•  

    GEORGE STINNEY - NASTOLATEK NA KRZEŚLE ELEKTRYCZNYM

    16 czerwca 1944 roku wykonano egzekucję na 14-letnim czarnoskórym chłopcu. George Junius Stinney został skazany na krzesło elektryczne za domniemane zabójstwo dwóch białych dziewczynek: 11-letniej Betty June Binnicker i 8-letniej Mary Emmy Thames.

    Po procesie trwającym 3 godziny, George'a skazano na karę śmierci. Zarówno werdykt, jak i przebieg procesu wzbudził spore kontrowersje. Dziewczynki zmarły w wyniku uderzenia ciężką belką. Wiele osób miało wątpliwości, czy mizerny, ważący 40 kg, chłopak byłby w stanie w ogóle ją podnieść. Sekcja zwłok wykazała co najmniej sześć uderzeń u Mary i siedem u Betty.

    Jedynym dowodem w procesie były zeznania George'a (prawdopodobnie wymuszone torturami). Stinney zeznał, że dziewczynki spytały go, gdzie mogą zerwać kwiaty, zaczęły go bić, przez co młodsza spadła do rowu, drugą natomiast uderzył w obronie własnej.

    12 białym mężczyznom z ławy przysięgłych wydanie werdyktu zajęło niespełna 10 minut. Chłopiec był tak mały, że - aby móc przeprowadzić egzekucję na krześle elektrycznym - posadzono go na grubej książce.

    18 grudnia 2014 sąd w Karolinie Południowej uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję.

    Na zdjęciu:
    14-letni George Junius Stinney po aresztowaniu.

    #wmrokuhistorii #historia #usa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #egzekucja #swiat #dzieci #zbrodnia #ciekawostkihistoryczne #sadowehistorie
    pokaż całość

  •  

    76 lat temu...

    6 grudnia 1942 roku, w Starym Ciepielowie i Rekówce na Mazowszu, niemieccy żandarmi z miejscowego posterunku spalili żywcem 31 osób z czterech polskich rodzin: Kowalskich, Kosiorów, Skoczylasów i Obuchiewiczów. Wszyscy zostali oskarżeni o pomoc w ukrywaniu Żydów. Zginęło także dwóch żydowskich uciekinierów. Większość ofiar stanowiły dzieci. Była to jedna z największych zbrodni popełnionych przez Niemców na Polakach, którzy w czasie II wojny światowej udzielali pomocy Żydom.

    Tego dnia rano, oddziały żandarmerii niemieckiej, stacjonujące w opustoszałym folwarku w Ciepielowie, otoczyły znajdujące się w tej samej wsi gospodarstwa Kowalskich i Obuchiewiczów oraz dom Skoczylasów zamieszkujących pobliską wieś Rekówka. W domu tych ostatnich mieszkali także Stanisław i Marianna Kosiorowie z dziećmi.

    Żandarmi zaprowadzili mieszkańców do drewnianej chaty rodziny Obuchiewiczów. Siłą wepchnięto wszystkich do środka, zaryglowano drzwi i podłożono ogień. Z płonącego domu udało się wybiec poparzonej dziewczynce, 14-letniej Janinie Kowalskiej. Wtedy Niemcy otworzyli ogień, a ciało martwego dziecka wrzucili z powrotem do środka.

    Tuż po dokonaniu tej makabrycznej zbrodni, Niemcy kazali innym mieszkańcom wsi zakopać w jednym zbiorowym dole zwęglone szczątki sąsiadów. Po wojnie szczątki zamordowanych zostały ekshumowane i przeniesione do masowego grobu ofiar niemieckiego terroru, znajdującego się w Starym Ciepielowie.

    W 1992 roku (w 50. rocznicę mordu) odbyły się w Ciepielowie uroczystości, w czasie których wmurowano w miejscowym parku kamień węgielny pod przyszły pomnik.

    W 2009 roku nakręcony został dokument fabularyzowany opowiadający o wydarzeniach z Ciepielowa pt. „Historia Kowalskich”. Po premierze filmu (20 października 2009 roku), ówczesna pierwsza dama Maria Kaczyńska odznaczyła pośmiertnie zamordowanych Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

    Na zdjęciu:
    Bronisława i Adam Kowalscy wraz z dziećmi - Janiną (14l.), Zosią (12l.), Stefanem (7l.) i Heniem (4l.).

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #niemcy #gruparatowaniapoziomu #polska #zbrodnia #ciekawostki #kalendarium #rocznica #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Kowalscy.jpg

  •  

    TAJEMNICZA ŚMIERĆ NATALIE WOOD

    Urodzona w San Francisco (w roku 1938) Natasza Nikołajewna Zacharenko, córka rosyjskich imigrantów, nie miała łatwego dzieciństwa. Apodyktyczna matka prowadziła kilkuletnią dziewczynkę na każde przesłuchanie. Szybko objawił się talent Nataszy. W wieku 9 lat stała się znana jako Natalie Wood, wschodząca gwiazdka Hollywood. Trzy nominacje do Oskara uczyniły z niej wielką aktorkę, a takie filmy jak „Buntownik bez powodu” (1955) i „West Side Story” (1961) na trwałe zapisały się w historii kina. Ten sukces pozwolił przetrwać jej rodzinie.

    W miłości miała mniej szczęścia. Już samo wejście w dorosłość było dla niej traumatyczne, gdyż jako 15-latka została zgwałcona przez wielką gwiazdę ówczesnego kina Kirka Douglasa, który tym samym stał się jej pierwszym mężczyzną. Matka obawiając się, że skandal może zniszczyć karierę Natalie, wymusiła na córce milczenie. Sławny aktor nigdy nie odpowiedział za swój czyn.

    Potem nie było lepiej. O jej małżeństwach i rozwodach rozpisywała się prasa. Jej ostatnim mężem został Robert Wagner, jako aktor uwielbiany, jako człowiek szalenie apodyktyczny i zazdrosny. Było to ich drugie małżeństwo, tym samym jej pierwszy mąż został trzecim. To właśnie z nim spędziła ostatni listopadowy weekend 1981 roku na jachcie „Splendour” w pobliżu wyspy Catalina, niedaleko Los Angeles. Towarzyszył im aktor Christopher Walken, z którym wówczas Natalie kręciła film „Burza mózgów”.

    To, co wydarzyło się wtedy na jachcie do dziś pozostaje jedną z najmroczniejszych zagadek Hollywood. Wspólna impreza, podszyta alkoholem, lekami uspokajającymi, przemocą i zazdrością doprowadziła do tajemniczej śmierci Natalie Wood.

    29 listopada 1981 roku, krótko przed północą, Wagner ostro pokłócił się z Walkenem. Powodem awantury miała być Wood, którą mąż podejrzewał o romans z kolegą z planu. Kilka minut później 43-letnia aktorka zniknęła z pokładu w tajemniczych okolicznościach, wraz z nią zginęła szalupa ratunkowa. Jej ciało, dryfujące w pozycji pionowej z twarzą zanurzoną pod wodą, znaleziono kilka godzin później.

    Kobieta ubrana była jedynie w koszulę nocną, skarpetki i puchową kurtkę.Według oficjalnej wersji śmierć aktorki uznano za „nieszczęśliwy wypadek”. Pijana aktorka miała wpaść do wody podczas próby dostania się do nadmuchiwanej łódki. Nie było świadków tego wydarzenia, gdyż wszyscy uczestnicy imprezy, łącznie z kapitanem jachtu Dennisem Davernem, spali w swoich kajutach. Śledztwo zamknięto, wątpliwości pozostały.

    Przełom w sprawie nastąpił w roku 2011, gdy podczas wywiadu telewizyjnego, kapitan przyznał się, że tamtego tragicznego dnia skłamał podczas przesłuchania. Nie powiedział, że po awanturze z Walkenem, agresywny Wagner ostro kłócił się z żoną na pokładzie. Gdy Davern wyszedł do nich, aktor stał już sam. Powiedział tylko, że Natalie zniknęła. Nie próbował szukać żony, a także zabronił kapitanowi oświetlenia wody i powiadamiania służb o wypadku.

    Pierwszy meldunek Wagner nadał dopiero po 90 minutach od wypadku. Na jego kapitan zataił prawdę na temat ostatnich chwil życia Natalie Wood. Policja z Los Angeles natychmiast wznowiła śledztwo. Po 30 latach śledczy ponownie przyjrzeli się dowodom i raportowi z sekcji zwłok aktorki.

    Okazało się, że istnieją przesłanki, aby uznać śmierć Natalie nie za wypadek, ale za morderstwo. Nowy raport koronera, stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że na ciele aktorki znaleziono ponad dwadzieścia świeżych siniaków na nadgarstkach, twarzy i kolanach oraz zadrapania na szyi i czole. Oznaczało to, że Wood przed utonięciem została napadnięta. Nie było żadnych śladów stężenia pośmiertnego (które zwykle powstaje w czasie od 2 do 4 godzin po zgonie), za to treść jej żołądka wskazywała, że Natalie zmarła około północy, potwierdzając słowa kapitana o półtoragodzinnym opóźnieniu z powiadomieniem o wypadku. Na podstawie zbadanego poziomu moczu uznano, że aktorka była nieprzytomna zanim wpadła do wody.

    Koroner Thomas Noguchi stanowczo wykluczył, że przyczyną śmierci mogło być utonięcie lub hipotermia. Również Dennis Davern oskarżał o morderstwo Wagnera, który najpierw zmieniał swoją wersję wydarzeń, a potem uparcie milczał. Niedługo po tym policja opublikowała 10-stronicowy dodatek do raportu z autopsji, który ostatecznie wykluczył ustalenia śledczych sprzed 30 lat. Zmieniono w nim przyczynę śmierci z „wypadku” na „wypadek oraz inne nieokreślone czynniki”.

    Roberta Wagnera nie postawiono nigdy w stan oskarżenia, jednak kilka razy biuro szeryfa hrabstwa Los Angeles wzywało go do złożenia nowych wyjaśnień. Aktor za każdym razem odmawiał. Również Christopher Walken, obecny na jachcie tamtej nocy, do dziś twierdzi, że nic nie słyszał i nic nie widział. Lena Wood, siostra Natalie, wciąż walczy o prawdę. Na razie bezskutecznie…

    #wmrokuhistorii #historia #hollywood #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #usa #kobiety #ameryka #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Natalie wood.jpg

  •  

    188 lat temu...

    W nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku w Warszawie rozpoczęło się powstanie listopadowe - zryw niepodległościowy skierowany przeciwko rosyjskiemu zaborcy. Przez 10 miesięcy, 140 tysięcy ludzi prowadziło walkę z największą potęgą militarną Europy, odnosząc w niej poważne, lecz przejściowe sukcesy. Rozpoczęte w listopadową noc powstanie narodowe było największym wysiłkiem zbrojnym w polskich walkach wyzwoleńczych XIX wieku.

    Rządy cara Mikołaja I, łamanie przez niego konstytucji z 1815 roku, wprowadzenie cenzury, prześladowania organizacji patriotycznych – to główne przyczyny wybuchu powstania listopadowego. Do ujścia nastrojów rewolucyjnych doszło w nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku.

    O godzinie 18 podporucznik Piotr Wysocki wszedł do Szkoły Podchorążych Piechoty w Łazienkach i wyprowadził kadetów pod pomnik Jana III Sobieskiego. Ruszyli na Belweder, w którym urzędował Wielki Książę Konstanty, syn Piotra I, gubernator wojskowy Królestwa Polskiego. Chcieli dokonać zamachu na znienawidzonego namiestnika cara. Ten jednak zdołał uciec.

    1 grudnia 1830 roku na czele Towarzystwa Patriotycznego, domagającego się rozpoczęcia działań wojennych przeciwko armii rosyjskiej na terenie Królestwa, stanął Joachim Lelewel. Później doszło do powstania Rządu Tymczasowego, którego prezesem został książę Adam Czartoryski. W Rosji rozpoczęły się negocjacje w sprawie polskiej.

    Rosja była zaskoczona powstaniem – podkreślał prof. Jerzy Skowronek. – My czekaliśmy aż dojdzie do kompromisu, w związku z czym nie wypadało walczyć.

    Historycy uważają takie zachowawcze działanie za błąd. Do Petersburga został wysłany książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki. Tam miał domagać się od Mikołaja I respektowania postanowień konstytucji z 1815 roku, ale przede wszystkim natychmiastowego opuszczenia przez wojska rosyjskie terytorium Królestwa Polskiego. Car wprowadził stan wojenny na ziemiach zabranych i kazał Iwanowi Dybiczowi stłumić powstanie. Mimo to wciąż mieliśmy szansę na zwycięstwo.

    Ostatecznie powstanie listopadowe, które przekształciło się w wojnę polsko-rosyjską, upadło 21 października 1831. Największym zagrożeniem dla tego ruchu wyzwoleńczego nie była wcale ogromna armia rosyjska, a bierna postawa polskich dowódców. Dyktator powstania, Józef Chłopicki po żądaniach cara w sprawie kapitulacji sił polskich 17 stycznia 1831 złożył rezygnację. Z kolei Adam Czartoryski był przeciwnikiem jakichkolwiek zmian oraz w ogóle samego powstania.

    Źródło:
    "powstanie listopadowe - klęska na własne życzenie"

    Na zdjęciu:
    Obraz Wojciecha Kossaka "Starcie belwederczyków z kirasjerami rosyjskimi na moście w Łazienkach"

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #polska #gruparatowaniapoziomu #xixwiek #powstanielistopadowe #ciekawostkihistoryczne #kalendarium #rocznica
    pokaż całość

  •  

    126 lat temu...

    29 listopada 1892 w Tallinie (Estonia) przyszedł na świat Karl Arnold Waldemar Majewski - Polak, który został bohaterem Finlandii.

    Jego ojciec, Aleksander Majewski, pochodził ze starej polskiej rodziny wojskowej i służył w Imperialnej armii rosyjskiej, a następnie osiadł w Helsinkach. Matka Arnolda, Irene Hellman pochodziła z Finlandii.

    Arnold Majewski rozpoczął karierę wojskową, walcząc w fińskiej wojnie domowej w kawalerii białej armii. Pozostał w wojsku, ukończył szkolenie oficerskie, a później został kapitanem kawalerii.

    W czasie "wojny zimowej" (od 30 listopada 1939 do 13 marca 1940) był dowódcą batalionu w Karelii i walczył w bitwie pod Kollaą. Szybko stał się znany jako odważny oficer, który nigdy nie bał się narażać na ogień wroga. Zasłynął śmiałym, długim na 100 km, zimowym wypadem dwu-batalionową grupą bojową (1286 ludzi i 268 koni) na tyły wroga, gdzie w styczniu 1942 zniszczył strategiczne połączenie kolejowe do Murmańska. Majewski został ciężko ranny tuż przed końcem wojny, kiedy szrapnele trafiły go w ramię, klatkę piersiową i szyję. Po zakończeniu wojny został awansowany.

    W radziecko-fińskiej "wojnie kontynuacyjnej" (od 25 czerwca 1941 do 19 września 1944) walczył na froncie Rukajärvi, gdzie stał się znany jako jeden z najodważniejszych dowódców. Został awansowany na podpułkownika w kwietniu 1942 roku. Wielka odwaga Arnolda Majewskiego, często połączona ze skrajną brawurą, okazała się wkrótce dla niego.

    10 października 1942 roku pokazywał fotografom wojennym pole walki, na którym niedawno odepchnięto ciężki atak wroga. Reporterzy sporządzający dokumentację nie mogli skutecznie policzyć martwych ciał na polu walki. Gdy ukryci w okopach bezradnie patrzyli przez peryskop, Majewski wyszedł z rowu i zaczął osobiście liczyć ciała na "ziemi niczyjej". Zdążył naliczyć 30 ciał, gdy został trafiony przez sowieckiego snajpera. Kula przeszła przez szczękę i gardło, rozrywając mu szyję.

    Arnold Majewski został pochowany na cmentarzu rodzinnym w miejscowości Turku (*). Dziś uważany jest w Finlandii za jednego z największych bohaterów tego kraju.

    Żona Arnolda Majewskiego (ur. 1916) dożyła późnej starości. Zmarła w wieku 99 lat, 12 marca 2015 w fińskim Porvoo.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #finlandia #ciekawostkihistoryczne #swiat #kalendarium #rocznica #iiwojnaswiatowa #wojna
    pokaż całość

  •  

    MORD UPA POD BEŁŻCEM

    16 czerwca 1944 roku siły Ukraińskiej Powstańczej Armii z zimną krwią zamordowały kilkudziesięciu Polaków jadących pociągiem osobowym z miejscowości Bełżec do Rawy Ruskiej.

    Do masakry doszło w okolicach wsi Zatyle (dziś województwo lubelskie). Banda ukraińskich zbrodniarzy dowodzonych najprawdopodobniej przez Dmytra Karpenkę ps. „Jastrub” około godziny 7 rano zatrzymała jadący pociąg. Ukraińcy przebrani w niemieckie mundury weszli na tory, a będący z nimi w zmowie ukraiński maszynista Zachariasz Procyk, zatrzymał skład.

    Zbrodniarze wtargnęli do pociągu. Najpierw legitymowali wszystkich pasażerów, aby oddzielić Polaków od Ukraińców. Tych pierwszych w bestialski sposób zamordowali nie oszczędzając nawet kobiet i dzieci. Drugich wypuścili. Z zachowanych relacji wynika, że przed dokonaniem mordu Polaków bito kolbami karabinów i okradano ich z posiadanych rzeczy. W swoim morderczym amoku jedną z Polek, która była w ciąży, przybili bagnetami do ziemi, a następnie rozpruli jej brzuch. Zaledwie kilku osobom udało się jakimś cudem przeżyć.

    Po masakrze ciała zamordowanych zostały przewiezione drezyną do Bełżca. Tam dokonano identyfikacji części z nich. Kilka dni później odbył się w Tomaszowie Lubelskim pogrzeb części ofiar ukraińskich bestii, który ze względu na ogrom bestialstwa i jego skalę, zamienił się w patriotyczną manifestację.

    Historycy spierają się dziś o liczbę zamordowanych wówczas Polaków. Ich szacunki wahają się od 41 do 70 osób.

    Na zdjęciu:
    Polacy zamordowani przez ludobójców z OUN-UPA w Bełżcu. Las przy torze kolejowym.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ukraina #upa #mordercy #zbrodnia #iiwojnaswiatowa #kresy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #wojna
    pokaż całość

    źródło: Mord w Belzcu.jpg 18+

  •  

    POWSTANIE ŁÓDZKIE - ROBOTNICY KONTRA IMPERIUM ROSYJSKIE

    22 czerwca 1905 roku wybuchło pierwsze w historii Imperium Rosyjskiego powstanie, głównie polskich i żydowskich robotników, na terenie rozwijającej się w tym okresie Łodzi. Do historii przeszło pod nazwą "łódzkie" lub "czerwcowe". Zryw ten miał miejsce w ramach ogólnokrajowej Rewolucji 1905 roku.

    Niezadowolenie społeczne, wynikające z przegranej wojny z Cesarstwem Japonii, głęboki kryzys gospodarczy, prawie czternastogodzinny dzień pracy (najwięcej w Europie) oraz bardzo niskie płace pogłębiły nastroje antycarskie oraz wzmocniły w Królestwie Kongresowym (Polskim) dążenia do zaprzestania rusyfikacji w szkołach oraz niepodległości kraju (oprócz domagania się praw dla pracowników fabryk, sama rewolucja miała także charakter niepodległościowy).

    Wszystko zaczęło się w pod koniec stycznia 1905 roku. W Petersburgu (ówczesnej stolicy Rosji) zebrało się przed Pałacem Zimowym około dwustu tysięcy ludzi, domagających się zakończenia wojny z Japonią oraz poprawy ekonomicznej dla robotników.

    Przebywający w Carskim Siole Mikołaj II postanowił nie prowadzić rozmów z demonstrantami. Rozkazał rozpędzić tłum przy pomocy carskiego wojska oraz kozaków. Zginęło kilkaset osób. Wieść o tej krwawej demonstracji szybko ogarnęła całą Rosję, w tym Łódź.

    Jeden z większych początkowych protestów odbył się kilka dni po „Krwawej niedzieli”. Stutysięczny tłum, protestując przeciwko cenzurze i domagający się wyborów do Dumy Państwowej, maszerował ulicami miasta bardzo spokojnie, za to 1 lutego robotnicy, żądający wypłaty zaległej tygodniówki, stoczyli z Kozakami jedną z pierwszych potyczek, która zapoczątkowała ideę walki z caratem.

    Na przełomie stycznia i lutego zginęło wtedy około 19 osób. 12 kwietnia zaczęły powstawać pierwsze barykady robione przez strajkujących na głównych ulicach. Bunt ludności miasta trwał…

    Nastał maj. Podczas „Dnia Pracy” strajkowało około 30 tysięcy ludzi. Od tej chwili główne pochody oraz marsze były organizowane przez partie socjalistyczne – PPS, Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy oraz Bund. Demonstracje organizowane były także na pogrzebach. 26 maja odbył się pochówek robotnika zastrzelonego przez Kozaków przed zakładami Grohmana – Jana Grabczyńskiego. Wzięło w nim udział 50 tysięcy osób.

    W czerwcu strajki oraz napięta sytuacja doprowadzały do coraz gorszych wydarzeń. 18 czerwca, kilka dni przed wybuchem zbrojnego powstania, Kozacy zaatakowali w lesie łagiewnickim kilkaset osób wracających z jednej z demonstracji. Zginęło 5 osób, a rannych zostało ponad 40. Dwa dni później, w czasie pogrzebu ofiar poprzedniego protestu, doszło do masakry, podczas której tragiczną śmierć poniosło 21 osób.

    Dzień po wybuchy powstania w Łodzi wzniesiono już 100 barykad. Zbyt słabe uzbrojenie robotników nie mogło powstrzymać przedzierania się wojsk carskich przez tereny „okupowane” i niszczenie barykad, co doprowadziło do ciężkich walk, szczególnie na dawnej już ul. Południowej.

    Ostatnie barykady padły 24 czerwca na ulicy Wschodniej, po wielkich starciach z Rosjanami. W ciągu dwóch dni zginęło 151 osób a kilkaset zostało rannych. Car Mikołaj wprowadził w powiecie łódzkim oraz w samej Łodzi stan wojenny. Gdzieniegdzie trwały jeszcze potyczki na ulicach, nie miały już one jednak większego znaczenia…

    Powstanie łódzkie („czerwcowe”) stanowczo potępił ówczesny papież Pius X.

    Na pamiątkę tych wydarzeń, ulica Południowa została nazwana ulicą Rewolucji 1905. W 1975 roku odsłonięto Pomnik Czynu Rewolucyjnego w parku na łódzkim Zdrowiu. W Łodzi znaleźć można także wiele innych miejsc, związanych z tymi wydarzeniami...

    Na zdjęciu:
    Pomnik w Łodzi upamiętniający Rewolucję 1905 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #polska #rosja #xxwiek #lodz #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Pomnik_1905.jpg

  •  

    "Historia po niemiecku, przez Niemców pisana"

    "DER SPIEGEL": ENIGMĘ ZŁAMALI BRYTYJSCY SZACHIŚCI

    Niemiecka gazeta "Der Spiegel" zamieściła na swoich łamach artykuł o "złamaniu" kodów maszyny szyfrującej Enigma - niemieckiej przenośnej elektromechanicznej maszyny szyfrującej, opartej na mechanizmie obracających się wirników, skonstruowanej przez Artura Scherbiusa. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że całkowicie pominięto w tym sukcesie udział Polaków, czyli trójki znakomitych matematyków i kryptologów: Mariana Rejewskiego, Henryka Zygalskiego oraz Jerzego Różyckiego – ludzi, którzy rzeczywiście złamali szyfr Enigmy.

    Po "złamaniu" Enigmy, o czym napisał Kacper Śledziński w książce „W tajnej służbie. Wojna wywiadów w II RP”, Polacy przez dłuższy czas nie informowali o tym sukcesie swoich sojuszników. Uczynili to dopiero na kilka dni przez wybuchem II wojny światowej.

    Dziś niemieckie media starają się wszelkimi sposobami zmieniać historię II wojny światowej w taki sposób, aby umniejszać sukcesy Polaków. Nie mają natomiast oporu przed oskarżaniem nas o antysemityzm i współudział w Holokauście Żydów.

    We wspomnianym wyżej artykule"Der Spiegel" za ojców sukcesu uznał brytyjskich agentów wywiadu oraz szachistów. Do tego grona dołączono również brytyjskiego matematyka Alana Turinga, podkreślając jednocześnie fakt, że Turing był homoseksualistą, co w "nietolerancyjnej" ówcześnie Wielkiej Brytanii uznawano za przestępstwo. "Der Spiegel" wspomina też o tragicznym życiu Alana Turinga, który z powodu tej "nietolerancji" oraz przymusowemu zabiegowi "chemicznej kastracji"popadł w depresję i w roku 1954 popełnił samobójstwo.

    O Polakach i ich pracy przy "złamaniu" Enigmy Niemcy napisali niewiele, poświęcając naszym rodakom zaledwie jedno(!) zdanie. Możemy w nim przeczytać, że:

    "brytyjskim kryptologom pomogła mistrzowska praca polskich specjalistów z grupy matematyka Mariana Rejewskiego".

    Tylko tyle i aż tyle...

    Źródło:
    "Der Spiegel"

    Na zdjęciu:
    Enigma na wystawie w Muzeum Techniki w Warszawie.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #niemcy #propaganda #iiwojnaswiatowa #swiat #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #polska #enigma #wojna
    pokaż całość

    źródło: Enigma.jpg

  •  

    PRZEKLEŃSTWA I WULGARYZMY. SKĄD SIĘ WZIĘŁY?

    Przekleństwa, wulgaryzmy, brzydkie wyrazy – wszyscy je znamy i niemal wszyscy stosujemy. Czy jednak wszyscy wiemy skąd się wzięły? Bywało tak, że dawniej wyraz uważany za obraźliwy z czasem stracił lub zmienił swoje wulgarne znaczenie. I na odwrót – słowo, które dziś stosujemy z dumą, kilka wieków temu oznaczało coś zupełnie przeciwnego…

    „KIEP”

    W przeszłości słowo kiep oznaczało kobiecy srom i było jednym z najgorszych przekleństw jakich można było użyć w stosunku do innej osoby. W epoce renesansu “kiepem” określano zniewieściałego lub tchórzliwego mężczyznę. Właśnie od tego starego wulgaryzmu pochodzi słowo “kiepski”.

    „KUTAS”

    Dziś to po prostu wulgarne określenie męskiego członka. Dawniej wyraz ten był dość pospolitym słowem, używanym przez wszystkich. Oznaczał ozdoby z nici, sznurka lub wełny w kształcie frędzla – często stanowił dolne wykończenie co bogatszych szamerunków stosowanych w mundurach wojskowych i habitów. Był także elementem ozdobnym niektórych rodzajów czapek (np. szlafmycy) i zasłon.

    „CHAM”

    Słowo bardzo często używane przez ludzi na określenie osoby, która zachowuje się bezczelnie i niegrzecznie. Mało kto wie, że Cham to imię najmłodszego z synów biblijnego Noego. Od jego imienia powstała nazwa ludu Chamitów. Noe przeklął swojego syna za niesubordynację i brak szacunku. Imię jego syna stało się zatem określeniem negatywnym, które znamy dzisiaj. Dawniej „cham” było pogardliwym określeniem chłopa niskiego stanu (parobka).

    „KURWA”

    Wbrew powszechnemu przekonaniu nie wywodzi się do łacińskiego "curva" (czyli "krzywa"), ale ma korzenie czysto słowiańskie. Ten niezwykle popularny dzisiaj wyraz wziął się od staropolskiej nazwy „kur”, czyli kogut. Pierwszy dokument z zapisanym słowem „kurwa” pochodzi z roku 1415 roku. Według Andrzeja Bańskowskiego to obelżywe słowo oznaczało pierwotnie dojrzałą kobietę niezamężną. Stąd właśnie wywodzi się wulgarne słowo „skurwysyn” („syn z kurwy” lub „kurwi syn”), czyli „syn samotnej kobiety i nieznanego ojca, bękart-wyrzutek, dziecko nie należące do rodu”. Prostytutki zaczęto określać tym słowem już w XVI wieku.

    „DUPA”

    Dziś to po prostu wstydliwa część ciała lub człowieka niezaradnego. Wyraz ten pochodzi od starosłowiańskiego słowa „dupło” – zagłębienie, dziura, strzelić z dupy, dziupla. W XIII wieku określenie „dupna mogiła” oznaczało pusty grób. Z czasem słowa tego zaczęto używać w znaczeniach, jakie dziś wszyscy znają.

    Kiedyś to słowo oznaczało dziuplę w drzewie, wgłębienie w skale, w ziemi bądź w ludzkim ciele. Do dzisiejszych czasów dupa to po prostu “tyłek”. Obecnie jednak słowa używa się w wielorakim kontekście. Określa się nim człowieka niezaradnego “ale z ciebie dupa”, ładną dziewczynę lub partnerkę – i w tym przypadku zdania są podzielone, ponieważ dla jednych jest to komplement, dla innych obraza.

    „CHOLERA”

    To dziś jedno z lżejszych przekleństw, jednak nie zawsze tak było. W czasach, gdy zdarzały się pandemie cholery, życzenie jej komuś było wyrazem głębokiej nienawiści. Życzenie komuś, aby „wzięła go cholera” to tak naprawdę życzenie komuś śmierci – było uważane za „przekleństwo”, czyli próbę rzucenia na kogoś uroku. Samo słowo „cholera” pochodzi od starogreckiego „cholera”, którym pionierzy medycyny tacy jak Pliniusz czy Plutarch określali wymioty żółcią.

    „PIERDOLIĆ”

    To przekleństwo ma ogromną ilość znaczeń. Może opisywać stosunek płciowy, gadanie głupot czy lekceważenie czegoś lub kogoś. Pochodzi od słowa „pierdoła”, dawnego określenia osoby źle wykonującej swoją pracę lub lekceważącego swoje obowiązki. Czasami określano tak również osoby, które często „puszczały gazy”. Dziś „pierdoła” to ktoś niezdarny, ślamazarny lub niedołężny.

    „KOBIETA”

    Na koniec słowo o historii całkowicie odmiennej niż wszystkie powyższe. Wszyscy wiemy, co oznacza – jednak niewiele osób wie, skąd się wzięło… Wyraz ten pojawił się dopiero w XIX wieku wypierając wcześniejsze powszechnie używane określenia na płeć piękną takie jak „niewiasta” czy „białogłowa”. Wcześniej było mianem obelżywym, uwłaczającym przedstawicielkom płci pięknej.

    Wyraz „kobieta” pochodzi od staropolskich słów „kob”, czyli „chlew” (obrządzanie świń należało do obowiązków kobiecych) oraz „koba”, czyli „kobyła”. Dziwna końcówka „-ieta” zgadza się z końcówkami XVI-wiecznych imion żeńskich, takich jak „Bieta”, „Elżbieta”, „Markieta”. Z biegiem czasu ten staropolski wulgaryzm nabrał neutralnego znaczenia, całkowicie zatracając swój negatywny charakter…

    #wmrokuhistorii #ciekawostki #historia #polska #jezykpolski #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #przeklenstwa
    pokaż całość

    źródło: TDD2.jpg

  •  

    KAPITAN THOMPSON - DŻENTELMEN, KTÓRY ZOSTAŁ PIRATEM

    W roku 1820, kiedy José Francisco de San Martín y Matorras, generał argentyński i przywódca powstania narodów Ameryki Południowej przeciw hiszpańskiemu panowaniu, wraz ze swoimi oddziałami zmierzał w stronę Limy, stolicy Peru, Hiszpanie postanowili wywieść i ukryć cały znajdujący się tam „Skarb Limy”. Joaquín de la Pezuela, wicekról Wicekrólestwa Peru, w porozumieniu z przedstawicielami 50 kościołów w mieście, zdecydował wszystkie kosztowności, złoto i klejnoty przenieść na statek cieszącego się dużym poważaniem brytyjskiego żeglarza – kapitana Williama Thompsona.

    Według oryginalnego wykazu inwentarza, na statek „Mary Dear” załadowano 113 złotych religijnych posągów, w tym naturalnej wielkości statuę Matki Boskiej, 200 skrzyń z klejnotami, 273 miecze ze zdobionymi rękojeściami, 1000 brylantów, szczerozłote korony, 150 kielichów mszalnych oraz setki złotych i srebrnych sztabek. Kapitan Thompson otrzymał rozkaz wypłynięcia na wody Oceanu Spokojnego z portu Callao i pozostawania z dala od brzegu, aż do momentu, gdy sytuacja w Limie unormuje się i będzie możliwy powrót „Skarbu Limy”.

    Pokusa przejęcia ładunku o wartości 160 milionów funtów okazała się silniejsza niż oficerski honor. Którejś nocy ludzie Thompsona obezwładnili sześciu hiszpańskich strażników i poderżnęli im gardła. Po wyrzuceniu ciał za burtę, kapitan obrał kurs na Wyspę Kokosową, gdzie zakopano ładunek. Gdy wieści o przechwyceniu ładunku i zabiciu strażników dotarły do Hiszpanów, natychmiast wyruszono w pościg za „Mary Dear”. Po schwytaniu piratów, wszystkich powieszono podczas publicznej egzekucji.

    Istnieje także inna wersja tej historii. Według niej Kapitana Williama Thompsona i jego pierwszego oficera ocalono w zamian za wskazanie miejsca ukrycia „Skarbu Limy”. Thompson zabrał Hiszpanów na Wyspę Kokosową, jednak po zejściu na ląd, wraz z pierwszym oficerem uciekli w głąb wyspy i ukryli się w gęstej dżungli. Nigdy ich nie odnaleziono.

    Podobno rok później piraci zostali zabrani z wyspy przez jeden z przepływających tamtędy statków. Kilkadziesiąt lat później kanadyjski żeglarz John Keating twierdził, że poznał Williama Thompsona na Kubie w latach 40. XIX wieku i zaprzyjaźnił się z nim. Kapitan zdradził mu miejsce ukrycia skarbu, który Keating w końcu odnalazł i jego niewielką część zabrał ze sobą.

    Trudno dziś zweryfikować, czy kanadyjski żeglarz mówił prawdę. Nie istnieją żadne świadectwa tego wydarzenia, nie było też świadków, którzy widzieliby jakikolwiek cenny przedmiot, będący w posiadaniu Keatinga.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #skarb #piraci #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #xixwiek #peru #swiat
    pokaż całość

    źródło: Thompson.jpg

  •  

    Historia do odwiedzenia:

    ZAMEK BECKOV (Słowacja)

    Beckovský hrad (wcześniej Castrum Blundix, Blundus, Blondich, Bolondus, Bulunduz, Bolondóc) wznosi się na 70-metrowej wapiennej skale, na wysokości 245 m n.p.m. Kronika węgierska Gesta Hungarorum z XII wieku wspomina już o nim jako o starej twierdzy, lecz być może chodziło o wcześniejszy obiekt, a badania archeologiczne potwierdzają istnienie osadnictwa w tym miejscu już w kulturze lateńskiej. Dzisiejszy, kamienny obiekt zbudowano prawdopodobnie w XIII wieku.

    Zamek był jednym z licznych zamków położonych nad Wagiem i strzegącym brodu oraz granic Królestwa Węgier.

    Jeszcze pod koniec XIX wieku na zamkowych ścianach widoczne były duże fragmenty dekoracji, z powodu których w dawnej kaplicy zamontowano prowizoryczny dach, który jednak z czasem także zniszczał. Dopiero w latach 70. XX wieku ruiny doczekały się zainteresowania specjalistów i władz – w 1970 został uznane za Narodowy Zabytek Kultury (słow. Národná kultúrna pamiatka), a do 1976 roku przeprowadzono rozległe prace archeologiczne oraz konserwacyjne, jednak, w przeciwieństwie do wielu innych zamków słowackich, nie dokonano jego odbudowy, a jedynie zabezpieczono istniejące pozostałości.

    W latach 90. został udostępniony publiczności do zwiedzania (w okresie kwiecień-listopad). Kolejne prace konserwacyjne wraz z częściową rekonstrukcją ruiny przeszły w latach 2010-2012.

    #wmrokuhistorii #historia #zabytki #slowacja #zamki #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #podroze #ciekawostkihistoryczne #turystyka #swiat
    pokaż całość

    źródło: Beckov.jpg

  •  

    LIZZIE BORDEN - DZIEWCZYNA Z SIEKIERĄ

    4 sierpnia 1892 roku Andrew Borden i jego druga żona zostali zamordowani w swoim domu, w Fall River (stan Massachusetts, USA). Pierwsza zginęła Abby. Podczas sprzątania salonu kobieta otrzymała dziewiętnaście ciosów toporem w głowę. Dwie godziny później podobny los spotkał jej męża. Śpiącemu mężczyźnie zadano jedenaście ciosów tym samym narzędziem. Połowa jego czaszki została odcięta, a jedno z uderzeń rozpłatało oko na dwie części.

    O morderstwa oskarżono 32-letnią Lizzie Borden, która jako jedyna miała powód, by zabić swojego ojca i macochę. Dowody jednoznacznie wskazywały na nią. W piwnicy domu znaleziono topór, a Lizzie krótko po morderstwach spaliła jedną ze swoich sukni, którą rzekomo pobrudziła czerwoną farbą. Mimo, że pierwsza odkryła zwłoki, jej zachowanie nie zdradzało oznak szoku lub zdenerwowania. W swoich zeznaniach często podawała sprzeczne informacje i wielokrotnie zmieniała wersje wydarzeń.

    Motyw był jasny. 70-latek zapisał połowę ogromnego majątku swojej żonie. Spotkało się to z ostrym sprzeciwem Lizzie i jej siostry Emmy. Kobiety obawiały się utraty majątku. W dzień morderstwa Andrew zamierzał przepisać swojej żonie resztę dobytku, a bezrobotnym córkom pozostawić jedynie skromną rentę. Nie zdążył…

    Jako, że Emma w tym dniu przebywała poza miastem, dla policjantów stało się jasne, że morderczynią jest Lizzie. Kobieta została aresztowana. Nie przyznała się jednak do winy. Jej proces przeszedł do legendy i już na zawsze stał się częścią amerykańskiego folkloru. Nawet w dziecięcych wierszykach kobieta wciąż nazywana jest „dziewczyną z siekierą”.

    Rozprawą morderczyni żyła połowa Ameryki, a opinia publiczna od razu wydała wyrok skazujący. Wszyscy przeżyli szok, gdy ława przysięgłych uniewinniła kobietę z powodu niewystarczających dowodów.

    Lizzie Borden była wolna, jednak wszyscy jej bliscy odsunęli się od niej. Zmarła samotnie w roku 1927. Raz tylko odwiedziła ją siostra. Kobiety rozmawiały krótką chwilę. O czym? Nie wiadomo. Jednak kilka dni później Emma popełniła samobójstwo. Podobno w ostatniej rozmowie Lizzie opowiedziała co tak naprawdę wydarzyło się w ich domu przy 92 Second Street w Fall River…

    #wmrokuhistorii #historia #usa #zbrodnia #ciekawostki #kobiety #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne #xixwiek
    pokaż całość

  •  

    „Ten kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości.” - Józef Piłsudski

    11.11.1918 – 11.11.2018

    100 lat temu Polska odzyskała niepodległość po 123 latach cierpienia, tułaczki, historycznej poniewierki! Dziś wszyscy razem możemy wspólnie świętować najpiękniejszą rocznicę – na przekór wrogom, zdrajcom i siłom, które w sposób jawny lub skryty doprowadziły do naszego 123-letniego niebytu.

    100 lat temu Polska wróciła na mapę świata. Jak powiedział ostatnio Mel Gibson – wróciła do domu! Długa to była droga, wyboista, pełna zakrętów. Na końcu tej drogi czekała jednak upragniona wolność. Zapłacić za nią trzeba było bólem, cierpieniem i krwią naszych bohaterów. Wysoka to była cena ale warto było te koszty ponieść. Pamiętajmy o naszej przeszłości, cieszmy się naszą teraźniejszością i dbajmy o naszą przyszłość. Polska na to zasługuje!

    „W mroku historii” życzy wszystkim czytelnikom, zarówno tym stałym, jak i przypadkowym gościom – radosnego świętowania. Świętowania pełnego dumy i miłości do Polski!

    #wmrokuhistorii #polska #100lecieniepodleglosci #historia #ojczyzna #rocznica #niepodleglosc #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: 100PL.jpg

  •  

    SMOKI DOBRE NA WSZYSTKO, CZYLI LEKI ZE SMOCZEJ APTEKI

    Z gawędami, bajkami czy legendami o smokach spotkać się można w pismach wielu narodów Europy i Azji już od najdawniejszych czasów - opowiadali o nich Sumerowie, Asyryjczycy, Persowie i Hindusi. Występują w mitach o stworzeniu świata, pojawiają się w dziejach dawnych Słowian i Germanów. W europejskiej symbolice smok ucieleśniał zło, nieszczęście, grozę i cierpienie. Zgoła inaczej przedstawiano je we wschodniej Azji - smok do dziś uchodzi tam za symbol szczęścia, sprawiedliwości i urodzaju. Choć dziś smoki traktowane są jako fikcyjne stworzenia, kiedyś wiara w nie była niepodważalna. Wierzono również, że wszelkie smocze specyfiki są wstanie uleczyć dosłownie wszystko...

    Według legend, nie tylko dzielni rycerze mieli do czynienia ze smokami. Zwykli ludzie także stykali się z tymi bestiami i to w codziennym życiu. A popyt na wyroby z ziejących ogniem stworzeń był ogromny. W aptekach sprzedawano „sanguis draconis” - smoczą krew. Była to żywiczna, czerwono-brązowa substancja, bezzapachowa i bezsmakowa, zmielona na proszek. Pozyskiwano ją z łupin owoców wschodnioindyjskich palm Calamus Draco, lub z pociętych pni rośliny Dracaena Draco L., która rosła na Wyspach Kanaryjskich.

    Św. Hildegarda, przeorysza klasztoru benedyktynek w Disibodenbergu (1098-1179), zalecała chorym, którzy cierpieli na kamicę, pić smoczą krew. Krew należało przechowywać w jakimś wilgotnym miejscu, żeby trochę tą wilgocią nasiąkła. Potem trzeba było ja dolać do wody, która od krwi się zagrzewała. Pić ją nakazywano na czczo, przez 9 dni i zaraz potem coś zjeść. Św. Hildegarda jednak ostrzegała przez używaniem czystej smoczej krwi, bo groziło to człowiekowi nagłą i bolesną śmiercią.

    Interesująca legenda wiąże się z założeniem benedyktyńskiego klasztoru w Wiltenie, na przedmieściu Insbrucku. Założyć miał go olbrzym Heymo, krótko po tym jak zabił okrutnego smoka, pilnującego miasta. W miejscu, gdzie smok został zabity, zaczęła wyciekać z ziemi czarna, ohydnie pachnąca „smocza krew”, której ludzie z powodzeniem używali do leczenia rozmaitych chorób stawów i skóry. Dzisiaj wiadomo, że ta „smocza krew” to olej ziemny (tzw. ichtiol), który zawiera triasowe łupki bitumiczne. Wierzono też, że w mózgu smoka znajduje się „smoczy kamień”, który jako niezastąpiony środek przeciwko wszelkim truciznom, był wysoko ceniony. Jeśli został wyjęty z głowy smoka za życia, ten kto go posiadał, nie musiał się obawiać otrucia.

    Wysokie ceny osiągał magiczny proszek z zębów smoka, rzekomo o działaniu odmładzającym. Lecznicze właściwości smoczych szczątków badał i opisał lekarz z Preszowa (dzisiejsza Słowacja), Johann Paterson Hain (1615-1675). Smocze kości z okolicznych jaskiń pozyskiwał od miejscowych obywateli, albo ich sam poszukiwał. Wyniki badań publikował w czasopiśmie „Miscellanea medico-physica Academiae Naturae Curiosorum sive Ephemeridum medico-physicarum Germanicarum curiosarum”, które wydawało niemieckie towarzystwo przyrodoznawcze. W jednym z numerów wspomniał o jaskini Aksamitka koło Haligowiec, którą uważano na przybytek smoków, ponieważ znajdowano w niej mnóstwo „smoczych” kości:

    „Kości znalazł w bardzo głębokiej i bardzo długiej jaskini niedaleko klasztoru kartuzów koło Dunajca... W górach Karpat jest jaskinia niemal zapełniona kośćmi, jak mówią letni pasterze owiec. Także mówią, że te bestie umierają jedna na drugiej, kiedy są mianowicie zmożone chorobą i szukają ulgi, stąpają po leżących kościach, a kiedy zawieje po jamach i rozpadlinach wiatr, zwierzę tak sobie odpocznie, że aż tam zdechnie i powiększy kupę innych padlin. Mówi się, że bestia w nocy wychodzi, a niekiedy się tam ukrywa... Powiadają, że jakiś Włoch przyszedł do tej jaskini, magicznymi sztuczkami wyprowadził z niej smoka, siadł na niego i odleciał.”

    W roku 1672 Hain napisał:

    „Wieśniak, który odwiedza smocze dziury, doniósł był prześwietnemu panu hrabiemu Władysławowi Rakoczemu cały szkielet z kości młodego smoka. Te to zmielone kości sprzedawano przeciwko padaczce.”

    O „smoczych kościach” w jaskini koło Haligowiec pisał również polski geograf Stanisław Duńczewski około 1760 roku, powołując się na Macieja Bela. Kości i zęby znajdowane w jaskiniach należały oczywiście do wymarłych zwierząt. Ich poszukiwacze uzyskiwali za swoje znaleziska dobre ceny, dlatego wiele kości, które mogły być obiektem badań paleontologicznych, bezpowrotnie przepadło. Ogromną rolę smoki odgrywały także w chińskiej medycynie ludowej. We wszystkich aptekach można było kupić „smocze” kości i zęby - na choroby serca, nerek i krążenia, jak również na upławy, gorączkę i suchoty. Najdroższy był proszek ze smoczych zębów, który był ulubionym środkiem odmładzającym. W rzeczywistości były to jednak kości i zęby dawno wymarłych zwierząt. Chińscy aptekarze kupowali kości od poszukiwaczy, którzy z tego mieli spore dochody, więc znaleziska ukrywali i uniemożliwiali do nich dostęp paleontologom.

    Na zdjeciu:
    XIX-wieczny obraz „Św. Jerzy i smok” pędzla Gustave Moreau.

    #wmrokuhistorii #historia #smoki #legendy #medycyna #sredniowiecze #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    PAWEŁ II - PAPIEŻ Z PRZYMUSU

    Zdarzało się czasami, że papieżem zostawała osoba, która w ogóle tego nie chciała. Urodzony w Wenecji, 23 lutego 1417 roku, Pietro Barbo chciał zostać kupcem – tak jak jego ojciec Niccolo. Nie marzył o byciu Ojcem Świętym. Mało tego, Pietro nie chciał być nawet duchownym. Jednak jego wuj, papież Eugeniusz IV, nie liczył się w ogóle ze zdaniem swojego bratanka. Widział w nim swojego następcę i robił wszystko, by swój plan zrealizować.

    Wbrew swojej woli Barbo został najpierw archidiakonem Bolonii i biskupem Cervii. Potem posypały się kolejne stanowiska. W roku 1451 został biskupem Vicenzy, później biskupem Padwy (1459-60). Na konklawe po śmierci papieża Piusa II, w roku 1464, Pietro nie chciał przybyć. Po namowach zgodził się i został wybrany papieżem już po pierwszym głosowaniu. Nawet z wyborem swojego papieskiego imienia miał problemy…

    Słynący ze swojej urody Pietro początkowo chciał przyjąć imię Formozus („formosus” po łacińsku znaczy „piękny”), później Marco (na cześć weneckiego okrzyku bojowego), jednak odwiedziony od tych pomysłów został Pawłem II. Ludzie z jego najbliższego otoczenia częściej mówili o nim Narcyz, ponieważ bardzo często papież siadał przed lustrem i przyglądał się własnemu odbiciu. Z czasem dorobił się także innych niechlubnych przydomków, związanych z cechami swojego charakteru. Kardynałowie mówili o nim „Pia Maria” („Pobożna Maria”), gdyż słynął z wielogodzinnych modlitw, podczas których zamykał się w swoich komnatach. Dużo mniej przychylnym określeniem Pawła II był przydomek „Dolore Domina Nostra” („Nasza Pani Bolesna”), który wyśmiewał jego bardzo zniewieściały sposób bycia i fakt, że papież zaczynał płakać z byle powodu – nawet gdy spotykał się z najdelikatniejszą odmową.

    Od początku swojego pontyfikatu Paweł II nie przywiązywał najmniejszej uwagi do swoich papieskich obowiązków. Chciał jedynie być podziwiany przez wiernych. Stworzył swój dwór, wzorowany na dworach książęcych. Uwielbiał przepych i bogactwo. Kazał zrobić dla siebie tiarę, która swoją wartością przewyższała jego własny dom. Z watykańskiego skarbca wynosił ogromne ilości ozdób i klejnotów, które układał w swoim łożu. Całymi nocami oglądał wszystkie swoje kosztowności w towarzystwie swoich męskich faworytów, których hojnie nimi obdarowywał. Spał w dzień, zupełnie nie przejmując się swoimi papieskimi powinnościami.

    Kolejną jego miłością były wszelkiego rodzaju rozrywki. Wydawał kościelny majątek na różne bale, przyjęcia, karnawały oraz wszelkie formy sportowej rywalizacji. Jedną z jego ulubionych konkurencji było poniżanie mniejszości religijnych i biedoty. W roku 1468 roku organizował wyścigi, ulicami Rzymu, w których przymusowo ścigali się Żydzi, prostytutki, starcy, dzieci, garbaci, karły, osły i woły. Publiczność obrzucała uczestników wyzwiskami i kamieniami. Uczestnicy zawodów potykali się i upadali, ku radości zgromadzonej publiczności. Gdy w skarbcu zaczęło brakować funduszy, zmusił miejscowych Żydów to pokrywania kosztów tych wszystkich wydarzeń.

    W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Piusa II, nienawidził humanizmu i humanistów. Szybko popadł z nimi w konflikt, gdyż nie wykazywał absolutnie żadnego zainteresowania sztuką. Gdy zamknął Akademię Rzymską, nazwano go barbarzyńcą, który gardzi sztuką i nauką. Paweł II zrewanżował się swoim przeciwnikom, oskarżając ich o kultywowanie starożytnych wartości pogańskich. Widmo zbliżających się procesów o herezję zmusiło wielu humanistów do opuszczenia Rzymu.

    Paweł II pod koniec swojego pontyfikatu zaczął gustować w torturach. Wielką satysfakcję przynosiło mu oglądanie nagich mężczyzn rozciąganych na kole. Im młodsi byli torturowani, tym lepiej. Gdy brakowało skazańców, papieżowi dostarczano niewinnych chłopców, zabranych prosto z ulicy. Podobno Paweł II do torturowanych młodzieńców zwracał się słowami, aby się nie martwili, ponieważ dobry Bóg wynagrodzi im w Niebie wszystkie męczarnie.

    Przyczyny śmierci Pawła II nie są do końca jasne. Wiadomo tylko, że papież zmarł w Rzymie 26 lipca 1471 roku. Istnieją dwie wersję mówiące o tym, jak wyglądały jego ostatnie chwile. Pierwsza sugeruje, że papież zmarł na atak serca. Druga wersja winą za śmierć obarcza melony, które Paweł II uwielbiał. Podobno najadł się nimi tak bardzo, że pękł mu żołądek. Obie te wersje są zgodne, co do jednej rzeczy – w obu przypadkach śmierć papieża miała nastąpić podczas ostrych igraszek z jego nieletnich służącym…

    Na zdjęciu:
    Moneta z wizerunkiem kardynała Pietro Barbo, późniejszego papieża Pawła II.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #watykan #religia #papiez #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #chrzescijanstwo #swiat #grzesznicy
    pokaż całość

    źródło: P. Barbo.jpg

  •  

    "LA DONCELLA" - DZIEWCZYNKA ODDANA BOGOM

    Pierwsze wzmianki o rytuale zwanym "Capacocha" pochodzą z XVI wieku. Odbywał się on dwa razy w roku. Inkowie składali swoje dzieci w ofierze bogom, aby w ten sposób zapobiec groźnym suszom i innym klęskom żywiołowym. Przychylność inkaskich bogów miała zapewnić przetrwanie ich cywilizacji. Ofiary uśmiercano wysoko w górach na kilka sposobów - duszono za pomocą sznurka, uderzano w głowę pałką lub po prostu pozostawiano w górach, aby śmierć nastąpiła w wyniku wychłodzenia organizmu.

    Mumia około 15-letniej dziewczyny, którą archeolodzy nazwali "La Doncella" ("Dziewczę, Panienka") odkryta została przez zespół archeologów prowadzony przez Johana Reinharda 16 marca 1999 roku, na wulkanie Llullaillaco (pogranicze argentyńsko-chilijskie).

    Podczas badań stwierdzono, że "La Doncella" przechodziła przed swoją śmiercią infekcję bakteryjną w obszarze płuc. Mumia ubrana była w tunikę i płaszcz. Jej półdługie włosy spleciono w dziesiątki cienkich warkoczyków, a stroju głowy dopełniał pióropusz z białych piór.

    Przed wędrówką ofiara była odurzona liśćmi koki aby łatwiej znieść wysiłek i chorobę towarzyszącą wspinaczce w górach. Napój alkoholowy z kukurydzy (tzw. "chicha") eliminował strach i ból towarzyszący śmierci.

    Kapłani po odprawieniu obrzędów nad ciałem dziewczynki, które mogły wiązać się z jakimiś magicznymi formułkami bądź zaklęciami, złożyli ją na wcześniej przygotowanej ceremonialnej platformie.

    Po śmierci ofiary, proces jej mumifikacji przebiegał w sposób naturalny. W górskim klimacie ciało ulegało zamrożeniu. Sprawiło to, że nawet organy wewnętrzne zachowały się w stanie niemal idealnym. Dzięki temu inkaskie mumie mają współczesnych dla archeologów ogromną wartość poznawczą. Doskonały stan zachowania ciał pozwala badaczom dowiedzieć się wiele o ówczesnym życiu Inków i ich zwyczajach, a także odtworzyć inkaską dietę i poznać ich choroby.

    "La Doncella" nie była sama. W tym samym miejscu odkryto także zmumifikowane ciała jej rodzeństwa: 6-letnią dziewczynkę i 7-letniego chłopca. Wiek mumii datowany jest na około 500 lat i są one obecnie najlepiej zachowanymi inkaskimi zwłokami, na które natrafiono.

    #wmrokuhistorii #ciekawostki #historia #gruparatowaniapoziomu #kobiety #dzieci #ciekawostkihistoryczne #swiat #capachoa #ofiary
    pokaż całość

    źródło: La Doncella.jpg

  •  

    GWAŁCICIELKA ZE SZTUCZNYM PENISEM - HISTORIA KATHERINY HETZELDORFER

    Do niemieckiego miasta Speyer przybyła w roku 1475 pewna kobieta. Od razu wywołała spore zaciekawienie wśród mieszkańców. Katherina Hetzeldorfer była bowiem ubrana jak mężczyzna i tak samo się zachowywała. Oprócz tego była niemiła, wulgarna i konfliktowa. Towarzyszyła jej druga kobieta, którą przybyszka nazywała swoją siostrą. Obie kobiety pochodziły z Norymbergi, a do Speyer zawitały z okazji miejscowego karnawału.

    Kobietom tak bardzo spodobało się miasteczko, że postanowiły zostać tam trochę dłużej. I nie wyszło to mieszkańcom na dobre. W ciągu następnych dwóch lat Katherina stała się postrachem okolicznych dziewcząt. Pierwsze oskarżenia pod adresem kobiety pojawiły się na początku roku 1476, kiedy do miejscowych władz kościelnych zaczęły napływać skargi na to, że Katherina Hetzeldorfer żyje ze swoją siostrą jak mąż z żoną. Po interwencji władz miasta, siostra Katheriny została siłą wydalona poza lokalną społeczność.

    I choć o siostrze nigdy więcej nie usłyszano, to kłopoty mieszkańców Speyer z panią Hetzeldorfer tak naprawdę dopiero się zaczęły. Podczas kolejnego karnawału Katherina miała dopuszczać się wszelkich okropności wobec młodych dziewcząt. Napadała na nie, biła, a na koniec brutalnie gwałciła, często również analnie. Specjalnie do tego celu Katherina wykonała sobie sztucznego penisa, którego opis zachował się w aktach procesowych – sztuczne przyrodzenie kolor miało czerwony i wykonane było ze skóry. W środku znajdował się drewniany patyk, obłożony bawełną. Do ciała kobiety przymocowany był za pomocą czerwonego skórzanego pasa.

    Podczas procesu sądowego z roku 1477 poszkodowane ofiary zgodnie zeznały, że nie były wstanie odróżnić sztucznego penisa Katheriny od prawdziwego męskiego członka. Cały czas były przekonane, że kobieta ta była mężczyzną. Miało to potwierdzać zarówno zachowanie Katheriny, jak i jej ogromna siła fizyczna. Oskarżona przyznała się wyłącznie do stosunków homoseksualnych z własną siostrą. Po kilku torturach przyznała się również do serii gwałtów na młodych kobietach.

    Katherinę Hetzeldorfer oskarżono o sodomię oraz herezję. Wyrok za takie zbrodnie mógł być tylko jeden – w roku 1477 kobieta została skazana na śmierć przez utopienie. Kilka dni później kobietę skrępowano, a do jej ciała przywiązano ciężki kamień. Następnie, wśród okrzyków wiwatującego tłumu gapiów, Katherina została wrzucona do Renu.

    Proces Katheriny Hetzeldorfer w Speyer był pierwszym odnotowanym w naszej historii przypadkiem, kiedy to kobietę oskarżono i stracono za przestępstwa homoseksualne. Do roku 1477 takie oskarżenia pojawiały się wyłącznie w odniesieniu do mężczyzn.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #niemcy #sredniowiecze #kobiety #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #zbrodnia
    pokaż całość

  •  

    JOACHIM KNYCHAŁA - WAMPIR Z BYTOMIA

    Urodzony w roku 1952 Joachim Knychała nienawidził kobiet. Wychowywany przez matkę i babkę, doświadczył z ich strony wielu upokorzeń. Poczucie krzywd, których doznał kazało mu się mścić. Czarę goryczy przelało niesłuszne oskarżenie o gwałt na koleżance, którego nie popełnił.

    Pierwszy raz zaatakował w Bytomiu. Był rok 1974. Jego ataki przypominały te, których dokonał jego idol – „Wampir z Zagłębia”. Knychała grasował zawsze nocą. Śledził ofiarę, potem uderzał. Zawsze od tyłu, blisko jej miejsca zamieszkania.

    Pierwsze dwie zaatakowane kobiety przeżyły. Trzecia już nie miała tyle szczęścia, a każda kolejna zbrodnia wyzwalała w nim jeszcze większe pokłady nienawiści do płci pięknej. Uważał się za „łowcę”, a swoich ofiar szukał w tramwaju linii 6. Dało to nazwę grupie operacyjnej milicji („Szóstka”), która postanowiła schwytać psychopatę. Nadano mu przydomek „Wampir z Bytomia”, choć ze względów na obrażenia ciała jakie odnosiły zamordowane kobiety częściej mówiono o Knychale „Frankenstein”.

    Wiek i wygląd kobiet, które atakował nie miały dla niego żadnego znaczenia. Zwłoki kobiet porzucał w ustronnych miejscach. Zawsze były rozebrane, a sekcja zwłok wykazała, że gwałtu dokonywano już po ich śmierci.

    Szanował tylko swoją żonę Halinę. Wracał do niej po każdym morderstwie. Był wtedy spokojnym, czułym i kochającym mężem. Nikt nie wiedział, że Knychała miał także drugie, mordercze oblicze.

    W czerwcu 1979 roku zaatakował dwie małe dziewczynki. Zmasakrowane nagie ciała znaleziono w rowie. Ku zaskoczeniu funkcjonariuszy, jedna z nich cudem przeżyła. Nie potrafiła jednak wskazać swojego oprawcy.

    Zawsze bezbłędny Knychała sam „wystawił się” swoim łowcom. Po morderstwie kilofem swojej siedemnastoletniej szwagierki Bogusi, zawiadomił milicję o nieszczęśliwym wypadku. Lekarze stwierdzili jednak, że z całą pewnością był to zaplanowany atak.

    „Wampira z Bytomia” aresztowano podczas pogrzebu ostatniej ofiary. Znajdujący się potrzasku Knychała, po badaniu wariografem, szybko przyznał się do wszystkich morderstw i ze szczegółami opowiedział o swoich czynach. Każdy detal zgadzał się z milicyjnymi ustaleniami. Był dumny ze swoich dokonań. Zeznał, że miał jeden cel – chciał być najlepszy w mordowaniu kobiet. Przez kilka lat dążył do tego, aby stać się największym mordercą w powojennej Polsce.

    Knychała został skazany na śmierć za zabójstwo 5 kobiet i ataki na 7, które przeżyły. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i „Wampira z Bytomia” powieszono 28 października 1985 roku w więzieniu Montelupich w Krakowie. Była to przedostatnia egzekucja w historii Polski.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: Knychała.jpg

  •  

    NAJWIĘKSZA MASOWA EGZEKUCJA W AUSCHWITZ

    28 października 1942 roku, przed Ścianą Straceń w Auschwitz, odbyła się największa masowa egzekucja w historii obozu. Niemcy rozstrzelali około 280 Polaków. Egzekucja ta była niemieckim odwetem za działania ruchu oporu na Lubelszczyźnie. Jej ofiarami byli głównie więźniowie przywiezieni z więzień w Lublinie oraz Radomiu w latach 1941-1942.

    Niemcy w „Bloku 3” zgromadzili 280 Polaków. Po porannym apelu i wyjściu komand roboczych poza obóz do pracy, wyprowadzono więźniów do bloku nr 11 i tam rozpoczęto rozstrzeliwania"

    Egzekucję opisał w powojennym raporcie z 1945 roku rotmistrz Witold Pilecki:
    „Rano na apelu, w różnych blokach pisarze zaczęli wywoływać numery więźniów mówiąc, że wywołani mają pójść do Erkennungsdienst (pracownia fotograficzna) dla sprawdzenia fotografii. Wywołano (...) wyłącznie Polaków - jak później stwierdziliśmy - przeważnie lubliniaków. (...) Na bloku 3 powiedziano im, że będą rozstrzelani; rzucali kartki kolegom, co mieli jeszcze żyć, z prośbą o przekazanie rodzinom. Postanowili umrzeć na wesoło, żeby wieczorem o nich dobrze mówiono. (...) Od bloku 3 (...) szli kolumną w piątkach, głowy spokojnie nieśli wysoko, miejscami - uśmiechnięte twarze”

    Pięciu skazanych przed egzekucją próbowało wszcząć bunt, ale Ślązak, funkcjonariusz z „Bloku 11”, zawiadomił o wszystkim esesmanów. Po przyjściu zastrzelili buntowników jako pierwszych.

    Wśród zgładzonych był 23-letni Stanisław Dobrowolski z Nowego Krępca koło Świdnika, związany z organizacją konspiracyjną założoną w Auschwitz przez Pileckiego.

    Więzień obozu Mieczysław Zawadzki tak wspominał ten dzień:
    „Podczas apelu porannego stałem jak zwykle na lewym skrzydle. Skazanym na rozstrzelanie, których numery wyczytano pod koniec jego trwania, polecono wystąpić z szeregów i przejść na lewą stronę. Stanisław Dobrowolski, przechodząc koło mnie, wręczył mi swój zegarek ze słowami: Jeżeli przeżyjesz, to oddaj go moim rodzicom i powiedz jak zginąłem”

    #wmrokuhistorii #historia #polska #iiwojnaswiatowa #auschwitz #smierc #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #niemcy
    pokaż całość

    źródło: Auschwitz.jpg

  •  

    PUBLICZNE EGZEKUCJE W RADOMIU. DOKONANE PRZEZ NIEMCÓW NA POLAKACH...

    Kradzież broni z radomskiego zakładu była jedną z najważniejszych form działalności Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej w Radomiu. Głównym celem konspiratorów stał się jeden z najlepszych wówczas pistoletów na świecie – legendarny Vis.

    We wrześniu 1942 roku miało miejsce starcie niemieckich policjantów z żołnierzami Armii Krajowej na stacji kolejowej w miejscowości Rożki pod Radomiem. Przy polskich żołnierzach znaleziono pistolety Vis, co doprowadziło do dekonspiracji działalności pracowników Fabryki.

    12 października 1942 roku, niemieccy okupanci rozpoczęli w Radomiu serię publicznych egzekucji, w trakcie których powieszono 50 osób. Większość ofiar związana była z radomską Fabryką Broni, z której wykradano pistolety Vis, wykorzystywane następnie w działalności konspiracyjnej. Przy stacji kolejowej zbudowano szubienice i powieszono pierwszych 10 skazanych. Ciała straconych wisiały tam przez cały dzień. Każdy przejeżdżający pociąg osobowy zatrzymywał się w tym miejscu na kilkanaście minut, by pasażerowie mogli przyjrzeć się przerażającemu widokowi.

    Dzień później druga szubienica stanęła przy tzw. szosie kieleckiej, kolejnego dnia – następna przed jedną z hal Fabryki Broni. 15 października, w czwartek – będącym w Radomiu dniem targowym – egzekucję wykonano przy szosie warszawskiej. Okupantowi zależało na tym, by straceńców zobaczyli także podążający na targowisko mieszkańcy podradomskich wsi.

    W sumie stracono 50 osób. Byli to mężczyźni i kobiety w różnym wieku, w większości zaangażowane w działalność konspiracyjną. Ogromne straty poniosły wówczas rodziny m.in. Winczewskich, Kiełbowskich i Graboszów. Reszta z aresztowanych została w przeważającej większości deportowana większości do obozów koncentracyjnych i tam poniosła śmierć.

    Po 16 latach od tych tragicznych wydarzeń (19 października 1958 roku) w pobliżu miejsca egzekucji został odsłonięty pomnik upamiętniający pracowników pomordowanych podczas niemieckiej okupacji.

    Na zdjęciu:
    Egzekucja na stacji kolejowej w Rożkach koło Radomia dokonana przez Niemców 12 października 1942 roku.

    #wmrokuhistorii #polska #iiwojnaswiatowa #historia #gruparatowaniapoziomu #niemcy #zbrodnia #smierc #ciekawostkihistoryczne #wojna #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: Radom.jpg

  •  

    429 lat temu...

    31 października 1589 roku w niemieckim Bedburgu, odbyła się egzekucja Petera Stübbe, oskarżonego o zamordowanie 18 osób (głównie dzieci). W trakcie tortur Stübbe przyznał się do wszystkich zbrodni. Potwierdził również, że morderstw dokonywał pod postacią wilka...

    Egzekucja "wilkołaka" zgromadziła ponad 400 osób, chcących na własne oczy zobaczyć jak w męczarniach umiera "bestia z Bedburga", która przez 25 lat terroryzowała okolicznych mieszkańców. Wśród świadków kaźni byli również książęta i możnowładcy z okolicznych miast. Kat w sposób szczegółowy wykonał wszystkie postanowienia sądu.

    Najpierw połamano go kołem, by chwilę później wyrwać mu kawałki ciała z dziesięciu różnych miejsc. obcięto mu genitalia, nogi i ręce. Kiedy uznano, że Stübbe wycierpiał się już wystarczająco, kat jednym uderzeniem ściął mu głowę. Następnie bezgłowy korpus skazańca wrzucono na rozpalony stos, gdzie płonęły już dwie oskarżone o współudział kobiety.

    Dziś wielu twierdzi coraz śmielej, że Stübbe był niewinny zarzucanych mu czynów. Miał po prostu ogromnego pecha, że znalazł się na drodze pościgu zdesperowanych wieśniaków za wilkiem, którego początkowo obwiniano za wszystkie zbrodnie. Wilk uciekł, Stübbe takiej możliwości już nie miał. To doprowadziło do błędnego przekonania, że nastąpiła przemiana wilka w człowieka...

    Więcej o bestii z Bedburga:
    "Peter Stübbe - bestia z Bedburga"

    Na zdjęciu:
    Peter Stübbe stał się bohaterem figurek dla turystów.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #niemcy #mordercy #zbrodnia #kalendarium
    pokaż całość

    źródło: Stubbe Peter.jpg

  •  

    WAMPIR ZE SZTOKHOLMU

    4 maja 1932 roku w Sztokholmie, nieopodal stacji metra Sankt Eriksplan znaleziono martwą Lilly Lindeström, 32-letnią prostytutkę. Kobieta została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu. Według ustaleń policji zabójstwa dokonano 2 lub 3 dni wcześniej.

    Po wejściu do mieszkania ofiary policja zastała makabryczny widok: naga Lilly leżała nago, brzuchem do dołu, na własnej kanapie. Jej głowa była niemal całkowicie roztrzaskana. Całe mieszkanie było nieskazitelnie wysprzątane, a ubrania denatki schludnie ułożone na podłodze. Na miejscu zbrodni znaleziono również zakrwawioną chochlę do sosów, była ona jednak zbyt lekka, by uznać ją za narzędzie zbrodni. Poza krwią z obrażeń głowy wokół ciała znajdowało się mnóstwo mniejszych i większych plam krwi, pochodzenia której śledczy nie byli pewni.

    Za przyczynę zgonu uznano bardzo silne uderzenie w głowę. Podczas śledztwa ustalono, że krótko przed swoją śmiercią ofiara odbyła stosunek seksualny. Podczas oględzin zwłok okazało się, że w odbycie ofiary wciąż znajdowała się wypełniona spermą prezerwatywa. Podczas sekcji zwłok odkryto, że prawie cała krew Lilly została usunięta z jej ciała.

    Policja przypuszczała, że sprawca wypił krew ofiary, wykorzystując w tym celu znalezioną na miejscu zbrodni chochlę do sosów. O dokonanie zbrodni podejrzewano poprzednich klientów zamordowanej, jednak, po długim śledztwie, żadnemu z nich nie postawiono zarzutów. Szwedzki tabloid „Aftonbladet” nazwał nieuchwytnego mordercę „Wampirem ze Sztokholmu”.

    Sprawy morderstwa Lilly Lindeström nigdy nie udało się rozwiązać.

    Na zdjęciu:
    Lilly Lindeström, ofiara niezidentyfikowanego „Wampira ze Sztokholmu”.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #szwecja #europa #kryminalne #ciekawostkihistoryczne #kryminalistyka #xxwiek #mordercy #sztokholm
    pokaż całość

  •  

    KAROL LEVITTOUX - ŚMIERĆ W PŁOMIENIACH

    Karol Levittoux urodził się prawdopodobnie w roku 1820, w Kumelsku koło Kolna. Już w czasach szkolnych dał się on poznać jako uczeń o niepospolitych zdolnościach i nieugiętej woli. W 1839 roku założył w Łukowie Związek Patriotyczny, którego działalność polegała na pracy samokształceniowej oraz agitacji. Organizacja była częścią składową Stowarzyszenia Ludu Polskiego. Z jego inicjatywy powstał też podobny związek w Chełmie. Spiskowcy planowali wywołanie powstania zbrojnego, utworzenie rządu republikańskiego oraz zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie chłopów. W organizacji zwano go "Konarszczykiem".

    Zdrada Jana Thierbacha, nauczyciela Szkoły Elementarnej w Łukowie, który podstępnie wkradł się do organizacji w 1841 roku, sprowadziła liczne aresztowania. Czternastu najbardziej obciążonych, łącznie z Levittoux, osadzono w celach X pawilonu Cytadeli warszawskiej.

    Tak całą sytuację relacjonował Bolesław Limanowski:

    "Armia szpiegów pod dowództwem słynnego Abramowicza napadała na domy, dwory i, znalazłszy jakąś książkę zakazaną lub jaką inną poszlakę, więziła i odsyłała do cytadeli. (…) Tak było w 1841 r., kiedy wykryto związek młodzieży szkolnej w Łukowie. Przywieziono wówczas około 200 młodzieńców. Młodzież trzymała się dzielnie i nic z niej wydobyć nie można było. Kierownikiem tego związku był Karol Levittoux, wielkiego hartu i niezwykłych zdolności młodzieniec. Dostał on 2 tysiące pałek, co dwa dni po 400, był głodzony, nie dawano mu spać, ale wszystko to wytrzymał i nikogo nie wydał. Z powodu zaślubin następcy Mikołaja wystarano się o uwolnienie młodzieży łukowskiej, ale z tej łaski wyłączono Levittoux. Wówczas starano się ułatwić mu ucieczkę i w grzbiecie książki wraz z listem, kluczem [szyfrem] pisanym, przysłano piłkę do przerzynania krat. Przy rewizji więźniów, która odbywała się często, wpadły one w ręce żandarmów. Rozpoczęły się więc nowe badania [przesłuchania] i nowe męczarnie."

    7 lipca 1841 roku wyczerpany fizycznie i psychicznie Karol Levittoux, obawiając się, że nie wytrzyma kolejnego przesłuchania i wyda współpracowników, podpalił łóżko i zginął w płomieniach. W chwili swojej śmierci miał zaledwie 21 lat...

    Cyprian Kamil Norwid, w liście do Zygmunta Krasińkiego, tak opisał śmierć Levittoux:

    "Kląkł na łóżku z twardych desek powrozami słomianymi okręconych – pod one deseczki świecę postawił; wolno zapaliły się powrozy kręcone ze słomy. Jak wieczność długo musiały się rozżarzać, nim zaczęły śmierć zadawać. Kilka godzin ujść musiało nim to łóżko w stos się przeobraziło i to raczej węglem niż płomieni. Znaleziono go na kolanach z piersią i twarzą zwęgloną, bez życia wpół opadłym…"

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #smierc #xixwiek
    pokaż całość

  •  

    Z archiwum "W mroku historii":

    TYGRYSICA Z CHAMPAWAT

    Na przełomie XIX i XX wieku, w spokojnym dotąd regionie na pograniczu nepalsko-indyjskim, wśród miejscowej ludności zapanował strach. Tygrysica z Champawat w ciągu kilku lat zaatakowała i zabiła co najmniej 436 osób. Mężczyźni, kobiety i dzieci ginęli jeden po drugim, często wyciągani przez dziką bestię prosto ze swoich łóżek. Nawet nepalskie wojsko nie potrafiło powstrzymać tych krwiożerczych łowów.

    Dziką wściekłość bestii i jej agresję przypisywano złym mocom i demonom. Kres tej tragedii położył dopiero słynny brytyjski „Łowca ludojadów” James "Jimmy" Corbett, który po wielu trudach nie tylko zabił zwierzę, ale również odkrył prawdziwy powód ataków tygrysicy na ludzi.

    Przez kilka lat bestia grasująca u stóp Himalajów skutecznie unikała kul myśliwych i zastawianych na nią pułapek. Z ataku na atak stawała się coraz bardziej zuchwała, a ludzie ze strachu barykadowali się w swoich chatach. To jednak nie powstrzymywało tygrysicy z Champawat przed kolejnymi polowaniami.

    Mieszkańcy Nepalu i Indii Brytyjskich byli sparaliżowani strachem i bezradni – zwłaszcza, że tygrysica kierowała się nie tylko uczuciem głodu, ale i osobistą zemstą za wyrządzoną jej przez ludzi krzywdę…

    (...)

    > "Drewniane, rozlatujące się chałupy nie były skutecznym bastionem, chroniącym domowników przed zewnętrznym zagrożeniem. Żądna ludzkiej krwi samica nie miała najmniejszych problemów z dostaniem się do ich środka. Rozbijała okna lub drzwi, po czym wyciągała przerażonych ludzi z ich chat. Dorosłym mieszkańcom przegryzała gardło, dzieci najczęściej ginęły od silnego uderzenia łapą, które w mgnieniu oka łamało im karki.

    > Łącznie ofiarami tygrysicy z Champawat padło oficjalnie 436 osób. O tylu zabitych wspominają oficjalne rejestry, jednak ofiar mogło być znacznie więcej, ponieważ nie wszystkie ataki zostały zgłoszone i ujęte w dokumentacji z tego okresu. Niekiedy mówiło się nawet o tym, że ofiar mogło być nawet ponad 600."

    Cały artykuł o bestii z Champawat można przeczytać tutaj:

    "Tygrysica z Champawat"

    Na zdjęciu:
    James "Jimmy" Corbett z upolowaną przez siebie "bestią z Champawat"

    #wmrokuhistorii #historia #azja #zwierzaczki #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne #koty
    pokaż całość

  •  

    SKYTIKON – SCYTYJSKA PODWÓJNA ŚMIERĆ

    W V wieku p.n.e scytyjscy szamani znaleźli sposób na pewną i bolesną śmierć swoich wrogów. Skytikon (scythicon) to grecka nazwa trucizny, którą Scytowie pokrywali groty swoich strzał. Ta silna toksyna była okryta „złą sławą” w świecie antycznym.

    W skład trucizny wchodziła mieszanina zgniłych ciał małych węży wraz z ich jadem oraz ludzkiej krwi i ekskrementów, zakopywanych w ziemi aż do zupełnego rozkładu. Scytowie nie utrzymywali tej receptury w tajemnicy, co wzbudzało jeszcze większy strach w ich przeciwnikach.

    Osobę trafioną zatrutą strzałą czekała ciężka śmierć nawet w ciągu godziny. Wpierw w miejscu, gdzie trafił grot strzały pojawiała się martwica tkanek, puchły ręce i nogi; pojawiały się wymioty, drgawki, silny ból, a w końcu śmierć. Nawet jeśli organizm był na tyle silny, że przetrwał pierwszy szok, po 1-2 dniach pojawiała się gangrena wywołana przez bakterie z odchodów i zgnilizny.

    Owidiusz twierdził, że substancja ta po nałożeniu na grot strzały „była gwarancją podwójnej śmierci”…

    Na zdjęciu:
    Wizerunek scytyjskiego łucznika na czerwonofigurowym kyliksie (naczyniu do picia wina) z końca VI w. p.n.e.

    #wmrokuhistorii #historia #starozytnosc #ciekawostki #smierc #ciekawostkihistoryczne #swiat #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: Scythicon.jpg

  •  

    LITTLE BIGHORN - OSTATNIE ZWYCIĘSTWO INDIAN

    25 czerwca 1876 wojownicy indiańscy, pod wodzą Siedzącego Byka, rozgromili oddział dowodzony przez ppłk. George'a Custera (posiadał również honorowy stopień generała) w bitwie pod Little Bighorn (przez Indian zwaną "Bitwą na Greasy Grass"). Mimo zwycięstwa Indian, zakończyła się era ich panowania nad terenami Wielkich Równin. Nic już nie mogło zatrzymać białego człowieka w jego podboju zachodniej części Stanów Zjednoczonych.

    W drugiej połowie XIX wieku Stany Zjednoczone wychodziły z ciężkich ran, które pozostawiła po sobie wojna secesyjna. Kraj rozciągał się od Atlantyku aż po Pacyfik. Ogromny przyrost naturalny, a także pojawiający się w ogromnej ilości imigranci - te dwa czynniki zmusiły ludność wschodniego wybrzeża do emigracji na zachód. Wizja szybkiego wzbogacenia się na nowych terenach dodatkowo motywowała do tego, by całymi taborami rodziny osadników ciągnęły prosto ku Wielkim Równinom. Tak zaczął się podbój Dzikiego Zachodu, zajętego do tej pory przez jego rdzennych mieszkańców.

    Amerykanie podpisywali z Indianami kolejne traktaty pokojowe gwarantujące nienaruszalność terytoriów rdzennych mieszkańców Ameryki, po czym łamali postanowienia traktatów. Indianie byli wypierani ze swoich terenów, co wywoływało ich opór.

    W 1862 roku wybuchło krwawe powstanie Dakotów, podczas którego zginęło 700 osadników. Konsensus wypracowano dopiero 6 lat później - w 1868 roku, kiedy Amerykanie oddali, w wieczyste posiadanie Indian, Góry Czarne.

    Również i ten traktat został wkrótce złamany, co spowodowało sprzeciw Indian Dakota, którzy zgromadzili się pod wodzą Siedzącego Byka i Szalonego Konia pod Little Bighorn. Naprzeciw nim wysłane zostały oddziały amerykańskie.

    Plan operacji zakładał połączenie się 7. Regimentu Kawalerii ppłk. George'a Custera, znajdującego się na szpicy oddziałów generała Terry'ego, z siłami generała Crooka. Ten ostatni został jednak związany walką przez część wojowników indiańskich pod dowództwem Szalonego Konia i nie dotarł ze swoimi oddziałami na umówione miejsce zborne, czyli właśnie Little Bighorn. Mimo to Custer zdecydował się walczyć z Indianami - zakładał, że przewaga dyscypliny i siły ognia zapewni mu znaczną przewagę nawet nad większą liczbą indiańskich wojowników.

    Na otwartym terenie ważniejsze od siły ognia była jednak szybkość i możliwość manewrowania. Pod tym względem, znający teren wojownicy indiańscy górowali nad kawalerzystami Custera. Żołnierze amerykańscy zostali zmasakrowani, zginęła większość z ponad 500 żołnierzy. Ugodzony strzałami poległ też ich dowódca.

    Na miejscu żołnierze odnaleźli okaleczone ciała swoich towarzyszy. Wiele z nich miało poodcinane głowy. Po dokonaniu pochówków, generał Terry rozpoczął odwrót w kierunku Fortu Pease.

    Ciało ppłk. Custera – nagie, ale nieokaleczone – leżało w pozycji, jaką jego podwładni zapamiętali z chwil drzemki podczas przemarszu, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Śmierć spowodowały dwie rany – jedna blisko serca, druga w skroni. Pytanie, na które do dziś wciąż nie ma odpowiedzi dotyczy momentu, w którym zginął Custer.

    Ppłk. Custer już za życia stał się legendą. Dla takiego dowódcy decyzja o odwrocie była nie do zaakceptowania.

    Ogółem straty po stronie amerykańskiej w bitwie wyniosły około 265 zabitych i ponad 50 rannych. Indianie stracili prawdopodobnie około 100 ludzi. Porażka pod Little Bighorn wywołała histerię w amerykańskiej opinii publicznej. Rebelię Dakotów stłumiono, zaś Indian pozamykano w rezerwatach.

    15 grudnia 1890 roku Siedzący Byk został zabity podczas próby aresztowania go w rezerwacie Standing Rock przez indiańskich policjantów w rządowej służbie. Zwycięzca spod Little Bighorn niemal do końca swojego życia odgrywał sceny pokonania Custera w rewii Buffalo Billa.

    Na zdjęciu:
    Ppłk. George Armstrong Custer (z lewej) i wódz Siuksów Siedzący Byk (z prawej).

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #wojna #dzikizachod #usa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #swiat #indianie
    pokaż całość

    •  

      @w-mroku-historii:
      Wstrząsem dla armii i społeczeństwa był fakt że oddział Custera wycięto do nogi, nie ocalał nikt.
      Indianie przekłuli uszy Custerowi "ponieważ za życia nie słuchał naszych słów niech usłyszy je teraz".
      Sami Indianie nie bardzo są zgodni co do tego który z wodzów wygrał bitwę :-) były głosy że to Szalony Koń był autorem zwycięstwa.
      Od chyba 40 lat powstaje wykuwany dynamitem ze skały pomnik Crazy Horse'a autorstwa Korczaka-Ziółkowskiego. Jeszcze ze 40 lat to zajmie :-)

      Gx
      pokaż całość

  •  

    ŚMIERĆ W HOLLYWOOD - HISTORIA RONNI CHASEN

    Ronni Chasen była jedną z najlepszych hollywoodzkich specjalistek od wizerunku gwiazd. Mogła wszystko – załatwić rolę, z nieznanego statysty zrobić idola, zatuszować każdy skandal. Wśród jej klientów była cała rzesza najpopularniejszych aktorów i aktorek.

    Pochodząca z żydowskiej rodziny Cohen, w swoim środowisku nazywana była jedną z najpotężniejszych osób w wytwórni MGM. Wielokrotnie ratowała kariery takim gwiazdom jak John Travolta, Morgan Freeman czy Michael Douglas, gdy prasa rozpisywała się o ich niecnych występkach.

    16 listopada 2010 roku, tuż premierze filmu „Burlesque”, podczas której odpowiadała za wizerunki Cher i Christiny Aguilery, została zastrzelona w swoim samochodzie. 64-letnią Ronni znaleziono w Beverly Hills. W jej klatce piersiowej tkwiło aż pięć kul. Kobieta zmarła w drodze do szpitala…

    Hollywood było wstrząśnięte tą makabryczną zbrodnią. Przyjaciele zamordowanej rzeczniczki robili wszystko, by znaleźć zabójcę. Ogłoszono nawet, że osoba, która wskaże winnego, otrzyma nagrodę w wysokości 125 tysięcy dolarów. Na odzew nie trzeba było długo czekać.

    Jeden z mężczyzn poinformował policję, że jego sąsiad przechwalał się przy nim, że zabił Ronni Chasen. Dodatkowo morderca ogłaszał wszystkim, że dostał za jej zabicie 10 tysięcy dolarów. Nie od dziś wiadomo było, że studio MGM miała na swoim koncie niechlubne kontakty z przedstawicielami mafijnych struktur.

    Mordercą okazał się Harold Martin Smith. Wielokrotnie notowany, znany policji z racji swojej przynależności do mafii. Nie wyjawił śledczym nazwiska zleceniodawcy. W momencie, gdy policja zapukała do drzwi jego mieszkania, mężczyzna popełnił samobójstwo.

    Okazało się, że zastrzelił się z tej samej broni, z której strzelał do Chasen. Policja mogła w końcu zamknąć dochodzenie i ogłosić, że kobieta została zamordowana przez mafię. Ku zaskoczeniu jej rodziny, tak nie zrobiono…

    Według oficjalnej wersji wydarzeń Ronni była przypadkową ofiarą, a Smith zwykłym złodziejem. Podczas próby napadu rabunkowego, broniąca się kobieta została zastrzelona. Zupełnie pominięto fakt, że morderca oddał strzały w trakcie, gdy Chasen jechała samochodem, a dopiero po postrzale uderzyła w uliczną latarnię.

    A jaka była wersja nieoficjalna? W Hollywood pojawiły się plotki, że kobieta zginęła, bo nie chciała współpracować z lokalnymi mafiosami. Zainwestowali oni ogromne pieniądze w produkcje filmowe i domagali się zysków, nawet gdy filmy przynosiły straty. Ronni Chasen była jedną z tych osób w Hollywood, które mogły im te zyski „załatwić” u szefów MGM. Odmówiła i zapłaciła za to najwyższą cenę…

    Na zdjęciu:
    Ronni Chasen z aktorem Morganem Freemanem, któremu dwa razy uratowała hollywoodzką karierę. Po prawej zabójca Harold Martin Smith. W tle samochód, w którym Ronni została pięciokrotnie postrzelona.

    #wmrokuhistorii #historia #usa #ameryka #hollywood #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #mafia #zbrodnia
    pokaż całość

    źródło: Ronni Chasen.jpg

  •  

    DAVID ATCHISON – JEDNODNIOWY PREZYDENT

    Gdy prezydent USA James Knox Polk zakończył sprawowanie swojego urzędu 4 marca 1849 roku, wszystkie przygotowania do zaprzysiężenia nowego prezydenta były już gotowe. Jednak prezydent elekt Zachary Taylor stanowczo odmówił złożenia przysięgi…

    Powód był jeden – dzień zaprzysiężenia nowego prezydenta przypadł w niedzielę, co dla Taylora, zatwardziałego chrześcijanina, było nie do zaakceptowania. Na nic zdały się usilne namowy jego doradców.

    Urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych nie mógł zostać pusty. Tymczasową głową państwa został przewodniczący pro tempore Senatu Stanów Zjednoczonych, 42-letni David Rice Atchison – osoba znajdująca się na trzecim miejscu w linii sukcesyjnej, uważana jest za czwartą (po prezydencie, wiceprezydencie i spikerze Izby Reprezentantów) osobę w państwie.

    Tym o to sposobem, wbrew swojej woli, David Atchison został „jednodniowym prezydentem”. Zapytany o swoje plany na tak niecodzienną prezydenturę odpowiedział, że pójdzie do łóżka i prześpi cały dzień.

    Następnego dnia, w poniedziałek 5 marca, odbyło się spóźnione zaprzysiężenie Taylora, który w tym momencie stał się dwunastym prezydentem USA.

    David Rice Atchison po swojej prezydenturze dalej pełnił obowiązki przewodniczącego pro tempore Senatu Stanów Zjednoczonych. Zmarł w roku 1886 i został pochowany na cmentarzu Greenlawn w Plattsburg.

    Na jego nagrobku widnieje napis wspominający te niezwykłe wydarzenie z jego życia:
    „Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki na jeden dzień, w niedzielę 4 marca 1849 roku”.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #swiat #usa #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #xixwiek
    pokaż całość

  •  

    CICHA ŚMIERĆ W PŁOMIENIACH - TAJEMNICA SAMOBÓJSTWA BUDDYJSKIEGO MNICHA

    Fotografia buddyjskiego mnicha trawionego przez ogień to jedno z tych zdjęć, które obiegło cały świat i do dziś przytaczane jest przy wielu okazjach.

    Buddyjski mnich nazywał się Thích Quảng Đức (urodzony w roku 1897), mieszkał w Wietnamie i był wyznawcą buddyzmu mahajana. Do Wietnamu religia ta dotarła z Chin i po jakimś czasie buddyzm wyznawany był przez większość mieszkańców tego państwa. Problem zaczął się jednak w 1955 roku, kiedy do władzy w Republice Wietnamu doszedł faworyt Amerykanów - Ngô Đình Diệm.

    Działania nowego gospodarza Republiki Wietnamu bardzo nie podobały się obywatelom tego kraju. Diệm był prezydentem wyjątkowo nieudolnym i zupełnie nie radził sobie z postępującym na jego oczach rozkładem państwa. Dodatkowo był fanatycznym katolikiem, który nie zwracając uwagi na fakt, że niemalże 90% Wietnamczyków to buddyści, oddał kraj w opiekę Matki Boskiej. To oczywiście spotkało się z olbrzymią krytyką i sprawiło, że poparcie dla nowej głowy państwa momentalnie spadło. Był do tego na tyle zaciekły, że nie zawahał się też brutalnie prześladować wyznawców buddyzmu.

    Kiedy wprowadzono zakaz wywieszania buddyjskich flag, 8 maja 1963 roku na ulice miasta Huế wyszli ludzie, aby wyrazić swoje niezadowolenie. Dodatkowo głowa państwa nakazała wywieszenie w całym kraju flag papieskich oraz wprowadziła nowe święto państwowe z okazji kapłańskich święceń arcybiskupa miasta Hue. Ten katolicki duchowny był rodzonym bratem prezydenta...

    Na wyjątkowo zirytowanych protestujących posypały się pociski. Życie straciło wówczas dziewięć osób. Diệm usiłował wybielić się tłumacząc, że agresorami byli lewicowi terroryści, jednak nikt nie dał wiary w te zapewnienia. Przedstawiciele wietnamskiego duchowieństwa zażądali od prezydenta natychmiastowego zaprzestania swojej opresyjnej polityki względem buddystów. Nie doczekali się jednak żadnej odpowiedzi. Tymczasem dochodziło do kolejnych starć państwowych służb z coraz bardziej zdesperowanymi obywatelami.

    10 czerwca 1963 roku amerykańscy dziennikarze w prywatnej rozmowie z rzecznikiem prasowym buddystów poinformowani zostali o tym, że następnego dnia przed ambasadą Kambodży w Sajgonie odbędzie się coś szalenie ważnego. Reporterzy, którzy tam dotarli byli świadkami przemarszu 350 mnichów niosących protestacyjne transparenty.

    Po chwili z jednego z samochodów wyłonił się 66-letni Thích Quảng Đức w towarzystwie dwóch innych duchownych. Kiedy ci położyli na ulicy poduszkę, jak na zawołanie protestujący otoczyli to miejsce ciasnym kręgiem. Đức został przez swoich pomocników polany benzyną.

    Mimo że szokujące nagranie oraz zdjęcia płonącego buddysty momentalnie obiegły cały świat, a John F. Kennedy do cna poruszony materiałem zaczął domagać się od wietnamskiego prezydenta znalezienia pokojowych sposobów na zapanowanie nad protestującymi obywatelami, władze Wietnamu wcale nie zamierzały złagodzić polityki. Tymczasem protesty tylko się nasilały, a wraz z nimi na oczach całego świata zwiększała się zaciekłość prezydenta w ciemiężeniu obywateli własnej ojczyzny.

    1 listopada 1963 roku Amerykanom skończyła się cierpliwość. Do akcji weszli agenci CIA i wykorzystując swoje kontakty wśród najwyżej postawionych dowódców wojskowych nakazali otoczyć czołgami pałac prezydencki.

    Mając już wyznaczonego zastępcę obecnego polityka, wystarczyło tylko pojmać i osądzić znienawidzonego dyktatora. Ten jakimś cudem zdołał dać dyla ze swej siedziby. Długo jednak wolnością się nie nacieszył. Zwłoki Diệma oraz jego brata znaleziono w jednym z kościołów.

    Tymczasem na czele Republiki Wietnamu stanął nowy, wspierany przez USA rząd, który umożliwił stacjonowanie na swoich ziemiach amerykańskim służbom zbrojnym i późniejsze rozpoczęcie wojny z liczącym sobie setki tysięcy południowowietnamskich partyzantów Wietkongiem. Ta wojna zakończyła się jednak dla Jankesów tragicznie...

    #wmrokuhistorii #historia #buddyzm #ciekawostki #smierc #wietnam #usa #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    •  

      @Viapunk: a nie chcesz kupić pałacu kultury i nauki? akurat mam na sprzedaż.

    •  

      1 listopada 1963 roku Amerykanom skończyła się cierpliwość. Do akcji weszli agenci CIA i wykorzystując swoje kontakty wśród najwyżej postawionych dowódców wojskowych nakazali otoczyć czołgami pałac prezydencki.

      @w-mroku-historii: I tu nasuwają sie dwa pytania:
      1) Jaki interes mieli Amerykanie we wszczęciu wojny w Wietnamie? Bo przecież to oczywiste, ze nie o prawa człowieka itp. im chodziło. Jeżeli Ameryka wszczyna gdzies wojny, to zawsze ma w tym jakiś interes (jak zresztą każde państwo, tylko ludzie nie wiedzieć czemu uwierzyli w propagandę, że Ameryka jest taka wyjątkowa i broni praw człowieka, wolności i demokracji)
      2) Mocarstwo takie jak USA nie wywołuje wojny ot tak, nagle, tylko wcześniej ja planuje i przygotowuje. Skoro zatem zamierzali wywołać wojnę, czy jest zatem możliwe, że to amerykańscy agenci podburzyli mnichów do protestu, a Thích Quảng Đứca do dokonania samospalenia? Czyli wciągnęli ich po prostu w swoją grę polityczną?
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    410 lat temu...

    1 października 1608 roku, na statku "Mary and Margaret", przybyła do angielskiej osady Jamestown w Wirginii, pięcioosobowa grupa pierwszych Polaków. Byli to rzemieślnicy zwerbowani w Polsce przez Johna Smitha, przywódcę osady.

    Polacy szybko zaaklimatyzowali się oraz zdobyli uznanie jako wysokiej klasy fachowcy. Byli wyspecjalizowani w produkcji szkła i smoły. Brali także udział w potyczkach z Indianami, a podczas jednej z nich uratowali Smitha przed niechybną śmiercią. W tym okresie kolonia rozrastała się, osiągając liczbę 1000 mieszkańców

    Jamestown to pierwsza stała osada angielskich kolonistów w Ameryce Północnej, na terenie dzisiejszego stanu Wirginia, założona 14 maja 1607. Gdy w 1619 roku miały odbyć się wybory do Zgromadzenia Ogólnego Wirginii, nowy gubernator wydał rozporządzenie na mocy którego jedynie Anglicy mieli prawo głosu.

    Odpowiedzią Polaków było przerwanie pracy. Ogłosili, że jeśli nie mogą głosować to nie będą również pracować. Pierwszy strajk na kontynencie amerykańskim trwał bardzo krótko, jednak śmiało można go uznać za prawdziwy "kamień milowy" demokracji w tej części świata.

    Dziś niewiele się mówi się o strajku naszych rodaków w Jamestown, za to do legendy przeszedł dowódca tej osady John Smith i jego romans z Pocahontas - córką indiańskiego wodza. Romans, którego nie było...

    Na zdjęciu:
    Osada Jamestown w Wirginii.

    #wmrokuhistorii #historia #kalendarium #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #usa #polska #rocznica #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Jamestown.jpg

  •  

    MORDERCZE KROKODYLE Z RAMREE

    Pod koniec II wojny światowej niewielka birmańska wysepka Ramree stała się w styczniu 1945 roku miejscem lądowania brytyjskiego desantu. Kilka jednostek komandosów, pułk pancerny oraz indyjska dywizja piechoty miało za zadanie odbić wyspę z rąk broniących jej Japończyków.

    W ciągu miesiąca od rozpoczęcia operacji przybysze otoczyli wojsko Japońskie. Obrońcy wyspy ignorowali kolejne wezwania do poddania się i 19 lutego przedarli się na wybrzeże Ramree. Cały oddział znalazł się bagnisty teren o długości 16 kilometrów. To właśnie w tym miejscu doszło do niewyobrażalnej tragedii...

    Pod osłoną nocy Brytyjczycy postanowili przeprowadzić ostateczny atak. Wycofujący się Japończycy ugrzęźli w bagnach, znaleźli się tym samym w śmiertelnej pułapce. Odgłos wymiany ognia wybudził zamieszkujące ten teren krokodyle różańcowe (na zdjęciu) - największe żyjące współcześnie gady. Samce tego gatunku mogą osiągać ponad 6 metrów długości i ważyć nawet 1400 kg. Bestie, czując zapach krwi rannych żołnierzy, wyruszyły na polowanie.

    Według naocznych świadków (na których powoływał się później brytyjski dokumentalista Bruce Wright), w przerwach pomiędzy wystrzałami i eksplozjami, słyszano krzyki Japończyków, pożeranych przez wielkie gady i charakterystyczny, szorstki odgłos szelest ocierających się o siebie krokodylich ciał.

    W ciemnościach krew rozczłonkowanych żołnierzy wabiła kolejne drapieżniki. Obserwujący tą tragedię przerażeni Brytyjczycy i Hindusi wstrzymali ogień. Nawoływali Japończyków do wyjścia na brzeg. Rzucali im liny lub podawali długie konary. Uwięzieni wśród krokodyli japońscy żołnierze, kierując się swoim kodeksem honorowym, nie chcieli jednak dobrowolnie oddać się w ręce swoich wrogów. Wybierali śmierć w bagnie.

    Od czasu do czasu rozbrzmiał pojedynczy wystrzał. Jedni strzelali do gadów, inni popełniali samobójstwo. Zdarzały się również przypadki, kiedy Brytyjczycy dobijali rannych Japończyków, znajdujących się w paszczach krokodyli.

    O świcie niemal wszystkie gady oddaliły się. Brytyjczycy ujrzeli wtedy teren pełen rozczłonkowanych ciał oraz stada sępów, które zleciały się, aby dokończyć krwawą ucztę.

    Wstępnie oszacowano, że noc na bagnach przeżyło jedynie 20 Japończyków. Poważnie ranni zdecydowali oddać się do brytyjskiej niewoli.

    Wydarzenia, które miały miejsce na birmańskiej wyspie trafiły do Księgi Rekordów Guinnessa pod ponurym tytułem: „Największe masowe zabójstwo dokonane przez krokodyle na ludziach”, jednak historycy bardzo sceptycznie podchodzą do podawanej tam liczby 900 Japończyków zabitych przez krokodyle. Nie wiadomo, ilu ludzi faktycznie stało się ofiarami gadów. Przyjmuje się, że nie więcej niż 300 osób, co i tak jest liczba ogromną...

    #wmrokuhistorii #historia #azja #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #iiwojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #zwierzaczki
    pokaż całość

    źródło: Ramree.jpg

  •  

    CZARNE NIEWOLNICE - PRZEZ ŁÓŻKO DO WOLNOŚCI

    Do czasu, gdy w 1820 roku wszystkie prerogatywy dotyczące wyzwalania niewolników zawłaszczyło państwo, zazwyczaj intymne kontakty właścicieli z ich niewolnicami prowadziły do uwolnienia konkubin i ich potomstwa. Dlatego nie jest przypadkiem wrażenie, jakoby wśród czarnych właścicieli niewolników prawie niepodzielnie panował matriarchat. Nie mogło być jednak inaczej, skoro aż 75 procent wyzwalanych niewolników stanowiły byłe lub aktualne kochanki swoich właścicieli.

    Najsławniejszą stała się Marie Thérese (1742-1816) z Luizjany, wcześniej znana jako „Coincoin”. Wypożyczona przez swojego pana na służbę bogatemu francuskiemu kupcowi o nazwisku Metoyer, najpierw została jego kochanką, a potem własnością. W porywie serca Metoyer kupił sobie Marie wraz z pięciorgiem jej dzieci z wcześniejszego związku.

    Uwolniona, gdy kochanek zdecydował się na małżeństwo z bardziej odpowiednią partią, „Coincoin”, już jako Madame Metoyer, utworzyła wraz ze swoim potomstwem rodzinny klan. Wspólnie stworzyli prawdziwe imperium tytoniowe. Na ich plantacji pracowało 215 niewolników. Inną kobietą, która po wyzwoleniu odniosła wraz ze swoim synem sukces finansowy na podobną skalę, była Christine Richards, właścicielka 150 niewolników i wielkiej plantacji trzciny cukrowej.

    Aż jedna trzecia niewolników wyzwolonych przed 1820 rokiem była potomstwem „białych” plantatorów, a prawo z 1668 roku gwarantowało dzieciom pochodzącym z takich związków dożywotnią wolność.

    To, co jednym „czarnym” dało wyzwolenie, innym przysporzyło jeszcze większych cierpień niż doświadczali od swoich „białych” panów. Bardzo szybko w południowych Stanach Zjednoczonych wykształciła się kasta ludzi wyróżniających się jaśniejszym odcieniem skóry, a członkowie nowej klasy strzegli jej hermetyczności z inkwizytorską czujnością. W połowie XIX wieku „mulaci” stanowili już zdecydowaną większość wśród kolorowych właścicieli niewolników.

    Taki stan rzeczy w ogóle zwykle nie wpływał na wzajemne relacje, które pozostały prostym odwzorowaniem stosunków panujących między białymi, a ich czarnymi niewolnikami - bez zachowania nawet pozorów solidarności rasowej. Podziały stały się jeszcze silniejsze, bo nie niwelował ich status majątkowy, a „mulaci” bardziej izolowali się od ludzi o ciemniejszej skórze niż robili to „biali” w stosunku do „czarnych” dorównujących im zasobnością portfela.

    Na zdjęciu:
    Marie Thérese Metoyer (1742-1816), zwana „Coincoin” - czarna niewolnica, która swoją wolność „wywalczyła” w łóżku „białego” pana. Obraz na płótnie nieznanego autora, z początku XIX wieku.

    #wmrokuhistorii #historia #usa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ameryka #ciekawostkihistoryczne #xixwiek #seks
    pokaż całość

  •  

    WAMPIRY Z WHARRAM PERCY

    Angielska wieś Wharram Percy jest jedną z najstarszych, a zarazem najlepiej zachowanych średniowiecznych osad w Wielkiej Brytanii. Od kilku lat swoje badania prowadził tam biolog Simon Mays. Odkrył on, że średniowieczni mieszkańcy tej wsi dopuścili się wielokrotnej profanacji grobów znajdujących się na pobliskim cmentarzu.

    Mays odnalazł na odkrytych kościach dziwne ślady wielokrotnych cięć ostrymi przedmiotami. Wiele szkieletów nosiło bardzo wyraźne ślady użycia ognia, a część szczątek wskazywało jednoznacznie na dopuszczenie się aktów kanibalizmu.

    Początkowo badacz był przekonany, że odkryte przez niego ślady są wyłącznie pozostałościami po średniowiecznych chorobach i wojnach. Akty kanibalizmu tłumaczył nawiedzającymi osadę Wharram Percy klęskami głodu.

    Szczegółowe badania ponad 130 kawałków kości nie pozostawiły jednak żadnych złudzeń, że Mays się... pomylił. Niemal wszystkie nacięcia na kościach znajdowały się w miejscach jednoznacznie wykluczających zadanie ran w celach spożycia ciał. Ślady cięć umiejscowione były głównie w okolicach klatki piersiowej, a zadano je już po śmierci ofiary. Dopiero później martwe ciała podpalono. Głowy zostały oddzielone od reszty ciała tuż przed lub krótko po zgonie.

    Biolog na łamach czasopisma „Journal of Archaeological Science” zdecydowanie potwierdził, że wszystkie zadane rany były ściśle powiązane z walką, jaką mieszkańcy Wharram Percy stoczyli z… wampirami!

    Wielu średniowiecznych ludzi wierzyło w ich istnienie. Ludowe metody jasno mówiły, co trzeba uczynić by pokonać te potępione istoty. Wbicie kołka prosto w serce, odcięcie głowy, włożenie kamienia do ust lub przybicie ciała do trumny – to wszystko miało zapewnić spokój mieszkańcom wioski i raz na zawsze wampiry pokonać.

    Wszystkie przebadane szczątki, wydobyte z cmentarzyska w Wharram Percy, wskazywały właśnie na zastosowanie tych właśnie metod. Łącznie w miejscowej wojnie z wampirami zginęło w okrutny sposób 10 osób. Najstarsza z nich miała około 50 lat, najmłodszą ofiarą było 2-letnie dziecko. Wszyscy zginęli niemal w identyczny sposób. Najpierw okaleczono im okolicę klatki piersiowej i odcięto głowę, potem ich ciała zostały brutalnie rozczłonkowane, a na koniec podpalone.

    Rodzaj ran oraz siła, z jaką zostały zadane sugerowała jednoznacznie, że mieszkańcy Wharram Percy działali w sposób przemyślany i zamierzony, ale jednocześnie ich działania nosiły oznaki niesłychanej furii i gniewu. Czy była to zaplanowana „wojna z 10 wampirami”, czy może atak nastąpił pod wpływem nagłego impulsu? Tego się już nigdy nie dowiemy…

    Na zdjęciu:
    Ślady po angielskiej osadzie Wharram Percy, hrabstwo Yorkshire.

    #wmrokuhistorii #historia #sredniowiecze #anglia #wampiry #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    PIERWSZY MECZ PIŁKARSKI NA ZIEMIACH POLSKICH - ODBYŁ SIĘ POD ZABORAMI I TRWAŁ TYLKO 6 MINUT

    14 lipca 1894 roku odbył się pierwszy odnotowany mecz piłkarski, rozegrany na ziemiach polskich, które ówcześnie znajdowały się pod austriackim zaborem. Gazety szeroko rozpisywały się o tym wydarzeniu, które otrzymało nazwę "match footbolowy". Przygotowania do meczu trwały prawie dwa lata. Specjalnie na ten dzień wybudowano stadion w stylu angielskim.

    Podczas zlotu młodzieżowych organizacji gimnastycznych "Sokół" we Lwowie, dwie polskie drużyny - Kraków i Lwów - wyszły na boisko kilka minut przed godziną 17. Doping zapewniło blisko 3 tysiące osób obecnych na stadionie.

    Zespoły obu drużyn wystąpili w niemal jednakowych strojach gimnastycznych. Zarówno piłkarze z Krakowa, jak i ze Lwowa założyli białe koszulki. Różnili się tylko kolorem spodenek. Lwowianie mieli szare, Krakowianie granatowe.

    Po sześciu minutach gry padła pierwsza (i jak się później okazało - ostatnia) bramka tego meczu. Zdobył ją niespełna 16-letni zawodnik gospodarzy Włodzimierz Chomicki, uczeń drugiej klasy miejscowego seminarium nauczycielskiego. Strzelenie gola wywołało ogromną euforię wśród kibiców ze Lwowa, którzy natychmiast wbiegli na boisko i zaczęli gratulować swoim piłkarzom. Organizatorzy nie byli przygotowani na taki obrót wydarzeń, w związku z tym postanowiono zakończyć mecz. W ten oto sposób pierwszy potwierdzony mecz piłkarski na naszych ziemiach trwał tylko 6 minut.

    Strzelec pierwszego gola, zdobytego na ziemiach polskich tak wspominał ten moment:
    "Kibice zupełnie nie rozumieli zasad gry (...) Była to wielka gonitwa za piłką... Mowy być nie mogło o tym, żeby się zatrzymać. Brawurowo odbiliśmy piłkę i zaczęliśmy ją kierować w stronę bramki naszych gości, którzy całą drużyną rzucili się jej bronić i wybijali nam piłkę jak tylko potrafili (...). Stałem trochę w oddali od naszej grupy pod bramką krakowian, gdzie trwała piekielna kopanina. Nagle, z tego kotłowiska wyskoczyła piłka i poturlała mi się prosto pod nogi. Nie zastanawiając się długo, mocnym uderzeniem wybiłem piłkę, która poszybowała nad głowami zawodników obu drużyn i zupełnie niespodziewanie okazała się tuż przed krakowskim bramkarzem. Zdążył on podnieść ręce, było jednak za późno - piłka już go minęła"

    W lipcu 2004 roku w 110. rocznicę pierwszego meczu rozegranego na ziemiach polskich, na Ukrainie obchodzono Dzień Narodzin Ukraińskiego Futbolu. Nikomu nie przeszkadzało wówczas (i nie przeszkadza do dzisiaj), że zawodnicy obu drużyn byli Ukraińcami, a w większości Polakami oraz, że Kraków i Lwów były ówcześnie polskimi miastami (znajdującymi się jednak pod zaborem austriackim).

    Historyk polskiej piłki nożnej Józef Hałys w monografii "Polska piłka nożna" pisze o tym meczu, iż "był raczej pokazem i zapewne mało przypominał dzisiejszą piłkę nożną", a PZPN nigdy nie zdecydował się na jakąkolwiek formę przypomnienia polskim kibicom o tym historycznym wydarzeniu...

    Na zdjęciu:
    Polskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” we Lwowie – pionierska organizacja wychowania fizycznego i sportu w Polsce.

    #wmrokuhistorii #historia #sport #pilkanozna #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #xixwiek #polska
    pokaż całość

  •  

    AMANDA KNOX - MORDERCZYNI O TWARZY ANIOŁA?

    W tej historii było wszystko. Seks, narkotyki, zbrodnia i piękna morderczyni. Czteroletni proces we włoskiej Perugi przykuł uwagę widzów na całym świecie. Amerykanka Amanda Knox, która przyjechała do słonecznej Italii w ramach wymiany studenckiej i jej chłopak Raffaele Sollecito zostali oskarżeni o zamordowanie 21-letniej Brytyjki Meredith Kercher. Na ławie oskarżonych zasiadł również ich znajomy, drobny złodziejaszek Rudy Guede.

    Do zbrodni doszło w 2007 roku. Nikt jednak nie wie, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Prokurator Giuliano Mignini wysnuł teorię, że w trakcie seksualnej orgii, Kercher została zbiorowo zgwałcona i zamordowana po tym, jak odmówiła udziału w trójkącie. Niedługo potem policja odkryła zwłoki Brytyjki w mieszkaniu, które wynajmowała wspólnie z Amandą. Ofiara była naga i miała podcięte gardło. Policja aresztowała Amerykankę i jej włoskiego chłopaka.

    Wszystko świadczyło o winie oskarżonych. Próbki DNA oraz ślady krwi znalezione na nożu i zapięciu od stanika Meredith dowodziły winy Amandy i Raffaele’a. Sąsiadka dziewczyn zeznała, że w noc morderstwa zobaczyła sylwetki dwóch uciekających osób, podobnych do tej pary.

    Na podstawie tych dowodów sąd skazał Amandę Knox za napaść i morderstwo na 26 lat więzienia. Sollecito usłyszał wyrok o rok mniejszy. Dwa lata później doszło do apelacji. Ponowne śledztwo wykazało, że podczas zabezpieczania dowodów popełniono kilkadziesiąt błędów. Parę uniewinniono, ale wolnością nie cieszyli się zbyt długo…

    W 2014 roku wyrok sądu został uchylony. Amerykanka ponownie stała się morderczynią, a karę zwiększono o dwa i pół roku. Właśnie wtedy rodzice Amandy wynajęli firmę w celu poprawy medialnego wizerunki ich córki. Wydane na ten cel pieniądze przyniosły zamierzony skutek – 27 marca 2015 roku oskarżonych ostatecznie uniewinniono od wszelkich zarzucanych im czynów. Rudy Guede został skazany na 16 lat.

    Nie wszyscy uwierzyli, że Knox jest tylko ofiarą włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Media głośno spekulowały, że Amanda tak naprawdę ma dwa anielskie oblicza. Potrafiła być zarówno "dziewczyną o twarzy anioła", jak i bezlitosnym "aniołem śmierci"…

    Na zdjęciu:
    Amerykanka Amanda Knox oskarżona o współudział w morderstwie podczas swojego pobytu we Włoszech. W tle pokój, w którym doszło do tajemniczej zbrodni.

    #wmrokuhistorii #historia #zbrodnia #usa #wlochy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: Amanda Knox.jpg

  •  

    HISTORIA WIĘZIENNYCH "PASIAKÓW"

    Odzież w paski to słynny i już legendarny styl ubioru więźniów. Swoje istnienie zawdzięcza dwóm przyczynom. Pierwsza jest chyba najbardziej oczywista – tak ubranego więźnia łatwo zauważyć, jeśli uda mu się jakoś uciec z więzienia, a miejscowi szybko rozpoznają, że mają do czynienia właśnie z groźnym uciekinierem, a nie np. z turystą z innego kręgu kulturowego lub wędrownym artystą. Drugą przyczyną jest efekt psychologiczny – przymus noszenia jednakowego ubrania miał osłabiać wolę uwięzionego do życia, a tym samym chęci ucieczki, i oddzielał go od świata wolnych ludzi. Historia więziennego ubrania sięga europejskiego średniowiecza i pełna jest śmierci oraz religijnego fanatyzmu...

    W 1310 roku we francuskim Rouen pewien szewc został skazany na karę śmierci za noszenie ubrania w paski. Ten precedens świetnie oddaje średniowieczne podejście do paskowanych ubrań.

    Historyk Michel Pastoureau we wstępie do swojej książki "Diabelska materia: historia pasków i tkanin w paski" pisze: "Począwszy od XII i XIII-wieku zachowała się obszerna dokumentacja świadcząca o tym, że paskowana odzież była uważana za haniebną, poniżającą i po prostu diabelską".

    Takie ubrania nosili kaci i prostytutki, a oprócz tego cała masa osób wykluczonych ze społeczeństwa – cyrkowcy, błaźni, trędowaci, kalecy, heretycy i dzieci urodzone z nieprawego łoża.

    W XIII wieku karmelici w Palestynie, wymyślili, że wprowadzą nowy wzór habitu - brązowy w białe paski. Znaleźli do tego nawet biblijną aluzję - starotestamentowy prorok Eliasz zniknął na niebie jadąc w ognistym rydwanie i pozostawiając za sobą wypalone na białym obłoku brązowe ślady kół. Nowe habity nie spodobały się pierwszym spotkanym Europejczykom - karmelitów obrzucano kamieniami i wygwizdywano.

    Konflikt dotarł do uszu samego papieża Aleksandra VI, który zakazał zakonnikom noszenia habitów w paski. Ci jednak nie chcieli się podporządkować i jeszcze przez ćwierć wieku brylowali w swoich paskowanych strojach. Sprawę ostatecznie zakończyła bulla Bonifacego VIII całkowicie i bez wyjątku zakazująca noszenia pasków przez wszystkich katolickich zakonników.

    Diabelski charakter pasków rozprzestrzenił się również na zwierzęta – za pomocników diabła uważano nie tylko czarne, ale i paskowane koty, tygrysy, żmije i hieny. Zebry, o istnieniu których w średniowieczu wiedzieli nieliczni, również zostały zakwalifikowane przez katolickich naturalistów do kategorii diabelskich zwierząt, gdzie pozostawały aż do czasów reformacji włącznie.

    Finał diabelskiego etapu w historii pasków nadszedł pod koniec XVIII wieku. Do rewolucji doszło nie tylko we Francji i w Nowym Świecie, ale i też w świadomości obywateli świata. Paski nie były już traktowane jak tabu. Wręcz przeciwnie – zapanowała moda na taki wzór w ubraniach, obiciach mebli i ścianach. Właśnie w tym okresie na arenę dziejów wkracza flaga Stanów Zjednoczonych…

    Strach przed paskami znalazł swoje odbicie w kombinezonach dla więźniów. Taki wzór dotarł do USA w XIX wieku wraz z powstaniem dwóch systemów więziennictwa. Pensylwański był opracowany przez kwakrów i zakładał zmuszenie więźniów do życia i pracy w pojedynczych celach. System z Auburn organizował specjalne gałęzie przemysłu, pozwalając pracować w nich więźniom, ale z jednoczesnym zakazem rozmawiania z innymi więźniami. Każdy ich ruch był reglamentowany, włosy miały być jednakowo krótko ścięte, a całość uzupełniał słynny kombinezon w paski.

    Ten strój obowiązywał przez około 100 lat i ostatnimi, którzy go nosili (nie licząc ofiar niemieckich obozów koncentracyjnych) byli angielscy więźniowie (kobiety do 1971 roku, mężczyźni do 1991). Gdy zniesiono obowiązek noszenia jednakowych pasiaków i pozwolono skazanym nosić zwykłe ubrania, wielu z nich wolało kontynuować tradycję i zamawiało dla siebie... ubrania w paski!

    Na zdjęciu:
    Więźniowie z Utah (USA) w swoich "pasiakach". Fotografia z roku 1885.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #usa #wiezienie #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #zbrodnia #europa
    pokaż całość

    źródło: Utah.1885.jpg

    •  

      Ten strój obowiązywał przez około 100 lat i ostatnimi, którzy go nosili (nie licząc ofiar niemieckich obozów koncentracyjnych) byli angielscy więźniowie (kobiety do 1971 roku, mężczyźni do 1991).

      @w-mroku-historii: 100 lat kiedy? 100 lat od czego? obozów koncentracyjnych z IIWŚ? czy obozów z 1991 roku ?

      wszystko spoko i fajna ciekawostka, ale "zakończenie" opisu to jest dramat pokaż całość

    •  

      @w-mroku-historii:

      W 1310 roku we francuskim Rouen pewien szewc został skazany na karę śmierci za noszenie ubrania w paski. Ten precedens świetnie oddaje średniowieczne podejście do paskowanych ubrań.

      Jak dla mnie to obrazuje podejscie we sredniowiecznej Francji, a nie w calym sredniowieczu. Wstydz sie takich manipulacji.

      Wkurza mnie to, ze wybryki w poszczegolnych krajach zachodbich usilujecsie rozzezac na całą Europe. Nakie uproszczenia są szkodliwe.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    ZAMACH NA USS COLE I „LUDZKI WYKRYWACZ KŁAMSTW”

    12 października 2000 roku terroryści Al-Ka’idy dokonali udanego ataku na amerykański okręt USS Cole. Eksplozja wyrwała w burcie okrętu dziurę o średnicy około 12 metrów zabijając 17 amerykańskich marynarzy i raniąc 39. Zginęło również dwóch zamachowców-samobójców, którzy podpływając do okrętu udawali przyjacielskie zamiary pozdrawiając gestami amerykańską załogę. Funkcjonariusze FBI i NCIS szybko aresztowali osoby podejrzewane o przygotowanie zamachu. Wśród schwytanych był także jemeński dżihadysta - Jamal Ahmad Mohammad Ali Al Badawiego, znany jako Jamal al-Badawi.

    Jamal szybko trafił na przesłuchania, podczas których zastosowano tortury, takie jak tzw. „waterboarding”, czyli podtapianie przez przywiązanie do deski i polewanie głowy strumieniami wody. Jemeńczyk nie dał się jednak złamać. Nie pomogło również bicie i głodzenie. Zaprzestano więc stosowania przemocy oraz gróźb. Jemeńczykowi podano posiłek i kawę oraz daktyle. Taka taktyka przyniosła dobry efekt - terrorysta zaczął zeznawać, jednak informacje, którymi się dzielił okazywały się całkowicie bezwartościowe.

    Wtedy do akcji wkroczył pracownik NCIS Ken Reuwer. Jego pomocnikiem został agent FBI - Ali Soufan, z racji swojego libańskiego pochodzenia, płynnie posługujący się językiem arabskim. To Ali przesłuchiwał al-Badawiego. W tym czasie Reuwer swoje pytania zapisywał niewielkiej na kartce papieru i podawał ją Aliemu.

    Jemeńczyk był mocno zaintrygowany ową kartką wędrującą pomiędzy dwoma agentami. Za wszelką cenę próbował podejrzeć jakie informacje znajdują się w notatce. Widząc takie zachowanie al-Badawiego agent FBI wpadł na sprytny plan. Aby zaspokoić ciekawość przesłuchiwanego terrorysty Soufan ze spokojem zakomunikował mu, że jego amerykański kolega jest jedynym na świecie „ludzkim wykrywaczem kłamstw” i obdarzonym nadprzyrodzonymi mocami specjalistą od odczytywania ludzkich zachowań. Następnie dodał, że za każdym razem, kiedy Amerykanin widzi kłamstwo w oczach al-Badawiego, to informuje o tym właśnie poprzez przekazanie Soufranowi kartki z napisem „kłamstwo”.

    Zamachowiec bardzo się tym przejął. Odtąd za każdym razem, gdy kłamał, zasłaniał dłonią swoje oczy lub odwracał głowę, aby Reuwer nie mógł złapać go na kłamstwie. Takie zachowanie Jamala bardzo ułatwiło przesłuchanie. Ostatecznie terrorysta przyznał się do przeprowadzenia zamachu, a przy okazji dostarczył FBI sporo cennych informacji na temat Al-Ka’idy. Łatwowierny terrorysta został skazany w roku 2004 na karę śmierci, której wciąż nie wykonano.

    Na zdjęciu:
    Uszkodzony okręt USS Cole z widoczną dziurą, powstałą po samobójczym ataku terrorystycznym. W lewym górnym rogu zdjęcia: agent FBI Ali Soufan (po lewej) oraz łatwowierny terrorysta Jamal al-Badawi (po prawej).

    #wmrokuhistorii #historia #usa #terroryzm #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #zamach #swiat
    pokaż całość

    źródło: USS Cole.jpg

  •  

    MASAKRA OATMANÓW, CZYLI HISTORIA DZIEWCZYNY Z TATUAŻEM

    18 lutego 1851 roku, nad rzeką Gila River w Arizonie, około 90 mil na wschód od słynnego z westernów miasteczka Yuma, doszło do wydarzenia, które przeszło do historii USA jako "Masakra Oatmanów" ("The Oatman Massacre").

    Gruba kilkunastu Indian zaatakowała rodzinę Oatmanów, mordując prawie wszystkich jej członków. Przy życiu pozostali jedynie: 15-letni Lorenzo, który został skatowany i pozostawiony w okolicach miejsca zwanego "Gila Bend" na pewną śmierć oraz 14-letnia Olive i 7-letnia Mary Ann.

    Gdy masakra dobiegła końca, Indianie przeszukali dobytek swoich ofiar, po czym zabrali wszystkie rzeczy, które uznali za przydatne. Dwie siostry zostały zmuszone, by odejść razem ze swoimi oprawcami. Lorenzo Oatman cudem przeżył atak. Dwa tygodnie błąkał się samotnie po okolicy, aż wreszcie na początku marca, z pomocą przypadkowo spotkanych emigrantów odnalazł ciała członków swojej rodziny i pochował ich we wspólnym grobie.

    Siostry po uprowadzeniu, przez niemal rok były niewolnicami wśród członków plemienia Yavapai. Po latach Olive opowiedziała, iż razem z siostrą były przekonane, że wkrótce zostaną zabite przez Indian. Dziewczęta często bito i maltretowano oraz wykorzystywano do prac nie wymagających specjalnych umiejętności. Ich dni wypełniały takie czynności jak karmienie zwierząt, przynoszenie wody z rzeki i zbieranie drewna na opał.

    Olive Oatman została w końcu odkupiona i adoptowana przez wodza plemienia Mojave. Jako znak przynależności do plemienia swoich wyzwolicieli - jej ramiona i brodę zaczął zdobić rytualny, niebieski tatuaż plemienny. Otrzymała nowe imię i wiodła szczęśliwe życie wśród swoich współplemieńców.

    Podczas pobytu wśród Indian Mohave poznała ich kulturę, tradycję i obyczaje. Pokochała indiański świat. Pragnęła do końca swoich dni pozostać jedną z nich. Nie pozwolono jej na to. Wbrew własnej woli "dziewczyna z tatuażem" została oswobodzona i siłą przywieziona z powrotem do "cywilizowanego" świata białych ludzi. Wróciła, chociaż nie chciała.

    Przez wiele lat sądzono, że za morderczy atak na rodzinę Oatmanów odpowiadają Indianie z plemienia Apaczów, jednak dziś antropolodzy są zgodni - byli to wojownicy z plemienia Yavapai, zamieszkujący ówcześnie tereny dzisiejszej Arizony, w wiosce oddalonej około 100 mil od miejsca dokonanej przez nich masakry.

    #wmrokuhistorii #historia #usa #dzikizachod #gruparatowaniapoziomu #xixwiek #ciekawostkihistoryczne #indianie
    pokaż całość

  •  

    ZIEMNIACZANY PRZEKRĘT JOANISA KAPODISTRIASA

    Potrawy z ziemniaków nie należą może do tradycyjnych dań kuchni greckiej, jednak przysmak ten Grecy niewątpliwie sobie cenią. I choć ziemniaki w Helladzie są dziś niezwykle popularne, zwłaszcza zapiekane z oregano i oliwą z oliwek, to ich wprowadzenie do greckiej kuchni wcale nie było łatwe. Ludzie długo nie chcieli się do nich przekonać.

    Innego zdania był Joanis Kapodistrias (1776-1831), pierwszy prezydent niepodległej Grecji. Poznał on ziemniaki podczas swoich licznych podróży po Europie. Zachwycony ich smakiem oraz łatwością uprawy, postanowił przenieść „ziemniaczaną modę” do własnego kraju.

    W tym celu, w roku 1830, sprowadził do portu Nauplion na Peloponezie statek wypełniony tą smaczną rośliną. Przez kilka kolejnych tygodni ludzie próbowali rozdawać ziemniaki okolicznym mieszkańcom. Z marnym skutkiem…

    Grecy stanowczo odmawiali jedzenia nowej rośliny. Znaczna część ludzi bała się nawet, że nieznane bulwy są trujące. Na nic zdały się namowy Kapodistriasa i tłumaczenia, że ziemniaki są bardzo smaczne a ich uprawa mogłaby rozwiązać problem głodu i biedy.

    I pewnie jeszcze długo nie udałoby się namówić Greków na skosztowanie ziemniaków, gdyby Joanis Kapodistrias nie przypomniał sobie, poznanej w Prusach historii o podobnym kłopocie, jakiego doświadczył Fryderyk II Wielki (1712-1786). Nie wahając się ani chwili, grecki prezydent postanowił pójść w ślady króla Prus…

    Kapodistrias wydał rozkaz zebrania wszystkich ziemniaków w jednym magazynie, wokół którego rozstawiono uzbrojonych strażników. Dostali oni jednak wytyczne, aby w odpowiedniej chwili odwracać wzrok i udawać, że niczego nie widzą.

    Na widok uzbrojonej straży, Grecy zaczęli myśleć, że nieznane im wcześniej rośliny muszą być bardzo cenne. A skoro kosztują majątek, to na pewno muszą być niebywale smaczne.

    Od tego momentu, każdej nocy, coraz liczniejsze grupy miejscowych chłopów zakradały się do magazynu, aby ukraść jak największą ilość ziemniaków. „Ślepi” strażnicy nic nie widzieli, nic nie słyszeli – tak, jak rozkazał im prezydent.

    Tym sposobem Grecy zaczęli próbować nowej rośliny. Przekonali się także, że Kapodistrias nie kłamał – ziemniaki nie była ani trujące, ani niesmaczne. Tak oto „kartofelki” na stałe zadomowiły się w greckiej kuchni…

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #grecja #europa #kuchnia #ziemniaki #xixwiek
    pokaż całość

  •  

    79 lat temu...

    12 września 1939 roku w miejscowości Abbeville (północna Francja) odbyła się brytyjsko-francuska konferencja, która przypieczętowała los Polski w II wojnie światowej. Podczas spotkania przedstawiciele naszych najbliższych sojuszników, premierzy Edouard Daladier i Neville Chamberlain, w tajemnicy podjęli decyzję o nie udzielaniu naszemu krajowi militarnej pomocy w walce z niemieckim najeźdźcą. Postanowiono również, że Wielka Brytania i Francja (które od 3 września były w stanie wojny z III Rzeszą) nie będą atakowały Niemiec od strony zachodniej.

    Wskutek tych decyzji Polska w ciągu następnych trzech tygodni została zajęta przez wojska niemieckie. W tym czasie Armia Czerwona zaatakowała nasza ojczyznę od wschodu w dniu 17 września. Rozpoczęła się krwawa okupacja całego kraju, w wyniku której życie straciło miliony istnień ludzkich.

    Pięć lat później historia zadrwiła z Abbeville. We wrześniu 1944 roku zniszczone francuskie miasto zostało wyzwolone przez... Polaków! Dokonała tego 1. Dywizja Pancerna generała Stanisława Maczka.

    W nagrodę za ten wyczyn Polski zabrakło na uroczystej Londyńskiej Paradzie Zwycięstwa, która odbyła się 8 czerwca 1946 dla uczczenia zwycięstwa nad Niemcami oraz Japonią w II wojnie światowej. Jednym z głównych powodów który doprowadził do wykluczenia Polaków z parady był fakt, że Brytyjczycy nie chcieli drażnić stosunków ze Związkiem Radzieckim, który uważał Polskę Ludową za własną strefę wpływów.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #iiwojnaswiatowa #wielkabrytania #francja #polska #gruparatowaniapoziomu #zdrada #kalendarium #rocznica #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    STANISŁAW WARSZYCKI - SADYSTA Z OGRODZIEŃCA

    W roku 1669 nowym włascicielem zamku w Ogrodzieńcu został kasztelan krakowski - szanowany szlachcic Stanisław Warszycki herbu Abdank.

    Warszycki urodził się w 1599 roku, a wykształcenie zdobył w Padwie. W majątkach, które były jego własnością z wielkim zamiłowaniem rozwijał tkactwo, garncarstwo, budował cegielnie i popierał handel. Dla innych szlachciców Warszycki był niekwestionowanym bohaterem narodowym i wielkim patriotą. Jednak prosty lud miał o nim zgoła odmienne zdanie...

    W pieśniach i ustnych opowieściach miejscowi chłopi przedstawiali go najczęściej jako okrutnego sadystę i bezwzględnego kata. Miał torturować swoich poddanych, często bez wyraźnego powodu. Nie znosił sprzeciwu, nawet ze strony własnej żony, którą kazał publicznie wychłostać na zamkowym dziedzińcu. Skargi na Warszyckiego dochodziły nawet do samego króla, jednak wszyscy zdawali się być głusi na plotki o sadystycznych skłonnościach "ogrodzienieckiego pana". Wpływ na to miała zapewne reputacja Stanisława jako dzielnego obrońcy Częstochowy i Jasnej Góry.

    Niechętne mu źródła wspominają:
    "Zapewniano, że kasztelan przeciążał poddanych robocizną, dręczył ich i katował, był złym chrześcijaninem i kto wie, czy nie heretykiem, za nic miał nakazy wiary i kościoła, nie szanował dni świętych, księżmi gardził (...)"

    Przeciwko Stanisławowi Warszyckiemu prowadzono także wiele spraw natury kryminalnej. Jedna z tych spraw dotyczyła zabójstwa młodej szlachcianki Magdaleny Konopańskiej. We wszystkich przypadkach, po szybkich procesach oskarżony zostawał szybko uniewinniany.

    Wiedząc, że jest bezkarny, w jednej z grot przy zamku w Ogrodzieńcu urządził sobie katownię, w której rzekomo miał torturować swoich przeciwników. Do dziś "Katownia Warszyckiego" znajduje się w Ogrodzieńcu i jest dostępna dla zwiedzających.

    Niektórzy twierdzą nawet, że kasztelan był pierwowzorem postaci Kmicica, patrioty i okrutnika, z powieści Henryka Sienkiewicza. Podobnie jak Kmicic, Warszycki na starość bardzo złagodniał i u boku swojej żony Heleny Wiśniowieckiej wiódł sielankowe życie w Zbarażu i Wiśniczu. Doczekał się syna Jana Kazimierza i dwóch córek - Teresy Jadwigi i Anny. Zmarł 25 stycznia 1681 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #polska #zamki #ogrodzieniec #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #slask
    pokaż całość

  •  

    TAJEMNICA ŚMIERCI ADAMA MICKIEWICZA

    26 listopada 1855 roku, w Konstantynopolu, zmarł Adam Mickiewicz, polski poeta, działacz polityczny, publicysta, tłumacz, filozof, działacz religijny, mistyk, organizator i dowódca wojskowy, nauczyciel akademicki. Obok Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego uważany za największego poetę polskiego romantyzmu (grono tzw. "Trzech Wieszczów") oraz literatury polskiej, a nawet za jednego z największych na skalę europejską. Określany jest także przez niektórych, jako poeta przeobrażeń oraz bard słowiański.

    Śmierć Adama Mickiewicza wciąż jest otoczona tajemnicą. Wielu badaczy nie wierzy, że poeta zmarł na cholerę. Jak przypominają, na śmierci Mickiewicza mogło zależeć zarówno Rosjanom, jak i przeciwnikom jego koncepcji politycznych, których nie brakowało wśród polskich emigrantów. Okoliczności zgonu wskazują na otrucie...

    Jesienią 1855 roku Mickiewicz przebywał w tureckim Istambule. Tworzył tam polski oddział, który miał walczyć w wojnie krymskiej przeciwko Rosji, po stronie Turcji. Poeta ciężko pracował, nie dojadał, ale też nie uskarżał się na zdrowie.

    26 listopada 1855 roku Mickiewicz obudził się w nocy. Kazał sobie podać herbatę i usnął. Kiedy około godz. 10 przyszedł do niego płk Emil Bednarczyk, zobaczył świeżo startą podłogę - znak, że rano poeta "womitował". Inni odwiedzający nie zauważyli umytej podłogi. Może dlatego, że wcześniej została zadeptana przez gości.

    Około południa, według towarzysza Mickiewicza, Henryka Służalskiego, poeta wypił kawę ze śmietanką i zjadł kawałek chleba, potem się zdrzemnął. Około godz. 13 poczuł się źle. Bednarczyk zastał go stojącego w drzwiach w samej koszuli, obiema rękami trzymającego się futryny drzwi. Nie chciał wrócić do łóżka.

    Po południu sprowadzono lekarza, który zastosował plastry z gorczycy. Ale stan chorego gwałtownie się pogarszał, pojawiły się konwulsje. Około 19.00 przyszedł ksiądz, ale konający tracił już świadomość. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział do Bednarczyka, brzmiały: "Powiedz tylko dzieciom, niech się kochają. Zawsze".

    Świadectwo zgonu, wystawione przez miejscowego lekarza Jana Gembickiego, podaje jako przyczynę śmierci wylew krwi do mózgu. Zawsze uważano to za wybieg. Gdyby lekarz napisał, że poetę zabiła cholera, niemożliwe byłoby wywiezienie zwłok do Francji. Taką informację rozpowszechniał najpierw Henryk Służalski, a potem syn poety - Władysław, który w ten sposób chciał ukrócić pogłoski o otruciu ojca.

    Jesienią 1855 roku w Konstantynopolu nie było jednak cholery. Wprawdzie pojawiała się ona tam w XIX wieku często, ale tylko w lecie i raczej wśród biedoty. W dodatku objawy cholery, zdaniem lekarzy, mogą być podobne do objawów zatrucia arszenikiem.

    O otruciu poety szeptano od pierwszych dni po jego śmierci. Na pożegnalnej mszy w paryskim kościele św. Magdaleny doszło do skandalu: jeden z towarzyszy Mickiewicza w Konstantynopolu, kpt. Franciszek Jaźwiński, na schodach kościoła pobił laską generała Władysława Zamoyskiego z Hotelu Lambert, znanego z niechęci do Mickiewicza. Oskarżenia o trucicielstwo nie wypowiedziano, ale wisiało ono w powietrzu.

    Wiadomo, że Mickiewicz przed śmiercią obawiał się o swoje życie. Dawał temu wyraz w listach do przyjaciół. Cyprian Norwid, po mszy pożegnalnej, napisał wiersz "Coś ty Atenom zrobił Sokratesie?". Wielu biografów wieszcza odnajduje w nim sugestię, że Mickiewicz zginął od trucizny, tak jak Sokrates. Dyskusję na temat niejasnych okoliczności śmierci Mickiewicza podjęto jednak dopiero w 1932 roku, z inicjatywy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Jako pierwszy wyraził on głośno swoje wątpliwości - nie tylko jako badacz literatury, ale także jako lekarz.

    Nie można też wykluczyć, że rację miała Wisława Knapowska, która w trzy lata po artykule Boya postawiła tezę, że Mickiewicza zabiło wycieńczenie organizmu spowodowane wyczerpującym trybem życia w Turcji. Ludwika Śniadecka wypominała poecie w listach, że nie dba o siebie - próbuje jeździć konno jak młodzik, sypia byle gdzie i jada byle co.

    Na zdjęciu:
    Portret Adama Mickiewicza na łożu śmierci.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ciekawostki #smierc #gruparatowaniapoziomu #mickiewicz #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    FRIEDRICH VOIGT - KAPITAN Z KÖPENICK

    Friedrich Wilhelm Voigt, 57-letni szewc pochodzący z Tylży, 16 października 1906 roku zagrał na nosie wszechobecnemu pruskiemu autorytetowi żołnierskiemu przez paradowanie po ulicach Köpenick w mundurze z "drugiej ręki".

    Wystarczyło zebranie odpowiedniej ilości marek i zakupienie części składających się na pruski mundur. W ten oto sposób postawił na nogi całe niemieckie miasto.

    Nie wychodząc z roli, hochsztapler zdołał objąć kontrolę nad małą grupą oficerów, którzy podążyli za nim bez oporu, i zaprowadzić ich do miasteczka Köpenick (dzisiejsza dzielnica Berlina). Tam mężczyzna zabarykadował ratusz swoimi ludźmi, wydał rozkaz aresztowania burmistrza Georga Langerhansa i skonfiskował około 4000 marek należących do magistratu. Następnie oddalił się pociągiem, przebierając się w cywilne ubranie. Wcześniej zobowiązał swoją drużynę do odeskortowania więźnia do berlina na przesłuchanie. Za udaną współpracę ufundował każdemu swojemu żołnierzowi kiełbasę z piwem.

    O całej sprawie dowiedział się wkrótce sam cesarz Wilhelm II - według anegdot historia ta doprowadziła go do łez. Voigt potraktowany został bardzo łagodnie, skazany na zaledwie 4 lata więzienia. Po wyjściu na wolność żył dzięki sławie, sprzedając pocztówki ze swoją podobizną i dzieląc się swoją niezwykłą historią.

    Na zdjęciu:
    Friedrich Wilhelm Voigt (1849-1922), pruski szewc i hochsztapler podczas aresztowania.

    #wmrokuhistorii #ciekawostki #historia #niemcy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    ZBRODNIA W STARYM CIEPIELOWIE

    6 grudnia 1942 roku, w Starym Ciepielowie i Rekówce na Mazowszu niemieccy żandarmi z miejscowego posterunku spalili żywcem 31 osób z czterech polskich rodzin: Kowalskich, Kosiorów, Skoczylasów i Obuchiewiczów. Wszyscy zostali oskarżeni o pomoc w ukrywaniu Żydów. Zginęło także dwóch żydowskich uciekinierów. Większość ofiar stanowiły dzieci. Była to jedna z największych zbrodni popełnionych przez Niemców na Polakach, którzy w czasie II wojny światowej udzielali pomocy Żydom.

    Tego dnia rano, oddziały żandarmerii niemieckiej, stacjonujące w opustoszałym folwarku w Ciepielowie, otoczyły znajdujące się w tej samej wsi gospodarstwa Kowalskich i Obuchiewiczów oraz dom Skoczylasów zamieszkujących pobliską wieś Rekówka. W domu tych ostatnich mieszkali także Stanisław i Marianna Kosiorowie z dziećmi.

    Żandarmi zaprowadzili mieszkańców do drewnianej chaty rodziny Obuchiewiczów. Siłą wepchnięto wszystkich do środka, zaryglowano drzwi i podłożono ogień. Z płonącego domu udało się wybiec poparzonej dziewczynce, 14-letniej Janinie Kowalskiej. Wtedy Niemcy otworzyli ogień, a ciało martwego dziecka wrzucili z powrotem do środka.

    Tuż po dokonaniu tej makabrycznej zbrodni, Niemcy kazali innym mieszkańcom wsi zakopać w jednym zbiorowym dole zwęglone szczątki sąsiadów. Po wojnie szczątki zamordowanych zostały ekshumowane i przeniesione do masowego grobu ofiar niemieckiego terroru, znajdującego się w Starym Ciepielowie.

    W 1992 roku (w 50. rocznicę mordu) odbyły się w Ciepielowie uroczystości, w czasie których wmurowano w miejscowym parku kamień węgielny pod przyszły pomnik.

    W 2009 roku nakręcony został dokument fabularyzowany opowiadający o wydarzeniach z Ciepielowa pt. „Historia Kowalskich”. Po premierze filmu (20 października 2009 roku), ówczesna pierwsza dama Maria Kaczyńska odznaczyła pośmiertnie zamordowanych Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

    Na zdjęciu:
    Bronisława i Adam Kowalscy wraz z dziećmi - Janiną (14l.), Zosią (12l.), Stefanem (7l.) i Heniem (4l.).

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #ciekawostki #niemcy #wojna #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu #polska
    pokaż całość

    źródło: wmh.jpg

  •  

    TRAGEDIA NA MOSKIEWSKICH ŁUŻNIKACH

    20 października 1982 roku moskiewski Centralny Stadion Sportowy imienia Lenina na Łużnikach stał się miejscem największej sportowej tragedii w historii ZSRR.

    Spartak Moskwa podejmował holenderski klub HFC Haarlem. Stawką meczu był awans do 1/8 Pucharu UEFA. Na mogącym wtedy pomieścić około 100 tysięcy widzów obiekcie zasiadło niecałe 15 tysięcy kibiców. Decyzją władz zostały otwarte tylko sektory na wschodzie obiektu.

    Tego dnia nasypało dużo śniegu, a temperatura spadła do -10 stopni Celsjusza. Przemarznięci fani przed końcem nudnego meczu zaczęli kłębić się na trybunie C z jedyną otwartą bramą (z czterech). W którymś momencie na schodach upadła dziewczynka. Ktoś zatrzymał się, by jej pomóc i tak zaczęło się wzajemne tratowanie.

    Potem Spartak strzelił bramkę, podwyższając wynik meczu na 2:0. Nagle wszyscy zaczęli się cofać na trybunę. Sytuacja z dramatu zmieniła się w horror. Zadeptano i zaduszono 66 osób, głównie nastoletnich. Następnego dnia jedynie popołudniówka "Wieczorna Moskwa" zamieściła kilka zdań o "naruszeniu porządku" na stadionie. Rozmiar tragedii Rosjanie poznali 7 lat później.

    Oficjalnie ofiar było 66, wszystkie zebrano w jednej kostnicy. Początkowo nie podawano liczby ofiar, wspominając najwyżej, że takie były. Z niektórych relacji wynika, że władze bardzo się starały zatuszować sprawę. Wielu rodzinom podobno dano 40 minut na pożegnanie bliskich, których pochowano w masowej mogile. Wszyscy dostali zakaz mówienia o tym.

    Aż do 1989 roku prawda nie wyszła na jaw. Wówczas okoliczności były już zupełnie inne – Związek Radziecki chylił się ku upadkowi, panujący Michaił Gorbaczow nie był w stanie temu zapobiec. Na światło dzienne wyciekało wiele skrywanych dotychczas informacji, także ta o tragedii na Łużnikach...

    #wmrokuhistorii #historia #katastrofa #zsrr #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #pilkanozna #sport #ciekawostkihistoryczne #rosja
    pokaż całość

    źródło: Luzniki.jpg

  •  

    POLSKA OFIARA W PEARL HARBOR

    7 grudnia 1941 roku Japonia rozpoczęła wojnę ze Stanami Zjednoczonymi, atakując z zaskoczenia bazę wojenną Pearl Harbor. Jedną z ponad dwóch tysięcy śmiertelnych ofiar nalotu był Polak - mechanik i szeregowiec Władysław Wardyga, który wśród swoich amerykańskich kolegów znany był jako Walter H. Wardigo…

    Matka przyszłego amerykańskiego żołnierza – Katarzyna Wardyga z domu Witek wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych niedługo przed wybuchem I wojny światowej w wieku 19 lat. Jej nazwisko figuruje na liście pasażerów z dnia 25 lutego 1913 roku podróżującym statkiem „Vaderland” na trasie Antwerpia-Dover-Nowy Jork. Do Ameryki przybyła wraz ze swoją siostrą bliźniaczką Marią.

    W Stanach Zjednoczonych Katarzyna na początku pracowała najprawdopodobniej w Nowym Jorku jako szwaczka. Tu wyszła za mąż za ukraińskiego emigranta Johna Wardygę. Mieli czwórkę dzieci: syna Władysława i córki: Helenę, Józefę i Zosię.

    Niestety, po latach nie sposób już dowiedzieć się czegoś więcej na temat życia Władysława/Waltera. Najbliżsi nie żyją, poza fotografią nie znane są inne pamiątki po nim. Nie dowiemy się więc już co robił przed wstąpieniem do armii, jak znalazł się w Pearl Harbor, nie poznamy szczegółów jego śmierci.

    Na podstawie informacji skąpych informacji z amerykańskich archiwów i napisu na nagrobku możemy jedynie wywnioskować, że ochotniczo zgłosił się do wojska. Skrót PVT przy jego nazwisku oznaczał, że był szeregowym kontraktowym w armii USA. Po wojnie Rodzina Władysława Wardygi otrzymała zdjęcie z dopiskiem na odwrocie:

    „Posyłam ci fotografię mojego syna który został zabity 7 grudnia 1941 Władysław Wardyga”.

    Walter H. Wardigo był członkiem naziemnej obsługi bazy. Służył w Bazie 17. Grupy Lotniczej, w skład której wchodziły szwadrony 18th Air Base Squadron, 22d Materiel Squadron i 23d Materiel Squadron. Był żołnierzem 18 szwadronu. W wojskowej ewidencji występuje pod numerem 6997635, ma status KIL – Zabity Podczas Akcji (Killed in Action).

    Ciekawostką jest fakt, że pierwszą oficjalną ofiarą ataku na Pearl Harbor i pierwszym zewidencjonowanym amerykańskim żołnierzem poległym w czasie II wojny światowej jest również osoba pochodzenia polskiego: Robert Niedźwiedzki.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #gruparatowaniapoziomu #usa #wojna #ciekawostki #iiwojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #historiajednejfotografii #pearlharbor #xxwiek
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów