•  

    Każdy rozmawia o ofiarach inserukcjonizmu. Których, zgodnie z prawdą, było za dużo. A właściwie w ogóle nie powinno ich być. Lecz nie w tym rzecz i pozwólmy sobie odbić piłeczkę i porozmawiać o ofiarach kapitalizmu, które cały czas rosną. Od siebie dorzucę, iż brakuje paru "spraw". Między innymi War on Drugs, która na pewno zabrała wiele żyć w imie kapitalistycznej, rasistowskiej prohibicji (czemu rasistowskiej? Polecam zapoznać sie od czego w ogóle zaczęła sie prohibicja) która zabrała wiele żyć w wojnie gangów oraz wojnach opiumowych, a życie jeszcze większej liczbie osób zniszczyła. Czy uznawanie socjalizmu, komunizmu, jako zbrodniczej idei w porównaniu do kapitalizmu jest słuszne? Sami sobie odpowiedzcie. #neuropa #4konserwy #antykapitalizm #komunizm #socjalizm #socdem #polityka #prohibicja #warondrugs #zbrodnia pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    „Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego doszło do wydarzeń, których bestialstwo nie ma równych sobie w całej wojnie, powinniśmy uwzględnić kontekst historyczny.”

    Wołyń 1943

    „Hipokryzja Poroszenki, który z troską pochyla się na rzekomym zagrożeniem wolności badań w Polsce mimo tego, że na Ukrainie od kilku lat jest ona zakazana, powinna skutkować co najmniej zawezwaniem polskiego ambasadora w Kijowie do kraju. W Kijowie muszą pamiętać, że nie istnieje pojęcie sojuszy za wszelką cenę. Przynajmniej my, Polacy, jego nie znamy. Polska bez Ukrainy przetrwa. Ukraina skłócona z Polską stanie się łupem Rosji, ewentualnie podzieli się na kilka walczących ze sobą państewek szukających protekcji u sąsiadów.”

    #polska #historia #wolyn #iiwojnaswiatowa #2wojnaswiatowa #zbrodnia
    pokaż całość

    źródło: eastbook.eu

  •  

    #historia #ukraina #upa #wolyn #zbrodnia #eksploracja #urbex #urbanexploration
    Na naszych eksploracyjnych szlakach trafiamy niekiedy na miejsca "naznaczone złem" nad którymi wisi cień dawnych zbrodni, tak było również tym razem gdy w ponury listopadowy dzień przedzieraliśmy się przez zamieć śnieżna na bezludnym pograniczu Podkarpacia i Lubelszczyzny. Naszym celem była opuszczona wieś i górujące nad nią ruiny monastyru które pochłonął już las. Postanowiliśmy odnaleźć je aby na własne oczy przekonać się o tym czy przy ruinach starej świątyni znajduje się szokujący pomnik... W pewnym momencie musimy zostawić samochód i naszą podróż kontynuować pieszo, przedzierając się zaśnieżonymi leśnymi duktami. Gęsto padający śnieg i dokuczliwy wiatr nie ułatwiały nam wędrówki jednak byliśmy zdecydowani by dotrzeć do celu i poznać mroczną tajemnicę starego monastyru. Musieliśmy się nieustanne spieszyć ponieważ śnieg i szybko zapadający zmrok sprawiały ze nawigacja była bardzo trudna i łatwo można zabłądzić w gęstym lesie porastającym te wzgórza. W czasie wędrówki mimo warstwy śniegu napotykamy na liczne ślady opuszczonej wsi, stare krzyże i kapliczki ukryte w lesie. Tuż przed zmrokiem docieramy do ruin monastyru, na jego terenie znajduje się pomnik na pierwszy rzut oka niepozorny, ktoś pomalował krzyż w biało czerwone barwy. Można by powiedzieć pomnik jak tysiące innych... Jednak kiedy podchodzimy bliżej na krzyżu ukazuje nam się tryzub, zasypana tablica jeszcze nic nam nie mówi, jednak kiedy ją odśnieżyliśmy naszym ukazały się wypisane na niej nazwiska członków sotni UPA która działała na tych terenach w czasie wojny i po jej zakończeniu... Pomnik wprawia nas w prawdziwe osłupienie... Czy to możliwe ze w naszym kraju istnieje miejsce upamiętnienia członków organizacji która wymordowała na Wołyniu i w Małopolsce wschodniej około 100000 Polaków?! W tym miejscu cały czas trwa kult UPA świadczą o tym świeżo wypalone znicze i wiązanki kwiatów w żółto niebieskich barwach... Zszokowani znaleziskiem tylko pobieżnie badamy ruiny monastyru, odnaleźliśmy wejścia do krypt i stary jeszcze I wojenny cmentarz. Wczoraj 11 lipca była rocznica zbrodni Wołyńskiej. Nie chcemy wdawać się w polityczne spory, ale niech każdy odpowie sobie na pytanie czy sprawiedliwym jest istnienie w naszym kraju pomnika tej zbrodniczej organizacji w czasie gdy wiele jej ofiar nie doczekało się nawet godnego pochówku leżąc gdzieś w zbiorowych mogiłach na Ukrainie. Czy to sprawiedliwe dla historii? pokaż całość

    •  

      @Malopolska_Grupa:

      @Prokurator1990: Ten pomnik jest najprawdopodobniej legalny. Co więcej możliwe, że wybudowany przez polską stronę w miejsce nielegalnego. Wskazuje na to opis w jednym z biuletynów IPN.
      Także prezes IPN niedawno deklarował gotowośc do rozmów w sprawie jego odnowienia.

      czy sprawiedliwym jest istnienie w naszym kraju pomnika tej zbrodniczej organizacji
      No jezeli sa tam szczątki to jest to pomnik organizacji? Nie mam tam jej symboliki.
      Czy nagrobki żołnierzy niemieckich z nazwiskami to pomniki nagrobne czy pomniki Wehrmachtu itd?
      pokaż całość

    •  

      @Malopolska_Grupa: @Prokurator1990: Sprawdziłem w tym biuletynie IPN. Z tego co pisza wynika, że pomnik został urządzony przez polską Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Obecnie wchłoniętą przez IPN.
      Wczesniej był pomnik w innym kształcie i został usunięty jako nielegalny , a ten w obecnej formie spełniał zalecenia polskiej strony co do pomników poległych w walkach.
      Czyli wychodzi na to, że był zalegalizowany.
      Polska strona daje prawo do pochówku wszystkim zmarłym i także Kościół podobną opinię wyrażał.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Mirki, zrobiłem to...
    Jezu, cały się trzęsę...
    To nie mogło dłużej trwać!
    Więc stało się i...

    pokaż spoiler wydrylowałem 1 kilogram wiśni...

    #gownowpis #zbrodnia

  •  

    Zbrodnia w Rudzie Śląskiej

    3 marca 1999 r. Ruda Śląska Halemba. O świcie pokrytymi szronem ulicami, chwiejnym krokiem idzie zakrwawiony Tomasz S., 20-letni uczeń technikum. Ma cztery rany kłute brzucha oraz nacięcia nadgarstka. Do położonego na parterze mieszkania rodziców dociera ostatkiem sił. - Robert to satanista, ratujcie Karinę - mówi do młodszego brata, osuwając się w drzwiach. Bełkocze coś o bunkrze. To ponura, przysadzista budowla z szarego betonu, która znajduje się w pobliskim lesie. Zna ją każde dziecko w okolicy. Brat Tomka woła kolegę, idą do bunkra. W środku smród spalenizny miesza się z aromatem wonnych olejków, na ścianach wymalowane odwrócone krzyże, ogarki świec i porozrzucane karki. Na podłodze wyrysowany kredą pentagram. A na środku dwa nadpalone ciała. Wszędzie pełno krwi. Przerażeni chłopcy wracają do domu, ktoś wzywa policję. Karetka zabiera rannego Tomasza do szpitala.

    Ja, Adam Wielki

    - Kiedy dostaliśmy zgłoszenie o nadpalonych ciałach, myśleliśmy, że to jacyś bezdomni popili w bunkrze i wpadli do ogniska. Dopiero na miejscu zrozumieliśmy, że odprawiono tam czarną mszę - wspomina jeden z oficerów policji. Ofiary zginęły od noża, potem ktoś próbował spalić ich ciała.

    Policjanci badają zwłoki. 19-letnia Karina kilka dni wcześniej przyjechała do domu z Anglii, gdzie jesienią miała zacząć studia. Jej rówieśnik Kamil skończył tylko podstawówkę. Znali się od dziecka, nie byli parą.

    Technicy kryminalistyczni znajdują przy ciałach kartkę z łacińską sentencją: "Ja Adam Wielki - zabić moje ciało - na ofiarę, aby piekło pokazać, staję pierwszy, aby pokazać moją boskość".

    - To nieporadnie przetłumaczony klasyczny tekst ofiarny przekształcony ze słów ślubów zakonnych. Treściowo i doktrynalnie to kalki satanistyczne - twierdzi ksiądz Andrzej Kołka, ekspert z zakresu teologii pastoralnej. Nikt już nie ma wątpliwości, że to był mord rytualny.

    Media szaleją. Szef śląskiej policji do wykrycia sprawców wyznacza najlepszy śledczych. Jeszcze tego samego dnia zatrzymują 20-letniego Roberta K. To najbliższy przyjaciel Kamila, skrycie podkochiwał się w Karinie. Świadkowie twierdzą, że ofiary czarnej mszy miały się z nim spotkać. - On jest satanistą - donoszą policyjni informatorzy.

    Pokój Roberta pomalowany na czarno, na półkach publikacje o demonach i pentagramy. Kasety z muzyką heavymetalową. Pierwsze przesłuchanie i od razu przełom. - Razem z Tomkiem zabiliśmy Karinę i Kamila - przyznaje chłopak. Prokurator Lucyna Skrzyczek odczytuje mu zarzut popełnienia podwójnego z zabójstwa z powodów zasługujących na szczególne potępienie.

    Robert K. opowiada śledczym, że złożenie ofiary szatanowi planowali przez kilka miesięcy. - Na koniec mieliśmy popełnić rytualne samobójstwo, żeby dostać się do piekła. Tomek miał dziewczynę, Anię. Chciał, żebym ją zabił, bo ją kochał i nie chciał, żeby została sama - zeznaje. Twierdzi, że to on pchnął nożem Kamila ("Kariny nie mogłem, bo się w niej podkochiwałem"), a dziewczynę zabił Tomek. - Po pierwszym uderzeniu zdziwiony Kamil popatrzył na mnie. To było bardzo nieprzyjemne. Karina, którą mordował Tomek, błagała o litość. Krzyczała do mnie: "Robert ratuj". Nie zrobiłem nic - relacjonuje beznamiętnie.

    Trudno jest zabić człowieka

    Leżący w szpitalu Tomasz S. przez dłuższy czas nie przyznaje się do winy. - Robert kłamie - twierdzi. Jego matka przekonuje, że syn nie jest sprawcą, ale ofiarą. - Tomek był zaproszony na urodziny. W knajpce zabrakło miejsc, więc poszli do bunkra. Posłali go po wódkę, a gdy wrócił, ktoś go zaatakował - twierdzi kobieta.

    Policja ma już jednak odciski placów oraz ślady biologiczne, potwierdzające, że Tomasz brał udział w zabójstwie przyjaciół. - Przyznaję, że zabiłem Karinę. Robię to przez wzgląd na lojalność wobec Roberta - zeznaje. A potem opowiada, że nie wiedział, że tak trudno zabić człowieka. - Myśleliśmy, że wystarczy zadać po jednym ciosie i one będą od razu śmiertelne. Potem chciałem umrzeć. Podciąłem sobie żyły i cztery razy uderzyłem się nożem w brzuch. Robert stchórzył i uciekł - zeznaje Tomasz S. W bunkrze przeleżał kilkadziesiąt minut, potem się z niego wyczołgał. Zakrwawiony dotarł do domu.

    - Bardzo żałuję tego, co zrobiłem. Chciałem ułożyć sobie życie z Anią. Wierzę w Boga, chodzę na religię. Chciałem zobaczyć, co jest po drugiej stronie - opowiada w prokuraturze.

    - Jak wiara w Boga ma się do rytualnego zabójstwa? - pyta prokurator Skrzyczek.

    - Byłem nad przepaścią, nie wiedziałem, co dalej ze sobą zrobić. Byliśmy tak zmąceni tym wszystkim, wierzyliśmy, że ofiary z ludzi i własnego życia coś dadzą - wyjaśnia.

    Śledczy sprawdzają znajomych zabójców. Okazuje się, że wielu z nich było zafascynowanych okultyzmem i satanizmem. Kryminalni znajdują listy, które Karina pisała do Tomka z Anglii. Często przewija się w nich słowo "szatan". - Natrafiliśmy na młodzieżową subkulturę, która przez kilka lat odprawiała w bunkrze czarne msze. Wtedy jeszcze bezkrwawe - wspomina oficer policji.

    Chodziło o seks

    Przyjaciele ofiar i sprawców mordu przyznają, że oni także brali udział w obrzędach rytualnych, a nawet orgiach seksualnych podczas czarnych mszy. - Czytałem z książki jakiś alfabet szatana. Wybrali mnie do grupy ze względu na moje zdolności literackie. Na koniec Tomek odbył stosunek z Kasią, a Patryk z Michaliną - zeznaje Ireneusz D.

    Patryk: - Traktowałem to jak zabawę, nie zmuszałem Michaliny do seksu.

    Ireneusz D.: - Chodziło przede wszystkim o seks. Tomek mówił, że właśnie dlatego warto urządzać te msze.

    Katarzyna Sz. przyznaje w prokuraturze, że miała problemy emocjonalne i zaprzyjaźniła się z Tomaszem S. - Zwierzałam się mu, myślałam, że nigdy nie znajdę chłopaka. W końcu ustaliliśmy, że to on będzie moim pierwszym partnerem. Poszliśmy do tego nieszczęsnego bunkra. Tam już paliło się ognisko. Było fajnie, tajemniczo, a rodzice nic o tym nie wiedzieli. Na bunkrze rozciągnięta była czarna płachta, paliły się świeczki. Irek coś wtedy czytał, a zaraz potem na tym bunkrze straciłam z Tomkiem dziewictwo.

    Agata W.: - My z dziewczynami wywoływanie duchów traktowałyśmy jak zabawę, ale chłopcy brali to bardzo poważnie.

    Wierzę w demony.

    Ofiary wielkiej głupoty

    Policja odkrywa, że w rytualnym mordzie miała wziąć jeszcze jedna osoba - Piotr C., także uczeń technikum. Omówił szczegóły mordu z Robertem i Tomkiem, ale w ostatniej chwili się wycofał i w noc zabójstwa nie przyszedł do bunkra. - Wystraszyłem się, że mnie też może spotkać coś złego. Chyba ze strachu nie powiadomiłem policji ani przyszłych ofiar o zamiarach chłopaków - przyznaje w prokuraturze. Nie przedstawiono mu zarzutów, bo przygotowanie do zabójstwa nie jest przestępstwem.

    Ania, dziewczyna Tomasza, przez wiele miesięcy nie mogła dojść do siebie. - Po maturze chciał iść na politologię. Jak on mógł mi to zrobić? Mieliśmy się pobrać, żyć razem - zeznaje dziewczyna. Jeszcze nie wie, że jest w ciąży z zabójcą. Ich syn urodzi się, kiedy rozpocznie się proces. Dziewczyna przyznaje, że w dniu zabójstwa Tomasz ją odwiedził, żeby odwołać randkę. Powiedział, że pilnie musi spotkać się z Kariną i Robertem. - Trochę mnie zdziwiło, że był ubrany w białą koszulę, garnitur, płaszcz i eleganckie buty. Zawsze chodził tak ubrany ze mną do kościoła - opowiada dziewczyna.

    Ruda Śląska w szoku. Na pogrzebie Kariny setki młodych ludzi. Uroczystość poprzedza msza święta. - Nie mogłem odmówić. Poprosili mnie znajomi jej rodziny - wyjaśniał ksiądz Bernard Drozd, proboszcz parafii Matki Boskiej Różańcowej. Sam jednak na pogrzeb nie poszedł. Poprosił o odprawienie mszy świętej księdza Alojzego Brzezinę, emeryta.

    - Ja nie osądzam ludzi, od tego jest Pan Bóg - wyjaśnia ksiądz Brzezina. Podczas uroczystości żałobnej uczestników czarnej mszy nazywa ofiarami wielkiej głupoty. Jednak ani razu nie wypowiada słowa "zabójcy".

    Nie mogę na nich patrzeć!

    Proces satanistów trwa zaledwie kilka miesięcy. Podczas pierwszej rozprawy załamana matka Kariny nie wytrzymuje. - Jak mogłeś, Tomek! - rzuca w stronę oskarżonego. - Mamy jeszcze jedną córkę i chcemy żyć dla niej. O szczegółach tego mordu nie wiem nic i nie chcę wiedzieć. Karina była bardzo spokojna, wesoła i ufała ludziom... - szlocha ojciec dziewczyny. Sąd pozwala mu podtrzymywać żonę przy składaniu przez nią zeznań. Stoją objęci, matka ledwie mówi. - Nie mogę patrzeć na nich! - krzyczy i wybiega z sali.

    Tomasz S. wstaje: - Chcę powiedzieć, że jest mi bardzo przykro. To wszystko.

    Jego rodzice odmawiają złożenia zeznań. Do sądu przychodzą za to rodzice Roberta. - Ponosimy całkowitą porażkę za wychowanie syna. W 1993 r. przyszła na świat nasza córka. Wtedy całą uwagę skupiliśmy na niej i Robert w okresie dorastania mógł się czuć wyobcowany. Nie mieliśmy czasu nawiązać z nim kontaktu - mówi Longin K. Jego żona cały czas płacze. - Czuję się winna, ja tam powinnam z nim siedzieć - mówi, wskazując na ławę oskarżonych. - To połowa mojej winy. Zawsze siedziałam z dziećmi w domu, ale przez cztery ostatnie lata pracowałam. Wiem, że na tej sali jest ojciec zamordowanego Kamila. Chciałam go przeprosić i prosić o wybaczenie - mówił przez łzy.

    W trakcie procesu służba więzienna przechwytuje grypsy, w których Tomasz S. oferuje 100 tys. zł w zamian za odbicie go z konwoju. Chce też, aby ktoś zastraszył siostrę Roberta K., aby ten wziął winę na siebie. Żaden ze śląskich bandytów nie podejmuje się zlecenia. - Odbicie wiązałoby się ze strzelaniną i ofiarami - zeznaje jeden z nich w sądzie.

    31 marca 2000 r. Sąd Okręgowy w Katowicach skazuje Tomasza S. na dożywocie, a Roberta K. na 25 lat więzienia. - Uznaliśmy, że osobę Tomasza S. trzeba skutecznie wyeliminować ze społeczeństwa. Od samego początku był przekonany, że zacierając ślady i spychając odpowiedzialność na Roberta K., uniknie odpowiedzialności - argumentuje sędzia Henryk Wach, przewodniczący składu sędziowskiego.

    #polska #mordercy
    #zbrodnia

    http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35063,18365855,morderstwo-za-podszeptem-szatana-zgineli-uczestnicy-czarnej.html?disableRedirects=true
    pokaż całość

    źródło: d-pt.ppstatic.pl

  •  

    Morderca rodziców

    Mamy rok 1997. Przenosimy się tym razem do Krakowa, chyba najciekawszego miasta kryminalnego w Polsce. Oprócz seryjnych morderców jak Karol Kot czy Władysław Mazurkiewicz, brutalnego morderstwa studentki z 98’, czy syna który zabił ojca, ściągnął z jego głowy skórę i włosy, zszył z tego maskę i nosił ją na sobie (sic!), jest również przypadek morderstwa rodziców, dziś już raczej mocno zapomniany. Jednak zacznijmy od początku.

    O Tomaszu Synowcu (tak, to ten miły chłopak ze zdjęcia) ciężko znaleźć zbyt dużo informacji. W Internecie są zaledwie tylko dwa artykuły na temat tej sprawy i jeden wywiad. Ale spokojnie, spróbujemy coś z tego stworzyć. Wiemy na pewno, że kilka dni przed morderstwem skończył 16 lat. Mieszkał z rodzicami na osiedlu Oświecenia w dawnej stolicy Polski.

    Tomasz uczęszczał do drugiej klasy technikum. Uczył się średnio, czasami zdarzało mu się wagarować. Może w szkole mu nie szło, ale w miłości było już zdecydowanie lepiej, Tomek miał dziewczynę, do której zresztą pojedzie po dokonaniu morderstwa.

    Rodzicami Tomka byli 36 letnia Wanda i 43 letni Stanisław. Obaj pracowali w hucie im. Sendzimira. Chłopak uważał relacje z matką za poprawne, z ojcem zdecydowanie nie było mu po drodze. Małżeństwo miało również ośmioletnią córkę.

    W dniu tragedii, 26 września chłopak nie poszedł do szkoły.

    Jego ojciec odkrył nieobecność syna w szkole. „Gdy wróciłem do domu, bił mnie pięściami. Kazał mi się uczyć. Zakazał mi oglądania telewizji, gier na komputerze, spotkań z dziewczyną oraz kolegami. Polecił mi oddać wszystkie pieniądze” - zeznał Tomasz podczas śledztwa.

    Około godziny 23, gdy rodzice już spali, wziął nóż, który po chwili zamienił na siekierę, i wszedł do pokoju rodziców. Gdy po raz pierwszy uderzył ojca w głowę, ten obudził się i krzyknął "O Boże!". Krzyk ten obudził śpiącą obok Wandę, Tomek widząc to zadał matce kilka uderzeń siekierą w głowę a następnie znów zaczął wymierzać ojcu kolejne ciosy. Uderzał wielokrotnie, jak sam przyznał nie wiedział dlaczego aż tyle razy, bo przecież już się nie ruszali. Pozbawił życia matkę, by zlikwidować świadka zbrodni. W tym samym pokoju, w łóżku obok spała siostra Tomka. Miała mocny sen, nie przebudziła się.

    Tomasz postanowił pozbyć się zwłok rodziców. Nie jest to jednak tak łatwe jak w filmach i wyszło mu to dość nieudolnie. Gdy ciało ojca okazało się zbyt ciężkie, chciał je poćwiartować brzeszczotem. Odciął prawą nogę na wysokości kolana, ale gdy próbował to samo zrobić z lewą, brzeszczot się zaklinował. Wtedy przebrał się, wziął kluczyki do opla astry rodziców i ich pieniądze. Całą noc jeździł po Krakowie. Rano spotkał się ze swoją dziewczyną, opowiedział jej o śmierci matki i ojca, ale twierdził, że to ktoś obcy ich zabił. Zmasakrowane zwłoki rodziców odkryła jego 8 letnia siostra. Synowca ujęto pod blokiem, w którym mieszkała jego dziewczyna. W samochodzie leżała zakrwawiona siekiera.

    Rozpoczął się proces. Na światło dzienne zaczęły wychodzić coraz to nowsze informacje, które pozwalają nam chociaż trochę inaczej patrzeć na całe zdarzenie. Prokuratura przesłuchała 70 świadków, m.in. nauczycieli oskarżonego, jego kolegów, członków rodziny, sąsiadów i znajomych. Wśród sąsiadów Tomasz miał bardzo dobrą opinię. Nauczyciele mieli do niego pretensje o to, że zdarzało mu się opuszczać lekcje.

    Chłopak był często bity przez ojca, najczęściej pięściami. Sam nigdy mu nie oddał. Jego mama zareagowała na przemoc tylko kilka razy jak Tomek był młodszy, potem była już obojętna.

    Podczas przeszukania mieszkania rodziny policja znalazła list, który Tomasz napisał do rodziców podczas jednej ze swych ucieczek z domu. Znalazły się w nim stwierdzenia: "wam było ze mną źle", "zapomnijcie o mnie na zawsze". List kończył się słowami "kochający was Tomek".

    Obrońca oparł się także na zeznaniach krewnych oskarżonego. - Wszyscy przyszli do sądu i prosili, żeby nie karać Tomka. Oni dobrze wiedzą, jak wyglądał świat w domu, gdzie dorastał Tomek, gdzie kształtowała się jego psychika. Wnoszę o łagodny wymiar kary - zakończył swoją mowę mecenas.

    Tomasz powiedział jedynie: - Chciałem przeprosić siostrę, babcię, dziadka, drugą babcię i wszystkich, których skrzywdziłem. Potem dodał: - Wyrok należy do sądu. Chciałem prosić, by był to wyrok jak najłagodniejszy.

    W 1998 r. Tomasz Synowiec został skazany na 15 lat więzienia. Po odbyciu 1/3 kary Tomek mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie. Sąd wymierzył mu najwyższą karę przewidywaną dla młodocianego mordercy przez kodeks karny. Od kilku lat Tomasz powinien żyć już na wolności.

    Miszczak: „Co życzyłeś ojcu na wigilię?”
    Synowiec: „Co mu życzyłem? No łamaliśmy się opłatkiem, no bo jak by to wyglądało, cała rodzina była, przeważnie mu mówiłem, śmiejąc się, żeby więcej nie bił”

    Ten krótki fragment rozmowy pochodzi z wywiadu, którego Synowiec udzielił w programie „cela nr”. Będzie umieszczony w pierwszym komentarzu. Można dojść do wielu przemyśleń, zdecydowanie wart obejrzenia.

    Jak ktoś jest zainteresowany bardziej tematem dzieci/nastolatków, które zamordowały kogoś ze swojej rodziny to polecam książkę Elliotta Leytona - „Jedyny, który pozostał przy życiu”. Przedstawia w niej różne sylwetki młodocianych morderców, próbując zarazem odpowiedzieć dlaczego doszło do danej zbrodni.

    To dopiero pierwsza sylwetka osoby, która zamordowała rodzica/rodziców, będzie ich więcej. Jak macie dzieci, pamiętajcie by o nie dbać ;) Miłego dnia!

    Obserwuj tag → #kryminalnyaz
    #kryminalistyka #zbrodnia #krakow #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler - http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/1708548,z-zimna-krwia,id,t.html
    - http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/1862824,15-lat-dla-zabojcy-rodzicow,id,t.html
    pokaż całość

    źródło: synowiec.jpg

  •  

    Zbrodnia w szkole

    Przenosimy się do 2001 roku, właśnie wtedy wydarzyło się morderstwo, które wstrząsnęło całą Polską.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką szkoły podstawowej z kilkunastoletnim stażem. W życiu zawodowym kobieta cieszyła się opinią bardzo dobrego pedagoga, która poświęcała się całkowicie pracy. Stale podnosiła swoje kwalifikacje, była bardzo inteligentna i przede wszystkim ambitna. Ponoć znała kilka języków obcych. Mimo że była atrakcyjną blondynką o miłym usposobieniu, kobieta przez długi czas żyła samotnie.

    W 1997 r. jej życie zmieniło się całkowicie za sprawą Jerzego, żonatego mężczyzny i ojca trójki dzieci. Mariola poznała Jerzego podczas zajęć sportowych w szkole. Jerzy był przewodniczącym rady rodziców, a jego najmłodszy syn, 7-letni Piotr, uczęszczał do pierwszej klasy.

    Obydwoje ukrywali łączące ich uczucie, jednak z czasem o romansie dowiedziała się rodzina Jerzego. Niektórzy mieszkańcy miasteczka zaczęli plotkować o związku nauczycielki i biznesmena. Mariola była nękana głuchymi telefonami, szykanowana listami z pogróżkami. Ktoś wypisywał wulgarne napisy na drzwiach jej mieszkania. Do zerwania tego związku nawiała ją również matka, ale kobieta nie chciała o tym słyszeć, Jerzy był jej całym światem. Mężczyzna zapewniał Mariolę, że ją kocha i że zamierza z nią budować nowe życie. Mówił, że pozostaje w związku z żoną tylko ze względu na Piotrusia, który był jego oczkiem w głowie. I właśnie za względu na syna prosił Mariolę o cierpliwość. Kobieta wierzyła jego obietnicom, ufała mu bezgranicznie. Nieoczekiwanie po czterech latach romansu Jerzy postanowił odejść od Marioli. Kobieta przeżyła gigantyczny szok.

    Po rozstaniu jest przygnębiona, zaczyna popadać w głęboką depresję. W dość krótkim czasie nauczycielka dwukrotnie próbuje odebrać sobie życie. Kilka tygodni później dochodzi do tragedii.

    25 kwietnia, Mariola przyszła do pracy rano, pomimo że lekcje zaczynała dopiero po południu. Około godziny 9.30 Myszkiewicz poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, że ma stawić się w gabinecie lekarskim, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki chłopak, uczeń klasy IV, udał się prosto do gabinetu. Ku jego zdziwieniu nie zastał tam pielęgniarki ani lekarza (w tym dniu nie dyżurowali). W gabinecie czekała na niego tylko Mariola (nauczycielka wcześniej poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu, wyjaśniając, że chce się zważyć). W pewnej chwili nauczycielka wyciągnęła introligatorski nóż i zaczęła zadawać ciosy Piotrkowi. Chłopiec próbował się bronić, ale nie miał żadnych szans. Kobieta najprawdopodobniej działała w furii, zadając całą serię ciosów głównie w głowę i szyję chłopca. Piotruś krzyczał i próbował się wydostać z gabinetu, co skutecznie uniemożliwiała mu kobieta. 11 latek miał na swoim ciele ponad trzydzieści ran kłutych.

    Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki. Spod drzwi gabinetu lekarskiego wypłynęły strugi krwi. Z wnętrza dochodziły odgłosy uderzeń. Nauczycielki zaczęły krzyczeć, walić pięściami w drzwi. Wyważył je dopiero wuefista. Ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok. Za Mariolą ruszyła policyjna obława.

    Wiadomość szybko obiegła media. Dla przykładu artykuł z wirtualnej polski, dzień po morderstwie - klik

    Na swoją kryjówkę wybrała pobliską Puszczę Knyszyńską. Nie przebywała tam jednak długo. Później dotarła do miasta Marki pod Warszawą. Tam udało jej się zadzwonić do siostry. Prosiła o radę. Ucieczka nie trwała jednak długo, w drugi dzień od popełnienia morderstwa została zatrzymana.

    W czasie śledztwa Mariola została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że kobieta była poczytalna w momencie dokonywania czynu. Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Obrona robiła wszystko, aby przekonać sąd do tego, że oskarżona działała w afekcie. Mariola tłumaczyła, że nie planowała morderstwa. Chciała porozmawiać z Piotrkiem. Jedenastolatek jednak miał ją bardzo wulgarnie zwyzywać (pamiętajmy, że oskarżona mogła powiedzieć wszystko, ciężko w ogóle ustalić czy ze sobą rozmawiali). Straciła panowanie nad sobą i zabiła Piotrka.

    Sędzia prowadząca sprawę stwierdziła, że niemal wszystkie dowody świadczą o tym, że Mariola Myszkiewicz całą zbrodnię wcześniej zaplanowała. Wywołując 11-letniego Piotra do gabinetu lekarskiego w plecaku miała przygotowany nóż z wysuniętym ostrzem. Również miała ze sobą paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    Komentatorzy procesu podkreślali zdumiewające opanowanie w zachowaniu oskarżonej. Na twarzy kobiety nie było widać żadnych uczuć. Dla obserwatorów był to spory szok.
    Czy zauważyliśmy wysoki sądzie na tej sali choć cień skruchy ze strony oskarżonej, choć jedną łzę w jej oczach. Czy usłyszeliśmy: "Wybaczcie mi". Ja tego nie słyszałem i sąd również - uważali oskarżyciele.

    Myszkiewicz została uznana winną zarzucanych jej czynów i skazana na 25 pozbawienia wolności.

    Czy słyszeliście o tej sprawie wcześniej? Czy kara dożywocia byłaby bardziej sprawiedliwa? Zapraszam do dyskusji.

    Obserwuj tag → #kryminalnyaz

    #kryminalistyka #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler - https://knyszynska.eu/czarna-bialostocka/20420-tego-nikt-sie-nie-spodziewal-zbrodnia-ktora-wstrzasnela-cala-polska
    - https://wiadomosci.onet.pl/na-tropie/zbrodnia-nauczycielki/xmxyl
    - https://fakty.interia.pl/polska/news-25-lat-wiezienia-dla-nauczycielki-z-czarnej-bialostockiej,nId,789201
    pokaż całość

    źródło: myszkiewicz.jpg

  •  

    Cześć. Wielkie dzięki za dobre przyjęcie ostatniego wpisu. Bez zbędnego przedłużania zapraszam do drugiego wpisu z serii #kryminalneaz. Sprawa jest mocno smutna i zdaje sobie sprawę, że będzie trochę wulgaryzmów w komentarzach. Mimo wszystko proszę o kulturalne dyskusje.

    Wampir z Byczyny

    Tragedia rozegrała się w Byczynie, małym miasteczku w województwie opolskim, otoczonym niemal w całości ceglanymi murami miejskimi.

    3 października 1996 roku, 9-letnia Kasia wyszła z domu o 7:40 do szkoły. Była jedynaczką, oczkiem w głowie rodziców. Lubiła się uczyć, w pierwszej klasie podstawówki nie opuściła ani jednego dnia.

    Około godziny 16 matka zaniepokoiła się, że córka nie wróciła jeszcze do domu. Matka miała nadzieję, że może odebrał ją maż i pojechali w odwiedziny do jego chorej siostry (pamiętajmy, że wtedy telefony nie były tak popularne). Niestety mąż wrócił do domu sam. Pod wieczór dziewczynki szukała już cała Byczyna. Kasia niestety już od wielu godzin nie żyła…

    Krzysztof Pańków był najbliższym sąsiadem Kasi i jego rodziców. Mieszkali drzwi w drzwi. Swego czasu zamienili się mieszkaniami. Pańków wiedział, że sąsiedzi szukają większego lokum i po śmierci ojca złożył im propozycję. Transakcja doszła do skutku. Mama Kasi od czasu do czasu zaglądała do mężczyzny z poczęstunkiem, np. po komunii dziewczynki. Choć nie byli żadnymi większymi przyjaciółmi, żyli w dobrych relacjach sąsiedzkich.

    Miał skłonności do nadużywania alkoholu i wyroki na karku. Miesiąc przed tragedią został mu odwieszony wyrok 8 miesięcy pozbawienia wolności. Mężczyzna pracował w zakładzie pogrzebowym.

    Pańków spotkał dziewczynkę kiedy szła do szkoły. Mimo wczesnej pory był pijany. Chwycił 9-latkę i wepchnął do swojego mieszkania. Co działo się dalej ciężko jednoznacznie ustalić. W wywiadzie udzielonym w programie „cela nr” (o nim trochę później) tak wspomina morderstwo:
    Pańków: „Śnił się kiedyś panu koszmar?”
    Miszczak: „Czasem ludzie mają koszmarne sny”
    Pańków: „To proszę to pomnożyć przez milion to otrzyma pan obraz tego co tam się stało”

    Udało się ustalić, że na pewno udusił Kasię paskiem po czym ją zgwałcił. Potem zaniósł ciało do łazienki i poćwiartował je w wannie.

    Policja i całe miasto cały czas szukało dziewczynki. Zrozpaczeni rodzice zgłosili się do jasnowidza. – „Została ogłuszona i przeniesiona do piwnicy domu z czerwonej cegły. Leży związana pod kartonami. Widzę długą ulicę... Pośpieszcie się!” - powiedział. Wskazówki jasnowidza zostały wzięte pod uwagę aż za dokładnie. Poszukiwania skoncentrowały się bowiem w okolicach ul. Długiej. Nie dały jednak rezultatu. To nie pierwszy przypadek jasnowidza, który w magiczny sposób widzi gdzieś żyjące dziecko. Choć wlewa nadzieje do serc rodziców, często też bardziej przeszkadza, tak jak w tym przypadku, gdy policja słucha jego tropów.

    Na drugi dzień od zaginięcia dziewczynki, trójka ochotników w godzinach popołudniowych przyszła w okolice dzikiego wysypiska śmieci. Między chaszczami zobaczyli reklamówki poplamione krwią. Jeden z nich podszedł do siatek, zajrzał do środka i momentalnie zasłabł. W jednej reklamówce była głowa Kasi, w drugiej ręce i nogi. Wiadomość o makabrycznym odkryciu szybko obiegła miasto.

    Policja błyskawicznie aresztowała mordercę. Musieli szybko wepchnąć go do radiowozu, bo spory tłum, który zebrał się pod kamienicą, chciał go zlinczować. Dziewięciolatki wcześniej szukano także i u niego, jednak nikt nie zwrócił uwagi na reklamówki za szafą ani na krwawe ślady w łazience, w której było ciemno, bo nie zapłacił rachunków i odcięto mu prąd.

    Przyznał się do morderstwa i powiedział, że resztę zwłok zakopał w pobliżu silosów (budowla przeznaczona do składowania materiałów sypkich) w Jaśkowicach.
    Tak wspominał tamten czas:
    „Kiedy tam szedłem, zmęczyłem się, podszedłem do kiosku i kupiłem sobie piwo. Obok mnie stali inni ludzie, spokojnie piłem, mając przy nodze torbę z kawałkami zwłok”.

    Na cmentarz w Byczynie w ostatniej drodze dziewięcioletniej Kasi towarzyszyło trzy tysiące osób.

    Mieszkańcy chcieli kary śmierci dla mężczyzny. On sam także chciał dla siebie takiego wyroku.
    W swoim ostatnim słowie Krzysztof Pańków powiedział: - „Nie mogę prosić ludzi o cokolwiek dla siebie, więc zwracam się do sądu o sprawiedliwy wyrok. Proszę o wymierzenie kary śmierci.” Publiczność na sądowej sali zaczęła wtedy bić brawo.
    Rozstrzygnięcie zapadło w sierpniu 1997 roku. Morderca usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Był pierwszą osobą na Opolszczyźnie skazaną na karę dożywotniego pozbawienia wolności odkąd w Polsce zniesiono karę śmierci.

    Mama Kasi po ogłoszeniu wyroku powiedziała:
    „Jedna rzecz mnie tylko pociesza, że jego ręka nie dotknie już żadnego dziecka”.

    Krzysztof Pańków odsiaduje swój wyrok w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich. Znajdziemy go w „Rejestrze Sprawców Przestępstw na tle seksualnym” - klik

    Jeszcze kilka słów o wywiadzie o którym już wcześniej wspominałem. Sprawę znam już kilka lat, przygotowując się do tego wpisu znów obejrzałem tą rozmowę. Bije z tego dialogu taki „chłód”, ciężko mi nawet to jakoś jednoznacznie nazwać. Uważam, że to najlepszy wywiad ze wszystkich jakie powstały w „cela nr” (mocny był jeszcze o mordercy rodziców, o tym może kiedy indziej). Mimo wszystko prowadzący Edward Miszczak mógł wycisnąć z tej rozmowy jeszcze więcej. Choć ciężko nie podchodzić do tej sprawy emocjonalnie, to jako prowadzący powinien wysłuchać swojego rozmówcę i wejść z nim w jakiś szerszy dialog, a często kończyło się to słownymi atakami i wyciąganiem słabych wniosków. Zostawiam link do wywiadu, sami oceńcie - klik

    #kryminalnyaz #kryminalistyka #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler - Magazyn Detektyw – marzec 2018
    - http://www.nto.pl/wiadomosci/kluczbork/art/4109829,wampir-z-byczyny-bestialskie-zabojstwo-ktore-wstrzasnelo-opolszczyzna,id,t.html
    - http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,255711,19970829RP-DGW,Prosze_o_smierc,.html
    pokaż całość

    źródło: pańków.png

    •  

      . Jeżeli nie ma absolutnie żadnych śladów, tropów, ale jest "widzenie" jasnowidza to co robić? Lepiej siedzieć z założonymi rękoma i czekać na to, że znajdzie się jakiś świadek czy sprawdzić?
      @MarMac: To równie i dobrze niech sobie wróżą z fusów po herbacie, albo leją wosk jak na Andrzejki. Wyjdzie taniej dla budżetu. Co to w ogóle za logika? Zawierzać szarlatanom, żerujacym na cudzym nieszczęściu, bo sami są niekompetentni w kwestii prowadzenia śledztwa i szukania śladów? Litości. pokaż całość

    •  

      @grubson234567: A myślisz, że czym jest przeczucie jak nie wróżeniem? Jak policjant ma przeczucie i zajrzy pod jakiś krzak i tam znajdzie dowód to "ma nosa" itp. Może powinienem napisać odwrotnie. Czym jest wróżenie jak nie przeczuciem. Są ludzie, którzy mają nosa - do giełdy, do ludzi itd. i to często są świetni maklerzy czy śledczy. Nie zaprzeczysz chyba, że są takie osoby. No więc jasnowidz też może być (podkreślam, że może być) taką osobą.
      Czasami dowodów nie ma, a wtedy ludzie chwytają się każdej możliwości. Taka jest natura ludzka, że nadzieja umiera ostatnia i podsycają ją nawet tak wątpliwe rzeczy jak jasnowidztwo. A co gdyby jasnowidz miał rację (bo np. sam był mordercą i jakieś chore powody sprawiły, że chciał nakierować śledczych na trop), a jego zdanie by olano? To, że posłuchano jasnowidza samo w sobie błędem nie jest, bo tak jak napisałem - to może morderca, który pogrywa z policją, a może gość serio ma jakieś przeczucie, które okaże się prawdą. Błędem jest to, że skupia się całą uwagę na tak wątpliwym zeznaniu, ale sprawdzenie go nie jest.
      Braku dowodów nie zwalałbym też na niekompetencje. Jakie dowody mogły być w tej sprawie bez wchodzenia do mieszkań losowych osób? O ślady na chodniku czy klatce mogło być trudno (na betonie ciężko o ślady stóp czy butów, walki raczej nie było, wszelkie włókna czy włosy ofiary i napastnika były w tym miejscu "naturalne", a i też nie było pewności, że to w tym miejscu doszło do porwania), o świadków jeszcze trudniej.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (11)

  •  

    Witam serdecznie. Rozpoczynam serię #kryminalnyaz w której będę starał się w jak najbardziej ciekawej i przejrzystej formie przedstawiać kryminalne sprawy z Polski (zabójstwa, niewyjaśnione zbrodnie, zagadkowe zaginięcia itd.). Jeśli ktoś ma jakieś ciekawe informacje o danej sprawie, wie coś więcej, będę bardzo wdzięczny jeśli się z nimi podzieli.

    Morderstwo w pociągu

    Powiedzmy na początku kilka słów o osobie, której życie zostało w brutalny sposób odebrane. 21-letnia Ania mieszkała w niewielkim Jarkowie pod Kołobrzegiem. Udało się jej ukończyć Studium Medyczne w Łomży z bardzo dobrymi ocenami, otrzymała dyplom technika farmacji i planowała dalszą edukację w tym kierunku. W przyszłości chciała zostać farmaceutką i prowadzić własną aptekę. Była osobą spokojną i niesamowicie pracowitą. Pracowała w smażalniach ryb, w barach, przy grillach. Lubili ją wszyscy. Zawsze chętnie pomagała innym. Była honorowym dawcą krwi, a także zarejestrowała się w banku dawców szpiku kostnego.

    Tragedia rozpoczęła się w 1 lipca 2004 roku. Ania pojechała zdawać egzaminy wstępne na warszawską Akademię Medyczną. Przez wiele miesięcy przygotowywała się do trudnych egzaminów i mocno wierzyła, że uda jej się dostać na wymarzony kierunek. Na stacji w Kołobrzegu o godzinie 22 wsiadła do pociągu. Znalazła dużo wolnego miejsca w ostatnim wagonie. Mogła zacząć spokojnie powtarzać materiał.

    Około godziny trzeciej wsiedli na dworcu kolejowym w Toruniu 22 letni Artur F. i 23 letni Dariusz M. Pierwszy z nich był drobnym przestępcą, raz został ukarany za włamanie. Nie stronił od narkotyków i wódki, po pijaku lubił się bić z byle powodu. Jego starszy kolega również nie był aniołem. Wyrzucony z domu za nieustanne kradzieże, przemieszkiwał w poczekalni Dworca Głównego w Toruniu bądź u kolegów „po fachu”. Naukę zakończył na szkole specjalnej.

    Artur miał właśnie urodziny, więc oboje planowali je "uczcić" w specjalny sposób - chcieli obrabować kogoś, zabić, a potem udać się na imprezę alkoholową. Przysiedli się do Ani. Jej telefon komórkowy leżał na stoliku, na palcach miała kilka pierścionków. Żeby uspokoić czujność Ani, zagadnęli ją - skłamali, że są studentami. Po ich sposobie mówienia oraz zachowania Ania szybko wywnioskowała, że nie są studentami. Próbowała wydostać się z przedziału, siłą ją zatrzymali. Gdy zaczęła krzyczeć, zatkali jej usta. Potem zamknęli drzwi, zasłonili okna, skrępowali i zakneblowali ofiarę. Bili i dusili. Koszmar Ani miała jeszcze potrwać pięć godzin.

    Za część pieniędzy ukradzionych od dziewczyny oprawcy kupili bilet u konduktora. Na chwilę zajrzał do przedziału, w którym przebywała Ania. Nie krzyczała, nie wzywała pomocy, nie próbowała uciekać - nawet wówczas kiedy Artur z Dariuszem wyszli na korytarz na papierosa. Sparaliżowana lękiem cały czas dygotała i błagała, żeby nie robić jej krzywdy. - Zabiję cię, jeśli będziesz krzyczała - powtarzał co jakiś czas Artur.

    Około godziny szóstej wysiedli na dworcu Warszawa Zachodnia i poszli w trójkę do poczekalni. Tam usiedli na ławce. Obok nich przechodzili ludzie. Ania mogła krzyczeć, mogła podbiec kogoś - żaden z nich nie trzymał jej wtedy za ręce. Nie skorzystała z tego. Na zawsze pozostanie to tajemnicą, dlaczego w ostatnich godzinach życia nie walczyła.

    Około siódmej rano zmusili ją, aby wsiadła z nimi do pociągu pospiesznego do Torunia, do ostatniego wagonu. Artur uznał, że przyszła pora na finał urodzin. Powiedział Ani, że wygląda jakby płakała i kazał jej iść do ubikacji i umyć sobie twarz. Wszedł tam razem z nią i zamknął drzwi. Tak wspominał moment morderstwa:
    "Wcisnąłem jej papierowe ręczniki do ust i kiedy to robiłem poleciały jej łzy. Potem Darek dał sygnał, że już wszystko gotowe. Ponoć złapałem ją za ramiona, wyciągnąłem z łazienki i popchnąłem ją w stronę otwartych drzwi wagonu."

    W pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza zmasakrowane ciało Ani zauważył jeden z konduktorów. Było straszliwie zmasakrowane – wyrzucona z pociągu Ania uderzyła w betonowy słup trakcyjny. Lekarz dokonujący sekcji zwłok, stwierdził, że Ania jeszcze żyła kiedy została wyrzucona z pociągu. Jej serce biło jeszcze przez trzy minuty.

    W Toruniu mordercy w lombardzie sprzedali ukradzione rzeczy Ani. Potem podzielili między sobą łupy. Za dwa złote pierścionki ściągnięte z palców ofiary, Artur F. dostał u jubilera 42 zł. Za dwa telefony komórkowe, które Dariusz M. zastawił w lombardzie (jeden należał do Ani, drugi ukradli innemu pasażerowi), otrzymał 65 zł. Potem wrócili do domów. Życie ludzkie w tym przypadku było warte ponad 100 złotych.

    Policja szybko ustaliła sprawców bestialskiego morderstwa Ani. Po tygodniu zostali aresztowani.

    Dariusz M. (na zdjęciu po lewej) został skazany na 25 lat więzienia, Artura F. (na zdjęciu po prawej) - na dożywocie (z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 35 latach.). Obaj przyjęli wyrok bez okazania żadnych emocji.

    #kryminalnyaz #kryminalistyka #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu

    Źródła:

    pokaż spoiler Większość informacji zaczerpnąłem z poniższych stron:
    - https://wiadomosci.onet.pl/na-tropie/nocny-koszmar-ani-w-ostatnim-wagonie/gzdwv
    - http://www.gp24.pl/magazyn/art/4247115,spojrzec-w-oczy-diablu,id,t.html
    - http://www.gk24.pl/wiadomosci/kolobrzeg/art/4178711,nie-ma-litosci-dla-zabojcow,id,t.html
    pokaż całość

    źródło: az.jpg

  •  

    Istnieje miejsce "skąd nie ma już powrotu". Wielu trafiło tam z przyczyn naturalnych, w przypadku niektórych była to wina dziwnego, bądź niezwykłego zbiegu okoliczności. Są jednak osoby, które do tego miejsca przybyły przez niepozorny biały proszek, dosypany do jedzenia lub napoju przez fałszywych przyjaciół i jawnych wrogów. Mała szczypta alkaloidu ma ogromną moc naprawiania, jak i przecinania nici życia. Dostrzegli to mordercy, którzy wykorzystywali roślinne substancje aktywne w jak najgorszy sposób.

    60. wpis do Manuału Zielarskiego opisuje trzy niezwykłe zabójstwa. Każde zostało popełnione przy użyciu innego alkaloidu: akonityny, strychniny i morfiny. Historie mrożą krew w żyłach oraz skłaniają do głębokich refleksji nad ulotnością życia ludzkiego i wielkości podłości, do której zdolny jest człowiek. Pragnąłem, aby tekst miał mocny wydźwięk edukacyjny - wydaje mi się, że opisywanie toksycznych właściwości tych substancji "na sucho" jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Dlatego znalazłem prawdziwe przypadki morderstw z tych trucizn, przez co lepiej zrozumiecie ich siłę działania i niebezpieczeństwa z nimi związane.

    LINK do wpisu: http://www.manualzielarski.pl/2018/06/skad-nie-ma-juz-powrotu.html
    ŚLEDŹ MÓJ TAG: #manualzielarski

    #ziola #farmacja #fitoterapia #zbrodnia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Dla odmiany, dziś sprawa Pizza Bombera.

    Przebieg wydarzeń:

    28 sierpnia 2003 roku jest kolejnym gorącym dniem w Erie w Pensylwanii. Brian Wells (46 lat), który przez prawie 30 lat pracował w pizzerii Mama Mia, dostaje zlecenie na dowóz 2óch pizz na Peach Street 8631. Pózniej okaże się, że adres w rzeczywistości jest miejscem, w którym stoi wieża transmisyjna lokalnego oddziału CBS: WSEE-TV.

    Na miejscu Wells spotyka swoich wspólników, którzy planują wraz z nim, napad na bank. Plan zakładał założenie Wellsowi na pierś, sztucznej bomby. W razie jakichkolwiek pytań Wells miał powiedzieć, że 3ech czarnych ludzi zmusiło go do bycia żywą bombą i przetrzymywało go, jako zakładnika. Jednak plan się zmienia, w momencie gdy Wells dowiaduje się na miejscu, że bomba jest prawdziwa. Wells zostaje obezwładniony, a na szyję zostaje mu założona obroża z zapalnikiem. Na klatkę piersiową zostaje mu założona bomba, a na nią koszulka z napisem: GUESS WHO? (Zgadnij kto?). Do ręki dostaje zrobiony domowym sposobem shotgun, który wygląda podobnie do zwykłej laski, oraz 2 strony ręcznie napisanych instrukcji.

    Instrukcje, które dotyczą „bombowego zakładnika”, wymieniają listę ściśle określonych zadań na czas, które mogą opóźnić detonację i ostatecznie rozbroić bombę. Notatki informują również, że Wells jest pod stałą obserwacją i jakikolwiek kontakt z władzami, spowoduje detonację. „DZIAŁAJ TERAZ, MYŚL PÓŹNIEJ ALBO ZGINIESZ!” jest napisane na końcu notatek.

    Pierwszym zadaniem jest wejście do banku PNC i podanie kasjerowi notatki z żądaniem wydania 250 000$. Shotgun miał zostać użyty w przypadku braku współpracy, lub gdyby ktoś próbowałby uciec. Na wydanie całej kwoty, kasjer ma 15 minut, lub nastąpi eksplozja. Kasjerka, która w tamtym momencie nie miała dostępu do skarbca, daje Wellsowi torbę, w której znajduje się 8 702$ i z którymi Wells opuszcza bank. Kasjerka natychmiast dzwoni na plicję.

    15 minut później, policja zauważa Wellsa, który stoi koło swojego auta i od razu go aresztuje. Wells mówi, że trzy nieznane osoby umieściły bombę na jego szyi, dały mu shotgun i kazały ukraść pieniądze z banku oraz wykonać parę innych zadań, inaczej go zabiją.

    Policjanci na początku nie przystąpili do rozbrojenia bomby. Zostali wezwani saperzy, którzy przyjechali pół godziny po pierwszym telefonie na 911. 3 minuty zanim pojawili się saperzy, bomba eksploduje, wybijając dziurę wielkości pięści w klatce piersiowej Wellsa, który ginie na miejscu. Całe zdarzenie jest transmitowane na żywo w telewizji.

    Po zamachu, w trakcie sekcji, głowa Wellsa musiała zostać odcięta, żeby dokładnie zbadać bombę, której zapalnik znajdował się na jego szyi.

    Motyw:

    Wells do całej sprawy został wciągnięty przez Kena Barnesa, który był jego dilerem i u którego w domu, Wells spotykał się z prostytutką Jessicą Hoopsick. Barnes został wynajęty przez Marjorie Diehl-Armstrong do zabicia jej ojca. Marjorie po śmierci ojca, miała w spadku odziedziczyć 2 mln $. Niestety, jej ojciec rozdawał pieniądze znajomym i rodzinie, bo jak sam twierdził, jemu nie były potrzebne. Do jego śmierci w 2014 roku, z majątku zostało mniej niż 200 000$. Na dodatek, ojciec nigdy nie miał zamiaru zostawić córce czegokolwiek w spadku ze względu na jej różne zaburzenia psychiczne, przestępczość oraz nieumiejętność samodzielnego utrzymania się.

    Kolejni podejrzani:

    31 sierpnia, kolega z pracy Wellsa, Rob Pinetti, zostaje znaleziony martwy w swoim domu. Nigdy nie został bezpośrednio połączony ze napadem, ale prowadzący śledztwo zauważyli, że jego zachowanie radykalnie zmieniło się po śmierci Wellsa i stał się paranoikiem. Miał zostać przesłuchany w poniedziałek po swojej śmierci. Okazało się, że przedawkował narkotyki.

    20go sierpnia , Bill Rothstein, który mieszkał w domu w pobliżu wieży WSEE, zadzwonił na policję i poinformował, że ciało Jamesa Rodena jest schowane w zamrażarce w jego garażu. Rothstein został od razu aresztowany. Zaraz po jego telefonie na policję, ale przed jego ujęciem, Bill napisał notatkę, z której wynikało, że planował samobójstwo, ale nie ma ono nic wspólnego z Brianem Wellsem, chociaż sam Rothstein nigdy nie próbował popełnić samobójstwa. W areszcie powiedział, że Marjorie, z którą randkował i nawet był zaręczony na przełomie późnych lat 60' do wczesnych 70', zamordowała swojego ówczesnego chłopaka Rodena strzelając do niego sześć razy z shotgunu podczas gdy Roden spał na jej kanapie u niej w domu. Bill twierdził, że kobieta dała mu 2 000$, żeby ten pomógł jej posprzątać mieszkanie oraz wynieść ciało. Stwierdził, że zadzwonił na policję ze strachu, a sama Marj jest niebezpieczną manipulantką. Jeszcze tego samego dnia, została aresztowana.

    Marjorie:

    Muzyczny geniusz z najlepszymi ocenami w liceum. Ukończyła socjologię z wyróżnieniem. Jako dorosła została zdiagnozowana z postępującą chorobą dwubiegunową. Zdawała sobie sprawę ze swojej choroby. Była ponadprzeciętnie inteligentna. Była wcześniej znana policji ze względu na niewyjaśnione okoliczności śmierci swojego męża oraz kolejnych partnerów. W 1984 roku została aresztowana za zabicie ówczesnego partnera Roberta Thomasa, ale zostało uznane to za samoobronę.

    Podsumowanie:

    Ze sprawą związany był także Floyd Stockton, który mieszkał z Rothsteinem w czasie planowania napadu. Zostało mu odpuszczone 23 lata od wyroku za gwałt na nieletniej ze względu na zeznania obarczające Billa.

    Bill Rothstein zmarł na chłoniaka 30go czerwca 2004 roku, zanim zostały mu przedstawione zarzuty. Marjorie została skazana na dożywocie plus 30 lat. Zmarła w więzieniu na raka piersi 4go kwietnia 2017 roku. Do końca nie przyznała się, że miała cokolwiek wspólnego ze śmiercią Wellsa. W ten sposób, uniknęła kary śmierci.

    Mózgiem i prowodyrem operacji okazała się Marj, która do samej śmierci wszystkiego się wypierała. Cała wina miała leżeć po stronie Rothsteina, który pisał notatki oraz skonstruował bombę. Ken wciągnął Wellsa, a Floyd pomagał w planowaniu.

    W 2018 roku, Jessica Hoopsick przyznała się do brania udziału w całym przedsięwzięciu. W 2003 roku, kiedy była uzależnioną od narkotyków prostytutką, jej stałymi klientami byli Wells i Barnes. Wiedziała, że Marj, Bill, Ken i Floyd szukają kogoś, kto jako zakładnik z bombą pójdzie obrabować bank. Za podanie „frajera” na tacy miała dostać 5 000$, za które kupiła heroinę. Według Hoopsick, Wells od samego początku nie miał nic wspólnego ze sprawą, a jedynie został do wszystkiego zmuszony. Przyjaźnił się z Jessicą i jej rodziną. Był zwykłym, niezbyt rozgarniętym rozwozicielem pizzy, który został wplątany w napad, w którym ostatecznie zginął.

    Polecam serial na #netfilx: Evil Genius: The True Story of America's Most Diabolical Bank Heist.

    Oraz czarną komedię: 30 Minutes or Less z 2011 roku.

    #zbrodniczeumysly #ciekawostki #zbrodnia #kryminalistyka #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: liveleak.com 18+

  •  

    "Łotry i zbóje" (odc. 3)

    ION RIMARU – WAMPIR Z BUKARESZTU

    Urodził się w rumuńskim mieście Corabia, w roku 1946. Nie miał łatwego dzieciństwa. Jego ojciec (Florea Rimaru) regularnie bił matkę, a w roku 1956 opuścił rodzinę i wyjechał do Bukaresztu. Ion od najmłodszych lat sprawiał problemy wychowawcze. W szkole wywołał skandal obyczajowy, gdy okazało się, że miał romans z młodszą córką swojego nauczyciela.

    Pierwszy raz skazany został (za kradzież) w wieku 18 lat. Niedługo potem rozpoczął studia na wydziale weterynarii uniwersytetu rolniczego w Bukareszcie. Jeden z jego profesorów opisał go jako nieśmiałego półanalfabetę z małym zasobem słownictwa i wąskim zakresem zainteresowań.

    Koledzy unikali go, ponieważ ich zdaniem, zachowywał się dziwnie. Gdy wpadał w szał, dokonywał samookaleczenia. Miał niekontrolowany popęd seksualny. Jeden ze studentów zeznał, że Rimaru całą noc czatował pod drzwiami innego studenta, wiedząc, że przyszła do niego koleżanka. W 1967 lekarze stwierdzili u niego problemy ze zdrowiem i to zarówno fizycznym jak i psychicznym.

    Na przełomie 1970 i 1971 w Bukareszcie doszło do kilkunastu napadów na kobiety. Sprawca śledził je, a następnie atakował i pozbawiał przytomności za pomocą młotka, siekiery, metalowego pręta lub noża. Wiele z ofiar zostało zgwałconych, często brutalnie. Cztery ofiary zmarły. Sprawca często odrywał kawałki ubrań, a nawet obnażał całe ciała. Dochodziło również do aktów kanibalizmu, ponieważ sprawca odgryzał fragmenty piersi bądź genitaliów, a jednej z ofiar wypił krew. Można również mówić o elementach nekrofilii, ponieważ gwałcił ofiary, gdy te już zmarły. Sprawca dokonywał swoich czynów w trudnych warunkach atmosferycznych jak burza, śnieżyca, mgła bądź silne wiatry.

    Wieść o przestępstwach rozeszła się lotem błyskawicy. Kobiety bały się same wychodzić z domu. Niechęć władz do ujawniania informacji spowodowała rozprzestrzenianie się plotek, często absurdalnych. Po kilku przestępstwach władze zauważyły, że mają do czynienia z seryjnym mordercą. Zmobilizowano tysiące policjantów, agentów Securitate, a także lekarzy, kierowców autobusów, motorniczych, kelnerów i recepcjonistów. Przełom nastąpił w maju 1971, gdy przy trzeciej ofierze znaleziono ślady włosów sprawcy i diagnozę choroby, która stwierdzała okresową epilepsję. Dokument był zamoczony i jedyne co było widoczne to nagłówek. Wystawiono go w studenckim szpitalu.

    Po kilku dniach udało się odczytać dokument. Okazało się, że wystawił go dr Octavian Ienişte w marcu tego samego roku. Lekarz zeznał że badał 83 studentów, a 15 nie złożyło dokumentów władzom uniwersytetu. Rimaru był jednym z nich. Policja zaczęła obserwację podejrzanych. 27 maja policja weszła do akademika i zaczęła przeszukanie. Wtedy Rimaru wrócił i został aresztowany, po tym jak odkryto w jego torbie siekierę i nóż. Jego włosy i uzębienie zostało porównane z tymi znalezionymi na miejscu zbrodni. Były identyczne.

    Po aresztowaniu, podejrzany nie rozmawiał z nikim, a podczas przesłuchania jedynie wpatrywał się w ścianę. Gdy do jego celi wprowadzono policjanta udającego złodzieja, zaczął mówić. Przyznał się do popełnienia 23 czynów. Był podejrzany o popełnienie trzech morderstw, a do reszty (1 zabójstwo, 6 usiłowań, 5 gwałtów i 7 kradzieży) przyznawał się albo on, albo jego ojciec. Podczas okazania, wszystkie jego ofiary były przerażone widząc go. W czasie śledztwa albo przyznawał się do winy, domagając się zawiezienia na miejsce zbrodni, albo starał się przekonać funkcjonariuszy do swej niepoczytalności. Przed sądem odmówił składania zeznań, gdy dowiedział się, że lekarze uznali go za poczytalnego. Nie odpowiadał nawet na pytania zadawane przez swojego obrońcę. Wycofał też swoje przyznanie się do winy.

    Sąd skazał Rimaru na śmierć, co zostało przyjęte oklaskami przez widzów na sali sądowej. Odwołał się od wyroku, ale sąd odwoławczy podtrzymał wyrok. 23 października 1971 został przewieziony do więzienia w Jilavie i tam stracony. Jego zwłoki pochowano na cmentarzu miejskim w nieoznakowanym grobie. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział przed śmiercią brzmiały:

    „Zadzwońcie po mojego ojca! Niech przyjedzie i zobaczy co się ze mną dzieje! To on jest winny! Tylko on! Ja chcę żyć!”

    Ojciec Rîmaru, Florea, wiedział o zbrodniach swojego syna. Policja podejrzewała, że podżegał go do popełnienia przestępstw. Po napadzie na kasjera, ojciec zmusił syna do powrotu na miejsce przestępstwa i pokazania mu co zrobił. Następnie ukrył pieniądze oraz zabrał siekierę i nóż, z którymi Ion wrócił w momencie aresztowania. Był trzykrotnie aresztowany, ale wypuszczano go, ponieważ zgodnie z rumuńskim prawem nie można zmusić członków rodziny do zeznawania przeciwko sobie.

    Florea Rîmaru zmarł rok po swoim synu. Oficjalnie wypadł z pociągu, choć istnieje podejrzenie, że został wypchnięty przez agentów Securitate. Jego ciało przewieziono do instytutu medycyny sądowej i poddano badaniom podczas których m.in. zdjęto odciski palców i zmierzono stopy. Okazało się, że pasują idealnie do sprawcy czterech zabójstw popełnionych latem 1944 w Bukareszcie. Ofiary tych zbrodni były również kobietami, a zabójstw dokonano podczas burzy i za pomocą tępego narzędzia. Pasowały nawet imiona pierwszych ofiar. Pierwszą ofiarą Florei była Elena Udrea, Iona - Elena Oprea.

    "Łotry i zbóje" (poprzednie części):

    1. Władysław Mazurkiewicz - elegancki morderca
    2. Leszek Pękalski - Wampir z Bytowa

    #wmrokuhistorii #historia #lotryizboje #rumunia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu #zbrodnia #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    LESZEK PĘKALSKI - WAMPIR Z BYTOWA

    Leszek Pękalski został skazany tylko za jedno morderstwo. Mimo to, media okrzyknęły go seryjnym mordercą. Dlaczego? Otóż on sam przyznał się do ponad 70 morderstw, które podczas wizji lokalnych opisał z wieloma szczegółami. Prokuratura nie znalazła jednak wystarczających dowodów, by go obciążyć.

    Od urodzenia lekko upośledzony, był uważany za niegroźnego wariata przez współmieszkańców Borzytuchomia, kaszubskiej wsi niedaleko Bytowa. Ile kobiet zamordował tak naprawdę, wie tylko on. Twierdził, że zabijał, gdyż tylko tak mógł zaspokoić swój popęd seksualny. Wcześniej proponował swoim ofiarom seks, jednak zawsze spotykał się z odmową. Jak sam zeznał: „Gdy były martwe, już nie odmawiały”.

    Po ataku rozbierał kobiety, by potem bawić się ich narządami płciowymi. Czasami dochodziło do penetracji, zwykle jednak wystarczała mu masturbacja. Najbardziej podniecało go to, że one mu już nie odmawiały, bo nie żyły. Nie śmiały się z niego. Mógł więc w spokoju robić to, co sobie wymyślił w swojej chorej wyobraźni. Gdy go aresztowano w roku 1992, zaczął przyznawać się do wszystkich nierozwiązanych morderstw w Polsce, popełnionych w ciągu kilkunastu ostatnich lat. Potem wycofał swoje zeznania, twierdząc, ze policjanci go oszukali obiecując „załatwienie kobiety na seks” w zamian za przyznanie się do niewykrytych zbrodni.

    Po nieudolnie przeprowadzonym śledztwie postanowiono oskarżyć go o 17 zabójstw. Udowodniono mu tylko jedno i skazano na karę 25 lat pozbawienia wolności.

    W więzieniu Pękalski stał się gwiazdą mediów. Chętnie udzielał wywiadów, podczas których z wielką dumą opowiadał o swoich zbrodniach. Takie zachowanie sprawiło, że nadano mu przydomek „Wampir z Bytowa”. W niektórych publikacjach można się również spotkać z określeniem „Hurtownik śmierci”, którego Pękalski nie lubił.

    Tuż przed wyjściem na wolność nie było już jednak tego Pękalskiego, którego wszyscy znali z prasowych artykułów. Brał udział w specjalnym programie resocjalizacyjnym, nie udzielał wywiadów i nie chciał, by prasa cokolwiek pisała na jego temat. Karę odbywał w Areszcie Śledczym w Starogardzie Gdańskim - zakończył ją 11 grudnia 2017 i od razu został umieszczony w zamkniętym ośrodku w Gostyninie.

    Są tacy, który twierdzą wprost, że Pękalski nikogo nie zabił. Że tylko został wrobiony przez policję, jako idealny kozioł ofiarny. Twierdzi się nawet, że jako upośledzony mężczyzna o umyśle dziecka do wszystkiego się przyznał, bo polubił swoją sławę seryjnego mordercy. Jaka jest prawda o „Wampirze z Bytowa”? To dzisiaj wie tylko Leszek Pękalski…

    #wmrokuhistorii #historia #zbrodnia #kryminalistyka #polska #xxwiek #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Z cyklu: "Łotry i zbóje"

    WŁADYSŁAW MAZURKIEWICZ - ELEGANCKI MORDERCA

    Był człowiekiem bogatym i szanowanym. W trudnych, powojennych czasach wyróżniał się tym, że jeździł luksusowym samochodem i pachniał drogimi, zachodnimi perfumami. Zabawny, przystojny, dobrze wychowany i zawsze elegancki, wzbudzał podziw wśród mężczyzn i zachwyt kobiet. Nikt nawet przez chwilę nie domyślał się, że jest on okrutnym seryjnym mordercą. Tym pierwszym w powojennej Polsce.

    Zabijał swoje ofiary przez 15 lat. Nie dlatego, żeby wyładować swoje frustracje lub zaspokoić się seksualnie. Na to byłby zbyt dumny. On po prostu mordował dla zysku.

    Już w czasie wojny, dzięki dobrym układom z gestapo, czuł się bezkarny. Pierwszej zbrodni dokonał w roku 1940. Swoje ofiary truł cyjankiem potasu. Truciznę podawał w herbacie lub w kanapkach z szynką. Po zabójstwie zabierał pieniądze i biżuterię, a ciała topił w Wiśle. Wyjątek zrobił tylko dla swoich dwóch sąsiadek, których ciała zamurował w podłodze swojego garażu.

    Wkrótce Mazurkiewicz zamienił truciznę na pistolet. Swoim ofiarą strzelał w głowę. Uważał, że tak było prościej i szybciej. We wrześniu 1955 roku popełnił jednak błąd, który zaprowadził go na szubienicę. Podczas podróży samochodem z Zakopanego do Warszawy, jego współpasażer zasnął. Mazurkiewicz postanowił to wykorzystać. Zatrzymał się i strzelił do niego.

    Kula utkwiła w czaszce ofiary, ta jednak nieświadoma niczego nadal żyła. Wystraszony hukiem wystrzału biznesmen uciekł. Po kilku dniach zgłosił się do lekarza z bólem głowy. Podczas badania znaleziono w jego głowie kulę, a oskarżenia padły na Mazurkiewicza.

    W toku śledztwa odkryto, czym naprawdę zajmował się szanowany dżentelmen, który latem 1956 roku stanął przed sądem. Najpierw Mazurkiewicz nie przyznał się do winy, jednak po przedstawieniu niepodważalnych dowodów zmienił nastawienie. Od tego momentu z dumą opowiadał o swoich morderstwach. Przyznał się do zabójstwa 30 osób, w większości kobiet.

    Opinia publiczna bardzo interesowała się jego procesem, a media relacjonowały każdy szczegół rozprawy. Prasa szybko nadała mu przydomki „Eleganckiego mordercy” i „Mordercy-dżentelmena”. Milicjanci woleli nazywać go jednak „Upiorem Krakowskim”.

    Udowodniono mu jedynie 6 zabójstw. To jednak wystarczyło, aby skazać go na śmierć. W sądzie podczas procesu Mazurkiewicz zachowywał się dostojnie. Był dumny ze swoich czynów, uśmiechnięty, grzeczny i elegancki. Taki sam też podszedł do szubienicy, pod koniec stycznia 1957 roku.

    Historia pierwszego polskiego seryjnego mordercy ma swoje barwne zakończenie. Zapytany o ostatnie słowo, „Elegancki morderca” uśmiechnął się i ukłonił wszystkim, po czym powiedział: „Do widzenia panowie! Niedługo spotkamy się tam wszyscy!”

    #wmrokuhistorii #historia #lotryizboje #ciekawostki #xxwiek #zbrodnia #kryminalistyka
    pokaż całość

  •  

    Jest taki były policjant/milicjant Janusz Bartkiewicz który kiedyś łapał morderców, a dzisiaj opisuje w internecie różne wspomnienia z tych wszystkich śledztw jakie prowadził. O słynnym zabójstwie studentów w Górach Stołowych w 1997 pisze nawet książke i opublikował już kilka rozdziałów http://janusz-bartkiewicz.eu/index.php/kryminalia/naroznik-1997
    A tutaj opisał np. różne przypadki zabójstw i porwań małych dzieci z lat 80 http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?p=1267
    http://www.mojemiasto.swidnica.pl/?tag=janusz-bartkiewicz tutaj inne takie historie.
    Jeśli kogoś interesują takie rzeczy to polecam tego milicjanta ( ͡° ͜ʖ ͡°) #kryminalistyka #mordercy #zbrodnia #ciekawostki #seryjnimordercy #policja
    pokaż całość

  •  

    29.04.1975 ŚMIERĆ SERGIO
    „Zabić faszystę to nie przestępstwo” - historia Sergio Ramellego

    13 marca 1975 roku na jednej z mediolańskich ulic młody chłopak zostaje napadnięty i brutalnie skatowany przez dwóch napastników. Agresorzy biją ofiarę w głowę metalowymi kluczami francuskimi, uderzając tak, żeby zabić, a potem zostawiają nieprzytomnego nastolatka na ulicy i spokojnie odchodzą. Chłopak umiera w szpitalu po 47 dniach agonii.
    Co się właściwie wydarzyło? Czy to były porachunki mafii, zabójstwo w napadzie oślepiającej wściekłości, czy rabunkowy atak pijanych chuliganów? Zabójcy byli gangsterami, płatnymi mordercami czy zdegenerowanymi recydywistami? Nie, ci młodzi ludzie, mordujący z zimną krwią, byli studentami. Studentami medycyny, dodajmy. Ich ofiarą był natomiast 18-letni uczeń technikum chemicznego - chłopak, który nie był im nic winny i którego nawet nie znali. Dlaczego więc go tak brutalnie zamordowali?

    Skazany za wypracowanie

    Sergio Ramelli był normalnym nastolatkiem: lubił grać w piłkę, spotykać się ze swoją dziewczyną i wychodzić z kumplami. Na jego zdjęciu ze szkolnych czasów zwracają uwagę długie włosy, spokojne, uważne spojrzenie i lekki uśmiech.
    Sergio interesował się chemią, dlatego też wybrał technikum chemiczne Instituto “Ettore Molinari”. Wtedy jeszcze nie wiedział, że ten wybór skończy się dla niego tragicznie. Przyszło mu bowiem żyć we włoskich „latach ołowiu” - okresie drastycznej przemocy politycznej, strajków, manifestacji i walk ulicznych między skrajną prawicą i lewicą, gdy z łatwością można było stracić zdrowie lub życie tylko za trzymanie w ręku nieodpowiedniej gazety albo odmówienie przyjęcia ulotki. Instytut Molinari był, jak większość szkół średnich i uniwersytetów, szkołą całkowicie „czerwoną” - prawie wszyscy uczniowie i nauczyciele byli albo sympatykami albo aktywnymi działaczami skrajnej lewicy. Decydując się na naukę tam Sergio nie wziął tego pod uwagę - wybierając szkołę techniczną w wieku 14 lat nie interesował się jeszcze polityką.

    Pierwsze lata nauki Sergio w Molinari przebiegały spokojnie - uczył się dobrze i był lubiany. Sytuacja zmieniła się dopiero w trakcie piątego roku nauki w tej szkole - poznał kilku działaczy Fronte della Gioventu (Frontu Młodzieży, młodzieżówki MSI) i zaczął pojawiać się na spotkaniach tej organizacji. Nie był jednak fanatykiem, ani nawet bardzo zaangażowanym aktywistą, raczej sympatykiem: przychodził na spotkania, czytał książki, raz wziął udział w rozklejaniu plakatów. Co ciekawe, nawet mimo swoich coraz bardziej prawicowych poglądów Sergio nie ściął długich włosów, które były w tamtych czasach dosyć jednoznaczną deklaracją przynależności do lewicy. Przede wszystkim zależało mu na pozostaniu sobą, i ani w szkole ani w FdG nie ulegał modzie czy presji środowiska.

    Relacje Sergio z kolegami ze szkoły psuły się w miarę jego coraz wyraźniejszego związku ze środowiskiem prawicowym, aż w końcu przybrały formę obrażania i zastraszania. Był wyzywany, bity, opluwany i poniżany na każdy możliwy sposób. Zdarzało się, że komunistyczni aktywiści wpadali, do klasy, w której miał zajęcia i siłą wywlekali go z sali by potem „dać mu nauczkę”. Wielokrotnie wracał do domu pobity, ale uspokajał zaniepokojonych rodziców, że nic takiego się nie stało.
    Jeden z tych epizodów zasługuje na szczególną uwagę: 13 stycznia 1975 r. Sergio został otoczony na ulicy przez około 80 osób i, ku uciesze kolegów, zmuszony do zamalowywania białą farbą faszystowskich napisów, które pojawiły się na budynku szkoły. Cała scena została uwieczniona na fotografii - dokładnie tej, która została potem dostarczona mordercom, żeby mogli rozpoznać swoją ofiarę.

    Niedługo potem miało miejsce wydarzenie, które przesądziło o dalszym losie Sergio.
    Pewnego dnia nauczyciel literatury zadał uczniom do napisania wypracowanie na dowolny temat i wyszedł z klasy. Sergio w swojej pracy skrytykował Czerwone Brygady, które w tamtym okresie właśnie przechodziły od działalności umiarkowanie pokojowej do terroryzmu. Jego praca nie dotarła do nauczyciela - została zabrana przez działacza Avanguardia Operaia i wywieszona na tablicy w atrium szkoły z czerwonym dopiskiem „Oto wypracowanie faszysty”.
    Po tym wydarzeniu został poddany “procesowi ludowemu”, który polegał na zawleczeniu go do auli, w której zebrani byli lewicowi uczniowie, postawieniu na środku i oskarżaniu o “faszyzm”. Oczywiście, głównym “powodem” było nieszczęsne wypracowanie, lecz na tym się nie skończyło. Normą w takiej sytuacji były dodatkowe oskarżania o przemoc (na podstawie założenia, że “faszysta” równa się ”agresywny”), lecz w przypadku Sergio taki zarzut byłby do tego stopnia absurdalny, że nie uwierzyliby w niego nawet jego najzagorzalsi przeciwnicy, został więc oskarżony o rzecz mniej widowiskową: kradzież motorowerów. W trakcie tego “procesu politycznego” został uznany za “winnego” i “skazany” na opuszczenie szkoły.
    Wtedy już jego rodzice byli nie na żarty przestraszeni, a gdy kilka dni później jego brat został na ulicy zaatakowany przez dwóch chłopaków uzbrojonych w klucze francuskie (którzy prawdopodobnie wzięli go za Sergio), postanowili przenieść syna do innej szkoły. 13 lutego Sergio wraz z ojcem poszedł do Instytutu Molinari, by złożyć podanie o przeniesienie. Gdy wychodzili z gabinetu dyrektora zobaczyli na korytarzu szpaler “czerwonych”, którzy tylko czekali, by ich zaatakować. Sergio, uderzony w głowę, stracił przytomność, a nauczyciele, którzy próbowali go bronić, także zostali pobici.

    Sergio został przyjęty do innej szkoły, i przez jakiś czas wydawało się, że jego koszmar się skończył. Nie długo jednak - wkrótce pod domem rodziny Ramellich zaczęły pojawiać się napisy w stylu “Sergio, faszysto, jesteś pierwszy na liście!”, a rodzice otrzymywali telefony z groźbami. Gdy na początku marca Sergio wraz z bratem poszedł do pobliskiego baru, wieczorem okazało się, że przy wyjściu czeka na nich dwudziestu osiłków z czerwonymi flagami. Prześladowcy postanowili “dać faszyście nauczkę”, nawet po tym, gdy osiągnęli już swój cel i Sergio opuścił szkołę.

    “Zabić faszystę to nie przestępstwo”

    “Lata ruchu oporu nas nauczyły: zabić faszystę to nie przestępstwo!” - to, niezwykłe popularne w szeregach skrajnej lewicy, hasło było przez działaczy Avanguardia Operaia traktowane z przerażającą dosłownością. Szczególnie w Mediolanie, który był głównym ośrodkiem “wojującego antyfaszyzmu” miało miejsce wiele przypadków agresji, które często kończyły się śmiercią ofiar. Wśród nich był Sergio.

    13 marca 1975 r. o godzinie 13.13 Sergio wracał do domu. Właśnie parkował swój motorower na rogu ulicy Amadeo, gdy podeszło do niego dwóch zamaskowanych mężczyzn, którzy zaczęli bić go w głowę kluczami francuskimi Hazet 36. Sergio próbował zasłaniać się rękami, lecz na niewiele się to zdało - uderzenia 3,5-kilogramowego kawałka metalu bez trudu przełamały jego opór i powaliły go na ziemię. Agresorzy zostawili nieprzytomnego chłopaka z rozwaloną czaszką na chodniku, i spokojnie odeszli. Kawałek dalej spotkali się z pozostałymi sześcioma członkami swojej grupy, którzy w czasie ataku stali na czatach na rogach ulicy.

    Chwilę później jakiś przypadkowy przechodzień wezwał karetkę i Sergio został zabrany do szpitala uniwersyteckiego, gdzie przeszedł pięciogodzinną operację. Po jej zakończeniu jeden z lekarzy wyznał matce Sergio, że jeszcze nigdy nie widział nic tak przerażającego - chłopak miał rozległe rany głowy i rozbitą czaszkę. Przewidywano, że jeśli przeżyje pozostanie niemy i sparaliżowany.

    Gdy jego stan po operacji nieco się poprawił, Sergio został przeniesiony na oddział intensywnej terapii, gdzie każdego dnia na zmianę czuwali przy nim rodzice. Pod drzwiami szpitala natomiast czuwali komunistyczni bojówkarze, którzy pilnie obserwowali wchodzących i wychodzących, chcąc wyłowić spośród nich członków prawicy, którzy przyszli odwiedzić zmasakrowanego chłopaka, a którym mogliby zgotować podobny los. Z tego powodu nikt oprócz najbliższej rodziny nie mógł odwiedzać Sergio i trzeba przyznać, że taka ostrożność była jak najbardziej uzasadniona - udany atak na Sergio jeszcze bardziej rozzuchwalił „wojujących antyfaszystów” i w następnych dniach na ostry dyżur przywożono kolejne ofiary „proletariackiej sprawiedliwości”, wśród których był m. in. inwalida wojenny, który został zaatakowany w siedzibie CISNAL-u (prawicowego związku zawodowego), brutalnie skopany a następnie pozostawiony w budynku, pod który napastnicy podłożyli ogień. Pomimo jego ciężkiego stanu udało się go uratować, lecz wielu innych zaatakowanych nie miało takiego szczęścia - zamiast na oddział ratunkowy trafiali wprost do kostnicy. Tak skończyło między innymi trzech mężczyzn, podobnie jak Sergio pobitych kluczami francuskimi.

    Przez kolejne dni stan Sergio powoli się poprawiał, aż doszło do tego że w pewnych momentach odzyskiwał świadomość. Wszystko wydawało się na jak najlepszej drodze, jednak w środowisku prawicowym szybko pojawiły się głosy, że nawet w szpitalu pobity nastolatek nie jest bezpieczny (jak wynikło w trakcie śledztwa jego oprawcy byli studentami medycyny, a szpital należał do uniwersytetu). I rzeczywiście, na pewne niepokojące zachowanie personelu zwróciła uwagę także mama Sergio: w kwietniu pracownicy szpitala otwierali na noc okna. Anita Ramelli wspomina: „pielęgniarze często otwierali okna. Pewnego dnia skarżyłam się na to pytając ich, co robią, bo Sergio miał już w tamtym czasie pierwsze objawy infekcji dróg oddechowych. Odpowiedzieli mi, że osoby z obrażeniami głowy potrzebują świeżego powietrza”. Może to prawda, lecz faktem pozostaje, że bezpośrednią przyczyną śmierci Sergio nie były urazy głowy ale… zapalenie płuc. W ostatnich dniach kwietnia jego stan znacznie się pogorszył - miał gorączkę i kłopoty z oddychaniem. Zmarł 29 kwietnia, po 47 dniach agonii.

    To jeszcze nie koniec

    Informację o śmierci Sergio szybko pochwyciły wszystkie dzienniki, które już od dnia napadu relacjonowały każdą zmianę w jego stanie. Reakcje na jego śmierć były najróżniejsze: przeważały wezwania do zaprzestania przemocy „z którejkolwiek strony by nie pochodziła”, lecz w gazetach lewicowych (na czele z „Avanti!”, czasopismem Partii Socjalistycznej) nie zabrakło także sugestii, że za śmierć tego „faszysty” odpowiadają… inni „faszyści”, którzy „nakręcają spiralę nienawiści”. Na tym tle wydaje się niezwykłe oficjalne oświadczenie MSI (a więc partii, do której Sergio, jako członek FdG należał), które stwierdzało że partia „nie mówi o zemście ani nie nawołuje do nienawiści, lecz właśnie w imię swojego męczennika ponawia wezwanie do odważnej walki o sprawiedliwość […] dla pojednania między wszystkimi obywatelami bez żadnej dyskryminacji”.

    Oczywiście informacja dotarła także natychmiast do środowiska prawicowego. Już kilka godzin po śmierci Sergio, kilku członków FUAN-u (organizacji studenckiej) udało się pod dom Sergio, gdzie złożyli kwiaty i przyczepili na ścianie wycięte z gazety zdjęcie zmarłego towarzysza. Tak rozpoczęła się warta, która trwała nieprzerwanie przez kolejne trzy doby, aż do pogrzebu. Czuwający przed domem działacze rozdawali przechodniom ulotki z podobizną Sergio i opowiadali zainteresowanym jego historię.

    A co robili w tym czasie przeciwnicy polityczni? Można by się spodziewać że śmierć ofiary nareszcie zaspokoi ich sadystyczne zapędy, lecz odwaga nieustraszonych „antyfaszystów” nie cofnęła się nawet przed gnębieniem pogrążonej w żałobie rodziny. Jeszcze gdy Sergio żył, jego bratu grożono że jeśli w ciągu 48 godzin nie opuści miasta „skończy tak samo”, a dzień przed śmiercią chłopaka pod jego domem przemaszerował pochód komunistów, w trakcie którego uczestnicy pisali na murach obraźliwe hasła, na ścianie przykleili plakaty z obelgami i groźbami pod adresem rodziny a stróżowi domu zagrozili, że go zabiją jeśli odważy się je zdjąć. Prześladowcy nie odpuścili także w dzień pogrzebu (w przygotowaniu którego, swoją drogą, władze przeszkadzały jak mogły, by nie zmienił się on w wielką polityczną manifestację) - na uroczystości pojawiły się zamaskowane osoby robiące zdjęcia żałobnikom. Fotografie te zostały potem odnalezione przez policję, wraz z opisami przestawionych osób, oraz notatkami na ich temat. Nie ulega wątpliwości, że miały być one wykorzystane jako pomoc w przygotowywaniu kolejnych ataków.

    Jeszcze wieczorem, w dzień pogrzebu, Anita Ramelli odebrała kolejny telefon z wyzwiskami i groźbami. Telefony takie powtarzały się codziennie, a gdy państwo Ramelli zmienili numer, zaczęli je otrzymywać sąsiedzi: „Znacie Ramellich? To powiedzcie im, że…”. Trwające prześladowania nie kończyły się na tym: na ulicach Mediolanu, także pod domem Sergio, pojawiały się napisy „10, 100, 1000 Ramellich z czerwoną rysą między włosami”. Bar, który prowadził ojciec Sergio był kilkakrotnie obrzucany koktajlami Mołotowa. Trzeba zresztą powiedzieć, że Sergio nie był jedyną śmiertelną ofiarą tej przerażającej historii - jego ojciec, Mario Ramelli, nigdy nie pozbierał się psychicznie po śmierci syna i po kilku latach ciężkiej pracy w lokalu, który w każdej chwili mógł być znowu zaatakowany przez komunistów, zmarł na zawał.

    Zbrodnia i… kara?

    Śledztwo w sprawie napaści na Sergio trwało ponad 10 lat, z czego przez kilka pierwszych nie zdołano ustalić nic konkretnego, ponieważ podejrzenia szły w zupełne błędnym kierunku. W końcu jednak na skutek zebranych dowodów 16 września 1985 r. aresztowano pierwszych 6 podejrzanych, a po złożeniu przez nich pierwszych zeznań jeszcze kolejnych 5 – wszyscy oni w momencie zatrzymania byli albo poważanymi lekarzami, albo nie mniej poważanymi politykami lewicowych partii. Później część z nich zwolniono (ewentualnie skazano za składanie fałszywych zeznań) i w końcu przed sądem stanęli tylko ci, którzy bezpośrednio uczestniczyli w napaści na Sergio. Rozpoczął się proces, który ostatecznie zakończył się w 1990 r. Przesłuchania oskarżonych i zeznania świadków pozwoliły zrekonstruować przebieg ataku na Sergio, a także tego, co działo się potem. Ustalono, co następuje:

    W 1974 r. działające na różnych wydziałach mediolańskiego uniwersytetu grupy organizacji Avanguardia Operaia poprawiły swoją organizację i rozwinęły swoją działalność. Szczególnie została wzmocniona rola tzw. „służb porządkowych”, które, teoretycznie, miały służyć do ochrony lewicowych pochodów, lecz w praktyce zajmowały się głównie „unieszkodliwianiem” przeciwników politycznych, czyli przede wszystkim „faszystów” lecz także komunistów z konkurencyjnej organizacji Movimento Studentesco. Członków tych „służb porządkowych”, często nazywano „hydraulikami”, z racji noszonych przez nich ciężkich kluczy francuskich Hazet 36, używanych jako bardzo skuteczna broń - jedno z najpopularniejszych antyfaszystowskich haseł brzmiało „Hazet 36, gdzie jesteś, faszysto?”.

    Jednym z oddziałów „służb porządkowych” był ten działający na wydziale medycyny, dosyć liczny (złożony z 10 osób), lecz nie mający doświadczenia w „akcji bezpośredniej”. Dlatego też właśnie ta grupa została obarczona zadaniem „dania lekcji” faszyście – miał to być dla niej swoisty „chrzest bojowy”.
    Cała akcja zaczęła być przygotowywana kilka tygodni przed samą datą napaści. Zdjęcie ofiary wraz z najważniejszymi informacjami na jego temat dostarczył oddziałowi Roberto Grassi, uczeń Instytutu Molinari, „kolega” Sergio ze szkoły i znacząca postać w strukturach Avanguardia Operaia. Następnie grupa udała się na zwiad w okolice domu wyznaczonego „faszysty” by zbadać teren i opracować plan działania.
    W końcu nadszedł wyznaczony dzień i grupa w składzie Claudio Colosio, Franco Castelli, Giuseppe Ferrari Bravo, Luigi Montinari, Claudio Scazza, Antonio Belpiede (udziału nie wzięło dwóch członków oddziału: Francesco Cremonese i Walter Cavallari), udała się pod dom Sergio. Przewodził jej Costa, który, jako student pierwszego roku, był najmłodszy wśród „bojowników”, ale miał już duże doświadczenie w „działalności”. Bojówkarze byli dobrze powiadomieni, o której godzinie powinni wyruszyć - otrzymali wcześniej dokładne informacje na temat zwyczajów swojej ofiary. Musieli jednak zabrać ze sobą także wspomniane już zdjęcie, żeby móc ją rozpoznać.

    Wiemy już, co wydarzyło się na miejscu: wracający do domu Sergio został zaatakowany przez dwóch zamaskowanych mężczyzn (którymi byli Costa i Ferrari Bravo) i brutalnie pobity kluczami francuskimi. W tym czasie pozostali członkowie bandy stali na rogach ulicy obserwując sytuację i pilnując, by chłopak przypadkiem nie mógł uciec. Potem, gdy Sergio leżał nieprzytomny na chodniku, wszyscy „awangardziści” spokojnie wrócili do dzielnicy uniwersyteckiej, gdzie wyczyścili i schowali klucze francuskie. Na żadnym z nich (oprócz Scazzy który, wstrząśnięty, zrezygnował z dalszej działalności w organizacji) nie zrobił większego wrażenia fakt, że uczestniczyli w brutalnym pobiciu młodszego od nich chłopaka, który prawdopodobnie umrze lub na resztę życia zostanie kaleką – przecież „zabić faszystę to nie przestępstwo”. Zamiast więc zawracać sobie głowę takimi głupotami odważni „antyfaszyści” skupili się na wymyślaniu sobie alibi, a następnego dnia wzięli udział w napadzie na siedzibę MSI. Nie był to bynajmniej ostatni incydent z użyciem przemocy, w którym uczestniczyli: rok później część z nich (na pewno Costa i Ferrari Bravo) wzięła udział w napadzie na bar Porto di Classe, zwyczajowym miejscu spotkań neofaszystów, w trakcie którego cały lokal został zdewastowany, wszystkie szyby wybite, a na końcu budynek został podpalony. 6 osób zostało wtedy rannych, z czego 3 ciężko, a jedna z nich została kaleką do końca życia. Nic więc nie wskazywało na to, by kaci Sergio odczuwali jakiekolwiek wyrzuty sumienia.

    I rzeczywiście – w trakcie procesu Costa i Ferrari nie tylko nie wyrazili skruchy, ale też nie potrafili nawet wyjaśnić, dlaczego właściwie podjęli się zmasakrowania niewinnego człowieka, którego nawet nie znali. Podobnie też zachowywali się pozostali oskarżeni – wszyscy przedstawiali atak na Sergio jako naturalny efekt swojego politycznego zaangażowania, lecz nie mogli czy nie chcieli dostrzec związku między dokonanym przez siebie aktem agresji a jego śmiercią, którą przestawiali jako owoc losu czy nieszczęśliwego przypadku. Twierdzili, że nie chcieli zabić Sergio i nie spodziewali się, że dana mu „nauczka” skończy się w tak drastyczny sposób. Lecz jak ludzie studiujący medycynę mogliby nie wiedzieć, że bicie z dziką furią 3,5-kilogramowymi metalowymi kluczami francuskimi w głowę 18-letniego chłopca może spowodować jego śmierć? Jak mogliby nie wziąć tego pod uwagę? Powiedzmy to bardziej bezpośrednio: zabójcy Sergio, mimo, że przyznali się do zarzucanych im czynów, byli tak ogłupieni rozpowszechnioną w latach siedemdziesiątych ideologią „wojującego antyfaszyzmu”, że nawet po dziesięciu latach nie potrafili dostrzec – i przyznać się sami przed sobą - że nie „pozbyli się faszysty”, lecz spowodowali śmierć niewinnego chłopaka. Trzeba przy tym dodać, że o ile jeszcze pozostali członkowie bandy, którzy nie brali bezpośrednio udziału w katowaniu Sergio, napisali do jego matki list (zgoła poniewczasie, bo już po aresztowaniu), w którym wyrażali żal, że „wszystko skończyło się tak okropnie”, to Costa i Ferrari nie wyrazili skruchy w żaden sposób.

    16 maja 1987 r. sąd pierwszej instancji uznał wszystkich uczestników napaści na Sergio za winnych „nieumyślnego zabójstwa” i wydał na nich wyroki w wysokości od 11 do 15 lat więzienia. Wyrok ten jednak nie zadowalał żadnej strony, więc obie się od niego odwołały i dwa lata później sąd drugiej instancji uznał napastników za winnych „umyślnego zabójstwa”, lecz jednocześnie zmniejszył wymiar kary: 11 i 10 lat dla Costy i Ferrariego i między 6 a 8 dla pozostałych. Obrona odwołała się również od tego wyroku, lecz w 1990 r. Sąd Kasacyjny podtrzymał wyrok sądu drugiej instancji. Tyle tylko, że do więzienia wrócili tylko Costa i Ferrari (i to też na jakiś czas). Pozostali, ze względu na swoją pozycję społeczną oraz fakt, że nie stanowią już zagrożenia, mogli skorzystać z amnestii i zostali zwolnieni z więzienia.

    Sergio żyje!”

    Trudno powiedzieć, żeby to był wyjątkowo surowy wyrok za popełnione przestępstwo – z pewnością wielu obserwujących proces liczyło na większy wymiar kary. Ale nawet jeśli sędziowie nie zadbali o właściwie zapewnienie sprawiedliwości dla Sergio, to pamięć o nim wciąż żyje w prawicowym środowisku. Co roku 29 kwietnia w Mediolanie odbywa się poświęcony mu pochód, a na murach można zobaczyć graffiti z hasłem „Sergio żyje”. Jego imieniem zostało nazwanych około dziesięciu ulic, skwerów czy ogrodów. Stał się również bohaterem kilku piosenek z obszaru muzyki tożsamościowej, a jego historia została opisana w książce „Sergio Ramelli. Una storia che ancora fa paura” („Sergio Ramelli. Historia która nadal wzbudza strach”).

    Dlaczego pamięć o nim jest wciąż tak żywa? Z pewnością przede wszystkim dlatego, że odważnie wyznawał swoje poglądy i za wierność im zapłacił najwyższą cenę, za co należy mu się szacunek i hołd od wszystkich „camerati”. Ale przypadek Sergio jest nie tylko ideowym dziedzictwem prawicy, lecz także wyrzutem sumienia dla współczesnej włoskiej lewicy (której wielu polityków i dziennikarzy ma za sobą bojówkarską przeszłość) i dla całego państwa włoskiego, które jeszcze nie rozliczyło się z historią „lat ołowiu i żelaza”. I w końcu, historia Sergio jest ostrzeżeniem dla wszystkich ludzi, a szczególnie tych, którzy zajmują się polityką, ponieważ pokazuje również jak łatwo ludzie inteligentni i na poziomie (w tym przypadku studenci medycyny a potem cenieni lekarze), mogą dać się ogłupić politycznej propagandzie do tego stopnia, że przestają widzieć w przeciwniku człowieka, a widzą tylko cel, który należy bezlitośnie zniszczyć. I dlatego, żeby takie szaleństwo nie powtórzyło się już w przyszłości - ani we Włoszech ani nigdzie indziej - trzeba pamiętać o Sergio Ramellim.

    Na podstawie: G. Giraudo „Sergio Ramelli. Una storia che ancora fa paura”.

    #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #historia #wlochy #zbrodnia #totalitaryzm
    pokaż całość

  •  

    zdjecie od naszego fotoreportera z miejsca zdarzenia

    #ufc #zbrodnia #heheszki

    źródło: pbs.twimg.com

  •  

    Morderstwo Briana Wellsa to jedna z najbardziej tajemniczych zbrodni ostatnich lat.
    To historia niczym z filmu “Pila” z tą różnicą, że wydarzyła się ona naprawdę... Bo jak nazwać inaczej historię człowieka, któremu zostaje założona na szyję duża metalową obrożę z ładunkiem wybuchowym i zapalnikiem czasowym oraz który zostaje zmuszony do wykonywania szeregu zadań skomplikowanych zadań by przeżyć.


    Wydarzenia

    Braian przez 30 lat pracuje, jako dostawca pizzy jest cenionym i zaufanym pracownikiem pizzerii Mama Mia w Erie w Pensylwanii. Po południu 28 sierpnia 2003 r. Wells otrzymał telefon, aby dostarczyć dwie pizzę do 8631 Peach Street, adresu znajdującego się kilka mil od pizzerii. Chwilę później dowiaduje się o zmianie adresu dostarczenia do radiostacji wieży transmisyjnej WSEE-TV na końcu drogi gruntowej.

    Według doniesień organów ścigania, Wells rzekomo spotkał ludzi, których uważał za swoich wspólników, w tym Kennetha Barnesa. Wells podobno uczestniczył w planowaniu napadu na bank, który miał obejmować założenie mu fałszywej bomby. Jeśli zostanie przesłuchany, będzie twierdził, że trzech czarnych ludzi zmusiło go do założenia "żywej" bomby i trzymali go, jako zakładnika.

    W wieży telewizyjnej Wells odkrył, że fabuła się zmieniła, gdy dowiedział się, że bomba była prawdziwa Rozpoczął walkę z mężczyznami i próbował uciec, ale jeden z nich wystrzelił z pistoletu, powodując zatrzymać Wellsa. Ogłuszonemu Wellsowi zostaje założony domowej roboty skomplikowany ładunek wybuchowy na szyi. Sprawcy dali mu wyrafinowaną strzelbę domową i dwie strony ręcznie napisanych instrukcji, które musiał wykonać by przeżyć.

    Zawierały szereg ściśle określonych zadań, w celu zebrania kluczy, które opóźniłyby detonację, a ostatecznie rozbroiłyby ją. Notatka informowała też, że Wells będzie pod stałą obserwacją, a wszelkie próby skontaktowania się z władzami doprowadzą do detonacji bomby.

    Zadanie 1:

    Pierwszym zadaniem było "po cichu" wejście do PNCBanku na Peach Steet i przekazanie kasjerowi przymocowanej notatki żądającej 250 000 $, a także użycie strzelby do zagrożenia komukolwiek, kto nie współpracował lub próbował uciec. Po wejściu do banku Wells wsunął notatkę do kasjera. Notatka dała 15 minut na przekazanie pełnej ilości w przeciwnym razie bomba wybuchnie. Nie mogąc uzyskać dostępu do skarbca w tym czasie, dała mu torbę z 8702 dolarami, którą Wells opuścił w banku.

    Zatrzymanie:

    Około 15 minut później policja zauważyła Wellsa i natychmiast go aresztowała. Wells twierdził, że trzech bezimiennych osób umieściło bombę na szyi, zaopatrzyło go w strzelbę i powiedziało mu, że musi popełnić kradzież i kilka innych zadań, aby go nie zabić.

    Początkowo policja nie próbowała rozbroić urządzenia. Oddział bombowy został po raz pierwszy zawiadomiony, co najmniej 30 minut po pierwszym połączeniu 9-1-1. O godzinie 15.18, Zaledwie na trzy minuty przed przybyciem zespołu bombowego, bomba wybuchła.
    Chociaż w notatce napisano, że zyskałby dodatkowy czas na każdy odnaleziony klucz, ustalono później, że niezależnie od tego, co się rozwinęło, Wells nigdy nie miałby wystarczająco dużo czasu, by ukończyć zadania, aby rozładować bombę: policja przejechała trasę wykonując poszczególne zadania stwierdzając, iż zmieszczenie się w przydzielonym czasie nie było możliwe.

    Opracowanie własne.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #ciekawostki #mordercy #pila oraz tag autorski #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: bomb.jpg

  •  

    Mirki i Mirabelki.
    Dzisiaj chciałbym was zabrać na Bałkany i pokazać jak wyglądał rozpad Jugosławii i krwawy konflikt z tym związany.
    Jest to dość świeża wojna i niektórzy z nas ją pamiętają. Do tej pory niekiedy słyszymy w mediach o skazanych za zbrodnie wojenne osobach biorących udział w tym konflikcie. Dlatego warto przypomnieć te wydarzenia.

    Link do znaleziska Rozpad Jugosławii w latach 90. XX wieku

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach. Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski).

    Dodatkowe Tagi: #ciekawostki #wojna #wojsko #jugoslawia #polityka #serbia #chorwacja #bosnia #kosowo
    #usa #zbrodnia #militaria #europa #swiat #niemcy #uniaeuropejska #finanse #gospodarka #biznes
    pokaż całość

  •  

    W dzisiejszej historii przeniesiemy się na odległe Seszele państwo wyspiarskie to tu we wrześniu 2016 roku miało miejsce jedne z najbardziej tajemniczych domniemanych morderstw popełnione w ostatnich latach.

    Jest Wrzesień 2016 roku
    Dwie siostry Annie Korkki i Robin Korkki wybierają się na małe Wyspiańskie państwo Seszele, którego nikomu przedstawiać chyba nie trzeba.
    Zatrzymały się w luksusowym hotelu Maia Luxury Resort. Nurkowały, zwiedzały i imprezowały. Pobyt na rajskiej wyspie zakończył się jednak dla nich tragicznie.

    Siostry mieszkały w odległości około 1800km od siebie, więc widywały się niezmiernie rzadko stąd ten wyjazd miał być formą spędzenia czasu razem oraz ucieczki od zgiełku pracy na odpowiedzialnych stanowiskach w korporacjach.

    Kolejność zdarzeń:

    21 września 2016 – Kamerdyner około godziny 20: 10 odprowadza pijane Amerykanki do apartamentu, były mocno zamroczone dużą dawka alkoholu w późniejszych zeznaniach powiedział „nie były by w stanie samodzielnie dojść do pokoju”

    22 września 2016 – Kamerdyner około godziny 08: 35 i 11: 10 próbował skontaktować się z turystkami, zaniepokojony brakiem odzewu z ich strony poinformował kierownictwo hotelu.
    11: 40 – Dyrekcja hotelu znajduje zwłoki Annie Korkki i Robin Korkki, które leżały w pozycji wyprostowanej na jednym z dwóch łóżek znajdujących się w apartamencie. W pokoju nie odnotowano żadnych zniszczonych przedmiotów oraz śladów walki czy obrażeń na ciele kobiet. Sprawą natychmiast zajmują się wszystkie stacje telewizyjne w USA.

    23 września wstępny raport medyczny podaje, że kobiety zmarły na wskutek ostrego obrzęku płuc u jednej z kobiet wykryto również liczne uszkodzenia mózgu. Warto tu nadmienić, że w pokoju kobiet nie odnaleziono żadnych zakasanych prawem substancji odurzających a wszyscy znajomi czy rodzina zaprzeczaliby kobiety kiedykolwiek miały problemy z narkotykami.

    25 września specjalistyczny raport wykazuje, że kobiety zmarły na skutek przedawkowania: kodeiny, morfiny połączonej z alkoholem.

    Domniemane możliwości:
    - Morderstwo na zlecenie: kobiety posiadały dużą wiedzę na temat sytuacji na rynku finansów. Tylko w latach 2016-2017 odnotowano 124 przypadki śmiertelne osób powiązanych z poważnymi instytucjami finansowymi w Europie i USA
    -kobiety mocno podpadły „lokalsom”. Podobno w noc przed ich zaginięciem widziano je na plaży jak rozmawiały z 2 nieustalonymi dotąd osobami w czasie której doszło do sporej kłótni (Policja nie komentowała tych doniesień).

    Ostatnie zdjęcie wykonane na kilka godzin przed śmiercią.

    Opracowanie na podstawie:

    CNN
    REDDIT
    grapevine.is

    #zbrodnia #mordercy #finanse #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: foto.jpg

  •  

    Morderstwo nad jeziorem Bodom jest jednym z najbardziej brutalnych i tajemniczych zabójstw w historii fińskiej kryminologii, a niejasność wokół motywów zbrodni i postaci zabójcy pozostawiła Finlandię w wielkim szoku na wiele lat.

    Historia morderstwa

    Morderstwo miało miejsce w czerwcu 1960 r., a jego ofiarami stało się troje z czwórki nastolatków, którzy wybrali się na kemping nad jezioro Bodom - dwie piętnastolatki, Anja Tuulikki Mäki i Maila Irmeli Björklund, a także osiemnastolatek Seppo Antero Boisman. Jedyną osobą, która przeżyła, był osiemnastoletni Nils Gustafsson, który wyszedł z całego wydarzenia z wieloma poważnymi ranami. Ciała trójki nastolatków odnalezione zostały nad brzegiem jeziora w niedzielny poranek 5 czerwca 1960 r.

    Zaraz po zbrodni...

    Ze śledztwa przeprowadzonego przez policję wynikało, że morderca najpierw przeciął linki od namiotu, w którym spała cała czwórka, a następnie brutalnie dźgał osoby znajdujące się w środku i dziko uderzał ciężkim, tępym narzędziem.

    Przez kolejne miesiące po morderstwie policja otrzymywała wiele poszlak dotyczących ewentualnych motywów zabójstwa i osoby zabójcy, jak np. wskazanie mężczyzny obcego pochodzenia, który został przywieziony do szpitala w Helsinkach dzień po odkryciu zbrodni, lub też mężczyzny, który utopił się w 1969 r. W związku z zabójstwem zaaresztowano wiele osób, ale nigdy nie znaleziono wiarygodnego dowodu na to, aby wnieść oskarżenie.

    Przez wiele lat Nils Gustafsson nie był publicznie podejrzewany o uczestnictwo w zabójstwie. Sam Gustafsson twierdził, że nie pamięta nic, co wydarzyło się pomiędzy momentem, gdy wszyscy poszli spać do namiotu, a obudzeniem się w szpitalu. Po opuszczeniu szpitala Gustafssona poddano hipnozie, w trakcie której podał dokładny rysopis domniemanego mordercy.

    ...i 44 lata później

    W kwietniu 2004 r. Finlandia przypomniała sobie ponownie o morderstwie nad jeziorem Bodom - Narodowe Biuro Śledcze zatrzymało Nilsa Gustafssona pod zarzutem zabójstwa trójki nastolatków. Zarówno aresztowanie jak i przesłuchanie przed sądem trzymane było w sekrecie, jednakże wiadomo było, że policja posiada poważne dowody przemawiające za aresztowaniem Gustafssona.

    NBŚ zatrzymało Gustafssona w kwietniu 2004 na podstawie nowych dowodów DNA. Na czas przesłuchania wstępnego został on uwięziony, jednakże ostatecznie wypuszczono go na wolność. Policja w Espoo otrzymała rozkaz strzeżenia prywatności Gustafssona, jego rodziny i sąsiadów.

    NBŚ zaaresztowało Gustafssona na podstawie jego własnych zeznań, zeznań świadków a także dowodów medycyny sądowej. Biuro zbadało obuwie dwójki chłopców, namiot używany przez nastolatków oraz ślady krwi znajdujące się na nim. Kimmo Himberg z laboratorium stwierdził, że obuwie znalezione na miejscu zbrodni dostarczyło dowodów, które pomogą rozwiązać całą sprawę.

    Choć Gustafsson nie przyznał się do morderstwa, policję nadal najbardziej interesowało to, w jaki sposób doznał on tamtej nocy obrażeń. Oficerowie śledczy chcieli przekonać się czy rany powstały w wyniku walki, samookaleczenia się czy też z innej przyczyny.

    Maj 2004 r. przyniósł nowe wiadomości: na butach należących do Gustafssona znaleziono ślady krwi jednej z zamordowanych dziewcząt. Na podstawie testów DNA przeprowadzonych w laboratorium w Wielkiej Brytanii stwierdzono, że na butach i innych rzeczach znalezionych na miejscu zbrodni nie było śladów DNA należących do kogoś spoza czwórki nastolatków. W momencie zabójstwa buty Gustafssona były ukryte, co w obliczu wyników badań DNA wskazywać może na to, że osobą, która ukryła buty po zbrodni był sam Gustafsson, jednakże policja nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła tym domniemaniom.

    Pod koniec maja 2004 r. sąd rejonowy w Espoo zwolnił Gustafssona, jednakże nadal był on podejrzany o zabójstwo. Gustafsson miał zostać uwolniony od zarzutu popełnienia morderstwa, jeśli w ciągu dwóch miesięcy prokuratura nie postawiłaby żadnych konkretnych zarzutów przeciwko niemu.

    W czerwcu 2005 oskarżyciel z Espoo ogłosił, że Nils Gustafsson zostanie oskarżony o popełnienie potrójnego zabójstwa. Z powodu zbyt dużego zainteresowania procesem ze strony mediów sąd zdecydował się na nałożenie limitu na liczbę reprezentantów mediów i opinii publicznej, która będzie miała wstęp na salę rozpraw. Sędzia Mikkola wyjaśnił, że ma to na celu spokojne i rzetelne wyjaśnienie sprawy.

    Proces

    Proces Nilsa Gustafssona rozpoczął się w sierpniu 2005 r. w sądzie okręgowym w Espoo. Gustafsson został ostatecznie oskarżony o popełnienie morderstwa trzeciego stopnia z pełną premedytacją i w bardzo brutalny sposób.

    Oskarżyciele Heli Haapalehto i Tom Ifström stwierdzili, że motywami zbrodni była zazdrość i kłótnia oraz frustracja seksualna młodego Gustafssona – był on zainteresowany Irmeli Björklund, która jednakże odrzuciła jego zaloty (jej obrażenia na skutek ataku były znacznie poważniejsze niż pozostałej dwójki).

    Wg oskarżycieli Gustaffson zasunął wejście do namiotu w którym spały ofiary, wyciął dziury w powłoce i przeciął linki trzymające namiot tak, aby się on złożył, a następnie przy pomocy noża i tępego narzędzia (np. dużego kamienia) zamordował Tuulikki Mäki, Irmeli Björklund i Seppo Boismana. Gdy ofiary były już martwe, Gustafsson upozorował miejsce zbrodni tak, aby wyglądało na to, że morderstwo popełnione zostało przez osobę z zewnątrz, i na samym końcu położył się pomiędzy ciałami w oczekiwaniu na kogoś, kto ich odnajdzie.

    Śledztwo przeprowadzone przez policję wskazuje na to, że ofiary zmarły w dniu 5 czerwca 1960 r. pomiędzy godziną 4 i 6 rano. Policja wywnioskowała, że rany, które Gustafsson otrzymał na skutek ataku nie były tak poważne, jak o tym wcześniej mówiono. Eksperci ocenili, że jego najpoważniejszymi ranami były wstrząśnienie mózgu, złamania szczęki i kości twarzy oraz siniaki na twarzy. Wg. policji rany, które odniósł, nie prowadziłyby do utraty przytomności, a ponadto dziwne wydaje się, że przeżył tak agresywny atak tylko z kilkoma obrażeniami.

    Riitta Leppiniemi i Heikki Uotila, obrońcy Gustafssona, podtrzymują, że ich klient jest niewinny. Stwierdzili, że Gustafsson nie miał motywu, aby zaatakować swojego przyjaciela oraz jego i swoją dziewczynę. Ponadto krytycznie odnieśli się do badań policji przeprowadzonych w latach 60tych: wg. nich miejsce zbrodni nie zostało prawidłowo zabezpieczone, namiot został zabrany zbyt późno a zdjęcia robione na miejscu zbrodni były złej jakości. Obrońcy zauważyli również, że na miejscu zbrodni były ślady krwi i spermy, które nie należały do nikogo z czwórki nastolatków.

    W trakcie procesu Gustafsson był przesłuchiwany przez oskarżycieli, obronę, sędziego i prawnika reprezentującego rodzinę ofiar. Jego odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania brzmiały zazwyczaj “nie wiem” lub “nie pamiętam”. Przed sądem Gustafsson opowiedział, jak cała czwórka przygotowywała się na wycieczkę i co tego wieczoru robili. Gustafsson twierdzi, że nie było żadnej kłótni i choć obaj z Boismanem zabrali prezerwatywy, zaprzeczył oskarżeniom jakoby próbował dokonać aktu seksualnego z Björklund. Dodatkowo zeznał, że jego stan upojenia alkoholowego nie mógł być większy, niż jego kolegi Boismana.

    22 sierpnia, około godziny 10 rano oskarżony, sędziowie jak i oskarżyciele oraz obrońcy w otoczeniu policji udali się na miejsce zbrodni. Zabrali ze sobą oryginalne rysunki, mapy i fotografie zrobione w 1960 roku. Na miejscu zbrodni towarzyszyło im ok. 100 osób, z czego większość z nich stanowiły media.

    2 dni później wznowiono przesłuchania, w których zeznawała kobieta przebywająca nieopodal miejsca zbrodni. Świadek twierdzi, że przebywała w tym czasie po drugiej stronie zatoczki nad jeziorem razem z koleżanką i dwójką kolegów (jeden z nich znał Gustafssona). W sobotni wieczór grupa Gustafssona przyjechała do nich w odwiedziny i wg. zeznań świadka Gustafsson miał przy sobie butelkę spirytusu oraz kłócił się z Boismanem (świadek miała wrażenie, iż kłótnia dotyczy jednej z dziewcząt). Po ok. godzinie grupa Gustafssona opuściła ich obozowisko, zaś kilka godzin później, około 23.30, z miejsca, w którym rozbity był namiot grupy Gustafssona, dało się słyszeć hałas oraz odjeżdżający motocykl. Rano grupa świadka zauważyła zbiegowisko po drugiej stronie brzegu – gdy tam dotarli, spostrzegli zniszczony namiot oraz karetkę, do której kogoś wnoszono. Na pytanie obrony czemu nikt z nich nie opowiedział tej historii przez 45 lat kobieta zeznała, że zdecydowali pomiędzy sobą, iż nie będą udzielać żadnych informacji jeśli nikt ich o to nie poprosi. Wiarygodność zeznań kobiety może podważać fakt, iż jeden z mężczyzn, który był z nią na kempingu, już nie żyje, a policja nie była w stanie ustalić tożsamości pozostałej dwójki (kobieta twierdzi, że mogła źle zapamiętać ich nazwiska).

    Gustafsson zaprzecza zeznaniom świadka i twierdzi, że nie żadna wizyta nie miała miejsca oraz że nie znał towarzysza kobiety.

    Na początku września do wiadomości publicznej podano sensacyjną wiadomość: wg. NBŚ Gustafsson przyznał się do zbrodni. Śledczy NBŚ, Markku Tuominen, poinformował, że Gustafsson znajdował się w dość nerwowym stanie od momentu, gdy został zaaresztowany, i że rzucił się na łóżko mówiąc: „Co się stało to się stało, to było 15 lat temu”. Tuominen wywnioskował, że Gustafsson nawiązał do swojego współudziału w morderstwie.

    Oświadczenie Tuominena nastąpiło zaraz po artykule w magazynie Alibi, które przeprowadziło wywiad z 40-letnią pielęgniarką twierdzącą, że spotkała Gustafssona ponad 20 lat temu i że wtedy przyznał się on jej do popełnienia zbrodni. Obrona Gustafssona twierdzi, że zeznania kobiety nie są wiarygodne, jednakże kobieta twierdzi, że wg. niej Gustafsson był niemal dumny z tego, że udało mu się uniknąć kary, i że wydawało mu się to śmieszne, że nikt go do tej pory nie podejrzewał.

    Najnowsze wiadomości

    8 września wysłuchano zarzutów końcowych w sprawie przeciwko Nilsowi Gustafssonowi. W swojej przemowie oskarżyciel stwierdził, iż wszystkie dowody wskazują na winę Gustafssona i zażądał dla niego dożywocia, natomiast obrona podtrzymywała, że zabójcą był nieznany napastnik.

    Obie strony w swoich podsumowaniach powiedziały o świadku – kobiecie, która twierdzi, że w czasie całego zdarzenia znajdowała się razem z trójką przyjaciół nieopodal miejsca, w którym dokonano zabójstwa. Opis kobiety wskazujący na to, że Gustafsson był pijany i agresywny, jest wg. oskarżyciela wiarygodny. Tymczasem obrona twierdzi, że zeznania kobiety są trudne do potwierdzenia, jako że jeden z mężczyzn jej towarzyszących już nie żyje, a tożsamość pozostałej dwójki nie mogła zostać określona.

    Wg. obrońcy Gustafssona, Riitty Leppiniemi, oskarżyciele wystąpili z abstrakcyjną teorią, wg. której motywem zabójstwa miała być zazdrość i frustracja seksualna, za co Gustafssona może czekać dożywocie: „Nic w śledztwie policji nie popiera tej zbrodni. Mam nadzieję, że oskarżyciele skupią się na faktach i pozostawią zbyt wybujałą wyobraźnię poza salą sądową”.

    Chociaż obrona podtrzymała niewinność Gustafssona, dodała, iż sama zbrodnia pasuje raczej pod kategorię "nieumyślnego spowodowania śmierci" a nie morderstwa, co oznacza, że przepisy o przedawnieniu wyczerpały się w roku 1980.

    Zakończenie procesu

    07.10.2005 r. Sąd Okręgowy w Espoo ogłosił werdykt – Nils Gustafsson został uznany za niewinnego w procesie dotyczącym morderstwa nad jeziorem Bodom.

    Wg. sądu dowody przedstawione w trakcie procesu przez oskarżycieli okazały się niewystarczające. Sąd podkreślił zasadę domniemania niewinności w przypadkach, w których istnieje choćby odrobina wątpliwości co do winy oskarżonego. Dodatkowo sąd stwierdził, iż zeznania Gustafssona dotyczące luk w pamięci w kwestii wydarzeń w roku 1960 są dość prawdopodobne. Wg. sądu długi czas, który upłynął od momentu zbrodni sprawił, że uzyskanie wiarygodnego obrazu wydarzeń jest dość trudne, a dodatkowo prokurator nie był w stanie ustalić motywu zbrodni.

    Gustaffson nie był obecny przy ogłoszeniu wyroku – dowiedział się o nim w swoim domu w Espoo przez telewizję. Po ogłoszeniu wyroku Gustafsson powiedział swojemu prawnikowi, Riicie Leppiniemi, że odczuwa ulgę i jest szczęśliwy.

    Oskarżyciel Tom Idström nie zdecydował jeszcze, czy wniesie apelację do wyroku. Heikki Lampela, prawnik reprezentujący rodziny ofiar powiedział, że nie był zaskoczony werdyktem, jednakże planuje dokładne przestudiowanie sprawy aby zobaczyć, czy sąd nie popełnił jakiegoś błędu, który będzie mógł być podstawą do odwołania od wyroku.

    #creepy #creepystory #zbrodnia #mordercy #paranormalne #innastronaswiata
    pokaż całość

    źródło: Bodom.jpg

  •  

    Robimy jakąś zrzutkę na gigantyczną kwotę dla tego Tomka Komendy?
    Niesłusznie skazanego na 25 lat z których (z łatką pedofila mordercy) spędził w więzieniu osiemnaście (sic!) lat.

    Chyba wypada podjąć jakieś kroki, nie?
    Żadna kwota nie zwróci mu zmarnowanego życia i krzywd na psychice i sercu jakich doznał.
    Ale znając życie zasądzą mu jakiś nędzny milion złotych odszkodowania za taki kawał czasu.
    Dorzuciłbym mu coś, chciałbym pomóc w jakiś sposób.

    Jak to zrobić? Poruszyła mnie jego historia. To przecież NIEWYOBRAŻALNA krzywda.

    #polska #wiezienie #gwalt #zabojstwo #pytanie #afera #policja #prawo #tomaszkomenda #zbrodnia #oskarzenie #niesprawiedliwosc #polakpotrafi #zrzuta #pomoc #pieniadze #zbiorka
    pokaż całość

    •  

      @xetrov: Przykro czytać tego typu komentarze. Kolega @Bunch wyszedł z miła inicjatywą pomocy temu człowiekowi, pokazania, że ludzie się z nim jednoczą, że nie jest przezroczysty i że nie jest kolejnym tematem z TV, który za chwilę ucichnie. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić przez co przeszedł ten człowiek z takimi oskrażeniami w polskim kryminale...
      Ale nieeeee kurwa, wykopki oczywiście muszą krzyczeć ileż to podatków w Polsce itd i że tak czy siak dostanie swoje. Chuj z tym, że dostanie, 18-tu lat za kratami nic nie zrekompensuje. Wiadomo, że dostanie odszkodowanie, ale tu nie chodzi o pieniądze, a o zwykła pomoc bliźniemu w raczej niecodziennej sytuacji.
      Pozdro
      pokaż całość

    •  

      @Bunch: zrzucic to sie powinni wszyscy z ówczesnego systemu sądownictwa, kiedy to była nagonka na tego typu procesy i skazywano ludzi nawet nie mając wystarczających i 100% dowodów. Kurwa tych sedziow, prokuratorow itp powinni teraz do pierdla wsadzic.

    • więcej komentarzy (63)

  •  

    Powieszenie 7-letniego chłopca w Kongo przez Belgow w 1908 roku. Został powieszony za to, ze jego ojciec zbyt niewydolnie pracował. Krol Belgi Leopold II wymordował tam 8 mln ludzi
    A najlepsze, ze ten ludobojca ma w swoim kraju pomniki
    #neuropa #4konserwy #belgia #zbrodnia #rasizm #historia

    źródło: pbs.twimg.com

    •  

      @BojWhucie: Kwestia wykrywalności na przestrzeni lat. Gdy większość "białych" zabójców ze zdjęcia grasowała lokalne policje miały gdzieś co się dzieje w czarnych dzielnicach. Nikogo w policji nie obchodzili gwałty na dziewczynach, zaginięcia czy znajdowane zwłoki na ulicach. Inna sprawa miała w białych regionach, tam mogłeś liczyć na wzorcowe dochodzenie. Czarny seryjny morderca miał większe szanse uniknąć wpadki, gdy biały miał na karku całą gamę służb dążących do rozwiązania sprawy pokaż całość

    •  

      @piejeLed:

      gdzieś na wykopie kiedyś czytałem opinie o tym, że czarnych seryjnych mordercow się przemilcza
      @grim_fandango:

      Bo o czarnych się nie pisze

      Czy ja wiem, wystarczy spojrzeć na wykop: tutaj jak czarny kogoś popchnie to zaraz ląduje na głównej z komentarzami, że czarni są bardziej agresywni. Ale jak biały zabije czarnego albo imigranta to komentarze że pewnie się bronił, pewnie chciał w ten sposób zakomunikować, że nie chce czarnych w swoim kraju itd.
      Tymczasem gdy w RPA biali ( którzy są tam przecież nachodzcami) dostaną bęcki od czarnych to zaraz panika, że upada cywilizacja białego człowieka, a czarni to rasiści bo nie chcą u siebie białych!

      ( ͡º ͜ʖ͡º)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #zbrodnia

0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:0

Archiwum tagów