•  

    367251 - 586 = 366665

    Przedsylwestrowy przejazd Katowice - Gdańsk

    Już tradycyjnie, w okresie między świętami a sylwestrem udało się zrealizować dłuższą trasę, tym samym zamykając rok 2017. Tym razem prognozy pogody sugerowały jazdę na północ, więc padło na przejazd do Gdańska. Pierwszy raz nie jechałem sam - kilka dni wcześniej odezwał się do mnie Paweł Pieczka, który znając już moją tradycję, zaproponował towarzystwo.

    Startujemy zaraz po świętach, 27 grudnia w okolicach 6 rano. Paweł jedzie od południa (spod czeskiej granicy), więc wyjeżdżam mu na przeciw. Dziwne uczucie, bo mamy jechać nad morze, a ja początkowo się oddalam jadąc na południe ;) Poranek mglisty i zimny. Spotykamy się gdzieś przed Żorami i odtąd jedziemy już wspólnie na północ. Niepokoi nas, że jeśli kolejna noc będzie podobna (zimno, mgliście i wilgotno), to może być z nami krucho, a przede wszystkim - zbyt niebezpiecznie. Bo przecież aktualnie mamy najdłuższe noce i czeka nas dobrych 15 godzin jazdy po ciemku.

    Przed Częstochową pierwszy krótki postój pod sklepem. Chwilę wcześniej jednak mały incydent - na środku naszego pasa stoi śmieciarka. Słońce już zaczęło podsuszać asfalty, co uśpiło czujność - gdy tylko naciskam hamulec, od razy podcina mi koła i zaliczam glebę. Akurat trafiłem na zacieniony kawałek asfaltu, na którym jest tak ślisko, że nawet ciężko mi się pozbierać. Na szczęście prędkość niewielka i skończyło się na zdartym łokciu i dziurawej kurtce.

    Większy postój planujemy zrobić w okolicach środka trasy. Zgodnie z założeniem, niedługo po zapadnięciu zmroku wjeżdżamy na DK91, by odtąd trzymać się sprawdzonego przeze mnie wariantu nad morze aż do końca. Przed Krośniewicami łapie gumę w tylnym kole. Wokół tylko pola i ciemność, więc nie uśmiecha się wymiana dętki w świetle latarki. Postanawiamy spróbować dopompować i jechać dalej, bo jakoś gwałtownie to nie zeszło. Udaje się przejechać 7 km, więc nie jest źle. Jeszcze jedna dobitka i po kolejnych 10 km lądujemy w Krośniewicach, gdzie ma być w końcu Orlen i dłuższy postój. Niestety jest kiepściutko - to jakaś lokalna stacja, zamykana o 22. Jeszcze jest czynne, ale na wypasy nie ma co liczyć. Brak miejsca do siedzenia, a całe menu to znienawidzone już przeze mnie hot dogi. Ale trudno - trzeba zjeść co jest i zrobić dętkę, którą udaje się załatać bez zdejmowania koła.

    Ledwie wracamy na główną drogę, a naszym oczom ukazuje się wielki i wypasiony Orlen z czerwonymi sofami i bogatym menu na pokładzie. Aż żal patrzeć, ale trzeba jechać dalej. Oczywiście przez kolejne godziny mijamy sporo takich wypasionych przybytków ;)

    Noc przemija dość spokojnie. Zgodnie z prognozami wiatr sprzyja, jednak pokazują one też coś niepokojącego, czyli nadchodzące opady deszczu.
    W okolicach Grudziądza zaczynają się pierwsze podjazdy, które towarzyszyć nam będą do końca trasy. Łamie mnie trochę senność, więc za miastem robimy szybki postój żeby wybić się monotonii jazdy. W okolicach 500 km, (tu pęka #festive500 ) zajeżdżamy do sprawdzonego i wyczekiwanego miejsca postoju na stacji BP w miejscowości Nowe. Tutaj w końcu ogromny wybór jedzenia. Podwójna jajecznica i inne rarytasy od razu stawiają mnie na nogi. Jednak to co widać za oknem nie napawa optymizmem - zgodnie z zapowiedziami pada deszcz, a temperatura oscyluje nieznacznie powyżej zera.

    Ostatnie godziny jazdy nie należą do przyjemnych. Deszcz i chłód skutecznie wysysają z nas energię potrzebna do jazdy. Dodatkowo mój rower ma taką przypadłość, że w takich warunkach momentalnie cały napęd pokrywa się błotem i zaczyna mocno rzęzić, a biegi przestają się słuchać. Sam tez jestem uwalony po czubek głowy (patrz zdjęcie w pierwszym komentarzu :D). Jest ciężko, ale że kolega Paweł tez nie jest z pierwszej łapanki (świetne drugie miejsce na tegorocznym #mrdp mówi samo za siebie), to nie odpuszczamy i już bez postojów docieramy do celu.

    Tym sposobem, po 31 godzinach i przebyciu niespełna 600 km wspólnie meldujemy się pod Neptunem ;) W moim zabłoconym stroju byłem chyba większą atrakcją niż on sam ;) Na ostatnich 100 km deszcz i grudniowy chłód dały nam ostro popalić, ale w towarzystwie łatwiej było przezwyciężyć te trudności. Dzięki za jazdę :)

    Pozostaje mi wstawić krótkie podsumowanie mojego roku 2017 na rowerze:

    - w sumie przejechanych okrągłe 15 000 km

    - przewyższeń (za Strava) 100 976 m

    - udało się "zamknąć" województwo opolskie, odwiedzając wszystkie gminy w jego granicach,

    - na tę chwilę zaliczonych gmin w Polsce 999 / 2478 (40%)

    - kilka wypadów z namiotem, w tym tygodniowy tour po kilku państwach PL-CZ-SK-HU-CRO-SRB-RO-HU-SK-PL

    - udało się ukończyć kilka ultramaratonów: Maraton Podróżnika, Maraton Tour de Silesia, Maraton Karpacki Hulaka

    - udało się przejechać całą trasę MRDP - wprawdzie spóźniłem się 4 godziny, ale mimo to ciesze się, że wziąłem udział i dojechałem do mety. Niezapomniana przygoda :)

    Na ten rok też się szykuje coś większego, ale to się ma wyklarować na dniach ;)

    Dzięki Wszystkim za wspólne równikowanie w 2017! :)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1330418430

    #byczysnarowerze #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: preview.ibb.co

    +: Ragnarokk, the_Fam +101 innych
    •  

      @Mortal84

      Jasne że jednolita mapka wygląda lepiej. Moja jest jednak zalaminowana i maluję takimi permanentnymi olejowymi pisakami, bo chcę żeby to było trwałe.

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)
      U mnie to będą jeszcze długie lata i pod tym względem jest OK - nic nie blaknie, żółknie itp.

      Wszystko robiłem własnoręcznie (docinanie, ramki i tablica), więc mam też do niej pewien sentyment :) A ładną super ekstra, to można kiedyś zrobić w programie graficznym i wydrukować.
      pokaż całość

    •  

      Kolega @metaxy będzie miał w tym roku zaliczoną całość, więc nie ma takich wymagań ;)

      @byczys: Szanse są. A jak zaliczę całość to dołożę ramkę i pewnie szybkę, żeby dłużej wytrzymało. Też mam sentyment i takie ręcznie malowane sobie zostanie.

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    371517 - 285 = 371232

    Rok 2018 dla mnie będzie dość intensywny w dłuższe dystanse, takie przynajmniej mam postanowienie ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nie odpuściłem #festive500, nie zamierzam również innych wolnych dni na jazdę. Pierwszy ultramaraton Piękny Wschód, kolejny Wisła1200 i jak dobrze pojadę PW to i BBT...

    Bardzo dziękuję @rdza za zaproszenie do Warszawy, dzięki temu udało się dobrze otworzyć rok :)

    "Jaki początek roku taki cały rok..." Wyszedłem z takiego założenia wybierając się na ta jazdę. Zabrał się ze mną koleżka, z którym robiłem #festive500. Wziął sobie dzień wolny by tylko się przejechać.
    Wyjechaliśmy około 5 rano, trochę późno jak się później okazało. Pogoda nijaka, niby nie było zimna, ale wszędzie były mgły lub smog i wilgotny asfalt. Najgorzej było w kieleckim. Smród i widoczność bardzo mała, na oko 50-100m. Mimo to lecieliśmy sobie dość sprawnie, bo z Rzeszowa do Warszawy jest z górki (:
    Na około 150 km myjemy rowery i to był błąd. Prawdopodobnie jeden zły ruch dyszą doprowadził do przedostania się smaru do mechanizmu zapadkowego. Po kilku kilometrach zapadki się skleiły z bębenkiem. Tak straciłem napęd. Wykonałem szybki serwis bębenka wycierając wszystko do sucha. To była jedna poważniejsza awaria tego dnia, całe szczęście. W Warce koleżka potrzebuje się doładować, zatrzymujemy się więc na polskiego kebaba. Do Warszawy wjeżdzamy około 19:20, pod blokiem @rdza jestem około 19:40.

    Jutro Gassy...

    Statystyki:

    Dystans: 285 km
    Czas: ◷09:51:06
    Średnie tempo: 2:04 min/km
    Średnia prędkość: 28,97 km/h
    Kalorie: 11901 kcal

    W tym tygodniu to już 771km!
    #rowerowyrownik #ruszrzeszow #100km #200km #zaliczgmine +22
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: c1.staticflickr.com

  •  

    Podsumowanie 2017 roku na rowerku:
    - 25 550km - 70km dziennie - w tamtym było 32 000km i niepobicia tego rekordu brakuje mi najbardziej,
    - 8238km - życiówka miesięcznego dystansu podczas III wyprawy dookoła Polski - 266km dziennie, w dużej mierze z pomocą Wykopków za co wielkie dzięki,
    - 7284km - wygrana w Strava Distance Challenge - póki co jako jedyny Polak,
    - 2196m - życiówka podjazdu na Col du Galibier (2645m) (FRA),
    - 2744m - najwyższy punkt zdobyty na rowerze - Col Agnel na granicy włosko-francuskiej,
    - 6205m - najwięcej przewyższeń w jednej jeździe,
    - 365 dni "treningów" - 5 rok bez opuszczonego choćby jednego dnia,
    - wszystkie "Col" we Francji - najfajniejszy wypad z tego roku z @cree @44zw @louise_attack @regyam @38kemor @banan77 @bynon,
    - 613 gmin w #zaliczgmine, łącznie 2145 z 2479 (86.53%) - w 2018 najpewniej będą wszystkie,
    - @Cymerek - mój najwierniejszy kompan jazd kolejny rok, drugie miejsce podczas wyprawy załapał @Mortal84. W przyszłym roku pewnie nawet więcej razem zrobimy.

    Rok gorszy niż poprzedni, ale niestety 4 miesiące kontuzji były nie do przeskoczenia i dlatego też koniec tego roku trochę odpuściłem skoro na nic wielkiego nie mogłem liczyć. Dużo zdjęć w komentarzach, ale wybaczcie - nadal stworzenie galerii przerasta Wykop.

    #rower #szosa #chwalesie #metaxynarowerze (kończę wszystkie wpisy z wyprawy, jak dobrze pójdzie to dziś jeszcze zdążę wrzucić wielką składankę z wszystkiego, żeby rok zamknąć bez zaległości).
    pokaż całość

    źródło: 2017.png

  •  

    419026 - 455 = 418571

    Katowice – Raciniewo – Bydgoszcz

    Czyli odwiedziny u Pawła Jumpera, sprawdzić czy naprawdę jest wysoko ;)

    W zasadzie na pomysł tego stricte atencyjnego wyjazdu wpadłem już na początku roku, ale nie był on jakimś priorytetem, bo trasę w rejony Torunia mam już przejechaną kilka razy. Wiem że na super widoki nie ma tam co liczyć, więc stwierdzam że listopadowy krótki dzień i długa noc będą w sam raz ;) Prognozy jak na te porę roku całkiem optymistyczne – brak opadów (najważniejsze) i południowy wiatr. No to jadę.

    Start chwilę po godzinie 7 rano. Planowałem wcześniej, żeby wykorzystać puste drogi podczas przejazdu przez aglomerację katowicką, ale jest sobota, więc nie jest najgorzej. Praktycznie do 10 towarzyszą mi mniejsze bądź większe mgły. Trochę mnie to martwi, bo jeśli kolejna noc będzie podobna, to będzie kiepsko – kilkanaście godzin po ciemku w takich warunkach oznacza już proszenie się o kłopoty. Jest chłodno i wilgotno, ale wiatr sprzyja, więc pierwsze 80 km do Częstochowy leci na pamięć, ze średnią w granicach 30 km/h. Tutaj postój na tortillę śniadaniową (lubię) i sałatkę w McD. Gniazdko do którego się podpinam nie ma obudowy, więc na wierzchu wystają niezaizolowane elementy. Niebezpiecznie, więc powiadamiam obsługę. Niestety nikt do końca mojej wizyty nikt nie przyszedł się zainteresować. Chyba potrzebują konkretnego incydentu żeby szybko zareagować. Słabo.

    Dalej klasycznie drogą na Łask. Nuda. W Buczku zatrzymuję się jeszcze na nieplanowany postój w sprawdzonym zajeździe. Średnia nadal 30 (z wiatrem, jak ten śmieć), wiec mimo wszystko zmierzch witam zgodnie z planem, ze wskazaniem 200 km na liczniku.
    Teraz będzie już tylko wolniej. Sprzyjający wiatr cichnie, a chęć złapania nowej gminy (Świnice Warckie) oznacza konieczność zjechania na boczne drogi gorszej jakości. Dalej w ciemnościach koszę Grabów i Olszówkę. Robi się coraz chłodniej, a na niebie pojawia się wielki księżyc w pełni. Fajnie, nawet bez świateł jest dość jasno. Z drugiej strony takie bezchmurne niebo może oznaczać, że będzie chłodniej niż przewidywałem. Mój „zapas” ubraniowy w postaci długich rękawiczek, rękawów i długich spodni zostawiam więc na później, by się za bardzo nie przyzwyczajać do ciepłego ;) Każdy postój powyżej 5 minut oznacza więc mały wypizg, co motywuje do jazdy z większą dyscypliną.

    Tym sposobem, Wisłę na moście w Toruniu przekraczam z ulgą, dobre 2 godziny wcześniej niż zamierzałem. Nie mogę jednak zajechać na legendarne miejsce skoku Pawła Jumpera po ciemku, więc postanawiam wykorzystać dostępność stacji benzynowej i robię tu dłuższy, bo około 2h postój na herbatę i zapiekanki. Mógłbym wprawdzie wydłużyć trasę i pojechać bardziej dookoła, ale po prostu mi się nie chce. Tyle godzin jazdy nocą bez żadnych widoków jest zdecydowanie nudne. Na plus prawie zerowy ruch samochodowy i możliwość przebywania sam ze sobą.

    Przy ciepłej herbatce udaje mi się nawet na chwilę zamknąć oczy i tym samym dać im odpocząć. Jakoś o 3:30 ruszam dalej wzdłuż Wisły. By zaliczyć gminę Zławieś Wielka tłukę się po jakichś dziurach. Dalej odbijam po Łubiankę, a następnie Kijewo Szlacheckie. Jedzie się dość ciężko – w miarę zbliżania się świtu jest coraz chłodniej, a wielogodzinna jazda w niskich temperaturach potęguje zmęczenie.
    W Unisławiu, czyli bardzo blisko mojego celu ma być stacja Orlen, na której planuje przeczekać pozostałą godzinę do wschodu słońca, jednak na miejscu okazuje się, że jest czynna dopiero od 7:00. Postanawiam więc nie czekać dłużej i po wjechaniu do Raciniewa odbijam w ulicę Długa i po betonowych płytach pokonuje ostatnią prosta do mojego celu ;)

    No i jestem! Po ciemku niewiele jeszcze widać, ale to miejsce rozpoznaję bezbłędnie. Czekam godzinę aż zrobi się jasno, i pałaszuję owsiane ciastko zwycięstwa ;) Obok legendarnego budynku znajduje się zadaszona wiata, z pozostałościami zdewastowanych dystrybutorów paliwa. Pstrykam pamiątkowe fotki i ruszam w kierunku Dąbrowy Chełmińskiej, czyli ostatniej nowej gminy tegoż wypadu. Po powrocie na lewy brzeg Wisły witam Bydgoszcz, skąd wracam pociągiem do Katowic, tym samym kończąc swoją „wycieczkę”. Do odjazdu mam jednak dobre 3 godziny, więc mogę się jeszcze pokręcić po mieście i zjeść śniadanie.

    Cóż, pomimo że to był mój chyba najbardziej durny cel ze wszystkich dotychczasowych, to osiągnięcie go dało mi wielką frajdę :D Pozdr i do usłyszenia w przyszłości pod #byczysnarowerze

    Ps. Dodaję wpis wieczorem, bo atencja i tak już wywalona w kosmos po ostatnim wpisie i jeszcze bym na łeb dostał od jej nadmiaru ;)

    Strava: https://www.strava.com/activities/1261741375

    #zaliczgmine

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    432967 - 137 = 432830

    Sobotnia wycieczka do Soboty.
    Ciepło i słonecznie to trzeba wykorzystać, jeszcze, żeby tego wiatru nie było.

    Podsumowanie:
    #100km po raz 11 w tym roku
    #zaliczgmine +6, razem 227

    #rowerowalodz #wykoptribanclub

    Statystyki:

    Dystans: 137 km
    Czas: ◷05:28:19
    Średnie tempo: 2:24 min/km
    Średnia prędkość: 24,97 km/h
    Kalorie: 5125 kcal

    W tym tygodniu to już 160km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    440409 - 234 - 350 - 534 = 439291

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski - dni 8-10 i podsumowanie

    Poprzednie części:

    Przygotowania
    Dzień 1-4
    Dzień 5-7

    MRDP Dzień 8
    234 km | 3739 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159661619

    Pomimo że leżę bezpośrednio na trawniku, śpi mi się całkiem komfortowo. Nie trwa to jednak długo, bo wybudza mnie głos: „halo, wszystko w porządku?”. Tak, tak śpię sobie, dziękuję. „ Bo właśnie widzę że ktoś leży, ale rower nie taki byle jaki i myślałem że coś się stało”. Patrzę na zegarek – 3 z groszami. Gościu chyba lekko podpity, ale raczej niegroźny. Mówię, że jadę maraton dookoła polski i chciałbym się trochę przespać i jechać dalej. Przeprasza że mnie obudził. Mówię że nic się nie stało i miło że się zainteresował, ale chciałbym spać. „OK… ale jak to dookoła polski?!” Tłumaczę żeby sobie wszedł na MRDP.PL i tam jest wszystko. W końcu mogę spać dalej.

    Niestety okazało się, że moja miejscówka nie jest na uboczu jak myślałem, a leżę sobie zaraz przy uliczce biegnącej od rynku. Tym sposobem kolejną pobudkę mam już około 4, więc postanawiam się zbierać. Senność nie daje mi spokoju i po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów układam się na ławce w Stroniu Śląskim. Po jakichś 20 minutach budzi mnie deszcz. Szybko się zbieram i uciekam do jakiejś kamienicy. Jest trochę burzowo, ale przejściowo, więc postanawiam skorzystać z postoju i wyjadam zapasy. Puszka coli stawia mnie na nogi i gdy ruszam jedzie mi się całkiem przyjemnie. Drogi są mokre, ale chmury nie wyglądają już na takie co by chciały spaść na ziemię. Dalej jadę na południe, przedostając się w samo serce Kotliny Kłodzkiej. Kawałek za Damaszkowem, na łuku DK33 słyszę za sobą gwałtowny pisk opon. Odwracam się i widzę podwozie samochodu wylatującego z przydrożnego rowu i frunący w powietrzu akumulator. Zawracam i widzę że z rozbitego auta wyskakuje młody chłopak z dziewczyną. Ona cała roztrzęsiona, a chłopak mówi tylko żeby nie dzwonić do rodziców. Chodzą w kółko i mówią żeby zadzwonić po policję (?). Sytuacja jest niebezpieczna, bo z obu stron droga zwija się w zakręt, a my jesteśmy w dołku i samochody zjeżdżają wprost na nas, w ostatniej chwili hamując na mokrej drodze. Dzwonię po pomoc i przy okazji z daleka ostrzegam nadjeżdżające pojazdy. Chcę wyciągnąć trójkąt, ale bagażnik jest rozbity i nie daje się otworzyć. Z uwagi na wyciekające płyny zostaje wezwana straż pożarna i policja, której nadal się domagają. Dyspozytorka pyta czy jest potrzebna karetka. Każe zapytać poszkodowanych, skoro są „na chodzie”. Mówią, że nie potrzebują i że wszystko jest ok. Poleca zadzwonić gdyby się poczuli gorzej. Tymczasem oni chodzą i zbierają porozrzucane części. Martwią się co z tym akumulatorem. Widać że są w szoku. Każę im to zostawić i mówię żeby zeszli z drogi, bo jest niebezpiecznie. Dziewczyna cały czas płacze. Słyszę zbliżające się syreny, więc powoli oddalam się z miejsca zdarzenia.

    Przez najbliższe godziny nie umiem dojść do siebie. Mam czarne myśli, bo przecież kilka sekund wcześniej i ten samochód skosiłby mnie z jezdni. W takim nieciekawym nastroju, po pokonaniu długiego podjazdu w okolicach Zieleńca, docieram do Kudowy, gdzie kieruję się z pomocą Garmina do baru mlecznego. Gdzieś w centrum ponownie spotykam Daniela Śmieję, który akurat kończy swoja przerwę obiadową. Mówi coś o limicie, że trzeba się sprężać żeby zdążyć, ale ja jestem teraz jakiś obojętny. Kolega ucieka, a ja po posiłku zahaczam jeszcze Biedronkę, gdzie robię solidne zapasy.

    Tuż za miastem zaczynam podjazd Szosą Stu Zakrętów w głąb Gór Stołowych. Jechałem tędy niecałe 3 miesiące wcześniej podczas Maratonu Podróżnika, jednak w przeciwnym kierunku i nocą. Teraz mogę w końcu co nieco zobaczyć. Na jednym ze zjazdów jakiś kolarz macha do mnie i głośno dopinguje. Odmachuję mu z uśmiechem i przez nieuwagę łapię przednim kołem krawędź krawężnika. Ledwie ratuję się z opresji – gleba była bardzo blisko. Jakoś niedługo po tym zdarzeniu urywa mi się film ;) Dalszej drogi przez Sudety Wałbrzyskie nie mogę sobie przypomnieć. Za Mieroszowem znów doganiam Daniela i po chwili spotykamy kibiców w postaci forumowej Kahy z rodziną ;)

    Z dalszej drogi też nie pamiętam wielu szczegółów. Były ładne karkonoskie widoki i dobra pogoda. Trasa naszpikowana podjazdami i kiepska ostatnia noc z zaledwie drzemką na trawniku zaczęły odciskać swoje piętno. Wieczorem, już po zmroku, w okolicach Podgórzyna ponownie spotykam Daniela, który przygotowuje się na przystanku do nocnej jazdy. Trochę rozmawiamy i kalkulujemy. By myśleć o dotarciu na metę w limicie, raczej konieczne jest zarwanie również tej nocy. Daniel może sobie na to pozwolić, bo poprzedniej spał pod dachem. U mnie sytuacja wygląda kiepsko. Czuję się tak niedospany i zmęczony, że dalsza jazda to igranie z losem. Dzwonię pod numer telefonu z tabliczki oferującej noclegi. Niestety Pani jest w innej miejscowości, ale daje mi namiary na inne noclegi które mogę znaleźć przy mojej trasie. Niestety wszędzie zbywają mnie brakiem miejsc. Poszukiwania trwają ponad godzinę . W końcu pytam jakieś towarzystwo siedzące w imprezowym klimacie pod parasolem, czy się nie orientują w temacie noclegu. Wołają kolegę który za 40 zł oferuje bardzo fajny pokoik 1-osobowy z łazienką. Ostrzega że w nocy zapowiadają ulewne burze i żebym lepiej pospał do rana, gdy ma się już przejaśnić. Na niebie w oddali faktycznie widać błyski. Niestety maksimum na co sobie mogę pozwolić to 4h snu, więc budzik ustawiam na godzinę 4 i po szybkim ogarnięciu siebie ląduję w łóżku.

    MRDP Dzień 9
    350 km | 2265 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159664955

    Na szczęście nocne burze ominęły moje okolice. Wyruszam wcześnie rano i po kilku kilometrach od razu popełniam błąd. Za bardzo zapuściłem się w kierunku Szklarskiej i minąłem zakręt prowadzący pod Zakręt Śmierci. To ostatni tak solidny podjazd na trasie MRDP. Czas pożegnać się z górami na dobre. W zasadzie cała reszta trasy to miejsca w których będę pierwszy raz w życiu.
    Dalej przez Świeradów, Leśną aż do Zgorzelca jest głownie z górki, więc kilometry lecą dosyć szybko. Budzi to w głowie pewną nadzieję, że może jest jeszcze szansa trochę podgonić, że może się uda. Gdy wjeżdżam do Lubuskiego jest mi dane poznać osobiście legendarną jakość dróg tego obszaru. Ubzdurałem tu sobie, że cała trasa wzdłuż zachodniej granicy tak wygląda i nie mam szans by nadrobić zaległości. Postanawiam po prostu dojechać do przeprawy promowej w Połęcku przed ostatnim kursem o godzinie 20.

    W zasadzie wszystkie mijane przygraniczne miejscowości usiane są tablicami i szyldami w języku niemieckim. Czasem można się zapomnieć, że jest się w Polsce. Gdzieś po drodze mijam Macieja Skowronka z którym tasowałem się na prawie całej trasie. Jedzie w kategorii sport i często podczas poprzednich nocy widziałem jego zaparkowanego na poboczu kampera.
    Przed jednym z pierwszych dłuższych brukowych odcinków, mijam kolegów z jego ekipy, stojących w gotowości z drugim rowerem przygotowanym pod kiepskie nawierzchnie. Nie wiedziałem że ma aż takie wypasy ;)
    W dalszej części chamskie bruki (które staram się mijać bokiem - czasem nawet ściółką przez las;) ) przeplatają się z drogami, gdzie po prostu jedna część jezdni jest szutrowa. Czasem wydaje mi się, że jadę jakąś kompletnie zapomnianą drogą, po czym dojeżdżam do sporej miejscowości i okazuje się że to jest właśnie główna dojazdówka :) Czasem ślad do punktu kontrolnego prowadzi tak. Kulminacją tego odcinka jest jednak PK32 w Brodach. Te sterty kostki brukowej to jest po prostu kwintesencja ostatnich kilometrów i śmieję się pod nosem, że pewnie plac był kiedyś asfaltowy, ale władze postanowiły wyłożyć trochę bruku dla odmiany ;)

    Do przeprawy promowej na Odrze docieram chwilę przed 19. Czeka tu na mnie Paweł Ignasiak, który zorganizował serwisowy punkt wsparcia dla wszystkich zawodników. Nie znam gościa, ale siedzi tu kilka dni i czeka na każdego zawodnika by zaproponować wsparcie serwisowe – szacun. Od razu zabiera mój rower, każe się rozsiąść, a sam zaczyna czyścić maszynką łańcuch. Śmieje się, że w tym roztworze benzyny jest jeszcze smar od Kosmy ;) Podczas sympatycznych pogaduszek stwierdza, że jestem ostatnim zawodnikiem który ma szanse na dojazd w limicie. Myślę - jak to? Przecież nie ma już szans. Wprawdzie matematycznie jest to możliwe, ale przy takiej jakości dróg niewykonalne. Dodatkowo musiałbym zarwać kolejne 2 noce z rzędu. Paweł mówi że na wybrzeżu jest zachodni wiatr, więc muszę tylko dotrzeć do Międzyzdrojów i będzie w plecy aż do mety. Dodatkowo podobno najgorsze bruki mam już za sobą. Chwilę przed startem promu dociera kolega z kamperem i przeprawiamy się wspólnie .

    Za promem jakość dróg faktycznie ulega zdecydowanej poprawie. Wiatr cichnie i w końcu nie przeszkadza, więc jedzie się przyjemnie. W Cybince robię krótki postój na stacji i zmotywowany słowami Pawła zaczynam wszystko kalkulować na nowo. Pozostało niecałe 40 godzin i około 650 km. Na świeżo do zrobienia bez problemu, jednak przede mną jeszcze dwie całe noce, a deficyt snu mam już ogromny. Gdyby jednak na wybrzeżu faktycznie zawiało w plecy, a drogi były dobre… postanawiam spróbować. Żałuje jednak, że trochę odpuściłem przed promem, bo teraz każda godzina może mieć znaczenie.

    Po 5 godzinach jazdy ponownie łamie mnie senność. Pomimo że drogi są dobre i puste, gdzieś za Mieszkowicami po prostu zjeżdżam w leśną drogę i od razu kładę się na ściółce w opakowaniu. Po pół godziny wybudza mnie chłód, więc po prostu wskakuję na rower i jadę dalej. Niestety tego typu drzemki już nie pomagają i po zaledwie kilku kilometrach, skuszony przydrożną wiatą zajeżdżam na dłuższy sen. Ładuję się w śpiwór i układam na blacie stołu, bo ławeczki są za wąskie. Zasypiam z nadzieją, że nie spadnę ;)

    MRDP Dzień 10+
    534 km | 2487 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160525921

    Po niecałych 2 godzinach ruszam dalej. Na przejściu w Osinowie doskonale widać drugi brzeg Odry i zabudowę niemieckiego Hohenwutzen. W Cedyni siadam na jakiejś ławie. Czuję się bardzo źle. Dzwonię do małżonki i marudzę jakie to wszystko bez sensu. Motywuje mnie, ale ja bredzę i czuję się jak pijany. Jestem tak zmęczony, że pozostałe 500 km do mety jest dla mnie absurdem. Pomimo że jest 6 rano postanawiam szukać noclegu, bo nie jestem w stanie dalej jechać. Droga biegnąca przez Cedyński Park Krajobrazowy spowita jest mgiełką, a wokół kręci się mnóstwo ptactwa, mającego tu sporo siedlisk.

    W Piasku dostrzegam na bramie jednego z gospodarstw tabliczkę z napisem noclegi i numerem telefonu. Nie zastanawiam się długo tylko dzwonię. Tłumaczę Pani sytuację i mówię, że potrzebuję się przespać 3-4 godziny w ciszy i spokoju. „Ale moment, bo mnie Pan obudził. Jeszcze raz, bo chyba jeszcze źle kontaktuję. Chce pan nocleg TERAZ?” Odpowiadam że tak i stoję pod bramą ;) Pani każe mi wejść na podwórko i poczekać aż się ubierze i do mnie wyjdzie. Jest to agroturystyka urządzona w leśniczówce i wygląda na bardzo fajne miejsce. Po chwili wychodzi moja gospodyni, uśmiecha się i wskazuje łóżko oraz łazienkę. Na pytanie o cenę macha ręką. „Proszę się przespać”. Tak to wygląda z okna mojego pokoju. Postanawiam się przespać 3 godziny, więc ustawiam budzik i kładę się w śpiworze, żeby nie nadużywać gościny.
    Budzę się po może dwóch godzinach, cały spocony. Dosłownie czuję jak w żyłach buzuje mi krew. Już wiem, że nie ma szans na dalszy sen, więc zbieram się do dalszej jazdy. Do mety niecałe 500 km i ostatnia doba. Limit już mało realny, ale postanawiam zawalczyć, bo liczę na ten wiatr w plecy. Wiem już, że ostatniej nocy za bardzo przekombinowałem. Powinienem wziąć porządny nocleg, przespać te 6 godzin i ruszyć na „ostatnią prostą”. No ale łatwo oceniać po fakcie ;)

    Przejazd przez aglomerację szczecińską bardzo kiepski. Gorąc, zerwany asfalt i olbrzymi ruch, bo akurat trafiam na godziny szczytu. W Wolinie robię w biegu duże zakupy. Mój plecaczek jest wypchany po brzegi. Przygotowuję się do jazdy z jak najmniejszą ilością postojów. Niestety przez ostatnia dobę wiatr zmienił kierunek i zapowiada się, że znów będzie przeszkadzał. Utwierdzam się w tym po wyjechaniu za Międzyzdroje. Ostatecznie porzucam nadzieję na dojechanie w limicie czasu. Ale jakiś cel trzeba mieć, więc zakładam sobie, że muszę zobaczyć latarnię przed zmierzchem i zdążyć na wieczorną biesiadę.

    Niespodziewanie spotykam Darka Janeczka, który właśnie wychodzi na drogę z lasu po krótkiej drzemce ;) Pierwsze nocne kilometry jedziemy wspólnie. Fajnie się rozmawia, ale taka jazda męczy mnie podwójnie, bo nie pozwala złapać własnego rytmu. Umawiamy się na stacji benzynowej, a ja wyrywam do przodu. Kolega dociera gdy ja już kończę swojego Hot –Doga. Ruszam dalej, tu widzieliśmy się ostatni raz. Na nadmorskiej DW 102 trwają remonty, więc co chwilę pojawiają się odcinki z sygnalizacją wahadłową. W nocy ruch jest niewielki, więc w miarę możliwości wjeżdżam „pod prąd”. Około północy przejeżdżam przez Kołobrzeg. Senność ponownie mocno daje się we znaki. Na tyle mocno, że drzemka to konieczność. Zaczynam się rozglądać za jakąś wiatą, ale w okolicy Miłogoszczy, tuż przy remontowanej drodze znajduję walec drogowy. Chwytam za klamkę – otwarty! :) W środku na całej długości kabiny kanapa, więc wiele się nie zastanawiam, tylko ustawiam budzik i się kładę.

    Nie pamiętam ile snu sobie zaplanowałem, ale po około godzinie budzi mnie chłód. Nie spodziewałem się tak zimnej nocy i nawet nie wyciągałem śpiwora. Nie ma co kombinować, więc zmarznięty ruszam dalej. W Kazimierzu Pomorskim mijam zakręt i znów nadkładam troszkę drogi. W Mielnie, pomimo że jest 4 rano, można spotkać jeszcze kilku imprezowych niedobitków. Jadąc 10 km odcinkiem mierzei jeziora Jamno, jest mi przeraźliwie zimno. Mam ubrane na sobie już wszystko, ale jadąc wąskim pasem lądu pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi jest bardzo wilgotno, co wraz z olbrzymim zmęczeniem potęguje odczuwanie chłodu. Senność nie ustępuje i pomimo kiepskich warunków dosypiam kilka minut na jakiejś ławce. Tym razem budzi mnie sprzątaczka – pewnie myśli że jestem jednym z niedobitków ;) Coraz bardziej zły i zmęczony ruszam dalej. Na dobitkę w miejscowości Osiek ślad skręca w lewo w jakąś drogę z płytami ażurowymi przez pola. O ile nie złamały mnie lubuskie bruki i wschodnie dziurawe drogi, tak teraz klnę na Daniela że puścił tędy trasę. (O dziwo jest nawet w Street View ;) ). To chyba jedyny moment na maratonie, gdy klnę głośno do siebie. Na końcu tej drogi, z jednego z gospodarstw wybiega do mnie ujadający pies. Niestety trafił w złym momencie, bo miałem w sobie tyle złości, że pogoniłem dziada przednim kołem. Był tak zszokowany moją reakcją, że puścił strzałę prosto do jakiegoś rowu z przerażeniem w oczach i podkulonym ogonem. Przepraszam pan pies z Rzepkowa, że dałem upust w twoim kierunku ;)

    Bezchmurny poranek zapowiada ładną pogodę. Niestety wiatr wciąż przeszkadza. Przed Ustką mijam przejazd długiej kolumny wojskowej. Gdy wybija godzina 12:10, czyli 10 doba i tym samym limit ukończenia maratonu, do mety pozostaje mi 90 km. Z tym, że się nie zmieszczę w czasie pogodziłem się już wcześniej – teraz chcę tylko dojechać do końca i mieć to wszystko za sobą :) Droga wzdłuż wybrzeża jest pagórkowata i kiepskiej jakości. Utwierdzam się w przekonaniu, że wieczorna decyzja o odpuszczeniu jazdy na limit za wszelką cenę była słuszna. Na tego typu drogach strata była nie do odrobienia. Groziło to tylko niepotrzebną kontuzją/wypadkiem.

    W miarę jak słońce unosi się coraz wyżej nad widnokręgiem, wiatr zmienia kierunek. W końcu wieje w plecy! :) Migoczące między liśćmi światło bardzo męczy moje oczy. Na tyle, że na jednym z krótkich zjazdów czuję że odcina mi świadomość. Pomimo że do mety zaledwie 30 km, to postanawiam się jeszcze zatrzymać i chociaż zamknąć oczy na kilka minut. Siadam bod belą siana i odpływam może na 2 minuty. Pomogło!

    Podjazdy pod Jeziorem Żarnowieckim wciągam już dość żwawo. Ostatnie kilometry miedzy Karwią a Jastrzębią Górą to wręcz maraton w pigułce. Dziadowskie drogi, brukowe drogi i podjazdy :) Pod latarnię dojeżdżam o godzinie 16:28, czyli z czasem 10 dni 4 godziny i 18 minut. Łączny przejechany dystans to 3200 km. Czekają tu na mnie żonka z synem i osobiście wręcza statuetkę i inne fanty :)

    Wspólnie udajemy się do bazy maratonu, gdzie wieczorem ma się odbyć biesiada. Dostaję obiad i przy stole dzielimy się przeżyciami. Po około godzinie, gdy emocje trochę opadają, zaczyna mnie dopadać zmęczenie i ból nóg. Niestety do wieczornej biesiady nie dotrwam. Reprezentować mnie będzie jednak małżonka, a ja z synkiem udajemy się na naszą kwaterę ;)

    Kolejne dni spędzamy wspólnie nad w Jastrzębiej Górze. Zawodnicy zjeżdżają na metę jeszcze do czwartku. Kilku wyjeżdżamy przywitać pod latarnię. Bardzo fajna atmosfera i zasłużony odpoczynek.

    Na pociąg do Gdyni dojeżdżam na rowerze, po drodze zaliczając jeszcze gminę Kosakowo, którą trasa maratonu niefortunnie omijała ;)

    PODSUMOWANIE

    Przejechanie dystansu 3200 km zajęło mi 10 dni 4 godziny i 18 minut. Trasa maratonu wynosiła 3142 km, więc przejechałem gratis 60 km, a były to błędy nawigacji, krążenie po miejscowościach itp.

    Nie udało się zmieścić w limicie wyznaczonym przez organizatora, który wynosił 10 dni. Mimo wszystko ukończenie trasy dało mi ogromna satysfakcję. Przed startem wiele razy wątpiłem i nawet raz miałem definitywnie rezygnować ze startu. Pewien niedosyt jest, bo zabrakło przysłowiowej „kropki nad i”. Myślę, że brakujące godziny mógłbym zyskać stosując inną strategię noclegową. Można było zostawić cześć bagażu (materac, śpiwór) i korzystać wyłącznie z opcji pod dachem. To jednak nie jest mój styl jazdy, bo przede wszystkim lubię improwizować, a jazda od kwatery do kwatery odebrałaby mi dużo frajdy. Miałem tego świadomość. Na dzień dzisiejszy pojechałbym bardzo podobnie.

    Traktuję to jako otwartą furtkę do startu za 4 lata - o ile żona, zdrowie i okoliczności pozwolą ;)

    Cieszę się, że wziąłem udział w tej przygodzie. Zyskałem dużo doświadczenia, którego w inny sposób nabyć się nie da. Lepiej poznałem możliwości swojego organizmu. Odkryłem istnienie pewnych rezerw, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Zaskoczyła mnie szybkość regeneracji zarówno w trakcie, jak i po maratonie. W czasie dni odpoczynku śmigałem po okolicy na rowerze bez jakichś bóli czy dolegliwości. Oczywiście była zamuła, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie nabawiłem się żadnej kontuzji. Nawet bardzo popularne wśród innych zawodników drętwienia rąk mnie ominęły. Nareszcie udało się w miarę ujarzmić bóle ramion i karku, z którymi borykałem się na długich dystansach. Pomogły tutaj dodatkowe ćwiczenia, które wykonywałem w czasie przygotowań do startu, oraz w trakcie jego trwania.

    Sprzęt spisał się na 100%. Na całej trasie nie złapałem ani jednego kapcia :) Jedynie kilka razy smarowałem łańcuch.

    Trasa była trudna nie tylko ze względu na swoją długość i wymagający limit. Dużym utrudnieniem były drogi złej i bardzo złej jakości – było ich mnóstwo. Najlepiej było chyba pod tym względem w górach Podkarpacia, Śląska i Małopolski. Na trasie napotykaliśmy też wiele kilometrów remontów, czy też zerwanej nawierzchni.
    Była to jedna wielka, intensywna wyprawa, z trudnościami jakie można spotkać podczas wyjazdów w nieznane :)

    Bywało ciężko. Czasem bardzo ciężko. Kryzysy ma każdy – sztuką jest sobie z nimi radzić, czego ciągle się uczę. Była też euforia, złość (dostało się psu;) ), a nawet łzy. Bardzo mi pomagały słowa wsparcia, które spływały do mnie z różnych źródeł. Pisali do mnie rodzina, znajomi, a także nieznajomi ludzie. Czy to przez Facebooka, czy przez sms, czy nawet przez Wykop :) Nie będę tutaj wymieniał wszystkich - każdy kto mnie wspierał o tym wie i każdemu z osobna bardzo dziękuję :)

    Dziękuję też tym, którzy przebrnęli prze całość relacji – do usłyszenia w przyszłości ;)

    Mój tag - #byczysnarowerze

    Cała galeria zdjęć z opisami

    Pokrewne: #mrdp #rower #kolarstwo #zaliczgmine #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

    •  

      @Ragnarokk hej :)

      1. Je się oczywiście również podczas jazdy. Ale to raczej rzeczy typu batony, banany itp. Ja na większe posiłki się zatrzymuję. Lubię zjeść przynajmniej raz na dzień normalny posiłek typu zupa, obiad itp. Jest to przy okazji chwila na odpoczynek i toaletę. Oczywiście im większe ma ktoś parcie na wynik, tym bardziej minimalizuje postoje i głównie jada podczas jazdy.

      Co do zdjęć, to ja się zawsze zatrzymuję na chwilę. SMS zdarza się podczas jazdy, ale tylko gdy droga na to pozwala. Najczęściej na podjazdach ;)

      2. To przede wszystkim kwestia wygody. Przy jeździe kilkanaście godzin na dobę, to ciężki plecak byłby porażką - obciążenie ramion, spocone plecy. Niektórzy jeżdżą z małymi plecakami z tzw. camelbak, czyli zbiornikiem z piciem i wprowadzonym na zewnątrz wężykiem. Sam myślę nad takim rozwiązaniem ostatnio.

      3. Na stacjach nie zapinam roweru, a przy sklepach czy restauracjach stosuję małe tandetne zapięcie na szyfr - chroni jedynie przed spontanicznym podprowadzeniem roweru. No i nie trzeba się bawić z kluczykiem.

      4. Wbrew pozorom jazda nocą przy zastosowaniu dobrego oświetlenia jest bezpieczniejsza od jazdy w dzień. Jest się lepiej widocznym, no i ruch jest oczywiście mniejszy. Trzeba jednak czasem zerknąć na licznik, bo często jedzie się wolniej niż by się mogło wydawać ;)

      Pozdr
      pokaż całość

    •  

      @byczys:
      1. Właśnie głównie chodziło mi o takie przegryzki typu batonów. Zastanawiałem się, czy to nie odbija się jakoś na żołądku takie jedzenie w czasie jazdy. Z drugiej strony sam na pieszych ultra jem takie rzeczy w marszu, więc podejrzewałem że jest właśnie tak.

      2. Właśnie myślałem sam teoretycznie o małych plecakach właśnie z camelbakiem i jakimiś lekkimi i dużymi objętościowo rzeczami - czyli zasadniczo głównie ubraniami. Ale że nigdy nie jechałem rowerem dłużej niż 2h na raz, to nie wiem jak plecak współgra z pozycją na rowerze. Zwłaszcza że na szosowym to nigdy w życiu nie jechałem :)

      3. W sumie z tym kluczykiem to logiczne - zapodzianie kluczyka na takiej trasie to prawdobieństwo graniczące z pewnością. A trochę problemów by robiło :)

      4. Co do widoczności, to tak podejrzewałem, ale zastanawiałem się, czy to nie jest problemem, że po ciemku gorzej widać nierówności, dziury na trasie. Tak trochę wizualizować sobie próbowałem siebie samego zmarzniętego i niewyspanego i w tej wizualizacji ciężko było mi widzieć siebie skupionego na dziurach w asfalcie :)

      Ogólnie tak pytam, bo kiedy w tym sierpniu ktoś wrzucił na wykop o MRDP zacząłem się trochę zastanawiać. Do tej pory bawiłem się w piesze, górskie ultra, ale teraz z małymi dziećmi to na wyjazd w góry, nawet na dobę chodzenia po górach, to minimum 2-3 dni, z dojazdem i wszystkim. I prościej będzie samemu wsiąść na rower gdzie w moich płaskich okolicach, zarwać może pół dnia, zrobić te 100 km, wrócić do rodziny. Więc wyciągnąłem rower, poczytałem/pooglądałem na YT bo moja wiedza o rowerze w zasadzie ograniczała się do tego, gdzie są koła a gdzie pedały, zacząłem nim jeździć - i zadałem teraz Tobie pytania na tematy, co nie widziałem żadnych informacji. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Dzięki wielki i pozdrawiam :)
      pokaż całość

      +: byczys
    • więcej komentarzy (8)

  •  

    442397 - 50 - 160 - 154 = 442033

    Jesienny wyjazd z namiotem, by skosić resztę gmin województwa opolskiego. Była to też okazja, by celebrować zbliżające się 2 lata od zakupu AWOLa, w czasie których przemierzyliśmy wspólnie ponad 33 000 kilometrów ;)

    Początkowo był plan na pętlę, jednak stwierdziłem że należy nam się spokojny weekend bez spinki po tym ultramaratonowym sezonie i postanowiłem jechać po prostu przed siebie. Jedynym celem było zaliczenie wszystkich zakłożonych gmin. Żeby wypełnić sakwy zabrałem nawet drugi śpiwór i kuchenkę gazową :)

    Start w piątek o 22:30, prosto po pracy. Noc ciepła jak na październik. Po przejechaniu 50 km skręcam do lasu, kilka kilometrów za Sośnicowicami. W nocy budziły mnie jakieś zwierzęta, ale generalnie całkiem fajnie.

    Rano zorientowałem się, że miałem jechać bardziej na północ, ale skoro już mnie tak wywiało pod Kędzierzyn, to zahaczę o śniadaniowego McD. Dalej kieruję się na północ w kierunku Opola, które w miarę możliwości mijam przedmieściami. Generalnie większość dzisiejszej trasy przeszkadza mi wiatr i jedzie się dosyć ciężko. Szczególnie z dodatkowym bagażem na przodzie, którego powierzchnia stawia jeszcze większy opór. Szczerze powiedziawszy nie tak to sobie wyobrażałem. Jakoś mnie ta jazda nie cieszy i jadę trochę na siłę. Niby fajnie, ale to nie to ;)

    W Domaszowicach robię zakupy na noc. Gdy ruszam dalej jest już ciemno, a godzina jest przecież dopiero 19. Ponieważ wcześniej nie daje mi się nigdzie kupić gazu do kuchenki, zaopatruję się we wkład do znicza, którym zamierzam podgrzać (nie zagotować) trochę wody, bo mam ochotę na coś ciepłego do kolacji. Pomimo że jest wcześnie, postanawiam się rozbić jeszcze przed Namysłowem. Znajduje kawałek lasu, ale poszycie jest gęsto zarośnięte paprociami itp. Pozostaje mi rozbić się na drodze. Normalnie bym tego nie zrobił, w obawie przed pojazdami które potencjalnie by mogły tu wjechać w nocy. Tutaj jednak drogę przecina kilka świeżo powalonych drzew, więc po przeniesieniu roweru przez kilka z nich, jestem bezpiecznie odgrodzony z obu stron ;) Podłoże jest twarde, więc pod namiot ścielę sobie dodatkowe posłanie z zerwanej wokół wysokiej trawy. A co! Mam czas, a noc przede mną długa :) Dodatkowy śpiwór leci pod plecy i jest zaczyna się robić fajnie.

    Przespałem dobrych 9 godzin. Przez to leniuchowanie w dalszą drogę wyruszam dopiero o 9. W końcu wjeżdżam na fajne zadupia i jedzie mi się przyjemnie. Pogoda tez dopisuje, zza chmur wychodzi słońce. Zaliczam kolejne gminy i zaczynam myśleć gdzie zakończę ten wypad. W ostatniej zaplanowanej gminie, Łambinowicach, namierzam stację kolejową. Niby czasu mam sporo, ale na ostatnich 50 kilometrach teren robi się pagórkowaty, a w moją trasę niespodziewanie zaczynają się wplatać szutry. Ostatnie 30 km muszę więc ostro cisnąć żeby zdążyć. Na części jest już z wiatrem, asfalty są dobre i jedzie się elegancko. Tym sposobem na stacji kolejowej jestem pół godziny przed planowanym odjazdem. Zachód słońca nadaje fajnego klimatu temu zadupiu :) Jeszcze tylko przesiadka w Opolu, Gliwicach i o po 23 jestem w domu. O godzinie 4 pobudka i pętla się zamyka - czas do pracy ;)

    Cały album ze zdjęciami: TUTAJ

    #zaliczgmine - opolskie wykoszone jako drugie województwo (po śląskim). Kolejne będzie łódzkie lub małopolskie.

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    482243 - 136 = 482107
    #100km #zaliczgmine

    http://yurek55.bikestats.pl/1623787,Uzupelnianie-bialych-plam-gminnych-na-wschodzie.html

    Statystyki:

    Dystans: 136 km
    Czas: ◷05:44:14
    Średnie tempo: 2:31 min/km
    Średnia prędkość: 23,75 km/h
    Kalorie: 4581 kcal

    W tym tygodniu to już 354km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    +: KARMAspotka, Bramborr +26 innych
  •  

    488453 - 53 - 51 - 110 - 184 = 488055

    Wypad w okolice Poznania i zaliczenie kilku gmin :)
    200 + 13 = 213

    Statystyki:

    Dystans: 53 km
    Wertykalnie: 392m(↑198m/↓194m)
    Czas: ◷01:53:20
    Średnie tempo: 2:08 min/km
    Średnia prędkość: 28,02 km/h
    Kalorie: 1604 kcal

    Dystans: 51 km
    Wertykalnie: 719m(↑365m/↓354m)
    Czas: ◷01:56:09
    Średnie tempo: 2:15 min/km
    Średnia prędkość: 26,55 km/h
    Kalorie: 1536 kcal

    Dystans: 110 km
    Wertykalnie: 747m(↑368m/↓379m)
    Czas: ◷04:23:41
    Średnie tempo: 2:23 min/km
    Średnia prędkość: 25,09 km/h
    Kalorie: 3260 kcal

    Dystans: 184 km
    Wertykalnie: 729m(↑393m/↓336m)
    Czas: ◷07:19:43
    Średnie tempo: 2:23 min/km
    Średnia prędkość: 25,10 km/h
    Kalorie: 5439 kcal

    W tym tygodniu to już 398km!
    #rowerowyrownik #100km #100km #zaliczgmine

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    545325 - 117 = 545208

    40 i 41 w #zaliczgmine. No przydałoby się dobić do tej 50 w tym roku, coby zaliczyć jakiś próg nowicjusza. Szkoda, że nie ma #zaliczsolectwo albo #zaliczwioske, bo tego to sporo by dziś wpadło ¯\_(ツ)_/¯

    Statystyki:

    Dystans: 117 km
    Czas: ◷04:50:26
    Średnie tempo: 2:29 min/km
    Średnia prędkość: 24,14 km/h
    Kalorie: 4450 kcal

    #rowerowyrownik #100km
    pokaż całość

    źródło: Winniczka.jpg

  •  

    553717 - 71 - 100 - 242 = 553304

    Kolejna porcja wyjazdów z tego tygodnia. Przy okazji zaliczyłem kolejne gminy ;) Do kolekcji trzeba dodać 7 gmin czyli łącznie jest 200.

    #zaliczgmine

    Statystyki:

    Dystans: 71 km
    Wertykalnie: 623m(↑315m/↓308m)
    Czas: ◷02:25:04
    Średnie tempo: 2:02 min/km
    Średnia prędkość: 29,47 km/h
    Kalorie: 2207 kcal

    Dystans: 100 km
    Wertykalnie: 522m(↑260m/↓262m)
    Czas: ◷03:34:52
    Średnie tempo: 2:08 min/km
    Średnia prędkość: 28,00 km/h
    Kalorie: 3038 kcal

    Dystans: 242 km
    Wertykalnie: 1456m(↑709m/↓747m)
    Czas: ◷09:04:37
    Średnie tempo: 2:15 min/km
    Średnia prędkość: 26,61 km/h
    Kalorie: 7219 kcal

    W tym tygodniu to już 413km!
    #rowerowyrownik #100km #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: DSC_0306.JPG

  •  

    573934 - 267 - 102 - 52 = 573513

    Zwiedzanie wielkopolskich terenów przy okazji #zaliczgmine wpadło 14 gmin. Podsumowując aktualnie jest 193 :)

    Statystyki:

    Dystans: 267 km
    Wertykalnie: 1801m(↑862m/↓939m)
    Czas: ◷10:11:43
    Średnie tempo: 2:17 min/km
    Średnia prędkość: 26,22 km/h
    Kalorie: 7970 kcal

    Dystans: 102 km
    Wertykalnie: 396m(↑193m/↓203m)
    Czas: ◷03:37:43
    Średnie tempo: 2:07 min/km
    Średnia prędkość: 28,24 km/h
    Kalorie: 3115 kcal

    Dystans: 52 km
    Wertykalnie: 365m(↑179m/↓186m)
    Czas: ◷01:38:28
    Średnie tempo: 1:54 min/km
    Średnia prędkość: 31,52 km/h
    Kalorie: 1659 kcal

    W tym tygodniu to już 421km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: DSC_0294.JPG

  •  

    583668 - 121 = 583547

    Musiałem wstać przed piątą rano, bo do przejechania było dużo kilometrów, a żonka ze śniadaniem czekała. Będzino, ostatnia gmina tegorocznego wyjazdu nadmorskiego.

    #zaliczgmine #100km

    Statystyki:

    Dystans: 121 km
    Czas: ◷05:33:27
    Średnie tempo: 2:45 min/km
    Średnia prędkość: 21,72 km/h
    Kalorie: 3588 kcal

    W tym tygodniu to już 243km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km
    pokaż całość

  •  

    596949 - 288 = 596661

    jeden z celów na ten sezon zaliczony - Kraków zdobyty.
    Wyjazd przed 3 z Uniejowa, gdzie akurat byłem na działce, by zdążyć na 4.30 do Szadku, gdzie umówiony byłem z @Zelazko_MPM, który jako jedyny z #rowerowalodz postanowił towarzyszył mi w podróży. Spodziewaliśmy się, że będzie zimno nad ranem, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania. Temperatura chwilami spadał do 10 stopni i mimo, że w okolicach Widawy zaczęło wychodzić słońce sytuacja się nie poprawiła. Długiego rękawu pozbyłem się dopiero około 15, gdy zaczęły się górki za Częstochową.

    Droga do Częstochowy mijała bez problemów w dość dobrym tempie, więc doszedłem do wniosku, że czas pozwala na wjechanie do Częstochowy, którą miałem w założeniu ominąć, i wizytę w McDonaldzie. Niestety przed samą Częstochową zaczyna kropić deszcz, a później okazuje się, że droga, która była na mapie nie istnieje, a druga droga okazała się placem budowy autostrady A1. A więc zgodnie z zasadami @metaxy, że każda wyprawa musi mieć odcinek terenowy jedziemy przez plac budowy. Następnie błądzenie po Częstochowie by dotrzeć w końcu do McDonalda i się posilić przed dalszą drogą.
    Później odprowadzam @Zelazko_MPM na dworzec PKP i przebijając się przez Częstochowę ruszam dalej.

    Niestety zaczyna się nerwówka, bo zaczynam mieć obawy, że przez to, że prawie godzinę straciłem na Częstochowę nie zdążę na ostatni bezpośredni pociąg do Łodzi. A dodatkowo za chwilę zaczynają się górki, do których w centralnej Polsce nie jesteśmy przyzwyczajeni. Na szczęście jeszcze trochę siły w nogach było i z każdym kilometrem sytuacja z czasem wydawała się coraz lepsza i szansa na dojechanie na pociąg wydawała się coraz bardziej realna. Niestety na sam koniec zostało przebicie się na dworzec, a że nie znam Krakowa zaczęło się błądzenie, ale ostatecznie udało się na 5 minut przed planowanym odjazdem pociągu dotrzeć na dworzec.

    Wyprawa udana bo udało się poprawić życiowy rekord, a dodatkowo zaliczyć 17 nowych gmin do #zaliczgmine, ale gdyby tę trasę pojechać na 2 dni udałoby się jeszcze coś zobaczyć.
    No i tę wyprawę potraktowałem trochę jako sprawdzenie czy w ogóle w obecnej formie mam szansę przejechać Rajd Wokół Tatr - co prawda będzie na nim trochę więcej przewyższeń, ale dystans krótszy, więc może się uda. Żałuję tylko, że nie było czasu na dokręcenie do 300 km.

    @Zelazko_MPM dzięki za towarzystwo!

    #200km po raz drugi w tym roku
    #rowerowalodz #rowerowykrakow #wykoptribanclub

    Statystyki:

    Dystans: 288 km
    Czas: ◷11:29:58
    Średnie tempo: 2:23 min/km
    Średnia prędkość: 25,06 km/h
    Kalorie: 10904 kcal

    W tym tygodniu to już 288km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    602879 - 61 - 83 - 48 - 261 - 204 = 602222

    Weekendowo w Częstochowie.
    Sobota - Wyjazd 6:00. Cel Częstochowa 170km, wyjazd z kuplami, ja na szosie oni na mtb. Pierwsze 2h pogoda straszna wiatr, deszcz.. dobrze że jeszcze gradu nie było, kolejne godziny jakoś się poturlaliśmy w zachmurzeniu. Będąc już w Częstochowie obiadek dość obfity, kumple pojechali do hotelu a ja jeszcze zrobiłem rundkę po okolicach i zaliczyłem kilku gmin.
    Niedziela - Po śniadaniu wyjazd o 8:30 od razu piękny intensywny deszczyk padał, doskonale się zapowiada dzień... nom stop w #wmordewind. Na 110km dość spory kawałek szutrowej drogi. I tak po ciężkich zmaganiach dojechaliśmy do celu. :)
    Ogólnie wyjazd na plus, szkoda że pogoda trochę nie dopisała.
    #zaliczgmine 147+32

    Statystyki:

    Dystans: 61 km
    Wertykalnie: 579m(↑270m/↓309m)
    Czas: ◷02:19:20
    Średnie tempo: 2:17 min/km
    Średnia prędkość: 26,16 km/h
    Kalorie: 1803 kcal

    Dystans: 83 km
    Wertykalnie: 589m(↑284m/↓305m)
    Czas: ◷03:06:06
    Średnie tempo: 2:14 min/km
    Średnia prędkość: 26,78 km/h
    Kalorie: 2486 kcal

    Dystans: 48 km
    Wertykalnie: 304m(↑158m/↓146m)
    Czas: ◷02:07:37
    Średnie tempo: 2:40 min/km
    Średnia prędkość: 22,38 km/h
    Kalorie: 1342 kcal

    Dystans: 261 km
    Wertykalnie: 2094m(↑1098m/↓996m)
    Czas: ◷10:52:17
    Średnie tempo: 2:29 min/km
    Średnia prędkość: 24,03 km/h
    Kalorie: 7647 kcal

    Dystans: 204 km
    Wertykalnie: 1553m(↑717m/↓836m)
    Czas: ◷08:40:25
    Średnie tempo: 2:33 min/km
    Średnia prędkość: 23,48 km/h
    Kalorie: 5894 kcal

    W tym tygodniu to już 657km!
    #rowerowyrownik #100km #200km #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: DSC_0289.JPG

  •  

    Potrzymajcie mi piwo... i w przyszłym roku będzie koniec. Niebieski to wyłącznie tegoroczna wyprawa, choć jeszcze coś w tym roku dołożę. Malowanie trochę zajęło, ale w końcu się udało skończyć.

    #rower #zaliczgmine #kolorowekredkiaraczejflamastry #metaxynarowerze

    źródło: 2017.08.11.JPG

  •  

    611726 - 82 = 611644

    Kolejny dzień z pobudką o piątej, dziś gminy Gryfice i Płoty. Pierwszy raz widziałem wschód słońca nad Bałtykiem
    #zaliczgmine

    W tym tygodniu to już 250km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa

    +: M...........a, drugsorbrain +18 innych
  •  

    618951 - 84 = 618867

    Siemyśl, Trzebiatów, Karnice, Brojce, Rymań
    #zaliczgmine
    Katedra w Trzebiatowie

    Statystyki:

    Dystans: 84 km
    Czas: ◷04:17:55
    Średnie tempo: 3:03 min/km
    Średnia prędkość: 19,64 km/h
    Kalorie: 2388 kcal

    W tym tygodniu to już 168km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa pokaż całość

  •  

    620393 - 84 = 620309

    Wolin, Kamień Pomorski, Golczewo, Świerzno, Dziwnów, Rewal
    #zaliczgmine

    Statystyki:

    Dystans: 84 km
    Czas: ◷03:59:31
    Średnie tempo: 2:51 min/km
    Średnia prędkość: 21,03 km/h
    Kalorie: 2499 kcal

    W tym tygodniu to już 84km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa

  •  

    Zacząłem się właśnie bawić w #zaliczgmine (pewnie do emerytury nie zaliczę wszystkich - na razie to wygląda jak na pic rel). O interaktywnej mapie wiem. Ale ręcznie trzeba wrzucać pojedyncze GPX-y i klikać. Zastanawia mnie jednak czy jest jakaś automagiczna synchronizacja ze Stravą?
    #rower

    źródło: zaliczgmine.pl

    +: Freakz, s.....r +4 innych
  •  

    648827 - 6 - 6 - 6 - 6 - 6 - 6 - 37 - 74 - 71 - 5 = 648604

    tygodniowe praca <-> dom oraz

    sobotnie kółko koło Koła, by zobaczyć zamek w Kole, a właściwie to co z niego zostało. Zagadką dla mnie jest działanie władz Koła - osoba, która nie wie o zamku nie ma szans do niego trafić. Jedyna tablica informacyjna, która rzuciła mi się w oczy znajduje się obok zamku.

    oraz niedzielna wycieczka do Krąkowa, czyli ogonki mają znaczenie. Krąków, może nie Kraków, ale swój Wawel ma, a może Wąwel ;)

    przy okazji #zaliczgmine +1
    #rowerowalodz #tribanclub

    W tym tygodniu to już 223km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie[,](http://www.wykop.pl) powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    662412 - 4 - 4 - 4 - 73 = 662327

    #zaliczgmine +1, więc powinno być #chwalesie, a wyszło #zalesie ( ͡° ͜ʖ ͡°)ノ⌐■-■

    #rowerowyrownik

    źródło: zalesie.jpg

  •  

    674371 - 4 - 154 - 5 = 674208

    Wspólna wyprawa z @Zelazko_MPM i mój debiut w imprezie zorganizowanej - może nic wielkiego, ale od czegoś trzeba zacząć - łódzka edycja Rajdów dla Frajdy - Międzyrzecze Warty i Widawki.
    Dojazdy na dworzec i dojazdy ze Zduńskiej Woli do Widawy.
    Nie byłem ostatni, więc nie jest źle, ale mogło być lepiej ;)
    #zaliczgmine +3
    #rowerowalodz

    Statystyki:

    Dystans: 4 km
    Czas: ◷00:10:28
    Średnie tempo: 2:28 min/km
    Średnia prędkość: 24,29 km/h
    Kalorie: 131 kcal

    Dystans: 154 km
    Czas: ◷05:45:45
    Średnie tempo: 2:14 min/km
    Średnia prędkość: 26,77 km/h
    Kalorie: 5599 kcal

    Dystans: 5 km
    Czas: ◷00:16:35
    Średnie tempo: 3:20 min/km
    Średnia prędkość: 17,97 km/h
    Kalorie: 169 kcal

    W tym tygodniu to już 433km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    690711 - 430 = 690281

    Wyjazd wczoraj o 3 rano. Do Dębicy jechał ze mną Kona i nowy kolega Marcin. Dostawa paczki do Krakowa to tylko pretekst do jazdy... i pojechałem. Taka trasa to cenne doświadczenie, przyda się na przyszły rok.
    Trasę planowałem specjalnie po płaskim, bo przeczuwałem, co może się dziać na takim dystansie. Pogoda była na prawdę super. Z zapowiadanych upałów po 35 stopni było trochę mniej, może poniżej 30 :D Wiatru jakiegoś bardzo mocnego nie było. Bardzo się ucieszyłem z tego powodu. Jakoś na 250-270km zaczęło mnie boleć prawe kolano, pewnie po 50 km jakoś przeszło. Ale na około 350km powróciło razem z lewym, do tego chłód nadchodzącej nocy i brak nakolanników nie pomagał. Końcówkę przejechałem byle przejechać.

    W tym tygodniu to już 430km!
    #rowerowyrownik #ruszrzeszow #100km #200km #300km #400km #zaliczgmine +23
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: c1.staticflickr.com

  •  

    755317 - 107 = 755210

    wypad z żoną po okolicach Sandomierza - głównie do Opatowa i na zamek Krzyżtopór. Wielkie podziękowanie dla @faramka za przygotowanie trasy i wskazanie najciekawszych punktów do zobaczenia na niej. Życzę każdemu takiego przewodnika w swoich podróżach!

    #100km - nr 6 w tym roku
    #zaliczgmine +13 (obecnie 175)

    Statystyki:

    Dystans: 107 km
    Czas: ◷05:36:02
    Średnie tempo: 3:08 min/km
    Średnia prędkość: 19,06 km/h
    Kalorie: 3924 kcal

    W tym tygodniu to już 107km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    •  

      @radoslaw-szalkowski: jest mi niezmiernie miło, że mogłam co nieco podpowiedzieć (。◕‿‿◕。)
      Widzę, że jechałeś szosą - jak te fragmenty bez asfaltu (płyty przy radarach, polna do Międzygórza)?

      Szkoda, że pogoda wczoraj nie sprzyjała zwiedzaniu ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    •  

      @faramka: ostatnio jeździłem cały czas szosą i dzień przed wyjazdem okazało się mój rower górski stoi na kapciu, a już nie było czasu na jeżdżenie po dętki, więc zabrałem szosę - nie było tak źle - wszystko się dało przejechać, poza ostatnim kawałkiem 200 metrów polnej drogi do Międzygórza, bo ktoś wysypał fragment drobnymi kamyczkami. Ale udało się przejechać bez kapcia, więc jest OK!

      Wczoraj słaba była pogoda, więc do 12 pochodziliśmy po Sandomierzu - chcieliśmy przejść jeszcze trasę podziemną, ale okazało się, że 2 godziny musielibyśmy czekać na wejście, więc pojechaliśmy w stronę domu odwiedzając po drodze zamek w Chęcinach i Pałac Tarłów w Podzamczu Piekoszowskim.

      Ogólnie wypad oceniamy bardzo pozytywnie! I chyba jeszcze kiedyś będziemy musieli wrócić w te strony ;)
      pokaż całość

      +: faramka
    • więcej komentarzy (6)

  •  

    784098 - 264 = 783834

    Wyprawa do Warszawy by potowarzyszyć #rowerowykrakow w ich wyprawie.
    Wyjazd przed 5 by dotrzeć do miejscowości Przysucha w której dołączyłem do ekipy w składzie: @wspodnicynamtb, @metaxy, @Cymerek, @kiwacz, @Mortal84, @makyo, @bynon. Na przywitanie musiałem przejść mały test na sprint, ale na szczęście się udało. Wszystko przebiegało bezproblemowo do momentu szutrowego odcinka w okolicach przeprawy przez Pilicę - już na samym wjeździe na szuter złapałem kapcia (dzięki @wspodnicynamtb za poczekanie), a później dosłownie 10 metrów za mną przewróciło się na drogę drzewo. Później spokojna jazda w wyczekiwaniu na ekipę z #szosowawarszawa i podróż do wytęsknionego chyba przez wszystkich McD w Grójcu, do którego jak się okazało nie jest tak łatwo dojechać rowerem. Później w kierunku Nadarzyna, a później drogami serwisowymi wzdłuż S na Warszawę Centralną.
    W oczekiwaniu na swój pociąg odprowadziłem na pociąg do Krakowa @wspodnicynamtb i @kiwacz, a później jeszcze @makyo, który w oczekiwaniu na swój pociąg postanowił dokręcić do 400 km.
    Dziękuję wszystkim za wspólną podróż - miło było Was w końcu poznać w rzeczywistym świecie. I mam nadzieję do zobaczenia niedługo.

    264 km - rekord życiowy poprawiony o ponad 40km
    #200km - nr 1 w tym roku
    #zaliczgmine +27 (obecnie 162)

    Link do Strava: https://www.strava.com/activities/1052401532

    Statystyki:

    Dystans: 264 km
    Czas: ◷09:54:17
    Średnie tempo: 2:15 min/km
    Średnia prędkość: 26,64 km/h
    Kalorie: 0 kcal

    W tym tygodniu to już 264km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    810404 - 26 - 13 - 73 = 810292

    Dziś po pracy #zaliczgmine +2 w fajnych okolicach Przywidza. Trochę #pokazmorde, ale tylko trochę :P #rowerowetrojmiasto

    Statystyki:

    Dystans: 73 km
    Czas: ◷02:45:55
    Średnie tempo: 2:16 min/km
    Średnia prędkość: 26,37 km/h
    Kalorie: 3435 kcal

    W tym tygodniu to już 112km!
    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    848612 - 64 = 848548
    statów nie ma, bo się wysypało Endomondo ehh, Warszawa - Tłuszcz, +7 zaliczonych #zaliczgmine, a takiego kwiatka dostrzegłem po drodze
    #rowerowyrownik

  •  

    878101 - 473 = 877628

    Brevet 400 z dojazdem.
    Planowałem jeszcze powrót rowerem, co dałoby upragnione 500 km, ale niestety, źle się przygotowałem.

    #zaliczgmine: 21 nowych

    Statystyki:

    Dystans: 473 km
    Czas: ◷15:51:49
    Średnie tempo: 2:00 min/km
    Średnia prędkość: 29,80 km/h
    Kalorie: 17450 kcal
    Średni puls: ❤143.5bpm
    Maksymalny puls: ❤174bpm

    W tym tygodniu to już 607km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km #400km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: mikolajki.JPG

  •  

    897342 - 262 = 897080

    Trochę mnie wytłukło po kiepskich asfaltach, ale było warto. Wyjście z domu 4:30, wyjazd 4:40.
    #zaliczgmine +9

    #rowerowyrownik #ruszrzeszow #100km #200km #zalesie

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: dgtzuqphqg23d.cloudfront.net

  •  

    916002 - 216 = 915786

    Turystyka wolnobieżna z @oskar1100 i @tytyrytek.
    9 gmin w #zaliczgmine. A tydzień temu wpadło 16.

    Statystyki:

    Dystans: 216 km
    Czas: ◷07:16:52
    Średnie tempo: 2:01 min/km
    Średnia prędkość: 29,61 km/h
    Kalorie: 4969 kcal
    Średni puls: ❤143.5bpm
    Maksymalny puls: ❤176bpm

    W tym tygodniu to już 465km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    źródło: pultusk.jpg

  •  

    924993 - 148 - 40 - 155 - 19 - 23 - 22 - 36 - 22 - 19 - 25 - 19 - 23 = 924442

    Ostatni tydzień na rowerze, czyli dojazdy do pracy, oraz weekendowy wyjazd na zlot forum zwoązanego z podróżami rowerowymi.

    Wyjazd dosyć spontaniczny, więc w piątek przed praca montuję pierwszy raz mój magiczny kufer, ładuję do niego śpiwór i resztę gratów, by prosto po pracy o godzinie 22:30 wyruszyć na północ. W Dąbrowie zatrzymuję się w McD. Tracę tu dobrą godzinę, ze względu na długi czas oczekiwania. W Żarkach, około 2 musze przyodziać nogawki. Poranek witam już w Łódzkim. Poranek bardzo przyjemny -
    słońce, wiejskie zapachy i mgły dodają mu dużo uroku.
    Do bazy w Krzętowie nad Pilica zajeżdżam jakoś po godzinie 5 rano. Stojące pod budynkami rowery upewnieją mnie, że jestem we własciwym miejscu ;)

    Niestety wszyscy jeszcze śpią, więc ja ucinam sobie kilka minut drzemki z głową na stole. Postanawiam zejść niżej nad brzeg Pilicy i odkrywam, że jest tam wielkie pole namiotowe i pełno namiotów! Gdybym wiedział wcześniej, to nie omieszkałbym się walnąć w śpiwór na jakiejś ławeczce ;)

    Ekipa budzi się do życia, więc po śniadaniu i kilku pogaduszkach (mój przypałowy kufer wzbudził spore zainteresowanie;)), wybieramy się w kilka osób na prawie szosową przejażdżkę po okolicy. Miłe pogaduchy itp. Po czym spędzamy pod wiejskim sklepikiem dobre 2 godziny na opowiastkach o przygodach okołopodróżniczych.

    Wieczorem, po obiedzie, ognisko już hula na całego i całe towarzystwo oddaje się zabawie, integracji, oględzinom sprzętu, dyskusjom itp. Powstaje pamiątkowa panorama wszystkich uczestników (około 110 osób). Około godziny 23, pomimo że jest bardzo sympatycznie, postanawiam udać się na jakiś spoczynek, by nie zarwać kolejnej nocy i złapać te kilka godzin snu. Ładuję się więc do śpiwora w ośrodkowej jadalni. Impreza jednak trwa w najlepsze. Jest gra na gitarze, śpiewy itp. Więc zasypiam przy dźwiękach muzyki ;) W nocy zauważam, że drugi kąt pomieszczenia zajmuje jakaś dziewczyna.

    O poranku planuję się zwijać wcześniej, jednak nie tak łatwo się wyrwać, bo jeszcze co chwilę zatrzymuję się na pogaduszki. Ostatecznie zabieram się z ekipą sakwiarzy jadącą w moje okolice. Pierwsze kilometry jest niespodziewanie zimno. W Koniecpolu na postoju jem śniadanie pod sklepem i telepie mnie z zimna. W Podzamczu jest już ciepło i robimy przerwę obiadową. Pani postraszyła nas długim czasem oczekiwania, więc wzięliśmy tylko zupy z pieczywem, jednak okazało się, że inni goście wcale tak długo nie czekali na jedzenie.

    Gdy wjeżdżamy w rejony GOP ruch robi się już spory, co po weekendzie w sielankowym klimacie i pustych lokalnych nie jest przyjemnym doświadczeniem. Powoli każdy się rozjeżdża w swoją stronę i niedługo przed zachodem słońca zajeżdżam do domu. Tempo było spokojne, jednak powrót był bardzo miły towarzysko 

    Kilka zdjęć w albumie: https://goo.gl/photos/28MHw3g6nNVvRx1y5

    No i miałem napisać 2 zdania, a znów się rozpisałem trochę ;)

    Udało się zaliczyć aż 1 nową gminę do #zaliczgmine

    https://www.strava.com/activities/996232604

    https://www.strava.com/activities/999275840

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #100km
    pokaż całość

  •  

    933612 - 171 - 17 - 11 = 933413

    Jazda na Przecław i Mielec #zaliczgmine +3.

    Statystyki:

    Dystans: 171 km
    Czas: ◷06:15:28
    Średnie tempo: 2:11 min/km
    Średnia prędkość: 27,39 km/h
    Kalorie: 0 kcal

    #rowerowyrownik #ruszrzeszow #100km pokaż całość

  •  

    936467 - 87 - 92 - 38 - 106 - 316 - 85 = 935743

    Już dawno nie miałem tak intensywnego tygodnia.
    87km - poniedziałek. Przejecha na odstresowanie się po pracy.
    92km - wtorek. #szosowawarszawa z kolegami i przybłędą, który nie pokazał dziury. Wgięta obręcz i ucieczka przez 15km przed grupą bo gdzieś trzeba było rozładować negatywne emocje.
    38km - środa z Najmilszą.
    106km - czwartek. Tarczyn, kwitnące sady i przepiękny zachód słońca.
    0km - piątek. Odpoczynek przed tym co ma zdarzyć się w sobotę.
    316km - sobota. Wycieczka z kolegami do Środka Polski. Pogoda świetna, lampa przez cała trasę i lekki wiatr. Ostatnie 70km to niespodziewany przypływ energii i zasuwanie 38-40km/h na przedzie grupy. Wpadło 14 nowych gmin do #zaliczgmine.
    85km - niedziela. Ukoronowanie tygodnia. Zabrałem Najmilszą do Góry Kalwarii i zaraziłem ją drożdżówkarstwem.

    W tym tygodniu to już 724km!
    #rowerowyrownik #drozdzowkarze #100km #200km #300km
    pokaż całość

    źródło: SJCM0047.jpg

  •  

    1012798 - 102 = 1012696

    Trasa planowana na żywo ze względu na #wmordewind - kiedy to się skończy?

    #100km (3 w tym roku)
    #zaliczgmine +1 (obecnie 135)
    #rowerowalodz

    Statystyki:

    Dystans: 102 km
    Czas: ◷04:17:31
    Średnie tempo: 2:31 min/km
    Średnia prędkość: 23,70 km/h
    Kalorie: 3651 kcal

    W tym tygodniu to już 203km!
    #rowerowyrownik

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    1019241 - 101 = 1019140

    Majówka z @sargento, @Zelazko_MPM i @Pokrywek - niestety nie udało się poprawić rekordowej frekwencji #rowerowalodz z tamtego rogu.
    Pogoda, a w szczególności silny #wmordewind oraz nietypowe jak na centralną Polskę pagórki dały się we znaki i w połowie zaplanowanej trasy połowa ekipy wróciła ŁKA, a druga połowa wróciła skróconą trasą do Łodzi.
    #100km (2 w tym roku)
    #zaliczgmine +1 (obecnie 134)

    Statystyki:

    Dystans: 101 km
    Czas: ◷04:43:18
    Średnie tempo: 2:47 min/km
    Średnia prędkość: 21,46 km/h
    Kalorie: 3486 kcal

    W tym tygodniu to już 101km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

  •  

    1037449 - 75 - 55 = 1037319

    W miniony weekend zwiedzaliśmy Puszczę Kozienicką z Bike Equipą Sandomierz.
    Baza wypadowa w Jedlni-Letnisko - zaskoczyły nas zabytkowe wille, które do tej pory widzieliśmy np. w Szczawnicy albo Krynicy-Zdrój.
    Przemieszczaliśmy się różnymi drogami - od leśnych duktów po drogi wojewódzkie (niektóre szlaki rowerowe fatalnie oznakowane, a nawierzchnia pod fatbajki).
    Pogoda była jaka była, ale plus taki, że w zwykle obleganych miejscach nie było w ogóle ludzi; np. w rezerwacie Królewskie Źródła albo nad zalewem Siczki.
    W sobotę dojechaliśmy do Czarnolasu, gdzie znajduje się muzeum Jana Kochanowskiego (popularny target na wycieczki szkolne w podstawówce (✌ ゚ ∀ ゚)☞).
    Powrót pod cholerny wiatr. A mówi się, że to w Kieleckiem piździ...
    W niedzielę na przemian słońce i... śnieg (super wiosna ( ͡° ʖ̯ ͡°)).

    Nooo i wpadło 8 nowych gmin #zaliczgmine (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

  •  

    1056169 - 424 - 102 - 19 = 1055624

    Pierwsza dłuższa trasa w tym roku. W końcu prognozy pogody na weekend optymistyczne, więc postanowiłem wybrać się na spotkanie forumowe mające miejsce na Roztoczu, na terenie gminy Narol. Wiać miało z południa, więc przy moim zachodnio - wschodnim kierunku trasy powinno być w większości sprawiedliwie z boku ;)

    Niestety z piątkowego wolnego w pracy nici, więc postanawiam wyjechać prosto po pracy i tym sposobem o 16:30 kieruję się na Kraków.
    Początek kiepski, ponieważ o tej godzinie ruch na drodze do Chełmka przez Bieruń Nowy jest olbrzymi. Droga zakorkowana, więc większość tej trasy przejeżdżam po ścieżkach i chodnikach, czasem przeciskając się pomiędzy kolumnami aut środkiem jezdni.

    Jakoś za Żarkami się luzuje, a wiatr zdecydowanie sprzyja, więc do Krakowa dojeżdżam ze średnią na liczniku powyżej 30 km/h. Przez miasto przebijam się ścieżkami rowerowymi, o dziwo idzie całkiem sprawnie. Na Bulwarach robię postój i oglądam zachód, pałaszując ciasto bananowo – owsiane, przygotowane przez Lubą specjalnie na tę okazję ;)

    Na wylocie z Krakowa muszę jeszcze ominąć jakieś roboty w związku z budową S7 i kieruję się spokojną już droga na Niepołomice. Trasa w kierunku Tarnowa prowadzi w dużej części po drogach technicznych biegnących wzdłuż autostrady A4. Ruch znikomy, wiatr raczej sprzyjający, więc jedzie się elegancko. W Tarnowie, po ok 160 km planuję wejść do Maca, który wg strony jest czynny do północy (poza McDrive 24h). Niestety na miejscu rozczarowanie, bo od 23 mają jakąś przerwę techniczną, więc pozostaje mi tylko jechać dalej i szukać jakiejś stacji. Po 40 km znajduję Shella w Dębicy, gdzie trochę się ogarniam i pałaszuję Hot – Doga.

    Kolejny cel pośredni, to Rzeszów. Myślę sobie – tam są aż 3 McD, więc to tam zrobię sobie większą ucztę. Ponieważ droga nr 94 w godzinach nocnych jest pusta i ma szerokie pobocze, postanawiam trochę zmodyfikować pierwotną trasę i przyklejam się do niej długimi odcinkami.
    Do Rzeszowa docieram około 4 nad ranem. Na rynku trochę imprezowiczów – niedobitków i jakieś śmierdzące lokale z kebabami. Niestety wszystkie McD są zamknięte, a najwcześniej otwierany jest dopiero o 7. Szukam jakiejś alternatywy, jednak bez skutku. Kebabownie mnie odpychają, więc ponownie zawiedziony jadę dalej, w poszukiwaniu stacji. Straciłem tylko tutaj czas.
    Niestety długo nie znajduję nic sensownego i na jakimś przystanku robię postój połączony z pożeraniem zapasów (reszta ciasta itp.). Jest jakoś 5 nad ranem, a o dziwo nie jest jakoś bardzo zimno.

    Na wschód od Rzeszowa zaczynają się w końcu większe „zadupia”. Najbardziej marznę już dobrą godzinę po wschodzie słońca, w okolicach 7:00. Do Jarosławia jadę przez Markową i Przeworsk. Kawałek przed miastem znajduję w końcu Statoil i ciepłe jedzenie.
    Kontaktuję się z ekipą forumową i postanawiam spróbować do nich w połowie zaplanowanej przez nich pętli, w Horyńcu – Zdrój. Pisza, że powinni być tam około południa, więc modyfikuję trasę i postanawiam zahaczyć o przygraniczną gminę Wielkie Oczy, która to zawsze mnie intrygowała swoją nazwą ;)
    Na liczniku niedawno pojawiło się 300, a do celu jeszcze jakaś stówka, więc trzeba się sprężać. Teren robi się bardzie pofałdowany, a wiatr zaczyna zawiewać bardziej od frontu. Tereny coraz bardziej odludne, czyli tak jak lubię. Często mijam gniazda z bocianami, zwiastujące nadejście długo wyczekiwanej wiosny ;)

    Gdy w końcu docieram do Wielich Oczu, zatrzymuję się w sklepie na małą wyżerkę. Podpytuję mieszkańca, czy szlak Green Velo do Horyńca będzie przejezdny na rowerze szosowym, Nie zapewnia mnie do końca, jednak postanawiam zaryzykować. Dobra decyzja, bo długimi odcinkami jest to wąski i równy asfalt, wyłączony z ruchu samochodowego.
    Jedynie odcinkami przebijam po szutrach, jednak da się po tym jechać bez większego problemu, bo jest sucho. Na takim właśnie odcinku mijam patrol Straży Granicznej, który zatrzymuje mnie do kontroli. Pytają gdzie jadę itp. Sprawdzają dokumenty i ostrzegają przed przypadkowym przekroczeniem granicy z Ukrainą, wzdłuż której jadę. Ogólnie sympatyczna rozmowa, jednak zabierają mi dobre pół godziny.

    Ponieważ lubię przejścia i tereny przygraniczne, podjeżdżam zobaczyć jak wygląda to w Budomierzu. Dalej przejeżdżam klimatyczny drewniany mostek na rzece Lubaczówka i już w Horyńcu spotykam ekipę zgodnie z planem. Udajemy się wspólnie na zwiedzanie bardzo ładnej i starej Cerkwii w Radrużu, gdzie starsza pani opowiada jej historię z wielkim zaangażowaniem. Pomimo, że klimaty zwiedzania jakoś mnie normalnie nie kręcą, to tutaj słucham z wielką uwagą, więc polecam każdemu.

    Dalej, już bardzo spacerowym tempem kończymy pętlę i w promieniach słońca i zajeżdżamy do Narola, gdzie w końcu mogę pojeść do syta w przyrynkowym barze u Rubina :)
    Nocleg mamy zamówiony w Pizunach, w klimatycznym ośrodku w środku lasu, u źródeł rzeki Tanwi. Wyczytałem gdzieś później, że to podobno jedna z najmniejszych wsi w Polsce ;) Bardzo klimatyczne i spokojne miejsce. Poza nami, nie ma tu więcej gości. Ponieważ ja przyjeżdżam ostatni, a miejsca w domku już brakuje, to dostaje mi się cały inny domek na wyłączność ;) Z uwagi na fakt, że mam całą nockę w plecy, jest mi to bardzo na rękę i po zjedzeniu kolacji, przesypiam bite 9 godzin w zasadzie bez pobudki.
    Rano, po śniadaniu i po rozciąganiu w przyjemnych okolicznościach natury, orientuję się, ze trochę późno wstałem, bo nikogo już nie ma ;)

    Zajeżdżam do Narola na rynek, po czym postanawiam przejechać cześć wczorajszej pętli, która mnie ominęła, bo przecież nie przyjechałem tu tylko po to, żeby zaraz wracać na pociąg.
    To był bardzo dobry pomysł, bo okolice są bardzo klimatyczne i spokojne, szczególnie w niedzielny poranek. W Horyńcu robię pierwszą tego roku przerwę na lody i zwiedzam centrum tego zdrojowego miasteczka. Dalej trzymam się w miarę możliwości blisko linii kolejowej na odcinku Horyniec – Rzeszów, bo w odpowiednim momencie móc zjechać na pociąg powrotny. Ostatecznie ląduję w Jarosławiu, gdzie po obiedzie wsiadam do, jak się okazuje, szynobusu. Jeszcze tylko przesiadka w Rzeszowie i w Krakowie i przed północą jestem w domu. No a rano znów do pracy i koło się weekendowe zamyka ;)

    Podsumowując – warto było! :) Wypad zdecydowanie udany.

    Zaliczone 33 nowe gminy do #zaliczgmine
    Strava:

    https://www.strava.com/activities/923345737
    https://www.strava.com/activities/924977645

    Oraz więcej zdjęć w albumie:

    https://goo.gl/photos/4UVRCTKR7X7huX8XA

    Tag -> #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 545km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: i.imgur.com

  •  

    1078784 - 60 = 1078724

    W sobotę wybraliśmy się z @poco-mifejsbuk na wycieczkę w nowe tereny. Padło na rewiry na północ od #rzeszow. Wystartowaliśmy z Nienadówki (w większych wsiach są duże parkingi przy kościołach #protip). Trasa ułożona tak, aby:
    - był sam asfalt
    - ...ale omijając główne drogi (krajowe i wojewódzkie też)
    - dołożyć cegiełki do #zaliczgmine
    W związku z drugim punktem nie byłam pewna co do jakości nawierzchni, ale byliśmy miło zaskoczeni #picrel. Ukształtowanie terenu - pofalowane (upierdliwy podjazd do wsi #zalesie zrekompensował dłuuugi zjazd w Trzebosi (。◕‿‿◕。)).
    Oczywiście jak to ostatnio bywa - wiało dość mocno, ale stwierdziliśmy, że w nowym miejscu nie jest to takie upierdliwe (✌ ゚ ∀ ゚)☞

    pokaż spoiler Może uda się zrealizować jeszcze kilka takich spontanów w ramach kolorowania mapki gmin. W sobotę wyszło +5.


    Polecam! (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)

    #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: 1kwietnia.jpg

  •  

    10951293 - 13 - 56 - 41 - 105 = 10951078

    Piątek do pracy, a potem bezpośrednio po wyjściu z korpo jazda, polecam.
    -----
    Sobota na Gdańską starówkę z dziewczyną i Westerplatte w czasie gdy ona załatwiała swoje sprawy. Na koniec odwiedzony festwial Foodtrucków.
    -----
    Niedziela setka. Mimo, że ostatnie 15km w deszczu to było warto :)
    Statystyki:

    Dystans: 105 km
    Czas: ◷04:46:17
    Średnia prędkość: 21,97 km/h
    Kalorie: 5096 kcal
    Przewyższenie: 788m
    -----
    #zaliczgmine (+2) #rowerowetrojmiasto

    W tym tygodniu to już 291km!
    #rowerowyrownik #100km
    pokaż całość

  •  

    1209487 - 415 - 7 - 8 - 12 = 1209045

    Katowice – Bratysława

    Podobnie jak w zeszłym roku, postanowiłem podjąć wyzwanie #festive500, a że tym razem w okresie poświątecznym musiałem jeszcze iść do pracy, a święta chciałem spędzić z rodziną, to czasu zrobiło się niewiele.

    Obserwowałem z wielką uwagą prognozy na ostatnie dni w roku, by uskutecznić jakąś dłuższą trasę, najlepiej wzorem roku poprzedniego, w dniu moich urodzin :) Wtedy udało się dojechać do czeskiej Pragi:

    http://www.wykop.pl/wpis/15877091/40-304-407-39-897-katowice-praga-w-prawdzie-od-dlu/

    Tym razem miałem w planach, by dojechać do Wiednia przed zmrokiem dnia następnego, gdzie chciałem przenocować w jakimś motelu, a następnie udać się do Bratysławy rowerowym szlakiem wzdłuż Dunaju, którym miałem przyjemność jechać z moją Lubą w 2012 roku z sakwami :)
    Dzień przed wyjazdem - standardowo szykowanie roweru, czyli mycie, smarowanie itp. Rano jeszcze do pracy, wiec trzeba przygotować jak najwięcej. Zakładam czysty łańcuch, kręcę korbą by wskoczył na swoje miejsce i okazuje się, że mogę sobie kręcić w miejscu, bo zapadki kasety się nie blokują, czyli bębenek nie napędza koła :) Luzy na łożysku zrobiły swoje – woda i WD-40 dostały się do środka siejąc spustoszenie. Walczę przy wsparciu małżonki dobre 3 godziny, ale niestety nie udaje się wskrzesić piasty. Czyli – myślę sobie- z wyjazdu nici.

    Rano z pracy dzwonię jeszcze za jakąś używką, ale gościu ma 2 zmianę w pracy i nie mam jak odebrać koła. Pod koniec przypominam sobie, że kiedyś do starego MTB kupowałem, tez doraźnie, gotowe kółko z Krossa i pomimo niewielkiej ceny trochę się udało je przeciorać. Na obecne warunki w sam raz. Szybki telefon do sklepu i akurat mają gotowe w moim rozmiarze. No to jadę! Cena? 99zł ;)

    W domu przekładam kasetę, tarczę hamulcową i wszystko śmiga. Choć opory toczenia zdecydowanie większe niż na zajechanych maszynówkach ze starego koła. Ale grunt, że się kręci! ;)

    Niestety reszta majdanu nieprzygotowana, dodatkowo jeszcze wyskoczyły inne sprawy, więc o wyjechaniu zgodnie z wcześniejszym planem mogę zapomnieć. Rozważam zmianę trasy, jednak przegląd mapy nie przynosi skutku w postaci alternatywnych kierunków.

    Ostatecznie wyjeżdżam następnego dnia chwilę przed południem. To oznacza, że muszę odpuścić zaplanowany nocleg i jechać non-stop, co z kolei niesie za sobą zarwanie całej nocy, a więc 13 godzin w mrozie i ciemnościach ;) Na gorąco zgaduję się jeszcze z @Makyo, który postanawia dołączyć do mnie na odcinku do czeskiego Bohumina. Ruszamy więc wspólnie i po 50 km meldujemy się w Maku w Wodzisławiu Śląskim. Tutaj wykupuję mobilnie 2 dni ubezpieczenia na Europę i ruszamy dalej.

    Po przekroczeniu granicy słońce zaczyna chować się za horyzont i niebo nabiera ciekawych barw. Robimy jeszcze wspólnie odcinek do Ostravy, gdzie każdy odbija w swoim kierunku. Tu trochę fotek na Stravie Michała -> https://www.strava.com/activities/814911839 Dzięki za wspólna jazdę ;)

    Pamiętając moje przygody z zeszłorocznego wyjazdu do Wiednia, gdzie Strava z centrum Ostravy prowadziła mnie po ścieżkach leśnych uczęszczanych chyba tylko przez zwierzęta oraz wzdłuż torów(!) po wiadukcie kolejowym, tym prazem planuję trasę tak, by ominąć to miasto trochę łukiem.
    Na drodze wylotowej zatrzymuje mnie jakiś gościu, który czeka na mnie na poboczu na światłach awaryjnych. Pyta dokąd jadę. Gdy orientuje się, że jestem z Polski, pyta czy przypadkiem nie jestem z Rybnika. Od razu skojarzyłem, że myli mnie z Gustavem. Okazało się, że śledzi jego filmy na YT.

    Dyskutujemy chwilę i gdy pyta o wiek, zdradzam mu, ze cała wycieczka odbywa się też w związku z tym, że jutro są moje #urodziny. Okazuje się, że również urodził się 30 grudnia :D Przybijamy piątkę i trochę dyskutujemy o skarpetach, w związku z ujemnymi temperaturami. Okazuje się, że właśnie był w sklepie i zakupił jakąś wersję termo, po czym stwierdza, że mi się mogą przydać i dostaję w prezencie jedną parę  Okazało się, że mieszka niedaleko Prudnika, po czeskiej stronie i zaprasza na jazdę po Jesenikach, oferując nocleg na… plebani, bo jest księdzem ;) Tak więc kolego – jeśli to czytasz, to dzięki wielkie za skarpetki i na wiosnę chętnie podjedziemy z chłopakami 

    Ruszam dalej, jednak po chwili łapię kapcia. Na szczęście blisko jest oświetlony przystanek autobusowy. Wymieniam dętkę, jednak w mrozie idzie mi to dosyć opornie. Niestety w tym momencie pozostaję bez zapasu, wiec każda kolejna guma może mnie uziemić na dobre. Podpytuję okolicznych mieszkańców i ustalam, że w pobliżu mojej trasy, za około 10 km jest sklepik rowerowy przy prywatnym domu, więc gdy zapukam, to powinno się udać kupić coś na zapas. Posilam się trochę i ruszam dalej, by po przejechaniu kilku metrów usłyszeć syk powietrza uchodzącego z koła w ciągu zaledwie sekundy. No i masz! Dętka ma podłużne przecięcie, więc prawdopodobnie nieumiejętnie założyłem ją na obręcz i gdzieś była przytrzaśnięta. Czarny scenariusz się ziścił. Do wspomnianego sklepiku dobre 2 godziny wędrówki, więc zdecydowanie przesada. Znajduję na mapie Decathlon, jednak jest w przeciwnym kierunku. Szybkie wyznaczanie trasy i Garmin pokazuje ponad 7 km. Włączam uwzględnienie dróg gruntowych i robi się niecałe 6 km. No to idę, bo co mi pozostaje. Tym sposobem prowadzę rower w ciemnościach jakimiś kompletnymi zadupiami przez ponad 1,5h. Są zmrożone kałuże, błoto, łąki, drogi i ścieżki leśne. Czasem ścieżek nie ma, więc idę „na azymut”. Jeszcze tylko przenoszę rower nad 7 (liczyłem!) powalonymi drzewami i jestem przy torach kolejowych. Co widzę? Wiadukt! Z zeszłorocznego wypadu do Wiednia ze ścieżką wzdłuż torów :D

    Jeszcze trochę przedzierania i jestem na parkingu pod Deca. Ale czy będzie czynny? Na szczęście tak. Kupuję 3 dętki i zestaw naprawczy z klejem, bo już więcej spacerów nie chciałem urządzać. W pobliżu jest Mak, więc postanawiam zrobić przerwę, bo to prowadzenie i przenoszenie roweru mi dało w kość. Przez całą akcję tracę niestety kilka godzin, więc morale trochę szybują w dół.

    Ponieważ zboczyłem z zaplanowanej trasy, a sugerowany przez Garmina powrót na nią wiedzie przez wiadukt ;) dalej ruszam trochę na czuja, z zamiarem powrotu na nią gdzieś dalej. Trafiam jednak na zakazy dla rowerów i trochę błądzę. Krótki postój na herbatkę z termosu połączony z wertowaniem mapy i postanawiam zaryzykować kilka km pod zakaz, by w końcu się wydostać na sensowną drogę.

    Niestety jest już kilka stopni poniżej zera i każdy taki postój powoduje „lekki” wypizg. Oczywiście – jak to w Czechach – jazda polegała na ciągłym męczeniu małych hopek, co strasznie wybijało z rytmu i oznaczało ciągłe grzanie się na podjazdach, bo po chwili marznąć na zjazdach. Dla zobrazowania ich ilości podam, że różnica wysokości na całej trasie o długości 415 km wynosiła zaledwie około 200m w pionie, a Garmin wskazywał, że uzbierałem prawie 3000m przewyższeń, z czego większość właśnie na terenie czeskim, więc na jakichś 200 km trasy.

    Gdy wydostaję się w końcu na sensowne drogi w pożądanym kierunku, jedzie się całkiem przyjemnie. Noc jest bezchmurna i gwieździsta. Standardowo wyłączam sobie czasem oświetlenie i podziwiam niebo w trakcie jazdy. Ruch jest znikomy - mija mnie średnio 1 samochód na godzinę.

    Niedługo po północy zaczynam odczuwać skutki niskiej temperatury, szczególnie w palcach u stóp. Uświadamiam sobie, że do wschodu słońca jeszcze jakieś 6-7 godzin, więc zaczynam poszukiwania jakiejś całodobowej stacji benzynowej, by ogrzać się trochę i zjeść coś na ciepło. Niestety w każdej z trzech mijanych kolejno miejscowości wszystkie stacje były zamknięte. U nas w Polsce jest pod względem dostępy do takich przybytków prawdziwe eldorado. Znajduję na mapie stację Shell i pomimo, że nie leży na mojej trasie, postanawiam trochę zboczyć, z nadzieją, że taka marka ugości mnie na bogato ;) Nie ugościła wcale, bo jest zamknięta. Zauważam opodal w ciemności radiowóz i postanawiam podpytać, bo takie jeżdżenie w ślepo nie miało sensu. Chyba ucinali sobie drzemkę, jednak gdy tylko podjeżdżam szybko wyskakują z auta na baczność :) Dowiaduję się, że w okolicy nic nie ma, jednak zapewniają, że znajdę coś w miejscowości Kromieryż. Ponowni zbaczam z trasy i gdy w końcu docieram na miejsce jest godzina 3. Biorę zestaw zmarzlucha i ładuję telefon. Wcale nie mam ochoty się ruszać dalej i tym sposobem spędzam na tej stacji ponad 2 godziny, w międzyczasie dobierając podobny zestawik ;)

    W końcu się mobilizuję i zbieram się w drogę, bo do Austrii kawał drogi. Przed wyjazdem proszę jeszcze o wrzątek i robię nowy zapas herbaty w termosie. Dalsza droga prowadzi wzdłuż niewielkiego pasma górskiego o nazwie Chrziby. Tutaj wita mnie powoli poranek. Droga przyjemna i spokojna, choć chropowata. Po tylu godzinach ciemności, bardzo przyjemnie jest witać wschodzące słońce.

    Dalsza droga w kierunku Austriackiej granicy długim odcinkiem prowadzi elegancką ścieżką rowerową – tak mi rób!. Przekraczam ją niedaleko miejscowości Brzecław. Tutaj weryfikuję swoje plany i za jedyną rozsądną opcję uważam jazdę wzdłuż granicy AT-SK. Czyli muszę odpuścić wizytę w Wiedniu, bo w innym wypadku, oznaczałoby to walkę z czasem, a nie takie były założenia tej wycieczki. Postanawiam dojechać do Hainburga nad Dunajem, gdzie chciałbym podziwiać drugi już zachód słońca w trakcie tego wyjazdu.

    Tereny Austrii zdecydowanie bardziej płaskie. Mijam sporo małych i zadbanych miejscowości. Widać, że ordnung must sein ;) W pewnym momencie łapie mnie spory kryzys snu. Istnieje ryzyko przyśnięcia za kierownicą, więc muszę uważać. Postanawiam się na chwilę zatrzymać na mijanym przystanku. Drzemka odpada, bo bardzo szybko by mnie wychłodziło, więc tylko na chwilę zamykam oczy, by wybić się z monotonii jazdy. Szybkie przestrojenie fal mózgowych pomaga i po chwili ruszam dalej.

    Za miejscowością Mannersdorf przez nieuwagę zjeżdżam w niewłaściwa drogę, przez co odbijam na zachód. Orientuję się po kilku kilometrach, gdy zauważam zmianę nazw miejscowościach na tabliczkach kierunkowych. Krajobrazy nie są bynajmniej grudniowe. Niebawem niebo nabiera barw. Nad samym Dunajem łapię resztki tego spektaklu. W Hainburgu robię małe zakupy w markecie, uskuteczniam austriackie drożdżówkarstwo i już po ciemku ruszam w dalszą drogę w kierunku Bratysławy. Tutaj ruch jest dosyć spory. Zaraz po przekroczeniu granicy zjeżdżam na ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż rzeki do centrum miasta.
    Na stacji kolejowej kupuję bilet na pociąg do Skalite – Serafinov (miejscowości graniczącej z polskim Zwardoniem) z przesiadką w Żylinie. Do odjazdu mam dobrych 5 godzin, więc trochę krążę po mieście i udaję się do chińskiej restauracji, bo potrzeba ciepłego i pikantnego jedzenia na rozgrzanie jest mocna ;)

    Na dworzec wracam na dobrą godzinę przed odjazdem pociągu i obserwuję jego życie. Klimatem przypomina nieco dawny dworzec katowicki sprzed remontu. Jest godzina 23, a ruch podróżnych wydaje się być spory. Jednak po dłuższej obserwacji można dostrzec, że duża część tych ludzi, to mieszkańcy dworca. Krążą grupkami, załatwiają jakieś sprawy, ktoś gra na skrzypcach. Widać, że się znają. Ktoś inny chodzi po maszynach z jedzeniem i co chwilę sprawdza, czy ktoś nie zapomniał zabrać reszty drobnych. Kilka osób śpi na posadzce. Wszystkiego pilnuje patrol dwóch policjantów ;)
    Na przesiadkę w Żylinie też mam sporo czasu, bo ponad 2 godziny. Krążę więc chwilę po centrum. Jest 3 w nocy i -8 stopni. Okazuje się, że pociąg do Skalite jedzie bezpośrednio do Zwardonia, gdzie mam kolejną godzinę. Gdy wysiadam z pociągu trochę zaskakuje mnie śnieg.

    Pociągiem mógłbym podjechać bezpośrednio pod dom, jednak wysiadam 2 stacje wcześniej, by dokręcić 9 km brakujące do #festive500

    Wypad zaliczam do udanych, choć warunku dały mi nieco popalić. Liczyłem się z tym jednak :) Przedwczoraj, czyli 2 dni po powrocie odczuwałem największe zakwasy jakie przyszło mi mieć dotychczas, bo nawet dotyk bolał dość mocno. Zastanawiałem się skąd aż taki efekt, jednak przecież w grudniu w zasadzie odpuściłem rower, ze względu na warunki i wszechobecny nieprzyjemny smog, a spacer z rowerem tez pewnie dołożył swoje ;)

    Ale się rozpisałem. Jak ktoś dobrnął do końca, to jeszcze dorzucę krótkie podsumowanie mojego rowerowego roku 2016 wg statystyk Stravy:
    Dystans całkowity: 16 841 km

    Najdłuższy przejazd na raz: 658,5 km – z Katowic na Hel

    Największe przewyższenie w trakcie jednego podjazu: 1585 m – droga Transfagaraska podczas sakwiarskiego wypady do Rumunii
    Udało mi się ukończyć 2 ultramaratony w zadowalającym dla mnie czasie:
    1. Maraton Podróżnika - 533 km
    2. Maraton Północ Południe - 987 km
    Dodatkowo odbyłem 2 dłuższe wyjazdy z sakwami, czyli tydzień eksploracji Gran Canaria i 1,5 tyg. wypad w Karpaty Rumuńskie.
    Wpadło też trochę nowych gmin do #zaliczgmine jednak niewiele było wyjazdów konkretnie w tym celu. Na mapce rok 2017 oznaczony na różowo. Trochę szkoda mi wolnego czasu na kręcenie po mieścinach, gdy można w tym czasie zrobić coś ciekawszego ;)

    Dziękuję wszystkim z którymi miałem przyjemność jeździć i odliczać kilometry do wykopowego równika, oraz życzę jak najwięcej przyjemnych chwil na rowerze w 2017! :)

    #byczysnarowerze #rower

    W tym tygodniu to już 466km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

    źródło: s24.postimg.org

  •  

    2 345 - 340 - 6 - 6 = 1 993

    Ooo panie, czyste szaleństwo...
    Czyli wypad #wroclaw - #legnica - #wroclaw sponsorowany przez moje gapiostwo, bo na mapce źle "kolorowymi kredkami" zaznaczyłem sobie gminę do #zaliczgmine. Skoro zamalowałem, tzn. że byłem, a jak nie byłem to nie ma że boli - trzeba podjechać i naprawić błąd. Wydawało mi się, że podczas wyprawy dookoła Polski tam byłem, ale brakło ze 100m...

    Na Endo napisałem, że jak ktoś chętny, to zapraszam i około 20 odezwał się gość spod Warszawy, że chce się ze mną przejechać... No, ale jak z Wawy... Zapakował rower do samochodu i przyjechał na 3:30. Podoba mi się taka forma szaleństwa. Ja pociągiem po 22 z Krk, z pięknymi wieszakami na rower, i o 3:30 jestem na Dworcu Głównym, gdzie odbiera mnie @kris007 - kolejny, któremu należy się szacuneczek, bo wstać o takiej porze (późną jesienią) na rower, to już wyczyn. Zbieramy kolegę Jacka z Wawy i jedziemy na zachód. Nie padało, ale strasznie mokro. Po 30km @kris007 zawraca na Wrocek, a my jedziemy dalej.

    Czym dalej od Wrocławia tym zimniej, ale dajemy radę. Większym problemem są, wszechobecne na Dolnym Śląsku, bruki. Dodatkowo mokre i śliskie. Ogólnie też drogi są raczej średniej jakości eufemistycznie rzecz ujmując. Dojeżdżamy do #lubin, gdzie jest Park Wrocławski z dinozaurami. Byliśmy tam skoro świt, a tam już ochrona, która nie pozwala na wjechanie tam rowerem, nawet na prowadzenie roweru. W tym parku są szerokie pewnie na 3m wyasfaltowane ścieżki, ale nie i uj... Staliśmy dość słabo z czasem, więc tylko zdjęcia dinozaurów, które były przy samej bramie i jedziemy dalej.

    W Przemkowskim Parku Narodowym wyhaczam rzeczoną gminę i tniemy na Legnicę. Próbujemy zwiedzić opuszczony szpital radziecki, ale brama wita napisem "teren prywatny", dwa wściekłe psy i równie uprzejmy pan cieć, który stwierdził, że nie ma żadnej możliwości, żeby wejść na teren szpitala, więc tylko fotka zza płotu. Zwiedzamy Rynek i okolice, bardzo ładne kościoły tam macie. Zjeżdżamy do restauracji pod złotymi arkadami, godnej ugoszczenia #drozdzowkarze. 180km jazdy, koledze Jackowi pyknęło 20 000km w 2016 roku (brawo), ino jeździ trochę wolniejszym tempem, więc zaproponował, że się rozdzielimy, bo nie zdążę na pociąg. Było to bardzo rozsądne posunięcie.

    Staram się trochę nadrobić zaległości czasowe, przez co mam strasznie mało czasu na "gwałcenie spustu migawki" (by @rdza). Przejeżdżam pod Ślężą i kawałek dalej łapie mnie @Dewastators. Robi się już ciemno, a po drodze zbieramy @krzysiekdw, @KierownikW10 i już w Żórawinie @cherrycoke2l. Bardzo zacna reprezentacja #rowerowywroclaw i szalenie miło, że chłopakom chciało się ze mną pokręcić. Jedziemy prosto na Dworzec Główny, a ja mam raptem pół godziny zapasu przed pociągiem. Znów McD, bo nie ma czasu i okazało się to potem szalenie dobrym pomysłem. Żegnam chłopaków i ciapąg powoli toczy się do Krk. Przestał się toczyć w Herbach pod Częstochową, bo ktoś postanowił się rzucić pod pociag. Stoimy nie wiedząc ile to potrwa. Pociąg, który zgodnie z rozkładem miał jechać 195min miał 220min opóźnienia... Przez to w domu byłem dopiero około 3 rano. Ale wypad gites!

    Dzięki Jackowi, dzięki chłopakom z #rowerowywroclaw - mają wpaść do Krk w przyszłym roku pojeździć z nami. Dla mnie to pewnie ostatni wypad w tym roku, bo pogody nie oszukasz, a dzień strasznie krótki. Szkoda zwiedzać jak jest ciemno, nic nie widać i fotek robić się nie da. W pierwszym komentarzu wspomniana na początku mapka. Na podstawie tej mapki, tworzy się trasa kolejnego wyjazdu dookoła Polski w przyszłym roku. Tam gdzie białe przy granicach, tam będzie jeżdżone.

    Dwie szóstki to dojazdy pociąg - dom.

    #metaxynarowerze #100km #200km #300km (nr 6) #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.11.22-full.JPG

  •  

    35 001 - 144 - 228 - 8 = 34 621

    Prawdopodobnie ostatnia (choć mam nadzieję jeszcze jedną zmieścić) wycieczka z Apidurą w tym roku. Wypad do Poznania, gdzie z @impa i jego 2 kumplami w sobotę kręciliśmy się na południu. Koledzy wrócili do domów, a nas z @impa złapało deszczysko. W porównaniu z Krk to jesieni tam Wy jeszcze nie macie, ew. to u nas już w zasadzie zima, bo np. u mnie na osiedlu drzewa już gołe, a u Was kolorowo. No i płasko u Was, co zrobić, płasko jak cholera. Mieliśmy się spotkać z @kocurkolandia i @KonniQ, ale nie zdążyli niestety przyjechać na tyle wcześnie.

    Wieczorem ze współpracownikami poszliśmy na mecz Lecha z Wisłą Płock, hmmm no co tu się oszukiwać. Fajny stadion, widowisko słabiutkie. W tamtym roku chociaż Fiorentinę obejrzeliśmy, a tutaj kopanina straszna. W czasie meczu i po małe co nieco, ale niewiele, bo pobudka w niedzielę wcześnie i rower czeka.

    Drugiego dnia wypad #poznan - #wroclaw, coby trochę #zaliczgmine podreperować (udało się 21 nowych). Pierwsze 50km samemu, w Śremie łapię @impa i dwóch jego kumpli i wesoło jedziemy na południe. To co tygryski lubią najbardziej, czyli trochę zapieprzania, a znacznie więcej gadania o pierdołach. Wietrzysko niemożebne (za to stare wiatraki macie super), ale głównie jednak pomagało, więc nie ma co narzekać. Po ok 100km chłopaki zawrócili do siebie, a ja już sam do Wrocka. Trzeba im współczuć, bo mieli konkretny #wmordewind, na szczęście wiatr zaczynał słabnąć. W Obornikach Śląskich czekał na mnie @Dewastators, z którym sobie pojechaliśmy troszkę mocniej, żeby zdążyć przed zmrokiem. Pod "Ponad Śląskiem tylko niebo" złapał nas @kris007. Super, bo miałem autochtonów, którzy przeprowadzili mnie przez Wrocek i nie musiałem ratować się mapą. Prosto na dworzec, gdzie foteczka, szybki McD i pociąg do Krk.

    Wypadów dłuższych koniec, bo w ramach "treningu" mogę sobie 200 klepnąć koło komina, a jak już jadę gdzieś dalej, to chciałbym coś zobaczyć, zrobić fotki. A tu dzień krótki, w nocy zimno, raz w tym roku oby się udało Wrocław -> niemiecka granica -> Wrocław i byle do wiosny.

    #100km (nr 102) #200km (nr 35) #rowerowyrownik #rowerowywroclaw
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.10.29-30-full.JPG

  •  

    66 284 - 307 - 8 = 65 969

    Wypad do Wrocławia z #rowerowykrakow i #rowerowekatowice w składzie @Mortal84, @regyam, @banan77, @cree, @makyo, @bynon i na pierwsze kilometry @kiwacz + @Cymerek.

    Start przed 3 rano, spotkanie pod Barbakanem i jedziemy w drogę. W Piekarach odpada @kiwacz, któremu i tak należy się dziwić i podziwiać, że chciało mu się do nas zwlec tyłek o tak późnej porze. Już gdzieś na wałach czuję, że kolana nie zdążyły wydobrzeć, ale póki co nie boli, a jedynie odczuwam w nich "niepokój". W okolicach 50-60km już wiem, że, mimo bycia źle poinformowanym pesymistą, raczej do Wrocka nie dojadę. Podobne objawy ma @Cymerek, ale akurat on wykazał się rozsądkiem i zawrócił do Krk.

    W Libiążu dopada nas @Mortal84, chwilę dalej pierwsza przerwa na stacji benzynowej. Niedaleko, bo w Pszczynie, stop na foteczki na Rynku, no i na jedyną w życiu szansę @cree, żeby złapać kobietę za kolano (pic related). W Żorach kolejna przerwa na stacji. Tutaj już zaczynam szukać jak wrócić pociągiem do domu, bo szans na 400km raczej nie ma. Jednak zrobiło się cieplej i kolana jakby trochę odpuściły. @makyo dołączył do nas w okolicach Rybnika. Sympatycznie jedzie się w większej grupce, słońce zaczyna całkiem poważnie prażyć. Teraz około 100km odcinek ze sporą liczbą zygzaków, bo #zaliczgmine serious bussiness. W Rydłutowach stajemy na żarełko pod sklepem, bo wiadomo - #drozdzowkarze, no i szmaty trzeba przebrać na temperatury 20+.

    W Kuźni Raciborskiej rozdzielamy się na chwilę, żeby z @Mortal84, @makyo i @bynon złapać gminę poza trasą. Kawałek za przeprawą promową na Odrze w Ciechowicach złapaliśmy resztę ekipy. Desperacko szukając stacji benzynowej z toaletą oddzielam się od grupy, więc potem musiałem ich gonić przez ~15km. Dopadłem ich w Polskiej Cerekwi (w Polsce jest wiele Cerekwi nie Cerkwi), gdzie mamy foteczkę pod zamkiem, choć jak dla mnie to bardziej pałac. Demokratycznie wymyśliliśmy, ze uderzamy na Kędzierzyn Koźle, aby napchać ryjki w McD i raptem 5km przed KK coś, w sumie bez powodu, nagle spieprzyło się w prawym kolanie i ledwo mogę kręcić. Już na 100% wiadomo, że nie dojadę do Wrocka. W McD @makyo orientuje się, że w trasie zgubił gdzieś GoPro, więc wyrusza na, jak się potem okazało bezowocne, poszukiwania.

    Od tego momentu jadę na pasożyta skitrany z tyłu grupy, korzystając z tunelu areodynamicznego. Jakakolwiek próba dociśnięcia kończy się paskudnym bólem. Kręcę w zasadzie tylko lewą nogą, której kolano też boli coraz mocniej. Dzielimy się na dwie grupy: @bynon, @Mortal84, @cree i ja oraz @banan77 i @regyam, którzy chcą jechać swoim, nieco wolniejszym tempem. Ja o dziwo, kręcąc jedną nocą, utrzymałem się z szybszymi chłopakami, a jechali zdrowym tempem. Choć to pewnie też rozsądne nie było. W Opolu uciekam na pociąg. Już nie dało się więcej wmawiać sobie, że jakoś to będzie. Pozostali o różnej porze, ale dotarli do Wrocka. Wszyscy.

    Ten wypad kosztował mnie prawie 3 tygodniową "rehabilitację" z gównodystansami w gównotempie. Taki urok jak człowiek nie umie sobie odpuścić i zaklina rzeczywistość. Nie ma ludzi niezniszczalnych.

    Udało się na szczęście wykonać plan minimum na tę wyprawę, czyli zapełnić dziurę w #zaliczgmine. 19 nowych co daje sumarycznie 1478 z 2479, czyli mam już 59.62% Polski zaliczone. Jak na tak naprawdę 3 lata zabawy w to nie jest źle.

    Endomondo i Strava. Drugi dystans z Dworca Głównego do domu.

    #metaxynarowerze #100km #200km #300km (nr 5) #rowerowyrownik
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.09.10-full.JPG

    +: demoos, s....k +43 innych
  •  

    93964 - 597 - 390 - 120 = 92857

    Maraton Północ - Południe

    Udało mi się ukończyć pierwszą edycję tego trudnego ultramaratonu, organizowanego przez zapaleńców z forum podróżników rowerowych. Start odbył się spod latarni morskiej w Helu, zaś meta mieściła sie w schronisku na Hali Głodówka k/Zakopanego.
    Trasa od długości 930 km przebiegała w miarę możliwości bocznymi drogami, prowadząc przez malownicze rejony Polski.
    Regulamin zakładał całkowitą samowystarczalność. Każdy z zawodników sam decydował gdzie i kiedy je, ewentualnie śpi itp. Żadne punkty żywieniowe nie były przewidziane. Jakakolwiek pomoc z zewnątrz była zabroniona.
    Strategie były więc różne. Osoby jadące na jak najlepszy wynik nie planowały spać w ogóle. Inni brali po drodze nocleg w kwaterach, hotelach itp. Osobiście wiozłem ze sobą śpiwór i alumatkę, by w odpowiednim momencie zaserwować sobie nocleg w dowolnym zasadzie miejscu. Nie do końca wyszło jak planowałem, ale o tym trochę później :)

    Limit czasu na ukończenie trasy wynosił 72 godziny. Ja planowałem dotarcie na metę przed 3 nocą, czyli zakładałem czas w okolicy 60 godzin.

    Ponieważ w piątek muszę się jeszcze zjawić w pracy, mam ograniczone pole manewru, by dostać się na Hel (start miał miejsce o godzinie 10 w sobotę). W Gdyni miałem być dopiero po godzinie 23. O tej porze żadne szynobusy już nie kursują, więc planowałem przenocować w Gdyni.
    Zapytałem na mikroblogu o jakieś opcje noclegu niedaleko dworca. Kolega @Ulica zaoferował jednak, że może mnie podrzucić o tej godzinie bezpośrednio na Hel. Tak też się stało i ostatecznie około 1 w nocy ląduję pod nieoficjalną bazą zawodów. Dzięki za pomoc :) Dziękuję również tym, którzy oferowali mi nocleg u siebie @Ilana @jak_to_mozliwe @alhakeem Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja się poznać :)

    Zgodnie z ustaleniami ze stróżem kempingowym, czeka na mnie otwarta przyczepa. Duży plus jest taki, że będę spał sam i nikt mi nie zrobi przedwczesnej pobudki. Ostatecznie zasypiam jakoś po 2.

    Wstaję po trochę szarpanych 5h snu. Ogarniam siebie i rower, oddaję plecak który organizatorzy przewiozą na metę i około 9:30 udaję się na miejsce startu, po drodze jeszcze zahaczając o sklep.

    Pod latarnią miła atmosfera. Odprawia nas sam burmistrz i punktualnie o 10 odbywa się wspólny start honorowy. Na odcinku do Władysławowa eskortują nas policjanci na motocyklach. W Jastarni następuje start ostry. Wcześniej jeszcze wypada mi bidon, który niewłaściwie umieściłem w koszyku. Wpadł pod resztę peletonu jadącego za mną. Sytuacja trochę groźna, ale na szczęście wszyscy jeszcze mieli jeszcze świeże i skupione umysły, więc obyło się bez kraksy :)

    Po starcie ostrym kieruję się ku początkowi stawki. Tempo wyraźnie rośnie. Po chwili formuje się grupa bodaj 12 osób i w takim składzie żegnamy się z policjantami na rondzie we Władysławowie.
    Po chwili wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Tempo maleje tylko nieznacznie, więc zdarza się kilka niebezpiecznych sytuacji w miejscach skrzyżowań z drogami, gdzie nastawiane są słupki. Jadąc za kimś na kole łatwo na któryś wpaść. Na szczęście w miarę możliwości ostrzegamy się nawzajem i udaje się przejechać bez incydentów.

    Po wjeździe w rejony Kaszub, grupa się uszczupla, szczególnie za sprawą wielu pagórków. Pierwszy punkt kontrolny znajduje się pod wieżą widokową "Kaszubskie Oko" niedaleko Jeziora Żarnowieckiego.
    Na poprzedzającym je podjeździe, zaczynam odczuwać w nogach bagaż, który ze sobą wiozę. Planowałem jednak pociągnąć w pierwszej grupie początkowe 100 km, więc trochę się jeszcze spinam i dołączam z powrotem do grupy, która liczy już tylko 5 osób. Wchodzenie na zmiany kosztuje mnie coraz więcej wysiłku i ostatecznie po jednej z nich odpadam na podjeździe.

    Na liczniku mam 115 km, więc założenie spełnione. Staję pod jednym ze sklepów, uzupełniam bidon i zaczynam swoją samotną jazdę. W końcu mogę na spokojnie podziwiać kaszubskie krajobrazy. Teren jest pagórkowaty, więc widoki są dosyć rozległe.
    Czasami nawet zatrzymuję się na fotkę.

    PK2 znajduje się w miejscowości Wdzydze Kiszewskie, niedaleko ładnego skansenu. Mija mnie tutaj jeden z uczestników. Doganiam go i kawałek jedziemy wspólnie. Gdzieś dalej mijam forumowego Emesa. Okazuje się, że zapomniał wgrać sobie trasy i musi się kogoś trzymać, by z niej nie zboczyć :)
    Samotnie jedzie się dość ciężko, ponieważ cały czas wieje dość silny czołowo - boczny wiatr. Jadę z nadzieją, że po zachodzie słońca ucichnie.

    PK3 znajduje się na moście w miejscowości Świecie. Tutaj łapie mnie zmierzch, więc postanawiam zjeść gdzieś obiad i przebrać się do nocnej jazdy. Rozkładam się w jakiejś orientalnej restauracji, lecz przy składaniu zamówienia pani informuje mnie, że czas oczekiwania to minimum 40 minut... Poniżej widziałem inny lokal, więc się przeprowadzam ;) Straciłem już jednak dobre pół godziny. Tutaj na szczęście jest już dosyć szybko i smacznie. Jem na spokojnie, więc w dalszą drogę ruszam dopiero po dobrych dwóch godzinach. Po wyjeździe za miasto muszę się ponownie zatrzymać, ponieważ ubrałem się zdecydowanie za ciepło, więc momentalnie jestem cały mokry. Gdy się przebieram, mija mnie grupa 4 osób. Doganiam ich wkrótce, jednak chłopaki zdecydowanie oszczędzają siły, więc po kilku kilometrach ruszam samotnie do przodu.

    Niestyety wiatr zamiast zelżeć, wręcz przybrał na sile. Po około godzinie, zaczynam widzieć na horyzoncie czerwone światełko. Gdy je dochodzę, okazuje się, że to jakiś starszy pan. Od słowa do słowa dowiaduję się, że to Stanisław Piórkowski, który brał udział w tegorocznym TCR. Wspólnie dojeżdżamy do PK4, który znajduje się w Dobrzyniu nad Wisłą. Jedziemy czysto towarzysko, bez żadnych zmian itp. za to czas upływa przyjemnie. Tempo jest spokojne. Okolo godziny 4 nad ranem, przed Płockiem, postanawiam zdrzemnąć się kilka minut na przystanku. Stasiu mówi, że czuje się dobrze, więc jedzie dalej. Więcej się na trasie nie spotkaliśmy :)

    Niestety z drzemki nic nie wyszło i po chwili ruszam dalej. Za Płockiem, po przedarciu się przez kilkaset metrów drogi bez asfaltu, postanawiam spróbować raz jeszcze tutaj. Na chwilę zasypiam, jednak budzi mnie zimny wiatr muskający moje spocone plecy. Jest już jasno, więc ruszam dalej.

    Na długiej i prostej drodze w kierunku Łowicza, podczas zmagań z wiatrem, marzy mi się porządne śniadanie. Gdy w końcu dojeżdżam do miasta, zauważam dwa rowery stojące pod hotelową restauracją. Widzę, że to "nasi" więc wchodzę do środka. Siedzą tam Daniel Śmieja i bodaj Krzysztof Kreft.
    Lepiej trafić nie mogłem, bo za 25 zł mam szwedzki stół, więc mogę jeść do oporu i na co mam ochotę :) Jajecznica to balsam na mój żołądek.
    Po uczcie ogarniam się jeszcze w ubikacji i ruszam pod wiatr w kierunku Skierniewic, gdzie znajduje się PK5.

    Po dotarciu na miejsce, postanawiam zobaczyć piękny park miejski. W tym momencie robi mi się ciepło, bo orientuję się, że nie mam portfela! To oznacza nie tylko straty finansowe, ale też koniec jazdy. Szybko znajduję numer do restauracji gdzie jadłem śniadanie, jednak pan stwierdza, że nikt nic nie znalazł. Proszę jeszcze, by zajrzał do ubikacji. Oddzwania po kilku minutach i jest! Zawracam więc do Łowicza, po drodze mijając się z forumowym Turystą, oraz ekipą z Michałem "Wilkiem" na czele.
    Odzyskuję zgubę i robię mały postój w sklepie. Cała ta akcja kosztowała mnie dodatkowych 50 kilometrów. Ale ważne, że mogę jechać dalej :)

    Kawałek za Rawą Mazowiecką spotyka mnie pierwszy deszcz. Sprawdzam prognozę i w teorii ma padać jedynie przez najbliższe 2 godziny. Stwierdzam, że to idealny czas na drzemkę i układam się w śpiworze pod wiatą przystankową.
    Niestety już po chwili okazuje się, że nie jest to dobre miejsce. Droga jest dość ruchliwa i przejeżdżające pojazdy nie dają mi zasnąć. Cała buda się aż trzęsie.
    Pomimo deszczu muszę jechać dalej - straciłem tu jedynie sporo czasu, a nic nie odpocząłem.
    Już po ciemku przejeżdżam przez Inowłódz, Opoczno, aż w końcu dojeżdżam do miejscowości Końskie, gdzie znajduje się PK6. Jest chwila po północy, a organizm domaga się snu, więc kawałek dalej podejmuję kolejną próbę przystankowego odpoczynku.
    Tym razem udaje mi się zasnąć, jednak około 2 budzi mnie jeden z uczestników, chowając się przed deszczem. Przeprasza i po chwili jedzie dalej. A może mi się to śniło? ;)
    W czasie gdy się pakuję mija mnie Kot, a po chwili nadjeżdża Wilk. Ruszam za nimi. Po kilku km zjeżdżam na stację, gdzie grasuje również Wilk (ukończył tegoroczny TCR ze świetnym wynikiem - tutaj jedzie raczej jako wsparcie dla Kota), który postanowił kupić wielki znicz, by wypełnić pustą przestrzeń w torbie podsiodłowej, by ta dalej pełniła funkcję błotnika. Może to z niewyspania, ale bardzo mnie ta sytuacja rozbawiła :) Po mojej sugestii zmienia znicz na paczkę chrupek.
    Niestety stacja nie oferuje nic ciepłego, więc zjadam rogalika i ruszam dalej.

    Na ciepłe śniadanie udaje mi się załapać w Koniecpolu. Cały czas siąpi deszcz. Łapie mnie największy dotąd kryzys. Uświadamiam sobie, że przede mną najtrudniejszy, najeżony podjazdami górski odcinek, a moja forma jest kiepska. Po chwili ponownie spotykam Kota z Wilkiem, którzy również korzystają z opcji śniadaniowej. Ogarniam się w toalecie i ruszam dalej.
    Gdy wjeżdżam na tereny Jury robi mi się lepiej. Znam dosyć dobrze te okolice, więc czuję się swojsko. Lepiej to mało powiedziane - ja po prostu przestaję czuć zmęczenie i jakikolwiek ból! Nie wiem jaką mieszankę chemiczną wpuścił mój mózg do krwiobiegu, ale muszę się nieźle hamować, by nie szaleć na pojazdach. Wiem, że ten stan nie będzie trwać wiecznie.
    W takim świetnym nastroju zaliczam PK7 w Bobolicach.
    W Olkuszu robię postój w Macu, gdzie zajadam się porządnie. Robię również spore zakupy, by do mety zajechać już bez większych postojów.
    Przejazd przez dolinki krakowskie bardzo przyjemny, choć ciągle trochę siąpi.
    Na zaporze w Łączanach spotykam Włóczykija. Stoi i spogląda w wodę. Pyta jak się obudzić, bo łamie go sen. Ja pytam o olej do łancucha, którego mi użycza. Trochę gawędzimy i chyba dobrze mu to spotkanie robi, bo wyraźnie ożywa :) Podobnie jak mój napęd.

    Przed Kalwarią Zebrzydowską pojawia się seria trzech ostrych ścianek. Jest ciężko, ale z moją górską kasetą daję radę. Asfalt jest kiepski, co szczególnie daje się odczuć na zjazdach. Dobrze, że nie trafiłem tutaj nocą.
    Przed kolejnym ostrym pojazdem, na Makowską Górę, zaczyna znów mocniej padać.
    Zbliża się wieczór, więc ubieram spodnie przeciwdeszczowe i długie rękawiczki. W tym momencie mija mnie ktoś, kogo wcześniej nie widziałem. Spotykamy się na szczycie, gdzie znajduje się PK8. A tym kimś jest Pirzu. W końcu można sobie trochę nawzajem ponarzekać ;)

    Wspólnie zjezdzamy w dół do Makowa Podhalańskiego. Dalej robimy jeszcze krótki postój na stacji i już po ciemku ruszamy na dwa najtrudniejsze dla mnie podjazdy. Pierwszy to Rdzawka. Kolega ma twardsze przełożenia, więc podprowadza. Ja jeszcze jakoś to wciągam, choć z postojem. Na szczycie, na PK9 sceny jak z filmu. Gęsta mgła, deszcz i migające światła radiowozów. Dwie ciężarówki leżą w rowach. Jest bardzo niebezpieczne. Ciężko się włączyć do ruchu.
    Zjazd nieźle nas wychładza. Mokre ciuchy potęgują odczuwanie zimna. Marzymy o jakimś podjeździe. Gdy już udaje nam się rozgrzać, zaczyna solidnie lać. Na podjeździe pod Gliczarów widzę tylko ścianę wody i asfaltu. Nie mogę uwierzyć, że może być tak stromo. Długotrwale przemoczone stopy pieką mnie bardzo mocno. Czuję rany. Ostatnie kilometry jechałem już na piętach, więc teraz tylko podprowadzamy mozolnie rowery. Nie mam już ochoty wsiadać na rower i najchętniej szedłbym pieszo do końca. Ale przed nami jeszcze 10 kilometrów. Wsiadamy na rowery i kulamy się powoli pod górę aż do mety. W końcu widać upragnione światła schroniska.

    Na miejscu miłe przywitanie oklaskami i ciepły makaron z sosem. Nareszcie mogę zdjąć z siebie cały ten gnój. Jeszcze trochę gawędzimy przy stole i około 2 w nocy, po ciepłym prysznicu zasypiam od razu.
    Na mecie licznik wskazuje 990 km. Czas łączny to 60:51
    Dodam tylko, że zwycięzca był na mecie dobę wcześniej :)

    Następnego dnia odbywa się wręczenie medali i miły wieczór przy kominku. W środę rano pogoda się lekko klaruje, więc postanawiam jechać do Żywca na kołach. Na podjeździe z Poronina pod Ząb zaczyna padać. Na Krowiarkach łapie mnie już konkretny deszcz, więc zjazd do Zawoi chłodny i niezbyt przyjemny. Znów jestem przemoczony, więc dzisiejsza trasa to taki maraton w pigułce ;) Po obiedzie w Żywcu wsiadam w pociąg i bezpośrednio wracam do domu.

    Sama trasa maratonu była trudna, ze względu na długość, jak i ilość i trudność podjazdów. Warunki pogodowe sprawiły, że zrobiło się bardzo ciężko. Matatonowi wyjadacze stwierdzili, że była to najcięższa impreza w tym sezonie. Dla mnie więc ukończenie jej w tym czasie, to duży sukces. Chciałem się sprawdzić i się udało :) Przede wszystkim zebrałem kupę doświadczenia.
    Towarzystwo bardzo miłe i pozytywne. Organizacja mistrzowska. Będę wracał!

    Dzięki za doping w formie sms od @Makyo i słowa wsparcia na Stravie w momencie kryzysu od @Ilana :)

    Cała trasa na Endo: https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/811227804

    Strava cz1: https://www.strava.com/activities/716755614

    Strava cz2: https://www.strava.com/activities/718454043

    Dojazd do Żywca: https://www.strava.com/activities/719881954

    Wpadło 51 nowych gmin do #zaliczgmine

    Mój tag -> #byczysnarowerze
    #rower

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km
    pokaż całość

    źródło: s10.postimg.org

  •  

    140292 - 45 = 140247

    Jakoś niespecjalnie mi się dziś jechało. Nie mogłem się odnaleźć.

    Ktoś mi tu kiedyś próbował wmówić, że Strava nie uwzględnia w średniej prędkości postojów bez autopauzy. Nie wiem, może przy eksporcie z innego źródła, ale przy rejestrowaniu trasy apką Stravy uwzględnia i zaniża. Doliczyło mi 4 minuty i średnia o prawie 2 km/h w dół. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, po prostu stwierdzam fakt.

    A w czasie sobotniej wycieczki do Wrocławia wpadło mi 25 nowych gmin do #zaliczgmine i w sumie mam "już" 239.

    #rowerowyrownik #szosa
    pokaż całość

  •  

    166947 - 220 - 139 = 166588

    Weekendowy wypad pod Gorce.
    Pierwotny plan zakładał większe gminobranie na południe od Krakowa, z minimalistycznym noclegiem gdzieś po drodze. Chciałem przede wszystkim wypróbować w boju ostatnio zakupioną torbę podsiodłową (Author Sumo). Rano niestety miałem małą obsuwę, więc ostatecznie decyduję się jechać po prostu gdziekolwiek, byle góry były ;)

    Dzień wcześniej kolega @Mortal84 dawał cynka, że ok 10 wybiera się klasycznie w okolice Międzybrodzia, by przetestować nowy sprzęt na większych podjazdach. U mnie na zegarku jest po 9, więc proszę by chwilę zaczekał i jakoś po 10 spotykamy się w Bieruniu, skąd ruszamy już wspólnie.
    Droga do Porabki, z uwagi na ciągłe pogaduszki, upływa szybko i przyjemnie. Zdjęcia z zapora w tle klik i po chwili jesteśmy na wjeździe pod Hrobaczą. Ja nigdy tego nie podjeżdżałem, a kolega chciał się sprawdzić na nowych (twardszych) przełożeniach, więc wspinamy się mozolnie pod kapliczkę, gdzie urzadzamy żelkową ucztę ;)
    Dalej uderzamy przez Tresną do Żywca, gdzie stołujemy się w Macu. Ja dalej zaplanowałem sobie sentymentalne Krowiarki, a Tomek musiał wracać, wiec po jeszcze kilku wspólnych kilometrach każdy rozjeżdża się w swoim kierunku. Dzięki za wspólna jazdę :)

    Krowiarki wchodzą mi dosyć sprawnie, jak na jazdę z zestawem 19 kg i około 18 jestem na przełęczy. Zjezdżam do Zubrzycy, gdzie wypartuję sobie droge w kierunku Rabki-Zdrój przez Sidzinę. Całkiem przyjemna i spokojna trasa. W Rabce Hot Dog na stacji, małe zakupy w Biedzie i ruszam zobaczyć budynek sanatorium, w którym spędziłem kilka tygodni będąc jeszcze w podstawówce, oraz park zdrojowy.
    Jest to pierwsza nowa gmina do #zaliczgmine więc sprawdzam nastepną najbliższą i tym sposobem ląduję w małej miejscowości Niedźwiedź. Stwierdzam, że zwiedzanie gmin po ciemku nie ma większego sensu, więc postanawiam poszukać jakiejś miejscówki na sen. W Garminie znajduję pozycję "ławki i stoły" oddalone o zaledwie 1,5 km drogi, więc postanawiam się tam udać, z nadzieją że będzie im towarzyszyć jakaś wiata. Tym odcinkiem drogi okazuje sie jednak pieszy górski szlak, którym musze pokonać ponad 200 m przewyższenia. Jest stromo, więc mozolnie prowadzam rower pod górę. Miejscem tym jest szczyt góry Potaczkowa, więc wieje dosyć mocno. Wiaty niestety nie ma, więc pozostaje mi stworzyć chociaż improwizowane schronienie przed wiatrem w postaci ułożonych na bok ławek. Generalnie śpię pod wielkim krzyżem :) Zasypiam obserwując gwiaździste niebo, a nad ranem widok mam taki. A tu moje legowisko
    Wschód słońca jest ładny, jednak wiatr jest jeszcze silniejszy niż wieczorem, więc po wyjściu ze spiwora troche marznę. Schodzę szlakiem biegnącym po północnej stronie góry do Podobina, skąd ruszam w kierunki Mszany. W Pcimiu małe śniadanie na stacji benzynowej i kosze pod wiatr kolejne nowe gminy, a mianowicie Myślenice, Sułkowice, Lanckoronę i Kalwarię Zebrzydowską.
    Jakoś za Wadowicami wyprzedza mnie ktoś na Tribanie. Siadam na koło i po chwili toczymy odcinkami walkę z szarpanym czołowym wiatrem. Nieśmiało podpytuję o Wykop i jest to strzał w dziesiątkę ;) Okazuje się, że to niewiele udzielający się @Calvert (czas zacząć dodawać więcej do RR kolego;)
    W Oświęcimiu jemy lody w Macu i każdy udaje się w swoim kierunku.
    Do domu dojeżdżam nieźle wypompowany przez ten wiatr. Wczorajsze 3km w górę z bagażem też odcisnęło swoje piętno. Bez odbioru ;)

    Strava:

    Dzień1: https://www.strava.com/activities/699476839
    Dzień2: https://www.strava.com/activities/700124231

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 359km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #100km
    pokaż całość

    źródło: endomondo.com

  •  

    177179 - 220 = 176959

    Jako, że dni są coraz krótsze i sezon rowerowy powoli dobiega końca (przynajmniej dla większości) przyszedł czas na zrealizowanie jednego z planów na ten sezon, czyli #200km. Trasa na wszelki wypadek zaplanowana tak, żeby powrót przebiegał w niedalekiej odległości od torów kolejowych, co umożliwiłoby ewentualny powrót do domu pociągiem.
    Na szczęście okazało się, że kondycja jest nie najgorsza i udało się przejechać nawet ponad 200 kilometrów, a przy tym utrzymać całkiem niezłą prędkość średnią jak na jazdę rowerem górskim - trochę ponad 24 km/h na dystansie 220 km (do 160 km udało się utrzymać 25 km/h). W ogóle po przejechaniu tak ponad 120 km człowiek wpada w taki mechanizm, że miałem wrażenie, że można by było jechać i jechać.
    Cel został zrealizowany, ale jeżdżenie takich dystansów rowerem górskim jednak jest trochę męczące i chyba powoli trzeba rozejrzeć się za jakąś #szosa na przyszły sezon - 300 km na góralu byłoby już dość ciężkie do zrealizowania.

    Podsumowanie
    #100km - po raz 6 w tym roku
    #200km
    +19 do #zaliczgmine - razem 118 gmin
    i nowy rekord życiowy - 220 km - poprawiony o 85 km

    Statystyki:

    Dystans: 220 km
    Czas: ◷09:07:54
    Średnie tempo: 2:29 min/km
    Średnia prędkość: 24,07 km/h
    Kalorie: 15805 kcal

    link do strava: https://www.strava.com/activities/699369295

    W tym tygodniu to już 375km!
    #rowerowyrownik #ruszlodz #100km #200km #rowerowalodz

    Wpis dodany za pomocą tego skryptu

    pokaż spoiler Najlepszy, bo darmowy
    Jest do wszystkiego więc... Jest dobry!
    Samo liczy, to chyba magia
    Skrypt się nie myli, to inni się mylą
    Będą z tego ładne wykresiki
    Powiedzcie mamie, powiedzcie babci, niech odejmują!
    pokaż całość

    +: banciur, r........................a +35 innych
Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów