•  

    Steve Bannon, były szef Breitbarta (amerykańskiego "wPolityce", a może nawet "nczas") i jeden z głównych architektów sukcesu wyborczego Trumpa (współzakładał niesławne Cambridge Analityca) odwiedził w listopadzie Oxford, gdzie wygłosił wykład dla Oxford Union (spotkania ludzi "na czasie" ze społecznością uczelni, w minionym roku byli też np. Varoufakis i Peterson).

    Nie był to pierwszy wykład Bannona, którego wysłuchałem, ale zawsze uderza mnie, jak bardzo inteligentny jest to człowiek. Nie jest też w żadnym wypadku foliarzem, jego prawdziwe poglądy są głównonurtowo patriotyczno-konserwatywne, w stylu Bartosiaka (konflikt z Chinami) czy nawet lewicowego Sandersa (potępienie dla "kapitalizmu kolesi").

    Występ sprowokował pytanie z sali, które nasuwa się każdemu zestawionemu z kontrastem populizmu i fake newsów na Breitbarcie czy w kampanii Trumpa z prawdziwym Bannonem: dlaczego to robisz? jak pozwala ci na to sumienie? jak możesz brać udział w czymś tak ohydnym?

    Polecam uważnie wysłuchać odpowiedzi, zwłaszcza w warstwie niewerbalnej. Rzadko się zdarza, by ktoś tak w zasadzie wprost przyznawał, że traktuje swoich wyznawców przedmiotowo i nimi manipuluje dla swoich (podobno wyższych) celów.

    PS: Przypominam świetny tekst co prawda z zewnątrz, ale opisujący anatomię populizmu Kaczyńskiego

    pokaż spoiler 43m14s+, ale warto wysłuchać w całości.


    Tag (świeży): #anatomiapopulizmu

    #polityka #4konserwy #neuropa #tysiacurojenniezaleznychmediow (tym razem amerykańskich) #usa #trump
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Muzułmańska kongresmenka z ramienia Demokratów, Ilhan Omar, zapytana przez dziennikarza czy jest jakaś różnica pomiędzy Obamą a Trumpem stwierdziła, że tylko jeden z nich jest człowiekiem.

    #bekazlewactwa #4konserwy #neuropa.de #usa #trump #polityka

  •  

    co tu się odtrumpowało xd
    - trump tima cooka z apple nazwał "tim apple"
    nic takiego, zwykłe przejęzyczenie, trochę śmiechu i tyle
    ale nie dla trumpa
    - najpierw kłamał, że wcale tak nie powiedział, że to spisek "fake news" media
    jak to nie przeszło, bo przecież na filmie wyraźnie słychać co powiedział , to zaczął wciskać, że celowo powiedział "tim apple" zamiast "tim cook of apple", żeby zaoszczędzić czas (sic!), geniusz xd, ciekawe co zrobił z zaoszczędzonym 0,28 sekundy
    (oczywiście w jakiś sposób, to nadal spisek "fake news" media)
    jak bardzo zakłamanym, zakompleksionym oszołomem trzeba być, by bezczelnie i publicznie kłamać, nawet w tak błahej i oczywistej sprawie?
    za jakich idiotów on ma swoich wyborców, że na bezczela wciska im tak debilne kłamstwa?
    to nie jest normalne, ten człowiek kłamie zawsze i na każdy temat

    uwaga! żenada lvl krysia pawłowicz i jej "wziąść"

    #trump #bekazprawakow #bekazpodludzi #neuropa #4konserwy.ru
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Czy zostało 5 lat do wojny? Prof. Bogdan Góralczyk o transformacji Chin, których w Polsce nie doceniamy i dominacji globalnej USA do 2008 r. Maksymilian Wysocki rozmawiał z prof. Bogdanem Góralczykiem z UW https://youtu.be/XdUzCHcb2Wc
    #wojna #niemcy #chiny #usa #trump #huawei #gospodarka #ekonomia #pieniadze #afryka #polska #inwestycje #jedwabnyszlak pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    a

    "- Donald Trump to oszust. Kazał mi zapłacić gwieździe porno, z którą miał romans, by nie mówiła publicznie na ten temat. Kazał mi okłamać w tej sprawie jego żonę, co zrobiłem - powiedział dzisiaj w amerykańskim Kongresie Micheal Cohen, były prawnik prezydenta Stanów Zjednoczonych." .....

    "Były prawnik Trumpa stwierdził również, że w czasie kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2016 r. toczyły się negocjacje z Rosjanami ws. budowy wieżowca Trump Tower w Moskwie. - Trump o nich wiedział i nimi kierował. Kłamał w tej sprawie, bo nigdy nie spodziewał się, że wygra wybory. Kłamał, bo chciał zarobić setki milionów dolarów w deweloperskim projekcie - powiedział Cohen."........

    "Świadek dodał, że Donald Trump z góry wiedział, że portal Wikileaks ma zamiar upublicznić wykradzione maile jego rywalki Hillary Clinton. Śledztwo FBI w tej sprawie wykazało, że za włamaniem na skrzynki mailowe Partii Demokratycznej stały rosyjskie służby specjalne."

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)( ͡° ͜ʖ ͡°)( ͡° ͜ʖ ͡°) https://wiadomosci.onet.pl/swiat/byly-prawnik-trumpa-zeznaje-w-kongresie-prezydent-to-rasista-oszust-i-kretacz/9p36s6c

    #polityka #usa #trump #4konserwy #neuropa
    pokaż całość

  •  

    Irakijska awantura Trumpa

    O administracji Donalda Trumpa można by powiedzieć wiele, ale z pewnością nie to że słynie ona z subtelności i wyczucia – tak często niezbędnych w dyplomacji. Wszystkie wady obecnej administracji idealnie widać na Bliskim Wschodzie, gdzie prezydent USA zachowuje się niczym słoń w składzie porcelany. Najpierw kokietuje swoich sojuszników, tylko po to aby już kilka dni później „trąbą” – ew. inną częścią ciała – zniszczyć to co z taką pieczołowitością budował. Ostatnim aktem tej bliskowschodnio-trumpistowskiej tragikomedii stały się napięcia w stosunkach amerykańsko-irackich. Zaledwie kilka niefortunnych wypowiedzi amerykańskiego prezydenta wystarczyło, aby irakijski parlament zaczął rozważać uchwalenie ustawy, która położyłaby kres obecności amerykańskich wojsk w Iraku.

    Dzisiaj wychodzę od sporu amerykańsko-irakijskiego, opisuję pokrótce wzrost znaczenia irackiego nacjonalizmu "nowego wzoru" a kończę na współczesnej roli USA na Bliskim Wschodzie.

    W kilku słowach mierzę się także z zeszłorocznym powiedzeniem Jeremiego Shapiro, który stwierdził "Asking the United States to solve the problems of the Middle East is like asking an alcoholic to solve your drinking problem. Sure, he has lots of experience, but it is all bad and he can't remember most of it.

    Piątek, więc tekst specjalnie napisany przyjaznym językiem a jednocześnie dotykający kluczowych kwestii.

    Polecam czytać bezpośrednio na blogu - lepszy układ strony, a poszczególne fragmenty tekstu są opatrzone źródłami.
    ———————————————–

    Orzeł wylądował

    W środę, 26 grudnia 2018 roku, na irakijskiej ziemi wylądował Air Force One. To prezydent Donald Trump postanowił złożyć wizytę amerykańskim żołnierzom stacjonującym w bazie lotniczej Al Asad, położonej 160 km na zachód od Bagdadu. Prezydent potrzebował tej wizyty jak nigdy. Zaledwie kilka dni wcześniej ogłosił wycofanie amerykańskich wojsk z Syrii, co spotkało się z ostrymi protestami ze strony Kongresu. Jednak opozycja polityczna to nic w porównaniu z tym co zaczęło dziać się w kręgu bliskowschodnich sojuszników USA. Od Tel Awiwu po Abu Zabi przetoczyła się fala strachu, że wycofanie się z Syrii to tylko pierwszy krok do całkowitego „zwinięcia” amerykańskiej obecności z regionu.

    Dlatego też Trump zdecydował się na podróż właśnie do bazy Al Asad. Wizyta w bazie, która przez długi czas znajdowała się na pierwszej linii frontu przeciwko IS oraz w państwie, gdzie amerykańska obecność wojskowa trwa przez prawie cały XXI wiek, miała być symbolem, że Ameryka nigdzie nie ucieka i nadal będzie otaczała „parasolem bezpieczeństwa” swoich bliskowschodnich sojuszników.

    Z perspektywy amerykańskich reporterów spotkanie w bazie Al Asad wypadło świetnie. Prezydent, pierwsza dama, flesze kamer, żarty, górnolotne hasła, uśmiechy na twarzach żołnierzy – o tak, to zdecydowanie było show, po którym chciałoby się zerwać z krzesła i zacząć skandować „USA, USA, USA” – niczym amerykańscy kongresmeni podczas tegorocznego „State of Union”.

    Gdy wieczorem, 26 grudnia 2018 roku, prezydent wracał do Waszyngtonu musiał być z siebie dumny – dziennikarze pozytywnie odnieśli się do wizyty a sojusznicy zostali, przynajmniej chwilowo, „udobruchani”. Jednak już kilka godzin później na linii Bagdad-Waszyngton rozpoczął się istny „sztorm dyplomatyczny”. Wszystko za sprawą, wydawałoby się dość błahego, wydarzenia.

    Para prezydencka podczas wizyty w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    Urażony premier

    Otóż przed wylądowaniem w Iraku administracja amerykańskiego prezydenta poinformowała o planowanej wizycie irakijskie władze. Jednocześnie Trump zaprosił premiera Iraku – Adila Abdula al-Mahdiego – aby ten także odwiedził bazę Al Asad, gdzie obaj politycy mogliby odbyć krótkie spotkanie. Jednak ta oferta została stanowczo odrzucona przez Irakijczyków, którzy – prawdopodobnie – wskazali Bagdad jako możliwe miejsce spotkania. Na to natomiast nie zgodziła się amerykańska delegacja. W efekcie obaj panowie odbyli wyłącznie rozmowę telefoniczną.

    Chyba nie trzeba mówić w jaki sposób wizyta Trumpa odbiła się w irakijskich mediach? Oto prezydent kraju, który to nadal uważany jest przez większość Irakijczyków za najeźdźcę (wg danych AYS z 2016 r. 93% młodych Irakijczyków postrzega USA za wroga) przyjeżdża do ich ojczyzny, spotyka się z amerykańskimi żołnierzami (nazywanymi często siłami okupacyjnymi) a jednocześnie nie poświęci nawet chwili, aby symbolicznie uścisnąć dłoń jednego z irakijskich oficjeli.

    Nic też dziwnego, że w kilka dni do wyjeździe Trumpa, Sabah al-Saadi (lider sadrystowskiego bloku parlamentarnego Islah) wezwał parlament do zorganizowania nadzwyczajnej sesji obrad, aby przedyskutować „jaskrawe naruszenia irakijskiej suwerenności i położyć kres agresywnej polityce Trumpa, który powinien znać swój umiar.” Swoje wystąpienie Saadi zakończył słowami „Amerykańska okupacja Iraku dobiegła końca”. Wtórował mu konkurencyjny pro-irański blok Bina, który w swoim oświadczeniu napisał „Wizyta Trumpa to rażące i jasne naruszenie dyplomatycznych norm oraz przejaw pogardy i wrogości jaką przejawia prezydent w negocjacjach z irakijskim rządem”.

    Ta ostra wymiana zdań była zaledwie preludium do spektaklu, który miał odegrać się kilka tygodni później – także z Trumpem w roli głównej. Jednak zanim o tym powiemy musimy wpierw uświadomić sobie dlaczego tak błahy błąd ze strony Trumpa, jak niespotkanie się z premierem Mahdim, stał się iskrą rzuconą na beczkę prochu, opatrzona napisem „Irak AD 2019”.

    Prezydent Trump podczas wizyty w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    Sadr i nowy nacjonalizm

    W maju 2018 roku w Iraku odbyły się wybory parlamentarne, które stworzyły nową rzeczywistość polityczną. Oto stary premier, pro-amerykański Hajdar al-Abadi z kretesem przegrał wybory i został całkowicie odsunięty od władzy. Niespodziewanym zwycięzcą wyborów stał się obóz sadrystowski pod przywództwem Muktady as Sadra – legendy irakijskiego ruchu oporu.

    Muktada as Sadr wywodzi się z szanowanej rodziny szyickich duchownych. Sam także podjął studia teologiczne w Nadżafie, ale nigdy ich nie skończył. Gdy sunnicki reżim Husajna został obalony, Sadr rozpoczął formowanie tzw. Armii Mahdiego. Nowa formacja, dzięki charyzmatycznemu przywódcy i jego różnym koligacjom, szybko rosła w siłę – tak liczebnie, finansowo, jak i zbrojnie. Wkrótce także Sadryści zaczęli atakować wojska koalicji (w tym polski kontyngent w Karbali) oraz dopuszczać się zbrodni na ludności sunnickiej. Tym samym Sadr zyskał sobie miano jednego z największych rywali okupacyjnych sił amerykańskich. Mimo kontrowersyjnych metod działania, które momentami ocierały się o zwykłą bandyterkę i terroryzm, Sadr stał się dla wielu Irakijczyków bohaterem.

    Wkrótce jednak represje ze strony Amerykanów, rosnące podziały wśród samych Sadrystów oraz spadek popularności całego ruchu oporu doprowadziły do tego, że w 2007 roku Sadr uciekł do Iranu. Tymczasem na przełomie 2007 i 2008 roku jego wojska zostały całkowicie rozbite. W tej atmosferze Sadr – działając z Iranu – zaczął reorganizować Armię Mahdiego, która od tej pory miała skupiać się na działalności społecznej, religijnej i kulturalnej. W 2010 roku udało mu się wrócić do ojczyzny.

    Nie był to już jednak ten sam Sadr, który jeszcze kilka lat temu z taką zaciekłością walczył przeciwko „zachodnim najeźdźcom”. Zrezygnował z części swoich rewolucyjnych haseł i zastąpił je bardziej umiarkowanymi, takimi które byłyby akceptowalne dla szerszych mas społecznych. Teraz zaczął kreować się na „człowieka ludu”, przywódcę wszystkich Irakijczyków – zarówno szyitów, sunnitów czy chrześcijan. Jednocześnie Sadr zaczął z większym szacunkiem podchodzić do umiarkowanego ajatollaha Sistaniego, pozostającego najbardziej wpływową osobą duchowną w Iraku, z którym wcześniej Sadrowi zdarzało się walczyć – ze względu na rzekomo zbytnią ugodowość ajatollaha.

    Mało tego Sadr stał się kluczową postacią tego co ja określam roboczo „nowym, postsadamowskim modelem irakijskiego nacjonalizmu”. Odrzucił dotychczasowe podziały religijne i polityczne oraz ogłosił konieczność gruntownej reformy kraju – w szczególności walki z korupcją i biedą. Ważnym punktem w jego programie politycznym stała się także walka z wszelkimi obcymi wpływami – niezależnie od tego czy byłyby to wpływy Waszyngtonu czy Teheranu. Sadr bywa często określany mianem anty-irańskiego oraz anty-amerykańskiego – jest to w zasadzie prawda, przy czym Sadr nie traktuje samego USA czy Iranu jako wrogów, lecz sprzeciwia się jedynie wpływom obu tych państw na wewnętrzne sprawy Iraku. Tym samym mimo, że Sadr chce wycofania się amerykańskich wojsk oraz irańskich bojówek z Iraku, to jednocześnie nie widzi przeszkód w rozwoju pozytywnych, opartych na zasadzie równości, relacji z obydwoma państwami. Jednocześnie Sadr, w realizacji swoich postulatów, zrezygnował z walki zbrojnej na rzecz protestów. Rozpoczął także dialog z ugrupowaniami sekularnymi, co zaowocowało tym, że do majowych wyborów poszedł ramię w ramię z komunistami, których jeszcze kilka lat temu „odsądzał od wiary”.

    Muktada as Sadr, źródło: مالهوترا, http://www.commons.wikimedia.org

    Amerykanie po irackich wyborach

    Nic zatem dziwnego, że wyniki irackich wyborów wywołały niemałą konsternację wśród waszyngtońskich decydentów. Oto wybory wygrywał mężczyzna, który od dawna pozostaje wrogo nastawiony do jakiejkolwiek obecności USA na irakijskiej ziemi. Problem stał się tym większy, że drugie miejsce w wyborach zajął pro-irański Fatah. Tymczasem pro-amerykański Abadi zajął dopiero trzecią pozycję. Tym samym Amerykanie znaleźli się w nowej rzeczywistości politycznej. Żadne ugrupowanie pro-amerykańskie (lub chociażby przyjaznym okiem patrzące na Amerykę) nie miało szans na obsadzenie stanowiska premiera.

    Wyniki wyborów sprawiły, że dalsza obecność Amerykanów w Iraku stała się mocno problematyczna. Zgodnie z podpisanym jeszcze przez prezydenta Busha „U.S.–Iraq Status of Forces Agreement” z 2008 roku, Amerykanie uznali, że ich misja w Iraku jest zakończona i zaczęli powolne wycofywanie się z tego kraju. Ostatni amerykańscy żołnierze opuścili Irak 18 grudnia 2011 roku. W trzy lata później, 15 czerwca 2014 roku, ze względu na rosnące zagrożenie ze strony Kalifatu, Amerykanie wrócili do tego kraju – jednak teraz na oficjalne zaproszenie ze strony władz w Bagdadzie.

    Zaproszenie ze strony krajowych władz stało się w ten sposób jedynym aktem, który legitymizuje amerykańską obecność w Iraku. Waszyngton zdając sobie sprawę z niskiej popularności USA wśród Irakijczyków starał się, jak to tylko możliwe, trzymać z dala od „centrum wydarzeń”. O ile amerykańscy żołnierze wzięli udział w wielu bitwach przeciwko wojskom kalifatu, to najczęściej ograniczali się do wsparcia lotniczego i artyleryjskiego, które mogły być prowadzone bez zbytniego rzucania się w oczy.

    Prezydent Bush i premier Maliki, źródło: U.S. Army, http://www.commons.wikimedia.org

    Pomysł Pentagonu

    Mimo, że działając z „tylnego fotela”, to Amerykanom udało się odegrać pozytywną rolę w pokonaniu Państwa Islamskiego. W związku z tym oraz z faktem, że PI wróciło do taktyki walki partyzanckiej, część rządu premiera Abadiego była zainteresowana utrzymaniem kadłubowej amerykańskiej obecności w Iraku. Sami Amerykanie, biorąc pod uwagę strategiczne położenie Iraku oraz nadal istniejące zagrożenie ze strony PI, także zdawali się chętnie patrzeć na pomysł zostania w Iraku na dłużej.

    Chęć zostania Amerykanów w tym kraju wzmogła się jeszcze po ogłoszeniu decyzji Trumpa o wycofaniu się z Syrii. Zgodnie z informacjami NYT, Pentagon postanowił nie rezygnować z walki z Państwem Islamskim w Syrii (nawet po wycofaniu się z tego kraju) i wykorzystać Irak oraz znajdujące się tam amerykański bazy jako pozycje wyjściowe do rajdów na terytorium Syrii. Jednak aby to zrobić, Pentagon musiał uprzednio uzyskać zgodę Bagdadu, z którym rozpoczął delikatne negocjacje. Już same napięcia wokół wizyty Trumpa w bazie Al Asad mocno utrudniły te negocjacje, jednak prawdziwa bomba miała dopiero nadejść.

    Siedziba Departamentu Obrony, czyli tzw. Pentagon, źródło: Department of Defense, http://www.commons.wikimedia.org

    Przelanie czary goryczy

    Zlekceważenie irakijskiego premiera okazało być zaledwie wstępem do popisu, który nastąpił 3 lutego 2019 roku. Tego dnia stacja telewizyjna CBS wyemitowała wywiad z Donaldem Trumpem na temat Bliskiego Wschodu. Odnosząc się do Iraku prezydent powiedział: „Wydaliśmy już taką fortunę na budowę tej wspaniałej bazy [baza Al Asad], że równie dobrze moglibyśmy ją zatrzymać.(…) Chciałbym ją zatrzymać, aby móc obserwować Iran, bo to Iran jest prawdziwym problemem”.

    Do tych słów momentalnie odniósł się irakijski prezydent Bahram Salih stwierdzając, że „Trump nie poprosił Iraku o zgodę na «obserwację Iranu»”. Jednocześnie wezwał USA, aby „nie obciążały Iraku swoimi własnymi problemami (…) USA to wielka potęga, ale nie mogą realizować swoich priorytetów [kosztem Iraku]”. Jednocześnie Sadryści i Fatah zjednoczyły siły i oznajmiły, że wspólnie spróbują przepchnąć ustawę, która zobowiązałaby wszystkie obce wojska (w tym amerykańskie) do wycofania się z Iraku w ciągu 1 roku – i faktycznie taki projekt wpłynął do parlamentu.

    Atmosfera amerykańsko-irakijskiego sporu zaostrzyła się na tyle, że kilku Irakijczyków zaczęło planować atak rakietowy na bazę Al Asad – na szczęście spisek został wykryty, a konspiratorzy aresztowani przez irackie służby bezpieczeństwa. Jednocześnie lokalna prasa popadła w paranoję i powiązała wywiad Trumpa z ostatnimi informacjami o wizytach amerykańskich oficerów w Bagdadzie i Faludży i stworzyły teorię spiskową, zgodnie z którą Amerykanie chcą obalić obecny rząd i zainstalować w kraju dyktaturę wojskową – to najpewniej bujda, moim zdaniem amerykańscy wojskowi odwiedzają różne części kraju, bo chcą znaleźć dogodne miejsce do rozlokowania swoich żołnierzy, którzy wkrótce mają wycofać się z Syrii.

    W spór zaangażował się nawet sam ajatollah Sistani, który posiada niewyobrażalny posłuch wśród szyitów. W rozmowie z Jeanine Hennis-Plasschaert, szefową UNAMI, powiedział on: „Irak chce mieć dobre i zrównoważone relacje ze wszystkimi swoimi sąsiadami oraz innymi wielbiącymi pokój rządami, które to stosunki będą oparte na zasadzie wspólnych interesów, bez ingerowania w cudze sprawy wewnętrzne czy też podważaniu ich suwerenności”.

    Tym samym załamanie w stosunkach iracko-amerykańskich stało się pełne. Kilka niefrasobliwych zachowań prezydenta Trumpa doprowadziło do iracki parlament do wściekłości a relacje między Waszyngtonem a Bagdadem stały się jednymi z najgorszych w ciągu kilku ostatnich lat.

    Ajatollah Ali as Sistani, źródło: IsaKazimi, http://www.commons.wikimedia.org

    Pentagon to the rescue

    Sytuacja stała się na tyle poważna, że 12 lutego w Bagdadzie, z niezapowiedzianą wizytą, pojawił się Patrick Shanahan – p.o. Sekretarza Obrony. Shanahan nie ukrywał, że jego podróż jest podyktowana chęcią złagodzenia ostatnich napięć we wzajemnych stosunkach: „Są pewne ruchy w ich [irakijskiej] legislaturze (…) pewne dyskusje na temat tego czy powinni oni ograniczyć liczbę amerykańskich wojsk w Iraku. Ja chciałem jednoznacznie wskazać [premierowi Abdul Mahdiemu], że uznajemy swoją rolę [jako sił doradczych] oraz rozumiemy, że jesteśmy tam [w Iraku] na zaproszenie [irakijskiego rządu]”.

    Wydaje się, że ta niezapowiedziana wizyta pozwoliła ostudzić nieco emocje po irakijskiej stronie barykady. Po spotkaniu z Shanahanem, premier Mahdi podziękował Amerykaninowi za wizytę, lecz jednocześnie zastrzegł, że „Rząd ma swoje poglądy a parlament swoje”. Jednocześnie podkreślił, że w pełni respektuje decyzję parlamentu – o rozpoczęciu prac nad ustawą kładącej kres obcej obecności wojskowej w Iraku.

    Tym samym wydaje się, że amerykańsko-irakijski spór został częściowo zażegnany. Wątpliwe jednak, aby parlament przestał dalej procedować nad kontrowersyjną ustawą. O wycofaniu się amerykańskich wojsk z Iraku mówiło się od dawna – jeszcze za rządów Abadiego – także temat ten wraca do irackiej polityki jak bumerang, jednak tym razem wydaje się, że zostanie tutaj na dłużej. Irakijczycy są bardzo wyczuleni na próby wciągnięcia ich do amerykańskiej rozgrywki o wpływy w regionie Bliskiego Wschodu. Dlatego też nie zdziwiłbym się gdyby faktycznie parlament wezwał wszystkie obce wojska do opuszczenia Iraku.

    Patrick M. Shanahan, źródło: Department of Defense

    Dlaczego właściwie o tym piszę?

    Ostatnie napięcia w stosunkach amerykańsko-irackich są dla mnie pewnym pretekstem do krótkiej refleksji na temat polityki administracji Trumpa wobec regionu Bliskiego Wschodu. Mimo, że prezydent zapowiedział że chce rozwiązać problemy regionu poprzez zaoferowanie mu „dealu stulecia” (póki co nieopublikowanego), to jego działania starają się przeczyć istnieniu jakiegokolwiek planu, który mógłby doprowadzić do zaprowadzenia długotrwałego pokoju w regionie.

    Póki co jedyne co robi Trump to zaognianie starych konfliktów (np. decyzja o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela), umacnianie stagnacji regionu (np. wydatne wsparcie dla Sisiego i ogólnie modelu państwa policyjnego w Egipcie) oraz fala niekonsekwentnych decyzji (np. początkowe poparcie Saudów podczas kryzysu katarskiego). Amerykańskie polityce brakuje konsekwencji i spójności. Wiele osób zarzuci mi zaraz, że przecież administracja Trumpa ma przecież cel, którym jest obrona Izraela. Otóż czyny prezydenta nie potwierdzają nawet tego. Co prawda uznał on Jerozolimę za stolicę Izraela czy nałożył sankcje na Iran (obie decyzje były w interesie Izraela), lecz jednocześnie Trump także zadecydował o wycofaniu się z Syrii, co uderzy przede wszystkim w Tel Awiw.

    Najgorsze jest to, że decyzje administracji nie wynikają wcale z jakichś błędnych założeń ze strony Waszyngtonu – wręcz przeciwnie, ostatni raport Senackiej Komisji Wywiadu potwierdza, że kręgi rządowe idealnie wyczuwają tendencje i zagrożenia jakie zagrażają amerykańskim interesom. Jednak zalecenia współpracowników zdają się nie docierać do prezydenta – vide krytyka w/w Komisji, której Trump zarzucił że jest „naiwna” i „powinna wrócić do szkoły”.

    Problemem jest sam prezydent i osoby z jego najbliższego otoczenia np. John Bolton, który jeszcze niedawno miał chcieć przeprowadzić atak na Iran. Zbyt często, przekonani o własnej nieomylności, ignorują oni rady swoich współpracowników. Niepokojące jest także to, że przez administrację Trumpa cały czas przewijają się osoby, które miały już swoją szansę w wielkiej polityce i zawiodły np. nowym narybkiem administracji, jako specjalny wysłannik ds. Wenezueli został ostatnio Elliot Abrams, który podczas pracy w administracji Busha juniora torpedował izraelsko-palestyński proces pokojowy z Annapolis, za którym obstawała Condoleezza Rice (ówczesna Sekretarz Stanu).

    Wszystko to sprawia, że region Bliskiego Wschodu jest obecnie, mimo „pokonania” Państwa Islamskiego, jeszcze mniej przyjemnym miejscem niż w czasie gdy z Białego Domu odchodził prezydent Obama. Amerykańska polityka nie ma już jakichś głębszych założeń, bardzo ciężko wyszukiwać się w niej jakichś prawidłowości. Co prawda w przypadku prezydenta Obamy ciężko było także mówić o doktrynie wobec Bliskiego Wschodu (do tej pory trwają spory czy taka doktryna była cy nie), to plusem jego administracji było, że miał on jedną elastyczną zasadę „don’t do stupid shit”, która pozwalała mu szybko dostosować się do zmieniających się realiów Bliskiego Wschodu.

    Tymczasem u Trumpa ciężko doszukać się podobnej zasady, nie mówiąc już o doktrynie. Przykładowo prezydent zapowiedział wywarcie „maksymalnej presji ekonomicznej” na rząd w Teheranie. Jednocześnie jednak zezwolił Hindusom na dalszą rozbudowę portu w Czabaharze – o ile ten ruch jest w miarę zrozumiały, zwłaszcza biorąc pod uwagę jaką rolę port ten może odegrać w indyjskim handlu oraz jak może przyczynić się dla stabilizacji sytuacji w Afganistanie, to inne posunięcia dotyczące zagranicznych inwestycji w Iranie są nieporozumieniem. Biały Dom, mimo nacisków Francuzów, nie zwolnił od sankcji francuskiego Totalu, który posiadał lukratywny kontrakt na prace na największym polu gazowym na świecie – „Południowe Pars”. Tym samym kontakt Totalu został przejęty przez chińskie CNPC, przez co w rękach Chińczyków (najpotężniejszego wroga USA) znalazło się teraz blisko 80% projektu. Co prawda, w rezultacie negocjacji handlowych na linii Waszyngton-Pekin, chińskie inwestycje w „Południowym Pars” zostały wstrzymane (pytanie na jak długo), lecz jednocześnie Chińczycy dostali zgodę na prace na polu naftowym Azadegan, które pozostaje jednym z największych w Iranie. Tym samym zdaje się, że Trump postawił osobiste animozje (niechęć do Francuzów) wyżej niż interes narodowy USA (rywalizacja z Chińczykami).

    Jednocześnie zastrzeżenia może budzić niemal bezwarunkowe wsparcie dla Saudów, prowadzących skrajnie nieodpowiedzialną politykę, która nie tylko wpędza same Królestwo w zakłopotanie, ale także odbija się czkawką w samym Waszyngtonie – vide kryzys katarski, który doprowadził do zacieśnienia relacji między Dohą a Teheranem czy zbrodnie przeciwko ludzkości w Jemenie i związana z tym krytyka amerykańskiej administracji.

    Problemem jest także dalsze wspieranie polityki stagnacji regionu, czego najlepszym przykładem jest Egipt, gdzie Waszyngton pozwala Sisiemu nie tyle na na odbudowę państwa policyjnego z czasów Mumbaraka, lecz nawet na jeszcze większą rozbudowę struktur bezpieczeństwa. Wszystko odbywa się oczywiście pod hasłami walki z ekstremizmem, a w szczególności Bractwem Muzułmańskim. Pomija się przy tym zupełnie potrzeby i aspiracje egipskiego społeczeństwa, z którym Amerykanie – tak jak przed 2011 roku – utrzymują tylko bardzo luźne relacje. Nadal w kręgach Waszyngtonu dominuje ignoranckie podejście, zgodnie z którym wystarczy wsparcie sekularnego proamerykańskiego reżimu, aby utrzymać wpływy USA w regionie. Jest to podejście krótkowzroczne, które w perspektywie 10-20 lat doprowadzi do kolejnej rewolucji.

    Swoistą wisienką na torcie jest sam amerykański prezydent, który bardziej jest biznesmenem niż politykiem, i dlatego w żaden sposób nie potrafi odnaleźć się w zawiłościach Bliskiego Wschodu. Spór z Irakiem to świetny przykład skrajnej lekkomyślności ze strony amerykańskiego prezydenta. Kilka nierozważnych słów wystarczyło, aby wywołać złość całego irakijskiego establishmentu. Natomiast złagodzenie napięć (pytanie na jak długo) wymagało wizyty w Iraku samego szefa Departamentu Obrony.

    Jeremy Shapiro z „European Council on Foreign Relations”, pytany w 2018 roku o rolę USA na Bliskim Wschodzie, powiedział „Asking the United States to solve the problems of the Middle East is like asking an alcoholic to solve your drinking problem. Sure, he has lots of experience, but it is all bad and he can’t remember most of it.” O ile generalnie nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo przecież – posługując się terminologią Shapiro – nie każda amerykańska administracja składała się z „alkoholików”, o tyle muszę przyznać że administracja Trumpa „nie wylewa za kołnierz”.

    USA nie mają czasu na takie głupie spory. Głównym rywalem Waszyngtonu jest obecnie Pekin. To „walka” z Chińczykami a nie spór z Irakijczykami powinna zajmować amerykańską dyplomację. Jednak stale niekonsekwentna, niedojrzała i arogancka polityka Trumpa wobec krajów arabskich doprowadza do tego, że jego współpracownicy nie mogą poświęcić Chinom tyle uwagi ile powinni, gdyż ciągle muszą naprawiać to co prezydent zepsuł – czy to kryzys katarski, czy wycofanie się z JCPOA (które wzmocniło irańskich konserwatystów i uczyniło pozyskanie broni atomowej przez Iran niemal pewnym po 2021 roku) czy też ostatnie spory wokół Iraku. Wszystko to sprawia, że administracja Trumpa marnuje energię na kwestie, którymi powinni zajmować się amerykańscy sojusznicy – tak jak mówił Obama, to KSA powinna zająć się utrzymaniem status quo na Bliskim Wschodzie. Tymczasem administracja Trumpa marnuje energię, która powinna zostać wykorzystana gdzie indziej – na teatrze chińskim.

    Nierozważność Trumpa i jego ludzi mogła na początku budzić politowanie i uśmiech, lecz teraz czas na żarty skończył się. Ameryka musi wziąć się w garść zanim będzie za późno. Walka o światową dominację trwa a Chińczycy nie będą czekali aż amerykański prezydent skończy swój „executive time” i weźmie się do roboty.

    Prezydent Trump i doradca John Bolton w Iraku, źródło: The White House, flickr.com

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #irak #bliskiwschod #trump #geopolityka #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    •  

      1. Utworzenie tzw. Arabskiego NATO czyli sojuszu wojskowego: Egiptu, Arabii Saudyjskiej, ZEA, Jordanii, Omanu i Kataru.
      Teoretycznie założenie dobre, ale w praktyce polityka Arabii Saudyjskiej wobec Kataru i Jemenu mocno komplikuje realizację tego projektu.


      @arkan997: Tak, zdecydowanie, Amerykanie grają na to od dłuższego czasu. Tylko z rezultatami, to... no właśnie...jest tak jak mówisz. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      2. Utworzenie stałej bazy wojskowej USA w Izraelu.
      Jednym z powodów wcześniejszych wyborów w Izraelu jest spór między świeckim a ortodoksyjnymi Żydami. Gdzie ci drudzy są zwolnieni ze służby wojskowej a nawet utrzymywani z podatków placonych przez Żydów świeckich, którym naturalnie ten stan rzeczy nie odpowiada.
      Dlatego nie będę zaskoczony jeśli nagle okaże się, że wojska z Syrii i Afganistanu zostaną przerzucone do Izraela.


      @arkan997: Ja byłbym sceptyczny co do tej bazy. To by tylko zwiększyło napięcie w regionie - ale w końcu teraz rządzi Trump, także nigdy nie wiadomo. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Tak w ogóle to USA posiada od 2017 roku bazę w Izraelu, ale bardzo małą, która zajmuje się obroną przeciwlotniczą. https://www.timesofisrael.com/in-first-us-establishes-permanent-military-base-in-israel/

      @Martwiak: Dzięki. Od pewnego czasu staram się czytać dr Brzeskiego, ale nadal nic nie rozumiem. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      @JanLaguna: to może nauka kodowania Ci pomoże go zrozumieć.
      Społeczne procesy poznawcze. Józef Kossecki.

      Podręcznik #wojnainformacyjna ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      źródło: youtube.com

    • więcej komentarzy (10)

  •  

    #4konserwy sami tak forsowaliście propagandę propisowska, by pomóc PiSowi i Dudzie w wygranej w wyborach i jeździe po UE, propaganda anty UE była porażająca
    teraz #tvpis za naszą kasę wciska kit o wielkich sukcesach naszych dyplomatołków

    więcej peanów dla Dudy takie fajne są memy z nim
    dobra robota w pewnej mierze to dzięki wam

    https://wiadomosci.tvp.pl/41314346/dowod-na-silny-sojusz-polskoamerykanski

    #polityka #4konserwy #usa #zydzi #trump #neuropa #polska #takaprawda
    pokaż całość

    źródło: 1.png

  •  

    Szykuje się początek końca Państwa Polskiego, za nasze pieniądze:

    "...and I urge my Polish colleagues to move forward with comprehensive private property restitution legislation for those who lost property during the Holocaust era. "

    Mr Pompeo, how about F**K OFF???

    All we got here in Poland is the HEIRLESS property, broke into pieces by Germans, rebuilt with Polish hands brick by brick. Wft do your (((friends))) want from us Poles?

    "Act. S.447 JUST" signed by Trump, $350 000 000 000 for fucking nothing??? Over my dead body!

    https://www.state.gov/secretary/remarks/2019/02/28...

    Wpis:

    https://gab.com/qwerty1/posts/48637505

    #4konserwy #ustawa447 #447 #polityka #polska #trump #act447
    pokaż całość

    źródło: img1.dmty.pl

  •  

    Podwójna gra UE

    31 stycznia szefowie MSZ Niemiec Wielkiej Brytanii i Francji (tzw. grupa E3) poinformowali, że dzięki ich wspólnym wysiłkom udało się powołać do życia tzw. Spółkę Specjalnego Przeznaczenia (SPV). Spółka ma zająć się obsługą handlu z Iranem, który od zeszłego roku obłożony jest amerykańskimi sankcjami. O ile na pierwszy rzut oka powstanie SPV zdaje się być przełomowym momentem, który pokazuje jak bardzo UE zdeterminowana jest do utrzymania przy życiu porozumienia atomowego z Iranem (JCPOA), to szczegóły dotyczące powstania SPV nie pozostawiają złudzeń – UE rozpoczyna nową grę, w której jej przeciwnikiem jest już nie tylko Waszyngton, ale także sam Teheran.

    Polecam czytać bezpośrednio na blogu - lepszy układ strony, a poszczególne fragmenty tekstu są opatrzone źródłami.

    ———————————————–

    Oś Berlin-Paryż-Londyn

    Nowo powstała Spółka będzie nosić nazwę „Instrument in Support of Trade Exchanges” (INSTEX). Została ona zarejestrowana we Francji, w jej zarządzie zasiedli Brytyjczycy, a prezesem został niemiecki bankier Per Fischer, związany wcześniej z Commerzbankiem. Póki co INSTEX został wyłącznie zarejestrowany, a pierwsze transakcje z Iranem – zgodnie z zapowiedziami unijnych dyplomatów – Spółka obsłuży dopiero za kilka miesięcy. Jednak nie jest to jedyny problem Iranu.

    Gdy w 2018 roku szefowa unijnej dyplomacji, Federica Mogherini, zapowiadała powstanie „europejskiego kanału do handlu z Iranem” przedstawiała SPV jako podmiot, który przejmie na swoje barki ciężar obsługi transakcji wszelkiej maści – zaczynając od żywności, przez maszyny, po irańską ropę i gaz ziemny. Dlatego też Teheran wiązał z europejską SPV ogromne nadzieje, uważając ją za uniwersalne remedium, które nawet jeśli nie „zablokuje” całkowicie amerykańskich sankcji, to znacznie ułatwi Teheranowi uczestnictwo w światowym handlu.

    Federica Mogherini i Dżawad Zarif, Teheran, 2016 rok, źródło: Tasnim News Agency

    Dobra pierwszej potrzeby

    Jednak teraz, gdy INSTEX już powstał, wiele z tych irańskich nadziei zostało rozwianych. Otóż zgodnie z oświadczeniem E3 Spółka zajmie się tylko obsługą transakcji, których przedmiotem będą „dobra pierwszej potrzeby” takie jak żywność, medykamenty itp. Tymczasem o obsłudze handlu surowcami energetycznymi (co z irańskiej perspektywy jest kluczowe) nie może być póki co mowy. Co prawda na połączonej konferencji prasowej, szefowie MSZ-ów UK, Francji i Niemiec, zgodnie przyznali, że być może w przyszłości powstanie inna SPV do obsługi szerszej kategorii transakcji, ewentualnie rozszerzeniu ulegnie sama działalność INSTEX-u, lecz nie wskazali kiedy miałoby to nastąpić. Podobne stwierdzenie padło w, wydanym później, wspólnym oświadczeniu, gdzie stwierdzono, że INSTEX tylko „początkowo” („initially”) ma zajmować się handlem dobrami pierwszej potrzeby – jednak tutaj też zabrakło konkretnej daty, lub chociaż ogólnego zarysu, kiedy działalność SPV miałaby ulec rozszerzeniu.

    Tym samym póki co INSTEX zajmie się wyłącznie obsługą tych transakcji, które de iure są już zwolnione z reżimu sankcji – zgodnie z amerykańskim ustawodawstwem sankcje nie mogą obejmować towarów zaliczanych do szeroko rozumianej „pomocy humanitarnej”. Przy czym de facto sam fakt istnienia amerykańskich sankcji znacznie utrudnia sprowadzanie niektórych, wyłączonych spod sankcji, towarów np. leków – w Iranie było to bardzo odczuwalne podczas sankcji sprzed JCPOA. Problemy w imporcie polegały na tym, że Irańczykom było niezwykle trudno znaleźć banki, które wyraziłyby zgodę na pośredniczenie w zakupie takich towarów. Na problem ten zwrócił już uwagę Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, który orzekając w październiku zeszłego roku w amerykańsko-irańskim sporze dot. ostatnich sankcji, zobowiązał Waszyngton do usunięcia wszelkich przeszkód, które mogłyby utrudniać Iranowi import medykamentów i żywności.

    Mieszane reakcje

    Dlatego też o ile na pierwszy rzut oka INSTEX „nie wydaje się mieć jakiegokolwiek wpływu na amerykańskie sankcje” – jak określiła to ambasada USA w Berlinie – to już, po chwili głębszej refleksji, widać wyraźnie że nowo powstała SPV powinna znacznie ułatwić Teheranowi sprowadzanie towarów pierwszej potrzeby – co może z kolei częściowo polepszyć sytuację gospodarczą kraju i złagodzić istniejące napięcia społeczne. Chociaż nie ma wątpliwości, że Teheran wiązał z INSTEX-em dużo większe nadzieje.

    Administracja prezydenta Rouhaniego odniosła się do SPV bardzo pozytywnie – zachowując jednak przy tym pewną rezerwę. I tak np. minister spraw zagranicznych Dżawad Zarif podziękował UE za powołanie INSTEX-u i zadeklarował dalszą chęć współpracy, lecz jednocześnie zastrzegł, że SPV to tylko pierwszy krok potrzebny do uratowania JCPOA, z którym i tak EU zbyt długo czekała.

    W zupełnie inny sposób zareagowała irańska prawica, której bardzo nie spodobało się, że w oświadczeniu o powstaniu SPV umieszczono następujące sformułowanie „INSTEX będzie działał zgodnie z najwyższymi międzynarodowymi standardami dotyczącymi walki z korupcją i wspieraniem terroryzmu oraz będzie przestrzegał unijnych i oenzetowskich sankcji. W związku z powyższym państwa E3 oczekują, że Iran sprawnie implementuje wszystkie standardy FATF. To właśnie te cztery litery – FATF – doprowadziły konserwatystów do czerwoności.

    Poseł Mohammad Javad Koulivand stwierdził, że INSTEX to PR-owa zagrywka, która ma w istocie zmusić Teheran do szerokich ustępstw względem UE. Na koniec dodał jeszcze, że Europejczycy zdają się być bardziej zainteresowani przechytrzeniem Iranu niż obejściem amerykańskich sankcji. W jeszcze ostrzejszym tonie wypowiedział się inny parlamentarzysta – Amir-Hossein Ghazizadeh Hashemi, członek radykalnego Frontu Dla Utrzymania Islamskiej Rewolucji. Hashemi oskarżył Europejczyków o pozostawanie w zmowie w Amerykanami a nowo powstałą INSTEX określił mianem „bezwartościowego skrawka papieru”. Stwierdził także, że polityka UE wobec Iranu jest zbieżna z tą prowadzoną przez USA – różnica polega jedynie na przyjętych metodach działania. Zdaniem Hashemiego USA chcą zreformować irański system z zewnątrz (przez sankcje) a UE od wewnątrz (przez wywieranie presji na Teheran i dawkowanie pomocy w zależności od realizacji reform).

    Głosy Koulivanda i Hashemiego nie są wcale odosobnione. Wtóruje im także bardzo wpływowa persona, Sadeq Larijani – szef irańskiego systemu sądownictwa, które posiada ogromny wpływ na każdy aspekt życia w Iranie. Larijani stwierdził, że „państwa europejskie muszą wiedzieć, że Islamska Republika Iranu w żaden sposób nie jest w stanie zaakceptować tych upokarzających warunków, które proponuje nam Europa. Iran nie poczyni żadnych ustępstw w zamian za drobne gesty, takie jak INSTEX”. Na koniec, podobnie jak Hashemi, Larijani dodał, że polityka UE zmierza w tym samym kierunku co amerykańska.

    W tym miejscu należy wyjaśnić czym takim jest FATF i dlaczego irańska elita zareagowała w taki a nie inny sposób. Potem natomiast zastanowimy się czy faktycznie konserwatyści mają rację i UE faktycznie irańska polityka UE faktycznie zmierza w tym samym kierunku co ich amerykańskich partnerów.

    Logo FATF, źródło: Twitter

    Awantury w irańskim parlamencie

    FATF to międzyrządowa Grupa Specjalna ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy, która ustala standardy walki z praniem brudnych pieniędzy oraz finansowaniem terroryzmu. Stosowanie się do tych standardów jest oczywiście pozostawione swobodnej decyzji każdego z państw a nieposłuszeństwo nie jest, przynajmniej w teorii, związane z żadnymi sankcjami – oprócz pojawienia się na tzw. „czarnej liście FATF”.

    Jednak w praktyce – biorąc pod uwagę, że FATF to grupa międzyrządowa – już samo pojawienie się na „czarnej liście FATF” ma daleko idące konsekwencje objawiające się w trudnościach z przyciąganiem zagranicznych inwestorów, obsługą transakcji bankowych i w ogóle z działaniem na rynkach międzynarodowych.

    Iran od wielu lat ma problemy z dostosowaniem swojego ustawodawstwa do standardów FATF. Problemy te są tak duże, że Iran jest jednym z dwóch (obok Korei Północnej) państw umieszczonych na czarnej liście FATF, co – jak już wskazałem – prowadzi do wielu problemów natury gospodarczej. Jednak w czerwcu 2016 roku dla Teheranu pojawiło się światełko w tunelu. Administracja Rouhaniego osiągnęła z FATF porozumienie, na podstawie którego Iran miał podjąć zdecydowane działania przeciwko praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu a w zamian za to Grupa miała zawiesić stosowanie wobec Iranu tzw. „środków zaradczych” – są to wezwania kierowane do społeczności międzynarodowej, aby ta podjęła odpowiednie środki (w tym sankcje gospodarcze) przeciwko państwu, które nie stosuje standardów FATF. W efekcie Iran pozostał na czarnej liście FATF, ale Grupa przestała utrudniać Teheranowi dostęp do światowych rynków.

    Okres zawieszenia środków zaradczych wobec Iranu wynosił początkowo 12 miesięcy, jednak ze względu na wolę współpracy i podejmowanie pozytywnych działań przez administrację Rouhaniego, okres ten był konsekwentnie wydłużany. W tym czasie rząd złożył cztery projekty ustaw, które miały dostosować irańskie ustawodawstwo do standardów FATF. Dwie z nich, mimo protestów konserwatystów, udało się uchwalić. Jednak szanse na uchwalenie pozostałych dwóch, które pozostają „oczkiem w głowie” FATF, zdają się maleć z tygodnia na tydzień. Tymczasem czasu na działanie pozostaje niewiele – środki zaradcze FATF wobec Iranu, jeśli Teheran nie uzyska kolejnego przedłużenia terminu, zostaną przywrócone z początkiem marca 2019 roku.

    Obrady irańskiego parlamentu, źródło: Mahdi Sigari, ypa.ir

    Obrady i rady

    Dlatego też administracja Rouhaniego w ostatnich miesiącach ze zdwojoną siłą próbuje przepchnąć wspomniane dwie ustawy, tak aby zostały uchwalone jeszcze przed upływem terminu wyznaczonego Irańczykom przez FATF. Jednak jest to ekstremalnie trudne, gdyż projekty tych ustaw wywołują ogromne protesty ze strony konserwatystów a ich uchwalenie nie zależy wyłącznie od woli parlamentu.

    W irańskim parlamencie większość stanowią reformiści. Mimo, że nie dysponują oni samodzielną większością, udało im się przegłosować projekty ustaw związanych z FATF. Jednak dalsze procedowanie utrudniła Rada Strażników, która zajmuje się sprawdzaniem zgodności prawa uchwalanego przez parlament z zasadami islamu i konstytucji. Większość w Radzie Strażników posiadają konserwatyści. Nie wyrazili oni zgody na uchwalenie kontrowersyjnych ustaw w kształcie zaproponowanym przez parlament i odesłali sprawę do tzw. Rady ds. Celowości, która ma ostatecznie rozstrzygnąć spór między parlamentem a Radą Strażników.

    Nie jest to dobra wiadomość dla prezydenta, gdyż nie dość że w Radzie ds. Celowości większość mają konserwatyści, to od 2017 roku jej członkowie próbują odgrywać coraz większą rolę w irańskiej polityce – nie tylko rozstrzygać spory między parlamentem a Radą Strażników, ale także proponować własne poprawki kontrowersyjnych ustaw. Przeciwnicy Rady ds. Celowości zarzucają jej członkom, że ci zachowują się tak jakby próbowali reaktywować senat, który został zniesiony w wyniku islamskiej rewolucji.

    Wracając jednak do tematu, Rada ds. Celowości ma ogłosić swoje stanowisko wobec ustaw związanych z FATF pod koniec lutego – jeszcze przed ogłoszeniem decyzji FATF co do ewentualnego powrotu środków zaradczych. Mimo, że mamy już połowę miesiąca nadal ciężko powiedzieć jaka będzie ostateczna decyzja Rady. Co prawda dominują w niej konserwatyści, więc można byłoby sądzić że rządowe projekty upadną, lecz nie jest to takie proste. Rada ds. Celowości została powołana jako organ doradczy najwyższego przywódcy, którym sam wybiera jej członków. Dlatego też oceniając szanse przejścia FATF w Radzie należy uwzględniać nie tylko sam jej skład, lecz przede wszystkim stanowisko samego ajatollaha Ali Chameneiego.

    [Reza Ostadi, członek Rady ds. Celowości oraz były członek Rady Strażników. Źródło: Mostafameraji, wikimedia.org](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/76/Reza_Ostadi_رضا_استادی_10.jpg/1024px-Reza_Ostadi_رضا_استادی_10.jpg)

    Ciężki wybór Ajatollaha

    Ten natomiast unika publicznych komentarzy w tej sprawie i nie opowiada się ani jednoznacznie za ani przeciw rządowym projektom – część irańskich komentatorów nazywa to taktyką „żółtego światła”, zastosowaną już m.in. podczas negocjacji w sprawie JCPOA. W ten sposób Chamenei chce pozostawić sobie pewną swobodę działania, dzięki której porażka związana z FATF nie będzie mogła mu być przypisana, ale już zwycięstwo jak najbardziej.

    Wydaje się, że sam Chamenei dokładnie nie wie jak zachować się w sprawie FATF. Z jednej strony przepchnięcie rządowych projektów umocni pozycję Iranu na rynkach międzynarodowych i ułatwi dalsze negocjacje z Europą nad utrzymaniem „kanału handlowego”. Jednak z drugiej strony wprowadzenie standardów FATF może odbić się irańskim elitom czkawką – zarówno w kraju, jak i poza jego granicami.

    FATF postuluje, aby Iran powołał nowy organ (Financial Intelligence Unit), niezależny od dotychczasowych struktur, który zająłby się monitorowaniem zjawiska prania pieniędzy. Taki organ mógłby ukrócić, a już na pewno utrudniłby, elitom wyprowadzanie pieniędzy z budżetu państwa oraz wszelkiego rodzaju defraudacje, które są zmorą religijnych fundacji (bonjadów) i państwowych przedsiębiorstw – więcej na temat patologii irańskiej gospodarki pisałem tutaj.

    Mało tego, FATF wymaga od Teheranu daleko posuniętych reform w zakresie wspierania terroryzmu – w szczególności usunięcia z irańskiego ustawodawstwa zapisu, który wyłącza spod definicji „ugrupowania terrorystycznego” grupy, które „walczą z obcą okupacją, kolonializmem i rasizmem”. To natomiast konserwatyści postrzegają jako próbę zatrzymania irańskiego wsparcia dla Hezbollahu czy Hamasu i tym samym utrudnienie działalności Teheranu w regionie Bliskiego Wschodu – póki co te obawy są bezpodstawne, bo żadna z tych organizacji nie znajduje się na oenzetowskiej liście ugrupowań terrorystycznych.

    Tym samym Rada ds. Celowości i Chomeini znaleźli się między młotem a kowadłem. Z jednej strony potrzebują kontaktów handlowych z Europą a z drugiej strony muszą utrzymać możliwość szerokiego oddziaływania na sytuację w regionie. I tutaj właśnie dochodzimy do meritum sprawy – powstanie INSTEX-u to najprawdopodobniej nie tylko próba ratowania JCPOA, ale także początek nowej gry między Brukselą a Teheranem.

    Ajatollah Ali Chamenei, źródło: Khamenei.ir

    Przypadek?

    Jak już wspomniałem jeszcze w zeszłym roku Federica Mogherini zapowiadała daleko idącą pomoc dla Iranu, dzięki której miano utrzymać JCPOA „przy życiu”. Zapowiadana pomoc nie miała być obłożona jakimikolwiek warunkami czy ustępstwami ze strony Teheranu. Jednak oświadczenie w sprawie INSTEX-u, a w szczególności jego fragment poświęcony FATF, całkowicie zmieniło sytuację. Mamy teraz dwie opcje. Możemy uznać, że ostatnie oświadczenie E3 to początek nowej gry UE z Iranem albo że fragment dot. FATF został dodany do oświadczenia przez pomyłkę. Moim zdaniem, biorąc pod uwagę szerszy aspekty stosunków europejsko-irańskich (o czym niżej), wersję o nierozgarniętych dyplomatach należy odrzucić. Wersja ta jest zresztą tym mniej prawdopodobna, że wypowiedzi na temat FATF padały także podczas wspólnej konferencji ministrów spraw zagranicznych państw E3. Tym samym wiele wskazuje, że „wbicie szpili” Iranowi w sprawie FATF nie było żadnym przypadkiem, lecz celowym działaniem.

    W takim razie co takiego stało się w okresie między wystąpieniami Mogherini z maja-czerwca 2018 roku (idea bezwarunkowej pomocy) a powołaniem INSTEX-u?

    Szpiedzy tacy jak my

    Otóż działo się bardzo dużo. Przede wszystkim z punku widzenia UE kluczowy był tutaj wzrost zaangażowania irańskiego wywiadu (VAJA), który – nie wiedzieć czemu – uznał, że zamieszanie związane z JCPOA to idealny pomysł, aby uciszyć kilku przeciwników Teheranu ukrywających się w Europie. Czego VAJA nie wzięła pod uwagę to fakt, że europejskie służby bezpieczeństwa to światowa czołówka a środowisko irańskich opozycjonistów znajduje się pod stałym nadzorem. I tak we wrześniu 2018 roku duńska policja aresztowała trzech mężczyzn planujących zamach na Habiba Jabora (członka ASMLA, arabskiej organizacji separatystycznej). Tymczasem miesiąc później francuscy śledczy powiązali irańskiego dyplomatę z nieudanym zamachem bombowym w Paryżu, którego ofiarami mieli paść irańscy opozycjoniści. Jak jeszcze tego byłoby mało to w lipcu 2018 roku holenderska policja przyznała, że za zabójstwem Mohammada-Reza Kolahiego (członek MEK, lewicowa organizacja opozycyjna) z 2015 r. stali prawdopodobnie Irańczycy. Incydenty te zostały szczegółowo opisane w prasie i odbiły się szerokim echem w europejskich stolicach, które odpowiedziały bardzo zdecydowanie.

    8 stycznia 2019 roku Bruksela nałożyła indywidualne sankcje na kilku członków irańskiego wywiadu – w tym na Saeida Hashemiego Moghadama (zastępca szefa VAJA) – i wpisała ich na europejską listę terrorystów.

    Jednocześnie sprawa zamachów nie jest jedynym punktem spornym w relacjach między Brukselą a Teheranem. Innymi ważnymi kwestiami są: zaangażowanie Iranu w regionie Bliskiego Wschodu, finansowanie Hezbollahu, Hamasu, Houthi, stwarzanie zagrożenia dla międzynarodowej żeglugi w cieśninach Ormuz i Bab Al Mandab oraz szybka rozbudowa irańskiego programu rakietowego – to właśnie ta ostatnia kwestia jest jednym z większych problemem we wzajemnych relacjach i został jej poświęcony fragment w oświadczeniu Rady UE z 4 lutego 2019 roku.

    Stanowisko Rady UE spotkało się z ostrą krytyką – i to nie tylko ze strony konserwatystów, ale także administracji Rouhaniego. Prezydent stoi twardo na stanowisku, że kwestia irańskiego programu rakietowego nie podlega negocjacji – i trudno mu się dziwić, bo gdyby zgodził się na jakiekolwiek negocjacje w tej materii to zostałby momentalnie „pożarty” przez swoich politycznych oponentów.

    Wzajemne spory co do zamachów na europejskiej ziemi oraz irańskiego programu rakietowego to tylko wierzchołek góry lodowej. Napięcia w stosunkach europejsko-irańskich są ostatnio dużo większe niż zdawałoby się to na pierwszy rzut oka. Wściekłość w Teheranie wywołało także to, że Włochy oraz Grecja – mimo że zostały okresowo zwolnione od amerykańskich sankcji – to całkowicie zrezygnowały z zakupu irańskiej ropy naftowej. Oliwy do ognia dolały jeszcze Niemcy, które odebrały liniom lotniczym Mahan prawo do lądowania na niemieckim terytorium – są one oskarżane o udział w transporcie sprzętu wojennego do Syrii.

    Smaczku całej sprawie dodał jeszcze styczniowy raport Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, w którym stwierdzono, że „nowe anty-irańskie sankcje najprawdopodobniej doprowadzą do zwiększenia przez Teheran nakładów na cyberszpiegostwo (…) w szczególności w sytuacji, gdyby Irańczykom nie udało się utrzymać EU przy JCPOA” (sic!, pisownia oryginalna).

    Logo irańskiej agencji wywiadu (VAJA)

    Nowe rozdanie

    Wszystko to zdaje się wskazywać, że UE dokonała rewizji swojej polityki wobec Iranu. Z jednej strony Europa chce utrzymać JCPOA „przy życiu”, bo jest to zgodne z jej interesami gospodarczymi oraz pozwala ograniczyć irański program atomowy. Z drugiej jednak strony Francja, UK czy Niemcy widzą jakie zagrożenie niesie za sobą wywrotowa działalności Iranu i dlatego nie są skłonni pomagać Iranowi bezwarunkowo – zamiast tego proponują „swoistą marchewkę”, przy pomocy której będą wodzić Teheran za nos. Schemat tego działania jest prosty. INSTEX jest gestem dobrej woli, który ma zmaterializować europejską chęć pomocy i zmobilizować Irańczyków do współpracy. Jednak dalsza europejska pomoc jest uzależniona od tego czy Teheran faktycznie zacznie wprowadzać kolejne reformy – tak jak w sprawie FATF.

    Jest to bardzo ryzykowna gra, którą UE może przegrać z kretesem. Przede wszystkim europejskie możliwości działania wobec amerykańskich sankcji są mocno ograniczone. Powstanie INSTEX to pozytywny sygnał, który pokazuje że najwięksi europejscy gracze dotrzymują swoich obietnic nawet wtedy, gdy muszą rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Jednak sam INSTEX nie uratuje JCPOA. Do tego potrzeba dużo więcej. Europa musi stworzyć skomplikowany mechanizm handlowy, który zapewni europejskim firmom handlującym z Teheranem pełne bezpieczeństwo. Jest to ogromne wyzwanie, bo już wcześniej różni amerykańscy oficjele – np. John Bolton – wyraźnie dali do zrozumienia, że obłożą sankcjami wszelkie przedsiębiorstwa handlująca z Iranem – niezależnie czy za pomocą SPV czy też nie.

    Z drugiej strony próby wywarcia nawet najmniejszej presji na Teheran mogą doprowadzić do potężnej reakcji zwrotnej. Bruksela ma rację, że obecny prezydent Iranu ma stosunkowo umiarkowane poglądy i byłby prawdopodobnie skłonny na pewne ustępstwa w zamian za pomoc gospodarczą. Jednocześnie jednak Europejczycy przeszacowują pozycję prezydenta i nie uwzględniają specyfiki systemu, w którym musi on działać. Świetnie widać to na przykładzie FATF. Sam Rouhani rozumie potrzebę reformy irańskiego systemu i robi wszystko co możliwe, aby przepchnąć projekty ustaw dotyczące prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. Jednak sam nie jest on w stanie oprzeć się konserwatystom, którzy obsadzili swoimi ludźmi większość instytucji państwowych, które – mimo że nie pochodzą z powszechnych wyborów – to posiadają ogromny wpływ na kształtowanie irańskiej polityki.

    Ostatnie działania UE w żaden sposób ułatwiają działań prezydenta – a wręcz przeciwnie. Konserwatyści, powołując się na słowa unijnych polityków, wskazują że Rouhani jest marionetką Europy a FATF to pomysł Europejczyków a nie prezydenta.

    rezydent Hassan Rouhani, źródło: Tasnim News Agency

    Upadek prezydenta

    Wypowiedzi unijnych polityków są szkodliwe – i w perspektywie krótkoterminowej (FATF) i długoterminowej. Od maja 2018 roku poparcie prezydenta Rouhaniego topnieje w bardzo szybkim tempie. Konserwatyści próbują przekonać naród, że pogarszająca się z dnia na dzień sytuacja ekonomiczna w kraju, to rezultat niezdecydowanych działań Rouhaniego, który zgodził się na podpisanie JCPOA i został „oszukany przez Zachód”. Jak wskazują sondaże taka retoryka zyskuje coraz większy poklask w irańskim społeczeństwie.

    Sytuacji Rouhaniego nie ułatwia także fakt, że obecna administracja jest powszechnie krytykowana przez samych reformistów – którym Rouhani zawdzięcza wyborcze zwycięstwa z lat 2013 i 2017. Krytykują oni prezydenta, że był on zbyt mało zdecydowany w swoich działaniach i nie wykorzystał szansy na reformę jaką były lata 2016-2018, gdy Iran pozostawał wolny od sankcji a konserwatyści byli w odwrocie. Ponadto oskarżają oni prezydenta o zdradę liberalnych ideałów – chociaż tak naprawdę Rouhani nigdy nie był „liberałem czystej krwi”, dużo lepiej czuł się wśród „centrystów” a reformistów wykorzystywał raczej dla swojej własnej agendy politycznej niż faktycznie identyfikował się z ich hasłami.

    Rozłam w umiarkowanym środowisku i pogarszająca się sytuacja gospodarcza sprawiają, że zwycięstwo kogoś z obozu reformistów w nadchodzących wyborach prezydenckich w 2021 roku wydaje się coraz mniej prawdopodobne. Napięcia społeczne wzrastają a konserwatywna opozycja – na fali populistycznej krytyki Rouhaniego – zdobywa coraz większe poparcie. Tym samym powrót do władzy konserwatystów wydaje się coraz bardziej prawdopodobny. Taki scenariusz miałby jednak fatalne skutki nie tylko dla JCPOA, ale także dla całego regionu. Konserwatyści prawdopodobnie chcieliby wycofać się z irańskiego dealu oraz wznowić prace nad programem atomowym. Ich polityka wobec Bliskiego Wschodu także bałaby znacznie bardziej konfrontacyjna.

    Czas wyborów

    UE musi zrobić wszystko, aby nie dopuścić do zwycięstwa konserwatystów – ewentualnie usprawnić handel z Iranem na tyle, aby konserwatyści doszli do wniosku, że występowanie z JCPOA nie jest w ich interesie. Taka strategia byłaby dużo skuteczniejsza niż próby wywarcia presji na Rouhanim, który i tak pozostaje „cichym sojusznikiem Europy” i jednym z niewielu umiarkowanych polityków wyższego szczebla w Islamskiej Republice Iranu

    Zresztą wszystko wskazuje na to, że europejska presja jest nieuzasadniona, bo póki co UE nie ma pomysłu na obejście amerykańskich sankcji. Spółka INSTEX to pozytywny sygnał, ale w pojedynkę nie pokona ona amerykańskich sankcji. Unia musi opracować mechanizm obsługi „poważniejszych transakcji”, których przedmiotem będą m.in. surowce energetyczne oraz maszyny przemysłowe – dopiero wtedy UE uzyska właściwy „lewar”, który będzie można wykorzystać w negocjacjach z Irańczykami i zmusić ich do pewnych ustępstw.

    Decydowanie się na wywieranie nacisku na Teheran już teraz przyniesie skutek odwrotny od zamierzonego. Fragment dotyczący FATF, który znalazł się w oświadczeniu w sprawie INSTEX, momentalnie został wykorzystany przez konserwatystów do ataków na prezydenta – „cichego sojusznika UE”. Zamiast ukrócić reakcyjność irańskiego reżimu Unia w istocie go wzmocniła. Dlatego jeśli UE faktycznie podjęła podwójną grę z Iranem to musi teraz uważać na każdy swój krok, aby nie przyczynić się do wzrostu popularności konserwatystów. Jeśli udałoby się im wrócić do władzy to byłby to najprawdopodobniej koniec JCPOA i początek nowego wymiaru rywalizacji w regionie Bliskiego Wschodu.

    -----------------------------------------------
    Po więcej podobnych historii, zapraszam do:
    - archiwum
    - obserwowania tagu #lagunacontent
    - polubienia strony na facebooku.

    #iran #ue #bliskiwschod #trump #geopolityka #lagunacontent #gruparatowaniapoziomu #polityka
    pokaż całość

  •  

    #warhammer40k #trump

    HE PROTECC! Chyba komus za mocno sie wkrecila czterdziestka ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    źródło: youtube.com

  •  

    Tylko Trump potrafi dać przemówienie po którym połowa demokratów nie wie co się dzieje a druga połowa bije mu brawo na stojąco ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #trump #usa #polityka

    źródło: m.youtube.com

  •  

    Rzeczniczka Białego Domu:

    Bóg chciał żeby Trump był prezydentem.

    Tak było, powiedział jej to w rozmowie telefonicznej ( ͡° ͜ʖ ͡°).

    #neuropa #bekazkatoli #heheszki #polityka #rakcontent #trump #usa

    źródło: Beztytułu.jpg

  •  

    mówcie co chcecie, ale to jest najlepsza scena z #theoffice ever ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #trump #heheszki

    GIF

    źródło: i.imgur.com (1.71MB)

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #trump

0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,1:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1

Archiwum tagów