wyjebałem wszystko trochę jest na fejsie www.facebook.com/wujaandzej

  •  

    następuje całkowita zmiana polityki Polski
    finansowanie tylko i wyłącznie polskiego programu kosmicznego
    po latach starań powstaje polski gwiazdolot
    jedynym polskim gwiazdonautą jest Jacek Władysław Łaszczok-Stachursky
    Jacku czy jesteś gotowy do wystrzelenia?
    jam jest
    rakieta zwrócona w stronę Słońca
    start, przejście przez atmosferę
    Jacku, wszystko w porządku? Jak się czujesz?
    dosko
    Stachursky przez cały lot pochłania energię słoneczną
    im bliżej celu tym więcej
    z każdą sekundą staje się potężniejszy
    pewnego dnia dotrze do gwiazdy
    jego moc wzrasta
    Jacek nadejdzie
    Jacek o nas zadba
    musimy tylko czekać
    pewnego dnia wszystko będzie już dobrze
    w ogóle centralnie bez kitu

    #gownowpis #wujaandzej #pasta
    pokaż całość

    źródło: img.czecho.pl

  •  

    Wyłonili się z barw.

    *

    Spadałem przez tunel. Przestrzeń była plastyczna i rozciągliwa, zmieniła się w lepką maź, czas nie istniał wcale. Zieleń przechodząca w żółć, żółć ciemniejąca w szkarłat. Pulsujące kręgi. Wzburzone spirale. Każdą cząstkę mnie przenikało kojące ciepło, czułem się bezpiecznie. Byłem wieczny. Zapadałem się w sobie, krzepłem, kurczyłem, nabrzmiewałem. Skrzyłem się jak wieczyste, kryształowe pałace. Skraplałem dźwięki. Gorzałem jak wnętrze gwiazdy. Utraciłem kontury, linie proste zmieniły się w falujące wstęgi. Istniałem. Oto ruch, oto płynność. Stałem się czystym szczęściem i było to oczywiste. Nie potrafiłem jednak przewidzieć jak nieoczekiwanie skończy się nieskończoność. W oczy bezlitośnie wdarła mi się ciemność, a tunel wypluł mnie z siebie, odrzucił, zupełnie jakby znużył się zabawką.

    Spadałem w lodowatej ciszy. Czas powrócił, z lekkością powołał się do istnienia, sekunda, dwie, trzy… Uderzenie nadeszło z całym impetem, wydarło mi dech z piersi, tworząc świat, w którym leżałem krzyżem na plecach, patrząc w brudnofioletowe niebo. Mieniły się na nim trzy krwawe księżyce, gwiazd nie było. Wraz z upadkiem przyszło zrozumienie. Ponownie znalazłem się w Strasznej Krainie.

    *

    Nie czułem bólu. Niepewnie, z niezgrabnością owada, dźwignąłem się na nogi. Gleba była nieprzyjemnie wilgotna, miękka i sprężysta, jak nasączona gąbka. Rozejrzałem się, po czym nerwowo przetarłem oczy. Stałem na brzegu. Tuż przede mną rozciągał się bezkres oceanu. Woda była spokojna, niezmącona żadną zmarszczką. Połyskiwała bladoniebieskim światłem, a pod jej powierzchnią wirowały galaktyki, eksplodowały supernowe, słońca rodziły się i umierały. Widziałem obłoki molekularne, mgławice, widziałem karły i hiperolbrzymy. Ujrzałem też monstrualnych połykaczy światów, wielu unosiło się z gracją, dryfując bez celu, kilku wirowało w opętańczym tańcu, w rytmicznych skurczach.

    Oto samotność. Zdjęło mnie przerażenie. Próbowałem krzyczeć, jednak z krtani zmiażdżonej przez strach nie wyrwał się żaden dźwięk. Poczułem, że jeśli nie przestanę wpatrywać się otchłań, postradam rozum. Opadłem na cztery kończyny jak dzikie zwierzę i rzuciłem się do ucieczki, byle dalej, byle stracić ocean z zasięgu wzroku, byle nie oglądać się za siebie. Pod moimi dziwacznie wydłużonymi ramionami przemykały mozaiki kolorowych kamyczków, fantazyjne, rozedrgane wzory kryształków. Łkałem w panice, biegłem na oślep, a moja ucieczka trwała eony lub ułamki sekund.

    Wreszcie zatrzymałem się, z trudem łapiąc oddech. Ostrożnie podniosłem się na dwie kończyny, w roztrzęsieniu próbując odzyskać utracone człowieczeństwo. Chwiałem się lekko, moje nogi były jak z gumy, wyginały się pod dziwnymi kątami, z wysiłkiem utrzymywałem równowagę. Po zaczerpnięciu kilku głębokich wdechów ponownie przyjrzałem się otoczeniu. Podczas biegu wydawało mi się, że przedzieram się przez las, ze zdumieniem zauważyłem jednak, że wysokie słupy, które wcześniej wziąłem za drzewa, w istocie są jasnobrązowymi grzybami niedorzecznych rozmiarów, o smukłych trzonach i stożkowatych kapeluszach. Rosły gęsto, w grupach. Na niewielkiej polance, na której się znajdowałem, panował półmrok. Blokowały dostęp światłu księżyców. Straszna Kraina rządziła się własnymi prawami.

    Grzyby niepokoiły mnie, wydawało się, że to one są odpowiedzialne za niskie, miarowe buczenie, które słyszałem od momentu wbiegnięcia między trzony. Powoli zbliżyłem się do jednego z nich. Wyciągnąłem rękę, by dotknąć jego śliskiej powierzchni i właśnie wtedy otworzył oczy. Odskoczyłem błyskawicznie, sapiąc przy tym z trwogi. Teraz z trzonu wpatrywały się we mnie dziesiątki ślepi o olbrzymich źrenicach i świecących, wąskich, jadowicie zielonych tęczówkach. Przesunąłem się o kilka kroków w lewo. Źrenice podążyły za mną. Poczułem się jak bezbronna ofiara, obserwowana przez drapieżnika tuż przed atakiem.

    - Wszystko jest już dobrze – szeptałem do siebie – nie ma się czego bać.
    - Strach to reakcja odruchowa nierozerwalnie związana z przyszłością – usłyszałem za swoimi plecami – z przeszłością wiąże się żal.

    Obróciłem się gwałtownym ruchem. Tuż przed sobą zobaczyłem trzy pokraczne, powykręcane, oślizgłe istoty. Sięgały mi do pasa. Ich oczy, świecące fluorescencyjnym światłem, przypominały płaskie dyski. Były nagie, miały bladą, galaretowatą skórę, miejscami przezroczystą, zwłaszcza na głowie. Byłem w stanie dostrzec mętne zarysy ich mózgów. Ich okropnie zdeformowane twarze wyglądały koszmarnie ludzko. Przycisnąłem dłonie do ust.

    - Nie lękaj się, głupiutki – odezwała się jedna z istot. Wydawała nieprzyjemne, skrzeczące dźwięki, podobne do odgłosów kruka. Mimo to doskonale ją rozumiałem.
    - Obiekt lęku zawsze jest irracjonalny – zakrakała druga.
    - Czym… kim jesteście? - zapytałem niepewnie, głośno przełykając ślinę.

    Istoty zaczęły radośnie podskakiwać, po czym wszystkie trzy ukłoniły się z gracją.

    - Jesteśmy Szrumzy! - zapiszczały równocześnie.
    - Szrumzy… - powtórzyłem – co to znaczy?
    - Szrumz to Szrumz – obruszyły się, zdawało się, że je uraziłem – głupi, to nie pierwszy raz, kiedy nas widzisz. Nie pierwszy, nie drugi i nie setny.

    Zaniemówiłem na chwilę. Stworzenia przypatrywały się mi, przechylając dziwacznie głowy.

    - Czy… czy możecie mi pomóc? - zapytałem wreszcie.
    - Tobie nie można pomóc, już nigdy nie będzie można – odparł jeden, kręcąc bezradnie łebkiem – ale zaprowadzimy cię. Zaprowadzimy cię do Drzwi!

    Zbliżył się do mnie, wyciągając w moim kierunku rozczapierzoną łapę. Zawahałem się przez moment, wreszcie podjąłem decyzję i podałem mu dłoń. Jego skóra była zaskakująco ciepła, co sprawiło, że poczułem się bezpiecznie.

    - Chodźmy! - zakomenderował, ciągnąc mnie za sobą. Dwa pozostałe Szrumzy podążyły za nami w radosnych podskokach.
    - Czy będę mógł stąd wyjść? - zapytałem. Istoty nie odpowiedziały, pochłonięte własną rozmową. Dyskutowały na tematy metafizyczne, choć wypowiadane przez nich zdania brzmiały jak bełkot szaleńca. Prowadziły mnie między grzybami, jakby doskonale znały drogę, nie widziałem jednak żadnej ścieżki. Gleba wciąż była wilgotna i sprężysta. Z trzonów bacznie obserwowały nas dziesiątki oczu.

    - Jeśli Bóg jest bytem koniecznym – dowodził Szrumz, który prowadził mnie za rękę – to zdanie ,,Bóg istnieje” musi być analityczne, prawdziwe na mocy znaczenia, ponieważ jednak żadne zdanie egzystencjalne nie jest analityczne, pojęcie Boga jako bytu koniecznego jest sprzeczne, wykluczając możliwość istnienia owego desygantu.

    Pozostałych dwóch przyjęło jego słowa oklaskami.

    - Wolna wola nie istnieje! - przekrzykiwali się – cóż miałoby być jej źródłem?
    - Upływ czasu możemy obserwować jedynie na podstawie zmian w przestrzeni!
    - Świadomość to zasadnicza funkcja ośrodkowego układu nerwowego, polegająca na iluzorycznym odzwierciedlaniu rzeczywistości!

    - Dokąd mnie prowadzicie? - powiedziałem bezradnie. Umilkli. Przez krótki moment maszerowaliśmy w milczeniu. Łapa Szrumza, który mnie prowadził, zacisnęła się mocniej.

    - Idziemy do Drzwi. Idziesz do Pasożyta, zawsze idziesz do Pasożyta – wykrakał wreszcie.

    Otworzyłem usta, by zadać kolejne pytania, lecz właśnie wtedy wyszliśmy spomiędzy grzybów na otwartą przestrzeń. Ujrzałem gigantyczną szachownicę w czarno-czerwone pola. Leżało na niej wiele olbrzymich figur, były porozrzucane i zniszczone, kilka spoczywało w rozbitych kawałkach. Tylko jedna stała na swoim polu. Był to Szkarłatny Król, nagi, o długich, cienkich kończynach i wyraźnie zarysowanych żebrach. Z szyi wystawał mu łeb drapieżnego pająka. Wzdrygnąłem się.

    - Szachy! Szachy! - podskakiwały Szrumzy – królewska gra! Gra królów! Chodź! Chodź! Musimy iść! Tam! Tam!

    Wskazywały na Króla.
    - To przeraźliwe daleko… - zacząłem. Szrumzy zarechotały nieprzyjemnie.
    - Głupi! - zawołał mój przewodnik – Nie zauważyłeś jeszcze, że przestrzeń to oszustwo?

    Szarpnął mnie za ramię, ciągnąc za sobą. Przeszliśmy kilkanaście kroków i stanęliśmy u stóp Szkarłatnego Króla. Między jego stopami, z omszałej skały, wyrastały drzwi. Wyglądały przeraźliwie znajomo. Usłyszałem też oddechy Króla i jego niespokojne przebieranie szczękoczułkami.

    - Musisz teraz wejść przez drzwi – zapiszczały Szrumzy. W ich żywiołowym krakaniu było coś...

    Przełknąłem ślinę.
    - Żegnajcie – powiedziałem niepewnie, łapiąc za klamkę – dziękuję.
    - Do widzenia. Nie ma za co dziękować, oj nie ma – powiedział ten, który wcześniej prowadził mnie za rękę i uśmiechnął się, a jego uśmiech był moim najgorszym koszmarem. Gdy tylko wypowiedział te słowa usłyszałem ogłuszający krzyk pełen bólu. Brzmiał zewsząd.

    Otworzyłem drzwi szarpnięciem i wpadłem do środka, zatrzaskując je za sobą. Wszedłem do swojej łazienki. Nic się nie zmieniło, brzydkie, zielono-białe kafelki, zacieki w zlewie, woda kapiąca z węża pralki. Powoli podszedłem do lustra. Moje odbicie już na mnie czekało.

    - Jesteś – powiedziałem do siebie zza szkła – spójrz nam w oczy.

    Wykonałem polecenie, patrząc w wielkie źrenice, głębokie, czarne studnie pełne cierpienia. Wybuchnąłem śmiechem.

    - Człowiekiem jestem, ni mniej ni więcej – wymamrotało odbicie. Wskazało oskarżycielsko palcem – i ty też. Wiesz, dlaczego tu jesteś, prawda?
    - Wiem – pokiwałem głową – muszę odpowiedzieć na Pytania.

    Odbicie również pokiwało głową, przytakując. Odkręciłem kran i wsunąłem dłonie pod strumień wody. Była lodowato zimna. Przeszedł mnie dreszcz. Przemyłem twarz, a spomiędzy palców zaczęła wyciekać mi maska. Rozpływała się w efemerycznym momencie prawdy.

    - O co ci właściwie chodzi? – zapytało odbicie, zapytałem ja sam. - Czego ty chcesz? Kim tak naprawdę jesteś?
    - Nie wiem – odpowiedziałem, powtórzyłem to kilka razy zbolałym szeptem – nie wiem, nie wiem, nie wiem.

    Maska ściekała z mojej twarzy, spadała do zlewu olbrzymimi kroplami, tworzyła kolorowe plamy na porcelanie. Odbicie przyglądało mi się poważnie. Jego twarz, moja twarz, wyginała się i zapadała w sobie. Nogi miałem jak z gumy, musiałem znaleźć oparcie rękami by się nie przewrócić. Im dłużej patrzyłem na siebie, tym większe miałem oczy, czarne studnie, zamglone bezdenne otchłanie. Maska znów zaczęła wyrastać.

    - Wystarczy – warknęło odbicie. - Nie wiesz. Wyciągnij dłoń.

    Ponownie usłuchałem bez sprzeciwu. Przez szkło przeszły najpierw koniuszki palców, zaraz po nich dłoń, ramię aż po łokieć. Odbicie położyło mi na dłoni Pasożyta.

    - Podmiotowość jest przypadkowa – usłyszałem z lustra – najokrutniejszy z przypadków. Jedz.

    Cofnąłem dłoń, która nie należała już do mnie. Wpatrywałem się w jej zawartość. Żołądek zacisnął mi się w małą, żelazną kulę.

    - Jedz – rozkazało odbicie.

    Włożyłem Pasożyt do ust. Był ohydny, gumowaty. Pachniał jak mokra ziemia, smakował jak pleśń. Zacząłem przeżuwać, czas przestał istnieć, a tunel przyjął mnie do siebie.

    *

    Barwa to wrażenie psychiczne wywołane w mózgu zwierzęcia.

    #wujaandzej #narkotykizawszespoko
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: FB_IMG_1547781428168.jpg

    +: Everything_is_Illuminated, uczihaobito +28 innych
  •  

    Tworzę właśnie pdf z treści które wrzucałem przez ostatnie trzy lata na fanpejdż i przypomniałem sobie o tym. To chyba moja ulubiona głupota spośród wszystkiego co napisałem, dlatego repostuję przepraszam

    Nie macie pojęcia na jakiej bombie to wymyśliłem.

    *

    Dzień, w którym dzik wreszcie wyszedł z lasu, był bardzo piękny.

    Szmaragdowe niebo gdzieniegdzie zdobiły brudnożółte chmury trujących gazów, a ja czułem się wolny i szczęśliwy. Siedzieliśmy z Kamratem w ogrodzie, przy naszym ulubionym, mahoniowym stole. Było radioaktywnie spokojnie. Popijaliśmy podły spirytus, który orzeźwiająco wypalał gardło. To znaczy piłem ja, Towarzysz tylko siedział nieruchomo, bo przecież był martwy. Musiałem przywiązać go do krzesła, ciągle się zsuwał. Co jakiś czas rozchylałem mu szczęki i hojnie wlewałem alkohol. Prawie wszystko ściekało mu po podbródku, miał problemy z przełykaniem. Wycierałem go haftowaną chustką. „Dziękuję za troskę, przyjacielu”, powiedziałby, gdyby mógł.

    - Nie ma o czym mówić – poklepałem go po ramieniu. Był bardzo miękki i wilgotny.

    „Ależ jest”, chciałby odrzec Kamrat. Szczerzył się radośnie. Zawsze był zadowolony, gdyż gnijąca skóra zupełnie odsłaniała mu zęby. Miał bardzo sympatyczny uśmiech. Zapach oczywiście mi nie przeszkadzał. Zresztą, jak mógłby przeszkadzać, skoro w miejscu nosa miałem tylko poszarpany, nieforemny otwór?

    Nagle przez całe moje ciało przeszła krwistoczerwona błyskawica niepokoju. Z zaskoczenia prawie odgryzłem sobie język. Zacząłem się gorączkowo rozglądać i właśnie wtedy zauważyłem dzika.

    Był jeszcze daleko, dopiero wyszedł spomiędzy drzew. Szedł ostrożnie, stąpając każdą ze swoich ośmiu długich nóg z wyjątkową gracją. Co jakiś czas przystawał, przytulając odwłok do ziemi. Niestety, kierował się wyraźnie w naszą stronę.

    Kamrat spojrzałby na mnie z przestrachem, gdyby tylko mógł poruszać mięśniami. Nie mógł jednak, bo jego serce nie pompowało krwi, a w jego mózgu brakowało impulsów elektrycznych, które tworzą świadomość.

    - Damy sobie radę – próbowałem go uspokoić – przecież się spodziewaliśmy.

    Dzik był coraz bliżej. Mogłem już zauważyć czarne rubiny ze szkarłatnymi refleksami - jego oczy. Bez trudu przeskoczył przez płot i już w kilka sekund później stał tuż przy naszym stole.

    - Dzień dobry – ukłonił się lekko – jestem dzikiem, właśnie wyszedłem z lasu.

    Musiałem się intensywnie wsłuchać w jego słowa, by je zrozumieć. Podczas mówienia klikał delikatnie żuwaczkami.

    - Dzień dobry – odpowiedziałem bez przekonania.
    - Czy mógłbym się przysiąść? - zapytał, wskazując znacząco na puste krzesło.
    - To prywatne spotkanie – próbowałem zaprotestować – właśnie spożywamy śniadanie w rodzinnym gronie.
    - Dzieciątko Jezus pozwoliłoby mi się przyłączyć – odparł dzik z urazą.

    Na ten argument nie znalazłem żadnej odpowiedzi. Skinąłem głową ze zrezygnowaniem. Dzik kliknął z satysfakcją, odsunął krzesło i usiadł na nim, moszcząc się wygodnie. Miał nagie, workowate ciało. Poczułem odrazę. Zapadła niezręczna cisza. Towarzysz kopnąłby mnie pod stołem w kostkę, gdyby tylko mógł.

    - To są moje kły jadowe – rzekł dzik, eksponując swoje kły jadowe. Wyglądały okazale.

    Pokiwałem głową.

    - To są moje dłonie – powiedziałem, wyciągając przed siebie powykręcane, zdeformowane kończyny. Usiane były małymi, czarnymi otworami, wnikającymi głęboko w ciało. Tu i ówdzie broczyły ropą. Dzik kliknął z uznaniem.

    Znów zapadła cisza. Serce biło mi bardzo szybko. Dzik nie przejawiał oznak niepokoju.

    - Czy ma pan pistolet? - zapytał wreszcie.

    Głośno przełknąłem ślinę.

    - Nie chcę na to odpowiedzieć – mruknąłem bezradnie.

    Zaklikał groźnie.

    - Dzieciątko Jezus by odpowiedziało.

    Nieoczekiwanie poniosły mnie emocje.

    - W takim razie proszę zapytać Dzieciątko Jezus – wybuchnąłem – ja tu pana nie zapraszałem.

    Dzik zasyczał. Zatrząsł odwłokiem i uniósł dwie pary nóg wysoko nad siebie. Towarzysz krzyknąłby ze strachu, gdyby tylko mógł.

    - Chcieliśmy tylko zjeść śniadanie – zawyłem – proszę nas zostawić.

    Odsunąłem krzesło gwałtownie i zerwałem się. Dzik oparł się o stół, przykurczył tylne odnóża i skoczył. Rozpaczliwie rzuciłem się w bok.

    Powietrze przeszył huk strzału. Prawie pękły mi bębenki. Skuliłem się i przycisnąłem dłonie do uszu.

    Dzik spadł na ziemię, piszcząc przeraźliwie. Jedna z jego nóg stała się bezwładna. Wił się przez moment, szaleńczo rzucając odwłokiem, wreszcie dźwignął się i, wlokąc za sobą przykurczoną kończynę, rzucił do ucieczki. Niezdarnie przegramolił się przez płot i w kilka chwil później zniknął pomiędzy drzewami. Wrócił do lasu.

    Spojrzałem na Kamrata. W prawej dłoni trzymał rewolwer. Lufa jeszcze dymiła. Mrugnął do mnie.

    Westchnąłem.

    - Dziękuję – wyrzuciłem z siebie.

    „Nie ma o czym mówić”, chciał odpowiedzieć. Uśmiechał się pogodnie.

    - Ależ jest.

    Podniosłem przewrócone krzesło i znów usiadłem przy stole. Wszystko było zbrukane gęstą, ohydną posoką. Wizyta dzika zupełnie zepsuła mi humor.

    A to przecież był taki piękny dzień.

    #gownowpis #tworczoscwlasna #narkotykizawszespoko #wujaandzej
    pokaż całość

  •  

    mam hehe wakacje. od kilku dni walę wiadra. wkręcił mi się taki spirytytualizm, dla zabawy zacząłem sam przed sobą udawać, że wiadro to magiczny rytuał.

    mieszkam głęboko w lesie, to mi nagrywa świetną atmosferę. chodzę na spacery druidować, łączę się z naturą, kierują mną duchy przodków. daję się ponieść wyobraźni jak dziecko, przenoszę się do innych krain. psychodela

    no i bawię się co prawda przednio, ale przed chwilą wysyłałem CV i zastanawiam się jak po takiej odklejce wrócę do normalności

    #gownowpis #narkotykizawszespoko #wujaandzej
    pokaż całość

  •  

    wyszedłem zapalić z kolegą, poszliśmy do takiego opuszczonego budynku. spizgalem się za mocno i zaczęło mi być nieprzyjemnie, uznałem że samemu zniosę to lepiej więc postanowiłem się pożegnać.

    kolega się oburzył trochę ale chyba wybaczy. kiedy wracałem to zaczepił mnie pod sklepem starszy pan i zaczął przepytywać po kaszubsku skąd jestem. nie chciałem być niemiły więc wyjaśniłem. a on tak szyderczo się uśmiechnął i mówi do mnie:
    - Ziołem we handlujeta?

    Wtedy to w ogóle weszła mi schiza na banię, odpowiedziałem że w żadnym razie i oddaliłem się szybkim krokiem. w sklepie kupiłem batona i kubusia

    #gownowpis #narkotykizawszespoko #wujaandzej
    pokaż całość

  •  

    yyyy najwyraźniej kilka osób myśli, że się zajebałem. no to może nie będę odpowiadał na każde pw z osobna, tylko zrobię jeden taki wpis ten tu o. kto wejdzie na profil będzie wiedział

    dementuję zatem, trochę żyję. dziękuję wam za troskę, to miłe i przepraszam za swoje sceny. werteryzm, ja tak mam. moje problemy psychiczne się nasiliły i wyszło jak wyszło

    przez ostatni miesiąc ograniczyłem social media bo tylko mnie nakręcają i jeszcze bardziej dołują, czasami potrzeba takiej przerwy

    na wykop raczej nie wchodzę, czasami wrzucę coś na facebook.com/wujaandzej chociaż też bez rewelacji

    no. przepraszam, dziecinada

    #wujaandzej
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów