•  

    Dennis Rader chyba ze swoją córką na rodzinnej fotografii

    “As you can see Wichita is located in the center of this Great Country of Ours and that means quite simply – we have him surrounded”

    Kim jest Dennis Rader? Mąż, ojciec dwójki dzieci, wzorowy obywatel, opiekun skautów, od niedawna urzędnik miejski, który ciężko pracuje. Rader jest chodzącą enigmą, a może inaczej - jest jak mentalny kameleon, który potrafi ukazywać się ludziom w różnym świetle. Nic tak naprawdę o nim nie wiemy, oprócz tego, że jest niesłychanie inteligentny i zły. W jego dzieciństwie nie było molestowania seksualnego, co jest ważnym wyznacznikiem dla psychologów. Ponoć torturował zwierzęta, ale to są jego zeznania, więc nie warto w nie wierzyć, bo jest patologicznym kłamcą. Całe jego życie było skoncentrowane wokół zabijania. Przez czternaście lat pracował w firmie, którą montowała alarmy antywłamaniowe w domach. Dennis poznawał rozkład domów na przedmieściach, a pamiętajcie, że większość tych przybytków była wtedy budowana w podobny sposób (korytarze, piwnica, pokoje – słynne amerykańskie przedmieścia kopiuj-wklej). Rader specjalnie używał skomplikowanych węzłów, żeby zmylić policję (zawęzić liczbę podejrzanych; marynarz, alpinista, żeglarz), popełniał również błędy ortograficzne i stylistyczne w listach. Zmieniał ubrania przed morderstwem. Czytał naukową prasę z zakresu kryminalistyki (również metod laboratoryjnych), zwłaszcza o seryjnych mordercach. Woził ze sobą torbę „hit kit” (urocze), w której miał sznurki, taśmę, nóż i pistolet. Przeważnie ucinał kabel telefoniczny i rozbrajał alarm. Czasem czekał z bronią na kobiety i mówił im tylko, że chce je związać, bo ma takie fantazje, a nie może ich urzeczywistnić. Rader nazywał swoje ofiary „projektami” (nawiązanie do Paula Spectora – jest mnóstwo tych podobieństw); śledził je, poznawał ich codzienną rutynę, przygotowywał się, to wszystko mogło trwać nawet latami. Największym atutem BTK była cierpliwość, bo w większej mierze seryjni mordercy działają impulsywnie, a jeżeli dodamy do tego komponent seksualny, to bardzo często nie kontrolują samych siebie (John Wayne Gacy, Jeffrey Dahmer). U Dennisa komponent seksualny gra ogromną rolę, ale jest też coś innego o czym zazwyczaj się nie mówi w jego sprawie. BTK to jeden z najlepszych przekładów na drapieżnika (obok Richarda Kuklinskiego zwanego Ice Man). On po prostu lubi zabijać, a konsekwencje takie jak śledztwo, potencjalne dowody, są dla niego rozrywką i możliwością pokazania zwykłym ludziom przewagi, jaką ma nad nimi wszystkimi. Lepiej posłużymy się jakimś dantejskim porównaniem. Dennis Rader, to demon z niższych kręgów piekieł, który bez problemu potrafi odnaleźć się w zabawnej (prawdopodobnie dla niego) rzeczywistości, gdzie te proste ssaki myślą, że mam pracę, rodzinę i te wszystkie śmiesznostki, to jestem jednym z nich. BTK prowadził dziennik, rysował swoje ofiary, robił im zdjęcia w różnych pozach, zabierał im dokumenty i być może nagrywał na dyktafonie morderstwa. „Zrzucał winę” na tajemniczy „Factor X”, który ponoć miał kontrolować jego poczynaniami. Istnieje dziwna teoria (mało prawdopodobna), która mówi, że to wszystko (dzienniki, wiązanie samego siebie, duchowe pierdoły i teorie itd.), to tylko zasłona dymna w szerszym planie BTK. Rader podług tej myśli miał dać się złapać (trzeba przyznać, że zaufanie policji w sprawie z dyskietką było głupie albo dla niektórych podejrzane), ponieważ nie groziła mu kara śmierci (wprowadzona dopiero w 1994 roku w Wichita), a chciał zacementować swoją pozycję w panteonie seryjnych morderców i przy okazji pokazać się od niestabilnej mentalnej strony, którą mógłby ograć jako okoliczność łagodzącą. Podczas aresztowania Rader miał spokojnie wyjść z samochodu, spojrzeć głęboko w oczy porucznika i powiedzieć „Hello Mr. Landwehr”. BTK gnije teraz w stanowym więzieniu w Kansas. Ken Landwehr zmarł na raka nerki w wieku 59 lat – zaraz po przejściu na emeryturę.

    Kiedyś z tekstu o BTK

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #seryjnimordercy #historiajednejfotografii #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: 1.jpg

  •  

    Jeden z największych seryjnych morderców w Polsce. Przyznał się do zabicia z zimna krwią około 500 dzieci w wieku co najmniej -9 miesięcy. Trynkiewicz, Knychała i Marchwicki zebrani łącznie nie mogliby marzyć o jego wyniku.

    Po zakończeniu morderczego procederu nigdy nie poniósł odpowiedzialności. Za wszystkie czyny przeprosił. Obecnie jest autorytetem moralnym środowisk prawicowo-katolickich.

    #polska #4konserwy #neuropa #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: 1556718922174.jpg

  •  

    Gdyby w latach 60. był Wykop, Karol Kot udzielałby się i żalił na tagach #przegryw #p0lka i innych pokroju #plecmadra ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #kryminalne #kryminalistyka #seryjnimordercy #gownowpis #ksiazki pokaż całość

    źródło: karolkot.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisami zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które udało mi się wyszukać.

    • • •

    ZBIGNIEW B., rocznik '59

    W nocy z 4 na 5 listopada 1982 r. we wsi Łążek (woj. wielkopolskie) B. zaatakował Bogusławę A.* 23-latek uderzył kobietę, ogłuszoną wciągnął do samochodu i zgwałcił. Po tym zacisnął na jej szyi skórzany pasek i łamiąc kość gnykową oraz chrząstkę tarczowatą, doprowadził do śmierci dziewczyny.

    Jako sprawca tej zbrodni nie został wykryty, jednak Zbigniew B. nie cieszył się zbyt długo wolnością. W styczniu 1984 r. trafił do więzienia za kradzież z włamaniem (wtedy art. 208 kk.). Nie był to jego pierwszy wyrok, a popełnione przestępstwo zaliczało się już do recydywy.

    B. zakład karny opuścił w czerwcu 1985 r., a już po około trzech miesiącach dokonał kolejnej napaści. Nocą z 26 na 27 września w lesie pod Gliwicami rzucił się na Stanisławę B.* Przewrócił ją na ziemię, uderzył twardym przedmiotem w głowę, zaciągnął w pobliskie krzewy i zgwałcił. Wciąż żywej kobiecie zacisnął na szyi skarpetę, a gdy konała w agonii, ponownie odbył z nią stosunek.

    Gdy i tym razem udało mu się uniknąć odpowiedzialności karnej, Zbigniew B. zaatakował ponownie. 28 maja 1986 r. przy drodze wiodącej z Kąkolewa do Leszna (woj. wielkopolskie) co najmniej czterokrotnie uderzył metalowym prętem w głowę Katarzyny T.* Gdy z powodu obrażeń czaszki kobieta konała, B. dwukrotnie ją zgwałcił. Wciąż żywą dusił przewodem elektrycznym, po czym za pomocą spodni powiesił na drzewie i okradł. Ściągnął z jej uszu złote kolczyki, zabrał trzy pierścionki i obrączkę, sweter, portmonetkę z zawartością 2.000 złotych (na dzisiejsze to około 170 zł) oraz torbę, w której znajdowały się m.in. dwie pary rajstop, kosmetyki, zapalniczka, paczka kawy i książki. Łączna wartość skradzionych przedmiotów to 78.520 zł, czyli ok. 6.700 zł w przeliczeniu na dzisiejsze.

    . . .

    Zbigniew B. został zatrzymany 23 czerwca 1986 r. Niestety, nie udało mi się zdobyć informacji ani o okolicznościach aresztowania, ani o przebiegu późniejszego procesu.

    Mężczyzna został uznany za winnego zamordowania wszystkich trzech kobiet oraz okradzenia Katarzyny T., do którego doszło w ciągu roku i dwóch miesięcy od odbycia kary za inny rabunek, tym samym był to czyn dokonany w recydywie. Morderca za każdą z ofiar został skazany na karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych na zawsze. Kary tej nie przeprowadzono przed 1989 r., gdy weszło moratorium na jej wykonywanie.

    21 maja 1992 r. Sąd Wojewódzki w Poznaniu zmienił wyrok Zbigniewa B. na 25 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    B. opuścił więzienie 22 czerwca 2011 r. i zamieszkał pod rodzinną miejscowością Wschowa, we wsi Osowa Sień (woj. lubuskie). Aktualnie ma 60 lat.

    . . .

    *te imiona wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Zapraszam także na mój drugi tag polskiepato, gdzie przedstawiam sprawy kryminalne z Polski.

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć, bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Poznaniu.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #seryjnimordercy #wschowa #osowasien #lazek #gliwice #kakolewo #leszno
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Ciekawy fragment rozmowy o seryjnym zabójcy z Krakowa Karolu Kocie:

    Danuta zaprowadziła Karola do dr Półtawskiej, psychiatry, dzisiaj bardziej znanej jako przyjaciółka Jana Pawła II i działaczka pro-life. Doktor stwierdziła, że Kot jest „nałogowym onanistą”, i przepisała mu witaminę B complex. Co po latach powiedziała ci o sprawie?

    Nie chciała ze mną rozmawiać, zdenerwowała się. Kategorycznie stwierdziła, że nie chce, aby przy tej sprawie pojawiało się jej nazwisko. Pytała, skąd o niej wiem. Gdy powiedziałem, że z akt, odparła: takie akta niech pan do pieca wsadzi. W 1967 r., podczas procesu, dostawała wezwania do sądu jako świadek. Nie przychodziła, wyjechała nawet z Krakowa. Wtedy myślenie sądu było inne: jeden świadek w tę czy w tamtą nie robi różnicy. Zresztą jej zeznania niewiele wnosiły do sprawy.

    Myślisz, że dr Półtawska czuje się winna i dlatego unika rozmów?

    Uważam, że to jej porażka jako lekarza psychiatry. Kiedy się jest specjalistą, pewne rzeczy trzeba potrafić rozpoznać. Jej spostrzeżenia jako psychiatry były zadziwiające: najistotniejszą rzeczą było to, że on się onanizuje. Całej reszty nie zobaczyła. Mam wrażenie, że Wanda Półtawska przez pryzmat swojej wiary i przekonań ma spaczone spojrzenie. Dożyliśmy czasów, w których lekarz ginekolog może powiedzieć, że ma klauzulę sumienia. Nie liczy się przysięga Hipokratesa, tylko przekonania religijne. I o ile musimy akceptować to, że ginekolog odmawia przepisania tabletki „dzień po”, o tyle kwestia wiary u psychiatry wydaje się bezsensem. Krótka rozmowa z dr Półtawską skończyła się jej stwierdzeniem, że miała inną diagnozę. Nie wiem jaką, bo nie chciała powiedzieć. Pewnie uznała, że Karol był opętany.

    https://wiadomosci.onet.pl/kraj/karol-kot-historia-wampira-z-krakowa/y6389sw

    #polska #psychiatria #seryjnimordercy #religia #bekazkatoli #4konserwy #neuropa #ciekawostki
    pokaż całość

    •  

      @Takiseprzecietniak: u nas ta klauzula zwykle wygląda tak, że jak jesteś kobietą i pójdziesz do ginekologa na NFZ to on Ci nie zapisze ani pół pigułki, bo on podpisał "klauzulę", pójdziesz do tego samego lekarza prywatnie, nie ma już najmniejszego problemu zapisze takie pigułki jakie tylko chcesz, a jak odpowiednio dobrze zapłacisz to nawet i aborcję porządną przeprowadzi.

  •  

    Lutowa lektura odbyta( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #kryminalne #kryminalistyka #seryjnimordercy

    źródło: InShot_20190302_131603641.jpg

    +: K.........r, lubie-sernik +8 innych
  •  
    E..a

    +12

    Dom, który zbudował Jack (2018)
    Szczerze mówiąc sama nie wiem jak ten film skomentować, gdyż ciągle zbieram zęby z podłogi. Tak realistycznie zrobionego filmu, bez cięć w momentach morderstw chyba nigdy nie widziałam... Chciałabym dać 9/10 ale zastanawiam się czy to dobrze świadczy o mojej psychice? Rewelacja, dla fanów #kryminalistyka #kryminalne #seryjnimordercy pozycja zdecydowanie do polecenia. Z resztą, Lars von Trier.. kto zna ten pojmie :)
    #film #filmy #ogladajzwykopem
    pokaż całość

  •  

    #kryminalne Mirki i Mirabelki, patrzcie co jest w Biedrze za 24,99! (ʘ‿ʘ) #ksiazki #karolkot #seryjnimordercy

    źródło: 52605472_400991217329128_5649185937721131008_n.jpg

  •  

    @GutekFilm: Wywiad z Larsem von Trierem polecamy wywiad z Larsem von Trierem, zrealizowany przez Filmawkę.

    Szczery, spokojny wywiad z jednym z najbardziej kontrowersyjnych współczesnych reżyserów. Nie tylko o najnowszym filmie „Dom, który zbudował Jack", ale także o zmaganiach z depresją, poszukiwaniu seksualności i odniesieniach do kultury.

    #kino #film #filmy #larsvontrier #kinoeuropejskie #domktoryzbudowaljack #seryjnimordercy #wywiad
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    KRZYSZTOF ROGUS, rocznik '89
    DAWID PĘDZIK, rocznik '84

    Krzysztof Rogus już jako nastolatek trafił do schroniska dla nieletnich za usiłowanie zabójstwa i dotkliwe pobicie starszej kobiety. Lekko upośledzony i zdemoralizowany chłopak pracował jako stolarz, chociaż ukończył tylko szkołę podstawową, w przeciwieństwie do swojego o pięć lat starszego kolegi Dawida. Pędzik z zawodu był kucharzem, a w swoim 24-letnim życiu był już dwunastokrotnie sądownie karany — za popełnienie przestępstw przeciwko mieniu, bezpieczeństwu w komunikacji i ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii.

    Mężczyźni (zdjęcie) mieszkali w małej podkarpackiej wsi Siedliska-Bogusz. 13 lutego 2009 r. 19-letni Rogus w towarzystwie Pędzika odwiedził męża swojej starszej siostry. 33-letniemu Krzysztofowi Kurczowi w małżeństwie nie układało się najlepiej, dlatego też zażądał rozwodu, a żona wraz z dziećmi wyprowadziła się z ich wspólnego domu na obrzeżach wsi. Tam też tego zimowego dnia pili wódkę. Młodsi mężczyźni już wcześniej uzgodnili między sobą, że zabiją i okradną Kurcza dlatego, gdy już pijany przysypiał na krześle, przystąpili do ataku. Pędzik uderzył go dwukrotnie trzykilogramowym metalowym młotkiem w część ciemieniową głowy, po czym Rogus włączył piłę motorową i przeciął mu kark, prawie ucinając głowę.

    Popatrz, jaką mu zrobiłem ranę!

    — krzyknął do kolegi, po czym wyciągnął martwemu szwagrowi 100 zł z kieszeni.

    Mieszkanie spłynęło krwią. Pędzik spalił swoje zakrwawione buty w piecu, po czym obaj udali się nad rzekę. Gdy narzędzia zbrodni zniknęły pod wodą, poszli do sklepu, a z zakupionym za skradzione pieniądze alkoholem wrócili do domu Krzysztofa Kurcza. Martwego gospodarza przykryli kołdrą, by podczas picia wódki nie musieć patrzeć na jego zmasakrowane zwłoki. Mężczyźni imprezowali tam jeszcze przez kilka dni, a telefony od zmartwionej matki Kurcza odbierał Rogus i zapewniał kobietę, że u jej syna wszystko w porządku.

    Gdy po trzech dniach skończyły im się pieniądze oraz wódka, udali się do sąsiedniego domu, gdzie mieszkała 75-letnia Aniela Kurcz — ciotka zamordowanego Krzysztofa.

    Gdy weszliśmy do domu, zasłoniłem okna, żeby nikt nic nie widział

    — opowiadał później przed sądem Pędzik.

    Mężczyźni grozili staruszce siekierą i nożem oraz dotkliwie ją pobili. Kobieta miała złamany nos z przemieszczeniem, złamane żebro oraz pękniętą ścianę żołądka. Obolałą kobietę Rogus uderzył otwartą dłonią w twarz, zdjął majtki, pociągnął za nogi, a gdy z krzesła upadła plecami na podłogę, Pędzik przytrzymał jej nogi, a Rogus zgwałcił. Po tym jeden z oprawców zaczął okładać ją obuchem siekiery po głowie, powodując jej zgon. Z mieszkania zabrali 2,5 tys. zł i udali się do sklepu po alkohol.

    Już następnego dnia, 17 lutego zapukali do drzwi 79-letniej Zofii N. Poprosili kobietę o wodę, twierdząc, że wyczerpała się w chłodnicy ich auta. Gdy zorientowali się, że jest sama, wtargnęli do domu i grożąc nożem, zażądali wydania pieniędzy. Staruszka oddała im tysiąc złotych, jednak sprawcy nie chcieli uwierzyć, że to wszystkie oszczędności, które posiadała, dlatego związali ją sznurem oraz kablem elektrycznym. N. nie miała więcej gotówki, a nieusatysfakcjonowani mężczyźni, ze strachu przed wydaniem ich policji, postanowili zabić staruszkę. Rogus nakrył jej głowę swetrem, a Pędzik dwukrotnie uderzył obuchem siekiery w głowę. Po wszystkim udali się do sklepu po alkohol.

    . . .

    18 lutego sąsiadka jednej z zamordowanych kobiet razem z pracownicą pomocy społecznej odkryły zwłoki. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Policjanci interweniujący w związku z tym zgłoszeniem dowiedzieli się od pobliskich mieszkańców, że od kilku dni nie widzieli także mieszkającego obok Krzysztofa Kurcza. Mundurowi zapukali do domu mężczyzny, a gdy nie było odpowiedzi nawet na uderzenia w okna, postanowili wyważyć drzwi i wejść do środka.

    Rogus i Pędzik zostali zatrzymani już pięć godzin później. Przyznali się do morderstw i kradzieży.

    (krótki reportaż)

    Podejrzanych aresztowano na trzy miesiące, a od 19 lutego zaczęły się wizje lokalne z ich udziałem. Podczas jednej z nich mężczyźni przyznali, że gdyby zabrakło im pieniędzy, byłyby kolejne ofiary.

    Zarówno Krzysztof Rogus, jak i Dawid Pędzik zostali uznani za poczytalnych i świadomych swoich czynów w trakcie popełniania zbrodni. Stwierdzono u nich obniżony intelekt oraz nieprawidłowo ukształtowane osobowości, ale nie choroby psychiczne.

    Proces rozpoczął się w marcu 2010 r. (zdjęcie) (zdjęcie) i trwał zaledwie tydzień. Przed pierwszą rozprawą poirytowany Rogus pokazywał wulgarne gesty w kierunku mediów.

    Mężczyźni przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, ale odmówili składania wyjaśnień. Podtrzymali jednak swoje wcześniejsze wyjaśnienia, złożone w czasie śledztwa, które na pierwszej rozprawie odczytał sąd. Wtedy też Pędzik powiedział, że zabili Kurcza, bo jego żona "miałaby wtedy spokój". Twierdził także, że miał z nią romans, a kobieta chciała i tak się rozwieść.

    Podczas ostatniej z trzech rozpraw prokurator domagał się dla oskarżonych wyroku dożywocia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dla Rogusa po odbyciu 60 lat kary, a dla Pędzika — po 55.

    Według prokuratury, działania sprawców były planowane i ukierunkowane na zysk, a następnie na zatarcie śladów zbrodni. Oskarżeni działali pod wpływem alkoholu, wybierali na ofiary osoby samotne, o których wiedzieli, że otrzymują regularne świadczenia, oraz mieszkające w domach oddalonych od innych zabudowań. Z zebranego materiału dowodowego wynikało, że motywem działania oskarżonych była chęć uzyskania pieniędzy na alkohol, a następnie pozbawienie życia pokrzywdzonych, którzy mogli ich zidentyfikować.

    Obrońcy oskarżonych wnosili o łagodniejsze wyroki, natomiast sami oskarżeni w mowie końcowej przeprosili za swoje czyny.

    Wyrok zapadł 1 kwietnia 2010 r. Sąd Okręgowy w Rzeszowie uznał obu mężczyzn (zdjęcie) (zdjęcie) za winnych zarzucanych im czynów oraz skazał:

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) oraz rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Krzysztofa Kurcza (art. 280 § 2 kk), na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

    • za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Anieli Kurcz (art. 280 § 2 kk), na kary po 8 lat pozbawienia wolności;

    • za zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem Anieli Kurcz (art. 197 § 4 kk oraz art. 197 § 3 kk) Krzysztofa Rogusa na 8 lat pozbawienia wolności, z kolei Dawida Pędzika na 6 lat;

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Anieli Kurcz na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

    • za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Zofii N. (art. 280 § 2 kk), na kary po 10 lat pozbawienia wolności;

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Zofii N. na kary po 25 lat pozbawienia wolności.

    Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa dla obu sprawców to dożywotnie pozbawienie wolności. Dla Krzysztofa Rogusa z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po upływie 45 lat, a dla Dawida Pędzika po 40. Obaj mężczyźni mają też zapłacić matce zamordowanego, Danucie Kurcz, po 10 tys. zł.

    Sąd zezwolił także na publikację pełnych danych oraz wizerunków oskarżonych.

    W uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Popek powiedział, że nie ma wątpliwości, iż doszło do zbrodni o dużym stopniu szkodliwości społecznej, dlatego też obaj oskarżeni zasłużyli na kary o charakterze eliminacyjnym, a społeczeństwo należy przed nimi chronić.

    Każda zbrodnia jest tragedią. Jednakże oskarżeni działali z rozmysłem, wyrachowaniem, na zimno, nie okazywali żadnych oznak wyrzutów sumienia. Potrafili wrócić na miejsce przestępstwa, spożywać alkohol obok zwłok. To wszystko świadczy o wysokim zdemoralizowaniu oskarżonych

    — podkreślał.

    Po wyjściu z sali sądowej wujek zamordowanego Krzysztofa Kurcza ze łzami w oczach powiedział:

    Teraz czujemy się bezpieczni. Sędzia wymierzył słuszną karę, ale za takie czyny powinna być śmierć.

    . . .

    Obrońcy oskarżonego złożyli apelację po ogłoszeniu wyroku, domagając się po 25 lat dla każdego ze sprawców.

    Zaniedbania wychowawcze i rodzinne spowodowały, że ma taki charakter. To rzutowało na czyny, które popełnił. Trzeba dać mu szansę, jest młody

    — przekonywał adwokat Pędzika. Z kolei obrońca Rogusa uznał, że okolicznością łagodzącą powinno być to, że przyznał się do winy. Matka zamordowanego oraz prokuratura chcieli utrzymania wyroku w mocy. Prokurator Stanisław Rokita z Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie uznał:

    To są seryjni mordercy. Drapieżnik zabija, by zdobyć pożywienie. Oni zrobili to dla dzikiej przyjemności. Czy można każdego z nich nazwać człowiekiem? Jedyna słuszna kara to całkowita eliminacje ze społeczeństwa.

    Krzysztof Rogus poprosił o ponowne badania psychiatryczne, kwestionując opinie biegłych. Próbował przekonać, że popełniając zbrodnie, nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Sąd także miał wątpliwości, czy normalni ludzie są w stanie dopuścić się takich czynów, dlatego przystał na wniosek i wysłał obu mężczyzn na dalsze obserwacje.

    . . .

    8 marca 2011 r. odbyła się ostatnia rozprawa (zdjęcie) (zdjęcie), na której sędzia Zbigniew Śnigórski z Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie przytoczył opinię biegłych, którzy ponownie nie stwierdzili u oskarżonych żadnych chorób psychicznych.

    Psychiatrzy uznali, że byli poczytalni, gdy zabijali. Dlatego sąd nie znalazł żadnych podstaw do obniżenia im kary. Jedyną jest całkowita eliminacja

    — wyjaśniał sędzia.

    Mowę prokuratora skazani zakłócali wulgarnymi odezwaniami. Uciszyli się dopiero po kolejnym upomnieniu przez sędziego i groźbie wyrzucenia z sali.

    Wyrok Sądu Okręgowego w Rzeszowie został utrzymany w mocy, a w uzasadnieniu tej decyzji przez Sąd Apelacyjny w Rzeszowie czytamy:

    Wysoki stopień demoralizacji oskarżonych, niekorzystne prognozy resocjalizacyjne wręcz przemawiają za tym, aby takiego sprawcę eliminować z życia społecznego na maksymalnie długi okres czasu, a nawet jak w tym przypadku dożywotnio.

    Tylko przypomnieć należy, że stosowany w przeszłości wobec Krzysztofa Rogusa środek poprawczy za czyn związany z usiłowaniem popełnienia zbrodni zabójstwa, jak też środki karne orzekane w 12 wyrokach wobec oskarżonego Dawida Pędzika okazały się całkowicie bezskuteczne. (...)

    Podobnie, nie mogła mieć istotnego znaczenia na wymiar kary okoliczność wynikająca z faktu przyznania się oskarżonych do popełnienia zarzucanych im czynów i nie tylko dlatego, że ich wyjaśnienia co do przebiegu samych zdarzeń nie zawsze były zgodne. (...)

    Nie można również podzielić twierdzeń apelacji, że oskarżeni wyrazili żal i skruchę za swoje czyny.

    Ich zachowania, a zwłaszcza oskarżonego (nazwisko ocenzurowane) na rozprawie apelacyjnej, w sposób jednoznaczny przeczą temu, co jest podnoszone w apelacjach.

    Na rozprawie apelacyjnej sędzia przewodniczący stwierdził:

    To były trzy egzekucje. Szwagier był tak pijany, że nawet dźwięk piły motorowej go nie obudził. Nie trzeba było go zabijać. Wystarczyło sięgnąć do jego kieszeni. Staruszki można było tylko przytrzymać i też zdobyliby pieniądze. Trudno o tym mówić bez załamania głosu, ciarki przechodzą.

    Na koniec dodał jeszcze:

    Wiedzieli, co robili. Zacierali ślady. Obaj nie dają gwarancji, że po opuszczeniu więzienia po 25 latach nie popełnią kolejnej zbrodni.

    Danuta Kurcz po wyjściu z sali z sądowej odetchnęła z ulgą. Nie mogła liczyć na karę śmierci dla morderców jej syna, jednak zarówno ona, jak i mieszkańcy miejscowości Siedliska-Bogusz oraz okolicznych wsi bali się, że skazani mogą wyjść po 15 latach i wrócić w rodzinne strony.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Rzeszowie oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Zapraszam też na mój drugi tag polskiepato.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #siedliskabogusz #podkarpacie #seryjnimordercy #seryjnemorderstwo #krzysztofrogus #dawidpedzik #dozywocie #polskiesprawykryminalne
    pokaż całość

    źródło: rogus i pedzik.jpg

    •  

      @Bezimienny_BeZi: w komentarzach pod artykułami na ich temat, ludzie pisali, że cała rodzina Rogusów to straszna patologia. Podobno to rodzina wielodzietna, kradną i piją do tego. Mieszkali w jakiejś wsi obok i dostali od państwa dom. A ta żona zamordowanego sprowadziła mu do domu kilkoro patologicznych członków swojej familii i "jakiegoś bezdomnego" i urządził na chacie meline. Dlatego ją w końcu pogonił. Nie wiem czy to prawda. pokaż całość

    •  
      K.....e

      +5

      Serio, dla pieniędzy stawać w obronie takiego odpadu, które stwarza zagrożenie dla mieszkańców całego miasteczka. Z powodu tych pierdolonych banknotów

      @JEST-SUPER:
      A słyszałeś o czymś takim jak obrona z urzędu?
      Fakt, że każdy oskarżony musi mieć obrońcę, sprawia, że wyrok - w założeniu - jest jeszcze bardziej sprawiedliwy i odpowiedni, bo wynika z okoliczności sprawy, a nie z tego, że oskarżony nie umiał się bronić. Obrońca nie usprawiedliwia czynu, ani sprawcy, tylko gwarantuje klientowi równe szanse wobec aparatu państwowego (prokuratury).
      Kto miałby decydować czy należy Ci się obrońca czy nie? Zbigniew Ziobro? Czy ekspert z portalu wykop.pl? Dlatego należy się każdemu.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (67)

  •  

    Polecam wszystkim którzy lubią klimaty #kryminalne #mordercy i trochę też #seryjnimordercy.
    "Adaptacja jedynego dzieła non-fiction w dorobku Johna Grishama o sprawie dwóch morderstw popełnionych w Oklahomie w latach 80. XX wieku."
    Nie będę pisać więcej co by nie robić spoilerów ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ktoś już oglądał ? Jak wrażenia ?

    #netflix #dokument #seriale
    pokaż całość

    źródło: m.media-amazon.com

  •  

    Mirki, od jakichś trzech lat staram się uzupełniać swoją domową biblioteczkę o książki na temat seryjnych morderców. Moja uwaga skupia się przede wszystkim na mordercach polskich oraz rosyjskich. Pod tagiem #seryjnimordercy widziałem wzmianki o niektórych polskich mordercach (Tuchlin, Knychała). Nie widziałem jednak wpisu o Mariuszu Sowińskim. Myślę, że warto przybliżyć jego historię.

    Mariusz Sowiński (Wampir ze Stefankowic) urodził się w 1976 roku. W dzieciństwie był ofiarą przemocy domowej ze strony ojca. Nie tylko on, bo również jego matka, która w końcu powiedziała dość i wyrzuciła go z domu. W 1987 roku młodszy brat Sowińskiego powiesił się. Po tym tragicznym wydarzeniu rodzina przeniosła się do Stefankowic w województwie lubelskim. Mariusz nie uczył się najlepiej, ale nie sprawiał też większych problemów wychowawczych. Nie pił, nie palił, unikał kłopotów, jednak można było zauważyć, że wciąż chodził ze spuszczoną głową. W 1994 roku pierwszy raz zrealizował swoje fantazje. Ofiarą była 63 letnia Zofia K., której zwłoki odnaleziono w przydrożnej studni. Sekcja zwłok wykazała, że przed śmiercią była gwałcona. Ciało kobiety było tak zmasakrowane, że rodzina nie uzyskała zgody na otworzenie trumny. O to morderstwo został niesłusznie posądzony sąsiad Zofii K., który nie posiadał żadnego alibi. Po tym morderstwie do okien starszych kobiet w godzinach wieczornych i nocnych ktoś się dobijał, jednak nikomu nic się w tym czasie nie stało. Kolejnej zbrodni Sowiński dokonał rok później 28 listopada 1995 roku w Kułakowicach. Swoją ofiarę - 80-letnią Antoninę E. najpierw dusił, a później gwałcił, następnie podpalił jej dom w celu zatarcia śladów. Kobieta została uratowana przez sąsiadów. Zmarła kilka dni później w szpitalu. Jak twierdziła, znała sprawcę, ale nie chciała marnować jego młodego życia, więc nie ujawniła jego tożsamości. 5 sierpnia 1996 roku na terenie ogródków działkowych w Hrubieszowie zgwałcił i udusił 36 letnią Wiesławę Ł. Sposób w jaki zmasakrowano zwłoki przypominał dwa poprzednie morderstwa. W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1997 roku Sowiński wszedł przez okno do mieszkania niewidomej Genowefy S. (67 lat). Sprawca podduszał kobietę, gwałcił, a następnie udusił kablem. Sowiński posiadał również skłonności zoofilskie, które potwierdzali świadkowie spotykający mężczyznę w niejednoznacznych sytuacja z krowami lub nagiego w oborze. W 2000 roku Sąd Okręgowy w Zamościu skazał go na karę dożywocia. W 2003 roku Sąd Apelacyjny w Lublinie podtrzymał wyrok.

    Powyższy tekst powstał na podstawie książki Jarosława Stukana "Polscy Seryjni Mordercy" Wydawnictwo Prometeusz 2009

    #historia #psychopaci
    pokaż całość

    źródło: 2-3-1024x970.jpg

  •  

    Stanowo powinna za tę czołówkę dostać Youtubowego Oskara ;)
    #kryminalne #stanowo #zagadkikryminalne #polskiyoutube #seryjnimordercy #kryminologia

    źródło: youtube.com

    +: NaNiczymSieNieZnam, S..............t +7 innych
    •  

      @Twinkle: Niediegetycznie w przeciwieństwie do innych zaczął jeździć za sprawami, rozpytywać na miejscu i czytać akta sprawy, by opowiedzieć maksymalnie dużo o sprawie, a nie robić tylko kompilację artykułów z neta. Jedyne, co mu mogę zarzucić, to że toleruje stada napalonych Karyn, którym się podoba. Przez to nie da się czytać komentarzy pod jego filmami, a w sprawach kryminalnych lubię sobie czytać spostrzeżenia innych ludzi.
      Ale jest jeszcze Kryminatorium, gdzie Karynek nie ma.
      A Jaśmin, sorry, ale gorzej opowiada, chaotycznie, ciężko się tego słucha w ogóle. Dygresje, wstawki, jakieś swoje komentarze z dupy, ech.
      pokaż całość

    •  

      @wilku88: No a Niediegetycznie to taki zajebisty, że rozległą sprawę w 5 minut opowie i jeszcze nie poda źródeł. XDXD

      +: Wypok2
    • więcej komentarzy (12)

  •  

    Belle Gunness, czarna wdowa z Norwegii

    Belle Gunness urodziła się jako Brynhild Paulsdatter Størset w miejscowości Innbygda, niedaleko Trondheim. W 1881 roku przeprowadziła się do USA, gdzie na kartach historii zapisała się jako jedna z niewielu seryjnych morderczyń. Ma na sumieniu około 40 do 70 ofiar.

    Jak Norweżka stała się morderczynią w Ameryce?
    Pierwsze morderstwo
    Według nieoficjalnych opowieści Belle Gunness popełniła swoje pierwsze morderstwo jeszcze w Norwegii. Belle podobno zaszła w ciążę i podczas jednej z wiejskich zabaw pewien chłopak uderzył ją w brzuch, co spowodowało poronienie. Sprawca pochodził z bogatej rodziny, więc nie spotkały go żadne prawne konsekwencje. Kilka miesięcy później umarł, podobno na raka żołądka.
    Przeprowadzka do USA
    W 1881 roku, dzięki pomocy siostry, Belle wyemigrowała do Chicago w USA. Wyjazd z Norwegii był jednym z jej największych marzeń.

    Niedługo po przyjeździe poznała Madsa Ditleva Antona Sørensena, za którego wyszła. Belle przyjęła jego nazwisko. Mads Sorensen miał nieduży sklep, którego prowadzenie nie było szczytem marzeń Belle.

    Kobieta była niezadowolona, ponieważ chciała osiągnąć wysoki status społeczny. Pragnęła bogactwa, pieniędzy i wystawnego domu, czyli wszystkiego, czego Sorensen nie mógł jej dać. W ciągu pierwszego roku trwania małżeństwa ich sklep spłonął w tajemniczym pożarze.

    Za pieniądze z ubezpieczenia Sorensenowie kupili nowy dom.
    Zabiła męża i … własne dzieci?
    Według niektórych źródeł para doczekała się trójki lub czwórki dzieci. Dwoje z nich umarło we wczesnym dzieciństwie na zapalenie jelit, którego symptomy są bardzo podobne do objawów otrucia. Dzieci były ubezpieczone.

    Mąż Belle zmarł w 1900 roku, w dniu, w którym jego obydwa ubezpieczenia na życie się pokrywały. Początkowo jako przyczynę śmierci podejrzewano otrucie strychniną, jednak stały lekarz Madsa zapewnił, że mężczyzna cierpiał na problemy sercowe. Gunness zeznała, że lekarz przepisał jej mężowi „proszki” na jego dolegliwości i śledztwo umorzono bez przeprowadzenia autopsji na nieboszczyku.

    Za pieniądze z ubezpieczenia Belle kupiła farmę w Indianie.

    „Czarna wdowa”
    W 1902 roku Belle wyszła za norweskiego wdowca, Petera Gunnessa. Gunness miał córkę, która wkrótce zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, gdy ona i Belle były w domu same. Nowy mąż Belle, po zaledwie pół roku małżeństwa, umarł w „tragicznym wypadku”. Podobno sięgał po kapcie, które znajdowały się przy kuchennym piecyku, gdy poparzył się gorącym rosołem. Później Belle przyznała, że Peter umarł w wyniku „przypadkowego” uderzenia w głowę częścią maszynki do mielenia mięsa.

    Drugi mąż również posiadał ubezpieczenie, z którego pieniądze otrzymała Belle. Niedługo po śmierci męża urodziła syna Phillipa. Z dzieci z poprzedniego małżeństwa pozostała jedynie adoptowana córka, Jennie Olsen, która podobno „wyjechała do luterańskiej szkoły”.

    Ciało Jennie znaleziono później na terenie gospodarstwa.

    W 1907 roku Gunness zatrudniła do pomocy w gospodarstwie Raya Lamphere, który stał się jej wspólnikiem w zbrodni.
    Oszustka matrymonialna poluje na ofiary
    W tym okresie Belle zaczęła „polować” na mężczyzn zamieszczając ogłoszenia matrymonialnych w gazetach. Wkrótce zainteresowani ogłoszeniem mężczyźni zaczęli odwiedzać ją w jej domu, i znikali w nim bez śladu. Jedyny adorator, który uszedł z życiem to George Anderson.

    Anderson obiecał poślubić Belle, jednak pewnego razu, gdy nocował w jej domu, gwałtownie się obudził i ujrzał Belle, która stała nad nim „z mordem w oczach”. Mężczyzna przeraził się tak bardzo, że zerwał się z łóżka, chwycił swoje ubrania i uciekł. Już nigdy więcej nie skontaktował się z Gunness.

    Napływ adoratorów nie podobał się Rayowi Lamphere, wiernemu pracownikowi Belle, który sam był w niej zakochany. Stał się zaborczy, co spowodowało zwolnienie go ze służby u Belle w luty 1908 roku. Kobieta wkrótce zaczęła rozpowiadać wszystkim, że obawia się o swoje życie i życie jej trójki dzieci – podobno Lamphere groził, że zabije ją i dzieci, a farmę podpali.
    Makabryczne odkrycie i tajemnicza śmierć
    W kwietniu 1908 roku spłonęła farma Belle Gunness. W zgliszczach domu znaleziono cztery ciała – troje dzieci i bezgłową kobietę. Początkowo zwłok kobiety nie zidentyfikowano jako Belle. Gunness była słusznej postury, zaś znalezione bezgłowe ciało były szczupłe i nieduże. Głowy nigdy nie odnaleziono.

    Nie był to jednak koniec makabrycznych odkryć na farmie.

    Na jej terenie znaleziono około 12 pochowanych zwłok, jednak nie można dokładnie potwierdzić tej liczby przez brak odpowiedniej technologii w tamtym czasie, która umożliwiłaby odpowiednie badania.

    Ray’a Lamphere skazano za podpalenie, jednak nie udowodniono mu morderstwa. Do swojej śmierci powtarzał, że Belle Gunness żyje, mimo że w pewnym momencie śledztwa stwierdzono, że kobieta zmarła.

    Zdaniem Lamphere, Gunness zabiła około 42 mężczyzn. Na morderstwach zyskała majątek wynoszący 250 tys. dolarów (obecnie jej fortuna byłaby warta ok. 6 mln dolarów). Krótko przed pożarem domu, Gunness opróżniła swoje konta bankowe, co może wskazywać na to, że planowała uciec.

    Podobno widywano Gunnes w wielu miejscowościach USA. Kobieta wkrótce stała się tzw. miejską legendą – nie wiadomo gdzie uciekła i jak długo żyła. Zapisała się w historii jako jedna z niewielu kobiet – seryjnych morderczyń

    #seryjnimordercy
    #kryminalne
    https://www.mojanorwegia.pl/historia/belle-gunness-norweska-seryjna-morderczyni-ktora-polowala-na-bogaczy-w-ameryce-11118.html
    pokaż całość

    źródło: thefamouspeople.com

    •  

      @ogrodnik007: już się przyzwyczaiłem ¯\_(ツ)_/¯

      Znany w niewielkich kręgach, dla mnie ilość to nie miara
      To dla tych kilku pojebów, którzy będą się tym jarać

    •  

      @Poro6niec: mało plusów, bo tekst kiepsko napisany i źle się czyta. Na czym polegało 1 morderstwo, że ktoś ją uderzył w brzuch i umarł na raka. Aha ;)
      Inne morderstwo - ktoś się schylił po kapcie i poparzył rosołem. Jaki to ma związek z morderstwem? Jeśli żaden, to po co o tym pisać? Z tego co kojarzę to poparzenie się rosołem nie jest śmiertelne, jak również nie prowadzi bezpośrednio do bycia zabitym maszynką do mielenia mięsa.
      Nagłówki akapitów wypadałoby pisać pogrubioną czcionką, albo oddzielać od reszty tekstu, inaczej wyglądają jak zupełnie bezsensowne wtrącenia w sam środek artykułu.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    W październiku 2002 roku Waszyngton i okolice zastały sparaliżowane przez serię, wydawało się, przypadkowych zabójstw dokonanych przez nieznanych sprawców przy pomocy broni palnej. Zginęło 10 osób, a 6 kolejnych odniosło rany. Wszystko wskazywało na to, że czynów tych dokonał snajper, którego jednak nie udało się zlokalizować. Nie znano jego motywów ani okoliczności oddania śmiertelnych strzałów.

    Podejrzewano, że strzały zostały oddane z samochodu. Większość ofiar została postrzelona na stacjach benzynowych , parkingach oraz przed centrami handlowymi. Relacje świadków były chaotyczne i niespójne.
    Wkrótce jednak nieznana osoba zadzwoniła kilkakrotnie na policję żądając sporej sumy pieniędzy w zamian za zaprzestanie ataków. Podała szczegóły kilku zabójstw. W tle rozmówcy słychać było głosy drugiej osoby, do której rozmówca powiedział w pewnym momencie „zamknij się”.

    Policja powiązała te zdarzenia z trzema wcześniejszymi morderstwami z użyciem broni palnej ( wrzesień), w których udział brało dwóch czarnych mężczyzn.
    18 października policja znalazła w pobliżu kolejnego morderstwa ( kierowca autobusu) worek w którym znaleziono rękawicę oraz kilka włosów. Przeprowadzono testy DNA i sprawdzono dostępną bazę danych. Materiał genetyczny należał do Johna Allena Muhammeda. Wytypowano też na podstawie zeznań świadków oraz niedoszłych ofiar, jakim samochodem poruszał się przestępca lub przestępcy. Miał to być Chevrolet Caprice.

    22 października przed szóstą rano w Silver Spring w stanie Maryland kula raniła śmiertelnie 35-letniego kierowcę autobusu Conrada Johnsona, gdy stał w drzwiach swego pojazdu. Tym razem zabójca pozostawił list z żądaniem pieniędzy.
    W jednym ze swych przesłań poradził policjantom, aby „sprawdzili u ludzi z Montgomery”. Prowadzący śledztwo doszli do wniosku, że chodzi mu o zabójstwo, do którego doszło 21 września podczas napadu na sklep z alkoholem w Montgomery w stanie Alabama. Od kul napastnika zginęła wtedy 52-letnia Pauline Parker, a jej towarzyszka została ranna. Snajper nakazał wpłacenie 10 mln dol. okupu na numer karty kredytowej, którą przypuszczalnie zrabował w Montgomery. Na miejscu zbrodni w Alabamie znaleziono odciski palców 17-letniego Lee Malvo. Policja postanowiła przeszukać dom w Tacoma w stanie Waszyngton, w którym chłopak przez pewien czas mieszkał ze swym opiekunem. W ten sposób władze wpadły również na trop Johna Allena Muhammada

    Rozpoczęła się obława. Ostatecznie po telefonicznej informacji jednego z obywateli, znaleziono na parkingu w Frederick County podobny samochód do poszukiwanego (Chevrolet Caprice), w którym spało dwóch ludzi. Obu aresztowano.

    To co znaleziono samochodzie nie budziło żadnych wątpliwości, że złapano sprawców. Znaleziono urządzenie satelitarne ( odpowiednik GPS), mapy, karabin snajperski z lunetą, amunicję oraz jedną rękawiczkę – jak się okazało pasującą do drugiej, znalezionej w worku. W bagażniku samochodu wykonano „dziurę” przez którą Muhammed strzelał do swych ofiar.

    John Allen w latach 1985-1994 służył w armii w Fort Lewis w pobliżu Tacoma, brał udział w wojnie w Zatoce Perskiej i otrzymał Order Wyzwolenia Kuwejtu. W wojsku uzyskał stopień sierżanta i specjalizację „snajpera-eksperta”. Oznacza to, że 40 sztukami amunicji musiał trafić w 36 celów na odległość od 50 do 300 m. Dziennik „Washington Post” nazywa Williamsa życiowym nieudacznikiem, „seryjnym przegranym”. Dwukrotnie żonaty, został ojcem pięciorga dzieci i dwa razy się rozwiódł. Kiedy przegrał proces o prawo do opieki uprowadził troje swoich dzieci. W końcu jednak musiał je oddać.

    W 1985 r. przeszedł na islam, w 16 lat później zmienił nazwisko na Muhammad. „Kiedy został muzułmaninem, zadzwonił do mnie i powiedział, czego mam nie dawać naszemu dziecku do jedzenia. Odrzekłam, że dopóki nasz syn jest ze mną, ja o tym decyduję”, opowiada była żona Williamsa, Carol, która jednak wspomina męża jako człowieka towarzyskiego i pełnego humoru. Obdarzony był wyjątkową siłą fizyczną. W latach 1997-1998 usiłował prowadzić szkołę karate dla muzułmańskiej młodzieży, lecz chętnych było niewielu. W ostatnich miesiącach wraz z 17-latkiem, na którego wywierał zgubny wpływ, prowadził wędrowny tryb życia, popełniając drobne kradzieże. Na razie nie wiadomo, co popchnęło byłego sierżanta na drogę zbrodni. Według dziennika „Seattle Times”, po 11 września domniemany snajper żywił wybitnie antyamerykańskie uczucia i z sympatią wyrażał się o pilotach samobójcach, którzy obrócili w gruzy World Trade Center. Muhammad działał jednak na własną rękę, nie miał związków z Al Kaidą

    Muhammad nigdy nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Jego obrońcy argumentowali, że był on niepoczytalny, bowiem cierpiał na zespół stresu pourazowego wywołany przeżyciami z czasów wojny w Zatoce Perskiej. Z kolei Malvo jeszcze przed serią morderstw w Waszyngtonie miał na koncie zabójstwo agentki FBI.

    Muhammad został skazany za jedno morderstwo na karę śmierci, którą wykonano w 2009 roku za pomocą zastrzyku z trucizną. Z kolei Malvo, który w chwili popełnienia zbrodni nie był jeszcze pełnoletni, został skazany dożywotnie więzienie bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie.

    #seryjnimordercy
    #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: static01.nyt.com

  •  

    Niebezpieczny nieznajomy

    Jest koniec 1978 roku. 33-letni Dennis Nilsen poznaje w pubie młodego mężczyznę i zaprasza go do swojego domu na Melrose Avenue 195 w Londynie. Tamtego wieczora obaj mężczyźni wspólnie spożywali alkohol, a następnie udali się do łóżka na spoczynek. Nilsen obudził się z pierwszym brzaskiem i zdał sobie sprawę, że jego nowy przyjaciel niedługo sobie pójdzie. Podniecił się gładząc dłonią nagie ciało chłopaka. Jego serce biło jak oszalałe i zaczął się pocić. Obserwując śpiącego mężczyznę, zwrócił uwagę na leżącą nieopodal stertę ich ubrań. Zauważył krawat, więc wyskoczył z łóżka, żeby go podnieść.

    "Podniosłem go i założyłem mu na szyję" - wyznał Nilsen cztery lata później. "Szybko usiadłem na nim okrakiem i zacisnąłem krawat z całej siły. Jego ciało ożywiło się natychmiast. Sturlaliśmy się z łóżka na podłogę."

    Nilsen zacisnął uścisk jeszcze mocniej, nie chcąc przegrać tej walki na śmierć i życie. Jego ofiara odpychała się nogami, nadal mając Nilsena siedzącego na sobie. Kiedy mężczyźnie udało się doczołgać do ściany, skulił się, dając za wygraną. Nilsen rozluźnił uścisk, ale zdał sobie sprawę, że mężczyzna jeszcze żyje, jest tylko nieprzytomny. Pobiegł do kuchni po plastikowe wiadro, do którego nalał wody, chcąc utopić w niej chłopaka. Nilsen ułożył go na krześle, a następnie wepchnął jego głowę do wiadra. Mężczyzna nie stawiał oporu, jednak mimo to woda zachlapała cały dywan.

    "Po kilku minutach bąbelki powietrza w wodzie zniknęły" - wspomina Nilsen - "Podniosłem go i posadziłem na fotelu. Woda ściekała z jego krótkich, kręconych, brązowych włosów."

    Nilsen właśnie zabił człowieka, którego imienia nawet nie znał. Siedział trzęsąc się cały, nie do końca uświadamiając sobie co właśnie zrobił i jakie będą tego konsekwencje. Zrobił sobie filiżankę kawy i wypalił kilka papierosów, próbując wymyślić co dalej robić. Jego czarno-biały pies, Bleep, przyszedł z ogrodu i obwąchał zwłoki siedzące na fotelu. Nilsen wygonił psa i usiadł będąc nadal w szoku. Zdjął krawat z szyi martwego mężczyzny i tylko się na niego patrzył. Później wstał i dźwignął ciało na swoje ramiona, aby zanieść je do łazienki. Delikatnie położył chłopaka w wannie, napuścił wody i umył mu włosy. Namęczył się wyciągając bezwładne zwłoki z wanny i osuszając je ręcznikiem. Wówczas zabrał je z powrotem do pokoju i położył do łóżka. Jego nowy przyjaciel nie mógł go już opuścić.
    Początek końca?
    Dennis przebiegł palcami po jeszcze ciepłym ciele, zauważając delikatną zmianę koloru jego warg oraz twarzy. Zasłonił zwłoki pościelą, usiadł na łóżku i próbował myśleć.

    "To był początek końca mojego starego życia" - napisał Nilsen - "Wszedłem na drogę śmierci i posiadania nowego rodzaju współlokatora."

    Zamiast przerazić się widokiem zwłok, uznał je za piękne. Nie wiedział do końca dlaczego zabił tego młodego człowieka. Po prostu nie chciał, żeby ten go opuścił. Samotnie spędził Boże Narodzenie i nie chciał, żeby tak samo było w Nowy Rok. A teraz miał go z kim spędzić. Później tego samego dnia poszedł do sklepu z narzędziami, aby zakupić elektryczny nóż i duży garnek, chociaż wcale nie chciał pociąć ciała. Zamiast tego ubrał zwłoki w nową bieliznę. Następnie wziął kąpiel. Wtedy zdecydował się spróbować seksu ze zwłokami. Poszedł do łóżka, ale nie mógł utrzymać wzwodu, który dostał kilka chwil wcześniej, więc ściągnął ciało z łóżka i położył na podłodze. Użył zasłony, aby je przykryć. Położył się ponownie do łóżka i zasnął. Później, kiedy już wstał, zrobił obiad i oglądał telewizję, mając ciągle leżącego trupa na podłodze. W końcu uświadomił sobie, że musi coś z tym zrobić. Wyważył kilka desek z podłogi i próbował wrzucić pod nie ciało, ale stężenie pośmiertne nie pozwoliło mu na żaden manewr. Postawił ciało przy ścianie, postanawiając poczekać aż sztywność minie. Jednak następnego dnia nieboszczyk nadal stał przy ścianie w tej samej pozycji, więc Nilsen położył go i próbował rozluźnić jego kończyny. W końcu udało mu się położyć zwłoki do podpodłogowego grobu. Przykrył ciało deskami.

    Po tygodniu ciekawość Nilsena wzięła górę, więc podniósł dywan i jeszcze raz otworzył dziurę w podłodze. Ciało było brudne, więc Nilsen zabrał je znowu do łazienki, aby je umyć. Później wykąpał się w tej samej wodzie. Kiedy niósł zwłoki z powrotem do salonu, tak bardzo go to podnieciło, że ukląkł i masturbował się, dokonując ejakulacji na brzuch nieboszczyka. Zamiast upchnąć go znów pod podłogą, związał trupa za kostki. Jednak w końcu złożył go do jego grobowca. Ciało zostało tam przez siedem i pół miesiąca, zanim Nilsen je wyciągnął i spalił resztki w ognisku. Do ognia dodał gumy, aby zamaskować zapach palonego ciała. Popioły zagrzebał w ziemi. Młody mężczyzna nigdy nie został zidentyfikowany. Nilsen był w szoku, że całe zdarzenie uszło mu na sucho i wierzył, że nigdy się to już nie powtórzy. Mylił się. Zdarzyło się jeszcze czternaście razy.
    Posmak śmierci
    W październiku 1979 roku, prawie rok po pierwszym morderstwie, młody student z Chin, Andrew Ho, poszedł z Nilsenem do jego domu. Młody mężczyzna chciał spróbować seksu z krępowaniem (bondage). Nilsen nie chciał się w to bawić, ale założył na szyi chłopaka krawat i powiedział, że zabawią się w niebezpieczną grę. Ho wyszedł i poinformował policję, jednak nie doszło do postawienia Nilsenowi zarzutów.

    Do 1981 roku Nilsen w swoim mieszkaniu zabił dwunastu mężczyzn. Zidentyfikowano tylko czterech z nich. Byli to: Kenneth Ockendon, Martyn Duffey, Billy Sutherland oraz Malcolm Barlow. Wiele z jego ofiar było bezrobotnymi lub bezdomnymi ludźmi, szukającymi sposobu na zarobienie pieniędzy. Część z nich była homoseksualistami, a kilkoro było męskimi prostytutkami. Nilsen twierdził, że wpadł w "zabójczy trans", ale w siedmiu przypadkach uwolnił mężczyzn zamiast ich zabić, ponieważ potrafił się powstrzymać.

    Drugą ofiarą Nilsena był Kenneth Ockendon, turysta z Kanady. Mężczyzna poznał Nilsena podczas lunchu w pubie 3 grudnia 1979 roku. Pili razem przez kilka godzin alkohol, zwiedzali Londyn, a na koniec trafili do mieszkania Nilsena. Dobrze się ze sobą dogadywali, więc im bardziej Nilsenowi odpowiadało towarzystwo Ockendona, tym bardziej był zdesperowany na myśl o jego powrocie do Kanady, który miał nastąpić następnego dnia. Udusił go więc przewodem od słuchawek, przeciągnął po podłodze, a następnie usiadł i słuchał muzyki, podczas gdy ciało leżało na ziemi. Potem zdjął jego ubranie i zabrał do łazienki na kąpiel. Kiedy skończył, położył ciało w łóżku i spał z nim przez resztę nocy, przytulając się do niego. Rano Nilsen upchnął zwłoki w szafce, wyrzucił ubranie i poszedł do pracy. Podczas dnia ciało zesztywniało w pozycji, w jakiej je pozostawił. Nilsen wyciągnął je dzień później i ponownie umył. Następnie ubrał zwłoki i posadził na krześle, robiąc im zdjęcia w różnych pozycjach. Kiedy skończył, zabrał ciało znów do łóżka i ułożył z rozłożonymi rękami i nogami na sobie. Rozmawiał z martwym chłopakiem, tak jakby ten mógł go usłyszeć. Potem skrzyżował jego nogi i uprawiał seks wkładając penisa między jego uda. W końcu Nilsen przeniósł Ockendona w przestrzeń pod płytkami podłogowymi. Wyciągał go stamtąd kilkukrotnie, żeby mogli razem posiedzieć i pooglądać telewizję.

    "Myślałem sobie, że jego ciało i skóra były bardzo piękne" - wyznał później Nilsen. Później przebierał go w świeże ubrania, kładł do łóżka i mówił dobranoc.

    Minęło pięć miesięcy zanim doszło do kolejnej zbrodni. 13 maja 1980 roku zaginął Martyn Duffey, lat 16. Był bezdomny, więc zaakceptował zaproszenie Nilsena na nocleg. Po dwóch piwach udał się do łóżka. Nilsen wspiął się na niego i go udusił. Jego ciało zwiotczało, ale nadal żył, więc Nilsen zabrał go do kuchni i utopił jego głowę w zlewie pełnym wody. Następnie zabrał go do łazienki i wykąpał się z nim.

    Rozmawiałem z nim i powiedziałem mu, że jego ciało wyglądało tak młodo, jak jeszcze nigdy nie widziałem". Nilsen wziął go z powrotem do łóżka i całował, a potem usiadł mu na brzuchu i się masturbował. Duffey powędrował do szafki na dwa pełne tygodnie, a potem dostał miejscówkę pod klepkami podłogi.

    Następna ofiara, Billy Sutherland (lat 27), sypiał z mężczyznami za pieniądze. Nilsen nawet nie chciał brać go do domu, ale chłopak poszedł za nim po jednej ze wspólnych nocnych eskapad. Nilsen ledwie pamięta uduszenie go i znalezienie jego zwłok następnego ranka. Malcolm Barlow (lat 24) był sierotą z problemami umysłowymi. Był także patologicznym kłamcą. Nilsen znalazł go włóczącego się pod jego domem, twierdzącego, że ma atak epilepsji, więc zabrał go do domu i zadzwonił po karetkę. Kiedy chłopaka zwolniono ze szpitala, wrócił i czekał na Nilsena pod jego drzwiami. Nilsen zaprosił go do środka po powrocie z pracy i razem pili alkohol, a potem Barlow zapadł w głęboki sen. Nilsen uważał jego obecność za kłopot, więc go udusił. Następnego dnia upchnął jego zwłoki w szafce pod zlewem kuchennym. Mieszkał w mieszkaniu z pół tuzinem innych zwłok czekających na pozbycie się. Część z nich Nilsen trzymał w łóżku około tygodnia w celach seksualnych. Przerażało go posiadanie kontroli nad tymi mężczyznami, a tajemnica martwego ciała, które na nic nie reaguje fascynowała go. Wydawało mu się, że docenia ich wszystkich bardziej niż ktokolwiek kiedykolwiek wcześniej mógłby ich docenić.

    Ogród Nilsena

    Nilsen opryskiwał mieszkanie dwa razy dziennie, aby pozbyć się wylęgających się tam much. Jedna z sąsiadek wspomniała później o przenikliwym odorze, ale Nilsen zapewnił ją, że to budynek ulega rozkładowi. Kiedyś rozważał popełnienie samobójstwa, ale wtedy wszedł jego pies i zaczął merdać ogonem, co spowodowało, że zmienił zdanie. Kiedy pozbywał się ciał, swojego psa i kota wypuszczał do ogrodu, rozbierał się do bielizny i kroił zwłoki nożem kuchennym na kamiennej posadzce kuchni. Czasami w garnku, który kupił dla pierwszej ofiary gotował głowy, aby pozbyć się z nich mięsa. Nauczył się sztuki rzeźniczej, więc wiedział jak najlepiej pociąć ciało. Organy trzymał w plastikowych workach. Takie pakunki chował pod podłogą. W pewnym momencie były pod nią trzy kompletne ciała i jedno poćwiartowane.
    Niektóre części ciał chował w ogrodowej szopie lub w dziurze za krzakami. Organy wewnętrzne ofiar ukrył w szczelinie między podwójnym płotem na podwórzu. Kilka pociętych torsów upchnął w walizkach. Kiedy było to możliwe, zabierał torby i walizki do ogrodu i palił ich zawartość kilka stóp od płotu. Zawsze dziwiło go, że nikt nigdy go o nic nie wypytywał, ani nie próbował powstrzymać. Zdarzało się, że z okolicy przychodziły dzieci, aby obejrzeć płonący przez cały dzień ogień, a Nilsen tylko ostrzegł je, żeby nie podchodziły za blisko. Kiedyś, gdy ogień już zgasł, zauważył w środku ogniska czaszkę i zmiażdżył ją na proch. Potem zagrabił szczątki sześciu mężczyzn do ziemi. Jeszcze pięciu miało zginąć w tym mieszkaniu, a ich szczątki miały być strawione przez trzecie ognisko. Kiedy przygotowywał się do przeprowadzki, zrobił obchód swoich włości i niemal zapomniał, że zostawił ręce i ramiona Martyna Barlowa w krzakach. Zajął się tym ostatnim szczegółem i odjechał, mając nadzieję, że zostawi tę część życia za sobą. Szesnaście miesięcy później, po tym jak został aresztowany, oficerowie policji znaleźli ponad tysiąc odłamków kości w jego poprzednim ogrodzie.

    Poddasze

    Nilsen porzucił użytkowanie ogrodu i miejsca pod klepkami podłogowymi. Budynek, do którego się wprowadził był podzielony na sześć mieszkań, a jego mieszkanie na ul. Cranley Gardens 23 było na poddaszu. Był pewien, że to będzie czynnik odstraszający dla jego kompulsywnych i destrukcyjnych zachowań. Jednakże, jeszcze trzy morderstwa miały miejsce, a jego kwatera okazała się dość problematyczna w kwestii pozbywania się ciał.

    Pierwszą ofiarą w nowym miejscu był John Howlett, którego Nilsen nazywał Johnem Gwardzistą. Spotkali się w pubie, gdzie prowadzili długą rozmowę. Jakiś czas później Nilsen pił sam, a John wszedł do pubu i go rozpoznał. Rozmawiali i zdecydowali się udać do mieszkania Nilsena, gdzie, po małym pijaństwie, John poszedł z nim do łóżka. Nilsen próbował zmusić go do wyjścia, ale ten odmówił. Nilsen znalazł fragment luźnej tapicerki z fotela, którego użył do uduszenia mężczyzny. W pewnym momencie bał się, że mężczyzna go pokona, więc zaciskał uścisk w miarę jak John walczył o odzyskanie kontroli. Potem uderzył go w głowę i obezwładnił. Trzymał zaciśnięty wokół jego szyi pasek materiału dopóki nie był pewien, że mężczyzna nie żyje, a następnie, trzęsąc się cały, udał się do drugiego pokoju. Wkrótce uświadomił sobie, że John nadal żyje. Owinął pasek materiału ponownie wokół jego szyi i przytrzymał przez dwie lub trzy minuty. Ale serce Johna nadal biło, więc Nilsen zabrał go do łazienki, aby go utopić i zostawił go tam na resztę nocy. Potem włożył zwłoki do szafy na czas wymyślenia sposobu na pozbycie się ich. Zdecydował się pociąć je na malutkie kawałeczki i spłukać w toalecie. Musiał się jednak śpieszyć, bo niebawem miał go odwiedzić kolega. Kiedy proces spłukiwania zajmował dłużej niż się spodziewał, ugotował część ciała w kuchni ? głowę, ręce i stopy. Wówczas odseparował kości i wyrzucił do śmietnika. Większe kości wrzucił na śmietnik znajdujący się za ogrodowym płotem, a inne włożył do torby wysypanej wewnątrz solą i ukrył w skrzynce na herbatę. Zakrył to czerwoną zasłoną.

    Scena zdrady

    Drugim z zabitych mężczyzn był Archibald Graham Allan. Nilsen przygotował mu omlet, a to co zapamiętał z zabicia go było dość dziwne. "Zauważyłem, że siedział tam i nagle albo zasnął albo stracił przytomność, bo zastygł w bezruchu z kawałkiem omleta zwisającym z ust" - powiedział.

    Wtedy pomyślał, że sam go udusił, jednak nie pamiętał tego. Pomyślał, że może mężczyzna zakrztusił się jedzoną potrawą i umarł. Ale przecież omlet nie jest w stanie zostawić czerwonych śladów na czyjejś szyi, więc Nilsen przypuszczał, że to on sam jest odpowiedzialny za śmierć mężczyzny. Położył Allana w wannie i zostawił go tam na trzy dni, a następnie rozczłonkował go w sposób jak to zrobił z Johnem Gwardzistą.

    Trzecią i ostatnią ofiarą był Stephen Sinclair (lat 20), który brał narkotyki i włóczył się po Leicester Square. 23 stycznia 1983 znajomi zobaczyli jak oddala się z dziwnym mężczyzną. Obaj udali się do domu Nilsena, gdzie on sam siedział i słuchał muzyki, a Sinclair zasnął na krześle. Nilsen poszedł wtedy do kuchni i znalazł kawałek grubego sznurka, myśląc sobie "Znowu to samo." Sznurek był za krótki, więc przymocował go do krawata. Założył wiązanie wokół kolan śpiącego mężczyzny i nalał sobie drinka. Potem usiadł i kontemplował całe cierpienie w życiu Stephena, postanawiając je skrócić. Wrócił do niego, upewnił się, że mocno śpi i udusił go. Chłopak trochę się szarpał, ale w końcu stracił przytomność. Nilsen wtedy powiedział: "Nic nie może cię już zranić." Ściągnął bandaże znajdujące się na rękach Stephena i odkrył, że chłopak próbował ostatnio popełnić samobójstwo podcinając sobie żyły. Nilsen wykąpał go i położył do łóżka. Obok łóżka umieścił dwa lustra i rozebrał się. W taki sposób mógł obserwować ich obojga leżących razem nago. Przepełniało go uczucie harmonii i pomyślał, że to jest właśnie prawdziwy sens życia i śmierci. Rozmawiał ze Stephenem, zupełnie jakby ten nadal żył. Do łóżka wskoczył pies i obwąchał trupa. Nilsen odwrócił głowę chłopaka w swoją stronę i pocałował go. Nie miał wtedy pojęcia, że to właśnie ciało zdradzi go i stanie się przyczyną jego upadku.

    Samotne dorastanie

    Dennis Nilsen urodził się 23 listopada 1945 roku we Fraserburgh w Szkocji, jako jedyne dziecko Betty i Olava Nilsenów. To małżeństwo nie było udane z powodu pijaństwa Olava oraz jego częstego znikania z domu. Związek przetrwał jedynie 7 lat, a Betty rozwiodła się z mężem. Ona, Dennis oraz dwójka jego rodzeństwa pozostali w domu jej rodziców, ponieważ Olav nawet w czasie trwania małżeństwa nie był w stanie znaleźć dla nich lepszego lokum. Młody Dennis bardzo kochał swojego dziadka Andrew Whyte?a, który umarł, gdy chłopak miał tylko 6 lat. Nie mówiąc Dennisowi co się stało, matka zabrała go, aby zobaczył nieboszczyka, co wywołało u niego uczucie niepowetowanej straty. Nilsen uważa, że z perspektywy czasu to właśnie spowodowało pewien rodzaj jego emocjonalnej śmierci. Kiedy Dennis miał 8 lat, prawie utopił się w morzu, jednak został uratowany przez starszego chłopca, który bawił się na tej samej plaży. Chłopaka prawdopodobnie podnieciło leżące twarzą ku ziemi ciało Nilsena, bo się rozebrał i najwyraźniej masturbował. Kiedy Nilsen się ocknął, znalazł białą, kleistą substancję na swoim brzuchu.

    Dwa lata później jego matka wyszła ponownie za mąż, a Dennis stał się bardzo wycofany i samotny. Betty miała oprócz niego jeszcze czworo dzieci, więc nie mogła poświęcić Dennisowi wystarczającej ilości czasu. W przeciwieństwie do większości seryjnych morderców, Nilsen nigdy nie przejawiał okrucieństwa wobec zwierząt czy innych dzieci, ani nawet żadnego rodzaju agresji. Właściwie sam bywał przerażony okrucieństwem, które widział u innych. Pewnego razu pomagał szukać zaginionego mężczyzny i wraz z kolegą znalazł jego zwłoki na brzegu rzeki. Mężczyzna włóczył się w nocy, wpadł do rzeki i utonął. Widok bezwładnego ciała przypomniał Nilsenowi o jego dziadku, którego śmierć i odejście z jego życia były dla niego tak niezrozumiałe. Czuł się dziwnie wyalienowany. Nie doświadczając żadnych intymnych stosunków jako dorastający chłopak, ale czując pociąg do innych chłopców, Nilsen pozostał dosyć niewinny. Pewnego razu podglądał swojego śpiącego nago brata, ale był to jednorazowy incydent. W 1961 roku wstąpił do wojska i został tam kucharzem, dzięki czemu nauczył się sztuki rzeźnictwa.

    Fantazje w lustrze

    Żeby zmniejszyć poczucie samotności, Nilsen zaczął nadużywać alkoholu. Ale prawda jest taka, że to on sam dystansował się od innych. To właśnie w czasie, kiedy wreszcie miał własny pokój zdarzało mu się kłaść na przeciw lustra w taki sposób, aby nie widzieć swojej głowy i udawać nieprzytomnego. To ?inne ciało? podniecało go i czasem masturbował się patrząc na nie. Podczas ostatnich kilku miesięcy służby poznał mężczyznę określanego w książce o Nilsenie autorstwa Briana Mastersa jako "Terry Finch" i zaprzyjaźnił się z nim dość blisko. Nilsen ewidentnie się w nim zakochał, ale młody mężczyzna okazał się nie być gejem, chociaż nie przeszkadzało mu to udawać trupa w kręconych domową metodą filmikach. Ich rozstanie było źródłem dużego cierpienia dla Nilsena. Zniszczył wtedy wszystkie filmy i oddał Terry?emu projektor. W 1972 roku przeszedł szkolenie policyjne. Jednym z lepiej zapamiętanych przez niego wspomnień był widok ciał poddawanych autopsji w kostnicy. Bardzo go to fascynowało. Jednak okazało się, że tego rodzaju praca nie była dla niego, więc po roku zrezygnował. Zamiast tego znalazł pracę jako osoba przeprowadzająca rozmowy kwalifikacyjne i tak zarabiał na życie aż do czasu aresztowania.

    W tejże pracy poznał młodego mężczyznę, Davida Paintera, który szukał zatrudnienia. Nilsen spotkał go kiedyś na ulicy i poszli razem do jego mieszkania. Painter położył się do łóżka i zasnął. Gdy się obudził, zobaczył Nilsena robiącego mu zdjęcia i zrobił taką awanturę, że sam się zranił i musiał zostać zabrany do szpitala. Nilsen został przesłuchany przez policję i wypuszczony na wolność. Jego życie było pełne niezobowiązujących związków, ale martwiło go, że są one tak krótkotrwałe i powierzchowne. Szukał czegoś o wiele bardziej trwałego. Był gotów się zaangażować, jeśli tylko ktoś ofiarowałby mu to samo w zamian. Jego lustrzane fantazje stały się jeszcze dziwniejsze. Teraz myślał o tym "innym" ciele jak o martwym - a był to stan, który uważał za emocjonalną i fizyczną perfekcję. Używał makijażu, aby efekt był bardziej wiarygodny. Używał także sztucznej krwi, aby wyglądało na to, że ktoś go zamordował. Wyobrażał sobie, że zaraz ktoś przyjdzie i go pochowa. Czasami martwił go fakt, że tak bardzo kocha swoje martwe ciało.

    W 1975 roku Nilsen przeniósł się na Melrose Place 195 (północny Londyn), do mieszkania na parterze. Zamieszkał z Davidem Gallichanem, który później zaprzeczał jakoby ich przyjaźń miała charakter homoseksualny. Kupili sobie szczeniaka, którego nazwali Bleep, a później przygarnęli jeszcze kota. Dwa lata później ich odmienne charaktery spowodowały, że Nilsen kazał Davidowi się wyprowadzić. Później jednak bardzo się przestraszył, że zostanie sam. Samotność to długotrwały, nieznośny ból? - napisał. Rzucił się więc w wir pracy, bardziej zainteresował się polityką, więcej pił i oglądał dużo telewizji. Morderstwa zaczęły się półtora roku po odejściu Gallichana.

    Fatalny błąd

    Ostatnie zwłoki, które Nilsen poćwiartował, czyli te należące do Stephena Sinclaira, zostały poddane takiemu samemu procesowi jak dwoje poprzednich. Głowę, ręce i stopy ugotował w garnku, a pozostałości włożył do plastikowych toreb. Jedną z toreb włożył do schowka w łazience, a resztę do skrzyni na herbatę. Część ciała i organów zostały spłukane w toalecie. Nilsen prawdopodobnie porzucił też część większych kawałków, gdyż pewien mężczyzna mieszkający nieopodal znalazł tuż przy swoim ogrodzie rozdartą torbę, która zawierała coś na kształt kości klatki piersiowej i kręgosłupa. Jednak nigdzie tego nie zgłosił, a torba po kilku dniach zniknęła. Nigdy nie powiązano jej z Nilsenem. W budynku na Cranley Gardens 23 było jeszcze pięcioro lokatorów, jednak żaden z nich nie znał Nilsena za dobrze. W pierwszym tygodniu lutego jeden z nich zauważył, że toaleta na dole nie spłukuje się jak należy.

    Próbował rozpuścić zator środkami chemicznymi, jednak bezskutecznie. Inne toalety wydawały się funkcjonować podobnie, ale Nilsen zaprzeczał, że ma jakikolwiek problem ze swoją toaletą. Wezwano hydraulika, jednak nawet jego narzędzia nie poskutkowały. Zadzwoniono więc po specjalistę. Nilsen bał się, że to jego potajemne działania mogą być przyczyną problemów na dole, więc wepchnął resztę ciała Sinclaira do plastikowych toreb razem z częściowo ugotowaną głową. Szczątki zamknął w szafie. Przestał spłukiwać toaletę. Dwa dni później wieczorem przyjechali pracownicy firmy Dyno-Rod, aby sprawdzić co powoduje zator. Przypuszczając, że problem znajduje się pod ziemią, technik Michael Cattran wszedł do studzienki kanalizacyjnej położonej obok budynku. Wchodząc tam poczuł specyficzny zapach. Cattran był pewien, że pochodzi on od czegoś martwego. Na dnie ścieku zauważył grubą na osiem cali warstwę szlamu składającego się z trzydziestu lub czterdziestu kawałków ciała.

    Zanieczyszczenie pochodziło z głównej rury. Cattran zgłosił swoje odkrycie przełożonym. Gdy wykonywał telefon, lokatorzy wraz z Nilsenem otoczyli go, słysząc jak wspomina, że być może powinni wezwać policję. Najpierw jednak jego firma miała dokonać dokładniejszej analizy, tym razem w świetle dziennym. Pracownik firmy kanalizacyjnej zabrał Nilsena oraz innego lokatora, aby pokazać im stertę gnijącego mięsa. Nilsen wrócił ma to miejsce około północy, aby usunąć resztki ciała. Wyrzucił je za płot. Pomyślał, że mógłby zastąpić je kawałkami kurczaka. Rozważał także samobójstwo. Jednak zamiast tego siedział sam w swoim mieszkaniu i pił, otoczony szczątkami trzech mężczyzn. Jednak sąsiedzi z dołu zauważyli jego nocną wycieczkę. Kiedy Cattran wrócił i zauważył wyczyszczony ściek, mieszkańcy budynku opowiedzieli mu o swoich podejrzeniach. Udało mu się wyciągnąć jeden kawałek obrzydliwie śmierdzącego mięsa z głębi ścieku i wezwać policję.

    9 lutego 1983 Nilsen powiedział do swojego współpracownika: "Jeśli nie będzie mnie jutro to znaczy, że albo jestem chory, albo martwy, albo w więzieniu." Oboje się roześmiali. Ale Nilsen przeczuwał, że coś się stanie. Kiedy wszedł do ciemnego korytarza prowadzącego do jego mieszkania, zobaczył trzech mężczyzn, którzy na niego czekali. Główny inspektor Jay powiedział mu, że przyszli w sprawie jego ścieków. Poinformował go także, że to ludzkie szczątki je zapchały. Nilsen aż zakrzyknął z przerażenia i zapytał skąd pochodzą. Powiedzieli mu, że mogą pochodzić jedynie z jego mieszkania i zapytali o resztę ciała. Nilsen poddał się i powiedział, że może z nimi jechać na komendę. Znał swoje prawa i przyznał, że chce rozmawiać. Opowiedział o wszystkim z szokującymi szczegółami. Im więcej mówił, tym bardziej policjanci zdawali sobie sprawę, że już poprzednie lata przynosiły im wskazówki, co do możliwości popełnianych zbrodni. Gdyby tylko wtedy postępowali inaczej, to zakończyliby to mordercze szaleństwo o wiele szybciej.

    Przeszukanie szafy Nilsena dało w rezultacie kilkanaście toreb z męskimi szczątkami w różnych stadiach rozkładu. Zabrano je do kostnicy do analizy. Nilsen powiedział im, żeby poszukali też w skrzyni na herbatę i pod szafką w łazience. Doprowadził ich także do swojego poprzedniego mieszkania, gdzie zabił ?dwunastu lub trzynastu? mężczyzn. Przyznał, że było także siedmiu innych, których próbował zabić, ale mu się nie udało. Na komisariacie Nilsen powiedział: "Ofiara jest brudnym talerzem po uczcie, a umycie go jest zwyczajnym higienicznym zabiegiem."
    Zeznania
    Pomimo ostrzeżeń Nilsen zaczął natychmiast opisywać swoje zbrodnie ze wszystkimi szczegółami. 11 lutego rozpoczęło się oficjalne przesłuchanie. Trwało ono ponad 30 godzin i ciągnęło się w sumie przez tydzień. Nilsen opisywał swoje techniki i pomagał policji identyfikować części ciał ofiar. Nie potrzebował do tego żadnej zachęty. Eksplodował lawiną informacji, jak gdyby chciał oczyścić swoje sumienie i pozbyć się każdego możliwego wspomnienia z tamtego okresu. Nie robił żadnych dygresji ani nie prosił o współczucie. Ale nie okazywał też skruchy. Później twierdził, że jego zawodowa praktyka pozwoliła mu udawać spokój, aby policjanci mogli zapisać wszystkie informacje. Powiedział im wszystko, czego potrzebowali do postawienia mu zarzutów, ale poza tym nic osobistego. Prywatnie bardzo się bał i był głęboko poruszony tym, co zrobił. Dzięki Nilsenowi było możliwe znalezienie różnych części ciał ofiar i zgromadzenie ich w jedną całość, tak jak to zrobili chociażby ze Stephenem Sinclairem. Jego dolna połowa ciała znajdowała się w torbie w łazience. Dzięki temu śledczy mogli wydedukować, który tors należał do niego. Ze skompletowanymi zwłokami mogli oskarżyć Nilsena i zatrzymać go do dalszego przesłuchania.

    Nilsen także udał się z policjantami na Melrose Avenue 195 i pokazał gdzie zakopywał rzeczy i rozpalał ogniska. Przydzielono mu obrońcę z urzędu ? Ronalda T. Mossa, który przysłuchiwał się szczegółowym zeznaniom Nilsena razem z policją. Był zadowolony, że Nilsen rozumiał co się dzieje. Nieco później Dennis spisał swoje krwawe wspomnienia. Dzięki pomocy młodego pisarza Briana Mastersa, chaotyczne wątki zostały złożone w spójną całość. Jak powiedział Masters: "Nilsen jest pierwszym mordercą, który prezentuje wyczerpujące źródło informacji na temat swojej własnej introspekcji. Jego więzienne dzienniki są więc unikalnym dokumentem w historii zabójstwa kryminalnego."

    Po przesłuchaniu Nilsen został przeniesiony do więzienia Brixton, aby oczekiwać na rozprawę. Zaniepokoiła go reakcja prasy zaraz po jego aresztowaniu. "Nikt nie chce wierzyć, że jestem zwykłym człowiekiem, który tylko doszedł w życiu do niezwykłych i przytłaczających wniosków." - stwierdził wtedy.

    Ci, którzy przeżyli

    Wielu młodych mężczyzn (a nawet jedna kobieta) poszło z Nilsenem do jego domu, a jednak wyszło z niego całych i zdrowych. Kilkoro jednak ledwie stamtąd uciekło, a część z nich nawet złożyło doniesienia na policji. Bardziej szczegółowe śledztwo mogło uratować kilka żyć. Nilsen twierdzi, że podjął siedem prób, w których albo został pokonany, albo zmienił zdanie. Pamięta nazwiska jedynie czworo z ocalonych osób, ale tylko troje z nich zeznawało przeciwko niemu na rozprawie. W październiku 1979 roku Andrew Ho złożył doniesienie na policji. Powiedział, że Nilsen go zaatakował, ale nie chciał złożyć pisemnych zeznań ani zgodzić się na zeznawanie w sądzie. Być może Ho nie chciał przyznać się do związku z Nilsenem. Prawie rok później Douglas Stewart zeznał, że Nilsen jego również zaatakował. Stewart zasnął wówczas w fotelu i obudził się ze związanymi nogami, widząc Nilsena zawiązującego krawat na jego szyi. Odepchnął go i zwalił z nóg, a wtedy Nilsen kazał mu wyjść. 11 sierpnia 1980 roku około 4 rano wezwał policję na Melrose Place 195, a policjanci zauważyli, że chłopak był pijany. Zapukali do drzwi, a Nilsen wydawał się zaskoczony tym, o co go oskarżali. Funkcjonariusze zdali sobie sprawę, że w całej sprawie chodzi o jakieś homoseksualne porachunki, a obie strony coś ukrywają. Napisali raport, ale Stewart nie chciał go podpisać.

    Nilsen mieszkał na Cranley Gardens mniej niż półtora roku, ale zabił tam trzech mężczyzn. A usiłował zabić kilkanaście innych. 23 listopada 1981 roku, w swoje 36 urodziny, Nilsen zabrał 19-letniego studenta geja do swojego mieszkania, gdzie razem spożywali alkohol. Chłopak nazywał się Paul Nobbs. Następnie poszli do łóżka i Nobbs przebudził się o 2:30 nad ranem z potwornym bólem głowy. Zasnął i ponownie obudził się o szóstej i poszedł do kuchni. W lusterku zobaczył głęboki czerwony ślad na swojej szyi. Białko oczu podeszło mu krwią, a twarz wyglądała na posiniaczoną. Nilsen skomentował to mówiąc, że wygląda okropnie i powinien iść do lekarza. Tamtego dnia Nobbs odwiedził uczelniane ambulatorium i dowiedział się, że ślady wokół szyi wyglądają na próbę uduszenia. Jednak odmówił złożenia doniesienia na policję. Ofiarą tuż po nim był John Howlett, któremu nie udało się uciec.

    W Sylwestra tego samego roku Nilsen zaprosił do swojego mieszkania sąsiadów, jednak mieli oni już inne plany na ten wieczór. Poza tym mężczyzna wyglądał na pijanego, co wcale nie zachęciło ich do odwiedzin. Słyszeli później jak wychodzi z domu i wraca już nie sam. Na górze słyszeli jakieś zamieszanie. Ktoś zbiegał po schodach, zanosząc się płaczem i wybiegł frontowymi drzwiami. Był to niejaki Toshimitsu Ozawa. Policji powiedział, że myślał, że Nilsen chciał go zabić. Podszedł do Ozawy z krawatem rozciągniętym na dłoniach. Jednak przesłuchanie nie wywołało żadnej reakcji ze strony policjantów.

    W kwietniu 1982 Nilsen flirtował z przebranym za kobietę artystą. Był to Carl Stotter (21 l.). Razem się upili i poszli do łóżka. Nilsen próbował udusić chłopaka, który obudził się nie mogąc zaczerpnąć tchu. Myślał, że Nilsen próbuje mu pomóc, ale to nie była prawda. Nilsen zabrał go do łazienki i położył do wanny pełnej wody, zanurzając go kilka razy, do momentu aż Stotter błagał go żeby ten przestał. Stotter zanurzył się pod wodę i przestał się szamotać. Nilsen myślał, że chłopak nie żyje, więc zabrał go na kanapę. Bleep wskoczył na kanapę i zaczął lizać twarz Carla, wiedząc, że tak naprawdę żyje. Wtedy Nilsen zabrał go do łóżka i przytulał się do chłopaka dopóki ten nie odzyskał świadomości. Nilsen powiedział Stotterowi, że przyciął sobie gardło zamkiem od śpiwora, którym się przykrył. Stotter przypisał złe wspomnienia sennemu koszmarowi, pomimo wykonanej obdukcji i informacji, że jego obrażenia wskazują na próbę uduszenia. Nawet zgodził się spotkać z Nilsenem ponownie, ale nie przyszedł na spotkanie. Nie poszedł także na policję.

    Sędzia skazał Dennisa Andrew Nilsena na dożywocie bez możliwości ubiegania się o warunkowe zwolnienie przez 25 lat.
    (o rozprawie macie więcej w linku poniżej, nie mogłem więcej wkleić bo treść byłaby za długa)

    http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy&dane=Nilsen.htm
    #seryjnimordercy
    #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Paweł Tuchlin. "Skorpion" polujący z młotkiem

    Z budynku Akademii Medycznej w Gdańsku wychodzą studentki. Jest ciepły, jesienny wieczór, spacerujący w parku Paweł Tuchlin wybrał to miejsce i tę porę nieprzypadkowo. Jedna z dziewcząt oddziela się od grupki koleżanek i skręca w pustą alejkę. Na to czekał. Zachodzi jej drogę i demonstruje swoje przyrodzenie. Chce zobaczyć znajomy wyraz przerażenia, którym zwykle reagują w tej sytuacji zaatakowane przez niego kobiety. Lubi to. Jednak tym razem słyszy coś, co jednocześnie upokarza go i rozwściecza: - Chłopie, czym ty się chwalisz?

    Jakby dostał w pysk. Tuchlin dobrze zna to uczucie. „Śmierdziel”, „sikacz”, „strażak” - tak mówiły o nim dziewczyny, które prosił do tańca na zabawach w remizie. I śmiały się. Miał wtedy prawie 16 lat i wciąż moczył się w nocy, żadna nie chciała z nim tańczyć. Każdego ranka rodzice sprawdzali prześcieradło. Jeśli było mokre (a przeważnie było), dostawał „lekarstwo”: lanie pydą, czyli splecionymi rzemieniami. Sikał, więc go bili. Billi go, więc sikał. Na dziewczyny we wsi był wściekły. Potem na wszystkie inne. Jeszcze im pokaże, co potrafi.

    Studentka, którą zaczepił, szybkim krokiem zmierza w kierunku przystanku na Alei Zwycięstwa. Jeszcze nie wie, że właśnie spotkała przyszłego „Skorpiona”. Jednego z najbrutalniejszych seryjnych morderców w Polsce, który w ciągu kolejnych ośmiu lat zabije i wykorzysta seksualnie 9 kobiet, a 11 poważnie okaleczy.
    Czego się pani boi?

    Pierwsze trzy ofiary Tuchlina przeżywają napad. Przypadkiem, bo zabójca dopiero uczy się swojego krwawego rzemiosła. Łatwo się płoszy, zwleka z pierwszym ciosem, nie wie, jak go zadać, atakuje w mieście, próbuje najpierw zagadywać upatrzone kobiety. Później zmieni taktykę, stanie się szybki, sprytny, bezwzględny i niezauważony. Na razie mamy zimny, październikowy dzień 1975 roku, godzinę 20.00, a Paweł Tuchlin wie tylko, że musi wreszcie zrealizować chorą seksualną fantazję, która nie daje mu spokoju. 21-letnia Danuta przemierzająca właśnie skwer sąsiadujący z peronem PKP na gdańskiej Oruni, nadaje się do tego idealnie. Jest ładną, zgrabną dziewczyną, ale to dla oprawcy sprawa drugorzędna. Najważniejsze, że jest sama, a warunki wydają się sprzyjające.

    _Tuchlin wówczas stawiał pierwsze kroki w swej zbrodniczej działalności, z każdym kolejnym przestępstwem „oswajał się” – mówi Adrian Wrocławski, adwokat prowadzący zajęcia z kryminalistyki na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego._


    Skorpion łapie Danutę za ramię i pyta, czy ma zapałki. Dziewczyna nie reaguje, idzie dalej. Po chwili jednak upada twarzą na ścieżkę, kilka razy uderzona przez Tuchlina młotkiem w tył głowy. Udaje mu się zaciągnąć ją w krzaki, ale później wszystko idzie nie po jego myśli. Zauważa brak młotka, który musiał wypaść na ścieżkę, wraca po niego, w tym czasie ktoś nadchodzi. Skorpion musi uciekać.

    Po dwóch miesiącach atakuje ponownie w tej samej okolicy, jednak i tym razem nie zaspokoi swojej żądzy. Po ogłuszeniu młotkiem, zdąży zawlec 26-letnią pielęgniarkę Mirosławę za ogrodzenie jednego z domów i zsunąć jej spodnie. Ucieka, gdy zauważa zapalone światło i ruchy za firanką jednego z okien. Zabiera ofierze torebkę, co potem stanie się nieodłącznym elementem jego ataków. Mirce życie ratuje czapka z futra lisa, która amortyzuje uderzenia młotkiem.

    Po odzyskaniu przytomności, zakrwawiona, brudna, z rozbitą głową i poszarpanym ubraniem dobija się do drzwi sąsiadów (Tuchlin dopadł ją przy samym domu). Prosi, by ją wpuścili i pozwolili się umyć. Nie chce w takim stanie pokazać się matce.

    Kolejna kobieta, upatrzona przez Tuchlina miesiąc później na gdańskich Siedlcach, zaskakuje go. Słysząc za sobą coraz wyraźniejsze kroki, odwraca się i oświetla jego twarz latarką. Widzi gotową do ciosu dłoń, w której mężczyzna trzyma młotek.

    - Czego się pani boi? - pyta zdezorientowany mężczyzna, mija ją i znika w mroku. Nie musi długo czekać na kolejną okazję. Jest nią 19-letnia Jadwiga, „Mała”, wracająca do domu z potańcówki w „Rudym Kocie”. Uderza ją młotkiem w tył głowy, wlecze w osłonięte miejsce, zdąży jeszcze rozpiąć jej spodnie, gdy po raz kolejny spłoszą go kroki przypadkowego przechodnia. To ratuje Jadwidze życie. Cudem, bo na miejscu zbrodni funkcjonariusze milicji znajdują odłamki czaszki wielkości dłoni.

    Tego się nigdy nie liczy, ręka sama lata - powie kilka lat później Tuchlin, zapytany na wizji lokalnej o liczbę zadanych ciosów.

    Biegli policzyli, że zwykle było ich od 5 do 20. Jadwigę uderzył 11 razy.
    Chodź się popieścić

    Ataki Tuchlina ustają po tym zdarzeniu na trzy lata. Jak się później okaże, odsiaduje w tym czasie wyroki za kradzieże, nie niepokojony najmniejszymi podejrzeniami o dokonanie znacznie gorszych czynów.

    Po wyjściu z zakładu karnego, gdzie prawdopodobnie przemyślał swoje działanie, rozpoczyna się faza, którą dr Jerzy Wnorowski nazwał „Apogeum”, trwająca od 1979 do 1980 – wyjaśnia Adrian Wrocławski. - Cechowała się ona spokojem, rozważnością, uwagą, brutalną precyzją i dokładnością. Wówczas jego działanie pochłonęło życie sześciu kobiet w jednym zbrodniczym ciągu.


    Pierwszą ofiarą śmiertelną jest Irena, 18-letnia pielęgniarka. Wracając z kuzynką z kawiarni, słyszy trzask łamanej gałęzi dochodzący z zagajnika. Dziewczęta ignoruja odgłos i wkrótce, na nieszczęście Irki, rozdzielają się. Skorpion śledzi je z odległości 100 metrów. Na drodze w Niestępowie obnaża się przed Ireną i wypowiada zdanie, które padnie z jego ust jeszcze wiele razy: „Chodź, będziemy się pieścić”. Pieszczoty oferowane przez Tuchlina to kilkanaście ciosów młotkiem w głowę, wleczenie do rowu i zdzieranie dolnej części garderoby. On sam zadowala się wreszcie w taki sposób, o który mu zawsze chodziło: dotyka narządów płciowych kobiety i onanizuje się. To mu wystarczy - do penetracji nigdy nie dochodzi.

    Jak ja sobie tak pogrzebałem, to przez dwa dni rąk nie myłem, tylko wąchałem – powie potem podinspektorowi Stefanowi Chrzanowskiemu, szefowi grupy „Skorpion”, która przez lata usiłowała wytropić mordercę kobiet.

    Pech, przypadek i ludzkie niedbalstwo decydują o tym, że pierwsze zabójstwo nie jest również ostatnim. Tuchlin, uciekając z miejsca zdarzenia, gubi narzędzie zbrodni – owinięty bandażem młotek. Są na nim wyryte litery ZNTK. To Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego, w których morderca pracuje. Nie ma go jednak na liście pracowników pobierających narzędzia. Osoba sporządzająca wykaz nie wpisała jego nazwiska. Skorpion może grasować dalej.

    30-letnią Anastazję, która wcześniej pokłóciła się z mężem, atakuje i zabija na Zakoniczynie. Alicja ze Skowarcza, wracajaca z pracy do męża i dziecka, zostanie znaleziona dopiero pod dwóch dniach: półnaga, w śniegu, z rozrzuconymi nogami i twarzą zastygłą w przerażeniu. 22-letnią Cecylię, księgową z Radziejowa, Skorpion dopada na 10 dni przed jej ślubem. Dziewczyna wysiada z autobusu w Lubikach i spieszy się na ostatnią przymiarkę sukni ślubnej, a potem do narzeczonego, który czeka na nią w domu. Nigdy już tam nie dotrze. Tuchlin zabija ją w lesie, a potem dokonuje swoich „pieszczot”. Z siatki, którą niosła dziewczyna, wysypują się zakupy: bułka paryska, wędlina, śliwki i ciastka, tzw. „Katarzynki”. Tuchlin posilia się nimi nad ciałem umierającej. Taki koszmarny posiłek jeszcze kiedyś powtórzy.

    - Zimno dziś, prawda? – zaczepia w listopadzie 22-letnią Grażynę, pracownicę domu dziecka, zmierzającą do Kamionki k. Malborka, gdzie mieszkają jej rodzice.
    - Rzeczywiście, niezbyt ciepło - odpowiada zaniepokojona dziewczyna i próbuje iść dalej.
    - Jednak nie za zimno, żeby się popieścić.

    Na ucieczkę nie ma już szans. Dziewczyna otrzymuje siedem ciosów prętem - tym razem Skorpion wyruszył na polowanie bez młotka. Zanim 1980 rok dobiegnie końca, zabije jeszcze raz: Wandę, matkę ośmiolatka, która o 5.00 nad ranem wyrusza do pracy w sklepie spożywczym przy ul. Kartuskiej w Gdańsku i wpada prosto w ręce Skorpiona.
    Chciałem je tylko unieruchomić

    Skuteczność tych ataków i poczucie bezkarności spowodowało dalszą ewolucję sprawcy i zaowocowało wyodrębnieniem fazy trzeciej, „nonszalanckiej” - tłumaczy Adrian Wrocławski. - Trwała ona od 1981 do 1983 roku, kiedy Tuchlin działał wyjątkowo zuchwale, nieostrożnie, zaczął dokonywać ataków w dzień, często w odstępie kilku dni. Wówczas zamordował trzy kobiety, ale też w siedmiu przypadkach miały one szczęście ujść z życiem.


    Genowefę napada latem, w biały dzień i dotkliwie rani prętem (kobieta jakimś cudem uchodzi z życiem). W Krystynę i w Bogumiłę wjeżdża… skradzionym żukiem - im również udaje się uniknąć śmierci. Tyle szczęścia nie ma 19-letnia Halina, którą Skorpion atakuje w Kokoszkach. Znaleziona w krzakach 14 listopada 1981 roku i przewieziona do szpitala w Gdańsku kona jeszcze przez cztery doby. W dniu napadu miała wyprawić swoje urodziny.

    Jedną z najbrutalniejszych i najgłośniejszych zbrodni Tuchlina jest zabójstwo 24-letniej Bożeny w Skarszewach. Dziewczyna kończy pracę o 20.30 i spieszy się do domu - ma liczne rodzeństwo, po śmierci ojca pomaga matce jak może. Skorpion uderza ją w głowę na chodniku, przeciąga przez jezdnię na drugą stronę i wraca jeszcze po torebkę, która wypadła Bożenie z ręki. W tym czasie dziewczyna odzyskuje przytomność, próbuje wstać. Oprawca zadaje jej kolejne ciosy i przerzuca przez murek, za którym zaczyna zdzierać z niej ubranie. Bożena próbuje się opierać, bełkocze, spadają więc na nią kolejne ciosy rozwścieczonego już zabójcy.

    _Chciałem je tylko unieruchomić - powie śledczym Paweł Tuchlin. - Gdyby się nie ruszały, nie musiałbym zabijać._


    Gdy oddala się od niej w stronę ulicy i ogląda za siebie, dziewczyna jeszcze się rusza. Od godziny 21.00 do północy kilka, a może nawet kilkanaście osób przechodzących nieopodal i mieszkających w okolicznych blokach słyszy dobiegające zza murku jęki Bożeny: „Mamo, mamusiu”. Tego wieczoru hucznie obchodzone są w wielu domach imieniny Marii. Ofiarę Skorpiona znajduje w końcu przed pierwszą w nocy trzech mężczyzn, którzy wychodzą z imprezy po alkohol. Jest już za późno. W momencie przyjazdu karetki Bożena nie żyje.

    Pamiętam jak robiliśmy wizję w Skarszewach - wspomni po wielu latach od tego zdarzenia podinsp. Stefan Chrzanowski. - Gdyby nie było zabezpieczenia milicyjnego, to doszłoby do samosądu. W klika osób nie dalibyśmy rady go uchronić.


    Fetyszysta

    Paweł Tuchlin był zdziwiony, że zabił tyle kobiet. Już w areszcie domagał się ich nazwisk i adresów, chciał do nich napisać i dowiedzieć się, czy to wszystko, co mu zarzucają, to prawda. Widział w dzieciństwie, jak ogłusza się świnie. Siły ciosów młotkiem, które zadawał kobietom, nie kontrolował. Twierdził, że oddychały, gdy je zostawiał.

    _Po osiągnięciu wytrysku ubierałem się, przeglądałem torebkę kobiety i zabierałem pieniądze, biżuterię, jedzenie. Przedmioty te miałem w domu, bawiłem się nimi albo dawałem żonie. Kiedy taka kobieta doszła do siebie i stwierdziła ich brak, to na pewno się martwiła. Ta myśl cieszyła mnie, ale nie wiem dlaczego - pisze w trakcie pobytu w areszcie._


    Oprócz pieniędzy, obrączek, zegarków, zdarzało mu się również zabrać wycięte z majtek skrawki materiału. Używał ich później jako chusteczek do nosa. Badania psychiatryczne potwierdziły, że u Tuchlina z biegiem lat wykształciła się parafilia. Najpierw był podglądaczem, potem ekshibicjonistą, wykształcił najprostsze formy kontaktu z kobietami, jak obnażanie się czy łapanie ich za krocze. Interesowały go przede wszystkim ich narządy rodne i seks oralny. Nie miał innego pomysłu na przekonanie kobiety do „pieszczot” niż ogłuszenie jej młotkiem.

    Co ciekawe, Skorpion był zbrodniczym alter ego zwykłego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny. Paweł Tuchlin wiódł przeciętny żywot, sąsiedzi byli zdziwieni, że ten spokojny, nieśmiały człowiek dopuścił się takich czynów. Był dwuktornie żonaty. Obie kobiety twierdziły, że pożycie seksualne układało się normalnie. Co prawda czasem potrafił zachować się dziwnie, np. wyjść z domu w trakcie rozmowy albo nie reagować na pytania. Czasem uderzyć żonę. Ale który chłop tego nie robił? On sam nie był specjalnie szczęśliwy w małżeństwie: żony nie chciały uprawiać miłości francuskiej, a pierwsza w dodatku nie sprzątała w mieszkaniu i podobno go zdradzała. Wydaje się, że głębsze uczucia żywił jedynie w stosunku do synka (miał dwoje dzieci). Przed wykonaniem wyroku pojechał się z nim pożegnać i długo tulił w ramionach. Jednak nawet myśl o dziecku nie powstrzymała go wcześniej przed dokonywaniem okrutnych zbrodni. Liczyło się jedynie zaspokojenie potrzeb.

    Pogoda była jego wspólnikiem

    Paweł Tuchlin wyruszał na polowanie, gdy zmieniała się pogoda, a ciśnienie spadało. Stąd jedna z teorii, że ten groźny zabójca był baropatą. On sam mówił później, że zanim zaatakował, przez cały dzień odczuwał dziwny niepokój, podniecenie, którego nie potrafił i raczej nie chciał powstrzymać. Brał młotek, obwiązywał go bandażem, aby stal nie ziębiła ciała i chował za pasek. Znał na pamięć rozkłady jazdy, najdogodniejsze połączenia. Czasem godzinami jeździł po okolicy, zanim znalazł odpowiednią dziewczynę. I okazję, bo choć jego ofiarami padały zwykle młode, ładne i szczupłe kobiety, uroda nie była najważniejszym kryterium. Czasem wysiadał za którąś tylko dlatego, że w okolicy nie było nikogo, a ona szła sama.

    Ale warunki pogodowe sprzyjały zbrodniom Tuchlina również z innych względów. Mgła, która była częstym świadkiem jego przestępstw, ograniczała widoczność i pozwalała na szybkie, niezauważone opuszczenie miejsca zbrodni. Nie bez powodu atakował o świcie lub po zmroku. Deszcz, wiatr i śnieg wielokrotnie zniszczyły ślady, które po sobie zostawiał, skutecznie komplikując milicjantom dochodzenie. Gdy przybywali na miejsce, trudno było znaleźć jakikolwiek dowód.
    Podpis zabójcy

    Jak to możliwe, że przez siedem lat pozostał nieuchwytny? Przez cały ten czas, mimo że atakował w ten sam sposób, nikt nie połączył zabójstw kobiet z jednym sprawcą. Dziś wydaje się to nieprawdopodobne.

    _O nieuchwytności Skorpiona zaważyła i niedoskonałość technik wykrywczych i często czysty pech - mówi mec. Adrian Wrocławski. - Ale Tuchlin był również przebiegłym człowiekiem. Nie zostawiał wielu śladów. Pozostawała jedynie inwigilacja różnych środowisk, która była przeprowadzana bardzo dokładnie, a mimo to nie udawało się go namierzyć._


    Mec. Wrocławski tłumaczy, że przez swoje „rozpasanie” w ostatniej fazie morderczej działalności Skorpion zaczął pozostawiać na miejscach ataków konkretne i wartościowe ślady. Ostatecznie udało się powiązać je ze sobą. Bezpośrednią przyczyną, która wepchnęła go w ręce milicji nie było zabójstwo, ale… kradzież świń. Załadował je do żuka, którym przewoził później jedną z ofiar. Leśna droga była zabłocona, samochód utknął, Skorpion musiał uciekać pieszo. W porzuconym aucie znaleziono ślady świnskiego kału. Funkcjonariusze nie mieli jeszcze stuprocentowej pewności, że mordercą jest Tuchlin, ale krąg podejrzanych zawężał się. Pojechali po niego 31 maja 1983 roku pod pozorem wyjaśnienia kradzieży, w chlewie znaleźli skradzione prosiaki. Gdy skuli go w kajdanki, zaczął drżeć. Wiedział, że to koniec.

    Modus operandi, czyli ekspertyza dotycząca sposobu działania zabójcy po raz pierwszy w polskiej kryminalistyce została uznana jako dowód w sprawie. Fakt, że morderca atakuje o określonej porze, używa konkretnego narzędzia, zadaje ciosy w tył głowy, rozbiera ofiary i okrada je, zabiera swoje „trofea”. To wszystko zauważył, uporządkował i przypisał do jednej osoby dr Jerzy Wnorowski z Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego.

    Michał Pruski i Zbigniew Żukowski, dziennikarze „Głosu Wybrzeża”, którzy dostali „sprawę Skorpiona” na wyłączność, wspominali później, że zapytali go, co by zrobił, gdyby udało mu się wyjść na wolność. „Zapolowałbym” – miał odpowiedzieć.

    Biegli stwierdzili, że Paweł Tuchlin był poczytalny, gdy dokonywał zbrodni i może odpowiadać za nie przed sądem. Sąd zdecydował, że taki człowiek jak on może podlegać tylko jednej karze – trwałej eliminacji ze społeczeństwa. Był przedostatnim skazanym w Polsce, na którym wykonano karę śmierci. Paweł Tuchlin został powieszony 25 maja 1987 roku. Jeden z obrońców Tuchlina (miał ich aż trzech), mec. Marek Maj, mówił później, powołując się na wiarygodne źródło, że przed zamknięciem wieka trumny grabarze oddali do niej mocz.

    Choć proces Skorpiona był burzliwy: morderca m.in. wycofał swoje zeznania, twierdził, że to nie on zabijał, w końcu nie przyznał się do dwóch zarzucanych mu zbrodni, prosił nawet o operację zmiany płci, nie ma osoby, która mogłaby potwierdzić, że przez chwilę żałował tego, co robił.

    Przed wizjami lokalnymi, jeszcze w areszcie musieli dawać mu środki uspokajające, tak bardzo podniecały go same wspomnienia dokonanych morderstw – mówi Michał Pruski. – W rolę ofiar wcielała się pozorantka z milicji, drobna dziewczyna. Na wszelki wypadek Tuchlin dostawał młotek zrobiony ze styropianu.

    #seryjnimordercy
    #polska
    #kryminalne
    https://magazyn.wp.pl/artykul/polowal-z-mlotkiem-gdyby-sie-nie-ruszaly-nie-musialbym-zabijac
    pokaż całość

    źródło: vignette.wikia.nocookie.net

  •  

    The Axeman of New Orleans

    Seryjny morderca czynny w Nowym Orleanie (i okolicznych hrabstwach, w tym Gretnie) od maja 1918 roku do października 1919 roku. W szczytowym okresie wywołanej przezń paniki prasa donosiła o podobnych morderstwach dokonanych już w 1911 roku, ale ostatnie badania wykazały, że te sprawozdania należy postawić pod znakiem zapytania
    Pseudonim zabójcy wziął się z jego modus operandi - sprawca atakował swe ofiary siekierą. W niektórych przypadkach Kat wpierw otwierał siekierą drzwi do mieszkania ofiary. Zabójca nie został schwytany ani zidentyfikowany, chociaż morderstwa ustały równie tajemniczo, jak się zaczęły. Tożsamość mordercy jest nieznana do dziś, mimo że proponowano różne rozwiązania.

    Nie wszystkie ofiary Kata umierały, ale brutalność i zupełna przypadkowość jego ataków terroryzowała społeczeństwo. Niektóre wczesne ofiary Kata to Amerykanie włoskiego pochodzenia, w szczególności syn Pietro Pepitone, który kilka lat wcześniej zabił szantażystę, członka Black Hand, Paula Di Cristinę (Paolo Marchese); gazety donosiły, że w to zabójstwo mogła być zamieszana mafia (podobnie jak w przypadku Shotgun Mana). Jednakże późniejsze przestępstwa wyraźnie nie pasowały do tego profilu, ponieważ ujmowały znacznie szerszą część społeczeństwa. Do ofiar Kata należały m.in. kobieta w ciąży czy dziecko zabite w ramionach swojej matki. Wydaje się, że Kat czerpał inspirację z Kuby Rozpruwacza, ponieważ on (bądź ktoś podający się za niego) wysyłał gazetom kpiące listy, w których pisał o przyszłych zbrodniach i twierdził, że jest nadprzyrodzonym demonem "z piekieł".

    13 marca 1919 roku w gazetach został opublikowany list, rzekomo od Kata. W liście Kat napisał, że ponownie zabije kwadrans po północy 19 marca, ale nie zabije w miejscach, gdzie grupy muzyczne będą grały jazz. W nocy z 18 na 19 marca wszystkie sale taneczne w Nowym Orleanie były wypełnione do granic możliwości, a zespoły zawodowe i amatorskie grały jazz w setkach domów w mieście. Nikt nie zginął tamtej nocy.

    Nie wszyscy zostali zastraszeni przez Kata. Niektórzy dobrze uzbrojeni obywatele za pośrednictwem gazet wysyłali Katu zaproszenia, by ten odwiedził ich domy i przekonał się, kto zginie pierwszy. W jednym zaproszeniu zapraszający obiecywał zostawić Katu otwarte okno, uprzejmie prosząc o nieuszkodzenie drzwi.

    Colin Wilson spekulował, że Katem mógł być Joseph Momfre, mężczyzna zastrzelony w 1920 roku w Los Angeles przez wdowę po Mike'u Pepitonie, ostatniej znanej ofiary Kata. Teoria Wilsona była później często powtarzana. Jednakże Michael Newton przeszukał dokumenty policji i sądów oraz archiwalne numery gazet z Nowego Orleanu i Los Angeles i nie znalazł żadnego dowodu, że człowiek nazwiskiem "Joseph Momfre" (lub podobnym) został zaatakowany bądź zabity w Los Angeles. Newton nie znalazł także żadnych informacji, że pani Pepitone (gdzieniegdzie identyfikowana jako Esther Albano, a gdzie indziej jako "kobieta, która utrzymywała, że jest wdową po Pepitone") została aresztowana, sądzona lub skazana za takie przestępstwo, a nawet, że przebywała w Kalifornii. Newton zaznaczył, że nazwisko "Momfre" i jego warianty nie było w czasie zbrodni niezwykłym nazwiskiem w Nowym Orleanie. Newton przyznał, że rzeczywiście w Nowym Orleanie mogła przebywać osoba nazwiskiem Joseph Momfre lub Mumfre mająca przeszłość kryminalną bądź powiązana z przestępczością zorganizowaną, ale dane z tamtego okresu nie pozwalają na potwierdzenie tej informacji. Podkreślił także, że wyjaśnienia Wilsona są miejską legendą, i obecnie nie ma więcej dowodów na tożsamość mordercy aniżeli w czasie zabójstw.

    Jedna z domniemanych "wczesnych" ofiar Kata, włoska para nazwiskiem Schiambra, została zastrzelona przez intruza w ich domu w Lower Ninth Ward wczesnym rankiem 16 maja 1912 roku. Mężczyzna przeżył, a kobieta zginęła. W relacjach gazet główny podejrzany miał nazwisko "Momfre". Chociaż modus operandi sprawcy był inny niż Kata, to wtedy po raz pierwszy pojawiło się powiązanie Momfre z Katem.

    Ofiary

    1. Joseph Maggio – Włoch, właściciel sklepu spożywczego. Został zaatakowany w nocy 22 maja 1918 roku, gdy spał obok żony, Catherine w ich domu na rogu ulic Upperline i Magnolia. Przeżył atak, ale zmarł kilka minut po przybyciu jego braci, Jake'a i Andrew, którzy ze swojego mieszkania po drugiej stronie ulicy usłyszeli krzyki ofiar.

    2. Catherine Maggio – żona Josepha Maggio. Także została zaatakowana w nocy 22 maja 1918 roku. Zabójca przeciął gardła Josepha i Catherine brzytwą, potem zaś rozłupał im głowy siekierą. W wypadku pani Maggio rany szyi były tak głębokie, że jej głowa została nieomal odcięta od ciała.

    3. Louis Besumer – także właściciel sklepu spożywczego, zaatakowany wczesnym rankiem 6 czerwca 1918 roku wraz z kochanką Harriet Lowe. Został uderzony siekierą w prawą stronę głowy, tuż nad skronią. Mimo tych ciężkich obrażeń przeżył atak. Ponieważ Lowe wskazała go jako napastnika, został aresztowany. Spędził za kratami dziewięć miesięcy, by zostać uniewinnionym przez przysięgłych po dziesięciominutowej naradzie.

    4. Harriet Lowe – zaatakowana podczas przebywania w łóżku z Louisem Besumerem. Zabójca uderzył ją siekierą w lewą stronę czaszki, co wprawdzie nie zabiło pani Lowe, wywołało jednak częściowy paraliż twarzy. Lowe zmarła 5 sierpnia 1918 roku, dwa dni po operacji w trakcie której chirurdzy starali się usunąć paraliż.

    5. Pani Schneider – zaatakowana wczesnym wieczorem 5 sierpnia 1918 roku. W czasie ataku była w ósmym miesiącu ciąży. Uświadomiła sobie nagle, że stoi nad nią ciemna postać, po czym została kilkakrotnie uderzona w twarz siekierą. Została znaleziona przez męża, który wracał z pracy. W szpitalu doszła do zdrowia, a trzy tygodnie po ataku urodziła zdrową dziewczynkę.

    6. Joseph Romano – starszy mężczyzna mieszkający wraz z dwiema siostrzenicami, Pauline i Mary Bruno. 10 sierpnia 1918 roku dziewczęta zostały obudzone przez dziwne odgłosy, dochodzące z sypialni wuja. Gdy tam weszły, ujrzały uciekającego przez okno krępego osobnika o ciemnej karnacji, odzianego w ciemne ubranie i kapelusz z szerokim rondem. Pan Romano, mimo, że ciężko ranny w głowę, był w stanie przejść o własnych siłach do wezwanej karetki, jednak dwa dni później zmarł w szpitalu. Śledczy znaleźli na podwórzu zakrwawioną siekierę, odkryli też, że sprawca dostał się do domu zrobiwszy dziurę w tylnych drzwiach.

    7. Charles Cortimiglia – imigrant mieszkający wraz z żoną i dzieckiem na rogu Jefferson Avenue i Second Street w Gretnie. W nocy 10 marca 1919 roku sąsiad Cortimigliów, sklepikarz Iorlando Jordano, zaalarmowany dochodzącymi z ich mieszkania krzykami przybiegł na ratunek, by zastać tam ranną w głowę Rosie, tulącą do siebie ciało córeczki, Mary. Charles Cortimiglia leżał na podłodze, krwawiąc ze strzaskanej czaszki. Oboje odwieziono do Charity Hospital.

    8. Rosie Cortimiglia – żona Charlesa Cortimiglii. Została zaatakowana wraz z mężem w trakcie snu 10 marca 1919 roku, mając dziecko w rękach. Została ciężko ranna, ale przeżyła atak.

    9. Mary Cortimiglia – dwuletnia córka Charlesa i Rosie Cortimigliów. Została zamordowana 10 marca 1919 roku w trakcie snu w rękach jej matki, otrzymawszy jeden cios w kark.

    10. Steve Boca – właściciel sklepu spożywczego, zaatakowany siekierą przez intruza w trakcie snu 10 sierpnia 1919 roku. Boca przeżył atak. Intruz dostał się przez tylne drzwi, tak jak w przypadku innych ataków Kata.

    11. Sarah Laumann – dziewiętnastoletnia kobieta, zaatakowana w nocy 3 września 1919 roku. Otrzymała liczne ciosy siekierą w głowę, straciła również kilka zębów, mimo tego udało jej się przeżyć. Nie pamiętała niczego, co wydarzyło się podczas tamtej nocy.

    12. Mike Pepitone – zaatakowany w nocy 27 października 1919 roku. Jego żona została zbudzona przez hałas i dotarła do drzwi jego sypialni w momencie, w którym Kat uciekał. Pepitone został przewieziony do szpitala, gdzie zmarł.

    #seryjnimordercy
    #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: crescentcitysound.files.wordpress.com

  •  

    Tillie Klimek. Czarna wdowa amerykańskiej Polonii

    Tillie Klimek lubiła karmić ludzi. „Następnym, dla którego chcę ugotować obiad, jesteś Ty”, mówiła do aresztującego ją oficera chicagowskiej policji. Szczęśliwie dla funkcjonariusza, Tillie nie zdążyła spełnić swojego życzenia, chociaż do końca procesu wierzyła, że zostanie uniewinniona. Dlatego tak zdziwił ją wyrok, którego nigdy wcześniej nie usłyszała żadna kobieta w hrabstwie Cook County.

    Polska seryjna trucicielka, czarna wdowa, mistrzyni dań ze szczyptą arszeniku. Tillie Klimek była postrachem Polaków w Chicago. Przez lata ukrywała swoje zbrodnie, rodacy naiwnie wierzyli jej, że potrafi przewidywać śmierć bliskich. W istocie z ogromną precyzją planowała każde morderstwo. Zawsze wybierała polskich mężczyzn, nie oszczędzając przy okazji ich krewnych, własnej rodziny i sąsiedztwa. Wraz ze swoją wspólniczką otruła 20 osób, przynajmniej tyle ofiar udało się z nią powiązać. Ostatecznie została skazana tylko za jedno morderstwo. Dlaczego zabijała?

    Medium w Polish Downtown

    Tillie urodziła się w Polsce jako Otylia Gburek. Do Stanów wyemigrowała ze swoimi rodzicami, kiedy miała zaledwie rok. Podobnie jak większość polskiej populacji na początku XX wieku, rodzina Gburków osiedliła się w okolicy Near Northwest Side, w historycznej już dzielnicy Chicago zwanej Polish Downtown, będącej najstarszym politycznym i kulturalnym centrum życia amerykańskiej Polonii. To tam dorosła Tillie zmieniała miejsca zamieszkania wraz z kolejnymi prostodusznymi małżonkami i konkubentami. Tam też rozpoczęła przestępczą karierę od zbudowania swojej ezoterycznej legendy i zakończyła ją w atmosferze społecznej paniki, która ogarnęła całe środowisko polonijne.

    Tillie swojego pierwszego męża poślubiła około 1890 roku. Przeżyli razem blisko ćwierć wieku. Józef Mitkiewicz zmarł wskutek problemów z sercem. Jego śmierć nie była całkowicie niespodziewania, choć okoliczności tego zdarzenia wprawiły najbliższe otoczenie Tillie w niemałe zdziwienie. Kilka tygodni wcześniej kobieta opowiadała znajomym z sąsiedztwa o swoim śnie, w którym widziała martwe ciało męża w konkretnym dniu w przyszłości. Dzień ten był dniem, w którym zmarł Mitkiewicz.

    Parapsychologiczne zdolności wdowy były doprawdy uderzające, podobnie jak towarzyszący im pech. Po dwóch miesiącach od śmierci pierwszego męża Tillie poślubiła kolejnego mieszkającego w okolicy Polaka, Jana Ruskowskiego. Drugi mąż szybko padł ofiarą proroczych snów Tillie, jego śmierć nadeszła precyzyjnie w wyznaczonym przez Gburek terminie. Podobny los spotkał również konkubenta Tillie, Józefa Guszkowskiego. Obaj mężczyźni zmarli jeszcze w 1914 roku.

    Trumna z przeceny i zdrowy mężczyzna

    Kolejnym mężem Tillie został Franciszek Kupczyk. Małżonkowie zamieszkali w mieszkaniu przy 924 N. Winchester, w którym wcześniej Tillie mieszkała ze swoim (drugim już) konkubentem pod nazwiskiem „Meyers”. O tym ostatnim wiadomo niewiele, zniknął w nieznanych okolicznościach i w 1923 roku został uznany za osobę zaginioną. Co przewidywalne, w niedługim czasie po ślubie z Kupczykiem Tillie zaczęła opowiadać sąsiadom o snach, które znowu ją prześladują. Z zeznań świadków w czasie późniejszego śledztwa wiemy, że Tillie dosyć otwarcie rozmawiała z Franciszkiem o jego przyszłości. „To nie potrwa już długo” lub „wkrótce umrzesz” były kwestiami często wypowiadanymi przez panią domu.

    Tillie, doświadczona wcześniejszymi wydarzeniami, postanowiła nabyć trumnę w okazyjnej cenie (30$) oraz - siedząc przy łożu śmierci Franciszka - wykonać kapelusz żałobny, który był jej znakiem rozpoznawczym w czasie procesu. Absurd całej sytuacji dodatkowo podkreślił fakt, iż Tillie zakupioną trumnę trzymała w piwnicy za zgodą właścicielki domu. Franciszek zmarł w 1921 roku. Jak zeznali świadkowie, tuż po śmierci męża Tillie włączyła gramofon z muzyką taneczną w pokoju, w którym leżało ciało zmarłego męża.

    Po śmierci Kupczyka Tillie nie zwlekała długo z kolejnym zamążpójściem. Nowym wybrańcem miał zostać Józef Klimek. W owym czasie reputacja Tillie nie była już najlepsza. Jako wielokrotna wdowa, przewidująca śmierć każdemu ze swoich mężczyzn, stanowiła zagrożenie dla całych rodzin, z którymi decydowała się wiązać. Dlatego bliscy Józefa Klimka wpadli w przerażenie, kiedy ten postanowił wbrew ich sugestiom poślubić Tillie. „Ona jest dobrą kobietą, a ja jestem zdrowym mężczyzną i zamierzam zachować zdrowie na długie lata”, wykrzykiwał Józef łamaną angielszczyzną, próbując przekonać swoją racjonalną rodzinę.

    Świeżo poślubieni (1921) małżonkowie zamieszkali w mieszkaniu przy 1453 Tell Place (obecnie 1453 Thomas Street). Państwo Klimek zadecydowali o wspólnocie majątkowej, w przypadku śmierci pozostawiając sobie nawzajem wszelkie dobra. Niedługo po tym Józef zachorował. Dzięki interwencji swojej czujnej rodziny trafił do szpitala, gdzie udało się go uratować. Badania wykazały, że został otruty dużą ilością arszeniku. Jak zeznawał poszkodowany: „Kazała mi się ubezpieczyć na większą kwotę. Niczego nie podejrzewałem, pomimo tego, że zupa i inne posiłki smakowały dziwne. Potem zachorowałem”.

    Wysoka kapłanka kliki Sinobrodego

    Kiedy plan uśmiercenia Klimka legł w gruzach, Tillie wiedziała, że nie ma innego wyboru jak przyznać się do otrucia Józefa. Tym samym miała nadzieję, że wcześniejsze morderstwa nie zostaną wykryte. Sprawa jednak nieoczekiwanie się skomplikowała, kiedy chicagowska policja zaczęła wnikliwiej analizować ostatnie 10 lat życia Klimek: zwłaszcza jej proroctwa i spore zyski finansowe, które czerpała ze śmierci każdego z małżonków. "Czarna wdowa" szybko została aresztowana, a ciała jej zmarłych partnerów zostały poddane ekshumacji. Jak się okazało, w każdym z nich znaleziono ilość arszeniku, która mogłaby zabić nie jednego, lecz tuzin mężczyzn.

    Jednym z głównych motywów, który popychał Tillie do morderstw była chęć wzbogacenia się. Schemat zabójstwa każdego z małżonków zakładał podwyższenie kwoty ubezpieczenia i przepisanie Tillie całego majątku ofiary. Nie jest jednak tajemnicą, że Klimek posiadała także ciekawą zdolność przepowiadania śmierci tym, z którymi była w jakiś sposób skonfliktowana. W tej grupie znaleźli się przede wszystkim sąsiedzi, okoliczne zwierzęta, kobiety, o które była zazdrosna oraz konkubenci, którzy ośmielili się ją porzucić. Wszyscy ginęli w ten sam sposób: chorowali po zjedzeniu czegoś, co podała im Klimek.

    Sprawa Tillie zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, wraz ze wzrostem domniemanych ofiar trucicielki oraz… zwiększeniem grupy kobiet podejrzanych o morderstwa swoich mężów. Badając wieloletnie otoczenie Klimek, policja odkryła wiele niewyjaśnionych zgonów żonatych mężczyzn w Polish Downtown. Dowody w sprawie zaczęły świadczyć o tym, że Tillie Klimek nie była samotną trucicielką. Coraz więcej kobiet było zatrzymywanych za zabójstwa swoich mężów, a o Klimek zaczęto mówić w środowisku chicagowskiej Polonii jako o „wysokiej kapłance kliki Sinobrodego”.

    Po wielu aresztowaniach i niemal tak samo licznych zwolnieniach kobiet polskiego pochodzenia, śledztwo wykazało, że Tillie miała jedną „pewną” wspólniczkę, swoją kuzynkę: Nellie Kulik.

    Tillie, Nellie i „trutka na szczury”

    Dwukrotnie zamężna Nellie Kulik była matką 13 dzieci. Tillie twierdziła, że kiedy miała już dosyć swojego trzeciego męża, Franciszka, to Nellie dała jej „trutkę na szczury” - arszenik. Tym samym zasugerowała, że cała trucicielska inicjatywa wyszła ze strony Kulik. Większość ofiar, które zostały otrute, należała do rodziny lub sąsiedztwa Nellie i Tillie. W 1923 roku w czasie procesu kobiety zostały oskarżone o otrucie 20 osób, z czego 13 ofiar było śmiertelnych, 7 osób przeżyło. Nie wszystkie otrucia zostały kobietom udowodnione. Głównym świadkiem w procesie był Józef Klimek, ostatni mąż i ofiara Tillie. Jego historia pozwoliła odtworzyć główny schemat działania Tillie. Klimek był stopniowo, przez długi okres czasu, podtruwany arszenikiem, który żona dodawała mu do posiłków.

    Wszystkie ofiary zmarły lub zachorowały wskutek spożycia zatrutego pokarmu. Wśród nich znaleźli się m. in: mąż Nellie Kulik - Jan Sztrymer, jej córka Zofia, syn Benjamin i wnuczka Dorota. Inny syn Kulik, Jan, przeżył i zeznawał w procesie przeciwko matce.

    Pokrewieństwo i relacje łączące obie kobiety ze wszystkimi ofiarami nie ułatwia zrozumienia motywów ich postępowania. Co więcej, przed ogłoszeniem wyroku kobiety były przekonane, że zostaną uniewinnione. Do końca procesu trucicielki odpierały stawiane im zarzuty. Jak pisał dziennik „Joplin News Herald” 26 lutego 1923 roku, relacjonując przebieg procesu: „W natłoku gwałtownie wypowiadanych sylab, raz po polsku, raz po angielsku, na przemian błagalnie lub bluźnierczo i mściwie, obie kobiety nie przyznawały się do winy”.

    Oskarżyciel widział je ze stryczkiem na szyi. Morderczynie nie zostały jednak powieszone, lecz otrzymały karę dożywocia, która nigdy wcześniej nie została wymierzona żadnej kobiecie w hrabstwie Cook County. W czasie wspólnego pobytu w więzieniu ulubionym zajęciem Tillie – znanej z chorego poczucia humoru – było prześladowanie Nellie i wmawianie jej, że zostanie zabrana z celi i powieszona. Role jednak się odwróciły. Pomimo tego, że własne dzieci zeznawały przeciwko Nellie, po roku wyszła ona na wolność. Tillie zmarła w więzieniu 20 listopada 1936 roku.

    https://wiadomosci.onet.pl/na-tropie/czarna-wdowa-amerykanskiej-polonii/b054m

    #seryjnimordercy
    #ciekawostki
    #usa
    pokaż całość

    źródło: bi.gazeta.pl

  •  
    G......2

    +8

    Jebbany ogr...
    Pewnie członek kółka przegrywów z xx wieku
    Gdyby żył dzisiaj pisałby na tym świętym tagu jak @Polkopsky
    lub @Vixenss
    #przegryw #stulejacontent #seryjnimordercy

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: Screenshot_20181106-093247.jpg

  •  

    JOACHIM KNYCHAŁA - WAMPIR Z BYTOMIA

    Urodzony w roku 1952 Joachim Knychała nienawidził kobiet. Wychowywany przez matkę i babkę, doświadczył z ich strony wielu upokorzeń. Poczucie krzywd, których doznał kazało mu się mścić. Czarę goryczy przelało niesłuszne oskarżenie o gwałt na koleżance, którego nie popełnił.

    Pierwszy raz zaatakował w Bytomiu. Był rok 1974. Jego ataki przypominały te, których dokonał jego idol – „Wampir z Zagłębia”. Knychała grasował zawsze nocą. Śledził ofiarę, potem uderzał. Zawsze od tyłu, blisko jej miejsca zamieszkania.

    Pierwsze dwie zaatakowane kobiety przeżyły. Trzecia już nie miała tyle szczęścia, a każda kolejna zbrodnia wyzwalała w nim jeszcze większe pokłady nienawiści do płci pięknej. Uważał się za „łowcę”, a swoich ofiar szukał w tramwaju linii 6. Dało to nazwę grupie operacyjnej milicji („Szóstka”), która postanowiła schwytać psychopatę. Nadano mu przydomek „Wampir z Bytomia”, choć ze względów na obrażenia ciała jakie odnosiły zamordowane kobiety częściej mówiono o Knychale „Frankenstein”.

    Wiek i wygląd kobiet, które atakował nie miały dla niego żadnego znaczenia. Zwłoki kobiet porzucał w ustronnych miejscach. Zawsze były rozebrane, a sekcja zwłok wykazała, że gwałtu dokonywano już po ich śmierci.

    Szanował tylko swoją żonę Halinę. Wracał do niej po każdym morderstwie. Był wtedy spokojnym, czułym i kochającym mężem. Nikt nie wiedział, że Knychała miał także drugie, mordercze oblicze.

    W czerwcu 1979 roku zaatakował dwie małe dziewczynki. Zmasakrowane nagie ciała znaleziono w rowie. Ku zaskoczeniu funkcjonariuszy, jedna z nich cudem przeżyła. Nie potrafiła jednak wskazać swojego oprawcy.

    Zawsze bezbłędny Knychała sam „wystawił się” swoim łowcom. Po morderstwie kilofem swojej siedemnastoletniej szwagierki Bogusi, zawiadomił milicję o nieszczęśliwym wypadku. Lekarze stwierdzili jednak, że z całą pewnością był to zaplanowany atak.

    „Wampira z Bytomia” aresztowano podczas pogrzebu ostatniej ofiary. Znajdujący się potrzasku Knychała, po badaniu wariografem, szybko przyznał się do wszystkich morderstw i ze szczegółami opowiedział o swoich czynach. Każdy detal zgadzał się z milicyjnymi ustaleniami. Był dumny ze swoich dokonań. Zeznał, że miał jeden cel – chciał być najlepszy w mordowaniu kobiet. Przez kilka lat dążył do tego, aby stać się największym mordercą w powojennej Polsce.

    Knychała został skazany na śmierć za zabójstwo 5 kobiet i ataki na 7, które przeżyły. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i „Wampira z Bytomia” powieszono 28 października 1985 roku w więzieniu Montelupich w Krakowie. Była to przedostatnia egzekucja w historii Polski.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: Knychała.jpg

  •  

    Haarmann Fritz, rzeźnik z Hanoveru

    Pierwsze odkrycia

    Zaraz po zbrodniach dokonanych w czasie Pierwszej Wojny Światowej cały świat wszedł w „wiek przestępstw seksualnych.” Po raz pierwszy tego typu przestępstwa dokonano w Niemczech. Panował tam wszechobecny głód, gospodarka była zżerana przez ogromną inflację. To właśnie Fritz Haarmann, mieszkaniec Hannoveru, został uznany pierwszym seryjnym mordercą na tle seksualnym.

    17 maja 1924 roku, dzieci bawiące się w okolicach zamku Herrenhausen znalazły ludzką czaszkę. 29 maja tego samego roku w tej okolicy znaleziono jeszcze jedną czaszkę. Kolejnego makabrycznego odkrycia dokonano 13 czerwca. Nad brzegiem rzeki Leine znaleziono dwie ludzkie czaszki. Po zbadaniu wiadomo było, że pierwsze dwie czaszki były męskie. Mężczyźni byli w wieku między 18 a 20 lat. Ostatnia czaszka należała do chłopca w wieku około 12 lat. We wszystkich przypadkach użyto ostrego narzędzia by oddzielić głowę od reszty ciała. Czaszki pozbawione były jakichkolwiek pozostałości mięsa czy skóry.

    Na początku wszyscy sądzili, że ludzkie resztki pochodzą z Instytutu Anatomii w Gottingen. Być może te czaszki wrzucili do rzeki złodzieje okradający groby. Nikt nie potwierdził tych domysłów. Wkrótce dzieci bawiące się nad rzeką wykopały worek pełen ludzkich kości. Władze nie były w stanie utrzymać tego wszystkiego w tajemnicy. Cały czas ginęli młodzi chłopcy, ich liczba w 1923 roku sięgała prawie 600. Mieszkańcy Hannoveru byli przerażeni. Dochodzenie w tej sprawie ujawniło, że większość zaginionych chłopców była w wieku miedzy 14 a 18 lat. Mówiono także, że na rynku pojawiło się ludzkie mięso.

    W zielonoświątkową niedzielę 1924 roku większość ludności Hannoveru brała udział w przeszukiwaniu okolic miasta. Szukano ludzkich szczątków. Były to największe poszukiwania jakie dotychczas miały miejsce na terenie Niemiec. Znaleziono mnóstwo ludzkich kości. Na rzece Leine zbudowano tamę. Rzeka była dokładnie badana przez policjantów. Odkrycia były przerażające. Znaleziono ponad 500 części ciała, które należały do minimum 22 osób między 15 a 22 rokiem życia. Mniej więcej połowa z nich była w wodzie od jakiegoś czasu. Niektóre kości były całkiem świeże, miały gładko ucięte krawędzie.

    Rozpoczęto przesłuchiwania wszystkich złodziei i dewiantów seksualnych działających na terenie Hannoveru. Głównie dzięki ciężkiej pracy i serii zbiegów okoliczności wytypowano głównego podejrzanego, był nim Friedrich Haarmann. Fritz był już znany policji. Był notowany za nielegalny handel odzieżą i mięsem. Znany był również ze swoich homoseksualnych skłonności. Jego pojawienie się i specyficzne zachowanie zmieniły konwencjonalne spojrzenie na morderstwo i mordercę.

    Haarmann był bardzo sympatycznym, prostym człowiekiem o przyjaznym usposobieniu. Był średniego wzrostu i silnej budowie ciała. Miał pełną, okrągłą twarz i radosne spojrzenie. Jego osobowość odpowiadała jego wyglądowi, była zwyczajna. Nosił ładne i zadbane brązowe wąsy. Pierwsze wrażenie nieco się rozmyło gdy tylko detektywi zaczęli dokładniej przyglądać się Fritzowi. Pojawiły się pierwsze przeciwieństwa i kontrasty. Fritz raz był wyrachowany i nieszczery, innym razem był bardzo rozmowny i niezwykle aktywny. Ciągle szukał oznak sympatii i uwagi. Jego delikatne dłonie poruszały się nerwowo, często wyginał i wyłamywał sobie palce.

    Podczas gdy ciało Fritza było silne i męskie, jego głos był bardzo kobiecy. Często przypominał „zrzędliwy głos starszej kobiety”. Ciągle było widać jego wielkie zakłopotanie i chęć obrony. Kręcił się na krześle, oblizywał wargi, często mrugał oczami. Haarmann lubił „typowo kobiece” zajęcia, takie jak pieczenie i gotowanie, ale jednocześnie palił bardzo mocne papierosy. Fritz Haarmann, mimo swojego zachowania i wrażenia jakie wywierał na ludziach, był pierwszym niemieckim seryjnym mordercą.

    Początki

    Haarmann rozpoczął swoją zbrodniczą działalność we wrześniu 1918 roku. W Niemczech panowały wtedy wielki kryzys i wielki głód. 25 września zaginął młody chłopak, Friedel Roth. W domu zostawił list, w którym pisał, że wróci dopiero wtedy gdy jego matka będzie dla niego milsza. Wielu znajomych chłopaka domyślało się, że młody chłopak został uwiedziony przez starszego mężczyznę. Wskazali policjantom dom przy Cellerstrasse. Detektywi zaskoczyli młodego chłopaka w łóżku z Fritzem Haarmannem. Fritz został za to skazany na 9 miesięcy. Nie przeszukano domu. Haarmann później zeznał, ze wtedy w domu, za piecem, leżała zawinięta w gazety głowa młodego chłopca.

    Pod koniec 1919 roku, Fritz poznał na dworcu kolejowym w Hannoverze młodego chłopaka, Hansa Gransa. Hans był drobnym złodziejaszkiem, uciekł z domu i utrzymywał się ze sprzedaży używanych ciuchów na swoim stoisku na dworcu. Grans podszedł do Haarmanna i otwarcie zaproponował seks w zamian za pieniądze. Ich znajomość wkrótce bardzo się rozwinęła, Hans nawet zamieszkał u Fritza. Z czasem łączyło ich coś więcej niż tylko spełnianie swoich, często dziwnych, fantazji seksualnych.

    Haarmann przebywał w więzieniu od marca do grudnia 1920 roku. W tym czasie jego młody kochanek podróżował po Niemczech. Wrócił na Boże Narodzenie 1920 roku. Od tego czasu mężczyźni żyli razem w spokoju aż do sierpnia 1921 roku. Obaj panowie wśród lokalnej społeczności mieli opinię dobrze ubranych i dobrze wychowanych zamożnych mężczyzn. Nikt nie wiedział, że Fritz i Hans okradali pralnie i zrabowane tam ubranie później sprzedawali.

    Na początku 1922 roku obaj panowie przenieśli się na Neuestrasse nr 8. Była to nieciekawa okolica. Haarmannowi nadal dobrze się powodziło. Nadal sprzedawał skradzione ubrania, dodatkowo dostawał też rentę. Uznano go za inwalidę i wypłacano zasiłek. Dodatkowo Haarmann był informatorem policji. Był w tej roli bezwzględny, nie pominął żadnego przestępstwa o którym wiedział. Co ciekawe, niektóre ze skradzionych ubrań Haarmann po prostu rozdawał, dzięki czemu zyskał sobie miano „darczyńcy dla bezdomnych”. W styczniu 1923 roku Fritz ponownie zaatakował.

    Na dworcu w Hannoverze Fritz zatrzymał dwóch młodych chłopców. Przedstawił się jako policjant pracujący w ukryciu. Mniej atrakcyjnego chłopca wypuścił. Bardziej atrakcyjny, Fritz Franke, poszedł z nim do domu. Chłopiec myślał, że policjant chce go przesłuchać na posterunku.
    Haarmann zeznał później, że wtedy do domu niespodziewanie wrócił Grans. Zwłoki Fritza Franke leżały jeszcze w pokoju. Wstrząśnięty Grans przez chwilę patrzył pustym wzrokiem na Fritza i zapytał: „Za ile czasu mam wrócić?”

    Czas Terroru

    Fritz się rozkręcił. W ciągu kolejnych 9 miesięcy zginęło 12 młodych mężczyzn. Prawie zawsze Fritz poznawał swoją ofiarę na dworcu, proponował jej pracę. Często przedstawiał się jako oficer policji. W jednym przypadku Fritz przegryzł tętnicę młodemu chłopcu. Oczywiście morderstwa były powiązane z handlem mięsem. Fritz wycinał co lepsze kawałki i sprzedawał na czarnym rynku. Resztę zwłok wrzucał do rzeki Leine.

    Rok później, gdy udostępniono przedmioty znalezione w domu Haarmanna, wiele rzeczy zostało rozpoznane przez rodziny jego ofiar. Wiele osób rozpoznało jego samego. Widzieli jak pojawiał się w różnych miejscach, często z Gransem. Metoda była zawsze podobna: Fritz poznawał młodego chłopca i razem szli do jego domu.

    Morderstwa trwały do początku 1924 roku. Jako że ofiarami byli młodzi chłopcy, którzy często uciekli z domu, ich rodziny z pewnym opóźnieniem zgłaszały zaginięcie. W tym czasie ubranie i mięso z zaginionych młodych mężczyzn już krążyły na czarnym rynku w Hannoverze. Tylko w jednym przypadku porcja mięsa trafiła w ręce policji. Kupiec był przekonany, że to ludzkie mięso i zgłosił sprawę. Policyjni detektywi stwierdzili, że to wieprzowina.

    14 czerwca 1924 roku zaginął Erich de Vries. Wszystko przebiegało w podobny sposób. Chłopiec poznał na dworcu mężczyznę który zaoferował mu sprzedaż papierosów. Obaj udali się do domu starszego mężczyzny. Do tej pory Fritz zamordował 27 młodych mężczyzn. Dokonał tego w ciągu 16 miesięcy. Prawie dwa zabójstwa w ciągu miesiąca.

    W Hannoverze od jakiegoś czas panowało ogromne przerażenie. Policja, mimo bardzo szeroko zakrojonej akcji nie była w stanie złapać mordercy. „Wilkołak” ciągle był na wolności.

    Pojmanie

    Oczywiście Fritz był jednym z wielu podejrzanych. Miał już w swojej kartotece przestępstwo na tle seksualnym. Policjanci przesłuchiwali go w maju i czerwcu 1924 roku jednak nie znaleziono żadnych konkretnych dowodów przeciwko niemu. W tym czasie media rozpoczęły kampanię informacyjną na temat ofiar mordercy z Hannoveru. Niemieckie społeczeństwo było wstrząśnięte ilością ofiar. Policja zdecydowanie traciła zaufanie.

    W końcu ktoś wpadł na pewien pomysł. Dwóch młodych policjantów przyjechało z Berlina do Hannoveru. Mężczyźni mieli udawać, że uciekli z domu i nie wiedzą co ze sobą zrobić. Mieli nadzieję, że złapią mordercę na gorącym uczynku. W tym samym czasie policjanci zauważyli jak Fritz nerwowo dyskutuje z 15-letniem Karlem Frommem. Karl przebywał u Fritza od kilku dni. Haarmann zgłosił policjantom, że chłopiec podróżuje z fałszywymi dokumentami. Na komisariacie Karl oskarżył Fritza o napaść na tle seksualnym. Policjanci skojarzyli fakty i bezzwłocznie aresztowali Haarmanna.

    W areszcie Fritz przyznał się, że wyszedł z Karlem z mieszkania tylko dlatego, że narastała w nim chęć zabicia chłopca. Gdyby spędzili jeszcze chwilę w mieszkaniu prawdopodobnie chłopiec straciłby życie. Gdyby to była prawda, okazałoby się że Fritz ma jednak jakieś uczucia i że często prowadził walkę z samym sobą. Równie często te walki przegrywał.

    Podczas rewizji jego mieszkania znaleziono bardzo wiele ubrań należących do ofiar. Fritz powiedział, że zajmuje się handlem używanymi ubraniami i to normalne, że trzyma w domu ubrania należące do różnych osób. Stwierdził także, że z niektórymi z tych chłopców utrzymywał stosunki seksualne. Twierdził, że nie wie gdzie obecnie przebywają te dzieciaki, a także skąd jest krew na części z ubrań.

    Fritz doskonale wiedział, że bycie homoseksualistą to nie jest powód do dumy. Dzięki temu właśnie tak ciężko było uzyskać jakieś ważne zeznania od rodzin ofiar. Ludzie obawiali się, że społeczeństwo dowie się że ich dzieci uczestniczyły w aktach homoseksualnych.

    #seryjnimordercy
    #zbrodnia
    http://killer.radom.net/~sermord/wordpress/?page_id=907
    pokaż całość

    źródło: i.wpimg.pl

  •  

    W dzisiejszym wpisie przeniesiemy się do Japonii. Kraj ten regularnie zaliczany jest do czołówki państw o najniższym wskaźniku przestępczości. Nie oznacza to, oczywiście, iż Japonia jest państwem, w którym nie ma przestępców. Jeden z takich przypadków wyszedł na jaw na przełomie roku 2000 i 2001, gdy japońska policja aresztowała widocznego na zdjęciu mężczyznę - rozmiar i natura jego czynów sprawiły, iż w trakcie późniejszego procesu media nadały mu przydomek “bestii z ludzką twarzą”.

    Historia ta zaczęła się już w maju 2000 roku - wtedy to do Tokio przybyły dwie Brytyjki - 21-letnia Lucie Blackman oraz jej koleżanka - 21-letnia Louise Phillips. Obie poznały się podczas pracy jako stewardessy dla linii British Airways. Po rozwiązaniu umowy z firmą, obie przeniosły się do Tokio, chcą zarobić pieniądze w egzotycznym dla siebie miejscu. Lucie szybko znalazła pracę jako hostessa w klubie nocnym Casablanca w dzielnicy Roppongi. Dzielnica ta znana była w dużej mierze właśnie z dużej liczby nocnych klubów i barów, gdzie samotni mężczyźni szukali towarzystwa młodych kobiet - bez przyzwolenia, jednak, na dotykanie ich czy składania im propozycji o charakterze seksualnym. Dla japońskiej policji dzielnica ta była również jednym z głównych terenów działania zorganizowanych grup przestępczych zrzeszonych pod wspólną nazwą Yakuza. Pomimo tego, Lucie szybko zaaklimatyzowała się w nowej rzeczywistości, utrzymując przy tym regularny kontakt z rodziną pozostającą w Wielkiej Brytanii.

    Całość miała jednak zmienić się 1 lipca 2000 roku. Rankiem Lucie wyszła z mieszkania, które dzieliła z Louise. Wychodziła na tzw. douhan - opłaconą z góry spotkanie z klientem klubu Casablanca. W wypadku tego typu spotkań klienci mają obowiązek “odstawić” hostessę z powrotem do klubu. W tym wypadku, jednak, do tego nie doszło - po Lucie zaginął jakikolwiek ślad. Następnego dnia do Louise Phillips zadzwonił nieznany mężczyzna - według jego słów, Lucie miała dołączyć do sekty religijnej i zerwać jakikolwiek kontakt z resztą świata. Koleżanka Lucie nie uwierzyła w słowa tajemniczego mężczyzny - prawie natychmiast po tym powiadomiła o zaginięciu dziewczyny jej mieszkającą w Anglii matkę. Siostra Lucie - Sophie - prawie natychmiast podjęła decyzję o wyruszeniu do Japonii w celu poszukiwania siostry. Do Tokio Sophie dotarła już 4 lipca, po czym starła się zgłosić zaginięcie siostry policji i brytyjskiej ambasadzie. Na miejscu, jednak, spotkała się z bardzo lekceważącym podejściem do sprawy ze strony japońskiej policji. Początkowo, stróże prawa nie chcieli nawet przyjąć zgłoszenia o zaginięciu Lucie twierdząc, że w trakcie spotkania z pewnością za dużo wypiła i znajdzie się, gdy wytrzeźwieje. Policjanci odnosili się do sprawy lekceważąco, kompletnie ignorując prośby Sophie o dogłębniejsze zbadanie sprawy. 10 lipca 2000 roku do Tokio dotarł ojciec Lucie - Tim Blackman. Widząc brak reakcji ze strony władz i wciąż nie wiedząc wiele o losie córki, Blackman podjął decyzję o nagłośnieniu sprawy w mediach. 13 lipca 2000 roku Tim Blackman zwołał konferencję prasową, w której zwrócił się z apelem o pomoc do japońskiego społeczeństwa i policji.

    Powoli udawało się również rekonstruować ostatni dzień, gdy Lucie Blackman widziana była żywa. Nad ranem 1 lipca, Lucie wyszła z domu, udając się na douhan. Według zeznań Louise Phillips, Lucie dzwoniła jeszcze do niej dwukrotnie z telefonu komórkowego, jaki dostała od klienta - o godzinie 17:00 gdy zwierzyła się, iż klient zabrał ją do mieszkania na wybrzeżu i o 19:00, gdy powiedziała, iż za około pół godziny zacznie wracać do domu. Od tej pory kontakt urwał się zupełnie. Na podstawie tych zeznań Tim Blackman wystąpił z zapytaniem, czy policja byłaby w stanie namierzyć miejsce, z którego dzwoniła Lucie na podstawie billingów telefonicznych. Ojciec dziewczyny spotkał się jednak z odpowiedzią odmowną - według policjantów, tego typu operacja stanowiłaby naruszenie obowiązujących w Japonii praw prywatności. Wkrótce Blackmanowie uzyskali jednak silnego sojusznika - niedługo po konferencji prasowej do Tokio przybył z wizytą ówczesny premier Wielkiej Brytanii Tony Blair. W trakcie pobytu w stolicy Japonii Blair spotkał się z rodziną, obiecując wsparcie poprzez poruszenie kwestii zniknięcia Brytyjki w rozmowie z premierem Japonii w trakcie nadchodzącego szczytu G8. Tim Blackman działał dalej - wkrótce uruchomiona została infolinia, gdzie możliwi świadkowie bądź osoby znające los Lucy mogły anonimowo poinformować rodzinę. Anonimowość sprawiła również, iż wkrótce na numer zaczęły zgłaszać się inne, zagraniczne hostessy, unikające kontaktów z policją ze względu na groźbę deportacji.

    Z opisu niektórych hostess zaczął wyłaniać się mroczny obraz - kilka kobiet dzwoniących na infolinię opisywało nietypowy douhan. Klientem był schludnie ubrany, zamożny i dobrze mówiący po angielsku japoński biznesmen w wieku od 45 do 50 lat. W każdym wypadku zabierał on hostessy do mieszkania na wybrzeżu, gdzie częstował je kolacją oraz specjalnym winem. Niedługo po posmakowaniu trunku kobiety traciły przytomność. Odzyskiwały ją najczęściej nad ranem, nie pamiętając, co działo się w trakcie nocy - często też przez następnych kilka dni ciężko chorowały. Poza zbieraniem nowych informacji, rodzice Lucy wystąpili z prośbą do Lorda Kanclerza Derry’ego Irvine’a o sporządzenie ekspertyzy prawnej dotyczącej legalności sprawdzenia billingów telefonicznych w świetle japońskiego prawa. Ekspertyza wykazała, iż tego typu działanie w ramach objętego tajemnicą śledztwa nie łamało prawa. Stojąc pod presją ze strony politycznej i medialnej, japońska policja została niejako zmuszona do potraktowania zniknięcia Lucie na poważnie.

    11 października 2001 roku śledztwo ponownie nabrało rozpędu. Owego dnia policja doprowadziła na przesłuchanie 48-letniego Jojiego Obarę - pochodzącego z rodziny koreańskich imigrantów biznesmena zajmującego się handlem nieruchomościami. W trakcie przesłuchania Obara początkowo zaprzeczał, iż miał jakikolwiek związek z tą sprawą i odmawiał składania zeznań. Milczenie Obary w trakcie przesłuchań sprawiło, iż policjanci wkrótce przeszukali należące do niego mieszkania. W trakcie przeszukań zabezpieczono m.in. aparat fotograficzny, w którym znaleziono film ze zdjęciami przedstawiającymi Lucie Blackman, duże ilości chloroformu, pamiętniki Obary, dokumenty oraz zbiór prawie 4000 kaset VHS. Po odkryciu filmu ze zdjęciami Lucie Blackman, Obara zmienił zeznania - stwierdził, iż faktycznie była w jego mieszkaniu, ale opuściła je wieczorem, udając się na pobliską stację kolejową. Tłumaczenie to nie usatysfakcjonowało policji. Sprawdzenie zbioru kaset okazało się wstrząsające - niektóre taśmy zawierały zapisy gwałtów, jakich Obara dokonywał na nieprzytomnych kobietach. Analiza pamiętnika Obary naprowadziła policję na kolejny trop - uwagę śledczych przykuł wpis z lutego 1992 roku, brzmiący “Carita Ridgway - za dużo chloroformu.” Policjanci szybko rozpoczęli badanie tego tropu.

    Wpis z pamiętnika doprowadził ich do tragicznej historii - w lutym 1992 roku do jednego z tokijskich szpitali trafiła 21-letnia Carita Ridgway - pochodząca z Australii modelka, również pracująca jako hostessa w dzielnicy Roppongi. Według słów mężczyzny, który przywiózł ją do szpitala - przedstawił się jako “pan Nishida” - Ridgway miała poczuć się źle po zjedzeniu surowej ostrygi. Stan hostessy szybko pogarszał się - w ciągu kilku dni zapadła w śpiączkę spowodowaną ostrą niewydolnością wątroby. Jej stan był na tyle zły, iż musiała zostać podłączona do respiratora. 29 lutego 1992 roku rodzina Ridgway podjęła decyzję o odłączeniu respiratora. W roku 2000 policjanci prowadzący sprawę Lucie Blackman powrócili do owego szpitala. Okazało się, iż w laboratorium szpitala wciąż znajdował się fragment wątroby Ridgway pobrany w trakcie biopsji. Badanie toksykologiczne potwierdziło obecność chloroformu w tkance wątrobowej. Do tego, policjantom udało się również odnaleźć taśmę VHS, na której nagrano dokonany przez Obarę gwałt na Ridgway. Stało się jasne, iż za śmierć Carity Ridgway odpowiadało zatrucie chloroformem.

    Bazując na dostępnym materiale dowodowym, prokuratura była już w stanie oskarżyć Obarę o gwałt i morderstwo na Caritcie Ridgway i gwałt na kolejnych ośmiu kobietach. Sprawa Lucie Blackman, jednak, pozostawała nierozwiązana. W lutym 2001 roku policja postanowiła dokonać ponownego przeszukania okolic nadmorskiego apartamentu Obary mieszczącego się w miejscowości Miura w prefekturze Kanagawa, mieszczącej się 50 kilometrów na południe od Tokio. 9 lutego 2001 roku w jaskini mieszczącej się kilkaset metrów od mieszkania dokonano makabrycznego odkrycia. Pod odwróconą wanną odnaleziono osiem worków z pociętymi fragmentami ludzkich zwłok oraz czaszkę zanurzoną w cemencie. Badania dentystyczne potwierdziły, iż szczątki należały do Lucie Blackman. Odnalezienie zwłok brytyjki zbiegło się w czasie z nowymi informacjami, do jakich dotarła japońska policja. Analiza historii wyszukiwania w przeglądarce internetowej w komputerze Obary dowiodła, iż zaraz po zniknięciu Lucie wyszukiwał on porad dotyczących postępowania z ofiarami przedawkowania narkotyków. Analiza połączeń telefonicznych wykonywanych z jego telefonu wykazała, iż kilkakrotnie dzwonił do okolicznych szpitali - przesłuchania pracowników dowiodły, iż również pytał się o to, jak pomóc ofierze przedawkowania. Kolejnych poszlak dostarczyła sekcja zwłok Lucie Blackman - stan rozkładu ciała nie pozwolił na określenie przyczyny zgonu, ale analiza ran dokonanych w punktach rozczłonkowania zwłok wykazała, iż sprawca najprawdopodobniej użył do tego celu piły łańcuchowej. Wśród dokumentów zabezpieczonych w mieszkaniu Obary odnaleziono rachunek wystawiony na zakup piły łańcuchowej, winylowej maty, worka cementu i rozkładanego stołu z dnia 4 lipca 2000 roku. Kolejną poszlaką okazała się notatka służbowa spisana przez dwóch policjantów uczestniczących w interwencji w Miurze 6 lipca 2000 roku. Policjanci zostali wezwani przez gospodarza domu, który uskarżał się na głośny hałas dochodzący z mieszkania Obary. Sam Obara nie wpuścił policjantów do mieszkania twierdząc, iż za hałas odpowiadał prowadzony przez niego remont łazienki. Policjanci, nie doszukując się w hałasie znamion przestępstwa, nie zrobili nic poza sporządzeniem notatki. Fakt ten, połączony z początkowym brakiem zainteresowania policji okazał się być jednym z głównych punktów krytyki wymierzonej w japońskie władze przez miesiące po aresztowaniu Obary i w trakcie procesu.

    6 kwietnia 2001 roku Joji Obara został oficjalnie oskarżony o uprowadzenie, gwałt, morderstwo i ukrycie zwłok Lucie Blackman. Jak w wypadku poprzedniego oskarżenia nie przyznał się do winy. Po ponad roku przygotowań, proces “bestii z ludzką twarzą” rozpoczął się przez sądem w Tokio 10 października 2002 roku. Prokuratura łącznie oskarżyła Obarę o uprowadzenie, gwałt i morderstwo na osobach Lucie Blackman oraz Carity Ridgway i o dokonanie dalszych ośmiu gwałtów. Oskarżony nie przyznał się do winy. Proces trwał aż do 24 kwietnia 2007 roku - odcisnął on również swoje piętno na rodzinie Blackmanów. Tim i Jane Blackman rozwiedli się, Sophie Blackman próbowała popełnić samobójstwo i przez 9 miesięcy przebywała w szpitalu psychiatrycznym, zaś brat Lucie Rupert rzucił studia ze względu na załamanie nerwowe. Ostatecznie, sąd uznał Obarę winnym gwałtu i morderstwa na Caritcie Ridgway i dokonania ośmiu gwałtów, skazując go na wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Sąd uznał jednak, iż dowody łączącę Obarę ze śmiercią Lucie Blackman były niewystarczające i uniewinnił go z zarzutów związanych z tą sprawą. Obie strony natychmiast złożyły apelacje. Dalszy proces trwał od 25 marca do 16 grudnia 2008 roku. Sąd apelacyjny podtrzymał poprzedni wyrok w mocy, uznając dodatkowo Obarę winnym porwania Lucie Blackman oraz rozczłonkowania i ukrycia jej zwłok. Obrona Jojiego Obary złożyła kolejną apelację do Sądu Najwyższego - ten jednak w grudniu 2010 ostatecznie uprawomocnił wyrok sądu apelacyjnego i potrzymał zasądzoną karę dożywotniego pozbawienia wolności.

    #kronikakryminalnafranka #historia #historiajednejfotografii #japonia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: murderpedia.org

    •  

      @FrankJUnderwood: pamiętam z TV, głośna sprawa. Widziałem wywiad z rodzicami. Po obejrzeniu tych kaset (w sumie znaleziono ponad 4000 VHS) podejrzewa się go o ponad 400 gwałtów. Nie wiadomo na pewno ile z tych kobiet zabił. W pamiętniku zapisał, że chciał odbyć seks z 500 kobietami przed swoimi 30 urodzinami. Miał też totalnego świra na punkcie blondynek, ale gwałcił też Japonki - niby z zemsty za to co Japonia zrobiła Korei w czasie wojny i później.

      Tim i Jane Blackman rozwiedli się,
      tak ale przyczyna była inna, ojciec wziął pieniądze przekazane przez przyjaciela Obary, prawie 600.000 USD. Matka znienawidziła go za to. Ojciec też starał się załagodzić sprawę i nie naciskać zbytnio w czasie rozprawy.

      Matka zgłosiła męża na policję, że ten przyjął trefne pieniądze.

      Na zdjęciu ofiara tego potwora.
      pokaż całość

      źródło: secure.i.telegraph.co.uk

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (23)

  •  

    #kryminalne #bekaztransa #mordercy #seryjnimordercy #patologia #podludzie

    48-letni Adesh Khamra to krawiec z Indii, który przez lata mordował kierowców ciężarówek. Nabrał w tym tak dużej wprawy, że najprawdopodobniej przyjmie miano drugiego największego seryjnego mordercy w historii Indii.Najbardziej miało mu zależeć na… zapewnieniu kierowcom zbawienia i uwolnieniu ich od trudów codziennej egzystencji. Podkreślał bowiem, że kierowcy wiodą życie w bardzo ciężkich warunkach i doświadczają w nim wiele bólu.

    https://40ton.net/zamordowal-33-kierowcow-ciezarowek-oraz-pomocnikow-chcial-wybawic-trudow-zycia/
    pokaż całość

    źródło: 40ton.net

  •  

    Jeden z ciekawszych dokumentów jaki ostatnio oglądałem #seryjnimordercy #kryminalne

    źródło: youtube.com

  •  

    62 lata temu…

    30 sierpnia 1956 roku w Krakowie skazał na karę śmierci Władysława Mazurkiewicza, pierwszego seryjnego mordercę w powojennej Polsce. Ówcześni dziennikarze nazwali go „Eleganckim mordercą”, jednak milicjanci woleli mówić o nim „Upiór krakowski”.

    Mazurkiewicz był człowiekiem niezwykle bogatym i powszechnie szanowanym. Jeździł luksusowym samochodem i pachniał drogimi, zachodnimi perfumami. Zabawny, przystojny, dobrze wychowany i zawsze elegancki, wzbudzał podziw wśród mężczyzn i zachwyt kobiet. Nikt nie domyślał się, że przez 15 lat „dorabiał” sobie jako seryjny morderca. Nie zabijał, aby wyładować swoje frustracje. Nie chodziło mu o zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb. Był na to wszystko zbyt dumny. On po prostu zabijał dla zysku.

    Już w czasie wojny, dzięki dobrym układom z gestapo, czuł się bezkarny. Pierwszej zbrodni dokonał w roku 1940. Swoje ofiary truł cyjankiem potasu. Truciznę podawał w herbacie lub w kanapkach z szynką. Po zabójstwie zabierał pieniądze i biżuterię, a ciała topił w Wiśle. Wyjątek zrobił tylko dla swoich dwóch sąsiadek, których ciała zamurował w podłodze swojego garażu.

    Wkrótce Mazurkiewicz zamienił truciznę na pistolet. Swoim ofiarą strzelał w głowę. Uważał, że tak było prościej i szybciej. We wrześniu 1955 roku popełnił jednak błąd, który zaprowadził go na szubienicę. Podczas podróży samochodem z Zakopanego do Warszawy, jego współpasażer zasnął. Mazurkiewicz postanowił to wykorzystać. Zatrzymał się i strzelił do niego.

    Kula utkwiła w czaszce ofiary, ta jednak nieświadoma niczego nadal żyła. Wystraszony hukiem wystrzału biznesmen uciekł. Po kilku dniach zgłosił się do lekarza z bólem głowy. Podczas badania znaleziono w jego głowie kulę, a oskarżenia padły na Mazurkiewicza.

    W toku śledztwa odkryto, czym naprawdę zajmował się szanowany dżentelmen, który latem 1956 roku stanął przed sądem. Najpierw Mazurkiewicz nie przyznał się do winy, jednak po przedstawieniu niepodważalnych dowodów zmienił nastawienie. Od tego momentu z dumą opowiadał o swoich morderstwach. Przyznał się do zabójstwa 30 osób, w większości kobiet.

    Udowodniono mu jedynie 6 zabójstw. To jednak wystarczyło, aby skazać go na śmierć. W sądzie podczas procesu Mazurkiewicz zachowywał się dostojnie. Był dumny ze swoich czynów, uśmiechnięty, grzeczny i elegancki. Taki sam też podszedł do szubienicy, pod koniec stycznia 1957 roku.

    Historia pierwszego polskiego seryjnego mordercy ma swoje barwne zakończenie. Zapytany o ostatnie słowo, „Elegancki morderca” uśmiechnął się i ukłonił wszystkim, po czym powiedział:

    „Do widzenia panowie! Niedługo spotkamy się tam wszyscy!”

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #seryjnimordercy #polska #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kryminalne #kryminalistyka #kalendarium #historiajednejfotografii
    pokaż całość

    źródło: Władysław Mazurkiewicz.jpg

  •  

    ION RIMARU – WAMPIR Z BUKARESZTU

    Urodził się w rumuńskim mieście Corabia, w roku 1946. Nie miał łatwego dzieciństwa. Jego ojciec (Florea Rimaru) regularnie bił matkę, a w roku 1956 opuścił rodzinę i wyjechał do Bukaresztu. Ion od najmłodszych lat sprawiał problemy wychowawcze. W szkole wywołał skandal obyczajowy, gdy okazało się, że miał romans z młodszą córką swojego nauczyciela.

    Pierwszy raz skazany został (za kradzież) w wieku 18 lat. Niedługo potem rozpoczął studia na wydziale weterynarii uniwersytetu rolniczego w Bukareszcie. Jeden z jego profesorów opisał go jako nieśmiałego półanalfabetę z małym zasobem słownictwa i wąskim zakresem zainteresowań.

    Koledzy unikali go, ponieważ ich zdaniem, zachowywał się dziwnie. Gdy wpadał w szał, dokonywał samookaleczenia. Miał niekontrolowany popęd seksualny. Jeden ze studentów zeznał, że Rimaru całą noc czatował pod drzwiami innego studenta, wiedząc, że przyszła do niego koleżanka. W 1967 lekarze stwierdzili u niego problemy ze zdrowiem i to zarówno fizycznym jak i psychicznym.

    Na przełomie 1970 i 1971 w Bukareszcie doszło do kilkunastu napadów na kobiety. Sprawca śledził je, a następnie atakował i pozbawiał przytomności za pomocą młotka, siekiery, metalowego pręta lub noża. Wiele z ofiar zostało zgwałconych, często brutalnie. Cztery ofiary zmarły. Sprawca często odrywał kawałki ubrań, a nawet obnażał całe ciała. Dochodziło również do aktów kanibalizmu, ponieważ sprawca odgryzał fragmenty piersi bądź genitaliów, a jednej z ofiar wypił krew. Można również mówić o elementach nekrofilii, ponieważ gwałcił ofiary, gdy te już zmarły. Sprawca dokonywał swoich czynów w trudnych warunkach atmosferycznych jak burza, śnieżyca, mgła bądź silne wiatry.

    Wieść o przestępstwach rozeszła się lotem błyskawicy. Kobiety bały się same wychodzić z domu. Niechęć władz do ujawniania informacji spowodowała rozprzestrzenianie się plotek, często absurdalnych. Po kilku przestępstwach władze zauważyły, że mają do czynienia z seryjnym mordercą. Zmobilizowano tysiące policjantów, agentów Securitate, a także lekarzy, kierowców autobusów, motorniczych, kelnerów i recepcjonistów. Przełom nastąpił w maju 1971, gdy przy trzeciej ofierze znaleziono ślady włosów sprawcy i diagnozę choroby, która stwierdzała okresową epilepsję. Dokument był zamoczony i jedyne co było widoczne to nagłówek. Wystawiono go w studenckim szpitalu.

    Po kilku dniach udało się odczytać dokument. Okazało się, że wystawił go dr Octavian Ienişte w marcu tego samego roku. Lekarz zeznał że badał 83 studentów, a 15 nie złożyło dokumentów władzom uniwersytetu. Rimaru był jednym z nich. Policja zaczęła obserwację podejrzanych. 27 maja policja weszła do akademika i zaczęła przeszukanie. Wtedy Rimaru wrócił i został aresztowany, po tym jak odkryto w jego torbie siekierę i nóż. Jego włosy i uzębienie zostało porównane z tymi znalezionymi na miejscu zbrodni. Były identyczne.

    Po aresztowaniu, podejrzany nie rozmawiał z nikim, a podczas przesłuchania jedynie wpatrywał się w ścianę. Gdy do jego celi wprowadzono policjanta udającego złodzieja, zaczął mówić. Przyznał się do popełnienia 23 czynów. Był podejrzany o popełnienie trzech morderstw, a do reszty (1 zabójstwo, 6 usiłowań, 5 gwałtów i 7 kradzieży) przyznawał się albo on, albo jego ojciec. Podczas okazania, wszystkie jego ofiary były przerażone widząc go. W czasie śledztwa albo przyznawał się do winy, domagając się zawiezienia na miejsce zbrodni, albo starał się przekonać funkcjonariuszy do swej niepoczytalności. Przed sądem odmówił składania zeznań, gdy dowiedział się, że lekarze uznali go za poczytalnego. Nie odpowiadał nawet na pytania zadawane przez swojego obrońcę. Wycofał też swoje przyznanie się do winy.

    Sąd skazał Rimaru na śmierć, co zostało przyjęte oklaskami przez widzów na sali sądowej. Odwołał się od wyroku, ale sąd odwoławczy podtrzymał wyrok. 23 października 1971 został przewieziony do więzienia w Jilavie i tam stracony. Jego zwłoki pochowano na cmentarzu miejskim w nieoznakowanym grobie. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział przed śmiercią brzmiały:
    „Zadzwońcie po mojego ojca! Niech przyjedzie i zobaczy co się ze mną dzieje! To on jest winny! Tylko on! Ja chcę żyć!”

    Ojciec Rîmaru, Florea, wiedział o zbrodniach swojego syna. Policja podejrzewała, że podżegał go do popełnienia przestępstw. Po napadzie na kasjera, ojciec zmusił syna do powrotu na miejsce przestępstwa i pokazania mu co zrobił. Następnie ukrył pieniądze oraz zabrał siekierę i nóż, z którymi Ion wrócił w momencie aresztowania. Był trzykrotnie aresztowany, ale wypuszczano go, ponieważ zgodnie z rumuńskim prawem nie można zmusić członków rodziny do zeznawania przeciwko sobie.

    Florea Rîmaru zmarł rok po swoim synu. Oficjalnie wypadł z pociągu, choć istnieje podejrzenie, że został wypchnięty przez agentów Securitate. Jego ciało przewieziono do instytutu medycyny sądowej i poddano badaniom podczas których m.in. zdjęto odciski palców i zmierzono stopy. Okazało się, że pasują idealnie do sprawcy czterech zabójstw popełnionych latem 1944 w Bukareszcie. Ofiary tych zbrodni były również kobietami, a zabójstw dokonano podczas burzy i za pomocą tępego narzędzia. Pasowały nawet imiona pierwszych ofiar. Pierwszą ofiarą Florei była Elena Udrea, Iona - Elena Oprea.

    #wmrokuhistorii #historia #kryminalne #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #seryjnimordercy #rumunia #zbrodnia #wampir #ciekawostkihistoryczne #mordercy
    pokaż całość

    źródło: Ion Rimaru.png

  •  

    Już nawet Zodiac wrócił z emerytury i przesyła pozdrowienia dla Majora. Ten list i niedaleki monopolowy Zodiak to może jakiś znak?
    Ktoś miał świetny pomysł, ale Szkolni są zbyt głupi żeby to podłapać.
    #kononowicz #suchodolski #seryjnimordercy

    źródło: zodiak.png

  •  

    Najwięksi psychopaci i mordercy.

    Sailson Jose Das Graças

    "Mordował, żeby się wyluzować". W ciągu 9 lat zabił 42 osoby - 39 kobiet, dwóch mężczyzn i 2-letnie dziecko. – „Zabijałem dla przyjemności. Po zabiciu zostawałem przez chwilę, a następnie uciekałem” – opisywał swoje zbrodnie Sailson Jose Das Graças. Brazylijczyk został zatrzymany w grudniu 2014 roku. Przyznał dziennikarzom, że zanim dokonywał ataku, obserwował przyszłe ofiary miesiącami. Działał też jako zabójca do wynajęcia. Pierwszego zabójstwa dokonał mając zaledwie 17 lat. Napadał głownie na białe kobiety. Sailson Jose das Gracas mówił policjantom, że gdy nie zabijał, to robił się nerwowy. Jedno zabójstwo wystarczało mu na dwa - trzy miesiące. Szokujące zeznania podsumował stwierdzeniem, że lubi swoją "pracę", dlatego nie obawiał się zatrzymania. Zapytany o to, czy ma wyrzuty sumienia, Brazylijczyk stwierdził, że nie. – „Pójdę do więzienia na 10, 15 czy 20 lat, a następnie, jak tylko wyjdę, to zrobię to samo” – przyznał. Zgodnie z prawem brazylijskim, maksymalna kara za zabójstwo to 30 lat więzienia.

    Hélène Jégado

    Służąca - seryjna morderczyni. Hélène Jégado (ur. 1803 w Plouhinec, zm. 26 lutego 1852 w Rennes). W ciągu 18 lat otruła co najmniej 36 osób. Pochodziła z małej miejscowości w Bretanii. W wieku 7 lat straciła matkę i trafiła pod opiekę dwóch ciotek, pracujących jako służące na plebanii w Bubry. Kiedy ukończyła 17 lat, pomagała jednej ze swoich ciotek, pracujących w Séglien. W tym czasie zajmowała się głównie nauką gotowania. Pierwszego zabójstwa Jégado dokonała w 1833, kiedy pracowała jako kucharka na plebanii we wsi Guern, u ks. François Le Drogo. W ciągu zaledwie 3 miesięcy straciło życie siedem osób stołujących się na plebanii, w tym sam ks. Le Drogo, jego matka i ojciec, a także siostra duchownego.

    Szczery żal i rozpacz kucharki nie wzbudzały podejrzeń co do jej udziału w przestępstwie. W okolicy panowała epidemia cholery i serię zgonów wiązano z przyczynami naturalnymi. Jégado powróciła do Bubry, gdzie objęła posadę po ciotce. Tym razem za jej przyczyną zmarły trzy osoby, w tym jedna z jej krewnych. Z Bubry trafiła do Locminé, gdzie gotowała w domu Marie-Jeanne Leboucher. Wkrótce zmarła właścicielka mieszkania i jej córka, a syn poważnie zachorował. Przeżycie zawdzięczał prawdopodobnie temu, że nie jadł większości potraw przygotowanych przez kucharkę.

    Po śmierci Marie-Jeanne Leboucher, Jégado znalazła trafiła do domu wdowy Lorey, także mieszkającej w Locminé. Wdowa zmarła po zjedzeniu zupy przyrządzonej przez jej nową kucharkę. W maju 1835 Jégado znalazła pracę w domu Madame Toussaint, gdzie zmarły kolejne cztery osoby, a łączna liczba jej ofiar sięgnęła siedemnastu. W 1835 Jégado znalazła pracę w klasztorze w Auray, ale szybko ją straciła, kiedy zakonnice odkryły przypadki wandalizmu i świętokradztwa, o które podejrzewano nową kucharkę. W kolejnych miejscach także nie pracowała długo, choć kilka osób udało się jej w tym czasie uśmiercić. Większość zmarłych zdradzało typowe objawy zatrucia arszenikiem, ale trucizny nie udało się odnaleźć w rzeczach osobistych Jégado. Coraz większe problemy w znalezieniu pracy wynikały w dużej mierze z kleptomanii, na którą cierpiała kucharka.

    W 1849 Jégado przeniosła się do Rennnes i znalazła zatrudnienie w domu Théophile Bidarda, profesora prawa na miejscowym uniwersytecie. Zastąpiła chorą służącą, Rose Tessier, którą wcześniej zatrudniał Bidard, a która zmarła tuż po pojawieniu się w domu nowej służącej. W 1851 ciężko zachorowała i zmarła Rosalie Sarrazin - jedna ze służących pracujących w domu Bidarda. Dostrzegając podobieństwo symptomów choroby u Sarrazin i u Tessier, Bidard zlecił przeprowadzenie autopsji zmarłej służącej. Wykazała ona ponad wszelką wątpliwość otrucie jako przyczynę zgonu. 1 lipca 1851 Hélène Jégado została aresztowana przez policję. Proces Jégado rozpoczął się 6 grudnia 1851. W toku procesu oskarżona zachowywała się histerycznie, modląc się lub wznosząc okrzyki przeciwko swoim oskarżycielom. Twierdziła, że nie wie, co to jest arszenik i nigdy go nie używała. Badania ofiar jednoznacznie wskazały na użycie arszeniku i soli antymonu. Sąd w Rennes skazał Jégado na karę śmierci. 26 lutego 1852 została zgilotynowana na oczach tłumu gapiów na Champ-de-Mars w Rennes.

    Wiktor Sajenko i Ihor Supruniuk

    Maniacy z Dniepropetrowska – medialne określenie grupy odpowiedzialnej za serię morderstw dokonanych w Dniepropetrowsku na Ukrainie w czerwcu i lipcu 2007 roku. Sprawa została okryta złą sławą ze względu na fakt, że niektóre zbrodnie zostały przez morderców nagrane na wideo, a jeden z filmów wyciekł do internetu. Dwaj 19-letni mieszkańcy Dniepropetrowska, Wiktor Sajenko oraz Ihor Supruniuk, zostali oskarżeni o 21 morderstw. Trzeciemu oskarżonemu, Ołeksandrowi Hanży, postawiono zarzut dwóch napadów z bronią, które miały miejsce przed morderstwami. 11 lutego 2009, wszyscy trzej zostali uznani za winnych. Supruniuk i Sajenko otrzymali karę dożywotniego pozbawienia wolności, a Hanża został skazany na 9 lat pozbawienia wolności. Supruniuk i Sajenko złożyli apelację, która została odrzucona przez Sąd Najwyższy Ukrainy w listopadzie 2009 roku.

    Supruniuk i Wiktor Sajenko znali się od siódmego roku życia. Byli nierozłączni. Chłopcy pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin. Ojciec Igora był pilotem, podobno latał z samym Leonidem Kuczmą. Młodzi interesowali się komputerami i większość czasu spędzali surfując po internecie. W szkolnej opinii napisano o Igorze, że nie utrzymuje kontaktów z kolegami z klasy, o Wiktorze zaś, że źle rozumie pojęcie przyjaźni i zbyt łatwo podporządkowuje się innym. Po latach okazało się, że to podporządkowanie doprowadziło go do udziału w serii morderstw. Dziś już wiadomo, że inicjatywa wyszła od Igora. Supruniuk urodził się 20 kwietnia, tak jak Adolf Hitler. Chłopak bardzo wziął to sobie do serca – fascynował go faszyzm, siła i dominacja. Około 14. roku życia nastolatkowie znaleźli sobie nową pasję: torturowanie i zabijanie złapanych zwierząt. Wieszali je na drzewach, patroszyli, a ich krwią malowali nazistowskie symbole. Pozowali, wykonując gest znany jako faszystowskie pozdrowienie. W całej tej makabrycznej grze chodziło o to, by wyzbyć się lęków i zahamowań, nauczyć zabijania. Podobno chcieli zostać zawodowymi zabójcami.

    Supruniuk i Sajenko jeździli po Dniepropetrowsku i okolicznych miejscowościach samochodem Igora, który nielegalnie dorabiał jako taksówkarz. Czasem zaczajali się w parkach, czasem na poboczu drogi lub w lesie i czekali na samotnego przechodnia czy rowerzystę. To przypominało polowanie. Bywało, że mordowali klientów Igora. Ofiarę atakowali z zaskoczenia i uderzali w głowę młotkiem, rurą czy prętem. Jeśli przeżyła, znęcali się nad nią w niewyobrażalny sposób – przebijali czaszkę, wydłubywali śrubokrętem oczy. Najmłodsza zakatowana osoba miała 13 lat, najstarsza 70. Łączyło je tylko jedno – przeważnie były to kobiety, osoby starsze, pijane lub niepełnosprawne, a więc słabsi, ci, którzy nie mogli się bronić. Sadyści posunęli się nawet do zabicia ciężarnej. Znaleziono ją z rozprutym brzuchem. Szóstego lipca w jedną noc zamordowali trzy osoby, a jedną z nich była 28-letnia Elena Szram, samotna matka 12-letniego chłopca. Została zabita zaledwie kilkaset metrów od domu. - Nie było ani jednej części jej ciała, która nie zostałaby zmasakrowana. Kiedy przybyliśmy do kostnicy, nie mogliśmy jej rozpoznać. Nie dało się zrekonstruować jej twarzy do pogrzebu – mówi matka Eleny.

    Najbardziej znana jest historia zabójstwa Siergieja Jacenki. Ten sympatyczny 48-latek miał raka gardła, ale mimo że był na rencie, starał się być aktywny i dorabiał w różnych miejscach. Dwunastego lipca jechał na motorowerze do wnuka. Około godziny 18:00 jego telefon przestał odpowiadać. Zaniepokojona żona rozpoczęła natychmiastowe poszukiwania, potem rozwiesiła plakaty z podobizną męża. Kilka dni później ktoś zauważył porzucony motorower i wezwał rodzinę zaginionego, która znalazła ciało pana Siergieja nieopodal wysypiska śmieci. Igor i Wiktor nagrali wszystko - to, jak z zimną krwią planują atak, jak czekają na potencjalną ofiarę oraz tortury i mord. Wydłubywali ofierze oczy śrubokrętem, gdy jeszcze żyła i przebili się do mózgu. Cały czas uśmiechali się do kamery, ziewali, żartowali. Film na pewnym etapie późniejszego śledztwa przeciekł do Internetu. Rodzina ofiary odmówiła obejrzenia go. Powstało przynajmniej pięć podobnych nagrań. To jednak nie zaspokajało ambicji morderców.

    Uwielbiali chodzić na pogrzeby swoich ofiar, fotografowali się w kostnicach, w których wystawiano ciała, na tle trumien, koło nagrobków. Ataki udało się przeżyć ośmiu osobom. Ich zeznania pomogły w ostatecznym rozwiązaniu zagadki. Decydujący jednak okazał się moment, w który zabójcy postanowili sprzedać telefon jednej z ofiar w miejscowym komisie. Aby pokazać, że urządzenie działa, włączyli je, a milicja namierzyła aparat. Organy ścigania zadziałały błyskawicznie – obu mężczyzn aresztowano jeszcze przy kasie sklepu. Do aresztu trafił również zamieszany w kilka ich napadów Aleksandr.

    Javed Iqbal

    “Mam zamiar sprawić, że wiele matek zapłacze. Wyślę ich synów na tamten świat bez trumien, rynsztokiem”.

    Javed Iqbal pochodził z zamożnej rodziny. Jego ojcem był Muhhamad Mogul, dobrze prosperujący biznesmen. Chłopak mógł więc do woli korzystać z wszystkich dóbr materialnych dostępnych bogatym rodzinom w Pakistanie. Był też bardzo kochanym dzieckiem. Najinteligentniejszy i najprzystojniejszy z rodzeństwa. W szkole zawsze w czołówce najlepszych uczniów. Niestety, Javed był też bardzo agresywny i trudny do kierowania. Dla zabawy zabijał zwierzęta, bił młodszych kolegów. Po ukończeniu szkoły ojciec powierzył mu, jako swojemu ulubieńcowi, kierowanie fabryką maszyn. Javed zatrudniał w niej wielu młodych chłopców ze względu na niskie koszty. To wtedy właśnie zaczęło go do nich ciągnąć.

    Dość długo zachowywał pozory i wiódł pozornie spokojne życie. Miał żonę, córkę, pieniądze, kamerę video, którą filmował swoje szczęśliwe życie. W 1999 roku Javed został aresztowany za zgwałcenie dwóch chłopców. Wtedy zaczął się jego upadek. Stracił rodzinę, pieniądze, szacunek. Zamieszkał w slamsach. W głowie zrodził mu się makabryczny plan. “Przez całe życie zyskałem dużo szacunku. Miałem dobrze prosperującą firmę, duży dom, luksusowy samochód. To wszystko mi odebrano. Upadłem. (…). Nienawidzę tego świata. Moja kochana matka, która była dla mnie wszystkim, zmuszona była oglądać mój upadek. (…). Dostała ataku serca i umarła. Piekło mi się otworzyło. Sprawię, że inne matki będą cierpiały i płakały, tak jak moja matka płakała i cierpiała. Będę zabijał każdego dnia. Zabijał i zabijał. Przeczytałem gdzieś, że można całkowicie rozpuścić ludzkie ciało w beczce, w której połączy się dwa kwasy. Postanowiłem przeprowadzić eksperyment na małym uciekinierze. Udało się. Jego ciało uległo całkowitemu rozpuszczeniu w ciągu 12 godzin. Zmieniło się w ciecz. Odtąd ciała płynęły, jak woda. Pierwsze morderstwo mi się udało, więc zdecydowałem, że moja misja powinna się zacząć”.

    22 listopada 1999 roku Javed wysłał do dziennikarza “Daily Jang” przesyłkę, która zawierała zdjęcia młodych chłopców ponumerowane od 1 do 100, list oraz 32-stronicowy pamiętnik. W domu psychopaty policjanci znaleźli stosy ubrań i butów dziecięcych, a w dwóch beczkach z kwasem zwłoki trzech chłopców. Po 5 tygodniach udało się zatrzymać ukrywającego się mordercę. Proces trwał 32 dni. Po tym czasie zapadł historyczny wyrok - Javed Iqbal Mogul został skazany na śmierć przez uduszenie w obecności rodzin ofiar, a następnie jego ciało zostało pocięte na 100 kawałków i rozpuszczone w kwasie.

    Aileen Carol Wuornos

    Aileen Carol Wuornos wychowała się w Michigan. Jej ojciec odszedł od żony, zanim dziewczynka przyszła na świat. Skazany za zgwałcenie dziecka, został zabity w więzieniu. Matka zniknęła, gdy miała pół roku. Wychowywali ją dziadkowie alkoholicy. Aileen bardzo szybko zdobyła doświadczenia w sprawach seksu. W wieku 14 lat zaszła w ciążę. Dziecko jej odebrano. Wkrótce potem została prostytutką. Była biseksualna, nie stroniła od przemocy - odsiedziała dwa lata za napad z bronią w ręku. Przez długie lata pozostawała w związku z Tyrią Moore. Z całego serca nienawidziła mężczyzn. Wkrótce zrobiła to, czego bardzo pragnęła - zamordowała swoją pierwszą ofiarę. Był nim jej klient Richard Mallory. Jego ciało porzuciła na poboczu drogi we Florydzie. Otrzymał pięć strzałów w klatkę piersiową z pistoletu 0,22 cala. W latach 1989 - 1990 w ten sam sposób zginęło sześciu innych mężczyzn. Policja wpadła w końcu na trop seryjnej morderczyni. Brakowało jednak dowodów i świadków, obciążających kobietę. Aileen została aresztowana, na podstawie listu gończego, wydanego za nielegalne posiadanie broni. W końcu śledczy dotarli do Tyrii Moore. Kobiecie już od dawna ciążył związek z Aileen. Wiedziała o wszystkich zbrodniach swej kochanki i bardzo bała się oskarżeń o współudział. Zaczęła współpracować z policją. Zadzwoniła do aresztu i powiedziała Wuornos, że policja chce ją zamknąć. Wtedy Aileen postanowiła ratować swoją kochankę. Przyznała się do winy. Alieen została skazana 16 stycznia 1992 roku na sześciokrotną karę śmierci. Została stracona przez zastrzyk z trucizną.

    Ottis Toole

    Brutalny morderca z USA, działający w parze z Henrym Lee Lucasem. Obaj napadali na młode kobiety, prostytutki, autostopowiczki, zabijali je i ćwiartowali ich ciała. Dopuszczali się również aktów nekrofilii i kanibalizmu. Nie wiadomo dokładnie, ile kobiet zabił. Obu mordercom przypisuje się śmierć ponad 600 osób.

    Henry Lee Lucas przyszedł na świat pod koniec Wielkiego Kryzysu w zabitej dechami miejscowości Blacksburgh w stanie Virginia. Jego rodzina zamieszkiwała obskurny barak na peryferiach tego miasteczka - daleko poza granicą, do której sięgały wodociągi, elektryczność i linie telefoniczne. Poza Henrym Lee gnieździli się tam jeszcze jego rodzice i ośmioro rodzeństwa. Matka z upodobaniem lżyła i biła męża, ale najwięcej radości sprawiało jej znęcanie się nad Henrym. Henry musiał się przyglądać, jak mama obsługuje licznie odwiedzających jej norę klientów. Jeśli próbował wymigać się od tego obowiązku, dostawał tęgie lanie - raz było tak solidne, że trzy dni leżał nieprzytomny, zanim Bernie się zlitował i zawiózł go do szpitala. Ustawiczne maltretowanie zrobiło w końcu swoje - w głowie chłopca zaczęły ożywać jakieś „głosy", a ponieważ Anderson mianował go pełnoetatowym opiekunem i nadzorcą domowej destylarni, jeszcze przed ukończeniem dziesiątego roku życia popadł w zaawansowany alkoholizm.

    Ukończywszy piątą klasę, Henry przerwał edukację i w szkole więcej się nie pojawił. Z braku lepszego zajęcia coraz częściej zadawał się z alfonsem Berniem, który nauczał go, jak dręczyć różne żywe stworzenia i kopulować ze zwierzętami - zarówno przed ich uśmierceniem, jak i po nim. Wprowadzony takim oto sposobem w świat doznań erotycznych i coraz bardziej nimi zainteresowany, kilkunastoletni Henry zaczął dla zabicia czasu regularnie gwałcić przyrodniego brata. W 1983 roku, przyznał, że jako piętnastolatek udusił i zgwałcił jakąś dziewczynę z Lynchburga. Jej ciało zakopał w pobliskim lasku. Zeznanie to pozwoliło wreszcie rozwikłać zagadkową sprawę zniknięcia siedemnastoletniej Laury Burnley w 1951 roku.

    W 1959 roku podczas ostrego picia z matką doszło do potężnej awantury. Viola zamierzyła się na niego kijem od szczotki, na co Henry dobył noża i poderżnął jej gardło. Zanim zbiegł, znalazł chwilę, by zgwałcić zwłoki siedemdziesięcioczteroletniej matki. Pięć dni później aresztowano go w Toledo, w stanie Ohio. Przyznał się do winy i jako matkobójca skazany został na 20 do 40 lat więzienia. Odsiadując wyrok, zaczął ponownie „słyszeć w głowie głosy" - tym razem odezwała się Viola, która z zemsty za to, co jej uczynił, nakłaniała syna, by odebrał sobie życie. Po dwóch nieudanych próbach samobójczych Henry'ego przeniesiono do Iowa State Mental Hospital (Stanowego Szpitala dla Psychicznie Chorych stanu Iowa). Tam został zdiagnozowany jako „psychopata o skłonnościach samobójczych", „sadysta" i „zboczeniec seksualny". Po ponad 4 latach kuracji środkami farmakologicznymi i elektrowstrząsami wrócił do więzienia bardziej szalony niż kiedykolwiek.

    W kwietniu 1970 roku minęła połowa minimalnego wymiaru kary, co dawało prawo do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie warunkowe. Jak zwykle w takich wypadkach Henry stanął przed obliczem specjalnej komisji. On sam utrzymywał później, że na zadane mu przez jednego z członków tego gremium pytanie: „A teraz panie Lucas, proszę powiedzieć, czy jeśli zwolnimy pana warunkowo, znów pan będzie zabijał?", miał odpowiedzieć: „Yes, sir, jeśli mnie teraz zwolnicie, będę zabijał znowu". Opowiadał też, że na pożegnanie zapowiedział strażnikom: „Zostawię wam prezent na progu". Jeszcze tego samego dnia zamordował dwie kobiety, których ciała podrzucił w dobrze widocznym miejscu pod murem więziennym. W 1975 roku, w Jacksonville na Florydzie zetknął się z Ottisem Toole'em.

    Kiedy Ottis był dzieckiem jego babka otwarcie wyznawała satanizm i miała zwyczaj zabierać Ottisa na cmentarze, skąd oboje wykradali zwłoki niezbędne w obrzędach tego kultu. Krążyły też pogłoski, że poza bezczeszczeniem ludzkich szczątków sekta jego babci miała obyczaj jadać ludzkie mięso i wyprawiać orgie seksualne. Wkrótce para z piekła rodem zaczęła zabijać. Przemieszczali się ze stanu do stanu, kradnąc po drodze samochody, zabijając ludzi i rabując wszystko, co wydawało im się łatwym łupem. Od czasu do czasu - ot tak, żeby poczuć dreszczyk prawdziwej emocji - „rozwalili" jakiś bank. Niekiedy zabijali, żeby zdobyć samochód, czasami, żeby zaspokoić swe chucie cielesne, zdarzało się też, że robili to dla czystej przyjemności zabijania. Obydwaj przysięgali później, że jeśli nie mieli czasu, by zatrzymać się i zamordować autostopowicza własnoręcznie, rozjeżdżali go samochodem, dodawali gazu i ruszali w dalszą drogę. Czego to nie robi się dla zabawy.

    Z czasem też na jaw wyszło specyficzne upodobanie kulinarne Ottisa. Krótko przed śmiercią, w roku 1996, Ottis Toole udzielił wywiadu niezależnemu dziennikarzowi Billy'emu Bobowi Bartonowi. Kiedy ich rozmowa zeszła na gastronomiczne upodobania Toole'a, Barton zauważył, że słowa rozmówcy świadczą o jego szczególnym upodobaniu do potraw z młodych chłopców. „Trochę się tego w życiu zjadło” -odparł skromnie Ottis i dorzucił garść szczegółów. - „Najpierw wychodziłem, żeby upolować jakiegoś małego chłopaka [...] chwytałem go, wiązałem, kneblowałem, pakowałem do bagażnika i wiozłem do siebie"”. „Po rozebraniu do naga trzeba go powiesić - głową na dól - za kostki, poderżnąć gardło, wypatroszyć, usunąć wnętrzności, wątrobę i serce. Potem odciąć głowę i spuścić krew. [...] Piekłem ich w całości nad węglem drzewnym; węgiel drzewny daje mało dymu. Trzeba zdjąć ciało i nadziać je na stalowy pręt. Wsadza się go w tyłek i pcha mocno, aż wyjdzie szyją [...] potem mocuje wszystko na widełkach rożna, żeby można było obracać. Smaczne jak cholera"”.

    Psychopata przyznał się do zjedzenia 150 ofiar! Z powodu ograniczonej poczytalności, sąd nie mógł orzec wobec Ottisa kary śmierci, wymierzył mu jednak sześć wyroków dożywotniego więzienia, w tym za podpalenie i morderstwo. Henry Lee ostatecznie został skazany na karę śmierci. Prokuraturze udało się udowodnić mu 30 morderstw. 15 września 1996 roku Ottis Toole zmarł w zakładzie karnym na marskość wątroby w wieku czterdziestu siedmiu lat. Datę egzekucji Lucasa wyznaczono na 30 czerwca 1998 roku. Jednak trzy dni przed terminem gubernator George W. Bush złagodził mu wyrok. Sześćdziesięcioczteroletni Henry Lee Lucas zmarł 11 marca 2001 roku.
    #kryminalne #mordercy #seryjnimordercy #psychologia
    pokaż całość

  •  

    Mireczki czy moglibyście polecić mi jakieś ksiązki o kryminalistyce, seryjnych mordercach, morderstwach itp? Chodzi mi o dokumentalizowane, popularnonaukowe pozycje nie o fabuły.
    #kryminalistyka #seryjnimordercy #mordercy

  •  

    Ciągle, ciągle muszę chodzić ulicami i sprzeczać się z tym czymś we mnie.

    Wczoraj obejrzałem film M - Morderca z 1931 i jestem pod mega wrażeniem, nie znam się na filmach ale ten był naprawdę super. Przedstawia historię śledztwa w sprawie Wampira z Düsseldorfu. Podchodziłem kilka razy do filmów z okresu międzywojennego ale jednak upływ czasu sprawiał, że nie trafiały do mnie a ten wbił mnie w fotel. Ujęcia zapadają w pamięci a ostatnia przemowa mordercy przeraża i szokuje. Czy możemy go żałować jako mordercę? Nie. A jako człowieka który nie kontroluje tego co robi? Chciałem się z Wami podzielić:) Znacie podobne filmy?

    #film #filmy #kryminalistyka #seryjnimordercy #przemyslenia #kino
    pokaż całość

    źródło: acautiousdisplay.files.wordpress.com

    +: wystrza, a.........y +31 innych
  •  

    Dzisiaj o 20.00 na tvp kultura film M - Morderca o śledztwie w sprawie wampira z Dusseldorfu. Nie oglądałem ale oceny ma super.
    #film #kryminalistyka #seryjnimordercy

  •  

    Pedro Lopez

    Pedro Lopez jest kolejnym seryjnym mordercą, którego matka była prostytutką.
    Wiekszość seryjnych morderców ma jakąś obsesję na punkcie swoich matek. Owe matki najczęściej nie są wzorowymi matkami. Wspólnym pierwiastkiem wydaje się być element seksualny. Matki te albo prowokowały swoim wyglądem, albo miały dużą ilość partnerów, o których syn doskonale wiedział. Oczywiście, dzieci prostytutek mają znacznie większe szanse by to wszystko zauważyć, by być bardziej podatnymi na tego typu zachowania.


    Pedro Alonzo Lopez urodził się w kolumbijskim miasteczku Tolmia, w 1949 roku. W tamtych czasach Kolumbia była ostatnim miejscem w którym ktokolwiek chciałby przyjść na świat. W kraju tym trwała wojna domowa, w której zgineło około 200 000 ludzi.
    Lopez był synem biednej prostytutki, był siódmym z trzynaściorga rodzeństwa. Dzieciństwo spędzone w takich warunkach na pewno nie nalezało do udanych i radosnych. Jego matka była dominującą kobietą, trzymała swoje dzieci krótko. Mimo wszystko, w domu Lopeza było lepiej niż w innych domach.
    W 1957 roku, ośmioletni Pedro został przyłapany przez swoją matkę podczas stosunku seksualnego ze swoją młodszą siostrą. Od tej pory musiał żyć na ulicy. Nie mógł wrócić do domu. Przyszłość wyglądała ponuro. Jednak po pewnym czasie jakiś mężczyzna zaoferował Lopezowi mieszkanie i wyżywienie. Pedro nie mógł uwierzyć w swe szczęście. Zamiast do domu, nieznajomy mężczyzna zabrał chłopca na jakąś opuszczoną budowę. Tam odbył z nim kilkakrotnie stosunek seksualny, nastepnie zostawił go tak jak znalazł, na ulicy.
    Ta przygoda ze starszym mężczyzną wywołała u Pedra obawę przez obcymi. Sypiał w ciemnych zaułkach, nocami wyruszał na poszukiwania jedzenia. Żył tak prawie rok. W końcu zdobył się na opuszczenie miasteczka. Jego podróż zakończyła się w Bogocie. Po kilku dniach żebrania o jedzenie, chłopcem zainteresowała się pewna amerykańska para. Przynosili mu ciepłe pożywienie, wreszcie zaproponowali wspólne mieszkanie. Pedro przyjął ich propozycję. Dostał swój pokój z biurkiem, został nawet zapisany do szkoły dla sierot.

    > Więzienie

    Mimo całego szcześcia jakie dopisywało chłopcu, jego dobra sytuacja nie miała trwać wiecznie. W 1963 roku, gdy Pedro miał 12 lat, jego nauczycielka zaczęła go molestować seksualnie. Pedro zapomniał już o swoich obawach wobec dorosłych, jednak teraz wszystko to powróciło. Teraz towarzyszył temu również gniew. Własnie w przypływie gniewu ukradł w szkole pieniadze i uciekł z domu.
    Wojna domowa się skończyła. Kończyła sie tez zimna wojna. Zmieniły sie rządy i znów uruchamiano zatrzymane fabryki. Jednak Pedro nigdy nie otrzymał jakiegokolwiek wykształcenia. Kolejne sześć lat spedził na ulicach, prosząc o jedzenie i dokonując drobnych kradzieży.
    Jako nastolatek zaczął kraść samochody. Miał niewiele do stracenia, a lokalne gangi dobrze płaciły za taka robotę. Stał się doskonałym złodziejem samochodów.
    Pomimo swojego sprytu, w 1969 roku Pedro został złapany właśnie na kradzieży samochodu. Został skazany na 7 lat więzienia. Już dwa dni po rozpoczęciu kary, został brutalnie zgwałcony przez czterech starszych więźniów. Pedro obiecał sobie, że już nigdy nikt go nie dotknie. Sprawił sobie nóż. Przez nastepne cztery tygodnie szukał okazji i zabił tych czterech więźniów którzy go zgwałcili. Władze więzienia uznały, że Pedro działał w obronie własnej i dołożyły tylko dwa lata do wyroku.
    Czas spędzony w więzieniu, w polaczeniu ze wszystkim czego doświadczył wcześniej, spowodował niepowetowane straty w umyśle tego biednego chłopaka. Wszystko czego doświadczył od swojej matki spowodowało, że teraz bał się kobiet. Jakikolwiek związek z nimi uważał za niepraktyczny, wszystkie swoje pragnienia zaspokajał przy pomocy pism pornograficznych. Pedro uważał, że całe zło jakie go spotkało było zasługą jego matki.

    > Aresztowanie

    Pedro wyszedł z więzienia w 1978 roku. Dużo podróżował po Peru. Wtedy też zaczęły się morderstwa młodych dziewcząt. Gdy próbował porwać dziewięcioletnią Indiankę, został złapany przez jej współplemieńców. Torturowano go przez wiele godzin, następnie postanowiono pochować go żywcem. Jednak szczęście dopisało rownież i teraz. Nie wiadomo skąd pojawił się jakiś misjonarz i przekonał Indian, że morderstwo nie spodobałoby się Bogu, i że powinni oddać Lopeza odpowiednim władzom. Indianie, co prawda niechetnie, posłuchali rady misjonarza. Władze Preu deportowały Lopeza do Ekwadoru.
    Pedro zaczął podróżować po Ekwadorze. Często też bywał w Kolumbii. W okolicy szybko zaczęto notować zaginięcia młodych dziewcząt, jednak władze zignorowały te informacje. Wiekszość owych dziewcząt należała do różnych dziwnych zwiazków.
    W marcu 1980 roku, mała powódź w mieście Ambato odkryła ciała czterech dziewczynek, które niedawno zagineły. Mimo trudności z okresleniem przyczyny smierci, władze uznały, że było w tym coś podejrzanego.
    Kilka dni po powodzi, pewien mieszkaniec miasteczka, który robił zakupy ze swoją dwunastoletnią córką, zauważył jak jakiś obcy mężczyzna próbuje porwać jego dziecko. Natychmiast zaczął wzywać pomoc. Mężczyźnie nie udało się uciec. Został aresztowany.
    Podczas eskortowania na komisariat, Pedro zachowywał się niespokojnie. Sprawiał wrażenie szaleńca.

    > Niewiarygodne zeznania

    W komisariacie Pedro odmówił składania zeznań. Władze uznały, że trzeba podstępu by aresztowany zaczął mówić. Postanowiono zamknąć go w celi z pewnym duchownym, ojcem Cordoba Gudino. Jego zadanie polegało na zdobyciu zaufania i wypytanie o szczegóły przestępstwa.
    Milczenie nie trwało długo. Już następnego dnia Pedro zaczął opowiadać księdzu szczegóły niesłychanych zbrodni jakie popełnił. Spowiedź ta bardzo wzburzyła księdza, poprosił o opuszczenie celi. Następnie przeczytano Lopezowi wszystko to, co w celi opowiedział księdzu. Dopiero wtedy się poddał.
    Pedro powiedział, że zamordował przynajmniej 110 kobiet w Ekwadorze, około 100 w Kolumbii, oraz sporo ponad 100 w Peru. Powiedział też, że lubi dziewczęta z Ekwadoru. Są bardziej łagodne i ufne, wydają się też bardziej niewinne. Nie są tak podejżliwe wobec obcych jak kolumbijskie dziewczęta. Za owe morderstwa Pedro winił swoje trudne dzieciństwo i życie, oraz samotność. 'Straciłem swoją niewinność w wieku ośmiu lat. Postanowiłem zrobić to samo tylu dziewczętom ilu zdołam.' Zawsze też wybierał swoje ofiary za dnia. Nie chciał by zmrok ukrył przed nim widok ich agoni. Wyjaśnił również, że najpierw gwałcił ofiarę, następnie dusił ją patrząc jej głęboko w oczy. Gdy widział jak w ich oczach znikają ostatnie resztki życia odczuwał głęboką przyjemność oraz podniecenie seksualne. Nawet gdy umarły były jeszcze przydatne. Często robił przyjęcia, w których uczestniczyły ciała martwych dziewczynek. Sadzał je i rozmawiał z nimi.
    Policjanci na początku nie chcieli wierzyć zeznaniom Loepza. Pedro zgodził się nawet pokazać im kilka gróbów. Wkrótce jednak policjanci musieli zacząć wierzyć Lopezowi. Pedro pokazał im groby 53 dziewczynek w wieku od 8 do 12 lat. Nastepnego dnia wskazał miejsca spoczynku kolejnych 28 ofiar. Więcej ciał nie znaleziono, jednak ciała te mogły rozgrzebać zwierzęta, zabrać ze sobą powodzie itp.
    Po kilku dniach Pedro Lopez został oskarżony o popełnienie 57 morderstw. Liczba ta wzrosła do 110. Dyrektor więzienia, Victor Lascano stwierdził, że nie ma podstaw by nie wierzyć zeznaniom Lopeza, gdy znajduje się potwierdzenie chociażby części owych zeznań. Lascano ocenia także, że zamordowanych kobiet z pewnością było ponad 300.
    Niestety nie ma żadnych informacji o przebiegu krótkiej rozprawy, jednak pod koniec 1980 roku Pedro Lopez został skazany na dożywocie.

    > Wywiad

    W styczniu 1999 roku Pedro udzielił jedynego wywiadu. Oto fragmenty.

    'Jestem człowiekiem stulecia. Nikt nigdy o mnie nie zapomni. Polowałem na moje ofary całymi dniami. Szukałem dziewcząt w których spojrzeniu była niewinność i piękno. To były dobre dziewczęta. Pomagały swoim matkom. Chodziłem za nimi kilka dni, czekałem aż zostana same. Dawałem im jakieś prezenty, np. małe lusterko. Potem zabierałem je na skraj miasta, obiecując prezent dla ich matek.'
    'Zabierałem je do tajnych kryjówek, w których przygotowane były już ich groby. Czasem były tam też ciała poprzednich dziewcząt. Związywałem je, gwałciłem przy wschodzie słońca. Przy pierwszym blasku słońca dostawałem wytrysku. Chwytając za gardło zmuszałem je do uprawiania seksu. Gdy słońce całkowicie wzeszło zaczynałem je dusić.'
    'Wtedy tylko było dobrze gdy widziałęm ich oczy. W nocy bym tego nie zobaczył. Musiałem to robić przy swietle dziennym. To były fantastyczne chwile, gdy trzymałem dłonie na szyjach tych młodych kobiet. Zaglądałem im głęboko w oczy, widziałem iskry które powoli znikały. Tylko ktoś kto naprawdę zabił wieco mam na myśli.'
    'Gdy wyjdę na wolność znów poczuję to samo. Wszystko trwało od 5 do 15 minut. Byłem bardzo dokładny. Długo upewniałem się, że na pewno są martwe. Przykładałem lusterko by sprawdzić czy oddychają. Czasami musiałem je zabić ponownie.'
    'Nigdy nie krzyczały, ponieważ nie spodziewały się niczego złego. Były takie niewinne. Moje małe przyjaciółki lubiły towarzystwo. Często kładłem po kilka ciał obok siebie. Ale po chwili czułem się znudzony, one się nie ruszały. Więc szukałem kolejnych dziewcząt.'


    Pedro Lopez odsiaduje karę w więzieniu w Ekwadorze. Możliwe, że będzie mógł złożyć wniosek o przedterminowe zwolnienie. Jeśli uda mu się opuscić więzienie, czekają na niego kolejne procesy w Kolumbii i Peru.

    #mordercy #kryminalistyka
    #seryjnimordercy

    http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy&dane=LopezPedro.htm
    pokaż całość

    źródło: fthmb.tqn.com

    •  

      @mt5114: bo sie czepiasz ze ktos skopiowal z internetu.

    •  

      Ej na wikipedii znalazłem coś takiego:
      W 1980 roku sąd uznał go za winnego wielokrotnych morderstw i skazał go na karę dożywotnego pozbawienia wolności[1]. W 1994 roku został zwolniony i deportowany do Kolumbii. Ponownie podjął próbę morderstwa, został aresztowany i uznany za chorego psychicznie. W 1998 roku uznano go za zdrowego psychicznie i zwolniono z więzienia[2]. Obecnie López jest poszukiwany przez Interpol.

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Dzisiaj porozmawiamy sobie o "polskim Frankensteinie".
    Joachim Knychała urodził się 8 września 1952 roku w Bytomiu. Wychowywany był przez matkę i babkę Niemkę, która nie mogła wybaczyć swojej córce tego, że związała się z Polakiem. Był wielokrotnie poniżany przez matkę, babkę i dzieci w szkole, nazywany "polskim bękartem" i "szwabem". W szkole zdobył zawód górnik-cieśla w 1970 roku i uprawiał go w kopalni "Andaluzja". W tym też roku został skazany na karę 3 lat pozbawienia wolności za gwałt zbiorowy (twierdził, że został wrobiony), w czasie odbywania kary zaczął silnie nienawidzić kobiety. Mimo tego miał żonę i dwójkę dzieci.

    Pierwszy raz próbował zabić niedługo po odbyciu kary (3 listopada 1974 roku). Wówczas zaatakował na klatce schodowej przy bytomskiej ul. Wrocławskiej 21-letnią Marię Borucką. Została uderzona w tył głowy, jednak dzięki grubej czapce i pomponowi wewnątrz cios został zamortyzowany, a ofiara dała radę go zobaczyć i uchroniło ją to od śmierci spod pręta zbrojeniowego.

    Następnie napadł na Stefanię M, 20 września 1975 roku. Dziewczyna umarła w wyniku otrzymania ciosu w tył głowy tępym narzędziem. W dniu śmierci była na libacji alkoholowej ze swoim chłopakiem i jej przyjaciółmi. Doszło do kłótni i nawet ją gonił. Początkowo to on był podejrzany, a nawet sam w to mocno wierzył. Pamiętał, że ją uderzył, miał jednak lukę w pamięci, został skazany na 15 lat pozbawienia wolności. Mimo wszystko, nie zwrócono uwagi na to, że zbrodnia była na tle seksualnym, nie emocjonalnym. Sprawę zamknięto.

    Warto dodać, że Knychała uczestniczył w rozprawie Zdzisława Marchwickiego, czyli "Wampira z Zagłębia". Podczas gdy Marchwicki oczekiwał na wykonanie wyroku (kara śmierci) 6 maja 1976 roku na ul. Nowej w Chorzowie - Knychała zamordował 38-letnią Mirosławę Sarnowską. Była bardzo ważnym świadkiem w procesie Marchwickiego o zabicie Jadwigi Kucianki. Rozpoznała Marchwickiego dwukrotnie (na okazaniu i wizji lokalnej). Została zabita w identyczny sposób w jaki zabito Kuciankę. Blisko domu, tępą siekierą zraniona w głowę i na tle seksualnym. Wracając z pracy, zaledwie 50 m od domu. Policjanci niechętnie chcieli łączyć to ze sprawą Marchwickiego i pojawiło się wiele spekulacji na temat tego, że to nie Marchwicki dokonał tych zbrodni, a także, że dalej jest na wolności.

    30 października 1976 roku na klatce schodowej przy ul. Rostka 21, ponownie w Bytomiu, zabito Teresę Ryms. Została kilkukrotnie uderzona w głowę, zabójca został spłoszony przez szczekanie psa, więc zaciągnął ciało do piwnicy z pierwszego piętra.
    Ofiara mieszkała naprzeciw milicji, nie odnotowano świadków.

    20 stycznia 1977 roku w Siemianowicach Śląskich zaatakował Barbarę, zobaczyła i zapamiętała napastnika. W tym momencie zaczęto wiązać wszystkie sprawy w całość, a Barbara znacznie przyczyniła się do identyfikacji sprawcy.

    2 lutego 1978 roku w Bytomiu odnotowano kolejny atak.

    24 czerwca 1978 roku napadł na dwie dziewczynki w wieku ok. 12 lat w lesie, podczas gdy zbierały tam jagody. Zwłoki jednej z dziewczynek zostały również obnażone. Katarzyna S. mimo wielu ciężkich obrażeń przeżyła i wniosła wiele do śledztwa. Jednak przez fakt tego, że znalazł ją jeden z milicjantów - podała jego wizerunek.

    W maju 1982 roku zaatakował ponownie i zabił ostatni raz. Tym razem wydał się sam. Stwierdził, że jego szwagierka Bogusia podczas spaceru upadła i zmarła. Tak też to traktowano. Była jego kochanką i była też w ciąży, dopiero przy sekcji stwierdzono, że nie było to przyczyną wypadku i została zamordowana. To było jedyne morderstwo, które nie było przypadkiem, ponieważ Bogusia chciała powiedzieć o całym romansie swojej siostrze (żonie Joachima).

    Wszystkie jego zbrodnie były dokonywane w celu demonstracji. Obnażał kobiety pośmiertnie, zabawiał się, także gwałcił. Nigdy nie chował ciał.
    Za każdym razem ciosy były pewne, sprawca więc miał jasny cel.

    Ciągle miałem mało krwi, to napadanie i mordowanie było silniejsze od mojego ja, a ponadto wychodziłem do pracy, ale tylko ja wiedziałem, jak ta praca naprawdę się przedstawia.
    Wszystkie ofiary zostały znalezione niedaleko śląskiej linii tramwajowej nr. 6 przechodzącej przez kilka miast, od numeru również nazwano jedną z grup zajmującą się sprawą.
    Ustalono, że wszystkie zabójstwa "były z lubieżności". Jest to najwyższa forma sadyzmu, zwykle nieplanowana (nie w przypadku Joachima, bardzo mocno planował zbrodnie). Patrząc na to z punktu widzenia zdrowej osoby - chęć morderstwa przychodzi jak ochota na seks. Sam czyn zaś powoduje erekcję i orgazm.
    W pewnym momencie dochodzenia stworzono nawet model mordercy w skali 1:1, był niemal identyczny. Jest to bardzo rzadki zabieg w kryminalistyce. Niestety, nawet ta metoda nie pomogła w odnalezieniu sprawcy.
    Podczas dochodzenia przesłuchano ponad 7000 mężczyzn i odnaleziono wielu przestępców seksualnych o mniejszym stopniu. Badano nawet wariografem. W roku 1979 zatrzymano również sprawcę, ale okazało się, że miał silne usprawiedliwienie czyli "dniówki sztygarskie". Przez to, że sztygar odbierał za niego pieniądze - miał wolne, a tak naprawdę wpisywano mu wówczas zmianę. Niemal wszystkie daty zgadzają się z rzekomymi "zmianami".
    Mimo wszystko, milicjanci byli wciąż dalecy od rozwiązania sprawy, a ze względów tego, że był stan wojenny, sprawie poświęcano zbyt mało czasu i ludzi.
    O jego sprycie mówi też to, że zaprzestał czynów w momencie znacznego ruszenia śledztwa do przodu, wstąpił do partii i zaczął uczęszczać do szkoły wieczorowej. Był przykładnym ojcem, mężem i współpracownikiem. Poprosił nawet w trakcie śledztwa o to, by powiedzieć o wszystkim swojej żonie, Halinie. Po to, by nie dowiedziała się od obcych. Zgodzono się i nagrywano rozmowę, a Achim się do wszystkiego przyznawał.

    Przecież normalnie, po ludzku, jak należy kochaliśmy się, było nam dobrze ze sobą, a Achim... coś Ty narobił?
    Jednym z mocniejszych momentów tej rozmowy było:

    Coś Ty zrobił, my po Tobie nie będziemy mieć renty. > A ten kożuch co mosz to będę mogła sprzedać bo Cię powieszą, nie?
    Joachim praktycznie na wszystkie jej pytania odpowiadał milczeniem, na to odpowiedział tylko:

    Ja.

    No ale do domu jaki wszedłeś, przecież ja nie zauważyłam, Achim. Co ja wtedy robiłam? I myśmy cholera, nikt nie poznał w domu, no ja nie wiem.

    No iżem jak miała rozszyfrować, Achim? Jak to możliwe? Jak to możliwe?

    Wiesz, tych dziewczynek to ja bym ci nie darowała, za to powinieneś wisieć...

    Podczas zatrzymania miał 30 lat. Nie przyznawał się, był niesamowicie inteligentnym człowiekiem i im bardziej go gnębiono fizycznie i psychicznie - tym więcej milczał. Ogromny wkład w śledztwo miał podinspektor Roman Hula, który zaczął przynosić mu do celi książki (uwielbiał je czytać) i rozmawiać z nim jak z przyjacielem. Za każdym razem na koniec, uświadamiał go między słowami o tym, jakie czekają go konsekwencje i że wiedzą, że to on. Przyznał się do 7 zabójstw i 5 usiłowań. Spisywał nawet pamiętniki z których wynikało, że martwił się tylko o żonę i dzieci, nie widział w tym siebie. Miał niezwykły żal do psychiatrów i psychologów, że nie chcieli go badać, a ze zbrodni był dumny. Chciał koniecznie przejść do historii.
    19 kwietnia 1984 roku został skazany na karę śmierci, był całkowicie świadomy zakończenia całego śledztwa od momentu zatrzymania.
    21 maja 1985 roku został stracony poprzez powieszenie w więzieniu przy Montelupich 7 w Krakowie. Był to jeden z ostatnich wyroków kary śmierci w Polsce.
    Na zdjęciu porównanie Joachima z jego trójwymiarowym modelem.

    #gruparatowaniapoziomu #historia #historiabezcenzury #kryminalistyka #seryjnimordercy #bytom #piekaryslaskie #siemianowice #siemianowiceslaskie #slask #prl
    pokaż całość

    źródło: bis.gazeta.pl

  •  
    c......g

    +64

    Rozmowa seryjnego mordercy Richarda Kuklińskiego z psychologiem dr. Parkiem Dietzem w więzieniu Trenton State.
    Dla których, którzy lubią słuchać o miejscach w głowie, w których inteligencja zagina moralność. Fantastyczna batalia psychologiczna, próba sił dwóch naprawdę potężnych umysłów. Dla mnie osobiście przykład wielkości umysłu w kreowaniu murów i zaprzeczeń rzeczywistości.
    #psychologia #kryminalistyka #seryjnimordercy pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Przenosimy się w czasie do 18 lipca 1946 roku. Wówczas 28-letni mężczyzna prowadził niezwykle żywą rozmowę podczas zapadającego zmroku, wśród dzieci przy łączeniu ul. Tarnogórskiej i Morcinka w Bytomiu. Nagle przechodnie usłyszeli strzały, w momencie, w którym dotarli do miejsca zdarzenia - kobieta nie żyła. Zmarła poprzez wylew krwi do jamy opłucnej i osierdzia, który był wynikiem ran postrzałowych klatki piersiowej, serca oraz płuc. Znaleziono przy niej łuski z 9 mm broni, jednak mimo analizy sprawcy nie znaleziono, ponieważ broń nie figurowała w spisie KGMO.
    45-letnia Anna S. była od roku mieszkanką jednej z niewielkich podwrocławskich wsi. Została wskutek repatriacji przeniesiona ze Lwowa razem z dwójką dzieci. Na kilka dni przed śmiercią odwiedził ją znajomy, który postanowił wykorzystać kredyt zaufania i okradł jej mieszkanie. Przybyła do Bytomia, by odnaleźć sprawcę. Ujęto go w listopadzie przez władze wojskowe, ponieważ był poszukiwany za dezercję. Nie przyznał się do zabójstwa, a i upływ czasu uniemożliwił sprawdzenie alibi i zebranie oskarżających dowodów, śledztwo umorzono.

    Niemalże po 10 latach między 26 listopada 1956 roku, a 18 kwietnia 1957 roku popełniono 3 morderstwa (a także 2 usiłowania), które były niesamowicie zbliżone do morderstwa Anny. Tym razem ofiarami byli mężczyźni.
    26 listopada 1956 roku Chaim N. skończył pracę o godzinie 18. Swoim zwyczajem wstąpił do budki z piwem, by skonsumować portera. Zaledwie piętnaście minut później znaleziono go martwego w bramie posesji, na której mieszkał. Nie posiadał obrażeń, a śledztwo nie ukazało śladów walki, czy też napadu w celach rabunkowych (znaleziono przy nim pieniądze i dokumenty). Pierwszym przypuszczeniem był zgon z przyczyn naturalnych. Jednak sekcja ukazała zupełnie inną przyczynę. Mięsień sercowy, aorta i płuco zostały uszkodzone przez pocisk, który nadal zalegał w ciele. Na podstawie jego zniszczeń stwierdzono, że strzał był oddany z daleka, a został wystrzelony z lufy o kalibrze 5,6 mm. Także i tym razem broń nie została zarejestrowana.
    Nie było wątpliwości, że jego śmierć została zaplanowana. Chwilę przed godziną 18:15 w bramie zgasło światło, a pocisk został wystrzelony z broni z tłumikiem. W celu potwierdzenia tej tezy podczas wizji lokalnej oddano strzały z kilku rodzajów broni. Jednak zbrodnia nie była tak doskonała, jaką być się wydawała. Sprawca w momencie wychodzenia z bramy został zauważony przez dwóch świadków. Zeznali, że sprawca był w wieku średnim (miał wtedy 39 lat) i ubrany był w buty z cholewkami, bryczesy oraz ciemną kurtkę. Niestety było ciemno i z wyglądu twarzy udało się jedynie zauważyć starannie i krótko przystrzyżony wąsik.
    Ponad miesiąc później (4 stycznia 1957 roku) jeden z sąsiadów, Paweł K. otrzymał odręcznie pisany anonim z wieloma błędami ortograficznymi. Do pisma załączono łuskę od identycznego pocisku.
    Błędnie jednak podejrzenia skierowano w stronę sąsiada lub grupy przestępczej jednak nie znaleziono odpowiednich dowodów, by ich oskarżyć.

    Zaledwie pięć dni po otrzymaniu anonima (9 stycznia 1957 roku) około godziny 21 Józef S. wraz ze swoją małżonką udali się taksówką do swojego domu w dzielnicy willowej na peryferiach Wrocławia. Przed bramą zauważono dwoje mężczyzn.
    Janina S. udała się do domu, zaś Józef S. udał się po ich syna do swej matki. Janina przebywając w kuchni usłyszała kroki na podwórzu, bezbłędnie stwierdziła, że są to kroki męża i syna. Nie wiedziała jednak, że nie tylko ich. Po chwili usłyszała huk. Pośpiesznie wybiegła przed dom i zauważyła uciekającego mężczyznę. Goniła za nim, lecz odpuściła i pobiegła w kierunku garażu. W ciemności potknęła się o ciało męża. Całe zajście widział syn zamordowanego. Widział sylwetkę sprawcy oraz słyszał jego nazwisko wymienione przez ojca podczas szamotaniny (niestety nie zapamiętał go). Niedaleko ciała znaleziono dwie łuski kalibru 9 mm (śledztwo wykazało, że broń została użyta podczas zabójstwa w Bytomiu) i oprawkę od zegarka z uszkodzonym uchwytem od paska (należał do Chaima N.). W ogrodzie na nieszczęście sprawcy znaleziono ślady obuwia, z którego można było wykonać gipsowe odlewy. Pozwoliły one na połączenie zbrodni z jednym sprawcą i ustalenie, że seryjny zabójca dysponował bronią małokalibrową oraz 9 mm.
    W toku śledztwa ustalono tożsamość dwóch mężczyzn sprzed bramy. Okazało się jednak, że przyjechali do inżyniera, by dokonać transakcji związanej z samochodem, odjechali tramwajem w stronę miasta, po ukazaniu świadkom zaprzeczyli o tym, jakoby mieli być sprawcami. Nie pomogło również wyjaśnienie konfliktów ofiary. Mimo tylu dowodów nie udało się ustalić zabójcy na tyle szybko, by nie zdążył dokonać kolejnych zbrodni.

    15 stycznia 1957 roku zauważono wtargnięcie do jednych z zabudowań na wrocławskim przedmieściu. Ofiarą miał być Zenon H., jednak życia został pozbawiony tylko jego pies.

    Przebywając w mieszkaniu usłyszałem nagle ujadanie psa, a w chwilę później huk na podwórzu. Gdy wybiegłem przed dom, zobaczyłem, że pies nie żyje, a jakiś mężczyzna biegnie ulicą. Wtedy szybko wsiadłem na rower i pomknąłem za nim. W pewnym momencie uciekający mężczyzna zatrzymał się, oślepił mnie światłem latarki i bez ostrzeżenia strzelił w moim kierunku. Na szczęście chybił, jednak po tym, co zaszło, zrezygnowałem z dalszego pościgu. [...] Widziałem napastnika z tyłu, był to mężczyzna średniego wzrostu, poruszał się szybko i zwinnie. Miał na sobie ciemną jesionkę i czapkę cyklistówkę. Nie znam go i trudno mi jest powiedzieć, z jakiego powodu miał do mnie pretensje.
    Po raz kolejny powiązano przestępstwo na podstawie łusek (tym razem kalibru 9 mm) i stwierdzono, że z tej samej broni wystrzelono pociski w kierunku Anny S. i Józefa S.
    25 stycznia 1957 roku Zenon H. otrzymał anonim o treści:

    Wyroku śmierci żądało 8 osób. Ponieważ uciekasz jak zając przed śmiercią łapać Cię i strzelać nikt nie będzie ale postanowiono sprezentować 3 kg materiału aby Cię wraz z żoną wysadzić. Nie chcemy żony i dziecka wysadzać to też uprzedzamy abyś je usunął. Pies zostanie usunięty. Nie spodziewaj się że Cię uchroni rodzina i ta. Cicho (dwa słowa nieczytelne) bez bólu
    Ekspertyza wykazała, że obydwa anonimy (umieściłam w pisowni oryginalnej) napisała jedna osoba.

    Niespełna 3 miesiące później (11 kwietnia 1957 roku) usiłowano zabić medyka, doktora A.H.
    Medyk nie odniósł obrażeń, ponieważ strzał był niecelny. Najprawdopodobniej został oddany z poddasza naprzeciw mieszkania lekarza, jednak tego nie ustalono. Znaleziono pocisk kalibru 5,6 mm z uszkodzonym pancerzem (nie nadawał się do badań).

    18 kwietnia 1957 roku, zaledwie tydzień później zginął Józef W., kierownik administracyjny Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Gdy leżał usłyszał trzask w pokoju obok. Jego żona zeznaje:

    Myślał, że otworzyły się drzwi do szafy.
    Po podejściu do okna otrzymał strzał prosto w serce. We framudze okna nie znaleziono niczego zaskakującego, mianowicie pocisk kalibru 5,6 mm z uszkodzonym pancerzem, drugi (również uszkodzony) znaleziono w ciele Józefa. Tym razem również nie ustalono konkretnego punktu, przypuszczano, że było to drzewo znajdujące się kilkadziesiąt metrów dalej. Tym razem orzeczono jednak, że broń musiała być wyposażona w optykę, a strzelec musiał być doświadczony. Była to pomoc w profilowaniu, ale w tak dużej miejscowości, jak Wrocław w tamtych czasach było wielu miłośników militariów i kolekcjonerów broni.

    Pewnej kwietniowej nocy (z 29 na 30 kwietnia) 1958 roku nastąpił prawdziwy przełom w śledztwie. Patrol wrocławskiej milicji zauważył mężczyznę, który zachowywał się bardzo dziwnie. Podczas legitymowania zauważyli, że posiada ukryte pod płaszczem, zawieszone na ramieniu solidne nożyce do cięcia żelaza. Nagle wykonał gwałtowny ruch w ich kierunku. Został szybko obezwładniony, a podczas rewizji znaleziono przy nim 9 mm FN gotowy do strzału oraz 67 sztuk amunicji, gumowe rękawiczki, klucze, dwie latarki i wiele innych podejrzanych przedmiotów. Tłumaczył się tym, że wszystkie te rzeczy znalazł i właśnie szedł oddać je do komisariatu...
    Podczas rewizji mieszkania znaleziono 4000 zł, zegarek bez szkiełka i oprawki, lufę do broni małokalibrowej, lufę do sztucera, optykę do broni, lornetkę, drabinę sznurkową, dużą ilość amunicji, klucze, wytrychy, piłki do cięcia oraz pudełko z materiałem wybuchowym. Część rzeczy znajdowała się w schowku wydrążonym w klocku drewna.
    Ekspertyza broni i łusek wykazała, że z tych sztuk zabito Annę S., Józefa S. i Zenona H. Udowodniono mu zabójstwa Chaima N. i Józefa W. Nie udało się to jednak w sprawie doktora.
    Baczyński nie był jednak autorem wysłanych anonimów, napisała je Emilia P., pielęgniarka, która zgodziła się je napisać w zamian za pomoc w znalezieniu mieszkania. Nie wiedziała o jego działalności i o tym, do czego mają służyć napisane przez nią słowa.

    Szeroko uśmiechnięty mężczyzna ze zdjęcia to urodzony w roku 1918 Władysław Baczyński, człowiek odpowiedzialny za ww. zbrodnie.
    Był zawodowym kierowcą, miał żonę i trójkę dzieci. Żyli ze skromnej renty inwalidzkiej, a wśród sąsiadów mieli nienaganną opinię. Nie miał nałogów, unikał konfliktów publicznych, bo te domowe rozwiązywał brutalną przemocą, lecz po cichu. Przed odejściem na rentę z Wytwórni Filmów Fabularnych otrzymał od dyrekcji opinię człowieka sumiennego i wysoko wykwalifikowanego. Jednak te z innych miejsc pracy nie były tak dobre, był uważany za zawistnego, mściwego i opryskliwego wobec współpracowników i przełożonych.
    Psychiatrzy stwierdzili, że nie był chory psychicznie, a więc był świadomy tego, co robi i jakie są tego konsekwencje oraz tego, że działał z premedytacją i był całkowicie poczytalny.
    Posiadał jednak odchylenia takie jak brak więzi uczuciowej z najbliższymi, obniżenie odczuwania uczuć wyższych, szacunku do drugiego człowieka, egocentryzm, zamknięcie w sobie, despotyzm i inne cechy charakterystyczne dla psychopaty.

    Prawdziwą zagadką dla niedoszłych ofiar, świadków, bliskich, milicji i psychiatrów był motyw. Sam twierdził, że czuł niechęć do ludzi krzywdzących współpracowników. Uważał, że jego byli przełożeni (Józef S. i Zenon H.) takimi byli.
    Na temat motywacji morderstwa Chaima N. mówił:

    Miałem z nim porachunki typu handlowego, ale w gruncie rzeczy nie miałem zamiaru go zabić, lecz jedynie postraszyć. W krytycznym momencie jednak N. chwycił za mój pistolet i wtedy padł strzał.
    Twierdził również, że nie chciał zabić Józefa S., a jedynie spalić samochód jego współlokatora dr. W.

    Czułem do doktora W. urazę, ponieważ nie przepisał mi takich leków, jakich chciałem.
    Inżynier S. zdradził mój zamiar, a nawet w pewnym momencie zaczął mnie bić, wtedy — w obronie własnej — strzeliłem do niego.

    Jedynym problemem w tych wyjaśnieniach było to, że samochód należał do Józefa S., doktor W. nie posiadał żadnego. Ba, Baczyński wiedział o tym.
    Annę S. natomiast zabił, bo uważał, że współpracowała z Niemcami. Nie jest to prawdą, z Niemcami łączył ją jedynie handel, a nawet była aktywistką ruchu oporu i miała w tej organizacji szczególne zasługi. Władysław również należał do ruchu oporu, ale był w nim tylko jednostką bez zasług. Przypuszcza się, że Anna S. podejrzewała go o wydanie aresztowanych osób, a więc została zabita, aby milczała.
    W przypadku Chaima N. nie ma żadnych świadków, którzy potwierdziliby jakiekolwiek ich spotkanie, a co dopiero wiedzieli o jakichkolwiek wspólnych sprawach.

    Na początku śledztwa Baczyński udawał, że jest niepoczytalny, nie wie co zrobił i co mu grozi. Odmawiał składania sensownych wyjaśnień. Prosił nawet o zwolnienie z aresztu. W tym czasie snuł też plany ucieczki, w ręce oficerów wpadł nawet gryps, w którym prosił o piłkę do żelaza.
    Po pewnym czasie postanowił zmienić taktykę i odpowiadać na pytania, które nie wymagają objaśnień. Przyznał się do wszystkich czynów oprócz usiłowania zabójstwa A.H. Początkowo po przyznaniu unikał pytań związanych ze szczegółami zbrodni, ale i tu z czasem odstąpił. Raz nawet cynicznie stwierdził, że miał zamiar rozprawić się jeszcze z wieloma ludźmi, ale nigdy nie odpowiedział na pytania o ich dane inaczej niż „Przygotowałem długą listę".
    W czasie rozprawy symulował choroby psychiczne. Zmienił podejście, ale nadal nie wykazywał skruchy.

    Uważny obserwator procesu dochodzi do przekonania, że jeśli w pierwszym dniu Baczyński symulował chorobę umysłową, a drugiego — udawał człowieka krzywdzonego przez wszystkich, to w dniu wczorajszym przede wszystkim bronił własnego życia i to za wszelką cenę. Niejednokrotnie zwracał on uwagę świadkom, że mówią nieprawdę, pouczał ich w bezczelny sposób, co mają mówić i jak jego zdaniem przedstawiają się fakty.
    Wczorajszy Baczyński, to nie ten sam sprzed dwóch dni, popisujący się nerwowymi tikami głowy, udzielający na pytania sądu czy prokuratora nielogicznych odpowiedzi. Oskarżony zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co mu grozi.


    Władysław Baczyński został skazany na karę śmierci, wyrok wykonano 17 maja 1960 roku. Miał wówczas 42 lata.

    pokaż spoiler Źródło: wiedza własna, artykuł Krzysztofa Gonerskiego.


    #gruparatowaniapoziomu #historia #historiabezcenzury #prl #kryminalistyka #seryjnimordercy #bytom #wroclaw #dolnyslask
    pokaż całość

    źródło: 2.bp.blogspot.com

    +: Helsantonio_Montes, ManieczkiPKP +1017 innych
    •  

      @puszkapandory: dowiedziałem się, że akta zakończonych spraw sądowych o zabójstwa przechowuje się przez okres 10 lat, z tym, że termin liczy się od wykonania kary/środków karnych. Czyli w tym wypadku, po wyroku leżą one jeszcze dość długo.

    •  

      @IgorK: Dzięki wielkie za poświęcenie czasu i zaangażowanie w pomoc ;)
      Wygląda na to, że w moim przypadku bardzo nikłe będą szanse na znalezienie czegokolwiek w archiwach sądów i prokuratury (obstawiam, że ta sprawa była umorzona najpóźniej w latach 50tych). Pozostaje mi tylko napisać do właściwych jednostek w nadziei, że nie pilnowali brakowania i mają przychylny stosunek do takich pomysłów jak szukanie jakiejś przedpotopowej sprawy :))
      Szkoda, że akta morderstw jednak nie dostają archiwalnej kategorii A, bo po brakowaniu pozostaje bazowanie na doniesieniach medialnych, które są ze swej natury kiepskim źródłem informacyjnym w takich sprawach.
      pokaż całość

      +: IgorK
    • więcej komentarzy (72)

  •  

    Ten młody chłopiec to urodzony 18 grudnia 1946 roku Karol Kot. Uczeń technikum energetycznego wywodzący się z dobrej rodziny, wychowany na krakowskim Kazimierzu przy ulicy Meiselsa 2.
    Był członkiem klubu strzeleckiego zakochanym w wojsku, śmierci i broni palnej oraz białej. Za czasów wczesnej młodości zakradał się do rzeźni w Pcimiu, uczestniczył w zabójstwach bydła i pił krew zwierząt. Podczas powrotu zabijał napotkane zwierzęta. Już w latach szkolnych bawił się i groził rówieśnikom.

    Nosiłem ze sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła i zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali.
    21 września 1964 roku dokonał pierwszego ataku. Dwa dni później otrzymano kolejne zgłoszenie gdy znaleziono na Starym Mieście ranną starszą kobietę. Sprawca był śmiały, zaledwie tydzień później (29 września), jego pierwszą śmiertelną ofiarą została 77-letnia Maria Plichta. Została ugodzona w plecy w godzinach popołudniowych bagnetem w kościele sercanek przy ulicy Garncarskiej 24/sióstr prezentek przy ulicy Św.Jana 7 w Krakowie.

    pokaż spoiler Są różne źródła, jednak prawdopodobnie jest to ten drugi, w aktach mówi się o tym, jednak sam mówił o sercankach.

    Początkowo nie poczuła rany, zorientowała się dopiero w domu z którego wezwała już bezskuteczną pomoc. Mimo tego, że została przeprowadzona w warunkach szpitalnych. Chirurdzy po zbadaniu rany stwierdzili, że kobieta nie ma obrażeń wewnętrznych i podczas krótkiej obserwacji nastąpił zgon. Śledztwa umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

    Za cel obierał głównie starsze, bezbronne kobiety, co w czasach PRL-u wywołało w Krakowie falę strachu i psychozy. Skala zjawiska była tak ogromna, że na pogotowie przywożono kobiety z błahymi urazami takimi jak połamanie kończyn, a okazywało się, że mają na plecach ogromne pokrywki od garnków lub blachy, ponieważ wiedziały, że sprawca atakuje od tyłu.
    W 1,5 tygodnia Kot postawił na nogi całą milicję i wydawano liczne ostrzeżenia w prasie.
    W pewnym momencie za swój cel obrał dzieci.
    Drugą jego śmiertelną ofiarą 1,5 roku później (13 lutego 1966) był 11-letni Leszek Cołek wracający z zawodów saneczkowych na Kopcu Kościuszki.

    Po 6 ciosie poczułem, że leci mi z rąk. Dziwię się ludziom, że unikają i narzekają na trzynastego, a tymczasem okazuje się, że trzynasty może być wspaniałym dniem.
    W tym momencie nie było już wątpliwości, że nie był to przypadek i działał z wysoką premedytacją. Wywnioskowano to po ogromnej ilości ran, o wiele większej, niż jest potrzebna do zabicia dziecka (tzw. "nadzabijanie"/"overkill").
    W kwietniu 1966 roku zaatakował siedmioletnią Małgosię na ul. Sobieskiego przy okazji jej zejścia do skrzynki na listy. Prawdopodobnie powodem było to, że nie spotkał polonistki na której chciał się zemścić za zabranie noża podczas lekcji, a jak sam mówił "czuł potrzebę zabicia". Dziewczynka miała dużo szczęścia i mimo jedenastu ran zadanych kordelasem miała ogromne szczęście gdyż przeżyła.

    To podejście sprawiło, że znacznie zbliżono się do identyfikacji sprawcy, mimo, że niemal zignorowano trafne zeznania i opis Kota przez taksówkarza (stwierdzono, że miały one pobudki prywatne). Analiza była ciężka, ponieważ nie mordował z powodów rabunkowych czy też seksualnych. Zabijał dla dzikiej przyjemności, a jego modus operandi uległo szybkiej zmianie w momencie, w którym "zaspokoił swoje potrzeby". Prawdopodobnie dla większej przyjemności i utrudnienia wykrycia zmienił typ ofiary i sposób zadawania ciosów.
    Po napadach na dzieci zaczęto dogłębnie profilować sprawcę poprzez zeznania środowiskowe na podstawie ubioru gdyż stwierdzono, że jest to jedna i ta sama osoba (głównym znakiem rozpoznawczym była tarcza szkoły na ramieniu). Przełom jednak nastąpił w momencie, w którym na policję zgłosiła się jego bliska znajoma z klubu strzeleckiego (uważał ją za swoją dziewczynę), której kilkukrotnie się chwalił i rzucił się na nią z nożem grożąc śmiercią. Początkowo twierdziła, że to wytwór jego wyobraźni oraz głupi żart. Jednak szybko postanowiła to zgłosić ponieważ opowiedział jej szczegółowo o ataku na dziewczynkę, który później potwierdziła prasa.

    Na swoim koncie miał też 4 podpalenia i próby otrucia. Dla rekreacji trucizny w barach i dosypywał je znajomym, usiłował to zrobić sześciokrotnie (ani razu mu się to nie udało).

    Po tych zeznaniach ujęto go 14 lipca 1966 roku (w wieku 22 lat), niemal po zakończonych maturach (obserwowano go celowo do nich i pozwolono mu je zdać, prawdopodobnie by wykorzystać ten fakt do udowodnienia, "że jest normalny"). Początkowo nie przyznawał się do zarzucanych czynów (nie zostawiał żadnych śladów, więc udowodnienie winy było utrudnione), a i środowisko nie twierdziło by był do tego zdolny.

    Nikt nie wierzył, że młody, miły chłopiec o sympatycznej buzi może być bestią. Wyróżniał się, ale nikt nie przypuszczał, że to może być on. Był nadpobudliwy i ludzie byli pewni, że zaczepienie go może się skończyć agresją. Przeciętny uczeń, lecz pilny (na tyle, że studiował na własne potrzeby podręczniki anatomii długimi godzinami), dlatego też był stawiany za wzór. Wszyscy wiedzieli, że niezdrowo interesuje się bronią, miał dużą kolekcję a jego zeszyty były gęsto pokryte rysunkami broni. Nazywano go w żartach "krwawy Lolo", "Lolo rozpruwacz".

    Gdy już przyznał się do popełnionych zbrodni (w wyniku konfrontacji z ofiarami które przeżyły i go rozpoznały) opisywał je w zeznaniach i wizjach lokalnych z niezwykłą dumą i emocjonalnymi szczegółami. Nie krył też zamiarów, planów, widok krwi wywoływał na jego ustach uśmiech jak nic innego. Psychiatrzy stwierdzili, że był klasycznym sadystą, który z zabijania zrobił sobie jeden z najważniejszych celów życiowych.
    W zeznaniach powiedział:

    Warto było zabijać, nie żałuję tego.
    Przy badaniach psychiatrycznych odnaleziono typowe dla psychopatów zaniki pewnych części mózgu, inne badania mówią, że miał nieznaczne zmiany psychiatryczne odpowiadające za niepoczytalność, jednak pozwalające na sądzenie jako zdrowego człowieka, świadomego swoich czynów.

    Nie jestem zaskoczony i zdziwiony tym, że psychiatrzy uznali mnie za całkowicie poczytalnego, bowiem ja również za takiego się uważam. Chciałbym tylko przeczytać wszystkie notatki prasowe, jaki na mój temat zostały opublikowane.
    Na rozprawie również nie ukazywał skruchy, wręcz przeciwnie - pokazywał jak bardzo go to bawi, jest z tego dumny i nawet machał do znajomych ze szkolnych ławek.

    Wiem o tym, że nie można zabijać... ale mimo to postanowiłem zabijać, bo to sprawiało mi przyjemność. Oczywiście mogłem sobie odmówić tego rodzaju przyjemności, gdybym chciał, ale nie chciałem, to wolałem zabijać. Właściwie to niczego nie żałuję, nie żal mi też ludzi, których skrzywdziłem. Gdybym nie został zatrzymany, to zapewniam, że robiłbym to samo, to znaczy w dalszym ciągu zabijałbym ludzi dorosłych i dzieci.

    Podczas sekcji znaleziono u niego rozległy guz mózgu (znaleziony również u Charlesa Whitmana) prawdopodobnie odpowiedzialny również za odczuwanie agresji i lęku.
    Równy rok później ogłoszono wyrok kary śmierci, jednak w wyniku odwołania został on zmieniony na karę dożywocia. W tym momencie wkroczył jednak Prokurator Generalny i wniósł o rewizję nadzwyczajną. Jej skutkiem było z dniem 17 marca 1968 roku utracenie honorowych praw obywatelskich i powieszenie "Wampira z Krakowa" dnia 16 maja 1968 roku (w wieku 24 lat).

    Postać Kota przejawia się w wielu tworach literackich, muzycznych (bardzo rozsławił tą sprawę Świetlicki) i filmach (równie dokumentalnych, jak i inspirowanych jego historią). Najpopularniejszym i zawierającym najwięcej informacji jest "Był sobie chłopiec" na podstawie którego powstał ten wpis.

    Jeśli któryś z krakusów dotarł do tego momentu to proszę o odpowiedź na pytanie - czy historia Kota w piędziesięciolecie jego stracenia była żywa w mieście i czy ogólnie jest?

    pokaż spoiler Źródła: głównie film pt. "Był sobie chłopiec", wikipedia oraz wiedza własna.
    To, co napisałam zawiera zapewne mnóstwo błędów gramatycznych, za co przepraszam, ale jednak pisałam to przez 3 bezsenne godziny na telefonie.

    #gruparatowaniapoziomu #krakow #historia #prl #kryminalistyka #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: gfx.antyradio.pl

  •  

    "Łotry i zbóje" (odc. 3)

    ION RIMARU – WAMPIR Z BUKARESZTU

    Urodził się w rumuńskim mieście Corabia, w roku 1946. Nie miał łatwego dzieciństwa. Jego ojciec (Florea Rimaru) regularnie bił matkę, a w roku 1956 opuścił rodzinę i wyjechał do Bukaresztu. Ion od najmłodszych lat sprawiał problemy wychowawcze. W szkole wywołał skandal obyczajowy, gdy okazało się, że miał romans z młodszą córką swojego nauczyciela.

    Pierwszy raz skazany został (za kradzież) w wieku 18 lat. Niedługo potem rozpoczął studia na wydziale weterynarii uniwersytetu rolniczego w Bukareszcie. Jeden z jego profesorów opisał go jako nieśmiałego półanalfabetę z małym zasobem słownictwa i wąskim zakresem zainteresowań.

    Koledzy unikali go, ponieważ ich zdaniem, zachowywał się dziwnie. Gdy wpadał w szał, dokonywał samookaleczenia. Miał niekontrolowany popęd seksualny. Jeden ze studentów zeznał, że Rimaru całą noc czatował pod drzwiami innego studenta, wiedząc, że przyszła do niego koleżanka. W 1967 lekarze stwierdzili u niego problemy ze zdrowiem i to zarówno fizycznym jak i psychicznym.

    Na przełomie 1970 i 1971 w Bukareszcie doszło do kilkunastu napadów na kobiety. Sprawca śledził je, a następnie atakował i pozbawiał przytomności za pomocą młotka, siekiery, metalowego pręta lub noża. Wiele z ofiar zostało zgwałconych, często brutalnie. Cztery ofiary zmarły. Sprawca często odrywał kawałki ubrań, a nawet obnażał całe ciała. Dochodziło również do aktów kanibalizmu, ponieważ sprawca odgryzał fragmenty piersi bądź genitaliów, a jednej z ofiar wypił krew. Można również mówić o elementach nekrofilii, ponieważ gwałcił ofiary, gdy te już zmarły. Sprawca dokonywał swoich czynów w trudnych warunkach atmosferycznych jak burza, śnieżyca, mgła bądź silne wiatry.

    Wieść o przestępstwach rozeszła się lotem błyskawicy. Kobiety bały się same wychodzić z domu. Niechęć władz do ujawniania informacji spowodowała rozprzestrzenianie się plotek, często absurdalnych. Po kilku przestępstwach władze zauważyły, że mają do czynienia z seryjnym mordercą. Zmobilizowano tysiące policjantów, agentów Securitate, a także lekarzy, kierowców autobusów, motorniczych, kelnerów i recepcjonistów. Przełom nastąpił w maju 1971, gdy przy trzeciej ofierze znaleziono ślady włosów sprawcy i diagnozę choroby, która stwierdzała okresową epilepsję. Dokument był zamoczony i jedyne co było widoczne to nagłówek. Wystawiono go w studenckim szpitalu.

    Po kilku dniach udało się odczytać dokument. Okazało się, że wystawił go dr Octavian Ienişte w marcu tego samego roku. Lekarz zeznał że badał 83 studentów, a 15 nie złożyło dokumentów władzom uniwersytetu. Rimaru był jednym z nich. Policja zaczęła obserwację podejrzanych. 27 maja policja weszła do akademika i zaczęła przeszukanie. Wtedy Rimaru wrócił i został aresztowany, po tym jak odkryto w jego torbie siekierę i nóż. Jego włosy i uzębienie zostało porównane z tymi znalezionymi na miejscu zbrodni. Były identyczne.

    Po aresztowaniu, podejrzany nie rozmawiał z nikim, a podczas przesłuchania jedynie wpatrywał się w ścianę. Gdy do jego celi wprowadzono policjanta udającego złodzieja, zaczął mówić. Przyznał się do popełnienia 23 czynów. Był podejrzany o popełnienie trzech morderstw, a do reszty (1 zabójstwo, 6 usiłowań, 5 gwałtów i 7 kradzieży) przyznawał się albo on, albo jego ojciec. Podczas okazania, wszystkie jego ofiary były przerażone widząc go. W czasie śledztwa albo przyznawał się do winy, domagając się zawiezienia na miejsce zbrodni, albo starał się przekonać funkcjonariuszy do swej niepoczytalności. Przed sądem odmówił składania zeznań, gdy dowiedział się, że lekarze uznali go za poczytalnego. Nie odpowiadał nawet na pytania zadawane przez swojego obrońcę. Wycofał też swoje przyznanie się do winy.

    Sąd skazał Rimaru na śmierć, co zostało przyjęte oklaskami przez widzów na sali sądowej. Odwołał się od wyroku, ale sąd odwoławczy podtrzymał wyrok. 23 października 1971 został przewieziony do więzienia w Jilavie i tam stracony. Jego zwłoki pochowano na cmentarzu miejskim w nieoznakowanym grobie. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział przed śmiercią brzmiały:

    „Zadzwońcie po mojego ojca! Niech przyjedzie i zobaczy co się ze mną dzieje! To on jest winny! Tylko on! Ja chcę żyć!”

    Ojciec Rîmaru, Florea, wiedział o zbrodniach swojego syna. Policja podejrzewała, że podżegał go do popełnienia przestępstw. Po napadzie na kasjera, ojciec zmusił syna do powrotu na miejsce przestępstwa i pokazania mu co zrobił. Następnie ukrył pieniądze oraz zabrał siekierę i nóż, z którymi Ion wrócił w momencie aresztowania. Był trzykrotnie aresztowany, ale wypuszczano go, ponieważ zgodnie z rumuńskim prawem nie można zmusić członków rodziny do zeznawania przeciwko sobie.

    Florea Rîmaru zmarł rok po swoim synu. Oficjalnie wypadł z pociągu, choć istnieje podejrzenie, że został wypchnięty przez agentów Securitate. Jego ciało przewieziono do instytutu medycyny sądowej i poddano badaniom podczas których m.in. zdjęto odciski palców i zmierzono stopy. Okazało się, że pasują idealnie do sprawcy czterech zabójstw popełnionych latem 1944 w Bukareszcie. Ofiary tych zbrodni były również kobietami, a zabójstw dokonano podczas burzy i za pomocą tępego narzędzia. Pasowały nawet imiona pierwszych ofiar. Pierwszą ofiarą Florei była Elena Udrea, Iona - Elena Oprea.

    "Łotry i zbóje" (poprzednie części):

    1. Władysław Mazurkiewicz - elegancki morderca
    2. Leszek Pękalski - Wampir z Bytowa

    #wmrokuhistorii #historia #lotryizboje #rumunia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu #zbrodnia #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Tego wyjątkowo eleganckiego i uprzejmego mężczyznę skazano na siedmiokrotną karę śmierci. Kiedy ogłaszano wyrok, tłumy zgromadzone na ulicach klaskały.
    Miał na koncie sześć (udowodnionych, nieoficjalnie jest to trzydzieści) ofiar. Jego ulubioną metodą byl strzał w tył głowy, ponieważ był "człowiekiem zbyt słabym psychicznie na walkę". Do dziś żywa jest opinia, że zabijał na zlecenie rządu. Dlatego też wielokrotnie śledztwa w jego sprawie umorzono. Dopiero w momencie w którym strzelił do Stanisława Ł. podczas snu zaczęło się "prawdziwe dochodzenie". Na początku pan Stanisław uwierzył w jego wymówkę jakoby huk spowodowała petarda. Jednak gdy zaczął uskarżać się na bóle głowy podczas tomografii znaleziono w jego czaszce kulę.
    Podczas śledztwa dowodem którego nie dało się obalić stała się jaśniejsza plama betonu na podłodze garażu. W betonie znaleziono na wpół rozłożone zwłoki Jadwigi i Zofii de Laveaux.
    Władysław Mazurkiewicz zwany był "eleganckim mordercą", a jego ostatnimi słowami przed straceniem były "Do widzenia, panowie. Niedługo wszyscy się tam spotkamy".

    pokaż spoiler #gruparatowaniapoziomu #historia #kryminalistyka #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: img.sadistic.pl

    •  

      @Janek_Porzycz: @Wiktor426: Oglądałam. :)

      @tekon: Jest na liście do przeczytania.

      @Ertrael: Niestety, ofiara była jedną z niewielu (ok. 20%) osób, które potrafią wyczuć zapach cyjanku.

      @kikut11: Oglądam w kwestii bardziej współczesnych spraw, bo jego filmy są niestety bardzo krótkie i mówią o najważniejszych rzeczach. Wolę Jaśmin. ;)

      @papysh: Zabrał go na wycieczkę do Zakopanego i facet zasnął w samochodzie. Strzelił mu w tył głowy, ten się obudził i spytał co jest źródłem huku. Władzio odpowiedział, że chciał go przestraszyć i to była petarda. Kula utknęła w czaszce nie docierając do mózgu i dopiero po kilku dniach udał się do lekarza.

      @Czarzy: Nie wiem jak można napisać o jednym z większych morderców starej polski, że jego historia jest zmyślona. :D

      @sareawok: Niestety takie czysto encyklopedyczne teksty tracą mnóstwo uwagi, ale będę miała na uwadze, bo jest w tym miesiącu kilka rocznic, więc się poprawię. ;)

      @fierce: @carbyne: @KRISSVector: @bircov: Pisałam to o 3 w nocy, więc palnęłam jak debil.
      pokaż całość

    •  

      Niedługo wszyscy się tam spotkamy

      @Twinkle: No jednak nie. (✌ ゚ ∀ ゚)☞

    • więcej komentarzy (21)

  •  

    Jest taki były policjant/milicjant Janusz Bartkiewicz który kiedyś łapał morderców, a dzisiaj opisuje w internecie różne wspomnienia z tych wszystkich śledztw jakie prowadził. O słynnym zabójstwie studentów w Górach Stołowych w 1997 pisze nawet książke i opublikował już kilka rozdziałów http://janusz-bartkiewicz.eu/index.php/kryminalia/naroznik-1997
    A tutaj opisał np. różne przypadki zabójstw i porwań małych dzieci z lat 80 http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?p=1267
    http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?tag=janusz-bartkiewicz tutaj inne takie historie.
    Jeśli kogoś interesują takie rzeczy to polecam tego milicjanta ( ͡° ͜ʖ ͡°) #kryminalistyka #mordercy #zbrodnia #ciekawostki #seryjnimordercy #policja
    pokaż całość

    +: top_czipsy, nintendo89 +21 innych
  •  

    W roku 1987 Sean Penn trafił do więzienia w Kalifornii za swoje ówczesne wybryki. Pewnego dnia w jego celi zjawił się strażnik, który oznajmił mu że przyszedł po jego autograf dla Richarda Ramireza aka Nocny Łowca, który w pierwszej połowie lat 80 siał terror w okolicach Miasta Aniołów. Okazało się że Ramirez siedzi w celi naprzeciwko gwiazdora. Penn węsząc spisek poprosił o potwierdzenie słów strażnika przez kogoś z administracji więzienia na co dostał potwierdzenie oraz liścik od morderczego fana
    'Hey, Sean, stay tough and hit them again -- Richard Ramirez, 666.'
    Na co dostał uprzejmą odpowiedz Penna( ͡° ͜ʖ ͡°)
    'You know, Richard, it's impossible to be incarcerated and not feel a certain kinship with your fellow inmates. Well, Richard, I've done the impossible, I feel absolutely no kinship with you. And I hope gas descends upon you before sanity does, you know?"
    Nie wiadomo jak na tą potwarz zareagował Ramirez. Sean za to zachował sobie gryps Richarda, który po latach spłonął wraz z domem gwiazdora.
    Na urodę Latynosa z kwadratową szczęką zwróciła również uwagę ówczesna żona Penna, Madonna, która miała ochotę go poznać nie wiedząc kim jest. Pomysł wybił jej zazdrosny gwiazdor( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #seryjnimordercy
    #film #ciekawostki #usa
    pokaż całość

  •  

    Pewnie ktoś wrzucał, ale jak ktoś nie zna sprawy, to był pułkownik Russell Williams i siedział za sterami samolotu wiozącego Elżbietę II. Był szefem bazy w Canadian Forces Base Trenton Trenton Airport. Na razie nic dziwnego, ale był seryjnym mordercą i niezłym zbokiem. Ostrzegam wszystkich nie oglądajcie jego zdjęć w bieliźnie - trauma do końca życia. Podaje tutaj skrócone przesłuchanie (2 godziny), pułapkę zastawioną przez bardzo dobrego kanadyjskiego detektywa Jima Smytha. Bardzo dobra robota podczas przesłuchiwania. On mógł zabić królową czy ważnych polityków, których przewoził, jak by miał taki kaprys - podobnie jak chyba niemiecki pilot gdy tracił wzrok.

    "Pułkownik Russell Williams, były pilot brytyjskiej królowej Elżbiety II i kanadyjskiego premiera, przyznał się przed sądem do zabójstwa dwóch kobiet, ataków na dwie kolejne i 82 włamań. Sąd upublicznił zdjęcia, jakie pilot robił sobie w skradzionej damskiej bieliźnie.

    Przed kanadyjskim sądem trwa proces Williamsa. Pilot zostanie prawdopodobnie skazany na dożywocie za zabójstwo 27-letniej stewardessy Jessiki Lloyd oraz 38-letniej Marie Comeau, służącej pod jego dowództwem.

    Podczas rozprawy prokurator dowodził, że Williams użył swojej pozycji, by zdobyć adres, telefon i plan dnia swojej podwładnej. Przedstawiono też dowody fetyszystycznej obsesji pilota, który włamywał się do sypialni kobiet, kradł ich bieliznę i następnie robił sobie w niej zdjęcia. Fotografie zostały pokazane na sali sądowej. Williams włamał się do ponad 80 domów i kradł bieliznę nawet 11-letnich dziewczynek.

    Zbrodnie pilota zszokowały całą Kanadę. Williams był dowódcą jednej z ważniejszych baz wojskowych w kraju, a kiedyś pracował jako pilot premiera. W swojej karierze pilotował także m.in.: samolot z królową Elżbietą II na pokładzie."

    Artykuł

    #kryminalistyka #seryjnimordercy #ciekawostki #militaria #kanada #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #seryjnimordercy

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0

Powiązane z #seryjnimordercy

Archiwum tagów