•  

    #rozdzialdopoduszki #ksiazki #scifi #sciencefiction #czytajzwykopem #gruparatowaniapoziomu

    W hołdzie zmarłemu dzisiaj autorowi.

    https://www.wykop.pl/link/3882729/zmarl-brian-w-aldiss-angielski-pisarz-science-fiction/

    Brian W. Aldiss
    Non Stop
    Przełożył: Marek Wagner

    Powieść o bardzo interesującej fabule, której bohater Roy Complain stopniowo, krok po kroku,
    zdobywa niesamowitą i tragiczną wiedzę o swoim otoczeniu, należy do najwybitniejszych osiągnięć
    Aldissa.
    Społeczeństwo, które nie zdaje sobie lub nie chce zdawać sobie sprawy ze swojego miejsca we
    wszechświecie, nie może uważać się za prawdziwie cywilizowane. Można powiedzieć, że posiada
    ono pewne fatalne w skutkach cechy, które czynią je do pewnego stopnia społeczeństwem
    niezrównoważonym. O takim właśnie społeczeństwie mówi ta książka.
    Żadna idea będąca płodem ludzkiego umysłu nie jest nigdy, w odróżnieniu od miliarda czynników,
    które rządzą naszym wszechświatem, całkowicie zrównoważona. Nosi ona nieuchronnie wszystkie
    cechy ludzkiej słabości i może być albo zupełnie skromna i uboga, albo wspaniała i imponująca.
    Książka niniejsza mówi właśnie o takiej wspaniałej idei.
    Dla społeczeństwa, o którym mowa; idea ta była czymś więcej: z czasem stała się sensem jego
    istnienia. Sama zaś, jak to się zdarza, okazała się błędna i zniszczyła to istnienie.

    Część pierwsza

    Kabiny

    Rozdział 1

    Jak fala radaru odbita od jakiegoś odległego przedmiotu wraca do swego źródła, tak odgłos bicia
    serca Roya Complaina wypełniał w jego odczuciu całą otaczającą go przestrzeń. Stał w drzwiach
    swojego mieszkania słuchając gniewnego tętnienia pulsu w skroniach.
    – Więc idź już sobie, jeżeli w ogóle masz iść, dobrze? Powiedziałeś przecież, że wychodzisz!
    Zjadliwy głos za plecami, głos Gwenny, przyspieszył jego decyzję. Wydając stłumiony pomruk
    wściekłości, zatrzasnął drzwi nie odwracając się, po czym stał trąc ręce aż do bólu, by się
    opanować. Tak właśnie wyglądało życie z Gwenny, najpierw kłótnie bez żadnego powodu, a potem te
    szalone, wyczerpujące jak choroba wybuchy gniewu. Co gorsza, nie był to nigdy zwykły, czysty
    gniew, tylko obrzydliwe, lepkie uczucie, które nawet przy największym nasileniu nie było w stanie
    zagłuszyć świadomości, że wkrótce będzie tu z powrotem przepraszając ją i poniżając się. Cóż...
    Complain nie mógł się bez niej obejść.
    O tej wczesnej porze kręciło się jeszcze kilku mężczyzn. Później dopiero mieli ruszyć do swoich
    zajęć. Grupa siedząca na pokładzie grała w Skacz wzwyż. Complain podszedł do nich i nie wyjmując
    rąk z kieszeni ponuro obserwował przebieg gry ponad ich rozwichrzonymi głowami. Plansza do gry
    namalowana była na pokładzie i stanowiła kwadrat o boku równym podwójnej długości męskiego
    ramienia. Na planszy rozrzucone były bezładnie kostki i pionki. Jeden z grających pochylił się
    i przesunął swoje dwa pionki.

    – Oskrzydlenie na pozycji piątej – stwierdził z bezlitosnym triumfem, po czym uniósł głowę i mrugnął
    konspiracyjnie do Complaina.
    Complain odwrócił się obojętnie. Przez długi czas jego zainteresowanie tą grą było wręcz
    niezdrowe. Grał w nią nieustannie, tak długo, aż jego młode nogi przestały wytrzymywać ciągłe
    siedzenie w kucki, a zmęczone oczy nie były w stanie dostrzec srebrnych pionków. Także na innych,
    prawdę mówiąc prawie na wszystkich, członków szczepu Greene gra ta rzuciła jakiś czar, dawała im
    poczucie przestrzeni i siły, a więc doznania, których ich normalne życie było całkowicie pozbawione.
    W tej chwili czar prysł i Complain był już od niego wolny, chociaż na pewno byłoby dobrze mieć
    znowu coś, co by podobnie absorbowało.
    W smętnej zadumie powlókł się przed siebie nie zwracając prawie uwagi na znajdujące się po obu
    stronach drzwi, ale za to bystro obserwując przechodniów, jakby w oczekiwaniu jakiegoś sygnału.
    Nagle dostrzegł spieszącego do barykad Wantage’a, który odruchowo ukrywał swoją zdeformowaną
    lewą połowę twarzy przed ludzkimi oczami. Wantage nigdy nie brał udziału w grach towarzyskich.
    Nie znosił być otoczony ludźmi. Dlaczego Rada oszczędziła go, gdy był jeszcze dzieckiem?
    W szczepie Greene przychodziło na świat wiele zdeformowanych dzieci, ale oczekiwał je tylko nóż.
    Jako chłopcy nazywali Wantage’a „Dziurawą Gębą” i znęcali się nad nim, lecz obecnie, gdy wyrósł
    na silnego i agresywnego mężczyznę, ich stosunek do niego stał się bardziej tolerancyjny, a przytyki
    bardziej zawoalowane.
    Nieświadom, że jego leniwe włóczenie się nabrało sensu, Complain także skierował się w stronę
    barykady podążając za Wantage’em. W okolicy tej znajdowały się najlepsze pomieszczenia
    przystosowane do użytku Rady. Drzwi jednego z nich otworzyły się gwałtownie i ukazał się sam
    porucznik Greene w towarzystwie dwóch oficerów. Wprawdzie Greene był już w mocno podeszłym
    wieku, ale jego rozdrażnienie i nerwowy chód nosiły jeszcze znamiona młodzieńczego temperamentu.
    Obok niego szli dumnie oficerowie Patcht i Zilliac z wyraźnie widocznymi paralizatorami
    wetkniętymi za pasy.
    Ku wielkiej radości Complaina Wantage zaskoczony ich nagłym pojawieniem się wpadł w panikę
    i oddał wodzowi honory. Był to żałosny gest, głowa przyłożona do ręki zamiast na odwrót, co Zilliac
    skwitował wymuszonym uśmiechem. Służalczość była ogólnie obowiązującą zasadą, choć duma nie
    pozwalała się do tego przyznać.
    Kiedy Complain miał ich mijać, postąpił zgodnie z ogólnie przyjętym zwyczajem, to znaczy odwrócił
    się patrząc w inną stronę. Nikt nie miał prawa myśleć, że on, łowca, może być od kogokolwiek
    gorszy. Powiedziane było bowiem w Nauce: „Żaden człowiek nie jest gorszy od innych, chyba że
    sam odczuwa potrzebę okazania drugiemu szacunku”.
    W wyraźnie lepszym nastroju dogonił Wantage’a i położył mu rękę na lewym ramieniu. Wantage
    odwrócił się i przystawił mu do brzucha krótki, zaostrzony kij. Ruchy miał jak zawsze bardzo
    ekonomiczne, zachowywał się jak człowiek otoczony zewsząd nagimi ostrzami. Czubek kija
    spoczywał dokładnie w okolicy pępka Complaina.
    – Spokojnie, pięknisiu. Czy zawsze tak witasz przyjaciół? – zapytał Complain odsuwając ostrze kija.

    – Sądziłem... Przestrzeni, łowcze... Dlaczego nie jesteś na polowaniu? – spytał Wantage odwracając
    wzrok.
    – Ponieważ idę w stronę barykad w twoim towarzystwie. Poza tym mój garnek jest pełny, a podatki
    zapłacone. Osobiście nie czuję potrzeby mięsa.
    Szli w milczeniu. Complain usiłował znaleźć się po lewej stronie Wantage’a, który jednak do tego
    nie dopuszczał. Complain był ostrożny, bał się prowokować zbytnio Wantage’a, aby się na niego nie
    rzucił. Przemoc i śmierć były zjawiskiem powszechnym w Kabinach – tworzyły naturalną
    przeciwwagę dla wysokiego przyrostu naturalnego, nikt jednak nie umiera chętnie jedynie dla
    zachowania równowagi.
    Bliżej barykad korytarz był zatłoczony i Wantage oddalił się mamrocząc coś o porządkach, jakie musi
    jeszcze zrobić. Szedł pod ścianą, wyprostowany, z pełną goryczy godnością.
    Główna barykada była drewnianą przegrodą, która całkowicie blokowała korytarz. Pilnowało jej
    stale dwóch strażników. W tym miejscu kończyły się Kabiny i zaczynał labirynt splątanych glonów.
    Sama barykada była budowlą tymczasową, gdyż miejsce, w którym ją stawiano, ulegało stałym
    zmianom.
    Szczep Greene miał charakter koczowniczy: niezdolność do uzyskania dostatecznych zbiorów
    i niezbędnej żywności zmuszała go do częstej zmiany miejsca. Polegało to na posuwaniu do przodu
    barykady przedniej, a cofaniu tylnej. Coś takiego działo się właśnie w tej chwili; plątanina glonów
    atakowana i niszczona na przodzie, mogła swobodnie rosnąć za nimi; w ten sposób szczep wdzierał
    się powoli w niekończące się korytarze, jak czerw w gnijące jabłko. Za barykadą pracowali
    mężczyźni, którzy ścinali długie łodygi z taką energią, że jadalny sok tryskał im spod ostrzy. Łodygi te
    zabezpieczano potem celem zachowania możliwie największej ilości soku. Suchych tyczek, pociętych
    na równe części, używano później do najróżniejszych celów. Na samym przedzie, tuż przed
    migającymi ostrzami, odbywał się zbiór innych części roślin: liści dla celów leczniczych, młodych
    pędów jako specjalnego przysmaku, nasion o różnorodnym zastosowaniu, a więc jako pożywienia,
    guzików, sypkiego balastu do kabinowej wersji tamburynu, pionków do gry Skacz wzwyż i wreszcie
    zabawek dla dzieci (były one na szczęście za duże, aby się zmieścić w zachłannych dziecięcych
    buziach).
    Najtrudniejszym zadaniem przy oczyszczaniu terenu z glonów było karczowanie korzeni, które jak
    stalowa siatka rozciągały się pod powierzchnią wgryzając się niektórymi odnogami głęboko
    w pokład. Po wycięciu korzeni następna ekipa zbierała łopatami humus do worków. W tym miejscu
    próchnica była wyjątkowo głęboka, pokrywała pokład prawie na wysokość dwóch stóp, co
    wskazywało na to, że tereny te były zupełnie nie zbadane i nie przebywał tutaj żaden inny szczep.
    Pełne worki dostarczano do Kabin, gdzie w kolejnych pomieszczeniach zakładano nowe pola
    uprawne.
    W trwającej przed barykadą pracy brała udział jeszcze jedna grupa mężczyzn i tę właśnie grupę
    obserwował z zainteresowaniem Complain. Byli to strażnicy. Wyżsi rangą od pozostałych,
    rekrutowali się wyłącznie spośród łowców i istniała pewna szansa, że którejś jawy Complain przy
    odrobinie szczęścia lub jako wyróżnienie wejdzie do tej godnej pozazdroszczenia klasy.

    Gdy prawie jednolita ściana, jaką tworzyły splątane glony, została już wykarczowana, oczom ludzi
    ukazały się ciemne otwory drzwi. Pokoje znajdujące się za tymi drzwiami kryły rozliczne zagadki,
    tysiące dziwnych przedmiotów, czasem potrzebnych, czasem zupełnie zbędnych lub bez znaczenia,
    które stanowiły kiedyś własność zaginionej rasy Gigantów. Do obowiązków strażników należało
    wyważanie drzwi prowadzących do tych starożytnych grobowców i rozstrzyganie, co z ich
    zawartości może być przydatne dla szczepu, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem siebie
    samych. Po pewnym czasie zawartość albo rozdzielano, albo niszczono, w zależności od kaprysu
    Rady. Wiele z tego, co w ten sposób trafiało do Kabin, Komenda uznawała za niebezpieczne i paliła.
    Sama czynność otwierania drzwi nie była pozbawiona ryzyka, chociaż istniało ono bardziej
    w wyobraźni niż w rzeczywistości. W Kabinach krążyły pogłoski, że inne małe szczepy także
    walczące o byt w gęstej dżungli znikały cicho i bez śladu po otwarciu takich właśnie drzwi.
    Complain nie był w tej chwili jedynym, któremu udzieliła się fascynacja pracą innych. Liczne
    kobiety, każda otoczona wianuszkiem dzieci, stały obok barykady przeszkadzając swoją obecnością
    tym, którzy byli zajęci transportem próchnicy i glonów. Z cichym brzęczeniem much, których Kabiny
    nigdy nie mogły się całkowicie pozbyć, łączyły się głosy dziecięce. Przy akompaniamencie tych
    dźwięków strażnicy otworzyli następne drzwi. Na chwilę zapadła cisza i nawet robotnicy rolni
    przerwali pracę patrząc z lękiem na stojący otworem pokój. Przyniósł on rozczarowanie. Nie
    zawierał nawet fascynującego i budzącego grozę szkieletu Giganta. Był niewielkim magazynem
    zastawionym półkami, na których leżały małe woreczki z różnokolorowym proszkiem. Dwa z nich,
    z kolorami jasnożółtym i szkarłatnym, spadły i popękały tworząc na pokładzie dwa wachlarze, a w
    powietrzu dwie mieszające się ze sobą chmurki. Rozległy się pełne zachwytu okrzyki dzieci, które
    rzadko widywały jakiekolwiek kolory, a strażnicy, wydając krótkie, energiczne rozkazy, ustawiwszy
    się w żywy transporter, zaczęli wynosić swoją zdobycz do czekającego za barykadą pojazdu.
    Uświadomiwszy sobie pewien spadek napicia Complain oddalił się. Może jednak mimo wszystko
    wybierze się na polowanie...
    – Ale dlaczego tam w gęstwinie jest światło, skoro nie ma nikogo, kto by go potrzebował?
    Pytanie to dotarło do Complaina pomimo gwaru. Odwrócił się i zobaczył, że zadał je jeden z małych
    chłopców zgromadzonych wokół siedzącego w kucki wysokiego mężczyzny. Obok stało kilka matek
    uśmiechając się pobłażliwie i opędzając leniwie od much.
    – Światło potrzebne jest po to, aby glony mogły rosnąć; ty także nie mógłbyś żyć w ciemnościach –
    padła odpowiedź.
    Okazało się, że udzielił jej Bob Fermour, człowiek ociężały i powolny, który z tych właśnie przyczyn
    nadawał się tylko do pracy w polu. Był wesoły nieco bardziej, niż na to zezwalała Nauka, i dlatego
    ogromnie lubiany przez dzieci. Complain przypomniał sobie, że Fermour miał opinię gawędziarza,
    i poczuł nagle gwałtowną potrzebę jakiejś rozrywki. Bez gniewu, który mu już przeszedł, czuł
    w sobie pustkę.
    – A co tam było, zanim pojawiły się glony? – zapytała mała dziewczynka.
    Dzieci wyraźnie próbowały w naiwny nieco sposób skłonić Fermoura do opowiadania.

    – Opowiedz im historię świata, Bob – poradziła jedna z matek.
    Fermour spojrzał z zakłopotaniem na Complaina.
    – Nie zwracaj na mnie uwagi – rzekł Complain – teorie znaczą dla mnie mniej niż te muchy.
    Władze szczepu nie popierały teoretyzowania ani żadnych rozważań nie mających praktycznego
    znaczenia i to było przyczyną wahania Fermoura.
    – No cóż, to są wszystko tylko domysły, ponieważ nie mamy żadnych zapisów z okresu
    poprzedzającego pojawienie się szczepu Greene – rzekł Fermour – a jeżeli nawet coś jest, to i tak nie
    ma to wielkiego sensu. – Po czym patrząc uważnie na dorosłych słuchaczy dodał szybko: – Mamy
    poza tym ważniejsze sprawy na głowie niż roztrząsanie starych legend.
    – Jaka jest historia świata, Bob? Czy jest ciekawa? – zapytał niecierpliwie jeden z chłopców.
    Fermour odgarnął chłopcu włosy spadające mu na oczy i rzekł poważnie:
    – Jest to najbardziej pasjonująca historia, jaką można sobie wyobrazić, ponieważ dotyczy ona nas
    wszystkich i całego naszego życia. Świat jest wspaniały. Zbudowany jest z licznych pokładów takich
    jak ten. Są to warstwy, które nie kończą się nigdzie, gdyż tworzą zamknięty okręg. W ten sposób
    moglibyście iść bez końca i nigdy nie dotrzeć do kresu świata. Warstwy te wypełnione są
    tajemniczymi pomieszczeniami, z których jedne zawierają rzeczy dobre, a inne złe, zaś wszystkie bez
    wyjątku korytarze zarośnięte są glonami.
    – A co z ludźmi z Dziobu? – spytał jeden z chłopców. – Czy to prawda, że mają zielone twarze?
    – Dojdziemy i do nich – rzekł Fermour zniżając głos, tak że jego młodociani słuchacze z konieczności
    przysunęli się bliżej. – Mówiłem wam, co się stanie, jak będziecie trzymać się bocznych korytarzy.
    Ale gdybyście dostali się na Korytarz Główny, wyjdziecie na autostradę, która zaprowadzi was
    prosto w odległe części świata. W ten sposób możecie dotrzeć do terytorium Dziobowców.
    – Czy to prawda, że oni wszyscy mają po dwie głowy? – zapytała mała dziewczynka.
    – Oczywiście, że nie – odrzekł Fermour. Są bardziej cywilizowani od naszego małego szczepu –
    znowu spojrzał uważnie na swych dorosłych słuchaczy – ale nie wiemy o nich wiele, ponieważ ich
    tereny dzieli od nas mnóstwo przeszkód. Waszym obowiązkiem jest, w miarę jak dorastacie,
    pogłębiać wiedzę o naszym świecie. Pamiętajcie, że bardzo wielu rzeczy nie wiemy, a poza naszym
    światem mogą być jeszcze inne, których istnienia możemy się tylko domyślać.
    Dzieci wydawały się bardzo przejęte, ale jedna z kobiet roześmiała się i rzekła:
    – Dużo będą mieli z tego pożytku, jak zaczną się zastanawiać nad czymś, czego pewnie w ogóle nie
    ma.
    Complain odchodząc pomyślał, że w głębi duszy się z nią zgadza. Krążyło obecnie wiele tego typu
    teorii, mglistych i mocno zróżnicowanych, ale żadna nie znalazła poparcia u władz. Zastanawiał się,

    czy sporządzenie donosu na Fermoura poprawiłoby w czymś jego sytuację, ale na nieszczęście
    wszyscy ignorowali Fermoura, był bowiem zbyt powolny. Nie dalej jak w czasie ostatniej jawy
    został publicznie wychłostany za lenistwo wykazane w czasie prac polowych.
    Complain miał w tej chwili inny problem do rozwiązania – iść czy nie iść na polowanie. Uświadomił
    sobie nagle, jak to ostatnio ciągle biegał niespokojnie do barykady i z powrotem. Zacisnął pięści...
    Czas przemija, sprzyjające okoliczności przemijają, a ciągle czegoś brak i brak... Complain i teraz –
    jak to zwykle robił od czasu dzieciństwa – gwałtownie wytężył umysł w poszukiwaniu tego elementu,
    który przecież powinien gdzieś być, a którego nigdy nie znajdował. Niejasno zdawał sobie sprawę,
    że zupełnie bezwiednie przygotowuje się do jakiegoś kryzysu, jakiejś gwałtownej zmiany. Tak jakby
    wzbierała w nim gorączka, czuł jednak, że będzie to coś dużo gorszego.
    Zaczął biec. Długie, intensywnie czarne włosy spadały mu na oczy. Był bardzo niespokojny. Jego
    młoda twarz była silna i sympatyczna mimo nieznacznej tendencji do tycia. Linia szczęki wskazywała
    na charakter, usta na odwagę. A jednak nad wszystkim dominowała jałowa gorycz – posępny w sumie
    wygląd, właściwy wszystkim prawie członkom szczepu. Trzeba przyznać, że Nauka wykazała
    ogromną mądrość zalecając, aby ludzie nie patrzyli sobie prosto w oczy.
    Complain biegł prawie na oślep, pot zalewał mu czoło. Zarówno w sen, jak i za jawy w Kabinach
    było ciepło i ludzie łatwo się pocili. Nikt nie zwrócił na niego uwagi; bezsensowna bieganina była
    w szczepie zjawiskiem nagminnym, wiele osób próbowało w ten sposób uciec przed
    prześladującymi je zmorami. Complain wiedział tylko jedno: musi wrócić do Gwenny, gdyż tylko
    kobiety posiadały magiczną zdolność dawania zapomnienia.
    Kiedy wpadł do ich kwatery, stała bez ruchu trzymając w ręku filiżankę herbaty. Udawała, że go nie
    widzi, ale jej nastrój uległ zmianie, szczupła twarz wyrażała napięcie. Była silnie zbudowana, a jej
    masywne ciało dziwnie kontrastowało z tą drobną twarzą. W tej chwili cała jej postać wyrażała
    stanowczość, jakby przygotowywała się na fizyczny atak.
    – Nie patrz tak, Gwenny. Nie jestem przecież twoim śmiertelnym wrogiem – niezupełnie to zamierzał
    jej powiedzieć, a i ton nie był dostatecznie pojednawczy, ale na jej widok gniew mu częściowo
    wrócił.
    – Owszem, jesteś moim śmiertelnym wrogiem – powiedziała z naciskiem nadal nie patrząc na niego –
    nikogo nie darzę taką nienawiścią jak ciebie.
    – Daj mi w takim razie łyk swojej herbaty i miejmy nadzieję, że to mnie otruje.
    – Bardzo bym tego chciała – powiedziała głosem pełnym jadu, podając mu filiżankę.
    Znał ją dobrze. Jej gniew nie był podobny do jego gniewu. Jemu przechodził powoli – jej
    błyskawicznie. Mogła dać mu w twarz, a w sekundę potem się z nim kochać. I wtedy robiła to
    najlepiej.
    – Rozchmurz się – rzekł. – Wiesz przecież, że kłócimy się jak zwykle o nic.

    – O nic? A więc Lidia to dla ciebie nic? Tylko dlatego, że zmarła zaraz po urodzeniu... nasze jedyne
    dziecko, a ty mówisz, że to nic?
    – Lepiej nazywać ją niczym, niż używać jej jako pretekstu do kłótni, prawda? – Skorzystał z tego, że
    Gwenny wyciągnęła rękę po filiżankę, i posuwając dłoń po jej nagim ramieniu zręcznie wsadził
    palce w dekolt bluzki.
    – Przestań! – krzyknęła wyrywając się. Jesteś obrzydliwy! Nie potrafisz myśleć o niczym innym,
    nawet kiedy do ciebie mówię! Puszczaj mnie, wstrętny bydlaku.
    Ale on nie puścił. Zamiast tego objął ją drugim ramieniem i przyciągnął do siebie. Usiłowała go
    kopnąć. Zręcznie podciął jej kolana i upadli razem na podłogę. Kiedy przybliżył twarz, próbowała
    ugryźć go w nos.
    – Precz z rękami! – zawołała z trudem łapiąc oddech.
    – Gwenny... Gwenny, kochanie... – wyszeptał pieszczotliwie.
    Jej zachowanie zmieniło się gwałtownie. Zacięta czujność ustąpiła rozmarzeniu.
    – A zabierzesz mnie potem na polowanie?
    – Oczywiście. Zrobię wszystko, co zechcesz.
    To, czego Gwenny chciała lub nie chciała, nie miało jednak większego wpływu na dalszy bieg
    wypadków, gdyż w tym samym momencie wpadły zadyszane dwie jej kuzynki Ansa i Daise
    zawiadamiając, że jej ojciec Ozbert Bergass poczuł się gorzej i wzywa ją do siebie. Zachorował na
    gnilec postępowy jedną sen-jawę temu i Gwenny odwiedziła go już raz w jego odległym miejscu
    zamieszkania. Panował ogólny pogląd, że nie pociągnie długo. Tak się zwykle kończyły choroby
    w Kabinach.
    – Muszę do niego iść – powiedziała Gwenny.
    Separacja dzieci od rodziców bywała w sytuacjach krytycznych przestrzegana nie tak surowo,
    a prawo zezwalało na odwiedzanie ciężko chorych.
    – To był dla nas nieoceniony człowiek rzekł uroczyście Complain. Ozbert Bergass był starszym
    przewodnikiem przez wiele snów-jaw i jego śmierć stanowiłaby dla szczepu odczuwalną stratę,
    mimo to Complain nie wyraził chęci odwiedzenia teścia; wszelkie sentymenty szczep Greene starał
    się wykorzenić. Po wyjściu Gwenny udał się zaraz na rynek, aby spotkać się z wyceniaczem Ernem
    Rofferym i dowiedzieć się, ile obecnie kosztuje mięso. Po drodze minął zagrody dla zwierząt. Były
    one obficiej niż zazwyczaj wypełnione zwierzyną domową, o smaczniejszym i delikatniejszym mięsie
    niż dzikie zwierzęta chwytane przez łowców. Roy Complain nie był myślicielem, ale tego paradoksu
    nie potrafił sobie wytłumaczyć: nigdy dotąd szczep nie prosperował tak dobrze, nigdy hodowla się
    tak wspaniale nie rozwijała, żeby nawet najprostszy robotnik mógł jeść mięso co cztery sen-jawy,
    a za to on, Complain, był teraz biedniejszy niż kiedykolwiek. Polował więcej, ale coraz mniej łowił

    i coraz mniej za to dostawał. Wielu łowców, którzy stanęli wobec tego samego problemu, porzuciło
    łowiectwo i zajęło się czym innym.
    Nie będąc w stanie skojarzyć logicznie niskich cen, jakie Roffery ustanowił na dziczyznę,
    z obfitością pożywienia, ten smutny stan rzeczy Complain kładł na karb niechęci, jaką wyceniacz
    żywił do całego klanu łowców.
    Complain z determinacją przepchnął się przez tłum wypełniający rynek i niezbyt grzecznie zwrócił
    się do wyceniacza.
    – ...strzeni dla twojego ja.
    – Twoim kosztem – odrzekł z ożywieniem wyceniacz podnosząc głowę znad długiej listy, nad którą
    właśnie ślęczał. – Mięso dziś spadło, łowcze. Trzeba mieć duże ścierwo, aby zarobić sześć sztuk.
    – Flaki się we mnie przewracają! Jak cię widziałem ostatnim razem, mówiłeś, że spadła cena zboża,
    krętaczu jeden.
    – Wyrażaj się grzeczniej, Complain, twoje własne ścierwo nie jest dla mnie warte ani grosza.
    Owszem, mówiłem ci, że cena zboża spadła, bo to prawda, ale cena mięsa spadła jeszcze bardziej.
    Wyceniacz z zadowoleniem nastroszył swoje sumiaste wąsy i wybuchnął śmiechem. Kilku innych
    mężczyzn kręcących się w pobliżu przyłączyło się do ogólnej wesołości. Jeden z nich, przysadzisty,
    śmierdzący osobnik zwany Cheap, miał ze sobą stos okrągłych puszek, które zamierzał korzystnie
    wymienić na targu. Gwałtownym kopnięciem Complain rozrzucił je dokoła. Z wściekłym rykiem
    Cheap skoczył, aby je pozbierać, walcząc jednocześnie z tymi, którzy już zdążyli je pochwycić. Na
    ten widok Roffery zaczął śmiać się jeszcze bardziej, ale fala jego śmiechu zmieniła niejako swój
    kierunek. Nie była już wymierzona przeciw Complainowi.
    – Ciesz się, że nie żyjesz wśród Dziobowców – rzekł Roffery pocieszająco – ci ludzie czynią istne
    cuda. Wyczarowują jadalną zwierzynę ze swego oddechu, po prostu łapią ją w powietrzu i nie
    potrzebują wcale łowców. Gwałtownie trzepnął muchę, która usiadła mu na karku. – Udało im się
    także zlikwidować przekleństwo, jakim są te owady...
    – Bzdura! – rzekł stary człowiek stojący obok.
    – Nie sprzeczaj się ze mną, Eff – rzekł wyceniacz – chyba że wyżej cenisz swoje straty od dochodów.
    – To jest bzdura – potwierdził Complain. – Nie ma chyba takiego idioty, co by uwierzył w miejsce
    bez much.
    – Ja za to świetnie wyobrażam sobie miejsce bez Complaina! – wrzasnął Cheap, który zdążył już
    pozbierać swoje puszki i stał groźnie koło Complaina. Patrzyli teraz na siebie gotowi do bójki.
    – No już, lej go! – zawołał wyceniacz do Cheapa. – Pokaż mu, że ja nie życzę tu sobie łowców,
    którzy przeszkadzają mi w interesach.

    – A odkąd to śmieciarz ma więcej do powiedzenia w Kabinach niż łowca? – zwrócił się do
    wszystkich stary człowiek zwany Effem. Ostrzegam was, złe czasy nadchodzą dla szczepu. Jestem
    szczęśliwy, że ja już tego nie będę oglądał.
    Dookoła rozległy się pomruki pełne drwiny i dezaprobaty dla starczego sentymentalizmu.
    Zmęczony nagle tym towarzystwem Complain rozepchnął tłum i odszedł. Zauważył, że stary człowiek
    idzie za nim, więc kiwnął mu ostrożnie głową.
    – Widzę to jak na dłoni – rzekł Eff najwyraźniej pragnąc kontynuować swój smętny monolog. –
    Stajemy się mięczakami. Wkrótce nikt nie będzie chciał opuszczać Kabin ani Wycinać glonów. Nie
    będzie żadnej podniety... Nie będzie odważnych mężczyzn, tylko same żarłoki i gogusie. Wkrótce
    dojdą do tego choroby, śmierć i ataki innych szczepów – widzę to tak dokładnie jak ciebie, i tam,
    gdzie żył szczep Greene, wyrośnie dżungla.
    – Słyszałem, że Dziobowcy są porządni przerwał tę tyradę Complain – że posługują się rozumem,
    a nie czarami.
    – Pewnie słuchałeś tego typa Fermoura lub jemu podobnych – rzekł opryskliwie Eff. Niektórzy ludzie
    chcą nas oślepić, abyśmy nie odróżniali naszych prawdziwych wrogów. Nazywam ich ludźmi, ale to
    nie są ludzie, to Obcy. Obcy, łowcze – istoty nadprzyrodzone. Gdyby to ode mnie zależało, kazałbym
    ich pozabijać. Chciałbym przeżyć znowu polowanie na czarownice. Tak, chciałbym, ale obecnie nie
    poluje się już na czarownice. Kiedy byłem dzieckiem, stale mieliśmy takie polowania. Mówię ci, że
    szczep robi się za miękki, za miękki. Gdyby to ode mnie zależało...
    Zasapał się i umilkł mając przed oczyma prawdopodobnie obraz jakiejś dawnej, ogromnej masakry.
    Complain na widok zbliżającej się Gwenny odszedł prawie nie zauważony.
    – Jak ojciec? – spytał.
    Wykonała dłonią ruch pełen rezygnacji.
    – Wiesz dobrze, co to jest gnilec – powiedziała bezbarwnym głosem. – Uda się w Długą Podróż,
    zanim minie następna sen-jawa.
    – W pełni życia stajemy w obliczu śmierci rzekł uroczyście Complain. – Bergass był człowiekiem
    pełnym godności.
    – A Długa Podróż zawsze ma swój początek – dokończyła za nim cytat z Litanii. Nic więcej nie da
    się zrobić. Jak na razie mam serce ojca i twoją obietnicę. Chodźmy, Roy. Weź mnie w glony na
    polowanie, proszę cię...
    – Mięso spadło do sześciu sztuk za ścierwo – rzekł – nie warto iść, Gwenny.
    – Za sztukę można wiele kupić, na przykład naczynie na czaszkę mego ojca.
    – To obowiązek twojej macochy.
    – Chcę iść z tobą na polowanie.
    Znał ten ton. Odwracając się gniewnie ruszył bez słowa w stronę przedniej barykady. Gwenny
    potulnie podążyła za nim. pokaż całość

  •  

    2 931 - 1 = 2 930

    Tytuł: Dan Simmons
    Autor: Hyperion
    Gatunek: sci-fi
    ★★★★★★★★★☆

    Jakoś mnie nie wciągnęła od pierwszej strony ale im dalej tym genialniej. Bardzo fajne podejście do książki drogi. Opowiada o grupie pielgrzymów idących do dziwnego grobowca który ma im wszystkim "odpowiedzieć" na pytania. Książka pozostawia lekki niedosyt ale okazuje się że jest kontynuacja. Gorąco polecam bo kawał dobrego sci-fi!

    #dansimmons #hyperion #ebook #ksiazka #czytajzwykopem #scifi

    #bookmeter

    Wpis został dodany za pomocą skryptu do odejmowania

    pokaż spoiler Dzięki niemu unika się błędów w działaniach
    Pobierany jest zawsze ostatni wynik
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    2 934 -3 = 2 931

    Tytuł: Inne pieśni
    Autor: Jacek Dukaj
    Gatunek:fantastyka naukowa / ???
    ★★★★★★★★★☆
    + Ulubione

    Wymyśl prawie-że własny język, zaczerpując bogato z greki, sanskrytu i innych prawie-że wymarłych dialektów. Bądź konsekwentny w nazewnictwie. Napisz historię, która dobrze się klei i jest wypełniona intrygami. Akcję osadź na ruinach obecnego świata - Vistula jako Polska? - ale nie dawaj czytelnikowi żadnej mapy. Generalnie to, co czytasz, nabiera sensu przy około setnej stronie. Przy dwusetnej zaczynasz łapać, o co chodzi. Przy trzysetnej wydaje Ci się, że znasz motywacje głównych bohaterów i zjawiska zachodzące w świecie, w którym Czerp garściami ze starożytności i mieszaj to z konwencją współczesnej fantasy i sci-fi, nie robiąc z tego pastiszu. Dzieło ma nieco ponad pięćset stron. To naprawdę wielka sztuka; całą powieść można podsumować "z jakim przystajesz, takim się stajesz" i bardzo bliska jest gombrowiczowskim rozważaniom na temat Formy. Na blurbie wydawniczym czytamy:

    "Nie science fiction, nie fantasy, nie historia alternatywna lecz rzecz dzieje się w innej Europie, w innym świecie, gdzie prawa rządzące rzeczywistością bliższe są domysłom Arystotelesa na temat Formy i Materii, aniżeli teoriom Newtona i Einsteina pisał o Innych pieśniach Jacek Dukaj. Ten niezwykły obraz świata rządzonego przez Formę, zbudowanego z pięciu żywiołów, podporządkowanego teoriom Empedoklesa i Arystotelesa, w którym nowożytna nauka jako pogląd z gruntu fałszywy nigdy się nie rozwinęła, przyniósł autorowi aż trzy prestiżowe nagrody. Książka do czasu premiery Lodu uznawana była przez krytyków i czytelników za najlepszą powieść w jego dorobku. Nagroda Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla za rok 2003."

    ...a nagroda Zajdla to nie byle co, kochani. Czytamy tylu cudzych autorów, a na polskim podwórku mamy prawdziwe diamenty.

    Mam wrażenie, że przyjemność z czytania to ostatnie, na czym zależy Dukajowi; przynajmniej w zestawieniu z tasiemcami Fabryki Słów, choć umieszczenie jego nazwiska w jednym zdaniu z FS zakrawa o świętokradztwo.

    Pozwolę sobie zacytować fragment recenzji tivrusky'ego z LC:

    "Gdy już weźmie się w ręce Inne Pieśni, z miejsca można zapomnieć, że kiedykolwiek odstawi się je z powrotem na półkę. Można przestać liczyć wątki splatające się tu jak węże - prędzej czy później i tak się w tej plątaninie pogubimy. Darować można sobie też liczenie postaci pojawiających się to tu to tam, na dłużej, na krócej, nieraz jednorazowo, czasem powracają gdzieś dalej, po kilkuset stronach lektury, gdy zdążymy już o nich zapomnieć. Na nic zdają się też próby jakiegoś umiejscowienia wydarzeń w znanej nam rzeczywistości. Jedynym wyjściem w tej sytuacji jest pozwolenie, by ten gigant przetoczył się nad nami i wyłapanie z niego, co tylko wyłapać się pozwoli.

    Jednym słowem, stary dobry Dukaj powrócił - taka myśl towarzyszyła mi już po pierwszych kilkunastu stronach, z których, rzecz jasna, nie zrozumiałem niczego. Autor nie kłopocze się ani chwili z jakimkolwiek wyjaśnieniem czegokolwiek. Lądujemy w świecie kratistosów, gdzieś między ich anthosami, pełnym strategosów, nimrodów, aresów, świń powietrznych, skoliodoi i kakomorfów... Home sweet home!
    Trzeba dać się ponieść, pozwolić by wszystko wkoło płynęło, porwało nas w wir cudownej narracji, świetnych bohaterów, wydarzeń, których sobie nawet nie wyobrażaliśmy. To naprawdę przygoda niepodobna do czegokolwiek, co czytało się wcześniej, jak to u Dukaja"

    I podpisuję się pod tym. Polecam, polecam, polecam po trzykroć.

    Książki Dukaja są drogie, lecz warte swojej ceny, jednak rozumiem że ktoś może na nie nie mieć - dlatego też napiszcie do mnie i pomyślimy, co da się zrobić. Podpowiem, że na docerze hulają pdfy, na chomikuj zaś pełno bublowatych MOBI i EPUBÓW z formatowaniem prawie uniemożliwiającym czytanie. Jak znajdzie sie ktoś chętny, to uruchomię kombajna i OCREm myknę PDF, a potem zrobię dwa pliki wyjściowe i czytajcie z tego wszyscy, a potem w ramach zadośćuczynienia kupcie kiedyś ebooka. Albo do biblioteki marsz. Warto.

    Cholernie warto, nic od czasu "Hyperiona" Simmonsa mnie tak nie wciągnęło, no i może od "Ślepowidzenia" Wattsa. Wszystkie te pozycje zadają kłam tezie, jakby fantastyka naukowa była prosta, łatwa i przyjemna, niewymagająca. Posadźcie średniego, polskiego czytelnika (w kraju, w którym chyba 63% lub 83% deklaruje z dumą, że nie sięgnęło po ani jedną książkę) z Dukajem i jego Słowem i zamknijcie go w pokoju na godzinę, to zacznie miotać się w konwulsjach.

    To teraz czas na Stephensona; niby podobny, też buduje Peanatemę na neologizmach i wrzuceniu w wir nowego świata, jednak na końcu jest słownik. Tu tego nie uświadczymy, sami uczymy się pływać na tych stu stronach, o których wspomniałam.

    A! Przy okazji, zapraszam też do siebie - http://lubimyczytac.pl/profil/660325/keskese

    Tytuł: Powrót z gwiazd
    Autor: Stanisław Lem
    Gatunek: fantastyka naukowa
    ★★★★★★★★☆☆

    Lubię motyw eksploracji kosmosu i problemów, na jakie możemy się natknąć. Czarne dziury, paradoksy czasowe... Książki opowiadające o tym skupiają się zazwyczaj na podboju planecie X, miej lub bardziej udanym, matkę Ziemię skazując na wymarcie bądź też poświęcając jej kilka, kilkanaście akapitów. Nie tutaj.

    Nie mogę nie wspomnieć o PIĘKNYCH okładkach nowego Lema. Gdybym była kolekcjonerką fizycznych książek, żarłabym tynk ze ścian i czokoszoki, by móc sobie na nie pozwolić. Na cały komplecik.

    Blurb mówi nam: "Powrót z gwiazd" to historia astronauty, który na skutek paradoksu czasowego Einsteina powrócił z wyprawy w Kosmos na Ziemię, gdzie tymczasem minęło półtora stulecia. Astronauta próbuje zrozumieć i zaakceptować ziemską cywilizację, która zrezygnowała z podejmowania ryzyka na rzecz bezpieczeństwa i dostatku.
    Fascynująca wizja Ziemi jako „obcej planety”, na której – by żyć tam dalej – trzeba na nowo doświadczyć na sobie problemów sensu egzystencji, dobra i zła, swobody i zniewolenia, agresji i miłości."

    I właśnie ta wizja Naszej planety jako tej nowej, niezbadanej i nierozumianej wzbudziła we mnie najwyższy podziw. Z chęcią przewracałam kolejne strony, by czuć się tak zagubiona, jak i główny bohater. Muszę przyznać, że w wielu momentach książka nadwyrężyła moją wyobraźnię, ale to zaliczam zawsze na plus; lubię mieć mózgowe zakwasy.

    Ciekawy jest także motyw pozbawienia ludzkości tego, co czyni nas ludźmi; instynktów, paradoksalnie, zwierzęcych. Przemocy, dominacji, tl;dr - ludzkości pod pantoflem chemii zwanej brytowaniem.

    Podobnie jak jeden recenzent, którego parę zdań przytoczę niżej, przy opisywanej przez Lema panoramie miasta nie mogłam wyzbyć się skojarzeń z bardziej cyberpunkowym Dubajem.

    "Bowiem na ojczystej planecie zastają społeczeństwo kompletnie odmienione. Pokojowe i idealne. „Betryzowane” w procesie chemicznym aplikowanym każdemu noworodkowi, pozbawione instynktu walki, nie znające żadnych niebezpieczeństw, niedoświadczające strachu: dziś nie ma już tragedii. Nie ma nawet jej szansy. Zlikwidowaliśmy piekło namiętności, a wtedy okazało się, że za jednym zamachem i niebo przestało istnieć.

    Główny bohater, Hal Bregg, choć zagubiony w niezrozumiałym świecie, zgodnie ze swą naturą nieustępliwego eksploratora cały ten ogrom nowości próbuje pojąć i oswoić. I znajduje ocalenie w miłości."

    To już "Mechaniczna pomarańcza" Burgessa podejmowała problem, czy człowiek niegodny wybierać może być ludzki, może być dobry,
    Bardzo szanuję taką literaturę.

    Tytuł: Cała prawda o planecie Ksi
    Autor: Janusz A. Zajdel
    Gatunek: fantastyka naukowa
    ★★★★★★★☆☆☆

    Chyba najbardziej socjologiczna książka Zajdla, jaką czytałam, i najwyraźniej słusznie - wiki mówi o fantastyce socjologicznej. Zamysł jest dobry, choć przypomina mi skowyt "wiemy, że socjalizm nie wyszedł tu, tu i tutaj, ale tym razem nam wyjdzie, tym razem mamy inny pomysł". Już od samego początku Ksi jawił mi się jako suspens grubo podszyty politycznymi nićmi. W wielkim skrócie: Ziemianie wysyłają ekspedycję na planetę Ksi, teoretyczny raj do zamieszkania. Podczas osiedlania dochodzi do rebelii, na wskutek czego kontakt z Ziemią zostaje zerwany, a władzę przejmują terroryści mający "lepszą wizję". Chowają zapasy jedzenia oraz nowoczesne narzędzia, a wybudzonym ze stazy ludziom nakazują budować swoje biura, a potem dopiero domostwa, jedynie za pomocą rąk. Jednocześnie rusza machina propagandowa obwiniająca o wszystko ziemską rasę; zdrajców swojego gatunku. Wszyscy ludzie zostają oznaczeni numerami na czole - tu skojarzenie z Ziamiatinem było natychmiastowe - i wpaja się im nienawiść do Ziemi. Jak nietrudno się domyślić, terroryści sami zagarniają wspomniane wcześniej dobra, kobiety oraz wszelkiego typu udogodnienia. Akcja przeskakuje w momencie, gdy na planetę Ksi zostaje wysłana druga ekspedycja ratunkowa, już po wysłaniu dziwnego - odbiegającego od zasad protokołu - meldunku budzącego niepokój Ziemian. Dowodzi nią Sloth i nieważne, jak doszło do wysłania tego meldunku, bo zasunęłabym mega spoilerem. ( ͡º ͜ʖ͡º) Potomkowie astronautów poruszają się incognito po terenie zagarniętym i eksploatowanym przez "nowych myślicieli wspaniałego świata". Jest to zacofane plemię z jedyną Księgą, jaką mogą czytać, z której to jawnie sączy się kolejna dawka propagandy. I na tym mogę skończyć, bo nigdy nie lubiłam streszczać książek; zwłaszcza TAKICH, których odbiór będzie się różnił w zależności od wieku, przeżyć i preferencji politycznych. Jest to dość mocna rzecz, z która na pewno warto się zapoznać, jednak nie leżała nawet obok Limes Inferior. Co nie znaczy, że była zła - wręcz przeciwnie!

    #bookmeter #ksiazki #fantastyka #scifi #dukaj #lem #czytajzwykopem
    pokaż całość

    źródło: ksiazki.png

  •  

    Nudno dzisiaj, bo święto, więc może opowiem wam co ostatnio obejrzałem?
    No dobra, po co ja mam się was o to pytać, skoro i tak nikt mnie nie słucha. No więc właśnie - i dlatego tylko przytakujcie plusami jeśli zainteresuję was jakiś #film, który dzięki MNIE obejrzycie i po wszystkim wszyscy pójdą w kierunku światła.

    "The Belko Experiment" - jeśli nie znacie "Circle", ani żadnego innego obrazu, w którym chodzi o przeżycie, to ten tutaj powinien się wam naprawdę spodobać, ponieważ wrzucono kilka znanych nazwisk, dorzucono do tego dużo krwi i polano to naprawdę ciekawym pomysłem, ale niestety dwie rzeczy spieprzono.
    Zakończenie zakończenia, to chyba jakiś żart, a do tego sceny śmierci są tak bardzo pocięte, że fani krwawych morderstw wyrzucą okno przez ekran, ponieważ sekwencje śmierci irytują.

    Mimo wszystko jednak warto dać szansę temu dziełu, ale jeśli chcecie coś bardziej klimatycznego i z lepszym wykonaniem, to zainteresujcie się "Circle".

    "Scenic Route" - najpierw widzimy walkę na śmierć i życie, a potem zostajemy przeniesieni do przeszłości, aby zobaczyć jak do tego doszło.
    Ogólnie chodzi o to, że samochód się rozkraczył na zadupiu piaszczystym i dochodzi do kłótni między dwoma przyjaciółmi.
    Co się wydarzy dalej, to już musicie sami się przekonać.
    Tak, jest to "przegadane" dzieło, które mimo powagi sytuacji rozśmieszy fana czarnego humoru i zauroczy zakończeniem.
    Fani Tarantino pewnie dostaną orgazmu, a cała reszta spuści wzrok i zapomni o tym filmie lub mhew...

    "ARQ" - pętla czasowa w klimatach apo...
    Tylko tyle i aż tyle i każdy szanujący się fan syfy powinien się zainteresować tym dziełem, ponieważ nie jest tak naiwny jak np. "Czwarty Wymiar", a do tego został dobrze zagrany.

    Twórca ARQ budzi się obok kobiety i po chwili zostaje napadnięty przez nieznajomych, którzy chcą dorwać się do jego pieniędzy, a potem...
    Pewnie się już domyślacie co będzie dalej, ale więcej wam nie zdradzę.
    Pętla czasowa jest w miarę rzadko wykorzystywana w filmach - a przynajmniej ja się z tym w miarę rzadko spotykam i dlatego uważam, że naprawdę warto odpalić #netflix i zapoznać się z tym dziełem.
    Od siebie jeszcze polecę "Synchronicity", który też jest na netflixie, lecz uprzedzam, że jest to dość minimalistyczny obraz, a do tego cholernie powolny, więc polecam go tylko wytrwałym widzom, bo akcji w nim niewiele.

    Tak w ogóle, to postanowiłem, że będę o wiele rzadziej wrzucał recenzje na bloga, bo napisałem ich ponad 180 i teraz powinienem je doszlifować, aby nowi czytelnicy dali radę doczytać je do końca.
    Do tego wiele z nich wyrzucę, bo nie oszukujmy się - dopiero od kilku miesięcy moje teksty można uznać za recenzję, a cała reszta to tylko szukanie stylu, aby móc się wybić.

    Tak więc życzę miłego dnia i zapraszam do subskrybowania mego tagu #filmowyjanusz, bo można znaleźć tutaj wiele mało znanych perełek.
    Dajcie mi szansę, bo jestem samoukiem, który musiał się zacząć na nowo uczyć pisać, więc dlatego ciągle eksperymentuje i wrzucam nieprzemyślane rzeczy, których nie powinienem wrzucać.

    #scifi
    pokaż całość

    •  

      @hacerking: Dlaczego ta scena zjebała wszystko?

    •  

      @hacerking: Widziałem ARQ i jestem rozczarowany. Nic specjalnego a do tego od gry aktorskiej bolą mnie zęby a akurat w pierwszej połowie tego filmu jest dużo zbliżeń na twarze bohaterów. Na szczęście później nam tego oszczędzają. Kod Nieśmiertelności to był świetny film, tak samo Na Skraju Jutra. A to jest słabe.
      Moim zdaniem nie chodzi tu tylko o budżet ale o scenariusz oraz aktorów. Brak efektów specjalnych czy wychodzenia z tego domu (poza jedną krótką chwilą) jest do przeżycia. pokaż całość

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    2 955 - 1 = 2 954

    Tytuł: Legion
    Autor: Brandon Sanderson
    Gatunek:
    ★★★★★★★☆☆☆

    No i znów Sanderson... no i zajebiste dwa opowiadania, trochę krótkie jak na autora "Drogi królów" ale pomysł na detektywa z pewną przypadłością był dla mnie super. Jeżeli ktoś lubi Indianę Jonesa to lektura specjalnie dla niego bo czytając miałem nie odparte wrażenie że ta postać była podstawą do stworzenia głównego bohatera. Jedyny minus to o jakieś 800 stron za krótkie :P

    #brandonsanderson #legion #scifi #ebook #czytajzwykopem #ksiazki

    #bookmeter

    Wpis został dodany za pomocą skryptu do odejmowania

    pokaż spoiler Dzięki niemu unika się błędów w działaniach
    Pobierany jest zawsze ostatni wynik
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Powiem tak. Obejrzałem Mad Max Fury Road. Powiem że chujowy. Nie wiem może nie zrozumiałem w ogóle tego filmu. Potrafię doceniać nieraz mocno awangardowe rzeczy zarówno mając zdrowe podejście do popkultury. Doceniam klasyczne piękno, brzydotę, dostrzegam piękno w kiczu a także w prostych i zwyklackich rzeczach. Potrafię zrozumieć rzeczy powszechne i zachwycić sie też dobrą napierdalanką. Ale do chuja. Nie ogarniam tego Mad Maxa. Czy to rzeczywiście jest takie gówno czy ktoś mi wytłumaczy fenomen bądź cokolwiek co czyni ten film tak dobrze ocenianym?

    Za 20 min dzienna więc taguję. #film #kino #scifi #postapokalipsa
    pokaż całość

  •  

    #mikroreklama
    Ten moment w przyszłości... gdy ludzi mózg został zespolony z maszyną... otworzył ścieżki w rozwoju o jakich nawet ludzie nie śnili.
    Pionierem jest Elon Musk... dzięki nano-implantom sterujemy urządzeniami... za pomocą myśli. Swoista elektroniczna telepatia wyznacza nowe trendy w komunikacji.
    Ludzkie ciało tak słabe i niezręczne już nie jest limitowane genetyką. Protetyka pozwala "wymienić" w nas to co słabe i zawodne.

    Powstaje nowy człowiek, cyborg... Cyber sapiens. Autonomiczna jednostka zespolona z wszystkim swoją myślą i wolą. Wspierana logiką maszyn i wiedzą neuro-kolektywu.

    Moment gdy mięso człowieka powoli i nieubłaganie przestaje spełniać swoją funkcję i staje się zbędnym balastem.

    #nauka #technologia #scifi #przyszlosc #ciekawostki #futurystka
    pokaż całość

  •  

    Mireczki, szukam nietypowej i "mindfuckowej" fantastyki (naukowa może też być), która pod otoczką tego "mindfucku" dotyka problemów społecznych (samotność, przeludnienie, różne inne palące kwestie, być może przewidywania starszych autorów nt. życia w obecnych realiach, konflikty polityczne, walka o wodę pitną, postępująca degeneracja, choroby psychiczne), prościej będzie jak napiszę co do tej pory znam i co przychodzi mi na myśl - przy okazji troszkę Wam polecę i to naprawdę dobrych rzeczy.

    Philip K. Dick - w zasadzie wszystko, problematyka? Tożsamość (wysuwa się na pierwszy plan), odnalezienie się jednostki w świecie do niej nieprzystosowanym lub zmienionym NAGLE, psychozy, plot twisty otwierające gębę, wszystko to znajdziemy w jego książkach; a był niezwykle płodnym pisarzem (God bless amphetamines) i dzięki temu mamy w czym przebierać w kwestii dorobku. "Czy androidy..." to niewątpliwie dobra pozycja, ale ja poleciłabym "Przez ciemne zwierciadło", a potem może "Klany księżyca Alfy". Rozpoczęcie przygody z Dickiem (huehue) od zbioru opowiadań również jest b. dobrym pomysłem; potem można brać się za "Ubika".

    Neal Stephenson - wspomnę jedynie o najnowszym "7EW", które opowiada o bardzo wizjonerskim i efektownym końcu świata zrodzonym z planu gwarantującego przetrwanie ludzkości; co może iść nie tak? Świetnie łączy political-fiction z science-fiction, w końcu nie codziennie wpada się na książki snujące wizję wybuchu księżyca (NIE jest to spoiler) i zarówno działań do tego doprowadzających, jak i tych podjętych już po. Świetny pisarz, nie tylko w 7EW.

    Janusz A. Zajdel - myślę, że najbardziej popularne na mirko jest "Limes inferior" - i nie bez powodu, wspaniała książka. Dużo bym dala, by móc ją przeczytać jeszcze raz... Podobnie dobry jest "Cylinder van Troffa" (użylibyście...?) czy "Paradyzja", w tej ostatniej wątek polityczny jest chyba najmniej subtelny. Jeśli nic nowego nie znajdę, to zabieram się za kończenie opowiadań.

    John Brunner - wspominałam o wodzie pitnej, prawda? Jej zapasy stale się kurczą, zaś ludności przybywa i przybywa też negatywnych czynników środowiskowych; w końcu mamy przed sobą wizję niczym ze "Ślepego stada", które to zostało wydane w serii ARTEFAKTY, podobnie jak i "Wszyscy na Zanzibarze", gdzie drugi tytuł jest już bardziej cyberpunkową pozycją ze złożoną narracją. Warto zerknąć na lata, w których pisał, może nawet zanim zacznie się lekturę którejś z powyższych książek. Słowo "wizjoner" jest przy jego nazwisku jak najbardziej trafione.

    Ted Chiang - mistrz krótkiej formy, zbiór opowiadań "Siedemdziesiąt dwie litery" jest najlepszym, jaki miałam okazję czytać. Nie mam za bardzo możliwości odniesienia się do któregokolwiek z tekstów, by uniknąć spoilerów; zaufajcie ocenom na LC, Goodreads i wykopie i po prostu zróbcie sobie przysługę - przeczytajcie. Wpisuje się we wszystko, o czym wspomniałam w pierwszym akapicie. Wymaga skupienia od czytelnika, ale warto.

    Peter Watts - wierze, że do "Ślepowidzenia" nie muszę nikogo zachęcać, ale warto zrobić to w przypadku "Odtrutki na optymizm". Sam autor kreśli parę słów do Polaków, jednak nie to jest czynnikiem decydującym w mojej polecance. Poziomem opowiadań nie prześcignął, moim zdaniem, niekwestionowanego mistrza wymienionego akapit wyżej, jednak nadal jest to kawał mięsistego, solidnego s-f jakie bardzo chciałabym widzieć na naszym rynku. Jak sugeruje tytuł, nie należy oczekiwać od tej lektury milutkiej space-opery.

    A dalej... No właśnie, co dalej? Znam oczywiście opowiadanie "The Egg" oraz mrożące krew w żyłach "I Have No Mouth...", które to są tu często wymieniane czy wręcz wklejane w całości; szukam jednak ambitnej fantastyki mającej cechy wspomnianych wyżej książek. Być może będę musiała sięgnąć do zakurzonej nieco i nieznanej mi klasyki (gdyby chcieć ogarnąć korzenie całego gatunku, musiałabym rzucić naukę czy tam pracę na rzecz czytania 24/7, a i tak pewnie bym nie zdążyła), ale zaufam Waszym propozycjom. Dodam na marginesie, że znam (niestety, bo chciałabym poznać jeszcze raz, na świeżo) także "Hyperion" Simmonsa i o ile końcowe tomy są dyskusyjne, to dwa pierwsze są fe-no-me-nal-ne. Wspomniałam o serii wydawniczej ARTEFAKTY; wspomnę więc też o UW, Uczcie Wyobraźni, gdzie naprawdę trudno trafić na słabą książkę.

    Liczę na Was, oczytani mircy. Ambitna fantastyka zmuszająca do przemyśleń nad kondycją ówczesnego, dawnego bądź przyszłego świata. Lub człowieka, tak ogólnie. Niebanalna i wywołująca "efekt wow" albo stylem, albo trafnością przewidywań, lub też ich surrealizmem - cóż, kto by się spodziewał, że kiedyś będziemy nosili w kieszeniach komputery grubości kilku kart kredytowych...? ;) Dodatkowy bonus za polskich autorów, ale nie jest to wymóg. Lem to oczywista oczywistość i nawet nie umieszczałam go w zestawieniu, biorąc za pewnik. Wymóg jest prosty - książka ma zapadać w pamięć, być mięsista, reprezentować jakiś koncept (nie musi mówić jak ją zinterpretować, oczywiście) i niech to będzie ta książka, którą uważacie za najbardziej zajebistą. That's all, folks. ʕ•ᴥ•ʔ

    #scifi #sciencefiction #fantasy #fantastyka #ksiazki #czytajzwykopem
    pokaż całość

    •  

      T.Prattchet i S. Baxter - cała seria długiej ziemii. Ciekawe podejście do teorii wieloświatów.

      D.Glukhovsky - metro 2033 - zamknięcie ludzi w metrze po wojnie atomowej, przeludnienie, wizja końca, trochę nieznanych potworów i sił oddziałujących na psychikę ludzi. Tu akurat trup ściele się gęsto.

    •  

      @mallavi: Dzięki za ten wpis. Powolutku odznaczam sobie tytuły, które podałaś, a których nie miałem okazji przeczytać.
      Na pierwszy ogień poszło "Limes inferior". Świetna książka, choć końcówka nieco mnie rozczarowała i pozostawiła wiele pytań (pewnie tak miało być).

    • więcej komentarzy (82)

  •  

    Idiotyzm lewactwa na przykładzie Star Treka (TNG). Dla tych co nie wiedzą o co chodzi, w tym odcinku kapitan Picard wyrusza z rozkazu pewnego zasłużonego admirała na poszukiwania tajnego statku Federacji, który posiadał urządzenie maskujące znacznie lepszej klasy niż te posiadane przez Romulan czy Klingonów. Statek, poszukiwany również przez Romulan po aktywacji urządzenia był nie do wykrycia i co robi Picard? Ujawnia się wbrew rozkazowi admirała i przeprasza Romulan jak na politycznie poprawnego lewaka przystało. Zdradził własny gatunek dla jakichś chorych idei i przedłożył bezpieczeństwo innego gatunku nad swoje. WTF?

    Jeden z powodów dla których uważam, że to Kirk jest najlepszym kapitanem. Odcinków takich jak ten spodziewam się w nowym Star Treku, który już na starcie jest przesiąknięty lewactwem (w załodze będą pedał, kobiety jako dowódcy, a do tego żółta i czarna, zabrakło tylko karła).

    #4konserwy #seriale #startrek #bekazlewactwa #scifi #rehash
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #rozdzialdopoduszki #ksiazki #scifi #antyutopia
    GEORGE
    ORWELL
    ROK
    1984

    Część pierwsza

    "Był jasny, zimny dzień kwietniowy i zegary biły trzynastą. Winston Smith, z głową wtuloną
    w ramiona dla osłony przed tnącym wiatrem, wślizgnął się przez szklane drzwi do Bloku
    Zwycięstwa, ale nie dość szybko, by powstrzymać tuman ziarnistego pyłu, który wtargnął za nim
    do środka.
    Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi, butwiejącymi wycieraczkami. Na
    jednym jej końcu wisiał barwny plakat, zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu.
    Przedstawiał tylko ogromną twarz, przeszło metrowej szerokości: przystojną, czerstwą twarz mniej
    więcej czterdziestopięcioletniego mężczyzny z sutym czarnym wąsem. Winston skierował się w
    stronę schodów. Sprawdzanie, czy winda działa, nie miało żadnego sensu. Nawet w najlepszych
    okresach rzadko bywała czynna, obecnie zaś, w ramach oszczędności związanych z
    przygotowaniami do Tygodnia Nienawiści, nie włączano prądu przed zmrokiem. Winston mieszkał
    na siódmym piętrze, a ponieważ miał już trzydzieści dziewięć lat i owrzodzenia żylakowe na
    prawej nodze powyżej kostki, wspinał się wolno, kilka razy odpoczywając po drodze. Na każdym
    piętrze, na wprost drzwi windy, spoglądał ze ściany plakat z ogromną twarzą. Była tak
    namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. WIELKI BRAT
    PATRZY, głosił napis u dołu plakatu.
    W mieszkaniu przejęty głos czytał kolumny cyfr dotyczące wytopu surówki. Wydobywał się
    z podłużnej metalowej płyty przypominającej matowe lustro, wmontowanej w ścianę po prawej.
    Winston obrócił pokrętło i głos nieco przycichł, lecz mimo to każde słowo dobiegało wyraźnie.
    Urządzenie (nazywane teleekranem) można było ściszyć, ale nie wyłączyć. Winston podszedł do
    okna: drobna, mizerna postać, której chudość podkreślał jeszcze granatowy kombinezon, ubiór
    członka Partii. Mężczyzna miał bardzo jasne włosy, cerę z natury rumianą, a skórę szorstką od
    chropowatego mydła, tępych żyletek i niedawnych mrozów.
    Świat na zewnątrz, nawet oglądany przez zamknięte okno, tchnął chłodem. W dole, na ulicy,
    podmuchy wiatru wprawiały w wir kurz i skrawki papieru, a choć świeciło słońce, niebo miało
    barwę stali; wszystko było jakby pozbawione koloru -z wyjątkiem porozlepianych wszędzie
    dookoła plakatów. Wąsata twarz patrzyła z każdej lepiej wyeksponowanej powierzchni. Jeden
    plakat wisiał na fasadzie domu dokładnie naprzeciwko. WIELKI BRAT PATRZY, głosił napis, a
    ciemne oczy wwiercały się w oczy Winstona. Niżej, na poziomie ulicy, inny plakat, z naderwanym
    rogiem, trzepotał bezładnie na wietrze, to odkrywając, to zasłaniając pojedyncze słowo ANGSOC.
    W oddali helikopter zniżył się pomiędzy dachy, zawisł na moment niczym mucha mięsna, po czym
    poderwał się i odleciał, zataczając łuk. Był to patrol policji, szpiegujący mieszkańców przez okna.
    Ale zwykła policja to pestka. Prawdziwą grozą napawała Policja Myśli.
    Za plecami Winstona głos płynący z teleekranu wciąż trajkotał o wytopie surówki i
    przekroczeniu Dziewiątego Planu Trzyletniego. Teleekran służył równocześnie za odbiornik i
    nadajnik, dostatecznie czuły, żeby wychwycić każdy dźwięk głośniejszy od zniżonego szeptu; co
    więcej, jak długo Winston pozostawał w zasięgu metalowej płyty, był nie tylko słyszalny, lecz
    także widoczny. Nikt oczywiście nie wiedział, czy w danym momencie jest obserwowany. Snuto
    jedynie domysły, jak często i według jakich zasad Policja Myśli prowadzi inwigilację. Nie sposób
    też było wykluczyć, że przez cały czas nadzoruje wszystkich. Tak czy inaczej, mogła się włączyć w
    dowolny kanał, kiedy tylko chciała. Pozostawało, więc żyć z założeniem - i żyło się, z nawyku,

    który przeszedł w odruch - iż każde słowo jest podsłuchiwane, a każdy ruch pilnie śledzony, chyba
    że w pomieszczeniu panuje akurat mrok.
    Winston stał tyłem do teleekranu. Tak było bezpieczniej, choć - jak wiedział - z pleców też
    można wiele wyczytać. Kilometr dalej potężny biały gmach Ministerstwa Prawdy, jego miejsce
    pracy, górował nad ponurym krajobrazem. I to jest Londyn, pomyślał z niejasną odrazą, główne
    miasto Pasa Startowego Jeden, trzeciej pod względem zaludnienia prowincji Oceanii. Usiłował
    wydobyć z pamięci jakieś wspomnienia z dzieciństwa, żeby się przekonać, czy Londyn zawsze wyglądał
    tak samo. Czy zawsze widziało się tu tylko rzędy sypiących się dziewiętnastowiecznych
    czynszówek o ścianach podpartych stemplami, oknach pozatykanych kawałkami dykty, dachach
    łatanych blachą falistą oraz rachityczne, walące się murki między ogródkami? I te porośnięte
    wierzbówką gruzy zbombardowanych domów, nad którymi unoszą się tumany białego pyłu, lub
    tereny doszczętnie zniszczone przez bomby, gdzie zaraz wyrosły kolonie nędznych drewnianych
    chat, istnych kurników? Wysiłki Winstona były jednak daremne, nie potrafił sobie nic
    przypomnieć; z dzieciństwa pozostała mu w pamięci tylko seria świetlistych obrazów,
    pozbawionych tła i sensu.
    Gmach Ministerstwa Prawdy - w nowomowie *( Nowomowa stanowiła urzędowy język
    Oceanii. Opis jego budowy i etymologii zawarty jest w Aneksie.) Miniprawd -odbijał
    zdecydowanie od wszystkich innych budowli w okolicy. Była to ogromna piramida z lśniącego
    białego betonu, pnąca się tarasami w górę na wysokość trzystu metrów. Z okna swojego mieszkania
    Winston widział wyraźnie trzy hasła Partii, wymalowane starannie na białej fasadzie:
    WOJNA TO POKÓJ
    WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
    IGNORANCJA TO SIŁA
    Mówiono, że gmach Ministerstwa Prawdy ma trzy tysiące pomieszczeń nad ziemią i tyleż
    samo pod ziemią. W Londynie istniały jeszcze tylko trzy budynki o podobnych rozmiarach i
    zbliżonym wyglądzie. Tak górowały nad resztą miasta, że z dachu Bloku Zwycięstwa dostrzegało
    się je wszystkie równocześnie. Mieściły cztery ministerstwa, składające się na aparat rządowy:
    Ministerstwo Prawdy, któremu podlegała prasa, rozrywka, oświata i sztuka, Ministerstwo Pokoju,
    które zajmowało się prowadzeniem wojny, Ministerstwo Miłości, które pilnowało ładu i porządku,
    wreszcie Ministerstwo Obfitości, sprawujące pieczę nad gospodarką. Ich nazwy, w nowomowie,
    brzmiały następująco: Miniprawd, Minipax, Minimiło i Miniobfi.
    Największą grozę budziło Ministerstwo Miłości. Gmach ten w ogóle nie miał okien. Winston nigdy
    nie był ani w środku gmachu, ani też bliżej niż pół kilometra od niego. Na teren ministerstwa
    wpuszczano jedynie w sprawach służbowych, lecz nawet wówczas interesant musiał pokonywać
    labirynt zasieków, stalowych bram i ukrytych stanowisk karabinów maszynowych. Także ulice w
    pobliżu patrolowali gorylowaci strażnicy w czarnych mundurach, uzbrojeni w rozsuwane pałki.
    Winston odwrócił się gwałtownie. Wcześniej przybrał wyraz spokojnego optymizmu, jaki
    najbezpieczniej było przyjąć, stojąc przodem do teleekranu. Przemierzył pokój i wszedł do
    maleńkiej kuchni. Chcąc wrócić do mieszkania w czasie przerwy obiadowej, zrezygnował z posiłku
    w stołówce ministerstwa, chociaż wiedział, iż w domu nie ma nic do jedzenia oprócz kawałka
    ciemnego chleba, który musi sobie zostawić na jutrzejsze śniadanie. Zdjął z półki butelkę bezbarwnego
    płynu ze zwykłą białą etykietą opatrzoną napisem DŻIN ZWYCIĘSTWA. Trunek
    wydzielał mdłą, oleistą woń, niczym chińska wódka pędzona z ryżu. Winston nalał sobie prawie
    pełną filiżankę i pokonując wstręt, opróżnił ją jednym haustem, jakby pił lekarstwo.
    Twarz natychmiast mu spurpurowiała, oczy zaszły łzami. Dżin miał smak kwasu
    azotowego, a w dodatku człowiek po każdym łyku czuł się tak, jakby dostał w łeb gumową pałką.
    Jednakże w następnej chwili palenie w żołądku nieco zelżało i świat wydał się Winstonowi

    weselszy. Wydobył papierosa z pomiętej paczki z napisem PAPIEROSY ZWYCIĘSTWA i
    niebacznie uniósł go pionowo, co sprawiło, że cały tytoń wysypał się na podłogę. Z następnym
    poszło mu lepiej. Wrócił do pokoju i usiadł przy stoliku na lewo od teleekranu. Wyjął z szuflady
    obsadkę, butelkę atramentu oraz czysty gruby zeszyt o marmurkowej okładce i czerwonym
    grzbiecie.
    Z niewiadomego powodu teleekran znajdował się w dziwnym miejscu. Zamiast, jak w
    innych mieszkaniach, tkwić na ścianie bocznej, skąd roztaczał się widok na cały pokój,
    wmontowany był pośrodku najdłuższej ściany, dokładnie na wprost okna. Po jednej jego stronie
    mieściła się płytka wnęka, w której teraz siedział Winston, a którą - gdy budowano blok -
    przeznaczono zapewne na regał z książkami. Siedząc we wnęce, cofnięty jak najgłębiej, Winston
    znajdował się poza polem widzenia teleekranu. Wciąż, oczywiście, było go słychać, lecz dopóki się
    nie podnosił, pozostawał niewidoczny. W pewnej mierze to ten niezwykły układ pokoju podsunął
    mu pomysł, do którego realizacji właśnie się zabierał.
    Głównie jednak podsunął mu go zeszyt wyjęty przed chwilą z szuflady. Był to wyjątkowo
    piękny zeszyt, choć, o kartkach nieco pożółkłych ze starości. Takiego gładkiego, kremowego
    papieru nie produkowano od ponad czterdziestu lat. Winston podejrzewał nawet, że zeszyt jest
    znacznie starszy. Dostrzegł go na wystawie ubogiego sklepiku z rupieciami w jednej z bardziej
    obskurnych dzielnic miasta (gdzie dokładnie, już teraz nie pamiętał) i natychmiast zapragnął go
    mieć. Członkowie Partii nie powinni zaopatrywać się w zwykłych sklepach (czyli „dokonywać
    transakcji wolnorynkowych"), lecz rozporządzenia tego nie przestrzegano zbyt surowo, gdyż wielu
    artykułów, takich jak sznurowadła i żyletki, nie sposób było zdobyć w żaden inny sposób, Rozejrzał
    się szybko po ulicy, a następnie wślizgnął do sklepiku i kupił zeszyt za dwa i pół dolara, nawet nie
    zastanawiając się po co. Niosąc go w teczce do domu, czuł się jak winowajca. Samo posiadanie
    czystego zeszytu mogło bowiem budzić podejrzenia.
    Teraz zabierał się do pisania pamiętnika. Nie było to zakazane (nic nie było zakazane, gdyż
    wszelkie prawa dawno już zniesiono), ale nie wątpił, że jeśli go nakryją, dostanie karę śmierci lub
    przynajmniej dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. Włożył do obsadki stalówkę i possał przez
    chwilę, żeby ją oczyścić. Pióra, archaicznego narzędzia, rzadko używano nawet do składania
    podpisów, ale zdobył je - potajemnie i z pewnym trudem - ponieważ uznał, że piękny kremowy
    papier zasługuje na coś lepszego niż drapanie kopiowym ołówkiem. Prawdę mówiąc, nie nawykł do
    ręcznego pisania. Poza krótkimi notatkami na ogół dyktowało się wszystko do mowopisu; teraz
    jednak Winston z oczywistych względów nie mógł wykorzystać tego urządzenia do swoich celów.
    Zanurzył stalówkę w atramencie i zawahał się. Poczuł skurcz kiszek. Skreślenie pierwszego słowa
    to decydujący krok. Drobnymi, niezgrabnymi literami napisał:
    4 kwietnia 1984
    Odchylił się do tyłu. Ogarnęło go poczucie totalnej bezradności. Wcale nie był przekonany,
    czy rzeczywiście jest rok 1984. Wydawało mu się to całkiem prawdopodobne, gdyż raczej nie
    wątpił, że ma trzydzieści dziewięć lat, a wiedział, że urodził się albo w 1944, albo w 1945; jednakże
    w obecnych czasach nie dało się określić żadnej daty z większą dokładnością niż do roku lub
    dwóch.
    Dla kogo, zaczął się nagle zastanawiać, piszę ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze
    nienarodzonych pokoleń. Jego myśli wirowały przez moment wokół niepewnej daty zapisanej na
    kartce, aż naraz wyłoniło się spośród nich jedno z ulubionych pojęć nowomowy: dwójmyślenie. Po
    raz pierwszy pojął ogrom swojego przedsięwzięcia. Jak można porozumieć się z przyszłością? Jest
    to z natury rzeczy niemożliwe. Albo przyszłość okaże się podobna do teraźniejszości, a wówczas
    nie zechce go słuchać; albo okaże się całkiem inna, a wtedy Jego problemy będą dla niej zupełnie
    niezrozumiałe.

    Przez pewien czas wpatrywał się tępo w otwarty zeszyt. Z teleekranu rozbrzmiewały teraz
    przenikliwe tony marsza wojskowego. Najdziwniejsze było to, że nie tylko utracił zdolność
    formowania myśli, lecz wręcz zapomniał, co zamierzał napisać. Przez długie tygodnie szykował się
    do tej chwili i nigdy mu nie przyszło do głowy, że będzie potrzebował czegokolwiek poza odwagą.
    Samo pisanie wydawało się łatwe. Miał jedynie przelać na papier nieprzerwany, gorączkowy
    monolog, który brzęczał mu w głowie od wielu lat. Ale teraz ucichł zupełnie. W dodatku skóra na
    nodze wokół owrzodzeń zaczęła Winstona nieznośnie swędzić. Bał się podrapać, bo wówczas
    zawsze wdawała się infekcja. Mijały sekundy. Nie był świadom niczego oprócz pustej kartki,
    swędzenia nad kostką, grzmotu muzyki i lekkiego rauszu wywołanego dżinem.
    Nagle, ogarnięty panicznym strachem, zaczął pisać, tylko częściowo zdając sobie sprawę z
    tego, co notuje. Nierówne wiersze, kreślone drobnym, dziecinnym pismem, zapełniały stronę,
    gubiąc najpierw duże litery, a w końcu i znaki przestankowe.
    4 kwietnia 1984. Wczoraj wieczorem byłem w kinie. Same kroniki wojenne. Jedna
    znakomita, pokazywała bombardowanie statku z uchodźcami gdzieś na Morzu Śródziemnym.
    Widownię ubawiły najbardziej ujęcia olbrzymiego tłuściocha uciekającego wpław przed
    helikopterem, najpierw pokazywano go, jak pluszcze się w wodzie niczym morświn, potem przez
    celowniki helikoptera, a potem podziurawionego jak sito, woda wokół niego zaczerwieniła się i
    nagle zaczął iść na dno, jakby przez te dziury woda wlewała mu się do środka, widownia wyła ze
    śmiechu, kiedy tonął, potem pokazano łódź ratunkową z dziećmi, nad którą zawisł helikopter, na
    dziobie siedziała kobieta w średnim wieku, chyba żydówka, trzymając w ramionach chłopczyka,
    może trzyletniego, wył z przerażenia i chował głowę między jej piersi, jakby chciał się tam skryć
    niczym zwierzę w norze, a ona, ta kobieta, tuliła go i uspokajała, choć sama była zielona ze strachu,
    cały czas zasłaniając go rękoma, jakby mogła ochronić przed kulami, potem helikopter zrzucił na
    nich 20 kilową bombę niesamowity błysk i łódź rozpadła się w drzazgi, potem było świetne ujęcie
    dziecięcej rączki wylatującej w górę hen hen w górę helikopter z kamerą na dziobie musiał to
    filmować z rzędów dla partyjnych posypały się rzęsiste oklaski ale w części dla proli jakaś kobieta
    zaczęta się nagle awanturować i wydzierać że nie powinni tego pokazywać nie przy dzieciach że tak
    nie można nie przy dzieciach nie wolno aż w końcu policjanci musieli ją wyrzucić z sali wyrzucili
    ale pewnie nic jej się nie stanie nikogo nie obchodzi co gadają prole typowa reakcja prolki tacy
    nigdy...
    Winston przerwał pisanie, bo chwycił go skurcz w dłoni. Nie miał pojęcia, co go skłoniło do
    wypisywania podobnych bzdur. Ale stało się coś dziwnego: podczas gdy relacjonował kronikę
    filmową, zupełnie inne wydarzenie stanęło mu w pamięci, i to tak wyraźnie, że niemal poczuł się na
    siłach utrwalić je również. Uświadomił sobie, że właśnie z powodu tego wydarzenia nagle
    zdecydował się wrócić w przerwie do domu i akurat dziś rozpocząć pisanie pamiętnika.
    Do wydarzenia tego - jeśli coś tak nieuchwytnego można w ogóle nazwać wydarzeniem -
    doszło dziś rano w ministerstwie.
    Zbliżała się jedenasta zero zero i w Departamencie Archiwów, gdzie zatrudniony był
    Winston, w przygotowaniu do Dwóch Minut Nienawiści wyciągnięto już krzesła z poszczególnych
    przegród i ustawiono na środku sali naprzeciwko wielkiego teleekranu. Winston właśnie zajmował
    miejsce w jednym ze środkowych rzędów, gdy na salę weszły niespodziewanie dwie osoby. Znał je
    z widzenia, lecz nigdy nie zamienił z nimi słowa. Pierwszą z nich była dziewczyna, którą często
    mijał na korytarzu. Nie miał pojęcia, jak się nazywa, ale wiedział, że pracuje w Departamencie
    Literatury. Prawdopodobnie - ponieważ czasem widywał ją z narzędziami i z rękoma powalanymi
    smarem - była mechanikiem obsługującym jedną z maszyn piszących powieści. Wyglądała na
    zuchwałą dziewczynę, na oko dwudziestokilkuletnią, i miała gęste, ciemne włosy, piegowatą twarz
    oraz szybkie ruchy sportsmenki. Wąska czerwona szarfa, emblemat Młodzieżowej i Ligi

    Antyseksualnej, oplatała ją ciasno w pasie, uwypuklając kształtność sylwetki ukrytej pod
    kombinezonem. Winston nie cierpiał jej, nienawidził od pierwszego wejrzenia. Doskonale wiedział
    dlaczego: drażnił go zapał do pieszych wędrówek, hokeja na trawie, zimnych pryszniców i
    prawomyślność, które zdawały się z niej promieniować. Nie cierpiał wszystkich kobiet, a zwłaszcza
    młodych i ładnych. Z reguły właśnie kobiety, szczególnie te młode, były najbardziej fanatycznymi
    zwolennikami Partii, wierzącymi ślepo w budujące slogany, ochoczo szpiegującymi wszystkich
    dookoła i węszącymi najdrobniejsze przejawy nieortodoksyjności. Ta zaś sprawiała wrażenie
    bardziej niebezpiecznej od innych. Raz, kiedy mijali się na korytarzu, posłała mu z ukosa szybkie
    spojrzenie, które przewierciło go niemal na wylot i przejęło panicznym lękiem. Przyszło mu do
    głowy, że dziewczyna jest agentką Policji Myśli. Chociaż było to mało prawdopodobne, zawsze odczuwał
    dziwny niepokój, w którym strach mieszał się z wrogością, ilekroć znajdowała się w
    pobliżu.
    Drugą osobą był mężczyzna nazwiskiem O'Brien, członek Wewnętrznej Partii, piastujący
    tak ważną i wysoką funkcję, że Winston miał jedynie mgliste pojęcie, na czym ona polega. Na
    widok zbliżającego się czarnego kombinezonu członka Wewnętrznej Partii wśród osób
    zgromadzonych przy krzesłach momentalnie zapanowała cisza. O'Brien, postawny, tęgi mężczyzna
    o byczym karku i pospolitej, wyrazistej, wiecznie nasrożonej twarzy, mimo swego groźnego
    wyglądu nie pozbawiony był pewnego uroku. Sposób, w jaki poprawiał na nosie okulary, miał w
    sobie coś autentycznie rozbrajającego, a zarazem niezwykle kulturalnego. Gdyby ktoś jeszcze rozumował
    w podobnych kategoriach, gest ten przywodziłby na myśl szlachcica z osiemnastego wieku,
    częstującego znajomych tabaką. Winston widział O'Briena z dziesięć razy w ciągu tyluż lat. Coś go
    przyciągało do niego, i to nie tylko ów dziwny kontrast między uprzejmym sposobem bycia a
    wyglądem zawodowego zapaśnika. Chodziło raczej o skryte przeświadczenie - nawet nie tyle
    przeświadczenie, ile nadzieję - że polityczna ortodoksyjność O'Briena jest daleka od doskonałości.
    Coś w jego twarzy sugerowało to nieodparcie. Możliwe jednak, iż na obliczu O'Briena nie malował
    się brak ortodoksyjności, lecz po prostu inteligencja. W każdym razie sprawiał wrażenie człowieka,
    z którym można by porozmawiać, gdyby udało się oszukać teleekrany i znaleźć z nim sam na sam.
    Winston nie uczynił nigdy najmniejszej próby, by sprawdzić swoje podejrzenia; zresztą nie miał
    jak. O'Brien spojrzał na zegarek i widząc, że dochodzi jedenasta zero zero, postanowił zostać w
    Departamencie Archiwów na Dwie Minuty Nienawiści. Zajął miejsce w tym samym rzędzie co
    Winston, kilka krzeseł dalej. Między nimi siedziała drobna rudawa blondynka, która pracowała w
    przegrodzie sąsiadującej z przegrodą Winstona. Dziewczyna o ciemnych włosach usiadła
    bezpośrednio za Winstonem.
    W następnej sekundzie z wielkiego teleekranu z przodu sali popłynął ohydny zgryźliwy
    głos, przypominający warkot jakiejś potwornej nienaoliwionej maszyny, głos tak koszmarny, że
    słuchaczy bolały zęby i ciarki przechodziły im po grzbiecie. Zaczęła się Nienawiść.
    Jak zwykle, na ekran wypłynęła twarz Emmanuela Goldsteina, Wroga Ludu. Wśród
    widowni rozległy się syki. Drobna rudawa blondynka wydała pisk strachu i obrzydzenia. Goldstein,
    renegat i odstępca, niegdyś, dawno temu (jak dawno, tego nikt dokładnie nie pamiętał) był jednym
    z przywódców Partii, równym niemal samemu Wielkiemu Bratu, ale później wdał się w działalność
    kontrrewolucyjną i został skazany na karę śmierci; w tajemniczych okolicznościach udało mu się
    jednak zbiec, a następnie zniknąć. Program Dwóch Minut Nienawiści zmieniał się codziennie, lecz
    za każdym razem koncentrował się na Goldsteinie. Był głównym zdrajcą - on pierwszy skalał
    czystość Partii. Wszystkie następne zbrodnie przeciwko Partii, wszystkie zdrady, sabotaże, herezje,
    dewiacje, wywodziły się bezpośrednio z jego nauk. Wciąż knuł coraz to nowe spiski: zza morza,
    gdzie żył pod ochroną swoich zagranicznych mocodawców, albo nawet - bo krążyły i takie pogłoski
    - z ukrycia w samej Oceanii.
    Winston czuł ucisk przepony. Ilekroć widział twarz Goldsteina, targały nim sprzeczne
    emocje. Była to szczupła, żydowska twarz z niewielką kozią bródką, otoczona ogromną aureolą

    kręconych siwych włosów - bystra twarz, lecz zarazem mająca w sobie coś, co zasługiwało na
    najwyższą pogardę: jakaś starcza głupkowatość cechowała długi wąski nos, na którego końcu
    sterczały okulary. Przywodziła na myśl pysk owcy, a głos także kojarzył się z owczym bekiem.
    Goldstein wygłaszał swój zwykły jadowity atak na doktryny Partii -atak tak przesadny i
    przewrotny, że nawet dziecko powinno się na nim poznać, jednocześnie zaś na tyle przekonujący,
    aby w każdym wzbudzić lęk, iż inni, mniej rozważni słuchacze, mogą dać się nabrać. Szkalował
    Wielkiego Brata, wyszydzał dyktaturę Partii, domagał się natychmiastowego zawarcia pokoju z
    Eurazją, opowiadał się za wolnością słowa i druku, prawem do zgromadzeń, wolnością myśli,
    krzyczał histerycznie, że zdradzono rewolucję - wszystko to w szybkiej, wielozgłoskowej mowie,
    swoistej parodii stylu partyjnych mówców, a nawet zawierającej zwroty z nowomowy - w rzeczy
    samej, zawierającej więcej takich zwrotów, niż jakikolwiek członek Partii używał na co dzień. I
    przez cały ten czas, żeby nikt nie miał wątpliwości, czyim interesom mają faktycznie służyć
    zwodnicze enuncjacje Goldsteina, za jego głową maszerowały przez ekran niezliczone kolumny
    eurazjatyckich wojsk - szereg za szeregiem krzepko wyglądających żołnierzy o pozbawionych
    wyrazu azjatyckich twarzach, które podpływały do samego ekranu i nikły, a na ich miejscu
    pojawiały się następne. Głuche, miarowe dudnienie żołnierskich butów tworzyło podkład dla
    bekliwego głosu Goldsteina.
    Nienawiść nie trwała jeszcze trzydziestu sekund, gdy mimowolne okrzyki wściekłości
    wyrwały się z gardeł obecnych na sali. Nie sposób było znosić cierpliwie widoku zadowolonego z
    siebie owczego pyska i przerażającej potęgi eurazjatyckiej armii maszerującej w tle; co więcej, nie
    tylko jego widok, lecz nawet myśl o Goldsteinie automatycznie wywoływała lęk i gniew. Stanowił
    obiekt nienawiści znacznie trwalszy niż Eurazja czy Wschódazja, bo kiedy Oceania prowadziła
    wojnę z jednym mocarstwem, zwykle zawierała pokój z drugim. A najdziwniejsze było to, że choć
    darzono go taką pogardą i nienawiścią, choć codziennie po tysiąc razy - z mównic i teleekranów, w
    gazetach i książkach - zbijano, druzgotano, ośmieszano i demaskowano jego teorie jako żałosne
    brednie - wpływy Goldsteina wcale nie malały. Zawsze znajdowali się nowi naiwniacy dający się
    okpić. Niemal codziennie Policja Myśli demaskowała szpiegów i sabotażystów działających pod
    jego kierunkiem. Dowodził wielką tajną armią, podziemną organizacją spiskowców dążących za
    wszelką cenę do obalenia ustroju. Podobno zwała się Braterstwem. Chodziły też słuchy o strasznej
    księdze, kompendium wszystkich herezji, autorstwa Goldsteina, która krąży potajemnie. Była to
    książka bez tytułu. Jeśli ktoś w ogóle o niej wspomniał, nazywał ją po prostu Księgą. Ale wiedziano
    o niej tylko z niejasnych pogłosek. Zarówno Braterstwo, jak i Księga należały do tematów, których
    nie poruszał - jeśli mógł je ominąć - żaden szeregowy członek Partii
    W drugiej minucie Nienawiści zebranych ogarnął szał. Zrywali się z krzeseł i wrzeszczeli ile sił w
    płucach, żeby tylko zagłuszyć ohydne beczenie płynące z ekranu. Twarz drobnej rudawej blondynki
    nabiegła krwią, jej usta zamykały się i otwierały niczym paszcza wyrzuconej na brzeg ryby. Nawet
    tłuste policzki O'Briena pokryły się rumieńcem. Członek Wewnętrznej Partii siedział
    wyprostowany, a jego potężna klatka piersiowa unosiła się i drżała, jakby tamował nią napór
    wzburzonej fali. Ciemnowłosa dziewczyna za Winstonem zaczęła krzyczeć: „Świnia! Świnia!
    Świnia!", po czym nagle chwyciła opasły Słownik nowomowy i cisnęła nim w ekran. Trafił
    Goldsteina w nos, ale odbił się i spadł na ziemię; głos zdrajcy perorował nieubłaganie. W chwili
    opamiętania Winston zdał sobie sprawę, że krzyczy wraz z innymi i z furią bębni piętami w
    poprzeczkę krzesła. Najgorsze w Dwóch Minutach Nienawiści było nie to, iż człowiek czuł się
    zmuszony do takiego zachowania, ale że nie umiał się wręcz powstrzymać od przyłączenia do
    zbiorowego obłędu. Już po trzydziestu sekundach udawanie stawało się zbędne. Ohydna ekstaza
    strachu i mściwości, pragnienie mordu, zadawania tortur, miażdżenia kilofem twarzy płynęły przez
    całą grupę jak prąd elektryczny, przemieniając wszystkich wbrew ich woli w toczących pianę,
    rozwrzeszczanych szaleńców. Ta przemożna furia była abstrakcyjnym, nie ukierunkowanym
    uczuciem, które z łatwością skupiało się na tym lub innym celu niby płomień lampy lutowniczej.

    Zdarzało się, że nienawiść Winstona wcale nie była zwrócona przeciwko Goldsteinowi, lecz wręcz
    odwrotnie, przeciwko Wielkiemu Bratu, Partii i Policji Myśli; w takich chwilach całym sercem
    współczuł samotnemu, wyszydzanemu odszczepieńcowi na ekranie, jedynemu strażnikowi prawdy
    i rozsądku w świecie kłamstw. Lecz już w następnej sekundzie jednoczył się z otaczającym go
    tłumem i wszystko, co mówiono o Goldsteinie, traktował jak najświętszą prawdę. Jego skrywana
    nienawiść do Wielkiego Brata przeradzała się w uwielbienie: Wielki Brat jawił mu się jako
    potężny, niepokonany, nieustraszony obrońca, żelazna opoka powstrzymująca azjatyckie hordy,
    Goldstein zaś, mimo osamotnienia, bezradności oraz wątpliwości co do samego faktu jego istnienia,
    zdawał mu się złowrogim czarownikiem, zdolnym siłą głosu zburzyć fundamenty cywilizacji.
    Chwilami można było świadomie zwracać własną nienawiść w tę lub w inną stronę. Nagle,
    z gwałtownym wysiłkiem, z jakim podczas nocnego koszmaru odrywa się głowę od poduszki,
    Winstonowi udało się skierować gniew z twarzy na ekranie ku ciemnowłosej dziewczynie. Żywe,
    wspaniałe obrazy rozbłysły w jego myślach. Okłada ją gumową pałką, aż pada martwa. Przywiązuje
    do pala tak jak oprawcy świętego Sebastiana i szpikuje strzałami. Gwałci ją i w chwili orgazmu
    podrzyna jej gardło. Znacznie jaśniej niż kiedykolwiek przedtem zdał sobie sprawę, d l a c z e g o
    tak bardzo jej nienawidzi. Nienawidzi jej, ponieważ jest młoda, ładna i aseksualna, ponieważ chce z
    nią pójść do łóżka, a nigdy nie będzie mógł, ponieważ jej rozkoszną, gibką kibić, która aż się prosi,
    żeby otoczyć ją ręką, opasuje obmierzła szkarłatna szarfa, agresywny symbol wstrzemięźliwości
    płciowej.
    Nienawiść osiągnęła apogeum. Głos Goldsteina przeszedł w autentyczne beczenie i na moment
    zamiast jego twarzy pojawił się barani łeb, który wnet zastąpiła sylwetka eurazjatyckiego żołnierza.
    Zbliżał się, rosnąc w oczach, potężny i straszny, z terkoczącym pistoletem maszynowym w
    dłoniach, jakby zaraz miał wyskoczyć z ekranu, aż niektórzy siedzący w pierwszym rzędzie
    szarpnęli się ze strachu do tyłu. Lecz w tej samej chwili głębokie westchnienie ulgi wyrwało się ze
    wszystkich piersi, gdyż miejsce wrogiej sylwetki zajęła twarz Wielkiego Brata, o ciemnych włosach
    i wąsach, promieniująca potęgą i tajemniczym spokojem, tak ogromna, że wypełniła niemal cały
    ekran. Nikt nie słyszał, co mówi Wielki Brat. Lecz znać było po tonie, że to słowa pokrzepienia,
    jakie! zwykle wypowiada się w zgiełku bitwy: ich sens jest nieważny J bo przywracają otuchę przez
    sam fakt wypowiedzenia. Potem twarz Wielkiego Brata zaczęła znikać, a na jej miejsce pojawiły się
    trzy hasła Partii wypisane tłustymi wersalikami:
    WOJNA TO POKÓJ
    WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
    IGNORANCJA TO SIŁA
    Wąsate oblicze majaczyło jeszcze przez kilka sekund na ekranie, jakby tak mocno odcisnęło
    się w umysłach patrzących, iż nie mogli go od razu zapomnieć. Drobna rudawa blondynka
    wychyliła się gwałtownie ponad oparciem stojącego przed nią krzesła. Drżącym szeptem zawołała
    coś, co brzmiało jak: „Mój zbawco!" i wyciągnęła ręce w stronę ekranu. Następnie ukryła twarz w
    dłoniach. Nie ulegało wątpliwości, że przeżywa wręcz religijną ekstazę.
    W tym samym momencie wszyscy zebrani zaczęli głośno i rytmicznie skandować: „WuBe!...
    Wu-Be!". Wu-Be!" -raz po raz, bez pośpiechu, pozostawiając wyraźną przerwę między
    pierwszą zgłoską a drugą - głuche zawodzenie, tak autentycznie dzikie, że w tle niemal słyszało się
    tupot bosych stóp i łoskot tam-tamów. Trwało to dobre pół godziny. Pieśń ta rozbrzmiewała
    wówczas, gdy chciano dać upust nazbyt silnym emocjom. W pewnej mierze stanowiła pean na
    cześć mądrości i majestatu Wielkiego Brata, ale przede wszystkim był to rodzaj autohipnozy,
    świadome zagłuszanie myśli rytmicznym wrzaskiem. Winston czuł, że wywracają mu się
    wnętrzności. Choć podczas Dwóch Minut Nienawiści nie umiał się powstrzymać od udziału w
    zbiorowym szaleństwie, prymitywne wycie „Wu-Be!... Wu-Be!" zawsze przejmowało go grozą.

    Oczywiście krzyczał wraz z innymi; nie sposób było postąpić inaczej. Ukrywanie prawdziwych
    uczuć, kontrolowanie mimiki, robienie tego samego co wszyscy stało się reakcją odruchową. Ale
    właśnie wtedy, przez kilka sekund, wyraz oczu mógł zdradzać jego najskrytsze myśli. I właśnie
    wtedy nastąpiło to niezwykłe wydarzenie -jeśli rzeczywiście nastąpiło cokolwiek.
    Na chwilę skrzyżowały się spojrzenia jego i O'Briena. O'Brien akurat wstał. Zdjął okulary i
    ponownie je zakładał charakterystycznym gestem. Lecz w ułamku sekundy, kiedy ich oczy się
    spotkały, i gdy patrzyli na siebie, Winston wiedział - tak, wiedział! - że O'Brien myśli to samo co
    on. Porozumieli się wzrokiem, zupełnie jakby ich umysły otworzyły się i myśli płynęły z jednego
    do drugiego za pośrednictwem oczu. „Jestem z tobą - zdawał się mówić O'Brien. - Wiem
    doskonale, co czujesz. Wiem wszystko o twojej pogardzie, nienawiści, obrzydzeniu. Ale nie trać
    otuchy, jestem po twojej stronie!" Potem kontakt duchowy się urwał, a twarz O'Briena stała się tak
    samo nieprzenikniona jak twarze pozostałych.
    To wszystko, co zaszło; Winston już nie był nawet pewien, czy ta znacząca wymiana
    spojrzeń nastąpiła rzeczywiście. Takie sytuacje nigdy nie miały dalszego ciągu, ale przynajmniej
    podtrzymywały w nim wiarę - lub nadzieję - że Partia liczy więcej wrogów niż on jeden. Może
    pogłoski o potężnych tajnych spiskach są prawdziwe - może Braterstwo istnieje naprawdę! Bo
    mimo ciągłych aresztowań, publicznych spowiedzi i egzekucji nie sposób było wykluczyć, że
    Braterstwo to wyłącznie mistyfikacja. Winston czasem wierzył w jego istnienie, kiedy indziej znów
    nie. Nie dysponował żadnymi dowodami, swoje podejrzenia opierał na błahostkach, które mogły
    nic nie znaczyć, na strzępach zasłyszanych rozmów, zatartych gryzmołach na ścianach toalet, a raz
    - obserwując spotkanie dwóch nieznajomych - na drobnym ruchu ręki, który sprawiał wrażenie
    znaku rozpoznawczego. Była to jednak wyłącznie zabawa w zgadywankę; zresztą całkiem
    prawdopodobne, że miał po prostu zbyt bujną wyobraźnię. Wrócił do swojej przegrody, nie patrząc
    więcej na O'Briena. Nie przyszło mu do głowy, żeby po wymianie porozumiewawczych spojrzeń
    uczynić następny krok. Nawet gdyby wiedział, jak się do tego zabrać, byłoby to zbyt niebezpieczne.
    Przez sekundę lub dwie spoglądali na siebie znacząco, ale na tym musiało się zakończyć. Lecz w
    ciasnej samotności, w jakiej przyszło wszystkim wegetować, nawet tak drobny incydent był
    pamiętnym wydarzeniem.
    Winston otrząsnął się z zadumy i wyprostował na krześle. Beknął. Wypity dżin podchodził
    mu do gardła.
    Znów spojrzał na otwarty zeszyt. Stwierdził, że kiedy tak siedział pogrążony w bezradnych
    rozmyślaniach, równocześnie - jakby automatycznie - pisał. I to nie tym samym ścieśnionym,
    krzywym pismem co wcześniej. Pióro ślizgało się zmysłowo po gładkim papierze, kreśląc dużymi,
    zgrabnymi literami:
    PRECZ Z WIELKIM BRATEM
    PRECZ Z WIELKIM BRATEM
    PRECZ Z WIELKIM BRATEM
    PRECZ Z WIELKIM BRATEM
    PRECZ Z WIELKIM BRATEM
    raz za razem, raz za razem, zapełniając pół strony.
    Nie mógł opanować dreszczu trwogi. Absurdalna reakcja bo napisanie tych konkretnych
    słów nie stwarzało większego niebezpieczeństwa niż sam fakt otwarcia zeszytu; przez moment miał
    jednak ochotę wyrwać zapisane strony i w ogóle zrezygnować z prowadzenia pamiętnika.
    Nie uczynił tego, gdyż wiedział, że to nic nie da. Nie robi różnicy, czy będzie dalej pisał
    PRECZ Z WIELKIM BRATEM, czy przestanie. Nie robi różnicy, czy będzie dalej prowadził
    pamiętnik, czy zrezygnuje. Policja Myśli i tak go dopadnie. Popełnił - i popełniłby nawet wówczas,

    gdyby nie napisał ani słowa - zasadniczą zbrodnię, z której brały się wszystkie pozostałe.
    Myślozbrodnię. Myślozbrodni nie da się ukrywać wiecznie. Przez pewien czas, nawet przez lata,
    winowajca może unikać kary, ale prędzej czy później musi mu się powinąć noga.
    Aresztowania następowały nocą - zawsze nocą. Nagłe wyrwanie ze snu, brutalna dłoń
    szarpiąca cię za ramię, oślepiający blask latarki, wokół łóżka krąg surowych twarzy. Na ogół nie
    było procesów, żadnych komunikatów o aresztowaniu. Ludzie po prostu znikali - zawsze nocą.
    Twoje nazwisko usuwano z ksiąg metrykalnych, wymazywano każdy ślad tego, co robiłeś w życiu,
    twoje krótkie istnienie zostawało zdementowane i zapomniane. Likwidowano cię, unicestwiano;
    mówiono o tobie, że zostałeś ewaporowany.
    Na moment ogarnęła go histeria. Zaczął czym prędzej pokrywać kartkę niechlujnymi
    bazgrołami:
    zastrzelą mnie co z tego strzelą mi w tył głowy co z tego precz z wielkim bratem zawsze strzelają w
    tył głowy co z tego precz z wielkim bratem...
    Trochę zawstydzony, odchylił się do tyłu i odłożył pióro. W następnej chwili podskoczył
    gwałtownie na krześle. Ktoś stukał do drzwi.
    Tak szybko! Siedział cicho jak mysz, w daremnej nadziei, że stukanie się nie powtórzy. Ale
    nie, rozległo się ponownie. Zwlekając, mógł tylko pogorszyć sytuację. Serce waliło mu jak młotem,
    lecz jego twarz, na skutek wieloletniego przyzwyczajenia, była pozbawiona wszelkiego wyrazu.
    Podniósł się i ciężkim krokiem ruszył w stronę drzwi."

    https://stopsyjonizmowi.files.wordpress.com/2012/09/rok-1984-george-orwell.pdf
    pokaż całość

  •  

    Jednym z moich ulubionych odcinków #startrek Enterprise, jest ten zatytułowany "Carbon Creek" (sezon 2 odcinek drugi) - trójka wolkan rozbija się na ziemi w latach 50 XX wieku. Klimat opowieści jest świetny, brak ideologicznego przynudzania a mimo wszystko porusza masę ważnych tematów. No i Jolene ( ͡° ͜ʖ ͡°) Jak tu jej nie lubić ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #sciencefiction #scifi pokaż całość

  •  

    Taka tam ciekawostka znaleziona gdzieś w bezmiarze danych na laptopie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    pokaż spoiler gwiezdna droga do tatusiów i mamusiów


    #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #kosmos #scifi #sciencefiction

    źródło: pyramids.jpg

  •  

    Jedna z dwóch sag, obok Wiedźmina, którą z przyjemnością czytam po kilka razy.
    Jak ktoś nie miał przyjemności to gorąco polecam!
    #ksiazki #diuna #scifi #fantasy

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Three years. I promise. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    #film #scifi

  •  

    #ciekawostki #technika i nwm, #gownowpis #scifi

    sferyczna konstrukcja o strukturze tzw. sfery geodezyjnej i średnicy rzędu mili, kilometra miałaby znikomą masę w porównaniu do masy zamkniętego w niej powietrza, co przy nawet przy ogrzaniu go nieznacznie względem temperatury otoczenia dałoby wielką wyporność.

    ogólnie, pomijając koszt i zupełny brak praktycznej potrzeby, wizje latających miast bynajmniej nie są kompletnie nie do zrealizowania technicznie.

    pic rel to Cloud Nine, taka właśnie koncepcja Buckminstera Fullera
    pokaż całość

  •  

    2 998 - 1 = 2 997

    Tytuł: Idealny Stan
    Autor: Brandon Sanderson
    Gatunek: sci-fi
    ★★★★★★★★☆☆

    Krótka historia na temat miłości - tak w skrócie oczywiście. W trakcie czytania miałem nieodparte wrażenie że czytam Sandersonowską wersję "Matrixa" :P Fani "Latarnika" powinni być zadowoleni bo to bardziej jak nowela niż książka. Mimo długości, historia daje radę. Polecam.

    #brandonsanderson #idealnystan #ebook #ksiazka #czytajzwykopem #scifi

    #bookmeter

    Wpis został dodany za pomocą skryptu do odejmowania

    pokaż spoiler Dzięki niemu unika się błędów w działaniach
    Pobierany jest zawsze ostatni wynik
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

    •  

      @ialath: Jakby co to na stronie Sandersona masz dodatkowy rozdział, który nie znalazł się w książce, ale jest kanoniczny. Polskie tłumaczenie do znalezienia na drogakrolow.pl

      +: ialath
  •  

    3 000 - 1 = 2 999

    Tytuł: Calamity
    Autor: Brandon Sanderson
    Gatunek: sci-fi
    ★★★★★★★★☆☆

    Wieńczenie trylogii "Mściciele" jak zwykle, Sanderson - wirtuoz pióra, przeprowadził w sposób zaskakujący... choć wcale się tak nie wydawało. Trzecia część nie trzymała mnie w napięciu tak jak poprzednie dwie za wyjątkiem tego co Sanderson odwalił na końcu. To było piękne i satysfakcjonujące. Polecam całą trylogię... Koniecznie!!!

    #brandonsanderson #calamity #msciciele #ebook #ksiazka #czytajzwykopem #scifi

    #bookmeter

    Wpis został dodany za pomocą skryptu do odejmowania

    pokaż spoiler Dzięki niemu unika się błędów w działaniach
    Pobierany jest zawsze ostatni wynik
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Mocny tekst jak na rok 1898 (Herbert George Wells, Wojna światów):

    Bo, widzi pan, tamci wszyscy, co żyli w tym domkach, te przeklęte kupczyki nawykłe do łatwego życia, byliby do niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych snów, bez wzniosłych porywów. A człowiek bez tego to zwykły tchórz, to szmata. Umieli tylko spieszyć się codziennie do pracy. Widziałem ich setkami, jak z drugim śniadaniem w garści gonili jak wściekli do pociągu, aby tylko nie spóźnić się, tylko jak najwcześniej otworzyć te swoje marne sklepiki i ciułać te swoje głupie groszaki. Widziałem, jak potem gonili do domu, żeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń Boże, nie jeść chłodnej zupy; jak siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóżek ze swoimi żonami, nie dlatego, że je kochali, ale dlatego, że było to wygodne i nie komplikowało ich nędznej wegetacji. W powszednie dni ubezpieczali się ze strachu przed jakimś wypadkiem na tym świecie, a w niedziele - ze strachu przed życiem pozagrobowym. Tak jakby piekło było dla królików! Dla nich Marsjanie jak z nieba spadli. Wygodne klatki, zdrowy pokarm, troskliwa opieka, żadnych zmartwień. Jak pobiegają z tydzień, dwa po polach z pustymi brzuchami, sami przyjdą, żeby dać się złapać. I będą uszczęśliwieni. Dziwić się będą, jak ludzie mogli żyć, zanim Marsjanie nie zaczęli się o nich troszczyć. A te różne darmozjady, franty i oczajdusze, już ich widz. Już widzę - mówił z posępnym zadowoleniem - jacy się robią czuli, jacy nabożni. Choć przejrzałem dopiero w ostatnich dniach, dużo już zdążyłem zobaczyć. Wielu tłustych a głupich nie będzie się martwić o nic. Inni poczują, że nie wszystko jest w porządku, że trzeba zacząć działać. A kiedy sprawy tak się układają, że ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują taką religię, co zabrania wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie się woli Stwórcy! Pan zresztą także widział na pewno to samo - zupełnie jakby strach zmiótł całą energię. Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii. A inni, nie tacy prostacy może, jak to się mówi, zaczną się gzić... Przerwał. - Bardzo możliwe, że Marsjanie będą mieli swoich ulubieńców; wyuczą ich sztuczek, kto wie? Będą rozczulać się nad kochanym chłoptysiem, że już utył i że trzeba go zarżnąć. A niektórych nauczą polować na nas.

    #ksiazki #scifi #ciekawostki #cytaty #polska #spoleczenstwo
    pokaż całość

    źródło: so_true.jpg

  •  

    3 008 - 1 = 3 007

    Tytuł: Problem trzech ciał
    Autor: Liu Cixin
    Gatunek: sci-fi
    ★★★★★★★★★☆

    Jak zwykle nie chcę spoilerować ale takiego sci-fi dawno nie czytałem... zresztą zawsze się tam trochę spoileruje :P No więc, autor przedstawia inne spojrzenie bardzo popularnego motywu w hollywodzkich filmach :D Bohaterowie przemyślani, ich reakcje nietypowe, a sama historia mnie rozwaliła tak że musiałem chodzić po pokoju i spróbować się pozbierać. Polecam bo autor rozbudził moją ciekawość na kolejne tomy.

    #liucixin #problemtrzechcial #threebodyproblem #ebook #czytajzwykopem #scifi #ksiazka

    #bookmeter

    Wpis został dodany za pomocą skryptu do odejmowania

    pokaż spoiler Dzięki niemu unika się błędów w działaniach
    Pobierany jest zawsze ostatni wynik
    pokaż całość

    źródło: i.imgur.com

  •  

    Dzisiaj jest nudna niedziela, więc czas polecić wam jakieś filmy, abyście nie umarli z nudów, a ja po napisaniu wpisu wracam do "Death Race".

    "The Perfect Host" - mówiłem to już setki razy, ale powtórzę, ponieważ ludzie nadal to robią. NIE OGLĄDAJCIE TRAILERA TEGO FILMU, ponieważ zbyt wiele zdradza, a to jest tak dobry thriller, że nie warto psuć sobie zabawy zwiastunem.
    Zapomniałem wspomnieć, że to pozycja obowiązkowa dla fanów "Split".

    "Captain Fantastic" - piękny, a zarazem smutny film, w którym się zakochałem. Jeśli ktoś ma ochotę na dramat, to musicie wziąć ten obraz.

    "La isla mínima" - jeśli jesteście fanem serialu "Detektyw", to musicie obejrzeć to dzieło.
    Może nie dorównuje serialowi, ale mimo wszystko to solidny kawał kina.

    "Victoria" - jeśli kochacie kino artystyczne, to musicie zapoznać się z tym tytułem, ponieważ nie dosyć, że nakręcono go na jednym ujęciu, to do tego scenariusz miał tylko 12 stron, więc 90% scen jest improwizowanych.

    "Synchronicity" - jest to bardzo powolne i minimalistyczne kino syfy, więc ta pozycja jest tylko dla nielicznych, ale jeśli dacie jej szansę, to was nie zawiedzie - chyba.
    Jeśli chcecie coś z większą ilością akcji, to wejście "Coherence".

    "The Autopsy of Jane Doe" - jest to najlepszy horror poprzedniego roku, więc jeśli jeszcze go nie obejrzeliście, to musicie to jak najszybciej nadrobić.
    Jeśli chcecie coś równie klimatycznego, to warto spojrzeć na "Sweet, Sweet Lonely Girl".

    "Central Intelligence" - jeśli potrzebujecie komedii prostej jak budowa cepa, to ten obraz was nie zawiedzie.

    Jeśli chcecie coś innego, to przeglądnijcie mój tag #filmowyjanusz lub po prostu do mnie napiszcie, a wam pomogę, ponieważ lubię to robić.

    PS Możecie dać plusa, jeśli skorzystacie z moich propozycji, ale to nie jest wymagane (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
    PPS W odnośnikach są moje recenzje, więc jeśli nie chcecie mi nabić wyświetleń, które wymienię na żetony, to nie klikajcie w nie.

    #film #scifi #thriller #filmnawieczor
    pokaż całość

  •  

    Wymagało to sporo czasu i pieniędzy, ale w końcu jest - pełen zestaw siedmiu "grubych" powieści Stephensona w twardych oprawach wydawnictwa MAG. Perła mojej kolekcji. (。◕‿‿◕。)

    #ksiazki #scifi #bogactwokuhwa

    źródło: stephie.jpg

  •  

    #mikroreklama
    Kolejne piękne opracowanie tematu od Isaac Arthur.
    Tym razem na tapetę zostały wybrane Pola Siłowe

    Jest to jedno z zagadnień fantastyki naukowej które naukowcy usiłują wcielić w życie i to z pewnymi rezultatami.
    Czym są pola siłowe? Jaka może być ich charakterystyka? Jak mogą działać? Jak mogą być wykorzystane?

    Przy okazji z czystym sumieniem polecam kanał Isaaca Artura:
    https://www.youtube.com/channel/UCZFipeZtQM5CKUjx6grh54g

    Jakie materiały można tam znaleźć?
    - o paradoksie Fermiego
    - cywilizacjach na końcu istnienia naszego wszechświata
    - megastrukturach Dysona
    - o pierścieniach orbitalnych i kosmicznych windach
    - o kosmicznych "hakach" (całkiem szalony ale i ciekawy koncept naukowy)
    - kontroli nad pogodą
    - cyborgach
    - charakterze wojen w przestrzeni kosmicznej
    - potencjalnym pierwszym kontakcie z obcymi cywilizacjami
    ... i wiele wiele innych.

    #ciekawostki #nauka #hechnologia #scifi
    pokaż całość

    źródło: cdn.myseries.tv

  •  

    #scifi #art #kosmos [ artysta: Denise Watt-Geiger obraz 1979r. ]

    pokaż spoiler Pozdrawiam tych co za mną tęsknili...


    pokaż spoiler ... czyli pewnie nikogo ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    Tak czy inaczej wyjaśnić chcę czemu ostatnio nie wrzucałem ładnych artów...


    pokaż spoiler ...robotą zawalony jestem... i dalej będę w najbliższym czasie :p
    pokaż całość

  •  

    Wczoraj minęło 20 lat od premiery jednego z najlepszych seriali #scifi, pierwszy odcinek obejrzałem na tvn krótko po tym jak wystartowało(z tego co pamiętam) ( ͡º ͜ʖ͡º)
    #seriale #stargate #nostalgia

    źródło: comettv.com

  •  

    Trochę przesadzili z tym kodem qr, weź to teraz skanuj...
    #scifi #pasjonaciubogiegozartu

  •  

    Nowy zwiastun Star Trek Discovery. Wygląda, że to będzie reboot abramsowego reboota.

    A idź Pan w ...

    #startrek #scifi #seriale #netflix

    źródło: youtube.com

    •  

      @adam2a:
      Dziwne to ale przyjmę jak swoje. Chyba. Jak nie spaprają klingonów.

    •  

      serial ma się chronologicznie dziać pomiędzy Enterprise a TOS. Z Abramsowym nic nie może (przynajmniej na tą chwilę) mieć wspólnego po J.J.Abrams stworzył serial w nowym uniwersum do które ze starym było spiętej poprzez czarną dziurę przez którą przeleciał Spock

      @iron_fox2: Piszesz, jakby serio logika fabularna miała tutaj jakiekolwiek znaczenie. Tutaj masz świetne podsumowanie plotek i przecieków na temat tego co się dzieje za kulisami: pokaż całość

      źródło: youtube.com

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Nowy serial #stargate! Link Prequel do SG-1 opowiadający o Catherine Langford. #seriale #scifi #sf #mikroreklama

  •  

    #mikroreklama

    Cywilizacje Na Końcu Czasu: Stalowe Gwiazdy
    Idealny materiał na wieczór. Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?
    Rozważania nad cywilizacją człowieka. Jej charakterem istnienia w odległej przyszłości. Wykorzystaniem dostępnych źródeł energii oraz... nad czasem i jego postrzeganiem.

    #ciekawostki #scifi #filozofia #nauka #kosmos
    pokaż całość

    •  

      @FlaszGordon: Widzialem chyba wszystkie filmy na tym kanale i ciagle mi malo. Gosc jest genialny, fajnie, ze zdobywa coraz wieksza popularnosc.

    •  

      @FlaszGordon Chyba nadużywasz słowa "cel", który z definicji ma być efektem świadomie podjętego planu. Oczywiście są wyjątki, ale kolektywy raczej nie podejmują tych efektów, które nazwałeś planami, celowo, to są raczej efekty, wypadkowa indywidualnych celów i planów członków kolektywu a nie cele same w sobie. Niby semantyka, ale to rozróżnienie wydaje mi się dość istotne. BTW siema #filozofia, jestem tu nowy (ʘ‿ʘ) pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Tak jak uwielbiam "Kontakt", tak samo darzę estymą "Karmazynowy przypływ".

    Ktoś też tak ma?

    #scifi #gimbynieznajo #film

  •  

    Nowy film krótkometrażowy studia Neila Blomkampa bazuje na dobrze znanych w kinie science-fiction schematach. Ani na chwilę nie próbuje wyjść poza bezpieczną strefę, by zaskoczyć czymś widza. Mamy więc dwoje ocalałych i monstrum czające się gdzieś w ciemnościach. Monstrum chce ich zabić, a oni chcą przeżyć. Widzieliśmy to przecież już wiele razy. Mimo sztampowej fabuły rodem z filmów klasy B, w ostatecznym rozrachunku zdecydowanie więcej tutaj pozytywów. Film trzyma w napięciu, chciałem, by główna bohaterka przeżyła. Zdecydowanie na plus także design potwora, który jest w moim mniemaniu świetny, tak samo zresztą jak same efekty specjalne. Dajcie mu szansę, bo to 20 minut darmowej rozrywki. Tylko zgaście światła na czas seansu.

    Fani gry Dead Space poczują się jak w domu.(ʘ‿ʘ)

    A co wy myślicie? Jakby nie patrzeć, to studio Oats wprowadza do świata krótkometrażówek nowa jakość. Przynajmniej jeśli chodzi o efekty specjalne.

    #kochamsf #sciencefiction #scifi #film #filmkrotkometrazowy
    pokaż całość

    źródło: youtu.be

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #scifi

0:0,0:1,0:2,0:1,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:2,1:0,1:0