•  

    Pyrrus

    "Należał do epoki minionej, czasu świetnych awanturników i genialnych wodzów, którzy - zapatrzeni w gwiazdę Aleksandra - walczyli i ginęli, marząc o jego bajecznym imperium. Na Zachodzie - tam, dokąd Aleksander pójść nie zdążył, choć podobno zamierzał - Pyrrus teraz próbował wyrąbać imperium dla siebie". Myślę, że nie ma doskonalszego opisu podsumowującego sylwetkę Pyrrusa, osobistości z dziejów starożytnych, która niczym wichura przemierzała olbrzymie połacie świata. Walczył wytrwale w wojnach diadochów, śmiało stawiając czoła najlepszym z wodzów Aleksandra Wielkiego, będącego zresztą krewnym epirockiego monarchy, rzucił również wyzwanie potężnej Kartaginie i Rzymianom, budującym swoje przyszłe światowe imperium. Nie znał strachu, a jeśli go znał, nie przyznawał się do tego faktu. Do historii przeszedł jako genialny taktyk, ale mierny polityk. Być może nie jest to w pełni zasłużona "laurka" dla Pyrrusa, lecz zawiera dużą dozę prawdy - zaczynał wiele przedsięwzięć, lecz nie kończył żadnego. Myślę, że nie należy oceniać jego postaci przez pryzmat współczesności, gdyż Pyrrus ucieleśniał całą swoją epokę - przedsiębiorczość, niestałość, inteligencję i chęć władzy. Kochał blichtr wojenny, miłował nade wszystko swoich żołnierzy, ale miał zbyt wygórowane ambicje, co w pewnym sensie odziedziczył w genach po Olimpias i Aleksandrze Macedońskim.

    Ale do rzeczy - Pyrrus był synem epirockiego króla Ajakidesa, spokrewnionym z Filipem II, Olimpias i ich syna, Aleksandra. Epir był małą krainą w północno-zachodniej części świata helleńskiego, umiejscowioną nad Morzem Jońskim. Państwo było zacofane kulturalnie, i nie znaczyło nic w polityce światowej. Fakt, Aleksander Moloss, jeden z poprzedników Pyrrusa na tronie Epiru zdołał wzmocnić organizację wewnętrzną państwa, a także wyprawiał się do Italii jako najemny wódz, nie zmieniał faktu iż Epir pozostawał krajem zależnym od Macedonii. Pyrrusowi przyszło rządzić w czasach niespokojnych, gwałtownych zmian, gdzie nawet śmierć nie była faktem pewnym - bo czy można było przewidzieć kiedy nadejdzie? Na świecie toczyły się wielkie zmagania wodzów Aleksandra Macedońskiego, którzy usiłowali wydrzeć sobie nawzajem jak największą spuściznę po wielkim wodzu. W czasie tej olbrzymiej batalii, niemal cały świat helleński został zaangażowany - z własnej woli, lecz częściej z musu - w rozgrywki między diadochami, Epir również.

    Wraz ze śmiercią ojca, Pyrrus mający lat kilkanaście, został wyznaczony na władcę Epiru. Nie było to jednak w smak Kasandrowi, ówczesnemu władcy Macedonii, który usiłował ugruntować w Grecji swą władzę, tym bardziej, że sam zlikwidował wielu członków rodziny Aleksandra Wielkiego, a Pyrrus był jej ostatnim przedstawicielem. Nic więc dziwnego, że Kasander wysłał swe wojska do kraju świątyni Dydony, aby usunąć epirockiego królewicza (303 r. p.n.e.). Nie mając silnego zaplecza politycznego w kraju, Pyrrus zdecydował się uciec, a jego miejsce zajął Neoptolemos powolny woli mściwego Kasandra. Nie zrażony taką sytuacją wstąpił w szeregi armii Antygona Jednookiego i Demetriusza, dwóch władców wielkich połaci podzielonego imperium macedońskiego walczących m.in. z Kasandrem (302 p.n.e.). Niestety nie zabawił u nich zbyt długo - w 301 roku p.n.e. po bitwie pod Ipsos, azjatyckie imperium Antygona i Demetriusza padło pod ciosami armii innych diadochów, Seleukosa, Ptolemeusza, Lizymacha i Kasandra. Być może wówczas Pyrrus doszedł do wniosku o wartości słoni bojowych na polu walki - które w przyszłości miał wykorzystać do walki z Rzymianami - wszak dzięki nim, Seleukos rozgromił zastępy Demetriusza. Niemniej sam Pyrrus został wzięty do niewoli i przewieziony na dwór Ptolemeusza I Sotera w charakterze "dostojnego więźnia".

    Zdolny i pomysłowy Epirota zdobył przychylność i uwagę egipskiego monarchy, który w zamian za sojusz ofiarował mu rękę swej córki Antygony i dopomógł w odzyskaniu władzy w Epirze, co nastąpiło w 297 roku p.n.e. Pyrrus szybko przystąpił do projektu uczynienia ze swego rodzinnego kraju potęgi gotowej stawić czoła wielkim monarchiom powstałym z rozpadu imperium Aleksandra. Najpierw zrzucił zależność od Macedonii, która po śmierci Kasandra zajęta była konfliktami pomiędzy jego synami. Wzmocnił armię Epiru dostosowując ją do standardów wojsk hellenistycznych, i wdrażając wynalazki militarne, z którymi zapoznał się przebywając na Wschodzie. Zawarł również sojusz z władcą iliryjskim, Bardylisem, który w czasie jego ucieczki przed wojskami Kasandra, udzielił mu swej gościnności, i mimo żądań ówczesnego władcy Macedonii, nie wydał go Macedończykom. Tak wzmocniony mógł wystąpić przeciw Macedonii, tym bardziej, iż jeden z pretendentów do tronu macedońskiego, Aleksander, sam zwrócił się do Pyrrusa z prośbą o pomoc w walce ze swym bratem Antypatrem. Szybkim marszem zdobył Pellę, osadzając na tronie swego kandydata, za co otrzymał sowitą nagrodę - przyłączył do Epiru Ambrakię, Amfilochię, Akarnanię i macedońską Paraureję i Tymfaję. Dzięki tym nabytkom Epir uzyskał dogodne wyjście na Morze Jońskie, z wielkim i ważnym portem - Ambrakią, co pozwoliło mu stworzyć własną flotę wojenną i handlową, a później ułatwiło przeprawę do Italii. W dwa lata później (295 r. p.n.e.) poślubił córkę potężnego tyrana sycylijskiego, Agatoklesa, która w posagu wniosła Pyrrusowi władzę nad dwoma ważnymi wyspami jońskimi - Korkyrą i Leukas. Wkrótce Pyrrus zaangażował się ponownie w konflikty pomiędzy ludźmi pretendującymi do władzy w Macedonii. Wespół z Lizymachem uderzył na Demetriusza Poliorketesa, który tak niedawno wywalczył sobie własne królestwo. Nie patrząc na dawne więzi przyjaźni, Pyrrus przepędził Demetriusza w Europy, i podzielił się z Lizymachem ziemiami macedońskimi - Pyrrus zajął zachodnią część Macedonii (289-288 p.n.e.), a w roku 287 p.n.e. - Tesalię. Resztę dawnego państwa Argeadów zajął sędziwy Lizymach. Nie dowierzając jednak w możliwość dłuższej przyjaźni z królem Tracji, Pyrrus związał się z Ligą Etolską i Atenami, zwalczającymi wpływy Macedończyków w starej Helladzie. Już w roku 283 p.n.e. Lizymach wyparł wojska epirockie z Macedonii i Tesalii, dzięki czemu mógł ogłosić się królem Macedonii i Tracji.

    Nie widząc dla siebie możliwości wywalczenia części spuścizny po Aleksandrze - przynajmniej chwilowo - zaczął się Pyrrus rozglądać za innymi terenami, gdzie mógłby udowodnić swoje męstwo. Jego wzrok padł na Italię, gdzie już wcześniej jego przodkowie wykazywali swe talenty wojenne. Okazja nadarzała się wyśmienita, bowiem miejscowi Grecy skłoceni między sobą, atakowani przez Lukanów i Brucjów, nie byli w stanie powstrzymać naporu armii rzymskiej na swe posiadłości w Italii Południowej. Nic więc dziwnego, że na wezwanie o pomoc przez Tarentyjczyków, Pyrrus ochoczo zgodził się udzielić Grekom pomocy. Oczywiście o swoich planach podporządkowania sobie Wielkiej Grecji, jak zwano Południe Italii, nikomu król nie szepnął ani słowa.

    Zanim jednak przejdę do opisu konfliktu zbrojnego Pyrrusa z Rzymem, wypadałoby przedstawić pokrótce tło polityczne ówczesnych stosunków politycznych. Otóż po wojnach samnickich, republika rzymska zdobyła władzę nad całą środkową częścią Półwyspu Apenińskiego, stanowiło więc bezpośredniego sąsiada greckich miast-państw z południa Italii. Nie zamierzając na tym poprzestać, Rzymianie atakowali plemiona barbarzyńskie, które z kolei zaczęły coraz silniej napierać na państewka greckie. Tak np. Lukanowie zaatakowali greckie Turie (Turioi), którego mieszkańcy skonfliktowani z Tarentem woleli zwrócić się z prośbą o pomoc do Rzymian. Ci skrupulatnie wykorzystali możliwość ingerencji w sprawy Południa, wysłali do Turii swą armię, która szybko pokonała Lukanów i umieściła rzymski garnizon w mieście. Fakt ten zaniepokoił Tarentyjczyków, którzy obawiając się wzmocnienia pozycji Rzymu w Wielkiej Grecji, zaatakowali Turie i przy poparciu części mieszkańców, wygonili załogę rzymską z miasta. Równocześnie flota Tarentu zaatakowała okręty rzymskie, które odważyły się wpłynąć do Zatoki Tarenckiej. Fakt ten oznaczał wybuch wojny między Rzymem a Tarentem. Fakt, iż Tarent był najsilniejszym z państw greckich w Italii nie czynił na Rzymianach najmniejszego wrażenia. Pomimo silnej armii greckiej oraz sojuszu z Lukanami, Messapiami i Brucjami, Tarent nie był w stanie poradzić sobie ze zdyscyplinowaną armią znad Tybru. Przegrawszy kilka większych potyczek, Tarentyjczycy postanowili się zwrócić do Pyrrusa z prośbą o pomoc.

    I w tym momencie władca Epiru wkracza ponownie na arenę dziejów. Wiosną 280 roku p.n.e. Pyrrus na czele swej 25-tysięcznej armii, z 3 tysiącami świetnych jeźdźców z Tesalii i około 20 słoniami wpłynął do portu Tarentu. Zmusił wszystkich jego mieszkańców do uznania wszystkich jego zarządzeń i przyszłych decyzji za niepodważalne, po czym przystąpił do walki z Rzymianami. W tym samym jeszcze roku zadał legionistom rzymskim klęskę w bitwie pod Herakleą. Starcie było bardzo krwawe, a o wyniku batalii rozstrzygnęło użycie przez epirockiego władcę jazdy tesalskiej i słoni, z którymi Rzymianie nigdy dotąd nie mieli styczności. Dzięki temu w szeregi pyrrusowe wstąpili wojownicy z Lukanii, Brucjii i południowoitalskich miast greckich, z wyjątkiem Neapolu i Kapui. Rzymianie nie zrażeni porażką skoncentrowali w Apulii olbrzymią armię, liczącą blisko 70 tysięcy ludzi.

    Pyrrus wiosną 279 roku p.n.e. postanowił wydać Rzymianom rozstrzygającą - jak mu się wydawało - bitwę. Do starcia doszło pod miastem Ausculum w Apulii, gdzie wywiązała się wielka bitwa. Grecka Nike stanęła po stronie Pyrrusa, który rozgromił Rzymian, jednak bogini zakpiła w króla, gdyż w czasie walki legła większa część jego świetnej armii! Odtąd zwykło się mówić, że o wygranych okupionych wielkimi kosztami zwycięstwem pyrrusowym. Zresztą sam Pyrrus miał - rzekomo - wypowiedzieć znamienne słowa: "Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a nie bedę miał z kim wrócić do Epiru". Rzeczywiście, pomimo zwycięstw, Pyrrus nie osiągnął nic. Jego armia topniała w krwawych bitwach,a sojusznicy zrażeni jego despotyczną władzą, poczęli się odwracać od niego. Nie udało mu się również podważyć władzy Republiki nad sprzymierzeńcami latyńskimi. Równocześnie Rzymianie stłumiwszy opozycję wśród Samnitów, dysponowali niezmierzonymi rezerwami ludzkimi, dzięki czemu mimo poniesionych porażek, mogli niemal bezustannie powoływać pod broń nowych żołnierzy. Nie widząc możliwości szybkiego rozwiązania konfliktu, Pyrrus zaproponował Rzymowi zawarcie pokoju. Warunki jakie proponował były właściwie korzystne dla Rzymian: mieli zachować swoje dotychczasowe nabytki terytorialne w Italii środkowej, uzyskać wsparcie w konfliktach ze swymi wrogami na północy w zamian za odstąpienie od ingerencji w sprawy Wielkiej Grecji. Gdy już wydawało się, że rzymski senat gotów jest przyjąć te honorowe warunki, w konflikt wmieszali się Kartagińczycy. Oligarchowie kartagińscy wysłali do Rzymu swą flotę 130 okrętów wojennych na czele której stał wódz Mago, z zadaniem zademonstrowania swej potęgi militarnej oraz zaoferowania pomocy militarnej i finansowej dla Rzymian, jeśli ci zdecydują się kontynuować walkę z Pyrrusem.

    Zastanawiający to fakt, prawda. Dlaczego niby Kartagińczycy mieliby pomagać Rzymianom. Fakt, mieszkańcy znad Tybru byli w pewnym sensie sojusznikami, a raczej partnerami handlowymi, ale czy warci byli zaangażowania się w konflikt z uzdolnionym Grekiem? W innych warunkach, odpowiedź brzmiałaby - nie, ale Kartagińczycy potrzebowali Rzymian. Sami zajęci byli walką z Syrakuzami, które oblegali w nadziei, że w końcu zdobędą władzę nad całą Sycylią, o którą walczyli od wieków. Toteż Pyrrus, z pochodzenia Grek, stanowił dla nich groźne niebezpieczeństwo - kto mógł przewidzieć, czy Pyrrus nie postanowi pomóc Grekom z Sycylii? Tym samym, przewidując najgorsze, usiłowali jak najdłużej zatrzymać Epirotę w Italii, licząc, że zdołają zając Syrakuzy przed przybyciem króla na Sycylię. Dumny senat, a raczej jak podaje legenda jeden z senatorów, Klaudiusz Ślepy, zdołał - być może za sprawą łapówki od Kartagińczyków, nie wierzmy w sam honor Rzymian - nakłonić senat do kontynuowania wojny.

    W tym samym czasie, gdy Mago postulował wśród elity rzymskiej o prowadzenie walki z najeźdźcą, do Pyrrusa przybyli - ku udręce Punijczyków - posłowie z Syrakuz, i innych greckich miast Sycylii, błagając wielkiego wodza o pomoc. Początkowo Pyrrus mógł się wahać co do decyzji wyruszenia na śródziemnomorską wyspę, ale na wieść o zerwaniu rokowań pokojowych przez Rzymian oraz zawarciu przez nich sojuszu z Kartagińczykami, król zdecydował wyruszyć pod Syrakuzy. Przewidując, że Rzymianom przygotowania do wojny zajmą trochę czasu, pozostawił w Tarencie i w Lokrach swoje załogi wojskowe, przeprawił się na Sycylię.

    Kampania sycylijska Pyrrusa okazała się pasmem samych sukcesów. Niemal od ręki wyzwolił Syrakuzy, i przeszedł do kontruderzenia. Szybkim marszem zdołał wyprzeć Kartagińczyków do zachodniej części wyspy. Ci zdołali zamknąć się w potężnej twierdzy Lilybeum, gdzie usilnie odpierali ataki armii Pyrrusa. Wkrótce okazało się, że sukces ten nie może być w pełni wykorzystany. Wśród Greków rozpoczęły się walki stronnictw, a jedynym co łączyło Hellenów z Sycylii, był wzrastający sprzeciw przeciw autokratycznym zapędom Pyrrusa oraz daniną nakładanym na miasta greckie. Czarę goryczy wśród sojuszników greckich, była próba zbudowania przez króla floty ekspedycyjnej do Afryki, mającej na celu ugodzenie Kartaginy w serce jej państwowości. Niedawni błagalnicy i sojusznicy zaczęli odwracać się od władcy Epiru - kilka miast greckich wypędziło załogi epirockie, a inne stanęły po stronie Kartagińczyków. Podbudowana problemami Pyrrusa Kartagina rozpoczęła przygotowania do kontrofensywy. Opuszczony niemal przez wszystkim król pozostawił załogę w samych tylko Syrakuzach, i powrócił do Italii, gdzie tymczasem Rzymianie zdołali przejąć inicjatywę.

    Dzieci Wilczycy zdołały wyzyskać walki stronnictwa wśród miast południowej Italii, gdzie proromańskie ugrupowania arystokracji zdołały opanować Kroton i Lokry, zapraszając Rzymian do owych metropolii. Zmusi dom uległości Samnitów i rozbili wojska Lukanów. W tym momencie skruszeni Grecy ponownie zwrócili się do Pyrrusa z błaganiami o interwencję. Wracającego z Sycylii króla zaatakowała flota punicka, której udało się zniszczyć połowę floty Epiru. Zmęczony władca zdecydował się wydać Rzymianom decydującą bitwę wiosną 275 roku p.n.e. Do starcia doszło pod miejscowością Maleventum w Samnium. Armia rzymska dowodzona przez konsula Kuriusza Dentatusa rozgromiła wojsko Pyrrusa. Obóz monarchy Epiru został zdobyty, a sam władca zbiegł do Tarentu. Tutaj pozostawił mały garnizon wojskowy dowodzony przez Helenosa, swego syna, a sam wyruszył w drogę powrotną do Epiru. Tym samym los Greków italskich został przesądzony. Rzymianie wkrótce podporządkowali sobie wszystkie plemiona barbarzyńskie na Południu Italii, a w 272 roku p.n.e. - w roku śmierci Pyrrusa ? Tarent stał się miastem podległym władzy potężnej Republiki rzymskiej.

    Wszyscy wytrawni politycy ówczesnego świata mogli przypuszczać z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem, iż doznane porażki mimo zwycięstw, przytemperowały ambicje monarchy Epiru. Ci, którzy mieli takie przypuszczenia, byli w błędzie. Niemal od razu Pyrrus zaangażował się w nowe konflikty. Zaatakował Macedonię, zmusił jej władcę, Antygona Gonatasa w Tessalonice (274 p.n.e.). Uważając, że zabezpieczył swoje tyły, wyruszył na podbój Peloponezu. Zaatakował starożytną Spartę, lecz nic nie wskórawszy musiał się wycofać, tym bardziej że okazało się, iż na Peloponez ciągną wojska macedońskie. Wycofał się pod Argos, gdzie wbrew początkowym przyrzeczeniom, Argiwowie nie udzielili mu przyrzeczonej pomocy, czyli możliwości schronienia się w murach miasta. Rozgniewany król przystąpił do oblężenia Argos. W niezwykłym tłoku, hałasie, krzykach i walkach, Pyrrus poległ. Według źródeł, Pyrrusa raniła jakaś staruszka, gdy król usiłował zabić jej syna. Straciwszy przytomność Pyrrus został rozpoznany przez jednego z najemników z armii Antygona, który zdobywszy pewność, że król jednak przeżyje, odciął Pyrrusowi głowę. W ten nierycerski sposób poległ "wirtuoz pół bitewnych"

    Post pochodzi z grupy na fb "Wielkie bitwy"
    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy #rzym #historia
    pokaż całość

  •  

    25.11.1177 r.

    Król Jerozolimy Baldwin IV Trędowaty i książę Antiochii Renald z Châtillon pokonali wojska Saladyna w bitwie pod Montgisard.

    W pamiętnej scenie widowiskowego szwedzkiego filmu ,,Arn. Rycerz Templariuszy” widzimy modlących się rycerzy Zakonu Świątyni obok relikwii Prawdziwego Krzyża, którzy po chwili ruszają do szaleńczej szarży, zaskakując i wybijając zdezorientowane wojska Saladyna. Ta jedyna ekranizacja bitwy pod Montgisard barwnie ukazuje kulisy zwycięstwa łacinników, w którym ważną rolę odegrali właśnie templariusze. Dlaczego mimo przytłaczającej przewagi wojsk muzułmańskich udało się pokonać i zmusić do ucieczki niepokonanego sułtana Egiptu? Czy do zwycięstwa przyczyniła się przywoływana przez kronikarzy boska opieka, czy też niezłomna odwaga pewnego schorowanego młodzieńca?

    Klątwa:

    W 1174 roku na tronie Królestwa Jerozolimskiego zasiadł trzynastoletni Baldwin IV. Młody władca, wychowanek uczonego kronikarza Wilhelma, biskupa Tyru, okazał się roztropnym i zdolnym politykiem, jednak od 9. roku życia dotknięty był straszliwą chorobą, która oprócz osobistych cierpień obudziła niepokój o losy królestwa. Pewnego dnia Wilhelm z Tyru, obserwujący bawiącego się z rówieśnikami następcę tronu, dostrzegł, że mimo uderzeń i uszczypnięć Baldwin w ogóle nie odczuwa bólu. Po zbadaniu chłopca okazało się, że przyczyną nadzwyczaj spokojne reakcji na ból była martwica prawego ramienia i dłoni – symptom zwiastujący, że przyszły król cierpi na trąd. Tej straszliwej choroby obawiano się w średniowieczu niczym diabła, izolując chorych od społeczeństwa w leprozoriach lub skazując na wieczną banicję. Baldwin jednak nie wyrzekł się korony i mimo cierpienia i częstych ataków choroby przykuwających go do łóżka roztropnie rządził Jerozolimą, osiągając sukcesy zarówno polityczne, jak i militarne.

    Stracona szansa:

    W połowie 1177 roku sytuacja w Królestwie Jerozolimskim nie napawała jednak optymizmem. Duże nadzieje wiązano z przybyciem hrabiego Flandrii, Filipa Alzackiego, który 2 sierpnia przypłynął na czele silnego kontyngentu wojsk. Nieszczęsny Baldwin IV chciał powierzyć spokrewnionemu z nim Filipowi (byli braćmi ciotecznymi) stanowisko regenta i głównodowodzącego podczas planowanej wyprawy na Egipt, jednak hrabia Flandrii odmówił, tłumacząc, że przybył tylko jako skromny pielgrzym. Co ciekawe, propozycja ożenku z owdowiałą siostrą trędowatego monarchy, Sybillą, spotkała się z ostrym sprzeciwem baronów królestwa – m.in. kanclerza Wilhelma z Tyru i Rajmunda z Trypolisu. Być może stanowisko doradców króla było słuszne, gdyż sam zainteresowany swoją postawą przyniósł łacinnikom więcej szkód niż pożytku. Gdy do portu w Akce wpłynęła flota bizantyjska, wioząca cesarską armią mającą wspomóc lądowy atak na Egipt, rozpoczęły się obrady dowódców dotyczące kampanii. Filip próbował za wszelką cenę wycofać się z ryzykownej kampanii, tłumacząc się niesprzyjającymi warunkami podczas jesiennego wylewu Nilu. Ostatecznie krzyżowcy odroczyli atak i bizantyjskie okręty wróciły do Konstantynopola. Druga okazja do możliwości wygnania Saladyna z bogatego Egiptu miła się już nie nadarzyć…

    Jak wspominają kronikarze, wymówki hrabiego szkodzące interesom łacinników rozzłościły ponoć doradców królewskich i samego wielkiego mistrza templariuszy Odona de Saint-Amand, który miał w ostrym tonie wytknąć Filipowi Alzackiemu błąd. Urażony hrabia Flandrii opuścił wówczas Jerozolimę i udał się na północ do księstwa Antiochii, skąd wyruszył na bezowocną kampanię na przygraniczne ziemie i twierdze muzułmańskie.

    Widmo klęski:

    Wieści o spodziewanej inwazji na Egipt dotarły do Saladyna i sułtan zgromadził potężną armię liczącą około 26 tysięcy wojowników. Wkrótce do obozu muzułmańskiego dotarły także informacje o sporze wśród chrześcijan i wymarszu Filipa Alzackiego do Antiochii, za którym podążyło także sporo miejscowych zbrojnych. Osłabione ziemie Królestwa Jerozolimskiego ,,zachęcały do ataku”, toteż sułtan wkroczył w listopadzie na terytorium łacinników, łupiąc okolicę Askalonu. Muzułmanie planowali zaatakować osłabioną Jerozolimę. Zaalarmowani chrześcijanie nie pozostali bierni. Wielki mistrz Odon de Saint-Amand stanął na czele 80 rycerzy zakonu wzmacniających załogę fortecy w Gazie.

    Tymczasem król Baldwin IV mimo osłabiających dolegliwości prędko zarządził arrière-ban, czyli pospolite ruszenie wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni, wykorzystywane jedynie w rzadkich, niebezpiecznych przypadkach. Wojska królewskie miały zebrać się pod Askalonem. Monarcha zawezwał też templariuszy z Gazy, by porzucili zamek i wspomogli go w wyprawie. Trędowaty król, pomimo słabnącego zdrowia, dał wyraz silnej woli i zdolności dowódczych, stawiając wszystko na jedną kartę. Interesujące jest to, że młody Baldwin IV, świadomy swej ułomności, mianował dowódcą wojsk sławnego Renalda de Châtillon – wypuszczonego dwa lata wcześniej z niewoli muzułmańskiej awanturnika i nieprzejednanego wroga muzułmanów, będącego jednocześnie doświadczonym w walkach taktykiem. Wojska chrześcijańskie wyruszyły wkrótce w stronę nieprzyjaciela, zwyczajowo wspomagane przez relikwie Prawdziwego Krzyża, trzymane przez Biskupa Betlejem.

    Wojska królewskie dotarły do Askalonu, oczekując na przybycie wezwanych pod broń poddanych.

    Wąwóz Montgisard:

    Tymczasem pewny siebie Saladyn podzielił swoje wojska, pozostawiając jedynie mały oddział do obserwowania i blokowania Franków zamkniętych w Askalonie. Nie przewidywał, by słabe wojska Baldwina opuściły bezpieczne mury twierdzy. Sułtan pomaszerował z głównymi siłami w kierunku bezbronnej Jerozolimy. Nie spodziewając się zagrożenia ze strony chrześcijan, rozpuścił część wojsk, by łupiły okoliczne tereny. Saraceni spalili osadę Mirabel, złupili Ramlę i zaatakowali Lyddę, gdzie mieszkańcy stawili opór, broniąc się w katedrze, której pochowano sławnego patrona rycerzy – św. Jerzego.

    W tym samym czasie wojska frankijskie prowadzone przez trędowatego króla i Renalda de Châtillon wyślizgnęły się niezauważone z Askalonu, zapewne dlatego, że pilnujący ich oddział muzułmański również wyruszył na łupieżczy rajd. Do armii dołączył oddział templariuszy z Gazy. Frankowie maszerowali wzdłuż wybrzeża, obchodząc muzułmańskie hufce, po czym skręciły w głąb lądu, docierając 25 listopada na wzgórze Montgisard (Tell Dżazar) w pobliżu Ibelinu. Tam ustawiono wojska liczące ok. 450 rycerzy i 4000 piechurów w gotowości bojowej i oczekiwano rychłego nadejścia muzułmanów. Baldwina IV ściągnięto z lektyki i monarcha na kolanach, wraz ze swoimi rycerzami, zaczął żarliwie się modlić o zwycięstwo. Rzeczywiście, tylko cud mógł pomóc w pokonaniu wojsk Saladyna tak nielicznymi siłami… I ten cud nastąpił.

    Wkrótce zauważono maszerujące beztrosko w tumanach kurzu wojska nieprzyjacielskie. Saladyn całkowicie nie spodziewał się Franków, o czym później wspominał swemu sekretarzowi i biografowi – Baha ad-Dinowi. W momencie, gdy awangarda wojsk sułtana przekraczała pobliski strumień, jak grom z jasnego nieba ruszyli rycerze prowadzeni nie tylko przez Renalda, ale także przez samego króla. Schorowany Baldwin, dając przykład męstwa swoim wojskom, kazał przywiązać się do siodła i ruszył na czele szarży! Zaskoczenie było zdumiewające. Część wojsk muzułmańskich niedawno wyruszyła w poszukiwaniu furażu, a maszerujące kolumny nie zdołały ustawić się w szyku, by odeprzeć nagły atak.

    Zagłada wojsk Saladyna i tryumf Trędowatego króla:

    Prym w walce wiódł szarżujący w pierwszej linii oddział templariuszy. Prawdopodobnie właśnie pod Montgisard rycerze zakonni po raz pierwszy zastosowali szyk ,,w klin” formujący oddział jazdy w ścięty trójkąt. Wymagał on znakomitego wyszkolenia i koordynacji zarówno pędzących koni, jak i jeźdźców. Angielski kronikarz, Rudolf z Diceto, przywołuje relację anonimowego świadka bitwy:

    Odon, Mistrz Rycerstwa Świątyni, niczym drugi Juda Machabeusz miał przy sobie osiemdziesięciu czterech rycerzy swojego zakonu w osobistej kompanii. Ruszył do boju wraz ze swymi ludźmi, umocniony znakiem krzyża. Szarżowali jak jeden mąż, prąc przed siebie. Na widok oddziału, w którym Saladyn wieloma mężami dowodził, śmiało ruszyli w jego stronę, rozbili jego szeregi, bez ustanku powalając, tnąc i miażdżąc. Sułtan był nimi zachwycony, widząc swoich ludzi rozpierzchłych na boki, umykających w popłochu, nieustannie napotykających ostrza mieczy. Powziął jednak baczenie na własne bezpieczeństwo i umknął, kolczugę dla szybkości zrzuciwszy, dosiadł rączego wielbłąda i ledwie uszedł z kilkorgiem swych ludzi.

    Saladyn był sparaliżowany zagładą swej armii. Jeden z szarżujących rycerzy dotarł nawet blisko sułtana i zamachnął się mieczem, został jednak powalony przez gwardię mamelucką. Prysnął mit o tym, że wybraniec dżihadu jest niepokonany. Frankowie ścigali uciekających w popłochu muzułmańskich wojowników, wybijając setki i biorąc do niewoli. Przejęto porzucony tabor sułtana, nie tylko zdobywając liczne łupy, ale także uwalniając pojmanych wcześniej przez muzułmanów jeńców. Zebranie rozbitych oddziałów utrudniały obfite opady deszczu, który pojawił się nazajutrz, dlatego w końcu Saladyn uciekł do Egiptu, długo ścigany zarówno przez frankijską jazdę, jak i okolicznych Beduinów, którzy zwietrzyli okazję, łupiąc oraz biorąc do niewoli uciekających wojowników. Gdy 9 grudnia Saladyn dotarł do Kairu, by zapobiec buntom, rozpuścił wieści, że pokonał chrześcijan.

    Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Sułtan stracił 90% swojej armii (22–25 tysięcy poległo lub zostało pojmanych). Również chrześcijanie ponieśli dotkliwe straty wynoszące ok. 1100 zabitych i kilka setek rannych. Niebezpieczeństwo zostało jednak odparte, a Jerozolima obroniona. Uczestnicy wspominali, że rycerzy wspomagał w boju nie tylko zapał ich mężnego monarchy, lecz także sam św. Jerzy, którego podobno widziano wśród walczących.

    Baldwin IV wmaszerował triumfalnie na czele wojsk do Jerozolimy, dziękując Bogu za cud pokonania wrogiej armii. Dowiódł, że mimo młodego wieku i straszliwej choroby mógł poprowadzić wojska do zwycięskiego boju, podobnie jak wcześniej jego ojciec. Wydaje się jednak, że to Renald de Châtillon, znany ze skutecznego prowadzenia zasadzek i wojny podjazdowej, był głównym pomysłodawcą śmiałego uderzenia, chociaż źródła chrześcijańskie, w tym niechętny baronowi Wilhelm z Tyru, skąpo informują o jego roli podczas bitwy. Więcej o dowodzeniu Renalda pod Montgisard informują natomiast przekazy z drugiej strony konfliktu.

    Wojna o Ziemię Świętą jeszcze się jednak nie skończyła, a Saladyn zdołał ponownie zebrać potężną armię i dwa lata później zagrozić Królestwu Jerozolimskiemu.

    Post pochodzi z grupy "Historia na każdy dzień" na fb
    https://www.facebook.com/groups/1866782400057275/permalink/1915497605185754/

    #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #jerozolima #wielkiebitwy #deusvult
    #lacunafabularnie ;)
    pokaż całość

  •  

    22.11.1718 r.

    U wybrzeży Karoliny Północnej zginął w bitwie z dwoma okrętami Royal Navy brytyjski pirat Czarnobrody (Edward Teach).

    Nazywał się Edward Teach i przyszedł na świat w okolicach 1680 roku. Przełom wieku XVII i XVIII to czas dynamicznego rozwoju angielskich kolonii. Zamorski handel i ściąganie na „nowy ląd” niewolników spowodowało, że port w Bristolu stał się jednym z najbogatszych miejsc w Anglii – to tam prawdopodobnie wychował się przyszły brodaty pirat. Kilkunastoletni Teach dotarł na Karaiby na statku handlowym. Tam wkrótce zaczęła się jego przygoda z łupieniem przepływających w pobliżu wysp okrętów, gwałceniem majtków i gromadzeniem zgrabionych kosztowności.

    Zaczynał karierę jako dowódca "drewnianego slupu", na którym wraz ze swymi wiernymi zakapiorami podpływał do okrętów. Z czasem udało mu się zamienić tę niewielką żaglówkę (zbliżoną kształtem do naszej polskiej "Omegi";)) na lepszy środek transportu i znacznie powiększyć pokładową ekipę. Zaczęło się od przechwycenia La Concorde – okrętu wypełnionego transportem niewolników i francuskimi marynarzami, którzy niewiele myśląc przystąpili do wielokrotnie ćwiczonej wcześniej taktyki i w mistrzowski sposób złożyli broń. Część niewolników z chęcią przyłączyła się do swoich wybawców. Okręt został przez piratów przywłaszczony, a jego przerażeni eks-właściciele musieli zadowolić się slupem.

    Przemianowana na Queen Anne's Revenge zdobycz musiała zostać przystosowana do pirackich potrzeb. W tym celu umieszczono na pokładzie 40 potężnych dział. Mówi się, że była to jedna z najbardziej groźnych pływających fortec bojowych tamtych czasów. Po chwilach swej największej chwały okręt utknął na mieliźnie i został przez załogę opuszczony.

    Czarnobrody zatrzymywał małe, pirackie statki i proponował dołączenie się do swojej, rosnącej w potęgę, ekipy. To było dobre posunięcie – wkrótce charyzmatyczny pirat był tak silny, że bez większego problemu zawładnął portem w Charleston. Jedyny opór jaki napotkał to mała, żałosna łódeczka patrolowa, której pasażerowie jako pierwsi zdali sobie sprawę, że z brodatym oprawcą lepiej nie zadzierać.

    Przez następnych kilka dni Czarnobrody z otwartymi ramionami przyjmował kolejne statki wpływające do portu. Oprócz grabienia cennych łupów Teach wziął zakładników i zażądał od władz Południowej Karoliny lekarstw dla swojej drużyny. W obliczu groźby ataku bezlitosnych piratów medykamenty zostały dostarczone.

    Budził powszechną grozę i podziw. Posiadający szesnaście żon (brał śluby z równą częstotliwością co rozwody) kapitan Teach słynął ze swego szaleństwa. Bardziej od pojedynków na miecze i rapiery, skłaniał się ku broni palnej. Podczas walki zwykł nosić przy sobie sześć nabitych spluw, a przy kapeluszu dyndały mu płonące lonty – dzięki temu jego postać spowita była siwym dymem. Ponoć na sam widok tej piekielnej istoty wielu przeciwników zapełniało marynarskie portki zawartością swych jelit. Teach znany był też z tego, że działa podpalał własną brodą.

    Pewnego razu zapragnął zwizualizować sobie piekło – w tym celu podpalił zalegające w ładowni beczki siarki. Pod koniec swej kariery Czarnobrody dowodził 400 osobami i posiadał 4 potężne okręty.

    Nieprzytomnie bogaty pirat-emeryt cieszył się swoimi łupami w Północnej Karolinie. Nie spodziewał się jednak, że gubernator Virginii wyraźnie postawił sobie za punkt honoru zrobienie porządku z nieuchwytnym morskim przestępcą. W tym celu wysłał przeciw niemu dwa okręty pod dowództwem porucznika Roberta Maynarda. Dowiedziawszy się o tym pirat sprawił nieproszonym gościom solidny łomot.

    Niestety, Teach wpadł w zasadzkę – myśląc, że na pokładzie okrętu Maynarda pozostało kilku jedynie niedobitków, bez wahania przystąpił do abordażu. Większość jego kompanów zginęła, a on sam został otoczony przez marynarzy, którzy gotowi do ataku postanowili obserwować walkę słynnego pirata z Maynardem.

    Mało brakowało a porucznik działający w imieniu gubernatora straciłby życie. Wściekły Czarnobrody atakował z taką furią, że miecz jego przeciwnika pękł i właśnie kiedy pirat miał zadać wrogowi ostateczny cios, któryś z żołnierzy pokrzyżował te plany. Powalony Teach usiłował jeszcze oddać strzał z jednego ze swych pistoletów, ale nie starczyło już mu na to siły, tym bardziej, że widząc u dogorywającego pirata usilne chęci dalszej walki, czym prędzej go dobito.

    Ochłonąwszy i opatrzywszy swe rany, porucznik Maynard przyjrzał się zwłokom swego przeciwnika i ze zdumieniem stwierdził, że Czarnobrody, zanim ostatecznie wykrwawił się, został dwudziestokrotnie cięty mieczem i pięciokrotnie trafiony kulą. Legendarny, siejący grozę pirat nie mógł oczywiście liczyć na honorowy pogrzeb. Obcięto mu głowę, ciało wrzucono do wody, a brodate trofeum przywiązano do masztu. Dzięki temu dowodowi dowódca okrętu mógł potem odebrać nagrodę za zlikwidowanie uciążliwego przestępcy. Legendy mówią, że Czarnobrody pozostawił po sobie skarb. Niejeden poszukiwacz przygód marzy o odnalezieniu ukrytych ponad 300 lat temu kosztowności. Tymczasem nie tak dawno w okolicach Północnej Karoliny natrafiono na wrak pirackiego okrętu pełnego dział oraz kotwicę...

    Najcięższe działo ważyło 1,35 tony, pozostałe około 900 kilogramów. Archeolodzy z Północnej Karoliny wyłowili jak dotąd 5 armat. Wiemy, że "Zemsta Królowej Anny" miała w sumie 40 dział. Będziemy się starali je wszystkie wydostać, ale nie wiemy, czy nam się to uda - powiedział Billy Ray Morris, dyrektor projektu. Naukowcom udało się ustalić, że największa z wyłowionych armat była wyprodukowana w Szwecji

    Post pochodzi z grupy "Historia na każdy dzień" na fb
    https://www.facebook.com/groups/1866782400057275/permalink/1911028295632685/

    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy #ciekawostki #historia #rocznicanadzisiaj
    pokaż całość

  •  

    Długi ale bardzo ciekawy post :)

    Klęska wojsk chrześcijańskich pod Warną w bitwie z Turkami. W walce zginął król Polski i Węgier Władysław III Warneńczyk.

    Bohater tego artykułu od początku wydawał się dzieckiem szczęścia. Przyszedł na świat 31 października 1424 r. w Krakowie jako pierworodny syn sędziwego już, około siedemdziesięcioletniego wówczas króla Władysława Jagiełły i jego czwartej żony, Zofii Holszańskiej. Było oczywiste, że jeśli przeżyje najbliższe lata (co przy ówczesnym poziomie medycyny i higieny nie było wcale pewne), zasiądzie na tronie polskim. Równocześnie z racji młodego wieku nie brał udziału w sporach o kształt przyszłej regencji na czas swojej małoletniości, ani o to, czy zostanie władcą jedynie prawem sukcesji po ojcu, czy wskutek wyboru przez możnych i pod warunkiem zaprzysiężenia praw Królestwa.

    Przeżył. Został koronowany w katedrze wawelskiej 25 lipca 1434 r. Można powiedzieć, że panował, ale nie rządził. Sygnowane jego imieniem dokumenty były wyrazem polityki jego opiekuna, biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego, zresztą jednego z najwybitniejszych polityków polskich XV w. Sytuacji tej nie zmieniło osiągnięcie przez króla "lat sprawnych" w 1438 r.

    Zapewne to Oleśnicki był inspiratorem przyjęcia przez młodego władcę drugiej korony - Węgier. W kraju tym tron wakował od śmierci w 1439 r. króla Albrechta Habsburga, po którym pozostała brzemienna wdowa, Elżbieta z dynastii Luksemburgów. Popierająca Władysława grupa możnych węgierskich nie ukrywała, że w zamian za koronę oczekuje po Polsce pomocy w walce z Turkami Osmańskimi, którzy po podboju Bałkanów zagrozili południowej granicy ich kraju i w 1438 r. dokonali niszczącego najazdu na Siedmiogród. Armia polska, po serii zwycięstw nad Krzyżakami (1409-1411, 1414, 1419, 1422, 1431-1433), wydawała się pożądanym sojusznikiem. W rezultacie w maju 1440 r. sejm węgierski zatwierdził powołanie na tron w Budzie Władysława, który został koronowany 16 lipca tego roku w Białogrodzie Królewskim (Székesfehérvár). Odtąd przeszedł do historii Polski jako Władysław III (po Łokietku i Jagielle) i Węgier jako Władysław I (I. Ulászló).

    Skutkiem drugiej koronacji było przeniesienie się monarchy do jego nowego królestwa, którego sprawy z czasem zupełnie go pochłonęły. Zmieniło się też otoczenie króla. Zbigniew Oleśnicki pozostał w Krakowie. Co prawda monarsze towarzyszyli polscy doradcy, jak Mikołaj Lasocki czy Grzegorz z Sanoka, jednak najważniejsze miejsce zajęli przy nim dostojnicy węgierscy na czele z Janem (Jánosem) Hunyadim, najwybitniejszym (to znów szczęście króla) madziarskim politykiem i dowódcą wojskowym swojej epoki. Ważne miejsce w otoczeniu władcy zajął też nuncjusz papieski Julian (Giuliano) Cesarini.

    Zmieniły się postaci wokół monarchy, natomiast bez zmian pozostały mechanizmy władzy. Nastoletni Władysław nie tworzył własnych koncepcji politycznych, lecz niejako firmował przedsięwzięcia swojego otoczenia. W rezultacie niewiele można powiedzieć o nim jako polityku. Możemy sądzić, że nie miał nic przeciwko istniejącemu stanowi rzeczy - dzięki niemu już jako szesnastolatek był podwójnym królem, zapewne też, jak pisał Edward Potkowski, imponowała mu perspektywa zostania obrońcą chrześcijaństwa, a może nawet pogromcą "niewiernych" Turków.

    Początki rządów Władysława na Węgrzech dalekie były od ideału gromienia muzułmanów. Królowa-wdowa Elżbieta nie uznała jego wyboru. Po urodzeniu syna, który przejdzie do historii jako Władysław Pogrobowiec, zmuszona do opuszczenia Budy, wykradła ze skarbca monarszego koronę św. Stefana, tradycyjne insygnium koronacyjne władców węgierskich, i ukoronowała nią syna w Györ. W rezultacie Jan Hunyadi, zamiast na Turków, musiał wyprawiać się przeciwko stronnikom Habsburgów w Siedmiogrodzie i południowo-zachodniej części kraju. Mimo sukcesów i nagłej śmierci Elżbiety (19 grudnia 1442 r.) opór zwolenników Pogrobowca będzie się tlił, na ziemiach dzisiejszej Słowacji, aż do śmierci Jagiellona.

    Równocześnie trzeba było odpierać ataki Osmanów. W 1440 r. ruszyli oni na Belgrad - główną wówczas twierdzę węgierską na południowej granicy, ale jej półroczne oblężenie zakończyło się niepowodzeniem. W odwecie w roku następnym Hunyadi najechał zajętą przez Turków Serbię i rozbił ich miejscowe siły. W 1442 r. Osmanowie dwukrotnie wyprawili się na Siedmiogród i raz w okolice Belgradu. Hunyadi rozbił wszystkie trzy wyprawy, przy okazji zmuszając hospodara wołoskiego - dotąd lennika sułtańskiego - do przyjęcia zwierzchnictwa Węgier, a także pustosząc terytoria serbskie. Dopiero początek następnego roku przyniósł widoki na przejęcie przez Węgrów inicjatywy strategicznej.

    Droga pod Warnę:

    1 stycznia 1443 r. papież Eugeniusz IV ogłosił krucjatę przeciwko Turkom i zapowiedział przekazanie na nią dochodów ze świętopietrza. Wkrótce potem sejm węgierski uchwalił podatki na wojnę. W założeniu krucjata miała mieć charakter międzynarodowy, jednak niemal wszystkie państwa odmówiły wzięcia w niej udziału. Odmówiła przede wszystkim Polska, zwłaszcza, że część biskupów, w tym Oleśnicki, nie uznawała Eugeniusza IV, lecz soborowego papieża Feliksa V; najwyższy władca Niemiec, Fryderyk III Habsburg, popierał roszczenia Pogrobowca i nie chciał, aby sukces krucjaty wzmocnił politycznie Jagiellona; Krzyżacy unikali zaangażowania się w egzotyczny dla nich konflikt; w obawie przed potęgą turecką odmówiły też państwa-miasta włoskie, choć Wenecja i Raguza (Dubrownik) dostarczyły wyprawie proch. Jedynie król Aragonii dostarczył 6 okrętów, w praktyce niewykorzystanych, gdyż działania wojenne toczyły się w głębi lądu. Przybyła też pewna liczba rycerzy-ochotników z różnych krajów, w tym z Polski.

    We wrześniu lub na początku października 1443 r. armia krzyżowców wkroczyła do zajętej przez Turków Serbii i ruszyła w górę rzeki Morawy. Po dołączeniu w pierwszych dniach sił serbskich liczyła ok. 25 tys. ludzi, głównie Węgrów. Formalnie dowodził król, faktycznie zaś Hunyadi. Jej przeciwnikiem były wojska nieco liczniejsze, oceniane przez współczesnych historyków na ok. 30 tys., lecz rozproszone po różnych miastach i twierdzach Półwyspu Bałkańskiego. W rejonie miasta Nisz próbowały krzyżowców zaatakować miejscowe siły tureckie. Dowiedziawszy się o nadciągającym wrogu, Hunyadi pozostawił większość sił z królem na względnie bezpiecznym, zachodnim brzegu rzeki, a sam z 12 tys. najlepszej jazdy przeszedł na brzeg wschodni, gdzie rozbił siły przeciwnika. Następnie wszystkimi siłami wyprawa ruszyła na wschód. Zdobyto Sofię, niszcząc jej muzułmańską część. Dalszy marsz na stolicę sułtańską, Adrianopol, został powstrzymany w połowie grudnia na obsadzonych przez tureckie wojsko przełęczach górskich. Wobec
    rozpoczynającej się zimy, a także wyczerpywania się zapasów, których nie można było uzupełnić na miejscu wskutek wcześniejszego wywiezienia ich przez Turków, rozpoczęto odwrót. W jego trakcie zaczęło brakować żywności i paszy. W rezultacie zabito część słabszych koni, zniszczono też lub zakopano część sprzętu wyprawy i łupów. Turcy kilkakrotnie próbowali atakować wycofujące się wojska (po raz ostatni 2 stycznia 1444 r.), jednak Hunyadi za każdym razem rozbijał ich siły. Ostatecznie 15 lutego wojska chrześcijańskie powróciły do Budy.

    Mimo trudnego końca wyprawa zakończyła się powodzeniem. Krzyżowcy weszli daleko w głąb terytorium przeciwnika, zachwiali mitem o niezwyciężoności Turków i wyzwolili Serbię. Pod wpływem wiadomości o wyprawie także Bośniacy rozpoczęli wyzwalanie swojego kraju, a na ziemiach albańskich wybuchło powstanie miejscowych chrześcijan pod wodzą Jerzego Skanderbega. Przeciwko zwierzchnictwu sułtana podniósł bunt emir Karamanii, muzułmańskiego państwa położonego we wschodniej Anatolii. Dobrze na przyszłość rokował również fakt, że na Bałkanach do krzyżowców chętnie przyłączali się miejscowi chrześcijanie chcący walczyć przeciwko Turkom. Dodajmy, że w trakcie wyprawy młody król odznaczył się odwagą i poświęceniem.

    Po kampanii 1443/1444 r. sułtan zaproponował pokój. W celu jego wynegocjowania do Adrianopola udało się poselstwo węgierskie. Równocześnie Władysław przysiągł Cesariniemu, że jeszcze w tym samym roku wyruszy na muzułmanów. Nie ma źródeł mówiących o przyczynach tej niekonsekwencji. Zdaniem części badaczy młody, niedoświadczony król ulegał różnym naciskom zwolenników i przeciwników wojny, według innych była to celowa polityka. Otoczenie władcy, świadome poniesionych kosztów i strat, czekało na większe zaangażowanie się w krucjatę innych państw lub dogodny moment do ataku. Gdyby jednak nie nastąpiło jedno ani drugie, pozostawały negocjacje z Osmanami, w czasie których przygotowania do wojny mogły być środkiem nacisku dyplomatycznego.

    12 czerwca 1444 r. sułtan zaprzysiągł pokój wieczysty na korzystnych dla Węgrów warunkach: Turcy mieli wycofać się z Serbii, wydać Madziarom pograniczne twierdze, wypłacić okup pieniężny i wspierać w przyszłości króla 25-tysięcznym oddziałem wojska. Następnie na Węgry wyruszyło poselstwo w celu uzyskania podobnej przysięgi królewskiej. Po rokowaniach w Szegedynie (Szeged), w południowej części kraju i zamianie pokoju wieczystego na 10-letni, Władysław zaprzysiągł traktat 1 sierpnia 1444 r.

    Jednak już 4 sierpnia przybył do władcy poseł kardynała Franciszka (Francesco) Condulmera, dowódcy floty krzyżowej, wystawionej przez papiestwo, Wenecję, Genuę i Burgundię, z wieścią, że jej okręty wpłynęły do cieśnin oddzielających Europę od Azji Mniejszej. Ponieważ sułtan prowadził wówczas wojnę z Karamanią i z tego powodu na Bałkanach pozostały nieliczne garnizony osmańskie, pojawiła się szansa na szybkie zajęcie europejskich posiadłości Turcji. Flota, blokując cieśniny (w praktyce Dardanele, gdyż nad Bosforem wciąż istniało szczątkowe cesarstwo bizantyńskie), miała uniemożliwić sułtanowi odsiecz.

    W tej sytuacji kardynał Cesarini zwolnił z przysięgi Władysława, który zerwał traktat i ogłosił rychłe podjęcie wojny przeciw Osmanom (tzw. manifest szegedyński). Zerwanie przysięgi spotkało się z dezaprobatą części możnych, którzy nie wzięli udziału w wyprawie; także władca świeżo wyzwolonej Serbii zawarł osobny pokój z Turkami. W rezultacie krucjata, która wyruszyła w połowie września, liczyła niespełna 16 tys. ludzi, głównie Węgrów, wspieranych przez grupę rycerzy z różnych krajów (w tym ok. 300 Polaków) i oddział zaciężnych Czechów. Podobnie jak poprzednio, nominalnie dowodził król, a faktycznie Hunyadi.

    Armia posuwała się wzdłuż Dunaju, zdobywając kolejne miasta w północnej Bułgarii. Jej celem był Adrianopol, a następnie Dardanele, gdzie miała się połączyć z siłami morskimi. Pod Nikopolis dołączył do niej hospodar wołoski Wład II (Vlad), zwany Diabłem (Dracul) lub Smokiem (Draco), notabene ojciec pierwowzoru literackiego Drakuli, z czterotysięcznym wojskiem. Po oddaleniu się od Dunaju, w końcu października, krzyżowcy zajęli miasto i twierdzę Szumen, a 6 listopada ważną twierdzę Prowadię. Tam otrzymali wiadomość, że sułtan z głównymi siłami tureckimi jest na Bałkanach.

    Do końca nie wiadomo, jak Osmanowie przedostali się przez cieśniny. Według wiadomości krążących później po Europie, przewieźli ich za odpowiednią opłatą Wenecjanie lub Genueńczycy z floty krzyżowej. Sami marynarze twierdzili, że opuścili cieśniny z powodu sztormu, a gdy wrócili, Turcy byli już na europejskim brzegu.

    W tej sytuacji krzyżowcy ruszyli ku Warnie, licząc na połączenie się z flotą lub wycofanie się w stronę Dobrudży. 9 listopada doszli do miasta. Tego samego dnia pod Warnę dotarł sułtan Murad II z 60-tysięcznym, według współczesnych szacunków, wojskiem. Według późniejszej relacji, część dowódców krucjaty proponowała zajęcie pozycji obronnej i czekanie na pomoc floty, ostatecznie jednak przeważyło zdanie Hunyadiego, który - wobec szczupłych zapasów żywności i słabego kontaktu z siłami morskimi - optował za szukaniem rozstrzygnięcia w walnej bitwie.
    Bitwa. Śmierć króla

    Siły krzyżowców zostały rozmieszczone na długości ok. 4 km, pomiędzy Jeziorem Dewnia (Warneńskim) po lewej stronie a dość wysokimi wzgórzami po prawej. Na czele lewego skrzydła, złożonego z najlepszych sił węgierskich, stał zdolny i doświadczony wódz Michał (Mihály) Szilágyi. Król dowodził centrum złożonym z kilku tysięcy rycerzy węgierskich i polskich, a biskup Waradynu (obecnie Oradea w Rumunii) Jan Dominis - resztą, tworzącą prawe skrzydło. Naprzeciw stała kawaleria turecka, także podzielona na skrzydła, za jej frontem w środku szyku stał kilkutysięczny czworobok janczarów - doborowej piechoty, a wewnątrz niego przebywał sułtan z osobistą gwardią. Na lewo od głównych sił, schowane za wzgórzami, stanęły oddziały lekkiej jazdy tureckiej.

    Do bitwy doszło 10 listopada. Na początku Turcy zaatakowali i rozbili prawe skrzydło krzyżowców, wkrótce jednak sami zostali rozbici przez gwałtowny atak oddziałów z centrum, dowodzony przez Hunyadiego i króla. Ścigający przeciwników Wołosi przerwali front jazdy osmańskiej i rozpoczęli rabunek obozu tureckiego. Wobec niepowodzenia, Turcy zaatakowali lewe skrzydło krzyżowców, zostali jednak powstrzymani, a następnie rozbici przez odsiecz dowodzoną przez Hunyadiego. Jazda sułtańska zaczęła zdradzać oznaki załamania, jej część rozpoczęła odwrót. W tym momencie dowodzone przez Władysława centrum zaatakowało czworobok janczarów. W wyniku ataku zginął zarówno król, jak i towarzyszący mu rycerze.

    Nie zachowały się świadectwa naocznych świadków śmierci władcy, a jedynie relacje "z drugiej ręki", w większości włączane potem do różnych kronik - i zapewne przerabiane. W rezultacie znane są trzy wersje opowieści o śmierci władcy. Ta współcześnie najbardziej rozpowszechniona oparta jest na relacji uczestnika bitwy (ale nie świadka śmierci króla) Andrzeja de Palatio. Według niej atakującym udało się wbić w szyk piechoty. Jednak janczarowie, korzystając z przewagi liczebnej (według współczesnych szacunków było ich około 5 tys. wobec kilkuset rycerzy króla), otoczyli oddział monarchy i kompletnie go wybili. Jan Długosz pisał nieco później: "Sam król Władysław walczył do upadłego, a chociaż wielu go błagało, aby się na oczywiste nie narażał niebezpieczeństwo i gdy wojska jego pierzchnęły, sam jeden [...] rzucił się w największy tłum nieprzyjaciół i przez niejaki czas dzielnie wytrzymywał walkę; aż w końcu otoczony [...] tłoczącymi się tłumami barbarzyńców legł śmiercią bohatera".

    Według XVI-wiecznego kronikarza tureckiego, Sead ed-Dina, janczarowie na rozkaz sułtana sami rozstąpili się przed atakującymi w celu "odłączenia [króla] od orszaku". Gdy władca "daleko się przed swoich wypuścił [...], żołnierze [...] zwarli się i opasali go częścią oddziału, a janczar imieniem Kodża Chazer dzielnym natarciem ranił [królowi] konia, zwalił na ziemię [...], uciął nikczemną głowę i, przynosząc ją padyszachowi, pochwały, względy i hojną nagrodę osiągnął".

    Natomiast według tradycji bałkańskiej, spisanej w tzw. "Pamiętnikach janczara" (druga połowa XV w.), szarżujący wpadli w zamaskowane wrzosem i trawą doły, sporządzone przez Turków przed bitwą, "aż napełniły się końmi i ludźmi. Podskoczyli do nich janczarowie, siekli i mordowali [...], i król Władysław [...] poległ w owych przekopach". Janczar imieniem Kukry zwrócił uwagę na zwłoki w pięknej zbroi, odciął im głowę i zaniósł sułtanowi. Ten kazał okazać ją jeńcom, którzy rozpoznali króla. W XVI w. miejscowy Grek powtórzył wersję o przekopie Maciejowi Stryjkowskiemu, odwiedzającemu miejsce bitwy, na początku XX stulecia usłyszeli ją etnografowie badający folklor Bułgarów z okolic Warny.

    Osobą, która wydała fatalny rozkaz do szarży, był zapewne król, dowodzący siłami centrum. Część autorów przypisuje rozkaz ten Hunyadiemu, jednak nie wydaje się to prawdopodobne, gdyż w czasie ataku przebywał on na lewym skrzydle. Uwzględniając skutki, rozkaz ten był błędem, należy jednak pamiętać, że w średniowiecznej i nowożytnej sztuce wojennej gwałtowna szarża na przeciwnika objawiającego oznaki załamania często przyspieszała rozpad jego wojsk i decydowała o wyniku bitwy. Władysław wyraźnie nie docenił świetnego wyszkolenia i determinacji janczarów.

    Turcy umieścili głowę Jagiellona na długiej tyczce i zaczęli zwoływać swoje cofające się oddziały. Bitwa trwała do końca dnia, jednak rosnąca przewaga Osmanów spowodowała ostateczne rozbicie wojsk krzyżowców. Tysiące ludzi, w tym kardynał Cesarini, zginęło w trakcie odwrotu. Z masakry uszli Hunyadi i Wład II Diabeł z towarzyszącymi im oddziałami. Każdy z nich udał się do swego kraju.

    Na rozkaz sułtański głowę króla, umieszczoną w celu konserwacji w słoju z miodem, okazywano po bitwie na znak triumfu w głównych ośrodkach osmańskich - Adrianopolu i Bursie. Nieznane pozostają losy reszty zwłok monarchy. Nic nie potwierdza wersji Michała Beheima, jakoby zostały pogrzebane w cerkwi w Warnie. Kallimach napisał później, że pogrzebano je w miejscu śmierci, które oznaczono kolumną. Jednak Maciej Stryjkowski, który zwiedzał miejsce bitwy, nie potwierdził istnienia tego pomnika, choć miejscowy Grek pokazał mu miejsce, w którym według tradycji zginął monarcha. Najbardziej prawdopodobne jest, jak wskazał Karol Olejnik, że ciało królewskie podzieliło losy innych poległych chrześcijan - po odarciu ze zbroi i ozdób zostało pogrzebane w anonimowym, zbiorowym grobie. Mimo prób, podejmowanych w XIX i XX w., nigdy nie zostało odnalezione.

    Skutki porażki:

    Polityczne następstwa śmierci króla Władysława dotknęły cały obszar jego działalności, od Bałkanów po Polskę. Katastrofa wyprawy 1444 r. na długo zakończyła próby usunięcia Turków z Europy. Na następną armię chrześcijańską, tym razem rosyjską, mieszkańcy okolic Warny będą czekać aż do 1774 r., a wyzwolenie miasta i okolic nastąpi dopiero w roku 1878. Wzmocnione zwycięstwem państwo tureckie, pod rządami nowego sułtana, Mehmeda II, w krótkim czasie dokończy podbój Bałkanów (Konstantynopol 1453, Serbia 1459, Despotat Morei na południowym Peloponezie 1461, Bośnia 1463). Jego skutki są różnie oceniane przez uczonych. Niektórzy podkreślają polityczną stabilizację i rozwój gospodarczy, z którego dobrodziejstw korzystali i muzułmanie, i chrześcijanie. Jednak na dłuższą metę zajęcie Półwyspu przez Turków spowodowało odcięcie go od Europy i przeżycie przezeń, wraz z całym państwem, upadku politycznego i gospodarczego w XVII-XIX w. W rezultacie Bałkany, nawet po wyzwoleniu się miejscowych narodów, pozostały
    peryferyjnym obszarem cywilizacji europejskiej.

    Na Węgrzech śmierć Jagiellona doraźnie otworzyła możliwość wyboru na tron Władysława Pogrobowca i tym samym zakończenia konfliktu wewnętrznego. Jednak w następnych latach nacisk osmański zepchnie Węgry do defensywy, a w około sto lat po Warnie Osmanowie na blisko półtora wieku zajmą dużą część kraju z Budą i uzależnią inną (Księstwo Siedmiogrodzkie).

    W Krakowie po śmierci Władysława wybrano królem jego młodszego brata, Kazimierza Jagiellończyka, od 1440 r. wielkiego księcia litewskiego, odnawiając tym samym rozluźnione więzi Polski z tym państwem. Synowie Kazimierza, Jan Olbracht, a następnie Władysław zwany w historiografii Jagiellończykiem, sięgną po tron węgierski, ostatecznie odnawiając, w okresie 1490-1526, związek dynastyczny (choć już nie unię personalną) Polski (i Litwy) z Węgrami (i Czechami). Pod wpływem śmierci króla Władysława zmianie uległ także wizerunek Polski w Europie. Wcześniej był on w pewnym stopniu kształtowany przez Krzyżaków, którzy przedstawiali ją jako kraj popierający pogan przeciwko chrześcijanom. Fakt, że Władysław postrzegany był jako obrońca chrześcijaństwa, który zginął za wiarę, spowodował, że propaganda ta nie znajdowała już posłuchu i została ostatecznie zarzucona.

    Okoliczności śmierci wywarły też wpływ na postrzeganie Władysława przez późniejsze pokolenia. We współczesnej historiografii polskiej imieniu władcy towarzyszy przydomek "Warneńczyk" (choć w starszej literaturze określany był jako "Jagiellończyk", podobnie jak jego brat oraz bratanek panujący w Czechach i na Węgrzech).

    "Życie po życiu"

    Jak wspomniałem, żaden z uczestników bitwy, po którym pozostały świadectwa w źródłach, nie widział momentu śmierci króla, a ciało monarchy najprawdopodobniej nie zostało po bitwie zidentyfikowane. Nie było też jasne, do kogo należy głowa przetrzymywana przez Turków w słoju z miodem. Poseł wenecki, któremu ją pokazano, wskazał, że miała ona jasne włosy, podczas gdy król miał ciemne. Opinię, że Władysław żyje, podtrzymywały przez pewien czas także władze węgierskie, zapewne w celu powstrzymania paniki własnej ludności i nieokazywania wrogom, jak bardzo państwo jest słabe. Jeszcze w 1445 r. różne instytucje (m.in. flota krzyżowców, ale też miasto Lwów) organizowały ekspedycje w celu ustalenia miejsca pobytu monarchy. Ich bezowocność spowodowała, że w Europie pojawili się oszuści podający się za ocalonego władcę. Najbardziej znany z nich, Polak Jan z Wilczyny, "ujawnił się" jako Władysław w Nadrenii w 1451 r. Przez Śląsk udał się do Polski, gdzie szybko ujawniono jego oszustwo, gdyż fizycznie nie przypominał
    króla.

    W tym samym czasie pojawiły się w Europie wiadomości, że Władysław żyje, lecz po bitwie zrezygnował z korony i incognito pokutuje w jakimś klasztorze za zerwanie zaprzysiężonego pokoju. W 1466 r. Polak towarzyszący podróżującemu po Hiszpanii czeskiemu wielmoży Leonowi Zdenkowi z Rožmitalu rozpoznał po sześciu palcach u stóp króla w pustelniku, który zresztą zaprzeczył, jakoby był Jagiellonem, a przy tym był na to zbyt stary. Według innych pogłosek ex-król osiadł "na wyspach Portugalii". Na Maderze pojawiła się tradycja, że był nim rycerz Henrique de Alemão, któremu książę Henryk Żeglarz nadał posiadłość na wyspie. Henrique ożenił się i miał syna; zginął na morzu w wieku około 40 lat. Według późniejszych wersji potomkiem Henrique-Władysława miał być Krzysztof Kolumb. Z kolei w Polsce, po porażkach doznanych na początku wojny trzynastoletniej, kolportowano wiersze mówiące, że król Władysław żyje, wróci i pokona Krzyżaków.

    Z czasem śmierć króla obrosła pokaźną literaturą. Pisali o niej m.in.: Eneasz Sylwiusz Piccolomini, Kallimach, Marcin Luter, Filip Melanchton, wspomniany Maciej Stryjkowski, Szymon Starowolski, Wacław Potocki, Wacław Rzewuski i Julian Ursyn Niemcewicz. Obok męstwa króla tematem było wskazanie przyczyny klęski, którą był gniew Boży spowodowany zerwaniem świeżo zawartego traktatu, a więc grzechem krzywoprzysięstwa popełnionym przez władcę. Według Jana Długosza (Annales, ks. XII) przyczyną gniewu Bożego (i klęski) był fakt, że Władysław był "skłonny do rozkoszy męskich" (in marium libidinem proclivus). W czasie wyprawy 1443/1444 r., w obliczu przeciwnika, obiecał dwóm towarzyszącym mu rycerzom polskim, że porzuci "haniebne namiętności", jednak nie dotrzymał słowa. Rzecz musiała być wstydliwa, gdyż po Długoszu żaden autor nie poruszył tej kwestii.

    Odpowiednikiem zachodniej literatury były na Bałkanach serbskie i bułgarskie podania ludowe, opowiadające o śmierci młodego władcy. Generalnie zachodni i bałkańscy autorzy zdejmowali odium odpowiedzialności za klęskę z młodego i niedoświadczonego króla. Rolę "czarnego charakteru" na Zachodzie odgrywał Cesarini, a na Bałkanach stary wódz Janko lub Jankuł, będący zapewne odległym wspomnieniem Hunyadiego.

    Warto przypomnieć, że zamieszkujący Bułgarię Turcy także opowiadali podanie o śmierci pod Warną - tym razem bohatera poległego za islam lub dobroczynnego paszy zabitego przez zawistnych janczarów.

    W Polsce fakt śmierci Władysława był przywoływany jako ostrzeżenie przed rozpoczęciem wojny z Turcją. Z czasem zanikała świadomość, że Polska, poza grupą ochotników, nie wzięła udziału w wojnie 1444 r., a król walczył w zasadzie jako monarcha węgierski. W 1949 r. na wzniesionym wcześniej mauzoleum pod Warną umieszczono pamiątkowe tablice jedynie po polsku i bułgarsku.

    Kolejne refleksy śmierci króla pojawiły się po wyzwoleniu Bułgarii w XIX w. Lokalne władze nadały nazwę Władisławowo jednej z podwarneńskich wsi, a pierwszym mistrzem Bułgarii w piłce nożnej był klub sportowy Władisław Warna.

    Post pochodzi z grupy Historia na jeden dzień

    #historia #gruparatowaniapoziomu #grp #warna #wielkiebitwy #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #szkoda_troche
    pokaż całość

  •  

    04.11.1952 r.

    Dwight Eisenhower wygrał wybory prezydenckie w USA.

    Wizerunek niefrasobliwego gracza w golfa, jaki wykreował o sobie Eisenhower w czasie swej prezydentury, prowokował do słabej oceny jego rządów i ta niesprawiedliwa opinia pokutuje do dziś. Stanowczo nie docenia się jego niezaprzeczalnych dokonań wytrawnego i przenikliwego polityka, potrafiącego w czasie apogeum zimnej wojny oddalić widmo jądrowej zagłady, zapewniając bezpieczeństwo światu i pomyślność swemu narodowi.
    Jego prezydentura wyznacza jeden z najlepszych rozdziałów w historii Ameryki XX wieku i należy uznać to za jego osobistą zasługę. Był słowny, prawy i skrupulatny w wypełnianiu swoich obietnic wyborczych. Czynił to w wielkim stylu, nie specjalnie dbając o rozgłos. Jaki naprawdę był Eisenhower, zwany popularnie Ike, który chciał uchodzić za dobrodusznego i nieco naiwnego jegomościa?

    Urodził się w małym miasteczku w Teksasie w ubogiej, bardzo religijnej rodzinie o korzeniach niemieckich. Wkrótce jego rodzice przenieśli się do stanu Kansas. Małżeństwo jego rodziców uważane było za szczęśliwe. Religia wpłynęła na Dwighta, który już jako dorosły często z pamięci cytował wiele długich fragmentów z Biblii. W szkole uwielbiał matematykę. Za to nie potrafił ładnie pisać, miał kłopoty z kaligrafią i czasami nie potrafił przeczytać nawet tego, co sam napisał. Zapewne miał dysgrafię. W szkole średniej polubił historię, ekscytując się starożytną Grecją i Rzymem. Dawał także upust swoim talentom sportowym, grając w szkolnej reprezentacji bejsbolowej i futbolowej.

    Po ukończeniu szkoły, ze względu na sytuację finansową, był zmuszony kontynuować naukę w bezpłatnej szkole wojskowej. W 1911 wstąpił do Akademii Wojskowej w West Point. Był mało wyróżniającym się kadetem. Otrzymał przydział do bazy w San Antonio i wkrótce na swej drodze życiowej spotkał Mary Doud, z którą się ożenił. Mieli dwóch synów. Pierworodny zmarł w wieku czterech lat, a drugi syn, John Sheldon Doud, odziedziczył zainteresowania ojca i po wstąpieniu do służby wojskowej osiągnął także stopień generała.

    W czasie I wojny światowej Eisenhower kompetentnie dowodził ośrodkiem szkoleniowym sił pancernych w Camp Colt. Być może jego niemieckie pochodzenie przeszkodziło w wysłaniu go na front do Europy. W latach międzywojennych służył w sztabie gen. Foxa Connora w strefie Kanału Panamskiego. Jego przełożony zachęcił Eisenhowera do pogłębienia wiedzy wojskowej, kierując go na kurs wyższych dowódców Akademii Sztabu Generalnego w Fort Leavenworth. Ike ukończył kurs jako prymus i jego kariera przyspieszyła. Wkrótce awansowano go na generała, a po przystąpieniu USA do wojny objął funkcję naczelnego dowódcy wojsk amerykańskich lądujących w Afryce Północnej. Dowodził inwazją na Sycylię i Włochy, a następnie wyznaczono go na dowódcę sił alianckich w Europie Północno-Zachodniej. Dowodził operacją lądowania aliantów w Normandii i koordynował walki sprzymierzonych w Europie. Po zwycięstwie nad Niemcami został mianowany dowódcą amerykańskich sił okupacyjnych w Niemczech.

    Reprezentował rząd amerykański w Sojuszniczej Radzie Kontroli. W 1950 przebywał w Paryżu tworząc struktury NATO. Jego działalność coraz bardziej wiązała się z polityką. Po ponad 40 latach służby wojskowej postanowił rozstać się z mundurem, poświęcając się polityce. Wojenna sława przysporzyła mu szacunku narodu i mógł nawet ubiegać się o prezydenturę. Zarówno Partia Demokratyczna, jak i Republikańska chciały pozyskać Eisenhowera i delegować go do wyborów prezydenckich w roku 1952. Eisenhower zdecydował się na kandydowanie z ramienia republikanów. Dwight Eisenhower otrzymał nominację już w pierwszym głosowaniu. Pokonał swego demokratycznego rywala, uzyskując 55% poparcia. Wybory wygrał dzięki programowi kładącemu nacisk na bezpieczeństwo narodowe, w którym wzywał wolny świat do wyzwolenia od Sowietów krajów satelickich. Został zaprzysiężony 20 stycznia 1953 r. jako 34. prezydent Stanów Zjednoczonych. Był najstarszym prezydentem w chwili wyboru – urząd ten objął w wieku prawie 63 lat.

    Na początku swego urzędowania miał do przezwyciężenia wojnę w Korei, grożącą przekształceniem się w globalny konflikt między USA a Związkiem Sowieckim. Uważał, że wojna w Korei jest niepotrzebna. Przerażała go liczba przypadków, w których poprzednia administracja rozważała możliwość użycia broni nuklearnej przeciw Chinom i Sowietom, a także gotowość do konwencjonalnego, masowego bombardowania Chin. Przez całą prezydenturę obawiał się, by rząd w napiętej atmosferze wojny nie dostał się pod wpływ wojowniczych senatorów, nadgorliwych oficerów i chciwych dostawców wojskowych, czyli tego, co nazywa się kompleksem wojskowo-przemysłowym. Groźba wrogiego ataku nuklearnego nieustannie dręczyła Eisenhowera. Pytał Edgara Hoovera, co robi FBI, aby ustrzec kraj przed tym niebezpieczeństwem? Szef FBI informował prezydenta, że przy zbieraniu informacji dotyczących bezpieczeństwa agenci nie cofają się nawet przed łamaniem prawa. Prezydent milcząco zaakceptował ten fakt, gdyż zimnej wojny nie można było wygrać samym śledzeniem wrogów. Eisenhower postanowił ruszyć z miejsca negocjacje w sprawie zawieszenia broni, które utknęły w martwym punkcie. Zamiast planować w tajemnicy użycie broni nuklearnej, zaczął w prywatnych rokowaniach grozić użyciem tej broni. Jego taktyka poskutkowała i już w ciągu 9 miesięcy uzyskał wyniki. W lipcu 1953 został zawarty rozejm w Korei. Eisenhower dotrzymał obietnicy i zakończył tę wojnę, zgodnie ze sloganami wyborczymi z roku 1952. W tym czasie ostro go krytykowano za to, że nic nie robi, by okiełznać histerię antykomunistyczną związaną z kontrowersyjną działalnością senatora McCarthy’ego. Prezydent najpierw postarał się o zawarcie pokoju, a dopiero potem zorganizował upadek senatora. W wielkiej tajemnicy i zręcznie nakłonił swych przyjaciół w Senacie, by szanowali McCarty’ego, a jednocześnie – za pośrednictwem swego szefa prasowego Jima Haggerty'ego – zorganizował kampanię prasową wymierzoną w senatora. Eisenhower działał metodą „niewidzialnej ręki”. Lubił tak działać, wykazały to analizy jego publicznej aktywności, dokonane w wiele lat po jego śmierci.

    Eisenhower starał się robić wrażenie, że nie rządzi, lecz panuje jak monarcha konstytucyjny – decyzje pozostawia swoim kolegom w Kongresie, sam zaś najchętniej spędza czas grając w golfa. Był to ze strony prezydenta kamuflaż, i to na tyle skuteczny, że zmylił zarówno swych przeciwników politycznych, jak i całą rzeszę dziennikarzy, intelektualistów, razem z obserwatorami sceny politycznej, a nawet swego pierwszego biografa. Wszyscy oni uważali Eisenhowera za człowieka o dobrych intencjach, lecz ograniczonego intelektualnie, ignoranta w wielu dziedzinach, który nie potrafi przemawiać, i był często słaby, a zawsze leniwy. Eisenhower nie przejmował się tym, a nawet starał się ich w tym utwierdzać. Czasami wprawiał w zakłopotanie swoje otoczenie wypowiadając swoiste złote myśli: „W czasie łowienia ryb należy zachowywać najwyższą ostrożność, zwłaszcza gdy się jest rybą". Albo: „Jest jedna rzecz w byciu prezydentem. Nikt ci nie mówi, kiedy masz usiąść!".

    Rzeczywistość była zupełnie inna. Eisenhower był człowiekiem skomplikowanym i przebiegłym, rozpatrywał każdy problem pod kilkoma kątami, wybierając rozwiązanie pośrednie. Ujawnione dokumenty, zapiski jego rozmów telefonicznych, dzienniki dowodzą, że prezydent pracował o wiele ciężej, niż przypuszczał ktokolwiek, nawet jego przyjaciele. Zwykle dzień pracy zaczynał o 7:30 rano od zapoznania się z kilkoma dziennikami prasowymi, a kończył koło północy. Często pracował jeszcze dłużej i zarządzał wszystkim osobiście. Jego spotkania dotyczące partii, obrony i polityki zagranicznej umyślnie nie były podawane do publicznej wiadomości. Odbywał je w tajemnicy, przewodnicząc długim nieprotokołowanym posiedzeniom z sekretarzami stanu i obrony, szefem CIA i innymi osobistościami, by wreszcie podjąć decyzję samodzielnie. Jak wynika z obecnych analiz, jego zespoły doradcze były wysoce fachowe i decyzje nie były nigdy dziełem przypadku. W tamtym czasie natomiast wielokrotnie krytykowano Eisenhowera, że jego polityka zagraniczna i obronna jest sztywna i biurokratyczna. Znowu obserwatorzy ulegli ułudzie i dostrzegli jedynie pozory.

    Prezydent często posługiwał się pseudozastępstwami. Np. wszyscy uważali, że decyzje w sprawach wewnętrznych podejmuje Sherman Adams, szef biura prezydenta. Nawet sam Adams uległ temu złudzeniu. Opowiadał, że Eisenhower nie lubi i unika telefonu. Zapiski wskazują, że prezydent załatwiał mnóstwo spraw telefonicznie, o których Adams nie miał zielonego pojęcia. Eisenhower nie chciał być zdany na jedno źródło informacji i zasięgał ich w wielu miejscach. Mocno kontrolował Johna Fostera Dullesa, sekretarza stanu, trzymając go na mocnej, choć niewidzialnej smyczy. Dulles musiał codziennie zdawać raporty, nawet z zagranicy. Także nie zdawał sobie sprawy, że prezydent porównuje jego informacje czytając wielkie tomy dokumentów i obfitą korespondencję od przyjaciół z kręgów dyplomatycznych, przemysłowo-handlowych i wojskowych w kraju i za granicą. Dulles skarżył się, że często pracował z prezydentem do późna w Białym Domu, lecz nigdy nie został zaproszony na obiad rodzinny. Eisenhower umyślnie podsycał wrażenie, że Adams i Dulles to primadonny w jego zespole i w razie jego pomyłki wina spadała na nich. Było także odwrotnie. Eisenhower wykorzystywał wtedy swą reputację człowieka naiwnego w sprawach polityki, biorąc na siebie błędy swych podwładnych. Obracał w żart niezręczną sytuację mawiając: "Dyplomata to człowiek, któremu dużo płacą za to, by się długo namyślał, zanim nic nie powie". Niewielu potrafiło rozeznać się, że Eisenhower to polityk wnikliwy, o bystrej inteligencji. Było tak, gdyż Eisenhower zazwyczaj ukrywał swoje myśli, używając w przemowach wojskowego żargonu, najczęściej na konferencjach prasowych, chcąc uniknąć dawania wiążących odpowiedzi. Z tej samej przyczyny symulował w jakiś sprawach ignorancję. Nawet udawał, że nie rozumie własnego tłumacza, jeśli jego cudzoziemski rozmówca był trudnym przeciwnikiem. Notatki z jego tajnych konferencji świadczą o czymś zupełnie przeciwnym, dowodząc siły i jasności myśli prezydenta. Churchill był jednym z niewielu, który właściwie ocenił Eisenhowera. Było tak, gdyż ci dwaj byli największymi mężami stanu w połowie XX wieku.

    Eisenhower uważał, że Ameryka potrzebuje silnego przywódcy. Według niego taki lider musi działać niejawnie. Dlatego prezydent w najważniejszych sprawach działał jakby w ukryciu i nie ujawniał swoich talentów. Miał trzy proste zasady. Pierwszą było unikanie wojny. Lecz nie za każdą cenę. Mawiał: "Nienawidzę wojny tak, jak nienawidzić może tylko żołnierz, który ją przeżył i widział całe jej okrucieństwo i głupotę". Oczywiście, gdyby Rosja chciała zrujnować Zachód, należałoby stawić opór i Ameryka musiała posiadać taką siłę, by tego dokonać. Trzeba jednak uniknąć okazji do niepotrzebnej wojny, działając stanowczo, ostrożnie i mądrze. W tym odniósł sukces. Zakończył konflikt koreański, uniknął wojny z Chinami, w 1956 r. nie dopuścił do wojny o Kanał Sueski i zręcznie odwrócił groźbę innej wojny na Środkowym Wschodzie w 1958 r. O Wietnamie mówił: „Nie mogę sobie wyobrazić większej tragedii dla Ameryki, jak poważne zaangażowanie się teraz w jakąś wojnę, w którymś z tych rejonów". Zgoda Kongresu, poparcie sprzymierzeńców – to były dwa warunki rozpoczęcia amerykańskich działań wojennych. Znalazły one swoje odbicie w systemie przymierzy na Środkowym Wschodzie i w południowo-wschodniej Azji, które uzupełniły NATO.

    Drugą zasadą Eisenhowera była konieczność kontroli konstytucyjnej nad działaniami wojskowymi. Często posługiwał się CIA i był jedynym amerykańskim prezydentem, który kontrolował jej działalność. Zręcznie prowadził operacje CIA w Iranie i Gwatemali, nie przynosząc żadnej szkody swojej opinii. Tylko przygotowany przez CIA zamach w Indonezji, w 1958 roku, nie udał się, ponieważ ten jeden raz nadzór nad wykonaniem zadania powierzono Dullesowi. Trudno uwierzyć, by Eisenhower dopuścił do wykonania operacji w Zatoce Świń (w 1961 r. ) w taki sposób, jak to miało miejsce. CIA walczyła z wrogiem w Azji, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Ameryce Łacińskiej – wszędzie, gdzie rozpadały się kolonie. Za Eisenhowera CIA podjęła 170 nowych tajnych operacji w 48 państwach. Eisenhower podejmował wstępne decyzje w rozmowach z braćmi Dullesami i zwykle kończył rozmowę stwierdzeniem: nie dajcie się złapać! CIA doskonale wiedziała, że jej operacje muszą być prowadzone w takiej tajemnicy, aby żaden ślad nie zaprowadził do Białego Domu. W 1954 r. Ike utworzył Radę Konsultantów Działalności Wywiadu Zagranicznego pod kierunkiem starego, chytrego dyplomaty Davida Bruce'a. Był to jeden ze sposobów, jakich używał, by mieć stale pod kontrolą działalność sfer wojskowych. Nie lubił generałów uprawiających politykę. Mawiał: "Wyżsi oficerowie niewiele wiedzą o zwalczaniu inflacji". Gdyby dać generałom i admirałom wolną rękę, opróżniliby cały skarb. Głowił się, jak stawić czoło Związkowi Sowieckiemu, nie rozpoczynając III wojny światowej ani nie niszcząc amerykańskiej demokracji. Bał się ruiny USA z powodu wielkich wydatków wojennych. Postanowił oprzeć swą strategię na tajnych broniach: bombach jądrowych i tajnych operacjach CIA. Były dużo tańsze niż kosztujące miliardy dolarów floty myśliwców odrzutowych i flotylle lotniskowców. Mając wystarczający arsenał jądrowy, rozumował Eisenhower, Stany Zjednoczone powstrzymają Sowietów od rozpoczęcia nowej wojny – albo ją wygrają, jeśli wybuchnie. Zbrojenia jądrowe uczynił skutecznym narzędziem zapewnienia bezpieczeństwa Zachodowi i USA w konfrontacji z Sowietami. Natomiast dzięki globalnej kampanii tajnych operacji prowadzonych przez CIA powstrzymano szerzący się komunizm i Rosjan.

    Trzecia zasada Eisenhowera wynikała z przekonania, że zabezpieczenie wolności w całym świecie zależy od stanu gospodarki amerykańskiej. Siła tej gospodarki mogłaby się z czasem podwoić w Europie Zachodniej i w Japonii, lecz mogłaby też ulec zniszczeniu przez nieumiarkowane wydatki. Kraj może się udławić na śmierć rosnącymi wydatkami wojskowymi albo sam zadać sobie klęskę, nie wydając na cele obrony. Tak samo obawiał się nadmiernych wydatków w sprawach wewnętrznych. Nie sprzeciwiał się środkom dla zwalczania recesji. W 1958 r. zaryzykował deficyt dochodzący do 9,4 mld dolarów (największy, jaki kiedykolwiek miał rząd USA w czasie pokoju), aby się uporać z recesją, lecz był to przykład nagłej konieczności. Bardzo się natomiast starał uniknąć wielkich, stale rosnących zobowiązań federalnych. Ze względu na inflację obcinał wydatki na ubezpieczenia społeczne, uważał bowiem, że tylko w ten sposób można ubezpieczyć społeczeństwo. Nie znosił myśli, że Ameryka mogłaby się stać krajem ludzi żyjących z dobroczynności.

    Gdy Eisenhower był prezydentem, przyspieszono proces remilitaryzacji RFN. Biały Dom postąpił według starożytnej maksymy łacińskiej „Si vis pacem, para bellum” (Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny). Na konferencji prasowej dziennikarze pytali prezydenta, czy jest gotów przekazać Niemcom broń atomową. Eisenhower odpowiadał wymijająco, ale w końcu pod presją potwierdził. Zareagował także, gdy pierwszy sputnik został wystrzelony przez Rosjan w 1957 r. Rok później utworzono NASA i postanowiono stworzyć program umożliwiający podbój kosmosu, a także przeznaczono środki na rozwój szkolnictwa i stypendia dla studentów.

    W 1956 r. Dwight David Eisenhower został wybrany ponownie na prezydenta. Przez 8 lat prezydentury Eisenhower często chorował – doznał ataków serca, wylewów. Najwidoczniej była to cena aktywności Eisenhowera w wyczerpującej służbie dla kraju. W tym czasie ograniczone obowiązki prezydenta pełnił Richard Nixon – ówczesny wiceprezydent. Jednak Ike poradził sobie z dolegliwościami i nadal pełnił z oddaniem funkcję głowy państwa. Gospodarka amerykańska kwitła, wydatki federalne były pod ścisłą kontrolą, a także świat stał się bezpieczniejszy, gdyż atomowa polityka ograniczania wpływów komunistycznych zaczęła wydawać owoce. Wcześniej ryzyko wojny było niezwykle realne.

    Po opuszczeniu Białego Domu Ike powrócił na swą farmę w Kansas. Odpoczywał i z zapałem grał w golfa. Służył również radą swym następcom – Kennedy’emu, Johnsonowi i Nixonowi. Zmarł 29 marca 1969, w wieku 78 lat.

    https://www.facebook.com/groups/1866782400057275/permalink/1886054308130084/

    #wielkiebitwy #iwojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #prezydenciusa
    pokaż całość

  •  

    06.11.1917 r.

    I wojna światowa: zakończyła się nierozstrzygnięta bitwa pod Passchendaele (znana również jako III bitwa pod Ypres) w Belgii.

    Trzecia bitwa pod Ypres, zwaną także bitwą pod Passchendaele - jedna z najkrwawszych bitew I wojny światowej - toczona była od końca lipca do początków listopada 1917 r.

    Głównodowodzący siłami brytyjskimi generał Douglas Haig dążył do zdobycia portów belgijskich. Datę ofensywy wyznaczono na podstawie prognoz meteorologicznych, licząc na kilka tygodni bez deszczu. Jak pokazywały dane z ostatnich 80 lat, istniało duże prawdopodobieństwo, że o tej porze roku nie będzie padało przez trzy tygodnie. Te nadzieje zdawał się potwierdzać wyjątkowo suchy lipiec. Prognoza okazała się chybiona. Siły brytyjskie, w tym Australijczycy i Kanadyjczycy, od początku atakowały w padającym deszczu. Przez pierwsze dwa tygodnie sierpnia lało nieustannie, zamieniając cały teren w krainę błota. Walczono w iście księżycowym krajobrazie kraterów różnej szerokości i głębokości oraz kikutów drzew, poprzecinanym zasiekami i okopami, gdzie tu i ówdzie widniały ruiny budynków zredukowanych w toku walk niemal do samych fundamentów. Kilkakrotnie podczas tej bitwy z powodu rzęsistego deszczu i głębokiego błota przesuwano daty kolejnych natarć. Ziemia była tak nasiąknięta wodą, że nie wchłaniała już krwi poległych. Żołnierze w błocie walczyli, ginęli, tonęli, odpoczywali i spali. Za schronienie i miejsce nocnego odpoczynku nacierającym aliantom służyły niezalane do końca (bo suchych oczywiście nie było) leje. Karabiny oblepione błotem stawały się bezużyteczne. W takiej sytuacji pozostawały bagnety, granaty ręczne i saperki. Ranni, którym na czas nie zdołano pomóc, a ich stan uniemożliwiał im na samodzielne poruszanie się, często tonęli. Zresztą tonęli i całkiem sprawni. Olbrzymie, mające średnice nawet do 10 m, napełnione po brzegi mętną wodą leje stanowiły śmiertelną pułapkę dla żołnierzy, mających na sobie wyposażenie i sprzęt ważący ponad 30 kg. Nigdy nie można było bowiem stwierdzić, czy to zwykła kałuża, czy też dół głębokości kilku metrów. Z kolei osoby próbujące wydostać się z błotnej matni stanowiły łatwy cel dla snajperów.

    Jak pisał brytyjski porucznik Edwin Vaughan „Wstałem i wyjrzałem z mojego leja przed siebie. Nic tylko posępny bezmiar błota i wody, żadnych pozostałości cywilizacji, tylko leje po pociskach […] I wszędzie ciała Niemców i Anglików w rożnych stopniach rozkładu”. Szlam psuł żywność. Ograniczał skuteczność artylerii. Po dostarczeniu pocisków na stanowiska ogniowe przed użyciem musiały być oczyszczone z błota. Jeśli udało się oddać strzał, to z powodu miękkiego podłoża siła odrzutu przesuwała lawetę tak, że działo zmieniało pozycję. Utrudniało to ponowne wycelowanie i prowadzenie szybkiego ognia. W mokrym gruncie pociski artyleryjskie grzęzły, często nie eksplodując, a jeśli już – to z mniejszą siłą rażenia. Od samego początku bitwy za piechotą nie nadążały brytyjskie czołgi. Użyto ich mimo ostrzeżeń, że teren nie nadaje się dla tej broni – ziemia była zryta lejami i rozmokła. Dodatkowo teren przed natarciem został ostrzelany huraganowym ogniem przez własną artylerię, powodując dodatkowe leje. Zdesperowane załogi tych prawie trzydziestotonowych kolosów na darmo usiłowały ruszyć je z miejsca. Aby wydobyć czołgi z grzęzawisk łopatami wyrównywano teren, a pod gąsienice kładziono drewniane kłody, obrobione na kształt podkładów kolejowych. Na linię natarcia zaopatrzenie dostarczano niemal wyłącznie dzięki mułom i koniom. Jeśli ześlizgnęły się z drewnianych pomostów, tonęły. Pomosty zaś znajdowały się pod stałym ostrzałem niemieckiej artylerii i lotnictwa. Piloci, lecąc na niskich pułapach, ostrzeliwali je z broni pokładowej, siejąc wśród żołnierzy spustoszenie. Morale wojsk nacierających pod Ypres ze względu na olbrzymie straty, fatalną pogodę i minimalne postępy było niskie. Haig do końca wierzył w sukces, opierając się na zbyt optymistycznych meldunkach nadsyłanych z frontu. Nie chciał słyszeć o przerwaniu natarcia. Dopiero gdy 6 listopada Kanadyjczycy, tracąc w ostatnim szturmie ponad 2 tys. ludzi, zdobyli w końcu Passchendaele, ukontentowany Haig ogłosił zwycięstwo.

    https://www.facebook.com/groups/1866782400057275/permalink/1889338794468302/

    #wielkiebitwy #iwojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #glupota
    pokaż całość

    •  

      @Jin: poczytaj wspomnienia tych ludzi. To był inny świat, inaczej myślisz w takiej sytuacji.
      Poza tym, jesli Wy się zbuntujecie to przeciwnik to wykorzysta i Was zabije, o ile tego nie zrobi pluton egzekucyjny...

    •  

      @Gregua:

      Znam trochę historię. I zdaję sobię sprawę z ogólnej motywacji tych ludzi. Ale osobiście sądzę (może jestem współczesną miękką pipą), że po trzech dniach mieszkania w błocie, spania w błocie, jedzenia błota, w sytuacji gdy w dzień widzę jak moi towarzysze giną w błocie a w nocy słychać zawodzenie tych, którzy mieli pecha nie zginąć od razu... to ja chyba wolalbym celę, sąd i zwykłe rozstrzelanie.

      +: taxi20
    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Post (dłuugi!) pochodzi z grupy na fb Wielkie Bitwy https://www.facebook.com/groups/172548340162458/permalink/331124217638202/

    16.10.1813 r.

    Cytowany tekst...VI koalicja antyfrancuska: rozpoczęła się bitwa pod Lipskiem (tzw. Bitwa Narodów).

    Są w historii tematy, na podstawie których napisanie ciekawej i obszernej pracy jest mimo starań i najlepszych chęci niemal niewykonalne. Można tu wymienić na przykład takie teksty jak „Historia Rosyjskiej Demokracji” czy też „Poczet Czeskich Bohaterów Wojennych”. Są też takie zagadnienia jak na przykład „Wojny Napoleońskie”, których poznawanie jest nie tylko przyjemne, ale i niezwykle zajmujące. To właściwie temat rzeka, fascynujący, niezwykle ciekawy i poruszający szczególnie nas Polaków aż do dziś. Napisano o tym bardzo dużo, ale myślę, że to wciąż zbyt mało. Zanim rozpoczniemy opis samej bitwy pod Lipskiem, warto zapoznać się choć w dużym skrócie z wydarzeniami, które do niej doprowadziły i sytuacją, jaka zapanowała w 1813 roku do czasu wydarzeń, które stanowią główny temat artykułu.

    Manewry przed bitwą:

    Wielka Armia dawno już wycofała się z Rosji. Napoleon Bonaparte włożył wiele wysiłku, by po klęsce 1812 roku, w której „generał mróz” rozbił jego wojska przy pomocy oddziałów rosyjskich niemal doszczętnie, doprowadzić armię do stanu przydatności. Niedobitki formacji cesarskich spływały do Księstwa Warszawskiego, gdzie dopiero mogły zaznać odpoczynku. Jednakże w roku 1813 sytuacja wcale nie miała wyglądać wiele lepiej. Cesarz stanął przed trudnym zadaniem zreorganizowania i odtworzenia swej armii właściwie na nowo. Z Francji przybywały posiłki w postaci nowych rekrutów, jednak o odtworzeniu stanu sprzed inwazji na Rosję nie można było marzyć. Księstwo Warszawskie miało być osłaniane przez sojusznicze oddziały austriackie feldmarszałka Karla Schwarzenberga, okazało się to jednak wkrótce mrzonką, ponieważ Austria i sam Schwarzenberg prowadzili już począwszy od listopada 1812 roku, na razie tajne, negocjacje z carem o zawieszeniu broni. Zostało ono zawarte w tajemnicy 30 stycznia 1813 roku, na razie dotyczyło tylko korpusu pomocniczego Schwarzenberga i armii rosyjskiej Kutuzowa. Oznaczało to jednak usankcjonowanie wycofania się Austriaków z Księstwa i faktyczne już porzucenie myśli o utrzymaniu tych terenów w ręku Napoleona. Korpus Austriacki zachowując pozory lojalności względem cesarza wycofywał się systematycznie do Galicji, podczas gdy obrona Księstwa była całkiem realna, ponieważ stosunek sił wynosił 45 tys. Rosjan frontu środkowego i południowego, które znajdowały się nad granicami Księstwa, przeciwko 38 tys. ludzi połączonych oddziałów austriackich, saskich, bawarskich i polskich. Wobec tego, że Księstwo Warszawskie zostało wkrótce utracone, to mobilizacja przeprowadzona przez księcia Józefa Poniatowskiego przyniosła niezłe efekty jak na tak krótki czas, jaki pozostał do wkroczenia armii rosyjskich. W efekcie według stanu na czerwiec 1813 roku w jednostkach Wielkiej Armii służyło 37540 Polaków, zorganizowanych w różnych jednostkach.
    <>
    Wobec fiaska obrony na linii Wisły i stałego wycofywania się jednostek napoleońskich sam cesarz podjął projekt utrzymania się na terenie Niemiec. W lutym 1813 roku między Rosją a Prusami zawiązano sojusz, a w marcu Fryderyk Wilhelm III wypowiedział wojnę Francji. Armię pruską w sile 60 tys. przyłączono do wojsk Kutuzowa. Teraz pewnie żałował Napoleon swej decyzji z 1811 roku, gdy zastanawiał się nad likwidacją Prus, tego kraju-pasożyta żerującego na swoich sąsiadach, którego sama Rzeczpospolita wychowała na swym łonie. Atak rozpoczął się niebawem i 4 marca korpus Wittgensteina wkroczył do Berlina. Inne oddziały sprzymierzonych zdobywały stopniowo ogołocone z wojsk francuskich północne Niemcy. Napoleon, starając się realizować swój plan opanowania ponownie Drezna zdobytego przez jednostki Tormasowa 24 kwietnia i w dalszej kolejności wyjście na tyły sprzymierzonych, rozpoczął ofensywę w południowych Niemczech w ostatnich dniach kwietnia. Wojskom napoleońskim udało się odzyskać inicjatywę na południowym froncie i na początku maja zajęto ponownie Drezno po pokonaniu połączonych wojsk rosyjsko-pruskich pod Lützen i Baützen 2 maja 1813r. oraz pod Budziszynem 20-21 maja. Wkrótce potem oddziały francuskie i polskie wkroczyły do tego miasta. Nie były to oczywiście batalie rozstrzygające wojnę, ale pozwoliły Napoleonowi podnieść morale swych wojsk, które znów uwierzyły w „niezwyciężonego Napoleona”.

    Było to szczególnie ważne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w armii francuskiej gros żołnierzy stanowili młodzi rekruci, słabo wyszkoleni, o niskiej dyscyplinie. Ofensywa wiosenna rozwijała się więc całkiem nieźle. Po raz pierwszy od wycofania się z Rosji wojska napoleońskie odnosiły zwycięstwa i była wyraźna szansa na dalsze sukcesy. W dniu 4 czerwca Napoleon zawarł, przy mediacji austriackiej zawieszenie broni z Rosją i Prusami mające trwać do 20 lipca. Był to poważny błąd Bonapartego, który pozwolił w ten sposób sprzymierzonym na rozbudowę swych sił i przeciągnięcie innych państw na stronę Prus i Rosji. Decyzja ta została podjęta przez Napoleona zbyt wcześnie, można było bardziej osłabić przeciwnika, ponieważ inicjatywa bojowa była w ręku Francuzów i może nawet udałoby się ponownie wyjść nad Wisłę. Taka sytuacja prawdopodobnie powstrzymałaby Austrię przed wejściem do wojny. Już później przebywając na Elbie zawarcie tego rozejmu uznał cesarz za swój największy życiowy błąd. Nie sposób nie zgodzić się z tą opinią. Napoleon sądził, że wykorzysta ten czas lepiej niż wróg i wzmocni swą armię. Tymczasem stało się inaczej. Podczas rozejmu do grona przeciwników Francji dołączyła wahająca się dotąd Austria, a także Szwecja, która przysłała korpus liczący 23 tys. ludzi pod dowództwem byłego marszałka Francji Bernadotte`a, który przyjął ofertę szwedzkiego parlamentu dziedziczenia tronu Szwecji i zdradził Napoleona występując przeciw niemu. Tymczasem w wojskach francuskich nie działo się najlepiej. Szerzył się głód, a młodzi, mało odporni, niedoświadczeni żołnierze wyczerpani długotrwałymi marszami masowo chorowali.

    Oblicza się, że w różnym stopniu chorowało w tym czasie 30 tys. ludzi. Tę mobilizację zdecydowanie więc wygrali sprzymierzeni.

    Podczas zawieszenia broni, które przedłużono do 10 sierpnia, w Pradze prowadzono negocjacje, na które Napoleon zgodził się niechętnie, zwłaszcza, że koalicja przedstawiła takie warunki zawarcia pokoju, które były nie do przyjęcia dla Francji, choć akurat Napoleon wyrażał zgodę na przykład na rozbiór Księstwa Warszawskiego. Ostatecznie jednak negocjacje, wobec braku porozumienia, zakończyły się całkowitym fiaskiem i rozmowy zostały zerwane. Dnia 12 sierpnia Austria wypowiedziała wojnę Francji.

    Napoleon w sprawie dalszych działań militarnych miał jasno określony plan, który w ogólnych zarysach polegał na ponownym natarciu w kierunku Berlina, tak aby inicjatywa na froncie należała do niego. Siły Francji wynosiły łącznie około 442 tys. żołnierzy podzielonych na trzy główne armie: między rzekami Łabą i Szprewą stacjonowały wojska Oudinota, na Śląsku stacjonowała armia Neya, natomiast trzecie zgrupowanie pod własnym dowództwem usytuowane było przy granicy czeskiej. Zgrupowanie Oudinota miało wziąć na siebie ciężar ofensywy na Berlin, a w wypadku powodzenia natarcie miało być kontynuowane aż do zdobycia Gdańska. Pozostałe dwie armie miały raczej przyjąć postawę obronną. W ugrupowaniu francuskim tkwiły błędy. Można uznać, że wojska Oudinota były rozlokowane zbyt daleko na północ, co pozbawiało je pomocy innych sił, były one ponadto zbyt słabe jak na zadanie, które im powierzono, ponieważ liczyły 70 tys., gdy tymczasem Bernadotte miał 100 tys. ludzi. Alianci dysponowali siłą około 512 tys. żołnierzy, podzielonych na armię czeską Schwarzenberga znajdującą się właśnie na terenie Czech, najsilniejszą liczebnie, następnie armię śląską Gebharda von Blüchera, której jednostki znajdowały się w okolicach Kłodzka oraz armię północną Bernadotte`a zwanego inaczej Księciem Karolem jako następcę tronu, która stała wokół Berlina. Plan sprzymierzonych polegał na uderzeniu na Saksonię, przy czym walka miała polegać na unikaniu starcia z samym Napoleonem i atakowaniu jego marszałków. Ten cel był realizowany z powodzeniem, jak się wkrótce okazało.

    Jako pierwszy zaatakował Blücher, który wykorzystał przeświadczenie Francuzów, że zawieszenie broni nadal obowiązuje, uderzył niespodziewanie na wojska Neya, osiągając efekt pełnego zaskoczenia, ponieważ żołnierze po prostu jeszcze biwakowali. Gwałtowny atak nastąpił między Bobrem a Kaczawą. Ney zaczął się cofać. Napoleon przyszedł z pomocą Netowi, jednak nie mógł całkowicie wyprzeć Blüchera, gdyż z południa zaatakowała z kolei armia czeska, obierając za cel Drezno. Korpus MacDonalda został wydzielony z sił Napoleona i przekazany Netowi, a sam Napoleon ruszył pod Drezno gdzie w dniach 26-27 sierpnia stoczył zwycięską bitwę z wojskami Schwarzenberga, zadając mu spore straty, oceniane na 30 tys. ludzi, lecz efekt tego wydarzenia został niebawem zmarnowany, bowiem Napoleon nie próbował dobić przeciwnika, a wysłał za Schwarzenbergiem generała Vandamma, który poniósł porażkę pod Kulm 30 września. Na północy działania rozpoczął Bernadotte i pokonał pod Gross Beeren Francuzów odrzucając marszałka Oudinota za Łabę. W tym samym mniej więcej czasie pod Katzbach porażki doznał korpus MacDonalda, który miał powstrzymać armię śląską. Na pomoc Oudinotowi wyruszył Ney który z kolei został pobity 6 września pod Dennewitz. Wojska francuskie były w naprawdę ciężkiej sytuacji. Kłopoty zaopatrzeniowe jeszcze się pogłębiły, żołnierze wycieńczeni i głodni chorowali coraz bardziej, nawet 90 tys. z nich we wrześniu nie było w pełni zdrowych. Napoleon miotał się z miejsca na miejsce, nie mogąc dopaść przeciwnika, bo ten wycofywał się ilekroć dowiadywał się o przybyciu Bonapartego na pole bitwy. Żołnierze byli coraz bardziej wyczerpani nieustającymi marszami, które właściwie niczego nie dawały poza zmęczeniem. Armia szarpana raz po raz w mniejszych starciach traciła siły. Napoleon dążył do generalnej rozprawy. Rejterady nieprzyjaciela i ciągłe zmiany kierunku mocno go irytowały.

    Sądził, że jeśli tylko będzie miał szansę stoczyć decydującą bitwę, z pewnością odniesie zwycięstwo. Nie doceniał przeciwnika, z którym przyszło mu walczyć, nie przyjmował do wiadomości faktu, że sztaby sprzymierzonych wiele się nauczyły w toku długotrwałych wojen, nabrały doświadczenia, mają sporą przewagę liczebną i znacznie lepsze zaopatrzenie. Szczególnie lekceważył armię czeską, już niedługo miał się przekonać jak bardzo się mylił. Tymczasem jednak zamiast skupić się na jednym przeciwniku Napoleon jakby nie mógł się zdecydować, na którego wroga ma poprowadzić swoje korpusy. Można śmiało powiedzieć, że wrzesień został zupełnie zmarnowany na jałowych przemieszczeniach wojsk, ponieważ Napoleon próbował pomagać swoim nieudolnym marszałkom i w efekcie nie nastąpiło żadne rozstrzygnięcie. Tymczasem sprzymierzeni realizowali swój plan, który opierał się na uderzeniu na Lipsk od południa i północy, co miało się skończyć na zamknięciu wojsk Napoleona i odcięciu im odwrotu w kierunku Francji. Wojska napoleońskie oddawały teren wycofując się coraz bardziej w kierunku Lipska i zachowując się tak jak spodziewali się tego sprzymierzeni, co groziło tym że Napoleon będzie musiał stawić czoło całej armii sprzymierzonych, zamiast jak słusznie planował rozbijać armie koalicji pojedynczo. Pierścień stopniowo zaciskał się a cesarz tracił tylko czas. Wahał się i zmieniał decyzje, tymczasem wojska Blüchera w sile 70 tys. 2 października przekroczyły Łabę koło Wartenburga i ruszyły dalej w kierunku na Duben. W tych samych dniach korpusy Bernadotte`a, które bezskutecznie próbował powstrzymać Bertrand również sforsowały Łabę i kontynuowały marsz na południe.

    Wkrótce dotarła wiadomość o ruchach armii czeskiej, której wojska przekroczyły góry wieczorem 4 października i zmierzały w stronę Lipska. Była ona wzmocniona 70 tysięczną tak zwaną „armią polską” i liczyła do 170 tys. żołnierzy.

    Stosunek sił i plany:

    Otwierała się szansa na zniszczenie armii Schwarzenberga, która nie mogła w tym czasie liczyć na pomoc sojuszników. Cesarz jednak skierował się najpierw przeciw Blücherowi, zamierzając rozprawić się najpierw z nim i pozostawił na przeciw Schwarzenberga korpus Murata, który miał opóźniać jego marsz a nawet obronić Lipsk przed wkroczeniem sprzymierzonych. Podczas gdy żołnierze Napoleona w sile 120 tys. mocno wyciągali nogi by dopaść Blüchera, ten połączył się z Bernadotte`m i uniknął starcia. Wysłane patrole nie wypatrzyły wroga, mimo iż Francuzi przekroczyli Łabę w Wittenberdze i doszli pod Roslau. Wreszcie gdy dostrzeżono oddziały Blüchera pod Halle rankiem 12 października było już za późno, ponieważ Napoleon otrzymał złe wiadomości. Wyprawa nie zdała się na nic, bowiem Murat nie bardzo radził sobie z parciem armii czeskiej i cofał się nieustannie, oprócz tego Napoleon dowiedział się o porzuceniu sojuszu 8 października przez Bawarię i bojąc się o zabezpieczenie komunikacji z Francją kolejny raz zmienił plany, zawrócił i 14 października znalazł się w Lipsku by spełnić początkowy zamiar zniszczenia najpierw armii Schwarzenberga. Uważał, że wróg nie może się już uchylić przed stoczeniem bitwy, ufny w swój geniusz dążył Napoleon do generalnego rozstrzygnięcia, które miało nastąpić tu w Lipsku. Tak pokrótce przedstawiają się manewry Wielkiej Armii i aliantów, które doprowadziły do ogromnego starcia pod Lipskiem. Bitwa ta była wynikiem dążenia sprzymierzonych do odcięcia Wielkiej Armii od Francji i zniszczenia jej całością sił sojuszniczych, Napoleon jednak nie miał zamiaru jej unikać, przystał na ten bieg wydarzeń w przeświadczeniu, że odniesie zwycięstwo, choć z całą pewnością mógł się pokusić o próbę rozbicia armii sprzymierzonych po kolei, na co była wyraźna szansa począwszy jeszcze od sierpnia 1813 roku. Tak się jednak nie stało i przyszło cesarzowi walczyć z całą potęgą aliantów.

    W dniu 16 października wojska napoleońskie stawały do bitwy z koncepcją, która opierała się na zniszczeniu w pierwszej kolejności zgrupowania Schwarzenberga zmierzającego na Lipsk od południa. Temu miał być podporządkowany cały plan nadchodzącej bitwy, zakładał on takie działania, by główny wysiłek skupić na armii czeskiej, inne zaś odcinki pozostawić jako drugorzędne i powstrzymywać tam tylko nieprzyjaciela przed przełamaniem frontu. Tym drugorzędnym odcinkiem miał być front północno-zachodni, z którego nadciągał Blücher. Wobec tego maksymalna koncentracja sił miała być skupiona na Schwarzenbergu, którego Napoleon zamierzał rozbić a potem zlikwidować całkowicie w oparciu o twierdze Magdeburg i Wittenberga. Wszystko to miała ułatwić lepsza komunikacja wojsk napoleońskich, które miały atakować z tzw. położenia środkowego, czyli pozycji znajdującej się wewnątrz przyszłego pola bitwy, otoczonej pierścieniem wojsk alianckich. Takie usytuowanie skracało przemarsze oddziałów z punktu do punktu, dzięki czemu szybciej można było przerzucać żołnierzy na zagrożone odcinki, wadą było jednak niebezpieczeństwo okrążenia przez nieprzyjaciela i w przypadku jego dużej liczebnej przewagi zamknięcie wojsk Napoleona w potrzasku. Cesarz nie dopuszczał w ogóle myśli o przegranej i sądził, że zwycięstwo będzie pewne, nawet przy nieznacznej przewadze liczebnej wroga. Nie wiedział, że ta przewaga była w rzeczywistości znacznie większa, a w późniejszej fazie bitwy niemal dwukrotna. Rozwinięcie wojsk Wielkiej Armii przedstawiało się następująco: front południowy, wzdłuż rzeki Pleissy od Lipska do Connewitz stała dywizja Lefola, dalej VIII korpus Poniatowskiego i korpus jazdy należący do grupy Kellermanna, obok II korpus Victora oparty o Wachau, następnie V korpus Lauristona stanowiący lewe skrzydło w Liebertwolkwitz. Korpusy XI MacDonalda oraz II jazdy Sebastianiego stanowiły siłę przeznaczoną do oskrzydlenia wojsk Schwarzenberga i maszerowały z Taucha do Holzhausen.

    Gwardia, I korpus jazdy Latour-Maubourga oraz V korpus kawalerii Pajola znajdowały się za V korpusem, IX korpus Augereau był rezerwą południowego odcinka i stacjonował w Zuckelhausen. Razem dawało to 119 tys. żołnierzy i 480 armat. Front północny dowodzony przez marszałka Neya to: między Breitenfeld a Wahren VI korpus Marmonta rezerwy generalnej, dalej pomiędzy Gohlis a Eutritzsh IV korpus rezerwy frontu północnego pod dowództwem Bertranda, główne siły stanowiły III korpus Souhama, polska dywizja Dąbrowskiego oraz III korpus kawalerii Arighiego. Jednostki te nie zajęły jeszcze do końca swych pozycji wyjściowych, ponieważ były jeszcze w marszu. Razem przeciw wojskom Blüchera stało 51 tys. żołnierzy i 220 dział. Łącznie więc do bitwy przystąpiło 172 tys. ludzi wojsk napoleońskich. Cesarz nie zmobilizował całości sił które miał do dyspozycji, nie ściągnął z Drezna korpusu marszałka Saint-Cyra ani korpusu Davouta który pozostał w Hamburgu. Spotykałem się z opinią że wojska te były tam potrzebne. Sądzę ze nawet utrata tych rejonów w razie koncentracji wszystkich armii Napoleona w Lipsku nie miałaby żadnego znaczenia wobec pokonania sił aliantów. Napoleon podjął taką decyzje, bo nie znał rzeczywistej przewagi sprzymierzonych w liczbie żołnierzy.

    Armia czeska Schwarzenberga usytuowana naprzeciw Napoleona od południa ustawiona była w następujący sposób: koło Lindenau na lewym skrzydle znajdował się III korpus austriacki Giulaya i dywizja lekkiej jazdy Lichtensteina, dalej centrum sił pod dowództwem Hessen-Homburga z II korpusem austriackim Merveldta, kawalerią Nostitza, dywizją Bianchiego, rezerwą artylerii II korpusu i dywizją Weissenwolfa oparte o linię między Elsterą a Pleissą. Prawym skrzydłem dowodził Barclay de Tolly i miał on pod swoimi rozkazami wojska usytuowane w trzech liniach, na prawo od Pleissy. Pierwszą linię pod komendą Wittgenstein zajmowały: II korpus pruski Kleista, II korpus rosyjski Eugeniusza Würtemberskiego, I korpus rosyjski Gorczakowa, korpus rosyjskiej kawalerii Pahlena i IV korpus austriacki Klenaua. Na końcu frontu oddział Płatowa. Drugą linią dowodził Nikołaj Rajewski i znajdowała się tam dywizja grenadierów i 2 dywizja lansjerów. W trzeciej linii urzutowana była rezerwa pod komendą księcia Konstantego. Razem dawało to 150 tys. ludzi. Od strony północno-zachodniej podchodziły wojska Blüchera z rosyjskimi korpusami Langerona: IX i X piechoty. Dalej XI korpusem rosyjskim Osten-Sackena i I korpusem Yorcka. Siły Blüchera wynosiły 60 tys. żołnierzy. i maszerowały w kierunku na Lindenthal i Breitenfeld. Sprzymierzeni mieli przewagę w artylerii, liczba armat wynosiła ponad 1000 sztuk. Schwarzenberg wydał rozkazy rozpoczęcia bitwy na 7 rano 16 października. Uderzenie na Connewitz miał zacząć Merveldt, Wittgenstein miał prowadzić atak na wprost, natomiast Giulay miał zapewnić komunikację z Blücherem. Wojskom sprzymierzonych mogły utrudniać działania rzeki Elstera, Pleissa i Parthe, zbiegające się na północnych krańcach Lipska, między którymi łatwiej było manewrować grupom Napoleona. Choć wymienione rzeki były niewielkie, to jednak wezbrane jesienią wody mogły znacznie skomplikować ruchy aliantów.

    Bitwa:

    Napoleon zamierzał zaatakować jako pierwszy, ale jego ruch został uprzedzony przez nieprzyjaciela. O 8 rano artyleria sprzymierzonych rozpoczęła kanonadę. Uderzył Schwarzenberg, który wydał rozkazy do ataku frontalnego na północ, na odcinku od Markkleeberg a Liebertwolkwitz. Wzięło w nim udział około 70 tys. ludzi, z zamiarem między innymi obejścia lewego skrzydła Francuzów na zachód od Liebertwolkwitz. Główne natarcie szło między rzekami Pleissą i Elsterą na Connewitz i Dölitz i miało sforsować rzekę, a potem wyjść na tyły Napoleona. Z Klein-Zschocher wyszło 25 tys. ludzi z zadaniem dotarcia do Lindenau i połączenia z Blücherem.

    Prusacy Kleista maszerujący na Markkleeberg i wzgórza koło Wachau zetknęli się z polskim VIII korpusem Poniatowskiego i korpusem jazdy, które były również naciskane przez główne natarcie od lewego brzegu Pleissy. Znajdującym się na pierwszej linii frontu w Markkleeberg Polakom i Francuzom przyszło odpierać przeprowadzane z zaciekłością szturmy nieprzyjaciela. Polacy ostrzeliwali się wykorzystując do tego celu okna domów, zawzięcie odpierając wszelkie próby przeważających liczebnie prusaków zdobycia Markkleeberga. Dopiero pomoc 8 batalionów rosyjskich pozwoliła wyprzeć Polaków z wioski. Poniatowski cofnął się na pobliskie górki gdzie dalej stawiał opór Kleistowi i wspomagającym go Rosjanom i Austriakom. Kleist po zajęciu Markkleebergu szturmował dalej na Dösen. Tu jednak został powstrzymany przez nieustępliwą dywizję Krasińskiego wspartą artylerią polską i francuską. Trzykrotny szturm Kleista został z powodzeniem odparty i nie zdał się na nic. Napoleon zaniepokojony nieco włamaniem się żołnierzy Kleista i zajęciu przez niego Markkleebergu, wysłał na pomoc dywizję rezerwy Semele`a i nakazał wesprzeć atak korpusom jazdy Kellermanna. Udało się wypchnąć prusaków i częściowo odbić Markkleeberg. Dalsze postępy wojsk polsko-francuskich na tym odcinku były niemożliwe wskutek przybycia silnych jednostek rosyjskiej kawalerii rezerwowej.

    W tym samym czasie nad całą Pleissą toczyła się już walka. Schwarzenberg kierując osobiście korpusem Merveldta usiłował sforsować rzekę pod Connewitz i wyjść na tyły uwikłanych w walkę wojsk napoleońskich. Także i tutaj obok Francuzów z dywizji Lefola przeprawy bronili również żołnierze polscy. Stała tu dywizja Kamienieckiego, która dzielnie wspólnie z Francuzami odparła wszystkie natarcia silnym ogniem karabinowym tyralierów ustawionych wzdłuż rzeki wspartych artylerią, również próba przeprawy w innym miejscu pod Lössing została odparta w podobny sposób. Z kolei w centrum frontu południowego Eugeniusz Wirtemberski rozpoczął jeden z najbardziej heroicznych epizodów tej bitwy nacierając II korpusem piechurów rosyjskich na wieś Wachau bronioną przez korpus Victora i mimo początkowego sukcesu i zajęcia Wachau został wkrótce wyparty przez kontratakujących Francuzów. Dość powiedzieć, że miejscowość ta przechodziła z rąk do rąk pięć razy w ciągu dwóch godzin! Aż wreszcie została ostatecznie przy Napoleonie przy współdziałaniu dwóch dywizji francuskiej piechoty i artylerii kierowanej przez Antoine Drouota. Wydarzenie to świadczy o ogromnej zaciętości walki i bezprzykładnej odwadze po obu stronach. Korpus Lauristona odpierał w tym czasie ataki piechoty Gorczakowa i pruskiej dywizji Firrscha, oraz na lewym skrzydle korpusu Klenaua kozaków Płatowa. Po zażartym boju trwającym do południa udało się aliantom odepchnąć w tym miejscu korpus Lauristona i zająć wzgórze Kolmberg.

    Nadchodził najwyższy czas przeciwdziałania rosnącemu naporowi sprzymierzonych, ponieważ oba skrzydła południowego skrzydła Napoleona groziły przełamaniem przez silnie napierające korpusy nieprzyjaciela.

    Cesarz od początku bitwy czekał na możliwość wykonania decydującego kontrnatarcia, które miało być rozpoczęte uderzeniem MacDonalda na tyły prawego skrzydła wojsk Wittgensteina, a potem wsparte uderzeniem frontalnym. Wsparcie miał zapewnić VI korpus Marmonta odwołany z frontu północnego i dwie dywizje z korpusu Souhama. Niestety tak się jednak nie stało wskutek błędu marszałka Neya nadzorującego front północny. Nie rozumiał on najwyraźniej koncepcji Napoleona, który chciał powstrzymywać nieprzyjaciela na północy minimalnym kosztem. Ney nie przerzucił posiłków na front południowy. Uważał on swój odcinek za równie ważny i bronił każdego metra ziemi, gdy tymczasem nawet wkroczenie wojsk Blüchera do Lipska wobec rozbicia armii czeskiej nie miałoby żadnego znaczenia! W efekcie dotarły tylko jako posiłki dywizje Souhama i tak zresztą już za późno. Kosztowało to wszystko brakiem 30 tys. żołnierzy w decydującym momencie szturmu.
    <>
    Do natarcia i tak zresztą doszło, ale Napoleon zmuszony był przeznaczyć na ten cel dwie dywizje młodej gwardii Oudinota, które miały atakować z kierunku Wachau, a także następne dwie podobne dywizje Mortiera do przełamanie na odcinku Liebertwolkwitz. Jako wsparcie zaangażowano kawalerię rezerwową Murata i 150 armat Drouota. Łącznie dawało to 28 tys. ludzi, jak się miało okazać zbyt mało. Natarcie ruszyło z impetem, linie sprzymierzonych ugięły się pod ciężarem atakujących, rezerwy rosyjskich grenadierów i kirasjerów rzucone do boju przez cara i próbujące powstrzymać atak rozsypały w huraganowym ogniu piechoty Victora i Lauristona, MacDonald tymczasem kontynuował uderzenie flankowe i gdyby otrzymał wsparcie takie jak chciał tego Napoleon, jego natarcie zakończyłoby się klęską Schwarzenberga! Wobec jednak braku odpowiednich sił obejście skrzydła sprzymierzonych okazało się niewykonalne. Mimo to próby przełamania nakruszonego centrum aliantów trwały nadal, kontynuował je I korpus jazdy Latour-Maubourga, V korpus Pajola oraz 5 pułk dragonów gwardii Retorta i IV korpus polski. W ten sposób niemal wszystkie rezerwy zostały wykorzystane, lecz linii wroga nie zdołano przełamać, a przybycie na kierunek uderzenia rezerw austriackich ostatecznie przerwało natarcie. Tak więc nie przygotowane liczebnie natarcie mogące rozstrzygnąć bitwę zakończyło się fiaskiem. W kilku opiniach dotyczących pierwszego dnia bitwy spotkałem się z twierdzeniem jakoby Napoleon zwyciężył w tym dniu. Nie sposób się z tym zgodzić, ponieważ nasuwa się pytanie, o jakim zwycięstwie może tu być mowa? Inicjatywa strategiczna należała niemal cały czas do sprzymierzonych, jedyne uderzenie, jakie wykonały wojska Napoleona, a które mogło dać zwycięstwo, nie powiodło się, nie z winy Napoleona zresztą. Ten moment załamania ofensywy MacDonalda oznaczał w praktyce przegranie bitwy!

    Tymczasem Schwarzenberg otrząsnąwszy się z kłopotów ruszył z przeciwnatarciem. Pod Grossdeuben o godzinie 15 sforsował Pleissę i naparł na IV korpus polski. Szarże austriackich kirasjerów Nostitza niebiorące dotąd udziału w walce zepchnęły zmęczonych walką Polaków na wzgórza Wachau. Tam dopiero zostały powstrzymane. Nie na długo jednak, ponieważ z kolei weszły do walki dywizje rezerwowej piechoty austriackiej Hessen-Homburga. Zdobyto wkrótce Markkleeberg. Wojska dywizji Bianchiego znalazły się pod Dölitz. Równocześnie atakował Merveldt, który przebrnął przez Pleissę w rejonie Dölitz i mimo oporu Małachowskiego opanował tą miejscowość. Sytuacja stawała się coraz groźniejsza, przez wybitą we froncie lukę mógł przejść wkrótce cały korpus Merveldta i wspólnie z natarciem Hessen-Homburga rozbić prawe skrzydło Napoleona. Przerzucił dywizję starej gwardii Curiala i wydał jej rozkaz do ataku w celu zlikwidowania przyczółka zdobytego przez Merveldta. Ponieważ włamanie austriackie nie było jeszcze poparte odpowiednim wsparciem dodatkowych jednostek, atak gwardii zdruzgotał doszczętnie Austriaków, a sam Merveldt lekko ranny dostał się do niewoli. Francuzi wzięli 1200 jeńców. Około godziny 18 nadszedł wieczór a nadchodzące ciemności zakończyły tego dnia walkę. Podsumowanie pierwszego dnia bitwy na froncie południowym wypada remisowo, nawet biorąc pod uwagę pewne różnice w stosunku do zajmowanych pozycji rankiem, sytuacja nigdzie nie była rozstrzygnięta. Pułki polskie broniące końcowego prawego skrzydła poniosły duże straty, jednakże Napoleon docenił ich odwagę i poświęcenie, przyznając wiele odznaczeń, a Józef Poniatowski w uznaniu zasług został mianowany marszałkiem Francji. Najgorzej wypadły dywizje Souhama, które cały dzień były przerzucane z miejsca na miejsce, zmarnotrawiły siły na długie przemarsze i w ogóle nie wzięły udziału w walce.
    <>
    Front północny 16 października rozpoczął zmagania o wiele później niż południowy i był terenem drugorzędnym. Rano wojska obu stron na tym odcinku nie były jeszcze odpowiednio ustawione. Około godziny 11 dostrzeżono ze stanowisk francuskich nadchodzące oddziały Blüchera i Ney wspólnie z Marmontem postanowili zatrzymać wbrew rozkazom cesarza VI korpus Marmonta na lewym skrzydle zaś na prawym ustawić III korpus Souhama. Tych jednostek zabrakło potem w decydującym momencie bitwy, kiedy MacDonald bezskutecznie próbował wyjść na tyły Schwarzenberga i nie otrzymał odpowiedniego wsparcia. Około południa Yorck podszedł pod Möckern i zaatakował wojska Marmonta. Z początku Francuzi dzielnie odpierali ataki prusaków jednak gdy tych wsparły oddziały korpusu rosyjskiego Osten-Sackena zaczęli się cofać. Marmont, dwukrotnie ranny, musiał odejść z pola walki, heroiczna obrona nie mogła powstrzymać atakujących. Sprzymierzeni zdobyli Möckern i okoliczne wzniesienia, natomiast Francuzi wycofali się za rzeczkę Rietschke. Langeron około godziny 14 ruszył naprzód mając przed sobą jedynie dywizję Dąbrowskiego wspartą przez 2 tys.

    oddział kirasjerów Arrighiego z dwiema bateriami artylerii. X korpus zajął Klein-Wiederitzsch po czym odepchnął jazdę francuską pod wsią Seehausen. Dąbrowski otrzymał od Neya rozkaz do ataku, mimo ogromnej przewagi Langerona bardzo dzielnie i nawet z początkowymi sukcesami polscy żołnierze walczyli z Rosjanami. Musieli się jednak wycofać ustępując coraz dalej pod naporem nieprzyjaciela, mimo iż Dąbrowskiego próbował wspierać Delmas ze swoją dywizją. Wsparcie to okazało się jednak zbyt słabe by mogło zmienić niekorzystny obrót wydarzeń. X korpus Kapcewicza wkroczył wkrótce do Klein i Gross-Wiederitzsch, a Dąbrowski wycofał się na przedmieścia Lipska do Pfaffendorf. Straty poniesione przez polską dywizję w obronie obu Wiederitzsch były bardzo duże i sięgały połowy stanu dywizji. Był to jednak świetny przykład na to, że można powstrzymywać dużo silniejszego nieprzyjaciela małymi siłami przez wiele godzin, w podobny sposób nie umiał postąpić marszałek Ney gdy nie oddelegował korpusu Marmonta na front południowy. Sprzymierzeni zaczęli podchodzić do Lipska od zachodu. Tu zatrzymał ich bez większego trudu IV korpus Bertranda, którego zdaniem Napoleona, Ney niepotrzebnie skierował do Lipska, pozbawiając się własnej rezerwy. Był to drugi błąd marszałka tego dnia. Przy czym ten pierwszy był brzemienny w skutkach i właściwie uniemożliwił rozbicie armii Schwarzenberga.
    <>
    Pierwszy dzień bitwy skończył się remisem, choć była to równowaga faworyzująca sprzymierzonych, Napoleonowi nie udało się bowiem zrealizować głównego celu- zniszczenia Schwarzenberga. Fiasko tego przedsięwzięcia oznaczało porażkę w całej bitwie, ponieważ siły Napoleona stopniały o około 20 tys. ludzi, poza tym nie mógł on liczyć na ich wzmocnienie w przeciwieństwie do aliantów którzy choć ponieśli nieco większy uszczerbek w siłach, to jednak mieli otrzymać już wkrótce wsparcie armii Bernadotte`a. Napoleon zdawał sobie sprawę z konsekwencji porażki jaką stanowiło niepowodzenie rozbicia armii czeskiej i zaczął myśleć o pokoju. Uwolnił Merveldta i za jego posłannictwem wysunął propozycje pokojowe, czekając na odpowiedź do świtu 18 października. Żadna odpowiedź od trzech monarchów nie nadeszła, albowiem byli oni już pewni swego zwycięstwa.

    Dzień 17 października minął względnie spokojnie, sprzymierzeni czekając na przybycie Bernadotte`a nie podejmowali większych operacji, tylko zapalczywy Blücher próbował wykorzystać powodzenie z poprzedniego dnia. Napoleon również nie podjął próby większych akcji, ufając że uda mu się zawrzeć pokój. O godzinie 10 rozpoczęły atak korpusy armii śląskiej, które wykorzystując swoją przewagę liczebną zepchnęły Francuzów i Polaków za rzekę Parthe. Nie mogła ich powstrzymać wyczerpana poprzednimi bojami dywizja Delmasa ani tym bardziej oddziały Dąbrowskiego. Blücher rzucił do walki rosyjską piechotę która zaatakowała Polaków koło Gohlis i Eutritzsh. Oddział rosyjskiej 2 dywizji huzarów rozpoczął natarcie na kawalerię Arrighiego, rozproszył Francuzów i wziął sporo jeńców. Jako podsumowanie tego dnia należałoby zadać pytanie dlaczego 17 października Napoleon nie rozpoczął odwrotu? Łudził się zawarciem pokoju i trwał na pozycjach, gdy tymczasem bitwa nie mogła być już wygrana, a rosnąca przewaga sprzymierzonych mogła oznaczać tylko jedno -klęskę wojsk Napoleońskich.
    <>
    W dniu 18 października siły Napoleona wzmocnione na krótko 15 tysięcznym VII korpusem saskim Reyniera wynosiły 160 tys. żołnierzy i 630 armat. Były one rozmieszczone na nowych pozycjach które wojska zajęły w nocy. Ciemności i padający deszcz pozwoliły przegrupować oddziały w taki sposób by zachować sobie drogę odwrotu z miasta na Weissenfels. Pozycje na północy zostały zachowane, natomiast na wschodzie i południu skrócono front na 5 kilometrów od Lipska. I tak VIII korpus Poniatowskiego miał bronić obszaru od Connewitz do Lössing, na jego tyłach umieszczono IV korpus jazdy, IX korpus Augereau na lewo od wsi Probstheida, przed tą samą miejscowością II korpus Victora i V Lauristona, XI korpus MacDonalda koło Zuckelhausen i Zweinausndorf, VII korpus saski Reyniera pod Paunsdorf, koło niego III korpus Souhama pomiędzy Neutsch a Mockau, dalej VI korpus Marmonta koło Schönfeld, natomiast korpusy kawalerii, w tym I korpus Latour-Marbourga za Probstheidą, II korpus Sebastianiego i V Pajola między Stötteritz a Mölkau, dywizje młodej gwardii Oudinota znalazły się w rezerwie prawego skrzydła i stały koło Connewitz, Mortier poprowadził pozostałe dwie dywizje młodej gwardii do Lindenau, IV korpus Bertranda wyruszył do Lützen by postawić tam most na Sali, bowiem tędy właśnie Napoleon planował odwrót. Napoleon wraz ze starą Gwardia zajął miejsce koło wzgórza Thonberg. W Lipsku pozostawiono oddział Margerona. Lewym skrzydłem miał dowodzić Ney, centrum MacDonald a prawym Murat.

    C.d. w komentarzu

    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #rocznica
    pokaż całość

  •  

    Tym razem mamy możliwość poczytać o jednej z ciekawszych przygód XVIII wieku na morzu! Czy nie nadaje się to na dobry film?

    Post pochodzi z strony Wielkie Bitwy na fb
    https://www.facebook.com/groups/172548340162458/permalink/325732794844011/

    Rejs okrętu liniowego "Glorioso" jedna z najbardziej chwalebnych kart w historii Marynarki Hiszpańskiej .

    W 1747 podczas Wojny o Sukcesje Austriacką port w Hawanie opuścił 70 działowy liniowiec "Glorioso " wraz z ładunkiem 4 mln dolarów w srebrze. Od samego początku podrózy Flota Albionu próbowała go przechwycić .
    Do pierwszego starcia doszło niedaleko Azorów gdy Hiszpan napotkał Brytyjski konwój eskortowany przez 60 działowego "Warwicka" , 40 działową fregatę "Lark" i 20 działowy bryg. Flota Brytyjska zaczęła ścigać "Glorioso", lecz dogonił go tylko bryg i próbował spowolnić walką. "Glorioso" pechowo stracił wiatr w żaglach co spowodowało dogonienie go przez fregatę - lecz cięższe działa liniowca uszkodziły ją i zaniechała walki. Nadeszła kolej na "Warwicka" - który też uległ, na dodatek ciężko uszkodzony. Hiszpan dalej płynął do celu naprawiając niektóre uszkodzenia.
    Do następnego starcia doszło niedaleko Cabo Fisterra. Do starcia przystąpiły 50 działowy liniowiec "Oxford", 24 działowa fregata "Shoreham" oraz 20 działowy "Falcon". Dopadły "Grolioso" jednocześnie lecz po 3 godzinnej walce musiały się wycofać uszkodzone. "Glorioso" straciła bukszpryt i poniosła kilka ofiar, ale następnego dnia, 16 sierpnia, w końcu dotarła do portu Corcubión w Galicji i wyładowała swój ładunek. Po dokonaniu niezbędnych napraw statek planował udać się do portu Ferror. Lecz przeciwległe wiatry uszkodziły olinowanie liniowca, co spowodowało zmianę kursu na Kadyks. Próbując uniknąć walki szedł wzdłuż wybrzeża Portugalskiego ale pech do nie opuszczał - spotkał "Królewską Eskadrę" złożoną z 4 fregat "King George", "Prince Frederick", "Princess Amelia" oraz "Duke". Łącznie miały one 120 dział na pokładach . Po pościgu "King George" zbliżył się do "Glorioso" i podjął z nim walkę. Przypłacił to masztem oraz dwoma działami - i to po pierwszej salwie z Hiszpana !! Reszta fregat pojedynkowała się z nim przez 3 godziny. Wymiana ognia powodowała uszkodzenia po obydwóch stronach przez co "Glorioso" zerwał kontakt ogniowy i zaczął płynąć na południe. Fregaty udały się za nim.
    Wkrótce dołączyły do nich dwa liniowce 50 działowy "Dartmouth" i 92 działowy "Russell".
    "Dartmouth" licząc na łatwy łup wszedł w ogień burtowy z "Glorioso". Gwałtowna wymiana ognia spowodowała pożar w magazynie i gwałtowny wybuch na "Dartmouth". Przeżyło tylko 12 członków załogi. Była godzina 15.30, 8 pażdziernika. Wykorzystując zamieszanie u Brytyjczyków "Glorioso" zaczął uszkodzony uciekać .Po uratowaniu rozbitków Brytyjczycy podjęli pościg. O 12 w nocy doścignęli i zaczeli z Hiszpanem wymianę ognia . Udawało mu się przez 7 godzin wychodzić z walki obronną ręką lecz ciężko uszkodzony i okrążony nie mógł długo walczyć. Po godzinie 9.30 kapitan Pedro Messia de la Cerda widząc że walka nie ma dalej sensu poddał okręt, który był już w opłakanym stanie. Bo bitwie "Glorioso" udał się na holu do Lizbony a potem do Brytanii. Kapitan i cała załoga mino uwięzienia byli podziwiani i szanowani. Po powrocie do Hiszpanii Pedro Messia de la Cerda stał się bohaterem narodowym a załoga dostała liczne nagrody.
    A po stronie Brytyjskiej skończyło się na procesach, stratach stopni i odejściach z floty

    PS - "Glorioso" znaczy chwalebny nie uważacie ze zasłużył na swoją nazwę.

    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zeglarstwo #zeglarskieciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Post pochodzi z grupy Wielkie bitwy na fb. Nie dotyczy stricte walk ale temat na tyle ważny, że polecam przeczytać ten długi tekst!

    30.09.1946 r. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze rozpoczął ogłaszanie wyroków.

    Norymberga stała się w powszechnej świadomości wzorem udanego rozliczenia masowych zbrodni. Kulisy procesu przywódców III Rzeszy pokazują jednak obraz mniej spiżowy, w którym znaczącą rolę odgrywały zarówno przypadek, jak i przede wszystkim polityczne targi.

    Koalicja antyhitlerowska do ostatnich dni wojny nie była w stanie stworzyć wspólnej formuły ścigania zbrodni narodowego socjalizmu. Na konferencji w Teheranie (1943 r.) Stalin wygłosił toast zapowiadający rozstrzelanie 50 tys. niemieckich oficerów, a premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill jeszcze do wiosny 1945 r. był zwolennikiem natychmiastowych egzekucji schwytanych nazistowskich przywódców, by uniknąć prawnych komplikacji i groźby kompromitacji, jaką zakończyły się próby postawienia przed sądem niemieckich polityków i wojskowych po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Rozstrzygnięcia zapadły dopiero na konferencji w Londynie w sierpniu 1945 r., kiedy to zdecydowano o utworzeniu Międzynarodowego Trybunału Wojskowego, „by sądzić zbrodniarzy wojennych, których zbrodnie nie mają wyraźnej lokalizacji geograficznej”.

    Początkowo alianci nie mogli dojść do porozumienia nawet w sprawie miejsca procesu. Sowieci obstawali przy Berlinie. Używali trudnego do odparcia argumentu, że był on stolicą III Rzeszy, ale najważniejsze dla nich, że znajdował się pośrodku ich strefy okupacyjnej, co dawałoby szansę na większą kontrolę nad procesem. Amerykanie przekonywali do Norymbergi, leżącej w ich strefie okupacyjnej, podkreślając symboliczną rolę tego miasta jako miejsca słynnych parteitagów NSDAP i uchwalenia antysemickich ustaw w 1935 r.

    Nie bez znaczenia były względy praktyczne. Berlin był tak zniszczony, że wielkie przedsięwzięcie logistyczne wydawało się ogromnym wyzwaniem. W Norymberdze zachował się budynek sądu i więzienia, co okazało się istotnym argumentem. Ostatecznie zdecydowano, że siedzibą Międzynarodowego Trybunału Wojskowego miał być Berlin, tam też odbył on swoje pierwsze posiedzenie, by ogłosić decyzję o prowadzeniu dalszych prac w Norymberdze.

    Przedmiotem sporu był też wybór oskarżonych, który został dokonany w sposób dość arbitralny. Adolf Hitler, Joseph Goebbels i Heinrich Himmler popełnili samobójstwa, z pozostających przy życiu przywódców III Rzeszy oczywistą i pierwszoplanową postacią na ławie oskarżonych był Herman Göring. Jednym z najbliższych współpracowników Hitlera, jego zastępcą w NSDAP, był Rudolf Hess, ale on w maju 1941 r. uciekł do Anglii, a więc nie mógł odpowiadać za znaczną część zbrodni popełnionych w czasie wojny. Włączono go do procesu w wyniku nacisków Rosjan, którzy uważali, że jego misja do Wielkiej Brytanii była ukrytą próbą doprowadzenia do separatystycznego pokoju między Berlinem a Londynem. Były kanclerz Rzeszy Franz von Papen co prawda odegrał istotną rolę w utorowaniu Hitlerowi drogi do władzy, ale został szybko zmarginalizowany, w czasie wojny był ambasadorem w Turcji.

    Pomyłką okazało się umieszczenie na ławie oskarżonych Gustava Kruppa. Miał być symbolem odpowiedzialności niemieckiego przemysłu za wojnę, ale okazało się, że jego wiek i stan zdrowia nie pozwalają na uczestnictwo w procesie, a w dodatku od 1943 r. koncernem Kruppa kierował nie on, lecz jego syn Alfried Krupp. Rozważano nawet wymianę Kruppów, ale uznano, że po ogłoszeniu listy oskarżonych takie działania godziłyby w powagę trybunału.

    Aliantów dzieliło samo rozumienie prawa. Zachodni politycy i prawnicy dobrze pamiętali sowieckie procesy pokazowe z lat 30. Wspomnienie ożyło w Norymberdze, ponieważ ze strony ZSRR prace trybunału nadzorował wiceminister spraw zagranicznych Andriej Wyszynski, główny oskarżyciel w procesach moskiewskich. W trakcie bankietu dla wszystkich delegacji wzniósł publicznie toast za oskarżonych: „aby ich droga prowadziła z sali sądowej prosto do grobu”. Wywołało to konsternację wśród zachodnich przedstawicieli, którzy zresztą zdążyli ten dość dziwaczny dla zachodniego rozumienia praworządności toast spełnić, zanim tłumacz zdołał przełożyć jego znaczenie. Roman Rudenko, szef zespołu radzieckich oskarżycieli, zaledwie kilka miesięcy wcześniej przesłuchiwał na Łubiance uwięzionych przywódców Polskiego Państwa Podziemnego.

    Brytyjskie Foreign Office przewidywało, że udział Rosjan będzie uznany przez świat za dowód hipokryzji, a cały proces straci w ten sposób swe moralne podstawy, bo przecież Moskwa również podjęła próbę podboju innych narodów, dopuściła się zbrojnych agresji, co więcej, w najlepsze kontynuowała te praktyki już po zakończeniu działań wojennych. W jednym z dokumentów pytano retorycznie, czy identyczne z niemieckimi, które mają być sądzone, nie są działania ZSRR wobec Polski, Finlandii, krajów bałtyckich, Turcji, Persji. Udział Związku Radzieckiego w procesie norymberskim wymuszał konieczność pomijania niewygodnych tematów, a wręcz zafałszowywania niektórych części aktu oskarżenia.

    Dotyczyło to w pierwszej kolejności paktu Ribbentrop-Mołotow. Stał się on częścią oskarżenia, ale tylko jako dowód zawierania przez III Rzeszę układów, które z góry zamierzała łamać. Sąd starał się blokować próby, podejmowane przez niemieckich oskarżonych i ich obrońców, mówienia o tajnym protokole, na mocy którego ZSRR dokonał wspólnie z Niemcami rozbioru Polski, następnie zaatakował Finlandię, anektował kraje bałtyckie i część terytorium Rumunii. Źródłem największych trudności okazało się forsowanie przez Moskwę mordu na polskich oficerach w Katyniu jako części aktu oskarżenia przeciwko przywódcom III Rzeszy. Prokuratorzy reprezentujący państwa zachodnie starali się przekonać, bez skutku, swoich sowieckich partnerów, by odstąpić od sprawy Katynia, ostrzegając, iż oskarżeni i ich obrońcy będą obwiniać o tę zbrodnię ZSRR. Upór, z jakim Moskwa forsowała tę sprawę, świadczył, że Stalin uznał, iż niewłączenie jej do aktu oskarżenia byłoby pośrednim przyznaniem się do odpowiedzialności. Pominięcie Katynia w treści wyroku można uznać za ułomny triumf sprawiedliwości, ale inny w ówczesnej sytuacji nie był możliwy.

    Były jednak i kwestie kompromitujące nie tylko dla Związku Radzieckiego, ale całej zwycięskiej koalicji. Przymusowe deportacje zostały uznane za zbrodnie III Rzeszy, gdy podobne praktyki były na masową skalę realizowane w czasie wojny i po jej zakończeniu przez ZSRR, a w Poczdamie wielkie mocarstwa zgodnie zadecydowały o przesiedleniach milionów Niemców z Polski i Czechosłowacji. Innym drażliwym tematem były bombardowania miast i ludności cywilnej, rozpoczęte przez Niemców, ale na znacznie większą skalę prowadzone przez aliantów zachodnich, w dziedzinie lotnictwa bombowego dysponujących w miarę trwania wojny coraz większą przewagą.

    Amerykański historyk Bradley F. Smith, autor jednej z najważniejszych książek na temat procesu norymberskiego, uważał, że alianci, po obróceniu w gruzy niemieckich miast – w tym i samej Norymbergi – nie mieli w ogóle moralnego prawa stawiać przywódców III Rzeszy przed sądem. Trybunał unikał w trakcie procesu wątku bombardowań, choć w kilku przypadkach niemieccy oskarżeni i świadkowie starali się obarczać odpowiedzialnością Amerykanów i Brytyjczyków za śmierć setek tysięcy niemieckich cywilów.

    Proces, w którym przed sądem stanęło ostatecznie 22 oskarżonych, rozpoczął się w listopadzie 1945 r. i trwał do początku października 1946 r. Najważniejszą postacią był Göring, który przyjął rolę obrońcy III Rzeszy. Przekonywał, że kierowała się ona swoim interesem państwowym tak samo jak mocarstwa tworzące trybunał, miała prawo do rewidowania krzywdzących dla niej postanowień traktatu wersalskiego, a wiele działań uznawanych obecnie za zbrodnicze było w czasie wojny dokonywanych także przez aliantów. Zachowywał się wobec trybunału wyzywająco, z czym sędziowie i oskarżyciele nie zawsze potrafili sobie poradzić. Według wielu obserwatorów pojedynek między byłym marszałkiem Rzeszy a Robertem Jacksonem skończył się zwycięsko dla tego pierwszego, który wypadł bardziej błyskotliwie i przekonująco niż główny oskarżyciel amerykański.

    Jedynym oskarżonym, który jednoznacznie przejawiał skruchę, okazał się były szef rządu Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank. Twierdził, że w więzieniu wrócił do religii i teraz postrzegał w chrześcijańskiej perspektywie, jako wielkie grzechy, zbrodnie III Rzeszy i własny w nich udział.

    Najbardziej błyskotliwą i skuteczną obronę swojej osoby zaprezentował Albert Speer, ulubiony architekt Hitlera, w ostatnich latach wojny kierujący przemysłem zbrojeniowym III Rzeszy. To w dużej mierze dzięki niemu Niemcy zwiększali produkcję militarną mimo zmasowanych alianckich bombardowań. Speer jako genialny technokrata był odpowiedzialny za przedłużenie wojny, ale przede wszystkim obciążało go nieludzkie traktowanie i śmierć tysięcy robotników przymusowych pracujących w zakładach zbrojeniowych. Trybunałowi opowiedział, że w ostatnich miesiącach wojny sabotował z narażeniem własnego życia rozkaz Hitlera, by niszczyć niemiecki przemysł i infrastrukturę na terenach, z których wycofywał się Wehrmacht. Twierdził też, że przygotowywał zamach na Hitlera, który miał polegać na wpuszczeniu gazu trującego przez przewody wentylacyjne w Kancelarii Rzeszy. Mimo że nie dostarczył żadnych dowodów, zrobił dobre wrażenie na trybunale i ostatecznie uratował głowę.

    Do szczególnie przejmujących chwil procesu należało zaprezentowanie filmu pokazującego odkrycie przez aliantów obozów koncentracyjnych. Część oskarżonych zasłaniała oczy, nie chcąc patrzeć na zdjęcia ofiar, niektórzy płakali. Zupełnie inne reakcje wywołał drugi wyświetlany na sali sądowej film, „The Nazi Plan”, montaż kronik, które miały pokazać agresje i podboje III Rzeszy. Niektórzy z oskarżonych, zwłaszcza Göring, nie kryli swej radości, gdy oglądali samych siebie w chwilach największej chwały. Część z nich zareagowała też entuzjastycznie na wieść o wystąpieniu Churchilla w Fulton w marcu 1946 r., w którym były brytyjski premier mówił o zarysowującym się podziale świata, żelaznej kurtynie i wzywał Zachód do obrony przed sowieckim zagrożeniem. Nazistowscy przywódcy byli przekonani, że proces lada chwila zostanie przerwany, a oni sami zostaną zrehabilitowani, pochwaleni za dalekowzroczność i dokooptowani do zachodniego sojuszu. Göring miał poklepywać się z radości w uda i wykrzykiwać, że „Führer i ja zawsze to przepowiadaliśmy”.

    W trakcie procesu przedstawiono wielką liczbę dokumentów wytworzonych przez III Rzeszę, z których przez dziesięciolecia korzystali potem historycy. Znaczna część z nich, zgodnie z amerykańskimi preferencjami, dotyczyła przygotowań do wojny i kolejnych agresji. Bardzo wiele miejsca poświęcono także obozom koncentracyjnym, pracy przymusowej, zbrodniom na jeńcach i mordowaniu Żydów. Do najbardziej wstrząsających momentów procesu należały dokumenty i zeznania (m.in. komendanta Auschwitz Rudolfa Hoessa) dotyczące funkcjonowania obozów i egzekucji dokonywanych na wschodzie przez Einsatzgruppen. Eksterminację Żydów traktowano jako część szerszego pejzażu zbrodni, nie oddzielając jej od mordów na innych ofiarach. Prowadziło to w wielu przypadkach do deformacji rzeczywistego charakteru wydarzeń. Gdy mówiono o komorach gazowych w Auschwitz i 4 mln (taka, niemal czterokrotnie zawyżona liczba była wówczas powszechnie wymieniana) zamordowanych w tym obozie, z reguły nie podkreślano – ani na sali sądowej, ani w prasowych omówieniach – że byli to w przytłaczającej większości Żydzi. Sowieci w Norymberdze uciekali od eksponowania martyrologii Żydów, wskazując na cierpienia wszystkich obywateli ZSRR i zniszczenia doznane przez ich kraj. W podobnym kierunku zmierzali Francuzi, którzy w kontekście obozów skupiali się na swoich rodakach wywiezionych tam jako członkowie ruchu oporu, a nie na deportowanych z Francji Żydach. Myślenie Anglosasów wciąż kształtowały obrazy obozów koncentracyjnych wyzwolonych w Niemczech w kwietniu 1945 r., w których Żydzi byli tylko jedną kategorią ofiar.

    Innym charakterystycznym przesunięciem uwagi było skoncentrowanie się na Auschwitz i obozach koncentracyjnych w Rzeszy, odnośnie do których zachowało się wiele dokumentów i które przeżyło dziesiątki tysięcy więźniów, mogących dawać świadectwo. W Norymberdze nie wymieniono w ogóle Bełżca, Sobiboru, a jedynie przelotnie Treblinkę, a były to obozy, w których w sumie zagazowano znacznie więcej ludzi niż w Auschwitz. Paradoksalnie, był to triumf nazistowskich oprawców, którzy skutecznie zatarli, przynajmniej na pewien czas, ślady po dokonanej przez siebie zbrodni.

    Skazanych na śmierć powieszono w więziennej sali gimnastycznej w nocy z 15 na 16 października 1946 r. Wykonania wyroku uniknął Göring, który tuż przed wyprowadzeniem z celi popełnił samobójstwo przy użyciu ampułki z cyjankiem, dostarczonej prawdopodobnie przez jednego z amerykańskich strażników więziennych, z którym marszałek Rzeszy się zaprzyjaźnił. Zwłoki w symbolicznym geście ułożono na noszach u stóp szubienicy. Ciała zostały po egzekucji przewiezione do Monachium, spalone w krematorium, a prochy wsypano do rzeki Izery.

    Pozostała siódemka skazanych swoje wyroki odbywała w więzieniu Spandau w brytyjskim sektorze Berlina, w którym byli jedynymi więźniami. Zarząd więzienia co miesiąc przechodził rotacyjnie w ręce kolejnego z mocarstw okupacyjnych. W 1966 r., po odbyciu całości wyroku, więzienie opuścił Speer. Architekt Hitlera opublikował wspomnienia, które okazały się wielkim sukcesem wydawniczym. Ostatnim więźniem Spandau był Hess, który popełnił samobójstwo w 1987 r. w wieku 93 lat. Po jego śmierci więzienie zostało zburzone, by nie stało się turystyczną atrakcją czy co gorsza miejscem pielgrzymek neonazistów.

    Proces norymberski wywołał wiele krytycznych ocen. Podnoszono jednostronność trybunału, w którym zabrakło miejsca dla sędziów z krajów neutralnych i pokonanych, arbitralność w doborze oskarżonych, pomijanie zbrodni dokonywanych przez aliantów, występowanie w roli oskarżyciela i sędziego Związku Radzieckiego, który pod wieloma względami zasługiwał na podobną ocenę jak III Rzesza, ale znalazł się w obozie zwycięzców. Kontrowersyjnym rozwiązaniem, sprzecznym z zachodnią tradycją prawną, było pozbawienie skazanych możliwości apelacji do wyższej instancji sądowniczej.

    Inny nurt krytyki podnosił, że w Norymberdze sądzono oskarżonych za czyny, które przed 1945 r. nie były skodyfikowane w prawie międzynarodowym jako przestępstwa. Zarzut zbrodni przeciwko pokojowi poprzez przygotowanie i prowadzenie wojny napastniczej opierał się głównie na pakcie Kellog-Briand z 1928 r., który wielu prawników uważało za zbyt słabą podstawę. Podobną krytykę formułowano wobec kategorii zbrodni przeciw ludzkości, wprowadzonej do prawa międzynarodowego w statucie trybunału przyjętym w sierpniu 1945 r. W tym przypadku argumenty krytyków wydają się jednak znacznie słabsze. Kategoria zbrodni przeciwko ludzkości opierała się na wielu już wcześniej istniejących uregulowaniach prawnych, zarówno w prawie międzynarodowym, jak i kodeksach poszczególnych państw, a także wynikała z prawa naturalnego.

    To właśnie kategoria zbrodni przeciwko ludzkości okazała się najważniejszym i najtrwalszym dorobkiem procesu norymberskiego, a nie kategoria zbrodni przeciwko pokojowi, która była główną osią konstrukcji zarówno aktu oskarżenia, jak i wyroku Międzynarodowego Trybunału Wojskowego. Stała się podstawą niezliczonych procesów karnych, zarówno odnoszących się do zbrodni popełnionych w czasie drugiej wojny światowej, jak i w czasie konfliktów na Bałkanach w latach 90. czy w Rwandzie w 1994 r. Była też fundamentem, na gruncie którego powstały i orzekały międzynarodowe trybunały w Hadze (dla byłej Jugosławii) oraz Aruszy (dla Rwandy). Proces w Norymberdze zniósł zasadę suwerenności państwowej jako parawanu, za którym kryli się przywódcy odpowiedzialni za zbrodnie na obywatelach własnych i innych państw.

    https://www.facebook.com/groups/172548340162458/permalink/324020645015226/

    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    "Policzym ich, jak ich pobijem." - Słowa wypowiedziane przed bitwą pod Kircholmem w 1605 r., gdy hetmanowi doniesiono o „wręcz niezliczonych regimentach szwedzkich”.

    Po śmierci Stefana Batorego w 1586 r. następnym królem elekcyjnym Rzeczpospolitej został reprezentant szwedzkiej dynastii Wazów – Zygmunt Waza. Kontrkandydatem do tronu polskiego był arcyksiążę Maksymilian Habsburg. Zawiązało się stronnictwo "maksymilianistów", którzy forsowali jego wybór. Arcyksiążę Maksymilian wkroczył do Rzeczpospolitej i tylko dzięki zdolnościom kanclerza Jana Zamoyskiego udało się obronić Kraków, gdzie 27 grudnia 1587 r. koronowano Zygmunta.

    Ze zwolennikami Habsburga doszło do bitwy pod Byczyną (24 stycznia 1588 r.), w której rozbito ich siły, a sam Maksymilian trafił do niewoli. Doszło do układów Rzeczpospolitej z Habsburgami i na mocy układu bytomsko-będzińskiego oraz rokowań w Rewlu (1589 r.) Zygmunt miał poślubić jedną z habsburskich księżniczek – Annę, córkę arcyksięcia Karola Styryjskiego (poślubił ją w 1592 r.), a Habsburgowie mieli nie wchodzić w układy z Moskwą skierowane przeciw Rzeczpospolitej. Już wówczas Zygmunt Waza rozważał propozycję zrzeczenia się korony na rzecz Habsburgów w zamian za poparcie go w staraniach o tron szwedzki, o czym szlachta dowiedziała się później – szczególnie wzburzony był Zamoyski, wielki przeciwnik Habsburgów. Wybranie Zygmunta Wazy na tron polski uwikłało Rzeczpospolitą w konflikty ze Szwecją, spowodowane głównie jego pretensjami do korony szwedzkiej. Tron polski miał dla niego znaczenie o tyle, o ile ułatwi mu odzyskanie tronu szwedzkiego.

    Początek:

    Choć szlachta liczyła na sojusz polsko-szwedzki wymierzony w Moskwę i pozyskanie północnej części Inflant czyli Estonii, to wkrótce te projekty okazały się ulotne. Mimo spowinowacenia Zygmunta III Wazy z Jagiellonami (jego matka Katarzyna była córką Zygmunta I Starego), to uzyskanie korony szwedzkiej stanowiło cel jego zabiegów. Kiedy umarł król Szwecji Jan III, ojciec Zygmunta, ten ostatni został jego następcą na szwedzkim tronie. Opuścił Polskę, aby koronować się w Szwecji w lutym 1594 r. Władzę nad Szwecję pozostawił w rękach regenta – swego stryja Karola Sudermańskiego. Karol jednakże zaczął wkrótce wokół siebie skupiać opozycję nastawioną niechętnie do Zygmunta. Głównymi powodami była obawa przed rekatolicyzacją protestanckiej Szwecji i utrata przez nią wpływów w Inflantach. Na taki stan rzeczy odpowiedział Zygmunt wyprawą wojenną do Szwecji w 1598 r. , która poniosła fiasko, a szwedzki parlament pozbawił go korony, proponując ją jego synowi – Władysławowi, pod warunkiem, że ten przybędzie do Szwecji. Zygmunt III Waza nie zgodził się na to i postanowił inkorporować Inflanty do Polski (realizując zresztą zapis pacta conventa). Krok ten stanowił bezpośrednią przyczynę wojny polsko-szwedzkiej. Karol Sudermański nie czekał bezczynnie. Wtargnął do Estonii wiosną 1600 r. na czele 14-tysięcznej armii i uderzył na Parnawę oraz Dorpat.

    Siły polskie były nieliczne i początkowo Szwedzi odnosili kolejne zwycięstwa, aż w polskich rękach pozostała Ryga i kilka twierdz – Dynemunt, Kokenhausen i Dyneburg. Na wiosnę 1601 r. sejm uchwalił podatki na wojnę ze Szwecją. Choć strona polska potrafiła osiągnąć błyskotliwe zwycięstwa – pod Kiesią 7 stycznia 1601 r. (700 husarii pod Maciejem Dembińskim rozgromiło trzytysięczny korpus Hansa Bengtssona; poległo 10 Polaków i 2000 Szwedów), 23 czerwca 1601 r. pod Kokenhausen (Krzysztof Radziwiłł "Piorun" z 3 tysiącami wojska rozbił siły szwedzkie liczące ok. 5 tys. ludzi; Polacy stracili 80 ludzi, Szwedzi – 2000), to kampania nie przynosiła rozstrzygnięcia. Na jesieni 1601 r. rozpoczęły się działania polskie zmierzające do odbicia Inflant z rąk szwedzkich. W walkach brali udział Jan Zamoyski (pod jego wodzą zdobyto Biały Kamień we wrześniu 1602 r.), hetman Stanisław Żółkiewski (w czerwcu 1602 r. rozbił pod Rewlem zgrupowanie szwedzkiego generała Reinholda Arnepa) oraz hetman Jan Karol Chodkiewicz (wiosną 1603 r. zdobył Dorpat). Wojna jednakże wciąż trwała. Szwedzi uchylali się od decydującej bitwy w polu, poznawszy w dotychczasowych starciach i potyczkach wartość polskiej husarii, strona polska zaś zmagała się z dyscypliną we własnych szeregach, które przerzedziły się po niewypłaconym żołdzie, a Chodkiewicz zmuszony został do opłacenia wojska z własnej kieszeni. Rok 1604 r. przyniósł kolejną ofensywę szwedzką, skierowaną w stronę Białego Kamienia. Po zebraniu nowych sił Szwedzi, pod dowództwem Arvida Erikssona Stalarma 25 września 1604 r. starli się z siłami Rzeczpospolitej pod wodzą Chodkiewicza w pobliżu Białego Kamienia.

    Ok. 7 tys. Szwedów nie sprostało 2300 żołnierzy Rzeczpospolitej. Nowa taktyka walki Szwedów, wyrażająca się głównie poprzez nowy szyk – szachownicę, nie dała rady szarżom husarii. Poległo ok. 3 tys. Szwedów i 81 Polaków. Znów zwycięstwo nie zostało wykorzystane – i tym razem powodem było nieopłacenie wojska, które zawiązało konfederację i poczęło na własną rękę ściągać należności, grabiąc okoliczne osady. Karol Sudermański, który w międzyczasie został koronowany na króla szwedzkiego Karola IX, nie rezygnował z opanowania całości Inflant. Na rok 1605 przygotował kolejną wyprawę, wystawiając armię w liczbie 12-14 tys. żołnierzy, złożoną m.in. z zaciężnych Niemców, Szkotów, Holendrów. Głównym celem Szwedów była Ryga. Jej opanowanie odcinało Inflanty od Polski, gdyż pozwalało na podjęcie działań wzdłuż Dźwiny. Siły szwedzkie podzielono na trzy części. Pierwsza (ok. 3 tys. ludzi), pod wodzą Fryderyka (Joachima) Mansfelda ok. 11-12 sierpnia 1605 r. wylądowała u ujścia Dźwiny aby podjąć oblężenie Dynemuntu (Diamentu), a następnie Rygi, pod Rewlem ok. 15-20 sierpnia lądowały siły gen. Andersa Lenartssona (ok. 5 tys. ludzi), zaś 30 sierpnia pod Parnawą lądował sam król Karol IX z ok. 4 tys. Szwedów i Szkotów.

    Siły polskie, którymi dysponował hetman Chodkiewicz liczyły ok. 5 tys. ludzi, z czego 3500 do użycia w polu. Sejm nie uchwalił nowych podatków na wojnę, będąc pochłoniętym dojrzewającym w Polsce kryzysem rokoszowym. Wojska polsko-litewskie stacjonowały wówczas koło Dorpatu. Chodkiewicz świadom szczupłości swych sił postanowił bić nieprzyjaciela częściami. Najpierw chciał ruszyć na odsiecz Rydze i około 17 sierpnia 1605 r. ruszył miastu na odsiecz, pozostawiając tabory pod Dorpatem. Kiedy kilka dni później doszedł do Wolmaru (130 km od Rygi), otrzymał uspokajające wieści z Rygi, która obroniła się przed pierwszym atakiem szwedzkim. Nowym celem hetmana stał się Lenartsson, posuwający się od strony Rewla na południe. Dowódca szwedzki był ostrożny i tak manewrował swymi siłami, aby Chodkiewicz nie miał okazji do stoczenia bitwy w polu. Szwedzi odskoczyli pod Fikel, fortyfikując swe pozycje. Następnie odskoczyli od wojsk Rzeczpospolitej, które na wieść o lądowaniu Karola IX pod Parnawą, ruszyły do osłony twierdzy Felin. Wykorzystując sytuację Lenartsson zmierzał ku Parnawie, aby połączyć się z siłami Karola IX. Po połączeniu sił Szwedzi ruszyli na południe w stronę Rygi początkach września nadmorskim traktem pod osłoną floty operującej na Bałtyku i lasami oraz bagnami na wschodzie. Hetman Chodkiewicz, poprzez Wolmar i po osłonięciu twierdzy Felin, ruszył równolegle do sił szwedzkich. Zasłona lasów i bagien utrudniała hetmanowi orientowanie się w ruchach Szwedów, Chodkiewicz spodziewał się ich ruchów na wschód, toteż przebywał w pobliżu twierdzy Felin, a po otrzymaniu wiadomości o marszu Szwedów w stronę Salis ruszył w stronę Wolmaru. Nie liczył w dalszym ciągu na marsz sił szwedzkich na Rygę – błędna wiadomość o nadciąganiu wojsk przeciwnika skłoniła Chodkiewicza do przeprawienia się w okolicy Kiesi na lewy brzeg rzeki Gawii, gdzie wzniesiono szańce, planując uderzyć na Szwedów podczas ich przeprawy.

    Tam właśnie uzyskał potwierdzoną wiadomość o podejściu połączonych sił Karola IX i generała Lenartssona pod Rygę. Forsownym, dwudniowym (25 i 26 września 1605 r.) marszem pokonał ok. 125 km i dotarł do Dźwiny pod Kircholmem w odległości 15-20 km od Rygi. Szwedzi dowiedzieli się o nadejściu sił polsko-litewskich 26 września i początkowo król Karol IX chciał tylko częścią swych sił rozbić Chodkiewicza, wszak miał i tak przewagę liczebną. Wyperswadował mu to Lenartsson, zapewne bardziej świadom wartości bojowej husarii, mówiąc królowi szwedzkiemu: "prędzej zobaczysz Wasza Królewska Mość Dźwinę wstecz płynącą, niż Litwinów i ich hetmana z pola uchodzących". Król posłuchał swych oficerów, lecz i tak zmierzał do bitwy pewien zwycięstwa. Na radzie wojennej 26 września dowództwo szwedzkie zadecydowało o ruszeniu pod Kircholm, aby w polu zmierzyć się z siłami Rzeczpospolitej. Siły do tego przeznaczone liczyły ok. 10700 ludzi i 11 dział. Siły Chodkiewicza wynosiły 3700-4000 ludzi, w tym ok. 2700-3000 jazdy (w tej liczbie było też 300 rajtarów, dowodzonych przez księcia Feryderyka Ketlera, lennika Rzeczpospolitej) oraz 4-7 dział. Sił szwedzkich w stosunku do polsko-litewskich było około trzykrotnie więcej. Ok. godz. 22 Szwedzi wymaszerowali ze swego obozu i nad ranem dotarli pod Kircholm. Siły polsko-litewskie nie były zaskoczone, gdyż Chodkiewicz wysłał podjazdy, które meldowały o każdym ruchu nieprzyjaciela. Bitwa miała rozegrać się na prawym brzegu rzeki Dźwiny. Szwedzi rozwinęli swe siły 27 września 1605 r. na wzgórzu pod Kircholmem, okopując się. Naprzeciw nich, oddzielone wyschłym starorzeczem Dźwiny stanęły wojska Rzeczpospolitej.

    "Policzym ich, jak ich pobijem."

    Uszykowanie do bitwy wyglądało następująco: Szwedzi ustawili się w 4 rzuty w szachownicę, przeplatając piechotę z kawalerią. W pierwszym rzucie stała piechota, podzielona na 7 oddziałów pod dowództwem Lenartssona, drugi rzut stanowiła kawaleria, rozdzielona na dwa skrzydła pod wodzą Brandta (lewe skrzydło) oraz Mansfelda (prawe skrzydło), w trzecim rzucie była znów piechota pod wodzą ks. Fryderyka Luneburskiego, a w czwartym, pod dowództwem samego Karola IX – reszta kawalerii, stanowiąca odwód. Siły Chodkiewicza natomiast były ustawione tak: lewe skrzydło pod wodzą Tomasza Dąbrowy liczyło ok. 1200-1300 jeźdźców, w tym od 100 do 400 husarii oraz 700-900 Kozaków i 200 rajtarów, uszykowane w 4 rzuty, środkiem dowodził Wincenty Wojna, który rozporządzał 1000 piechurów, trzema setkami husarii i taką samą ilością rajtarów kurlandzkich oraz 5 działami, na prawym skrzydle dowodził Jan Piotr Sapieha, który dysponował 700 jazdy. Odwód w sile 200-400 husarii znajdował się pod dowództwem Teodora Lackiego. Skupienie znacznych sił na polskim lewym skrzydle wynikało z planów Chodkiewicza, który chciał odrzucić Szwedów od rzeki, wykorzystując dogodny i suchy teren do szarży husarii cwałem. Ogólny plan bitwy w zamysle hetmana miał wyglądać tak: związać środkiem swego ugrupowania piechotę szwedzką, prawym skrzydłem Sapiehy rozbić rajtarię Brandta, a lewym Dąbrowy "przeorać" jazdę Mansfelda i gwałtownym manewrem wbić się w boki i tyły piechoty szwedzkiej.

    Należało tylko wywabić Szwedów z dogodnych pozycji przez nich zajmowanych. Bitwa rozpoczęła się od walk harcowników, lecz obie strony nadal zajmowały swe pozycje. Około godz. 13 Chodkiewicz użył podstępu, znanego od dawna w sztuce wojennej Wschodu – rozkazał pozorować chaotyczną ucieczkę jednostkom polsko-litewskim na przedpolu. W tę pułapkę dał się złapać Karol IX, rzucając do ataku na siły Rzeczpospolitej pierwszy rzut swej piechoty. Szwedzi zeszli ze wzgórz i poczęli się zbliżać do pozycji polsko-litewskich. Piechota polsko-litewska odpowiedziała ogniem oraz ostrzałem z dział, a na zmieszaną szwedzką piechotę runęła jazda Wojny. Doszło tu do ciężkich walk i siły szwedzkie zostały zatrzymane i przetrzebione. Na lewym skrzydle Dąbrowa ruszył z wiatrem, zataczając łuk i wznosząc tumany kurzu, które utrudniały obserwację wbił się w skrzydło Mansfelda, złożone głównie z rajtarii, którą impet szarży husarzy wprost rozniósł i wymieszał z piechotą. Na prawym polskim skrzydle sytuacja wyglądała w ten sposób, że Sapieha poczekał aż rajtaria Brandta minie podmokły teren, na którym husaria straciłaby swój rozpęd, a gdy to nastąpiło – zaatakował ją. Nie uzyskano tam wszakże natychmiastowego rozstrzygnięcia, jak na skrzydle dowodzonym przez Dąbrowę, gdyż Szwedzi, ochłonąwszy po pierwszym ataku husarii zdołali się uporządkować i podjąć walkę. Karol IX wysłał Brandtowi wsparcie w postaci kilkuset rajtarii i dopiero nadciągnięcie husarii Lackiego, która uderzyła w bok rajtarii Brandta związanej walką czołową z siłami Sapiehy, rozstrzygnęło bitwę na tym skrzydle.

    W ferworze walki doszło też do groźnego incydentu. W pobliżu hetmana Chodkiewicza pojawił się nagle szwedzki rajtar, który wypalił z pistoletu w jego stronę. Kula chybiła, a Chodkiewicz z szablą w ręce dopadł Szweda i usiekł go. Rozbite skrzydło rajtarii Brandta wpadło na własną piechotę, już się wycofującą pod naporem polskich ataków i osaczoną przez husarię. Rozpoczął się bezładny odwrót Szwedów, a następnie pogoń polska i rzeź. Polegli w walce Lenartsson i ks. Fryderyk Luneburski, Brandt dostał się do niewoli. Sam Karol IX ledwie uszedł z życiem z pola bitwy, będąc rannym. Szczęśliwy koniec zawdzięcza rajtarowi Henrykowi Wrede, który zaoferował mu swego konia, a sam padł pod ciosami polskich szabli. Król szwedzki napisał potem rozgoryczony, że "nasi uciekali jak gromada kurcząt, choć było ich czterech alb pięciu przeciw jednemu" . Szwedzi stracili, w zależności od szacunków, od 6 do 9 tys. zabitych żołnierzy, straty polsko-litewskie zamykały się w liczbie ok. 100 poległych i 200 rannych. W ręce wojsk Rzeczpospolitej wpadły działa i 60 sztandarów, zdobyto również obóz szwedzki z całymi zapasami. Hetman Chodkiewicz 28 września 1605 r. wjechał do Rygi i kazał urządzić uroczysty pogrzeb gen. Lenartssonowi, w którym sam wziął udział. Zwycięstwo polsko-litewskie odbiło się szerokim echem w ówczesnym świecie. Wyrazy uznania przysłali papież Paweł V, król Anglii Jakub II, a nawet szach perski Abbas I Wielki oraz sułtan turecki Ahmed I, który ponoć kazał powiesić w swym pałacu portret Chodkiewicza.

    Bitwa pod Kircholmem, zwana "małymi Kannami" jest do dziś wykładana w amerykańskiej szkole wojskowej West Point jako przykład mistrzowskiego posługiwania się jazdą. O wyjątkowości bitwy stanowi stosunek sił obydwu stron, zdecydowanie niekorzystny dla strony zwycięskiej. To wspaniałe zwycięstwo nie zostało, niestety, należycie rozegrane na arenie dyplomatycznej, choć trzeba zaznaczyć, że Ryga została ocalona. Konflikt trwał jeszcze sześć lat i nie doprowadzono do rozegrania go z korzyścią dla Rzeczpospolitej. Narastał w niej konflikt wewnętrzny pomiędzy Zygmuntem III Wazą a szlachtą, sejm nie uchwalił nowych podatków na finansowanie armii, doszła wojna z Moskwą. W 1611 r. podpisano rozejm ze Szwecją, a w 1617 r. doszło do wznowienia działań wojennych.

    z grupy Wielkie bitwy
    https://www.facebook.com/groups/172548340162458/permalink/231509504266341/

    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    19 września 1410 roku zakończyła się nieudana próba oblężenia Malborka. Zwycięstwo wojsk sojuszniczych w bitwie pod Grunwaldem 15 lipca 1410 było tak przygniatające, że kolejne miasta państwa zakonu krzyżackiego bez walki poddawały się Władysławowi Jagielle. Jednak Malbork nie został zdobyty, głównie z powodu opóźnienia wymarszu armii pod krzyżacką stolicę. Oblężenie Malborka trwało od 25 lipca do 19 września. Przede wszystkim nie pomyślano o zaopatrzeniu wojsk polsko-litewskich w machiny oblężnicze, bez których zdobycie takiej fortecy jak Malbork było niemożliwe, choćby przez to, że zamek ten podczas oblężenia miał zgromadzone zapasy na dwa lata obrony. Prowadzono ostrzał z bombard, ale okazał się mało skuteczny. Brak jest wiedzy o tym, by próbowano dokonać generalnego szturmu na mury zamkowe lub podkopów, a szczegółowo relacjonujący oblężenie Jan Długosz wspomina jedynie o utarczkach z wychodzącą poza mury załogą krzyżacką. Po drugie, wojska księcia Witolda odstąpiły 8 września od oblężenia i wycofały się na Litwę. Przyczyna takiego posunięcia do tej pory zastanawia historyków, niektórzy z nich sugerują, że zwycięstwo pod Grunwaldem, będące zasługą w głównej mierze wojsk polskich, powodowało radykalny wzrost znaczenia Korony Królestwa Polskiego, a przez to wysunięcie się jej znacznie przed Wielkie Księstwo Litewskie w unii (1385) między tymi państwami.

    https://www.facebook.com/groups/172548340162458/permalink/319271252156832/

    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy
    pokaż całość

  •  

    Post z Wielkie bitwy na FB

    Upadek królestwa Węgierskiego oraz wpływ wydarzenia na królestwa europejskie. Prolog i epilog jutrzejszego wydarzenia jakim będzie bitwa pod Mohaczem.

    O ile ekspansja na Bliskim Wschodzie arabskim stanowiła osobny rozdział polityki tureckiej, o tyle walki o Algierię i Tunezję powiązane były ściśle z europejską polityką państwa Osmanów. A przeżywała ona za Sulejmana W spaniałego swe niewątpliwe apogeum. Mimo klęski zadanej im przed laty przez Hunyadyego, Turcy nie zrezygnowali z zamiaru podboju Węgier. Sulejman II pierwsze kroki wojenne skierował na północ, a całe panowanie jego upłynęło przede wszystkim pod znakiem kampanii wojennej i wielkich zdobyczy terytorialnych. Granice Imperium Otomańskiego osiągnęły pod koniec panowania Sulejmana swój największy zasięg.

    W 1521 r. armia Sulejmana zdobyła w wyniku zwycięskiej kampanii Belgrad, kluczową twierdzę broniącą dostępu do Węgier. Pragnąc sobie lepiej przygotować grunt do dalszych podbojów w Europie oraz oczyścić zaplecze, Sulejman w 1522 r. zajął wyspę Rodos w pobliżu wybrzeży anatolijskich. Wyspa ta znajdowała się w posiadaniu zakonu joannitów. Dzięki aneksji Rodosu umocniło się znacznie panowanie tureckie we wschodniej części Morza Śródziemnego, gdzie jedynie Wyspy Jońskie u zachodnich wybrzeży Grecji, Kreta oraz Cypr pozostały w rękach Republiki Weneckiej.

    Teraz Turcy skierowali się ponownie ku Węgrom. W obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa kraj ten został pozostawiony własnym siłom. Ani Habsburgowie, zajęci wówczas innymi sprawami, ani Jagiellonowie polscy, którzy nawiązali dobrosąsiedzkie stosunki z Portą, nie kwapili się z pomocą dla zagrożonego sąsiada. W tej sytuacji młodociany król węgierski Ludwik II Jagiellończyk (1516-1526) zmuszony został do stawienia czoła potędze Osmanów sam na czele swych wojsk. I liczebnie, i jakościowo wojska węgierskie były słabsze od zwycięzców spod Merj Dabik i Belgradu. Żadna z formacji węgierskich nie dorównywała janczarom, a znakomita artyleria turecka, ustępująca aktualnie chyba tylko francuskiej, nie znalazła przeciwnika, Węgrzy bowiem nie mieli wcale tej broni.

    Do decydującego starcia doszło pod Mohaczem (na prawym brzegu Dunaju na północ od ujścia rzeki Drawy) 29 sierpnia 1526 r. Bitwa zakończyła się pogromem Węgrów, a król Ludwik II znalazł śmierć, mimo że próbował ratować się ucieczką. Sulejman wkroczył jako zwycięzca do Budy i Pesztu. Klęska pod Mohaczem stanowi zwrotny punkt w historii Węgier. Od tego momentu niepodległy i pomyślnie dotąd rozwijający się kraj utracił swą niezależność i stał się terenem rozgrywek, rywalizacji i wojen turecko-habsburskich.

    Po śmierci Ludwika II, ostatniego przedstawiciela dynastii Jagiellonów, na czoło wysunął się problem tronu węgierskiego. Mariaże, postanowione na kongresie wiedeńskim w 1515 r., sukcesję po Jagiellonach w Czechach i na Węgrzech zapewniały faktycznie Habsburgom. Jako kandydat do korony wchodził w grę w konkretnym przypadku arcyks. Ferdynand, szwagier poległego Ludwika II i brat Karola V.

    Czesi na wieść o klęsce pod Mohaczem obrali zaraz królem Ferdynanda, natomiast na Węgrzech sytuacja się skomplikowała. Opozycyjne wobec Habsburgów koła szlachty zgromadzone w Tohai ofiarowały koronę jednemu z najpotężniejszych w kraju magnatów - Janowi Zapolyi, wojewodzie siedmiogrodzkiemu (10 XI 1526). Koronował się on następnie na króla Węgier (XI 1526) w Szekesfehervar. Niemal równocześnie (25 XI) sejm w Bratysławie, kierowany przez zwolenników Habsburgów, głównie magnaterię i biskupów węgierskich, obrał królem Ferdynanda.

    Wybór Zapolyi oznaczał początek walki Węgrów przeciw panowaniu habsburskiemu. W walce tej szukał Zapolya pomocy u wrogów Habsburgów, przede wszystkim w Turcji i we Francji, a także i w Polsce. Mimo otrzymania pomocy finansowej od Franciszka I i zawarcia z nim traktatu, Zapolya nie zdołał stawić czoła swemu rywalowi i musiał uchodzić z Węgier, początkowo do Polski. Pokonany i opuszczony przez swych zwolenników szukał następnie schronienia w Siedmiogrodzie. Uznawszy pomoc Francji i Polski za iluzoryczną, jedyny ratunek widział Zapolya w Sulejmanie. Wysłał doń swego posła, Polaka Hieronima Łaskiego, i uznał się jego lennikiem (1528).

    W tym samym roku Zapolya zdołał doprowadzić do przymierza z Franciszkiem I, jednak nie Francja, lecz Turcja stała się jego głównym sprzymierzeńcem i obrońcą. Polska okazywała wprawdzie dość żywą sympatię protureckiemu królowi Węgier, lecz nie wyszła poza życzliwą neutralność, głównie ze względu na Habsburgów i papieża Klemensa VII, który wystąpił z gwałtowną akcją dyplomatyczną przeciwko Zapolyi i jego stronnikom w Polsce (1529).

    Pozyskawszy pomoc Turków, Zapolya odzyskał wkrótce przy ich pomocy Węgry i koronę Św. Stefana (1529). Oznaczało to otwarty konflikt zbrojny między Sulejmanem i Habsburgami. Armia turecka stanęła po raz pierwszy w historii pod murami Wiednia (1529), a w kilka lat później Turcy dotarli nawet do Styrii. Wiedeń, podobnie jak przedtem Mohacz, nie ożywił jednak ani na chwilę pogrzebanej idei Rei Publicae Christianae. Przeciwnie, w tym okresie uwidoczniła się całkowita fikcja tego pojęcia, nie tylko w obliczu rujnującej je reformacji, lecz i wobec groźby muzułmańskiej. Franciszek I - prawdopodobnie jeszcze przed Pawią - nawiązał ścisłe, przyjazne kontakty z Sulejmanem, Karol V zaś z szyickimi Safawidami. W 1536 r. król francuski podpisał z sułtanem tureckim formalny traktat przyjaźni, składający się z układu handlowego i przymierza zaczepno-odpornego skierowanego, rzecz jasna, przeciw cesarzowi. Efektem tego układu miało być w rzeczywistości głównie współdziałanie na morzu, Francja bowiem pozbawiona była w tym czasie floty, zgodziła się więc pomagać finansowo korsarzom tureckim. Traktat francusko-turecki, który formował na dwa z górą wieki obraz stosunków między obu krajami, zapewnił także Francuzom i katolikom zamieszkałym na terenie Imperium Otomańskiego opiekę konsulów francuskich.

    Polityka turecka Franciszka I była jednak o tyle szokująca, że uznał on za stosowne wytłumaczyć się w pewien sposób ze swego postępku. "Nie mogę zaprzeczyć - pisał w tym okresie - że pragnę, jako żywo, widzieć Turka najpotężniejszego i gotowego do wojny, ale nie w jego interesie. Albowiem jest on niewierny, a my jesteśmy chrześcijanami. Ale pragniemy tego, aby osłabić potęgę cesarza, aby zmusić go do ciężkich wydatków, aby wzmocnić wszystkie inne rządy przeciwko tak wielkiemu nieprzyjacielowi".

    Austria i Wiedeń ocalały jednak dzięki jednolitej wobec najazdu tureckiego postawie Rzeszy. Sejm w Ratyzbonie uchwalił duże kontyngenty wojskowe, Karol V mając w tym momencie przewagę nad Francją mógł ściągnąć również znaczne posiłki z Hiszpanii, Włoch i Niderlandów. Bez mała miesiąc olbrzymia armia Sulejmana została zatrzymana przez broniącą się mężnie załogę zamku Koszeg (Guns) w dolinie rzeki Raby (Raab), co umożliwiło cesarzowi koncentrację armii tak wielkiej, jakiej nie miał nigdy przedtem. Sulejman nie zdecydował się wtedy na podjęcie nierównej walki i wycofał się na Węgry (VIII 1532). Oznaczało to więc poważny sukces Karola V, bez jednego bowiem wystrzału, bez najmniejszej nawet ofiary, przeciwnik wycofał się, a bezpośrednia groźba turecka przestała istnieć dla Rzeszy Niemieckiej na prawie półtora wieku.

    Wycofanie się armii Sulejmana z Austrii nie oznaczało bynajmniej rozwiązania sprawy węgierskiej. Początkowo wobec znacznego wzmocnienia pozycji cesarza (odwrót armii tureckiej, korzystny rozejm z Franciszkiem I w Nicei i rychło potem zacieśnienie współpracy z nim w wyniku rozmów obu monarchów w Aiguesmortes, 1538), Turcja zgodziła się na kompromis, w stosunku do Węgier, które na mocy układu w Wielkim Waradynie (24 II 1538) zostały podzielone między Ferdynanda a Jana Zapolyę. Ferdynandowi przyznano prawo dziedziczne do korony św. Stefana, Zapolyi zaś tylko osobiste, dożywotnie, po jego śmierci natomiast wszystkie prawa wraz z terytorium przechodziły wyłącznie na Habsburgów.

    Wkrótce potem zmarł Zapolya (1540) zostawiając wdowę Izabellę, córkę Zygmunta Starego, i dwutygodniowego syna Jana Zygmunta, którego stronnictwo antyhabsburskie obwołało bezzwłocznie królem Węgier. W ten sposób układ waradyński został złamany, a wszystko zależało teraz od stanowiska Turcji. Wysłany do Stambułu znany prawnik węgierski, Werbóczi, zdołał przekonać sułtana o słuszności praw Jana Zygmunta. Sulejman uznał go królem Węgier pod warunkiem płacenia Turcji daniny rocznej w wysokości 50 tys. florenów, po czym wysłał mu do Budy ferman inwestytury wraz z insygniami władzy królewskiej.

    Odpowiedź Habsburgów była bezzwłoczna. Ferdynand wkroczył na Węgry i obiegł Budę. Równie szybki był Sulejman. Stanąwszy osobiście na czele armii podjął kontrofensywę, zakończoną klęską Ferdynanda, który musiał odstąpić spod murów stolicy Węgier (2 IX 1541). Teraz zwycięzca mógł zdecydować o losie kraju, który został ostatecznie podzielony na trzy części (1541). Zachodnią i północno-zachodnią część kraju zatrzymał Ferdynand, środkową ze stolicą włączył Sulejman do swego państwa, wschodnią zaś z Siedmiogrodem oddał jako lenno Janowi Zygmuntowi i jego matce Izabelli Jagiellonce. Tak więc 15-letnia walka o Węgry zakończyła się całkowitym sukcesem Turcji, której panowanie w tym kraju zostało mocno ugruntowane, Habsburgom zaś dostała się niewielka tylko jego część. Podział Węgier utrzymał się przez przeszło półtora wieku, nie zapobiegał jednak ciągłym walkom w tym kraju. W czasie jednej z takich wypraw wojennych zmarł sułtan Sulejman II (1566).

    https://www.facebook.com/groups/172548340162458/permalink/309842446433046/?__tn__=K-R
    #gruparatowaniapoziomu #wielkiebitwy #habsburgowie
    pokaż całość

    +: b........u, Polankowicz +9 innych
  •  

    Z fb "Wielkie bitwy"

    23.08.476 r.
    Dowódca germańskich najemników w służbie Rzymu Odoaker obalił cesarza Romulusa Augustulusa i został obwołany przez wojsko królem; koniec cesarstwa zachodniorzymskiego.

    Romulus Augustus, ostatni cesarz rzymski wstąpił na tron 31 października 475 roku, w wieku 12 lat. Osadził go na nim w drodze zamachu stanu ojciec, arystokrata z Pannonii i były sekretarz Attyli, Orestes, od niedawna naczelny dowódca armii rzymskiej. Poprzedni cesarz, Juliusz Nepos, uszedł do Dalmacji, którą władał niezależnie do 480 roku.

    Cesarstwo Rzymskie, 80 lat wcześniej potężne mocarstwo, teraz władało resztkami dawnych włości. Zasięg ziem we władaniu rezydującego w Rawennie cesarza ograniczał się do Włoch i południowo-wschodnich skrawków Galii. Ponadto w północnej Galii utrzymał się tzw. „okręg Syagriusza”, ze stolicą w Soissons, oddzielony terytorialnie od reszty imperium, zarządzany przez przedstawiciela rzymskiej administracji. Na terenie Maroka i Algierii znajdowały się za to tzw. „królestwa rzymsko-mauretańskie”, kontrolowane przez lokalnych władców berberyjskich, kultywujących częściowo rzymską kulturę i uznających formalnie zwierzchność cesarza. Pod bezpośrednią władzą z Rawenny pozostawały pojedyncze miasta na afrykańskim wybrzeżu.

    Cesarstwo Wschodniorzymskie, znajdujące się w znacznie lepszej kondycji, władające Bałkanami, Azją Mniejszą, Syrią, Palestyną i Egiptem, traktowało cesarza zachodniorzymskiego wręcz jako władcę państwa satelickiego. Przejęcia tronu przez Romulusa Augustusa nie zaakceptował ani aktualny cesarz Bazyliskus, ani obalony niedawno przez niego Zenon. Szczęśliwie dla uzurpatorów, wschodniorzymscy giganci zajęci byli wojną domową i nie mieli czasu na interwencję na zachodzie.

    Młody cesarz, nazwany ironicznie „Augustulusem” – „małym Augustem”, nie podejmował żadnych decyzji, gdyż władza znajdowała się w rękach Orestesa. Nie zdążył postawić sobie nawet żadnego pomnika. Oznaką jego władzy były monety wybijane w Rzymie, Mediolanie i Rawennie.

    Po kilku miesiącach bunt podniosły trzy plemiona germańskie, służące jako najemnicy, tzw. „foederati”, w rzymskiej armii, Herulowie, Skirowie i Turkilingowie. Zażądali dla siebie trzeciej części Italii. Orestes żądanie odrzucił. Germanie chwycili więc za broń, prowadzeni przez dowódcę „foederati” Odoakra. 23 sierpnia 476 roku Odoakr ogłosił się królem Italii i ruszył na Rawennę.

    Orestes został pojmany i stracony w okolicach Piacenzy, 28 sierpnia 476 roku. Po likwidacji najgroźniejszego wroga Odoaker wkroczył do Rawenny. 4 września 476 roku zmusił nastoletniego cesarza do abdykacji. Cesarstwo Rzymskie przestało istnieć, choć cesarzem tytułował się jeszcze rządzący w Dalmacji Juliusz Nepos. Choć dziś uznajemy to wydarzenie za koniec epoki starożytności, w owych czasach przeszło prawie niezauważone. Nie zmieniło zbytnio sytuacji politycznej w regionie. Germanie od dawna dominowali w rzymskiej armii, a wielu ich wodzów grało kluczowe role w polityce imperium. Większość prowincji została stracona, a kontrola nad tymi, które pozostały w rękach rzymskich była iluzoryczna.

    Po abdykacji Romulusa, rzymski Senat, działając w imieniu króla Odoakra wysłał delegarów do Zenona, który w międzyczasie pokonał Bazyliskusa i odzyskał tron wschodniorzymski. Zenon został poproszony o formalne zjednoczenie obu części imperium. „Zachód nie potrzebuje już własnego cesarza. Jeden monarcha wystarczy światu”. W owym nowym układzie Odoaker miał zamiar zostać zarządcą Italii z ramienia Zenona.

    Wschodniorzymski cesarz zasugerował wprawdzie by Senat najpierw poprosił Juliusza Neposa o powrót na tron, ale w końcu przychylił się do koncepcji Odoakra. Odoaker, mając Juliusza Neposa z dala od siebie, zgodził się nawet uznawać formalnie jego tytuł cesarski i nie niepokoić jego dalmatyńskich włości, choć uznawał go za zagrożenie dla swojej pozycji. Natomiast zwierzchność Zenona nad Odoakrem była czysto teoretyczna. Germański wódz był w praktyce całkowicie niezależnym władcą. Odnosił zresztą duże sukcesy, m.in. odzyskał Sycylię z rąk Wandalów. Król nie przeprowadził rewolucyjnych zmian na podległych sobie ziemiach, zachowując rzymską armię i administrację, w tym Senat.

    Dalsze losy Romulusa Augustusa są mało znane. Odoaker oszczędził życie cesarza, przyznał mu roczną pensję i odesłał go do krewnych w Kampanii w południowych Włoszech. Potem Romulus Augustus znika w mrokach dziejów, choć są przesłanki świadczące o tym, że żył jeszcze w roku 507 i wciąż pobierał pensję od króla włoskiego. Prawdopodobnie zmarł 536 r. w swego rodzaju ekskluzywnej niewoli, osiągnąwszy wiek starczy.

    Nie godząc się z władzą Odoakra, w 479 roku Juliusz Nepos rozpoczął przygotowania do odzyskania kontroli nad Italią. Pomysł cesarza nie spotkał się z entuzjazmem dalmatyńskich żołnierzy, niechętnych wyprawie na drugą stronę Adriatyku. 25 kwietnia 480 roku Juliusz Nepos został zasztyletowany przez swoich żołnierzy we własnym domu, niedaleko Salony w dzisiejszej Chorwacji. Za spiskiem stał prawdopodobnie generał Owida, który przejął teraz kontrolę nad Dalmacją.

    Mimo że Dalmatyńczycy nie chcieli nieść wojny do Italii, wojna przyszła do nich sama. Informację o śmierci Juliusza Neposa, Odoaker uznał za dobry pretekst do inwazji na prowincję. Opór Dalmatyńczyków skończył się wraz ze śmiercią Owidy, 9 grudnia 480 roku. Dalmacja trafiła w ręce Odoakra.

    Odoaker władał Italią jako król do 493 roku, kiedy został zamordowany przez króla Ostrogotów Teodoryka Wielkiego. Ostrogockie Królestwo Italii zlikwidował cesarz wschodniorzymski Justynian I, który w wyniku „wojny gockiej” z lat 535-554 odzyskał Włochy i Dalmację.

    Pozostaje jeszcze sfinalizować historie dwóch państw, które ocalały na gruzach imperium, a mianowicie „okręgu Syagriusza” i „królestw rzymsko-mauretańskich”.

    W 476 roku Syagriusz nie uznał władzy Odoakra. Próbował nawet ubiec go i zyskać poparcie Zenona, jednak wschodniorzymski cesarz, jak wiemy, zaakceptował przewrót przeprowadzony przez germańskiego wodza. Syagriusz zerwał więc wszelkie relacje z Italią. Mimo to wciąż uznawał się za zarządcę rzymskiej prowincji.

    Kres państwu Syagriusza przyniósł król Franków Chlodwig I. Po bitwie pod Soissons w 486 roku cała prowincja wpadła w jego ręce. Syagriusz zbiegł na dwór króla Wizygotów Alaryka II, do Tuluzy. Ten jednak pojmał go i wydał w ręce Chlodwiga. Syagriusz zginął wkrótce potem, potajemnie zasztyletowany.

    „Królestwa rzymsko-mauretańskie” funkcjonowały na peryferiach dawnego cesarstwa trochę dłużej. W wyniku wojny z lat 533-534 Cesarstwo Wschodniorzymskie pokonało Królestwo Wandalów i zajęło należące doń uprzednio Tunezję oraz części Algierii i Libii. Początkowo Konstantynopol uznał istnienie państwa rzymsko-mauretańskiego, lecz w latach 60’ VI wieku rozpoczął przeciwko niemu działania zbrojne. Ostatni z królów rzymsko-mauretańskich, Garmul, został pokonany w 578 roku.

    https://www.facebook.com/groups/172548340162458/permalink/305768880173736/?__tn__=K-R
    #gruparatowaniapoziomu #historia #rzym #wielkiebitwy
    pokaż całość

  •  

    W dniach 9-12 kwietnia 1917 roku odbyła się bitwa o wzgórze 145 w Vimy.

    Silnie obsadzone przez siły niemieckie wzgórze po nieudanych atakach wojsk francuskich i brytyjskich zdobyte zostało dopiero przez Korpus Kanadyjski w sile czterech dywizji.
    Bitwa, jest uznawana za najbardziej przełomową bitwę w historii Kanady.
    Dzięki niej Kanada uniezależniła się od Korony brytyjskiej.
    Kanada wojnę zaczynała jako kolonia brytyjska, traktat kończący I WŚ już jako niepodległe państwo.
    Vimy znajduje się w regionie Nord i Pas de Calais we Francji.

    W 1922 roku Francja oddała "po wieczne czasy" ponad stuhektarowy teren bitwy pod Vimy narodowi kanadyjskiemu. Jest to więc kawałek ziemi kanadyjskiej na terenie Francji.
    Znajduje się tam Kanadyjski Park Narodowy, oraz pomnik, na którym wyryto nazwiska 11.285 żołnierzy kanadyjskich, którzy zaginęli podczas bitwy.
    Sam teren upamiętnia też dziesiątki tysięcy kanadyjskich żołnierzy zaginionych oraz uznanych za zmarłych na terenie Francji podczas I Wojny Światowej.
    #kanada #iws #1ws #wielkiebitwy #historia #ciekawostki #whocares #vimy #pomniki #pewniebyloaledobre
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów