•  

    Słowiański kult wody

    Kult wody-żywiołu wyraża się u Słowian, jak i u innych ludów, przede wszystkim w modlitwach i ofiarach. Dużym rozpowszechnieniem cieszy się w Polsce oraz na Rusi modlitwa, błagająca o oczyszczenie; jej odmianki, jakie znam dotychczas, świadczą o wspólnym, ale prawdopodobnie późnym (niedawnym) pochodzeniu pierwotnej redakcji.

    Według pospolitych wierzeń moc oczyszczająca wody szczególnie wzmaga się w pewne doroczne święta; dla Polaków świętem takim jest zwłaszcza Wielkanoc; dlatego to o świcie. tego dnia wieśniacy, zwłaszcza cierpiący na choroby skórne, dążą powszechnym zwyczajem z siół do bliskich potoków czy strug, kryjąc się przed innymi, zanurzają po trzykroć w wodzie i proszą: „Wódko, wódeczko! Obmywałaś kamienie, korzenie, obmyj i mnie grzeszne stworzenie” albo „Wódeczko święta ... omywasz kamienie, krzemienie, omyj i mnie grzeszne stworzenie” czy też „Wodziczko, czyściczko, obmywasz brzeżki i kamienie, obmyjże itd.”. Jak echo brzmią tu słowa, podane przez E. Romanova z dalekiej płn.-wschodniej Białorusi: „Wodo, caryco, oczyścicielko nasza, biegniesz ty po mszarnikach, po bagnach, oczyszczasz korzenie, kamienie - oczyść ty moje grzeszne ciało od wszelkiego plugastwa” (Važica, carica, aćisćełnica naśa, bażiś ty py mcham, py bałotam, abśćicajeś kameńńa, abćiścy ty maje celo hreśnaje at uśakaj skvernasci), ale tę modlitwę odmawiają Białorusini nie w święta doroczne, lecz wychodząc z łaźni po kąpieli. Bardziej rozwinięta jest prośba, wygłaszana przez dziewczyny huculskie o świcie w dniu św. Jana pod siklawą źródlanej wody. Kładąc pod strugę wodną kawałek chleba, wita dziewczyna czysty żywioł i błaga: „Dzień dobry, wódeczko,... najstarsza caryczko! Obmywasz góry, korzenie, kamienie, obmyj i mię... z wszelkiego plugastwa, ażebym była tak wspaniałą jak wiosna, ażebym była tak piękną jak zorza jasna,... ażebym była nasyconą jak jesień, a bogatą jak ziemia”. Kilka pięknych wielkoruskich tekstów w tym rodzaju przytacza A. Afanasjev. Podobne modlitwy - skierowane jednak do bóstwa wodnego - występują i u wschodnich Finów (porówn. wersję mordwińską: „Pani wody! mateczko! Ty jesteś czysta, oczyść go, obmyj go z choroby i zła”).

    Ofiary dla ubóstwionej wody-żywiołu - tak pospolite u europejskich Ugrofinów - po wsiach słowiańskich występują rzadziej, aczkolwiek i tu są wcale dobrze znane. Według ważnego świadectwa, przytoczonego przez H. Schurtza w jego „Urgeschichte der Kultur”, jeszcze niedawno widywano w Rosji pasażerów, co przed rozpoczęciem podróży rzecznej rzucali do wody drobne pieniądze. A przed przebyciem porohu na rzece Mście sternik czy pilot sypał w nią chleb i sól, modląc się: „Oto masz chleb i só1, mateczko Msto, bądź łaskawa dla nas”. U północnych Bułgarów panował w pewnych okolicach znany nam już zwyczaj, że bezdzietne małżeństwo udawało się w towarzystwie wybranej starej kobiety nad Dunaj; tam owa kobieta w celu ubłagania o potomstwo rzucała do rzeki zwierzę ofiarne i odmawiała odpowiednią modlitwę. U Słowian z nad Dunaju do ostatnich czasów nie wygasł zresztą przesąd, że rzeka ta, wezbrawszy na wiosnę, opada. dopiero wtedy, gdy się jej złoży ofiarę, albo gdy ją sama weźmie. Chcąc się ocalić od grożącego niebezpieczeństwa, rzucali więc rybacy w wezbrane odmęty jagnię albo kurę, koguta lub bodajby mysz.

    Zresztą ofiary, składane w czasie rozlewów, kiedy wzburzone prądy i wiry kruszą wybrzeża, grożąc siołom, były i gdzie indziej dość rozpowszechnione; tradycja o nich przechowała się nawet w Polsce. Na większą skalę rzucano też różne przedmioty czy zwierzęta do wód podczas budowania mostów lub grobli, albo też w razie ich naprawiania; jednak charakter takich „ofiar” jest więcej niż dwuznaczny. Bardziej na dary dla wody-żywiołu wyglądają różne drobne ofiary, rzucane dość często do źródeł, mających jakoby własności lecznicze i do studni oraz rzek podczas obrzędów weselnych (tak było zwłaszcza u Słowian bałkańskich). Poza tym w ogóle „ofiary”, rzucane do rozmaitych źródeł, studni, rzek i mórz były u Słowian wcale liczne; m. i. nie obchodziło się - w szczególności na Wielkorusi - bez znacznych, wartościowych darów: topiono konie i inne domowe zwierzęta etc. Tu i owdzie składano je dorocznie; zwłaszcza młynarze i rybacy, jako najbardziej zależni od wodnego żywiołu, twardo obstawali przy dawnych zwyczajach. Na ogół jednak biorąc, w tym wszystkim z pewnością bez porównania więcej było kultu demonów wodnych, niźli wody jako takiej. Na Małorusi, jak twierdzi T. Vołkov, ani on, ani inni etnografowie śladów ofiar dla wody-żywiołu podobno nawet zupełnie nie znaleźli (! ?).

    Tu i owdzie u Słowian spotyka się dziś jeszcze pogląd, który głosi, że człowieka tonącego nie należy ratować. Najwidoczniej traktowało się go jako ofiarę, wziętą sobie przez rzekę, wzgl. przez wodnego demona, i do nich należącą; jeśli więc zdobycz zostaje wyrwana z objęć żywiołu, grozi kara. W związku z tym w Bułgarii zdarzać się miało, iż topielca zakopywano obok miejsca, gdzie utonął, nie odprawiając żadnego nabożeństwa i unikając udziału duchownych. Na Rusi zaś tu i owdzie, o ile panowała długotrwała posucha, wykopywano nawet trupy topielców z ziemi i, jak wolno się domyślać, zwracano je- przynajmniej w czasach dawniejszych - falom. W każdym razie przemawiają za tym inne praktyki, przedsiębrane podczas długotrwałych deszczów lub - odwrotnie - posuchy. (…)

    W świetle tych praktyk i przesądów wolno przypuszczać, że - w oczach ludu ofiara-żywność, rzucana do wody (w zamiarze spowodowania deszczu), zasila ten żywioł (natomiast wyjęta - osłabia go). Mielibyśmy więc tu przed sobą nie ofiarę w ścisłym znaczeniu słowa, to znaczy nie przejaw kultu, lecz zabieg magiczny, a mianowicie jeden z wypadków tak zwanego w etnologii „karmienia” żywiołów. Zrozumielibyśmy też dokładnie przesąd, znany nad Czarnem Morzem, wedle którego nagła ulewa zwiastuje czyjeś utonięcie, a także jasnym by się dla nas stało, dlaczego np. Białorusin, pragnąc spowodować deszcz, usiłuje „zrobić topielca”, rzucając do wody np. kocię czy szczenię lub bodajby lalkę, uczynioną ze słomy.

    #gruparatowaniapoziomu
    #slowianie
    http://slowianolubia.blogspot.com/2014/06/kult-wody-u-sowian.html
    pokaż całość

  •  

    Słowianki na starej fotografii - Łużyckie Serbki noszące burki 100 lat temu. Okolice miejscowości Burków/Burkau w Niemczech.

    #slowianie #fotohistoria #fotografia #luzyce #serbia #niemcy #historia #ciekawostkihistoryczne #starezdjecia #prawoslawie #wielkiemorawy #kultura #epokavilka #europa #religia pokaż całość

  •  

    Śląska moneta z okresu Wielkiej Morawy, czyli panowania morawskich i śląskich piastów.
    Na monecie orzeł - piastowski herb rodowy, historyczne godło Śląska i Moraw.
    Napis w starosłowiańskim alfabecie (tzw. azbuce lub bukwicy) - "IS HS NISA".
    Biorąc pod uwagę krzyż po środku monety jako literkę głagolicową "+", możemy przeczytać - "IZASZ Z NIASIA"

    #monety #numizmatyka #nysa #slask #piastowie #slowianie #orzel #hieraldyka #historiaslaska #silesiorum #slowianskislask #wielkiemorawy #wielkalechia #artefaktnadzis #historia #archeologia #archeologiabiblijna #religia #prawoslawie #wiara #naukowcywiary #bukwica #arianizm
    pokaż całość

  •  

    Czy żydówka Miriam (Matka Boska) powinna zostać królową Polski?
    #bekazkatoli
    #polska
    #slowianie

    źródło: fronda.pl

    Powinna czy nie

    • 6 głosów (11.11%)
      Nie, byłoby to dokończenie obrzezania Polski
    • 5 głosów (9.26%)
      Tak, to przecież katolicki kraj
    • 29 głosów (53.70%)
      Mówię stanowcze NIE dla takich guseł
    • 14 głosów (25.93%)
      Ta żydówka nie ma nic wspólnego z Polską
  •  

    "Athos - najświatlejszym miejscem Prawosławnej Cerkwi". Obraz z cyklu "Epopeja Słowiańska" Alfonsa Muchy, przedstawiająca mitologię i historię ludów słowiańskich.

    #prawoslawie #athos #obrazy #sztuka #malarstwo #czechy #ciekawostki #religia #slowianie #cerkiew #wielkiemorawy #chram pokaż całość

  •  

    "Katolicki biskup Absalon niszczy posąg słowiańskiego boga Świętowita w Arkonie" - obraz Lauritsa Tuxena. Temat przewodni obrazu to północna krucjata na Słowian i nawracanie wyspy Rugii, rok 1168.

    #katolicyzm #historia #slowianie #historiapolski #pomorze #krucjata #kosciol #malarstwo #sztuka #rodzimowierstwo #religia #wiara #niemcy #polska #sredniowiecze #krzyzacy #chrzest #vikings #warjagi #epokavilka pokaż całość

  •  

    Pogrzebowe obrządki dawnych Słowian

    Jak właściwie czczono śmierć naszych przodków? Czy rzeczywiście palono na stosie wraz z tym, co zmarły ukochał najbardziej w taki sposób, jak opisuje to autor „Starej baśni”? Czy jednak pochówek wyglądał zupełnie inaczej?
    Obok ocalałych kronik i dawnych zapisków nieodłącznym elementem zdobywania wiedzy o naszych praprzodkach Słowianach były odkrycia archeologiczne.

    W kulturze słowiańskiej obrządki pogrzebowe zróżnicowały się, ale tradycje związane z pochówkiem zmarłych nie różniły się tak dalece.

    Pierwszym spośród znanych archeologom sposobów pochówku zmarłych, było palenie ich ciał na tzw. stosach pogrzebowych. Prochy pozostałe po kremacji zasypywano ziemią lub umieszczano w urnie i w niej przenoszono w specjalne miejsce, w którym z ziemi usypywano kopiec zwany kurhanem.
    Początkowo na niektórych terenach zmarłych tylko grzebano. Ślady pierwszych pochówków nie związanych z paleniem ciał (tylko z ich grzebaniem) pochodzą z około drugiego wieku i odnaleziono je w okolicy Kijowa. Taki sposób pochówku, według dawnych wierzeń, nie zabezpieczał zmarłego przed powrotem do świata żywych. Starano się, aby zmarły nie zechciał powrócić znów na ziemię.

    Oprócz samego palenia zwłok długo stosowano więc także różne zabiegi magiczne, które miały uniemożliwić zmarłemu powrót. Przykładowo przed progiem domu zmarłego pozostawiano popioły a przed wejściem - jakieś ostre, mające go odstraszyć, narzędzie.

    Rytuał palenia zwłok wśród Słowian był rozpowszechniony. Obrzęd ciałopalenia był związany z wiarą w oczyszczenie przez ogień. Następnie po spaleniu zbierano szczątki wraz z popiołami ze stosu zbierano do specjalnego naczynia i składano na drugi dzień w grobie, nad którym usypywano mogiłę.

    U Słowian wschodnich urny z prochami ustawiano na szczycie pagórka, a nad nim wznoszono drewniane domki lub szałasy. U niektórych plemion słowiańskich prochy w popielnicy umieszczano na słupach stojących na rozdrożach.
    Kształty grobowców bywały rozmaite. Mógł to być domek na nóżkach z zamykanym z boku otworem lub jama grobowa obudowana kamieniami czy drewnem. Zdarzały się też kamienne skrzynki, które mieściły się w kurhanie albo były zakopane w ziemi.
    Słowianie wschodni i południowi (np. na Białorusi) wierzyli, że Nawia czyli kraina wiecznego spoczynku znajduje się gdzieś za rzeką i dlatego budowali zmarłym mostek z wyciętym śladem ludzkiej stopy.
    Innym sposobem oddawania czci zmarłym było palenie ognisk na cmentarzach w celu ogrzania zmarzniętych dusz. Ogień uniemożliwiał także wyjście na świat duszom ludzi zmarłych gwałtowną śmiercią. W tych przypadkach ogień rozpalano na mogile.
    Na temat, czy niewiasty słowiańskie były tak oddane swoim mężom, że popełniały samobójstwo po jego śmierci, zdania bywały podzielone. Istotnie w czasach Mieszka I żona szła za mężem na stos, lecz niekoniecznie dobrowolnie, a i to dotyczyło niewielkiej grupy możnych. Natomiast częściej zdarzało się , że wraz z panem grzebano jego sługi i jeńców-niewolników.

    W niektórych kulturach zaopatrywano zmarłego również w pieniądze niezbędne w czekającej go podróży oraz w odpowiedni środek lokomocji (np. łódź lub wóz). Wierzono, że jeśli zmarłemu zapewni się na dalsze pozagrobowe życie towarzyszy oprócz jego dobytku, to nie będzie miał po co wracać. Nad mogiłą spożywano rytualną strawę , której resztki zakopywano.

    Na cześć zmarłego urządzano niekiedy tryznę, która u jednych kronikarzy oznaczała igrzyska , a u innych – zapasy. Była to uroczystość z tańcami w maskach , gonitwami i rytualnym poczęstunkiem.
    Przy zmarłym czuwano, opłakiwano go, a potem wynoszono z domu. Stypę Słowianie odprawiali w różnych terminach po śmierci nawet i dopiero w rocznicę pochówku.

    Jeszcze dużo dużo później Wincenty zwany Kadłubkiem pisał o zwyczaju urządzania na mogile zmarłego uczty pogrzebowej, na którą to zapraszano dusze zmarłych zwane „dziadami”.
    Obrządek ten już przeniknięty elementami religii chrześcijańskiej rozsławił w literaturze nasz najwybitniejszy wieszcz ("Dziady". Część II ).
    Guślarz wzywa tam duchy zmarłych, żeby ich ugościć:

    „Czyścowe duszeczki!/ W jakiejkolwiek świata stronie:/Czyli która w smole płonie,/Czyli marznie na dnie rzeczki,/Czyli dla dotkliwszej kary/W surowym wszczepiona drewnie,/Gdy ją w piecu gryzą żary,/I piszczy, i płacze rzewnie;/Każda spieszcie do gromady!/Gromada niech się tu zbierze!/Oto obchodzimy Dziady!/Zstępujcie w święty przybytek;/Jest jałmużna, są pacierze,/I jedzenie, i napitek”.

    Słowianie wierzyli w życie pozagrobowe, ale wyobrażali je sobie jako przedłużenie życia doczesnego, o czym świadczą odnalezione podczas wykopalisk wraz ze szczątkami liczne przedmioty codziennego użytku.

    Dawni Słowianie starali się bardzo nie narażać duchom zmarłych. Pragnęli się zaskarbić ich życzliwość. Zabezpieczali się jednocześnie przed „upiorami” czyli groźnymi duchami takimi, jak duchami topielców, samobójców, wisielców i innych zmarłych gwałtowną śmiercią. Oprócz makabrycznego ścinania głowy po śmierci i przebijania kołkiem zabezpieczano się przed ich powrotem także grzebaniem na cmentarzyskach za jeziorem lub rzeką.

    Lud Słowian był zbyt ogromny, a kultura zbyt bogata, by sądzić, że zwyczaje dotyczące grzebania zmarłych były jednorodne. Ogólnie można stwierdzić, że Słowianie kultywowali obrządki ciałopalenia, choć na przestrzeni wieków pochówki znacznie różniły się między sobą w miarę kształtowania się odrębnych kultur. Wszędzie jednak przywiązywano dużą wagę do należytego oddania czci osobom zmarłym.

    http://www.wici.info/News,pogrzebowe_obrzadki_dawnych_slowian,13490.html

    #polska
    #ciekawostki
    #slowianie
    #rodzimowierstwo
    pokaż całość

    źródło: wici.info

  •  

    Likantropia w wierzeniach Słowian i innych

    Słowiańska ziemia słyszała niejedną opowieść o wilkołaku – legendarnym człowieku obdarzonym mocą przemiany w wilka bądź inne dzikie zwierzę. Motyw takiego przeobrażenia znany jest wielu mitologiom tego świata. Wynika on zapewne z podświadomego pragnienia stania się groźnym drapieżcą, gdyż na uwagę zasługuje fakt, że w zależności od części świata człowiek mógł przybrać rozmaitą zwierzęcą postać: tygrysa (Indie, wyspy azjatyckie), lamparta, hieny lub lwa (Afryka), jaguara (Środkowa Ameryka) bądź nawet rekina (Polinezja). Na słowiańskiej ziemi najgroźniejszymi drapieżcami swego czasu były wilki i niedźwiedzie – zwierzęta otoczone specyficzną formą czci wiązaną pośrednio z kultem boga Welesa.
    To właśnie postać tych drapieżców słowiańskiemu ludowi wydawała się szczególnie atrakcyjna, przez co nic dziwnego w tym, że ludowe opowieści pełne są rozmaitych historii o przemianie człowieka w jedno z tych zwierząt

    Wilkołaki były niesłychanie niebezpieczne. W morderczym szale potrafiły zaatakować ludzi, jednak na co dzień żywiły się przeważnie zwierzętami hodowlanymi, których przestraszony człowiek nie był w stanie w żaden sposób uchronić. Osoba przemieniona w wilka lub inne dzikie zwierzę często nie potrafiła zapanować nad nagromadzoną w sobie agresją. Mimo szlachetnych intencji mogła stać się ona potworem, istotą zagrażającą społeczeństwu. Zwierzęca natura bardzo łatwo mogła wziąć górę nad tą ludzką, przez co człowiek w wilczej skórze bardzo łatwo mógł zapomnieć o swym człowieczeństwie. Z tego powodu trudno powiedzieć, czy wspomniana zdolność przemiany jest mocą i darem, czy też przekleństwem dla człowieka. W opowieściach ludu jednostki świadome swego wilkołactwa często świadomie skazywały samych siebie na banicję – wybierały samotniczy tryb życia, po to by nie skrzywdzić żadnego niewinnego człowieka.

    Nie jest do końca wiadomo, skąd brały się na tym świecie wilkołaki. Przyjmowano, że mogła to być choroba na skutek ugryzienia wilkołaka bądź skutek uroku, który ktoś rzucił na nieświadomą osobę. Na Słowiańszczyźnie mawiano, że wilkołactwo może być wynikiem klątwy rzuconej przez złą czarownicę. Czasem było można usłyszeć również, że wilkołakiem zostawały osoby, które świadomie w tym celu smarowały się specjalną maścią. Dlaczego ktoś miałby chcieć zyskać taki wątpliwy dar? Cóż, wilkołaki posiadały nadnaturalne zdolności: nadludzką siłę i zwinność, umiejętność widzenia w kompletnych ciemnościach, a także wspinania się bez wysiłku na duże wysokości. Co więcej, za sprawą zwierzęcego magnetyzmu wilkołaki były niesłychanie atrakcyjne dla płci przeciwnej. Często na przyjęcie takiej daru godzili się ludzie słabi, którzy z poczucia obowiązku planowali zemstę bądź wymierzenie sprawiedliwości. Jak zatem widać, wilkołactwo z całą pewnością było skutkiem bliżej nieznanej magii, przez co czasem dało się odczarować taką osobę. Ta jednak nie zawsze chciała przystać na taki rytuał, czego efektem było wspomniane już odseparowanie jej od reszty społeczeństwa.

    W tradycji słowiańskiej przemianie człowieka w dzikie zwierzę towarzyszyły zawsze aspekty demoniczne. Różne były jednak formy wilkołactwa: czasem wilkołakiem była osoba, która od czasu do czasu przemieniała się w wilka (zazwyczaj podczas pełni, zgodnie z wierzeniami lunarnymi), czasem też była to osoba na stałe przemieniona w zwierzę. Wśród Słowian takiego przemienionego człowieka nie zawsze dało się rozróżnić od wilka bądź niedźwiedzia, gdyż nie zawsze udawało mu się zachować humanoidalny kształt. W różnych regionach Słowiańszczyzny pojawiały się podobne nazwy człowieka przemieniającego się z zwierzę: czes. vlkodlak, ros. vovkulak, serb. chor. vukodlak, bułg. vlukolak, pol. wilkołak. Przyjmuje się, że rekonstruowana nazwa tego stworzenia w języku prasłowiańskim to vьlkodlakъ. Pierwszy człon tej nazwy należy rzecz jasna kojarzyć z wilkiem, zaś drugi z prasłowiańską nazwą zwierzęcej sierści (dlaka). Wilkołak to zatem człowiek w wilczej skórze, porośnięty gęstą zwierzęcą sierścią. Inna odnotowana na słowiańskiej ziemi nazwa takiego człowieka to obrot / oborot ( od *oboroti – przemieniać). Niewątpliwym plusem tej drugiej nazwy jest to, że w żaden sposób nie konotowała ona związku z wilkiem, który był wszakże wyłącznie jedną z możliwych form przemiany.

    Wśród ludów północnej Europy (Słowian, Germanów i Bałtów) opowieści o przemianie w niedźwiedzia były co najmniej równie liczne co te o przemianie w wilka. Mity o człowieku-niedźwiedziu, którego przez analogię można nazwać niedźwiedziołakiem, mają związek z głębokim wśród północnych ludów przekonaniem o tym, że człowiek jest blisko spokrewniony z niedźwiedziem. Dla jednych niedźwiedzie to po prostu bardziej nieokrzesani ludzie, dzikie plemię obdarzone z jakiegoś powodu nadnaturalną siłą. Dla innych z kolei groźne miodojady to istoty ludzkie, które z pomocą magii zostały przemienione w zwierzęta. Z wierzeń północnej Europy uwagę przykuwają skojarzenia tego zwierzęcia z ponadprzeciętną inteligencją. Niedźwiedzie są w stanie nie tylko rozumieć ludzką mowę, ale też komunikować się z człowiekiem. Co więcej, zdaniem niektórych wykonują one bardzo podobne do ludzkich rytuały, np. grzebanie zmarłych lub podawanie łapy. Z tych powodów w kulturze europejskich ludów utrwaliło się gdzieniegdzie przekonanie, że jedzenie niedźwiedziego mięsa jest równoznaczne z aktem kanibalizmu.

    Dziś przypuszcza się, że źródeł wiary w wilkołactwo należy doszukiwać się w pradawnych rytuałach polegających na przywdziewaniu zwierzęcych skór przez niektóre jednostki z plemienia. Na słowiańskiej ziemi takie praktyki odnotowano u tzw. okrutników – osób biorących udział w dawnych zabawach i obrzędach słowiańskich o charakterze religijnym. Dzisiejszą kontynuacją takich zwyczajów są różne ludowe obrządki, w których ludzie wędrują przez wioskę przebrani m.in. za wspomniane zwierzęta. Dawne znaczenie tego typu zachowań zatarło się wraz z upływem czasu, jednak bez wątpienia współczesne grupy kolędnicze jeszcze czasem nieświadomie praktykują pradawną magię. Być może również słowiańscy okrutnicy byli odpowiednikami skandynawskich berserków – nordyckich wojowników ogarniętych bitewnym szałem, którzy swą nazwę zawdzięczają noszonym przez siebie niedźwiedzim skórom (staronordyjskie bersërkr / berserkir). Berserkowie w walce upodabniali się do zwierząt, których skórę nosili: stawali się okrutni i nadludzko silni, całkowicie wypierając się przy tej okazji swego człowieczeństwa. Sprawiało to, że nie było już można sądzić ich niczym ludzi, byli zwolnieni od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Dziś zwykło się sądzić, że skuteczność berserków wynikać mogła z siły autosugestii, choć możliwe jest również to, że ich waleczność wynikała z działania wywaru z grzybów halucynogennych, który wiązał się z pewnym skutkiem ubocznym – koniecznością późniejszego parodniowego odpoczynku w stanie otumanienia z dala od ludzkich siedlisk.

    Zdolność przemiany w wilka lub inne dzikie zwierzę w literaturze fachowej zwykło określać się mianem lykantropii. Etymologicznie wyraz ten wyprowadza się od Likaona — króla Arkadii, który podał Zeusowi do zjedzenia ludzkie mięso w postaci smakowicie przyrządzonego własnego syna. Za swój haniebny czyn Likaon został ukarany przez Zeusa, który przemienił go w wilka. Wedle innych wersji tego mitu Likaon został tą przemianą ocalony przez Dionizosa przed gniewem Zeusa. W opowieściach tych słynny bóg winnej latorośli jawi się jako zwolennik kanibalizmu. W dawnej tradycji antycznej odnotowano nawet makabryczne zwyczaje odtwarzania tego mitu: spożywania zupy z ugotowanego dziecka, które połączone było z późniejszym paroletnim zamieszkaniem przez człowieka pomiędzy wilkami. Rytuał ten miał zapewnić bezpieczeństwo ludzkim siedliskom — taki przemieniony człowiek miał z czasem przejąć władzę nad stadem, po to by w przyszłości nie nękać nim żadnej siedziby ludzkiej.

    Opowieści o wilkołakach można odnaleźć również w polskim folklorze, w którym to widać wyraźnie wpływy dawnych demonologicznych wyobrażeń. Oskar Kolberg wilkołaków określa mianem wilkoczłeków — ludzi przemienionych w wilki za sprawą magii czarownic lub samego czarta Winę za wszelkie niewyjaśnione morderstwa na polskiej ziemi bardzo chętnie przypisywano właśnie wilkołakom, które kojarzone były z bezmyślnym okrucieństwem. Wierzono, że półczłowiek – półwilk poluje na ludzi pod osłoną nocy i z ich krwi i ciał czerpie pożywienie. W Wielkopolsce po wojnach szwedzkich nastąpiły liczne morderstwa włościan. W istocie to chłopi nie chcieli na powrót służyć swym dawnym panom, toteż mordowali swych wcześniejszych oprawców. Zbrodnie te zwykło się tymczasem przypisywać wilkołakom, przez co chłopi bardzo łatwo mogli wymigać się od kary za swe czyny. Sposobem na zdemaskowanie wilkołaka w drugim człowieku było m.in. trzykrotne obejście podejrzanego ze skórką od chleba w zębach, po to by w ten sposób zmusić go do przybrania zwierzęcej postaci.

    Historie o przemianie człowieka w dzikie zwierzę są stare jak świat, przez co niemożliwością staje się wyznaczenie kolebki dla tego typu wierzeń. Całkiem możliwe jest jednak to, że takie jedno szczególne miejsce nie istnieje. Na uwagę zasługuje jednak wzmianka Herodota, słynnego historyka greckiego z V w. p. n. e., który wspominał o istniejącym wśród Neurów zwyczaju przemiany w wilka przez każdego człowieka co najmniej raz w roku. Ten wzmiankowany przez historyka lud jest wielce zagadkowy, jednak współcześnie zwykło się go dość często kojarzyć z późniejszymi Słowianami. Dziś wilkołaki na stałe zadomowiły się w fantastyce, literaturze grozy, a także całej popkulturze, lecz należy pamiętać o tym, że źródła wiary w wilkołactwo sięgają bardzo zamierzchłej w przyszłości, w której to Słowianie zrobili wiele dla rozpropagowania wyobrażeń o niedzwiedzio- i wilkołakach

    https://www.slawoslaw.pl/wilkolaki-ludzie-w-wilczej-skorze/#more-1795
    #gruparatowaniapoziomu
    #slowianie
    #fantasy
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

  •  

    Medycyna Słowian

    Gdy trwoga, to do szeptuchy…

    W Polsce ciągle są miejsca, w których korzysta się z wiedzy i doświadczenia zdobywanych przed wiekami. Na Podlasiu na przykład nadal funkcjonują szeptuchy, czyli lekarze ludu, którzy znani są tu od czasów pogańskich. Rolę tę pełnią głównie kobiety, a od szamanów różnią się tym, że ich działania mają wymiar wyłącznie mistyczny, polegają na przeprowadzaniu rytuałów i modlitw. Kwestią ziołolecznictwa zajmują się zielarze, którzy znają sposoby pozyskiwania ziół, ich przechowywania, przetwarzania i dawkowania. Szeptuchy działają w społecznościach wiejskich, przyjmując chorych przy kuchennym stole w drewnianej chacie. Po odmówieniu modlitw i zamów (czyli niereligijnych tekstów) chory otrzymuje leki. Nie są to jednak ani tabletki, ani zioła, ale chleb, woda, sól lub cukier, które wskutek modlitwy otrzymały właściwości lecznicze.

    Chaty szeptuch odwiedzają osoby ze schorzeniami ciała, ale również takie, które walczą z szeregiem dolegliwości związanych ze stresem – nazywanych tutaj nerwem lub kołtunem. Używane w trakcie tego obrządku narzędzia, świece czy chustki do okrycia chorych miejsc mają wymiar symboliczny, ale pozwalają choremu na zmaterializowanie jego wewnętrznych dolegliwości i podświadome uwolnienie się od nich. Wizyta u szeptuchy jest więc rodzajem psychoterapii i w jej trakcie uwaga “medyka” poświęcona jest w całości pacjentowi, który czuje się otoczony troską i opieką, a także znajduje zrozumienie dla swoich problemów.

    Zielarstwo to wiedza

    Leczenie ziołami wymaga dużej wiedzy z zakresu botaniki, aby uniknąć zatrucia i osiągnąć najwyższą skuteczność. Nie należy ich zbierać z miejsc położonych blisko dróg, wysypisk, pól, na których dokonuje się oprysków. Roślin takich nie można wyrywać z korzeniami, ale należy odcinać wyłącznie ich naziemne części. Zioła powinno się zbierać, kiedy na zewnątrz jest sucho. Te rosnące na polach słonecznych i suchych, położonych od strony południowej, posiadają większą wartość leczniczą, warto więc to uwzględnić. Nie bez znaczenia jest również pora dnia i roku, ponieważ najwyższe stężenie olejków eterycznych w komórkach roślin występuje od godziny 10 do 16, kiedy słońce znajduje się najwyżej, a rośliny mogą być od niego lekko przesuszone. Zebrane o tej porze szybko wysychają i posiadają wysoki poziom substancji leczniczych. Gromadzą się one w różnych częściach roślin, zbierać można więc całą naziemną ich część, liście, kwiaty, owoce, korę, pączki, korzenie, kłącza i cebule.

    Przykładowe rośliny

    Dąb (Quercus sp.)

    Dąb był świętym drzewem Słowian, poświęconym Perunowi – bogu piorunów. Składano pod nim ofiary z mleka, chleba, mięsa i miodu. Według legend, była to roślina starsza niż wszystko inne na świecie. Żołędzie, podobnie jak jajka, stanowiły symbol nowego życia, a samo drzewo kojarzono z potęgą, zdrowiem i pierwiastkiem męskim (“chłop jak dąb”, “wielki jak dąb”).

    W medycynie tradycyjnej używa się liści, żołędzi oraz kory dębu, które zbiera się wiosną z małych gałązek. Działają łagodząco na schorzenia skórne, lekkie oparzenia, a także na błony śluzowe. Zawarte w nich garbniki powodują hamowanie krwawienia, ułatwiają gojenie się ran, ponieważ ścinają białka na powierzchni zranionej skóry. Te same związki są pomocne przy biegunkach, gdyż powlekają śluzówkę jelita, tworząc warstwę ochronną i osłabiając ruchy perystaltyczne. Kora i liście łagodzą ponadto dolegliwości związane z menstruacją oraz poprawiają trawienie. Dodatkowo galasy, czyli znajdujące się na liściach, korzeniach lub łodydze narośla, wywołane przez niewielkie owady zwane galasówkami dębiankami (Cynips quercusfolii), używane są do wytwarzania nalewki, która stosowana jest zewnętrznie przy niewielkich ranach, na oparzenia i odmrożenia, a także jako płukanka do gardła przy anginie.

    Wierzba (Salix sp.)

    Wierzbowe witki od wieków uważane są za czarujące i życiodajne. Wierzba stała się też bohaterką wielu legend i baśni, przedstawiana jest w nich jako dom diabła oraz symbol płodności. Pewne znaczenie mógł tu mieć fakt, że występuje ona na terenach wilgotnych i podmokłych, przez swoją zdradliwość kojarzonych zwykle z diabłami i innymi złymi duchami. Jej powiązania z mrocznymi mocami widoczne były jeszcze przed nastaniem chrześcijaństwa. Drzewo to bowiem poświęcone było Welesowi – bogu magii, przysiąg, kupców i bogactwa, bratu i antagoniście Peruna. Dlatego też Słowianie podczas burzy nigdy nie chowali się pod wierzbami – obawiano się, że gromowładne bóstwo, rozgniewane na brata, mogłoby cisnąć w to drzewo piorunem.

    Najczęściej stosowane są napary i odwary z kory wierzby. Zawierają one glikozydy fenolowe, w tym właśnie kwas salicylowy o działaniu przeciwbólowym, przeciwgorączkowym i przeciwzapalnym. Warto wspomnieć o tym, że to właśnie z tego surowca zielarskiego po raz pierwszy wyizolowano to, co dziś kupujemy w aptekach jako aspirynę. W połączeniu z garbnikami i flawonoidami związek ten wykazuje działanie przeciwbakteryjne.

    Głóg (Crataegus sp.)

    Kolejną rośliną, w której magiczną moc niektórzy wierzą do dziś, jest głóg, którego kolce i czerwony kolor mają odganiać złe moce. Także i dziś nie jest widokiem rzadkim przywiązana do dziecięcego wózka czerwona wstążka, która ma je ustrzec przed rzucanymi na nie urokami. Z tego też powodu chorowite dzieci kąpano niegdyś w wywarze z głogu. Roślina ta, także ze względu na ostre kolce, chroniła przed nieprzyjaznymi demonami i czarami i innymi mrocznymi siłami. Sadzono jego krzewy na miedzach, by odstraszyć od upraw szkodniki. Ponieważ zaś odgradzały świat żywych od świata zmarłych, często można było je spotkać przy grobach tych, których podejrzewano o to, że mogliby po śmieci nękać ludzi: samobójców, zbrodniarzy i podejrzanych o wampiryzm, którym dodatkowo wbijano w język cierń głogu.

    W ziołolecznictwie używane są jego owoce i kwiaty, a przygotowane z nich nalewki stosuje się w schorzeniach układu krwionośnego, w tym przy nadciśnieniu. Wywary natomiast znakomicie sprawdzają się w leczeniu przeziębień, gorączki, a także przy ogólnym osłabieniu. Z głogu robi się również dżemy i wina. Te drugie pomagają uspokoić skołatane nerwy i polecane są przy dolegliwościach sercowych.

    Jemioła pospolita (Viscum album)

    Za roślinę o leczniczych właściwościach uważa się również jemiołę. Pasożytuje ona na swoich żywicielach, pozostając zawsze zieloną. Nie dotyka też ani ziemi, ani nieba, znajdując się niejako na granicy między tymi dwoma sferami. Przez to jest postrzegana jako połączone w jedno przeciwieństwo życia i śmierci; jest symbolem wiecznego porządku i świata, gdzie czas stoi w miejscu i gdzie trafiają wszystkie dusze. Stosowano ją w licznych prasłowiańskich obrzędach. Jej gałązkę utykano w weselny korowaj, by zapewnić nowożeńcom dostatek i powodzenie. Aby zaś uchronić ich przed koszmarami, układano jemiołę przed ich sypialnią. Uderzanie nią krów miało zapewnić wydajną produkcję mleka i ochronić zwierzęta przed chorobami. Wkładano ją też do uli, by zapewnić sobie duże ilości miodu na następny rok.

    Jemioła działa moczopędnie i rozszerza naczynia krwionośne, dzięki czemu obniża ciśnienie krwi. Wspomaga też pracę serca, regulując częstotliwość jego skurczów. Dlatego też wykorzystuje się ją jako składnik wielu preparatów wspierających układ krążenia. Znajdujące się w niej substancje wykazują działanie uspokajające, a także wzmacniające układ odpornościowy. Badane są także ich właściwości przeciwnowotworowe.

    Kozłek lekarski (Valeriana officinalis)

    Kozłek lekarski, zwany też walerianą, również jest rośliną powszechnie występującą na terenach zamieszkiwanych dawniej przez Prasłowian, którzy doceniali jego właściwości. Związanych było z nim sporo przesądów. Jeden z nich głosi na przykład, że zjedzenie tej rośliny zebranej tuż przed świtem chroni przed czarami. Poza tym uważano ją za środek skutecznie leczący duszę, ale także za anty-afrodyzjak – jeśli kobieta natarła się nią lub nosiła ją przy sobie, nie groziły jej popędy mężczyzn, a także tonowany był jej temperament.

    Walerianę stosowano – i nadal stosuje się – przede wszystkim w celu złagodzenia napięcia nerwowego, uspokojenia umysłu i ułatwienia zasypiania. Współczesna nauka nie potrafi wprawdzie odpowiedzieć na pytanie, na czym dokładnie polega mechanizm działania tej rośliny. Wiadomo jednak z całą pewnością, że jej składniki aktywne wpływają na gospodarkę neurobiochemiczną, a jej skuteczność jest bardzo wysoka. Kozłek lekarski działa również na ciało: wspomaga trawienie, łagodzi dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego, a ponieważ działa rozkurczowo, pomaga także przy bólach menstruacyjnych.

    Babka lancetowata (Plantago lanceolata)

    Babka lancetowata jest powszechnie występującym zielem, spotykanym na polanach i trawnikach. Niegdyś uważano, że jej niezwykła odporność – miała się świetnie rosnąc nawet na mocno uczęszczanych drogach – przekłada się na właściwości lecznicze. Roślina ta pomagała nie tylko na choroby ciała, ale i na nieszczęśliwą miłość. Wypicie naparu, w skład którego wchodziła właśnie babka lancetowata miało pomóc “odkochać się”, gdy nie można było liczyć na wzajemność uczuć.

    Mimo, że każdy zna tę roślinę, mało kto wie, że przynosi ulgę w przeziębieniu i infekcji układu oddechowego, gdyż działa wykrztuśnie i zarazem osłaniająco. Ponieważ zaś rozkurcza mięśnie gładkie tchawicy i oskrzeli, może pomagać przy astmie. Sok z jej liści działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie, toteż nasze babcie stosowały ją przy zapaleniach gardła i jamy ustnej. Te właściwości powodują również przyspieszanie gojenia się ran.

    Bez czarny (Sambucus nigra)

    Czarny bez w tradycji wielu ludów europejskich związany był z mrocznymi siłami i złymi duchami. Jego powtórne kwitnienie jesienią zapowiadało śmierć kogoś młodego i lubianego. Pod jego krzew wylewano wodę po myciu zmarłego, aby uchronić resztę domowników przed rychłą śmiercią. Pręt z niego służył do zdejmowania miary z nieboszczyka w celu dopasowania trumny. Nie należało jednak używać ich do palenia ognia, gdyż sprowadzało to choroby na grzejące się przy nim osoby. Wyrwanie zaś czarnego bzu miało powodować kurcze kończyn u osoby dopuszczającej się tego czynu. Jeszcze w XIX wieku w niektórych regionach Polski gdy dziecko chorowało i nie było szans na jego wyzdrowienie, noszono je pod czarny bez – w ostateczności liczono chociaż na pomoc mrocznych duchów.

    Z suszonych owoców czarnego bzu przygotowuje się nie tylko napary i odwary, ale również powidła czy soki. Wzmacniają one układ odpornościowy i pomagają pozbyć się infekcji, zwłaszcza wirusowych, jak przeziębienie i grypa. Wzmacnia naczynia krwionośne, usuwając toksyny z organizmu. Bez wykazuje działanie moczopędne, lekko przeczyszczające, ale także przeciwbólowe, dlatego używa się go do łagodzenia migreny, bólu zębów czy rwy kulszowej.

    Dziurawiec zwyczajny (Hipericum perforatum)

    Dziurawiec, popularnie występujący na polskich łąkach, przez dawnych Słowian uważany był za roślinę chroniąca przed wszelką złą magią. Był skuteczny przeciwko boginkom – żeńskim demonom będącym personifikacją sił przyrody – które mogłyby wywabić kobietę z domu i porwać jej małe dziecko. Roślinę tę wykorzystywano także do przeciwdziałania czarom i odpędzania wszelkich złych duchów, co znalazło odzwierciedlenie w jednej z jej łacińskich nazw “Fuga daemonum”.

    Istotnie, dziurawiec może pomóc w walce z “wewnętrznymi demonami”. Roślina ta wykazuje silne właściwości przeciwdepresyjne, podnosząc poziom dopaminy i serotoniny – neuroprzekaźników odpowiedzialnych za dobry nastrój. Wspomaga także pracę umysłu, co pozwala uznać ją za składnik nootropowy. Dodatkowo łagodzi schorzenia wątroby oraz układu pokarmowego. Spożywa się go najczęściej w postaci naparów i nalewek, choć popularne są także gotowe ekstrakty. Zewnętrznie stosuje się go przy opatrywaniu ran i odmrożeń, ponieważ przyspiesza ich gojenie.

    Inne rośliny mające działanie lecznicze, które można spotkać na polskiej łące czy w lesie to fiołek trójbarwny, chmiel, łopian, mniszek lekarski, nagietek, szałwia, rumianek, lipa.

    https://pl.swissherbal.eu/medycyna-slowian-cz-2-wybrane-ziola/
    #gruparatowaniapoziomu
    #zdrowie
    #slowianie
    #rodzimowierstwo
    pokaż całość

    źródło: gpunkt.pl

  •  

    Zawsze mnie śmieszą głosy jakoby katolicyzm był polską tożsamością narodową a Polak=katolik. Co w nim jest takiego "polskiego"?
    Powstał nad Jordanem, jest obiektem kultu żydowskiego włóczykija, który rzekomo zmarł na krzyżu za nasze grzechy. Jest również obiektem kultu żydowskiej biblii (Stary Testament). W dodatku to religijna wspólnota, która sama się określa mianem "narodu wybranego". Rozumiecie? Nie żadna Polska tylko "nowy i wybrany"

    Ba, w dodatku jest to religia skrajnie internacjonalistyczna i kosmopolityczna. Jej wyznawcy zamieszkują wszystkie państwa, wszystkie kontynenty, posiadają wszelkie odmiany koloru skóry, przynależą do dziesiątek różnej maści kultur i grup etnicznych. Kompletny bezsens.

    Gdzie jest stolica ich wyznawców? W Watykanie. Gdzie ich ziemia święta? Nad Wartą? Nie, nad Jordanem. A jakie są święte miasta? Warszawa? Poznań? Nie. Betlejem Nazaret czy Jerozolima. Gdzie tu w takim razie ta słynna polskość?

    Już pomijam, że nasi Słowiańscy przodkowie nie chcieli żydochrześcijaństwa i zostało im ono narzucone mordami i bezeceństwem ze strony "religii pokoju" a sam Mieszko I okazał się zdrajcą pozwalając na obrzezanie naszego narodu w 966 roku

    Druga sprawa to ten słynny patriotyzm (Nie ma Polski bez Boga). Już sam termin tego słowa obnaża wszelkich jahwistów-narodowców

    Nazwa „patriotyzm” wywodzi się z greckiej nazwy „πατριά” – „patria” oznaczającej rodzinę, grupę, plemię lub naród wywodzący się od wspólnych przodków, ojców, tzw. ojczyznę.

    Jest to szacunek i oddanie dla ziemi ojców, więc tym bardziej, z nadjordańską sektą nie ma nic wspólnego. Mało tego, tacy chanukowi niewolnicy są zaprzeczeniem patrioty - podlegają pod Watykan i są sługami kosmopolitycznego kościoła a gdy przychodzi do starć na linii Polacy - żydowski okupant, to zawsze stoją po jego stronie. Tak było np ostatnio gdy nasi rodacy postanowili zamanifestować swój sprzeciw wobec pedofilii w KK i w ramach protestu wieszali dziecięce buty na jego bramach
    Przypomnijcie kto się zjawił w obronie tych oblechów? Oczywiście żydowskie bojówki z ONRu, które od razu zakłóciły zgromadzenie i zrywali symbole katolickiej obłudy

    #bekazkatoli
    #bekaznarodowcow
    #bekazzydow
    #neuropa
    #4konserwy
    #slowianie
    #polityka
    pokaż całość

    źródło: s3.dziennik.pl

  •  

    Miodem płynąca Słowiańszczyzna

    Nasi przodkowie, podobnie jak inne kultury, nie stronili od miodu. Gall Anonim nazywał Polskę krajem, który „obfituje w […] miód” i „gdzie, […] las miodopłynny”.

    We wczesnym średniowieczu na terenach współczesnej Polski pozyskiwanie miodu z reguły odbywało się na zasadach podobnych do tych znanych z prehistorii. Miód po prostu podbierano dzikim pszczołom, choć wraz z powstawaniem pierwszych grodów pojawiła się również wyspecjalizowana hodowla zwana „bartnictwem”.

    Terminem, który musimy sobie przyswoić, jest „dzianie barci”. Słowo barć znaczało pierwotną formę ula wydrążonego w pniu drzewa. Zbieranie miodu, czyli „dzianie barci” odbywało się za pomocą urządzenia zwanego piesznią. Narzędzie to znane jest z całego terytorium słowiańszczyzny.

    „Dzianie barci” odbywało się oczywiście w puszczy. Wybierano stare drzewa, o grubym pniu i pozbawione gałęzi. Barcie drążono na wysokości kilku metrów i aby potem zebrać „złoty pokarm” trzeba było się wspinać. Bartnicy byli wyposażeni w specjalne sprzęty, które pomagały im osiągnąć cel. Były to prymitywne drabiny, tzw., „ostrwie”, czyli młode pnie z przeciętymi gałęziami. Oprócz nich używano również innych narzędzi. Były to leziwy, haki oraz wieszane na gałęziach deski do siedzenia. Taki zestaw znaleziono w datowanym na X wiek materiale archeologicznym w Nowogrodzie. Z kolei podbieranie miodu z leśnych pasiek, zwane „łaźbieniem”, odbywało się w okresie między lipcem a wrześniem.
    „Uliszcza”

    Barcie ukryte w lasach miały jednak wiele minusów. Poza tym, że były daleko, ich pielęgnacja była uciążliwa i długotrwała, to jeszcze istniało spore ryzyko spotkania z nieproszonym gościem – niedźwiedziem. Takie sytuacje nie należały do najprzyjemniejszych i często kończyły się śmiercią bartnika. Zaczęto więc myśleć nad innym sposobem pozyskiwania miodu, bezpieczniejszy i prostszym.

    W ten sposób nasi przodkowie stworzyli pierwsze „uliszcza” na leśnych polanach i w pobliżu uprawianych pól. Najstarszy typ ula to ul kadłubowy. Właściwie niewiele różnił się od barci – był po prostu wyżłobionym pniem z daszkiem. Pozostałości takich uli znaleziono, chociażby w Oldenburgu na terenie dzisiejszych Niemiec. Ul kadłubowy opisał arabski podróżnik ibn Rosteh, który zwrócił uwagę, że Słowianie mają „rodzaj naczynia zrobionego z drzewa, którego używają jako gniazda dla swych pszczół i miodu i nazywają je ulszdź”. W ten sposób na początku X wieku została utrwalona nazwa „uliszcze”. Była to, wbrew pozorom, prawdziwa rewolucja w dziedzinie pozyskiwania „złotego pokarmu”.

    Jak już wspomniałem, „uliszcza” ustawiano na polach i leśnych polanach, choć Kosmas pisze, że „w lesistych miejscach ogromnie mało”. Może to świadczyć o tym, że bardzo szybko zorientowano się, że pszczoły nie tylko „dają” miód, ale również zapylają różne rodzaje roślin, w tym te, które nasi przodkowie uprawiali.

    Od słowa do słowa bartnicy stworzyli uliszcze nowej generacji, tzw. ul leżakowy. Znalezisko z Kalisza datowane na XI wiek świadczy, że ten rodzaj uliszcza pojawiał się już w grodach i podgrodowych zagrodach.

    Bartnictwo w gospodarce dawnych Słowian, jak wynika z badań prowadzonych przez Hannę i Pawła Lisów, odgrywało rolę zajęcia bardzo ważnego, choć niepriorytetowego. Jego głównym celem było zapewnienie cukru, którego odpowiedniej ilości nic innego zapewnić nie mogło.

    Miód pitny

    Nie wolno również zapomnieć o miodzie pitnym – ten pierwszy raz pojawił się na arenie dziejów za sprawą Priskosa z Panion, który w 448 roku n.e. tak opisywał swoje poselstwo do Atylli: „Dostarczono nam […] zamiast wina czegoś, co tam na miejscu nazywa się medos”.

    Miód pitny badacze z Grodziska Żmijowiska określają jedynie jako dodatek do bartnictwa, choć również i oni wskazują, że był wykorzystywany w rytuałach oraz obyczajach, czy szerzej – kulturze. „Oto już idę do was, przygotujcie dużo miodu w grodzie, w którym zabiliście męża mojego, niech popłaczę nad grobem jego i sprawię tryznę” – czytamy w „Powieści Lat Minionych”. Z kolei książę ruski Włodzimierz w 986 roku powiedział posłom z Bułgarii Nadwołżańskiej, że „Dla Rusi picie jest weselem, nie możemy być bez tego”.

    Według opisów ibn Rosteha zapasy miodu pitnego w książęcej piwnicy osiągnęły w roku 1146 wielkość 500 „berkowców”. Według W. Hensla można tę ilość przeliczyć na… 81 900 kilogramów.

    Bartnictwo to nie tylko miód, ale również wosk wykorzystywany do produkcji świec oraz w niektórych technikach złotniczych. Ekonomiczny walor pozyskiwania miodu został zauważony już za czasów pierwszych Piastów. „Podobnie jak w przypadku łowiectwa, książęce regale dawało przywilej urządzania barci i handlu jej produktami właśnie księciu” – piszą Hanna i Paweł Lis.

    https://igimag.pl/2018/05/miodem-plynaca-slowianszczyzna/
    #gruparatowaniapoziomu
    #slowianie
    #rodzimowierstwo
    pokaż całość

    źródło: igimag.pl

  •  

    Stara moneta z okresu Imperium Wielkomorawskiego. Ze starosłowiańskiej bukwicy tłumacząc pisze: awers "IHSUS CHRISTUS NISA", rewers: "MICHJAIL PISTOS MESJASZJA SILEUS ROMJAON".

    #monety #numizmatyka #historia #nysa #slask #silesia #historiaslaska #slowianie #wielkiemorawy #prawoslawie #religia #silesiorum #bukwica #archeologia #artefaktnadzis #naukowcywiary #piastowie #wiara pokaż całość

  •  

    Słowianie. Waleczni żołnierze Swaroga

    Słowianie to nie kochający pokój rolnicy, jak przedstawia ich romantyczny mit. Szli przez Europę uzbrojeni w topory, miecze, machiny oblężnicze, paląc, rabując i siejąc panikę.

    Jako naród Słowianie przypominali Gallów, zarówno jeśli chodzi o poziom kultury, jak i temperament – tak barbarzyńców przedstawia bizantyjska X-wieczna kronika cesarza Leona Filozofa. A więc starożytni i wczesnośredniowieczni Słowianie byli podobni do bohaterów z komiksu o Asteriksie i Obeliksie. To nie źródła historyczne, lecz utarty romantyczny stereotyp każe nam widzieć w naszych przodkach spokojnych rolników podnoszących głowy znad pługa dopiero, gdy ktoś ich – pokojowo nastawionych – atakował. Tymczasem cywilizowana Europa, która do tej pory obawiała się Gotów, drżała przed najazdami zupełnie nowych barbarzyńców. Przez kilkaset lat próbowała spacyfikować krnąbrnych sąsiadów – Słowian. Nie czuli oni respektu przed Rzymem – zamiast wzbudzać strach, tylko ich prowokował bogactwem.

    WOLNI „NIEWOLNICY”

    W kronikach Słowianie pojawiają się nagle w VI w. jako nowa siła: zróżnicowana, barwna, ciekawa i groźna. Myli się ten, kto pochodzenie ich nazwy wywodziłby od angielskiego „slave” – niewolnik. Przez setki lat to mieszkańcy Słowiańszczyzny dostarczali tego intratnego towaru, sami pozostając chorobliwie wręcz niezależni i krnąbrni. „Do tego stopnia miłowali wolność, że jeszcze zamieszkując swoje terytoria po drugiej stronie Dunaju nie uznawali żadnej władzy” – zanotował Leon Filozof.

    Wkraczając do Europy, Słowianie przejmowali ziemie stopniowo opuszczane przez przemieszczających się na południe Gotów. Zajęli te obszary najprawdopodobniej bez walki. Od razu jednak dali się poznać jako nieprzyjemni sąsiedzi. Gdy Goci zajęli się pustoszeniem rzymskiego cesarstwa zachodniego, wschodnie cesarstwo musiało stawić czoła najazdom o skali do tej pory tam niespotykanej.

    Słowianie atakowali Bizancjum od początku VI w. „W zdobytym kraju mordowali w okrutny sposób mężczyzn i zaganiali do niewoli dzieci i kobiety, niszcząc dobytek, którego nie mogli zabrać” – pisał o nich historyk Prokopiusz z Cezarei (a znał się na rzeczy – spod jego pióra wyszła „Historia wojen”). Słowianie często sprzymierzali się z Hunami, Awarami i Bułgarami przeciwko Bizancjum – dzięki politycznym talentom te sojusze sprzyjały im samym. Początkowo nie zdobywali grodów, omijali je lub uciekali się do podstępu, np. wywabiania mieszkańców na zewnątrz. Jednak szybko się uczyli i doskonalili sztukę wojenną.

    W 548 roku dokonali przełomu. Słowiańska armia wkroczyła na teren Dalmacji. Najazd był tak potężny, że nikt nie przyszedł z pomocą twierdzom, padającym jedna po drugiej. Piętnastotysięczna rzymska armia, która wędrowała za Słowianami, nie odważyła się ich zaatakować. Napastnicy odeszli, zabierając ze sobą potężną kolumnę niewolników. W czasie tej wyprawy po raz pierwszy pokusili się o atak na grody (zdobyli m.in. Toperos w Tracji).

    W odpowiedzi cesarz Justynian postanowił wzmocnić północne peryferia, budując dodatkowe twierdze. Mimo to 3 lata później zagony słowiańskie zatrzymały się na umocnieniach 50 km od Konstantynopola! Schwytanego dowódcę jednego z cesarskich grodów obdarli ze skóry i żywcem spalili. Kilkadziesiąt lat później Słowianie wkroczyli do Tesalonii, przedostali się przez Peloponez i dotarli aż na Kretę.

    KOBIETY I FORTELE

    W jaki sposób barbarzyńcy radzili sobie z wysoko rozwiniętą cywilizacją cesarzy bizantyjskich? Słowianie byli sprytni: wykorzystywali zaangażowanie Bizancjum w wojny z Persją. Atakując miasta, używali machin oblężniczych, wielkich kusz do wyrzucania kamieni, strzał, padliny lub płonących żagwi. Stosowali wieże oblężnicze, rozmiarami przewyższające mury obleganych grodów. Dla pokonanych byli bezlitośni.

    W 617 roku słowiańska armia oblegała Saloniki, nazywane przez nich Sołuniem, trwale zapisując się w historii miasta. „O świcie całe plemię barbarzyńców wzniosło okrzyk wojenny i zmasowanym atakiem ruszyło na miasto ze wszystkich stron. Jedni ciągnęli katapulty i wznosili zapory z głazów, inni nadbiegali ciągnąc drabiny, aby wspiąć się na mury miasta. Jeszcze inni rzucali oszczepy, które niczym burza gradowa spadły na mury obronne. Był to widok wprawiający w osłupienie. Nad miastem unosiła się chmara kamieni i strzał, które niczym chmura zakryły niebo” – pisał Symeon Meaphrastes. Miasto musiał ratować osobiście jego opiekun święty Demetriusz, zstępując z nieba – dodaje kronikarz [z „Miraculi Sancti Demetrii” napisanych przez arcybiskupa Salonik Jana wynika, że interwencja świętego miała miejsce podczas najazdu w 597 r.].

    W latach 610–617 Słowianie nękali najazdami Bałkany, sprawiając, że zromanizowane ludy zamieszkujące te okolice uciekały lub chroniły się w górach.

    Prokopiusz, opisując armię najeźdźców, pisał o piechocie uzbrojonej we włócznie, zatrute strzały, łuki oraz tarcze. Walczyć mieli w szyku luźnym, który Bizantyjczykom wydawał się bezładny. Co ciekawe, kiedy w 626 roku wspólna armia Awarów i Słowian uciekła spod murów Konstantynopola, obrońcy wśród trupów znajdowali także zwłoki kobiet wojowników. Kobiet, które do walki stawały ramię w ramię z mężczyznami!

    Wielu ówczesnych pisarzy podkreśla, że barbarzyńcy lubili walkę partyzancką, atak z zasadzki, jednocześnie unikając konfrontacji w otwartych bitwach. Pseudo-Maurycy odnotował, że chętnie uciekali się do rozmaitych forteli, bardzo sprawnie przekraczali rzeki. Potrafili też ukrywać się przez wiele godzin pod wodą, używając do oddychania jedynie trzcinek.

    Tajemnica sukcesu wąsatych wojowników może tkwić w znakomitym rozpoznaniu. I to nie czysto wojskowym. Kupcy z całej Słowiańszczyzny ciągnęli na południe z towarem – w tym przede wszystkim z niewolnikami. Handlarze mogli być i często bywali szpiegami. Pewna historia z VI wieku opowiada o wędrowcach słowiańskich, którzy szli bez broni, niosąc jedynie gęśle. Dość to dziwne zachowanie jak na niespokojne czasy. Schwytanych kupców dostarczono przed oblicze cesarza Maurycego, który – by ich olśnić – pokazał im potęgę państwa bizantyjskiego. Jednocześnie sam wskazał im potencjalne łupy...

    Oczywiście nie wszystkie wyprawy południowych Słowian kończyły się sukcesem. Bywało, że musieli uznawać zwierzchność innych narodów. Jednak stali się na tyle potężni, że cesarze bizantyjscy próbowali zapewnić bezpieczeństwo kraju dyplomacją. A przecież ze słabeuszami się nie dyskutuje, tylko ich podbija. Słowianie południowi nie byli jedynym powodem do zmartwień Bizantyjczyków. Na początku IX w. do Nowogrodu, republiki kupieckiej graniczącej z plemionami fińskimi, trafili szwedzcy wikingowie. Szybko zeslawizowali się, przejmując wiele wierzeń i zwyczajów gospodarzy. Połączenie z natury agresywnych, choć cywilizowanych Słowian z prymitywną i wojowniczą naturą wikingów stworzyło jedną z najciekawszych machin wojennych świata. Zeslawizowani wikingowie zapiszą się w historii jako Rusowie, a ich doborowe oddziały nękające Bizancjum zyskają miano Waregów

    GO WEST!

    Wojowniczym mieszkańcom południa w niczym nie ustępowali ich pobratymcy – Słowianie Zachodni. Do tej grupy należeli: najdalej na zachód wysunięci Obodrzyci, Lucice, Polanie zamieszkujący puszczę Wielkiej Polski oraz Słowianie z państwa wielkomorawskiego, którzy dzięki pracy Cyryla i Metodego szybko przyjęli chrześcijaństwo

    Obodrzyci, którzy mieszkali na terenach dzisiejszych Niemiec, tak skutecznie dawali odpór Frankom Karola Wielkiego, że ten wydał zakaz handlu bronią ze Słowianami! Uważa się, że na 170 wypraw przeciw Słowianom, począwszy od państwa Karola Wielkiego, a skończywszy w 1125 r. na rajzie Fryderyka Rudobrodego, jedynie jedna trzecia przyniosła pożądany przez cesarstwo niemieckie skutek. Aż 20 wypraw skończyło się rozbiciem armii cesarskiej.

    Przeciwnicy Franków najdłużej wytrwali też w pogaństwie, kładąc nawet zrąb pod własną państwowość. Wielokrotnie odrzucali przynoszone siłą przez Sasów chrześcijaństwo. Zdarzało się również, że chrzest przyjmował jedynie najbliższy dwór księcia, podczas gdy reszta kraju trwała przy dawnej wierze. Obodrzyci byli tak znaczną potęgą, że cesarz Henryk II zawarł z nimi – poganami! – przymierze przeciwko Bolesławowi Chrobremu, królowi chrześcijańskiemu.

    Piastowie zaczęli rozszerzać swoje władztwo na terenie Wielkopolski na przełomie IX i X wieku. Nie stosowali dyplomacji. Helmold w „Kronice Słowian” tak charakteryzował Polan: „Wezwani na wyprawę wojenną (...) są mężni w bitwie, ale niezwykle okrutni w grabieżach i mordach. Nie oszczędzają ani kościołów, ani klasztorów, ani cmentarzy. Toteż nie inaczej dają się wplątać w wojny prowadzone przez innych, jak pod warunkiem, że dozwoli się im na rabunek mienia, pozostającego pod opieką miejsc świętych. Stąd to także się zdarza, że z powodu żądzy łupu odnoszą się do zaprzyjaźnionych ze sobą jak do wrogów”.

    Polanie nie narzekali na brak wojowników. „Ma on trzy tysiące pancernych [podzielonych na] oddziały, a setka ich znaczy tyle co dziesięć secin innych [wojowników]” – pisał o Mieszku żydowski kupiec Ibrahim Ibn Jakub. Bolesław Chrobry olśnił cesarza Ottona potęgą swojej armii. Gall Anonim pisze o tarczownikach i pancernych witających cesarza. Dzielnych wojach w pancerzach i błyszczących hełmach, uzbrojonych we włócznie, topory i miecze.

    Zbrojne ramię Piastów pozwalało na opanowywanie nowych terenów oraz skuteczną obronę przed ekspansją cesarstwa. Wiele mówi się o najazdach następcy Ottona III – Henryka II – na kraj Bolesława. Nie wspomina się jednak, że były to najazdy odwetowe! Bolesław, wspierając stronnictwo przeciwne kandydaturze Henryka na tron, tuż po śmierci Ottona najechał i przyłączył do swoich włości Łużyce.

    Polityczne rozgrywki ustawiły Piastów w kontrze do słowiańskiej awangardy na zachodzie – Obodrzyców, zajmujących południowe wybrzeże Bałtyku od Zatoki Kilońskiej po rzekę Warnow. A ci wojowniczy mieszkańcy Połabia, terenów zajętych przez Słowian od Odry aż po Łabę, wciąż mocno dawali się we znaki Cesarstwu Rzymskiemu Narodu Niemieckiego. Walcząc, nie przebierali w środkach, dawali łupnia tak Niemcom, jak i Duńczykom. „Cały ten lud oddany jest bałwochwalstwu, przebywa stale w ruchu i podróży, uprawia piractwo godzące z jednej strony w Duńczyków, z drugiej – w Sasów. Dlatego już nieraz i na wszelkie sposoby wielcy cesarze i kapłani zadawali sobie trud, by owe buntownicze i niewierne szczepy przywieść w jakiś sposób do uznania imienia Bożego i łaski wiary świętej” – pisał Helmold. Kilkakrotnie chrzczeni odrzucali nową wiarę, podejrzewając Sasów o fałszywe zamiary. Odpór był zawsze gwałtowny i przerażający. Helmold opisuje, jak w 1066 r. „Słowianie odniósłszy zwycięstwo spustoszyli całą ziemię hamburską ogniem i mieczem, zaś prawie wszystkich Szturmarów i Holzatów zabito albo uprowadzono w niewolę.

    Gród Hamburg zniszczono doszczętnie (...). Również w tym samym czasie Szlezwik, (...), bardzo bogate i ludne miasto plemion załabskich, leżące na krańcach duńskiego królestwa, został przez niespodziewany wypad Słowian w całości zniszczony. Daremnie książę Ordulf walczył często z Słowianami przez dwanaście lat, o które przeżył ojca; żadnego nie odniósł zwycięstwa, lecz wielokrotnie został pobity przez pogan, tak że nawet swoi z niego szydzili”. Zakonników ze zdobytych klasztorów Obodrzyci obwozili na pośmiewisko od grodu do grodu. Mnisi byli oskalpowani, a czaszki mieli rozcięte w kształt krzyża.

    Nawet wikingowie, równie wojowniczy jak Słowianie, mieli z ich pomorskimi pobratymcami ciężki orzech do zgryzienia. Skandynawowie nie najeżdżali południowego Bałtyku tak jak np. wybrzeży Francji. Woleli handlować i osiedlać się. Dlaczego? Wyjaśnienie można znaleźć w relacji Ibrahima Ibn Jakuba, który pisał o Pomorcach: „Są sławni ze swego męstwa. Gdy najdzie ich jakie wojsko, żaden z nich nie ociąga się, ażby się przyłączyć do jego towarzyszy, lecz występuje, nie oglądając się na nikogo i rąbie mieczem, aż zginie”. Niewygodnie jest zaczepiać kogoś, kto może oddać równie mocno.

    Słowianie Zachodni podobnie jak Południowi uwielbiali walczyć z zasadzki. Tymczasem pancerna jazda niemiecka przyzwyczajona była do frontalnych starć. Znakomitym przykładem słowiańskiej taktyki jest bitwa pod Cedynią. W 972 r. Mieszko I pozorną ucieczką zwabił margrabiego Hodona w wąskie przejście między wysoką górą a rozlewiskami Odry. Uderzenie armii w bok niemieckich oddziałów zmiotło je w bagna. Dziś, patrząc na stromy stok Góry Czcibora, można dojść do wniosku, że woje raczej spadli na wroga, niż uderzyli... Zaciętość, waleczność, doskonałe rozpoznanie, zasadzki nie mogły jednak wiecznie przynosić powodzenia. W końcu państwo obodrzyckie padło pod naporem Sasów. Schrystianizowani Polanie stworzyli własne państwo, Rusowie założyli dynastię Rurykowiczów, która ugięła się dopiero pod naporem Mongołów.

    Południowi Słowianie zasymilowali się z Bułgarami, ulegli z czasem Bizancjum lub założyli własne państwa. Ze słowiańskiej masy wydzieliły się narody, ale duch w nich pozostał. Nawet jeżeli bywali podbici, pozostawali krnąbrni. Bałkany to punkt zapalny w Europie. Polacy pokazali waleczność, słowiańskiego ducha podczas II wojny światowej. Prawdę mówiąc, chrześcijańska Europa miała sporo szczęścia. Jak pisał tysiąc lat temu Ibrahim Ibn Jakub: „Na ogół Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni i gdyby nie ich niezgoda wywołana mnogością rozwidleń ich gałęzi i podziałów na szczepy, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile”.

    https://www.focus.pl/artykul/slowianie-chuligani-z-wasami?page=2

    #gruparatowaniapoziomu
    #ciekawostkihistoryczne
    #rodzimowierstwo
    #slowianie
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Ślęża. Fascynująca góra Słowian.

    Nie imponuje rozmiarami, ale jest magiczna. Zaprząta uwagę, fascynuje i emocjonuje ludzi wielu profesji i zainteresowań. Pobudza ich fantazję a nawet inspiruje.

    Jej geneza od wieków intryguje geologów. Językoznawcy spierają się o pochodzenie jej nazwy. Archeologów emocjonuje rodowód kamiennych rzeźb, toczą spory z historykami o sens i znaczenie znaków ukośnego krzyża. Badacze dziejów II wojny światowej mówią o ukrytych skarbach. A nawet fascynaci metafizyki lokalizują na Ślęży jeden z czakramów – centrów energetycznych Ziemi.

    A wszystko to dotyczy niewielkiego kawałka ziemi, o wymiarach zaledwie 10 km x 6,5 km. Mowa o Masywie Ślęży

    Można zdecydowanie stwierdzić, że zyskuje przy bliższym poznaniu.

    Mało która góra ma tak bogatą historię. Znaleziono na niej ślady pobytu człowieka z epoki kamienia – z młodszego paolitu (ok. 40 tys. pne – ok. 8000 p.n.e.). A od okresu wędrówek ludów (epoka żelaza) zaczęły tu przybywać różne grupy etniczne. Po pewnym czasie niektóre zaczęły się osiedlać (wytworzyła się ludność słowiańska).

    Wśród badaczy Ślęży panuje zgodność co to tego że od pradawnych czasów była to święta góra. Porośnięta gęstwiną leśną, znikająca pod zwałami chmur i pojawiająca w pełnej krasie w pogodne dni, rozświetlana błyskawicami w czasie piorunowych burz, wszystko to czyniło ją tajemniczą i napawającą lękiem. Ze zjawiskami tymi związana jest etymologia nazwy Ślęża. Wywodzi się ona najprawdopodobniej od pierwiastka śląg, lub ślęg które oznaczało wilgoć, błoto, mokra pogodę. Nazwa ta dotyczyła zarówno góry jak i rzeki a następnie objęła plemienia Ślężan, a później całą krainę – Śląsk.

    Zamieszkujący u podnóża ludzie przekonani byli, że góra ta jest siedliskiem licznych bogów, rządzących słowiańskim światem. Kultem darzono prawdopodobnie słońce i inne siły przyrody. Kronikarz i biskup Thietmar z Merseburga pisał:

    Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu oraz przeznaczenia, jako że odprawiano na niej przeklęte pogańskie obrzędy

    Centrum tego kultu znajdowało się na najwyższej partii góry i otaczał go kamienny wał, którego szczątki można zobaczyć na górze. Na podstawie badań znalezisk przypuszcza się, że ośrodek kultu jest pochodzenia celtyckiego. Świadczy o tym usytuowanie go na trzech pobliskich szczytach górskich, a także kręgi kamienne które były typowe dla Celtów. Kult ten był tak silny, że już w okresie chrześcijaństwa po śmierci Mieszka II kler wycofał się do Wrocławia. Dopiero Kazimierz Odnowiciel po odzyskaniu Śląska od Czech zlikwidował tą „stolice pogaństwa”, ale pewne tradycje zachowały się długo.

    TOPOGRAFIA, BUDOWA GEOLOGICZNA I HISTORIA

    Zdecydowanie wyróżniającą się jego częścią jest Masyw Ślęży – wzniesienie wyrastające na 500 m ponad otaczające go równiny – z zachodu jest Równina Świdnicka, na północy Równina Wrocławska, od południowego-wschodu Wzgórza Niemczańsko-Strzelińskie, a od południowego zachodu Kotlina Dzierżoniowska
    Ciekawostka: Masyw Ślęży wysokością przewyższa nawet najwyższy wierzchołek Gór Świętokrzyskich.

    Wznosi się samotnie na równinie i towarzyszy nam na horyzoncie gdy tylko opuścimy Wrocław, niezależnie w którym kierunku się udajemy, towarzyszy nam i wygląda jak bastion. Z wielu miejsc, nawet odległych go widać – ze Wzgórz Trzebnickich, Śnieżnych Kotłów, Śnieżki, Śnieżnika.

    Trudno znaleźć w Polsce drugie takie miejsce, które posiada i piękny krajobraz, i bogatą, niezwykłą, owianą tajemniczością historię, i wiele legend, które mieszają się z faktami. Miejsce, które jest intrygujące zarówno dla badaczy jak i dla zwykłych turystów. Można tu spędzić wiele dni i nie nudzić się, a wręcz przeciwnie, bo nie sposób w trakcie nawet jednej, kilkudniowej wycieczki dotknąć wszystkich zagadnień związanych ze Ślężą. Ona prowokuje do powrotów i dogłębnego poznawania jej tajemnic.

    Topografia Masywu jest bardzo ciekawa.

    Można w nim wyróżnić trzy wyraźne części, oddzielone przełęczami: Ślężę, Radunię oraz Wzgórza Oleszeńskie i Wzgórza Kiełczyńskie.
    Północna część Masywu to Ślęża (718 m n.p.m.), mająca na przedpolu północnym przyległe: Gozdnicę (316 m) – najbardziej na północna wysunięta góra Masywu, Wieżycę (415 m) i Stolną (371 m). Góry te porośnięte są lasem, dlatego z daleka sprawiają wrażenie jednolitej bryły.

    Powstał przed ok. 350 milionami lat – w wyniku ruchów górotwórczych. Najnowsze teorie podają, że jest on „nunatakiem” – powierzchnią erozyjną wystającą ponad lód kontynentalny w trakcie ostatnich dwóch na tym terenie zlodowaceń. Surowy klimat doprowadził do potrzaskania odsłoniętej skały i utworzenia wokół szczytu gołoborzy (obecnie porośniętych lasem). W trakcie topnienia lodu na spłaszczeniach pod szczytem pozostały czapy moreny, a na stokach terasy kemowe, utworzone z piasku nanoszonego przez spływające wody. U podnóża po ustąpieniu lodowca pozostały gliniaste osady moreny dennej, a od strony południowej, osadzone zostały utwory pylaste, na których utworzyły się żyzne gleby lessowe.

    Ze względu chyba na kształt sądzono w XVIII w, że Ślęża jest zastygłym wulkanem. Skutkiem takiego poglądu była próba zorganizowania ogromnego ogniska na szczycie, które miało być widoczne w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Nawet zebrano już pewne środki na realizację, ale augustianie (ówcześni właściciele) nie wyrazili na to zgody w obawie o pożar lasów. W teorii o wulkanicznym pochodzenie jest ziarnko prawdy, ponieważ Wzgórza: Gozdnicy, Wieżyca i Stolna oraz duża część skał ze Wzgórza Kunowskiego zbudowane są ze zmetamorfizowanych częściowo skał wulkanicznych (diabazy i bazalty), ale wybuchy i erupcje miały miejsce w dnie oceanicznym.

    W ciągu wieków narosło wiele legend i tajemnic dotyczących również powstania góry. Wg niektórych pod górą znajdują się wrota piekieł, przypadkowo zasypane podczas walk dobra ze złem. Wg innej legendy, pod górą jest komnata, w której śpi siedmiu rycerzy, a ich obudzenie spowoduje koniec świata.

    HISTORIA

    Wg archeologów człowiek pojawił się w Masywie Ślęży w okresie plejstocenu, a wraz z ocieplającym się klimatem zaczęły napływać od południa luźne i nieliczne koczownicze grupy myśliwych i zbieraczy. Ale dopiero z okresu 7000-4000 lat p.n.e. pochodzą najstarsze szczątki szkieletów ludzkich, znalezione w Tyńcu nad Ślęzą. Osadnictwo i rolnictwo zaczęło się w młodszej epoce kamiennej (4000-1800 lat p.n.e.) i nastąpił wówczas rozwój rzemiosła, o czym świadczą znalezione w tych okolicach produkty garncarstwa – swoimi ornamentami wskazują na występowanie kultury ceramiki wstęgowej, a w epoce brązu (1800-700 lat p.n.e.) okolice te były już dość gęsto zasiedlone. U podnóża pojawiły się nowe osady – Sobótka i Świątniki. Ludność zajmowała się rolnictwem i garncarstwem. I to właśnie wtedy prawdopodobnie zaczął kształtować się ośrodek kultowy, w którym Ślęża została poświęcona słońcu, zaś Radunia – księżycowi.

    http://dzienniklesny.pl/turystyka/gora-slowian-sleza/
    #gruparatowaniapoziomu
    #rodzimowierstwo
    #slowianie
    pokaż całość

  •  

    Słowiańskie groty strzał do polowań. Żelazne, oraz kościane.
    #gruparatowaniapoziomu #slowianie

  •  

    Rzemieślniczy kunszt Słowian

    Co natychmiast uderza i dziwi osobę, która poświęci trochę czasu badając wczesnośredniowieczne zapisy na temat Słowiańszczyzny jest to, że tak ważni z punktu widzenia życia codziennego, wytwórcy różnorakich przedmiotów codziennego użytku bez których często nie sposób się obejść. Zostali niemal całkowicie pominięci i nie zauważeni przez kronikarzy zachodnich którzy towarzyszyli misjonarzom przybywającym na nasze ziemie. Nawet opis misji Ottona z Bambergu, który jest zwykle zródłem informacji na temat Słowian milczy na ten temat. Dopiero arabski uczony piszący na Sycylii w połowie XII wieku dzieło geograficzne wspomina kilka miast polskich gdzie rzemieślnicy według jego słów są "zręczni i obznajomieni ze swymi zawodami".

    Wytłumaczeniem tego może być fakt, że w oczach przybysza mieszkańcy miast i osad zlewali się w jedną całość i nie sposób ich było odróżnić. Zwłaszcza, że w tamtym okresie poszczególne zawody nie zajmowały jeszcze osobnych kwartałów w miastach jak to miało miejsce w wiekach pózniejszych. Także same zawody nie były jeszcze w wielu przypadkach jasno rozdzielone. I tak wielu rzemieślników zajmowało się jednocześnie uprawą poletka obok grodu czy też rybactwem na pobliskiej rzece czy jeziorze a w warsztatach pracowali sezonowo łącząc często kilka pokrewnych zajęć jak na przykład szewstwo z garbarstwem czy bursztyniarstwo z rogownictwem, jednym słowem wedle surowców do których mieli dostęp a zwłaszcza narzędzi jakimi dysponowali.

    Na szczęście nauka może się w tym przypadku obejść bez świadectw pisanych, a liczne znaleziska archeologiczne poświadczają kunszt rzemieślników i różnorodność zawodów występujących na Słowiańszczyznie. Spośród wszystkich zawodów na czoło bardzo szybko wysuwa się kowalstwo w tamtym okresie nierozdzielne z hutnictwem. O ile wyrób przedmiotów z drewna, rogu, kości czy też na przykład tkactwo mogło być uprawiane na własne potrzeby przez niemal każdego to pozyskiwanie i wyrób metalu stały się monopolem wtajemniczonych a przez to cieszących się prestiżem i szacunkiem specjalistów. Z tego powodu kowalstwo przeniknęło w wielu kulturach do sfery kultu i mowa tu nie tylko o kulturach starożytnych ale także o wczesnośredniowiecznej Skandynawii.

    Bazę metalurgii stanowiły rudy darniowe, obficie występujące na łąkach i mokradłach. Po wypłukaniu i wysuszeniu materiał wkładano do grubych glinianych naczyń na przemian z węglem drzewnym i prażono przez wiele godzin na otwartym palenisku, zorganizowanym często zaraz obok miejsca wydobycia. W ten sposób uzyskiwano żużel żelazny, który po kilkukrotnym przekuciu przemieniał się w względnie oczyszczony metal. Była to metoda dość prosta, lecz stosowano też bardziej skomplikowany proces.

    Budowano gliniane piece (poza murami grodu) zwane dymarkami do nich tez wkładano na przemian z węglem drzewnym rudę. Tu jednak dla podniesienia temperatury stosowano miechy poruszane ręcznie lub nożnie, dzięki temu uzyskiwano temperaturę 1400 C co pozwalało na uzyskanie ciekłego dość czystego metalu. Nauczono się pozyskiwać nie tylko żelazo ale i stal i wykonywać odpowiednie stopy. W wytwarzaniu narzędzi metodą zgrzewania i skuwania łączono żelazo i stal produkując w ten sposób wytrzymałe narzędzie o wytrzymałej stalowej części roboczej, czasami poprzestawano na nawęglaniu żelaza co zapewniało jego utwardzenie.

    Z tak uzyskanego w wielkim trudzie, drogiego surowca kowale wykonywali i naprawiali różne przedmioty. W małych kuzniach wiejskich najprostsze narzędzia rolnicze takie jak siekiery, noże, sierpy, półkoski, radlice czy części do uprzęży. W grodach wykonywano wiertła, dłuta, pilniki, haczyki do połowu ryb ale też groty włóczni i strzał, wszystko to co było potrzebne do pracy w gospodarstwie i na wojnie. Wydaje się tylko, że miecze były zbyt trudne w produkcji i sprowadzano je z innych krain, często same głownie, które oprawiane były w lokalnych warsztatach. Wraz z upływem czasu popyt na wyroby kowalskie wzrastał zwłaszcza wśród tworzącej się grupy feudalnej. Zawsze nienasyconej i domagającej się coraz to różnorodniejszego i jakościowo lepszego ekwipunku. Dlatego zakładali swe własne kuznie pracujące na ich potrzeby w grodach i dworach. Reszta kowali mogła wystawić swe produkty na sprzedaż na targowiskach.

    Kowale pracowali prawie wyłącznie w żelazie. Inne metale używane były do wyrobu ozdób i trudniła się tym osobna grupa metalurgów-złotników. Nazwa ta może być nieco myląca gdyż rzemieślnicy ci ze złotem mieli do czynienia dość rzadko. Pracowali najczęściej w brązie, cynie i ołowiu i z rzadka w srebrze. Odlewali oni ozdoby takie jak charakterystyczne dla kobiet słowiańskich kabłączki dekorujące skroń czy pierścionki, zawieszki. Przetapiali także w małych tygielkach złom srebrny, monety złote i straszą biżuterię na sztabki i bryłki używane w handlu. Warsztaty takie znajdowały się w podgrodziu choć ci najbardziej utalentowani znajdowali zatrudnienie u możnych gdzie pracowali na powierzonym im cennym kruszcu wykonując posrebrzane ostrogi, biżuterię i naczynia, a także naczynia kultowe dla świątyń. Dziełem lokalnych mistrzów była na pewno posrebrzana głowa Trzygława i jego złoty posążek znajdujący się w świątyni wolińskiej.

    Naczynia metalowe a już na pewno te posrebrzane były luksusem warstw wyższych społeczeństwa. Szerokie masy ludowe zadowolić się musiały naczyniami glinianymi. Początkowo naczyna lepione były metodą chałupniczą przez kobiety. Z czasem na dobre do użytku weszło koło garncarskie obsługiwane przez mężczyzn i w ten sposób narodziła się wyspecjalizowana profesja garncarska. Na początku na kole otaczano tylko górną część naczynia, pózniej także ścianki. Produkcja dobrej jakości ceramiki wymagała dużej zręczności i umiejętności i wiedza ta często przekazywana była z ojca na syna, który latami u boku ojca zbierał doświadczenie. Poszczególni garncarze oznaczali swe produkty znakami w formie kół, krzyży, swastyk, gwiazd a nawet stylizowanych diagramów zwierzęcych. Znak taki potrzebny był nie tylko jako swego rodzaju logo firmy ale też miał znaczenie praktyczne, odróżniał wyroby poszczególnych garncarzy wypalane wspólnie w jednym ogromnym piecu.

    Kiedy już jest mowa o ceramice słowiańskiej warto wspomnieć o tym jak bardzo ta ceramika była pożądana w krajach ościennych i uświadomić ludziom w Polsce, że rozpowszechniona opinia o prymitywnej słowiańskiej ceramice jest kłamstwem wymyślonym w XIX i XX wieku przez niemieckich badaczy. Badacze ci kierowali się motywami politycznymi i rasowymi mającymi udowodnić germański suprematyzm nad prymitywnymi Słowianami i udowodnić tym, że transmisja postępu zawsze szła od German do Słowian i nigdy na odwrót. Niestety ich opinie utrwaliły się w kołach naukowych w krajach zachodnich a często były także powielane w Polsce. W rzeczywistości w tej dziedzinie, ceramika słowiańska wyróżnia się wysoką jakością na tle ceramiki skandynawskiej i to właśnie Skandynawowie uczyli się od Słowian. Skandynawowie nie mieli umiejętności i wiedzy w tej dziedzinie czego dowodem są straszne gnioty ulepione przez skandynawskich garncarzy a dziś odnajdywane przez archeologów.

    Ceramika pochodzenia słowiańskiego była pożądana na terenie całej Skandynawii już od połowy VIII wieku (z tego okresu pochodzą najstarsze przykłady ceramiki słowiańskiej) i obecna tam aż do wieku XIII. Najbardziej znaczącym typem ceramiki słowiańskiej jest ceramika typu Feldberg (mocno wypalane, wysokie naczynia charakteryzujące się wytrzymałością a zarazem cienkością ścianek, dekorowane linią falistą w górnej części) odnajdywane powszechnie na stanowiskach archeologicznych w całej Skandynawii na przykład w Birce w Szwecji i Kaupang w Norwegii by wspomnieć tylko te dwa gdyż nie ma tu miejsca by wymienić wszystkie z rosnącej liczby stanowisk. Ceramika słowiańska wkładana była często do grobów osób możnych co podkreślało ich status. Jak wykazały badania część ceramiki słowiańskiej odnalezionej w Skandynawii nie pochodziła z importu lecz została wykona na miejscu z lokalnej gliny. Dowodzi to na obecność Słowian w Skandynawii. Zresztą w całej Skandynawii odkrywane są zwarte osiedla słowiańskie (charakterystyczne półziemianki) a także cmentarzyska wskazujące na stały pobyt wielu pokoleń słowiańskich kolonistów na ziemi skandynawskiej.

    Obok dowodów archeologicznych i znalezisk grobowych aktywną rolę Słowian w kolonizacji Skandynawii potwierdzają skamieliny lingwistyczne i tak na przykład w Danii istnieją do dziś wioski o słowiańsko brzmiących nazwach jak Jelice, Binice, Koselice na samej wyspie Falster jest kilkanaście miejscowości o słowiańskich nazwach jak na przykład Korselice. Na tej to wyspie archeolodzy odkryli pozostałości stoczni. Oczywiście natychmiast uznano, że odnalezione tam statki są jednostkami skandynawskimi, jednak po dodatkowych badaniach wyszło na jaw, że są to statki słowiańskie gdyż w sposób zasadniczy różniły się sposobem budowy od statków skandynawskich (Skandynawowie łączyli elementy statku żelaznymi gwozdziami, Słowianie natomiast preferowali drewniane kołki).

    Naukowcy Skandynawscy nawet w świetle coraz to nowych odkryć mają stale problem z zaakceptowaniem faktu, że to Słowianie byli też stroną ekspansywną i kolonizującą (w XI w Bornholm był słowiański a Gottlandia w dużej części zasiedlona przez Słowian) objawia się to nawet w wymyślaniu neutralnych nazw dla słowiańskiej ceramiki występującej w Skandynawii takich jak "ceramika bałtycka" czy "ceramika południowo skandynawska" lub ceramika "typu II " wszystko byle nie przyznać, że to ceramika pochodzenia słowiańskiego. Jako ciekawostkę wspomnę tylko, że badania archeologiczne pokazały, że pierwszymi Europejczykami na Islandii byli właśnie Słowianie ( odkryto resztki domów wybudowane na modłę słowiańską) poszlaki tego można nawet odszukać w sagach skandynawskich. Ale to już inna opowieść. Odbiegłem nieco od głównego wątku powróćmy zatem do rzemiosła Słowian.

    Często odkrywanymi przez archeologów przedmiotami są te wykonane z rogu. Zwłaszcza grzebienie do włosów, grzebienie tkackie, szydła, łyżki, kostki do gry a nawet głowice mieczy. Przed przystąpieniem do obróbki rogu najpierw należało go zmiękczyć. Tak przygotowany surowiec cięto piłkami i strugami oraz wygładzano pilnikami, następnie toczono na rodzaju tokarki poruszanej nogą za pomocą systemu sznurków i kółek. Czasami przedmiot ozdabiano przy pomocy rylców. W warsztacie rogowiarskim w użyciu były też młotki, kowadełka przecinaki. Najczęściej w obróbce używano rogów jelenia i łosia. Rogowiarze pracowali także na kości wymagającej dodatkowych zabiegów odtłuszczających. W warsztacie odkrytym na wyspie Wolin naliczono 7 tyś odpadów różnej wielkości, świadczy to o tym, że i ten zawód przechodził z ojca na syna.

    #gruparatowaniapoziomu
    #slowianie
    #rodzimowierstwo
    https://tojuzbylo.pl/wiadomosc/zycie-codzienne-slowian-cz6
    pokaż całość

    źródło: tojuzbylo.pl

  •  

    Legenda, ktora jest z pewnością jedną z najstarszych ze wszystkich znanych słowiańskich legend. Opowiada historię trzech braci słowiańskich, którzy zdecydowali się odejść razem z przeludnionej ojczyzny, gdzie nie mogli już karmić swoich plemion, aby znaleźć nowe miejsca, w którym mogliby się osiedlić. Tymi braćmi byli Lech, Czech i Rus.

    Wielu uczonych próbuje umiejscowić tę legendę na osi czasu historii i wskazują oni na okres wczesnego średniowiecza, który mógłby datować legendę na około 6 wiek naszej ery, ale jego początki mogą sięgać znacznie dalej. Polska legenda podkreśla, że były to czasy, kiedy wszyscy Słowianie mówili jednym ojczystym językiem i zamieszkiwali jedną ziemię.

    Najpierw Lech i Czech pożegnali się z Rusem, który wybrał się na wschód, na rozległe stepy, gdzie wiatr wiał swobodnie.

    Brat Czech jako drugi ze swoim plemieniem . Poszedł na zachód, dowiedziawszy się o żyznych ziemiach

    Lech i jego ludzie szli dalej na północ, mijając wiele niezamieszkanych ziem, ale przez długi czas nie mogli znaleźć niczego, co mogłoby ich wszystkich wyżywić. Pewnego dnia zatrzymali się na wyjątkowo pięknych krainach z gęstymi lasami i czystymi wodami pełnymi zwierząt i ryb, i zdecydowali się na dłuższy odpoczynek.

    Potem zobaczyli niezwykły widok, który Lech i starszyzna plemienia interpretowali jako dobry omen . Ogromny biały orzeł pojawił się na niebie i usiadł na pobliskim dębie, gdzie zbudowano jego gniazdo. Przed lądowaniem na dębie orzeł zatrzymał się w powietrzu z szeroko otwartymi skrzydłami, jego pióra pięknie kontrastowały z czerwonym wieczornym niebem.

    Po konsultacjach ze starszymi, Lech postanowił zostać w tym miejscu. Jego plemię zbudowało fortecę i nazwał ją Gniezno po słowie oznaczającym "gene zno"(geny zna), czyli "gniazdo".

    #slowianie #slowianskapolska #polska #czechy #rosja #bialorus #ukraina #rodzimowierstwo #historiaslowian #mitologiaslowianska #gniezno #piastowie #godlo #patriotyzm #ciekawostkihistoryczne #historiapolski #historia #starozytnosc #epokavilka #slavorum #lehja #lechistan #wielkopolska #lechici #orzelbialy
    pokaż całość

    •  

      @binuska: może więcej ci się rozjaśni i pozbędziesz się (mam nadzieję) rasistowskich zapędów, gdy prześledzisz i zrozumiesz badania genetyczne. Także rosyjskich uczonych. I przypomnisz sobie powiedzenie starych Ruskich: poskrob Ruska, a znajdziesz Polaka.
      I jeszcze jak interesują Cię Scytowie to wiedz, że Scytami Królewskimi byli Lachy, czyli Panowie, czyli Królowie. A o Scytach ze wschodu Herodot pisał jak o dzikich kanibalach, którzy zjadali szczątki swoich starszych krewnych. Taka bida była. I wiele się chyba nie zmieniło...
      Także więcej pokory i powodzenia w badaniach ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (11)

  •  

    Trzy grobowce Krakowskie: Lecha, Wandy i Kraka.
    Grobowiec pierwszego przywódcy Lecha został rozebrany przez katolicki zabór austriacki, nie wiadomo co zrobili oni z ciałem wielkiego władcy. W miejscu kopca natomiast wybudowano austriackie koszary.
    Ojcem Lecha byl Pan i jest on pochowany na bliskim wschodzie. Lech na czas pogrzebu swojego ojca zamieszkał z armia w nowej miejscowości, dzisiejszym Wet Lechem (tj. Dom Lecha).

    #slowianie #historia #slowianskapolska #ciekawostkihistoryczne #nauka #liganauki #religia #rodzimowierstwo #historiaslowian #wawel #babel #krakow #malopolska #wandalia #epokavilka #lehja #arianizm #aria #wiedzaprzyrodzona #warjagi #mitologiaslowianska #piramidy #starozytnosc #jasnastronamocy #historiapolski #polska
    pokaż całość

  •  

    #craftbeer #piwo #slowianie #kraft #chillout

    Rewalacja. Do lektury w sam raz. Warto wracac, do piwa na pewno.

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 1544384953920.JPG

    •  

      @nowik1492 Moze kwestia przechowywania?
      Mam u siebie na wiosce sklepik gdzie wlascicel sprowadza krafty na chybil trafił i kilka razy widzialem jak pracownicy w upal, rano rozladowywali dostawczaka. Piwo stalo nieodpodal w pełnym sloncu. Po poludniu dopiero wedrowalo do lodowek.

    •  

      @Mawrycyj: Nie dziwi mnie to, bo półroczna IPA nie wróży dobrze :D. Ale fakt im lepiej przechowana tym dłużej wytrzyma, ja wszystkie ipki trzymam w lodówce, ale tamta nie była moja więc nie wiem, mogło być jak mówisz :).

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    TYLKO POD TĄ FLAGĄ, TYLKO POD TYM ZNAKIEM, POLSKA JEST POLSKĄ A POLAK POLAKIEM
    #patriotyzm
    #4konserwy
    #neuropa
    #slowianie

    źródło: Polska.jpg

  •  

    Słowianki w swoich ludowych strojach na Serbskich Łużycach początek XX w. Zdjęcie pochodzi z instytutu dziedzictwa serbskiego w Burkau/Burków, Niemcy.

    #slowianie #serbia #niemcy #luzyce #prawoslawie #starszezwoje #fotohistoria #fotografia #kultura #zdjecia #vintage pokaż całość

  •  

    Co jedli Słowianie- dieta przodków

    Mięso

    Słowianie jak wszyscy barbarzyńcy chętnie sięgali po mięso i jedli go wcale nie mało. Mieszkali w okolicach otoczonych lasami więc zdobycie dziczyzny nie stwarzało im kłopotu. Oczywiście polowanie wymagało pewnego nakładu czasu, ale po zabiciu zwierzyny cała osada, złożona najczęściej z kilku gospodarstw mogła spożywać zdobycz przez co najmniej kilka dni. Wiele osób sądzi, że w dawnych czasach dostęp do mięsa był bardzo ograniczony, tak działo się głównie z upływem wieków w średniowieczu, a później nowożytności. Gdy liczba mieszkańców wzrastała, liczba hektarów lasów malała, a więc i zwierzyny, na którą można było polować, a żołądków do wykarmienia coraz więcej.
    Przeciętny Słowianin miał mięsa pod dostatkiem. Za pewne był to jeden z powodów, dla których kultury barbarzyńców przerastały Rzymian o głowę. Działo się tak ponieważ, w starożytnej Romie nie było tak szerokiego dostępu do mięsa, a szczególnie dziczyzny. Na dodatek Rzymianie otwarcie uznawali chleb i potrawy mączne za najlepsze i najzdrowsze, niestety błędnie. Źle zbilansowana dieta owocowała tym, że przeciętny legionista mierzył około 160cm wzrostu, a przeciętny Germanin czy Słowianin sięgał ponad 175-180cm.

    Jakie więc mięso jedzono?

    Z dziczyzny były to wszystkie zwierzęta leśne, od niedźwiedzi, jeleni, dzików po lisy, fretki czy wiewiórki. Żywiono się też ptactwem głównie dzikim, bo szczątków kur spotykano w wykopaliskach niewiele.

    Mięso było najczęściej pieczone, wędzone lub gotowane. Z powodu niedoskonałości ówczesnych naczyń gotowanie trwało bardzo długo, nawet kilka godzin. Działo się tak ponieważ, glinianych naczyń nie stawiano bezpośrednio nad ogniem, a obok ognia, tak łapiąc żar woda zaczynała się delikatnie gotować mięso. Pieczono najczęściej na rożnie bądź zawieszone mięso nad paleniskiem. W taki sam sposób wieszając wysoko nad ogniskiem wędzono mięsa zaprawiane solą(niezbyt często) i ziołami.

    Jeśli chodzi o zwierzęta hodowlane to były to głównie krowy, kozy i owce. Nie hodowano prawie wcale świń, ze względu na trudność w transporcie tych zwierząt, słabą przydatność do pracy, czy brak mleczności. Zwierzęta hodowlane jedzono dopiero gdy było już stare lub chore i nie wykazywało przydatności w gospodarstwie.

    Mięso dostarczało Słowianom dużo dobrej jakości białka, minerałów takich jak cynk, magnez czy wapń, a także witamin z grupy B. Dawało to siłę, podstawy do rozbudowy muskulatury i wzrostu.

    Ryby

    Jeziora i rzeki w czasach przodków Mieszka były pełne ryb. Jeśli Słowianin wyruszał przygotowany do rybołówstwa to na pewno nie wracał z pustymi rękoma. Większość osad była położona blisko zbiorników wodnych czy rzek, tak więc praktycznie każdy miał wodne stworzenia w swojej diecie.

    Jedynym problemem ryb była krótka trwałość, bardzo szybko się psuły przez co trzeba było zjeść je jak najszybciej i nie można było przechowywać w czasie niedostępności.

    Ryby pieczono lub wędzono. Pieczono na rożnie bądź nabite na zaostrzony kij i trzymane nad ogniskiem.

    Jakie ryby jedzono? Odpowiem krótko, wszystkie ryby rzeczne, które i teraz występują w naszych wodach. Mając dostęp do wielokrotnie większych populacji ryb można było rzeczywiście przebierać w ulubionych gatunkach.

    Ryby oczywiście dostarczają łatwo przyswajalnego i lekkostrawnego białka, zdrowych tłuszczy, co prawda te rzeczne mniej, ale nadal mają pewne dawki. Dużo minerałów i witamin.

    Zboże

    Podstawą diety Słowian były oczywiście produkty roślinne, a głównym źródłem węglowodanów było proso. Pewnie mało kto z was spotkał się z tą nazwą na półkach sklepowych. Otóż proso to kasza jaglana, oczywiście odpowiednio wyłuskane ziarna prosa. Jedna z właściwości tego zboża to taka, że nie zawiera glutenu, a co za tym idzie nie nadaje się do wypieku chleba czy ciast. Nasi przodkowie więc żywili się w dużej mierze kaszą, polewkami z kaszą czy różnymi wariacjami odnośnie kaszy jaglanej. Do kaszy dodawana jajka, mleko czy warzywa. Być może stąd pochodziło zdrowie i siła Słowian – z braku glutenu w diecie.

    Kasze gotowano w dużych naczyniach, następnie domownicy spożywali ją z tego samego naczynia wszyscy razem. Zawiera ona całą paletę witamin, minerałów, trochę roślinnego białka i dużo węglowodanów, które przez długi czas dostarczały energii potrzebnej do pracy. Pomagała też utrzymać zdrowie przewodu pokarmowego.

    Zdarzały się też uprawy pszenicy, jęczmienia czy żyta, jednak upowszechniały się dopiero w kolejnych wiekach. Pradawni Słowianie uwielbiali prosto, być może nie ze względu na jego smak, a z powodu łatwości w uprawie, wytrzymałości na warunki pogodowe i dużych plonów. Liczyło się jedno – ma być co włożyć do ust.

    Wysuszone nasiona stanowiły pokarm w czasie zimy.

    Warzywa

    Królował bób i groch. Te rośliny uprawiano chętnie ze względu na szybsze plonowanie od zbóż i często stanowiły podstawę diety zamiast prosa. Zawierają one dużo białka roślinnego, węglowodany i błonnik. Doskonale sprawdzają się w zdrowej diecie do dziś.

    Słowianie posiadali przydomowe ogródki w których uprawiano takie warzywa jak właśnie bób i groch, ale także ogórki, soczewicę, z czasem poznano kapustę. Na łąkach i w lasach zbierano zioła i inne warzywa jak marchew, seler, cebula czy czosnek.

    Warzywa dodawano do kaszy i gotowano zupy. Gromadzono także zapasy na zimę.

    Owoce

    Zbierano dziko rosnące jabłka, gruszki, porzeczki, a także runo leśne jak maliny, poziomki czy jagody. Jedzono je raczej na miejscu albo z serami mlecznymi. Stanowiły głównie dodatek, choć czasem zasadzano obok domostwa drzewa owocowe, większość osadników nie stosowała tego procederu z prostego powodu, częstej zmiany miejsca zamieszkania.

    Tłuszcze

    Głównym olejem w diecie Słowian był olej lniany, wyciskany z nasion lnu uprawianego w przydomowych ogródkach. Olej lniany to bogactwo kwasów omega-3, całkowicie niezbędnych do funkcjonowania mózgu czy gospodarki hormonalnej czy odporności. Kolejny czynnik przemawiający za świetnie zbilansowaną dietą przodków Polaków. Nawet nie wielka ilość oleju lnianego dodanego do kaszy czy sera uzupełniała w błyskawiczny sposób kilkudniowe zapotrzebowanie na kwasy omega-3.

    Olej pozyskiwano także z… tłuszczu fok, na które polowano w nadbałtyckich osadach.

    Kolejnym źródłem tłuszczy były orzechy, znów mamy do czynienia z kwasami omega-3, a także dużą ilością białka. Taka dieta nie mogła nie przynosić rezultatów w postaci zdrowego i silnego organizmu, rozwiniętych mięśni szkieletowych i zdrowego serca.

    Wszystkie te źródła kwasów tłuszczowych nienasyconych pozwalały męskim przedstawicielom Słowian utrzymać wysoki poziom naturalnego testosteronu, w połączeniu z dietą bezglutenową, dużym spożyciem białka zwierzęcego i wapnia pozwalało to na zbudowanie pokaźnej masy mięśniowej i osiągnięcie wysokiego wzrostu jak już wcześniej wspominałem. Brak cukru, fitoestrogenów(oprócz soczewicy) i tłuszczy nasyconych tylko wzmagał ten efekt i powodował, że nasi przodkowie rzeczywiście byli nieokiełznani i żądni krwi jak przedstawiano ich w starożytnym Rzymie.

    Produkty mleczne

    Były ważnym składnikiem diety, jednak nie było to mleko krowie. Z powodu nieznajomości funkcjonowaniu układu rozrodczego krów, a także wykorzystywania bydła do pracy uważano krowy za słabego producenta mleka. Wykorzystywano mleko kóz i owiec. Z tego mleka wytwarzano sery. Pito raczej rzadko, a jak już to podawano je głównie dzieciom. Mleko dodawano także do kaszy.

    Dodatki

    Cukrem Słowian był miód, pozyskiwany prosto z lasu, a z czasem z pasiek. Był bardzo ceniony ze względu na swój słodki smak, którego brakowało w tamtych czasach. Wytwarzano też z niego alkohol. Miód zawiera wiele cennych minerałów i witamin.

    Z przypraw wykorzystywano głównie zioła, takie jak tymianek, majeranek, mięta, szałwia czy czosnek. Sól była towarem trudno dostępnym i luksusowym.

    W czasach mniej urodzajnych jedzono takie rośliny jak pokrzywy czy rdest.

    Niewiele jest dowodów na hodowlę kur, więc jajka najczęściej pochodziły ze znalezionych gniazd ptaków leśnych.

    Napoje

    Wbrew niektórym twierdzeniom, że to piwo był podstawowym napojem, Słowianie pili głównie wodę źródlaną. Ich osady zawsze leżały w pobliżu źródełek lub odnajdywano obok nich studnie.

    Następnym w kolejności napojem było rzeczywiście piwo, którego nie zaprawiano jeszcze wtedy chmielem. Piwo było powszechnie wytwarzane przez Słowian, a pierwsze wzmianki o tym pochodzą już z VI wieku n.e. Wytwarzano je z jęczmienia poddanego fermentacji. Niestety piwo to było niezbyt trwałe i łatwo się psuło z powodu braku hermetycznego przechowywania.

    Podsumowanie

    Pradawni mieszkańcy ziem polskich żywili się w sposób bardzo zbilansowany dostarczający im wszystkich potrzebnych do życia składników i minerałów. Oczywiście w artykule założono, iż był to czas urodzaju, ponieważ w czasie klęsk żywiołowych czy nieurodzaju zapewne wiele osób umierało z głodu. Świadczy to o tym, że nie zawsze było tak kolorowo. Jednakże, ich dieta była dużo zdrowsza niż najzdrowsza dieta obecnie, ze względu na brak wyjałowienia gleb, brak chemicznych nawozów, konserwantów, mięso, które jedli pochodziło od dzikich zwierząt żywiących się naturalnymi produktami, nie paszą faszerowaną chemią. Mleko nie było pasteryzowane, a ryby w rzece nie przyswajały rtęci i chemicznych zanieczyszczeń. Miód nie był syntetyczny, a wytworzony przez prace pszczół. Zboże nie było zmodyfikowane genetycznie, ani nawożone fosforem.

    Nie chcę też demonizować, że dziś nie ma szans na życie w zgodzie z naturą i zdrowe odżywanie, mamy przecież suplementy diety, rozwiniętą medycynę i długością życia wyprzedzamy Słowian o kilkanaście lat. Nasze noworodki nie umierają przy porodzie lub ich matki. Jednak pragnę zwrócić uwagę, że wg historyków głównym zagrożeniem w pradawnych czasach był głód, później wojny, następnie dzikie zwierzęta, a na koniec dopiero choroby. Jeżeli już człowiek przeżył okres dzieciństwa to mógł mieć pewność, że w zdrowiu dożyje starości, ponieważ największa śmiertelność była wśród niemowląt i dzieci. Stąd także średnia wieku oscylująca w okół niewyobrażalnych 25 lat. Żyli w jednym celu – aby żyć, jednak w zgodzie z naturą, a natura wynagradzał im to zdrowiem i witalnością.

    http://www.smakzdrowegozywienia.pl/wiadomosc/co-jedli-slowianie-dieta-przodkow.html

    #slowianie
    #ciekawostki
    #polska
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Śmieszą mnie te protesty "patriotów" ostrzegających przed islamem, uważających że ich żydochrześcijanstwo będzie swoistym murem przed "najeźdźcami z zachodu"
    Przecież Polska już ich ma i jesteś nimi Ty, żydokatoliku oraz Twoi chanukowi bracia w wierze. Najpierw za pomocą zdrajcy Mieszka I dokonano obrzezania narodu Polskiego, a obecnie po ulicach regularnie paradują wyznawcy sekty z Judei

    A co do zdjęcia, to najśmieszniejsza jest chyba flaga UE z wizerunkiem Miriam w środku. Na bank np taka laicka Francja o niczym innym nie marzy tylko o duchowym doznaniu ze strony współczesnych agentów Sanhedrynu
    #bekazkatoli
    #slowianie
    #4konserwy
    #neuropa
    pokaż całość

    źródło: joszue.jpg

  •  

    Ruiny Cerkwi w miejscowości Nowa Cerkwia na Ślůnsku. Cerkiew powstała w okresie Wielkiej Morawy i należała pierwotnie do prawosławnej Eparchii Ołomunieckiej, miasta na dzisiejszej Morawie w Czechach.

    #prawoslawie #slask #religia #chram #cerkiew #slowianie #silesia #ciekawostkihistoryczne #wielkiemorawy #opolskie #historiaslaska #slunsk #slunzoki #slowianskislask #silesiorum #opolszczyzna #religioznawstwo pokaż całość

  •  

    Cieszy mnie fakt, że w Polsce tak popularne są Mikołajki - Słowiańskie święto w którym prezenty w okolicach 6 grudnia roznosił Spas Zimowy
    To tylko pokazuje, że rodacy nawet pomimo zaczadzenia żydochrześcijaństwem, są w stanie kultywować rodzime tradycje
    #polska
    #slowianie
    #bekazkatoli

    źródło: Spas.jpg

  •  

    Oleg Mądry – książę zwierzchni Rusi w latach 879 – 912, Wariaga, następca i krewny Ruryka Lachina. Kniaź Ruski Oleg przeniósł stolicę z Nowogrodu Wielkiego do Kijowa, dając początek Rusi Kijowskiej, pierwszej państwowości Białorusi, Ukrainy, Rosji i Rusi Zakarpackiej.

    Ukraińcy zapewne znają od podstaw swoje najważniejsze nazwy takie jak np. Cerkiew i Ukraina (nie mylić tutaj z Ukrainą Wandeburską od nazwy rzeki Ukry). Nazwa Ukraina wywodzi się od skrótu U-K-R (U Kijev Rasyja), do zwykłego skrótu pełnej nazwy UKR dla uproszczenia dodano słowiańska końcówkę "aina" tworząc słowo UKRaina. Dzisiaj w świecie mało kto używa pełnej nazwy rozwijając skrót UKR, podobnie jak USA czy RPA.

    Cerkiew, to słowo pochodzi z Kijowa. Połączono tutaj dwa słowa Car i Kijów, w czasach gdy Car wraz z prawosławnym patriarchatem i cala tajna ówczesna biblioteka Rzymska musiał opuścić Konstantynopol (Carogród). Po tych przenosinach nowy patriarchat nazywano Cara-Kijewski, Car-Kiewny lub Car-Kiev i tak mamy słowo Cerkiew, używane również jako synonim prawosławnego chramu.

    W późniejszych czasach potopu szwedzkiego prawosławny patriarchat wraz z Carem jeszcze raz musiał zmienić swoje miejsce, gdyż ofensywa Szwedzka zatrzymała się dopiero pod Donieckiem. By nie tworząc nowych wariacji w nazwach patriarchat umieszczono w mieście gdzie z samej nazwy wiemy, że jego mieszkańcy wywodzą się z Kijowa. W samej nazwie znajduje się informacja o pochodzeniu My-z-Kijowa, Mou-s-Kiev czytając z cyruliki literka "ou" to "oy" oraz "s" to poprostu "z". Wiec dzisiejszy prawosławny patriarchat Moskiewski tak naprawdę znaczy "Moy-z-Kijewa patriarchat", czyli jest to ten sam Kijewski patriarchat i ludzie tylko w innym miejscu.

    #ukraina #warjagi #prawoslawie #cerkiew #religia #vikings #rosja #moskwa #kijow #donbaswar #liganauki #slowianie #lingwistyka #naukowcywiary #rosjawstajezkolan #epokavilka #rurykowicze #chram #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    •  

      @Aryo: Niestety ale plan narodowo pogański, który zaprezentowałeś nie wypalił na świecie. Na 4500 letniej mapie na terenie wschodniej Europy zaznaczona jest tylko Białoruś, dokładnie tłumacząc na Polski to nazwa brzmi Biała Rasa. Najstarsza miejscowość na Śląsku to Rusko, ludzie w tym miejscu żyli 500.000 lat temu.

    •  

      @binuska: Musisz być naprawdę dobrym trollem.

      pokaż spoiler ale nie mam poczucia humoru. Nawet jak wyczuwam żart ( ͡° ʖ̯ ͡°)


      Niestety ale plan narodowo pogański, który zaprezentowałeś nie wypalił na świecie. Na 4500 letniej mapie na terenie wschodniej Europy zaznaczona jest tylko Białoruś, dokładnie tłumacząc na Polski to nazwa brzmi Biała Rasa.

      Oprócz (krainy) Białej Rusi jest jest jeszcze Ruś Czarna, Ruś Czerwona

      Niektórzy uczeni przypuszczają, że „kolorowe” nazwy Rusi powstały w XIII wieku i były zapożyczeniem od ludów ałtajsko-tureckich[a][2], które używały kolorów do oznaczenia kierunków geograficznych (czerwień – południe, biel – zachód, czerń – północ, wschód – niebieski, środek – zielony). Przykładowo tur., tuw., ałt. wyraz „kara”[3] znaczy zarówno „czarny”, jak i „północ”[4].
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (11)

  •  

    Relikwiarz Krzyża Prawdziwego.

    Jest to mały relikwiarz, pochodzący z Konstantynopola, zaprojektowany tak aby pomieścić relikwię krzyża prawdy Pana. Wykonano go w 815 roku, ze złoconego srebra, złota i emalii w całości z pokrywką. Fizyczny materiał ikon i zawartość relikwiarza zawierały ducha i energię o wielkiej mocy, co tłumaczy jego stan.

    Wnętrze skrzyni jest podzielone przez ściany, które tworzą 5 sekcji. Tam znajdował się drewniany krzyżowy relikwiarz (podwójny krzyż), który idealnie pasował do głównej sekcji, a cztery otaczające go przedziały zawierały inne święte relikwie, takie jak kości, włosy, tkaniny itp. Jedna ze scen na nim przedstawionych to Anastasis, czyli ściągniecie Adama i Ewy z piekła. Bukwicowy tekst w tym miejscu przekłada się na: "Harie z Hariom Gena"

    Prawosławna relikwia została skradziona przez Krzyżowców podczas krucjaty na Konstantynopol i następnie należała do papieża Innocentego IV. Obecnie jest prezentowana na wystawie Metropolitan Muzeum w Nowym Yorku.

    #religia #prawoslawie #sztuka #slowianie #ciekawostkihistoryczne #cerkiew #liganauki #konstantynopol #wiara #relikwie #bukwica #naukowcywiary #starszezwoje
    pokaż całość

  •  

    Płyta z Baśki. Jeden z najstarszych zabytków pisma głagolickiego, stworzonego przez św. Cyryla podczas misji na Wielkich Morawach. Wypisana kamienna płyta zawiera opis darowania ziemi przez króla Dymitra Zwonimira dla opactwa benedyktynów na Chorwackiej wyspie Krk.

    #prawoslawie #glagolica #slowianie #chorwacja #wielkiemorawy #religia #ciekawostkihistoryczne #jugoslawia #epokavilka #balkany #cerkiew pokaż całość

    •  

      @BudkaStonogi: jugoslavia=poludnioslawia, jugo=południe. Wyspa KRK, jest na Południu Sławi czyli na Jugo Sławi. Po Polsku ten kraj powinien się nazywać Republika Południowo Słowiańska. Aha jakbyś zapytał jeszcze o nazwę KRK to: KRK=KRKWIA=CRKWIA.

    •  

      @binuska:
      Że co?xDDDDDDD

      Jugosławia powstała dopiero w xx wieku, a ty postujesz zdarzenia że średniowiecza xdd

      Aha jakbyś zapytał jeszcze o nazwę KRK to: KRK=KRKWIA=CRKWIA

      ???
      KRK może równie dobrze oznaczać, kościół rzymskokatolicki, albo miasto Kraków

      Więc乁(o ʖ̯o)ㄏ

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Słowiańska siła zbrojna

    Pierwsza "armia państwowa"

    Już w poprzedzających Mieszka I wiekach rozpoczęło się kształtowanie instytucji drużyny, a wybitny badacz słowiańszczyzny Henryk Łowmiański zauważył, iż "zjawisko drużyny w jego pierwotnej postaci jest znane społeczeństwom przedpaństwowym"[1]. Większość badaczy przyznaje ponadto, iż drużyna była głównym czynnikiem podpierającym władzę książęcą[2].Trudno więc obronić pogląd, iż utrzymywana w takich warunkach drużyna nie była wprawna w walce i wymagała zewnętrznego czynnika szkoleniowo-organizacyjnego w swoim składzie. Reasumując, wczesne drużyny grodowe znane były plemionom prapolskim od dawna, a przynajmniej od początku X wieku.

    W wyniku powiększania władzy książęcej mamy do czynienia z drużyną ściśle już państwową, która szczyt swej potęgi datuje od połowy owego wieku. Trzeba też dodać, że o informacje o wojskach Mieszka I i Bolesława I Chrobrego podaje szereg źródeł, ale żadne z nich nie wspomina o obcym jej pochodzeniu, czy importowaniu sposobów walki. Wręcz przeciwnie zawsze podkreślana jest siła władców słowiańskich, czy polskich i ich ludu. Te same źródła mówią o zaopatrywaniu drużyny przez księcia w sprzęt wojskowy, odzież, otaczaniem "opieką socjalną" ich rodzin, rozporządzaniem ich ożenkiem, co dowodzi, iż była to formacja stanowiąca w zasadzie zalążek armii państwowej, a nie najemnicy, którym płaci się za usługę. Czy więc rzeczywiście wcześni książęta polańscy i polscy mogli polegać na tak niezależnym i nietrwałym czynniku, jak opłacani najemnicy?

    Wybitny archeolog, prowadzący przez dziesiątki lat wykopaliska na Wolinie, były dyrektor Muzeum Narodowego w Szczecinie, znawca tematyki wczesnego średniowiecza prof. Władysław Filipowiak, w wywiadzie z 2000 roku zapytany o rzekomych najemników normańskich w drużynie Mieszka I powiedział: "Już była dyskusja na ten temat i nie ma co więcej dyskutować (...) Jeśli nawet uczestniczyli w niej (drużynie - przyp. I.G.) inni, to znaczną większość musieli stanowić miejscowi woje i ci decydowali o wszystkim".[3] Zdecydowanie odrzucił też możliwość udziału najemników wskazując, iż mamy tu do czynienia z "pierwszą armią państwową.

    Sztuka wojenna Słowian

    Jeden z najznakomitszych znawców Słowiańszczyzny Witold Hensel stwierdził, iż "prawie wszystkie przekazy pisane mówią o dużych umiejętnościach Słowian w zakresie sztuki wojennej".[4] Słowiańska technika wojskowa była na tyle zaawansowana i skuteczna, że stanowili oni już w VI w. n.e. groźną siłę i prowadzili z powodzeniem walki z Bizancjum (oblegając nawet Konstantynopol), Awarami, czy Frankami. A były to nie tylko walki obronne, ale często i zaczepne, prowadzone na terytorium wroga. Jeden z kronikarzy bizantyjskich zanotował odpowiedź Dauritasa i innych wodzów Słowian naddunajskich gnębiących Bizancjum ok. 578/579 r. do posłów awarskich: "Jeszcze się taki nie urodził i nie pojawił pod słońcem, kto by potrafił ujarzmić nasza potęgę. Myśmy przywykli do tego, aby panować nad cudzymi ziemiami, a nie by kto inny nad naszą; i tego jesteśmy pewni, póki istnieje wojna i miecz."[5]

    Wielu spośród średniowiecznych kronikarzy dawało świadectwo swego uznania dla skuteczności wojennej Słowian. Orderyk Vitalis opisał wyprawę króla duńskiego Swena na Anglię z 1069 roku, w której wspomagała go m.in. Polska, a także plemiona Luciców (Wieletów), o których wyraził się iż "lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i na morzu".[6] Wojowniczość Słowian podkreślało wielu kronikarzy, jak choćby wtedy, gdy wspominali, że: "ogólnie rzecz biorąc Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni i gdyby nie ich niezgoda, wywołana mnogością ich gałęzi i podziałów na szczepy, żaden lud nie zdołał by im sprostać w sile".[7] Prawdopodobnie Słowianom nieobcy był także szał bitewny, który wywoływany bywał u wielu ludów w bardzo różnych czasach, a który najpowszechniej znany jest w przypadku wikińskich berserkerów.

    Takiego szału możemy dopatrywać się w opisie słowiańskiego ataku na Konungahelę autorstwa Snoriego Sturlasona, mówiącego, iż po wydaniu przez księcia Racibora rozkazu do szturmu, jeden z jego wojów samym tylko mieczem lub toporem, nie zważając na draśnięcia i rany, odrzuciwszy nawet tarczę przedarł się do samej bramy zabijając w niej wartowników. Obrońcy zarzucali go gradem pocisków, te jednak chybiały lub nie robiły wrażenia na rozjuszonym wojowniku. Obrońcy pomyśleli więc, że to magia go chroni, "na to ksiądz Andrzej wziął święcony ogień, pobłogosławił go i wsadził weń ostrze, aż się opaliło, to nabił na strzałę i podał Asmundowi. Ów wystrzelił ją na czarownika, a ta ugodziła go tak, że od razu miał dość i padł na ziemię". Tak wydarzenia te tłumaczył autor sagi, my jednak możemy pokusić się o wyjaśnienie, że naczelnik Semund polecił wprawnemu łucznikowi Asmundowi ostateczne usunięcie wojownika, ten bowiem zdawał się w szale nie odczuwać pomniejszych draśnięć czy ran.[8]

    Na szczególną uwagę zasługuje rodzima taktyka prowadzenia działań zbrojnych, bowiem plemiona mające stworzyć wczesnośredniowieczną Polskę wyspecjalizowane były w dostosowaniu jej do warunków terenowych panujących na ziemiach polskich, pokrytych gęstą puszczą, rozległymi bagnami i szerokimi rozlewiskami rzek. Wykorzystywano więc ukształtowanie terenu i cieki wodne do budowania głębokich linii fortyfikacyjnych. Charakterystyczna dla Słowian (ale nie tylko, bowiem wykorzystywano ją za czasów panowania Mieszka i Chrobrego podczas budowy wałów) jest technika wznoszenia grodów obronnych, polegająca na usypywaniu potężnych wałów o konstrukcji hakowej i skrzyniowej, zakończonych na szczycie ostrokołem.

    O umiejętnościach wojennych Słowian i wadze (dla celów obronnych) grodów świadczy przekaz tzw. Geografa Bawarskiego z IX wieku, który wymienia m.in. prapolskie plemiona, podając ilość grodów, którymi dysponują (871)[9]. Witold Hensel stwierdził wręcz, iż prapolskie fortyfikacje należały do najpotężniejszych tego typu w ówczesnej Europie. Skandynawia np. na tym tle wypada wyjątkowo mizernie, gdyż tam jeszcze do XIII wieku używano czasami prymitywnych ostrokołów[10], choć oczywiście nie można zapominać o przykładach skandynawskiego budownictwa warownego, jak choćby potężne obozy wojskowe tzw. grody typu "Trelleborg" wiązane z Haraldem Sinozębym. Wałami otoczone było też Hedeby i Birka, a poza tym całą Jutlandię odcięto od Niemiec potężnym wałem tzw. Danewirke.

    Podobnie zresztą wysoki poziom reprezentowali Słowianie w technice oblężniczej, gdyż już w walkach z Bizancjum, np. podczas zdobywania Salonik, posługiwali się różnymi machinami oblężniczymi. Gall Anonim pisze o używaniu przez Polaków, m.in. wyrzutni wielkich głazów działających na zasadzie łuków - samostrzałów. Znano je także na Rusi. Wiele z tego przejęto właśnie z Bizancjum lub czerpiącego z dorobku rzymskiego zachodu Europy.[11] Krystyna Pieradzka zwróciła uwagę, iż opisy ataku i zdobycia przez Słowian Konungaheli wspominają o miotaniu przez skandynawskich obrońców pocisków wyłącznie ręcznie, podczas gdy Saxo Gramatyk pisze, iż Słowianie broniąc Wołogoszczy w 1178 r. skutecznie używali machin miotających. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z przykładem twórczego rozwoju słowiańskiej myśli technicznej, bowiem zgodnie z opisem kronikarza obrońcy "przygotowali nieznane dotychczas machiny", które z niespotykaną celnością raziły okręty duńskiego króla Kanuta i arcybiskupa Absalona[12]. Także Andrzej Nadolski wskazuje na przekaz Thietmara dotyczący walk pod Niemczą w 1017 roku, mówiący o wykorzystywaniu machin oblężniczych przez wojska piastowskie i choć przekaz ten nie przybliża wyglądu machin to badacz nakazuje szukać analogii w innych krajach europejskich czerpiących z dorobku rzymskiego.[13]

    Słowianie do perfekcji opanowali także walkę podjazdową, którą wykorzystywali wobec silniejszego przeciwnika. Nawet niemiecki kronikarz Thietmar darzy uznaniem skuteczność słowiańskiej taktyki opisując walki Chrobrego z Niemcami na Śląsku, a wiadomo, iż te same sposoby używali Słowianie już w VI wieku, bowiem opisywał je bizantyjski cesarz Maurycjusz. Słowianie z powodzeniem łączyli działanie różnych rodzajów broni, jak Bolesław Chrobry, który wykorzystywał współdziałanie konnicy i łuczników, lub wcześniejsze, mieszkowe, mistrzowsko przeprowadzone działanie kombinowane przeciw potężnym ciężkozbrojnym oddziałom Niemców pod Cedynią. M.in. z opisów zdobycia Konungaheli wiadomo też, że Słowianie wykorzystywali strzelców wyborowych, osłanianych przez wydzielonych tarczowników i skutecznie rażących wybrane cele. Porównajmy to np. z wojownikami normańskimi, zwanymi wikingami, którzy przygotowani byli do zupełnie innego charakteru zadań bojowych, polegających głównie na szybkich wypadach, podczas których atakowali raczej bezładnie, bez konkretnej taktyki, by równie szybko dokonać odwrotu.

    Konnica i formacje piesze

    Około X wieku stopniowo na znaczeniu zyskiwała konnica, po długim okresie decydującej roli formacji pieszych. Nie był to proces swoiście polski, czy słowiański, lecz ogólnoeuropejski, gdyż w tym kierunku ewaluowała taktyka i technika wojskowa. Słowianie natomiast od dawna hodowali konie, oraz ujeżdżali je zarówno do celów transportowych, jak bojowych. Wiadomo, dzięki kronice Prokopa z Cezarei, iż już w latach 536/37 istniały oddziały konnicy w służbie Bizancjum, złożone z Hunów i Słowian.[14] Jest to oczywiste, gdy weźmie się pod uwagę, iż Słowianie stosunkowo późno opuścili tereny stepowe i przybyli na tereny środkowoeuropejskie. Poza tym przez setki lat, już na stanowiskach europejskich Słowianie sąsiadowali i walczyli ze stepowcami, a jak uczy historia wojskowości, technika w tym zakresie przenika od ludów z którymi toczy się najdłuższe walki (patrz przykład wschodniego sposobu uzbrojenia polskiego od XVI wieku, wraz z szablą; wcześniej natomiast, gdy walczyliśmy z europejską techniką wojskową rycerstwo polskie uzbrojone było w zachodnim stylu, choć ok. 50 lat spóźnione; uzbrojenie Rusi natomiast zawsze posiadało wyraźnie mieszany wschodnio-bizantyjski styl).

    Tak więc od ludów koczowniczych Słowianie przejęli strzemiona, a od VII, VIII wieku znali ostrogi z kolcami odgiętymi do środka, następnie przyjęły się strzemiona z kółkami, a od IX w. ze spłaszczonymi końcami ramion[15]. Niektóre ostrogi były bogato zdobione srebrem i złotem, które choć też zapożyczone (tym razem nie od ludów stepowych), produkowane były na miejscu, dawniejsza nauka twierdziła ponadto, że ostrogi znane były Słowianom już od okresu późnolateńskiego. Poza tym Ibrahim ibn Ja’qub, uczony i podróżnik żydowski z Kalifatu Kordoby w Hiszpanii, pisał, iż "Prapolacy" wyrabiają siodła i uzdy. W ówczesnej Polsce żyła rodzima rasa koni, podobna do tarpanów, niewielkich, ale bardzo wytrzymałych, podobnie jak konie późniejszych Mongołów.

    Można znów odwołać się do porównań ze Skandynawami, wykazując zasadnicze różnice. Wiadomo z wielu źródeł, iż tzw. wikingowie używali koni głównie do transportu drogą lądową, natomiast do walki stawali w przygniatającej większości przypadków pieszo. Owi wikingowie, jako piraci, handlarze, najemnicy podróżowali na swoich łodziach (tzw. drakkarach, knorrach), z których to często bezpośrednio rzucali się do ataku, jak było m.in. po splądrowaniu klasztoru w Lindisfarne (Anglia). Potwierdzenie tej tezy odnaleźć można w wielu przekazach opisów walk np. na południowym brzegu Bałtyku, czy podczas ataku na Paryż w IX wieku. Else Roesdahl pisze: "liczne (...) opisy walk wikingów pozwalają nam wnioskować, że (...) przeważali wśród nich piesi wojownicy. Koni używano w wojsku do celów transportowych na lądzie...".[16] Autorka nie wyklucza, że i Normanom zdarzało się walczyć "siedząc na koniu", ale określa to jako sporadyczne, gdyż nawet większość podróży lądowych odbywali oni pieszo. Dodajmy, iż trudno dziwić się pieszej walce Normanów, gdy weźmie się pod uwagę górzystość i skalistość znacznych połaci Skandynawii, a także brak podstawowego pożywienia dla koni (tereny ubogie w roślinność) co nie sprzyjało rozwojowi konnej techniki walki.

    Inaczej Słowianie, o których wiadomo, że na każdej łodzi, która wchodziła w skład flotylli płynącej z wyprawą na Konungahelę, wieźli 44 ludzi i 2 konie. Poza tym na pieszą walkę Normanów wskazuje już ich uzbrojenie ochronne w postaci okrągłej tarczy, która trzymana była w dłoni za imacz, czyli żelazny lub drewniany pręt dzierżony w garści oraz umba, wypukłe elementy żelazne, chroniące z zewnątrz dłoń walczącego (które są najczęstszym znaleziskiem, świadczącym o używaniu tarcz). W związku z tym walczący miał zajętą lewą dłoń i nie mógł prowadzić konia. Poza tym cała konstrukcja tarczy przeznaczona była głównie do walk morskich i przybrzeżnych. Także jej kolisty kształt niedostatecznie kryłby jeźdźca. Natomiast słowiańskie tarcze z tego kresu wykonane były w całości z materiałów organicznych, bez metalowych okuć, i dzierżone były na pasach nasuwanych na przedramię tak, że dłoń pozostawała wolna i mogła prowadzić wodze. Przystosowane więc były dla konnicy.

    Niektórzy uważają, że tarcze okrągłe, a więc takie jakich używali wikingowie, służyły do ochrony podczas bitew morskich, podczas gdy owalne przy walkach lądowych.[17] Faktem jest, że dość szybko upowszechniły się u Słowian tarcze kształtu migdałowatego lub owalnego, które choć na pierwszy rzut oka kojarzone mogą być z ochroną konnego, to często pojawiają się na ikonografii w kontekście wojowników pieszych. Kronikarz Saxo Gramtyk pisze, że przed samym starciem Słowianie polewali swoje tarze wodą, bowiem skóra obciągnięta na tarczach wysychała i kurczyła się od słońca, co zwiększało jej podatność na rozłupanie. Z doświadczeń wiadomo, że tarcza choćby z mokrego drzewa, mimo, że łatwiej w niej o wgniecenia, znacznie trudniej ulega rozłupaniu niż egzemplarz suchy.

    W swoich przekazach Ibrahim ibn Jakub donosi o mizernej jakości słowiańskich tarcz. Skąd brała się ta opinia? Tarcza często służyła jednorazowo, trudno bowiem spodziewać się, że kilka desek oprzeć miałoby się ciosowi potężnego topora bojowego, zwłaszcza zaś dwuręcznego. Prawdopodobnie więc tarcze produkowano masowo i szybko, a więc "ekonomicznie", skoro i tak chronić miała przy pierwszym zderzeniu lub przed ostrzałem łuczniczym czy procarzy. Zdanie takie zdaje się potwierdzać najnowsze odkrycie tarczy w Szczecinie (o kształcie sugerującym element przejściowy pomiędzy migdałem a trójkątem), której datacja choć dość rozciągła skłania się ku początkowi XIII wieku. Tarcza ta wykonana z sześciu deseczek drzewa olchowego ma grubość jedynie 5 mm (sic!) a o zniszczeniu czasem nie może być mowy, bowiem zachowały się malowidła na stronie zewnętrznej. Tarcza ta wpisuje się również w to co powiedzieliśmy wcześniej o braku okuć na szczytach słowiańskich, bowiem nie tylko jest ich pozbawiona, ale na stronie wewnętrznej zachował się skórzany pas - imacz.[18]

    Wracając do zagadnienia walki konnej - powyższe uwagi nie sugerują tego, że Słowianie nie stawali pieszo, bowiem rzeczywiście piechota stanowiła główną masę ówczesnych armii. Poza taktyką i wymogami terenu, wpływał na to także fakt, iż utrzymanie konnicy wiązało się z bardzo wysokimi kosztami. Konnicy dostarczali więc z jednej strony możni, z drugiej formacje drużynne, skupione wokół księcia i ważniejszych władyków plemiennych. Pieszo natomiast walczyła liczniejsza grupa pieszych tarczowników i masa pochodząca z pospolitego ruszenia, ona też była słabiej uzbrojona. Tekst kroniki Ibrahim ibn Ja’qub z połowy X wieku wspomina co prawda, iż Mieszko posiada drużynę pieszą, gdyż w jego kraju gęsto porośniętym lasem, trudno się było konnicy poruszać, ale wersja owa pochodzi z XIII-to wiecznego odpisu al-Kazwiniego, nie ma natomiast tego stwierdzenia w wersji al-Bekriego, który natomiast donosi o kraju Obodrzyców Nakona, iż obfituje w konie i że stąd się je eksportuje. Obie wersje natomiast donoszą, iż książę Mieszko daje swoim żołnierzom obok odzieży i broni, także konie.[19]

    Uzbrojenie - szłomy

    Składały się na nie dwie kategorie, tj. uzbrojenie ochronne i zaczepne. Do pierwszej z nich należą hełmy (czyli rodzime "szłomy"), tarcze (szczyty - patrz wyżej) i pancerze, do drugiej zaś głównie miecze, topory i włócznie.

    W przypadku szłomów - w X wieku używanych głównie przez wojskową elitę - najczęściej używanym modelem był hełm z nosalem, tzw. stożkowy, błędnie zwany "normańskim", gdyż dawniej łączono go głównie z północnymi wojownikami, podczas gdy był to typ używany w wielu krajach ówczesnej Europy.[20] Piękny egzemplarz takiego hełmu znany jest z Czech i łączony ze św. Wacławem. W tym przypadku dzwon hełmu pochodzi z wieku IX, nosal zaś dodano już w wieku X i to w dodatku błędnie, bowiem w tylnej części dzwonu! W Polsce szłomy znaleziono w Jeziorze Lednickim, ale te egzemplarze pochodzą już z XI wieku. Dzwony tych hełmów wykonane mogły być z jednego elementu, co dawało znakomite walory techniczne, ale trudność ich wykonania wpływała niekorzystnie na cenę. W związku z tym produkowano tańszą, pierwotną wersję w tzw. konstrukcji żebrowej.

    Innym modelem szłomu, używanym w państwie pierwszych Piastów były szyszaki, tzw. szłomy typu ruskiego, zwane też "wielkopolskimi", gdyż właśnie tam odnaleziono grupę takich hełmów. Znane ze swej pozłoty, prawdopodobnie stanowiły jednocześnie rodzaj insygnium, na który mógł sobie pozwolić wyłącznie książę i najbliższe otoczenie. Nie posiadały one zresztą tak dobrych walorów technicznych, jak hełmy stożkowe.

    Pancerze i kolczugi

    Podobnie z pancerzami. One również przypadły w udziale wyłącznie możniejszych wojownikom oraz "pancernej" części drużyny Mieszka i Mieszkowica. Najdoskonalszą formą pancerza jest oczywiście kolczuga, ze względu na swoją przewiewność i giętkość. Do innych natomiast rodzajów należy zaliczyć wszelkie pancerze złożone z przynitowanych niewielkich blaszek do skórzanego najczęściej fartucha (tzw. karaceny), w różnych konfiguracjach - czy to dachówkowej, czy sąsiadującej oraz pancerze tzw. lamelkowe, czyli łączone ze sobą blaszki, lub zbrojniki skórzane pozbawione podłoża. Claude Blair, angielski znawca broni nazwał "epoką kolczugi" lata 1066-1250, gdyż dopiero wówczas stała się ona nieco powszechniejsza.[21] Wśród Skandynawów kolczuga, czy w ogóle pancerz także nie były regułą, gdyż większość z nich walczyła bez żadnego uzbrojenia ochronnego poza tarczą. Na mniejszą ilość znajdowanych pancerzy i tarcz słowiańskich wpływa fakt, iż słowiańskie zwyczaje pochówkowe nakazywały dawać zmarłemu jedynie jego broń, a czasami elementy uprzęży konnej, a nie np. kolczugę.

    Miecze

    Najważniejszą, choć nie najpowszechniejszą bronią zaczepną był oczywiście miecz. Najczęściej znajdowanymi na ziemiach polskich mieczami są te, które wg systematyki J. Petersena należą do typu "X" i pochodzą z XI wieku. Nie jest to jednak miecz typowy wyłącznie dla Polski, gdyż - z soczewkowatą głowicą i dłuższym niż wcześniej jelcem - używany był w wielu krajach w ciągu XI wieku. Przypadało to na okres, kiedy miecze nie były już taką rzadkością jak wcześniej, produkowano je masowo, i w związku z tym mniej starannie. Ponadto pozbawione dawnego, przebogatego wystroju, przypadły w udziale szerszym grupom wojowników, a nie wyłącznie najmożniejszym. Dawniejsze miecze, mimo wspaniałego wyglądu i wysokiej ceny były słabo wyważone i używane mogły być wyłącznie do prostych cięć, podczas gdy nowszy typ (lepiej wyważony i lepiej leżący w dłoni) nadawał się do prostej szermierki. Miecz w tym czasie stał się bardziej narzędziem, stosunkowo tanim i poręcznym, niż dziełem sztuki. Wcześniejsze miecze o sztabkowej, czy choćby wachlarzowej głowicy, lub inne typy utożsamiano ze Skandynawią i stąd błędnie nazywano je "normańskimi", natomiast Andrzej Nadolski, najwybitniejszy polski znawca broni, twierdzi - w czym zresztą nie jest odosobniony - że w większości produkowane one były nie przez Normanów, ale w pracowniach frankońskich w Nadrenii, gdzie korzystano z wielowiekowych tradycji, sięgających jeszcze rzymskiej prowincji. Głownie (brzeszczoty) wędrowały po całej Europie i jedynie oprawa (rękojeść: głowica i jelec) dorabiana była zgodnie z miejscową modą.

    Wiele mieczy znanych z Polski pochodzi z importu, ale tylko część dotarła tu za pośrednictwem Skandynawów, większość natomiast bezpośrednio z zachodu Europy. Nawet na Rusi, która miała bardzo bliskie związki ze Skandynawią, większość mieczy importowanych pochodzi z Zachodu.[22] Trzeba dodać, że i skandynawscy naukowcy przyznawali, iż miecze sporządzane na półwyspie były dużo gorszej jakości, niż frankońskie.[23] Zwróćmy również honor słowiańskim kowalom, których wyroby były dobrej jakości, skoro zaopatrywano je w znaki producenta, co czyniono, by swoje dobre wyroby odróżnić od innych. Słowianie znali też i potrafili wyrabiać najlepszy i najdroższy rodzaj ówczesnej stali, czyli tzw. dalmacen skuwany, albo dziwer i to w różnych odmianach, a szeregu celowego stosowania odmian dowodzi relacja wybitnego uczonego arabskiego al-Biruniego z Chorezmu.[24] Zdaniem Z. Vany Słowianie wytwarzali miecze stalowe oraz sztylety o stalowych krawędziach-ostrzach zgrzewanych z żelaznym trzpieniem, co wskazuje na znajomość u nich techniki damascenizacji już od IX wieku.[25]

    Topory

    Słowo topór, jak pisze Aleksander Brückner w Słowniku Etymologicznym Języka Polskiego, jest prasłowiańską pożyczką z perskiego "tabar". Wiadomo też, że topór znany był Prasłowianom (wraz z nazwą) przynajmniej od V w. p.n.e. i to jak twierdzi J. Pieradzka właśnie od nich broń tę mieli zapożyczyć Normanowie wraz z nazwą, która brzmi u nich "taparoex", a pojawiają się zresztą dopiero w 1031 roku.[26] Wielu wikingów walczyło toporem, gdyż był on wiele tańszy od miecza, a poza tym idealnie nadawał się do rozłupywania tarcz przeciwnika. Wykształciły się swoiste odmiany toporów, używane przez Normanów, jak np. tzw. "danax" - "topór duński" o symetrycznym ostrzu. Swoiste typy toporów, jak choćby typ z asymetrycznym długim ostrzem tworzącym tzw. "brodę", wykształciły plemiona pomorskie i połabskie, dla których topór był ulubioną bronią.

    Włócznie

    Każdy woj, czy to pieszy, czy konny, i to w całej Europie, zaczynał walkę od posługiwania się włócznią, gdyż była to broń bardzo niebezpieczna i utrzymywała pewien dystans od wroga. Nadolski twierdzi, że na polu walki włócznia przeważa nad mieczem. O roli włóczni niech świadczy fakt, iż tzw. włócznię św. Maurycego podarował Chrobremu Otto III podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego, będącą później jednym z insygniów królów polskich, a przez podniesienie włóczni wojowie słowiańscy wyrażali swoją aprobatę na wiecach, włócznia zaś wbita w słup drewniany była w Wolinie symbolem Trzygłowa. Także germański Odyn miał za swój najważniejszy symbol właśnie ową broń drzewcową.

    Należy pamiętać, że uzbrojenia szeregowego woja pochodzącego z pospolitego ruszenia, lub co najwyżej z "niższej" lekkozbrojnej formacji tarczowników (działających obok "pancernych" wymienianych przez źródła) nie można stawiać do porównania ze sprzętem zawodowego wojownika z wyższej warstwy społecznej.

    #slowianie
    #polska
    #gruparatowaniapoziomu
    https://wiadomosci.onet.pl/kiosk/slowianska-sila-zbrojna/2488y
    pokaż całość

    źródło: Polska.jpg

  •  

    Stara moneta z okresu Wielkiej Morawy. Z bukwicy tłumacząc pisze na niej: "MIHAILKA I MARIA PISTOIWA SILESIS ROMAION"

    #monety #numizmatyka #slask #wielkiemorawy #prawoslawie #piastowie #archeologia #ciekawostkihistoryczne #bukwica #slowianie pokaż całość

  •  

    Jerzy V (cesarz Indii, król Wielkiej Brytanii) i jego kuzyn Mikołaj II (ostatni car i król Polski) w mundurach, Berlin 1913.

    Matki Jerzego i Mikołaja, były siostrami, co wyjaśnia, dlaczego wyglądają tak samo. To zdjęcie zostało zrobione podczas ślubu córki Cesarza, księżniczki Wiktorii Ludwiki z Prus. Ślub z ekstrawagancką oprawą, odbył się 24 maja 1913 r. w Berlinie. W gestii dyplomatycznej cesarz Wilhelm zaprosił prawie całą swoją dalszą rodzinę. Ślub stał się największym zgromadzeniem panujących monarchów od czasu zjednoczenia Niemiec w 1871 roku. Było to ostatnie wielkie wydarzenie społeczne wśród członków europejskiej rodziny królewskiej, tuz przed wybuchem I wojny światowej czternaście miesięcy później.

    #ciekawostkihistoryczne #fotohistoria #wielkabrytania #anglia #rosja #polska #niemcy #slowianie #monarchizm #europa #starezdjecia
    pokaż całość

  •  

    Jaćwingowie – waleczni Bałtyjscy wojownicy

    Jaćwingowie znani też jako Jaćwięgowie byli jednym z najbardziej wojowniczych i najpotężniejszych ludów bałtyjskich. Prowadzili razem ze spokrewnionymi z nimi Prusami i Litwinami liczne wojny i napady na ziemie ruskie, polskie oraz krzyżackie w celach rabunkowych. Oprócz waleczności mieli także swoją specyficzną kulturę i wierzenia. Ostatecznie Jaćwingowie ulegli zagładzie podczas ekspansji zakonu krzyżackiego oraz w wyniku asymilacji przez ludy ościenne. Dziś są niemal zupełnie zapomniani.

    Obszar Suwalszczyzny, które był niegdyś porośniętą poszczą. Już od IV w. p.n.e., był zamieszkany przez niewielkie grupy Bałtów Zachodnich – przodków Prusów i Jaćwingów, którzy przybyli tu znad Niemna i Mazur. Na przełomie I i II w. n.e. funkcjonował bursztynowy szlak, który łączył Imperium Rzymskie z Sambią, Mazurami i Litwą. Dzięki handlu z Rzymianami nastąpił rozwój gospodarczy tych terenów, a na początku II w n.e. w okresie wpływów rzymskich (I – IV w. n.e.) przyszedł złoty wiek kultury zachodniobałtyjskiej. Jej przedstawiciele rozwinęli rolnictwo, szczególnie hodowlę bydła, świń i owiec, a także uprawą prosa, pszenicy, żyta, jęczmieniu i grochu. Rokzwitło również tkactwo i wyroby z owczej wełny. Kultura zachodniobałtyjska była również znana z wytapiania żelaza z rud darniowych, tworzenie żelaznych narzędzi, a także używanie broni. Badacze uważają, że tego typu umiejętność mogli przejąć od Scytów. W trakcie badań archeologicznych znaleziono ponad 20 kurhanów należących do tej kultury.

    Po upadku cesarstwa zachodniorzymskiego przyniósł kryzys i znaczną utratę znaczenia plemion Bałtów. W trakcie wędrówek ludów w V-VI w. n.e., przybyła nowa fala grup Bałtów, która uciekała pod naporem Słowian z Polesia i Naddnieprza. Zajęła tereny Suwalszczyznę oraz wschodnią Litwę i Łotwę. Na tych obszarach na przełomie VI i VII wieku rozpowszechniła się technika koła garncarskiego. Ziemie jaćwieskie społecznie i klasowo skrystalizowały już w VII-XIII w. Nie wiadomo kiedy dokładnie pojawili się Jaćwingowie oraz jak siebie nazywali. Przez sąsiadów byli nazywani różnie, w zależności od tego czy źródła były polskie, krzyżackie, ruskie czy litewskie. W polskich byli nazywani Jaćwingami, Jaćwięgami, Jadźwingami, Sudowowiami, Polekszami lub Dajnowami. W litewskich: Jotvingiai Suduviai Dainaviai; w niemieckich: Jatwinger, Jadwinger, Jotwinger, Jatwägen, Sudauer, Pollexaner; a w ruskich: Яцьвягі.

    Według badaczy, każda z nazw dotyczyła pierwotnie tylko części terenu zamieszkanego przez Jaćwingów lub jednego z ich plemion i została przeniesiona na całą Jaćwież przez sąsiadujące z nimi narody. Zgodnie z tym poglądem Połekszanie zajmowali tereny obecnego Ełku i Olecka, od dwóch rzek Lega i Ełk (dawniej Łega i Łek). Dajnowie tereny dzisiejszej południowej Litwy, Jaćwież właściwa (Sudovia) obejmowała Suwalszczyznę. Sudowianami zaś mieli być nazywani również Prusowie zajmujący teren na wschód od Wielkich Jezior. Sudowowie byli identyfikowani ze starożytnymi ludem Sudinoi, o którym wzmiankuję już w II w. n.e. grecki geograf Klaudiusz Ptolemeusz. Jednak ta nazwa była potem błędnie używana przez średniowiecznych kronikarzy, ponieważ nie ma naukowych przesłanek by łączyć Jaćwingów z Sudinoi.

    Jaćwingowie wyodrębnili się z bałtyjskich Prusów najwcześniej w X wieku n.e. Pierwotnie zamieszkiwali teren pomiędzy Wielkimi Jeziorami Mazurskimi na zachodzie, rzeką Niemen na wschodzie i na północy oraz Narwią na południu, czyli tereny w większości leżącą obecnie na terenie północno-wschodniej Polski. Niektórzy uważają, że Jaćwingowie byli jednym z plemion pruskich, a inni z kolei, że innym ludem bałtyjskim spokrewnionym z nimi. Jaćwingowie byli znani z wielkiej waleczności. Prowadzili liczne wojny. W X – XII w. organizują liczne łupieżcze wyprawy na okoliczne ziemie ruskie i polskie, które nie pozostały bezkarne.

    W XIII wieku wyprawy nasiliły się za sprawą Zakonu Krzyżackiego. Unikali staczania walnych bitew oraz zdobywania fortyfikacji i swoją taktykę opierali na szybkich atakach na terytorium nieprzyjaciela i powrót z łupem na Jaćwież. Wyprawy odwetowe musiały się liczyć z ciężkimi warunkami terenowymi na Jaćwieży, ponieważ były to tereny zalesione, bagniste, z licznymi rzekami, jeziorami i wzgórzami morenowymi co ułatwiało organizowanie zasadzek przez Jaćwingów. Kroniki średniowieczne podkreślają waleczność wojowników jaćwieskich.

    Głównym ośrodkiem Jaćwingów był gród w miejscowości Szurpiły. Na Górze Zamkowej zbudowano gród, otaczając go potężnym drewniano-ziemnym wałem. Gród służył jako schronienie w czasie zagrożenia atakiem. Na przełomie XII i XIII wieku, rozbudowywano system obronny. Powstały kopce strażnicze, wały obronne, w tym jeden w połowie zboczy Góry Zamkowej. Pogłębiono także wąwóz i kanał, który połączył jezioro Tchliczysko z jeziorem Szurpiły. Następnie wąwóz zalano wodą, dzięki czemu powstało jezioro czarne.

    W późniejszym czasie nad wąwozem dobudowano most, który połączył gród z największą osadą.Na dnie jeziora Szurpiły znaleziono dwie groble, które są pozostałościami po umocnieniach.Nie tak zapewniały ochronę, a także zapewniały komunikacje. Kroniki XIII-wieczne wymieniają 15 włości jaćwieskich, z centrami administracyjno-gospodarczymi mieszczącymi się w obronnych grodach, stanowiących ośrodki silnego rozwoju gospodarczego. Wszystkich takich centrów było 80, w tym na ziemiach polskich 40.

    Religia Bałtów zalicza się do religii polisyntetycznych. Ich wierzenie były podobne do słowiańskich. Jednak różniły tym, , że bóstwa nie występowały pod postacią ludzką i częściej były płci żeńskiej. Jaćwingowie czcili ciała niebieskie (zwłaszcza słońce i księżyc oraz gwiazdy), zjawiska przyrodnicze: gromy i błyskawice oraz żywioły: wodę i ogień.Wierzyli również w różne demony i bóstwa opiekuńcze. Jaćwińscy wróżbici i zaklinacze węży przepowiadali przyszłość. Nie budowali świątyń, a za miejsce kultu służyły święte gaje, dąbrowy, źródła i kamienie. Jaćwingowie wierzyli w życie pozagrobowe. Składali ofiary ze zwierząt i płodów rolnych i czasem z jeńców wojennych.

    W połowie XIII w. nastąpiło zbliżenie Jaćwieży z księstwami mazowieckimi. Jaćwingowie zgodzili się na misje, nawet powołano biskupa Jaćwieży.Jednak chrystianizacja się nie powiodła, ponieważ Jaćwież nie była wystarczająco zorganizowana, a także trwał spór pomiędzy Polską i Rusią.W tym sam czasie zachodu na ziemie Bartów i Galindów (obecnie Mazury) ruszyła krzyżacka ekspansja. W latach 1248 -1255 przeciwko Jaćwież toczono polsko-rusko-krzyżackie wyprawy koalicyjne. Podczas pierwszej z nich zdobyto Raj siedzibę kunigasa (księcia) Stekinta. Południowi Jaćwingowie uznali wówczas zwierzchność mazowiecko – ruską.

    Walki o terytorium Jaćwieży Krzyżacy rozpoczęli na dobre w latach 1267-1277. W 1283 r. Krzyżacy przez 8 miesięcy oblegali górę Zamkową w Szurpiła, która była jedną z najważniejszych twierdz Jaćwingów. Została zdobyta dzięki zdradzie kilku wojowników jaćwieskich. Oznaczał powolnych upadek Jaćwingów. Gród nie został nigdy odbudowany. Niektórzy uciekli, a pojmani jeńcy zostali wysiedleni i odesłani na Sambię. Pod wpływem walk z Polakami, Krzyżakami i Rusinami i prowadzonej przez nich akcji kolonizacyjnej terytorium Jaćwieży kurczyło się i ograniczało się rejonu Suwałk, Sejn, Augustowa, Olecka i Ełku. Jaćwingowie żyli też na terenie Twarogów Lackich.

    Przez następne 150 nastąpil okres tzw. „pustki plemiennej”, podczas której nie prowadzono osadnictwa. Pozostała cześć Jaćwingów podporządkowały się władzom krzyżackim i stopniono traciły swą odrębność kulturową i językową. Przypuszcza się, że taką grupą mogli być Wigranie, którzy byli mieszkańcami jednej z wysp na jeziorze Wigry. Zostali oni wysiedleni dopiero w pierwszej połowie XV w. gdy rozpoczęto budowę myśliwskiego dworu królewskiego. Pozostaołość po nich dzisaj nazwy miejscowości i jezior, a także nazwiska- m.in.: Gatne, Zelwa, Gremzdy, Pierty, Turtul, Wigry, Waraksa, Kardel, Biłda, Gorlo. W okresie XIV – XV w. o ziemie Jaćwieży trwały walki pomiędzy Krzyżakami i Litwinami. Na mocy traktatu melneńskiego z 1422 roku Jaćwież została podzielona pomiędzy Królestwo Polskie, zakon krzyżacki i Wielkie Księstwo Litewskie.

    Był to początek nowego, końcowego rozdziału w historii Jaćwingów, którzy powoli ulegali asymilacji. Na przełomie XVI i XVII Jaćwingowie używali jeszcze języka staropruskiego. Pod koniec XIX wieku, wedle spisu dokonanego przez w 1860 roku w rejonie Grodna, zamieszkiwało 30 tys. osób, którzy identyfikowali się z Jaćwingami, mimo, że nie znali języka przodków. Po I i II wojny światowej, tożsamość narodowa Jaćwingów zanikła. Wymarłe i zapomniane plemię, wciąż pozostaje w pamięci historyków oraz pasjonatów, którzy są zafascynowani jego historią. Dzisiaj wiele osób z Polski, Białorusi organizują liczne obchody i rekonstrukcję historyczne związane z Jaćwingami, a archeolodzy dostarczają coraz więcej informacji o ich dawnym życiu.

    https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2016/04/30/jacwingowie-waleczni-baltyjscy-wojownicy/

    #slowianie
    #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Brakteat Jaksy. Moneta Jaksy z Kopanicy, z rodu Gryfitów – słowiańskiego księcia połabskich Serbów, zwanych też czasem Hawelanami. Na monecie znajduje się prawosławny krzyż, będący godłem Wielkomorawskim.

    #slowianie #monety #numizmatyka #wielkiemorawy #serbia #historia #prawoslawie #religia #niemcy #ciekawostkihistoryczne #gryfici #warjagi #epokavilka #pomorze pokaż całość

  •  

    żydorześcijańskie kseroboje. Zobacz czym tak naprawdę jest wigilia jahwistów

    Od przeszło tysiąca lat, nieprzerwane, kultywowanie zwyczajów wynikłych z wiary naszych praojców wynika z nieprzypadkowej zbieżności czasu obchodów Bożego Narodzenia z porą zimowego przesilenia, kiedy to dawni Słowianie rozpoczynali huczne, dwutygodniowe obchody Szczodrych Godów – świąt nowego słońca uosabianego w postaci Swarożyca bądź Dażboga, Swarożego Syna. W kalendarzach wielu ludów wspomniane zimowe przesilenie stanowiło najważniejszy punkt cyklu liturgicznego, związany z nieskrępowanym świętowaniem zwycięstwa jasności nad ciemności (wszakże od zimowego przesilenia dzień ponownie zaczyna stawać się coraz dłuższy).

    Puste miejsce przy stole

    Praktykowany powszechnie w Polsce zwyczaj zostawiania pustego miejsca przy stole to pozostałość po dawnym słowiańskim wierzeniu w to, że w pewne szczególne dni roku zmarli bliscy otrzymują możliwość powrotu do naszego świata. Popularne dziś uzasadnienie, że jest to nakrycie „dla zbłąkanego wędrowca” jest bardzo współczesne i nie ma ciągłości w polskiej tradycji. Duchy przodków chętnie korzystały z tej możliwości, przez co świąteczne ucztowanie było okazją do tego, by cały ród zjednoczył się przy jednym stole.

    Sianko pod obrusem

    Z kultem przodków wiązała się także tradycja stawiania na czas świąt w kącie izby pierwszego zżętego w minionym roku snopa owsa, pszenicy lub niemłóconego żyta, tzw. diducha (dosłownie: dziada), który również miał symbolizować obecność przodków rodowych podczas świątecznych czynności. Diduch to wschodniosłowiański odpowiednik choinki o bardzo bogatej symbolice. Poza przypominaniem o zmarłych członkach rodziny odstraszał złe moce, a także był wróżbą urodzaju w nadchodzącym roku wegetacyjnym. Diduch z czasem stał się nawet narodową ukraińską tradycją wigilijną, przez co jeszcze lata temu towarzyszył on ukraińskim rodzinom od Wigilii aż do dnia Trzech Króli.

    Innym sposobem na zapewnienie sobie dobrobytu było układanie pod obrusem na czas uczty sianka, które było traktowane jako ofiara dla bóstw wegetacyjnych: Welesa, Mokoszy, Świętowita, Ziemiennika bądź Rgieła (domniemane bóstwo powstałe z rozbicia Simargła.

    Co ciekawe, z czasem ilość siana podczas wigilijnej wieczerzy zaczęła maleć do coraz bardziej symbolicznego wymiaru. W zamierzchłych czasach siano rozsypywano nie tylko pod obrusem, ale też dookoła całego stołu. W tych samych miejscach rozrzucano również ziarna, których symbolika dla żyjących z rolnictwa Słowian była oczywista. Wspomniane sianko jeszcze przez długi czas po nastaniu żydochrześcijaństwa było wykorzystywane również podczas tradycyjnego świątecznego wróżenia – wyciągnięcie zielonego źdźbła zwiastowało zdrowie; takiego z kłosami – dostatek, zaś suchego – nadchodzące problemy.

    Przystrajanie choinki

    Innym słowiańskim ekwiwalentem choinki jest tzw. podłaźniczka lub podłaźnik – odcięta część sosny, jodły i świerka, która w zamierzchłej przeszłości była zawieszana pod sufitem, a następnie przyozdabiane jabłkami, orzechami, ciasteczkami, świeczkami, a także łańcuchami. Gospodarz domu, chcąc udobruchać sobie niebezpieczne Demony Leśne.

    przed świętami wybierał się do lasu – magicznej i tajemniczej strefy, nad którą człowiek nigdy nie mógł mieć pełnej kontroli. Wszystko po to, by ściąć tam czubek lub co najmniej dorodną gałąź wybranego drzewa iglastego, które po przeniesieniu do domu stawało się symbolem niekończącego, stale odradzającego się życia. Poszczególny ozdoby w tradycji słowiańskiej miały swoją symbolikę: jabłka zapewniały zdrowie i urodę, orzechy – bogactwo i siły witalne, wypieki – dostatek, świeczki – ochronę przed złymi mocami, łańcuch – więzy rodzinne. Z czasem podłaźniczka została na słowiańskiej ziemi zastąpiona choinką, zaś jabłka zostały wyparte przez przypominające je czerwone lub złote bombki, świeczki – przez lampki, orzechy – przez inne pomniejsze ozdoby. Dziś wiele ozdób wiszących na drzewku pozbawionych już jest jakiejkolwiek symboliki, jednak należy pamiętać o tym, że nasi praojcowie skrupulatnie pilnowali tego, by na świątecznym drzewku nie wisiał żaden zbędny element.

    Podłaźniczka została wyparta przez choinkę za sprawą wpływu wyznań protestanckich. Najpierw na przełomie XVIII i XIX wieku choinkę przejęła szlachta, potem zaś do lat 20. XX wieku choinka rozpowszechniła się wśród wszystkich warstw społecznych. Niektórzy jednak doszukują się pogańskiej genezy również i w tym zwyczaju – zwraca się uwagę na to, że stawiana w domu choinka może odnosić się do popularnej w pogańskich wierzeniach koncepcji axis mundi (osi świata), której jedną z możliwych realizacji jest obecne w wierzeniach Wikingów drzewo Yggdrasil – drzewo mądrości, na którym powiesił się Odyn. Wedle tej hipotezy wieszane na drzewku ozdoby mogłyby być makabrycznym wspomnieniem wieszającego się Odyna.

    Wigilijne ucztowanie i symbolika dwunastki

    Najwięcej pozostałości pogańskich wierzeń widać po tym, co leży na wigilijnym stole – po stawianych w liczbie dwunastu daniach, z których spora część wywodzi z dawnych uroczystości tryznowych (współcześnie: stypowych). Najlepszym przykładem dawnego dania zadusznego, które z czasem dobrze zadomowiło się na wigilijnym stole jest kutia – potrawa przygotowywana z obtłuczonej pszenicy, maku, słodu, miodu, bakalii, orzechów i rodzynek, którą w tradycji słowiańskiej zwykło podawać się na bogato, z czym się da, tak by zapewnić sobie przy okazji urodzaj i dostatek na przyszły rok. Na groby bliskich zanoszono niegdyś również takie składniki jak: mak, groch, fasola, bób, pszenica, owoce, grzyby i miód. Część z tych składników stało się stałym elementem wigilijnych dań: pierogów, uszek i wypiekanych ciast (np. makowców lub strucli).

    Dzisiejszy zwyczaj przygotowywania 12 potraw wigilijnych to nic innego jak pozostałość po pogańskim dziękczynieniu za zbiory. Dlaczego właśnie 12? Ano dlatego, że wypadało podziękować bogom za cały rok, wszystkie dwanaście miesięcy. Warto jednak przy tej okazji nadmienić, że zwyczaj ten powrócił do nas dopiero po II Wojnie Światowej. Wcześniej na wsiach czasem unikano dwunastki ze względu na to, że parzysta liczba dań mogła przynieść nieurodzaj w nadchodzącym roku. Symbolika dwunastki zaznaczała się również w samych obchodach Szczodrych Godów, na które składało się dwanaście wieczorów. Pozostałością dawnej pogańskiej tradycji jest przekonanie, że okres świąteczny trwa właśnie dwanaście dni – od wigilijnego wieczoru, aż do dnia Trzech Króli. Ważnym reliktem pogańskiej wiary jest również troska o to, by wigilijna uczta była sowita i szczodra. Tradycyjne przejedzenie się w czasie uczty miało służyć wspomożeniu Słońca w starciu z siłami ciemności.

    Jemioła

    Tradycja bożonarodzeniowa związana z mocowaniem pod sufitem jemioły trafiła do nas podobną drogą co Halloween – przejęliśmy ją za sprawą kultury amerykańskiej, jednak korzeni tej tradycji możemy doszukiwać się w wierzeniach dawnych Celtów. Jemioła była uważana za dar od bogów i przypisywano jej właściwości magiczne. Szczególnie upodobano sobie okazy rosnące na dębach, którym przypisywano szczególną moc. Ścinanie jemioły było dawniej ważnym rytuałem. Druidzi zalecali, by zbierać ją w czasie nocy zimowego przesilenia, czasem też na przełomie wiosny i lata. Ścięte pędy jemioły mogły leczyć choroby, jednak podwieszone pod sufitem zapewniały ochronę przed złymi mocami i pożarami. Jemioła to zatem kolejny (obok podłaźniczki i diducha) poprzednik dzisiejszej choinki.

    Dawne ludy wierzyły, że pędy jemioły są w stanie sprowadzić do domu szczęście i bogactwo. Co więcej, zapewniały one spełnienie marzeń, a także – zwiększały potencję seksualną. Dziś pary całują się pod jemiołą, wierząc w to, że zapewni im ona trwałość ich związków. Nic w tym dziwnego, gdyż jemioła była dawniej popularnym lekiem w medycynie plemiennej. Sprzyjała ona płodności, a także obniżała ciśnienie krwi. Pierwsi pod jemiołą całowali się Anglicy. Zwyczaj ten związany był dodatkowo z zerwaniem przez mężczyznę owocu tego krzewu po każdym złożonym pocałunku. Jeśli zebrał wszystkie, mógł liczyć na rok owocny w miłości. Przyjęło się, że jemiołę wiesza się nad stołem wigilijnym bądź też nad frontowymi drzwiami. Ważne jest to, by po świętach nie wyrzucać jemioły. Należy ją zasuszyć i przechowywać przez rok, tak by miłość, dobrobyt, szczęście i potencja seksualna nie opuściły nas przez najbliższy rok.

    Hej kolęda, kolęda!

    Współczesne stroje kolędników to jeden wielki kulturowo-religijnych miszmasz, gdyż przebierają się oni za anioły, diabły, pastuszków, Trzech Króli, Dziada, Babę, Żyda, Śmierć, Cygana, reprezentantów różnych grup zawodowych oraz za tzw. maszkary, których zadaniem było straszenie mieszkańców wsi. Najpopularniejsze maszkary to turoń, koza, niedźwiedź, koń i koza. Rytuały związane z maszkarami (np. słynne cucenie turonia) wywodzą się z dawnej tradycji pogańskiej i mają one rzecz jasna związek z zaklinaniem nowego cyklu wegetacyjnego. Wędrujących kolędników na słowiańskiej ziemi było można napotkać przez cały okres trwania Szczodrych Godów. Współczesne pole znaczeniowe wyrazu kolęda jest bardzo szerokie, co wynika zapewne stąd, że wśród Słowian wschodnich cały okres Szczodrych Godów był nazywany mianem Kolędy. Współcześnie kolęda to przede wszystkim piosenka. Można przypuszczać, że również wśród pogańskich Słowian istniał zwyczaj śpiewania w czasie Szczodrych Godów – muzyka w kulturze pogańskiej często miała znaczenie rytualne, przez co nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby nasi praojcowie śpiewali również przy okazji obchodów najważniejszego święta w pogańskim kalendarzu liturgicznym. Wszakże jeszcze lata temu kolęda była nazwą dla każdej radosnej noworocznej piosenki, niekoniecznie opowiadającej o narodzinach chrześcijańskiego mesjasza.

    Rodzinna atmosfera/Tradycyjna polska gościnność

    Spuścizną naszych słowiańskich praojców jest nawet słynna świąteczna atmosfera. Podczas obchodów Szczodrych Godów Słowianie aż na prawie dwa tygodnie zaprzestawali pracy fizycznej, po to by spędzić czas w rodzinnym gronie. Wiara w możliwą w tym czasie łączność pomiędzy światami sprawiała, że święta dla Słowian były wyjątkowo rodzinne, gdyż poza żyjącymi bliskimi było można nawiązać kontakt również z tymi, którzy już odeszli z tego świata. Pogańskie świętowanie było ze wszech miar wyjątkowe, gdyż wyciszenie i zaduma łączyły się w nim z noworoczną radością i hucznym świętowaniem.

    Dotychczas omówione tradycje wigilijne pozwalają na wyprowadzenie wniosku, że w obchodach współczesnej Wigilii niewiele ostało się tradycji ściśle chrześcijańskich. Nawet słynny wigilijny karp stał się na dobre tradycją dopiero w dobie PRL-u za sprawą niskiej ceny i swej, rzadkiej jak na tamte czasy, ogólnodostępności. Znamiona pogaństwa nosi również przetrwały gdzieniegdzie zwyczaj przechowywania w portfelu rybiej łuski mającej zapewnić posiadaczowi portfela bogactwo i stały przypływ gotówki.

    Jahwiści lubią ubolewać nad postępującą komercjalizacją świąt, jednak prawda jest taka, że tradycja polska Wigilia od dawien dawna w znacznej mierze chrześcijańska nie była.

    #polska
    #slowianie
    #bekazkatoli
    #neuropa
    #4konserwy
    https://www.slawoslaw.pl/tradycyjna-poganska-wigilia/
    pokaż całość

    źródło: slawoslaw.pl

  •  

    Katolicki arcybiskup Stepinac i nuncjusz papieski Marcone wraz z nazistowskim generałem.

    Alojzy Wiktor Stepinac, nazista chorwacki, katolicki kardynał, prymas namaszczony przez Hitlera na sojuszniczej Chorwacji. Skazany po wojnie za kolaboracje z nazistowskim okupantem, współprace z reżimem Ustaszy, wspieranie czystek etnicznych, mianowanie kapelanów w armii Ustaše jako agitatorów religijnych, zmuszanie do konwersji na katolicyzm ludności należącej do Serbskiej Cerkwi Prawosławnej, zdradę stanu, oraz zdradę wobec rządu Jugosławii na uchodźstwie. Stepinac został aresztowany 18 września 1946 r, a jego proces rozpoczął się 30 września 1946 r. Był sądzony wraz z innymi zbrodniarzami wojennymi należącymi do nazistowskiego rządu Ustasze, uznanego za współpracownika III Rzeszy przy dokonaniu zbrodni przeciwko ludzkości na terenie byłej już Jugosławii. Ogółem skazano w Zagrzebiu 19 zbrodniarzy nazistowskich. Prokuratura przedstawiła dowody na współpracę arcybiskupa z reżimem Ustaše, ostatecznie skazano go na 16 lat więzienia udowodniając mu współpracę z Ustaszami oraz jego współudział w przymusowym nawracaniu prawosławnych Serbów.

    #chorwacja #katolicyzm #religia #iiwojnaswiatowa #genocide #watykan #jugoslawia #serbia #slowianie #fotohistoria #ciekawostkihistoryczne #kosciol #prawoslawie #papiez #wojna
    pokaż całość

    •  

      @vendavaI: Czyli kontrowersyjny. Trochę jak Bandera. Jedna strona nienawidzi za działania przeciw niej, druga strona kocha za bohaterstwo na jej rzecz. Dla jednych winny zdrajca, dla drugich wzór do naśladowania.

    •  

      @binuska:

      Alojzy Wiktor Stepinac, nazista chorwacki, katolicki kardynał, prymas namaszczony przez Hitlera na sojuszniczej Chorwacji.

      "Kiedy wskutek prześladowań z Niemiec i Austrii zaczęli napływać żydowscy uchodźcy, arcybiskup Stepinac 11 stycznia 1939 wystosował list do 298 wybitnych Chorwatów z prośbą o pomoc.

      "Szanowny Panie,
      z powodu przemocy i nieludzkich prześladowań, duża liczba osób musiało opuścić swoją ojczyznę. Pozostawieni bez środków do normalnego życia i wędrują po całym świecie szukając schronienia.
      Codziennie duża liczba emigrantów błaga o interwencję, o pomoc w zaopatrzeniu w pieniądze i towary. Naszym chrześcijańskim obowiązkiem jest im pomóc...
      Kieruję do Ciebie, jako członka naszego Kościoła, prośbę o wsparcie dla naszego funduszu na rzecz emigrantów.
      Proszę o zdeklarowanie swojego bezinteresownego miesięcznego wsparcia na załączonym formularzu."
      -Rzeczywiscie, niezły nazista, który broni żydów"

      jego współudział w przymusowym nawracaniu prawosławnych Serbów.
      konwersji na katolicyzm ludności należącej do Serbskiej Cerkwi Prawosławnej,


      "W okresie ludobójczych działań ustaszów, na wieść o masakrze w Glina Stepinac wysłał 14 maja 1941 r. list do Ante Pavelicia, przywódcy ustaszy, szefa tzw. Niepodległego Państwa Chorwackiego (NDH), w którym wyraził nadzieję, że na całym terytorium Niepodległego Państwa Chorwackiego nie zostanie zabity ani jeden Serb, jeśli nie udowodni mu się winy w sprawiedliwym procesie"

      "Później Stepinac wezwał urzędników państwowych, aby powstrzymali się od prześladowania Żydów, jak i kogokolwiek innego. Stepinac zaapelował do księży prawosławnych, by przechodzili na czas niebezpieczeństwa i bezpośredniego zagrożenia życia do kościoła katolickiego, a po minięciu niebezpieczeństwa powrócili na łono kościoła prawosławnego[3]. Był również zaangażowany bezpośrednio lub pośrednio w ocalenie życia setek Żydów[1]. Dr Amiel Shomrony pseudonim 'Emil Schwartz', osobisty sekretarz Miroslava Saloma Freibergera, naczelnego rabina w Zagrzebiu, działający jako pośrednik między naczelnym rabinem i Stepinacem, stwierdził, że Stepinac jest naprawdę błogosławiony, gdyż zrobił najwięcej i najlepiej, jak tylko potrafił dla ratowania Żydów w czasie wojny. Kiedy wiosną 1943 roku Freiberger został aresztowany przez Niezależne Państwo Chorwackie, tuż po wizycie Heinricha Himmlera, który osobiście przybył do Zagrzebia, niezadowolony z opieszałości reżimu w sprawie rozwiązania kwestii żydowskiej w Chorwacji, arcybiskup Stepinac natychmiast wysłał wniosek o jego uwolnienie do urzędników państwowych, ale bez powodzenia"

      współprace z reżimem Ustaszy,

      Rząd ustaszów próbował naciskać na Stolicę Apostolską, aby usunęła Stepinaca ze stanowiska arcybiskup Zagrzebia, jednak bez skutku. Watykan pomimo nacisków włoskiego rządu nigdy nie uznał państwa chorwackiego.

      Więc błagam, usuń post i nie sieją fermentu
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Mapa Malej Rusi, po łacinie Milliariorum Germanicorum regionu w Niemczech pod Brandenburgią. Znajduje się tam również region Moskowie i miasto Moskwa, dzisiejsze niemieckie Bad Muskau (czyli Lazienki Moskiewskie), nad Nysa Łużycką. Samo Słowo Moskiew znaczy porostu My Z Kiev, czyli "my z Kijowa" np. jesteśmy. Znaczy to ze w miastach Moskwa mieszkają rosjanie pochodzacy z pierwszej stolicy Rosji Kijowa.

    #ciekawostkihistoryczne #mapy #niemcy #rosja #slowianie #moskwa #historia #ukraina #cerkiew #kijow #epokavilka #europa #geografia
    pokaż całość

  •  

    Tzw. "maski hańby" ze stalej wystawy muzeum w Nysie o nazwie “Procesy czarownic na pogranoczu Nysko Jasennickim”. Katolicka inkwizycja w postaci nowych biskupow Habsburskich, jak Ferdynand Waza wprowadzila na Slask, przesladowania i terror wobec Slowianskiej ludnosci. Slazaczki musialy nosic maski hańby publicznie na czas procesu o czary, po tym gdy zlapano je na nyskim szczycie Hexenberg. W tym miejscu znajdowala sie kiedys swiatynia, a slowianie odprawiali tam swoje rytulaly juz od poczatkow osadnictwa Nyskiego, siegajacego nawet 50-90 tys lat wstecz. Proces zazwyczaj konczyl sie wyrokiem skazujacym na spalenie zywcem na stosie lub w piecu krematoryjnym. To z tych nyskich procesow o czary, pochodzi polskie slowo czarownica (czarow-Nica), Nica to poprostu jedna z wielu nazw miasta Nysa, uzyta przy tworzeniu bardzo wielu nazw rzek, miast, panstw, po pasy planetoid.
    #katolicyzm #slask #slowianie #nysa #polska #historiapolski #ciekawostkihistoryczne #wiara #religia #kosciol #chrzescijanstwo #rodzimowierstwo #epokavilka #watykan #krzyzacy #inkwizycja #genocide #zbrodnia #fotohistoria
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #slowianie

0:0,0:0,0:2,0:1,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:2

Archiwum tagów