Teorie spiskowe (ale te bardziej prawdopodobne, a nie odloty typu płaska ziemia i szaraki w moim ogródku, wpadli na grilla, bo mają po drodze na Proxima Centauri:)). Ciekawe teksty i historię na które się natknę + jakieś duże, bieżące newsy w klimatach spiskowych.
Autor banera:
@the_white_crystal - uzdolniony grafik. Za tą harówkę na górze, wziął tylko 500 zł i podatek po mojej stronie. Polecam.

  •  

    Ostatnio #czarnobyl na topie więc i #spiskowatruskawka nie śpi.
    Wykopowi specjaliści od reaktorów jądrowych po dwóch odcinkach znają historię tego Japończyka z fejkowym zdjęciem co mu się DNA rozpadło. Specjaliści po 5 odcinkach słyszeli katastrofie Kysztymskiej, a czytając truskawę poznacie Anatolija Bugorskiego;]
    Thx Wiki

    Anatolij Pietrowicz Bugorski (ros. Анатолий Петрович Бугорский; ur. 25 czerwca 1942) – rosyjski naukowiec, ofiara wypadku przy akceleratorze cząstek w 1978.

    Wypadek przy akceleratorze cząstek

    Jako pracownik Instytutu Fizyki Wysokich Energii w Protwinie koło Sierpuchowa, Bugorski pracował przy największym radzieckim akceleratorze cząstek – synchrotronie protonowym U-70, przyśpieszającym protony do energii 70 GeV. 13 lipca 1978 Bugorski sprawdzał nieprawidłowo działający element akceleratora, gdy zdarzył się wypadek z powodu niezadziałania mechanizmów bezpieczeństwa. Bugorski pochylał się nad sprzętem i przystawił głowę do części, z której wychodziła wiązka protonów. Zobaczył wtedy, jak sam to opisał, błysk "jaśniejszy niż tysiąc słońc", ale nie odczuł bólu. Wiązka przechodząca przez głowę badacza spowodowała pochłonięcie dawki promieniowania, której wartości wzdłuż śladu wiązki o przekroju kilku milimetrów kwadratowych oszacowano na 2000 Gy (w miejscu wlotu wiązki) i 3000 Gy (w miejscu wylotu wiązki z głowy).

    Po wypadku

    Tkanki lewej połowy twarzy Bugorskiego uległy obrzękowi i po kilku dniach zaczęły schodzić, pokazując ścieżkę, przez którą przeszła wiązka protonów parząc tkanki twarzy, kości i mózg. Bugorski został przyjęty na oddział leczenia chorób popromiennych w szpitalu klinicznym nr 6 w Moskwie (w 1986 roku leczono tam osoby napromieniowane wskutek Katastrofy w Czarnobylu), gdzie oczekiwano na jego śmierć, gdyż uważano, że dawka promieniowania jaką przyjął była śmiertelna. Jednakże Bugorski przeżył wypadek i nawet zdołał później ukończyć doktorat. Nie doszło do osłabienia jego zdolności intelektualnych, jednakże odczuwał zwiększone zmęczenie przy wykonywaniu pracy umysłowej. Stracił słuch w lewym uchu i słyszał tylko stały, nieprzyjemny szum. Lewa połowa twarzy została sparaliżowana z powodu uszkodzenia nerwów. Funkcjonowałby normalnie, gdyby nie sporadyczne napady nieświadomości i rzadko występujące drgawki kloniczno-toniczne.

    Bugorski nadal pracował naukowo i otrzymał stanowisko koordynatora eksperymentów fizycznych. Z powodu polityki Związku Radzieckiego, która nakazywała utrzymywanie dyskrecji w kwestiach związanych z energią jądrową, Bugorski nie mówił o wypadku przez ponad dekadę. Kontynuował wizyty w moskiewskiej klinice dwa razy do roku celem wykonania badań i utrzymania kontaktu z innymi ofiarami wypadków z udziałem promieniowania. W 1996 starał się bez powodzenia uzyskać status niepełnosprawnego, aby uzyskać darmowe leczenie na padaczkę. Interesował się uczestnictwem w badaniach naukowych na Zachodzie, jednak nie dysponował środkami wystarczającymi do tego, by opuścić Protwino i wyemigrować.

    Jest żonaty z Wierą Nikołajewną, z którą ma syna Piotra.
    pokaż całość

    źródło: wp-assets.futurism.com

  •  

    wiem, że ta #spiskowatruskawka już była, jednak wtedy tag obserwowało 5 osób, a teraz przy prawie 300, uważam, że nic się nie stanie jak zrepostuje swój wpis z przed 13 miesięcy.
    Tym bardziej, że z każdym miesiącem, każdym dniem coraz więcej depresji, tabletek i szukania pomocy w dziedzinie nauki która tak właściwie do końca nie wie o co chodzi...

    Słowo Chrisa Miekiny przed głównym daniem tego posta.

    (...)Erving Goffman w ramach swojej pracy naukowej,
    zaczął udawać osobę niezrównoważoną psychicznie,
    i szybko stał się pacjentem szpitala psychiatrycznego.
    Zaszokowało go to, jak źle traktuje się tam pacjentów.
    Swoje doświadczenia opisał w wydanej w 1961r. książce pt
    "Asylums".
    Psychiatria, również pochodzi z greki, gdzie psyche oznacza duszę,
    a jatricos oznacza leczenie.
    I znów, nauka ta, nie zajmowała się tym do czego została powołana,
    a służyła głównie do wykluczania ludzi niezrównoważonych psychicznie
    ze społeczeństwa i do tłumienia ich ekspresji.
    Kiedy na pacjenta nie działał już kaftan bezpieczeństwa, ani elektrowstrząsy, zwrócono się w stronę leków psychotropowych, które
    nie rozwiązują problemu. Sama psychiatria, w swoim rozwoju, stała się taką dziedziną wiedzy, która jest obecnie w stanie zaklasyfikować każdą naszą reakcję, jako objaw choroby psychicznej.
    Tak więc, doświadczenia paranormalne, jakie doświadcza wielu ludzi, dla lekarza psychiatry jest objawem choroby psychicznej, którą trzeba natychmiast leczyć. Oczywiście, chemia, i jej wynalazki odgrywają ważną rolę, ale nie powinen być to jeden jedyny sposób, na pomoc ludziom z problemami psychicznymi.
    Dziś, zwłaszcza w USA, psychiatria to właściwie gałąź przemysłu, gdzie
    ogromne, gigantyczne robią wlaśnie firmy farmaceutyczne, no i firmy ubezpieczeniowe, a pacjent który w jakiś sposób musi zapłacić za psychiatryczną pomoc, musi zostać też zaklasyfikowany do jakiejś grupy chorobowej. Z tego powodu, co druga osoba zaklasyfikowana jest jako bipolar,
    niemalże każda z takich osób ma zespół braku umiejętności skupienia się na jednej rzeczy. Niemalże każdy ma ten tzw posttraumatic stress disorder.
    Pacjentów się nieustannie klasyfikuje, co właśnie przypomina zkładanie kaftana bezpieczeństwa, bo pompuje się w niego psychotropy na które wydaje się miliardy dolarów.
    Jest to długa droga, jaką przebyto od taniej psychoanalizy na początku XXw.
    do właśnie tej "receptologii". gdzie leczy się wszystkie możliwe schorzenia chemicznie.
    Psychiatria musi wyjawić naturę schorzenia które leczy, firmie ubezpieczeniowej, co jest jawnym naruszeniem prywatności człowieka.
    Z tego powodu, ludzie którzy przeżywają w swoim życiu rozmaite paranormalne fenomeny, zazwyczaj nigdy nie opowiadają ich lekarzowi, w obawie bycia uznanym za osobę niespełna rozumu.
    W ten sposób nauka ignoruje bardzo ważne historie.
    Historie, które przeżywają ludzie, które jeśli je zbadać, są w stanie wyjaśnić kim jesteśmy i czym jest świadomość.
    (...)


    A teraz główne danie.

    Eksperyment Rosenhana

    eksperyment amerykańskiego psychologa Davida Rosenhana z 1972 r. sprawdzający adekwatność i rzetelność diagnoz medycznych psychiatrów. Został opublikowany w czasopiśmie Science w artykule On being sane in insane places (O byciu zdrowym umysłowo w niezdrowych miejscach)[1].

    Badanie składało się z dwóch części. W pierwszą część zaangażowani byli asystenci Rosenhana, którym polecono symulowanie halucynacji celem uzyskania dostępu do szpitali psychiatrycznych. Wykorzystano w tym celu różne szpitale w pięciu stanach USA. Druga część polegała na próbie wyszukiwania przez personel medyczny "fałszywych pacjentów", którzy mieli zostać wysłani do placówek przez Rosenhana. W pierwszej części lekarze nie byli w stanie wykryć, że "pacjenci" są w rzeczywistości zdrowymi uczestnikami eksperymentu. W drugiej części personel uznał dużą liczbę prawdziwych pacjentów za symulantów. Badanie to jest uznawane za ważny głos w krytyce diagnozowania psychiatrycznego (zob. antypsychiatria). Zdaniem Rosenhana, różnica między stanem zdrowia i zaburzeniem psychicznym jest co najmniej bardzo trudna do ustalenia.

    Badanie z fałszywymi pacjentami
    W ramach badania ośmiu "pseudopacjentów" (wybranych przez Rosenhana jako zróżnicowaną grupę zdrowych osób) próbowało uzyskać dostęp do szpitali psychiatrycznych. W fazie diagnozowania medycznego stwierdzili (niezgodnie z prawdą), że słyszą wewnętrzne głosy, najczęściej niezrozumiałe, a czasem interpretowane jako słowa "pusty", "dziurawy". Były to jedyne symptomy na jakie "pacjenci" skarżyli się lekarzom. Oprócz fałszywych imion i nazwisk oraz szczegółów dotyczących zatrudnienia, wszystkie personalne informacje ujawnione psychiatrom były prawdziwe. W przypadku hospitalizacji, pseudopacjenci mieli "zachowywać się normalnie" i twierdzić, że czują się dobrze i nie słyszą już żadnych głosów.

    Pseudopacjentami byli: student psychologii, trzech psychologów, pediatra, psychiatra, malarz i gospodyni domowa. Żadne z nich nigdy nie przejawiało problemów ze zdrowiem psychicznym. Zostali poproszeni, by przez cały czas zachowywali się normalnie, nie zdradzając żadnych objawów psychopatologicznych (nie licząc zeznania o słyszeniu głosów podczas fazy diagnozowania). "Pacjenci" mieli pozostać w szpitalu do czasu, aż psychiatrzy uznają ich za zdrowych.

    Okazało się, że cała grupa została zakwalifikowana do leczenia szpitalnego, siedmiu z diagnozą schizofrenii, jeden z diagnozą zaburzeń maniakalno-depresyjnych. W trakcie hospitalizacji żaden członek personelu medycznego nie zorientował się, że są oni "fałszywymi pacjentami", chociaż takie podejrzenia przejawiali inni, prawdziwi, pacjenci: trzydziestu pięciu z ogólnej liczby stu osiemnastu pacjentów wyraziło podejrzenie, że uczestnicy eksperymentu są w rzeczywistości zdrowi psychicznie.

    W przypadku wszystkich uczestników uznano, że zostali oni wyleczeni wskutek hospitalizacji. Ich pobyt w szpitalu trwał od siedmiu do pięćdziesięciu dwóch dni, ze średnią dziewiętnastu dni.

    Personel medyczny opisywał zachowanie pacjentów w kategoriach psychopatologicznych. Przykładem jest sporządzanie notatek w ramach badania, co psychiatrzy zinterpretowali jako "kompulsywne pisanie" ze źródłem patologicznym. Jednocześnie, prawdziwi pacjenci interpretowali to samo zachowanie jako dowód na to, że pseudopacjenci prowadzą badania lub są dziennikarzami. Psychiatrzy nie zgodzili się na wypuszczenie ze szpitala "pacjentów" przed stwierdzeniem, że są oni wyleczeni. Warunkiem dokonania takiego stwierdzenia było przyjęcie do wiadomości przez "pacjentów" że są chorzy psychicznie. Podawano im także leki antypsychotyczne.

    Błędne wykrywanie nieistniejących pseudopacjentów
    Po opublikowaniu przez Rosenhana wyników badania, pracownicy pewnego znanego szpitala psychiatrycznego stwierdzili, że w ich placówce taka błędna diagnoza byłaby niemożliwa. Celem udowodnienia, Rosenhan uzgodnił z nimi, że podczas 3-miesięcznego okresu wyśle swoich kolejnych pseudopacjentów, którzy będą starali się uzyskać dostęp do szpitala. W wyniku eksperymentu z ogólnej liczby 193 nowych pacjentów za uczestników badania Rosenhana uznano 41, natomiast 42 następnych uznano za "podejrzanych". W rzeczywistości Rosenhan nie wysłał żadnego pseudopacjenta i wszystkie przypadki "wykrycia" symulantów były nieadekwatne.

    No i to tyle.
    Ja od siebie dodam tylko gratulacje tym wszystkim depresyjnym mirkom i mirabelkom.
    Łykajcie dalej prochy, na pewno wyzdrowiejecie i będzie lepiej, i świat będzie kolorowy.

    #psychiatria #eksperyment #ciekawostki
    gifznaukowcemktóremueksplodujegłowa.webm
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    Jest to jedna z tych historii, przy których człowiek łapie się za głowę, jakie to żydostwo jest pazerne xD
    Dobry wstęp? To czytaj dalej.
    Zły? czarnolisto -> #spiskowatruskawka #teoriespiskowe
    a do tego #japonia #usa #izrael #cwaniactwo

    Na początku 2007 roku, amerykański wiceprezydent Dick Cheney udał się z nieoczekiwaną wizytą do Tokio. Mimo, że ranga amerykańskiego gościa była bardzo wysoka, nie zwołano konferencji prasowej, nie wymieniono tradycyjnych uścisków rąk przed kamerami, nie wysłano żadnych informacji do prasy, nie zrobiono nawet spotkania pracowników amerykańskiej ambasady ze swoim możnym zwierzchnikiem.

    Celem tej wizyty było stworzenie czterostronnego porozumienia w regionie Azji i Pacyfiku. Kraje wchodzące w skład tego porozumienia to USA, Japonia, Australia i Indie a jego ostrze wymierzone było w Chiny i ich sojuszników: Rosję i Koreę Północną. Z japońskiego punktu widzenia porozumienie jakie zamierzała podpisać Japonia było niesymetryczne. Wśród czterech krajów wchodzących w jego skład tylko USA było mocarstwem nuklearnym. Z kolei wszyscy przeciwnicy takiego porozumienia posiadali własną broń atomową. Zbudowanie czterostronnego sojuszu nie było zadaniem łatwym i to wcale nie Japonia była najsłabszym ogniwem tego pomysłu a Indie. Wiceprezydent Cheney jednak dobrze wiedział, że niezwykle silny wpływ na dynamicznie rozwijające się Indie ma Japonia i jest ona w stanie przekonać najludniejszy kraj świata, aby przystąpił do paktu. Jednak aby Japonia – sama niechętna takiemu paktowi – wykonała pokładane w niej nadzieje, musiała dostać długo oczekiwaną marchewkę a tą marchewką miała być jej własna broń nuklearna.

    Ówczesny japoński premier – Shinzo Abe – widział swój kraj znów jako światowe mocarstwo, mające w swoim arsenale broń nuklearną. Orędownikiem silnej Japonii był dziadek premiera, który sam był także premierem Kraju Kwitnącej Wiśni zaraz po II WŚ. Ojciec premiera Abe – w czasach kiedy był ministrem spraw zagranicznych, aby zdobyć alternatywne do amerykańskiego źródło materiałów radioaktywnych zwrócił się po pomoc do ZSRR. Tą samą linię polityczną kontynuował Shinzo Abe, który postanowił postawić Amerykanów w sytuacji bez wyjścia i w przypadku jeśli nie zgodziliby się na japońską broń jądrową, premier zamierzał o taką pomoc poprosić Rosję. Nawet gdyby Japonia bez niczyjej pomocy postanowiła zbudować bombę atomową, materiał użyty do jej wykonania po zbadaniu znajdujących się w nim zanieczyszczeń, wskazałby źródło swego pochodzenia. Ani Chińczycy ani Rosjanie nie byli w stanie wyprodukować absolutnie czystego plutonu. Taki pluton jednak produkowali Amerykanie. Stworzenie broni z czystego plutonu zatarłoby kompletnie ślady jego pochodzenia i taki właśnie pluton postanowił zdobyć premier Abe.

    Ością niezgody dla amerykańskiej akceptacji japońskiego pomysłu, był jednak nie amerykański rząd a Pentagon, dla którego Japonia nadal pozostawała tym samym wrogiem, który rozpoczął wojnę w Pearl Harbor i został pokonany w Hiroszimie. Dla Pentagonu Japonia z bronią atomową stawiała amerykańską dominację pod znakiem zapytania. Jedyne na co mogli się zgodzić Amerykanie to pomoc w budowie kolejnych elektrowni atomowych. Sytuacje tą zaostrzyło jednak nieoczekiwane ultimatum premiera Abe i być może wówczas zgoda na posiadanie broni nuklearnej została wydana w Białym Domu, w którym urzędował prezydent Bush Jr.

    W czerwcu 2004 roku, serwer National Nuclear Security System w Albuquerque został zaatakowany przez hakerów i skradziono dane ok. 200 osób bezpośrednio związanych z produkcją amerykańskiej broni nuklearnej. NSA przez trzy miesiące trzymała całą sprawę w tajemnicy podejrzewając wewnętrzną robotę, któregoś z pracowników.

    Miejscem, gdzie buduje się a także przechowuje wycofane z armii głowice nuklearne, są zakłady BWXT Pantex, położone na ogromnym obszarze tuż za miasteczkiem Amarillo w Teksasie. Po zamknięciu zakładów nuklearnych w Rocky Flats w Kolorado jest to jedyna firma, która zajmuje się nuklearnymi głowicami bojowymi. Z samej więc swojej natury jest to miejsce pilnie strzeżone, bo z pewnością znajduje się na liście rozmaitych złodziei nuklearnych. W czasie kiedy Bush podejmował w Camp David japońskiego premiera Abe w zakładach Pantex wybuchł strajk pracowników bezpieczeństwa. Firma mimo usilnych zbiegów nie była w stanie z miejsca zastąpić ich odpowiednio wykwalifikowanymi strażnikami. Strajk i wywołane nim zamieszanie trwało przez dwa miesiące. W tym czasie nieoznakowane ciężarówki wywiozły z zakładów 16 ton rdzeni nuklearnych zapakowanych w specjalnie do tego celu skonstruowane chłodziarki.

    Ciężarówki pojechały prosto do portu morskiego w Houston, gdzie skrzynie z głowicami przeładowano na… izraelski frachtowiec. Jedynym człowiekiem który zauważył, że coś jest nie tak był inspektor portowy Roland Carnaby, który wkrótce potem zginął zastrzelony przez policjanta, podczas pościgu samochodowego na ulicach Houston. Na miejsce zwolnione w tak tragiczny sposób przez Carnaby’ego, zatrudniono firmę ochroniarską Neptune Intelligence Computer Engineering z… Izraela, której właścicielem okazali się być byli pracownicy izraelskiego ministerstwa obrony narodowej.

    Izraelski udział w wywiezieniu głowic do Japonii był konieczny po to, aby zatrzeć wszelkie ślady udziału w tym procederze zainteresowanych stron. Kiedy jednak Izraelczycy weszli w posiadanie głowic, natychmiast z agentów przemienili się w handlarzy i zażądali od Japończyków dodatkowych i zapewne niemałych pieniędzy. Wściekli Japończycy zgodzili się, ale statek zanim dopłynął do Japonii zatrzymał się w Izraelu, gdzie wymieniono supernowoczesne amerykańskie głowice na najstarsze izraelskie. Japończycy odkryli oszustwo i natychmiast zażądali pieniędzy z powrotem. Żydzi stanowczo odmówili a Amerykanie umyli ręce.

    Japończycy pozostali więc ze starymi głowicami i nie pozostało im nic innego jak samemu je wzbogacić. Wybrano elektrownie atomową w Fukushimie, bo była wystarczająco odległa od wścibskich oczu rozmaitych inspektorów kontrolujących prace elektrowni atomowych. Fukushima miała kilka reaktorów i w jednym z nich zamierzano przeprowadzić proces oczyszczania uranu i plutonu. Sposób w jaki dali się oszukać, bolał Japończyków ogromnie i aby zemścić się jakoś na Izraelu nieoczekiwanie poparli w ONZ palestyńskie ambicje państwowe. Izrael był jednak czujny i w odpowiedzi przeciwko japońskim instalacjom nuklearnym wysłano wirus Stuxnet.

    Tak długo jak długo działała firewall, elektrownie były przed wirusem bezpieczne, jednak wszystko zmieniło się wraz z trzęsieniem ziemi 3 marca 2011 r. Trzęsienie ziemi przerwało na chwilę dopływ prądu co sprawiło, że firewall przestała działać. To wystarczyło żeby Stuxnet wdarł się do środka i zrobił swoje. Wirus przede wszystkim wyłączył zapasowe generatory prądu. Woda w basenach chłodniczych zaczęła intensywnie parować. Nie chłodzona niczym głowica nuklearna eksplodowała, rozpoczynając największą katastrofę nuklearną w historii ludzkości, której ostatecznego efektu i zasięgu wciąż jeszcze nie znamy…

    (na podstawie przemyśleń i wniosków Yoichi Shimatsu)
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    W zeszłym roku informowałem o odejściu Arta Bell'a. Legendarnego prowadzącego spiskowe audycje w radiu coast2coast am.
    W tym roku, a konkretniej dwa dni temu, świat #teoriespiskowe , a zwłaszcza #ufo #ufologia #kosmici stracił kolejną wielką postać.
    W wieku 84 lat odszedł od nas Stanton Friedman.
    Za wiki:

    Stanton T. Friedman (ur. 29 lipca 1934 w Elizabeth, New Jersey, USA, zm.13 maja 2019 w Toronto, Kanada) – amerykański fizyk nuklearny i znany ufolog. Obecnie mieszka w Nowym Brunszwiku w Kanadzie. Od przeszło 29 lat jest głównym interlokutorem w debatach dotyczących zjawiska UFO na całym świecie, głównie w USA. Przyczynił się do badania katastrofy jaka miała miejsce w 1947 roku w Roswell.

    Przez 14 lat był zatrudniony jako fizyk nuklearny w następujących firmach: General Electric, General Motors, Westinghouse, TRW Systems, Aerojet General Nucleonics oraz McDonnell Douglas. Przez wiele lat badał archiwa USA w celu znalezienia potwierdzenia istnienia ściśle tajnej organizacji Majestic 12 (w skrócie MJ-12) - swoje dokonania na tym polu opisał w książce dotyczącej tej organizacji (wydanej w 2000 roku w Polsce).

    jak wiadomo wikipedia PL ssie kutonga, dlatego deepL przetłumaczył dla Was troszkę więcej z wiki eng.

    W 1970 roku, Friedman odszedł z pracy w pełnym wymiarze godzin jako fizyk aby kontynuować naukowe badania UFO. Od tego czasu wykładał w ponad 600 szkołach wyższych oraz w ponad 100 grupach zawodowych w 50 stanach, 10 prowincjach i 19 krajach poza USA.Ponadto pracował jako konsultant w tej dziedzinie. Opublikował ponad 80 referatów związanych z UFO i pojawił się w wielu programach radiowych i telewizyjnych. Składał również pisemne zeznania na przesłuchania w Kongresie i pojawił się dwukrotnie w ONZ.

    Friedman konsekwentnie preferował używanie w swojej pracy terminu "latający spodek", mówiąc: "Latające spodki są z definicji niezidentyfikowanymi obiektami latającymi, ale bardzo niewiele niezidentyfikowanych obiektów latających to latające spodki. Interesuje mnie ten drugi, a nie pierwszy" Friedman nazywał siebie "Latającym fizykiem spodków", ponieważ ukończył fizykę jądrową i pracuje nad projektami jądrowymi.

    Friedman był pierwszym cywilem, który udokumentował miejsce wypadku UFO w Roswell i poparł hipotezę, że był to prawdziwy wypadek pozaziemskiego statku kosmicznego. W 1968 r. Friedman powiedział komitetowi Izby Reprezentantów USA, że dowody sugerują, iż Ziemię odwiedzają inteligentnie kontrolowane pozaziemskie pojazdy. Friedman stwierdził również, że jego zdaniem obserwacje UFO są zgodne z napędem magnetohydrodynamicznym.

    W 1996 roku, po zbadaniu i sprawdzeniu faktów w dokumentach Majestic 12 , Friedman powiedział, że nie ma merytorycznych podstaw do odrzucenia ich autentyczności.

    W 2004 roku na Wybrzeżu George'a Noory'ego do audycji radiowej Coast to Coast, Friedman debatował z Sethem Shostakiem, starszym astronomem Instytutu SETI. Podobnie jak Friedman, Shostak wierzy również w istnienie inteligentnego życia innego niż ludzkie; jednakże, w przeciwieństwie do Friedmana, nie wierzy, że takie życie jest teraz na Ziemi lub jest związane z obserwacjami UFO.

    Friedman przypuszczał, że UFO mogą pochodzić od pobliskich gwiazd podobnych do słonecznych.

    Dowód, który często przytaczał w odniesieniu do tej hipotezy, to mapa gwiazd z 1964 r. narysowana przez rzekomą porwaną przez kosmitkę Betty Hill podczas sesji hipnozy, którą, jak twierdzi, pokazano jej podczas jej uprowadzenia. Astronom Marjorie Fish skonstruowała trójwymiarową mapę pobliskich gwiazdopodobnych do słońca i stwierdziła, że z perspektywy Zeta Reticuli, odległej o około 39 lat świetlnych, dobrze pasuje. Dopasowanie map gwiazd Hill/Fish było przedmiotem gorącej dyskusji w grudniowym wydaniu magazynu Astronomia z 1974 roku z Friedmanem i innymi osobami broniącymi statystycznej ważności tego spotkania.

    Friedman wyraził zdecydowany sprzeciw wobec badań SETI (Search for Extraterrestrial Intelligence). Friedman zakwestionował domniemane założenie SETI, że nie było żadnej pozaziemskich odwiedzin planety, ponieważ jego twierdzenie, że SETI szukało tylko sygnałów, a nie pozaziemskich inteligencji lub istot. Twierdził on, że wyeksponowanie i powszechne publiczne roszczenia osób związanych z SETI miały tendencję do zapobiegania poważnym badaniom UFO, w tym badaniom prowadzonym przez dziennikarzy.

    Friedman skrytykował Carla Sagana, zwolennika SETI, za ignorowanie dowodów empirycznych, takich jak "600-plus UNKNOWNS" z Raportu Specjalnego Blue Book nr 14. Friedman argumentował, że te dane empiryczne są bezpośrednio sprzeczne z twierdzeniem Sagana w innych światach, że "wiarygodne przypadki są nieciekawe, a interesujące przypadki nierzetelne". Konkretnie, Friedman odniósł się do tabeli w specjalnym raporcie Project Blue Book nr 14, w której stwierdził, że "im lepsza jakość obserwacji, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie to "nieznany" i tym mniejsze prawdopodobieństwo, że będzie on wymieniony jako zawierający "niewystarczające informacje"".

    Friedman powiedział o reakcji na swoje przemówienia: "Wiem, że większość ludzi nie jest zaznajomiona z kilkoma wielkoskalowymi badaniami naukowymi... ponieważ pytam, po pokazaniu slajdu i pytam o każdy z nich: "Ilu tu to przeczytało?". Zazwyczaj jest to tylko jeden lub dwa procent". Powiedział, że przemówienie, które wygłosił do kanadyjskich dziennikarzy w Saint John, New Brunswick, spowodowało zmianę postawy dziennikarzy, ponieważ "Uczestnicy nie mieli pojęcia, że istnieje tak wiele solidnych informacji, w przeciwieństwie do brukowców, które uważali za podstawowe źródło danych UFO".

    Friedman argumentował, że większość ludzi wierzy w istnienie UFO, a przynajmniej niektóre grupy naukowców też tak czynią. Friedman (2008) powołał się na następujące dane na poparcie swojego stanowiska:

    Sondaże Gallupa z lat 1966-1987 zadały respondentom pytanie: "Czy UFO są czymś realnym, czy tylko ludzką wyobraźnią? Z tych, którzy zajęli takie czy inne stanowisko, 61%, 64%, 68% i 60% przyjęli stanowisko, które są prawdziwe odpowiednio w latach 1966, 1977, 1978 i 1987.
    W odniesieniu do naukowców, sondaż został przeprowadzony przez Industrial Research and Development w 1971 i 1979 roku. Spośród respondentów, którzy zajęli stanowisko, 64% i 69% stwierdziło, że wierzyli w UFO.

    #spiskowatruskawka
    pokaż całość

    źródło: d3adcc0j1hezoq.cloudfront.net

    +: kubik78, Helsantonio_Montes +5 innych
  •  

    Wiem, że nie taki content chcieliście, obserwując mój tag, jednak jak sama nazwa wskazuje, spiski były powodem utworzenia #spiskowatruskawka
    W dodatku temat, który ten post poruszy ma już ponad rok, przed chwilą sam zobaczyłem, że "problem" nadal istnieje. Jak myślicie? Bug? Który przez rok nie został usunięty przez hackiermanów z google?
    Chyba nie...
    Video eng w komentarzu. Jak ktoś ma problemy z eng pisać, postaram się streścić temat.
    #teoriespiskowe #programowanie <--- zawołam, może ktoś rzuci jakieś światło ;]
    pokaż całość

    źródło: keke.png

    +: Helsantonio_Montes, Sinti +4 innych
  •  

    Możliwość stanięcia w jednej chwili w płomieniach, bez żadnego konkretnego powodu, wydaje się naprawdę niewiarygodna, podobnie jak wiele innych tego typu zagadek. Jednak takie rzeczy zdarzają się od dawna. Ponadto zjawiskom tym towarzyszą naprawdę niesamowite okoliczności. Są też jednymi z najbardziej niezrozumiałych i groźnych. Próbowano stworzyć wiele teorii na ten temat. Mimo to starania te okazały się bezskuteczne. Nowoczesna nauka pozostaje bezradna wobec nieodgadnionego. Okoliczności charakteryzujące te zdarzenia chciałbym omówić na wybranych przykładach.

    Samozapłon

    Poważne naukowe badania rozpoczęło zdarzenie z 1725 roku. Oberżysta Jean Millet został oskarżony o zamordowanie własnej żony. Ciało odnaleziono całkowicie spalone z wyjątkiem niewielkiej części. Przy tym przedmioty znajdujące się w pobliżu pozostały nienaruszone. Podłoga pod ofiarą była zwęglona. Są to charakterystyczne cechy tego rodzaju przypadków. Lekarzowi Le Cat'owi udało się przekonać sąd, iż samospalenie nastąpiło na skutek nadużycia alkoholu. Od tego czasu podobne zjawiska zaczęto wiązać z pijaństwem. Na skutek przesycenia wnętrzności alkoholem miał nastąpić wewnętrzny zapłon. Jednak hipoteza ta była jedynie bezskuteczną próbą wyjaśnienia paranormalnego zjawiska.4 kwietnia 1731 roku w Cesenie w pobliżu Werony uległa samospaleniu hrabina Cornelia Bandi. Rozsypała się w popiół w pobliżu własnego łóżka. Znaleziono tylko nogi, do połowy spaloną głowę i trochę mazistego popiołu. Ogień nie wyrządził innych szkód. Podłogę pokrywała maź, przypominająca czarny tłuszcz. Z parapetu ściekała gęsta, żółtawa i cuchnąca ciecz. Osad przywarł również do ścian i sufitu. Za przyczynę podano nacieranie się spirytusem kamforowym. Miało nastąpić jego zapalenie. Była to wskazówka na to, że hrabina nie stroniła od alkoholu. Zaczęto wiązać samospalenie z karą boską za nadużywanie napojów wyskokowych. Lekarze ostrzegali pijących przed przebywaniem w pobliżu otwartego ognia. Przyczyniło się to do powstania ludowych przesądów. Wpłynęło również pozytywnie na ówczesny ruch wstrzemięźliwości.19 lutego 1888 roku dr J. Mackenzie Booth, docent uniwersytetu Aberdeen, badał przypadek samospalenia sześćdziesięciopięcioletniego emerytowanego żołnierza. Widziano go jak wchodził na strych stajni z lampą i butelką wódki. Uważano to za typowy wypadek: pijak wywrócił się z lampą i wzniecił pożar. Po bliższym zbadaniu zmieniono jednak zdanie. Większość ciała stopiła się aż do kości. Podłoga uległa zwęgleniu a poszycie dachu popękało na skutek wysokiej temperatury. Mimo to siano, znajdujące się obok, nie zajęło się. Ze spokojnego wyrazu twarzy można wynieść, że ofiara nie walczyła z ogniem, gdyż śmierć dopadła go naprawdę nagle. Jedynym człowiekiem, który przeżył atak samozapalenia, był profesor matematyki James Hamilton z uniwersytetu Nashvill. 5 lipca 1835 stojąc przed własnym domem poczuł piekący ból w lewej nodze. Spostrzegł płomień długości kilku centymetrów, który wydobywał się z jego ciała. Uderzając w nogę próbował zgasić ogień, który nadal płonął z jednakową intensywnością. Jednak profesor, jako osoba posiadająca naukową wiedzę, odciął dopływ tlenu przykrywając ogień rękoma. Dzięki temu uniknął śmierci w płomieniach, której nie uniknęli inni ludzie ulegający samozapaleniu.

    Samozapłon

    22 marca 1908 roku znaleziono szczątki Wilhelminy Dewar w jej własnym łóżku. Przy tym pościel pozostała nienaruszona (!), jak i inne przedmioty w pomieszczeniu. Margaret, siostra ofiary, musiała jednak zmienić swoje zeznania pod presją policji, sąsiadów i przyjaciół, którzy potraktowali ją jako alkoholiczkę. Zeznała, że znalazła siostrę poparzoną, lecz jeszcze żywą, i wprowadziła ją po schodach na piętro. Nikt dalej nie wnikał w sprawę. Jednak ciekawe jest w jaki sposób osoba poparzona zamieniła się w popiół we własnym łóżku, dodatkowo nie naruszając przedmiotów znajdujących się wokół...W nocy 1 lipca 1951 roku spłonęła wdowa Mary Hardy Reeser z St. Petersburga na Florydzie. Po ważącej 85 kilogramów kobiecie pozostały tylko: czaszka, stopa z pantoflem oraz wątroba z kością grzbietową. Szczątki znaleziono w osmalonym kręgu o średnicy ok. 120 cm. Poza nim nic nie było nawet nadpalone. Jednak gałka w drzwiach była nad ranem nagrzana. Dziwne jest, że czaszka skurczyła się na skutek działania wysokiej temperatury, zamiast się rozszerzyć lub rozpaść, jak to się dzieje "normalnie". Ponadto wystąpił całkowity brak zapachu spalenizny. Po roku śledztwa i bezskutecznych analiz okoliczności zajścia sprawę uznano za niewyjaśnioną.

    Samospalenie

    Cechy wszystkich przypadków samospalenia są naprawdę niesamowite. Ogień ma niesamowicie wysoką temperaturę. Wybuch jest krótkotrwały i w jednym miejscu. Czasem odnajduje się ślady na suficie. Wygląda jakby ofiara stanęła w słupie ognia. Zdarzają się też przypadki spalenia więcej niż jednej osoby. Dowody są bardzo przekonujące. Dysponujemy zdjęciami. Kończyny wyglądały jak odcięte laserem. Ciała rozpadły się w popiół. Warto wspomnieć, iż nie jest łatwą rzeczą spalić doszczętnie człowieka. W krematoriach panuje temperatura 1400° a i tak palenie trwa przez wiele godzin. Musiała panować zatem iście piekielna temperatura aby spalić ciało wraz z kośćmi w ciągu kilkunastu sekund. Dodatkowo ogień był skierowany w konkretne miejsce. Przecież przy takich temperaturach zajęłoby się wszystko w pobliżu! Wprawdzie ulegają zapaleniu rośliny, złoża mineralne czy inne podobne, dające się wyjaśnić na gruncie nauki. Jednak samospalenie człowieka jest czymś zupełnie odmiennym. Powstało wiele teorii na temat tych niesamowitych zjawisk. Niektórzy przypisują je działalności piorunów kulistych. Jednak nie mają one wystarczająco wysokiej temperatury. Nie szkodzą ludziom, nawet jak je się dotknie ręką. Fizyka nie zbadała jeszcze natury tego zjawiska. Nieznane jest źródło ich energii. Wracając do tematu samospalenia bardziej prawdopodobną hipotezą jest powiązanie ze zjawiskami parapsychologicznymi. Według statystyk samospaleniu najczęściej ulegają ludzie, którzy mieli dość życia. Wielu alkoholików (co nie ma związku z teoriami o nadużywaniu, ludzi starszych, zmęczonych życiem, ubogich i niepełnosprawnych. Ludzie bogaci również padali ofiarą płomieni. Jednak bardzo duża ich część to osoby zagubione, nie mające swego miejsca na świecie.18 września 1952 roku odlewnik Glen Denney z Luizjany chciał popełnić samobójstwo. Przeciął sobie tętnice na nogach i rękach. Jednak gdy znaleziono jego ciało stało ono w ogniu. Poza nim w pomieszczeniu nie paliły się inne przedmioty. Po badaniach nie odnaleziono żadnych substancji łatwopalnych w jego pobliżu. Trudno ponadto byłoby mu się podpalić mając poprzecinane tętnice...Podobnie było z Billy'm Petersonem, który próbował zaczadzić się w garażu. Jednak na ciele odnaleziono głębokie oparzenia, a niektóre części ciała spaliły się doszczętnie. Jego ubranie pozostało nienaruszone. Niektórzy wiążą samospalenie z wzrostem natężenia pola magnetycznego. Dowiedziono, że pole magnetyczne wywiera wpływ na immunobiologię szczurów i myszy. Po poddaniu gryzoni jego działaniu ich odporność na mikroby znacznie zmalała. Być może ludzie pod wpływem wyższego pola stają się bardziej podatni na samospalenie. A oto samospalenia podczas skoku natężenia pola do czterokrotnie wyższego poziomu: Elisabeth Clark - styczeń 1905 r. Madge Knight - listopad 1943 r. Billy Peterson - grudzień 1959 r. Olga Worth - październik 1963 r. i wiele innych podobnych przypadków, których nie ma potrzeby teraz wymieniać. Ciekawe jest, że u niektórych ludzi stwierdzono nieopanowaną zdolność do podpalania innych przedmiotów.

    Samozapłon

    Przykładowo na farmie Williama Hacklera (kwiecień 1941) wybuchło 28 pożarów niewiadomego pochodzenia. Wybuchały one w najbardziej dziwnych miejscach. Najpierw zapaliła się zachodnia część domu koło okna, następnie warstwa papieru pod materacem. Płonęły również: kalendarz ścienny, spodnie wiszące przy drzwiach, kołdra zapaliła się na oczach sąsiadów, którzy pomagali w gaszeniu, książka wewnątrz okładek, mimo iż one same pozostały nienaruszone. Miejscowa straż pożarna nie była w stanie opanować sytuacji. Wezwano posiłki z pobliskiej Elnory. Było wiele podobnych przypadków w różnych miejscach świata, których dalsze wymienianie nie wniesie niczego nowego. Przez cały czas rodzą się kolejne pytania. Jak dotąd nie uzyskano na nie zadowalającej odpowiedzi. Być może nie ulegamy wszyscy samospaleniu dzięki wrodzonej odporności. Niektórzy jej nie posiadają lub tracą i dlatego giną w płomieniach. Możliwe, że wiąże się to z siłami parapsychologicznymi niektórych ludzi. Podobnie jak telekineza czy telepatia, samozapalenie jest wywoływane przez nasze umysły. Przecież wykorzystujemy na co dzień zaledwie 10% naszego mózgu. Niepoznanie są inne nasze umiejętności. Być może posiadamy zdolności o jakich się nikomu nie śniło.

    Źródło: paranormalium.pl

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe
    pokaż całość

    źródło: paranormalium.pl 18+

  •  

    tutaj głowa psa daje oznaki życia, a spora część Waszych głów, pomimo dawania oznak życia, nie daje oznak myślenia... Jak to jest?;]
    #spiskowatruskawka #gruparatowaniapoziomu

    źródło: youtube.com 18+

  •  

    Pewnego letniego dnia w 1971 r. w domu Marii Gómez przy ul. Rodrigueza 5 w małym andaluzyjskim miasteczku Belmez de la Moraleda, na kamiennej ścianie w kuchni pojawiła się tajemnicza twarz – przypominający malunek „nadprzyrodzony” wizerunek, których wkrótce zaczęło przybywać. Niszczone wykwitały ponownie na kamieniach i betonowej posadzce Kiedy pod podłogą domu odkryto kości sugerujące, że stanął on na miejscu czyjegoś pochówku pojawiła się nadzieja, że tajemniczy fenomen ustanie. Tak się jednak nie stało, a twarze nękały rodzinę nawet po śmierci seniorki rodu, która według badaczy była medium, dzięki któremu tajemnicze wizerunki przybierały realną postać. Choć sceptycy widzieli w tym dość toporne oszustwo, parapsychologowie nazywali Belmez „najciekawszym wydarzeniem stulecia”, ale nigdy nie wysunęli określonych wniosków w tej sprawie…

    40 lat temu, 23 sierpnia 1971 r. po miasteczku Belmez de la Moraleda w południowej Hiszpanii niczym piorun przemknęła dziwna wieść o twarzach, które pojawiły się w kuchni domu przy ul. Rodrígueza 5, w którym mieszkała María Gómez Cámara i jej rodzina. Wkrótce wieść rozeszła się daleko poza granice miasteczka zagubionego w masywie Sierra Mágina i stała się zalążkiem jednej z najbardziej fascynujących historii z dziedziny parapsychologii. Przez kolejne dziesięciolecia tysiące ludzi pielgrzymowało do Belmez, aby podziwiać „Dom twarzy”. Na podłodze widać było ponad 20 groteskowych twarzy oraz ciało nagiej kobiety, które przypominały rysunki Picassa. Do tej pory zjawisko to pozostaje pozbawione wyjaśnień.

    POJAWIA SIĘ PIERWSZA TWARZ

    Pierwsza z twarzy pojawiła się na kamiennym piecu pani Gómez, w postaci plamy, która nie przyciągała zbyt wielkiej uwagi w domu, który zdążył popaść w ruinę. Wkrótce jego mieszkańcy zaczęli jednak dostrzegać w plamie twarz mężczyzny, którego wyrazistość rysów nieco ich przeraziła. Jedno z dzieci pani Gómez zdecydowało się zniszczyć straszny wizerunek, skuwając go kilofem i zasklepiając betonem.

    Chaos zapanował w domu kiedy okazało się, że kilka tygodni później, na niedawno położonym tynku pojawiła się kolejna wyraźna twarz, którą wkrótce umieszczono za szybką a w celu jej udokumentowania wezwano miejscowego fotografa. Kolejne zdjęcia wykazywało, że dziwaczny wizerunek rozwijał się i wykazywał coraz większą ilość szczegółów, po czym zbladł i został wchłonięty przez okładzinę.

    Zgodnie z relacją pani Gómez, w przypadku twarzy materializujących się w jej domu najpierw pojawiały się oczy, następnie nos, a dopiero potem szczegóły takie jak zarost, usta czy podbródek. Wszystkie pojawiały się powoli, z dnia na dzień, tworząc niekiedy wizerunki, jakich nie powstydziłby się malarz.

    Sensacja wokół nich rozrosła się do tego stopnia, że musiała interweniować władza, a gospodyni domu sprzedająca zdjęcia z twarzami oskarżona została o mistyfikację w celach zarobkowych. Wraz z pojawieniem się zwolenników prawdziwości tego zjawiska, jak i sceptyków, zaistniało nawet zagrożenie bezpieczeństwa dla mieszkańców, a funkcjonariusze hiszpańskiej Guardia Civil stacjonowali w kuchni mając za zadanie baczyć, czy członkowie rodziny nie dopuszczają się oszustwa. Inni policjanci mieli za zadanie zniechęcać innych mieszkańców do odwiedzin „Domu twarzy”.

    Dwaj strażnicy nie spodziewali się zapewne tego, co odkryli pewnego ranka, widząc nowe twarze w otoczeniu większej, wszystkie ukryte za grubą taflą ochronnego szkła. Ich relacja u przełożonych spowodowała zamieszanie, a historia o twarzach z Belmez trafiła na pierwsze strony gazet w Hiszpanii.

    Miejscowe władze zadecydowały, że jedynym sposobem na opanowanie sytuacji będzie pozbycie się wizerunków, poprzez usuniecie kamiennej płyty podłogowej, na której się pojawiały. Historycy odkryli wkrótce, że w XIX w. na miejscu, gdzie stał dom Gómezów mieścił się dom publiczny, którego właściciel mordował, jak mówiła legenda, dzieci prostytutek.

    Ten brutalny fakt potwierdziło znalezisko pod kuchenną podłogą, gdzie odkryto znaczne składowisko ludzkich kości. Analiza kamienia nie wykazała jednak śladów farby, co pogrzebało wyjaśnienia sceptyków. Szczątki usunięto, a podłogę ułożono na nowo, jednak już kilka dni później pojawiło się na niej coś rodem z dzieł Poe’go lub Lovercrafta.

    Na posadzce zaczęła formować się kolejna twarz. Migiel Pereira, syn właścicielki domu, był tak tym faktem przerażony, że postanowił ją skuć i wyrzucić. Efektem tego było pojawienie się kolejnej twarzy, tym razem w towarzystwie uśmiechniętego kobiecego oblicza. W ciągu następnych tygodni pojawiło się osiem innych wizerunków.

    BADACZE PRZYBYWAJĄ

    Incydent w Belmez zwrócił do tego czasu uwagę uczonych. Germán de Argumosa, który wplątał w badanie sprawy Hansa Bendera (słynnego niemieckiego parapsychologa, który nazwał sprawę „najbardziej znaczącym parapsychologicznym przypadkiem wieku”), odwiedził miasteczko w listopadzie 1971 r. wraz z grupą uczonych. Argumosa i jego ekipa sfotografowali Dom twarzy, dokonali pomiarów i byli świadkami zniszczenia jeszcze jednego z wizerunków. Pozbywanie się ich było syzyfową pracą i do połowy miesiąca nowe twarze zapełniły miejsca usuniętych, choć było od nich mniej wyraźne.

    Burza opinii, która rozgorzała na temat wydarzeń w domu przy ul. Rodrígueza 5 była niemniej przerażająca niż to, co działo się wewnątrz. Cywilny zarządca prowincji Jaén, w którym leży Belmez, określił warunki pobytu ekipy badawczej żądając od de Argumosy raportu na temat tych wydarzeń. Jego wnioski mówiły, że przyczyną pojawiania się wizerunków był nikt inny jak pani Gómez, której trudna natura pasowała do profilu osób, przez które manifestuje się zjawisko poltergeista (niem. hałaśliwego ducha, choć samo zjawisko nie ma z zaświatami nic wspólnego). Ponura spuścizna tego miejsca dodawała sprawie kolorytu i być może w jakiś sposób wpłynęła na rozwój tych wydarzeń. Dla innych prości rolnicy nie byli w stanie oszukać naukowców na dłuższą metę.

    Co ciekawe, nagrania EVP wykonane przez parapsychologów wskazywały na burzliwą przeszłość tego miejsca. Według relacji, na jednym z nich słychać było głos mówiący: „To brama do piekła”. Szczegółowa analiza nagrań towarzyszyła raportowi dla lokalnych władz. Miejscowa gazeta umieściła artykuł pt. „Twarze przemówiły”, a Rafael Alcalá – reporter dziennika z Jaén napisał relację, w której mówił o tym, że był świadkiem pojawienia się twarzy.

    W 1972 r. hiszpański rząd postanowił zakończyć sprawę Belmez. Miejscowa gazeta otrzymała list wzywający burmistrza do ostatecznego rozprawienia się z kłopotliwą sytuacją pod groźbą uznania go przez lokalne struktury partyjne za człowieka nieodpowiedniego do pełnienia urzędu. Oczywiście całej sprawie ukręcono przysłowiowy „łeb” i przypomniano sobie o niej dopiero po latach. Manuel Carballal, badacz zjawisk niezwykłych, odwiedził Belmez stwierdzając: – Kiedy tam byłem, miałem możliwość obejrzenia zdjęć wykonanych przez Towarzystwo Parapsychologiczne pół roku wcześniej. Jeśli nałożymy na siebie zdjęcia twarzy z kolejnych lat zauważymy powolną ewolucję ich cech.

    Nie wszyscy wierzyli jednak, że w Belmez dochodzi do fali zjawisk nadprzyrodzonych. Znany w Hiszpanii sceptyk, Félix Ares de Blas, wyraził opinię, wedle której to pani Gómez odpowiedzialna jest za wywołanie sensacji, która jednak wymknęła się spod kontroli. José Martínez Romero, autor jedynej napisanej na temat tego zjawiska książki (nie pokusił się o nią nawet de Argumosa) wierzył, że to co działo się w Belmez miało znamiona prawdziwości, jednak zainteresowanie pani Gómez sprawami finansowymi sprawiło, że utracił zainteresowanie tą sprawą.

    W wywiadzie przeprowadzonym dla madryckiego radia, burmistrz Belmez, Donato Hervás wyjaśnił, że miejscowi przez lata nauczyli się żyć z tym dość niecodziennym zjawiskiem, uznając je za coś, czego nie da się uniknąć. Jak przyznał, dla wielu osób twierdzenie, że twarze były efektem działania oszustów, było niczym osobista uraza.

    W latach 1990. to senne hiszpańskie miasteczko stało się znane raz jeszcze. Pierwszym powodem było ożywienie się zainteresowania nowej generacji parapsychologów faktem, iż od czasu badań de Argumosy w Domu twarzy nie próbowano innych zabiegów dokumentacyjnych. Drugi powód wiązał się z faktem, iż wraz z biegiem lat, twarze stawały się coraz mniej wyraźne a wiele z nich zniknęło zupełnie.

    NAWIGUJĄC PO INNYM WYMIARZE

    W sierpniu 1995 r. w bibliotece w Belmez zorganizowano wystawę pt. „Nawigując po innych wymiarach”, na której znalazły się zdjęcia, informacje i dokumenty na temat manifestacji twarzy w domu pani Gómez. Organizatorem było Towarzystwo Parapsychologiczne z Puerto Real, które nadal interesowało się tą tajemnicą, a wystawa stanowiła „kompilację wydarzeń, analiz i twarzy, które pojawiały się w toku lat”. Sebastián Rodríguez – wydawca „Mundo Paranormal” zauważył, że przedsięwzięcie to miało niezwykły charakter, podobnie jak sama sprawa twarzy, która trwała przez lata i była dostępna dla każdego zwiedzającego, co stawiało ją jako unikat pośród innych paranormalnych fenomenów.

    Choć z biegiem lat liczba wizerunków ustosunkowała się na poziomie jednocyfrowym, według Rodrígueza, „nawet gdyby pozostała tylko jedna twarz, Belmez byłoby warte badań”.

    Coraz bledsze twarze oraz śmierć María Gómez w lutym 2004 r. nie oznaczały jednak końca tej historii, a wręcz przeciwnie, pojawiły się w niej nowe elementy, które zaskoczyły parapsychologów młodszej generacji. Wydawało się bowiem, że twarze wyemigrowały z ul. Rodrígueza do miejsca, gdzie pani Gómez spędziła swoje ostatnie lata. Patricia Hervías – badaczka zjawisk niezwykłych a także producent programu radiowego „Enigmas I Misteris”, miała możliwość odwiedzenia Belmez i przyjrzenia się ostatniej manifestacji twarzy.

    NOWE TWARZE NA NOWY WIEK

    W chwili pojawienia się nowych twarzy w okolicach domu przy ul. 5 Rodríguez zgromadził się tłum zachęcony pogłoskami, że twarze są tak samo widoczne i „żywe” jak w latach 1970. Na ulicy Cervantesa, gdzie ostatnie lata życia spędzała pani Gómez, grupa badaczy z SEIP (Sociedad Española de Investigaciones Parapsícológicas, pol. Hiszpańskiego Towarzystwa Badań Parapsychologicznych) odkryła 21 nowych twarzy, na których od razu skoncentrowała się uwaga miejscowej społeczności.

    Nowy Dom twarzy przy ul. Cervantesa jest przestrzenny, choć leciwy. Wizerunki pojawiły się na betonowej podłodze na trzecim piętrze i składały się z łatwo rozpoznawalnych wzorów o różnych rozmiarach. Felipa Gómez, siostrzenica Marii, ujawniła co stało się ze starym domem: – Stoi on pusty. To prawda, że jakiś czas temu wynajęto go grupie imigrantów, których badacze starają się zlokalizować. Według pogłosek, para ta zdołała wykonać kilka ciekawych zdjęć przy pomocy telefonu komórkowego. Na pierwszym widać twarz na białym t-shircie, na drugim na ścianie domu.

    21 września 2004 r. na miejscu zjawił się Pedro Amorós z SEIP. – Zaczęliśmy szukać twarzy i nagle znaleźliśmy coś, co na nią wyglądało w jednym z rogów pokoju. Podekscytowani, skropiliśmy podłogę wodą i twarze zaczęły się pojawiać. Cztery godziny później, kiedy podłoga wyschła, twarze zaczęły żyć…- mówił.

    Eksperci przez długi czas uważali, że wilgoć jest niezbędna w manifestacji twarzy z Belmez. W ich przypadku beton stanowi nośnik, zaś Maria Gómez dysponować miała „psychiczną energią” wzbudzającą pojawianie się twarzy. Problem pojawił się jednak, kiedy zabrakło domniemanego „medium”, a więc po śmierci pani Gómez.

    Parapsychologowie nie byli pewni, co do wyjaśnień tego zjawiska. Jeden z nich, Lorenzo Fernández, przyznał: – Jeśli miałbym wysunąć jakieś wyjaśnienie, to przytoczę fakt, że María Gómez spędziła w tym domu [przy ul. Cervantesa] część swojej młodości – najbardziej traumatyczny okres w jej życiu. Jest możliwe, że doszło tu do swego rodzaju „impregnacji” miejsca.

    Luis Mariano Fernández, kolejny parapsycholog, zauważył: – Wśród słów, które María przekazała mi ze szpitalnego łóżka na dwa czy trzy dni przed zgonem, było zdanie: „Możecie zamknąć mnie w trumnie, zabrać z domu, ale moje twarze pozostaną ze mną.” Wygląda na to, że odeszła ona w stanie niepokoju…

    Związek nowych twarzy z Belmez z María Gómez opierał się o jeszcze jeden fakt. 88 procent wizerunków było podobnych do niej. Warto dodać, że po jej śmierci dom przy ul. Rodrígueza, a więc pierwotne miejsce występowania fenomenu, został zamknięty dla mediów i badaczy. Powstały także plany zorganizowania w nim muzeum, jednak oferowana przez miasto cena nie zadowalała dużej rodziny medium, które według części opinii stało za materializowaniem twarzy nie z tego świata. Zaczęli oni także wysuwać roszczenia finansowe względem mediów i parapsychologów, którzy de facto nigdy nie wysunęli określonych wniosków względem zjawiska, które rozpoczęło się w 1971 roku.

    Wydawało się jasne, że „nowe twarze z Belmez”, które ukazały się domu przy ul. Cervantesa próbowały odciągnąć uwagę od starego miejsca. Mañez Francisco – badacz z Walencji, wydał im negatywną opinię. Jak twierdził, nowe wizerunki powstały przy pomocy oleju i wody (poprzednie z ul. Rodrígueza miały być „namalowane” przy pomocy azotanu srebra). Wśród hipotez wyjaśniających powstanie wizerunków z Belmez wysunięto także możliwość użycia do ich preparowania środków oksydujących lub kwasów. Entuzjazm Amorósa i SEIP ostudziły hiszpańskie media, które sprawę „nowych twarzy z Belmez” ogłosiły nastawionym na zysk oszustwem.

    Autorzy: Scott Corrales i Patricia Hervías
    Źródło oryginalne: Inexplicata
    Tłumaczenie i źródło polskie: Infra

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #paranormalne
    pokaż całość

    źródło: wolnemedia.net

  •  

    Latem 1945 r. II Wojna Światowa jest już skończona, ale tylko w Europie. Tysiące żołnierzy amerykańskich wciąż walczy z Japończykami na Pacyfiku. Dla Japończyków wojna jest już przegrana, ale nadal rozpaczliwie się bronią, zadając Amerykanom każdego dnia kolejne straty. Wojnę gwałtownie kończą dwa nokautujące ciosy w postaci bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki. W teoretycznych rozważaniach na temat tego, jak długo jeszcze trwała by ta wojna, gdyby nie zrzucono bomb, większość ekspertów przychyla się do zdania, że najwyżej 6 miesięcy. Sześć długich miesięcy, oznacza setki tysięcy ofiar po obu stronach barykady, dlatego większość ludzi zgadza się z tym, że użycie tej morderczej siły było jak najbardziej uzasadnione. Wśród zgadzających się nie ma nikogo ze zrównanych z ziemią japońskich miast.

    Hiroszima i Nagasaki przez cały okres amerykańskich bombardowań Japonii w 1945 r., uważane były za oazy spokoju. Mimo, że pełną parą pracowały tam zakłady przemysłowe, na żadne z tych miast nie spadła nawet jedna bomba. Latające parami superfortece, które poszukiwały dla siebie odpowiednich celów, jakoś nie dostrzegały niczego godnego bomb w mieście takim jak Hiroszima. Niektórzy nawet zaczęli mówić, że Amerykanów na pewno zauroczyły piękne miejskie parki i postanowili uchronić je przed zniszczeniem.

    W mieście nikt nie miał złudzeń, że któregoś dnia wejdą do niego Amerykanie. Urzędnicy cesarstwa pracowali nad tym, aby zgotować zdobywcom właściwe powitanie. Wszystkim bez końca mówiono, że Jankesi będą gwałcić i zabijać, dlatego trzeba bronić się do ostatka. Nastoletnim chłopcom rozdano dwustrzałowe pistolety (uznano, że taki chłopiec odda najwyżej dwa strzały w kierunku wrogiej armii, zanim sam zostanie zabity, wiec postanowiono oszczędzać w ten sposób amunicję). Dziewczynki uczyły się jak zadawać ciosy zaostrzonym bambusem. W szkołach uczono dzieci w jaki sposób mają na siebie zapinać ładunki wybuchowe, by rzucać się potem za Cesarza pod amerykańskie ciężarówki. Japońska ludność cywilna była poddana gigantycznemu praniu mózgu na nieznaną dotąd skalę.

    4 sierpnia 1945 r. zatrzymał się nagle miejski zegar. Wskazywał godz. 8:15. Dwa dni później dokładnie o tej samej godzinie na miasto spadła bomba atomowa.

    Bomba atomowa, której użyto do unicestwienia Hiroszimy, była urządzeniem o potężnej sile rażenia, ale także niezwykle prymitywnym. Materiałem radioaktywnym jaki użyto do wypełnienia jej głowicy, był uran 235. Bomba była bardzo niestabilna i mogła eksplodować nawet na pokładzie samolotu, który ją transportował. Ktoś nawet porównał ją do beczki nitrogliceryny, przewożonej pociągiem pędzącym po niezbyt równo ułożonych torach. Nad bombą pracowano niemalże do ostatniej chwili i na dzień przed atakiem, jeden z naukowców niemalże gołymi rękami naprawiał awarię w kręgach uranowych. Naukowiec w wyniku napromieniowania zmarł zanim bomba unicestwiła tysiące ludzi w Hiroszimie. W wyniku tej awarii bomba stracila nieco na swej sile i zamiast 24 kiloton energii jej moc zredukowano do 15 kiloton.

    6 sierpnia 1945 r. był nad Hiroszimą pięknym, bezchmurnym i słonecznym dniem. Ten sielankowy obrazek zamienił się w piekło o godz. 8:15, kiedy to nad miastem eksplodowała bomba atomowa zrzucona z bombowca „Enola Gay”. Wybuch nastąpił na wysokości 500 m. nad ziemią i w niemalże jednej chwili spowodował śmierć ok. 100 tys. ludzi. Wielu z nich kompletnie odparowało i próżno było szukać ich doczesnych szczątków.

    Większość budynków stojących bezpośrednio pod eksplodującą bombą przetrwało wybuch, gdy fala uderzeniowa spadła na nie pod kątem prostym. Uderzenie było tak silne, że po ludziach, którzy mieli pecha być w tym czasie na ulicy, zostały tylko sczerniałe cienie bo ich ciała odparowały pod wpływem siły i temperatury takiego uderzenia. Wszystko poza bezpośrednią strefą wybuchu (ok. 1.5 km) zostało zrównane z ziemią. W bezpośredniej strefie wybuchu były m. in. 2 pracownice banku, którym życie uratowały ciężkie granitowe mury. Kiedy kobiety w szoku i przerażeniu wyszły na zewnątrz, zaczął padać czarny deszcz. Napromieniowanie sprawiło, że obie poczuły ogromne pragnienie i zaczęły pić tą czarną wodę. Nie wiedziały, że tak właśnie wracają na ziemie szczątki ludzi i zwierząt, którzy odparowali w atomowym wybuchu. Jedna z kobiet zmarła kilka dni później, ale druga cudownym zrządzeniem losu cieszy się dobrym zdrowiem i żyje do dziś. Ludzie są w stanie przetrać wprost niesamowite rzeczy….

    Jeden z wyrostków schylił się po monetę w momencie, gdy nastąpił wybuch. Na jego oczach kobieta, która mu towarzyszyła zapłonęła jak pochodnia i po chwili stała się kupką popiołu. Dookoła jak pochodnie płonęli żywcem także inni ludzie – chłopiec jednak pozostał nietknięty. Cudem znalazł się w miejscu pomiędzy niszczącymi falami wybuchu. A ludzie płonęli wszędzie. Niektórzy spalali się całkowicie, inni tylko częściowo i umierali w straszliwych cierpieniach kilka dni później.

    Jednym z efektów wybuchu takiej bomby były ogniste trąby powietrzne i opowiadający o nich świadkowie porównywali je do ognistych robali wędrujących po ruinach miasta jak żywe stworzenia: przyspieszając, zwalniając a nawet zatrzymując się na chwilę, jakby w poszukiwaniu kolejnej ofiary.

    Część ofiar wyglądała jak jeże, gdy wyrwana siłą wybuchu trawa pędziła z tak wielką prędkością, że zamieniała się w śmiercionośne sztylety wbijając się w stojących na jej drodze ludzi.

    Ci którzy przetrwali jakimś cudem to piekło byli w takim szoku, że nie wiedzieli co ze sobą począć. Po gruzach Hiroszimy krążyli ludzie zwani mrówkami. Często do błąkającej się osoby przyłączała się druga, do niej następna i tak dalej aż utworzył się ludzki wąż, często złożony z kilkudziesięciu bezradnych i zszokowanych ofiar wybuchu. Ludzie ci nie byli ani głusi ani ślepi – jednak szok nie pozwalał im podjąć jakiejkolwiek racjonalnej decyzji.

    Zdarzały się też małe cuda. Doktor w rozpadającym się od eksplozji szpitalu, przetrwał wybuch nawet nie draśnięty odłamkiem szkła, które zabiło wszystkich jego współpracowników i pacjentów. Już samo to stawiało go w gronie szczęśliwców. Doktor miał bardzo słaby wzrok i niewiele widział bez okularów. Zaczął więc ich szukać po omacku i szczęśliwym trafem odnalazł je na podłodze. Nałożył je na nos i mimo silnych szkieł nadal widział świat niewyraźny i zamazany. Zdjął je więc i nagle okazało się że widzi znakomicie bez szkieł. Doktor jednak nie rekomenduje nikomu takiego nuklearnego zabiegu.

    Wybuch bomby przetrwał także dworzec kolejowy w Hiroszimie. Uruchomiono natychmiast jedyny ocalały skład aby ewakuować z miasta część jego mieszkańców. Dla urzędników najcenniejsi wydali się inżynierowie pracujący w zakładach Mitsubishi i to im przyznano pierwszeństwo ewakuacji. Z ulgą opuszczali oni straszliwie pokancerowane wojną miasto. Byli szczęśliwi, bo nie tylko przetrwali piekło na ziemi ale udawali się w znacznie bezpieczniejsze miejsce, w którym zamierzali przetrwać wojnę. Stacją końcową pociągu była miejscowość Nagasaki….

    na podst. książki Charlesa Pellegrino – „The Last Train from Hiroshima”

    #gruparatowaniapoziomu #spiskowatruskawka #ciekawostki

    Ps1.
    W komentarzu bonusik, dla ludzi od troszkę cięższej muzyki.
    Utwór japońskiej kapeli, nt bomb. Klimatyczny, tekst bez problemu do znalezienia w necie, ale ja wrzucam głównie dlatego, że zajebisty kawałek, a do tego ma trochę archiwalnych ujęć:)

    Ps2.

    pokaż spoiler niedziela, dzień cwela ( ͡° ͜ʖ ͡° )つ──☆*:・゚
    pokaż całość

    źródło: media.newyorker.com

  •  

    No i stało się.
    260 obserwujących i tag pod moją kontrolą.
    Jak ktoś chciałby się z czasem dołączyć, to dawać znaka:) Jedyny warunek, to by tekst trzymał poziom:)
    @the_white_crystal zrobiłem Ci #mirkoreklama w opisie xD
    #spiskowatruskawka

  •  

    W lutym 2003 r. grupa włoskich złodziei włamała się do jednego z najbardziej strzeżonych miejsc na świecie – do sejfu Centrum Diamentowego w Antwerpii. Włamanie to okrzyknięto, kradzieżą stulecia, bo z Centrum zniknęło 3/4 przechowywanych tam kamieni szlachetnych. Kradzieży dokonano w tak profesjonalny i wyrafinowany sposób, że ich brak zauważono dopiero następnego ranka.

    Diamenty zawsze były przedmiotem pożądania. Te niewielkie błyszczące kamyki posiadają tak olbrzymią wartość, że często stają się walutą, która wspiera działalność organizacji przestępczych czy terrorystycznych. Wysoka cena diamentów sprawia również, że rozmaitego autoramentu organizacje wzniecają powstania antyrządowe po to tylko, by kontrolować kopalnie diamentów i czerpać zyski z ich wydobycia.

    W 2003 r. dokonano próby uregulowania handlu diamentami tak, aby wykluczyć z obrotu te kamienie, które zostały zdobyte w sposób nielegalny. Regulację nazwano Procesem Kimberley i polega ona na tym, że kraje w których wydobywa się diamenty wystawiają certyfikaty ich pochodzenia. Dzięki temu wydobycie kamieni miało być kontrolowane a same certyfikaty stworzono w ten sposób, by uniemożliwić ich sfałszowanie.

    Cały przemysł diamentowy uznał to za idealne rozwiązane pozwalające wykluczyć z rynku tzw. “krwawe diamenty”, które zdobyto poprzez wojny, stosowanie przemocy czy innej niesprawiedliwości. Każdy kraj, który nie spełniał warunków zawartych w Procesie Kimberley był wykluczany z międzynarodowego obrotu diamentami. Nie kupowano więc diamentów od rebeliantów walczących przeciwko swojemu rządowi i z handlu kamieniami wyłączono takie kraje jak Sierra Leone, Angola czy Demokratyczna Republika Kongo, których wydobycie stanowiło 5% światowego handlu diamentami. Dziś na czarnej liście pozostaje Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie wydobywa się 1% wszystkich diamentów na świecie.

    Mimo, że dzięki Procesowi Kimberley stworzono doskonały system kontroli przepływu diamentów, ma on jednak poważną słabość, bo nie uwzględnia sytuacji, gdzie diamenty zdobywa z pomocą przemocy, gwałtu i łamania praw człowieka przez legalnie wybrany rząd określonego kraju. Tak dzieje się np. w Zimbabwe. Diamenty w Zimbabwe odkryto w 2006 r. co stało się przyczyną masowych morderstw, egzekucji i wykorzystywania do pracy dzieci. Wg. Procesu Kimberley, krwawymi diamentami z Zimbabwe można jednak legalnie handlować.

    W wielu krajach afrykańskich diamenty zamiast zbawieniem, które powinno wyciągnąć je z nędzy i zacofania, stało się ich przekleństwem. Sierra Leone np. ma takie ilości diamentow, że powinna stać się krajem bogatszym niż Arabia Saudyjska. Sierra Leone jest krajem mlodym, a swoją niepodległość ogłosiła dopiero w 1960 r. ale, od tego czasu pada ona ofiarą kolejnych chciwych i niekompetentnych dyktatorów, którzy dbają tylko o siebie i związaną z nimi elitę. Do tego chaosu dołączyła w latach 90-tych wojna domowa. Walczący z dyktaturą rebelianci z Rewolucyjneg Frontu Zjednoczenia zamiast stać sie bojownikami o wolność swojego narodu okazali się dobrze zorganizowaną i uzbrojoną mafią, której zależało jedyne na eksploatowaniu złóż diamenów. Wojna domowa ustała dopiero w 2002 r, kiedy do Sierra Leone wkroczyły siły międzynarodowe i zorganizowano tam demokratyczne wybory. Rebelianci wystawili własnych kandydatów, próbując zdobyć sympatię tych, którym wcześniej odrąbywali maczetami dłonie. W wyborach rebelianci na szczęście przegrali z kretesem i zniknęli z politycznej sceny, a nowy rząd zdołał zapanować nad sytuacją. Jednak tysiące krwawych diamentów, trafiło z Afryki wprost do Antwerpii, która jest światowym centrum handlu tymi kamieniami.

    Większość diamentów, które pysznią się na zaręczynowych pierścionkach, na którymś z etapów swojej podróży zaliczyło Antwerpię. Antwerpia jest diamentową stolicą już od XV w. Rzemieślnicy szlifujący kamienie w tym mieście stworzyli technologię umożliwiającą ich obróbkę i nadawanie im pięknych, iskrzących się światłem szlifów. Do szlifowania diamentów używa się innych diamentów. W Antwerpii nadal obrabia się największe i najpiękniejsze okazy tych kamieni, bo od XV w. tylko tutejsi rzemieślnicy do perfekcji opanowali tą trudną sztukę. 80% wszystkich diamentów na świecie przechodzi przez Antwerpię – reszta obrabiana jest w Indiach. Są to zazwyczaj najmniejsze kamienie o niewielkiej wartości, które szlifuje się obserwując cały proces przez mikroskop. Hindusi wyspecjalizowali się w tej technice do tego stopnia, że przez ich warsztaty przechodzą kamienie których wartość oceniano kiedyś na przemysłowa, a nie jubilerską.

    W Antwerpii handlem diamentami zajmują się głownie Żydzi. Po palestyńskim ataku terrorystycznym na dystrykt diamentów w tym mieście, w 1981 r., wprowadzono tam wyrafinowany system zabezpieczeń i wyłączono tą część miasta z ruchu kołowego.

    Obrót diamentami to rzecz niezwykła sama w sobie. Gdyby nagle powstała moda aby pierścionki zaręczynowe ozdabiać innymi kamieniami szlachetnymi, to wartość diamentów z dnia na dzień spadłaby bardzo drastycznie. Mimo, że diamenty są piękne, wcale nie są takie rzadkie, jakby się wydawało, ale ich wysoka wartość rynkowa w sposób niezwykle umiejętny utrzymywana jest dzięki niepisanej umowie pomiędzy ludźmi, którzy żyją z handlu tymi kamieniami.

    Diamenty były kamieniem wyjątkowym jeszcze w XIX w. Znajdowano je głównie w Brazylii, więc były unikalne i przez to ogromnie drogie. Na biżuterię ozdobioną takimi kamieniami mogły sobie pozwolić w tamtych czasach jedynie koronowane głowy. Jednak pod koniec XIX stulecia wielką obfitość diamentów znaleziono w południowej Afryce tak więc ich pojawienie się na rynku powinno poważnie wpłynąć na ich cenę. Tak się jednak nie stało. Jednym z najbardziej wpływowych Afrykanerów w tamtych czasach był Cecil Rhodes, którego ogromną prywatną posiadłość na Czarnym Lądzie nazywano od jego nazwiska Rodezją (dzisiejsze Zimbabwe). Rhodes powołał do życia firmę De Beers, której zadaniem było skupowanie wszystkich wydobytych na świecie diamentów. Dzięki stworzeniu monopolu diamentowego, można było kontrolować ich podaż a przez to także ich cenę i utrzymywać ją na pożądanym poziomie. W ciągu pierwszych 35 lat działalności firma De Beers kontrolowała 95% światowego rynku diamentów.

    Diamenty skupowane przez firmę De Beers trafiały do Antwerpii, skąd były rozprowadzane po całym świecie, przynosząc swym właścicielom krociowe zyski. Sielankę przerwał perfekcyjnie przeprowadzony napad na antwerpskie Centrum Diamentów, z którego złodzieje skradli kamienie wartości 100 mln euro. Napadu dokonano 15 lutego 2003 r. i przeprowadzono go tak sprawnie, że nie zadziałał żaden z 10 poziomów zabezpieczeń sejfu. Podczas napadu nie oddano ani jednego wystrzału, nikomu też nie wyrządzono żadnej fizycznej krzywdy.

    Centrum Diamentów w Antwerpii to prawdziwa forteca. Jest ona położona w samym centrum diamentowego dystryktu, który zajmuje sobą powierzchnię ok. 1.5 km2, na którym operuje ok 1500 firm, sklepów, hurtowni i warsztatów jubilerskich obracających diamentami. Sprzedaje się tam wszelkie rodzaje tych kamieni: od jubilerskich po przemysłowe w ilościach detalicznych i hurtowych. Średnio każdego dnia w diamentowym dystrykcie ok. 200 karatów tych kamieni zmienia właściciela, co oznacza obrót rzędu 200 mln dolarów dziennie.

    Cały obszar dystryktu zamyka się w trzech ulicach, połączonych ze sobą w kształcie litery ‘S”. Na obu końcach litery “S” znajdują się ruchome barykady uniemożliwiające nieautoryzowanym pojazdom wjazd na teren dystryktu. Cały jego obszar patrolują silne patrole policji, operujące z dwóch komisariatów położonych na terenie dystryktu. Patrolujący ten teren policjanci w odróżnieniu od reszty antwerpskiej policji, są silnie uzbrojeni w broń automatyczną. Oprócz mundurowej ulice pilnowane są także przez tajną policję, z którą współpracują agenci z prywatnych firm ochroniarskich, wynajmowanych przez poszczególne firmy prowadzące działalność na tym terenie.

    Diamenty przywożone są z lotniska w opancerzonych samochodach i pilnowane przez ochroniarzy w kamizelkach kuloodpornych i uzbrojonych w broń maszynową. Diamentowy dystrykt jest także gęsto nafaszerowany kamerami przemysłowymi, które obserwują każdy centymetr kwadratowy tej części miasta.

    Budynek Centrum Diamentów znajduje się w samym centrum tego systemu bezpieczeństwa i ma on oczywiście własne i niezależne zabezpieczenia. Oprócz pracujących 24 godziny na dobę kamer, wewnątrz budynku przebywa non stop 2 strażników, patrolujących regularnie jego korytarze. Każdy z policjantów stacjonuje w innym pomieszczeniu.

    Diamenty ulokowane są w sejfie, który znajduje się 2 piętra pod ziemią. Aby otworzyć sejf trzeba pokonać ciężkie, pancerne, grube na 30 cm drzwi. Mają one dwa zamki. Jeden z nich otwiera się kluczem a drugi kombinacją szyfrową. Za tymi drzwiami znajdują się kolejne drzwi, które otwiera strażnik obserwujący i identyfikujący wchodzących przez kamerę. Wewnątrz sejfu znajduje się detektor ruchu, czujnik ciepła na podczerwień oraz czujnik światła. Całość do złudzenia przypomina film “MIssion Impossible”.
    Ściany i drzwi sejfu mają także alarm sejsmiczny, na wypadek gdyby ktoś chciał się do niego podkopać podziemnym tunelem i rozerwać jego ściany dynamitem. W samym środku sejfu znajduje się 189 skrzynek depozytowych, gdzie przechowuje się diamenty. Każda z tych skrzynek ma dwa zamki. Aby ją otworzyć właściciel musi użyć własnego klucza w asyście pracownika Centrum, który ma drugi klucz.

    W opinii zarządu Centrum Diamentów, żaden złodziej nie mógł liczyć nawet na cień szansy, że uda mu się dostać do przechowywanych w sejfie kosztowności.

    Złodzieje, którzy postanowili okraść antwerpskie Centrum Diamentów, byli Włochami, którzy sami siebie nazywali Szkołą Turyńską. Wszyscy pochodzili z tego samego miasta, znali się od lat i byli wysokiej klasy specjalistami w złodziejskim fachu.

    Skarbiec diamentów w Antwerpii po raz pierwszy zwrócił ich uwagę w 1997 r. kiedy to z biura wynajętego w diamentowym dystrykcie, próbowali okraść bank mieszczący się tuż poza tą strefą. Mimo, że kradzież ta się nie powiodła (na skutek przypadkowego włączenia alarmu), złodzieje zorientowali się w jaki sposób żyje diamentowy dystrykt. Zauważyli także pęknięcia w tym wydawałoby się szczelnym monolicie zabezpieczeń.

    W 2001 r. jeden ze złodziei – Leonardo Notarbartolo – podając się za kupca diamentów, założył sobie skrzynkę depozytową w sejfie Centrum. Dzięki temu mógł on przebywać w budynku tak często jak chciał. Notarbartolo miał nienaganne maniery i doskonale sprawdzał się w roli biznesmena. Płacił swoje rachunki na czas i był osobą lubianą przez pracowników Centrum. W tym samym czasie pracowicie nakręcał szpiegowską kamerą filmową elementy zabezpieczeń, które później analizowała reszta gangu. Najsłabszym ogniwem systemu bezpieczeństwa Centrum okazali się ludzie. Wpuścili oni lisa do kurnika, gdy otworzono Notarbartolo skrzynkę depozytową bez sprawdzenia jego przeszłości – a był on już w swoim życiu notowany w kartotekach policyjnych. Na rozpracowywanie Diamentowego Centrum Notarbartolo poświecił dwa lata.

    Drzwi do sejfu były tak potężne, że zniechęciłyby każdego złodzieja, ale nie takiego ze Szkoły Turyńskiej. Drzwi zamykały dwa mechanizmy: jednym był klasyczny klucz a drugim zamek szyfrowy. Sam klucz był ogromnych rozmiarów i mierzył sobie ok. 25 cm. długości. Taki klucz byłby bardzo niewygodny w noszeniu, dlatego odczepiano od niego część otwierającą aby nosić ją wygodnie w kieszeni. Reszta klucza powinna znajdować się w pomieszczeniu strażnika. Ponieważ Centrum Diamentów nigdy nie było okradzione, czujność strażników pozostawiała wiele do życzenia. Klucza właściwie nigdy nie rozkładano na części i wisiał sobie w całości powieszony na haku. W samym sejfie znajdował się jednak czujnik termiczny i detektor ruchu, ale złodzieje szybko zorientowali się jak go unieszkodliwić. Notarbartolo jako klient Centrum miał dostęp do sejfu i mógł przebywać w nim samotnie, gdy uzupełniał zawartość swojej skrzynki. Obsługa Centrum była na tyle dyskretna, że nie zainstalowano tam kamer. Na kilka godzin przed akcją, tuż przed zamknięciem Centrum, Notarbartolo raz jeszcze odwiedził sejf i oślepił oba czujniki lakierem do włosów. Kiedy włamano się do wnętrza sejfu dla pewności zastawiono je kawałkiem styropianu. Koszt unieszkodliwienia kosztownego sprzętu wynosił niecałe 10 dolarów.

    Problem jednak przedstawiał alarm magnetyczny w drzwiach. Składał się on z dwóch magnesów, z których jeden był w drzwiach a drugi w pancernej futrynie. Kiedy drzwi do sejfu były zamknięte, oba magnesy będąc blisko siebie tworzyły pole magnetyczne, które uaktywniało alarm. Przerwanie pola poprzez otwarcie drzwi było odnotowane w firmie ochroniarskiej, będącej poza budynkiem. Okazało się jednak, że magnes w futrynie jest po prostu przykręcony do niej na śruby – wystarczyło go więc odkręcić, przymocować do drzwi i alarm nie reagował nawet po ich otwarciu. Jeden ze złodziei, korzystając z wejściówek Notarbartolo zakradał się do drzwi sejfu, powykręcał śruby na których zaczepiony był magnes, obciął je tak, że z zewnątrz widać było tylko ich łebki i przykleił magnes do ściany taśmą klejącą. Śruby były bardzo długie i miało to zaoszczędzić czas podczas włamania.

    Do teraz nikt nie wie w jaki sposób złodzieje poradzili sobie z zaszyfrowanym kodem. Urządzenie było skonstruowane tak, że nie dało się podejrzeć numerów wciskanych na klawiaturze po to by otworzyć elektroniczny zamek. Prawdopodobnie jednak szyfr nie był wcale potrzebny, bo strażnicy dla wygody, nigdy nie kodowali tego zamka, po prostu zatrzaskując drzwi do sejfu i zamykając go na klucz.

    Wewnętrzne drzwi wyłamano w tradycyjny złodziejski sposób – łomem. Te drzwi nie były pod alarmem i otwierał je strażnik przyciskiem ze swojego pokoju. Do pokonania pozostał więc jeszcze czujnik światła. Sejf otwarto w egipskich ciemnościach a sam czujnik okręcono czarną taśmą izolacyjną. Wtedy dopiero złodzieje mogli dobrać się do skrzynek depozytowych.

    Musieli otworzyć w nich dwa zamki aby wydobyć diamenty i do tego celu zastosowali specjalnie do tego celu zrobiony klucz w kształcie korkociągu. Otworzono w ten sposób 109 skrzynek, w których oprócz diamentów znajdowały się także certyfikaty, dzięki którym złodzieje stawali się prawowitymi właścicielami kamieni. W skrzynkach znajdowały się także inne kamienie wartościowe i gotówka.

    Oficjalnie łupem złodziei padły diamenty o wartości 100 mln euro. Nieoficjalnie jednak mówi się, że mogły mieć one wartość 4 razy większą. Wielu właścicieli depozytów nigdy nie przyznało się do ich zawartości.

    Wyłuskiwanie diamentów ze skrzynek poszło tak sprawnie, że cała grupa nie niepokojona przez nikogo opuściła budynek Centrum i bezpiecznie dotarła do wynajmowanego w Antwerpii mieszkania. Tam niezwłocznie złożono w workach na śmieci wszystkie przedmioty i ubrania, które użyto w czasie kradzieży. Wtedy to złodzieje, którzy tak precyzyjnie opracowywali każdy szczegół swojego skoku, popełnili kolosalny błąd. Do worków z kominiarkami i rękawiczkami wrzucili także zwykłe kuchenne śmieci. W tych śmieciach znajdowały się rachunki ze sklepów, gdzie kupowano jedzenie ale także i sprzęt potrzebny do napadu.

    Złodzieje wsiedli do auta i wyruszyli w stronę lotniska w Brukseli. Być może trzymane w napięciu emocje puściły ich wtedy bo tuż przed lotniskiem zatrzymali się w niewielkim lasku, gdzie wypili kilka butelek szampana i porzucili worki ze śmieciami. Zapewne na worki te nikt by nie zwrócił uwagi i kradzież uszłaby im płazem ale lasek ten był oczkiem w głowie pewnego emeryta, który za punkt honoru i cel reszty swojego życia postawił sobie ściganie wandali wyrzucających tam śmieci.

    Kiedy o świcie zobaczył porozrzucane butelki po szampanie zawrzała w nim z wściekłości. Otwierał po kolei worki ze śmieciami szukając w nich jakichś szczegółów, które mogłyby ujawnić personalia śmieciarzy. Robił tak zawsze gdy znalazł porzucone w lasku śmieci i już kilka razy udało mu się znaleźć sprawców, dzięki znalezionym w śmieciach rachunkom telefonicznym. Tym razem oprócz zwykłych śmieci samozwańczy strażnik leśny natrafił ubrania, narzędzia, kominiarki ale także garść szafirów i plik indyjskich rupii, które złodzieje porzucili nie chcąc zadawać sobie trudu z ich wymianą na europejską walutę.

    Strażnik zadzwonił na policję, która natychmiast przyjechała do podbrukselskiego lasku. Efektem tego było aresztowanie uczestników napadu na Centrum Diamentów w Antwerpii. Diamentów jednak nigdy nie odzyskano.

    Do obserwowania/czarnolistowania #spiskowatruskawka
    #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #historiajednejfotografii
    pokaż całość

    źródło: allthatsinteresting.com

  •  

    Zyjemy w niezwykle ekscytujących czasach, w których nieoczekiwanie okazuje się, że niemalże wszystko czego starano się nas nauczyć w szkołach o pochodzeniu i historii człowieka jest….. nieprawdą. Kolejne znaleziska i odkrycia jakich dokonuje się w rozmaitych częściach globu potwierdzają, że historia człowieka jest daleko bardziej odległa i skomplikowana niż przdstawiają to uniwersyteckie, tzw. autorytety. Przykładem może tu być kwestia piramidy, czy raczej zespołu piramid odkrytych w Bośni. Po niezliczonych próbach ośmieszenia tego odkrycia, nieustannie przybywa argumentów na to, że wzgórze Visocića jest piramidą zbudowaną przez bliżej nieznaną cywilizację kilkanaście tysiecy lat temu.

    Gdyby okazało się, że struktury w Bośni zostały wykonane czymś więcej niż tylko siłami natury, to stałyby się one także największymi ze wszystkich znanych piramid na świecie. Piramida Słońca w Bośni ma 220 m wysokości, gdy tymczasem Wielka Piramida w Gizie ma zaledwie 146 m. wysokości. Wg. odkrywcy bośniackich piramid – Semira Osmanagića – zbudowano ją z cementu, który jest znacznie starszy od tego jaki potrafili wykonać Rzymianie. Piramida Słońca była ukryta pod warstwa gleby przez conajmniej 12 tys lat. Pod zespołem bośniackich piramid znajduje się skomplikowany system korytarzy, tuneli, komnat i podziemnych jezior. W tunelach tych odnaleziono olbrzymie bloki ceramiczne na których wyryto runiczne znaki. Badania takich blokow zrobiono na uniwersytecie w Zagrzebiu w Chorwacji.

    Nie sposób jest dokladnie określić momentu powstania tych piramid. Aby tego dokonać potrzebny jest jakiś organiczny materiał w jednej z komnat, dzięki czemu można by go zbadać za pomocą izotopu węgla. Z braku takiego materiału, póki co dokonano szeregu analiz gleby pokrywającej piramidę. Instytut naukowy, który podjął się takich badań określił, że gleba pokrywająca piramidę jest tam od conajmniej 12 tys. lat. Nie jest to dowód na wiek piramidy, lecz sugestia, że przed tym okresem gleby na piramidzie nie było. Do wykonania cementowej elewacji piramidy użyto piachu i kamieni wykopanych z jej wnętrza. Wskazuje to z kolei na to, że jako kręgoslup i strukturę nośną budowli, wykorzystano istniejące już wzgorze, które obłożono olbrzymimi cementowymi blokami, nadając mu kształt piramidy. Materiał nie pochodził więc z kamieniołomów a z wnętrza wzgórza, w którym odnaleziono kilometry chodników. Takie chodniki to element, który można spotkać niemalże pod każdą starożytną piramidą na swiecie. Zespoły piramid w różnych miejscach ziemi połączone są ze sobą siecią korytarzy i tuneli. W Gizie np. tunele łączą ze sobą wszystkie trzy piramidy ze Sfinksem i z rzeką Nil. W podobny sposób korytarze łączą ze sobą piramidy w Chinach. Niektórzy uważają, że korytarze te są pozostalością po starożytnych kopalniach złota, srebra czy miedzi. Jednak na terenie bośniackich piramid nie znaleziono żadnego z tych metali.

    Starożytne piramidy zostały uznane przez historyków za niezwykłe i wyjątkowe budowle, wznoszone w Egipcie i w Ameryce Środkowej. O ile rzeczywiście piramidy są czymś absolutnie niecodziennym i niezwykłym, o tyle są one strukturą budowaną powszechnie niemalże w każdym zakątku świata. W samych Chinach naliczono ich ok. 250. W Peru ponad 300. Piramidy znaleziono na Wyspach Kanaryjskich i w Kambodży. Z tego powodu piramidy w Bośni nie powinny być zaskoczeniem. Piramidy nie były budowane przypadkowo – na chybił trafił. Ich pozycja geograficzna była ściśle określona. Do budowy piramid używano zawsze lokalnego, powszechnie dostępnego materiału. W Peru są to cegły zrobione z gliny adobe, w Gwatemali skały wulkaniczne, w Egipcie jest to lokalny piaskowiec i granit, w Bośni użyto konglomeratu kamieni i piasku dostępnego również lokalnie. Tak więc wbrew powszechnemu przekonaniu, piramidy nie były budowane z precyzyjnie wyciętych bloków skalnych a raczej z bloków cementu odlanych w ksztalcie opowiadającym miejscu przeznaczenia. Aby połączyć takie bloki ze sobą, potrzebna była substancja, która związałaby je ze w sposób trwały. W przypadku piramid w Bośni do tego celu użyto pospolitej gliny. Potwierdzilo to 6 niezależnych instytutów badawczych (w Bośni, Francji i Włoszech) do których wysłano odpowiednie próbki starożytnego cementu. Wszystkie instytuty stwierdziły, że cement ten został wykonany przez człowieka i miał on niezwykle wysoką jakość. Glinę podgrzewano poźniej do temperatury 260 C. Taki sposób wiązania ze soba elementów budowli znali także starożytni Rzymianie. Semir Osmanagić odkrył Piramidę Słońca w 2005 r. Później szybko zidentyfikował drugą piramidę, którą nazwał Piramidą Księżyca. Przeprowadzone potem badania topograficzne a także zdjęcia satelitarnę wskazały, że w tym rejonie znajduje się 5 struktur o kształcie piramidy. Od tamtego czasu prowadzi się tam także wykopaliska archeologiczne, które mają potwierdzić odkrycie Osmanagića.

    Największą zagadką piramid jest oczywiście powód dla którego je budowano. Ciężko jest zaakceptowac, że budowano je wyłącznie jako ekscentryczne grobowce dla lokalnych władców. W 2010 r. grupa wyposazonych w sprzęt analityczny fizyków z Zagrzebia przeprowadzala badania nad anomaliami pola elektromagnetycznego wokół bośnickich piramid. U podstaw piramidy nie zauważono nic niecodziennego ale nieoczekiwanie na jej szczycie odkryto snop energetyczny o grubości 4 m. i częstotliwości 28 kHz. Jest to częstotliwość ultradźwiękowa, której nie możemy usłyszeć czy zobaczyć. Snop energii badano przez 3 doby i jego siła w tym czasie nie tylko nie uległa zmianie, ale także wahaniom. Naukowcy nie mieli wątpliwości, że ultradźwięki musiały powstać w sztuczny sposób. Ultradźwięki można uzyskać poprzez urządzenie mechaniczne, elektromagnetyczne lub wykorzytujące efekt piezoelektryczny. Gdy poddać kryształy kwarcu działaniu ciśnienia – wówczas zaczynają one wytwarzać energię. Częstotliwość 28 kHz na szczycie bośniackiej piramidy Słońca wskazuje, że coś w jej wnętrzu ściska kryształy 28 tys. razy na sekundę (!). Tak więc żrodło tej energii nie może być naturalne.

    Do wnętrza Piramidy Słońca w Bośni zabrano licznik Geigera, aby zmierzyć panujące tam promieniowanie i okazało się, że jest ono o połowę mniejsze od tego na zewnątrz. Jednak promieniwanie wewnątrz piramidy nie jest stabilne i nieustannie zmienia ono swój poziom, podnosząc się i spadając. Wskazuje to na istnienie jakiegoś źrodła wytwarzającego pole elektromagnetyczne wewnątrz tuneli w piramidzie. Radioaktywność w tych tunelach waha się od 0.05 do 0.15 mikrorema/h. Co ciekawe ludzie pracujący wewnątrz piramidy mają zawsze doskonałe samopoczucie i rzadko bywają zmęczeni bo ich ciało produkowało olbrzymią ilość endorfin. Wewnątrz piramidy znikała astma i problemy z zatokami. Wielu ludzi stwierdzało, że oddychanie pod ziemią jest łatwiejsze niż na jej powierzchni. Bośniacka piramida Słońca posiada także wodę, która jest doskonalej jakości i jest traktowana jako woda zdrowotna. Kształt piramidy niewątpliwie wpływa na molekularną strukturę wody. Woda zdaje się przepływać siecią kanałów wewnątrz piramidy. Ceramiczne bloki jakie znaleziono w korytarzach zazwyczaj rozmieszczone były w miejscach, w których znajdowało się ujęcie wody. Woda jest doskonalym nośnikiem energii, która przekazywana jest do takiego ceramicznego bloku, w którym była ona magazynowana. Niektóre z ceramicznych bloków ważyły nawet 8 ton. Bloki te prześwietlono radarem geologicznym i okazało się, że skladają się one z dwóch części. Najpierw wypalano część wewnętrzną, którą okrywano grubą warstwą gliny i ponownie wypalano. Penetrujący ziemię radar wykrył wewnątrz takiego ceramicznego bloku coś jeszcze. Był to owalny przedmiot, którego przeznaczenie nie jest na razie znane. Przypuszcza się, że energia która przedostaje się do bloku dzięki wodzie jest wjakiś sposób transformwana przez ten owalny przedmiot i transmitowana na zewnątrz piramidy. Owalny przedmiot nie jest zbyt duży i ma on ok. 30 cm długości i 20 szerokości. Aby przekonać się jak on naprawdę wygląda, badacze zamierzają wywiercić w bloku niewielka dziurę (2 cm średnicy) i obejrzec ten przedmiot przez chirurgiczną kamerę.

    Piramida Słońca pokryta jest olbrzymimi cementowymi blokami o grubości jednego metra, które stają się nieco cieńsze u szczytu piramidy. W niektórych miejscach znaleziono położone na sobie 4 warstwy takich bloków. Obecnie prowadzone są wykopaliska wokół Piramidy Słońca a także Piramidy Księżyca. Okazało się, że piramidy zrobione są z dwóch różnych materiałów. Piramida Słońca jest zrobiona z cementowego konglomeratu i ma ona klasyczny kształt, ze ścianami pochylonymi do ziemi pod kątem 45 stopni. Piramida Księżyca jest zbudowana zupełnie inaczej. Jej ściany są raz płaskie, by przejść w schodkowe, podobne do tych jakie budowali Majowie. Piramidę Księżyca można nazwać z tego powodu piramidą tarasową. Jest ona zbudowana z piaskowca i przykryta warstwą gliny. 80% ścian tej piramidy pokryta jest gliną. W podobny sposób pokrywano gliną piramidy chińskie. Na szczycie Piramidy Księżyca znajduje się wycięta dziura przez którą można zobaczyć kolejne warstwy materiałów z których ją zbudowanio. Każda warstwa bloków biaskowca przedzielona jest warstwą gliny.

    Do badań nad bośniackimi piramidami zaproszono egipskich ekspertów. Uznali oni, że bośniackie piramidy są wzgórzami, którym nadano kształt piramid i pokryto je betonowymi płytami. Osmanagić uważa jednak, że piramidy zbudowano z rozmyslem, bez wykorzystywania istniejących już wzgórz. Jako dowód podaje fakt, że Piramida Słońca, Księżyca i Smoka, tworzą idealny, równoboczny trójkąt, który przez swą idealną geometryczną idealność nie może być dziełem natury. Oprócz Egipcjan badań nad bośniackich piramid dokonali także Rosjanie z Instytutu Szmidta w Moskwie – Kawroszkin i Tsyplakow – wykorzystując różnorodny sprzęt używany przy badaniach geologicznych. Wg. nich nie ulega wątpliwosci, że Piramida Słońca jest obiektem zbudowanym ręką człowieka.

    Niemalże każda kultutra jaka rozwijała się na ziemi tysiące lat temu zdawala się obsesyjnie budować swoje własne piramidy. Dziś wiedza na ich temat wydaje się być kompletnie zagubiona a jest przeciez być może konieczna dla naszego dalszego przetrwania. Dlatego piramidy w Bośni sa jednym z elementow znacznie większej układanki. Do 1973 r trzech rosyjskich uczonych (Makarow, Gonczarow i Morozow) naliczyło 3300 struktur o kształcie piramidy. Na podstawie prac sir Alfreda Watkinsa odkryli oni, że położenie tych struktur nie jest przypadkowe bo leżą ona na skrzyżowaniu linii (Ley lines) gdzie miały się mieścić unikalne, energetyczne punkty Ziemi. Watkins zauważył że na skrzyzowaniu takich linii polożone są nie tylko starożytne budowle megalityczne ale także znacznie młodsze kościoły, zazwyczaj budowane na zlecenie Templariuszy. Trzech wymienionych wyżej Rosjan pociągnęło wymienione przez Watkinsa linie dookoła kuli ziemskiej, co stworzylo siatkę. Na jednym ze skrzyżowan tej siatki położone są także piramidy z Bośni. Piramidy te przechodzily wiele faz budowy. Zostały zbudowane w punkcie, z którego można było pozyskiwac ziemską energię. Tak położona piramida stabilizowała lokalnie skorupę ziemską a także warunki meteorologiczne. Redukowala ilość trzęsien ziemi i wybuchów wulkanicznych. Piramida wpływala pozytywnie na ludzkie zdrowie, uzdatniała wodę i redukowala ilość szkodliwych bakterii i wirusów.

    Można wiec sobie zadac pytanie w jaki sposób rozmaite kultury porozrzucane po różnych zakątkach naszej planety, znały znaczenie piramid a także położenie energetycznych punktow na Ziemi. W jaki sposób wiedzieli jak pozyskac taką energię i obrócić ją w sposób by działala na pożytek calej lokalnej społeczności. Wiele wskazuje na to, że wiedza ta zostala przeniesiona na Ziemię przez znacznie bardziej wyrafinowaną cywilizację. Tylko w taki sposób można wytłumaczyć powszechność piramid w rozmaitych miejscach świata. taka powszechna wiedza uzyskana bez pozaziemskiej interwencji bylaby możliwa jedynie wtedy, gdy cala kultura naszej planety bylaby jednolita, by póżniej zostac kompletnie zniszczona przez jakiś globalny kataklizm. Chyba że…. chyba że przybysze z innej planety byli tacy jak my! I my jesteśmy ich potomkami, którzy przez milenia zgubili wiedzę na temat piramid.

    Patrząc z lotu ptaka na bośniacką Piramidę Słońca, ma się wrażenie, że nie potrzeba innych dowodów aby nabrać pewności, że jest ona czymś wiecej niż tylko tworem natury. Ale oczywiście te inne dowody jak najbardziej istnieją. Są to choćby podziemne tunele a także znalezione tam inskrypcje napisane za pomocą runów. Tunele są charakterystyczne dla większości megalitycznych budowli na świecie. W okolicy bośniackich piramid znaleziono sporej wielkości kamienne kule, o perfekcyjnym kształcie, które przywodzą na myśl niemalże identyczne, jakie znaleziono w Mezoameryce w kulturze Olmeków. Położenie piramid nie jest przypadkowe i jest ono w ściśle określony sposób zorientowane nie tylko geograficznie ale także astronomicznie. Piramidy były także wyłożone cementowymi płytami zrobionymi z lokalnych materiałów. Ewidencja jest więc wystarczająco duża, aby podejść do bośniackich piramid serio. Niecodziennym dowodem autentyczności tych piramid jest reakcja archeologów, którzy zareagowali na nie wręcz histerycznie wysuwając tysiące zarzutów przeciwko ich istnieniu bez choćby jednego rzutu oka na ewidencję. Nie jest to żadnym zaskoczeniem, bo takim samym milczeniem otacza się wiele innych piramid na całym świecie.

    Jedna z moich ulubionych piramid to piramida w zespole Cahokia (Illinois), niedaleko St. Louis. Jest to piramida ziemna a jej podstawa dorównuje Wielkiej Piramidzie w Gizie. Wokół niej znajduje się kilkanaście innych, mniejszych piramid wybudowanych przez cywilizację, o której historycy mają niewiele do powiedzenia (na NA wkrótce będzie szersze omówienie tego tematu). Piramidy w Cahokii swoją budową przypominają nieco Piramidę Księżyca w Bośni. Jest to bowiem konstrukcja tarasowa. Potwierdza to tylko, że większość starożytnych cywilizacji powstawała wokół piramid, które z jakiś powodów były niezwykle dla nich istotne i mimo że większość tych cywilizacji nie miała ze sobą żadnego kontaktu, to budowały one po całym świecie struktury o tym samym kształcie. Musi więc być ku temu jakiś powód i z pewnością nie była to chęć uczczenia swojego – choćby najbardziej zasłużonego wodza lub króla takim niezwykłym i pracochłonnym grobowcem. Można wręcz powiedzieć, że jako ludzie mamy umiejętność i potrzebę budowania piramid wpisaną w nasz kod genetyczny.

    Piramidy można znaleźć w każdym zakątku świata. Np. na filipińskiej wyspie Bohol znajduje się ich aż 1776! Oficjalnie nazywa się je „Czekoladowymi Wzgórzami” ze względu na kolor jaki przybierają one w porze suchej, gdy wysycha trawa. Czegoś podobnego nie można zobaczyć nigdzie indziej na świecie i mimo, że niezwykle regularny kształt wzgórz wskazuje na inne niż naturalne pochodzenie, naukowcy od razu orzekli, że wzgórza są tworem geologicznym. Nie są oni w stanie wyjaśnić jak powstały takie wzgórza, ale wg. nich nie mogą być nienaturalne. Koniec kropka. Wystarczy zajrzeć do Wikipedii. Najważniejszy (wg. naukowców) dowód na to, że Czekoladowe Wzgórza nie mogły powstać w wyniku działań człowieka, jest to, że praca nad nimi swoją skalą przewyższyłaby wszystko, czego dokonano w starożytnym Egipcie. Tymczasem takie oświadczenie niekoniecznie pokrywa się z prawdą, bo w Egipcie wybudowano olbrzymią ilość piramid. Większość z nich jest zorientowana astronomicznie odzwierciedlając położnienie konstelacji Oriona na nieboskłonie oraz rzeki Nil, która reprezentuje Drogę Mleczną. Wiele książek na ten temat napisali Graham Hancock i Robert Bauval, którzy przprowadzili szereg badan i pomiarów egipskich piramid na podstawie ich położenia względem Oriona określili ich wiek na conajmniej 12500 lat.

    Olbrzymią ilość piramid wybudowano w Mezoameryce. Nadal nie wiadomo jaka jest ogólna liczba piramid, bo każdego roku odkrywa się następne, dobrze schowane przed ludzkim wzrokiem pod poszyciem dżungli. Czesto takie odkrycia są zupełnie przypadkowe, gdy wzgórze okazuje się nieoczekiwanie być niezwykłą kamienną piramidą, po tym jak potężny huragan i ulewny deszcz zdejmie z jej szczytu część roślinności. Pozostałości po piramidach znajdowane są także w amazońskiej dżungli. Ślady te ukazują się ludzkim oczom zazwyczaj po wycięciu dziewiczego lasu i można je dostrzec z przelatującego nad takim terenem samolotu. Wiele takich śladów przypomina słynne petroglify z pustyni Nazca. Piramid nie brakuje w Ameryce Pn. Oprócz wspomnianego już zespołu w Cahokii w wielu miejscach natrafiono na potężne kopce (np. Marietta, Ohio) i z braku jakiejkolwiek wiedzy na tematy budowniczych tych struktur nazwano ich… kulturą budowniczych kopców. Podobne kopce może spotkać w Polsce wzdłóż górnej Wisły, którą niektórzy nazywają polską Doliną Piramid. Ciągnie się ona od Salve Regina w Sandomierzu aż po Kopiec Kraka w Krakowie. W Europie wiele piramid znaleziono we Włoszech i być może jest to główny powód dla którego Cesarstwo Rzymskie powstało na Półwyspie Apenińskim. Inne piramidy na świecie to chńskie piramidy w Xi’an, piramidy Yonaguni w Japonii a także podwodny kompleks magalityczny u wybrzeży Kuby. Piramidy w Chinach były utrzymywane w tajemnicy przed światem aż do naszych czasów. Dowiedziano sie o nich dopiero ze zdjęć szpiegowskich zrobionych przez samoloty amerykanskie w 1945 r. Zdjęcia te ukazaly się dwa lata póżniej w gazecie Rocky Mountain News. Wielkie amerykanskie media jednak nigdy nie podchwyciły tego tematu i wieści na temat chińskich piramid nawet dziś uważane są za kontrowersyjne.

    Tajemnice chińskich piramid są strzeżone od czasów legendarnego cesarza Qin Shi Huang, od ktorego Chiny wzięły swoją nazwe. Cesarz ten zadbał aby zniszczyć wszelkie inforamcje o tych, którzy zbudowali te piramidy. Cesarz Qin należal do rodziny Smoka, która wg. legend nie pochodzila z Ziemi, lecz ptrzybyła tu z innej planety. Legenda chińskich piramid mówi, że zbudowali je bogowie, którzy przybyli z nieba na swoich ziejących ogniem, metalicznych smokach. Cesarz po śmierci kazał pochowac się w piramidzie razem z armią zrobioną z terrakoty. Legenda o przybyciu na Ziemie innej cywilizacji wskazuje, że jest ona nam bliższa niżby się to pozornie wydawało – że nie są to zielone ufoludki a ludzie tacy jak my. A może to po prostu oznacza to, że cała ludzkość jest emigrantami z innej planety. I być może piramidy sa kluczem do rozwiązania zagadki pozaziemskiego pochodzenia człowieka.

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #gruparatowaniapoziomu

    wołam i serdecznie pozdrawiam @the_white_crystal @cichooo @eM-Ka @Helsantonio_Montes diddoxa też pozdrawiam tylko teraz Twojego nicku nie mogę znaleźć xD
    pokaż całość

    źródło: tajemnice-swiata.pl

  •  

    Włócznia Przeznaczenia ma wiele imion. Zwana jest Włócznią św. Maurycego, Świętą Lancą lub Lancą Longinusa. Jest ona przedmiotem świętym o niemalże magicznym znaczeniu. Ostrze jej miało skrócić męki Chrystusa na krzyżu i od tej pory stała się ona symbolem wiary chrześcijańskiej, a także atrybutem i oznaką władzy zwierzchnika Świętego Cesarstwa Rzymskiego.

    Rzymski centurion Longinus był dzielnym żołnierzem, cenionym za męstwo i waleczność w bitwach. Jednak postępująca katarakta, która odebrała mu ostrość widzenia, gwałtownie skończyła jego karierę wojownika. Poncjusz Piłat – namiestnik Judei – przeznaczył go więc do mniej odpowiedzialnej służby i od tej pory Longinus pilnował porządku na Górze Kalwarii, gdzie dokonywano straceń tych wszystkich, którzy w poważny sposób naruszyli obowiązujące na tych ziemiach prawo rzymskie.

    Swą służbę Longinus wykonywał także pamiętnego piątku, kiedy ukrzyżowano wichrzyciela porządku publicznego – niejakiego Jezusa Chrystusa. Ponieważ w piątek wraz z nastaniem nocy zaczynał się szabas, podczas którego Żydzi nie mogli wykonywać żadnych prac, Poncjuszowi Piłatowi ogromnie zależało na tym, aby egzekucja zakończyła się jeszcze przed zachodem Słońca. Zadaniem Longinusa było dopilnować, aby wszyscy trzej skazańcy (razem z Jezusem tego dnia krzyżowano także dwóch złoczyńców) byli martwi zanim rozpocznie się szabas.

    Rzymianie byli perfekcjonistami w każdym calu – także podczas wykonywania egzekucji. Aby przyspieszyć śmierć ofiary na krzyżu, rzymscy żołnierze, potężnym młotem łamali skazańcom golenie. Aby wciągnąć powietrze w płuca, skazaniec na krzyżu używał mięśni nóg by unieść ciało i zaczerpnąć tchu. Z połamanymi goleniami szybko kończył życie z braku powietrza. Tak postąpiono z dwoma złoczyńcami i kiedy przyszła kolej na Jezusa wyglądało na to, że dawno wyzionął on ducha przez co łamanie goleni było już zbyteczne.

    Centurion Longinus był jednak służbistą i chcąc mieć pewność, że Jezus nie żyje, przebił mu bok swoją włócznią. Stała się wtedy rzecz zdumiewająca. Strużka krwi, która zaczęła spływać po lancy centuriona, dostała się w jakiś sposób do jego oczu. W tej samej chwili jego katarakta została w cudowny sposób uleczona i Longinus nie tylko widział tak tak dobrze jak dawniej, ale był także w stanie spoglądać w przyszłość. Dojrzał w niej nachodzącego Mesjasza i w tym samym momencie stał się Chrześcijaninem. W odróżnieniu od żydowskich wyznawców Chrystusa, Longinus był obywatelem rzymskim. Wkrótce opuścił on Jerozolimę, dzierżąc swą włócznię i głosząc Słowo Boże. Od tego momentu Włócznia Przeznaczenia nabrała zupełnie nowego znaczenia. Stała się symbolem zwiastującym nadejście Mesjasza – zbawcy świata.

    Słuch o Włóczni ginie na jakiś czas wraz z wyjazdem Longinusa z Jerozolimy. Pojawia się ona znów – tym razem w rękach Maurycego, który tak jak Longinus był żołnierzem. Maurycy przewodził legii tebańskiej, złożonej głównie z koptyjskich Chrześcijan z Egiptu. Legia ta została wysłana do Galii aby stłumić rewoltę, która ogarnęła tą część imperium. Już na miejscu okazało się, że Galowie są także Chrześcijanami i Maurycy odmówił zabijania swoich współwyznawców, co wywołało poważny problem na dworze cesarza.

    Aby ukarać zbuntowaną legię, cesarz nakazał ją zdziesiątkować. Polegało to na tym, że żądano od buntowników ukorzenia się i przysięgi na wierność cesarzowi. Jeśli legia odmówiła, zabijano dziesięciu żołnierzy i ponawiano propozycję i w razie kolejnej odmowy zabijano kolejnych dziesięciu żołnierzy. I tak aż do skutku. W ten sposób wybito do nogi całą legię tebańską. Ostatnim, którego stracono był dowódca legionu – Maurycy, który nie rozstawał się z Włócznią Przeznaczenia aż do momentu kiedy odcięto mu głowę. Maurycy za swą męczeńską śmierć wstąpił w szeregi świętych i już w niebie stał się dowódcą zastępów niebieskich.

    Włócznia Przeznaczenia została po tym wydarzeniu zawieziona do Rzymu i kiedy cesarz Konstantyn przeszedł w końcu na Chrześcijaństwo, Włócznia stała się symbolem jego chrześcijańskiej, świeckiej władzy. Cesarz Konstantyn miał ją ze sobą między innymi na obu soborach nicejskich, gdzie ustalano jakie pisma wejdą w skład tego, co dziś nazywamy Biblią. Od tego momentu Włócznia Przeznaczenia była przekazywana kolejnym cesarzom – władcom nowego tworu politycznego, średniowiecznej unii europejskiej, którą zwano wówczas Świętym Cesarstwem Rzymskim. O ile Całun Turyński pozostał w rękach duchownych i był wystawiany na widok publiczny w katedrze, o tyle Włócznia Przeznaczenia należała do cesarza i jej miejsce było w pałacu jako symbol władzy świeckiej.

    Po śmierci Karola Wielkiego, zwanego Charlemagne – jego następcy z dynastii Karolingów stali się cesarzami Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Jednak nieustanne waśnie, intrygi i podstępne zamach sprawiły, że po śmierci zamordowanego cesarza Berengara I, tron władcy Europy został przez prawie 40 lat pusty. Bez silnej władzy Europa pogrążyła się w zamęcie. Wtedy to papież Jan XII zaproponował tron cesarski królowi Niemiec Ottonowi zwanemu później Wielkim. Od tego czasu to Niemcy tacy jak Fryderyk Barbarossa, Fryderyk II Hohestaufen, Otton III, stali się władcami Świętego Cesarstwa Rzymskiego, które pod germańskim berłem łączyło ze sobą państwa Europy. Trudno się więc dziwić, że kiedy powstawała III Rzesza, Hitler chciał mieć w swoim posiadaniu Włócznię Przeznaczenia, którą kiedyś dzierżyli niemieccy cesarze jako symbol swojej władzy.

    Ponieważ Włócznie jak i insygnia cesarskie przechowywano we Wiedniu – Hitler, który był Austriakiem dowiedział się o ich istnieniu jeszcze kiedy był dzieckiem. Gdy dorósł, postanowił przenieść się do Wiednia i tam zostać artystą. Jednak jego marzenia legły w gruzach a on sam znalazł się w tak finansowo opłakanym stanie, że nie mając gdzie mieszkać spędzał noce na ławce w parku. Mimo swojej trudnej sytuacji przyszły fuhrer Rzeszy nieustannie marzył o wielkości. To wtedy opracował on wygląd samochodu, który miał stać się samochodem Narodu, Volkswagenem. Ćwierć wieku później auto naprawdę ujrzało światło dzienne, stając się z czasem najpopularniejszym samochodem na świecie zwanym pieszczotliwie Garbusem. Hitler szkicował także nowe rozmieszczenie ulic we Wiedniu, dzięki czemu miasto miało stać się wolne od ulicznych korków.

    Któregś dnia gdy Hitler wałęsał się bez celu ulicami Wiednia, zaskoczyła go potężna ulewa. Szukając rozpaczliwie schronienia wszedł do budynku Schatzkammer – Skarbnicy królewskiej, gdzie przechowywano najcenniejsze precjoza Habsburgów. Wiedziony nieznaną siła wstąpił do sali nr. 11 i tam stanął jak wryty. W sali tej przechowywano insygnia cesarskie Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego oraz Włócznię Przeznaczenia. Nieco zardzewiała, bogato ozdobiona złotem i srebrem lanca zrobiła na nim ogromne wrażenie, bo to z nią w dłoni cesarz Fryderyk Barbarossa jednoczył Europę.

    Hitler nie tylko uwielbiał historię, ale fascynował go także mistycyzm. Źródła tego można znaleźć w fundamentalistycznym i mistycznym katolicyźmie w jakim się wychowywał. W dzieciństwie Hitler śpiewał w kościelnym chórze i marzył aby zostać księdzem. Włócznia Przeznaczenia wręcz promieniowała tym mistycyzmem, Dzierżyli ją przecież najwięksi niemieccy monarchowie: Barbarossa, Henryk I, Ottonowie…
    Włócznia dawała poczucie, że jest się niezwyciężonym. Legenda głosi, że ten kto posiada Włócznię Przeznaczenia ma w swoich rękach losy świata – na dobre i na złe. Hitler głęboko wierzył w tą legendę a także w to, że któregoś dnia on także posiądzie władzę nad światem.

    W trakcie swojej drogi po władzę, Hitler wielokrotnie próbował zdobyć Włócznię Przeznaczenia. Kiedy został kanclerzem Rzeszy, wysłał do Austrii niemieckiego naczelnego dyrektora muzeów, aby ten zdobył ją poprzez wymianę na inne eksponaty . Bez skutku jednak. Wszystko zmieniło się wraz z wcieleniem Austrii do Niemiec 12 marca 1938 r. Upragniona Włócznia została przekazana Hitlerowi kilka dni później – 15 marca – w dzień imienin….. św. Longinusa (!). Zbieg okoliczności zapewne nieprzypadkowy. Tuż przed wkroczeniem do Austrii Hitler wysłał do Wiednia zaufanego oficera SS – Waltera Bunscha. Bunsch podróżował w cywilnym ubraniu, ale w dniu, w którym Niemcy dokonały Anschlussu Austrii, pojawił się w budynku Schatzkammer w mundurze SS i z bronią gotowa do strzału stanął na straży pokoju nr. 11, gdzie znajdowały się insygnia cesarski wraz z Włócznią Przeznaczenia. Hitler dołożył wszelkich starań aby Włócznia Przeznaczenia nie wymknęła mu się w ostatniej chwili z rąk.

    Tak więc Hitler w końcu dostał w swoje ręce Włócznię Przeznaczenia, którą razem z insygniami cesarskimi przesłano do Norymbergi.

    Wybór Norymbergi nie był przypadkowy. Można powiedzieć, że była ona najwłaściwszym miejscem dla klejnotów cesarskich, bo to właśnie w Norymberdzie przechowywano je przez 750 lat!
    O ich zdobyciu marzył Napoleon i w obawie przed nim wywieziono je przezornie do Wiednia. Kiedy niebezpieczeństwo minęło, Habsburgowie nieoczekiwanie odmówili zwrotu precjozów. Norymberga zawsze była dla Niemców miejscem specjalnym. Hitler uważał Berlin za mózg III Rzeszy, Monachium za miejsce jej narodzin, a Norymbergę za stolice duchową Niemiec. Norymberga była Mekką hitlerowskich Niemiec zwłaszcza po tym, jak Włócznia Przeznaczenia i regalia cesarskie, znów wróciły na swoje dawne miejsce.

    Sama Norymberga pod panowaniem faszystów przemieniła się w rodzaj hitlerowskiego Disneylandu. Przebudowano ja tak, aby nabrała ona średniowiecznego, teutońskiego wyglądu. Płaskie dachy przebudowano na spiczaste a z miasta usunięto wszelkie ślady zamieszkiwania go przez Żydów. Norymberga miała nawiązywać do wielkiej niemieckiej historii, kiedy kraj te stał na czele Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Hitler miał ambicje przywrócić dawną świetność temu cesarstwu. Osobiście uczestniczył on w złożeniu insygniów cesarskich i Włóczni Przeznaczenia w norymberskim zamku. Zrobił to uroczyście i z wielką pompą. Miało się wrażenie, że to król Artur wraca do swojego Camelotu dzierżąc w dłoni legendarny miecz – Excalibur.

    Pod okiem Hitlera rozpoczęto prace nad aryjską wersją Biblii, w której centralną postacią miał być aryjski Jezus. Sama Norymberga miała być Rzymem III Rzeszy z katedrą św. Katarzyny jako jej duchowym centrum. Tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak wraz z państwem Hitlera, wszystkie drogi miały prowadzić do Norymbergi, a już w samym mieście prowadziły one do miejsca, gdzie spoczywały insygnia cesarskie i Włócznia Przeznaczenia. Ostatni odcinek drogi do zamku norymberskiego, oglądany z lotu ptaka miał nawet kształt Włóczni Przeznaczenia. Znaczenie Norymbergi doskonale ilustruje film „Triumf woli”, nakręcony przez Leni Riefenstahl. Można na nim zobaczyć dziesiątki tysięcy rozhisteryzowanych pielgrzymów wiwatujących na cześć wielkiego wodza Rzeszy. Był on przekonany, że mając w rękach Włócznię Przeznaczenia jest niepokonany a sama jej obecność tworzy strefę ochronną nad miastem. Z kolei naród niemiecki uwierzył, że ich wódz kontynuuje dzieło wielkich niemieckich monarchów starożytnej historii.

    Na zamku w Norymberdze władcy III Rzeszy sadzili dęby. Dopóki miały one rosnąć i rozwijać się, dopóty nic nie miało zagrażać państwu Hitlera. Nawet on sam posadził własną sadzonkę. Jednak drzewa jakby wczuwając się w swoją rolę i widząc nadchodzącą przyszłość nie chciały rosnąć i usychały jedno po drugim. W tajemnicy zamieniano je nowymi sadzonkami ale te także usychały. Kiedy amerykańscy żołnierze weszli na norymberski zamek, drzewko posadzone przez Hitlera było wyschniętym nadpalonym kikutem, doskonale oddając los jaki spotkał III Rzeszę.

    Regalia cesarskie, które przywieziono z Wiednia razem z Włócznią Przeznaczenia pełniły niemniej istotną rolę jak ona sama. Dawały one poczucie ciągłości i kontynuację Świętego Cesarstwa Rzymskiego, bo Hitler miał być tym, który je odbuduje. Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą symboli swojej świetności i zrobiono wszystko aby nie sprawiać wrażenia, że są one zdobyczą wojenną. Zaaranżowano więc uroczystość podczas której burmistrz Wiednia przekazał święte symbole burmistrzowi Norymbergi. Precjoza przywieziono z Wiednia specjalnym pociągiem strzeżonym przez doborowy oddział SS. Włócznia Przeznaczenie wróciła w końcu do swojego domu, gdzie spędziła aż 750 lat.

    Włócznia jednak nie ustrzegła Norymbergi, bo pierwsze bomby posypały się na miasto już na początku II Wojny Światowej. Norymberga – jako źrodło i symbol nazizmu – miała specjalne miejsce na mapie alianckich bombardowań i przez całą wojnę zrzucono na miasto więcej bomb niż na Anglię podczas całej wojny.

    #spiskowatruskawka #gruparatowaniapoziomu #historia
    pokaż całość

    +: Helsantonio_Montes, lubie-sernik +69 innych
  •  

    Jednym z fundamentów na jakich budowano III Rzeszę, była wiara w mesjanistyczne posłannictwo Niemców, które jako naród wybrany miały stworzyć Nowy Światowy Porządek. Opętani tą myślą przywódcy Rzeszy postanowili odnaleźć wszystkie historyczne symbole, których fakt posiadania miał potwierdzić szczególną pozycję Niemców w świecie. Do tych najbardziej pożądanych należał św. Graal i Arka Przymierza. Odnalezienia tych symboli podjął się Otto Wilhelm Rahn, którego fascynacja św. Graalem i Arką Przymierza, przerodziła się w obsesję.

    Rahn przez lata studiował rozmaite dokumenty prawne, historyczne i filozoficzne, by dojść do wniosku, że ostatnimi Rycerzami Graala byli heretyccy Katarowie, którzy ukryli kielich Chrystusa, bądź informacje na jego temat gdzieś w Pirenejach. Rahn niezmordowanie szukał wskazówek na ten temat we wszystkich bibliotekach gdzie zachowały się dokumenty innej heretyckiej sekty z czasów Średniowiecza – Albigensów.

    W 1929 r Otto Rahn zamieszkał w niewielkiej wsi Lavelanet we francuskiej Langwedocji, skąd przeprowadził szereg wypraw do ruin zamku Montsegur – ostatniej twierdzy Katarów. Lokalni mieszkańcy widząc dziwnego, obcego przybysza przetrząsającego całą okolicę traktowali go wrogo, nie wierząc że jego intencje są natury czysto archeologicznej. Któregoś dnia Rahn został tak dotkliwie pobity przez okolicznych chłopów, że musiał spędzić kilka dni w szpitalu.

    Ta przygoda wcale jednak nie zniechęciła go do dalszych poszukiwań. Tym jednak razem postanowił wyjaśnić mieszkańcom wioski czego szuka w Montsegur. Ci ze zdumieniem słuchali jak opowiadał im średniowieczne historie w ich własnym oksytańskim dialekcie. Biegłe posługiwanie się tym dialektem zyskało mu ostatecznie przychylność mieszkańców.

    Efektem jego pracy była książka pt. „Krucjata przeciwko Graalowi”, którą postanowił wydać w Paryżu, a zdobyte w ten sposób fundusze użyć do dalszych poszukiwań. Tymczasem sprawy w Paryżu wcale nie miały się dobrze. Ludzie na których pomoc finansową mógł do tej pory liczyć sami byli w finansowych tarapatach i nikt nie był zainteresowany książką. Rahn szybko wydal resztkę pieniędzy jakie miał ze sobą i nagle stanął nie tylko przed wizją zakończenia swoich poszukiwań Arki Przymierza i Graala, ale także utraty dachu nad głową a nawet głodu.

    Pomoc pojawiła się w sposób nieoczekiwany, wraz zaproszeniem do przyjazdu na zamek Welwelsburg w niemieckiej Westfalii. Zaproszenie podpisał sam Heinrich Himmler – szef elitarnej niemieckiej formacji SS. Himmler znał publikacje Otto Rahna i zaproponował mu pomoc w finansowaniu jego badań, które miały być częścią programu Ahnenerbe. Organizacja organizowała ekspedycje naukowe w różnych częściach świata, szukając prapoczątków rasy aryjskiej, a także zbierając rozmaite historyczne przedmioty, często o dużym znaczeniu okultystycznym. Otto Rahn stał się idealnym kandydatem dla tej organizacji i w 1937 po serii odczytów na temat św. Graala i Arki Przymierza stał się w Niemczech osobą powszechnie znaną (Temat został spopularyzowany przez operę Wagnera – „Parsifal”).

    W 1938 r Rahn wraz z z 6 kadetami, oficerem SS i profesorem historii wybrał się znów do Langwedocji, ale że czasy były niespokojne a stosunki pomiędzy Francją a Niemcami dalekie od ideału – wyprawa odbywała się w ścisłej tajemnicy. Wg. lokalnych legend, Graal miał znajdować się gdzieś w Pirenejach ukryty przed oczami Lucyfera oblegającego Montsegur. Otto Rahn, traktował te legendy dosłownie i był przekonany, że znajdzie miejsce jego ukrycia.

    Z niezwykłą energią niewielka niemiecka wyprawa zaczęła przeczesywać wszystkie groty w sąsiedztwie katarskiej warowni. Bez efektów jednak. Czas mijał i dziesiątego dnia wyprawy Rahn z zainteresowaniem zaczął przyglądać się jednemu z nawisów skalnych różowiejącym we wschodzącym słońcu. Sięgnął po notes z którym nigdy się nie rozstawał i uważnie przeczesując okolicę odnalazł niewielką jaskinię. Jaskinia była pusta lecz Rahn sięgnął po czekan i z pasją zaczął nim rozbijać jedną ze ścian groty. Po chwili do pracy przyłączyła się reszta ekspedycji. Nie minął kwadrans, gdy ściana skalna osunęła się nieoczekiwanie, ukazując wejście do kolejnej, niewielkiej, ukrytej za ścianą groty. W jej centrum stał niewielki ołtarz.

    Uczestnicy wyprawy nie mogli ukryć zdumienia patrząc na to niezwykłe znalezisko. Kryształ delikatnie zdjęto z ołtarza i umieszczono go w specjalnie do tego celu przygotowanej skrzyni. Kryształ miał ponad 60 cm. długości i 25 cm. grubości w swym najszerszym miejscu. Był to kamień czystej wody, o niezwyklej przejrzystości. Żaden z odkrywców nigdy nie widział wcześniej czegoś takiego. Kamień okazał się też być niezwykle ciężki i z trudem niosło go dwóch młodych kadetów.

    Niezwykłe odkrycie, jego piękno i tajemniczość kompletnie zawładnęły Otto Rahnem to tego stopnia, że od tego dnia stał się innym człowiekiem. Stracił swoją żywiołowość i poczucie humoru. Stał się ponury, zamyślony i nieobecny. Na pytania odpowiadał monosylabami i w rozmowach szybko tracił cierpliwość. Ekspedycja wciąż była na ziemi francuskiej a główny problem stanowiło przemycenie znaleziska na teren Niemiec. Oficer SS towarzyszący wyprawie był jednak ekspertem w kwestii kontrabandy i kamień bez trudu minął francuską strefę celną.

    Tajemniczy kryształ zawieziono do zamku w Wewelsburgu, gdzie zamknięto go w pomieszczeniu zawnym Salą Króla Artura. Klucz do tej sali posiadał tylko Rahn. Ci którzy mieli okazję zobaczyć ten kamień, szybko doceniali jego niezwykłość, ale do badań nad rozwiązaniem jego zagadki nie można było zatrudnić większej liczby osób, bo kamień oficjalnie nie istniał. Został nielegalnie wywieziony z Francji a nawet po jej upadku samo wspominanie o nim byłoby grubym nietaktem wobec kolaboranckiego rządu w Vichy, z którym Hitler mimo wszystko się liczył. Z wyjaśnieniem znaczenia tego kryształu nie spieszył się także sam Rahn mimo, że był pewien, że kamień ukrywa informacje o tym gdzie jest św. Graal.

    Któregoś dnia jeden z wysokich rangą SS-manów, wizytujący zamek w Wewelsburgu, kazał pokazać sobie niezwykły kryształ. Rahn z wielką niechęcią otworzył przed nim Salę Króla Artura. SS-man oglądając kryształ złośliwie skomentował, że większy i bardziej perfekcyjny leży w Berlinie, w Muzeum Nauk Przyrodniczych. W odpowiedzi Rahn zacytował fragment z Rosarium Philosophorum:

    „Hic lapic exilis extat precio quoque vilis spernitur a stultis, amatur plus ab edoctis”,
    co w wolnym tłumaczeniu znaczy:

    „Ten porzucony kamień ma niewielka wartość dla głupków, dlatego tym bardziej cenią go mędrcy.”
    Na jego nieszczęście niemiecki oficer znał biegle łacinę i o zajściu zameldował Reichsfuhrerowi Rzeszy – Himmlerowi.

    Dla Himmlera średniowieczna twierdza Wewelsburg była miejscem specjalnym. W marzeniach drugiego po Hitlerze człowieka Rzeszy miała się ona stać mekką teutońskiej kultury i centrum świata arjańskiego. Miał on zamiar powiększyć zamek o modelowe centrum zarządzania krajem, które byłoby wielkie jak miasto. Budynek miał być wzniesiony zgodnie z platońskim opisem Atlantydy.

    Do Sali Króla Artura Himmler kazał wstawić dębowy, okrągły stół, przy którym miało zasiąść 12 władców świata. Na środku stołu stał znaleziony przez Rahna kryształ wsparty na stojaku w kształcie swastyki. Kryształ wyznaczał centrum Nowego Świata.

    Incydent z wysokim oficerem SS, skończył się dla Rahna bardzo źle. Himmler doszedł do wniosku, że jego
    archeolog także zalicza do głupków. W napadzie wściekłości, pozbawił Rahna stopnia oficerskiego, choc nie wyrzucił go z SS. Rahn w ramach resocjalizacji został wysłany do obozu koncentracyjnego w Dachau – nie jako pensjonariusz jednak, a jako strażnik obozowy. Kara miała trwać trzy tygodnie.

    Dla Rahna było to osobiste upokorzenie, tym bardziej, że zakazano mu wstępu do Wewelsburga. Doprowadzony do skrajnej rozpaczy, oddzielony od magicznego kryształu wystąpił z SS i organizacji Ahnenerbe. W marcu 1939 r. Rahn wybrał się na pieszą wycieczkę po Alpach Tyrolskich, z której już więc nie powrócił. Popełnił samobójstwo w ten sam sposób, w jaki honorowo odbierali sobie życie wielokrotnie opisywani przez niego i podziwiani Katarowie, którzy uważali że jedynie Bóg w postaci Natury ma prawo by im to życie odebrać. 13 marca 1939 r. Otto Rahn zamarzł na śmierć.

    Zamek w Wewelsburgu nigdy nie stał się centrum Nowego Świata. Kiedy pod jego murami pojawili się amerykańscy żołnierze, Himmler kazał zrównać zamek z ziemią, tak aby nic nie dostało się w ręce wroga. Dowódca saperów wykonujących ten rozkaz – Heinz Macher – w ostatniej jednak chwili uratował tajemniczy kryształ z pożogi. Słuch jednak po nim zaginął, a plotka głosi, że jest on bezpiecznie ukryty w jednej z alpejskich jaskiń, cierpliwie czekając na swojego kolejnego odkrywcę.

    na podst. książki Franka Josepha – „Opening The Ark of The Covenant”

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    - VIP dajka idzie na impreze w wyższych sferach, gdzie bolcują ją wysoko postawieni ludzie.
    - Dajka szybko rozpruwa się z tego co widziała i odkrywa ich pedofilskie kółeczko wzajemnej adoracji.
    - Pośród "waznych" - artyści, politycy, media.
    - Istnieje możliwośc, że w klubie piłkarskim Independiente handlowano młodymi piłkarzami.
    - Dajka chce zeznawać w sądzie przeciwko nim.
    - Rok temu, dajka twituje, że się nie ma zamiaru zabić, więc jak znajdą ją martwą, to co złego to nie ona.
    - Dzisiaj, dajka jest martwa z powodu "przedawkowania"
    - Zdjęcia jej zwłok, szybko wyciekły do sieci, zapewne przez osoby zainteresowane
    - dziennikarze zaangażowani, dosłownie informują o tym, jak są szczęśliwi

    ""tłumaczenie z reddit"

    Tutaj art z przed paru miesięcy, inforumjący o tym co dajka opowiedziała w talk show do którego została zaproszona.
    Tłumaczenie na PL nie ma sensu, ale po tłumaczeniu na ENG ogarniecie o co chodzi
    https://www.diariopopular.com.ar/espectaculos/la-noche-que-natacha-jaitt-disparo-contra-todos-el-programa-mirtha-legrand-n386920
    ENG https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2F2O1jj

    Tutaj o tym, przeciwko czemu chciała zeznawać.
    https://www.clarin.com/sociedad/crece-escandalo-abusos-independiente-declararon-menores_0_SJLjCDHjM.html
    ENG https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2FSPB4m
    Tłumaczenie na ENG miodzio. Ogólnie chodzi o 9 chłopców z klubu Independiente.

    "UWAGA
    Nie mam zamiaru popełnić samobójstwa. Nie zamierzam się zastrzelić ani przedawkować żadnych narkotyków. Jeżeli tak się stanie TO NIE BYŁAM JA!. Zatrzymajcie tego Tweeta"
    Pisała w poscie z 5 kwietnia 2018r
    https://www.pagina12.com.ar/176844-natacha-jaitt-no-me-voy-a-suicidar
    ENG https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2Fhqhs1

    O osobach które oskarżała

    Wśród wspomnianych przez Jaitt, był zastępca Gustavo Vera, Leonardo Cohen Arazi (który został zatrzymany za sprawę) oraz kilku uczestników Big Brother: "Cohen Arazi poprosił o seks w zamian za pracę, a jego partnerem jest Francisco Delgado z Big Brother. Brian (Lanzelotta) zabrał chłopców z wioski do sędziego (Martina Bustosa) i do niego ". Oskarżyła także kilku dziennikarzy i przedsiębiorców medialnych.
    https://viapais.com.ar/argentina/876457-las-denuncias-que-hizo-natacha-jaitt-antes-de-su-muerte/
    https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2FF0WRG

    Papież Franciszek też ma swoje miejsce w tej historii

    https://www.diarioregistrado.com/politica/natacha-jaitt-predio-el-ventilador--revelo-una-lista-de-famosos-que-segun-ella-son-pedofilos_a5ac122c42756190b821200ce
    ENG https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2FG9hzl
    https://radiomitre.cienradios.com/tiembla-papa-francisco-gustavo-vera-pedofilo-denuncio-natacha-jaitt/
    ENG https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2FEYhQZ

    Żydowska ręka czuwająca nad wszystkim
    https://en.wikipedia.org/wiki/Adri%C3%A1n_Suar

    Mercedes Ninci zawieszona na Twitterze
    https://www.ratingcero.com/notas/5017578-tras-las-barbaridades-natacha-jaitt-suspendieron-twitter-mercedes-ninci
    ENG https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2F2wieX

    Ludzie których oskarżała wypuścili jej foto post mortem.
    https://www.clarin.com/espectaculos/fama/luis-ventura-publico-foto-cuerpo-natacha-jaitt-destrozaron-redes_0_vkL84Ba87.html
    ENG https://translate.google.com/translate?sl=es&tl=en&u=http%3A%2F%2Farchive.is%2F2XQEN

    Temat na 4 i 8 chanie
    http://boards.4chan.org/pol/thread/204224056 NSFW!!!!
    https://8ch.net/pol/res/12844962.html NSFW!!!!

    YT:
    Scena z Oczy szeroko zamknięte S. Kubricka.

    #teoriespiskowe #spiskowatruskawka #pedofilia
    pokaż całość

    źródło: youtube.com 18+

  •  

    Jakiś czas temu, sieć obiegła informacja, że bułgarscy naukowcy zdołali nawiązać kontakt z istotami pozaziemskimi. Naukowcami tymi byli poważni członkowie Bułgarskiej Akademii Nauk, co zmuszało do zastanowienia.

    To sensacyjne oświadczenie złożył prof. Łaczezar Filipow, szef Instytutu Badań Przestrzeni Kosmicznej, który jest częścią Bułgarskiej Akademii Nauk. Prof. Filipow jest naukowcym nietuzinkowym – samo jego CV ma 12 stron osiągnięć. Jest on z wykształcenia astrofizykiem i przez wiele lat pracował nad programem kosmicznym Rosji.

    W listopadzie 2009 r zwołał on konferencję prasową, na ktorej oświadczył, że E.T. nie tylko istnieją naprawdę, ale żyją pośród nas, lecz my nie potrafimy ich rozpoznać. Oświadczył także, że bułgarscy naukowcy nawiązali kontakt z obcymi i – co wzbudzilo największą sensację – zaprezentował zebranym kilka egzemplarzy żywych E.T. (!!!) Członkowie Bułgarskiej Akademii Nauk zadali obcym ponad 30 pytań. (!!!)
    Wiadomość taka została podana przez Associated Press i obiegła cały świat.

    Kevin Smith jest znanym amerykańskim badaczem UFO i wszelkich spraw paranormalnych tak wiec siłą rzeczy, oświadczenie Filipowa wywołało jego ogromne zainteresowanie. Jeszcze tego samego dnia skontaktował się z bułgarskim profesorem, który był podekscytowany możliwością prezentacji swoich odkryć na szerszym niż bułgarskie – forum. Dodał, że ujawnienie faktów na temat E.T. jest jego obowiązkiem jako naukowca. Jednak krótko po tej rozmowie, profesor Filipow zapadł się pod ziemię. Jego osobisty telefon komórkowy, który podał Smithowi – nie odpowiadał. Podobnie było z telefonem profesora w jego biurze. Spróbowano także skontaktować się z nim za pomocą e-maila i… otrzymano wreszcie odpowiedź!

    Odpowiedź nie byla jednak taka jakiej oczekiwano. Był to chłodny, rzeczowy, oficjalny list, który skrzynka pocztowa profesora odsyłała automatycznie każdemu, kto do niego napisał. List nie był też napisany przez samego profesora. Tekst był w języku angielskim i napisał go ktoś, kto od urodzenia władał tym językiem. Prof. Filipow mówił po angielsku, ale był to język bardziej praktyczny niż literacki. Tak więc ktoś napisał list za profesora. Czy za jego zgodą? Tego nie wiadomo.

    Przez 10 dni nikt nie był w stanie odpowiedzieć, gdzie przebywa prof. Łaczezar Filipow. Wreszcie niespodziewanie dla wszystkich, pojawił się on w budynku Bułgarskiej Akademii Nauk w Sofii aby udzielić wywiadu dla telewizji chorwackiej.
    Wywiad przeprowadzono w holu budynku Akademii. Całe nagranie trwało zaledwie 19 minut, poczym ekipa z Zagrzebia spakowała swój sprzęt i odjechała. Wywiad nie został nigdy wyemitowany, bo prof. Filipow miał poważne problemy z udzieleniem jakiejkolwiek, logicznej odpowiedzi. Wg. chorwackich dziennikarzy prof. Filipow był po prostu…. pijany…

    Taśmę z nagraniem pokazano jednak kilku ekspertom, którzy na podstawie zachowania a przede wszystkim ruchu gałek ocznych i wielkości źrenic są w stanie okreslić czy człowiek taki jest pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Eksperci oglądali ten film niezależnie od siebie i wszyscy jednoglośnie orzekli, że prof. Filipow z pewnością nie był pijany. To z kolei co zwróciło uwagę obserwatorów to ekstremalne zmęczenie i senność profesora.

    Doprowadzanie człowieka do stanów skrajnych, poprzez zabranie mu możliwości snu jest jedną z ulubionych metod tajnych służb rozmaitego autoramentu. W przypadku Bułgarii wszystko wskazywało na to, że do tak skrajnego stanu mogli doprowadzić profesora jedynie ubecy z organizacji zwanej Drżawnost Sigurnost, która była bułgarską wersją KGB. Drżawnost Sigurnost przez cale dekady współpracowała z KGB tak ściśle, że szefami niektorych wydziałów DS byli Rosjanie z tej organizacji. Problem jednak był w tym, że Drżawnost Sigurnost nie istniała od conajmniej 1990 r. Przynajmniej oficjalnie.

    Organizację rozwiązano wraz z upadkiem komunizmu w Bułgarii, a całą zgromadzoną przez DS dokumentację zapieczętowano i zdeponowano w archiwum państwowym. Dokumenty te od tamtej pory nigdy nie ujrzały światła dziennego, aż do teraz. Obecny rząd bułgarski uchwalił, że archiwum DS trzeba odtajnić a ich dane opublikować w interencie, dzięki czemu naród pozna prawde o własnych służbach bezpieczeństwa i ich współpracownikach. Drżawnost Sigurnost to dla Bułgarów narzędzie strachu, opresji, tortur i śmierci. Premier Bułgarii nieoczekiwanie zarządał przygotowania dla siebie raportu na temat tego, kto w bułgarskich służbach dyplomatycznych był w przeszłości związany z DS. Dodał także, że podejrzewa conajmniej 90% bułgarskiego MSZ o współpracę z bezpieką.

    W tym samym czasie prof. Filipow zwołuje swoją konferencję prasową, po której znika w tajemniczych okolicznościach. W bułgarskiej polityce natomiast w najlepsze trwa rozprawa z komunistyczną przeszłością i reprezentującą ją mroczną służbą bezpieczeństwa, której oficjalnie nie ma od conajmniej 19 lat. Bułgarski minister spraw zagranicznych podaje się do dymisji, gdy w archiwach znaleziono dowody na jego współpracę z DS aż do 1991 r. Oznacza to, że organizacja ta działała w najlepsze, mimo jej oficjalnego rozwiązania. Jej funkcjonariusze pracowali dla poszczególnych członków bułgarskiego parlamentu i największych rekinów finansjery. Aż 60 prokuratorów było współpracwnikami DS i conajmniej 40 posłów.

    Być może tej masowej czystce w bułgarskim życiu polityczny, prof. Łaczezar Filipow zawdzięcza swoje życie. Pojawił się w końcu w budynku Akademii i z oznakami śmiertelnego zmęczenia zgodził się udzielić wywiadu chorwackjej tv. Jedno z zadanych mu pytań dotyczyło E.T. i tego czy obcy rzeczywiście żyją wśród nas. Prof. Filipow odparł wtedy, że jeśli odpowie na to pytanie to go zabiją…..

    Kogo mial na myśli?? Swoich zwierzchników??? Czasy inkwizycji dawno już minęły i za poglądy co najwyżej można być wywalonym z pracy na zbity pysk, ale nie pozbawionym życia.
    Więc może E.T.? Też raczej nie, bo z obcymi bułgarscy naukowcy nie tylko sie dogadywali ale także zadawali im pytania na konferencji prasowej.
    Tylko jedna organizacja mogła w ten sposób przekonać profesora, żeby więcej nie mówił o E.T. i jest nią Drżawnost Sigurnost.

    Można się tylko domyślać dlaczego DS tak ostro zareagowała w przypadku prof. Filipowa. Być może bułgarscy ubecy działali na rozkaz swoich byłych przełożonych z Rosji, którzy zdecydowali, że lepiej będzie żeby Filipow przestal gadać o E.T. Jeśli tak było, to oznacza to także, że istnienie E.T. jest prawdą, przed którą za wszelką cenę chce się nas uchronić.

    all credist C. Miekina

    #teoriespiskowe #spiskowatruskawka

    ps.

    @eM-Ka to prawda. Zresztą wejdź w mój profil i zobacz, że ostatnio w ogóle się mało produkuje na wykopie.
    Z jednej strony moderacja skutecznie mnie zniechęciła, z drugiej strony - to nie jest tak, że teori spiskowych czy aktualnych wydarzeń, jest tyle, że co tydzień będzie wpis;] Gdyby pojawiła się jakaś bomba, na pewno byś dostał wpis pod spiskową;]

    A może im bliżej wiosny, tym większe szanse będą na nowe wpisy? Zobaczymy. Gdybym zrezygnował z tego tagu, poinformowałbym Was o tym. A tak? Zbieram się w sobie.
    Przepraszam wszystkich
    pokaż całość

  •  

    dobra foliarze, to co?
    Wesołych świąt wam życzę.
    Już jestem miesiąc bez bana, może po nowym roku wróci #spiskowatruskawka gdzie będę Wam streszczał co tam nowego popierdolonego + co tam chris miekina naskrobał:)
    @cichooo @the_white_crystal @czytam_komenty_arka93298_dla_beki i innym plusującym jeszcze raz wesołego jajka
    #teoriespiskowe
    pokaż całość

  •  

    Miraski, dzisiaj jest kolejna rocznica przykrego wydarzenia, które wtedy, nagromadziło całą energie spierdolenia z okolicznych galaktyk w jednym miejscu, no i człowiek musi się teraz użerać z tym wszystkim. Czy mógłbym z tej okazji zadecydować sobie piosenkę? W komentarzu. #gownowpis #spiskowatruskawka #zalesie

    źródło: 1545127671634.jpg

  •  

    Tag #ufo na wykopie to jedna wielka ujnia, co nie?
    Jak nie typ, co dla jednego plusa wrzuca jakąś brytyjską kapelę z lat 80 to słabe heheszki...
    Ostatnio nawet gościu noworodka wrzucił...
    Dlatego wnieśmy trochę #qualitycontent do tagu.
    Jak wiadomo, nowożytna historia ufo zaczyna się od katastrofy w Roswell, w 47r.
    Później poszło już jak bata strzelił. Majestic 12, Blue Book. Do tego, rzekoma "przepowiednia" Wernera Von Brauna, lądowanie na księżycu mnóstwo lat temu, chociaż teraz planety opuścić nie możemy, bo zabije nas przejście przez pas Van Allena. Swoją drogą, szkoda, że w 69r. tego nie wiedzieli.
    "Dziwne" rozmowy Apolla 11 z centrum kontroli lotów w Houston.
    Nagrania video z księżyca, które Eugene Cernan (chyba on:) ) zapomniał zabrać do księżycowego łazika, pomimo tego, że pół dnia ładował do niego skały.
    Edgar Mitchell który jasno mówił, że życie pozaziemskie istnieje.
    Itp etc.
    Mamy 21 wiek. Ludzie w domach mogą sobie spokojnie obserwować odległe planety, ale po co patrzeć na coś, co będzie i tak niewiele widoczne z milionów kilometrów odległości?
    Co dociekliwsi skierowali teleskopy na księżyc.
    No i właśnie ja tutaj do Was przychodzę, z takimi nagraniami powierzchni księżyca, które jasno pokazują, że chyba nie jest tam do końca tak spokojnie jak chcą nam wszyscy wmówić;]

    Koniec pierdolenia.
    Oglądajcie

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #ksiezyc #kosmos #astronomia #ciekawostki
    @cichooo @the_white_crystal
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: Kutazzz, t...............l +11 innych
  •  

    Dobra.
    @cichooo , wołam, bo będzie spiskowo, a miałem się już w tych tematach tak średnio produkować...
    Ale, jak widzę takie wysrywy, jak bordo @mactrix (cytuje: foliarze pewnie jeszcze produkują jakieś teorie, ale wygląda na to, że jakiś typ upload pornografii dziecięcej robił z tamtego miejsca (kto by się spodziewał)), to mi się folia stretchowa rozwija na rolce, i nic tylko obracać tą folią w koło takich łbów, jak cytowanego mirka.

    Wiecie czego wpis będzie dotyczył, nie?

    Sunspot Solar Observatory.
    Sprawa wybuchła jak garść odbezpieczonych granatów, i ucichła jak jęki pornosa, gdy na swoim laptopie wciskasz klawisz od "mute".

    Tutaj macie mapkę, jak to miejsce wygląda
    MAPKA ,
    jak sobie 2-3 razy zrobicie dobrze minusikiem, na południe od Sunspot, ukazuje się Apache Point Observatory, które także jest obserwatorium słonecznym, na tym samym wzgórzu.
    Obok Sunspot macie zaznaczoną pocztę i te zabudowania w koło, to w sumie całe miasteczko. I to całe miasteczko + obserwatorium zostało ewakuowane przez FBI,
    bo,
    UWAGA UWAGA:

    cieć wrzucił parę materiałów CP na net czy darknet, z komputerów obserwatorium słonecznego xD

    NO KURWA, TAK BYŁO, BORDO TAK MÓWI, PRASA TAK PODAŁA, TO TAK JEST, CO NIE?

    Ale, żeby jeszcze bardziej śmieszno było, to nie koniec zdarzeń wyskoich dziwności w tej sprawie.
    Pomimo tego, że nalot FBI odbył się 06.09.2018 roku, nakaz przeszukania domu ciecia, został wydany dopiero 9 września.
    Nakaz aresztowania ciecia, dopiero dzień później.
    A zarzutów nie ma do dzisiaj.
    Dziwne? Nie dla pana bordo.

    To jeszcze kilka ciekawostek.

    Jeżeli przestępstwa pedofilii, a w tym przypadku posiadania czy namawiania (no kurwa, nie wiadomo, bo nie ma zarzutów) jest popełniane, a w pedofila ukrytym pokoju, nie ma piątki nieletnich na których sobie używał, bądź w pawlaczu nie ma skitranego serwera z 1TB nielegalnych slizgaczy które są udostępniane, to w takim wypadku nie ma BEZPOŚREDNIEGO ZAGROŻENIA BEZPIECZEŃSTWA OSÓB NIELETNICH BĄDŹ POSTRONNYCH.

    No chyba, że wierzycie, tak jak nasza bordów, że cieć z obserwatorium miał w pokoiku z miotłami, pokój tortur, a jak przystawiłeś oko do teleskopu, to zamiast gwiazd czy żółtej plamy, wyświetlał ci się daisy destruction (google it, kiedyś o tym pisałem, tylko nie wiem czy pod #teoriespikowe czy pod #spiskowatruskawka. Jak pod truskwaką, to łatwo będzie znaleźć.
    Wiadomo, w USA, zagrożenie bezpieczeństwa jest zawsze, przez powszechny dostęp do broni, jednak miejscowy szeryf, spokojnie takim pojedyńczym zagrożeniem, razem ze swoimi zastępcami się zajmie.

    BEZ SIANIA PANIKI W OBSERWATORIUM, MIASTECZKU I W SPOREJ CZEŚCI GLOBU.

    W takich miasteczkach, miejscowy szeryf jest jak ten krawężnik, co go gra pan Boberek w Rodzinie Zastępczej.
    Zna wszystkie twarze z imienia, nazwiska i koloru włosów łonowych.
    Takie banalne sprawy, przekazuje się do biura szeryfa, i szeryf znając normalny dzień miasteczka, wie gdzie cieć jest w danej sekundzie dnia.
    Patrząc na FBI, oni miejsce poszukiwań pedofila, zawężyli do kurwa całego miasteczka. A dlaczego tak zrobili?
    Bo nikt szeryfa nie poinformował xD
    Czaicie?
    Małe miasteczko, i nikt się szeryfa nie pyta o krótką charakterystyke plus informacje o podejrzanym xD

    Ale czekajcie czekajcie.

    Grupa kilkunastu federalnych, nie mówiąca nic, i tylko ewakuująca ośrodek badawczy + miasto, to może być za mało na PEDOCIECIA.
    Wyślem kurwa BLACKHAWKA.
    TAK.
    Tak panie bordo. Wg twojego żenującego wpisu, do ciecia wysłali helikopter który z Wietnamczyków robił pochodnie, a z somalijczyków - gotowy do wylania asfalt.
    To pewnie środki bezpieczeństwa po 9/11, wtedy myśliwce pędziły do porwanych samolotów z 30% swojej mocy, zaś piloci, nonstop myśleli, że to ćwiczenia.
    A wiecie co jest najlepsze?
    Że ja to Wam piszę, tak jak by to się w ciągu tych 4 dni wyjaśniło (06.09 wjazd, 09.09 przeszukanie domu, 10.09 aresztowanie), a prawda jest taka,
    że obserwatorium do pracy wrociło dopiero po 11 dniach (17.09), zaś historyjka którą pelikanuje iksdeczkami pan bordo, trafiła do mediów 20 września.
    2 tygodnie myśleli nad taką fatalną przykrywką.
    Fatalną dla mnie, i dla wielu którzy trochę myślą, a nie dla ignorantów co to widzac słowo "spisek" czy "teoria", od razu fallusa na wierzch wyciąga i strzela na lewo i prawo, tym swoim jałowym myślonasieniem.

    Fe kurwa.

    Idziemy dalej.
    Pracownicy obserwatorium i miejscowi, zaniepokojeniu najazdem FBI, z blackhawkiem nad głowami, i ewakuacją miasteczka przez smutnych panów, wezwali swojego szeryfa.
    Szeryf oczy jak pięć złotych, jedzie na miejsce, a smutni panowie szeryfa mają w dupie.
    Nic mu nie powiedzieli, w końcu pedofilia to nie w kij dmuchał.
    Dnia 18 września, szeryf udzielił wywiadu, gdzie powiedział co się wydarzyło, i w jaką wściekłość wpadł, że FBI nie pozwoliła ani sobie pomóc, ani dowiedzieć się o co kaman.
    Do tej pory, szeryf, nie łyka pedohistoryjki, bo w porównaniu do pana, dzięki któremu powstaje ten wpis, on wie, jak się postępuje w takich przypadkach.
    A wg niego, za chuj nie postępuje się tak jak postąpiono.

    Myślicie, że już kończę?

    Prawie.
    Cała sprawa, gdy padło tylko hasło "pedofilia" ucichła.
    Nikt nie chce mieć z tym związku, nikt nie będzie dociekał.
    Posłuszni ludzie, zaprogramowani szkołą, pracą i TV na bezmyślnych baranków, od razu głowa w drugą stronę i machnąć łapą.
    Tym bardziej w USA.
    Jak się zainteresujesz tym, co nie potrzeba, wyciągną Ci jeszcze, jebanie 19 latki co w niektórych stanach jest przestępstwem, i będą kłopoty.
    Dlatego odwróćmy wzrok.
    Myślicie, że jakieś oświadczenie FBI się pojawiło, czy rzecznik tej komórki jakoś przedstawia sprawę w mediach?
    Tia xD

    Stanowisko w tej sprawie zajeła tylko AURA (Association of Universities for Research in Astronomy), organizacja mająca w swojej kontroli obserwatorium.
    I wyjebali piękne oświadczenie.

    On September 6th, the Association of Universities for Research in Astronomy (AURA) and the National Science Foundation (NSF) made the decision to temporarily vacate the Sunspot Solar Observatory at Sacramento Peak, New Mexico as a precautionary measure while addressing a security issue. The facility closed down in an orderly fashion and is now re-opening. The residents that vacated their homes will be returning to the site, and all employees will return to work this week.

    AURA has been cooperating with an on-going law enforcement investigation of criminal activity that occurred at Sacramento Peak. During this time, we became concerned that a suspect in the investigation potentially posed a threat to the safety of local staff and residents. For this reason, AURA temporarily vacated the facility and ceased science activities at this location.

    The decision to vacate was based on the logistical challenges associated with protecting personnel at such a remote location, and the need for expeditious response to the potential threat. AURA determined that moving the small number of on-site staff and residents off the mountain was the most prudent and effective action to ensure their safety.

    In light of recent developments in the investigation, we have determined there is no risk to staff, and Sunspot Solar Observatory is transitioning back to regular operations as of September 17th. Given the significant amount of publicity the temporary closure has generated, and the consequent expectation of an unusual number of visitors to the site, we are temporarily engaging a security service while the facility returns to a normal working environment.

    We recognize that the lack of communications while the facility was vacated was concerning and frustrating for some. However, our desire to provide additional information had to be balanced against the risk that, if spread at the time, the news would alert the suspect and impede the law enforcement investigation. That was a risk we could not take.

    Wklejam transkę z deepl, bo już mi cisnienie trochę opada i nie chce mi się całości tłumaczyć.

    6 września Stowarzyszenie Uniwersytetów Badawczych w Astronomii (AURA) i Narodowa Fundacja Nauki (NSF) podjęły decyzję o tymczasowym opuszczeniu Sunspot Solar Observatory w Sacramento Peak, Nowy Meksyk, jako środek zapobiegawczy w odniesieniu do kwestii bezpieczeństwa. Obiekt został zamknięty w sposób uporządkowany i jest obecnie ponownie otwarty. Mieszkańcy, którzy opuścili swoje domy, będą wracać na miejsce, a wszyscy pracownicy wrócą w tym tygodniu do pracy.

    AURA współpracuje z organami ścigania w ramach trwającego dochodzenia w sprawie działalności przestępczej, która miała miejsce w Sacramento Peak. W tym czasie obawialiśmy się, że podejrzany w dochodzeniu może stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa miejscowego personelu i mieszkańców. Z tego powodu AURA czasowo opuściła obiekt i zaprzestała działalności naukowej w tym miejscu.

    Decyzja o opuszczeniu obiektu opierała się na wyzwaniach logistycznych związanych z ochroną personelu w tak odległym miejscu oraz potrzebie szybkiego reagowania na potencjalne zagrożenie. AURA ustaliła, że przeniesienie niewielkiej liczby pracowników na miejscu i mieszkańców z dala od gór było najrozsądniejszym i najskuteczniejszym działaniem w celu zapewnienia im bezpieczeństwa.

    W świetle ostatnich wydarzeń w dochodzeniu stwierdziliśmy, że nie ma ryzyka dla personelu, a Sunspot Solar Observatory powraca do regularnej działalności od 17 września. Biorąc pod uwagę znaczny rozgłos, jaki wygenerowało czasowe zamknięcie, a co za tym idzie, oczekiwanie niezwykłej liczby odwiedzających miejsce, tymczasowo angażujemy służby bezpieczeństwa, podczas gdy obiekt wraca do normalnego środowiska pracy.

    Zdajemy sobie sprawę, że brak komunikacji w czasie, gdy obiekt był opuszczony, był dla niektórych niepokojący i frustrujący. Jednak nasze pragnienie dostarczenia dodatkowych informacji musieliśmy zrównoważyć z ryzykiem, że jeśli zostaną one rozpowszechnione w tym czasie, wiadomości będą ostrzegać podejrzanego i utrudniać dochodzenie organów ścigania. Było to ryzyko, którego nie mogliśmy podjąć.

    KEKSIMUS KRUWA Xd

    I wiecie co jest jeszcze dobre?
    Że niżej, pod tym oświadczeniem, jest napisanych parę zdań o Sunspot.
    W obserwatorium pracuje 9 osób.
    Jeżeli te 9 osób to pracownicy uniwerka a nie techniczni, to i tak wielkość załogi podpowiada, że "technicznych" zatrudnionych, było maks 2-3.
    12 osób.
    1 pedofil.
    Odział FBI dobierający się do anten obserwatorium.
    I BlackHawk.
    LEGIT!

    House said he doesn’t understand why Sunspot didn’t call or notify them of the situation.

    “They’re not federal employees,” he said. “It maybe somebody who threatened one of their workers. If that’s the case, why didn’t call us and let us deal with it. These guys are regular workers that work for this company. I don’t know why the FBI would get involved so quick and not tell us anything.”

    “The FBI is refusing to tell us what’s going on,” House said. “We’ve got people up there (at Sunspot) that requested us to standby while they evacuate it. Nobody would really elaborate on any of the circumstances as to why. The FBI were up there. What their purpose was nobody will say.”

    RELATED:Sunspot Observatory to reopen Monday following security investigation

    He said he has a lot of unanswered question about what occurred at Sunspot.

    “But for the FBI to get involved that quick and be so secretive about it, there was a lot of stuff going on up there,” House said. “There was a Blackhawk helicopter, a bunch of people around antennas and work crews on towers but nobody would tell us anything.”

    The Daily News contacted the Albuquerque FBI spokesman seeking comment for this story, but telephone calls and messages were never returned.

    House said he pulled his deputies from the facility after there was no identifiable threat.

    RELATED:Sunspot Observatory 'closed until further notice'

    “They wanted us up there to help evacuate but nobody would tell us anything,” he said. “We went up there and everything was good. There was no threat. Nobody would identify any specific threat. We hung out for a little while then we left. No reason for us to be there. Nobody would tell us what we’re supposed to be watching out for.”

    Tłumaczenie DeepL:

    "FBI nie chce nam powiedzieć, co się dzieje" - powiedział House. "Mamy tam ludzi (w Sunspot), którzy prosili nas o czuwanie podczas ewakuacji. Nikt tak naprawdę nie wyjaśniłby żadnych okoliczności, dlaczego. FBI byli tam na górze. Jaki był ich cel, nikt nie powie".

    RELATED: Sunspot Observatory do ponownego otwarcia w poniedziałek po przeprowadzeniu dochodzenia w sprawie bezpieczeństwa

    Powiedział, że ma wiele pytań bez odpowiedzi na temat tego, co wydarzyło się w Sunspot.

    "Ale aby FBI zaangażował się tak szybko i był o tym tak skryty, działo się tam wiele rzeczy", powiedział House. "Był tam śmigłowiec Blackhawk, grupa ludzi wokół anten i załóg roboczych na wieżach, ale nikt nam nic nie powie".

    Daily News skontaktował się z rzecznikiem Albuquerque FBI w celu skomentowania tej historii, ale rozmowy telefoniczne i wiadomości nigdy nie zostały zwrócone.

    House powiedział, że wyciągnął swoich zastępców z obiektu po tym, jak nie było żadnego możliwego do zidentyfikowania zagrożenia.

    ODNOTOWANE: Obserwatorium Sunspot "zamknięte do odwołania".

    "Chcieli, żebyśmy tam pomogli ewakuować się, ale nikt nam nic nie powie" - powiedział. "Poszliśmy tam i wszystko było dobre. Nie było zagrożenia. Nikt nie zidentyfikowałby żadnego konkretnego zagrożenia. Zawiesiłyśmy na chwilę, po czym wyszłyśmy. Nie ma powodu, żebyśmy tam byli. Nikt by nam nie powiedział, na co mamy uważać".

    House powiedział, że nie rozumie, dlaczego Sunspot nie zadzwonił do nich lub nie powiadomił ich o sytuacji.

    "Oni nie są federalnymi pracownikami", powiedział. "Może ktoś, kto zagroził jednemu z ich pracowników. Jeśli tak jest, to dlaczego nie zadzwonili do nas i nie pozwolili nam się tym zająć. Ci faceci to stali pracownicy, którzy pracują w tej firmie. Nie wiem, dlaczego FBI zaangażowałby się tak szybko i nic nam nie powiedział".

    Jeszcze głos oddam Chrisowi Miekinie:

    Pozornie, wygląda na to, źe nic się nie stało.
    Bo tajemnica obserwatorium w Sunspot, została w końcu wyjaśniona.
    Przynajmniej oficjalnie. Okazało się, że pewnie pan, który pracował przy sprzątaniu obserwatorium, w swoich godzinach pracy wykorzystywał komputery obserwatorium do oglądania i downloadowania dzięcięcej pornografii.
    (...)
    Firma która obsługuje i konserwuje działanie obserwatorium o nazwie AURA, w swoim napisała, że nie była w stanie zapewnić bezpieczeństwa personelu i mieszkańców tego miejsca, ale lokalny szeryf, który jest za to odpowiedzialny, nie został nawet o tym poinformowany, nie mowiąc już o konsultacjach w kwestii bezpieczeństwa. Powstaje więc pytanie.
    Co spowodowało i w jaki sposób AURA oszacowała stopień bezpieczeństwa, omijając lokalną policję.
    AURA oświadczyła, że podjeła taką dramatyczną decyzję bo była najlepsza w sytuacji jaka zaszła i najskuteczniejsza, i AURA uznała, że należy ewakuować nie tylko oberwatorium, ale też okolicznych mieszkańców, pomimo, że zawiadomienie lokalnego szeryfa i jego ludzi było najprostszym rozwiązaniem. Od razu widać (...), źe coś tu cuchnie.
    Na koniec AURA, dodając do tych nietrzymających się kupy powodów, dodała, że decyzja była podyktowana tym, aby zrobić to wszystko dyskretnie i nie wywołać podejrzeń u złoczyńcy który zagrażał ludziom w koło obserwatorium. Z pewnością dyskretnie nie było to, że kiedy pojawiło się FBI, agenci manipulowali wśród anten, a nad budynkiem krążył helikopter Black Hawk, i złoczyńca musiałbyć totalnie ślepy, aby nie być zaalarmowany.
    Lokalny szeryf, Bernie House, na wieść o ewakuacji wpadł w furię, bo wszystko to wydarzyło się na terenie, który podlega jego jurysdykcji, a on sam nie tylko nie został o niczym poinformowany, ale także jego pytania "co się stało?", pozostały bez odpowiedzi.
    W wywiadzie dla lokalnej TV ABC, głośno wyrażał swoje niezadowolenie, uznając, że jeśli to była np. podłożona bomba, substancja chemiczna, czy seryjny morderca, to powinien być o tym poinformowany w pierwszym rzędzie.
    Okazało się tez, że niektórzy mieszkańcy sunspot, rządali aby podczas ewakuacji, był ich lokalny szeryf i jego ludzie. I jest to interesujące, bo oznacz to, że w działaniu FBI było coś, co wzbudzało w nich trwogę i nieufność.,
    Czyżby, agenci wcale nie wyglądali na agentów rządowych?
    Bo po prostu nimi nie byli?


    To tyle.

    Prośba jeszcze mirki... Ja wiem. Wiem, że reptalianie, płaska ziemia, lądowanie na planie filmowym kubricka, i antynopy to TOPKEK do obśmiania, obsmarkani i zapomnienia.
    Ale BŁAGAM WAS. Zwrot "teorie spiskowe", jest już tak uwarunkowany negatywnie w ludzkich umysłach, że po tym zwrocie, to co czytacie, nie powoduje w Was chwili rozkmnki i zbadania tematu.

    #teoriespikowe #spiskowatruskawka #ciekawostki #usa #cotusieodpierdala

    wołam @Lieutenant_Drunk bo to po Twoim wpisie.
    pokaż całość

    źródło: gannett-cdn.com

  •  

    Jak co roku w okolicach 11 września poużywaliście sobie na mnie, jak na chorym psychicznie dzbanie, oczywiscie wciskając w moje usta słowa o "nuklearnym wyburzeniu" bądź "hologramy xDDD". Nic takiego nie pisałem, jednak obsmiewanie mnie ciagle tyczyło się tych "teorii".
    Mija 17 lat od zamachów. Wszyscy wszystko powinni wiedzieć, jednak wielu niewie nic.

    Oto parę rzeczy których nie możecie zaorać wsciekłe mordy z pianą na pyskach.

    1. W artykułach opublikowanych w Bentham Open Chemical Physics Journal,
    Niels Harrit i Steven Jones potwierdzają znalezienie termitu w gruzie z ground zero.

    2. Ponad 3000 inżynierów i architektów podpisało się pod petycją o nowym dochodzeniu w sprawie 9/11.

    3. 6 z 10 członków komisji twierdzi że, prace komisji 9/11 został ustawiony tak by nic nie odkryć.

    4. FBI skonfiskowało 84 z 85 materiałów video. W tym jednym upublicznionym brakuje klatki!

    5. Ponad sto zeznań świadków i ratowników oraz strażaków mówi o wybuchach, jednak ich zeznania zostały pominięte w raporcie.

    6. Te same osoby co wyżej mówiły o stopionej, płynnej stali.
    Zgadnijcie. Czy raport coś o tym mówi?

    7. 5 tańczących żydów zostało aresztowanych w okolicach manhattanu.
    Zeznali, że byli tam by "dokumentować wydarzenie".

    8. 10 września raport Rumsfelda mówił o braku 2.3 tryliona dolarów w budżecie pentagonu.

    9. Ponad 300 wysokich rangą wojskowych, ludzi ze służb wywiadowczych, organów scigania i urzędników państwowych kwestionuje oficjalną historię 9/11.

    10. Leslie Robertson, architekt WTC powiedział "Zaprojektowałem je tak, by przetrwały uderzenia (!!!) 707". Parę uderzeń, nie jedno.

    11. Korespondent BBC Jane Standley raportowała o zawalonym WTC7 w chwili, gdy ten był widoczny za jej plecami.

    12. G.W. Bush przez 441 dni odmawiał powowałania komisji do sprawy 9/11.

    13. Gdy już ją powołał, budżet którym dysponowali wynosił 15 mln dolarów. (Komisja do sprawy "I DID NOT HAVE SEX WITH THAT WOMEN" miała 60 milionów dolarów)

    14. Doktor Husley z Alaska Fairbanks Universyty zeznał, że nie wie co sprowadziło na ziemie WTC7, ale na pewno nie był to pożar.

    Teraz śmiejscie się ze mnie dalej.

    #teoriespiskowe #spiskowatruskawka #11wrzesnia
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: k........e, b2_spirit +8 innych
  •  

    Wolf Messing: jasnowidz Stalina

    W roku 1946 Wolf Mess­ing, nazy­wany tajną bronią Stalina, nieoczeki­wanie pokazał się na zor­ga­ni­zowanych w Moskwie roz­gry­wkach sza­chowych. Jako ofi­arę wskazano mu Ludka Pach­mana, ówczes­nego czeskiego arcymistrza, który wiele lat później – po okre­sie prask­iej wiosny – uciekł do RFN. Wszyscy domyślali się, że Sowieci posługują się tech­nikami mają­cymi utrud­niać kon­cen­trację zawod­ników drużyn prze­ci­wnych. Ale, z oczy­wistych względów, trudno było zła­pać ich za rękę.

    Kiedy Pach­man roz­gry­wał par­tię z arcymistrzem Igorem Bon­darewskim, siedzący na wid­owni Mess­ing inten­sy­wnie się w niego wpa­try­wał. Czech popełnił kilka dziecin­nych błędów, w rezulta­cie czego prze­grał partię.

    W drugim poje­dynku Pach­man od samego początku miał ewidentną przewagę. Wtedy Wolf Mess­ing znów pokazał, na co go stać. Po lat­ach czeski szachista tak wspom­i­nał to wydarzenie:

    – Nagle zaczęły nachodzić mnie wąt­pli­wości. Mówiłem sobie: i tak prze­grasz. Nie ma sensu, abyś tu siedział i prze­suwał fig­ury.

    Oczy­wiś­cie par­tię prze­grał. Nato­mi­ast o tym, że człowiekiem, który mu wów­czas skutecznie przeszkadzał był nie kto inny, jak Wolf Mess­ing, dowiedział się dopiero w 1979 roku z radzieck­iego cza­sopisma Tech­nika i Nauka.

    Wolf Mess­ing – jeden z najsłyn­niejszych jas­nowidzów i telepatów XX stule­cia – urodził się w Górze Kalwarii pod Warszawą 10 wrześ­nia 1899 roku. Jako chło­piec cier­piał na som­nam­bu­lizm: w nocy często wstawał i pod­chodził do okna, bo przy­cią­gało go światło księżyca. W wieku sześ­ciu lat został posłany do hebra­jskiej szkoły religi­jnej. Ponieważ był wyróż­ni­a­ją­cym się uczniem, gdy ukończył dziewięć lat, jego nauczy­ciel zapro­ponował ksz­tałce­nie chłopca na rabina.

    Zostać rabinem, to był dla Żyda wielki honor, ale chłopak ani myślał spełnić wolę rodz­iców. Wkrótce jed­nak wydarzyło się coś, co kazało mu zmienić zdanie.

    Które­goś wiec­zora stanął przed nim bro­daty człowiek w białej sza­cie i gromkim głosem rzekł: – Synu mój! Z góry przysłano mnie do ciebie, byś dowiedział się, że przez­nac­zono ci przyszłość w służ­bie Bogu. Masz wstąpić do szkoły tal­mudy­cznej! Prz­er­ażony chło­piec zemd­lał i już nie upierał się przy swoim zdaniu.

    Do szkoły tal­mudy­cznej ostate­cznie więc poszedł, choć długo nie zagrzał w niej miejsca. Które­goś dnia przy­pad­kowo potrą­cił na ulicy człowieka, którego twarz wydała mu się zna­joma. Ależ tak! Był to ów bro­daty posłaniec z nieba. Zagad­nięty wyz­nał, że do rzec­zonej roli zatrud­nił go ojciec Wolfa. W teatrze – wyjaśnił – mało płacą, więc od czasu do czasu musi sobie doro­bić na boku.

    To oszustwo dotknęło jede­nas­to­latka do żywego i po wspom­ni­anym spotka­niu zer­wał związki z religią. Przez kilka lat nie odezwał się też do rodz­iców. Postanowił uciec – i z kilkoma groszami przy duszy wsi­adł do pociągu jadącego do Berlina.

    Tam wydarzyła się rzecz nieby­wała. Zami­ast biletu, którego nie miał, pokazał kon­duk­torowi kawałek pog­niecionego papieru. Wpa­trzył się przy tym w twarz kon­trol­era i – zahip­no­ty­zował go! Poskutkowało. Mężczyzna, jak gdyby nigdy nic, ska­sował bilet i życzył mu miłej podróży.

    W Berlinie przez kilka miesięcy za miz­erną opłatą służył Mess­ing jako goniec w kilku sklepikach. Stale niedo­jadał i pewnego dnia zemd­lał na ulicy z głodu. Wtedy zanie­siono go do szpi­tala, a stamtąd do kost­nicy, ponieważ nie dawał żad­nych oznak życia. Na szczęś­cie pewien stu­dent zauważył, że chłopak żyje i sprowadził znanego neu­ropa­tologa, pro­fe­sora Abla. Ten nie tylko ura­tował życie Wol­fowi, ale też odkrył u niego zdol­ność wchodzenia w stan katalep­sji – prak­ty­cznie na zawołanie.

    Wkrótce Mess­ing rozpoczął wys­tępy w berlińskim muzeum osobli­wości, gdzie przez trzy lata – każdego tygod­nia – na życze­nie gości demon­strował katalep­sję. Później pod­jął pracę w cyrku, prezen­tu­jąc tam znacznie bardziej uroz­maicone pokazy: niewrażli­wość na ból – np. przekłuwano mu szyję szpilką – oraz poszuki­wanie zgu­bionych przedmiotów.

    Szczegól­nie dużą pop­u­larnoś­cią cieszył się show z jego udzi­ałem, pole­ga­jący na odczy­ty­wa­niu myśli. Mess­ing prawie nigdy się nie mylił i szy­bko stał się ulu­bieńcem pub­liczności. Zara­biał nawet pięć marek dzi­en­nie, co stanow­iło olbrzymią sumę dla kogoś, kto pochodził z ubo­giej rodziny. Darem telepatii, jaki był w stanie prezen­tować prak­ty­cznie na zawołanie, zain­tere­sowali się naukowcy; między innymi Albert Ein­stein, który w tym cza­sie mieszkał w Zurychu i Zyg­munt Freud. W roku 1917 Mess­ing został zapros­zony do słyn­nego gabi­netu Freuda na Berggasse 19 w Wied­niu. Umówiono się, że Wolf wykona polece­nie Freuda, które ten wypowie w myślach. Tak też się stało.

    Mess­ing bez namysłu sięgnął po leżące na stole noży­czki i – ku zaskocze­niu gości – obciął nimi trzy włosy z brody Ein­steina. Freud był zachwycony.

    Po zakończe­niu I wojny świa­towej jas­nowidz wys­tępował w Japonii, Argen­tynie, Brazylii, Indi­ach i w Stanach Zjed­noc­zonych. Wszędzie, gdzie się pojawił, prezen­tował para­nor­malne umiejęt­ności, wpraw­ia­jąc w zdu­mie­nie i zach­wyt zgro­mad­zoną pub­liczność. W roku 1921 powró­cił do Polski.

    Postanowił odbyć obow­iązkową służbę wojskową, lecz – prawdę mówiąc – w koszarach bywał niezbyt często. Za zgodą i wiedzą przełożonych zapraszały go do siebie ważne oso­bis­tości, by przed gośćmi demon­strował swój tal­ent telepaty­czny. Które­goś razu był to sam Naczel­nik Państwa Pol­skiego, Józef Pił­sud­ski.

    Po zakończe­niu służby Mess­ing powró­cił do życia estrad­owego. W tym okre­sie jego popisowym numerem stało się prowadze­nie samo­chodu z oczami przesłonię­tymi opaską, dokład­nie według wskazówek siedzącego obok pasażera. Wskazówek – doda­jmy – wypowiadanych bez słów, jedynie w myślach!

    Wkrótce Mess­ing stał się częstym goś­ciem warsza­ws­kich salonów. Jego pop­u­larność sięgnęła szczytu, gdy w cza­sie krótkiego seansu zlokali­zował kle­jnoty rodowe Czarto­rys­kich, warte 800 tysięcy franków, które wcześniej ktoś ukradł i schował. W jed­nej chwili zro­bił to, czego policja nie była w stanie dokonać pod­czas wielu miesięcy śledztwa. Gazety, głównie dzi­en­niki, okrzyknęły Messinga cud­otwórcą i geniuszem.

    W 1937 roku w przepełnionym warsza­wskim teatrze Wolf powiedział coś, co potem zważyło na całym jego życiu. Stwierdził pub­licznie, że Hitler złamie sobie kark, gdy zwróci się na wschód. Do Berlina przy­będą bowiem sowieckie czołgi i nas­tanie koniec brunatnego kan­clerza, który jest zbyt pewny siebie. Ta wypowiedź, potrak­towana jak pro­roctwo, została zacy­towana w więk­szości pol­s­kich gazet.

    Gdy dwa lata później, pier­wszego wrześ­nia, Niemcy przekroczyli pol­ską granicę, mało kto pamię­tał tę niewiary­god­nie wów­czas brzmiącą przepowied­nię. Nie zapom­niał jej jed­nak Adolf Hitler. Za głowę Messinga została wyz­nac­zona nagroda w wysokości 200 tysięcy marek.

    Wytro­pi­ony i aresz­towany przez Gestapo Wolf zdołał wyr­wać się z rąk oku­panta. Zahip­no­ty­zowani niemieccy strażnicy otworzyli zakra­towane drzwi aresztu i wypuś­cili więź­nia, mimo że groz­iła im za to kulka w łeb. Takiego szczęś­cia nie mieli ojciec i brat Messinga: obaj zmarli w obozie kon­cen­tra­cyjnym w Majdanku.

    Ucieka­jąc przed nazis­tami Mess­ing dociera do Moskwy. Wyna­j­muje tam nędzne mieszkanko, a na życie zara­bia wys­tę­pami w noc­nych klubach. Jako pode­jrzany ele­ment, wielokrot­nie jest zatrzymy­wany przez KGB. Pewien pułkownik infor­muje Messinga, że jas­nowidze w ZSRR nie są mile widziani, ponieważ nie ist­nieje nic takiego jak jas­nowidze­nie.

    Pewnego dnia, w Homlu na Białorusi, gdy pokaz telepaty­cznych zdol­ności Messinga trwa w najlep­sze, na scenę wchodzą dwaj mil­ic­janci. – Bardzo nam przykro – mówią do widzów – ale przed­staw­ie­nie jest skońc­zone. Razem z telepatą wsi­adają do samo­chodu, a potem odjeżdżają w niez­nanym kierunku.

    Nawet po lat­ach Mess­ing nie wiedział dokąd właś­ci­wie go zawieziono.

    – Zaprowad­zono mnie – wspom­i­nał później – do pokoju, który, jak mi się zdawało, zna­j­dował się w hotelu. Po pewnym cza­sie zostałem skierowany do innego pokoju. Chwilę po mnie wszedł tam człowiek z wąsami.

    Telepata stanął oko w oko z Józe­fem Stalinem.

    Okazało się, że gensek jest zain­tere­sowany zdol­noś­ci­ami para­psy­chicznymi Messinga. Jak można się było zori­en­tować, liczył on m.in. na uzyskanie infor­ma­cji doty­czą­cych wysoko postaw­ionych przy­jaciół telepaty: Wolf oso­biś­cie znał członków pol­skiego rządu.

    Kon­takt tych dwóch ludzi nie zakończył się na jed­nym spotka­niu. Z inic­jatywy Stalina nastąpiła cała seria zdu­miewa­ją­cych ekspery­men­tów, które prze­b­ie­gały w cie­niu toczącej się wojny.

    Już pier­wsza próba, jakiej Wolf został pod­dany, wydawała się niezwykle trudna. Telepata miał odwiedzić Gos­bank w Moskwie i, nie posi­ada­jąc tam nawet konta, pod­jąć sto tysięcy rubli.

    – Pokaza­łem białą kartkę wyr­waną z mojego zeszytu – opowiadał wiele lat później. Ten kawałek papieru miał wyobrażać czek. Potem rozkazał kas­jerowi wydać olbrzymią kwotę i przed okienkiem kasowym położył aktówkę. Wszys­tko to odby­wało się bez słów. Kas­jer otworzył sejf, odliczył sto tysięcy rubli i upch­nął pieniądze w tor­bie. Mess­ing, przez nikogo nie niepoko­jony, opuś­cił bank.

    Gdy wyz­naczeni przez Stalina funkcjonar­iusze stwierdzili, że wszys­tko poszło zgod­nie z planem, Mess­ing ponownie stanął przed bankowym okienkiem. Kiedy zaczął wycią­gać paczki ban­knotów, kas­jer wlepił w niego prz­er­ażony wzrok. Patrzył to na niego, to na pieniądze, to na skrawek białego papieru – i w końcu runął na ziemię. Na szczęś­cie zawał serca, którego doz­nał, nie był śmiertelny.

    Kole­jne zadanie, obmyślone przez gen­er­al­nego sekre­tarza komitetu cen­tral­nego par­tii komu­nisty­cznej, okazało się jeszcze bardziej niezwykłe.

    – Stalin powiedział, że nie wydaje mu się, aby ktokol­wiek zdołał go oszukać i że nie wyjdę z Kremla bez pod­pisanej przez niego prze­pustki… Zadz­wonił do strażników i poin­for­mował ich, że nie wolno mnie wypuś­cić. Kazał też swo­jemu oso­bis­temu sekre­tar­zowi iść dziesięć kroków za mną. Wprowadz­iłem się w stan najgłęb­szego transu, jaki pamię­tam. Kilka minut później wyszedłem na ulicę przed nosem strażnika, który stał na baczność, wpa­tru­jąc się w okno gabi­netu Stalina. „Może powinienem przesłać mu całusa” – pomyślałem szy­der­czo.

    Stalin często potem zapraszał Messinga do swych pry­wat­nych aparta­men­tów na Kremlu. Niek­tóre źródła utrzy­mują, że to właśnie Wolf doradził przy­wódcy ZSRR wybór Stal­in­gradu jako głównego punktu oporu prze­ci­wko Niem­com. W tym cza­sie od najbardziej wpły­wowych oso­bis­tości życia poli­ty­cznego Mess­ing otrzy­mał poz­wole­nie na swo­bodne poruszanie się po całym tery­to­rium ZSRR; udzielono mu też ofic­jal­nej zgody na pub­liczne prezen­towanie zdol­ności telepatycznych.

    Pol­ski jas­nowidz uciekł Niem­com w listopadzie 1939 roku, ukryty w fur­mance wyład­owanej sianem. Trzy lata później, już jako oby­wa­tel rosyjski, dys­ponował na tyle pokaźnym majątkiem, że zakupił i podarował radzieck­iemu lot­nictwu dwa samoloty myśli­wskie. Pisemne podz­iękowanie za ten dar sol­i­darności, Mess­ing oprawił w ramki i powiesił na ścianie w swoim mieszkaniu.

    W roku 1948 jas­nowidz o mało nie stracił życia. Ochronił go para­nor­malny dar. Odwiedza­jąc miejs­cowość Aszch­abad doz­nał przeczu­cia, że zbliża się jakaś straszna katas­trofa. Jak wspom­ina, nie zwlekał długo i – mimo iż pier­wot­nie miał inne plany – opuś­cił zagrożony teren. Trzy dni później Aszch­abad naw­iedz­iło potężne trzęsie­nie ziemi, w wyniku którego zginęło 50 tysięcy osób.

    Trudno powiedzieć, czy Stalin wyko­rzysty­wał Messinga w celach bardziej prak­ty­cznych, np. w swoich roz­gry­wkach poli­ty­cznych. Z poufnych raportów wiadomo jed­nak, że Wolf pra­cował jako najbardziej tajna broń Ojca Narodów.

    Wolf Mess­ing intere­sował się ludźmi, którzy posi­adali takie same zdol­ności jak on. Zwal­czał jed­nak misty­fika­torów, którzy demon­strowali na sce­nie różne para­nor­malne fenomeny, uży­wa­jąc w tym celu sztuczek. Uważał, że tacy hochsz­ta­plerzy pod­kop­ują poważne stu­dia nad zjawiskami, które ist­nieją, jed­nak – póki co – nie są dość dobrze zbadane.

    Pod koniec życia, wierny powoła­niu scenicznego iluzjon­isty, Mess­ing znów zaczął wys­tępować w małych rosyjs­kich miasteczkach. Uwiel­biał wpraw­iać w osłupi­e­nie prostych ludzi i czy­tać w ich myślach jak w otwartej księdze.

    Na początku 1970 roku zaczął podu­padać na zdrowiu i wresz­cie 8 listopada 1974 zmarł na atak serca. Kiedy wieziono jego ciało, ruch na jed­nej z cen­tral­nych ulic Moskwy został całkowicie wstrzy­many. Pochowano go z hon­o­rami należnymi najbardziej zasłużonym osobom w państwie.

    Obec­nie próżno szukalibyśmy wycz­er­pu­ją­cych infor­ma­cji o Messingu w Rosji. Dostęp­nych mate­ri­ałów o nim jest bardzo mało. Co prawda pod koniec lat 80. ub. wieku ukazała się w USA biografia telepaty pióra Tatiany Lun­gin, zaty­tułowana Wolf Mess­ing: The True Story of Russia’s Great­est Psy­chic, ale to odosob­niony przy­padek, potwierdza­jący regułę. Co ciekawe, Lun­gin była bliską zna­jomą Messinga, której ten przepowiedział emi­grację do USA.

    Wiele związanych z telepatą wydarzeń nadal pozostaje zakry­tych i uta­jnionych. Z tego, co można wywnioskować z nielicznych źródeł his­to­rycznych, Mess­ing umiał wyłączyć własne odczuwanie bólu, bez prob­lemu wywoły­wał też katalep­sję. Potrafił zasug­erować zniknię­cie bólu zęba, rzuce­nie pale­nia, całkow­itą absty­nencję alko­holową – co cza­sami czynił w sto­sunku do zna­jomych, jeśli go o to popros­zono. Unikał wykony­wa­nia psy­choter­apii, cho­ciaż jako osoba obdar­zona darem sug­estii mógł na tym polu daleko zajść.

    Pod­czas swych pokazów scenicznych najczęś­ciej demon­strował odczy­ty­wanie myśli. Doświad­cze­nie to prze­b­ie­gało zwykle tak: jakiś mężczyzna lub kobi­eta spośród pub­liczności zapisy­wali jego polece­nie na papierze, po czym przekazy­wali kartkę kilku­osobowej komisji, składa­jącej się z ludzi przy­pad­kowych, albo – jeśli aku­rat zna­j­dowali się na sali – naukow­com. Potem Mess­ing brał tę osobę za rękę i dokony­wał odczytu jej myśli. W ten sposób z łat­woś­cią odgady­wał, czego się od niego oczekuje, kto mówi prawdę, a kto kłamie, jak zła­pać złodzieja albo gdzie szukać schowanych przed­miotów. Mógł swój dar bardziej eksploa­tować i więcej na nim zara­biać, ale starał się tego unikać – np. nigdy nie zdołano go namówić na współpracę z policją.

    Twierdził, że, aby postrze­gać myśli innych, nie musi koniecznie ludzi dotykać. Utrzymy­wał, że jest w stanie odczy­ty­wać myśli wszys­t­kich osób, które aku­rat zna­j­dują się w pobliżu. Jed­nak nigdy tego nie udowod­nił i za istotny ele­ment w jego dzi­ała­ni­ach uznano kon­takt fizy­czny. Scep­ty­cznie nastaw­ieni do telepatii naukowcy powz­ięli przy­puszcze­nie, że Mess­ing, trzy­ma­jąc kogoś za rękę, nieświadomie inter­pre­tuje delikatne ruchy ideo­mo­to­ryczne albo bio­prądy tej osoby, w taki właśnie sposób – a nie za przy­czyną telepatii – uzysku­jąc potrzebną mu w cza­sie pokazu wiedzę.

    Dla Messinga nie było istotne w jakim języku mówił i myślał dany człowiek. On odczy­ty­wał, jak twierdził, nie słowa, a wyobraże­nia. Nie umiał wer­bal­nie spre­cy­zować, co właś­ci­wie dostrze­gał. Pow­tarzał jedynie, że ślep­cowi nie da się wytłu­maczyć, czym są kolory.

    Trzeba przyz­nać, iż o swej zdol­ności jas­nowidzenia Mess­ing wyrażał się bardzo mgliś­cie. Opowiadał, że dotyka­jąc listu może np. odczuć, czy człowiek, który go napisał żyje, czy zmarł. Jed­nak w związku z tym, że nigdy nie przeprowad­zono ekspery­men­tów w warunk­ach kon­trolowanych, Wolf mógł wyol­brzymiać swe sukcesy, a przemil­czać niepowodzenia. Również adoru­jąca go pub­liczność szy­bko zapewne zapom­i­nała o potknię­ci­ach. Ci ludzie chcieli być zaskaki­wani i utwierdzani w przeko­na­niu, że dotykają wielkiej tajemnicy.

    Jakkol­wiek sprawy się miały, nie da się w żad­nym razie założyć, że Wolf Mess­ing był jedynie spry­t­nym pres­tidig­i­ta­torem. Zbyt wiele świadectw prze­mawia za wiary­god­noś­cią jego para­nor­mal­nych tal­en­tów. Koron­nym dowo­dem, że stanowił swego rodzaju fenomen, było zain­tere­sowanie, jakie jego osobą wykazał Stalin. Ten człowiek nie dawał wmówić sobie byle czego. Wszak imma­nentną cechą sys­temu, jaki stworzył, była para­noiczna nieufność.

    W ZSSR, w lat­ach 70. i 80. ub. wieku, następcą Messinga obwołano Teofika Dadaszewa – Azera, urod­zonego w 1947 roku. Nie wiadomo, czy on również speł­niał dyskretne zada­nia w służ­bie ojczyzny. Znane są za to jego zdol­ności odkry­wa­nia myśli osób nie mówią­cych nawet po rosyjsku. Dadaszew potrafił czy­tać myśli dowol­nie wskazanego człowieka – i robił to bezbłęd­nie. Przekazy myślowe odbierał w promie­niu 50 metrów. Zasłynął ekspery­mentem, w cza­sie którego w bib­liotece zaw­ier­a­jącej 12 tysięcy wolu­minów miał odszukać jedną wskazaną myślowo książkę. Powinien otworzyć ją na 371 stronie i odczy­tać dwa słowa wydrukowane w siód­mej lin­i­jce od dołu. Zro­bił to błyskawicznie.

    W lat­ach 80. ub. wieku Amerykanie defin­i­ty­wnie otrzy­mali potwierdze­nie czegoś, czego jedynie się domyślali, a mianowicie, że wywiad rosyjski w dzi­ała­ni­ach szpiegows­kich od dawna wyko­rzys­tuje osoby obdar­zone uzdol­nieni­ami para­psy­chicznymi. Podobno na życze­nie CIA sporząd­zono listę takich psi-szpiegów. Czy znalazły się na niej nazwiska Messinga i Dadaszewa? Tego możemy się jedynie domyślać.

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #gruparatowaniapoziomu

    all credits Wojciech Chudziński
    pokaż całość

    źródło: nieznanyswiat.pl

    +: p....t, Gixaar +40 innych
  •  

    Dwumiesięczna banicja mi się skończyła za antykomunistyczny post.
    2 miesiące za napisanie, że wszyscy którzy mieli lojalki bądź byli w PZPR WON!
    Czaicie? A modki? A modki jak to lewaki. Albo didindunuffin. Lewaki z antify, przypierdolą ci z niemca, albo dindu w związku, gdy nadchodzi czas rodzenia potomka. Znika.
    Z nienacka dostałem banem, odwołanie znikło bez rozpatrzenia.
    Wot technika.

    No, ale do czegoś służy przecież ten link na dole, a pod nim mail pomoc@wykop.pl.
    Może tam, na moje żądanie by mod banujący, pokazał mi cytat z mojego posta za który dostałem banito, ktoś się ulituje i mi wytłumaczy?
    W końcu nie jestem alfą i omegą, łebskim gościem też bym siebie raczej nie określił, ale ze 3 pkt IQ mam, żeby wiedzieć, że może rzeczywiście regulamin został złamany, a ja, debilomirek, tego nie ogarniam.
    Jak już wspominałem wcześniej...2 miesiące mineły:)

    Ale doceniam poczucie humoru zarządu wykopu. Na maila na pomoc@wykop, na który nie dostałem do tej pory odpowiedzi, po dwóch dniach od mojego maila, dostałem zwrotkę z pytaniem czy udzielone wsparcie mnie satysfakcjonuje (odpowiadam: no tak troszkę nie do końca).
    2 miesiące to względnie długi czas na rozmyślania, i kminiąc za co był ten ban (naruszenie - nieregulaminowe treści), doszedłem do wniosku, że za obrazę komunizmu i jego pachołków, tak sroga kara mnie spotkała.
    Dlatego kończąc ten przydługawy wstęp mówię Wam mirki i mirabelki:

    ZDRASTWUJ WAS. OBY NKWD NAM KRÓTKO PYTANIA ZADAWAŁ.

    Zdrastwuj was komrady, 35 osób które czekały (ta, jasne xD) na nową #spiskowatruskawka

    Jednym z fundamentów na jakich budowano III Rzeszę, była wiara w mesjanistyczne posłannictwo Niemców, które jako naród wybrany miały stworzyć Nowy Światowy Porządek. Opętani tą myślą przywódcy Rzeszy postanowili odnaleźć wszystkie historyczne symbole, których fakt posiadania miał potwierdzić szczególną pozycję Niemców w świecie. Do tych najbardziej pożądanych należał św. Graal i Arka Przymierza. Odnalezienia tych symboli podjął się Otto Wilhelm Rahn , którego fascynacja św. Graalem i Arką Przymierza, przerodziła się w obsesję.

    Rahn przez lata studiował rozmaite dokumenty prawne, historyczne i filozoficzne, by dojść do wniosku, że ostatnimi Rycerzami Graala byli heretyccy Katarowie, którzy ukryli kielich Chrystusa, bądź informacje na jego temat gdzieś w Pirenejach. Rahn niezmordowanie szukal wskazówek na ten temat we wszystkich bibliotekach gdzie zachowały się dokumenty innej heretyckiej sekty z czasów Średniowiecza – Albigensów .

    W 1929 r Otto Rahn zamieszkał w niewielkiej wsi Lavelanet we francuskiej Langwedocji, skąd przeprowadził szereg wypraw do ruin zamku Montsegur – ostatniej twierdzy Katarów. Lokalni mieszkańcy widząc dziwnego, obcego przybysza przetrząsającego całą okolicę traktowali go wrogo, nie wierząc że jego intencje są natury czysto archeologicznej. Któregoś dnia Rahn został tak dotkliwie pobity przez okolicznych chłopów, że musiał spędzić kilka dni w szpitalu.

    Ta przygoda wcale jednak nie zniechęcila go do dalszych poszukiwań. Tym jednak razem postanowił wyjaśnić mieszkańcom wioski czego szuka w Montsegur. Ci ze zdumieniem słuchali jak opowiadał im średniowieczne historie w ich wlasnym oksytańskim dialekcie. Biegłe poslugiwanie się tym dialektem zyskało mu ostatecznie przychylność mieszkańców.

    Efektem jego pracy była książka pt. „Krucjata przeciwko Graalowi”, którą postanowił wydać w Paryżu, a zdobyte w ten sposób fundusze użyć do dalszych poszukiwań. Tymczasem sprawy w Paryżu wcale nie miały się dobrze. Ludzie na których pomoc finansową mógł do tej pory liczyć sami byli w finansowych tarapatach i nikt nie byl zainteresowany książką. Rahm szybko wydal resztkę pieniędzy jakie miał ze sobą i nagle stanął nie tylko przed wizją zakończenia swoich poszukiwań Arki Przymierza i Graala, ale także utraty dachu nad głową a nawet głodu.

    Pomoc pojawiła się w sposób nieoczekiwany, wraz zaproszeniem do przyjazdu na zamek Welwelsburg w niemieckiej Westfalii. Zaproszenie podpisał sam Heinrich Himmler – szef elitarnej niemieckiej formacji SS. Himmler znał publikacje Otto Rahna i zaproponował mu pomoc w finansowaniu jego badań, które mialy być częścią programu Ahnenerbe . Organizacja organizowała ekspedycje naukowe w różnych częściach świata, szukając prapoczątkow rasy aryjskiej a także zbierając rozmaite historyczne przedmioty, czesto o dużym znaczeniu okuktystycznym. Otto Rahn stał się idealnym kandydatem dla tej organizacji i w 1937 po serii odczytów na temat św. Graala i Arki Przymierza stał się w Niemczech osobą powszechnie znaną (Temat został spopularyzowany przez operę Wagnera – „Parsifal”).

    W 1938 r Rahn wraz z z 6 kadetami, oficerem SS i profesorem historii wybrał się znów do Langwedocji, ale że czasy były niespokojne a stosunki pomiędzy Francją a Niemcami dalekie od ideału – wyprawa odbywała się w ścisłej tajemnicy. Wg. lokalnych legend, Graal miał znajdowac sie gdzieś w Pirenejach ukryty przed oczami Lucyfera oblegającego Montsegur. Otto Rahn, traktowal te legendy dosłownie i był przekonany, że znajdzie miejsce jego ukrycia.

    Z niezwyklą energią niewielka niemiecka wyprawa zaczęła przeczesywać wszystkie groty w sąsiedztwie katarskiej warowni. Bez efektów jednak. Czas mijał i dziesiątego dnia wyprawy Rahn z zainteresowaniem zaczął przyglądać się jednemu z nawisów skalnych różwiejącym we wschodzącym słońcu. Sięgnął po notes z którym nigdy się nie rozstawał i uważnie przeczesując okolicę odnalazł niewielką jaskinię. Jaskinia była pusta lecz Rahn sięgnął po czekan i z pasją zaczął nim rozbijać jedną ze ścian groty. Po chwili do pracy przyłączyła się reszta ekspedycji. Nie minął kwadrans, gdy ściana skalna osunęła się nieoczekiwanie, ukazując wejście do kolejnej, niewielkiej, ukrytej za ścianą groty. W jej centrum stał niewielki ołtarz.

    Pomieszczenie które odkryto za skalną ścianą było niewielkie. Mierzyło ono zaledwie 3 m. szerokości i niecałe dwa długości. W jego centrum stał ołtarz na którym leżał olbrzymiej wielkości górski kryształ. Nie było najmniejszej wątpliwości, że krysztal ten został położony w skalnej komnacie ludzką ręką.

    Uczestnicy wyprawy nie mogli ukryć zdumienia patrząc na to niezwykłe znalezisko. Kryształ delikatnie zdjęto z oltarza i umieszczono go w specjalnie do tego celu przygotowanej skrzyni. Kryształ miał ponad 60 cm. długości i 25 cm. grubości w swym najszerszym miejscu. Był to kamień czystej wody, o niezwyklej przejrzystości. Żaden z odkrywców nigdy nie widział wczesniej czegoś takiego. Kamień okazal się też być niewykle ciężki i z trudem niosło go dwóch młodych kadetów.

    Niezwykłe odkrycie, jego piękno i tajemniczość kompletnie zawładnęły Otto Rahnem to tego stopnia, że od tego dnia stał się innym człowiekiem. Stracił swoją żywiołowość i poczucie humoru. Stał się ponury, zamyślony i nieobecny. Na pytania odpowiadał monosylabami i w rozmowach szybko tracił cierpliwość. Ekspedycja wciąż była na ziemi francuskiej a główny problem stanowiło przemycenie znaleziska na teren Niemiec. Oficer SS towarzyszący wyprawie byl jednak ekspertem w kwestii kontrabandy i kamień bez trudu minął francuską strefę celną.

    Tajemniczy krysztal zawieziono do zamku w Wewelsburgu, gdzie zamknięto go w pomieszczeniu zawnym Salą Króla Artura. Klucz do tej sali posiadał tylko Rahn. Ci którzy mieli okazję zobaczyc ten kamień, szybko doceniali jego niezwykłość, ale do badań nad rozwiązaniem jego zagadki nie można było zatrudnić większej liczby osób, bo kamień oficjalnie nie istniał. Został nielegalnie wywieziony z Francji a nawet po jej upadku samo wspominanie o nim byłoby grubym nietaktem wobec kolaboranckiego rządu w Vichy, z którym Hitler mimo wszystko sie liczył. Z wyjaśnieniem znaczenia tego kryształu nie spieszył sie także sam Rahn mimo, że był pewien, że kamień ukrywa informacje o tym gdzie jest św. Graal.

    Ktoregoś dnia jeden z wysokich rangą SS-manów, wizytujący zamek w Wewelsburgu, kazał pokazać sobie niezwykły kryształ. Rahn z wielką niechęcią otworzył przed nim Salę Króla Artura. SS-man oglądając kryształ złośliwie skomentował, że wiekszy i bardziej perfekcyjny leży w Berlinie, w Muzeum Nauk Przyrodniczych. W odpowiedzi Rahn zacytował fragment z Rosarium Philosophorum: „Hic lapic exilis extat precio quoque vilis spernitur a stultis, amatur plus ab edoctis”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: „Ten porzucony kamień ma niewielka wartość dla głupków, dlatego tym bardziej cenią go mędrcy.” Na jego nieszczęście niemiecki oficer znał biegle łacinę i o zajściu zameldował Reichsfuhrerowi Rzeszy – Himmlerowi.

    Dla Himmlera średniowieczna twierdza Wewelsburg była miejscem specjalnym. W marzeniach drugiego po Hitlerze człowieka Rzeszy miała się ona stac mekką teutońskiej kultury i centrum świata arjańskiego. Miał on zamiar powiększyć zamek o modelowe centrum zarządzania krajem, które byłoby wielkie jak miasto. Budynek miał być wzniesiony zgodnie z platońskim opisem Atlantydy.

    Do Sali Króla Artura Himmler kazał wstawić dębowy, okrągły stół, przy którym miało zasiąść 12 władców swiata. Na środku stołu stał znaleziony przez Rahna kryształ wsparty na stojaku w kształcie swastyki. Kryształ wyznaczał centrum Nowego Świata.

    Incydent z wysokim oficerem SS, skończył się dla Rahna bardzo źle. Himmler doszedł do wniosku, że archeolog jego także zalicza do głupków. W napadzie wściekłości, pozbawił Rahna stopnia oficerskiego, choc nie wyrzucił go z SS. Rahn w ramach resocjalizacji został wysłany do obozu koncentracyjnego w Dachau – nie jako pensjonariusz jednak, a jako strażnik obozowy. Kara miała trwać trzy tygodnie.

    Dla Rahna było to osobiste upokorzenie, tym bardziej, że zakazano mu wstępu do Wewelsburga. Doprowadzony do skrajnej rozpaczy, oddzielony od magicznego kryształu wystąpił z SS i organizacji Ahnenerbe. W marcu 1939 r. Rahn wybrał się na pieszą wycieczkę po Alpach Tyrolskich, z której już więc nie powrócił. Popełnił samobójstwo w ten sam sposób, w jaki honorowo odbierali sobie życie wielokrotnie opisywani przez niego i podziwiani Katarowie, którzy uważali że jedynie Bóg w postaci Natury ma prawo by im to życie odebrać. 13 marca 1939 r. Otto Rahn zamarzł na śmierć.

    Zamek w Wewelsburgu nigdy nie stał się centrum Nowego Świata. Kiedy pod jego murami pojawili sie amerykańscy żołnierze, Himmler kazał zrównać zamek z ziemią, tak aby nic nie dostało się w ręce wroga. Dowodca saperów wykonujących ten rozkaz – Heinz Macher – w ostatniej jednak chwili uratował tajemniczy kryształ z pożogi. Słuch jednak po nim zaginął a plotka glosi, że jest on bezpiecznie ukryty w jednej z alpejskich jaskiń, cierpliwie czekając na swojego kolejnego odkrywcę.

    na podst. książki Franka Josepha – „Opening The Ark of The Covenant”

    All credits Chris Miekina.
    All plus @truskawkanatorcie

    #teoriespiskowe #nazisci #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Zabójstwo prezydenta Johna Kennedy’ego było dla Amerykanów wydarzeniem tak wstrząsającym, że do dziś wywołuje ono ożywione dyskusje i masę kontrowersji. Co jakiś czas pojawiają się nowe dokumenty, które dolewają oliwy do ognia dyskusji na temat tego, co naprawde wydarzyło się 22 listopada 1963 r, kto za tym stoi i jakie były powody zamachu.
    Zdjęcia zrobione tego dnia w Dallas są nieustannie analizowane w poszukiwaniu takich odpowiedzi i czasami znajduje się na nich zaskakujące rzeczy lub osoby.
    Ostatnio takie kontrowersje wywołuje zdjęcie zrobione tuż po zamachu na Dealey Plaza. To właśnie w tym miejscu 3 kule wystrzelone przez zamachowca pozbawiły życia prezydenta Kennedy’ego.

    Wśrod wielu osób na zdjęciu, zrobionym przed księgarnią na Dealey Plaza, jedna z nich mocno przypomina 40-letniego wówczas Georga Busha seniora (!) Zdjęcie nie jest wyraźne i właściwie nie ma powodu by spierać się, że facet z rękami w kieszeni, oparty o mur – to George Herbert Walker Bush. A nawet gdyby był to on – to czy miałoby to jakiś wpływ na przebieg wypadków tamtego dnia? Nie da się dziś jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale pewne fakty i zaskakujący zbieg rozmaitych okoliczności dają sporo do myślenia.

    W Dallas, w dniu w którym zastrzelono prezydenta Kennedy’ego, przebywał także wiceprezydent Lyndon B Johnson, który przejął władzę po jego śmierci. Prezydent i wiceprezydent USA rzadko pojawiają się razem w tych samych miejscach, głównie z powodu bezpieczeństwa, bo gdyby np. obaj zginęli w jakiejś katastrofie, zachwiana tym samym byłaby ciągłość władzy w kraju. Tym razem jednak byli razem i wlaściwe nie ma w tym fakcie niczego dziwnego, gdyby nie to, że tego samego dnia w Dallas przebywał także Richard Nixon – kolejny po Johnsonie amerykański prezydent. Nixon był wrogiem politycznym Kennedy’ego i przegrał z nim walkę o fotel prezydencki w wyborch 1960 r. Gyby więc okazało się, że w tym samym miejscu i czasie był tam także George Herbert Walker Bush – także przyszły amerykański prezydent – dałoby to niesamowity wręcz zbieg okoliczności!
    Ponieważ niezbyt wyraźna fortografia jest raczej kiepskim dowodem na obecność 41 prezydenta Stanów Zjednoczonych w Dallas w dniu zamachu, w którymś z wywiadów dziennikarz zapytał Busha wprost o to, gdzie był tamtego dnia. Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego George Bush senior założył, że takie pytanie nigdy nie zostanie mu zadane, bo zupełnie stracił głowę i dał najgorszą odpowiedź z możliwych – że nie wie gdzie był.
    Taka odpowiedź to już nieco więcej niż tylko spłowiała fotografia, lecz nadal nie wyjasnia dlaczego nikomu wowczas nieznany biznesmen z Teksasu, który dopiero co rozpoczął swoja pierwszą kampanię wyborczą, próbując dostać się do Senatu, mógłby cokolwiek dodać do całej sprawy, nawet gdyby rzeczywiście był wtedy w Dallas.
    George Herbert Walker Bush przez sporą część swojego życia nie zajmował żadnych eksponowanych stanowisk. Kiedy w 1976 r. został dyrektorem CIA, patrzono na ten wybor z niedowierzeniam. W oczach wielu był on człowiekiem o niewielkim doświadczeniu i bez żadnych osiągnięć. Z jego curiculum vitae wynikało, że przed 1976 nie tylko nie należał ale także nie współpracował z CIA. Byli też i tacy którzy widzieli w nim kogoś z poza układów, kto zrobi porządek w Agencji uwikłanej wówczas w całą serię niejasnych interesów robionych na całym świecie. Tak myślano, bo nikt nie znał jego przeszłości. Był tak głęboko zakonspirowany, że niewielu ludzi wiedziło że jest związany z Agencją już od wczesnej młodości.
    George Bush senior uchodzi za bohatera wojennego, bo brał udzial w II Wojnie Światowej jako pilot na lotniskowcu USS San Jacinto. Jego głównym zadniem był jednak nie udział w bezpośredniej walce a wykonywanie zdjęć lotniczych i testowanie najnowszych szpiegowskich systemów fotograficznych. Takie zadnie nie mogło być powierzone komuś przypadkowemu, dlatego istnieje silne przypuszczenie, że Bush już wtedy wspólpracował z amerykańskim wywiadem OSS.
    Po wojnie rozpoczął studia na uniwersytecia Yale, gdzie był członkiem tajnego stowarzyszenia Skull and Bones. Podobne stowarzyszenia istniały w innych elitarnych amerykańskich szkołach i były znakomitym miejscem treningu narybku CIA. Organizacje takie jak Skull and Bones były pierwszym sitem, z którego CIA wybierała swoich współpracowników. A George Herbert Bush już w czasie wojny udowodnił że się do tej pracy świetnie nadaje.

    Po ukończeniu szkoły, Bush przenosi się do Teksasu, gdzie zakłada szereg przedsięwzięć biznesowych związanych z ropą naftową. Otwiera takie firmy jak: Zapata Offshore, Stratford, Harken. Prowadzi działalność na wielką skalę mając biura na całym świecie. Jednak jeśli przyjrzeć się jego interesom bliżej, trudno dopatrzyć się tam finansowego sukcesu. Jego firmy jednego dnia obracały zaledwie kilkoma milionami dolarów, by po miesiącu mieć w obrocie kilkanaście miliardów. Zapata Offshore np. wielkim nakładem środków zbudowała wieże wiertnicze na Morzu Karaibskim u wybrzeży Kuby. Dziwnym zbiegiem okoliczności postawiono je na wprost Zatoki Swiń, znanej z nieudanego desantu kubańskich przeciwników Castro. Ropy naftowej tam nie znaleziono.
    Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że firmy Busha musiały być w jakiś sposób powiązane z CIA i służyły nie tylko do zdobywania informacji, ale także praniu pieniędzy, które miały być później przeznaczone na rozmaite tajne operacje. Zapata Offshore prowadziła swoje interesy nawet w kolumbijskim Medellin, mimo że miasto znajduje się w sporej odległości od wybrzeża. Natury tych interesów możemy się jedynie domyślać.
    Kiedy 22 listopada 1963 r., w niejasnych okolicznościach zostaje zastrzelony prezydent Kennedy – ślady prowadzą w rozmaitych kierunkach. Wielu jest takich którzy nie wierzą że zabójcą był Lee Harvey Oswald. Prezydent Kennedy miał wielu wrogów politycznych wśród których największym była Centralna Agencj Wywiadowcza. Powodów do tej wrogości było wiele, jak choćby ten, że Kennedy powstrzymał udział armii amerykańskiej w zaplanowanym przez CIA ataku na Kubę, pozostawiając kubańskich przeciwników Castro bez wsparcia i skazując ich tym samym na zagładę.
    Czy w takim razie istnieje choćby teoretyczna możliwość, że George Herbert Walker Bush przebywał w dniu śmierci Kennedy’ego w Dallas?? W końcu raczej nie ulega wątpliwości, że już wtedy był doświadczonym i zaprawionym w rozmaitych zadaniach członkiem CIA….
    Być może na zawsze utknęlibyśmy w tego typu rozważaniach, gdyby na powierzchnie nie wypłynął jeszcze jeden niezwykle ważny dokument. Jeden z odtajnionych dokumentow FBI, które z oczywistych powodów prowadziło śledztwo w sprawie śmierci Kennedy’ego, mówi o tym, że 23 listopada 1963 r. odbyło się spotkanie zorganizowane przez FBI, na którym rozważano możliwość udziału w zamachu uchodźcow kubańskich, którzy w ten sposób być może chcieli się zemścić na prezydencie za nie dotrzymanie obietnic pomocy. W dokumencie czytamy że w naradzie uczestniczyły także dwie osoby z poza FBI. Jedną z nich był ktoś z Departamentu Obrony a drugą…… George Bush z CIA (!)
    Jeśli jest to prawda – a wszystko na to wskazuje – luka w pamięci 41 prezydenta USA jest tym samym wypełniona (choć najprawdopodobniej nigdy nie była pusta). Tyle że powodów jego wizyty w Dallas możemy się już tylko domyślać i dlatego niezbyt wyraźna fotografia z Dealey Plaza nagle zyskuje na znaczeniu….

    Drugie zdjęcie w komentarzu.
    G. Bush śmieje się na wspomnienie o "zamachu" na Kennedego

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #gruparatowaniapoziomu

    pokaż spoiler All credits Chris Miekina
    pokaż całość

    źródło: Fotografia z Dealey Plaza.jpg

    +: Narqs, d..........a +59 innych
  •  

    #astroturfing na #reddit r/ #ps4
    post dotyczący tematu na konsolę dla dumnych ze swojej orientacji.
    Są tak dumni, że w 7 godzin wyjebali 1,4k upvote (26% downvote), 60% komentarzy usuniętych i post zablokowany xD
    https://www.reddit.com/r/PS4/comments/8nte22/us_psn_free_pride_themed_for_all_the_players_theme/
    #spiskowatruskawka
    pokaż całość

  •  

    (...) Poważne dyskusje prowadzi się dziś na temat tego, czy Hitler posiadał bombę atomową, czy też nie?
    A także, czy użył by jej, gdyby ją posiadał. Okazuje się jednak, że Niemcy nie potrzebowały aż bomby atomowej, aby siać potworne zniszczenie. Od czasu do czasu, atakowano za pomocą tzw.bomby paliwowej , wypełnionej ciekłym tlenem, której efekt działania, porównywalny był z wybuchem małego ładunku atomowego. Najsłynniejszy komandos III Rzeszy, Otto Skorzeny , opisuje użycie takiej bomby w walkach o Moskwę, w grudniu 1941 roku.
    Pociski takie były wystrzeliwane za pomocą artylerii rakietowej.
    Niemcy posiadali, taki wielkokalibrowy system, zwany Nebelwerfer , który miał kaliber 280mm.
    No i bomby paliwowe, były w stanie dokonywać takich samych szkód, jak bomby nuklearne, na dodatek bez radioaktywnego skażenia środowiska.
    Wiele wskazuje na to, że Niemcy zdołały stworzyć swoją bombę atomową, której próby dokonano w październiku 1944 roku.(...)
    (...)Zaskakujące jest także to, że bomba atomowa wcale nie była, tą cudowną bronią, którą Niemcy chcieli stworzyć za wszelką cenę. W naszym pojęciu, jest to broń która jest w stanie wygrać każdą wojnę.
    Dla Niemców, ich badania nuklearne, nie były nawet najważniejszym projektem wojskowym, co daje dużo do myślenia.
    Nad czym jeszcze mogli Niemcy pracować?
    Jeśli więc założyć, że byli w stanie wyprodukować bombę atomową, musieli mieć odpowiednią infrastrukturę, a więc budynki, urządzenia, no i siłę roboczą, aby najpierw stworzyć ogromne ilości wzbogaconego uranu.
    Nie mówimy tutaj o plutonie, który jest znacznie trudniejszy do uzyskania.
    Z samego wzbogaconego uranu, można stworzyć broń nuklearną, i taka bomba uranowa, została zrzucona na Hiroszimę. Pluton w takiej bombie, daje dodatkową siłę eksplozji.
    Gdzie zatem Niemcy wzbogacali, w tajemnicy, te ogromne ilości uranu?
    Wszystko wskazuje na to, że robiono to w obozie koncentracyjnym Auschwitz.
    Osławiona i mroczna korporacja IG Farben, zbudowała w Auschwitz, gigantyczne zakłady, mające produkować gumę syntetyczną. Zakłady jakie tam zbudowano, były monstrualnych rozmiarów i do ich pracy, potrzebne było więcej energii, niż do funkcjonowania potrzebował cały Berlin!
    Pracowało tam 10 tysięcy niemieckich robotników kontraktowych, i oczywiście, wykorzystywano do najbardziej niebezpiecznych prac, więźniów obozu.
    Zakłady zostały zbudowane za prywatne pieniądze, i koszt ich, w przeliczeniu na dzisiejsze dolary to 2,5 miliarda USD.
    Po wojnie, podczas przesłuchań zarządu IG Farben, okazało się, że przez 4 lata istnienia, te olbrzymie zakłady nie zdołały stworzyć ani jednej dętki z syntetycznej gumy!
    Wytłumaczeniu takiej sytuacji miał pomóc fakt, że zakłady były prześladowane dziesiątkami wypadków, awarii i innych sytuacji, które uniemożliwiały produkcję tej gumy.
    Ale to nie tłumaczy potężnego zużycia energii i zatrudnienia tysięcy techników.
    I to właśnie wskazuje, że fabryka w Auschwitz, wcale nie była stworzona do produkcji gumy, a była miejscem, gdzie w wirówkach wzbogacano uran, potrzebny do stworzenia bomby nuklearnej.
    Po wojnie okazało się, że Niemcy posiadały wiele ton, zgromadzonego, wzbogaconego uranu.
    w 1945 roku, amerykańska marynarka wojenna, przechwyciła i wzięła do niewoli, niemiecki Uboot U-234.
    Okoliczności przejęcia tej łodzi podwodnej, są niezwykle interesujące.
    Amerykanie zakłócili łączność, pomiędzy okrętami Brytyjskimi, które polowały na tę łódź.
    Po przejęciu, okręt został zabrany do Portsmouth w stanie Maine.
    Wśród załogi, znaleziono kilku niemieckich naukowców, z Heinzem Schlicke na czele, którego natychmiast zabrano do Waszyngtonu, gdzie został przesłuchany przez wyższych amerykańskich wojskowych oraz naukowców, z niejakim Alvarezem na czele.
    Informacja ta, znajduje się w odtajnionych amerykańskich archiwach z tamtego czasu.
    Inni członkowie załogi byli także bardzo interesujący, bo dwóch z nich było Japończykami.
    Podczas rejsu, Japończycy zajmowali się malowaniem metalowych cylindrów, na których pisali, że należą one do U235.
    Bardzo dziwna sytuacja.
    U234 przewoziło te cylindry, a malowano na nich onzaczenie U235.
    Tych metalowych cylindrów było 80, a wykonane były ze złota. A w środku był...wzbogacony uran, czyli u235.
    Był to uran wysoko wzbogacony, dlatego przechowywano go w złotych cylindrach. Złoto bowiem izoluje przed promieniowaniem i nie wchodzi w reakcję z uranem. Gdyby np. cylindry te były ołowiane, doszło by do korozji i zanieczyszczenia uranu.
    Mamy więc do czynienia z ludźmi którzy wiedzą co robią.
    Stąd wiadomo, że Niemcy posiadały przemysłowe możliwości wzbogacenia uranu.
    Uran był przeznaczony dla Japonii i dlatego na pokładzie było dwóch Japończyków.(...)
    (...)Naukowiec Heinz Schlicke, był wynalazcą systemu zapalników odległościowych z udziałem podczerwieni.
    Na pokładzie uboota znaleziono 25 takich systemów.
    Z kolei Alvarez, który przesłuchiwał Schlicke, jest to zapewne Dr. Louis Alvarez , który pracował w ramach projektu Manhattan, nad amerykańską bombą atomową.
    Alvarez dostał po wojnie nagrodę Nobla, za stworzenie podstaw do fuzji nuklearnej z udziałem plutonu.
    A więc, mówimy tutaj o bombie plutonowej.
    Bomba taka dokonuje implozji, nie eksplozji, rdzeń jej, stworzony z plutonu, otoczony jest przez ładunki wybuchowe, które muszą być symetrycznie skondensowane, w bardzo szybkim tempie, niemal jednocześnie, czego nie da się zrobić poprzez połączenie elektryczne, ale da się zrobić za pomocą wynalazku Heinza Schlicke.
    Wygląda więc na to, że ktoś w III Rzeszy, przekazał amerykanom istotne elementy do budowy bomby.
    Po przejeciu Niemieckiego uboota, nagle ilość materiału nuklearnego w amerykańskich magazynach uległa cudownemu podwojeniu.
    Z analizy dokumentów związanych z projektem Manhattan, wynika, że Amerykanie byli w stanie, wyprodukować potrzebną im ilość wzbogaconego uranu dopiero w grudniu 1945 roku.
    Oznacza to, że w Amerykańskich bombach zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki, użyto niemieckiego, nazistowskiego uranu, przejętego na U234.(...)

    All credits Chris Miekina.
    Ale troszkę się napracowałem, więc chociaż plusik dla mnie:P
    Wszelkie sprostowania też mile widziane.
    Wszelkie darcie mordy proszę kierować do Chrisa.
    Ja tylko jebłem skrypt, trochę dałem linków do wiki i się z Wami dzielę.

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #2wojnaswiatowa #iiwojnaswiatowa i trochę #atom
    W ogóle, nie śmie tagować tego #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: archives.gov

  •  

    Ktoś z rodziny opa dostał wiadomość głosową datowaną na 9 czerwca 2017r
    godzina 4:38pm (MST) z nieznanego numeru.
    Tutaj macie odsłuch.

    Dla wrażliwych OSTROŻNIE.
    https://vocaroo.com/i/s1gzj1jGflD3

    3 minutowa wiadomość. Numer kierunkowy 480 wksazuje na Phoenix.
    Op spędził cały dzień na szukaniu informacji o wypadkach, bądz przestępstwach tamtego dnia, jednak nie doszukał się niczego.
    Z informacji opa wynika, że próbował dzwonić na ten numer jednak,
    powitała go automatyczna sekretarka.
    Do tego postanowił sprawę zgłosić na policję.
    Od tego dnia mija 23 doba.
    Albo op to pedał, albo umar.
    Tak czy siak, wiadomość miodzio.
    https://www.reddit.com/r/RBI/comments/8h4zkg/discovered_terrifying_audio_from_an_old_voicemail/

    #spiskowatruskawka #creepy #teoriespiskowe
    pokaż całość

    •  

      @Mega_Smieszek: dobra ty wez kurwa wpis plusuj a nie pierdolisz o chorej babci, szykując grunt pod pomagam,pl xD

    •  

      @nama: nie musisz słuchać:>

      0:00 Please somebody help me;

      0:04 Please god oh save me;

      0:06 They wanna rape me;

      0:09 Help me;

      0:10 Operator; [female is so faint it can barely be heard when listening to raw recording from speaker.]

      0:11 Help me;

      0:12 Please; [audible steady beep, like hospital monitor.]

      0:15 Please, please help me;

      0:17 inaudible female says something then the word ‘warranted’ (?);

      0:18 inaudible female;

      0:20 Long scream; (can) somebody help me -OR- please don’t hurt me;

      0:24 Long scream; ‘he’s so dead I’ inaudible ‘so much’;

      0:30 thank you god upstairs i got outside;

      0:38 oh god, thank you;

      0:42 long scream;

      0:44 I just wanna go home;

      0:47 inaudible female;

      0:50 long scream;

      0:54 inaudible female;

      0:55 inaudible female;

      0:58 inaudible female;

      0:58 oh my angel God -OR- my angel’s gone;

      1:01 oh my angel God -OR- my angel’s gone;

      1:05 how do I get out of here?;

      1:07 I want out of here;

      1:01 inaudible female;

      1:11 I want out -OR- I won’t tell anyone;

      1:13 ahhh, God help;

      1:16 inaudible male;

      1:16 inaudible female;

      1:18 no don’t hurt me;

      1:20 don’t hurt me;

      1:20 inaudible male ‘stop’;

      1:22 go away -OR- don’t hurt me;

      1:24 inaudible why are you here inaudible;

      1:25 inaudible male;

      1:27 inaudible male;

      1:27 where are they going?;

      1:28 go away -OR- don’t hurt me;

      1:29 inaudible female;

      1:30 inaudible male ‘what should we do?’;

      1:31 inaudible female;

      1:32 inaudible female;

      1:34 inaudible female;

      1:38 inaudible male;

      1:38 inaudible female;

      1:40 inaudible female;

      1:41 inaudible male;

      1:42 inaudible male;

      1:43 inaudible male;

      1:42 inaudible female;

      1:45 inaudible female;

      1:47 inaudible female strange chirp in between;

      1:49 I will do anything -OR- I won’t say anything;

      1:51 inaudible male;

      1:51 inaudible female;

      1:53 inaudible female;

      1:56 inaudible female;

      1:57 inaudible female;

      1:59 inaudible female;

      2:00 don’t hurt me;

      1:51 inaudible male;

      2:04 inaudible female;

      2:05 inaudible female;

      2:09 inaudible male;

      2:10 inaudible female;

      2:11 inaudible;

      2:13 inaudible female;

      2:15 inaudible male;

      2:17 please don’t hurt me;

      2:20 inaudible female;

      2:23 inaudible female;

      2:28 inaudible female ‘stop’ inaudible ‘stop what you’re doing’;

      2:30 inaudible female;

      2:32 inaudible female;

      2:34 somebody hear me, somebody;

      2:37 somebody;

      2:40 inaudible scream ‘help’ -OR- ‘ow’;

      2:43 inaudible scream; male grunts directly into mic in between female wailing;

      2:43 inaudible male ‘yeah it’s bad Eddie pimpin yo’ -OR- ‘yeah it’s big daddy pimpin yo’;

      2:45 ‘I can’t hear you’ inaudible ‘would you please just go’ (male whispers in middle of clip) -OR- ‘hey’ inaudible ‘let’s go’;

      2:48 inaudible (wailing);

      2:50 inaudible female;

      2:50 inaudible (screaming) ‘don’t’ inaudible ‘fucking off of me’;

      2:53 inaudible (two inaudible voices speaking to one another; voice #1 to voice #2 in between screaming female); inaudible voice #1: ‘tie her (up) again’; inaudible voice #2: ‘arms up’;

      2:55 inaudible male ‘sorry’ inaudible -OR- ‘solitary’ -OR- ‘spot her again’ -OR- ‘spotted her again’;

      2:56 inaudible female;

      2:57 screaming female;

      2:58 inaudible male;

      3:00 screaming female;

      3:02:142 to 3:02:280 inaudible male in between screaming female.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Straszną czasami mam radochę, przeglądając strony Wikipedii, zwłaszcza jej polskiej edycji.
    W jednym z poprzednich wpisów, w którym zaprezentował się przed Wami Rupert Sheldrake, który głosi "pseudonaukową", jak krzyczą naczelne białe kitle ( ;] ) na uniwerkach, teorię pól morficznych, na Wiki, pod pseudonaukowacami próżno go szukać.
    Może dlatego, że szpileczka którą wcisnął przebiegle w ciało naukowe zapiekła mocniej niż powinna?

    Na początku wykładu wymieniane jest 10 dogmatów i założeń nauki. Jednym z nich, jest nr. 3, a brzmi on:
    - Prawa natury teraz są takie same jak za czasów Wielkiego Wybuchu, i nie zmienią się nigdy. Nie tylko prawa, ale także i stałe fizyczne, dlatego nazywają się stałymi.
    Przechodzimy do szpileczki. Zacytujmy pana Ruperta:

    - (...)Chciałbym teraz poświęcić też torchę uwagi stałym fizycznym, ponieważ one, znowu, przyjmowane są jako stałe.
    Wartości takie jak stała grawitacyjna czy prędkość światła, nazywane są fundamentalnymi stałymi.
    Czy aby na pewno są stałe?
    Cóż, gdy zaciekawiło mnie to pytanie, postanowiłem poszukać informacji.
    Podaje się je w podręcznikach od fizyki.
    Podręczniki od fizyki zawierają listy fundamentalnych stałych i przedstawiają ich wartości.
    Jednak chciałem sprawdzić, czy się zmieniały,
    więc zajrzałem do starszych tomów podręczników od fizyki.
    Poszedłem do Patent office Libary, Tutaj w Londynie.
    To jedyne miejsce, które znalazłem, gdzie trzymają stare tomy.
    Normalnie ludzie je wyrzucają, gdy wydawane są nowsze tomy.
    Gdy je przeglądałem, zauważyłem, że prędkość światła spadła pomiędzy 1928 a 1945, o jakieś 20 km/s.
    To olbrzymi spadek, biorąc pod uwagę, że wartości te podawano z dokładnością do pierwszego miejsca po przecinku.
    A jednak, wartości te spadły na całym świecie, i wszędzie otrzymywano wartości bardzo zbliżone z drobnymi odchyleniami.
    Aż w 1945...znowu poszły w górę!
    I znowu ludzie zaczeli otrzymywać bardzo podobne wyniki.
    Bardzo mnie to zaintrygowało(...), więc poszedłem do szefa metrologii w National Physical Laboratory w Teddington.
    Metrologia to nauka zajmująca się mierzeniem stałych.
    Zapytałem:
    - "Co robicie w związku z tym spadkiem prędkości światła między 1928 a 1945?"
    Odparł:
    - "O rety...Odkryłeś właśnie najbardziej wstydliwy epizod w historii naszej nauki."
    Spytałem się go, czy prędkość światła mogła naprawdę spaść, a jeśli tak to jak niesamowite implikacje by to miało.
    Odparł:
    - "Nie, nie, oczywiście, że nie mogła naprawdę się obniżyć, przecież to stała."
    - Więc jak wytłumaczyśż, że praktycznie wszyscy obserwowali mniejszą prędkość.
    Fałszowali swoje wyniki, żeby pasowały do tego, co wg nich, inni ludzie powinni byli otrzymywać, a całe zamieszanie powstało po prostu w umysłach fizyków?
    - Nie lubimy używać słowa fałszować.
    - A jakie wolicie?
    - Cóż, preferujemy określenie Intelektualne Blokowanie Fazy (intelectual phaselocking? phase locking?)
    - Jeśli działo się to wtedy, to skąd mamy pewność, że nie dzieję się tak dzisiaj, a obecne wartości nie pochodzą z "(intelectual phaselocking)"?
    Odpowiedział:
    - Nie. Wiemy, że nie w tym rzecz."
    - Skąd wiemy?
    - Rozwiązaliśmy ten problem.
    - Ale jak?
    - Cóż, ustaliliśmy prędkość światła, jako stałą z definicji w 1972.


    Tym przydługawym wstępem
    (tutaj https://www.wykop.pl/wpis/31329773/wiadomo-ze-w-pl-necie-jest-w-sumie-bieda-z-teories/
    Polska wikipedia pod hasłem prędkość światła, na samym początku, mówi nam jak ważna jest to stała, BO JEST STAŁA!, a pózniej macie akapit
    "Standaryzacja" xD),
    przechodzimy do głównego dania dzisiejszego, pobanowego tematu.

    Cześć, nazywam się Giennadij Iwanowicz Szypow.
    http://kwanty.pl/wp-content/uploads/2016/10/Gennady-Shipov-1.jpg
    Jestem rosyjskim naukowcem. Wykładałem fizykę na Uniwersytecie Moskiemskim. Do czasu aż mnie wypierdolili z niego, bo mówiłem studentom, o swojej wizji fizyki, teorii nazwaną "Polami Torsyjnymi".
    Świat naukowy mnie wyśmiał, na wikipedii jestem w kategorii "pseudonaukowcy".
    Moja teoria dowodzi istnienia dotychczas nieznanych, niewidzialnych rodzajów materii i energii, które mimo wszystko istnieją obiektywnie i współdziałają z planami widzialnymi, czyli z naszą rzeczywistością materialną. Ponadto wynika z niej także, że pewnego rodzaju promieniowanie pędzi miliardy razy szybciej od prędkości światła lub rozchodzi się natychmiastowo.


    Jednak najbardziej kontrowersyjnym elementem teorii było właśnie przedstawienie nowej budowy wszechświata, który miałby składać się z 7 poziomów (planów) rzeczywistości, tj. 1 – Absolutne „Nic”, 2 – Pierwotne pole wirowania (świadomości), 3 – Próżnia, 4 – Plazma (cząstki elementarne), 5 – Gaz, 6 – Ciecz, 7 – Ciało stałe.

    Psedunonauka mówisz.
    Oddajmy głos Henrykowi Pacosze z P.P.H.U TORST
    oraz Waldemarowi Targańskiemu z Gdańskiej Politechniki.

    http://www.tchik.com.pl/archiwum/2006/9/fale_torsyjne.pdf

    Kolejna w moim tagu szpileczka w naukę.
    Podro 600

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe
    pokaż całość

    +: t...............l, cichooo +5 innych
  •  

    Johannes Kepler, ojciec nowoczesnej astronomii, sfabrykował dane, przedstawiając swoją teorię tego, jak planety poruszają się w okół słońca, najwyraźniej po to, by zwiększyć akceptację tego spostrzeżenia przez sceptyków, jak odkrył jeden z naukowców.

    Naukowiec, William H. Donahue, powiedział, że dowody naukowych fałszerstw Keplera, są w szczegółowej tabeli, którą przedstawił na poparcie swojej teorii.

    Kepler pokazał, że planety poruszają się po eliptycznych orbitach, a nie okręgach, jak sugerował Kopernik.

    W książce Kepler powiedział, że zostało to potwierdzone przez niezależne obliczenia pozycji planet. W rzeczywistości, jak mówi Donahue, Kepler wyprowadził dane na podstawie obliczeń opartych na samej teorii.

    Kepler spodziewał się ostrej krytyki swojej teorii. Od czasów starożytnych krąg był uważany za jedyny geometryczny kształt na tyle doskonały, by opisać ruch ciał niebieskich.

    Fałszerstwo Keplera z 1609 r. jest jednym z najwcześniej znanych przykładów wykorzystywania fałszywych danych przez giganta współczesnej nauki.

    Donahue, historyk nauki, wykrył sfałszowanie danych, podczas tłumaczenia dzieła życia Keplera, Astronomia Nova, lub Nowa Astronomia, na język angielski.

    Donahue, który mieszka w Sante Fe, N.M., opisał to, czego się dowiedział w niedawnym wydaniu The Journal of the History of Astronomy.

    Sfabrykowane dane pojawiają się w obliczonych pozycjach dla planety Mars, które Kepler wykorzystał jako studium przypadku dla wszystkich ruchów planet. Kepler twierdził, że obliczenia dały jego teorii eliptycznej niezależną kontrolę. Faktycznie jednak nie uczyniły one nic podobnego.

    "On fałszował rzeczy, powiedział Donahue, dodając do tego, że nikt ze współczesnego środowiska naukowego nie podważył jego badań.

    Eksperci, prawie jednomyślni w obronie wielkiego astronoma, twierdzą, że czyn Keplera może być mniej karygodny niż się wydaje.

    Kepler był jednym z wynalazców współczesnej nauki", powiedział Walter W. Stewart, pracownik naukowy Narodowego Instytutu Zdrowia, który pomaga Kongresowi w prowadzeniu badań nad przypadkami oszustwa naukowego. Nie jest jasne, czy jego standardy były takie same jak nasze.

    Dr Owen Gingerich, profesor astronomii i historii nauki w centrum astrofizyki Uniwersytetu Harvarda i Smithsonian Institution w Cambridge, powiedział, że czyn Keplera, w swoich czasach, może po prostu być uzasadnioną retoryką rozkwitu, mających na celu przekonanie nierzetelnych kolegów o poprawności jego spostrzeżeń.

    Zwykle nie można oczekiwać, że będzie istniała retoryka nauki lub polityczna część prezentacji," powiedział Gingerich. W rzeczywistości jednak ten element jest bardzo ważny.

    Trochę pomogłem deepl i macie czytankę do snu z
    New York Times / Orlando Sentinel
    January 23, 1990

    #spiskowatruskawka #teoriespiskowe #astronomia
    pokaż całość

    •  

      @TruskawkaNaTorcie: prawa Keplera sa matematycznie uzasadnione. a co do wykorzystywania "falszywych" danych, to uzywal danych obserwacyjnych, ktore przy owczesnym zaawansowaniu technicznym mialy duzy margines bledu.

      Przez kolejne kilka lat Kepler usiłował opisać precyzyjnie całą orbitę Marsa, używając do tego różnych jajowatych orbit. W 1605 roku, po około 40 nieudanych próbach, doszedł w końcu do wniosku, że właściwym rozwiązaniem jest elipsa, którą wcześniej odrzucił jako zbyt prostą, aby została przeoczona przez innych astronomów. Przekonawszy się, że orbita eliptyczna dokładnie odpowiada danym obserwacyjnym, doszedł do wniosku znanego dziś jako pierwsze prawo Keplera, że wszystkie planety poruszają się po elipsach, ze Słońcem w jednym z ognisk. Nie mając jednak asystentów, którzy mogliby przeprowadzić niezbędne obliczenia, nie zastosował tej teorii do innych planet.

      źródło
      pokaż całość

  •  

    Wiadomo, że w PL necie jest w sumie bieda z #teoriespiskowe .
    Ator, który 90% tematów ma o przepowiedniach, które się nie spełniają.
    5% to pierdolenie, że surfuje po #deepweb , i tam te "spiski" wynajduje,
    a brednie to są takie, że człowiek aż uszy spuszcza, z zażenowania.
    5% ciekawe, warte posłuchania, aczkolwiek jak gruby zaczyna tłumaczyć
    jakąś banalną rzecz, to tak zapędza się w jej wyjaśnianie, na innych z dupy wziętych przykładach,
    że ma się ochotę wykrzyczeć "NIE JESTEM KURWA PSEM. ROZUMIEM CO MÓWISZ".
    Bartosz mówi, ale co on tam mowi, to nie wiem, bo to trochę słabszy ator.
    Są w sumie 2 audycje/kanały na PL YT, które robią sensowne materiały w spiskowych tematach.
    BaldTV robi dobre materiały (te dłuższe, bo te krótkie to polska wersja secureteam10;]).
    Ostatnim jego dokumentem, jest teoria pól morficznych, przedstawiona przez biologa, który w latach 70 , pracował na Cambridge, więc typek nie jest w ciemię bity i nie ukończył wyższej szkoły zarzadania i biznesu w Pszczynie.
    Dokument balda ma 2x30minut.
    Godzina pierdolenia jakiegoś youtubera (patrz - wcześniej wymienione kanał) może być bolesna, dlatego proponuję na początek posłuchać samego głosiciela tej tezy.

    19 minutowy "wykład" na #tedx z 2013r. ocenzurowany (patrz - film ze sky news, jak szybko pan generał musi kończyć rozmowę;]) po jakimś czasie przez teda;]
    Na szczęscie, w przyrodzie nic nie gnie, do tego, jakaś dobra dusza podłożyła napisy PL, no i macie.
    No i trochę szpil wbijtych we współczesną naukę, ku uciesze widowni( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #spiskowatruskawka #gruparatowaniapoziomu bo tak, i co mi zrobisz?

    ps.

    Co ciekawe, żadne wpisy na wiki, ani ENG, ani PL, nie kategoryzują pana pod łatką "pseudonaukowcy", chociaż w tekście jest napisanę, że środowisko naukowe zarzuciło pseudonauke.
    **** spidermensamsiebiewskazujepalcem.png ***
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Cześć miraski.
    Dzisiaj #spiskowatruskawka w trochę innym tonie, ale jednak dalej w spiskach.

    Słowo Chrisa Miekiny przed głównym daniem tego posta.

    (...)Erving Goffman w ramach swojej pracy naukowej,
    zaczął udawać osobę niezrównoważoną psychicznie,
    i szybko stał się pacjentem szpitala psychiatrycznego.
    Zaszokowało go to, jak źle traktuje się tam pacjentów.
    Swoje doświadczenia opisał w wydanej w 1961r. książce pt
    "Asylums".
    Psychiatria, również pochodzi z greki, gdzie psyche oznacza duszę,
    a jatricos oznacza leczenie.
    I znów, nauka ta, nie zajmowała się tym do czego została powołana,
    a służyła głównie do wykluczania ludzi niezrównoważonych psychicznie
    ze społeczeństwa i do tłumienia ich ekspresji.
    Kiedy na pacjenta nie działał już kaftan bezpieczeństwa, ani elektrowstrząsy, zwrócono się w stronę leków psychotropowych, które
    nie rozwiązują problemu. Sama psychiatria, w swoim rozwoju, stała się taką dziedziną wiedzy, która jest obecnie w stanie zaklasyfikować każdą naszą reakcję, jako objaw choroby psychicznej.
    Tak więc, doświadczenia paranormalne, jakie doświadcza wielu ludzi, dla lekarza psychiatry jest objawem choroby psychicznej, którą trzeba natychmiast leczyć. Oczywiście, chemia, i jej wynalazki odgrywają ważną rolę, ale nie powinen być to jeden jedyny sposób, na pomoc ludziom z problemami psychicznymi.
    Dziś, zwłaszcza w USA, psychiatria to właściwie gałąź przemysłu, gdzie
    ogromne, gigantyczne robią wlaśnie firmy farmaceutyczne, no i firmy ubezpieczeniowe, a pacjent który w jakiś sposób musi zapłacić za psychiatryczną pomoc, musi zostać też zaklasyfikowany do jakiejś grupy chorobowej. Z tego powodu, co druga osoba zaklasyfikowana jest jako bipolar,
    niemalże każda z takich osób ma zespół braku umiejętności skupienia się na jednej rzeczy. Niemalże każdy ma ten tzw posttraumatic stress disorder.
    Pacjentów się nieustannie klasyfikuje, co właśnie przypomina zkładanie kaftana bezpieczeństwa, bo pompuje się w niego psychotropy na które wydaje się miliardy dolarów.
    Jest to długa droga, jaką przebyto od taniej psychoanalizy na początku XXw.
    do właśnie tej "receptologii". gdzie leczy się wszystkie możliwe schorzenia chemicznie.
    Psychiatria musi wyjawić naturę schorzenia które leczy, firmie ubezpieczeniowej, co jest jawnym naruszeniem prywatności człowieka.
    Z tego powodu, ludzie którzy przeżywają w swoim życiu rozmaite paranormalne fenomeny, zazwyczaj nigdy nie opowiadają ich lekarzowi, w obawie bycia uznanym za osobę niespełna rozumu.
    W ten sposób nauka ignoruje bardzo ważne historie.
    Historie, które przeżywają ludzie, które jeśli je zbadać, są w stanie wyjaśnić kim jesteśmy i czym jest świadomość.
    (...)


    A teraz główne danie.

    Eksperyment Rosenhana

    eksperyment amerykańskiego psychologa Davida Rosenhana z 1972 r. sprawdzający adekwatność i rzetelność diagnoz medycznych psychiatrów. Został opublikowany w czasopiśmie Science w artykule On being sane in insane places (O byciu zdrowym umysłowo w niezdrowych miejscach)[1].

    Badanie składało się z dwóch części. W pierwszą część zaangażowani byli asystenci Rosenhana, którym polecono symulowanie halucynacji celem uzyskania dostępu do szpitali psychiatrycznych. Wykorzystano w tym celu różne szpitale w pięciu stanach USA. Druga część polegała na próbie wyszukiwania przez personel medyczny "fałszywych pacjentów", którzy mieli zostać wysłani do placówek przez Rosenhana. W pierwszej części lekarze nie byli w stanie wykryć, że "pacjenci" są w rzeczywistości zdrowymi uczestnikami eksperymentu. W drugiej części personel uznał dużą liczbę prawdziwych pacjentów za symulantów. Badanie to jest uznawane za ważny głos w krytyce diagnozowania psychiatrycznego (zob. antypsychiatria). Zdaniem Rosenhana, różnica między stanem zdrowia i zaburzeniem psychicznym jest co najmniej bardzo trudna do ustalenia.

    Badanie z fałszywymi pacjentami

    W ramach badania ośmiu "pseudopacjentów" (wybranych przez Rosenhana jako zróżnicowaną grupę zdrowych osób) próbowało uzyskać dostęp do szpitali psychiatrycznych. W fazie diagnozowania medycznego stwierdzili (niezgodnie z prawdą), że słyszą wewnętrzne głosy, najczęściej niezrozumiałe, a czasem interpretowane jako słowa "pusty", "dziurawy". Były to jedyne symptomy na jakie "pacjenci" skarżyli się lekarzom. Oprócz fałszywych imion i nazwisk oraz szczegółów dotyczących zatrudnienia, wszystkie personalne informacje ujawnione psychiatrom były prawdziwe. W przypadku hospitalizacji, pseudopacjenci mieli "zachowywać się normalnie" i twierdzić, że czują się dobrze i nie słyszą już żadnych głosów.

    Pseudopacjentami byli: student psychologii, trzech psychologów, pediatra, psychiatra, malarz i gospodyni domowa. Żadne z nich nigdy nie przejawiało problemów ze zdrowiem psychicznym. Zostali poproszeni, by przez cały czas zachowywali się normalnie, nie zdradzając żadnych objawów psychopatologicznych (nie licząc zeznania o słyszeniu głosów podczas fazy diagnozowania). "Pacjenci" mieli pozostać w szpitalu do czasu, aż psychiatrzy uznają ich za zdrowych.

    Okazało się, że cała grupa została zakwalifikowana do leczenia szpitalnego, siedmiu z diagnozą schizofrenii, jeden z diagnozą zaburzeń maniakalno-depresyjnych. W trakcie hospitalizacji żaden członek personelu medycznego nie zorientował się, że są oni "fałszywymi pacjentami", chociaż takie podejrzenia przejawiali inni, prawdziwi, pacjenci: trzydziestu pięciu z ogólnej liczby stu osiemnastu pacjentów wyraziło podejrzenie, że uczestnicy eksperymentu są w rzeczywistości zdrowi psychicznie.

    W przypadku wszystkich uczestników uznano, że zostali oni wyleczeni wskutek hospitalizacji. Ich pobyt w szpitalu trwał od siedmiu do pięćdziesięciu dwóch dni, ze średnią dziewiętnastu dni.

    Personel medyczny opisywał zachowanie pacjentów w kategoriach psychopatologicznych. Przykładem jest sporządzanie notatek w ramach badania, co psychiatrzy zinterpretowali jako "kompulsywne pisanie" ze źródłem patologicznym. Jednocześnie, prawdziwi pacjenci interpretowali to samo zachowanie jako dowód na to, że pseudopacjenci prowadzą badania lub są dziennikarzami. Psychiatrzy nie zgodzili się na wypuszczenie ze szpitala "pacjentów" przed stwierdzeniem, że są oni wyleczeni. Warunkiem dokonania takiego stwierdzenia było przyjęcie do wiadomości przez "pacjentów" że są chorzy psychicznie. Podawano im także leki antypsychotyczne.

    Błędne wykrywanie nieistniejących pseudopacjentów

    Po opublikowaniu przez Rosenhana wyników badania, pracownicy pewnego znanego szpitala psychiatrycznego stwierdzili, że w ich placówce taka błędna diagnoza byłaby niemożliwa. Celem udowodnienia, Rosenhan uzgodnił z nimi, że podczas 3-miesięcznego okresu wyśle swoich kolejnych pseudopacjentów, którzy będą starali się uzyskać dostęp do szpitala. W wyniku eksperymentu z ogólnej liczby 193 nowych pacjentów za uczestników badania Rosenhana uznano 41, natomiast 42 następnych uznano za "podejrzanych". W rzeczywistości Rosenhan nie wysłał żadnego pseudopacjenta i wszystkie przypadki "wykrycia" symulantów były nieadekwatne.

    No i to tyle.
    Ja od siebie dodam tylko gratulacje tym wszystkim depresyjnym mirkom i mirabelkom.
    Łykajcie dalej prochy, na pewno wyzdrowiejecie i będzie lepiej, i świat będzie kolorowy.

    #gruparatowaniapoziomu #psychiatria #eksperyment

    ps.
    mam nadzieję, że nie zjecie mnie, że wpis nie jest stricte spiskowy;]
    pokaż całość

    źródło: 3.bp.blogspot.com

  •  

    Dzisiaj mam dla Was, krótki poradnik pt:
    "Co muszę zrobić by pooglądać pedo zdjęcia"

    Otóż okazuje się, że nie dużo.
    Żadnych TORów, żadnych hidemyass czy cyberghostów.

    1. Wchodzisz na DuckDuckGo (najlepiej) albo na Google (tutaj dochodzi informatyka)
    2. Wpisujesz img scr (bezpieczne wyszukiwanie? nie ma różnicy)
    3. Przechodzisz do grafiki
    4. Zbierasz szczękę z podłogi

    DuckDuckGo to jest masakra, w google jest tylko pozornie lepiej, bo jak poscrollujesz wystarczająco długo, to zobaczysz, że content ten sam.
    Za to yahoo, zdjęć mi żadnych nie pokazało, ale za to, powiązało wyszukiwanie hasła img scr z "kids" i "ru".
    Pewnie to zdjęcia zgodne ze standardami społeczności( ͡° ͜ʖ ͡°)

    obserwuj #spiskowatruskawka by wiadomy content trafiał do Ciebie co jakiś czas

    pokaż spoiler #teoriespiskowe #pedofilia #afera


    PS1.

    pokaż spoiler Mam nadzieję, że moderacja znajdzie RiGCz i mnie nie wyjebie za drzwi.


    PS2.

    pokaż spoiler Pełny spiskowy content, jednak bez tagu #spiskowatruskawka


    UFO

    "Spowiedz" John'a Glenn'a w sitcomie Frasier

    UFO z 1937r. wygląda jak słynny start SpaceX

    Tom Delonge "ujawnia" nagrania UFO

    Starman livestream

    Koty od UFO

    UFO nad Milwaukee 2017

    UFO nad Sacramento 2017

    UFO nad Turcją 2018

    Światła nad Phoenix 1997

    Watykan

    Dokument o promocji Kardynała Dziwisza na 33 stopień masoński

    Aula Pawła XI w Watykanie

    Pedofilia

    Peter Scully i Daisy Destrucion

    ELSAGATE

    Pedo na PERISCOPE

    Polityka

    Zabita dziennikarka i afera Uranium 1

    Komik w talkshow mówi że, Clinton zamordował kogoś

    Typowi z TV zamordowano dzieci za artykuł o departamencie obrony
    Zamachy

    Dziwności z Las Vegas

    Świadkowie masakry z LV umierają

    PATRIOT ACT wygasa

    Nagranie z Pentagonu

    Ojciec jednej z ofiar, po 17 latach, dalej szuka sprawiedliwości

    Clinton o bombach w WTC

    5 minut które zabiło JFK

    Akta zamachu na JFK

    JFK zabity przez Jackie?

    CIA i dokumenty

    ponad 100 dokumentów z CIA NSA i innych

    PDF departamentu obrony na wypadek ataku zombie

    Instrukcja dla kap. ubootów jak się dostać do Agharty

    Jak kontrolować umysł?

    CIA tworzy termin "teorie spiskowe"

    Inne

    Klub 27

    Problem z USS Fitzgerald

    16 artów z NYT o odnalezieniu olbrzymich szkieletów

    Album z SS ze strava. Tajne bazy etc

    Stephen Hawking

    Monument z Georgii

    Teoria o mirko

    COŚ SIĘ DZIEJE

    Ofiary tragedii Challengera żyją

    Takie tam, z księżyca

    Paranormalne Glinki

    Z centrum kontroli chorób zniknął pracownik

    Turek odszyfrowuje Manuskrypt Wojnicza

    Sekta w Meksyku

    Przedziwna Chmura + afera Strava

    Astronauta z ISS ma o 7% inne geny niż przed wylotem

    Wiadomość na twitterze

    Wiadomość na twitterze update
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów