•  

    TL;DR: Zdycham po wyrwaniu 6.

    Mircy minęło 7 godzin od wyjebania dolnej szóstki która rozjebała się przy rwaniu w pył - była pusta i pęknięta, niedrożny kanał, od roku 4 dentystów próbowało się przebić bezskutecznie, powodowała ciągłe stany zapalne w kości. Dłutowanie itp, nie polecam nikomu, a myślałem że po wyrwaniu górnej szóstki w kwietniu nic mnie nie zaskoczy. Zabieg trwał 30 minut, niewiele pamiętam - najbardziej trzask zęba, asystentkę że mi trzymała szczękę i mówiła "nie zamykaj oczu" co bym nie odleciał a odlatywałem. Bez szwów, jakaś pastylka wsadzona w dziurę. Jutro kontrolna wizyta, nie mogę mówić ani nawet otworzyć buzi, oczywiście Clyndamycin MIP 600 wpierdolić jakoś musiałem. Właśnie się podniosłem po 7 godzinach leżenia żeby mirko odpalić :) mrożonki się już kończą na okłady, właśnie knedle ze śliwkami mi się rozpuszczają na poliku.
    PS. Dajcie plusy na pocieszenie (ʘ‿ʘ)
    #polecam #ten #stan #uzebienia #wolamcosieda #gorzkiezale
    #stomatologia #dentysta #wyrwalemchwasta #zeby
    pokaż całość

  •  

    #stan #zdrowie #smaki #wiek Preferencje smaków wiążą się z wiekiem

    Większość smaków produktów spożywczych - według badaczy – znamy z dzieciństwa. Ostrzejsze i bardziej wyrafinowane smaki zaczynamy poznawać w okresie około 22 lat.

    Moja 13-letnia wnuczka czasem mówi przy stole: tego nie jem, bo nie lubię. Małe dzieci także nie zawsze chcą jeść to, co im mama czy babcia daje. Różnica między 13-latką taka, że nie umieją jeszcze powiedzieć: to mi nie smakuje, albo - tego nie lubię. Sprawa - smakuje czy nie smakuje, rozbija się na ogół o najwcześniejsze miesiące życie niemowlaka, a nawet wcześniej – w łonie mamy.

    Smaków uczymy się już w okresie niemowlęcym i w brzuszku mamy. Nasz mózg od bardzo wczesnego okresu życia zapamiętuje smaki i pozostaje z nimi dozgonnie. Jednak uczymy się ich niemal przez całe życie. Zdaniem uczonych, niektóre produkty spożywcze zaczynamy doceniać po smaku, w bardzo różnym wieku. Na przykład makrelę, oliwki, pleśniowy ser, fasolę czy anchois (filecik z solonej sardeli z oliwą i korzennymi przyprawami) – lubimy dopiero po 20-tce.

    Pełny zakres smaków doceniamy do 20. urodzin

    Eksperci dokładnie sprawdzili jak wiek ludzi wpływa na preferencje smakowe. Twierdzą: wcześniej rozsmakujesz się w czosnku, więcej czasu upłynie, nim odkryjesz smak sera koziego, szparagów czy oliwek. Zatem, ile lat musi upłynąć, zanim polubimy smak różnych produktów?

    W badaniach wyszło, iż smakosze rozkoszują się smakiem takich produktów jak: oliwki, ser pleśniowy, anchois, jako dorośli. Ale czy będąc dziećmi darzyli je tak samo wielkim uwielbieniem? Prawdopodobnie, nie. Naukowcy odkryli punkty graniczne w naszej metryce smakowej i ustalili, kiedy kubki smakowe zaczynają rozsmakowywać się w "dorosłych" smakach. Badania w Wielkiej Brytanii wykazały, że muszą upłynąć średnio 22 lata, zanim zaczniemy tolerować bardziej intensywne smaki.

    Badania przeprowadzono na liczbie 1950 Brytyjczyków przez Butterkist. Uczeni pytali badanych o pokarmy znienawidzone w dzieciństwie, które po osiągnięciu dorosłości, stały się smakołykami. Statystyki badawcze pokazały, że większość z nas jest w stanie doświadczyć, pełnego zakresu smaków do 20. urodzin, ale jednak jest kilka produktów, których jedzenia odmawiamy. Dlaczego, skąd to się bierze?

    Od mdłych do intensywnych smaków

    Naukowcy są zdania, że zmiana preferencji smakowych wynika, ze zmniejszania się liczby kubków smakowych wraz z wiekiem. Niemowlęta mają ich bardzo dużo, bo aż około 30 tysięcy, a przez to smaki wyraziste są dla nich bardzo intensywne. Do czasu dorosłości zostaje im już tylko jedna trzecia z tych kubków smakowych, większość na języku. Dlatego - zdaniem ekspertów - w żywieniu dzieci, np. w przedszkolach, dominują potrawy mdłe, lecz jako dorośli, tolerujemy już mocniejsze smaki - tłumaczą naukowcy. A gdy to zaczyna się zmieniać, dokładnie zmieniają się także nasze preferencje.

    Uczeni ustalili kalendarz wieku zmian smakowych niektórych produktów, np. czosnek - 19 lat, kozi ser – 28. Ostre curry, zdobywało zwolenników głównie wśród osób po dwudziestce, rzadko wcześniej. Podobnie intensywne w smaku ryby – np. makrela.

    Część smaków zaczynamy cenić po 25 roku

    Do dojrzewających serów – zdaniem badaczy - musimy zwykle dojrzewać jeszcze dłużej. Parmezan dla większości nabiera walorów w okolicach 21. roku życia, a ser pleśniowy zaczynamy doceniać rok później, bo średnio około 22. roku życia - ustalili badacze. Muszą też poczekać na nasze uznanie niektóre warzywa. Zanim docenimy smak szpinaku, papryki czy bakłażana musi upłynąć 21 lat.

    Łagodne i przyjemne w smaku awokado – jak uważamy jako dorośli - do ulubionych nie będzie należeć nawet do 23. urodzin, podobnie jak szparagi, twierdzą badacze. A oliwki to przekąski lubiane zwykle przez osoby w wieku powyżej 25 roku życia. Natomiast zdecydowany rekordzista: ser kozi - na ten smakołyk musimy czekać - według badaczy -nawet do 28. roku życia.

    Eksperci ustalili, że do bardziej "wymagających" smaków zalicza się także czosnek i korniszony, choć faktycznie przyjemność z ich jedzenia, zyskujemy najwcześniej z wymienionych już produktów, bo w wieku około 19 lat.

    Kiedy przekonujemy się do nowych smaków?

    Kiedy i przy jakich okazjach, najczęściej przekonujemy się do nowych, wcześniej niezbyt lubianych smaków? Jak wykazały badania, jedna na trzy osoby próbowała potrawy, której wcześniej nie lubiła, aby nie urazić kogoś, u kogo była w gościach. Część badanych przyznawała, że taką sytuację mieli podczas stołowania się u teściów. Inne podobne okazje to były lunche biznesowe, kolacje u przyjaciół lub u rodziny.

    Według badaczy, najczęściej ma to miejsce podczas wspólnych posiłków ze znajomymi. Próbowanie nowych potraw w czasie wakacji czy na spotkaniu z różnymi osobami o wyrafinowanych upodobaniach kulinarnych i dużej wiedzy na ten temat - to inne sprzyjające warunki w tym kierunku, aby przyswoić nowe preferencje smakowe.

    Ponadto badania wykazały, że to co jemy jako dzieci, ma duży wpływ na kształtowanie się naszych późniejszych gustów kulinarnych. Bo mózg doskonale zapamięta pierwsze nasze smaki i gusta kulinarne, więc pozostają one z nami na zawsze.

    Lekarze przyjmują uśredniony wiek smaków 22 lata, dla takich produktów, jak: sos chilli, ser pleśniowy, anchois, ostrygi, oliwki, kozi ser, awokado, szparagi, parmezan, małże, bakłażan, papryka, szpinak, sos chrzanowy, makrela, czosnek, fasola, curry i korniszony.
    Źródło: zdrowie.gazeta.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - rodzina poznaje nowe smaki produktów spożywczych.
    Foto: szczecin.naszemiasto.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #nasa #kosmos #ziemiabis Teleskop Keplera odnalazł "Ziemię bis"

    Krążący od 6 lat w kosmosie, Teleskop Keplera amerykańskiej agencji NASA, odnalazł drugą Ziemię. Jest od nas bardzo daleko, ale też bardzo podobna do naszego globu. Czy jest na niej życie?

    NASA cieszy się szczęściem naukowej sensacji: znaleźliśmy Ziemię bis! To może być odkrycie epokowe. Nowa Ziemia jest nieco większa od naszej Ziemi. Leży w odległości 1400 lat świetlnych od naszego globu w konstelacji Łabędzia. Krąży wokół gwiazdy podobnej do Słońca. Zdaniem astronomów może to być Ziemia 2.0. Znajduje się w tak zwanej strefie zamieszkiwalnej.

    Nie jest na tej planecie, ani za zimno, ani za gorąco. Może być na niej woda w stanie ciekłym i teoretycznie także życie. Aby człowiek mógł tam dolecieć rakietą, o znanym dziś napędzie, podróż trwałaby 28 milionów lat.

    Planeta w symbiozie z gwiazdą 6 mld lat

    Uczeni nadali jej nazwę Kepler-452b. Ziemia bis ma średnicę o około 60 proc. większą od naszej Ziemi, a gwiazdę swoją okrąża w 385 dni. Nie wyliczono jeszcze jej masy. Nie jest – zdaniem astronomów - wykluczone, że to glob skalisty. Także grawitacja jest znakiem zapytania, choć uczeni przypuszczają, że jest dwa razy większa niż ziemska.

    Według Jona Jenkinsa z NASA, powstanie życia na tej planecie, ma duże szanse. Planeta istnieje w symbiozie ze swoją gwiazdą od 6 miliardów lat. A to wystarcza, żeby powstały niezbędne czynniki do tworzenia życia - twierdzi Jon Jenkins.

    Teleskop ma do odkrycia 4696 planet

    Amerykańscy naukowcy z NASA mają na swym koncie odkrycie kilku tysięcy planet, lecz żadna z nich nie wzbudziła aż takich oczekiwań i nadziei, jak teraz świeżo odkryta. Kepler-452b znalazła się w grupie 12 innych planet, na których potencjalnie może rozwijać się życie.

    Dzięki misji kosmicznego teleskopu Keplera, liczba odkrytych planet poza Układem Słonecznym wzrosła do 1030, a 4696 kandydatek na planety czeka na odkrycie. Spośród dotąd odkrytych egzoplanet, 12 ma średnicę zbliżoną lub blisko dwa razy większą, od Ziemi. Krążą wokół gwiazd, z których 9 jest podobnej wielkości i zbliżonej temperaturze jak ma nasze Słońce.

    Kepler wciąż szuka drugiej Ziemi

    Barwna i owocna odyseja kosmicznego teleskopu Keplera, należącego do NASA, który od sześciu lat podróżuje w przestrzeni pozaziemskiej w interesie nauki człowieka, uznana jest za jedną z najlepszych w całej historii badań kosmosu. Największym jego wyzwaniem było poszukiwanie drugiej Ziemi – planety skalistej, niedużej, okrążającej macierzystą gwiazdę w odległości "w sam raz", czyli niezbyt dalekiej i niezbyt bliskiej.

    Teleskop Keplera, po zbadaniu 150 tys. gwiazd na pograniczu gwiazdozbiorów Lutni i Łabędzia, ukazał przed uczonymi zupełnie nowy świat. Wiadomo, że planet jest dużo więcej niż gwiazd, a tych poznanych ostatnio jest tylko w naszej Galaktyce ok. 400 mld. Zdecydowana większość planet, spośród około 1700 odkrytych przez teleskop Keplera, w niczym nie przypomina Ziemi. Są to na ogół planety, znacznie od Ziemi większe i zwykle orbitują wokół swoich gwiazd zbyt blisko, aby znaleźć się w strefie ekologicznej.
    Źródło: polskieradio.pl i polityka.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Ziemia (z lewej) i Kepler-452b. Naukowcy z NASA odkryli planetę podobną do Ziemi. Foto: interia.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #polityka #duda #wakacje #milioner Andrzej Duda wypoczywał u polskiego milionera

    Andrzej Duda był na urlopie we Włoszech. Wypoczywał w luksusowej willi polskiego milionera. Jak się okazuje firma biznesmena wystąpiła w śledztwie w sprawie słynnej infoafery.

    Prezydent elekt Andrzej Duda wrócił z wakacji. Nie urlopował nad polskim morzem czy jeziorami a we Włoszech. Wyjechał daleko od kraju na ostatni podobno urlop przed zaprzysiężeniem na 5-letnią kadencję. Spędził go z rodziną i przyjaciółmi. Cieszył się wspaniałą pod względem turystyczno-krajobrazowym krainą Toskanii, gdzie stoi luksusowa Willa Berti. Właśnie w Willa Berti polskiego multimilionera polski prezydent elekt miał szczęście oddać się rozkoszom luksusowych rozrywek wczasowych.

    Willa Berti - to zabytkowa XVIII-wieczna posiadłość - będąca częścią kompleksu wypoczynkowego Tuscany Forever. Wynajęcie tego miejsca na 7-dniowy pobyt, oznacza niemały wydatek, bo rzędu 3,4 tys. euro. (ponad 14,2 tysięcy złotych). Tyle też zapłacił z własnej kieszeni prezydent elekt Andrzej Duda.

    Tuscany Forever utworzył wysokim kosztem nakładów finansowych, Marek Kobiałka, multimilioner i właściciel firmy informatycznej Infovide-Matrix. Biznesmen Kobiałka, skomentował pobyt prezydenta elekta w należącej do niego posesji: "Pan prezydent elekt Andrzej Duda przebywał w jednym z naszych domów na wakacjach, pokrywając samodzielnie wszelkie koszty związane z pobytem. Za pobyt została wystawiona faktura" - podaje "Puls Biznesu", o czym czytamy w polska.newsweek.pl.

    Pomysł na wakacyjny biznes Marka Kobiałki - Tuscany Forever - sięga 2009 roku. To wtedy nasz biznesmen przedstawił lokalnym władzom plan rewitalizacji zespołu historycznych budynków, które wcześniej były częścią klasztoru żeńskiego. Teraz, po sześciu latach, turyści z Europy i świata, mogą w tym kompleksie wypoczywać, w luksusowych apartamentach i willach, umilać sobie czas w kawiarniach i restauracjach, basenach i na kortach tenisowych.

    Nic dziwnego, że gości tu nie brakuje. Wprawdzie najniższe ceny za tygodniowy pobyt sięgają 1,2 tys. euro - wolnych miejsc jest jak na lekarstwo. Jak szacuje "Puls Biznesu" tylko latem 2015, inwestycja Marka Kobiałki zarobi, przynajmniej pół miliona euro.

    Perspektywy na dalszy rozwój biznesu z turystyki są świetlane. Włoskie Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego prognozuje, że inwestycja w turystykę w słonecznej Italii, zwraca się po 7-10 latach. Reklama w postaci prezydenta elekta w Polski, który zażywa beztroskich uciech we włoskim słońcu, może ten czas dodatkowo skrócić.

    Toskania – kraina historyczna, zwana Etrurią i zamieszkana ongiś przez Etrusków, potem podbita przez Imperium Rzymskie (281 p.n.e.), dziś region administracyjny w środkowych Włoszech, ze stolicą Florencją (425,8 tys. mieszkańców) – region o jednym z najważniejszych centrów turystyki na świecie.

    Toskania to zielona kraina winorośli, malowniczych dolin rzecznych, barwnych krajobrazów, niewielkich wiosek i pojedynczych osad porozrzucanych po urokliwych pagórkach, które tworzą sielskie krajobrazy i stanowią kwintesencję wiejskiej, zdrowej przyrody regionu.

    Toskania położona nad Morzem Tyrreńskim, cieszy się dużą popularnością m.in. przez doskonałą regionalną kuchnię i smakowite wina, szeroko rozwiniętą agroturystykę, no i oczywiście bogatą bazę noclegową. Przyciągają też turystów z całego świata, zabytki kultury i światowej sławy muzea. Łagodny klimat regionu pozwala na dość długi sezon turystyczny, który trwa od Wielkanocy do października.

    Region ten jest jednym z najważniejszych centrów turystyki na świecie. Kuchnia toskańska i wina cieszą się tutaj dużą popularnością, a szeroko rozwinięta agroturystyka dysponuje bogatą bazą noclegową. Zabytki kultury i światowej sławy muzea przyciągają turystów z całego świata. Łagodny klimat zezwala na dość długi sezon turystyczny, który trwa od Wielkanocy do października.

    Powrót z włoskich wakacji Andrzeja Dudy nastąpił wraz z szybkim powrotem prezydenta elekta do polskiej politycznej rzeczywistości. A wszystko to za sprawą właściciela toskańskiego kompleksu turystycznego, biznesmena Marka Kobiałki. Firma Infovide-Matrix, w której ma większościowy udział, wystąpiła w śledztwie w sprawie słynnej infoafery. Wykonuje też wiele zleceń dla instytucji rządowych, m.in. resortów finansów i spraw wewnętrznych.

    Czy to możliwe, aby biznesmen Marek Kobiałka chciał się przez wypoczynek w Willa Berti, zbliżyć do przyszłego prezydenta? "To totalne nieporozumienie" - komentuje Marcin Kędryna, bliski współpracownik prezydenta elekta.
    Źródło: polska.newsweek.pl i onet.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Villa Berti Montescudaio pool - Tuscany Forever - Villa Berti with Swimming Pool in Montescudaio, Tuscany. Foto: airbnb.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: ninetyeight, D........r +5 innych
  •  

    #stan #finanse #podatek #pit Zapowiedzi i nadzieje: 4 mln emerytów nie zapłaci podatku

    Kwota wolna od podatku jest priorytetem prezydenta elekta Andrzeja Dudy. W kilka dni po objęciu urzędu, złoży on w Sejmie, projekt ustawy na ten temat. Jednak temat budzi kontrowersje nawet w łonie PiS.

    Głośno było o kwocie wolnej od podatku w kampanii prezydenckiej i na początku startu w kampanii kandydatki PiS na premiera Beaty Szydło. To miał być ukłon w stronę blisko 2 milionów emerytów, którzy – według założeń "kalkulatorów" politycznych - powinni w wyborach jesiennych poprzeć partię Jarosława Kaczyńskiego.

    Sprawa bardzo poważna, bo dziś takich osób, które mają zbyt niski dochód, by go opodatkować, jest 1,8 mln. Po podwyżce kwoty wolnej od PIT do 8 tys. zł, będzie ich o ponad 2 mln więcej - takie wnioski płyną z danych Ministerstwa Finansów – pisze portal dziennik.pl.

    "Brać od nich podatki i dawać im zasiłki"

    Mimo wszystko, na pewnym aktywiście - pośle Henryku Kowalczyku z PiS - jednym z autorów planów podatkowych partii, w tym podwyższenia kwoty wolnej, tak radykalny wzrost liczby osób zwolnionych z podatku dochodowego, nie robi wrażenia, a przecież - dla porównania - wszystkich podatników PIT jest około 24,7 mln.

    – Proponujemy to z pełną świadomością. W tej grupie większość to będą ci, którzy mają najniższe emerytury. Dziś bardzo często ci ludzie korzystają z opieki społecznej. To bez sensu, żeby jedną ręką zbierać od nich podatki, a drugą dawać im zasiłki – argumentuje nieźle uposażony poseł.

    Henryk Kowalczyk przyznaje, że sprawa kwoty wolnej od podatku to priorytet prezydenta elekta Andrzeja Dudy. I w kilka dni po objęciu urzędu, co – zgodnie z konstytucją, nastąpi na początku sierpnia - złoży on w Sejmie, projekt ustawy w tej sprawie.

    Wątpliwości nawet wśród polityków PiS

    Plan ten budzi jednak pewne wątpliwości nawet wśród polityków PiS. Progresja podatkowa, czyli - im większe dochody, tym większe obciążenia – od tego nie wzrośnie. Poseł PiS Kowalczyk deklaruje, że partia jego jest otwarta na dyskusję w sprawie sposobu zwiększenia dochodu wolnego od opodatkowania. Ale póki co, odrzucono pomysł zróżnicowania kwoty wolnej, w zależności od wielkości dochodów – chodzi o obawy przed zarzutami o jej niekonstytucyjność.

    Mateusz Wąsik, doradca podatkowy z międzynarodowej firmy KPMG w Polsce, zwraca uwagę na to, że "degresywna kwota wolna – malejąca wraz ze wzrostem dochodów podatnika" – obowiązuje w kilku krajach Unii Europejskiej, m.in. w Hiszpanii, na Litwie i we Włoszech. I dobrze zdaje tam egzamin. Przypomina jednocześnie, że takie przymiarki w Polsce, do wprowadzenia degresywnej kwoty, robiono 12 lat temu.

    Z danych Ministerstwa Finansów sprzed dwóch lat wynika, że bezpośredni skutek zwiększenia kwoty wolnej do 8 tys. zł - co obiecuje teraz Prawo i Sprawiedliwość - oznacza podwojenie liczby osób z dochodem wolnym od podatku.

    Polska "emerytalna wolna" od podatku

    Bezpośredni skutek zwiększenia kwoty wolnej do 8 tys. zł - co obiecuje Prawo i Sprawiedliwość - to podwojenie liczby osób z dochodem wolnym od opodatkowania. Tak wynika z danych Ministerstwa Finansów za 2013 rok.

    Gdyby ta kwestia weszła w życie, byłaby bardziej skomplikowana sprawa odliczania składek na ubezpieczenie zdrowotne. W praktyce powstałaby sytuacja, że podatnik nie poniesie kosztu składki na ubezpieczenie zdrowotne i zachowa jednocześnie prawo do nieodpłatnej publicznej opieki zdrowotnej. Zasada taka, z pewnymi wyjątkami, dotyczyć będzie osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę – mówi przedstawicielka z firmy doradczej PwC.

    Gorzej na umowach śmieciowych

    Gorzej będą miały osoby zatrudnione na umowach śmieciowych - takie, które dostają wynagrodzenie na podstawie umowy-zlecenia, objętej podatkiem zryczałtowanym. - Tu możliwa jest sytuacja, kiedy podatnik będzie musiał sfinansować koszt składki na ubezpieczenie zdrowotne, z własnych środków – twierdzi reprezentantka PwC.

    Eksperci widzą te kwestie ostrzej. Twierdzą, że nawet radykalne podwyższenie kwoty wolnej, choć technicznie proste, jest bardzo kosztowne. W dodatku skorzystają z tego wszyscy podatnicy, także najwięcej zarabiający, a to nie jest głównym celem autorów pomysłu. Panaceum na taką ewentualność byłoby wprowadzenie degresywnej kwoty wolnej, malejącej wraz ze wzrostem dochodów podatnika. To właśnie podobne rozwiązania są w Hiszpanii, we Włoszech i na Litwie.

    Źródło: dziennik.pl i biznes.interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - kwota wolna od podatku w Europie.
    Foto: zycienazielono.com.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #pluton #sonda Sonda New Horizons dotrze dziś do Plutona

    Oddalając się od Plutona - sonda New Horizons - zrobi zdjęcia i pomiary. Wtedy wyśle krótki sygnał w stronę Ziemi z informacją: zakończyłam zaplanowane zadania.

    Człowiek, odkąd zszedł z drzewa i podjął życie koczownicze wśród wielkich traw i gąszczy kłujących krzewów, zaczął dumać nad tym, jakby to zacząć latać podobnie jak ptaki i dolecieć gdzieś hen, do gwiazd. Pierwszą próbę w tym kierunku w dziejach, podjęli ponoć niezłomni - Ikar i Dedal. Ale wredne słońce zbyt mocno ich przygrzało, więc zbladli i… spadli. Człowiek współczesny nie był aż taki kiep, wysłał na krańce naszego wszechświata, "mądrą" maszynę, która po dziewięciu latach, ze szczęścia uskrzydlona, doleciała 14 lipca we wtorek 2015, do Plutona.

    Sonda New Horizons osiągnie cel

    Dziś właśnie, we wtorek 14 lipca amerykańska sonda New Horizons, osiągnie cel swojej podróży - Plutona. Jeszcze nigdy ludzkość nie była tak blisko niezbadanej dotąd planety karłowatej. Szykujcie się na zapierające dech w piersiach zdjęcia. I zobaczcie na żywo, jak New Horizons zbliża się do Plutona – zaprasza ciekawskich portal wyborcza.pl.

    - Dzisiaj zobaczymy coś, czego jeszcze nigdy nie widziały ludzkie oczy. Plutona obserwowanego z odległości 12,5 tys. km. Czekaliśmy na tę chwilę od dziewięciu lat i już prawie jesteśmy na miejscu - pisze na Twitterze Alex Parker, jeden z członków zespołu NASA New Horizons. - To będzie naprawdę coś. Opadną wam szczęki! - dodaje szef zespołu prof. Alan Stern.

    NASA wysłała z Ziemi sondę New Horizons w 2006 r. i od tamtej pory pokonała ona miliardy kilometrów. Dziś osiągnie główny cel swojej podróży - dotąd niezbadany i otoczony aurą tajemniczości - Pluton. Kluczowy moment nastąpi o godz. 13.50 czasu polskiego. New Horizons przeleci wówczas w odległości 12 500 km od powierzchni tej karłowatej planety naszego Układu. Potem zbliży się do Charona - największego satelity Plutona, aby udać się w kierunku złożonego ze skalnych i lodowych asteroidów - Pasa Kuipera na krańcach Układu Słonecznego.

    Co nam pokaże sonda New Horizons?

    Podróż i praca sondy New Horizons, jest w pełni zautomatyzowana i zaplanowana przez uczonych, co do sekundy. Podczas przelotu obok planety, New Horizons będzie niema, nie "zechce się" komunikować z Ziemią. Przez krótką chwilę kosmiczną, trwającą zaledwie godzinę - oddalając się od Plutona - sonda zrobi zdjęcia i pomiary. Wtedy wyśle krótki sygnał w stronę Ziemi z informacją: zakończyłam zaplanowane zadania.

    Ziemia odbierze je dopiero po jakimś czasie. Sygnał wymaga 4 godz. i 25 minut lot, aby dotrzeć do anten odbiorczych. Nasłuchiwać będzie go 34-metrowa antena sieci Deep Space Network w Canberze w Australii. Będzie oczekiwany około godz. 19.40.

    Sonda, podczas zbliżenia do Plutona, wykona pomiary, m.in. zliczy obecne na powierzchni planety kratery wulkaniczne, poszuka gejzerów i ich wyrzutów w atmosferę. Dzięki New Horizons, w poniedziałek 13 lipca, uczeni dowiedzieli się, że Pluton jest większy, niż do tej pory sądzili i ma średnicę 2370 km. "Nie możemy się doczekać, czego dowiemy się we wtorek! - komentuje NASA.

    New Horizons wykona także zdjęcia i co kilkanaście godzin zacznie przesyłać je do bazy na Ziemię. Im bliżej będzie planety, tym więcej powinno być na nich szczegółów. Dziś wykona mnóstwo fotografii o wysokiej rozdzielczości, która umożliwi wypatrywanie szczegółów, o rozmiarach boiska piłkarskiego. Na zdjęcia uczeni będą musieli poczekać. Transmisja rozpocznie się we wtorek wieczorem i potrwa dziewięć godzin.

    Zobacz zdjęcia już zrobione przez sondę New Horizons - http://wyborcza.pl/1,75477,18354207,dzis-pluton-na-wyciagniecie-reki-jak-zobaczyc-zblizenie.html

    Jak zobaczyć zbliżenie sondy do Plutona?

    Oglądanie zbliżenia – informuje wyborcza.pl - za pośrednictwem kamery New Horizons, niestety nie będzie możliwe. Ale jest sposób, by zobaczyć, jak sonda zbliża się do Plutona. Taką możliwość dają "Oczy NASA". Aplikacja NASA's Eyes w czasie rzeczywistym, przedstawia lokalizację sondy, Plutona i jego satelitów na wiernej symulacji komputerowej. Śledzimy ją od rana, wygląda tak: Dzięki "Oczom" można było się dowiedzieć, że o godz. 9 rano New Horizons znajdowała się 283 tys. km od Plutona i pędziła w jego kierunku z prędkością 48 tys. km na godzinę.

    Pobierz NASA's Eses i oglądaj Plutona - http://wyborcza.pl/1,75477,18354207,dzis-pluton-na-wyciagniecie-reki-jak-zobaczyc-zblizenie.html

    Relację z historycznego zbliżenia do Plutona będzie można dziś zobaczyć w internetowym kanale "Z głową w gwiazdach LIVE" na Youtube. Astronom Karol Wójcicki z Centrum Nauki Kopernik i jego goście, będą obserwować pracę sondy i analizować dotychczasowe dane. Relacja rozpocznie się o godz. 17:00 i potrwa do czasu odebrania sygnału od sondy.

    "Tata byłby bardzo przejęty"

    Na pokładzie New Horizons lecą prochy amerykańskiego astronoma Clyde'a Tombaugha, który odkrył Plutona 85 lat temu. NASA wysłała je w kosmos w aluminiowej kapsule, aby uhonorować Clyde'a Tombaugha i jego odkrycie.

    - Myślę, że tata byłby bardzo przejęty misją New Horizons. Zresztą, kto by nie był? Kiedy patrzył na Plutona przez teleskop, był on zaledwie jasną plamką - powiedziała córka astronoma Annette Tombaugh-Sitze.

    Na pokładzie sondy znajduje się także amerykański znaczek pocztowy o nominale 29 centów z 1991 roku, z wizerunkiem planety i napisem "Pluton jeszcze niezbadany". Do tego dołączono dwie flagi USA i dwie płyty CD ze zdjęciami naukowców, którzy odpowiadają za misję sondy oraz nazwiska 400 tys. ludzi, którzy zgłosili do NASA, chęć wysłania swoich personaliów w kosmos.

    Pluton jest najbardziej odległą od Słońca tzw. planetą karłowatą. Jego masa to zaledwie szósta część masy ziemskiego Księżyca. Do 2006 r. miał status dziewiątej planety Układu Słonecznego. Status utracił, gdy ustalono ponad wszelką wątpliwość, że jest jednym z kilku najbardziej masywnych ciał Pasa Kuipera; jest jego najjaśniejszym obiektem. Pluton, aby okrążyć Słońce, potrzebuje 248 ziemskich lat. Dociera do niego znikoma, w porównaniu z Ziemią, ilość światła słonecznego.
    Źródło: wyborcza.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - sonda New Horizons zbliża się do Plutona. Foto: kosmonauta.net.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #przyroda #wulkan Erupcje wulkaniczne mają wpływ na klimat

    Rozwiązano zagadkę bodaj największego zaburzenia klimatycznego w ostatnich tysiącleciach. W 536 roku nad Morzem Śródziemnym wyrosła tajemnicza chmura pyłu i wisiała…18 miesięcy. Był to efekt olbrzymiej erupcji wulkanicznej na półkuli północnej.

    Przez wiele lat panowała w nauce teoria o przemożnym wpływie zjawisk przyrody na życie człowieka i klimat na Ziemi. Ten trudny i skomplikowany w dowodzeniu problem zdaje się być obecnie rozwikłany. Jak się okazuje, erupcje wulkanów mają silny wpływ na zmienność klimatu. Zakres i wielkość oceny tego wpływu jest jednak bardzo trudna, gdyż brakuje zarówno odpowiedniej ilości danych z rdzeni lodowych, które pozwalają na ocenę erupcji, jak i danych z pierścieni drzew, niezbędnych w ocenie temperatury.

    Po wybuchach wulkanów były chłodne lata

    W naukowym tygodniku "Nature", opublikowano ostatnio wyniki prac naukowców z wielu instytucji międzynarodowych, którzy pracowali z kolegami z Desert Research Institute (campus badawczy Nevada Systemu Szkolnictwa Wyższego). Uczeni ocenili wpływ blisko 300 erupcji wulkanów, które wystąpiły w okresie od powstania Republiki Rzymskiej do dnia dzisiejszego.

    W oparciu o nowe dane wykazano, że wielkie erupcje w obszarach tropikalnych i na dużych szerokościach geograficznych, były główną przyczyną zmian klimatycznych w okresie ostatnich 2500 lat. Były one odpowiedzialne za liczne bardzo zimne lata - mówi autor badań, doktor Michael Sigl. Obniżenie temperatury latem powodowały wielkie ilości związków siarki, wydostające się z gardzieli wulkanów i odbijały promienie słoneczne - argumentuje amerykański uczony.

    Naukowcy wykazali ponadto, że 15 z 16 najchłodniejszych okresów letnich, jakie wystąpiły na przestrzeni lat 500 p.n.e. do 1000 n.e., miało miejsce po wybuchach wulkanów. Cztery z nich nastąpiły krótko po największych erupcjach linearnych (wzdłuż szczeliny) i centralnych (w jednym punkcie Ziemi) wulkanów w historii.

    Datowanie dla naszej ery było niedokładne

    W pracach badawczych i obliczeniowych brali udział naukowcy: z USA, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Niemiec, Danii i Szwecji. Byli to specjaliści geolodzy i zajmujący się Słońcem, klimatem, przestrzenią kosmiczną, a także historycy.

    Poddano dokładnej analizie ponad 20 rdzeni lodowych z Grenlandii i Antarktyki oraz pierścienie starych drzew. Dla potrzeb tego datowania opracowano nowe algorytmy statystyczne. W podjętym datowaniu wykorzystano także znane z zapisków historycznych wydarzenia kosmiczne, które pozostawiły ślady w rdzeniach.

    To wszystko wzięte razem pozwoliło na dokładne datowanie. Przy okazji uczeni dowiedzieli się, że dotychczasowe datowanie z rdzeni lodowych, dla naszej ery, było niedokładne o 5-10 lat. Historycy, biorący udział w badaniach, przetłumaczyli i zinterpretowali dokumenty źródłowe ze starożytnych Chin, Babilonu i Europy, z których materiały najwcześniejsze były datowane na rok 254 przed Chrystusem.

    Wtedy panowały obniżone temperatury latem

    Badania wykazały również, że do największych wahań klimatu dochodziło wtedy, jak łatwo się domyślić, kiedy na świecie wystąpiły po sobie - dwie lub więcej - dużych erupcji wulkanów.

    Przy okazji, w trakcie badań uczonym udało się rozwiązać zagadkę, jednego z największych i być może najistotniejszych zaburzeń klimatycznych, w ostatnich tysiącleciach. W marcu 536 roku, nad Morzem Śródziemnym pojawiła się na niebie tajemnicza chmura pyłu i "wisiała" w powietrzu 18 miesięcy. Teraz już wiemy, że był to efekt olbrzymiej erupcji wulkanicznej na półkuli północnej.

    Doszło wtedy do obniżenia się temperatur, a sytuację pogorszyła jeszcze kolejna potężna erupcja, która miała miejsce 4 lata później, gdzieś w tropikach. Na całej półkuli północnej doszło do wielkiego obniżenia temperatur w miesiącach letnich.

    Ta niezwykła sytuacja ciągnęła się aż 15 lat. Zjawisko to powodowało spadek plonów rolnych i wywołało głód. Nie jest wykluczone, że to zaburzenie klimatyczne było też przyczyną wybuchu dżumy Justyniana, która zdziesiątkowała ludność Europy.
    Źródło: kopalniawiedzy.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Erupcja wulkanu Etna, Włochy 30.07.2011. Foto: paranormalne.pl.google.com.
    pokaż całość

    źródło: erupcja etny.jpg

  •  

    #stan #nauka #przyroda #szympans Szympansy rozumieją znaczenie gotowania

    "Niegdyś byliście małpami, a i teraz jeszcze człowiek bardziej jest małpą, niż jakakolwiek małpa" – zauważył filozof Fryderyk Nietzsche. Czy, dlatego małpa udaje, że rozumie sens gotowania potraw przez człowieka?

    Szympansy to najbliżsi nasi krewniacy z drabiny ewolucji zwierząt. Dzielą z ludźmi zdecydowaną większość cech budowy organizmu, a nawet zdolności poznawczych, koniecznych m.in. do opanowania sztuki gotowania jedzenia. Zdaniem uczonych, oznacza to, że nasz wspólny przodek przekazał je zarówno małpom, jak i ludziom.

    Analizując kwestię naukową, kiedy ludzie nauczyli się gotować, dr Alexandra Rosati z amerykańskiego Uniwersytetu Yale i prof. Felix Warneken z Uniwersytetu Harvarda, odwołali się do naszego najbliższego krewnego od czasu, kiedy wspólny przodek dał początek dwóm liniom ewolucyjnym, około 13 mln lat temu.

    Amerykanie opisali serię dziewięciu eksperymentów na łamach fachowego pisma Proceedings B of the Royal Society. Wszystkie były przeprowadzone na 12 urodzonych na wolności szympansach, które trafiły do rezerwatu Tchimpounga w Kongu.

    Na początku uczeni biolodzy umieścili, dla celów badawczych, w gorącym garnku plasterek batata. Potem dawali szympansom do wyboru - ugotowany kawałek i surowy plaster. Okazało się, że małpy, w większości przypadków, wolały ugotowane jedzenie.

    Następnie badacze chcieli sprawdzić, czy zwierzęta rozumieją, na jakiej zasadzie zachodzi zmiana pokarmu. Posłużyli się w tym celu symulatorem urządzenia do gotowania - plastikowym pojemnikiem z fałszywym dnem, pod którym był kawałek ugotowanego ziemniaka. Wkładano do plastikowego pojemnika kawałek surowego batata, przykrywano i na oczach szympansów wstrząsano.

    Po jakimś czasie wyjmowano ze skrytki ugotowane jedzenie. Dr Rosati i prof. Warneken mieli też łatwe do odróżnienia pojemniki, które po wstrząśnięciu, nie zapewniały gotowanych ziemniaków. Gdy - po demonstracji - szympansy mogły wybrać między dwoma rodzajami pojemników, częściej jednak wybierały urządzenie do gotowania.

    W innym eksperymencie, w jednym z końców wybiegu, oferowano szympansom kawałek surowego batata. Małpy miały możliwość zacząć jeść od razu lub przejść około 4 metrów na drugi z końców, aby "ugotować" ziemniaka, w jednym z urządzeń. - Kiedy jeden z szympansów zrobił to po raz pierwszy, byłam zdumiona – przyznała dr Rosati. Tego w ogóle nie przewidziałam. Po tym przypadku myśleliśmy, że mamy do czynienia z małpim geniuszem, ale wkrótce podobnie postąpiła prawie połowa badanych zwierząt.

    Wtedy, kiedy amerykańscy badacze dali szympansom surową marchewkę, to choć nie pokazywano im procesu "gotowania" na tym warzywie, próbowały je umieszczać w specjalnym urządzeniu do gotowania. A, gdy małpom dawano surowego batata i drewienko, w pojemniku do gotowania umieszczały tylko jedzenie.

    Wprawdzie szympansy – w opinii naukowców - nie opanowały ognia, nie dzielą się też pokarmem, a ich dieta znacznie różni się od naszej, dysponują podstawowym repertuarem poznawczym, potrzebnym do gotowania.

    Dowody na to, że źródłem tych zdolności szympansów jest wspólny przodek, mogą pomóc w ustaleniu, kiedy pierwotni ludzie opanowali ogień. Ogólnie dominująca teoria głosi, że hominidy najpierw wykorzystywały ogień do obrony i ogrzewania, a dopiero po pewnym czasie do gotowania. Alexandra Rosati i Felix Warneken sądzą jednak, że gotowanie mogło stanowić zachętę, a nie konsekwencję opanowania ognia. - Dowody z naszych badań poznawczych sugerują, że nawet przed opanowaniem ognia, hominidy rozumiały związane z nim korzyści – twierdzi doktor Rosati.

    Źródło: kopalniawiedzy.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Szympansy jak ludzie. Foto: poszkole.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: RIKZAG, p.......o +4 innych
  •  

    #stan #dzielnica #eksperyment #budynek Mieszkaniowe nowości Finów, Austriaków i Szwajcarów

    "Twój dom może ci zastąpić cały świat. Cały świat nigdy nie zastąpi ci domu" – mawiał Blaise Pascal. "Dom to nie miejsce, w którym mieszkasz, to miejsce, gdzie ciebie rozumieją" - dodaje Janusz Morgenstern.

    Architekci w różnych krajach na świecie poszukują nowych pomysłów i rozwiązań w lokalizacji i budowie nowoczesnych inteligentnych domów, osiedli mieszkaniowych, ośrodków kultury i sztuki, itp. W Finlandii na przykład powstaje taka właśnie dzielnica mieszkaniowa, w austriackiej stolicy tworzona jest dzielnica muzealna, a w Szwajcarii - eksperymentalna spółdzielnia mieszkaniowa.

    Eksperymentalna dzielnica w Helsinkach

    Finowie budują w Helsinkach eksperymentalną dzielnicę – tzw. projekt Kalasatama - inteligentnego miasta. Znaczną część budowy Kalasatamy sfinansowali inwestorzy prywatni - łącznie 5 mld euro, a 600 mln euro wyłożyły władze publiczne Helsinek. W okresie do 2030 roku w Kalasatamie zamieszka 20 tys. osób.

    Jedna z mieszkanek Kalasatamy, która od trzech miesięcy tam już mieszka, zapewnia, że inteligentne mieszkanie ma wiele plusów. Kobieta – jak przyznaje - lubi testować różne rozwiązania. - Zautomatyzowane mieszkanie pozwala mi na sterowanie różnymi urządzeniami z poziomu smartfona. Mogę włączać i wyłączać czajnik i sterować światłem. Kontroluję też wielkość zużycia wody. Wiem, ile, czego zużywam. Mogę to oddzielnie monitorować. To zmienia moje nawyki - zapewnia Maria Kulse.

    - To pierwsze miejsce w Finlandii, gdzie na tak wielką skalę zastosowane zostaną inteligentne sieci elektroenergetyczne oraz systemy pomiarowe. Stosujemy tu też zupełnie nowy paradygmat tworzenia miast. Jednym z założeń jest to, że mieszkania odgrywają ważną rolę w kształtowaniu nowych dzielnic - opowiada Veera Mustonen, szefowa projektu Smart Kalasatama.

    Wiedeńska Dzielnica Muzealna

    W austriackim Wiedniu powstaje Dzielnica Muzealna (MQ). To jeden z dziesięciu największych na świecie areałów gruntów, przeznaczonych dla potrzeb kultury i sztuki. Została usytuowana na obrzeżach Starego Miasta, w dawnych cesarskich stajniach dworskich - na powierzchni około 60.000 m2 skupia instytucje z różnych dziedzin sztuki oraz sklepy, restauracje i kawiarnie; tworzy postmodernistyczną kombinację barokowych budynków i nowoczesnej architektury.

    Dzielnica muzealna utworzona w klimacie atmosfery, dopasowanej do poczucia dzisiejszego życia, jakiemu hołdują goście wedle zasady: zachować to co stare, żyć nowym i cieszyć się jednym i drugim. Zgodnie z regułą tej zasady, powstało - na tle kulis ważnych muzeów i zbiorów - wiele kolorowych, różnych modnych lokali: u Schielego i Café Leopold, gdzie można wieczorami posłuchać DJów na żywo.

    W nocnej kawiarnio-restauracji HALLE można zawiesić oko na wystroju autorstwa wiedeńskich dekoratorów barów i lokali, firmy Eichinger oder Knechtl. MQdaily – czynna od rana do północy - zaprasza gości na chwilę odpoczynku i m.in. obserwację ruchu na wielkim placu.

    To trzeba zobaczyć - design także w barze

    Warto zobaczyć też wystrój kawiarnio-restauracji Corbaci - w centrum architektury - projektu Anne Lacaton i Jean-Philippe Vassala. Natomiast lokal Kantine – czynny od rana do północy – umieszczony tuż przy księgarni to idealne miejsce m.in. do tego, aby zagłębić się w lekturze zakupionej obok książki.

    W wiedeńskiej nowej dzielnicy muzealnej, warto również zobaczyć instytucje: Muzeum Leopolda w budynku z kamienia wapiennego, w gmachu z ciemnoszarego bazaltu Muzeum Sztuki Nowoczesnej Fundacji Ludwiga, Halę Sztuki i hale imprez E i G - Festiwal Wiedeński, Centrum Tańca. Są tam i inne instytucje: Centrum Architektury, Muzeum dla Dzieci Zoom, Designforum, Teatr dla dzieci i liczne powierzchnie eksperymentalne dla inicjatyw kulturalnych.

    Niezwykły Kraftwerk1 w Zurychu

    Minęło ponad 10 lat od zakończenia budowy obiektu Kraftwerk1, eksperymentalnej spółdzielni mieszkaniowej, a w niej przełomowej siedziby w szwajcarskim Zurychu. - Opowieść o tej radykalnej budowli nadal może inspirować do poważnej dyskusji nad ludzkimi potrzebami i granicą pomiędzy życiem prywatnym a życiem we wspólnocie – czytamy w portalu bryla.pl.

    Budynek Kraftwerk1, jego mieszkańcy i ich niecodzienny sposób życia, budzili i budzą emocje wśród specjalistów i społeczności lokalnej. Obiekt stoi w zachodniej części Zurychu. A rejon Zuerich West odpowiada warszawskiej Woli - to stara dzielnica przemysłowa położona wzdłuż linii kolejowej, która powoli przekształca się w monokulturę biurowców. Rzadko rozrzucone osiedla robotnicze sąsiadują tutaj z halami dawnych fabryk i terenami o nieznanym przeznaczeniu, zarośniętymi bocznicami i składami sprzętu budowlanego pod wiaduktami kolejowymi.

    Cztery budynki i blok mieszkalny

    Okolica staje się teraz w widoczny sposób inna - ulega zjawisku przemiany - zyskuje na prestiżu, nowocześnieje, robi się bogata i modna. Zespół Kraftwerk1 tworzą cztery wolno stojące budynki. Trzy z nich to położone na obrzeżach kwartału 5-kondygnacyjne kostki. Otaczają one elegancko dominujący główny blok mieszkalny – wysoki, o 9-ciu kondygnacjach, podłużny monolit obłożony ciemnym klinkierem.

    Blok mieszkalny ma niski, lekko zagłębiony parter, co akcentuje wrażenie ciężaru i siły. Kształty, kolory i proporcje brył wszystkich budowli nie budzą wzruszeń ani okrzyków zachwytu. Są zaprojektowane bardzo dokładnie, racjonalnie, porządnie, z wyczuciem. Budzą wrażenie solidnych. Nie odstają wyraźnie od standardu architektury mieszkań Szwajcarii. Mimo wszystko - nie wygląd zewnętrzny, lecz historia, struktura budowli i społeczność decydują o tym, że projekt Kraftwerk1 godny jest uwagi.
    Źródła: fakty.interia.pl, wien.info i bryla.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - inteligentna dzielnica powstaje w Helsinkach.
    Foto: biznes.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: ninetyeight, S............a +5 innych
  •  

    #stan #nauka #goci #kaszuby #stonehenge W leśnej gęstwinie magicznych kamieni

    W epoce żelaza, na terenach dzisiejszej Polski północnej, żyli skandynawscy Goci; w obszarze nadmorskim założyli nawet swoją ojczyznę - Gocję. W kaszubskich Węsiorach pozostawili najwięcej śladów, m.in. owiane tajemnicą kamienne kręgi.

    W gęstym lesie krainy Kaszub pachnie dziś tajemnicą. Tutaj, we wsi Węsiory, wśród zieleni drzew, ktoś ułożył dziwne kamienne kręgi, które tworzą coś, co przypomina "polskie Stonehenge". Kto mógł je ułożyć i w jakim celu? Zdaniem jednych, uczynili to goście z odległych galaktyk, którzy szukali miejsca na lądowisko swoich statków kosmicznych? Według innych, dawni mieszkańcy tych ziem, zbudowali tutaj swoje obserwatorium astronomiczne? Są i tacy, którzy twierdzą, że jest to stare cmentarzysko.

    Najstarsza wzmianka o Węsiorach, w której znajdziemy wiadomość o udostępnionym dla zwiedzających, rezerwacie archeologicznym, pochodzi z 1403 roku. Ale ukryta w leśnym gąszczu frapująca atrakcja turystyczna, jaką możemy oglądać w pięknej jak z bajki Szwajcarii Kaszubskiej, jest znacznie starsza.

    Stary kamienny kompleks, okryty magią tajemnic, skrył się wśród lasu sosen, na pofałdowanej morenie, rozciągniętej nad jeziorem Długim. To teren zamieszkiwany ongiś przez Gotów, których historycy zaliczają do wschodniego odłamu plemion germańskich. Co robili tuż przy ujściu Wisły? Skąd się wzięli i w jakim celu przybyli?

    Źródła historyczne mówią, że w początkach naszej ery, ludy Gotów osiedlali się na wybrzeżu Bałtyku, pomiędzy Gdańskiem a Świnoujściem. Wyruszyli w daleką podróż, w naszym kierunku i dalej, w poszukiwaniu nowych terenów osiedlenia i lepszego życia, opuszczając krainę swoich przodków z Półwyspu Skandynawskiego i wysp bałtyckich - Gotlandii i Olandii.

    Osiedlali się na nadmorskich ziemiach obecnie polskich – na Pomorzu i w głębi lądu – m.in. w rejonach dzisiejszych Kaszub. Później wyruszali dalej w kierunku południowo – wschodnim - na Mazowsze, Podlasie i Lubelszczyznę, chcieli koniecznie dotrzeć na obszary dzisiejszej Ukrainy oraz dalej aż nad Morze Czarne. I tam właśnie dotarli.

    Mieli przed sobą cel wędrówki - mityczną Krainę Oium. Ich mityczna kraina, jako ziemia obiecana, miała być nad Morzem Czarnym, na terenie ziem Rumunii. Goci, według źródeł, później - po podziale na Ostrogotów i Wizygotów -wyruszyli na dalszy podbój Europy. Dotarli aż do wybrzeży atlantyckich dzisiejszej Hiszpanii, przyczynili się do upadku Imperium Rzymskiego i tworzyli nową historię Europy.

    Tymczasem na naszym wybrzeżu Bałtyku, gdzie Goci utworzyli nową ojczyznę u ujścia rzeki o imieniu Viskla i nazwali ją Gothiskandza (Nowa Gocja). Prawdopodobnie było to dzisiejsze Pomorze - osiedlili się na nim i mieszkali około 250 lat.

    Dziś poznajemy życie Gotów, dzięki odkryciom archeologicznym, prowadzonym w wielu rejonach Polski. Jak podają naukowcy, Goci na terenach dzisiejszej Polski, ze względu na charakter życia i rozwoju rzemiosła, byli przynależni do kultury wielbarskiej, czyli gocko-gepidzkiej i wschodnio-pomorsko-mazowieckiej – kultury archeologicznej epoki żelaza, rozwijającej się między I a V wiekiem, na ziemiach dzisiejszej północnej i wschodniej Polski oraz zachodniej Ukrainy.

    Jednym z głównych miejsc bytności Gotów u nas są Węsiory – wieś kaszubska w woj. pomorskim, pow. kartuskim, na Pojezierzu Kaszubskim. Naukowcy z Uniwersytetu Łódzkiego, jeszcze w latach 50. XX wieku, odkryli tu 110 pojedynczych grobów, a w nich ozdoby i biżuterię. Znaleźli też doskonale zachowane klamry i wisiory. Węsiory – zdaniem naukowców – to jedno z najbardziej tajemniczych miejsc w Polsce.

    Są tam też bardzo interesujące kurhany – łącznie odkryto ich 20, średnica największego sięga 16 metrów. To kopce z usypanych głazów i mniejszych kamieni, pod którymi na różnych głębokościach, znaleziono pochówki ciałopalne lub szkieletowe. Goci swoich zmarłych palili jak również chowali w stanie "nienaruszonym".

    Cmentarzysko Gotów pochodzi w okresu I-III wieku. Zachowały się także trzy kamienne kręgi i część czwartego. Średnica największego kręgu ma 26 metrów i ułożona jest z kamieni o wysokości około 1,5 m. Pośrodku niektórych są kamienne stele. W różnych miejscach w obrębie kręgów znajdują się groby ciałopalne i szkieletowe.

    Węsiory leżące w powiecie kartuskim, w gminie Sulęczyno, przy drodze wojewódzkiej nr 228 to wieś stanowiąca siedzibę sołectwa o tej nazwie. W jego skład wchodzą również Borowiec i Czarlino. Miejscowość położona jest na oznakowanym szlaku turystycznym - zielony Szlak Kamiennych Kręgów i grodzisk – biegnący przez 4 powiaty, z Sierakowic do Czarnej Wody; liczy 94 km. W okresie wakacyjnym polecany jest turystom i osobom zainteresowanym ciekawostkami małych miejscowości i społeczności.
    Źródło: turystyka.wp.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - kamienne kręgi Węsiory. Foto: agro.travel.pl.google.com.
    pokaż całość

    źródło: Wesiory3.jpg

  •  

    #stan #nauka #medycyna #stopa #czucie Sztuczna noga umożliwia chodzenie i czucie stopy

    Austriak ze sztuczną nogą, z "czujnikami na podeszwie", ma nowy komfort życia. "Czuję tę stopę. Gdy stanę na przykład na kamieniu, czuję to" - mówi człowiek z inteligentną kończyną.

    Chirurgia światowa zmierza w kierunku gruntownej – można by rzec – rewolucyjnej przemiany. Chce wprowadzić zasadę remontu człowieka, w oparciu o wymianę części zamiennych, jak np. w maszynach przemysłowych czy choćby samochodach. To jeszcze pieśń przyszłości, ale prace naukowe zmierzają w tę stronę, bo człowiek – jak się zakłada w projektach – powinien mieć szanse żyć długo, zdrowo i szczęśliwie. Dadzą mu taką możliwość prace remontowe organów zużytych - na nowe, długotrwałe - sztuczne.

    Początki takie już istnieją: wymiana serca, nerki, wątroby, żyły, ręki, nogi, itp. Świat obiegła informacja o austriackiej protezie nogi najnowszej generacji, która pozwala pacjentowi nie tylko chodzić, ale i czuć stopę. Naukowcy z Uniwersytetu Keplera w Linzu zaprezentowali w Wiedniu nowoczesną sztuczną nogę, uzbrojoną w nieznane dotąd możliwości techniczne chodzenia i odczuwania tego, co dzieje się w stopie.

    Austriak o imieniu Wolfang stracił nogę osiem lat temu. Dzisiejsza sztuczna noga, z "czujnikami na podeszwie", daje mu nowy komfort życia i zupełnie nowe wrażenia. "Czuję tę stopę. Gdy stanę na przykład na kamieniu, czuję to, może nie na sto procent, ale jest coraz lepiej" - mówi mężczyzna z inteligentną kończyną. Pacjent wie – zdaniem specjalistów - "czy pod nogą ma żwir czy trawę i już nie ślizga się na lodzie".

    Jak to się dzieje, że pacjent wie? - Sześć sensorów na spodzie sztucznej stopy odbiera sygnały z otoczenia i przesyła je do zakończeń nerwowych w zdrowym udzie mężczyzny – informują media.

    Stamtąd impulsy informacyjne płyną do mózgu. Dzięki temu 54-letni pacjent biega, jeździ na rowerze, a nawet uprawia wspinaczkę. Jednocześnie zmniejszył się fantomowy ból - mózg pacjenta odczuwał ból nogi, choć kończyny już nie było. Teraz czuje, co innego i ma świadomość o tym, po jakim stąpa podłożu. Swój sukces techniczny i naukowy, uczeni austriaccy, chcą opublikować w fachowej prasie medycznej.
    Źródło: fakty.interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Pacjent czuje sztuczną stopę. Foto: polskieradio.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #herbata #zdrowie Zielona herbata leczy i zapobiega

    Herbata zielona to doskonały napój zdrowotny, przydatny w leczeniu wielu chorób i zapobieganiu schorzeniom. Działa orzeźwiająco i oczyszczająco oraz wzmacniająco.

    Herbata zielona jest napojem bezcennym dla zdrowia. Wiedzą to najlepiej Chińczycy i Japończycy. W Chinach, napar z zielonej herbaty, służy od tysięcy lat w leczeniu wielu schorzeń. Medycyna chińska - zależnie od potrzeb leczniczych - wykorzystuje jej różne odmiany, z wyjątkowo pozytywnym skutkiem. Wszystko zależy od sekretów doboru herbaty i zaparzania oraz dawkowania, aby mogły się one stać lekiem, wspomagającym zwalczanie niektórych chorób i dolegliwości chorobowych.

    Reguluje pracę mózgu, pamięci i ożywia

    Chińczycy głęboko wierzą w niezwykłą moc herbaty zielonej. Zgodnie z ich tradycyjnym obyczajem, herbata powinna mieć i oczywiście – jak twierdzą - ma aż 20 różnych pozytywnych właściwości i zalet zdrowotnych. Uważa się powszechnie, iż korzyści herbaciane są wielostronne, gdyż herbata czyści krew i regeneruje mózg, reguluje sen i pomaga przezwyciężać jego trudne odmiany, niweluje posępność psychiczną i ożywia człowieka, reguluje też stolec, rozjaśnia wzrok, wzmacnia odwagę i poprawia pamięć.

    Ponieważ różne rodzaje i odmiany herbat mają różne, właściwe sobie zalety i właściwości zdrowotne, do każdej z nich należy podchodzić w sposób odmienny, indywidualny. Odmiany herbaty zielonej - to herbaty nie fermentowane, które oprócz zalet i właściwości konsumpcyjnych, mają wiele cennych walorów profilaktyczno – leczniczych, począwszy od regulowania krwi, poprzez sen, a na psychice kończąc.

    Chroni przed zawałem i nadciśnieniem

    Przede wszystkim zapobiegają powstawaniu nowotworów i hamują ich rozwój, działają przeciwbakteryjnie i przeciwwirusowo, obniżają poziom cholesterolu, przeciwdziałają powstawaniu stresów i chronią przed zawałem serca. Ponadto regulują nadciśnienie tętnicze, działają przeciw wrzodom, czyszczą organizm z toksyn i hamują rozwój próchnicy.

    Napar z zielonej herbaty, głównie chłodny, polecany jest ludziom cierpiącym na nadkwaśność soku żołądkowego, do przemywania oczu przy stanach alergicznych, zapaleniu spojówek i powiek. Herbata zielona – zdaniem naukowców - jest świetnym antyoksydantem.

    Zielona herbata w chińskiej medycynie od ponad tysiąca lat jest bezcennym lekiem. Chińczycy stosują jej napary do leczenia zaburzeń trawiennych, bólów głowy, ospałości, kłopotów ze wzrokiem (mało ostre widzenie), rozstrojów żołądka i zatruć alkoholowych.

    Zapobiegać zamiast leczyć

    Chińczycy mają obecnie do dyspozycji, w swoim wielkim kraju, dwa rodzaje szpitali - klasyczny i medycyny naturalnej. W ten drugi ludzie bardzo wierzą. Tradycyjnie stosowana w szerokim zakresie profilaktyka zdrowia oparta na ziołach robi swoje. Ludzie i szpitale stosują wiele ziół, w tym - jak nakazuje tradycja - zieloną herbatę, aby zapobiegać chorobom. Bo, jak wiadomo, profilaktyka jest znacznie tańsza niż koszty leczenia, a te muszą ponosić chorzy, gdyż w Chinach są opłaty za szpital i leki.

    Badania naukowe wykazały, że zielona herbata zawiera m.in. witaminy: A, B, C, E i K oraz wiele cennych dla zdrowia minerałów i mikroelementów, jak fluor, żelazo, wapń, potas, cynk i sód. Uczeni z Centrum Badań nad Rakiem w Heidelbergu (Niemcy - Badenia-Wirtembergia) oraz z Instytutu Biologii Farmaceutycznej we Freiburgu (Niemcy) potwierdzają, że składniki zawarte w zielonej herbacie umożliwiają skuteczną walkę z wieloma nękającymi nas dolegliwościami.

    Lista dobroczynnego działania zielonej herbaty na organizm człowieka jest długa. Japończycy, którzy zajęli się wnikliwym badaniem zalet medycznych tej herbaty, po wybuchu amerykańskich bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki, wymieniają aż 61 chorób i dolegliwości, których w leczeniu może być pomocny, napój herbaciany.

    Hamuje starzenie się i powstawanie raka

    Dotyczy to szczególnie najczęstszych i najgroźniejszych chorób, które każdego roku na całym świecie, zbierają wielki żniwo śmierci. Tak więc napar z zielonej herbaty chroni przed zawałem serca, łagodzi i stymuluje krążenie, zapobiega zwężaniu się naczyń krwionośnych i miażdżycy, zmniejsza ryzyko zachorowań na raka, wzmacnia zęby i kości, zapobiega próchnicy, reguluje procesy trawienne i obniża poziom cholesterolu.

    Jednocześnie japońscy naukowcy są przekonani, że w zielonej herbacie zawarta jest tajemnica długiego życia człowieka. Być może opierają to przekonanie na faktach stwierdzonych w toku badań zespołów naukowych z USA, Anglii, Niemiec i Francji, prowadzonych po wspomnianym ataku atomowym, które ujawniły światu w latach 60. XX wieku, że zielona herbata niweluje z organizmu stront 90 – pierwiastek rakotwórczy i zabójczy dla ludzi. Osoby dotknięte promieniowaniem atomowym, które piły od pokoleń dużo herbaty zielonej, nie były nim skażone.

    W toku najnowszych badań, m.in. w Japonii, Anglii i Niemczech, stwierdzono, że zawarte w niej składniki wpływają hamująco na procesy starzenia się organizmu. Herbatę zieloną – zdaniem naukowców - powinny pić również osoby dbający o sylwetkę, piwosze i ludzie nadużywający alkoholu – łagodzi ona skutki kaca, neutralizuje nikotynę i usprawnia pracę wątroby.
    Źródło: herbaciarnia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - zielona herbata - napój. Foto: kobietamag.pl.google.com. Liście zielonej herbaty. Foto: kobieta.onet.pl.google.com.
    pokaż całość

    •  

      e

      @stanislaw-cybruch: Dzieki za wpis. ale z ziołami to chyba też zabawy nie ma i przesadzać nie można. Łączenie niektórych rzeczy może też się źle skończyć i też pasowałoby się znać. Jeśli ktoś zamierza się bawić w chińską medycynę. Bo jest dużo fajnych ziół, ale jak się będzie zażywać np 3 jednocześnie to nie wiadomo jakie skutki będą, bo mogą wchodzić w interakcje ze soba itd. Zioła to przecież też nie jest jakaś zwykła magiczna trawa, tylko zawiera te same pierwiastki, co niektóre leki. Tyle, że na lekach wiesz ile możesz brać i z czym nie łączyć. Chciałem się to zacząć bawić kiedyś, ale sam nie wiem, czy nie zrobię gorzej niz bylo;p pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    #stan #podatek #handel #sieci Co z podatkiem od wielkich sieci handlowych?

    "Najtrudniejszą rzeczą do zrozumienia jest podatek dochodowy" - powiedział ongiś Noblista Albert Einstein. Poszedł w jego ślady prezydent Andrzej Duda, głosząc wszem i wobec w kraju, że opodatkuje sieci handlowe, bo dotąd nic nie płacą do budżetu.

    Panuje powszechna opinia, że zagraniczne sieci handlowe, nie płacą w naszym kraju podatków. Tymczasem podatek obrotowy od sklepów, w niczym nie pomoże polskim sprzedawcom, a może zaszkodzić polskim producentom żywności - twierdzą eksperci międzynarodowej sieci firm usługowych KPMG. Pokusa wprowadzenia nowej opłaty jest ogromna. Bo tylko 1 proc. obrotów może dać miliardowe przychody budżetowi. To główny cel fiskusa i częste argumenty polityków.

    Ogromną i gwarantowaną wyborcom chęć wprowadzenia nowego podatku zapowiedział w kampanii prezydenckiej Andrzej Duda. Mówił o tym wszędzie w na spotkaniach z wyborcami, w trakcie swojej kampanii wyborczej, wspomniał też o nim w czasie debaty telewizyjnej. Pomysł jest Prawa i Sprawiedliwości. Partia Andrzeja Dudy mówi o tym podatku od dawna. Chce się w pełni wzorować na decyzjach wprowadzonych przez prezydenta Victora Orbana na Węgrzech.

    Według wyliczeń analityków Banku Espirito Santo (BESI), przeprowadzonych na zlecenie portalu dlahandlu.pl, gdyby w Polsce przyjąć model węgierski, to akcje spółki Jeronimo Martins - właściciela Biedronki, stracą aż dwunastą część wartości. To oznacza przecenę o 2,5 mld zł. Zatem nic dziwnego, że akcje spółki Jeronimo notowanej na portugalskiej giełdzie, straciły w ostatnim tygodniu maja, kilka procent wartości.

    Z wyliczeń portalu Money.pl wynika, że gdyby wszystkie sklepy w Polsce o powierzchni powyżej 250 m kw. - supermarkety, dyskonty i hipermarkety - obłożyć podatkiem 1-procentowym, to budżet może się zasilić kwotą nawet 1,2 mld zł. Tylko sieć Biedronka, której obroty w 2014 roku wyniosły 35,89 mld zł, musiałaby wpłacić blisko 360 mln zł. Znacznie więcej zarobiłby fiskus, gdyby opodatkować również sklepy typu convenience, zrzeszone w sieciach, takich jak Żabka.

    Jeśli zapowiedź Andrzeja Dudy wejdzie w życie, 10 największych sieci handlowych w Polsce zapłaci podatek, według danych portalu Money.pl, raportów giełdowych, przy założeniu, że taksa wyniesie 1-procent – łączną kwotę roczną w wysokości ok. 500 mln zł, w tym portugalska Biedronka 360 mln złotych, niemiecki Lidl i Kaufland 200 mln zł, portugalski Eurocash 170 mln zł, a brytyjski Tesco 110 mln.

    - My się nie boimy ani nie kibicujemy temu pomysłowi. Jeśli coś jest równe dla wszystkich, to teoretycznie nie zmienia reguł gry. Natomiast, jeśli będzie to sytuacja, że dla jednych tak, a dla drugich nie i jakieś inne regulacje, to myślę, że byłoby to niedobrze - mówi wiceprezes polskiej sieci Piotr i Paweł.

    Nie wierzy w to firma Bać-Pol, która zarządza siecią sklepów Spar, Sezam i Słoneczko, że nowy podatek obrotowy pomoże polskim przedsiębiorcom, a taki ma być oficjalny powód jego wprowadzenia, zgodnie z wolą Andrzeja Dudy.

    Według Teresy Sienkiewicz, wiceprezes firmy Bać-Pol - argumentacja pomysłodawcy prezydenta elekta, nie do końca jest poparta liczbami. - Pomocą chyba żaden podatek nigdy nie jest, więc nie sądzę, byśmy mogli w tych kategoriach rozpatrywać, czy to jest pomoc czy przeszkoda - mówi wiceprezes firmy Bać-Pol.

    Przedstawiciele kierownictwa firm Piotr i Paweł oraz Bać-Pol - Robert Krzak i Teresa Sienkiewicz są zdania, że nowy podatek będzie nowym ciężarem fiskalnym przerzuconym na barki klientów, bo w sklepach wzrosną ceny.

    Całkiem odmienne zdanie ma w tej kwestii partner w KPMG Mirosław Matusik. Jak mówi, sieci handlowe jeszcze mocniej zaczną negocjować ceny ze swoimi dostawcami, więc w głównej mierze przeniosą podatek na polskich producentów żywności. I podkreśla, że - wbrew obiegowej opinii - większość sieci handlowych w Polsce, nie wykazuje i nie otrzymuje ogromnych zysków.

    Ale jak to jest w końcu z podatkiem od zagranicznych sieci handlowych – płacą w Polsce czy nie? Płacą i to wcale niemało. Wielkie zagraniczne sieci handlowe wpłaciły w 2014 r. około 4 mld zł podatku CIT i około 5 mld zł PIT. Ponadto przekazały fiskusowi blisko 24 mld złotych z VAT. Łącznie - z tytułu podatków (bez akcyzy i podatków lokalnych) - zagraniczne sieci handlowe wpłaciły do budżetu ok. 33 mld zł, co stanowiło rok temu - połowę podatku zapłaconego przez cały handel w Polsce.
    Źródła: money.pl i strefabiznesu.pomorska.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - prezydent Andrzej Duda.
    Foto: polskieradio.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: b0lec, Usurper +5 innych
  •  

    #stan #zdrowie #nauka #choroba Siedem chorób trudnych w diagnozie

    "Lepiej dziesięć razy ciężko chorować niż raz lekko umrzeć" – głosi przysłowie żydowskie. Dobrze, jeśli choroba daje się łatwo rozpoznać, gorzej gdy w zdiagnozowaniu jest ciężka, niczym głaz legendarnego Syzyfa.

    Jeszcze nie tak dawno zdawało się, że najgroźniejsze przez wieki choroby, zostały już nie tylko zdiagnozowane, ale i na zawsze pokonane. Teraz wiemy, że był to mit. Opanowano częściowo m.in. grypę, czarną ospę, gruźlicę, tyfus, malarię, żółtą febrę, dżumę, świerzb, chorobę Heine i Medina, ale pozostało nadal wiele innych, które dziesiątkują ludzi na całym świecie.

    Ujawniły się również nowe, na które trudno znaleźć skuteczną broń – m.in. plaga AIDS, Ebola, a także depresja, zapalenie opon mózgowych, cukrzyca, nieswoiste zapalenie jelit, szkarlatyna, choroba Alzheimera, itp.

    Choroby trudne w rozpoznaniu

    Są też mało znane powszechnie, a bardzo dokuczliwe u chorych, którzy je złapali. Na przykład fibromialgia lub toczeń. Stale występujące bóle brzucha i utrata masy ciała to symptomy mukowiscydozy lub choroby trzewnej (celiakii). Niektórzy cierpią na choroby trudne do zdiagnozowania.
    Eksperci widzą siedem takich chorób, które sprawiają lekarzom problemy z dokładnym rozpoznaniem, gdyż ich objawy są niespecyficzne, bardzo trudne do oceny i ustalenia przyczyn.

    Wśród rozmaitych chorób, występują też bardzo trudne do rozpoznania, gdyż mają objawy wspólne z rozmaitymi dolegliwościami. Są wśród nich m.in. uważane za wyjątkowo skomplikowane w diagnozie na pewnym etapie rozwoju choroby, z takimi objawami, jak: uszkodzenie nerek, serca i płuc. Bywają objawy związane z bólem w klatce piersiowej lub żebrach, z wymiotami, dusznością i sztywnością karku.

    Toczeń i choroba Parkinsona

    Ta przewlekła choroba zapalna ma kilka najpowszechniej występujących objawów, są to: dokuczliwe zmęczenie oraz uszkodzenie nerek, serca i płuc; także wysypka i bóle stawów. Jest wiele innych chorób, z podobnymi objawami, więc bardzo łatwo pomylić toczeń, z zespołem przewlekłego zmęczenia, fibromialgią i reumatoidalnym zapaleniem stawów.

    Dziś najbardziej specyficzne badanie na obecność tocznia opiera się na testach ANA, czyli przesiewowych, w celu stwierdzenia czy w organizmie chorego występują przeciwciała i jaki mają pod mikroskopem typ świecenia.

    Natomiast choroba Parkinsona jest zwyrodnieniową chorobą ośrodkowego układu nerwowego. Charakteryzuje się drżeniem rąk, ramion i nóg lub głowy, sztywnością mięśni, problemami z utrzymaniem równowagi lub chodzeniem.

    Wśród kłopotów zdrowotnych, z którymi można łatwo pomylić chorobę Parkinsona, są: choroba Alzheimera, udar mózgu, stres, uraz głowy i tzw. drżenie samoistne. Nie ma, niestety testów laboratoryjnych na zdiagnozowanie choroby Parkinsona. Zazwyczaj rozpoznaje się ją dopiero w badaniach klinicznych.

    Okropna fibromialgia i borelioza

    Fibromialgia to przewlekłe zapalenie stawów, które wykazuje rozpowszechniony po całym organizmie ból mięśni i kości. Bóle występują wraz z innymi, zmieniającymi się dolegliwościami, takimi jak ogólne zmęczenie i problemy ze snem. W dłużej trwającej chorobie, pojawiają się: lęk lub depresja i zwiększona wrażliwość na ból oraz silne, nieznośne - aż obezwładniające zmęczenie.

    Fibromialgia nie ma badań laboratoryjnych pozwalających na jej zdiagnozowanie. Zwykle rozpoznaje się ją, gdy chory mówi o bólu występującym dłużej niż 3 miesiące w przynajmniej 11 punktach ciała.

    Boreliozę - wielonarządową chorobę zakaźną - wywołuje ukąszenie kleszcza. Objawia się dusznością, bólem w klatce piersiowej albo w żebrach, nudnościami i wymiotami, wysypką i silnym rumieniem skóry w miejscu ukąszenia (wkłucia się), sztywnością karku, drganiem powiek lub twarzy; w dłuższym okresie przebiegu choroby – stopniowym osłabianiem mięśni nóg i rąk, i odmawianiem posłuszeństwa kończyn w konkretnych czynnościach ruchowych.

    Dość często borelioza bywa mylona z grypą, fibromialgią, zespołem przewlekłego zmęczenia, depresją lub zapaleniem opon mózgowych. Przy braku wysypki lekarze zalecają dwuetapowy test na obecność przeciwciał we krwi: badanie krwi ELISA lub IFA, a następnie bardziej szczegółowe badania – tzw. Western Blot test. Leczenie bywa długie, skomplikowane i nie zawsze w pełni skuteczne.

    Stwardnienie rozsiane

    W grupie siedmiu trudnych do rozszyfrowania chorób, jest stwardnienie rozsiane - progresywna choroba autoimmunologiczna, który atakuje centralny układ nerwowy. Jej objawy to: skurcze mięśni, brak koordynacji ruchowej, zaburzenia równowagi i poznawcze oraz zaburzenia procesów widzenia. Podobnie jak wspomniane choroby,
    bywa mylona z zakażeniem wirusowym lub toczniem, albo z chorobą Alzheimera, czy chorobą afektywną dwubiegunową.

    Choroba stwardnienia rozsianego (SM), niemal u każdej osoby chorej, przebiega nieco inaczej. Medycyna wyróżnia cztery zasadnicze postacie stwardnienia rozsianego, które decydują o sposobie leczenia SM, u konkretnego pacjenta.

    Przebieg choroby jest brutalnie ukryty, choć przez pacjenta odczuwalny; polega na niszczeniu osłonek mielinowych włókien nerwowych (aksonów), co wywołuje rozmaite zaburzenia neurologiczne. Ponieważ choroba ta ma kilka postaci i przebiega różnie u różnych pacjentów, zależnie od tego, na jaką postać stwardnienia rozsianego cierpi chory - zależy też jego stan kliniczny i sposób leczenia.

    Stwardnienie rozsiane daje się zdiagnozować metodą badania krwi, która pozwala wykluczyć inne choroby oraz nakłuciem lędźwiowym i MRI, co może wykazać powstałe uszkodzenia mózgu i rdzenia kręgowego, charakterystyczne właśnie przy tej chorobie.

    Celiakia, czyli nietolerancja glutenu

    Inną chorobą autoimmunologiczną, która wywoduje u osób nią dotkniętych niezdolność do trawienia glutenu - białka pszenicy, żyta, owsa i jęczmienia. – jest celiakia. To inaczej choroba trzewna. Ujawnia się zwykle u dzieci. Może wystąpić też w życiu dorosłym – w okresie 35 – 55 lat, znacznie częściej u kobiet niż u mężczyzn.

    Objawia się przede wszystkim: wymiotami, bólami brzucha, wzdęciami, biegunkami, utratą masy ciała, anemią i skurczami mięśni nóg. Bywa, że lekarze mylą celiakię z zespołem jelita drażliwego, chorobą Cohna lub mukowiscydozą.

    Prawdopodobną przyczyną rozwoju choroby są predyspozycje genetyczne. Zdaniem uczonych, u niektórych osób gluten wywołuje rodzaj reakcji alergicznej (innej niż alergia pokarmowa), która prowadzi do stanu zapalnego jelita i zniszczenia śluzówki. W opinii naukowców, na celiakię zapadają na ogół osoby chore na jedną z tzw. chorób autoagresywnych (np. reumatoidalne zapalenie stawów, cukrzyca typu I, zapalenie tarczycy, toczeń) i obciążone genetycznie tymi chorobami.

    W większości przypadków chorych na celiakię, badania krwi wykrywają wysoki poziom określonych przeciwciał i choroba może być zdiagnozowana. Jednak jest część takich chorych (ok. 10 %), cierpiących na celiakię, którym badania krwi nie dają rezultatów. W takich przypadkach, diagnozy wykonuje się również na drodze pobrania małych próbek jelita (biopsja), a także metodą testów DNA.

    Zespół przewlekłego zmęczenia

    Ta choroba, w odróżnieniu od innych wspomnianych tutaj chorób, jest złożona z kombinacji objawów o nieznanej przyczynie. Uznawana jest za chorobę cywilizacyjną, która dotyka głównie młode aktywne zawodowo kobiety, opiekujące się z wielkim poświęceniem dziećmi i domem. Chroniczne zmęczenie ogranicza ich aktywność o ponad połowę realnych możliwości.

    Choroba charakteryzuje się utratą pamięci albo koncentracji, bólem gardła, bólem węzłów chłonnych szyi lub pod pachami, bliżej niewyjaśnionymi bólami mięśni i stawów oraz skrajnym wyczerpaniem.

    Powstałe symptomy choroby przypominają do złudzenia problemy z zatokami albo zapalenie wątroby czy fibromialgię, toczeń lub reumatoidalne zapalenie stawów.

    Podobnie jak z chorobą Parkinsona i fibromialgią, także na zespół przewlekłego zmęczenia brakuje testów laboratoryjnych i innych procedur diagnostycznych, które mogłyby potwierdzić obecność zespołu przewlekłego zmęczenia. Rozpoznanie tej choroby opiera się na wykluczeniu podobnych zaburzeń.
    Źródła: choroby.senior.pl i poradnikzdrowie.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Jan Paweł II - choroba Parkinsona. Foto: fakty.interia.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #podatek #handel #sieci Co z podatkiem od wielkich sieci handlowych?

    "Najtrudniejszą rzeczą do zrozumienia jest podatek dochodowy" - powiedział ongiś Noblista Albert Einstein. Poszedł w jego ślady prezydent Andrzej Duda, głosząc wszem i wobec w kraju, że opodatkuje sieci handlowe, bo dotąd nic nie płacą do budżetu.

    Panuje powszechna opinia, że zagraniczne sieci handlowe, nie płacą w naszym kraju podatków. Tymczasem podatek obrotowy od sklepów, w niczym nie pomoże polskim sprzedawcom, a może zaszkodzić polskim producentom żywności - twierdzą eksperci międzynarodowej sieci firm usługowych KPMG. Pokusa wprowadzenia nowej opłaty jest ogromna. Bo tylko 1 proc. obrotów może dać miliardowe przychody budżetowi. To główny cel fiskusa i częste argumenty polityków.

    Ogromną i gwarantowaną wyborcom chęć wprowadzenia nowego podatku zapowiedział w kampanii prezydenckiej Andrzej Duda. Mówił o tym wszędzie w na spotkaniach z wyborcami, w trakcie swojej kampanii wyborczej, wspomniał też o nim w czasie debaty telewizyjnej. Pomysł jest Prawa i Sprawiedliwości. Partia Andrzeja Dudy mówi o tym podatku od dawna. Chce się w pełni wzorować na decyzjach wprowadzonych przez prezydenta Victora Orbana na Węgrzech.

    Według wyliczeń analityków Banku Espirito Santo (BESI), przeprowadzonych na zlecenie portalu dlahandlu.pl, gdyby w Polsce przyjąć model węgierski, to akcje spółki Jeronimo Martins - właściciela Biedronki, stracą aż dwunastą część wartości. To oznacza przecenę o 2,5 mld zł. Zatem nic dziwnego, że akcje spółki Jeronimo notowanej na portugalskiej giełdzie, straciły w ostatnim tygodniu maja, kilka procent wartości.

    Z wyliczeń portalu Money.pl wynika, że gdyby wszystkie sklepy w Polsce o powierzchni powyżej 250 m kw. - supermarkety, dyskonty i hipermarkety - obłożyć podatkiem 1-procentowym, to budżet może się zasilić kwotą nawet 1,2 mld zł. Tylko sieć Biedronka, której obroty w 2014 roku wyniosły 35,89 mld zł, musiałaby wpłacić blisko 360 mln zł. Znacznie więcej zarobiłby fiskus, gdyby opodatkować również sklepy typu convenience, zrzeszone w sieciach, takich jak Żabka.

    Jeśli zapowiedź Andrzeja Dudy wejdzie w życie, 10 największych sieci handlowych w Polsce zapłaci podatek, według danych portalu Money.pl, raportów giełdowych, przy założeniu, że taksa wyniesie 1-procent – łączną kwotę roczną w wysokości ok. 500 mln zł, w tym portugalska Biedronka 360 mln złotych, niemiecki Lidl i Kaufland 200 mln zł, portugalski Eurocash 170 mln zł, a brytyjski Tesco 110 mln.

    - My się nie boimy ani nie kibicujemy temu pomysłowi. Jeśli coś jest równe dla wszystkich, to teoretycznie nie zmienia reguł gry. Natomiast, jeśli będzie to sytuacja, że dla jednych tak, a dla drugich nie i jakieś inne regulacje, to myślę, że byłoby to niedobrze - mówi wiceprezes polskiej sieci Piotr i Paweł.

    Nie wierzy w to firma Bać-Pol, która zarządza siecią sklepów Spar, Sezam i Słoneczko, że nowy podatek obrotowy pomoże polskim przedsiębiorcom, a taki ma być oficjalny powód jego wprowadzenia, zgodnie z wolą Andrzeja Dudy.

    Według Teresy Sienkiewicz, wiceprezes firmy Bać-Pol - argumentacja pomysłodawcy prezydenta elekta, nie do końca jest poparta liczbami. - Pomocą chyba żaden podatek nigdy nie jest, więc nie sądzę, byśmy mogli w tych kategoriach rozpatrywać, czy to jest pomoc czy przeszkoda - mówi wiceprezes firmy Bać-Pol.

    Przedstawiciele kierownictwa firm Piotr i Paweł oraz Bać-Pol - Robert Krzak i Teresa Sienkiewicz są zdania, że nowy podatek będzie nowym ciężarem fiskalnym przerzuconym na barki klientów, bo w sklepach wzrosną ceny.

    Całkiem odmienne zdanie ma w tej kwestii partner w KPMG Mirosław Matusik. Jak mówi, sieci handlowe jeszcze mocniej zaczną negocjować ceny ze swoimi dostawcami, więc w głównej mierze przeniosą podatek na polskich producentów żywności. I podkreśla, że - wbrew obiegowej opinii - większość sieci handlowych w Polsce, nie wykazuje i nie otrzymuje ogromnych zysków.

    Ale jak to jest w końcu z podatkiem od zagranicznych sieci handlowych – płacą w Polsce czy nie? Płacą i to wcale niemało. Wielkie zagraniczne sieci handlowe wpłaciły w 2014 r. około 4 mld zł podatku CIT i około 5 mld zł PIT.

    Ponadto przekazały fiskusowi blisko 24 mld złotych z VAT. Łącznie - z tytułu podatków (bez akcyzy i podatków lokalnych) - zagraniczne sieci handlowe wpłaciły do budżetu ok. 33 mld zł, co stanowiło rok temu - połowę podatku zapłaconego przez cały handel w Polsce.
    Źródła: money.pl i strefabiznesu.pomorska.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - prezydent Andrzej Duda.
    Foto: polskieradio.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #paliwo #wynalazek #audi Wynaleźli paliwo bez użycia ropy naftowej

    Niemcy wspólnie z Francuzami, opracowali i wyprodukowali syntetyczną e-benzynę. To produkt uzyskany bez użycia ropy naftowej - rewelacyjny wynalazek dla motoryzacji i bezpieczny dla środowiska.

    W dawnych wiekach człowiek wymyśli koło i był to krok milowy w rozwoju cywilizacji. Gdy udomowił krowę i konia, wpadł na pomysł, aby te zwierzęta zaprzęgnąć do jakiegoś pojazdu na kołach. I tak powstał wóz. Potem już w epoce wielkiego rozwoju przemysłu, gdy na wody wypłynęły statki i okręty napędzane parą wodną, pewien Nicolas z Francji wpadł na pomysł, aby zbudować motor, czyli auto lub jak ktoś woli samochód na parę. W sto lat później (1870) był już samochód benzynowy z silnikiem o zapłonie iskrowym.

    W tej mocno uproszczonej genezie samochodu, tkwi istota rozwoju motoryzacji, której gwałtowność wzrostu i zapotrzebowania na paliwo silnikowe, stało się dziś problemem szczególnie ważnym. Zbudowano już silniki samochodowe m.in. na energię elektryczną i słoneczną i na olej, ale jednak wynalazki te, łącznie z benzyną, nie są uniwersalne. Wreszcie największy problem dzisiejszego świata rozwiązany? Ludzkość ma, dzięki niemieckim wynalazcom, paliwo bez dotychczas używanej ropy naftowej?

    Inżynierowie bawarskiej firmy Audi, wspólnie z specjalistami francuskimi z Global Bioenergie, wyprodukowali pierwszą partię syntetycznej e-benzyny. Jak podkreślają naukowcy, audi e-benzyna to ma być produkt syntetyczny, uzyskiwany bez użycia ropy naftowej. Rewelacja. Wspaniały wynalazek dla motoryzacji i ochrony środowiska.

    Przedstawiciel Audi wyjaśnia: "Razem z naszymi partnerami z Global Bioenergies, stawiamy kolejny krok w kierunku mobilności neutralnej, pod względem emisji dwutlenku węgla. W tym przypadku wspieramy innowacyjną technikę, umożliwiającą produkcję odnawialnego paliwa, na dodatek nie konkurującą z produkcją żywności oraz nie wymagającą dużych powierzchni uprawnych."

    E-benzyna niemiecko-francuska składa się w 100 procentach z izooktanu i ma wysoką wartość oktanową. Nie ma siarki ani benzenu i spala się bardzo czysto. To paliwo wysokiej jakości, które pozwala na uzyskanie wyższego stopnia sprężania, w związku z tym na zwiększenie wydajności - podkreślają jego twórcy.

    Nowe paliwo Audi będzie przechodzić etapy testowe w laboratoriach i silnikach doświadczalnych. Koncern z Ingolstadt, wspólnie z firmą Global Bioenergies, chce tak zmodyfikować proces jego produkcji, aby odbywał się bez biomasy - wystarczą jedynie: woda, wodór, CO2 i światło słoneczne.

    Jeżeli próby wypadną pozytywnie, wówczas może ruszyć produkcja nowego paliwa na większą skalę i e-paliwo będzie można tankować ogólnie – podobnie jak tradycyjne - na stacjach paliwowych. Nikt jeszcze nie mówi o cenach e-paliwa, choć łatwo wyobrazić sobie, że będą początkowo horrendalnie wysokie.
    Źródła: auto.dziennik.pl i autorud.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - siedziba słynnej bawarskiej firmy Audi. Foto: audicar-club.ru.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #technika #elektrownia #wiatrak Elektrownia wiatrowa bez wiatraków

    Ojciec i dwaj bracia z podlubelskiej wsi, zbudowali pierwszą na świecie, rewelacyjną w rozwiązaniu technicznym, pionową elektrownię wiatrową bez wiatraków.

    Gdy nasi praprzodkowie zeszli z drzew, zaczęli pędzić żywot wśród krzaków i bujnej zielonej natury. Potem przez wieki znaleźli wiele sposobów na to, aby wydać walkę naturze. Dzięki temu mamy dziś zatrute lasy, wody i powietrze. A dumny człowiek żyje wśród betonów, szkła i asfaltu. Tak inteligentnie udoskonalił sobie warunki życia.

    To bardzo uproszczone streszczenie drogi rozwoju naszej cywilizacji, daje obraz tego, w jakim punkcie znaleźliśmy się obecnie. Mamy doskonałe wynalazki, które ułatwiają poruszanie się po świecie, przenoszą błyskawicznie informacje i zapewniają nam łatwiejszy byt w każdych warunkach życia. Dotyczy to zarówno prostej robotyzacji zajęć, jak i technicznej pracy maszyn, zatrudnionych do różnych zadań produkcyjnych.

    Wynaleziono elektryczność, która daje nam sztuczne światło i wykorzystano gaz ziemny, który – podobnie jak prąd - ogrzewa nas, służy w produkcji przemysłowej i umożliwia przygotowanie np. jedzenia. Zaangażowaliśmy dla swoich potrzeb naturalne źródła mocy: słońca, wody i wiatru, aby jak najtaniej wytwarzać, m.in. energię elektryczną. Powstały w tym celu systemy ogniw solarnych, elektrownie wodne i wiatrowe.

    Ostatnio Polacy wynaleźli pierwszą na świecie pionową elektrownię wiatrową, która jest cicha, bezpieczna i wydajna, a co najważniejsze - nie emituje groźnych dla środowiska naturalnego, infradźwięków. Taka elektrownia pojawiła się we wsi Kodeń, w pobliżu doliny Bugu, na Lubelszczyźnie.

    Elektrownia wiatrowa bez wiatraków to doskonała myśl techniczna wynaleziona i opatentowana przez Waldemara Piskorza. Inwestycję zrealizowała gmina Kodeń. Udziały w przedsięwzięciu inwestycyjnym mają też prywatni inwestorzy. Elektrownia ma być z założenia środkiem promocyjnym gminy. Jest również perspektywicznym biznesowym projektem jej twórców – członków rodziny Piskorzów – mieszkańców wioski. Planują szerszą sprzedaż tej technologii zarówno w kraju jak i poza granicami.

    Konstrukcja elektrowni wiatrowej bez wiatraków to wieża złożona z trzech kolumn z turbinami wiatrowymi. Wieża elektrowni ma 30 metrów wysokości i ma 0,5 MW mocy. Jedną z istotnych zalet pionowej turbiny wiatrowej jest znacznie efektywniejsza od klasycznych wiatraków, produkcja energii, gdyż pracuje przy małej sile wiatru, niezależnie od jego kierunku.

    Wieża może być rozbudowywana o kolejne segmenty. Pozwala to zwiększać jej moc - podkreśla Ireneusz Piskorz, który wspólnie z ojcem Waldemarem i bratem Tomaszem, opracował unikatową i opatentowaną konstrukcję techniczną.

    Zalet jest więcej. - Przede wszystkim ekologia, bo nasza wieża pracuje cicho, nie wytwarza groźnych dla środowiska ultradźwięków, nie powoduje drgań - mówi jeden z jej pomysłodawców projektu. Ponadto konstrukcja jest stabilna. - Wytrzymuje napory wiatru wiejącego nawet z siłą do 200 km/h - akcentuje Ireneusz Piskorz. Wygenerowany tu prąd będziemy sprzedawać do sieci Polskiej Grupy Energetycznej - podkreśla.

    Pionową elektrownię wiatrową mogą instalować nabywcy indywidualni i wielkie firmy. Konstrukcja jest możliwa do zamontowania na małych budynkach, jak i na obiektach dużych zakładów przemysłowych. Można także instalować farmy wiatrowe - wieże dają się rozbudowywać nawet do 60 metrów wysokości - zapewnia Ireneusz Piskorz.
    Źródło: forsal.pl i dziennikwschodni.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - pionowa siłownia wiatrowa.
    Foto: polskiprzemysl.com.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: Voytex, c....y +18 innych
  •  

    #stan #nauka #niebo #planeta Niebo zaprasza na rzadkie zjawiska kosmiczne

    Trzy najciekawsze planety Układu Słonecznego mocno teraz świecą na nocnym niebie – wchodzą w opozycję i dają się obserwować nawet gołym wzrokiem. A jakie jeszcze ciekawe zjawiska kosmiczne można zobaczyć?

    Nachodzą wyjątkowo interesujące dni i tygodnie dla miłośników astronomii i ciekawskich oglądania rzadkich zjawisk kosmicznych na wiosennym nocnym niebie. Zbliża się m.in. konfiguracja planet. Nie da ona wprawdzie nikomu fortuny ani miłości, ale zapewni niebywałe atrakcje na wiele tygodni czerwca i lipca. Do pełni szczęścia – podkreśla astronom – wystarczą oczy, jednak wskazane są też: lornetka lub teleskop.

    Trzy najjaśniejsze planety

    Na przełomie maja i czerwca rusza sezon sprzyjający podglądaniu wieczorami i nocami najpiękniejszych planet Układu Słonecznego. W tym czasie możemy obserwować gołym okiem trzy planety: Wenus, Jowisza i Saturna. Każda z nich jest zupełnie inna, dlatego warto im się bliżej przyjrzeć. To bardzo proste, prostsze niż się wydaje laikom.

    Po zachodzie Słońca, tuż nad zachodnim horyzontem, bez trudu można wypatrzyć dwie jasne "gwiazdy". W przeciwieństwie do pozostałych świecących punktów na niebie, te dwa nie migoczą i świecą wyraźnie jaśniej. To nie są gwiazdy, lecz planety! Jaśniejsza z nich – Wenus - jest teraz najjaśniejszym obiektem na niebie po Słońcu i Księżycu.

    Wenus widać już przy umiarkowanie jasnym niebie w trakcie zmierzchu. Nieco później, nad zachodnim horyzontem, pojawi się kolejny jasny punkt – ustawiony nieco powyżej i w lewo od Wenus. To największa z planet Układu Słonecznego – dumny, wielki Jowisz. Choć najlepszy czas do jego obserwacji już za nami, nadal prezentuje się królewsko.

    Czeka na nas także Saturn. Władca Pierścieni, jak nazywają go miłośnicy astronomii, kilka dni temu wszedł w opozycję. A to znaczy, że znalazł się względem Ziemi dokładnie naprzeciwko Słońca i jest obecnie dobrze oświetlony, więc najlepiej widoczny.

    Warto spojrzeć w niebo około 21:00

    Wszystkie trzy planety są teraz świetnie widoczne są gołym okiem. Dzięki temu – tak jak dziś - bez trudu obserwowane były już nawet w starożytności. Przy użyciu lornetki lub teleskopu można zobaczyć zdecydowanie dużo więcej.

    Kierując lornetkę na Wenus, na razie nie zobaczymy różnicy, choć ta tajemnicza planeta powinna w powiększeniu przypominać Księżyc w pierwszej kwadrze. Jednak za kilka tygodni sytuacja ulegnie zmianie. Wenus powoli zbliża się do tzw. złączenia dolnego. Przejdzie pomiędzy Ziemią i Słońcem i wtedy znajdzie się najbliżej Ziemi. Dzięki temu będzie wyglądać na większą niż zwykle.

    Tuż przed dolnym złączeniem będzie miała obraz w kształcie cienkiego sierpa - zupełnie jak Księżyc po nowiu. Taki widok można zobaczyć przez nieco większą lornetkę, lecz trzeba ją ustawić na nieruchomym statywie. Najlepsze warunki do obserwacji Wenus przez lornetkę będą w połowie lipca. Za to teraz, widok Wenus może nas cieszyć, do późnych godzin nocnych.

    Jowisz i jego cztery księżyce

    Kierując lornetkę lub teleskop, w stronę Jowisza, jak czynił to słynny włoski astronom Galileusz (1564-1642), zobaczymy aż pięć jasnych punktów! Najjaśniejszy w środku do król planet - Jowisz. Po bokach wiernie asystują mu jego cztery największe księżyce: Ganimedes, Kalisto, Io i Europa. Krążą wokół swojej planety, i w kilka godzin wyraźnie ulega zmianie ich konfiguracja. Można je dostrzec lornetką na statywie lub opartą o parapet czy dach samochodu.

    W celu obserwacji Saturna należy skorzystać z urządzenia większego i silniejszego. Mały teleskop o powiększeniu ok. 40x, powinien pomóc nam zobaczyć niezwykłe, bajeczne pierścienie tej planety. Obecnie jest na to najlepszy moment. Kilka dni temu Saturn znalazł się w opozycji. Z tego względu odległość do niego jest najmniejsza. Podczas swojej nieustannej wędrówki po niebie, która zajmuje mu aż 29 lat, Saturn znalazł się obecnie na tle konstelacji Skorpiona. Gwiazdozbiór ten widoczny jest z Polski jedynie latem nisko nad horyzontem.

    Od Saturna dzieli nas teraz najmniejsza odległość, dlatego na niebie jest największy, ale cały czas "wisi" na nim na tyle nisko, że jego widok mogą przesłonić domy czy drzewa. Na dłuższe obserwacje warto wybrać się na otwartą przestrzeń, poza miasto czy wieś.

    Niebo około godz. 21.00 na smartfonie

    W znalezieniu tych trzech planet pomiędzy gwiazdami mogą pomóc nam nowe technologie. Niemal każdy smartfon ma moduł GPS i żyroskopy i można pobrać aplikację, która - po skierowaniu telefonu w wybrany fragment nieba - opowie nam, niczym kosmiczny przewodnik, co tam widać. Telefon może być też drogowskazem. Proszony, aby wskazał konkretną planetę - powie, jak obracać go, żeby ujrzeć cel. Taki smartfon można przymocować do teleskopu i uzyskać zupełnie nowe możliwości.

    Jeżeli ktoś nie ma ani lornetki, ani teleskopu, a gęsta zabudowa osiedla uniemożliwia podziwianie nocnego nieba, to nic straconego. Planety można oglądać na żywo również w Internecie! Już w najbliższą sobotę, 30 maja o godz. 21.30, odbędą się wirtualne obserwacje nieba przez teleskop za pośrednictwem strony "Z głową w gwiazdach", na Facebooku.

    Podczas projekcji programu "Z głową w gwiazdach LIVE", dostępnego na YouTube pod adresem http://bit.ly/planetyLIVE, będzie można na żywo oglądać najpiękniejsze planety Układu Słonecznego oraz Księżyc.
    Źródło: wyborcza.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Planety – prezentacja: Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun. Foto: slideplayer.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #amazonia #konstrukcja Tajemnica "płotków z masztem" w lasach Peru

    Biolog, odkrywca konstrukcji z białych nitek w dżungli, sądził, że u podstawy "masztu", mogą być zamotane jaja jakiegoś pająka. Jak uważał – młode po wykluciu się - wędrują po niciach na szczyt, po czym fruną z wiatrem na spotkanie swego nieznanego...

    Nasz świat, choć zdaje się nieźle zbadany, skrywa w różnych zakątkach Ziemi, dziwne i trudne do odczytania znaki, czy informacje. Głowią się nad nimi uczeni i mają poważne trudności z rozszyfrowaniem. Wcześniej zwalano wszystko na obcych z dalekiego UFO. Teraz panuje inne spojrzenie na to, co jest – naszym zdaniem - zagadką nie z tej ziemi.

    Pamiętacie ekozagadkę sprzed kilku miesięcy? Amerykański biolog natrafił w peruwiańskich lasach na tajemniczą miniaturową konstrukcję. Utkany z białych nici płotek otaczający niewielki maszt. Naukowcy rozkładali ręce. Dziennikarka z "Wired" postanowiła zbadać sprawę na miejscu... – informuje portal serwisu Wyborcza.pl.

    Znalazł ten dziw natury Troy Alexander, doktorant Georgia Institute of Technology. Misterne białe płotki z masztem znajdowały się na pniach drzew niedaleko centrum badawczego Tambopata w południowo-wschodnim Peru. Mają około 2 cm średnicy – kontynuuje gazeta.

    Zarówno dziennikarka, jak i naukowiec oraz inni badacze byli pewni, że to dzieło istoty żywej. Nikt jednak nie wiedział, jakie zwierzę trudzi się budowaniem czegoś takiego, podejrzanie ciekawego, intrygującego, no i po co buduje. Nawet, gdy doktorant Troy Alexander opublikował zdjęcia w internecie z prośbą o pomoc, nikt nie był w stanie zidentyfikować autora dziwnych konstrukcji. Phil Torres, biolog z ośrodka Tambopata, zapytał o nie na Twitterze, ale również było bez odzewu.

    Poszukiwania odpowiedzi lub choćby jakieś podpowiedzi nie ustawały. Dziennikarze miesięcznika "Wired" odpytali ekspertów, znawców lasów tropikalnych. Wciąż bez powodzenia. Także dziennikarze "Wyborczej" prosili wtedy czytelników o pomoc.

    Odkrywca konstrukcji z białych nitek - amerykański biolog - sądził, że u podstawy "masztu", mogą być zamotane jaja jakiegoś pająka. Jego zdaniem – młode po wykluciu się - wędrują na szczyt i sprawnie wspomagają się nićmi, niczym żaglem, po czym fruną z wiatrem na spotkanie swego nieznanego losu. A płotek, ma je chronić do ostatniej chwili, przed wrogami na miejscu.

    Żeby w końcu odkryć tajemnicę, amerykańskie czasopismo "Wired" wysłało do Ameryki Południowej reporterkę Nadię Drake, która wyruszyła z grupą naukowców i fotoreporterem do peruwiańskiej dżungli.

    Ekipa naukowo-reporterska udała się w to samo miejsce, gdzie po raz pierwszy zagadkowe i tajemnicze struktury dostrzegł biolog - na małą wyspę niedaleko centrum badawczego Tambopata. Na szczęście, już pierwszego dnia z rana, znaleźli pierwszy biały "maszt", po chwili następne. W kilka dni natrafili na blisko 40 podobnych struktur, głównie na drzewach i liściach, większość w grupach od dwu do sześciu.

    Nadia Drake regularnie relacjonowała na Twitterze postępy w pracy wyprawy, choć rezultaty zdradziła dopiero w artykule, który się ukazał dopiero teraz na stronach "Wired". Z początku wciąż wszystko było zagadką i zapowiadało się, że natura do końca nie da sobie łatwo wydrzeć, tajemnicy. Na zdjęciach wysokiej rozdzielczości, które robił fotoreporter, można było wprawdzie dostrzec błąkające się po niskim "płotku" roztocza, ale wykluczono, by to one tkały te struktury, bo są na to za małe.

    Badacze wątpili także, aby autorami białych "płotków" były motyle, ćmy czy tym bardziej pleśń. Rodzaj materiału najbardziej przypominał i pasował do pająków. Na jednym ze zdjęć, zauważono u podstawy "masztu", resztki małego jaja. Czyżby to był rodzaj inkubatora, wylęgarni? Ekipa zabrała kilka struktur ze sobą do obozu, żeby poczekać i zobaczyć, co się z nich wykluje. I to był strzał w dziesiątkę.

    Po kilku dniach obserwacji, oczom badaczy ukazały się dwa małe pajączki, a potem jeszcze jeden. Wszystko stało się jasne. Mały pajączek, który się wykluł niemal na oczach naukowców, to właśnie ta zagadka. A tajemnicza struktura to jego kolebka.

    Jak się w końcu okazało Troy Alexander miał rację. Te dziwne twory rzeczywiście służą jakimś pająkom do składania jaj, choć jest to zachowanie dziwne - składanie tylko jednego jaja w jednym szczególnym miejscu - nietypowe i bardzo rzadkie. - Normalnie samica składa wiele jaj, owija je w kokon i pilnuje - mówi Torres.

    Zagadka niby odkryta, ale niecała. Pozostało jeszcze rozstrzygnąć, czemu służy takie niespotykane u żadnych gatunków zabezpieczanie jaj oraz co to są za pająki. Bo ich gatunku naukowcy jeszcze nie znają.

    Wyklute maleństwa – według badaczy - przypominają skakuny, czyli niewielkie (kilkumilimetrowe) pająki z rodziny Salticidae, które nie robią sieci, tylko polują, skacząc na swoją ofiarę. W skład tej "skaczącej" rodziny, wchodzi ponad 5 tysięcy gatunków, na całym świecie. Tyko Polsce żyje 59 gatunków skakunów. Rozwiązanie zagadki mieliśmy, dosłownie pod nosem, tylko że nos za bardzo odstawał.
    Źródło: nauka.wyborcza.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - dziwne okrągłe płotki z antenką w lasach Amazonii. Foto: wyborcza.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #mars #slonce #curiosity Nawet zachód Słońca na Marsie jest inny

    Jaki jest obraz Czerwonej Planety i co z niej widać? Pokazują to zdjęcia świeżo zrobione i przesłane przez łazik Curiosity do NASA.

    Powierzchnia i krajobraz na Marsie, nie są ani nadzwyczaj ciekawe, ani nie budzą miłego widoku. Rdzawa czerwień dominuje wokół – na gruncie planety i na horyzoncie, choć w głębszej dali widać pofałdowane kształty gór, a w bliższych odległościach rozległe doliny i wzniesienia, ale brak roślinności tworzy nastrój smutku i monotonii w bliskich i dalszych obrazach Czerwonej Planety.

    Mars ma także inne charakterystyczne cechy. Powierzchnię jego pokrywają kratery po uderzeniach ciał kosmicznych, co przypomina podobieństwa do Księżyca. Są też tereny podobne do ziemskich: wulkany, doliny, pustynie i polarne czapy lodowe. Czerwona Planeta ma również najwyższą górę w Układzie Słonecznym – nazwaną przez uczonych Olympus Mons i największy kanion – Valles Marineris.

    Duża część planety zawiera gładki obszar równinny, o nazwie Vastitas Borealis na półkuli północnej, który obejmuje aż 40 procent powierzchni, co może być skutkiem i pozostałością ogromnego uderzenia z nieba. Mars, w przeciwieństwie do Ziemi, jest geologicznie i tektonicznie nieaktywny – nic się na planecie nie trzęsie i nie wybucha. Trzęsienia gruntu i wybuchy wulkanów skończyły się zapewne bardzo dawno temu. Cechą wspólną z Ziemią jest okres obrotu wokół własnej osi - niewiele dłuższy niż ma nasz glob, wynosi 24,6229 godziny, czyli 24 h 37 min 22 sekundy.

    Czy widać stamtąd naszą – przyjazną ludziom i zwierzętom - wesołą, zieloną, z daleka błękitną, Ziemię? Nie. Ale pojazd z Ziemi - marsjański łazik Curiosity – zauważył i zarejestrował zachód Słońca na niebie Marsa. I ten fakt wzbudził zachwyt naukowców NASA. Curiosity uchwycił zachód Słońca na licznych zdjęciach wykonanych w czasie 6 minut i 51 sekund. Interesujące jest to, że tamtejszy zachód Słońca wygląda całkiem inaczej niż ten, który obserwujemy, kiedy chcemy, na Ziemi - zobaczcie sami.

    Amerykański łazik Curiosity, wylądował na Marsie w kraterze Gale, w sierpniu 2012 roku, czyli blisko trzy lata temu. W trakcie prowadzonych od tamtej pory badań Czerwonej Planety, przez niebywale doskonałe, automatyczne urządzenia z Ziemi, odkryto m.in. ślady erozji wodnej gruntu i geologiczne pozostałości środowiska, w którym mogły istnieć prymitywne mikroorganizmy – podkreśla NASA.
    Źródło: tvp.info.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - zachód Słońca – na Ziemi (po lewej) i na Marsie (po prawej). Foto: polimaty.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: v.............a, n.....p +7 innych
  •  

    #stan #ptak #orzel #gatunek #zwierzeta Król polskich ptaków orzeł przedni

    "Ignorancja ma skrzydła orła i wzrok sowy" - twierdził Zbigniew Herbert. Nie jest ignorantem orzeł przedni, a wzrok ma sokoli, bo z rzędu drapieżnych się wywodzi.

    Tegoroczna wiosna, choć mało przyjemna ze względu na kapryśną i chłodną aurę, ma swoje tradycyjne, regularnie powtarzające się uroki w życiu ptaków. Wśród 450 gatunków, które bytują i rozmnażają się w Polsce, z tego 10 gatunków chronionych, szczególną uwagę budzi wyjątkowo ciekawy, majestatyczny ptak - orzeł. Orły z podrodziny dużych ptaków drapieżnych z jastrzębiowatych, według fachowców - rzędu sokołowych - liczą 31 gatunków. Cztery spośród nich są w Polsce.

    Jednym z nich jest orzeł przedni. To bardzo rzadki duży ptak szponiasty. Zdaniem znawców, w naszym kraju żyje około 35 par tych ptaków (w 2010 roku), z tego 30 par gniazduje w Karpatach, reszta ma swoje treny na Mazurach i Wybrzeżu. Kilka gniazd jest też na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Gniazduje tam, gdzie ma pod dostatkiem pożywienia; zjada susły, świstaki i zające, poluje też na młode lisy, kozice, muflony i koźlęta saren. Łapie kuraki leśne i inne ptaki drapieżne. Nie gardzi padliną.

    Na przełomie zimy i wiosny orły przednie prowadzą intensywne prace przy remoncie i odbudowie gniazd. Wykonują jednocześnie widowiskowe loty godowe. Najpóźniej około 20 marca, samice rozpoczynają składanie i wysiadywanie jaj. Około 70 procent samic, składa po dwa jaja, pozostałe 30 proc. - po jednym. Wysiadywanie piskląt trwa 40 dni. Orły przednie zwykle odchowują jedno pisklę; gdy są dwa, silniejsze z nich, eliminuje w gnieździe słabszego osobnika (to zjawisko kainizmu).

    Według przedstawiciela podkarpackiego Komitetu Ochrony Orłów, kainizm pojawia się do tygodnia po wylęgu, a rodzice nie ingerują w rywalizację potomstwa. Na ogół w lipcu młody orzeł opuszcza gniazdo. Do zimy przebywa jeszcze w towarzystwie rodziców. Dojrzałość płciową osiąga w okresie czterech lat.

    Orzeł przedni widywany jest pojedynczo lub w parach, w miejscach gniazdowania spotykany jest przez cały rok. Poza okresem lęgowym prowadzi osiadły tryb życia i rzadko wylatuje na większe odległości.

    To najsilniejszy europejski orzeł, także w Polsce. Chwyta nawet dość duże gryzonie. Lokalnie specjalizuje się w polowaniu na konkretne ofiary. Mimo mniejszych rozmiarów, w walce pokonuje zwykle większego od siebie, bielika zwyczajnego. Buduje gniazda na niedostępnych półkach skalnych w górach i na wysokich drzewach na nizinach. Bardzo czujny i płochliwy, szczególnie podczas lęgów. Niepokojenie go w czasie lęgów tworzy poważne zagrożenie dla tego gatunku.

    Orzeł przedni jest mistrzem prędkości w locie. Czasem osiąga prędkość do 160 km/h, choć zwykle lata znacznie wolniej, średnio 48 km/h. W nurkowaniu z dużej wysokości osiąga prędkość do 320 km/h. Ludzie, w różnych krajach, po odpowiednim wyszkoleniu, wykorzystują go, jako ptaka niskiego lotu, w sokolnictwie. Przeszkolony potrafi doskonale współpracować z człowiekiem.

    Zobacz: orzeł przedni - najsilniejszy orzeł europejski - Zoo w Łodzi - https://www.youtube.com/watch?v=QTjiTByVzoM

    W poszukiwaniu i wypatrywaniu zdobyczy krąży inteligentnie bardzo wysoko. Ataki wykonuje zwykle z mniejszych wysokości, wykorzystując w tym celu osłonę drzew, skał lub górskich stoków. Nic dziwnego, że zdobył miano króla ptasiego rodu. Duma, siła i odwaga to cechy przypisane mu od dawna. Wyróżniają go one, zarówno z wyglądu, jak i zachowania. Z tych względów przeszedł do legend. Jego wizerunki widnieją na wielu królewskich i szlacheckich herbach.
    Źródła: ekologia.pl, ptakolub.gsi.pl i gniazdosokolnikow.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Orzeł przedni – atak na lisa.
    Foto: dinoanimals.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #architekt #wiezowiec #konkurs Rewelacja. Polski wieżowiec z lodowcem i dżunglą

    Choć – jak ktoś to ujął - czasem nierealne marzenie może stać się realnym koszmarem, to jednak ludzie nie przestają marzyć. Wierzą, że marzenia się spełniają. Czy spełnią się też o wieżowcu, który zmieści 11 różnych stref klimatyczno-krajobrazowych - z pustynią, stepem, dżunglą i lodowcem?

    Ludzie mają wspaniałe marzenia o lepszym, spokojnym, bezpiecznym, pokojowym świecie. W latach 70-tych XX wieku, na zlecenie ONZ, pewien słynny grecki architekt zaprojektował głośne w owym czasie, wymarzone miasto-państwo przyszłości, nazwane górnolotnie Megalopolis. Miało zgromadzić całą ludzkość świata w potężnym, samowystarczalnym produkcyjnie i usługowo (z przedszkolami, szkołami i handlem) blokowisku, zbudowanym na rozległym terenie, gdzieś nad wielką czystą wodą, otoczonym polami uprawnymi i złożami naturalnych surowców.

    Światowe megapaństwo przyszłości

    Megalopolis, według założeń, miało zapewnić wszystkim mieszkańcom Ziemi, pełny i jednakowy dostęp do wszelkiego typu szkół, zakładów pracy przemysłowej, biurowej i usługowej. Wszyscy mieszkańcy byliby solidarnie odpowiedzialni za bezpieczeństwo i porządek publiczny, dlatego miałyby być zlikwidowane jednostki militarne policyjne i wojskowe oraz tajne służby bezpieczeństwa. O żadnych wrogach zewnętrznych czy wewnętrznych, nie byłoby mowy, gdyż ludzie miasta-pastwa byliby zjednoczeni miłością.

    Bajeczny projekt przyjęto i zaakceptowano komisyjnie, po czym odłożony został na półki biurokratów, aby czekał na swój czas, sprzyjający warunkom realizacji. Czekał i czekał, aż nagle pojawił się 10 lat temu, co nieco podobny projekt, konkurencyjny do tego sprzed lat, pod nazwą umowną - architektoniczna wizja innowacyjnego wieżowca. Z licznej międzynarodowej grupy utalentowanych projektantów, komisja konkursowa wyłoniła w tym roku zwycięzców - czwórkę architektów z Polski, którzy wygrali światowy konkurs na najbardziej innowacyjny wieżowiec 2015 roku.

    Konkursowe jury przyznało Polakom I miejsce za projekt Essence Skyscraper, który - niezależnie od tego, gdzie i kiedy stanie budowla - ma w sobie mieścić 11 różnych stref klimatyczno-krajobrazowych, m.in. z pustynią, sawanną, stepem, dżunglą i lodowcem.

    Projekt różnorodnych siedlisk przyrodniczych

    Według architektów - tak właśnie mają wyglądać wysokościowce przyszłości. Powinny być innowacyjne, nowoczesne, ciekawe konstrukcyjnie i nowatorskie w kwestiach rozwiązań technicznych. Bo, zdaniem organizatorów konkursu, na życie w wieżowcach jesteśmy skazani. Skłaniają do tego: gwałtowny wzrost liczby ludności na świecie i przenosiny mieszkańców ze wsi do miast. Z tych przyczyn warto, aby takie obiekty miały ciekawe formy i były w pełnej harmonii z przyrodą.

    Projekt autorstwa zwycięskiej czwórki naszych architektów: Ewy Odyjas, Agnieszki Morgi, Konrada Basana i Jakuba Pudo z pracowni BOMP - to eksperymentalny obiekt, który - wstawiony pomiędzy gęstą zabudowę metropolii - ma oferować mieszkańcom miasta to, do czego, na co dzień nie mają dostępu.

    Polacy, za projekt "Essence Skyscraper", otrzymali zaszczytne I miejsce i 5 tys. dolarów nagrody. "To megastruktura urbanistyczna, która zawiera różnorodne siedliska przyrodnicze. Może służyć jako miejsce na chwilę ucieczki przed gwarnym życiem miejskim, a także może stymulować różnorodne i złożone procesy i doświadczenia" - piszą o Essence Skyscraper autorzy, którzy przewidują, że w mocno zurbanizowanych terenach, mieszkańcy mogą wkrótce nie mieć szans na kontakt z naturą.

    "Megastruktura urbanistyczna" z egzotyką

    Wieżowiec – typu "megastruktura urbanistyczna" - ma półprzejrzyste elewacje i może w sobie mieścić 11 różnych stref klimatyczno-krajobrazowych. Mają w nim żyć różne gatunki zwierząt i będzie również w jego wnętrzu, odpowiednie miejsce dla rozwoju charakterystycznej - egzotycznej roślinności.

    A ludzie, którzy zamieszkają w takich budynkach, będą mogli korzystać z wielorakich, nawet niezwykłych przestrzeni, jakimi są m.in. pustynie, sawanny, stepy, dżungle i krainy nadmorskie. Będą także mogli przenieść się do wnętrza jaskini, rzeki, lodowca, góry, czy wodospadu. Jak zapewniają architekci, dziś całkiem możliwe jest, aby tak zróżnicowane "atrakcje" pomieścić w jednym obiekcie mieszkalnym. Według nich, pozwalają na to obecnie, najnowocześniejsze rozwiązania techniczne.

    Oryginalny pomysł Polaków tak się spodobał, że jury konkursu - pod przewodnictwem jednego z najbardziej znanych architektów na świecie, Massimiliano Fuksasa - przyznało mu pierwsze miejsce w prestiżowym konkursie Skyscraper Competition, organizowanym przez magazyn "eVolvo". eVolvo stanowi grupa profesjonalistów, którzy specjalizują się w rozwoju miękkich umiejętności kadr nowoczesnej gospodarki. Celem a jednocześnie mottem działania grupy jest psychologia dla biznesu, oparta na podstawie założenia: miękkie kompetencje - twarde rezultaty.

    Gmach z odpadów i miasto Cybertopia

    Nagrodę w konkursie architektonicznym ustanowiono w 2005 roku, aby promować wybitne idee życia, w drapaczach chmur. Przez 10 lat zgłoszono do konkursu ponad 60 tys. projektów z całego świata. Organizatorzy nie stawiają żadnych ograniczeń pod względem lokalizacji, w której mają stanąć wieżowce przyszłości, dlatego im bardziej oryginalne pomysły, tym lepiej. Warunek - projekty nie powinny być zupełnie abstrakcyjne, wręcz muszą być możliwe do zrealizowania.

    W 2015 roku przyznano trzy nagrody i 15 wyróżnień. Drugą nagrodę otrzymała propozycja architektów z Indii, którzy zaprojektowali wieżowiec Shanty-Scaper. To wielki gmach z odpadów pozostałych po zakończeniu budowy miasta, m.in. gruzu, rur, blach falistych i drewna. Ma zapewnić przyzwoite mieszkania oraz miejsca pracy i tereny rekreacyjne, mieszkańcom slumsów miasta Chennai w Indiach.

    Trzecie miejsce jury przypadło architektowi z Rosji, za ciekawy projekt Cybertopia, nawiązujący do miasta przyszłości. Przenika się w nim to, co w realnej wizji, ze światem rzeczywistości wirtualnej. To nie wieżowiec a miasto, które rozwija się i zmienia natychmiast, dokładnie według potrzeb jego mieszkańców.

    W tegorocznej edycji konkursu Skyscraper Competition, wzięło udział 480 projektów, z siedmiu kontynentów. Zwycięzcy konkursu – Polacy - otrzymali nagrodę w wysokości 5 tys. dolarów, laureaci drugiego miejsca - 3 tysiące, a trzeciego - 1 tysiąc dolarów. Wszyscy uczestnicy tegorocznej edycji są szczęśliwi, że mogli zaprezentować swoje pomysły, na tak ambitnym i reprezentatywnym forum międzynarodowym.
    Źródło: tvn24bis.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Polacy zaprojektowali wieżowiec roku Essence | Lifestyle. Foto: tvn24bis.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #zdrowie #kleszcz #borelioza Uwaga na kleszcze! Coraz więcej boreliozy

    Nastał nam tej wiosny urodzaj na kleszcze, więc obdzielają ludzi groźnymi wirusami. W kraju stwierdzono już więcej zachorowań na boreliozę, niż o tej porze, w zeszłym roku. Jak się przed nimi ustrzec, na co uważać?

    Tegoroczna wiosna przynajmniej z dwóch powodów jest do kitu. Po pierwsze ze zbyt kapryśnej i nieciekawej pogody, na ogół mokrej i chłodnej. A po drugie z przyczyn dużego urodzaju kleszczy. Te malutkie zwierzątka wstrętne z wyglądu, atakują tej wiosny jak wściekłe. Szczególnie rozsmakowały się w ludzkim ciele, ale też nie mniej w naszych zwierzętach gospodarczych – krowach, kozach i koniach oraz domowych – psach i kotach. Zdaniem lekarzy, co trzeci kleszcz może być chory.

    Profilaktyka i skutki zakażenia

    Chore kleszcze przenoszą zwykle wiele groźnych chorób. Z tych też przyczyn, w I kwartale bieżącego roku, blisko 3 tysiące osób zachorowało w Polsce na boreliozę. Ta wiadomość budzi alarm, zważywszy na fakt, że to wyższa liczba niż rok temu. Na boreliozę zapadło do końca marca o 200 osób więcej niż przed rokiem – podają media.

    Także rok temu był wysoki wysyp boreliozy. W całym 2014 roku wystąpiło w kraju 13,8 tys. wykrytych przypadków tej bardzo groźnej choroby, a 2 lata wcześniej – niespełna 9 tysięcy - podaje Państwowy Zakład Higieny. Rośnie również liczba przypadków odkleszczowego zapalenia mózgu - w I kw. zwiększyła się prawie o 50 procent.

    Lekarze zalecają prostą, ale konieczną profilaktykę: noszenie długich spodni w lesie i ogrodzie, koszulek z długim rękawem i czapek, podczas wypraw na łąkę i do miejsc zadrzewionych. Po powrocie do domu, należy uważnie przeglądać ciało – wypatrzonego kleszcza trzeba usunąć jak najszybciej. Wskazana jest kąpiel w wannie, wówczas kleszcze wypłyną na powierzchnię wody.

    Należy też koniecznie obserwować u siebie objawy. Na początku przy boreliozie, na ogół wokół miejsca ugryzienia przez kleszcza, tworzy się czerwony rumień; mogą także pojawiać się bóle stawów, łamanie w kościach i gorączka. W przypadku zapalenia mózgu, występują zaburzenia świadomości, gorączka ze sztywnością karku, tracenie przytomności i mówienie od rzeczy.

    Jak, kiedy i gdzie atakują kleszcze?

    Ataku kleszczy można spodziewać się wszędzie wśród roślinności, a więc w lesie, na łące i w ogrodzie. Kleszcze atakują z ukrycia, są szybkie i skuteczne. Reagują na ciepło ciała, zapach potu i wydychany dwutlenek węgla, a przypuszczają atak na ofiarę nawet z 20 metrów, dlatego podczas przechodzenia lub przebiegania pod drzewami liściastymi czy iglastymi, należy zawsze spodziewać się ich desantu. Atakują z głodu i dla rozrodu. Przenoszą różne chorobowe wirusy i bakterie, które zwykle są dla nas bardzo groźne.

    Kleszcze występują w całej Polsce - jak wspomnieliśmy - w lasach liściastych, iglastych i mieszanych, przede wszystkim z gęstym poszyciem. Są także na łąkach, szczególnie wilgotnych, pastwiskach zakrzewionych i na obrzeżach jezior. Ponadto coraz częściej bytują tam, gdzie gnieżdżą się gołębie – na strychach i poddaszach oraz w miejskich parkach, na zieleńcach, w ogródkach przydomowych i działkach. Do życia, rozwoju i rozmnażania, potrzebują krwi.

    Z tych powodów najczęściej żerują na zwierzętach, m.in. na polnych myszach, zającach i krowach, ale też lubią ludzką krew. W temperaturze powietrza powyżej 7°C (od połowy marca do końca listopada), kleszcze nieustannie polują na żywiciela. I wbrew temu, co nam się wydaje, dobrze wiedzą, gdzie najłatwiej go upolować. Dlatego czyhają na obrzeżach lasu czy polany, a nie na środku oraz na poboczach ścieżek, pod drzewami.

    Potrafią też trafić przez otwarte drzwi, okna czy balkony i przez kanały wentylacyjne, do naszych mieszkań. Są to tzw. obrzeżki, które żyją w ciele gołębi, ale – jak to znamy z fraszki – czasem "lepszy cyc niż nic"… Siedzą w naszym domu w szparach w podłodze i ścianach, pod parapetami i tapetami. Z tego wynika, że nigdzie i nigdy nie jesteśmy bezpieczni. Na łowy żywiciela wychodzą od rana do północy, a nawet nocą – jak obrzeżek. Warto pamiętać – kleszcze żyją do 6 lat.

    Sposoby zakażenia wirusem

    Lekarze szacują, że około 15 procent kleszczy, których jest ponad 850 gatunków, z tego 20 gatunków żyje w Polsce - trzy gatunki zakażone są m.in. wirusem kleszczowego zapalenia mózgu i krętkami boreliozy. Samica każdego roku składa około 3 tys. jaj i przekazuje potomstwu zakaźne wirusy i krętki. Gdy kleszcz znajdzie się na naszej skórze, nie atakuje na oślep. Wędruje nawet przez godzinę w poszukiwaniu naskórka cienkiego i lekko wilgotnego. Zwykle wybiera miejsce za uchem, pod kolanem lub w pachwinie. Choć wkłuwa się dość głęboko w skórę, robi to w zasadzie niewyczuwalnie.

    Wprowadza wydzielinę z substancją znieczulającą i opóźniającą reakcję zapalną. Dlatego nie odczuwamy bólu i nie widzimy zaczerwienienia, które mogłoby alarmować i skłonić do dokładnego przyjrzenia się podrażnionemu miejscu na skórze. Może w naszym ciele spokojnie żerować nawet 6–7 dni. W tym czasie wypija około 2 ml krwi i powiększa dość znacznie swoje rozmiary. O ile dorosły głodny osobnik ma na ogół ok. 2 mm długości, to najedzony osiąga nawet 12 mm.

    Jego wirusy dostają się do naszej krwi i zaczynają krążyć po organizmie, niemal natychmiast po wkłuciu się, natomiast krętki wchodzą nieco później – najwięcej przenika ich po 24 godzinach żerowania. Wirusa zapalenia mózgu możemy złapać też, pijąc mleko prosto od krowy czy kozy, albo jedząc masło lub ser z takiego mleka, gdy na tych zwierzętach żerowały zakażone kleszcze. Wirus wykazuje odporność na działanie soków żołądkowych, ale ginie podczas pasteryzacji mleka. Krętki boreliozy możemy sami wprowadzić do krwi, gdy wydzielinę kleszcza wetrzemy w drobną rankę na skórze.
    Źródło: rmf24.pl i poradnikzdrowie.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - kleszcze w ogrodzie, w lesie i na łące.
    Foto: swiatkwiatow.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: ninetyeight, p.......9 +8 innych
    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    •  

      @budzyn: Każdy sposób leczenia jest bardzo trudny, kosztowny i długotrwały, czasem mało skuteczny, może kończyć się trwałym uszkodzeniem mózgu, wątroby lub innych narządów. Niestety, sposoby leczenia nie są w każdym przypadku jednakowe, a standardowych sposobów nie ma. Brakuje też skutecznych leków na wirusy i bakterie kleszczy. Trzeba bardzo uważać na kleszcze przy wychodzeniu do lasu, na łąki traw, do parków czy nawet do swoich ogrodów - należy ubierać się odpowiednio i za każdym razem przy powrocie do domu, dokładnie sprawdzać czy nie przynieśliśmy tego groźnego "gościa". Trzeba korzystać z preparatów zabezpieczających, chociaż one są czasem mało skuteczne, a w razie zauważenia kleszcza w skórze, udać się natychmiast do lekarza. Żartów nie ma. pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    #stan #ocieplenie #klimat #pogoda Ocieplenie klimatu rodzi ogromne zmiany pogodowe

    Nie ma złej pogody. Jest tylko nieodpowiednia odzież – twierdzi William James. Ale, chcą nie chcąc, pogoda i klimat w naszych czasach, układają się pod psem. Bo też globalnie, człowiek robi wszystko, aby tak było.

    Coraz częściej daje się obserwować w różnych częściach świata, wysychające jeziora, rzeki czy ujęcia wody pitnej dla dużych miast. Katastrofalna susza trwająca 4 lata w Kalifornii (USA) powoduje, iż firma zajmująca się dostawą wody w południowej części tego amerykańskiego stanu, postanowiła graniczyć jej dostawy o 15 proc. Ta twarda, ale i przykra decyzja, dotyczy głównie aglomeracji Los Angeles, liczącej 9,8 mln ludzi. Także w Polsce jest wysychające jezioro Czerniańskie w Wiśle. Według ekspertów, fale upałów i susze, będą coraz częściej nękać nasz kraj.

    Klimatolodzy od dawna alarmują, że szykują się nieuchronnie zmiany pogody i klimatu. Niedawno naukowcy obliczyli - po raz pierwszy - procentową odpowiedzialność globalnego ocieplenia na świecie, za obecne i przyszłe fale upałów i ulewy na Ziemi.

    Według przedstawionych rachunków uczonych z politechniki szwajcarskiego Zurychu, w najnowszym tygodniku "Nature Climate Change", globalne zmiany klimatu odpowiadają obecnie za 75 proc. fal upałów i 18 proc. ulewnych opadów, na całym świecie. Wzrost ich liczby i intensywności – zdaniem naukowców - został spowodowany niewielkim, bo o 0,85 st. C, wzrostem średniej temperatury Ziemi, w minionym wieku.

    Uczeni szwajcarscy oparli swoje wyliczenia "procentowe", globalnych zmian klimatu, na 25 różnych komputerowych modelach klimatycznych. Dzięki nim, mogli w miarę dokładnie, symulować warunki klimatyczne zmieniające się w latach 1901-2005.

    Badacze z Zurychu przeprowadzili również symulacje dotyczące przyszłego klimatu Ziemi. Za górną granicę swojej prognozy przyjęli koniec XXI wieku. Z tych obliczeń wynika, że jeśli ocieplenie dojdzie do 2 st. C, w porównaniu z okresem przed rewolucją przemysłową - na co obecnie jak najbardziej się zanosi - to zmiany klimatu, wywołane przez ludzkość, będą odpowiedzialne za 40 proc. ulewnych opadów.

    To pierwsza – jak dotąd - praca naukowa, w której uczeni dokładnie wyliczają udział globalnego ocieplenia, w nękających świat ekstremalnych zjawiskach pogodowych. Poza falami upałów i ulewnymi opadami, chodzi także o susze, powodzie, burze, trąby powietrzne i cyklony tropikalne. Nie są to wprawdzie pogodowe zjawiska nowe, ale uczeni są zgodni, że dzisiejsze zmiany klimatu je podnoszą i podkręcą, a jednocześnie "przynoszą nam pogodę na sterydach".

    Przypomniano przy okazji, że 2014 rok był rekordowo gorący, w historii globalnych pomiarów temperatury na świecie. Ekstremalne zjawiska pogodowe, jakie w ubiegłym roku dały się ludzkości we znaki, to m.in. ogromne pożary w USA, wielkie powodzie w Mozambiku, Tajlandii, Bangladeszu i Pakistanie, także w Europie, rekordowe upały w Australii i szalejące ulewy w Kenii. Żyjemy w epoce, w której zmiany klimatu wykroczyły poza sferę hipotez – twierdzi część uczonych.
    Źródło: wiadomosci.wp.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Ewakuacja ponad 200 tysięcy osób w Malezji i Tajlandii z powodu wielkiej powodzi. Foto: koniec-swiata.org.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #chiny #tygrys #mieso #kraty Zabijał tygrysy i jadł ich mięso dla silnej potencji

    "Chciwy zostanie kupcem, a leniwy mnichem" - głosi chińskie przysłowie. Pytanie długo pozostanie otwarte, czy chciwy i bogaty biznesmen w Państwie Środka, zostanie kupcem czy mnichem, gdy wyjdzie zza krat za przestępstwo z tygrysami. Ma czas do namysłu…

    Ludzie w różnych regionach świata mają bardzo różne, czasem dziwne i niezbyt przyjemne z wyglądu czy wręcz odstręczające, pokarmy. Są to m.in. koty, psy, szczury, małpy, węże, ale także muchy, mrówki, robaki, pająki albo gniazdka ptaków.

    Trudno pojąć, jaki smak można czuć w zupie z oczu krowy, a to przysmak w Meksyku. Wspaniałym przysmakiem, podobnym do kalmarów, są w Japonii oczy tuńczyka. Natomiast niezwykłym smakołykiem w Chinach i Wietnamie jest zaś penis wołowy, bo ponoć wpływa korzystnie na skórę - nadaje jej promienny wygląd. Zdaniem uczonych, danie z penisem, po przyrządzeniu, ma dużo protein i jest alternatywą dla polskich tradycyjnych zrazów wołowych.

    Ludzie jedzą różne różności, czasem wstrętności, w przekonaniu o cudownym ich działaniu na zdrowie. Chiński biznesmen został przyłapany przez policję i skazany przez sąd, na 13 lat więzienia, za zabijanie tygrysów, które kupował, aby jeść ich mięso i pić krew. W sprawę – jak się okazało - zamieszanych było jeszcze 14 osób – podały media. W przekonaniu części Chińczyków mięso tygrysa wzmacnia potencję.

    Według chińskich mediów, biznesmen od tygrysów, został oskarżony o udział w kłusownictwie. Bogaty mężczyzna, prawdopodobniej organizował wyprawy do Leizhou w prowincji Guangdong, gdzie za ogromne pieniądze kupował tygrysy. Zabijał te zwierzęta, zjadał ich mięso i wypijał krew. Czasem część mięsa udostępniał znajomym.

    Jak pisze brytyjski dziennik "Daily Mail", wiadomo, że mężczyzna kupił i przeznaczył na mięso, co najmniej dziesięć tygrysów. To, co mu zostawało z mięsa, rozdawał swoim znajomym z pracy.

    Sąd chiński skazał "tygrysiego" smakosza na 13 lat więzienia i musi również zapłacić karę w wysokości 25 tysięcy dolarów. W jego lodówce znaleziono także mięso gekona i kobry, wynika z policyjnego raportu.
    Źródło: fakty.interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Majestatyczny król zwierząt tygrys. Foto: tapetus.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #wynalazek #rower Produkt amerykańsko-duńskiej myśli rowerowej

    Kopenhaskie Koło zapowiada rewolucję na ścieżkach rowerowych, ma wyraźnie i zapewne znakomicie ułatwić życie, szczególnie w miastach, wielbicielom jednośladów napędzanych siłą mięśni.

    Rower. Któż nie widział pojazdu drogowego, zwykle jednośladu, napędzanego siłą mięśni jadących nim osób za pomocą przekładni mechanicznej, wprawianej w ruch na ogół nogami. Od początku jego historii z końca XVIII wieku, a potem w kolejnym stuleciu, po wynalezieniu prototypu podobnego do dzisiejszych pojazdów – bicykla – sprawy poszły już jak po przysłowiowym sznurku. Budowane i doskonalone coraz to nowsze odmiany pojazdów napędzanych nogami, rozmnożyły się i dziś mamy ich odmian, w zależności od przeznaczenia, całe mnóstwo na rynku – naliczyliśmy około 30.

    To jednak nie koniec. Inżynierowie i technicy nie mogą spać spokojnie. Wciąż mają wspaniałe wizje senne i na jawie realizują je w swoich projektach, które – trzeba przyznać - są niezwykle pomysłowe, a nawet rewelacyjne. Właśnie powstał świeży pomysł roweru współczesności, opartego na myślach technologii "kosmicznych". Choć projekt obchodzi z USA, nosi nazwę europejską - Kopenhaskie Koło.

    Zdaniem znawców, wynalazek zapowiada rewolucję na ścieżkach rowerowych, a nowe urządzenie do poruszania się po ścieżkach i drogach, ma wyraźnie czy też znakomicie ułatwić życie wielbicielom jednośladów napędzanych siłą mięśni.

    Technologię "kosmicznego" roweru opracowano na amerykańskim uniwersytecie MIT (Instytut Technologiczny w Massachusetts), a partnerem projektu jest stolica Danii. Na pozór nowy pojazd to nic specjalnego – ot, czerwony dysk wmontowany w tylne koło roweru. Ale jednak w jego wnętrzu można znaleźć sporo nowoczesności, elektroniki: komputer, akumulator i czujniki. No i to - sterowany jest aplikacją w smartfonie.

    Wynalazca roweru XXI wieku, Assaf Biedermann, w rozmowie z BBC porównał go do robota, który "dopasowuje się do naszego pedałowania". Dzięki niemu – jak zapewnia twórca - miasto kurczy się pod naszymi kołami – powiada Biedermann.

    Zobacz film: www.google.pl/?gfe_rd=cr&ei=6gc-Ve7JD8qv8wea4IHgBA#q=youtube+copenhagen+wheel

    Jego paliwem jest energia elektryczna. Ładowanie trwa cztery godziny i wystarcza na 50 kilometrów jazdy. Można też wspomagać akumulator nogami i przy mocniejszym naciśnięciu pedałów "Kopenhaskie Koło" automatycznie daje nam dodatkową energię i prędkość. Według wynalazcy, taka hybryda rowerowa w mieście, to wyjątkowa wygoda i łatwość poruszaniu się w ciasnocie ruchu, wyśmienita alternatywa dla samochodu.
    Źródło: polskieradio.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Hybrydowe koło, Kopenhaskie Koło – symbol miejskiej mobilności. Foto: focus.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #zdrowie #samotnosc #choroba Samotność jest zaraźliwa i śmiercionośna

    Aktualnie w Polsce jest 5 milionów singli, za 20 lat będzie ponad 7 mln. Dlaczego są samotni? Często z wyboru, bo się nie ułożyło lub stracili ukochaną osobę. Z badań wynika, że w dużych miastach żyje samotnie, co trzecia osoba w wieku 24 - 34 lat. To bardzo źle ze względu na zdrowie…

    Z bardzo wielu powodów bardzo wiele ludzi żyje samotnie - bez rodziny i przyjaciół, sami są jak przysłowiowy palec; spędzają życie w pojedynkę, bez towarzystwa. To źle dla ich zdrowia, częściej chorują i szybciej umierają – twierdzą naukowcy. Na domiar złego, uczuciem samotności można się zarazić od samotnych, niczym grypą – informują amerykańscy uczeni, którzy badali i analizowali 60 lat zdrowie Amerykanów. Samotność chorych na raka przeszkadza w ich leczeniu – podaje BBC.

    Amerykańscy naukowcy z uniwersytetów: w Chicago, Kalifornijskiego w San Diego i Harvardu dowodzą, że osoby samotne "zarażają swoją samotnością innych ze swego bezpośredniego otoczenia". Swoje na ten temat wnioski opublikowali na łamach "Journal of Personality and Social Psychology" – podają media. Zapewne wie coś o tym brazylijski pisarz i poeta Paulo Coelho. Toteż mistrz pióra twierdzi: "Samotność to najgorsza udręka, najcięższa tortura."

    Badacze USA, o zakończeniu badań, przeanalizowali dane dotyczące stanu zdrowia Amerykanów gromadzone przez ponad 60 lat. Program Framingham Heart Study, podjęty w 1948 do 2010 roku w mieście Framingham, w stanie Massachusetts, obejmował identyfikację czynników ryzyka chorób serca dorosłych mieszkańców. W kolejnych latach do programu badawczego włączano stopniowo dzieci osób badanych, a potem ich wnuki. Przez lata powstało tysiące cennych dokumentów badawczych.

    Badania rozpoczęte w Framingham, będące obecnie na poziomie klasy światowej, stały się epicentrum najnowocześniejszych metod badawczych nad chorobami serca, mózgu, kości i nad szczególnie interesującym zagadnieniem - problemami snu.

    Przed rozpoczęciem projektu badawczego prawie nic nie było wiadomo o "epidemiologii nadciśnienia czy chorób układu krążenia i miażdżycy". Dziś wiadomo wiele na temat chorób serca, w tym też takich skutków, jak: dieta, ćwiczenia fizyczne i wpływ prostych leków, np. aspiryny na serce. Dzięki temu powstał projekt Narodowego Instytutu Zapobiegania Chorobom Serca i Płuc, przy współpracy z and Blood Institute (od 1971 roku) Boston University.

    W długoletnich badaniach medycznych "naukowcy odkryli, że osoby, które odczuwały narastającą samotność (...), przekazywały to odczucie swoim sąsiadom i przyjaciołom".

    Natomiast badania przeprowadzone na zlecenie Proceedings of the National Academy of Sciences (PNAS - czasopismo naukowe Narodowej Akademii Nauk) dowodzą, że istnieje związek pomiędzy społeczną izolacją ludzi, a szybkim rozwijaniem się u takich osób nowotworu. Onkolodzy już od dawna wiedzą, że u chorych na raka, którzy są samotni i mają tendencję do depresji, szanse na wyzdrowienie są mniejsze. Należy przypomnieć, iż depresja to poważna choroba, która, gdy nieleczona uniemożliwia normalne życie.

    Ponadto, naukowcy badając problemy samotności, odkryli, że izolacja i stres trzykrotnie zwiększają ryzyko zachorowania na raka piersi, wśród szczurów wędrownych, które z natury są towarzyskie. U samotnych gryzoni dostrzeżono także, zwiększone ryzyko zachorowania na nowotwory, niż u zwierząt żyjących w mocno zwartych grupach.

    Zdaniem psychologów samotność to choroba? Jak wykazują badania, stronienie od towarzystwa, życie w pojedynkę i poczucie osamotnienia, zwiększają ryzyko przedwczesnej śmierci i to aż o 30 procent. Ale, co bardzo istotne, groźba wcześniejszej śmierci wisi przede wszystkim nad tymi osobami, które doświadczyły samotności w młodym wieku, zanim przeszli na emeryturę – wynika z raportu opublikowanego w fachowym czasopiśmie "Perspectives on Psychological Science".

    To wynik długotrwałych badań naukowców z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Brighama Younga w USA. Na podstawie analizy wyników 70 badań, przeprowadzonych na populacji 3,4 mln ludzi od 1988 roku uczeni wykazali, że samotność może wpędzić do grobu szybciej niż skrajna otyłość. Tym bardziej to możliwe, zważywszy na możliwość zwiększonego ryzyka u samotnych, choroby nowotworowej.

    Źródło: m.wiadomosci.gazeta.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Samotność jest wtedy, gdy nie masz z kim porozmawiać, do kogo zadzwonić... Foto: demotywatory.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #ananas #zdrowie Dlaczego warto jeść ananasy

    Od kilkudziesięciu lat lekarze na całym świecie znają zalety owoców ananasa. Odkryto ich dotąd kilkanaście. Badania walorów zdrowotnych ananasów nadal trwają.

    Krzysztof Kolumb dostarczył z Nowego Świata do Europy, fascynującą wiadomość o odkryciu Indii, choć jak się okazało, odniósł zasługi w odnalezieniu drogi do Ameryki. Okrycie nowego kontynentu wpłynęło na rozwój nauki, kultury i żeglugi. Kolumb przywiózł także do Europy, m.in. nieznane tutaj wcześniej przyprawy kuchenne, kukurydzę, pomidory, paprykę, ziemniaki i różne owoce egzotyczne, tym wspaniałe ananasy. Kiedy zaniedbano ich uprawę, ponownie dostarczyli te owoce na dwór królewski, hiszpańscy konkwistadorzy.

    Choć prawie 600 lat temu, ananasy poznali Hiszpanie, a potem inne narody Europy, to jednak wciąż jeszcze te niezwykłe owoce z tropikalnej części Ameryki Południowej, uchodzą w opinii Polaków za bardzo egzotyczny smakołyk. Trafiają najczęściej do nas w puszkach, a zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, byłoby spożywanie świeżych ananasów, gdyż w takiej postaci wykazują imponujące właściwości zdrowotne.

    Na wzmocnienie odporności

    Jak wiemy, wirusy i chorobotwórcze bakterie, codziennie atakują nas zewsząd i zagrażają naszemu organizmowi. Dlatego należy pamiętać o regularnym wzmacnianiu wewnętrznych mechanizmów ochronnych. Na poprawę odporności dobrze wpływa między innymi spożywanie ananasów, będących bezcenną skarbnicą witaminy C (100 g owocu zaspokaja blisko 80 proc. dziennych potrzeb organizmu na kwas askorbinowy).

    Kwas askorbinowy to bardzo silny przeciwutleniacz, który chroni nas przed atakami drobnoustrojów i neutralizuje szkodliwe działanie wolnych rodników, odpowiedzialnych za rozwój komórek nowotworowych i przyspieszanie procesów starzenia organizmu. A więc na walkę z rakiem i długą młodość – warto jeść ananasy.

    Sposób na nadciśnienie

    Ananas jest bezcennym owocem dla ludzkiego zdrowia. Przede wszystkim – w sytuacji, gdy wielu Polaków zmaga się z "cichym zabójcą" – trzeba koniecznie, w walce z tym schorzeniem, zjadać regularnie ananasy. Lekarze dość często nazywają "cichym zabójcą" nadciśnienie. Schorzenie to ma takie miano, ponieważ osoby z nadciśnieniem mogą przez lata nie odczuwać w zdrowiu żadnych objawów.

    Ale, kiedy już dolegliwości zaczynają doskwierać, bywa za późno na wyleczenie. Dlatego warto pamiętać, iż trzeba regularnie wzbogacać dietę m.in. w produkty bogate w potas - pierwiastek odpowiedzialny za regulację ciśnienia krwi. W soczystym miąższu ananasa, zwłaszcza surowego, uczeni odkryli bardzo duże stężenie tego cennego minerału.

    Walory zdrowotne owocu

    Nie tylko witaminę C i potas mają ananasy. Mają również inne witaminy, w tym A, E, K i B6 oraz minerały, kwasy owocowe, czyli organiczne, jak również związki miedzi i doskonały enzym trawienny - bromelinę. Enzym ten jest pomocnych w sytuacjach, gdy produkcja własnych enzymów trzustkowych człowieka, jest niewystarczająca.

    Według dietetyków, walory odżywcze surowego ananasa, biorąc pod uwagę 100 g owocu, to: wartość energetyczna - 50 kcal, białko - 0.54 g, tłuszcz - 0.12 g, węglowodany - 13.12 g (w tym cukry proste 9.85 g), błonnik - 1.4 g oraz woda – 86 proc. Ananas zawiera ponadto całe bogactwo minerałów: najwięcej potasu - 109 mg oraz wapnia - 13 mg, cynku – 12 mg i magnezu 12 mg, fosforu – 8 mg, sodu – 1 mg i żelaza – 0, 25 mg.

    Znaczenie lecznicze ananasa

    Świeże owoce i sok ananasów niekonserwowanych mają znaczenie lecznicze w wielu dolegliwościach. Przede wszystkim w niestrawności i dla poprawy trawienia. Korzystnie oddziaływają też na nerki, serce i naczynia wieńcowe. Można je stosować, w połączeniu z lekami, przy chorobach wątroby i zaburzeniach żołądkowo-jelitowych wywołanych niestrawnością i słabym wydzielaniu soków żołądkowych. Ale uwaga! Nie powinny jeść owoców i pić soku, osoby z chorobą wrzodową żołądka i dwunastnicy i z nadkwaśnością.

    Sok z owoców ananasa ma też pozytywne zastosowanie w leczeniu szkorbutu. Działanie przeciwzapalne i likwidujące obrzęki sok - sprawia, że może być stosowany na miejsca stłuczone, otarte i opuchnięte oraz na ropiejące krosty. Natomiast z owoców można przyrządzać maseczki na wypryski skórne i trądzik młodzieńczy. Ananas wskazany jest także na odchudzanie, o czym powinny wiedzieć wszystkie panie.

    Ananas może również zapobiegać zaparciom i wzdęciom, jednak pod warunkiem spożywania ananasa na surowo. Owoc ten łagodzi stany zapalne i dolegliwości bólowe, wskazany jest na choroby stawów, może zapobiegać osteoporozie, obniża ciśnienie krwi i zapobiega powstawaniu zakrzepów.

    Udowodniono naukowo, że bromelaina (bromelina) działając przeciwzakrzepowo - zapobiega sklejaniu się płytek krwi i rozpuszcza powstałe zakrzepy, przez co zapobiega chorobie wieńcowej i zakrzepowemu zapaleniu żył.
    Źródła: poradnikzdrowie.pl i zdrowie.wp.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - ananasy. Foto: magazyn-kuchnia.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #historia #wojsko #wojtek #kapral Historia i legenda kaprala Wojtka spod Monte Cassino

    Kapral Wojtek wyróżnił się m.in. dzielnością podczas ciężkich walk wojennych pod Monte Cassino. Pomagał swoim żołnierzom nosić skrzynie z amunicją artyleryjską i nigdy żadnej nie upuścił, choć każda ważyła 120 kg.

    Kilka dni temu – w 70 rocznicę wyzwolenia przez naszych żołnierzy włoskiej Bolonii – odbyła się na tamtejszym Polskim Cmentarzu Wojennym, uroczystość upamiętniająca to wydarzenie. – Oddajemy hołd Polakom, którzy torowali nam drogę do wolności - powiedziała premier Ewa Kopacz, obecna na uroczyści. Jak przypomniała TVP Info - była to ostatnia batalia polskiego II Korpusu we Włoszech, pod dowództwem gen. Władysława Andersa. – Wolność, o którą oni walczyli, zabezpieczamy dziś na wszelkie sposoby - podkreśliła Ewa Kopacz.

    Mały miś na liście ewidencyjnej żołnierzy

    Mało, kto wie, że wśród polskich żołnierzy II Korpusu gen. Władysława Andersa, był też wyjątkowy kapral bez nazwiska, o imieniu Wojtek. W kwietniu 1942 roku żołnierze gen. Andersa, w drodze z Iranu do Palestyny, odkupili za parę puszek konserw małego niedźwiadka brunatnego, od przygodnego perskiego chłopca. Niedźwiadek był malutki, nie umiał nawet jeszcze jeść. Żołnierze traktowali go jak dziecko, karmili rozcieńczonym skondensowanym mlekiem z butelki po wódce i smoczkiem skręconym ze szmat.

    Misia oficjalnie ujęto na stan ewidencyjny 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii, z którą to jednostką przeszedł cały szlak bojowy: z Iranu przez Irak, Syrię, Palestynę, Egipt do Włoch, a po demobilizacji - do Wielkiej Brytanii.

    Zaopiekowały troskliwie, szybko rósł dojrzewał i włączał się chętnie do wyznaczanych zadań wojskowych. Nabył też ulubionych przysmaków, jakimi były owoce, słodkie syropy, marmolada, miód i piwo, które dostawał w nagrodę za dobre zachowanie. Jadał i spał razem z żołnierzami w namiocie. Kiedy urósł, dostał sypialnię w dużej drewnianej skrzyni, ponieważ nie lubił samotności, często w nocy chodził przytulać się do śpiących w namiocie żołnierzy. Był łagodnym zwierzakiem z pełnym zaufaniem do ludzi. Budził czasem zabawne sytuacje z udziałem obcych żołnierzy lub ludności cywilnej.

    Piekielnie ciężkie skrzynie z amunicją

    Wojtek uwielbiał jazdę wojskowymi ciężarówkami – w szoferce, a czasami na pace, czym wzbudzał dużą sensację na drodze. Lubił także zapasy z żołnierzami, które zwykle kończyły się jego zwycięstwem, gdy żołnierz pokonany - leżał "na łopatkach" niedźwiedź lizał go po twarzy. Zasłużył się m.in. podczas działań wojennych pod Monte Cassino.

    Kapral Wojtek pomagał wtedy pozostałym żołnierzom nosić ciężkie skrzynie z amunicją artyleryjską i nigdy nie zdarzyło się jemu żadnej upuścić, choć każda ważyła 120 kg. Potrafił nawet sam układać piekielnie ciężkie trzy skrzynie w pozycji jedna na drugą. Od tamtej pory, Wojtek z pociskiem w łapach, stał się symbolem 22 Kompanii. Odznakę taką umieszczono na samochodach wojskowych, proporczykach i mundurach żołnierzy.

    Wojtek wylądował w ZOO w Szkocji

    Po zakończeniu wojny, 22 Kompania Zaopatrywania Artylerii - jako część II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych – przewieziona została do Glasgow w Szkocji, a razem z nią niedźwiedź Wojtek. Kompania stacjonowała w Winfield Park, a kapral Wojtek został ulubieńcem całego obozu i okolicznej ludności. Stał się też tematem licznych publikacji prasowych. Miejscowe Towarzystwo Polsko-Szkockie mianowało go swoim członkiem. Na uroczystości przyjęcia do Towarzystwa, obdarowany został ulubioną butelką piwa.

    Po demobilizacji jednostki wojskowej, zapadła bardzo smutna decyzja oddania niedźwiedzia do ogrodu zoologicznego w Edynburgu. Dyrektor ZOO zgodził się zaopiekować kapralem Wojtkiem i nie oddać go nikomu, bez zezwolenia dowódcy kompanii mjr. Antoniego Chełkowskiego. 15 listopada 1947 roku był dniem rozstania z kombatantem niedźwiedziem Wojtkiem. Koledzy z kompanii w cywilu wielokrotnie odwiedzali Wojtka i przekraczali, często bez zgody pracowników ZOO, ogrodzenie.

    Kombatant Wojtek, kapral 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii Wojtek - urodzony w 1941 r. w pobliżu Hamadan w Persji - zmarł 2 grudnia 1963 roku w wieku 22 lat. O jego śmierci poinformowały wówczas brytyjskie stacje radiowe. W wieku dojrzałym ważył blisko 500 funtów (ok. 250 kg) i mierzył 185 cm.

    Kapral Wojtek ma pomniki, filmy i muzykę

    Owiany legendą i zasłużony w działaniach wojennych, dzielny polski niedźwiedź-żołnierz Wojtek, został m.in. upamiętniony: tablicą pamiątkową w ZOO w Edynburgu, pomnikiem Wojtka niosącego artyleryjski pocisk, w angielskim miasteczku Grimsby, pomnikiem niedźwiedzia, autorstwa artysty rzeźbiarza Wojciecha Batko w Krakowie, w parku im. Henryka Jordana odsłoniętym 18 maja 2014 roku, w 70. rocznicę zdobycia klasztoru Monte Cassino przez żołnierzy II Korpusu pod dowództwem gen. Andersa, rzeźbą w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie.

    Kapral niedźwiedź ma od 3 lat w jednym z angielskich browarów swoje piwo z nazwą "Wojtek". Również od kilku lat ma nowe pomniki w kraju - w Szymbarku w powiecie kartuskim na Kaszubach z brązu i na Placu Słowiańskim w Żaganiu. W Imperial War Museum w Londynie oraz w Kanadyjskim Muzeum Wojny w Ottawie, są jego imienia plakiety.

    Na jego cześć i ku pamięci powstała muzyka związana z kapralem Wojtkiem i kilka piosenek zespołów angielskich i polskich. Powstały też dwa filmy dokumentalne BBC i TVP o żołnierzu i kombatancie Wojtku oraz polski film dokumentalny "Piwko dla niedźwiedzia!", w reż. Marii Dłużewskiej.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Polski Cmentarz Wojenny w Bolonii-San Lazzaro di Savena. Foto: radaopwim.gov.pl.google.com i niedźwiedź Wojtek - bohater spod Monte Cassino. Foto: izbaskarbow.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #asteroida #neo #ziemia Do Ziemi zbliża się groźna asteroida 2012 TC4

    Gdyby okazało się, że asteroida uderzyła w Ziemię, co - zdaniem części uczonych - mogłoby nastąpić w 2017 roku, to albo tego nie moglibyśmy dostrzec, albo odczulibyśmy katastrofalne skutki.

    W rozległym wszechświecie krążą niezliczone ilości kosmicznych kamieni, które co jakiś czas, grożą Ziemi. Ich drobinki spadają tonami przez okrągłą dobę na naszą planetę. A rocznie na Ziemię spada 40 tys. ton pyłu kosmicznego. Na szczęście rzadkością jest to, co zdarzyło się w syberyjskiej tajdze w 1908 roku, gdy kamień kosmiczny spowodował wielką katastrofę tunguską, a kilka lat temu nad Czelabińskiem eksplodował z ogromną siłą, płonący kosmiczny "kamyczek" (meteor) o wadze 10 tys. ton.

    Mimo wszystko, amerykańscy uczeni mają obecnie dla nas złe wieści z Kosmosu. Za dwa i pół roku - 12 października 2017 roku – odkryta przed trzema laty asteroida 2012 TC4, znajdzie się w bardzo niebezpiecznej odległości od naszej planety. Czy wobec tego grozi nam katastrofa? Na razie nie wiadomo. Wiedza na temat tej kosmicznej skały jest zbyt uboga. Badania trwają.

    Asteroida 2012 TC4 zagraża Ziemi?

    Tymczasem trzy miesiące temu, o włos minęła Ziemię asteroida, która podróżuje w towarzystwie innego mniejszego obiektu. Zdaniem astronomów, kompanem kosmicznej skały, jest jej naturalny księżyc.

    Astronomowie na całym świecie wypatrują tzw. NEO – obiektów położonych blisko Ziemi. To planetoidy, komety i duże meteoroidy, których orbity układają się blisko orbity Ziemi, więc z tego względu mogą stanowić dla nas niebezpieczeństwo. Gdyby akurat okazałoby się, że któreś z tych ciał niebieskich znalazło się na kursie kolizyjnym z naszą planetą - musielibyśmy liczyć się z poważnymi problemami.

    Jedynym z obiektów NEO – jak się okazuje - jest asteroida 2012 TC4, odkryta w początkach kwietnia 2012 roku, za pomocą teleskopów ulokowanych na Hawajach. Na razie astronomowie nie umieją zbyt wiele konkretów powiedzieć o tej planetoidzie. Nie znają nawet jej wymiarów, szacują tylko, że może mieć wielkość w przedziale między 10 a 40 m. Dla porównania – meteor o średnicy 17 m, który w lutym 2013 roku eksplodował nad Czelabińskiem, zranił 1500 osób i spalił lub zniszczył ponad 7 tys. budynków.

    Ryzyko ziemskiej katastrofy żadne?

    Jeżeli okazałoby się, że asteroida 2012 TC4 uderzyła w Ziemię, co - zdaniem części uczonych - mogłoby nastąpić w październiku 2017 roku, moglibyśmy albo tego nie dostrzec - w przypadku jej średnicy 10-metrowej, albo odczuć katastrofalne skutki, gdyby okazało się, że ma średnicę 40 m.

    Według pani doktor Judit Gyorgyey-Ries, z Katedry Astronomii amerykańskiego Uniwersytetu w Teksasie, istnieje 0,00055 proc. prawdopodobieństwa, że asteroida 2012 TC4, uderzy w Ziemię. Jak pokreśliła uczona, najmniejsza możliwa odległość między orbitami tej planetoidy i Ziemi, wynosi zaledwie 30 367 km.

    Japońska JAXA i amerykańska NASA uspokajają

    Niepotrzebny niepokój – uspokaja japoński uczony. Mokoto Yoshikawa z Japońskiej Agencji Kosmicznej (JAXA), członek Międzynarodowej Unii Astronomicznej, jest przekonany, że asteroida nie stanowi zagrożenia dla Ziemi.

    Owszem – odległość planetoidy od Ziemi jest niewielka, "ale nie jest jednoznaczna z kolizją" - przyznał. Także zdaniem jednej z komórek agencji NASA, zajmującej się obiektami NEO, nie ma szans na to, że asteroida 2012 TC4 uderzy w naszą planetę.

    Amerykańska Agencja Kosmiczna, na jesieni 2014 roku udostępniła plan przechwycenia asteroidy. Według projektu Amerykanów, sonda kosmiczna dostarczałaby na Księżyc obiekt kosmiczny, z którego astronauci pobraliby próbki i przetransportowali je na Ziemię. Już niedługo, bo za dwa lata, zobaczymy jak sobie z tą kwestią poradzą.
    Źródło: tvnmeteo.tvn24.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Asteroida 2012 TC4 uderzy w Ziemię? Foto: tvnmeteo.tvn24.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: P........z, Nie_umre_za_ciebie +4 innych
  •  

    #stan #nauka #potwor #film #ocean Uczeni nagrali film z diabelską rybą z głębin
    #stan #nauka #potwor #film #ocean Naukowcy mają film z "czarnym diabłem morskim"

    Życie na Ziemi wciąż jeszcze nie jest w pełni zbadane. Naukowcy odkrywają, co jakiś czas nowe gatunki roślin i zwierząt, żyjących w lasach, górach, morzach i oceanach. Tym razem odkryli "czarnego diabła" z morskich głębin.

    Badacze Monterey Bay Aquarium Research Institute (MBARI) opublikowali niezwykły film z morskich głębin. Automatyczna kamera zarejestrowała około 600 metrów pod wodą niewielką, drapieżną rybę głębinową z rodziny Melanocetidae, należącą do rzędu żabnicokształtnych. Przeraża wyglądem, choć dla nauki jest wyjątkowym gatunkiem. Wygląd ryby nie pozostawia wątpliwości, dlaczego część uczonych nazywa ją czasem, "czarnym diabłem morskim". Ostatnio odkryty morski "potwór" ma wybity ząb.

    Melanocetidae – to monotypowa rodzina morskich, drapieżnych ryb głębinowych z rzędu żabnicokształtnych, wyróżniających się obecnością 12–17 promieni w płetwie grzbietowej i 3–4 promieni, w płetwie odbytowej (Wikipedia).

    Uczeni z instytutu MBARI skierowali dla swoich zadań, podwodnego robota typu ROV, do badań podmorskiego rowu Monterey Canyon, który u wybrzeży Kalifornii sięga w głąb Oceanu Spokojnego, na odległość ponad 150 kilometrów. I właśnie tam robot napotkał niezwykłą rybę. Sprytny ROV sfotografował i sfilmował rybę w jej naturalnym środowisku, następnie naukowcy odłowili ją i dostarczyli do laboratorium. Drapieżna ryba głębinowa, wyjęta z jej środowiska, przebywa w specjalnym akwarium, naukowcy są w obawie, że jednak nie pożyje zbyt długo.

    Według jednego z badaczy MBARI, ten gatunek ryb określanych morskim "potworem", obserwuje się wyjątkowo rzadko. Do podobnych obserwacji doszło do tej pory zaledwie kilka razy. A opublikowany film jest prawdopodobnie pierwszym w swoim rodzaju. Osobnik "czarnego diabła morskiego" ma zaledwie 9 cm długości, charakterystyczny świetlny "wabik" nad głową i potężną, uzbrojoną w zęby, paszczę. W kompletnych ciemnościach morskich głębin, jej światełko wabi potencjalne ofiary w pobliże paszczy, która przy sprzyjającej odległości, dopełnia formalności.

    Złowiony osobnik jest samicą. Samce są dużo mniejsze, nie mają "wabików" i są na ogół niezdolne do samodzielnego odżywiania. Gdy znajdą zainteresowaną samicę, sprytnie przyłączają się do niej, oferują nasienie - w zamian za "wikt i opierunek". Bohaterka filmu, ma za sobą zapewne jakieś trudne przeżycie, jeden z jej zębów został wybity. Nie jest wiadome czy u tego gatunku zęby mogą odrastać.

    Instytut MBARI to prywatne amerykańskie centrum badań oceanograficznych w Moss Landing, w Kalifornii (USA). Zatrudnia około 220 naukowców i inżynierów oraz pracowników operacyjnych i administracyjnych. MBARI ma na celu opracowywanie nowych narzędzi i metod do badania oceanu.

    Źródło: rmf24.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - czarny diabeł morski. Zobacz diabelską rybę z głębin. Foto: rmf24.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #stres #emocja #psycholog Fruwające naczynia na rozładowanie stresu?

    Nie trzeba czekać aż złość w nas "urośnie" i nie pozwalać jej wybuchać ze zdwojoną siłą. – Trzeba ją wygaszać tak szybko, jak to możliwe – mówi psycholog. – Niektórzy wkładają głowę do zamrażalnika lub pod kran, aby odwieść od siebie złe emocje.

    Moja znajoma nie miała łatwego startu w dorosłe życie. Jako piękna, inteligentna blondynka, dobra uczennica, postanowiła tuż przed maturą, rzucić szkolę i wyjść za mąż. Rzuciła i wyszła. Zdawało się, trafiła szczęśliwie, jak w Totolotka. Mąż sędzia sądu rejonowego, gość z wysokim autorytetem, mężczyzna elegancki, przystojny, wysoki - dobrze osadzony społecznie i zawodowo, czyż kogoś lepszego można oczekiwać?

    To nie jest antidotum na złe relacje

    Idylla ślicznej licealistki-mężatki trwała krotko. Pogodne, beztroskie życie szybko się skończyło, niemal wraz z okresem miodowym. Po ślubie podjęła szkołę wieczorową i pracę zawodową. Marzyła, aby zdobyć maturę i pójść na studia. Niestety, każdy powrót do domu, kończył się źle, czasem bardzo źle. Były kłótnie, wyzwiska i bijatyki. Leciały w jej kierunku brzydkie słowa i różne przedmioty. Fruwały doniczki z kwiatami, talerze, naczynia… Nastała trudna do opisania gehenna. Przez zazdrość, złość, fałszywą miłość. Mąż podejrzewał żonę o wszystko…, co najgorsze.

    Dlaczego nastał taki ohydny czas w ich króciutkim pożyciu małżeński? O co w tym trudnym związku poszło? O co w ogóle chodziło? Czy potrafili to wyartykułować? – Ludzi, którym na czymś zależy, denerwuje wiele rzeczy – tłumaczy w "Poranku OnLine" psycholog, trener osobisty Miłosz Brzeziński. – To oznacza, że mają jakąś koncepcję świata i próbują do niej dążyć.

    Rzucanie naczyniami znane jest od niepamiętnych czasów. I nie chodzi absolutnie o zawody w rzucaniu… czymkolwiek. Rzucanie naczyniami nie jest dobrym sposobem rozładowania stresu ani naprawiania zepsutych relacji.

    Wtedy "poziom zdenerwowania opadnie"

    Zdaniem Miłosza Brzezińskiego - nie warto czekać, aż złość w nas "urośnie" pod niebo i nie należy pozwalać jej wybuchać ze zdwojoną siłą. – Trzeba ją od początku wygaszać tak szybko, jak tylko to możliwe, każdym możliwym sposobem – mówi psycholog. – Niektórzy wkładają głowę do zamrażalnika lub pod kran, inni liczą od 378 w dół, aby skupić się na czymś innym niż złe emocje.

    Jedną ze znakomitych i skutecznych - według ekspertów - metod na uspokojenie silnych złych emocji, jest właściwe oddychanie, zwane zasadą "5, 7, 8". – Pięć sekund wdechu, siedem - zatrzymania powietrza i osiem - wydechu – mówi psycholog Brzeziński. – To, wbrew pozorom, trwa strasznie długo, więc jeśli powtórzymy ćwiczenie cztery razy pod rząd, poziom zdenerwowania opadnie. Tak wynika z praktyki.

    Mózg realizuje taki cel, jaki określimy

    Jak przekonuje gość radiowej Czwórki, egzaminu podczas rozładowywania agresji, nie zdaje rzucanie naczyniami, ani innymi przedmiotami. – To działa wręcz przeciwnie – mówi psycholog. Dlaczego? Bo złe emocje czy agresja mają głębokie uwarunkowania psychologiczne. Pochodzą zresztą od dalekich praprzodków i tkwią do tej pory w naszym mózgu, jako nabyty balast uczuć i wrażeń, zdolnych do odtwarzania w różnych sytuacjach życiowych, najczęściej negatywnych.

    Umysł ludzki ma m.in. krótko, średnio i długoterminowe zadania do wykonania, w różnym stopniu przeplatające się i wpływające na siebie. Jeśli ktoś zleci mu, poprzez myślenie o tym, planowanie, zadawanie się z bandytami, czy bandyckie postępowanie, to takie długoterminowe zadanie umysł będzie realizował, podpowiadając i inspirując, co należy w osiągnięciu zamierzonego celu czynić – twierdzą znawcy zagadnienia.

    Jeśli planowany będzie przez nas zdrowy, konstruktywny tryb życia, to taki cel umysł będzie starał się realizować. Stąd bardzo ważny jest pierwszy okres życia, decydujące znaczenie mają wzorce, ideały, jakie otrzymamy na początku. Należy tu uwzględnić wrażliwców, indywidualistów, przekorę, wszak nie każdy nadaje się do realizacji pozytywnego przekazu, a do wielu rzeczy trzeba dojrzeć.

    Odbieramy i współodczuwamy cudze emocje

    Znacząca część naszego mózgu, zajmuje się tym, co mają w głowach inni ludzie. Mówiąc inaczej – mózg jest wpływowy tak, jak i my jesteśmy wpływowi. Dzięki neuronom lustrzanym, odbieramy i odczuwamy cudze emocje, nie ważne - dobre czy złe. Dzieje się to w ten sposób, że odbieramy emocje za pośrednictwem wyrazu czyichś oczu, mimiki, intonacji głosu, zachowania, treści przekazu, czyli tzw. mowy ciała.

    Tak więc empatia - odbieranie i współodczuwanie cudzych emocji - nie ma nic wspólnego ze zdolnościami paranormalnymi. To umiejętność, którą posiedliśmy wszyscy, tylko nie wszyscy korzystamy z niej w jednakowym stopniu. Za to, że przejmujemy stres kolegi lub członka rodziny, który miał scysję z szefem, mężem, żoną, siostrą bratem itp., odpowiadają nasze neurony lustrzane.

    A co do losu mojej znajomej, dzięki pracy i wytrwałości zdobyła maturę, nie zrobiła jednak studiów. Marzenia jej spełniła córka, która ukończyła studia z ekonomii. Nieszczęśliwa matka szczęśliwie w porę odeszła od męża frustrata i awanturnika. Potem życie ułożyła sobie na nowo, w spokoju, kulturze i wzajemnym poszanowaniu.
    Źródło: polskieradio.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Awantura w związku. Jak się nie kłócić. Foto: polki.plgoogle.com. Dwa niedźwiedzie walczą o jedną rybę. Foto: milanos.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #gliese581g #planeta Mamy już miejsce emigracji: planeta Gliese 581g

    Planeta owa ma być prawie identycznej wielkości jak Ziemia i ma identyczny odsetek średniej odległości od gwiazdy, jak Ziemia od Słońca, co oznacza, że jest ona w obszarze, w którym może utrzymać się woda w stanie płynnym.

    Naukowcy w różnym krajach świata, od dłuższego czasu poszukują w rozległym kosmosie "obcych" i twierdzą, że za 10 lat znajdą ich. Poszukują również dogodnego miejsca dla osiedlenia mieszkańców naszej planety, którzy za jakiś czas – czy tego zechcą czy nie – będą musieli opuścić Ziemię. Człowiek zbyt wiele uczynił złego dla swojej planety i teraz może być już tylko gorzej. Nikt nigdy nie zdoła odbudować poczynionych zniszczeń w naturze globu. Zatem nasi praprawnukowie będą zmuszeni do emigracji z Ziemi. Stanie się to nie wcześniej jak za kilkaset lat.

    Miejsce na emigrację kosmiczną – według uczonych z NASA – już mamy. To wcale nie jest Mars, o którym głośno obecnie, lecz egzoplaneta Gliese 581g, z gwiazdozbioru Wagi. Nie znaczy to, że tam – na Gliese 581g - ludzie mogą się z łatwością wybrać i osiedlić. Zbyt wielka odległość dzieli ją od Ziemi. W każdym razie jest inny nowy cel ludzkiej kolonizacji. Tajemnicza egzoplaneta - spośród wszystkich, jakie znamy - została uznana przez wybitnych ekspertów, za najbardziej przydatną i nadającą się do zamieszkania.

    Ranking odnalezionych dotąd we wszechświecie i zbadanych, jak na nasze aktualne możliwości egzoplanet, został opracowany przez badaczy różnych dziedzin, z University of Puerto Rico w Portoryko. Ma on wskazać zdolność danej planety do podtrzymania życia. Najlepsze warunki ma oczywiście Ziemia, której nadano współczynnik 1.0 - wyznaczający typ idealny. Gliese 581g w tej kategorii została oszacowana na 0,91. To dużo lepiej niż Mars - Czerwona Planeta ma współczynnik tylko 0,66.

    System czerwonego karła Gliese 581 jest – zdaniem uczonych - niezwykle obiecujący. Naukowcy uważają, że gwiazda ta ma, co najmniej cztery planety, a dwie spośród nich mogą nadawać się do zamieszkania przez ludzi. Mowa o Gliese 581d i 581g. Patrząc na liczbę w nazwie planety, trzeba zwrócić uwagę na literkę zawartą na końcu nazwy. Gliese 581 - to nazwa gwiazdy centralnej, a literki na końcu są znakami kolejnych planet. Obie 581d i 581g znalazły się w rankingu, przy czym 581g - na samym szczycie.

    Planeta Gliese 581d, która otrzymała współczynnik 0,72, stoi tuż za granicą ekosfery, czyli strefy, zdaniem astrobiologów, mającej klimat wystarczająco ciepły, aby utrzymać tam wodę w stanie ciekłym, zatem po to, aby zaistniało tam – w ziemskim rozumieniu - życie. Jednak jest to na tyle blisko tej granicy, że uczeni wierzą, iż jest tam płynna woda. W jej dalszym utrzymaniu może pomóc gęsta atmosfera, powodująca efekt cieplarniany.

    Zainteresowanie badaczy zwróciła także inna planeta z tego samego układu - Gliese 581g. Ma być prawie identycznej wielkości jak nasza Ziemia. Średnia odległość od gwiazdy macierzystej wynosi 0,146 jednostki astronomicznej, czyli identyczny jak odsetek średniej odległości Ziemi od Słońca, co oznacza, że planeta jest z strefie Goldilocka. To obszar, w którym planeta może utrzymać wodę w stanie płynnym.

    Największy problem polega jednak na tym, że nie wiadomo do końca, czy na pewno ona istnieje. Najnowsze dane z badań wskazują, że istnieje, ale trzeba przyznać, że Gliese 581g nikt nigdy nie widział na własne oczy. Innym nie mniej istotnym problemem jest odległość. System Gliese 581 znajduje się "zaledwie" 20 lat świetlnych od naszego globu. Obie kwestie wymagają jeszcze dalszych badań.
    Źródło: polskieradio.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym – gwiazda Gliese 581. This artist's conception shows the inner four planets of the Gliese 581 system and their host star. Foto: nasa.gov.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #kosmos #zycie Za 10 lat według NASA będziemy znali "obcych"

    Teleskop Hubble’a pozwolił odkryć ślady słonej wody na jednym z księżyców Jowisza. Woda ma być – według opinii uczonych - pod powierzchnią gruntu księżyca. A wszędzie tam, gdzie jest woda, możliwe jest życie.

    – Wiemy, jak i gdzie szukać – deklaruje amerykańska agencja rządowa NASA i zapowiada, że do 2025 roku będzie mieć pierwsze dowody na istnienie żywych istot w dalekim kosmosie. Zdaniem naukowców w okresie najbliższych 20 do 30 lat będzie możliwe tego dowieść w sposób, jaki nie pozostawia żadnych wątpliwości.

    Przedstawiciele uczonych NASA przyznają jednak, że potencjalni "obcy" z kosmosu raczej nie będą przypominać postaci z filmów science fiction, a proste drobnoustroje. Mimo to naukowcy nie tracą zapału w dalszej pracy poszukiwawczej. – Mamy odpowiednią technologię. Myślę, że zdecydowanie jesteśmy na dobrej drodze – mówi Ellen Stofan, główny naukowiec NASA.

    Uczeni z rządowej instytucji USA, odkryli już kilka ciał niebieskich, na których znaleźli ślady wody. A to już może być potencjalnym miejscem życia. Bo jeśli gdzieś jest woda, prawdopodobnie są tam także istoty żywe.

    "Dzięki teleskopowi Hubble’a udało się odkryć ślady słonej wody na jednym z księżyców Jupitera" – podała niedawno NASA. Woda ma się znajdować – według przypuszczeń uczonych - pod powierzchnią księżyca o dobrze nam znanej nazwie Europa, między dwoma warstwami lodu.

    Jupiter to pierwotna nazwa Jowisza – piątej w kolejności oddalenia od Słońca i największej planety Układu Słonecznego. Jego masa jest niewiele mniejsza niż tysięczna masy Słońca, a zarazem dwa i pół raza większa, niż łączna masa wszystkich innych planet Układu Słonecznego. Razem z Saturnem, Uranem i Neptunem tworzy grupę olbrzymów gazowych, nazywaną czasem także planetami jowiszowymi.

    Planeta owa była znana astronomom w czasach starożytnych. Nazwę nadali jej antyczni Rzymianie. Planetę wiązano z mitologią i wierzeniami religijnymi wielu ówczesnych kultur. Rzymianie nazwali planetę na cześć głównego bóstwa swojej mitologii – Jowisza.
    Źródło: tvp.info.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Jowisz. Fotomontaż systemu Jowisza - cztery księżyce galilejskie: Kalisto, Ganimedes, Europa i Io. Foto: chasm.cba.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #dron #internet #swiat Wkrótce dron dostarczy Internet wszędzie

    - Samoloty tego typu pomogą połączyć z siecią cały świat. Posłużą 10 proc. populacji, która żyje dzisiaj poza istniejącą infrastrukturą internetową - podkreśla szef serwisu społecznościowego Facebooka, Mark Zuckerberg.

    Świat na pięknej, zielonej planecie Ziemi, nie jest jeszcze dokładnie poznany, a tu – niemal z dnia na dzień - wchodzą takie nowości, których nie tylko nie znamy, ale i ogromnie podziwiamy. Pomińmy ich nazwy i tytuły. Wspomnijmy, ot takie choćby cuda, jak: Google, Facebook, rakiety, satelity, samoloty niewidzialne i czołgi, lotniskowce, łaziki marsjańskie (szczególnie polskie), a teraz słyszymy o dronach.

    Właśnie firma amerykańska Facebook, pokazała projekt - napędzanego energią słoneczną - samolotu bezzałogowego Aquila, który z dużej wysokości ma dostarczać Internet, jak dobrze pójdzie, takim odbiorcom na świecie, którzy są poza zasięgiem sieci.

    Dron Aquila zostanie wyposażony w baterie słoneczne, umieszczone na skrzydłach o rozstawie porównywalnym do podobnego rozstawu w Boeingu 767 (w zależności od wersji wynosi on od ponad 47 m do prawie 53 m). Masa drona ma być dużo mniejsza od wagi małego samolotu.

    Według planu - jak wyjaśnił Mike Schroepfer, przedstawiciel w firmie Facebook, który odpowiada za rozwój technologiczny i naukowy - maszyna miałaby latać nad danym obszarem na wysokości 65-90 tys. stóp i emitować za pomocą laserów, sygnał, który będzie umożliwiał dostęp do Internetu.

    - Samoloty tego typu pomogą połączyć z siecią cały świat, ponieważ posłużą 10 procentowej populacji, która żyje poza istniejącą infrastrukturą internetową - podkreśla szef serwisu społecznościowego Facebooka, Mark Zuckerberg.

    W ubiegłym roku Facebook pozyskał pięcioosobowy zespół inżynierów z Wielkiej Brytanii, który opracował projekt najdłużej latającego samolotu bezzałogowego, napędzanego energią słoneczną - Zephyr. Dalsze loty testowe nowej wersji maszyny bezzałogowej planowane są na lato 2015 roku.
    Źródło: polskieradio.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - dron Facebooka ma dostarczać Internet wszędzie. Foto: giznet.pl.google.com.
    pokaż całość

    +: 8_in, d..........4 +6 innych
    •  

      @stanislaw-cybruch: jeżeli gdzieś nie ma internetu, to raczej dlatego, że nie ma na to popytu i mieszkańcy tak czy siak nie mają zapewne nawet komputera (bo gdzie oni chcą to dostarczać, Afryka?) Poza tym, jak cały ruch sieciowy tych 10% populacji miałby iść przez ich urządzenia, to pewnie byłaby niezła inwigilacja milionów ludzi...

  •  

    #stan #polityka #duda #kandydat Andrzej Duda znowu wyłożył się. Przez agitację mamy

    "Jestem mamą Andrzeja Dudy, który startuje jako ten..., jako kandydat na prezydenta. I potrzebne mi jest (...). Prosił mnie, jeśli mogę, zebrać od studentów podpisy.

    Andrzej Duda, rubasznie uśmiechnięty kandydat PiS na prezydenta, niby otrząsnął się już co nieco z kurzu SKOK-ów, aż tu nagle poleciał znowu gruz wyborczy, na jego głowę pełną troski, o zwycięstwo. Profesor dr hab. inż. Janina Milewska-Duda, podczas wykładu na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, poprosiła studentów o podpisy pod listami poparcia dla jej syna – kandydata PiS na prezydenta Andrzeja Dudy – informuje serwis fakty.interia.pl.

    "Kandydat PiS na prezydenta wyłożył się na całego. Poprosił mamę, by zbierała na niego podpisy... na uczelni!" - donosi tabloidowy "Fakt". Zdumiony Andrzej Duda, w wyraźnie posępnym tonie, zaprzecza wszystkiemu. "Nie pomyślałbym nawet by Rodziców do czegokolwiek namawiać..." – oświadczył krótko na Twitterze.

    "Jestem mamą Andrzeja Dudy, który startuje, jako kandydat na prezydenta. Prosił jeśli mogę, zebrać od studentów podpisy, więc kto będzie chciał, proszę mi się tutaj podpisać na listy, ja tak poślę rzędami. Oczywiście jest to nieformalna sprawa. Tego na zajęciach robić nie wolno" - miała powiedzieć - według "Faktu" – prof. Janina Milewska-Duda, na rozpoczęcie zajęcia ze studentami na krakowskiej AGH.

    Jak zastrzega wścibski tabloid "Fakt", który słynie ze zbierania faktów, dowodem na całe to nieco cyrkowe wydarzenie jest nagranie, wykonane przez jednego ze studentów Wydziału Energetyki i Paliw Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

    "Zanim przejdę do tematu, to jeszcze pozwolę sobie - dyskretnie! - zrobić taka prywatę na zajęciach. Pierwsze zajęcia, więc sobie na to pozwalam. Mianowicie, jestem mamą Andrzeja Dudy, który startuje jako ten..., jako kandydat na prezydenta. I potrzebne mi jest (...). Prosił mnie, jeśli mogę, zebrać od studentów podpisy. Kto będzie chciał, proszę mi się tutaj podpisać na listy, ja tak poślę rzędami" - usłyszeli studenci krakowskiej zacnej uczelni AGH.

    "Na prośbę syna, doktora prawa, prawo złamała mama, bo w szkołach agitować nie wolno. A zaledwie kilka tygodni temu, PiS zaciekle krytykował sztab Bronisława Komorowskiego, który do kampanii zaangażował dzieci" - analizuje i przypomina na pierwszej stronie swojego wydania, tabloid.

    Do sprawy niemal natychmiast odniósł się Andrzej Duda. "Nie pomyślałbym nawet, by Rodziców do czegokolwiek namawiać... Mama to Mama. A podpis to nie głos" - napisał kandydat PiS na prezydenta, gdy na Twitterze zjawiła się środowa okładka tabloidu. Co napisał to napisał, ale jednak ciśnie się tutaj stosowne pytanie: ile jeszcze kandydat PiS na prezydenta RP – radośnie uśmiechnięty doktor prawa - nakłamie w kampanii, zanim wyborcy, staną przed urnami, aby powiedzieć mu krzyżykami na listach wyborczych, zdecydowane "NIE".
    Źródło: fakty.interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - 7e3ffd8a6c0119e81c7235d950cdea8b andrzej duda. Foto: wpolityce.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #wiatrak #budowa #energetyka Budowa wiatraków w kraju mocno przygasa

    Motorem napędu w działaniu i wzrostu mocy energetycznej z OZE, są w Unii Europejskiej od lat Niemcy, które łącznie z zainstalowanymi w zeszłym roku farmami wiatrowymi, mają już 39,16 GW; Polska ma dziesięć razy mniej.

    Nasz kraj ma coraz mniej czasu na poszukiwanie dróg zapewnienia wystarczającej wielkości mocy energetycznej. Stajemy w obliczu zagrożeń braku energii elektrycznej w najbliższych latach. Stare elektrownie węglowe ledwo zipią, mając za sobą pracę kilkudziesięciu lat, a nowe inwestycje rodzą się w bólach. Zapowiadana szumnie od dawna elektrownia atomowa wciąż jeszcze pozostaje na papierach polityków.

    Także inwestycje energetyczne w moce napędzane wiatrem nie nabierają właściwego tempa. W minionym roku powstało ich w kraju dwa razy mniej niż w 2013 roku. Ogółem zbudowano zaledwie ponad 444 MW z wiatraków. Oznacza to – według "Rzeczpospolitej" - dwukrotnie mniej niż w najlepszych latach: 2012 i 2013, kiedy budowaliśmy po blisko 900 MW rocznie.

    Niepewne regulacje i ryzyko opóźnienia

    Jedną z głównych przyczyn wyraźnego spadku rok tomu, była niepewność inwestycyjna, która wynikała z braku ustawy regulującej zasady budowy odnawialnych źródeł energii (OZE). Mówiąc bardziej konkretnie, spadek inwestycji "rósł wraz z publikacją kolejnych wersji projektu ustawy, o odnawialnych źródłach energii (OZE)".

    – Inwestorzy nie mieli pewności, w jakim systemie wsparcia ukończą inwestycje. Coraz trudniej było też uzyskać finansowanie w bankach – wyjaśnia Arkadiusz Sekściński, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (PSEW). Według niego, dla inwestorów dużym wyzwaniem jest słabo zmodernizowana w kraju sieć energetyczna i dostępność przyłączy dla nowych źródeł OZE. Z tej przyczyny rezygnują z realizacji projektów, nie tylko międzynarodowe firmy energetyczne, ale i nasi lokalni inwestorzy.

    Bieżący rok również nie będzie należał – zdaniem ekspertów - do rekordowych pod względem nowych mocy. Wprawdzie – według szacunków PSEW – zaplanowano budowę 500–600 MW napędzanych wiatrem, gdyż wiele firm mających zaawansowane projekty farm wiatrowych, jak np. PGE, RWE i Enea, chce lokować inwestycje do końca 2015 roku, ale nie znaczy to, że zaczną. Jak sygnalizuje PSEW, niektóre z planowanych zadań, zwłaszcza tych z terminem zakończenia w III i IV kwartale, są narażone na dodatkowe ryzyko możliwego opóźnienia.

    Aukcje wsparciem nowego systemu inwestycji

    Tacy właśnie inwestorzy mogą nie zdążyć, z oddaniem farm i wyprodukowaniem przed końcem grudnia 2015 roku energii, z postawionych turbin. A to konieczny warunek, aby dostać wsparcie finansowe na dotychczasowych zasadach, czyli "jeden zielony certyfikat za jedną wyprodukowaną ekologicznie megawatogodzinę". Na ryzyko przykrych zdarzeń losowych, zwraca uwagę m.in. prezes czołowej polskiej spółki inwestującej w budowę turbin wiatrowych, Polenergia, Zbigniew Prokopowicz.

    Niezbędne postulaty branży inwestycyjnej, w sprawie wydłużenia, co najmniej do końca I kwartału 2016 roku, okresu przejściowego dla zielonych certyfikatów, nie zostały przez decydentów spełnione i nie wprowadzono go do projektu ustawy o OZE. Bez tego, wiceprezes Arkadiusz Sekściński przewiduje wystąpienie luki inwestycyjnej, aż do momentu ogłoszenia warunków pierwszej aukcji na zieloną energię. Aukcje mają być podstawą nowego systemu wsparcia inwestycji.

    Niemcy są liderem w inwestycjach OZE

    To zapewne jedynie Polska wśród państw unijnych ma takie problemy. Według mediów, w krajach UE energetyka wiatrowa rozwija się bardzo dynamicznie. Przodują nie tylko Niemcy a za nimi znacząco podąża Wielka Brytania. W roku biegłym przyrost mocy w technologii wiatrowej sięgnął 3,8 proc. i obecnie w 28 państwach członkowskich Unii, działają farmy o łącznej mocy 128,75 GW.

    O rosnącym rozumieniu istoty zagadnienia i znaczenia energetyki wiatrowej w Europie, świadczy m.in. fakt, że w zeszłym roku powstało najwięcej mocy energetycznych właśnie w tej technologii: 43,7 proc., z blisko 27 GW. Na drugie miejsce weszły farmy solarne z udziałem 29,7 proc., a dopiero na trzecie - elektrownie węglowe z udziałem 12,3 procent.

    Motorem napędu w działaniu i wzrostu mocy energetycznej są w Unii Europejskiej od lat Niemcy, które łącznie z zainstalowanymi w zeszłym roku farmami wiatrowymi, mają już 39,16 GW (Polska – dziesięć razy mniej). Z każdym rokiem rośnie także w tej dziedzinie znaczenie Wielkiej Brytanii, która dysponuje już mocą wiatraków o sile blisko 12,5 GW. Ale w tych krajach obowiązują racjonalne systemy wsparcia OZE.

    Gorzej jest w tych krajach UE, gdzie mechanizm wsparcia zmieniono lub ograniczono zakres udzielanej pomocy budżetowej. I właśnie tam występują drastyczne spadki inwestycji. Widać m.in. stopniowy, coraz mniejszy roczny przyrost mocy w Hiszpanii, Danii i we Włoszech.

    Przodujące kraje ekologiczne UE

    Najbardziej ekologicznym państwem unijnym jest Szwecja, w której udział energii odnawialnej, w ogólnym zużyciu wynosi 44,4 proc. Szwedzi planują w zakresie energii ze źródeł odnawialnych zainwestować do 2020 roku tak, aby stanowiła ona 49 proc. całkowitego zużycia. To najwyżej postawiony cel we wszystkich krajach członkowskich UE. Drugie miejsce pod względem zielonej energetyki, wśród państw unijnych zajmuje Finlandia, gdzie 30,5 proc. zużytej energii pochodzi ze źródeł odnawialnych. Kraj ten planuje osiągnąć w 2020 roku 38 proc. udziału energii zielonej.

    Trzecim krajem UE w tej klasyfikacji jest Łotwa, która ma blisko 30 proc. zużywanej energii ze źródeł odnawialnych, a w 2020 roku zamierza podnieść ten odsetek do 42 proc. Na Łotwie 50-75 proc. wytwarzanej energii powstaje w dużych elektrowniach wodnych. A pozostałe źródła odnawialne mają znikome znaczenie.
    Źródła: ekonomia.rp.pl i een.org.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Elektrownie wiatrowe. Foto: egospodarka.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #slonce #dziura #burza Dziury koronalne na Słońcu przyczyną silnej burzy

    Dziura koronalna oznacza otwór w "atmosferze" Słońca, przez który wylatuje w kosmos, w różnych kierunkach, silny strumień naładowanych cząstek plazmy. Gdy trafiają w Ziemię mówimy wówczas o burzy magnetycznej; powstają nagłe i intensywne zmiany pola magnetycznego planety.

    Słońce – nasza dzienna gwiazda – dostarcza nam ostatnio wielu niezapomnianych atrakcji i wrażeń. Niedawno byliśmy świadkami największej burzy magnetycznej od ponad 10. lat i wywołanej przez nią zorzy polarnej oraz zaćmienia Słońca widzianego w całej Europie, w tym pełnego na Wyspach Owczych i Spitsbergenie. Wczoraj, 22 marca, rozpoczęła się kolejna burza magnetyczna, która znowu ma potencjał wywołania zorzy polarnej widocznej na obszarze Polski.

    Tym razem burza magnetyczna nie powstała ani przez rozbłysk, ani przez koronalny wyrzut masy czy też "hyder flare, co miało miejsce" nie tak dawno; hyder flare to rozbłysk słoneczny, czyli nagły błysk jasności Słońca. Zjawisko teraźniejszej burzy jest wynikiem działania dwóch dziur koronalnych w Słońcu, które są tak głębokie i rozległe, że zajmują blisko 10% tarczy słonecznej.

    Dziura koronalna to dosłownie otwór w "atmosferze" Słońca, przez który wylatuje w kosmos silny strumień naładowanych cząstek plazmy. Gdy trafiają one w Ziemię, mamy wówczas do czynienia z burzą magnetyczną, która może trwać nawet kilkadziesiąt godzin i wywoływać różne zjawiska. W takich okolicznościach rośnie prędkość wiatru słonecznego, który wczoraj i dziś ma już prędkość ponad 650 km/s.

    Uczeni zwracają uwagę, że nie są to zwykłe słoneczne dziury koronalne. Według astrofizyków to największe tego typu struktury od kilkunastu lat. Jedna z nich, istniejąca na południowym skraju tarczy słonecznej, zajmuje aż 6 do 8 procent jej powierzchni. Druga, ulokowana na przeciwległym biegunie, jest dużo mniejsza. Eksperci nie wiedzą, która z nich odpowiada za trwającą aktualnie burzę magnetyczną.

    Podobnie jak poprzednio, konsekwencją emisji naładowanych cząstek kosmicznych z dziury koronalnej były zorze polarne, tak i teraz można się spodziewać takich zjawisk. Będą zapewne znowu widoczne także w Polsce. Burza magnetyczna, jaką mamy obecnie, może wpływać na samopoczucie ludzi i powodować rozdrażnienie i problemy ze snem. W kolejnych dniach pole magnetyczne Ziemi powróci do stanu normalnego.
    Źródło: zmianynaziemi.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - gigantyczna koronalna dziura na Słońcu. Foto: geekweek.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #rydzyk #radio #telefon Według Giertycha w Radiu Maryja działa tajny telefon

    Dyrektor radia i telewizji katolickiej o. Rydzyk, ma specjalną tajną linię telefoniczną, udostępnianą ważnym i zaufanym politykom, przychylnym duchownemu, poprzez którą zawsze dostaną czas na antenie – zdradza mec. Giertych.

    Tadeusz Rydzyk to bez wątpienia najbogatszy duchowny w Polsce. Ma nie tylko silne instytucje medialne z rozgłośnią Radia Maryja i Telewizją Trwam, ale i potężny zespół szkół oraz kompleks religijno-wypoczynkowy Centrum Polonia in Tertio Millennio, w którym będą hotele, baseny geotermalne, SPA, przystań kajakowa i ogromny piętrowy ze złotą kopułą, nowoczesny - na miarę XXI wieku - kościół.

    Jak mówi mecenas Roman Giertych, który zdradził tajemnicę o. Rydzyka, dyrektor radia i telewizji katolickiej ma także specjalną linię telefoniczną, udostępnianą ważnym i zaufanym politykom, przychylnym Rydzykowi, którzy zawsze dostaną czas na antenie. To właśnie z niej korzystał niedawno, gdy gościł w programie Radia Maryja kandydat na prezydenta Andrzej Duda, prezes PiS Jarosław Kaczyński.

    Ten fakt, że prawicowi politycy są blisko powiązani, więc nierozłączni z Tadeuszem Rydzykiem i jego życiowym rajem czy rozgłośnią, nikogo już nie dziwi. Zaskakujące może być jednak to, że najwierniejsi z nich, mają niemal bezpośredni dostęp do radia, poprzez specjalną (chyba też tajną) linię telefoniczną.

    Sprawę ujawnił niespodzianie na antenie Radia ZET, adwokat Roman Giertych. On też był nie tak dawno jeszcze jednym z najbliższych Tadeuszowi Rydzykowi polityków. – W Radiu Maryja jest specjalny telefon, dzięki niemu na antenę zawsze może dzwonić ten, kto powinien – ujawnił Roman Giertych.

    Wśród prawicowych zaufanych polityków o. Rydzyka, znalazł się również Janusz Piechociński, który odbył niedawno spotkanie z redemptorystą, szukając poparcia dla PSL? Jak trwoga to do... Tadeusza Rydzyka. Z takiego założenia zdaje się wychodzić Janusz Piechociński – piszą media.

    Zdaniem "Rzeczpospolitej", przewodniczący Ludowców i wicepremier, spotyka się potajemnie coraz częściej z szefem Radia Maryja, bo liczy na poparcie jego słuchaczy w majowych i jesiennych wyborach, toteż stosownie i adekwatnie rewanżuje się m.in. w głosowaniach w Sejmie.
    Źródło: fakt.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Roman Giertych w "Faktach po faktach". Foto: tvn24.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #geolog #gaz #piaskowiec Mamy gaz nie w łupkach tylko w piaskowcach

    Według Instytutu Geologicznego, zasoby gazu z piaskowców w trzech badanych strefach, wynoszą w granicach od 1 biliona 528 miliardów do prawie 2 bilionów metrów sześciennych. Z ostrożnych szacunków wynika, iż 10% z tego da się wydobyć.

    Nie wyszło nam z gazem łupkowym, może wyjdzie z piaskowym. Gaz łupkowy, wedle ekspertów amerykańskich, miał dać Polsce eldorado, mieliśmy być Kuwejtem Europy. Po kilku latach poszukiwania rzekomych wielkich złóż, czy też wszelkich złóż łupków, koncerny amerykańskie zrezygnowały z kolejnych odwiertów poszukiwawczych i czym prędzej wyjechały z Polski. Wycofały się także koncerny poszukiwawcze innych państw.

    O ile w 2013 roku amerykański Urząd ds. Informacji o Energii (EIA) podał, że zasoby gazu z łupków w Polsce wynoszą około 4,2 bln m sześciennych, o tyle polski Państwowy Instytut Geologiczny oszacował najbardziej prawdopodobną wielkość zasobów gazu z łupków w Polsce, w przedziale od 346 mld do 768 mld m sześciennych. A w 2011 roku, czyli dwa lata wcześniej, Amerykanie szacowali, że polskie łupki są o 20 proc. większe.

    Teraz mamy bardziej prawdopodobną i sprawdzoną informację naszych ekspertów, że w Polsce można wydobyć ponad 153 miliardy metrów sześciennych gazu, który jest uwięziony w piaskowcach, czyli w języku fachowym, gazu zamkniętego. Jego złoża na obszarze polskich ziem oszacował Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy.

    Z raportu Instytutu Geologicznego wynika, że zasoby tego gazu w trzech badanych strefach, mieszczą się w granicach od 1 biliona 528 miliardów do prawie 2 bilionów metrów sześciennych. Jak wynika z ostrożnych szacunków 10% z tego da się wydobyć.

    - To sporo - mówi prof. Grzegorz Pieńkowski z Państwowego Instytutu Geologicznego - Państwowego Instytutu Badawczego. - Przypominam, że te klasyczne złoża, które w tej chwili posiadamy, to jest 134 miliardy metrów sześciennych, jest to podwojenie naszej bazy - twierdzi profesor.

    Według geologów, zasoby gazu zamkniętego w piaskowcach występują na głębokości od 4,5 do 6 km. W interesującej kwestii wydobycia, najbardziej perspektywiczne są trzy strefy: poznańsko-kaliska, wielkopolsko-śląska i zachodnia część basenu bałtyckiego.

    Gaz z piaskowców, niczym nie różni się w od gazu ze złóż klasycznych, a jego głównym składnikiem jest metan. Technologia eksploatacji jest podobna do używanej przy wydobyciu z łupków i odbywa się również metodą szczelinową. Ale, jak mówi prof. Grzegorz Pieńkowski, szczelinowanie skał piaskowych jest technicznie łatwiejsze niż skał łupkowych. Dodaje, że gaz zamknięty w piaskowcach jest już eksploatowany, przy okazji wydobycia złóż konwencjonalnych.

    Gaz zamknięty (tight gas), jak wyjaśniają eksperci, to jeden z trzech rodzajów węglowodorów niekonwencjonalnych. Do tej samej grupy należą także: gaz ziemny w pokładach węgla oraz gaz ziemny i ropa naftowa - w łupkach. Geolodzy, mają na uwadze niechlubne doświadczenia, studzą optymizm i podkreślają stanowczo, że dane z raportu o gazie zamkniętym to liczby szacunkowe.
    Źródło: biztok.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - rury gazociągu w okolicach Koszalina. Foto: gk24.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #pkp #operator #kolej #transport Polska spółka chce łączyć Bałtyk z Adriatykiem

    Spółka PKP Cargo chce kupić jedną z największych czeskich firm kolejowych –AWT. Teraz podpisała umowę o współpracy z chorwackim HZ Cargo. Ma to pozwolić jej uruchomić świetną ofertę przewozową pomiędzy Bałtyckim a Adriatykiem i połączyć polskie porty z chorwackimi.

    PKP Cargo SA, jako największy w Polsce i drugi w Unii Europejskiej operator kolejowych przewozów towarowych, notowany na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, szykuje kolejne ambitne inwestycje. Władze spółka myślą o kilku akwizycjach i kupnie sprzętu, który ma pozwolić oferować klientom "transport intermodalny". Chce wykorzystać tylko jedną jednostkę ładunkową, np. kontenera lub nadwozia wymiennego, na całej trasie przewozów, bez przeładunku towaru przy zmianie rodzaju transportu. Pragnie obsługiwać korytarz towarowy Bałtyk-Adriatyk.

    W tym celu, po zapowiedzi kilka miesięcy temu o planowanym zakupie jednego z największych czeskich przewoźników – spółki AWT, obecnie PKP Cargo podpisała umowę strategiczną o współpracy z chorwackim HZ Cargo. Polska spółka kolejowa liczy, że to pozwoli jej uruchomić świetną ofertę, w korytarzu logistycznym pomiędzy Morzem Bałtyckim a Adriatykiem i połączyć polskie porty z chorwackimi.

    – Jesteśmy drugim największym przewoźnikiem w Unii Europejskiej, mamy też bardzo dobrą sytuację finansową, a to nam pozwala na formułowanie tych aliansów w różny sposób – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes PKP Cargo. – Mogą to być alianse kapitałowe i alianse strategiczne. Mamy bardzo dużą siłę finansową, poziom zadłużenia PKP Cargo jest bardzo niski. To pozwala na wyasygnowanie znaczących kwot na te aktywa, które są potrzebne do realizowania znaczących akwizycji.

    Ten największy polski przewoźnik towarowy również inwestuje. Dla potrzeb przewozów intermodalnych, spółka rozpisała przetarg, warty 400 mln zł, na kupno około 20 lokomotyw wielosystemowych, które będą zdolne do przewozu towarów w kilku krajach, bez konieczności zmiany lokomotywy. Rok temu spółka odebrała też kilkaset platform do przewożenia kontenerów. Segment intermodalny (przewóz kontenerów) to najszybciej rosnąca część kolejowego rynku. Na planowanym przejęciu czeskiego AWT spółka PKP Cargo nie zamierza poprzestać.

    – Dzisiaj jesteśmy w kilku procesach, nie o wszystkich mogę powiedzieć – informuje prezes PKP Cargo. – To, o czy mówi się w domenie publicznej, to wiadomość o naszych rozmowach z KGHM w sprawie nabycia udziałów w Pol-Miedź Trans, to oczywiście rozmowa o potencjalnej akwizycji Portu Gdańskiego Eksploatacja w konsorcjum z Węglokoksem. Zabiegamy o to, aby skończyły się one dla nas i naszych akcjonariuszy, korzystnie i uzupełniały też naszą ofertę logistyczną.

    PKP Cargo zalicza rok 2014 do bardzo udanych. Spółka dała sobie doskonale radę, mimo głośnych kłopotów jej największych klientów, czyli polskich kopalń. Nie zaszkodził jej również konflikt zbrojny na Ukrainie.

    – Udało nam się dobrze zoptymalizować naszą strukturę i lepiej dostosować ją do potrzeb klientów – podkreśla prezes PKP Cargo. – Wynik finansowy sięgnął prawie 300 mln zł, przed obciążeniem go wydarzeniem jednorazowym, jakim był program dobrowolnych odejść.

    Spółka pomyślnie zrealizowała program dobrowolnych odejść 3 tys. pracowników. Nie był to manewr prosty ani tani. Z powodu debiutu giełdowego w 2013 roku, pracownicy uzyskali gwarancje zatrudnienia od 4 do 10 lat. Koszt programu pochłonął 260 mln zł, zysk netto obniżył się przez to do 59 mln zł, z 74 mln zł rok wcześniej. Jednak – jak obliczono - korzyści wynikające z wdrożenia Program Dobrowolnych Odejść mają wynieść ponad 100 mln zł rocznie.
    Źródło: biznes.newseria.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - PKP Cargo rośnie w siłę. Transport aut. Foto: wyborcza.biz.google.com.
    pokaż całość

    +: tangodown, n........1 +8 innych
  •  

    #stan #armia #rosja #przeglad #gotowosc Armia Rosji z nakazu Putina w pełnej gotowości

    Według ekspertów ćwiczenia różnych rodzajów wojsk były i są prowadzone w wielu regionach Rosji. W ubiegłym tygodniu w Kraju Stawropolskim, rozpoczęły się ćwiczenia artyleryjskie, a w kwietniu ruszą manewry wojsk obrony powietrznej.

    Nie ma dnia w ostatnim czasie, bez informacji w mediach o możliwej wojnie w Europie i prężenia wobec świata, muskułów militarnych przez Rosję. W poniedziałek, 16 marca, armia rosyjska znowu ujawniła swoje prężne muskuły. Prezydent Władimir Putin i głównodowodzący armii, nakazał dokonać przeglądu jednostek Zachodniego Okręgu Wojskowego. To tak niechcący tego, który ma blisko do Polski. Oznacza to ogłoszenie "pełnej gotowości bojowej oddziałów stacjonujących w tym okręgu" - podał na konferencji szef rosyjskiego resortu obrony Siergiej Szojgu.

    Na rozkaz prezydenta Putina, w stan pełnej gotowości zbrojnej postawione zostały m.in. jednostki Floty Północnej i wojska powietrzno­-desantowe. Łącznie w aktualnym przeglądzie jednostek bierze udział ponad 38 tysięcy żołnierzy oraz 3,36 tys. jednostek techniki wojskowej, 41 okrętów i 15 łodzi podwodnych - wyliczał minister Szojgu.

    Zgodnie z decyzją głównodowodzącego armii, stan pełnej gotowości bojowej w Zachodnim Okręgu Wojskowym obowiązuje, od godziny 8 rano czasu miejscowego. Jak długo potrwa? Tego minister Szojgu nie ujawnił. Powiedział jedynie, że nowe wyzwania i zagrożenia dla bezpieczeństwa Rosji, zmusiły władze kraju "do dalszego zwiększenia potencjału wojskowego".

    Zdaniem obserwatorów, ćwiczenia różnych rodzajów wojsk były i są prowadzone ostatnio, w wielu regionach Federacji Rosyjskiej. Na początku ubiegłego tygodnia, w Kraju Stawropolskim na południu Rosji, rozpoczęły się ćwiczenia artyleryjskie.

    Do 10 kwietnia, mają – według zapowiedzi - potrwać manewry, w których uczestniczy ponad 2 tys. żołnierzy wojsk obrony powietrznej Południowego Okręgu Wojskowego. W końcu lutego, ćwiczenia wojsk powietrzno­desantowych, z udziałem około 2 tysięcy żołnierzy i 500 jednostek sprzętu bojowego, przeprowadzono w graniczącym z Estonią i Łotwą, obwodzie pskowskim. Wcześniej - w 20 różnych regionach wielkiej Rosji - trwały ćwiczenia Strategicznych Wojsk Rakietowych.

    Od 16 do 18 marca mieszkańcy Krymu świętują pierwszą rocznicę przyłączenia tego terytorium do Rosji. Teraz, dla podkreślenia wagi i siły woli politycznej oraz militarnej zwierzchnika armii, Władimir Putin przyznał, że był gotowy użyć broni nuklearnej na Krymie, na wypadek, jak można przypuszczać, gdyby obce mocarstwa podjęły tam ingerencję. Przy okazji pojawiły się w rosyjskich mediach informacje, że Polska jest trzecia na "liście nieprzyjaciół" Rosji. A Łotwa będzie następna?
    Źródło: sfora.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - rosyjska Flota Północna. Marynarka wojenna Rosji wzbogaci się o ponad 50 okrętów. Foto: wiadomosci.wp.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #samolot #solar #swiat "Solar Impulse 2" podjął lot dookoła świata

    Szwajcarski samolot o napędzie słonecznym wyruszył w podróż dookoła świata. Podróż ma trwać – według założeń - pół roku, samolot pokona 35 tysięcy kilometrów.

    Minęło ponad 100 lat odkąd amerykańscy bracia Orville i Wilbur Wright, zbudowali pierwszy w dziejach samolot poruszany silnikiem spalinowym i w 1903 roku dokonali pierwszego kontrolowanego przelotu, trwającego 12 sekund. Po tym historycznym wydarzeniu, rozwiązał się worek wynalazców z pomysłami kolejnych projektów samolotów, które – doskonalone technicznie – dawały nadzieję na budowę jednostki lotniczej napędzanej silnikiem, która może wozić w powietrzu wiele osób.

    Choć dzisiejsze samoloty mają najróżniejszą wielkość i przeznaczenie, latają bardzo wysoko i pędzą z przekroczeniem szybkości dźwięku, konstruowane są wciąż nowe obiekty i to według dotąd nieznanych, nowatorskich pomysłów.

    Dzięki temu znowu mamy historyczny dzień w światowym lotnictwie. Tak zresztą określono pierwszy lot dookoła świata, samolotu "Solar Impulse 2" – całkowicie opartego o napęd energią słoneczną, który rozpoczął się dwa dni temu. Maszyna wyruszyła właśnie w niezwykłą podróż wokół Ziemi. Organizatorzy wyczynu rozłożyli lot na 12 etapów. Ma trwać pięć miesięcy, bo samolot solarny - nie jest zbyt szybki – nie przekracza 100 kilometrów na godzinę.

    "Solar Impulse 2" odleciał w poniedziałek, 9 marca 2015 roku, w kierunku Maskatu, stolicy Omanu, gdzie był oczekiwany pod koniec dnia. Za sterami solarnej maszyny zasiadł szwajcarski pilot i biznesmen Andre Borschberg, który w lipcu 2010 roku, odbył pierwszy 24-godzinny lot samolotem "Solar Impulse 1", zasilanym energią słoneczną.

    Lekki jak przysłowiowe "piórko", ultranowoczesny "Solar Impulse 2" - skonstruowany przez szwajcarskich wynalazców - wystartował z Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Podczas tej niesamowitej podniebnej odysei, która – według założeń - ma trwać blisko pół roku, samolot pokona aż 35 tysięcy kilometrów.

    Szwajcarska jednostka solarna ma rozpiętość skrzydeł 72 metry, czyli pod tym względem jest porównywalna z największym pasażerskim samolotem świata, Airbusem A380. Natomiast z drugiej strony, prototyp nowej maszyny solarnej waży zaledwie dwie i pół tony, czyli mniej więcej tyle, co dzisiejszy samochód terenowy.

    Bertrand Piccard - jeden z szwajcarskich wynalazców i pilotów projektu Solar Impulse - podkreśla, że w okresie dnia baterie słoneczne nie tylko będą zasilały cztery silniki samolotu solarnego, ale będą też magazynować energię, co pozwoli pilotom kontynuować lot także w nocy.
    Źródło: rmf24.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Samolot "Solar Impulse 2" wyruszył w lot dookoła Ziemi. Foto: wiadomosci.radiozet.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #bocian #ludzie #nauka Coraz mniej bocianów w polskim krajobrazie

    Na świecie żyje tylko 230 tys. par bocianów, w tym 52 500 w Polsce, czyli co czwarty bocian biały to Polak. W takich krajach jak Dania (3 pary), Szwecja (29 par) czy Włochy (63 pary) - bocian jest ptakiem bardzo rzadkim. To ogromna "zasługa" ludzi.

    Na Warmii i Mazurach, ale i w innych rejonach Polski, jest coraz mniej bocianów. Wykazują to wyniki liczenia tych ptaków. W okresie ostatnich dziesięciu lat ich liczba zmalała aż o jedną trzecią. To - między innymi - efekt szalonych polowań urządzanych na bociany w różnych krajach oraz zmian w polskim rolnictwie. Polskie bociany odlatują na zimowanie do Afryki. Podczas przelotów duża część ginie.

    Młode – w znacznej liczbie - nie wytrzymują trudów migracji. A te osobniki, które dolecą do takich państw, jak: Liban, Syria, Egipt, Sudan i innych krajów Afryki, trafiają na wrogiego, dwunożnego inteligentnego człowieka. Beztrosko urządza sobie on polowania na boćki "dla sportu", głównie w Libanie i Syrii. W biednych krajach Afryki, m.in. w Mali, Nigrze, Sudanie strzela się do bocianów, aby zdobyć pożywienie. Także w niektórych krajach Europy zabijane są bociany dla celów kulinarnych.

    Jak wynika z danych spółki "Berthold Sichert" w Bydgoszczy, w krajach Bliskiego Wschodu oraz we Francji i Hiszpanii, dla trofeów zabijanych jest tam - mimo prawnych zakazów - około15 tysięcy bocianów rocznie.

    Według szacunków naukowców, 60 – 75% ptaków urodzonych w danym roku, ginie po wylocie z gniazda, a od 2 do 5 roku życia przeżywa około 50%. Osobniki liczące ponad 20 lat stanowią tylko 2% światowej populacji. Tak więc bociany padają pod kulami myśliwych i kłusowników, aby trafić - po przetworzeniu - na stoły restauracji czy gospodarstw domowych. - W ostatnich latach, szczególnie w Libanie, bociany są mordowane, strzela się do nich i wiesza jako trofea, nawet na samochodach - mówi prof. Zbigniew Endler ekolog z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

    Ptaki to rozumieją. Postanowiły zmienić trasy wędrówek. Czasem przebiegają one na dłuższych i trudniejszych obszarach. Dochodzą do tego zmiany sposobów życia. Okazuje się, że części bocianich rodzin, bardzo dobrze żyje się na południu Europy. Przestawiły się tam z jedzenia tradycyjnych gatunków zwierząt - węży, skorupiaków czy żab - na jedzenie o charakterze śmietnikowym. Wpasowały się świetnie – wyjaśnia ekolog – w warunki terenowe. Takie grupy ptaków żyją na południu Francji, Włoch i Hiszpanii.

    Także w Polsce w ostatnich latach uległa zmianie sytuacja bocianów. Stało się tak przez likwidację siedlisk wodno-błotnych i - w konsekwencji - przez zmniejszenie bazy i terenów pokarmowych. Z tych przyczyn rodziny bocianie zaczęły korzystać z przypadkowego śmietnikowego jedzenia. Doszły do tego jeszcze, niekorzystne zmiany klimatyczne, które wywołały utratę około 40 proc. płazów w Polsce – mówi profesor.

    Wymusza to zmiany w bazie pokarmowej tych pięknych ptaków. Obecnie na pierwszym miejscu w bocianim jadłospisie są nornice. Bocian stał się znowu myszołapem, czyli wrócił do dawnych korzeni, kiedy był prezentowany w opisach ludowych w XIX wieku, jako ptak wyłapujący myszy i inne gryzonie - komentuje Zbigniew Endler.

    Smutno robi się ludziom po takiej informacji. Bociany od wieków związały się z ludźmi, z polską wsią i tradycją. Przyzwyczaili się do nich mieszkańcy wsi i małych miasteczek. Były od zawsze jednym z bardzo ważnych elementów życia rolników. Ich wiosenne przyloty, naprawianie i budowanie gniazd, polowanie na pokarm na łąkach i polach, klekotanie i wysiadywanie młodych, to wszystko stanowiło istotną część krajobrazu spokojnych, zielonych, obfitych w pożywienie, miejscowości wiejskich. Z ogólnej populacji polskiej 30 proc. bocianich rodzin zamieszkiwało Warmię i Mazury.

    Czy trwający dziś spadek liczby bocianów można zahamować? Można, jednak w oparciu o specjalny projekt. Według ekspertów, należałoby wdrożyć program operacyjny, który będzie skupiał się na kwestiach związanych z środowiskiem i zadaniach związanych z tworzeniem bocianich ferm. Takie fermy tworzy się w różnych krajach na ogromnych przestrzeniach pól uprawnych.

    Światowa liczebność populacji lęgowej bociana białego, w latach 2004-2005, stanowiła 230 000 par, z czego 52 500 gniazdowało w Polsce. Prócz Polski najwięcej bocianów gniazdowało w tym czasie w Hiszpanii (33 217), na Ukrainie (30 000 par), na Białorusi (20 342), Litwie (13 000) i Łotwie (10 700). W takich krajach jak Dania (3 pary), Szwecja (29 par) czy Włochy (63 pary) - bocian biały jest ptakiem bardzo rzadkim. To efekt pracy człowieka, który robił wiele, aby bociana wytrzebić ze swojego krajobrazu. W Polsce ptak ten jest pod ścisłą prawną ochroną gatunkową począwszy od 1952 roku.
    Źródła: rmf24.pl, piotrmalczewski.com, bocianybolec.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - bocian biały, para bociania, konsultacje psychologiczne i psychoterapia on-line. Foto: ogrodyzmian.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #swiat #dawn #kosmos Na orbicie wokół planetoidy Ceres krąży Dawn

    Dawn leciała 7,5 roku do planetoidy Ceres. Teraz krąży wokół niej na orbicie, a w przyszłym miesiącu – na polecenie z Ziemi – rozpocznie program badawczy planetoidy. Uczeni oczekują wydobycia z niej informacji o początkach Układu Słonecznego.

    Międzyplanetarna sonda amerykańska Dawn, weszła na orbitę wokół planetoidy Ceres, która krąży wokół Słońca między orbitami Marsa i Jowisza, w tzw. pasie asteroid - poinformowała dziennikarzy agencja NASA. Wkrótce sonda będzie prowadzić pierwsze badania tego rodzaju ciała niebieskiego.

    Międzyplanetarna sonda amerykańska Dawn, weszła na orbitę wokół planetoidy Ceres, która krąży wokół Słońca między orbitami Marsa i Jowisza, w tzw. pasie asteroid - poinformowała dziennikarzy agencja NASA. Wkrótce sonda będzie prowadzić pierwsze badania tego rodzaju ciała niebieskiego.

    Planetoida Ceres o średnicy 950 km, to pierwsza z tzw. planet karłowatych, która ma być bliżej i dokładniej zbadana przez wysłany z Ziemi obiekt kosmiczny. Uczeni amerykańscy mają nadzieję, że Ceres dostarczy informacji o początkach Układu Słonecznego z okresu około 4,5 mld lat temu. Wcześniej, przez prawie rok, sonda Dawn badała asteroidę Westę.

    - Jesteśmy bardzo podnieceni. Mamy tyle do roboty w ciągu najbliższego 1,5 roku. Jesteśmy na stabilnej orbicie, mamy odpowiednie rezerwy i jesteśmy zdecydowani osiągnąć założone cele - powiedział Profesor Geofizyki i Przestrzeni Kosmicznej Fizyki Chris Russell z uniwersytetu stanu Kalifornia, kierownik programu badawczego sondy.

    Przed wejściem na orbitę, ze znacznej odległości od Ceres, uczonych zaintrygowały tajemnicze dwie bardzo jasne plamy, widoczne wewnątrz krateru o szerokości 92 km na północnej półkuli planetoidy. Jedna z hipotez głosi, iż mogą to być skutki uderzenia w powierzchnię Ceres jakiegoś obiektu kosmicznego, który spowodował wyeksponowanie lodu znajdującego się pod skalistą powierzchnią. Naukowcy przypuszczają, że pod warstwą skał, na Ceres znajduje się lód, a być może nawet woda.

    "Zarówno Ceres jak i Westa są, jak przypuszczamy, proto-planetami. Miały sformować większe ciało niebieskie tak, jak się to stało w przypadku Ziemi i innych planet, ale proces ten został z jakichś powodów zahamowany. Stały się w ten sposób swego rodzaju "kapsułami czasu" przechowującymi informacje z samych początków formowania się Układu Słonecznego" - powiedziała dr Carol Raymond z Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA.

    Dawn potrzebowała 7,5 roku lotu, aby dotrzeć do planetoidy Ceres. Doleciała. Teraz, w okresie najbliższego miesiąca, kontrolerzy i koordynatorzy z Ziemi dokonają korekt orbity sondy tak, aby w końcu kwietnia br. mogła przystąpić do badań. Według projektu programu, w miarę postępu badań, orbita sondy będzie stopniowo obniżana do tego stopnia, aby w końcu znalazła się na wysokości zaledwie kilkuset km nad powierzchnią planetoidy.

    Sonda Dawn ma prowadzić badania naukowe przez co najmniej 14 miesięcy. W miarę wyczerpywania się zapasów paliwa, sonda zacznie tracić i straci możliwość prowadzenia badań oraz kierowania anteny w kierunku Ziemi. Ale nadal będzie krążyć wokół Ceres. Nie spadnie na powierzchnię naszego globu przez co najmniej najbliższych 100 lat.

    Bezzałogowa amerykańska sonda kosmiczna Dawn, wystrzelona została w kosmos, we wrześniu 2007 roku przez NASA. Jej celem było dotarcie najpierw na orbitę planetoidy Westa, a następnie na orbitę planety karłowatej Ceres.
    Źródło: interia.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Amerykańska sonda międzyplanetarna Dawn. Foto: polskieradio.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #ptak #lot #klucz Uczeni znają tajemnicę lotu ptaków w kluczu

    Uczeni podczas badań, stwierdzili, że ptaki doskonale zdają sobie sprawę z męczącej roli przewodnika stada, toteż bardzo często przynoszą mu ulgę na tym stanowisku.

    Zaczynają się powolne powroty ptaków z ciepłych krajów. A już niedługo – jak każdego roku - będziemy oglądać na niebie z podziwem codzienne klucze żurawi i dzikich gęsi, których wrzaskliwe sygnały oznajmiać będą radość powitania nas po kilkumiesięcznej nieobecności na polskiej ziemi. Miłe dla oka zjawisko powrotu ptaków w regularnych kluczach, jest tyle piękne, co i bardzo tajemnicze.

    Lot w kluczu daje ptakom odpoczynek

    Zastanawia to od dawien dawna, szarych obserwatorów i naukowców, dlaczego niektóre ptaki odbywają wędrówki w stadach, płynących pod dachem nieba w pięknej formacji, zwanej kluczem. Naukowcy niezbyt dokładnie wiedzą również o tym, w jaki sposób wędrujące ptaki orientują się w przestrzeni, jak wiedzą gdzie lecą i jakie siły niosą je na tak długich dystansach (tysięcy kilometrów) czasem bez odpoczynku. Oto jest pytanie?

    Tajemnicę klucza udało się ostatnio rozwikłać Brytyjczykom. Rozszyfrowali ją angielscy biolodzy z Uniwersytetu Oksfordzkiego (University of Oxford) pod kierownictwem dr. Bernharda Voelkla. Dowiedli oni, na podstawie praw fizyki, że dzięki ułożeniu stada w klucz w kształcie litery V, które prowadzi ptak przewodnik, wszystkie osobniki zyskują, co nieco z dodatkowego ciągu powietrza, dlatego mogą się łatwo i "lekko" unosić.

    Ptaki rozumieją męczącą rolę przewodnika

    Podróż ptaków trwająca tysiące kilometrów, dzięki tej dodatkowej i niezwykłej uldze, to dla skrzydeł okazja na wagę złota - twierdzą uczeni w artykule zamieszczonym w piśmie "Proceedings of the National Academy of Sciences". Szkopuł jednak w tym, że pierwszy ptak z formacji klucza nie ma tego wspomagania, co pozostałe: jak wytrzymuje swoją rolę w tak dalekiej drodze?

    Zespół badaczy doktora Bernharda Voelkla znalazł na to odpowiedź. Wziął do swojego eksperymentu 14 młodych północnych ibisów łysych, które zostały wyposażone w rejestratory GPS, określające odległość ptaków od siebie, nawet z dokładnością do 20 centymetrów. Naukowcy śledzili lot ibisów przez kilka tygodni. Stwierdzili, że ptaki doskonale zdają sobie sprawę, z męczącej pozycji przewodnika na czele stada, toteż bardzo często zmieniają się w locie na tym stanowisku.

    Młode ptaki masowo umierają w lotach

    Według obliczeń uczonych, pojedynczy ptak leciał jako przewodnik formacji zaledwie kilkadziesiąt sekund, do minuty. Potem błyskawicznie zastępował go inny i tak było przez całą trasę podróży. W czasie przeciętnego lotu, który trwa 5 do 8 godzin, ptaki zmieniają się nawet setki razy. Dzięki temu przewodnicy nie tracą sił. A zmiany następują tak szybko, że nikt do tej pory ich nie dostrzegł.

    Zdaniem badaczy, dla młodych ptaków pierwsza wędrówka daleko na południe, jest bardzo niebezpieczna - nie przeżywa jej około 30 proc. lecących ptaków. Jednak współpraca doświadczonych osobników pomaga im przetrwać. Tym bardziej to istotne, ptaki mają też inne sposoby na ulżenie sobie w trudach długiego lotu. W podróży w dzień potrafią drzemać nawet setki razy, aby mieć więcej sił w czasie lotu w nocy - dowiedli tego naukowcy Bowling Green State University w Ohio (publiczna uczelnia uniwersytecka w Bowling Green w USA).

    Zagadki długich dystansów lotu

    Krótkie drzemki trwające do 9 sekund pozwalają ptakom nabrać sił niezbędnych w dalszym locie. Nawet drzemka połowiczna, w opinii uczonych - z jednym okiem otwartym i działającą normalnie połową mózgu - ma duże znaczenie regenerujące. W 2007 roku uczeni brytyjscy zaobserwowali, że jedna z samic gatunku ibisa, w okresie 7 dni i 9 godzin, pokonała dystans 10 tysięcy kilometrów.

    Ptaki długodystansowcy muszą przed podróżą nabrać ciała. Robią tak alaskańskie szlamniki (biegusy) zwyczajne, które odbywają każdego roku odloty nawet na odległość kilku tysięcy kilometrów. Zdaniem ornitologa Roberta E. Gill Jr, ptaki te przed odlotem w daleką podróż, tyją tak bardzo, że przypominają puchowe kulki. To zadziwiające, bo odlatują na południe, gdzie więcej jest jedzenia niż na Alasce.

    Zagadkę tę wyjaśniła wnikliwa obserwacja lotu ptaków biegusów. Jak się okazało, w locie bardzo potrzebują one energii ze zgromadzonego tłuszczu, gdyż cały długi dystans, który mają do pokonania, przelatują bez żadnego odpoczynku.

    Zmiany organizmu ptaków w locie

    Dzięki temu są to rekordziści wśród ptaków długodystansowców. Jedna z samic gatunku szlamników w trakcie 7 dni i 9 godzin pokonała dystans 10 tys. kilometrów. Przeleciała w tym czasie z Nowej Zelandii aż nad Morze Żółte, po czym - po paru tygodniach odpoczynku - znów wyruszyła do lotu w kolejne 6,5 tys. km na Alaskę. Tam spędziła lato i 2 sierpnia wyleciała w drogę powrotną do Nowej Zelandii. Pokonała wtedy bez jakiegokolwiek odpoczynku 11 680 km w niecałe 9 dni.

    Naukowcy wiedzą jak to było możliwe. Wskazują kilka istotnych czynników, które umożliwiają tym ptakom, tak długie loty. Po pierwsze, dzięki zgromadzeniu zapasów tłuszczu, nie muszą jeść ani pić podczas podróży, bo ich organizm pozyskuje wodę w procesie spalania tłuszczu. Po drugie, latają na wysokości 7 tys. metrów, gdzie jest tak bardzo zimno, że bez problemu organizm ptaka odprowadza ciepło zgromadzone w trakcie długiego wyczerpującego lotu.

    Ale szczególnie fascynuje to, o czym dotąd nie wszyscy zainteresowani wiedzą - w czasie lotu organizm ptaka ulega zmianom - wzrasta liczba czerwonych krwinek, a serce zwiększa się aż o 33 proc. Właśnie dzięki tym niezwykłym cechom ptak zyskuje taką wprost niewiarygodną wydolność siły.
    Źródło: nauka.newsweek.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Na niebie klucz dzikich gęsi. Foto: tvnmeteo.tvn24.pl.google.om.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #nietoperz #zabytek Nietoperze ratują... zabytki a zabytki nietoperzy

    Nietoperze, w sprzężeniu zwrotnym, jak w fizyce czy motoryzacji, ratują na południu Polski wielowiekowe zabytki, i odwrotnie – zabytki ratują nietoperzy. O co chodzi?

    Kościół parafialny w Kamionce Małej (woj. małopolskie) na Podkarpaciu, to nie tylko ważny zabytek kultury materialnej, ale również bezcenne miejsce schronienia dla wielkiego skarbu przyrody, jakim jest rzadki gatunek nietoperza. Od blisko pięciu lat kościół przechodzi generalny remont. Okazało się, że na jego poddaszu jest siedlisko ginącego w Polsce nietoperza - podkowca małego.

    Skarb przyrodniczy klasy zero

    Zdaniem przyrodników z południowej Polski, to nie przypadek, że za unijne pieniądze ratowane są przed zagładą, zabytkowe cerkwie i kościoły przycupnięte i schowane w głuszy małych miejscowości, od Podkarpacia po Dolny Śląsk. Te cenne obiekty z dawnych wieków, dają na swoich poddaszach schronienie prawdziwemu skarbowi przyrodniczemu klasy zero – grożącemu wyginięciem gatunkowi nietoperza.

    Przyrodnik Rafał Szkudlarek tak określa charakterystykę tego gatunku nietoperza: "Małe, sympatyczne, delikatne stworzenia, o szerokich i stosunkowo krótkich skrzydłach, które sprawiają, że są mistrzami lotów." Opisuje osobniki podkowca małego z sympatią i niemal z czułością. To jeden z najrzadszych i najmniejszych gatunków ssaków latających. Podkowiec mały zasiedla swoimi koloniami południe Polski. Rafał Szkudlarek kieruje Towarzystwem Przyjaciół Przyrody "pro Natura", które od lat z dużym powodzeniem ratuje zagrożone wyginięciem, kolonie nietoperza.

    Największym wrogiem podkowca człowiek

    - Największym wrogiem podkowca małego jest wielki człowiek – ubolewa Rafał Szkudlarek. - Podkowiec zimuje, hibernując w jaskiniach i opuszczonych kopalniach. Jest wtedy całkowicie bezbronny. W dodatku każde jego przebudzenie wyczerpuje zapasy tłuszczu. Ciepło ciała ludzkiego i hałasy w jaskiniach, gdzie turystów nie brakuje, przerywają sen i skazują to zwierzątko na śmierć głodową – mówi przyrodnik.

    Latem podkowiec przenosi się na strychy i poddasza kościołów, dworów, zamków. Tworzy tam kolonie rozrodcze. Ale w ostatnich latach, przez liczne remonty, także i te miejsca przestały być dla niego bezpieczne i dostępne. Jeśli nawet samicom udawało się wrócić i założyć gniazdo, wyjaśnia pan Szkudlarek, zastosowane w remontowanych poddaszach impregnaty do drewna, stawały się zabójcze dla nietoperzy. Dlatego uznano podkowca za jeden z najbardziej zagrożonych gatunków w Polsce i Europie.

    Niewiele dawały i nadal niewiele znaczą tabliczki na wejściach do jaskiń, nieskuteczne są negocjacje z gospodarzami zabytków, żeby przekonać ich do tego, aby stosowali w remontach mniej toksyczne środki. Nietoperze nigdy nie cieszyły się sympatią ludzi. Były nawet kojarzone z ciemnymi mocami.

    Połączono remonty z ochroną zwierząt

    Jak przekonać ludzi, że warto i trzeba chronić podkowca? Przyrodnicy z "pro Natura" wpadli na świetny pomysł. - Uratujemy gatunek, pomagając ocalić jego siedliska, w tym zabytkowe i cenne budynki południowej Polski. Ideę udało się wcielić w życie.

    Dzięki dotacji unijnej w wysokości 9 mln złotych, w tym 7,7 mln zł z Programu Infrastruktura i Środowisko, w latach 2009-2013 udało się m.in. wymienić dachy i wyremontować poddasza 10 obiektów – głównie kościołów i cerkwi. Ale na liście jest również stuletni młyn w Pierśćcu, położony na Szlaku Zabytków Techniki Śląska Cieszyńskiego. Stare obiekty są siedliskami kolonii rozrodczych nietoperzy.

    Wszystkie remonty wykonano w sposób, który zapewnia zachowanie istniejących schronień nietoperzy. Wykorzystano nietoksyczne środki ochrony drewna, zamontowano platformy na odchody nietoperza i oznakowano bezpieczne wloty na poddaszach, np. okna i wywietrzniki.

    W ramach programu "pro Natura" przyrodnikom udało się również zabezpieczyć zimowe schroniska nietoperzy. Wcześniej stosowane tabliczki nie zniechęcały miłośników do wchodzenia do jaskiń. Przyrodnicy znajdowali wielokrotnie osobniki nietoperzy świadomie i celowo zabite przez ludzi. Zamontowano wobec tego w 10 jaskiniach i 7 sztolniach w ich wejściach, kraty z opisami, jakim celom one służą.

    Nowe obszary ochrony gatunków

    Długoletnie zabiegi o ochronę i monitoring liczebności podkowca przyniosły zaskakujące rezultaty. Podczas, gdy blisko dwadzieścia lat temu, Rafał Szkudlarek po raz pierwszy szukał na południu kraju legendarnego podkowca, jego liczebność szacowano na 100 sztuk. Obecnie najnowsze wyniki liczenia mówią o 8 tysiącach osobników.

    - Nowe obszary ochrony siedlisk nietoperza "Natura 2000" wytyczono w oparciu o wyniki naszych badań – mówi przyrodnik Rafał Szkudlarek, który obecnie zaangażował się w realizację kolejnego projektu, pod nazwą: "Ochrona podkowca małego i innych gatunków nietoperzy w południowej Polsce".

    Przyrodnicy - za pozyskane 13 mln złotych - odnowią poddasza kolejnych 9 zabytków, które są miejscem kolonii rozrodczych podkowca małego i innych zagrożonych gatunków nietoperzy. Zadbają także o bezpieczeństwo zimowisk, żerowisk i szlaków migracyjnych nietoperzy. Program Infrastruktura i Środowisko będzie kontynuowany też w następnych latach. Na ochronę środowiska trafi około 3,5 mld euro. Z tej dużej puli środków, 160 mln euro zostanie przeznaczone, na cele ochrony bioróżnorodności.
    Źródło: wp.pl.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Kamionka Mała - Kościół św. Katarzyny Panny i Męczennicy. Foto: polskaniezwykla.pl.google.com.
    pokaż całość

  •  

    #stan #elektrownia #budowa #atom Budowa elektrowni jądrowej w Polsce

    Energetyka atomowa budzi u nas wiele kontrowersji. Informacja o budowie elektrowni jądrowej wywołuje strach i sprzeciw mieszkańców wskazanego rejonu. W tym roku ruszą prace przygotowawcze przyszłej inwestycji.

    Po dużym hałasie wokół budowy elektrowni atomowej w Polsce, jaki słyszeliśmy na co dzień w minionych latach, nastała dziwna cisza. Słusznie. Bo hałasem niczego nikt nie zbuduje. Ciszej będziesz - dalej zajedziesz – mówią Rosjanie. A co z naszą atomówką? Wciąż jest na etapie przygotowania do budowy. Inwestycja miała ruszyć z początkiem 2015 roku. Ruszy w połowie lata tego roku – twierdzą eksperci.

    Energetyka atomowa budzi u nas ciągle wiele kontrowersji. To szczególnie po awarii elektrowni w Fukushimie w 2011 roku. Informacja, że w Polsce mogłaby czy też ma być zbudowana elektrownia atomowa, wywołuje strach i mniejszy lub większy sprzeciw ludzi zamieszkujących wskazywany rejon.

    Dariusz Szwed, polityk, działacz społeczny i ekonomista, jeden z założycieli i szefów partii Zieloni w okresie 2004-2011, jest zdania, że polskie społeczeństwo nie jest informowane w sposób obiektywny na temat kosztów i korzyści płynących z energii atomowej.

    W opinii wielu polskich naukowców, energia jądrowa jest jedynym sposobem na to, aby zapobiec katastrofalnym zamianom klimatycznym na Ziemi i zapewnić światu stałą, a przede wszystkim bezpieczną energię elektryczną. W Polskim Radiu24 rozmawiano ostatnio o ewentualnych korzyściach i zagrożeniach, które mają ścisły związek z zagadnieniem wywołującym tak wiele emocji.

    – Główną zaletą energii atomowej jest to, że wykorzystuje ona bardzo tanie paliwo. Dla typowej elektrowni, o mocy elektrycznej 1000 MW, potrzeba około 20 ton uranu rocznie. Daje to gwarancję tego, że taka elektrownia wytworzy tyle samo energii, co elektrownia węglowa, która potrzebuje do tego 3-4 mln ton surowca – podkreślił prof. Andrzej Strupczewski z Narodowego Centrum Badań Jądrowych.

    Natomiast Tomasz Kosiński z Fundacji Republikańskiej przyznaje, że ogromnym minusem elektrowni atomowych są: wielkie zużycie wody potrzebnej do chłodzenia reaktorów i odpady, które powstają w procesie pracy elektrowni.

    Obawy dotyczące ewentualnej budowy elektrowni atomowej w Polsce, miał także w trakcie rozmowy Dariusz Szwed z Zielonego Instytutu. – Katastrofa w Fukushimie pokazała, że nie ma bezpiecznych elektrowni. Mówi się, że one dopiero mają powstać. Jednak mam co do tego spore wątpliwości – przyznał gość Polskiego Radia24.

    Spółka PGE ogłosi w drugiej połowie 2015 roku postępowanie zintegrowane, które pozwoli wyłonić partnera strategicznego budowy i eksploatacji pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. Według przedstawiciela spółki celowej PGE EJ1 – powołanej do realizacji projektu, gdzie po 10 proc. udziałów mają: Enea, Tauron i KGHM – trwają wstępne rozmowy z zainteresowanymi konsorcjami.

    Konsorcja będą poproszone o przedstawienie w ofertach, m.in. propozycji dostawy technologii elektrowni jądrowej o mocy około 3000 MW generacji III/III+, generalnego wykonawcy inwestycji i niezbędnych usług oraz utrzymania ruchu elektrowni, dostawy paliwa jądrowego itp. Będą proszone również o przedstawienie zaangażowania kapitału w formie finansowania Agencji Kredytów Eksportowych i komercyjnych banków.

    Udział w przetargu na budowę elektrowni zapowiadały, kontrolowane przez państwo, francuskie koncerny EDF i Areva. Zainteresowane ubieganiem się o kontrakt w Polsce są także znane firmy z USA - GE Hitachi i Japonii - Westinghouse.

    Jak podaje Polskie Radio, w latach 2008-2009 w 30 krajach świata, działało 435 reaktorów jądrowych. W 2008 roku wyprodukowały one 2,6 biliona kWh, co stanowi 15 procent ogólnie wyprodukowanej energii elektrycznej na całym świecie.
    Źródła: polskieradio.pl i media.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Współczesna elektrownia jądrowa w Cattenom, Francja (obłoki z kominów to skondensowana para wodna; na zdjęciu bloki po 1300 MW elektrowni jądrowej). File: Nuclear Power Plant Cattenom.jpg. CC BY-SA 3.0, Foto: Stefan Kühn - Praca własna. Przesłany przez użytkownika Rehman.
    pokaż całość

  •  

    #stan #nauka #ceres #sonda Do Ceres leci sonda Dawn. Zbada tajemniczą białą plamę

    Wkrótce usłyszymy o Ceres więcej interesujących informacji. Pędzi w jej kierunku kosmiczna sonda. Misja amerykańskiej sondy Dawn ma pomóc lepiej poznać karłowatą planetę Ceres. Zbliży się do niej na początku marca.

    Od wieków fascynują ludzi wszechświat i Droga Mleczna oraz widoczne w nich obiekty kosmiczne. Badacze planet, planetoid i gwiazd wysuwali różne tezy o ich tworzeniu, miejscu i położeniu wobec innych – sąsiednich obiektów kosmicznych. W XVIII wieku powstała m.in. hipoteza o odległości planet od Słońca, oparta na podstawach pewnego prostego prawa arytmetyki, czyli reguły Titiusa-Bodego. Według niej ustalono wówczas odległości poszczególnych planet w Układzie Słonecznym do Saturna włącznie i zauważono puste miejsce na planetę pomiędzy Marsem a Jowiszem.

    Westa jako poobijana protoplaneta

    Tymczasem nowe obserwacje przeprowadzone przez amerykańską sondę Dawn, potwierdzają wcześniejszą wiedzę, że ogromna asteroida (planetoida) Westa jest poobijaną protoplanetą (zagęszczona materia przyszłej planety), pozostałą po pierwszym etapie formowania się Układu Słonecznego. Ma ona unikalną mieszankę cech, nieznaną z innych skał kosmicznych.

    Odkrycie planety Uran w 1781 roku, przez astronoma i konstruktora teleskopów, Sir Williama Herschela, pochodzenia niemieckiego, rozszerzyło zasięg działania reguły Titiusa-Bodego i spowodowało, że wszyscy znani astronomowie nagle chcieli znaleźć brakującą planetę.

    Między Marsem a Jowiszem rozpadła się planeta

    W 1801 roku, astronom włoski i założyciel obserwatorium w Palermo - Giuseppe Piazzi, odnalazł pierwszy obiekt, który znajdował się we wskazanym miejscu Marsem a Jowiszem i dał mu nazwę Ceres. Kształt orbity planetoidy Piazziego, doskonale wpasował się w regułę Titiusa-Bodego. Ale rok później Heinrich Olbers, niemiecki astronom, odkrył kolejny obiekt kosmiczny, który otrzymał nazwę Pallas.

    Wkrótce po odkryciu tej planetoidy, Heinrich Olbers zasugerował, że Ceres i Pallas to fragmenty większej planety, która krążyła kiedyś między Marsem a Jowiszem i rozpadła się przed milionami lat. Jakiś czas potem, odkrycie kolejnych obiektów - Junony i Westy, zdawało się potwierdzać teorię astronoma Olbersa o istnieniu większej planety, która rozpadła się na mniejsze obiekty.

    Na Ceres wybuchają pióropusze pary wodnej

    Obecnie teorie ówczesne uważa się za nierealne, bo asteroidy te nie są częścią istniejącej kiedyś planety, ani budulcem, z którego jednak nigdy nie powstał żaden większy obiekt. Tak więc najpierw Ceres okrzyknięto planetą, potem planetoidą (asteroidą), a od 2006 roku mówi się, że to "planeta karłowata" o średnicy 950 km.

    Ceres stanowi wyjątkowy obiekt kosmiczny w Układzie Słonecznym. Jako planeta karłowata, krąży wewnątrz pasa planetoid - między orbitami - Marsa i Jowisza. Jest największym z ciał krążących wewnątrz tego pasa. Jej wnętrze to sporych rozmiarów jądro skalne, ponad nim leży warstwa wodnego lodu i cienka skorupa zewnętrzna lekkich materiałów.

    Naukowcy są zdania, iż czwarta część masy Ceres składa się z wody, a to może oznaczać, że ma więcej słodkiej wody niż Ziemia. Zaobserwowano ponadto pióropusze pary wodnej, które wybuchają na powierzchni planetoidy, i mogą pochodzić z gejzerów podobnych do wulkanów.

    Dawn była obok Westy, teraz zbliża się do Ceres

    Wprawdzie szacowana liczba planetoid, istniejących w głównym ich pasie wynosi od 1,1 do 1,9 miliona obiektów, o średnicy minimum 1 km oraz wiele dziesiątków milionów mniejszych, to całkowita ich masa wynosi zaledwie 4 procent masy Księżyca. Ponadto ilość energii niezbędnej do zniszczenia planety, musiałaby być niewyobrażalnie wielka.

    A dlaczego nie powstała planeta w tym miejscu? Przyczyny - zdaniem naukowców – wynikają ze skutków oddziaływania grawitacyjnego Jowisza. Siły grawitacyjne przed milionami lat tak się rozłożyły, że rozdrobniony gruz kosmiczny nie mógł się zebrać w jednym miejscu, aby następnie zlepić się i w efekcie uformować planetę.

    Wkrótce usłyszymy o Ceres więcej frapujących informacji, gdyż pędzi w jej kierunku kosmiczna sonda. Amerykańska sonda Dawn – niezwykły obiekt z Ziemi - ma pomóc lepiej poznać Ceres. Opuściła naszą planetę w 2007 roku, latem 2011 r. "osiadła" na rok na orbicie Westy, a teraz zbliża się do Ceres i będzie ją badać przez najbliższe lata.

    "Tajemnicze jasne plamy" i "pierwotna materia"

    Najnowsze zdjęcia karłowatej planety Ceres sonda Dawn wykonała 13 stycznia 2015 r. Pięć dni później dotarły one do Ziemi. Uczeni analizują obecnie ich treści. Nie chcą jeszcze zbyt wiele zdradzić. - Możemy jedynie powiedzieć, że jest coś na Ceres, co odbija światło słoneczne, ale co to jest, wciąż pozostaje tajemnicą. Intrygującą – mówi Marc Rayman, główny inżynier misji sondy Dawn. Zdjęcia ukazują obszary światła i ciemności na Ceres, które wskazywałyby, że jej powierzchnia pokryta jest kraterami.

    Jak wynika ze zdjęć, Ceres ma "tajemnicze jasne plamy" na swojej powierzchni. Uczeni spodziewają się, że na powierzchni tej intrygującej karłowatej planety znajdą wodę nie tylko w postaci lodu, ale i w stanie ciekłym. Badania Ceres pozwolą uczonym dowiedzieć się więcej m.in. o tym, jak formowały się przed miliardami lat planety.

    Sonda Dawn jest obecnie oddalona od planetoidy Ceres o 145 tys. kilometrów. Na jej orbitę wejdzie około 6 marca. Misję pilnie śledzi Laboratorium NASA, zarządzane przez California Institute of Technology, w Pasadenie. Celem misji – jak wspomnieliśmy - jest zbadanie składu i struktury planetoidy, która prawdopodobnie ma skład "pierwotnej materii Układu Słonecznego" o dużej i znaczącej zawartości wody.
    Więcej informacji na temat misji Dawn: http://dawn.jpl.nasa.gov
    Źródła: tvp.info, losyziemi.pl i media.

    Stanisław Cybruch

    Na zdjęciu ilustracyjnym - Świecąca plama na planecie karłowatej Ceres. Sonda Dawn niebawem wyjaśni... Foto: koniec-swiata.org.google.com.
    pokaż całość

    +: b.......a, D....n +9 innych
Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów