.

    U góry po prawej mamy dobrze znane zdjęcie z Monte Cassino

    ''I wtedy usłyszałem cichy śpiew.
    -Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy...
    To był sierżant Czapliński, a jego głos porwał innych... po chwili śpiewaliśmy już wszyscy.
    -...Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbijemy.
    Bo nagle ta pieśń stała się jedyną cieniutką linią, oddzielającą nas od szaleństwa i rozpaczy.''

    Wzgórze San Angelo, 17 maja 1944 r.

    Rankiem 18 maja 1944 roku do gruzów Monte Cassino wkroczył kilkunastoosobowy patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich. O 9:40 ułan Józef Bruliński zatknął na gruzach zdobytego klasztoru proporczyk pułkowy. Niedługo później załopotała tam polska flaga, a plutonowy Emil Czech odegrał hejnał mariacki, sygnalizując polskie zwycięstwo.

    „Staliśmy wszyscy w milczeniu, salutując polskiej fladze, która stała się w tej chwili flagą wszystkich zjednoczonych narodów” – pisał 18 maja korespondent amerykańskiego dziennika „Chicago Tribune".

    Po prawej na dole mamy polską flagę na pruskiej Siegessäule w Berlinie, 2 maja 1945 r.

    Flagę zawiesiło pięciu żołnierzy Wojska Polskiego. Byli to żołnierze 8. baterii 3. dywizjonu 1. Pułku Artylerii Lekkiej: ppor. Mikołaj Troicki, plut. Kazimierz Otap, kpr. Antoni Jabłoński oraz kanonierzy: Aleksander Kasprowicz i Eugeniusz Mierzejewski. Ostatni żyjący bohater tego wydarzenia, kapitan Jabłoński opisywał to tak:

    ''Godzina druga w nocy, maj, ciemno. Weszliśmy w głąb niemieckich pozycji. Patrzymy; stoi tam wieża jakaś. A dowódca podporucznik Troicki mówi: „Chłopcy, to kolumna Zwycięstwa. Jeszcze koło 1870 roku, gdy Wilhelm wygrał z Francją, na zwycięstwo pobudował tę kolumnę”. Weszliśmy do środka i zobaczyliśmy kable telefonów niemieckich, lecące po schodach. To był punkt obserwacyjny Niemców. Przecięliśmy te kable i schowaliśmy się. Schody kręte, żelazne, ale nikt po nich nie zszedł, żeby skontrolować, dlaczego nie ma łączności. Więc dowódca kazał przygotować automaty i dziesięć metrów jeden od drugiego zaczęliśmy iść w górę. Weszliśmy. Patrzymy, a stoi tylko aparat telefoniczny. Na wieży widać zaś tego anioła, postawionego na znak zwycięstwa. A wysokości miał chyba przeszło trzy metry. (...) Od razu pomyśleliśmy, żeby zawiesić na Kolumnie polską flagę. W parku wisiały różnokolorowe spadochrony, na których Niemcy zrzucali żywność dla berlińczyków. Z czasz wycięliśmy dwa prostokąty: biały i czerwony. Powiązaliśmy je kablami i flaga była gotowa. "Za Polskę, za Warszawę, za zwycięstwo!" - powiedzieliśmy i zapłakaliśmy''

    I ostatnia. Najbardziej poruszająca. Postrzelana. Podarta. Brudna. Ale nadal powiewająca na wietrze. Flaga Powstańców Warszawy. Gladiatorów II Rzeczypospolitej. Flaga wisiała tam 63 dni i widziała zagładę stolicy z dachu powstańczej reduty na Dworcu Pocztowym przy ulicy Żelaznej miedzy ulicą Chmielną a Alejami Jerozolimskimi. Wywiesili ją harcerze z drużyny 16-letniego kpr. Mirosława Biernackiego „Generała". Zdjęto ją dopiero 5 października, a żołnierze rozdzielili materiał jak najdroższy skarb i zabrali ze sobą do niewoli. Jakiż to wymowny symbol, nie tylko Powstania, ale i losów całego Narodu - okrutnie zmaltretowanego i skatowanego przez totalitarne walce. Narodu, który się nie ugiął i przetrwał.

    ''Bo my nie błagamy o wolność. My o nią walczymy''.

    Gen. Witold Urbanowicz

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #qualitycontent

0:0,0:1,0:0,0:1,0:0,0:2,0:1,0:1,0:1,0:1,0:1,0:0,0:1,0:1

Archiwum tagów